Lwów – ratowanie dóbr kulturalnych

Lwów – ratowanie dóbr kulturalnych

Posted by Marucha w dniu 2023-10-23 lwow-ratowanie-dobr-kulturalnych

Naukowe osiągnięcia prof. Mieczysława Gębarowicza i jego ogromne zasługi położone w dziele dokumentowania i naukowego opracowania polskich zabytków sztuki i kultury we Lwowie i na dawnych południowo-wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej są dość dobrze znane.

Najkompetentniej mogliby wypowiadać się tutaj historycy sztuki. Natomiast ja chciałbym przedstawić prawie w ogóle dotąd nie znany, ale jednocześnie bardzo ważny fragment biogram Profesora.

Dotyczy on okresu II wojny światowej i pierwszych lat powojennych, kiedy to prof. Gębarowicz, rezygnując ze swoich ambicji naukowych i dalszej kariery zawodowej, całkowicie poświęcił się ratowaniu dla Polski zgromadzonych we Lwowie polskich zbiorów kulturalnych.

Działalność ta nierozerwalnie złączona była z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich, na którego czele stanął z nominacji kuratora najpierw w lipcu 1941 r. jako kierownik, a od kwietnia 1943 r. jako dyrektor. Stanowisko to, pełnione w konspiracji, w tajemnicy przed okupantami – przypomnijmy, że Zakład został w 1940 r. zlikwidowany przez władze sowieckie – łączył w latach 1941-1946 z oficjalnym stanowiskiem kierownika Biblioteki Ossolineum, włączonej w latach okupacyjnych najpierw do struktur niemieckiej Staatsbibliothek Lemberg, a od sierpnia 1944 r. jako tzw. Sektor Polski do Lwowskiej Biblioteki Akademii Nauk USRR.

Spośród lwowskich placówek naukowo-kulturalnych Zakład Narodowy im. Ossolińskich (do 1939 r – łączący w sobie Bibliotekę, Wydawnictwo i Muzeum im. Lubomirskich) był jednym z najważniejszych i najbardziej zasłużonych ośrodków kultury polskiej, o czym decydowały przede wszystkim niezwykle bogate zbiory biblioteczne, pod względem wartości drugie w kraju po Bibliotece Jagiellońskiej.

W latach okupacji niemieckiej kierowane przez prof. Gębarowicza Ossolineum stało się miejscem schronienia dla różnego rodzaju zbiorów polskich, narażonych na zniszczenie lub rozproszenie w warunkach wojennych. Taką akcję ratowania dóbr kultury prof. Gębarowicz podjął już w 1941 r., przyjmując w formie depozytów księgozbiory wielu polskich uczonych, zagrożonych aresztowaniem lub zmuszonych do wyjazdu ze Lwowa.

W Ossolineum znalazły wówczas schronienie m.in. księgozbiory profesorów Uniwersytetu Lwowskiego: filologa Jerzego Manteuffla, fizyka Stanisława Lorii, historyka ks. Józefa Umińskiego, filozofa Kazimierza Twardowskiego, a także znanego chirurga Adama Grucy. Największym osiągnięciem było jednak uratowanie w lutym 1943 r. bibliotek seminaryjnych kilku zakładów uniwersyteckich (filologii polskiej, romańskiej i klasycznej oraz historii, prawa i filozofii), które M. Gębarowicz zgodził się przyjąć do Ossolineum natychmiast po wydanym przez władze niemieckie zarządzeniu ewakuacji gmachu uniwersytetu i zajęciu go przez niemieckie wojska lotnicze.

Pomimo niesprzyjających warunków atmosferycznych i braku środków transportowych w ciągu kilkunastu dni pracownicy Ossolineum przenieśli do gmachu Biblioteki ok. 100 tysięcy książek.

Innym, choć jednocześnie jak się później okazało połowicznym sukcesem M. Gębarowicza było uratowanie od zniszczenia nie rozprowadzonych przed 1939 r. nakładów Wydawnictwa Ossolineum (były to m.in. podręczniki szkolne, prace naukowe i dzieła z literatury pięknej), których ilość szacowano orientacyjnie na 2-3 wagony towarowe. W 1942 r. do książek tych, znajdujących się wówczas w dawnych magazynach Ossolińskich przy ul. Kaleczej, pretensje wysunęło ukraińskie przedsiębiorstwo handlowe Knyhotorh, planując przekazanie ich w zależności od decyzji niemieckiej cenzury na sprzedaż lub na przemiał. M. Gębarowicz, interweniując jednak skutecznie u swoich władz zwierzchnich, nie dopuścił do wydania tych książek Ukraińcom i spowodował przeniesienie ich do gmachu Ossolineum.

Troska o los polskich dóbr kulturalnych we Lwowie zmuszała prof. Gębarowicza do szukania różnych sposobów ich ochrony. W związku ze zbliżaniem się linii frontu do ziem polskich i coraz wyraźniej rysującą się perspektywą objęcia Lwowa działaniami wojennymi, a co za tym idzie ponowną okupacją sowiecką, M. Gębarowicz w ścisłym porozumieniu z dyrektorem Biblioteki Jagiellońskiej dr. Edwardem Kuntze wystąpił w jesieni 1943 r. z inicjatywą ewakuacji najcenniejszej części zbiorów Ossolińskich z zagrożonego Lwowa do Krakowa.

Podjęcie ostatecznej decyzji w tej sprawie na pewno nie było dla niego łatwe, ale rozwój wypadków wojennych przesądził sprawę. W początkach 1944 r. władze niemieckie zarządziły przeprowadzenie ewakuacji lwowskich zbiorów bibliotecznych – oprócz Ossolineum także bibliotek uniwersyteckiej i politechnicznej oraz Towarzystwa im. Szewczenki – co prof. Gębarowicz wykorzystał do realizacji swoich planów. Przygotowane przez niego z udziałem nielicznych pracowników Biblioteki dwa transporty ewakuacyjne zawierały – wbrew wyraźnym instrukcjom niemieckim, nakazującym przede wszystkim ewakuację niemieckiej literatury fachowej i księgozbiorów podręcznych czytelni głównych – najcenniejsze i starannie wyselekcjonowane zbiory specjalne i cymelia Ossolineum. Było to ok. 2300 rękopisów, ok. 2200 dokumentów (dyplomów), ok. 1700 starych druków, ok. 2400 rycin i rysunków z dawnych zbiorów Muzeum im. Lubomirskich i kolekcji Pawlikowskich oraz kilkaset sztuk numizatów. Ponadto znalazło się tam ok. 170 najcenniejszych rękopisów innej fundacyjnej biblioteki polskiej – Biblioteki Baworowskich, oraz najcenniejsze rękopisy i inkunabuły Biblioteki Uniwersyteckiej we Lwowie.

W celu zilustrowania wartości ewakuowanych wówczas ze Lwowa zbiorów Ossolińskich można podać, że znajdowały się tam prawie wszystkie najstarsze ossolińskie kodeksy średniowieczne od XII w. poczynając, materiały do historii Polski XVI-XVIII w., w tym miscellanea historyczne, diariusze sejmów, reiacje poselstw zagranicznych, zbiory oryginalnych dokumentów oraz listów królów polskich i obcych, zbiory praw i przywilejów koronnych i litewskich, akta sądowe, majątkowe i cechowe miast (m.in. Biecza, Grodziska, Kościerzyny, Stanisławowa, Lwowa), archiwa polskich rodzin magnackich Mniszchów, Rzeczyckich, Wodzickich i Fredrów oraz utwory i papiery najwybitniejszych polskich pisarzy i poetów epoki staropolskiej: Łukasza Opalińskiego, Wacława Potockiego (w tym autograf Wojny okocimskiej), Jana Andrzeja Morsztyna i Ignacego Krasickiego

Wśród ewakuowanych materiałów literackich XIX i XX w. znalazł się autograf Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, całe spuścizny rękopiśmienne Juliusza Słowackiego (z autografami Mazepy, Lilli Wenedy, Króla Ducha) i Aleksandra Fredry (z autografami Pana Jowialskiego, Ślubów Panieńskich, Zemsty i Dożywocia), a w dalszej kolejności autografy prac Seweryna Goszczyńskiego, Teofila Lenartowicza, Józefa Conrada Korzeniowskiego, Henryka Sienkiewicza (w tym autograf Potopu), Józefa Ignacego Kraszewskiego, Jana Kasprowicza, Władysława Reymonta (w tym autograf Chłopów), Stefana Żeromskiego.

Ponadto ewakuowano spuścizny rękopiśmienne lwowskich uczonych: Wojciecha Kętrzyńskiego, Ludwika Bernackiego, Oswalda Balzera, Karola Szajnochy oraz archiwum galicyjskich działaczy ruchu ludowego Bolesława i Marii Wysłouchów. Jeśli idzie o dokumenty, do ewakuacji wytypowano przede wszystkim egzemplarze najstarsze i najcenniejsze, poczynając od dokumentów papieża Grzegorza IX z 1227 r. i ks. śląskiego Henryka Brodatego z 1229r.

Ewakuowane zbiory Ossolineum dotarty w ciągu marca i kwietnia 1944 r. do Krakowa, gdzie w bezpiecznych piwnicach Biblioteki Jagiellońskiej przeczekać miały okres działań wojennych. Zbiory te jednak zostały niespodziewanie w lecie 1944 r. wywiezione przez Niemców dalej na zachód i zmagazynowane w miejscowości Adelin (obecnie Zagrodno) koło Złotoryi na Dolnym Śląsku. Szczęśliwie przetrwały tam wojnę i w 1947 r. zasiliły reaktywowaną we Wrocławiu Bibliotekę Ossolineum. Wywieziony wówczas do Krakowa zbiór grafiki obejmował w większości grafikę polską.

Prof. Gębarowicz nie chciał zapewne przekazywać w ręce Niemców najcenniejszych zabytków sztuki zachodnioeuropejskiej, obawiając się, aby nie podzieliły one losów rysunków Albrechta Durera, skonfiskowanych przez nich w Ossolineum w 1941 r. Jest natomiast prawdopodobne, że zdecydował się wówczas poza wiedzą władz niemieckich na wyekspediowanie ze Lwowa do Krakowa drogą prywatną kilkudziesięciu rysuków obcych mistrzów ze zbiorów Muzeum im. Lubomirskich, w tym zwłaszcza kolekcji rysunków Rembrandta. W końcu marca 1944 r. prawdopodobnie powierzył je wyjeżdżającemu do Krakowa konserwatorowi lwowskiemu Janowi Marksenowi, który z kolei w połowie kwietnia tego roku złożył je jako depozyt w Muzeum Narodowym w Krakowie u dyrektora Feliksa Kopery.

W tym samym czasie prof. Gębarowicz wspólnie z muzealnikami lwowskimi wziął udział w wyekspediowaniu ze Lwowa trzech dużych obrazów Jana Matejki, tj. będącej przed wojną własnością Muzeum im. Lubomirskich „Unii Lubelskiej” oraz prawdopodobnie „Rejtana” i „Batorego pod Pskowem”. Dwa te ostatnie obrazy znalazły się we Lwowie w 1943 r. po przewiezieniu ich z Łucka, i jak świadczy zachowana w papierach M. Gębarowicza fragmentaryczna dokumentacja fotograficzna, podjęto wówczas nad nimi wstępne prace zabezpieczające, a w Ossolineum spisano ich dzieje wojenne.

Warto przy tej okazji zaznaczyć, że podobne starania ewakuacyjne podjęły również archiwa lwowskie. Wówczas to – w lutym 1944 r. – ewakuowano z Archiwum Państwowego do Tyńca pod Krakowem najcenniejsze archiwalia, w tym komplet ksiąg grodzkich i ziemskich przemyskich. Natychmiast po zajęciu Krakowa w styczniu 1945 r. księgi te zostały zabrane przez Rosjan i przewiezione z powrotem do Lwowa, gdzie dotąd się znajdują.

Wobec coraz bardziej rysującej się od momentu zajęcia Lwowa przez Rosjan w lecie 1944 r. perspektywy, że Lwów znajdzie się po wojnie poza granicami państwa polskiego, uwagę M. Gębarowicza zaczął wówczas zaprzątać problem dalszych losów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

Są przesłanki pozwalające stwierdzić, że pierwsze starania o uratowanie tych zbiorów dla Polski podjął już pod koniec 1944 r. W każdym razie bezporny jest fakt, że co najmniej od początków 1945 r. opowiadał się za przeniesieniem Zakładu ze Lwowa, jako przyszłe miejsce jego lokalizacji proponując Kraków. Stał się wówczas jednym z najgorliwszych i najbardziej aktywnych rzeczników rewindykacji całych bez wyjątku zbiorów Ossolińskich przez Polskę, a jednocześnie gorącym przeciwnikiem reprezentowanych przez stronę ukraińską planów podziału zbiorów i przekazania Polsce jedynie ich małej części jako „daru” od narodu ukraińskiego.

Prof. Gębarowicz uważał Ossolineum za polską instytucję narodową. Jako dzieło całego narodu przez kilka pokoleń tworzone i utrzymywane” i za niedopuszczalne uznawał pozostawienie go w całości lub w części poza granicami Polski. Prowadzona przez niego w latach 1945-1946 działalność zmierzająca do uratowania dla polskiej kultury i nauki zbiorów Ossolińskich była rzeczywiście imponująca, zważywszy na warunki, w których przyszło mu działać, i ograniczone, coraz bardziej kurczące się możliwości.

Przede wszystkim ze względu na rozstrzygające się wówczas losy Ossolineum nie zdecydował się na opuszczenie Lwowa. Pozostając na miejscu miał możliwość bezpośredniego czuwania nad sprawami instytucji, obserwowania poczynań władz ukraińskich, a także podejmowania konkretnych prób ratowania zbiorów.

Jednym z ważniejszych kierunków jego działalności było nieustanne informowanie odpowiednich władz i środowisk w kraju o stanie spraw Ossolińskich, a także ciągłe przypominanie o konieczności pełnej rewindykacji zbiorów. Służyć temu miały przede wszystkim zarówno pisane przez niego liczne memoriały i relacje, jak i osobiste spotkanie z przebywającym we wrześniu 1945 r. we Lwowie z oficjalną wizytą wiceprzewodniczącym Krajowej Rady Narodowej prof. Stanisławem Grabskim. Uczestniczył również w pracach polskiego środowiska naukowokulturalnego we Lwowie i w sierpniu 1945 r. został wybrany na przewodniczącego działającej pod egidą Związku Patriotów Polskich we Lwowie Komisji Ekspertów dla Przejęcia Polskiego Dobra Kulturalnego, która miała się zająć zebraniem danych dotyczących polskich dóbr kulturalnych w tym mieście.

W przygotowanym wówczas – w sierpniu 1945 r. – przez M. Gębarowicza memoriale wśród podlegających zwrotowi Polsce dóbr kulturalnych wymieniano przede wszystkim całość zbiorów dwóch polskich bibliotek fundacyjnych, tj. Ossolineum i Baworowskich, polonica ze zbiorów bibliotek uniwersyteckiej i pedagogicznej, lwowskie zbiory miejskie, akta archiwalne dotyczące terenów należących do Polski, archiwa i zbiory prywatne oraz zabytki kościelne. Memoriał ten, będący najpełniejszą i najkompetentniejszą charakterystyką polskich dóbr kulturalnych we Lwowie, został wręczony wiceprzewodniczącemu KRN prof. Grabskiemu oraz dostarczony do instytucji polskich zajmujących się sprawami rewindykacyjnymi (Wydział Rewindykacji i Odszkodowań Ministerstwa Kultury i Sztuki, Polska Akademia Umiejętności).

Gębarowicz był na pewno jeśli nie autorem, to przynajmniej współautorem kolejnego memoriału skierowanego do polskich władz państwowych w pierwszej połowie 1946 r. W memoriale tym domagano się niezwłocznego podjęcia oficjalnych rozmów z ZSRR na temat rewindykacji dóbr kultury, a rozwiązanie całej sprawy widziano jedynie w zawarciu stosownego porozumienia, „gwarantującego Rzeczypospolitej całkowity zwrot prawnie się jej należącego mienia kulturalnego z obszarów wschodnich, które przez tyle wieków pozostawały w nierozdzielnej łączności z Macierzą”.

Jak argumentowano, „nie wolno tych skarbów kulturalnych uważać za zdobycz wojenną Związku Radzieckiego. Jesteśmy bowiem państwem sprzymierzonym, a nie pokonanym wrogiem, którego można ogołacać z jego dóbr kulturalnych, nagromadzonych żmudnym wysiłkiem wielu pokoleń”.

Niestety, wbrew nadziejom prof. Gębarowicza, polskie władze państwowe nie podjęły żadnych aktywniejszych starań w sprawie rewindykowania polskich dóbr kulturalnych, nie doszło również do oficjalnych rozmów z ZSRR czy Ukrainą na ten temat. W sprawę tę najsilniej zaangażowały się środowiska naukowe skupione w Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, występujące z własnymi memoriałami do rządu i prezydenta Bieruta.

Warto przypomnieć nazwiska tych naukowców, którzy w kraju wspierali działania prof. Gębarowicza. Byli to dawni profesorowie Uniwersytetu Jana Kazimierza: Franciszek Bujak, Stanisław Łempicki, Stefan Inglot oraz najbliższy przyjaciel M. Gębarowicza, dr Tadeusz Mańkowski.

Gębarowicz nie ograniczał się tylko do działań propagandowo-informacyjnych, lecz zgodnie z przyjętą przez siebie zasadą, że jeśli istnieje możliwość wyrwania stąd [tj. ze Lwowa] czegokolwiek, należy z niej skorzystać”, podjął razem z innymi zaufanymi pracownikami lwowskiego Ossolineum akcję ratowania dla Polski zbiorów Ossolińskich. Jest to najmniej znana, podejmowana z osobistym ryzykiem strona jego działalności.

Z zachowanej w jego papierach fragmentarycznej dokumentacji, a także prywatnej korespondencji i akt archiwalnych Ossolineum można stwierdzić, że w latach 1945-1946 zdołał on potajemnie przekazać do bibliotek i muzeów krakowskich poza wiedzą władz sowieckich, za pośrednictwem osób prywatnych i instytucji opuszczających Lwów, pewną ilość głównie nie zinwentaryzowanych zbiorów Ossolineum. Najważniejszą i udokumentowaną rolę odegrali tutaj oo. Dominikanie lwowscy, którzy przesiedlając się ze Lwowa w organizowanych przez siebie transportach przewieźli do Krakowa dużą partię nie zinwentaryzowanych rękopisów i starych druków Ossolineum. Była to zapewne jakaś część zbiorów, która ukryta przez Ossolineum na wiosnę 1944 r. w podziemiach klasztoru Dominikanów w obawie przed bombardowaniami nie została później stamtąd zabrana i bez większych przeszkód mogła zostać wyekspediowana ze Lwowa.

Z cenniejszych wywiezionych wówczas do Krakowa rękopisów warto wymienić autografy prac Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, spuściznę rękopiśmienną prezydenta Lwowa Tadeusza Rutowskiego, archiwa rodzinne Prusiewiczów, Massalskich i Pruszyńskich, zbiór autografów wybitnych Polaków, rękopisy ormiańskie i korespondencję arcybiskupa Józefa Teodorowicza, rękopisy ze zbioru księgarza i historyjka krakowskiego Ambrożego Grabowskiego, kartoteki i wykazy legionistów polskich z lat I wojny światowej oraz depozyty złożone w Ossolineum w latach wojny (archiwa biskupa lwowskiego Bilczewskiego i księży zmartwychwstańców oraz archiwum lwowskiej Armii Krajowej). Na stare druki składały się głównie zbiory Biblioteki Poturzyckiej Dzieduszyckich oraz mniejszych kolekcji.

Wiele szczegółów tych osłoniętych zrozumiałą tajemnicą działań nie zostanie zapewne nigdy już wyjaśnione. Przy tak szeroko zakrojonej akcji nieuniknione były też straty. Nie wszystkie przesyłki dochodziły na miejsce swego przeznaczenia, wiele zbiorów zaginięło, a pozostający we Lwowie M. Gębarowicz nie miał żadnych możliwości kontrolowania dalszych losów przekazywanych w pełnej dyskrecji zbiorów. W sumie jednak w latach 1945-1946 dzięki inicjatywie i wysiłkom M. Gębarowicza oraz innych pracowników lwowskiego Ossolineum przekazano do Krakowa znaczną ilość zbiorów lwowskich, które w latach 1948-1957 były sukcesywnie przejmowane przez wrocławskie Ossolineum.

Nie udało się natomiast M. Gębarowiczowi doprowadzić do wywiezienia ze Lwowa nie rozprowadzonych przed 1939 r. wydawnictw Ossolineum. Próby wpłynięcia na stanowisko władz Akademii Nauk USRR, zainteresowania tą sprawą Związku Patriotów Polskich, jak i nakłonienia polskiego Ministerstwa Oświaty do podjęcia interwencji nie przyniosły rezultatu, wskutek czego książki te, których wartość dla polskiej kultury i nauki po zniszczeniach wojennych wielokrotnie wzrosła, nie trafiły do polskiego czytelnika i całkowicie bezużyteczne pozostały zmagazynowane we Lwowie.

Przedstawiona działalność M. Gębarowicza była tym ważniejsza, że możliwości jego wpływu na ukraińską politykę wydzielenia części zbiorów Ossolineum jako tzw. „daru” dla Polski były od samego początku dość ograniczone. Ostateczna decyzja w sprawie wyboru druków i rękopisów do przekazania Polsce pozostać miała w rękach ukraińskiej komisji, w której zabrakło dyrektora Ossolineum.

W ten sposób, gdy we wrześniu 1945 r. pełną parą ruszyły prace około przygotowania „daru” dla Polski, M. Gębarowicz – jako „element niepewny i niepożądany” – został całkowicie odsunięty od jakiegokolwiek wpływu na podejmowanie zasadniczych decyzji, przy czym nadzorująca przygotowanie „daru” ukraińska komisja nie szczędziła mu licznych szykan i przykrości.

Uwagi powyższe staną się może bardziej zrozumiałe, gdy przybliżymy realia dokonanego w latach 1946-1947 przez Ukraińców podziału zbiorów lwowskich. Przyjętą przez nich generalną zasadą było, że wszystkie materiały pochodzące lub odnoszące się do ziem leżących na wschód od linii Curzona, a zwłaszcza materiały związane (w pojęciu komisji ukraińskiej) z historią i kulturą zachodniej Ukrainy, a także w jakikolwiek sposób wiążące się z Rosją, Białorusią, Podolem, Wołyniem, Litwą, Turcją itd. miały pozostać we Lwowie. Zasady tej przestrzegano nawet w stosunku do materiałów, w których była choćby jedna wzmianka dotycząca zachodniej Ukrainy. Znany był przypadek, że wielki fascykuł zawierający materiały wielkopolskie i śląskie nie mógł być zwrócony Polsce, gdyż znalazła się w nim tylko jedna karta poświęcona Żółkwi. Odnosiło się to także do wszelkich materiałów obcych, nie wiążących się W opinii komisji ukraińskiej z Polską.

Jak wyglądał podział w praktyce? Z Biblioteki Ossolineum Ukraińcy planowali pierwotnie przekazać zaledwie 30 tysięcy tomów książek. Liczba ta była kilkakrotnie podwyższana, aby wreszcie ostatecznie dojść w maju 1946 r. do 150 tysięcy starych druków, druków XIX i XX w. i rękopisów, co stanowiło zaledwie ok. 15-20% całości zbiorów, przy czym nie uwzględniono w ogóle zbiorów graficznych, kartograficznych oraz praktycznie całego zbioru czasopism polskich z XIX-XX w.

Personel polski wykonywał prace tylko techniczne, natomiast decyzja, kierownictwo i kontrola została powierzona Ukraińcom. Lokale, w których odbywało się pakowanie, były zamykane i personel polski nie miał do nich dostępu, a cała praca odbywała się w ogromnym pośpiechu. Podczas dzielenia zbiorów stosowano dość oryginalne kryteria. Zakwestionowano m.in. akt abdykacji króla Stanisława Augusta ponieważ nastąpił w Grodnie, druki leszneńskie Jana Amosa Komeńskiego jako bohemica, wszelkie druki dotyczące dysydentów, materiały dotyczące konfederacji barskiej, korespondencję dyplomatyczną dotyczącą rozbiorów Polski.

Podobnie przedstawiała się sytuacja w muzeach lwowskich. W Muzeum Historycznym polski personel został całkowicie odsunięty, a większość pierwotnie wytypowanych do przekazania Polsce eksponatów komisja ukraińska zakwestionowała. Tak np. z pierwotnego spisu obrazów, który obejmował 1000 pozycji, pozostało zaledwie 105, wśród których tylko nieznaczny procent stanowiły cenniejsze. W Galerii Obrazów większość wytypowanych do wysłania przez polskich pracowników obrazów komisja ukraińska zakwestionowała. Polecono m.in. wyłączyć wszystkie tzw. martwe natury, portrety dzieci, obrazy przedstawiające zwierzęta, sceny i widoki ze Wschodu, Francji itd., malowane zresztą przez polskich artystów, oraz obrazy poruszające ogólniejsze tematy, jak np. cykl „Wojna” Grottgera, motywując to tym, że wszystkie te dzieła posiadają „międzynarodową wartość”. Mieczysław Gębarowicz – Lwów- rok 1983. Fot. Piotr Szczepański

Argumentowano także, że portrety osobistości polskich malowane przez artystów obcych nie posiadają żadnego związku z kulturą polską, że wszystkie portrety kobiece, malowane nawet przez artystów polskich, nie mają znaczenia dla narodu polskiego. Sprzeciwiono się wysłaniu do Polski szkicu Jana Stanisławskiego przedstawiającego widok Zakopanego, ponieważ w tej miejscowości bawił kiedyś „nasz wielki Lenin”, oraz portretu dzieci Jana Matejki, gdyż uznano, że jest to zbyt ładny obraz na prezent. Poza tym skreślono wszystkie cenniejsze eksponaty (np. popiersie Chopina Xawerego Dunikowskiego, portrety Boznańskiej, rysunki Wyspiańskiego, obrazy Jacka Malczewskiego i Juliusza Kossaka) motywując to tym, że w Polsce znajduje się wiele dzieł tych artystów, we Lwowie natomast musi być odpowiednio reprezentowana sztuka „najbliższego sąsiada Ukrainy”. Na takich samych zasadach w Muzeum Przemysłu Artystycznego odpadła porcelana korecka itp. jako ukraińska, pasy słuckie jako białoruskie, meble gdańskie jako niemieckie.

Pozbawiony oficjalnego wsparcia ze strony władz polskich i coraz bardziej ograniczany w swoich kompetencjach prof. Gębarowicz był bezsilnym świadkiem poczynań Ukraińców. Tak, jak w latach pierwszej okupacji sowieckiej 1940-1941, tak i teraz obserwował rozgrabianie i zawłaszczanie polskich zbiorów narodowych. Szczególnie podział zbiorów Ossolińskich, dokonany arbitralnie przez Ukraińców bez liczenia się ze zdaniem i racjami strony polskiej, był nie tylko klęską jego ponad dwuletnich wysiłków o uratowanie dla Polski tej substancji narodowej, ale także osobistą tragedią ostatniego lwowskiego dyrektora tej instytucji.

Pozostając na swoim posterunku we Lwowie, M.Gębarowicz zrobił wszystko, co mógł, dla ratowania dóbr polskiej kultury. A zrobił rzeczywiście wiele. Najwięcej zawdzięcza mu wrocławskie Ossolineum. Niestety, ciągle sprawa ratowania polskich dóbr kultury we Lwowie jest przysłowiową „białą plamą”. Przez wiele lat nie można było o tym oficjalnie pisać, obecnie nie żyje już większość uczestników i świadków wydarzeń. Również i prof. Gębarowicz nigdy nie doczekał się uznania za swoje zasługi. Dlatego też przypomnienie tych faktów w setną rocznicę jego urodzin jest jakąś formą oddania hołdu temu wybitnemu polskiemu humaniście i wielkiemu patriocie.

Aleksander Szumański
https://ksi.btx.pl

MISTRZ I NAUCZYCIEL: Profesor Mieczysław Gębarowicz

Profesor Mieczysław Gębarowicz (ur. 17 XII 1893 w Jarosławiu, zm. 2 IX 1984 we Lwowie) wielki uczony i humanista – historyk sztuki i historyk, w latach 1923-1939 wykładowca Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i Politechniki Lwowskiej, ostatni dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie; wybitnie zasłużony dla sprawy kultury i sztuki Lwowa, w którym pozostał do śmierci. Autor licznych prac naukowych. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim.  
==============================
  Władysław Szczepański MISTRZ I NAUCZYCIEL Świetlanej pamięci
Profesora Mieczysława Gębarowicza   Z okresem mej młodości w mieście rodzinnym łączą się moje najpiękniejsze wspomnienia, gdyż miałem szczęście spotkać tam ludzi niezwykłych, którzy równocześnie kierowali moim życiem. Jest to już świat, który w znacznej mierze odszedł, ale to właśnie dzięki tym cichym ludziom, do końca wiernym swojej ojczyźnie, istnieje jeszcze na naszych dawnych ziemiach wschodnich polskość i ludzie posiadający świadomość swojej odrębności duchowej i swojej rodzimej kultury. Jednym z tych ludzi, który wpłynął na mnie w sposób zasadniczy, był Profesor Mieczysław Gębarowicz – wybitny uczony humanista. Poznałem Go, jako student wydziału grafiki, w roku 1974, gdy był już na emeryturze. Kim był ten człowiek dla mnie i dla całego polskiego środowiska we Lwowie ? Musiałbym na te sprawy spojrzeć z większego dystansu czasu, aby najpełniej oddać swoje spostrzeżenia i refleksje. Ponieważ mieszkam już kilka lat w Polsce i patrzę na te rzeczy jakby z boku, nabierają one dla mnie coraz większej wymowy i wartości. We Lwowie był Profesor postacią znaną i trudno należycie ocenić Jego wielką rolę w tamtym środowisku. Wartości, które wniósł do naszej historii, przetrwają, nie tylko ze względu na wielki dorobek naukowy, ale też poprzez postawę Profesora, bezkompromisowość i niezłomność Jego ducha. I właśnie ta Jego postawa jest chyba najistotniejsza, jeżeli chodzi o rolę odgrywaną w środowisku Polaków we Lwowie po 1945 roku. Postawa całego życia, którą dowiódł, ze mimo niszczenia kultury i dorobku stuleci, zniewalania ludzi i prób podporządkowania ich wschodniemu niewolnictwu, nie sposób wydrzeć człowiekowi wolnemu tego, co ma w sercu i w duszy. To właśnie, moim zdaniem, reprezentował Profesor Mieczysław Gębarowicz całym sobą, swoim niezwykle silnym, nieugiętym i szlachetnym charakterem – w obcym otoczeniu, w okupowanym powojennym Lwowie. Był tam autorytetem, przykładem i wzorem dla całego środowiska, choć przede wszystkim dla Polaków, którzy znaleźli się tam w mniejszości. Siła wewnętrzna, a równocześnie niesłychanie wysoka kultura osobista tego człowieka, robiła na otoczeniu – i to nie tylko polskim – ogromne wrażenie. Przypomina się wiele tłumaczące powiedzenie Napoleona: „Religia i narodowość – to jest jak gwóźdź, im mocniej się go bije, tym on głębiej wchodzi.” Z Profesorem miałem sposobność wiele rozmawiać. Zawsze, do końca życia był młody i – co znamienne – rozmawiając z Nim nie wyczuwało się wcale różnicy wieku. Był dla mnie Przyjacielem, odgrywa do dziś w moim życiu dużą rolę, gdyż był znawcą sztuki niezwykle wymagającym, a Jego stosunek do twórczości był na wskroś uczciwy. Wysiłek twórczy stanowił dla Niego kryterium wartości artystycznej dzieła. Przy tym jako nauczyciel nigdy niczego nie narzucał, a jest to chyba nie bez znaczenia dla młodego artysty, który ciągle poszukuje swoich dróg. Uważał, ze warunkiem każdej twórczości jest wolność, nauczył wierzyć we własne siły i nie cofać się nigdy przed tym, co mogłoby się wydawać trudne. Jego uwagi krytyczne były wprost bezcenne, był jednym z niewielu spotkanych przeze mnie ludzi o tak niesłychanie subtelnym wyczuciu i wyjątkowej wprost wrażliwości na piękno i formę plastyczną. Dużą wagę przywiązywał do tego, czy artysta, a szczególnie grafik, umie rysować. Wiele od Niego się nauczyłem, pomógł mi odnaleźć swoje własne możliwości w sztuce. Entuzjazm w moim działaniu – Jemu niewątpliwie zawdzięczam. Powojenna działalność Profesora przypadała na okres, kiedy kultura i sztuka podporządkowane były propagandzie. Moja twórczość, która rozwijała się wówczas w kierunku czystej abstrakcji, mało kogo obchodziła, a na wystawach liczyło się tylko to, co służyć mogło w jakiś sposób dyktaturze partii. Profesor należał do nielicznych w tamtym środowisku ludzi, z którymi mogłem na temat swojej twórczości rozmawiać, a ponieważ każda twórczość skierowana jest do odbiorcy – żywe zainteresowanie nią Profesora i rzeczowa, nieraz surowa krytyka miały dla mnie nadzwyczaj istotne znaczenie. Interesował się też Profesor moją pracą pedagogiczną, której się poświęciłem. Od roku 1977, po ukończeniu studiów, zacząłem uczyć uzdolnione plastycznie dzieci i młodzież. Działalność tę prowadziłem w realiach szkoły sowieckiej, gdzie nauczanie i wychowywanie było właściwie tępieniem indywidualności dziecka. I na tym tle dochodziło nieraz do nieporozumień miedzy mną i kolegami, gdyż uważałem, że dziecku nie należy narzucać schematów i swojej woli, ale traktując każdego ucznia indywidualnie, pozostawiać mu wiele swobody i przyzwyczajać do samodzielnego wypowiadania się przy pomocy rysunku i koloru. Zrozumienie i oddźwięk dla swego wysiłku, swoich poczynań i, nieraz, eksperymentów pedagogicznych znajdowałem u swoich uczniów, no i u swego Profesora, ale nie w kręgach kierowników i specjalistów z urzędu. Wiele się od Profesora nauczyłem dzięki rozmowom, w bezpośrednim kontakcie, ale równie dużo czerpię, także dziś, z Jego prac. Mają one dla mnie wielką wartość – problemy w nich zawarte są nadal aktualne. Na szczególną uwagę zasługuje opublikowana w maju 1982 roku w Znaku „Autobiografia. Jeden żywot w służbie nauki”. Nie dziwię się też, że recenzja „Wstępu do historii sztuki” pod redakcją P. Skubiszewskiego i „Niektóre zagadnienia metodologii sztuki” ogłoszone przez Profesora w Biuletynie Historii Sztuki (w latach 1975-76) były wtedy bardzo cenione, szczególnie w kręgach historyków sztuki w Polsce. Słyszałem o takich przypadkach, że były przez studentów przepisywane ręcznie. Dla mnie Profesor ciągle żyje i jest kimś bardzo realnym. Jest to zapewne dowód na to, że istnieją rzeczy ponadczasowe. Nie ulegają one zniszczeniu i właśnie chyba one stanowią największą i najgłębszą, nieprzemijającą wartość. Na pewno jest nią wysiłek twórczy w nauce i sztuce, w którym człowiek może się, w jakimś stopniu, upodabniać do Stwórcy. Postać Mieczysława Gębarowicza jest dla mnie równocześnie uosobieniem czegoś niezwykle czystego i szlachetnego. Może dlatego, że właściwie nigdy nie zajmował się własną osobą, jakby przekreślił samego siebie… „Jeśli człowiek chce coś w życiu stworzyć, coś po sobie zostawić – musi wyjść poza siebie samego” – tak kiedyś powiedział Profesor do swego młodego rozmówcy. Niczego nie robił dla swojej własnej wygody i korzyści i chyba z taką postawą przeszedł przez cale swoje życie. Na dzisiejszym tle sylwetka Profesora może czasami sprawiać wrażenie szaleńca. A przecież takie bezinteresowne poszukiwanie prawdy – na każdej drodze życiowej – stanowi istotę życia i jego głęboki sens. Jakim był Profesor w bezpośrednim kontakcie ? Była to niezwykła i pełna czaru w obcowaniu osobowość. Cechami, które zwracały uwagę od początku były Jego optymizm, pogoda i hart ducha, a przy tym niezwykłe wprost poczucie humoru. Obcowanie z nim nie tylko wzbogacało innych wewnętrznie, ale przynosiło ludziom radość i dodawało sił duchowych. W atmosferze bezprawia, beznadziejności, wegetacji i zdemoralizowania oraz zakłamania i obłudy, które nas tam zewsząd otaczały, wśród ludzi, których postawą życiową była kapitulacja, często przejawiająca się w negacji i bierności – Jego cechy, mające swoje źródło w zdrowiu moralnym, budziły podziw w otoczeniu znajomych i bliskich Mu osób. Obcych – powojennych mieszkańców Lwowa – nieraz to intrygowało, gdyż nie potrafili takiego usposobienia i postawy życiowej logicznie wytłumaczyć. Reprezentował wśród napływowej ludności Lwowa, jak zresztą większość mieszkających tam Polaków, którzy nie zatracili swojej tożsamości, inny świat – i na tle systematycznie niszczonego człowieka stanowił zagadkę. Wspomnieć tu należy, ze po wkroczeniu sowietów cała niemal Jego rodzina została wywieziona na Wschód, On zaś pozostał we Lwowie sam, ale nigdy tej swojej podjętej raz decyzji nie komentował i nie żałował. Jako historyk sztuki był przez tamto środowisko naukowe i kulturalne dyskryminowany, a po solidarnie zorganizowanej przez kręgi nowych naukowców nagonce został odrzucony i po prostu nie istniał. Nie miał tam możliwości zabierania głosu jako humanista. Był niewygodny. Na każdym niemal kroku doznawał, tak jak i inni Polacy, różnego rodzaju przykrości. Ponadto nie miał możliwości publikowania swoich prac. W roku 1963 został zwolniony z pracy w Muzeum Etnografii, drogę zaś do źródeł w Archiwum Miasta i zbiorów rękopisów Biblioteki Ossolineum miał zamkniętą. Mimo wielu trudności i szykan, które Go tam spotykały, ratował dorobek kulturalny wielu pokoleń, do końca swoich dni pracował, korzystając jedynie ze zbiorów biblioteki uniwersyteckiej, gdyż do jej czytelni tylko miał dostęp. Był człowiekiem prostym i przystępnym, a równocześnie niezwykle delikatnym oraz niespotykanie taktownym i dyskretnym. Posiadał szaloną dyscyplinę wewnętrzną i wiele wymagał – przede wszystkim od siebie. Mówił niewiele, głosem spokojnym, nie uciekając się do retoryki, myśli swe zawsze formułował prosto i jasno, nieraz w sposób syntetyczny. Często posługiwał się aluzjami, pozostawiając pole dla domysłu. Każde wypowiadane przez Niego zdanie, czy to o życiu, czy też o sztuce, miało głęboki sens i prawdziwą wartość. Posiadał wyjątkowe poczucie odpowiedzialności za słowo. Można było podziwiać bogactwo Jego wiedzy, myśli i spostrzeżeń. Nieraz przytaczał w odpowiednim momencie przysłowia (nie tylko polskie) i dowcipy jako skróty myślowe. A pamiętał ich naprawdę wiele. Folklor, zwłaszcza ukraiński i rosyjski, znał znakomicie, często – ku zdumieniu tych, do których ów folklor należał – o wiele lepiej niż oni. Zarówno w swoich pracach, jak i w żywym słowie na co dzień, posługiwał się piękną polszczyzną. Zawsze żywo interesował się tym, co się działo dookoła w życiu i w kulturze. Miał niezwykle szerokie horyzonty i zainteresowania – można z Nim było rozmawiać o wielu sprawach. Każdy problem – czy to w kulturze, czy w życiu – widział w szerokim ujęciu. Przy tak wielkiej wiedzy i erudycji nie wytwarzał z nikim w rozmowie dystansu i nie dawał odczuć swojej wyższości. Mimo sędziwego wieku nie zatracił wrażliwości na otaczający Go świat i żywej wyobraźni. Do wszystkiego próbował się ustosunkować, wnikliwie i uważnie obserwował i mnóstwo niejasnych, nowych zjawisk umiał sobie wytłumaczyć, a zdanie swoje potrafił odważnie zaznaczyć. Ciągle pracował, szczególnie intensywnie już po przejściu na emeryturę, kiedy stracił pracę. Obserwując człowieka w tak podeszłym wieku z bliska, można było zauważyć, jak praca twórcza potrafi regenerować cały organizm. Praca z powołania może odradzać i mobilizować, gdyż warunkiem zdrowia człowieka jest – jak mi się wydaje – jego życie duchowe i właściwie obrany cel. Zawsze służył życzliwą radą i pomocą naukowcom, którzy przyjeżdżali z Polski, jak magnes przyciągał do siebie miejscowych z najbliższego otoczenia ale i przyjeżdżających swoich i obcych, nieraz z Kijowa, Moskwy czy Petersburga. Drzwi Jego mieszkania były zawsze otwarte dla wszystkich, niezależnie od narodowości, przekonań i poglądów. Wielu jest takich ludzi, którym pomógł i którzy korzystali z Jego rad. Z każdym, kto tego pragnął, próbował rozmawiać. Dla każdego miał czas i był niezwykle gościnny. W całym okresie powojennym miał wiele kontaktów korespondencyjnych z Polską i, co warto zaznaczyć, nigdy nie zostawiał listów bez odpowiedzi. Wyznawał zasadę: „Pisać listy jest grzecznością, ale odpisywać jest to obowiązek”. Sądzę, że korespondencja Profesora z kolegami, przyjaciółmi i krewnymi w Kraju stanowić może w przyszłości nieoceniony materiał do pełnego naświetlenia Jego sylwetki, gdyż to, co sam pisał przemawia bardzo mocno – czasami silniej niż jakikolwiek komentarz. Listy Jego robią duże wrażenie, wypowiadał się w nich w sposób bezpośredni, między innymi o kulturze i sztuce. Myślę, ze niektóre z nich złożyć się mogą na taki swego rodzaju Jego autoportret. Żywo się interesował i autentycznie przeżywał wszystko, co działo się w Polsce powojennej i nieraz był lepiej zorientowany w sytuacji, niż niektórzy odwiedzający Go z kraju. W rozmowie każdego traktował z szacunkiem i umiał słuchać. Był życzliwy dla wszystkich, nie był Mu obojętny los Polaków we Lwowie, i co istotne, zawsze pamiętał o innych, nawet zwykłych, szarych ludziach. Opiekował się też młodzieżą, przekazywał jej swoje wiadomości. Na wielu wpłynął, wielu wychowywał, ale zawsze odbywało się to w sposób cichy, bez rozgłosu. Interesował się też amatorskim teatrem polskim i bywał na jego przedstawieniach przy ul. Kopernika. Była to jedyna placówka we Lwowie, gdzie Polacy mogli się spotykać i zaspokajać swoje potrzeby kulturalne. Niełatwo jest w słowach ująć i przybliżyć taką sylwetkę, choć miałem okazję obserwować Profesora z bliska przez ponad 10 lat. W ostatnich latach (a nawet miesiącach) życia Profesor Mieczysław Gębarowicz pozował mi do portretu. W ten sposób powstało kilka rysunków wykonanych z natury. Głęboki umysł, równowaga wewnętrzna i jakąś taka doskonałość Profesora nie były dla mnie czynnikami ułatwiającymi portretowanie. Niemniej jednak uważam, że udało mi się coś o Mieczysławie Gębarowiczu przez te portrety powiedzieć i w tej postaci utrwalić. Profesor zmarł nagle, w niedzielę, drugiego września 1984 roku. Z głębokim żalem pożegnaliśmy Go we Lwowie 5 września na cmentarzu Łyczakowskim. Odszedł w wieku 91 lat, do końca swoich dni czynny jako naukowiec, oddany i wierny swojemu miastu. Nadal żyje w swoich pracach i w pamięci tych wszystkich, którzy zetknęli się z Nim osobiście. Żyje jako człowiek prawy, który pozostał sobą, bez względu na okoliczności, w jakich przyszło Mu żyć. Spojrzenie na Jego drogę życiową wywołuje głęboki szacunek, napawa optymizmem i wiarą w swój własny naród. Przychodzą mi na myśl słowa Benedykta Dybowskiego, który tak kiedyś powiedział: „Według mojego widzenia rzeczy ten kto kocha szczerze kraj swój, potrafi sercem być w nim zawsze, chociażby był od niego oddalony o tysiące kilometrów, kto tej miłości nie posiada, będzie mu kraj własny obcym, chociażby w nim przebywał stale.” Mieczysław Gębarowicz był niewątpliwie człowiekiem opatrznościowym w zagarniętym powojennym Lwowie. Wartości moralne, które wniósł do naszej kultury na zawsze pozostaną wzorem cichego i skromnego życia, w całości podporządkowanego sprawom Ojczyzny. Copyright 1994 Władysław Szczepański
Wszystkie prawa zastrzeżone.
GŁOS LECHA KALINOWSKIEGO W IMIENIU PAU, STOWARZYSZENIA HISTORYKÓW SZTUKI I UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO W imieniu Wydziału Filologicznego Polskiej Akademii Umiejętności, którego profesor Mieczysław Gębarowicz był członkiem-korespondentem od 17 czerwca 1938, a członkiem czynnym od 20 lipca 1945, i w imieniu Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Historyków Sztuki, które w roku 1972 nadało mu godność członka honorowego, a także w imieniu Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego profesor Gębarowicz był wypróbowanym przyjacielem, w setną rocznicę jego urodzin i w roku dziesiątej rocznicy jego śmierci składam hołd jego pamięci, wyrażając głęboką wdzięczność za naukowe osiągnięcia i patriotyczne dokonania. Znakomity historyk sztuki i historyk zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach polskiej nauki, a swoim patriotycznym dziełem dał przykład, jak należy służyć ojczyźnie za cenę osobistych wyrzeczeń. Jest tragicznym znamieniem polskiego losu, że w roku 1994 czcząc w wolnej Polsce pamięć zmarłego w roku 1984 we Lwowie uczonego powtórzyć przychodzi, nie bez goryczy, słowa wypowiedziane w roku 1911, w czasach rozbiorowej niewoli przez Kazimierza Morawskiego, ówczesnego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, nad trumną twórcy polskiej historii sztuki Mariana Sokołowskiego: „Kto porówna pogodne twarze uczonych Zachodu, którym błogiego spokoju w służbie nauki nie zmącą boleść dnia teraźniejszego, żadne utrapienia publiczne, z naszymi zatroskanymi twarzami, na których nieszczęścia kraju wyciskają piętno ciągłego niepokoju, ten uzna ogromną odrębność warunków, wśród których się znoimy, przyzna, że praca nasza bywa często zwycięstwem nad samym sobą, wysiłkiem i poświęceniem, a dosięga niekiedy dostojności ofiary i modlitwy za ojczyznę”. Profesor Mieczysław Gębarowicz całą swoją pracą, całą swoją działalnością, całym swoim życiem ukazał, jak się dostojność tej ofiary osiąga, jak brzmi zrodzona z niej modlitwa za utraconą ojczyznę. Był, jest i pozostanie wzorem szlachetności umysłu, prawości postępowania i wierności Polsce. Za Czasopismem Zakładu Narodowego im. Ossolińskich Z.4, Wrocław 1994. Piotr Czartoryski-Sziler Wielcy zapomniani Mieczysław Gębarowicz – strażnik dóbr narodowych Nasz Dziennik, 1-2 października 2005, Nr 229 (2334) W okresie II wojny światowej i w latach powojennych prof. Mieczysław Gębarowicz, rezygnując ze swoich ambicji naukowych i kariery zawodowej, całkowicie poświęcił się ratowaniu zgromadzonych we Lwowie dzieł polskiej kultury. Działalność ta związana była nierozerwalnie z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich, którego przez lata był kierownikiem. Urodził się 17 grudnia 1893 roku w Jarosławiu. Dom rodzinny ukształtował jego przywiązanie do wartości elementarnych, tj. umiłowania prawdy, uczciwości, rzetelności, wierności obowiązkowi i samemu sobie. Naukę szkolną rozpoczął w Stanisławowie, w którym zamieszkał z rodzicami po kilku latach. Kontynuował ją w Buczaczu, potem we Lwowie, z którym związał się już na stałe do końca swojego pracowitego życia. Początek kariery We Lwowie właśnie w 1912 roku rozpoczął wyższe studia historyczne na dwu kierunkach: historii powszechnej i historii sztuki na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza. W 1918 roku brał udział w obronie Lwowa. Następnie, już w 1920 roku, został asystentem katedry Historii Polski Uniwersytetu Lwowskiego, a w 1921 r. skończył studia uzyskaniem doktoratu. Rok 1922 to rok podjęcia przez profesora pracy w Zakładzie Narodowym imienia Ossolińskich, „początkowo jako bibliotekarza, ze specjalnym przydziałem do Zbiorów Pawlikowskich, od 1923 r. jako kustosza Muzeum im. Lubomirskich”. To muzeum, będące integralną częścią składową Ossolineum, zajmowało jedno z naczelnych miejsc wśród kolekcji muzealnych II Rzeczypospolitej, szczycąc się też mianem jednego z najstarszych w kraju muzeów publicznych. Profesor prowadził tutaj szeroko zakrojoną pracę naukową. „Mój profil naukowy – pisał w 'Autobiografii’ – sprawiał kłopot przy próbach opatrzenia go etykietką: historyk czy historyk sztuki. Mam wrażenie, że w tym wypadku, jak i w podobnych, problem przestałby istnieć przy zastąpieniu dylematycznego 'czy’ łącznikiem 'i’. W rzeczywistości bowiem jestem – jeśli idzie o przygotowanie teoretyczne – jednym i drugim. Zasadniczo uprawiam historię sztuki, ale z zastosowaniem historycznego trybu myślenia. Jeśli czasem daję się skusić 'czystej’ historii, jest to zabieg higieny duchowej. Idzie o to, aby najeżone niebezpieczeństwami subiektywizmu manowce historii sztuki zastąpić na chwilę twardym gruntem zobiektywizowanej metodologii i jednoznacznej terminologii historii, tej matki i królowej nauk”. Profesor podróżował często do Włoch, Francji, Belgii, Hiszpanii, Niemiec, Austrii i Czechosłowacji. W 1928 roku obronił rozprawę habilitacyjną na Uniwersytecie Lwowskim, uzyskując stopień docenta historii sztuki, w roku 1936 zaś został mianowany profesorem na Wydziale Humanistycznym tej naukowo-dydaktycznej placówki. Od 1923 do 1938 roku wykładał również historię sztuki na Wydziale Architektonicznym Politechniki Lwowskiej. Wybuch II wojny światowej przyniósł straty w ludziach nauki we Lwowie. Już 18 września 1939 roku, w czasie niemieckiego oblężenia Lwowa, zmarł na zawał serca ówczesny dyrektor Zakładu Narodowego Ludwik Bernacki. Kierownicze funkcje w Ossolineum przejęli wówczas: Mieczysław Gębarowicz, Kazimierz Tyszkowski i Władysław Wisłocki, z tym że drugi z wymienionych wkrótce zmarł, nie wytrzymawszy ciężkich, zimowych warunków pierwszej sowieckiej okupacji Lwowa. Ostatni polski opiekun Ossolineum Profesor Gębarowicz nie miał dużego wpływu na losy Ossolineum, które zostało wkrótce nazwane „Lwowską filią Biblioteki Akademii Nauk USRR”, a mimo to całe swoje życie poświęcił na ratowanie znajdujących się w nim zbiorów kultury narodowej. W grudniu 1939 roku nowa władza formalnie już włączonego do USRR Lwowa postawiła na czele Ossolineum polskiego komunistę Jerzego Borejszę, po którym przychodzili kolejni ludzie oddani Sowietom. Zajmowali się oni likwidacją Ossolineum, która przebiegała równolegle z likwidacją innych zbiorów bibliotecznych. Delegowani ze wschodu ludzie nie byli zorientowani w charakterze i znaczeniu miejscowych zbiorów muzealnych czy bibliotecznych. Nie liczyli się oni z historycznie ukształtowanymi kolekcjami, gromadzonymi w ciągu całych dziesięcioleci. Rozpraszano więc je zupełnie dowolnie, wcielając do innych zespołów. Taki los dotknął jedną z najstarszych polskich kolekcji muzealnych o charakterze publicznym, a mianowicie Muzeum im. Lubomirskich, jedną z części składowych Zakładu Narodowego. „Muzeum Lubomirskich ze swymi cennymi zbiorami historycznych i artystycznych poloniców i zbiorami malarstwa europejskiego poszło w rozsypkę. Jedynie kolekcja rysunków i grafiki pozostała w ramach Biblioteki. Likwidacja Muzeum im. Lubomirskich była jednym z gorzkich doświadczeń profesora Gębarowicza. Jako kustosz Muzeum, nie mógł przeciwstawić się skutecznie zarządzeniom nowej władzy. (…) Nie mógł przeciwdziałać nie tylko faktycznej likwidacji Muzeum im. Lubomirskich, ale nawet nie miał jakiegokolwiek wpływu na system przewożenia muzealiów z gmachu Ossolineum do nowych miejsc przeznaczenia (…) Zbiory malarstwa i rzeźby natomiast podzielono między lwowskie muzea, skąd później – w wyniku wymian muzealiów – niektóre obiekty wywędrowały w ogóle ze Lwowa. Jedynie część – i to wyłącznie malarstwo polskie – znalazła się po wojnie w muzeum wrocławskim (Muzeum Śląskim, później Narodowym), a 'Unia Lubelska’ Jana Matejki w Lublinie. Trafiły tam w ramach tzw. daru muzeów Ukraińskiej SRR dla muzeów polskich. Niekiedy osoby mało zorientowane używają w stosunku do tej części zbiorów lwowskich (prócz prac z Muzeum Lubomirskich, również i innego pochodzenia) określenia 'rewindykowane ze Lwowa’, co jest oczywistym nieporozumieniem” – pisze Janusz Michałowski w pracy zatytułowanej „Mieczysław Gębarowicz – obywatel Miasta Zawsze Wiernego”. Pomimo panujących wówczas bardzo ciężkich warunków zespół dawnych współpracowników Ossolineum pod kierunkiem prof. Gębarowicza porządkował i inwentaryzował duże zbiory biblioteczne, które po wybuchu wojny z różnych powodów trafiły do Zakładu Narodowego we Lwowie. Kiedy w 1941 roku trwały walki niemiecko-sowieckie, których wynikiem było wycofanie Armii Czerwonej ze Lwowa i zajęcie miasta przez Niemców, kierownikiem Ossolineum został ponownie Mieczysław Gębarowicz. Pod jego przewodnictwem, mimo szykan i przeszkód zarówno ze strony Niemców, jak i ukraińskich nacjonalistów, w dalszym ciągu trwały prace nad porządkowaniem, uzupełnianiem i katalogowaniem zbiorów bibliotecznych. Z jego inicjatywy pracownicy dokonywali np. systematycznego przeglądu zbioru periodyków, uzupełniając je o brakujące strony czy numery z egzemplarzy, które trafiły do zbiorów po wrześniu 1939 r. w rezultacie konfiskaty mniejszych bibliotek i zbiorów prywatnych. Inną rzeczą podjętą z myślą o przyszłości było zainicjowane przez profesora w czasie niemieckiej okupacji Lwowa opracowanie katalogu systematycznego księgozbioru. Trzeba także wspomnieć o uratowaniu zbiorów Biblioteki Uniwersytetu Jana Kazimierza oraz bibliotek, zakładów i katedr uniwersyteckich. Mimo że profesor był fizycznie wątły i słaby, nie przeszkodziło mu to z niespożytą energią organizować akcji ratowania i zabezpieczania skarbów Ossolińskich, zagrożonych wobec zajęcia gmachu uniwersytetu przez niemieckie lotnictwo. Pisze o tym Witold Szolginia w „Tamtym Lwowie”: „Gdy w następstwie zajęcia gmachu Uniwersytetu Jana Kazimierza przez niemiecką Luftwaffe (wojska lotnicze) zbiory jego Biblioteki oraz bibliotek zakładów i katedr uniwersyteckich zostały skrajnie zagrożone ich zniszczeniem – z inicjatywy profesora cały ten liczący ponad sto tysięcy woluminów księgozbiór został własnymi siłami pracowników Ossolineum przeniesiony ręcznie (żadnymi bowiem środkami transportu nie dysponowano) do gmachu Zakładu Narodowego. (…) Pod sam już koniec niemieckiej okupacji Lwowa, w następstwie sowieckich bombardowań miasta w kwietniu i maju 1944 roku, które uszkodziły między innymi także budynki Zakładu i naraziły na zniszczenie zbiory biblioteczne, głównie dzięki – jak to zapisał jeden z biografów profesora Gębarowicza – 'jego niebywałej energii naprawiono powstałe uszkodzenia i zabezpieczono zbiory'”. Kiedy nastała druga sowiecka okupacja miasta, profesor w latach 1946-1949 pełnił jeszcze funkcje kierownicze zarówno w dawnym Ossolineum, jak i na uniwersytecie. Niestety, już w lutym 1950 roku władza sowiecka zaostrzyła postępowanie wobec profesora. Został on, jak później sam to opisał w swojej autobiografii, „wraz z innymi starymi pracownikami Biblioteki, jako żywioł niepożądany, zwolniony z pracy”. Pracował więc jako zwykły bibliotekarz w różnych instytutach Akademii Nauk ZSRR, a gdy zorganizowano Oddział Nauki o Sztuce Instytutu Nauk Społecznych AN USRR we Lwowie, został tam przeniesiony na stanowisko młodszego pracownika naukowego. Dopiero w 1962 roku Sowieci nadali mu nominację na „starszego pracownika naukowego”. Były to oczywiste kpiny, ponieważ prof. Mieczysław Gębarowicz był już wtedy znany w Polsce i w Europie jako wybitny lwowski uczony o ogromnym dorobku naukowym. Niezłomny Polak Profesor Mieczysław Gębarowicz nie opuścił Lwowa, jak wielu mu doradzało. Pozostał wierny miastu swojej młodości i ogromnym zbiorom kultury polskiej, które po wojnie w większości pozostały za wschodnią granicą. Nie mógł pogodzić się z faktem, że Lwów został zabrany Polsce i do ostatnich swoich dni uważał, że nie mieszka poza Polską, a Miasto Zawsze Wierne to w dalszym ciągu jego Ojczyzna. Z tego też względu traktowany był przez tamte władze z zajadłą wrogością, nieufnością i podejrzliwością. Często był upokarzany i narażany na ohydne prowokacje mające na celu jego pognębienie. Mimo to zachował spokój ducha, wewnętrzną niezależność i wolność. Janusz Michałowski, jeden z biografów profesora, pisze o nim następująco: „Zachował twarz, niezależność, a jednocześnie musiał lawirować, by jakąś spontaniczną reakcją nie dać argumentów przeciwko sobie, zwłaszcza że był podejrzewany o to, że jest… rezydentem Rządu RP na Obczyźnie, 'rządu londyńskiego’. Siłę czerpał z przekonania, że jest tam właśnie, we Lwowie, mieście młodości i pierwszych naukowych sukcesów, potrzebny, i że nikt go na tym posterunku nie zastąpi. W trudnych więc warunkach podejmuje pracę naukową, choć stopniowo zamykają się przed nim te właśnie zbiory, których ratowaniu poświęcił tyle wysiłku, choć brak partnerów do naukowych dyskusji, a przed 'kolegami’ z instytucji, w których pracował, należy się kryć z tym, co się robi…”. W latach 1927-1939 powstały najważniejsze prace mediewistyczne tego wielkiego uczonego: „O początkach kultu św. Stanisława i jego średniowiecznym zabytku w Szwecji” (1927 r., 1928 r.), „Zabytki sztuki romańskiej na Śląsku” i dwie prace wydane w 1934 r.: „Architektura i rzeźba na Śląsku do schyłku XIV w”. oraz II tom uniwersyteckiego podręcznika historii sztuki (zwanego popularnie „Historią sztuki Ossolineum”) poświęcony sztuce średniowiecza. Wymienić należy jeszcze choć kilka pozycji książkowych, które profesor w skrajnie trudnym dla siebie powojennym okresie życia napisał we Lwowie. Są to: „Studia nad dziejami kultury artystycznej późnego renesansu w Polsce” (1962 r.), „Psałterz Floriański i jego geneza” (1965 r.), „Szkice z historii sztuki XVII wieku” (1966 r.), „Portret XVI-XVIII wieku we Lwowie”(1969 r.), „Materiały źródłowe do dziejów kultury i sztuki XVI-XVIII wieku” (1973 r.), „Jan Andrzej Próchnicki (1553-1633), mecenas i bibliofil. Szkic z dziejów kultury w epoce kontrreformacji” (1980 r.). Dodajmy, że pierwsza z wymienionych powojennych książek stała się powodem gwałtownej napaści rosyjskich i ukraińskich „uczonych” na profesora Gębarowicza, co w efekcie przyczyniło się do jego karnego przeniesienia na emeryturę. Jako powód tej krzywdzącej go decyzji podano w uzasadnieniu, że napisał książkę „antynaukową i antyukraińską za ukraińskie pieniądze”. Chodziło o to, że profesor jako przykład uzasadniający swoje wywody zawarte w tej książce podawał renesansową architekturę Lwowa, który z przyczyn dla niego oczywistych umiejscawiał w Polsce. Ci zaś nie mogli pogodzić się z prawdą, że to miasto i Ruś Czerwona należały do Rzeczypospolitej. Miłośnik i strażnik zabytków Lwowa Oddajmy jeszcze raz głos Witoldowi Szolgini, który we wspomnianej już wyżej książce w szczególny sposób podkreśla wielkie zasługi dla Lwowa prof. Mieczysława Gębarowicza: „Oto w ileś tam lat po zakończeniu drugiej wojny światowej komunistyczni 'gospodarze’ miasta postanowili odnowić stojącą na Wałach Gubernatorskich Basztę Prochową. Zrobili to oczywiście po swojemu, czyli zarazem po dyletancku i po barbarzyńsku: dokumentnie otynkowali (!) stare, kamienne mury warownej budowli i zniszczyli zabytkowe, ceramiczne pokrycie jej stromego dachu. Kiedy zrzucano z niego stare dachówki, ich potłuczone czerepy zbierał ukradkiem profesor Mieczysław Gębarowicz – Arcylwowianin, wielki polski uczony, znakomity historyk sztuki o europejskiej sławie, były wieloletni kustosz i potem dyrektor Ossolineum, były profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza, który pilnie śledził dalsze, jakże często fatalne losy lwowskich muzealiów i archiwaliów. W trybie tych właśnie działań chronił od ostatecznego zniszczenia także wspomniane ułomki zabytkowych dachówek z Baszty Prochowej… (…) I takim właśnie – wybitnym uczonym, niezwykle pracowitym i twórczym, duchowo niezależnym, niepodległym i nieugiętym, a przy tym nadzwyczaj skromnym i powściągliwym, strażnikiem skarbów narodowych, wzorowym Polakiem i zawsze wiernym synem Zawsze Wiernego Miasta – pozostał profesor Mieczysław Gębarowicz aż do końca swego żywota”. Dodajmy, że przez całe życie towarzyszyło mu poczucie misji uczonego i intelektualisty w społeczeństwie oraz umiłowanie wartości nieprzemijających. Zmarł we Lwowie 2 września 1984 r., został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim. Piotr Czartoryski-Sziler

Emanacja Złego. Groźna mutacja marksizmu czyli marksizm kulturowy postawił wszystkie karty na deprawację nieletnich.

Emanacja Złego. Groźna mutacja marksizmu czyli marksizm kulturowy postawił wszystkie karty na deprawację nieletnich.

Izabela Brodacka, 24 paźdz. 2023

Stan Kalifornia przyjął niedawno ustawę umożliwiającą odbieranie dzieci rodzicom, którzy nie zgadzają się na poddanie dzieci procedurze zmiany płci. Procedura zmiany płci to nie tylko zmuszanie rodziców i nauczycieli żeby Jasia nazywali Małgosią, bo taką fantazję ma w danej chwili przekorny bachor. Procedura zmiany płci, która może odbywać się bez wiedzy i zgody rodziców, niejako za ich plecami, to podawanie dziecku ogromnych dawek hormonów rujnujących jego rozwijający się organizm, a następnie amputowanie właściwych jego płci genitaliów i z resztek tych genitaliów odtwarzanie namiastki narządów płci przeciwnej, rzekomo pożądanej.

To zabiegi czy operacje nieodwracalne, głęboko okaleczające poddaną im osobę. Pół biedy jeżeli poddaje się im kierowana modą czy faktycznym pragnieniem zmiany płci osoba dorosła. Sama ponosi konsekwencje własnej głupoty albo cieszy się uzyskanym efektem operacji.  Do dorosłych stosuje się -choć nie zawsze- starożytna zasada volenti non fit iniuria czyli chcącemu nie dzieje się krzywda.

Nie zawsze – bo jeżeli dorosły zechce na przykład spalić swój dom, świadkowie nie tylko nie muszą mu w tym pomagać lecz wręcz przeciwnie, powinni mu przeszkodzić w realizacji tego pragnienia. Zasady „volenti non fit iniuria” w żadnym przypadku nie wolno jednak stosować do dzieci. Dziecko może zapragnąć na przykład wypić płyn borygo, albo wyskoczyć z dziesiątego piętra, albo zrezygnować z nauki w szkole i nikt nie ma chyba wątpliwości, że dorośli powinni realizacji tych marzeń przeciwdziałać.

Brak właściwej identyfikacji płciowej to zaburzenie czy dolegliwość psychiczna, która dotyczy nie tylko dorosłych lecz faktycznie zdarza się również w wieku dziecięcym. Skutecznie leczył to zaburzenie Andrzej Samson choć jego metody nie wszystkim przypadłyby do gustu. Andrzej Samson oskarżony o pedofilię podobno popełnił samobójstwo. Nie doczekał legalizacji pedofilii która -obawiam się -jest już bliska.  Pracują nad tym liczni „ profesorowie”. Słowo „profesorowie” piszę w cudzysłowie bo za dawnych dobrych czasów takiego profesora, za przykładem Kmicica,  pognano by batem po śniegu aż za ruską granicę.

Naiwnością byłoby sądzić, że to problemy amerykańskie i nas nie dotyczą. Kiedy wiele lat temu przetłumaczyłam książkę „Kinsey – seks i oszustwo” autorstwa Edwarda W. Eichel oraz Judith Reisman ( tak naprawdę miała to być tylko adiustacja lecz ze względu na błędy tłumaczki przerodziła się w tłumaczenie) znajomi nie chcieli czytać otrzymanych w prezencie moich autorskich egzemplarzy. „To nas nie dotyczy”- mówili. Mieli na myśli opisywane w książce lekcje seksu w szkołach oraz odbieranie dzieci rodzicom, którzy nie chcieli się na to zgodzić. Również opisywane przez autorów zajęcia integracyjne na wakacyjnych obozach, podczas których chłopcy mieli za zadanie badać sobie wzajemnie prostatę  per rectum.

Gdy świadomi zagrożeń dziennikarze opisywali praktyki niemieckiego urzędu do spraw młodzieży ( Jugendamt) odbierającego dzieci rodzicom nie zgadzającym się na lekcje masturbacji w przedszkolu naiwni twierdzili, że to nieprawda albo że do nas to nie dotrze.  Pomylili się.

Wprawdzie -mam przynajmniej taką nadzieję – w polskich przedszkolach nie odbywają się lekcje masturbacji, dłubania w nosie, puszczania bąków i innych fizjologicznych, niepożądanych w cywilizowanym świecie czynności lecz po przedszkolach chodzą różne drag queen i czytają dzieciom bajeczki. Zainicjował ten proceder  w Wielkiej Brytanii niejaki Colin Jones występujący pod pseudonimem Donna La Mode. Poza czytaniem bajeczek podczas podobnych zajęć uczy się dzieci piosenek trans. Bajeczki też są specjalnie dobrane- jedna z nich opowiada o misiu który uświadamia sobie, że jest dziewczynką a nie chłopcem.

To obliczona na lata strategia przyzwyczajania ludzi od dzieciństwa, że pewne zachowania są powszechne, a więc normalne, w nadziei, że w przyszłości faktycznie staną się normą. Nie wystarczy więc nie zgadzać się na przeprowadzanie u naszego dziecka zmiany płci. Może się okazać, że za kilka lat nasze dziecko, poddawane przez całe lata praniu mózgu, samo zgłosi się do jakiegoś życzliwego, który pomoże mu  okaleczyć się na całe życie. Podpowie, że zgodnie z polskim prawem trzeba podać do sądu własnych rodziców, zgłosić się do wskazanego seksuologa, czy psychiatry, który stwierdzi trans-seksualność i poddać się terapii hormonalnej a następnie chirurgicznej korekcie płci, która jest przecież zwykłym nieodwracalnym okaleczeniem człowieka.

Jeżeli nie podejrzewamy naszego dziecka o podobną głupotę zastanówmy się czy czasem nie nosi ono modnej obecnie wśród młodzieży tęczowej torby, czy nie oburza się gdy powiemy coś krytycznego na temat małżeństw homoseksualnych lub adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Pełną parą trwa indoktrynacja , czyli produkcja naiwnych Julek popierających wszelkie rozmiękczające ich mózg ruchy- obronę planety przed człowiekiem, obronę dzieci przed rodzicami, obronę kobiet przed mężczyznami. 

Groźna mutacja marksizmu czyli marksizm kulturowy postawił wszystkie karty na deprawację nieletnich a w drugiej dopiero kolejności na podbój instytucji kulturalnych, uniwersytetów, kin, teatrów czyli ten wielokrotnie opisywany „długi marsz przez instytucje”.  Często nie doceniamy stopnia zindoktrynowania naszych dzieci, bo zgodnie ze strategią lewactwa jest to indoktrynacja miękka, w wersji soft. Penalizując tak zwaną „mowę nienawiści” odebrano nam wolność słowa i przekonań. Narzucono nam autocenzurę. Nie cenzuruje nas obecnie urząd z ulicy Mysiej ale dla świętego spokoju, dla uniknięcia kłopotów w pracy sami cenzurujemy nasze wypowiedzi. Wystrzegamy się nie tylko mocnych słów lecz nawet jednoznacznych opinii. Nasza mowa stała się mdła, pokrętna, niejednoznaczna. A przecież jak mówi Pismo Święte: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi (Mt 5,1-7,29)”.

Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że okaleczanie dzieci pochodzi od Złego nawet jeżeli potraktować jego imię tylko jako figurę retoryczną. [Tylko jego wyznawcy, oraz uwiedzeni, tak go traktują. Mirosław Dakowski].

Lekarz ujawnia, dlaczego świat medyczny poddał się propagandzie w sprawie COVID

Lekarz ujawnia, dlaczego świat medyczny poddał się propagandzie w sprawie COVID-19

23 października 2023 dlaczego-swiat-medyczny-poddal-sie-propagandzie-COVID

W wywiadzie udzielonym współzałożycielowi LifeSiteNews, Steve’owi Jalsevacowi, dr Trozzi szczegółowo opisał, w jaki sposób branża medyczna została psychologicznie osaczona i zmuszona do odgórnego podporządkowania się nieustannym rządowym komunikatom dotyczącym COVID.

Kanadyjski bojownik o wolność medyczną, dr Mark Trozzi, ujawnił ciemne pieniądze, naciski polityczne, korupcję establishmentu i fałszywe wiadomości, które sprawiły, że kampania propagandowa COVID-19 stała się operacją terrorystyczną, która rzuciła świat na kolana.

W wywiadzie dla współzałożyciela LifeSiteNews, Steve’a Jalsevaca, Trozzi szczegółowo opisał, jak jego dziesięcioletnie doświadczenie w medycynie urazowej w Ontario stało w jaskrawym kontraście z narracją COVID-19 śpiewaną przez media głównego nurtu i establishment medyczny na początku tak zwanej „pandemii”.

„CBC, CNN i wszyscy ci propagandyści mówili ludziom, że szpitale są pełne ludzi chorych na COVID, umierających z powodu COVID” – powiedział Trozzi. „Cóż, byłem w szpitalach i były puste. W rzeczywistości nigdy w mojej karierze nie miałem tak spokojnego czasu”.

[Mój znajomy ordynator mówi, że dostał propozycje na spędzenie czasu od chyb a 16-tej do rana na „kowidowym Stadionie Narodowym” – za 15 tysięcy zl. Odmówił, a mógł takich spokojnych popołudni i nocy mieć z 10. Podobnych relacji, np. o 45 tys. zł za dobę, było w swoim czasie dużo. Mirosław Dakowski]

Niestety dla Trozziego ten „spokojny czas” był ciszą przed „burzą kulturową”, która miała ogarnąć jego zawód.

Kiedy zaczął studiować objawy COVID-19 i jego implikacje, nieustanne komunikaty alarmowe dotyczące COVID-19 od rządów i ich agencji wstrząsnęły całą branżą medyczną. Szpitale, lekarze i szkoły medyczne zostały psychologicznie osaczone i zmuszone do odgórnie narzuconej zgodności.

„Lekarze byli poddawani wielkiej presji psychicznej… Panowała panika, mimo że nic się nie działo” – wspomina Trozzi. „Powiedziano nam, że w każdej chwili drzwi zostaną wyłamane, a my zostaniemy zalani ludźmi”.

Kontynuował: „Od samego początku było to przedstawiane jako całkowicie nowatorskie, jak nic, co kiedykolwiek widzieliście. Zapomnij o wszystkim, co myślisz, że wiesz o leczeniu zapalenia płuc i chorób wirusowych... Dość szybko stało się również jasne, że kwestionowanie rzeczy nie będzie tolerowane – to na pewno. Stało się to bardzo oczywiste”.

Wielu kolegów Trozziego było oczarowanych i „przekonanych” rządową kampanią strachu przed COVID-19. Zauważa jednak, że inni odkryli, że przestrzeganie nakazów zakładu dotyczących leczenia COVID-19 – takich jak przeprowadzanie tylko testów PCR lub wymazów z nosa – opłacało się nawet o 20% więcej niż zwykła praca w ich normalnej praktyce.

Kampania mająca na celu narzucenie globalnej populacji tak zwanych „szczepionek” na COVID-19 niosła ze sobą również ogromne wynagrodzenia pieniężne.

„Jak rozumiem, te zastrzyki wszędzie bardzo dobrze się opłacały” – powiedział Trozzi. „Jednym z przykładów jest to, że jeden z moich kolegów jest chirurgiem ucha, nosa i gardła w Niemczech i przestał wykonywać operacje. Powiedział: „Wykonuję tylko minimalną ilość specjalistycznej pracy V.A., aby zachować licencję, ponieważ zarabiam o wiele więcej pieniędzy, wykonując zastrzyki podczas tego szczytu”.

Źródło: LifeSiteNews

Wojna Izraela z Hamasem przyspiesza program Wielkiego Resetu

Wojna Izraela z Hamasem przyspiesza program Wielkiego Resetu

babylonian-empire-przyspiesza

Date: 22 ottobre 2023Author: Uczta Baltazara 5 Commenti

(przekład automatyczny)

Kilka dni temu opublikowaliśmy artykuł omawiający, jak program Wielkiego Resetu wciąż postępuje za kulisami, podczas gdy nagłówki gazet pełne są tematu Izrael-Palestyna.

Ale prawdą jest również, że w ciągu trzynastu dni swojego istnienia wojna sama popchnęła już ten program do przodu.

CENZURA

Normalizacja tłumienia sprzeciwu i tworzenie kultury strachu wokół wolności słowa to główna część Wielkiego Resetu, w końcu wszystkie pozostałe kroki są o wiele łatwiejsze, jeśli zakazuje się niewygodnych protestów.

I oczywiście od początku wojny wszędzie pojawiają się wezwania do tłumienia wolności słowa. Omówiliśmy to w naszym artykule „Wojna” Izraela i Hamasu – kolejny pretekst do zamknięcia wolności słowa”

Od czasu opublikowania tego artykułu kampania nabrała tempa.

Komisarz Unii Europejskiej Thierry Breton wysłał listy z ostrzeżeniami do wszystkich głównych platform mediów społecznościowych , twierdząc, że muszą „zwalczać dezinformację” na temat Izraela i grożąc im karami.

Stanowiąc kolejny cios w narrację „Chiny są po naszej stronie”, chiński serwis udostępniania wideo TikTok chętnie zgodził się na „walkę z dezinformacją” .

Studentom z Harvardu i Berkeley grożono umieszczeniem na „czarnej liście” za wyrażanie poparcia dla Palestyny.

Niemiecka i francuska policja rozbija propalestyńskie demonstracje, podczas gdy – zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w USA – pojawiają się wezwania do aresztowania ludzi za wymachiwanie flagami palestyńskimi lub deportacji tych, którzy „wspierają Hamas” .

Tworzenie kultury strachu, sprawianie, że ludzie boją się wyrażać siebie lub swoje opinie polityczne, to tylko jedna z wielu rzeczy, które łączą Covid, Ukrainę, zmiany klimatyczne, a teraz Izrael.

OPROGRAMOWANIE DO ROZPOZNAWANIA TWARZY

Zawsze jest ciekawie, kiedy rzekomo „lewa strona” historii urywa się i łączy z tematem już poruszanym w wiadomościach.

Jednym z nich jest rozwój oprogramowania do rozpoznawania twarzy, które stanowi zagrożenie dla prawa każdego człowieka do prywatności.

Przed „niespodziewanym atakiem” Amnesty International określiła wykorzystanie przez Izrael technologii rozpoznawania twarzy jako „automatyczny apartheid” . W USA stany od dawna sprzeciwiają się stosowaniu FRT, a niektóre wprowadziły projekty ustaw całkowicie go zakazujące .

Teraz jednak Izrael rzekomo używa technologii rozpoznawania twarzy do identyfikacji zabitych i rannych . „Jerusalem Post” nazywa to „narzędziem pomagającym Izraelowi podnieść się po wojnie Hamasu” .

I w bardzo ciekawym zbiegu okoliczności –

trzy dni przed rzekomym „niespodziewanym atakiem” zgłoszono, że rząd Szwecji został „zmuszony” do zwiększenia jego użycia z powodu „przemocy gangów” .

W Wielkiej Brytanii zbiegło się to w czasie z planami rządu polegającymi na przesyłaniu każdego zdjęcia paszportowego znajdującego się w ich bazie danych do programu rozpoznawania twarzy [omówiliśmy to tutaj ].

Plany wywołały cichy protest, głównie dlatego, że tak naprawdę nikt o nich nie słyszał. Następnie w sobotę, podczas marszu propalestyńskiego w Londynie, policja metropolitalna narzuciła uprawnienia określone w sekcji 60AA, nakazując uczestnikom niezakrywanie twarzy, aby ułatwić FRT na żywo . (Nawiasem mówiąc, jest Szwecja, kolejny z krajów „dobrego człowieka”).

Nikt nie powiedział ani słowa przeciwko temu. Nagle to, co w kwietniu było „orwellowskie” , teraz – dzięki ostatniej wojnie – jest zupełnie w porządku.

https://platform.twitter.com/embed/Tweet.html?dnt=true&embedId=twitter-widget-0&features=eyJ0ZndfdGltZWxpbmVfbGlzdCI6eyJidWNrZXQiOltdLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X2ZvbGxvd2VyX2NvdW50X3N1bnNldCI6eyJidWNrZXQiOnRydWUsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdHdlZXRfZWRpdF9iYWNrZW5kIjp7ImJ1Y2tldCI6Im9uIiwidmVyc2lvbiI6bnVsbH0sInRmd19yZWZzcmNfc2Vzc2lvbiI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfZm9zbnJfc29mdF9pbnRlcnZlbnRpb25zX2VuYWJsZWQiOnsiYnVja2V0Ijoib24iLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X21peGVkX21lZGlhXzE1ODk3Ijp7ImJ1Y2tldCI6InRyZWF0bWVudCIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfZXhwZXJpbWVudHNfY29va2llX2V4cGlyYXRpb24iOnsiYnVja2V0IjoxMjA5NjAwLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X3Nob3dfYmlyZHdhdGNoX3Bpdm90c19lbmFibGVkIjp7ImJ1Y2tldCI6Im9uIiwidmVyc2lvbiI6bnVsbH0sInRmd19kdXBsaWNhdGVfc2NyaWJlc190b19zZXR0aW5ncyI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdXNlX3Byb2ZpbGVfaW1hZ2Vfc2hhcGVfZW5hYmxlZCI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdmlkZW9faGxzX2R5bmFtaWNfbWFuaWZlc3RzXzE1MDgyIjp7ImJ1Y2tldCI6InRydWVfYml0cmF0ZSIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfbGVnYWN5X3RpbWVsaW5lX3N1bnNldCI6eyJidWNrZXQiOnRydWUsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdHdlZXRfZWRpdF9mcm9udGVuZCI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9fQ%3D%3D&frame=false&hideCard=false&hideThread=false&id=1713236394347270597&lang=it&origin=https%3A%2F%2Fbabylonianempire.wordpress.com%2F2023%2F10%2F22%2Fwojna-izraela-z-hamasem-przyspiesza-program-wielkiego-resetu%2F&sessionId=e8f361d9dc95eac19049f0d4b84cd1006393f52e&theme=light&widgetsVersion=01917f4d1d4cb%3A1696883169554&width=550px

Fakt, że ci sami ludzie, którzy teraz żądali, aby nikt nie zakrywał twarzy, krzyczeli „noś maskę!” przez ostatnie trzy lata jest najbardziej poetycką ironią.

I, co równie ironiczne, ale o wiele bardziej tragiczne, ci sami ludzie, którzy sprzeciwiali się wykorzystaniu tej technologii podczas protestów związanych z blokadą, będą ją wiwatować na rzecz „sympatyków terrorystów”, co prowadzi nas zgrabnie do punktu trzeciego…

PODZIAŁ ALT-MEDIA

Niezależne media były najczęstszym powodem, dla którego narracja o „pandemii” nie osiągnęła swoich wspaniałych celów. Narracja straciła dynamikę w obliczu odparcia zestalonego oporu ze strony prawicy z całego spektrum politycznego – od anarchistycznej lewicy po libertariańską prawicę.

Od tego czasu główne ramię strategii globalistycznej podważa tę solidarność i zasięg alternatywnych mediów, atakując ich finansowanie, ograniczając ich zasięg i – co najbardziej oczywiste – siejąc niezgodę za pomocą czynników rozpraszających, które powodują podziały.

To nie przypadek, że rosyjska inwazja na Ukrainę złamała opór Covida w połowie, rozbijając go wzdłuż staromodnych linii uskoków.

„Wojna” Izraela i Hamasu podzieliła już te dwie strony na dwie kolejne. Zbiorowe działanie i niezależne myślenie zostały zepchnięte do krainy cieni na rzecz trybalizmu. Zmanipulowano ludzi, aby porzucili stanowisko antyglobalistyczne i zdecydowali się zaciekle bronić „dobrych globalistów” przed złymi.

Nie tylko złamało sojusz przeciwników blokad i szczepionek, ale także złamało ich zasady i zdyskredytowało ich opinie.

Wielu – głównie konserwatywna prawica – zapomniało, że Izrael był na czele kłamstwa dotyczącego Covid-19, zapomniało, że to oni pierwsi zaszczepili i pierwsi skorzystali z „zielonych przepustek”, i rzucili się do ich obrony (lub, ściślej, skorzystał z okazji, aby forsować program antyislamski).

Obecnie nawołują do kar zbiorowych i – jak wspomniano powyżej – wiwatują na rzecz zniesienia wolności słowa dla „sympatyków terrorystów”.

Weźmy na przykład Douglasa Murraya, którego uważa się za „absolutystę wolności słowa”, ale w następstwie „niespodziewanego ataku” pisze felietony o takich nagłówkach …

Dlaczego pozwalamy na protesty gloryfikujące rzeź?

Niezależnie od tego, czy ci ludzie kiedykolwiek szczerze protestowali przeciwko wolności, czy nie, ich wiarygodność na tym froncie została teraz na zawsze nadszarpnięta.

Myślę, że ten tweet oddaje to najlepiej:

„ŚWIAT WIELOBIEGUNOWY”

Drugą stroną frakcyjności, która w dalszym ciągu łamie ruch sceptyków Covida, jest jednoczesne promowanie tak zwanego „świata wielobiegunowego”.

Fakt, że siłą rządzącą światem jest globalistyczna elita, która nie nazywa żadnego państwa domem, został brutalnie ukazany przez fałszywą „pandemię”. Od tego czasu głównym celem tej globalistycznej elity było wymazanie tego faktu z naszego zbiorowego umysłu.

Sprzedaje się fałszywą narrację, że rozpadające się imperium amerykańskie to „globalizm” i że istnieje szorstka oś opozycji w postaci Rosji, Chin, Iranu i in.

Tę narrację sprzedają zarówno media głównego nurtu, jak i alternatywne od początku „specjalnej operacji wojskowej” Rosji.

To uproszczona, binarna narracja o dobrym/złym facecie, zaprojektowana tak, aby wyrzucić z ludzkich umysłów 2 lata globalnej współpracy na pełną skalę pomiędzy tymi rzekomymi „wrogami”.

Już konflikt Hamas-Izrael przyczynia się do pogłębiania tej zwodniczej narracji. Stwarza wrażenie świata podzielonego według wytartych (ale coraz bardziej pozbawionych znaczenia) linii.

Pandemia pokazała jasno, że wszystkie elity świata podążają tym samym scenariuszem.

Wojna ma na celu sprawić, że zapomnimy o tym fakcie.

A jeśli oznacza to, że w tym procesie musi zginąć kilka tysięcy ludzi – i co z tego? Zarówno Zachód, jak i Wschód chętnie zabijały swoich ludzi za pomocą blokad i toksycznych szturchnięć – więc dlaczego nie rakietami?

Sprzedają wysłużone memy z czasów zimnej wojny, aby przekonać cię, że nie są twoim wrogiem – to ci ludzie „tam” – muzułmanie, Żydzi, Rosjanie…

…możesz wypełnić według potrzeb.

Korea Północna została oskarżona o dostarczanie broni Hamasowi.

Według doniesień Iran sfinansował – nawet planował – atak.

Nawet Rosja, która tradycyjnie stanowczo sprzeciwia się wszelkim islamskim „terrorystom”, wykazuje oznaki narażania na szwank swojej zwykłej „neutralności” wobec Palestyny. Wysyłają transporty z pomocą do Gazy i omawiają uchwały o zawieszeniu broni przed Radą Bezpieczeństwa ONZ (które Stany Zjednoczone oczywiście natychmiast zawetowały).

Za swoje kłopoty izraelscy parlamentarzyści grożą Rosji wojną na żywo w RT .

W swoim wczorajszym przemówieniu do narodu Joe Biden całkiem celowo utożsamił Putinowską Rosję z Hamasem. Prezydent Ukrainy Władymir Zełenski zrobił to samo niemal natychmiast po tym, jak miał miejsce „niespodziewany atak”.

Wytyczane są globalne linie bitwy dla rzekomej „3 wojny światowej”.

Wszystko to podsyca iluzję, że te państwa narodowe dzielą ogromne, sejsmiczne różnice ideologiczne, podczas gdy w rzeczywistości podzielają one zdecydowaną większość celów Nowej Normalności.

Pamiętajcie, że zarówno Izrael , jak i Hamas poświęciły swój naród na ołtarzu firmy Pfizer. Wszelkie twierdzenia, że ​​obydwie strony troszczą się obecnie o życie cywilów, muszą zostać przyjęte z najwyższym sceptycyzmem.

*

Jak widać, „niespodziewany atak” Hamasu nadał nowy impet niektórym celom NN, które od jakiegoś czasu znajdowały się na liście rzeczy do zrobienia establishmentu. I to tyle, co do tej pory , są inne, które jeszcze się nie zmaterializowały, ale z łatwością mogłyby.

Mówi się o kryzysie uchodźczym – zwiększeniu nielegalnej imigracji i wznieceniu większej liczby pożądanej retoryki prowadzącej do podziałów, przy jednoczesnym zrzuceniu na zachodnie rządy gąbki za nędzę finansową, którą celowo stworzyły.

Ceny ropy już rosną , w każdej chwili mogą wywołać kolejny „kryzys energetyczny”.

Być może będą to kraje Zatoki Perskiej, które nałożą embargo na Izrael lub kraje Zachodu nałożą sankcje na kogokolwiek, ale to one kładą podwaliny. The Wall Street Journal ostrzega przed „echem roku 1973” , Stany Zjednoczone sprzedały połowę swoich rezerw i mogą nie być „gotowe na kryzys” .

Dwie historie z dzisiejszego poranka ostrzegają przed „potencjalnym kryzysem” .

Jeśli (kiedy?) nadejdzie, może (i prawie na pewno zostanie) natychmiast wykorzystana do realizacji programu „zmian klimatycznych”. Powiemy, że jest dobre rozwiązanie, ponieważ „zwiększamy naszą zależność od energii odnawialnej”.

To ogromna plątanina kłamstw, ale wszystkie prowadzą w tym samym kierunku.

W kręgach alternatywnych mediów toczy się już wiele dyskusji na temat natury Hamasu. W jakim stopniu zostały one stworzone przez Izrael lub przynajmniej pozwolono im na to? A jak bardzo dotyczy to samego „ataku z zaskoczenia”?

Niektórzy nazywali to „pracą od wewnątrz” od chwili, gdy wiadomość się rozeszła, i rzeczywiście nosi ona typowe cechy tradycyjnego ataku „fałszywej flagi”. Niewytłumaczalne „awarie wywiadu”, ignorowanie ostrzeżeń i opóźnione reakcje. Być może był to przypadek „pozwólcie, żeby to się wydarzyło celowo” (LIHOP), a może oni sprawili, że tak się stało (MIHOP).

Kto wie, jak daleko posunie się elita w zarządzaniu rzeczywistością, której potrzebuje, aby narzucić światu swoje plany.

Jakakolwiek jest prawda w tej sytuacji, nie można zaprzeczyć, że już ciężko pracujemy nad forsowaniem bardzo znanego planu.

INFO: https://off-guardian.org/2023/10/20/the-israel-hamas-war-is-already-pushing-the-great-reset-agenda/

Demokracja zwyciężyła – a potem się zobaczy

Demokracja zwyciężyła – a potem się zobaczy

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    22 października 2023 oj, ta demokracja

Wielkie święto dziś…” – ale nie u Gucia, bo co to za święto, kiedy Gucio tylko gumę miał do żucia, podczas gdy my obchodziliśmy święto naszej demokracji? W demokracji chodzi o wiele więcej, niż o gumę do żucia, chociaż i o gumę też – jakże by inaczej – ale przede wszystkim o to, kto i w jaki sposób będzie przez najbliższe lata przychylał nam nieba. Jak wiadomo, nieba przychylają nam nasi Umiłowani Przywódcy, którzy 15 października stanęli do konkursu o 560 lukratywnych i pozbawionych jakiejkolwiek odpowiedzialności synekur, zwanych mandatami poselskimi, albo senatorskimi.

Z takimi mandatami wiążą się rozmaite przywileje z immunitetem na czele, co dla wielu porządnych obywateli stanowi skarb nieoceniony. Chroni on zarówno przed wtrąceniem do aresztu wydobywczego, jak i przez zaciągnięciem przed niezawisły sąd, z którym – jak to z sądem – nigdy nic nie wiadomo. Byle komu takiego przywileju przyznać nie można, toteż suwerenowie przyznają je osobom, które gotowe są poświęcić wszystko dla Polski. Cóż bowiem wynagradzać przywilejami i sowitym uposażeniem, jak nie gotowość służenia Polsce i przychylania obywatelom nieba? Toteż wszyscy kandydaci unisono zachęcali suwerenów, by udzielili im mandatu – i tak się stało. Do głosowania w wyborach stanęło ponad 74 procent obywateli, co stanowi rekord od czasu sławnej transformacji ustrojowej, kiedy to do głosowania w tzw. kontraktowych wyborach stanęło tylko 68 procent. Poprzednio Umiłowani Przywódcy odczuwali pewien niedosyt, bo trudno mówić o „poparciu narodu”, kiedy do głosowania idzie niecałe 50 procent. W dodatku ordynacja nasza jest tak skonstruowana, że gdyby do wyborów poszli tylko sami kandydaci i zagłosowali – każdy na siebie – to wybory byłyby ważne. Kiedy jednak do wyborów idzie prawie 75 procent narodu, to co innego.

Jak się po dwóch dniach okazało, najlepszy wynik uzyskała Zjednoczona Prawica, zdobywając w Sejmie 194 mandaty. Na drugim miejscu znalazła się Koalicja Obywatelska, to jest – Volksdeutsche Partei z satelitami, która zdobyła 157 mandatów. Na trzecim miejscu znalazła się „Trzecia Droga”, czyli PSL i Polska 2050 pana Szymona Hołowni, zdobywając 65 mandatów. Za nią uplasowała się Lewica z 26 mandatami, co w porównaniu do wyników z roku 2019 stanowi prawie połowę mniej, a na ostatnim miejscu – Konfederacja z 18 mandatami. W porównaniu z rokiem 2019 zwiększyła swój stan posiadania o 7 mandatów – ale dominuje tam podobno poczucie klęski i szykują się nawet jakieś dintojry. Widocznie wszyscy spodziewali się lepszego wyniku i teraz koniecznie trzeba znaleźć ojca klęski, która – jak wiadomo – jest sierotą.

Ale nie o to chodzi, bo najważniejszym zadaniem Sejmu jest utworzenie rządu. Tak się jednak składa, że nikt nie uzyskał tylu mandatów, by mógł samodzielnie utworzyć rząd – bo do tego trzeba mieć przynajmniej 231 mandatów. Toteż wbrew pozorom, największym zwycięzcą tych wyborów okazała się „Trzecia Droga”. Wprawdzie ma tylko 65 mandatów, ale bez jej poparcia nikomu nie uda się utworzyć rządu. A w takiej sytuacji konstytucja dopuszcza rozwiązanie Sejmu i rozpisanie nowych wyborów. Słowem – cały pogrzeb, to znaczy, pardon – oczywiście nie żaden pogrzeb, tylko całe święto na nic, a w dodatku, kto wie, co wtedy zrobiliby suwerenowie, bo wiadomo – łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Toteż zarówno Zjednoczona Prawica pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, jak i Koalicja Obywatelska pod komendą Donalda Tuska rozpoczęła umizgi do „Trzeciej Drogi” w nadziei, że uda się ją skaptować , by utworzyć rząd. O ile Zjednoczonej Prawicy to by wystarczyło, o tyle Donald Tusk musi się dodatkowo umizgać do Lewicy, bo bez niej nadal nie miałby większości. Toteż rozpoczęły się tzw. „rozmowy programowe”, to znaczy – dzielenie skóry na niedźwiedziu, a konkretnie – wszystkich zasobów państwa z dochodami budżetowymi, czyli dochodami z przyszłych podatków na czele, między poszczególne grupy naszych Umiłowanych Przywódców. Pan prezydent Duda prawdopodobnie powierzy misję tworzenia rządu zdobywcy największej liczby mandatów, ale jeśli Jarosławowi Kaczyńskiemu nie uda się przeciągnąć „Trzeciej Drogi”, to sklecony przezeń rząd nie uzyska w Sejmie votum zaufania, więc prezydent nie będzie mógł wręczyć mu nominacji. W takiej sytuacji trud utworzenia rządu może podjąć Sejm – ale jeśli Donaldu Tusku też nie udałoby się skaptować „Trzeciej Drogi”, to też nic z tego i pan prezydent nie miałby innego wyjścia, jak rozwiązać Sejm i rozpisać nowe wybory. Oznaczałoby to, że Zjednoczona Prawica z Mateuszem Morawieckim, jako premierem rządziłaby aż do następnych wyborów, a ich wynik trudno dziś przewidzieć.

Myślę jednak, że w „Trzeciej Drodze” dojdzie do głosu zarówno instynkt samozachowawczy, jak i gotowość poświęcenia się w służbie dla Polski, bo ten niespodziewany sukces może się nie powtórzyć. Na razie Donald Tusk uznał się za najszczęśliwszego człowieka na świecie, bo „Trzecia Droga” daje mu do zrozumienia, że najchętniej zlałaby się z nim – oczywiście nie za darmo, co to, to nie – więc na początek stanowisko marszałka Sejmu dla pana Władysława Kosiniaka-Kamysza i resort obrony dla Polski 2050. Kto ma być szefem tego resortu – na razie nie wiadomo, ale myślę, że pan Michał Kobosko, który z pewnością cieszy się jeszcze większym zaufaniem Naszego Najważniejszego Sojusznika, niż dotychczasowy minister, pan Mariusz Błaszczak.

W ten sposób, nawet w sytuacji, gdy kierownictwo rządu objęłaby Volksdeutsche Partei, Nasz Najważniejszy Sojusznik kontrolowałby naszą niezwyciężoną armię, co w związku z wojną na Ukrainie, jest dla niego szczególnie ważne. To może mu w zupełności wystarczyć, jako że w marcu br. prezydent Józio Biden pozwolił Niemcom urządzać Europę po swojemu. Dlatego też nie tylko Donald Tusk, ale i Judenrat „Gazety Wyborczej” oraz grono autorytetów moralnych już nie może się doczekać objęcia rządów przez „blok demokratyczny” – taki sam, jak w latach 40-tych. Młodzi ludzie, którzy po raz pierwszy dorośli do wyborów, takich rzeczy nie pamiętają i myślą, że z tą demokracją to wszystko naprawdę – ale nie ma rady; każdy musi doświadczyć na własnej skórze skutków swojej naiwności. Oczywiście przewidziane będą też atrakcje za sprawą kolejnego koalicjanta, to znaczy Lewicy. Skupia ona nie tylko osobistych wrogów Pana Boga, ale również „kobiety”, które z jednej strony nie mogą doczekać się wprowadzenia do szkół nauki bzykania, a z drugiej – co zresztą jedno z drugiego wynika – aborcji na życzenie i oczywiście – na koszt podatników, którzy w bzykaniu udziału nie brali. Nietrudno się domyślić, że Lewicy chodzi o objęcie resortu edukacji, a na myśl o tym, co się teraz będzie w szkołach wyprawiało, nauczyciele podobno już na to konto tańcują do upadłego

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wesoło merdamy ogonkami

Wesoło merdamy ogonkami

michalkiewicz   21 października 2023

Jedynie słuszna operacja pokojowa, jaką bezcenny i miłujący pokój Izrael właśnie prowadzi w Strefie Gazy, spotyka się z pełnym zrozumieniem ze strony miłującego pokój świata, a jedynie grupki ekstremistycznych populistów próbują sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów – za co słusznie bije ich policja i potępia francuski prezydent Emanuel Macron, który na codzień jest zwolennikiem pełnej wolności zgromadzeń i oczywiście wypowiedzi. Ale w sytuacjach wyjątkowych – a właśnie mamy sytuację wyjątkową – wszystkie te demokratyczne dyrdymały schodzą na plan dalszy, bo każdy – nawet amerykański prezydent Józio Biden – rozumie, że operacja pokojowa, podjęta w ramach świętego prawa do obrony, jest nie tylko najważniejsza, ale w ogóle – święta.

Oczywiście święte prawo do obrony nie przysługuje każdemu; co to, to nie. Na przykład nie przysługuje Serbom wobec Kosowerów, podobnie jak nie przysługiwało „separatystom” z obwodów ługańskiego i donieckiego na Ukrainie przed banderowcami z Kijowa. Jak pamiętamy, kiedy Serbowie w naiwności i bezczelności swojej myśleli, że i oni mają święte prawo do obrony przed oderwaniem od Serbii jednej z prowincji, to NATO wybiło im te zuchwałe myśli z głowy bombardowaniami lotniczymi. Nie była, to – ma się rozumieć – żadna „zbrodnia wojenna”, bo zbrodni wojennych dopuszczają się jedynie ci, którzy stają po ciemnej stronie Mocy, a nie po tej jasnej, czyli po tej, gdzie stoją Stany Zjednoczone.

Toteż amerykański twardziel, rzecznik Białego Domu pan Kirby, na wieść o żydowskich dzieciach zaatakowanych przez zbrodniczy Hamas rozpłakał się, jak dziecko, podczas gdy na konferencji prasowej, gdzie była mowa o dzieciach ze Strefy Gazy, zachowywał znakomity humor. Jaka szkoda, że wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler tak się pomylił i ulepszanie świata rozpoczął od Żydów. W przeciwnym razie nawet SS Gruppenfuhrer Jurgen Stroop mógłby dożyć sędziwego wieku i jeśli do tej pory nie umarłby w opinii świętości śmiercią naturalną, to mógłby służyć radą i pomocą we wspomnianej operacji pokojowej, jako że w tłumieniu powstań w mieście nabrał eksperiencji.

Już widzę, jakie gromy za tę myślozbrodnię na mnie spadną; kto wie, czy pan Jaś Kapela nie napisze do prokuratury kolejnego doniesienia o przestępstwie, pan Jakub Żulczyk pryncypialnie mnie nie skrytykuje, podobnie jak pani reżyserowa. Wszyscy oni, bez uprawnień do przetwarzania moich danych osobowych posłużyli się moim nazwiskiem. Ale oni przetwarzali moje dane osobowe w słusznej, a nawet jedynie słusznej sprawie, podczas gdy ja właśnie zostałem przez niezawisły sąd w Warszawie skazany na grzywnę i rozmaite „koszty” za podanie nazwiska mojej wierzycielki, a więc w sprawie głęboko niesłusznej.

Toteż wszyscy płomienni obrońcy praw człowieków, co to w marcu 2017 roku wystąpili do Komisji Europejskiej, by zrobiła z Polską porządek, jako że poziom ochrony praw człowieków urąga tu wszelkim standardom, wskutek czego człowieki, zwłaszcza te eksportowe, najbardziej wartościowe, cierpią niewymowne katiusze, nabrali wody w usta. Jak pamiętamy, Komisja Europejska, która wcześniej zainicjowała u nas walkę o demokrację, mobilizując jej obrońców i „Polskie Babcie”, rozpoczęła walkę o praworządność, którą prowadzi do dnia dzisiejszego przy udzialedomy całego legionu niezawisłych sędziów – oczywiście tych nierządnych. Toteż nawet nie próbuję zaciągać przed niezawisły sąd nikogo z tych, co przetwarzali moje dane osobowe bez podstawy prawnej, bo wiem, że nie oni, tylko ja byłbym skazany za fałszywe oskarżenie.

Toteż płomienni obrońcy praw człowieków podkulili pod siebie ogony i nawet nie próbują komentować – bo o potępieniu nie ma przecież mowy – ogłoszonego przez premiera Netanjahu żądania, by głupi cywile ze Strefy Gazy opuścili swoje domy w ciągu iluś tam godzin, bo te tereny są potrzebne izraelskim siłom pokojowym do kontynuowania operacji. Ciekawe, że SS Gruppenfuhrer Stroop też tak robił – no ale on robił to z pozycji głęboko niesłusznych, podczas gdy premier Netanjahu, co to jeszcze niedawno był zagrożony kondemnatką, aż gwoli odsunięcia tego zagrożenia musiał zainicjować zbawienne reformy – teraz stoi na czele rządu jedności narodowej w bezcennym Izraelu, a nawet amerykański prezydent Józio Biden powinność swej służby zrozumiał i wesoło merda izraelskiemu premierowi ogonkiem. Jakże w tej sytuacji pani Ochojska miałaby pyskować, a pani reżyserowa kręcić jakieś filmy w których dźgałaby izraelskie siły pokojowe i cały tamtejszy najwartościowszy naród nieubłaganym palcem w oczy? I ona wie i my wiemy, że jest czas krytykowania i czas milczenia – chyba, że padnie rozkaz, żeby zacząć etap apologii – aaa, to wtedy wszystkie autorytety rozćwierkają się, aż miło będzie popatrzeć.

Tak zresztą pisze w Starym Testamencie, gdzie zawarte są rozmaite mądrości żydowskie, Eklezjasta, czyli Kohelet („ach, jest czas obłapiania – powiada Eklezjasta”), więc trudno, żeby pani reżyserowa, a nawet pani Ochojska, która należy chyba do narodu mniej wartościowego, zaczęły wierzgać przeciwko ościeniowi. Toteż nawet i niekonwencjonalny papież Franciszek pilnie koncentruje się na „synodalności”, w ramach której już niedługo nikogo w Kościele nie będziemy „wykluczać”, ani „stygmatyzować” nikogo, choćby nawet urządził spółkowanie na ołtarzu, zwłaszcza jednopłciowe. Podobno pojawił się na Synodzie kolejny politycznie poprawny pomysł, by nie „wykluczać” również poligamistów. Myślę, że autor tego pomysłu wprawdzie dobrze chciał, ale chyba niedostatecznie to przemyślał, bo poligamię uprawiają przecież muzułmanie, którzy właśnie są przedmiotem operacji pokojowej, podjętej przez bezcenny Izrael.

[No, szczególnie starannie wybijają w Strefie Gazy Palestyńczyków – chrześcijan, bo to widocznie najgorsi wrogowie pokoju.. MD]

Mam tedy nadzieję, że tradycja zwycięży i poligamistów nie będzie się w Kościele tolerowało, chociaż myślę, że trzeba będzie w tym celu ocenzurować św. Pawła, którego chyba trochę poniosło, gdy pisał, że „nie ma już Żyda, ani poganina, nie ma już niewolnika, ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny, ani kobiety”. Jakże „nie ma” Żyda, kiedy nie tylko jest, ale przecież w imieniu całego miłującego pokój świata prowadzi operację pokojową? „Poganina” może wskutek tego rzeczywiście wkrótce nie być, ale to przecież dobrze, bo wraz z ostatnim poganinem zniknie też i pogaństwo. Z niewolnikami też byłbym ostrożny, bo cóż to za przyjemność z wolności, skoro nie ma nigdzie niewolników, którym można by przynajmniej pożyczać pieniądze na wysoki procent? No a z kobietami to już całkiem źle; jakże to ich „nie ma”, kiedy cały miłujący pokój świat, z moją faworytą, Wielce Czcigodną Joanną Scheuring-Wielgus, właśnie rozpoczyna decydującą operację pokojową w obronie ich „praw”?

Genewa – czyli tu „odciąć głowę węża”

Genewa czyli gdzie „odciąć głowę węża”

Autor: AlterCabrio , 23 października 2023

“Dlaczego? WEF, WHO, GAVI, Big Pharma, Big Tech i Bill Gates opowiadali się za globalnym zaszczepieniem ludzkości za pomocą broni biologicznej wstrzykującej nanolipidy 5,7 miliarda ludzi. A my, Szwajcarzy, gościmy ich. To straszne. Nie możemy tolerować żadnej istoty, która promuje wstrzykiwanie ludzkości trucizn. (…)”

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

„Odcinanie głowy węża” w Genewie

W tym minidokumencie ‘Cutting off the Head of the Snake’ [„Odcinanie głowy węża”] Pascal Najadi i dr Astrid Stuckelberger omawiają ciemne strony globalnych organizacji z siedzibą w Genewie w Szwajcarii.

„Wszystko, co złe na świecie związane z demokracją, niestety pochodzi z Genewy” – mówi Najadi. „Masz WHO w Genewie, masz GAVI, potem masz WEF… który ma immunitet dyplomatyczny.

„Ja, jako obywatel Szwajcarii, oświadczam teraz, że WEF nie kwalifikuje się już do immunitetu dyplomatycznego. Wzywam władze szwajcarskie i służby bezpieczeństwa do natychmiastowego aresztowania tych osób”.

“Dlaczego? WEF, WHO, GAVI, Big Pharma, Big Tech i Bill Gates opowiadali się za globalnym zaszczepieniem ludzkości za pomocą broni biologicznej wstrzykującej nanolipidy 5,7 miliarda ludzi. A my, Szwajcarzy, gościmy ich. To straszne. Nie możemy tolerować żadnej istoty, która promuje wstrzykiwanie ludzkości trucizn. Ale tak się dzieje. Ja jestem ofiarą. Umieram od tego, moja matka też. To ludobójstwo w ramach państwa [democide] i zostanie osądzone. Zostanie to naprawione [corrected] w imieniu ludzkości”.

Na początku tego roku Pascal Najadi, emerytowany bankier ze Szwajcarii, złożył akt oskarżenia o nadużycie stanowiska na podstawie art. 310 szwajcarskiego kodeksu karnego przeciwko prezydentowi Szwajcarii Alainowi Bersetowi, który był także byłym ministrem zdrowia tego kraju. Ku zaskoczeniu wszystkich, prokurator generalny Szwajcarii wszczął śledztwo w sprawie prezydenta – pierwszego urzędującego szefa państwa w związku z jego polityką „szczepień” – co spowodowało rezygnację Berseta!

Pascal urodził się w Szwajcarii, a jego szwajcarska matka, Heidi Anderhub-Minger, jest wnuczką Rudolfa Mingera, który był prezydentem Szwajcarii przed II wojną światową. Ojciec Pascala, Hussain Najadi, był znanym persko-bahrajńskim międzynarodowym bankierem i deweloperem biznesowym, który został członkiem-założycielem Europejskiego Forum Zarządzania [European Management Forum], zanim zerwał z Klausem Schwabem w 1987r., a spotkania w Davos zostały przemianowane na Światowe Forum Ekonomiczne.

Pascal twierdzi, że jego ojciec zerwał z Klausem Schwabem, ale mówi też, że wczesne Europejskie Forum Zarządzania było małym zgromadzeniem liczącym nie więcej niż 100 osób, które odbywało się w czterogwiazdkowym hotelu, i określa je jako „mądre” i „korzystne” [“clever” and “benign”]. W zasadzie był to zjazd [schmoozefest] dla liderów „rynków wschodzących”, głównie z Azji, gdzie Hussain zakładał banki, aby rozwijać kapitał z Bliskiego Wschodu. W 2013 roku Hussain został śmiertelnie postrzelony w Kuala Lumpur wraz z żoną, która również została ciężko ranna. Pascal uważa, że ​​jego ojciec został zamordowany za informowanie o korupcji w Malezji.

W międzyczasie Światowe Forum Ekonomiczne zostało przejęte przez tę samą grupę, która forsuje w ONZ Agendę 2030, którą Pascal nazywa „końcem ludzkości”.

W lutym ubiegłego roku Pascal powiedział na temat Międzynarodowych przepisów zdrowotnych: „Trump był dobry, bo opuścił WHO. Jeśli wy możecie to zrobić, będzie to najmądrzejsza rzecz, jaką zrobicie. Po prostu wyjść… To faszystowska deklaracja”.https://rumble.com/embed/v3nttla/?pub=4

_____________

‘Cutting off the Head of the Snake’ in Geneva, Switzerland, Alexandra Bruce, Oct 22, 2023

Materiał filmowy pochodzi z kanału ‘neutralswiss’ w serwisie rumble.

BREAKING Documentary Short: Cutting off the Head of the Snake in Geneva, Switzerland

−∗−

Powiązane tematycznie:

Dr Astrid Stuckelberger z Uniwersytetu w Genewie obnaża prawdę o WHO i zbrodni szczepień [2021]
„Ten film to absolutny MUST! Ci, którym propaganda jeszcze nie wyjadła mózgu, powinni posłuchać tej profesjonalnej do bólu i odważnej kobiety. Wybitnej specjalistki ochrony zdrowia z Uniwersytetu w Genewie. Nie słuchajcie pajaców, słuchajcie mądrych ludzi, którzy widzą rzeczywistość przenikliwie, jasno, bez złudzeń. […]”

 Lewica już wyciąga ręce po nasze dzieci. 

Czytaj onlineMarsz.info
TWÓJ PORTAL PRO-LIFE I PRO-FAMILY
 Szanowni Państwo,
Ostatnie dni upływają pod znakiem wyborczych emocji, rozliczeń i… dalekosiężnych planów. Bo mimo że nie zanosi się na szybkie sformowanie nowego rządu, partie obecnej opozycji już dzielą skórę na niedźwiedziu. A ich plany i marzenia nie rysują bynajmniej kolorowego obrazu przyszłości Polski.
Niestety spełniają się najgorsze przypuszczenia: lewica już wyciąga ręce po nasze dzieci. W przyszłym rządzie partia najbardziej chciałaby obsadzić dwa resorty: nieistniejący jeszcze resort mieszkalnictwa i ministerstwo edukacji. O szczegółach mogą Państwo przeczytać w tym artykule.
Jak będzie wyglądała polska szkoła pod rządami lewicy? Jednym z ważniejszych postulatów tej partii było wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej, a wyprowadzenie religii. 
Czy więc już wkrótce doczekamy obrazków rodem z Zachodu, gdzie drag queen czytają książki maluchom, a dzieci od najmłodszych lat uczone są o najbardziej wynaturzonych zachowaniach seksualnych? Czy w polskich szkołach tęczowe flagi zastąpią usunięte ze ścian krzyże?fot. UnsplashJednocześnie w tym politycznym chaosie pojawiają się też paradoksalnie dobre informacje dla obrońców życia. Jak się bowiem okazuje, mimo przedwyborczych obietnic, niektóry polityczni liderzy już wycofują się z postulatów realizowania marzeń lobbystów proaborcyjnych.
Władysław Kosiniak-Kamysz w jednym z wywiadów zapowiedział, że PSL nie poprze postulatu legalizacji aborcji do 12. tygodnia ciąży, za czym opowiada się Koalicja Obywatelska. Nie chce również małżeństw par jednopłciowych ani adopcji dzieci przez pary homoseksualne.
Żadne sprawy światopoglądowe nigdy nie mogą być elementem umowy koalicyjnej i tutaj na jakiekolwiek wpisywanie w umowy koalicyjne spraw światopoglądowych się nie zgodzę – podkreślił.
I moglibyśmy traktować to jako światełko w tunelu, gdyby nie fakt, że jednocześnie lider PSL zapowiada, że podstawowym działaniem w sprawie aborcji jest przywrócenie tzw. kompromisu aborcyjnego… A to oznacza powrót do zabijania kilkuset dzieci rocznie tylko dlatego, że mogą urodzić się chore czy niepełnosprawne.
Jako upomnienie i przestrogę powinniśmy w tej sytuacji traktować słowa kard. Kazimierza Nycza, że przez zbytnie skupienie na sprawach tego świata, ludzie zapominają dziś o najważniejszych wartościach, takich jak świętość ludzkiego życia. W tym właśnie można upatrywać największej bolączki dzisiejszych rządów: błędna hierarchia wartości często każe politykom stawiać na piedestale pieniądze, wpływy i układy, a nie życie i rodzinę.Wspieram promocję takich treści!Dokładnie to widzimy także na naszej rodzimej scenie politycznej…
Czy więc czeka nas polityczne „odbicie wahadła” i napór walca obyczajowej rewolucji? Jedno jest pewne: przed nami trudny czas chaosu i niepokoju, a także prób przeforsowania postulatów, na które nie może zgodzić się nikt, komu na sercu leżą sprawy życia i rodziny.
W tak niepewnych czasach niezwykle istotną rolę mają do odegrania media. To właśnie od nich zależy to, czy społeczeństwo będzie znało prawdę czy też zagubi się w gąszczu politycznych gierek. Bez rzetelnych, uczciwych i odpowiedzialnych mediów każdy naród jest zdany na łaskę i niełaskę „wielkich tego świata”.
Dlatego z naszej strony pragniemy zapewnić Państwa, że jako dziennikarze będziemy nadal, z jeszcze większym zaangażowaniem, wypełniać naszą misję. Będziemy rzetelnie informować o wszystkich politycznych wydarzeniach, które mogłyby zaważyć na losach polskich rodzin i dzieci nienarodzonych, uczciwie wskazywać na zagrożenia i punktować błędy, ale także promować dobre postawy i rozwiązania, które mogą przyczynić się do wzmocnienia ochrony życia i roli rodziny.
Niezależnie od tego, jak zmieni się scena polityczna, portal Marsz.info pozostaje niezależny. Nasze teksty nie są sponsorowane ani pisane na życzenie żadnych sponsorów. Istniejemy i publikujemy tylko dzięki wsparciu naszych Darczyńców – osób, które cenią niezależne dziennikarstwo.
Dlatego jeśli uczciwe i niepoddające się politycznym wpływom media są dla Państwa ważne, prosimy o wsparcie naszej działalności kwotą 30 zł, 50 zł lub 100 zł bądź nawet wyższą. Dzięki Państwa pomocy w tym nadchodzącym trudnym czasie będziemy mogli tworzyć opiniotwórcze i angażujące treści i docierać z naszym przekazem o wartości rodziny i godności życia ludzkiego do jeszcze większej liczby czytelników.
Nie możemy dziś przewidzieć, jak potoczą się wydarzenia i co przyniesie ta polityczna zmiana, w której przededniu jesteśmy. 
Możemy jednak obiecać Państwu, że portal Marsz.info pozostanie wiarygodnym i niezależnym medium.
Wspieram rozwój naszego portalu!Każda złotówka przekazana na rozwój tego miejsca w sieci to ważny wkład w budowanie i obronę cywilizacji życia.
Już dziś serdecznie dziękujemy za Państwa hojność!
Z pozdrowieniami
Redakcja portalu Marsz.info
Wydawca portalu: Centrum Życia i Rodziny
Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81tel. +48 22 629 11 76
Dane do przelewu:
Centrum Życia i Rodziny, Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056 / Bank Pekao SAZ dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”
SWIFT: PKOPPLPWIBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056

Z powodu wierności nauczaniu katolickiemu nikt nie popada w schizmę. W schizmę popada ten, który oddzielił się od nauczania katolickiego.

BKP: Reakcja na list otwarty biskupa Schneidera do biskupa Stricklanda 

wideo: https://vkpatriarhat.org/pl/?p=20821  https://youtu.be/-qCY6w2B3hc

https://foi-en-seul-dieu.wistia.com/medias/6o301wllx9  https://bcp-video.org/pl/biskupu-schneideru/

rumble.com/v3olxzs-biskupu-schneideru.html  cos.tv/videos/play/47847339065643008

Szanowny biskupie Atanazy!

Po przeczytaniu Twojego publicznego listu do biskupa Stricklanda musimy stwierdzić, że nie tylko my, ale każdy prawowierny biskup i katolik może podpisać się pod twоіm listem. Trafnie cytujesz tutaj ojców Kościoła, takich jak św. Bazylego Wielkiego i św. Atanazego. Jednak po początkowym uniesieniu wierzący przedstawili nam kilka zarzutów. Czujemy jednak w swoim sumieniu, że powinniśmy zwrócić na nie Twoją uwagę.

Zarzut pierwszy: Dlaczego biskup Schneider nie napisał podobnego publicznego listu również do arcybiskupa Lengi? Jego książka „Sekta Bergoglio” jeszcze bardziej katolicka i wyraźnie wyraża obecną sytuację, to znaczy, że heretyk nie może być ważnym papieżem. Wypowiedź abpa Lengi jest także zgodną z nauką Ojców Kościoła i Pismem Świętym.

Arcybiskup Lenga wyraźnie pokazuje, że za publiczne herezje, których dopuścił się Franciszek Bergoglio i których nigdy nie odwołał, publicznie ekskomunikował się z Kościoła katolickiego. W takim przypadku nie może być jego głową, a katolicy nie mogą podporządkować się heretykowi, gdyż w przeciwnym razie podporządkowaliby się ścieżce herezji i apostazji.

Podobny proroczy głos dał się ostatnio usłyszeć od znanego amerykańskiego księdza Altmana. Podobnie jak abp Lenga i on stwierdził, że Franciszek Bergoglio nie jest już nawet katolikiem, dlatego nie może być głową Kościoła katolickiego.

Biskup Strickland w swoim liście wspomniał, że z powodu wierności nauczaniu katolickiemu nikt nie popada w schizmę. W schizmę popada ten, który oddzielił się od nauczania katolickiego.

Do tego możemy dodać: Heretyk, który zaprzecza podstawowym prawdom wiary, jest nie tylko schizmatykiem, ale nie jest już chrześcijaninem.

Wierni zwrócili się do nas także z drugim zarzutem, a mianowicie, że 20 marca 2019 r. napisałeś traktat zatytułowany „W sprawie papieża-heretyka”, którego nigdy nie odwołałeś. Wierni twierdzą, że wychodzi się w nim z absurdalnego założenia, że heretycki papież w żadnym wypadku nie może zostać usunięty ze stanowiska.

Wierzący cytują z Twojego traktatu: „Papież otrzymuje swoją władzę bezpośrednio od Boga, a nie od Kościoła, dlatego Kościół nie może go usunąć z żadnego powodu”.

Na to ale musimy odpowiedzieć: heretycki papież otrzymuje anatemę bezpośrednio od Boga, dlatego Kościół, posłuszny Bogu, musi go usunąć.

Dalej Ciebie, biskupie Atanazy, cytują: „Sytuację papieża heretyka lub półheretyka ostatecznie trzeba przeczekać i znosić w świetle wiary w boską naturę i niezniszczalność Kościoła oraz urzędu następcy św. Piotra”.

Dajemy na to odpowiedź: tylko że heretycki papież Franciszek jest hiperaktywny w promowaniu herezji w Kościele. Jeżeli w porę nie wywrzemy skutecznego nacisku na jego natychmiastową rezygnację, infekcja wpłynie na cały organizm i leczenie będzie już niemożliwe. Obłudne odwoływanie się do boskiej natury Kościoła i oszukiwanie w ten sposób opinii publicznej w celu utrzymania heretyka na stanowisku jest zbrodnią manipulacji i grzechem przeciwko Duchowi Świętemu.

 Wierzący cytują także i ten Twój cytat: „Dążenia do usunięcia heretyckiego papieża za wszelką cenę jest oznaką aż nazbyt ludzkiego zachowania, które ostatecznie odzwierciedla niechęć do niesienia wczesnego krzyża heretyckiego papieża”.

Odpowiedź brzmi: Dążenia do usunięcia heretyckiego papieża jest głównym obowiązkiem każdego biskupa. To jest znakiem prawdziwej wiary, posłuszeństwa Słowu Bożemu (Ga 1:8-9) i Magisterium (bulli dogmatycznej „Cum Ex Apostolatus Officio”). Wierni mają także obowiązek wywierania skutecznego nacisku, aby usunąć heretyka. Heretyk i jego zwolennicy za realizację tej boskiej woli będą ich prześladować.

Takie prześladowania to prawdziwy krzyż, jakiego już od 2018 roku doświadcza abp C. M. Viganò i ci, którzy są z nim w jedności. Ty natomiast, biskupie Atanazy, unikasz prawdziwego krzyża i zachęcasz do niesienia krzyża fałszywego, czyli utrzymanie papieża-heretyka w urzędzie za wszelką cenę. To ale rozprzestrzeni jego herezję i heretycką strukturę, prowadząc do zniszczenia całego Kościoła.

Na zakończenie wierni zadają następujące pytanie: Co teraz powinniśmy myśleć o biskupie Schneiderze, gdy swoich wcześniejszych wypowiedzi nie odwołał?

Do Ciebie, biskupie Atanazy, należy udzielenie jasnej odpowiedzi.

W tych dniach w Watykanie rozpocznie się zbójecki Synod o synodalności, który promuje kościelną legalizację LGBTQ. Tą drogę zaprzeczenia i likwidowania moralnych i Bożych przykazań propagowano i na  kontynentalnym zgromadzeniu w Pradze. Patronował mu kard. Hollerich SJ. Także tutaj wystąpił główny promotor niemieckiej synodalnej LGBTQ drogi, biskup Bätzing. On i jego program zostali przyjęci z owacjami.

Kardynał Müller, który nie uczestniczy w zgromadzeniach synodalnych, jasno wypowiedział się na temat Drogi synodalnej. Powiedział, że „jest religijnie niekompetentną i kościelno-prawnie nielegalną”. Niedawno ten kardynał oświadczył, że gdyby był publicznym heretykiem papież, automatycznie straca swój urząd.

Szanowny biskupie Atanazy, nie mogą być jednocześnie ważne Twoje pochwały za wierność nauce katolickiej i obrona heretyka na tronie papieskim, którą dopuszczasz się zdrady Chrystusa i Ewangelii. Prawowierne nauczanie stwierdza nieważność urzędu publicznego heretyka, zarówno biskupa, jak i papieża.

Katolików twoje rozdwojone stanowisko prowadzi do duchowej schizofrenii. Dlatego też przyniosłoby to dla nich wielką duchową korzyść, gdybyś wyjaśnił, jakie naprawdę jest Twoje stanowisko.

W Chrystusie

Biskupi Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu (BKP)

23.09.2023

Jakie jest prawdziwe stanowisko biskupa Schneidera?

vkpatriarhat.org/en/?p=23532  /english/

vkpatriarhat.org/fr/?p=16929  /français/

vkpatriarhat.org/it/?p=10068  /italiano/

vkpatriarhat.org/de/bischof-schneider/  /deutsche/

„Świeża krew” z „połowy Afryki”. Taki jest plan …

„Świeża krew” z „połowy Afryki”. Taki jest plan?

Michał Karnowski


Pismo Michnika chce „świeżej krwi z Afryki”. Holland ujawnia, że wkrótce będzie tu pół Afryki. Taki jest plan?

Kolejna, codzienna porcja migracji - tym razem na Kanarach / autor: PAP/EPA
Kolejna, codzienna porcja migracji – tym razem na Kanarach / autor: PAP/EPA

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/666684-swieza-krew-z-polowy-afryki-taki-jest-plan

Jeszcze niedawno język jakim europejski establishment medialno-polityczny mówił o migracji zawierał sporo zasłon i zwodów. Była więc mowa o „kontrolowaniu migracji”, „zarządzaniu migracją”, „ubogaceniu kulturowym” a nade wszystko powoływano się na powody humanitarne, podciągając każdego pukające do granic czy wchodzącego bez pytania do kategorii „uchodźca”.

Cyniczna gra miłosierdziem Europejczyków doszła jednak do granic. Nawet najbardziej naiwni ludzie zaczynają rozumieć, że nie można umiłować tak samo każdego człowieka na świecie, że żaden lewicowy bełkot nie zniesie konieczności porządku miłowania czyli ordo caritatis. A zatem w pierwszej kolejności troska o nasz dom, potem o rodzinę, wspólnotę lokalną, ojczyznę. A już na pewno nie można narażać tych wspólnot na śmiertelne ryzyko w imię miłosierdzia. Taki skutek ma właśnie masowa migracja z krajów skrajnie dalekich kulturowo. To po prostu nie działa, niosąc gwałty, mordy, handel ludźmi, sztyletowanie nastolatków i ogólny radykalny spadek poziomu codziennego bezpieczeństwa.

Zalana migrantami Europa ma dość. Już w Niemczech kombinują jak zawrócić z tragicznie błędnej ścieżki zapraszania na wszystkich, choć pomysł mają szatański: przerzucić problem do Polski, także dlatego, by Niemcom zszedł z oczy zaraźliwy przykład możliwej i skutecznej innej polityki migracyjnej.

Jednocześnie jednak postępuje inne zjawisko. Czujący się panami świata establishment nie zamierza dokonywać żadnej korekty. Odwrotnie, czując swoją siłę, wiedząc iż potrafi zniszczyć i wykluczyć każdego kto się im przeciwstawi, nie chcąc bawić się już w niuanse, mówi wprost: tak, migracja jest może nieprzyjemna ale będzie kontynuowana. Przymusowo i w skali z której sobie nie wyobrażaliście.

Taki sens mają choćby dwie medialne publikacje, bardzo ważne i reprezentatywne.

Pismo Michnika ogłosiło właśnie iż

albo wpuścimy świeżą krew z Afryki albo Europa będzie muzeum dla bogatych Chińczyków.

Zostawiam na boku oczywisty idiotyzm tego „równania”, bo akurat Chińczycy sami mają gigantyczny problem demograficzny – i jakoś nie odpowiadają na niego ściąganiem migrantów, ani z bliska ani z daleka.

Istotą tego tekstu jest brutalne powiedzenie czytelnikom, że te tłumy młodych mężczyzn dokonujące właśnie inwazji na kontynent to nie żaden błąd, żadna nieudolność zarządców kontynentu – to jest właśnie plan. Na zimno przyjęty, brutalnie wdrażany.

Tekst chwilowo na stronach GW niedostępny, ale pewnie się po wyborach odnajdzie. Zajawki zostały.

W tym samym medium niedawno ukazał się wywiad z Agnieszką Holland, która dokładnie w tym tonie i równie szczerze doprecyzowuje ile ma być tej „świeżej krwi”.

Za dwadzieścia lat a najdalej za pięćdziesiąt pół ludności Afryki tu już będzie i żadne mury nie pomogą — stwierdziła.

 ten cytat, powielany wcześniej, też jakby zniknął z wywiadu.

I też pewnie się po wyborach odnajdzie.

Kiedy więc patrzymy na inwazję setek tysięcy młodych mężczyzn na Europę pamiętajmy, że plan jest taki, by za nimi przyszły miliony, dziesiątki milionów, a potem pół kontynentu. To dokładnie nam szykują.

Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/666684-swieza-krew-z-polowy-afryki-taki-jest-plan

Ostatnie niedyspozycje i zgony wśród pilotów. SAMOLOT WYLĄDOWAŁ. PILOT BYŁ MARTWY OD 18 MINUT.

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/samolot-wyladowal-pilot-byl-martwy-od-18-minut,p385420708

SAMOLOT WYLĄDOWAŁ. PILOT BYŁ MARTWY OD 18 MINUT.

Sławomir M. Kozak 2023-10-13

Na początku tego roku w felietonie dla Warszawskiej Gazety pisałem, że w roku ubiegłym pilotom „o 50% wydłużono obowiązujący dotąd tzw. interwał PR w badaniu EKG. Najprościej rzecz ujmując, odstęp PR reprezentuje czas, w którym impuls elektryczny przemieszcza się z jednej części serca do drugiej, jest to wskaźnik zdrowia serca. ‘Nowy normalny’ interwał odbiega od akceptowalnego dotąd w kardiologii limitu. Lekarze obawiają się, że jego zwiększenie może zagrozić zdrowiu pilotów i bezpieczeństwu pasażerów. Obawy te są szczególnie zasadne w obliczu doniesień o zatrzymaniach akcji serca i nagłych zgonach w powietrzu”. Wracam zatem do tego wątku, aby wykazać, jak rzecz wygląda z perspektywy tych kilku zaledwie miesięcy. Oto przypadki zebrane przez kanadyjski portal Global Research, które polecam Państwa uwadze.

Niedyspozycje wśród pilotów od stycznia do lipca 2023:

3 marca 2023 r. – samolot Virgin Australia VA-717 z Adelajdy do Perth lądował awaryjnie po tym, jak pierwszy oficer, 30 minut po starcie, doznał ataku serca.

11 marca 2023 r. – rejs UA2007 z międzynarodowego portu La Aurora w Gwatemali do Chicago,  linii United Airlines został przekierowany z powodu „niezdolnego do lotu pilota”, który miał bóle w klatce piersiowej.

13 marca 2023 r. – lot Emirates EK205 z Mediolanu do Nowego Jorku,  półtorej godziny po starcie został przekierowany z powodu choroby pilota.

18 marca 2023 r. – pierwszy oficer lotu Air Transat TS739 lecącego z lotniska Lamentin na Martynice do Montrealu, stracił świadomość około 200 km na południe od lotniska docelowego.

22 marca 2023 r. – lot Southwest WN6013 z Las Vegas do Columbus skierowano na lotnisko zapasowe, ponieważ pilot zasłabł wkrótce po starcie. Zastąpił go kolega z innej linii, który jako pasażer leciał akurat tym samolotem do miejsca pracy.

25 marca 2023 – Lot TAROM RO-7673 z rumuńskiej Timisoary do Hurghady w Egipcie, został przekierowany do Bukaresztu, gdyż 30-letni pilot poczuł silny ból w klatce piersiowej, a następnie zasłabł.

4 kwietnia 2023 – kapitan maszyny United Airlines, rejs 2102, lecącej z portu Boise do San Francisco okazał się nagle niezdolny do pracy i jego obowiązki przejął pierwszy oficer.

21 kwietnia 2023 r. – podczas rejsu 6469 linii Easyjet, z Londynu Gatwick do Agadiru w Maroku, pierwszy oficer zasłabł i kapitan lądował w portugalskim Faro.

4 maja 2023 r. – z powodu omdlenia pilota brytyjskiego lotu czarterowego TUI Airways BY-1424 z Newcastle do Las Palmas w Hiszpanii, samolot zawrócono do lotniska startu.

11 maja 2023 – w locie HiSKy H4474 z Dublina do Kiszyniowa w Mołdawii, 20 minut po starcie pilot stał się „niezdolny do działania”, a samolot został skierowany do Manchesteru.

4 czerwca 2023 r. – wypadek ten opisywałem w Warszawskiej Gazecie – Cessna Citation N611VG lecąca z Tennessee na Long Island zboczyła z trasy, piloci myśliwców poderwanej w powietrze pary dyżurnej zauważyli w kokpicie nieprzytomnego pilota, wkrótce potem samolot rozbił się i wszyscy na pokładzie zginęli.

7 czerwca 2023 r. – podczas lotu maszyny typu Bombardier CS-300, rejs Air Canada ACA692  z Toronto do St. John’s, pierwszy oficer stracił przytomność, a jego obowiązki przejął kapitan.

19 lipca 2023 – w samolocie Airbus A320 linii Eurowings, rejs 4Y-1205, z Heraklionu do Frankfurtu zasłabł kapitan. Pierwszy oficer przejął kontrolę i bezpiecznie wylądował.

Zgony wśród pilotów od marca do lipca 2023:

11 marca 2023 r. – pilot British Airways zmarł na atak serca w hotelu dla załogi w Kairze przed lotem do Londynu (nazwisko i wiek nie zostały ujawnione).

17 marca 2023 r. – 39-letni pilot linii WestJet – Benjamin Paul Vige zmarł nagle w Calgary.

13 kwietnia 2023 r. – zmarł nagle Phil Thomas, absolwent akademii lotniczej (Flight Training Europe Jerez) w Kadyksie, w Hiszpanii.

3 maja 2023 – pilot Air Transat i Air Canada – Eddy Vorperian, lat 48, zmarł nagle podczas międzylądowania w Chorwacji.

9 maja 2023 r. – pilot United Airlines oraz Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, ppłk Michael Fugett, lat 46, zmarł niespodziewanie w swoim domu.

Maj 2023 – 4 pilotów Singapore Airlines zmarło nagle w maju 2023 r. Doktor William Makis, kanadyjski lekarz specjalizujący się w radiologii, onkologii i immunologii oraz autor ponad 100 recenzowanych publikacji medycznych, w artykule na ten temat podkreślił, że wszyscy byli w pełni zaszczepieni na Covid-19.

16 lipca 2023 r. – Piper Meridian lecący z Westchester w stanie Nowy Jork, rozbił się na lotnisku Martha’s Vineyard po tym, gdy pilot doznał udaru w trakcie końcowego podejścia. Kontrolę nad samolotem próbował przejąć pasażer. Operacja ta zakończyła się wypadkiem,   który obaj przeżyli, jednak pilot, 79-letni Randolph Bonnist, zmarł w szpitalu.

To dane ujęte w okresie od marca do lipca, czyli pięciu miesięcy. Poniżej przedstawiam podobny wykaz w odniesieniu do dwóch ostatnich. 

Niedyspozycje i zgony wśród pilotów w sierpniu i wrześniu 2023:

7 sierpnia 2023 – wkrótce po lądowaniu samolotu TigerAIR, rejs IT237, lecącego z japońskiego Sapporo do Tajpej na Tajwanie, drugi pilot doznał zapaści.

9 sierpnia 2023 – pilot United Airlines UAL1309 z Sarasoty do Newark, podczas lotu miał zawał serca.

14 sierpnia 2023 r. – lot LATAM LA505 z Miami do Santiago w Chile – po dwóch godzinach lotu mającego trwać godzin osiem, 56-letni kapitan Ivan Andaur stracił przytomność  w toalecie, po czym zmarł. Samolot przekierowano do Panama City.

16 sierpnia 2023 r. – Qatar Airways, lot QR579 z indyjskiego Delhi do Doha w Katarze, 51-letni pilot tej linii, lecący w charakterze pasażera, zemdlał. Maszynę przekierowano  do Dubaju, jednak chorego nie udało się uratować.

17 sierpnia 2023 r. – mający lecieć samolotem linii IndiGo z Nagpur do Pune w Indiach, 40-letni pilot Manoj Subramanium, zmarł po upadku przy bramce wejściowej na pokład.

27 sierpnia 2023 – w locie Air Canada AC348  z Vancouver do Ottawy, jeden z pilotów poczuł się źle i stracił przytomność 50 minut przed lądowaniem.

22 września 2023 – Airbus A330 linii Delta Airlines wykonujący lot DL-291 z Paryża do Los Angeles w Kalifornii, znajdował się  około 440 NM na północ od Minneapolis, w kanadyjskiej przestrzeni powietrznej, gdy jeden z członków załogi stracił przytomność i został przeniesiony do kabiny pasażerskiej. Członek załogi, który w tym czasie odpoczywał, przejął obowiązki chorego pilota, załoga ogłosiła stan zagrożenia i skierowała się do Minneapolis, gdzie bezpiecznie wylądowała. Kanadyjskie władze podały, że pilot został zabrany do szpitala na badania.

23 września 2023 – pilot Alaska Airlines – 37-letni kapitan Eric McRae zmarł nagle w swoim pokoju hotelowym podczas przerwy w podróży. Tego rana miał kontynuować lot.

24 września 2023 – w trakcie lotu Austrian Airlines, rejs OS-188 ze Stuttgartu do Wiednia, kapitan stracił świadomość, a kontrolę nad samolotem przejął pierwszy oficer.

Pisałem, w przywoływanym już felietonie, że „wybitni specjaliści, w tym główny lekarz medycyny lotniczej Armii USA, płk. Theresa Long, wysyłają pisma do czynników oficjalnych, a jedyne co ich spotyka, to atak na nich samych. Stacje głównego nurtu milczą na ten temat. W zasadzie, o bezpieczeństwo pasażerów walczą tylko media niszowe”.

Być może, przynajmniej władze lotnictwa wojskowego uznają wreszcie racje pułkownik Long, ponieważ:

18 sierpnia 2023 r. – uczeń-pilot amerykańskiego centrum wyszkolenia lotniczego z Alabamy doznał zatrzymania akcji serca za sterami, w połowie lotu. Kiedy instruktor wylądował w bazie – pilot był martwy od  18 minut!

Jako naczelny tropiciel lotniczych przypadków obiecuję powrócić jeszcze do tej ponurej statystyki, by podsumować dokonania odpowiedzialnych za ten stan rzeczy geniuszy, w kontekście całego roku 2023.

  Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl

„Laudate Deum” – dokument religijny czy… polityczny? Włączenie się młodych „w rewolucję kulturową”.

„Laudate Deum” – dokument religijny czy… polityczny? Włączenie się młodych „w rewolucję kulturową”.

Agnieszka Stelmach laudate-deum-dokument-religijny-czy-polityczny

Najnowsza adhortacja papieża Franciszka – jak podkreślają różni komentatorzy – traktuje o „katastrofalnych” zmianach klimatu i ma mobilizować społeczeństwa do podjęcia jeszcze bardziej zadecydowanych działań w celu zwalczania domniemanego problemu globalnego ocieplenia. Jednak „Laudate Deum” to przede wszystkim dokument polityczny poświęcony kwestii władzy. I co istotne, Franciszek jest w awangardzie ruchu, który dąży do takiego przemodelowania globalnej architektury, aby możliwa była szybsza i głębsza federalizacja świata. Można w adhortacji dostrzec kluczowe trendy globalne zmierzające do zmiany paradygmatu w wielu dziedzinach życia.

  ——————————-

„Laudate Deum” składa się z 73 punktów. Głównymi cytowanymi tam źródłami są opracowania Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) oraz agend środowiskowych ONZ, w tym UENP i NOAA. Ponadto papież przywołał poświęcone zmianom klimatu dokumenty biskupów z USA, Afryki i Madagaskaru oraz Synodu Panamazońskiego z lat 2019-2022, własne encykliki Laudato si’ oraz Fratelli tutti, adhortację Evangelli gaudium, wreszcie przemówienie Pawła VI z okazji 25-lecia powstania oenzetowskiej agencji żywnościowej FAO. Powołał się także na „Krótką opowieść o Antychryście” Włodzimierza Sołowiowa, biolog-feministkę Donnę Haraway, autorkę książki When Species Meet z 2008 roku i działaczy środowiskowych Sverkera Sörlina i Paula Warde, autorów pozycji Making the Environment Historical. An Introduction.

Webinarium Ruchu „Laudato Si’”

Założony przez Watykan Ruch Laudato Si’ w związku z ogłoszeniem najnowsze adhortacji 4 października zorganizował wideokonferencję. Przedstawiciele Watykanu, aktywiści na rzecz walki z ociepleniem klimatu i globalnej elity odpowiedzialni za propagowanie programu zmierzającego do transformacji obecnego systemu polityczno-ekonomicznego wyjaśniali tam, dlaczego adhortacja jest ważna.

Kard. Michael Czerny, podsekretarz Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju zaznaczył, że Laudate Deum to „pilny apel skierowany do wierzących i niewierzących, by połączyć siły w walce z kryzysem klimatycznym”. Dodał, iż najnowsza adhortacja Franciszka „ani nie powtarza, ani nie zastępuje niczego w Laudato si’”, lecz rozwija nauczanie, które jest „skoncentrowane bardzo jasno, zdecydowanie na kryzysie klimatycznym, nie dotykając wielu powiązanych z tym kwestii, jak: bioróżnorodność, zanieczyszczenie wody i ich społecznych implikacji”. To nie znaczy, że nie są one ważne, niemniej jednak papież koncentruje się na „dramatycznej pilności kryzysu klimatycznego”, na rzekomo katastrofalnym pogorszeniu sytuacji, z jaką nie mieliśmy dotychczas do czynienia w przeszłości.

Stąd pierwsza część dokumentu poświęcona jest „kwestii solidnego konsensusu naukowego odnośnie tego, jaką niestety my, ludzie odegraliśmy rolę, wywołując ten kryzys”. Innymi słowy, istnieje ponoć wielki problem ocieplenia klimatu, za które to zjawisko ma odpowiadać człowiek. Kryzys ów ma dotykać przede wszystkim osoby ubogie i dlatego konieczna jest współpraca międzynarodowa, aby poradzić sobie z wyzwaniem.

Trzy kolejne rozdziały dotyczą multilateralizmu i szczytu klimatycznego w Dubaju. Kard. Czerny dodaje, że papież apeluje o ścisłą współpracę w kwestii szybkiej transformacji energetycznej, by pozbyć się paliw kopalnych.

O wiele istotniejsze wydaje się to, co powiedział Johan Rockström, szwedzki uczony, współzałożyciel Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Zmian Klimatu, uznany na arenie międzynarodowej za swoją pracę nad globalnymi zagadnieniami zrównoważonego rozwoju. Uchodzi on za specjalistę w stosunkowo młodej dziedzinie nauki: Earth System Science, Water Systems and Global Sustainability na uniwersytecie sztokholmskim. Jest autorem koncepcji „granic planetarnych”. Zapewnił on, że „alarmistyczne twierdzenia papieża o kryzysie klimatycznym są poparte przez naukę”, podobnie, jak konkluzja Franciszka, iż nie osiągnęliśmy żadnego postępu i grozi nam wielkie ryzyko klimatyczne, którym nie będzie już dało się zarządzać.

Profesor, poza tym, że tradycyjnie straszył katastrofą z powodu wzrostu temperatury i przekroczenia 5 spośród 16 granic planetarnych regulujących klimat, wskazał, że należy ignorować „denialistów klimatycznych”, których nawet przybyło w ostatnich latach. Trzeba też bardzo szybko przeobrażać świat, zmierzając w kierunku „zrównoważonej przyszłości”. – Jesteśmy u progu likwidacji paliw kopalnych będących podstawą naszej ekonomii. To są zaawansowane zmiany. Transformacja w kierunku zrównoważonego rozwoju dokonuje się, chociaż za wolno i nie ma od niej odwrotu – ocenił. Przekonywał, że „zero-emisyjność jest bardzo atrakcyjna i skalowalna”, „nie powinniśmy się przejmować hałasem denialistów, lecz jeszcze bardziej zdecydowanie zmierzać w kierunku zeroemisyjnej przyszłości”.

Na watykańskim webinarium wypowiadała się również Christiana Figueres, architekt porozumienia paryskiego w sprawie klimatu z 2015 roku. Apelowała, by chronić i „pojednać się z naturą”, „zapewnić ochronę naszemu planetarnemu domowi dla obecnych, ale w szczególności przyszłych pokoleń”.

Tzeporah Berman, założycielka Fossil Fuel Treaty podkreśliła, że „adhortacja pojawiła się w dobrym momencie i widzimy sejsmiczne zainteresowanie tematem zmian klimatycznych”. Dodała, że podczas 27 spotkań COP (spotkania stron w sprawie zmian klimatu) nie rozmawiano o paliwach kopalnych, a jedynie o ograniczeniu emisji i produkcja w oparciu o paliwa kopalne rosła. Dopiero we wrześniu tego roku ONZ po raz pierwszy od 30 lat uznała, że „ropa, gaz i węgiel to są korzenie kryzysu klimatycznego i musimy się ich pozbyć”, a „papież wsparł zabiegi międzynarodowych negocjatorów zabiegających o wycofanie paliw kopalnych z gospodarki”. W połowie września sześć państw oficjalnie ogłosiło, że zamierzają całkowicie się zdekarbonizować. Wskazała ona, że to ma istotne znaczenie przed spotkaniem w Dubaju (COP28) i konieczna jest mobilizacja społeczeństwa, które wywrze presję na polityków.

Fletcher Harper z organizacji Green Faith – ekumenicznej grupy aktywistów – odwoływał się do „moralnego momentu kulturowego”. Zaznaczył, że dokument papieża wskazuje na „moralną odpowiedzialność trucicieli i producentów korzystających z paliw kopalnych”. Napiętnował ich.

Daniel Horan OFM uznał zaś, że „duchowy wpływ Laudate Deum jest nawet większy niż Laudato si’”, ze względu na „wewnętrzne dziedzictwo stworzenia, związek ze wszystkimi stworzeniami i oczywiście z Matką Ziemią”.

Z kolei wielebny Justin Welby przywołał przemówienie sekretarza generalnego ONZ Antonia Guterresa o „zielonym świecie” i kryzysach. Jednocześnie podkreślił, że „Laudato Deum pojawia się w czasie, gdy doświadczamy wielkiego kryzysu klimatycznego” i jest „apelem o zjednoczenie ludzkości, by służyć stworzeniu oraz by kościół mówił z nadzieją o transformacji i przyszłości”.

Prof. Rockström dodał, że „kryzys klimatyczny” to coś więcej, to „kryzys godności, ekonomii, pokoju, bezpieczeństwa, dobrobytu”. Tu chodzi o „stabilność ludzkiej wspólnoty, przyszłość bez paliw kopalnych”, która ma być „inteligentniejsza, tańsza i bardziej atrakcyjna”.

Prezentacja w Ogrodach Watykańskich

Podczas prezentacji Laudate Deum dla prasy w Ogrodach Watykańskich 5 października, Matteo Bruni, dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej przedstawił prelegentów, pośród których byli m.in.: Ridhima Pandey, bohaterka filmu „List” i Alessandra Sarmentino, animatorka Laudato Si’ z archidiecezji Palermo czy Giorgio Leonardo Renato Parisi, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki (2021). Ten ostatni przekonywał, że chociaż „może wydawać się nieco dziwne wydanie dokumentu papieskiego rozpoczynającego się od naukowego wyjaśnienia”, to jednak problem zmian klimatu ma być bardzo poważny i dlatego papież zdecydował się mu poświęcić adhortację. Zdaniem fizyka, mamy do czynienia z „problemem ludzkim i społecznym”, a antidotum na kryzys jest rozwijanie zasobów energii odnawialnej, szczególnie w krajach o niskich dochodach.

Vandana Shiva, naukowiec i aktywista oraz Carlo Petrini, socjolog i aktywista nacisk kładli na teorię złożoności i podkreślanie, że „wszyscy jesteśmy połączeni, zjednoczeni ze stworzeniami przez Boga”. Obydwaj zachęcali do rozwoju „innego rodzaju gospodarki”, „systemu, który uwzględni rolę Ziemi”.

Uczestnicy prezentacji straszyli, że świat od czasu ukazania się encykliki Laudato si’ nie poczynił „żadnych wielkich kroków” a naszej planecie grozi katastrofa. Dlatego apelowali o większe zaangażowanie i determinację w budowaniu sieci ruchów klimatycznych, które doprowadzą do masy krytycznej (potrzebne jest poparcie około 30% społeczeństwa dla globalnych zmian).

Amerykański pisarz Jonathan Safran Foer apelował do naszych sumień, do „zbiorowego przebudzenia” i odrzucenia „najgorszego grzechu zaprzeczenia” jakim jest „udawanie zaniepokojenia i nicnierobienie”.

W watykańskiej konferencji brała udział także Luisa-Marie Neubauer, liderka Piątków dla Przyszłości w Niemczech. Apelowała o włączenie się młodych „w rewolucję kulturową”.

„Intuicja Teilharda de Chardin”

Ksiądz Robert Athickal, założyciel i dyrektor działającej w 23 stanach Indii od 1988 roku organizacji Tarumitra, skupiającej się na ochronie różnorodności biologicznej i promowaniu wrażliwości ekologicznej uważa, że „obecny papież, podobnie jak Jan Paweł II, kładzie nacisk na intuicję Teilharda de Chardin”. Uważał on, że „wszechświat i przyroda mają duchowość, którą należy szanować i chronić”. Przywołanie de Chardina, potępionego przez Kościół jezuity, który propagował panteistyczną wizję świata (ewolucjonizm i marksizm), nie dziwi w kontekście budowania globalnej etyki.

Jezuita Ricardo da Silva zaznaczył, że Laudate Deum jest „najbardziej rozpaczliwą adhortacją” papieża Franciszka, w której często pojawiają się słowa takie jak: „beznadzieja”, „desperacja”, „pesymizm”, „bezpośredni atak” i „alarm”. „Jest to druzgocący opis obecnego stanu działań człowieka w sprawie zmian klimatu na poziomie globalnym i podkreśla, że nie radzimy sobie z niemal każdym punktem odniesienia. Warto zauważyć, że papież Franciszek bezpośrednio celuje w nieodpowiedzialny styl życia wielu mieszkańców Stanów Zjednoczonych, zauważając, że emisje na osobę w Stanach Zjednoczonych są około dwa razy większe niż w przypadku osób mieszkających w Chinach (…)” – stwierdził.

Co do tego fragmentu to już się pojawiły komentarze, że papież źle zacytował dokument IPCC, w którym nie było mowy o dwa razy większych emisjach, ale o niespełna 50 procentach.

Jezuita zaznaczył, iż papież koncentruje się na nieodpowiedzialnym stylu życia, „jest ostry i krytyczny” i stara się pobudzić ludzkość do rozliczenia. Wielokrotnie przypomina nam, że jest już za późno, aby adekwatnie zareagować na „kryzys klimatyczny”. Ponadto uznaje, że to ludzie odpowiadają za „globalne ocieplenie” i odnosi się do zarzutów, że „przyjmuje rolę klimatologa”.

W rozdziałach od drugiego do piątego Laudate Deum papież dotyka kwestii filozoficznych, nauk społecznych i politycznych oraz stosunków międzynarodowych. Dopiero w ostatniej części ma proponować „bardziej teologiczne i duchowe podejście”.

W drugiej części Franciszek skupia się na „paradygmacie technokratycznym”, do którego mają odwoływać się ekonomiści, finansiści i technolodzy.

Rozdziały trzeci, czwarty i piąty to ostra krytyka światowych supermocarstw, istniejących mechanizmów współpracy międzynarodowej, głównie multilateralizmu w jego obecnym rozumieniu.

Ostatnia część adhortacji poświęcona jest „pojednaniu ze światem”.

Z punktu widzenia Giorgio Parisi, „wielką przewagą dokumentu papieża nad zwykłymi raportami i artykułami pisanymi przez czołowych naukowców jest – jak stwierdził – to, że jest on napisany w sposób „jasny, zorganizowany i bardzo czytelny dla każdego”.

Franciszkanin ojciec Daniel P. Horan, teolog i dyrektor Centrum Duchowości Saint Mary’s College w Notre Dame (stan Indiana) przekonuje katolików, że Laudato si i Laudate Deum są częścią moralnego nauczania Kościoła [Sic!!! co za bzdura! MD] . Duchowny zachęcał ludzi, aby pomagali swoim parafiom w rozpowszechnianiu nauk papieża i zmniejszaniu „śladu węglowego” Kościoła.

Analiza

W I części adhortacji („O kryzysie klimatycznym”) papież Franciszek wskazuje, że „(…) nasz świat się rozpada i być może zbliża się do punktu krytycznego” z powodu „zmian klimatycznych” oraz naszej niedostatecznej reakcji na niego. Dlatego „będziemy odczuwać ich skutki w dziedzinie zdrowia, miejsc pracy, dostępu do zasobów, mieszkań, przymusowej migracji i w innych dziedzinach” (pkt 2).

Papież przekonuje, że „zmiana klimatu jest jednym z głównych wyzwań stojących przed społeczeństwem i wspólnotą światową”. Mamy do czynienia z „dramatem” i „grzechem strukturalnym” (pkt 3).

Franciszek wyjaśnia, że „zmiany klimatu” są oczywiste i nie można im zaprzeczać. Mamy „globalny kryzys klimatyczny”, a „niektóre wywołane przez człowieka zmiany klimatu znacznie zwiększają prawdopodobieństwo częstszych i bardziej intensywnych zdarzeń ekstremalnych” (pkt 5).

Franciszek w dalszej części („Opory i nieporozumienia”) krytykuje tych, którzy wyrażają wątpliwości co do globalnego ocieplenia, powołując się „na rzekomo naukowe dane, takie jak fakt, że planeta zawsze miała i zawsze będzie miała okresy ochłodzenia i ocieplenia”. Franciszek dodaje, że ci krytycy tej teorii „pomijają inny istotny fakt, mianowicie: że to, czego obecnie jesteśmy świadkami, to niezwykłe przyspieszenie ocieplenia (…)” (pkt 6).

Dodaje – co też często robią propagatorzy teorii o globalnym, katastrofalnym ociepleniu, nadinterpretując tę teorię i przemianowując na „zmiany klimatu” – że „ekstremalne oziębienia” mogą także wystąpić, ale „zapomina się, że te i inne niezwykłe zjawiska są jedynie alternatywnymi przejawami tej samej przyczyny: globalnego zaburzenia równowagi, spowodowanego globalnym ociepleniem” (pkt 7).

W pkt. 9. na szczęście papież ostrzegł przed upraszczaniem rzeczywistości i obwinianiem ubogich za „posiadanie zbyt wielu dzieci” oraz próbą rozwiązania problemu poprzez okaleczanie kobiet w krajach mniej rozwiniętych. Punkt ten zdaje się sugerować, że papież sprzeciwia się polityce depopulacyjnej wymierzonej głównie w mieszkańców uboższych krajów, czy unijne instytucje chętnie serwujące sterylizację, aborcję i długotrwałą antykoncepcję pod pretekstem walki z ubóstwem i śmiertelnością kobiet. W gruncie rzeczy zaś zależy im na ograniczeniu liczby ludności, którą obwinia się za emisję dwutlenku węgla.

W raportach IPCC podkreśla się, że głównymi czynnikami powodującymi „zmiany klimatu” są: przyrost demograficzny i wzrost produkcji na świecie. Franciszek przyznając, iż ludzie odpowiadają za „zmiany klimatu” pośrednio jednak ogranicza wymowę swego stanowiska o polityce globalnej względem szybko rosnącej populacji w krajach uboższych.

Papież uznaje, że przejście na odnawialne źródła energii i adaptacja do zmian klimatu to rozwiązania, które „politycy i przedsiębiorcy” muszą natychmiast wdrożyć.

W części poświęconej „Przyczynom ludzkim” pojawia się niestety niefortunne zdanie: „Nie można już wątpić w ludzkie – antropogeniczne – przyczyny zmian klimatycznych” (pkt 11).

Globalistom bardzo zależało, żeby obwinić człowieka za „zmiany klimatu”. Przez długi czas nie mogli na to wskazać bezpośrednio w raportach IPCC, ponieważ klimat jest niezwykle złożonym systemem i ma na niego wpływ wiele czynników. Wpływ człowieka, nawet jeśli jest rzeczywisty, to marginalny i z punktu widzenia statystycznego nie miałby znaczenia – uważa znaczna grupa uczonych.

Kwestii dowiedzenia tej tezy papież poświęca sporo miejsca w adhortacji, szczegółowo pisząc o wahaniach temperatur. Komentuje w pkt. 13: „Nie da się ukryć zbieżności tych globalnych zjawisk klimatycznych z przyspieszonym wzrostem emisji gazów cieplarnianych, zwłaszcza od połowy XX wieku. Zdecydowana większość naukowców zajmujących się klimatem popiera tę korelację i tylko niewielki odsetek z nich próbuje zaprzeczyć takim dowodom”.

Papież skrytykował także „pewne lekceważące i nierozsądne opinie, które znajduje nawet w Kościele katolickim” odnośnie tego, że „przyczyną niezwykłej szybkości tak niebezpiecznych zmian jest niezaprzeczalny fakt: ogromny rozwój związany z nieograniczoną ingerencją człowieka w przyrodę w ciągu ostatnich dwóch stuleci” (pkt 14).

W części dotyczącej „szkód i zagrożenia” Franciszek alarmuje, że „niektóre przejawy tego kryzysu klimatycznego są już nieodwracalne przez co najmniej setki lat, takie jak wzrost globalnych temperatur oceanów, zakwaszenie i wyczerpywanie się tlenu” (pkt 15).

Trzeba jednak uniknąć dalszych szkód i koniecznie nie można dopuścić do osiągnięcia „punktu zwrotnego”, po przekroczeniu którego miałaby nastąpić „lawinowa kaskada zdarzeń”. To wyraźna aluzja do teorii „granic planetarnych” Rockströma.

Franciszek, podobnie, jak w encyklice Laudato si’ ponownie powtórzył – nawiązując do teorii złożoności – że „wszystko jest połączone” i „nikt nie ocali się sam” (pkt 19).

W części poświęconej „rosnącemu paradygmatowi technokratycznemu” papież potępił pokładanie całej nadziei w technologii i ekonomii, zwłaszcza w teorii opartej na „idei nieskończonego czy też nieograniczonego rozwoju” (pkt 20).

W pkt. 21 i kolejnych pobrzmiewa krytyka transhumanizmu, „idei istoty ludzkiej, która nie posiada ograniczeń, której zdolności i możliwości, dzięki technologii, mogą być poszerzane w nieskończoność” oraz nieograniczonej władzy.

Warto zwrócić uwagę na to, o czym piszą eksperci ds. bezpieczeństwa, że dzisiejsze możliwości technologiczne oraz globalizacja przyczyniły się do wzrostu zagrożeń dla bezpieczeństwa przez nielicznych. Dlatego elity światowe – chcąc nad tym zapanować – propagują cyfryzację i system globalnego nadzoru cyfrowego połączonego ze stosowaniem teorii szturchania oraz ograniczenie wolności słowa.

Papież również wyraża ubolewanie z tego powodu że „coraz większa zdolność technologii daje „tym, którzy posiadają wiedzę – a nade wszystko władzę ekonomiczną, aby ją wyzyskiwać – niezwykłe panowanie nad całym rodzajem ludzkim i nad całym światem. Ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą, i nie ma gwarancji, że dobrze ją wykorzysta, zwłaszcza biorąc pod uwagę sposób, w jaki się nią posługuje. (…) W jakich rękach spoczywa i w jakie ręce może wpaść tak wielka władza? Straszliwie groźne jest to, że leży ona w rękach małej części ludzkości” (pkt 23).

Dalej przechodzi płynnie do kwestii „przemyślenia na nowo naszego wykorzystywania władzy”. W pkt. 24 Franciszek ubolewa, że „brak jest dziś odpowiednio solidnej etyki, kultury i duchowości, które rzeczywiście by ją ograniczały i utrzymywały w ryzach”.

Zamiast zwiększać władzę technokratyczną nad światem, papież postuluje budowanie harmonijnej relacji ze środowiskiem, opartej na doświadczeniach rdzennych kultur. Papież apeluje o „przemyślenie kwestii ludzkiej władzy, jej znaczenia i granic”.

I niestety, w pkt. 29 pobrzmiewa echo reform zaproponowanych przez szefa ONZ Guterresa w Our Common Agenda, czyli zapewnianiu tzw. integralności informacji. Franciszek pisze o „fałszywych informacjach”, które są wykorzystywane przez tych, którzy mają zasoby i oszukują innych propagując swoją politykę, zwiększając zagrożenia dla klimatu. Jest to powielenie oskarżeń formułowanych pod adresem wszelkich krytyków globalistycznej agendy i zapowiedź cenzury.

Franciszek krytykuje „merytokrację”, rządy tych, którzy „urodzili się w lepszych warunkach do rozwoju”.

W części poświęconej słabości polityki międzynarodowej w pkt. 35 autor adhortacji krytykuje „multilateralizm” rozumiany jako „światowa władza skoncentrowana w jednej osobie lub elicie z nadmierną władzą”. Jednocześnie wskazuje na potrzebę „istnienia jakiejś formy globalnego autorytetu, regulowanego przez prawo”. Ma na myśli przyznanie władzy sieci „organizacji światowych, obdarzonych autorytetem”, które miałyby zapewnić powszechne dobro wspólne, uporać się z głodem i ubóstwem, a także gwarantować przestrzeganie podstawowych praw człowieka. Co więcej, dodaje, że taka sieć powinna „być wyposażona w rzeczywistą władzę, aby zapewnić realizację pewnych niezbywalnych celów”.

W ten sposób stworzona sieć i sprawowana przez nią władza nie zależałaby od „zmieniających się okoliczności politycznych lub interesów nielicznych kręgów” i byłaby stabilna ( pkt 35).

W pkt. 36. Franciszek pisze: „Godne ubolewania jest to, że globalne kryzysy są marnowane, chociaż mogą być one okazją do wprowadzenia zbawiennych zmian. Tak stało się w przypadku kryzysu finansowego z lat 2007-2008 i powtórzyło się w przypadku kryzysu Covid-19. Ponieważ „wydaje się, że rzeczywiste strategie, które zostały następnie rozwinięte w świecie, były ukierunkowane na większy indywidualizm, większą dezintegrację, większą wolność dla prawdziwie możnych, którzy zawsze znajdują drogę wyjścia bez szwanku”.

Franciszek zaproponował „zmodyfikowanie multilateralizmu”, mającego polegać na „rekonfiguracji i odtworzeniu w świetle nowej sytuacji światowej” władzy. Po raz kolejny wskazał na znaczenie sieci i przekazanie władzy globalnej z rąk państw narodowych do rąk ludzi działających w sieci złożonej z przedstawicieli organizacji pozarządowych i innych zainteresowanych stron skupionych na walce ze „zmianami klimatu”.

W pkt. 38 pisze, że: „W perspektywie średnioterminowej globalizacja sprzyja spontanicznej wymianie kulturowej, lepszemu wzajemnemu poznaniu i sposobom integracji narodów, które doprowadzą do „oddolnego” multilateralizmu, nie będącego jedynie decyzją elit władzy. Żądania pojawiające się oddolnie na całym świecie, gdzie osoby zaangażowane z najróżniejszych krajów pomagają sobie i towarzyszą sobie nawzajem, mogą w końcu wywrzeć presję na czynniki władzy. Pożądane jest, aby stało się tak w odniesieniu do kryzysu klimatycznego. Dlatego powtarzam, że „jeśli obywatele nie kontrolują władzy politycznej – ogólnokrajowej, regionalnej i samorządowej – to nie jest również możliwe udaremnienie szkód ekologicznych”.

Papież sugeruje także to, o czym mówi obecny szef ONZ, że trzeba przebudować architekturę globalną, by uwzględniała wielobiegunowość i wschodzące potęgi światowe. Ponieważ „nie udało się jeszcze stworzyć modelu dyplomacji wielostronnej, który odpowiadałby nowej konfiguracji świata (…)”, wciąż znaczenie ma „stara dyplomacja” przeżywająca jednak kryzys (pkt 41).

Dodaje w pkt. 42., że „świat staje się tak wielobiegunowy, a jednocześnie tak bardzo złożony, że do skutecznej współpracy potrzebne są inne ramy”. Nowe ramy współpracy miałyby być skoncentrowane na „wyzwaniach środowiskowych, zdrowotnych, kulturowych i społecznych, zwłaszcza w celu umocnienia poszanowania najbardziej podstawowych praw człowieka, praw społecznych i troski o wspólny dom”. Papież wskazuje na potrzebę ustanowienia skutecznych zasad ochrony globalnej przed tymi wyzwaniami. Pobrzmiewa tutaj nawiązanie do trwających negocjacji w sprawie nowej umowy pandemicznej WHO i Paktu przyszłości, którego losy będą decydować się w dużej mierze w 2024 r. i latach następnych (nowa umowa społeczna).

Słyszymy więc w pkt 43 o „nowej procedurze procesu decyzyjnego oraz legitymizacji takich decyzji”, o „większej „demokratyzacji” w sferze globalnej.

W części poświęconej „konferencjom klimatycznym: postępom i porażkom” Franciszek ubolewa z powodu słabych wyników konferencji stron (COP) odnośnie zmian klimatu, zarzucając krajom brak sumienia i odpowiedzialności z powodu stawiania wyżej własnych interesów narodowych niż globalnego dobra wspólnego. Jednocześnie mobilizuje przywódców przed COP28 w Dubaju, aby doprowadzić do „stanowczego przyspieszenia transformacji energetycznej, ze skutecznymi zobowiązaniami, które mogą być monitorowane w sposób stały”. Konferencja ma być „punktem zwrotnym, udowadniającym, że to wszystko, co zostało osiągnięte od 1992 roku było poważne i właściwe, w przeciwnym razie będzie wielkim rozczarowaniem i zagrozi temu dobru, jakie udało się dotychczas osiągnąć” (pkt 54).

Papież martwi się, że za wolno przechodzimy na OZE i za wolno wdrażamy „istotne zmiany”. Uważa, że „zmiany klimatu” to „szeroki problem humanitarny i społeczny na wielu poziomach, dlatego wymaga zaangażowania wszystkich (…)”. Domaga się presji na polityków ze strony całego społeczeństwa.

Oczekuje, że w Dubaju państwa zobowiążą się do pozbycia paliw kopalnych i łatwo to będzie można egzekwować. „Ma to na celu zainicjowanie nowego procesu, który byłby drastyczny, intensywny i mógłby liczyć na zaangażowanie wszystkich. Nie stało się to dotychczas, ale jedynie poprzez taki proces można przywrócić wiarygodność polityki międzynarodowej, ponieważ tylko w ten konkretny sposób możliwe będzie znaczne zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i uniknięcie w porę najgorszego zła” – czytamy w pkt. 59.

W części poświęconej motywacji duchowej, Franciszek apeluje o mobilizację wszystkich ludzi różnych wyznań, by zaangażowali się w wywieranie presji na rządzących w sprawie polityki klimatycznej, zaznaczając, że jesteśmy zjednoczeni ze wszystkimi stworzeniami. „Cały świat jest strefą kontaktu” i nie możemy pozwolić, aby paradygmat technokratyczny odizolował nas (pkt 66).

W pkt. 67. papież – co prawda nie pisze o konieczności przejścia na paradygmat ekocentryczny, na co wskazują zwolennicy walki ze zmianami klimatu, czyli zrównania człowieka ze wszystkimi istotami, a nie uznawania go jako korony stworzeń – lecz wprowadza pojęcie „antropocentryzmu umiejscowionego”. „Światopogląd judeochrześcijański podtrzymuje szczególną i centralną wartość istoty ludzkiej pośród wspaniałego koncertu wszystkich istot, ale dziś jesteśmy zmuszeni uznać, że możliwy jest tylko antropocentryzm umiejscowiony. Oznacza to, że ludzkie życie jest niezrozumiałe i niemożliwe do utrzymania bez innych stworzeń. Istotnie, wszystkie byty wszechświata, będąc stworzonymi przez tego samego Ojca, są zjednoczone niewidzialnymi więzami i tworzą rodzaj uniwersalnej rodziny, wspaniałej komunii pobudzającej do świętego, serdecznego i pokornego szacunku” – czytamy w pkt. 68.

Można byłoby pokusić się o interpretację tego, co papież miał na myśli. Otóż wydaje się, że chodzi o ograniczenie aktywności człowieka, który musi uwzględniać „granice planetarne” i nowe systemy społeczne, o czym dywaguje się pośród naukowców.

Innymi słowy, działalność człowieka musi być tak ograniczona, aby nie doprowadzić – jak to papież ujmuje – do wymarcia jakiegoś gatunku. Ludzie mają pojednać się ze światem przyrody, jak nawołują do tego przedstawiciele tzw. ekologii głębokiej. Jednocześnie papież sugeruje, że aby umożliwić to pojednanie, konieczne będą „wielkie decyzje polityki krajowej i międzynarodowej” (pkt 69). Na to wskazują np. eko-socjaliści, którzy mówią, że będzie można tworzyć wielką cywilizację planetarną, po wcześniejszym przestawieniu gospodarki na odpowiednie tory za pomocą centralnego sterowania.

Franciszek uznaje potrzebę wielkiej transformacji kulturowej (pkt 70) i zmiany „nieodpowiedzialnego stylu życia związanego z modelem zachodnim”, do czego od lat 70. nawołują globalni propagatorzy koncepcji systemowej zrównoważonego rozwoju. Taka zmiana miałaby długoterminowy skutek i „bylibyśmy na drodze do wzajemnego uzdrowienia”.

Wreszcie papież kończy w pkt. 73. następującym stwierdzeniem: „list ten jest zatytułowany Pochwalony bądź, Panie. Bowiem człowiek, który chce zastąpić Boga, staje się najgorszym zagrożeniem dla samego siebie”.

Wybitnie polityczny charakter adhortacji

Warto pamiętać, że adhortacja papieża Laudate Deum ma charakter wybitnie polityczny i wpisuje się w inne propagowane przez niego dokumenty dotyczące środowiska, klimatu i „zrównoważonego rozwoju”.

Franciszek lansuje etykę środowiskową, która ma więcej wspólnego z etyką świecką niż religijną, chociaż odwołuje się do grzechu. Etyka świecka koncentruje się na naszej odpowiedzialności za przyrodę, odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń, sprawiedliwości międzypokoleniowej i wewnątrzpokoleniowej oraz wartości wszystkich istot. Etyka religijna skupia się na tym, co w danej denominacji religijnej jest istotne. Obie wzajemnie się uzupełniają i dlatego trwają prace nad skonstruowaniem jednej wspólnej etyki dla wszystkich ludzi na świecie, która zapewni skuteczne zasady postępowania, wskazując na działania pożądane i niepożądane ze względu na „zmiany klimatu”.

A ponieważ – jak podkreśla się w literaturze metodologicznej – zrównoważony rozwój musi przyjmować podejście interdyscyplinarne (tj. nie można go analizować z perspektywy czysto naukowej lub czysto etycznej, ale musi uwzględniać wiele perspektyw), takie właśnie podejście prezentuje nie tylko encyklika Laudato si’, ale także adhortacja Laudate Deum. Przy czym ta ostatnia powinna być analizowana przede wszystkim z perspektywy politologicznej.

Chociaż różne teorie naukowe, filozoficzne i teologiczne definiują globalną równowagę środowiskową w różny sposób, to jednak w znacznej mierze odnoszą się ono po prostu do koncepcji śladu węglowego czy szerszego śladu ekologicznego, mierząc wykorzystanie zasobów Ziemi w przeliczeniu na mieszkańca.

Franciszek wzywa do ograniczenia konsumpcji w imię solidarności z przyszłymi pokoleniami. Oto też apeluje sekretarz generalny ONZ. Jednak solidarność to cnota oparta na wzajemnych zobowiązaniach i wspólnym wysiłku na rzecz spójności społecznej. Jest ona trudna do zastosowania w odniesieniu do przyszłych pokoleń (tj. nieokreślonych jednostek). Franciszkowi po prostu bliżej do ekonomicznej teorii degrowth (odwzrostowienia, redukowania gospodarki).

Warto także odnotować, że papież odwołuje się do nowej formy multilateralizmu, o której dywagują prawnicy i politolodzy na świecie. Nie chodzi już bowiem o multilateralizm polegający na uzgadnianiu stanowiska co najmniej trzech państw na forum międzynarodowym w jakiejś kwestii (klasyczna definicja), ale o zastąpienie – albo częściowe, albo całkowicie w skrajnym wariancie – państw narodowych w procesie decyzyjnym poprzez podmioty niepaństwowe, w tym różne sieci organizacji społecznych, pozarządowych, federacje, korporacje, biznesmenów itp.

Globalne zarządzanie, zakorzenione w multilateralizmie powojennym, które odżyło w latach 90. XX wieku, obecnie boryka się z licznymi wyzwaniami, właśnie ze względu na rosnącą rolę podmiotów niepaństwowych w instytucjach wielostronnych – począwszy od międzynarodowych korporacji po organizacje pozarządowe, społeczności lokalne, ludność tubylczą, wybranych światowych przywódców, burmistrzów, fundacje, lobby branżowe itp.

Multilateralizm jest warunkiem wstępnym globalnego zarządzania i może obejmować pewne praktyki polityczne, standardy, różne formy miękkiego i twardego zarządzania.

O zmianie zasad stanowi Our Common Agenda szefa ONZ, także kładącego nacisk na usieciowienie i podejmowanie kluczowych decyzji – w przypadku różnych wyzwań globalnych – przez określoną grupę „interesariuszy”. Reszta świata miałaby się podporządkować narzuconym procedurom i zasadom.

Coraz częściej można spotkać się z nowym multilateralizmem w kontekście globalnego zarządzania globalnymi dobrami wspólnymi. Przyjmuje się pespektywę, że tym, co będzie jednoczyć mieszkańców naszej planety będą wspólne wartości np. o zagrożeniu klimatycznym i przekonanie, że korzyści ze współpracy przewyższą koszty.

Miałoby to wyeliminować napięcia między państwami westfalskimi (koncepcja równowagi sił), skutkujące konkurencją lub zbyt luźną współpracą.

Wszystkie te trendy znajdują odzwierciedlenie w najnowszej adhortacji papieża Franciszka Laudate Deum, która jest przede wszystkim dokumentem politycznym, a nie religijnym.

Dzieci Montezumy

Komentarz: Wspaniały przykład na różnice w podejściu złej katolickiej Hiszpanii do mieszkańców Nowego Świata. Warto przypomnieć, że tam gdzie kolonizatorami byli katolicy, ludność miejscowa przetrwała – mam na myśli Amerykę południową. Co robili protestanci, anglikanie i inni heretycy widać na przykładzie Indian w Ameryce północnej.

Potężny pożar w bloku na Szczepinie we Wrocławiu. Zapaliła się hulajnoga elektryczna

Komentarz – to samo zagrożenie niosą akumulatory w autach elektrycznych.

21.10.2023 r. Pożar przy ul. Czarnieckiego we Wrocławiu. Doprowadził do niego wybuch hulajnogi elektrycznej, którą właściciel trzymał w swoim mieszkaniu.
21.10.2023 r. Pożar przy ul. Czarnieckiego we Wrocławiu. Doprowadził do niego wybuch hulajnogi elektrycznej, którą właściciel trzymał w swoim mieszkaniu. Paweł Relikowski / Polska Press
Pożar mieszkania przy ul. Stefana Czarnieckiego
Pożar mieszkania przy ul. Stefana Czarnieckiego
Pożar mieszkania przy ul. Stefana Czarnieckiego

Zobacz galerię(39 zdjęć)

Ogromny pożar mieszkania na parterze przy ul. Czarnieckiego 16 wybuchł w sobotę (21 października), o godz. 5 rano. Mieszkanka bloku zaalarmowała służby i jako pierwsi na miejsce przyjechali policjanci, którzy ewakuowali zaspanych mieszkańców.

Jak powiedział reporterowi „Gazety Wrocławskiej” właściciel mieszkania, które spłonęło, w nocy wybuchła elektryczna hulajnoga, którą trzymał w mieszkaniu. Płomienie były tak duże, że mężczyzna nie mógł opanować ognia.

Ogień szybko się rozprzestrzeniał, niestety zniszczeniu uległy także mieszkania nad miejscem pożaru. Szczęśliwie, dzięki sprawnej akcji policjantów, wszystkich mieszkańców udało się wyprowadzić i nikt nie odniósł obrażeń.

Do pożaru zadysponowano siedem wozów strażackich, akcja dogaszania była prowadzona jeszcze po godz. 7 rano. Strażacy zakończyli działania po godz. 8 rano. Mieszkańcy sprzątają miejsce pożaru.

Szwedzka profesor dowiodła, że gwałtów dokonują emigranci,zajęła się nią prokuratura

Prof. medycyny Kristina Sundquist z Uniwersytetu w Lund jest podejrzana o złamanie etyki w związku z badaniami, w których dowiodła, że większość gwałtów dokonują imigranci. Prokuratura wszczęła w jej sprawie śledztwo. Współautor badania, Ardavan Khoshnood, w rozmowie z PAP tłumaczy, że naukowcy wcześniej nie przeprowadzali takich analiz, bo „nie chcieli być posądzani o ksenofobię”.

        Wiosną tego roku zespół prof. Sundquist opublikował wyniki badań na podstawie ponad 3 tys. wyroków sądowych, z których wynika, że prawie 60 proc. wszystkich osób skazanych w Szwecji za gwałt w latach 2000-2015 miało obce pochodzenie. 

Praca poza nielicznymi wyjątkami nie została omówiona w głównych szwedzkich mediach, ale wzbudziła kontrowersje w środowisku naukowym. Na skutek skargi doktorantki z Uniwersytetu w Goeteborgu sprawa trafiła do prokuratury, która najpierw odmówiła wszczęcia postępowania, a ostatnio na wniosek Izby Odwoławczej ds. Etyki Badań Naukowych (ONEP) wszczęła śledztwo. Badacze podejrzani są o złamanie ustawy o etyce badań naukowych, gdyż według śledczych, nie posiadali zezwolenia na analizę „wrażliwych danych”.

W Szwecji za takie dane uważane są statystyki dotyczące narodowości, pochodzenia etnicznego czy religii.

Według OENP , „badanie pokazuje +zasadniczo+ obecność imigrantów w szwedzkich statystykach dotyczących gwałtów, o czym nie wspomniano we wnioskach o pozwolenie”. „Chociaż naukowcy otrzymali dostęp do informacji, które dostarczyły wiedzy przedstawionej w artykule (naukowym), to nie mieli zezwolenia na ich wykorzystywanie” – podkreśliła Izba we wniosku do prokuratury.    

Prof. Kristina Sundquist, będąca najczęściej cytowanym w pismach naukowych pracownikiem Uniwersytetu w Lund w dziedzinie medycyny, uważa, że miała pozwolenie na przeprowadzenie badań. „Decyzję prokuratury jest dla mnie szokująca, to jest dla mnie oczywiście bardzo stresujące” – podkreśliła w rozmowie z dziennikiem „Sydsvenskan”.  

Wskaźniki jakie brali pod uwagę naukowcy

Według współautora opracowania lekarza docenta Ardavana Khoshnooda, który jest z pochodzenia Irańczykiem, celem badania nie była analiza problemów wynikających z integracji, a imigracyjne pochodzenie sprawców gwałtów było jedynie jedną ze zmiennych, która okazała się istotna w trakcie analizy. Inne wskaźniki, jakie brali pod uwagę naukowcy, to m.in. poziom inteligencji IQ czy popełnianie innych przestępstw.

Jak podkreślił w rozmowie z PAP Khoshnood, w Szwecji od lat nie przeprowadzano badań nad cechami sprawców gwałty. „Nie mieliśmy takich danych, a jednocześnie wzrasta liczba podejrzanych o takie przestępstwa” – podkreślił.

Dlaczego naukowcy nie podejmowali tego tematu? „Jednym z powodów, dla których naukowcy powstrzymywali się od przeprowadzania badań biorących pod uwagę kwestie etniczne, narodowościowe lub pochodzenie może być obawa o wyniki pokazujące, że występuje nadreprezentacja takich osób. Badacze nie chcieli być oskarżani o przyczynianie się do ksenofobii” – uważa Khoshnood.

Wcześniej statystyki na temat sprawców gwałtów podawała podlegająca rządowi Szwedzka Rada ds. Przeciwdziałania Przestępczości, ale również jak w przypadku innych przestępstw w ostatnich latach przestano podawać w statystykach narodowość sprawców.

Ze Sztokholmu Daniel Zyśk (PAP)

https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C985110%2Cszwedzka-profesor-dowiodla-ze-wiekszosc-gwaltow-dokonuja-imigranci-zajela