Zmiana czasu po raz ostatni miała być w 2021 roku. Biurokracja UE über alles.

Zmiana czasu po raz ostatni miała być w 2021 roku. Biurokracja UE über alles.

W ten weekend znów przestawimy zegarki.

Tylko 21 proc. ankietowanych opowiada się za utrzymaniem przestawiania zegarków dwa razy do roku. Od tej praktyki miała odejść UE, ale projekt ugrzązł – podaje czwartkowa „Rzeczpospolita”.

„Rzeczpospolita” przytacza wyniki sondażu, przeprowadzonego na zlecenie gazety przez IBRiS. Na pytanie, czy zmiana czasu na zimowy bądź letni powinna zostać zniesiona, zadane ponad tysiącu ankietowanym, „zdecydowanie tak” odpowiedziało 57,5 proc., a „raczej tak” – 11 proc. To w sumie dwie trzecie ankietowanych. Odpowiedź „raczej nie” wskazało 15,9 proc, a „zdecydowanie nie” – zaledwie 4,7 proc. – czytamy.

Gazeta dodaje, że wynikami nie jest zaskoczony poseł PSL Andrzej Grzyb, który przez dwie kadencje zasiadał w europarlamencie w zespole mającym na celu odejście od zmiany czasu. „Podobne wyniki od lat przynoszą inne sondaże dotyczące zmiany czasu, a odsetek przeciwników tej praktyki zdaje się nawet rosnąć” – komentuje Andrzej Grzyb.

Polska nie jest wyjątkiem, bo odejścia od zmiany czasu chce niemal cała Europa.

„W 2018 roku Komisja Europejska przeprowadziła internetowe konsultacje w sprawie zmiany czasu, w ramach których otrzymała rekordową liczbę 4,6 mln ankiet. 84 proc. respondentów uznało, że chce zrezygnować z sezonowej zmiany czasu. Parlament Europejski przyjął wówczas rezolucję o końcu zmiany czasu, a ówczesny szef KE Jean-Claude Juncker ogłosił, że 'likwidacja jest przesądzona’” – czytamy na łamach gazety.

Jak dodano, po raz ostatni wskazówki mieliśmy przesunąć w 2021 roku. Wpływ na tamtą decyzję miała postawa kilku państw, w tym Finlandii, Litwy, Szwecji i Polski. Jak to jednak w biurokracji bywa, termin ten nie został dotrzymany. [—]

W 2023 roku będziemy przechodzić na czas zimowy w nocy z 28 na 29 października. Wskazówki zegarków przestawiamy z 3.00 na 2.00.

Finis Poloniae?

Finis Poloniae?

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia

Czym żyje Polska? To zależy kto. Na przykład środowiska polityczne żyją nadzieją, że albo PiS-owi uda się przeciągnąć na swoją stronę Trzecią No…, to znaczy, pardon – nie żadną “Trzecią Nogę”, tylko oczywiście Trzecią Drogę.

Z kolei aktywiści Volksdeutsche Partei i Lewizny – że Trzecią No… (ach, te freudowskie pomyłki; Aleksander Fredro napisałby: “cóż u diabła z tym kutasem” – co wykorzystał Tadeusz Boy-Żeleński do skomentowania jubileuszowego przemówienia lekarza, przypadkowo ginekologa: “I choć wrogie siły czasem pępowinę, panie, przedrą (cóż u diabła z tym kutasem – jak powiadał stary Fredro)” – więc, że Trzecią Drogę uda się im utrzymać przy sobie – bo wszyscy wymienili pierścionki zaręczynowe.

Z kolei grona podczepione pod środowiska polityczne albo szukają miękkiego lądowania na jakichś synekurach, których w strukturach naszego demokratycznego państwa prawnego jest już chyba więcej, niż normalnych miejsc pracy, albo ostrzą sobie zęby na spodziewaną wyżerkę w spółkach Skarbu Państwa, sektorach strategicznych – i tak dalej.

Żony obstalowują toalety, w których będą brylowały na rozmaitych galówkach, naturalne przyjaciółki oczekują na brylanty, które – jak wiadomo – są prawdziwymi przyjaciółmi kobiet, a przyjaciele już nie mogą doczekać się koncesji na hurtownie spirytusu. Reszta, oszołomiona propagandą,   albo przeżuwa klęskę “swojej” formacji, albo onanizuje się sukcesem swojej – jak na przykład słynna Babcia Kasia, która właśnie rozkazała panu prezydentowi Dudzie, by jak najszybciej zwołał Sejm, na którym Donald Tusk zaprzysięgnie swój rząd.

Tymczasem pan prezydent jakby puszczał polecenia Babci Kasi mimo uszu, solennie celebrując nie tylko konstytucyjne przepisy, ale nawet zwyczaje, a poza tym daje do zrozumienia zarówno Donaldu Tusku, jak i stronnictwom sojuszniczym Volksdeutsche Partei, że jak nie będą grzeczni, to zablokuje im każdą ustawę. Rzecz w tym, że Volksdeutsche Partei, Trzecia Droga i Lewica, mają razem zaledwie 248 mandatów, podczas gdy  do obalenia weta prezydenta potrzeba ich aż 276.

W tej sytuacji pogróżki Donalda Tuska i Umiłowanych Przywódców drobniejszego płazu, że będą wszystkich dusić gołymi rękami, wyglądają raczej na przechwałki tym bardziej, że nie wiadomo jeszcze, co zrobią stare kiejkuty, które – jak pamiętamy – w roku 2008  urządziły Donaldu Tusku aferę hazardową, z której ratować musiała go sama Nasza Złota Pani z Berlina, załatwiając mu nagrodę im. Karola Wielkiego i przenosząc mocną ręką na brukselskie salony, gdzie wystrugała go na człowieka.

A stare kiejkuty mogą zrobić to, co każą im zrobić Nasi Sojusznicy – albo jeden, ten Najważniejszy, albo drugi, też Bardzo Ważny, ale nie tak ważny, jak ten Najważniejszy, który wprowadził do naszego bantustanu swój kontyngent wojskowy i daje do zrozumienia, że chciałby zachować kontrolę nad naszą niezwyciężoną armią. A jeśli nad niezwyciężoną armią, to i nad starymi kiejkutami – to chyba jasne?

W tej sytuacji trudno się dziwić, że pan prezydent Duda puszcza mimo uszu polecenia Babci Kasi. I tak uprzejmie z jego strony, że nie kazał wyszczuć jej psami.

Więc kiedy Polska żyje mniej więcej tymi absorbującymi zagadnieniami, Niemcy, skwapliwie korzystając z przyzwolenia udzielonego im w marcu br. przez prezydenta Józia Bidena, by urządzali Europę po swojemu, właśnie energicznie się do tego  zabierają.

Pamiętając o wskazówkach wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami w roku 1943 powiedział, że w Europie małe państwa nie mają racji bytu, bo tylko Niemcy są w stanie prawidłowo Europę zorganizować, oraz na manifeście innego przywódcy socjalistycznego, a właściwie komunistycznego, otoczonego w Unii Europejskiej kultem Altiero Spinellego, że historyczne narody i ich państwa  mają być zlikwidowane.

Dlaczego? Bo przynoszą tylko same zgryzoty – Niemcy właśnie zamierzają nie tylko zlikwidować prawo weta, ale w dodatku – zmniejszyć liczbę uczestników Rady Europejskiej z 27 do 15, co oznacza, że niektóre bantustany przestaną być tam nawet reprezentowane. A które “niektóre”? Nietrudno się domyślić, że w pierwszej kolejności te, które będą próbowały sypać piasek w szprychy parowozu dziejów, co to pędzi ku “federalizacji” Europy. Bo w IV Rzeszy, która właśnie na naszych oczach staje się ciałem, Ordnung muss sein, czyli – jak mówią w Wielkopolsce – musi być “porzundek”.

W tej sytuacji Wielce Czcigodny eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski, który z niejednego komina już wygartywał; i w PZPR i w Solidarności i w Platformie, z ramienia której był nawet wiceprzewodniczącym Europeische Volksdeutsche Partei, aż wreszcie wylądował w PiS –  bije na alarm, chociaż – jak samokrytycznie zauważa – jest już na to trochę za późno.

I słuszna jego racja, bo na alarm trzeba było bić w czerwcu 2003 roku, kiedy to urządzone zostało w Polsce referendum akcesyjne, w którym zarówno obóz “dobrej zmiany”, jak i obóz zdrady i zaprzaństwa, zgodnie agitowały za Anschlussem. Sam pan Jacek Saryusz-Wolski przykładał rękę do Anschlussu nawet wcześniej, bo od roku 1991.

Przypominam to, żeby pokazać, że osoba tak dobrze zorientowana w sprawach europejskich nie mogła nie wiedzieć, że w 1993 roku wszedł w życie traktat z Maastricht, który zmienił formułę funkcjonowania wspólnot europejskich z konfederacji, czyli związku państw, na federację, czyli państwo związkowe, którego budowa jest właśnie finalizowana.

Skoro tedy “bije na alarm” dopiero teraz, to tylko dlatego, że Naczelnik Państwa, który w 2003 roku też stręczył Anschluss, próbuje jeszcze straszyć wszystkich Tuskiem – że to niby on sprzeda polską suwerenność, podczas gdy Naczelnik Państwa by ją uratował.

Że Tusk ją sprzeda, to rzecz pewna, ale przecież i Naczelnik, całkiem niedawno , bo w czerwcu 2021 roku, pomógł zrobić milowy krok w stronę IV Rzeszy, osobiście forsując w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych UE, która wyposażyła Komisję Europejską w prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej UE oraz nakładania “unijnych” podatków.

Teraz mamy do czynienia tylko z dalszym ciągiem tej polityki, bo teraz chodzi o przekazanie do wyłącznej kompetencji Unii Europejskiej dodatkowych 65 obszarów. A co w tej chwili radzi pan Jacek Saryusz-Wolski? Radzi zbudować “koalicję państw i społeczeństw”, która by się tym niecnym zamiarom skutecznie sprzeciwiła. Nietrudno się domyślić, że na czele takiej koalicji powinien stanąć Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, bo – jak mawiał Stefan Kisielewski – któż potrafi lepiej naprawić zegarek, niż ten, kto go zepsuł?

PiS zagłosował w PE za wprowadzeniem jedzenia z robaków

PiS zagłosował w PE za wprowadzeniem jedzenia z robaków

pis-za-wprowadzeniem-jedzenia-z-robakow

To, że przedstawiciele PO popierają sprowadzenie Polaków do poziomu zwierząt jedzących robaki, nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. Dlaczego jednak europosłowie PiS, która to partia mieni się patriotyczną, również poparli rezolucję wskazującą na rzekome plusy jedzenia przez gojów chityny? Patryk Jaki mówi o pomyłce, Kosma Złotowski w rozmowie z Interią zapowiada “zmianę głosowania”, a Andżelika Możdżanowska przekonuje, że jej decyzja była podyktowana “interesem polskich rolników”.

PiS zagłosował za wprowadzeniem jedzenia z robaków. Chodzi o niedawne głosowanie w Parlamencie Europejskim.

Przypomnijmy: wiosną br. wybuchła afera jedzenia robaków. Wówczas to politycy tzw. “Zjednoczonej Prawicy” (PiS i Suwerenna Polska) ostrzegali, że eurokołchoz nakaże Polakom jeść robaki. Przez kilka tygodni alarmowali m.in. wielkimi ilustracjami czy filmikami owadów, które zamieszczali w mediach społecznościowych. Sugerowali, że tylko oni bronią polskiej godności i polskiego talerza na którym jest normalne mięso.

W ubiegłym tygodniu Parlament Europejski przyjął rezolucję dotyczącą europejskiej strategii w zakresie białka. “Za” było 307 parlamentarzystów, w tym zdecydowana większość europosłów Prawa i Sprawiedliwości.

W dokumencie, który odnosi się w większości do wykorzystania białka pochodzącego z owadów w sektorze rolnym. Czytamy w niej m.in. o rosnącym potencjale białka pochodzącego z owadów przeznaczonego do spożycia przez ludzi, a zwłaszcza do żywienia zwierząt. Jest tam też sporo innych odniesień do jedzenia białka pochodzącego z owadów przez ludzi.

Jak się okazuje, za rezolucją zagłosowali niemal wszyscy politycy Zjednoczonej Prawicy z PE, w tym Beata Kempa, Patryk Jaki, Joachim Brudziński, Tomasz Poręba, Andżelika Możdżanowska, Beata Szydło, Anna Zalewska, Ryszard Czarnecki i Kosma Złotowski.

-Przede wszystkim chodzi o żywienie tym białkiem zwierząt. Miała to być domieszka do pasz, a nie do surówek, które ludzie zjadają. Chodziło głównie o to, dlatego głosowaliśmy za – tłumaczył dla Interii europoseł PiS Kosma Złotowski. -Prawdopodobnie jednak zmienimy nasze głosowania, póki jeszcze możemy. Mamy na to kilka dni – zapowiadał.

Zaatakowany przez Konfederację europoseł Patryk Jaki stwierdził, że po prostu się pomylił. “Jak zwykle kłamiecie. Po prostu tak jak często wasi posłowie, pomyliłem się w głosowaniu, co szybko poprawiłem. Mój głos jest na “NIE”” – napisał na X, wskazując, że Robertowi Winnickiemu też zdarzyła się kiedyś pomyłka. Wpis można przeczytać tutaj.

Co ciekawe, zdania w sprawie głosowania nie zamierza zmieniać Andżelika Możdżanowska, która deklaruje, że gdyby miała zagłosować jeszcze raz, postąpiłaby dokładnie tak samo.

-Nie pomyliłam się, to była jasna strategia w obronie polskiego rolnika. Mieliśmy bowiem do czynienia nie tylko z robakami, czyli strategią białkową, ale też kilkoma innymi obszarami: to budowa bezpieczeństwa żywnościowego w UE, wzmacnianie niezależności od importu białka w celu zwiększenia dochodu m.in. naszych rolników, wspierania produkcji białka, jasna informacja dla konsumentów dotycząca pochodzenia produktu, ale też kwestia biogazowni. Gdybyśmy głosowali przeciwko, byłoby to wbrew polskiemu rolnikowi – przekonywała europoseł PiS.

Europosłanka tłumaczyła wiosenną narrację swojej partii dotyczącą robaków “wymogami kampanii wyborczej”.  -Staram się skupiać bardziej na merytorycznych kwestiach, a nie piarowskich. Jak wiemy, kampania rządzi się swoimi prawami, dotarcie do wyborców również, ale ja stoję na straży zapisów, które są adekwatne do wdrażanych rozwiązań.

NASZ KOMENTARZ: Cieszymy się, że przynajmniej pani Moższanowska wykazała się szczerością i przyznała, że sprzeciw PiS wobec zrobienia z Polaków zjadaczy robaków, był tylko chwytem wyborczym. W rzeczywistości po raz kolejny okazuje się, że PIS = PO. Program tych partii to w skrócie: Polak nie będzie w Polsce gospodarzem, tylko gojem i nędzarzem. Jak na goja, czyli zwierzę człekokształtne przystało, Polak ma też zjadać robaki.

Apokalipsa opioidowych zombie trafi do Europy? Kolejne „wojny opiumowe”.

Apokalipsa opioidowych zombie trafi do Europy?

apokalipsa-opioidowych-zombie

#anthony blinken #etyka #kryzys społeczny #Narotyki #opioidy #rewolucja kulturowa #umiarkowanie

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Fentanyl to niezwykle silny, „syntetyczny” narkotyk. Corocznie w Stanach Zjednoczonych z powodu jego przedawkowania giną dziesiątki tysięcy osób. Amerykański Sekretarz Stanu Antony Blinken zwrócił uwagę, że wkrótce problem może przenieść się także do Europy. Sęk w tym, że w ogóle nie jesteśmy nań przygotowani.

Fentanyl to potężny lek opioidowy stosowany głównie do złagodzenia silnego bólu, zwłaszcza w przypadku chorób nowotworowych. Narkotyk działa na receptory opioidowe w mózgu, podobnie jak morfina, ale jest od niej 50-100 razy silniejszy (i 50 razy silniejszy od heroiny). Środek ten jest nader często przepisywany przez lekarzy (zwłaszcza za Wielką Wodą). Ponadto coraz większe jego ilości produkuje się i rozprowadza na czarnym rynku.

Nadmierne stosowanie fentanylu powoduje niekiedy poważne skutki uboczne. Przedawkowanie może prowadzić do depresji oddechowej (nieprawidłowy oddech, niedotlenienie i w konsekwencji nawet zatrzymanie oddechu). Inne możliwe konsekwencje to utrata przytomności, a nawet śpiączka. Fentanyl może także wpływać na układ krążenia, doprowadzając do niskiego ciśnienia krwi, zawrotów głowy, a w skrajnych przypadkach nawet -zatrzymania krążenia i śmierci.

Wesprzyj nas już teraz!

25 zł

50 zł

100 zł

Warto zauważyć, że co roku fentanyl jest również przyczyną dziesiątek tysięcy zgonów w USA wskutek jego przedawkowania.

Problem trafi do Europy?

Amerykańskie nagrania wideo ukazujące narkomanów budzą przerażenie. Widzimy na nich ludzi idących jakby w zwolnionym tempie, oderwanych od rzeczywistości. Ich skrajnie nienaturalne zachowanie przypomina pod wieloma względami popularne filmy o zombie. Tym razem to już nie jest iluzjon, lecz rzeczywistość.

„W ostatnim czasie na Twitterze pojawiają się filmiki, na których widać osoby, które prawdopodobnie są po fentanylu. Stoją w miejscu, pochyleni, wykonują bardzo wolne ruchy. Niemal jak ludzkie zombie. Tak też nazywany jest inaczej nowy narkotyk tranq – fentanyl zmieszany z ksylazyną, silnym środkiem uspokajającym. Nazwa pochodzi również od bolesnych i gnijących ran, które pojawiają się na ciele tych, którzy zażyją tę mieszankę” – trafnie opisał portal Interia.

Według tego portalu od 2000 roku aż milion Amerykanów zmarło z powodu przedawkowania narkotyków. W większości -na skutek opioidów. Zbierane przez nie krwawe żniwo wynosi 1500 osób tygodniowo. Trudno jednak dokładnie określić, jak często jest to przedawkowanie samego fentanylu, a jak często jego wymieszanie z innymi substancjami, takimi jak heroina.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden i amerykański Sekretarz Stanu Antony Blinken wprost ostrzegli Europejczyków, że problem może wkrótce trafić i do nas. Kraje Unii Europejskiej dysponują bowiem potencjałem laboratoryjnym niezbędnym do produkcji fentanylu (Amerykanie zaś muszą „korzystać” z meksykańskiego importu). W Europie siedzimy więc na bombie zegarowej i – jak się wydaje – nie jesteśmy odpowiednio przygotowani. Co gorsza, w tak zwanych liberalnych mediach pojawiają się próby oswojenia nas z opoidami (o czym opowiemy w kolejnym artykule).

Trochę historii – wojny opiumowe

Zagrożenie fenantylem można porównać do problemów XIX wiecznych Chińczyków z opium. U zarania XIX stulecia panująca w Chinach dynastia Quing zdecydowała się ograniczyć dostęp do swojego rynku brytyjskim towarom. Wszystko w imię prowadzenia protekcjonistycznej polityki. Za nabywane w Państwie Środka jedwab, ryż i herbatę trzeba było odtąd obficie zastawiać srebro, czyli ówczesny pieniądz. Nie spodobało się to brytyjskim i francuskim kupcom z Kompanii Wschodnioindyjskiej. Europejczycy nie zamierzali dać za wygraną. Zamiast tradycyjnych towarów zaczęli więc sprzedawać opium, posuwając się też do kontrabandy.

W pewnym momencie Chińczycy zaczęli jednak mieć tego dość. Z polecenia cesarza Daoguanga zniszczyli 20 tysięcy skrzyń uprzednio zarekwirowanego od Brytyjczyków narkotyku. Brytyjczycy początkowo nie chcieli dokonywać odwetu, lecz zmiana w albiońskim parlamencie dała na to przyzwolenie. Rozpoczęta w 1839 roku „wojna opiumowa” zakończyła się zwycięstwem Wielkiej Brytanii, która w ramach traktatu nankińskiego otrzymała dostęp do kilku portów. Natomiast w latach 1856-60 wybuchła II wojna opiumowa. Ta zaś doprowadziła do pełnego otwarcia Państwa Środka na dostawy opium (a także na zachodnie ambasady i chrześcijańskie misje).

Brak tu miejsca na szczegółowe opisywanie wojennych kolei losu. Dość powiedzieć, że chińskie władze dobrze wiedziały, jaką szkodę wyrządza narkotyk. Jednak wróg narzucił jego sprzedaż siłą. Trudno bowiem o lepszy biznes niż sprzedaż towarów łatwo uzależniających i ulegających szybkiemu zużyciu. Gwarantuje to ciągły popyt. Dobrze wiedzą o tym producenci nikotyny, alkoholu czy napojów energetycznych. W przypadku opioidów skala szkodliwości jest jednak nieporównywalnie większa.

Ponadto władzę najlepiej jest przecież narzucić ludziom odrealnionym i niezdolnym do krytycznego myślenia o rzeczywistości. Narkoman nic więcej nie potrzebuje do „szczęścia” oprócz kolejnej dawki. Nie przeszkadzają mu złe rządy, niesprawiedliwość czy obce wpływy. Prawda jest brutalna – „naćpanym” społeczeństwem łatwo sterować.

Narkotyki a etyka

Choć problemy związane z narkotykami dostrzegają przedstawiciele obydwu stron politycznego spectrum, to ze zrozumieniem głębokich przyczyn zjawiska jest już różnie. Tymczasem jednoczesne występowanie kryzysu rodziny oraz kryzysu narkotykowego nie wydaje się być dziełem przypadku. Na przykład w Stanach Zjednoczonych, gdzie kryzys związany z fenantylem jest szczególnie silny, rozwodem kończy się 40-50 procent małżeństw. Co więcej, niemal co czwarty nieletni Amerykanin wychowuje się w domu z tylko jednym dorosłym. Statystycznie rzecz biorąc sytuacje te mogą sprzyjać kryzysom psychicznym, wchodzeniu w złe towarzystwo i szukaniu łatwych rozwiązań – jak właśnie ucieczka w narkotyki.

Problemem jest także zaniechanie przez wychowawców nauczania o cnocie umiarkowania. W efekcie ludzie coraz częściej  nie potrafią pojąć, że z przyjemności należy korzystać w sposób wyważony i popadają w hedonizm.

Kto dziś zaprząta sobie głowę lekturą świętego Tomasza z Akwinu i jego nauki o umiarkowaniu? Jak pisał święty Tomasz w Summie teologicznej „chociaż piękno idzie w parze ze wszystkimi cnotami, ponad wszystko jednak przypisuje się je umiarkowaniu. Z dwóch powodów, po pierwsze z racji ogólnej natury umiarkowania, którą cechuje pewna powściągliwa i właściwa proporcja, będąca podstawową cechą piękna (…). Drugim powodem jest to, że umiarkowanie powstrzymuje człowieka przed tym, co w nim najniższe, co ma cechy natury zwierzęcej (…), i dlatego najbardziej przyczynia się do tego, że człowiek staje się brzydkim”.

Istota myśli Akwinaty jest łatwa do pojęcia i obowiązuje również w XXI wieku.  Umiarkowanie znajduje się między niepowściągliwością i niewrażliwością. To złoty środek między pożałowania godną nieumiejętnością czerpania z darów Bożych i przeżywania radości życia a dawaniem upustu każdej namiętności. Osoba mająca wyrobioną cnotę umiarkowania nie da się skusić syrenim powabom opioidów. Umie bowiem rozróżnić godziwą przyjemność od szaleństwa. Nie pozwoli podporządkować się najniższym, zwierzęcym instynktom.

Jeśli jest katolikiem, to w sukurs przyjdzie jej Katechizm Kościoła Katolickiego. Jak czytamy w nim „używanie narkotyków wyrządza bardzo poważne szkody zdrowiu i życiu ludzkiemu. Jest ciężkim wykroczeniem, chyba że wynika ze wskazań ściśle lekarskich. Nielegalna produkcja i przemyt narkotyków są działaniami gorszącymi; stanowią one bezpośredni współudział w działaniach głęboko sprzecznych z prawem moralnym, ponieważ skłaniają do nich”.

W obliczu zaniku rodziny, wspólnoty i różnych form religijności opioidy łatwo znajdują swoje miejsce w umyśle współczesnych ludzi. Natura bowiem – jak wiedzieli już starożytni – nie znosi próżni.

Stanisław Bukłowicz

https://pch24.pl/moda-na-narkotyki-smiertelna-pulapka-zbiera-zniwo-wsrod-mlodych-polakow/embed/#?secret=npuxt76SFE#?secret=MKa7TZ03Ta

Licznik swoje, faktura swoje. Właściciele fotowoltaiki mają tego dość. Nie mikroodczyt, tylko megaoszustwo. TAURON oszukuje?

Licznik swoje, faktura swoje. Właściciele fotowoltaiki mają tego dość. Nie mikroodczyt, tylko megaoszustwo. TAURON oszukuje?

wlasciciele-fotowoltaiki-maja-tego-

Czy boom na prąd ze słońca w Polsce się kończy? Kolejni właściciele mikroinstalacji fotowoltaicznych zgłaszają problemy z rozliczeniami. W wiadomościach przesłanych money.pl widać ogromną frustrację klientów firmy Tauron. Spółka przekonuje, że wprowadzone ustawowo zmiany są dla Polaków korzystne.

Kolejni prosumenci czują się oszukani w związku ze zmianą sposobu rozliczania za korzystanie z fotowoltaiki (Getty Images, ANGEL GARCIA)

„Jestem klientem Tauronu i posiadam umowę na fotowoltaikę podpisaną na starych zasadach. Do tej pory myślałem, że problem mikroodczytów i związanych z nimi niezgodności dotyczy tylko mojej instalacji” – zaczyna swoją wiadomość pan Paweł.

To nie pierwszy posiadacz mikroinstalacji fotowoltaicznej, który napisał do redakcji money.pl w sprawie polityki informacyjnej państwowej spółki i wprowadzonych przez nią zmian w metodzie rozliczenia nadwyżki energii.

„Nie mikroodczyt, tylko megaoszustwo”

„Pisałem kilka reklamacji do firmy Tauron, ale niestety otrzymywałem tylko szablonowe odpowiedzi. Dziś wiem, że problem dotyczy wielu tysięcy osób. Moje całościowe wskazania licznika nijak się mają do zsumowanych wartości na fakturach, które otrzymuję. Oczywiście wskazania te są na moją niekorzyść” – podkreśla nasz czytelnik, twierdząc, że czuje się oszukany przez dostawcę energii.

Skoro licznik energii elektrycznej jest jedynym certyfikowanym urządzeniem, a do tego wskazania w aplikacji Tauronu oraz wskazania w aplikacji producenta paneli są zbliżone do wartości wskazanych na liczniku, to nie rozumiem, jak jakiś mikroodczyt może wskazywać o 2000 kWh mniej wyprodukowanej energii. To nie jest mikroodczyt tylko megaoszustwo – czytamy w nadesłanym e-mailu.

Zobacz także: 14.04 Program Money.pl | Pompy ciepła. Czy użytkownicy mogą spać spokojnie?

Pan Paweł nie kryje rozgoryczenia. Szuka grup zrzeszających prosumentów (użytkownikach instalacji fotowoltaicznych jednocześnie produkujących i zużywających energię – przyp. red.) uznających się za pokrzywdzonych przez firmy energetyczne, rozważając podjęcie kroków prawnych.

Kradzież prądu jest karana, a ja zostałem okradziony. Oddałem więcej energii, aniżeli ujęto to w końcowym rozrachunku – przekonuje.

Ogólnopolski problem

Prosumenci podkreślają w przesłanych nam wiadomościach, że wielokrotnie próbowali skontaktować się z Tauronem i spółkami zależnymi (Tauron Dystrybucja, Tauron Sprzedaż) w celu wyjaśnienia sytuacji, składali reklamacje, interweniowali w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Bezskutecznie. Wielu z nich rozważa wejście na drogę prawną.

Zapytaliśmy Tauron w czwartek rano (19.10), co ma do zaproponowania sfrustrowanym klientom, z czego zdaniem przedstawicieli spółki wynikają opisywane niejasności i jak skomentują przytoczone słowa prosumentów. W poniedziałek (23.10) otrzymaliśmy odpowiedź, w której czytamy, że „obowiązujące systemy rozliczeń prosumentów wynikają z ustawy o OZE i nie są zależne od sprzedawcy energii”.

„Od kwietnia 2022 ustawa wprowadziła zasady rozliczeń oparte na bilansowaniu międzyfazowym metodą wektorową. W związku z tym występują różnice między ilością energii pobranej na liczniku – w aplikacji e-licznik a danymi rozliczeniowymi na fakturze. Dane nie pokrywają się. Warto jednak podkreślić, że ustawowe zasady rozliczeń są korzystne dla prosumentów” – dodaje Tauron.

Obecnie energia bilansowana jest w sposób wektorowy, co równoważne jest z tym, że w momencie, kiedy przykładowo prosument wprowadza energię 3 kWh, jest ona w danej godzinie bilansowana z energią pobraną z sieci. W momencie, kiedy całkowity pobór klienta wynosi np. 2kWh, klient po zbilansowaniu nie pobiera energii z sieci, a oddaje 1 kWh – co jest dla niego korzystniejsze, ponieważ zwiększa on tym samym swoją autokonsumpcję i nie musi zapłacić za energię zbilansowaną oraz ponieść opłat dystrybucyjnych od tej energii – przekonuje spółka.

O prosumentach, którzy skarżyli się na skokowy wzrost kosztów korzystania z energii ze słońca, pisaliśmy w money.pl pod koniec sierpnia. Okazało się wówczas, że problem leży gdzie indziej, a mianowicie w kwestii informowania klientów o wprowadzaniu zmian.

Zmiany bez uprzedzenia?

Po publikacji wspomnianego artykułu otrzymaliśmy wiadomość od pana Tadeusza, który w 2019 r. podpisał aneks do umowy sprzedaży prądu zawartej z Tauron Sprzedaż. Na mocy aneksu do sieci energetycznej została przyłączona wykonana przez pana Tadeusza mikroinstalacja fotowoltaiczna. Aneks określa sposób wzajemnych rozliczeń.

Zgodnie z umową na podstawie wskazań licznika, na początku i na końcu wynoszącego pół roku okresu rozliczeniowego, następowało ustalenie różnic pomiędzy wielkością oddanej i wykorzystanej energii elektrycznej. Następnie ustalano wysokości opłaty.

Zwykle wielkość oddanej energii, z uwzględnieniem stosownych korekt, przewyższała ilość energii zużytej – pisze pan Tadeusz.

Zobacz także: Prąd ze słońca już się nie opłaca? „Liczenie na oszczędności jest złudne”

Problemy zaczęły się nieco ponad rok temu. W ocenie naszego czytelnika, Tauron jednostronnie zmienił zasady rozliczeń na mniej korzystne dla klienta, „przyjmując prawdopodobnie, że różnice w ilości sprzedanej i wykorzystywanej energii są ustalane na bieżąco w mikrookresach godzinowych”.

„W ten sposób utraciłem – zapewne nie tylko ja – możliwość kontroli właściwości rozliczeń” – tłumaczy nasz rozmówca, który sytuację nazywa „niezrozumiałą i niedopuszczalną”.

Panu Tadeuszowi udało się skontaktować z Miejskim Rzecznikiem Konsumentów w Krakowie, który przekonuje, że działania dostawcy prądu są zgodne z prawem. Powołuje się przy tym na nowelizację ustawy o odnawialnych źródłach energii z grudnia 2021 r., która nadała tzw. systemowi net-billing status nowego docelowego systemu rozliczeń. O szczegółach nowego systemu za chwilę.

Prosumenci stracili możliwość rozliczania się w oparciu o licznik. Zamiast tego rozliczamy się, bazując na jakichś danych, które są w dyspozycji jedynie firmy energetycznej – mówi money.pl właściciel mikroinstalacji.

Pan Tadeusz podkreślił raz jeszcze, że nie dostał komunikatu uprzedzającego o zmianach w sposobie rozliczeń.

Jego zdaniem, po boomie na fotowoltaikę okazało się, że sieci nie są dostosowane do odbioru dużej ilości energii. – Dlatego rząd robi wszystko, by rozwój fotowoltaiki przyhamować. Pozbawia się prosumentów możliwości właściwego rozliczania z firmami energetycznymi — twierdzi mieszkaniec Krakowa.

Rezygnacja z usług danego dostawcy nie ma sensu, bo inny zrobi to samo. Rozważam sporządzenie pisma do Rzecznika Praw Obywatelskich – deklaruje.

Money.pl zwrócił się z prośbą o komentarz do Ministerstwa Aktywów Państwowych, Urzędu Regulacji Energetyki oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Odpowiedź nadeszła jedynie z UOKiK. Urząd potwierdza otrzymanie sygnałów od indywidualnych klientów Tauronu, dotyczących kwestii rozliczeń z prosumentami.

Co do zasady każda zmiana w umowie wymaga świadomej akceptacji konsumenta i niezgodne z prawem jest jednostronne wprowadzanie zmian – czytamy w komentarzu UOKiK.

Urząd zastrzegł jednak, że „każdy przypadek wymaga osobnego rozpatrzenia”.

Tauron: nie widać nieprawidłowości

W międzyczasie Tauron wysłał wiadomość do pana Tadeusza, odnosząc się do wątpliwości prosumenta. Spółka stwierdza kategorycznie, że nie widzi nieprawidłowości w stosowanym od połowy ubiegłego roku systemie rozliczeń.

Po 1.04.2022 r. nie wykorzystujemy wskazań licznika tylko dane zużycia. Rozliczenie oparte jest na bilansowaniu godzinnym energii pobranej i oddanej zgodnie z nowelizacją ustawy o OZE. Rozliczenia dla prosumentów energii odnawialnej, prowadzimy na podstawie ilości energii sumarycznie zbilansowanej w każdej godzinie. Sumaryczne bilansowanie zrealizowane jest w systemie informatycznym. Dane, które przedstawiamy na fakturze, są wynikiem bilansowania – czytamy w udostępnionym nam komunikacie Tauronu.

Spółka wspomina również o tzw. e-Liczniku – oferowanym przez Tauron narzędziu, pozwalającym na monitorowanie zużycia energii. Jak wskazano, w e-Liczniku oraz na liczniku zainstalowanym na posesji prosumenta „nie widać rozliczenia w formie zbilansowanej, a jedynie stany liczydeł oraz energie pobraną i oddaną przed zbilansowaniem”.

Przypomnijmy: decyzją rządu każdy, kto zdecydował się na montaż fotowoltaiki po 1 kwietnia 2022 r., jest objęty nowym systemem rozliczeń nadwyżek energii, tzw. net-billingiem. Podobnie jak dotychczasowy model – tzw. net-metering – obowiązuje przez 15 lat każdego, kto przyłączył do sieci swoją mikro instalację.

W net-billingu osobno rozliczana jest wartość energii wprowadzonej do sieci oraz energii pobranej. Tym samym każda kilowatogodzina przekazana do sieci jest wyceniana na podstawie ceny rynkowej. Wielkość nadwyżki energii z fotowoltaiki jest przeliczana na pieniądze, a następnie trafia na konto prosumenta. Pobierając energię z sieci, prosument płaci za każdą kilowatogodzinę zgodnie z cennikiem sprzedawcy, z którym ma umowę. Ponosi również koszty opłat dystrybucyjnych.

Prosumenci objęci net-meteringiem (czyli ci, którzy zdążyli z montażem fotowoltaiki do kwietnia 2022 r.) rozliczani są bezgotówkowo, nie według wartości, lecz według ilości przekazanej do sieci energii. Za każdą oddaną kilowatogodzinę prądu mogą odebrać 0,7 lub 0,8 kWh w ciągu roku, w zależności od mocy posiadanej instalacji. Z kolei właściciele fotowoltaiki objęci net-billingiem od 1 lipca 2022 r. sprzedają nadwyżki energii na podstawie średnich cen miesięcznych. Przy rozliczeniach pod uwagę brane są stawki z poprzedniego miesiąca.

Paweł Gospodarczyk, dziennikarz money.pl

Historia jeżyn z Ochotnicy Dolnej. [I katastrofy „nauki” narzuconej]

Historia jeżyn z Ochotnicy Dolnej. [I katastrofy medycyny narzuconej]

Izabela Brodacka

To historia dość dawna lecz – zapewniam – autentyczna. Trzymiesięczna córeczka przyjaciół mego męża miała ciężką anemię. Nie działały żadne medyczne środki i sposoby. Lekarz prowadzący wziął ojca dziecka na stronę i powiedział, że trzeba spróbować podawania dziecku soku z jeżyn. Jeżyny – jak twierdził – mają własności krwiotwórcze. Dodał, że muszą to być jeżyny zebrane w górach, daleko od wszelkich szos i ulic czyli nie poddane działaniu spalin samochodowych. Jeżyny z miejskich działek – przestrzegał – mogą tylko zaszkodzić, bo gromadzą metale ciężkie. Jak się wyraził – mają w sobie pół tablicy Mendelejewa. Określił w jakich ilościach dodawać sok do pitej przez dziecko wody zastrzegając surowo, że znajomy musi podawać ten sok w tajemnicy i nigdy nie może ujawnić kto mu udzielił tej rady, gdyż radzący mógłby stracić prawo do wykonywania zawodu lekarza.

Znajomy przyszedł do nas z prośbą o pomoc. Nie znał takich miejsc gdzie mógłby zebrać bezpieczne jeżyny a wiedział, że my dobrze znamy liczne tereny górskie. Faktycznie w Ochotnicy Dolnej gdzie spędzaliśmy z dziećmi wakacje ogromne pola jeżyn były między innymi na szczycie Tworogów, pasma górek okalających Ochotnicę od lewej orograficznie rzecz biorąc strony, czyli po lewej stronie Ochotnickiego potoku. Była też stosowna do zbiorów pora, koniec września. Pojechałyśmy więc z koleżanką spędzającą ze mną zwykle wakacje w Ochotnicy dosłownie na jeden dzień w Gorce. Nie chciałyśmy brać znajomego, bo naszym zdaniem tylko by przeszkadzał. Koleżanka była to dawna alpinistka z niezwykłą kondycją, a poza tym ze zmysłem społecznym każącym jej angażować się w różne cudze problemy. Jak mówiły moje dzieci: „ Alinkę można wkręcić w każde ( przepraszam) gówno”.

Na Tworogach zebrałyśmy całe kubły dojrzałych pięknych jeżyn a potem Alina z naszą gospodynią z Kołodziei , panią Jordanową przez całą noc obsługiwały sokownik i pasteryzowały słoiki z sokiem. Ja też miałam pomagać ale – przyznam ze wstydem – zasnęłam na góralskiej ławie w kuchni a litościwe panie nie obudziły mnie. Wracałyśmy z Ochotnicy z wypełnionymi słoikami plecakami najpierw autobusem do Krakowa, a potem pociągiem do Warszawy. Alina niosła więcej bo nie tylko miała olbrzymią horolezkę z kominem ale również o wiele lepszą ode mnie kondycję.

Zapamiętałam z tej podróży przezabawny incydent. Na dworcu Centralnym w Warszawie pewien uprzejmy młody człowiek zapragnął zdjąć plecak Aliny z półki. „ Nie ruszaj”- wrzasnęła Alina lecz chłopak nie posłuchał i usiadł na ziemi przygnieciony ciężarem plecaka. „ Mówiłam ci żebyś nie ruszał” – powiedziała Alina, zarzuciła bez trudu plecak na ramię i ruszyła do wyjścia zostawiając na ziemi osłupiałego mężczyznę.

Znajomy umieścił sok w lodówce i zaczął podawać niemowlęciu według wskazówek lekarza. Najpierw pół łyżeczki do butelki z wodą, potem łyżeczkę, stopniowo zwiększając dawkę. Po miesiącu czy dwóch anemia ustąpiła, a nieświadomi niczego niewtajemniczeni lekarze byli zdumieni niespodziewaną gwałtowną poprawą. Dziewczynka piła ten sok przez dłuższy czas. Jak długo dokładnie nie pamiętam a nie chciałabym czegoś przekłamać.

Gdy słyszymy o medycynie ludowej wszyscy przypominają i cytują historię Rozalki z opowiadania Bolesława Prusa pod tytułem „Antek”, którą gdy zachorowała, za radą znachorki, wsadzono na kilka zdrowasiek do pieca. Nie neguję, że ludzie czasem padają ofiarą oszustów, którzy odradzają im leczenie oficjalnymi, uznanymi metodami i czerpią zyski ze sprzedawania – w przypadkach beznadziejnych – nadziei.

Tym razem porady udzielił doświadczony lekarz, przekonany o słuszności swoich słów lecz obawiający się reakcji środowiska lekarskiego na ujawnienie jego terapii. Epidemia covidu odsłoniła prawdziwe oblicze izb lekarskich które w kapturowych procesach odbierały lekarzom prawo wykonywania zawodu nie tylko za stosowanie nieuznawanych oficjalnie terapii ( na przykład za skuteczne leczenie amantadyną) lecz za wyrażanie jakichkolwiek wątpliwości wobec autentyczności pandemii, stosowanych środków zaradczych czy skuteczności szczepionek.

Dawno nie była w Polsce tak bardzo gwałcona wolność słowa i nigdy zaufanie do lekarzy nie uległo takiemu upadkowi. Dwieście tysięcy nadmiarowych zgonów to nie tylko wynik błędnej polityki zdrowotnej władzy w okresie pandemii lecz rezultat lekceważenia przez licznych lekarzy przysięgi Hipokratesa. Nie przyjmowano do szpitali nawet pacjentów w ciężkim stanie, nie wykonywano koniecznych operacji zasłaniając się koniecznością oczekiwania na wynik bezsensownych, nieskutecznych testów. Wiele znanych mi osób, którym zaproponowano telefoniczną wizytę u kardiologa czy ginekologa, zerwało wszelki kontakt z oficjalną medycyną i wypisało się z przychodni. Wiele z nich twierdzi że czują się lepiej. Choć rezygnacja z oficjalnej medycyny nie jest zapewne korzystna i bezpieczna trzeba przyznać, że telefoniczna wizyta u kardiologa to wręcz perwersja i nikt rozsądny nie może tego akceptować ani się na to godzić.

Zaufanie społeczne utraciły również środowiska naukowe. Podporządkowały się pokornie wszelkim głoszonym bez przeszkód idiotyzmom, wszelkim teoriom globalnego ocieplenia, czy idiotyzmom dotyczącym liczby płci. Brednie Miczurina czy Łysenki mogą się schować w porównaniu z bredniami głoszonymi przez współczesne środowiska naukowe.

Nic dziwnego, że prestiż nauki spadł tak gwałtownie, że jak potwierdzają badania socjologiczne młodzi ludzie przestali wiązać z nauką swoje marzenia i plany. Planują na ogół pracę w banku, w wielkiej korporacji lub założenie własnej firmy. Zarówno lekarze jak i naukowcy stracili społeczne zaufanie gdyż zdradzili etos swego zawodu. Nie należy się dziwić, że nastąpił renesans medycyny ludowej i ziołolecznictwa. Nie należy tego potępiać i się tego obawiać. Wręcz przeciwnie – powinniśmy zbierać stare sprawdzone recepty i przepisy. Współczesna medycyna sprowadza leczenie do medycznych procedur. W obawie o swój monopol nawet działanie soku z jeżyn potrafi zaliczyć do szkodliwych przesądów

Ukraińcy schwytani na przemycie skarbów scytyjskich wartych 60 milionów euro. W Hiszpanii.

Ukraińcy schwytani na przemycie skarbów scytyjskich wartych 60 milionów euro.

ukraincy-schwytani-na-przemycie-zabytkow

Policja w Madrycie przejęła starożytne złote artefakty o wartości 60 milionów euro , które zostały skradzione z Ukrainy – ogłosiło 23 października hiszpańskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Ukraińcy schwytani na przemycie zabytków wartych 60 milionów euro. We wspólnej operacji ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) hiszpańska policja przejęła 11 sztuk złotych, scytyjskich artefaktów królewskich. Skradziono je z kijowskiego muzeum i nielegalnie wywieziono z Ukrainy w pierwszych miesiącach 2016 roku.

Scytowie byli starożytnym ludem koczowniczym zamieszkującym tereny dzisiejszej południowej Ukrainy i byli wysoko wykwalifikowanymi złotnikami. Biżuteria znaleziona w Hiszpanii pochodzi z VIII-IV wieku p.n.e.

“Odkrycie skradzionego złota jest wynikiem długotrwałej operacji, która ujawniła siatkę przestępczą zajmującą się nielegalnym handlem dobrami kultury z Ukrainy” – podała policja.

Ukraińcy próbowała sprzedać zabytki, posługując się sfałszowanymi dokumentami, z których wynikało, że są one własnością ukraińskiego księdza prawosławnego, mieszkającego w Madrycie.

Jeden egzemplarz śledczy zabezpieczyli już w 2021 roku, po tym jak został sprzedany prywatnemu biznesmenowi.

Ze względu na dużą wartość historyczną biżuterii nie można było „sprzedać je zwykłymi, legalnymi kanałami, takimi jak aukcje.

W związku ze sprawą hiszpańska policja aresztowała dwóch Ukraińców i trzech Hiszpanów, zaangażowanych w operację sprzedaży.

Dochodzenie obejmowało współpracę władz Bułgarii, Albanii, Macedonii Północnej i Cypru, a także… Ukrainy.

Biskup ogłosił zatem, że noc z 21 na 22 czerwca będzie nocą palenia konfesjonałów…

Biskup ogłosił zatem, że noc z 21 na 22 czerwca będzie dniem palenia konfesjonałów.

Sceny usunięte z jednej z powieści Andrzeja Sarwy, napisane na podstawie snu, jaki miał ich autor.

Andrzej Sarwa

Był to radosny czas w dziejach Kościoła sandomierskiego. Oto bowiem wreszcie kolejny pasterz diecezji uznał, iż trzeba szybciej kroczyć z postępem i nie dać się wyprzedzać innym hierarchom.

Ogłosił zatem, że noc z 21 na 22 czerwca będzie nocą palenia konfesjonałów. Miało to oznaczać symboliczne uwolnienie wiernych z opresji tego starego groźnego, ponurego Kościoła i jednocześnie stanowić nawiązanie do radosnych starosłowiańskich tradycji i rytuałów, w których nowy, przyjazny wiernym Kościół nie dostrzegał już niczego groźnego, co by mogło zagrażać zbawieniu dusz. Wszak piekło jest puste, czy może nawet w ogóle go nie ma, a każdy i tak osiągnie wieczne zbawienie, bez względu na to, jaką drogą podąża. Bez względu na to w kogo lub w co wierzy, komu lub czemu cześć oddaje, albo nawet i w nic nie wierzy i nikogo nie czci – byleby kochał, kochał, kochał…

Biskup podszedł do mikrofonu i wypowiedział tylko dwa zdania, z których pierwsze było dosłownym wersetem z Koranu otwierającym każdy z jego rozdziałów-sur:

– W imię Boga litościwego i miłosiernego! Dość ucisku, dość niewoli – radujmy się!

Na te słowa krzyk wielki, zgiełk, piski, gwizdy i zamęt wielki powstał w katedrze. Tłum rzucił się, z czym kto tam miał i rozbijał stare, barokowe konfesjonały, a potem ich kawały, deski, a nawet drzazgi wynosił do ogrodu znajdującego się na południowym stoku Wzgórza Katedralnego i rozniecał z nich ogniska.

W ciemnościach nocy wysoko strzelały krwawe płomienie, wokół których tańczyły gromady ludzi. A niektórzy tańczyli nawet nago… Co młodsi skakali przez ogień, inni upijali się lub oszałamiali narkotykami, leżąc na wilgotnej od rosy trawie, a jeszcze inni łączyli się w pary, i prowadząc się za ręce, kierowali się w nieodległy mrok…

* * *

Ksiądz Władysław wszedł do sandomierskiej katedry głównymi drzwiami, by zobaczyć, jak świątynia wygląda po gruntownym remoncie, zapowiadanym przez dobre dwadzieścia lat i z przerażeniem dostrzegł, że wystrój wnętrza został zupełnie zmieniony – przemalowano cudowne bizantyjskie freski, na ich miejscu umieszczając ohydne diaboliczne bohomazy. Cała bazylika została zmieniona, wszystkie boczne ołtarze zlikwidowano, ściany naw, sklepienie i filary na nowo otynkowano i pomalowano na biało i chór też był biały. Po organach nie ostał się nawet ślad. Natomiast na chórze umieszczono wielki zegar elektryczny. Nowoczesny, okrągły, z białą tarczą i czarnymi wskazówkami. Co on miał symbolizować? Że czas się zbliża?… Czas czegoś niezmiernie ważnego? Przełomowego? Ostatecznego?…

Ogarnęła go bezsilna wściekłość. Oto bezpowrotnie zniszczono tę wspaniałą świątynię, której nasi najwięksi monarchowie nie szczędzili swych względów i darów…

Kapłan postanowił więcej tu nie przychodzić. Postanowił zaszyć się w swojej kwaterze i unikać ludzi. Tym bardziej że tak naprawdę, to nie było już komu służyć. Została zaledwie garstka trydenciarzy i novusowców, którzy nijak nie mogli się ze sobą zgodzić w kwestii obrządku. W końcu jednak nie mając wyjścia, przyjęli propozycję księdza, że będzie odprawiał trydent po polsku, u siebie w mieszkaniu. Przynajmniej do czasu, aż ktoś na niego nie doniesie. Władysław nie zwracał już uwagi na to, co było, a co nie było dozwolone przez władzę kościelną, bo ta władza przestała dla niego istnieć…

* * *

Księdza Władysława ciągnęło jednakże, mimo wszystko, na Wzgórze Katedralne, gdzie gotycka bryła świątyni przynajmniej z zewnątrz była jeszcze nienaruszona, a stare drzewa – lipy, wiązy i kasztanowce dawały ożywczy cień. Toteż któregoś dnia powędrował w tamtą stronę.

Już z daleka poczuł upajający zapach kwitnących lip. Wszedł na plac przyświątynny. Zbliżył się do pierwszego z drzew nieomal parującego słodkim aromatem i dostrzegł na nim tylko jedną samotną pszczołę… a wtedy poczuł wielki, wszechogarniający go smutek…

„Nie ma już pszczół… niedługo i ludzi nie będzie…” – pomyślał.

Wolnym krokiem ruszył dalej wzdłuż południowej ściany, aż zobaczył, że kaplica Najświętszego Sakramentu została zburzona. Wszedł zatem do katedry wejściem od strony kaplicy, tyle że wprost z dworu. Znalazł się w prezbiterium.

Było mocno zdewastowane. Zerwany dach, zrujnowany strop i częściowo ściana od strony południowej. Ściany – te ocalałe – pozbawione były tynku. Widać było cegłę – białawą. Tak właśnie wygląda cegła, z której odbito tynk. W jakim stanie były nawy z tego miejsca nie widział zbyt dobrze, ale chyba raczej ich nie naruszono.

* * *

Ksiądz Władysław Białecki od jednego z zaprzyjaźnionych księży, jeszcze wierzących w Boga (bo większość raczej już w nic nie wierzyła, poza pieniędzmi i pozycją społeczną), otrzymał informację, że te ich niedobitki mają się zebrać w katedrze w dniu 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, aby modlić się o duchowe uleczenie Kościoła, świata i ludzkości.

Gdy przybył, zauważył, iż w nawie głównej, gdzieś w okolicy filara, przy którym niegdyś znajdował się boczny ołtarz bł. Wincentego Kadłubka, patrona Sandomierza, stoi niewielka grupa kapłanów ubranych w same alby i fioletowe stuły. Zbliżył się do nich i stanął z brzegu.

I oto naraz do katedry wtargnął zachowujący się agresywnie oddział policji i otoczył duchownych. Aresztowano wszystkich i wyprowadzono ze świątyni. Lecz Władysław jakimś cudem wyrwał się funkcjonariuszom, roztrącił ich i uciekł. Miał pewność, że mu się uda (co? – nie wiedział jednak, co ma się udać), że spełni swoją misję (jaką misję? – nic nie wiedział na jej temat). Cieszył się tylko, że czmychnął, że chyba nie wszystko jeszcze stracone…

Do mieszkania już jednak nie wrócił… Zamelinował się na peryferiach miasta w piwnicy domu jednego z wiernych, dla których niegdyś odprawiał msze

Mięso i jaja z Ukrainy niszczą polskich hodowców [i w całej UE].

Mięso i jaja z Ukrainy niszczą polskich hodowców [i w całej UE].

Mięso i jaja z Ukrainy niszczą polskich hodowców. Problemem są utrzymujące się wysokie koszty produkcji po polskiej stronie. Nasi hodowcy muszą wszak przestrzegać wyśrubowanych norm eurokołchozowych. Ukraińcy nie mają takich ograniczeń.

W październiku odbyło się posiedzenie grupy roboczej „Jaja i drób” Copa-Cogeca. Spotkanie rozpoczęło się od przedstawienia sytuacji rynkowej w poszczególnych krajach.

Polska delegacja zwróciła uwagę, że ceny broilerów na skutek zwiększonej produkcji jesienią oraz importu z Ukrainy spadają.  Polska w sierpniu 2023 uzyskała status kraju wolnego od ptasiej grypy. Niestety, ale już w październiku 2023 ten status utraciliśmy. W tym roku w Polsce wybito już ponad 1 milion sztuk drobiu z powodu HPAI. [—-]

Zwrócono uwagę na rosnący problem importu mięsa drobiowego i jaj z Ukrainy. Z przedstawionych danych wynika, że w okresie od stycznia i sierpnia 2023 z Ukrainy całkowity import mięsa drobiowego do UE wyniósł: 168 tysięcy ton, +72% w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku, +337% w porównaniu z tym samym okresem 2021 roku przed liberalizacją handlu.

Z kolei całkowity import jaj do UE wyniósł: 30 tysięćy ton, +140% w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku, +755% w porównaniu z tym samym okresem z 2021 r. sprzed liberalizacji handlu.

Członkowie Copa i Cogeca podkreślili, że „w pełni rozumieją znaczenie wspierania ukraińskich kolegów-rolników i nie sprzeciwiają się przyszłej integracji Ukrainy z UE”. Jednak biorąc pod uwagę szybki i stały wzrost eksportu, należy wprowadzić próg importowy prowadzący do automatycznego uruchomienia środków ochronnych. Zaproponowano środki ochronne

[bla-bla. md]

Wszelkie produkty importowane powyżej średniej kwartalnej powinny automatycznie podlegać tranzytowi wyłącznie poza UE i posiadać dowód przeznaczenia. Takie przepisy zmniejszyłyby obciążenia producentów unijnych w krajach sąsiadujących i zapewniły dotarcie towarów do krajów słabiej rozwiniętych.

Na zlecenia Copa-Cogeca opracowana została ocena skutków wprowadzenia zakazu chowu klatkowego. Wynikało z niej, że takie zmiany będą miały poważny wpływ na bilans handlowy netto 27 krajów UE we wszystkich prognozowanych scenariuszach. W większości przypadków wprowadzenie zakazu spowoduje gwałtowny wzrost importu, szczególnie wieprzowiny, a we wszystkich scenariuszach spadek eksportu wieprzowiny i jaj. Wprowadzenie zakazu spowoduje nasilenia koncentracji gospodarstw rolnych w związku z możliwością odejścia części drobnych producentów z działalności.

Poddaństwo – czyli czy „każde serce pragnie wolności”

Poddaństwo czyli czy „każde serce pragnie wolności”

Autor: AlterCabrio , 24 października 2023 ekspedyt

Co prowadzi nas z powrotem do ostatnich ponad trzech lat, kiedy ludzie w zachodnich demokracjach, przyzwyczajeni do bezprecedensowego poziomu wolności obywatelskiej, chętnie z niej zrezygnowali. Posłusznie pozostawali w domu, zakrywali twarz, unikali przyjaciół i sąsiadów, rezygnowali z wakacji, odwoływali uroczystości i ustawiali się w kolejce po kolejną „dawkę przypominającą” – a wszystko to w zamian za obietnicę, że jeśli to zrobią, będą bezpieczni przed wysoce zakaźnym wirusem układu oddechowego.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Czy poddaństwo jest rozwiązaniem domyślnym ludzkości?

W połowie XX wieku ekonomista Friedrich von Hayek ostrzegał, że rozwój gospodarek centralnie planowanych – czy to w formie socjalizmu/komunizmu, czy faszyzmu, które jego zdaniem mają wspólne korzenie – sprowadzi nas wszystkich (wstecz) na „drogę do poddaństwa”.

Termin „poddaństwo” oczywiście nawiązuje do systemu feudalnego, który w takiej czy innej formie dominował w cywilizacji ludzkiej przez tysiące lat. Zwykli ludzie, „poddani”, wykonywali większość pracy zapewniającej funkcjonowanie społeczeństwa, a następnie przekazywali większość owoców swojej pracy silnemu rządowi centralnemu, zwykle reprezentowanemu przez „szlachcica” (tj. członka klasy elitarnej) w zamian za względny spokój i bezpieczeństwo.

System ten został ostatecznie wyparty przez powstanie liberalnej demokracji w epoce oświecenia – eksperyment, który trwa już 300 lat i przyniósł na Zachód oraz do innych części świata, gdzie został przyjęty, wolność i dobrobyt, jakiego nigdy wcześniej nie widziano w historii ludzkości.

Ale czy ten całkiem niedawny awans oznacza, jak określił to prezydent George W. Bush w przemówieniu przed Izbą Handlową Stanów Zjednoczonych w 2003r., że „wolność jest projektem natury… kierunkiem historii”? Czy prawdą jest, jak głosi popularne powiedzenie, że „każde serce pragnie wolności”?

Kiedyś w to wierzyłem. Teraz nie jestem już tego taki pewien.

Z pewnością możemy wskazać kraje takie jak Afganistan czy Irak, gdzie Stany Zjednoczone i ich sojusznicy próbowali „wyzwolić” ludzi, ale doprowadzili ich na powrót do odwiecznych walk o władzę i ustroju plemiennego watażków – zasadniczo formy poddaństwa – jak tylko mocarstwa zachodnie się wycofały. Czy ci ludzie naprawdę tęsknią za wolnością, demokracją? Dlaczego więc tego nie mają?

Ale w rzeczywistości problem jest znacznie poważniejszy. Jestem przekonany, że duża i wciąż rosnąca mniejszość ludzi w tym kraju, zwłaszcza wśród młodych ludzi, tak naprawdę nie chce wolności – na pewno nie dla innych, ale ostatecznie nawet dla siebie. Weźmy pod uwagę niedawną ankietę Instytutu Buckley, w której 51 procent studentów popiera zasady mowy [speech codes] na kampusie, a 45 procent zgodziło się, że przemoc jest uzasadniona, aby uniemożliwić ludziom wyrażanie „mowy nienawiści”.

Albo zastanów się, jak wielu ludzi głosuje niemal wyłącznie na polityków, którzy obiecują im najwięcej darmowych rzeczy, bez faktycznego przemyślenia zobowiązań i obaw o to, ile ich „darmowe rzeczy” mogą kosztować innych – a nawet ich samych, na dłuższą metę.

Następnie pomyśl o tym, jak ludzie w tym kraju i gdzie indziej zachowywali się przez ostatnie ponad trzy lata – ale nie wyprzedzajmy faktów. Za chwilę wrócę do tego punktu.

Po raz pierwszy zaobserwowałem tę wyraźną chęć zamiany wolności na rzecz względnej łatwości i bezpieczeństwa, na poziomie mikro, około 22 lata temu. Na czele mojej jednostki akademickiej stał wówczas dziekan posiadający mniej lub bardziej absolutną władzę. Przynajmniej miał ostatnie słowo we wszystkim, co działo się na wydziale, od podręczników, przez plany nauczania, po program nauczania.

Wydział, jak było do przewidzenia, twierdził, że gardzi takimi rozwiązaniami. Ciągle potępiali „strukturę odgórną” i narzekali, że nie mają nic a nic do powiedzenia. Zażądali, aby ich wysłuchano, zgodnie z zasadą „wspólnego zarządzania”.

Zatem wyższa administracja dała im to, czego chcieli. Dziekana przeniesiono na inne stanowisko, a na jego miejsce powołano komisję złożoną z wybieralnych członków wydziału, których zadaniem było kolegialne podejmowanie wszystkich decyzji podejmowanych wcześniej przez dziekana.

Czy domyślasz się, co stało się później? Już po roku wykładowcy zaczęli narzekać na nowy system. Narzekali, że czują się zagubieni. Nie było nikogo, do kogo mogliby się zwrócić i kto byłby upoważniony do podejmowania szybkich decyzji. A praca polegająca na wspólnym podejmowaniu tych decyzji – praca w komisjach i podkomisjach – była żmudna, niewdzięczna i czasochłonna.

Najważniejsze jest to, że – z całym szacunkiem dla „Niesamowitego Spidermana” – z wielką wolnością wiąże się wielka odpowiedzialność. Samodzielność to ciężka praca. Musisz być gotowy na porażkę i wziąć na siebie winę za porażkę, a następnie podnieść się i zacząć od nowa. To obciąża psychicznie i emocjonalnie. O wiele łatwiej jest po prostu pozwolić innym podejmować decyzje za ciebie. Po prostu rób, co ci każą, mając pewność, że wszystko będzie dobrze.

Co prowadzi nas z powrotem do ostatnich ponad trzech lat, kiedy ludzie w zachodnich demokracjach, przyzwyczajeni do bezprecedensowego poziomu wolności obywatelskiej, chętnie z niej zrezygnowali. Posłusznie pozostawali w domu, zakrywali twarz, unikali przyjaciół i sąsiadów, rezygnowali z wakacji, odwoływali uroczystości i ustawiali się w kolejce po kolejną „dawkę przypominającą” – a wszystko to w zamian za obietnicę, że jeśli to zrobią, będą bezpieczni przed wysoce zakaźnym wirusem układu oddechowego.

Fakt, że nawet po tych wszystkich „interwencjach” nadal nie byli zabezpieczeni przed przeważnie łagodną chorobą, na którą zapadał praktycznie każdy, jest naprawdę nieistotny. To nie tak, że ich obawy były całkowicie bezpodstawne. W tym upadłym świecie niebezpieczeństwa są niewątpliwie wystarczająco realne.

Kwestie są następujące:

1) czy rzeczywiście możemy złagodzić te zagrożenia, rezygnując z naszych wolności, oraz

2) nawet jeśli możemy, czy jest to tego warte?

Zaliczcie mnie do coraz mniej licznych, którzy deklarują, że odpowiedź przynajmniej na to drugie pytanie brzmi „Nie”. Głównym zadaniem rządu jest ochrona nas przed najazdami z zagranicy i przestępczością krajową. Poza tym chętnie podejmę wszelkie ryzyko związane z życiem jako wolna osoba, w tym podejmowanie własnych decyzji, medycznych i innych.

Wydaje się jednak, że duża i wciąż rosnąca liczba moich rodaków nie czuje już tego samego. Nie chcą odpowiedzialności związanej z takim stopniem wolności. Woleliby raczej obietnicę bezpieczeństwa. Jest całkiem prawdopodobne, jak przypomniał nam Benjamin Franklin ponad 200 lat temu, że stracimy i jedno i drugie.

Ale nie to jest najgorsze. Prawdziwy problem polega na tym, że gdy beztrosko wędrują drogą ku poddaństwu, zabierają ze sobą całą resztę. Bo nie możemy mieć kraju, w którym jedni mogą żyć swobodnie, według własnego uznania, ponosząc związane z tym ryzyko, a innym „gwarantuje się” życie wolne właśnie od takich decyzji i obowiązków.

Parafrazując (nieco) Abrahama Lincolna w jego kluczowym przemówieniu o „Podzielonym domu” (1858) [“House Divided”], naród nie może trwale znosić stanu w połowie poddaństwa i w połowie wolności. Ostatecznie wszystko stanie się jednym lub drugim.

I dokąd, moglibyśmy zapytać – ponownie powtarzając słowa Wielkiego Oswobodziciela – zmierzamy?

_________________

Is Serfdom Humanity’s Default?, Rob Jenkins, October 23, 2023

O względy „sławnej śpiewaczki”

O względy „sławnej śpiewaczki”

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    24 października 2023 michalkiewicz

Na procesie norymberskim generał Jodl, później skazany na śmierć i stracony, przesłuchiwany był m.in. na okoliczność niemieckiego uderzenia na Jugosławię. „Nasz stosunek do Jugosławii – powiedział – przypominał ubieganie się o względy sławnej śpiewaczki.” Oczywiście do czasu, bo kiedy Anglicy zorganizowali w Belgradzie zamach stanu, wskutek którego nastąpiła zmiana rządu, który wyprowadził Jugosławię z „paktu trzech”, Hitler nakazał uderzenie i po tygodniu było już po wszystkim. Wspominam o tym zeznaniu generała Jodla, bo właśnie, w ramach tzw. „części artystycznej” tegorocznych obchodów święta demokracji, będziemy świadkami, to znaczy – nie tyle może świadkami, bo ta część części artystycznej odbywa się w zaciszu gabinetów szefów poszczególnych politycznych gangów – co obserwatorami tak zwanych „znamion zewnętrznych”, po których będziemy mogli dedukować, kto kogo skorumpował i za jaką cenę.

Wyniki wyborów bowiem są takie, że największym ich wygranym jest Trzecia Droga, czyli koalicja Polski 2050 i posiadacza stuprocentowej, a w patriotycznych porywach nawet większej zdolności koalicyjnej, czyli PSL-u. Uzyskała ona 65 mandatów, podczas gdy Zjednoczona Prawica – 194, Volksdeutsche Partei z satelitami, czyli Koalicja Obywatelska – 157, Lewica – tylko 26, co w porównaniu z wynikiem z roku 2019 stanowi spadek o prawie połowę, a Konfederacja – 18 mandatów. W związku z tym ani PiS, ani Volksdeutsche Partei nie jest w stanie samodzielnie utworzyć rządu. Wprawdzie Donald Tusk zachowuje się tak, jakby te wybory wygrał, ale to, kto będzie prawdziwym zwycięzcą, zależy od tego, komu uda się na swoją stronę przeciągnąć Trzecią Drogę. Gdyby PiS dokonał tej sztuki, to miałby większość bezwzględną i rząd utworzony przez taką koalicję uzyskałby w Sejmie votum zaufania, zostałby zaprzysiężony przez pana prezydenta, no i markowałby rządzenie naszym nieszczęśliwym krajem – bo prawdziwe rządy sprawują u nas, jak wiadomo, Nasi Sojusznicy, jedni i drudzy.

Gdyby zaś Trzecią Drogę na swoją stronę przeciągnęła Volksdeutsche Partei, to mogłaby uzyskać większość bezwzględną dla swojego rządu. Wprawdzie Donald Tusk w dniu wyborów ogłosił, że jest „najszczęśliwszym człowiekiem na świecie”, ale chyba przedwcześnie i w dodatku na wyrost. Wszystko bowiem zależy od tego, komu swoje względy okaże „sławna śpiewaczka”, kto skutecznie zapuka do jej serduszka, no i oczywiście – ile to wszystko będzie kosztowało. Problem w tym, że PiS będzie mógł zapłacić więcej, bo zasoby państwa rozdzieli tylko między dwa polityczne gangi, a niechby nawet trzy – bo Trzecia Droga składa się z dwóch gangów – podczas gdy Donald Tusk musiałby rozdzielić zasoby całego państwa między cztery gangi, bo bez Lewicy większość nie stworzy, nawet jeśli pozyskałby względy Trzeciej Drogi. W tej sytuacji Trzecia Droga ma się nad czym zastanawiać zwłaszcza, że – jak 17 października powiedział Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz – negocjacje właśnie się rozpoczęły.

Jednak bez względu na to, który polityczny gang przeciągnie na swoją stronę Trzecią Drogę, na pewno pojawią się oskarżenia o sfałszowanie wyborów. Jeśli Trzecią Drogę przeciągnie na swoją stronę PiS, to Volksdeutsche Partei, wsparta przez Judenrat „Gazety Wyborczej” i tak zwane „towarzycho” autorytetów moralnych, to znaczy – karierowiczów, co to za komuny pięli się do wyższych grządek w PZPR, SB czy później – w Wojskowych Służbach Informacyjnych – podniesie larum, że „demokracja” została „zgwałcona” i cierpi niewymowne katiusze, niczym molestowane seksualnie panienki. Natychmiast Komisja Europejska zainicjuje postępowanie, a przebierańcy z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości przysolą Polsce kolejne surowe kary finansowe – i tak dalej.

Jeśli jednak Trzecią Drogę uda się przeciągnąć na swoją stronę Donaldu Tusku, to larum podniesie PiS, że „zdrada panowie”. Komisja Europejska puści jednak te hałasy mimo uszu, ale znowu wtrącić się może Nasz Najważniejszy Sojusznik, który wprawdzie w marcu br. uznał Niemcy za swego „niezawodnego partnera” w Europie, to znaczy – pozwolił mu na urządzanie Europy po swojemu – ale może nie do tego stopnia, by całkiem abdykował z wpływów w naszym bantustanie. Może jednak Nasz Najważniejszy Sojusznik będzie siedział cicho, bo przecież pan Szymon Hołownia, za którym jak cień stoi pan Michał Kobosko, jest wynalazkiem amerykańskim, więc jak pójdzie do Tuska, to dziury w niebie nie będzie tym bardziej, że PiS coraz bardziej podpadał Partii Demokratycznej, która przecież stoi na nieubłaganym gruncie postępu, na dowód czego pan ambasador Brzeziński wywiesił był na amerykańskiej ambasadzie w Warszawie tęczową flagę sodomczyków. Tak czy owak czekają nas kolejne jazgoty i wzajemne oskarżenia, dzięki czemu nasz nieszczęśliwy kraj upodobni się jeszcze bardziej do wiodących demokracji światowych.

Na dodatkową uwagę zasługuje powrót retoryki, jaką żydokomuna do spółki z Sowietami używała w latach 40-tych i wczesnych 50-tych. Jak pamiętamy, żydokomuna stała wtedy na czele „fołksfrontu”, zwanego „blokiem demokratycznym”, grupującym totalniaków i ich przydupasów. Teraz żydokomuna, której tradycje godnie pielęgnuje Judenrat „Gazety Wyborczej”, związała swoje losy z Volksdeutsche Partei, jako że i wiadoma diaspora na tym etapie ściśle koordynuje swoje inicjatywy np. w zakresie pedagogiki wstydu, z historyczną polityką niemiecką. Pan Włodzimierz Czarzasty, weteran „Ordynackiej”, jako demokrata jest, można powiedzieć, łącznikiem między dawnymi i nowymi laty, podobnie jak odnotowany w „Małym Słowniku Filozoficznym Akademii Nauk ZSRR” Wasilij Wasiliewicz Dokuczajew, „filozof gleboznawca, społecznik i demokrata”. U nas od takich „filozofów gleboznawców” aż się roi, więc nic dziwnego, że szeregi „bloku demokratycznego” rosną, niczym młode kadry związku kombatantów.

Największym wszelako przegranym tych wyborów wydaje się Kościół katolicki, zwłaszcza gdyby przeciągnięcie Trzeciej Drogi udało się Donaldu Tusku. Lewica, w której dominują egerie, osobiste nieprzyjaciółki Pana Boga, w rodzaju mojej faworyty, Wielce Czcigodnej Joanny Scheuring-Wielgus, czy pani Diduszko, z pewnością chciałyby nie tylko „opiłować”, co się tylko da, wyrzucić religię ze szkół, co boleśnie uderzyłoby Kościół finansowo, powierzyć resort edukacji np. pani Rubik, która nie tylko ma eksperiencję, ale nawet napisała książkę o nauce bzykania, wprowadzić skrobanki na żądanie i na koszt państwa, a w dodatku – wypowiedzieć konkordat. Wszelako PSL, któremu taki radykalizm byłby chyba nie w smak, może w tej sytuacji okazać się mężem opatrznościowym, co pokazuje, że nie ma tego złego, bo by na dobre nie wyszło.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Co robić z wątpliwym nauczaniem Franciszka? Rozwiązanie jest proste: Posiadamy bardzo bogate dziedzictwo, które pochodzi z dwudziestu wieków rozwoju doktryny chrześcijańskiej.

Co robić z wątpliwym nauczaniem Franciszka? Rozwiązanie jest banalnie proste

https://pch24.pl/co-robic-z-watpliwym-nauczaniem-franciszka-rozwiazanie-jest-banalnie-proste/

(PCh24TV)

Jak traktować niejednoznaczne, niejasne czy zgoła sprzeczne z nauką Kościoła wypowiedzi papieża? Sam Franciszek wręcza katolikom klucz do rozwiązania problemu, uważa Leonardo Lugaresi, profesor patrystyki z Uniwersytetu Bolońskiego. Jest banalnie proste: Franciszek podkreśla, że doktryna się nie zmienia. Skoro tak, to gdy mówi niejasno – trzeba odwoływać się konsekwentnie do jasnej nauki jego poprzedników i traktować ją tak, jakby to on ją głosił. 

Prof. Lugaresi wysłał list do watykanisty Sandro Magistra, odnosząc się w nim do głośnej wymiany pism pomiędzy trzema kardynałami: Dominikiem Duką z Pragi, prefektem Dykasterii Nauki Wiary Victorem Fernándezem, jego poprzednikiem Gerhardem Müllerem. Duka wysłał do Fernándeza dubia dotyczące Komunii świętej dla rozwodników, na które prefekt odpowiedział; Müller uznał jednak tę odpowiedź za głęboko niewłaściwą – i udzielił własnej, publikując swój list do kardynała Duki.

Według Lugaresiego odpowiedź Müllera nie tylko jest nacechowana głęboką znajomością teologii; wskazuje też na to, jak należy traktować wątpliwe nauczanie Franciszka czy jego kardynałów.

Kluczowa jest ciągłość nauczania Kościoła.

Lugaresi w liście do Sandro Magistra wskazał, że papież zdaje się celowo wypowiadać niejasno.

„Taki modus operandi zakłada, że niejednoznaczność nie jest przypadkowa, ale istotowa; koresponduje to z płynną ideą prawdy, która stroni od jakiejkolwiek formy konceptualnej definicji, uważając ją za usztywnienie, które wysysa życie z chrześcijańskiego przesłania. Aksjomat, że «życie jest większe niż idea», do którego wielokrotnie odwoływał się papież Jorge Mario Bergoglio, jest w praktyce używany w taki sposób, aby złamać zasadę niesprzeczności i wynikające z niej twierdzenie, że nie można głosić jakiejś idei i jednocześnie jej przeciwieństwa” – napisał uczony z Bolonii.

„«Doktryna się nie zmienia», powtarzano tysiące razy, jak mantrę, wątpiącym i zaniepokojonym katolikom. To właśnie tutaj pojawia się argument Müllera, wskazując nam drogę z rozbrajającą prostotą «jaja Kolumba»: jeśli w odniesieniu do jakiegoś problemu magisterium Jana Pawła II i Benedykta XVI jest jasne i jednoznaczne, a magisterium Franciszka wydaje się niejednoznaczne i podatne na interpretację w kierunku przeciwnym do ich nauczania, to z zasady ciągłości wynika, że gdy my, wierni, czegoś nie rozumiemy (a papież tego nie tłumaczy), możemy spokojnie zwrócić się do jego poprzedników i podążać za ich nauczaniem tak, jakby to było jego nauczanie, ponieważ on sam gwarantuje nam, że nie ma żadnej nieciągłości” – wskazał profesor.

„W rzeczywistości religijnej zgody intelektu i woli można udzielić tylko temu, co rozumiemy poprawnie: nie możemy zgodzić się na stwierdzenie, którego znaczenie nie jest dla nas jasne” – dodał.

Kardynał Müller, napisał uczony, pokazał kierunek „w którym powinniśmy skierować nasze spojrzenie: my, katolicy, posiadamy bardzo bogate dziedzictwo, które pochodzi z dwudziestu wieków rozwoju doktryny chrześcijańskiej, a które w ostatnich latach zostało szeroko zbadane, wyartykułowane i zastosowane do współczesnych sytuacji i problemów, przede wszystkim dzięki pracy wielkich papieży, takich jak ci wspomniani powyżej. Tam możemy znaleźć odpowiedzi, których potrzebujemy. Podążajmy za tym, a nie będziemy błądzić” – podkreślił.

Prof. Lugaresi wskazał, że sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby papież Franciszek zaczął mówić o zmianie doktryny i zerwaniu. Tego jednak nie robi, nieustannie podkreślając, że doktryna się nie zmienia, że następuje tylko rozwój jej rozumienia. W tej sytuacji opisany powyżej klucz jest właściwym rozwiązaniem problemu.

Źródło: magister.blogautore.espresso.repubblica.it

Pach

Strefa Gazy: Ponad 5791 ofiar izraelskiego ostrzału

Strefa Gazy: Ponad 5791 ofiar izraelskiego ostrzału

https://pch24.pl/strefa-gazy-ponad-5791-ofiar-izraelskiego-ostrzalu/

(fot. EPA/Francisco Guasco Dostawca: PAP/EPA.)

Co najmniej 5791 Palestyńczyków zginęło, a blisko 16,3 tys. zostało rannych w wyniku trwających od 7 października izraelskich ostrzałów – poinformował w poniedziałek resort zdrowia Strefy Gazy. Wcześniejsze doniesienia mówiły o około 5,1 tys. zabitych.

Wśród ofiar śmiertelnych jest 2360 dzieci.

Tylko w ciągu ostatniej doby zginęły 704 osoby – przekazały agencje Reutera i AFP za komunikatem palestyńskich władz medycznych, związanych z organizacją terrorystyczną Hamas.

W toczących się od kilkunastu dni starciach śmierć poniosło już więcej cywilów, niż w poprzednich czterech wojnach Izraela z Palestyną – informowała 20 października agencja Associated Press.

Obecny konflikt rozpoczął atak palestyńskiego Hamasu, który 7 października wdarł się na terytorium Izraela, mordując mieszkańców przygranicznych miasteczek i porywając ich do Strefy Gazy. Zginęło wówczas ponad 1,4 tys. osób, a uprowadzono nie mniej niż 222, w tym dzieci, kobiety i seniorów.

 (PAP)/oprac. FA

Krótka opowieść o Antychryście. Władimir Sołowiow. 1900 rok.

Krótka opowieść o Antychryście
13.11.2008.
Spis treści ”Krótka opowieść o Antychryście” Strona 2 Strona 1 z 2
————————–
[Władimir Solowiow był wielkim myślicielem i filozofem końca XIX wieku w Rosji. „Tri rozgowora” z lat 1899-1900 były zwieńczeniem jego poszukiwań duchowych, zakończonych chyba  konwersją na katolicyzm.
A w Rozmowie trzeciej – mieści się prorocza perełka „Krótka opowieść o Antychryście”. Umieszczam tu jej skrót. Według „Wyboru pism” wydanych przez „W drodze”, Poznań 1988. MD]  
—————————————–
            Europa w dwudziestym pierwszym wieku sta­nowi związek mniej lub więcej demokratycznych państw – ­europejskie stany zjednoczone. Rozwój kultury zewnętrznej, nieco zahamowany wskutek mongolskiego najazdu i walki wyz­woleńczej, nabrał znowu żywego tempa. Natomiast sprawy za­przątające wewnętrzną świadomość – problem życia i śmier­ci, ostatecznego losu świata i człowieka – dodatkowo powi­kłane w wyniku nowych badań i odkryć fizjologicznych i psy­chologicznych, pozostają nadal nie rozwiązane. Następuje tylko jeden doniosły fakt negatywny: ostateczny upadek teore­tycznego materializmu. Wyobrażenie o świecie jako systemie tańczących atomów i o życiu jako rezultacie mechanicznego nagromadzenia najdrobniejszych zmian substancji – takie wyobrażenie nie mogło już zadowolić ani jednego myślącego umysłu. Ludzkość na zawsze wyrosła z tych filozoficznych powijaków. Z drugiej strony wszakże staje się jasne, że wyrosła ona również z dziecięcej zdolności do naiwnej, spontanicznej wiary. Takich pojęć, jak Bóg, który stworzył świat z nicze­go, itp., przestają uczyć już nawet w szkołach elementarnych. Wypracowany został pewien ogólny podwyższony poziom wyobrażeń o tych sprawach, poniżej którego nie może zejść ża­den dogmatyzm. I kiedy ludzie myślący w swojej ogromnej większości pozostają zupełnie niewierzący, to nieliczni wierzący stają się wszyscy z konieczności również – myślący­mi, spełniając zalecenie apostoła: bądźcie dziećmi w sercu, ale nie w umyśle.
            Był w owym czasie pośród nielicznych wierzących spirytuali­stów pewien człowiek niezwykły – wielu nazywało go nad­człowiekiem – równie daleki od dziecięctwa umysłu, jak i serca. Dzięki swojej genialności już w wieku trzydziestu trzech lat zasłynął on szeroko jako wielki myśliciel, pisarz i działacz społeczny. Doświadczając w sobie samym ogromnej siły ducha, był niezmiennie przekonanym spirytualistą, a jasny umysł ukazywał mu zawsze prawdę, w którą należy wierzyć: dobro, Boga, Mesjasza. I wierzył w to, ale kochał tylko sie­bie samego. Wierzył w Boga, ale w głębi duszy mimo woli i instynktownie dawał pierwszeństwo przed Nim – sobie. Wierzył w Dobro, ale wszechwidzące Oko Wieczności wiedziało, że człowiek ten pokłoni się złej mocy, skoro go ona tylko spró­buje przekupić – nie ułudą uczuć i niskich namiętności, na­wet nie subtelną przynętą władzy, lecz jedynie poprzez bezgra­niczną miłość własną.
Zresztą ta miłość własna nie była ani nieświadomym odruchem, ani szaleńczym uroszczeniem. Poza wyjątkową genialnością, urodą i szlachetnością również naj­wyższe znamiona wstrzemięźliwości, bezinteresowności i czyn­nej filantropii dostatecznie usprawiedliwiały, jak się zdawało, ogromną miłość własną tego wielkiego spirytualisty, ascety i filantropa. I czy można go winić za to, że tak hojnie Bożymi darami uposażony, ujrzał w nich szczególne znaki wyjątkowej dla siebie przychylności z góry i widział w sobie kogoś dru­giego po Bogu, jedynego w swoim rodzaju syna Bożego? Jed­nym słowem, uznał siebie za tego, kim w rzeczywistości był Chrystus. Ale ta świadomość swojej najwyższej godności ufor­mowała się w nim nie jako jego moralny obowiązek wobec Boga i świata, lecz jako jego prawo i poczucie pierwszeństwa przed innymi, a głównie przed Chrystusem. Początkowo nie czuł nawet do Jezusa wrogości. Uznawał Jego mesjańską rolę i godność, ale tak naprawdę to widział w Nim tylko swojego największego poprzednika – czyn moralny Chrystusa i Jego absolutna jedyność były dla tego zamroczonego miłością wła­sną umysłu niezrozumiałe. Rozumował on tak: „Chrystus przyszedł przede mną; ja jestem drugi; ale przecież to, co w porządku czasowym jest późniejsze, w istocie jest pierwsze. Przychodzę jako ostatni, u kresu dziejów, właśnie dlatego że jestem doskonałym, ostatecznym zbawicielem. Ów Chrystus jest moim zwiastunem. Jego misją było poprzedzenie i przygo­towanie mojego przyjścia”.

I w tej myśli wielki człowiek dwu­dziestego pierwszego wieku odnosił do siebie to wszystko, co powiedziano w Ewangelii o drugim przyjściu, tłumacząc to przyjście nie jako powrót tegoż Chrystusa, lecz jako zastąpienie poprzedniego Chrystusa ostatecznym, to znaczy nim samym.
            W tym stadium „człowiek przyszłości” niewiele jeszcze przeja­wia cech charakterystycznych i oryginalnych. Przecież w po­dobny sposób patrzał na swój stosunek do Chrystusa na przy­kład Mahomet – mąż prawy, którego nie można obwiniać o jakąkolwiek złą intencję. Wynosząc siebie ponad Chrystusa, człowiek ów uzasadnia to jeszcze takim rozumowaniem: „Chrystus, głosząc i urzeczywist­niając w swoim życiu dobro moralne, naprawiał ludzkość, ja zaś jestem powołany do tego, aby być dobroczyńcą tej czę­ściowo naprawionej, częściowo nie naprawionej ludzkości. Ja dam wszystkim ludziom wszystko, co im potrzebne. Chrystus jako moralista dzielił ludzi na dobrych i złych, ja połączę ich za pomocą dóbr jednakowo potrzebnych dobrym i złym. Będę prawdziwym przedstawicielem tego Boga, który każe świecić swemu słońcu nad dobrymi i złymi, który spuszcza rosę na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Chrystus przyniósł miecz, ja przyniosę pokój. On groził ziemi strasznym sądem ostatecz­nym – ale przecież ostatecznym sędzią będę ja, a sąd mój bę­dzie nie sądem prawdy tylko, lecz sądem łaski. Będzie i pra­wda w moim sądzie, ale nic prawda odpłacająca, lecz prawda rozdzielająca. Wszystkich wyróżnię i każdemu dam według jego potrzeb”.
          I w takim oto nastroju ducha oczekuje on jakiegoś wyraź­nego Bożego wezwania do dzieła ponownego zbawienia ludz­kości, jakiegoś widomego i zadziwiającego świadectwa, że jest on starszym synem, umiłowanym pierworodnym Boga. Czeka i karmi swoją jaźń świadomością swych nadludzkich cnót i ta­lentów – przecież jak było powiedziane, jest to człowiek o nienagannej moralności i niezwykłym geniuszu.
            Wyczekuje dumny mąż sprawiedliwy najwyższej sankcji, aby rozpocząć zbawianie ludzkości – i nic może się doczekać. Minęło mu już trzydzieści lat, przechodzą jeszcze trzy lata. I oto błyska w jego głowie i przenika go do szpiku kości gorącym dreszczem myśl: „A jeśli?… A nuż to nie ja, tylko ten… Gali­lejczyk… A nuż nie jest On mym zwiastunem, lecz prawdzi­wym, pierwszym i ostatnim? Ale przecież w takim razie powi­nien być żyw… Gdzież On jest? A jeśli przyjdzie do mnie… teraz, tutaj… Co Mu powiem? Przecież będę musiał oddać Mu pokłon jak ostatni głupi chrześcijanin, jak jakiś rosyjski mużyk mamrotać bez sensu: Panie Jezusie Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznym, albo niczym polska baba paść krzyżem. Ja, świetlany geniusz, nadczłowiek. Nie, nigdy!”
I w tym momen­cie w miejsce poprzedniego rozumnego, chłodnego szacunku dla Boga i Chrystusa rodzi się i rośnie w jego sercu najpierw jakaś zgroza, a potem kłująca i całe jego jestestwo ściskająca i dławiąca zazdrość oraz wściekła, pełna pasji nienawiść. „Ja, ja, a nie On! Nie ma Go wśród żywych, nie ma i nie bę­dzie. Nie zmartwychwstał, nie, nie, nie! Zgnił, zgnił w grobie, zgnił jak ostatnia…”
I z pianą na ustach, konwulsyjnymi sko­kami wybiega z domu, z ogrodu, i w głuchą, ciemną noc bieg­nie skalistą ścieżką… Pasja cichnie w nim i zastępuje ją głucha i ciężka jak te skały, mroczna jak ta noc rozpacz. Zatrzymuje się nad stromym urwiskiem i słyszy daleko w dole niewyraźny szum płynącego po kamieniach potoku. Nieznośny żal ściska jego serce. Nagle coś się w nim porusza. „Wezwać Go – za­pytać, co mam robić?” I wśród mroku ukazuje mu się pełen łagodnego smutku obraz. „On się nade mną lituje… Nie, nigdy! Nie zmartwychwstał, nie zmartwychwstał!” I rzuca się z urwiska. Ale coś sprężystego, jakby słup wodny, utrzymuje go w powietrzu, czuje wstrząs, jakby rażony prądem elektrycz­nym, i jakaś siła odrzuca go wstecz. Na moment traci świado­mość, a kiedy ją odzyskuje, klęczy w odległości kilku kroków od urwiska. Przed nim rysuje się jakaś promieniejąca fosfory­cznym zamglonym światłem postać, której dwoje oczu nieznoś­nym ostrym blaskiem przenika jego duszę…
            A on widzi tych dwoje przenikliwych oczu i słyszy ni to w sobie, ni to z zewnątrz jakiś dziwny głos – głuchy, wręcz zdławiony, a zarazem wyraźny, metaliczny i całkowicie bezdu­szny, jakby pochodził z fonografu. I głos ten mówi mu:
„Synu mój umiłowany, w tobie całe moje upodobanie. Czemuś nie wybrał mnie? Dlaczego czciłeś tamtego, nędznego, i jego ojca? Jam bóg i ojciec twój. A tamten, ukrzyżowany nędzarz, jest obcy mnie i tobie. Nie mam innego syna prócz ciebie. Tyś jedyny, jednorodzony, równy mnie. Miłuję cię i niczego od ciebie nie żądam. I tak jesteś piękny, wielki, potężny. Czyń swoje dzieło w imię twoje, nie moje. Nie żywię ku tobie za­zdrości. Miłuję cię. Niczego od ciebie nie potrzebuję. Tamten, którego uważałeś za boga, żądał od swego syna posłuszeństwa, i to posłuszeństwa bez granic… aż do śmierci krzyżowej – a kiedy był on na krzyżu, nie przyszedł mu z pomocą. Ja niczego od ciebie nie żądam, a pomogę ci. Dla ciebie samego, dla twej własnej wolności i wyższości i gwoli mojej czystej, bezinteresownej ku tobie miłości – pomogę ci. Przyjmij du­cha mojego. Jak dawniej duch mój płodził cię w Pięknie, tak teraz płodzi cię w mocy”.
Przy tych słowach tajemniczej po­staci usta nadczłowieka mimo woli rozchyliły się, dwoje prze­nikliwych oczu przybliżyło się tuż do jego twarzy i poczuł, jak ostry, lodowaty strumień wszedł weń i napełnił całe jego jeste­stwo. Jednocześnie poczuł w sobie niezwykłą moc, rześkość, lekkość i zapał. W tejże chwili jaśniejące oblicze i dwoje oczu nagle znikło, coś uniosło nadczłowieka ponad ziemię i zaraz opuściło go w jego ogrodzie, u drzwi domu.
            Następnego dnia nie tylko osoby odwiedzające wielkiego człowieka, ale nawet jego słudzy byli zdumieni jego osobli­wym, natchnionym jakimś wyglądem. Jeszcze bardziej by się wszakże zdumieli, gdyby mogli widzieć, z jaką nadnaturalną szybkością i łatwością pisał on, zamknąwszy się w swoim ga­binecie, swe znakomite dzieło pod tytułem „Otwarta droga do powszechnego pokoju i pomyślności”.
[zniszczono drugą część tego artykułu. Podaję więc I część.
Oryginał na pewno można znaleźć. MD]

Narodziny „mrocznego Kościoła”. Wizja bł. Anny Katarzyny Emmerich o Europie.

Narodziny „mrocznego Kościoła”

Wizja bł. Anny Katarzyny Emmerich o Europie.

Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami, z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem. (A. II. 202-203)

Kościół św. Piotra był zniszczony, z wyjątkiem prezbiterium i głównego ołtarza. (A. III. 118) Widziałam znowu atakujących i burzących Kościół św. Piotra. Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni. (A. II.414) Znowu miałam wizję tajnej sekty podkopującej ze wszystkich stron Kościół św. Piotra. Pracowali oni przy pomocy różnego rodzaju narzędzi i biegali to tu, to tam, unosząc ze sobą kamienie, które z niego oderwali. Musieli jedynie pozostawić ołtarz. Nie mogli go wynieść. Zobaczyłam, jak sprofanowano i skradziono obraz Maryi. (A. III. 556) Poskarżyłam się Papieżowi. Pytałam go, jak może tolerować, że jest tylu kapłanów wśród burzących. Widziałam przy tej okazji, dlaczego Kościół został wzniesiony w Rzymie. To dlatego, że tam jest centrum świata i że wszystkie narody są z nim na różne sposoby związane.

Zobaczyłam też, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe. (A. III. 556)

CIEMNOŚĆ W KOŚCIELE

Widziałam Kościół ziemski, to znaczy społeczność wierzących na ziemi, owczarnię Chrystusa w jej stanie przejściowym na ziemi, pogrążoną w całkowitych ciemnościach i opuszczoną. (A. II. 352) Wy, kapłani, wy się nie ruszacie! Śpicie, a owczarnia płonie ze wszystkich stron! Nic nie robicie! Och! Jakże płakać będziecie nad tym dniem! Gdybyście choć wypowiedzieli jedno ‘Ojcze nasz’. Widzę tak wielu zdrajców! Nie odczuwają cierpienia, kiedy się mówi: «Źle się dzieje.» W ich oczach wszystko idzie dobrze, byle tylko doznawali chwały tego świata. (A. III. 184) Widziałam też wielu dobrych i pobożnych biskupów, lecz wątłych i słabych. Źli często brali górę. (A. II. 414) Widzę ułomności i upadek kapłaństwa, widzę też przyczyny tego i widzę przygotowane kary. (A. II. 334) Słudzy Kościoła są tak gnuśni! Nie czynią już użytku z mocy, jaką posiadają dzięki kapłaństwu. (A. II. 245)

Dla niezliczonej liczby osób dobrej woli, dojście do źródła łaski z serca Jezusa było zamknięte i utrudnione z powodu zniesienia pobożnych praktyk oraz z powodu zamknięcia i profanacji kościołów. (A. III.167) Cały ten głęboki zamęt, z powodu którego cierpieli wierni, wynikał stąd, że wielu z tych, którzy przyoblekli się w Jezusa Chrystusa, coraz bardziej zwracało się w stronę bezbożnego świata i wydawało się zapominać o cnotach i nadprzyrodzonej mocy Kapłaństwa. W tym wszystkim poznałam, że czytanie genealogii naszego Pana przed Najświętszym Sakramentem w święto Bożego Ciała zamyka w sobie wielką i głęboką tajemnicę. Poznałam bowiem, że nawet pomiędzy przodkami Jezusa Chrystusa – według ciała – liczni nie byli świętymi, a byli wśród nich nawet grzesznicy. Mimo to nie przestali być stopniami drabiny Jakubowej, po których Bóg przyszedł do ludzi. Tak więc nawet niegodni biskupi są nadal zdolni do sprawowania Najświętszej Ofiary i do udzielania sakramentu kapłaństwa wraz z wszelką mocą z nim związaną. (C. 175)

Widziałam wielką liczbę kapłanów dotkniętych ekskomuniką, którzy wydawali się tym nie przejmować, a nawet o tym nie wiedzieli. A jednak byli ekskomunikowali od chwili, gdy wzięli udział w pewnych przedsięwzięciach, gdy weszli do pewnych stowarzyszeń i przejmowali opinie, na których ciążyła klątwa. Widziałam tych ludzi w takiej mgle, że byli jakby oddzieleni murem. Widać z tego jak bardzo Bóg liczy się z dekretami, postanowieniami i zakazami głowy Kościoła i podtrzymuje je, choć ludzie się nimi nie przejmują, przeciwstawiają się im lub wyśmiewają. (A. III. 148) Widziałam, jak smutne były konsekwencje przeciwstawiania się Kościołowi. Ujrzałam, jak ono rosło, a w końcu heretycy wszelkiego rodzaju przybyli do miasta (Rzym). (A. III. 102)

Poznałam, że poganie adorowali niegdyś pokornie bóstwa odmienne od nich samych… Ich kult był lepszy niż kult tych, którzy sami siebie adorują w postaci tysiąca idoli, a pomiędzy nimi nie zostawiają żadnego miejsca Panu. (A. III. 102, 104)

Ujrzałam, jak stawało się oziębłe duchowieństwo i zapadała wielka ciemność. Widok rozszerzył się i wtedy zobaczyłam wszędzie wspólnoty katolickie prześladowane, dręczone, uciskane i pozbawione wolności. Widziałam wiele zamkniętych kościołów. Ujrzałam wojny i rozlew krwi. Wszędzie widać było lud dziki, nieuczony, walczący przemocą. To nie trwało długo. Kościół św. Piotra był podkopywany, zgodnie z planem ułożonym przez tajną sektę. W tym samym czasie uszkadzały go burze. (A. III. 103) Widziałam, jak pomoc przyszła w chwili największego niebezpieczeństwa. (A. III. 104)

z „Tajnej … instrukcji przekazanej członkom Wysokiej Wenty”

z „Tajnej … instrukcji przekazanej członkom Wysokiej Wenty”

[Epiphanius, str. 396 md] Z Tajnej … instrukcji Wysokiej Wenty

…Kościół przypomina dziś oblężoną twierdzę – atakowany frontalnie, ale też rozsadzany od środka. Mówi o tym dobitnie pewien tekst programowy z 1819 roku (!), który pomimo upływu czasu nie stracił nic ze swej aktualności. Pochodzi on z „Tajnej stałej instrukcji przekazanej członkom Wysokiej Wenty” (była to, jak pa­miętamy, najwyższa instancja XIX-wiecznego karbonaryzmu). Poniżej przyta­czamy niektóre jego fragmenty:

„Owoż by doczekać się Papieża na miarę naszych aspiracji, trzeba najpierw wy­chować temu Papieżowi pokolenie godne królowania, o jakim marzymy. Zostawcie na boku ludzi starych i w wieku dojrzałym. Wychodźcie bezpośrednio do młodzieży, a jeśli się uda – do dzieci […]. To właśnie młodzież trzeba uwieść i, nieświado­mą, poprowadzić pod sztandarem tajnych Stowarzyszeń. Aby tą pełną niebezpieczeństw drogą iść krokiem niespiesznym, lecz pewnym, dwie rzeczy są bezwzględnie konieczne. Musicie wydawać się łagodni, jak gołębie, a jednocześnie musicie być ostrożni, jak węże […].

Skoro więc zostanie ugruntowany wasz autorytet w kolegiach, gimnazjach, na uniwersytetach oraz w seminariach i skoro zaskarbicie sobie zaufanie profesorów i studentów, postarajcie się, aby zwłaszcza ci, którzy zamierzają wstąpić w szeregi kleru, zabiegali o spotkania z wami […]. Owa renoma […] sprawi, że nasza doktryna trafi do młodych kleryków [i księży], a nawet za bramy zakonów. Po paru latach młode duchowieństwo siłą rzeczy opanuje wszystkie ważne funkcje: rządowe, admi­nistracyjne i sędziowskie; będzie też wchodzić w skład najwyższej rady; aż w końcu przyjdzie mu wybierać tego, który zasiądzie na Stolicy Piotrowej. Nowy Papież, jak ogół ludzi mu współczesnych, będzie przesiąknięty w mniejszym lub większym stopniu ideałami […] humanizmu, które niedługo zaczniemy szerzyć […].

Sprawcie więc, by kler maszerował pod waszym sztandarem w przeświad­czeniu, że kroczy nadal pod godłem Kluczy Apostolskich.”

(Henri Delassus, „Le probleme de J’heure presente”, tom I, str. 588-590)

             ,,[…] To nie ostrego sztyletu powinny lękać się najbardziej zarówno Katoli­cyzm, jak i monarchia. Ale te dwa filary porządku społecznego mogą się zawalić wskutek zepsucia – więc szerzmy je niestrudzenie. Tertulian słusznie zauważył, że z krwi męczenników rodzą się chrześcijanie. Otóż nasze rady zajęły stanowisko, że dość już mamy chrześcijan. Nie mnóżmy przeto męczenników, lecz propagujmy wszelkie występki. Niech niezliczone rzesze chłoną je wszystkimi pięcioma zmy­słami, niech pławią się w nich aż do przesytu […]. Sprzyjajcie tedy zepsuciu serc, a nie będziecie mieli katolików. Odciągajcie księdza od pracy, od ołtarza i od prakty­kowania cnót: niech czym innym zajmie swoje myśli i zacznie inaczej spędzać czas […]. Zepsucie na wielką skalę – oto, cośmy przedsięwzięli. Zepsucie ludu przez kler, a kleru przez nas […].”

(Ibid., str. 611)

,,[…] Przyznajcie wolność sumienia heretykom, żydom, ateistom, lecz bacz­cie, by nie mógł z niej korzystać ani ksiądz, ani katolik […].

             By podkopać jego [tj. księdza] wpływy, odbierzcie mu majątek, który czyni go niezależnym; utrzymujcie go wyłącznie na pensji urzędnika państwowego […]

             Ograniczcie liczbę świąt, zaś na niedziele planujcie szkolenia, uczty, zabawy i

różne zajęcia, które odciągną lud od moralności ewangelicznej […]

Żeby zaś skończyć z bezgranicznym oddaniem księdza, które zjednuje mu sym­patię ludu, starajcie się uwiązać go przy rodzinie. Przy różnych okazjach dawajcie wyraz opiniom przeciwnym celibatowi […]

             (Ibid., str. 626-628)

Jak wiemy, publiczna szkoła laicka stała się powszechnym standardem w ca­łej  Europie. Władze państwowe sprawują dziś ścisłą kontrolę nad linią i treścią nauczania. Religia stała się przedmiotem fakultatywnym albo została zredukowa­na do ,,historii ludzkich wierzeń”. Tak zwane szkoły katolickie, o ile chcą dalej działać, muszą sztywno realizować programy laickie, hołdując ideologii demokra­tycznej, która zyskała rangę absolutnego dogmatu. Nie sposób zaprzeczyć, że du­ża część księży jest dziś demokratami; to zaś rodzi ryzyko, że mogą oni bagatelizować Boskie źródła inspiracji Pisma Świętego, interpretować je przy pomocy laickiego aparatu krytyki historycznej lub – co gorsza – nadawać mu zna­czenia czysto symboliczne; podobnie mogą oni skłaniać się do tego, by dogmaty Kościoła traktować jako zmienne, podlegające ewolucji historycznej (moder­nizm). Te same demokratyczne zasady, podzielane przez wielu Ojców Soboru Watykańskiego II, doprowadziły po stronie katolickiej do polityki „zamilczania” dogmatów, do rewolucji w liturgii oraz do ekumenizmu, który jest niczym innym, jak odstąpieniem od depozytu wiary opartego na Skale Ewangelii, po to, by wspa­niałomyślnie przygarnąć do siebie błąd innych.

Na tak przetrzebionej glebie łatwo pleni się chwast libertyńskiej „moralności” masońskiej. Uważana za wartość absolutną wolność jednostki, wypisana na sztandarach lóż, przerodziła się szybko w swawolę i w występek. Skutki tego ob­serwujemy: zawrotny wzrost przestępczości w Europie, szerząca się niemoral­ność, atak (zaplanowany – o czym mieliśmy okazję się przekonać) na rodzinę poprzez rozwody, wolne związki, środki antykoncepcyjne, promocję aborcji i homoseksualizmu, pornografię i narkotyki. Ale na tym z pewnością nie koniec…

PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli

PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli

PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknela sie spod kontroli 


ks. Malachi Martin „Klucze królestwa” – wyd. ANTYK

Oryginał wydany w 1990 roku. /fragmenty książki/, str. 906  

„Jest jeszcze jedna możliwość rozwoju wydarzeń, która, gdyby wymknęła
się spod kontroli, również mogłaby rozbić jedność struktury
rzymskokatolickiej. Mowa o sytuacji, kiedy papieskie konklawe wybiera
kandydata, którego polityka dąży do rozmycia jedności i zmiany
organizacji Kościoła przez zarzucenie piastowania funkcji namiestnika
Chrystusowego — przywileju, w oparciu o który zbudowana jest
strukturalna jedność katolicyzmu. Takie posunięcie oznaczałoby tak-że
pozbawienie czterech tysięcy biskupów kolegialnego posłuszeństwa wobec
papiestwa, na czym jak dotąd bazuje ich struktura. Wszystko to
oznaczałoby nową funkcję dla biskupa Rzymu, z pewnością nie tę
tradycyjną; pociąga to za sobą tak-że nowe stosunki pomiędzy biskupami
(łącznie z biskupem Rzymu). Jeśli ktokolwiek wątpi, czy taka
ewentualność może mieć miejsce, przypomnijmy, że w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych nikomu by się nawet nie śniło, że
papież z lat sześćdziesiątych podejmie próbę całkowitego pozbycia się
elementów, które gwarantują obecność centralnego wydarzenia mszy
świętej; mianowicie, uosobienia Ofiary Krzyżowej Chrystusa. Jednak
taka sytuacja, według wiarygodnych źródeł, miała miejsce.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinno się sądzić, iż
nakreślona powyżej trzecia możliwość jest mało prawdopodobna. Poważne,
bezstronne spojrzenie na obecną sytuację, szybko ujawni ponurą
rzeczywistość rzymskiego katolicyzmu: na lokalnym poziomie parafii i
diecezji oraz na poziomie zwierzchnictwa — papiestwa i papieskiej
posłu-gi — wszędzie tam obecne są wszystkie negatywne elementy,
wystarczające, by owe przerażające wydarzenia ziściły się. W praktyce
natomiast, okaże się, że wspomniane negatywne elementy są już bardzo
aktywne, i to na wielką skalę.

Wszędzie — w parafiach i diecezjach, pośród biskupów i księży,
zakonników i laikatu — odnaleźć można niewzruszone przekonanie, że
przed II Soborem Watykańskim istniał jeden kościół rzymskokatolicki —
kościół „przedsoborowy”; przestał on jednak istnieć, a jego miejsce
zabrał kościół „soborowy”, ożywiany „duchem Watykanu II”, którego nie
nazywa się już „kościołem rzymskokatolickim”, lecz zamiast tego
stosowane jest albo biblijne określenie „lud Boży”, albo zwyczajna,
mało precyzyjna nazwa „Kościół”.

Okazuje się, że w oczach biskupa, księdza, zakonnika i osoby świeckiej
oba „Kościoły” drastycznie się od siebie różnią w czterech ważnych
kwestiach. „Kościół soborowy” nie rości już pretensji do wyłącznego
posiadania środków do wiecznego zbawienia. Niekatolicy i
niechrześcijanie mają równe prawo twierdzić, że posiadają takowe
środki w ramach swej własnej religii — czy też „sposobu życia”, jeśli
akurat nie zaliczają się do osób wierzących. Wszyscy bowiem —
katolicy, niekatolicy i niechrześcijanie — jesteśmy tylko
pielgrzy-mami dążącymi do tego samego celu, aczkolwiek różnymi
drogami. Po drugie, w „kościele soborowym” źródłem religijnego
oświecenia, przewodnictwa i autorytetu jest lokalna „wspólnota wiary”.
Poprawność wiary i poprawność postępowania moralnego już nie pochodzi od
hierarchicznego ciała biskupów, podległych centralnej władzy jednego
człowieka, biskupa Rzymu. Po trzecie, podstawową funkcją światowych
skupisk „wspólnot wiary” jest współpraca z „ludzkością” w budowaniu i
utrzymywaniu pokoju na świecie oraz pracy nad światową reformą
wykorzystywania surowców naturalnych, tak by wyeliminować ucisk
gospodarczy i imperializm polityczny. Po czwarte, dawne reguły
kościoła rzymskokatolickiego dotyczące moralnego zachowania w
życiowych sprawach — antykoncepcji, małżeństwie, śmierci,
seksualności — winny zostać po bratersku dostrojone do światopoglądu,
praktyk i pragnień świata. W przeciwnym razie, jak członkowie Kościoła
mogą twierdzić, że otworzyli się na swych ludzkich braci i siostry?

Te radykalne różnice pomiędzy oboma „kościołami” są owocem II Soboru
Watykańskiego, którego postanowienia nieustannie cytuje się, jako
uzasadnienie zaistniałych różnic. Tak też jest w istocie. Z łatwością
można powołać się na soborowe dokumenty, aby uargumentować swojej
tezy. Są one ogólnikowo sformułowane, również w kwestiach wiary. A w
przypadku co najmniej dwóch z nich, można odnaleźć stwierdzenia, które
na pierwszy rzut oka zdają się być nie do pogodzenia zarówno z
nauczaniem kościoła rzymskokatolickiego, jak i kolejnych papieży, aż
do Jana XXIII.

Na poziomie papiestwa i papieskiej organizacji duszpasterskiej można
odnaleźć elementy, które jednocześnie podsycają i chronią oraz
pozostawiają pole do działania innowierczemu „duchowi Watykanu II”,
który panoszy się w lokalnych diecezjach i parafiach.

Okazuje się, że dwóch papieży, Paweł VI i Jan Paweł II, nie użyli
swego najwyższego autorytetu, aby zapobiec zrodzeniu się tego ducha. A gdy już tak się stało, nie stawili mu czoła, mimo że tylko oni mogli to zrobić. Katolicy już od dawna spragnieni byli oświadczenia, opartego na osobistym autorytecie Ojca Świętego oraz jego przywileju
głoszenia ex cathedra. Oświadczenie to raz na zawsze i bez dwuznaczności wyjaśniłoby wszystkim katolikom , chrześcijanom i całemu swiatu który z tych dwóch „kościołów” jest tym ortodoksyjnym, który reprezentuje kościół rzymskokatolicki, jedyny prawdziwy Kościół , za którym stoi tylu papieży. Innymi słowy konieczna jest autorytatywna
interpretacja oficjalnych dokumentów II Soboru Watykańskiego.

Jednak papieskie oświadczenie nie może sprowadzać się do samych słów.
Kościół pełen jest słów, dokumentów, programów i raportów, odkąd
skończył się II Sobór Watykański. Katolickie prawo powinno zostać
ponownie wyegzekwowane przy pomocy dobrze nam znanych, tradycyjnych
środków: ekskomuniki, odsunięcia od oficjalnych stanowisk, imiennego
nazwania wszystkich — księży, teologów, zakonników, osób świeckich —
którzy nie przyjęli papieskiego oświadczenia.

Obaj papieże nie postąpili w ten sposób. Swe zaniechanie tłumaczyli pilniejszymi i ważniejszymi sprawami — takie były przynajmniej próby wyjaśnień. Jednak rozrastający się i rozprzestrzeniający coraz bardziej „duch Watykanu II” niesie ze sobą zgubne skutki, w postaci
destrukcji rzymskokatolickiej organizacji instytucjonalnej. Jej ochrona jest kluczowym obowiązkiem, który obaj -jako zawiadujący Stolicą Apostolską namiestnicy Chrystusa na ziemi – przysięgali wypełniać.

To dlatego Pawła VI i Jana XXIII oskarżano o nadużycia w ich urzędzie.
Osądzano ich, że biorą udział w śmiertelnej grze prowadzonej przez
ludzi, którzy dążą do zlikwidowania papiestwa i rzymskokatolickiej
organizacji instytucjonalnej.

O ile nic nie powstrzyma ani nie zakłóci biegu wydarzeń, będą one
wyglądały następująco: „duch Watykanu II” będzie stopniowo przenikał
biskupie umysły, i jeśli papiestwo nie przeciwstawi się temu i nie
zajmie wyrazistego stanowiska, nieuniknione jest, iż negatywne trendy,
które w chwili obecnej dotyczą ograniczonej liczby dostojników
kościelnych, będą się rozprzestrzeniać coraz dalej.

Nikt nie wątpi, że kardynałowie, tacy jak Joseph Bernardin z Chicago,
Basil Hume z Westminsteru, Godfried Danneels z Belgii, Paulo Evanisto
Arns z Sao Paulo czy Roger Etchegeray z Francji, są zwolennikami
„ducha Watykanu II”.

Oczywiście są dziś kardynałowie, którzy wraz z kolejnymi, jeszcze nie
desygnowanymi przez Jana Pawła II, wybiorą jego następcę. Przybędą oni
na następne konklawe z kościelnej struktury, w której funkcjonowali
przez przynajmniej dwadzieścia pięć lat; i w tym czasie nie tylko nie
próbowali ukrócić, walczyć czy choćby poprawić odchyleń wynikłych z
„ducha Watykanu II”, lecz podsycali je pasywnie (poprzez swe
zaniechanie), lub aktywnie (ponieważ podzielali tego samego „ducha”).
Przybędą z diecezji, gdzie większość biskupów nie chce i nie będzie
chciała wiedzieć o niczym, co nie jest spójne z „duchem Watykanu II”,
który na dobre krąży już w ich parafiach.

O ile w ostatniej minucie nie wydarzy się jakiś cud, papieski
kandydat, którego wybiorą, zostanie wyłoniony z ich grona; a celem
jego polityki będzie oficjalne potwierdzenie i ostateczne ukoronowanie
„ducha Watykanu II”.

Podstawą działania takiego kardynała, który prawomocnie został
papieżem, będzie to, co dla Pawła VI i Jana Pawła II było tylko
tymczasowym wybiegiem; a więc nie będzie egzekwował należnej mu z
urzędu, przestarzałej władzy Piotrowej. Paweł VI publikował dokumenty
II Soboru Watykańskiego i siedział z założonymi rękami, podczas gdy
delegalizujące działania watykańskich dostojników i biskupów w różnych
krajach dziesiątkowały jego Kościół. Jan Paweł II co i rusz
sankcjonował soborowe postanowienia swymi zapewnieniami, iż ustalają
one normy katolickiej wiary i postępowania.

Taka będzie podstawowa różnica pomiędzy Pawłem VI i Janem Pawłem II,
oraz papieżem wybranym po śmierci tego ostatniego. Ograniczoność
funkcji nowego biskupa Rzymu będzie wynikała z przekonania, że
oryginalne papiestwo w postaci, w jakiej krzewiono je przez setki lat
i dwie trzecie dwudziestego wieku, było uwarunkowane panującymi
czasami i wielusetletnią kulturą; teraz zaś czas już zmniejszyć jego
znaczenie, by móc uwolnić „ducha Watykanu II”, który ukształtuje
wizerunek Kościoła i dopasuje go do postępowego sposobu myślenia
nowej, diametralnie innej epoki.

Rzymscy katolicy będą świadkami spektaklu, w którym prawomocnie
wybrany papież odetnie kościelną organizację od tradycyjnej jedności i
zorientowanej na papiestwo apostolskiej struktury, w którą Kościół jak
dotąd nieprzerwanie wierzył i nauczał, iż ustanowił ją Bóg.

W dniu, w którym to nastąpi, rzymskokatolicką organizacją wstrząsną
śmiertelne drgawki. Ten ból zgotują Kościołowi jego właśni przywódcy i
członkowie. Nie nastąpi on z ręki zewnętrznego wroga. Wielu wierzących
zaakceptuje nowy ustrój; wielu nie. Wszyscy będą podzieleni. Nikt na
ziemi nie będzie w stanie utrzymać ich razem w jednej, zwartej,
rzymskokatolickiej organizacji. Po raz pierwszy człowiek będzie mógł
zadać sobie pytanie: gdzie się podziała widzialna struktura Kościoła
założonego przez Chrystusa? Nie będzie można jej dostrzec. Kościół
będzie w takim samym stanie, jak w dniu, w którym apostoł Filip
spotkał na drodze z Jerozolimy do Gazy etiopskiego dworzanina i, gdy
okazało się, że ten człowiek otrzymał łaskę wiary w Boga, ochrzcił go
w źródle przy drodze. Potem odszedł, a Etiopczyk kontynuował swą
wędrówkę. Był już żywym członkiem Kościoła Chrystusowego, uczestnikiem
mistycznego ciała Jezusa — tak samo jak którykolwiek chrześcijanin
tysiąc lat później, ochrzczony w jednej z europejskich katedr i
zapisany rejestrach jako członek widzialnej struktury kościelnej,
skupionej wokół katedry. Jednak ów etiopski dworzanin nie miał żadnej
takowej struktury. Właściwie poprzez ową prostą ceremonię, podczas
której wraz z apostołem Filipem wkroczył do przydrożnego strumienia i
przyjął chrzest w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, dołączył on do
rodzącego się chrześcijańskiego podziemia, którego pogrom już
organizowały lokalne władze żydowskie ….”

Wyświęcanie kobiet i Liturgia Majów

BKP: Wyświęcanie kobiet i Liturgia Majów

+ Eliasz Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

Nurt liberalny w Kościele katolickim, czyli współcześni saduceusze, dąży do likwidacji sakramentu kapłaństwa, konsekwentnie także papiestwa. Promują opinię o potrzebie wyświęcania kobiet na kapłanki, rzekomo w celu odrodzenia Kościoła. O tym, że jest to rażące oszustwo, świadczy cała Tradycja Kościoła, zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu.

Jednocześnie współcześni saduceusze wraz z fałszywymi prorokami, liberalnymi teologami propagują kościelną legalizację sodomii, lesbijstwa i wszelkich wypaczonych form pogaństwa, czczących fałszywych bogów, czyli demony.

Pseudopapież Bergoglio stworzył zgubny precedens dla całego Kościoła, z jednej strony poświęcając się szatanowi w Kanadzie podczas gwizdania czarodzieja na kości z dzikiego indyka, a z drugiej strony poprzez profanację bazyliki św. Piotra demonem Pachamamą. Już II Watykański Sobór w deklaracji „Nostra aetate” nakreślił samobójczy program szacunku dla innych religii, de facto dla ich demonów. Jest to wielki grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Kierunek ten, niszczący relację z Bogiem, pociąga za sobą także legalizację niemoralności, czyli usunięcie Bożych praw i przykazań. Bergoglio otwarcie żąda pseudokonwersji biskupów, aby powitali LGBTQ-osoby w Kościele (styczeń 2023).

Niefortunna reforma Marcina Lutra, podczas której zniósł [w swojej sekcie] kapłaństwo i Mszę Świętą, była bezpośrednią reakcją na niemoralne życie i mamonizm kościelnych prałatów. Ich zły przykład nie pozwalał na prawdziwą pokutę i odrodzenie życia wiarą. W ciągu 20 lat przeszła na protestantyzm połowa katolickiej Europy. Ale wina za podział Kościoła nie leży tylko po stronie Lutra, główna wina leży po stronie kościelnych prałatów, którzy nie dopuścili do prawdziwego odrodzenia. Dopiero gdy nastąpiła reformacja Lutra, otworzyły się już w okrojonym Kościele katolickim drzwi do prawdziwej reformy wraz z pojawieniem się zakonów i ruchów odrodzeniowych. Krwawą zapłatą za rozdzielenie Kościoła, stały się wojny religijne, w tym wojna 30-letnia.

Jednak dziś wielu pastorów protestanckich w jedności z katolickimi prałatami promują małżeństwa homoseksualne i błogosławieństwo queer-par. W ten sposób pojawia się jedność, ale nie w Jezusie Chrystusie, ale w antychryście. Rezultatem jest satanizacja Europy. Karą Bożą jest islamizacja. Szczególnie gorliwie propagują ją biskupi niemieccy wraz z pseudopapieżem Bergoglio.

Z powodu herezji i „jedności z duchem świata” chrześcijaństwo w Europie prawie wyparowało. W tych czasach kryzysu wprowadzanie wyświęcania kobiet zamiast prawdziwej pokuty i twierdzenie, że to doprowadzi do odrodzenia chrześcijaństwa, jest dosłownie szaleństwem! Kapłanki, czyli sakralne prostytutki, kojarzone były wyłącznie z pogaństwem i składaniem ofiar demonom. W chrześcijaństwie kapłanki nie mają żadnego uzasadnienia. Jezus mianował na kapłanów mężczyzn, a nie kobiety. Kościół zawsze uważał to za prawo.

Obecne wysiłki na rzecz wyświęcania kobiet są bezpośrednio związane z propagowaniem pogaństwa przez Bergoglio i z destrukcyjną feminizacją na świecie. Pseudopapież czyni diakonise z amazońskich czarownic, które palą kadzidło nie Bogu, ale pogańskim demonom. Planuje także wyświęcać je na kapłanki.

W przeciwieństwie do tego początkiem prawdziwego przebudzenia jest nazwanie grzechu grzechem, herezji herezją, a niemoralności niemoralnością. Ponownie należy wskazać na śmiertelne owoce grzechu, którymi są nieszczęście na ziemi i wieczne potępienie. Dzisiejsi kościelni saduceusze unikają prawdziwej pokuty i naśladowania Chrystusa jak diabeł krzyża. Wzorem ich tzw. odrodzenia Kościoła przez synodalną LGBTQ-drogę jest legalizacja grzechów wzywających do nieba, które ściągają przekleństwo na Kościół i narody. W ten sposób wbijają gwoździe w trumnę Kościoła, któremu już wykopali grób.

Co powiedzieć o modelu Liturgii w rycie Majów z tzw. pryncypałem i okadzaczem, którymi w szczególności mają być kobiety? Ich kadzenie i tańce mają zostać zatwierdzone przez Synod jako oficjalna część Mszy. Jest to celowe wprowadzenie ducha pogaństwa i wypędzenie Ducha Świętego z Liturgii Świętej. Ta liturgia już nie będzie służbą prawdziwemu Bogu i nie będzie tu chodzić o uobecnianie ofiary Chrystusa, ale o bluźnierstwo.

Uświadommy sobie istotę Liturgii Świętej. Tu nie chodzi o symbol, ale rzeczywiste uobecnianie ofiary Chrystusa na Kalwarii. Stale chodzi o ofiarowanie Bogu nie krwi byków i baranków, ale Krwi Syna Bożego na przebaczenie naszych grzechów. Krwawe ofiary ze zwierząt w Starym Testamencie miały zapobiegać skłonności do pogańskich krwawych ofiar, nawet ludzkich. Ofiary pogańskie oznaczają poddanie się demonom i są połączone z niemoralnością i wypaczeniem. 

Pośród obecnego duchowego i moralnego brudu uświadommy sobie raz jeszcze, że Bogu należy składać czystą, nieskalaną ofiarę, a tą jest jedynie ofiara Chrystusa na krzyżu. 

Już przez proroka Malachiasza Pan przepowiedział: „Na każdym miejscu będzie składana imieniu Memu ofiara czysta” (Mal 1:11).

Dwóch z pierwszych czterech starotestamentowych kapłanów, synów Arona, zapłaciło życiem za to, że mieli w kadzielnicach inny ogień niż ten, który miał być używany do oddawania czci Panu. Napisano: „Nadab i Abihu, synowie Arona, wzięli każdy swoją kadzielnicę, nabrali do niej ognia, włożyli na niego kadzidło i ofiarowali przed Panem ogień inny, niż był im nakazany. Wtedy ogień wyszedł od Pana i pochłonął ich. Umarli przed Panem” (Kpł 10:1-2).

Kiedy Korach, Abiron i Datan zbuntowali się przeciwko Mojżeszowi, Mojżesz powiedział do Koracha: „Czyż nie dosyć wam, że Bóg wyróżnił was, byście się mogli zbliżać do Niego?… A wy jeszcze się domagacie godności kapłańskiej! … Złączyliście się przeciw Panu, ty i cała twoja zgraja”(Lb 16:8-11).

Dzisiejsi liberałowie pod przywództwem Bergoglio, podobnie jak Korach i jego zgraja, złączyli się przeciwko Panu. Promują sodomicką antyewangelię, w ten sposób ściągając na siebie Bożą anatemę – wykluczenie z Kościoła (Ga 1:8-9). Ponadto propagują likwidację sakramentu kapłaństwa, żądając święceń kobiet, de facto czarownic i lesbijek. W przypadku Koracha chodziło jedynie o kapłaństwo Starego Testamentu. Ofiarowali Bogu krew baranów i byków lub coś innego ze żniw.

Ale kapłaństwo Nowego Testamentu jest składaniem Najświętszej Ofiary. Chodzi o uobecnienie krwawej ofiary Chrystusa w sposób bezkrwawy na ołtarzu dla odpuszczenia grzechów. Chrystusowym kapłaństwem zanikło kapłaństwo Arona i ofiary ze zwierząt. Jezus ustanowił sakrament kapłaństwa podczas Ostatniej Wieczerzy. Wybrał do tego apostołów, czyli mężczyzn. Następnie podczas zesłania Ducha Świętego otrzymali namaszczenie na nowotestamentowych kapłanów. Namaszczenie to przechodzi poprzez sukcesję apostolską na następców apostołów, czyli na biskupów i ich pomocników, kapłanów.

Jaka jest istota nowotestamentowej ofiary? Jest to uobecnienie ofiary Chrystusa na krzyżu. Jak się to dzieje? Poprzez kapłana, który ma na sobie namaszczenie Duchem Świętym. Kapłan wypowiada słowa Jezusa, którymi Pan ustanowił swoją bezkrwawą ofiarę. W tym momencie interweniuje wszechmoc Boga. Bóg, który z niczego stworzył świat widzialny i niewidzialny, oraz niezliczne galaktyki teraz swoją wszechmocą zmienia istotę chleba i istotę wina w prawdziwe Ciało Chrystusa i w Jego prawdziwą Krew. Duch Święty to czyni przez namaszczenie kapłańskie.

Czy może ubiegać się o urząd kapłański osoba, którą Bóg przez swoje namaszczenie do tego nie ustanowił? Nie może. Czy może ubiegać się o kapłaństwo osoba, która buntuje się przeciwko Duchowi Świętemu i unieważnia Boże prawa i przykazania oraz propaguje perwersje seksualne i sodomicką antyewangelię? Nie może. Czy może zostać namaszczona Duchem Świętym do kapłaństwa kobieta? Nie może. To nie jest w Bożym porządku.

Pismo Święte wyjaśnia, że składanie ofiar w celu przebłagania Boga za grzechy ludu było związane z kapłaństwem Arona, które było tymczasowe. O Jezusie ale Pismo Święte mówi: „Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór MelchizedekaJest to inny porządek niż dziedziczne kapłaństwo według porządku Arona. „Za zmianą bowiem kapłaństwa musi też nastąpić zmiana Prawa” (Hebr 7:12).

Wraz z przyjściem Jezusa Chrystusa Stary Testament został zastąpiony Nowym Testamentem.

Do czego prowadzą wysiłki mające na celu zmianę kapłaństwa poprzez wyświęcanie kobiet? Koniecznie do zniesienia Nowego Testamentu naszego Zbawiciela i wprowadzenia pseudoprawa antychrysta.

Jeśli dzisiaj sekta Bergoglio zmieni kapłaństwo, promując wyświęcanie kobiet na diakonki i kapłanki, również zaniknie sukcesja apostolska. Według Daniela tak zostanie zniesiona codzienna ofiara (Mt 24:15; Dan 9:27), a zamiast Ducha Świętego nastąpi namaszczenie od nieczystego, demonicznego ducha. Jaki duch obecnie promuje to pseudokapłaństwo kobiet jednocześnie z kościelną legalizacją sodomii i bałwochwalstwa? Nie jest to Duch Chrystusa, ale antychrysta.

Dlatego dzisiaj do Liturgii wprowadzane są także pogańskie elementy kultury Majów i innych kultów pogańskich, zakorzenione w szacunku do demonów i szatana. Za nimi jest ogień piekielny (Judy 7), a nie ogień Ducha Świętego (Łk 3:16). Dwaj synowie Arona przynieśli Bogu inny ogień i inne kadzidło, i zostali skazani na śmierć. Jaka bolesna duchowa śmierć zapanuje w Kościele katolickim z powodu tego antysakramentu!

Sekta Bergoglio wprowadza także antysakrament małżeństwa, błogosławiąc sodomitów, lesbijki i queer-pary. Tak zwana Droga synodalna prowadzi do wczesnej samozagłady i wiecznego potępienia.

Przeciwieństwem jest wąska droga naśladowania Chrystusa. On sam jest tą Drogą, Prawdą i Życiem.

Na rozdrożu, na którym chrześcijaństwo postawił arcy-heretyk Bergoglio, okupujący papiestwo, należy dziś podjąć decyzję. Albo wrócić do zdrowego nauczania ewangelii Chrystusa, które przynosi błogosławieństwo i życie wieczne, albo zaakceptować antyewangelię Bergoglia i jego sekty, która prowadzi do doczesnej i wiecznej samozagłady. Podobnie jak dawniej Izraelitów, tak i dzisiaj Bóg stawia katolików przed wyborem: „Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie życie” (Pwt 30:19).

+ Eliasz

Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

+ Metodiusz OSBMr           + Tymoteusz OSBMr

biskupi-sekretarze

4. 10. 2023

 Droga synodalna promuje kapłaństwo kobiet

vkpatriarhat.org/it/?p=10088  /italiano/

bcp-video.org/ordination-of-women/  /english/

bcp-video.org/fr/l-ordination-des-femmes/  /français/

vkpatriarhat.org/de/die-frauenordination/  /deutsche/

=======================

wideo: https://vkpatriarhat.org/pl/?p=20848  https://youtu.be/guXZoXGRPaQ

https://bcp-video.org/pl/wyswiecanie-kobiet/

rumble.com/v3qjy0dwywicaniekobiet.html  ugetube.com/watch/qNnCkwcVvwuXIMh

„Inkluzywna” armia Kanady – wyłącza… Pana Boga. Zalecenie podpisał… kapelan wojska !!

„Inkluzywna” armia Kanady wyłącza… Pana Boga. Zalecenie podpisał… kapelan wojska !!

23 października 2023 inkluzywna-armia-kanady-wylacza-pana-boga

Członkowie Kanadyjskich Sił Zbrojnych podczas publicznych wystąpień nie powinni bezpośrednio odnosić się do Boga – to istota dyrektywy, którą podpisał… generalny kapelan armii, Guy Belisle.

  Celem zalecenia jest nadanie siłom zbrojnym charakteru bardziej „inkluzywnego” (czyli rzekomo „włączającego”). Jak się okazuje, nie dotyczy to jednak samego Pana Boga, którego cenzuruje nominalnie „katolicki” kapelan.

Innowacja związana jest ze zbliżającym się Dniem Pamięci w Kanadzie. Przypada on w tym samym dniu, w którym obchodzimy Narodowy Dzień Niepodległości, czyli 11 listopada.

Kapelan zaleca mundurowym przyjęcie „uwrażliwionego i włączającego podejścia podczas publicznych wystąpień do członków wojska”.

„Chociaż dla niektórych naszych członków aspekt modlitwy może mieć duże znaczenie, nie wszyscy modlimy się w ten sam sposób. Dla niektórych nie odgrywa ona żadnej roli w ich życiu” – uzasadniał dyrektywę z 11 października ksiądz Belisle cytowany przez gazetę „The Epoch Times”.

Według zaleceń, każda wygłaszana publicznie przez kapelanów „refleksja o charakterze duchowym” powinna mieć „charakter inkluzywny”. Ma również być „pełna szacunku wobec religijnej i duchowej różnorodności Kanady”.

Normy skomentował minister obrony Bill Blair. Według niego „kapelani nie mają i nie będą mieli zakazu modlitwy w Dniu Pamięci ani w żadnym innym momencie”. Zaraz jednak w tej wypowiedzi pojawia się znaczące „ale”.

Otóż, zdaniem zwierzchnika armii, kapelani występując publicznie „nie powinni używać słowa Bóg ani innych odniesień do siły wyższej, takich jak np. Ojciec Niebieski”. Takie sformułowania mogłyby bowiem rzekomo sprawić, że niektórzy słuchacze poczuliby się „wyłączeni”.

Jeśli nie potrafimy nawet żyć zgodnie ze swoim sumieniem, jeśli nie potrafimy mówić prawdy tak, jak ją widzimy, to zatraciliśmy istotę tego, co to znaczy być w wojsku – skomentował jeden z członków Kanadyjskich Sił Zbrojnych. – Obecnie jedyną akceptowalną religią będzie sekularyzm – dodał.

Źródło: Interia.pl/Life Site News RoM

„Synodalne aggiornamento”. Synod o Synodalności na stabilnym kursie „w lewo”. Ale „tajnie”!!

„Synodalne aggiornamento”. Synod o Synodalności na stabilnym kursie „w lewo”

Paweł Chmielewski synodalne-aggiornamento

Rzymski Synod o Synodalności wkroczył w ostatnią fazę. Papież obłożył obrady tajemnicą, ale głosy docierające z obrad wskazują jasno: cała rewolucyjna agenda została położona na stole i jest przedmiotem dyskusji. Rzymski synod nie zakończy się przyjęciem twardych, konkluzywnych [po polsku: rozstrzygających] wniosków; końcowy dokument będzie jednak bez wątpienia zawierać tak dobrane słowa-klucze, żeby pozwolić na kontynuację „progresywnej pracy” i wyciąganie odpowiednich wniosków, zgodnych z liberalnym duchem czasu.

Relatorem generalnym Synodu o Synodalności jest przecież kard. Jean-Claude Hollerich, admirator niemieckiej Drogi Synodalnej. Uwagę przykuwają też sekretarze specjalni synodu, o. Giacomo Costa SJ, Włoch, który przygotowywał już syntezę etapu kontynentalnego Synodu o Synodalności oraz ks. Riccardo Battocchio, prezes Włoskiego Stowarzyszenia Teologicznego. W 2021 roku o. Costa poparł włoskie ustawodawstwo wymierzone w „dyskryminację” środowisk homoseksualnych, choć biskupi kraju stali na innym stanowisku. Ks. Battocchio brał w 2015 roku udział w prezentacji książki „Miłość homoseksualna” aspirującej do przedstawienia „nowej syntezy” psychoanalizy, teologii i duszpasterstwa w obszarze homoseksualizmu. Co ciekawe nie wiadomo, kto dokładnie napisze syntezę. Wprawdzie znane są nazwiska 13-osobowego komitetu ds. syntezy pracującego pod kierunkiem kard. Hollericha, ale właściwymi autorami tekstu mają być „eksperci”. Nie wiemy, kto to – Watykan utajnił ich nazwiska.

Same tematy podejmowane na rzymskim zgromadzeniu są znane, bo zostały opisane w Instrumentum laboris – dokumencie roboczym na synod opublikowanym przez Stolicę Apostolską w czerwcu tego roku. Na portalu PCh24.pl omawialiśmy ten tekst, wskazując na fakt, że zawiera bardzo wiele elementów typowych dla progresywnej narracji. To między innymi zniesienie obowiązku celibatu, święcenia diakonatu dla kobiet, zwiększenie udziału świeckich we władzy w Kościele, inkluzywność sakramentalna – dopuszczanie do Komunii świętej takich „wykluczonych” grup jak rozwodnicy w powtórnych związkach, homoseksualiści czy poligamiści (problem Afryki). W dokumencie wiele miejsca poświęcono też przełamywaniu władzy biskupów przez różnego rodzaju kolektywy synodalne, zwłaszcza kontynentalne. Z wypowiedzi uczestników trwającego synodu wiemy, że wszystkie te tematy – władza, rola kobiet, moralność seksualna – rzeczywiście były i są podejmowane, rodząc ożywioną dyskusję. Nie wiadomo jednak ani kto reprezentuje jakie stanowisko ani gdzie jest ewentualna większość. Rzymski etap Synodu o Synodalności jest bezprecedensowy pod względem tajemnicy przebiegu obrad. Wcześniejszym synodom Franciszka towarzyszyły media i prowadzone debaty były dość transparentne. Teraz jest inaczej i z woli papieża z synodu nie wypływają niemal żadne informacje. Tak naprawdę o wyniku prac synodalnych zostaniemy poinformowani dopiero na zakończenie zgromadzenia, kiedy zostanie przyjęty tekst finalny.

Strategiczny brak konkluzywności

Nie należy sądzić, że znajdą się w nim jakieś konkluzywne passusy dotyczące tak kluczowych dla Kościoła kwestii jak struktura sprawowania władzy, rola kobiet czy moralność seksualna. Tegoroczny synod jest dopiero pierwszym etapem; drugi nastąpi jesienią 2024 roku. Trzeba jednak spodziewać się, że środowisko progresywne zdoła zamieścić w dokumencie odpowiednie słowa-wytrychy, które pozwolą później na łatwiejsze procedowanie własnej agendy.

To właśnie te słowa-wytrychy są najważniejsze. Proces synodalny nie będzie wprowadzać żadnych konkretnych rozstrzygnięć. Mówił o tym litewski arcybiskup Gintaras Grusas, obecnie przewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE). Według Grusasa tematem Synodu o Synodalności jest sama synodalność; chociaż trwają dyskusje nad szczegółowymi kwestiami, nie będzie rozstrzygnięć „ani teraz, ani w fazie do roku 2024; nie jestem nawet pewien, czy [rozstrzygnięcia] będziemy mieć w 2024” – powiedział. – Jeżeli będziemy jako Kościół bardziej synodalni, to synod przyniesie swoje owoce – dodał enigmatycznie.

Ważniejsze od tego, co ustali synod, o wiele ważniejsze są decyzje podejmowane osobiście przez papieża Franciszka i jego prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kard. Victora Manuela Fernándeza. W ostatnich tygodniach ukazały się najpierw odpowiedzi Franciszka na dubia pięciu kardynałów, a później odpowiedź Fernándeza na pytania kard. Duki. Z dokumentów wynika, że papież i prefekt pozwalają błogosławić związki homoseksualne oraz udzielać Komunii świętej rozwodnikom, wszystko na zasadzie „indywidualnych przypadków”. W pierwszym wypadku powinno temu towarzyszyć nieco „skryte” duszpasterstwo, papież sprzeciwił się wydawaniu jakichś wytycznych przez episkopaty; w drugim, wprost przeciwnie, wytyczne powinny się pojawiać – kard. Fernández wyraźnie do tego zachęcał. To właśnie te decyzje w o dalece większej mierze niż jakiekolwiek synody kształtują codzienność duszpasterską Kościoła. Franciszek i Fernández dali zielone światło środowiskom progresywnym, które mogą teraz bez obaw budować parafie inkluzywne wobec wszystkich „wykluczonych” ze względu na życie w obiektywnym grzechu.

Synodalne aggiornamento

Czemu zatem służy cała ta niekonkluzywność Synodu o Synodalności? Czy to naprawdę jedynie wielkie zgromadzenie, które debatuje o tym, jak debatować? Według oficjalnych deklaracji organizatorów – papieża, kard. Hollericha i innych – synodalność służy do tworzenia w Kościele nowej kultury dyskusji, opartej o wzajemne wysłuchiwanie się, otwartość na argumentację, na rezygnacji z apodyktycznego podawania ustalonej nauki. Temu służy przede wszystkim tak zwana metoda „rozmowy w Duchu Świętym”, nowatorska koncepcja rozmów w niewielkich grupach, polegająca na naprzemiennym wypowiadaniu się, refleksji i modlitwie.

Sądzę jednak, że w ostateczności konsekwencje procesu synodalnego mogą być równie głębokie, co konsekwencje II Soboru Watykańskiego, z założenia również przecież duszpasterskiego, a nie doktrynalnego. Sobór nie musiał wprost przekształcać żadnego elementu nauki Kościoła, żeby przygotować grunt pod głębokie zmiany. Wystarczyło stworzenie mglistego klimatu rewolucji, który pozwalał wpływowym środowiskom podpiąć się pod hasło „udzisiejszenia” (aggiornamento). Związek pomiędzy niemiecką Drogą Synodalną czy patologicznymi formami liturgii a Soborem jest wyraźny, ale po stronie Soborowej wychodzi nie tyle z samych dokumentów, co raczej z ich progresywnej interpretacji. Podobnie może być z Synodem o Synodalności. Zamieszczenie w dokumentach końcowych haseł o powszechnej inkluzji „dyskryminowanych i wyłączonych”, partycypacji świeckich, docenieniu roli kobiet, podmiotowości Ludu Bożego, „włączeniu” niekatolików w obszar „misji Kościoła” – to wszystko nie ma i nie będzie mieć znaczenia doktrynalnego per se. Będzie jednak tworzyć zasłonę dymną potrzebną rewolucjonistom. Odwołując się do kilku wybranych zdań z dokumentów synodalnych, włączanych w ogólny klimat „zmiany” i „inkluzji” – będą mogły z większą swobodą forsować upragnione zmiany duszpasterskie i doktrynalne.

Synod o Synodalności nie musi zadekretować błogosławienia par LGBT. Wystarczy, że w jego dokumentach zostaną zawarte długie wywody o „otwartości na wykluczonych”, żeby każdy chętny do tego biskup wprowadził w swojej diecezji rewolucyjne duszpasterstwo, powołując się jeszcze na „magisterium Franciszka”. To samo dotyczy rozwodników, poligamistów i wszystkich, którzy zostaną uznani za dyskryminowanych seksualnie.

Nie należy się też spodziewać, aby dokumenty synodalne wprost przewidywały diakonat czy kapłaństwo kobiet. Wystarczy, że będą pełne frazesów o „kobiecej twarzy” Kościoła. Na tej podstawie Franciszek powoła niejawną posynodalną komisję, która opracuje konkretne rozwiązania, a on ogłosi na tej podstawie motu proprio, wprowadzając albo żeński diakonat, albo nowe posługi i urzędy. Będzie mógł wskazać na „wyraźną wolę” zgromadzeń synodalnych, które pragnęły przejęcia przez kobiety „większej odpowiedzialności”.

To samo dotyczy sprawowania władzy. Rzymski synod nie musi wprost opowiadać się przeciwko biskupom; wystarczy, że – wskazując swój własny przykład – dokumenty będą mówić o „konieczności” partycypacji „całego Ludu Bożego” w sprawowaniu władzy. Papież korzystając ze swoich prerogatyw ustanowi konkretne gremia synodalne, które przejmą część kompetencji krajowych episkopatów, a poszczególnych biskupów zobowiąże do „synodalnego” sprawowania władzy, polegającego na konieczności „konsultowania” ciał synodalnych, bez których podjęcie jakiejś decyzji będzie możliwe tylko w teorii, ale nie w praktyce – bo stanowiłoby pogwałcenie „paradygmatu synodalnego”.

Kto zwycięży w bitwie o przyszłość Kościoła?

Póki co cieszyć się będą ci, co zawsze: progresiści z Europy, Stanów Zjednoczonych i Ameryki Łacińskiej. Współczesna „twarz” wewnątrzkościelnej Rewolucji bp Georg Bätzing nie kryje zresztą zadowolenia z dotychczasowego przebiegu Synodu o Synodalności. – Wszystkie ważne tematy forów naszej niemieckiej Drogi Synodalnej odgrywają w Rzymie rolę. Leżą na stole Kościoła powszechnego – powiedział hierarcha. Jak dodał, można mówić o „dużym kroku naprzód”.

Radość biskupa Bätzinga nie powinna oczywiście nikogo zaskakiwać. Wprawdzie w rzymskim synodzie uczestniczy wielu konserwatystów bardzo krytycznie patrzących na proces synodalny, ale papież skrupulatnie zadbał o to, by narzędzia realnej władzy kształtowania przebiegu całego procesu leżały w rękach jego zaufanych ludzi, bliskich ideowo niemieckim środowiskom. Na to nic nie da się już po ludzku poradzić. Jedyną nadzieją pozostaje czasowe rozciągnięcie całego procesu: nawet jeżeli to papież Franciszek zakończy w 2024 roku drugi rzymski etap Synodu o Synodalności, być może wdrażać synodalność w życie będzie już jego następca. Nie musi to bynajmniej oznaczać, że rewolucyjny kurs zostanie zatrzymany i odwrócony; a jednak tak może być.

Patrzmy w przyszłość powtarzając słowa modlitwy za synod ułożonej przez bp. Athanasiusa Schneidera: „Panie, z pokornym duchem i ze skruszonym sercem prosimy Cię, nie dopuść, aby wrogowie Kościoła mogli radować się ze zwycięstwa nad autentycznym Kościołem katolickim”.

Paweł Chmielewski