PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli
Wpisał: ks. Malachi Martin   
23.03.2013.

PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli

 


ks. Malachi Martin "Klucze królestwa" - wyd. ANTYK

Oryginał wydany w 1990 roku.
/fragmenty książki/, str. 906  

"Jest jeszcze jedna możliwość rozwoju wydarzeń, która, gdyby wymknęła
się spod kontroli, również mogłaby rozbić jedność struktury
rzymskokatolickiej. Mowa o sytuacji, kiedy papieskie konklawe wybiera
kandydata, którego polityka dąży do rozmycia jedności i zmiany
organizacji Kościoła przez zarzucenie piastowania funkcji namiestnika
Chrystusowego -- przywileju, w oparciu o który zbudowana jest
strukturalna jedność katolicyzmu. Takie posunięcie oznaczałoby tak-że
pozbawienie czterech tysięcy biskupów kolegialnego posłuszeństwa wobec
papiestwa, na czym jak dotąd bazuje ich struktura. Wszystko to
oznaczałoby nową funkcję dla biskupa Rzymu, z pewnością nie tę
tradycyjną; pociąga to za sobą tak-że nowe stosunki pomiędzy biskupami
(łącznie z biskupem Rzymu). Jeśli ktokolwiek wątpi, czy taka
ewentualność może mieć miejsce, przypomnijmy, że w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych nikomu by się nawet nie śniło, że
papież z lat sześćdziesiątych podejmie próbę całkowitego pozbycia się
elementów, które gwarantują obecność centralnego wydarzenia mszy
świętej; mianowicie, uosobienia Ofiary Krzyżowej Chrystusa. Jednak
taka sytuacja, według wiarygodnych źródeł, miała miejsce.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinno się sądzić, iż
nakreślona powyżej trzecia możliwość jest mało prawdopodobna. Poważne,
bezstronne spojrzenie na obecną sytuację, szybko ujawni ponurą
rzeczywistość rzymskiego katolicyzmu: na lokalnym poziomie parafii i
diecezji oraz na poziomie zwierzchnictwa -- papiestwa i papieskiej
posłu-gi -- wszędzie tam obecne są wszystkie negatywne elementy,
wystarczające, by owe przerażające wydarzenia ziściły się. W praktyce
natomiast, okaże się, że wspomniane negatywne elementy są już bardzo
aktywne, i to na wielką skalę.

Wszędzie -- w parafiach i diecezjach, pośród biskupów i księży,
zakonników i laikatu -- odnaleźć można niewzruszone przekonanie, że
przed II Soborem Watykańskim istniał jeden kościół rzymskokatolicki --
kościół "przedsoborowy"; przestał on jednak istnieć, a jego miejsce
zabrał kościół "soborowy", ożywiany "duchem Watykanu II", którego nie
nazywa się już "kościołem rzymskokatolickim", lecz zamiast tego
stosowane jest albo biblijne określenie "lud Boży", albo zwyczajna,
mało precyzyjna nazwa "Kościół".

Okazuje się, że w oczach biskupa, księdza, zakonnika i osoby świeckiej
oba "Kościoły" drastycznie się od siebie różnią w czterech ważnych
kwestiach. "Kościół soborowy" nie rości już pretensji do wyłącznego
posiadania środków do wiecznego zbawienia. Niekatolicy i
niechrześcijanie mają równe prawo twierdzić, że posiadają takowe
środki w ramach swej własnej religii -- czy też "sposobu życia", jeśli
akurat nie zaliczają się do osób wierzących. Wszyscy bowiem --
katolicy, niekatolicy i niechrześcijanie -- jesteśmy tylko
pielgrzy-mami dążącymi do tego samego celu, aczkolwiek różnymi
drogami. Po drugie, w "kościele soborowym" źródłem religijnego
oświecenia, przewodnictwa i autorytetu jest lokalna "wspólnota wiary".
Poprawność wiary i poprawność postępowania moralnego już nie pochodzi od
hierarchicznego ciała biskupów, podległych centralnej władzy jednego
człowieka, biskupa Rzymu. Po trzecie, podstawową funkcją światowych
skupisk "wspólnot wiary" jest współpraca z "ludzkością" w budowaniu i
utrzymywaniu pokoju na świecie oraz pracy nad światową reformą
wykorzystywania surowców naturalnych, tak by wyeliminować ucisk
gospodarczy i imperializm polityczny. Po czwarte, dawne reguły
kościoła rzymskokatolickiego dotyczące moralnego zachowania w
życiowych sprawach -- antykoncepcji, małżeństwie, śmierci,
seksualności -- winny zostać po bratersku dostrojone do światopoglądu,
praktyk i pragnień świata. W przeciwnym razie, jak członkowie Kościoła
mogą twierdzić, że otworzyli się na swych ludzkich braci i siostry?

Te radykalne różnice pomiędzy oboma "kościołami" są owocem II Soboru
Watykańskiego, którego postanowienia nieustannie cytuje się, jako
uzasadnienie zaistniałych różnic. Tak też jest w istocie. Z łatwością
można powołać się na soborowe dokumenty, aby uargumentować swojej
tezy. Są one ogólnikowo sformułowane, również w kwestiach wiary. A w
przypadku co najmniej dwóch z nich, można odnaleźć stwierdzenia, które
na pierwszy rzut oka zdają się być nie do pogodzenia zarówno z
nauczaniem kościoła rzymskokatolickiego, jak i kolejnych papieży, aż
do Jana XXIII.

Na poziomie papiestwa i papieskiej organizacji duszpasterskiej można
odnaleźć elementy, które jednocześnie podsycają i chronią oraz
pozostawiają pole do działania innowierczemu "duchowi Watykanu II",
który panoszy się w lokalnych diecezjach i parafiach.

Okazuje się, że dwóch papieży, Paweł VI i Jan Paweł II, nie użyli
swego najwyższego autorytetu, aby zapobiec zrodzeniu się tego ducha. A gdy już tak się stało, nie stawili mu czoła, mimo że tylko oni mogli to zrobić. Katolicy już od dawna spragnieni byli oświadczenia, opartego na osobistym autorytecie Ojca Świętego oraz jego przywileju
głoszenia ex cathedra. Oświadczenie to raz na zawsze i bez dwuznaczności wyjaśniłoby wszystkim katolikom , chrześcijanom i całemu swiatu który z tych dwóch "kościołów" jest tym ortodoksyjnym, który reprezentuje kościół rzymskokatolicki, jedyny prawdziwy Kościół , za którym stoi tylu papieży. Innymi słowy konieczna jest autorytatywna
interpretacja oficjalnych dokumentów II Soboru Watykańskiego.

Jednak papieskie oświadczenie nie może sprowadzać się do samych słów.
Kościół pełen jest słów, dokumentów, programów i raportów, odkąd
skończył się II Sobór Watykański. Katolickie prawo powinno zostać
ponownie wyegzekwowane przy pomocy dobrze nam znanych, tradycyjnych
środków: ekskomuniki, odsunięcia od oficjalnych stanowisk, imiennego
nazwania wszystkich -- księży, teologów, zakonników, osób świeckich --
którzy nie przyjęli papieskiego oświadczenia.

Obaj papieże nie postąpili w ten sposób. Swe zaniechanie tłumaczyli pilniejszymi i ważniejszymi sprawami -- takie były przynajmniej próby wyjaśnień. Jednak rozrastający się i rozprzestrzeniający coraz bardziej "duch Watykanu II" niesie ze sobą zgubne skutki, w postaci
destrukcji rzymskokatolickiej organizacji instytucjonalnej. Jej ochrona jest kluczowym obowiązkiem, który obaj -jako zawiadujący Stolicą Apostolską namiestnicy Chrystusa na ziemi – przysięgali wypełniać.

To dlatego Pawła VI i Jana XXIII oskarżano o nadużycia w ich urzędzie.
Osądzano ich, że biorą udział w śmiertelnej grze prowadzonej przez
ludzi, którzy dążą do zlikwidowania papiestwa i rzymskokatolickiej
organizacji instytucjonalnej.

O ile nic nie powstrzyma ani nie zakłóci biegu wydarzeń, będą one
wyglądały następująco: "duch Watykanu II" będzie stopniowo przenikał
biskupie umysły, i jeśli papiestwo nie przeciwstawi się temu i nie
zajmie wyrazistego stanowiska, nieuniknione jest, iż negatywne trendy,
które w chwili obecnej dotyczą ograniczonej liczby dostojników
kościelnych, będą się rozprzestrzeniać coraz dalej.

Nikt nie wątpi, że kardynałowie, tacy jak Joseph Bernardin z Chicago,
Basil Hume z Westminsteru, Godfried Danneels z Belgii, Paulo Evanisto
Arns z Sao Paulo czy Roger Etchegeray z Francji, są zwolennikami
"ducha Watykanu II".

Oczywiście są dziś kardynałowie, którzy wraz z kolejnymi, jeszcze nie
desygnowanymi przez Jana Pawła II, wybiorą jego następcę. Przybędą oni
na następne konklawe z kościelnej struktury, w której funkcjonowali
przez przynajmniej dwadzieścia pięć lat; i w tym czasie nie tylko nie
próbowali ukrócić, walczyć czy choćby poprawić odchyleń wynikłych z
"ducha Watykanu II", lecz podsycali je pasywnie (poprzez swe
zaniechanie), lub aktywnie (ponieważ podzielali tego samego "ducha").
Przybędą z diecezji, gdzie większość biskupów nie chce i nie będzie
chciała wiedzieć o niczym, co nie jest spójne z "duchem Watykanu II",
który na dobre krąży już w ich parafiach.

O ile w ostatniej minucie nie wydarzy się jakiś cud, papieski
kandydat, którego wybiorą, zostanie wyłoniony z ich grona; a celem
jego polityki będzie oficjalne potwierdzenie i ostateczne ukoronowanie
"ducha Watykanu II".

Podstawą działania takiego kardynała, który prawomocnie został
papieżem, będzie to, co dla Pawła VI i Jana Pawła II było tylko
tymczasowym wybiegiem; a więc nie będzie egzekwował należnej mu z
urzędu, przestarzałej władzy Piotrowej. Paweł VI publikował dokumenty
II Soboru Watykańskiego i siedział z założonymi rękami, podczas gdy
delegalizujące działania watykańskich dostojników i biskupów w różnych
krajach dziesiątkowały jego Kościół. Jan Paweł II co i rusz
sankcjonował soborowe postanowienia swymi zapewnieniami, iż ustalają
one normy katolickiej wiary i postępowania.

Taka będzie podstawowa różnica pomiędzy Pawłem VI i Janem Pawłem II,
oraz papieżem wybranym po śmierci tego ostatniego. Ograniczoność
funkcji nowego biskupa Rzymu będzie wynikała z przekonania, że
oryginalne papiestwo w postaci, w jakiej krzewiono je przez setki lat
i dwie trzecie dwudziestego wieku, było uwarunkowane panującymi
czasami i wielusetletnią kulturą; teraz zaś czas już zmniejszyć jego
znaczenie, by móc uwolnić "ducha Watykanu II", który ukształtuje
wizerunek Kościoła i dopasuje go do postępowego sposobu myślenia
nowej, diametralnie innej epoki.

Rzymscy katolicy będą świadkami spektaklu, w którym prawomocnie
wybrany papież odetnie kościelną organizację od tradycyjnej jedności i
zorientowanej na papiestwo apostolskiej struktury, w którą Kościół jak
dotąd nieprzerwanie wierzył i nauczał, iż ustanowił ją Bóg.

W dniu, w którym to nastąpi, rzymskokatolicką organizacją wstrząsną
śmiertelne drgawki. Ten ból zgotują Kościołowi jego właśni przywódcy i
członkowie. Nie nastąpi on z ręki zewnętrznego wroga. Wielu wierzących
zaakceptuje nowy ustrój; wielu nie. Wszyscy będą podzieleni. Nikt na
ziemi nie będzie w stanie utrzymać ich razem w jednej, zwartej,
rzymskokatolickiej organizacji. Po raz pierwszy człowiek będzie mógł
zadać sobie pytanie: gdzie się podziała widzialna struktura Kościoła
założonego przez Chrystusa? Nie będzie można jej dostrzec. Kościół
będzie w takim samym stanie, jak w dniu, w którym apostoł Filip
spotkał na drodze z Jerozolimy do Gazy etiopskiego dworzanina i, gdy
okazało się, że ten człowiek otrzymał łaskę wiary w Boga, ochrzcił go
w źródle przy drodze. Potem odszedł, a Etiopczyk kontynuował swą
wędrówkę. Był już żywym członkiem Kościoła Chrystusowego, uczestnikiem
mistycznego ciała Jezusa -- tak samo jak którykolwiek chrześcijanin
tysiąc lat później, ochrzczony w jednej z europejskich katedr i
zapisany rejestrach jako członek widzialnej struktury kościelnej,
skupionej wokół katedry. Jednak ów etiopski dworzanin nie miał żadnej
takowej struktury. Właściwie poprzez ową prostą ceremonię, podczas
której wraz z apostołem Filipem wkroczył do przydrożnego strumienia i
przyjął chrzest w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, dołączył on do
rodzącego się chrześcijańskiego podziemia, którego pogrom już
organizowały lokalne władze żydowskie ...."