Lwy i lisy

Lwy i lisy

Jerzy Karwelis

lwy i lisy

29 marca, wpis nr 1348

A my mamy polityczny rower na kwadratowych kołach.

No i przyszła moja książka z drukarni. Namawiam do zakupu i przeczytania. To jednodniowy kurs działania elit w Polsce.

Po tym wiele zjawisk, do tej pory na oko pozbawionych sensu, nabierze znamion regularności i powtarzalności oraz wykaże, że to wszystko miało – do tej pory ukryty – cel. Ale, przygotowując się do tematu „elity” przyszło mi przebrnąć przez sporo prac naukowych, których, ze względu na w końcu publicystyczny charakter mojej książki, ani nie zacytowałem, ani też nie odwoływałem się do nieistniejącej w książce bibliografii. Niejeden wątek mi przez to wypadł, ale nie można przecież pisać książki „o wszystkim”. Mimo tego jednej sprawy w książce nie ma, a nie chciałbym, by zginęła, a więc tu ją spróbuję omówić. Chodzi o słynne „krążenie elit”.

Papież Pareto

Publiczność, jeśli w ogóle, zna Vilfreda Pareta, to raczej z jego zasady 80/20, która wykazuje, że np. za 80% przychodów firmy odpowiada 20% klientów, co pozwala m.in. korporacjom dbać o wąską grupę klientów, co tych incydentalnych pozostawia w zapomnieniu. Jeśli więc jesteście zlewani przez jakieś korpo to wiedzcie, żeście się po prostu nie załapali wg. reguły Pareta na dopieszczane 20%.

Ale dorobek tego pana jest znacznie większy i w dużej mierze pionierski w jednym obszarze – badaniu elit. To Pareto napisał całe dzieło o elitach, zaś w jednej z wielu tez wykazał, że jakość działań społeczności, w tym względzie uzależnionej od elit, zależy od ich krążenia, czyli odświeżania ich składu, celów i sposobów działania.

W ogóle te prace związane z elitami leczą ze złudzeń całkowicie. Wszyscy ci piewcy emanacji woli suwerena poprzez system wyłanianych przedstawicieli, którzy tworzą elitę-nieelitę, wynajętą tylko do zarządzania państwem to jest jakaś bajeczka dla coraz mniej grzecznych, a coraz bardziej naiwnych dzieci. Nauka dowodzi, że nic takiego nie ma, nawet intuicyjny ogląd dokonywany przez lud rządzony jasno wskazuje, że istnieją oni i my. Najlepszym dowodem na tę ludową mądrość jest historia z Rywinem, który przyszedł do Michnika po łapówkę, co wyszło w czasie skandalizujących obrad jedynej chyba udanej nadzwyczajnej śledczej komisji sejmowej. Na pytanie Michnika: kto ciebie, Rywinie, przysyła padła odpowiedź, że „grupa trzymająca władzę”. Dla ludu było jasne, że to nie żaden rząd, czy partia, ale rzeczywista władza, która istnieje i pociąga za wędzidła bez względu na to kto rządzi. A więc to tu prawda nauki spotyka się z prawdą ekranu, w który patrzy codziennie suweren.

Aby jeszcze bardziej otrzeźwić posłańców dobrej nowiny sprawczości i zalet systemu przedstawicielskiego należy zwrócić uwagę, że nawet nauka, co dopiero ogląd zdrowego rozsądku, wykazuje, że cała sprawa służebności elit jest fasadą dla naiwnych i maluczkich, serwowaną po to by utrzymać lud w błogostanie niewolnika doskonałego, czyli takiego, który nie tyle nie widzi swego zniewolenia, ale dostrzega je i jest z niego zadowolony.

Przyjęło się, że elity mają dwa poziomy uwarunkowań: wewnętrzne i zewnętrzne. Te pierwsze zwane są rezyduami i są zestawem trwałych i rzeczywistych nastawień elity, którymi kierują się w zasadzie niezmiennie, a które nie są komunikowane na zewnątrz. Na zewnątrz komunikowane są derywacje, czyli opowieści dla ludu, które swą narracją kształtują u rządzonych fikcyjny obraz rzeczywistości.

To głównie ideologie, które – jak wiadomo – są tylko powierzchniowymi, kulturowo determinowanymi uzasadnieniami działań władczych, strawnymi dla mas usprawiedliwieniami, jakimi władza, dla potrzeb „ludu”, uwiarygodnia swe działania. Elity serwują tu w dół zmieniające się racjonalizacje i slogany legitymizujące władzę. Czyli te wszystkie ideologiczne ofensywy, spory, które rozpalają do białości dyskurs publiczny są tylko po to, by naród się emocjonował tak bardzo, aby nie widział faktu swej sprawczej mizerii i jej źródeł. Co – przyznacie Państwo – stawia w ostrym świetle naszą wojnę polsko-polską, jej cele i autorów. Ale w tej kwestii, tej mechaniki – odsyłam już do mojej książki, dziś bowiem tu nie o tym.

Zastrzeżenie o rezyduach i derywacjach było po to, byśmy mieli podstawę do oceny typologizacji elit, którą zaraz omówimy. Bo Pareto nie tylko wnioskował o tym, że krążenie elit, ich wymiana i odświeżanie ma zbawczy wpływ na władzę, skutkiem tego i na całą społeczność, ale wykazał o krążenie jakiego rodzaju elit chodzi. Podzielił je na elity lwów i lisów, który to podział w owocnym skrócie omówili Jan Pakulski profesor emeritus (uwaga!) z uniwersytetu w Hobart na Tasmanii i profesor Jacek Wasilewski z warszawskiej SWPS, których tu pracę zacytuję.

Lwy, czyli elita choinki hard power

„Lwy wyposażone są przede wszystkim w rezydua klasy II i reprezentują siłę i zdecydowanie, z czym wiążą się predyspozycje do agresywnych zachowań i częstego uciekania się do przemocy jako środka sprawowania władzy. Cechy te zakorzenione są w rezyduach [co to, kurwa, za nowomowa?? M. Dakowski] nakazujących w pierwszym rzędzie dbać o trwanie i spójność grupy. Znajduje to odzwierciedlenie w nastawieniach wyrażających bezwarunkową lojalność wobec grup podstawowych, takich jak rodzina czy naród. Stąd częste nacjonalistyczne uzasadnienia preferowane przez lwy, szczególnie w wypadkach, gdy posługują się przemocą. Lwy na ogół utożsamiają władzę z siłą: grożą przemocą i preferują rozwiązania siłowe, gdy ich władza napotyka opór.

Władza lwów ma polaryzujący charakter: lwy dzielą społeczeństwa na wrogów i przyjaciół, „naszych” i „obcych”. Ich uwaga skupia się na „naszych”. „Obcy” są na ogół tylko zagrożeniem. Oznacza to „wąską integrację” władzy: nie są dopuszczane do udziału we władzy środowiska wobec niej krytyczne czy o nieznanym obliczu. Z tym wiąże się tendencja lwów do budowania silnych więzi lojalności i do ograniczania kręgu doradców do zaufanych przyjaciół. Symptomatyczna dla lwów jest personalizacja i moralizacja władzy. Osobista lojalność wobec przywódcy staje się podstawowym wymogiem moralnym. Dlatego lwy mają tendencję do lekceważenia prawa i podporządkowania konstytucyjnych wymogów i procedur woli przywódców.

Władza lwów jest legitymizowana na ogół w sposób charyzmatyczny, z częstymi odniesieniami do „wiary” i „zaufania” jako podstawowych wyznaczników uczestnictwa we władzy. Oponenci lwów przedstawiani są nie jako rywale, lecz jako wrogowie, których działania kwalifikowane są (i potępiane) w kategoriach moralnych. Dlatego użycie przemocy jest naturalnym odruchem lwów, uzasadnionym także w kategoriach moralno−politycznych – jako swego rodzaju „wyższa konieczność” i wymóg sytuacji. Lwy chwalone są za zdecydowanie i konsekwencję, a krytykowane za brutalność i brak politycznej elastyczności.”

Lisy, czyli elita sieci soft-power

„Lisy reprezentują przebiegłość, inteligencję, spryt i polityczną giętkość, czyli dominują wśród nich rezydua klasy I, nazwane „instynktem kombinacji”. Na ogół nie używają siły, bowiem swe cele osiągają na drodze manipulacji, negocjacji i zakulisowych nacisków, typowych dla dyplomatycznego „makiawelizmu”. Są to cechy zakorzenione w rezyduach kombinacyjnych, a więc we wrodzonych i niezmiennych predyspozycjach do manipulacji, kompromisów i tajnych układów. Lisy celują w sztuce dyplomacji i negocjacji. Są także zdolne do oportunistycznych ustępstw i kompromisów w stosunkach z rywalami. Ich silną stroną są pomysłowość i przebiegłość – powiedzielibyśmy dzisiaj „miękka strona władzy”. Ponieważ lisy preferują kompromisy i manipulacje, ich dominacja w elicie sprzyja decentralizacji władzy.

Elity zdominowane przez lisy charakteryzują się przeto „szeroką integracją władzy”, tzn. braniem pod uwagę w trakcie sprawowania władzy interesów i preferencji rozmaitych grup wpływu i nacisku. Lisy dążą do tego, by uplasować się w centralnych punktach sieci takich grup. Sprawują władzę raczej przez skuteczne wykorzystywanie i mobilizowanie wpływów i nacisków, niż przez konfrontacje i siłowe interwencje. Ten lisi styl sprawowania władzy przejawia się także w racjonalnych i pragmatyczno−prawnych uzasadnieniach posunięć politycznych, oraz w niechęci do ideologicznych odniesień. Lisy traktują przeciwników jako rywali, montują nietrwałe koalicje, w których nierzadko udział biorą niedawni przeciwnicy wraz z obecnymi poplecznikami. Takie elastyczne podejście do koalicji politycznych wzmacnia szeroką integrację polityczną i zapobiega głębokim podziałom.

O ile zwolennicy lisów chwalą te cechy jako wyraz giętkości i inteligencji, o tyle krytycy widzą lisy jako podatnych na korupcję oportunistów, pozbawionych moralnego kośćca. Zdaniem Pareto, lwy i lisy uzyskują przewagę w odmiennych warunkach polityczno−ekonomicznych i tworzą odmienne koalicje władzy. Lwy są typowymi „mężami opatrznościowymi”, wkraczającymi do akcji w momentach kryzysów politycznych i w okresach ekonomicznego zastoju lub upadku. Lisy zdobywają przewagę w okresach ekonomicznego wzrostu i politycznej ekspansji. Centralizacja władzy sprzyja lwom i jest przez lwy wzmacniana. Rozproszenie władzy daje przewagę lisom, które starają się ten stan rzeczy utrzymać i pogłębić. Lwy montują koalicje z „rentierami”, a więc z elitami ekonomicznymi czerpiącymi zyski z długoterminowych inwestycji i niewdających się w bieżące gry rynkowe. Lisy przyciągają „spekulantów”, a wiec przedsiębiorców skłonnych do innowacji i ryzyka, nastawionych na szybki zysk.”

Polski zwierzyniec

Zapewne jak i Państwo, ja miałem, czytając tu o tych lisach i lwach, coraz częściej nawroty refleksji jak to jest u nas, w Polsce z tym podziałem. No, coś się tam pojawiało w analogiach, ale wspomniani autorzy przeprowadzili analizę historii polskiej sceny politycznej w podziale na okres lisów i okres lwów. Wychodzi z tego, że na początku startu transformacyjnej historii III RP mieliśmy do czynienia z rządami lisów. Na początku odnowionej Najjaśniejszej brak było silnych i charyzmatycznych przywódców, no, może z lekką przerwą na Lecha, którego charyzma okazała się nadęta jak on sam, zaś co do siły, to wystarczyło jej raczej tylko na ruchy rozbijackie, nie na budowanie jakichś trwałych fundamentów państwowości. Ot, normalne koniunkturalne równoważenie wektorów wpływów wzbudzanych konkurentów, budowanie drugich nóg, nie po to przecież, by wyrugować komunistów z wpływu na władzę, ale by sobie na tej chwiejnej równowadze pobalansować swoimi wpływami. Miałkość, a nie żadne tam rezydua.

A więc pierwszy okres, poza rządami charyzmy, na zasadzie dawania świadectwa soft-power w wykonaniu Mazowieckiego, a więc bez większego wpływu i samej przynależności do elit w ogóle, to mieliśmy na miękko. Lisy działały w stadach wijąc swoje sieci, w które coraz częściej wpadał klientelistyczny obywatel. Nie wiem czy pamiętacie tamte czasy – to było jeszcze spokojnie, nie tak jak dziś. Ludzie nie emocjonowali się polityką, nie włączali codziennie rano przekaziorów w nadziei, że tym razem, przez noc jakoś tam pognębiono naszego politycznego grupowego, a właściwie plemiennego wroga nr 1. Sfera polityczna odbywała się bardziej w kuluarach, dziś zastępuje nam przemysł rozrywkowy, atrakcyjny już chyba tylko dla akolitów, których stan psychiczno-emocjonalny należałoby na skalę populacyjną przebadać. Znać było mores – od robienia polityki są politycy, nie zaś jakiś nieogarnięty suwerenik. Lekkie potrząśnięcie za ramię drzemiącego narodu, bo przecież nie przebudzenie, mieliśmy przy okazji wspomnianej afery Rywina, kiedy nagle opadłe zasłony pokazały całkiem nowe, inne niż dotychczas, nieznane i dołujące konstrukcje kulis.

Według wywodu wspomnianych naukowców w III RP mieliśmy do czynienia z procesem przejścia od rządów lisów do rządów lwów. W przywołanym wywodzie niewiele mówi się o mechanice tego zjawiska, ja tu mam swój pogląd. Pomijając ogólne nastawienie, również Polaków, do rządów silnej ręki, inklinacji do kogoś kto przyjdzie i „wreszcie zrobi porządek”, to mamy do czynienia raczej ze światowym fenomenem przesuwania się elit politycznych w kierunku lwów. Ale tak to jest w czasach, kiedy soft-power ustępuje w konfrontacji z władzą typu hard. U nas w przejściu od sieci lisów do choinki autorytarnego zarządzania w wykonaniu lwów +jest dużo elementów systemowych. Nie mogło się skończyć inaczej. Czemu? Zaraz powiem…

No, jak się ma taką, w dodatku zapisaną w konstytucji, ordynację wyborczą obligującą do wyborów w reżymie proporcjonalnym, z progiem wejścia, to wkrótce – i ku temu dążyło skostnienie sceny politycznej – mamy do czynienia z dwójpolówką. Ale to nie tu jest problem: mamy do czynienia z hybrydą, bo jest to dwójpolówka naczelnikowska. A to jest zjawisko cudaczne. Ordynacja większościowa zazwyczaj kończy się duopolem partii, ale te, z powodu zapór antynaczelnikowskich, budują się od dołu, nie od góry, wolą naczelnika. Z drugiej strony ordynacja proporcjonalna generuje z siebie system wielopartyjny, skazany na kompromis. A my mamy polityczny rower na kwadratowych kołach. Dwójpolówkę naczelnikowską z ordynacją proporcjonalną. Czyli system, który dąży do władzy lwów z samej swojej natury.

Ale, żeby do tej początkowej, lisiej fazy polityki w ogóle wejść, to trzeba było grać… lisa. A więc mamy w historii III RP do czynienia z procesem eliminacji lisów w wykonaniu ukrytych lwów. Czyli – wracając do metodyki – chłopakom się w międzyczasie zmieniły rezydua. A to ciekawe zjawisko, gdyż te rezydua miały być stałymi cechami elity, zaś tu, przy takiej zmienności, okazały się tylko taktyczną potrzebą chwili. Mamy mieć więc do czynienia z polityką, która jest walką o władzę Skazy z Mufasą i kilku pretendujących, czekających za skałą na okazję Simb. To malowniczy obraz, którego atrakcyjność skrótu nie powinna nam przesłaniać odmiennej, wydaje mi się istoty zagadnienia.

Jednak książka

Jednak zrobię wyjątek od początkowego zastrzeżenia, że załatwię tu temat spoza mojej książki. Muszę do niej wrócić. W książce dowodziłem, że – bez względu na to kto rządzi – elita wytwarza warstwę pozoracyjną, mającą zmylić społeczny ogląd co do istnienia rzeczywistej elity, spoza ułudy przedstawicielskiej, zrobić bufor zewnętrzny narracji. Chodzi o to, że – jak dowodził Pareto – by chronić swoje rezydua elita wytwarza derywacje, czyli, przypomnijmy: zasłony narracyjne mające wytworzyć u obywatela złudę rzeczywistości w rezultacie podstawionej.

Dla mnie cała polska sfera polityczna nie jest emanacją elitarności, czy to lisiej czy lwiej. Jest właśnie spektaklem zafundowanym publiczności przez pochowaną w takim mechanizmie klikę, która jest rzeczywistą, sprawczą grupą „trzymającą władzę”.

I moim zdaniem nie jest tak wcale, że w polskim „krążeniu elit” lisów na topie, z początku III RP, zastąpiły, choćby i ukrywające się do tej pory lwy. Tusk czy Kaczyński wcale nie rządzą Polską. Nie są oni bowiem, jak cała klasa polityczna, elitą, tylko derywacją, światem objawianym przez elitę właściwą – klikę, która ma wciąż te same, łupieżcze rezydua. Oni spełniają tylko służebną rolę wobec tych, którzy postawili ich na tych stanowiskach, wywindowali, lub choćby tylko umożliwili kontrolowany awans do roli lwów w spektaklu. Moim zdaniem elita rządząca może i składając się z sieci, ale lwów, wystawiła ludowi na widok samokręcącą się maszynkę ułudy, której zewnętrznym przejawem jest działanie lisów. Choć narracja zaostrza się, ale to się dzieje tylko na użytek publiczny. W rzeczywistości cała klasa polityczna wewnętrznie dba o dobre ustawienie się w sieci. Tą siecią jest dystrybucja publicznego pieniądza i wpływów, które i tak prowadzą do triady atrybutów elitarności: elity władzy, elity pieniądza i elity autorytetu. Rządzą więc nami lwy, i to od dawna, może od samego początku okrągłostołowej Najjaśniejszej, zaś za oficjalnych posłańców wysyłają nam lisy.

Jesteśmy więc stadkiem owiec zarządzanym z górki przez klikę lwów, które do pilnowania, a raczej do dojenia, wysyłają jako pośredników lisy. Ale jak przyjdą wilki to co będzie? Kto obroni obywatelskie owce? Nie słyszałem kiedykolwiek, by zrobiły to lisy. Te uciekną zaraz po lwach, które tylko zmienią stadko do eksploatowania na inne. Może nawet przemianują się na lisy pilnujące gdzie indziej nowego stadka. A może już tylko pójdą na sutą i odległą emeryturkę, leżąc pod egzotycznym baobabem i obgryzając kości z pozostałości swej niegdysiejszej wielkości. Biało-czerwone kosteczki owieczek, które uwierzyły kiedyś w bajki o pasterzach i psach pilnujących stada przed wilkami.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Czy USA planują nowy system finansowy?

IndependentTrader.pl trader

Czy USA planują nowy system finansowy?

Możliwe, że jesteśmy obecnie świadkami cichego przemodelowania amerykańskiego systemu finansowego. Wszystko za sprawą działań podjętych przez nową administrację rządową Stanów Zjednoczonych względem kryptowalut. Jeszcze w 2019 roku Donald Trump mówił: „Nie jestem fanem Bitcoina i innych kryptowalut, które nie są pieniędzmi, a ich wartość jest wysoce niestabilna i oparta na niczym”. Dziś jednak zmienił podejście o 180 stopni i stwierdził, że USA ma stać się kryptowalutową stolicą świata.

Słowa te nie były bynajmniej rzucone na wiatr, ponieważ nowy prezydent i jego współpracownicy podejmują szereg działań, które świadczą o możliwej rewolucji. Pamiętajcie, że wielkie zmiany w systemie finansowym w USA nie dokonywały się transparentnie i przy blasku fleszy, ale raczej były to subtelne zagrania za kulisami.

Dlaczego mamy powody, by twierdzić, że coś jest na rzeczy? Otóż przede wszystkim, w tworzącym się świecie wielobiegunowym, dolar może utracić swoją pozycję. W obliczu wojen handlowych sojusze takie jak BRICS dążą do obniżenia roli amerykańskiej waluty w globalnej wymianie dóbr. Ponadto inne kraje obierają kurs na CBDC (Central Bank Digital Currency).

Europejski Bank Centralny przyspiesza wprowadzenie cyfrowego euro, o czym możecie przeczytać w naszej najnowszej prasówce na naszym blogu (link w komentarzu pod postem). Chiny również chcą utworzyć cyfrowego juana, aby uniknąć amerykańskich sankcji handlowych.

Rząd USA musi więc działać wyprzedzająco, żeby mógł liczyć na pozostanie kluczowym graczem w globalnym systemie finansowym. Sekretarz skarbu Scott Bessent oświadczył, że celem jest utrzymanie dominującej pozycji dolara amerykańskiego jako światowej waluty rezerwowej, co zamierzają osiągnąć przy użyciu stablecoinów. Jest to kryptowaluta powiązana w 95% przypadków 1:1 z kursem amerykańskiego dolara. Szkopuł w tym, że za ich emisje odpowiedzialne są prywatne firmy takie jak Tether czy Circle. Donald Trump planuje to zmienić.

Celem nowej administracji jest doprowadzenie do tego, aby to amerykańskie banki zaczęły emitować własne, w pełni regulowane stablecoiny zintegrowane z systemem bankowym i żeby nie być gołosłownymi, informujemy, że ten proces już się rozpoczął. Poza strategiczną rezerwą Bitcoina Trump powołał również do życia mniej znany Amerykański Zasób Aktywów Cyfrowych. Szczegóły dekretu wskazują, że nakazuje on agencjom rządowym opracowanie przepisów bankowych oraz podatkowych na korzyść stablecoinów i umożliwienie ich integracji z bankami krajowymi.

Dodatkowo Kongres pracuje nad dwoma głównymi projektami ustaw: STABLE Act w Izbie Reprezentantów, który wymaga od emitentów stablecoinów utrzymywania rezerw 1:1 w amerykańskich obligacjach skarbowych lub depozytach gotówkowych, oraz GENIUS Act w Senacie, który przyznaje bankom krajowym i instytucjom finansowym uprawnienia do emisji i rozliczania stablecoinów pod nadzorem Urzędu Kontrolera Waluty (OCC). Temat jest pilny, ponieważ Trump naciska na Kongres, aby do sierpnia przedłożył mu ustawę o stablecoinach.

OCC już zatwierdziło bankom krajowym możliwość emisji własnych kryptowalut. W efekcie duże banki rozpoczęły przygotowania. JP Morgan uruchomił JPMCoin, który jest zabezpieczony rezerwami gotówkowymi w dolarze. Do tego, CEO Wells Fargo oświadczył, że również będzie tworzył tokenizowane depozyty (patrz stablecoiny).

Taki obrót spraw przypomina powrót do okresu tzw. „free banking”, który miał miejsce między 1837, a 1863 rokiem, kiedy to różne banki emitowały własne banknoty. W tamtym czasie musiały one konkurować o zaufanie klientów, zabezpieczając swoje waluty złotem, srebrem i silnymi rezerwami finansowymi. Taki system finansowy mógłby mieć swoje zalety, ale należałoby zadać pytanie, czy właśnie to szykuje nowa administracja USA?

Idea banków konkurujących o zainteresowanie obywateli brzmi zbyt dobrze w porównaniu do najbardziej realnego scenariusza, jakim jest wprowadzenie CBDC, cyfrowej waluty, która oznaczać będzie tak naprawdę większą kontrolę nad społeczeństwem. Widać, że w cieniu kamer Stany Zjednoczone pracują nad czymś naprawdę wielkim, pytanie, czy skończy się to wielkim zniewoleniem?

Cywilizacja śmierci w natarciu

Izabela BRODACKA

Kilka dni temu byłam świadkiem następującej sceny. Warszawską ulicą wędrował zniszczony człowiek, brudny, w zasikanych spodniach. Wyraźnie szukał możliwości schronienia się przed dojmującym chłodem, bo zaglądał do klatek schodowych. I na podwórka. Stojąca obok samochodu elegancka nastolatka powiedziała do kolegi: „po co to to żyje, tylko się męczy, dla jego własnego dobra powinien go ktoś uśpić”. Chłopak zaprotestował lecz bez przekonania, bo dziewczyna użyła mocnego argumentu „Jeżeli się tak nad nim litujesz to zabierz go do domu, ale ja w tym nie uczestniczę i jadę do siebie”- oświadczyła.

Jak bumerang powraca skrajnie przecież skompromitowane hitlerowskie pojęcie Lebensunwertes Leben – życia niegodnego życia. Wraca niestety nie tylko w przekomarzaniach rozwydrzonej smarkaterii lecz w rozważaniach etyków i lekarzy. Otóż tylnymi drzwiami wprowadza się wytyczne dla lekarzy – jakich pacjentów można, a właściwe należy, objąć tak zwanym protokołem terapii daremnej. Selekcja ma odbywać się już na SOR. Pacjent objęty tym protokołem czyli pacjent, którego nie będzie się już leczyć a tylko ewentualnie będzie mu się podawać środki przeciwbólowe, to według instrukcji pacjent chory na marskość wątroby, z przewlekłą niewydolnością krążeniową czy oddechową, pacjent, który w ciągu roku znalazł się więcej niż jeden raz w szpitalu, pacjent, który według opinii lekarzy nie przeżyje dłużej niż rok, pacjent wymagający całodobowej opieki. Dotyczy to również niepełnosprawnych dzieci.

Wobec takiego pacjenta nie tylko wolno zaniechać leczenia, lecz wolno, a nawet trzeba odłączyć go od aparatury wspomagającej funkcjonowanie organizmu czyli można go bezkarnie zabić.

Przeciwko temu protestują uczciwi lekarze, którzy rozumieją sens przysięgi Hipokratesa. Wypowiedzi takich lekarzy z zespołu parlamentarnego chciałabym państwu przytoczyć.

Lekarz medycyny Katarzyna Radkowska przypomniała wytyczne Towarzystwa Internistów Polskich występujących pod przewodnictwem doktora Wojciecha Szczeklika z Krakowa oraz Naczelnej Izby lekarskiej dotyczące zapobiegania tak zwanej „terapii daremnej” poza oddziałami ratunkowymi szpitali, gdzie niestety odpowiednie procedury zostały wdrożone już wcześniej. Od 2023 roku protokoły daremnej terapii dotyczą wszelkich oddziałów oraz wszelkich szpitali.

To już nie jest medycyna lecz eugenika i wróżbiarstwo stwierdziła doktor Radkowska.

Inny członek zespołu parlamentarnego doktor Marcin Sowiński stwierdził, że sugerowane przepisy są wprost kryminogenne przypominając przy tym słynną sprawę pawulonu. Mecenas Anna Rykowska przypomniała, że prawo do życia i leczenia jest według prawa międzynarodowego niezbywalnym prawem człowieka. Wszyscy członkowie zespołu parlamentarnego podnoszą kwestię, wprowadzania tylnymi drzwiami procedur umożliwiających zaniechanie leczenia albo wręcz zabijanie pacjentów bez ścisłej definicji terapii daremnej.

Ja widzę ten problem jeszcze ostrzej. Każda terapia z definicji jest daremna – bo człowiek jest istotą śmiertelną. Kwestią dyskusyjną jest tylko ustalenie jak długi hipotetycznie czas przeżycia – daje pacjentowi prawo do leczenia. Propagowanie różnych form eutanazji opiera się na ogół na micie osoby nieuleczalnie chorej, cierpiącej na nieznośne bóle, która marzy o „dobrej śmierci” lecz nie potrafi jej sobie sama zadać lub jest zbyt słaba żeby to zrobić.

Słyszałam kiedyś wywiad z ordynatorem szpitala onkologicznego. Powiedział, że w ciągu kilkudziesięciu lat jego praktyki tylko raz spotkał pacjenta, który naprawdę chciał umrzeć. Inni – niezależnie od stadium swojej choroby – walczyli o każdy dzień, właściwie o każdą godzinę życia, mierzyli sobie ciśnienie przed wypiciem kawy czy herbaty, dopytywali o interakcję podawanych leków wprawiając w zakłopotanie lekarzy, którzy chcieli im przekazać prawdę o ich terminalnym stanie.

Dodajmy, że my wszyscy od niemowlęcia do późnej starości objęci jesteśmy przymusowym ubezpieczeniem zdrowotnym. Człowiek płaci składki tego ubezpieczenia zbierając w ten sposób fundusze na czarną godzinę, gdy będzie stary i chory albo tylko chory. Gdy ta czarna godzina nadejdzie odmawia się mu pomocy pod pretekstem troski o komfort jego życia.

Perspektywa spojrzenia na własną egzystencję jak wiadomo zmienia się z wiekiem. Wiele razy słyszałam od nieletnich uczniów, że nie wyobrażają sobie życia po trzydziestce i w tak zaawansowanym wieku popełnią z całą pewnością samobójstwo. Na szczęście zapominają na ogół o swoich buńczucznych zapowiedziach i cieszą się życiem po trzydziestce a nawet po siedemdziesiątce. Jeżeli nawet komuś patrzącemu z boku, komfort życia inwalidy wydaje się krytycznie niski, nikt nie ma prawa na podstawie swego widzi mi się odbierać temu inwalidzie życia.

Poza tym wpłacając składki na ubezpieczenie zdrowotne zawieramy z ubezpieczalnią umowę obejmującą leczenie w przypadku choroby. Odmowa tego leczenia oznacza najzwyklejszą w świecie kradzież. Wyobraźmy sobie, że ubezpieczamy nasz samochód w jakiejś firmie, która po wypadku odmawia nam zwrotu kosztów naprawy tego samochodu. Z taką złodziejską firmą natychmiast zrywamy umowę i przenosimy się do konkurencji nawet jeżeli samochód jest stary, mocno zużyty i jego naprawianie według rzeczoznawcy nie ma sensu.

Tymczasem z NFZ nie możemy zerwać umowy nawet jeżeli nie jesteśmy zadowoleni z usług tej instytucji , a ta firma ma obecnie zamiar tuszować swój brak odpowiedzialności za wypełnianie obowiązków wynikających z umowy ubezpieczeniowej protokołem terapii daremnej.

Jak trafnie zauważyli cytowani lekarze i prawnicy protokół terapii daremnej zdejmuje praktycznie z lekarzy odpowiedzialność za ewentualne błędy lekarskie. Pacjent, który stracił życie w wyniku błędu lekarskiego lub zaniedbania służby zdrowia zostanie po śmierci bez trudu dopisany do pacjentów objętych protokołem terapii daremnej podobnie jak do listy pacjentów zmarłych na covid dopisywano pacjentów, którym z powodu covidu odmówiono pomocy.

Cywilizacja śmierci wygrywa niestety na wielu frontach.

Błąd CIA. „W Polsce wykonywane są tylko rozkazy”. A decyzje – gdzie?

Błąd CIA. „W Polsce wykonywane są tylko rozkazy”

29.03.2025 Adam Wielomski blad-cia-w-polsce-wykonywane-sa-tylko-rozkazy

Prof. Adam Wielomski i logo CIA.
Prof. Adam Wielomski i logo CIA. / foto: NCzas/domena publiczna (kolaż)

Ze wszystkich liberalnych mediów w Polsce, szczególnie zaś tych, które należą do kapitału niemieckiego lub są zarządzane przez proniemiecki rząd Donalda Tuska, od kilku tygodni kapie prawdziwa nienawiść do Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa i jego współpracowników. Te same liberalne media, które od 1989 roku codziennie tłoczyły nam do głowy, że Stany Zjednoczone stoją na czele „wolnego świata” i „społeczności międzynarodowej” – dziś twierdzą, że USA „zdradziły” tzw. wolny świat, a Trump jest agentem, marionetką czy muppetem Władimira Putina.

Przyznam zupełnie szczerze, że przez trzydzieści lat – tyle bowiem zajmuję się komentowaniem polityki – błędnie pojmowałem strukturę agentury CIA w Europie i w Polsce. Widzę to znakomicie, że wszystkie wielkie liberalne i proplatformerskie media dosłownie wymiotują nienawiścią do Stanów Zjednoczonych. Stało się to praktycznie jednego dnia, jakby za wszystkim był jeden guzik i jeden… naciskający tenże guzik. Wydawało mi się dotąd niemożliwe, aby w Polsce upowszechniła się amerykanofobia, jakże podobna do rusofobii. A jednak. Jak to możliwe? Jak CIA do tego dopuściła, skoro wydawało się, że trzyma w mocnej garści europejski, a szczególnie polski establiszment polityczny i medialny – ten sam, który nie bez złośliwości określam w moich filmach mianem „elitki infantylno-agenturalnej”?

Wiem, gdzie popełniłem błąd, wskutek którego jestem teraz tak zaskoczony. Przez całe dziesięciolecia widziałem, jak każdy polski polityk, dziennikarz i urzędnik, stawał na baczność przed ambasadą USA, jak realizował na wyścigi interesy amerykańskie, bez wahania poddając polskie jako mniej istotne przy „wielkim bracie”. Nie mając osobiście żadnych kontaktów z CIA, błędnie pojmowałem strukturę jej działania. Byłem przekonany, że CIA ma w Polsce swoje centrum, z którego zarządza swoją (całkiem liczną, jak mniemałem) agenturą.

Stąd byłem przekonany, że gdy rząd Donalda Tuska spróbuje dokonać wolty geopolitycznej i opowie się przeciw Stanom Zjednoczonym i NATO, a po stronie niemiecko-francusko-brytyjskiej koncepcji Europejskiej Unii Obrony, to zostanie wywrócony. Spodziewałem się, że rzucą się na niego wszystkie liberalne media, a pośród posłów koalicji rządzącej zostaną obudzone rozmaite „śpiochy” i rząd ten z dnia na dzień straci większość rządową. Dziś rząd Tuska – obok Brytyjczyków, Francuzów i Niemców – stoi w forpoczcie rozmontowania NATO, usunięcia amerykańskich wpływów w Europie, federalizacji Unii Europejskiej i stworzenia Europejskiej Unii Obrony. Gdzie więc był mój błąd?

Wszystko wskazuje na to, że system działał inaczej.

Amerykańskie CIA miało swoje centrum w Niemczech i to za pośrednictwem Niemiec i niemieckiego wywiadu BND (niem. Bundesnachrichtendienst) zarządzało Polską, Europą środkowo-wschodnią, a może i innymi państwami europejskimi. CIA działało za pośrednictwem Niemców. Tak jak w systemie feudalnym król nie miał bezpośrednich kontaktów z pomniejszymi feudałami i z drobnym rycerstwem, lecz wydawał rozkazy jakiemuś wielkiemu feudałowi, który przekazywał je swoim lennikom. System ten posiadał jedną przewagę, a mianowicie był bardzo tani w obsłudze, nie wymagając utrzymywania ogniw pośredniczących.

Miał jednakże i pewną wadę. W epoce feudalnej królowie-suzereni od czasu do czasu mieli problem z nielojalnymi wobec nich wielkimi wasalami. Gdy na przykład wielki wasal króla Francji rządzący Akwitanią lub Prowansją buntował się, to wszyscy jego pomniejsi lennicy nie podążali za królem, lecz – zgodnie z prawem lennym – za swoim bezpośrednim zwierzchnikiem. W ten sposób zdrada osoby stojącej wysoko w drabinie feudalnych zależności mogła pociągnąć za sobą zdradę ¼ całego kraju.

Do takiej właśnie zdrady doszło teraz w Niemczech. Wbrew temu, co się często twierdzi na polskiej prawicy, powtarzając tezy niemieckiej AfD, współczesne Niemcy nie były okupowane przez Amerykanów. Tak, miały słabą armię i znajdowały się pod parasolem militarnym Stanów Zjednoczonych, co pociągało za sobą niesamodzielność w stosunkach dyplomatycznych. Lecz Berlinowi ten stan odpowiadał, ponieważ nie musiał łożyć na obronę narodową, mogąc te pieniądze – głupio – wydać na cele socjalne, budując niemieckie państwo dobrobytu.

Samodzielność kosztuje i przyszły kanclerz Friedrich Merz podjął już decyzję o uznaniu rządów Trumpa za powód do ogłoszenia międzynarodowej i militarnej samodzielności, pomimo kosztów remilitaryzacji Rzeszy… przepraszam, Republiki Federalnej Niemiec. Decyzja o rozmontowaniu NATO i budowy – wraz z Francją i Wielką Brytanią – własnej Europejskiej Unii Obrony była deklaracją samodzielności politycznej i militarnej, za którą poszło uniezależnienie się BND od CIA.

W prawie feudalnym nazywało się to „felonią”, czyli aktem nieposłuszeństwa wasala wobec swojego seniora. W wyniku tej felonii Niemiec, zgodnie z logiką feudalną za swoim bezpośrednim seniorem (a nie dalekim władcą zwierzchnim) poszli pomniejsi wasale. Właśnie dlatego felonia BND wobec CIA spowodowała opowiedzenie się agentury „wolnego świata” w Polsce za Niemcami, Unią Europejską i Europejską Unią Obrony, a przeciwko Stanom Zjednoczonym.

I myk, w ciągu tygodnia Polska z patologicznie proamerykańskiego państwa stała się równie patologicznym wrogiem anty Chrystusowej „osi zła” Stany Zjednoczone–Federacja Rosyjska. Wszystkie liberalne media i liberalna klasa polityczna, które dwa miesiące temu klękały przed ambasadorem Stanów Zjednoczonych, teraz już go nie szanują i składają hołd lenny jednej jedynej Komisji Europejskiej, która pod przywództwem wielkiej Niemki Ursuli von der Leyen prowadzi świat po promienistej drodze globalizmu i walki z Rosją do ziemskiego raju. Ta radykalna zmiana nastrojów nie nastąpiła w Warszawie, lecz w Berlinie. W Polsce wykonywane są tylko rozkazy, które podjęto kilkaset kilometrów dalej na zachód.

Przeżyła aresztowania hitlerowskie i komunistyczne, obozy koncentracyjne i kilka razy wymknęła się śmierci.

Przeżyła aresztowania nazistowskie, obozy koncentracyjne i kilka razy wymknęła się śmierci. Historia Stanisławy Rachwał.

2025-03-28 marucha/przezyla-aresztowania-obozy-koncentracyjne

Za działalność konspiracyjną została aresztowana przez nazistowskie gestapo.

[Wyjaśniam młodym i zwiedzonym: Nie ma i nie było takiego narodu: „Nazi”. To Nationalsozialismus, czyli odłam socjalistów , któremu poddali się Niemcy. Teraz Niemcy krzyczą: „To nie my, to Nazi”. Mirosław Dakowski]

——————————-

Trafiła do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Doświadczyła tam wszystkiego, co najgorsze. 

Po wojnie zaangażowała się w działalność podziemia, zbudowała prężną sieć polskiego wywiadu. Sąd [komunistyczno-żydowski md] skazał ją za to na karę dożywotniego więzienia.

Po „odwilży gomułkowskiej” została z niego zwolniona na mocy amnestii. Prześladowania wobec niej się nie zakończyły, ale Stanisława na zawsze pozostała wierna swoim wartościom, gotowa do służby Polsce i ludziom.

Niemiecka okupacja

Stanisława Rachwał urodziła się 29 czerwca 1906 r. w Rudkach, małym miasteczku pod Lwowem, jako jedno z czworga dzieci Karola Surówki, dyrektora Kasy Oszczędności i Emilii Tustanowskich. Wychowywała się w patriotycznej rodzinie. W wieku 20 lat wyszła za mąż za Zygmunta Rachwała, oficera Wojska Polskiego i funkcjonariusza Policji Polskiej, z którym doczekała się dwóch córek – Anny i Katarzyny.

Gdy wybuchła II wojna światowa, Stanisława zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Dołączyła do Związku Walki Zbrojnej, który 14 lutego 1942 r. przekształcił się w Armię Krajową. Działała w strukturach kontrwywiadu Okręgu Kraków ZWZ pod pseudonimem „Herbert” i „Rysiek”. Zorganizowała sieć wywiadowczą., koordynowała akcje dywersyjne i tworzyła punkty przerzutowe dla kurierów. W kwietniu 1941 r. została aresztowana przez gestapo.

Spędziła w więzieniu dwa miesiące. „Byłam bita, rozbierana do naga, kopano mnie po głowie i twarzy i straciłam wówczas 9 zębów” – wspominała Rachwał. Z końcem maja 1941 r., jej przełożonym z Związku Walki Zbrojnej udało się wykupić ją z aresztu. Stanisława powróciła do kontrwywiadu, ale rok później została ponownie aresztowana przez Niemców.

Konspiracja w Auschwitz-Birkenau

Trafiła do więzienia na Montelupich w Krakowie, a następnie wysłano ją do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Bez wahania dołączyła do obozowego podziemia. Sporządzała kartoteki rzeczy, które były odbierane więźniom, pisała tajemne raporty dotyczące transportów przybywających do obozu.

Początkowo pracowałam w różnych komandach: w polu, przy burzeniu domów, w Scheisskommando [grupa więźniarska zatrudniona przy oczyszczaniu latryn md] i Unterkunfcie. „W marcu 1943 r. zachorowałam na tyfus plamisty i leżałam na rewirze” – opisywała.

Miesiąc później kobieta została przyjęta do Politische Abteilung-Aufnahme. Stanisława przygotowywała raporty dla podziemia, dane zapisywała na małych bibułkach. Utrzymywała kontakt z konspiratorami z obozu męskiego, przekazywała im informacje o charakterze wojskowym, które pozyskiwała z rozmów SS-manów i niemieckich gazet.

„Szef Włodzimierz Bilan przynosił gazety niemieckie i prosił mnie, abym je przeglądała, a potem referowała najważniejsze wydarzenia. Ponieważ byłam żoną oficera i obracałam się w kręgu spraw wojskowych, potrafiłam wyłuskać ważne informacje, które były przydatne dla naszej organizacji” – wspominała po latach.

Siatka wywiadowcza

Po ewakuacji oświęcimskiego obozu przez Armię Czerwoną, 18 stycznia 1945 r., Stanisława znalazła się w grupie więźniarek ewakuowanych do KL Ravensbruck. Następnie była przetrzymywana w KL Neustadt-Glewe nad Łabą.

2 maja 1945 r. Rachwał została wyzwolona przez wojska alianckie. Trzy tygodnie spędziła w angielskim szpitalu wojskowym, aż w końcu powróciła do Krakowa. Zaangażowała się tu w prace podziemia antykomunistycznego. Nawiązała współpracę z Delegaturą Sił Zbrojnych, a później także z organizacją „Wolność i Niezawisłość”.

Zajmowała się wywiadem, zbierała informacje dotyczące Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, Milicji Obywatelskiej i oficerów WP. Wiadomości o funkcjonowaniu struktur, sposobów działania służb były przez nią doręczane do meldunków i opracowywane w Biurze Studiów BW.

To Stanisława Rachwał pozyskała informacje o planowanej akcji WUBP w Krakowie, której celem miało być rozbicie Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica”, dowodzonego przez Józefa Kurasia „Ognia”.

Służba Bezpieczeństwa zdekonspirowała Stanisławę. Kobieta musiała schronić się w Warszawie, u znajomej z Auschwitz – Krystyny Żywulskiej, której mąż był podpułkownikiem UB, szefem Gabinetu Ministra.

Śledztwo, proces i kara dożywotniego więzienia

Rachwał została ostatecznie pojmana i skazana na karę więzienia i jedenastomiesięczne tortury. Oczekując na proces, przebywała w celi m.in. z Marią Mandel i Johanną Langefeld – nadzorczyniami kobiecego oddziału Auschwitz. Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie wymierzył jej karę dożywotniego więzienia.

Władze komunistyczne nie były w stanie zaakceptować tak niskiej kary. Najwyższy Sąd Wojskowy uchylił wyrok i przekazał do ponownego rozpatrzenia. Stanisławę skazano na karę śmierci. Po decyzji Bolesława Bieruta, Rachwał została ponownie skazana na dożywocie.

Kobieta przebywała przez 10 lat w zakładach karnych w Krakowie, Inowrocławiu i Fordonie. W 1955 r. trafiła na oddział gruźliczy szpitala w Grudziądzu. Odzyskała wolność na fali tzw. „odwilży gomułkowskiej”.

Na tym jej prześladowanie się nie zakończyło. Rachwał była inwigilowana przez Służbę Bezpieczeństwa.

Niezłomna

Pozostała do końca nieugięta, wierna wyznawanym wartościom. Zmarła 18 października 1985 r. i została pochowana na cmentarzu Wilkowyja w Rzeszowie. „W PRL uczyniono wszystko, by zatrzeć pamięć o jej czynach i o niej samej. Przeżyła wydane na nią wyroki, ale nie udało się jej zobaczyć Polski wolnej i niezawisłej (…). Jej profesjonalizm i zaangażowanie, z jakim pełniła Służbę dla Ojczyzny, zasługują nie tylko na uznanie, ale stanowią inspirację dla nas, funkcjonariuszy służb wolnej Polski” – napisał płk Krzysztof Wacławek, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego we wstępie do książki poświęconej życiu niezłomnej kobiety pt. „Stanisława Rychwał i Brygady Wywiadowcze”.

Źródła: niepoprawni.pl; kpbc.ukw.edu.pl; kronikidziejow.pl; Stanisława Rachwał/pl.wikipedia.org; salon24.pl; historia.interia.pl; „Stanisława Rachwał i Brygady Wywiadowcze”, Wydawnictwo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Warszawa 2023.

Rtm. Pilecki


Helena Wolińska – potwór w mundurze

Tadeusz Płużański: Helena Wolińska – potwór w mundurze

[Mirosław Dakowski. Na mym portalu ustaliłem dawno temu, gdy powstawał, „kategorie”. Tego artykułu, opisu tej zbrodniarki – nie mam gdzie umieścić. Jedyny dział odpowiedni – SATANIZM. ]

29.03.2025 tysol./tadeusz-pluzanski-helena-wolinska-potwor-w-mundurze

Profesor Romuald Szeremietiew porównał współczesną prokurator Ewę Wrzosek do stalinowskiej prokurator Heleny Wolińskiej – Brus.

Pozwolę sobie wykorzystać to jako pretekst do przypomnienia postaci stalinowskiej prokurator.

Helena Wolińska-Brus (Fajga Mindla Danielak) Tadeusz Płużański: Helena Wolińska - potwór w mundurze

Helena Wolińska-Brus (Fajga Mindla Danielak) / Wikipedia domena publiczna

Przypomnijmy postać Heleny Wolińskiej. Najbardziej znana jest z tego, że wydała bezprawny nakaz aresztowania gen. Augusta Fieldorfa „Nila”. Szczególnie nienawidziła żołnierzy AK.

Jej zbrodnie potwierdzono już w 1956 roku w PRL. Została wydalona z prokuratury i zdegradowana „z uwagi na charakter i rozmiar zarzutów”.

III RP przez lata bezskutecznie starała się o jej ekstradycję z Wielkiej Brytanii. Zamiast odsiadywać wyrok 10 lat w polskim więzieniu, do końca była chroniona przez prawo wolnej i demokratycznej Wielkiej Brytanii, tak jak kiedyś chronił ją stalinowski system bezprawia.

W zmowie z bezpieką

Urodziła się w 1919 r. w Warszawie jako Fajga Mindla Danielak. Zmarła 26 listopada 2008 r. w podlondyńskim Oksfordzie, posługując się imieniem i nazwiskiem Helena Brus.

21 listopada 1950 r., jako płk Naczelnej Prokuratury Wojskowej Helena Wolińska, na wniosek por. Zygmunta Krasińskiego z Departamentu III MBP (zajmującego się walką z podziemiem), usankcjonowała bezprawne aresztowanie szefa „Kedywu” Armii Krajowej gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. W konsekwencji doprowadziło to do śledztwa, skazania i zamordowania jednego z największych bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego (dowody winy spreparowano). Gen. Fieldorf został powieszony 24 lutego 1953 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Kilkakrotnie uzupełniany wniosek ekstradycyjny o wydanie nam z Wielkiej Brytanii tej zbrodniarki wymieniał jeszcze 23 inne osoby, które pozbawiła wolności, łamiąc nawet stalinowskie „prawo” – m.in. bp. Czesława Kaczmarka, wielu akowców, jak również komunistę Zenona Kliszkę, prawą rękę Gomułki.

Bezprawność decyzji wobec Fieldorfa polegała na tym, że Wolińska zatwierdziła aresztowanie dopiero po 11 dniach od zatrzymania generała, nie przedstawiając do tego żadnych dowodów winy. Drugi raz złamała prawo 15 lutego 1951 r. przedłużając areszt Fieldorfowi – podobnie jak poprzednio ex post (poprzedni nakaz obowiązywał do 9 lutego) i również bez opisania czynu, który był mu zarzucany. Tym samym działała w zbrodniczej zmowie z bezpieką, która od pierwszych godzin torturowała generała.

Faktyczny wyrok śmierci

– Wolińską ścigano na mój wniosek. Była przecież pierwszym prokuratorem wojskowym, który aresztował ojca. Jej odpowiedzialność za śmierć „Nila” była taka sama, jak całej reszty prokuratorów i sędziów z tej sprawy

– mówiła mi przed laty Maria Fieldorf-Czarska, córka generała. 

Gdy ważyły się losy wydania zbrodniarki Polsce, tygodnikowi „Sunday Telegrapch” Maria Fieldorf powiedziała:

– Mój ojciec jest uznanym w świecie polskim patriotą, który walczył szlachetnie w obronie kraju przed nazistami. Wolińska, sama prześladowana przez Niemców, której rodzina zginęła z ich rąk, nakazując aresztowanie ojca, faktycznie podpisała na niego wyrok śmierci. Dla dobra mojego taty, mojego bohatera, do końca życia będę walczyć o jej ekstradycję, by stanęła w obliczu sprawiedliwości. Sprawiedliwości, której mojemu tacie odmówiono.

Maria Fieldorf sprawiedliwości jednak nie doczekała (tak samo zresztą, jak odnalezienia szczątków ojca). Jej słowa okazały się prorocze: Z prokurator Wolińską będzie tak, jak z sędzią Marią Gurowską, której nie chciano postawić przed sądem. Wielu osobom zależało, aby nie doszło do jej procesu.

16 kwietnia 1952 r. sędzia Maria Gurowska (z domu Zand) przewodniczyła składowi sędziowskiemu, który skazał Fieldorfa na śmierć. Zmarła – pod zmienionym nazwiskiem Górowska – w 1998 r., kiedy miał się rozpocząć jej (grubo spóźniony) proces o „mord sądowy”.

Polski Pinochet

W 1999 roku, kiedy w „Życiu Warszawy” ujawniłem działalność Heleny Wolińskiej (jako jeden z nielicznych kibicował mi nieodżałowany varsavianista Jerzy Kasprzycki), wydawało się, że jej osądzenie jest tylko kwestią czasu. W styczniu 1999 r., po wysłaniu do Wielkiej Brytanii wniosku o ekstradycję, połączonego z nakazem tymczasowego aresztowania byłej stalinowskiej prokurator, prowadzący śledztwo mówił:

– Drogą dyplomatyczną dowiedzieliśmy się, że Anglicy nie wykluczają wydania nam podejrzanej.

W sprawę zaangażowały się najwyższe władze III RP. MSZ zapewniało, że zbadało sprawę w Ambasadzie Brytyjskiej w Warszawie i otrzymało odpowiedź, że nie ma żadnych formalnych przeszkód w ekstradycji Wolińskiej do Polski. Ówczesny wiceminister sprawiedliwości Leszek Piotrowski w wypowiedzi ze stycznia 1999 r. stwierdził:

– Są duże szanse na wydanie Wolińskiej. Cała procedura ekstradycyjna jest szybka.

Podobne głosy można było przeczytać w brytyjskich mediach, które obszernie informowały o sprawie. „Daily Mail” pisał:

„W świetle sprawy Augusto Pinocheta, brytyjskiemu ministrowi spraw wewnętrznych Jackowi Straw trudno będzie odrzucić polski wniosek o ekstradycję”. „The Sunday Times”: „Jeśli Jack Straw gotów jest zgodzić się na ekstradycję Pinocheta do Hiszpanii, to czemu nie miałby zgodzić się na ekstradycję Heleny Brus?”

„W śledztwie”

– Mała, krępa Żydówka. Zawsze przyjmowała w mundurze, który jej pękał. Siedziała na krześle, nigdy nie wstawała. Chodziłam do niej przez dwa i pół roku, co dwa tygodnie. Zawsze, jak automat, powtarzała te same słowa: sprawa w śledztwie

– opowiadała mi Hanna Mickiewicz, żona szefa wywiadu przemysłowego AK. Zatrzymany przez bezpiekę w 1950 r. Adam Mickiewicz miał szczęście – ze zniszczonym zdrowiem, ale wyszedł z więzienia. Innego AK-owca, Juliusza Sobolewskiego, Wolińska aresztowała w 1953 roku. Jego żona, Krystyna Sobolewska, po wielu staraniach została dopuszczona do gabinetu Wolińskiej. Pani pułkownik siedziała za wielkim stołem, zza którego ledwo ją było widać. Krystyna pytała o ratunek dla niewinnie przetrzymywanego męża, co Wolińska skwitowała krótkim: „to najgorszy dzień w moim życiu, bo umarł Stalin”. I wyrzuciła Sobolewską z gabinetu. Juliusz Sobolewski zmarł wskutek zbrodniczych praktyk w UB (rentgenowskie prześwietlenia w katowni przy ul. Rakowieckiej okazały się celowymi naświetleniami). I na nic się zdało złagodzenie kary śmierci, o którym postanowił były konkubent Wolińskiej – „ludowy” gen. Franciszek Jóźwiak (przedwojenny działacz WKP(b) i KPP; partyzant GL i AL, potem twórca i pierwszy komendant MO, wiceminister bezpieki; w 1956 r. Wolińska dała kosza Jóźwiakowi, wiążąc się ponownie z poślubionym w 1940 r. Włodzimierzem Brusem – naprawdę Beniaminem Zylberbergiem, politrukiem w armii Berlinga, potem stalinowskim ekonomistą, w końcu rewizjonistą).

Krystyna Sobolewska, żona Juliusza, mówiła mi przed laty:

– Wolińskiej trudno dziś życzyć więzienia, kary śmierci, szubienicy. Marzę tylko o jednym – żeby została uznana za inkwizytorkę, człowieka podłego. Żeby ten potwór w mundurze przestał żyć w chwale żony profesora Oksfordu.

Żona Radka Sikorskiego

„Fajna pani. Otwarta, ironiczna, ciepła. To był dla mnie szok, kiedy się dowiedziałem – wiele lat później – że Polska żąda jej ekstradycji”

– mówił „Gazecie Wyborczej” Paweł Pawlikowski, który do Oksfordu przyjechał z Polski jako młody chłopak, a Wolińską poznał, studiując w latach osiemdziesiątych u jej męża, prof. Włodzimierza Brusa. Jego państwo Brusowie wpuścili do domu, a potem podejmowali podwieczorkami. I zainspirował się tym, „ile osobowości może pomieścić się w jednym człowieku”. Tak powstała jedna z głównych bohaterek „Idy” – Wanda (w tej roli Agata Kulesza).

Na te kilka osobowości Wolińskiej zwróciła kiedyś uwagę Anna Applebaum, żona Radka Sikorskiego, i w 1998 r. napisała tekst: „The Three Lives of Helena Brus” („Trzy życia Heleny Brus”), akcentując, że w czasie wojny była w warszawskim getcie i to zdeterminowało jej późniejsze losy.

Bardziej pryncypialna była „Gazeta Wyborcza”, która przez wiele miesięcy przemilczała zbrodnie Wolińskiej, a w końcu – gdy sprawa stała się zbyt głośna – opublikowała sążnisty materiał. Podkreślano w nim, że fakt przebywania w getcie zmywał jej późniejsze winy – na zawsze pozostała ofiarą, nigdy katem. [SIC!! md]

Jakże podobnie zabrzmiała potem Jewish Telegraphic Agency: doznawane w getcie cierpienia uprawniły Wolińską do późniejszego prześladowania Polaków (czytaj: polskich antysemitów).

Z kolei „The Independent” podkreślał, że Wolińska jest jedną z nielicznych już przedstawicielek mniejszości żydowskiej w Polsce, która ocalała z Holokaustu:

„Byłaby to więc ekstradycja do kraju, gdzie znajdują się takie miejsca, jak Oświęcim i Brzezinka”.

W te same tony uderzył też „The Sunday Times”:

„Czy Żyd może liczyć na sprawiedliwość w kraju Auschwitz, Majdanka i Treblinki, gdzie antysemityzm rodem ze średniowiecza wciąż pozostaje przygnębiająco mocno okopany? (…) Polski antysemityzm odradza się w sposób alarmujący”.

Antysemicka akcja

– Podpis ppłk Wolińskiej figuruje na moim akcie oskarżenia czerwonym ołówkiem. Zatwierdzając go wiedziała, że działałem w Żegocie (podziemnej Radzie Pomocy Żydom). Jestem przykładem, że tłumaczenia pewnych ludzi wokół Wolińskiej i jej samej, że trwa wokół niej jakaś antysemicka akcja, są bzdurą

– komentował Władysław Bartoszewski.

Kiedy w latach 50., jako więzień bezpieki, zwrócił się o przedstawienie mu nakazu aresztowania, pokazano mu kilka niewypełnionych, lecz podpisanych przez Wolińską blankietów. Oznaczało to, że może pozostawać „w śledztwie” tak długo, jak zechcą tego funkcjonariusze MBP. Wolińska nakazy aresztowania wydawała co prawda mechanicznie, nie zapoznając się z aktami sprawy (sama potwierdziła to w liście do Marii Fieldorf-Czarskiej, ale wtedy jeszcze nie mówiło się o jej ekstradycji), jednak w sposób świadomy – z myślą o wyeliminowaniu przeciwników politycznych. 

Żona jest… kozłem ofiarnym

A jak tłumaczyła się Wolińska? W wywiadach dla brytyjskiej prasy (z polską nie chciała rozmawiać) oznajmiła, że ta „kretyńska sprawa” jej „nic, a nic nie obchodzi”. Że nie przyjedzie do Polski (podobno jej rodzinnego kraju), gdyż nie może tu liczyć na sprawiedliwy proces, polskie władze nic jej nie obchodzą, a prokuratorowi, który ośmielił się postawić jej zarzuty „ukręciłaby łeb”. Już w „ludowej” partyzantce: Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, pod wdzięcznym pseudonimem „Lena”, była znana z niewyparzonego języka; jej wulgarny styl przerażał nawet innych stalinowców, ale bali się jej, bo niejednemu – ze względu na koneksje na szczytach komunistycznej władzy – złamała karierę, a nawet „załatwiła” odsiadkę.

Heleny Wolińskiej bronił Włodzimierz Brus, twierdząc, że żona jest… kozłem ofiarnym. Po wyjeździe z Polski państwo Brus osiedli w willowej dzielnicy Oksfordu. On wykładał ekonomię, ale też filologię rosyjską i środkowoeuropejską w Wolfson i Saint Anthony’s College. Ona uczestniczyła w sympozjach naukowych, ale przede wszystkim udzielała się towarzysko. Przedstawiciele polskiej emigracji zapamiętali, że wręcz demonstracyjnie popierała „Solidarność” i potępiała stan wojenny.

Podwieczorek ze zbrodniarzem zobowiązuje…

W „Idzie” Pawła Pawlikowskiego Wanda popełnia samobójstwo. W rzeczywistości Wolińska zmarła śmiercią naturalną – jak już pisaliśmy – w 2008 r. w Oksfordzie. Rzeczpospolita” napisała:

„Zgodnie z oficjalnym komunikatem jej pogrzeb miał się odbyć w miejscowym kościele. Ludzie, którzy przybyli na uroczystość, dowiedzieli się jednak, że o tej porze odbędzie się ceremonia pochówku kogoś innego. W ten sposób rodzina Wolińskiej zmyliła osoby postronne i dziennikarzy którzy chcieli wziąć udział w pogrzebie. Wolińską pochowano w tajemnicy dwa dni wcześniej. W ceremonii w obrządku żydowskim wzięło udział ok. dziesięciu osób, między innymi prof. Kołakowski. Uroczystość miała przebiegać w bardzo spokojnej atmosferze. Nic nie zakłóciło pogrzebu komunistycznej prokurator”.

Kilka miesięcy później, w lipcu 2009 r., prof. Leszek Kołakowski podążył za swoją przyjaciółką. Nie wiemy, czy w ostatniej drodze zbrodniarki uczestniczył Paweł Pawlikowski. W końcu wspólne podwieczorki do czegoś zobowiązują…

Norman Davies – przyjaciel rodziny Brusów

Na pogrzebie Danielak – Wolińskiej – Brus mógł również być prof. Norman Davies. Gdy w 1999 r. byłem w Oksfordzie, prowadząc reporterskie śledztwo w sprawie żyjącej tam Heleny Wolińskiej-Brus, zadzwoniłem do Daviesa, popularyzatora polskiej historii na świecie. Nie mógł się ze mną spotkać, ale porozmawialiśmy chwilę przez telefon. Zapytałem profesora, czy zna Wolińską. Odparł, że tak, że to żona innego oksfordzkiego profesora – Włodzimierza Brusa. Stwierdziłem wówczas, że Wolińska to przede wszystkim krwawa stalinowska prokurator, morderczyni zza biurka, winna śmierci gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” i wielu innych polskich patriotów. Davies odparł, że to niemożliwe. Bo to sympatyczna, starsza pani, pani profesorowa. Odparł podobnie jak reżyser Paweł Pawlikowski.

Czy rzeczywiście Davies nie wiedział o przeszłości Wolińskiej? Czy mógł nie wiedzieć? Polacy z Oksfordu – szczególnie ci z pokolenia powojennego – świetnie wiedzieli. A to jednak niewielkie środowisko. Wiedział, znany m.in. w polsko-brytyjskim środowisku naukowym, historyk prof. Józef Garliński. Dopiero później dowiedziałem się, że prof. Davies nie tylko znał prof. Brusa, ale przyjaźnił się również z jego żoną, bywał u Brusów w domu. Podobnie jak reżyser Paweł Pawlikowski.

Na grobie państwa Brusów na żydowskim cmentarzu w Oksfordzie wśród liter w języku hebrajskim nie ma ani słowa – prócz miejsca urodzenia – o ich związkach z Polską. Faktycznie, oboje zasłużyli się Polakom jak najgorzej.

ZOO: władze Z Ograniczoną Odpowiedzialnością.

ZO13/2025(717) 

    Lampart w jednej klatce z Lempart! Kto kogo pożre? Ładny brzydką, czy brzydka ładnego? Szanse sukcesu? 

Taka scena mogłaby pochodzić z programu satyrycznego pt. Polskie ZOO, ale program zakończył swą działalność, zanim Lempart swoją rozpoczęła. 

     Politycy przejęli pałeczkę od satyryków i konkurują, kto wygłosi większą bzdurę.

Czy w tym szaleństwie jest metoda? Może absurdalne i przeczące sobie wzajemnie wypowiedzi mają za zadanie, odwracać uwagę i przykrywać prawdę?

 Takie specyficzne sprawowanie władzy Z Ograniczoną Odpowiedzialnością.

      Tusk musi zdawać sobie sprawę, że przyjdzie moment prawdziwych rozliczeń i podłości nie da się usprawiedliwić zwykłą głupotą.

Pozdrawiam  

Małgorzata Todd     www.mtodd.pl

Schwab: Nadszedł czas by „zmusić ludzkość do współpracy”

Nadszedł czas by „zmusić ludzkość do współpracy”

Autor: AlterCabrio , 7 lipca 2024

Założyciel i dyrektor Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Schwab, przemawiając na niedawno zakończonym letnim spotkaniu WEF w Chinach, poinformował swoich elitarnych zwolenników, że wprowadzenie globalistycznej agendy będzie wymagało „zmuszenia” ludzkości do „współpracy” z niewybieralną organizacją. A czas na wymuszoną współpracę właśnie nadszedł.

−∗−

Tłum.: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Klaus Schwab mówi zwolennikom globalistycznej elity, że muszą „zmusić” ludzkość do życia w świecie rządzonym przez sztuczną inteligencję i inne nieludzkie technologie

Bezpośredni język Schwaba pokazuje, że globaliści nie ukrywają już swoich zamiarów. Gdyby tylko ludzie zaczęli ich słuchać i traktować poważnie. Ale wiedzą, że większość to zombie, które nie potrafią już myśleć samodzielnie.

Założyciel i dyrektor Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Schwab, przemawiając na niedawno zakończonym letnim spotkaniu WEF w Chinach, poinformował swoich elitarnych zwolenników, że wprowadzenie globalistycznej agendy będzie wymagało „zmuszenia” ludzkości do „współpracy” z niewybieralną organizacją. A czas na wymuszoną współpracę właśnie nadszedł.

Schwab złożył tę deklarację podczas przemówienia otwierającego doroczne spotkanie Nowych Mistrzów [New Champions] Światowego Forum Ekonomicznego, znane również jako „Letnie Davos”, w Dalian w Chinach.

Chwalił Chiny za ich politykę gospodarczą, którą globaliści postrzegają jako model scentralizowanego planowania odgórnego w państwie zaawansowanego technicznie nadzoru. Państwa zarządzanego poprzez inteligentne miasta, inteligentne pojazdy elektryczne, inteligentne domy, inteligentne urządzenia, inteligentne liczniki i sztuczną inteligencję, cyfrowe identyfikatory i CBDC, i które wszystkie mają jedną wspólną cechę — są wyposażone w możliwość włączania i wyłączania, która nie podlega kontroli użytkownika końcowego, czyli nas, ludzi. W ich idealnym świecie żyjemy jako niewolnicy z przywilejami od naszych panów. Gdy przekroczymy wyznaczoną linię, mogą odciąć nam prąd, nasz samochód elektryczny, nasze elektroniczne pieniądze cyfrowe, wszystko.

Schwab powiedział elitarnym uczestnikom zgromadzonym w Chinach, że muszą „zmusićludzkość do „współpracy” z niewybieralnym WEF. Dlatego Schwab powiedział swoim globalistycznym towarzyszom na poprzednim spotkaniu ponad dwa lata temu, aby spodziewali się „bardziej rozzłoszczonego świata”. Kiedy zmuszasz ludzi do życia w sposób, który jest sprzeczny z ich najlepszym interesem, to zwykle ich to wkurza! Wiedzą, że polityka związana z zieloną gospodarką, nieustannymi wojnami i surowymi ograniczeniami w produkcji żywności będzie niezwykle niepopularna i spowoduje wojny domowe na domiar wojny światowej, którą już zaplanowali.

Schwab stwierdził:

„Aby napędzać przyszły wzrost gospodarczy, musimy przyjąć innowacje i wymusić współpracę między sektorami, regionami, narodami i kulturami, aby stworzyć bardziej pokojową, inkluzywną, zrównoważoną i odporną przyszłość. W tym krytycznym momencie aktywne uczestnictwo wszystkich interesariuszy jest niezbędne, aby zapewnić zrównoważoną ścieżkę rozwoju”.

Oczywiście, najwięksi interesariusze, ci płacący podatki na finansowanie rządów, nie mają miejsca przy stole na elitarnych spotkaniach Schwaba. I to jest celowe. Jesteśmy postrzegani przez tych globalistycznych drapieżników jako bezużyteczni zjadacze, jako część stada, które należy wybić, aby zachować globalne zasoby dla siebie. Mówiąc jak prawdziwy maltuzjanista, Schwab powiedział: „musimy zmusić ludzkość do współpracy” zgodnie z planami WEF, aby wyludnić planetę pod przykrywką zmian klimatycznych.

Obejrzyj klip wideo, w którym Schwab zachwala tzw. technologie „Czwartej Rewolucji Przemysłowej”, takie jak sztuczna inteligencja. Dlatego nie potrzebują nas na planecie tak wielu, jak w przeszłości. AI ma wykonać większość zadań za elity. Nie potrzebują tylu ludzkich niewolników.

Później w swoim przemówieniu Schwab powrócił do tematu Czwartej Rewolucji Przemysłowej, jednocześnie podkreślając temat tegorocznego spotkania i stwierdzając, że istnieją „granice wzrostu” [limits to growth]. W języku globalistów „granice wzrostu” to kod oznaczający „aktywizację programu depopulacji”.

«Limits to Growth» to tytuł kluczowego globalistycznego dzieła opublikowanego przez Klub Rzymski w 1972r. Jeden ze współautorów, Dennis Meadows, powiedział w wywiadzie sześć lat temu, że populacja świata musi zostać zmniejszona z obecnych 8 miliardów do 1 lub 2 miliardów. Meadows powiedział, że ma nadzieję, że ta masowa depopulacja może zostać przeprowadzona w „pokojowy sposób”. https://www.youtube.com/embed/b7lmh5XVRW0?si=WYAqaU-jNCqpRIxl

Zauważ, że Meadows mówi, iż chciałby zobaczyć „inteligentną dyktaturę” na ziemi. To globalna technokracja, w której życiem ludzi rządzą naukowcy, inżynierowie i inni „eksperci”. Politycy, jeśli w ogóle istnieją w ramach tej wizji, będą jedynie figurantami. Zaczynamy to dostrzegać. Czy ktoś myśli, że Joe Biden faktycznie za cokolwiek odpowiada? [pisane przed 7 lipca 2024. md]

A jednak to jest człowiek, którego, jak nam powiedziano, wybraliśmy, aby reprezentował nas w 2020 roku. Każdy, kto wierzy, że Biden podejmuje własne decyzje lub od pierwszego dnia podjął jakiekolwiek ważne decyzje, jest fundamentalnie naiwny i oszukany. Jest «Mandżurskim Kandydatem» i był nim od pierwszego dnia, a ponieważ stał się tak niedołężny, że jego globalistyczni opiekunowie nie są już w stanie tego ukryć, są gotowi zastąpić go nową marionetką. Nowa marionetka będzie wyglądać ładniej i mówić płynniej, ale nie będzie bardziej odpowiedzialna za swoje działania jako prezydent niż sam Biden.

___________________

Klaus Schwab tells globalist-elitist followers they must ‘force’ humanity into a world ruled by AI and other dehumanizing technologies, Leo Hohmann, Jul 02, 2024

−∗−

Warto porównać:

Globalny podatek od wody czyli wnioski z Letniego Davos
Światowe Forum Ekonomiczne właśnie zakończyło swoją imprezę pn. „Letnie Davos” w Dalian w Chinach, gdzie rozmawiano o wprowadzeniu 100% globalnego podatku od emisji dwutlenku węgla, a następnie globalnego podatku od […]

___________________

WEF „Summer Davos” w Chinach
Przemawiając na inauguracyjnej sesji plenarnej wraz z prezydentem Polski Andrzejem Dudą, premierem Wietnamu Phamem Minh Chinhem i premierem Chińskiej Republiki Ludowej Li Qiangiem, Schwab powtórzył fragmenty swojego przemówienia z zeszłorocznego […]

W Czechach żołnierze opuszczają armię, bojąc się eskalacji z Rosją

Lucas Leiroz De Almeida: Żołnierze dezerterują z armii w Czechach, bojąc się eskalacji z Rosją

Najwyraźniej antyrosyjska paranoja w Europie ma nieoczekiwany efekt uboczny wśród wojska. 

[wg.: soldiers-deserting-army-in-czech-republic-fearing-escalation-with-russia ]

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 28

Zamiast gotowości do walki i entuzjazmu do wojny, europejscy żołnierze po prostu opuszczają armię, robiąc wszystko, co w ich mocy, aby uniknąć udziału w antyrosyjskim szaleństwie przyjętym przez ich rządy. Ten problem staje się szczególnie wyraźny w Republice Czeskiej.

Według lokalnego Ministerstwa Obrony , istnieje fala unikania wojska. Żołnierze kraju opuszczają swoje stanowiska, zanim sytuacja bezpieczeństwa w Europie przerodzi się w fazę otwartego konfliktu z Rosją. Kryzys nie dotyka tylko młodej populacji. Doświadczeni żołnierze i wysocy rangą oficerowie również opuszczają armię. Minister obrony Jana Cernochova powiedziała, że ​​wojna na Ukrainie i możliwość wysłania żołnierzy na pole bitwy przez UE to jeden z głównych powodów, dla których wojsko traci zainteresowanie utrzymaniem swojej pracy. [a może też nie bardzo wierzą, że pańcia byłaby dobrym wodzem? md]

„Dla niektórych powodem wyjazdu była wojna na Ukrainie (…) Ze względu na klimat społeczny, kiedy różni obserwatorzy od lat grożą mobilizacją i wysłaniem żołnierzy na Ukrainę, dla niektórych osób był to powód, dla którego zdjęli mundur (…) Rozmawiam z żołnierzami od wielu lat w moim życiu osobistym… Wiem, że niektórzy żołnierze naprawdę myśleli i myślą w ten sposób” – powiedziała.

Ta sytuacja wywołuje w kraju wielkie kontrowersji. Niektórzy radykalni aktywiści kwestionują niezaprzeczalną rzeczywistość, że żołnierze nie chcą walczyć z Rosją. Co więcej, są nawet oficerowie twierdzący, że jeśli żołnierz opuszcza armię z powodu Ukrainy, to jest to „dobra rzecz” – sugerując, że ci uchylający się od poboru żołnierze są „tchórzami” i „niegodnymi” służby wojskowej.

„[Jeśli żołnierz zrezygnował z powodu Ukrainy], to dobrze, że odszedł. W ten sposób pokazał, że nie chce walczyć za nasz kraj” – powiedział były psycholog wojskowy Daniel Strobl .

Ciekawe jest, że tego rodzaju opinię wyraża profesjonalista, którego zadaniem jest właśnie dbanie o zdrowie psychiczne personelu wojskowego. Jednak poziom rusofobii i szaleństwa podżegającego do wojny w Europie osiąga tak wysoki poziom, że wielu profesjonalistów po prostu zachowuje się irracjonalnie.

Nie da się sprowadzić kryzysu w Republice Czeskiej do prostego przypadku „tchórzostwa”. Żołnierze nie opuszczają armii, ponieważ „boją się” walczyć, ale po prostu dlatego, że nie chcą iść na wojnę. Nie ma powodu, aby europejskie wojska były używane na Ukrainie, ponieważ nie ma wrogiej sytuacji między Rosją a Europą. Aby walczyć na wojnie, żołnierze muszą być motywowani prawdziwymi uczuciami patriotyzmu. Muszą wierzyć, że warto oddać życie za swój kraj. Nie dotyczy to żadnego europejskiego narodu. Europejscy żołnierze, jeśli pojadą na Ukrainę, będą walczyć o interesy, które nie są interesami ich narodu, co jest absolutnie frustrujące i zniechęcające.

Należy podkreślić, że wskaźnik unikania w czeskiej armii osiąga alarmujące poziomy. Od początku specjalnej operacji wojskowej liczba odejść z sił zbrojnych wzrosła o 40% rocznie. Oczekuje się, że liczba ta wzrośnie jeszcze bardziej w miarę pogłębiania się kryzysu bezpieczeństwa w Europie – z powodu militarystycznych i nieodpowiedzialnych środków UE. Wkrótce możliwe jest, że Republika Czeska, a także inne kraje europejskie, zaczną wdrażać wyjątkowe środki w celu rozwiązania problemu unikania, wzywając do obowiązkowej polityki mobilizacji – nawet poza sytuacją otwartego konfliktu.

Wszystko to jest jasnym dowodem na to, że przeciętni Europejczycy nie są zainteresowani udziałem w planach wojennych UE. Militarystyczne środki są naprawdę antypopularne. Interesy ludzi nie znajdują odzwierciedlenia w polityce przyjmowanej przez państwa europejskie, a kryzys legitymacji w kilku krajach UE jest nieunikniony w niedalekiej przyszłości.

Rezygnacja ze służby wojskowej, aby uniknąć śmierci w wojnie, która nie ma nic wspólnego z ich krajem, nie jest aktem tchórzostwa, ale racjonalną postawą. Nie ma żadnego uzasadnionego powodu, aby Czesi chronili Ukrainę lub konfrontowali się z Rosją, ponieważ ta wojna nie dotyczy interesów Republiki Czeskiej. Opuszczając armię, żołnierze działają w sposób prawdziwie racjonalny, unikając uczestnictwa w szaleństwie bloku europejskiego.

Źródło: soldiers-deserting-army-in-czech-republic-fearing-escalation-with-russia

====================

MD: Z tekstu wynika mi, że to podkolorowane przez rosyjską propagandę. Ale niezbyt chamsko.

USA: Czystka w resorcie zdrowia! Jedna czwarta etatów do likwidacji

Czystka w resorcie zdrowia! Jedna czwarta etatów do likwidacji

28.03.2025 nczas/czystka-w-resorcie-zdrowia-jedna-czwarta-etatow-do-likwidacji

Robert F. Kennedy jr, Donald Trump, USA, zdrowie
Robert F. Kennedy jr. Fot. EPA/ERIK S. LESSER Dostawca: PAP/EPA.

Minister zdrowia USA Robert F. Kennedy jr. ogłosił plan „dramatycznej restrukturyzacji” agencji federalnych podległych resortowi. Przewiduje on zmniejszenie o 10 tys. liczby etatów i połączenie niektórych wydziałów w celu ograniczania wydatków budżetowych.

Resort uważa, że zmiany pozwolą zaoszczędzić 1,8 mld dolarów rocznie. Przeciwnicy tego ruchu twierdzą natomiast, że zwolnienia pracowników mogą spowolnić proces zatwierdzania leków i urządzeń medycznych oraz wydłużyć czas oczekiwania na dostęp do terapii dla pacjentów.

W kontekście wcześniejszego odejścia z ministerstwa około 10 tys. pracowników, którzy zwolnili się niedawno dobrowolnie, zapowiedziane przez Kennedy’ego kroki oznaczają zmniejszenie łącznej liczby zatrudnionych w resorcie z 82 tys. do 62 tys., czyli uszczuplenie administracji o jedną czwartą.

Przewidziano m.in. redukcję liczby pracowników Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) o 3,5 tys., Centrów Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) – o 2,4 tys. i Narodowego Instytutu Zdrowia (NIH) – o 1,2 tys.

W komunikacie ministerstwa zdrowia podkreślono, że „dramatyczna restrukturyzacja” jest zgodna z rozporządzeniem wykonawczym prezydenta USA Donalda Trumpa, dotyczącym optymalizacji liczby personelu.

Make America Healthy Again

„Ta reforma będzie korzystna zarówno dla podatników, jak i dla osób, którym służy ministerstwo zdrowia. To cała amerykańska opinia publiczna, bo naszym celem jest uczynić Ameryką znów zdrową ”MAHA – oświadczył Kennedy, nawiązując do sloganu Trumpa „Make America Great Again” (MAGA).

[Make America Healthy Again]

Resort przekazał, że reforma odzwierciedla nowy priorytet, którym jest zakończenie epidemii chorób przewlekłych poprzez wysiłki na rzecz „bezpiecznej, zdrowej żywności, czystej wody i eliminacji toksyn w środowisku”.

Zaszufladkowano do kategorii O Świat | Otagowano

UE jako organizacja przestępcza

UE to niefortunne połączenie zbyt dużej władzy i zbyt małej kontroli, cd „UE jako organizacja przestępcza”

Autor: Egon W. Kreutzer; https://egon-w-kreutzer.de/die-eu-unter-dem-aspekt-der-kriminellen-vereinigung-betrachtet-teil-3

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 28

Zaciąganie długu, jakby UE była państwem

Państwo może zaciągać długi kosztem swoich obywateli. Nawet jeśli nie zawsze spotyka się to z pełną zgodą obywateli i podatników, to w dużej mierze gwarantuje się, że wydatki finansowane długiem, niezależnie od tego, czy przeznaczone na konsumpcję, czy na inwestycje, przyniosą korzyści właśnie tym obywatelom, którzy później będą musieli za nie zapłacić. Co więcej, w państwach o demokratycznym ustroju odpowiedzialność za takie pożyczki ponosi zazwyczaj rząd, którego legitymizacją zajmuje się większość, nawet jeśli odpowiedzialność ta nie wykracza poza ryzyko utraty urzędu w kolejnych wyborach.

Tak więc w swojej deklaracji uzasadnienia skierowanej do obywateli swoich krajów – a traktaty europejskie nie są niczym innym, jak uzasadnieniem zrzeczenia się praw suwerennych, tj. (częściowego) pozbawienia suwerena praw wyborczych – członkowie założyciele stowarzyszenia stwierdzili, co następuje:

Artykuł 125

(dawny artykuł 103 WE)

(1) Unia nie ponosi odpowiedzialności za zobowiązania rządów centralnych, władz regionalnych, lokalnych lub innych organów publicznych, innych podmiotów prawa publicznego lub przedsiębiorstw publicznych Państw Członkowskich ani nie przejmuje ich zobowiązań; Nie narusza to wzajemnych gwarancji finansowych dla wspólnej realizacji konkretnego projektu. Państwo członkowskie nie ponosi odpowiedzialności za rządy centralne, władze regionalne, lokalne lub inne organy publiczne, inne podmioty prawa publicznego lub przedsiębiorstwa publiczne innego państwa członkowskiego ani nie przejmuje ich zobowiązań; Nie narusza to wzajemnych gwarancji finansowych dla wspólnej realizacji konkretnego projektu.

(2) Rada, działając na wniosek Komisji i po konsultacji z Parlamentem Europejskim, może w razie potrzeby określić definicje w celu stosowania zakazów przewidzianych w artykułach 123 i 124 oraz w niniejszym artykule.

Z tego można łatwo wywnioskować, że samej UE nigdy nie będzie wolno zaciągać pożyczek, które – z uwagi na brak uprawnień do nakładania podatków – mogą być obsługiwane wyłącznie poprzez naliczanie odsetek i spłatę na koszt (być może wciąż wypłacalnych) państw członkowskich, i to niezależnie od tego, na czyją korzyść zostaną wykorzystane pożyczone środki.

Fakt, że artykuł 125 nie zawiera wyraźnego zakazu zaciągania pożyczek przez UE, nie zmienia tego faktu. Zjawisko to było nadal powszechnie obserwowane aż do niedawna.

W szczególności „czterech skąpców”, czyli Niemcy, Holandia, Austria i Finlandia, nadal sprzeciwiało się emisji tzw. obligacji koronowych przez UE w 2020 r. w obliczu zbliżającego się kryzysu koronawirusowego.

Huk nastąpił chwilę później.

W 2021 r. aktywni wówczas członkowie stowarzyszenia podjęli decyzję o zezwoleniu ich unijnej organizacji na pozyskanie 750 mld euro w formie długu na rynkach kapitałowych. W zwykle mylącym języku dług nie został zadeklarowany jako aktywa specjalne, lecz co najmniej jako „zasoby własne” UE.

Mają one zostać przeznaczone wyłącznie na walkę ze skutkami kryzysu wywołanego koronawirusem w ramach programu NextGenerationEU (NGEU).

Brzmi ekskluzywnie, wspaniale. Największe zdziwienie pojawia się, gdy czytamy, co oznaczają konsekwencje kryzysu koronawirusa, z którymi trzeba się zmierzyć. Zabawne jest to, że kwotę 750 miliardów obliczono w cenach z 2018 roku, co oznacza, że ​​po uwzględnieniu inflacji w świat trafiło już 806,9 miliarda dolarów.

Pod koniec 2023 r. rząd niemiecki uprzejmie udostępnił szczegółowe informacje na temat łącznej kwoty siedmiu programów NGEU oraz na co przeznaczono w tym kraju skromną część 28 miliardów, które Niemcy otrzymały z 807 miliardów:

42 proc. na realizację celów klimatycznych, w tym dotacje na e-mobilność, zielony wodór i promocję efektywności energetycznej budynków mieszkalnych,

52 proc. na realizację celów digitalizacji,

6 procent na wzmocnienie odporności gospodarczej i społecznej Niemiec, przy czym znaczną część środków przeznaczono np. na opiekę nad dziećmi, ale także na modernizację szpitali.

Kiedy pomyślę, że modernizacja szpitali w Niemczech przejawia się jedynie w tym, że coraz więcej szpitali bankrutuje i jest zamykanych, kiedy pomyślę o obecnym stanie cyfryzacji w Niemczech i kiedy uświadomię sobie, że wszelkie inwestycje w cele klimatyczne nie tylko kosztują pieniądze, ale nie przynoszą żadnych korzyści, ale także niszczą istniejący kapitał inwestycyjny, to łzy napływają mi do oczu, gdy próbuję sobie wyobrazić, jakimi kanałami mogło popłynąć pozostałe 777 miliardów dla pozostałych 26 państw członkowskich.

Ciekawe jest też to, że rząd niemiecki w swojej publikacji stwierdza, iż NextGenerationEU jest największym pakietem pomocowym dla gospodarki, jaki kiedykolwiek finansowano ze środków budżetu UE. Spodziewałbym się, że pakiet stymulacyjny przyniesie zauważalne ożywienie gospodarcze.

Moim zdaniem niedopuszczalne jest odwoływanie się do spowolnienia gospodarczego w okresie obostrzeń wywołanych paniką związaną z koronawirusem. W cenach z 2019 r., ostatniego roku przed koronawirusem, PKB 27 państw członkowskich wyniosło 14,02 bln euro. W roku 2023, według cen z roku 2023, PKB wzrósł do 16,97 bln. Wygląda dobrze. Ale tak nie jest. Po uwzględnieniu inflacji w cenach z 2019 r. pozostało zaledwie 13,5 bln – a według wstępnych szacunków wzrost w 2024 r. wyniósł zaledwie 0,4 proc. Nadal jesteśmy więc poniżej poziomu z 2019 roku. Największy pakiet pomocowy UE w zakresie stymulacji gospodarczej nie przyniósł żadnych efektów. Pytanie, gdzie ostatecznie trafiło te 807 miliardów, będzie zapewne równie trudne do zrozumienia, jak największy sukces UE, który zostanie omówiony w następnej sekcji.

1,8 miliarda dawek szczepionki od Pfizera

„Pytania nie mają sensu, Ursula von der Leyen nie odpowiada.”

Tym zdaniem gazeta taz rozpoczęła swój artykuł 23 maja 2023 r. na temat skandalu, który stał się znany jako „Pfizer-Gate”, ale w przeciwieństwie do Watergate, kiedy Richard Nixon musiał zrezygnować ze stanowiska prezydenta USA za nadużycie uprawnień rządowych, nie miało to żadnych konsekwencji politycznych.

Lekarka z tytułem doktora i matka siedmiorga dzieci z rodziny Albrechtów z Dolnej Saksonii, której w cudowny sposób demokratycznie powierzono stanowisko przewodniczącej Komisji Europejskiej, wydała 35 miliardów euro na zakup dla obywateli UE szczepionek, które krytycy dziś pogardliwie nazywają „sprayem”. W szczególności umowa z jej bliską przyjaciółką Bourlą z firmy Pfizer, od której potajemnie zamówiła 1,8 miliarda dawek szczepionki, wywołała poruszenie, zwłaszcza że odmówiła upublicznienia szczegółów tego zamówienia. Mówi się, że umowy zostały zawarte za pośrednictwem wiadomości SMS, które najwyraźniej zostały później usunięte.

O samotnym działaniu von der Leyen dowiedział się, jak się okazuje, New York Times. Kiedy w kwietniu 2023 r. belgijski lobbysta Frédéric Baldan złożył do prokuratury w Liège skargę karną przeciwko von der Leyen, podając zarzut nadużycia władzy, niszczenia dokumentów publicznych, konfliktu interesów i korupcji, skarga została natychmiast uznana za niedopuszczalną, ponieważ Baldan nie wykazał „osobistego interesu”.

FOCUS napisał 2 kwietnia 2024:

„Europejska Prokuratura Generalna interweniowała w skandalu „Pfizergate” z udziałem Urszuli von der Leyen. W centrum uwagi znajdują się wybuchowe wiadomości tekstowe między von der Leyen a dyrektorem generalnym Pfizera. Według Politico, zarzuty o przestępstwo w związku z negocjacjami dotyczącymi szczepionki między von der Leyen a dyrektorem generalnym Pfizera Albertem Bourlą są badane.

Wreszcie w lipcu 2024 r. Sąd Unii Europejskiej (TSUE – nie mylić z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej) orzekł, że Ursula von der Leyen naruszyła prawo UE, utrzymując informacje w tajemnicy.

Konsekwencje: Żadne, poza ponownym mianowaniem Ursuli von der Leyen na stanowisko przewodniczącej Komisji. Nie udało mi się ustalić, czy w międzyczasie opublikowano chociaż część tajnych umów.

Kluczowe kwestie, a mianowicie, czy przewodnicząca Komisji miała w ogóle prawo do wydania tych zamówień, czy podczas negocjacji zadbała o uzyskanie cen i warunków uzasadnionych w obliczu gigantycznej ilości, a także czy przy obliczaniu zamówienia założyła realistyczną potrzebę, co jest wątpliwe, ponieważ nie było potrzeby dostarczenia co najmniej 500 milionów dawek, nie zostały wyjaśnione przez sądy.

Można jednak wyciągnąć odwrotny wniosek, że „stowarzyszenie”, do którego niewątpliwie należy pani von der Leyen, albo z góry zezwoliło na jej działania, albo też milcząco je zatwierdziło później, ponieważ leżało to – a nie inaczej – w interesie członków stowarzyszenia. Tylko Polska i Węgry były temu przeciwne, choć Polska również wycofała swoje stanowisko po powrocie Tuska.

Czy zatem mamy do czynienia ze zjawiskiem, że jedna wrona nie wydziobuje oka drugiej wronie? Czy jest tak, że to, co zalegalizuje Rada, jest legalne, niezależnie od zapisów traktatowych?

Czy słuszne jest założenie, że zasłona milczenia, jaka została rzucona na tę sprawę, zwalnia nas z konieczności dostosowywania traktatów do zmienionych potrzeb, przynajmniej retrospektywnie?

Dla mnie nasuwa się jeszcze jedno pytanie: czy to przewodniczący Komisji może swobodnie poruszać się po całej UE, czy też jakieś stowarzyszenie działające w ramach UE, które wszystko między sobą załatwia i ciągle umożliwia „wzbogacanie się” kosztem obywateli.

Jeśli do skandalu związanego z zamówieniami na szczepienia dodamy informacje z niemieckich akt RKI, które potwierdzają wszelkie podejrzenia, że ​​cała pandemia była jednym wielkim oszustwem, to problem, z którym mamy do czynienia, wykracza daleko poza podejrzenia o organizację przestępczą, wkraczając w obszar filozofii państwa, w którym dyktatorzy stają się prawnie niepodważalni, ponieważ sami ucieleśniają prawo i porządek, a zatem nigdy nie mogą go naruszyć.

Wojna miliardów

Skoro udało się zgodzić na spłatę 750 mld – w rzeczywistości ponad 800 mld – długu UE, wbrew postanowieniom traktatu, powtórzenie tego zamachu stanu wydaje się zbyt kuszące.

Teraz UE musi zebrać od 800 do 900 miliardów dolarów, aby przygotować państwa członkowskie do wojny, ponieważ Amerykanom pod wodzą Donalda Trumpa nie można już ufać.

Na wiosennym szczycie Rady członkowie stowarzyszenia zgodzili się, że jest to dobry pomysł i należy go wdrożyć.

Niejasne pozostaje, w jaki sposób ma być finansowane to masowe zbrojenie ani w ramach jakiego wspólnego planu obronnego ma być pozyskiwany i gdzie ma stacjonować sprzęt wojskowy.

11 marca Deutsche Welle nadal zachwycała się:

„Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, planuje wkrótce podać szczegóły dotyczące sposobu finansowania. Na razie wygląda na to, że większość pakietu o wartości 800 mld euro, 650 mld euro, będzie pochodzić z nowego długu poszczególnych krajów UE, a nie ze wspólnego długu. Pozostałe 150 mld euro będzie stanowić pomoc pożyczkową wspieraną budżetem UE — co jest bliższe wspólnemu zadłużeniu”.

Czy nie było nic o pułapach zadłużenia? O co chodzi? Nikt od dawna nie przestrzega tej zasady.

Problemem, który najprawdopodobniej doprowadzi do ponownej emisji wspólnego długu, który w innym przypadku byłby zabroniony, jest stopa procentowa. Każde państwo członkowskie płaci odsetki na podstawie swojej zdolności kredytowej – a zdolność kredytowa nie wzrasta wraz z zaciąganiem kolejnych długów. Dzięki euroobligacjom, o które od lat nie zabiegano w tajemnicy, możliwe byłoby osiągnięcie mieszanego sposobu obliczania stóp procentowych, co byłoby bardzo pomocne dla słabszych państw.

Bruksela jest światową stolicą korupcji, jak powiedział mi kiedyś ktoś, kto przez kilka lat doświadczał tego na własnej skórze.

Z dzisiejszej perspektywy należy to postrzegać jako „opowieść z dawnych, dobrych czasów”.

To, co zaczęło się jako zakulisowe układy, stało się bezczelnym złamaniem umowy na otwartej scenie, co nie tylko sprawia, że ​​traktaty UE zawarte kosztem stron trzecich, a mianowicie obywateli UE, stają się bezwartościowe, ale również, na podstawie różnych przesłanek, budzi podejrzenia o korupcję i kumoterstwo w sprawowaniu władzy.

Niczego nie da się udowodnić, ponieważ nie ma nikogo, kto by wszczął poważne dochodzenie, a co dopiero je dokończył, a nawet gdyby ktoś taki powstał, nie ma nadziei, że znajdzie się sąd, który przyjmie pozew przeciwko całemu systemowi lub poszczególnym członkom stowarzyszenia.

Gdyby Unia Europejska była państwem demokratycznym z prawdziwą konstytucją ustanowioną przez obywateli i prawdziwym podziałem władzy, to znaczy z parlamentem, który uchwala prawa i kontroluje rząd, rządem, który przestrzega prawa i ma na uwadze dobro całej Unii i wszystkich jej obywateli, oraz z systemem sądowniczym, który wymierza sprawiedliwość każdemu bez dyskryminacji, warunki takie jak te panujące w Brukseli nie mogłyby zaistnieć

Friday Funnies: The Wormy Woke Apple. Nobody wants to buy rotten goods.

Friday Funnies: The Wormy Woke Apple

Nobody wants to buy rotten goods.

ROBERT W MALONE MD, MS MAR 28



The UK has gone barking mad…

UK Home Office Knife Ban

The UK Home Office has implemented several measures to address knife crime, including a ban on home deliveries of knives ordered online. Under new proposals, anyone buying a knife online will need to submit photo ID at the point of sale and again upon delivery. Companies will only be able to deliver knives to the person who bought them, and it will be illegal to leave a package containing a bladed weapon on a doorstep when no one is present. Additionally, the Offensive Weapons Act of 2019 made it illegal to possess certain dangerous knives, such as flick knives, even in private. 

The Home Office has also proposed banning the sale of long pointed kitchen knives, as these are often used in stabbing incidents. Furthermore, the government is considering banning the sale of knives to individuals under 18 and expanding the ban on possessing offensive weapons to cover educational institutions beyond schools. These measures aim to reduce the availability of knives and thus decrease the incidence of knife crimes.





























Elektrownia atomowa w Polsce nigdy nie powstanie? Prof. Mielczarski: Przez 16 lat jedyne, co udało się zrobić, to wyciąć 40 hektarów lasu.

Elektrownia atomowa w Polsce nigdy nie powstanie? Ekspert: przez 16 lat jedyne, co udało się zrobić, to wyciąć 40 hektarów lasu

[ MD: Z komicznej strony: Te hektary wyciętego lasu, to ostatnio. Ale w latach 80-tych i pierwszych 90-tych – w okolicy Żarnowca powstały miasteczka i wioski z ciężkiego, „JĄDROWEGO” spec-betonu. Wtedy cement był trudno dostępny, nawet za łapówkę. Więc – wiadomo.. Wywrotki piasku. Sam widziałem, jako dość nielegalny inspektor ze strony Państwowej Agencji Atomistyki, wielkie pęknięcia w 8-metrowej grubości fundamentach reaktorów. Zalewano je mleczkiem cementowym i suszono w pośpiechu nagrzewnicami, bo.. miała przyjechać ważniejsza inspekcja z Agencji w Wiedniu. Potem na terenach Żarnowca powstały różne „przedsiębiorstwa”, np. smażalnia frytek]

————————

Koszt budowy elektrowni wzrósł od czasu Czarnobyla pięcio- czy nawet siedmiokrotnie. Budowa bloku gazowego o mocy tysiąca megawatów kosztuje 4 mld zł, węglowego – 6–7 mld zł, a jądrowego – ponad 50 mld zł.

———————————————

elektrownia-atomowa-w-polsce-nigdy-nie-powstanie

[to nie REAKTORY, lecz chłodnice …md]

Na elektrownie jądrowe w Europie mamy małe szanse, szczególnie w Polsce, gdzie po 16 latach działania Programu Polskiej Energetyki Jądrowej jedyne, co zrobiono, to wycięto 40 hektarów lasu w okolicach Choczewa i ogłoszono przetarg na budowę drogi do tej wycinkimówi w rozmowie z tygodnikiem „Do Rzeczy” prof. dr hab. inż. Władysław Mielczarski – wieloletni pracownik Instytutu Elektroenergetyki Politechniki Łódzkiej, który brał udział w projektowaniu oraz we wdrażaniu rynków energii elektrycznej w Australii, Kanadzie i w Polsce.

Zdaniem naukowca Polska nie ma ani pieniędzy, ani nawet konkretnego pomysły na energetykę jądrową. Nie dość, że nie wiemy, jak taką elektrownię sfinansować, to ponadto nie mamy pojęcia kto dostarczyłby technologii, i jaka firma wybudowałaby instalacje. – Łudzenie się nadzieją na powstanie elektrowni jądrowej powoduje odkładanie na później istotnych problemów w energetyce, których brak rozwiązania spowoduje braki energii elektrycznej – podkreśla.

Rozmówca „Do Rzeczy” zwraca uwagę, że zdolność do dostaw wyposażenia elektrowni jądrowych mają obecnie trzy kraje: Chiny, Rosja i po części Francja. – Nie wiem, czy moglibyśmy kupić elektrownię jądrową w tych dwóch pierwszych krajach, ale we Francji ze względu na obecnie realizowane zamówienia, to nie wcześniej niż po 2040 roku. To bardzo kosztowna technologia i wiele krajów, jak USA, zrezygnowało z budowy nowych reaktorów, a jeszcze więcej innych, jak kraje postsowieckie, chętnie tych jądrowych elektrowni by się pozbyło. Koszt budowy elektrowni wzrósł od czasu Czarnobyla pięcio- czy nawet siedmiokrotnie. Budowa bloku gazowego o mocy tysiąca megawatów kosztuje 4 mld zł, węglowego – 6–7 mld zł, a jądrowego – ponad 50 mld zł. I może być jeszcze większa – wyjaśnia.

Na uwagę, iż rząd w Warszawie twierdzi, że wybuduje elektrownię jądrową w Polsce prof. Mielczarski odpowiada: „To jest publicystyka PR, która ma na celu przesłonięcie rzeczywistych problemów, z którymi boryka się energetyka, a przede wszystkim z mocami wytwórczymi. Prowadzi to do braku realistycznej strategii energetycznej w obliczu narastającego kryzysu. Nakład inwestycyjny przy budowie w Polsce jednej elektrowni, jak np. w Choczewie, o mocy ok. 3,5 GW jest rzędu 180–200 mld zł. I gdyby taką elektrownię nawet wybudować, to dostarczyłaby ona maksymalnie ok. 21 TWh energii elektrycznej, podczas gdy w roku 2040, zgodnie z prognozą polityki energetycznej, będziemy potrzebować ponad 300 TWh energii elektrycznej. Czy budowa elektrowni jądrowej o mocy 3,5 GW, której udział w pokryciu zapotrzebowania wyniesie ok. 7 proc., cokolwiek zmieni?”.

Źródło: tygodnik „Do Rzeczy” TG

Ramadan zamiast karnawału i Wielkiego Postu. Islamizacja Europy powoduje jej dechrystianizację.

Ramadan zamiast karnawału i Wielkiego Postu. Dechrystianizacji Europy towarzyszy jej stopniowa islamizacja.

Grzegorz Górny wpolityce/ramadan-zamiast-karnawalu-i-wielkiego-postu

Czy wyobrażacie sobie Państwo sytuację, że politycy w Europie składają życzenia katolikom z okazji Środy Popielcowej i życzą im owocnego przeżycia okresu Wielkiego Postu; że w miastach na naszym kontynencie montowane jest specjalne oświetlenie przypominające o Wielkim Poście; że w supermarketach puszczane są nagrania pytające kupujących, czy są dobrze przygotowani na ten niezwykły czas Wielkiego Postu? Wyobrażacie sobie Państwo taką sytuację? Wątpię.

Dziś natomiast możemy spotkać się z innymi scenami. Dziś Londyn, Monachium, Kolonia czy inne miasta Europy rozświetlone są specjalnymi dekoracjami z okazji ramadanu, czyli miesiąca postu obchodzonego przez wyznawców islamu.

Na zachodzie naszego kontynentu politycy prześcigają się w składaniu muzułmanom życzeń na ramadan, jednak nie słychać, by życzyli chrześcijanom wszystkiego najlepszego z okazji Bożego Narodzenia czy Wielkanocy.

Brytyjski korespondent włoskiego dziennika „Corriere della Sera” pisze:

W Londynie Ramadan, jak się wydaje, zastąpił Wielki Post: w tym roku dwa okresy postu i pokuty praktycznie się ze sobą pokrywają, ale cała uwaga wydaje się być skupiona na obchodach muzułmańskich. W dużych supermarketach wiszą reklamy zapowiadające: „Czy jesteś gotowy na Ramadan?”, domy towarowe Harrod’s na swojej stronie internetowej oferują kolacje na Iftar, czyli bankiety po zachodzie słońca przerywające islamski post, sieci fast foodów oferują zniżki, a fryzjerzy otwarci są dłużej, by sprostać oczekiwaniom muzułmańskich klientów.

„Światła ramadanu”

Władze Londynu zadbały też o to, by wyznawcom Allaha przypomnieć o ich poście, zapalając na reprezentacyjnej Coventry Street „światła ramadanu”, a na Leicester Square instalując interaktywną instalację świetlną symbolizującą „ducha ramadanu”.  

W tym roku muzułmański miesiąc postu ramadan trwa od 1 do 30 marca. Tak się składa, że w dużej mierze pokrywa się on z chrześcijańskim Wielkim Postem. Jednak początek ramadanu nakładał się na końcówkę karnawału. Jeszcze niedawno ten okres w Europie Zachodniej był obchodzony hucznie jako tzw. ostatki. W tym roku jednak wiele imprez karnawałowych zostało skasowanych. Było to szczególnie widoczne w Niemczech, gdzie tradycyjne parady i zabawy karnawałowe, m.in. w Monachium, Norymberdze czy Kempten, zostały odwołane, ponieważ obawiano się ataków ze strony islamistów. Miejscowe służby ogłosiły, że nie mają wystarczającej liczby betonowych barier, by powstrzymać ewentualnych zamachowców, którzy chcieliby wjechać samochodami w tłum bawiących się osób. W związku z tym niektórzy niemieccy publicyści zauważają ze smutkiem, że polityka multi-kulti doprowadziła do tego, że karnawał zastąpiony został przez ramadan. Teraz to samo dotyka Wielki Post.

W ostatnich tygodniach doświadczają tego kibice futbolu. Okazuje się, że w niektórych ligach piłkarskich, np. angielskiej, belgijskiej czy holenderskiej, zarządzana jest specjalna pauza techniczna podczas pierwszej po zachodzie słońca naturalnej przerwy w grze, takiej jak np. rzut karny, rzut wolny lub wrzut piłki z autu. Chodzi o to, by muzułmańscy zawodnicy, którzy o zachodzie słońca kończą swój ramadanowy post, mogli się posilić lub napić. Federacje piłkarskie zobowiązały sędziów do wprowadzenia takiej przerwy, jeśli co najmniej jeden piłkarz biorący udział w meczu przestrzega ramadanu.

Organizacje i urzędy publiczne w Europie coraz częściej więc dostosowują się do reguł religijnych islamu, czego nie robią w przypadku chrześcijaństwa. Federacje sportowe nie odwołują np. meczów rozgrywanych w Wielkanoc, by uszanować zasady wyznawców Chrystusa. Ale już na basenach publicznych w Sztokholmie wprowadzono np. segregację płciową. Inne są godziny otwarcia obiektów pływackich dla mężczyzn, a inne dla kobiet. Islam zabrania bowiem pojawiania się muzułmanek w strojach kąpielowych w obecności obcych mężczyzn.

Jednocześnie w wielu miastach Europy zabrania się wystawiania Bożonarodzeniowych szopek czy śpiewania kolęd, by nie urazić przedstawicieli innych religii, np. islamu. Nikomu nie przychodzi jednak do głowy, by usuwać oświetlenia ramadanowe, ponieważ mogą one ranić uczucia religijne, np. chrześcijan. W ten sposób na naszym kontynencie następuje równocześnie stopniowa dechrystianizacja i islamizacja. Natura nie znosi próżni. Człowiek jest istotą religijną. Jeżeli jedną religię wygania, jej miejsce zajmuje inna. Jak będzie w Europie?

Powyższy felieton został wygłoszony na antenie Radia Maryja w środę 26 marca.

Koniec Pontyfikatu Franciszka czyli diabelski sofizmat

Koniec Pontyfikatu Franciszka czyli diabelski sofizmat

Autor: CzarnaLimuzyna , 27 marca 2025

Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, ten rozprasza.

/Łk 11,23/

Posłuszeństwo ma wartość tak długo, jak długo herezja nie zajmie jego miejsca”

/Św. Maksymilian Kolbe/

Sofizmat prof. Diabelskiego jest starą klasyczną manipulacją mającą nakłonić do wyboru zła pod presją fałszywej alternatywy.

W najbardziej prostackiej formie funkcjonuje w polityce, gdzie zwolennicy szubienicy kłócą się z miłośnikami gilotyny.

W przypadku nowo tworzonego Kościoła (Antykościoła), przy modernistycznym założeniu, że różnorodność jest dobra i prawdziwa, a schizma jest adekwatnym określeniem i złym rozwiązaniem pojawia się w formie fałszywej alternatywy określonej jako: Różnorodność doktrynalna albo schizma.

Prawdziwy wybór jest jednak inny: Odrzucając diabelski sofizmat powinniśmy wybrać pomiędzy satanizmem a katolicyzmem.

Niechaj więc mowa wasza będzie: tak – tak, nie – nie, bo co ponadto jest, to jest od złego (Mt 5:36–37)

Rozwodniony opis aktualnej sytuacji w Kościele został popełniony przez Ks. prof. Andrzeja Kobylińskiego. (Pogrubienia moje) /Pontyfikat Franciszka jest rewolucyjny/

„Zdaniem niemieckiego kard. Waltera Kaspera – jednego z najważniejszych doradców Franciszka i intelektualnego twórcy nowej wersji katolicyzmu – zakorzenienie się nowego modelu religii katolickiej w różnych zakątkach świata będzie wymagało kolejnych dwóch, trzech pontyfikatów.

Oczywiście istnieje ryzyko realnej schizmy w Kościele katolickim, stąd największym wyzwaniem najbliższych dziesięcioleci będzie zachowanie jedności, żeby nie rozpadł się on na różne frakcje konserwatywne czy liberalne, tak jak to jest w innych wyznaniach.

Na dzisiaj przyjęto w Kościele katolickim zasadę jedności w różnorodności, czyli zachowujemy wspólne struktury władzy, ale zgadzamy się na różnorodność doktrynalną, co jest swego rodzaju anglikanizacją katolicyzmu. W Kościele anglikańskim w jednych krajach księża geje mogą zostawać biskupami, a w innych nie. Są państwa, w których kapłanki będące lesbijkami mogą zostawać biskupkami, w innych zaś nie”.

Użyte sformułowania rozumiem w następujący sposób:

Nowa wersja katolicyzmu: nowa forma satanizmu

Nowy model religii katolickiej: nowy model fałszywej religii

Ryzyko realnej schizmy: ryzyko wyjścia satanistów z Kościoła katolickiego

Jedność w różnorodności: Synteza fałszywości

Różnorodność doktrynalna; anglikanizacja katolicyzmu: herezja

Satanizm – Realne Zagrożenie

Satanizm – Realne Zagrożenie

Satanizm – Realne Zagrożenie

Rafał Topolski 28/03/2025 polskakatolicka/satanizm–realne-zagrozenie

Czy naprawdę zdajemy sobie sprawę, jak blisko nas czai się zagrożenie? Czasami zło nie przychodzi w jaskrawych barwach i z ostrzeżeniem, lecz ukrywa się pod płaszczykiem „sztuki” i „wolności”. Tym razem jednak nie ma mowy o subtelnej infiltracji – to otwarta prowokacja wobec chrześcijaństwa i fundamentów moralnych, na których zbudowana jest Polska.

25 kwietnia 2025 roku we Wrocławskiej Hali Stulecia ma odbyć się wydarzenie, które budzi poważny niepokój – festiwal „Unholy Trinity”, na którym wystąpią zespoły jawnie propagujące satanizm i treści antychrześcijańskie: Behemoth, Rotting Christ i Satyricon.

Nie jest to zwykły koncert, lecz publiczna manifestacja nienawiści wobec Kościoła Katolickiego i chrześcijaństwa jako całości. Ten koncert jest niedopuszczalną obrazą Boga.

Zespoły te w swojej twórczości wielokrotnie profanowały święte symbole, atakowały wiarę milionów Polaków i szerzyły kult szatana. Behemoth z premedytacją niszczy Pismo Święte, drwi z modlitw i Świętych obrazów, natomiast Rotting Christ już samą nazwą obraża Jezusa Chrystusa. Ich koncerty to nie tylko muzyka – to rytuały satanistyczne, jawne szydzenie z sacrum i promocja destrukcyjnych ideologii.

Czy możemy pozwolić na to, by Hala Stulecia stała się miejscem kultu diabelskiego? Czy wolno nam milczeć w obliczu tak jawnego ataku na naszą świętą wiarę?

Czy wulgaryzm to język diabła?

Muzyka jako narzędzie diabelskie – ostrzeżenie egzorcysty

Ks. Gabriele Amorth, główny egzorcysta Rzymu, wielokrotnie ostrzegał przed satanizmem w muzyce. W swojej książce „Egzorcysta opowiada” opisuje, jak szatan wykorzystuje muzyczne rytmy, by zwodzić i niszczyć dusze, zwłaszcza młodych ludzi. Wskazuje, że wiele utworów jest tworzonych w oparciu o cztery zasady: rytm pobudzający instynkty, nadmierna głośność wpływająca na układ nerwowy, sygnały podprogowe oraz rytualne poświęcenie nagrań szatanowi.

To nie teoria spiskowa, lecz realne zagrożenie duchowe. Ks. Amorth podaje przykłady ludzi, którzy po latach słuchania satanistycznej muzyki popadli w duchowe zniewolenie, a nawet opętanie. Podkreśla, że współczesna muzyka satanistyczna nie tylko promuje nienawiść i bunt przeciwko wszystkiemu, co święte, ale także prowadzi do moralnej degeneracji i otwarcia się na działanie złych duchów.

Upadek kultury i rosnące zagrożenie duchowe

Widzimy coraz bardziej wyraźne przejawy antychrześcijańskich ideologii w przestrzeni publicznej. Bluźniercze treści nie pojawiają się już tylko podczas niszowych wydarzeń, ale coraz śmielej wchodzą do głównego nurtu kultury. Wystarczy przypomnieć skandaliczne występy na Eurowizji 2024 czy elementy ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu, gdzie nie trudno było dostrzec niepokojące akcenty antychrześcijańskie.

Dzieje się tak, ponieważ cywilizacja chrześcijańska jest głównym wrogiem sił zła. Satanizm dąży do zakorzenienia w ludziach nihilizmu, odrzucenia Bożego prawa i moralnej degeneracji. Nie możemy biernie przyglądać się, jak zło przejmuje przestrzeń publiczną i niszczy dusze młodych ludzi.

Czas na sprzeciw – nasza walka o świętość Polski

Kampania „Polska Katolicka, nie laicka” od kilku lat jest wszędzie tam, gdzie dochodzi do bluźnierczych wydarzeń. Niezachwianie stajemy w obronie cywilizacji chrześcijańskiej.

Dlatego właśnie teraz wystosowaliśmy petycję skierowaną do Zarządu Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Hala Ludowa Sp. z o.o., żądając natychmiastowego odwołania tego bluźnierczego wydarzenia. Nie możemy pozwolić, aby satanizm był akceptowany w przestrzeni publicznej, a bluźnierstwa stały się normą.

Nasza wiara jest skarbem, którego jesteśmy zobowiązani bronić. Jak powiedział św. Pius X:

„Cały wigor rządów szatana jest spowodowany słabością katolików”.

Bierność wobec zła oznacza jego umocnienie. Naszą odpowiedzialnością jest, by się temu sprzeciwić, modlić się, protestować i uświadamiać innych, że satanizm nie jest tylko „subkulturą”, ale realnym zagrożeniem duchowym. To walka o dusze ludzkie.

Walka o dusze – wezwanie do nawrócenia

Kościół zachęca nas do duchowej czujności i modlitwy. Aby bronić się przed złem, powinniśmy:

  • Regularnie korzystać z sakramentów, zwłaszcza spowiedzi i Eucharystii,
  • Codziennie odmawiać Różaniec i modlitwę do św. Michała Archanioła,
  • Nosić z wiarą sakramentalia, takie jak medalik św. Benedykta, Cudowny Medalik, czy Tarczę Najświętszego Serca,
  • Unikać wszelkich przejawów satanizmu, zarówno w muzyce, jak i w kulturze popularnej.

Jak mówi św. Paweł:

„Nie możecie pić z kielicha Pana i z kielicha demonów; nie możecie zasiadać przy stole Pana i przy stole demonów”. (1 Kor 10, 21)

Bezczynność nie jest opcją. Nie możemy pozwolić, by Polska stała się miejscem, gdzie bluźnierstwo i kult szatana są tolerowane. To czas, by otwarcie sprzeciwiać się demoralizacji i bronić naszej świętej wiary. W tej walce każdy głos się liczy – dlatego wyraź swój wyraźny sprzeciw, wobec tego bluźnierstwa i podpisz petycję dołączając do obrońców cywilizacji chrześcijańskiej, a nie cywilizacji śmierci!

Te świętokradztwa są nie tylko obraźliwe dla nas jako katolików lub odrzuceniem prawa Bożego, ale przede wszystkim oburzeniem przeciwko samemu Bogu, który jest nieskończenie dobry i ma prawo być chwalony i czczony PUBLICZNIE.

A ponieważ jest On obrażany PUBLICZNIE, powinniśmy Go PUBLICZNIE bronić.

MILCZENIE NIE JEST OPCJĄ! Czas działać!

Wojna z czymkolwiek

Wojna z czymkolwiek

Autor: AlterCabrio , 26 marca 2025

Ona ma być ciągła. I taka właśnie jest. Podobnie jak niekończąca się wojna w ‘Roku 1984’ Orwella, jest ona prowadzona przez imperium przeciwko własnym poddanym, ale nie tylko po to, by utrzymać nienaruszoną strukturę społeczeństwa, ale także, jak w naszym przypadku, by przekształcić społeczeństwo w neototalitarną globalno-kapitalistyczną dystopię.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

bin laden death party

Wojna z czymkolwiek

Wojna z czymkolwiek jest nie do wygrania.

Ona ma być ciągła. I taka właśnie jest. Podobnie jak niekończąca się wojna w ‘Roku 1984‘ Orwella, jest ona prowadzona przez imperium przeciwko własnym poddanym, ale nie tylko po to, by utrzymać nienaruszoną strukturę społeczeństwa, ale także, jak w naszym przypadku, by przekształcić społeczeństwo w neototalitarną globalno-kapitalistyczną dystopię.

Nie kojarzysz wojny z czymkolwiek?

No dobrze, ale pamiętasz wojnę z terroryzmem.

Pamiętasz, kiedy „wolność i demokracja” zostały zaatakowane przez „terrorystów” i nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko odłożyć na bok nasze demokratyczne prawa i zasady, ogłosić krajowy „stan wyjątkowy”, zawiesić prawa konstytucyjne ludzi i rozpocząć wojenną agresję przeciwko państwu Bliskiego Wschodu, które nie stanowiło dla nas żadnego zagrożenia, i wypełnić ulice, stacje kolejowe, lotniska i wszystko inne ciężko uzbrojonymi żołnierzami, bo w innym przypadku „terroryści wygraliby”. Pamiętasz, kiedy zbudowaliśmy gułag na morzu, aby bezterminowo więzić tam podejrzanych terrorystów, których wcześniej umieściliśmy w tajnych więzieniach CIA, gdzie ich torturowaliśmy i upokarzaliśmy, prawda?

*

Oczywiście, że pamiętasz. Któż mógłby o tym zapomnieć?

Pamiętacie, jak Narodowa Agencja Bezpieczeństwa [NSA] nie miała innego wyjścia, jak tylko utworzyć tajny „Program Nadzoru Terrorystów” [“Terrorist Surveillance Program”], aby szpiegować Amerykanów, w przeciwnym razie „terroryści wygraliby”? A co z „antyterrorystycznymi” przeszukaniami krocza w wykonaniu TSA [Amerykańska Federalna Administracja Bezpieczeństwa Transportu -AC], które nadal obowiązują po ponad dwudziestu latach?

A co z wojną z populizmem? Może nie pamiętasz jej tak dobrze.

Za to ja tak, ponieważ opublikowałem dwie książki na ten temat. Zostały wydane latem 2016r., kiedy imperium zdało sobie sprawę, że „skrajnie prawicowi populiści” zagrażają „wolności i demokracji” w Europie, a Trump zyskiwał na popularności w USA. Tak więc ogłoszony został kolejny „stan wyjątkowy”, tym razem przez Wspólnotę Wywiadów, media, środowisko akademickie i przemysł kulturalny. Tak, to prawda, nadszedł wtedy czas, aby ponownie odłożyć na bok nasze demokratyczne zasady, cenzurować „mowę nienawiści” w mediach społecznościowych, bombardować masy absurdalną oficjalną propagandą na temat „Russiagate”, „Hitlergate” i tak dalej, bo w innym przypadku „skrajnie prawicowi populiści wygraliby”.

Wojna z populizmem osiągnęła punkt kulminacyjny wraz z wprowadzeniem Nowo Normalnej Rzeszy.

Wiosną 2020r. imperium ogłosiło globalny „stan zagrożenia zdrowia” w odpowiedzi na wirusa, którego wskaźnik przeżywalności wynosił około 99,8 procent. Imperium nie miało innego wyjścia, jak tylko nakazać lockdowny dla całych społeczeństw, zmusić wszystkich do chodzenia w maskach wyglądających na medyczne w miejscach publicznych, bombardować społeczeństwo propagandą i kłamstwami, zmuszać ludzi do poddania się serii eksperymentalnych „szczepień” mRNA, zakazać protestów przeciwko swoim dekretom oraz systematycznie cenzurować i ścigać tych, którzy odważyli się kwestionować ich wymyślone „fakty” lub krytykować ich totalitarny program.

Imperium nie miało innego wyjścia, jak to zrobić, bo w przeciwnym razie „zwyciężyliby negacjoniści covid-19, antyszczepionkowcy, teoretycy spiskowi i wszyscy inni ekstremiści”.

*

*

Jestem pewien, że to wszystko pamiętasz.

A teraz… no cóż, oto jesteśmy tutaj. Tak, zgadliście, czas znów porządnie naruszyć Konstytucję Stanów Zjednoczonych i wolność słowa, i deportować ludzi do jakiegoś salwadorskiego piekła, które wynajęliśmy, bo jakiemuś gliniarzowi nie podobały się ich tatuaże, oraz aresztować i wydawać studentów uniwersytetu za organizowanie antyizraelskich protestów, i oczywiście bombardować masy kłamstwami i oficjalną propagandą, i tak dalej, bo… OK, wszyscy razem: „inaczej antysemiccy terroryści i wenezuelscy członkowie gangów wygrają!”

Czy zaczynasz dostrzegać tu jakiś wzór? Tak? Witamy na wojnie z czymkolwiek [War on Whatever]!

Jeśli nadal nie do końca rozumiesz o co chodzi, pozwól, że spróbuję ci to wyjaśnić.

Globalny system ideologiczny, w którym wszyscy żyjemy, staje się totalitarny. (Ten system to globalny kapitalizm, ale nazywaj go, jak chcesz. Naprawdę mam to gdzieś.) Zdejmuje symulację demokracji, której już nie musi utrzymywać. Zimna wojna się skończyła. Komunizm umarł. Globalny kapitalizm nie ma zewnętrznych przeciwników. Więc nie musi uspokajać mas demokratycznymi prawami i swobodami. Więc stopniowo pozbawia nas tych praw i warunkuje nas do zaakceptowania ich utraty.

Robi to poprzez inscenizację serii „sytuacji nadzwyczajnych”, z których każda przedstawia inne „zagrożenie” dla „demokracji” lub „wolności”, lub „Ameryki”, lub „planety” lub czegokolwiek, z których każda ma swoje własne „potwory”, które stanowią tak wielkie zagrożenie dla „wolności” lub czegokolwiek, że musimy zrezygnować z naszych praw konstytucyjnych i ośmieszyć wartości demokratyczne, lub „w innym przypadku potwory wygrają”.

Robi to, zmieniając twarz, którą nosi, z „lewej” na „prawą”, a następnie z powrotem na „lewą”, a następnie z powrotem na „prawą”, a następnie „lewą” itd., ponieważ potrzebuje naszej współpracy, aby to zrobić. Nie całej naszej współpracy na raz. Po prostu jednej współpracującej grupy demograficznej na raz.

Udaje mu się to — tj. systemowi się to udaje — poprzez instrumentalizację naszego strachu i nienawiści. System kompletnie nie przejmuje się tym, czy identyfikujemy się jako „lewica” czy „prawica”, ale potrzebuje nas podzielonych na „lewicę” i „prawicę”, aby mógł karmić nasz strach i nienawiść do siebie nawzajem… jedna administracja, jeden „stan wyjątkowy”, jedna „wojna” na raz.

No, i proszę. To jest ta Wojna z Czymkolwiek. Prościej tego nie wytłumaczę.

Och, i jeszcze jedno… jeśli jesteś jednym z moich byłych fanów, jak Rob, który jest zdezorientowany moimi „spostrzeżeniami”, lojalnościami czy czymkolwiek innym… cóż, artykuł, który właśnie przeczytałeś, powinien ci to wyjaśnić. Nie jestem po żadnej stronie. Po jakiejkolwiek stronie. Ale za to hołduję kilku podstawowym zasadom demokratycznym. Nie zmieniają się one w zależności od tego, co jest aktualnie popularne lub kto zajmuje Biały Dom.

Chodzi o to, że muszę móc spojrzeć sobie w twarz w lustrze rano i nie zobaczyć w niej hipokryty albo… no wiesz, tchórza.

_________________

The War on Whatever, CJ Hopkins, March 26, 2025

Walka „władzy” przeciw obrońcom Narodu: Siedem przesłuchań na policji jednego dnia

Fundacja Pro-Prawo do życia
Szanowny Panie Mirosławie!
 Przedwczoraj nasza wolontariuszka Marta z Rzeszowa miała 7 przesłuchań na policji jednego dnia! Postawiono jej zarzuty „wywołania zgorszeń w miejscach publicznych” poprzez ostrzeganie mieszkańców miasta przed konsekwencjami aborcji. Pierwotnie Marta miała mieć w środę 9 przesłuchań, ale jedna z policjantek oddelegowanych do sprawy rozchorowała się, więc było ich „tylko” 7.
Tak właśnie wyglądają w praktyce prześladowania policyjno-sądowe wymierzone w wolontariuszy naszej Fundacji. Ich celem jest sparaliżowanie naszej pracy, zastraszenie nas i zmuszenie do zaprzestania dalszej walki w obronie życia i świadomości Polaków.
Policja w Rzeszowie dostała wytyczne, wedle których funkcjonariusze mają monitorować działania Marty, która jest koordynatorem naszych akcji. Policjanci mają się stawiać na każdą naszą akcję uliczną, robić z niej notatkę i zdjęcia, a następnie od razu przekazywać dane na komendę w celu wszczęcia kolejnego postępowania przed sądem.

Tylko w środę Marta miała 7 przesłuchań jednego dnia w związku z akcjami, które w ostatnim czasie organizowaliśmy na ulicach miasta. Miało być ich 9, ale jedna z policjantek rozchorowała się. Marta usłyszała kolejne zarzuty z paragrafu 141 KW – wywołanie zgorszenia w miejscu publicznym.

Co bardzo istotne, konkretne zarzuty, jakie postawiono Marcie, to prezentowanie prawdy na temat aborcji poprzez pokazywanie zdjęć „martwych DZIECI”.

 To jedno użyte przez policjantów słowo: dzieci, przypomina nam o tym, że nasze akcje mają głęboki sens.Teraz tylko czas na to, aby funkcjonariusze przejrzeli na oczy i połączyli razem wszystkie fakty w swoich sumieniach.
Skoro zdjęcia obrazujące aborcję przedstawiają „martwe dzieci”, to te dzieci przed aborcją musiały być żywe. Co zatem dzieje się w trakcie aborcji, skoro dzieci przed aborcją są żywe, a po aborcji są martwe? 

Do stawiania sobie takich pytań zmuszają nasze niezależne kampanie społeczne, które organizujemy w całej Polsce. Prawda o aborcji zmienia świadomość człowieka, o ile tylko ktoś na przyjęcie tej prawdy jest otwarty. Musimy naszą walkę kontynuować w całej Polsce, gdyż propaganda aborcyjna jest coraz bardziej aktywna.

Wedle danych NFZ w 2024 roku w polskich szpitalach zamordowano poprzez aborcję 896 dzieci. To dwukrotnie więcej ofiar niż w roku 2023. Najwięcej dzieci abortowano w szpitalu w Oleśnicy, największym ośrodku aborcyjnym w Polsce – 159. W tym samym czasie przy użyciu pigułek poronnych, które aktywiści aborcyjni rozpowszechniają w całym kraju, zamordowano w ubiegłym roku ok. 40 000 dzieci. Tabletki śmierci są szeroko promowane i można je łatwo kupić przez internet z dostawą do domu. 

Dlatego trwa nasza walka o życie, sumienia i świadomość Polaków. Niedawno przeprowadziliśmy m.in. publiczny różaniec oraz akcję informacyjną pod szpitalem w Rudzie Śląskiej, który odmawia odpowiedzi na nasze pytania, czy dokonuje aborcji. Do naszych wolontariuszy dołączali przechodnie, którzy zatrzymywali się i modlili się razem z nami. Kilka osób, w tym kobieta w zaawansowanej ciąży, machało w naszym kierunku i wyrażało gestami poparcie. W różańcu i pikiecie uczestniczyło też kilka osób niepełnosprawnych z lokalnego ośrodka DPS Najświętsze Serce Jezusa. Ludzie, którzy uniknęli aborcji i urodzili się z ułomnościami organizmu, które byłyby wskazaniem do jej wykonania, modlili się za dzieci zagrożone aborcją, zarówno za te chore, jak i zdrowe. W Rudzie Śląskiej takie kampanie uliczne i publiczne różańce prowadzone są regularnie od października 2024 roku, a zainicjował je pan Kazimierz, który odpowiedział na nasz apel i został Kapitanem Różańcowym

Prowadzimy także kolejne kampanie billboardowe. Niedawno wywiesiliśmy m.in. nowe, wielkoformatowe billboardy przy trasie S5. Poprzednie zostały zniszczone przez aborcjonistów. Gdy nasi wolontariusze wieszali bannery, podjechały do nich dwie osoby grożąc, że podadzą nas do prokuratury. Aktualnie przeciwko naszym działaczom toczy się ponad 80 procesów sądowych w całej Polsce za głoszenie prawdy o aborcji i deprawacji seksualnej dzieci.
 Dla wielu naszych wolontariuszy codzienność wygląda tak, jak Marty z Rzeszowa – nieustanne przesłuchania i rozprawy. Te prześladowania chce jeszcze bardziej nasilić rząd Tuska, który przeforsował przez parlament projekt ustawy o tzw. „mowie nienawiści”, wedle której przestępstwem będzie podawanie prawdziwych informacji niezgodnych z panującą ideologią. Mimo tego, że ta ustawa jeszcze nie weszła w życie, to w praktyce nasi wolontariusze już od lat są skazywani za mówienie prawdy o aborcji.Prześladowania sądowo-policyjne połączone z wdrażaniem prawnej cenzury to narzędzia totalitarnej opresji, które mają doprowadzić do usunięcia prawdy z przestrzeni publicznej i medialnej. Dlatego musimy walczyć dalej i stawiać opór tym szykanom. 80 równoległych spraw sądowych, nieustanne przesłuchania i rozprawy, to dla nas ogromne wyzwanie logistyczne, organizacyjne i finansowe. Konieczne są także kolejne środki na uliczne akcje informacyjne, nowe billboardy, przejazdy furgonetek, wyposażenie kolejnych wolontariuszy w terenie oraz wiele innych spraw organizacyjnych.
Tylko w najbliższym czasie potrzebujemy ok. 16 000 zł na dalsze działania. 
Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, aby umożliwić nam dalszą walkę i głoszenie prawdy w przestrzeni publicznej oraz obronę naszych wolontariuszy przed sądami. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunkuMariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

stronazycia.pl

Branży płytek ceramicznych w Polsce „grozi fala bankructw”. Bo ceny energii – narzucane z UE.

Wielkie natarcie z Indii. Branży w Polsce „grozi fala bankructw”

money/natarcie-z-indii-branzy-w-polsce-grozi-bankructwo

Branży płytek ceramicznych grozi fala bankructw, jeśli nie nastąpi obniżenie cen energii i gazu oraz ochrona rynku wewnętrznego przed „nieuczciwą” konkurencją, głównie z Indii – ocenia Polska Unia Ceramiczna. „Obecnie nasza działalność gospodarcza stanowi wyzwanie i dalsze funkcjonowanie stoi pod znakiem zapytania” – alarmuje Unia.

Wielkie natarcie z Indii. Branży w Polsce "grozi fala bankructw"
Branży płytek ceramicznych grozi fala bankructw (Licencjodawca, 2022 Horacio Villalobos)

Polska Unia Ceramiczna zrzesza największych producentów płytek ceramicznych tj.: Ceramikę Paradyż, Grupę Cerrad, Grupę Cersanit, Grupę Końskie, Marazzi Poland oraz Grupę Tubądzin. W zakładach zatrudnionych jest ok. 6 tysięcy osób, a wraz z siecią partnerów ponad 60 tysięcy.

Polski sektor z mocami produkcyjnymi na poziomie ok. 130 mln m kw. płytek w roku jest trzecim wytwórcą tych wyrobów w Unii Europejskiej, po Hiszpanii i Włoszech.

Obecnie nasza działalność gospodarcza stanowi wyzwanie i dalsze funkcjonowanie stoi pod znakiem zapytania. Już i tak ograniczona produkcja i redukcja personelu nie gwarantuje nam utrzymania dalszej produkcji wyrobów z powodu wysokich kosztów energii wynikających z cen uprawnień do emisji CO2 w UE, które zabijają konkurencyjność przemysłu, a także braku ochrony rynku wewnętrznego przed nieuczciwą konkurencją importu płytek ceramicznych spoza UE na teren UE w tym do Polski, przede wszystkim z Indii – napisała Polska Unia Ceramiczna, cytowana przez Konfederację Lewiatan.

Jak wskazano, koszty wytworzenia płytek ceramicznych w 2024 roku wzrosły o ponad 40 proc. w stosunku do 2021 roku.

„Wynika to z faktu, że ceny gazu i energii nadal są bardzo wysokie i istotnie przewyższają ceny z roku 2021 roku. Dodatkowo znacząco wzrosły koszty surowców, transportu, opakowań, wynagrodzeń. Ponadto z uwagi na kryzys w budownictwie oraz wzrost importu tanich produktów z Indii i Turcji niemożliwe jest zrekompensowanie wzrostu kosztów poprzez podniesienie cen na wyroby” – napisano.

Największym dostawcą zagranicznych płytek do Polski są Indie. Obecnie jest to ponad 21 proc. sprzedanych płytek w Polsce w 2024 roku po cenach średnich 5,5 euro, względem 8,1 euro cen średnich krajowych producentów.

„To powoduje, że działalność branży staje się nierentowna i bez rozwiązań systemowych, obniżających ceny energii elektrycznej i gazu oraz wprowadzenia ochrony rynku wewnętrznego przed nieuczciwą konkurencją, nie będzie możliwe kontynuowanie działalności gospodarczej, co doprowadzi do bankructwa branży i wzrostu bezrobocia” -napisano w oświadczeniu Polskiej Unii Ceramicznej.

Cła antydumpingowe na płytki z Indii

Jak podano, wprowadzone 9 lutego 2023 r. przez Komisję Europejską cła antydumpingowe na płytki ceramiczne pochodzące z Indii, ustalone na poziomie od 6,7 proc. do 8,7 proc. nie zahamowały importu z Indii.

Europejska Federacja Producentów Płytek Ceramicznych (CET), której członkiem jest m.in. Polska Unia Ceramiczna, przygotowała i przekazała skargę w postaci wniosku do Komisji Europejskiej o ponowne zajęcie się cłami antydumpingowymi na płytki ceramiczne pochodzące z Indii, tj. o podwyższenie stawek do poziomów, które będą przeciwdziałać nierównym warunkom konkurencyjnym na rynku wewnętrznym i zniwelują rozbieżność pomiędzy ceną produktów importowanych i produktów wytwarzanych na terytorium Unii Europejskiej, w tym w Polsce.

[A żądanie obniżenia cen energii, windowanych idiotycznie przez „zielony komunizm” UE, zwolnienia hamulców w rozwoju – ci niewolnicy nawet nie „proszą”.. MD]