Moje książki. I – dość dyskretnie ujawniane – okolice.

Moje książki. I – dość dyskretnie ujawniane – okolice.

Mirosław Dakowski

1. Gdy sięgam pamięcią wstecz, to okazuje się że jestem współ-autorem książki Krzemowe i germanowe detektory promieniowań”.

Na początku lat 60 detektory takie powstały, zostały wynalezione. A my, młodzi fizycy rozszczepienia bardzo ich potrzebowaliśmy. Zaprzyjaźnione laboratorium dr Jadwigi Chwaszczewskiej zaczęło je produkować. A my testowaliśmy je przy reaktorze, na akceleratorach, budowaliśmy dla nich nisko-szumową elektronikę. Przy okazji wyprosiliśmy, wymusili zbudowanie detektorów powierzchniowych krzemowych które wytrzymywały napięcie 300 V [sic!!] . Bo takie nam były potrzebne do badania lekkich cząstek z rozszczepienia. Opublikowaliśmy wspólnie kilka, rewelacyjnych na te czasy publikacji.

Wtedy zgłosił się do nas dyrektor Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej [CLOR] . Że on da pieniądze na druk, ale będzie współautorem książki.

Nazwiska jego nie chce mi się przypominać. Był on wśród kadr Informacji Wojskowej czy wyższych urzędników Urzędu Bezpieczeństwa, w przeważającej wielkości Żydów, którzy zwykle przyjmowali gojskie nazwiska. Jedynie prezes Urzędu do spraw Pokojowego Wykorzystania Energii Jądrowej, zachował swoje nazwisko Billig. Choć, wg jego współ-plemieńców, w młodości był krawcem mężczyźnianym, nicował głównie pelisy.

Ale już Oskar Karliner (właśc. Szyja Karliner, ps. Stefan) cyt. za viki: – dyrektor departamentu/zespołu współpracy międzynarodowej (lub zagranicznej) w Biurze Pełnomocnika. Osoba mocno zaangażowana w sprawy kadrowe, szczególnie dotyczące wyjazdów zagranicznych, kontaktów międzynarodowych i „sprawdzania” pracowników (m.in. blokował wyjazdy osobom z niepożądaną przeszłością lub zapisami służb). Przed przeniesieniem do atomistyki był prokuratorem wojskowym. I krwawym oprawcą. Takich była wśród władców EJ ogromna większość. W Świerku mówiło się, że całe Władze to kadra z właśnie rozwiązanej UB.

W wieku lat 30 chciałem się żenić. Byłem bezdomny. Poszedłem do Szyi, bo od niego zależał przydział. Popatrzył z daleka: „Przecież pan nie jest w naszej nomenklaturze.. „. No tak. Ja byłem w grupie znanej w świecie fizyki jądrowej jako „Warsow school of Ternary Physics”. A on…

————————–

Jednak dodam: On spędził resztę życia w luksusie w Izrael. Powiedział mi o tym b. Dyrektor w X Departamencie UB. Szyja był chyba przez jakiś czas jego podwładnym. A Dyrektor wybrał dalszy pobyt w ten kraj. [Viki: Departament X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) był elitarną i jedną z najbardziej tajnych jednostek stalinowskiego aparatu represji w Polsce w latach 1951–1954. Jego głównym zadaniem była walka z tzw. „wrogami klasowymi wewnątrz partii”, czyli inwigilacja, aresztowania i wymuszanie zeznań

—————————————————–

Wracając do książki: Została w sporym nakładzie wydrukowana. Dopiero wtedy zauważyliśmy, że rozdział, którego autorem był ten dyrektor CLOR-u, jest żenująco bzdurny. Zażądaliśmy więc i dopilnowali wykonania przemiału całego nakładu. Udało się, bo jego pracownicy też go bardzo nie znosili.

Mam gdzieś w szpargałach jedyny chyba egzemplarz, dla pamięci. O dziwo, żadne zauważalne kary nas nie dosięgły.

—————————————–

2. Już w roku 1980 [!] ukazała się moja książka o Solidarności po rosyjsku „Солидарность”.

Wydałem pod pseudonimem Andrzej Pomorski w NTS [Народно Tрудовой Cоюз]. Siedzibę mieli pod Frankfurtem n/Menem. NTS to działająca na emigracji, ostro antysowiecka organizacja, ale… robotniczo-socjalistyczna.

Ukazały się tam dwa wydania po 3000 egzemplarzy, w małym formacie i na bibułkowym papierze, by łatwiej przemycało się do Sojuza.

Widzę jeszcze szok i obrzydzenie rosyjskiej arystokratki, naczelnej redaktor z Russkoj Mysli w Paryżu, gdy zauważyła wydawcę. Ale gdy przejrzała treść, wzięła 100 egzemplarzy do przesłania do Rosji. Mamy bezpieczne kanały” – zapewniła mnie.

Brali również emigranci z Czechosłowacji, Rumunii, oczywiście z Polski.

W tym czasie [w PRL] kupiłem pierwszy telewizor kolorowy, z felerną fioletową plamą gdzieś w rogu. Ale był…

Zobaczyliśmy wtedy [jesień 1980] w Dzienniku Telewizyjnym, że prokurator PRL-u we Wrocławiu aresztował Kornela Morawieckiego, który [Solidarność Walcząca] przerzucał tę książeczkę do wojsk sowieckich pod Legnicą [Mała Moskwa].

Ogromna większość nakładów poszła jednak do Sojuza. Moi przyjaciele z Moskwy i Leningradu rozprowadzali ją po Rosji. Powiedzieli mi potem w żartach, że ona skróciła dni Breżniewa. Egzemplarze są na pewno w archiwach KGB i – może  – IPN.

3. Książkę o Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego pod tytułem „Via Bank i FOZZ – o rabunku finansów Polski” wydałem z profesorem Jerzym Przystawą w 1992 roku.


A tak podpisał się Urban..

============================

Poniższą dedykację przeczytałem na wielkim zgromadzeniu w Politechnice Warszawskiej, na sali siedzieli między innymi b. premier Jan Olszewski i b, minister Spraw Wewnętrznych Antoni Macierewicz. Widzę jeszcze zażenowanie byłego już premiera Olszewskiego, gdy po przeczytaniu tej dedykacji wręczyłem mu książkę.

Książka ciągle jest dostępna, widocznie sprawa ciągle budzi zainteresowanie Polaków.

sklep.antyk/o-energetyce-dla-uzytkownikow-i-sceptykow

————————————————

4. W roku 2005 ukazała się O energetyce dla użytkowników i sceptyków”. Potem nastąpiły, kolejne uzupełnione i poprawione wydania. Ciągle jest dostępna. Naprawdę jest potrzebna. Ukazuje liczne skandaliczne błędy rządzących [Po-PiS] , a także krótkowzroczność publicystów N. Czasu. Wskazuje racjonalne drogi wyjścia z katastrofy energetycznej.

sklep.antyk/o-energetyce-dla-uzytkownikow-i-sceptykow

Wydano ja też po ukraińsku:

=============================

5. W roku 2017 ukazała się moja książka „O to co najważniejsze. Kamyk na drodze lawiny”.

Też jest dostępna. sklep.antyk.org.pl/p,o-to-co-najwazniejsze-krzaczek-na-drodze-lawiny

———————————————

6.   Dopiero w roku 2018 w wydawnictwie Bolinari, związanym z Warszawską Gazetą pokazała się książka dziewięciu autorów – analityków Zbrodni: „Maskirowka Smoleńska”.

Widzę, że obecnie jest dostępna tylko na Allegro, ale w razie większego zapotrzebowania Wydawca może ją łatwo dodrukować.

——————————————————–

Dla zabawy : Od trzech dziesięcioleci nie dostałem żadnego honorarium, z wyjątkiem ok 300 zł za „Maskirowkę”.

Meduzy w walce przeciw energetyce jądrowej

Meduzy wyłączyły reaktory największej elektrowni atomowej we Francji

Cztery reaktory elektrowni atomowej Gravelines we Francji zostały w niedzielę wyłączone, ponieważ w ich systemach chłodzących pojawiły się liczne meduzy – poinformował w poniedziałek operator elektrowni, spółka EDF.

11.08.2025 https://www.rp.pl/wypadki/art42837751-meduzy-wylaczyly-reaktory-najwiekszej-elektrowni-atomowej-we-francjiElektrownia atomowa w Gravelines

Elektrownia atomowa w Gravelines

Artur Bartkiewicz

Elektrownia jądrowa Gravelines znajduje się w regionie Nord na północy Francji, niedaleko Dunkierki i Calais. Składa się z sześciu reaktorów o mocy około 910 MW każdy (łącznie 5,4 gigawata) i jest największą elektrownią jądrową we Francji i jedną z największych na świecie. 

Morze Północne: Temperatura wody rośnie, meduz jest coraz więcej

Elektrownia chłodzona jest wodą z kanału połączonego z Morzem Północnym. Meduzy pojawiły się prawdopodobnie w związku z rosnącą temperaturą wód morskich spowodowaną globalnym ociepleniem. [hi, hi.. I tu tę brednię musieli wcisnąć.. MD]

W związku z inwazją meduz cała elektrownia w Gravelines wstrzymała całkowicie wytwarzanie prądu – ponieważ już wcześniej dwa jej reaktory zostały wyłączone ze względu na zaplanowane wcześniej prace konserwacyjne.

Na plażach wokół Gravelines, miejscowości położonej między Dunkierką i Calais, obserwuje się wzrost liczby meduz w ostatnich latach w związku pojawieniem się gatunków inwazyjnych. 

Gatunek inwazyjny znany pod nazwą Aurelia coerulea, występujący naturalnie w wodach północno-zachodniego Pacyfiku, po raz pierwszy został zauważony w Morzu Północnym w 2020 roku

– Meduzy rozmnażają się szybciej, gdy woda jest cieplejsza, a ponieważ akweny takie jak Morze Północne ocieplają się, okno reprodukcyjne otwiera się szerzej i szerzej – wyjaśnił Derek Wright, konsultant ds. biologii morskiej ze Służby Rybołówstwa Morskiego Narodowej Administracji Oceanicznej i Atmosferycznej USA.

– Meduzy mogą także podróżować na pokładach tankowców, dostając się do zbiorników balastowych statków w jednym porcie i często są wypompowywane do wód po drugiej stronie świata – dodał Wright. 

Elektrownię atomową we Francji wyłączyły meduzy, które normalnie występują na Pacyfiku

Gatunek inwazyjny znany pod nazwą Aurelia coerulea, występujący naturalnie w wodach północno-zachodniego Pacyfiku, po raz pierwszy został zauważony w Morzu Północnym w 2020 roku. 

Gatunek ten, który często pojawia się w wodach, w których występują duże ilości planktonu – w portach i kanałach – był w przeszłości źródłem problemów w systemach chłodzenia elektrowni atomowych w Chinach, Japonii i Indiach. 

W niedzielę tuż przed północą reaktory drugi, trzeci i czwarty elektrowni w Gravelines wyłączyły się automatycznie, gdy filtry w stacji pomp zatkał rój meduz. Reaktor numer sześć wyłączył się kilka godzin później. 

Incydent nie wywołał zagrożenia dla bezpieczeństwa elektrowni, jej personelu, ani środowiska naturalnego – zapewnia EDF. 

W 2013 roku podobny incydent miał miejsce w Szwecji, w elektrowni w Oskarshamn, gdzie meduzy zatkały rury systemu chłodzącego. 

Elektrownia atomowa w Polsce nigdy nie powstanie? Prof. Mielczarski: Przez 16 lat jedyne, co udało się zrobić, to wyciąć 40 hektarów lasu.

Elektrownia atomowa w Polsce nigdy nie powstanie? Ekspert: przez 16 lat jedyne, co udało się zrobić, to wyciąć 40 hektarów lasu

[ MD: Z komicznej strony: Te hektary wyciętego lasu, to ostatnio. Ale w latach 80-tych i pierwszych 90-tych – w okolicy Żarnowca powstały miasteczka i wioski z ciężkiego, „JĄDROWEGO” spec-betonu. Wtedy cement był trudno dostępny, nawet za łapówkę. Więc – wiadomo.. Wywrotki piasku. Sam widziałem, jako dość nielegalny inspektor ze strony Państwowej Agencji Atomistyki, wielkie pęknięcia w 8-metrowej grubości fundamentach reaktorów. Zalewano je mleczkiem cementowym i suszono w pośpiechu nagrzewnicami, bo.. miała przyjechać ważniejsza inspekcja z Agencji w Wiedniu. Potem na terenach Żarnowca powstały różne „przedsiębiorstwa”, np. smażalnia frytek]

————————

Koszt budowy elektrowni wzrósł od czasu Czarnobyla pięcio- czy nawet siedmiokrotnie. Budowa bloku gazowego o mocy tysiąca megawatów kosztuje 4 mld zł, węglowego – 6–7 mld zł, a jądrowego – ponad 50 mld zł.

———————————————

elektrownia-atomowa-w-polsce-nigdy-nie-powstanie

[to nie REAKTORY, lecz chłodnice …md]

Na elektrownie jądrowe w Europie mamy małe szanse, szczególnie w Polsce, gdzie po 16 latach działania Programu Polskiej Energetyki Jądrowej jedyne, co zrobiono, to wycięto 40 hektarów lasu w okolicach Choczewa i ogłoszono przetarg na budowę drogi do tej wycinkimówi w rozmowie z tygodnikiem „Do Rzeczy” prof. dr hab. inż. Władysław Mielczarski – wieloletni pracownik Instytutu Elektroenergetyki Politechniki Łódzkiej, który brał udział w projektowaniu oraz we wdrażaniu rynków energii elektrycznej w Australii, Kanadzie i w Polsce.

Zdaniem naukowca Polska nie ma ani pieniędzy, ani nawet konkretnego pomysły na energetykę jądrową. Nie dość, że nie wiemy, jak taką elektrownię sfinansować, to ponadto nie mamy pojęcia kto dostarczyłby technologii, i jaka firma wybudowałaby instalacje. – Łudzenie się nadzieją na powstanie elektrowni jądrowej powoduje odkładanie na później istotnych problemów w energetyce, których brak rozwiązania spowoduje braki energii elektrycznej – podkreśla.

Rozmówca „Do Rzeczy” zwraca uwagę, że zdolność do dostaw wyposażenia elektrowni jądrowych mają obecnie trzy kraje: Chiny, Rosja i po części Francja. – Nie wiem, czy moglibyśmy kupić elektrownię jądrową w tych dwóch pierwszych krajach, ale we Francji ze względu na obecnie realizowane zamówienia, to nie wcześniej niż po 2040 roku. To bardzo kosztowna technologia i wiele krajów, jak USA, zrezygnowało z budowy nowych reaktorów, a jeszcze więcej innych, jak kraje postsowieckie, chętnie tych jądrowych elektrowni by się pozbyło. Koszt budowy elektrowni wzrósł od czasu Czarnobyla pięcio- czy nawet siedmiokrotnie. Budowa bloku gazowego o mocy tysiąca megawatów kosztuje 4 mld zł, węglowego – 6–7 mld zł, a jądrowego – ponad 50 mld zł. I może być jeszcze większa – wyjaśnia.

Na uwagę, iż rząd w Warszawie twierdzi, że wybuduje elektrownię jądrową w Polsce prof. Mielczarski odpowiada: „To jest publicystyka PR, która ma na celu przesłonięcie rzeczywistych problemów, z którymi boryka się energetyka, a przede wszystkim z mocami wytwórczymi. Prowadzi to do braku realistycznej strategii energetycznej w obliczu narastającego kryzysu. Nakład inwestycyjny przy budowie w Polsce jednej elektrowni, jak np. w Choczewie, o mocy ok. 3,5 GW jest rzędu 180–200 mld zł. I gdyby taką elektrownię nawet wybudować, to dostarczyłaby ona maksymalnie ok. 21 TWh energii elektrycznej, podczas gdy w roku 2040, zgodnie z prognozą polityki energetycznej, będziemy potrzebować ponad 300 TWh energii elektrycznej. Czy budowa elektrowni jądrowej o mocy 3,5 GW, której udział w pokryciu zapotrzebowania wyniesie ok. 7 proc., cokolwiek zmieni?”.

Źródło: tygodnik „Do Rzeczy” TG

Wypadek w elektrowni jądrowej koło Sztokholmu – ostrzeżenie dla krajów Bałtyku. FORSMARK – 22 MINUTY PRZERAŻENIA.

Wypadek w elektrowni jądrowej koło Sztokholmu – ostrzeżenie dla krajów Bałtyku.

FORSMARK 22 MINUTY PRZERAŻENIA

dakowski.pl/archiwum

[Przypominam naszym milusińskim rządowym psychologom i innym „ekspertom” od EJ. 2023. MD]

[Gerd Rosenkranz, „Mity energetyki jądrowej: Jak oszukuje nas lobby energetyczne”, , str. 9, wyd. Fundacja im. Heinricha Bőlla ]

Jest 25 lipca 2006 roku, godzina 1319, gdy elektrycy pracujący poza elektrownią jądrową Forsmark w Szwecji doprowadzają do zwarcia w stacji rozdzielczej. Takie rzeczy się zdarzają ­wszędzie tam, gdzie obracają się wielkie turbiny i gdzie trzeba odprowadzić gigantyczne ilości energii wyprodukowanej w blokach elektrowni. Zwykłe takie zakłócenie w sąsiedniej sieci nie powoduje w żadnej elektrowni jądrowej poważ­nych kłopotów. Systemy zabezpieczeń są przy­gotowane na podobne sytuacje. Reaktor jest wtedy odłączany od uszkodzonej sieci, zanim jeszcze zewnętrzne zwarcie dotrze do urządzeń elektrycznych reaktora. W najgorszym przypad­ku następuje automatyczne wyłączenie reaktora, a – jako że promieniowane fragmentów rozszczepiania w jego wnętrzu trwa jeszcze przez wiele dni i miesięcy – systemy chłodzenia awaryjnego stopniowo powinny obniżać temperaturę re­aktora aż do osiągnięcia bezpiecznego stanu.

Ale w tamten wtorek w Forsmark nic nie działa normalnie. Ponieważ odłączenie od sieci następuje zbyt wolno i właściwie drobne zakłóce­nie wywołuje całą kaskadę dalszych komplikacji, posłuszeństwa odmawia duża część zabezpie­czeń elektrycznych w bloku I reaktora wodnego wrzącego (BWR). Nie działają dwa z czterech dieslow­skich agregatów, które miały w przypadku awa­rii zasilać urządzenia sterowania reaktorem oraz pompy chłodzenia awaryjnego. Przez nieznoś­nie długie 22 minuty najbardziej krytycznej fazy awarii ekrany w nastawni są ciemne, czujniki nie przesyłają żadnych sygnałów dotyczących reakcji łańcuchowej w reaktorze, nie działa nawet część głośników, przez które ogłasza się alarm i za­rządza ewakuację. Nie docierają najważniejsze informacje – o położeniu prętów sterujących do regulacji szybkości reakcji w rdzeniu czy o po­ziomie chłodziwa w zbiorniku reaktora. Dopiero gdy jednemu z techników udaje się ręcznie uru­chomić oba agregaty Diesla i przywrócić zasilanie systemów pomiarowych i zabezpieczających, ten „lot po omacku” wreszcie się kończy.

 Szwedzka instytucja nadzorująca instalacje atomowe (SKI) ustaliła dość szybko, że bezpośred­nim czynnikiem, który wywołał sekwencję zdarzeń w reaktorze wodnym wrzącym, było uszkodzenie dwóch falowników, wskutek czego nie włączyły się planowo dwa z czterech silników w siłowniach awaryjnych.

Dokładnego przebiegu procesów podczas decydującej fazy awarii dużej części sy­stemu zabezpieczeń nie udało się zrekonstruować. Pozostały zagadką.

Co najdziwniejsze, eksperci nie potrafili wyjaśnić, dlaczego z czterech iden­tycznych pod względem konstrukcji falowników, odpowiedzialnych za prawidłowy rozruch agre­gatów awaryjnych, połowa zadziałała tak, a druga połowa inaczej. Pewne było na koniec jedno: gdy­by wszystkie zadziałały tak samo, istniałoby duże prawdopodobieństwo utraty kontroli nad reakto­rem. Wtedy bowiem zawiodłyby wszystkie cztery ciągi systemu zabezpieczeń reaktora, co – jak przy­znał szwedzki nadzór – „doprowadziłoby do wyłą­czenia zasilania prądem przemiennym wszystkich siłowni awaryjnych i tym samym do zdarzenia, którego zaistnienie nie było zakładane w procedu­rach bezpieczeństwa” (Gesellschaft filr Anlagen­und Reaktorsicherheit, 2006). Taka awaria nie zo­stała przewidziana w żadnej instrukcji, nie istniały więc żadne procedury – a prawdopodobnie także możliwości – jej opanowania.

Sytuacja, która miała miejsce w południe owego letniego dnia w 2006 roku na szwedzkim wybrzeżu Bałtyku, była przerażająco podobna do dwóch wydarzeń, które od kilkudziesięciu lat kła­dą się ponurym cieniem na historii cywilnego wy­korzystania energii jądrowej – katastrof reaktorów w Harrisburgu w USA (w marcu 1979 roku) oraz Czarnobylu na Ukrainie (w kwietniu 1986 roku).

[pisane przed Fukushima – md]

Trudne do pojęcia błędy w zakresie plano­wania, niewłaściwy montaż ważnych części, niewybaczalna partanina podczas konserwacji urządzeń oraz naiwna wiara w zaawansowaną, bardzo czułą technikę – to wszystko już było. Nie tylko w Harrisburgu i Czarnobylu: podobne błędy popełniano również w zakładzie przerobu paliwa jądrowego w brytyjskim Sellafield [to była miejscowość Windscale, ale po strasznej katastrofie jądrowej w 1957 roku zmieniono nawet nazwę miejscowości MD], w japońskim reaktorze powielającym Monju czy zakładzie przerobu zużytego paliwa w Tokaimura, niemie­ckich elektrowniach jądrowych Brunsbüttel czy Krümmel nad Łabą.

Tam, gdzie pracują ludzie, po­pełniane są błędy. Może­my mówić o szczęściu, że nie każda awaria, opisy­wana zawsze jako „niewy­tłumaczalny” splot popeł­nionych błędów, jest tak brzemienna w skutki jak katastrofa z 1986 roku dla Ukrainy i jej sąsiadów. W bloku numer l elektrowni jądrowej Forsmark, ok. 100 km na północ od stolicy kraju Sztok­holmu, skończyło się na 22 minutach strachu i przerażenia osób obsługujących reaktor oraz na istotnych wątpliwościach co do wiarygodności operatora elektrowni, szwedzkiego państwowego koncernu Vattenfall, który od tamtej pory dal już podstawy do kolejnych krytycznych pytań – tym razem dotyczących swoich niemieckich obiektów w Brunsbütteł i Krümmel.

Nazwa Forsmark stała się symbolem przy­puszczalnie najbardziej spektakularnego wy­padku w europejskim reaktorze jądrowym od katastrofy w Czarnobylu.

Fachowcy w kraju i za granicą, którzy próbowali zrekonstruować prze­bieg tamtych zdarzeń, stwierdzili z przerażeniem, że cała sytuacja w Forsmark mogła mieć znacznie gorsze skutki i takich gorszych skutków można się w każdej chwili spodziewać.