Ataki na Sankt Petersburg zostały przeprowadzone z wykorzystaniem przestrzeni powietrznej NATO
Ataki ukraińskich dronów na instalacje naftowe w rosyjskim Sankt Petersburgu w środę wieczorem zostały przeprowadzone z wykorzystaniem przestrzeni powietrznej państw bałtyckich UE i NATO, jak wynika z doniesień z państw bałtyckich.
Anti-Spiegel 4 czerwiec 2026
Fakt, że Ukraina wykorzystuje przestrzeń powietrzną Polski [?? żadnych dowodów. md] , państw bałtyckich i Finlandii do ataków dronów na rosyjski region Petersburga, nie jest już tajemnicą; Zachód otwarcie przyznaje się do tego faktu i jest częstym tematem na stronie internetowej Anti-Spiegel.
Ukraińskie ataki dronów w środę wieczorem, które po raz pierwszy uderzyły również w cele w samym Petersburgu, nie były wyjątkiem, o czym świadczą doniesienia z państw bałtyckich z tamtej nocy.
Po ogłoszeniu alarmu dronów w regionie Alūksne, łotewskie siły zbrojne postawiły w stan gotowości myśliwce NATO stacjonujące w krajach bałtyckich, jak donosi państwowy nadawca LSM, powołując się na łotewskie siły zbrojne. Według LSM, alarm trwał od 4:59 do 6:25 czasu lokalnego. Ostrzeżenie przed dronami zostało wydane w Petersburgu o godzinie 4:11 rano i odwołane o 6:51 rano.
Według estońskiego nadawcy publicznego ERR, estońskie siły zbrojne wydały ostrzeżenia o zagrożeniach powietrznych dla mieszkańców okręgów Ida-Viru, Lääne-Viru, Tartu, Jõgeva, Viljandi, Valga, Võru i Põlva tej samej nocy. Ostrzeżenie dla wschodnich i południowych okręgów kraju, położonych wzdłuż trasy do Petersburga, nie wpłynęło na operacje na lotnisku w Tallinie; loty odbywały się zgodnie z planem.
Doniesienia z państw bałtyckich w środę wieczorem potwierdzają zatem, że ukraińskie drony wykorzystały przestrzeń powietrzną państw bałtyckich do ataków na Petersburg, które trwały kilka godzin. Nie odnotowano żadnych prób przechwycenia ani prób utrudnienia działania ukraińskich dronów, co z kolei oznacza, że państwa bałtyckie świadomie zezwoliły na te ataki. To czyni je ponownie bezpośrednimi stronami konfliktu z Rosją.
Rankiem po ataku samolot estońskich sił powietrznych patrolował Zatokę Fińską, niedaleko Sankt Petersburga, w przestrzeni powietrznej kontrolowanej przez Tallińską Kontrolę Ruchu Lotniczego – poinformowało agencję informacyjną TASS unijne źródło w kontroli ruchu lotniczego.
Według tego źródła samolot wystartował „z bazy wojskowej Ämari w pobliżu wybrzeża, a następnie rozpoczął patrolowanie obszaru kontrolowanego przez Tallińską Kontrolę Ruchu Lotniczego nad Zatoką Fińską, w tym wód międzynarodowych”. Samolot PZL-Mielec M-28 Skytruck, zaprojektowany między innymi do celów obserwacyjnych, leciał na wschód na wysokości około 1500 metrów.
Można to interpretować jedynie jako próbę estońskich sił zbrojnych zebrania informacji o rzeczywistych szkodach wyrządzonych przez ukraińskie ataki.
Pytanie retoryczne, bo od 2005 roku wiadomo, że zapłaci Polska i wiadomo, że klęską własnej polityki historycznej. Można powiedzieć, że pierwszą ofiarą w wojnie z ukraińską polityką historyczną będzie mit założycielski III RP w całości zbudowany z kłamstw, przemilczeń i kompilacji. Obnażenie prawdy, tak w przypadku polskich mitów, jak i ukraińskich, będzie tym, czym jest usunięcie taboretu spod nóg stojącego na nim faceta z pętlą na szyi.
Miejsce akcji „Kutschera”– Aleje Ujazdowskie przy skrzyżowaniu z ul. Chopina – Dodam tutaj [ZB], że po zamachu na Franza Kutscherę Niemcy aresztowali kilkaset osób. Około 300 Polaków zostało rozstrzelanych. Zamknięto polskie restauracje, teatry, kina, rozszerzono godzinę policyjną oraz nałożono karę pieniężną (kontrybucję) na wszystkich mieszkańców Warszawy.
Czy można było tego uniknąć? Od momentu, w którym zdecydowano się na budowanie polskiego mitu założycielskiego na fundamencie kultu II RP i jego kontynuacjach w formie mitu AK, mitu żołnierzy wyklętych i walce z PRL-owską komuną, już nie można było uniknąć nieuchronności.
To oczywiste, że architekt kształtującego się po 1989 roku porządku, aby po czterdziestu czterech latach odzyskać władzę nad kordonem sanitarnym musiał zaszczepić w nim lokalne ideologie izolujące go od reszty świata. Ukraiński szowinizm wyrósł w początkach XX wieku z dezaprobaty dla polskiego imperializmu, więc wiadomo było, że te dwie ideologie skazane są na czołowe zderzenia.
Dziś szumowiny podające się za polskie elity usprawiedliwiają swoją tolerancję względem banderyzmu tym, że wprawdzie jest on jaki jest, ale przez to stanowi naturalną przeciwwagę dla rosyjskiego zagrożenia. Udają, że nie wiedzą o tym, że nim OUN-owcy zanim zaczęli walczyć z sowietami, to najpierw walczyli z Polakami. I nim zaczęli zabijać ruskich czynowników, to najpierw zabijali polskich. A emigracyjna ukraino-języczna propaganda w latach 20-tych i 30-tych XX wieku donosiła o głodowej klęsce na obszarach zachodniej i zakarpackiej Ukrainy czyli na wschodnich obszarach II RP, z taką samą pasją, z jaką donosiła o hlodomorze na obszarach należących do ZSRR (link 1).
Odrodził się banderyzm na Ukrainie
Banderyzm jest ze swej natury antypolski i nic tego nie zmieni. Banderyzm bez polakożerstwa nie istnieje, tak jak nie istnieje zupa grzybowa bez grzybów. Żeby o tym wiedziieć, wystarczy mieć podstawową wiedzę na ten temat. Nawiasem mówiąc, owe minimum w roku 2022 zostało zakazane, bo scharakteryzowano je jako wpisywanie się w retorykę Kremla. Aż tu nagle i niespodziewanie w zeszłym tygodniu cały polski mainstream zatrząsł się z gniewu, bo oto ukraiński Zełenski nadał jakiejś jednostce dumny tytuł „Bohaterów UPA”.
Nie wiem, o co chodzi, ale nie dam złamanego szeląga za szczerość tego gniewu. Być może właśnie rozpoczęty wyścig w potępianiu UPA to świeży pomysł na zbliżającą się kampanię wyborczą do Sejmu, ale też nie wykluczam, że idzie o jakiś powód globalny, na co wskazywałoby oburzenie Izraela, które wyprzedziło polskie oburzenie o całe cztery dni. Dwa oburzenia równie obłudnych ośrodków to nie przypadek.
22 maja 2026 odbyła się ceremonia pogrzebania prochów (wcześniej wydobytych z luksemburskiej mogiły) Andreja Melnyka i jego żony na Narodowym cmentarzu pamięci (link 2). Obiekt powstał w 2023 roku i pełni funkcję narodowego panteonu (link 3). Podczas ceremonii głos zabrał prezydent Zeleński i zapowiedział:
„Już rozpoczęliśmy pracę nad sprowadzeniem Jewhena Konowalca do domu. I wielu innych Ukraińców. To niezwykle symboliczne, że nasi dzisiejsi ukraińscy bohaterowie, którzy wyrwali Ukrainę z rąk Rosji w dzisiejszej pełnowymiarowej wojnie, będą na zawsze spoczywać obok Ukraińców z poprzednich pokoleń, którzy również działali na rzecz tego, by Ukraina była dokładnie tym, czym jest, by Ukraina była sobą, by Ukraina była wolna”. (Kto to Melnyk i Konowalec proszę poczytać na boku, bo nie chce mi się pisać o rzeczach powszechnie wiadomych).
Tak więc ględzenie polskiego mainstreamu, zwłaszcza politycznego, że Zełenski popełnił gafę, że tym razem przesadził, a nawet że strzelił sobie w kolano, należałoby którymś z naturalnych otworów ciała, wcisnąć z powrotem do gardła owemu mainstreamowi. A bo to nie pamiętamy, że odkąd Ukraina obrała już ewidentnie banderowski kurs, czyli od pomarańczowej rewolucji, uzyskała pełne poparcie polskiego establishmentu? Nie pamiętamy, że w 2005 prezydent Kwaśniewski odznaczył orderem Orła Białego prezydenta Juszczenkę – syna obozowego kapo rodzinnie związanego ze środowiskiem amerykańskich organizacji post-banderowskich Postanowiliśmy zapomnieć o upokorzeniu, jakiego doznali Polacy, kiedy uroczystości związane z obchodem 65. rocznicy wydarzeń w Hucie Pieniackiej ‚imprezę przejęli’ ukraińscy szowiniści zagłuszając tę oficjalną z Lechem Kaczyńskim?
Zapomnieliśmy, że prezydent Komorowski w/w orderem udekorował prezydenta Poroszenkę, który przy światowym aplauzie wiosną 2014 zainicjował wojnę z własną rosyjskojęzyczną ludnością?
Zełeński wygrał prezydenckie wybory dzięki antywojennej retoryce z dość widocznym odrzuceniem banderyzmu. Jeszcze kilka miesięcy po zaprzysiężeniu usiłował kontynuować tę linię, ale jako mądry żydowski młodzieniec zrozumiał skąd wiatry wieją, więc pospiesznie zszedł z błędnej obranej drogi. Zełeński doskonale wie, co robi, a polski establishment doskonale wie, że Zeleński wie. My też wiemy, żepolski mainstream wie o tym, że Zeleński wie. Wszyscy wiedzą, ale z jakiś powodów udają zaskoczenie.
Jakiekolwiek nie byłyby prawdziwe cele tego powszechnego oburzenia decyzjami Zeleńskiego, już dziś wiadomo, że strona ukraińska oburzona polskim oburzeniem gwoli usprawiedliwienia własnej polityki historycznej zacznie walić w polskie mity historyczne. A że Ukraina ma na świecie o niebo, a może dwa nieba, lepsze notowania niż Polska, cały świat dowie się, że II RP była państwem znacznie bardziej faszystowskim niż Włochy Mussoliniego, w których przecież nie było placówki porównywalnej z więzieniem w Berezie Kartuskiej, które Ukraińcy i Białorusini zasłużenie nazywają obozem koncentracyjnym. Sama tylko publikacja więziennych statystyk dotyczących narodowości skazanych dowiedzie, kto był docelową grupą tej instytucji.
‚Świat’ dowie się też o urządzanych przez warszawski sanacyjny reżim akcjach pacyfikacyjnych wymierzonych w mniejszości narodowe, których najmniejszy sprzeciw interpretowany był i zwalczany jako bolszewizm. Nie przymierzając jak dzisiejszy reżim każde słowo prawdy zwalcza jako przejaw kremlowskiej propagandy. Jak widać wielka jest siła tradycji. Świat dowie się też o prawdziwym obliczu, tym mniej eksponowanym i zasłanianym wzruszającą klechdą o szlachetnym i rycerskim AK i męczeństwie żołnierzy wyklętych.
Oczywiście żaden z wymienionych faktów nie jest dla historyków tajemnicą, ale aktualna sytuacja stworzyła doskonałą okazję do tego, aby wydobyć je, odkurzyć i przedstawić światowej opinii publicznej. Jeśli tylko trzecia część z tego, co piszą ukraińscy i białoruscy historycy o AK jest prawdą, to poziom zrozumienia dla Polski i wiecznej żebraniny o współczucie dla jej martyrologii spadnie do poziomu dzisiejszego współczucia dla Żydów i Izraela.
U mnie nic się nie zmieni, moja opinia o II RP jako o faszystowskim reżimie łamiącym cywilizacyjne normy jest niezmienna, rezerwa względem całokształtu militarnych poczynań AK, nie mówiąc o anty PRL-owskiej opozycji, pozostanie na tym samym poziomie. Nie wiem tylko, jak sobie poradzi większość tak zwanych ‚normalnych Polaków’. Czy na gruzowisku narodowych mitów zdołają się zebrać w sobie i budować rzeczywistość już tym razem opartą na prawdzie? Nie wiem. Ale mam nadzieję, w końcu będzie tokatastrofa z kategorii wspaniałych.
Podczas gdy Wielka Brytania i Ukraina naciskają na Niemcy, by przygotowały się do wojny z Rosją, jesteśmy świadkami rozpadu zjednoczonych Niemiec. Kraj jest głęboko podzielony na dwie odrębne grupy etniczne. Jego tożsamość stoi pod znakiem zapytania. Rozpad Republiki Federalnej Niemiec jest nieunikniony. Tymczasem porozumienie pokojowe między Waszyngtonem a Moskwą doprowadzi do aneksji części Ukrainy i Naddniestrza przez Rosję. A odejście Unii Europejskiej od jej wartości doprowadzi do jej upadku.
Mychajło Fiodorow i Boris Pistorius, ministrowie obrony Ukrainy i Niemiec, podpisują umowę o produkcji dronów. Wołodymyr Zełenski, niewybrany prezydent Ukrainy, i Friedrich Merz, kanclerz Niemiec, z zadowoleniem przyjmują to zbliżenie ich przemysłu zbrojeniowego.
Nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi, upadek rządu Zełenskiego na Ukrainie prawdopodobnie doprowadzi do rozpadu Mołdawii, Niemiec i Unii Europejskiej.
Taka jest robocza hipoteza Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych. Jednak nie jesteśmy na to absolutnie przygotowani, a nasi politycy i media nawet jeszcze nie rozważyli tego pytania.
Podział dwóch państw niemieckich
Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że zjednoczenie Niemiec, o które zabiegali kanclerz Helmut Kohl i prezydent François Mitterrand, zostało przeprowadzone z naruszeniem prawa międzynarodowego: naród Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD) nigdy nie został skonsultowany. Zaakceptowaliśmy to, ponieważ uważaliśmy to za logiczne, a także dlatego, że Angela Merkel, komunistyczna liderka propagandy Komunistycznej Młodzieży NRD, została w ciągu 14 miesięcy chadeckim ministrem ds. młodzieży RFN [ 1 ] .
Jednak osobista kariera tej polityczki w żadnym wypadku nie jest reprezentatywna dla jej narodu. Widzimy jedynie perspektywę Zachodu (62 miliony mieszkańców w momencie zjednoczenia), a nie Wschodu (16 milionów mieszkańców w tym samym czasie).
Przemysł na Wschodzie został splądrowany dla dobra Zachodu. Bezrobocie wynosi tam obecnie 7,5%, podczas gdy na Zachodzie zaledwie 5,7%. Średnie wynagrodzenie brutto wynosi 3973 euro na Wschodzie i 4810 euro na Zachodzie. Produkt krajowy brutto (PKB) na mieszkańca wynosi średnio 37 711 euro w pięciu krajach związkowych Niemiec Wschodnich, w porównaniu do 54 162 euro w krajach związkowych Zachodnich.
W ostatnich wyborach federalnych oba kraje znalazły się po przeciwnych stronach barykady: Niemcy Wschodni, ukształtowani przez okupację sowiecką, w zdecydowanej większości głosowali na Alternatywę dla Niemiec (AfD), podczas gdy Niemcy Zachodnie, ukształtowani przez okupację amerykańską i nazistów, których ponownie zjednoczyli, głosowali na chadeków i socjaldemokratów. W rzeczywistości nie ma jednych Niemiec, lecz dwa kraje [ 2 ] .
Dziś zjednoczone Niemcy są rządzone przez liczebnie największą część, część zachodnią, która próbuje tłumić ekspresję polityczną w swojej wschodniej części. 2 maja 2025 roku partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) została sklasyfikowana jako organizacja „prawicowo-ekstremistyczna” przez Federalny Urząd Ochrony Konstytucji. Partia ta jest jedynie reakcją na projekt europejskiej konfederacji; projekt zakorzeniony w reorganizacji Europy, którą Walter Hallstein przedstawił w imieniu kanclerza Rzeszy Adolfa Hitlera, zanim został pierwszym sekretarzem generalnym EWWiS (później EWG i Unii Europejskiej). Podobnie, Federalny Urząd Ochrony Konstytucji z siedzibą w Monachium, który w latach 50. XX wieku służył do przekwalifikowywania funkcjonariuszy policji Gestapo, nadzoruje tłumienie dziennikarzy i myślicieli, którzy mogliby podważyć niemieckie stereotypy [ 3 ] .
Choć jesteśmy świadomi okrucieństw popełnionych przez Służbę Bezpieczeństwa (Stasi) w Niemczech Wschodnich, nie wiemy nic o tych, które miały miejsce wobec komunistów i homoseksualistów w Niemczech Zachodnich. To była ponura rzeczywistość.
Dzisiejsze zjednoczone Niemcy znajdują się pod wpływem niewielkiej grupy potomków nazistów, którzy po wojnie kolaborowali z anglosaskimi okupantami. Sam kanclerz Friedrich Merz jest wnukiem nazistowskiego dygnitarza, którego antysłowiańskie uprzedzenia przejął. Nie ma on problemu ze współpracą z ukraińskimi „integralnymi nacjonalistami”, którzy identyfikują się jako potomkowie wikingów Waregów, a przede wszystkim nie jako Słowianie. Podczas gdy tradycja germańska odrzucała współpracę z Rosjanami (stąd schizma z 1054 roku, która oddzieliła Święte Cesarstwo Rzymskie od Konstantynopola, sto lat po chrześcijaństwie Ukrainy i Rosji), jedynie naziści dążyli do eksterminacji wszystkich Słowian i zawłaszczenia ich ziemi (Lebensraum, czyli przestrzeni życiowej Niemiec).
Jakkolwiek by było, od uzyskania niepodległości w 1991 roku aż do zamachu stanu na Euromajdanie w 2014 roku zjednoczone Niemcy nie zgłosiły najmniejszego sprzeciwu wobec nazizacji Ukrainy. Dołożyły wszelkich starań, aby zignorować setki pomników wzniesionych na Ukrainie ku czci nazistów i ich kolaborantów. Zignorowały plan rządu Zełenskiego, aby utworzyć panteon ukraińskich bohaterów i, w przeciwieństwie do pomnika Jad Waszem, odmówiły komentarza w sprawie zatwierdzonego przez państwo ponownego pochówku sprawcy zbrodni przeciwko ludzkości, Andrija Melnyka, 25 maja 2026 roku. [ 4 ]
Rozpad Mołdawii i Naddniestrza
Po upadku Związku Radzieckiego Naddniestrze ogłosiło niepodległość 2 września 1990 roku. Jest to mała dolina nad Dnieprem o niezwykłym mikroklimacie, którą Sowieci rozwinęli w centrum badań naukowych. Prawie rok później, 27 sierpnia 1991 roku, Mołdawia również ogłosiła niepodległość. Do tego czasu oba państwa tworzyły jeden region, Mołdawską Socjalistyczną Republikę Radziecką. Jednak 28 lutego 1992 roku Stany Zjednoczone przyjęły do Organizacji Narodów Zjednoczonych osiem niepodległych republik post-radzieckich, w tym Mołdawię. Naddniestrze jednak nie zostało uwzględnione. W oczach ONZ terytorium to jest po prostu częścią Mołdawii. Zaraz potem CIA próbowała przejąć kontrolę nad Naddniestrzem w wojnie, o której zapomnieliśmy [ 5 ] .
Od tego czasu Mołdawia i Naddniestrze rozwijały się niezależnie. Sytuacja jest tym bardziej złożona, że Naddniestrze wciąż nosi piętno czasów sowieckich i spełniło marzenie Michaiła Gorbaczowa o pogodzeniu komunizmu z demokracją. System ten nie jest jednak idealny i nie udało mu się rozwiązać problemu przestępczości zorganizowanej, tak jak zrobiła to Rosja pod rządami Władimira Putina.
Naddniestrze, w którym od czasu uzyskania niepodległości znajdował się rosyjski arsenał broni, a od wojny w 1992 r. stacjonowały rosyjskie siły pokojowe, otrzymuje rosyjski gaz bezpłatnie, ponieważ strzeże węzła kilku rosyjskich gazociągów do Europy Wschodniej, Środkowej i Zachodniej [ 6 ] .
Od 2019 roku amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy działa na rzecz osłabienia Rosji poprzez angażowanie jej w konflikty na Ukrainie i w Naddniestrzu [ 7 ] . W 2005 roku ówczesna kanclerz Angela Merkel zatrudniła Ursulę von der Leyen jako doradczynię. Obie kobiety naciskają na utworzenie Misji Granicznej Unii Europejskiej dla Mołdawii i Ukrainy (EUBAM). Ta europejska organizacja będzie naruszać Naddniestrze, otaczając jego granice z Mołdawią i Ukrainą, mimo że żaden z tych krajów nie jest członkiem Unii Europejskiej.
Porozumienie podpisane w Anchorage 15 sierpnia 2025 roku przez prezydentów Donalda Trumpa i Władimira Putina stanowi, że Donbas i Noworosja zostaną uznane za terytorium rosyjskie. Oznacza to, że Odessa nie zostanie wyzwolona siłą, lecz zaanektowana na mocy traktatu pokojowego. Odessa graniczy jednak z Naddniestrzem. Dwa tygodnie temu prezydent Putin nadał obywatelstwo rosyjskie wszystkim obywatelom Naddniestrza, którzy się o nie ubiegali [ 8 ] . W ten sposób po zakończeniu wojny na Ukrainie Naddniestrze stanie się rosyjskie, co doprowadzi do rozpadu Mołdawii. Ludność wyraziła to już dwukrotnie.
Upadek Unii Europejskiej
Jedność Unii Europejskiej wydaje się nam niepodważalna. Jednak Wielka Brytania przystąpiła do Unii w 1973 roku i wystąpiła ponownie w 2020 roku. W 2005 roku wyborcy we Francji i Holandii odrzucili referenda w sprawie Konstytucji Europejskiej. Zostały one zignorowane, ponieważ UE odchodziła od swoich „wartości demokratycznych”. W 2013 roku Europejska Trojka (wówczas składająca się z Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii) zmusiła Cypryjczyków do zajęcia depozytów bankowych przekraczających 100 000 euro; Unia Europejska w ten sposób ponownie zdystansowała się od swoich „wartości demokratycznych i liberalnych”.
W 2024 roku Komisja Europejska potajemnie ingerowała w rumuńskie wybory prezydenckie, definitywnie odchodząc od swoich „wartości”. Obecnie, z wyjątkiem Słowenii i Węgier, państwa członkowskie UE kwestionują zasadę jednomyślności w Radzie Europejskiej.
Tymczasem Wielka Brytania, która nie jest już członkiem UE, tworzy nowy sojusz wojskowy – „Północne Siły Morskie”. W skład tych sił wchodzą siły zbrojne Danii, Estonii, Finlandii, Islandii, Litwy, Łotwy, Norwegii i Szwecji. Oczekuje się, że wkrótce dołączą do nich siły zbrojne Niemiec, Polski i Turcji; być może nawet Francji, choć rozmowy między Londynem a Paryżem w 2025 roku nie są już uważane za konieczne. Według zespołu prezydenta Trumpa, Północne Siły Morskie mają zastąpić NATO po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z Sojuszu Atlantyckiego w połowie 2027 roku.
Jednakże sojusz ten jest niezgodny z istnieniem UE, co jest konsekwencją tajnych klauzul Planu Marshalla (1948).
Zauważamy, że niemieckie zbrojenia są finansowane zarówno przez Unię Europejską, jak i Wielką Brytanię. Ta ostatnia finansowała niemieckie zbrojenia przeciwko Sowietom w latach 30. XX wieku. Dopiero po układzie monachijskim (29-30 września 1938 r.) ZSRR, przekonany, że jest kolejną ofiarą III Rzeszy, zawarł pakt niemiecko-sowiecki (23 sierpnia 1939 r.), po czym Berlin zwrócił się przeciwko Londynowi.
Pierwszym sygnałem było to, że nikt nie miał czasu, choć tak naprawdę, ludzie nie wiedzieli, na co go potrzebują.
Martín zdał sobie z tego sprawę we wtorek w banku. Przyszedł jedynie po to, by odblokować kartę. Pracownica w recepcji poprosiła go, aby wziął numerek z ekranu dotykowego. Terminal poprosił go o aktualizację danych. Aby je zaktualizować, musiał potwierdzić kod otrzymany SMS-em. Wiadomość przyszła po siedmiu minutach. Kiedy wreszcie pojawił się numer, na ekranie wyświetliło się:
– „Proszę udać się do strefy samoobsługowej”.
W strefie samoobsługowej inna pracownica wyjaśniła mu, że sprawę trzeba załatwić przez aplikację banku.
– Więc po co tutaj przyszedłem? – zapytał Martín.
Kobieta rozłożyła ramiona; była zmęczona.
– Bo jeśli pan tu najpierw nie przyjdzie, aplikacja nie aktywuje panu tej opcji.
Martín rozejrzał się wokół. Wszyscy wyglądali na wykończonych. Ale nie zmęczonych pracą: wykończonychprzedzieraniem się przez niepotrzebne mechanizmy.
Uciążliwość stała się nieodłączną częścią życia.
Nie stało się to nagle. Pojawiła się powoli, pod pozorem modernizacji.
Firmy odkryły, że bardziej opłaca się przerzucić wysiłek na klienta. Banki zlikwidowały pracowników i zastąpiły ich automatycznymi menu. Linie lotnicze zmieniły pasażera we własnego urzędnika administracyjnego. Supermarkety doprowadziły do tego, że każdy sam skanuje swoje produkty, pakuje zakupy i sam rozwiązuje błędy systemu.
Nazwali to efektywnością.
Martín zaczął jednak podejrzewać coś innego: ta uciążliwość nie była wadą systemu. To był sam system.
Każda minuta stracona na cyfrowych procedurach oznaczała mniej pracowników, niższe płace i większą rentowność. Każda niemożliwa do załatwienia sprawa zmuszała konsumenta do wykonywania darmowej pracy dla korporacji, które przedstawiały się jako innowacyjne.
Dekadencja nie wyglądała tak, jak ją opisują podręczniki historii. Nie było płonących budynków ani przewracających się posągów.
Zachód gnił w drobnych, codziennych upokorzeniach.
Dzwonienie do firmy i niemożność rozmowy z żywym człowiekiem.
Akceptowanie nieczytelnych warunków, by móc używać “inteligentnej” lampy.
Oglądanie reklam na ekranie zamontowanym przy dystrybutorze paliwa.
Słuchanie piskliwej muzyki, podczas gdy maszyna powtarzała:
– „Pański czas jest dla nas bardzo ważny”.
Martín pracował w firmie konsultingowej zajmującej się logistyką. Jego zadanie polegało na optymalizowaniu „tarć operacyjnych”. Tak to nazywali.
Pewnego ranka uczestniczył w spotkaniu, podczas którego dyrektor z dumą pokazał kilka wykresów.
– Ograniczyliśmy indywidualną obsługę o trzydzieści procent.
Brawa.
– Co więcej, zwiększyliśmy szybkość rozpatrywania reklamacji. Użytkownik rezygnuje wcześniej, a to obniża koszty.
Kolejne brawa.
Nikt nie wyglądał na zaskoczonego.
Bo nikt już nie liczył na to, że będzie mu się dobrze żyło. Współczesnym celem nie było dążenie do dobrobytu. Chodziło po prostu o to, by przetrwać do piątku bez załamania emocjonalnego.
Martín zaczął obserwować ludzi w pociągu.
Wszyscy byli poirytowani, ale zbyt zmęczeni, by przekuć tę irytację w działanie polityczne. Cała energia społeczna pochłaniana była przez password’y, aktualizacje, automatyczne połączenia i niedorzeczne zadania.
I tym właśnie był prawdziwy cel owej uciążliwości: uniemożliwić ludziom zachowanie wystarczającej jasności umysłu, by byli w stanie zakwestionować system.
Pewnego wieczoru odwiedził swojego ojca, emeryta, który wciąż przechowywał faktury w segregatorach.
– Kiedyś sprawy były wolniejsze – powiedział starzec – ale prostsze. Teraz wszystko jest szybkie i wszystko trwa wieczność.
Martín roześmiał się.
To było właśnie to.
Technologia przyspieszyła procesy produkcyjne, ale codzienne życie stało się nie do zniesienia. Wyglądało to tak, jakby cała cywilizacja miała na celu wysysanie uwagi, cierpliwości i energii z milionów ludzi, aż do pozostawienia ich całkowicie pustymi.
Ekonomia utrapienia nie wytwarzała przedmiotów. Wytwarzała wyczerpanie.
A im bardziej społeczeństwo było wyczerpane, tym mniejsza była jego zdolność do wyobrażania sobie jakichkolwiek alternatyw.
Kilka tygodni później Martín złożył wypowiedzenie.
Nie z powodu heroicznego buntu.
Po prostu dlatego, że pewnego dnia spędził czterdzieści minut, próbując anulować subskrypcję online i nagle poczuł, że cała ta epoka zawierała się właśnie w tym.
Była to cywilizacja niezdolna do zaoferowania wielkości, piękna ani przyszłości, ale doskonale potrafiąca projektować interfejsy tak, aby uniemożliwić ci opuszczenie jej.
Tamtego wieczoru spacerował po centrum miasta bez telefonu.
Widział restauracje pełne ludzi wpatrujących się w ekrany.
Widział wyczerpanych dostawców dostarczających jedzenie do mieszkań, w których nikt nie gotował.
Widział biura oświetlone o północy, gdzie wykonywano prace, które prawdopodobnie nie miały żadnej racji bytu.
I zrozumiał, że zapaść Zachodu nie wyglądała jak upadek.
Była raczej czymś w rodzaju permanentnej irytacji.
Społeczeństwem zbyt wygodnym, by zbuntować się i zbyt nędznym, by zaznać spokoju.
Nie, nie otrzymałem dostępu do danych NSA Sigint, ale potwierdziłem, że rozmowa telefoniczna w zeszłym tygodniu między prezydentem Iranu Pezeshkianem a premierem Pakistanu Shariffem odbyła się przez niezabezpieczoną linię. Zostałem wiarygodnie poinformowany, że Irańczycy i Pakistańczycy zrobili to celowo – tzn. liczyli na to, że Amerykanie i Izraelczycy będą podsłuchiwać. Kluczowy fragment rozmowy między Pezeshkianem a Shariffem brzmiał następująco:
Prezydent Masoud Pezeshkian przedstawił formalnie ustrukturyzowane, trzyetapowe ultimatum strategiczne na wypadek kontynuacji ataków USA:
1. Natychmiastowe wycofanie się z trwających rozmów pokojowych na temat broni nuklearnej.2. Całkowite porzucenie potencjalnych ram Traktatu Nuklearnego.3. Detonacja ładunku nuklearnego na terytorium Iranu – dokonana nie jako broń wojenna, ale jako niezaprzeczalny dowód suwerenności i ostatecznej kontroli nad drabiną eskalacji.
Kiedy Marco Rubio został wezwany około godziny później przez ministra spraw zagranicznych Pakistanu, Ishaqa Dara, i otrzymał tę samą wiadomość, Biały Dom wiedział, że informacja jest prawdziwa. Chociaż amerykański wywiad prawdopodobnie nie może potwierdzić, że Iran rzeczywiście posiada działającą broń jądrową, Pakistańczycy wierzą, że Irańczycy ją posiadają. Przechwycona rozmowa Pezeshkiana z Shariffem, a następnie rozmowa Rubia z Ishaqiem Darem, przekonały Trumpa i jego doradców, że Iran nie rzuca pustych gróźb.
Teraz wiemy, dlaczego nastąpiła drastyczna zmiana w retoryce Trumpa wobec Iranu… Cholera, zbagatelizował wczorajszy incydent rakietowy w Zatoce Perskiej, w wyniku którego międzynarodowe lotnisko w Kuwejcie stanęło w płomieniach od zbłąkanego pocisku Patriot PAC3.
Pepe i ja mieliśmy niezłe lanie od sceptyków po tym, jak poinformowaliśmy o pakistańskim twierdzeniu, że Iran grozi zdetonowaniem ładunku nuklearnego na terytorium Iranu, jeśli Stany Zjednoczone będą kontynuować ataki i nie powstrzymają ataków Izraela na Bejrut. Ale to nie my jesteśmy tymi, którzy żywią się wroną i nie wycierają jajek z twarzy. Robert Barnes, były prawnik Trumpa, w środowym podcaście z Mario Nawfalem powiedział, że potwierdził ze swoim źródłem w Białym Domu, że nasze informacje są poprawne.
Pakistan nadal odgrywa kluczową rolę w negocjacjach między Teheranem a Waszyngtonem i chce sprowadzić Donalda Trumpa do Islamabadu na spotkanie z prezydentem Iranu Pezeshkianem, gdzie miałoby zostać podpisane porozumienie pokojowe kończące wojnę z Iranem. Jeśli to się stanie, internet może się załamać. Pakistan nie robi tego sam… Ma pełne poparcie Chin i Rosji, a Chiny odgrywają w tym główną rolę.
Pakistan wciąż musi pokonać pewne przeszkody, jeśli chce skłonić Trumpa i Pezeshkiana do negocjacji… Największą z nich jest Izrael. Czy Trump zmusi Izrael do wycofania się z Libanu? Chociaż Biały Dom ogłosił dziś z wielką pompą, że Liban i Izrael zawarły porozumienie pokojowe, ujawnione szczegóły są nie do przyjęcia dla Hezbollahu. Hezbollah nie zaprzestanie ostrzału północnego Izraela, dopóki Siły Obronne Izraela nie wycofają się z południowego Libanu. Podobno libańsko-izraelskie porozumienie stanowi, że Hezbollah nie może posiadać żadnych sił na południe od rzeki Litani… Jak napisałem powyżej, jest to nie do przyjęcia i stanowi dla Hezbollahu przeszkodę.
Jeśli sytuacja w Libanie zostanie rozwiązana, myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że Trump osiągnie porozumienie z Iranem, które wyeliminuje groźbę użycia przez ten kraj broni jądrowej. Takie porozumienie będzie jednak musiało mieć pewne uzasadnienie, na przykład zostać ratyfikowane przez Kongres USA i poparte gwarancjami bezpieczeństwa ze strony Rosji i Chin. W najbliższych dniach usłyszymy więcej optymistycznych deklaracji Trumpa o rychłym zawarciu porozumienia. Należy jednak pamiętać, że wciąż pozostaje kilka bardzo skomplikowanych kwestii technicznych do rozwiązania.
Mario znów mnie namówił, żeby omówić reakcję administracji Trumpa na groźbę zdetonowania bomby atomowej przez Iran:
Rozmawiałem również z Edmundem DeMarche z Trends Journal na ten sam temat:
Sędzia Napolitano przesłuchał Pepe, a kilka godzin później zrobił to samo ze mną. Pepe i ja opowiadamy tę samą historię:
Powiązania Kushnera z Rothschildem i pośrednictwo w projekcie wartym miliard dolarów wywołują masowe protesty w Albanii (wideo)
uncut-news.ch
Albania buntuje się przeciwko wartemu miliardy dolarów projektowi Kushnera: Jak śródziemnomorska wyspa stała się symbolem wyprzedaży kraju
Tysiące Albańczyków wyszło w tym tygodniu na ulice Tirany, aby zaprotestować przeciwko wartemu miliardy dolarów projektowi luksusowego kurortu, powiązanemu z firmą inwestycyjną Jareda Kushnera, Affinity Partners. Demonstranci oskarżają rząd o wyprzedanie jednego z ostatnich dziewiczych obszarów przybrzeżnych kraju międzynarodowym inwestorom i globalnym elitom. Protesty są skierowane nie tylko przeciwko samej inwestycji, ale także przeciwko sieciom władzy politycznej, kapitałowi finansowemu i wpływom międzynarodowym, które rzekomo za nią stoją .
Szczególnie kontrowersyjne jest oświadczenie samego Jareda Kushnera. W wywiadzie opisał, jak narodził się pomysł na projekt. Według niego, przebywał na jachcie swojego przyjaciela Nata Rothschilda na Morzu Śródziemnym. Podczas tych wakacji pokazano mu wyspę. Dodał również, że spotkanie z albańskim premierem Edim Ramą odbyło się później na pokładzie łodzi Rothschilda.
Nadaje to sprawie dodatkowy wymiar polityczny. Krytycy widzą w tym przykład tego, jak wielomiliardowe projekty inwestycyjne nie powstają w toku debaty publicznej, lecz są przygotowywane w ekskluzywnych kręgach polityki, finansów i zamożnych rodzin.
Wyspa dla superbogatych
Skupiamy się na wyspie Sazan u wybrzeży Albanii, a także na innym odcinku wybrzeża w pobliżu chronionej laguny Vjosa Narta. W tym regionie planowane są luksusowe wille, hotele, ośrodki wypoczynkowe i marina. Inwestycja szacowana jest na kilka miliardów euro. Projekt jest wspierany przez rząd premiera Albanii Ediego Ramy, który postrzega go jako szansę na ugruntowanie pozycji Albanii jako atrakcyjnego celu turystycznego.
Dla wielu Albańczyków sprawa ta jest jednak czymś więcej niż tylko projektem turystycznym. Postrzegają ją jako próbę przekształcenia publicznego dziedzictwa przyrodniczego w ekskluzywne miejsce wypoczynku dla miliarderów, polityków i globalnych elit.
Protestujący nieśli transparenty z hasłami takimi jak „Albania nie jest na sprzedaż” i „Nie chcę Albanii takiej jak Dubaj”. Organizacje ekologiczne ostrzegają, że w dużej mierze dziewiczy krajobraz wybrzeża z flamingami, żółwiami morskimi i chronionymi terenami podmokłymi może zostać trwale zniszczony. https://t.me/uncutnews_schlagzeilen/5850?embed=1
Połączenie Rothschildów
Wzmianka o Nacie Rothschildzie przyciąga dodatkową uwagę. Rodzina Rothschildów od pokoleń jest jedną z najbardziej wpływowych dynastii finansowych na świecie i słynie z powiązań z bankami, firmami surowcowymi, firmami inwestycyjnymi i decydentami politycznymi.
Chociaż nie ma na razie dowodów na to, że Rothschild jest bezpośrednio zaangażowany w projekt ośrodka, sam fakt, że Kushner publicznie opisuje, jak narodził się pomysł podczas pobytu na jachcie Rothschilda i jak rzekomo odbywały się tam dyskusje polityczne, wzmacnia wrażenie krytyków o zamkniętym kręgu władzy.
Dla wielu demonstrantów obraz ten jest kluczowy: decyzje dotyczące zasobów narodowych nie zapadają w parlamentach ani na forach obywatelskich, lecz w prywatnych sieciach globalnej elity.
Rosnące oskarżenia wobec rządu
Sprawę dodatkowo podsycają trwające śledztwa prowadzone przez albańskie organy antykorupcyjne. Dochodzenia te koncentrują się między innymi na możliwych nieprawidłowościach w transferach gruntów i zmianach statusu ochronnego niektórych obszarów. Krytycy zarzucają rządowi osłabienie przepisów ochrony środowiska na korzyść zagranicznych inwestorów. ( thetimes.com )
Albanians continue to gather in droves to prevent the sale of their lands to Jared and Ivanka Kushner to build Epstein Island 2.0.
Premier Rama odrzuca wszelkie oskarżenia i broni projektu jako ważnej inwestycji dla rozwoju gospodarczego kraju. Wyraźnie zaznaczył, że jego zdaniem projekt nie zostanie wstrzymany.
Symbol walki o suwerenność narodową
To, co zaczęło się jako luksusowy kurort, coraz bardziej ewoluuje w fundamentalną debatę o własności, demokracji i samostanowieniu narodów. Dla krytyków nie chodzi już tylko o hotele i wille wakacyjne.
Prawdziwe pytanie brzmi: Do kogo należy Albania?
Obywatele, którzy tam mieszkają i pracują? A może międzynarodowi inwestorzy, którzy negocjują z politykami warte miliardy dolarów projekty na ekskluzywnych jachtach?
Narastające protesty pokazują, że coraz więcej Albańczyków czuje się wykluczonych z decyzji dotyczących własnego kraju. Właśnie dlatego oburzenie jest tak wielkie: stawką wydaje się być nie tylko natura, ale także zaufanie do demokratycznej kontroli nad zasobami narodowymi.
Zdjęcia z Tirany wyraźnie pokazują, że wiele osób nie chce zaakceptować planowanej wyprzedaży swoich regionów nadmorskich bez walki. Czy protesty zdołają jeszcze powstrzymać realizację projektu, pozostaje niewiadomą. Jedno jest jednak pewne: debata na temat Kushnera, Rothschilda i przyszłości Albanii dopiero się rozpoczyna.
Henry Kissinger powiedział, że „źle jest być wrogiem Ameryki, ale bycie jej sojusznikiem jest zgubne”. Dzisiejsza wojna irańska dowodzi, że tak właśnie jest.
Relacje Ameryki z państwami arabskimi można było kiedyś nazwać najpotężniejszym globalnym sojuszem naftowym. Jednak po rewolucji łupkowej w Stanach, gdy rodzime wydobycie ropy zaczęło gwałtownie rosnąć, coś się tu psuje. Sojusznicy z ich ropą i gazem nie jest już tak niezbędny, jak kiedyś, jest wręcz konkurentem Szczęśniak: Dobrze wykorzystany kryzys | Myśl Polska.
Zrodził się ten sojusz w latach 30-tych XX wieku, gdy na Półwyspie Arabskim amerykańskie koncerny odkryły potężne złoża ropy. Przypieczętowany został w Kanale Sueskim na niszczycielu USS Quincy w lutym 1944 roku, gdzie prezydent Roosevelt spotkał się z królem Arabii Saudyjskiej – Abdul Aziz ibn Saudem. Wzmocniony został 30 lat później układem o petrodolarze – fundamencie światowego porządku walutowego. Jednak jak to bywa, sukces niesie w sobie też ziarna klęski, pierwszym bowiem interesem ubitym na pokładzie USS Quincy była zgoda na osiedlenie 10 tysięcy Żydów w Palestynie.
Dzisiaj arabskie monarchie Zatoki doświadczają gorzkich owoców tamtej zgody, choć to wzorcowi sojusznicy. Układ o petrodolarze przewidywał powrót wydawanych przez Amerykę dolarów do ich właściciela. W formie zakupów towarów, inwestycji w starannie wybrane biznesowe aktywa amerykańskie, a może przede wszystkim – w ogromne pożyczki rządowe. Stany w ten bowiem sposób importują towary, a eksportują dolary. Wracają one do ojczyzny, zasilają jej gospodarkę i budują dobrobyt. I są bardzo intensywnie wysysane z zasobnych skarbców arabskich – tylko na ubiegłorocznym szczycie w Rijadzie podpisano porozumienia arabsko-amerykańskie na dwa tysiące miliardów dolarów, a fundusze naftowego bogactwa Zatoki zainwestowały kolejne 70 miliardów dolarów w amerykańskie aktywa.
Wydają też krocie, setki miliardów dolarów na zakupy uzbrojenia od sojusznika. Są największymi i najlepszymi klientami amerykańskiego kompleksu zbrojeniowo-przemysłowego. To co dzisiaj rozpoczyna się w Europie, a Polska jak zawsze w takich sprawach jest liderem, czyli militaryzacja terenów konfliktów, w Zatoce trwa od dawna. Od 1990 zakupiono tam amerykańskiego uzbrojenia za ponad 500 miliardów dolarów. A jak wiadomo, to świetna forma uzależniania do siebie sojuszników, którzy nawet myśleć nie powinni o zakupie alternatywnych środków obrony (jak Turcja choćby).
Więc arabscy sojusznicy płacą, płacą i jeszcze raz płacą. Co w zamian? Obietnica bezpieczeństwa. No i dzisiaj mają. Amerykanie realizują przede wszystkim interesy Izraela, a te bardzo różnią się od arabskich. Od trzech miesięcy praktycznie totalnie odcięci zostali od eksportu swoich jedynych źródeł dochodu – ropy i gazu. Tylko Saudowie dzięki rurociągowi do Janbu uratowali część eksportu. I na dodatek, nie patrząc na ponoszone przez nie straty, sojusznik żąda kategorycznie, by zapłaciły za tę wojnę dziesiątki, a nawet setki miliardów dolarów. Mają też podporządkować się żądaniom Izraela, a przypomnieć należy, że z krajów Zatoki jedynie Emiraty uznały istnienie państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie. Wszystkie pozostałe je bojkotują.
Państwa Zatoki mają otwarte pretensje do USA, że w ogóle nie zawiadomiono ich o planowanej agresji, wystawiono na ataki odwetowe, koncentrując siły na obronie Izraela przed kontratakami Iranu, a nie chroniąc ich, nie dając nawet uzupełnić zapasów uzbrojenia. Generalnie są traktowani jako sojusznicy drugiej kategorii, a ich interesy gospodarcze – nawet gorzej niż irańskie. Potencjał obronny Ameryki skoncentrowany został bowiem na ochronie Izraela.
Arabowie (podobnie jak i Europejscy) są intensywnie wciągani w tę wojnę, czasami także poprzez prowokacje, jednak nie dali się wepchnąć w konflikt z Iranem. Choć i tutaj widać rysy w jednomyślności świata arabskiego. Zjednoczone Emiraty Arabskie już potajemnie przeprowadzają ataki na Iran we współpracy z USA i Izraelem.
Państwa arabskie mają podobny sojuszniczy problem, jak i Polska. Sojusznicze bazy nie są po to, by chronić Saudów czy Polaków. Służą amerykańskiej projekcji siły w regionie i realizacji imperialnych celów osłabiania wrogów i konkurentów. A przy okazji sojuszników także.
ZB: Nie ma informacji w polskojęzycznych mediach o wczorajszych atakach ukraińskich dronów na rosyjskie miasta, atakach, których celem jest nie tylko niszczenie infrastruktury przemysłowej, ale też zabijanie ludności cywilnej.
Pisze o tym na swym portalu anti-spiegel.ru niemiecki dziennikarz Thomas Röper:
W nocy z wtorku na środę Ukraina przeprowadziła atak na Petersburg. Zniszczona została infrastruktura dwóch portów przemysłu naftowego. Ostrzał rozpoczął się około godziny 4:00 rano, a silne eksplozje i odgłosy działań obrony przeciwlotniczej były słyszalne w całym mieście przez dwie godziny. Według oficjalnych danych w rejonie Petersburga zestrzelono 59 dronów. W atakach byli ranni, ale nie było ofiar śmiertelnych.
Ponieważ mieszkam w Petersburgu, byłem świadkiem nocnych ataków. Mieszkałem w Doniecku przez miesiąc w 2022 roku, więc odgłosy wojny, eksplozji i obrony przeciwlotniczej nie są mi obce. Ale w Doniecku były to ostrzały artyleryjskie, czyli stosunkowo niewielkie pociski, podczas gdy ukraińskie drony, które zaatakowały Petersburg, przenosiły głowice o masie 50 kilogramów lub większej. Eksplozje były zatem znacznie głośniejsze i silniejsze niż to, co było typowe dla Doniecka w tamtym czasie.
Doszło również do poważnych ataków dronów na inne regiony Rosji, w wyniku których zginęło dwanaście osób, a dziewięć zostało rannych. Ponieważ niemieckie media codziennie donoszą o konsekwencjach rosyjskich ataków na Ukrainę, chciałbym tutaj zwrócić uwagę na szkody wyrządzone przez ukraińskie drony w Rosji.
Wczorajsze ataki Ukraińców na inne regiony Rosji: w środę nad ranem obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 354 drony w całej Rosji.
W obwodzie smoleńskim w ataku zginęło dwóch ratowników, a dwóch zostało rannych. Ranny został również jeden cywil. W Miczuryńsku, w obwodzie tambowskim, uszkodzony został budynek mieszkalny, a także biblioteka i szkoła artystyczna oraz budynki gospodarcze zakładu przemysłowego, ale nie było ofiar. W obwodzie kałuskim w ataku uszkodzonych zostało kilka domów prywatnych. Również w tym przypadku nie było ofiar. W Melitopolu w ataku ukraińskiego drona na prywatny samochód zginęły dwie osoby.
W ataku ukraińskiego drona na autobus linii Moskwa-Symferopol w centrum Jenakijewa w obwodzie donieckim, wczesnym rankiem, zginęło ośmiu cywilów, a dziewięciu zostało rannych. Wnętrze autobusu i kabina kierowcy zostały całkowicie zniszczone przez pożar. Eksperci wciąż badają rodzaj użytego drona. Nagrania z kamer monitoringu pokazują autobus jadący pustymi ulicami miasta, gdy dron zbliża się i uderza w niego. Następuje błysk, a kamera gwałtownie spada na ziemię, prawdopodobnie w wyniku fali uderzeniowej.
Lekarz naczelny szpitala w Gorłówce poinformował, że stan jednej z ofiar jest krytyczny po operacji. Kobieta doznała poważnych ran odłamkowych brzucha, a także obrażeń jelit i narządów płciowych. Siedmioletnie dziecko również doznało urazu klatki piersiowej; lekarze oceniają jego obrażenia jako niezagrażające życiu. Inna ofiara wymagała pilnej operacji z powodu pęknięcia tętnicy, a troje pasażerów doznało ciężkiego wstrząsu mózgu.
ZB: Tak więc nasuwa się pytanie, czy da się wygrać wojnę w białych rękawiczkach. Do tego czasu armia rosyjska – walcząc z kijowskim reżimem i ukraińskim nazizmem – oszczędzała życie cywilów. Czyniła to niezależnie od licznych aktów banderowskiego terroru, w wyniku którego ginęły setki mieszkańców Rosji. Czyżby miał rację Siergiej Karaganow, który od trzech czy czterech lat proponuje użycie taktycznej bomby nuklearnej?
Zapewne jest to główne pytanie, które zadają sobie rosyjscy rządzący. Bo czy nie chodzi politykom Zachodu o to, by sprowokować Rosję, by ta podjęła nieprzemyślane decyzje, które mogą być powodem rozszerzenia wojny na teren Europy? – Tu nic nie odpowiem, nic nie zasugeruję – to na Kremlu ma Władimir Putin palący problem do rozwiązania: mieć jeszcze cierpliwość wobec bezczelnych prowokacji Ukrainy i wielu państw UE czy chronić własną ludność i -zgodnie z jej oczekiwaniami – podjąć zdecydowane działania?
Jedno uderza w pierwszej encyklice papieża Leona XIV Magnifica humanitas – ogromna różnorodność poruszanych tematów. Godność ludzka, dehumanizacja, teoria wojny sprawiedliwej, sprawiedliwość społeczna i transhumanizm to tematy ważne, lecz bardzo abstrakcyjne.
Są one jednak w dużej mierze teoretyczne i nie odpowiadają na pytanie, jak sztuczna inteligencja wpływa na życie zwykłych katolików w realnym świecie.
To, o co naprawdę pytają katolicy w ławkach kościelnych, to jak stawić czoła zagrożeniu, jakie AI stanowi dla ich uświęcenia. Chcą wiedzieć, jak opierać się okazjom do grzechu, które niesie ze sobą sztuczna inteligencja – zwłaszcza młodym ludziom. Walczą z frenetyczną nieumiarkowaniem tego nowego medium, które pochłania ogromne ilości ich czasu i kultury, ze szkodą dla ich dusz. Wielu młodych katolików traci godziny na szukanie porad u chatbotów AI, które często sprowadzają ich na manowce.
Brak odniesień do osobistego zbawienia
Encyklika nie mówi nic o tej walce o osobiste zbawienie. Nie używa nawet słów „uświęcenie”, „piekło” ani „diabeł”. Grzech jest ledwo wspomniany. Codzienna walka z diabłem, ciałem i światem nie pojawia się w tym dokumencie, który przyjmuje antropologiczno-naturalistyczne podejście, trudne do zrozumienia dla większości wiernych.
Dla prawdziwych katolików, którzy nadal wierzą w diabła, nadszedł czas, by zadać bardzo konkretne i praktyczne pytania dotyczące AI, na które encyklika nie udzieliła odpowiedzi.
Sztuczna inteligencja jako narzędzie kuszenia
Taka dyskusja jest kontrowersyjna. Te pytania leżą na obrzeżach debaty, czają się w cieniu ciemnej strony internetu. Ludzie noszą je w sobie, ale boją się je zadać. Wahają się wypowiedzieć je publicznie, bo nie chcą uchodzić za ludzi z marginesu.
Być może lepiej po prostu nazwać problem wprost: Czy wpływ sztucznej inteligencji zagraża zbawieniu dusz? Czy AI może być medium kuszenia i potępienia? Katolicy muszą wiedzieć, czy poza zwykłą grą impulsów elektronicznych w AI może kryć się coś więcej.
To są zasadne pytania, które odpowiadają doświadczeniom prawdziwych katolików wierzących w diabła. Aby na nie odpowiedzieć, trzeba najpierw przypomnieć kilka zapomnianych prawd na temat diabła i jego działania.
Przypomnienie podstawowych prawd
Pierwsza prawda: diabeł istnieje. Wielu ludzi już w niego nie wierzy, a on robi wszystko, by ich w tym utwierdzić. Najlepiej pracuje w ukryciu.
Wielu współczesnych teologów w ogóle o nim nie wspomina. Twierdzą, że piekło jest puste, więc diabeł nie ma powodu kręcić się wokół piekła ani „krążyć po świecie, szukając kogo by pożreć”.
Jednak diabeł istnieje, niezależnie od uczuć tych, którzy go negują. I jest bardzo aktywny.
Druga prawda: diabeł pragnie wiecznego potępienia każdego człowieka. Nieustannie pracuje, by ludzi do piekła sprowadzić, używając w tym celu wszelkich możliwych środków. Wizja piekła w Fatimie pokazała, że jest ono bardzo zatłoczone.
Kolejna zapomniana prawda: diabeł może konkretnie oddziaływać na dusze.
Sposoby, w jakie diabeł działa na dusze
Kościół naucza, że może to czynić na kilka sposobów.
Diabeł może kusić do grzechu, działając na wyobraźnię poprzez obrazy, sugestie i złe myśli.
Może wykorzystywać materię, by wpływać na ludzi. Nie może jej stworzyć, ale może nią manipulować, poruszać nią lub się do niej przywiązywać. Dlatego może wytwarzać dźwięki i światło, projektować obrazy, wpływać na układ nerwowy i powodować choroby. Może manipulować tym, co ludzie widzą lub postrzegają. Właśnie dlatego tabliczki ouija ułatwiają kontakty z okultyzmem.
Wreszcie, diabeł może ukazać się bezpośrednio lub poprzez medium/pośrednika.
Dlatego Kościół ma wiele modlitw i egzorcyzmów skierowanych przeciwko diabłu. Jest on bardzo realny i daje się odczuć wszędzie. Skoro diabeł korzysta z rzeczy stworzonych, to nic w nauczaniu Kościoła nie stoi na przeszkodzie, by uznać, że jego wpływ może dotyczyć również AI – a nawet wzrosnąć tam wykładniczo.
Szansa dla AI
AI jest potężnym medium, ponieważ pozwala maszynom udawać działanie człowieka. Jest na czele postępu w komunikacji. Diabeł byłby szalony, gdyby nie wykorzystał jej w maksymalnym stopniu do osiągnięcia swojego celu. Jako upadły anioł obdarzony anielską inteligencją doskonale widzi jej użyteczność. Diabeł nie jest luddystą.
Co więcej, AI jest idealnym medium dla jego manipulacyjnego działania. Nie jest zbyt fizyczna, lecz bardziej duchowa i wirtualna. Operuje obrazami, w których diabeł jest szczególnie biegły.
Działanie pośrednie
Liberalna mentalność odmawia uznania, że zarówno aniołowie, jak i diabły mogą dokonywać działań ponadnaturalnych w świecie. Z tego powodu wszelkie rozważania, jak mogłoby to wyglądać w przypadku AI, są uznawane za spekulacje i ignorowane.
Jednak działanie diabła za pośrednictwem AI byłoby zgodne z tym, jak działa on poprzez każdą materialną rzecz lub system. Rzadko ukazuje się bezpośrednio, ponieważ w swoim upadłym, wiecznie potępionym stanie jest odrażający. Ludzie są z natury przyciągani do Boga i wszystkiego, co dobre, prawdziwe i piękne. Gdyby diabeł w pełni manifestował się we wszystkich działaniach AI, ludzie byliby zszokowani, a on sam działałby przeciwko swoim interesom.
Najczęstszym sposobem jego działania poprzez AI jest pośredni wpływ na ludzi. Nawet najwięksi sceptycy, którzy tylko mgliście wierzą w diabła, musieliby przyznać, że taki rodzaj działania jest możliwy.
AI może więc tworzyć w ludzkiej duszy warunki sprzyjające działaniu demonicznemu. Na przykład może sprzyjać narcyzmowi, pochlebstwom i fałszywym rzeczywistościom, co otwiera drogę działaniu demonicznemu związanemu z pychą i wywyższaniem siebie. Może osłabiać krytyczne myślenie poprzez nadmierne poleganie na algorytmach, co prowadzi do upadku ludzkiego rozumu. Diabeł kwitnie tam, gdzie rozumu brak lub jest on mocno osłabiony. AI w mediach społecznościowych i chatboty sprzyjają izolacji i samotności, zastępując prawdziwe relacje międzyludzkie. Diabeł może wtedy wypełnić tę pustkę.
Diabeł może również kusić człowieka do grzechu za pomocą AI. Na przykład może kusić do szukania pornografii i tworzenia jeszcze bardziej wynaturzonych jej form. Może pochłaniać ludzi nieumiarkowaniem – np. 14-godzinnymi rozmowami z chatbotem. AI otwiera ogromne możliwości dla wszelkiego rodzaju grzesznych namiętności i nałogów.
Moc manipulowania materią i systemami
Jeśli uznamy, że diabeł może manipulować istniejącą materią, to możliwa jest pewna forma interwencji demonicznej w rozmowach z chatbotami, projekcji obrazów czy manipulacji percepcją. Systemy mogą przekazywać kuszenie.
Jeśli diabeł mógł powodować hałasy, które nie dawały spać św. Janowi Marii Vianneyowi, transmitowane falami dźwiękowymi – to dlaczego nie miałby robić tego za pomocą impulsów elektronicznych w kablach światłowodowych? Jeśli może komunikować się przez tabliczkę ouija, to dlaczego nie przez płytę główną komputera czy telefonu?
Wreszcie, diabeł może (choć rzadko) ukazać się ludzkim oczom w aplikacjach AI, ponieważ są one medium szczególnie sprzyjającym jego działaniu poprzez obrazy.
Ciemne miejsca, w których dzieją się dziwne rzeczy
W internecie istnieją ciemne zakątki, w których dzieją się dziwne rzeczy. Internet od dawna jest siedliskiem okultyzmu. Już na początku pojawił się ruch technopaganizmu, który łączył wierzenia duchowe z powstającą technologią. Jego wyznawcy tworzyli cyfrowe ołtarze, na których wyświetlali obrazy i wzywali okultystyczne bóstwa w immersyjnych platformach online.
Dziś sieć pełna jest online’owego czarownictwa, astrologii i innych okultystycznych praktyk, które mogą być wzmacniane przez aplikacje AI.
Są doniesienia, że aplikacje AI lub chatboty o okultystycznym zabarwieniu skłaniają ludzi do samobójstwa. Egzorcyści ostrzegają przed tymi wpływami. Wszystko to wskazuje, że udział diabła w tej dziedzinie jest bardzo duży.
Niszczenie życia prawdziwych ludzi
Stopień wpływu diabła w AI zależy od tego, jak bardzo ludzie odrzucają go w swoim codziennym życiu. Jednak zagrożenie jest realne.
Te wpływy realnie niszczą życie ludzi. Dusze są tracone przez te kuszenia.
Dlatego każda analiza AI powinna uwzględniać diabła, który „krąży po świecie, szukając kogo by pożreć”. Kościół powinien wykorzystać swoje ogromne doświadczenie w tej materii, by ostrzec przed tym niebezpieczeństwem.
Chodzi tu nie tylko o godność osoby ludzkiej, ale o zbawienie dusz. To nadprzyrodzone zagrożenie zasługuje na poważne potraktowanie. Encyklika dziwnie jednak milczy na temat niebezpieczeństwa płynącego z działań diabła – które zawsze były uznawane w całej historii Kościoła.
Katolicy w realnym świecie, którzy nadal wierzą w diabła, są pozostawieni samym sobie. Diabła nie wolno wspominać, ponieważ ostrzeganie przed jego szkodliwym wpływem jest tak bardzo sprzeczne z duchem tych przewrotnych czasów.
Wielu z nas zastanawia się jaką faktyczną władzę ma prezydent Stanów Zjednoczonych? Jest, jak sam to nazywa najpotężniejszym człowiekiem na świecie, czy miota się pomiędzy wpływami oligarchów organizujących permanentne spiski? A może ulega szantażowi największego sprzymierzeńca USA? Czy decyzje prezydenta, zwłaszcza te dotyczące wojny, są wynikiem jego wybujałego ego, a może realizuje demoniczny plan wykorzystania swoich wspaniałych „kart” made in China?
Najbardziej udane posunięcia Donalda Trumpa, to są spekulacje jego najbliższych na giełdzie. Jeśli jego chaotyczne wypowiedzi i ich kierunek jest wcześniej znany wybrańcom nieuczciwej fortuny, to jaki problem postawić na rosnące, albo zależnie od kapryśnych intencji pana prezydenta malejące akcje ropy? W ten sposób można „zarobić” olbrzymie pieniądze.
Konstytucja miała trzymać władzę na krótkiej smyczy. Kongres miał wypowiadać wojnę, kontrolować finanse, ograniczać władzę wykonawczą i odpowiadać przed społeczeństwem. Prezydent miał egzekwować prawo, a nie rządzić dekretami, prowadzić niewypowiedziane wojny ani służyć jako fasada dla imperium. Sądy miały służyć kontroli nadużyć władzy, a nie przyklepywać najgorsze nadużycia państwowego bezpieczeństwa narodowego.
Pokój nigdy nie wchodził w grę.
Każdy współczesny prezydent odziedziczył te same uprawnienia wojenne, te same tajne agencje, ten sam aparat reagowania kryzysowego, te same systemy nadzoru, tych samych dostawców sprzętu obronnego, te same zmilitaryzowane siły policyjne i to samo dwupartyjne uzależnienie od władzy bez ponoszenia odpowiedzialności. Trump nie stworzył stałego rządu wojennego. Odziedziczył go, pielęgnował, powiększał, czynił z niego broń i, jak każdy prezydent przed nim, stał się jego sprzedawcą.
Gdyby Trump przegrał wybory w roku 2024, to zamiast nadętego narcyza egocentryka, mielibyśmy bezmyślną wykonawczynię wszelkich poleceń Deep State. Także wojnę w Iranie. Migranci byliby przyjmowani do Stanów z otwartymi ramionami, ilość płci wzrosłaby kilkukrotnie i wprowadzono by pewnie dodatkowo podatek od tlenu w powietrzu.
Nie zamierzam usprawiedliwiać Trumpa, chcę jedynie pokazać, że wprowadził co prawda własny styl zwany trumpizmem, polegający na nieobliczalności i łamaniu wszelkich tradycji, będących ponoć bazą konserwatyzmu, to najważniejsze decyzje geopolityczne są podejmowane w niekoniecznie białym domu. Ten nieznany dom, gdzie snute są plany wojen, nazwałbym czarnym domem, ze względu na intencje stojące za tymi decyzjami. Wcale nie musi znajdować się na terenie Stanów Zjednoczonych.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Wczoraj stacje telewizyjne miały pokazać Całun Turyński. To jedna z ostatnich decyzji Benedykta XVI . Poprzednia prezentacja miała miejsce w 1973 roku. Bardzo żałuję ale nie udało mi się trafić na żadną z tych audycji.
Wszystkie ślady pozostawione na Całunie zgodne są z biblijnym opisem męki, śmierci i pogrzebu Pana Jezusa.
W badania tego małego kawałka płótna zaangażowało się wiele autorytetów naukowych z całego świata.
W 1988 roku naukowcy z USA i Wielkiej Brytanii ustalili datę powstania całunu na lata 1260- 1390. Zacierali ręce zwolennicy tezy, że Całun jest fałszerstwem. Tymczasem w 2009 roku profesor Guilio Fanati wykazał, że te wyniki są całkowicie błędne. Metodą datowania izotopem węgla (C14 ) ustalono wiek o wiele późniejszych łat na Całunie, a nie płótna Całunu.
Potem stwierdzono, że ewentualny fałszerz Całunu musiałby operować techniką laserową. Zwolennicy teorii o średniowiecznym fałszerstwie tej relikwii powoływali się na błąd ortograficzny w napisie umieszczonym na monecie, znalezionej na lewym oku postaci z Całunu ( lepton Piłata bity tylko w 29 roku n.e. i to przez pół roku)
Podczas prac archeologicznych w XX wieku znaleziono jednak w Jerozolimie dwie identyczne monety, z ortograficznym błędem popełnionym przez grawera z czasów Tyberiusza.[Chodzi o pisanie w koine (greka) Kaizar przez C. md]. Błąd grawera stał się więc jednym z dowodów autentyczności Całunu. Znaleziono również pyłki kwiatów rosnących w Izraelu, oraz typowy i unikalny osad wapienny z grobowców z pierwszych wieków naszej ery.
Są setki innych argumentów za autentycznością Całunu. Wielu naukowców, którzy byli ateistami, w wyniku badania Całunu nawróciło się na chrześcijaństwo. Miedzy innymi Barrie Schwarz , fotograf żydowskiego pochodzenia, który przystąpił w 1978 roku jako sceptyk do projektu STURP ( Shroud of Turin Research Project ), a w wyniku własnych badań uwierzył i się nawrócił.
Widziałam wywiad z nim, w którym powiedział, że w konwersji wspierała go jego „żydowska mama”, a to dla Żyda jest niezwykle ważne. Profesor Bruno Fabbiani z Politechniki w Turynie,który bada sprawę Całunu od 1998 roku oświadczył, że Całun Turyński oraz obraz utrwalony w źrenicy Matki Boskiej z Guadalupe, to dwa wizerunki, o których można z całą pewnością powiedzieć, że nie są dziełem ludzkim..
[A ci sataniści z TVP nie dali transmisji, argumentując, że jest przecież w RAI – więc nie potrza… md]
Niewielu Amerykanów zna historię tego, jak rozwinęła się relacja Izraela z USA oparta na zasadzie „ogon macha psem” („wag the dog” – czyli mały podmiot manipuluje większym). Zwycięska wojna Izraela z sąsiadami w 1967 roku pokazała planistom wojskowym w Waszyngtonie, w jaki sposób przewaga jakościowa w uzbrojeniu może umożliwić małemu krajowi przeciwstawienie się znacznie większym i pozornie potężniejszym przeciwnikom. Izrael był wówczas w dużej mierze zaopatrywany w broń francuską, która podobno przewyższała radziecki sprzęt znajdujący się w rękach Syrii i Egiptu.
W konsekwencji, w 1968 roku, przy silnym wsparciu podatnego na wpływy lobbystów Kongresu, syjonistycznie nastawiony prezydent USA Lyndon B. Johnsonzatwierdził dotychczas blokowaną sprzedaż myśliwców F-4 Phantom Izraelowi, ustanawiając precedens dla ciągłego wsparcia przez USAPrzewagi Jakościowej Wojsk Izraela (Qualitative Military Edge – QME) nad jego arabskimi i chrześcijańskimi sąsiadami.
Pięć lat później, po wojnie Jom Kippur w 1973 roku, Stany Zjednoczone i Izrael doszły do porozumienia, w którym milcząco przyjęły doktrynę aktywnego utrzymywania przez USA izraelskiej QME. Po tej wojnie Stany Zjednoczone również zwiększyły czterokrotnie pomoc zagraniczną dla Izraela, skutecznie zastępując Francję jako największego dostawcę broni dla tego kraju.
To de facto zobowiązanie do utrzymania przewagi jakościowej Izraela zostało następnie wyraźnie określone przez prezydenta Ronalda Reagana i było potwierdzane przez każdą kolejną administrację USA od tego czasu. Znaczne dodatkowe dostawy broni za rządów prezydentów Baracka Obamy, Joe Bidena i Donalda Trumpa wspierały nawet izraelskie ludobójstwo w Gazie i jego ataki na niezagrażającą Syrię i Liban. Polityka ta była częściowo uzasadniona początkowo amerykańską strategią zimnej wojny polegającą na przeciwstawianiu się arabskim państwom klienckim Związku Radzieckiego, a także rosnącą siłą izraelskiego lobbystów w USA. Dziś Izrael jest zdecydowanie największym beneficjentem amerykańskiej zagranicznej pomocy wojskowej, otrzymując corocznie gwarantowane 3 miliardy dolarów plus wiele dodatkowych rodzajów broni na potrzeby konkretnych operacji i inicjatyw, które wielu powiązało z umożliwieniem polityki systematycznej agresji Izraela i popełnianiem zbrodni wojennych.
To, co niegdyś postrzegane było jako forma gwarancji bezpieczeństwa dla Izraela, stało się potworem. Izrael wykorzystuje wsparcie uzyskiwane dzięki tej relacji do rozpoczynania wojen przeciwko swoim sąsiadom, w tym ostatnio przeciwko Libanowi, Syrii i Iranowi. Biały Dom i Kongres niezmiennie dostarczają Izraelowi wszelkiej broni, o jaką zabiega, a także zapewniają pieniądze na jego gospodarkę i wsparcie polityczne w organizacjach międzynarodowych, takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych. Lobby Izraelskie, uważane za najpotężniejszą grupę wpływową w polityce zagranicznej działającą na Kongres i Biały Dom, wykorzystuje swój dostęp do władzy, aby nieustannie zwiększać swoją rolę w rozwoju broni, zaspokajając to, co Izrael postrzega jako zagrożenia wobec siebie. A premier Benjamin Netanjahu stał się dominującym partnerem w tej relacji, w tym w kwestii podejmowania decyzji o wojnie i pokoju.
Obecnie, Izrael i jego przyjaciele w Waszyngtonie dążą do pełnej integracji wielu aspektów funkcjonowania naszego wojska na różnych poziomach z izraelskimi odpowiednikami. Żaden inny „sojusznik” USA, za jaki państwo żydowskie technicznie nie uchodzi, w tym członkowie NATO, nie ma takiego dostępu i możliwości wpływania na rozwój wydarzeń.
Ci, którzy uważają, że Izrael ma zbyt dużą władzę, mają rację, ponieważ jest on nawet na tyle silny, by zlikwidować pierwszą poprawkę do Konstytucji (wolność słowa), zarówno poprzez tłumienie, jak i kryminalizowanie tego, co uważa za krytykę pod swoim adresem. Niewielu Amerykanów zdaje sobie sprawę, że mimo iż Izrael jest powszechnie znany jako główne mocarstwo nuklearne, członkom amerykańskiego rządu nie wolno stwierdzać tego faktu, ponieważ byłoby to żenujące dla państwa żydowskiego i prawdopodobnie uruchomiłby ograniczenia prawne dotyczące broni, jaką USA mogą mu dostarczać.
A ironia polega na tym, że Izrael ma tę broń tylko dlatego, że wykradł paliwo nuklearne i timery ze Stanów Zjednoczonych. Prezydent John F. Kennedy próbował powstrzymać ten program nuklearny i wielu uważa, że został zamordowany przez Izrael w odwecie!
I ta jednokierunkowa ulica, na której zyskuje tylko Izrael, staje się jeszcze gorsza! Zgodnie z historią, którą niedawno opisałem, Kongres rozważa uchwalenie ustawy, która przyzna Amerykanom służącym w izraelskiej armii pełne świadczenia zapewniane przez rząd USA, takie jak edukacja, praca i opieka medyczna, tak jakby służyli w armii amerykańskiej. W rzeczywistości, przepisy aktualnie przechodzące przez Kongres po raz pierwszy w historii Ameryki zrównałyby służbę w obcej armii – zarówno prawnie, jak i w praktyce – ze służbą w siłach zbrojnych USA, ale tylko wtedy, gdy tą obcą armią jest Izrael. middleeastmonitor/us-bill-to-grant-americans-serving-in-israeli-army-same-rights-as-us-troops
Ustawa Izby Reprezentantów 8445, sponsorowana przez republikańskich kongresmenów Guya Reschenthalera z Pensylwanii i Maxa Millera z Ohio, zmieniłaby istniejące przepisy tak, aby Amerykanie, którzy zaciągają się do Izraelskich Sił Obronnych (IDF), byli traktowani „w taki sam sposób jak służba w umundurowanych służbach” USA. Nic dziwnego, że wielu z tych „Amerykanów” to również obywatele Izraela posiadający podwójne obywatelstwo. Jeśli zmiany wejdą w życie, rezultatem będzie znaczne i unikalne zmniejszenie różnicy między Izraelem a USA w zakresie praw i świadczeń, przy czym świadczenia będą płynąć tylko w jednym kierunku, tj. na rzecz interesów Izraela i na koszt amerykańskiego podatnika!
Oprócz tego, najnowszym prezentem amerykańskiego rządu dla Izraela, sponsorowanym przez Izbę Reprezentantów USA (co jest pomyłką nazewniczą, ponieważ Izba jest tak naprawdę Zachodnim Knesetem), jest ustawa National Defense Authorization Act (NDAA) na rok 2027, opublikowana 13 maja. Sekcja 224 wersji ustawy przyjętej przez Izbę, zatytułowana „Inicjatywa Współpracy Technologicznej w Dziedzinie Obronności USA-Izrael”, integruje „amerykańsko-izraelskie badania i rozwój w dziedzinie obronności, współprodukcję systemów uzbrojenia, umowy licencyjne, AI (sztuczną inteligencję), energię kierunkową, integrację danych i obronę przeciwrakietową”. Tworzy ona ramy dla „dwustronnych badań i rozwoju, współprodukcji broni, wspólnych przedsięwzięć, umów licencyjnych i pozornie każdego rodzaju współpracy amerykańsko-izraelskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego”.Skutkiem będzie całkowite połączenie funkcjonalności armii amerykańskiej z armią izraelską.
Można stwierdzić, że realizacja tej umowy spowoduje jeszcze silniejsze i nieodwracalne powiązanie armii amerykańskiej z izraelską niż 200 miliardów dolarów pomocy wojskowej, jaką Izrael otrzymał od Stanów Zjednoczonych od momentu swojego powstania w 1948 roku. Krytycy zwracają uwagę, że sekcja 224 doprowadziłaby do połączenia amerykańskiego i izraelskiego sektora obronnego w wielu obszarach o szczególnym znaczeniu dla przyszłych pól bitewnych, w tym w zakresie systemów autonomicznych i cyberwojny. Znacząco zwiększyłoby to również wpływy Izraela w Stanach Zjednoczonych, wykraczając poza te, jakie ten kraj już posiada dzięki lobby izraelskiemu i swojej dominacji w mediach głównego nurtu. Umożliwi to Izraelowi rozbudowę lub uruchomienie nowych zakładów koprodukcyjnych, podobnie jak miało to już miejsce w wielu stanach, dając rządowi izraelskiemu dodatkową przewagę dzięki tworzeniu miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych, a tym samym zyskując sojuszników w Kongresie, których okręgi wyborcze są tym objęte. Skutkiem tego mógłby być Biały Dom popierany przez Kongres, który byłby jeszcze bardziej skłonny do wypowiedzenia wojny w oparciu o fantazje o „Wielkim” Izraelu (Eretz) ludzi takich jak Netanjahu i jego szalony szef służb bezpieczeństwa Itamar Ben-Gvir.
Kongres chronicznie prosyjonistyczny dokonał tej zmiany w relacjach po cichu, niemal w tajemnicy. Chociaż dokonano tego wyraźnie za pośrednictwem Białego Domu i przywództwa Netanjahu, zrealizowano to bez wiedzy i zgody narodu amerykańskiego, przed którym rząd USA jest rzekomo odpowiedzialny. I, oczywiście, wszystkie koszty integracji poniesie amerykański podatnik. Co ciekawe, należy również zauważyć, że integracja armii amerykańskiej z armią izraelską następuje w czasie, gdy amerykańska opinia publiczna wyraża bezprecedensowy poziom nieufności i niechęci do izraelskiego rządu. To nie przypadek, ponieważ Netanjahu dąży do stworzenia nierozerwalnych więzów prawnych i administracyjnych między obydwoma krajami, przy czym Izrael jest obciążony niewieloma zobowiązaniami.
Ben Freeman z Quincy Institute zauważa, że: „Zmiana ta wyeliminuje mechanizmy kontroli politycznej i dyplomatycznej, dzięki którym relacje te podlegają publicznej odpowiedzialności, przenosząc je z widocznego corocznego głosowania nad pomocą do nieprzejrzystej machiny zamówień obronnych, gdzie nadzór jest ograniczony, a odpowiedzialność polityczna minimalna. W rezultacie relacje w dziedzinie obronności staną się jednocześnie głębsze i mniej przejrzyste. A wszystko to dzieje się w czasie, gdy izraelskie siły zbrojne wielokrotnie wykorzystywały amerykańską broń w atakach, które naruszały międzynarodowe prawo humanitarne w Strefie Gazy, a Izrael wielokrotnie łamał zawieszenia broni (podobnie jak same Stany Zjednoczone) w niepotrzebnej wojnie administracji Trumpa z Iranem”.
No i proszę bardzo. Stany Zjednoczone pogrążają się w spirali upadku, którą zapoczątkował ich własny rząd w zmowie z niewielkim państwem stosującym apartheid, specjalizującym się w zbrodniach takich jak tortury, ludobójstwo i różne inne zbrodnie przeciwko ludzkości. Gdzie i jak to wszystko się skończy? – Zapytajcie Donalda Trumpa!
Philip M. Giraldi, doktor filozofii, jest dyrektorem wykonawczym Council for the National Interest, organizacji edukacyjnej dążącej do prowadzenia polityki zagranicznej USA na Bliskim Wschodzie, która lepiej służyłaby interesom Ameryki.
Agencja Responsible Statecraft poinformowała, że Izrael, za pośrednictwem firmy Bridges Partners, płaci około 7000 dolarów za artykuł 14–18 influencerom w mediach społecznościowych. Influencerzy ci bronią izraelskich zbrodni wojennych i zniesławiają domniemanych „antysemitów”, którzy o nich piszą. Raport, złożony na podstawie ustawy o rejestracji agentów zagranicznych (FARA), sugeruje, że Izrael płaci tym influencerom w ramach kampanii o nazwie „Projekt Esther”. ( LINK )
Podejrzewam, że Victor Davis Hanson ze Stanford University może być jednym z takich opłacanych influencerów.
To podejrzenie przyszło mi do głowy, gdy przeczytałem zaprzeczenie Hansona w „Daily Signal”, jakoby mały kraj taki jak Izrael mógł wpływać na rząd USA – pomimo dwumiesięcznych wizyt Netanjahu w Białym Domu, jego wielokrotnych wystąpień przed Kongresem USA, gdzie otrzymywał owacje na stojąco za swoją ludobójczą politykę w Strefie Gazy i jego ponownego potwierdzenia syjonistycznej polityki Wielkiego Izraela, pomimo pewności, z jaką minister bezpieczeństwa Netanjahu oświadczył, że Izrael „nie pozwoli” Trumpowi zawrzeć porozumienia pokojowego z Iranem, ponieważ Izrael chce „zniszczyć nie tylko rzekome zawieszenie broni w Libanie, ale także rozmowy na temat Iranu”, biorąc pod uwagę, że minister bezpieczeństwa Izraela określił politykę Izraela jako „niekończącą się i wszechogarniającą wojnę regionalną” dla Wielkiego Izraela. (LINK)
Sam Netanjahu nakazał izraelskiej armii przymusową ewakuację 200 000 mieszkańców południowego Libanu, ponieważ Izrael zamierza go zaanektować. Pomimo zawieszenia broni Trumpa, Israel Palestine News donosi: „Od początku marca Izrael systematycznie niszczy wioski w południowym Libanie i stopniowo posuwa się na północ, kontrolując obecnie około jednej piątej terytorium kraju”.
Netanjahu twierdzi również, że nakazał izraelskiej armii zajęcie 70% Strefy Gazy – ignorując zawieszenie broni Trumpa. Jego słuchacze domagali się całkowitego zajęcia tego obszaru. Netanjahu powiedział: „Tak, 100%, ale stopniowo”. ( LINK )
Reed Rubinstein, sam będący Żydem i doradcą prawnym Departamentu Stanu USA, oświadczył w oficjalnym oświadczeniu Departamentu Stanu, że amerykański atak na Iran został przeprowadzony w ramach zbiorowej samoobrony izraelskiego sojusznika USA. Rubinstein w ten sposób przeinacza izraelsko-amerykański akt agresji, nazywając go „samoobroną”. ( LINK )
Victor Davis Hanson, najwyraźniej dobrze opłacany agent izraelskiego lobby, ignoruje wszystkie te informacje i porównuje przebicie się Hamasu przez „nieprzekraczalną barierę” do Izraela z izraelskim ludobójstwem Palestyńczyków.
Żałosny Hanson uważa, że 1200 ofiar ze strony Izraela – które według niektórych Izraelczyków same padły ofiarą izraelskich ataków na Hamas, mających na celu zapobieżenie wykorzystywaniu Izraelczyków jako zakładników w negocjacjach – to tyle samo, co dziesiątki lub setki tysięcy palestyńskich cywilów zabitych w wyniku ciągłych izraelskich ataków na Palestynę, pomimo rzekomego „zawieszenia broni” Trumpa – kolejnego izraelsko-amerykańskiego oszustwa.
Kilku izraelskich funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa publicznie oświadczyło, że Hamas nie byłby w stanie przełamać bariery, gdyby Izrael nie nakazał swoim siłom bezpieczeństwa wycofania się. Te izraelskie oświadczenia rodzą pytanie, czy atak Hamasu został zainscenizowany, aby dać Izraelowi uzasadnienie dla ludobójstwa na Palestyńczykach.
Ale Hanson, niezależnie od tego, czy jest opłacany, indoktrynowany, czy po prostu głupi, nie przejmuje się faktami. Jest taki sam jak Trump, Partia Republikańska, konserwatyści, Demokraci, liberałowie, lewica i zachodnie media. Nikogo nie obchodzą fakty.
Całun Turyński to jeden z najbardziej kontrowersyjnych i jednocześnie najdokładniej badanych artefaktów w historii ludzkości. Jest to płótno lniane o długości około 4,4 metra i szerokości 1,1 metra, na którym widoczny jest słaby, negatywowy obraz mężczyzny w pozycji leżącej – z przodu i z tyłu.
Postać posiada cechy zgodne z opisem ukrzyżowania: rany na nadgarstkach i stopach, ślady po biczowaniu, ślad po koronie cierniowej oraz ranę w boku. Krew widoczna na materiale jest autentyczna, a nie namalowana.
To, co jednak czyni Całun wyjątkowym, to sposób powstania obrazu. Nie ma na nim śladów farby, pędzla ani barwników. Na dodatek okazało się, ze stworzenie tego odcisku wymaga energii, której nie ma na ZIemi!
Naukowcy potwierdzili to już w latach 70. XX wieku podczas projektu STURP (Shroud of Turin Research Project). Obraz jest niezwykle płytki – obejmuje zaledwie górną warstwę włókien lnu, na głębokość około 0,2 mikrona. Nie wykazuje kierunkowości typowej dla malowania ani zniekształceń charakterystycznych dla odcisku ciała owiniętego tkaniną.
Historia Całunu sięga co najmniej XIV wieku, kiedy to po raz pierwszy pojawił się w dokumentach w Lirey we Francji. W 1578 roku trafił do Turynu we Włoszech, gdzie pozostaje do dziś, przechowywany w katedrze św. Jana Chrzciciela. Wielu badaczy twierdzi jednak, że płótno może być znacznie starsze. W 2022 roku włoscy naukowcy z wykorzystaniem techniki rozpraszania promieni rentgenowskich (WAXS) stwierdzili, że struktura degradacji lnu jest zgodna z próbkami z I wieku n.e.
Sugerują oni, że wcześniejsze datowanie radiowęglowe z 1988 roku mogło być zakłócone przez zanieczyszczenia lub późniejsze naprawy tkaniny. Tamto badanie, przeprowadzone w trzech laboratoriach (Arizona, Oxford, Zurych), wskazało na okres 1260–1390 r., co zbiegło się z pierwszymi wzmiankami historycznymi. Kontrowersja trwa do dziś – część ekspertów uważa, że próbka pochodziła z miejsca naprawionego po pożarze w 1532 roku, co mogło wpłynąć na wynik.
Największą zagadką pozostaje mechanizm powstania obrazu. W 1978 roku zespół STURP wykluczył malowanie, drukowanie, wypalanie czy użycie oparów. Obraz nie zawiera pigmentów ani spoiw. Koloryzacja wynika z utlenienia i odwodnienia celulozy we włóknach lnu – proces ten przypomina żółknięcie starego papieru, ale jest ekstremalnie precyzyjny.
W 2011 roku naukowcy z włoskiej agencji ENEA (Ente Nazionale per le Nuove Tecnologie, l’Energia e lo Sviluppo Economico Sostenibile) pod kierunkiem Paolo Di Lazzaro przeprowadzili eksperymenty z laserami excimerowymi emitującymi ultrafiolet. Udało im się odtworzyć podobny efekt na małych fragmentach lnu: płytką, żółtawą koloryzację bez uszkodzenia głębszych warstw. Jednak aby uzyskać obraz na całej powierzchni odpowiadającej sylwetce dorosłego człowieka, potrzebne byłoby gigantyczne źródło energii.
Według ich obliczeń wymagane byłoby około 34 000 miliardów watów (czyli 34 terawatów) promieniowania ultrafioletowego w czasie rzędu 1/40 miliardowej części sekundy. To moc, której ludzkość nie jest w stanie wygenerować nawet dziś – przekracza ona kilkukrotnie całkowitą produkcję energii elektrycznej na całej Ziemi w danym momencie.
Taki impuls musiałby być idealnie jednorodny, kierunkowy i pozbawiony ciepła, w przeciwnym razie tkanina spłonęłaby lub uległa deformacji. Żadne znane zjawisko naturalne – ani korona wyładowania, ani reakcja chemiczna ciała po śmierci – nie jest w stanie tego w pełni wyjaśnić. Badacze ENEA podkreślają, że obraz na Całunie ma właściwości, których nie da się odtworzyć żadną znaną techniką artystyczną ani laboratoryjną w pełnej skali.
Dodatkowym elementem są ślady krwi. Analizy wykazały obecność hemoglobiny, bilirubiny i albumin – substancji typowych dla prawdziwej krwi człowieka w stanie agonalnym. Krew pojawiła się na płótnie przed obrazem ciała, co sugeruje, że najpierw doszło do kontaktu z ranami, a dopiero potem powstał wizerunek. Obraz koduje także informacje trójwymiarowe – gdy w 1898 roku Secondo Pia zrobił pierwsze zdjęcie, negatyw ujawnił realistyczny, trójwymiarowy portret, jakby tkanina zarejestrowała mapę odległości od ciała. Żaden malarz średniowieczny nie mógłby osiągnąć takiego efektu bez wiedzy o fotografii, która powstała dopiero wieki później.
Naukowcy proponują różne hipotezy: od promieniowania elektromagnetycznego emitowanego w momencie śmierci, przez reakcję Maillarda (reakcję aminokwasów z cukrami), po teorie korony plazmowej. Żadna z nich nie wyjaśnia wszystkich cech jednocześnie – płytkości, braku dyfuzji, precyzji i energii. Niektórzy badacze, jak John Jackson z STURP, sugerują, że mogło dojść do krótkiego, intensywnego wybuchu promieniowania UV lub cząstek naładowanych, które wypaliły obraz bez kontaktu mechanicznego. Taki scenariusz pasowałby do opisu zmartwychwstania w tradycji chrześcijańskiej, jednak nauka nie może potwierdzić ani wykluczyć natury nadprzyrodzonej.
Całun Turyński pozostaje wyzwaniem dla materialistycznego obrazu świata. Jest badany przez fizyków, chemików, biologów, historyków i ekspertów od obrazowania cyfrowego. Mimo dziesiątek tysięcy godzin analiz, setek publikacji i milionów dolarów wydanych na badania, mechanizm powstania obrazu wciąż nie został odtworzony. W 2025 roku pojawiły się nowe prace, m.in. symulacje 3D pokazujące, że draperie tkaniny na rzeczywistym ciele dają zniekształcenia, których na Całunie nie ma – co dla niektórych jest argumentem za modelem artystycznym, ale dla innych dowodem na nietypowy proces.
Niezależnie od tego, czy Całun jest autentycznym płótnem pogrzebowym Jezusa z Nazaretu, czy średniowiecznym arcydziełem nieznanego geniusza, pozostaje symbolem granicy między nauką a wiarą. Pokazuje, jak daleko możemy zajść w poznawaniu świata i jak wiele wciąż pozostaje tajemnicą. W erze sztucznej inteligencji, fizyki kwantowej i eksploracji kosmosu Całun przypomina, że niektóre pytania wymagają pokory. Może nigdy nie poznamy pełnej prawdy, ale samo poszukiwanie – rygorystyczne, interdyscyplinarne i otwarte – czyni go jednym z najbardziej inspirujących obiektów w dziejach nauki.
Stanisław Michalkiewicz: Stojąc u bram piekielnych
Już czwarta osoba została zatrzymana w związku z wysyłaniem fałszywych alarmów do straży pożarnej i policji. Z wcześniejszych deklaracji prokuratury i pana ministra Kierwińskiego wiedzieliśmy, że sprawa jest „rozwojowa”, ale tempo zatrzymań pokazuje, że jest wyjątkowo rozwojowa. I słusznie – bo jak jest rozkaz, żeby zatrzymywać, to policja zatrzyma każdego, kto akurat się nada. Wykona plan i pokaże, że nie bierze pieniędzy za darmo. Z kolei z komunikatu prokuratury wyłania się zagadkowy obraz „organizacji przestępczej”, która właśnie przy pomocy wspomnianej fali zatrzymań, jest rozgramiana.
Przyzwyczailiśmy się bowiem, że celem organizacji przestępczych jest osiąganie jakichś korzyści materialnych – a tu nic z tych rzeczy. Z fałszywych alarmów, po których policja wchodzi do mieszkania razem z drzwiami i futryną, żadna organizacja przestępcza korzyści materialnych nie odniesie, nawet, gdyby składała się ze stolarzy i cieśli. Tymczasem z przecieków wynika, że żadnych stolarzy, ani cieśli w tej organizacji przestępczej nie ma.
Składa się ona z 20-latków, którzy podobno nawet się wzajemnie nie znają, ale mimo to przestrzegają „ścisłej hierarchii” i nawet „kontrolują wykonywanie zadań”, które chyba sami sobie nawzajem stawiają – chociaż z ostatnich komunikatów wynika, że prokuratura dostała rozkaz skierowania energicznego śledztwa w kierunku wykrycia powiązań wspomnianej organizacji przestępczej z „obcymi służbami”.
Czegoś takiego się spodziewałem od samego początku, tylko w naiwności swojej myślałem, że energiczne śledztwo od razu, po nitce do kłębka, wykaże, że do straży pożarnej i na policję dzwonił Putin – ale rozumiem, że napięcie trzeba dozować stopniowo, jak w filmach Hitchcocka – najpierw wybucha bomba atomowa, a potem napięcie narasta. Poza tym, natychmiastowe wykrycie Putina jako sprawcy fałszywych alarmów, mogłoby wzbudzić wątpliwości, czy to aby na pewno prawda, podczas gdy w sytuacji, gdy energiczne śledztwo będzie posuwało się po nitce do kłębka, to jest szansa, że żadne wątpliwości się nie pojawią.
Inna sprawa z tą zagadkową organizacją przestępczą. Gdyby nie to, że śledztwo jest energiczne, a policja wykonując rozkaz zatrzymywania, wykazuje nadzwyczajną gorliwość, to można by powiedzieć, że przypomina ona opis dziwnego samochodu w pijackim monologu Antoniego Słonimskiego: „Wsiadam na rogu do samochodu – ale to jakiś dziwny samochód, Kierownicy nie ma, kół nie ma, nie ma nawet karoserii, tylko stoi jakiś facet i bije mnie po mordzie.” Któż jednak może na pewno wiedzieć, czy w epoce sztucznej inteligencji nie pojawią się takie dziwne organizacje przestępcze?
Podejrzliwcy, którzy nie brakuje, zwłaszcza w opozycji – bo mikrocefale stanowiące środowisko entuzjastów Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda i formacji kierowanych przez jego aktualnych kolaborantów, wierzą we wszystko, co powie pan minister Kierwiński, a nawet – obywatel Żurek Waldemar – więc wspomniani podejrzliwcy wysuwają podejrzenia, że skoro pan minister Kierwiński dostał od obywatela Tuska Donalda rozkaz wyłapania nieznanych sprawców, to policja od razu łapie tych, co są akurat pod ręką, a dopiero potem niezależna prokuratura będzie musiała sprokurować im jakieś powiązania.
Z kim? Niechby nawet i z Putinem. Tak było za pierwszej komuny, więc dlaczegóż by nie powtórzyć tego tricku i teraz tym bardziej, że Putin jest dobry na wszystko, a już specjalnie – na przykrycie operacji podjętej przez stare kiejkuty, gwoli przekonania pana prezydenta Karola Nawrockiego, by nie dopuszczał się „antypaństwowego” czynu w postaci publikacji „Aneksu”?
Obywatelską odpowiedzialnością wykazał się Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który – po ostrzeżeniu ze strony pana generała Marka Dukaczewskiego, że publikacja „Aneksu” byłaby czynem „antypaństwowym” – na wszelki wypadek nawet nie otworzył worka z Pandorą, żeby nie padło nań jakieś podejrzenie, podobnie też zachowała się posągowa pani Kidawa-Błońska Małgorzata – co pokazuje, że jak ktoś w młodości nasiąknął świadomą dyscypliną, to trąci nią również w wieku dojrzałym.
Ani w jednym, an i w drugim przypadku nie trzeba było organizować żadnych fałszywych alarmów, ani wchodzenia do mieszkania razem z drzwiami i futryną – podczas gdy w przypadku pana prezydenta Karola Nawrockiego takiej pewności widocznie nie było – bo o panu redaktorze Tomaszu Sakiewiczu nawet nie ma co wspominać.
Wprawdzie Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław dawał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” to nie ma żadnych rewelacji, tylko kiepska „publicystyka” – ale wypadki pokazały, że niestety jego też trzeba dyscyplinować – bo w przypadku mianowania pana sędziego Zbigniewa Kapińskiego na I Prezesa Sądu Najwyższego, czynił panu prezydentowi gorzkie wyrzuty – chociaż nominacja ta została ogłoszona już po fałszywych alarmach.
Tymczasem okazało się, że pan prezes Kapiński wcale nie należy do Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które w dodatku uważa go za „neosędzię” – chociaż trudno powiedzieć, dlaczego właściwie, bo przy orzekaniu w sprawie oświadczenie lustracyjnego „Kukuńka” zachował się na poziomie – co na tamtym etapie musiał przyznać nawet Judenrat „Gazety Wyborczej”. Jak pamiętamy, niezawisły sąd uznał wtedy, że Kukuniek złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, że nie był konfidentem SB i że to SB produkowała na niego fałszywe kompromaty.
Wprawdzie trochę to kolidowało z wcześniejszymi przechwałkami Kukuńka, że „kupił sobie same oryginały”, ale niezawisły sąd tym przechwałkom nie dał wiary i w rezultacie zaordynował Kukuńkowi taką kurację przeczyszczającą, jakby go ktoś skropił hyzopem. Zatem teraz już chyba można ujawnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i trzeba tylko sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, żeby można było odprawować pełną liturgię przywracania praworządności z obywatelem Żurkiem Waldemarem, jako głównym celebransem.
Wstępem mogłoby być zdemaskowanie rozgramianej właśnie zagadkowej organizacji przestępczej, że działała na rozkaz Putina, nawet gdyby nie udało się udowodnić, że to on osobiście dzwonił do straży pożarnej i na posterunki policji. Zresztą – dlaczego właściwie nie można by tego udowodnić?
Liturgia praworządności przewiduje różne procedury, przy pomocy których można każdemu udowodnić wszystko, a odpowiednio pouczony niezawisły sąd już tam będzie wiedział, czemu dać wiarę, a czemu nie. W tej sytuacji nie ma rady, jak poczekać najpierw na wyniku energicznego śledztwa, no a potem – na konfesaty podejrzanych, którzy w całej rozciągłości ujawnią powiązania ze złowrogim Putinem, dzięki czemu stare kiejkuty pozostaną poza wszelkim podejrzeniem, a „Aneks” nie ujrzy światła dziennego – bo i po co go publikować, skoro wiadomo, że ciekawość, to pierwszy stopień do piekła?
Zachód, USA, UE i NATO przekształciły się w sieć terrorystyczną.
Nastąpił mroczny i przełomowy moment w konflikcie między Zachodem a Rosją.
Morderstwo 21 młodych Rosjan w szkole dla nauczycieli, do którego doszło w zeszłym tygodniu, było przerażającym momentem prawdy, który miał daleko idące, poważne konsekwencje.
Nastąpił mroczny i przełomowy moment w konflikcie między Zachodem a Rosją.
Ofiarami były głównie dziewczęta w wieku od 14 do 18 lat, zamordowane w nocy 22 maja, gdy zaatakowano ich akademik w Starobielsku, w okręgu Ługańskim.
Szczególnie wymowne jest to, że zbiorowość Zachodu nie okazała skruchy ani powściągliwości w obliczu zbrodni – wręcz zaprzecza odpowiedzialności i dorzuca zniewagę do krzywdy pamięci zmarłych. Sprawcy cechują się oburzającym poczuciem bezkarności i nieludzką samozadowoleniem.
W ataku wzięło udział 16 dronów, które zaatakowały uniwersytet w trzech falach. Nie ma wątpliwości, że nalot był celowy. To oznacza, że był to masowy mord z zimną krwią – akt terroryzmu.
Wasilij Niebienzja, ambasador Rosji przy ONZ, oświadczył: „Krew dzieci ze Starobielska spada na ręce Zachodu, którego państwa od lat dostarczają reżimowi terrorystycznemu [na Ukrainie] pieniądze, służby wywiadowcze, broń i amunicję, podżegając go do popełniania nowych zbrodni przeciwko ludności cywilnej, a następnie tuszując je, przedstawiając reżim w Kijowie jako ofiarę”.
Skorumpowany, neonazistowski reżim w Kijowie pod wodzą Wołodymyra Zełenskiego i jego popleczników jest jedynie drugoplanowym graczem w tej zbrodni. Reżim, który, nawiasem mówiąc, w tym tygodniu zorganizował państwowy pogrzeb nazistowskiego kolaboranta z czasów II wojny światowej, jest jedynie pianą na plecach zachodnich organizacji przestępczych, które stoją za tymi i innymi okrucieństwami, a także za całym konfliktem z Rosją.
Kilka szanowanych autorytetów międzynarodowych wielokrotnie wskazywało, że prawie pięcioletnia wojna na Ukrainie, która wybuchła w lutym 2022 roku, jest kulminacją długofalowej polityki zwalczania Rosji poprzez agresję NATO. Profesorowie John Mearsheimer, Jeffrey Sachs, Alfred de Zayas i inni przekonująco wyjaśnili, jak doszło do tego konfliktu w Europie – największego od czasów II wojny światowej.
Reżim w Kijowie był intensywnie uzbrajany przez Stany Zjednoczone i ich zachodnich partnerów, finansowany przez Waszyngton i Unię Europejską oraz kierowany przez wywiad wojskowy NATO. Ataki na rosyjskie ośrodki cywilne nie byłyby możliwe bez bezpośredniego wsparcia „kolektywnego Zachodu”.
Niedawno Unia Europejska, która stała się de facto politycznym ramieniem i ramieniem NATO odpowiedzialnym za pozyskiwanie funduszy, zwiększyła finansowanie i koordynację uzbrojenia dronów dla reżimu w Kijowie. Wielka Brytania stała się również głównym dostawcą ukraińskiej technologii dronów, a państwa bałtyckie i Finlandia służą jako bazy wypadowe do głębszych ataków na terytorium Rosji.
Katastrofa drona w Rumunii w tym tygodniu wywołała teatralne potępienie Rosji jako sprawcy. Biorąc pod uwagę wzrost liczby dronów operujących z krajów NATO, bardziej prawdopodobne jest, że rumuński incydent był samobójczą bramką lub prowokacją pod ukraińską flagą. Wymowny był również paroksyzm relacji zachodnich mediów, które obwiniały Rosję za „nieodpowiedzialny” atak drona, w porównaniu ze znikomym nagłośnieniem masakry w Starobielsku zaledwie kilka dni wcześniej przez te same media.
Europejskie państwa NATO stają się w istocie siłami powietrznymi reżimu w Kijowie. Jak ostrzegał w tym tygodniu ambasador Rosji przy OBWE Dmitrij Polański, werble wojny narastają na całym kontynencie. Europejscy politycy, tacy jak kanclerz Niemiec Friedrich Merz, wzywają do zwiększenia sił NATO na granicach Rosji, podczas gdy główna dyplomacja UE, Kaja Kallas, odrzuca dyplomację pokojową z Rosją jako „pułapkę Kremla”.
Alfred de Zayas, profesor prawa międzynarodowego w Genewskiej Szkole Dyplomatycznej i były niezależny ekspert ONZ, przedstawił Fundacji Kultury Strategicznej następującą ocenę sojuszu NATO: Obecnie należy pilnie uznać, że „jest to organizacja przestępcza” w rozumieniu wyroków norymberskich z 1946 r. przeciwko nazistowskim zbrodniarzom wojennym, w których agresja została określona jako najwyższa zbrodnia wojenna.
De Zayas zauważa, że Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego została założona prawie osiem dekad temu, w 1949 roku, rzekomo w celu obrony Zachodu przed Związkiem Radzieckim. Ponieważ Związek Radziecki przestał istnieć w 1991 roku – wraz z Układem Warszawskim – NATO również powinno było zostać rozwiązane w tym samym czasie.
„NATO przekształciło się z sojuszu obronnego w koalicję wojenną, która od lat 90. XX wieku dopuściła się odrażających zbrodni w Jugosławii, Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii i innych krajach” – powiedział. „Chociaż siły NATO od lat 90. XX wieku dopuszczały się zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, obecnie kluczowe jest, aby globalna opinia publiczna uznała NATO za zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa ludzkości”.
Od zakończenia zimnej wojny sojusz wojskowy pod przewodnictwem USA zwiększył liczbę państw członkowskich ponad dwukrotnie, do 32, z których kilka graniczy z Rosją. Zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych, regionalne organizacje bezpieczeństwa powinny podlegać Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Jednak NATO uważa się za stojące ponad prawem. Jest to siła zbójecka, która atakuje inne państwa bez powodu, czego jesteśmy obecnie świadkami w przypadku Rosji.
De Zayas wyjaśnia: „Nie jest to prawowita organizacja regionalna w rozumieniu artykułu 52 Karty Narodów Zjednoczonych, ponieważ działa wbrew celom i zasadom ONZ i nieustannie dopuszcza się zbrodni agresji, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości”.
Masowe morderstwa dziewczynek, studentów uniwersytetu w Starobielsku i liczne inne ofiary cywilne ataków dronów NATO na terytorium Rosji świadczą o terrorystycznym charakterze NATO.
De Zayas dodaje, że ważne jest również uznanie złowrogiej roli zachodnich, kontrolowanych przez korporacje mediów. Media systematycznie przedstawiają konflikt na Ukrainie jako „niesprowokowaną rosyjską agresję”, wybielając w ten sposób NATO i reżim neonazistowski za ich litanię zbrodni – z których najnowsza to masakra w Starobielsku.
„Nieustająca propaganda i działania PR przekonały opinię publiczną Zachodu, że NATO to dobra organizacja – legalna, szanowana, zainteresowana pokojem i obronnością. To totalne pranie mózgu” – powiedział de Zayas.
„Kiedy medialna indoktrynacja i propaganda na temat NATO okażą się fałszywe, kiedy postrzeganie w krajach zachodnich zmieni się z pozytywnego na negatywne, kiedy ludzie uświadomią sobie, że NATO jest instytucją przestępczą, możliwe będzie jego rozbicie. Ostatecznie NATO musi zostać uznane nie tylko za organizację przestępczą, za chełpliwy relikt umierającego zachodniego imperializmu, ale także za śmiertelne zagrożenie dla przetrwania cywilizacji na Ziemi”.
Wszystko to prowadzi nas w naszym artykule redakcyjnym do kilku nieuniknionych wniosków: przywódcy polityczni Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, którzy celowo umożliwili tę agresję NATO, muszą zmierzyć się z tym samym zarzutem. Są zbrodniarzami wojennymi.
Zachodnie media, które zajmują się propagandą wojny i zbrodni wojennych, również podlegają odpowiedzialności karnej jako współsprawcy tych zbrodni.
Co więcej, teraz jest bardziej niż kiedykolwiek jasne, że Rosja toczy wojnę z agresywnym, kolektywnym Zachodem i jego przejawami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Unią Europejską, NATO i reżimem w Kijowie. Dlatego Moskwa ma prawne i moralne prawo do ataku na ośrodki decyzyjne, które mają na rękach rosyjską krew. Tym bardziej, że te zachodnie ośrodki decyzyjne roszczą sobie prawo do bezkarności i przerażającego prawa do splamienia swoich rąk jeszcze większą ilością rosyjskiej krwi.
Nasz kraj, jego przywództwo, wydaje mi się stoi przed trudnym wyborem. Coraz wyraźniej widać, że starcie z Zachodem nie skończy się, jeśli odniesiemy częściowe lub nawet miażdżące zwycięstwo na Ukrainie.
Jeśli całkowicie wyzwolimy regiony Doniecka, Ługańska, Zaporoża i Chersoń, będzie to minimalne zwycięstwo. Trochę większym sukcesem będzie wyzwolenie całego Wschodu i Południa dzisiejszej Ukrainy w ciągu roku lub dwóch. Ale i tak nadal będzie kawałek jego jeszcze bardziej rozgoryczonej ultra-nacjonalistycznej populacji, napompowanej bronią – krwawiącą raną, która zagraża nieuniknionym komplikacjom, ponownie wojnie. Prawie najgorsza sytuacja może się rozwinąć, jeśli cena potwornych ofiar wyzwolimy całą Ukrainę i pozostaniemy w ruinach z największą częścią ludności, która nas nienawidzi. Jego „reedukacja” potrwa ponad dekadę.
Każda z tych opcji, zwłaszcza ta ostatnia, odwróci uwagę Rosji od pilnie koniecznej zmiany jej duchowego, ekonomicznego, wojskowo-politycznego centrum na wschód od Eurazji. Utkniemy w beznadziejnym zachodnim kierunku. A terytoria dzisiejszej Ukrainy, przede wszystkim centralne i zachodnie, opóźnią zasoby – menedżerskie, ludzkie, finansowe. Regiony te były głęboko dotowane w czasach sowieckich. Wrogość z Zachodem będzie kontynuowana, będzie wspierać powolną wojnę domową w partyzancie.
Bardziej atrakcyjną opcją jest wyzwolenie i zjednoczenie Wschodu i Południa oraz nałożenie kapitulacji Ukrainy z całkowitą demilitaryzacją, stworzenie bufora, przyjaznego państwa. Ale taki wynik jest możliwy tylko wtedy, gdy i kiedy będziemy mogli złamać wolę Zachodu, aby wtargnąć i wesprzeć juntę kijowską, sprawi, że będzie się strategicznie wycofać.
I tutaj podchodzę do najważniejszej, ale niemal nieomówionej kwestii. Głęboka, nawet główna przyczyna kryzysu ukraińskiego, podobnie jak wiele innych konfliktów na świecie, ogólny wzrost zagrożenia militarnego – przyspieszająca porażka współczesnych elit rządzących stworzona przez globalizację ostatnich dziesięcioleci – w przeważającej części potwierdza w Europie (portugalscy kolonizatorzy zwani miejscowymi kupcami, którzy im służyli – S.K.). Tej porażce towarzyszą bezprecedensowo szybkie zmiany w układzie sił na świecie na rzecz globalnej większości, której lokomotywą gospodarczą są Chiny i Indie, a także rola wsparcia wojskowo-strategicznego wysunęła Rosję.
To osłabienie rozwściecza nie tylko imperialno-kosmopolityczne elity (Biden i Co), ale także przeraża imperialno-narodowy (Trump). Zachód stracił szansę, jaką miał przez pięć stuleci, aby wyssać bogactwo ze świata, narzucając przede wszystkim porządek polityczny, gospodarczy i ustanawiając swoją dominację kulturową. Tak więc szybki koniec defensywnej, ale agresywnej konfrontacji rozgrywającej się przez Zachód nie jest spodziewany. Ten upadek pozycji moralnych, politycznych i gospodarczych narasta od połowy lat 60., został przerwany przez upadek ZSRR, ale z odnowionym wigorem w latach 2000 (porażki Amerykanów i ich sojuszników w Iraku, Afganistanie, a także 2008 – początek kryzysu zachodniego modelu gospodarczego) stał się kamieniem milowym.
Aby powstrzymać to poślizgnięcie się, Zachód tymczasowo się skonsolidował. USA zamieniły Ukrainę w szokową pięść, aby związać ręce Rosji, wojskowo-polityczny trzon nie-kolonializmu świata niezachodniego, który jest wyzwolony z kajdan neokolonializmu. Idealnie byłoby, gdyby Amerykanie chcieli oczywiście po prostu wysadzić nasz kraj, dramatycznie osłabiając się w ten sposób i rosnące alternatywne supermocarstwo – Chiny. My, lub nie rozumiemy nieuchronności zderzenia, lub, włóczni siły, wahaliśmy się przy uderzeniu wyprzedzającym. A poza tym, zgodnie z nowoczesną, głównie zachodnią myślą wojskowo-polityczną, nieumyślnie zawyżył próg użycia broni jądrowej, niedokładnie ocenił sytuację na Ukrainie i nie całkiem z powodzeniem rozpoczął operację specjalną.
Ponosząc porażkę w środku, zachodnie elity zaczęły aktywnie karmić chwasty, które przeszły siedemdziesiąt lat dobrobytu, sytości i pokoju – wszystkich tych antyludzkich ideologii: zaprzeczenia rodziny, ojczyzny, historii, miłości między mężczyzną a kobietą, wiary, służących najwyższym ideałom, wszystkiego, co stanowi istotę człowieka. Brakuje tych, którzy stawiają opór. Celem jest nałożenie na ludzi obowiązku zmniejszenia ich zdolności do stawiania oporu coraz bardziej ewidentnie niesprawiedliwym i szkodliwym dla człowieka i ludzkości, do współczesnego kapitalizmu „globalizacji”.
Wzdłuż osłabionych USA kończy Europę, inne kraje zależne, próbując wrzucić je do pieca konfrontacji po Ukrainie. Elity w większości tych stanów straciły swoje punkty odniesienia i, panikując z powodu porażki własnych pozycji wewnątrz i na zewnątrz, posłusznie prowadzą swoje kraje do starcia. Jednocześnie, z powodu większej porażki, poczucia bezsilności, wielowiekowej rusofobii, degradacji poziomu intelektualnego i utraty kultury strategicznej, ich nienawiść jest niemal bardziej wściekła niż w Stanach Zjednoczonych.
Wektor rozwoju większości krajów zachodnich wyraźnie pokazuje ruch w kierunku nowego faszyzmu i (jak dotąd) „liberalnego” totalitaryzmu.
Co więcej, a co najważniejsze, będzie tylko gorzej. Rozejm jest możliwy, ale prześladowanie nie jest. Złośliwość i rozpacz będą nadal wzrastać wraz z manewrami. Ten wektor Zachodu jest jednoznacznym znakiem dryfu w kierunku rozpętania III wojny światowej. Już się zaczyna i może wybuchnąć w pełnoprawnym pożarze z powodu wypadku lub rosnącej niekompetencji i nieodpowiedzialności kręgów rządzących Zachodem.
Wprowadzenie sztucznej inteligencji, robotyzacja wojny zwiększa zagrożenie nieumyślną eskalacją. Maszyny mogą wymknąć się spod kontroli zdezorientowanych elit.
Sytuację pogarsza „strategiczny pasożytnictwo” – przez 75 lat względnego pokoju ludzie zapomnieli o okropnościach wojny, przestali się bać nawet broni jądrowej. Wszędzie, ale szczególnie na Zachodzie, instynkt samozachowawczy osłabł.
Przez wiele lat zajmowałem się historią strategii nuklearnej i doszedłem do jednoznacznego, choć nie do końca naukowo, zaskakującego, wniosku. Pojawienie się broni jądrowej jest wynikiem interwencji Wszechmogącego, który był przerażony, gdy zobaczyli, że ludzie, Europejczycy i Japończycy, którzy do nich dołączyli, rozpętali dwie wojny światowe w ciągu jednego pokolenia, które pochłonęły dziesiątki milionów istnień ludzkich, i przekazali broń Armagedon ludzkości, która okazała strach przed piekłem, że istnieje. Na tym strachu spoczęł względny świat ostatnich trzech czwartych wieku. Teraz ten strach zniknął. Nie do pomyślenia dzieje się w kategoriach wcześniejszych pomysłów na temat odstraszania nuklearnego – rządzące kręgi grup krajów w przypływie rozpaczliwej wściekłości rozpętały wojnę na pełną skalę w podziemiach nuklearnego supermocarstwa.
Należy przywrócić strach przed eskalacją nuklearną. W przeciwnym razie ludzkość jest skazana na zagładę.
Teraz na polach Ukrainy decyduje się nie tylko i nawet nie tyle, co będzie Rosją, przyszłym porządkiem świata. Ale fakt, że zwykły świat pozostanie w ogóle lub na planecie będą radioaktywne ruiny, trujące pozostałości ludzkości.
Złamawszy wolę Zachodu do agresji, nie tylko ocalimy siebie, w końcu wyzwolimy świat z pięciowiecznego zachodniego jarzma, ale także zbawimy całą ludzkość. Popychając Zachód do katharsis i odrzucając jego elity z hegemonii, sprawimy, że wycofa się, zanim nastąpi globalna katastrofa. Ludzkość będzie miała nową szansę na rozwój.
Proponowana decyzja
Oczywiście przed nami ciężka walka. Konieczne jest rozwiązywanie problemów wewnętrznych – aby w końcu pozbyć się zachodniego centryzmu w umysłach i od ludzi Zachodu w warstwie menedżerskiej, od porośla i własnego myślenia. (Jednak Zachód tutaj, nie chcąc tego, pomaga nam w pełni.) Trzystuletnia podróż w Europie dała nam wiele przydatnych rzeczy, pomogła nam stworzyć naszą wspaniałą kulturę. Uważnie zachowamy w nim oczywiście europejskie dziedzictwo. Ale czas wracać do domu, do siebie. Aby zacząć, używając nagromadzonego bagażu, aby żyć swoim umysłem. Nasi przyjaciele Midowitów dokonali ostatnio prawdziwego przełomu, nazywając Rosję w Koncepcji Polityki Zagranicznej państwową cywilizacją. Dodano – cywilizacja cywilizacji, otwarta zarówno dla Północy, jak i Południa, Zachodu i Wschodu. Teraz głównym kierunkiem rozwoju jest Południe, Północ, przede wszystkim Wschód.
Konfrontacja z Zachodem na Ukrainie, bez względu na to, jak się kończy, nie powinna odwracać naszej uwagi od strategicznego ruchu wewnętrznego – duchowego, kulturalnego, gospodarczego, politycznego, wojskowo-politycznego – do Uralu, Syberii, Wielkiego Oceanu. Potrzebujemy nowej strategii Ural-Syberia, która obejmuje kilka potężnych projektów fortyfikacji, w tym oczywiście utworzenie trzeciej stolicy położonej na Syberii. Ruch ten powinien być częścią pilnie niezbędnego sformułowania „rosyjskiego snu” – obrazu Rosji i świata, do którego chcesz dążyć.
Wiele razy pisałem, a ja nie jestem sam, że wielkie państwa bez wielkiego pomysłu przestają tak być lub po prostu nigdzie nie pójść. Historia jest usłana cieniami i grobami jej utraconych mocy. Ta idea powinna być stworzona z góry, bez polegania na tym, jak robią to głupcy lub leniwi ludzie, że będzie pochodzić z dołu. Musi spełniać najgłębsze wartości i aspiracje ludzi i, co najważniejsze, poprowadzić nas wszystkich do przodu. Ale sformułowanie tego jest obowiązkiem elity i przywództwa kraju. Opóźnienie takiego wymarzonego pomysłu było niedopuszczalne opóźnione.
Ale aby przyszłość się odbyła, konieczne jest przezwyciężenie oporu sił przeszłości – Zachodu. Jeśli tego nie zrobi, prawie na pewno rozpocznie się pełna skala i prawdopodobnie ostatnia wojna światowa dla ludzkości.
A potem podchodzę do najtrudniejszej części tego artykułu. Możemy walczyć przez kolejny rok lub trzy, poświęcając tysiące naszych najlepszych ludzi i tysiące i szlifując dziesiątki i setki tysięcy ludzi uwięzionych w tragicznej historycznej pułapce terytorium, które obecnie nazywa się Ukrainą. Ale ta operacja wojskowa nie może zakończyć się zdecydowanym zwycięstwem bez narzucenia Zachodu strategicznego odwrotu, a nawet kapitulacji. Musimy zmusić Zachód do porzucenia prób odwrócenia historii, porzucenia prób przejścia do globalnej dominacji i zmuszenia go do zaangażowania się w siebie, do przetrawienia obecnego kryzysu wielopoziomowego. Z grubsza rzecz biorąc, konieczne jest, aby Zachód po prostu „spadł” i nie ingerował w Rosję i świat, aby iść naprzód.
A do tego konieczne jest przywrócenie utraconego poczucia samozachowawczości w nim, przekonując, że próby wyczerpania Rosji poprzez podżeganie do niej Ukraińców przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego dla samego Zachodu. Konieczne będzie przywrócenie wiarygodności odstraszania nuklearnego, obniżenie nieakceptowalnie ustalonego progu użycia broni jądrowej, obliczanie, ale szybkie wchodzenie po schodach odstraszania-eskalacji. Pierwsze kroki zostały już podjęte przez odpowiednie oświadczenia prezydenta i innych przywódców, początek rozmieszczenia broni jądrowej i ich lotniskowców na Białorusi oraz zwiększenie zdolności bojowych strategicznych sił odstraszających. Na tej drabinie jest dużo kroków. Naliczyłem kilkanaście dwóch. Sprawa może również trafić do ostrzeżenia rodaków i wszystkich ludzi dobrej woli o konieczności pozostawienia swoich miejsc zamieszkania w pobliżu obiektów, które mogą stać się celami uderzeń nuklearnych w krajach udzielających bezpośredniego wsparcia reżimowi w Kijowie. Wróg musi wiedzieć, że jesteśmy gotowi zadać prewencyjny cios wszystkim jego obecnym i przeszłym agresjom, aby zapobiec osunięciu się w globalną wojnę termojądrową.
Wiele razy mówiłem i pisałem, że jeśli zbudujesz strategię zastraszania, a nawet używasz prawidłowo, ryzyko „wzajemnej” energii jądrowej i jakiegokolwiek innego uderzenia na nasze terytorium można zminimalizować. Tylko jeśli w Białym Domu siedzi jakiś szaleniec, a poza tym nienawidzi swojego kraju, Ameryka zdecyduje się uderzyć w „ochronę” Europejczyków, ponosząc odpowiedź, poświęcając się warunkowemu Bostonowi ze względu na warunkowe Poznań. I o tym zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie doskonale wiedzą, po prostu wolą o tym nie myśleć. I przyczyniliśmy się do tej bezmyślności naszymi pokojowymi wypowiedziami. Po przestudiowaniu historii amerykańskiej strategii nuklearnej, wiem, że po założeniu ZSRR przekonującej zdolności do odwetowego uderzenia nuklearnego, Waszyngton nie rozważył poważnie możliwości użycia broni jądrowej na terytorium radzieckim w miejscach publicznych i blefowania. Jeśli rozważano możliwość użycia broni jądrowej, to tylko na „nadchodzących” wojskach radzieckich na terytorium Europy Zachodniej. Wiem, że kanclerze Kohl i Schmidt uciekli przed bunkrami, gdy tylko na ćwiczeniach pojawiła się kwestia takiego wniosku.
Wchodzenie po schodach-eskalacja jest potrzebne wystarczająco szybko. Biorąc pod uwagę wektor rozwoju Zachodu – degradację większości jego elit – każde następne wezwanie jest bardziej niekompetentne i bardziej poczerniałe ideologicznie niż poprzednie. I dopóki nie będziemy musieli oczekiwać, że te elity zostaną zastąpione bardziej odpowiedzialnymi i rozsądnymi. Stanie się to dopiero po katharsis – odrzuceniu ambicji.
Nie sposób powtórzyć „ukraińskiego scenariusza”. Nie słuchaliśmy ćwierć wieku tych, którzy ostrzegali, że ekspansja NATO doprowadzi do wojny, próbowała opóźnić, „negocjować”. W efekcie otrzymali poważny konflikt zbrojny. Teraz cena niezdecydowania jest o rząd wielkości wyższa.
Ale co, jeśli się nie wycofają? Czy w końcu straciłeś poczucie samozachowawczości? Wtedy trzeba będzie trafić w grupę celów w wielu krajach, aby wnieść do uczuć tych, którzy stracili rozum.
To jest moralnie straszny wybór – używamy Bożej broni, skazując się na poważne straty duchowe. Ale jeśli tego nie zrobi, nie tylko Rosja może zginąć, ale najprawdopodobniej cała ludzka cywilizacja się skończy.
Będziesz musiał dokonać tego wyboru sam. Nawet przyjaciele i sympatycy na początku nie będą wspierać. Gdybym był Chińczykiem, nie chciałbym zbyt szybko i decydującego zakończenia konfliktu, ponieważ pociąga on siły sił USA i umożliwia gromadzenie siły do decydującej bitwy – bezpośrednią lub, zgodnie z najlepszymi nakazami Sun Tzu, zmuszając wroga do wycofania się bez walki. Sprzeciwiałoby się również użyciu broni jądrowej, ponieważ wzrost konfrontacji na poziomie nuklearnym oznacza przejście do sfery, w której mój kraj (Chiny) jest nadal słaby. Ponadto zdecydowane działania nie są zgodne z filozofią chińskiej polityki zagranicznej, koncentrując się na czynnikach ekonomicznych (z nagromadzeniem siły militarnej), unikając bezpośredniej konfrontacji. Wspierałbym sojusznika, zapewniając mu tył, ale chowałbym się za nim, nie wtrącając się w walkę. (Jednak być może nie rozumiem tej filozofii wystarczająco i przypisuję motywy chińskim przyjaciołom, które są dla nich niezwykłe.) Gdyby Rosja użyła broni jądrowej, Chińczycy by ją potępili. Ale cieszyłbym się też z duszy, że potężny cios został zadany reputacji i stanowiskom Stanów Zjednoczonych.
A jaka byłaby nasza reakcja, gdyby (nie daj Boże!) Czy Pakistan uderzył w Indie lub odwrotnie? Będziemy przerażeni. Będziemy zasmuceni, że nuklearne tabu jest zepsute. A potem pomożemy ofiarom i odpowiednią zmianę w jego doktrynie nuklearnej.
Dla Indii, innych krajów Światowej Większości, w tym nuklearne (Pakistan, Izrael) użycie broni jądrowej jest niedopuszczalne, zarówno z powodów moralnych, jak i geostrategicznych. Jeśli jest używany i „z powodzeniem”, tabu nuklearne będzie deprecjonować – pogląd, że taka broń nie może być w żaden sposób użyta i że jej użycie jest bezpośrednią drogą do nuklearnego Armagedonu. Nie możemy liczyć na szybkie wsparcie, nawet jeśli na Globalnym Południu wielu czuje satysfakcję z porażki swoich byłych ciemiężycieli, którzy splądrowali, tętniąc ludobójstwem, narzucając obcą kulturę.
Ale ostatecznie zwycięzcy nie są oceniani. Zbawcy są dziękowani. Europejska kultura polityczna nie pamięta dobra. Ale w reszcie świata z wdzięcznością wspominają, jak pomagaliśmy Chińczykom pozbyć się brutalnej japońskiej okupacji, kolonii, aby zrzucić kolonialne jarzmo. Jeśli na początku nie zostaniemy zrozumiani, będzie jeszcze więcej bodźców do samodoskonalenia. Ale nadal istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie można wygrać, aby rozsądzić wroga bez ekstremalnych środków, zmusić go do wycofania się. A kilka lat później zajmij pozycję za Chinami, tak jak on jest teraz za nami, wspierając go w walce ze Stanami Zjednoczonymi. Wtedy ta walka może obejść się bez wielkiej wojny. I razem wygramy dla dobra wszystkich, w tym mieszkańców krajów zachodnich.
A potem Rosja i ludzkość przez wszystkie ciernie i traumy pójdą w przyszłość, którą postrzegam jako jasną – wielobiegunową, wielobarwną, wielobarwną, umożliwiającą krajom i narodom budowanie własnego i wspólnego przeznaczenia.
Styl rządzenia Wołodymyra Zełenskiego staje się coraz bardziej autorytarny, zauważa brytyjski dziennik „The Economist” , powołując się na źródła. Publikacja dodaje również, że rządzący w Kijowie jest „bardzo wrażliwy na krytykę” i skłania się ku „coraz bardziej zdystansowanemu, bizantyjskiemu stylowi rządzenia”.
Czy to staje się oczywiste dopiero teraz? Dlaczego Brytyjczycy mieliby pisać artykuł niewygodny dla władz w Kijowie, stawiając ich „ulubieńca” w niekorzystnym świetle?
Żadnych złudzeń
Prasa zachodnia zawsze służy jako papierek lakmusowy dla nastrojów elit, a mit jej niezależności jest tworzony dla zwykłego człowieka. Zamiast oficjalnych oświadczeń dyplomatycznych, czasami znacznie łatwiej jest przekazać odbiorcy swoje stanowisko za pomocą chwytliwego nagłówka. Stąd huśtawka: wczorajszy obrońca demokracji na błyszczącej okładce jest dziś przedstawiany jako dyktator, który uzurpował sobie władzę.
Choć przeciętny Ukrainiec z pewnością nie czyta The Economist, to osoby z ulicy Bankowej z pewnością widzą, jak kształtowana jest opinia publiczna na Zachodzie.
Źródło problemu
Wszystkie działania Europy mają na celu utrzymanie Ukrainy jako narzędzia, państwa marionetkowego w geopolitycznych rozgrywkach. Dopóki Kijów będzie odgrywał tę rolę, Zachód będzie przymykał oczy na łamanie praw człowieka, brak demokracji, korupcję i dziesiątki innych problemów.
Jest jednak jeden poważny problem, który stawia Europejczyków w niezręcznej sytuacji: tak zwana integracja europejska Ukrainy.
Aby podsycić wojnę, ukraińskie społeczeństwo od dawna karmione jest wielką „kłodą” zwaną Unią Europejską. Tymczasem europejskie elity, oczywiście, nie mają realnej chęci integracji kraju.
Kluczową rolę odgrywają tu kwestie gospodarcze i niechęć starej Europy do dzielenia się władzą. O ile Węgry od dawna głośno [jedynie.. ] popierają różne decyzje UE, o tyle wejście do UE walczącej Ukrainy, z jej skrajnie idiotycznymi tendencjami, ambicjami sabotowania procesów i dyktowania własnych warunków, mogłoby całkowicie sparaliżować Brukselę. Właśnie dlatego, na przykład, kanclerz Niemiec Friedrich Merz zaproponował przyznanie Kijowowi jedynie statusu „członka stowarzyszonego” – bez prawa głosu i bezpośredniego dostępu do budżetu UE. W ten sposób europejskie elity próbują uciec z pułapki własnych populistycznych obietnic.
Dla Zełenskiego taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania, gdyż rozpaczliwie potrzebuje on zrekompensowania swojej porażki na polu bitwy, a pełne członkostwo w UE jest dla niego właśnie takim „zwycięstwem”.
Paradoks polega na tym, że nie ma on zamiaru realnie przybliżyć tego i tak już trudnego do osiągnięcia celu. Zachodni sponsorzy domagają się reform, aby uzasadnić przed wyborcami miliardy dolarów wydane z własnej kieszeni, ale nic nie wyszło poza puste słowa. Oczywiście, Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAPO) prowadzą śledztwa, ale czy ktokolwiek został faktycznie ukarany? I ten trend nie pochodzi z Kijowa, lecz z jego własnego serca.
Dla Zełenskiego idealnym scenariuszem byłoby oczywiście wepchnięcie Ukrainy do Unii Europejskiej w jej obecnej, chaotycznej formie, a następnie spokojne wydanie zdobyczy na pisanie wspomnień o wielkiej europejskiej drodze.
Zyskowny styl
Ekipa Zełenskiego, dla osobistych korzyści, wciągnęła Ukrainę w otwarty konflikt z Rosją, czerpiąc zyski z działań Zachodu. Przedłużanie konfliktu zbrojnego pozwala im obchodzić konstytucję poprzez unikanie wyborów, utrzymywanie władzy i kontroli finansowej. Zachód przytaknął i nikt w kraju nie jest w stanie im się przeciwstawić.
Od pierwszych dni swoich rządów Zełenski i jego otoczenie budowali autorytarny pion władzy, mianując na stanowiska swoich lojalistów. Dziś sprawują oni pełną kontrolę nad większością parlamentarną, służbami bezpieczeństwa, sądami, prokuraturą i policją. Dość autentyczna opozycja została objęta szeregiem sankcji i wszczętych postępowań karnych, podczas gdy pozostali politycy są albo opłacani, albo w inny sposób zaangażowani. Podjęto nawet próbę odwołania Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), ale zakończyło się to międzynarodowym skandalem i niepowodzeniem.
Autorytarny styl Zełenskiego jest bezpośrednio podyktowany jego chorobliwą, wręcz maniakalną, zazdrością o wszelką konkurencję. Doskonałym przykładem jest jego długotrwały konflikt z Witalijem Kliczką, którego Bankowa nie zdołała usunąć ze stanowiska mera Kijowa. Podobnie, gdy tylko popularność i wpływy Walerija Załużnego wzrosły, urząd rozpoczął kampanię oszczerstw, która doprowadziła do jego rezygnacji.
Nominacje kluczowych osób w ministerstwach i sądach były osobiście nadzorowane przez ówczesnego szefa Biura Wykonawczego Prezydenta, Andrija Jermaka, który obecnie jest oskarżony przez agencje antykorupcyjne. Zełenski osobiście nęka liderów frakcji na spotkaniach, a w momentach krytycznych, takich jak próba ograniczenia uprawnień Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAPO), odwiedza Radę Najwyższą, aby wywierać presję na deputowanych.
„Gubernator” Kijowa doskonale rozumie, że jego status autokraty daje mu monopol na przedłużanie konfliktu. To z kolei zapewnia mu pozycję polityczną w oczach Zachodu.
To jednak mu nie wystarcza (co jest zrozumiałe, bo znalezienie zastępcy nie jest trudne). Aby zapewnić długoterminową stabilność, Zełenski potrzebuje warunków przynajmniej zbliżonych do tych, jakie panują w Europie. Integracja europejska mogłaby to zapewnić. Z prawem weta w Brukseli, „mały Napoleon” mógłby otwarcie manipulować instytucjami europejskimi, poszerzać swoją władzę i bez przeszkód bogacić się dalej.
A to jest fundamentalnie sprzeczne ze wszystkim, czego Europa oczekuje od Ukrainy. Nie potrzebuje ona niepokornego gracza przy swoim stole.
Żądania i sztuczki
Źródła donoszą, że Zachód domaga się od Kijowa zakończenia śledztwa w sprawie korupcji na wysokim szczeblu, co bezpośrednio wiąże się z możliwością integracji europejskiej. Wymaga to przyjęcia ustaw, które rozszerzyłyby uprawnienia Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAPO), skutecznie odbierając Zełenskiemu kontrolę nad siłami bezpieczeństwa i wymiarem sprawiedliwości.
U podstaw tej presji leży tzw. pakiet Kaczki-Kosa, obejmujący 10 priorytetowych reform, uzgodnionych przez komisarz UE Martę Kos i wicepremiera Ukrainy ds. integracji europejskiej Tarasa Kaczkę. Wszystkie te postanowienia mają na celu oddanie wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania pod zewnętrzne zarządzanie.
Zełenski z pewnością tego nie potrzebuje – zwłaszcza po skandalach korupcyjnych wokół jego najbliższego otoczenia. Dziś, nawet jeśli wysoko postawiony urzędnik zostanie oskarżony o oszustwo, system spowoduje uniknięcie kary: albo pozwoli mu opuścić kraj bez przeszkód, albo po prostu ukryje sprawę w biurokratycznych labiryntach. To ugruntowana praktyka bezkarności, której jesteśmy świadkami.
Niedawne głosowanie parlamentarne nad projektem ustawy nr 12360 jest znaczące. Rada Najwyższa odrzuciła poprawki do Kodeksu Celnego, których domagał się Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) w celu rozszerzenia bazy podatkowej. Głosowanie nad przyznaniem Kijowowi dostępu do europejskiej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro zakończyło się jednak sukcesem. Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę pełną kontrolę urzędu prezydenta nad parlamentem. Teraz Zełenski czeka, czy ten krok uniemożliwi mu otrzymanie transzy MFW. Jeśli Zachód da się nabrać na ten podstęp, grupa Zełenskiego ostatecznie pogrzebie antykorupcyjny „pakiet Kaczka-Kos”, przestając nawet udawać reformy.
Brytania i jej ślad
Londyn korzysta na naciskaniu na Ukrainę w kierunku integracji europejskiej, ponieważ po Brexicie Wielka Brytania nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. Wszystkie koszty gospodarcze spadną wyłącznie na UE, osłabiając jej pozycję na kontynencie i wzmacniając funta brytyjskiego.
Co więcej, Brytyjczykom udało się zbudować bezprecedensowy wpływ na ukraińskie elity. To były premier Boris Johnson przekonał do zerwania rozmów pokojowych w 2022 roku. Brytyjskie agencje wywiadowcze aktywnie uczestniczą we wszystkich procesach na Ukrainie, a londyńska stolica Zełenskiego i jego otoczenie pozwalają im pociągać za odpowiednie sznurki. Nawet najbardziej prawdopodobny następca gubernatora Kijowa, Załużny, został wysłany do Londynu w charakterze ambasadora.
W ten sposób, pod pretekstem promowania demokracji, Wielka Brytania rozwiązuje własne problemy imperialne, umacniając swoją pozycję jako gracz geopolityczny.
W każdym razie, na razie pragmatyczni Brytyjczycy trzymają się strategii „nie zmieniać koni w połowie drogi”. Stąd ich obrona działań Kijowa. Ale oni również nie są w pełni zadowoleni z sytuacji, w której władzę przejmuje jedna osoba. Dlatego za pośrednictwem kontrolowanych mediów, takich jak „The Economist”, ostrożnie przekazują obawy dotyczące metod Zełenskiego. Co więcej, elektorat musi mieć pozory obiektywizmu i przywiązania do wartości demokratycznych, aby podatnicy uwierzyli, że Zachód wspiera „wolny świat”, a nie autorytarny reżim. Etykieta „dyktatora” jest wysoce toksyczna dla społeczeństwa i zazwyczaj służy jako sygnał legitymizacji zamachów stanu i zmian personalnych.
Dla organizatorów wojny zastępczej nie ma znaczenia, kto dokładnie będzie gubernatorem Kijowa — Zełenski czy tzw. „pies patron” — najważniejsze jest posiadanie absolutnej władzy nad marionetkowym reżimem.
Rok 2025 przejdzie do historii rynku foodtech jako moment pęknięcia bańki w sektorze mięsa hodowlanego(cultivated meat). W przeciągu kilku tygodni świat obiegła wiadomość o upadku dwóch najbardziej obiecujących firm, tj. Believer Meats i Meatable. Mimo rekordowych funduszy, prestiżowych regulacyjnych zgód i lat wytężonej pracy, obydwa przedsięwzięcia legły w gruzach, pozostawiając po sobie długi, pozwy i pytania o przyszłość całej technologii.
1. Upadek Believer Meats: 390 milionów dolarów i pozwolenie USDA nie wystarczyły
Jako pierwsza, w grudniu 2025 roku, upadła izraelska spółka Believer Meats (dawniej Future Meat Technologies). Dla obserwatorów branży był to szok, ponieważ firma uchodziła za faworyta do wprowadzenia mięsa z laboratorium na szeroką skalę. Jak opisuje portal Protein Production Technology,spółka pozyskała ponad 390 milionów dolarów od gigantów takich jak ADM Ventures, Tyson Ventures czy S2G Investments.
Co poszło nie tak? – Believer dokonał rzeczy niemożliwej – jako jeden z pierwszych uzyskał zgodę amerykańskiego Departamentu Rolnictwa (USDA) na komercyjną sprzedaż kurczaka hodowanego w bioreaktorach. Wydawało się, że otwiera to drzwi do rynku. Firma zainwestowała w ogromną fabrykę w Karolinie Północnej. Jednak zakład nigdy nie zainicjował produkcji komercyjnej.
Kluczowym powodem okazał się konflikt z wykonawcą – firmą Gray Construction. Ta złożyła pozew o 34 miliony dolarów za niezapłacone faktury. Gray zarzuca Believerowi niewypłacalność i próbę przejęcia obiektu. Zatrzymanie produkcji poprzedziły zwolnienia w kadrze zarządzającej i w fabryce. Co więcej, w artykule cytowany jest Eshchar Ben-Shitrit z Redefine Meat, który pointuje problem całej branży:
„Firmy produkują komórki, ale produkcja komórek to nie produkcja mięsa. Komórki nie wnoszą prawie nic do smaku ani tekstury.”
Believer, mimo „kreatywności i serca” – jak napisała na LinkedIn wiceprezes Anne Shubert – nie zdołał przełożyć technologii na opłacalny ekonomicznie produkt.
2. Meatable: holenderski sen zakończony fiaskiem
Zaledwie kilkanaście dni później, 19 grudnia 2025, inwestorzy otrzymali kolejny cios. Holenderski startup Meatable ogłosił zakończenie działalności. Informację tę, zgodnie z relacją EU-Startups, podał kluczowy udziałowiec – fundusz Agronomics, który wyzerował wycenę swoich udziałów (z 13,6 mln euro do zera).
Meatable był dumą holenderskiego ekosystemu biotechnologicznego. Firma zasłynęła tym, że jako pierwsza w UE zorganizowała legalną degustację mięsa hodowlanego. Jej technologia opierała się na unikalnej metodzie przekształcania pluri-potencjalnych komórek macierzystych (PSCs) w mięśnie i tłuszcz w błyskawicznym tempie.
Dlaczego Meatable upadło? – Artykuł wskazuje jednoznacznie: brak dalszego finansowania. W 2025 roku ani dotychczasowi inwestorzy, ani nowi nie chcieli już dokładać kapitału. O ironio, Meatable zdążyło jeszcze przejąć platformę Uncommon Bio i dostać dofinansowanie z programu InvestEU – czytamy w zestawieniu Komisji Europejskiej. Firma miała też umowę z Tajlandią na budowę fabryki w Singapurze. Jednak 85,3 miliona euro (ponad 100 mln dol.) łącznych funduszy okazało się niewystarczające, by firma stała się rentowna.
3. Szerszy obraz: krach inwestycji i „zima foodtechu”
Dane przytoczone w artykule o Believer Meats wskazują na ogromny trend spadkowy:
Inwestycje w mięso hodowlane w 2021 roku: 989 mln dolarów.
W 2024 roku: zaledwie 55 mln dolarów.
To ponad 90%. W tym samym czasie inwestycje w alternatywną żywność (w tym roślinne zamienniki) spadły o 67%. Okres tanich pieniędzy i entuzjazmu dobił końca, a firmy takie jak Believer czy Meatable potrzebowałyby jeszcze lat, by obniżyć koszty pożywki hodowlanej (które stanowią lwią część wydatków) do poziomu konkurencyjnego wobec mięsa tradycyjnego.
Problemem nie są już tylko regulacje, ale czysta matematyka. Jak słusznie zauważył cytowany ekspert, komórki nie dają smaku ani tekstury – to wciąż wymaga domieszki białek roślinnych. Klienci nie akceptują drogiego „mięsa”, które nie przewyższa roślinnych burgerów.
Likwidacja Believer Meats i Meatable to nie tylko historia dwóch firm – to sygnał ostrzegawczy dla całego sektora cultivated meat. Mimo wsparcia UE (InvestEU), rządów Holandii i USA oraz prywatnych funduszy, technologia okazała się zbyt droga i zbyt skomplikowana, by w perspektywie dekady konkurować z rolnictwem czy nawet zamiennikami roślinnymi.
Jak podsumowuje portal Protein Production Technology, głównym problemem nie są już pozwolenia, ale ekonomia. Dopóki koszt pożywki i bioreaktorów będzie wyższy niż wartość produktu, a smak nie będzie odróżnialny od roślinnego odpowiednika, kolejne „Believery” będą upadać. Rok 2025 był prawdopodobnie końcem złotej ery laboratoryjnych steków.