Stojąc u bram piekielnych.

3 Czerwca 2026 magnapolonia.org/michalkiewicz-stojac-u-bram-piekielnych

Stanisław Michalkiewicz: Stojąc u bram piekielnych

   Już czwarta osoba została zatrzymana w związku z wysyłaniem fałszywych alarmów do straży pożarnej i policji. Z wcześniejszych deklaracji prokuratury i pana ministra Kierwińskiego wiedzieliśmy, że sprawa jest „rozwojowa”, ale tempo zatrzymań pokazuje, że jest wyjątkowo rozwojowa. I słusznie – bo jak jest rozkaz, żeby zatrzymywać, to policja zatrzyma każdego, kto akurat się nada. Wykona plan i pokaże, że nie bierze pieniędzy za darmo. Z kolei z komunikatu prokuratury wyłania się zagadkowy obraz „organizacji przestępczej”, która właśnie przy pomocy wspomnianej fali zatrzymań, jest rozgramiana.

Przyzwyczailiśmy się bowiem, że celem organizacji przestępczych jest osiąganie jakichś korzyści materialnych – a tu nic z tych rzeczy. Z fałszywych alarmów, po których policja wchodzi do mieszkania razem z drzwiami i futryną, żadna organizacja przestępcza korzyści materialnych nie odniesie, nawet, gdyby składała się ze stolarzy i cieśli. Tymczasem z przecieków wynika, że żadnych stolarzy, ani cieśli w tej organizacji przestępczej nie ma.

Składa się ona z 20-latków, którzy podobno nawet się wzajemnie nie znają, ale mimo to przestrzegają „ścisłej hierarchii” i nawet „kontrolują wykonywanie zadań”, które chyba sami sobie nawzajem stawiają – chociaż z ostatnich komunikatów wynika, że prokuratura dostała rozkaz skierowania energicznego śledztwa  w kierunku wykrycia powiązań wspomnianej organizacji przestępczej z „obcymi służbami”.

Czegoś takiego się spodziewałem od samego początku, tylko w naiwności swojej myślałem, że energiczne śledztwo od razu, po nitce do kłębka, wykaże, że do straży pożarnej i na policję dzwonił Putin – ale rozumiem, że napięcie trzeba dozować stopniowo, jak w filmach Hitchcocka – najpierw wybucha bomba atomowa, a potem napięcie narasta. Poza tym, natychmiastowe wykrycie Putina jako sprawcy fałszywych alarmów,  mogłoby wzbudzić wątpliwości, czy to aby na pewno prawda, podczas gdy w sytuacji, gdy energiczne śledztwo będzie posuwało się po nitce do kłębka, to jest szansa, że żadne wątpliwości się nie pojawią.

Inna sprawa z tą zagadkową organizacją przestępczą. Gdyby nie to, że śledztwo jest energiczne, a policja wykonując rozkaz zatrzymywania, wykazuje nadzwyczajną gorliwość, to można by powiedzieć, że przypomina ona opis dziwnego samochodu w pijackim monologu Antoniego Słonimskiego: „Wsiadam na rogu do samochodu – ale to jakiś dziwny samochód, Kierownicy nie ma, kół nie ma, nie ma nawet karoserii, tylko stoi jakiś facet i bije mnie po mordzie.” Któż jednak może na pewno wiedzieć, czy w epoce sztucznej inteligencji nie pojawią się takie dziwne organizacje przestępcze?

Podejrzliwcy, którzy nie brakuje, zwłaszcza w opozycji – bo mikrocefale stanowiące środowisko entuzjastów Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda i formacji kierowanych przez jego aktualnych kolaborantów, wierzą we wszystko, co powie pan minister Kierwiński, a nawet – obywatel Żurek Waldemar – więc wspomniani podejrzliwcy wysuwają podejrzenia, że skoro pan minister Kierwiński dostał od obywatela Tuska Donalda rozkaz wyłapania nieznanych sprawców, to policja od razu łapie tych, co są akurat pod ręką, a dopiero potem niezależna prokuratura będzie musiała sprokurować im jakieś powiązania.

Z kim? Niechby nawet i z Putinem. Tak było za pierwszej komuny, więc dlaczegóż by nie powtórzyć tego tricku i teraz  tym bardziej, że Putin jest dobry na wszystko, a już specjalnie – na przykrycie operacji podjętej przez stare kiejkuty, gwoli przekonania pana prezydenta Karola Nawrockiego, by nie dopuszczał się „antypaństwowego” czynu w postaci publikacji „Aneksu”?

Obywatelską odpowiedzialnością wykazał się Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który – po ostrzeżeniu ze strony pana generała Marka Dukaczewskiego, że publikacja „Aneksu” byłaby czynem „antypaństwowym” – na wszelki wypadek nawet nie otworzył worka z Pandorą, żeby nie padło nań jakieś podejrzenie, podobnie też zachowała się posągowa pani Kidawa-Błońska Małgorzata – co pokazuje, że jak ktoś w młodości nasiąknął świadomą dyscypliną, to trąci nią również w wieku dojrzałym.

Ani w jednym, an i w drugim przypadku nie trzeba było organizować żadnych fałszywych alarmów, ani wchodzenia do mieszkania razem z drzwiami i futryną – podczas gdy w przypadku pana prezydenta Karola Nawrockiego takiej pewności widocznie nie było – bo o panu redaktorze Tomaszu Sakiewiczu nawet nie ma co wspominać.

Wprawdzie Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław dawał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” to nie ma żadnych rewelacji, tylko kiepska „publicystyka” – ale wypadki pokazały, że niestety jego też trzeba dyscyplinować – bo w przypadku mianowania pana sędziego Zbigniewa Kapińskiego na I Prezesa Sądu Najwyższego, czynił panu prezydentowi gorzkie wyrzuty – chociaż nominacja ta została ogłoszona już po fałszywych alarmach.

Tymczasem okazało się, że pan prezes Kapiński wcale nie należy do Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które w dodatku uważa go za „neosędzię” – chociaż trudno powiedzieć, dlaczego właściwie,  bo przy orzekaniu w sprawie oświadczenie lustracyjnego „Kukuńka” zachował się na poziomie – co na tamtym etapie musiał przyznać nawet Judenrat „Gazety Wyborczej”. Jak pamiętamy, niezawisły sąd uznał wtedy, że Kukuniek złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, że nie był konfidentem SB i że to SB produkowała na niego fałszywe kompromaty.

Wprawdzie trochę to kolidowało z wcześniejszymi przechwałkami Kukuńka, że „kupił sobie same oryginały”, ale niezawisły sąd tym przechwałkom nie dał wiary i w rezultacie zaordynował Kukuńkowi taką kurację przeczyszczającą, jakby go ktoś skropił hyzopem. Zatem teraz już chyba można ujawnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i trzeba tylko sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, żeby można było odprawować pełną  liturgię przywracania praworządności z obywatelem Żurkiem Waldemarem, jako głównym celebransem.

Wstępem mogłoby być zdemaskowanie rozgramianej właśnie zagadkowej organizacji przestępczej, że działała na rozkaz Putina, nawet gdyby nie udało się udowodnić, że to on osobiście dzwonił do straży pożarnej i na posterunki policji. Zresztą – dlaczego właściwie nie można by tego udowodnić?

Liturgia praworządności przewiduje różne procedury, przy pomocy których można każdemu udowodnić wszystko, a odpowiednio pouczony niezawisły sąd już tam będzie wiedział, czemu dać wiarę, a czemu nie. W tej sytuacji nie ma rady, jak poczekać najpierw na wyniku energicznego śledztwa, no a potem – na konfesaty podejrzanych, którzy w całej rozciągłości ujawnią powiązania ze złowrogim Putinem, dzięki czemu stare kiejkuty pozostaną poza wszelkim podejrzeniem, a „Aneks” nie ujrzy światła dziennego – bo i po co go publikować, skoro wiadomo, że ciekawość, to pierwszy stopień do piekła?

Drepcemy wokół „Aneksu”

Drepcemy wokół „Aneksu”

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   16 maja 2026 michalkiewicz

Wprawdzie Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński dawał do zrozumienia, że ten cały Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, nie zawiera żadnych rewelacji, tylko jakąś kiepską „publicystykę” – ale pan generał Marek Dukaczewski, którego resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik woła do TVN za każdym razem, gdy w naszym nieszczęśliwym kraju, albo nawet za granicą coś się dzieje, a pan generał mówi nie tylko – jak jest – ale i – jak będzie – przestrzegł, że ujawnienie „Aneksu” stanowi czyn „antypaństwowy”.

Tymczasem na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Aneks” miał „uderzać” w byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Coś może być na rzeczy, bo pamiętamy, że pan generał Marek Dukaczewski z Bronisławem Komorowskim musiał wiązać jakieś nadzieje, skoro podczas wyborów prezydenckich, w których Bronisław Komorowski kandydował, pan generał ogłosił, że jak ten kandydat wygra, to on z radości otworzy sobie szampana. Trudno o wyraźniejszą wskazówkę dla konfidentów WSI, na kogo mają głosować – a ponieważ podejrzewam, że WSI nawerbowały sobie taką masę konfidentów, że stanowią oni siłę polityczną nawet większą, niż Volksdeutsche Partei i Prawo i Sprawiedliwość razem wzięte – więc nic dziwnego, że Bronisław Komorowski te wybory wygrał w cuglach.

Ale może w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy? Dopóki „Aneks” nie zostanie opublikowany, żadnej pewności mieć nie możemy, więc musimy czekać, aż przeczyta go posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska, do której pan prezydent Nawrocki wysłał ten blisko 1000-stronicowy dokument, by po przeczytaniu przedstawiła mu swoją opinię.

Po co panu prezydentowi opinia posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – trudno zgadnąć – skoro pamiętamy, jak podczas kampanii prezydenckiej kandydującej na to stanowisko posągowej pani Małgorzacie scenicznym szeptem musiał suflować prawidłowe odpowiedzi Wielce Czcigodny poseł Pupka? Wprawdzie pan prezydent Nawrocki chciałby przeprowadzić referendum w sprawie tak zwanego „Zielonego Wału”, który Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała podpisać premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, ale wątpliwe jest, czy Senat wyrazi na to zgodę – a jest ona konieczna, bo konstytucja stanowi, że pan prezydent wprawdzie może zarządzić referendum – ale za zgodą Senatu.

Tymczasem o „znaku pokoju”, jaki przekazali sobie pan prezydent oraz obywatel Tusk Donald podczas nabożeństwa żałobnego z okazji pogrzebu Wielce Czcigodnego Łukasza Litewki, już wszyscy zapomnieli tym bardziej, że najwidoczniej uruchomiony w ramach „Planu B” obywatela Żurka Waldemara Europejski Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu kazał „władzom” naszego bantustanu przydzielić czwórce obywateli, wybranych przez Sejm na kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, „gabinety”, sprawy do „orzekania”, no i oczywiście – forsę – bo kogóż wynagradzać w tych zepsutych czasach, jak nie ichmościów, co to pragną „służyć Polsce”? Tymczasem rzeczniczka TK powiedziała, że nic z tego nie będzie, bo wspomniany Trybunał nie ma prawa dyktować naszemu bantustanowi zasad organizacji wymiaru sprawiedliwości.

Na takie dictum wyszczekany wicepremier Krzysztof Gawkowski zagroził „wyłamaniem drzwi” do Trybunału Konstytucyjnego – żeby sprawiedliwości ludowej stało się zadość. Ta deklaracja wzbudza we mnie dwojakie podejrzenia: po pierwsze, że „plan B” obywatela Żurka sprowadzać się mógł do tego, by po cichu przekupić strasburskich przebierańców, by dostarczyli tubylczym siepaczom pozorów legalności, gdy będą „wyłamywać drzwi”. To się mogło zdarzyć tym bardziej, że przypadki comparare benevolentiam niezawisłych sądów mają starożytny rodowód.

Akurat dostałem w prezencie od pana Leszka Wysockiego, tłumacza literatury starożytnej, „Satyrikon” autorstwa Petroniusza Arbitra – tego samego, którego Henryk Sienkiewicz opisuje w „Quo vadis?”. Pan Wysocki przetłumaczył „Satyrikon” w sposób oryginalny, bo używając polskiego języka potocznego, a w niektórych, uzasadnionych momentach – nawet knajackiego – co nadaje dziełu Petroniusza Arbitra osobliwego kolorytu. Więc z jednej strony – „Plan B” – a z drugiej – determinacja, która może wskazywać na powiązania owej czwórki kandydatów na sędziów TK z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, albo z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Widać, że walka klasowa może się u nas wkrótce zaostrzyć, co by się zgadzało ze spiżową tezą Józefa Stalina, że jest to nieuchronne przy postępach socjalizmu. Właśnie Judenrat „Gazety Wyborczej” zastanawia się nad politycznymi korzyściami zlania się Volksdeutsche Partei z Lewicą. Gdyby do tego doszło, socjalizm w naszym bantustanie otrzymałby niezwykle silny impuls rozwojowy, więc i walka klasowa musiałaby się zaostrzyć – a w tej sytuacji drzwi byłyby wyłamywane nie tylko w Trybunale Konstytucyjnym, ale i w niezawisłych sądach drobniejszego płazu – bo z praworządnością ludową żartów nie ma.

Pamiętam o tym jeszcze od czasów młodości, kiedy to w 7 kołobrzeskim pułku zmechanizowanym składałem przysięgę wojskową. Jej rota kończyła się słowami: „a gdybym nie bacząc na tę uroczystą przysięgę, obowiązek wierności wobec ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej”. Z tą wiernością była niełatwa sprawa, bo dochować jej było wtedy można tylko „w sojuszu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”. Ciekawe, jak jest teraz, kiedy nastąpiło odwrócenie sojuszy, a Polska stała się „sługą narodu ukraińskiego” – o czym w swoim czasie poinformował nas pan Łukasz Jasina? Mam nadzieję, że stare kiejkuty jakoś tę sprawę załatwiły tak, by składanie uroczystej przysięgi nie narażało żołnierzy naszej niezwyciężonej armii na jakieś poznawcze dysonanse, zwłaszcza przy założeniu, że traktują oni te wszystkie zaklęcia serio. Założenie przeciwne byłoby oczywiście niegrzeczne, chociaż nie od rzeczy będzie przypomnieć uwagę J. Em. Józefa kardynała Glempa z początków stanu wojennego, że „nieważne, co się podpisuje”. Wtedy chodziło o tzw. „lojalki” – ale widocznie wielu słuchaczy tych słów musiało to zrozumieć rozszerzająco – jako że potem pojawiła się słynna formuła: ”bez swojej wiedzy i zgody”.

Jak to wszystko będzie funkcjonowało w Generalnej Guberni – komu wtedy nasza niezwyciężona armia będzie przysięgała – o ile jeszcze zachowa odrębność, a nie zostanie zintegrowana z Bundeswehrą w postaci oddziałów tzw. „askarisów”? Tego oczywiście jeszcze nie wiemy, więc musimy odwołać się do odkrycia uczonych radzieckich odnośnie poznania przyszłości – że mianowicie wystarczy trochę poczekać. Toteż poczekamy, aż posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska przeczyta ze zrozumieniem „Aneks”, a potem przekaże swoją opinię panu prezydentowi Nawrockiemu. Wtedy zobaczymy, czy są tam rewelacje, czy też – jak sugeruje zblazowany Naczelnik Państwa – tylko kiepska „publicystyka”.

Stanisław Michalkiewicz