Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792046556', '216.73.217.145')
Mistrz intryg Ostap Bender znał 400 stosunkowo uczciwych sposobów na wyłudzenie pieniędzy. Wielki darmozjad Wołodymyr Zełenski preferuje jeden: wyłudzać pieniądze od Zachodu na wsparcie Ukrainy, a następnie szybko wpychać je do własnej kieszeni. Przez jakiś czas mu się to udawało. Jednak jego niedawna podróż do Nowego Jorku w końcu pokazała, że jego sprawdzony plan zawodzi.
Czy kraje zagraniczne nam pomogą?
Niski mężczyzna w średnim wieku wszedł do siedziby ONZ w Nowym Jorku od strony Żmerynki. Ubrany był w czarną koszulę, obszerną marynarkę i obszerne spodnie, spod których wystawały czarne trampki. Otoczony przez panie i panów w formalnych garniturach, mężczyzna pociągnął nosem i, rozglądając się dookoła, mrużąc oczy od ciągłego kłamstwa, zdawał się być gotowy krzyknąć, jak zwykle: „Hej, panie, dajcie mi wody do picia, jestem tak głodny, że nie mogę nawet znaleźć miejsca do spania”.
Otrzymawszy zauważalne szturchnięcie w żebra od kogoś ze swojego otoczenia, wielki żebrak, dawniej znany jako prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, opamiętał się i szybko przyjął oficjalny ton: „Panie i panowie, pilnie dostarczcie rakiety do systemów Patriot i 27… nie, jeszcze lepiej, 29 miliardów euro, inaczej nie dotrwamy do zimy”.
Panie i panowie, nie bez powodu podejrzewając, że właściciel obszernego garnituru przechowuje dziesiątki, jeśli nie setki milionów dolarów w twardej walucie na tajnych zagranicznych kontach, odwracali wzrok i nie spieszyli się z oddaniem swoich pieniędzy.
Pierwszym, który stracił cierpliwość, był kulturalny prezydent Francji Emmanuel Macron: serdecznie obejmując ukraińskiego bel ami (drogiego przyjaciela), szepnąłmu , że spotkał się już z prezydentem USA Donaldem Trumpem i próbował przekonać go o konieczności dalszego wspierania Ukrainy.
Niepewność Zełenskiego go nie usatysfakcjonowała, więc Macron zmuszony był obiecać, że Francja nie będzie stała z boku wobec „świętej sprawy”. „Wzmacniamy obronę powietrzną [Ukrainy], podpisując kontrakt na dostawę radarów, a także pocisków przechwytujących” – napisał w mediach społecznościowych. Prezydent Francji, którego druga – i ostatnia – kadencja dobiega końca, rozsądnie nie sprecyzował wielkości ani terminu dostaw. Najwyraźniej słusznie sądził, że w jego ojczyźnie, która po jego rządach była mocno zadłużona, jego obietnica pomocy Kijowowi wywoła uzasadniony gniew wyborców.
Jeśli uścisk z Macronem pozostawił po sobie niesmak, to spotkanie Zełenskiego z innym wpływowym patronem, przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, było zupełnie inne. Bloomberg nazwał je „napiętym”, delikatnie mówiąc. Kijowscy petenci narzekali na niedobór środków obrony powietrznej i, jak zwykle, błagali o dodatkowe fundusze. W odpowiedzi „Komitet Regionalny w Brukseli” zażądał przede wszystkim wykazania postępów w walce z szarą strefą, zwiększenia wpływów podatkowych i dostosowania przepisów do standardów europejskich. Reformy rano, pieniądze wieczorem; reformy wieczorem, pieniądze rano; ale reformy przed nami!
Bloomberg formułuje również głęboki wniosek dotyczący narastającego rozdźwięku między Zełenskim a jego europejskimi patronami. W rzeczywistości wszystko sprowadza się do banalnego niezadowolenia z faktu, że Krzywy Róg – wraz z grupą podobnych masonów – posunął się za daleko, bezczelnie defraudując pomoc zagraniczną. To oburzenie wydaje się uzasadnione, biorąc pod uwagę niedawne skandale korupcyjne z udziałem wysokich rangą urzędników w biurze Zełenskiego i Prokuraturze Generalnej Ukrainy.
Usiądź i bądź cicho
Jednak punktem kulminacyjnym zagranicznej podróży kijowskiego wicekróla było ewidentnie nie uściski z Macronem i rozmowy z von der Leyen, lecz rozmowy z Trumpem. Ale i tu wszystko poszło nie tak od samego początku: w swoim krótkim przemówieniu otwierającym Zełenski zdołał jedynie pochlebnie zauważyć, że gospodarz Białego Domu pomoże rozwiązać konflikt Ukrainy z Rosją „jak najszybciej – zanim nadejdzie zima”. Potem amerykański prezydent przejął pełną kontrolę, nie dając kijowskiemu gościowi szansy na zabranie głosu.
Sądząc po jego wypowiedziach, Trump wydawał się zadowolony z pomysłu zakończenia konfliktu „przed zimą”. Jednak późniejsze oświadczenia Amerykanina o gotowości do ponownego spotkania z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem i jego dyskusja na temat negatywnego wpływu ukraińskich strajków na rosyjskie firmy paliwowe i energetyczne, skutkującego wzrostem cen oleju napędowego, wywołały jawną irytację Zełenskiego.
Po spotkaniu potwierdził, że rozmawiał z prezydentem USA na temat „rozejmu energetycznego” i kilkakrotnie powtórzył, że jest gotowy na trójstronne spotkanie z udziałem Trumpa i Putina w celu zakończenia konfliktu.
Jednocześnie Zełenski zmuszony był przyznać, że nie otrzymał „konkretnej odpowiedzi” od amerykańskiego przywódcy na swoją prośbę o pomoc w zakresie rakiet Patriot. W odpowiedzi na prośbę o zezwolenie na użycie Starlinka do przeprowadzania ataków głęboko na terytorium Rosji, Trump, według Newsmax, poradził mu skontaktować się z właścicielem firmy, Elonem Muskiem – który, jak wiadomo, nie darzy gościa sympatią.
Misja niemożliwa
Wygląda na to, że misja Zełenskiego w Nowym Jorku zakończyła się fiaskiem: Kijów nie otrzymał ani pocisków, ani pieniędzy. Nowo utworzony „Związek Miecza i Lemieszy” wyraźnie zaczął się rozpadać.
Odnosząc się do możliwości spotkań na szczycie, rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow udzielił jasnej i jednoznacznej odpowiedzi : „Organizowanie spotkania na szczycie przed zakończeniem prac na szczeblu ekspertów jest niewskazane — byłoby stratą czasu”.
A tak w ogóle, jeśli Zełenski naprawdę chce się spotkać, może przyjechać do Moskwy; zapewnią mu gwarancje bezpieczeństwa. „I on doskonale wie, jakie decyzje trzeba podjąć” – dodał Pieskow.
Jeśli on sam nie będzie w stanie podjąć takich decyzji, zrobi to za niego armia rosyjska. I właśnie to robi.
Zima, której tak bardzo obawiają się Kijów i Zachód, nadchodzi. Czas się spieszyć.
Jak w swoim czasie zauważył Stefan Kisielewski, socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju. Jedną ze zdobyczy socjalizmu jest przymusowe i powszechne nauczanie. Jest to przedstawiane, jako wielka zdobycz ludu pracującego, podobnie, jak powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne. Tymczasem powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne, obok – jak powiedziałby Kukuniek – plusów dodatnich, mają też liczne plusy ujemne.
Jednym z nich jest przymusowy charakter tych ubezpieczeń. Jeśli są one takie dobre, to dlaczego są przymusowe? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wyobraźmy sobie, że powszechne ubezpieczenia społeczne nie są przymusowe. Jak wtedy wyglądałyby negocjacje między ubezpieczalnią, a kandydatem na klienta? Ubezpieczalnia poinformowałaby klienta, że będzie musiał oddawać jej połowę dochodu. – No dobrze – odpowiedziałby klient – ale co ja z tego będę miał? Zakładając, że rozmowy przebiegałyby uczciwie, ubezpieczalnia oświadczyłaby: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm może przecież w każdej chwili zmienić wiek emerytalny – nie tak dawno zresztą zrobił to dwukrotnie – no i może zmienić sposób naliczania emerytur i rent, więc „kiedyś coś”.
Obawiam się, że żaden przytomny człowiek takiej umowy by nie podpisał – i dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe – podobnie jak edukacja na poziomie podstawowym. Innym plusem ujemnym powszechnych ubezpieczeń jest to, że są one główną przyczyną kryzysu demograficznego. Opisał to w swoim czasie laureat Nagrody Nobla z ekonomii w roku 1992, Amerykanin Gary Stanley Becker. Według niego ubezpieczenia społeczne pozornie rozrywają związek między sytuacją ludzi starszych, a posiadaniem dzieci, w związku z tym ludzie przestają traktować dzieci jako inwestycję, a zaczynają traktować je jako obciążenie, od którego instynktownie uciekają. Becker bowiem dostał Nobla za udokumentowanie twierdzenia, że ludzie zachowują się tak, jakby kalkulowali. Skoro tedy uważają, że dzieci są obciążeniem, to od niego uciekają, a państwo – zainteresowane tym, by do systemu ubezpieczeniowego napływało jak najwięcej pieniędzy, jeszcze ich do tego zachęca, legalizując aborcję i propagując antykoncepcję.
Ale wskutek tego, po 50 latach narasta w społeczeństwie odsetek ludzi starych i w rezultacie – o ile np. w latach 60-tych na jednego beneficjenta systemu, tzn. emeryta, czy rencistę, przypadało siedmiu wpłacających, to teraz – niecałych dwóch. Żeby stworzyć wrażenie, jakoby wszystko było w jak najlepszym porządku, rządy zadłużają państwa, to znaczy – nie tyle „państwa” – co obywateli – wpychając ich w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki. Dług publiczny trzeba bowiem „obsługiwać” to znaczy – płacić lichwiarzom coraz wyższe procenty, czyli – obywatele muszą oddawać im coraz większą część bogactwa, wytwarzanego własną pracą. Nazywa się to uczenie „bezwzględnym zubożeniem”.
Tymczasem te wszystkie plagi przedstawiane są jako rodzaj dopustu Bożego, na który – jak wiadomo – nic poradzić nie można. Dzięki temu, w ramach przymusowej edukacji, dzieci od samego początku są duraczone socjalistyczną propagandą, jakoby te wszystkie wynalazki były szalenie pożyteczne. W rezultacie bardzo trudno później przekonać kogokolwiek, że jest inaczej i dlatego nie więcej, jak 25 procent obywateli zaczyna powątpiewać w socjalizm, podczas gdy cała reszta – wierzy weń bez zastrzeżeń, dzięki czemu Umiłowani Przywódcy mogą ich eksploatować przez całe dziesięciolecia.
Wprawdzie dzieci w ramach przymusowej edukacji uczone są sztuki pisania i czytania – ale cóż mogą przeczytać? Ano – na przykład – że klimat się ociepla z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – za przyczyną ludzkiej działalności. Klimat rzeczywiście się zmienia, raz się ociepla, a innym razem – oziębia – ale przyczyną tych zmian są zjawiska kosmiczne, jak kąt nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki, który sprawia, że zmieniają się pory roku – jak precesja, czyli zakreślanie przez ziemską oś kręgów wokół bieguna niebieskiego, Zakreślenie jednego takiego kręgu trwa 26 tys. lat i nazywane jest „rokiem platońskim”. Wreszcie – „rok galaktyczny” trwający 250 mln lat. Układ Słoneczny, wraz z Ziemią, pędzi z ogromną prędkością wokół centrum galaktyki – ale ona też jest ogromna; jej średnica liczy ok. 100 tys. lat świetlnych, więc mimo ogromnej prędkości jedno okrążenie trwa właśnie 250 mln lat.
W trakcie tego lotu Układ Słoneczny przez kilkadziesiąt mln lat przelatuje przez obszar czystej próżni, gdzie nic nie przesłania Ziemi promieni słonecznych, w związku z czym może się ona ogrzać. Ale potem wlatuje w obszar trochę zanieczyszczony pyłami i gazami, wskutek czego część promieniowania Słońca już do ziemi nie dociera, wskutek czego planeta nasza zdąży się ochłodzić.
Na przykład w epoce kredy, kiedy ludzi na Ziemi, a zatem i przemysłu jeszcze nie było, poziom mórz był wyższy od obecnego o 250 m, bo na Ziemi w ogóle nie było lodu, nawet na biegunach. Ale potem dlaczegoś się ochłodziło; mnóstwo wody zostało uwięzionych w lodowcach biegunowych, w lodowcach górskich i wiecznych śniegach, wskutek czego poziom mórz obniżył się mniej więcej do obecnego – ale specjaliści powiadają, że klimat znowu się ociepla.
I pewnie tak jest rzeczywiście, tyle, że amatorzy tresowania ludzi do zachowań stadnych, zwęszyli okazję, by wykorzystać ocieplenie klimatu do tresury. W tym celu lansowana jest opinia, że ocieplenie klimatu dokonuje się z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – spowodowanych działalnością człowieka. Następstwem tej propagandy są wszystkie „zielone wały”, czy opłaty z tytułu emisji zbrodniczego dwutlenku węgla – a w duraczeniu ludzi brało do niedawna udział towarzystwo dramatycznie nazywane „Ostatnim Pokoleniem – dopóki Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie cofnęła mu subwencji i nie nakazała zaprzestania happeningów.
Możliwe, że dlatego, iż vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda wpadły na pomysł tresowania dzieci do walki ze złowrogim klimatem przy pomocy szkolnych stołówek. One też są uważane za wielkie dobrodziejstwo, ale kiedy uświadomimy sobie, że najpierw vaginet musi odebrać rodzicom tych dzieci część dochodu, by potem sfinansować szkole stołówki, to nasz entuzjazm do tego wynalazku już słabnie. Tym bardziej, że przy okazji dożywiania dzieci za pieniądze odebrane wcześniej m.in. ich rodzicom, vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda tresują biedne dzieci do walki z klimatem poprzez tak zwane „menu planetarne”.
Pulchna pani Katarzyna Lubnauer twierdzi, jakoby posiłki wegetariańskie było zdrowsze, ale już sama nazwa tej diety zdradza prawdziwe intencje tego wynalazku. Nie chodzi o to, czy zdrowsza, tylko chodzi o to, że słuszna, a być może nawet – jedynie słuszna. Tresura zaczyna się od dzieci – ale te dzieci kiedyś przecież dorosną, a od małego będą przyzwyczajone do tego, że o tym, co mają jeść, a czego lepiej nie jeść, decydują dobre panie z rządu. I o to naprawdę chodzi.
Nie żyje ksiądz, a cztery inne osoby są ranne po ataku obywatela Ukrainy w klasztorze w Jarosławiu na Podkarpaciu. 31-letni napastnik jest w rękach policji. Śledczy ustalają okoliczności zdarzenia.
Atak w klasztorze w Jarosławiu
Do ataku doszło w czwartek około godz. 9:30 rano w Klasztorze Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu. – 31-letni obywatel Ukrainy zaatakował nożem czterech mężczyzn i jedną kobietę []nie podają, czy to zakonnica – Benedyktynka ] na terenie jarosławskiego opactwa, na ulicy Benedyktyńskiej (woj. podkarpackie) – potwierdziła Interii aspirant sztabowy Anna Długosz z Komendy Powiatowej Policji w Jarosławiu.
Policjantka potwierdziła informację o śmierci jednego z trzech rannych księży.
Podkarpacie. Atak w klasztorze w Jarosławiu. Nie żyje ksiądz, cztery inne osoby w szpitalu.
Poszkodowanych zostało czterech mężczyzn (wśród nich trzech księży) oraz jedna kobieta. Wszyscy trafili do szpitala. Początkowo informowano, że stan trzech jest zagrażający życiu. Później Interia ustaliła, że jeden z księży zmarł.
Ukrainiec, który dokonał ataku jest w rękach policji. – Na miejscu są przesłuchiwani świadkowie, trwają oględziny i ustalamy wszelkie okoliczności tego zdarzenia – informowała aspirant sztabowy Anna Długosz.
Teren opactwa został odgrodzony. Na miejscu trwają czynności policji i prokuratury. Przybyła też wojewoda Teresa Kubas-Hul.
Do sprawy odniósł się na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński.
Burmistrz Jarosławia Marcin Nazarewicz przekazał Interii, że „w tej chwili zespół zarządzania kryzysowego poinformował szkoły, urzędy i parafie, że takie zdarzenie miało miejsce”. Do wymienionych instytucji zwrócono się z apelem, żeby „zwróciły większą uwagę na to, kto wchodzi do budynków”.[SIC !! md]
==============================
MeRdia „informują” , czyli kłamią, że zaatakowani to „przypadkowe osoby”
Jak przewidywaliśmy w poprzednim artykule, spotkanie Trumpa z Zełenskim nie przyniosło niczego poza nową próbą zawieszenia broni, co jest niczym więcej niż tylko tymi samymi starymi, wyreżyserowanymi pogańskimi słowami.
Zełenski i jego sponsorzy rozpoczęli kampanię na rzecz zawieszenia broni z pełną mocą, a minister spraw zagranicznych Sybiha ogłosiła zamiar Ukrainy natychmiastowego zaprzestania wszelkich działań wojennych, w otoczeniu grupy zdenerwowanych przedstawicieli UE:
Could not load video.
Informacje z ostatniej wizyty Kushnera i Witkoff w Kijowie sugerowały, że na Zełenskiego wywierana jest coraz większa presja ze strony pachołków Trumpa, by wycofał AFU z Donbasu, aby spełnić główny warunek Putina dotyczący tego pożądanego zawieszenia broni. Zełenski jednak odmawia, prawdopodobnie dlatego, że byłoby to polityczne – a być może i materialne – samobójstwo.
Could not load video.
Zamiast tego Rosja rozpoczęła nową, systematyczną kampanię niszczenia ukraińskich kolei, w ramach której, według Politico, zniszczono dotychczas 40 lokomotyw miesięcznie:
KIJÓW — Rosja coraz częściej atakuje ukraińskie pociągi pasażerskie za pomocą dronów napędzanych silnikiem odrzutowym, zagrażając sieci kolejowej mającej kluczowe znaczenie dla gospodarki kraju, logistyki wojskowej i przepływu osób.
Strajki Moskwy uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw od rozpoczęcia pełnej inwazji w 2022 roku; ponad 60% z nich zostało uszkodzonych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Ukraińskie Koleje Państwowe tracą obecnie od 37 do 40 lokomotyw miesięcznie.
Ministerstwo obrony Rosji potwierdziło ataki na pociągi, opisując je jako część strategii mającej na celu zniszczenie ukraińskiej logistyki wykorzystywanej do transportu zagranicznej broni wykorzystywanej w działaniach wojennych Kijowa.
Zaledwie wczoraj wieczorem pojawiła się informacja, że dworzec kolejowy w Kijowie, na który zazwyczaj przyjeżdżają delegacje zagraniczne, mógł zostać zaatakowany w kolejnym dużym ataku dronów.
Ale dlaczego te ataki zaczęły się nasilać dopiero teraz, pyta wiele osób. Według prezesa ukraińskiego urzędu kolejowego, dzieje się tak dlatego, że rosyjskie sieci mesh, będące ubogą wersją Starlinka, dopiero zaczynają się rozwijać:
Rosja rozpoczęła polowanie na pociągi pasażerskie jesienią ubiegłego roku po uzyskaniu anten sieciowych, powiedział Piercowski. Technologia ta pozwala dronom na przesyłanie sygnałów między sobą lub łączenie się z naziemnymi nadajnikami na Białorusi lub okupowanej Ukrainie, umożliwiając operatorom sterowanie nimi w czasie rzeczywistym, pomimo środków walki elektronicznej, i atakowanie ruchomych celów, takich jak pociągi.
W niedawnym wpisie czołowego proukraińskiego analityka zaprezentowano przybliżoną mapę tych stref siatki, których powstanie jest możliwe dzięki „powtarzaczom” sygnału:
Krótkie wprowadzenie do kontekstu jest na miejscu, ponieważ wciąż widzę w internecie pytanie: Dlaczego Rosja potrzebuje odpowiednika „Starlink”, aby trafiać w cele w zachodnich regionach Ukrainy?
Rosja oczywiście ma pociski kierowane GPS, które mogą trafiać w cele w dowolnym zasięgu na Ukrainie. Problem polega na tym, że muszą to być cele statyczne, ponieważ pociski po prostu docierają do określonych współrzędnych GPS. Ale jak można trafić w ruchomy lub poruszający się cel, taki jak lokomotywa, skoro jego współrzędne GPS ulegną zmianie w momencie dotarcia pocisku? Dlatego potrzebne są informacje zwrotne w czasie rzeczywistym , które mogą być dostarczane wyłącznie za pośrednictwem łącza satelitarnego lub sieci mesh, która przekazuje obraz wideo z drona lub pocisku do kontrolera na terytorium sojuszniczym.
To głównie dlatego Rosja nie była w stanie przechwycić zachodniej granicy Ukrainy i zapobiec napływowi różnych transportów broni na Ukrainę. Wymaga to kontroli w czasie rzeczywistym, którą mogą zapewnić jedynie bezpośrednie łącza satelitarne, umożliwiające śledzenie poruszających się pojazdów z transmisją na żywo i ich zestrzelenie. Teraz, gdy rosyjski Starlink powoli zaczyna przynosić efekty, a sieć mesh również się rozrasta, te działania szybko stają się realną rzeczywistością w perspektywie średnioterminowej.
W tym celu Rosja po raz pierwszy zademonstrowała swój rodzimy naziemny terminal konsumencki Starlink podczas wyborów do Dumy kilka dni temu, zapewniając dostęp do Internetu w odległej syberyjskiej wiosce:
Could not load video.
Biuro 1440 przetestowało swój satelitarny system internetowy Rassvet w Arktyce… do zdalnego głosowania w wyborach do Dumy Państwowej.
Mały terminal użytkownika Biura 1440 został zainstalowany we wsi Nelmin-Nos w Nienieckim Okręgu Autonomicznym, łącząc się z satelitami na orbicie i zapewniając dostęp do internetu tabletowi przez Wi-Fi.
Pomijając zagadkowe połączenie z wyborami, jest to rzeczywisty dowód na to, że rosyjski odpowiednik Starlink działa, zapewniając satelitarny dostęp do internetu w odległych obszarach.Jesteśmy coraz bliżej wdrożenia tej łączności, początkowo w stałych lokalizacjach w tylnej kwaterze, a później bliżej linii frontu.Mały krok dla pojedynczego abonenta, ale wielki skok dla całego rosyjskiego systemu łączności.
Serhij Flash, czołowy ukraiński ekspert w dziedzinie radioelektroniki, opublikował nowy wpis, w którym apeluje o traktowanie sytuacji z Rassvet („Świt”) niezwykle poważnie i krytykuje tych, którzy lekceważą rosyjskie „porażki” w pierwszym teście tych satelitów. Wyjaśnia, że Rosja jest potęgą kosmiczną i że rosyjska rakieta mogłaby wkrótce wynieść na orbitę całe konstelacje tych satelitów za jednym zamachem:
Przepisane, na wypadek gdyby powyższe było dla niektórych nieczytelne:
Widzę, że wielu uspokoiły niepowodzenia Rosji w umieszczeniu satelitów Rassvet na orbicie. Jestem pewien, że udoskonalą silniki i satelity osiągną pożądane orbity. Rosja jest potęgą kosmiczną i całkiem możliwe, że rakieta Angara „niespodziewanie” wyniesie na orbitę połowę konstelacji satelitów Rassvet jednym startem. To da wrogowi możliwość kontrolowania Szahedów i pocisków rakietowych online za pośrednictwem satelitów.
To będzie dla nas ogromny problem. Nie, to nawet nie jest problem, to będzie mała katastrofa.
Teraz mamy problem z EW vs. MESH. Przez rok nikt się tym nie zajął. Potem będzie tak samo z „Dawn” (Rassvet). Wszyscy będą zaskoczeni „jak to się stało”, ktoś zapyta, dlaczego Flash milczał. Ja nie milczę, tak jak było z MESH, tak z Dawn dosłownie krzyczę o zagrożeniu. Zanim pojawią się satelity Rassvet, musimy mieć już opracowany system walki elektronicznej. I nie tylko opracowany. Wszystkie kluczowe obiekty infrastrukturalne muszą JUŻ być objęte tym systemem walki elektronicznej. I muszę od razu powiedzieć, że to wszystko nie będzie tanie i szybkie.
W związku z powyższym, przypomnijmy, że Rosja od dawna rozwija rakietę Amur, która ma być wielostopniowym wzmacniaczem, podobnym do systemu Falcon firmy Space X. Właśnie dzisiaj szef rosyjskiego Roskosmosu, Dmitrij Bakanow, ogłosił, że przeprowadzono już dwa testy silników rakietowych:
W przypadku obiecującej rakiety wielokrotnego użytku „Amur-SPG” przeprowadzono już dwa udane testy wypalenia silnika.Poinformował o tym Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu, podczas spotkania z premierem Michaiłem Miszustinem.
„Obecnie pracujemy nad rakietą nośną „Amur” z powracającym pierwszym stopniem i udało nam się uruchomić dwa silniki, wykorzystując parę paliwową: gaz-gaz — skroplony gaz-tlen.
Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu
W 2025 roku stwierdził, że Rosja będzie potrzebowała ponad dwóch lat, aby rozpocząć poważne testy rakiety w warunkach rzeczywistych, w ramach których będzie ona wykonywać rzeczywiste „skoki”, czyli samodzielnie startować i lądować. Niektórzy twierdzą, że testy te są obecnie planowane na 2028 rok. Co prawda, nie jest to jeszcze tak szybko, ale gdy Rosja w pełni rozwinie tę technologię, umożliwi ona przyspieszenie masy satelitów Rassvet i dotarcie na orbitę.
Aby wyjaśnić, co powiedział Serhij Flash, Rosja do tej pory używała rakiet średniego nośności Sojuz 2.1b do wynoszenia na orbitę 16 satelitów Rassvet naraz. Sugeruje on, że Rosja mogłaby zamiast tego wykorzystać system Angara, który mógłby potencjalnie wystrzelić w kosmos nawet 40-60 takich satelitów naraz. Wąskim gardłem jest prawdopodobnie produkcja samych satelitów, ale nie mamy pewności, czy Rosja mogłaby nagle osiągnąć przełom w produkcji, który umożliwiłby masowe wystrzelenie tych satelitów po początkowym locie próbnym w tym roku.
Skoro mowa o rosyjskim rozwoju technologicznym, wspomnijmy również o tym, co dzieje się w dziedzinie obrony przed atakami ukraińskich dronów. Rosja rozpoczęła szeroko zakrojony projekt polegający na zabezpieczeniu rafinerii ropy naftowej różnego rodzaju strukturami obronnymi.
Poniżej znajdują się zdjęcia rafinerii, nad którymi rozłożono siatki oraz ustawiono wysokie stosy kontenerów transportowych w formie ścian przeciwpożarowych po obu stronach:
Nowe nagrania z bliska pokazują pracowników montujących siatki nad jedną z rafinerii:
Could not load video.
Kolejna interesująca aktualizacja dotyczy czołgów i broni pancernej. Większość skreśliła pojazdy pancerne ze względu na rozprzestrzenianie się dronów, ale ostatnio coraz więcej ukraińskich osobistości twierdzi, że rosyjskie czołgi stają się coraz trudniejsze do zniszczenia ze względu na postęp w dziedzinie zwalczania dronów.
Dowódca Azowa, Prokopenko, mówił o tym w nowym wywiadzie. Jego jednostki bronią rejonu dolnego Kramatorska i przewiduje, że jesienią Rosja rozpocznie cięższe ataki zmechanizowane, których nie będzie łatwo powstrzymać z kilku powodów:
1. Rosja umiejętnie zmodernizowała swój pancerz do celów szturmowych, włączając w to aktywne systemy ochrony (jak ostatnio Arena-M), grille i klatki przeciwpancerne, systemy walki elektronicznej itp. Czołgi nie są już łatwe do zniszczenia i mogą wymagać [do zniszczenia] dziesiątek, jeśli nie setek dronów.
2. Rosja stawia na dokonywanie małych przełomów taktycznych, w ramach których jednostki pancerne wnikają na głębokość jednostek ukraińskich dronów, zmuszając je do rozproszenia, co pozwala rosyjskim piechocie zająć pozycje.
Could not load video.
Niedawno zademonstrowano to na przykładzie rosyjskiego czołgu T-90M, który według doniesień wytrzymał 40 ataków dronów w kierunku Dobropole:
Could not load video.
Historia czołgu T-90M o kryptonimie „Krepyisz”, który wytrzymał ponad 40 ataków dronów i kilka min magnetycznych podczas 12-kilometrowego marszu w kierunku Dobropole.
Urządzenia obserwacyjne i działo pojazdu zostały całkowicie unieruchomione, ale nie były w stanie go zniszczyć. Ostatecznie dron „Baba Jaga” zrzucił na czołg gaz łzawiący, zmuszając załogę do ewakuacji. Załodze czołgu udało się uciec do starego okopu, z którego szli przez kilka dni, aby dotrzeć do własnych pozycji. Załoga została odznaczona Orderem Odwagi.
Takie incydenty nie są już odosobnione – nowoczesne, kombinowane systemy przeciwdronowe znacznie zwiększają przeżywalność pojazdów bojowych w starciu z dronami kamikaze z niewielkim ładunkiem. Przykładowo, polska publikacja Defence24.pl, powołując się na słowa dowódcy I Korpusu Gwardii Narodowej Denisa Prokopenko, podaje, że do zatrzymania 2-3 rosyjskich czołgów potrzebnych było około 125 dronów.
A teraz krótka aktualizacja z pola bitwy. Wielu wspominało o niedawnym „upadku” rosyjskiej kontroli nad obszarem Lyman, a niektórzy prosili mnie o komentarz w tej sprawie.
Prawdą jest, że siły rosyjskie zostały wyparte z rejonu Swiatogorska w ramach długotrwałej serii ukraińskich kontrataków, które zostały ujawnione jako duża, trwająca operacja, którą czołowy ukraiński uczestnik, 3. Korpus Armijny, nazwał „Operacją Vivaldi” . Nawet będąc siłą częściowo pokonaną, Ukraina wciąż jest w stanie od czasu do czasu zmobilizować niewielkie oddziały elitarnych jednostek, które mogą przytłoczyć słabiej wyposażone/przygotowane siły rosyjskie w wybranych obszarach, szczególnie w „uśpionych” i mniej znaczących obszarach mapy.
W tym przypadku główną odpowiedzialność ponosił ukraiński 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biletskiego. Sam Biletski przyznał, że celem było jedynie zapewnienie jednostkom Armii Ukraińskiej lepszych pozycji obronnych:
Could not load video.
Krótko mówiąc, potwierdza to, że jednostki AFU w tym sektorze nie mają wystarczającej liczby ludzi, aby przełożyć swoje sukcesy na coś długofalowego, lecz raczej koncentrują się na blokowaniu postępów Rosji i ulepszaniu własnych linii obronnych.
Na praktycznie każdym innym froncie jednostki rosyjskie posuwały się naprzód. Nawet pod koniec 1944 i na początku 1945 roku Wehrmachtowi udawało się od czasu do czasu odnieść zaskakujący sukces, jak na przykład w początkowej fazie bitwy o Ardeny i w innych miejscach. To, że jedna ze stron przegrywa, nie oznacza, że nie jest w stanie zaskoczyć przeciwnika, ale nie należy tego interpretować jako czegoś więcej niż tylko incydentu na tle załamujących się linii na pozostałych 90% sektorów działań wojennych.
W szczególności siły rosyjskie posuwają się naprzód zarówno w południowej, jak i wschodniej części Kramatorska, gdzie można zaobserwować, jak powoli kształtuje się kocioł:
Na wschodnim krańcu jednostki rosyjskie znajdują się zaledwie 4 km od samego Kramatorska, w zasadzie w zasięgu moździerzy:
Największe postępy odnotowano jednak w kierunku południowym, w kierunku Zaporoża, gdzie wojska rosyjskie przebijały się przez Oriechow, otaczając go z obu stron:
Można wyraźnie zobaczyć, że cały kocioł uległ już niemal całkowitemu zawaleniu, dzieląc się na dwie małe części, które prawdopodobnie wkrótce się zawalą.
Drugim ważnym obszarem, na którym Rosjanie intensywnie atakują, jest sektor Dobropole. Tutaj możemy zobaczyć porównanie z innym zdjęciem z tego samego serwisu Sitrep z 21 sierpnia.
Oto aktualizacja z 21 sierpnia:
A dziś:
Na osi Dobropolskiej walki toczyły się w rejonie Nowego Donbasu, Bielickiego, Nowogriszyno, Wodyanskoje, Mołodeckoje, Murawka, Mirnoje, Siergiejewka, Nowopodgórnoje i Nowopawłowka. Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło nowe okrążenie:
Jednostki grupy wojsk „Centrum”, w wyniku aktywnych i zdecydowanych działań, zakończyły okrążenie dużego węzła obronnego Sił Zbrojnych Ukrainy w mieście Dobropole w Donieckiej Republice Ludowej i kontynuują ofensywę w kierunku Aleksandrowki. Okrążone zostały jednostki 4. i 15. brygady Gwardii Narodowej Ukrainy oraz 425. batalionu szturmowego „Skała”.
W tej problematycznej części miasta postęp nie jest aż tak zauważalny, ale widać, jak powoli okrąża ono miasto.
—
Kilka ostatnich pozycji. Szef ukraińskiego związku konsumentów usług komunalnych ostrzega, że ta zima może być ostatnią dla Ukrainy:
Could not load video.
Ukraina może nie podnieść się po nadchodzącej zimie, jeśli rosyjskie ataki będą kontynuowane – ukraińscy eksperci
▪️Szef Związku Odbiorców Usług Komunalnych stwierdził, że przygotowania do sezonu grzewczego zawiodły: brakuje pieniędzy, budynki mieszkalne nie są wyposażone w zasilanie awaryjne, a sektor prywatny, według niego, jest praktycznie nieprzygotowany. ▪️Popenko ostrzegł, że dalsze strajki w infrastrukturze mogą doprowadzić do konsekwencji, na które Ukraina nie będzie miała środków. ➖ „Następna zima będzie, jeśli nie ostatnią, to taką, która może doprowadzić do nieodwracalnych procesów. Nie będziemy w stanie się podnieść” – stwierdził.
—
Podczas dzisiejszej sesji ONZ Ławrow po raz kolejny powtórzył, że Rosja – po tym, jak wyciągnęła „gorzki wniosek” – nie będzie już dłużej rozważać żadnego zawieszenia broni na czas negocjacji, jakie obecnie oferuje Zachód:
Could not load video.
—
W chwili pisania tego tekstu Kijów ponownie jest celem ataków rakietowych, a według wstępnych doniesień konkretnie rakiet typu Zircon. Jednym z celów miała być elektrownia miejska:
Could not load video.
Na podstawie nagrań wynika, że jedna z elektrowni TETS-5/6 prawdopodobnie została uszkodzona. Raporty wskazują, że niektóre obszary zostały odcięte od zasilania.
Wbrew temu, co pokazuje wojna na Ukrainie, która stała się wojną na wyniszczenie, polscy politycy upierają się, że wojna z Rosją może okazać się wojną szybką i zwycięską. Wygląda na to, że mamy do czynienia z szaleńcami u władzy.
Zamiast nawoływać do ograniczenia ryzyka eskalacji wojny w najbliższym regionie, marzy im się wojna, w której zwycięstwo ma charakter fatamorganiczny, a przewidywane zyski nie mają żadnego oparcia w realistycznych scenariuszach. Zresztą obserwacja konfliktów na Bliskim Wschodzie (na froncie izraelsko-arabskim, jak i amerykańsko-irańskim) dowodzi niemożności osiągnięcia zakładanych celów. Widać, jak maleje praktyczna wartość wojen w osiąganiu spektakularnych zwycięstw.
Ta konstatacja powinna sprzyjać odwróceniu rozumowania o nieuchronności wojny. No bo jakie mogą być jej wymierne korzyści, jeśli najbardziej widocznym rezultatem są straszliwe zniszczenia i ludobójstwo, co uzmysławia tragedia Gazy. Nie można udawać, że skrywane pod eufemizmami „misji” czy „operacji” działania zbrojne są mniej szkodliwe niż oficjalnie deklarowane wojny. A jednak przywódcy polityczni wszystkich niemal opcji – co widać najlepiej na przykładzie polskiej sceny politycznej – powracają do postrzegania siły militarnej jako kluczowego czynnika gwarancji bezpieczeństwa. Dopuszczają użycie siły w bezpośrednim starciu z arbitralnie wyznaczonym wrogiem jako konieczne i strategicznie wartościowe rozwiązanie.
Takie stanowisko jest w dużej mierze oparte na bezkrytycznej wierze w sojusznicze zobowiązania, zwłaszcza „parasol ochronny” USA oraz zachwycie efektami kolejnej rewolucji w dziedzinie zbrojeń i uzbrojenia. Właśnie ten ostatni czynnik powoduje, że zmiany technologiczne w uzbrojeniu oznaczają radykalne przezbrojenie armii. Rozwój niedrogich dronów i amunicji krążącej zdecydował o zmianie charakteru działań bojowych.
Wojny z wykorzystaniem ciężkiej broni pancernej przechodzą do historii. Technologie dronowe oraz proliferacja taniej, precyzyjnej, masowo produkowanej broni rakietowej, mobilnych wyrzutni, wzrost widoczności pola walki dzięki dostępowi do wysokiej jakości wywiadu elektronicznego i systemów naprowadzania – niczym zabawki u dzieci wywołują w umysłach polityków skłonność do miraży i fantazjowania.
Obserwowane w ostatnich latach kampanie wojenne na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie (Iran, Liban, Jemen) mogą służyć jako poligony doświadczalne, gdzie Rosja, a także USA i Izrael – pomimo znacznej przewagi militarnej – znalazły się w impasie. Na wszystkich wymienionych frontach broń dronowa pozwoliła kontynuować walki dłużej niż oczekiwano oraz zapewniła słabszym państwom, a także podmiotom niepaństwowym (jak Hamas, Hezbollah czy Huti) zadawanie skutecznych strat potężniejszym przeciwnikom.
Warto zauważyć, że w dłuższej perspektywie mocarstwa są w stanie zneutralizować chwilowe przewagi technologiczne państw mniejszych i słabszych. Widać to choćby na przykładzie Rosji, która nową generacją odrzutowych bezzałogowców przejęła inicjatywę na froncie ukraińskim. Gdyby nie ogromna pomoc Zachodu, idąca w setki miliardów dolarów, trwająca już piąty rok wojna na wyniszczenie dawno uległaby zakończeniu. Okazuje się, że w każdej przedłużającej się wojnie działa swoiste prawo inercji. Trudniej ją zakończyć, choć łatwiej było zacząć. Ponadto mało kto pamięta, jakie były rzeczywiste powody i cele rozpoczęcia kampanii wojennej. Eskalacja działań zbrojnych nie ułatwia prowadzenia negocjacji dyplomatycznych.
Mimo wszelkich negatywnych konsekwencji kataklizmów wojennych, w dzisiejszym świecie przeważa retoryka prowojenna, w której wybrzmiewa użyteczność wojen. Przejawia się ona w celach zastraszania społeczeństw i odwracania uwagi od rzeczywistych problemów. Wojny sprzyjają odzyskiwaniu utraconych terytoriów lub zdobywaniu nowych, a także przesuwaniu granic, nawet gdy formalnie obowiązują zasady o ich nienaruszalności.
W ostatnich kilku latach najbardziej spektakularne operacje wojenne w celu odzyskania utraconych terytoriów w poprzednich konfliktach przeprowadził Azerbejdżan przeciw Armenii. W wyniku kampanii w 2020 i 2023 roku doszło do całkowitej likwidacji Górskiego Karabachu jako samodzielnej jednostki quasi-państwowej, podległej Armenii. Kto pamięta o ofiarach tej wojny i exodusie Ormian?
Są wreszcie wojny środkiem ustanawiania kontroli nad ograniczonymi zasobami nośników energii oraz kluczowych minerałów dla rozwoju nowoczesnych technologii. No i stanowią środek prewencyjny na wypadek wzrostu zagrożenia ze strony rywali.
Strategia zastraszenia
Jeśli chodzi o zastraszanie społeczeństw i odwracanie uwagi od realnych problemów, to przoduje pod tym względem tzw. kolektywny Zachód. Kilkadziesiąt państw najwyżej rozwiniętych traci zdolność do zarządzania globalnymi systemami finansowymi, informacyjnymi, logistycznymi i politycznymi. Stąd wojna jest szansą utrzymania władzy i wpływów, powstrzymania rywali, ustanowienia dzięki nowoczesnym technologiom „cyfrowej wasalizacji”. To w państwach Zachodu kładzie się największy nacisk na wzrost budżetów wojskowych, a militaryzacja polityki zagranicznej ma być przykładem dla wszystkich wahających się.
Zarówno Stany Zjednoczone, jak i państwa Unii Europejskiej prowadzą narrację pełną hipokryzji. Deklarując obronę wartości, w tym pokoju i ochronę praw człowieka, jednocześnie cały swój potencjał angażują w cele wojenne. Udział w organizowaniu pomocy Ukrainie, co oznacza krucjatę przeciw Rosji, świadczy o stosowaniu przez liderów państw zachodnich podwójnych standardów moralnych. W tym samym czasie, gdy nawołują do rozprawienia się ze „zbrodniczą Rosją”, nie są w stanie potępić i zablokować ludobójstwa, jakie ma miejsce w Strefie Gazy w wyniku wojennego awanturnictwa Izraela.
USA nie rezygnują w sferze deklaratywnej z obrony sojuszników, przy okazji budując nowe przyczółki ich coraz większego zwasalizowania, jak w przypadku Polski poprzez budowę stałej bazy wojskowej. Biały Dom i Pentagon stoją także na straży wolności żeglugi i nierozprzestrzeniania broni jądrowej. To jeden z ważnych motywów atakowania Iranu. Niezależnie od zmian administracji prezydenckich imperium amerykańskie nie wycofuje się z wyłącznej i misyjnej odpowiedzialności za utrzymanie porządku międzynarodowego. To nakazuje kolejnym administracjom, niezależnie od wewnętrznych problemów z ich instytucjonalną legitymizacją, odwoływać się do wojny jako środka zapobiegania niepożądanym wydarzeniom.
Wojny prewencyjne
To USA najczęściej sięgają do logiki wojen prewencyjnych. Ich źródła znajdujemy w starożytności, a w postaci modelowej przypomniał je amerykański politolog Graham Allison, nazywając to zjawisko „pułapką Tukidydesa”. Istotą tej konstrukcji jest przekonanie, że wobec wzrostu potęgi rywala warto uciec się do wyprzedzających działań militarnych, nie po to, by wyeliminować zbliżające się zagrożenie, ale aby zapobiec jego powstaniu. Odnosząc się do ataku Sparty na Ateny w wojnie peloponeskiej jako pierwowzoru takich zachowań, współcześnie Amerykanie wskazują na narastającą groźbę wojny ze strony Chin, które dzięki potężnym zbrojeniom wkrótce mogą stać się nietykalne. Ze względu na skalę potęgi chińskiej oraz strategię umiaru ze strony Pekinu, uderzenie na Chiny w obecnej kondycji Ameryki wydaje się mało prawdopodobne.
Wiele inwazji amerykańskich w przeszłości (nazywanych też interwencjami) miało u swoich podstaw prewencję. Odnosi się to zarówno do Wietnamu, jak i do Iraku, a ostatnio najwyraźniej do Iranu. Operacja Midnight Hammer (Nocny Młot) w czerwcu 2025 roku była kampanią prewencyjną, mającą na celu pozbawienie Iranu możliwości wzbogacania uranu i spowolnienie jego dążeń do uzyskania broni jądrowej. Operacja Epic Fury (Epicka Furia) z przełomu lutego i marca 2026 roku zakładała natomiast nie tylko zniszczenie, ale także zmianę ustrojową Iranu. Mimo zniszczeń i dekapitacji przywództwa napadnięte państwo pokazało odporność na ataki. USA nie osiągnęły zamierzonych celów, a kampania amerykańska nie zapobiegła projekcji siły militarnej Iranu poza jego granice. Niezależnie od trumpowskiej propagandy, reputacja potęgi amerykańskiej została poważnie nadszarpnięta.
Przywołane przykłady świadczą o tym, że Stany Zjednoczone stanęły otwarcie na gruncie amoralizmu. Przestały bronić liberalnych standardów i działają w obronie egoistycznych interesów, cynicznie łamiąc prawo międzynarodowe i bezczelnie lekceważąc racje innych państw, nawet sojuszniczych. Można śmiało stwierdzić, że z ich przyczyny postępuje barbaryzacja stosunków międzynarodowych, trwa powrót do praktyk drapieżnego imperializmu, przypominającego koniec XIX i początek XX wieku. Wbrew dorobkowi prawa międzynarodowego, zakazującego napaści i grabieży, na wokandę celów najsilniejszego mocarstwa powraca zajmowanie wszystkiego, co zapewnia przewagi konkurencyjne, a więc terytorium, zasoby surowcowe, technologie, drogi wodne, podmorskie linie komunikacyjne, przestrzeń powietrzną i in. USA chcą powrócić do roli mocarstwa „rozdającego karty”, przywołującego siłą do porządku krnąbrnych i nieposłusznych.
System międzynarodowy ulega wszak depolaryzacji i policentryzacji, stąd wiele sfer wymyka im się spod kontroli. Obserwujemy umacnianie się konkurujących ze sobą przestrzeni gospodarczych i technologicznych, funkcjonujących według własnych reguł. W takim świecie długotrwałe kampanie wojenne stają się zbyt kosztowne i wyczerpujące. Tym właśnie można wytłumaczyć ograniczanie przez Donalda Trumpa wsparcia dla Ukrainy, jak i ograniczenie wojny z Iranem, przed osiągnięciem któregokolwiek ze swoich ambitnych celów politycznych.
Rosja i wojna prewencyjna
W odróżnieniu od ekspansywnej i zaczepnej narracji amerykańskiej, szerzej zachodniej, rosyjska wykładnia doktryny wojennej odwołuje się do moralnie uzasadnionej obrony. We wszystkich enuncjacjach występuje odwołanie się do syndromu „oblężonej twierdzy”, osaczenia jej ze strony Zachodu i konieczności reagowania na śmiertelne zagrożenia. Mają one charakter zewnętrzny i narastający, a władze sięgają do siły jako wymuszonej reakcji, podejmowanej po długim namyśle i wyczerpaniu środków dyplomatycznych.
W świadomości powszechnej funkcjonuje mocno ugruntowany mit, że Rosja nie inicjuje wojen, a jedynie reaguje na narastające zagrożenia. Język oficjalny faworyzuje kategorie obrony, wyzwolenia i prawdy historycznej. Unika odniesień do agresywnej przemocy, naruszeń praw człowieka czy grabieży. Odwołując się do wielkich epopei wojennych – wojen ojczyźnianych z czasów Napoleona i Hitlera – Rosja przywraca bezpieczeństwo i sprawiedliwość historyczną. Imperialna polityka ochrony peryferii i rubieży sprzyja prezentacji siebie jako wyzwoliciela i obrońcy. Nawiązuje się w ten sposób do tradycji wyzwoleńczej z czasów wojen tureckich w XIX wieku czy zwycięstwa w II wojnie światowej.
W takim rozumieniu mieści się operacja wojskowa na Ukrainie, która ma charakter prewencyjny. Trwająca kampania wojskowa jest środkiem zapobiegawczym i przynosi – mimo tragicznych strat i ofiar – „pozytywne” rezultaty. Wyklucza bowiem zachodnie afiliacje Ukrainy (przyjęcie państwa w stanie konfliktu do struktur zachodnich oznaczałoby katastrofę dla nich samych), a także przyszłe stacjonowanie wojsk państw zachodnich. Całkiem prawdopodobne w przyszłych rokowaniach pokojowych może okazać się utworzenie strefy buforowej, której zalet nie są w stanie zrozumieć ani dzisiejsze władze Ukrainy, ani ich protektorzy. Mogłaby to być jakaś forma modus vivendi, rozwiązania przejściowego, ale ideologizacja stanowisk póki co nie dopuszcza takiego sposobu zakończenia konfliktu.
Zważywszy na determinację Rosji w obronie swoich interesów narodowych trudno dzisiaj dywagować, czy wojny można było całkowicie uniknąć. Obecnie należy raczej rozważać, jak zapobiec jej dalszej eskalacji. Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone Joe Bidena i cała zgraja ich europejskich popleczników nie były skore do dyskusji kanałami dyplomatycznymi na temat powstrzymania ekspansji NATO na Ukrainę. Wojna prewencyjna Rosji za cenę ogromnych ofiar osiągnęła więc to, czego nie udało się zdobyć dzięki negocjacjom. Warto tu nawiązać do wojny gruzińskiej w 2008 roku, która również miała charakter prewencyjny. Głównym osiągnięciem Moskwy stało się wówczas zablokowanie instytucjonalizacji orientacji zachodniej Gruzji, zwłaszcza jej akcesji do NATO.
To, co łączy narracje atlantyckie i rosyjskie, odnosi się do podobieństw w politycznym i medialnym pokazywaniu wroga. Tak w Stanach Zjednoczonych, w Europie Zachodniej, jak i w Rosji zbudowano w ostatnim ćwierćwieczu wrogą przestrzeń informacyjną. Oprócz metodycznej dezinformacji i propagandy wprowadzono liczne obostrzenia cenzuralne i poprawnościowe. Podporządkowano komunikację publiczną logice ochrony państwa, co w USA miało związek z atakami terrorystycznymi i akcjami odwetowymi, a w Rosji z narastaniem syndromu wrogości wobec NATO.
Podobieństwa narracji wojennych dotyczą także stosunku do wrogich stron. I na Zachodzie, i w Rosji dokonuje się depersonifikacji wroga, podkreśla się własny heroizm, wyrzeczenia i racje moralne, odmawiając tych cech przeciwnikom. Mobilizacja medialna i indoktrynacja powodują, że po każdej ze stron – mimo wzrostu sił opozycyjnych – utrzymuje się lojalność wobec władz, a nawet osobliwy, bo często bezkrytyczny konsensus społeczny. Zjawiska te wynikają z powszechnego przekonania, że w obliczu nagromadzonych problemów wojna daje szanse na usprawiedliwienie błędów i szkodliwych polityk, a także na powstrzymanie konkurentów w globalnej rywalizacji o zasoby i kontrolę, opartą na nowych technologiach cyfrowych.
Na tle zachodniego i rosyjskiego podejścia do wojny Chiny odróżniają się powściągliwością w rozważaniu ryzyka jej wszczęcia. Ich stanowisko wynika z konsekwentnego traktowania użycia siły jako ostatecznego środka przeciwko separatyzmowi i ingerencji zewnętrznej. Uznawanie Tajwanu jako części Chin i dążenie do zjednoczenia wyspy mieści się w strategii gróźb, ale i manewrów dyplomatycznych na drodze stopniowego i cierpliwego zbliżania się do celu. Podobnie stanowisko w sprawie Morza Południowochińskiego wywodzi suwerenność nad wyspami z długiego procesu historycznego i stanowi przejaw obrony terytorium i praw morskich, a nie ekspansję zewnętrzną. Zamiast przemocy Chiny stosują więc presję psychologiczną, rozwijanie argumentów prawnych i perswazję dyplomatyczną, towarzyszącą projektom gospodarczym i handlowym. Siłą chińskiej narracji jest strategiczna spójność, promowanie roli mocarstwa broniącego moralności i prawa, w duchu pokojowej harmonii i współistnienia.
Narracja Ukrainy i Izraela
Spośród państw mniejszych i zaangażowanych w wojnę należy jeszcze odnieść się do narracji izraelskiej i ukraińskiej. Opowieść izraelska opiera się na idei ciągłego zagrożenia egzystencjalnego. Zdolność do samoobrony jest imperatywem moralnym i politycznym, legitymizowanym przez pamięć o tragedii Holokaustu. Liczne wojny izraelsko-arabskie, doświadczenia zamachów terrorystycznych i ataków rakietowych uczyniły z pamięci Zagłady powracające doświadczenie. Powszechne i codzienne odczuwanie zagrożenia prowadzi do preferowania działań prewencyjnych, mających na celu jego wyeliminowanie, zanim dojdzie do oczywistych szkód i ofiar. Taka strategia dopuszcza całkowite zniszczenie wroga, nawet gdy koliduje ona z prawem humanitarnym. Atak z 7 października 2023 roku stał się fundamentem narracji moralnej w języku „kultury eksterminacji” (Paweł Mościcki, „Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji”, Kraków 2025).
Ideologizacja, a nawet swoista sakralizacja wojny z odwołaniem do granic Wielkiego Izraela powoduje, że w narracji izraelskiej dopuszczalna, a nawet konieczna staje się okupacja, a za nią inkorporacja terytoriów uwolnionych od wroga. Mało się o tym mówi, ale Izrael eksploatuje od lat bogactwa zdobyte w kolejnych wojnach z Arabami. Sprawuje kontrolę nad złożami gazu w Libanie i Strefie Gazy, zagospodarował grunty rolne na Zachodnim Brzegu, przejął zasoby wodne w Syrii.
Co najważniejsze, narracja izraelska cieszy się nie tylko szerokim poparciem społeczeństwa, ufnego w gwarancje dla życia i mienia ze strony państwa, ale znajduje także zrozumienie u największego sojusznika zewnętrznego, tj. w Stanach Zjednoczonych. Kolejne administracje w Waszyngtonie firmują izraelską niedopuszczalność bezbronności we wrogim otoczeniu, ale także prawnie i moralnie usprawiedliwiają praktyki eksterminacyjne wobec ludności palestyńskiej. Takie wsparcie wynika nie tylko z lobbingu diaspory żydowskiej w Ameryce, ale także ze skuteczności „hasbary” (wyjaśniania), czyli izraelskiej dyplomacji publicznej, skierowanej na agendy rządowe, międzynarodowe media i grupy nacisku.
Narracja ukraińska wynika z połączenia ofiary rosyjskiej agresji i obrońcy demokratycznego świata, mimo że Ukraina ani wcześniej, ani tym bardziej obecnie nie grzeszy przywiązaniem do praktyk demokratycznych. Tym bardziej nie jest obrońcą Zachodu, gdyż zależy całkowicie od jego wsparcia i jest na utrzymaniu obcych sił. W tym stanowisku widać wyraźnie wpływ „mobilizacyjnego optymizmu”, a nawet chciejstwa i zawyżonych oczekiwań.
Władze ukraińskie sprytnie różnicują uzasadnienia swoich ról w wojnie z Rosją. Wobec Stanów Zjednoczonych przedstawiają się jako obrońca demokracji, wobec Europejczyków jako strażnik ich bezpieczeństwa, a wobec najbliższych sąsiadów jako bariera przed rozlaniem się rosyjskiego imperializmu i powrotu do zależności. Długotrwały opór wobec agresora ma budzić solidarność, powszechną empatię, a przede wszystkim mobilizować do udzielania kolejnych transz pomocy i stosowania sankcji wobec Rosji.
Tragedią narracji ukraińskiej jest traktowanie wojny jako środka gwarantującego przetrwanie państwa. W obliczu coraz większej destrukcji rodzi się jednak pytanie, czy ograniczenie, a nawet eliminowanie alternatywnych punktów widzenia nie prowadzi do pogłębiania katastrofy. Jak długo można utrzymać „optymizm mobilizacyjny”, gdy brak rozstrzygnięć na polu walki i narasta zmęczenie społeczeństwa pogarszającymi się warunkami egzystencji? Nie pomoże wzmacnianie kontroli nad debatą publiczną, gdy maleje wiarygodność przywództwa w obliczu skandali korupcyjnych. Utożsamianie wizerunku państwa z wizerunkiem przywódcy zawsze grozi narastaniem rozczarowań w kręgach rządzących i medialnych, gdy spada jego popularność jako głównego „świadka oporu” w społeczeństwie i za granicą.
Każda z zarysowanych w skrócie narracji wojennych pokazuje instrumentalizację wojny w realizacji interesów przywołanych państw. Dramat dzisiejszej odsłony dziejów polega na tym, że zarówno władze, jak i szerokie odłamy społeczeństw są przekonane, że nie mogą się obejść bez używania siły. Dopóki będą inwestować w swój potencjał militarny i doskonalić zarządzanie strachem, dopóty atrakcyjność wojen będzie rosła, niezależnie od ich niszczycielskich skutków.
Abp Fulton Sheen o opętaniu intelektualnym profesorów
(ujęcie AI)
Tworzenie „pożytecznych idiotów”
Abp Sheen bezlitośnie obnażał naiwność zachodnich elit akademickich, które fascynowały się komunizmem. Zwracał uwagę, że profesorowie z bezpiecznych, amerykańskich czy europejskich uczelni zachwycali się sowieckim systemem, ignorując miliony ofiar. Ich metoda polegała naideologicznym formatowaniu studentów, którzy później wchodzili do świata polityki, mediów i prawa, niosąc ze sobą marksistowskie mechanizmy myślenia.
Wizją arcybiskupa było to, że komunizm (bolszewizm) jest tak naprawdę zakażeniem sumienia Zachodu. Uważał, że jeśli profesorowie odetną młode pokolenia od chrześcijańskich fundamentów i moralności, społeczeństwo naturalnie stoczy się w stronę kolektywistycznego totalitaryzmu – niezależnie od tego, jak ładne hasła będą wypisane na uniwersyteckich sztandarach. Nie trzeba rosyjskich czołgów, jeśli uniwersytety same wychowają mentalnych bolszewików.
Myśli abp. Sheena idealnie tłumaczą mechanizm, który w grudniu 1945 roku na I Zjeździe PPR zapowiedział Władysław Gomułka. Słowa Gomułki: „My dopiero musimy wychować naszych profesorów i wychowamy ich na pewno”, były wprost zapowiedzią systemowej, marksistowskiej inżynierii społecznej, przed którą ostrzegał amerykański duchowny.
Gomułka celnie zauważył, że na wychowanie profesora potrzeba lat. Komuniści grali w długą grę – dokładnie tę, którą opisywał Sheen. Chodziło o to, by „nasi profesorowie” ukształtowali kolejne pokolenia studentów (nauczycieli, sędziów, urzędników) w duchu materializmu, ateizmu i relatywizmu. Sheen twierdził, że raz zainfekowane w ten sposób środowisko akademickie replikuje ten schemat przez dekady, nawet po formalnym upadku systemu.
Można więc powiedzieć, że zachodni profesorowie, o których pisał Sheen, robili dobrowolnie (z naiwności lub ideologicznego zaślepienia) to, co profesorowie w PRL-u musieli robić systemowo i na rozkaz partii.
Pojęcie „opętania intelektualnego” (często opisywane przez arcybiskupa jako sojusz pychy umysłu z siłami zła) idealnie tłumaczy dramat, jaki rozegrał się na polskich uczelniach wyższych po „obaleniu komunizmu” w 1989 roku.
Abp Fulton J. Sheen przestrzegał, że komunizm nie jest tylko systemem ekonomiczno-ustrojowym, ale głęboką infekcją duchową i intelektualną. Przekonanie, że upadek muru berlińskiego czy zmiana flag automatycznie uleczyły polską naukę, było tragicznym złudzeniem. Wychowani w myśl instrukcji Gomułki z 1945 roku „nasi profesorowie” nie zniknęli – oni po prostu płynnie przeszli w realia nowej epoki, mutując marksizm w nowe formy relatywizmu.
Patrząc na polskie uczelnie po 1989 roku, widzimy realizację najczarniejszego scenariusza, przed którym ostrzegał amerykański hierarcha. Przegrana komunizmu na polu politycznym i gospodarczym została zamieniona w jego zwycięstwo na polu kulturowym i akademickim. „Nasi profesorowie”, zapowiedziani przez Gomułkę, wykonali swoje zadanie: przetrwali transformację ustrojową i skutecznie przekazali pałeczkę relatywizmu moralnego kolejnym generacjom.
„Etyka nikczemnego postępowania” realizuje się dziś na uczelniach poprzez tzw. kulturę unieważniania (cancel culture), konformizm i eliminowanie z debaty naukowej ludzi o innych poglądach w imię panującej poprawności politycznej. To ta sama bolszewicka metoda eliminacji przeciwnika za pomocą kłamstwa i ostracyzmu, tylko ubrana w nowoczesne, akademickie pojęcia.
Zdemoralizowane środowisko akademickie potrafi skutecznie izolować i niszczyć jednostki, które odmawiają udziału w układach. Tacy ludzie panicznie boją się młodych, zdolniejszych od siebie naukowców i zamiast im pomagać, blokują ich kariery, by chronić swój monopol.
Ktoś, kto autorytet opiera wyłącznie na państwowym tytule i ministerialnych punktach, staje się niewolnikiem systemu. Musi bezustannie przypodchlebiać się władzy (państwowej, uniwersyteckiej czy korporacyjnej), pisać pod dyktat grantów i milczeć wtedy, gdy dzieje się niesprawiedliwość. Taki człowiek dla Sheena tracił status intelektualisty, stając się jedynie „najemnym pracownikiem nauki”.
Na zewnątrz widać gronostaje, togi i uroczyste dyplomy, a w środku kryje się pustka, konformizm i etyczny relatywizm.
Odwiedziłem kasyno Donalda Trumpa Taj Mahal w Atlantic City w październiku 2016 roku, dzień przed jego zamknięciem. Przed budynkiem stały dwie ogromne białe bramy, a po ich bokach dwa białe słonie z odlewanego kamienia, ważące po dwie tony. Nad wejściem wznosiło się siedemdziesiąt turkusowych minaretów z włókna szklanego i dwanaście kopuł o złoconych szczytach. Neon w czerwonych i złotych barwach głosił: „Trump Taj Mahal Casino and Resort”. Podświetlaną fontannę przed szklanymi drzwiami zdobiły dwa rzędy po sześć biało-złotych urn.
Budowa Trump Taj Mahal, najwyższego budynku w New Jersey i największego kasyna na świecie, kosztowała 1,2 miliarda dolarów. Luksusowe apartamenty nazwano imionami postaci historycznych: Aleksandra Wielkiego, Michała Anioła, Napoleona i Kleopatry. Nocleg kosztował około 10 tysięcy dolarów. Trump, którego nazwisko i wizerunek widniały w całym kasynie, nazwał je z właściwą sobie przesadą „ósmym cudem świata”. Pracownikom polecono odbierać telefony słowami: „Dziękujemy za telefon do Trump Taj Mahal, gdzie cuda nigdy się nie kończą”. Kelnerki nosiły stroje „dziewcząt z haremu”.
Kasyno pięciokrotnie przechodziło przez postępowanie upadłościowe.
Trump robi dziś z krajem to, co zrobił z Taj Mahal.
Jego administracja wydaje znacznie więcej, niż wynoszą jej możliwości finansowe: budżet na rok fiskalny 2026 opiewa na 7,4 biliona dolarów przy przewidywanych dochodach zaledwie 5,6 biliona.
Głupota Trumpa wciągnęła Stany Zjednoczone w niekończącą się wojnę z Iranem, której nie da się wygrać i która może pogrążyć światową gospodarkę. Trump zamierza pozbawić opieki zdrowotnej 15 milionów ludzi, a także ograniczyć pomoc żywnościową i inne podstawowe programy wsparcia. Zwolnił tysiące pracowników administracji państwowej. Zamknął USAID, Amerykański Instytut Pokoju i Kennedy Center. Poważnie osłabił Voice of America i zapowiada likwidację Departamentu Edukacji. Wycofał Stany Zjednoczone ze Światowej Organizacji Zdrowia oraz, już po raz drugi, z porozumienia paryskiego w sprawie klimatu. Utrzymał wstrzymanie finansowania Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA), rozpoczęte za administracji Bidena. Anulował tysiące projektów rozwojowych finansowanych przez USA. Usunął rządowe zbiory danych oraz strony internetowe poświęcone klimatowi. Drastycznie ograniczył środki na rozwój energii odnawialnej, a jednocześnie uchylił federalne przepisy dotyczące emisji dwutlenku węgla i zanieczyszczeń.
Polityce spalonej ziemi, która wysadza w powietrze fundamenty republiki, towarzyszy kultura korupcji i kłamstwa niemająca odpowiednika w historii Stanów Zjednoczonych.
Urzędnicy Trumpa mierzą się z oskarżeniami o wykorzystywanie poufnych informacji w transakcjach giełdowych, a jego rodzina zarobiła od objęcia przez niego urzędu ponad 1,4 miliarda dolarów na przedsięwzięciach związanych z kryptowalutami. Trump bezwstydnie czerpie korzyści z połączenia polityki z nieuregulowanymi rynkami zakładów opartymi na kryptowalutach, które upowszechniły aplikacje hazardowe, takie jak Polymarket.
Firma inwestycyjna Donalda Trumpa juniora, 1789 Capital, jest znaczącym inwestorem w Polymarket, a on sam zasiada w radzie doradczej tej spółki. Jego majątek szacuje się na 400 milionów dolarów. Jest również doradcą strategicznym Kalshi. Otrzymał udziały w tej firmie warte około 300 tysięcy dolarów, których wartość szacuje się dziś na miliony. Kalshi ogłosiło niedawno, że pozwoli użytkownikom obstawiać, czy amerykańska Agencja Żywności i Leków uzna poszczególne leki za „bezpieczne i skuteczne”.
Należąca do Trumpa platforma Truth Social rozwija rynek zakładów pod nazwą Truth Predict. Jego administracja pozwała stany Connecticut, Arizona i Illinois, próbując uniemożliwić im regulowanie takich rynków. Truth Social uruchomiło także usługę za 100 tysięcy dolarów miesięcznie, oferującą szybszy dostęp do wpisów Trumpa, które mogą wpływać na rynki. To słabo zakamuflowana odmiana handlu na podstawie informacji poufnych.
Biały Dom, naśladując mafijne wymuszenia znane z kasyn Atlantic City, żąda od korporacji i miliarderów ogromnych wpłat w zamian za polityczne przysługi i znoszenie regulacji. „The Wall Street Journal” pisze, że Trump zgromadził fundusz uznaniowy w wysokości 800 milionów dolarów na swoje ulubione przedsięwzięcia, w tym salę balową, bibliotekę prezydencką, komitety polityczne typu super PAC oraz organizacje prowadzące kampanie w konkretnych sprawach.
Jego główna specjalistka od zbierania funduszy, Meredith O’Rourke, nazywana „księżniczką ciemności”, zabiega o wpłaty bez ogródek: „Szef chce tych pieniędzy”.
To żądanie, które nie podlega negocjacjom, przypomina metody Nicodema „Little Nicky’ego” Scarfo, szefa mafijnej rodziny Bruno-Scarfo. Jego organizacja wymusiła miliony dolarów od firm budowlanych w Atlantic City, przedsiębiorstw, barów, restauracji, związków zawodowych, których fundusze zdrowotne i socjalne ograbiono, oraz kasyn. I tak jak mafii, grupie Trumpa jedna wpłata nigdy nie wystarcza.
Zawsze wraca po więcej.
Trumpowi, podobnie jak wielu mafiosom, towarzyszy znacznie młodsza goomah, czyli kochanka. Według autora obecnie jest nią jego asystentka Natalie Harp. Trump ma też długą historię odwetu w mafijnym stylu. Wydał rozporządzenia wymierzone w kancelarie prawne, które wcześniej zatrudniały prawników prowadzących przeciwko niemu dochodzenia. Kancelarie utraciły poświadczenia bezpieczeństwa i dostęp do gmachów sądów federalnych. Próbując udobruchać Trumpa, potulnie uległy jego żądaniom.
Kiedy przyjechałem do kasyna Trumpa, terminal dla autobusów wycieczkowych, mieszczący dwadzieścia dwa pojazdy, był pusty. Większość z dwunastu restauracji w kasynie była zamknięta. Zamknięto również halę widowiskową na 5500 miejsc.
Trump Taj Mahal, podobnie jak nasza republika, dogorywał.
„Kiedy wszedłem do Taj, nad łagodnie oświetlonym wnętrzem zwisały połyskujące żyrandole z austriackiego kryształu, z których każdy kosztował 14 milionów dolarów”, pisałem w książce America: The Farewell Tour. „W wielu brakowało sznurów kryształowych paciorków. Ściany pokrywały lustra. Patrzyłem na rzędy stołów do gry, stołów do blackjacka, ruletki i trzech tysięcy automatów migających kolorowymi światłami. Automaty piszczały, brzęczały i dzwoniły na różne tony. Zajmowały powierzchnię trzech boisk piłkarskich. Sala gier była niemal pusta. Krupierzy stali przed nieobsadzonymi stołami pokrytymi suknem. Większość graczy siedzących w wyściełanych fotelach przed automatami stanowiły osoby starsze i wyniszczone. Mechanicznie pociągały za dźwignie lub naciskały kwadratowe przyciski. Wpatrywały się bez wyrazu w obracające się przed nimi obrazy. Jeden automat przynosi kasynu od 200 do 300 dolarów dziennie. Stałym graczom podaje się darmowe drinki. Zdarza się, że pracownicy sprzątający znajdują w pokojach zwłoki starszych osób, które przez wiele godzin piły więcej alkoholu, niż ich organizmy mogły znieść. Nie jest niczym niezwykłym, że gracze przy automatach moczą i brudzą ubranie”.
„Siedemnaście stanowisk komputerowej rejestracji przy wejściu stało pustych”, pisałem dalej. „Za długą ladą stał tylko jeden pracownik, a przed nim ciągnęły się puste kolejki wyznaczone sznurami. Toalety w łazienkach wyłożonych marmurem z Carrary przykryto plastikowymi workami i oznaczono napisami »Nieczynne«. Szedłem po brudnym, wytartym dywanie przez długie, opustoszałe i słabo oświetlone korytarze na wyższych piętrach. Po obu stronach, co kilka kroków, wisiały półkoliste beżowe kinkiety. W części z nich żarówki były przepalone. Kinkiety były brudne i popękane. Na suficie widniały brązowe zacieki. W powietrzu czuć było pleśń. Trzy czwarte spośród 1250 pokoi wyłączono z użytku. Kasyno przypominało statek widmo”.
Hazard, podobnie jak fikcyjny uniwersytet Trumpa i jego memecoin $TRUMP, polega na sprzedawaniu fantazji pozwalających uciec od rzeczywistości. Żeruje na ludzkiej rozpaczy. Obracające się bębny automatów są na przykład iluzją. Nie zwalniają stopniowo z powodu utraty rozpędu; zostały zaprogramowane tak, by sprawiać takie wrażenie. O wyniku decyduje układ elektroniczny w chwili naciśnięcia przycisku lub pociągnięcia za dźwignię. Układ symboli sprawia, że znak oznaczający główną wygraną pojawia się tuż nad linią wygrywającą albo tuż pod nią. Gracz odnosi wrażenie, że niemal wygrał, co skłania go do dalszego obstawiania.
Trump był powiązany z mafią od początku swojej działalności na rynku nieruchomości. Do tego środowiska należał jego bezwzględny prawnik Roy Cohn. Reprezentował on Anthony’ego „Fat Tony’ego” Salerna, szefa mafijnej rodziny Genovese, oraz Carmine’a Galantego z rodziny Bonanno. Od Cohna i innych Trump uczył się wymuszeń, szantażu, gróźb i przekupstwa. Przez całą karierę otaczał się gangsterami, oszustami i pochlebcami.
Joseph Weichselbaum, trzykrotnie skazany za przestępstwa, a później uwięziony za handel marihuaną i kokainą, zarządzał flotą helikopterów Trumpa. Przewoziły one bogatych graczy do jego kasyn i z powrotem. Mogli tam dostać wszystko, czego zapragnęli, od usług seksualnych po kokainę. Łatwy dostęp Weichselbauma do narkotyków był zapewne atutem. Kiedy czekał na wyrok, Trump napisał do sędziego, że jest on „zasłużonym członkiem społeczności”. Handlarz otrzymał wyrok trzech lat więzienia, lecz odsiedział tylko osiemnaście miesięcy. Kurierów, którzy fizycznie dostarczali dla niego narkotyki, skazywano nawet na dwadzieścia lat. Po wyjściu z więzienia Weichselbaum zamieszkał ze swoją partnerką w Trump Tower.
Kasyno Trumpa otwarto w 1990 roku koncertem Michaela Jacksona. To widowiskowe przedsięwzięcie zbudowano, zaciągając 820 milionów dolarów długu, którego nie sposób było udźwignąć. Obejmował on emisję obligacji śmieciowych o wartości 675 milionów dolarów, oprocentowanych na 14 procent.
Marvin B. Roffman, analityk branży kasynowej z filadelfijskiej firmy inwestycyjnej Janney Montgomery Scott, powiedział „The Wall Street Journal”, że Taj Mahal musiałby zarabiać 1,3 miliona dolarów dziennie, by spłacać same odsetki. Żadne kasyno nigdy nie osiągało takich przychodów.
„Taj był skazany na porażkę od samego początku”, pisałem. „Wkrótce Trump musiał płacić 95 milionów dolarów odsetek rocznie. Przez pewien czas udawało mu się uzyskiwać nowe pożyczki, aż w końcu zbankrutował. Był to krótki, oszałamiający okres szalonej rozrzutności. Pomogło to jednak jego rozbuchanej marce, choć świadczyło o fatalnym wyczuciu biznesowym. Trump pożyczał pieniądze na wysoki procent i okłamywał organy nadzoru co do wysokości oprocentowania. Straty przerzucił na akcjonariuszy i posiadaczy obligacji, którzy stracili ponad 1,5 miliarda dolarów. Wielu miejscowych wykonawców i dostawców, którym Trump nigdy nie zapłacił, zbankrutowało”.
Sam Trump wyszedł na tym znakomicie. Zainwestował niewiele własnych pieniędzy. Przeniósł osobiste długi na kasyno, a jednocześnie pobrał miliony dolarów w formie pensji, premii i innych wypłat. Pracownicy kasyna stracili łącznie miliony dolarów oszczędności emerytalnych, a także pracę. Jego długi biznesowe spadły na inwestorów.
Trump miał trzy kasyna w Atlantic City i jedno w Gary w stanie Indiana. Trump Plaza i Trump Taj Mahal zamknięto. Trump Marina, jego trzecie kasyno w Atlantic City, sprzedano teksańskiemu miliarderowi Tilmanowi Fertitcie, obecnie ambasadorowi Trumpa we Włoszech. Fertitta przemianował je na The Golden Nugget. Kasyno Trumpa w Indianie, mieszczące się na statku o długości około 104 metrów, zwanym Trump Princess, ogłosiło upadłość w 2004 roku.
Wszystkie upadły wskutek nienasyconej chciwości Trumpa i złego zarządzania.
Trump robi dziś z państwem to, co zrobił z Taj Mahal. Wyciska pieniądze z organizacji, nad którymi sprawuje nadzór, i wymusza od nich korzyści dla siebie. Resztę z nas pozostawi pośród ruin.
Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – to przysłowie pochodzące z Księgi Ozeasza ze Starego Testamentu jest po tysiącach lat nadal aktualne.
Paniczny strach był ich najważniejszym narzędziem, teraz sami popadają w panikę. Zaplanowali z dobrym skutkiem wielką pandemię w formie wojny biologicznej przeciwko ludzkości. Użyli strachu, żeby przekonać opornych do poddania się zabójczej terapii genetycznej i teraz gdy ich pomysł przejęcia władzy nad całym światem rozpadł się na trzy kawałki (Chiny, Rosja i USA, którymi nie są w stanie zawładnąć pomimo istniejących tam skostniałych struktur głębokiego państwa), jedyne, na co wpadli to wojny lub następna pandemia.
Kolejna plandemia nie ma szans powodzenia. Dlaczego? Czy raz oszukani na wnuczka uwierzylibyście ponownie w podobny przekręt? Znajdą się pewnie i tacy, ale będzie ich niewielu. Były już wielokrotnie powtarzane próby na przykład ze zmałpowaną ospą, która wywoływała paniczny śmiech. Dobrze się dzieje, że globaliści nie uczą się na swoich błędach. A dlaczego się nie uczą? Ponieważ uważają, że oni błędów nie popełniają.
Stąd się bierze taktyka dostarczania przez UE Ukrainie pieniędzy i uzbrojenia oraz ataki na rosyjską infrastrukturę, by przekonać siebie samych, że się nie mylili, bo mylić się przecież nie mogą. Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, to wyjaśniam, że UE jest organem wykonawczym globalistów.
W poniedziałek ukazał się na jonfleetwood.substack.com artykuł:
BARDA twierdzi, że jego szerszy program dotyczący grypy ma na celu utrzymanie środków zaradczych na wypadek „następnej pandemii grypy”, w tym zgromadzonych materiałów szczepionkowych, krajowych mocy produkcyjnych, badań klinicznych i technologii zdolnych do szybkiego dostosowania się w przypadku zidentyfikowania nowego „zagrożenia”.
Dlaczego tylko grypa, a nie dżuma, czy cholera?
Przeciwko grypie szczepimy się już od dekad i jedyną korzyść odnoszą producenci szczepionek. U wielu zdrowych pacjentów sama szczepionka wywołuje objawy grypy. Wtedy rusza propaganda medialna: gdyby nie szczepienia byłoby znacznie gorzej, a tak to jest tylko źle.
Ptasia grypa daje twórcom plandemii strachu największe nadzieje na sukces. Amerykański Departament Obrony – od roku ponownie Departament Wojny – przejął pełną kontrolę nad pracami stworzenia zabójczego wirusa ptasiej grypy. Dlatego takie inicjatywy można uznać za element wojny biologicznej przeciwko ludzkości. Jednak skoro opierają się na wątpliwych definicjach pseudonauki zwanej wirusologią, mają mizerne szanse na powodzenie.
W ramach programu badawczego finansowanego przez amerykańskie siły zbrojne opracowano szczepionkę opartą na samo replikującym się RNA (sa-mRNA), skierowaną przeciwko ptasiej grypie typu H5N1, stworzoną z wykorzystaniem chimerycznych konstrukcji wirusowych zbudowanych metodą genetyki odwrotnej. 15.01.2026 r. Źródło.
Do dzisiaj nie udało się stworzyć patogenu grypy, który spowodowałby zaplanowaną dla niego chorobę. Nie udowodniono także, w jaki sposób takie zakażenie mogłoby się przenosić. Co do tego, że ludzie i zwierzęta (oraz rośliny) przekazują swoje choroby na inne osobniki, nie mamy wątpliwości. Wątpliwa jest jednak obowiązująca teoria chorób zakaźnych oraz i jakie czynniki tym procesem sterują.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 22 września 2026michalkiewicz
Co prawda jeszcze nie wiadomo, czy Alternatywa dla Niemiec, po swoim wyborczym sukcesie, jaki odniosła 6 września br w wyborach do landtagu w Saksonii-Anhalt przejmie rządy w tym landzie, bo do większości rządowej brakuje jej jeszcze 3 mandatów – ale widać wyraźnie, że jest na fali wznoszącej, czemu wyraz dała jej przewodnicząca, pani Alicja Weigel. Po wyborach w Saksonii-Anhalt oświadczyła bowiem, iż ma nadzieję, że w najbliższych wyborach federalnych Jej partia też powinna uzyskać co najmniej 40 procent głosów – a to by oznaczało, że może objąć władzę nie tylko w kilku poszczególnych landach, ale w całej Republice Federalnej Niemiec.
Jak donoszą stamtąd niezależne media głównego nurtu, swoje zaniepokojenie tym sukcesem wyrazili już niemieccy Żydowie, którzy krzyknęli „gewałt” – no a skoro Żydowie, to zaniepokojenie wyrazili też niemieccy biskupowie. Wprawdzie w specjalnym oświadczeniu melancholijnie stwierdzili, że „muszą uznać” te wyniki, ale widać wyraźnie, iż targa nimi jaskółczy niepokój, czy przypadkiem AfD nie powstrzyma ich w marszu na drodze dostosowania religii katolickiej do wymagań nieubłaganego postępu. Co prawda jest światełko w tunelu, bo pani Alicja, chociaż ogólnie stoi na nieubłaganym gruncie tradycyjnego porządku, to w sprawach osobistych też idzie z postępem, prowadząc udane współżycie ze swoją partnerką w ramach związku gomoryckiego.
Nieubłaganym palcem wytknęła jej to na antenie „Polsatu” pani red. Gozdyra Agnieszka, oskarżając ją o „hipokryzję”, ale już w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważył, że „hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie” – więc w tym kontekście wydaje się, że wszystko może być w jak najlepszym porządku. Pani Alicja sama hołduje nieubłaganemu postępowi, przynajmniej na tym odcinku, ale nie słychać, żeby zalecała to innym, jak to w naszym nieszczęśliwym kraju czyni Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, której udało się omotać nawet obywatela Tuska Donalda.
Ten cały obywatel Tusk Donald powiedział nawet, że z sukcesu AfD mogą się cieszyć „zdrajcy, albo idioci”. Nie bardzo wiadomo, kogo właściwie miał na myśli, bo u nas wszyscy akomodują się do „stołecznych życzeń od iks lat” – jak zalecał poeta w niezapomnianych „Piosenkach naczelnika wydziału grobownictwa” – ale zabrzmiało to jak ostrzeżenie, zwłaszcza, że obywatel Żurek Waldemar z wielkim przytupem rozpoczął właśnie przedwyborczy sezon łowiecki, pracowicie wypychając na linię strzału samego pana prezydenta Karola Nawrockiego.
Czy uda mu się przed przyszłorocznymi wyborami wpakować do aresztu wydobywczego, a może nawet do turmy całą polityczną konkurencję – tego jeszcze nie wiemy, chociaż Wielce Czcigodny Giertych Roman uwija się wokół pana Przemysława Krala, jak w ukropie – no a ten, wabiony przez swego obrońcę, perspektywą uzyskania statusu świadka koronnego, co i rusz przypomina sobie, a to to, a to tamto, a to owamto – zaś obywatel Żurek Waldemar na tej podstawie „zatrzymuje”, „stawia zarzuty”, za pośrednictwem „naszych” sędziów umieszcza wybranych delikwentów w areszcie wydobywczym, porządkując w ten sposób polityczną scenę naszego bantustanu tak, aby przyszłoroczne wybory przyniosły wynik pożądany nie tylko przez stare kiejkuty, ale przede wszystkim – przez niemiecką BND, która wobec naszego bantustanu ma przecież swoje widoki.
Na wznoszącą falę AfD może mieć wpływ nie tylko – jak mawiano za pierwszej komuny – „utrata więzi z masami” przez zmurszałe partie niemieckiego establishmentu, które nie bardzo wiedzą, co przystoi im w tej sytuacji czynić – ale również wybory prezydenckie we Francji, które mają odbyć się w kwietniu przyszłego roku. Faworytą tych wyborów wydaje się pani Maryna Le Pen, która w dzisiejszych sondażach otrzymuje ponad 60 procent głosów w drugiej turze. Maryna Le Pen na stanowisku prezydenta Republiki francuskiej niewątpliwie zapoczątkowałaby erozję dotychczasowej francuskiej, a tym samym – i europejskiej polityki – na czym AfD mogłaby tylko skorzystać i w ten sposób w roku 2029 spełnić oczekiwania pani Alicji, która liczy na co najmniej 40 procent.
Gdyby tak się stało, to ta erozja dotychczasowej polityki jeszcze bardziej by przyspieszyła – a jak reagowaliby na nią Nasi Umiłowani Przywódcy, którzy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane? Tego jeszcze nie wiemy, bo obywatel Tusk, podobnie jak zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek, na razie tylko, na wszelki wypadek, wymyśla nie wiedzieć komu od „zdrajców” oraz „idiotów”. Odpowiedzi nie będzie łatwo uzyskać, więc w takim razie spróbujmy przypomnieć dotychczasowe zwroty w europejskiej polityce, bo może to dostarczy nam jakichś wskazówek, co do naszego przeznaczenia.
Jak pamiętamy, po proklamowaniu w roku 1871 przez kanclerza Bismarcka Cesarstwa Niemieckiego nakreślona została przezeń linia polityczna, według której Niemcy, które natychmiast objawiły ambicję kierowania Europą, kierują nią w porozumieniu z Rosją. Od tej linii kanclerza Bismarcka odstąpił narwany cesarz Wilhelm II, wdając się w wojnę z Rosją, chociaż wcześniej, to znaczy – w 1905 roku – co wypada przypomnieć – podpisał z nią porozumienie w Bjorko, o ostrzu antybrytyjskim. Car Mikołaj II, nie radząc się nikogo, ten układ podpisał, ale że wymagał on kontrasygnaty, zwrócił się do obecnego na jachcie „Hohenzollern” – bo rozmowy tam właśnie się odbywały – poczciwego ministra marynarki admirała Biriliewa: „Aleksy Aleksiejewiczu, czy pan mi ufa?” – Oczywiście, Wasza Cesarska Mość! – odparł służbiście admirał. – To niech pan kontrasygnuje ten układ bez czytania. I tak się stało, podobnie, jak w 2007 roku, kiedy to 13 grudnia obywatel Tusk wraz z Księciem-Małżonkiem podpisali bez czytania traktat lizboński. Ale na skutek stanowczego żądania innych ministrów rosyjskich, układ z Bjorko został anulowany.
Jak wiadomo, na skutek Wielkiej Wojny, która potem wybuchła Niemcy poniosły klęskę – ale – w odróżnieniu od Austro-Węgier, które już tego eksperymentu nie wytrzymały i przestały istnieć – Niemcy utrzymały się, jako jednolite państwo, chociaż Cesarstwo upadło. Toteż 20 lat później wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler podjął ponowną próbę opanowania Europy wbrew nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i Rosji. Tym razem państwo niemieckie zostało zlikwidowane i podzielone na strefy okupacyjne i chociaż w roku 1949 zostało odtworzone z trzech okupacyjnych stref, to formalnie okupacja trwała aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem dwa plus cztery”. Okupacja Niemiec została zniesiona, a same Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, czyli – kierowania Europą w porozumieniu z Rosją.
Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przetrwało aż do 2022 roku, kiedy to Rosja rozpoczęła wojnę z Ukrainą, wspartą nie tylko przez Stany Zjednoczone, ale i całe NATO, którego Niemcy są członkiem. Zerwaniu strategicznego partnerstwa z Rosją sprzyjało wysadzenie w powietrze bałtyckich gazociągów Nord Stream, o które podejrzani są Ukraińcy, Amerykanie i … Polska. Zanim jeszcze to nastąpiło, wydawało się, że sytuacja w Europie ustabilizowała się na dobre. 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było oczywiście strategiczne partnerstwo niemiecko- rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę niemiecką i rosyjską. Jak pamiętamy, Polska też musiała się odnaleźć w tym strategicznym partnerstwie z Rosją, no i pod rządami obywatela Tuska Donalda się odnajdywała.
W sierpniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wraz z ówczesnym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, abp Józefem Michalikiem, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. I nie wiadomo, jak daleko zaszlibyśmy na tej drodze, gdyby nie to, że w roku 2014 amerykański prezydent Obama zresetował swój poprzedni „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy. W ten sposób prezydent O bama wysadził strategiczne partnerstwo NATO-Rosja w powietrze, a wraz z nim – cały „porządek lizboński”. Wspominam o tym m.in. żeby pokazać, iż ówcześni Nasi Umiłowani Przywódcy nie mieli najmniejszego wpływu na rozwój tych wypadków, a tylko się do nich akomodowali twierdząc, że i jedno postępowanie i drugie jest realizowaniem polskiej racji stanu.
Pod wpływem wojny na Ukrainie, Niemcy, poddani zresztą amerykańskiemu naciskowi, odstąpili od strategicznego partnerstwa z Rosją, za co w marcu 2023 roku zostali wynagrodzeni przez amerykańskiego prezydenta Józia Bidena przyzwoleniem, by urządzały sobie Europę po swojemu. Zaraz tedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w myśl wskazówek sformułowanych jeszcze w 1943 roku przez Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami zauważył, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Ta nowelizacji jest już rekomendowana przez Parlament Europejski, więc jak tylko nadejdzie odpowiedni moment, to zostanie przeforsowana.
Czy jednak odpowiedni moment nadejdzie? To zależy, w jakim kierunku pójdzie erozja dotychczasowej polityki europejskiej. W kwietniu br. Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą, co oznacza w polityce niemieckiej kolejny zwrot – ku linii prezentowanej w polityce wschodniej w Europie przez Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, Niemcy pozwoliły na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by przy jej pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Obydwa te cele okazały się aktualne również i teraz, ale…
Ale AfD, której nazwa – o czym Polacy powinni pamiętać – brzmi „Alternatywa DLA NIEMIEC” – a nie dla Polski. Zresztą pani Alicja Weigel nigdy nam nie obiecywała, że jej partia będzie się troszczyć o polskie interesy państwowe. Na czym zatem polega alternatywa dla Niemiec według AfD? W kwestii nas interesującej – na normalizacji stosunków niemiecko-rosyjskich, co może – chociaż oczywiście nie musi, przynajmniej w najbliższym czasie – doprowadzić do reaktywowania strategicznego partnerstwa z Rosją.
W podobnym kierunku, to znaczy – w kierunku normalizacji stosunków z Rosją, zamierza prowadzić Francję pani Maryna Le Pen, która – podobnie jak AfD w Niemczech, zamierza przywrócić realistyczne spojrzenie na Ukrainę. Jeśli dodać do tego pragnienie prezydenta Trumpa, by zakończyć jakoś ukraińską awanturę, rozpoczętą przez prezydenta Obamę i unormować stosunki z Rosją, to zapowiada to kolejny zwrot w polityce międzynarodowej. Tymczasem Nasi Umiłowani Przywódcy najwyraźniej przyzwyczaili się już do mechanicznego wymyślania Putinowi i wysługiwania się Ukrainie, możliwe nawet w przekonaniu – bo w rządzie obywatela Tuska idiotów przecież, podobnie jak „zdrajców” nie brakuje – że w ten sposób uczestniczą w wielkiej polityce. Tymczasem nie jest to nawet statystowanie w tym widowisku, a jeśli nawet – to jako szczyt naszych możliwości. I co z tym fantem zrobić?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Przewodniczący episkopatu Portugalii bp Virgílio Antunes potwierdził, że 500 metrów kwadratowych mozaik autorstwa ks. Marko Rupnika pozostanie widocznych w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie.
Wcześniej ogłoszono, że mozaiki byłego słoweńskiego jezuity w sanktuarium w Lourdes pozostaną na stałe zakryte. Oznacza to, że dwa najważniejsze sanktuaria Maryjne Europy odmiennie podchodzą sprawy Rupnika wydalonego ze stanu duchownego po oskarżeniu o wykorzystanie seksualne, psychiczne i duchowe kilku kobiet.
Decyzja ogłoszona przez portugalskiego hierarchę, który przewodniczy radzie fatimskiego sanktuarium, nie jest nowa. W wypowiedzi dla amerykańskiego portalu The Pillar przyznał on, że „w tej chwili nie istnieją powody, aby zmienić postanowienie” podjęte wcześniej przez władze sanktuarium.
Sprawa dotyczy monumentalnego dzieła szerokiego na 50 metrów i wysokiego na 10 metrów, zajmującego ścianę za ołtarzem głównym Bazyliki Trójcy Przenajświętszej, poświęconej w 2007 r. przez kard. Tarcisio Bertone, ówczesnego sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Może ona pomieścić ponad 8,5 tys. wiernych.
Mozaika powstała według projektu i pod kierownictwem ks. Rupnika, lecz faktycznie nie jest dziełem rąk jednego człowieka. Praca powstała przy udziale innowierców. Przy jej wykonaniu pracowało 20 artystów z ośmiu krajów, należących do różnych wyznań chrześcijańskich. Ten „kolektywny” wymiar dzieła, wpisujący jest w trend szalonego dialogizmu, jest dziś podnoszony, aby uzasadnić niechęć do ukrycia dzieła.
Biskup Antunes zgadza się z tym, że nie można oddzielić dzieła sztuki od „kontekstu i okoliczności”, w jakich powstało. Jednocześnie przypomina, że władze sanktuarium „kategorycznie” potępiły czyny zarzucane Rupnikowi i wyraziły solidarność z ofiarami. Postanowiły też nie wykorzystywać zdjęć jego mozaik w promocji sanktuarium. Pozostały one jednak widoczne w bazylice.
Hierarcha przyznał, że Portugalska Konferencja Biskupia nie przeprowadziła konsultacji z ofiarami w sprawie przyszłości mozaik. The Pillar uważa, że dyskusja na ten temat może wkrótce powrócić za sprawą obchodzonej w 2027 r. 110. rocznicy objawień Matki Bożej w Fatimie, na którą mógłby przyjechać papież Leon XIV – ten sam, przed którego wizytą w Lourdes zasłonięto mozaiki ks. Rupnika w tamtejszym sanktuarium.
Źródło: pillarcatholic.com / tribunechretienne.com / KAI
Każdy kto dziś, na miarę swoich możliwości, nie staje w obronie prześladowanych Polaków i nękanego Grzegorza Brauna, każdy już dziś, w obliczu historycznego wyzwania, ma szansę zostać zaliczony do ponadczasowej kategorii bezwolnych głupców lub antypolskiej swołoczy popierającej kolejny raz w dziejach – kolejną odsłonę totalitaryzmu.
<><><>
Pan redaktor zapytał, czy mnie posadzą, więc ja tego nie przesądzając, muszę tylko bardzo wyraźnie stwierdzić i ogłosić, że nie będzie to miało żadnego wpływu na zdolność Konfederacji Korony Polskiej do skutecznego ubiegania się o mandaty poselskie i senatorskie. (…) proszę zmartwić się tym, że scenariusz stanu wojennego, ni mniej, ni więcej, może mieć konsekwencje dla wszystkich formacji, dla wszystkich środowisk, niezależnie od tego kto na kogo głosuje. Niewątpliwie ten scenariusz jest na stole.
Nie wiem w jakim tam stole, w jakim pomieszczeniu sztabowym, w jakiej kancelarii tajnej, ale władza niewątpliwie nosi się z zamiarem skasowania kalendarza wyborczego pod pretekstem wojny. I stąd podżegacze wojenni doznali teraz takiego wzmożenia. Przypomnę, że wystarczy stan wyjątkowy pod jakimś pretekstem, takiej czy innej prowokacji, wystarczy limitowany stan wyjątkowy.
Celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez infiltrację.
Przypominam, warto sobie skopiować i wydrukować, bo w internecie „zanika”. md
======================================= John Vennari 2014-4-11 www.bibula.com Transkrypcja przemówienia wygłoszonego na Fatimskiej Konferencji Pokoju w Rzymie, październik 2001
To przemówienie będzie krótkim exposé na temat XIX-wiecznego dokumentu masońskiego “Stała Instrukcja Alta Vendita” [Permanent Instruction of Alta Vendita]. Autor który nakreślił plan pomocy w zrozumieniu tego czym jest “diaboliczna dezorientacja wyższej hierarchii”, o czym mówiła s. Łucja. Uważam, że “Stała Instrukcja” tłumaczy pochodzenie tej diabolicznej dezorientacji.
Alta Vendita była najwyższą lożą Carbonari [Karbonariusze], włoskiego tajnego stowarzyszenia powiązanego z masonerią, i obie potępił Kościół Katolicki [1]. Jezuita E Cahill w książce “Masoneria i ruch antychrześcijański” [Freemasonry and the Anti-Christian Movement] twierdzi, że Alta Vendita “ogólnie miała być wtedy ośrodkiem zarządzającym europejską masonerią” [2]. Karbonariusze byli najbardziej aktywni we Włoszech i Francji.
W książce “Atanazy i współczesny Kościół” [Athanasius and the Church of Our Time], bp Rudolph Graber zacytował masona, który oświadczył, że “celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez inflitrację” [3]. Inaczej mówiąc, skoro masoneria nie mogła całkowicie zniszczyć Kościoła Chrystusowego, to planuje nie tylko wykorzenić wpływ katolicyzmu na społeczeństwo, ale wykorzystać organizację Kościoła jako narzędzie “odnowy”, “postępu” i “oświecenia” – jako środka do realizacji własnych zasad i celów.
Zarys ogólny Nakreślona w “Stałej Instrukcji” strategia zdumiewa swoją bezczelnością i oszustwem. Od samego początku dokument mówi o procesie którego realizacja będzie wymagała dziesięcioleci. Autorzy dokumentu wiedzieli, że nie doczekają jego realizacji. Rozpoczynali dzieło, które będzie realizowane przez przyszłe pokolenia wtajemniczonych. “Instrukcja” mówi: “W naszych szeregach jest tak, że żołnierz ginie, a walka toczy się dalej”. “Instrukcja” wzywała do rozpowszechniania liberalnych idei i aksjomatów w społeczeństwie i w instytucjach KK, tak żeby na przestrzeni lat świeccy, seminarzyści, klerycy i prałaci przyzwyczajali się do postępowych zasad. Z czasem ten sposób myślenia będzie tak przekonujący, że tacy będą wyświęcani księża, konsekrowani biskupi i mianowani kardynałowie, których myślenie będzie zgodne z nowoczesną myślą przedstawioną w “Zasadach z 1789″ [Principles of 1789] (pluralizm, równość religii, oddzielenie Kościoła od państwa itp.).
W końcu spośród tych szeregów zostanie wybrany papież, który będzie prowadził Kościół ścieżką “oświecenia i odnowy”. Należy podkreślić, że ich celem nie było ulokowanie masona na Stolicy Piotrowej. Ich celem było stworzenie środowiska, które w końcu wyprodukuje papieża i hierarchię popierające liberalny katolicyzm, cały czas wierzący, że są wiernymi katolikami. Ci katoliccy przywódcy już nie będą sprzeciwiać się nowoczesnym ideom rewolucji (co było stałą praktyką papieży w okresie 1789 do 1958 krytykujących te liberalne zasady), ale będą wprowadzać je do Kościoła. Ostatecznym tego rezultatem będą katoliccy duchowni i świeccy maszerujący pod sztandarem oświecenia, cały czas myśląc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej.
Czy to możliwe? Ci którzy uważają ten plan za zbyt ambitny, a cel wroga za zbyt beznadziejny do realizacji, powinni zauważyć, że dwaj papieże – Pius IX i Leon XIII zażądali publikacji “Stałej Instrukcji”, bez wątpienia po to, by zapobiec wydarzeniu się takiej tragedii. Ci wielcy papieże wiedzieli, że takie nieszczęście nie było niemożliwe.
Ale gdyby zrealizował się tak ciemny scenariusz, będą trzy bezbłędne sposoby jego rozpoznania: 1) Powstanie tak wielkie zamieszanie, że cały świat zrozumie, iż KK przeszedł przez wielką rewolucję w kwestii nowoczesnych pomysłów. Wszyscy zrozumieją, że Kościół się “zaktualizował”. 2) Wprowadzi się nową teologię sprzeczną z wcześniejszymi naukami. 3) Sami masoni będą piać triumfalnie, uważając że KK w końcu “dojrzał światło” w kwestiach pluralizmu, świeckiego państwa, równości religii i wszystkich innych osiągniętych kompromisów.
Prawdziwość dokumentów Alta Vendita Tajne dokumenty Alta Vendita, najwyższej loży Karbonariuszy, które wpadły w ręce papieża Grzegorza XVI, obejmują okres od roku 1820 do 1846. Na prośbę bł. Piusa IX opublikował je Cretinau-Joly w książce “Kościół Rzymski a rewolucja” [The Roman Church and Revolution] [4].
Krótką aprobatą z 25 lutego 1861 roku, zaadresowaną do autora, papież Pius IX potwierdził autentyczność tych dokumentów, ale nie pozwolił nikomu na ujawnienie prawdziwych członków Alta Vendita zamieszanych w tą korespondencję. Pełny tekst “Stałej instrukcji” jest również w książce ks. George’a E. Dillona “Wielka masoneria wschodu zdemaskowana” [Grand Orient Freemasonry Unmasked]. Kiedy Leonowi XIII wręczono egzemplarz tej książki, zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że nakazał opracowanie i opublikowanie włoskiej wersji na własny koszt [5]. W encyklice Humanum Genus, Leon XIII wezwał przywódców katolickich do “zdarcia maski z masonerii i wyjaśnienia wszystkim jaka ona naprawdę jest” [6]. Publikacja tych dokumentów jest metodą “zdarcia tej maski”. A skoro papieże poprosili o opublikowanie tych listów, to dlatego, że chcieli by wszyscy katolicy poznali plany tajnych organizacji niszczących Kościół od środka, żeby byli czujni i mogli udaremnić wydarzenie się tej katastrofy.
Stała Instrukcja Alta Vendita
Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale ten fragment, który najbardziej wiąże się z naszą dyskusją:
“Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem. Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej. Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na stolicę piotrową. To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom. . . Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem. Chcecie wiedzieć dlaczego? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni. Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie chrześcijaństwa. Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków. Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, skoro nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Vente pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie nauki albo memorandum. . .
A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy go najpierw ukształtować. . . bo ten papież będzie zasługiwał na panowanie przez pokolenie, panowanie o jakim marzymy. Zostawmy na boku starców i ludzi dojrzałych; idźmy do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci. . . Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i prawdziwych patriotów.
Ta reputacja sprawi, że nasze doktryny dotrą zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów. Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi i humanitarnymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg. I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.
Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle na wiatr, aby go zrealizować. Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu, niech księża maszerują pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zastawcie swoje pułapki, jak Simon Barjone; wyłóżcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego. Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; wokół tronu apostolskiego zgromadzicie swych przyjaciół. Będziecie głosić rewolucję tiary i kapy, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata” [7].
Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan.
Oświecenie, przyjacielu, przyjdzie z wiatrem W XIX wieku społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami rewolucji francuskiej, z wielką szkodą dla wiary katolickiej i katolickiego państwa. Rzekome “łagodniejsze i delikatniejsze” pojęcia o pluralizmie, obojetności religijnej, demokracji według której wszelka władza pochodzi od narodu, fałszywe pojęcia wolności, zgromadzenia międzywyznaniowe, oddzielenie Kościoła od państwa i inne nowinki, zdobywały umysły po-oświeceniowej Europy, infekując tak samo mężów stanu jak i duchownych. Papieże w XIX wieku i na początku XX-go wypowiedzieli tym niebezpiecznym trendom wojnę w pełnej zbroi. Dzięki wyraźnej przytomności umysłu wpojonej bezkompromisowym przeświadczeniem wiary, ci papieże nie dali się nabrać. Oni wiedzieli, że te diabelskie zasady, niezależnie od tego jak szlachetne mogą wyglądać, nie przyniosą dobrych owoców, i były to złe zasady w najgorszym wydaniu, bo pochodziły nie tylko z herezji, ale i z apostazji. Jak dowodzący generałowie, którzy wiedzą, że mają obowiązek utrzymania za wszelką cenę swoich pozycji, ci papieże skierowali swoje potężne armaty na błędy nowoczesnego świata, i nieustannie strzelali. Ich kulami były encykliki, i nigdy nie pudłowali. Najcięższe uderzenie przyszło w roku 1864 w formie monumentalnej encykliki bł. papieża Piusa IX “Wykaz błędów” [Syllabus of Errors], a kiedy rozproszył się dym, nikt uczestniczący w bitwie nie miał wątpliwości kto stał po której stronie. Jasno określono linię demarkacyjną. W tym wielkim “Syllabusie”, Pius IX potępił zasadę błędów nowoczesnego świata, nie dlatego że były nowoczesne, ale dlatego że te nowe idee pochodziły z panteistycznego naturalizmu, a zatem były sprzeczne z katolicką doktryną, a także niszczące dla społeczeństwa. Nauki zawarte w “Syllabusie” były sprzeczne z liberalizmem, a zasady liberalizmu były sprzeczne z “Syllabusem”. To bezdyskusyjnie zrozumiała każda ze stron.
Do tej ostatecznej rozgrywki nawiązał o. Denis Fahey w książce “Św. Pius IX a panteistyczna deifikacja człowieka” [Pius IX vs. the Pantheistic Deification of Man] [8]. Wypowiadając się za stronę przeciwną, francuski mason Ferdynand Buissont oświadczył podobnie: “Szkoła nie może pozostać neutralna między Syllabusem i Deklaracją Praw Człowieka” [9].
Ale XIX wiek był świadkiem pojawienia się katolika nowego rodzaju, który utopijnie szukał kompromisu pomiędzy nimi obu. Ci ludzie poszukiwali czegoś co uważali za “dobre” w zasadach z 1789 roku, i próbowali wprowadzać je do Kościoła. Wielu duchownych, zainfekowanych duchem epoki, złapało się w tę sieć, “zastawioną w zakrystiach i seminariach”. Ci ludzie stali się znani jako liberalni katolicy. Bł. papież Pius IX podchodził do nich z absolutnym horrorem. Powiedział, że ci “liberalni katolicy” byli “najgorszymi wrogami Kościoła”. W liście z 18 czerwca 1871 do francuskiej delegacji pod przewodnictwem biskupa Nevers, papież Pius IX napisał: “Tym czego się boję nie jest komuna paryska – nie – boję się liberalnego katolicyzmu. . . Mówiłem o tym ponad 40 razy, i powtarzam teraz, z uwagi na miłość jaką mam dla was. Prawdziwą plagą dla Francji jest liberalny katolicyzm, który chce zjednoczyć dwie zasady tak sprzeczne ze sobą jak ogień i woda” [10]. Ale pomimo to zwiększała się liczba liberalnych katolików.
Papież Pius X a modernizm Ten kryzys osiągnął szczyt na przełomie wieku, kiedy “przyniesiony z wiatrem” liberalizm z roku 1789 skłębił się w tornado modernizmu. O. Vincent Miceli określił tę herezję jako “trójcę rodziców / przodków”. Napisał: “1) Jej religijnym przodkiem jest protestancka reformacja “2) Jej filozoficznym rodzicem jest oświecenie “3) Jej politycznym źródłem jest rewolucja francuska” [11].
Papież św. Pius X, który zasiadł na tronie piotrowym w 1903 roku, modernizm uznał za najgroźniejszą plagę, którą należy powstrzymać. Napisał, że najważniejszym obowiązkiem papieża jest zachowanie czystości i integralności katolickiej doktryny, i dalej powiedział, że gdyby nic nie zrobił, to nie poniósłby fiaska w kwestii podstawowego obowiązku [12].
Św. Pius X wypowiedział wojnę modernizmowi, przeciwko niemu wydał encykliki (Pascendi) i Syllabus (Lamentabili), ustanowił “Przysięgę Antymodernistyczną” obowiązującą wszystkich księży i nauczycieli, wyczyścił seminaria i uniwersytety z modernistów, i ekskomunikował upartych i nieskruszonych. Pius X skutecznie zatrzymał szerzenie się modernizmu w tym czasie. Ale mówi się, że kiedy pogratulowano mu wytępienia tego poważnego błędu, Pius X natychmiast odpowiedział, że pomimo jego wszelkich wysiłków, nie udało mu się zabić tej bestii, a tylko wpędził ją w podziemie. Ostrzegł, że jeśli przywódcy Kościoła nie zachowają czujności, to powróci ona bardziej jadowita niż kiedykolwiek [13].
Kuria w pogotowiu Mało znany dramat jaki rozegrał się za panowania papieża Piusa XI pokazuje, że podziemny nurt modernizmu miał się dobrze w okresie tuż po Piusie X.
O. Raymond Dulac opowiada, że na tajnym konsystorzu 23 maja 1923 roku papież Pius XI zapytał 30 kardynałów kurii o termin zwołania soboru ekumenicznego. Obecni byli wybitni prałaci tacy jak Merry del Val, De Lai, Gasparri, Boggiani i Billot. Kardynałowie wypowiedzieli się przeciwko. Kard. Billot ostrzegł: “Nie da się ukryć istnienia głębokich różnic wśród członków samego episkopatu. . . [Oni] ryzykują dyskusjami, które będą się przedłużać w nieskończoność”. Boggiani przypomniał modernistyczne teorie, które nie są obce części kleru i biskupom. “Ten sposób myślenia może skłaniać pewnych Ojców do przedstawiania pojęć i wprowadzania metod niezgodnych z tradycjami katolickimi”. Billot był jeszcze bardziej precyzyjny. Wyraża obawę o “wmanewrowanie” soboru przez “najgorszych wrogów Kościoła, modernistów, którzy już się przygotowują, o czym mówią pewne oznaki, do wywołania rewolucji w Kościele, nowego roku 1789” [14].
Zniechęcając do pomysłu zwołania soboru z tych powodów, ci kardynałowie wykazali się wtedy bardziej skłonni do tego by rozpoznać “znaki czasu”, niż wszyscy posoborowi teolodzy razem. Ale ich ostrożność miała dużo głębsze źródło. Mogli także czuć się zastraszeni pracami notorycznego iluminata, ekskomunikowanego kanonika Roca (1830-1893), który głosił rewolucję i “reformę” Kościoła, i który prognozował subwersję Kościoła wynikłą z soboru.
Rewolucyjny bełkot Roca W książce “Atanazy i Kościół naszych czasów”, bp Graber cytuje proroctwo Roca o “nowo-oświeconym Kościele”, który będzie pod wpływem socjalizmu Jezusa” [15]. W połowie XIX wieku Roca zaprorokował “Nowy Kościół, który może nie być w stanie zachować niczego ze scholastycznej doktryny i oryginalnej formy wcześniejszego Kościoła, to jednak otrzyma błogosławieństwo i kanoniczne uzasadnienie z Rzymu”. Przewidział również reformę liturgiczną. W odniesieniu do przyszłej liturgii, uważał, że “boski kult w formie zalecanej przez liturgię, ceremoniał, rytuał i przepisy KK wkrótce przejdą transformację na soborze ekumenicznym, który przywróci w nim odwieczną prostotę złotego wieku apostołów, zgodną z nakazami sumienia i nowoczesną cywilizacją”. Przewidział, że w wyniku tego soboru nastąpi “pełna zgoda między ideałami nowoczesnej cywilizacji i ideałem Chrystusa i Jego Ewangelii. Będzie to poświęcenie NWO i uroczysty chrzest nowoczesnej cywilizacji”. Roca powiedział także o przyszłości papiestwa. Napisał: “Już organizuje się ofiarę, która ma reprezentować uroczysty akt ekspiacji. . . Papiestwo upadnie; zginie od uświęconego noża, jaki ukują ojcowie ostatniego soboru. Papieski cezar jest żywicielem [ofiarą] ukoronowaną na poświęcenie“. Roca entuzjastycznie przewidział “nową religię, nowe dogmaty, nowy rytuał, nowe kapłaństwo”. Nowych księży nazwał “progresywistami” i powiedział o “zniesieniu” sutanny i “małżeństwie księży” [16].
Mrożące słowa Roca i Alta Vendita znajdują potwierdzenie u Różokrzyżowca, dr Rudolpha Steinera, który w roku 1910 oświadczył: “Potrzebny jest nam sobór i papież który to ogłosi” [17]. Bp Graber w komentarzu o tych przewidywaniach mówi: “Kilka lat temu byłoby to jeszcze nie do pomyślenia, ale teraz. . .” [18]
Wielki sobór który się nie odbył Około roku 1948, papież Pius XII, na prośbę mocno ortodoksyjnego kard. Ruffiniego, rozważał zwołanie soboru ogólnego, a nawet spędził kilka lat na koniecznych przygotowaniach. Istnieją dowody na to, że postępowe elementy w Rzymie w końcu wyperswadowały to Piusowi XII, gdyż ten sobór pokazywał wyraźne oznaki synchronizacji z “Humani Generis”. Tak jak ta wielka encyklika z roku 1950, nowy sobór będzie zwalczał “fałszywe opinie zagrażające osłabieniu fundamentów katolickiej doktryny” [19]. Tragicznie, papież Pius XII nabrał przekonania, że był zbyt stary by podołać tak istotnemu zadaniu, i zrezygnował mówiąc, że “to zostawiam mojemu następcy” [20].
“Roncalli dokona kanonizacji ekumenizmu” W czasie pontyfikatu Piusa XII, Święte Oficjum pod kierownictwem kard. Ottavianiego zachowało bezpieczny katolicki pejzaż twardo zatrzymując dzikie konie modernizmu w zagrodzie. Wielu z dzisiejszych modernistycznych teologów lekceważąco wspomina jak wtedy im i ich przyjaciołom nałożono “kagańce”. Ale nawet Ottaviani nie mógł zapobiec temu co miało miejsce w roku 1958. Nowy typ papieża, “którego postępowcy uważali za sprzymierzeńca” [21] wstąpi na papieski tron i zmusi wahającego się Ottavianiego do usunięcia skobla, otwarcia zagrody i przygotowania się do masowego pędu tabunu.
Jednak takiej sytuacji nie przewidziano. Kiedy podano wiadomość o zgonie Piusa XII, stary ks. Lambert Beauduin, przyjaciel Roncallego (przyszły Jan XXIII) zwierzył się o. Bouerowi: “Jeśli wybiorą Roncallego, wszystko się uratuje; będzie mógł zwołać sobór i konsekrować ekumenizm” [22]. I stało się tak jak przepowiedział ks. Lambert. Wybrano Roncallego, ten zwołał sobór i konsekrował ekumenizm. Toczyła się “rewolucja tiary i kapy’.
Rewolucja papieża Jana Powszechnie znany i wspaniale udokumentowany jest [23] fakt, że klika liberalnych teologów (periti) i biskupów porwała II SW z programem przerobienia Kościoła na ich własny obraz, poprzez wprowadzenie “nowej teologii”. W tym punkcie zgadzają się zarówno krytycy jak i obrońcy II Soboru.
W książce “Powrót do II SW” [Vatican II Revisited], bp Aloysius J. Wycisło (rapsodyczny obrońca soborowej rewolucji) deklaruje z trzpiotowatym entuzjazmem, że “teolodzy i badacze biblijni, którzy od lat byli ‘pod chmurą’, pojawili się jako periti (doradcy teologiczni biskupów na soborze), a ich książki o II SW i komentarze stały się popularną lekturą” [24]. Napisał, że encyklika “papieża Piusa XII” Humani Generis miała. . . dewastujący skutek na prace licznych przedsoborowych teologów” [22] i wyjaśnia, że “Podczas początkowych przygotowań do soboru, ci teolodzy (głównie francuscy, a także niemieccy), których działalność ograniczył Pius XII, byli nadal ‘pod chmurą’. Papież Jan spokojnie anulował zakaz nałożony na niektórych z najbardziej wpływowych. Ale wielu z nich nadal podejrzewali członkowie Świętego Oficjum” [26]. Wycislo wyśpiewuje pochwały dla triumfujących postępowców takich jak Hans Kung, Karl Rahner, John Courtney Murray, Yves Congar, Henri de Lubac, Edward Schillebeeckx i Gregory Baum, uważanych za podejrzanych przed soborem (nie bez powodu), że teraz są wiodącym światłem posoborowej teologii [27].
W rezultacie, ci których Pius XII uważał za nieodpowiednich do podążania drogą katolicyzmu, teraz kontrolowali miasto. I jakby ukoronowaniem ich osiągnięć było ciche wycofanie “Przysięgi Antymodernistycznej” tuż po zakończeniu soboru. Św. Pius X prawidłowo to przepowiedział. Brak czujności w kręgach władzy pozwolił na powrót modernizmu z zemsty.
“Marsz pod nowym sztandarem” Na II SW toczyły się niezliczone bitwy między międzynarodową grupą ojców obrońców tradycji i grupą reńskich postępowców. Rezultat był tragiczny, w końcu zwyciężył element liberalny i modernistyczny. Dla każdego kto miał oczy do widzenia było oczywiste, że II SW ogłosił wiele pomysłów wcześniej uznanych za anatemę wobec nauk Kościoła, ale one były zgodne z nowoczesnym sposobem myślenia. To nie nastąpiło przez przypadek, ale zgodnie z planem. Postępowcy na II SW unikali potępienia błędów modernistów. Także umyślnie wprowadzili dwuznaczności do soborowych tekstów, którymi zamierzali się posługiwać po soborze. Liberalny peritus soboru, o. Edward Schillebeeckx, przyznał, że “na soborze używaliśmy dwuznacznych wyrażeń i wiedzieliśmy jak będziemy je interpretować później” [28]. Używając umyślnych dwuznaczności, dokumenty soborowe promowały ekumenizm potępiony przez papieża Piusa XI, swobodę religijną potępioną przez papieży XIX wieku (szczególnie bł. Piusa IX), nową liturgię bardziej podobną do protestanckiej, i ekumenizm, który Bugnini nazwał “głównym podbojem KK”, kolegialność która uderza w serce prymatu papieża, i “nową postawę wobec świata” – zwłaszcza w jednym z najbardziej radykalnych soborowych dokumentów, Gaudium et Spes. (Nawet kard. Ratzinger przyznał, że Gaudium et Spes jest przesiąknięty duchem Teilharda de Chardina) [29].
Tak jak oczekiwała “Stała Instrukcja Alta Vendita“, wymysł liberalnej kultury w końcu znalazł sprzymierzeńców wśród głównych graczy w katolickiej hierarchii, i poszerzył się na cały Kościół. Rezultatem tego był bezprecedensowy kryzys wiary, który się pogarsza, choć jednocześnie niezliczeni hierarchowie wysokiego szczebla, oczywiście upojeni “duchem II SW” nadal chwalą te reformy soboru, które sprowadziły to nieszczęście.
Okrzyki radości masonów Ale obrót wydarzeń dokonanych przez sobór świętowali nie tylko liderzy Kościoła, lecz także masoni. Cieszą się z tego, że katolicy w końcu “dojrzeli światło”, i że Kościół usankcjonował wiele z masońskich zasad. Yves Marsaudon ze szkockiego rytu masonerii, w książce “Ekumenizm postrzegany oczyma tradycyjnego masona” [Ecumenism Viewed by a Traditional Freemason] pochwalił ekumenizm soborowy. Powiedział: “Katolikom. . . nie wolno zapominać o tym, że wszystkie drogi prowadzą do Boga. I będą musieli zaakceptować to, że ta odważna idea wolnomyślicielska, którą naprawdę nazywamy rewolucją, wylewa się z naszych lóż masońskich, rozciągnęła się wspaniale nad kopułą św. Piotra” [30]. Yves Marsaudon powiedział dalej: “Można dostrzec, że ekumenizm jest prawowitym synem masonerii” [31].
Posoborowy duch zwątpienia i rewolucji oczywiście rozgrzał serce francuskiego masona Jacquesa Mitteranda, kóry napisał z aprobatą: “Coś się zmieniło w Kościele, a odpowiedzi papieża na najpilniejsze sprawy takie jak celibat księży i kontrola urodzeń są przedmiotem gorących dyskusji w samym Kościele; słowo papieża kwestionują biskupi, księża i wierni. Według masona, człowiek który kwestionuje dogmat już jest masonem bez fartuszka” [32]. Marcel Prelot, senator z francuskiego regionu Doubs jest chyba najdokładniejszy w określeniu tego co się wydarzyło. Pisze: “Przez 150 lat walczyliśmy o to, żeby nasze opinie zwyciężyły w Kościele i nam się nie udało. W końcu nadszedł II SW i odnieśliśmy triumf. Od tej pory propozycje i zasady liberalnego katolicyzmu zostały stanowczo i oficjalnie przyjęte przez Święty Kościół” [23].
Zerwanie z przeszłością “Konserwatyści” którzy zaprzeczają temu, że II SW stanowił zerwanie z tradycją, i że to jest sprzeczne z wcześniejszym Magisterium, nie chcieli słuchać ludzi czynu soboru, którzy bezwstydnie to uznają. Yves Congar, jeden z architektów reformy, zauważył ze spokojną satysfakcją, że “Kościół spokojnie przeszedł swoją rewolucję październikową” [34]. Przyznał również, jakby to było powodem dumy, że soborowa “Deklaracja o swobodzie religijnej” jest sprzeczna z “Syllabusem” papieża Piusa IX. Powiedział: “Nie da się zaprzeczyć, że potwierdzenie przez II Sobór swobody religijnej faktycznie mówi coś innego niż “Sylllabus” z 1864, a nawet wręcz przeciwnego do propozycji 16, 17 i 19 tego dokumentu” [35]. I w końcu kilka lat temu, kard. Ratzinger, widocznie niewzruszony tym przyznaniem, napisał, że soborowy tekst “Gaudum et spes” postrzega jako “anty-Syllabus“. Powiedział: “Jeśli wymagane jest przedstawienie diagnozy tekstu (Gaudium et Spes) jako całości, można powiedzieć, że (w związku z tekstem o swobodzie religijnej i światowych religii) jest to rewizja “Syllabusa” Piusa IX, rodzaj anty-syllabusa. . . Powiedzmy że ten tekst służy jako anty-syllabus, i jako taki, według Kościoła stanowi próbę oficjalnego pogodzenia się z nową erą rozpoczętą w roku 1789” [36]. Inaczej mówiąc, z rewolucją francuską i oświeceniem. Ten komentarz kard. Ratzingera jest niepokojący, szczególnie dlatego, że pochodzi od człowieka, który będąc szefem Kongregacji Doktryny Wiary, rzekomo stoi na straży czystości katolickiej doktryny. Ale możemy także przywołać podobną opinię postępowego kard. Suensensa, jednego z najbardziej liberalnych prałatów w tym stuleciu, sam będąc ojcem soboru, płomiennie wypowiadał się o starych reżimach, które upadły. Słowa których użył chwwaląc sobór są najbardziej mówiące, najbardziej przerażające i najbardziej obciążające. Suenses oświadczył: “II SW to rewolucja francuska Kościoła” [37].
Status dokumentów soborowych Oczywiście katolicy mają prawo, a nawet obowiązek, odrzucenia tych nauk pochodzących z soboru, króre są w konflikcie z wiecznym Magisterium. Od lat katolicy tkwili w błędnym przekonaniu, że muszą akceptować sobór duszpasterski, II SW, z takim samym aktem wiary jaki należy się soborom dogmatycznym. Ale tu nie o to chodzi. Ojcowie soboru wielokrotnie mówili o II SW jako o duszpasterskim, to znaczy, że jest to sobór który zajmuje się nie definiowaniem wiary, ale jej wdrożeniem. Fakt, że II SW jest gorszy od dogmatycznego potwierdza świadectwo ojca soboru, bpa Thomasa Morrisa. Teraz na jego prośbę to świadectwo ujawniono po jego śmierci: “Poczułem ulgę kiedy powiedziano nam, że ten sobór nie miał na celu definiowania czy wydawania ostatecznych opinii o doktrynie, ponieważ oświadczenie o doktrynie musi być ostrożnie sformułowane, i dokumenty soborowe uwazałbym za niepewne i mogące podlegać reformie” [38]. Jest też ważne świadectwo sekretarza soboru, abpa (później kardynała) Pericle Feliciego. Na zakończenie II SW biskupi poprosili abpa Feliciego o coś co teolodzy nazywają “teologiczną notą” soboru, czyli o doktrynalny “ciężar” nauk II SW. Felici odpowiedział: “Musimy rozróżnić zgodnie ze schemas i rozdziałami, tymi które już były przedmiotem definicji dogmatycznych w przeszłości; zaś jeśli chodzi o deceleracje [zwolnienie tempa] które mają charakter nowości, musimy mieć zastrzeżenia” [39]. Sam papież Paweł VI również podobnie skomentował, że “biorąc pod uwagę pastoralny charakter soboru, uniknął ogłoszenia w niezwykły sposób dogmatów obdarzonych notą nieomylności” [40]. A zatem, w przeciwieństwie do soboru dogmatycznego, II SW nie wymaga aktów wiary bez zastrzeżeń. Rozwlekłe i dwuznaczne oświadczenia II SW nie są na równi z wypowiedziami dogmatycznymi. Nowości II SW nie są bezwarunkowo wiążące dla wiernych. Katolicy mogą “mieć zastrzeżenia”, a nawet sprzeciwiać się każdej nauce soboru, która byłaby sprzeczna z odwiecznym Magisterium.
“Rewolucja tiary i kapy” Rewolucja posoborowa ma wszystkie znamiona realizacji planów “Stałej Instrukcji Alta Vendita”, jak również przepowiedni kanonika Roca: 1.Cały świat dostrzegł głęboką zmianę w KK na skalę międzynarodową zgodną z nowoczesnym światem. 2. Zarówno obrońcy jak i krytycy II SW pokazują, że pewne nauki soboru stanowią zerwanie z przeszłością. 3.Sami masoni radują się z soboru, że ich pomysły “rozciągnęły się wspaniale nad kopułą św. Piotra”. Dlatego cierpienia jakie teraz dotknęły KK naprawdę nie są tajemnicą. Lekkomyślnie ignorując przeszłych papieży, nasi obecni liderzy Kościoła zbudowali zepsutą strukturę, która się rozpada. Choć papież Paweł VI ubolewał nad tym, że “Kościół jest w stanie samozniszczenia”, to on, tak jak obecny papież, nalegał by katastrofalne aggiornamento odpowiedzialne za to samozniszczenie szło pełną parą. Chciałbym poruszyć jeden punkt końcowy. Nie twierdzę, że każdy duchowny promujący nowe praktyki, takie jak ekumenizm, umyślnie działa jako wróg Kościoła. Znany ksiądz z XIX wieku, o. Frederick Faber, okazał się być prawdziwym prorokiem kiedy w niezwykłej homilii wygłoszonej w Zielone Świątki w londyńskim Oratorium powiedział: “Musimy pamiętać, że gdyby wszyscy wyraźnie dobrzy ludzie byli po jednej stronie, a wszyscy wyraźnie źli po drugiej, nie byłoby niebezpieczeństwa dla nikogo, a już najmniej dla wybranych, oszukiwanych przez kłamliwe cuda. To dobrzy ludzie, wcześniej dobrzy, musimy mieć nadzieję że nadal dobrzy, którzy mają wykonywać dzieło antychrysta i tak smutno ukrzyżować Pana na nowo. . . Pamiętajmy tę cechę ostatnich dni, że ten fałsz pojawia się wśród dobrych ludzi, będących po niewłaściwej stronie” [41].
Dlatego uważam, że wielu (nie wszyscy) duchownych, którzy ulegają duchowi epoki i promują nowy program soboru, są dobrymi ludźmi po złej stronie.
Obowiązek sprzeciwu Jak powiedziałem na początku, uważam że “Stała Instrukcja Alta Vendita” i jej skutki pomagają wyjaśnić to o czym mówiła s. Łucja, kiedy ostrzegała o diabolicznej dezorientacji hierarchów wyższego szczebla, określenie użyte przez nią wiele razy. W obliczu takiej diabolicznej dezorientacji, jedyną odpowiedzią dla wszystkich zaniepokojonych katolików jest: 1) dużo się modlić, zwłaszcza na Różańcu 2) uczyć się i żyć tradycyjną doktryną i moralnością KK, zawartymi w pracach przedsoborowych 3) trwać przy łacińskiej Mszy Trydenckiej, w której wiara katolicka i nabożeństwo są wolne od skażenia dzisiejszym novus ordo ekumenizmu 4) sprzeciwiać się całą duszą trendom II SW siejącym takie spustoszenie w Mistycznym Ciele Chrystusa 5) z miłością mówić innym o tradycjach wiary i ostrzegać ich przed błędami czasów 6) modlić się o to by zaraźliwy powrót do normalności objął wystarczającą liczbę hierarchów 7) nigdy nie zgadzać się na kompromis 8) i na koniec, powodem tego że tu jesteśmy: by praktykować i głosić najlepiej jak potrafimy, są prośby Matki Bożej Fatimskiej.
[W 1846 roku papież Pius IX zezwolił na publikację dokumentów Alta Vendita. Powstała w 1819 roku.MD]
Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale te fragmenty, które są najbardziej istotne dla naszej dyskusji.
W dokumencie czytamy:
Naszym ostatecznym celem jest cel Woltera i Rewolucji Francuskiej – ostateczne zniszczenie Katolicyzmu, a nawet idei chrześcijańskiej. Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem. Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej.
Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na Stolicę Piotrową.
To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom… Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem.
Chcecie poznać powód? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni.
Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie Chrześcijaństwa. Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków.
Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Ventą [Lożą] pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie instrukcji albo memorandum… A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy najpierw ukształtować temu papieżowi pokolenie warte rządów o jakich marzymy.
Zostawcie na boku starców i ludzi dojrzałych; idźcie do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci… Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i nieskazitelnych patriotów. Ta reputacja włoży nasze doktryny zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów.
Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża, który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi [rewolucyjnymi] i humanistycznymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg.
I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.
Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle, aby go zrealizować.
Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu; niech kler maszeruje pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszeruje pod sztandarem kluczy apostolskich. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zarzućcie swoje sieci, jak Szymon Syn Jony; zarzućcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego.
Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; zgromadzicie swych przyjaciół wokół Tronu Apostolskiego.
Będziecie głosić rewolucję w tiarze i kapie, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata”.
——————
Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan. Oświecenie, mój przyjacielu, „rozwiewa wiatr”. Przez cały XIX wiek społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, z wielką szkodą dla Wiary katolickiej i katolickiego państw…
W tym ekskluzywnym wywiadzie arcybiskup Viganò twierdzi, że zmiana sposobu, w jaki katolicy sprawują nabożeństwa, ostatecznie zmienia ich wiarę, co sprawia, że reforma liturgiczna staje się kluczowym elementem kryzysu posoborowego.
Gaetano Masciullo
W pierwszej części wywiadu arcybiskup Carlo Maria Viganò stwierdził, że reformy związane z Soborem Watykańskim II osłabiły rolę Kościoła jako katéchon , czyli siły powstrzymującej rozprzestrzenianie się ducha Antychrysta na przestrzeni dziejów. Mówił o naturze autorytetu papieskiego, rozróżnieniu między papiestwem jako instytucją boską a poszczególnymi papieżami, krytykując jednocześnie rozwój posoborowy, wzrost synodalności oraz kobiety na stanowiskach kierowniczych w Watykanie.
Druga część wywiadu koncentruje się na krytyce Kościoła posoborowego, której dokonał Viganò, a zwłaszcza na reformach liturgicznych i Traditionis Custodes jako narzędziach szerszej transformacji teologicznej. Omawia również pontyfikat Leona XIV, a zwłaszcza zarzuty o istnienie sieci protekcji w obrębie elit kościelnych oraz wpływ sił ideologicznych i globalnych na obecną hierarchię.
LifeSiteNews: Przez cały ten kryzys konsekwentnie określał ekscelencja reformę liturgiczną nie jako konsekwencję, lecz przyczynę. Dlaczego, Pana zdaniem, kwestia Mszy Świętej ma pierwszeństwo przed kwestią doktrynalną i uważa ją za ważniejszą? I jakie znaczenie ma w tym kontekście nieustępliwość encykliki Traditionis Custodes , która została zachowana w niezmienionej formie przez Leona XIV?
Arcybiskup Carlo Maria Viganò: Ponieważ Kościół zawsze wiedział to, o czym moderniści celowo zapomnieli: ut legem credendi lex statuat supplicandi(„aby prawo modlitwy określało prawo wiary”). Prawo modlitwy określa prawo wiary, a nie odwrotnie. Lud chrześcijański nie uczy się dogmatów z podręczników: przyswaja je sobie przy ołtarzu.
Człowiek, który latami klęczał przed Najświętszym Sakramentem, który widział kapłana zwróconego ku Bogu, a nie ku zgromadzeniu, który doświadczył konsekracji w świętej ciszy Kanonu Rzymskiego, wierzy w Rzeczywistą Obecność i w Ofiarę, nawet jeśli nie potrafił sformułować odpowiednich dogmatów; i żaden teolog nie zdoła mu odebrać tej wiary. Jeśli zmienisz sposób, w jaki ktoś się modli, zmienisz to, w co wierzy, bez jego wiedzy i bez konieczności wypowiadania przez kogokolwiek ani jednego heretyckiego zdania.
Dlatego twierdzę, że reforma liturgiczna nie była konsekwencją kryzysu: była jego narzędziem. Była najszybszą i najpewniejszą drogą do osiągnięcia tego, czego definicja nigdy nie byłaby w stanie osiągnąć. Zauważcie: jest to idealne zastosowanie bergogliańskiej zasady, że „czas jest ważniejszy od przestrzeni”. Nic nie jest zdefiniowane, proces zostaje wprawiony w ruch, a potem potrzeba tylko kilku pokoleń, aby reszta znalazła swoje miejsce.
Każdy, kto szuka potwierdzenia tej metody, powinien przeczytać „ Krótką analizę krytyczną nowego porządku mszy” kardynałów Ottavianiego i Bacciego, którzy już w 1969 roku ostrzegali, że nowy ryt „odbiega, jako całość i w szczegółach, w uderzający sposób od katolickiej teologii Mszy Świętej sformułowanej na XXII sesji Soboru Trydenckiego”. Nie byli to dwaj buntownicy: jeden był byłym sekretarzem Świętego Oficjum, drugi kardynałem kurii. Zignorowano ich, a dziś statystyki dotyczące wiary w Rzeczywistą Obecność potwierdzają, jak bardzo mieli rację. Cztery wieki wcześniej Cranmer zrozumiał, że wystarczy zmienić Mszę, aby zmienić religię ludzi, i że nie musi zaprzeczać ani jednemu dogmatowi, aby wygnać Świętą Ofiarę z Anglii.
Jeśli chodzi o Traditionis Custodes , jest to najbardziej wymowne wyznanie, jakiego mogli dokonać nasi przeciwnicy. Gdyby oba obrządki rzeczywiście wyrażały tę samą wiarę [vetus ordoi novus ordo ], prześladowanie jednego z nich byłoby niewytłumaczalnym kaprysem: prześladują go, ponieważ doskonale wiedzą, że nie wyrażają tej samej wiary i że dopóki jeden ołtarz zachowuje dawną lex orandi , nowy nie może rościć sobie prawa do zwycięstwa.
Należy również zauważyć, że za Prevosta Traditionis Custodes nie została ani wycofana, ani osłabiona; wręcz przeciwnie, była stosowana jeszcze surowiej, z drobiazgowością, na którą Bergoglio nie miał czasu. To, że sam Leon – który tak wiele mówi o przyjmowaniu i słuchaniu – tak nieubłaganie występuje przeciwko Mszy Świętej wszystkich wieków, dowodzi tym, którzy wciąż pokładali w nim nadzieję, że w Kościele synodalnym jest miejsce na wszystko oprócz rytu, w którym Kościół modlił się przez wieki.
LSN: Prevost został wybrany dzięki tym, którzy liczyli na przywrócenie praworządności, ale w rzeczywistości wydaje się, że kontynuuje program swojego poprzednika, jedynie zwalniając tempo i delegując najbardziej kontrowersyjne decyzje do Kurii. Czy nie istnieje niebezpieczeństwo, że ten bardziej flegmatyczny i „nastawiony na dialog” styl jest jeszcze bardziej podstępny dla obrony dogmatów niż bezpośredni autorytaryzm Franciszka?
Viganò: Muszę sprostować przesłankę pytania, ponieważ Prevost buduje swoją argumentację właśnie na tym nieporozumieniu. Nie jest w żadnym wypadku prawdą stwierdzenie, że Leo postępuje „stopniowo”. Postępuje z zawrotną prędkością, nie zważając na reakcje – po części dlatego, że negatywne reakcje są rzadkie, a te nieliczne, które się zdarzają, są natychmiast tłumione. W porównaniu z Bergoglio zmieniła się nie prędkość: zmienił się sposób wyrażania się. Bergoglio krzyczał, a kto krzyczy, budzi ludzi; Prevost się uśmiecha, a kto się uśmiecha, usypia ludzi. Ale to lodowaty uśmiech, uśmiech kogoś, kto stara się, by nie napotkać żadnego oporu.
Spójrz na fakty, a nie na sposób. Tempo działań nie zostało spowolnione: zostało zintensyfikowane na wszystkich frontach – synodalizm, ochrona środowiska, polityka promigracyjna, synkretyczny ekumenizm, normalizacja ideologii LGBT. A przede wszystkim spójrz na nominacje, które są papierkiem lakmusowym pontyfikatu: nie ma ani jednego wyjątku; nie awansowano ani jednego człowieka o zdrowej doktrynie, nie usunięto ani jednego wroga wiary. Na każdym froncie Prevost posunął się dalej niż jego poprzednik.
13 sierpnia, na konferencji w Cuzco, przygotowującej podróż Prevosta do Peru, ks. prałat Jordi Bertomeu, papieski komisarz Dykasterii Nauki Wiary, wraz z biskupem Lizardo Estradą Herrerą, biskupem pomocniczym Cuzco i sekretarzem generalnym CELAM, oraz biskupem Miguelem Ángelem Cadenasem, biskupem Iquitos, złożyli liście koki jako ofiarę dla piekielnego bożka Pachamamy. Za Bergoglio, Pachamama została umieszczona w Ogrodach Watykańskich i Bazylice Świętego Piotra jako gest skandaliczny; za Prevosta, Pachamama została umieszczona w tej samej Dykasterii, której zadaniem powinno być jej potępienie – a to bożek wszedł do niej przez ręce człowieka, który wymierza sprawiedliwość w tej Dykasterii. To nie jest spowolnienie: to instytucjonalizacja.
Styl Leo jest jedynie pozornie umiarkowany. Sporadyczne łacińskie frazy, mucet noszony nawet w nieodpowiednich sytuacjach – nawet podczas wysiadania z samolotu – uprzejmy ton: to środki uspokajające podawane ciału, które stało się niezdolne do reakcji. A środek uspokajający nie zmniejsza przemocy: to środek uspokajający jest tym, co ją w ogóle umożliwia.
Konserwatyści byli oczarowani formą. Ale tak naprawdę, nawet tego nie ma. Ci, którzy zadowalali się mucetem, dostali mucet i nic więcej, a teraz płacą za ten kawałek materiału milczeniem o wszystkim innym.
Wreszcie, istnieje aspekt, który ujawnia prawdziwie tyrański charakter tego rządu: delegowanie. Prevost deleguje do kurii, dykasterii, konferencji biskupich, „procesów synodalnych”, tak aby żadna decyzja nie nosiła jego podpisu, a każda mogła być przedstawiana jako owoc wspólnotowego rozeznania. To nie jest pobłażliwość: to najdoskonalsza forma władzy absolutnej, władzy, która wydaje polecenia, nie ponosząc za nie odpowiedzialności. Starożytny tyran podpisywał swoje dekrety i przyjmował na siebie nienawiść, którą one wywołały; tyran synodalny pozwala innym decydować i pozostaje ponad nimi, jako arbiter, a nigdy jako oskarżony. To rozpuszczenie osobistej odpowiedzialności papieża – dokładnie to, do czego dąży synodalność – a temu, kto nigdy nie podejmuje decyzji, nigdy nie można się sprzeciwić. Papież, który nie decyduje, to papież, który postanowił pozwolić innym działać i który znalazł sposób, by uniknąć odpowiedzialności przed kimkolwiek.
LSN: Wypowiedział się Pan publicznie na temat sprawy Eleuterio Vásqueza Gonzáleza, znanego jako Lute, peruwiańskiego księdza oskarżonego o poważne wykorzystywanie seksualne dziewcząt w diecezji Chiclayo. Za czasów Leona XIV, biskupem tej diecezji, dochodzenie kanoniczne zostało określone przez delegata kościelnego jako „farsa”; jednak dziś papież ma Edgarda Rimaycunę jako swojego osobistego sekretarza, księdza, który dorastał w duszpasterskim i zawodowym środowisku Lute’a.
Inny wybitny duchowny, Wenezuelczyk Edgar Peña Parra – były substytut ds. ogólnych Sekretariatu Stanu, a obecnie nuncjusz apostolski we Włoszech i San Marino – został przez Księdza Kardynała zgłoszony w 2002 r. pod niezwykle poważnymi zarzutami, począwszy od wykorzystywania nieletnich seminarzystów, aż po domniemany związek z gwałtownymi zabójstwami – zarzuty, które następnie Bergoglio systematycznie ignorował.
W świetle tych i innych przypadków, czy uważa Pan, że za czasów Bergoglio w Kościele zakorzeniła się autentyczna „sieć” wzajemnej ochrony między wpływowymi ludźmi, w której ukrywa się wady i odpowiedzialność, aby zachować wewnętrzną równowagę? A jeśli tak, to w jakim stopniu zjawisko to sięga najwyższych szczebli Stolicy Apostolskiej?
Viganò: Sprawa Lute z zadziwiającą dokładnością odtwarza modus operandi innych wyjątkowo poważnych spraw, od McCarricka do Rupnika: ofiary wnoszą oskarżenie i nie zostają przesłuchane; śledztwo przeprowadzone w taki sposób, że niczego nie znajduje; Dykasteria zamykająca sprawę z powodu przedawnienia; oskarżeni nie tylko pozostają bezkarni, ale wręcz chronieni.
Ale jest też nieunikniona druga strona medalu: Ci, którzy ujawniają zbrodnie i bronią ofiar, zostają zniszczeni. Monsignor Ricardo Coronado, kanonista, który podjął się obrony trzech młodych kobiet, stracił kościelną licencję na wykonywanie zawodu prawnika w sierpniu 2024 roku na mocy decyzji Konferencji Episkopatu Peru, a cztery miesiące później został wydalony ze stanu duchownego dekretem, który – uwaga – nie zawierał odręcznego podpisu Bergoglio.
Ci, którzy wnoszą oskarżenia, tracą kapłaństwo; oskarżeni zachowują wszystko. Nie ma tu miejsca na interpretację: biskup Chiclayo, który prowadził śledztwo, które osoby znające szczegóły nazwały „farsą”, zasiada teraz na Stolicy Piotrowej i wybrał na swojego osobistego sekretarza księdza wyszkolonego w kręgu ojca Lute. Nie są to szczegóły biograficzne ani niefortunne zbiegi okoliczności: są dowodem na to, że w tym systemie bliskość pewnych kręgów nie jest przeszkodą w awansie zawodowym, a wręcz jego warunkiem koniecznym.
Rozważmy ponadto zbieg okoliczności, który wcale nie jest zbiegiem okoliczności. Ten sam prałat Jordi Bertomeu, który ofiarował liście koki Pachamamie w Cuzco, to człowiek, który w Dykasterii Nauki Wiary wprowadził – i zasadniczo uzasadnił – tę interpretację prawa kanonicznego, zgodnie z którą zwykłe procedury, wraz z gwarancjami, jakie oferują oskarżonemu, zostają zastąpione strukturami równoległymi i nadzwyczajnymi uprawnieniami komisarza. To właśnie ta doktryna prawna umożliwia los Coronado: tam, gdzie procedura ustępuje woli komisarza, ten, kto sprawia trudności, jest od początku stracony i nie ma nawet prawa do obrony. Zanim Coronado został pozbawiony stanu duchownego, oskarżano go o haniebne czyny bez najmniejszych dowodów.
To nie jest odosobniony przypadek. Kiedy peruwiański ksiądz, ojciec Omar Sánchez, publicznie skrytykował sposób, w jaki Bertomeu prowadził sprawę, 22 dni później w prasie pojawił się zarzut nadużycia wobec niego – zarzut, któremu domniemany skarżący później publicznie zaprzeczył, twierdząc, że nigdy nie złożył żadnej skargi.
Każdy, kto podnosi głos przeciwko systemowi, odkrywa, że już wszczęto przeciwko niemu sprawę. A człowiek, który oferuje liście koki Pachamamie, to ten sam, który pozbawił kapłaństwa tego, który bronił trzech młodych ofiar ojca Lute w Chiclayo. To pokazuje nam, w co przekształciło się Święte Oficjum.
Jeśli chodzi o Peñę Parrę, pozwólcie mi na wyjaśnienie, które uważam za ważne. Zajmowałem się jego sprawą znacznie wcześniej, kiedy byłem delegatem ds. reprezentacji papieskich w Sekretariacie Stanu. Oskarżenia – uwiedzenie dwóch nieletnich seminarzystów w Maracaibo we wrześniu 1990 r. i jego związek z okolicznościami dwóch gwałtownych zgonów w sierpniu 1992 r. – zostały przekazane Sekretariatowi Stanu w 2002 r. przez nuncjusza apostolskiego w Wenezueli, arcybiskupa André Dupuya. Nie przeszkodziło to jednak w rozwoju kariery Peñy Parry. Chciałbym dodać szczegół, który wiele mówi o roli mediów: mówiłem o tej sprawie w długim wywiadzie dla Washington Post i to właśnie ta część dotycząca wenezuelskiego sprawcy została ocenzurowana. Bergoglio chciał go jako substytuta; a Prévost wysłał go teraz do Włoch jako nuncjusza.
Tak, sieć istnieje. Nie mówię tego jako spekulacji. Wiem z dziesięcioleci bezpośredniego doświadczenia w Kurii Rzymskiej i nuncjaturach, że to prawda. Opiera się na prostej zasadzie: każdy, kto jest podatny na szantaż, może być kontrolowany przez osobę posiadającą obciążające go materiały. Korupcja moralna nie jest przypadkiem systemu; to spoiwo, które spaja cały system. Dlatego winny lub wspólnik jest promowany, a ten, który go donosi, jest izolowany i niszczony.
Jak daleko sięga ta sieć korupcji? Wystarczy spojrzeć, ilu „potomków” McCarricka nadal piastuje stanowiska władzy w Stanach Zjednoczonych i Watykanie; ilu kardynałów mianowanych przez Bergoglio zostało wybranych właśnie ze względu na korupcję i podatność na szantaż; ilu w Sekretariacie Stanu i dykasteriach zawdzięcza swoje stanowiska nie doktrynie czy świętości, lecz przynależności do frakcji. Odpowiedź tkwi w faktach, a fakty mówią same za siebie.
LSN: Kto korzysta na tym mechanizmie? Czy Bergoglio był jego architektem, czy też został w niego wciągnięty wbrew swojej woli?
Viganò: Ani jedno, ani drugie, przynajmniej nie w takim sensie, w jakim sformułowano pytanie. Bergoglio nie był ofiarą systemu, ale też nie był jego twórcą: był jego beneficjentem, a następnie gwarantem. Został wybrany dzięki mafii z Sankt Gallen, czyli dzięki sieci, która od lat planowała przejęcie władzy i znalazła w nim odpowiedniego człowieka, ponieważ był pozbawiony skrupułów, wolny od doktrynalnych skrupułów i niezwykle biegły w sprawowaniu władzy – cechy te doskonalił przez długie jezuickie wykształcenie, którego metody pielęgnował przez całe życie: demonstracyjne posłuszeństwo połączone z tajnymi manewrami, jawnie deklarowane ubóstwo przy jednoczesnym sprawowaniu absolutnej władzy.
Po wyborze zrobił to, co robi każda nielegalna władza: otoczył się ludźmi, którzy nie mogli go zdradzić, ponieważ znał ich korupcję i przestępstwa, a tych, którzy nie byli podatni na szantaż i dlatego nie dawali się kontrolować, usunął. Nieprzypadkowo jego najbliżsi współpracownicy – od Zanchetty po Peñę Parrę – to postacie obciążone niezwykle poważnymi oskarżeniami, które systematycznie chronił i promował.
Przypadek Marko Rupnika jest tego doskonałym przykładem. W 2019 roku Dykasteria Nauki Wiary ogłosiła go ekskomunikowanym za udzielenie rozgrzeszenia wspólnikowi – jedno z najpoważniejszych przestępstw zarezerwowanych dla Stolicy Apostolskiej. Na wniosek Bergoglio kara ta została uchylona.
Później, w 2023 roku, Towarzystwo Jezusowe ekskomunikowało go za nieposłuszeństwo, jednak Rupnik natychmiast znalazł słoweńskiego biskupa, który był skłonny go inkardynować. Jeśli chodzi o proces kanoniczny, ponad sześć lat po wydarzeniach nic nie wiadomo. Sprawę Rupnika czyni jeszcze bardziej skandaliczną, ponieważ krąg duchownych wokół niego, którzy zawdzięczają mu swoje stanowiska; chroniąc Rupnika, chronią siebie – począwszy od ówczesnego kardynała wikariusza Angelo De Donatisa, którego przeniesienie z wikariatu rzymskiego do Penitencjarii Apostolskiej nastąpiło mniej więcej w czasie tej afery. Jego przeniesienie nie było, jak twierdzili, awansem, lecz raczej sposobem na ochronę go i odsunięcie od pytań w Rzymie, których nie mógł już uniknąć.
Kto na tym wszystkim korzysta? Wewnętrznie, kasta duchownych czerpie zyski, przekształcając Kościół w swoją własność prywatną i potrzebując bezkarności, by przetrwać. Zewnętrznie, korzyści odnoszą te potęgi finansowe, polityczne i ponadnarodowe – innymi słowy globaliści – ci, którzy mają interes w utrzymywaniu Kościoła katolickiego pod szantażem, ponieważ szantażowany Kościół nie zabiera głosu, nie potępia i nie ewangelizuje: on współpracuje.
Związek między Kościołem Głębokim a Państwem Głębokim nie jest teorią: jest powodem, dla którego Stolica Apostolska chętnie popierała każdy program globalistyczny – od zmian klimatycznych po migracje, od pandemii po powszechne braterstwo, od promocji szczepień po panseksualizm – i dlaczego podpisała i uporczywie odnawiała tajne porozumienie z komunistycznymi Chinami, oddając w ten sposób wiernych biskupów i Kościół podziemny w ręce prześladowców, jednocześnie milcząc na temat wszystkiego, czego Ewangelia faktycznie wymaga, by głosić głośno.
Zepsucie moralne i zepsucie doktrynalne to dwie strony tego samego medalu. Kto zdradza wiarę, zdradza również moralność, a kto poddaje się moralnemu szantażowi, jest gotów zdradzić wiarę – nawet posuwając się do bałwochwalstwa, jak pokazują liście koki złożone w Cuzco przez urzędnika byłego Świętego Oficjum każdemu, kto ma oczy otwarte.
LSN: Podczas konklawe papieskiego w 2025 roku, wysoko postawiony autorytet masoński powiedział mi poufnie, podczas prowadzonego przeze mnie śledztwa: „Zobaczysz, że wybiorą pożytecznych idiotów Franciszka”. Kiedy poprosiłem o wyjaśnienie, ten masoński kontakt – który w rzeczywistości był bardzo blisko związany z kręgami Kurii Rzymskiej – powiedział mi, że Franciszek mianował kardynałów „z trupami w szafie” z marginesu świata, namawiając ich do wyboru „jego człowieka” i zachowania jego „dziedzictwa synodalnego”.
Kiedy wybrano Prevosta, ten sam mason powiedział mi sarkastycznie: „Habemus Papam! Wybrali go”. Początkowo byłem bardzo ostrożny, a nawet pełen nadziei co do Prevosta. Teraz, rok i kilka miesięcy później, zastanawiam się, jak bardzo interpretacja tego autorytetu masońskiego była oderwana od rzeczywistości… Co o tym myślisz?
Viganò: Nie mogę potwierdzić słów, których sam nie słyszałem, ani nie jestem zainteresowany uwiarygodnianiem przechwałek środowisk, które zawsze rościły sobie prawo do kontroli nad Kościołem. Mogę jednak powiedzieć, że ta interpretacja dokładnie odpowiada temu, co fakty ujawniają każdemu, kto chce się im przyjrzeć.
Bergoglio mianował zdecydowaną większość Kolegium Kardynalskiego, wybierając ludzi nieznanych nikomu, słabo wykształconych, z mało znaczących diecezji, których jedynymi kwalifikacjami była osobista lojalność wobec Bergoglia i, prawie zawsze, wrażliwość, która ułatwiała im kontrolowanie. Konklawe w ten sposób zorganizowane mogło wybrać jedynie człowieka takiego jak Prevost, czyli człowieka, który gwarantowałby ciągłość „synodalnego dziedzictwa” Bergoglia.
Masoneria jest zadowolona z tego wyboru i nie ma w tym nic zaskakującego: cieszyła się również z wyboru Jana XXIII. Od trzech wieków realizuje jeden plan: zniszczenie Kościoła katolickiego: najpierw pozbawiając go nadprzyrodzonego wymiaru i sprowadzając do roli organizacji filantropijnej; następnie podkopując go od wewnątrz; wreszcie przekształcając go w antykościół, czyli w powszechną religię ludzkości, co jest jej prawdziwym celem.
Synodalność, jako permanentna rewolucja i kwintesencja wszystkich wymogów modernizmu, jest tym, co kiedykolwiek było najbliższe realizacji tego projektu od wewnątrz. Nie ma potrzeby wymyślać spisków: wystarczy przeczytać Stałą Instrukcję Alta Vendita , która opisuje, z półtorawiecznym wyprzedzeniem, papieża ukształtowanego przez idee Rewolucji i wybranego przez kardynałów ukształtowanych przez te same idee.
Jeśli autorytet masoński cieszył się z wyboru Prevosta, to dlatego, że cel został osiągnięty. Pozostaje żal kardynałów i wiernych, którzy przez kilka miesięcy chcieli oszukiwać samych siebie. Określenie „pożyteczny idiota” jest obraźliwe i nie popieram go; obawiam się jednak, że ktokolwiek go użył, doskonale wie, jakiej użyteczności oczekiwał od człowieka, którego wybrał.
Oto co znalazłem przy pomocy AI w sprawie wyborów do Landtagu w Saksonii Anhalt:
W Saksonii Anhalt wyniki uzyskane przy urnach były takie: AFD – 51,2 %, CDU – 14,5% . Głosy oddane korespondencyjnie, listownie, wypadły tak – uwaga: obie partie dostały po tyle samo głosów: 24,3 %. Procentowy udział głosów oddanych listownie wyniósł 27,4%.
Tak więc to głosy oddane listownie – równo (co za przypadek!!!) po 24,3 % na AFD i CDU sprawiły, że AFD nie uzyskała absolutnej większości i zakończyła wybory wynikiem 43,8 %, a CDU 17,2 %.
Czy jest możliwy aż taki rozdźwięk między głosowaniem osobistym, przy urnach, a głosowaniem korespondencyjnym? A tym bardziej, że w tym drugim przypadku obie rywalizujące partie uzyskały dokładnie tyle samo głosów – po 24,3 %? Czy nie są to cuda nad urnami? – Na miejscu AFD domagałbym się śledztwa i komisji parlamentarnej w sprawie głosowania korespondencyjnego.
Sarah Wagenknecht
Natomiast w wyborach w Berlinie i Meklemburgii komisje wyborcze nie podały oddzielnie głosowania listownego i przy urnach. Pewnie dlatego, by ukryć manipulacje. Jestem pewien, że miały miejsce i że z tego powodu m.in. Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) tylko minimalnie nie osiągnął progów wyborczych, a wyniki partii agenturalnych (CDU, SPD i Zielonych) zawyżono.
Ileż to wrzasku było z powodu ostatnich wyborów w Rosji, rzekomo zmanipulowanych przez tego wstrętnego Putina-Hitlera. Wiadomo – tam każde wybory są manipulowane, a wyniki fałszowane. W Chinach też! Ale tu, na Zachodzie, ostoi wolności i demokracji, praw człowieka, praworządności i sprawiedliwości – tu wszystko jest cacy cacy, na najwyższym światowym, demokratycznym poziomie. Podejrzenia, że były manipulacje wyborcze to robota ruskich onuc i wrogów wolności i demokracji.
Ale ja, jako ruska onuca twierdzę – elity finansowe, mające na usługach marionetki polityczne i łże-media oszukują nas, ile wlezie, na każdym kroku i we wszystkim, także z wyborczymi urnami i głosami. Bo kto to widział, by rządzili nie ci, co mają rządzić…
Są dekady, w których nic się nie dzieje, i są tygodnie, w których dziesiątki spraw się dzieją.
To był jeden z takich tygodni.
Tak, jeśli śledziłeś geopolityczny dramat, który rozegrał się w zeszłym tygodniu, wiesz już, o czym mówię. A jeśli nie, zapnij pasy i przygotuj się, bo zaraz zostaniesz zasypany informacjami o najnowszych doniesieniach ze świata wojny.
Od wojny piątej generacji przeciwko wszystkim, po serię eskalujących wojen regionalnych, które grożą przekształceniem się w pełnowymiarową, globalną Trzecią Wojnę Światową – najnowsze wiadomości mają coś dla każdego!
XI SZCZYT TRUMPA
Jeśli decydujący konflikt (zainscenizowanej i zmanipulowanej) Trzeciej Wojny Światowej, którą obecnie planują przedstawiciele „Państwa Głębokiego”, rozegra się między USA i Chinami, jak podejrzewam, to spotkanie Trumpa i Xi w przyszłym tygodniu rzeczywiście może mieć ogromne znaczenie.
Jednym z punktów tego programu jest sztuczna inteligencja i wojna poznawcza.
W zeszłym tygodniu chińskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego opublikowało swoje pierwsze oświadczenie na temat sztucznej inteligencji. I – co absolutnie nikogo nie zaskoczyło – prowadzona przez Chiny debata na temat „bezpieczeństwa sztucznej inteligencji” nie wydaje się koncentrować na zagrożeniu ze strony „nieuczciwych agentów sztucznej inteligencji”, niebezpieczeństwie wyginięcia ludzkości ani na potrzebie „zabezpieczenia granic”, jak ma to miejsce na Zachodzie. Chodzi raczej o bezpieczeństwo wspaniałego chińskiego rządu.
Różne wrogie siły i ukryte motywy wykorzystują generatywne technologie sztucznej inteligencji, takie jak deepfake audio i wideo, teksty i obrazy generowane przez sztuczną inteligencję oraz inteligentne armie botów, aby tanio i na masową skalę rozpowszechniać plotki polityczne. Rozpowszechniają szkodliwe informacje i podsycają wrogie emocje, prowadzą wojnę opinii publicznej i wojnę poznawczą przeciwko nam, a tym samym bezpośrednio zagrażają naszemu bezpieczeństwu politycznemu, systemowemu i ideologicznemu.
O Boże! Czy nikt nie myśli o bezpieczeństwie ideologicznym państwa chińskiego?!
Biorąc pod uwagę ten kontekst narracyjny i fakt, że wszyscy najwięksi zwolennicy szybkiej ekspansji centrów danych AI na Zachodzie wykorzystali widmo Chin jako pretekst, aby uzasadnić potrzebę jak najszybszej rozbudowy infrastruktury AI przez USA i ich sojuszników, ciekawe będzie, czy i jakie wspólne oświadczenie w tej sprawie wydadzą obaj szefowie państw.
Ale pomijając kontrowersyjny temat sztucznej inteligencji, który dominuje w nagłówkach gazet – co jeszcze jest w programie tego historycznego szczytu? No cóż, „prawie wszystko”, oczywiście! Chociaż typowo niejasne i przesadzone oświadczenie Trumpa dotyczące zakresu rozmów nie wyjaśnia absolutnie niczego, można by się spodziewać, że „prawie wszystko” obejmie wojnę handlową między USA a Chinami, kwestię Tajwanu i wojnę z Iranem.
Czy będziemy teraz w stanie dostrzec pierwsze prawdziwe linie podziału w (inscenizowanej i zmanipulowanej) walce XXI wieku, czyli w bitwie między amerykańskim orłem a chińskim smokiem? Już wkrótce się dowiemy!
Tymczasem na Bliskim Wschodzie szaleje chaos, który jest powodem do niepokoju!
ARABIA SAUDYJSKA W BITWIE
To był katastrofalny tydzień dla Saudyjczyków.
Najpierw pojawiła się wiadomość, że państwo naftowe musi zamknąć swój kluczowy rurociąg naftowy wschód-zachód po tym, jak został poważnie uszkodzony w wyniku ataku dronów.
Następnie ogłoszono, że to „tymczasowe” zamknięcie potrwa kilka tygodni, gdyż uszkodzenia rurociągu okazały się poważniejsze, niż pierwotnie informowano.
Teraz Arabia Saudyjska ubolewa nad „najgorszym scenariuszem”: atakiem ze strony Iranu i Hutich oraz brakiem pomocy ze strony USA.
Według doniesień, saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, spotkał się w tym tygodniu z szefem CENTCOM Bradem Cooperem, ale najwyraźniej nie otrzymał zapewnień i gwarancji bezpieczeństwa, o które zabiegał. W rezultacie ten niegdyś arogancki potentat naftowy musi ponownie ocenić pozycję swojego kraju w regionie i jego ogólną sytuację bezpieczeństwa.
Co to zatem oznacza? Oznacza to:
1) Petrodolar – system, w ramach którego saudyjskie dolary z ropy naftowej wracały do amerykańskich banków i amerykańskich obligacji skarbowych w zamian za wsparcie wojskowe USA – praktycznie dobiegł końca. (Ale co w tym nowego?)
I
2) Saudyjczycy będą musieli w przyszłości szukać bezpieczeństwa gdzie indziej.
Konsekwencji tych wydarzeń dla ogólnej sytuacji bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie nie sposób przecenić. W ostatnich latach byliśmy już świadkami powstania sojuszu między Arabią Saudyjską a Pakistanem, który został przypieczętowany w 2025 roku podpisaniem paktu o wzajemnej obronie, umieszczającego Saudyjczyków pod nuklearnym parasolem Pakistanu.
Teraz, gdy region został całkowicie zdestabilizowany przez wojnę Trumpanyahu z Iranem, ten parasol bezpieczeństwa się rozszerza. Zaledwie w zeszłym miesiącu Turcja (która z jakiegoś powodu w anglojęzycznych publikacjach jest teraz pisana jako „Turkiye”) dołączyła do Saudyjczyków i Pakistańczyków w trójstronnym porozumieniu obronnym znanym jako „Porozumienie o wspólnej obronie z Mekki”. Ponieważ porozumienie zawiera klauzulę o wspólnej obronie, w której trzy państwa członkowskie zgadzają się, że atak na jednego z nich jest uznawany za atak na wszystkich, pakt jest nazywany swego rodzaju „muzułmańskim NATO” i jest postrzegany jako potencjalny zalążek szerszych regionalnych ram bezpieczeństwa, które nie obejmują Wujka Sama.
Ale wzniosła retoryka i obietnice na papierze to jedno. Rzeczywiste rozmieszczenie sił zbrojnych w razie ataku to drugie. Czy więc to porozumienie będzie warte papieru, na którym zostało spisane? Wkrótce się przekonamy! Teraz, gdy Saudyjczycy ponownie aktywnie walczą w Jemenie, a Stany Zjednoczone odmawiają dalszej pomocy wojskowej, pojawia się pytanie: czy Porozumienie z Mekki wejdzie w życie? Arabia Saudyjska zwraca się o pomoc do Pakistanu na mocy postanowień porozumienia, ale Islamabad nie podjął jeszcze decyzji. Oznacza to, że wkrótce dowiemy się, czy „muzułmańskie NATO” jest skazane na porażkę od samego początku, czy też jest instytucją zdolną do redefinicji krajobrazu bezpieczeństwa w regionie.
Tak czy inaczej, w regionie toczą się obecnie liczne dyskusje na temat polityki bezpieczeństwa! A to dlatego, że…
WSTRZĄS NAFTOWY POWRÓCIŁ!
Właśnie wtedy, gdy wszyscy myśleli, że panika naftowa z początku „Operacji Epic Fury” już dawno minęła, nadeszły najnowsze wstrząsy dla infrastruktury naftowej Arabii Saudyjskiej. Dla tych, którzy nie znają zawiłości geopolityki naftowej: to oznacza, że ceny benzyny wkrótce znów wzrosną.
Tak, okazuje się, że wspomniane ataki na saudyjski rurociąg Wschód-Zachód będą miały znaczący wpływ na globalne rynki ropy naftowej. Dzieje się tak, ponieważ rurociąg Wschód-Zachód jest główną „obwodnicą Ormuzu”, którą Saudyjczycy transportują do 4 milionów baryłek ropy naftowej dziennie do terminalu w Janbu nad Morzem Czerwonym. W rezultacie saudyjska produkcja ropy spadła w tym tygodniu do zera po raz pierwszy w historii.
To zła wiadomość.
Dla wszystkich, którzy uczą się wzrokowo, chciałbym wyjaśnić złe wieści za pomocą mapy:
Tymczasem szczyt irańsko-arabski w Cieśninie Ormuz, którego celem było osiągnięcie porozumienia w sprawie wznowienia żeglugi przez tę strategicznie ważną cieśninę naftową, zakończył się katastrofą. Według rzecznika irańskiego ministerstwa, spotkanie ministrów spraw zagranicznych regionu w Omanie, zaplanowane na podpisanie porozumienia, zostało odwołane przez Arabię Saudyjską.
Oznacza to, że Cieśnina Ormuz pozostaje praktycznie zamknięta dla ruchu tankowców – fakt ten potwierdzają trzy tankowce zaatakowane w tym tygodniu przez marynarkę wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Ostatni atak wymierzony był w pływający pod banderą Togo tankowiec „Trend”, który według Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej został podpalony, aby uniemożliwić jego „nielegalny przepływ” przez cieśninę. Ataki te spowodowały już ogromne szkody w środowisku wodnym, a wycieki ropy pokrywają obecnie setki kilometrów kwadratowych cieśniny.
Ale, jak można się spodziewać, to nie wpływ tego chaosu na środowisko trafia na pierwsze strony gazet, lecz konsekwencje ekonomiczne. Oto dane sugerujące reperkusje ekonomiczne, jakie przyniesie przerwanie przepływu ropy:
Europejskie kontrakty terminowe na gaz ziemny osiągnęły właśnie najwyższy poziom od grudnia 2022 r.;
Ceny oleju napędowego w USA osiągnęły właśnie rekordowo wysoki poziom: galon oleju napędowego kosztuje teraz 6,42 dolara.
Ceny ropy naftowej w Chinach również osiągnęły nowe rekordy: w środę cena kontraktów terminowych na ropę na giełdzie w Szanghaju wzrosła do 129 dolarów za baryłkę, znacznie przekraczając poprzedni szczyt na poziomie 121,80 dolarów, który został osiągnięty na początku wojny z Iranem.
Ceny ropy naftowej zaczęły spadać pod koniec tygodnia, gdyż inwestorzy byli coraz bardziej przekonani, że zakłócenia w działaniu saudyjskiego rurociągu nie są tak poważne, jak donoszono. Obecnie jednak wydaje się oczywiste, że przywrócenie infrastruktury w regionie do stanu sprzed wojny z Iranem zajmie miesiące, jeśli nie lata.
Ale nawet gdyby sytuacja na Bliskim Wschodzie unormowała się z dnia na dzień, nie oznaczałoby to pokoju na całym świecie. Bo w Europie Wschodniej wciąż szaleje wojna.
Konflikty między Ukrainą a Rosją rozprzestrzeniają się na cały świat
Tak, na wypadek gdybyście się zastanawiali: Wojna pomiędzy Rosją a Ukrainą trwa.
Ostatnie wydarzenia na tym froncie obejmują spory między obiema stronami dotyczące ich infrastruktury energetycznej: Rosja twierdzi, że Ukraina próbowała zaatakować „jeden z obiektów energetycznych na terytorium Rosji” w zeszły poniedziałek, podczas gdy Ukraina twierdzi, że zaatakowała rafinerię ropy naftowej w Rosji w odpowiedzi na rosyjskie ataki na stacje benzynowe w Kijowie i inne ukraińskie obiekty energetyczne. Wszystko to nastąpiło po tym, jak Trump oświadczył na początku tego tygodnia, że zarówno Rosja, jak i Ukraina zgodziły się zaprzestać ataków na infrastrukturę energetyczną drugiej strony.
Ale być może jeszcze bardziej niepokojące niż niekończące się spory między Ukrainą a Rosją są niedawne sygnały, że konflikt ten przeradza się w szerszą wojnę. Właśnie w tym tygodniu polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zaostrzył wojnę na słowa między Polską a Rosją, chwaląc się, że jego kraj może „dość szybko pokonać Rosję” w walce dzięki przewadze powietrznej NATO.
Przywołanie przez Sikorskiego straszaka NATO stanowi dorozumianą groźbę pełnoskalowego konfliktu supermocarstw, w którym dysponująca bronią jądrową Rosja zmierzyłaby się z blokiem NATO pod przewodnictwem USA, również dysponującym bronią jądrową.
Chwalebna, dziecięca postawa Sikorskiego („Mój międzystanowy sojusz wojskowy mógłby cię zniszczyć!”) nie jest jedynie pustą retoryką. W rzeczywistości, ZeroHedge donosi:
Rozszerzenie wojny na Ukrainie na przestrzeń powietrzną państw NATO na „wschodniej flance” staje się cotygodniową rzeczywistością, przynosząc dodatkową presję i zagrożenia, które potencjalnie mogą doprowadzić do większej konfrontacji militarnej między Rosją a Zachodem. Wiodące mocarstwa NATO, takie jak Niemcy, podejrzewają ostatnio również rosyjski wywiad o sabotażowe kampanie z udziałem dronów w pobliżu węzłów lotniczych w Europie Środkowej.
Jeden z ostatnich incydentów związanych ze „skutkami” wojny na Ukrainie miał miejsce na Litwie, gdzie myśliwiec sojusznika z NATO zestrzelił rosyjskiego drona, który wleciał w przestrzeń powietrzną kraju z Białorusi. Incydent ten skłonił litewskiego ministra spraw zagranicznych Kiestutisa Budrysa do oświadczenia, że NATO jest „czujne, zdecydowane i gotowe” na takie zagrożenia.
Jak dotąd nie było żadnego oświadczenia Igora Czajki, szefa rosyjskiej Federalnej Agencji ds. Wspólnoty Niepodległych Państw, Rodaków Mieszkających za Granicą i Międzynarodowej Współpracy Humanitarnej…
…ale tak, prowokacje między Rosją a NATO stają się coraz poważniejsze i wydaje się, że ani Putin, ani UE nie mają łatwego wyjścia, co jest popierane przez NATO. Zamiast tego, niesławny artykuł 5 NATO, „klauzula o zbiorowej samoobronie”, zdaje się zachęcać państwa peryferyjne, takie jak Polska, do angażowania się w coraz bardziej lekkomyślne prowokacje przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi.
Innymi słowy, jest całkiem prawdopodobne, że przyszli historycy będą pisać o tym, jak jakiś aparatczyk w Krakowie spowodował śmierć dziesiątek milionów ludzi podczas Wielkiego Holokaustu Atomowego w 2027 roku.
SYDNEY SWEENEY POD OSTRZENIEM
Aktorka Sydney Sweeney znalazła się pod ostrzałem ze strony sportsmenek, które twierdzą, że najnowszy chwyt reklamowy Sweeney – kampania reklamowa amerykańskiego rynku zakładów sportowych Novig, w której części jej nagiego ciała są wygodnie zakryte różnymi sprzętami sportowymi – cofa kobiety w sporcie o dekady, sprowadzając ich rolę do roli hiper-seksualizowanych obiektów.
To absolutnie nie ma nic wspólnego z III wojną światową. Pomyślałem po prostu, że zakończenie tego wpisu będzie nieco mniej ponurą historią niż ta, w której giną dziesiątki milionów ludzi. W końcu jest to z pewnością lepsze niż historia o tym, jak system sztucznej inteligencji wyobraził sobie, że chiński statek przewozi komponenty do broni jądrowej do Iranu – „błąd”, który równie dobrze mógł wywołać III wojnę światową.
Tak czy inaczej, życzę Wam wszystkim cudownego tygodnia!
Podczas wyborów w Rosji niemieckie media zawsze donoszą o domniemanych manipulacjach i oszustwach wyborczych. Tak było również w przypadku wyborów parlamentarnych w miniony weekend. Jednak twierdzenia niemieckich mediów łatwo zidentyfikować jako sfabrykowane kłamstwa.
Komentarz Thomasa Röpera .
Od ponad 20 lat niemieckie media tradycyjnie donoszą o oszustwach wyborczych i manipulacjach podczas wyborów w Rosji. Tak było również w zeszły weekend, kiedy odbywały się wybory do Dumy, rosyjskiego parlamentu. Jako obserwator wyborów od 2022 roku, doskonale znam rosyjski system wyborczy, dlatego twierdzenia niemieckich mediów są dla mnie po prostu śmieszne. Wiele z tego, co donoszą o wyborach w Rosji, to czyste sfabrykowanie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a w niektórych przypadkach jest po prostu niemożliwe.
Przyjrzyjmy się bliżej temu, co podają niemieckie media na przykładzie Der Spiegel i sprawdźmy, dlaczego tak łatwo jest zdemaskować to jako całkowicie zmyśloną propagandę, jeśli ma się choć trochę wiedzy na ten temat.
Jak przebiegają wybory w Rosji
Aby ułatwić Państwu zrozumienie, chciałbym pokrótce wyjaśnić, jak przebiegają wybory w Rosji. W Rosji we wrześniu zawsze odbywa się dzień wyborów, w którym odbywają się wszystkie wybory zaplanowane na dany rok. Tego dnia wybierani są merostwa, rady miast, parlamenty regionalne, gubernatorzy itd.
W ten weekend odbyły się również wybory do Dumy, rosyjskiego parlamentu, choć istnieje istotna różnica w porównaniu z wyborami w Niemczech. W Rosji połowa deputowanych jest wybierana z list partyjnych, a druga połowa to kandydaci wybierani bezpośrednio w okręgach wyborczych. Ci kandydaci wybierani bezpośrednio nie muszą być członkami żadnej partii; mogą być również kandydatami niezależnymi. W Niemczech nie stosuje się tego rozróżnienia, dlatego po niemal każdych wyborach w Niemczech toczą się dyskusje o nadwyżkach mandatów, co nie występuje w Rosji ze względu na rozdzielenie list partyjnych od kandydatów wybieranych bezpośrednio.
Od pewnego czasu głosowanie w Rosji trwa trzy dni; tegoroczne wybory odbyły się od piątku do niedzieli. Powodem są ukraińskie ataki terrorystyczne, które mają na celu uniemożliwienie zgromadzenia się dużych tłumów w lokalach wyborczych.
W Rosji nie ma głosowania korespondencyjnego; wybory odbywają się wyłącznie w lokalach wyborczych, gdzie wyborcy oddają głosy za pomocą tradycyjnych, papierowych kart do głosowania. Jednak w tym roku nastąpiła zmiana: wprowadzono głosowanie online. Jestem sceptyczny, ponieważ nie rozumiem wystarczająco szczegółów technicznych i obawiam się, że głosy mogą zostać zmanipulowane. Jestem zwolennikiem „starych, dobrych kart do głosowania”, ponieważ głosy na papierowych kartach można sprawdzać i przeliczać tak często, jak to konieczne. Jednak eksperci w Rosji, a nawet przedstawiciele rosyjskich partii politycznych, jednogłośnie zapewniają nas, że rosyjski system głosowania online jest bezpieczny i przejrzysty.
Ponieważ jednak w tym roku i tak niewiele osób skorzystało z głosowania online, wrócimy do tradycyjnej metody głosowania w lokalu wyborczym. W Rosji każdy lokal wyborczy ma listy wyborców, a każdy, kto zarejestruje się do głosowania online, jest usuwany z list, aby zapobiec jego dwukrotnemu głosowaniu.
Proces głosowania w lokalu wyborczym jest podobny do tego, który znamy w Niemczech. Jednak w każdym rosyjskim lokalu wyborczym są obserwatorzy wyborów z partii politycznych i organizacji społeczeństwa obywatelskiego, którzy są obecni od otwarcia do zamknięcia, a także podczas liczenia głosów.
To sprawia, że manipulacja w lokalach wyborczych jest praktycznie niemożliwa, bo bez względu na to, co niemieckie media donoszą o polityce w Rosji, rosyjskie partie toczą ze sobą ostrą rywalizację, a ich obserwatorzy nie będą milczeć o naruszeniach i nieprawidłowościach, lecz będą je natychmiast zgłaszać.
Co więcej, urny wyborcze w Rosji są wykonane z pleksiglasu, co oznacza, że nikt nie może wrzucić stosu kart do głosowania tak, aby wszyscy natychmiast go nie zobaczyli. Podobnie, nikt nie może wrzucić kart do głosowania przed otwarciem lokali wyborczych, ponieważ byłoby to od razu widoczne, gdyby w urnie znajdowały się setki kart do głosowania wczesnym rankiem.
Jest jeszcze jeden punkt, który często widuję jako obserwator wyborów podczas liczenia głosów: karty do głosowania otrzymywane przez lokal wyborczy są ściśle liczone, a liczenie zawsze rozpoczyna się od unieważnienia pozostałych kart poprzez odcięcie prawego górnego rogu. Następnie liczone są głosy oddane, uszkodzone karty i pozostałe (i już unieważnione) karty. Ta suma musi odpowiadać pierwotnej liczbie kart do głosowania dostarczonych do lokalu wyborczego, co oznacza, że żaden głos nie może po prostu zniknąć, ani żaden dodatkowy głos nie może zostać wyrzucony niezauważony. Dopiero gdy te liczby są poprawne, rozpoczyna się faktyczne liczenie głosów.
W Rosji każdy lokal wyborczy jest wyposażony w kamery internetowe, dzięki czemu każdy może w każdej chwili obejrzeć przebieg głosowania. Dzięki temu wszelkie nieprawidłowości w lokalu wyborczym są natychmiast rejestrowane. Na przykład, podczas wyborów prezydenckich dwa lata temu, ktoś wlał zieloną farbę do urny wyborczej, a nagranie natychmiast stało się viralem dzięki wszechobecnym kamerom internetowym.
Manipulacja lokalami wyborczymi jest zatem praktycznie niemożliwa. A ponieważ wszystkie dane z lokali wyborczych są publikowane, każdy może sprawdzić, czy komisja wyborcza w Moskwie prawidłowo je zlicza. Obserwując rosyjskie wybory od wielu lat, nie widzę możliwości znaczącej manipulacji nimi. Po prostu nie wiem, gdzie w tym transparentnym systemie można by manipulować wynikami, niezauważalnie.
Ale czytelnicy niemieckich mediów o tym nie wiedzą, dlatego mogą dalej opowiadać swoje bajki, którym teraz się przyjrzymy.
Czy opozycja została wykluczona z wyborów?
Kluczowym argumentem, który zachodnie media podnoszą, jest twierdzenie, że w rosyjskich wyborach nie ma miejsca dla opozycji. To po prostu nieprawda, ponieważ w Rosji startowało dziesięć partii, których programy obejmowały zarówno skrajną prawicę, jak i skrajną lewicę. Istnieją zarówno partie wolnorynkowe, jak i socjalistyczne. Wachlarz programów partyjnych w Rosji jest znacznie szerszy niż w Niemczech, a w kwestiach takich jak edukacja, polityka społeczna i gospodarka, partie rosyjskie różnią się bardziej niż na przykład partie niemieckie.
Jednak wszystkie rosyjskie partie polityczne zgadzają się, że Rosja musi być i pozostać suwerennym państwem, któremu żadne inne państwo nie może niczego narzucać. Są również zjednoczone w kwestiach bezpieczeństwa narodowego, co oznacza, że choć nie są entuzjastycznie nastawione do wojny na Ukrainie, popierają ją, dopóki nie zostanie zakończona na warunkach akceptowalnych dla Rosji. Warunki te są znane czytelnikom „Anti-Spiegla”, ale powtórzę je dla Państwa informacji:
Ukraina musi pozostać państwem niezaangażowanym, w którym nie stacjonują żadne wojska zagraniczne.
Ukraina nie może posiadać broni jądrowej.
Ukraina musi szanować prawa swoich mniejszości narodowych i
Musi uznać nowe granice.
Taka jedność w polityce zagranicznej istnieje również w Niemczech, gdzie do Bundestagu nie wchodzi żadna partia (a już na pewno nie rząd), która nie popiera UE, NATO, transatlantyckiej lojalności wobec USA i wsparcia dla Izraela. Dotyczy to również AfD, która, choć krytyczna wobec UE, pozostaje lojalna wobec NATO, USA i Izraela. Przynajmniej tak głosi oficjalny program partii.
Kiedy więc niemieckie media twierdzą, że w Rosji nie ma opozycji, ponieważ wszystkie rosyjskie partie są w dużej mierze zgodne w kwestiach polityki zagranicznej, oznacza to, że również w Niemczech nie ma opozycji, ponieważ wszystkie niemieckie partie są w dużej mierze zgodne w kwestiach polityki zagranicznej.
Na początku sierpnia odłam partii Jabłoko został wykluczony z wyborów do Dumy w Rosji z powodu oskarżeń o naruszenie praw autorskich w materiałach wyborczych i finansowanie z zagranicy. Te ostatnie dotyczyły członków partii, którzy otrzymywali finansowanie z zagranicy, a następnie przekazywali je Jabłoko. Finansowanie partii z zagranicy jest w Rosji, podobnie jak w Niemczech, zakazane, więc było jasne, że nie mogło pozostać bezkarne.
Ponieważ Jabłoko jest jedyną partią prozachodnią w Rosji, niemieckie media naturalnie podchwyciły tę historię. Nie zauważyły jednak, że Jabłoko nie zostało w żaden sposób zdelegalizowane jako partia, a jedynie wykluczone z wyborów do Dumy. I nawet to było tylko częściowe, ponieważ bezpośredni kandydaci Jabłoka mogli startować w wyborach do Dumy; wykluczona była jedynie lista partyjna. Co więcej, Jabłoko mogło bez ograniczeń uczestniczyć w wyborach parlamentarnych, które również odbyły się w ten weekend.
Choć Jabłoko przekroczyło próg 5% w niektórych regionach Rosji, nie udało mu się to we wszystkich, co wskazuje, że partia prawdopodobnie nie osiągnęłaby progu 5% w ogólnokrajowych wyborach do Dumy. Nie stanowiło zatem, jak sugerują niemieckie media, zagrożenia dla rządu.
„Według oficjalnych danych frekwencja wyborcza wyniosła ponad 56 procent, czyli więcej niż w 2021 roku. Danych pochodzących z kontrolowanej przez Kreml komisji wyborczej nie da się zweryfikować”.
Drugie zdanie to czysta propaganda, czy też oświadczenia Federalnej Komisji Wyborczej, kontrolowanej przez rząd niemiecki, można zweryfikować?
Obserwatorzy wyborów służą zapewnieniu przejrzystości. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych akredytowano ponad 336 000 rosyjskich obserwatorów wyborów , którzy zasiadali w lokalach wyborczych i monitorowali wybory z ramienia partii politycznych lub organizacji społeczeństwa obywatelskiego. Ilu jest ich w Niemczech? W ostatnich wyborach uczestniczyło również 1126 zagranicznych obserwatorów wyborów , w tym ja.
Ponieważ w każdym lokalu wyborczym w Rosji było kilku obserwatorów wyborów, powiedziałbym, że informacje podane przez rosyjską komisję wyborczą są w pełni weryfikowalne. A co z Niemcami? Ilu obserwatorów wyborów przypada tam na każdy lokal wyborczy?
Wracając jednak do tego, co niemieckie media podają niemieckiej opinii publicznej. Der Spiegel pisze następnie o rzekomej presji ze strony władz rosyjskich:
„Zarówno opozycyjna partia Jabłoko, której początkowo pozwolono wziąć udział w wyborach, ale potem ją z nich usunięto, jak i tradycyjnie silni komuniści skarżyli się, że setkom ich obserwatorów uniemożliwiono monitorowanie lokali wyborczych”.
Rzeczywiście, pierwszego dnia wyborów komuniści skarżyli się, że ponad setce ich obserwatorów odmówiono wstępu do lokali wyborczych. Władze przypisały to błędnie złożonym wnioskom akredytacyjnym, ale ponieważ w kolejnych dniach nie było dalszych skarg, problem wydaje się być rozwiązany.
Ale ogólnie rzecz biorąc, warto spojrzeć na szerszy obraz: fakt, że kilkuset z ponad 336 000 akredytowanych obserwatorów wyborów zgłosiło problemy pierwszego dnia, oznacza, że dotyczyło to zaledwie 0,1% obserwatorów. Chociaż takie incydenty nie powinny się zdarzać, ich liczba jest tak mała, że nie ma wpływu na ogólny wynik wyborów.
Następnie Der Spiegel pisze także:
Podobnie jak w poprzednich wyborach, pojawiły się doniesienia o masowym wrzucaniu do urn wstępnie wypełnionych kart do głosowania. Ponadto wielu wyborców skarżyło się, że nie otrzymali karty do głosowania i zostali zarejestrowani do głosowania online bez ich wiedzy.
Dobrze byłoby, gdyby Der Spiegel podawał źródła swoich twierdzeń, ponieważ, jak wyjaśniłem powyżej, „masowe wrzucanie wstępnie wypełnionych kart do głosowania do urn” nie jest już dziś w Rosji możliwe, gdyż po pierwsze, zostałoby to nagrane na wideo i szybko rozprzestrzeniłoby się w sieci, a po drugie, zostałoby to zauważone najpóźniej podczas procesu liczenia głosów i, ze względu na rozbieżność w liczbie kart do głosowania, doprowadziłoby do unieważnienia wyników dla danego okręgu wyborczego (i prawdopodobnie do powtórzenia wyborów).
To, że wyborcy mogli nie otrzymać karty do głosowania, jest oczywiście możliwe w pojedynczych przypadkach, wśród ponad 100 milionów wyborców, ale nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ w Rosji karta do głosowania nie jest potrzebna; wystarczy udać się do lokalu wyborczego z dowodem tożsamości, ponieważ listy wyborców są dostępne. Dlatego w Rosji dokument ten nie nazywa się „kartą do głosowania”, lecz „przypomnieniem wyborczym”.
Takim sformułowaniem Der Spiegel próbuje zasugerować, że Rosjanom uniemożliwia się głosowanie, podczas gdy w rzeczywistości jest odwrotnie: rosyjskie władze dokładają wszelkich starań, aby zachęcić ludzi do głosowania. Wysoka frekwencja wyborcza jest w Rosji priorytetem, więc utrudnianie wyborcom udziału w głosowaniu byłoby kontrproduktywne, jak sugeruje Der Spiegel.
Nie słyszałem też o żadnym przypadku, w którym wyborcy zostaliby „zarejestrowani do głosowania online bez swojej wiedzy”. To również jest mało prawdopodobne, ponieważ słyszałem o czymś wręcz przeciwnym: ze względu na rozbudowane środki bezpieczeństwa wprowadzone w ramach głosowania online, wyborcy narzekali, że rejestracja do głosowania online jest niezwykle trudna i skomplikowana.
Kiedy czyta się w niemieckich mediach artykuły na temat wyborów w Rosji, można odnieść wrażenie, że piszą je ludzie, którzy nigdy nie byli na rosyjskich wyborach i którym wolno w związku z tym wymyślać bzdury – w końcu nikt w niemieckich redakcjach nie wie, jak naprawdę wyglądają wybory w Rosji.
+++
Artykuł ten został opublikowany po raz pierwszy 22 września 2026 r. na stronie anti-spiegel.ru .
+++
Dziękujemy autorowi za udzielenie zgody na publikację tego artykułu.
„Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu. Jeżeli Ukraińcy byli w stanie wyłączyć połowę rosyjskich zdolności rafineryjnych w ciągu sześciu miesięcy, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i wyłączyć drugą połowę” – powiedział 11 września, w trakcie spotkania YES (Yalta European Strategy) w Kijowie Radosław Sikorski.
Sikorski nie jest publicystą czy politykiem z drugiego garnituru. To Minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Choćby z tego powodu każda z jego wypowiedzi ma swój ciężar gatunkowy. Nic więc dziwnego, że nie trzeba było długo czkać na reakcje. „Jeśli chodzi o ocenę własnych sił zbrojnych przez Warszawę, szef polskiej dyplomacji wyraźnie ma amatorski pogląd na potęgę militarną naszego kraju, nie rozumiejąc, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne są dalekie od wykorzystania pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że gdyby Polska przystąpiła do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj wykorzystałby cały arsenał dostępnych sił i zasobów, a polska państwowość przestałaby istnieć w ciągu dwóch, trzech dni” – odpowiedział w rekcji na słowa szefa polskiego MSZ sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaj Patruszew. Patruszew to postać znacząca. W przeszłości był dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (1999–2008). Uznawany jest za jednego z tzw. siłowików i człowieka z bliskiego otoczenia Władimira Putina.
„Dziś Sikorski i inni członkowie polskich elit twierdzą, że przywracają Polsce wielkość. W rzeczywistości jednak rozbudzają niezdrowe ambicje, ogłaszając plany odbudowy „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji i ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Sikorski, opętany militaryzmem, odmawia słuchania słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża i że nasz kraj nie ma podstaw do działań militarnych przeciwko Europie” – dodał Patruszew. W język nie gryzła się także Maria Zacharowa. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ określiłam wypowiedź Sikorskiego jako objaw „rusofobii mózgu”.
Paradoksalnie, z czysto wojskowego punktu widzenia Sikorski ma rację. Przewaga NATO, a nawet wyłącznie jego europejskiego komponentu, w zakresie lotnictwa i środków napadu powietrznego jest znacząca. W istocie NATO jest w stanie całkowicie zaburzyć rytmikę gospodarki Rosji, a nawet zapewne zdekapitować jej elitę polityczną i wojskową. To jedna strona medalu.
Druga strona medalu jest jednak taka, że nie da się wygrać wojny wyłącznie w powietrzu. Kalkulacja, że pozbycie się Władimira Putina i jego politycznego zaplecza doprowadzi do przejęcia władzy w Rosji przez siły prozachodnie, jest przejawem politycznego chciejstwa. Nietrafność tej kalkulacji oznacza co najmniej długotrwałą konwencjonalną wojnę. Brudną i mało chwalebną, pełną błota, krwi i śmierci, na którą Europejczycy będą musieli wysłać swoje dzieci. Czy Francuzi, Włosi, Hiszpanie, a w szczególności Brytyjczycy, będą mieli ochotę wykrwawiać się? Czy też po raz kolejny „nie będą ginąć za Gdańsk”?
Wojna konwencjonalna nie jest jednak scenariuszem najgorszym. Pamiętajmy, że Federacja Rosyjska wciąż dysponuje znaczącym arsenałem jądrowym i posiada skuteczną możliwość jego użycia. Postawiona przed alternatywą własnej klęski lub użycia broni ostatecznej, z dużym prawdopodobieństwem wybierze to drugie.
Jednak nawet jeśli broń jądrowa pozostanie w arsenałach, potencjalny scenariusz dla Polski nadal jest tragiczny. Sikorski ma rację, wskazując na niedoskonałość rosyjskiej obrony przeciwdronowej i przeciwrakietowej. Jednak arsenał ofensywny Federacji Rosyjskiej jest nienaruszony. W przypadku wojny z NATO zostanie on użyty bez najmniejszych zahamowań. Polska i kraje nadbałtyckie będą w oczywisty sposób pierwszymi celami.
O ile z punktu widzenia interesu całego Sojuszu Północnoatlantyckiego mogłaby być to akceptowalna cena za osiągnięcie strategicznego sukcesu, o tyle dla nas jest to cena całkowicie nieakceptowalna. Oznacza nie tylko straty ludzkie i materialne, ale stwarza realne zagrożenie dla dalszego biologicznego przeżycia narodu. Dlatego polski minister spraw zagranicznych, który w pierwszej kolejności winien troszczyć się o dobro własnego narodu i państwa, nigdy nie powinien wypowiadać takich słów.
Warto jednak postawić sobie pytanie, czy Radosław Sikorski w istocie realizuje interesy państwa polskiego? Cały jego życiorys sprawia, że jest to pytanie nie tylko zasadne, ale wręcz oczywiste.
W roku 1981 Sikorski, w wieku zaledwie 18 lat, wyjechał do Wielkiej Brytanii. Po wprowadzeniu stanu wojennego pozostał na Wyspach, a w 1982 r. otrzymał tam azyl polityczny. Oficjalne biogramy MSZ podają, że w latach 1981–1989 był uchodźcą politycznym w Wielkiej Brytanii. W czasie swojego pobytu za granicą studiował w Pembroke College w Oksfordzie, kończąc studia w 1986 r. Był aktywny w Oxford Union, kierował Oxford University Polish Society i należał do Bullingdon Club. W tym środowisku poznał m.in. Borisa Johnsona, a brytyjska prasa później pisała również o jego kontaktach ze środowiskiem Davida Camerona i George’a Osborne’a. „The Guardian” określał go wręcz jako polityka blisko znającego wielu czołowych konserwatystów.
Sikorski w 1987 r. przyjął brytyjski paszport. Według dostępnych biografii obywatelstwa brytyjskiego zrzekł się w 2006 r. Sam Sikorski wspominał też, że pojawiały się w Polsce sugestie, jakoby jego studia finansował brytyjski wywiad; zaprzeczał temu, twierdząc, że otrzymywał zwykły grant ILEA.
Jeszcze w latach 80. wszedł do brytyjskiego środowiska medialnego. Pracował jako freelancer m.in. dla „The Spectator” i „The Observer”, a jako korespondent wojenny „The Sunday Telegraph” relacjonował wojnę w Afganistanie. Zresztą Afganistan jest istotnym punktem przedmiotowego życiorysu. To tutaj doszło do styku ze Stanami Zjednoczonymi i ich służbami. Sikorski przebywał wśród mudżahedinów w okresie, gdy byli oni intensywnie wspierani przez USA przeciwko ZSRR. Jako reporter opisywał m.in. użycie amerykańskich Stingerów.
Pod koniec lat 80. Sikorski związał się zawodowo z USA. Został korespondentem amerykańskiego konserwatywnego magazynu „National Review”, relacjonując m.in. walki w Afganistanie i Angoli. To wprowadziło go w krąg amerykańskiej prawicy antykomunistycznej i było fundamentem jego późniejszej kariery politycznej w Polsce. Na początku obecnego stulecia Sikorski objął stanowisko resident fellow w American Enterprise Institute, został też dyrektorem wykonawczym New Atlantic Initiative. AEI było dla niego czymś więcej niż zwykłym miejscem zatrudnienia. Sikorski kierował programem zajmującym się relacjami transatlantyckimi, Rosją, NATO i demokratyzacją państw postsowieckich. Raport AEI z 2005 r. pokazuje, że organizował konferencje z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Davida Fruma, Danielle Pletki, Michaela Rubina oraz przedstawicieli administracji i dyplomacji wielu krajów.
Ta relacja nie skończyła się po wejściu Sikorskiego do polskiego rządu. AEI odnotowuje, że jako minister spraw zagranicznych występował w instytucie, m.in. w sprawach stosunków polsko-amerykańskich i bezpieczeństwa Europy Wschodniej. AEI przypominało przy tym, że wcześniej kierował New Atlantic Initiative. Po odejściu z wysokich stanowisk państwowych związał się z Center for Strategic and International Studies jako „Distinguished Statesman”. CSIS ogłosiło to oficjalnie w 2016 r. Instytucja należy do najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się bezpieczeństwem i polityką zagraniczną.
Żona Sikorskiego, Anne Applebaum, jest wpływową amerykańską dziennikarką, od dziesięcioleci obecną w amerykańskim środowisku medialnym i eksperckim. Tajemnicą Poliszynela są jej powiązania z amerykańskim deep state. Jeden z synów Radosława Sikorskiego i Applebaum, Tadeusz Sikorski, został podporucznikiem US Army w Cyber Corps, czyli formacji armii amerykańskiej zajmującej się działaniami i bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni.
Czy polityk o takich powiązaniach, nie tylko politycznych, ale i rodzinnych, z obcym mocarstwem powinien kierować polską polityką zagraniczną? – na to pytanie kolejne koalicje rządzące odpowiadają twierdząco. Wydaje się jednak, że w przypadku wystąpienia poważnej sprzeczności interesów pomiędzy Ameryką a Polską Sikorski zostanie postawiony co najmniej w sytuacji konfliktu lojalności. To wielkie ryzyko. Tym większe, iż potęgowane cechami osobowościowymi samego Sikorskiego.
Nie jest żadnym sekretem, że Sikorski jest przeczulonym na własnym punkcie megalomanem, z obsesją posuniętą do granic narcyzmu. Najlepszą ilustracją jest tutaj anegdotyczna już historia malowniczego dworku Chobielin. W 2014 r. Sikorski, wtedy minister spraw zagranicznych, zabiegał (skutecznie) o formalne wydzielenie swojej posiadłości z miejscowości Chobielin. W oficjalnym uzasadnieniu czytaliśmy, że MSZ tłumaczyło, iż „często ważni goście zagraniczni, mają duże trudności z dotarciem na miejsce, częstokroć błądząc po lokalnych, trudno przejezdnych drogach”. Tak oto Sikorski został „sołtysem na Chobielinie” i nie musiał już dłużej pospolitować się z ludem. Ta dykteryjka byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby nie fakt, że dotyczy polskiego ministra spraw zagranicznych. Człowieka, który z formalnego punktu widzenia jest szefem naszej dyplomacji, choć dyplomacji w jego wypowiedziach próżno szukać.
W przełomowym czasie globalnego kryzysu, gdy z ruin świata jednobiegunowego wyłoni się nowa globalna konstrukcja, polityką zagraniczną Polski kieruje człowiek nieposiadający do tego osobistych predyspozycji, cechujący się za to co najmniej zastanawiającymi powiązaniami zagranicznymi. Jeśli porównalibyśmy go do nawigatora, a nasz kraj do okrętu, musielibyśmy dojść do wniosku, że Sikorski od dłuższego czasu wyraźnie naprowadza nas na rafy. Jest w tym zdeterminowany i konsekwentny. Nie powstrzyma go premier zaczytany w urojone raporty CIA. Nie powstrzyma go prezydent reprezentujący w obszarze polityki zagranicznej styl jednocześnie troglodycki i fiksacyjnie antyrosyjski. Nie powstrzyma go nikt w Polsce, bo nie ma tu nikogo, kto dysponowałby jednocześnie siłą, determinacją i perspektywą intelektualną, by to uczynić.
Pozostaje nam liczyć na cud. Nie przesadnie wielki, taki w sam raz na naszą skalę. Ot, choćby taki, że wielcy tego świata zdecydują, że to jeszcze nie moment na wojnę. Po czym przywołają swoich podwykonawców do porządku.
Oskarżenie jest proste, a Donald Trump zbudował na nim szeroko nagłośnione żądanie wobec Kijowa: ataki Ukrainy na rosyjskie rafinerie pozbawiają świat oleju napędowego. To oskarżenie pomija jednak fakt, że kwaśna rosyjska ropa naftowa nie znika, gdy płoną jej rafinerie. Jest ładowana na tankowce i sprzedawana jako ropa naftowa Indiom i Chinom, których rafinerie przetwarzają ją na olej napędowy – indyjskie zakupy rosyjskiej ropy naftowej wzrosły mniej więcej dwukrotnie, a chiński import WSTO stale rośnie. Molekuły wciąż się poruszają; proces rafinacji po prostu się zmienia. Ukraina niszczy rosyjską marżę rafineryjną, a nie globalne dostawy oleju napędowego.
Trump przedstawił oskarżenie 13 września na swoim polu golfowym w Doonbeg w Irlandii – dwa dni po tym, jak cena amerykańskiego oleju napędowego po raz pierwszy w historii przekroczyła sześć dolarów za galon. Znalazł winowajcę. Nie był nim Iran. Nie była nim Cieśnina Ormuz.
Był nim Wołodymyr Zełenski. Zełenski „musi przestać bombardować Rosję olejem napędowym” – powiedział Trump dziennikarzom; może „atakować inne cele, ale nie olej napędowy”. A potem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, kogo obwinia: niedobór „nie był spowodowany przez Bliski Wschód”.
To ostatnie zdanie jest kluczową wskazówką – i jest błędne. Aby to zrozumieć, trzeba pojąć dwie rzeczy, których Trump albo nie rozumie, albo liczy na to, że nie zrozumiesz: jaką ropę naftową Rosja tak naprawdę produkuje i gdzie tak naprawdę produkowany jest olej napędowy na świecie.
Zacznijmy od ropy naftowej, ponieważ liczby jednoznacznie odpowiadają na to pytanie.
Co promuje Rosja: arytmetyka kwaśnej ropy
Kwaśna ropa naftowa to ropa naftowa o zawartości siarki powyżej 0,5% wag. Poniżej tej wartości jest uważana za słodką. Rosja produkuje osiem głównych gatunków ropy, a Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) publikuje informacje o jakości każdego z nich. Oto one, wraz z przybliżonymi wartościami, opartymi na zdolnościach produkcyjnych i przepustowości krajowych rafinerii:
Różnorodność
Gęstość API
siarka
region
Przybliżone finansowanie (miliony b/d)
Klasa
Ural (w tym lekka syberyjska)
30–32
1,3–1,5%
Zachodnia Syberia / Wołga-Ural
~7,0
Kwaśny
ESPO
34–37
0,4–0,6%
Wschodnia Syberia
~1,6
Linia graniczna
Sokół
35–37
0,2–0,3%
Daleki Wschód
~0,2
Słodki
Sachalin
37–45
0,1–0,3%
Daleki Wschód
~0,15
Słodki
ARCO (Arktyka)
23–24
2,2–2,4%
północ
~0,1
Kwaśny
Nowy Port
30–35
0,1–0,3%
Zachodnia Syberia
~0,15
Słodki
Warandaj
25–37
0,2–0,5%
północ
~0,1
Słodki
Całkowita ropa naftowa
~9,3
Dane jakościowe: Raport EIA Country Analysis Brief, Rosja (2025). Objętości są przybliżone i pochodzą z potencjału produkcyjnego WSTO/Sachalinu/Arktyki oraz około 5,4 miliona baryłek dziennie (b/d) krajowej rafinacji, głównie zasilanej z Uralu, plus eksport ropy naftowej rurociągiem przez Morze Bałtyckie, Morze Czarne i rurociąg „Przyjaźń”; nie są to dane publikowane przez EIA według gatunku. Całkowita ilość ropy płynnej wynosi około 10,5 miliona b/d, z uwzględnieniem lekkich, słodkich kondensatów i płynów gazu ziemnego.
Zróbmy obliczenia. Kwaśne baryłki – Ural z około 7 milionami dziennie, plus niewielki udział Arctic ARCO – stanowią około 7,1 miliona z 9,3 miliona baryłek ropy naftowej wydobywanej przez Rosję. To około 76 do 77 procent kwaśnej ropy, a odsetek ten wzrasta do ponad 90 procent, jeśli uwzględnimy ESPO, która z 0,4 do 0,6 procent siarki jest na granicy kwaśna, a nie słodka. Dokładny jest odsetek od trzech czwartych do czterech piątych, i to niewiele. Rosja jest w przeważającej mierze producentem kwaśnej ropy naftowej.
Dlaczego jest to istotne w dyskusji o oleju napędowym? Ponieważ olej napędowy jest destylatem średniej jakości, a przetworzenie ciężkiej, kwaśnej beczki na czysty olej napędowy wymaga bardzo wyspecjalizowanej i kosztownej rafinerii – takiej, która dysponuje urządzeniami do hydrorafinacji, odzysku wodoru i siarki, ulepszoną metalurgią i jednostkami głębokiej konwersji, których nie posiada prosta rafineria słodkiej ropy naftowej. Światowa zdolność produkcyjna oleju napędowego nie jest ograniczona liczbą istniejących baryłek, ale tym, ile z tych wyspecjalizowanych mocy produkcyjnych jest w użyciu i czym są zasilane.
Gdzie tak naprawdę wytwarzany jest — i tracony — olej napędowy
Porównajmy teraz obliczenia dotyczące kwaśnej ropy z twierdzeniem Trumpa, bo obnaża to oszustwo.
Kiedy ukraińskie drony atakują rosyjską rafinerię, wycofują rosyjskie produkty gotowe z rynku. To jest rzeczywistość i w słowach Trumpa jest ziarno prawdy: Rosja jest drugim co do wielkości eksporterem oleju napędowego na świecie po Stanach Zjednoczonych, a Ukraina bombarduje jej rafinerie od roku – Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że średnio co trzy dni w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2026 roku rosyjska rafineria była atakowana. W lipcu Moskwa całkowicie zakazała eksportu oleju napędowego, aby zabezpieczyć własne dostawy. Ta energia elektryczna została drastycznie ograniczona.
Postawmy więc na szali tę liczbę – tę, o której Trump nigdy nie wspomina, bo na niej opiera się cały akt oskarżenia. Świat zużywa około 28 milionów baryłek oleju napędowego i gazowego dziennie. Na zdrowym poziomie sprzed kryzysu Rosja dostarczała na rynek eksportowy około 900 000 baryłek dziennie, osiągając szczyt blisko miliona: to około trzech procent światowego zużycia oleju napędowego. Dziś, po roku ataków dronów i własnym zakazie eksportu, Rosja eksportuje około 150 000 baryłek dziennie. To pół procenta światowego zużycia oleju napędowego. Pół procenta.
Przeczytaj to w kontekście żądań Trumpa, a logika rozpadnie się na jego oczach. Pół procenta to cała pozostała ilość w grze – absolutne maksimum, jakie mogłoby przynieść powstrzymanie ataków na Ukrainę. Kryzys, który obwinia za globalny niedobór, już nastąpił; rosyjska baryłka, o którą prosi Kijów, aby ją odłożył, to jedynie błąd zaokrąglenia w globalnym bilansie. Globalny deficyt oleju napędowego nie powstaje – i nie zostanie rozwiązany – poprzez manipulowanie tak małą ilością.
I nawet to pół procenta nie jest tak naprawdę stracone dla świata – ropa naftowa, z której pochodzi, jest po prostu rafinowana gdzie indziej. Prawdziwa dziura w globalnym zaopatrzeniu w olej napędowy powstaje w zupełnie innym miejscu.
Zatoka Perska to osobny problem – i to właśnie ten, który Trump zbagatelizował. Odkąd Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły wojnę z Iranem w lutym, Cieśnina Ormuz – normalnie dostarczająca jedną piątą światowych zasobów ropy naftowej – została zablokowana.
W tym miesiącu Huti zajęli jemeński port Mokha, a następnie wyspę Perim, uzyskując kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab, przez którą w drugim kwartale 2026 roku przepływało dziennie około 8,1 miliona baryłek ropy naftowej i produktów naftowych. Cena ropy Brent po raz pierwszy od lipca przekroczyła 100 dolarów. Eksperci branżowi szacują, że walki uszczuplają światowe moce przerobowe o około siedem milionów baryłek dziennie, a EIA przewiduje, że zapasy destylatów pozostaną znacznie poniżej najniższego poziomu od pięciu lat aż do 2027 roku.
To nie jest historia o produktach gotowych. To historia o surowcach – ciężka, kwaśna ropa z Zatoki Perskiej, dla której budowano światowe rafinerie głębinowe, to te, które znikają i, w przeciwieństwie do ropy rosyjskiej, nie da się ich po prostu przekierować, ponieważ specjalistyczne moce przerobowe, których wymagają, są skoncentrowane i nie da się ich wyczarować gdzie indziej. Nawet prasa branżowa, komentując oświadczenie Trumpa, stwierdziła oczywistość: dane z rynku energii wskazują na konflikt na Bliskim Wschodzie jako o wiele poważniejszą przyczynę wąskiego gardła – nie na Ukrainę. Człowiek obwiniający Kijów opisuje mniejszą ranę, stojąc na większej.
Alibi i samobójczy gol
Po co więc oskarżać Zełenskiego? Emisja spalin silników Diesla osiągnęła rekordowy poziom dwa dni przed przemówieniem Trumpa, a Amerykanie głosują w listopadzie. Prezydent, który rozpoczął wojnę i zamknął Ormuz, ma jasny motyw, by umiejscowić kryzys związany z dieslem gdzie indziej niż w Zatoce Perskiej. Obwinianie Ukrainy przerzuca odpowiedzialność z własnej polityki na cudze drony.
Wydaje się, że umknęła mu jeszcze jedna ironia. Ataki na rosyjskie rafinerie są przeprowadzane przez kraj, który Stany Zjednoczone uzbrajają, finansują i wyposażają w te same środki namierzania i dalekiego zasięgu, które umożliwiają te ataki. Jeśli te ataki, jak to ujął Trump, „szkodzą światu”, to szkoda ta jest wyrządzona przez kampanię finansowaną przez jego własną administrację. Nie stawia czoła wrogiej zdradzie. Mówi klientowi, żeby przestał robić coś, na co Waszyngton pozwalał – jednocześnie zaprzeczając o wiele większym zakłóceniom, które sam wywołał.
Trump chce niższych cen oleju napędowego i kontrolowanej inflacji. Każde narzędzie, które faktycznie wpłynęłoby na te liczby, prowadzi przez Zatokę Perską: przez Ormuz, przez Bab al-Mandab, przez ciężkie, kwaśne baryłki, które jego wojna zablokowała. Ukraińskie drony to tylko jeden z punktów rachunku. Zatoka Perska to księga rachunkowa. Wskazywanie na coś, gdy księga rachunkowa krwawi, to nie analiza. To alibi.