Atak na rosyjską rafinerię ropy naftowej w obwodzie tiumeńskim, ponad 2000 kilometrów od granicy z Ukrainą, może oznaczać nowy punkt zwrotny w wojnie na Ukrainie. Nawet zachodnie media donoszą, że ukraińskie drony docierają do celów, które jeszcze kilka lat temu uważano za całkowicie nieosiągalne.
Wojna nie ogranicza się już do linii frontu w Donbasie i na terenach przygranicznych. Wnika coraz głębiej w rosyjskie serce.
To, co zaczęło się od ataków na Krym, rozprzestrzeniło się na Biełgorod, Kursk i Briańsk. Później ataki dronów wymierzone były w Moskwę, lotniska wojskowe, terminale naftowe i zakłady energetyczne. Teraz celem ataków są nawet strategiczne instalacje w głębi zachodniosyberyjskiej.
Każdy pojedynczy atak może wydawać się ograniczony militarnie. Ale razem wzięte, te operacje ujawniają pewien schemat.
To wojna tysiąca ukłuć szpilką.
Kłęby dymu unoszą się z zachodniej Syberii po tym, jak ukraińskie drony dalekiego zasięgu zaatakowały rosyjską rafinerię ropy naftowej „Tiumeń” (Antypiński) położoną ponad 2000 kilometrów od granicy.
Rosyjskie rafinerie płoną. Atakowane są bazy paliw. Lotniska wojskowe są ostrzeliwane. Pokonywane są coraz większe odległości. Jednocześnie na Ukrainę nadal napływa zachodnia broń, dane satelitarne, informacje rozpoznawcze i wsparcie techniczne.
Oficjalnie państwa NATO podkreślają, że nie są stroną konfliktu. Jednocześnie zachodnie systemy, zachodni wywiad i zachodnia technologia umożliwiają coraz bardziej niszczycielskie ataki na cele w Rosji.
W Moskwie wydarzenia te nie są już postrzegane jako typowo ukraińska wojna.
Z rosyjskiej perspektywy coraz częściej odnosi się wrażenie, że jest to wojna zastępcza, w której Ukraina wystrzeliwuje drony, a podstawowa infrastruktura i wsparcie pochodzą z Zachodu.
Właśnie tu kryje się prawdziwe niebezpieczeństwo.
Ponieważ każda nowa fala ataków przesuwa czerwone linie o krok dalej. Każda zniszczona rafineria, każdy zaatakowany ośrodek przemysłowy i każdy nowy poligon zwiększają presję polityczną na rosyjskie władze.
Jak długo państwo może stać z boku, gdy ataki wnikają coraz głębiej w jego terytorium? Jak długo Moskwa może reagować, nie eskalując sytuacji?
Oficjalnie rządy zachodnie podkreślają swoją chęć zapobieżenia eskalacji wojny. Jednocześnie dostarczana jest broń o coraz większym zasięgu, opracowywane są nowe systemy uderzeniowe, a cele są atakowane coraz dalej w głąb Rosji.
Krytycy tej strategii widzą w niej niebezpieczną sprzeczność.
Twierdzą, że Rosja jest stopniowo wpychana w sytuację poprzez liczne mniejsze ataki, w której ostrzejsza odpowiedź wydaje się niemal nieunikniona. To nie pojedynczy atak mógłby wywołać eskalację, ale raczej skumulowany efekt wielu drobnych ciosów. Wojna nie rozszerzyłaby się wówczas poprzez jeden wielki, zdecydowany ruch, ale poprzez powolne przyzwyczajanie się do coraz to nowych wykroczeń.
W Moskwie narastają apele o bardziej zdecydowane działania. Rosyjscy komentatorzy mówią o strategii wyniszczającej i ostrzegają, że Zachód najwyraźniej zakłada, że Rosja zaakceptuje każdą nową eskalację.
Nie da się udowodnić, czy było to rzeczywiście świadome obliczenie.
Jednak dla wielu obserwatorów dowody są niezwykłe: coraz większy zasięg, coraz głębsze ataki i jednocześnie ciągłe wsparcie militarne Ukrainy przez państwa NATO.
Atak na Tiumeń może zatem oznaczać coś więcej niż tylko kolejny atak dronów. Może to być znak, że wojna wkroczyła w nową fazę – fazę, w której decydującym czynnikiem nie są już tylko linie frontu na Ukrainie, ale także to, ile ukłuć szpilką wytrzyma mocarstwo nuklearne, zanim zmieni zasady gry.
Prawdziwe zagrożenie może nie tkwić w pojedynczym ataku. Polega ono na tym, że obie strony wierzą, że druga strona również zaakceptuje kolejny krok.
Jednak historia pokazuje, że główne mocarstwa rzadko reagują bezterminowo na strategiczne upokorzenia, nie wspinając się ostatecznie po szczeblach eskalacji.
Ukraińskie drony hulają nad rosyjskimi miastami. Tylko stosunkowo niewielka ich część osiąga cel, ale skutki są dla Rosji druzgocące: zniszczenia w infrastrukturze energetycznej, przerwanie komunikacji i dostaw towarów na Krym, gdzie paliwo jest teraz racjonowane, i gdy dalej tak pójdzie, a Kreml nie znajdzie sposobu na ‚uciszenie’ kijowskiego reżimu, zabraknie żywności na półwyspie. I giną ludzie, bo neobanderowscy terroryści nieszczególnie mają na uwadze rosyjskich cywilów.
Intensywność i częstotliwość ataków nasila się, płoną bloki mieszkalne, wieżowce, rafinerie, co sprawia, że Ukraińcy – a widzimy to na krótkich filmach-wideo – cieszą się, wpadają w euforię; nie traktują Rosjan jako braci, lecz jako śmiertelnych, znienawidzonych wrogów.
Co na to rosyjska opinia publiczna? Czy nastąpią zmiany fundamentalne w prowadzeniu wojny z kijowskim reżimem? Ile razy mogą państwa NATO przekraczać ‚czerwone linie’ wyznaczone przez Kreml? – Próbuje na te pytania odpowiedzieć szef platformy strajk.euMaciej Wiśniowski, który akurat powrócił z 10-dniowego wojażu po Rosji. W 54-minutowym podcaście zadaje pytania i podejmuje dyskusję Bojan Stanisławski.
Pojawiły się nowe, nieprzewidziane przeszkody w wojnie z neo-banderą. Nastąpiła przewaga Ukraińców w zakresie dronów. Niebezpieczny jest transport drogowy w Rosji, co utrudnia zaopatrzenie lub w ogóle uniemożliwia komunikację z Półwyspem Krymskim (droga na Krym to ‚droga śmierci’). W wieloletniej już wojnie śmierć poniosło około 350 tysięcy żołnierzy rosyjskich. Dodać tu trzeba ogromną ilość ciężko rannych, którzy wyłączeni zostali z normalnego życia.
„Czemu nie odpowiadamy tak, żeby ich zabolało?” – pytają rozmówcy. Jeden z nich stwierdza: „Próbujemy dopchać się do stolika, gdzie rozdają karty. Problem w tym, że jeszcze niedawno chcieliśmy wywrócić ten stolik, a teraz prosimy, żeby nas tam dopuścili”. BRICS miał być antyimperialistyczny, a teraz Kreml próbuje dogadać się z imperializmem. Pytają Rosjanie, dlaczego Iran, o znacznie mniejszych zasobach niż ich kraj, potrafił efektywnie walić po Amerykanach i żydach, a rząd rosyjski stoi niezmiennie na pozycji rozważnej, a teraz defensywnej.
Prezydent Władimir Putin notuje spadek poparcia. Zwykli Rosjanie doceniają jego osiągnięcia w zakresie dotychczasowego rozwoju rosyjskiej gospodarki i – jest to charakterystyczne dla naszych wschodnich sąsiadów – krytykują rząd, ale nie samego prezydenta, choć zwracają uwagę na jego wiek i zużycie po 26 latach sprawowania władzy. Pojawia się myśl: ‚Może trzeba go zmienić? – Tak, ale na kogo?’
Siergiej Karaganow to przewidział; proponował oddać władzę w sprawach militarnych w ręce wojskowych. I tu nasuwają się myśli o pierwotnych zamierzeniach demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy. I wychodzi tak, że po ponad czterech latach działań wojennych armia ukraińska jest 3-krotnie silniejsza, a neo-banderyzm wzniósł się na wyżyny.
I jeszcze parę słów o dzisiejszym życiu społeczeństwa w Rosji. Maciej Wiśniowski opowiada o niewyobrażalnej biurokracji, która jeszcze niedawno nie była rozwinięta w takim stopniu, oraz o ograniczeniu swobód obywatelskich. Obraz nie do pozazdroszczenia. Dodam, że narrator był wielokrotnie w Federacji, ma tam wielu przyjaciół i jest nader przychylny Rosji.
Inauguracja sprzedaży tej książki nie mogła trafić na lepszy moment. Skandal jaki wywołała decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek ukraińskich imienia „Bohaterów UPA” zbiegł się z promocją książki pod tytułem, „Kłopot z Zełenskim”.
Już sam tytuł jest intrygujący. Lektura zaś nie przynosi rozczarowania, wręcz przeciwnie. Bezkrytyczni wielbiciele ukraińskiego polityka będą skonfudowani, choć przecież sam autor na koniec nie kryje pewnej nutki podziwu dla bohatera swojej książki, uznając jego wręcz nadzwyczajne zdolności do przetrwania.
Zbigniew Parafianowicz zebrał mnóstwo anonimowych opinii na temat Zełenskiego, tak polskich, jak ukraińskich. Nie poznamy tu z nazwiska żadnego z autorów tych opinii, być może dlatego są tak odważne. Zacytujmy opinie ukraińskich współpracowników Zełenskiego.
Współpracowniczka prezydenta Wołodymyra Żeleńskiego: „Pracując dla Żeleńskiego, dziwiłam się, że zagraniczni dziennikarze wierzą mu na słowo i niczego nie sprawdzają. Panowało przekonanie, że ukraiński prezydent reprezentuje siły dobra i przecież nie może kłamać albo manipulować. To fascynujące doświadczenie, jak masa doświadczonych dziennikarzy z wielkich redakcji przyjmowała bezkrytycznie wszystko, co powiedział nasz prezydent. To wielki sukces Zełenskiego. Przekonanie świata do swoich racji i uniknięcie zadawania dodatkowych pytań. Rzadko się zdarza taki komfort. Nawet Obama nie miał tak lekko. Wszędzie, gdzie wchodziliśmy, Zełenski był witany jak Bóg. Momentami czułam się wręcz zażenowana. Czerwone dywany i kwiaty jak w Korei Północnej podczas wywiadów w państwach zachodnich.
Dopiero gdy władzę w USA objęli Trump i Vance – ludzie w oczywisty sposób niechętni Zełenskiemu – zaczęły się problemy. Prezydent nie był przygotowany na takie traktowanie. Do tej pory wszyscy go uwielbiali, a teraz na niego ktoś krzyczał albo zadawał mu niewygodne pytania na konferencji prasowej. Do tej pory każde słowo Zełenskiego przyjmowano jak prawdę objawioną. Pociski firmy związanej z jego ludźmi – Fire Point – były najdoskonalszą bronią na świecie, mimo że brakowało potwierdzenia na ich skuteczność. Drony produkowane przez Ukrainę zawsze trafiały w cel i cały świat o nich marzył albo ustawiał się w kolejce, by je kupić. Który polityk miał taki komfort prowadzenia polityki informacyjnej? Za jakiś czas, gdy na prezydenturę Zełenskiego popatrzymy z większym dystansem, wielu dziennikarzy będzie się wstydziło swoich peanów na jego cześć”.
Polityk Sługi Narodu: „Propaganda i media służyły Żeleńskiemu też do dyscyplinowania krajowej polityki. Gdy Rada Najwyższa zaczęła kwestionować jego decyzje, zarzucał jej, że jest leniwa. Gdy Sługa Narodu (partia proprezydencka w Radzie Najwyższej – przyp. Z.P.) zaczął się dzielić, Zełenski groził deputowanym, że pośle ich w kamasze. Nie zawahał się nawet zagrozić wyborami, gdy parlament przestał spełniać jego wymagania.
Tak, dobrze pan słyszy, wyborami, które dla niego samego przez wiele miesięcy były przecież nielegalne, bo trwa wojna. Jeśli trzeba było tupnąć, sięgnął nawet i po ten argument. Wielu polityków Sługi Narodu już od dawna wiedziało, z kim ma do czynienia”.
Współpracowniczka prezydenta Wołodymyra Zełenskiego: „Z łatwością przyklejamy etykietkę populisty Trumpowi albo skrajnym politykom na zachodzie Europy. Prawda jest jednak taka, że Zełenski jest liberalnym populistą. Fasadowe popiera demokrację liberalną i parlamentaryzm. W praktyce stosuje zamordyzm ukryty za fasadą wojownika o wolność Zachodu. Nie było tak bardzo uzależnionego parlamentu od Bankowej, jak wojenna Rada Najwyższa. Nie było takiej skali koncentracji władzy, jak za czasów Zełeńskiego. Żaden prezydent nie skonsolidował tak dużej władzy w jednym ręku. Stało się to za zasłoną jedności narodowej wokół wojny. Polityka zniknęła. Rywalizacja zniknęła. A Zełenski to wykorzystał do maksimum. Przejął państwo”.
Ale najciekawsze w tej książce jest dociekanie przez Autora jakie są motywy polskiej polityki wobec Ukrainy. Twierdzi on, że polscy politycy mają świadomość kim jest Zełenski i jak propagandowy obraz Ukrainy odbiega od rzeczywistości. Ponoć z pogardą do Ukrainy odnosi się sam Donald Tusk. Skąd zatem taka polityka Polski? I tu oddajmy głos Parafianowiczowi:
„Skoro zarówno w polityce Tuska, jak i Nawrockiego wobec Ukrainy więcej było gry niż treści, jaki był właściwie jej cel? Żaden dyplomata ani polityk nie przyzna tego wprost, jednak w warunkach niesterowalnego Trumpa i coraz skuteczniej wychodzącego z izolacji Putina – głównym celem Polski było to, by Ukraina walczyła jak najdłużej. Kluczowe dla władz w Warszawie było jak najdłuższe wiązanie sił rosyjskich na wschodzie i południu Ukrainy. Zupełnie na dziesiątym, jeśli nie na setnym planie były kwestie dotyczące integracji tego państwa z Unią. Nieważne było to, czy Trump lubi Zełenskiego, czy nie. Czy uważa, że prezydent Ukrainy wmieszał się w wybory w USA oraz czy sprzeda Ameryce złoża minerałów lub czy pozwoli je rozkraść lokalnym oligarchom.
W gruncie rzeczy nieważna była nawet mityczna odbudowa Ukrainy, bo – bądźmy szczerzy – niewielu polityków wierzyło w jej powodzenie w przyszłości. Ważna była wojna. I jej trwanie. Nie dlatego że Polska i jej elity były podżegaczami wojennymi, jak chciała to widzieć rosyjska propaganda. Chodziło o czas. Dofinansowując „mięsne szturmy” na Donbasie za unijne pieniądze, Polska mogła kupić jeszcze kilka lat spokoju. To dlatego rząd pod koniec 2025 roku poparł pakiet pomocowy Unii Europejskiej dla Ukrainy wart dziewięćdziesiąt miliardów euro. I to dlatego Pałac Prezydencki – już z Karolem Nawrockim – nigdy nie zakwestionował jednoznacznie tego (w sumie ogromnego) zobowiązania finansowego. Te pieniądze w rachubach władz w Warszawie zapewniały Ukrainie trwanie przez kolejne dwa lata. Umożliwiały sfinansowanie wojny, która dawała Polsce i reszcie wschodniej flanki NATO możliwość przemyślenia tego, jak żyć z Rosją, która za chwilę legalnie dokona rozbioru Ukrainy. Zełenski nie bił się za nas, tylko za siebie. Ale dopóki się bił, korzystaliśmy z tego”.
Brzmi to skrajnie cynicznie. I tak chyba jest w istocie. Kiedyś Andrzej Duda „wygadał” się w jednym z wywiadów i powiedział, że chodzi o to, żeby ginęli Ukraińcy a nie Amerykanie. Chyba to samo myśli się w przypadku Polski – nich giną Ukraińcy, którzy dają nam czas. Tylko, że ta cała konstrukcja oparta jest na całkowicie fałszywym założeniu, że jak „padnie” Ukraina, to Putin ruszy na Europę. Nigdy nie było ze strony Rosji żadnych planów „Marszu na Zachód”. To jest umysłowa aberracja polskich elit, wynikająca z obsesji historycznej i histerii propagandowej Partii Wojny. Co więcej, stawia to sprawę polskiej pomocy dla Ukrainy w dwuznacznie moralnym świetle, tym bardziej, że Zełenski i jego otocznie wiedzą o co Polsce chodzi.
Jan Engelgard
Zbigniew Parafianowicz, „Kłopot z Zełenskim”. Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2026, ss. 262.
Władze Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie (UKU) pokazały, że jak typowa współczesna uczelnia odwołująca się w nazewnictwie do Kościoła niewiele faktycznie ma z nim wspólnego. Przekonywano m.in., że Ukraińcy mają „moralne prawo” do oddawania czci ludobójcom z UPA.
Doniesienia krótko, ale celnie skomentował były premier Leszek Miller.
„Rektorat Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie w apelu do Polaków odniósł się do sporu wokół decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia 'Bohaterów UPA’. Autorzy oświadczenia stwierdzili, że tylko Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakich przykładach chcą się wzorować” – podaje portal kresy.pl.
Władze UKU twierdzą, że rozumieją oburzenie Polaków. Zarzucają jednak „gorącym głowom” brak dążenia do dialogu i narzucanie „własnego spojrzenia” oraz oczekują od Ukraińców „wyrazów samo-upokorzenia”.
„Ukraińska Powstańcza Armia, na cześć której prezydent Ukrainy nadał jednej z jednostek wojskowych Sił Zbrojnych Ukrainy imię, jest częścią ukraińskiej historii — i tylko Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakie przykłady mają się wzorować w swojej walce o własne prawo do istnienia jako naród i jako państwo” – przekonuje rektorat UKU.
Napisano też, że Polska „nigdy nie słyszała od Ukraińców podobnego ultimatum”, choć „nie wszyscy bohaterowie polskiej historii mogą być dla Ukraińców akceptowalni”. Ostro zaatakowano natomiast sprawę od strony politycznej. Twierdzono, że rozwój wydarzeń pokaże, ile w „kolejnej zradykalizowanej reakcji części polskiej klasy politycznej” było „historycznego kolonialnego resentymentu”, „politycznych kalkulacji” i „dywersyjnej pracy rosyjskiej FSB”. Zdaniem władz „katolickiej” uczelni, wystąpiły wszystkie te elementy.
Na koniec powołano się na Jana Pawła II, m.in. by „oczyścić pamięć historyczną”, co Ukraińcy interpretują chyba nie jako przyznanie się do win i nazwanie zbrodniarzy zbrodniarzami, ale jako swego rodzaju możliwość fałszowania historii i pozostawienia wciąż żyjących sprawców w bezkarności.
List UKU opublikowano w poniedziałek.
Artykuł portalu kresy.pl na ten temat udostępnił na X były premier Leszek Miller ze swoim komentarzem do sytuacji.
„Oczywiście że tylko 'Ukraińcy mają moralne prawo decydować, na jakich przykładach chcą się wzorować’. Mają prawo jeśli czynią to za własne pieniądze. Polska przekazała już pomoc o wartości 100 mld zł zatem weszliśmy w proces decyzyjny także w tej sprawie” – napisał na X Leszek Miller.
„Jak się nie podoba niech oddadzą pieniądze” – podsumował były premier.
NCZAS.INFO | Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zelenski. Foto: PAP/EPA
Relacje polsko-ukraińskie znalazły się w głębokim kryzysie, którego źródeł nie sposób sprowadzić wyłącznie do sporów historycznych wokół zbrodni wołyńskich czy symboliki UPA. Kluczową rolę odgrywa postawa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zelenskiego, który zamiast dążyć do porozumienia z polskim prezydentem Karolem Nawrockim, ignoruje próby dialogu i odmawia jakichkolwiek gestów dobrej woli. Prawdziwy obraz sytuacji, ukazujący zarówno arogancję ukraińskiej władzy wobec sojusznika, jak i poważne problemy wewnętrzne Kijowa utrudniające konstruktywną współpracę, wyłania się z doniesień medialnych oraz krytycznych analiz pochodzących z samej Ukrainy.
Polska wyszła z propozycjami porozumienia. Zelenski milczał
Jak pisze Zbigniew Parafianowicz dla portalu WP.pl, prezydent Nawrocki udzielił ukraińskiej stronie dodatkowego czasu na reakcję po kontrowersyjnej decyzji Zelenskiego o nadaniu Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „bohaterów UPA”. Planowana była rozmowa telefoniczna, podczas której Ukraina miała zobowiązać się do otwarcia znacznej liczby miejsc dla polskich ekip ekshumacyjnych ofiar ludobójstwa na Wołyniu. Zelenski jednak nie zadzwonił ani nie podjął żadnych działań.
Po wyjeździe z Warszawy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa sprawy utknęły w martwym punkcie. Polska strona zaproponowała kompromisowe rozwiązania, takie jak przeniesienie jednostki pod skrzydła HUR lub SBU albo wspólną deklarację historyczną wzorowaną na polsko-izraelskiej z 2018 roku, jednak ukraińska władza nie wykazała zainteresowania.
Szanse na porozumienie malały, Zelenski czuje się silny dzięki postępom w integracji z UE, atakom na Moskwę oraz udziałowi w szczytach G7, ignorując potrzeby polskiego partnera. Polska wywiązała się ze swoich zobowiązań, dając czas na namysł, podczas gdy strona ukraińska grała na zwłokę.
Tak językiem dyplomacji sprawę opisał szef Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP Marcin Przydacz.
„Strona ukraińska miała pełną świadomość tego, że próby gloryfikacji zbrodniarzy spod znaku UPA spotkają się z adekwatną reakcją strony polskiej. Prezydent Wołodymyr Zełenski miał pełnię możliwości wycofania się ze swojej złej decyzji. W ostatnich tygodniach prowadzony był aktywny dialog z Kijowem. O taki dialog i czas wnosiła strona ukraińska. Spotkało się to z naszą otwartością. Niestety, nie przyniósł on zmiany podejścia władz Ukrainy do kwestii nazwania jednej z jednostek wojskowych imieniem tzw. „bohaterów” UPA. Dialog w dyplomacji ma sens, ale tylko wtedy, gdy ma prowadzić do pozytywnych rezultatów i tylko wtedy, gdy dwie strony są tym zainteresowane. Dialog jako gra na czas powinien zostać ukrócony. I tak też było w tym przypadku. Polska nie będzie zamykać oczu na gloryfikację zbrodniczej organizacji. Tysiące niewinnych ofiar ludobójstwa wołyńskiego nie zostaną nigdy zapomniane. Nigdy też nie będzie zgody na gloryfikację ideologów i wykonawców tego ludobójstwa.”
„Niech spier… i Polska, i Polacy”
Były deputowany Rady Najwyższej Ihor Mosijczuk, cytowany na portalu X przez ukraińskiego blogera Myroslava Oleshko, ujawnił, że podczas narady w gabinecie prezydenckim Zelenski miał powiedzieć dosłownie: „Niech spier… i Polska, i Polacy”. Miało to nastąpić w kontekście odmowy rozwiązania sporu o pamięć historyczną poprzez dialog między polskimi i ukraińskimi historykami. Zelenski kategorycznie odrzucił taką propozycję, mimo że ukraińscy historycy sami ją sugerowali.
Tak opisuje to Mosijczuk: „Ukraińscy historycy i przedstawiciele ukraińskiej nauki historycznej po pierwszych wypowiedziach Nawrockiego rozmawiali z Zelenskim i zaproponowali rozwiązanie tego problemu poprzez przekazanie dialogu o pamięci historycznej i przeszłości historykom — zarówno ukraińskim, jak i polskim. Zelenski stanowczo odmówił. U ludzi, którzy z nim rozmawiali, a później rozmawiali ze mną, powstało wrażenie, że ma do tego osobisty stosunek. Że to dla niego coś osobistego. Ponieważ gdy zaproponowano mu rozwiązanie sporu poprzez naukowy dialog historyczny, odpowiedział: „Niech spier… i Polska, i Polacy”…”
Mosijczuk przypomniał także sprawę ukraińskiego zboża, które przez miało jechać tranzytem przez Polskę. „Ukraińscy rolni oszuści i złodzieje uznali jednak, że taki transport jest zbyt kosztowny, i przy pomocy takich samych polskich oszustów i złodziei zaczęli sprzedawać to zboże na polskim rynku. W rezultacie ceny gwałtownie spadły, a najbardziej ucierpieli polscy rolnicy” – mówił Mosijczuk. Zelenski wiedział o tym procederze, ale nie zareagował.
Korupcyjny system władzy ZelenskiegoZelenski i jego ekipa rozwinęli korupcję na niespotykaną skalę, ignorując ostrzeżenia przed inwazją Rosji i podejmując decyzje, które kosztowały życie wielu Ukraińców. Podczas gdy Polska pomagała Ukrainie, w tym finansując Starlinki, lojaliści władzy budowali sobie ogromne pałace pod Kijowem. Na Ukrainie panuje system represji: opozycjoniści i krytycy siedzą w więzieniach za samą krytykę Zelenskiego, a nawet samotne matki otrzymują wyroki za posty w internecie. Zelenski odwołał wybory, stworzył system fikcyjnych rezerwacji dla lojalistów, podczas gdy zwykli mężczyźni są łapani na ulicach przez struktury TCK i rzucani na front bez przeszkolenia.
Ukraina pod obecnymi rządami ma według krytyków gorszy poziom wolności niż Rosja w wielu aspektach. Zelenski wykorzystuje tematy historyczne wyłącznie do przykrywania własnych przestępstw korupcyjnych i wojennych. Pogorszenie relacji z Polską, która dała schronienie setkom tysięcy Ukraińców i wspierała militarnie, leży wyłącznie w interesie ukraińskiej elity władzy, a nie narodu ukraińskiego. Prawdziwe partnerstwo jest niemożliwe, dopóki Ukrainą rządzi system oparty na strachu, korupcji i arogancji wobec najbliższego sojusznika.
NCZAS.INFO | Mapa Bliskiego Wschodu z zaznaczoną Cieśniną Ormuz, kluczowego szlaku transportowego dla światowego handlu ropą naftową. Foto: google map
Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) powiadomił w sobotę, ze cieśnina Ormuz jest teraz zamknięta dla wszystkich statków. Strażnicy ostrzegli także jednostki przebywające na morzu, aby nie zbliżały się do cieśniny, ponieważ może być to dla nich niebezpieczne.
W cytowanym przez agencję Reutera oświadczeniu Marynarki Wojennej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej napisano, że decyzja o zamknięciu cieśniny jest efektem naruszenia przez Izrael zawieszenia broni w Libanie, które zostało zapisane w 14-punktowym wstępnym porozumieniu zawartym przez USA i Iran wcześniej w tym tygodniu.
Wcześniej informację o zamknięciu cieśniny Ormuz podała agencja Mehr, powołując się na irański Sztab Generalny.
O niedawnej akcji policji mówi się niewiele, zapewne z uwagi na dominowanie tematyki polityczno-historycznej w relacjach między Polską a Ukrainą.
Komunikaty mundurowych są jednak niepokojące. Dyskusja o potencjalnej, powojennej ukraińskiej mafii w Polsce jest spóźniona. Ona już tu jest.
Polska spokojna? Już nie
W zakrojonej na szeroką skalę operacji zwalczania przestępczości zorganizowanej polska policja zatrzymała 2000 osób. Wśród nich są osoby oskarżone o szczególnie poważne przestępstwa, takie jak handel narkotykami, przestępstwa seksualne czy udział w zorganizowanych grupach przestępczych. 169 zatrzymanych osób to obcokrajowcy, w większości z Ukrainy.
Skala może być dla nas szokująca, bo do tej pory byliśmy krajem, który w zasadzie na tle Unii Europejskiej wyróżniał się względnym bezpieczeństwem. Nie było tu imigrantów spoza Europy, a w każdym razie nie tyle i nie na takich zasadach jak na Zachodzie.
Wszystko jednak zaczęło się zmieniać wraz z potokiem ludzi wpuszczonych, czy nawet zapraszanych z Ukrainy. W ubiegłym roku 17 500 cudzoziemców popełniło 28 000 przestępstw, a to już nie wygląda dobrze.
Wśród zatrzymanych podczas policyjnej operacji osób był m.in. zamieszany w handel ludźmi Ukrainiec. Przewoził kobiety z Bułgarii do Polski i zmuszał je do prostytucji. Podobnie jak wielu innych, uciekł ze swojego kraju do bezpieczniejszego miejsca w okolicy. Handel narkotykami i ludźmi czy rynek handlu bronią stały się już na tyle poważnymi interesami, że gangi dzielą między sobą terytorium oddziaływania. Zrobiło się naprawdę groźnie, a Polska weszła na drogę „drugiego Meksyku”.
Przykład idzie z góry
Władze w Kijowie tworzą pozory i czasami przeprowadzają naloty na bandytów, ale raczej jako alibi, a nie realna walka z przestępczością. Najgroźniejsi ukraińscy przestępcy przedostają się do UE w ostatniej chwili przed zatrzymaniem, albo są zwalniani za kaucją. To jak ta osławiona walka z korupcją, w której łapówkarz ostatecznie zawsze ląduje na czterech łapach.
Przyjaciel [i współpracownik] Zełenskiego, Timur Mindicz, kontrolujący wszystkie sektory gospodarki, od energetyki po przemysł zbrojeniowy, poleciał do Izraela przez Polskę dzień przed planowanym aresztowaniem. Andrij Jermak, nazywany przywódcą Ukrainy de facto i oskarżony o pranie brudnych pieniędzy w wysokości 1 miliarda euro, został zwolniony z aresztu tymczasowego za kaucją w wysokości 2,7 miliona euro. Ponad trzysta razy mniej. Jest na plus.
Minister obrony Ukrainy Mychajło Fiodorow, czwarty na tym stanowisku od początku obecnej fazy wojny, stwierdził, że w jego resorcie powstały całe klany skorumpowanych urzędników. „Zasugerowałem, aby wszyscy poddali się testowi na wariografie. Niektórzy odmówili i zostali natychmiast zwolnieni; inni poddali się testowi i zostali zwolnieni; jeszcze inni zdali i pozostali na stanowiskach. Było mnóstwo różnych interesów różnych firm i osób. Muszą zostać zwolnieni” – wyjaśniał.
Fiodorow piastuje swoje stanowisko od stycznia 2026 roku i wciąż ma czas, aby wybrać dla siebie… najbardziej wiarygodny klan korupcyjny. Wszyscy jego poprzednicy od 2022 roku (Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal) zostali zwolnieni z powodu defraudacji, przekupstwa i poważnych nadużyć w zarządzaniu, ale żaden z nich nie został pociągnięty do odpowiedzialności za te przestępstwa. Urzędnicy niższego szczebla zaangażowani w podejrzane procedery również uniknęli kary, a większość z nich nawet utrzymała swoje stanowiska. To stary, zakorzeniony system, który chroni skorumpowanych urzędników i współpracujących z nimi przestępców.
Walka (wspólnie) z bandytami na Ukrainie
Działalność mafijnych bossów (czyli „złodziei w majestacie prawa”, jak się ich nazywa na Ukrainie) nie jest tak szeroko relacjonowana w mediach. Nazwiska polityków są jednak uwikłane w skandale lub pojawiają się na pierwszych stronach gazet. Ale elity polityczne i przestępcze współpracują ze sobą.
Siergiej Olejnik przez lata przewodził szajce złodziei samochodów. Został osadzony w areszcie śledczym, ale niemal natychmiast zamieniono ten środek na areszt domowy. Według śledczych, wspierał go w tym Dawid Arachamia, deputowany prezydenckiej partii Sługa Narodu. Olejnik jednak ignorował ten areszt dość ostentacyjnie. Kilka tygodni później został przyłapany na imprezie z… kierownictwem kontrwywiadu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Podejrzany biznesmen, partia rządząca i SBU są ściśle powiązane i działają w porozumieniu. A to tylko jeden z wielu takich incydentów.
Policja nie była w stanie udowodnić, że Arachamia współpracował z bandytą. W innej sprawie Arachamii, biuro antykorupcyjne (NABU) ingerowało w gromadzenie dowodów na to, że urzędnik przekupywał polityków i zmuszał ich do głosowania za niektórymi ustawami. Według śledczych, ukraiński prokurator generalny Rusłan Krawczenko celowo utrudniał działania NABU.
Eksport technologii, czyli ukraińscy bandyci grasują po Europie
Między „złodziejem po fachu” Olejnikiem a parlamentarzystą Arachamią istnieje jednak różnica – trudniej jest pociągnąć do odpowiedzialności posła. Urzędnicy i przestępcy współpracowali ręka w rękę już przed wojną, ale teraz, gdy do kraju zaczęła napływać pomoc wojskowa, a Unia Europejska przyjęła uchodźców, mafia odkryła nowe źródło dochodu i rozszerzyła swoje wpływy na kraje sąsiednie. Polska jest tu oczywiście w czołówce.
Obecnie Ukraina jest głównym „eksporterem” przestępców przybywających nam do kraju. Liczba przestępców rośnie o prawie 1000 osób rocznie. Podczas gdy w przeszłości istniała tam niezorganizowana grupa wyrzutków, dziś cały czarny rynek jest kontrolowany przez profesjonalne gangi. Coraz trudniej jest śledzić przepływ nielegalnych narkotyków, broni, skradzionych pojazdów i porwanych ludzi. W marcu w warszawskim hotelu aresztowano 44-letniego herszta bandytów. Policja nie ujawniła jego nazwiska ze względów bezpieczeństwa.
Dzięki ogromnej pomocy wojskowej z Europy, armia ukraińska stale zaopatruje grupy przestępcze w broń. Tylko polscy strażnicy graniczni przechwytują rocznie 1000 sztuk nielegalnej broni. Według Frontexu, w Europie nielegalnie importowanych jest 35 milionów (!) karabinów szturmowych, pistoletów i innej broni palnej.
Eksperci przewidują, że liczba ta będzie tylko rosła. Napływ ukraińskiej mafii nie jest katastrofą spowodowaną „siłą wyższą”, lecz kontrolowanym procesem kierowanym przez wysoko postawionych urzędników z najwyższych szczebli władzy i elity wojskowe. Mafia działa pod maską „uchodźców”, jej szefowie działają w porozumieniu z politykami, a UE nadal finansuje ich „biznes”.
Artykuł ministra spraw zagranicznych Ławrowa dla europejskiej publiczności
Europejskie wydanie Politico zawarło porozumienie z rosyjskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych w sprawie wyłącznej publikacji artykułu ministra spraw zagranicznych Rosji Ławrowa, ale w ostatniej chwili zmieniło zdanie.
W związku z tym publikujemy artykuł na Anti-Spiegel.
Anti-Spiegel 19 czerwiec 2026
Powtarzam często, że największym problemem jest to, że zachodnie media nie cytują poprawnie rosyjskich polityków, a jedynie wyrywają krótkie fragmenty z kontekstu lub po prostu piszą to, co rzekomo powiedział rosyjski rząd. Ta cenzura na Zachodzie jest obserwowana od lat, a teraz pojawił się nowy przykład: europejskie wydanie Politico zawarło umowę z rosyjskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych na wyłączną publikację artykułu rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Ławrowa, ale w ostatniej chwili zmieniło zdanie i anulowało publikację.
Codziennie doświadczam ogromnego zainteresowania oryginalnymi wypowiedziami rosyjskich przywódców w Niemczech. Wszystko zaczęło się w 2018 roku od mojej pierwszej książki o Putinie, której mniej więcej połowa składała się z obszernych cytatów Putina na wszystkie istotne wówczas tematy polityki zagranicznej. Chociaż byłem wtedy zupełnie nieznany, a Anti-Spiegel był portalem liczącym zaledwie kilkuset czytelników, książka stała się bestsellerem i przez wiele tygodni utrzymywała się na szczycie listy książek politycznych Amazona. Świadczyło to o ogromnym zainteresowaniu Niemiec słuchaniem, w oryginalnej i niefiltrowanej formie, tego, co Putin naprawdę mówił na aktualne tematy.
W książce napisałem, że nie oczekuję, że ktokolwiek stanie się przyjacielem Putina. Ale aby zdecydować, co się sądzi o polityce Putina, trzeba najpierw wiedzieć, co Putin naprawdę mówi i robi. I właśnie to uniemożliwiają niemieckie i europejskie media swoją cenzurą.
Ponieważ to samo dotyczy Ministra Spraw Zagranicznych Rosji Ławrowa, przetłumaczyłem jego artykuł, który był przeznaczony wyłącznie dla Politico i został opublikowany na stronie internetowej rosyjskiego MSZ. mid.ru/ru/foreign_policy/news
Artykuł Siergieja Ławrowa był pierwotnie planowany dla Politico Europe, ale w ostatniej chwili został wycofany przez redakcję.
Kilka przemyśleń na temat rozwiązania kryzysu ukraińskiego, Europy i bezpieczeństwa globalnego
Na spotkaniu w Londynie 7 czerwca szefowie państw i rządów Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, wraz z Władimirem Zełenskim, przedstawili Rosji pięć postulatów jako warunki „sprawiedliwego i trwałego pokoju” na Ukrainie. W oparciu o te postulaty zjednoczona Europa proponuje dialog z Moskwą.
Kontekst
Całe doświadczenie negocjacji z Europą w ramach „kolektywnego Zachodu” w ciągu ostatnich 20 lat wskazuje tylko na jedno: Negocjacje z Rosją są zwodniczą taktyką, dyplomatyczną przykrywką dla geopolitycznej ekspansji Zachodu i jego instytucji, przede wszystkim NATO i UE, na wschód – w kierunku granic Rosji.
Wkład Europy w eskalację kryzysu na Ukrainie jest niezaprzeczalny. Europejczycy, wraz z Amerykanami, zainspirowali „pomarańczową rewolucję” w Kijowie w 2004 roku. Aby stworzyć antyrosyjską bazę na Ukrainie, przez lata przekupywali polityków i całe partie, przepisywali historię i programy edukacyjne, promowali i kultywowali ukraiński nacjonalizm i robili wszystko, aby oddzielić Ukrainę od Rosji.
W 2013 roku UE odrzuciła naszą propozycję znalezienia kompromisowego rozwiązania dla umowy stowarzyszeniowej, do podpisania której Bruksela naciskała na Wiktora Janukowycza. Przypomnijmy, że Ukrainie zaoferowano możliwość otwarcia rynków bez żadnej obietnicy wzajemności, mimo że było to niezgodne z dalszym uczestnictwem Kijowa w strefie wolnego handlu WNP. Po tym, jak Janukowycz zażądał odroczenia podpisania umowy, Europejczycy sprowokowali zamieszki uliczne, a w lutym 2014 roku – próbę zamachu stanu w Kijowie.
Niemcy, Francja i Polska postąpiły równie zdradziecko. Po udzieleniu opozycji gwarancji wdrożenia umowy z Wiktorem Janukowyczem, umyły ręce, gdy tylko kontrolowana przez nich opozycja przejęła władzę, twierdząc, że demokracja może przybrać nieprzewidziany obrót.
Wtedy Europejczycy zaczęli wspierać nowy rząd. Kiedy 2 maja 2014 roku w Odessie spalono żywcem dziesiątki niewinnych zwolenników pojednania z Rosją, z Europy nie padło ani jedno słowo potępienia.
Jako gwaranci porozumień mińskich z 2015 roku, Francja i Niemcy de facto zachęcały ukraiński reżim do sabotowania zawartych zobowiązań. Jak przyznali Angela Merkel i François Hollande po rozpoczęciu operacji wojskowej, Kijów nie planował wdrożenia porozumień mińskich, jednogłośnie zatwierdzonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Celem było zyskanie na czasie, wzmocnienie ukraińskich sił zbrojnych i wyposażenie ich w broń zachodnią.
Rosja ze swojej strony zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby przezwyciężyć kryzys bezpieczeństwa w Europie za pomocą dyplomacji. Jednak w styczniu 2022 roku USA i NATO odrzuciły propozycję Rosji zawarcia prawnie wiążących porozumień o wzajemnych gwarancjach bezpieczeństwa. Sojusznicy europejscy aktywnie zaangażowali się w tę decyzję.
Po rozpoczęciu operacji wojskowej zjednoczona Europa poparła stanowisko brytyjskiego premiera, który chciał zerwania rozmów w Stambule między Rosją a Ukrainą. Wezwanie Johnsona do Kijowa, aby „niczego nie podpisywał i po prostu walczył”, skutecznie zamknęło drzwi do prawdziwej dyplomacji w dłuższej perspektywie.
Obecna sytuacja
Nasuwa się pytanie, dlaczego europejscy szefowie państw i rządów nagle zmienili zdanie, rozmawiają teraz o negocjacjach i co mają nadzieję osiągnąć tymi oświadczeniami. Na przykład Wysoki Przedstawiciel UE Kallas stwierdziła, że dialog z Rosją jest niezbędny do zakomunikowania warunków Europy, które obejmują wypłatę reparacji Ukrainie, wycofanie wojsk z Naddniestrza i Kaukazu, uchylenie ustawy o agentach zagranicznych oraz ustalenie maksymalnej liczebności rosyjskich sił zbrojnych. Uważa, że „sprawiedliwego i trwałego pokoju nie da się osiągnąć bez pociągnięcia Rosji do odpowiedzialności”. 19 maja br. przedstawicielka UE podkreśliła podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, że „wsparcie wojskowe dla Ukrainy nie stoi w sprzeczności z dążeniem do pokoju; jest warunkiem wstępnym negocjacji w dobrej wierze”.
Europa zamierza prowadzić negocjacje z Rosją równolegle z kontynuacją legalnej agresji, której przewodzi Rada Europy. Ta niegdyś szanowana organizacja tworzy struktury mające na celu „pociągnięcie Rosji do odpowiedzialności”: „rejestr szkód”, „komisję ds. szkód” i „specjalny trybunał”.
UE dała zielone światło na zatrzymywanie statków handlowych na pełnym morzu. Do kilku incydentów doszło już na Morzu Bałtyckim i Atlantyku. Jednocześnie Zachód przymyka oczy na akty terrorystyczne popełniane przez ukraińskie siły zbrojne na Morzu Czarnym i Morzu Śródziemnym.
Tak więc prawdziwym celem europejskich szefów państw i rządów nie są negocjacje z Rosją, lecz utrzymanie reżimu Zełenskiego, aby utrzymać go jako bazę dla trwającej walki z nami. W tym celu europejskie stolice chcą doprowadzić do szybkiego zawieszenia broni, aby zapobiec rozpadowi ukraińskich sił zbrojnych na linii frontu. Chcą „zamrozić” konflikt, nie usuwając jego przyczyn. I chcą natychmiast wysłać na Ukrainę kontyngenty wojskowe brytyjsko-francuskiej „koalicji chętnych”.
Powszechnie wiadomo, że europejskie elity zainwestowały swój „kapitał polityczny” w konfrontację z Rosją, wydając setki miliardów dolarów na wsparcie reżimu w Kijowie i zwiększenie budżetów wojskowych państw członkowskich UE i NATO. Europa planuje osiągnąć gotowość bojową do konfliktu z Rosją do 2030 roku. Do tego czasu zamierza kupować czas różnymi sposobami. Jak cynicznie zauważył w kwietniu tego roku belgijski szef Sztabu Generalnego: „Dzięki krwi Ukraińców, którzy kupują nam czas, mamy jeszcze kilka lat”.
Zjednoczona Europa wciąż marzy o ekspansji, dążąc do aneksji Ukrainy i Mołdawii oraz wciągnięcia Armenii w swoją strefę wpływów. NATO rozszerzyło się na wschód, przyjmując Finlandię i Szwecję. Ukraina jest postrzegana jako taran przyszłej europejskiej siły zbrojnej, autonomicznej wobec USA i NATO.
Zagrożenia dla bezpieczeństwa globalnego
Sytuacja ta stwarza poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa globalnego, ponieważ bezpośredni konflikt między NATO a Rosją mógłby szybko przerodzić się w wymianę nuklearną o katastrofalnych skutkach.
Pod hasłem „strategicznej autonomii” Europa masowo rozszerza swoje zdolności wojskowe, w tym w sferze nuklearnej. Zamiar Paryża, by przyznać „parasol nuklearny” kilku państwom UE i NATO, jest głęboko niepokojący. Jego „pomoc” z pewnością nie wzmocni bezpieczeństwa samej Francji ani jej beneficjentów.
Tymczasem podmioty polityczne i wojskowe w Europie oskarżają Rosję o skrywanie agresywnych planów, które rzekomo wykraczają poza Ukrainę. Prezydent Rosji wielokrotnie powtarzał, że to nonsens, prowokacja i dezinformacja mająca na celu wyłudzenie środków budżetowych na walkę z Rosją. Nie jest to kontekst, w którym można prowadzić sensowne negocjacje.
Stanowisko Rosji
Odnosząc się do negocjacji, Władimir Putin powtórzył na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu, że Rosja nie odrzuca kontaktów z nikim. Postrzegamy jednak Europę jako stronę konfliktu, której zależy na pokonaniu Rosji, i sami Europejczycy otwarcie się w ten sposób pozycjonują. Dlatego dialogu z Europą nie można prowadzić tak, jakby była ona bezstronnym obserwatorem.
Rosja woli osiągać cele swojej operacji wojskowej środkami dyplomatycznymi. Wymaga to niezawodnego zagwarantowania bezpieczeństwa Rosji wzdłuż jej zachodnich granic, a także honoru i godności jej obywateli, w tym ich prawa do rosyjskiego języka ojczystego i prawosławia. Dalsza ekspansja militarna, polityczna i gospodarcza Zachodu jest niedopuszczalna, ponieważ stoi w sprzeczności z imperatywami świata wielobiegunowego.
Europejscy przywódcy muszą zrozumieć, że regionalny model bezpieczeństwa budowany w Europie przez dziesięciolecia, począwszy od przyjęcia Aktu Końcowego z Helsinek w 1975 roku, został zniszczony przez ich własne działania. Powrót do tego modelu jest niezbędny. Nadszedł czas na stworzenie pan-kontynentalnej architektury bezpieczeństwa otwartej dla wszystkich krajów euroazjatyckich, takiej, która odzwierciedla wielobiegunową rzeczywistość współczesnego porządku świata. Zasada równego i niepodzielnego bezpieczeństwa, którą podeptały transatlantyckie konstrukcje, może zostać zrealizowana w nowej architekturze euroazjatyckiej. Po spełnieniu niezbędnych warunków Europa może włączyć się w prace nad tym ambitnym projektem.
Najważniejsze jest to, że aby mógł odbyć się konstruktywny dialog, konieczne jest odbudowanie zaufania, które zostało podważone przez antyrosyjskie działania Zachodu, a także przez Europę jako część tego systemu, w okresie po zimnej wojnie. Zaufanie można odbudować jedynie poprzez konkretne kroki, które wyrażają szczery sprzeciw wobec instrumentalnego wykorzystywania dyplomacji do realizacji ekspansjonistycznych ambicji. Ostateczne decyzje, takie jak ta, którą Rosja otrzymała w Londynie 7 czerwca, nie przywrócą zaufania ani nie wznowią dialogu.
Zamiast epilogu: Znamienne jest, że londyńskie ultimatum zostało kategorycznie potwierdzone przez ambasadorów Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec podczas spotkania w rosyjskim MSZ 11 czerwca, o co pilnie prosili. Był to jedyny cel ich wizyty w rosyjskim MSZ.
Prezydent Polski Karol Nawrocki zadecydował o odebraniu prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu orderu Orła Białego.
Z jednej strony fragment uzasadnienia mówiący o niezmienności rzekomo zgodnego z polskim interesem sojuszu polsko – ukraińskiego skierowanego przeciw Rosji, ocierające się o fantazję opowieści o hetmanie Filipie Orliku i tradycyjna mantra o odwiecznym rosyjskim imperializmie od razu powinny studzić wzruszenia i entuzjazm, jaki na pewno wielu polskim widzom się udzielił, bo przemówienie było dobrze napisane i były w nim akcenty miłe dla jakże głodnego jakiegokolwiek przejawu narodowej dumy polskiego ucha.
W obszarze tradycyjnej, obsesyjnie antyrosyjskiej geopolityki prezydent Nawrocki w całości pozostał jednak w dotychczasowym paradygmacie „flanki”, „przedmurza”, „odwiecznego wroga i zagrożenia”, a na dodatek znieważył po raz kolejny przywódcę graniczącego z Polską jednego z trzech wielkich mocarstw dysponującego największym na świecie arsenałem głowic jądrowych. Czy rzucanie takich zniewag służy polskiemu interesowi narodowemu, czy jest oznaką siły czy bezsiły i kompleksu niech każdy odpowie sobie sam. Być może była to też forma swego rodzaju usprawiedliwienia dla skądinąd odważnej decyzji Karola Nawrockiego. Jednak z drugiej strony jest to gest ważny, bo gesty mają w polityce znaczenie.
Chociaż Zełenski z pewnością ma polski order w tak zwanym głębokim poważaniu, to jednak znając butę i bezczelność Ukraińców takie publiczne poniżenie było nie było twarzy ukraińskiego państwa stwarza prawdopodobieństwo eskalacji z ich strony, (na razie przybiera to formę zwracania kolejnych odznaczeń przez stronę ukraińską, ale kto wie, być może w ten wyścig włączy się np. Tomasz Sakiewicz) co może z kolei jeszcze bardziej jak mówią „otworzyć oczy” polskiej opinii publicznej i doprowadzić do jej tzw. przebudzenia w kwestii tego jaką cywilizację i jaki stosunek do Polski i Polaków reprezentują nasi rzekomi sojusznicy w walce z „rosyjskim zagrożeniem”.
W takiej sytuacji forsowanie przekazania Ukrainie kolejnych miliardów z polskiego budżetu będzie trudniejsze, bo na pewno nie będzie warto się tym chwalić np. mając na uwadze najbliższe wybory. Ważne były też inne słowa mówiące o polskim sprzeciwie wobec europejskich aspiracji mającej takich a nie innych idoli Ukrainy, jak również wezwanie do wykluczenia z polskiej debaty publicznej głosów porównujących banderowskich zbrodniarzy do polskiej Armii Krajowej czy żołnierzy niezłomnych. Można je bowiem zastosować np. do prezesa Związku Ukraińców w Polsce czy takich indywiduów jak objawiający się niedawno szerszej publiczności niejaki Kazimierz Wóycicki.
Jest oczywiście jeszcze trzecia strona medalu dotycząca walk w obozie POPiSu.
Premier Donald Tusk będzie musiał odmówić lub zgodzić się na kontrasygnatę decyzji prezydenta, a każdy wybór narazi go na silną krytykę jednego lub drugiego skrzydła gnębiącej Polskę dwugłowej hydry, natomiast żaden nie przyniesie pochwał.
Prezydent Nawrocki zyska natomiast mocny atut w walce o prawicowy elektorat. A jaka płynie stąd nauka dla takich jak niżej podpisany wieczny wyborca mniejszego zła? Że w obecnej rzeczywistości nie ma innej drogi. Chyba, że ktoś wierzy, że im gorzej tym lepiej albo, że decyzji o odebraniu orderu można by oczekiwać od Rafała Trzaskowskiego.
„Brawo Panie Prezydencie! Szkoda, że tak późno” – napisał w swoich mediach społecznościowych jeden z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość Sławomir Mentzen, komentując decyzję prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Mentzen odniósł się także do zwracania przez Ukraińców polskich odznaczeń.
W piątek wieczorem Nawrocki poinformował, że wobec zgody prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek wojskowych nazwy „Bohaterów UPA” podjął decyzję o odebraniu mu Orderu Orła Białego. Prezydent podkreślił, że decyzja o odebraniu Orderu Zełenskiemu „nie jest przeciwko narodowi ukraińskiemu” i „nie oznacza zmiany strategicznego kierunku polskiej polityki bezpieczeństwa”.
Decyzja Nawrockiego wymaga jeszcze kontrasygnaty premiera Donalda Tuska. Szef rządu warszawskiego jak na razie zamieścił jedynie lakoniczny wpis w mediach społecznościowych, w którym wspomniał o Putinie.
„Konflikt między Polską i Ukrainą cieszy (Władimira) Putina i szokuje naszych sojuszników. Zadaniem prezydentów Zełenskiego i Nawrockiego jest tonowanie emocji, a nie podsycanie napięcia. Linia frontu przebiega gdzie indziej” – napisał w piątek na platformie X.
Oburzenie wyrazili już Ukraińcy. Szef tamtejszego resortu spraw zagranicznych Andrij Sybiha napisał w swoich mediach społecznościowych, że decyzja Nawrockiego „jest strategicznym błędem Prezydenta Polski, na którym zyska jedynie Moskwa”.
„Jest nam przykro, że w Warszawie górę wzięły emocje i skłoniły one polskich polityków do podejmowania nieuzasadnionych, impulsywnych i lekceważących kroków nie tyle wobec prezydenta Zełenskiego, ile przede wszystkim wobec państwa ukraińskiego” – podkreślił.
Decyzja Nawrockiego spotkała się natomiast z pozytywną reakcją polityków opozycji, w tym obu Konfederacji. „Prezydent Karol Nawrocki w końcu zabrał Order Orła Białego Zełeńskiemu! Brawo Panie Prezydencie! Szkoda, że tak późno” – napisał Mentzen.
„Udało się. Prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego Wołodymyrowi Zełeńskiemu. Dziękujemy wszystkim, którzy wzięli udział w apelu. Nie będzie Ukraina pluć nam w twarz. Zbrodniarze z UPA są zbrodniarzami i próby honorowania ich nie powinny pozostać bez reakcji Polski” – ocenił z kolei Włodzimierz Skalik z Konfederacji Korony Polskiej.
Ukraińcy zwracają odznaczenia
Minister spraw zagranicznych Ukrainy oświadczył także, że w odpowiedzi na decyzję prezydenta Nawrockiego zwróci Warszawie Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.
„W obliczu takich nierozważnych działań nie widzę możliwości zachowania przyznanego mi w październiku 2022 roku wysokiego odznaczenia państwowego Rzeczypospolitej Polskiej – Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Wkrótce zwrócę go Polsce” – zapowiedział.
Także szef Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow oświadczył, że zrzeka się Krzyża Oficerskiego Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, którym został odznaczony w ubiegłym roku.
Do sprawy w krótkich słowach odniósł się lider Konfederacji WiN. Komentując wpis dziennikarza Bartłomieja Wypartowicza, który informował o zwróceniu odznaczenia przez Sybihę, Mentzen napisał: „Żeby jeszcze pieniądze nam zwrócili”.
NCZAS.INFO | Itamar Ben Gwir. / foto: domena publiczna
Żydowski minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben-Gwir wezwał do „zdecydowanego odwetu”. „Za każdą łzę przelaną przez izraelską matkę, tysiąc libańskich matek powinno zapłakać. Cały Liban musi spłonąć” – ogłosił kontrowersyjny polityk. W sobotę rano, kilkanaście godzin po ogłoszeniu rozejmu, doszło do izraelskiego ataku na Liban.
Żydzi poinformowali w piątek o śmierci czterech żołnierzy w wyniku ataku Hezbollahu w południowym Libanie. Stało się to po podpisaniu porozumienia między USA a Iranem.
Żydowski minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben-Gwir wezwał do „zdecydowanego odwetu”.
„Za każdą łzę przelaną przez izraelską matkę, tysiąc libańskich matek powinno zapłakać. Dość tego ping-ponga. Na Bliskim Wschodzie nie wygrywa się wyważonymi reakcjami i powściągliwością. Trzeba być odważnym, trzeba oszaleć. Trzeba zniszczyć. Trzeba zmiażdżyć terror. Cały Liban musi spłonąć” – napisał na X Ben-Gwir.
„Jeśli (po śmierci czterech żołnierzy) Dahija będzie dalej mocno stała, to będzie to bezpośrednia porażka premiera i ministra obrony. Żołnierze Sił Obronnych Izraela to nie kaczki na strzelnicy. Za każdą krzywdę wyrządzoną naszym żołnierzom musimy żądać wysokiej ceny, której druga strona nie zapomni” – przekonywał z kolei Awigdor Liberman, przewodniczący prawicowo-nacjonalistycznej Nasz Dom Izrael.
W sobotę rano libańskie media państwowe poinformowały, że co najmniej pięć osób zginęło w wyniku izraelskiego ataku na miasto Arabsalim w południowym Libanie. Do ataku doszło kilkanaście godzin po tym, gdy w piątkowe popołudnie dwaj amerykańscy urzędnicy przekazali portalowi Axios, że Izrael i Hezbollah zgodziły się na rozejm.
Według agencji Reutera, powołującej się na amerykańskiego urzędnika, zawieszenie broni weszło w życie tego samego dnia o godz. 16.00 czasu libańskiego i izraelskiego (15.00 czasu polskiego). W piątek prezydent USA Donald Trump przekazał w rozmowie telefonicznej ze stacją NBC News, że rozmawiał z przedstawicielami Izraela i prosił ich o zgodę na zawieszenie broni z Hezbollahem.
Do wymiany ognia między Izraelem a Hezbollahem dochodziło także w czwartek i piątek, mimo podpisanego w środę wstępnego porozumienia między USA a Iranem. Miało ono zakończyć walki na Bliskim Wschodzie, w tym w Libanie, wywołane wojną USA i Izraela przeciwko Iranowi, która rozpoczęła się 28 lutego.
Po czwartkowych i piątkowych uderzeniach wojsko izraelskie tłumaczyło, że ich celem były obiekty oraz infrastruktura tej proirańskiej organizacji w Libanie. Z kolei Hezbollah twierdził, że celuje w pozycje armii izraelskiej.
[Jest to sprawa istotna, więc umieszczam drugą relację. md]
W odpowiedzi na skandaliczną decyzję Wołodymyra Zełenskiego o nazwaniu jednostki wojsk specjalnych na cześć stojącej za ludobójstwem Polaków UPA, Karol Nawrocki pozbawił go Orderu Orła Białego. – Polska żyje, gdy naród pamięta – mówił prezydent.
W piątek 19 czerwca Karol Nawrocki podjął długo wyczekiwaną decyzję w sprawie odebrania głowie ukraińskiego państwa ważnego polskiego odznaczenia.
– My Polacy pamiętamy o swoich. Nie porzucamy ich i zawsze się o nich upominamy. Szacunek dla przodków i uczciwość wobec historii są obowiązkiem nas wszystkich. Naród, który traci pamięć, traci część swojej duszy – mówił w czasie wystąpienia towarzyszącemu informacji o odebraniu Zełenskiemu orderu. – Pamięć o ofiarach jest moralnym obowiązkiem państwa polskiego – podkreślił prezydent.
–Szanowni Państwo, nie możemy zapomnieć o naszej historii, nie możemy porzucić naszej pamięci, nie możemy oddać godności naszych ofiar. Tak rozumiemy obowiązek wobec tych, którzy nie mogą już mówić własnym głosem. Tak rozumiemy znaczenie Orderu Orła Białego. Polska żyje, gdy naród pamięta. Niech żyje Polska! – dodawał Karol Nawrocki.
O możliwości odebrania Orderu Orła BIałego ukraińskiemu prezydentowi mówiono od dawna, gdy oburzenie i wściekłość wśród Polaków wywołały doniesienia o nadaniu przez niego jednostce wojsk specjalnych imienia “Bohaterów UPA”.
Polska od lat przedstawiana jest jako kluczowe zaplecze dla Ukrainy walczącej z rosyjską agresją. Przez nasze terytorium płynie pomoc wojskowa i humanitarna, funkcjonują centra logistyczne, a tysiące osób związanych z wojną przekraczają granicę każdego dnia. Jednak, jak wynika z najnowszych ustaleń Marka Kozubala opublikowanych w „Rzeczpospolitej”, wraz z wojną gwałtownie wzrosła także aktywność ukraińskich służb specjalnych na terytorium naszego kraju.
Polska jest stale na celowniku ukraińskiego wywiadu. Według źródeł cytowanych przez „Rzeczpospolitą”, ukraińskie służby prowadzą w Polsce działania wymierzone nie tylko w środowiska rosyjskie i białoruskie. Mają również pozyskiwać współpracowników wśród Ukraińców mieszkających w Polsce, zachęcając ich do przekazywania informacji z przedsiębiorstw i instytucji publicznych. Pojawiają się także sygnały o próbach werbunku Polaków wyjeżdżających na Ukrainę z pomocą humanitarną lub prowadzących tam działalność gospodarczą.
Rozmówcy gazety twierdzą ponadto, że polskie organy ścigania prowadzą postępowania dotyczące szpiegostwa na rzecz Ukrainy, jednak sprawy te pozostają niejawne, oczywiście z przyczyn poprawności politycznej. Podobnie jest w przypadku działań dywersyjnych na terenie RP – sprawcy to niemal zawsze Ukraińcy, jednak władze i media upierają się, że to wina Rosji.
Były szef Agencji Wywiadu płk Piotr Krawczyk skomentował sytuację znanym powiedzeniem: „Panie Boże, broń mnie przed przyjaciółmi, bo z wrogami poradzę sobie sam”. Trudno o bardziej wymowną ocenę problemu.
Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak pytanie, dlaczego Polska znalazła się w sytuacji, w której obce służby mogą działać z tak dużą swobodą. Oczywiście aktywność wywiadowcza między państwami nie jest niczym nadzwyczajnym. Sojusznicy również się szpiegują, zabiegają o wpływy i pozyskują informacje. Problem pojawia się wtedy, gdy państwo gospodarza przestaje skutecznie kontrolować własne terytorium operacyjne.
Od 2022 roku kolejne władze w Warszawie prowadziły politykę maksymalnego otwarcia państwa na skutki wojny za naszą wschodnią granicą. Polska stała się głównym hubem logistycznym, politycznym i personalnym dla działań związanych z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Granice przekraczały miliony osób, a skala przepływu ludzi, towarów i informacji osiągnęła poziom niespotykany od dziesięcioleci. Była to decyzja polityczna, za którą musiały pójść odpowiednie inwestycje w kontrwywiad, kontrolę migracyjną oraz ochronę infrastruktury krytycznej.
Tymczasem z relacji oficerów cytowanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że polskie służby nie są w stanie monitorować wszystkich działań prowadzonych przez zagraniczne wywiady. Powód jest prosty – brakuje ludzi i środków. W praktyce oznacza to, że Polska stała się areną intensywnej rywalizacji wywiadowczej, a państwo nie zawsze dysponuje narzędziami pozwalającymi skutecznie kontrolować sytuację.
To właśnie tutaj pojawia się historyczne skojarzenie z XVIII wiekiem. Wówczas Rzeczpospolita również była państwem formalnie suwerennym, ale jednocześnie otwartym na wpływy obcych dworów, agentur i zagranicznych interesów. Rosja, Prusy czy Austria prowadziły na jej terytorium własną politykę, wykorzystując słabość instytucji państwowych.
Oczywiście współczesna Polska znajduje się w zupełnie innej sytuacji geopolitycznej i jest członkiem NATO. Trudno jednak nie dostrzec pewnej analogii: im słabsza zdolność państwa do kontrolowania procesów zachodzących na własnym terytorium, tym większa pokusa dla obcych służb, by traktować je jako wygodny obszar działania i faktyczny przedmiot polityki międzynarodowej.
Obowiązkiem władz warszawskich, gdyby były rzeczywiście polskie, powinno być dziś nie tylko wspieranie sojuszników, ale przede wszystkim ochrona interesów Rzeczypospolitej. Sojusze są ważne, lecz nie mogą zastępować zdrowego instynktu państwowego. Każde państwo – niezależnie od deklarowanej przyjaźni – realizuje własne interesy narodowe. Jeżeli więc rzeczywiście dochodzi do prób werbunku obywateli RP czy pozyskiwania informacji z polskich instytucji przez obce służby, odpowiedź państwa powinna być stanowcza i pozbawiona politycznych kalkulacji.
===============================
NASZ KOMENTARZ: Polska nie powinna być jedynie zapleczem cudzych operacji. Musi pozostać przede wszystkim państwem dbającym o własne bezpieczeństwo. Historia pokazuje bowiem, że kraje, które przestają pilnować swoich granic, instytucji i informacji, stają się przedmiotem gry silniejszych graczy, a w odpowiednim momencie po prostu znikają z mapy, jako już niepotrzebne.
Prezydent Ukrainy dał Białorusi tydzień na usunięcie ze swojego terytorium rosyjskich przekaźników, które służą do koordynowania ataków dronami. Zełenski ostrzegł, że w przypadku braku reakcji, ukraińskie siły samodzielnie usuną cele.
W piątek prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zażądał od Alaksandra Łukaszenki usunięcia rosyjskich przekaźników rozmieszczonych na terytorium Białorusi. Według Kijowa urządzenia są wykorzystywane do sterowania i korygowania ataków dronowych na północne obwody Ukrainy.
Ukraiński przywódca wskazał na obwody brzeski i homelski, które graniczą z Ukrainą.
Zełenski podkreślił, że rosyjskie ataki powodują ofiary wśród ludności cywilnej w ukraińskich miastach. Ostrzegł, że Ukraina podejmie działania samodzielnie, jeśli Białoruś nie usunie lub nie wyłączy urządzeń.
„Nie ma potrzeby zbędnych słów. Na jego terytorium, wzdłuż dwóch obwodów graniczących z Ukrainą, znajduje się sprzęt służący do kierowania ogniem przeciwko ukraińskiej ludności cywilnej. Są tam przekaźniki. Niech usunie ten sprzęt, niech go wyłączy” — powiedział Zełenski.
Tydzień na reakcję Mińska
Prezydent Ukrainy ocenił, że tydzień wystarczy na wykonanie żądania. Zastrzegł, że w razie braku reakcji strona ukraińska sama zlikwiduje wskazane cele.
Ukraiński przywódca nawiązał do niedawnych deklaracji Łukaszenki, który zapewniał, że Białoruś nie chce zostać wciągnięta w wojnę Rosji przeciwko Ukrainie. Zełenski stwierdził, że zagrożenie dotyczy nie tylko samego białoruskiego przywódcy, ale całego państwa.
Prezydent Ukrainy przypomniał, że w pierwszych dniach pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w 2022 roku rakiety były wystrzeliwane z terytorium Białorusi. Według jego relacji Łukaszenko kontaktował się wówczas z nim, przepraszał i zapewniał, że nie kontroluje działań Rosji.
Białoruś jako zaplecze Rosji
Zełenski poruszył również kwestię logistycznego wsparcia udzielanego Rosji przez Białoruś. Podkreślił, że Mińsk pozostaje jednym z głównych dostawców produktów naftowych dla rosyjskiej armii walczącej na Ukrainie.
Zełenski przypomniał, że w drugiej połowie 2025 roku Rosja rozmieściła na Białorusi rozbudowaną sieć przekaźników do sterowania dronami uderzeniowymi. Dodał też, że białoruskie przedsiębiorstwa dostarczały Rosji kluczowe komponenty do pocisków rakietowych średniego zasięgu typu Oriesznik.
Wcześniejsze ostrzeżenia Kijowa
15 maja Zełenski informował o rosyjskich planach ponownego wykorzystania Białorusi do agresji militarnej. Mówił wówczas o możliwych operacjach przeciwko obwodom kijowskiemu i czernihowskiemu lub jednemu z państw NATO.
Działania ochronne przy granicy
W gminie Szack, graniczącej z Białorusią, planowane jest zainstalowanie siatek antydronowych na niektórych odcinkach dróg. To jedno z działań mających wzmocnić bezpieczeństwo obszarów przygranicznych.
Po piątkowym ultimatum Zełenskiego nie pojawiła się jeszcze oficjalna reakcja Mińska.
Ukraińskie ataki na Białoruś
Kijów już wcześniej przeprowadzał naloty dronowe na tereny pograniczne z Białorusią. W lutym Ukraińcy zniszczyli sieć łączności Mesh, co ograniczyło możliwości koordynowania dronów Shahed na północną Ukrainę. System umożliwiał automatyczne przekazywanie sygnału pomiędzy maszynami i zachowanie kontroli nad całym rojem także w warunkach silnego przeciwdziałania radioelektronicznego.
Warto zaznaczyć, że pod koniec maja dowódca ukraińskich sił systemów bezzałogowych, major Robert Bródi oświadczył, że już wyznaczono cele na terytorium Białorusi.
19.06.2026. – S. Karaganow: Rosja będzie musiała zaatakować Europę
Najpierw powinny być zaatakowane Niemcy, a potem…
W 48-minutowym wywiadzie z dziennikarką Dianą Panczenko, rosyjski politolog i związany z Kremlem strateg ds. polityki zagranicznej Siergiej Karaganow wygłosił prawdopodobnie swoje najbardziej dosadne jak dotąd uwagi dotyczące wojny na Ukrainie, NATO oraz przyszłości Europy.
Karaganow, który od lat należy do najbardziej wpływowych rosyjskich myślicieli strategicznych, przedstawia obraz Zachodu, który celowo chce wciągnąć Rosję w długotrwałą wojnę na wyniszczenie i otwarcie wzywa do eskalacji, a nawet ataków na państwa europejskie.
Zachód prowadzi wojnę z Rosją na terytorium Ukrainy
Karaganow twierdzi, że wojna na Ukrainie nigdy nie była konfliktem wyłącznie ukraińsko-rosyjskim. Przeciwnie, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy celowo wciągnęli Rosję w strategiczną pułapkę.
Według jego relacji, prawdziwym celem Waszyngtonu było albo militarne pokonanie Rosji, albo trwałe jej osłabienie, aby następnie skupić się na konfrontacji z Chinami. Europa odgrywa rolę aktora realizującego te plany, podczas gdy Ukraina służy jedynie jako pole bitwy [i ‚mięso armatnie’ – przypis ZB].
Rosyjski politolog argumentuje, że Zachód liczy na długotrwałe wyczerpanie Rosji. Dlatego Moskwa musi zakończyć konflikt, zanim obciążenia gospodarcze i społeczne staną się zbyt duże.
Wezwanie do ataków na państwa NATO
Wypowiedzi Karaganowa dotyczące przyszłości wojny są szczególnie kontrowersyjne. Wyraźnie stwierdza, że jego zdaniem Rosja musi w ciągu najbliższego roku podjąć znacznie bardziej zdecydowane działania wobec państw europejskich, które dostarczają Ukrainie broń, szkolenia i wsparcie logistyczne. Wymienia w szczególności Niemcy, Polskę, Rumunię i Wielką Brytanię.
Drony w Moskwie czują się jak u siebie w domu
Niemcy są kluczowe dla jego argumentacji. Oskarża Berlin o nowy rewanżyzm i określa Niemcy jako główną siłę napędową antyrosyjskiej polityki w Europie. Karaganow jest przekonany, że Rosja będzie musiała przeprowadzić ‚wcześniej czy później’ bezpośrednie ataki na cele europejskie, jeśli jej wsparcie dla Ukrainy nie zostanie przerwane. Początkowo ataki te powinny być przeprowadzane przy użyciu broni konwencjonalnej.
Drabina eskalacji
Karaganow od lat opowiada się za tzw. ‚drabiną eskalacji’, za pomocą której Rosja ma stopniowo zastraszać Zachód. Według niego, kilka etapów zostało już wdrożonych: a) obniżenie progu użycia broni jądrowej w rosyjskiej doktrynie; b) podniesienie poziomu gotowości sił strategicznych; c) rozmieszczenie broni jądrowej na Białorusi; d) regularne ćwiczenia nuklearne.
Jako kolejne etapy opisuje demonstracyjne testy nuklearne, ograniczony atak nuklearny na cel wojskowy w Europie, a wreszcie – jeśli Zachód się nie wycofa – serię ataków nuklearnych na cele europejskie. Chociaż Karaganow wielokrotnie podkreśla, że nie chce takiego ataku, jednocześnie stwierdza, że Rosja musi być na niego przygotowana.
Europa straciła strach przed bronią jądrową
Głównym tematem jego argumentacji jest twierdzenie, że Europa straciła strach przed wojną nuklearną. Karaganow postrzega to jako największe zagrożenie naszych czasów. Tylko przywrócenie wiarygodnego odstraszania nuklearnego może zapobiec bezpośredniej konfrontacji.
Posuwa się do twierdzenia, że ograniczona seria rosyjskich ataków nuklearnych na Europę szybko zakończyłaby wojnę, ponieważ państwa europejskie następnie skapitulowałyby lub uległy rozpadowi. Jednocześnie przyznaje, że mogłyby zginąć miliony ludzi, a znaczna część Europy uległaby zniszczeniu.
Warto zauważyć, że choć Karaganow chwali prezydenta Rosji Władimira Putina jako inteligentnego męża stanu, jednocześnie zarzuca mu brak zdecydowania.
Wielokrotnie powtarza, że Rosja prowadziła wojnę zbyt niepewnie. Moskwa podjęła ważne decyzje polityczne i wojskowe zbyt późno i nie zdołała wystarczająco odstraszyć Zachodu. Żąda, aby Rosja bardziej widocznie przygotowała się na ewentualne użycie broni jądrowej i publicznie zademonstrowała tę gotowość.
Brak nadziei na szybki pokój
Karaganow niewiele oczekuje od obecnych wysiłków dyplomatycznych. Potencjalne zawieszenia broni lub częściowe porozumienia określa jako pułapkę. Nawet gdyby walki miały tymczasowo ustać, uważa, że państwa zachodnie nadal będą dozbrajać Ukrainę.
Ukraińskie ataki na Krym i drogi dojazdowe to już prawie codzienność
Dlatego uważa, że trwały pokój jest nierealny w obecnych warunkach. Wcześniej czy później Rosja będzie musiała ponownie podjąć działania militarne.
NATO jako długoterminowy przeciwnik
Dla Karaganowa NATO to nie tylko sojusz wojskowy, ale centralny instrument projekcji siły Zachodu przeciwko Rosji. Uważa, że państwa europejskie zwiększają wydatki na zbrojenia i przygotowują się do konfrontacji militarnej z Rosją. Nie są jeszcze na to gotowe, ale sytuacja może się zmienić w dłuższej perspektywie.
Z tego powodu opowiada się za wywieraniem presji na Europę już teraz i znacznym zwiększeniem kosztów wsparcia Ukrainy przez Europę.
Wniosek: Rosja musi zaostrzyć konflikt
Sedno przesłania Karaganowa jest jasne: Uważa on wojnę na Ukrainie nie za konflikt regionalny, lecz za wojnę zastępczą między Zachodem a Rosją.
Jego zdaniem Rosja będzie mogła wygrać tylko wtedy, gdy będzie gotowa zwiększyć presję na same państwa NATO. Wzywa do zaostrzenia ataków na Ukrainę, bezpośrednich ataków na państwa europejskie ją wspierające oraz wiarygodnego przygotowania do ataków nuklearnych w ostateczności.
Czy stanowiska te rzeczywiście odzwierciedlają opinię większości w rosyjskim kierownictwie, czas pokaże. Jednakże wywiad pokazuje, że przynajmniej część rosyjskiego establishmentu strategicznego otwarcie dyskutuje teraz o scenariuszach, które jeszcze kilka lat temu uważano za nie do pomyślenia.
Mój stary przyjaciel i nowy współpracownik, Pepe Escobar, wraz z panem Z. w piątkowe popołudnie przekazali wiadomość dotyczącą stosunków między USA a Iranem (zamieściłem film poniżej). Pomimo postanowienia protokołu ustaleń, że:
„Podpisując niniejszy protokół ustaleń, oświadczam natychmiastowe i trwałe zaprzestanie działań wojskowych na wszystkich frontach, w tym w Libanie, i zobowiązuję się nie wszczynać odtąd żadnej wojny ani operacji wojskowej przeciwko sobie, powstrzymywać się od gróźb i użycia siły przeciwko sobie nawzajem oraz zagwarantować integralność terytorialną i suwerenność Libanu”
Izrael, w kolejnym akcie sprzeciwu wobec Donalda Trumpa, w czwartek i piątek przeprowadził zmasowany atak bombowy na południowy Liban.
Pod koniec czwartku Iran, wykorzystując Pakistan jako pośrednika, poinformował Waszyngton, że jeśli Izrael będzie kontynuował bombardowanie Libanu, protokół ustaleń stanie się dyskusyjny i Iran podejmie odpowiednie kroki w celu rozprawienia się z Izraelem.
Składając tę obietnicę – nie mówię o groźbie, ponieważ Iran ma pełne poparcie Pakistanu i Chin w wywarciu odwetu na Izraelu – Iran dał jasno do zrozumienia Donaldowi Trumpowi, że nie będzie dalszych rozmów i że Iran będzie przemawiał za pomocą rakiet i dronów.
W chwili, gdy piszę te słowa, krótko przed północą w piątek, w Libanie jest już poranek i nie ma doniesień o nowych izraelskich nalotach. Większość bombardowań i walk w piątek skupiła się na bastionie Hezbollahu w pobliżu miasta Nabatijja.
Oto podsumowanie z GeoPolitics Prime:
W sercu wzgórza Ali al-Taher, z widokiem na Nabatijja w południowym Libanie, znajduje się kilometrowy podziemny kompleks tuneli, w którym mieści się centrum dowodzenia i strategiczne składy broni.
Ta twierdza Hezbollahu, znana jako obiekt Imad-4, stała się obsesją Sił Obronnych Izraela.
Co się wydarzyło:
🌏 Siły izraelskie podjęły próbę nocnego wtargnięcia na bazę – była to szósta nieudana próba od czasu rozpoczęcia zawieszenia broni.
🌏 Hezbollah zaatakował czołg Sił Obronnych Izraela z elitarnej 52. Brygady (bazującej na najnowocześniejszych izraelskich siłach pancernych) około 300 metrów od wejścia do bazy.
🌏 Zginęło 4 żołnierzy, w tym podpułkownik Ben Simhon, dowódca 52. Batalionu.
🌏 Czołg pozostaje nieodzyskany – rzadki i upokarzający przypadek. W 2006 roku Siły Obronne Izraela natychmiast holowały uszkodzone pojazdy. Dziś warunki na polu bitwy na wzgórzu Ali Taher uniemożliwiają jego odzyskanie.
Dlaczego to ważne:
🌏 Hezbollah zastosował zaawansowaną taktykę: zamontował głowicę przeciwpancernego pocisku balistycznego MILAN na dronie FPV. To nowy etap w rozwoju ich dronów wojennych.
🌏 MILAN to stary francusko-niemiecki pocisk przeciwpancerny, zazwyczaj przestarzały – ale jako ładunek dronowy jest ekonomicznym zabójcą czołgów.
🌏 Wzgórze to ziemia niczyja z minimalną osłoną. Obrona prowadzona jest z otaczających pozycji – a Hezbollah utrzymuje pozycję.
Izraelski atak na północ nie idzie zgodnie z planem – a podziemna sieć Hezbollahu okazuje się nie do przebicia.
Zanim to przeczytasz, będziemy mieli pojęcie, czy Izrael będzie wykonywał rozkazy Donalda Trumpa, czy też nadal będzie mu mówić: „Spierdalaj!”. Jak wspomniałem w poprzednim artykule, Trump ma przewagę nad Izraelem ze względu na zależność państwa syjonistycznego od amerykańskiej pomocy wojskowej i finansowej. Pytanie brzmi, czy Trump jest kontrolowany przez syjonistów, czy też nadal ma wystarczająco silny kręgosłup, by oprzeć się syjonistycznemu zastraszaniu?
W prasie pojawiły się doniesienia, że Steve Witkoff i irański minister spraw zagranicznych Aragczi udają się do Szwajcarii… Wygląda na to, że spotkanie zaplanowane na dziś (piątek) zostało przełożone i rozpoczną się negocjacje dotyczące pozostałych punktów 14-punktowego porozumienia.
Jeśli Izrael będzie kontynuował ataki na Liban, Iran odpowie siłą, używając pocisków i dronów. Chociaż Izrael początkowo będzie skłonny do odwetu wobec Iranu, możliwości Iranu bez pełnego wsparcia ze strony USA są znacznie ograniczone. Biorąc za punkt odniesienia 12-dniową wojnę z czerwca 2025 roku, Izrael szybko znudzi się próbami odpierania ciągłego, intensywnego ostrzału irańskich pocisków i dronów. Reporter „Washington Post”, John Hudson, potwierdził, że J.D. Vance wykorzystał oryginalne doniesienia Hudsona (patrz zdjęcie na górze artykułu), opisując zależność Izraela od amerykańskiej broni:
„Dwie trzecie broni obronnej, która chroniła waszą ojczyznę, zostało zbudowane przez Amerykanów i opłacone z amerykańskich podatków” – powiedział Vance. Rzeczywiście, Stany Zjednoczone wykorzystały połowę całego swojego globalnego arsenału pocisków przechwytujących THAAD do obrony Izraela…
Jednym ze sposobów powstrzymania Bibiego Netanjahu jest groźba wycofania wszystkich pocisków przechwytujących Patriot i THAAD, które wciąż znajdują się w Izraelu… Myślę, że ta groźba, biorąc pod uwagę podatność Izraela na ataki, wystarczy, aby powstrzymać izraelskie łamanie zawieszenia broni. Zobaczymy.
Oto Pepe i pan Z… Nie mogłem dołączyć ze względu na wcześniejsze zobowiązania:
Wyobraźmy sobie, że aby uczcić osoby , które zginęły usiłując sforsować słynny berliński mur, władze niemieckie organizują na pozostałych fragmentach tego muru zawody wspinaczkowe, w których nagrodą jest cukiernica w kształcie ludzkiej czaszki. Takie plastikowe cukiernice imitujące ludzką czaszkę widywałam u młodych ludzi i były zapewne dla nich bardzo zabawne, lecz na pewno nie dotyczy to rodzin osób zamordowanych przez enerdowskich siepaczy.
Pomysł potańcówki dla uczczenia pięćdziesięciolecia tragicznych wydarzeń w Radomiu, która odbyła się w styczniu tego roku z udziałem przebierańców w mundurach ZOMO jest podobny w swojej wymowie do tej fikcyjnej historyjki. Zomowcy w mundurach pojawili się na tak zwanej „potańcówce w klimacie PRL”, która była częścią inauguracji obchodów pięćdziesiątej rocznicy Radomskiego Czerwca 76 roku czyli protestów robotniczych brutalnie stłumionych przez komunistyczne władze. Rozbawieni młodzi uczestnicy imprezy robili sobie zdjęcia z osobami przebranymi w zomowskie mundury w kaskach i z pałkami. Natomiast rodziny pomordowanych oraz prawdziwi uczestnicy tych tragicznych wydarzeń potraktowali tę imprezę jako profanację ofiar radomskiej pacyfikacji.
Zapanowała moda na zabawę reliktami ponurej komunistycznej przeszłości. Oswajają one tę przeszłość i zmniejszają rangę wydarzeń fałszując w ten sposób historię. Swego czasu zostałam wraz z mecenasem Hamburą zaproszona przez jakieś ważne berlińskie osobistości do renomowanej restauracji. Jej wystrój, ku wyraźnej ekscytacji zapraszających, wiernie imitował enerdowskie realia. Ściany były brudne, podłogi zdarte, z foteli wyłaziły sprężyny, a w umywalkach w łazience straszyły rdzawe zacieki. „ No i jak się to pani podoba?”- pytali podekscytowani oficjele. „ Mi to nie imponuje, to samo mam w domu” – odpowiedziałam chłodno ku ich skrajnej konsternacji.
Ta sama maniera dotarła już dawno do Polski. W luksusowym sklepie z armaturą widziałam bardzo drogą umywalkę wyglądającą jak zlew w dworcowej ubikacji z lat pięćdziesiątych. Emalia była porysowana a przez środek poprowadzono rdzawy zaciek. Znajoma zawodowo zajmująca się urządzaniem mieszkań wytłumaczyła mi że we współczesnym dizajnie obowiązuje następująca reguła. Otóż w każdym luksusowym wnętrzu powinien być przynajmniej jeden element szokujący. W tym celu wykorzystuje się na przykład pomalowane na czarno fabryczne lampy z metalową siatką osłaniającą żarówkę. Może to być również zardzewiały zlew w sterylnie czystej łazience, wystające ze ściany rury, albo klasyczny szlaczek zdobiący tylko jedną ścianę w pokoju. Można te zabawy traktować jako następujące przesłanie: „ popatrzmy gdzie byliśmy i gdzie jesteśmy, jak zmieniło się na lepsze nasze życie” Ja widzę to inaczej. Przebieranie kelnerów za zomowców ma nam powiedzieć: „ za komuny nie było chyba tak źle jeżeli możemy się z tego śmiać”.
Podobne imprezy łagodzące ostre widzenie wydarzeń historycznych pozornie powinny sprzyjać pokojowi na świecie. „Było minęło nie ma do czego wracać”- powiadają ich organizatorzy. Należy patrzeć na wydarzenia historyczne XX wieku jak na podbój Troi. Jak na historię starożytną albo wręcz mitologię. Tymczasem tak naprawdę „choć było- wcale nie minęło”. Jak to ujmuje hasło skandowane przez oburzonych skandalicznymi obchodami radomskiego czerwca: „ Byłem w ZOMO byłem w ORMO teraz jestem za Platformą”. Wygładzanie kantów historii nie służy ofiarom. Służy ich oprawcom.
Mój ulubiony wybitny publicysta Rafał Ziemkiewicz przyjmując zaproszenie Moniki Jaruzelskiej czynnie, choć zapewne mimo woli, uczestniczył w tym procederze. Ziemkiewicz studiował z Jaruzelską na tym samym roku polonistyki co tłumaczy ich pewną zażyłość lecz nie usprawiedliwia podkpiwania z ofiar jej ojca. Nie miałabym ochoty ponownie słuchać tego wywiadu poza tym jak się okazało został usunięty przez You Tube, więc mogę zacytować ich słowa niezbyt dokładnie. Mam nadzieję, że pani Jaruzelska nie wytoczy mi sprawy sądowej o naruszenie jej dóbr osobistych przez brak w odpowiednim miejscu kropki czy przecinka.
Otóż Ziemkiewicz (żartobliwie moim zdaniem) zarzucił Jaruzelskiej że jej ojciec zrywał ludziom paznokcie. „Oj tam, oj tam najwyżej co drugi paznokieć”- odpowiedziała Jaruzelska. Jej ojciec- jak sądzę- osobiście nikogo nie torturował. Legitymizował jednak takie czyny wiernie służąc komunie i wprowadzając stan wojenny. To też jest bardzo charakterystyczne. Hitlerowscy zbrodniarze tłumaczyli, że są niewinni bo tylko wykonywali rozkazy. Twierdzili że trzeba karać rękę nie ślepy miecz za który usiłowali się przedstawiać po upadku hitleryzmu. Obecni zbrodniarze twierdzą, że są niewinni bo nikogo nie zabijali czy nie torturowali osobiście. Oni tylko wydawali rozkazy. Czyli ich zdaniem winę ponosi wyłącznie ślepy miecz. Jak pamiętamy to przeciwstawienie : „O! rękę karaj, nie ślepy miecz!” pochodzi z pieśni patriotycznej „Chorał” (znanej też jako „Z dymem pożarów”) autorstwa Kornela Ujejskiego z 1846 roku. Ujejski całą winę przypisuje ręce czyli wydającym zbrodnicze rozkazy. Tak naprawdę winni są jednak zarówno rozkazodawcy jak i wykonawcy zbrodni. Posługując się metaforą Ujejskiego- winna jest zarówno ręka jak i ślepy miecz.
A moim zdaniem winni są również ci intelektualiści i artyści (pożal się Boże), którzy komunizm propagowali, zachwalali , legitymizowali. Nie robili tego z pistoletem przyłożonym do głowy. Odwdzięczali się komunie za mieszkania, pobyty wczasowe w Oborach czy Nieborowie, wysokie nakłady publikowanych bredni oraz nagrody leninowskie. Ktoś kto popierał komunę był – moim zdaniem – idiotą lub szują. Innej możliwości nie ma. Czy idiotą był Władysław Broniewski? A jednak w wierszu „ Pierwszy maja” pisał : „ Nie będzie tronów, nie będzie banków, złamiemy fronty Kuomintangu, nie będzie City i Wall Street, błyśnie wolności świt!”.
Czy za idiotkę mamy uważać Szymborską podpisującą słynną listę hańby, listę poparcia dla prześladowania Biskupa Kaczmarka?
To co było wcale nie minęło, a co gorsza to wraca.
Jako czołowy logik XX wieku, Kurt Gödel jest dobrze znany ze swoich twierdzeń o niezupełności i wkładu w teorię mnogości, których publikacje zmieniły bieg matematyki, logiki i informatyki. Kiedy w 1951 roku otrzymał Nagrodę Alberta Einsteina w uznaniu tych osiągnięć, matematyk John von Neumann wygłosił przemówienie, w którym opisał osiągnięcia Gödla w logice i matematyce jako tak doniosłe, że „pozostaną widoczne daleko w przestrzeni i czasie”. Natomiast jego poglądy filozoficzne i religijne pozostają praktycznie ukryte. Gödel trzymał te kwestie w tajemnicy, nie publikując niczego na ten temat przez całe życie. I chociaż uczeni zmagali się z jego ontologicznym dowodem na istnienie Boga, który pod koniec życia rozpowszechniał wśród przyjaciół, inne zasady jego systemu wierzeń nie były przedmiotem znaczącej dyskusji. Jedną z nich jest przekonanie Gödla, że przetrwamy śmierć.
Dlaczego wierzył w życie pozagrobowe? Jaki argument uznał za przekonujący? Okazuje się, że stosunkowo pełna odpowiedź na te pytania kryje się w czterech długich listach napisanych do jego matki, Marianne Gödel, w 1961 roku, którą przekonuje, że ich przeznaczeniem jest ponowne spotkanie w życiu pozagrobowym.
Zanim przejdę do omówienia poglądów Gödla na życie pozagrobowe, chcę podkreślić rolę jego matki jako cichej bohaterki tej historii. Chociaż większość listów Gödla jest publicznie dostępna za pośrednictwem cyfrowych archiwów Wienbibliothek im Rathaus (Biblioteki Miejskiej w Wiedniu), żaden z listów jego matki nie przetrwał. Znamy jedynie jego wersję ich rozmowy, a z jego odpowiedzi możemy wywnioskować, co powiedziała. To tworzy aurę tajemniczości podczas czytania jego listów, jakby ktoś otrzymał platoński dialog, z którego usunięto wszystkie wersy, z wyjątkiem tych wypowiedzianych przez Sokratesa. Chociaż brakuje nam jej własnych słów, jesteśmy wdzięczni Marianne Gödel. Bez jej ciekawości i niezależności myślenia mielibyśmy o jedno źródło mniej w zrozumieniu filozofii jej słynnego syna.
Dzięki bezpośredniemu pytaniu Marianne o wiarę Gödla w życie pozagrobowe poznajemy jego dojrzałe poglądy na ten temat. Zapytała go o to w 1961 roku, kiedy był w szczytowej formie intelektualnej i intensywnie rozmyślał nad zagadnieniami filozoficznymi w Instytucie Studiów Zaawansowanych (IAS) w Princeton w stanie New Jersey, gdzie był profesorem zwyczajnym od 1953 roku i stałym członkiem od 1946 roku. Charakter tej rozmowy zmusił Gödla do szczegółowego i przystępnego przedstawienia swoich poglądów. W rezultacie mamy (z pewnym uzupełnieniem) odpowiednik pełnego argumentu Gödla na rzecz wiary w życie pozagrobowe, celowo mającego na celu kompleksowe rozwianie pytań jego matki, które pojawiają się w serii listów do Marianne od lipca do października 1961 roku.Chociaż niepublikowane notatniki filozoficzne Gödla przedstawiają przestrzeń, w której aktywnie wypracowywał poglądy i eksperymentował, często posługując się gnomicznymi aforyzmami i uwagami, Gödel chciał, aby listy te były zrozumiałe i stanowiły ostateczną odpowiedź na jego poważne dociekania. A ponieważ korespondencja miała charakter prywatny, nie czuł potrzeby ukrywania swoich prawdziwych poglądów, co mógłby czynić w bardziej formalnych środowiskach akademickich i wśród kolegów z IAS.
Albert Einstein i Kurt Gödel sfotografowani w IAS przez ekonomistę Oskara Morgensterna, ok.1948 r. Morgenstern opowiadał, jak Einstein zwierzył się, że „jego własna praca nie znaczy już wiele, że przyszedł do Instytutu jedynie… po to, by mieć przywilej powrotu do domu z Gödlem”. Zdjęcie dzięki uprzejmości Shelby White i Leona Levy’ego Archives Center, IAS, Princeton, NJ, USA.
W liście z 23 lipca 1961 roku Gödel pisze: „W poprzednim liście stawia Pan trudne pytanie, czy wierzę w Wiedersehen” . Wiedersehen oznacza „ponownie zobaczyć”. W przeciwieństwie do bardziej formalnych, filozoficznych terminów „nieśmiertelność” czy „życie pozagrobowe”, termin ten nadaje wymianie zdań intymny charakter. Po emigracji z Austrii do Stanów Zjednoczonych w 1940 roku Gödel nigdy nie wrócił do Europy, zmuszając matkę i brata do podjęcia inicjatywy odwiedzenia go, co uczynili po raz pierwszy w 1958 roku. W rezultacie można tu intuicyjnie wyczuć, że matka żywiła głęboką tęsknotę za trwałym zjednoczeniem, zastanawiając się, czy kiedykolwiek będzie mogła spędzić z synem więcej czasu. Odpowiedź Gödla na to pytanie jest niezmiennie twierdząca. Jego uzasadnienie wiary w życie pozagrobowe jest następujące:
Jeśli świat jest racjonalnie zorganizowany i ma sens, to musi tak być. Jakiż sens musiałby bowiem stworzyć istotę (człowieka) z tak szerokim polem możliwości rozwoju osobistego i relacji z innymi, a potem pozwolić mu osiągnąć nawet nie 1/1000 tego wszystkiego?
Na koniec pogłębia retoryczne pytanie metaforą kogoś, kto kładzie fundamenty pod dom, a potem porzuca projekt i pozwala mu zmarnować się. Gödel uważa, że takie marnotrawstwo jest niemożliwe, ponieważ świat, jak twierdzi, daje nam powody, by uważać go za przesiąknięty porządkiem i znaczeniem. Dlatego człowiek, który może osiągnąć jedynie częściowe spełnienie w ciągu swojego życia, musi szukać racjonalnego uzasadnienia tego niedostatku w przyszłym świecie, w którym ujawni się nasz potencjał.
Jego opinie są świadome i krytyczne, choć przesiąknięte optymizmem
Zanim przejdziemy dalej, warto zatrzymać się i streścić argumentację Gödla. Zakładając, że świat jest racjonalnie zorganizowany, życie ludzkie – jako osadzone w świecie – powinno posiadać tę samą racjonalną strukturę. Mamy podstawy, by zakładać, że świat jest racjonalnie zorganizowany. Jednak życie ludzkie jest irracjonalnie zorganizowane. Jest ono konstytuowane przez ogromny potencjał, który nigdy w pełni nie wyraża się w ciągu jednego życia. Dlatego każdy z nas musi w pełni wykorzystać swój potencjał w przyszłym świecie. Rozum tego wymaga.
Zatrzymajmy się najpierw na kluczowym założeniu argumentu, a mianowicie na twierdzeniu, że świat i ludzkie życie, jako jego część, odzwierciedlają racjonalny porządek. Choć nie jest to rzadkie stanowisko w historii filozofii, często może wydawać się trudne do pogodzenia z tym, co obserwujemy. Nawet jeśli jesteśmy gatunkiem racjonalnym, historia ludzkości często przeczy temu faktowi. Pierwsza połowa 1961 roku – przenikająca tło świadomości Gödla – była wypełniona narastającymi napięciami zimnej wojny, przemocą wymierzoną w pokojowych protestujących podczas ruchu praw obywatelskich oraz przypadkowymi cierpieniami, takimi jak śmierć całej amerykańskiej drużyny łyżwiarstwa figurowego w katastrofie lotniczej. Głupota i nierozsądek w ludzkich wydarzeniach wydają się historyczną regułą, a nie wyjątkiem. Jak mówi Gloucesterowi Król Lear Szekspira, rozwodząc się nad „jak ten świat się toczy”, konkluzja wydaje się brzmieć: „Kiedy się rodzimy, wołamy, że doszliśmy do tego wielkiego etapu głupców”.
Błędem byłoby jednak sądzić, że Gödel był naiwny w swoim przekonaniu o racjonalności świata. Pod koniec listu z 16 stycznia 1956 rokustwierdza: „To dziwny świat”. A jego dyskusje w korespondencji z matką pokazują, że był na bieżąco z tematami politycznymi i wydarzeniami na świecie. W listach jego poglądy są przemyślane i krytyczne, choć przesiąknięte optymizmem.
Kuszące, a być może i wyjątkowe, w jego argumencie na rzecz życia pozagrobowego jest to, że w rzeczywistości zależy ono od nieuchronnej irracjonalności ludzkiego życia w świecie, który skądinąd jest przesiąknięty rozumem. To właśnie wszechobecność ludzkiego cierpienia i naszych nieuchronnych porażek dały Gödlowi pewność, że ten świat nie może być naszym końcem. Jak trafnie podsumowuje w czwartym liście do matki:
To, co nazywam teologicznym Weltanschauung,to pogląd, że świat i wszystko, co się w nim znajduje, ma sens i rację bytu, a wręcz sens dobry i niewątpliwy. Z tego wynika natychmiast, że nasze ziemskie istnienie – skoro samo w sobie ma co najwyżej bardzo wątpliwy sens – może być środkiem do celu dla innego istnienia.
Właśnie fakt, że nasze życie składa się z niewykorzystanego lub zmarnowanego potencjału, utwierdza go w przekonaniu, że to życie jest jedynie przystankiem dla tego, co nadejdzie. Ale, powtórzę, to tylko wtedy, gdy świat jest racjonalnie ustrukturyzowany.
Jeśli ludzkość i jej historia nie przejawiają racjonalnego porządku, dlaczego wierzyć, że świat jest racjonalny? Argumenty, które podaje matce w listach, świadczą o jego racjonalistycznych skłonnościach i przekonaniu, że nauki przyrodnicze zakładają, iż zrozumiałość jest fundamentem rzeczywistości. Jak pisze w liście z 23 lipca 1961 roku:
Czy mamy powody, by zakładać że świat jest racjonalnie zorganizowany? Myślę, że tak. Bo absolutnie nie jest chaotyczny i arbitralny, wręcz przeciwnie – jak dowodzą nauki przyrodnicze – we wszystkim panuje najwyższa regularność i porządek. Porządek jest w istocie formą racjonalności.
Gödel uważa, że racjonalność przejawia się w świecie poprzez głęboką strukturę rzeczywistości. Nauka jako metoda dowodzi tego poprzez swoje uzasadnione założenie, że w świecie można odkryć zrozumiały porządek, fakty są weryfikowalne poprzez powtarzalne eksperymenty, a teorie obowiązują w swoich dziedzinach niezależnie od miejsca i czasu ich testowania.
To właśnie ten wynik wstrząsnął do głębi społecznością matematyczną
W liście z 6 października 1961 roku Gödel wyjaśnia swoje stanowisko: „Idea, że wszystko na świecie ma sens, jest, nawiasem mówiąc, dokładnym odpowiednikiem zasady, że wszystko ma przyczynę, na której opiera się cała nauka”. Gödel – podobnie jak Gottfried Wilhelm Leibniz, którego ubóstwiał – wierzył, że wszystko na świecie ma powód, dla którego jest takie, a nie inne (mówiąc żargonem filozoficznym: jest to zgodne z zasadą racji dostatecznej). Jak Leibniz ujmuje to poetycko w swoich Zasadach natury i łaski, opartych na rozumie (1714): „Teraźniejszość jest brzemienna w przyszłość; przyszłość można odczytać z przeszłości; to, co odległe, jest wyrażone w tym, co bliskie”. Szukając sensu, odkrywamy, że świat jest dla nas czytelny. A zwracając uwagę, odkrywamy wzorce regularności, które pozwalają nam przewidywać przyszłość. Dla Gödla rozum był widoczny w świecie, ponieważ ten porządek jest odkrywalny.
Choć jest to niewspomniane, jego wiara w życie pozagrobowe jest również przesiąknięta wynikami jego twierdzeń o niezupełności i powiązanymi z nimi przemyśleniami na temat podstaw matematyki. Gödel uważał, że głęboka, racjonalna struktura świata i pośmiertne istnienie duszy zależą od fałszywości materializmu, filozoficznego poglądu, że wszelka prawda jest z konieczności zdeterminowana przez fakty fizyczne. W niepublikowanym artykule z około 1961 roku Gödel twierdzi, że „materializm skłania się ku postrzeganiu świata jako nieuporządkowanego, a zatem pozbawionego znaczenia zbioru atomów”. Z materializmu wynika również, że wszystko, co nie ma oparcia w faktach fizycznych, musi być pozbawione znaczenia i realności. Zatem niematerialna dusza nie mogłaby być uznana za posiadającą jakiekolwiek realne znaczenie. Gödel kontynuuje: „Ponadto śmierć wydaje się [materializmowi] ostatecznym i całkowitym unicestwieniem”. Zatem materializm zaprzecza zarówno temu, że rzeczywistość jest konstytuowana przez nadrzędny system znaczeń, jak i istnieniu duszy nieredukowalnej do materii fizycznej. Mimo że żył w epoce materializmu, Gödel był przekonany, że materializm jest fałszywy, a jego twierdzenia o niezupełności dowodziły, że jest on wysoce nieprawdopodobny.
Twierdzenia o niezupełności dowiodły (w ogólnym zarysie), że dla każdego spójnego systemu formalnego (na przykład matematycznego i logicznego) istnieją prawdy, których nie da się udowodnić w ramach tego systemu za pomocą jego własnych aksjomatów i reguł wnioskowania. Zatem każdy spójny system będzie nieuchronnie niezupełny. W systemie zawsze będą pewne prawdy, które wymagają, jak to ujął Gödel, „pewnych metod dowodzenia wykraczających poza system”. Poprzez swój dowód, za pomocą niepodważalnych matematycznie standardów, udowodnił, że sama matematyka jest nieskończona i nowe odkrycia będą zawsze możliwe. To właśnie ten wynik wstrząsnął do głębi społecznością matematyczną.
Za jednym zamachem położył kres głównemu celowi wielu matematyków XX wieku, inspirowanemu przez Davida Hilberta, który dążył do ustalenia spójności każdej prawdy matematycznej za pomocą skończonego systemu dowodzenia. Gödel wykazał, że żaden formalny system matematyczny nie jest w stanie tego dokonać ani ostatecznie udowodnić, według własnych standardów, że jest wolny od sprzeczności. A spostrzeżenia odkryte na temat tych systemów – na przykład, że pewne problemy są w nich rzeczywiście nieudowodnione – są dla nas oczywiste dzięki rozumowaniu. Na tej podstawie Gödel doszedł do wniosku, że umysł ludzki wykracza poza jakikolwiek skończony formalny system aksjomatów i reguł wnioskowania.
Odnosząc się do filozoficznych implikacji twierdzeń o niezupełności, Gödel uważał, że wyniki przedstawiają dylemat albo-albo (wyrażony w Wykładzie Gibbsa z 1951 roku). Albo przyjmiemy, że „ludzki umysł (nawet w dziedzinie czystej matematyki) nieskończenie przewyższa możliwości każdej skończonej maszyny”, z czego wynika, że ludzki umysł jest nieredukowalny do mózgu, który „na pozór jest skończoną maszyną o skończonej liczbie części, a mianowicie neuronów i ich połączeń”. Albo założymy, że istnieją pewne problemy matematyczne, podobne do tych, które występują w jego twierdzeniach, które są „absolutnie nierozwiązywalne”. Gdyby tak było, prawdopodobnie „obalaby to pogląd, że matematyka jest jedynie naszym własnym dziełem”. W konsekwencji obiekty matematyczne posiadałyby obiektywną rzeczywistość, niezależną od świata faktów fizycznych, „których nie możemy stworzyć ani zmienić, a jedynie postrzegać i opisywać”. Nazywa się to platonizmem w odniesieniu do realności prawd matematycznych. Ku wielkiemu rozczarowaniu materialisty, obie implikacje tego dylematu są zatem „zdecydowanie sprzeczne z filozofią materialistyczną”. Co gorsza dla materialisty, Gödel zauważa, że alternatywy nie wykluczają się. Możliwe, że obie implikacje są prawdziwe jednocześnie.
Jak to się łączy z poglądem Gödla, że świat jest racjonalny, a dusza przetrwa śmierć? Twierdzenia o niezupełności i ich filozoficzne implikacje w żaden sposób nie dowodzą ani nie pokazują, że dusza bezpośrednio przetrwa śmierć. Gödel uważał jednak, że wyniki twierdzenia zadały ciężki cios materialistycznemu światopoglądowi. Jeśli umysł jest nieredukowalny do fizycznych części mózgu, a matematyka odsłania racjonalnie dostępną strukturę wykraczającą poza zjawiska fizyczne, to należy poszukiwać alternatywnego światopoglądu, bardziej racjonalistycznego i otwartego na prawdy, których nie można sprawdzić zmysłami. Taka perspektywa mogłaby potwierdzać racjonalnie zorganizowany świat i dopuszczać możliwość życia po śmierci.
Załóżmy, że my – cynicy i cała reszta – akceptujemy, że świat, w tym głębokim sensie, jest racjonalny. Dlaczego zakładać, że istoty ludzkie zasługują na cokolwiek poza tym, co otrzymują w tym życiu? Możemy się domyślać, że coś podobnego trapiło jego matkę. Gödel pisze w teologicznej części swojego kolejnego listu: „Kiedy piszesz, że modlisz się do stworzenia, prawdopodobnie masz na myśli, że świat jest piękny wszędzie tam, gdzie istoty ludzkie nie mogą dotrzeć itd.” W tym miejscu Marianne mogłaby się zgodzić, że wiele w stworzeniu wydaje się uporządkowane, ale zakwestionowała założenie, że cała rzeczywistość jest tak uporządkowana, zwłaszcza jeśli chodzi o istoty ludzkie. Czy cały świat musi być racjonalny? A może istoty ludzkie są irracjonalnymi aberracjami skądinąd racjonalnego porządku?
Odpowiedź Gödla ujawnia dodatkowe niuanse w jego stanowisku. W pierwszym liście Gödel jedynie luźno wspomniał o „szerokim polu możliwości”, które pozostają niedopracowane, ale wymagają dopełnienia. W kolejnych listach szczegółowo opisuje, co w człowieczeństwie wymaga istnienia, aby mogło trwać – czyli to, co jest dla ludzkości istotne.
Najpierw ważne jest wyjaśnienie, co Gödel miał na myśli mówiąc o „istotnej” własności. Oczywiście mamy wiele własności. Mam na przykład własność pozostawania w relacji tożsamości (nie jestem tobą), bycia obywatelem USA i czerpania przyjemności z gatunku horroru. Chociaż nie ma jednomyślności co do tego, jak dokładnie rozumieć użycie przez Gödla słowa „istotny”, jego dowód ontologiczny na istnienie Boga zawiera definicję tego, co rozumie przez własność istotną. Zgodnie z tą definicją, własność jest istotna czegoś, jeśli pozostaje w koniecznym związku z resztą jego własności, tak że jeśli ktoś posiada wspomnianą własność, to koniecznie posiada wszystkie inne jej własności. Wynika z tego, że każda jednostka ma zindywidualizowaną esencję lub, jak Gödel zauważa w odręcznym szkicu dowodu: „dowolne dwie esencje x są nec. [sic] równoważne”. Gödel, podobnie jak Leibniz, uważał, że każda jednostka posiada jednoznacznie determinowalną esencję.
Jest nią ludzka zdolność uczenia się na własnych błędach w sposób, który nadaje życiu głębszy sens
Jednocześnie, nawet jeśli w dowodzie esencja jest zdefiniowana jako specyficzna dla jednostki, istnieją dowody na to, że Gödel uważał, iż esencje mogą być również specyficzne dla rodzaju. Uważał, że wszyscy ludzie są przeznaczeni do życia pozagrobowego, ponieważ wszyscy posiadają pewną cechę z racji swojego człowieczeństwa. Istnieją zestawy koniecznych cech, które są ze sobą powiązane i wzajemnie powiązane między jednostkami, tak że posiadanie tego zestawu pociągałoby za sobą, że coś jest tym, czym jest. Na przykład w swoim dowodzie ontologicznym definiuje on istotę „boską” jako taką, która musi posiadać każdą pozytywną cechę. Jeśli chodzi o istoty ludzkie, jestem istotą ludzką z racji posiadania specyficznego dla rodzaju zestawu cech, które posiadają koniecznie wszyscy ludzie, a przynajmniej niektóre z nich są całkowicie unikalne dla nas (tak jak tylko istota boska może posiadać każdą pozytywną cechę).
W liście Gödla z 12 sierpnia 1961 roku zwraca on uwagę na kluczowe pytanie, które zbyt często jest pomijane: „Nie tylko nie wiemy, skąd i dlaczego tu jesteśmy, ale także nie wiemy, czym jesteśmy (tj. istotą i postrzeganiem od wewnątrz)”. Gödel zauważa następnie, że gdybyśmy byli zdolni do rozróżniania za pomocą „naukowych metod samoobserwacji”, odkrylibyśmy, że każdy z nas ma „całkowicie określone właściwości”. Gödel żartobliwie zauważa w tym samym liście, że większość ludzi uważa inaczej: „Zgodnie z powszechnym poglądem, na pytanie »kim jestem« odpowiedź brzmiałaby, że jestem czymś, co samo w sobie nie ma żadnych właściwości, czymś w rodzaju wieszaka na ubrania, na którym można powiesić wszystko, co się zechce”. Oznacza to, że większość ludzi zakłada, że istota ludzka nie ma niczego istotnego i że można przypisać ludzkości dowolną cechę. Dla Gödla jednak taka koncepcja przedstawia wypaczony obraz rzeczywistości – jeśli bowiem nie posiadamy żadnych istotnych właściwości specyficznych dla danego rodzaju, na jakiej podstawie możemy zacząć kategoryzować i określać coś jako coś?
Jaka zatem zasadniczo ludzka cecha wskazuje na przeznaczenie poza tym światem? Odpowiedź Gödla: ludzka zdolność uczenia się, a konkretnie zdolność do wyciągania wniosków z własnych błędów w sposób, który nadaje życiu głębszy sens. Dla Gödla cecha ta jest nierozerwalnie związana z cechą bycia racjonalnym. Choć przyznaje, że zwierzęta i rośliny potrafią uczyć się metodą prób i błędów, odkrywając lepsze sposoby osiągania celu, istnieje jakościowa różnica między zwierzętami a ludźmi, dla których nauka może wznieść człowieka na wyższy poziom znaczenia. To jest sedno argumentacji Gödla za przypisaniem ludziom nieśmiertelności. W liście z 14 sierpnia 1961 rokuGödel pisze:
Tylko człowiek może osiągnąć lepsze życie poprzez naukę, czyli nadać swojemu życiu głębszy sens. Jedna, a często jedyna, metoda nauki wynika z popełnienia błędu za pierwszym razem. I to oczywiście zdarza się w tym świecie w naprawdę obfitej ilości.
Wspomniana powyżej głupota ludzi jest w pełni zgodna z wiarą w racjonalność świata. W istocie, pozorna bezsensowność świata stanowi idealną sytuację do nauki i rozwijania naszego rozumu poprzez kontemplację naszych niedociągnięć, chwil cierpienia i naszej nazbyt ludzkiej skłonności do ulegania niższym skłonnościom. Uczenie się w sensie Gödla nie polega na naszej zdolności do ulepszania środków technicznych w celu osiągnięcia określonych celów. To charakterystyczne pojęcie uczenia się to raczej zdolność ludzkości do stawania się mądrzejszym. Mogę na przykład nauczyć się być lepszym przyjacielem po stracie jednego z powodu egoistycznego zachowania i mogę nauczyć się technik kreatywnego myślenia o podejściu teoretycznym po licznych niepowodzeniach eksperymentalnych. Innymi słowy, istotną cechą bycia człowiekiem jest skłonność do rozwijania naszego rozumu poprzez naukę odpowiedniego rodzaju. Nie uczymy się tylko nowych sposobów działania, ale jednocześnie zyskujemy głębszy sens w naszym życiu poprzez refleksję nad głębszymi lekcjami odkrywanymi poprzez popełnianie błędów.
Wszystko to może prowadzić do wniosku, że Gödel wierzył w reinkarnację. Byłoby to jednak pochopne, przynajmniej według pewnych standardowych koncepcji. Intrygującą cechą teologicznego światopoglądu Gödla jest jego przekonanie, że nasz rozwój w pełni racjonalne istoty dokonuje się nie poprzez nowe wcielenia w tym świecie, lecz w odrębnym świecie przyszłym:
W szczególności należy sobie wyobrazić, że „uczenie się” w dużej mierze odbywa się najpierw w następnym świecie, a mianowicie, że pamiętamy nasze doświadczenia z tego świata i po raz pierwszy naprawdę je rozumiemy, tak że nasze doświadczenia doczesne są – jeśli tak można powiedzieć – jedynie surowym materiałem do uczenia się.
I dalej rozwija tę myśl:
Co więcej, należy oczywiście założyć, że nasze zrozumienie tam będzie znacznie lepsze niż tutaj, tak że będziemy mogli rozpoznać wszystko, co ważne, z tą samą nieomylną pewnością, co 2 x 2 = 4, gdzie oszustwo jest obiektywnie niemożliwe.
Następny świat musi zatem wyzwolić nas z naszych obecnych, ziemskich ograniczeń. Zamiast powracać do innego ziemskiego ciała, musimy stać się istotami zdolnymi do uczenia się ze wspomnień, które drzemią w nas w przyszłości, w wyższym stanie bytu.
Przekonanie, że naszą istotą jest stawanie się czymś więcej, niż jesteśmy tutaj, wyjaśnia, dlaczego Gödel zainteresował się pewnym fragmentem Pierwszego Listu św. Pawłado Koryntian, co odkryłem podczas przeglądania jego osobistej biblioteki w archiwach IAS. W łacińskim, kieszonkowym wydaniu Nowego Testamentu Gödel zanotował na górze strony tytułowej słabym ołówkiem: „s. 374”. Po tym nawiązaniu przechodzimy do rozdziału 15 listu św. Pawła, gdzie Gödel zaznaczył wersety od 33 do 49 nawiasami kwadratowymi i narysował strzałkę do konkretnego wersetu. W wersetach w nawiasach kwadratowych św. Paweł opisuje nasze cielesne zmartwychwstanie. Posługując się metaforą plonów, św. Paweł zauważa, że zasiane nasiona muszą zostać zniszczone, aby wyrosły na rośliny, którymi z natury rzeczy mają się stać. Tak samo będzie z nami, zauważa. Nasze życie i ciała w tym życiu są jedynie nasionami, oczekującymi na zniszczenie, po którym osiągniemy nasz ostateczny stan bytu. Gödel narysował strzałkę wskazującą na werset 44, aby go podkreślić: „Sieje się w słabości, a wskrzesza się w mocy. Sieje się ciało fizyczne, a wskrzesza się ciało duchowe”. Dla Gödla św. Paweł najwyraźniej doszedł do właściwego wniosku, aczkolwiek dzięki wizji proroczej, a nie argumentacji racjonalnej.
Pozostaje nam w dużej mierze zastanawiać się nad reakcją Marianne na poglądy syna na temat życia pozagrobowego, choć z pewnością była ona zdezorientowana. W liście z 12 września 1961 roku Gödel zapewnia matkę, że jej wątpliwości co do jego stanowiska nie mają nic wspólnego z jej wiekiem, a znacznie więcej z jego zwięzłymi wyjaśnieniami. W ostatnim liście, z 6 października 1961 roku, Gödel sprzeciwia się twierdzeniu, że jego poglądy przypominają „okultyzm”. Wręcz przeciwnie, upiera się, że jego poglądy nie mają nic wspólnego z poglądami tych, którzy po prostu cytują św. Pawła lub bezpośrednio odbierają przesłania od aniołów. Przyznaje oczywiście, że jego poglądy mogą wydawać się „nieprawdopodobne” na pierwszy rzut oka, ale upiera się, że są one całkiem „możliwe i racjonalne”. W istocie, doszedł do swojego stanowiska wyłącznie drogą rozumowania i uważa, że jego przekonania ostatecznie okażą się „całkowicie zgodne ze wszystkimi znanymi faktami”. W tym kontekście przedstawia on dalszą obronę religii, uznając jej racjonalne jądro, które – jak twierdzi – jest często oczerniane przez filozofów i podważane przez złe instytucje religijne:
Należy zauważyć, że obecny program nauczania filozofii nie jest zbyt pomocny w zrozumieniu takich kwestii, ponieważ 90 procent współczesnych filozofów uważa, że ich głównym celem jest wybicie religii z głów ludzi, a zatem działają tak samo jak złe kościoły.
Czy to przekonało Marianne, czy nie, możemy się tylko domyślać.
Dla nas, którzy wciąż tkwimy obiema nogami w tym świecie, argument Gödla przedstawia fascynującą perspektywę na to, dlaczego moglibyśmy nadal istnieć po zrzuceniu z siebie tej śmiertelnej powloki. W istocie, jego argumentacja emanuje optymizmem, że nasze przyszłe życie, jeśli ma być zaspokojone, musi być życiem, w którym maksymalnie rozwiniemy pewne podstawowe ludzkie cechy, które tutaj pozostają w nikłym stanie. Nasze przyszłe ja będzie bardziej racjonalne i w jakiś sposób zdolne do zrozumienia istoty cierpienia doświadczanego w tym życiu. Czy możemy założyć, że Kurt i Marianne są teraz razem? Miejmy taką nadzieję.
Jest adiunktem w Institute for Advanced Study w Princeton w stanie New Jersey. Zajmuje się Kantem, Heglem i niemiecką tradycją idealistyczną, a także etyką, epistemologią i religią.