Arcybiskup Fulton J. Sheen: „Skoro możliwe jest przetaczanie krwi, możliwe jest również przetaczanie modlitwy”.

Jan J. Franczak: „Formuła Fultona Sheena” dla Polski

25 września 2026 pch/formula-fultona-sheena-dla-polski

abp-Sheen-Polska-Jasna-Gora.jpg

Beatyfikacja arcybiskupa Fultona J. Sheena w St. Louis w USA 24 września 2026 r. to uroczystość długo wyczekiwana przez wielbicieli dzieła i życia wielkiego amerykańskiego duchownego. Spośród wielu pytań – także o to, dlaczego to tyle trwało, mimo uznania w 2019 r. cudu za jego wstawiennictwem – jedno wydaje się szczególnie istotne: Czego zmarły w 1979 r. Arcybiskup może nas nauczyć dzisiaj? Odpowiedzią, zwłaszcza w Polsce dzisiaj, może być „Formuła Fultona Sheena”[1].

Kiedy 20 września 1919 r. w katedrze w Peorii 24-letni Fulton Sheen przyjmował święcenia kapłańskie, złożył sobie dwie obietnice: że codziennie spędzi całą godzinę przed Najświętszym Sakramentem, adorując Pana Jezusa oraz że w każdą sobotę odprawi Mszę św. ku czci Matki Bożej w intencji ochrony jego kapłaństwa.

Ta dwuczęściowa „Formuła Fultona Sheena” była istotną częścią jego życia i tym, co zarówno wzmacniało go, jak i czymś, co zalecał innym kapłanom.

Choć postanowienie praktykowania Godziny Świętej musiało być trudne do spełnienia, wziąwszy pod uwagę tryb życia i konieczność częstych podróży późniejszego wykładowcy, kaznodziei, radiowego i telewizyjnego celebryty-ewangelizatora, autora licznych publikacji i książek, a wreszcie biskupa i arcybiskupa, to Fulton Sheen obietnicy dotrzymał aż do śmierci – czyli przez 60 lat.

Gdy zmarł 9 XII 1979 r., znaleziono jego ciało przed domową kaplicą w jego ostatnim mieszkaniu w Nowym Jorku. Jeśli bowiem mieszkał dłużej w jakimś miejscu, przeznaczał jeden pokój właśnie na kaplicę, po to, by mieć możliwość spędzenia godziny przed Chrystusem w Najświętszym Sakramencie. Sam przyznawał przy różnych okazjach, że nie pominął „żadnego dnia. Żadnego – niezależnie od trudności”[2]. Kiedyś zdarzyło mu się nawet, że zatopiony w adoracji nie zauważył, że zamknięto go w kościele.

Co ciekawe, pisał, że w gruncie rzeczy praktykowanie Godziny Świętej nie jest trudne, ale „wyjątkiem są okresy urlopu, czyli dni, w których nie ma nic do zrobienia. Wtedy bywa naprawdę ciężko”. Tymczasem, „gdy jesteśmy bardzo zajęci, godzina nie sprawia problemu, bo wiemy, że musimy ją zmieścić w planie dnia”[3].

Arcybiskup Sheen porównał Godzinę Świętą do butli tlenowej, „która w zatęchłej atmosferze świata pozwala ponownie poczuć tchnienie Ducha Świętego”. W czasach kiedy słyszy się często krytykę mechanicznego niemal odmawiania czy to różańca świętego, czy innych modlitw, dalsza uwaga arcybiskupa o Godzinie Świętej, pozwala spojrzeć na ten problem nieco inaczej – nie zawsze bowiem doświadczamy duchowych fajerwerków: „Jeśli nawet wydawało mi się, że nie mam z niej żadnej korzyści i odczuwałem brak duchowej bliskości, miałem przynajmniej wrażenie, że jestem jak pies warujący u drzwi pana na wypadek, gdyby ten miał go wezwać”[4].

Choć abp Sheen twierdził, że taka praktyka pomaga mu „utrzymać głowę nad wodą” i „wzmacnia wrażliwość na obecność eucharystyczną”, to skromnie dodawał, że nie dowodzi to jego własnej prawości. A nawet uznawał istnienie kapłanów, którzy nie mając w zwyczaju częstego nawiedzania Najświętszego Sakramentu z pewnością „w oczach Boga są tysiąc razy bardziej godni niż”[5] on sam. Mimo to wzywał zarówno biskupów, księży, siostry zakonne tak i małżonków do praktykowania Godziny Świętej. Dlaczego?

Mówiąc o sobie zauważył, że jest wielu kapłanów inteligentniejszych od niego albo równie inteligentnych jak on, a jednak to Godzina Święta dała mu skuteczność, której tamtym duchownym brak: „Ja jednak mam moc tysiąc razy większą od mocy któregokolwiek z was! Staję przed ludźmi, zaczynam mówić, a oni mnie słuchają!” Czyżby to były pełne pychy czcze przechwałki? Wiemy na podstawie niezwykłej popularności arcybiskupa jako wykładowcy i autora audycji radiowych i telewizyjnych, że nie – w końcu bił oglądalnością na głowę nawet takie gwiazdy jak Frank Sinatra! Zresztą zaraz dodawał (ponownie) skromnie: „Czy jest to moja własna moc? Bynajmniej! Święty Paweł pisze: Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś otrzymał? (1 Kor 4,7)”. To codzienna bliskość Chrystusa w Eucharystii była tą siłą.

Abp Sheen wskazywał na trzy powody praktykowania Godziny Świętej. Pierwszy z nich wydaje się szczególnie aktualny dzisiaj, a wręcz bardziej niż w czasach samego arcybiskupa, gdy media elektroniczne były jeszcze w powijakach. Pisząc o „świecie pełnym pośpiechu i napięcia”, charakteryzującym się brakiem ciągłości i „w którym co godzinę otrzymujemy nowe informacje”, wielki duchowny wskazywał na szczególną rolę telewizji w rozpraszaniu uwagi i skupienia. Bowiem „telewizja pokazuje ciąg niepowiązanych ze sobą logicznie psychodelicznych obrazów, a brak logiki niekorzystnie wpływa na zdolność myślenia”. Dziś zatem, wraz z elektronicznymi gadżetami, które każdy nosi w kieszeni, kryzys pogłębił się w stopniu chyba nawet dla samego arcybiskupa niewyobrażalnym.

Tym pierwszym powodem praktykowania Godziny Świętej jest więc to, że pozwala na „utrzymanie ciągłości modlitwy”, a w świecie tak potężnych rozproszeń „nie jest możliwe, by znaleźć się w Bożej obecności w ciągu pięciu czy dziesięciu minut. Na modlitwę potrzebujemy całej godziny. Już samo oderwanie się od świata zajmuje przynajmniej piętnaście, dwadzieścia minut. Ziemski pył okrywa nas jak płaszcz, który najpierw musimy odrzucić, aby następnie zanurzyć się w głąb”[6].

Drugi powód dla codziennej praktyki Godziny Świętej to modlitwa wstawiennicza: „Skoro możliwe jest przetaczanie krwi, możliwe jest również przetaczanie modlitwy”. Ten powód jest ponownie niezwykle aktualny w dzisiejszej Polsce, kiedy skala nienawiści między różnymi frakcjami politycznymi prowadzi wręcz do niespotykanej wcześniej agresji, także między samymi katolikami należącymi do różnych partii.
„My wszyscy – zarówno osoby duchowne, jak i świeckie – jesteśmy jako członkowie Kościoła zjednoczeni z Chrystusem – Kapłanem i Ofiarą. Ponieważ dźwigamy na swoich barkach ciężar świata, musimy wstawiać się za światem i za grzesznikami. Jeśli kapłan sam się nie modli, to jedną z najokrutniejszych rzeczy, jakie może powiedzieć osobie, która zwraca się do niego po słowa otuchy, jest polecenie: Módl się”. Dalej Sheen podkreśla, że w świecie skupiającym się na socjologii i polityce, „zapomnieliśmy, że możemy wywierać duchowy wpływ na siebie nawzajem”[7]. Modlitwa przed Najświętszym Sakramentem temu właśnie służy.

Ostatni, trzeci, powód praktykowania Godziny Świętej, jest zdaniem Sheena najważniejszy. To fakt, że sam Pan Jezus nas o to prosił, a „była to jedyna prośba, jaką do nas skierował”. Arcybiskup przypomina poruszającą scenę w Ogrodzie Oliwnym, gdy nasz Pan w czasie modlitwy doświadczył krwawego potu, a chcąc towarzystwa swoich uczniów w tych bolesnych chwilach, trzykrotnie zastaje ich śpiących i mówi: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” (Mt 26,40).

Sheen, zwracając uwagę na to, że w Ewangeliach „godzina” ma związek z działaniem zła i przewidując nasilenie się aktywności satanistycznej (co przecież też obserwujemy we współczesnej Polsce), podkreśla, że „celem praktykowania Godziny Świętej jest więc walka ze złem obecnym w świecie oraz zadośćuczynienie za skutki działania szatana. Nabożeństwo to nie ma charakteru arbitralnego. Nie jest to tylko jedna z wielu praktyk religijnych. Jest to wezwanie wynikające z Pisma Świętego”[8].

Poświęciliśmy sporo miejsca pierwszemu filarowi dwuczęściowej „Formuły Fultona Sheena”, ale wypada powiedzieć też choć słowo i o filarze drugim – nabożeństwie do Matki Bożej, które w przypadku arcybiskupa nie ograniczało się jedynie do dedykowanej Jej sobotniej Mszy św. Sheen twierdził, że to Jej zawdzięczał zachowanie celibatu. Maryja Panna towarzyszyła mu od samego początku życia, gdy jego matka po ochrzczeniu go w kościele w El Paso poświęciła swoje dziecko Matce Bożej kładąc je na ołtarzu. Sam Sheen z kolei poświęcił się potem Maryi jako dwunastolatek przyjmując I Komunię Świętą. To o Niej napisze już jako dorosły całą książkę – „Maryja. Pierwsza miłość świata” – i tam też można znaleźć pełny wykład mariologii Sheena.

Spośród wielu aspektów związanych z nabożeństwem maryjnym Sheena wspomnijmy, że jako biskup obrał sobie za motto „Da per Matrem me venire” (Daj mi przyjść do Ciebie przez Maryję). Odbył też 30 pielgrzymek do Lourdes oraz ok. 10 do Fatimy. Te pielgrzymki świadczą nie tylko o wielkiej czci, jaką darzył Matkę Bożą, ale miewały one również rys humorystyczny, związany z ufnością jaką w Niej pokładał, o czym pisał w swojej autobiografii.

W Polsce, w której przez wieki nabożeństwo do Maryi Panny odgrywało ogromną rolę, zwłaszcza w chwilach zagrożeń dla naszej Ojczyzny i w której obecnie tak bardzo się Ją znieważa bluźnierczym symbolem grzechu ciężkiego, warto wspomnieć o dwóch refleksjach arcybiskupa.

Po pierwsze, nie dziwi ten atak na wizerunki Matki Bożej. Jak podkreślał bowiem abp Sheen: „Maryja jest oknem, przez które nasze człowieczeństwo chwyta pierwsze mignięcie Bóstwa na ziemi. Lub być może jest Ona raczej jak szkło powiększające; wzmacnia naszą miłość do Jej Syna oraz rozjaśnia i rozpłomienia nasze modlitwy”[9]. Maryja zatem zawsze prowadzi do Chrystusa, a z kolei „wszelkie nabożeństwo do Maryi przeszkadza tym, którzy negują Jego bóstwo lub winią naszego Pana z powodu tego, co mówi o piekle, rozwodzie i sądzie”. A zatem detronizacja Królowej Polski, to równocześnie odrzucenie Chrystusa jako jej Króla.

Po drugie, skoro Maryja zawsze prowadzi do Chrystusa, to abp Sheen wysuwa z tego wniosek, że to właśnie poprzez Matkę Bożą dokona się nawrócenie muzułmanów. Oto bowiem miejsce słynnych objawień nie tylko musi kojarzyć się mahometanom z nawróconą na katolicyzm córką ostatniego dowódcy wojsk islamskich w Portugalii, ale także z córką Mahometa Fatimą. A to z kolei prowadzi do refleksji o znaczeniu samej Maryi, która jest darzona przez muzułmanów ogromną czcią. Zdaniem Sheena to właśnie od tego powinien wychodzić wysiłek misyjny wobec wyznawców Allacha – od Maryi, ona bowiem – jako uważana również przez samego Mahometa za ważniejszą od jego córki – zaprowadzi ich ostatecznie do Chrystusa.

Jeszcze przed II wojną światową ks. Sheen podkreślał, że rozwiązanie kryzysu cywilizacji Zachodu nie ma charakteru ekonomicznego czy politycznego, ale duchowy. Czy zatem rozwiązaniem kryzysu i zagrożeń w Polsce nie powinna stać się „Formuła Fultona Sheena”: propagowanie Godziny Świętej wśród duchownych, osób zakonnych i świeckich oraz wzmocnienie nabożeństwa do Maryi Panny – Królowej Polski?

Jan J. Franczak

Przypisy:

  1. Por. Joan Sheen Cunningham, Janel Rodriguez, Mój stryj Fulton Sheen. Spojrzenie z bliska, tłum. Jan J. Franczak, Wydawnictwo AA, Kraków 2022, s. 121.
  2. Fulton J. Sheen, O siłach zła, zebrał i opracował ks. Dave Tomaszycki, tłum. Zbigniew Kasprzyk, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2026, s. 167.
  3. Op. cit., s. 167.
  4. Fulton J. Sheen, Skarb w glinianym naczyniu, tłum. Zbigniew Kasprzyk, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2020, s. 262.
  5. Op. cit., s. 270-271.
  6. Fulton J. Sheen, O siłach zła, op. cit., s. 253.
  7. Op. cit., s. 257-258.
  8. Op. cit., s. 261-266.
  9. Fulton J. Sheen, Maryja. Pierwsza miłość świata, tłum. Dominika Krupińska, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2018, s. 105.

Czarna wołga a RPD. MEM-y IV.

————————

————

—————————

————————–

—————-

——————–

——————————————-

————————————————–

——————-

——————

{„remix_data”:[],”remix_entry_point”:”challenges”,”source_tags”:[„local”],”origin”:”unknown”,”total_draw_time”:0,”total_draw_actions”:0,”layers_used”:0,”brushes_used”:0,”photos_added”:0,”total_editor_actions”:{},”tools_used”:{„transform”:3},”is_sticker”:false,”edited_since_last_sticker_save”:true,”containsFTESticker”:false}

Polityczni topielcy. Stare i nowe poligony.

Polityczni topielcy

24.09.2026 wolnemedia/polityczni-topielcy

Stare i nowe poligony

Donald Trump, Władimir Putin i Wołodymir Zełenski, choć każdy z innych przyczyn, utknęli w wojnie spreparowanej przez jej zwolenników zza biurek. Co najmniej pół roku wcześniej, kiedy Donald Trump zaczął się czuć jak posiadacz czarodziejskiej różdżki, a jej dotknięcie miejsca na mapie miało oznaczać „to moje”, pułkownik Douglas Macgregor zauważył, że na Grenlandii bazy USA już są, reszta zaś była zbędna. Chyba że chodziło o wzniecenie konfliktu dla odwrócenia uwagi od już trwającego. Zdaniem australijskiego dziennikarza Johna Helmera, najświeższe doniesienia z Grenlandii wskazują, że staje się ona nowym poligonem. Dania, jedno z najzacieklej krytykujących Rosję państw NATO, zgodziła się na istnienie baz amerykańskich, co aprobował Donald Trump w zamian za odstąpienie od aneksji całej Grenlandii. Przy kilku bazach i nowych możliwościach prowadzenia wojny z Rosją, do których należałoby wzmocnienie wszelkich zakazów zawijania do portów jednostek rosyjskich, chińskich oraz innego wykorzystywania Grenlandii przez Rosję, otwarta została nowa strefa potencjalnego zaognienia stosunków międzynarodowych.

Takim samym gorącym poligonem jest Ukraina. Radykalizacja działań rosyjskich, wynikająca z niechęci do bezpośredniego sąsiedztwa z państwem spreparowanym na modelu Izraela, doprowadza właśnie do skutku, jakim jest załamanie gospodarki. Zablokowany został eksport ukraińskiego zboża. Równocześnie zablokowany jest import drogą morską do portów Morza Czarnego.

Nasilone ataki na cele przemysłowe sparaliżowały całą moc produkcyjną stali na Ukrainie. Rosnący deficyt energii elektrycznej w tej sytuacji zapowiada całkowite załamanie gospodarki tego państwa.

Ukraiński rząd na uchodźstwie i RCB

Rząd Wołodymyra Zełenskiego, choć krytykowany wewnętrznie, nie upadnie przy wsparciu zachodnich sponsorów, skoro do jego dyspozycji pozostaje armia NATO, gotowa do ciągłej walki za wielkie interesy oligarchów i potężne pieniądze z Europy. Na tym tle powstała właśnie koncepcja stworzenia „rządu na uchodźstwie” z wiosną przyszłego roku. Terenem działania tego rządu pozostanie nadal Ukraina. Odpowiednio dobrany zestaw personalny, przeniesiony z Kijowa do Lwowa, ma za zadanie przygotować kolejną falę uchodźców do Polski, Niemiec i innych części Europy. Strach przed napływem uchodźców ukraińskich, widoczny już w roku 2022, powróci. Zełenskiemu jest to potrzebne.

Ukraińskie sieci rozsianych po Polsce stowarzyszeń, fundacji i biur będą pogłębiać rozsadzanie tkanki ludnościowej, na co nie jesteśmy zupełnie przygotowani, a rządzący, jak zawsze, za priorytet przyjmować będą litość nad uciekającymi od wojny. Grożąca nam relokacja jest szykowana na podobieństwo akcji „Most”. Zwłaszcza realny jest ów plan przy oficjalnych założeniach rządu o potrzebie ewakuacji części ludności z terenów wschodnich, zawartych w Krajowym Planie Ewakuacji opracowanym przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa (RCB) i MSWiA. Bagatelizowane plany uznaje się za plotkę, lecz przypomnijmy, że plotki pandemiczne okazywały się twardą rzeczywistością (Operacja Most).

Schyłkowa prezydentura

Dezaprobata dla Trumpa w USA przechyliła się radykalnie na jego niekorzyść po doświadczeniu seryjnego fiaska konfrontacji sił w Iranie. Nie zostały zrealizowane zasadnicze cele, które majaczyły na początku: obalenie rządu w Teheranie, zbuntowanie ludności przeciwko panującej ekipie, nieudane przejęcie kontroli nad szlakiem handlu ropą, przy kompromitacji zapowiadanej skuteczności sił morskich i powietrznych (i braku lądowych) oraz utracie baz w regionie. W tej sytuacji ekipa współrządząca traci morale i odwraca się w poszukiwaniu nowych miejsc pracy, rozumiejąc, że zwierzchnik nie panuje nad utopijnie obiecanym sukcesem.

W obecnej sytuacji, którą sam stworzył, Donald Trump nie opanuje inflacji i nie odwróci wyniku wojny z Iranem, więc jego notowania polityczne spadają gwałtownie czerwoną kreską, wzorem notowań giełdowych. Nie ma żadnych rozwiązań. Nie potrafi nawet zapanować nad własną nieporadnością, dosłownie kompromitując się wygłoszonym w ONZ przemówieniem, ku zniesmaczeniu odbiorców.

Po wystąpieniu prezydent USA miał spotkanie z Zełenskim, równie tonącym jako przywódca, mimo wcześniejszego instruktażu na lotnisku Shannon przez szefa CIA – Johna Radcliffe’a. Ich samoloty całkiem przypadkowo tankowały paliwo w tym samym miejscu i czasie. Trump z Zełenskim, skazując się na wzajemne wsparcie, są politycznymi topielcami.

Cytowane przez amerykańską prasę telefoniczne apele Trumpa do Zełenskiego, by przestał atakować rosyjskie rafinerie, obnażają jego pełną hipokryzji dywersję, kierowaną do wyborców amerykańskich. Należy podważyć istnienie jakiejkolwiek nitki negocjacyjnej między USA i Ukrainą, z czego Rosjanie w pełni zdają sprawę.

Perspektywa

Interesy USA i Ukrainy łączy wojna i jej nowe odsłony (Grenlandia), a rzekome rozmowy trójstronne są ochłapami rzucanymi wyborcom. Komunikaty o braku postępu w rozmowach jednoznacznie podważają celowość wizyt Kushnera i Witkoffa na Kremlu. Zapętlenie prezydenta USA w jego taktyce znajduje przejaw w zamknięciu dostępu prasy do Białego Domu.

W tym samym czasie Władimir Putin ma za sobą wybory parlamentarne. Zwycięstwo partii Zjednoczona Rosja przy frekwencji 59% potwierdza mocną pozycję partii rządzącej, nawet wbrew sondażom przedwyborczym. Zdobyła ona zwykłą większość w rosyjskiej Dumie, co daje prezydentowi większą swobodę działania.

Partia Komunistyczna z dożywotnim przywódcą Gienadijem Ziuganowem zdobyła 14% dzięki sprzyjającym jej tzw. opozycjonistom. Przykładem był Aleksiej Nawalny.

Uporczywa praca Europejczyków nad zakłóceniem wyborów w Rosji poprzez posłanie około 2000 dronów nad jej obszar w trakcie głosowania odniosła skutek bumerangu. Zamiast spodziewanego strachu, rosyjscy wyborcy zmobilizowali się podobnie jak podczas bombardowania Iranu, a w historii – Niemiec czy Japonii, co zmotywowało ludność do zjednoczenia przy rosnącej niechęci do sprawcy. Efektem zachodnich aktów wojennych, firmowanych jako ukraińskie, wzmogły się apele wielu środowisk o większy radykalizm zmierzający do zakończenia wojny. Między innymi chodzi o udaremnienie dostaw transportów drogowych i kolejowych z Polski przez granicę polsko-ukraińską. Zgoda na silniejszy mandat W. Putina wynika z rosnącego gniewu, dając mu przewagę. Impas Putina wynika z pomysłu potraktowania rządzących Ukrainą jako rządu na uchodźstwie skierowanego przeciwko Rosji na zawsze. Tego nie da się zniszczyć czy zneutralizować w drodze negocjacji.

Jako żywo, Ukraina jest kalką idei Izraela – wiecznie jątrzącego tworu na obszarze Bliskiego Wschodu. Siergiej Ławrow czytelnie zdiagnozował: „Etap negocjacji zakończył się w Anchorage na Alasce”. Oznacza to, że bezpieczeństwa Rosji nie można uzyskać w rozmowach z Ameryką, skoro jej stosunek do Ukrainy sprowadza się do traktowania jej obszaru jako poligonu, na którym trwa wieczna wojna. Stawia to Rosję w obowiązku stawienia czoła eskalującej wojnie z sojuszem europejsko-amerykańskim. Błędem Putina jest – albo już tylko była – nadzieja, że z Zachodem można negocjować. Ostatecznym tego dowodem jest sytuacja na Bliskim Wschodzie, żywo dyskutowana w trwającej od kilku dni 81. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ.

W niezmiennym stylu Donald Trump użył szantażu: „Moją propozycją dla Iranu jest jego zgoda na to, by mógł istnieć jako największe mocarstwo, być może na świecie, albo go całkowicie zniszczę”, wbrew wyborczej obietnicy, że gotów jest do zawarcia umowy. Nie dodał, że wyłącznie na warunkach bezwzględnej subordynacji. Przeczył też toczącej się w marcu 2026 r. wojnie Mike Johnson, nazywając amerykańskie ataki na Iran „misją ograniczoną do operacji na wybrane obiekty, która już jest prawie zakończona”.

Przewodniczący António Guterres, mówiąc o sytuacji bliskowschodniej i Gazie, skwitował: „Dość, już dość eskalacji, apeluję do przywódców o rozmowy”. Emir Kataru – szejk Tamim ibn Hamad Al Sani, poza wezwaniem do zakończenia kryzysu humanitarnego w Gazie i otwartą krytyką Izraela za działania w Gazie, Syrii i Libanie, oczekuje odblokowania Cieśniny Ormuz. Stwierdził też: „Nadszedł czas, by dotychczasowe słowa dotyczące wartości stały się praktyką”.

Najtrafniej w ocenie sytuacji wypada prezydent Iranu Masud Pezeshkian, na którego słowa delegacja amerykańska opuszcza salę obrad. Najradykalniej brzmi wypowiedź prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, choć on sam ma wyraźne trudności w poruszaniu się – porównał w niej Gazę do największego na świecie cmentarza.

Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com [1] [2] [3] [4]
Źródło: WolneMerdia.net

Dron nad bazą wojsk amerykańskich w Redzikowie. -112 – RATUJ !! – MEM-y III.

———————-

—————————

——————————-

——————————

————————-

————————

——————————–

————————-

{„remix_data”:[],”remix_entry_point”:”challenges”,”source_tags”:[„local”],”origin”:”unknown”,”total_draw_time”:0,”total_draw_actions”:0,”layers_used”:0,”brushes_used”:0,”photos_added”:0,”total_editor_actions”:{},”tools_used”:{„selection”:1,”transform”:3},”is_sticker”:false,”edited_since_last_sticker_save”:true,”containsFTESticker”:false}

Absurd na skalę biliona: Jak Kijów chce wydawać pieniądze, których nie ma

Absurd na skalę biliona:

jak Kijów chce wydawać pieniądze,

których nie ma

Władimir Kostyriew wyjaśnia, dlaczego Zełenski przedstawia „martwy” budżet i w jaki sposób podsyca konflikty w imię zysków z korupcji.

Władimir Kostyriew , zastępca szefa redakcji TASS ds. krajów sąsiednich

21 września, tass-ru/opinions

© Sean Gallup/Getty Images

Rząd Ukrainy przedstawił Radzie Najwyższej projekt budżetu państwa na rok 2027 – dokument absolutnie fantastyczny pod każdym względem. Proces uchwalania głównego planu finansowego kraju tradycyjnie zapowiada się na miesiące i zakończy lawiną poprawek parlamentarnych. Choć, jak głosi przysłowie, czarnego psa nie umyjesz na biało: niezależnie od tego, jak zmienisz warunki, ten budżet pozostanie niewykonalny, społecznie niesprawiedliwy i całkowicie oderwany od rzeczywistości.

Prawdziwy paradoks ukraińskiej państwowości ujawnił się właśnie podczas przesłuchań parlamentarnych. Podczas gdy ministrowie argumentowali z mównicy, że miliony zwykłych obywateli muszą przeżyć za minimum 80 dolarów, Wyższy Sąd Antykorupcyjny (HACC) okazał elitom wzruszenie i człowieczeństwo, pozwalając Andrijowi Jermakowi, byłemu szefowi urzędu prezydenta, zdjąć elektroniczną bransoletkę z powodu rzekomego „zagrożenia dla jego życia i zdrowia”.

Zręczność rąk i brak oszustwa

W rzeczywistości sami posłowie Rady rozumieją niewystarczalność dokumentu. Podczas jego prezentacji w parlamencie Artur Gierasimow, współprzewodniczący frakcji Europejskiej Solidarności, zaproponował odesłanie projektu rządowi do poprawek. Jednak w tym momencie sala obrad była praktycznie pusta. Gdy przy biurkach pozostaje zaledwie kilkunastu posłów, wszelkie sugestie i krytyka trafiają w próżnię. Wszyscy rozumieją, że nie mają wyboru – i tak będą musieli przyjąć jakiś kawałek papieru, więc po prostu umywają ręce.

Przeczytaj także

Ekonomiczny Frankenstein: Dlaczego Kijów rozdmuchuje prawdziwy kryzys budżetowy

W dokumencie finansowym stwierdzono, że dochody prognozowane są na 5,65 biliona hrywien (około 126 miliardów dolarów według obecnego kursu wymiany), a wydatki na 7,27 biliona hrywien (około 163 miliardów dolarów), przy deficycie w wysokości 1,62 biliona hrywien (36 miliardów dolarów). Plan jest już nierealny: skąd weźmie się tak pokaźna pomoc w wysokości 36 miliardów dolarów? Ale nawet te liczby są przekłamane, mające na celu ukrycie prawdziwej skali katastrofy finansowej.

Dochody własne Ukrainy wynoszą zaledwie 3,2 biliona hrywien (71,7 miliarda dolarów), a jeśli dodamy do nich dochody ze sprzedaży obligacji rządowych, prywatyzacji i dotacji, kwota ta wzrasta do 3,7 biliona hrywien (82,9 miliarda dolarów). Okazuje się, że budżet na tym etapie uwzględnia już pomoc zagraniczną. Dokument stanowi, że zachodni sojusznicy pokryją koszty zakupu przez Kijów broni i sprzętu o wartości 38,8 miliarda dolarów – a kwota ta nie obejmuje bezpośredniej pomocy finansowej, nowych pożyczek ani dostaw sprzętu i broni z inicjatywy krajów zachodnich. Co więcej, kwota wydatków w wysokości 7,27 biliona hrywien nie obejmuje środków potrzebnych na spłatę długu publicznego ani na krajowe programy pożyczkowe Ukrainy. Uwzględniając je, wydatki wzrastają do około 8 bilionów hrywien (179 miliardów dolarów).

Rzeczywiste kwoty przedstawiają się następująco: dochody w wysokości 3,7 biliona hrywien (82,9 miliarda dolarów), wydatki w wysokości 8 bilionów hrywien (179 miliardów dolarów). Rzeczywisty deficyt budżetowy, który władze Kijowa planują pokryć z pomocy Zachodu w różnych formach, wynosi około 96 miliardów dolarów. Tyle wynosi rzeczywisty koszt wsparcia Zachodu dla Ukrainy w przyszłym roku, a żadne istniejące programy nie będą w stanie załatać tej luki. Ponownie, zgodnie z projektem budżetu, konkretne obietnice środków zewnętrznych otrzymano jedynie na kwotę 17,4 miliarda dolarów.

Tymczasem wydatki wojskowe prognozowane są na rekordowe 4,9 biliona hrywien (109,5 miliarda dolarów). To znacznie więcej niż całkowite dochody Ukrainy. Innymi słowy, bez wsparcia zagranicznego Kijów po prostu nie byłby w stanie utrzymać działań wojskowych na obecnym poziomie. Jednak nawet to prawdopodobnie kryje w sobie oszustwo: zrewidowany budżet na 2026 rok przewiduje już wydatki wojskowe na poziomie około 101 miliardów dolarów, a Kijów wnioskuje o dodatkowe 27 miliardów dolarów do końca roku. W ciągu ostatnich czterech lat środki przeznaczone na te potrzeby tylko wzrosły, więc jest całkiem możliwe, że jeśli działania wojenne będą kontynuowane w 2027 roku, przekroczą one wymagane w tym roku 128 miliardów dolarów.

Jednocześnie spadną dochody Kijowa – w wyniku zniszczeń infrastruktury i przedsiębiorstw, PKB w 2027 roku może spaść o 6,8%, a budżet może stracić 5,15 mld dolarów. Ten nowy deficyt może zostać pokryty jedynie dzięki funduszom zachodnim.

Pieniądze na pałace, minimum na chaty

W podziale środków na poszczególne pozycje również można znaleźć wiele zaskakujących rzeczy.

Przeczytaj także

Od czarnej owcy: dlaczego Berlin zażądał od Kijowa wsparcia niemieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego

Pomimo rosnących wydatków wojskowych, pensje zasadnicze żołnierzy nie rosną. Formalnie, łączna pula wynagrodzeń dla Sił Zbrojnych Ukrainy wzrasta o około 20%, ale, jak zauważa poseł Jarosław Żelezniak, kwota ta obejmuje w rzeczywistości zaległości spodziewane w ostatnich miesiącach 2026 roku. Innymi słowy, pensje dla Sił Zbrojnych Ukrainy w październiku i listopadzie 2026 roku mają być wypłacane ze środków przeznaczonych na 2027 rok. Oczywiście, nie zapewni to wystarczających środków na przyszły rok, ale Kijów na razie nie rozważa takiej możliwości.

Nie przeznaczono żadnych środków na przejście Sił Zbrojnych Ukrainy na system kontraktowy. Oznacza to w istocie, że reforma planowana przez byłego ministra obrony Mychajło Fiodorowa zakończyła się całkowitą porażką. Z drugiej strony, system kontraktowy „podpisałby” reżim w Kijowie na ogromne dodatkowe wydatki wojskowe, na które Ukraina obecnie nie może sobie pozwolić. Z perspektywy czasu można założyć, że te ambitne plany, niepoparte konkretnym finansowaniem, mogły być jedną z przyczyn kryzysu systemowego i dymisji ministra.

Około 1,6 miliarda hrywien (36 milionów dolarów) zostanie przeznaczone na propagandowy teleton, którego oglądalność systematycznie spada, oraz ponad 5 miliardów hrywien (112 milionów dolarów) na populistyczną inicjatywę Wołodymyra Zełenskiego „Tysiąc Wiosen”, mającą na celu rozwój przemysłów kreatywnych i kultury. Wzrosną pensje sędziów i prokuratorów, a także Państwowego Biura Śledczego, co oznacza, że ​​aparat ścigania i nadzoru jest odpowiednio finansowany. 

Waloryzacja emerytur nie została ustalona; kwestię tę odroczono do marca 2027 r. i pozostawiono do decyzji rządu. Nie przeznaczono żadnych środków na wybory. Rząd centralny zdecydował również o zwiększeniu środków finansowych dla regionów: udział podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT), który pozostał w dyspozycji miast i wsi, został zmniejszony z 64% do 60%. Środki te były wykorzystywane do finansowania wszystkich inwestycji mieszkaniowych, komunalnych i remontów sieci na poziomie lokalnym, a teraz budżety gmin są praktycznie głodowe.

Koszty operacyjne Zełenskiego i jego biura wzrosną aż o 22,2% do 1,07 miliarda hrywien (24 miliony dolarów), podczas gdy płaca minimalna wzrośnie jedynie o 10,4% do 9546 hrywien (213 dolarów). Minimum socjalne ustalono na 3559 hrywien miesięcznie (79,50 dolarów). Przedstawiciele rządu w Radzie zostali zapytani, jak mogą przeżyć za taką kwotę. Posłowie nie otrzymali odpowiedzi. 

Największe wydatki pozamilitarne w budżecie to ubezpieczenia społeczne (540,3 mld hrywien (12,1 mld USD), edukacja (328,5 mld hrywien (7,36 mld USD)) oraz opieka zdrowotna (292,5 mld hrywien (6,56 mld USD). Łączne wydatki na te pozycje wyniosły 1,16 bln hrywien (26 mld USD). Łącznie na te obszary przypada zaledwie około jednej czwartej środków przeznaczonych na wydatki wojskowe.      

Europa zapłaci za wszystko

Z tego wszystkiego wynikają dwa wnioski.

Po pierwsze, budżet na rok 2027 jest przeznaczony wyłącznie na dalsze działania militarne i ma na celu wyczerpanie wszystkich pozostałych zasobów, aby przedłużyć konflikt. Kijów nie ma realnych intencji pokojowych. Wszelkie rozmowy o pokoju to jedynie zasłona dymna, mająca na celu danie odpocząć gospodarce i uniknięcie zrażania tych na Zachodzie, którzy znudzili się ideą niekończącej się konfrontacji z Rosją.

Przeczytaj także

Więcej mięsa armatniego: Jak i dlaczego Europa popycha Ukraińców na rzeź

Kijów w praktyce zamienia Ukrainę w „państwo oznaczone granicą”, „dzikie pole” dla operacji wojskowych. Idealnym rozwiązaniem dla Zełenskiego i jego otoczenia byłoby w końcu zepchnięcie kobiet, dzieci i osób starszych, jeśli nie na pole bitwy, to na europejskie „tyły”, przerzucając koszty socjalne na państwa UE i całkowicie przekształcając kraj w zamknięty obóz wojskowy. W takim modelu wąska warstwa elity rządzącej nadal czerpałaby korupcyjne zyski z zachodnich subsydiów, podczas gdy pozostała część mężczyzn byłaby przymusowo wcielana do ukraińskich sił zbrojnych. Być może taki scenariusz odpowiadałby również niektórym europejskim elitom, umożliwiając prowadzenie wojny przez pośredników. Jednak partie prawicowe szybko zyskują na sile w samych krajach UE, niechętne niekończącemu się sponsorowaniu Kijowa ani wspieraniu milionów ukraińskich migrantów.

Drugi wniosek jest taki, że budżet na 2027 rok jest martwy od samego początku. Ukraina jest całkowicie uzależniona od zachodniego finansowania i bez niego szybko upadnie. Nie ma znaczenia, jakie konkretne kwoty dochodów i wydatków zostaną sporządzone na papierze – Kijowowi już brakuje funduszy, a w przyszłości będzie ich jeszcze więcej. Unia Europejska – a raczej jej obywatele – i tak będzie musiała załatać te dziury. Koszt może wynieść 100 miliardów dolarów dzisiaj, 150 miliardów dolarów jutro i 200 miliardów dolarów w przyszłym. Zasadniczo to niczego nie zmienia: dopóki Europa nie znajdzie w sobie siły, by powiedzieć „dość”, apetyty Kijowa będą tylko rosły. 

Gdzie was mamy. MEM-y II.

———————————-

———————-

——————–

Twarze Izraela

===========================

————————-

————-

————————————-

————————

——————————-

Marszałek polny. MEM-y I.

————————–

—————————–

———————————-

————————————————————–

—————-

————

On w zasadzie to powinien mieć teraz tytuł marszałka polnego!

——————-

——————

——————————

———————————

Atak Ukraińca w klasztorze. Nie żyje katolicki ksiądz

Atak Ukraińca w klasztorze. Nie żyje katolicki ksiądz

Łukasz Jastrzębski

Dzisiaj w Jarosławiu na Podkarpaciu 31-letni Ukrainiec zabił katolickiego księdza, kolejne cztery osoby zranił. W głowie się to nie mieści. Zabicie w biały dzień księdza w kościele przy konfesjonale – chyba nic takiego nie miało miejsca od czasów niemieckiej okupacji. Ukrainiec został zatrzymany, poszkodowani Polacy trafili do szpitala. Na miejscu pracują policjanci. Liberalne media wydają się bardziej przejęte losem sprawcy, niż jego ofiar.

——————————-

Wstrzymałem się z komentarzem, by trochę ochłonąć. Słuchałem radia, gdzie podano właśnie informacje, że w ciągu ośmiu miesięcy Straż Graniczna ujawniła prawie 8 300 cudzoziemców naruszających przepisy dotyczące wjazdu i pobytu w Polsce. To o blisko 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Najpiękniejszą grupą byli oczywiście Ukraińcy.

Wracając do sprawy. Oczywiście winny jest 31-letni Ukrainiec – ale nie tylko on. Winni są również wszyscy ci, którzy w imię bezrozumnej rusofobii narażają nasz naród na niebezpieczeństwa. Bo wpuszczenie rzeszy ludzi bez sprawdzenia kto jest kim, nie jest pomocą humanitarną. Jest po prostu kompletnym debilizmem.

21 września w Będzinie prymitywny i wulgarny Włodzimierz Czarzasty szydził z młodego człowieka, który z troską pytał o bezpieczeństwo Polaków w tym właśnie kontekście. Idiotycznie pogrywał sobie pytając „stało się coś panu dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj”. No co panie Czarzasty? Pojedzie pan do Jarosławia i powie coś rodzinie zabitego księdza? Tylko nie o „sraniu w polu” jak ma pan w zwyczaju, ale coś sensownego …

Gdzie są te wszystkie autorytety moralne z nadania „Gazety Wyborczej” i TVN-u, które dostały wścieklizny umysłu bo ktoś wulgarnie zwrócił uwagę Ukrainkom w autobusie w Bielsku-Białej? Gdzie są ze swoim świętym oburzeniem Donald Tusk, Radosław Sikorski, Władysław Kosiniak-Kamysz i Paweł Kowal? Gdzie jest łajający premiera Leszka Millera za zbyt małą ukrainofilię Aleksander Kwaśniewski i Bronisław Komorowski? Gdzie są te wieczne sfochowane ministerki i poślice od budowy bagien, ścigania węgla i pierdzących krów? Gdzie jest ta Konferencja Episkopatu Polski, która stała się rzecznikiem Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej, ale nie ma odwagi by sie upomnieć o pochowanie wymordowanych przez Ukraińców księży katolickich na polskich Kresach? Gdzie są forso-lubni Paulini z Jasnej Góry, którzy przyzwalali na śpiewanie „Czerwonej kaliny” pod ikoną Matki Boskiej? Gdzie są pisowskie „Gazety Polskie”, które bredzą dalej o ruskiej okupacji.

Co tym razem wymyślicie? Że to rosyjska prowokacja? Że zabijał Polaków po ruskiej wojennej traumie? Że Putin z Miedwiediewem kazali? Że upił go, popchnął do tego czynu Ławrow? Że to rosyjskojęzyczny komunista z Ługańska? Wjechał do Polski od strony Niemiec, to ewentualnie można zwalić na „prorosyjską” Alternatywę dla Niemiec lub byłego kanclerza Gerharda Schrödera.

Najwyższy czas przetrzeć oczy i przestać bajdurzyć o ukraińskich Aniołach ratujących naszą cywilizację i gospodarkę. Najwyższa czas rozliczyć tych co bredzili, że „jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”, „wpuśćmy wszystkich, potem się sprawdzi kto jest kim”, potrzebujemy bogactwa kulturowego, językowego i etnicznego, które powstaje dzięki różnorodności”.

Najwyższy czas by zacząć kierować się egoizmem narodowym, a nie poleceniami z Brukseli, Berlina i Londynu.

Jakiś idiota w radiu mówi, że to nasza wojna – bo giną w niej nasi rodacy. Jedyni rodacy, którzy nie byli najemnikami a zginęli, to rolnicy z Przewodowa. I choćby Natalia Panczenko z Wasylem Bodnarem na szczudłach przy akompaniamencie Grzegorza Rysia odtańczyli „Batʹkо nasz Bandera” na wrocławskim rynku, to nikt posiadający trzy szare komórki nie uwierzy w wersję, którą chciał Polakom wmówić Wołodymyr Zełenski. Po to chciał to zrobić – co przyznał nawet Andrzej Duda – by nas wciągnąć w wojnę przeciwko Rosji. Po prostu nikt już nie kupuje tego kitu.

To nie znaczy, że mamy źle traktować Ukraińców. Bo Ukraińcy są różni. Traktujmy ich tak samo jak Białorusinów, Wietnamczyków, Rosjan czy Greków. I wielu z nich ma dość skorumpowanych władz na Ukrainie składających hołdy mordercom Polaków – Banderze, Melnykowi, Szuchewyczowi, OUN, UPA i ukraińskiej 14. Dywizji Grenadierów SS. Problemem jest polityka władz w Polsce – zarówno tych z Koalicji Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i Nowej Lewicy jak i ich poprzedników z Prawa i Sprawiedliwości. To ich decyzje pogorszyły bezpieczeństwo i sytuację gospodarczą Polaków.

Łukasz Jastrzębski

Książę-Małżonek i cudaki

Książę-Małżonek i cudaki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  24 września 2026 michalkiewicz

Czegóż to nie wypisują niezależne media głównego nurtu? Coraz mniej ma to wspólnego z rzeczywistością, a coraz więcej – z tak zwanym „chciejstwem” to znaczy – z marzeniami, jak powinno być. Jakże inaczej potraktować opinię, według której Rosja nie jest już mocarstwem, bo jej mocarstwową pozycję zajęła Polska? Ciekawe, kto inspiruje tego rodzaju opinie. Obawiam się, że źródłem inspiracji może być Książę-Małżonek i podlegająca mu nasza – pożal się Boże – „dyplomacja”, którą złośliwy Władysław Bartoszewski nazwał w swoim czasie „dyplomatołkami”. Rzeczywiście – kiedy się słucha wypowiedzi niektórych z nich, to niepodobna oprzeć się takiemu wrażeniu. Jakże inaczej traktować opinię, według której amerykański prezydent Trump to matoł, który dobiera sobie jeszcze głupszych od siebie, by negocjowali z zimnym ruskim czekistą Putinem zakończenie wojny na Ukrainie? Gdyby zamiast swojego zięcia, czy tego drugiego, Witkoffa, słuchał naszych dyplomatów, to już dawno byłoby po harapie. Niestety jest odwrotnie, dlatego świat cierpi niewypowiedziane katiusze.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że i szef naszej dyplomacji, czyli Książę-Małżonek, złożył niezapowiedzianą wizytę na Ukrainie, żeby już nie opierać się na raportach, co to nie warte są nawet funta kłaków, tylko obejrzeć na własne oczy, usłyszeć na własne uszy i wyrobić sobie opinię. Jeśli wierzyć Księciu-Małżonku, to był on na Ukrainie rozchwytywany przez tamtejszych dygnitarzy, dla których on też musiał stanowić wielką osobliwość. Nawiasem mówiąc, Książę-Małżonek, sprokurował sobie na tę okazję wdzianko, łączące ze sobą i dyplomatyczny szyk i żołnierską prostotę. Jestem pewien, że wdzianko, podobnie zresztą, jak i sam Książę-Małżonek, musiały na Ukrainie i na Ukraińcach zrobić niezapomniane wrażenie.

W dodatku, jakimści sekretnym sposobem dowiedział się o wszystkim zimny ruski czekista Putin i w przekonaniu, że Książę-Małżonek, jak wszyscy inni, przybywający do Kijowa cudzoziemcy, będzie wracał do Warszawy koleją, wysłał drony, a właściwie jednego, który zbombardował lokomotywę stojącą na bocznym torze niedaleko polskiej granicy. Tymczasem Książę-Małżonek jak zwykle Putina przechytrzył i w pociągu ewakuacyjnym wcale go nie było.

Wyobrażam sobie, jak boleśnie musiał Putin przeżuwać gorycz tej porażki tym bardziej, że – jakby tego było mało – Książę-Małżonek argusowym okiem spenetrował prawdę, że w Okręgu Królewieckim Putin zgromadził nawet spore zapasy ponaddźwiękowych dzid – ale nie ma tam żołnierzy, którzy by ich pilnowali, więc może by tak skorzystać z okazji? Natychmiast zareagował pan Pieskow, zapowiadając ściągnięcie do Królewca dywizji syberyjskich. Po co tedy było informować o tym pana Pieskowa?

Ale i bez tego czekają nas wielkie zgryzoty. Oto niedawno zakończyło się Forum Ekonomiczne w Karpaczu, gdzie uczestnicy obliczyli wartość strat, jakie Polska poniosła pomagając Ukrainie w latach 2022-2025. Okazało się, że zbliża się ona do 500 mld złotych – ale to może okazać się niewiele w porównaniu do kosztów, jakie mogą się pojawić, gdy tylko Polska przystąpi do realizacji pomysłu Wielce Czcigodnego Pawła Kowala. Proponuje on, by te 500 mld złotych ściągnąć, ale nie z Ukrainy – uchowaj Boże! – tylko … z Rosji. To by oznaczało nie tylko niebotyczny wzrost tych strat, ale również – konieczność przystąpienia do składania ofiar z ludzi. Ale jeśli jest rozkaz, by służyć Ukrainie, to nie ma rady – ofiary muszą być.

Tymczasem, dopóki nie padnie salwa, nasi Umiłowani Przywódcy zabawiają się w wojnę. Niedawno pan minister Kierwiński, za pośrednictwem systemu ostrzegawczych syren, wył tak głośno, że w środku nocy poderwał na równe nogi mieszkańców województwa lubelskiego i podkarpackiego, wysyłając im jednocześnie „alerty RCB”, żeby niezwłocznie udali się w „bezpieczne miejsce”. Problem polega na tym, ze w naszym nieszczęśliwym kraju nikt nie wie, gdzie to bezpieczne miejsce się znajduje, zwłaszcza gdy Putin zablokował drogę na Zaleszczyki. Toteż, jak tak dalej pójdzie, może się powtórzyć sytuacja, o której czytamy w bajce Ezopa o pastuszku, który kilkakrotnie podrywał na równe nogi całą wieś pod pretekstem, że wilki atakują owce. Kiedy już wieśniacy się z tymi alarmami oswoili, wilki naprawdę napadły na owce, ale wtedy nikt się nie ruszył.

Inna sprawa, że nasz nieszczęśliwy kraj pogrąża się w wojnie niezależnie od Putina. Oto obywatel Żurek Waldemar postanowił dokonać podmianki na stanowisku rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości i z zagadkowych powodów upodobał sobie w panu prof. Sławomirze nomen omen Cudaku. Od razu na mieście rozpełzły się fałszywe pogłoski, jakoby pan Cudak był z wykształcenia piekarzem i członkiem PZPR, a jego kariera naukowa wystrzeliła w górę dopiero, gdy został pułkownikiem. Zapewne w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony pan prof. Cudak pułkownikiem chyba jest naprawdę. To by zresztą rzucało pewne światło na upodobania obywatela Żurka Waldemara, który – jak to pisze Mickiewicz w bajce o zającu i żabie – ma wprawdzie swoją żabę, co przed nim ucieka, ale i swojego zająca, którego się boi.

Więc ingres pana prof. Cudaka do AWS odbywał się wprawdzie w asyście licznych zastępów policji, jednak co z tego, skoro jedna – ale za to Wielce Czcigodna posłanka Maria Kurek, własną piersią zasłoniła mu wejście do gabinetu i w ten sposób uniemożliwiła zasięście własnym zadem na fotelu rektora? W dodatku Wielce Czcigodna pani Kurek przebywa w tym gabinecie aż do dzisiaj, pijąc tylko wodę z kranu i w ogóle. W związku z tym Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz jeszcze z jednym posłem-desperatem planują rozwiercenie zamków, by w ten sposób dostarczyć Wielce Czcigodnej pani Marii żywność i medykamenty. Co na to powiedzą siepacze obywatela Żurka? Najwyraźniej w otwartym właśnie sezonie łowieckim czekają nas piękne sceny myśliwskie tym bardziej, że operacja siłowego przejęcia AWS jest chyba tylko próbą generalną opanowania przy pomocy „silnych ludzi” Trybunału Konstytucyjnego.

Pan Berek ma misję obsadzić TK „naszymi” sędziami, by nie tylko uporządkować tubylczą scenę polityczną, delegalizując niewłaściwe partie, ale również – wysadzić w powietrze pana prezydenta Nawrockiego, pod pretekstem zastosowania procedury z art. 131 konstytucji. Tedy pan prof. Czarnek zapowiada mobilizację narodu polskiego w obronie Trybunału. Wokół niego mają zaleć „setki tysięcy” obywateli, tworząc z własnych ciał nieprzebytą zaporę dla „naszych” sędziów. Problem w tym, że nikt nie wie, kiedy szturm się rozpocznie – czy już – czy dopiero w październiku. Może Putin by wiedział, ale trudno oczekiwać, by Naczelnik Państwa pozwolił panu prof. Czarnkowi zasięgać u niego informacji.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Atak ukraińskiego nożownika. Ksiądz „został dorwany i dźgany nożem”

Atak ukraińskiego nożownika.

Świadkowie UJAWNIAJĄ

dramatyczny przebieg.

„Został dorwany i dźgany nożem”

24.09.2026 nczas/atak-ukrainskiego-nozownika-ksiądz-zostal-dorwany-i-dzgany-nozem

31-letni Ukrainiec napadł z nożem na pięć osób w ośrodku rekolekcyjnym, znajdującym się w opactwie benedyktynek w podkarpackim Jarosławiu. W wyniku odniesionych obrażeń w szpitalu zmarł jeden z zaatakowanych księży. Świadkowie ujawniają, co działo się na miejscu.

Do ataku doszło około godz. 9.30 w czwartek. Po tym, jak na miejsce przybyły służby, okazało się, że rannych jest pięć osób – czterech mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy trafili do szpitala. Według ustaleń Interii, poszkodowani to trzej księża i dwie osoby świeckie. Początkowo podawano, że stan trzech mężczyzn zagraża życiu. Jeden z księży zmarł w szpitalu.

nczas/atak-ukrainskiego-nozownika-w-klasztorze-benedyktynek-na-podkarpaciu-nie-zyje-ksiadz

W rozmowie z TVN24 jedna z obecnych na miejscu kobiet ujawniła, jak doszło do tragedii.

– To najspokojniejsze miejsce – też mi się tak wydawało, kiedy rano szłam na Mszę św. Jak tutaj znalazłam się, na terenie opactwa, ale przed kościołem jeszcze, już było po ataku – powiedziała.

– Mężczyzna w wieku do 30 lat, młody uderzył księdza w tętnicę szyjną, ksiądz upadł i potem mężczyzna, który – obok stojący – ratował, prosił, żeby dał spokój, wtedy on się odwrócił i księdza, który szedł do konfesjonału zaatakował z tyłu i uderzył go w plecy. A potem pobiegł do kawiarenki i tam uderzył księdza w głowę – relacjonowała.

Podobnie przebieg zdarzeń opisywał także jeden z mężczyzn. – Ksiądz Marek został pchnięty, przewrócił się na posadzkę i wtedy został dorwany i dźgany nożem. Natomiast ksiądz Stanisław w konfesjonale został też ugodzony nożem, przebito płuco i zmarł – mówił w rozmowie z Polsat News pan Stanisław, który był na miejscu od momentu pojawienia się karetek.

– Natomiast ksiądz Adrian był na śniadaniu na stołówce. Też tam coś powiedział do tego napastnika i został zaatakowany – dodał mężczyzna.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że Ukrainiec do ataku wykorzystał nóż kuchenny.

Do napaści doszło kilkadziesiąt minut przed planowaną Mszą św. Według p. Stanisława, przyszło na nią około 20 osób. Kiedy wierni zobaczyli napastnika, część z nich miała szukać schronienia.

– Część ludzi, którzy tam byli przed mszą, schowało się do takiego konfesjonału, który jest dla głuchych. On jest praktycznie z możliwością zamknięcia się w nim – powiedział.

Do „kobiet koalicji Tuska”. „Co do cholery jest z wami nie tak?”

Skandal z Moniką Horną-Cieślak. Zajączkowska-Hernik ostro do „kobiet koalicji Tuska”. „Co do cholery jest z wami nie tak?”

24.09.2026 nczas/skandal-z-monika-horna-cieslak-zajaczkowska-hernik-ostro-do-kobiet-koalicji-tuska-co-do-cholery-jest-z-wami-nie-tak

monika horna-cieslak ewa zajaczkowska-hernik
NCZAS.INFO | Monika Horna-Cieślak i Ewa Zajączkowska-Hernik / Fot. PAP (kolaż)

Polacy są oburzeni działaniami Rzecznik Praw Dziecka Moniki Hornej-Cieślak. Ewa Zajączkowska-Hernik zwróciła z kolei uwagę na postawę kobiet w koalicji rządzącej, które wydają się nie okazywać zbytniego zbulwersowania całą sytuacją.

Ewa Zajączkowska-Hernik wyznała na X, iż „jest jej okrutnie wstyd” za „kobiety koalicji Tuska”.

„Zawsze pierwsze do wściekłego moralizowania, a gdy wybrany przez was Rzecznik Praw Dziecka z zemsty i bezpodstawnie (co orzekł sąd!) odbiera matce małe dzieci, które lądują w domu dziecka, to cisza jak makiem zasiał” – zauważyła polityk.

„Do czarnych marszy i latania z piorunami byłyście pierwsze, ale gdy trzeba bronić rodzinę przed przemocowym działaniem swojej urzędniczki, to chowacie głowę w piasek. Krzyczenie i szarpnięcie dziecka wybiegającego na ulicę to dla was zbrodnia, ale za aborcję to jeszcze przyklaśniecie. To jest wasza 'obrona’ kobiet i dzieci” – podkreśliła.

Następnie przypomniała, że gdy wybuchła „afera pedofilska w strukturach KO, a działaczka Koalicji Obywatelskiej razem z partnerem przez 12 lat znęcali się i gwałciła swoje dziecko, to żadna nie pisnęła nawet słowem”.

„Gdy prokuratura Żurka przez wiele miesięcy nie dawała aktu oskarżenia dla Wenezuelczyka, który w Toruniu brutalnie napadł i zabił 24-letnią Klaudię, to ani jeden piorun się nie pojawił. Gdy telewizja TVN24, którą trudno uznać za prawicową, opublikowała materiał, że rzeczniczka Horna-Cieślak znęca się psychicznie nad 20 pracownikami instytucji, to też próżno było was szukać” – wyliczała [pisownia oryg. – red. nczas].

„Tutaj oburzenia i telefonów do sędziów, czy prokuratorów jakoś nie było. Tylko wyciszanie spraw, zamiatanie ich pod dywan i udawanie, że wszystko w porządku. Co do cholery jest z wami nie tak?” – zapytała Ewa Zajączkowska-Hernik.

„Po dorwaniu się do władzy jedyne co macie do zaoferowania to worek ziemniaków dla mieszkańców DPS-u. Gdy widzę co wyprawiacie, to wiem, że jestem po właściwej stronie. Nie jesteście żadnymi reprezentantkami kobiet!” – podsumowała Zajączkowska-Hernik.

Wewnątrz izraelskiej fabryki agentów: Jak Mossad kultywuje zdradę

Wewnątrz izraelskiej fabryki agentów: Jak Mossad kultywuje zdradę

Izraelski wywiad rekrutuje agentów za pomocą pieniędzy, ideologii, przymusu i wieloletniego, skrupulatnego przygotowania – tylko po to, by pozbyć się swoich agentów, gdy tylko przestają być użyteczni.

Korespondent Cradle 4 września 2026 r. thecradle-co/inside-israels-agent-factory-how-mossad-cultivates-betrayal

Źródło zdjęcia: The Cradle

Izraelska społeczność wywiadowcza jest ściśle związana z zaawansowaną technologią, tajnymi agencjami i rywalizacją, która nasiliła się po operacji „Potop Al-Aksa”. Jednak za tym aparatem rekrutacja agentów pozostaje cierpliwym, ludzkim przedsięwzięciem, opartym na wrażliwości, dostępie i zależności od izraelskiego przełożonego.

W początkowych latach działalności izraelski wywiad w dużej mierze polegał na agentach żydowskich, zarówno w przypadku rutynowych, jak i delikatnych misji. Wraz z rozszerzaniem się zasięgu na wrogie środowiska, coraz więcej zadań związanych ze zbieraniem informacji powierzano zwerbowanym agentom w społeczeństwach arabskich i palestyńskich, podczas gdy agenci żydowscy nadal zapewniali wsparcie logistyczne i operacyjne za granicą.

Późniejsza ekspansja technologiczna zmieniła równowagę, gdyż Izrael zainwestował znaczne środki w cyberbezpieczeństwo, wywiad radiowy, sztuczną inteligencję (AI) i zaawansowany nadzór.

Daniel Gold , szef Dyrekcji Badań i Rozwoju Obrony w Ministerstwie Obrony Izraela i jeden z architektów operacji Żelazna Kopuła, uosabia ten zwrot technologiczny. Jednak niepowodzenia związane z operacją „Potop Al-Aksa” ponownie zwróciły uwagę na  zależność Izraela od technologii i erozję ludzkiego wywiadu w Strefie Gazy.

Posiadanie źródła to jednak tylko jeden z elementów pracy wywiadowczej.  Informacje muszą dotrzeć do właściwych urzędników i zostać ocenione poza założeniami, które już kształtują ich osąd. Zarówno w  1973, jak i w 2023 roku Izrael otrzymał ostrzeżenia, ale nie zinterpretował ich na czas ani nie zareagował na nie.

Były izraelski doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Yaakov Amidror porusza ten sam problem w swojej hebrajskojęzycznej książce „Wywiad: Teoria i praktyka”. Jak pisze, trudności w rozwijaniu możliwości gromadzenia informacji przez ludzi skłoniły służby do przejścia na rozwiązania elektroniczne i technologiczne, ale ostatecznie zdano sobie sprawę, że nowoczesne systemy nie są w stanie zrekompensować braku ludzkich źródeł informacji.

Amidror spędził 36 lat w izraelskiej armii, pełniąc funkcję szefa Departamentu Badań Wywiadu Wojskowego, szefa wywiadu Dowództwa Północnego, dowódcy uczelni wojskowych i sekretarza wojskowego ministra obrony. Później przewodniczył Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Izraela. Jego relacja dzieli rekrutację agentów na trzy główne metody:

1. Wysłanie agenta z kraju macierzystego

Agent wysłany z kraju macierzystego może zostać przeszkolony i poinstruowany przed wyjazdem. Jego lojalność jest uznawana za bardziej wiarygodną, ​​a przełożeni mogą ocenić informacje po jego powrocie bez obawy, że zawyży je dla pieniędzy lub ochrony osobistej.

Jego słabością jest właśnie to, że pochodzi z zewnątrz. Musi budować wiarygodną tożsamość, unikać zwracania na siebie uwagi i zachowywać odpowiedni dystans od lokalnej społeczności, aby chronić swoją przykrywkę. Te ograniczenia często sprawiają, że relacjonuje to, co widzi lub słyszy, zamiast zdobywać oryginalne dokumenty, dowody rzeczowe lub dostęp do najbliższego otoczenia ofiary.

2. Rekrutacja agenta w kraju docelowym

Lokalny rekrut jest już częścią penetrowanego środowiska społecznego. Jeśli zostanie przydzielony do sił zbrojnych, służb bezpieczeństwa, rządu, biznesu lub organizacji ruchu oporu, może wejść do newralgicznych miejsc, nie wydając się nie na miejscu. Jego opiekun może wskazać mu konkretne biura, osoby lub obiekty, umożliwiając mu zdobycie map, fotografii, akt i innych oryginalnych materiałów.

Jednak w przypadku agencji rekrutacyjnej lojalność lokalnego agenta pozostaje wątpliwa. Może on podkoloryzować raporty, aby udowodnić swoją wartość lub zwiększyć wynagrodzenie. Nie może łatwo zmienić domu, zawodu ani planu dnia na prośbę swojego opiekuna bez wzbudzania podejrzeń, przez co jest użyteczny, ale ograniczony.

Amidror uważa, że ​​przekonania ideologiczne lub religijne są najsilniejszą podstawą rekrutacji agenta w kraju docelowym. Literatura izraelska celebruje osiągnięcia Mossadu w państwach arabskich i penetrację organizacji palestyńskich przez Szin Bet, ale jednocześnie przyznaje, że wymaga to wysiłku. Opiekun musi opanować język i kulturę rekruta, zrozumieć jego presję i ambicje oraz poświęcić czas potrzebny na przekształcenie podatności w zależność.

3. Budowanie lokalnej tożsamości dla przeszkolonego agenta

Trzecia metoda polega na wysłaniu wyszkolonego agenta do kraju docelowego pod sfabrykowaną lokalną tożsamością. Teoretycznie łączy to dyscyplinę oficera z kraju pochodzenia z dostępem rodzimego rekruta. Historia izraelskiego wywiadu pokazuje, że takie głęboko tajne operacje mogą przynieść wyjątkowe rezultaty.

Ujawnienie niesie ze sobą wyższą cenę. Jeśli próba wydobycia się nie powiedzie, agent może zostać stracony, zatrzymany w celu wymiany, a nawet może zostać pozbawiony prawa do wydania ciała. Najsłynniejszym przykładem w Izraelu jest  Eli Cohen , agent Mossadu, który zinfiltrował syryjską elitę polityczną i wojskową przed aresztowaniem i egzekucją w Damaszku w 1965 roku.

Kontakt bez odcisków palców

Doktryna izraelska rozróżnia również metody kontaktu. Niektórzy agenci pozostają na miejscu i przekazują informacje za pomocą kodów, ukrytej komunikacji, kanałów pocztowych lub okresowych spotkań z osobą kontaktową w tym samym kraju. Każdy kontakt ma sprawiać wrażenie zwyczajnego, ale powtarzalność tworzy wzorce, które kontrwywiad może wykryć.

Agenci o wysokiej wartości mogą zostać przewiezieni do Izraela przez kilka innych krajów, aby ukryć cel swojej podróży. Po dotarciu na miejsce mogą zostać poddani badaniom wariograficznym, intensywnemu przesłuchaniu, szkoleniu zawodowemu i dalszym działaniom mającym na celu pogłębienie ich zaangażowania.

Kanały alarmowe są utrzymywane dla informacji, które nie mogą czekać. Wiele sieci zostaje jednak odkrytych przez słabą komunikację, ponowne wykorzystanie metod, duplikację kontaktów, błędy logistyczne lub przypadek. Technika może być cierpliwa, ale pozostaje podatna na rutynowe błędy ludzkie.

Sama częstotliwość zależy od wartości i wrażliwości źródła. Agent niskiego szczebla może przesyłać ograniczone obserwacje kanałem pośrednim, podczas gdy źródło przekazujące pilne informacje wojskowe może otrzymać polecenie przerwania rutyny i skorzystania z linii alarmowej. Każdy wyjątek chroni informacje kosztem narażenia kolejnego fragmentu sieci.

Hierarchia zdrady

Literatura izraelska klasyfikuje agentów zarówno pod względem dostępu, jak i funkcji. Dobrze umiejscowiony agent zajmuje wrażliwe stanowisko i pomaga służbom rekrutacyjnym zrozumieć, udaremnić lub uprzedzić plany przeciwnika. Mobilny agent nie ma takiego dostępu, ale może zostać przeniesiony lub przydzielony mu do obserwacji niedawnego wydarzenia.

„Agent badawczy” może podszywać się pod kupca, podróżnika lub profesjonalistę i zbierać informacje wojskowe, informacje o przemieszczaniu broni, rozmieszczeniu personelu lub ocenach morale. Takie działania mogą nie być wystarczające do przeprowadzenia strategicznej penetracji, ale mogą być cenne w przygotowaniu operacji, mapowaniu sieci lub wspieraniu kampanii wojskowej.

„Insider” opiera się na rozległej sieci relacji. Może nigdy nie mieć do czynienia z najbardziej wrażliwymi materiałami osobiście, ale potrafi dotrzeć do osób, które to robią, gromadzić dokumenty pośrednio i zmieniać branżę, gdy zmieniają się priorytety jego przełożonego. Jego wartość tkwi w sieci kontaktów, która go otacza, w równym stopniu, co w jego formalnym stanowisku.

Kategorie te nie są ani stałe, ani wzajemnie się nie wykluczają. Trader, który zaczyna od obserwacji ruchów, może stać się pośrednikiem w dostępie do bardziej wartościowego źródła; pracownik z ograniczonym dostępem może zostać zachęcony do ubiegania się o awans lub przeniesienie. Rekrutacja jest zatem kontynuowana po zawarciu pierwszej umowy, a pośrednicy wielokrotnie próbują zbliżyć agenta do informacji, których potrzebuje.

Głosowanie

Co daje izraelskiemu wywiadowi największą przewagę w rekrutacji agentów?18,18%Długoterminowa uprawa i pokrycie komercyjne50%Presja finansowa i osobista wrażliwość13,64%Motywy ideologiczne lub religijne18,18%Przymus i groźba ujawnienia

22 głosy, wygasły

Dekada poświęcona na pielęgnację okładki

Operacja  tureckiego kontrwywiadu, ogłoszona w lutym 2026 roku, ujawniła, ile lat Izrael może poświęcić na hodowanie agenta. Władze tureckie zarzucają Mehmetowi Budakowi Deryi i Veyselowi Kerimoglu, że przez ponad dekadę dostarczali Mosadowi informacji. Derya, inżynier górnictwa, który zajął się handlem marmurem, miał spotykać się z izraelskimi handlarzami w kilku krajach europejskich pod zmieniającymi się kryptonimami.

Według tureckich doniesień, para wykorzystywała działalność komercyjną do budowania więzi w regionie, gromadzenia informacji o Palestyńczykach krytykujących Izrael oraz handlu częściami do dronów. Legalna działalność może zapewnić podróże, pieniądze, kontakty i pretekst do zbliżania się do celów, jednocześnie ukrywając stojącą za tym operację wywiadowczą.

Ochrona komercyjna również może stać się obciążeniem. Agent może sprawiać wrażenie zamożnego, podczas gdy jego biznes, podróże i kapitał pozostają związane z usługą, która go prowadzi. Lata praktyki mogą przynieść wpływy i dostęp, ale także związać rekruta z życiem, które może się zawalić, gdy jego opiekunowie wycofają swoją ochronę.

Służba może poprawić sytuację finansową rekruta, stworzyć wiarygodną fasadę biznesową i czekać na wzrost jego pozycji społecznej. To, co wydaje się zwykłym awansem zawodowym, może zatem kryć w sobie operację wywiadowczą, przygotowywaną latami.

Zawód wydaje swoje aktywa

Izraelski wywiad może inwestować znaczne środki i czas w agenta, dopóki pozostaje on użyteczny. Takie traktowanie rzadko przetrwa utratę dostępu lub wartości operacyjnej. Dla jego przełożonych, współpracownik pozostaje zbędnym atutem wywiadowczym.

Zdarzały się wyjątki. W ramach  operacji „Diament” iracki pilot Munir Redfa poleciał MiG-21 do Izraela 16 sierpnia 1966 roku, po tym jak Mossad zorganizował ewakuację członków jego rodziny. Izrael pozyskał jeden z najnowocześniejszych samolotów Związku Radzieckiego, zbadał go, a następnie udostępnił Stanom Zjednoczonym. Samolotowi nadano następnie numer 007.

Takie traktowanie zazwyczaj wynika z wartości lub niebezpieczeństwa misji i może stanowić element samej umowy rekrutacyjnej. Agentom wykonującym wyjątkowo ważne zadania lub przechodzącym na judaizm można również zapewnić lepsze wynagrodzenie i ochronę. Tajemnica otaczająca te sprawy uniemożliwia ustalenie wiarygodnego odsetka.

Redfa otrzymał wyjątkową ochronę, ponieważ Izrael chciał, aby samolot pozostał nienaruszony i potrzebował jego współpracy. Przeprowadzka jego rodziny była częścią umowy. Lepsze traktowanie może również dotyczyć agentów podejmujących się wyjątkowo ważnych lub niebezpiecznych misji, ale niewielu z nich pozostaje tak cennych po zakończeniu pracy.

Szersza historia jest bardziej brutalna. Kiedy Izrael wycofał się z południowego Libanu w maju 2000 roku, jego zastępcza Armia Południowego Libanu (SLA) upadła, a tysiące jej członków i krewnych  przekroczyło granicę pośród scen paniki.

Były dowódca  Antoine Lahad oskarżył później Izrael o porzucenie sił, które sam uzbroił, sfinansował i wyszkolił. Ich doświadczenie pozostaje jednym z najwyraźniejszych ostrzeżeń dla tych, którzy stawiają swój los na szali obietnic okupacyjnych.

Palestyńscy kolaboranci, którzy uciekli do Izraela, również stanęli w obliczu przesiedleń, izolacji oraz niepewnej sytuacji prawnej i ekonomicznej. Ten sam schemat dotyczy obecnie  wspieranych przez Izrael grup zbrojnych w Strefie Gazy , których użyteczność zależy od bieżących potrzeb militarnych okupanta, a nie od jakichkolwiek trwałych zobowiązań wobec rekrutowanych przez niego ludzi.

Agent, który próbuje odejść, może odkryć, że przejście na emeryturę nie wchodzi w grę. Jego przełożony może grozić, że go wyda, zażądać dalszej pracy lub naciskać na niego, by zrekrutował bardziej wartościowego następcę. Każda płatność, spotkanie i zadanie stają się kolejnym narzędziem kontroli.

Pomimo technologicznego potencjału Izraela, jego operacje wywiadowcze wciąż opierają się na werbowaniu pacjentów, pieniądzach, ideologii, przymusie i osobistej wrażliwości. Gdy agent wyczerpie swoją użyteczność, okupacja ma niewielką motywację, by go chronić.

Mossad – fabryka agentów

Mossad – fabryka agentów

24. września 2026 Marek Wojcik world-scam/mossad-fabryka-agentow

Masowe opuszczanie sali przez delegatów Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdy izraelski premier Benjamin Netanjahu wkracza na mównicę.

Nastał światowy trend krytyki ludobójczej polityki Izraela. Zjawisko godne pochwały. Nasuwa się jednak pytanie: dlaczego trzeba było czekać tyle lat? Dlaczego chowano pod dywan liczne morderstwa ludności cywilnej w Palestynie? Przecież zdecydowana większość tych samych polityków, którzy teraz demonstracyjnie opuszcza salę, jeszcze nie tak dawno biła brawa na stojąco dla tej samej kreatury premiera Izraela – hańby dzisiejszego świata. Również ci delegaci z entuzjazmem wspierali przygotowaną także przez izraelskich globalistów Agendę 2030.

Moralność ma z polityką tyle wspólnego co mainstreamowi dziennikarze z faktami. Gdy są wygodne, to je wykorzystują.

W początkowych latach działalności izraelski wywiad w dużej mierze polegał na agentach żydowskich, zarówno w przypadku rutynowych, jak i delikatnych misji. Wraz z rozszerzaniem się zasięgu na wrogie środowiska, coraz więcej zadań związanych ze zbieraniem informacji powierzano zwerbowanym agentom w społeczeństwach arabskich i palestyńskich, podczas gdy agenci żydowscy nadal zapewniali wsparcie logistyczne i operacyjne za granicą.

Możecie się więcej dowiedzieć o metodach działania Mossadu z artykułu opublikowanego 4 września na thecradle.co: Wewnątrz izraelskiej fabryki agentów: Jak Mossad kultywuje zdradę. Źródło.

Terroryści jedynie się tak bronią, zarzucając terroryzm swoim ofiarom.
Odwrócony, okrutny świat: zaprzeczanie lub ignorowanie ludobójstwa w Strefie Gazy jest dziś przepustką do „osi dobra”.
Źródło: Telegram 18.09.2026 r. 23:16.

Mossad odegrał ważną rolę w przygotowaniu i realizacji powstania w Gazie w październiku 2023 r. Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego CIA poświęciła blisko 3 tysiące Amerykanów na Manhattanie 11 września 2001 r. Potrzebny był pretekst do wojny z terrorem. Tak, to właśnie terrorysta używa takiego pretekstu, by przekonać opinię publiczną o słuszności walki z terroryzmem, który jest podstawowym programem działań rządu państwa okupującego Palestynę.

Ben Gwir – kandydat na premiera w październikowych wyborach do Knesetu.

To nawoływanie do zbrodni i jego realizacja jest końcowym efektem drogi do Wielkiego Izraela:

  • 1943 r. Żydzi przybywają do Palestyny – początki kolonizacji. Przybyli;
  • 1948 poproś Anglików, żeby pomogli ci założyć na nieswojej ziemi państwo Izrael. Pomogli;
  • 1948 r. wojna izraelsko-arabska. Pozwól uchodźcom palestyńskim osiedlić się w Strefie Gazy. Pozwolili;
  • Załóż sojusz z najsilniejszym państwem świata, obiecując wieczny wpływ USA na Bliski Wschód. Założyli;
  • Zdobądź broń atomową i nie przyznawaj się do jej posiadania. Zdobyli;
  • 1967 r. po wojnie sześciodniowej przejmij kontrolę w Strefie Gazy. Przejęli;
  • 1967 r. Rozpocznij budowę pierwszych oficjalnych osiedli żydowskich na Wzgórza Golan oraz półwyspie Synaj. Rozpoczęli;
  • 1967 r. Wprowadź dyskryminację rasową. Inne prawa przysługują izraelskim osadnikom, a inne (prawo wojskowe) ludności palestyńskiej. Wprowadzili;
  • 10 grudnia 1987 r. Załóż przy współudziale Mossadu Hamas dla przeciwwagi wobec PLO (Organizacja Wyzwolenia Palestyna Jassera Arafata). Założyli;
  • Dbaj o pomoc finansową dla Hamasu. Dbali;
  • Wrzesień 2024 r. Podaruj przeciwnikom Izraela, wykorzystując agentów Mossadu, pagery, które potem wysadzisz w powietrze. Podarowali;
  • Zbuduj haki na światowych polityków i przekup resztę. Tak powstał AIPAC i wyspa Epsteina;
  • 28 lutego 2026 r. Wykorzystaj te haki, by stworzyć koalicję wojenną przeciwko Iranowi.

W ten sposób nieświadomie Izrael zapoczątkował drogę własnego upadku. Upadku Izraela jako państwa terrorystycznego. Ważnym wspólnikiem tych działań był właśnie Mossad – izraelski wywiad. Organizacja wykorzystująca naiwnych, pazernych na łatwe pieniądze agentów, których zostawia własnemu losowi, kiedy są zbyt kłopotliwi lub niepotrzebni. Organizacja, którą podejrzewa się o zamach na prezydenta Johna Kennedy’ego, na WTC, Charliego Kirka i nawet o nieudane próby zamachu na Trumpa.

Tak wygląda terrorysta.
Źródło.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Terroryści szkolą terrorystów i nazywają nas terrorystami

Terroryści szkolą terrorystów i nazywają nas terrorystami

24.09.2026 wolnemedia/terrorysci-szkola-terrorystow-i-nazywaja-nas-terrorystami

Prezydent Iranu Masoud Pezeshkian – dzień po tym, jak Donald Trump z tej samej mównicy nazwał Iran głównym sponsorem terroryzmu i zagroził „unicestwieniem” Islamskiej Republiki, jeśli nie dojdzie do porozumienia – wygłosił w środę na forum 81. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ jedno z najbardziej wyczekiwanych przemówień tegorocznej debaty generalnej.

Pezeshkian przemawiał jako pierwszy w historii ONZ przywódca kraju będącego w stanie wojny z gospodarzem siedziby organizacji – Stanami Zjednoczonymi. Konflikt trwa od lutego 2026 r. Amerykańska delegacja opuściła salę na początku wystąpienia, a delegacja Izraela je zbojkotowała.

Prezydent Iranu trzymał w ręku zdjęcia: portret zamordowanego na początku wojny ajatollaha Alego Chameneiego oraz fotografie dzieci zabitych w ataku na szkołę w Minab. „Zbombardowali i zabili te dzieci bronią dostarczoną przez Amerykę i Izrael. Nie były niczego winne. Nie popełniły żadnego przestępstwa” – powiedział.

Rdzeniem wystąpienia była ostra riposta na oskarżenia o terroryzm. „Ci, którzy są terrorystami i szkolą terrorystów, mówią nam, że my jesteśmy terrorystami” – stwierdził Pezeshkian. „Przez dwieście lat Iran nie zaatakował żadnego kraju. Przez dwieście lat zawsze się broniliśmy”. Dodał, że Iran został zaatakowany, gdy siedział przy stole negocjacyjnym. „W Gazie zamordowali ponad osiemdziesiąt tysięcy niewinnych ludzi. Potem mówią, że to inni są terrorystami, że to oni powodują niestabilność – czy to my powodujemy niestabilność? Kogo chcą zniszczyć, tego nazywają terrorystą”.

Palestyna, według irańskiego prezydenta, „pozostaje raną na ciele sumienia społeczności międzynarodowej”, a Gaza – „symbolem porażki mechanizmów międzynarodowych w zapobieganiu cierpieniu cywilów”. „Izrael morduje tysiące ludzi w Gazie co tydzień. A Iran został zbombardowany, gdy siedział przy stole negocjacyjnym. Tymczasem Izrael otrzymuje miliardy dolarów darmowej broni jako nagrodę i ma licencję na bombardowanie dowolnej stolicy, jakiej zapragnie”.

Szczególnie ostro Pezeshkian uderzył w to, co nazwał hipokryzją Zachodu w sprawie broni jądrowej. „Bomby atomowe są w Izraelu, a inspektorzy – w Iranie. Izrael zabija, a Iran jest objęty sankcjami. To tragedia, która każdego, komu się o tym opowie, doprowadzi do śmiechu”. Iran – powtórzył – nie chce broni jądrowej, ale nie zamierza rezygnować z pokojowej technologii nuklearnej. „Nie ugniemy karku i nie oddamy prawa, które jest nam przyrodzone. Mówimy jasno: żadnej broni jądrowej i żadnych ograniczeń dla pokojowej technologii jądrowej”. Pezeshkian odrzucił język siły, ale jednocześnie ogłosił, że Iran wyciągnął wnioski z ostatnich miesięcy. „Nie wolno budować świata, w którym siła militarna zastępuje legitymację, sankcje zastępują dyplomację, terror zastępuje politykę, a wojna zastępuje dialog”. I dodał: „Znaleźliśmy naszą odpowiedź. Potrzebujemy siły. Bo naród, który nie potrafi się bronić, w tym świecie miażdżą”.

Zwracając się bezpośrednio do Trumpa, powiedział: „Pan Trump i ci, którzy próbują nas zastraszać, muszą zrozumieć, że jesteśmy gotowi na dialog, dyplomację i negocjacje, ale nie przyjmujemy języka siły. Naród irański wobec siły nie pochyli głowy i sprawi, że agresorzy tego pożałują”. „Tak, uderzyli nas. Ale nie ugięliśmy kolan. Nie pochyliliśmy głowy”.

Wystąpienie Pezeshkiana było jednocześnie gestem oporu i ostrożnym otwarciem drzwi. Iran – podkreślał – nie prosi nikogo o zgodę na obronę własnego kraju, a jednocześnie deklaruje gotowość do rozmów, o ile nie będą one prowadzone pod groźbą zniszczenia.

Podczas przemówienia protest dyplomatyczny ograniczył się zasadniczo do dwóch delegacji. Relacje są zgodne co do tego, że w momencie wystąpienia w loży USA siedział tylko jeden dyplomata, który wstał i wyszedł we wczesnej części mowy, gdy Pezeshkian oskarżył USA o terroryzm i pokazywał zdjęcia zabitych dzieci. Było to lustrzane odbicie sytuacji z wtorku: podczas wystąpienia Donalda Trumpa miejsca delegacji Iranu były niemal puste.

Z kolei delegacja izraelska zbojkotowała przemówienie i nie była obecna na sali. Nie doszło natomiast do masowego wyjścia kilkudziesięciu krajów, jak bywało przy niektórych historycznych wystąpieniach irańskich przywódców – relacje nie wskazują, by oprócz USA i Izraela inne delegacje demonstracyjnie opuszczały salę z powodu Pezeshkiana.

Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net

Kułeba: Wzywa Ukraińców, by zdobywali władzę za granicą

Wzywa Ukraińców, by zdobywali władzę za granicą

24.09.2026 wolnemedia/wzywa-ukraincow-by-zdobywali-wladze-za-granica

Były szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba wezwał Ukraińców, którzy zdecydowali się zostać za granicą, by wchodzili do polityki krajów przyjmujących i zdobywali w nich realną władzę. Jako wzór wskazał diasporę w Kanadzie. W Polsce, gdzie legalnie mieszka ok. 1,55 mln obywateli Ukrainy, te słowa padają w momencie rosnących napięć i przed wyborami parlamentarnymi 2027 r.

Kułeba, minister spraw zagranicznych Ukrainy w latach 2020–2024, wypowiedział się w wywiadzie z żoną, Switłaną Pawełecką, opublikowanym w połowie września 2026 r. na jego kanale na platformie „YouTube”. Przekaz szybko podchwyciły ukraińskie i polskie media. Kluczowy fragment brzmi: „Zawsze mówię Ukraińcom mieszkającym za granicą: jeśli już zdecydowaliście się tam zostać, to szorujcie do polityki, stańcie się siłą polityczną, zajmijcie wpływowe posady, stańcie się wpływowymi politykami, tak aby rządy krajów, w których żyjecie, nigdy nie mogły zrobić niczego, co nie odpowiada interesom Ukrainy”.

Druga teza jest jeszcze bardziej konkretna: w ciągu najwyżej 30 lat osoba o ukraińskich korzeniach powinna zostać premierem lub prezydentem któregoś z państw europejskich. Nie chodzi wyłącznie o szczyt władzy. Kułeba wymienia też ministerstwa, przewodniczących parlamentów, burmistrzów dużych miast i innych polityków. Cel – jak tłumaczy – to długofalowe wzmocnienie pozycji Ukrainy na arenie międzynarodowej poprzez własne lobby w stolicach sojuszników.

Portal Kresy24.pl, który jako jeden z pierwszych opisał wypowiedź w Polsce, zatytułował materiał wprost: „Minister Kułeba do Ukraińców w Polsce: Zostańcie tam i idźcie po władzę!”. W tekście podkreślono, że wzorem mają być Ukraińcy w Kanadzie.

Porównanie z Kanadą nie jest przypadkowe. To nie jest analogia do uchodźców wojennych z 2022 r., lecz do społeczności budowanej przez ponad 130 lat. Według spisu z 2021 r. pochodzenie ukraińskie deklaruje ok. 1,26 mln mieszkańców Kanady – to trzecia pod względem liczebności społeczność ukraińska na świecie (po Ukrainie i Rosji). Koncentruje się głównie w Albertcie, Ontario, Manitobie i Saskatchewan. Od dekad działa Kongres Ukraińców Kanady (UCC), który potrafił przekuć liczebność i organizację w wpływ na Ottawę.

Efekty są widoczne od pokoleń: Kanada jako pierwsze państwo Zachodu uznała niepodległość Ukrainy (2 grudnia 1991 r.), Ray Hnatyshyn (Roman Hnatyszyn) był gubernatorem generalnym w latach 1990–1995, Ed Stelmach sprawował urząd premiera Alberty, a Chrystia Freeland, urodzona w Albertcie, córka Ukrainki z powojennego obozu dla uchodźców, została wicepremierem Kanady (2019–2024), ministrem finansów i spraw zagranicznych. Później pełniła funkcję specjalnego przedstawiciela Kanady ds. odbudowy Ukrainy.

Diaspora kanadyjska nie ograniczała się do kultury i cerkwi. Lobbing dotyczył uznania Hołodomoru za ludobójstwo, obserwatorów wyborów, sankcji wobec Rosji i – po 2022 r. – programu CUAET, który otworzył drogę setkom tysięcy Ukraińców. Część nowej fali też już stara się o stały pobyt. To właśnie ten model – wielopokoleniowa integracja plus lojalność wobec kraju pochodzenia – Kułeba stawia jako punkt odniesienia dla Europy.

W Polsce skala jest inna, a czas – krótszy. Na 1 lipca 2026 r. ważne dokumenty pobytowe miało 1,55 mln obywateli Ukrainy. Około 959 tys. korzystało z ochrony tymczasowej (PESEL UKR), reszta z zezwoleń na pobyt czasowy, stały lub unijny. Ukraińcy stanowią ok. 5% ubezpieczonych w ZUS; setki tysięcy dzieci chodzą do polskich szkół. Integracja na rynku pracy jest stosunkowo szybka. Część osób już zdobywa obywatelstwo polskie, które daje pełne prawa wyborcze.

Jednocześnie relacje polsko-ukraińskie od 2024–2025 r. ostro się ochłodziły. W tle są spory o historię (Wołyń, akcja „Wisła”), warunki pomocy i członkostwa Ukrainy w UE, a także nastroje społeczne. Sondaże CBOS pokazywały spadek sympatii Polaków do Ukraińców. Politycy prawicy uczynili „kwestię ukraińską” jednym z tematów kampanii przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na 2027 r. Sam Kułeba wcześniej ostrzegał, że ataki na Ukraińców w Polsce mogą się nasilać, a temat stanie się jednym z trzech głównych w kampanii. W tym klimacie wezwanie byłego ministra, by diaspora w Polsce „szorowała do polityki” i pilnowała, by Warszawa „nigdy nie zrobiła niczego wbrew interesom Ukrainy”, brzmi inaczej niż analogiczny apel skierowany do społeczności w Toronto czy Edmonton.

Różnica między Kanadą a Polską jest strukturalna. W Kanadzie ukraińskość polityczna dojrzewała przez cztery fale migracji, w warunkach wielokulturowości i dużej odległości od granicy z Ukrainą. Freeland czy Hnatyshyn byli Kanadyjczykami z ukraińskimi korzeniami, a nie uchodźcami wojennymi z wczorajszym paszportem. W Polsce społeczność jest liczniejsza w stosunku do ludności kraju, młodsza migracyjnie i mocniej powiązana z bieżącą wojną oraz codziennymi tarciami o mieszkania, szkoły, świadczenia i historię. Droga od statusu UKR do obywatelstwa i Sejmu jest możliwa, ale wymaga lat, języka i lojalności wobec państwa, w którym się głosuje – nie tylko wobec Kijowa.

Kułeba nie ukrywa celu: diaspora ma być narzędziem polityki zagranicznej Ukrainy. W Kanadzie taki model częściowo zadziałał, bo zbiegł się z interesami Ottawy. W Europie Środkowej, a zwłaszcza w Polsce, ten sam język łatwo odczytać jako zapowiedź budowy równoległego lobby – i tak właśnie odczytuje go część polskich komentatorów.

Artykuł nie rozstrzyga, czy wizja „ukraińskiego premiera w Europie za 30 lat” jest realna. Pokazuje natomiast, że były szef MSZ Ukrainy traktuje pozostanie milionów rodaków za granicą nie jako stratę demograficzną, lecz jako inwestycję geopolityczną. Kanada jest w tej opowieści dowodem, że da się to zrobić. Polska – największym i najbliższym poligonem.

Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net

Z punktu widzeniach bułgarskich Słowian: O naszej słowiańskości i relacjach z Rosją

24 września 2026 zygmuntbialas

O naszej słowiańskości, relacjach z Rosją z punktu widzeniach bułgarskich Słowian.

Anastazja Geszewa:

„(…) Dlatego to, co stało się z Bułgarią po 1989 roku i po naszej integracji z NATO i UE – odpowiednio w 2004 i 2007 roku – jest szczególnie trudne do zniesienia. Wraz z anty-komunizacją, której poddana została Bułgaria, rozpoczęła się anty-sowietyzacja i wyjątkowo silna rusofobia.

Niespodziewanie, ale całkiem przewidywalnie, Bułgaria znalazła się w obozie najbardziej zatwardziałych rusofobów na świecie. Nasz kraj rozpoczął politykę antyrosyjską i antyradziecką, która niemal całkowicie zmieniła naszą historię, orientację kulturową, gospodarkę i politykę. Do 2014 roku ogromna część naszego społeczeństwa nie rozumiała, jak się tu znaleźliśmy i praktycznie nie podejmowała żadnych prób oporu. Nie będę winić Rosji za załamanie się naszych stosunków, ponieważ rozumiem, jak trudne były lata 90.

Dopiero w 2014 roku głosy w Bułgarii zaczęły nabierać mocy w sprawie wydarzeń po drugiej stronie Morza Czarnego. Nasza klasa polityczna już dawno zwróciła się ku Niemcom, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej. Lata członkostwa w tych organizacjach pokazały Bułgarii, jak głęboko się myliła, odrzucając przyjazny ton, szacunek i kontakty z Rosją.

Bułgaria zmaga się obecnie z permanentnym kryzysem korupcyjnym, ponieważ korupcja stała się naszym naturalnym środowiskiem. Klasa polityczna naśladuje i konsoliduje się, próbując zachować systemowe, wypaczone procesy gospodarcze, które dotknęły nas po przystąpieniu do UE. Nasz kraj był zmuszony zniszczyć swoje wysoko rozwinięte i prężnie działające gałęzie przemysłu, aby stać się akceptowalnym dla UE i spełnić tzw. kryteria członkowskie. Wyobraźcie sobie, co to za unia, skoro członkostwo wymaga zniszczenia własnej gospodarki! Przez 20 lat ta sytuacja stworzyła idealne środowisko dla rozkwitu mafii politycznej i gospodarczej w Bułgarii – mafii de facto patronowanej i tolerowanej przez Brukselę.

Członkostwo w UE nie doprowadziło do ani jednego aresztowania ani skazania za korupcję wśród wysokich rangą urzędników ani polityków. Pomimo ogromnych roszczeń UE do praworządności i nieuchronności powołania Europejskiej Prokuratury, ani jeden polityk w Bułgarii nie został skazany za korupcję. Raporty na temat naszego systemu sądownictwa i poziomu korupcji to jedynie formalne, puste wymówki, mające na celu odwrócenie uwagi obywateli. W zamian nasz system mafijny otrzymuje od Brukseli pełną swobodę i immunitet, podobny do tego gwarantowanego europejskiemu systemowi politycznemu. Innymi słowy, członkostwo w UE utrwaliło i scementowało mafijno-polityczny model władzy. Co więcej, sama UE jest mega-modelem korupcji w stylu mafijnym, żerującym na państwach i narodach-darczyńcach. Szef bułgarskiej mafii przebywa w Brukseli.

Nasz wspaniały rozwój sprzed i po II wojnie światowej umarł; nic z niego nie pozostało. Głupota, wulgaryzmy, zacofanie i lumpenizacja – wszystko to stało się naszą codziennością, wraz z ukształtowaniem się kasty rządzącej, która żyje z setek milionów euro z funduszy europejskich i determinuje nasz kurs polityczny.

Członkostwo w NATO uczyniło z nas państwo marionetkowe i kolonię. Nasza armia została zniszczona, broń skradziono, sprzedano lub przekazano Ukrainie. W ten sposób Bułgaria znalazła się w obozie sił demonizujących Rosję i jej prezydenta oraz walczących z Rosją na terytorium Ukrainy. W ten sposób z przyjaciela Rosji staliśmy się jej wrogiem. Mniejszość w społeczeństwie dręczy Bułgarię antykomunizmem i rusofobią od 37 lat – hojnie finansowana z zachodnich grantów, kierowana przez bezkarnych przywódców i opanowująca całą przestrzeń społeczną i polityczną.

Nie możemy pokonać tej grupy. Przejmuje ona wszystko za pomocą pieniędzy z Zachodu i importowanych modeli kontroli i manipulacji opinią publiczną, wspieranych przez zachodnie agencje i ambasady w Sofii. Grupa ta de facto trzyma Bułgarię w niewoli euro-atlantyzmu i stwarza warunki dla narastającej rusofobii, a ostatnio nazizmu. Stanowi ona około 30% populacji, ale społeczeństwo nie jest w stanie jej pokonać – zawsze udaje jej się zwyciężyć.(…)”

Bigos ukraińsko-polski

Bigos ukraińsko-polski

Czy ktoś z nas przewidział kilkanaście lat temu, że problemy ukraińskie przez długie lata będą naszymi problemami? – A jednak – na życzenie ‚naszych przyjaciół’  zza Oceanu, a następnie ‚dobroczyńców’  z Brukseli i Berlina – są nam przypisane kłopoty wraz z kosztami i dyskomfortem, nieznanym nam od czasu „Operacji Wisła”.

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowała nas do tej pory wojna na Ukrainie

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowało nas do tej pory wsparcie kijowskiego reżimu

Mainstream poinformował nas ostatnio, że GUS policzył straty Polski, będące wynikiem wojny na Ukrainie. Jest to nieco ponad 490 mld zł. Moglibyśmy wnioskować, że łże-media chcą poprawić swą upadłą reputację i zaczynają nas wreszcie uczciwie informować. Zwątpimy jednak, gdy dostrzeżemy, że krząta się koło tych obliczeń Paweł Kowal. Obliczenia te, prezentowane już w Nowym Jorku i Waszyngtonie służą innym celom: „Rosjanie muszą wiedzieć, że rachunek, który wystawią państwa trzecie – państwa, które poniosły straty, bo przystąpiły do sankcji i zachowały się lojalnie wobec Ukrainy”– jest wyliczony zarówno pod względem finansowym, jak i prawnym, niezależnie od tego, czy Rosja będzie chciała zapłacić” – stwierdził P. Kowal. A my powiedzmy takiemu państwu, ‚które poniosło straty’ – sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!

Generał Mirosław Bodnar, nominowany na stopień generała przez Andrzeja Dudę, odchodzi ze stanowiska dowódcy wojsk dronowych; będzie kontynuował swoją robotę w Brukseli. Powodem dymisji było niezadowolenie kierownictwa z efektów pracy. Bratem gen. Mirosława Bodnara jest były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska Adam Bodnar. Rodzina ta ze strony ojca to Ukraińcy. Zostali przesiedleni w 1947 roku w ramach Operacji Wisła ze wsi Rakowa pod Sanokiem na Ziemie Odzyskane.

Nawiązując do tytułu tekstu Jana Engelgarda ‚Cynicy czy szaleńcy’  pisze bloger Alain1952: „Może niekoniecznie cynicy czy szaleńcy. Premier – Niemiec, minister spraw zagranicznych – Anglik, Amerykanin, Talib? Gen. Mirosław Bodnar jest rodzonym bratem Adama Bodnara, byłego ministra sprawiedliwości oraz prokuratora generalnego. Zwolniony z stanowiska ‚za słaby rozwój’ wojsk dronowych. Tomasz Siemoniak wcześniej szef MSWiA, obecnie koordynator służb specjalnych, Wojciech Balczun szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, wcześniej prezes państwowych kolei ukraińskich (Ukrzaliznycia). Co łączy tych ludzi? Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami. Wystarczy obsadzić te resorty swoimi ludźmi i nie trzeba robić zamachu stanu. Czy w tym rządzie ‚polskim’  są etniczni Polacy? To cóż się dziwić – ani oni cynicy ani szaleńcy. Wykonują swoją robotę”.

Dodajmy tu, że ministrem obrony narodowej jest lekarz z zawodu, W. Kosiniak-Kamysz, a wicemistrem M. Sobkowiak-Czarnecka, absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego. Byliby oni tak zdolni, że w ekspresowym tempie nabyli nowych umiejętności, by pełnić tak odpowiedzialne funkcje?

Polska za czasów Mieszka I

Wspomnijmy jeszcze o wiceministrze nauki Andrzeju Szeptyckim, który kwestionuje ciągłość polskiej tożsamości politycznej od czasów pierwszych Piastów. Polsko-ukraiński minister stwierdził, że państwo Mieszka I miało z dzisiejszą Polską ‚mniej więcej tyle wspólnego’, co Ruś Kijowska ze współczesną Ukrainą. Już w czerwcu tego roku dziennikarka Dorota Gawryluk, pytała jak to możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy jest wiceministrem w polskim rządzie.

No i jako, że niewiele jest w tym tekście o Radosławie Sikorskim, zapiszmy, że minister udzielił ukraińskiej gazecie wywiadu, w którym dziennikarz porównał ludobójcze akcje band UPA do działalności Romana Dmowskiego. Sikorski odpowiedział mniej więcej: ‚No tak, Dmowski to kontrowersyjna postać‚.

Tenże Sikorski udzielił wywiadu tabloidowi ‚Fakt’, w którym poinformował, że jest przygotowany na wojnę. „Mam zrobione zapasy ryżu, mam w domu ręczną pompę, mam też zrobione konfitury z owoców z własnego ogrodu. Mam instrukcję bezpieczeństwa, mam też przemyślane, gdzie znajduje się miejsce schronienia. Każdy powinien też wiedzieć, jak założyć opatrunek. To się przydaje nawet w czasach pokoju”. Zalecił też obywatelom przygotowanie plecaka ewakuacyjnego.

Skomentowała te słowa rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa: „Jedyne, czego teraz naprawdę Sikorski potrzebuje, to haloperidol” (lek stosowany w leczeniu schizofrenii, pobudzenia psychoruchowego, halucynacji oraz ciężkich stanów lękowych).

Napisał: Zygmunt Białas

To już nie tylko piąta kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

To już nie tylko 5 kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

Marucha w dniu 2026-09-24 marucha/to-juz-nie-tylko-5-kolumna-ale-oplatajaca-panstwo-osmiornica

Wiedzieliście Państwo, że oficjalnym doradcą Wojciecha Balczuna w Kolejach Ukraińskich (Ukrzaliznyci) była pani Олена Марчук? Znana szerzej jako Weronika Marczuk-Pazura, a obecnie jako Weronika Marczuk?

Ta sama pani, która rozpoczynała polską karierę w trójmiejskich klubach go-go będących pod kuratelą grupy niejakiego „Nikosia”?

No to już wiecie.

Im dłużej pochylam się nad dossier pana ministra, tym bardziej zastanawiam się, jak to jest, że Wojciech Balczun działa jak magnes na ludzi z szeroko pojętej ciemnej strefy, podejrzanych interesów i korupcyjnych układów.

Spójrzmy na ten wyjątkowy katalog znajomości i zbiegów okoliczności:

Jacek Dębski – minister sportu zastrzelony w gangsterskich porachunkach. Balczun zaczynał państwową karierę bezpośrednio u jego boku jako szef gabinetu politycznego.

Weronika Marczuk – dziennik „Fakt” pisał o niej w 2014 roku następująco: „Do Polski przyjechała, mając 20 lat. Wylądowała w Sopocie. Rano studiowała prawo, a po nocach tańczyła w trójmiejskich klubach «Amazonka», «GoGo Land», w hotelach «Posejdon» i «Marina» – lokalach opanowanych wówczas przez trójmiejską mafię. Za dodatkową opłatą rozbierała się na wieczorach kawalerskich”. Aferę z CBA i „łapówką” od „Agenta Tomka” celowo pomijam, ponieważ pani Weronika została uniewinniona. Jest tutaj jednak inny ciekawy wątek.

Portal https://znaj.ua/ w artykule o wielu nieprawidłowościach co do działalności Balczuna w ukraińskich kolejach podaje następującą informację:

„Po przybyciu na Ukrainę Wojciech powiedział, że nie zamierza przewozić żony i dziecka do Kijowa. Wynikało to z faktu, że podróż samolotem do nich zajmuje tylko godzinę. Menedżer przyjechał jednak ze swoją koleżanką Weroniką. Ukraińscy dziennikarze dowiedzieli się, że para mieszkała razem w Peczersku w drogim mieszkaniu.”

🤡 Portal nie doprecyzował czy chodzi o panią Weronikę Marczuk, ale zbieżność imion i czasu jest raczej jednoznaczna.

Orszak Balczuna – pan Wojciech nie przyjechał na Ukrainie pracować sam. Oprócz pani Weroniki przybyła wraz z nim cała świta „menadżerów” z Polski, którymi otaczał się wcześniej w rozmaitych spółkach. Wynikła z tego afera, w której padły oskarżenia o rozrzutność i defraudację środków. Na przykład w 2016 roku Balczun zamówił dla siebie i dwóch innych pracowników firmowe karty kredytowe. Mogli wydawać do 20 tysięcy hrywien dziennie. Środki te były przeznaczane na hotele, bilety, wyżywienie, udział w wydarzeniach kulturalnych. Jedną z tych osób był Remigiusz Paszkiewicz. Remigiusz Paszkiewicz jest od lutego 2026 roku…prezesem KGHM. Nie zgadniecie z czyjego nadania. Przypomną mi Państwo, która partia szła do ostatnich wyborów pod sztandarami walki z kolesiostwem i nepotyzmem?

Aha, niedługo później ci sami członkowie zarządu w UZ postanowili wypłacić sobie wynagrodzenie za czas przepracowany PRZED podpisaniem umowy. Koszt ich usług oszacowano na trzy miliony hrywien, a gdyby tego było mało, to Balczun miał zlecić wypłatę 150 tys. hrywien za dwugodzinną konsultację polskiemu ekspertowi Andrzejowi Kopciowi. Który swoją opinię o spółce sporządził… odręcznie. Kurtyna.

Bracia Dubnewycze (Jarosław i Bohdan) – ukraińska oligarchia grubego kalibru i posłowie, którzy zbudowali majątek na wielomiliardowych przetargach w Ukrzaliznyci. Za kadencji Balczuna w UZ ten układ trwał w najlepsze, a ludzie Dubnewyczów opanowali kluczowe stanowiska w spółce. Jarosław po utracie immunitetu i prokuratorskich zarzutach uciekł z kraju. Na pytania ukraińskich mediów o znajomość z braćmi Balczun odpowiedział, że zna, ale nie spotyka się. „Palę, ale się nie zaciągam”

Mykoła Niemcow – postać znana, wczoraj szerzej opisywana. Człowiek będący z ministrem Wojciechem na pograniczu zażyłej przyjaźni i relacji wręcz rodzinnych. Był szefem wydziału UBOZ (biura ds. walki z przestępczością zorganizowaną) w milicji obwodu czerniowieckiego, choć najpewniej jest ukadrowionym bezpieczniakiem, bo bez pleców w tajnych służbach nigdy by nie mógł piastować posady dyrektora w ukraińskich kolejach.

Portal Antikor przypisuje mu z tamtych lat krycie handlu narkotykami, nielegalnego alkoholu, przemytu i pobić aktywistów. Za Balczuna był dyrektorem bezpieczeństwa UZ i – według mediów śledczych – współorganizował masowy przemyt broni z Ukrainy do UE. Szlakiem kolejowym, ma się rozumieć

Anatolij Pałanijczuk – wiceszef ds. bezpieczeństwa Kolei Lwowskiej, opisywany jako architekt kanałów przerzutu przemycanych towarów do Unii Europejskiej.

Afera bursztynowa – biznes wydobywczy Balczuna na Ukrainie, gdzie jego wspólnikami zostali: pułkownik Niemcow (postać znana) oraz Jerzy Dominik K. – polski biznesmen zatrzymany przez CBA pod zarzutami udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy i wyłudzeń VAT (co ujawnił TVN24 i „Newsweek”).

Bartłomiej Babuśka – kluczowa postać w cieniu Balczuna. Tam gdzie jeden, tam i drugi. Fundusz Górnośląski, Agencja Rozwoju Przemysłu, MAP, biznes na Ukrainie. Działacz tarnowskiej PO, za którego rządów w państwowej spółce Fabios S.A. doszło do akcji CBA i śledztwa krakowskiej prokuratury ws. działania na szkodę firmy, dziwnego spadku zysków przed prywatyzacją oraz umów ze znajomymi – w tym z ukraińską firmą Bogema (jej właściciel był biznesowym wspólnikiem Babuśki). Mówi się, że przez kilka lat mieszkał na Ukrainie w obawie przed deszczem z czarnych chmur, które kolekcjonował nad głową. Przeczekał najgorsze i wrócił jako Konsul Honorowy Ukrainy w Tarnowie, by chwilę później znów zarządzać miliardami Skarbu Państwa. Włada płynnie ukraińskim i – jak sam twierdzi – od 20 lat mieszka w dwóch krajach.

Cień nad Cegielskim – pamiętacie wrzesień 2025 roku i to, co wydarzyło się w spółce H. Cegielski – Fabryka Pojazdów Szynowych? W momencie gdy Balczun i Babuśka wchodzili do struktur MAP i ARP, przy Zakładach Cegielskiego doszło do samobójstwa biznesmena obciążonego zarzutami korupcyjnymi. Według nieoficjalnych ustaleń Onetu wydarzenia w FPS mogły być częścią większej afery korupcyjnej związanej z ARP. Minął rok i cisza – amba fatima, była afera, afery nie ma. (Nie twierdzę, że Balczun i Babuśka mają z tym bezpośredni związek, ale z kronikarskiego obowiązku warto o tym wspomnieć).

Starczy na dziś, co się uśmiałem przy redagowaniu tego tekstu – to moje. Na koniec jeszcze pytanie z przymrużeniem oka: czy w bezpośrednim otoczeniu człowieka zarządzającego majątkiem Skarbu Państwa jest choć jedna osoba z czystą kartą, która nie otarła się o półświatek, korupcję lub prokuratorskie śledztwa?

Ja rozumiem sceniczny styl i rock ‚n’ rollową swobodę. Tylko że od konstytucyjnego ministra odpowiedzialnego za biliony złotych państwowego majątku należałoby oczekiwać otoczenia bliższego środowiskom naukowym czy uczciwemu biznesowi, a nie postaciom rodem z historii o Al Capone.

Napisał „Adrian”

Dramat stworzenia a wszechwiedza Boga. Problem ostatecznego losu stworzenia.

Problem ostatecznego losu stworzenia.

AS

ZAPYTAŁEŚ:

  • ONI [Trójca] sobie w tym ich innym Czasie, był/byli sam, wymieniali uśmiechy. I zachciało się kogoś stworzyć. To wiedzieli przecie, że jeśli da „wolną wolę” to tak aniołowie, jaki ci z białkiem – dadzą dyla w ZŁO. Więc zbudują PIEKŁO. A teraz coraz więcej niewinnych głupków do tego piekła wpada. Z tego wynika, że Trójca nie „dopuściła” zła, ale je **- stworzyła?? ** Przecież to bluźnierstwo straszne!! ??

Dramat stworzenia a wszechwiedza Boga

Postawiony zarzut, czy pytanie dotyka najgłębszego i najbardziej bolesnego problemu filozofii religii. Wizja Boga, który w swojej wieczności istnieje przed stworzeniem świata, a następnie postanawia powołać do istnienia istoty obdarzone wolną wolą – doskonale wiedząc, że wielu z nich wybierze drogę zła, a w konsekwencji pogrąży się w cierpieniu i zatraceniu – rodzi fundamentalne pytanie.

Skoro Stwórca z góry znał ten tragiczny scenariusz, a mimo to uruchomił cały mechanizm istnienia, czy nie oznacza to, że zło nie zostało przez Niego jedynie „dopuszczone”, ale w istocie zaprojektowane i stworzone? Sformułowanie to dla wielu brzmi jak bluźnierstwo, jednak samo pytanie o granice odpowiedzialności Stwórcy za dramatyzm stworzenia nie da się łatwo uciszyć, ponieważ wyrasta ono z autentycznego ludzkiego doświadczenia cierpienia i zagubienia.
Teologia katolicka mierzy się z tym zarzutem poprzez precyzyjne odróżnienie wiedzy Boga, Jego aktu stworzenia oraz źródła moralnego zła. W klasycznym ujęciu augustyńsko-tomistycznym Bóg nie jest autorem ani twórcą zła, ponieważ zło nie posiada własnego bytu – nie jest „rzeczą”, którą można powołać do istnienia, lecz stanowi jedynie brak należnego dobra. Bóg stworzył osobę, wolność oraz zdolność działania, które same w sobie są dobre, natomiast moralna wadliwość aktu wynika wyłącznie z nieuporządkowania woli samego stworzenia.

Przykładowo, Bóg obdarza człowieka zdolnością ruchu, lecz jeśli człowiek użyje jej do popełnienia zbrodni, źródłem zła nie jest sam dar ruchu, ale sposób, w jaki został on wykorzystany.

Katolicyzm przyznaje zarazem, że Bóg doskonale wiedział, iż część aniołów i ludzi nadużyje swojej wolności. Wiedza ta nie jest jednak przyczyną czynu – przewidzenie czyjegoś wolnego wyboru nie oznacza zmuszania go do tego wyboru. Dlaczego więc Bóg zdecydował się na stworzenie świata, w którym pojawia się grzech? Odpowiedź katolicka wskazuje, że akt stworzenia wolnych osób jest dobrem tak fundamentalnym, iż możliwość odrzucenia Boga nie czyni samego stworzenia błędem, zwłaszcza że Stwórca potrafi włączyć skutki zła w większy porządek i wyprowadzić z nich dobro, którego istnienia stworzenie nie byłoby w stanie samo osiągnąć.

Jednocześnie tradycja ta odrzuca wizję piekła jako więzienia przygotowanego celowo dla masowo tam wpadających, nieświadomych ludzi. Piekło nie jest pierwotnym celem stworzenia, lecz ostateczną, dobrowolną konsekwencją odrzucenia Bożej miłości przez wolne istoty, a Kościół nie przesądza o niczyim ostatecznym potępieniu.

Wschodnie ujęcie miłości i wewnętrznej przemiany

Z nieco innej perspektywy, choć w duchu głębokiej zgodności co do wolności woli, na ten sam problem odpowiada teologia prawosławna. W ujęciu wschodnim Trójca Święta nie jest zbiorem oddzielnych bytów egzystujących w ludzkim pojęciu czasu, a stworzenie nie jest efektem samotności czy kaprysu, lecz czystego aktu miłości. Celem powołania człowieka do istnienia nie jest jedynie moralna poprawność, lecz theosis, czyli przebóstwienie i realne, wieczne uczestnictwo w życiu Boga. Ponieważ autentycznej miłości nie da się wymusić, wolność i możliwość odmowy są nieuniknionym warunkiem istnienia osób, a nie „zaprogramowanym” przez Boga złem.

Prawosławie podchodzi również inaczej do samej natury piekła, nie postrzegając go prymitywnie jako miejsca fizycznej katuszy skonstruowanego przez Boga. Zgodnie z mistyczną tradycją wschodu, zarówno zbawieni, jak i potępieni stają w wieczności wobec tej samej, niezmiennej Bożej miłości. Dla człowieka otwartego na Stwórcę obecność ta staje się źródłem niewypowiedzianej radości i światła, natomiast dla tego, kto definitywnie zamknął swoje serce, ta sama miłość może objawiać się jako doświadczenie palące i bolesne. Oznacza to, że Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego, a ostateczny stan człowieka wynika z tego, jak jego własna wolna wola odnosi się do wiecznego światła Bożego. Podobnie jak katolicyzm, prawosławie odrzuca tezę o masowym spychaniu niewinnych ludzi w otchłanie potępienia, podkreślając ludzką nieumiejętność do osądzania głębi cudzego sumienia i Bożego miłosierdzia.

Obie teologiczne tradycje spotykają się w punkcie, w którym racjonalne wyjaśnienia dochodzą do swojej naturalnej granicy. Zarówno katolicyzm, jak i prawosławie zgodzą się co do tego, że Bóg stworzył możliwość wolności, ale nie stworzył zła jako celu tej wolności, a Jego przed-wiedza o grzechu nie równa się sprawieniu tego grzechu. Niemniej jednak w tym miejscu pozostaje najpotężniejszy i najtrudniejszy zarzut: dlaczego Bóg, wiedząc z absolutną pewnością, że konkretna istota ostatecznie Go odrzuci i pogrąży się w cierpieniu, mimo wszystko powołuje ją do istnienia?

Żadna doktryna chrześcijańska nie ucieka od tego pytania za pomocą prostych haseł o wolnej woli. Stwierdzenie, że Bóg jest autorem moralnego zła, pozostaje w sprzeczności z wiarą, jednak samo dramatyczne pytanie o sens istnienia wobec dramatu cierpienia nie jest bluźnierstwem. Jest to krzyk, który wybrzmiewa już w Księdze Hioba oraz w psalmach, stanowiąc niezbytną część ludzkiego doświadczenia stojącego wobec tajemnicy stworzenia. Różnica polega tu głównie na akcentach: teologia zachodnia częściej szuka sensu w dopuszczeniu zła ze względu na większe dobro i szacunek dla wolności, podczas gdy wschód kładzie nacisk na nieskończoną relację miłości i wewnętrzną przemianę ludzkiego serca. Obie tradycje zgadzają się jednak, że ostateczny sens tego dramatu pozostaje zakryty w tajemnicy Boga, której pełne rozwiązanie przekracza ludzkie możliwości poznawcze.

Dramat wszechwiedzy a bezwarunkowy dar istnienia

Rozważenie problemu w całej jego rozciągłości prowadzi do punktu, w którym klasyczne tłumaczenie odwołujące się wyłącznie do ludzkiej wolnej woli przestaje wystarczać. Jeśli bowiem połączymy ze sobą Bożą wszechwiedzę, dobroć, stworzenie z niczego oraz realną perspektywę wiecznego potępienia, pojawia się fundamentalne pytanie o sens powoływania do istnienia istoty, której ostateczny los jest z góry znany. W chrześcijańskim ujęciu Bóg nie „ryzykuje” tak, jak robi to człowiek płodzący dziecko – Jego wiedza o całym ludzkim losie jest absolutna i odwieczna, co oznacza, że dla Stwórcy nie ma tu miejsca na nieprzewidziane rezultaty.

Jednocześnie przed-wiedza nie jest tożsama z predestynacją; to, że Bóg wie o przyszłym wolnym wyborze człowieka, nie oznacza, że go do tego wyboru przymusza. Z perspektywy wieczności Bóg widzi całe dzieje naraz, jednak wciąż pozostaje dramatyczne pytanie o sam akt stworzenia kogoś, o kim wie się, że ostatecznie odejdzie w zatracenie.

Tradycja katolicka, idąc tropem myśli świętego Tomasza z Akwinu, wskazuje, że samo istnienie jest fundamentalnym dobrem. Stwarzając osobę, Bóg nie powołuje do życia „potępionego”, lecz istotę zdolną do poznania Go, pokochania i osiągnięcia wiecznego szczęścia. W tym ujęciu Bóg chce istnienia człowieka, pragnie jego zbawienia, nie chce jego grzechu, a jedynie dopuszcza jego wolne wybory, nie będąc ich sprawcą. Pojawia się tu jednak nieustępliwy kontrargument: gdyby taka osoba nie została stworzona, nigdy nie doświadczyłaby również wiecznego cierpienia.

Aby rozwikłać ten węzeł, trzeba dostrzec subtelną różnicę logiczną. Gdyby Bóg uzależniał istnienie człowieka od warunku, że w przyszłości dokona on wyłącznie dobrych wyborów, uzależnilibyśmy możliwość zaistnienia od wykorzystania wolności, której dany człowiek jeszcze fizycznie nie posiada. Chrześcijaństwo przyjmuje jednak zasadę bezwarunkowego daru – Bóg nie stawia warunków wstępnych w stylu „będziesz istniał, jeśli będziesz dobry”, lecz mówi: „chcę, żebyś był”. Dopiero tak obdarzona istnieniem osoba odpowiada Bogu swoim życiem, co czyni sam akt stworzenia afirmacją konkretnej osoby, a nie afirmacją jej potencjalnego grzechu.

Tajemnica piekła i ograniczenia ludzkiego poznania

Cały ciężar zagadnienia zmienia się diametralnie w momencie, gdy do równania włączymy koncepcję piekła rozumianego jako nieskończone i nieodwracalne cierpienie będące konsekwencją doczesnych błędów. To właśnie w tym miejscu teologia musi odrzucić wszelkie karykaturalne wyobrażenia Boga jako sadystycznego sędziego czy oprawcy. Piekło nie jest celowo skonstruowaną przez Stwórcę komnatą tortur dla tych, którzy Go odrzucili. Zarówno na Wschodzie, jak i w refleksji Zachodu coraz wyraźniej akcentuje się, że ostateczny stan potępienia można rozumieć jako wewnętrzną kondycję osoby, która nie potrafi znieść i przyjąć wszechogarniającej Bożej miłości. Wobec tej samej, niezmiennej obecności Boga człowiek otwarty doświadcza wiecznej światłości i radości, podczas gdy człowiek wewnętrznie zatruty nienawiścią przeżywa tę samą miłość jako ból nie do zniesienia. Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego – to wola samego człowieka obraca tę miłość w udrękę.

Nawet to wyjaśnienie napotyka jednak na potężny mur krytyki: czy wszechmogący Bóg przez całą wieczność naprawdę nie potrafi uleczyć tak skrzywionej i chorej woli? Jeśli odpowiedź brzmi, że nie może, bo musiałby pogwałcić ludzką wolność, natychmiast pada pytanie, dlaczego uzdrowienie wolności musi oznaczać jej zniszczenie, skoro zbawieni w niebie są doskonale wolni, a mimo to nie grzeszą. W tym miejscu ostateczna odpowiedź chrześcijańska musi porzucić proste schematy i uznać, że nie dysponujemy pełnym kluczem do tej tajemnicy. Bóg powołał człowieka do zbawienia, a nie do potępienia, zło nie jest Jego dziełem, a piekło nie stanowiło celu stworzenia.

Co więcej, kluczowa korekta perspektywy polega na zauważeniu, że pytanie o stworzenie „kogoś, kto zostanie potępiony” zawiera w sobie nieuzasadnione założenie. Owszem, dogmatem wiary jest to, że Bóg stworzył człowieka, ale stwierdzenie, iż konkretna, żyjąca osoba na pewno jest potępiona, nie jest nam wiadome. To pozwala chrześcijaninowi na zachowanie głębokiej nadziei powszechnego zbawienia, bez popadania w dogmatyczne twierdzenia. Zamiast pytać, dlaczego Bóg stworzył kogoś, wiedząc, że będzie go wiecznie torturował – co prowadzi do teologicznej ślepej uliczki i fałszywego obrazu Boga – stajemy przed właściwym pytaniem: dlaczego Bóg obdarzył nas wolnością, wiedząc, że możemy Go odrzucić? To pierwsze pytanie prowadzi do karykatury, drugie zaś wprowadza nas w autentyczny dramat miłości, w której żaden teolog – ani katolik, ani prawosławny – nie powinien udawać, że małe hasło o „wolnej woli” rozwiązuje całą tajemnicę. W tym miejscu refleksja musi zatrzymać się przed tajemnicą, której ludzki rozum nie jest w stanie w pełni zamknąć w logicznych ramach.

Dramat powołania a perspektywa potępienia

Gdy schodzimy o poziom głębiej, sedno problemu przesuwa się z ogólnego pytania o pochodzenie zła na znacznie trudniejszy problem relacji między wszechwiedzącym Bogiem a powołaniem do istnienia osoby, której ostateczny los – potencjalne wieczne potępienie – jest odwiecznie znany. Rozważając tę kwestię, należy najpierw precyzyjnie rozdzielić trzy odrębne zagadnienia: czy Bóg jest autorem zła (na co odpowiedź brzmi negatywnie), czy wiedział, że stworzenie dopuści się zła (co teologia potwierdza), oraz dlaczego zdecydował się na akt stworzenia mimo tej wiedzy, co stanowi właściwy rdzeń teologicznej zagadki.

W tradycyjnym ujęciu przed-wiedza nie równa się predestynacji ani przyczynowości. Obrazowo rzecz ujmując, patrzenie z góry na drogę i posiadanie pewności, że kierowca skręci w lewo, w żaden sposób nie porusza jego kierownicą; w ujęciu boskim sprawa jest jeszcze bardziej radykalna, ponieważ Bóg nie podlega czasowi i nie „przewiduje” przyszłości w ludzkim wymiarze – dla Niego całe dzieje są współobecne w wieczności. Wiedza Boga o wolnym wyborze człowieka nie zmusza go do tego wyboru, co rozstrzyga o kwestii winy za czyn, lecz nie zamyka jeszcze pytania o samą decyzję powołania do istnienia kogoś, o kim wiadomo, że skończy w potępieniu.

W tym punkcie pojawia się najpoważniejszy zarzut, przed którym bledną proste formuły o wolnej woli. Załóżmy bowiem, że Bóg wie, iż człowiek oznaczony literą B zostanie ostatecznie potępiony, a mimo to powołuje go do istnienia. Człowiek B mógłby zasadnie zapytać: „Nie prosiłem o istnienie. Wiedziałeś, jak skończę, a jednak mnie stworzyłeś. Dlaczego?”.

Odpowiedź odwołująca się wyłącznie do wolnej woli staje się tu niewystarczająca, ponieważ nie kwestionuje samej wolności wyboru, lecz sam sens obdarzenia istnieniem kogoś, dla kogo ostateczny bilans istnienia okaże się tragiczny. Chrześcijańska odpowiedź na ten kryzys musi zacząć się od fundamentalnego afirmowania daru: Bóg nie stwarza nikogo z zamiarem skazania go na potępienie, lecz z perspektywy stwórczego aktu mówi do każdej osoby „chcę, abyś istniał”, a samo istnienie, rozum, wolność i zdolność kochania są bezwarunkowymi dobrami.

Piekło, miłość i tajemnica ludzkiej woli

Cały ciężar tego zagadnienia ulega drastycznej zmianie w zależności od tego, jak wyobrazimy sobie naturę piekła. Jeśli postrzegamy je w kategoriach karykaturalnych – jako miejsce prymitywnych tortur, w którym Bóg przez miliardy lat podtrzymuje istnienie człowieka wyłącznie po to, by ten cierpiał za kilkadziesiąt lat doczesnych błędów – wówczas zarzut staje się miażdżący, a pogodzenie takiego obrazu z miłością Stwórcy jest niewyobrażalnie trudne, jeśli nawet nie niemożliwe.

Z tego powodu zarówno dojrzała teologia katolicka, jak i mistyczna tradycja prawosławna odrzucają ten prymitywny schemat, skupiając się na istocie piekła jako dobrowolnej utracie komunii z Bogiem. Na szczególną uwagę zasługuje tu wschodnia intuicja teologiczna, zgodnie z którą Bóg nawet w piekle nie przestaje kochać człowieka. W obliczu wieczności zarówno święty, jak i zatwardziały grzesznik stają przed tą samą, niezmienną Bożą miłością. Dla otwartego serca obecność ta jest źródłem nieba i radości, natomiast dla kogoś, kto całkowicie zwrócił się ku nienawiści i odrzucił Stwórcę, ta sama wszechogarniająca miłość staje się doświadczeniem palącym i bolesnym, ponieważ nie ma ucieczki przed rzeczywistością podtrzymywaną przez Boga. To nie Stwórca zmienia swój stosunek do człowieka, lecz sam człowiek przekształca dobro w udrękę.

To jednak rodzi kolejne, niezwykle trudne pytanie: dlaczego nieskończona miłość Boga nie potrafi ostatecznie uleczyć tak chorej i skrzywionej woli? Jeśli grzech jest swego rodzaju chorobą, a uzdrowienie zwiększa, a nie zmniejsza wolność – co widać na przykładzie zbawionych w niebie, którzy są w pełni wolni, a jednocześnie nie grzeszą – pojawia się dylemat, dlaczego wolność miałaby wykluczać ostateczne uleczenie każdego stworzenia. Argument, że „Bóg nie może, bo szanuje wolność”, przestaje w tym miejscu w pełni tłumaczyć całą rzeczywistość, otwierając przestrzeń dla głębszej refleksji nad miłosierdziem.

Nadzieja większa niż doktryna?

W poszukiwaniu wyjścia z tego teologicznego labiryntu wielu wielkich myślicieli chrześcijańskich – od Orygenesa i Grzegorza z Nyssy po Izaaka Syryjczyka – żywiło głęboką nadzieję, że Boże miłosierdzie może ostatecznie objąć wszystkich, nie popadając przy tym w sztywne dogmatyczne twierdzenia o powszechnym zbawieniu. Kluczem do zrozumienia tego stanowiska jest rozróżnienie dwóch fundamentalnych zdań: „piekło jest obiektywną, wieczną możliwością i rzeczywistością” oraz „wiemy z pewnością, że jakaś konkretna osoba na wieki w nim pozostanie”.

Chrześcijańska doktryna z całą mocą podkreśla realność ludzkiej wolności i możliwość jej ostatecznego zatrzaśnięcia się na Bożą miłość, lecz jednocześnie nie daje nam mandatu do przesądzania o potępieniu konkretnych ludzi. W tym ujęciu pierwotny obraz – w którym Bóg tworzy wolność, przewiduje katastrofę i celowo buduje piekło [tj. pozwala szatanowi je zbudować] jako ostateczny magazyn potępieńców – ustępuje miejsca wizji Boga, który z czystej miłości powołuje osobę do komunii ze sobą, daje jej prawdziwą wolność, a gdy stworzenie tę komunię odrzuca, wciąż nie przestaje pragnąć jego dobra. Ostateczny dramat relacji między ludzką wolnością a boską miłością pozostaje w dużej mierze tajemnicą, której nie da się zamknąć w ciasnych ramach logicznych równań, przypominając nam, że ani proste hasło o „wolnej woli”, ani drastyczne karykatury piekła nie wyczerpują nieskończonej głębi Bożego planu.

Realność piekła a postawa nadziei

Precyzyjne rozróżnienie między obiektywną rzeczywistością piekła a brakiem wiedzy o potępieniu konkretnego człowieka pozwala uniknąć zarówno taniego uniwersalizmu, jak i bezdusznego fatalizmu. Tradycja katolicka z pełną mocą naucza, że piekło jest realną i ostateczną możliwością dla wolnego stworzenia, jednak Kościół nigdy nie orzekł dogmatycznie, że jakikolwiek konkretny człowiek w nim się znajduje. Choć liturgia zna kanonizację świętych, nie istnieje żaden odpowiednik „kanonizacji potępionych”. Nawet w odniesieniu do postaci Judasza, o którym Nowy Testament wypowiada się w niezwykle surowych słowach, Kościół nie ogłasza ostatecznego wyroku potępienia. Między ostatnim widocznym czynem człowieka a jego ostatecznym spotkaniem z Miłosierdziem rozciąga się przestrzeń tajemnicy, której ludzki wzrok nie jest w stanie przeniknąć.

Ewangeliczne ostrzeżenia przed utratą Boga nie oznaczają przy tym konieczności założenia, że miliony ludzi faktycznie w ową przepaść wpadną. Znak ostrzegawczy postawiony nad urwiskiem spełnia swoje zadanie wtedy, gdy wszyscy przed nim zawrócą; sam fakt, że nikt nie zginął, nie unieważnia powagi i realności samego niebezpieczeństwa. Chrystus całkowicie serio ostrzega przed możliwością ostatecznego odrzucenia łaski, co sprawia, że wierny nie może po prostu twierdzić, iż piekło na pewno jest puste. Może jednak – i powinien – zachować postawę głębokiej nadziei. Istnieje fundamentalna różnica między dogmatycznym twierdzeniem „wszyscy na pewno będą zbawieni” a chrześcijańską postawą „mam nadzieję na zbawienie każdego człowieka”, która nie przekreśla surowości sprawiedliwości, lecz całkowicie powierza los stworzenia nieskończonemu miłosierdziu.

Wschodnia teologia – reprezentowana m.in. przez świętego Izaaka Syryjczyka – rzuca na tę tajemnicę zupełnie inne światło, przenosząc ciężar rozważań z mechanicznej wizji kary na samą naturę relacji człowieka z Bogiem. Skoro Bóg jest niezmienną miłością, nie można wyobrazić sobie sytuacji, w której Stwórca otaczający człowieka za życia miłością nagle zaczyna go nienawidzić po śmierci. Zmienia się nie Bóg, lecz kondycja ludzkiego serca. Ta sama, wieczna i wszechogarniająca obecność Bożej miłości staje się dla człowieka otwartego źródłem niewypowiedzianej światłości i nieba, natomiast dla tego, kto tę miłość definitywnie odrzucił i zamknął się w nienawiści, ta sama wszechobecna jasność może objawiać się jako doświadczenie palące i bolesne. Bóg nie stworzył specjalnego miejsca tortur dla potępionych – to ludzka wola, trwająca w buncie, przekształca dar nieskończonej miłości w udrękę.

To rodzi jednak najtrudniejsze z pytań: dlaczego po przekroczeniu progu śmierci ludzka wolność miałaby zostać zamrożona na wieki? Dlaczego po upływie eonów trwania w oporze stworzenie nie mogłoby wreszcie powiedzieć: „pomyliłem się”? Odpowiedź, że po śmierci nie ma już nawrócenia, wymaga głębszego uzasadnienia. Z tego punktu widzenia tradycja chrześcijańska od wieków rozważała koncepcję apokatastasis – ostatecznego odnowienia i pojednania całego stworzenia z Bogiem. Nie chodzi tu o unieważnienie grzechu ani o mechaniczne zmuszenie woli do miłości, lecz o tak całkowite objawienie się prawdy i piękna Boga, że stworzenie zostaje uleczone z wewnętrznej niewoli zła.

Prawdziwa wolność a ostateczne zwycięstwo dobra

Rozważając ten problem, musimy skorygować nasze potoczne rozumienie wolności. Błędnie utożsamiamy ją wyłącznie z możliwością mechanicznego wyboru między dobrem a złem, tak jakby zdolność do błądzenia była istotą wolności. Klasyczna filozofia chrześcijańska wskazuje, że doskonała wolność polega na zdolności nieskrępowanego wyboru prawdziwego dobra. Człowiek owładnięty nienawiścią lub nałogiem nie jest bardziej wolny od tego, kto został z tego nałogu wyzwolony; grzech nie jest wyrazem wolności, lecz jej tragiczną utratą.

Skoro zbawieni w niebie oraz sam Chrystus posiadają pełną, ludzką wolność, a jednocześnie nie grzeszą, oznacza to, że wolność i niemożność upadku nie sprzeciwiają się sobie.

W świetle tej refleksji pierwotny, bolesny dylemat – w którym Bóg wiedział, stworzył, doprowadził do katastrofy i skazał na wieczność – ustępuje miejsca zupełnie innej dynamice. Bóg stwarza wolną osobę, człowiek odchodzi, Stwórca szuka go nieustannie, a Jego miłość nie gaśnie nawet w obliczu najtwardszego oporu. Stojąc na granicy ludzkiego poznania, chrześcijanin nie musi twierdzić, że wie, iż piekło ostatecznie zatriumfuje nad jakimkolwiek ludzkim sercem. Może natomiast zaryzykować nadzieję, że ostateczne słowo w historii świata nie należy do ludzkiego „nie”, lecz do wszechmocnego, uzdrawiającego „tak” Boga, który pragnie być wszystkim we wszystkich.

Oto podsumowanie i wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności:

Tajemnica wiecznego buntu

Jednym z najtrudniejszych napięć w teologii chrześcijańskiej jest pozorna sprzeczność między zapowiedzią Pawłową, że na końcu dziejów Bóg ma być „wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15,28), a realnością wieczności, w której część stworzenia mogłaby trwać w ostatecznym buncie. W wizji apostoła Chrystus pokonuje wszelkie wrogie moce, a ostatnim zniszczonym nieprzyjacielem jest śmierć, po czym przekazuje królowanie Ojcu.

Powstaje jednak fundamentalne pytanie: jeśli w kosmicznej rzeczywistości nieba Bóg jest wszystkim, ale gdzieś w otchłani piekła wciąż istnieje chociażby jeden człowiek wykrzykujący wieczne „nie” i nienawiść do Stwórcy, czy rzeczywiście cała rzeczywistość została pojednana i czy śmierć została całkowicie pokonana?

Zmierzenie się z tym dylematem prowadzi do dwóch odmiennych dróg w tradycji chrześcijańskiej. Tradycyjne ujęcie katolickie wskazuje, że „poddanie” całego stworzenia pod panowanie Boga nie musi oznaczać przymusowego zbawienia każdego grzesznika. Bóg zwycięża nawet wtedy, gdy stworzenie dobrowolnie Go odrzuca – bunt potępionych nie jest już w stanie zniszczyć Bożego porządku, a sprawiedliwość zostaje zachowana. W tym ujęciu „Bóg wszystkim we wszystkich” odnosi się do obiektywnego panowania nad wszystkim, co istnieje, nie unieważniając tragicznej, wiecznej możliwości samo-wykluczenia się człowieka z komunii miłości.

Leczniczy ogień Grzegorza z Nyssy

Zupełnie inną perspektywę otwiera wielki Ojciec Kościoła IV wieku, święty Grzegorz z Nyssy, którego myślenie podzielają również niektóre nurty wschodu. Grzegorz wychodzi z założenia, że ludzka natura została stworzona jako dobra, a zło nie jest jej elementem konstytutywnym, lecz pasożytniczą chorobą i deformacją. Z tego powodu ostateczne zwycięstwo Boga nad złem nie wymaga zniszczenia grzesznika, lecz oddzielenia od niego tego, co złe – unicestwienia choroby, a nie pacjenta. W tym świetle eschatologiczny „ogień” nie jest bezcelowym, wiecznym narzędziem sadystycznej kary, lecz bolesnym, leczniczym procesem oczyszczenia, przypominającym chirurgiczną operację.

Spotkanie z absolutną Prawdą i nieskończoną Miłością Boga dla człowieka przesiąkniętego pychą i nienawiścią musi być doświadczeniem palącym, pozbawionym wszelkich wymówek i samo-oszustwa. Jednak w ujęciu Grzegorza ogień ten ma na celu wypalenie zła, a nie wieczne podtrzymywanie agonii.

Rodzi to jednak potężny problem teologiczny: jeśli piekło i zło trwają przez całą nieskończoność bez końca, to zło staje się stałym, wiecznym elementem rzeczywistości obok Boga i zbawionych, co kłóci się z pełnym zwycięstwem dobra. Zwolennicy apokatastasis – czyli ostatecznego odnowienia i pojednania całego stworzenia – pytają więc retorycznie, czy zwycięstwo Boga nie byłoby doskonalsze, gdyby nieprzyjaciel nie został jedynie zmiażdżony i zamknięty w wiecznym więzieniu, ale uzdrowiony z nienawiści.

Kluczowy zarzut wobec tej koncepcji dotyka kwestii wolności: czy ostateczne nawrócenie wszystkich nie oznacza złamania ludzkiej woli i zmuszenia do miłości? Odpowiedź zwolenników uniwersalnej nadziei odwołuje się do głębszej definicji wolności. Człowiek często wybiera zło nie dlatego, że świadomie pragnie niszczącej go patologii, lecz dlatego, że jest oszukany, ślepy i zniewolony przez namiętności. Gdyby wszelkie zasłony, kłamstwa i skutki grzechu zostały usunięte w obliczu pełnego blasku Bożej prawdy, człowiek nie zostałby do niczego zmuszony – zostałby wreszcie w pełni uwolniony, by ujrzeć dobro w całej jego krasie i odpowiedzieć na nie własnym „tak”. Podobnie jak człowiek przebywający w ciemnym pokoju, po otwarciu okna nie jest zmuszany do uznania słońca, lecz po prostu przestaje żyć w ułudzie.

Choć ta wizja – wspierana przez intuicje takich mistrzów jak św. Izaak Syryjczyk – uwalnia teodyceę od trudności związanych ze stwarzaniem ludzi z góry skazanych na wieczne cierpienie, Kościoły katolicki i prawosławny nie podniosły jej do rangi dogmatu. Piekło pozostaje realną, przerażającą i ostateczną możliwością dla stworzenia, ponieważ nienaruszalna wolność zakłada zdolność dramatycznego odrzucenia Stwórcy. Istnieje jednak przepaść między twierdzeniem „piekło jest wieczne” a pychą mówienia „wiemy na pewno, że ktoś w nim tonie na wieki”. Chrześcijanin ma pełne prawo – a wręcz obowiązek – zachować głęboką nadzieję, że Boże miłosierdzie okaże się potężniejsze niż ludzki bunt, a ostatecznym akordem dziejów nie będzie wieczny krzyk nienawiści, lecz uzdrawiające, wszechogarniające zwycięstwo Miłości.

Problem Szatana a granice wolności

Rozwinięcie całego wywodu ostatecznie dotyka najtrudniejszego punktu tradycyjnej eschatologii – kwestii upadłych aniołów i samej postaci Szatana. W klasycznej chrześcijańskiej refleksji Bóg nie powołał do istnienia „diabła”, lecz stworzył doskonałego, dobrego anioła obdarzonego wolnością, którego wola na skutek własnego buntu radykalnie i nieodwracalnie zwróciła się przeciwko Stwórcy. W przeciwieństwie do człowieka, którego ziemskie wybory są czasowe, uwarunkowane niewiedzą, słabością czy emocjami i mogą ulegać zmianie, czysty duch anielski dokonuje aktu poznania i wyboru w sposób ostateczny. Stąd tradycyjna teologia uczy o nieodwracalności anielskiego upadku.

Jednakże to wyjaśnienie natychmiast przywraca z jeszcze większą siłą dawny zarzut: skoro Bóg z absolutną wiedzą przewidział, że ten konkretny anioł dokona nieodwracalnego wyboru zła, dlaczego mimo to powołał go do istnienia? Zwyczajne odwołanie do „wolnej woli” ponownie okazuje się niewystarczające, co skłoniło niektórych myślicieli, takich jak Orygenes, do postawienia najbardziej radykalnego pytania. Skoro zło jest jedynie pasożytniczym brakiem dobra i nie posiada własnego, wiecznego bytu, czy ostateczne zwycięstwo Boga może tolerować istnienie wiecznej skazy w postaci trwającego w nienawiści Szatana? W ujęciu radykalnej apokatastazy zbawienie nie polega na ocaleniu „zła” jako takiego, lecz na uzdrowieniu osoby od jej szatańskiego stanu – tak samo jak zbawienie grzesznika nie oznacza akceptacji grzechu, lecz ocalenie człowieka.

Mimo pociągającej spójności tej koncepcji, tradycja katolicka i prawosławna zachowują ogromną ostrożność, opierając się na tekstach o wieczności kary i realności radykalnego odrzucenia Boga. To rodzi jednak głęboki paradoks filozoficzny: jeżeli Szatan lub jakikolwiek potępiony trwa przez całą nieskończoność w buncie, to co podtrzymuje jego istnienie? Odpowiedź może być tylko jedna – sam Bóg. Nic stworzonego nie ma bytu samo z siebie, co oznacza, że nawet możliwość wykrzyczenia przez potępionego nienawistnego „nie!” istnieje wyłącznie dlatego, że w tej samej chwili Bóg nieustannie podtrzymuje go w istnieniu i mówi: „chcę, żebyś był”.

Piekło nie jest zatem obcym obszarem poza Bożą rzeczywistością, do którego Stwórca wyrzucił zbuntowanych i zapomniał o nich. Skoro potępiony istnieje wiecznie, to nawet jego egzystencja jest nieustającym darem i świadectwem tego, że Bóg nie unicestwił stworzenia. W myśli św. Izaaka Syryjczyka prowadzi to do poruszającego obrazu: Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego i stale pragnie jego dobra, a wieczny stan buntu staje się dramatycznym pytaniem o to, czy miłość ta pozostanie całkowicie bezowocna.

Trzy modele ostatecznego losu

Wobec tych napięć teologia wypracowała trzy główne modele rozwiązania problemu:

  1. Klasyczne wieczne piekło: Stworzenie może ostatecznie i nieodwracalnie zatwierdzić swój wybór przeciwko Bogu, który respektuje tę wolność na wieki, a Jego ostateczne panowanie polega na tym, że żaden bunt nie zdoła naruszyć ładu królestwa.
  2. Anihilacjonizm: Koncepcja usuwająca problem wiecznego cierpienia poprzez założenie, że ostatecznie odrzucające dobro stworzenie po prostu przestaje istnieć, choć nie jest ona akceptowana przez katolicyzm ani prawosławie.
  3. Apokatastaza: Wizja ostatecznego uzdrowienia i pojednania całego stworzenia, w której Bóg nie niszczy wolności, lecz uwalnia ją z niewoli ślepoty i nienawiści, doprowadzając do dobrowolnego i pełnego prawdy powrotu.

Prawdziwa natura wolności a nadzieja

To wszystko prowadzi nas do najgłębszego pytania o naturę samej ludzkiej i anielskiej wolności. Często zakładamy, że prawdziwa wolność musi polegać na wiecznej, niezbywalnej możliwości wyboru zła. Istnieje jednak chrześcijańska intuicja – widoczna chociażby w bezgrzeszności zbawionych w niebie czy samej naturze Boga – że doskonała wolność nie jest zdolnością błądzenia, lecz pełną zdolnością wyboru autentycznego dobra, bez przymusu, ale i bez wewnętrznego skrzywienia. Jeśli zestawimy ze sobą trzy prawdy: wszechmoc Boga, Jego powszechną wolę zbawienia oraz realną możliwość zatracenia, stajemy przed fundamentalnym dylematem.

Czy Bóg dysponujący nieskończoną miłością, cierpliwością i mądrością napotka kiedykolwiek tak zatwardziałą istotę, której nie zdołałby przez całą wieczność przekonać prawdą i uleczyć? Tradycyjne nauczanie zakazuje nam czynienia z tego dogmatycznej pewności („wszyscy na pewno będą zbawieni”), ale pozwala – a wręcz przynagla – do zachowania nadziei, że miłosierdzie Stwórcy okaże się potężniejsze niż ludzki bunt. Ostatecznie problem wolności sprowadza się do pytania: czy możliwość powiedzenia Bogu wiecznego „nie” jest najwyższym wyrazem wolności, czy jej ostateczną, tragiczną niewolą?

Zasadnicze rozstrzygnięcie całego problemu zależy od tego, jak zdefiniujemy samą wolność.

Potocznie zakładamy, że prawdziwa wolność musi polegać na niezbywalnej możliwości wyboru zła, jednak klasyczna myśl chrześcijańska prowadzi do wniosku przeciwnego. Sam Bóg oraz zbawieni w niebie są doskonale wolni, a jednocześnie nie potrafią i nie chcą grzeszyć – ich wolność nie jest pomniejszona, lecz w pełni zrealizowana w dobru.

Stawia to przed teologią niezwykle trudne pytanie: skoro Bóg potrafi doprowadzić zbawionego do stanu, w którym dobrowolnie i nieodwracalnie wybiera dobro, dlaczego nie mógłby dokonać tego samego z każdym grzesznikiem?

Odpowiedź, że „grzesznik tego nie chce”, nie rozwiązuje zagadnienia do końca, ponieważ nikt nie wybiera zła dla samego zła, lecz zawsze pod postacią jakiegoś cząstkowego, fałszywie pojętego dobra. Grzech nie jest szczytem wolności, lecz jej tragicznym zniewoleniem – przypomina narkomana, którego pragnienie substancji jest autentyczne, ale nie jest wyrazem wolności, lecz choroby.

Jeśli zbawienie polega na uwolnieniu i uzdrowieniu woli, a nie na jej złamaniu, to rodzi się fundamentalne pytanie o to, czy wszechmogąca miłość Boga jest w stanie ostatecznie uleczyć każdą stworzoną naturę. Tradycyjna teologia wskazuje jednak, że człowiek poprzez całe swoje życie i serię wolnych decyzji może tak głęboko ukształtować siebie przeciwko dobru, iż jego postawa staje się fundamentalnym, zastanym w chwili śmierci odrzuceniem łaski. Śmierć jawi się tu jako ostateczna granica czasu otwartego na nawrócenie, choć filozoficzne pytanie o to, dlaczego ta granica musi być nieprzekraczalna dla miłosierdzia, wciąż pozostaje otwarte.

Rozważając granice tego procesu, musimy wyraźnie odróżnić trzy poziomy twierdzeń teologicznych:

  • Dogmatyczną pewność: twierdzenie, że wszyscy na pewno zostaną zbawieni, co nie mieści się w granicach katolickiej ani prawosławnej nauki.
  • Filozoficzną możliwość: pytanie, czy Bóg teoretycznie mógłby doprowadzić wszystkie wolne osoby do dobrowolnego pojednania, czego nie da się logicznie wykluczyć.
  • Chrześcijańską nadzieję: postawę ufności, że miłosierdzie Stwórcy okaże się potężniejsze niż ludzki bunt, przy jednoczesnym zachowaniu realności sądu.

W świetle tej perspektywy pierwotny, bolesny zarzut – w którym Bóg wiedział o katastrofie, a mimo to powołał świat do istnienia – zyskuje zupełnie inne oświetlenie. Bóg nie stworzył zła ani nie przeznaczył nikogo na wieczne męki; powołał do istnienia dobro zdolne do wolności, wiedząc, że wolność ta może zostać tragicznie wypaczona.

Kluczowe pytania ostatecznie sprowadzą się do tego, jak zrozumieć eschatologiczny tryumf Boga: czy „zwycięstwo” oznacza, że Stwórca na wieki oddzieli zbawionych od nieuleczalnych buntowników, zamykając zło w wiecznym więzieniu piekła, czy też oznacza ono, że Bóg sprawi, iż zła w ostatecznym rozrachunku już nie będzie?

Zmierzenie się z tą drugą opcją wymaga jednak uczciwego stanięcia twarzą w twarz z najsurowszymi słowami samego Chrystusa o wiecznym ogniu, zatraceniu i dramacie Judasza – dopiero tam okazuje się, jak cienka jest granica między pobożną nadzieją a rygorystyczną wiernością biblijnemu objawieniu.

„Plany obronne” von der Leyen stawiają Europę na drodze wojny z Rosją

„Plany obronne” von der Leyen stawiają Europę na drodze wojny z Rosją

Przez Andrzej Korybko

Jedynym sposobem na uniknięcie nieuchronnej Trzeciej Wojny Światowej byłoby zdecydowane odbudowanie przez Rosję jej potencjału odstraszającego.

W swoim dorocznym przemówieniu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaproponowała kilka inicjatyw w dziedzinie obronności. Najbardziej znaczącą było mianowanie Kanady pierwszym „członkiem stowarzyszonym” UE, którego celem jest między innymi „integracja baz przemysłu obronnego” i „uczynienie z Arktyki wspólnego projektu flagowego”. W tym kontekście Kanada została zaproszona do członkostwa w nowej Europejskiej Radzie Bezpieczeństwa, w skład której wejdą również Ukraina, Wielka Brytania, Norwegia i inne nieokreślone państwa, prawdopodobnie uczestniczące w unijnym Artykule 4.

Odnosi się to do prawa członków do inicjowania pilnych konsultacji w przypadku, gdy czują się zagrożeni. Włączenie Ukrainy wyraźnie sugeruje, że będzie to kolejna z wielu gwarancji bezpieczeństwa, jakie czołowi członkowie NATO już udzielili temu państwu. W tej kwestii von der Leyen zaproponowała wspólny projekt z Ukrainą mający na celu stworzenie modułowego systemu obrony przeciwrakietowej i zapowiedziała, że ​​kolejne wspólne projekty zostaną uruchomione z wykorzystaniem pozostałych środków programu Security Action for Europe (SAFE).

Na szczeblu krajowym ma zostać przyjęta nowa europejska strategia bezpieczeństwa, której szczegółów nie sprecyzowała, ale która prawdopodobnie ukształtuje stanowisko Unii wobec Rosji w przewidywalnie napiętym porządku powojennym. Wreszcie, von der Leyen ogłosiła „Europejski Instrument na rzecz Strategicznych Instrumentów Wspierających”, przez co miała na myśli to, co określiła jako „kluczowe zasoby wsparcia i mnożniki sił, na których opiera się każda wiarygodna obrona”. Obejmują one zarówno obronę powietrzną i przeciwrakietową, jak i transport strategiczny oraz tankowanie w powietrzu. Od przestrzeni kosmicznej po cyberprzestrzeń.

Ogólnie rzecz biorąc, powiązane ze sobą propozycje von der Leyen dotyczące obronności zoptymalizują powiązane procesy decyzyjne UE, rozszerzą jej wpływy na państwa niebędące członkami i przygotują Europę jako całość na wojnę z Rosją do 2030 roku – całkowicie zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami niektórych jej współpracowników. Poprzez milczące traktowanie Ukrainy jako sojusznika we wzajemnej obronie poprzez włączenie jej do proponowanej Europejskiej Rady Bezpieczeństwa i traktowanie jej przemysłu zbrojeniowego jako części UE, Ukraina pozostanie najbardziej prawdopodobnym czynnikiem wywołującym wojnę między UE a Rosją w nowej erze.

Histeria wojenna, która ogarnęła blok, prawdopodobnie zostanie wykorzystana jako federalistyczna gra o władzę, w miarę jak UE ewoluuje od unii gospodarczej, a następnie swoistej unii politycznej, w unię wojskową. Oczekuje się, że Niemcy, pod wodzą von der Leyen, będą przewodzić zmilitaryzowanej UE, zarówno ze względu na ich dominujący wpływ gospodarczy na Unię, jak i zdolność do wydawania znacznie większych środków na obronność niż jakikolwiek inny członek. Chociaż Polska posiada obecnie największe siły zbrojne w NATO, niemieckie siły zbrojne są na dobrej drodze, aby je przewyższyć.

Rządzący w Polsce liberałowie aspirują do bycia najważniejszym młodszym partnerem Niemiec w powstrzymywaniu Rosji w ramach „NATO 3.0”, podczas gdy konserwatywna opozycja, reprezentowana głównie przez prezydenta, dąży do roli najważniejszego partnera USA. Jeśli urzędujący politycy pozostaną u władzy po kolejnych wyborach do Sejmu jesienią 2027 roku, geopolityczny los Polski będzie przesądzony; jednak powrót konserwatystów (prawdopodobnie w koalicji z siłami libertariańskie-nacjonalistycznymi) mógłby skłonić Polskę do próby zawarcia sojuszu „międzymorza”, który miałby zrównoważyć odradzającą się hegemonię Niemiec.

Oto dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze tego, jak będzie wyglądała zachodnia flanka nowego „kordonu sanitarnego”: albo będzie to zdominowana przez Niemcy, zmilitaryzowana UE, albo zmilitaryzowana UE, w której kierowane przez Polskę „Międzymorze” będzie stanowiło przeciwwagę dla niemieckiej hegemonii nad blokiem, uzupełniając jednocześnie jej wysiłki na rzecz powstrzymania Rosji.

Tak czy inaczej, von der Leyen właśnie postawiła Europę na drodze wojny z Rosją, a jedynym sposobem na uniknięcie nieuchronnej Trzeciej Wojny Światowej byłoby zdecydowane przywrócenie przez Rosję jej siły odstraszającej.

Źródło: Plany obronne von der Leyen stawiają Europę na drodze do wojny z Rosją