Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792049979', '216.73.217.145')
Oskarżenie jest proste, a Donald Trump zbudował na nim szeroko nagłośnione żądanie wobec Kijowa: ataki Ukrainy na rosyjskie rafinerie pozbawiają świat oleju napędowego. To oskarżenie pomija jednak fakt, że kwaśna rosyjska ropa naftowa nie znika, gdy płoną jej rafinerie. Jest ładowana na tankowce i sprzedawana jako ropa naftowa Indiom i Chinom, których rafinerie przetwarzają ją na olej napędowy – indyjskie zakupy rosyjskiej ropy naftowej wzrosły mniej więcej dwukrotnie, a chiński import WSTO stale rośnie. Molekuły wciąż się poruszają; proces rafinacji po prostu się zmienia. Ukraina niszczy rosyjską marżę rafineryjną, a nie globalne dostawy oleju napędowego.
Trump przedstawił oskarżenie 13 września na swoim polu golfowym w Doonbeg w Irlandii – dwa dni po tym, jak cena amerykańskiego oleju napędowego po raz pierwszy w historii przekroczyła sześć dolarów za galon. Znalazł winowajcę. Nie był nim Iran. Nie była nim Cieśnina Ormuz.
Był nim Wołodymyr Zełenski. Zełenski „musi przestać bombardować Rosję olejem napędowym” – powiedział Trump dziennikarzom; może „atakować inne cele, ale nie olej napędowy”. A potem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, kogo obwinia: niedobór „nie był spowodowany przez Bliski Wschód”.
To ostatnie zdanie jest kluczową wskazówką – i jest błędne. Aby to zrozumieć, trzeba pojąć dwie rzeczy, których Trump albo nie rozumie, albo liczy na to, że nie zrozumiesz: jaką ropę naftową Rosja tak naprawdę produkuje i gdzie tak naprawdę produkowany jest olej napędowy na świecie.
Zacznijmy od ropy naftowej, ponieważ liczby jednoznacznie odpowiadają na to pytanie.
Co promuje Rosja: arytmetyka kwaśnej ropy
Kwaśna ropa naftowa to ropa naftowa o zawartości siarki powyżej 0,5% wag. Poniżej tej wartości jest uważana za słodką. Rosja produkuje osiem głównych gatunków ropy, a Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) publikuje informacje o jakości każdego z nich. Oto one, wraz z przybliżonymi wartościami, opartymi na zdolnościach produkcyjnych i przepustowości krajowych rafinerii:
Różnorodność
Gęstość API
siarka
region
Przybliżone finansowanie (miliony b/d)
Klasa
Ural (w tym lekka syberyjska)
30–32
1,3–1,5%
Zachodnia Syberia / Wołga-Ural
~7,0
Kwaśny
ESPO
34–37
0,4–0,6%
Wschodnia Syberia
~1,6
Linia graniczna
Sokół
35–37
0,2–0,3%
Daleki Wschód
~0,2
Słodki
Sachalin
37–45
0,1–0,3%
Daleki Wschód
~0,15
Słodki
ARCO (Arktyka)
23–24
2,2–2,4%
północ
~0,1
Kwaśny
Nowy Port
30–35
0,1–0,3%
Zachodnia Syberia
~0,15
Słodki
Warandaj
25–37
0,2–0,5%
północ
~0,1
Słodki
Całkowita ropa naftowa
~9,3
Dane jakościowe: Raport EIA Country Analysis Brief, Rosja (2025). Objętości są przybliżone i pochodzą z potencjału produkcyjnego WSTO/Sachalinu/Arktyki oraz około 5,4 miliona baryłek dziennie (b/d) krajowej rafinacji, głównie zasilanej z Uralu, plus eksport ropy naftowej rurociągiem przez Morze Bałtyckie, Morze Czarne i rurociąg „Przyjaźń”; nie są to dane publikowane przez EIA według gatunku. Całkowita ilość ropy płynnej wynosi około 10,5 miliona b/d, z uwzględnieniem lekkich, słodkich kondensatów i płynów gazu ziemnego.
Zróbmy obliczenia. Kwaśne baryłki – Ural z około 7 milionami dziennie, plus niewielki udział Arctic ARCO – stanowią około 7,1 miliona z 9,3 miliona baryłek ropy naftowej wydobywanej przez Rosję. To około 76 do 77 procent kwaśnej ropy, a odsetek ten wzrasta do ponad 90 procent, jeśli uwzględnimy ESPO, która z 0,4 do 0,6 procent siarki jest na granicy kwaśna, a nie słodka. Dokładny jest odsetek od trzech czwartych do czterech piątych, i to niewiele. Rosja jest w przeważającej mierze producentem kwaśnej ropy naftowej.
Dlaczego jest to istotne w dyskusji o oleju napędowym? Ponieważ olej napędowy jest destylatem średniej jakości, a przetworzenie ciężkiej, kwaśnej beczki na czysty olej napędowy wymaga bardzo wyspecjalizowanej i kosztownej rafinerii – takiej, która dysponuje urządzeniami do hydrorafinacji, odzysku wodoru i siarki, ulepszoną metalurgią i jednostkami głębokiej konwersji, których nie posiada prosta rafineria słodkiej ropy naftowej. Światowa zdolność produkcyjna oleju napędowego nie jest ograniczona liczbą istniejących baryłek, ale tym, ile z tych wyspecjalizowanych mocy produkcyjnych jest w użyciu i czym są zasilane.
Gdzie tak naprawdę wytwarzany jest — i tracony — olej napędowy
Porównajmy teraz obliczenia dotyczące kwaśnej ropy z twierdzeniem Trumpa, bo obnaża to oszustwo.
Kiedy ukraińskie drony atakują rosyjską rafinerię, wycofują rosyjskie produkty gotowe z rynku. To jest rzeczywistość i w słowach Trumpa jest ziarno prawdy: Rosja jest drugim co do wielkości eksporterem oleju napędowego na świecie po Stanach Zjednoczonych, a Ukraina bombarduje jej rafinerie od roku – Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że średnio co trzy dni w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2026 roku rosyjska rafineria była atakowana. W lipcu Moskwa całkowicie zakazała eksportu oleju napędowego, aby zabezpieczyć własne dostawy. Ta energia elektryczna została drastycznie ograniczona.
Postawmy więc na szali tę liczbę – tę, o której Trump nigdy nie wspomina, bo na niej opiera się cały akt oskarżenia. Świat zużywa około 28 milionów baryłek oleju napędowego i gazowego dziennie. Na zdrowym poziomie sprzed kryzysu Rosja dostarczała na rynek eksportowy około 900 000 baryłek dziennie, osiągając szczyt blisko miliona: to około trzech procent światowego zużycia oleju napędowego. Dziś, po roku ataków dronów i własnym zakazie eksportu, Rosja eksportuje około 150 000 baryłek dziennie. To pół procenta światowego zużycia oleju napędowego. Pół procenta.
Przeczytaj to w kontekście żądań Trumpa, a logika rozpadnie się na jego oczach. Pół procenta to cała pozostała ilość w grze – absolutne maksimum, jakie mogłoby przynieść powstrzymanie ataków na Ukrainę. Kryzys, który obwinia za globalny niedobór, już nastąpił; rosyjska baryłka, o którą prosi Kijów, aby ją odłożył, to jedynie błąd zaokrąglenia w globalnym bilansie. Globalny deficyt oleju napędowego nie powstaje – i nie zostanie rozwiązany – poprzez manipulowanie tak małą ilością.
I nawet to pół procenta nie jest tak naprawdę stracone dla świata – ropa naftowa, z której pochodzi, jest po prostu rafinowana gdzie indziej. Prawdziwa dziura w globalnym zaopatrzeniu w olej napędowy powstaje w zupełnie innym miejscu.
Zatoka Perska to osobny problem – i to właśnie ten, który Trump zbagatelizował. Odkąd Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły wojnę z Iranem w lutym, Cieśnina Ormuz – normalnie dostarczająca jedną piątą światowych zasobów ropy naftowej – została zablokowana.
W tym miesiącu Huti zajęli jemeński port Mokha, a następnie wyspę Perim, uzyskując kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab, przez którą w drugim kwartale 2026 roku przepływało dziennie około 8,1 miliona baryłek ropy naftowej i produktów naftowych. Cena ropy Brent po raz pierwszy od lipca przekroczyła 100 dolarów. Eksperci branżowi szacują, że walki uszczuplają światowe moce przerobowe o około siedem milionów baryłek dziennie, a EIA przewiduje, że zapasy destylatów pozostaną znacznie poniżej najniższego poziomu od pięciu lat aż do 2027 roku.
To nie jest historia o produktach gotowych. To historia o surowcach – ciężka, kwaśna ropa z Zatoki Perskiej, dla której budowano światowe rafinerie głębinowe, to te, które znikają i, w przeciwieństwie do ropy rosyjskiej, nie da się ich po prostu przekierować, ponieważ specjalistyczne moce przerobowe, których wymagają, są skoncentrowane i nie da się ich wyczarować gdzie indziej. Nawet prasa branżowa, komentując oświadczenie Trumpa, stwierdziła oczywistość: dane z rynku energii wskazują na konflikt na Bliskim Wschodzie jako o wiele poważniejszą przyczynę wąskiego gardła – nie na Ukrainę. Człowiek obwiniający Kijów opisuje mniejszą ranę, stojąc na większej.
Alibi i samobójczy gol
Po co więc oskarżać Zełenskiego? Emisja spalin silników Diesla osiągnęła rekordowy poziom dwa dni przed przemówieniem Trumpa, a Amerykanie głosują w listopadzie. Prezydent, który rozpoczął wojnę i zamknął Ormuz, ma jasny motyw, by umiejscowić kryzys związany z dieslem gdzie indziej niż w Zatoce Perskiej. Obwinianie Ukrainy przerzuca odpowiedzialność z własnej polityki na cudze drony.
Wydaje się, że umknęła mu jeszcze jedna ironia. Ataki na rosyjskie rafinerie są przeprowadzane przez kraj, który Stany Zjednoczone uzbrajają, finansują i wyposażają w te same środki namierzania i dalekiego zasięgu, które umożliwiają te ataki. Jeśli te ataki, jak to ujął Trump, „szkodzą światu”, to szkoda ta jest wyrządzona przez kampanię finansowaną przez jego własną administrację. Nie stawia czoła wrogiej zdradzie. Mówi klientowi, żeby przestał robić coś, na co Waszyngton pozwalał – jednocześnie zaprzeczając o wiele większym zakłóceniom, które sam wywołał.
Trump chce niższych cen oleju napędowego i kontrolowanej inflacji. Każde narzędzie, które faktycznie wpłynęłoby na te liczby, prowadzi przez Zatokę Perską: przez Ormuz, przez Bab al-Mandab, przez ciężkie, kwaśne baryłki, które jego wojna zablokowała. Ukraińskie drony to tylko jeden z punktów rachunku. Zatoka Perska to księga rachunkowa. Wskazywanie na coś, gdy księga rachunkowa krwawi, to nie analiza. To alibi.
Jedyną sztuką, którą książę musi w pełni opanować, jest sztuka wojny.
To miała być cisza przed burzą. „Syndykat Epsteina” schlebiałby przedstawicielom Globalnego Południa, którzy zebrali się w Nowym Jorku na – pogrążonym w letargu – Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, i uwodziłby ich wszelkiego rodzaju „prezentami”, aby odwrócić ich uwagę od zbliżającej się wielkiej katastrofy i odwrócić ich uwagę od zapierającej dech w piersiach szybkości upadku Pax Americana.
Przenieśmy się do środy, pierwszego dnia debaty w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, kiedy to Neo-Krassus/Neo-Kaligula/Goldfinger/Psycho-Toddler ma wygłosić przemówienie.
Tego samego dnia spotyka się z szejkami naftowymi z regionu Zatoki Perskiej. Spotkanie to może przerodzić się w swego rodzaju pakt samobójczy.
A w piątek Xi Jinping osobiście przybędzie do USA z oficjalną wizytą państwową. Iskry będą gwarantowane (i często niewidoczne).
Wszystko to gwarantowałoby, że niemal nieunikniona nowa, szalona ofensywa przeciwko Iranowi i państwom Osi Oporu mogłaby zostać opóźniona o kilka dni.
Jednak histeria wybuchła ponownie, gdy spanikowani aktorzy imperialni zostali skonfrontowani z przerażającymi faktami na miejscu – od zerowego eksportu saudyjskiej ropy naftowej po „Płoń, kochanie, płoń” na lotnisku w Rijadzie.
Kluczowe słowo: ogłuszający dźwięk pędzących karaluchów „błyskotki”. Wydaje się, że rozumieją, że kolejny atak na Iran byłby teraz bardziej niż niebezpieczny, ponieważ drabina eskalacji wymknęłaby się spod kontroli – w tym końcowa rozgrywka Teheranu z przerażonymi szejkami naftowymi.
Karaluchy musiały się więc przekonać na własnej skórze, że bez względu na wszystko Iran nieuchronnie stanie się hegemonem naftowym w Zatoce Perskiej.
Teraz czas na Pakistan i Turcję – dwaj pozostali członkowie podejrzanego Sojuszu Obrony Mekki – którzy wspólnie wpadli w panikę i obiecują bronić Arabii Saudyjskiej, nawet przy użyciu siły fizycznej.
Dla kontekstu przytaczamy wypowiedź rzecznika Ansarallah, Mohammada Al-Bukhaitiego:
„Na Boga, jeśli Turcja lub Pakistan się wtrącą, rozprawimy się z nimi żelazną ręką. I tak jak dziś sprowadzamy Arabię Saudyjską do parteru, tak samo i ich do parteru”.
Taka była uprzejma rada starszego al-Buchaitiego. Młodszy al-Buchaiti, Hussain, dziennikarz, zaatakował znacznie ostrzej: Gdyby Pakistan zaatakował Jemen, Jemen nie zezwoliłby na przeprawę pakistańskich statków handlowych przez Morze Czerwone, przypuściłby bezpośredni atak na Pakistan i uznałby go za partnera syjonistycznego.
Jak upada Dom Saudów
Teraz drabina eskalacji przyspiesza z pełną prędkością. „Szok energetyczny i strach” jest nieunikniony. Wszystkie bufory zostały wyczerpane: amerykańskie strategiczne rezerwy ropy naftowej (SPR), saudyjski rurociąg Wschód-Zachód (na co najmniej miesiąc, a może dłużej) oraz systematyczna, drastyczna redukcja importu ropy przez Chiny.
Pozostaje Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – z przepustowością zaledwie 2 milionów baryłek dziennie. Ale jeśli USA zaatakują „oś oporu”, to i ona zniknie w mgnieniu oka.
Arabia Saudyjska nie może eksportować ropy naftowej ani gazu. Dlatego nieudolny decydent MbS ma tylko jedno wyjście: poddać się. Zaakceptować warunki Jemenu. I należy się spodziewać, że obejmie to również trzy południowe prowincje, które zostały zdobyte przez Brytyjczyków i przekazane Saudyjczykom w 1934 roku.
Brak kapitulacji oznacza, że szansa na przetrwanie Domu Saudów jest niezwykle mała.
Alastair Crooke, w najlepszym wydaniu, podsumował to idealnie. Błyskawiczna ofensywa sił Ansarallah/Jemenu była planowana od siedmiu lat. Sana’a myśli bardzo długoterminowo. Oznacza to, że Jemen ma pełną kontrolę nad procesem; jednak wynik jest całkowicie zgodny z wolą Teheranu.
Istnieje uderzająca analogia do sytuacji w Afganistanie sprzed pięciu lat – historii, którą śledziłem z uwagą. Markizowy rząd Ghaniego upadł w ciągu zaledwie dziesięciu dni dzięki cierpliwie budowanym sojuszom między plemionami pasztuńskimi pod patronatem generała Solejmaniego.
Teraz ten sam proces ma miejsce, z udziałem arabskich przywódców plemiennych. Łatwo to sprzedać. Hybrydowe państwo „Arabia Saudyjska” zostało zbudowane wokół skrajnie sekciarskiego rdzenia wahhabickiego, grupy niepiśmiennych, pasterskich Beduinów, w którym jedna rodzina monopolizuje pieniądze, władzę polityczną i wszelkie decyzje.
Wiele z około 100 plemion bez trudu weźmie udział w procesie, który zintegruje królestwo z tym, co można by nazwać „kompleksem Iran-Ansarallah”. Odzyskają swoją ropę; Arabia nie będzie już sprowadzona do roli amerykańskiego substytutu perskiej potęgi; a to oznacza koniec „darmowego posiłku” dla amerykańskich firm naftowych. Chiny mogą tylko z zadowoleniem przyjąć tę wizję.
Szejkowie naftowi wybrali już swój stół.
Sana wysłała jasny sygnał do USA za pośrednictwem Omanu: Jemen zaatakuje tylko statki saudyjskie – a nie amerykańskie czy międzynarodowe. To obowiązuje, dopóki Waszyngton nie zaatakuje Jemenu. Jeśli jednak do tego dojdzie, Jemen zniszczy amerykańską bazę w Dżibuti, niezbędną do monitorowania całego Rogu Afryki.
Kluczowe pytanie brzmi teraz, czy Stany Zjednoczone – i Pakt Mekka – rzeczywiście porzuciły Arabię Saudyjską. Czy też jest to jedynie zasłona dymna dla reorganizacji przed skoordynowanym atakiem – w tym na Radę Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) – na Ansarallah.
Gdyby do tego doszło, Teheran jasno dał do zrozumienia, że zaatakuje amerykańskie cele wojskowe i gospodarcze w całym regionie Zatoki Perskiej, szczególnie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej, sięgając aż po Irak.
Generał dywizji Mohsen Rezaee, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu i osobisty przedstawiciel Najwyższego Przywódcy Mojtaby Chameneiego, podsumował kontekst jednym zdaniem:
„Zaprosiliśmy ich [państwa Rady Współpracy Zatoki Perskiej] na spotkanie w Salalah [w Omanie]… a oni odwzajemnili się tajnym spotkaniem w Niemczech z Centralnym Dowództwem USA i Izraelem”.
Wszystko jest tutaj. Iran zaprosił szejków naftowych Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) do wspólnego regionalnego stołu negocjacyjnego. GCC zdecydowała się jednak na rozmowy przy stole negocjacyjnym w Waszyngtonie i Tel Awiwie.
Rezaee opisał również, w jaki sposób Iran zmodernizował swoje rakiety naddźwiękowe, zwiększając ich prędkość z 6 do 10 Machów, rozszerzył możliwości walki elektronicznej i obrony powietrznej i obecnie jest w stanie atakować amerykańskie okręty w dowolnym miejscu na odległym Oceanie Indyjskim.
Jest też pocisk kierowany na okręty, który dzieli się na 80 pocisków i został pomyślnie przetestowany na amerykańskim lotniskowcu. Pentagon milczy w tej sprawie.
Rezaee ostrożnie radził Marynarce Wojennej USA na wiele sposobów, aby wycofała się z drogi – jeśli tak można powiedzieć, z Oceanu Indyjskiego – zanim znów iskry polecą.
Młody al-Bukhaiti zabiera głos po raz kolejny: „W nadchodzących dniach należy spodziewać się znacznej eskalacji ze strony Arabii Saudyjskiej… Po tym nastąpi zaskakujący akt odwetu, który sprawi, że Arabia Saudyjska i jej sojusznicy zapomną, że stracili Mochę i Bab al-Mandab”.
Syndykat Epsteina mógł zatem zaplanować samodzielną operację w Jemenie, tylko po to, by odkryć, że Iran i Jemen zawarły umowę zbiorową.
Szanuj warunki Iranu. W przeciwnym razie…
Teheran przekazał nowe warunki Stanom Zjednoczonym za pośrednictwem Kataru, chociaż Rezaee nadal powołuje się na „szanowany rząd pakistański” jako na wiarygodnego partnera do konsultacji.
Warunki obejmują uwolnienie zamrożonych aktywów i zakończenie blokady morskiej nałożonej przez Trumpa. Rezaee powiedział, że warunków jest siedem, ale wymienił tylko sześć. Lista nie obejmowała „zniesienia sankcji gospodarczych”. Pierwszym publicznie wymienionym punktem jest „zakończenie wojny na wszystkich frontach”.
Dokładnie to zostało powiedziane na początku listu intencyjnego „Martwego Kota”.
Porozumienie z czerwca zawierało już wyjątki dla eksportu ropy naftowej i klauzulę o powstrzymaniu się od nowych sankcji.
Następnie pojawia się kwestia wzajemności w odniesieniu do Cieśniny Ormuz. Jest to element strategii negocjacyjnej Teheranu. Rezaee powiedział, że Iran jest „tylko o krok” od ogłoszenia porozumienia z Omanem w sprawie zarządzania Cieśniną Ormuz, co może wymagać zgody regionu.
Opis przedstawiony przez Tasnim określił porozumienie jako „krok w kierunku realizacji przez Iran suwerenności nad cieśniną”. Równocześnie minister spraw zagranicznych Araghchi poinformował w Pekinie swojego odpowiednika i przyjaciela Wang Yi, że Iran „uzgodnił z Omanem plan otwarcia cieśniny”. Następnie, w niedzielę, Ghalibaf powtórzył, że Cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta do czasu spełnienia warunków Iranu.
Reakcja Waszyngtonu w niedzielę była – jak zwykle – szaloną retoryką. Neo-Krassus/Psycho-Maluch powiedział w Fox News, że jest w „trybie decyzyjnym”. A potem rzucił międzygalaktyczną ripostę: Decydował, „czy i kiedy wysadzę cały naród w powietrze”.
Dalszy komentarz nie jest potrzebny.
Ma w zasadzie trzy opcje: 1. Więcej nalotów. 2. Pozwolić Iranowi „zgnić” gospodarczo (taki jest na razie plan). 3. Porozumienie. W przypływie zdrowego rozsądku powiedział również, że „prawdopodobnie jest otwarty” na spotkanie z prezydentem Pezeshkianem w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.
Irańskie siły zbrojne ze swej strony twierdziły, że posiadają informacje, iż Waszyngton zdecydował się wznowić działania „za zgodą niektórych krajów w regionie” i zagroziły „ciągłymi, skutecznymi i bolesnymi atakami”.
Patrząc na szerszy kontekst, Pakistan upierał się, że nie jest przedmiotem dyskusji na temat odpowiedzi militarnej na Jemen. Turcja „nie chce ingerować w konflikt”. Niemniej jednak rzecznik pakistańskiego wojska obiecał „doprowadzić sprawę do końca”, a ministerstwo spraw zagranicznych potwierdziło „pewne rozmieszczenie wojsk” w ramach Sojuszu Obronnego Mekki. Wtajemniczeni w Islamabadzie przysięgają, że to tylko pozory: Pakistan nie może pozwolić sobie na wciągnięcie w wojnę z Ansarallah.
Sedno sprawy polega na tym, że syndykat Epsteina po prostu nie może sobie pozwolić na bezczynność (podkreślenie moje). Rozważmy ich rozpaczliwą sytuację: stracili już kontrolę nad załamaniem waluty, załamaniem łańcucha dostaw żywności i powszechnym niedoborem ropy naftowej i oleju napędowego. Potrzebują ogromnej odskoczni.
Tymczasem rewolucyjny wzrost w Jemenie przyspiesza termin decydującej konfrontacji. Podczas gdy Iran koncentruje się na zapewnieniu ostatecznej katastrofy neo-Krassusa/Goldfingera/psycho-maluchów w perspektywie średnioterminowej, jednocześnie dopracowuje swoją nową ofensywną doktrynę: gotowość do wyprzedzającego ataku przy najmniejszym sygnale niepokojów ze strony USA.
Praktycznie niemożliwe jest znalezienie sensu w nielogicznym geopolitycznym wszechświecie, gdzie nic już się nie liczy, a hegemon całkowicie wymknął się spod kontroli. Mimo to nie poddajemy się.
Czy środowisko, które opiera swój światopogląd na monarchizmie i tradycjonalizmie katolickim jest w stanie iść ramie w ramie z marksistami i ludźmi, którzy władze w państwie chcieliby oddać w ręce zwykłych szarych obywateli? W teorii wydaje się to nieco egzotycznym połączeniem. Praktyka nie zawsze idzie jednak w parzę z teorią, czego najlepszym przykładem jest właśnie zawierany na naszych oczach dość niecodzienny sojusz.
Grzegorz Braun to na polskiej scenie politycznej postać, która od kilku lat wzbudza oburzenie wśród polityków i wyborców liberalno-establishmentowej części naszego społeczeństwa. Niechęć do lidera Konfederacji Korony Polskiej wynika zazwyczaj z jego „kontrowersyjnego” zachowania, które przez wyżej wymienionych odbierane jest między innymi jako zamach na demokrację. W ostatnich latach do całkiem pokaźniej listy zarzutów przeciw politykowi dołączono również rzekome wspieranie rosyjskiej agresji, które ma wynikać z faktu, że sprzeciwiając się wojnie na Ukrainie Braun działa tym samym na rzecz narracji prowadzonej przez Kreml.
Pomijając już pokrętną logikę – wedle której kto nie kibicuje warszawskiej Legii musi być automatycznie kibicem Lecha Poznań – ten medialny lincz, a następnie konsekwentne rugowanie z przestrzeni publicznej wszystkiego, co tylko związane z Grzegorzem Braunem i jego środowiskiem musiało w końcu doprowadzić do tego, że zacznie on przyciągać uwagę tych ciekawskich i niepokornych. I chociaż z początku nie dziwiło, że wokół polityka zaczęli pojawiać się niezadowoleni i zawiedzeni wyborcy Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, czy zwyczajnie osoby poszukujące w polityce jakiegoś powiewu świeżości, nikt nie przypuszczał, że do Szerokiego Frontu Gaśnicowego dołączą ludzie, którzy swoje poglądy deklarują jako tradycyjnie lewicowe i marksistowskie.
Wspólny wróg, potrzeba suwerenizmu i charyzmatyczny lider
Żyjemy w czasach, w których gołym okiem widać wszystkie negatywne następstwa wynikające z ciągle postępującej globalizacji. Niszczenie modelu tradycyjnej rodziny, promocja hedonizmu, czy multikulturalizm to zjawiska, z którymi bez wątpienia mamy do czynienia, a przeciw którym swój sprzeciw wyrażają głównie tradycjonaliści, osoby wierzące i ludzie o bardziej konserwatywnych poglądach, których wciąż wrzuca się jeszcze do jednego worka, nad którym figuruje napis prawica. Niezależnie od nazewnictwa i aktualności dawno przebrzmiałych już definicji, globalizacja dała się przecież również we znaki ludziom z przeciwnej strony sceny politycznej.
Chociaż w ostatnich latach pojęcie lewicowości bezlitośnie utożsamiane jest w Polsce wyłącznie z obyczajowym ekstremizmem i wszelkimi skrajnościami dotyczącymi różnej maści mniejszości, nie możemy zapominać, że poza tzw. lewactwem istnieje również inna lewica, ta tradycyjna, stara, czy jak kto woli nieliberalna. Ze względu na jej „niemodne” poglądy od lat lawiruje gdzieś poza głównym nurtem, a ludzi którzy się z nią utożsamiają spotkać można raczej w różnych mało popularnych stowarzyszeniach i inicjatywach, aniżeli w wielkiej polityce i na listach wyborczych. Mniej jednak to właśnie, to środowisko zdołał sobą zainteresować Grzegorz Braun. Dlaczego właśnie on?
Patrząc na polskojęzyczną scenę polityczną równie dobrze moglibyśmy zadać pytanie, a kto inny? Można powiedzieć, że obecnie to wyłącznie Braun otwarcie i bezpardonowo podnosi hasła, które dla tradycyjnej lewicy wydają się być właśnie atrakcyjne, a których nie uświadczymy z ust polityków, którzy określają się mianem lewicowych. Przynajmniej w jego retoryce – ale momentami przecież i w praktyce – hasła te i działania wypełniają niezagospodarowaną od długiego czasu próżnię. Zaliczyć do nich możemy między innymi jawne wystąpienie przeciw międzynarodowym koncernom farmaceutycznym i łamaniu praw obywatelskich w czasach pandemii, czy bezpośredni sprzeciw wobec napastniczej polityki Unii Europejskiej.
Z pewnością można by przytoczyć całą listę sprzeczności, o które ci bardziej tradycjonalistyczni zwolennicy Grzegorza Brauna byliby w stanie pokłócić się z tymi postępowymi, to pewne. Jednak ze względu na jego „czystą kartę” w polityce, charyzmę, bezpardonową działalność – ale i może również fakt, że ludzie widzą w nim, w końcu człowieka, który jest w stanie dosłownie walczyć o suwerenność Polski na arenie międzynarodowej, a w Polsce reprezentować ich własne interesy – jest on czymś na skale ewenementu. Wcale więc nie dziwi, że zwyczajnie może wydawać się interesujący i zrzeszać wokół siebie różne równie interesujące osobistości.
Do tego sam polityk w ostatnich tygodniach oficjalnie oświadczył, że w jego szeregach jest również miejsce dla ludzi, których inni już dawno wyklęli i wprost wyciągnął rękę do tego środowiska.
– Szanowni państwo, jeśli o mnie chodzi, to pochowajcie moje serce i pod Monte Casino i pod Lenino. Tam pochowajcie moje serce. Ponieważ i teraz jest właśnie czas, teraz jest właśnie moment, żeby to opowiedzieć sobie, napisać tę historię na nowo i żeby to usłyszeli nasi rodacy Polacy. Jest wspólny mianownik – mówił Grzegorz Braun podczas Konferencji Suwereni stów w Warszawie.
Upamiętnienie zwycięskiej Bitwy pod Lenino? Wspólny mianownik z tymi, którzy nie wstydzą się mówić głośno, kto i z kim wyzwalał Polskę od niemieckiego najeźdźcy? A wszystko to wypowiedziane przez uznawanego przez media za „skrajnie prawicowego” posła do Parlamentu Europejskiego? Trzeba przyznać, że jak na polskie realia to coś naprawdę niebywałego.
Inna, ale bardzo ważna sprawa to pokazowy sprzeciw Brauna wobec wojny na Ukrainie, który przez nieliberalną lewicę odbierany jest jako antyatlantyzm. W przeciwieństwie do większości polskiego społeczeństwa traktują oni zarówno tę wojnę, jak i sam neobanderyzm podnoszący głowę za naszą wschodnią granicą, nie jako specyfikę dzisiejszych czasów i zjawisko samo w sobie, a następstwo imperialistycznej polityki USA i NATO. Jest to kolejne spoiwo łączące ludzi, którzy, podobnie jak niegdyś w Zmianie, tak dziś w Koronie szukają swojego miejsca.
Wydaje się, więc logiczne, że osoby, które przez długi czas nie mogły odnaleźć się w świecie, gdzie „walka” toczona pomiędzy ugrupowaniami politycznymi w żaden sposób nie podważała panującego statusu quo, zaczną w końcu szukać jakiegoś oparcia w kimś, kto, chociaż stopniowo będzie oficjalnie legitymizował ich poglądy. Bez wątpienia w zupełnie innych warunkach, okolicznościach i z całkiem innym zapleczem ideowym, ale kimś takim był niegdyś Andrzej Lepper, który, podobnie jak dzisiaj Grzegorz Braun poza niewymagającym zbyt wiele elektoratem, zdołał skraść serca także tych politycznych sceptyków i pariasów.
Oczywiście nie można też wykluczyć kwestii czystej polityki, w końcu dieta poselska piechotą nie chodzi, a wszędzie znajdą się ludzie, którzy za pieniądze i trochę władzy są w stanie zrobić dosłownie wszystko. Chcąc czy nie chcąc, w momencie gdy ktoś chce grać w tę grę musi się również liczyć z podobnymi zarzutami. Historia wielokrotnie pokazała, że takie przypadki niestety nie bywają odosobnione.
W związku z zaistniałą sytuacją i tym swoistym sojuszem ekstremów pojawiają się zarówno pytania, jak i głosy krytyki z obu stron. Ktoś ma za złe to, inny z kolei domaga się wyjaśnień tamtego, ale jak to się mówi karawana jedzie dalej. Czy to początek końca starych podziałów na polskiej scenie politycznej, czy może chwilowy romans, który zakończy huczny rozwód? Jak to już w życiu bywa odpowiedzi na zadane pytania przyjdą wraz z upływem czasu. Wystarczy poczekać.
„Apeluje do wszelkiej maści polityków i generałów, i pożal się Boże ekspertów, aby otworzyli swoje betonowe łby i zapamiętali, że są oni sługami narodu, którzy mają zapewnić społeczeństwu pokojowy rozwój i przetrwanie narodu! Polska – społeczeństwo i naród nie szuka wojny, lecz polscy politykierzy i generały, którzy swym rozwoju są na poziomie dowódcy plutonu, jak opryszki na wiejskiej zabawie, wydzierając się na wszystkie strony świata, że polska armia, pokona Rosję, wojny z nią szukają!” – napisał gen. Leon Komornicki, jeden z niewielu myślących rozsądnie.
Jego koledzy po fachu codziennie plotą bzdury, wymachują szabelką, wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tabunowi nieodpowiedzialnych polityków, na czele których stoi Donald Tusk. Jeśli ktoś w 2023 roku miał nadzieję, że po szaleństwach rządów Mateusza Morawieckiego i PiS-u, zapanuje zdrowy rozsądek, a polityka zagraniczna, w tym polityka wobec wojny na Ukrainie – zracjonalizuje się, ten się srodze zawiódł.
Donald Tusk wszedł właśnie na wysokie obroty agresywnej retoryki wojennej, straszy codziennie swój naród wojną, rzuca gromy na „wrogów”, którzy nie są skłonni podzielać jego histerii. Najpierw zastraszył swoich koalicjantów zapowiadając już na początku istnienia tej koalicji, że wypali gorącym żelazem tych, którzy poddadzą w wątpliwość politykę bezkrytycznego stania po stronie Ukrainy do końca. No i zastraszył, czego przykładem jest degradacja PSL-u, kiedyś partii rozsądku i umiaru, a obecnie ustami swojego lidera wpisującej się w chór najbardziej skrajnych podżegaczy wojennych. Ale tego było Tuskowi za mało – zabrał się za opozycję. Uznaje ją za zdrajców i zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, grozi, żeby nie ważyła się „szczuć na Unię Europejską”. Posunął się nawet do tego, że powołał się na raport CIA, w którym ponoć ostrzegano Polskę przed zbliżającymi się rosyjskimi prowokacjami, a nawet atakiem. Okazało się szybko, że nikt tego raportu nie czytał i nie zna – łącznie z szefem MON.
Nawet propisowski i rusofobiczny portal wpolityce musiał zauważyć: „To już kolejne takie przypadki, kiedy Tusk straszy wojną. Przypomnijmy także, że szef rządu już w kwietniu udzielił wywiadu m.in. brytyjskiemu „Financial Times”, w którym podważał sojusz polsko-amerykański, współpracę w ramach NATO i straszył atakiem ze strony Rosji, przekonując, że może zaatakować członka NATO w perspektywie „raczej miesięcy niż lat”. Czemu to wszystko ma służyć? Są dwie wersje odpowiedzi. Jedna – „racjonalna”. Donald Tusk, podobnie jak liderzy Unii Europejskiej, cynicznie wykorzystują wojnę na Ukrainie do ratowania projektu integracji europejskiej w kierunku budowy w trybie przyspieszonym superpaństwa. Paramafijne metody rządów Ursuli von der Leyen są aż nadto widoczne. To ona i skupiona wokół niej kamaryla podżegaczy wojennych – zarządzą strachem i przy okazji realizuje swoje utopijne projekty. Jest też drugie wytłumaczenie – Donald Tusk jest w stanie psychicznej zapaści, boi się utraty władzy, i jest gotów na wszystko, aby temu zapobiec. Histeria wojenna może być wstępem do wprowadzenia stanu wyjątkowego i odłożenia wyborów. Obojętnie która z tych wersji jest bliższa prawdy – jako naród znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji.
Jan Engelgard fot. KPRM (profil fb) Myśl Polska, nr 39-40 (26.09-4.10.2026)
Kilka dni temu wziąłem udział w rozmowie, w której raz po raz wracało słowo „realizm” — głównie, choć nie wyłącznie, w kontekście politycznym. Rozmówcy zgadzali się, że nazywanie kogoś realistą nie jest komplementem pod adresem jego zaradności życiowej. Wybrzmiewało w tej rozmowie ciche, ale wyraźne przeświadczenie, że to właśnie ludzie deklarujący się jako realiści najczęściej nie radzą sobie w codziennym życiu: w karierze, w sprawach praktycznych, w urządzaniu sobie świata.
Ta obserwacja skłoniła mnie do napisania kilku refleksji na temat tego, czym jest ów realizm. Wydaje się, że spora część problemu bierze się z tego, że samo słowo „realizm” bywa dziś różnie rozumiane.
Dwa znaczenia jednego słowa
Słowo „realizm” zrobiło w ostatnich dekadach karierę, przy okazji gubiąc chyba właściwy sens. W ustach wielu oznacza dziś gotowość do ugody z każdą siłą polityczną, która akurat rządzi. W potocznej rozmowie znaczy tyle co rezygnacja z zasad, gdy zaczynają one nas kosztować. Być realistą, w tym języku, to dostosować się, przeliczyć zyski i straty, zrobić to, co akurat skuteczne. Realizm stał się synonimem sprytu życiowego, a bywa, że wprost cynizmu, i przeciwstawia się „idealizmowi” pojmowanemu jako naiwność, nieporadność w grze o władzę i pieniądze.
Słowo to ma jednak znacznie starszą historię, w której znaczy coś innego niż przystosowanie się do okoliczności. Było nazwą stanowiska filozoficznego, zakładającego, że rzeczywistość istnieje niezależnie od naszych pragnień i interesów, ma własną, poznawalną strukturę, a rozum ma za zadanie tę strukturę odkryć. Gdy wraca się do tego pierwotnego znaczenia, widać, że to, co dziś nazywa się „realizmem” w polityce i w życiu codziennym, jest w istocie jego zaprzeczeniem.
Zamieszanie bierze się częściowo stąd, że słowo „realizm” bywa używane w różnych obszarach naszego życia. W malarstwie to wierność wyglądowi rzeczy, dokładność odwzorowania. W polityce międzynarodowej realizmem nazywa się szkołę myślenia każącą patrzeć na państwa przez pryzmat interesu i siły. W prawie amerykańskim „realizm prawniczy” był ruchem twierdzącym, że o kształcie prawa decydują w praktyce konkretni sędziowie, znacznie bardziej niż litera kodeksu. Żadne z tych znaczeń nie musi być błędne w danym aspekcie. Żadne z nich nie jest też tym samym, co realizm filozoficzny w sensie klasycznym, a kłopot zaczyna się, gdy te znaczenia się mieszają: ktoś, powołując się na „realizm” w sensie politycznym czy życiowym, sugeruje przy okazji, że stoi po stronie prawdy o rzeczywistości, podczas gdy w istocie mówi jedynie o tym, co skuteczne w danym rozdaniu sił.
Realizm poznawczy
W klasycznej, arystotelesowsko-tomistycznej tradycji filozoficznej realizm poznawczy oznacza przekonanie, że ludzki umysł jest zdolny poznać byt takim, jaki on jest. Prawda polega na zgodności intelektu z rzeczą (adaequatio intellectus et rei): to rozum dostosowuje się do rzeczywistości, nie odwrotnie. Świat nie czeka biernie, aż nadamy mu sens — ma swoją naturę, swoje przyczyny i cele, zanim jeszcze o nich pomyślimy, a ich poznanie jest właściwym zadaniem rozumu.
Spór o to, czy taka struktura w ogóle istnieje i czy jest poznawalna, jest tak stary jak sama filozofia. Platon umieścił prawdziwą rzeczywistość w świecie idei, a to, co dane zmysłom, uznał za cień. Arystoteles, jego uczeń, sprowadził formy z powrotem do samych rzeczy: to konkretny byt jest tym, co realne, a umysł poznaje go przez abstrakcję, wydobywając z materialnych rzeczy ich rozumną strukturę. Św. Tomasz z Akwinu przejął tę intuicję i osadził ją w metafizyce stworzenia; rzeczy są poznawalne, bo mają określoną naturę nadaną im przez akt istnienia, a rozum ludzki, choć skończony, jest naprawdę zdolny tę naturę uchwycić.
Historycznym punktem zwrotnym, po którym realizm zaczął tracić grunt w filozofii zachodniej, był spór o powszechniki u schyłku średniowiecza. Wilhelm Ockham i inni nominaliści zakwestionowali, jakoby pojęciom ogólnym, takim jak „człowieczeństwo” czy „sprawiedliwość”, odpowiadała jakakolwiek wspólna natura w samych rzeczach. Dla nominalisty istnieją tylko poszczególne, jednostkowe byty, a ogólne pojęcia są wygodnymi nazwami, które umysł nakłada na rzeczywistość. To pozornie techniczne rozstrzygnięcie logiczne miało dalekosiężne konsekwencje: skoro nie ma wspólnej natury rzeczy, do której rozum mógłby się dostosować, więź między umysłem a światem robi się luźniejsza, a prawda zaczyna się przesuwać z porządku bytu w stronę porządku konwencji, użyteczności czy władzy.
Nowożytność poszła tym śladem dalej. Kartezjusz szukał pewności w samej świadomości myślącego podmiotu, czyniąc z niej punkt wyjścia całej filozofii. Kant uznał rzecz samą w sobie za niepoznawalną i przesunął ciężar poznania na struktury samego umysłu, które organizują dane zmysłowe według własnych reguł. Od tego momentu pytanie „jak jest naprawdę” zaczęło ustępować pytaniu „jak to się nam jawi”, a w wersjach jeszcze bardziej radykalnych — pytaniu „co nam się opłaca uznać za prawdziwe”. Współczesny konstruktywizm, twierdzący, że prawda jest funkcją władzy, kultury albo indywidualnego wyboru, jest odległym, ale rozpoznawalnym potomkiem tej samej linii myślenia.
Sama tradycja realistyczna nie jest przy tym w pełni jednomyślna co do tego, jak istnieją powszechniki. Realizm skrajny, bliski Platonowi, umieszcza naturę ogólną w osobnym, niezależnym świecie idei, istniejącym obok rzeczy jednostkowych. Realizm umiarkowany, główny nurt tradycji arystotelesowsko-tomistycznej, twierdzi skromniej: natura ogólna istnieje realnie w samych rzeczach jednostkowych, jako to, co wspólne wielu bytom tego samego gatunku, a umysł wydobywa ją stamtąd przez abstrakcję. Wersja umiarkowana pozwala uniknąć zarzutu, że realizm każe wierzyć w istnienie jakiegoś tajemniczego królestwa idei, oderwanego od rzeczywistego świata. Rzeczy jednostkowe naprawdę mają wspólną naturę, a nie tylko wspólną nazwę.
Kto bierze rzeczywistość na serio, musi brać na serio także jej wymiar moralny, naturę człowieka, hierarchię dóbr, prawo naturalne — tak samo jak wymiar empiryczny czy polityczny. Realistą w ścisłym sensie jest ten, kto uznaje istnienie prawdy niezależnej od własnej woli.
Paradoks realizmu w sztuce
Pouczający paradoks kryje się też w realizmie artystycznym. Dziewiętnastowieczny ruch realistyczny w malarstwie i literaturze, kojarzony z nazwiskami takimi jak Gustave Courbet czy Émile Zola, określał się jako odejście od idealizacji na rzecz wiernego, nieupiększonego przedstawiania życia, zwłaszcza życia ludzi prostych, brzydoty, nędzy, codzienności pomijanej dotąd przez sztukę wysoką. W tym sensie „realizm” oznaczał tu odwagę patrzenia na to, co dane zmysłom, bez retuszu.
Filozoficznie jednak ten ruch był w znacznej mierze dzieckiem pozytywizmu i naturalizmu: zakładał, że rzeczywistość, która się liczy, to rzeczywistość materialna, obserwowalna, dająca się opisać metodą zbliżoną do naukowej, a wszystko, co wykracza poza to, co empiryczne, należy do sfery złudzeń albo ideologii. Zola sam pisał o powieści eksperymentalnej na wzór nauk przyrodniczych. Tak rozumiany realizm artystyczny, choć nosi tę samą nazwę co realizm poznawczy, stoi w istocie bliżej nominalizmu i empiryzmu: zawęża pole rzeczywistości do tego, co materialne i mierzalne, dokładnie tak samo jak nowożytny rozum instrumentalny. Ten sam wyraz służy więc do nazwania dwóch stanowisk niemal przeciwnych. Jednego, które poszerza pojęcie rzeczywistości o to, co niematerialne i konieczne, i drugiego, które je zawęża do tego, co fizyczne i przygodne. To zamieszanie terminologiczne jest kolejnym dowodem na to, że słowa „realizm” nie można używać bezrefleksyjnie, jakby miało ono jedno, oczywiste znaczenie wspólne dla wszystkich kontekstów.
Realizm w sądzie i gabinecie psychologa
Podobne przesunięcie znaczenia widać w dwóch innych dziedzinach, wartych krótkiego wspomnienia, zanim przejdzie się do sedna sprawy. „Realizm prawniczy”, ruch intelektualny silny zwłaszcza w amerykańskich wydziałach prawa na początku dwudziestego wieku, twierdził, że o kształcie prawa w praktyce decydują konkretni sędziowie w konkretnych sprawach, z całym bagażem swoich przekonań i uprzedzeń — znacznie bardziej niż litera kodeksu. Jako opis socjologiczny bywa trafny: rzeczywiście, wyroki nie wynikają automatycznie z litery prawa. Kłopot zaczyna się, gdy z tego opisu wyciąga się wniosek normatywny, że nie ma sensu pytać, czy dany wyrok jest sprawiedliwy, bo „i tak liczy się tylko to, co orzeknie sąd”. Opis mechanizmu władzy zostaje wtedy po cichu zamieniony w twierdzenie, że poza tym mechanizmem nic więcej nie ma — dokładnie ten sam schemat błędu, co w polityce.
Jeszcze bliżej codziennego doświadczenia jest potoczne, terapeutyczne użycie słowa „realizm”, znane z poradników i gabinetów: „bądź realistą”, co w tym kontekście najczęściej znaczy „obniż oczekiwania”, „nie wierz w zbyt wiele”, „dostosuj marzenia do swoich możliwości”. Rada ta bywa mądra, gdy chroni przed złudzeniami co do własnych sił czy okoliczności. Staje się jednak fałszywym realizmem, gdy niepostrzeżenie przenosi się ze środków na same cele moralne, gdy „bądź realistą” znaczy w istocie „przestań wierzyć, że warto być uczciwym, skoro nieuczciwość bardziej się opłaca”, albo „nie oczekuj od siebie wierności zasadom, bo to nierealistyczne w dzisiejszym świecie”. Terapeutyczny realizm w tej wersji robi dokładnie to, co polityczny i prawniczy: zawęża pole rzeczywistości do tego, co doraźnie wygodne, i tę zawężoną wersję przedstawia jako dojrzałość.
Skuteczność jako podróbka realizmu
Stąd już blisko do zrozumienia, dlaczego potoczne utożsamienie realizmu ze skutecznością w działaniu jest błędem, i to błędem o poważnych konsekwencjach. Skuteczność to kategoria czysto instrumentalna. Liczy się dla niej wyłącznie to, czy dane działanie prowadzi do celu. Pytanie o to, czy sam cel jest dobry, a droga do niego słuszna, w ogóle nie pada. Można być bardzo skutecznym w realizacji celu złego. Utożsamienie realizmu ze skutecznością oznacza więc w praktyce zawieszenie pytania o prawdę i dobro na rzecz pytania czysto technicznego: co działa? Współcześnie tym myśleniem jest skażone wiele środowisk, które mienią się konserwatywnymi.
Kardynał Joseph Ratzinger opisywał dokładnie ten mechanizm jako jeden z podstawowych błędów nowożytności i wracał do niego w wielu miejscach swoich prac. Już we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” pokazywał, jak nowożytny rozum, definiując prawdę przez to, co człowiek sam wytworzył i może sprawdzić (verum quia factum), stopniowo traci dostęp do prawdy o bycie, o Bogu, o naturze człowieka — o wszystkim, czego sam nie wytworzył. Rozum, który uznaje za realne tylko to, co sam skonstruował albo czym może manipulować, skurczył się do rozumu instrumentalnego, zdolnego liczyć środki wiodące do celów, ale niezdolnego już osądzić, czy same cele są słuszne.
W homilii wygłoszonej tuż przed konklawe w 2005 roku kard. Ratzinger nazwał dojrzały owoc tego procesu „dyktaturą relatywizmu” – stanem, w którym jedynym dostępnym kryterium zostaje to, co skuteczne, popularne albo zgodne z duchem chwili, bo zrezygnowano z pytania o to, co po prostu prawdziwe. W wykładzie ratyzbońskim z 2006 roku wiązał ten proces z zawężeniem samego pojęcia rozumu na Zachodzie. Rozum, który uznaje za naukowe wyłącznie to, co da się zmierzyć i sfalsyfikować metodą przyrodniczą, wypycha poza obszar racjonalności pytania o dobro, sens i cel, spychając je do sfery czysto subiektywnych przekonań. Taki rozum nie staje się przez to skromniejszy. Robi się węższy — zamyka się w polu tego, co da się obliczyć i skontrolować, i to skurczone pole bierze za całość rzeczywistości.
To jest fałszywy realizm: redukcja rzeczywistości do wycinka, którym łatwo manipulować, podszywająca się pod jej odkrycie. Polityk, który mówi, że trzeba być realistą, i rezygnuje z obrony prawdy o ludzkim życiu czy o naturze małżeństwa, bo akurat nie jest to w danym momencie popularne, lekceważy rzeczywistość (czasami daje mu to oczekiwane słupki sondażowe). Realizm zredukowany do skuteczności jest formą kapitulacji, która sama siebie nazywa dojrzałością.
Realpolitik i jej granice
Warto wspomnieć też o tradycji, która pożycza sobie słowo „realizm” na własny użytek, czyli realizmowi politycznemu w duchu Machiavellego, Bismarcka czy, w dwudziestym wieku, Hansa Morgenthaua. W swojej klasycznej postaci ta szkoła myślenia głosiła coś węższego, niż się jej dziś przypisuje: że polityka rządzi się własną logiką, logiką siły i interesu państwa, a polityk, który tę logikę ignoruje w imię czystych ideałów, naraża wspólnotę, za którą odpowiada, na klęskę. Machiavelli pisał w kategoriach virtù i fortuna, Bismarck mówił o polityce jako sztuce możliwego, Morgenthau budował z tego systematyczną teorię stosunków międzynarodowych opartą na pojęciu interesu narodowego. To stanowisko można krytykować z wielu stron, ale samo w sobie nie jest jeszcze cynizmem. Jest opisem tego, jak w praktyce działa władza. Nie jest to samo, co ogłoszenie władzy jedyną rzeczywistością wartą uwagi.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ta ograniczona, metodologiczna teza zostaje przemycona jako teza ogólna o naturze rzeczywistości: skoro w polityce liczy się siła, to siła jest ostatecznie jedyną rzeczą realną, a prawda i dobro to tylko szata, w którą siła się ubiera dla wygody. To już nie jest realizm polityczny w sensie wyżej opisanym, lecz jego wyradzająca się wersja, która korzysta z autorytetu tamtej tradycji, żeby uzasadnić to, że nie ma sensu pytać o słuszność celów, skoro liczy się tylko skuteczność ich osiągania. Sam Morgenthau, co ciekawe, ostrzegał przed tą właśnie pokusą, przypominając, że realizm polityczny, dobrze rozumiany, każe łączyć odpowiedzialność moralną za konsekwencje działania z trzeźwą oceną warunków, w jakich się działa. To dwie różne rzeczy, a pomylenie ich jest dokładnie tym błędem, o którym mowa w tym eseju.
„Idee mają konsekwencje”
Myśl, że idee mają konsekwencje, sformułował Richard M. Weaver, amerykański historyk retoryki i konserwatywny krytyk kultury, w książce Ideas Have Consequences z 1948 roku. Weaver dowodził w niej, że odrzucenie realizmu na rzecz nominalizmu u schyłku średniowiecza, spór z pozoru czysto akademicki, po kilku stuleciach zmaterializowało się w konkretnym kształcie zachodniej kultury i obyczaju. Skoro znika przekonanie o obiektywnej, wspólnej naturze rzeczy, znika też grunt pod obiektywną hierarchią dobra: pojęcia ogólne stają się tylko nazwami, a dobro przestaje być czymś, co się odkrywa — zaczyna się je definiować zgodnie potrzebą chwili. Weaver łączył z tym procesem zjawisko, które nazywał „psychologią rozpieszczonego dziecka” – postawę domagania się natychmiastowego zaspokojenia pragnień, gdy trwały porządek dóbr przestał być traktowany jako coś realnego.
Ta sama intuicja wraca u autorów piszących z zupełnie innych pozycji i w innych kontekstach, co samo w sobie jest ciekawym świadectwem jej siły. Gdy Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio ostrzegał przed filozofią, która traci zaufanie do zdolności rozumu w poznawaniu prawdy, i wskazywał na praktyczne, kulturowe skutki tej utraty, mówił w gruncie rzeczy o tym samym mechanizmie, choć innym językiem: błąd popełniony na poziomie teorii poznania przenika z gabinetów filozofów do sposobu, w jaki ludzie myślą o sobie, o innych i o tym, co im wolno.
Jeśli idee rzeczywiście mają takie konsekwencje, jeśli to, w co ludzie wierzą na temat prawdy i natury człowieka, przekłada się z czasem na kształt instytucji, prawa i rodziny, to ten, kto patrzy wyłącznie na krótkoterminową grę interesów, a poziom idei lekceważy jako nierealny czy akademicki, pomija jeden z najsilniej działających czynników w historii. Jego obraz rzeczywistości jest okrojony do horyzontu jednej kadencji czy jednego cyklu wyborczego. Bez wątpienia idee należą do kategorii ważnych sił kształtujących rzeczywistość społeczną.
Od idei bardzo blisko do ideologii, i warto to pokrewieństwo doprecyzować. Ukuł je francuski filozof Antoine Destutt de Tracy, który w 1796 roku przedstawił paryskiemu Instytutowi Francji projekt nowej dyscypliny: „idéologie”, czyli naukę o ideach, mającą badać, w jaki sposób pojęcia powstają z wrażeń zmysłowych, i na tej podstawie dać innym naukom, etyce, pedagogice, polityce, solidne, empiryczne podstawy. W zamyśle Destutta de Tracy ideologia miała być więc czymś odwrotnym niż to, co się dziś pod tym słowem zwykle rozumie: nie gotową doktryną do wyznawania, lecz metodą badawczą.
Pejoratywny sens słowo to zawdzięcza Napoleonowi Bonapartemu. Poirytowany krytyką ze strony kręgu Destutta de Tracy, zaczął on nazywać ich „ideologami” w tonie kpiny: ludźmi oderwanymi od rzeczywistości, snującymi mrzonki w gabinetach, podczas gdy on sam, człowiek czynu, musiał rządzić prawdziwym, opornym światem. Praktyk władzy ogłasza się jedynym realistą, a tych, którzy upierają się przy idei, choćby dobrze uzasadnionej, odsyła do świata pozorów. Kilkadziesiąt lat później Marks i Engels nadali słowu jeszcze inny odcień, pisząc o ideologii jako o systemie idei służących maskowaniu interesu klasowego, fałszywej świadomości, przez którą partykularny interes przedstawia się jako prawda powszechna. Z tych dwóch źródeł, oświeceniowego projektu nauki o ideach i napoleońskiej kpiny spod znaku „ideologów”, wyrosło współczesne, mocno już wieloznaczne pojęcie ideologii jako mniej lub bardziej zamkniętego systemu przekonań o człowieku i społeczeństwie. Przekonań, które nie mają zakotwiczenia w wprawdzie o rzeczywistości.
Realizm a życiowa zaradność
Z tego samego fałszywego utożsamienia realizmu ze skutecznością bierze się przeświadczenie, że ludzie trzymający się prawdy i zasad bez wglądu na doraźne korzyści, gorzej radzą sobie w życiu niż ci, którzy szybko się dostosowują. Mechanizm tego przeświadczenia jest prosty. Najpierw milcząco przyjmuje się, że powodzenie życiowe to wyłącznie kategorie mierzalne i doczesne: kariera, dochód, status społeczny, akceptacja otoczenia. Potem porównuje się kogoś, kto tym kategoriom podporządkował się w mniejszym stopniu niż prawdzie, z kimś, kto postąpił odwrotnie — i ten pierwszy wypada gorzej. Wypada gorzej nie dlatego, że rzeczywiście gorzej radzi sobie z życiem jako takim. Wypada gorzej, bo życie zredukowano z góry do tego jednego wymiaru, na którym łatwiej wypaść dobrze, idąc na skróty.
Cały spór o realizm dotyczy właśnie tego, co jest naprawdę rzeczywiste i co naprawdę się liczy, a na to pytanie nie da się z góry odpowiedzieć, definiując powodzenie wyłącznie w kategoriach doczesnej skuteczności. Ktoś, kto rezygnuje z kariery czy poklasku, bo nie chce zdradzić prawdy, którą rozpoznał, niekoniecznie przegrywa z rzeczywistością. Możliwe, że bierze pod uwagę więcej jej wymiarów niż jego krytyk, w tym wymiar moralny i ten najdalej sięgający w czasie i ukierunkowany na wieczność. Osądzanie go według tego, jak radzi sobie w wąsko rozumianym „życiu”, ma sens tylko wtedy, gdy z góry przyjmiemy, że jedynym realnym polem gry jest doczesny sukces — a to jest dokładnie ta redukcja rzeczywistości, którą realizm klasyczny odrzuca.
Konkluzja
Właściwie rozumiany realizm to nie umiejętność dostosowania się do okoliczności ani sztuka skutecznego działania w oderwaniu od pytania o prawdę. To postawa poznawcza i moralna zarazem. Zakłada ona uznanie, że rzeczywistość, także w swoim wymiarze metafizycznym i moralnym, istnieje niezależnie od naszej wygody, a naszym zadaniem jest ją poznać.
Skuteczność oderwana od prawdy oznacza również redukcję ludzkiego rozumności. Ci, którzy trzymają się prawdy kosztem doczesnego sukcesu, niekoniecznie przegrywają z rzeczywistością. Możliwe, że to oni traktują ją najpoważniej.
Do Będzina przybył marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty by spotkać się z miejscową ludnością. Muszę przyznać, ze moje zdziwienie budziło to, że spotkanie odbywa się na ogromnej sali Będzin Areny, która mieści 2500 ludzi. Na profilu facebookowym marszałka Włodzimierza Czarzastego znalazłem dzisiaj post opatrzony zdjęciami pokazującymi pełną salę.
Oglądając zdjęcia wielu zapewne myśli, że ludność przybyła niczym na spotkanie z ojcem świętym Leonem XIV lub Taylor Swift zapełniając salę po brzegi. W rzeczywistości było ok. 300 osób ściśniętych pod sceną. Miejsca siedzące były zajęte. Przynajmniej na początku, potem systematycznie ludzi ubywało. I tym co dotrwali do końca należą się brawa.
Wybrałem się na to spotkanie wraz z szefem śląskich struktur Klubów Myśli Polskiej Dariuszem Kamińskim, bo chciałem zadać marszałkowi kilka pytań – jednak do głosu nie zostałem dopuszczony. A szkoda – bo chciałem zapytać o dwie sprawy.
Po pierwsze jaką kategorię wojskową ma jego syn. Po drugie jak zapatruje się lider Lewicy na fakt zburzenia pomnika radzieckich żołnierzy na cmentarzu w Bytomiu. Żołnierzy – również Ukraińców, którzy polegli walcząc z Niemcami w ówcześnie będącym w granicach Rzeszy Beuthen.
Nie chce tylko krytykować. Na początek muszę pochwalić za dwie sprawy marszałka Czarzastego.
1. Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest wielkim i szczerym patriotą. Co prawda ukraińskim, ale zawsze patriotą. I zawsze szczerym. 2) Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty perfekcyjnie opanował sztukę manipulacji. To naprawdę fachowiec.
A teraz o samym spotkaniu. Takiego zestawu banałów, półprawd i kłamstw dotyczących Ukrainy dawno nie słyszałem. Marszałek Włodzimierz Czarzasty jest odwrotnością premiera Leszka Millera mimo, że obaj wywodzą się z PZPR. Pan Czarzasty opowiada fantasmagorie o tym, że Ukraińcy walczą za sprawę polską. Że tylko postawa Ukrainy spowodowała, że nie mamy na granicy rosyjskich czołgów. Że to Ukraińcy ratują nasze finanse i rynek pracy. Że więcej wpłacają, niż biorą. Że na pewno czekają nas prowokacje ze strony Rosjan a nie Ukraińców.
Słuchając opowieści marszałka Włodzimierza Czarzastego ma się wrażenie, że na Ukrainie z Rosjanami walczą połączone siły Chórów Anielskich i Troskliwych Misiów a przewodzi im Matka Teresa z Kalkuty i Mahatma Gandhi.
Kilka razy pan Czarzasty podkreślał, że dajemy „tylko pieniądze i sprzęt wojskowy”. Zupełnie zupełnie przypadkiem zapomniał przy tym o pewnej drobnostce a mianowicie, że będzie to trzeba spłacać. I spłacać będziemy to my, nasze dzieci i zapewne nasze wnuki. Ale kto bogatemu zabroni?
A nie tylko Ukraina. Okazuje się, że drugim czynnikiem który ratuje Polskę jest Unia Europejska. Przy tej okazji pan marszałek Włodzimierz Czarzasty raczył nazwać mnie idiotą. Oświadczył, że przeciwko Unii mogę być tylko stronnicy Korony, Konfederacji, PiS, Nawrockiego lub idioci. Jako, że nie należę do stronników wymienionych według marszałka jestem idiotą. Nasuwało się tutaj kolejne pytanie – czy jest zupełnie przekonany, że hołubiona kiedyś przez jego środowisko kandydatka do Nagrody Nobla i była senator prof. Maria Szyszkowska jest w jego oczach idiotką?
By podnieść rangę swojej wypowiedzi marszałek uraczył zebranych opowieścią o tym, że przed wejściem do Unii wyjeżdżając z Polski „srał w polu” a na dodatek miał zimną herbatę w zepsutym termosie. Wychodzi z tego, że warto było pozbyć się własności w tym przemysłu i znacznej części suwerenności, by pan Czarzasty mógł defekować na schludnych ubikacjach i mieć sprawny termos z ciepłym napojem. Dodam nieskromnie, że ja przed wejście do UE byłem w lepszej sytuacji, niż marszałek, ponieważ korzystałem z muszli klozetowej a nawet miałem sprawny termos. Ba – moi pradziadkowie mieszkając w Siemianowicach Śląskich na Michałowickiej 35 już w dwudziestoleciu międzywojennym mieli wspomniane wygody.
Z przykrością stwierdzam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest zupełnie nieobeznany w geografii politycznej. Uważa, że nie ma w Europie cywilizowanych państw poza Unią Europejską. Zupełnie zapomniał, że istnieją takie państwa jak Norwegia, Islandia, Szwajcaria, Liechtenstein, Wielka Brytania, Andora, Monako, San Marino, Watykan, Bośnia i Hercegowina, Serbia itd. Zapomniał nawet, że jego ukochana Ukraina również nie jest członkiem Unii Europejskiej. Ja rozumiem, że może za niecywilizowanych dzikusów uważać Anglików, Norwegów czy Szwajcarów – ale żeby prastarąUkrainę? To się jednak w głowie nie mieści.
Marszałek Włodzimierz Czarzasty ma również obsesję na punkcie polskiego węgla. To chyba jakiś rodzaj anty-węglowej religii, bo dogmatycznie podkreślił, że musimy odejść od węgla. Nie chcemy, nie możemy – tylko musimy. Kto zmusza do tego szaleńczego czynu marszałka Czarzastego? Stronnicy wiatraków, koneserzy mąki z świerszczy i łapci ze łyka? Pisząc całkiem serio dziwię się, że marszałek Włodzimierz Czarzasty nie korzysta z doświadczenia najlepszego fachowca w tym temacie wywodzącego się z jego formacji czyli ministra Jerzego Markowskiego. Pomogłoby mu to w unikaniu kompletnej kompromitacji podczas spotkania w województwie śląskim.
Nie będę pisał o kolejnych manipulacjach, bo tekst byłby nieznośnie długi. A jest o czym pisać – SAFE, „lex szarlatan”, „lex Kamilek”, samochody elektryczne, ceny energii, 4 i 5 artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego, stosunki polsko-amerykańskie itd.
Nie tylko poglądy są problemem – są jeszcze obsesje. Marszałek Czarzasty ma ewidentnie obsesję na punkcie prezydenta Karola Nawrockiego. Prezydent Nawrocki dla marszałka Czarzastego stał się tym czym jest tzw. „zamach smoleński” dla Antoniego Macierewicza. Było to najczęściej wymieniane nazwisko podczas całego jego spotkania. Pan Czarzasty niestety nie wie o tym, że wypadałoby mówić o „prezydencie Karolu Nawrockim”, a nie „Nawrockim”. Zwłaszcza, jak bardzo w swoim monologu podkreśla się tytuły obcych prezydentów, premierów i urzędników. Nie wypada cały czas szydzić z polskiego prezydenta.
Nie tylko prezydent Karol Nawrocki stał się obiektem kpin, ale cała rzesza polityków „prawej strony”. Ma oczywiście rację Włodzimierz Czarzasty, gdy wyszydza idiotyczne wypowiedzi Mateckiego, Jakiego, Kowalskiego, Macierewicza i Chorasińskiej. Ale zupełnie przy tym zapomniał o swoim bagażu – Nowackiej, Żukowskiej, Kotuli, Dziemianowicz-Bąk czy Zielińskiej. Nie jest mi to łatwo napisać, ale przy tych tuzach intelektu współczesnej Lewicy Marek Suski wyrasta na giganta intelektu. Bo wśród ślepców jednooki jest królem.
Przypadek sprawił, że większość pytań z sali ociekała wazeliną. Najbardziej wzruszył mnie jegomość, który podkreślał, że miał o marszałku dobre zdanie a teraz ma bardzo dobre zdanie. Brakowało tylko „Łubu-dubu, łubu-dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu!”. Jednak dwie osoby zadały pytania mniej wygodne. Emeryt i młody człowiek. Obaj podnieśli sprawę Ukrainy. Starszy pan logicznie mówił o tym, że na Ukrainie częścią ideologii państwowej jest jest skrajnie antypolski i zbrodniczy banderyzm. Młody człowiek zapytał o bezpieczeństwo Polaków w kontekście ogromnej ilości Ukraińców w Polsce.
Tutaj stalowe nerwy marszałka Włodzimierza Czarzastego szwankowały. Nie był już tak dowcipny i butny. Porównywał współczesną Ukrainę do współczesnych Niemiec. Zapomniał jednak, że w Berlinie nie spaceruje się po Hermann Göring Straße przy której stoi pomnik Heinricha Himmlera.
Zupełnie wyleciał panu Czarzastemu z głowy fakt, że jednostki Bundeswehry nie noszą imienia bohaterów NSDAP. Zaś co do bezpieczeństwa stwierdził, że nic pytającemu się nie stało dzisiaj, wczoraj i przedwczoraj więc nie ma sprawy … Cieszę się z takiej reakcji marszałka Czarzastego, bo obrazuje ona jasno stosunek współczesnej „lewicy” do szarego człowieka.
Minister obrony Izraela Israel Katz twierdzi, że radykalny ruch palestyński Hamas planuje kolejne porwania Izraelczyków.
W odpowiedzi minister ostrzegł, że jeśli choć jeden obywatel Izraela zostanie wzięty jako zakładnik, Izrael wypędzi milion mieszkańców Gazy i zniszczy samo miasto.
„Biorąc pod uwagę różne zamiary i doniesienia wywiadowcze, ostrzegam organizację terrorystyczną (Hamas – TASS) i jej zwolenników, od Iranu po [prezydenta Turcji Recepa Tayyipa] Erdogana: jeśli choć jeden izraelski żołnierz lub cywil zostanie porwany, całe miasto Gaza, milion jego mieszkańców, zostanie ewakuowane na południe” – powiedział Katz podczas uroczystości upamiętniającej żołnierzy poległych w wojnie Jom Kipur w 1973 roku, donosi The Times of Israel.
Minister zagroził ponadto zniszczeniem „domów i wież terrorystów” w Gazie, sugerując, że miasto podzieli los innych miast Strefy Gazy, niemal doszczętnie zniszczonych przez izraelską armię podczas walk trwających od 2023 roku. „Zostanie to zrobione tak samo, jak w przypadku Rafah, Beit Hanun i 70% Strefy Gazy, dopóki [potencjalni zakładnicy – TASS] nie zostaną zwróceni” – dodał. „To jest język, którym posługują się terrorystyczne organizacje dżihadystyczne w Gazie i Libanie, i to jest język, którym my mówimy: ewakuacja ludności, zniszczenie infrastruktury i zajęcie terytorium” – zapewnił Katz.
Każdy z krajów z dykty, a jeszcze lepiej z papier mâché, charakteryzuje laksacja legislacyjna. Wydaje się bardzo wiele ustaw i zarządzeń, często sprzecznych ze sobą albo nawet, co gorsza, sprzecznych z Konstytucją. Wśród nich są ustawy głupie, martwe oraz kryminogenne. Ustaw głupich jest najwięcej. Ustawy martwe są to ustawy, których nikt w praktyce nie stosuje, lecz działają jako przysłowiowy kij na psa. Uruchamia się je, gdy chce się kogoś uderzyć, komuś wyrządzić krzywdę posługując się prawem.
Taką martwą ustawą jest przepis nakazujący płacić podatek od uzyskanej korzyści. Jeżeli pozwolisz kuzynce mieszkać w twoim mieszkaniu, powinna ona odprowadzać podatek od sumy, którą musiałaby płacić za wynajem podobnego mieszkania. Jeżeli sąsiad położy ci kafelki w łazience w zamian za dobre obiady, ty powinnaś zapłacić podatek od honorarium za kafelki, a on za cenę obiadów.
Pamiętna jest sprawa piekarza z Legnicy Waldemara Gronowskiego, który rozdawał niesprzedane pieczywo, zamiast wyrzucać je na śmietnik. Odbiorcy tego pieczywa, osoby ubogie, miały według Urzędu Skarbowego odprowadzać podatek od uzyskanej korzyści. Gdyby Urzędy Skarbowe konsekwentnie pilnowały przestrzegania tej ustawy, niemożliwe stałyby się wszelkie umowy barterowe, a nawet przysługi sąsiedzkie czy pomoc humanitarna. Jeżeli na przykład pomagałabym bezinteresownie w matematyce dzieciom niezamożnej sąsiadki, z takim nauczaniem musiałybyśmy się ukrywać jak za okupacji niemieckiej.Istnieją również ustawy i rozwiązania prawne, które są po prostu kryminogenne. Prowokują do popełniania przestępstwa.
Takim rozwiązaniem prawnym jest dopuszczenie do posiadania tak zwanego kolekcjonerskiego dowodu osobistego. Taki dowód można sobie swobodnie zamówić na dowolne nazwisko i jest on praktycznie nieodróżnialny od zwykłego dowodu osobistego. Firma, która wytwarza takie dowody, w swojej reklamie pojawiającej się natychmiast w Internecie po wpisaniu jako hasło terminu „dowód kolekcjonerski” twierdzi, że przeznaczeniem kolekcjonerskich dokumentów są żarty. Ładne żarty, jeżeli, jak to kiedyś sprawdzili dziennikarze śledczy, można na taki dowód wynająć samochód, wziąć kredyt obciążający osobę, której skradziono personalia, a nawet sprzedać cudze mieszkanie. Nabywca w dobrej wierze nie musi mieszkania oddawać. Prawo nie chroni zatem obywatela przed kradzieżą jego tożsamości, wręcz przeciwnie, do takiej kradzieży prowokuje.
Trudno ustalić, po co i dlaczego toleruje się takie praktyki i oferujące kolekcjonerskie dokumenty firmy. Można zamówić sobie również fałszywe prawo jazdy, a jakie niebezpieczeństwo pociąga za sobą obecność na szosach kierowców bez prawa jazdy i odpowiednich kwalifikacji, nie trzeba chyba tłumaczyć.Kolejną cechą charakterystyczną polskiego państwa bezprawia jest brak ochrony właścicieli nieruchomości przed dzikimi lokatorami. Wręcz przeciwnie, to dzicy lokatorzy są chronieni, a właściciel, który chciałby wejść siłą do swego własnego mieszkania, jest ścigany za naruszenie miru domowego. Powoduje to – jak wielokrotnie pisałam – zastój na rynku wynajmu mieszkań i skrajnie wysokie ceny tego wynajmu. Ludzie wolą nie zarabiać na wynajmie, a za to mieć pewność, że nie stracą mieszkania na rzecz bezczelnego złodzieja chronionego przez system.Kolejną cechą charakterystyczną państw z dykty i tektury jest bierność organów ścigania wobec zgłaszanych przez obywateli przestępstw. Prokuratorzy najczęściej odmawiają zajęcia się zgłaszanymi sprawami albo umarzają postępowanie.
Wyjątkowo obraźliwy dla obywatela jest fakt, że uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania lub jego umorzenia są na ogół zupełnie bez sensu, są powielaniem jakiegoś szablonu dotyczącego zupełnie innych spraw. Mogłabym podać setki przykładów, ale z braku miejsca ograniczę się do kilku. Znajoma otrzymała na WhatsApp następującą informację: „Mamo, utopiłem swój telefon w ubikacji i muszę kupić nowy. Stoję w sklepie, ale nie mam dostępu do swego konta. Przekaż proszę 3997 złotych na konto sklepu, które podaję”. Znajoma, przekonana, że pisze jej syn, dokonała przelewu. Okazało się, że padła ofiarą oszustwa. Prokuratura ustaliła, że właścicielką rachunku bankowego, na który przelano pieniądze, jest niejaka Sylwia S., która jednak zaprzeczyła, że zakładała podany rachunek.
Jak stwierdził prokurator, postępowanie nie dało podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wobec czego zostało umorzone. Przecież to są kpiny z obywatela. Niech spróbuje nie zapłacić mandatu, to wejdą mu na konto i ten mandat pobiorą. Jeżeli Sylwia S. zaprzecza, że jest to jej konto, trzeba ustalić właściciela i doprowadzić do zwrotu pieniędzy. Inna znajoma pożyczyła komuś dużą sumę pieniędzy. Oficjalnie, z umową i opłaceniem podatku. Dysponuje dowodem przelewu. Dłużniczka twierdzi, że pieniądze oddała, nie ma jednak na to żadnego dowodu. Gdybym oddawała dużą sumę z ręki do ręki, żądałabym przecież potwierdzenia spłaty długu przez wierzyciela. Prokuratura odmówiła ścigania nierzetelnej dłużniczki, dając wiarę jej oświadczeniom.
Ja osobiście zeznawałam w sądzie w sprawie osoby oszukanej przez właściciela ogiera arabskiego. Na licytacji sprzedano jakiegoś siwego ogiera, na co istnieje dowód w postaci protokołu komornika, natomiast paszport wystawiono na skradzionego ogiera karego. Pomiędzy licytacją a datą wystawienia paszportu upłynęło kilka miesięcy. Otóż koń siwy nigdy nie stanie się kary, choć przeciwna zmiana maści jest możliwa. Dokumenty były więc dowodem oszustwa. Poza tym komornik zaniedbał sprawdzenia czipa konia. Sędzia nie rozumiała zupełnie wagi tego dowodu, odmówiła powołania biegłego zootechnika i ostatecznie sprawa została umorzona.
Otrzymałam kuriozalne pismo z sądu, w którym potraktowano mnie jako osobę poszkodowaną, podczas gdy byłam tylko świadkiem. Niezawisłość sędziowska sprowadza się zatem do orzekania według przekonań sędzi nie znającej przedmiotu sprawy; może ona dowody dowolnie dopuszczać lub nie oraz powoływać lub nie biegłych, co czyni z systemu sprawiedliwości farsę i prowokuje do oszustw.
Współczesny ekumenizm znakomicie wpisuje się w agendę globalizmu, organizując dialog międzywyznaniowy na gruncie relatywizmu, indyferentyzmu, a także uznania hegemonicznie zorganizowanego ładu międzynarodowego. Właśnie o geopolitycznych implikacjach procesów ekumenicznych dyskutowali uczestnicy konferencji zorganizowanej przez Międzynarodową Radę Obrony Kanonicznego Ładu Prawosławnego przy Centrum Studiów Geopolitycznych w Belgradzie, przy współpracy z włoskim wydawnictwem Theosis Editrice oraz greckim tygodnikiem „Orthodoxos Typos”.
Pozorna romanizacja
Zaangażowani w dyskusję eksperci z zakresu teologii, prawa kanonicznego, geopolityki, ekonomii i prawa międzynarodowego zgodnie dostrzegli w praktykach ekumenicznych stałą tendencję do powtórzenia w Kościołach prawosławnych tej samej operacji przejęcia i odśrodkowego rozkładu, którą z powodzeniem zrealizowano w Kościele katolickim. Jak zwrócił uwagę grecki teolog Georgios Tramboulis akcja ta może przybierać postać pozornego wzmacniania Kościoła przez sprzeczne z tradycją kanoniczną eksponowanie konstantynopolitańskiego Patriarchy Ekumenicznego już nie jako „pierwszego wśród równych”, ale raczej „pierwszego i nie mającego równych sobie”. – Centralizacji Unii Europejskiej towarzyszą próby unifikacji i centralizacji prawosławia, Fanar [siedziba patriarchy] jest przerabiany na neo-Watykan, a patriarcha uzurpuje sobie pozycję papieża Wschodu – podkreślał Tramboulis wskazując, że działania takie mają na celu przyspieszenie i ułatwienie wprowadzenia do prawosławia progresywizmu i innych trendów zdecydowanie antychrześcijańskich, jak również służą bezpośredniej destrukcji Kościołów kanonicznych, jak ma to miejsce przede wszystkim na Ukrainie. – W tej sytuacji to wierni muszą strzec depozytu wiary, zagrożonego przez hierarchię – zaakcentował Tramboulis. Z kolei John Romanides wskazał na nie tylko praktyczne, ale także teologiczne następstwa ekumenizmu, który nie ograniczył się jedynie do organizacji, konferencji i dialogu międzykościelnego, lecz – w jego ocenie – stopniowo doprowadził do powstania „nowej teologii, nowej eklezjologii oraz nowego rozumienia jedności, osoby, komunii i prymatu”.
Starszeństwo judaizmu i równość-w-Prawdzie islamu?
W swoim wystąpieniu podkreślałem, że mimo stuleci rywalizacji i konkurencji między Kościołami Zachodu i Wschodu – dziś łączy je wspólnota doświadczeń i zwłaszcza lekcja, jaką powinna być destrukcja będąca udziałem rzymskiego katolicyzmu. – Z dawnego, pełnego błędów, ale i wiary zachodniego chrześcijaństwa zostały obecnie formalne resztki, stanowiące estetyczny dodatek do obecnie dominujących ideologii liberalizmu i progresywizmu, dla których używa się modnych etykietek woke, transgender etc. Kościół rzymski (dla którego przez wiele stuleci pokonanie prawosławia było jednym z głównych celów) dziś jest raczej narzędziem dla innych sił. Użycza im swoich sprawdzonych metod, jednak nie jest już niczym więcej niż kolejną globalną korporacją notowaną na Wall Street i w City of London – mówiłem. – Ekumenizm miał zarazić prawosławie chorobami, które od dekad toczą Kościół rzymski. Kościół ekumeniczny, odrzucający własną ekskluzywność jest tylko pustą skorupą, pozbawioną Wiary. Ekumenizm równa się odrzuceniu Prawdy przez samo upieranie się, że nie może być tylko tą jedyną i wyjątkową. Zachód tej wiary nie ma już dawno, zastępuje ją sobie mitami, New Age, scjentologią, zboczeniami, dekadencją. (…) Fałsz ekumenizmu jest tym głębszy, że nie ogranicza się przecież tylko do chrześcijan i nie zmierza do wskazania tym z nich, którzy popadli w schizmę i herezję drogi do jedności. Ekumenizm to pakiet, w którym kluczową rolę odgrywa przecież uznanie starszeństwa judaizmu i równości-w-Prawdzie islamu. Stąd właśnie słuszne było i jest odrzucenie tego kłamstwa przez wiernych.
Skoro prawosławie nie dało się pokonać przemocą, nie udało się uprowadzić jego wiernych w szeregi unii, ani nie upodobniono Cerkwi do pustej skorupy Kościołów Zachodu – pozostało wrogie przejęcie. Zarówno to symboliczne, gdy już od lat 1960-tych anglosaskie agencje wywiadowcze przejęły bezpośrednią kontrolę nad Fanarem, jak i praktyczne, przez tworzenie fałszywych-Cerkwi, fake-owego prawosławia jak na Ukrainie i w państwach bałtyckich. Fałszywe Cerkwie łączy coś więcej niż niekanoniczność. Ta mogłaby wynikać z niecierpliwości, oportunizmu, nacjonalizmu, wszystkie te błędy można by naprawić odbudowując łączność ze wspólnotą wiernych. Tymczasem fake-Cerkwie to hybrydy uniatyzmu i ekumenizmu, ucharakteryzowane na ortodoksję. Ich zadaniem jest nie tylko rozepchanie się na terytorium prawosławnym, to także broń zaczepna, której przykładem użycia jest inwazja ukraińskich sekciarzy-dumenkowców na Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny. Wobec tylu podobnych doświadczeń i właśnie na przekór fałszywej jedności ekumenicznego kłamstwa naturalną i konieczną wydaje się współpraca zagrożonego dziś szczególnie prawosławia z wiernymi tradycji katolickiej, Tradycjonalistyczną Wspólnotą Anglikańską czy nawet konserwatywno ewangelikalnymi denominacjami prezbiterianizmu – konkludowałem.
Wyznanie anglosaskiej dominacji
Dragana Trifković, dyrektor Centrum Studiów Geopolitycznych podkreśliła, że dominacyjne uroszczenia Fanaru nie są bynajmniej skutkiem odmiennych tendencji teologicznych czy równoprawnych interpretacji przepisów kanonicznych i tradycji. – Mamy do czynienia z realizacją w obrębie religii celów stricte politycznych, w dodatku narzucanych przez ośrodki zewnętrzne, anglosaskie. Dmitrij Bieliakow z Białorusi trafnie zidentyfikował te ośrodki wpływy z polityką brytyjską. – UK prowadzi na Ukrainie i w całej Euopie Wschodniej działania z zakresu wpływu i dominacji na różnych płaszczyznach: instytucjonalnej, dyplomatycznej, parlamentarno-legislacyjnej, informacyjnej i wojskowej, a także religijnej, uważanej za istotny czynnik kulturowy i ideologiczny. Poparcie dla przewrotu eklezjalnego na Ukrainie było wyrażane m.in. w Izbie Gmin, jak i było przedmiotem teoretycznych opracowań tak istotnych dla geopolityki brytyjskiej ośrodków jak Chatham House. Brytyjczycy byli zaangażowani nawet na poziomie kadrowym i organizacyjnym, szkoląc około 200 kapelanów wojskowych dla Sił Zbrojnych Ukrainy. Ich prawdziwą religią nie są już zatem formalnie wyznawany uniatyzm czy fake-prawosławie, ale ideologia angielskiej dominacji geopolitycznej.
Staram się być zdyscyplinowanym, porządnym obywatelem. Zgodnie z zaleceniami najwyższych dostojników, aby nie dać się zwieść na pokuszenie dezinformacji, słucham wyłącznie oficjalnych komunikatów rządowych i mediów pierwszego obiegu. Egzemplarz „Konstytucji”, który trzymałem na szafce nocnej i czytałem codziennie, ocierając łzy wzruszenia, po zmianie władzy schowałem nieco głębiej do szuflady, a po bezprawnym, omijającym ścieżkę legislacyjną uchwaleniu kredytu wojennego SAFE, wyniosłem do pawlacza.
https://youtube.com/watch?v=1IHLQJ8bvik%3Frel%3D0
Moją jedyną wieczorną lekturą, poza „Ewangelią”, stał się odtąd „Poradnik bezpieczeństwa”. Oglądam publiczną telewizję w permanentnej likwidacji, więc uspokajam i melduję posłusznie, iż doskonale zdaję sobie sprawę, że duch praworządności taki, jakim my go rozumiemy, zwłaszcza w obliczu historycznych wyzwań, z którymi mamy się zmierzyć, wymaga kroków zdecydowanych i stoi powyżej najwyższego aktu prawnego i ani mi przez myśl nie przejdzie jątrzyć i kwestionować zasadność zaciągania kredytów wojennych zadłużających pokolenia Polaków, które jeszcze nawet nie są w planach swoich rodziców.
Obok „Poradnika” trzymam długopis i kajecik, w którym notuję różne przestrogi miłościwie nam panującej władzy, a także własne uwagi i spostrzeżenia, by stać się lepszym obywatelem i moc kognitywnych & hybrydowych ataków złego Mzimu ze Wschodu móc zmóc. Bo ja Państwu powiem, że ja się cały czas czegoś uczę, bez przerwy, nieustannie.
W minionym tygodniu nauczyłem się na przykład od Wielce Czcigodnego Posła Treli z Lewicy, iż nad Łodzią przelatywały z prędkością światła nasze orły białe w samolotach F35, a hurkot był tak donośny, że ludność nie wiedziała, co się dzieje. Jestem głęboko przekonany, że skoro popisy podniebnej husarii zrobiły wrażenie nawet na mieszkańcach centralnej Polski, bądź co bądź przedstawicielach cywilizowanego Zachodu, to orki i mużycy nieznający toalet pierzchać będą w popłochu, nie podejmując nawet walki.
Zamiast liczyć barany, przed snem policzyłem, że nasza Wunderwaffe w dwie sekundy jest w stanie piętnastokrotnie okrążyć całą kulę ziemską i to wokół równika. Czuwaj!
Ktoś nieżyczliwy i czepialski mógłby mi wytknąć, że określenie Wunderwaffe nie przystoi do opisu naszej niepokonanej floty napowietrznej, bo kojarzy się z nazistami, ale dla mnie to słowo jak słowo, wszak hitleryzm to historia, a dzisiejsze Niemcy są naszymi sojusznikami w najsilniejszym obronnym pakcie militarnym świata sformowanym przeciw naszemu odwiecznemu wrogowi.
Świadomych naszej ogromnej siły i gotowości nie może dziwić oburzenie Wielce Czcigodnego Posła Kropiwnickiego z Koalicji Obywatelskiej na pewnego łajdaka-parlamentarzystę, którego niestety nie wymienił z nazwiska, a który opowiadał bzdury, jakoby pokój był najważniejszy i że on nie chce żadnej wojny. I co jeszcze, może żeby rakiety nie spadały na polskie miasta? Może nie jest dla niego piękną rzeczą, gdy w pierwszym szeregu ginie człowiek odważny? Może – aż boję się pomyśleć – jego zmysłu estetycznego nie nasyca widok spadającego z konia ułana? To jest nie tylko ruska narracja, ale i zdrada, jak słusznie zauważa niekwestionowany tytan intelektu, Poseł Kropiwnicki.
Defetystów traktowałbym bardzo surowo, a takich wypowiedzi zakazał. To za komuny nam wpajano, że nigdy więcej wojny i takie tam bzdury dla ludzi bojaźliwych, przepełnionych sowieckością konformistów obawiających się szczęku oręża. Ja osobiście pokładam ufność we władzy i głęboko wierzę, że gdy wojna nareszcie wybuchnie, będzie krótka i zwycięska. Bez kozery powiem, że gdy przez Bramę Smoleńską ruszymy na Ruskich, na podbicie Pandemonium wystarczą nam 4 tygodnie. A jeśli któremu z naszych kanonierów wraża kula oberwie obydwa ramiona, to on nadal będzie stał niewzruszony przy armacie, nabijał ją i raził ogniem nieprzyjaciela. Nawet głowicę termojądrową weźmiemy na klatę, tym bardziej, iż nie mamy schronów, ale spieszę posłusznie zameldować, że to nic, bo ten trudny czas to nie jest odpowiedni moment na krytykę zaniedbań sterników naszej ojczyzny, zwłaszcza że prawie nie padało. Niech no tylko zdejmiemy rękawiczki.
Innym razem, po obejrzeniu audycji prowadzonej przez Panią Redaktor Gozdyrę, nauczyłem się, jakich pytań nie wolno zadawać i zanotowałem skrzętnie w moim trzymanym na szafce nocnej notesiku, że absolutnie nie wolno pytać, dlaczego Putin miałby do nas wejść. Czy wiecie, o zacni braciszkowie, krajanie współcierpiący w ucisku, po co jest ten czyhający na Polskę Putler? No właśnie. Nikt nie wie, więc jak dotąd nikt nie ważył się zapytać. To jest Putler odpowiadający żywotnym potrzebom naszej miłościwie panującej nam władzy, która na fundamencie tegoż Putlera zbudowała misternie ogromną, obowiązującą ideologiczną konstrukcję. Jeśli go spod niej wyciągniemy, cała runie z łoskotem.
Ja też nie wiem, do czego Putinowi miałaby się przydać Polska. Nie pamiętam dokładnie, kto to powiedział, ale zdaje się, że albo Jego Ekscelencja Minister Sikorski, albo dzielny wojak Szwejk: gdyby wszyscy byli mądrzy, to na świecie byłoby tyle rozumu, że co drugi człowiek zgłupiałby od tego. Dlatego nie wstydzę się, że nie wiem. Wiem już za to, że pytać nie wolno, bo w demokratycznym kraju samo pytanie jest porażające i przerażające, hańbiące, ocierające się o zdradę i pisane cyrylicą.
U Andersena, kiedy dziecko krzyknęło, że król jest nagi, zgromadzeni poszli po rozum do głowy, ale życie w Polsce to nie baśń. To coś znacznie lepszego.
To, że nikt z oburzonych na Panią Wiadrowską, mdlejących i rwących włosy z głów nie potrafi odpowiedzieć na jej pytanie, tylko dobrze świadczy o miłościwie nam panujących. Bo oznacza, że tajemnica państwowa zostaje zachowana.
Aż sześć godzin trwała obrona rozprawy doktorskiej samozwańczego „eksperta ds. energetyki” Jakuba Wiecha. Wiech bronił się wobec licznej publiki w atmosferze kontrowersji, które pojawiły się po dogłębnej analizie jego dysertacji. Choć pojawiły się wątpliwości, niedoszły doktor uznał, że najlepiej wybroni się podczas publicznej obrony. Coś poszło jednak raczej nie po jego myśli… „Mógłbym wobec tego apelować do Rady Dyscypliny, do której należy teraz decyzja w sprawie nadania stopnia doktora czy też odwoływać się do Rady Doskonałości Naukowej. Ale w takiej sytuacji – nie mam zamiaru” – oświadczył Wiech na X po obronie.
x.com/@anna_ak2023 – x.com Obrona publiczna rozprawy doktorskiej Jakuba Wiecha
Równo w południe 21 września znany w mediach orędownik odnawialnych źródeł energii i samozwańczy ekspert ds. energetyki, Jakub Wiech, przystąpił do obrony rozprawy doktorskiej. Wydarzeniu towarzyszyło rzadko spotykane w takich przypadkach zainteresowanie opinii publicznej. Jakub Wiech przygotował opracowanie nt. wpływu instytucji i prawa Unii Europejskiej na bezpieczeństwo rynku gazu ziemnego w Polsce w latach 2004-2019.
Dysertacja aspirującego doktora najwyraźniej jednak nie przypadła komisji do gustu. Wynik głosowania dał 3 głosy za, 3 głosy przeciw, 4 głosy wstrzymujące się.
Wiech nazwał później „niezrozumiałym”.
Końcowe głosowanie komisji przebiegło tak: 3 głosy za, 3 głosy przeciw, 4 głosy wstrzymujące się. Mógłbym wobec tego apelować do Rady Dyscypliny, do której należy teraz decyzja w sprawie nadania stopnia doktora czy też odwoływać się do Rady Doskonałości Naukowej. Ale w takiej sytuacji – nie mam zamiaru. Dlaczego? Głównie dlatego, że taki rezultat głosowania komisji uznaję za niezrozumiały.(…) W tym układzie, kiedy największa grupa członków komisji po prostu wstrzymała się od głosu, sprawa jest dla mnie po prostu niezrozumiała. Jeśli 3 recenzje, 6 godzin obrony i 50 pytań nie wystarczą do zajęcia stanowiska „za” lub „przeciw”, to ja nie wiem, co jest w stanie
– ocenił decyzję komisji Jakub Wiech na X.
=============================
Szczątkowe relacje z przebiegu obrony – skrajnie niekorzystne dla Wiecha – pojawiały się w serwisie społecznościowym X na bieżąco. Ponieważ pochodziły z anonimowego konta i nierzadko były dość obelżywe, nie zdecydowaliśmy się ich przytoczyć. Do momentu oddania do publikacji niniejszego tekstu nie uzyskaliśmy również komentarza samego Jakuba Wiecha ani prof. Tomasza Grosse, który zadał mu podczas obrony pytanie o obiecywany w abstrakcie pracy model. Autora rozprawy zapytaliśmy m.in. o obecność plagiatów w jego dysertacji oraz na ile prawdziwa jest relacja, jakoby recenzenci ocenili jego rozprawę jako niechlujną, z ogromną ilością błędów, niestaranną i polityczną. Usiłowaliśmy również zweryfikować, czy to prawda, że obecni na widowni profesorowie jednoznacznie negatywnie komentowali zarówno samą rozprawę, jak i przyjętą linię obrony.
Zamiast komentarza Jakub Wiech wystosował przytoczone wyżej oświadczenie na X. [filmiki z jego „argumentami” i tp można znaleźć w oryginalnym artykule. Ja nie zaśmiecam. MD]
Co dalej w sprawie nadania stopnia doktora? Prof. Ziemowit Miłosz Malecha, badacz w dyscyplinie inżynierii środowiska, górnictwa i energetyki z Politechniki Wrocławskiej, pocieszył Wiecha i zasugerował mu publikację najlepszych fragmentów rozprawy w recenzowanych czasopismach.
Kontrowersje wokół jakości rozprawy doktorskiej
Blisko tydzień przed zaplanowaną na poniedziałek 21 września obroną dysertacji znanego orędownika OZE i samozwańczego eksperta ds. energetyki, Jakuba Wiecha, w portalu społecznościowym X zaczęły pojawiać się głosy krytyczne wobec jego rozprawy. Dysertacja Wiecha, licząca 222 strony, zgodnie z prawem została opublikowana przez Uniwersytet Warszawski do wglądu dla wszystkich zainteresowanych.
Na początku dokładnie przyjrzał się jej Tomasz Swaczyna, prezes Instytutu Analiz i Ekspertyz Gospodarczych. Swaczyna wpisany jest na listę biegłych sądowych w dziedzinach takich jak ekonomia, finanse, wycena i kryptowaluty.
W rezultacie jego analizy powstał liczący sobie kilkanaście stron raport. Ekspert wytknął Wiechowi m. in. plagiat, brak obiecywanego w abstrakcie pracy doktorskiej modelu, oparcie się na nieistniejących źródłach, autoplagiat, wewnętrzne sprzeczności czy stawianie hipotezy, której nie da się obalić.
=====================
Im bliżej obrony, tym więcej komentarzy krytycznych wobec autora pojawiało się w mediach. Jakubowi Wiechowi zarzucano m. in. absolutny brak znajomości procesu wydobycia ropy naftowej czy gazu ziemnego, brak dorobku naukowego pozwalającego o ubieganie się o stopień doktora czy niedostateczny research.
[Opuszczam dużo filmików – komentarzy. MD]
Wisienką na torcie było odkrycie, że Jakub Wiech w portalu społecznościowym LinkedIn, służącym stricte budowaniu i promowaniu swojego wizerunku zawodowego, jeszcze przed publiczną obroną swojej rozprawy przyznał sobie stopień doktora.
„Europa ociepla się dwa razy szybciej niż reszta świata!” – oznajmiła pani Ursula von der Leyen podczas tegorocznego SOTEU, czyli State of the European Union – dorocznego wrześniowego wystąpienia przewodniczącego Komisji Europejskiej, wygłaszanego na sesji plenarnej w Strasburgu. Dalej zaś oznajmiła, że w związku z tym nie ma mowy o zejściu z klimatystycznego kursu. Twierdzenie, że Europa ociepla się dwa razy szybciej niż reszta świata, jest o tyle interesujące, że w sieci krążą zestawienia nagłówków prasowych z ostatnich lat, pokazujących, że to samo pisano w zasadzie o każdej możliwej innej części globu.
Znajdziemy więc teksty o tym, że Australia, Antarktyka, Afryka, Ameryka czy Azja ocieplają się dwa razy szybciej (albo generalnie szybciej) niż reszta świata. Trzeba by zatem uznać, że każda część świata ociepla się szybciej niż każda inna. Czy jakoś tak.
Czy zatem przewodnicząca KE opiera swoje twierdzenie na jakichkolwiek danych czy też po prostu powtarza bezmyślnie klisze z wystąpień klimatystów? Odpowiedź jest chyba oczywista.
Podczas swojego mniej więcej godzinnego wystąpienia szefowa Komisji Europejskiej nie zajęła się w ogóle rewizją systemu ETS, a więc jednym z najgorętszych tematów w Unii obecnie. Nie wspomniała również o ETS 2, który ma wejść w życie w 2028 r., a który oznacza gigantyczne podwyższenie kosztów życia, a więc również potężny impuls inflacyjny – nie tylko w Polsce, lecz również w całej UE, w tym w strefie euro. Już dzisiaj polityka klimatyczna drenuje UE z jej potencjału gospodarczego, czemu trzeba zapobiegać regulacjami, sztucznie obciążając import surowców do Unii za pomocą cła węglowego CBAM.
CBAM to szczególnie wyrazisty symbol absurdu unijnej polityki klimatycznej. Ceny energii w UE i co za tym idzie unijnych wyrobów na przykład ze stali są dzisiaj horrendalne. W ubiegłorocznym raporcie Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacowała, że ceny prądu w UE są o 100 proc. wyższe niż w USA i o 50 proc. wyższe niż w Chinach. Z kolei niedawno wiceprezes Polskiej Grupy Energetycznej wskazywał, że w Polsce koszt ETS to około 50 proc. kosztów cen energii dla przedsiębiorstw, podczas gdy średnia unijna to około 11 proc. Wszystko to powoduje, że logicznie rynkowo byłoby sprowadzać spoza UE te wyroby i półprodukty, które powstają z materiałów najbardziej obciążonych kosztami polityki klimatycznej. Tak byłoby znacznie bardziej opłacalnie. Komisja Europejska to doskonale wie, dlatego postanowiła zamknąć tę drogę właśnie cłem węglowym. Każdy produkt z listy (są na niej stal, aluminium, cement, nawozy, ale także wodór – ze szczegółowymi parametrami) jest obciążony opłatą odpowiadającą emisjom, jakie wiązały się z jego wyprodukowaniem. Chcesz uciec od kosztów polityki klimatycznej, sprowadzając towar z Indii czy Chin? Niedoczekanie twoje. Zapłacisz dodatkowo, tak żeby ci się to nie opłacało.
W przypadku cen energii i ich wpływu na przemysł skutek polityki klimatycznej jest całkowicie oczywisty. Nie inaczej jest, gdy idzie o europejski przemysł samochodowy. Pchanie na siłę samochodów elektrycznych przysłużyło się wyłącznie producentom chińskim i to do tego stopnia, że hipoteza o potężnym lobbingowym wpływie Pekinu nie wydaje się irracjonalna. Europejski przemysł samochodowy leży i kwiczy, co w ostatnim czasie widać najwyraźniej w przypadku problemów Volkswagena, który w sumie zapowiada zwolnienie nieprawdopodobnej liczby 100 tys. pracowników.
Media przez jakieś czas powtarzały błędne twierdzenie o rezygnacji UE z planu zakazu rejestracji nowych aut spalinowych od 2035 r. Otóż nic takiego nie zostało postanowione mimo apeli sektora motoryzacyjnego. Pojawiła się jedynie propozycja KE, która w symbolicznym stopniu zakaz łagodzi: zamiast redukcji emisji o 100 proc. ma być redukcja o 90 proc., którą w dodatku producenci musieliby kompensować poprzez stosowanie „zielonej” stali wytwarzanej w Unii Europejskiej. Czyli tej horrendalnie drogiej, bo produkowanej bez-węglowo. Zagadka: jaki będzie to miało wpływ na ceny w ten sposób wytwarzanych pojazdów?
To prowadzi do pytania, które słyszę na różnych spotkaniach wielokrotnie: dlaczego oni – politycy i przede wszystkim urzędnicy KE – to robią? Jaka jest ich motywacja? Nie wiem, czy kiedykolwiek poznamy całą prawdę. Kilkakrotnie już słyszałem jednak od europosłów – i to wcale niekoniecznie z grup politycznych opozycyjnych wobec obecnej Komisji – że pani von der Leyen działa jak fanatyczka. Być może to jednak zbyt prosta odpowiedź.
Odstawmy na chwilę na bok kwestie zewnętrzne – lobbing, międzynarodowe interesy i podobne – i zastanówmy się tylko nad samą panią von der Leyen. W tej chwili jest na półmetku swojej drugiej kadencji. Jako przewodnicząca KE nie ma żadnej legitymacji demokratycznej. Mimo wprowadzenia teatralnej instytucji Spitzenkandidaten, wybór, a właściwie wyznaczenie szefa Komisji nie stało się ani trochę bardziej demokratyczne. Nadal jest to osoba wybierana w kuluarach Rady Europejskiej (zgromadzenia szefów rządów i państw) w ramach skomplikowanego układu politycznych interesów przeplatających się z kwestiami poprawności politycznej (płeć) czy narodowościowymi. Niewiele zmienia tutaj konieczność zatwierdzenia danej osoby przez PE.
Tu przypomnieć trzeba, że gdy pani von der Leyen była po raz pierwszy wybierana na szefową KE w 2019 r., w Parlamencie za jej kandydaturą opowiedzieli się posłowie PiS, a partia pana Kaczyńskiego uznała zatwierdzenie pani von der Leyen za swój wielki sukces (do dzisiaj można znaleźć okładkę „Gazety Polskiej” z takim dokładnie sformułowaniem). Niemka pozostała na stanowisku na kolejną kadencję nie dlatego, że tak znakomicie kieruje Komisją, ale dlatego, że nikt nie był gotowy na naruszenie istniejącego układu i negocjowanie od nowa ułożenia wszystkich stanowisk. W KE pani von der Leyen miała i ma nadal fatalną renomę jako osoba apodyktyczna, zgarniająca pod siebie wszystkie kompetencje, niekonsultująca niemal niczego z komisarzami odpowiadającymi za daną dziedzinę. Symbolem jej dominacji jest sytuacja Kai Kallas, byłej premier Estonii, w tej kadencji wysokiej przedstawicielki UE do spraw zagranicznych i bezpieczeństwa, z urzędu wiceprzewodniczącej KE. Kallas została sprowadzona do roli paprotki – nie może kompletnie nic poza wygłaszaniem nic nieznaczących oświadczeń.
Dochodząc do władzy w KE pani von der Leyen potrzebowała jakiegoś politycznego wehikułu. To problem samej konstrukcji instytucjonalnej UE – rozdęte kompetencje Komisji Europejskiej powodują, że zamiast zajmować się wyłącznie zarządzaniem strukturą, działa ona faktycznie jak rząd, choć nie ma demokratycznej legitymacji, jaką mają rządy w państwach członkowskich. Komisja potrzebuje jakiejś wizji, choć w ogóle nie powinna jej mieć. Nie od tego jest. Niemka postawiła na politykę klimatyczną. Dlaczego tak się stało i czemu to akurat był jej wybór – trudno powiedzieć. Może kiedyś jakiś dziennikarz śledczy będzie potrafił sprawdzić, jakie były przyczyny. Mógł to być splot przypadków, wpływu lobbystów i osobistych przekonań.
Zaś instytucjonalne usytuowanie Komisji Europejskiej oraz pozycja jej przewodniczącego powodują, że w praktyce jest to ciało niemal niekontrolowane. Jeśli polityk znajdując się w takich okolicznościach zainwestuje ogromnie wiele w jedną, całkowicie błędną politykę, lecz nie ma środków czy czynników, które przymusiłyby go do rezygnacji z tego błędnego kierunku – dlaczego miałby to zrobić? Szczególnie jeśli sam w żaden sposób nie odczuwa jej skutków. Wymowna jest historia z samochodami służbowymi dla członków Komisji. W ramach jej przymusowego „zazieleniania” pani von der Leyen przesadziła ich do elektrycznych limuzyn.
Ponieważ jednak są to ciężkie BMW, pojazdy te nie są w stanie bez ładowania pokonać niespełna 450-kilometrowej trasy Bruksela-Strasburg (w tym ostatnim mieście odbywa się raz w miesiącu sesja PE) i muszą robić postój na ładowanie w połowie, w Luksemburgu. Powoduje to, że komisarze tracą czas, a bywa i tak, że na stacji ładowania tworzą się kolejki służbowych pojazdów Komisji. Ta uciążliwość nie dotyczy jednak samej pani von der Leyen, ona bowiem podróżuje opancerzonym samochodem z ochroną, a ten jest już napędzany tradycyjnym silnikiem spalinowym.
Nie jest zatem tak, że wystarczy pozbyć się pani von der Leyen, a sytuacja radykalnie się zmieni. Fiksacja na punkcie zielonego ładu może wynikać z jakichś osobistych uprzedzeń czy fanatyzmu obecnej przewodniczącej KE, ale stoi też za nią cały system. Bez jego zmiany oraz bez przełamania tradycyjnej koalicji w Parlamencie, złożonej z Europejskiej Partii Ludowej i Socjaldemokratów, wiele się nie zmieni.
Łukasz Warzecha
ŁUKASZ WARZECHA: VON DER LEYEN, TUSK I WOJNA. KOMU TO SŁUŻY?
Portal informacyjny Axios poinformował 15 września 2026 r. o tajnym spotkaniu, które niedawno odbyło się w Niemczech między amerykańskim centrum dowodzenia, Izraelem, a kilkoma państwami arabskimi. Dokładna data spotkania nie została ujawniona publicznie.(1) Według Der Spiegel, niemieckie Federalne Ministerstwo Obrony nie wiedziało o tym spotkaniu.(2)
Komentarz Claudii Töpper.
Spotkanie CENTCOM
W zeszłym tygodniu w Niemczech odbyło się spotkanie CENTCOM-u w sprawie wojny z Iranem. Dowódca Centralnego Dowództwa USA, admirał Brad Cooper, zorganizował spotkanie, w którym uczestniczyli szefowie państw i rządów Izraela, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Kuwejtu, Kataru, Jordanii i Egiptu.
Podobno omawiano między innymi kwestię utrzymania baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie oraz dalsze działania w sprawie Cieśniny Ormuz.(3) Cooper jasno dał do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie opuszczą swoich baz na Bliskim Wschodzie, pomimo że są one celem ataków irańskich. Oświadczył również, że USA planują zwiększyć ruch morski w Cieśninie Ormuz. Dalsze szczegóły dotyczące spotkania nie są obecnie znane. Dokładna lokalizacja spotkania również nie została ujawniona. „The Times of Israel” wspomniał jedynie o ośrodku narciarskim w Niemczech.(4)
Spotkanie odbyło się pomimo braku stosunków dyplomatycznych Izraela z uczestniczącymi państwami arabskimi, zwłaszcza Arabią Saudyjską i Katarem. Oba państwa zostały również określone przez izraelskich polityków jako wrogie.(5) Żadne z uczestniczących państw Zatoki Perskiej nie potwierdziło publicznie ani nie zaprzeczyło swojemu udziałowi.(6)
Czym jest CENTCOM?
United States Central Command (CENTCOM ) jest jednym z 11 amerykańskich dowództw bojowych. Jest to amerykańskie centrum dowodzenia wojskowego odpowiedzialne za Bliski Wschód, Afrykę Wschodnią i Azję Środkową. Jego wojska stacjonują w Kuwejcie, Bahrajnie, Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Omanie, Pakistanie i kilku krajach Azji Środkowej, między innymi. W przeszłości wojska działały również w Jordanii, Izraelu i Arabii Saudyjskiej. CENTCOM planuje i przygotowuje odpowiedzi wojskowe na kryzysy i potencjalne scenariusze kryzysowe. Jego siedziba znajduje się w bazie sił powietrznych MacDill w Tampie na Florydzie. CENTCOM został założony w 1983 roku. Podlega obecnemu Sekretarzowi Obrony USA, Pete’owi Hegsethowi, który jest odpowiedzialny za ogólne dowództwo wojskowe i kierownictwo polityczne Departamentu Obrony. (7) Od sierpnia 2025 roku CENTCOM jest dowodzony przez admirała Charlesa Bradforda Coopera II.
Dlaczego warto zorganizować spotkanie w Niemczech?
Ponieważ Niemcy nie należą do obszaru odpowiedzialności CENTCOM, pojawia się pytanie, dlaczego odbyło się tam spotkanie z wysokimi rangą oficerami wojskowymi z ośmiu krajów. Chociaż brak oficjalnych informacji na temat dokładnego miejsca spotkania, znane informacje pozwalają na pewne spekulacje. Jeśli miejscem spotkania rzeczywiście był niemiecki ośrodek narciarski, to nie wydaje się, aby był to Ramstein, Spangdahlem ani Stuttgart, jak sugeruje Der Spiegel. Mogło to być Garmisch-Partenkirchen, a dokładniej Edelweiss Lodge and Resort. Jest to obiekt Departamentu Obrony USA w ramach Garnizonu Armii USA w Bawarii. Znajduje się tam również Europejskie Centrum Studiów nad Bezpieczeństwem im. George’a C. Marshalla oraz Szkoła NATO w Oberammergau. Armia USA jednoznacznie określa Centrum Marshalla i Szkołę NATO jako miejsca międzynarodowej dyplomacji wojskowej, szkoleń i współpracy. (8)
Rozmowy z Iranem, zaplanowane w tym samym czasie, zostały przełożone.
Iran pierwotnie zaprosił państwa Zatoki Perskiej na spotkanie w Omanie 14 września 2026 r. w celu omówienia bezpiecznego szlaku żeglugowego przez Cieśninę Ormuz i kontroli nad cieśniną. Spotkanie to zostało jednak przełożone na prośbę Arabii Saudyjskiej. (9)
Reakcja Iranu
Irański urzędnik ds. bezpieczeństwa Mohsen Rezaei skomentował te wydarzenia. Powiedział dosłownie:
„Zaprosiliśmy ich na spotkanie w Salahah, a oni odwzajemnili się tajnym spotkaniem w Niemczech z Centralnym Dowództwem USA i Izraelem”.(10)
20 września 2026 roku irańska państwowa agencja informacyjna IRNA opublikowała oficjalne oświadczenie Kwatery Głównej Chatam al-Anbija (centralnego dowództwa operacyjnego irańskich sił zbrojnych). Brzmi ono dosłownie:
„Ostrzegamy, że jeśli Stany Zjednoczone popełnią błąd w sprawie islamskiego Iranu, wszystkie centra stabilności i interesy tego kraju [USA] w regionie staną się celem bez żadnych ograniczeń ani zastrzeżeń ciągłych, skutecznych i bolesnych ataków. […]”(11)
Tego samego dnia prezydent USA Donald J. Trump udzielił wywiadu telefonicznego reporterowi FOX News Treyowi Yingstowi. Podczas wywiadu Trump miał powiedzieć: „Prezydent określił obecne decyzje jako »unicestwienie Iranu, dopuszczenie do jego gospodarczego rozkładu lub zawarcie układu «”. Dodał:
„Moje pytanie brzmi: czy i kiedy wysadzę cały naród w powietrze? Lepiej, żeby się dobrze zachowywali”.(12)
komentarz
Sytuacja między USA, Izraelem a Iranem grozi dalszą eskalacją. Jaką rolę w tym konflikcie odgrywają państwa sąsiednie Iranu? Rzecznik irańskiego MSZ, Esmaeil Baghaei, stwierdził w wywiadzie, że planowane spotkanie w Omanie, zanim zostało przełożone, jest następujące:
„[Spotkanie jest] oznaką dobrych intencji Iranu, ponieważ zawsze mówiliśmy, że bezpieczeństwo regionu musi być gwarantowane przez kraje regionu bez interwencji mocarstw zagranicznych. […] To znak, że będziemy rozmawiać z naszymi sąsiadami, pomimo faktu, że ich terytoria, ich bazy wojskowe lub bazy wojskowe Stanów Zjednoczonych zostały wykorzystane do ataku na Iran”. (13)
Zamiast rozmawiać z Iranem, prowadzą rozmowy z krajami, które rozpoczęły wojnę. Dla Iranu wygląda to jak zasadzka, a sytuacja nadal się zaostrza. Czy nie byłoby mądrzej, gdyby sąsiednie państwa podjęły rozmowy z oboma krajami? Dyplomacja najwyraźniej całkowicie się załamała.
Ponadto pojawiają się inne pytania.
Wygląda na to, że sytuacja w Niemczech jest taka, że kilka państw może spotkać się na rozmowach kryzysowych lub rozmowach dotyczących eskalacji, a rząd federalny nie ma o tym najmniejszego pojęcia, jeśli wierzyć oficjalnym oświadczeniom.
Czy naprawdę należy wierzyć tym oświadczeniom? Na Federalnej Konferencji Prasowej 16 września 2026 roku zapytano o to sekretarza stanu Stefana Korneliusa. Jego odpowiedź brzmiała dosłownie:
„Rząd federalny nie może tego skomentować”.(14)
To nie jest jednoznaczne „nie”. Raczej nie komentujemy tej kwestii.
Tego samego dnia, w którym Axios poinformował o tajnym spotkaniu CENTCOM w Niemczech, niemiecki minister obrony Boris Pistorius spotkał się w Waszyngtonie z sekretarzem obrony USA Pete’em Hegsethem.(15)
Podpisali oni umowę o pogłębieniu niemiecko-amerykańskiej współpracy obronnej, co oznacza, że współpraca między producentami broni obu krajów zostanie zintensyfikowana, a wśród nich znalazł się zakup przez Niemcy pocisków manewrujących Tomahawk od USA.(16)
Gdziekolwiek spojrzeć w dzisiejszych czasach, czy to w Niemczech podczas wyborów, czy na całym świecie, w trakcie poważnych konfliktów i wojen, sytuacja eskaluje, staje się coraz bardziej podzielona i coraz bardziej przypomina to przedszkole. Jest to jednak niesprawiedliwe wobec dzieci, ponieważ zachowują się one stosownie do swojego wieku, czego nie można powiedzieć o politykach na arenie międzynarodowej. Dyplomacja i dialog nie mogą stać się przeżytkiem; muszą być obowiązkowe. Każdy, kto odmawia, powinien stracić swoją pozycję polityczną. Ci, którzy wybierają broń zamiast dialogu, nie ponoszą takiej odpowiedzialności.
27.09.26 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę By antyk2013 on 22/09/2026 Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica. Zapraszamy do Siedlec 27 września, niedziela, na 119 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Świętą w katedrze siedleckiej, która rozpocznie się o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. Z Panem Bogiem, Andrzej Woroszyło
Świat się zmienia, ustroje upadają, a w Polsce jedna rzecz pozostaje niezmienna jak dług publiczny: sprytnie podpięty pod koryto cwaniak zawsze znajdzie sposób, by za pieniądze podatnika zafundować sobie bąbelki w jacuzzi. Zmienia się tylko narracja – kiedyś kradło się na chwałę ojczyzny i krzewienie cnót niewieścich, dziś ściga się to przed kamerami w imię praworządności, dbając przede wszystkim o odpowiednie oświetlenie na konferencji prasowej. Poprzednicy z PiS doprowadzili sztukę dojenia państwa do poziomu niemal metafizycznego. Przepis był genialny w swojej prostocie: rejestrujesz fundację z nazwą brzmiącą jak połączenie encykliki z podręcznikiem do historii oręża polskiego, w zarząd wpisujesz losowe fantomy w stylu „JanKowalski1”, a na stronie wklejasz bełkot o etyce. Następnie idziesz do zaprzyjaźnionego instytutu, bierzesz 405 tysięcy złotych na „rozwój instytucjonalny”, „popularyzację nauki” oraz absolutny hit sezonu – „estetykę”.
W praktyce ta narodowa estetyka zmaterializowała się pod postacią apartamentu w centrum Krakowa z wanną z hydromasażem i skrzyneczką na kod przy drzwiach, żeby turyści z zagranicy mogli za 350 złotych za dobę krzewić polską myśl patriotyczną między jednym a drugim piwem. A państwowa tablica pamiątkowa? Skitrana na szafie pod starym kartonem. Bo przecież prezes z rozbrajającą szczerością wyjaśnił, że „być może zdjęto ją do czyszczenia”. Wiadomo – tablica miała kryzys tożsamości, potrzebowała urlopu na szafie, a w apartamencie i tak zasłaniała widok na minibar. I wtedy na białym koniu wjeżdża Koalicja Obywatelska ze swoim wielkim, bezlitosnym, hollywoodzkim spektaklem pod tytułem „Rozliczamy!”. Nowa władza rzuca się do mikrofonów. Nowy dyrektor instytutu z groźną miną pręży pierś, pompuje muskuły i zapowiada prokuratora, ogłaszając zdemaskowanie potwornego układu. Jest tylko jeden drobny, przezabawny szczegół, o którym zapomniano wspomnieć na slajdach: ten sam nowy, uśmiechnięty zarząd chwilę wcześniej bez mrugnięcia okiem podpisał i klepnął sprawozdanie finansowe rzeczonej fundacji. Dopiero gdy smród wybił w mediach, w trybie natychmiastowym odkurzono szable sprawiedliwości. Mechanizm jest wieczny – dziś robimy pokazówkę na poprzednikach, a za cztery lata kolejna zmiana warty będzie dokładnie tak samo ścigać fundacje zakładane przy kawie przez naszych znajomych. W tym całym narodowym teatrze zemsty i audytów najpiękniejszy jest jednak casting na kluczowych świadków i „ofiary”. Szczytem operacyjnej niemocy i politycznej farsy staje się dramat poszkodowanego Dawida. Zamiast konkretnych zarzutów, twardych przesłuchań i odzyskiwania publicznej kasy, mamy telenowelę, w której nikt nie kwapi się, by faceta wreszcie konkretnie przetrzepać. Zresztą sam Dawid cierpi na najcięższą chorobę polskiej elity: jedyny ból egzystencjalny, jaki rozrywa jego serce, to fakt, że nie może w tym sezonie polansować się swoim Porsche. Całą resztę – prawo, państwo, podatników, etykę i tę całą hecę z rozliczeniami – ma dokładnie tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Mamy więc państwo z kartonu w pełnej krasie: Prawicowy wizjoner z dotacji funduje sobie apartament na Airbnb, tłumacząc, że wanna z bąbelkami realizuje cele statutowe. Liberalni szeryfowie urządzają igrzyska z rozliczania, choć sami najpierw przybili pieczątkę, a teraz boją się wezwać na dywanik gościa, bo jeszcze popsują narrację.
A w centrum tego wszystkiego stoi pomnik współczesnej Rzeczypospolitej: zablokowane Porsche, którego właściciel patrzy na ten cały polityczny cyrk z absolutnym politowaniem. Rządzący zmieniają się co parę lat, wymieniają tabliczki na gabinetach, zmieniają logotypy na rządowych stronach i obrzucają się błotem w programach publicystycznych. Ale bilans pozostaje ten sam: podatnik dalej sponsoruje czyjś wypoczynek w bąbelkach, a jedyną realną karą w tym kraju jest chwilowy brak możliwości wyjechania luksusową furą na miasto.
Audi stworzyło markę specjalnie przeznaczoną na chiński rynek o nazwie nomen omen AUDI. Teraz jak się okazuje, koncern musi biec do sądu, by zapobiec ich importowi do Niemiec. Jak się bowiem okazało, modele przeznaczone dla azjatyckiej klienteli trafiły także w gusta europejskich kierowców.
fot. Robert Way / / Shutterstock
Marka należąca do koncernu Volkswagen opracowała samochody elektryczne Audi E5 Sportback (kombi) oraz E7X (SUV). Jednak próżno na nich szukać tradycyjnej stylistyki kojarzącej się z marką czy chociażby charakterystycznych czterech kółek na masce. AUDI miało bowiem trafić w gusta młodych, „zaawansowanych technologicznie” kupujących z Chin – podaje „Automobilwoche”.
Teraz zaczynają się także pojawiać w Niemczech. Niemiecka firma Auto China sprowadziła dwa modele: Audi E5 Sportback oraz E7X, przeprowadziła ich homologację i zaoferował kupującym. Ku rozpaczy koncernu.
Tak chiński projekt Audi obrócił się przeciwko niemu w Europie
Po pierwsze po sprowadzeniu z Państwa Środka kanibalizują sprzedaż modeli e-tron Audi. Po drugie, import może się wiązać z licznymi problemami, w tym np.kto ma odpowiadać za obsługę serwisową? Jest to o tyle ważne przy samochodach elektrycznych, gdyż są wręcz nafaszerowane elektroniką od czujników przez kamery poprzez systemy wspomagania.
Europejska sieć dilerska Audi nie wydaje się właściwa, skoro z „chińskimi” modelami nie ma nic wspólnego.
– Pojazdy te nie są eksportowane do poszczególnych krajów poza Chinami za pośrednictwem oficjalnego kanału dystrybucji autoryzowanego przez Audi AG, a następnie są rejestrowane na nieznanych nam warunkach – napisano w oświadczeniu Audi AG.
Izrael pomoże Zełenskiemu w uruchomieniu art. 5 NATO?
W mediach społecznościowych krążą pogłoski, że Ukraina zamierza przy pomocy Izraela przeprowadzić ataki pod fałszywą flagą na jeden lub kilka krajów NATO. Do tego celu mógłby zostać wykorzystany sprzęt, który niedawno załadowano na ukraiński samolot An-124 na lotnisku Ben Guriona (Tel Awiw/Izrael).
Niemożliwe jest rozpoznanie rodzaju sprzętu wojskowego załadowanego na ciężarówki, ale mogą to być repliki lub skradziona broń rosyjska.
Wyjaśniałoby to w każdym razie słowa dziennikarza bliskiego Zełenskiemu, który w tajemniczy sposób mówi o jakimś militarnym wypadku, który wkrótce „da skrzydła” Ukrainie. (patrz poniżej)
*** «Bądźcie gotowi! Wygląda na to, że coś może się wydarzyć z godziny na godzinę». „Mówiąc dosłownie, w ciągu kilku dni wydarzy się coś, co da Ukrainie wielką nadzieję” — powiedział w ukraińskiej telewizji Dmytro Gordon, dziennikarz blisko związany z Zełenskim.
„Nie mogę powiedzieć, o co chodzi — to tajemnica wojskowa. Wiem jednak, że w najbliższych dniach wydarzy się coś, co doda skrzydeł narodowi”
Nikt nie wie, co to dokładnie oznacza, istnieje bowiem wiele możliwości. Od operacji pod fałszywą flagą, która uruchomi artykuł 5 traktatu NATO, przez specjalne dostawy broni, aż po otwarte wypowiedzenie wojny przez NATO. «Bądź gotowy!»
Ukrainiec Andrij Szeptycki, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie warszawskim napisał, że państwo Mieszka I miało tyle wspólnego z dzisiejszą Polską, co Ruś Kijowska z Ukrainą. Tego typu hasła, wypowiadane przez wysokiego rangą przedstawiciela teoretycznie polskiego rządu, siłą rzeczy dotykają kwestii znacznie szerszej niż tylko terminologia używana przez historyków. To faktyczne działania V kolumny, niszczącej naszą historię i tradycję państwową od środka. Skorzystają na tym Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie.
Minister Tuska podważa historię Polski. To oczywiste, że współczesna III Rzeczpospolita nie jest organizacyjnie tym samym państwem, którym było państwo pierwszych Piastów. Polska przechodziła przez okres demokracji szlacheckiej, rozbiory, okupacje, wojny, zmiany ustrojowe i katastrofy polityczne, a jej granice wielokrotnie przesuwano. Czy jednak tylko z tego faktu wynika, że polska wspólnota polityczna nie ma prawa mówić o swojej historycznej ciągłości? Czy może powinniśmy przyjąć niezwykle wygodną zasadę, zgodnie z którą każde państwo po zmianie granic albo ustroju traci swoją historię i zaczyna wszystko od nowa?
Jeżeli tak, byłaby to rzeczywiście niezwykle interesująca wiadomość dla całej Europy, bo można by wówczas z powodzeniem uznać, że większość współczesnych państw jest historycznie zupełnie nowymi tworami, a ich mieszkańcy powinni czym prędzej zapomnieć o swoich poprzednikach. Przykładowo dzisiejsza Francja nie miałaby nic wspólnego ze swoim przedrewolucyjnym odpowiednikiem, podobnie jak Rosja z okresem carskim.
Na szczęście normalne rozumienie historii nie wygląda tak, jak roją sobie w główkach polskojęzyczni Ukraińcy. Narody i wspólnoty polityczne mogą przechodzić przez katastrofy, zmiany granic i ustrojów, a mimo to zachowywać pamięć o własnym państwie, kulturze i poprzednich pokoleniach. Owszem – ciekawie wygląda to w kontekście średniowiecza, gdzie ciągłość państwa wiązała się stricte z ciągłością dynastii panującej. Tak było zresztą na całym świecie i to nie tylko w tej epoce.
W przypadku wypowiedzi Szeptyckiego szczególnie zastanawiające jest usadowienie jej w szerszym kontekście jego działalności publicznej. Nie jest on przypadkowym komentatorem historii, czy głupawym, internetowym influencerem lecz członkiem polskiego (?) rządu. Tym bardziej trudno nie zadać pytania, czy przedstawiciel polskich (?) władz powinien z taką swobodą formułować wypowiedzi, które mogą być odczytywane jako podważanie oczywistego dla Polaków związku między współczesną Polską a jej wielowiekową historią.
Jeszcze większe zdziwienie budzą wcześniejsze wypowiedzi Szeptyckiego dotyczące UPA, zwłaszcza jego porównywanie ukraińskiej formacji z polskimi Żołnierzami Wyklętymi. Można oczywiście tłumaczyć, że chodziło o podobieństwo polegające na walce o niepodległość, ale problem polega na tym, że UPA nie jest wyłącznie symbolem ukraińskich aspiracji niepodległościowych, lecz również organizacją, której działalność wiąże się z masowymi mordami na ludności cywilnej.
Próba przedstawiania obu zjawisk za pomocą jednego schematu „walczących o niepodległość partyzantów” pomija więc fundamentalną różnicę doświadczeń obu narodów. Co więcej, idąc logiką Andrija Szeptyckiego, za podobny ruch walczący o niepodległość należałoby uznać hitlerowski Werwolf [„wilkołak”] , walczący z Polakami na „Ziemiach Odzyskanych” po II Wojnie Światowej. Doszłoby nie tylko do rehabilitacji tej konkretnej organizacji ale uznania, że naziści w zasadzie niczym nie różnią się od antynazistów.
Niestety, od 2022 roku, dzięki ogarniętej ukro-amokiem klice POPiS w Polsce zaczyna działać zasada, według której nasza historia ma być opowiadana zgodnie z prawdą, dopóki nie koliduje z aktualnymi potrzebami relacji z kijowskimi banderowcami Zełenskiego. Jeśli polska historia nie zgadza się z ich linią, wtedy okazuje się, że Mieszko I to właściwie ktoś trochę odległy, polska ciągłość państwowa jest kwestią dyskusyjną, a UPA można analizować przede wszystkim jako ruch niepodległościowy. Cóż za zbieg okoliczności!
Żeby było jasne: rzucającym w oczy problemem jest ukraińskie pochodzenie Andrija Szeptyckiego. III RP jest niestety nadgniłym państwem dyzmokratycznym, w którym ludzie o różnym pochodzeniu mogą pełnić najwyższe funkcje publiczne, kpić i opluwać polską historię i tradycję.
Sojusz polityczny III RP z Ukrainą nie może oznaczać obowiązku przepisywania własnej historii pod oczekiwania wątpliwego partnera. Polska ma prawo do własnej narracji o Mieszku I, Rzeczypospolitej, rozbiorach, II Rzeczypospolitej i zbrodniach dokonanych na Polakach przez ukraińskich szowinistów. Zwłaszcza, że ta narracja jest zasadniczo zbieżna z faktami historycznymi, przekazami kronikarskimi oraz wykopaliskami.
Wypowiedź Szeptyckiego zasługuje na krytykę dlatego, że jest Ukraińcem i przedstawicielem teoretycznie polskiego państwa i właśnie z tego powodu powinien szczególnie uważać, aby w imię bieżącej polityki nie relatywizować fundamentów naszej pamięci historycznej. Z niewiadomych względów usilnie chce doprowadzić do tego, aby ponownie wzrosła niechęć Polaków do Ukraińców, zwłaszcza tych, którzy w nieodpowiedzialny sposób otrzymali dostęp do najwyższych stołków w krajowej polityce i administracji.
Można być zwolennikiem bliskiej współpracy z Ukrainą, można wspierać ją politycznie i militarnie, można nawet cierpliwie znosić rozmaite dyplomatyczne zawirowania, ale trudno wymagać od Polaków, żeby w pakiecie z pomocą dla Ukrainy kupowali również fałszowanie naszej własnej historii.
Bo jeśli okaże się, że państwo Mieszka I ma z dzisiejszą Polską mniej więcej tyle wspólnego, co Ruś Kijowska z Ukrainą, to być może najwyższy czas zapytać, czy następna korekta historii nie obejmie przypadkiem również samego Mieszka. W końcu skoro można zakwestionować ciągłość, to czemu zatrzymywać się w połowie drogi i nie stwierdzić np. że był Ukraińcem albo Żydem?
Zanim zdążył opaść „szok” wywołany wyborami w landzie Saksonia-Anhalt, które miały miejsce kilka tygodni temu, runda wyborcza w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim zadała podwójny cios powiązanym z Brukselą establishmentowi.
AfD ponownie zdominowała Meklemburgię-Pomorze Przednie i choć można było się tego spodziewać, partia ta wywołała kolejną falę wstrząsów w zaniepokojonym państwie niemieckim:
Rządząca partia CDU straciła około 8% poparcia w porównaniu z ~13%, którymi cieszyła się ostatnio. Co więcej, CDU spadła poniżej 5% progu, aby w ogóle dostać się do parlamentu krajowego, co oznacza, że nie zdobędzie nawet jednego mandatu. Nigdy wcześniej nie przydarzyło się to partii w żadnych wyborach krajowych; to historyczny upadek.
Tymczasem w Berlinie lewicowa partia Die Linke odniosła zwycięstwo, miażdżąc CDU, która zdominowała poprzednie wybory. Upadły kanclerz Rzeszy Friedrich Merz stał z bladą twarzą i przygnębiony, żałośnie ogłaszając dzień katastrofy:
Could not load video.
To właśnie oferuje ci faustowska umowa BlackRock, panie kanclerzu Rzeszy.
Zatrzymajmy się na chwilę, by pośmiać się i wyśmiać najbardziej zhańbionego przywódcę w historii Niemiec. Skieruj wzrok na ekran i śmiej się do rozpuku z tego nędznego, przypominającego suszoną śliwkę, wyglądu tego nędznego głupka.
Były bankier BlackRock i pachołek Komisji Trójstronnej cieszy się najniższym poparciem wśród przywódców w historii Niemiec. Ten znienawidzony ohydztwo, które doprowadziło jego kraj na skraj ruiny, ogłosił, że odmawia honorowego zachowania i rezygnacji, zamiast tego kontynuując swoją żałosną, oschłą robotę, wyciskając z niemieckich podatników pieniądze dla swoich globalistycznych mocodawców jeszcze przez chwilę.
To jeden z głównych powodów, dla których globaliści tak mocno koncentrują się na roku 2027 jako roku przełomowym. To właśnie wtedy musi rozpocząć się wojna z Rosją, aby uratować te zgniłe, okupowane europejskie reżimy przed całkowitym upadkiem i skierować wrzący gniew społeczeństwa w stronę fałszywego wroga, a nie prawdziwego wroga wewnętrznego.
Rok 2027 jest rokiem kolejnych ważnych wyborów federalnych w Europie – we Francji. Choć w Niemczech wybory oficjalnie zaplanowano na 2029 rok, istnieje spore prawdopodobieństwo, że odbędą się one znacznie wcześniej, po tym jak rządy Merza rozpadną się niczym sterta drewna zjedzonego przez termity.
W tym samym czasie Rosja przeprowadziła własne wybory parlamentarne do Dumy Państwowej. Nigdy nie marnując okazji, wiecznie przebiegła Bankowa, narkogoblinka, zgromadziła na tę okazję całą matkę wszystkich rojów dronów, aby: