Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id'] INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792362326', '216.73.216.255')
W niedawnym wywiadzie z norweskim politologiem Glennem Diesenem, ekonomista profesor Jeffrey Sachs przedstawia ponury obraz Europy. Kontynent nie znalazł swojego miejsca w już ukształtowanym świecie wielobiegunowym.
Zamiast tego kurczowo trzyma się przestarzałego sojuszu transatlantyckiego, odcina się od gospodarczych źródeł energii Rosji i Chin oraz ignoruje fundamentalne zmiany nadchodzących dekad – zwłaszcza dynamikę demograficzną i gospodarczą Afryki i Eurazji.
Sachs, który niedawno przebywał w Brukseli, podsumowuje swoje wrażenia następująco: „Nie ma kierunku dla Europy”. Nie ma niezależnej doktryny bezpieczeństwa i obrony poza NATO, a samo NATO się rozpada. Pomimo ponad 60 lat wysiłków na rzecz integracji, 27 państw członkowskich nie osiągnęło prawdziwej jedności w polityce zagranicznej, gospodarczej ani obronnej. „Nie jest do końca jasne, co myślą teraz europejscy przywódcy, poza tym, że są w trybie defensywnym. Nie myślą konstruktywnie”.
Zła stawka na USA
Cała strategia przyszłości Europy opiera się na sojuszu transatlantyckim – i jest to błędne z dwóch powodów. Po pierwsze, Stany Zjednoczone traktują Europę z pogardą i nie okazują jej większego zainteresowania; priorytety Waszyngtonu leżą na ich własnym podwórku i w Azji Wschodniej. Po drugie, rzeczywiste działania w globalnej gospodarce, technologii i bezpieczeństwie nie rozgrywają się już przede wszystkim na Zachodzie. Wyzwania i szanse dla Europy leżą głównie na kontynencie euroazjatyckim.
„Przyszłość Europy powinna opierać się bardziej na relacjach z Rosją, Chinami, Indiami i resztą euroazjatyckiego superkontynentu niż na USA” – powiedział Sachs. Zamiast tego budowane są mury przeciwko Rosji – kluczowemu partnerowi gospodarczemu jeszcze kilka lat temu – a ten sam błąd powtarza się teraz w odniesieniu do Chin. Opisał strach przed Rosją jako „niezwykle poważny irracjonalizm”. Narastający sceptycyzm wobec Chin, argumentował, jest w połowie zwykłą adaptacją do amerykańskich neuroz, a w połowie europejskim pesymizmem i protekcjonizmem.
Afryka jako pomijana rzeczywistość
Krótkowzroczność jest szczególnie widoczna, gdy spojrzymy na Afrykę. Kontynent ten liczy obecnie około 1,5 miliarda ludzi – prawie cztery razy więcej niż Europa – i według prognoz ONZ do połowy stulecia liczba ta ma osiągnąć około 2,5 miliarda, a do 2100 roku około 3,5 miliarda (co stanowi około jedną trzecią światowej populacji). W połowie XX wieku Afryka stanowiła 9 procent światowej populacji; dziś stanowi 18 procent, a do 2050 roku będzie to jedna czwarta.
Jeśli dzisiejsze, liczne pokolenie młodych ludzi w Afryce otrzyma solidne wykształcenie, ich przyszłość gospodarcza będzie świetlana i pozostaną w swoich krajach ojczystych. Jeśli edukacja pozostanie niewystarczająca, to pokolenie stanie w obliczu katastrofy społecznej i niestabilności geopolitycznej. Europa dysponuje technicznymi możliwościami wspierania wysokiej jakości edukacji na masową skalę, ale nie robi tego systematycznie. „Wszystkie te problemy rozwojowe zostały całkowicie zepchnięte na margines przez wojnę na Ukrainie. To błąd”.
Brakuje długoterminowego myślenia
Sachs wspomina swoje własne badanie z 1995 roku dla Azjatyckiego Banku Rozwoju ( Emerging Asia , opublikowane w 1997 roku). Przewidywał wówczas, że udział Azji w światowej gospodarce wzrośnie o 20 punktów procentowych do 2025 roku. Badanie zostało opublikowane na krótko przed azjatyckim kryzysem finansowym i zostało zignorowane. Dwadzieścia pięć lat później prognoza ta okazała się niemal idealnie trafna. Tego rodzaju przyszłościowe myślenie – „gdzie krążek zmierza, a nie gdzie jest” (gwiazda hokeja na lodzie Wayne Gretzky) – jest właśnie tym, czego brakuje w Europie i USA. W Chinach intensywnie planuje się i rozważa rok 2049.
Europa, z obecną populacją około 450 milionów (około 5% populacji świata), do końca stulecia odnotuje dalszy spadek swojego udziału. Nawet cały „transatlantycki Zachód”, który w 1950 roku odpowiadał za połowę światowej gospodarki, pod koniec XXI wieku osiągnie 15% lub mniej. „To nie jest przyszłość. To tylko niewielki fragment niezwykle zróżnicowanego świata”.
Rosja myśli bardziej realistycznie
Rosja lepiej zrozumiała sytuację. Jej bliskie powiązania gospodarcze, geopolityczne i w dziedzinie bezpieczeństwa z Chinami nie są jedynie doraźnym rozwiązaniem wynikającym z błędów USA, ale raczej właściwą orientacją dla kraju euroazjatyckiego. Jeśli Zachód wysadzi rurociągi, nałoży sankcje i zaprzeczy bezpieczeństwu, Rosja będzie miała do dyspozycji rozległy świat poza UE. „To trafniejsza ocena”.
Około 2010/2015 roku Europa miała rację: rosnące więzi gospodarcze z Rosją, niemiecki przemysł uzależniony od taniej rosyjskiej energii, inwestycje w Rosji i ambicje w zakresie przyszłych technologii. Wszystko to zostało utracone. Nawet Angela Merkel w 2008 roku uznała zobowiązanie Ukrainy do członkostwa w NATO za poważny błąd – „tożsame z wypowiedzeniem wojny” z rosyjskiej perspektywy – ale uległa. Presja grupy i strach przed utratą miejsca przy stole negocjacyjnym do dziś uniemożliwiają wydawanie jednoznacznych oświadczeń. Viktor Orbán, który opowiadał się przeciwko wojnie z Rosją i za dobrymi stosunkami z Chinami, został uznany za wroga.
Więcej Europy, ale innej
Sachs odrzuca uproszczone wezwanie do „mniej Europy”, podnoszone przez wiele sił opozycyjnych w odpowiedzi na frustrację katastrofalną polityką Brukseli. W świecie wielkich mocarstw (Indie z 1,5–1,7 miliarda mieszkańców, Chiny z 1,4 miliarda, silniejsza Unia Afrykańska, Rosja z 17 milionami kilometrów kwadratowych) 27 małych księstw zostałoby łatwo rozbitych. Potrzeba więcej i lepszych struktur europejskich – strategicznych, gospodarczych i nastawionych na pokój. To stanowisko jest obecnie praktycznie nieobecne w polityce europejskiej.
Obecne władze Europy myślą kategoriami lat 1990 i 2010, traktując wielobiegunową rzeczywistość jako chwilowe zaburzenie. Diagnoza Sachsa jest jasna: bez realistycznego podejścia do geografii, demografii i rzeczywistych ośrodków władzy w nadchodzących dekadach Europa pozostanie zjawiskiem marginalnym, pozbawionym własnej strategii.
Przemysł zbrojeniowy kwitnie, premier landu triumfuje, prezes VW chce poprawić sytuację o miliardy poprzez zwolnienia, a think tank wzywa wszystkich do stanięcia na baczność.
Nie jest tak, że obywatele nie protestują, nie mówią głośno „nie” szaleństwu, jakim jest spychanie naszego kraju w dół przez elity i ich zwolenników. Ale im większy opór ze strony społeczeństwa, im więcej młodych ludzi deklaruje odmowę służby wojskowej, im liczniejsze i silniejsze stają się demonstracje na rzecz pokoju i sprawiedliwości społecznej, tym bardziej siły reakcyjne zdają się nasilać swoje (skuteczne, choć bezsensowne) wysiłki, by przekształcić Niemcy w silnie uzbrojoną, zmilitaryzowaną republikę, w której zwykli ludzie ponoszą wszystkie koszty, a zyski z bezsensownej kreacji wartości trafiają do kieszeni podżegaczy wojennych, agitatorów i właścicieli fabryk broni.
Słowa kluczowe z Niemiec doprowadzają zwykłych obywateli do rozpaczy: pociski manewrujące z Lipska, premier landu uważa, że przemysł zbrojeniowy ma się świetnie, prezes VW chce zwolnień dla większego zysku. A potem są plany awaryjne od niewiarygodnego think tanku… Niemcy stają się wielką katastrofą. Wtrącenie Franka Blenza .
Michael Kretschmer „podkreślił”…
Niedaleko Lipska, miasta pokoju, amerykańska firma Covenant otwiera fabrykę broni – taką, która będzie produkować do 1000 pocisków manewrujących rocznie. Aż do niedawna, tuż przed inauguracją, zamach stanu, w typowym dla Amerykanów stylu, pozostawał tajemnicą. Opinia publiczna, media itd. nie powinny się tym martwić. Następnie, gdy rozpoczęła się przełomowa produkcja, premier Saksonii Michael Kretschmer przyjechał z Drezna i „podkreślił”, że przemysł zbrojeniowy jest ważny dla Saksonii (i oczywiście dla Niemiec).
Pytanie: Jakiego rodzaju pociski są używane w lotach rejsowych? Pomyślałem, że przeciętny obywatel chciałby to wiedzieć, biorąc pod uwagę bezpieczeństwo obiecane mu przez rząd i przemysł zbrojeniowy. 1. Ta broń zwiększy zdolności obronne. 2. W wiodących mediach, takich jak „Die Zeit” , dowiedziałem się, że te pociski należą do systemu uzbrojenia Anthem. Ten pocisk manewrujący może przenosić głowicę o masie 200 kilogramów i jest używany jako broń do precyzyjnych uderzeń głęboko na terytorium wroga. Nie z Lipska, nie, ale od „klienta”, jak twierdzi centrala firmy. Klientami mogą być na przykład niemieckie siły zbrojne – czyli ci, którzy za wszystko płacą…
Premier Saksonii Michael Kretschmer z zadowoleniem przyjął powstanie firmy w regionie. „Żyjemy w czasach, w których musimy umacniać swoją pozycję. Wolność, demokracja i dobrobyt są niemożliwe bez bezpieczeństwa. A najlepszym zabezpieczeniem jest wciąż odstraszanie” – powiedział. Dlatego warto być aktywnym w tym sektorze.
Rozwijamy się zwalniając tych, którzy tworzą wartość.
Przez chwilę jestem niemal tak entuzjastycznie nastawiony jak Kretschmer, ale tylko przez chwilę. Potem wracam do przyziemnych realiów produkcji cywilnej, a raczej do sposobu myślenia elitarnych liderów biznesu, którzy postrzegają zwykłego pracownika jedynie jako czynnik kosztowy. Na przykład słyszałem, jak prezes Volkswagena Oliver Blume powiedział: „Musimy stać się o jedenaście miliardów euro lepsi”. Lepsi dzięki pieniądzom? Ach, racja, ten człowiek chce „wydawać” jedenaście miliardów mniej – mniej, zwłaszcza na personel. Blume był również od razu dosadny i konkretny: rozwiązanie układów zbiorowych pracy z dobrze opłacanymi pracownikami, tymi, którzy faktycznie produkują samochody! Uwolnione euro trafią gdzie indziej: na zysk i całą resztę.
Szaleństwo chciwości. Pomyślcie o tym: VW wciąż odnosi sukcesy, wypłaca ogromne zyski swoim właścicielom i jest obecnie uważany za lidera rynku w Chinach (!) z 13-procentowym udziałem w rynku motoryzacyjnym. VW to nie tylko VW, Skoda, Audi, Porsche i Lamborghini. Okej, wygląda na to, że w Niemczech sprawy nie idą tak dobrze. Nic dziwnego, że Volkswagen nie produkuje samochodów dla mas. Według obliczeń nienasyconych ekonomistów, to Porsche i Lamborghini są miejscem, gdzie zarabia się prawdziwe pieniądze. Ale pytanie pozostaje, panie Blume: Gdzie jest Polo, mały VW, kombi, van dla rodziny – wszystkie dostępne dla osób o ograniczonych środkach? Bezrobotni też nie mogą kupić samochodów. Pan Blume i jemu podobni nie przejmują się tym; ci ludzie realizują zupełnie inne strategie. Pieniądze, pieniądze, pieniądze. Monopol na samochody i, co zaskakujące, usługi finansowe. Jeśli chodzi o przemysł zbrojeniowy, specjaliści z Wolfsburga z pewnością są dobrze poinformowani o potencjalnych zyskach. Taka transformacja VW w czołg byłaby o wiele bardziej opłacalna i służyłaby bezpieczeństwu nas wszystkich poprzez odstraszanie.
Takie think tanki nie potrzebują już wrogów.
Podsumuję to tak: Budowa eleganckich fabryk broni (przyzwoicie dyskretnych i tajnych) w pobliżu naszych miast czyni nasz kraj bezpieczniejszym. Oszczędności w VW (i wielu innych firmach) poprzez zwalnianie pracowników poprawiają sytuację korporacji. I – jak to mówią – znalazłem ważne żądanie dla osób sprawujących władzę i obywateli tego kraju w centralnym think tanku ds. polityki wojskowej rządu federalnego:
„…bliższe zaangażowanie około 11 000 niemieckich gmin w przygotowania do »stanu napięcia lub obrony«, czyli ewentualnej wojny. Chociaż gminy stanowią »fundament operacyjny na miejscu« w przypadku poważnego incydentu, przeprowadza się tam »niewiele ćwiczeń«” – krytykuje niedawną analizę Federalnej Akademii Polityki Bezpieczeństwa (BAKS).
A więc potencjalna wojna? Niemieckie gminy, nasze miasta i wsie, stałyby się wówczas, jak cynicznie ujmują to „myśliciele”, „bazą operacyjną w całym kraju”. Wystrzelono by pociski manewrujące (ale dokąd?), odpowiedź byłaby szybka, a główny incydent (trzeba podziwiać pomysłowość w wymyśleniu takiego terminu, który zastępuje wojnę) miałby miejsce. Wtedy jednak porządny obywatel nie potrzebowałby już rodzinnego VW – ani ćwiczeń. Jaki jest sens tego wszystkiego, co wymyśliła Federalna Akademia w Poczdamie?
W przypadku wojny gminy będą odpowiedzialne za zapewnienie „przywrócenia dostaw” dla ludności i „stabilizacji porządku społecznego”. Szkoły to „coś więcej niż tylko miejsca nauki”; służą one również jako „potencjalne schronienia awaryjne i punkty spotkań w nagłych wypadkach”, dlatego należy natychmiast przeprowadzić „inwentaryzację lokalizacji szkół”. Analiza BAKS uznaje „Pakt na rzecz Ochrony Ludności”, przyjęty przez rząd federalny w maju, za niewystarczający. Dokument przewiduje między innymi zakup nowych „pojazdów specjalnych” do „transportu ciężko rannych” i zapowiada, że Berlin zakupi „dziesiątki tysięcy nowoczesnych kombinezonów ochronnych” do ochrony „przed zagrożeniami chemicznymi, biologicznymi i radiologicznymi” – do potencjalnego użytku wewnętrznego.
Zdania są pisane w szaleńczym tempie. Szkoły są wspominane w kontekście punktów zbiórki awaryjnej. Ale czy wiele budynków i budowli nie należy już do tej kategorii z powodu cięć budżetowych i krótkowzroczności?
I istnieje niepokój naukowców opierających się na symulacjach dotyczący szachownicy Niemiec, figur, ludzi, na których rzekomo można dostrzec ogromne luki:
Obecnie jednak istnieje znaczna luka między tym zadaniem a rzeczywistymi możliwościami jego realizacji. Na przykład, brakuje ćwiczeń, a świadomość pilności lepszego przygotowania na potencjalne incydenty rozwija się powoli. W praktyce gotowość kadrowa, organizacyjna i komunikacyjna wciąż konkuruje z innymi zadaniami w codziennym funkcjonowaniu około 11 000 gmin w Niemczech.(Źródło:GFP,BBK)
Sam tłumaczę sobie ten rodzaj biurokratycznego żargonu: uczciwy obywatel nie chce wojny, jeszcze nie; trzeba go trochę zmiękczyć. Trzeba mu powiedzieć, żeby powiększył piwnicę, zaopatrzył się w zapasy, z radością i spokojem słuchał syreny alarmowej w każdą środę i opowiadał synowi, że Bundeswehra (niemieckie federalne siły zbrojne) to w gruncie rzeczy dobra rzecz. W miejscu pracy, które w ten sposób staje się, jak dawniej, polem bitwy o pokój lub o kataklizmy, powinien mieć już przygotowane łóżko polowe. A potem trzeba to omówić w kontekście sprzecznych wymagań życia codziennego. 11 000 gmin ma pilnie badać, co można wyeliminować, a co utrudnia osiągnięcie pełnej gotowości, zdolności bojowej, czujności i odstraszania.
W miarę jak sytuacja gospodarcza Europy pogarsza się, również jej przywódcy zmierzają w kierunku form szaleństwa, które jeszcze bardziej zaostrzają sytuację. W obliczu problemu energetycznego, który UE sama sobie stworzyła mając nadzieję na przełamanie stagnacji (będącej jałowym owocem kazirodczego połączenia dawnych ideałów z najbardziej bezczelnym neoliberalizmem) poprzez podbój Ukrainy i związane z tym pokonanie Rosji, pomieszczenia w Brukseli ogarnia histeria.
Ursula von der Leyen, główna odpowiedzialna za tę sytuację, chce pożyczyć jeszcze więcej pieniędzy: jej najnowsza propozycja zakłada zwiększenie obecnego siedmioletniego budżetu UE do 2 bilionów euro
secondowelfare.it/primo-welfare/qfp-ue-coesione-sociale, a ponieważ państwa członkowskie nigdy nie będą skłonne wyłożyć więcej na europejski eksperyment, istnieje tylko jeden sposób na osiągnięcie tego celu, a mianowicie zaciągnięcie pożyczek w międzynarodowych bankach w celu zastąpienia poprzedniej pożyczki w wysokości 750 miliardów euro udzielonej w związku z “pandemią covidową”.
Ale oczywiście pożyczki trzeba spłacać, a kiedy zaciąga się je nie na przyszły rozwój, lecz po to, by ukryć epokową porażkę, oznacza to, że to obywatele będą musieli ponieść tego konsekwencje, doświadczając dalszego odpływu ich dochodów – w kontekście gospodarki tak bardzo zdewastowanej, że europejskie elity widzą w kontynuacji wojny swój jedyny sens i sposób istnienia. W rzeczywistości, UE przekształca się w swego rodzaju organ wykonawczy NATO.
Tym sposobem, w stolicy tejże zrujnowanej i udawanej Unii – gdzie od dwudziestu lat toczy się podziemna walka na noże między poszczególnymi krajami (wystarczy spojrzeć na rolę, jaką odegrały Niemcy w wywołaniu podwyżki spreadu we Włoszech) – rozważa się wprowadzenie szeregu podatków europejskich, które dołączyłyby do podatków krajowycheuroborsa.it/tasse-ue-europei.aspx.
Oczywiste jest, że ta ogromna suma pieniędzy miałaby posłużyć do zasilania owej bezdennej studni, jaką jest Ukraina – w nadziei, że wojna będzie trwała w nieskończoność, lub że wybuchnie konflikt globalny.
Wszystko to nie ma sensu, ale odzwierciedla świadomość, że ostateczna porażka Zełenskiego oznacza również upadek UE, która postawiła wszystko na tę właśnie kartę – instytucjonalną zabawkę, wykorzystywaną przez oligarchie do pokonywania problemów związanych z konsensusem w poszczególnych krajach. Obecnie, bunt jest widoczny na całym kontynencie, przybierając różne formy, które jednak zmierzają w tym samym kierunku.
Dlatego – ogarnięci paniką – gorączkowo starają się złupić wszystko, co tylko mogą, zanim będzie za późno.
Paryż, Berlin, Londyn, Bruksela – wszystkie te miasta mają dziś podobne oblicze: zablokowane ulice, pożary, krzyki tłumów i natarcia sił policyjnych na demonstrujących, wśród których przeważają młodzi mieszkańcy miast. Imperium Europy, wykreowane przez tandetnego architekta ze Stanów Zjednoczonych, płonie – dosłownie i w przenośni – gniewem. Zapożyczone z historii najgorsze wzorce utorowały drogę do władzy głupocie, której jedynym instrumentem kontaktu ze społeczeństwem jest brutalna siła.
https://youtube.com/watch?v=46eGGeOVv3g%3Frel%3D0
Imperium naczelnego przywódcy co cztery miesiące ogłasza, że właśnie zada ostateczny cios przeciwnikowi na arenie międzynarodowej, by za chwilę wycofać swoje niespożyte siły propagandowe i ujawnić niedostatki własnych zapasów żelastwa, które miało służyć zaprowadzeniu nowego porządku na świecie.
Bez cienia konsternacji ten sam wielki propagator pokoju prosi dotychczasowego wroga o pomoc w dostawach diesla, których sam wcześniej zakazał.
Oderwani od rzeczywistości kreatorzy polityki fałszu ukryli się w pałacowych komnatach, obawiając się wtargnięcia rozgniewanych tłumów. Rezydujący w Polsce namiestnik usiłuje nadać powagę własnej osobie, zapożyczając scenariusz sprawiedliwego cesarza Trampeusza i kreując się na ofiarę zamachu, do którego nie doszło.
Młode pokolenie Paryża czy Brukseli, przez lata przekonywane o świetlanej przyszłości, którą będzie współtworzyć pod warunkiem zachowania lojalności wobec władzy, ma już przesyt obietnicami. „Chcemy rzetelnej wiedzy w godziwych warunkach, zamiast powtarzania sloganów w salach z przeciekającymi sufitami i beznadziejną kadrą nauczycielską”.
Sprzeczność między oczekiwaniami tłumów, które przez lata chciały zachować pokojowy charakter protestów, a wojenną ścieżką, na którą skierowała je władza, staje się coraz bardziej widoczna. Głupi nauczyciele przez lata potrafili domagać się jedynie podwyżek pensji, nie dostrzegając merytorycznej degradacji przekazywanych treści. Studenci i uczniowie żądają dziś możliwości nauki w szkołach i na uczelniach, zamiast sprowadzania problemów edukacji do kwestii liczby płci i rozróżniania ról mężczyzn i kobiet.
Zgromadzeni Paryżanie wyznaczyli na miejsce swoich spotkań Plac Zgody, wcześniej zwany Placem Rewolucji, gdzie niegdyś stała gilotyna.
Rozkazy bezwzględnego tłumienia niezadowolenia, wydawane policji, stają się przyczyną zamieszek, a policjantom puszczają nerwy w konfrontacji z tłumami. Bezbronni ludzie nie chcą walczyć za głupotę cynicznej władzy. Nie chodzi im o przedłużone wakacje, lecz o jakość przyszłego życia. O determinacji protestujących świadczą ślady krwi na chodnikach i ulicach. Policjanci ustawieni w tyralierę, uzbrojeni i skryci za tarczami, swoim szykiem najdobitniej potwierdzają, że władza prowadzi wojnę ze społeczeństwem.
https://youtube.com/watch?v=G3WoGlFRqpA%3Frel%3D0
Aby zrozumieć skalę rozpadu napęczniałego od głupoty projektu amerykańskiej dominacji nad światem, nie wystarczy pojedyncza wiadomość z dowolnego miejsca. Ciężka przypadłość, której uosobieniem jest dziś prezydent USA, dotknęła zbyt wiele organizmów państwowych, by można było pominąć sieć powiązań, której kolejne nici są każdego dnia zrywane. Jeśli z każdą wojną amerykański kolos chwiał się na nogach, dziś grunt usuwa mu się spod stóp. I nikt nie będzie go żałować.
Nie inaczej jest w samej Brukseli. Dziesiątki tysięcy osób wyszły na ulice, dostrzegając, że ich bolączki są identyczne jak problemy Francuzów. Protestujący oczekują sensownego kształcenia w godziwych warunkach, zamiast karania studentów krytycznie wypowiadających się o systemie.
W piątek minionego tygodnia policja aresztowała co najmniej 20 studentów. Postronni obserwatorzy próbują mentorsko oceniać wydarzenia uliczne, ograniczając się do zdawkowego stwierdzenia: „Nie popieram aktów wandalizmu”. Tym samym potwierdzają własną niewiedzę na temat taktyki policyjnej polegającej na sterowaniu tłumem poprzez angażowanie prowokatorów, którzy wszczynają dewastację mienia, dając pretekst do policyjnych szarż. Możliwe też, że system nie zaszedł im jeszcze za skórę.
Niemcy, świadomi fundamentalnego znaczenia gospodarki dla państwa, zorganizowali 8 października br. przemarsz protestacyjny ulicami Monachium. Inspirator protestu, związek zawodowy IG Metall, domaga się pięcioprocentowej podwyżki wynagrodzeń w ciągu najbliższych 12 miesięcy, dodatkowych 110 euro dla praktykantów, podwyżek dla najmniej zarabiających pracowników, a także większego udziału załóg w zyskach firm.
Związek odnotował udział 3700 uczestników marszu, których niepokoją rosnące koszty życia, brak stabilności zatrudnienia i ogólna niepewność dotycząca przyszłości niemieckiego przemysłu. Organizacja pracodawców nie przedstawiła związkowcom żadnej alternatywnej oferty w obliczu kurczących się możliwości zatrudnienia w przemyśle.
Rozmowy dotyczące przyszłości 836 tysięcy pracowników zaplanowano na 27 października br. w Coburgu. Okres powstrzymania się od akcji strajkowej kończy się 31 października, co oznacza, że od 1 listopada możliwe będzie podjęcie strajku w tym sektorze.
https://youtube.com/watch?v=FzDXp5o0D3k%3Frel%3D0
Brytania – modelowy wzór głupoty
Sytuacja na brytyjskich wyspach, których mieszkańcy tak uwielbiają własny izolacjonizm, nie odbiega od zglobalizowanego kanonu. Mocno nieświeże argumenty wysuwa premier Andy Burnham, twierdząc, że za próbami wpływania na wynik referendum z 2016 r. w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej stała Rosja, a konkretnie Władimir Putin.
Pomimo podwyższonej gorączki politycznej w Europie, gdzie część społeczeństw wiąże zapaść gospodarczą i ograniczanie swobód z polityką władz unijnych, w tym przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, nowy człowiek wyznaczony do roli premiera Wielkiej Brytanii przestrzega Francję i Niemcy przed rosyjską ingerencją.
Wbrew stanowisku części komentatorów powołujących się na dane wywiadowcze Burnham twierdzi, że Rosja może próbować wpłynąć na wyniki wyborów w dwóch kolejnych państwach, wspierając ugrupowanie Marine Le Pen we Francji oraz Alternatywę dla Niemiec (AfD). Tym fortelem Brytyjczycy mają otrzymać premiera Starmera w nowym wydaniu – polityka, który zadba o kosztowny powrót na łono kontynentalnego potworka. Ten zaś nie widzi miejsca dla przywódców takich jak Marine Le Pen, ale za to uważa zwalczanie Rosji wszelkimi sposobami za swój obowiązek.
Dla brytyjskiego kanału TalkTV zeszłotygodniowy wiec propalestyński był przejawem manifestacji nienawiści, ponieważ kilku uczestników weszło na pomnik upamiętniający bitwę o Anglię. Uznając ten czyn za przestępstwo, policjanci zatrzymali ponad 20 osób.
Komentator Matthew Goodwin przesądza o winie uczestników: „To są ludzie, którzy nienawidzą w tym kraju wszystkiego. Ich protesty powinny być zakazane. Nic dziwnego, że dzisiaj Żydzi nie czują się bezpiecznie w Wielkiej Brytanii i wolą wyjechać do Izraela, zamiast tu pozostać, bo tam będą czuć się bezpieczniej mimo wojny. To ohydne, mam dość tego przyzwolenia na lewicowe działania dalekie od pokojowych”.
https://youtube.com/watch?v=bbyJrGEeek0%3Frel%3D0
Prowadzący program Duncan Barkes zauważa, że większość uczestników stanowią migranci, dlatego policja powinna zastosować znacznie bardziej radykalne środki zwalczania lewicowości.
Komentatorzy dochodzą do zgodnego wniosku, że organizatorzy wieców, którzy sami nie byli ani w Palestynie, ani w Izraelu, nie mają odpowiedniej wiedzy, ponieważ – jak stwierdzają: „To Hamas blokuje dostawy pomocy humanitarnej i działa przeciwko swoim ludziom, dlatego takiej przewrotnej interpretacji historii nie daje się znieść”.
Informacje o tym, kto ostrzelał lub aresztował uczestników Flotylli Sumud, najwyraźniej nie dotarły do funkcjonariuszy medialnego frontu. Tym bardziej nieznane pozostają im szczegóły działalności amerykańskiej fundacji, która dostarczała żywność, by następnie czekać na wygłodniałych ludzi w punktach dystrybucji i otwierać do nich ogień – niczym myśliwi polujący na zwierzęta przy wodopoju.
Współcześni przywódcy, stojący na szczytach władzy, z przejęciem odgrywają role postaci historycznych, już dawno ocenionych jako polityczne meteoryty epoki wojen: Napoleona Bonapartego, Adolfa Hitlera, Winstona Churchilla i Franklina Delano Roosevelta. Nie biorą pod uwagę, że wiecznego panowania nie da się zadekretować.
Opracowanie: Jola Na podstawie: YouTube.com [1][2][3][4] Źródło: WolneMedia.net
Dzień rozliczenia jest nieuchronny. Przestępczy politycy i ich system podżegający do wojny zostali zdemaskowani jak nigdy dotąd.
Unia Europejska przeżywa obecnie gwałtowny bunt społeczny. Partie rządzące i ich polityka gospodarcza są otwarcie potępiane, a w wielu krajach nasilają się protesty i strajki.
Marsze protestacyjne, masowe demonstracje i strajki przemysłowe rozprzestrzeniają się we Francji, Belgii, Hiszpanii, Włoszech, Niemczech, Irlandii, Portugalii i innych krajach UE. Skargi są zróżnicowane – od uczniów i nauczycieli narzekających na katastrofalny stan systemu edukacji, po pracowników służby zdrowia i transportu krytykujących niskie płace i cięcia emerytur.
W jego centrum leży jednak system nierówności kapitalistycznych, który podżega do wojny i nieludzki.
Nieznośne koszty utrzymania podstawowych potrzeb – od jedzenia po mieszkanie – wypychają miliony ludzi na ulice w rozpaczy i gniewie, w obliczu braku odpowiednich reakcji politycznych na ich trudną sytuację. Jak ujął to jeden z francuskich studentów: „Za młodzi, by ich usłyszano, wystarczająco starzy, by dać się potraktować gazem łzawiącym”.
Cały system polityczny jest dyskredytowany z powodu swojej dysfunkcjonalności i obojętności na podstawowe potrzeby człowieka. Całkowicie oburzające są kłamstwa szerzone przez rządzące elity i ich propagandowe media o „obronie narodowej i zagrożeniu wojną ze strony Rosji”.
W tym tygodniu w Hiszpanii schorowana 87-letnia kobieta o imieniu Maricarmen zmarła w szpitalu po eksmisji z mieszkania w Madrycie za niepłacenie wygórowanej podwyżki czynszu. Jej los wywołał ogólnokrajowy ruch protestacyjny przeciwko kryzysowi mieszkaniowemu w Hiszpanii – kryzysowi, który ma swoje odbicie w każdym kraju europejskim. Demonstranci gniewnie krzyczeli, że biedna staruszka została „zamordowana przez państwo i korporacje”.
We Francji brutalność policji wobec protestów studenckich wstrząsnęła krajem i światem. Prawie 7000 młodych ludzi zostało aresztowanych, gdy policja użyła gazu łzawiącego i gumowych kul przeciwko w większości pokojowym demonstracjom. Studenci zgromadzeni na Placu Bastylii w Paryżu i innych miastach zapowiedzieli, że nie ustąpią. Jednemu ze studentów policyjny granat hukowy odstrzelił rękę, a innemu wyłupił oko gumową kulą wystrzeloną z bliskiej odległości.
Plac Bastylii to miejsce, gdzie rewolucja francuska z 1789 roku objawiła się przeciwko znienawidzonej arystokracji, żyjącej w skrajnej nędzy. Dziś napięcia narastają w oczekiwaniu na kolejne doniosłe powstanie – tym razem inspirujące podobne ruchy w całej Europie.
Protesty te i nieludzkie cierpienie, które się za nimi kryją, przyczyniają się do wybuchu powstań w całej UE.
Wyraźnie widać, że społeczeństwa mają dość dziesięcioleci nierówności i chronicznego ubóstwa narzucanych przez politykę kapitalistyczną, która bogaci nielicznych, a egzekwowaną przez rządy, które niewolniczo służą interesom kapitału, stawiając potrzeby większości obywateli.
Doniesienia zachodnich mediów mówią o rządach borykających się z niedoborami gotówki, pod presją rynków obligacji, które domagają się redukcji rekordowych poziomów zadłużenia, podczas gdy pracownicy, studenci i emeryci domagają się większych inwestycji publicznych i ulgi w trudnościach gospodarczych.
To mylący i niepełny obraz problemu. Ignoruje się kluczowe tło: rządy europejskie przeznaczają ogromne zasoby gospodarcze na militaryzm i wojnę zastępczą na Ukrainie z Rosją. To właśnie powoduje „brak gotówki w rządach”. Innymi słowy, deklarowany przez nich kryzys budżetowy jest decyzją polityczną, a nie enigmatycznym dylematem.
Kryzys społeczny ogarniający Europę można zaobserwować również w Stanach Zjednoczonych i innych krajach o orientacji zachodnioeuropejskiej. Przyczyną jest niewydolny system gospodarczy, który nie jest już w stanie zagwarantować nawet minimalnego poziomu akceptowalnych warunków życia. Problem narasta od dziesięcioleci – z powodu rosnących nierówności i malejącej reprezentacji politycznej. Dziś można wręcz wątpić, czy państwa zachodnie nadal można uważać za demokracje, biorąc pod uwagę ich dominację korporacyjnych oligarchii.
Jednakże kryzys społeczny, który rozwija się w Europie, został spotęgowany i zaostrzony przez europejskich polityków, którzy nieustannie działają w trybie wojennym przeciwko Rosji.
W ciągu ostatnich czterech lat Unia Europejska wpompowała setki miliardów euro w Ukrainę, aby podtrzymać neonazistowski reżim pod skorumpowaną dyktaturą – wszystko po to, by pokonać Rosję. Przywódcy UE – z których wielu nie pochodzi z wyboru, jak Ursula von der Leyen, Kaja Kallas i António Costa – kierują się obsesyjną rusofobią. Ale to tylko część wyjaśnienia.
Nawet wybrani przywódcy i partie, takie jak francuski Macron i niemiecki Merz, są pogardzani za swój elitaryzm i megalomanię. Merz deklaruje zamiar uczynienia z Niemiec najsilniejszej potęgi militarnej w Europie – całkowicie ignorując problemy gospodarcze i społeczne swojego kraju oraz złowieszcze historyczne konotacje odrodzenia ery nazistowskiej. Podczas gdy jego rząd ponosi jedną porażkę wyborczą za drugą, europejskie elity oczerniają niemieckich wyborców, nazywając ich ślepymi, bo ośmielają się głosować na partie sprzeciwiające się wojnie z Rosją.
Istnieje wiele przyczyn ogólnoeuropejskiej pogardy dla partii rządzących: nierówności, ubóstwo, bezrobocie, rosnące koszty utrzymania, spadające płace i rozpadające się usługi publiczne. Niekontrolowana imigracja, obciążająca i tak już ograniczone zasoby publiczne, jest kolejnym powodem narzekań. Współudział Europy w ludobójczej wojnie Izraela z Palestyńczykami oraz jej współudział w agresji Trumpa na Iran, Jemen, Kubę itd. to kolejne czynniki przyczyniające się do tego zjawiska.
Zwodnicza narracja, że rządy to „gotówka w ręku”, budzi jednak ogromne oburzenie opinii publicznej. Zasobów ekonomicznych jest wystarczająco dużo, aby zaspokoić potrzeby społeczeństwa. Problem polega na tym, że w panującym systemie kapitalistycznym, którego priorytetem jest wzbogacenie wąskiej elity, zasoby te nie mogą być wykorzystywane do tworzenia sprawiedliwych i humanitarnych społeczeństw.
Warunki „napiętych budżetów” i „środków oszczędnościowych dla mas” są tworzone poprzez celową politykę militaryzmu i promocję wojny zastępczej na Ukrainie.
Europejscy „przywódcy” i ich lobbyści z NATO, tacy jak Mark Rutte, domagają się setek miliardów euro na wsparcie przemysłu zbrojeniowego, jednocześnie apelując o drakońskie cięcia w wydatkach publicznych i świadczeniach socjalnych, aby sfinansować ten bezwzględny militaryzm. UE „pożycza” dodatkowe 90 miliardów euro w ciągu najbliższych dwóch lat, aby wesprzeć skorumpowany reżim w Kijowie i umożliwić mu kontynuowanie beznadziejnej wojny z Rosją. Ta przewrotna priorytetyzacja jest napędzana przez kompleks militarno-przemysłowy i jego korporacyjnych inwestorów. Jest ona również podsycana ideologicznie nacechowanym, propagandowym sposobem myślenia, który demonizuje Rosję jako wroga. Prezydent Putin i inni rosyjscy deklaranci wielokrotnie oświadczali, że nie chcą wojny z Europą. Twierdzą, że konflikt na Ukrainie ma swoje korzenie, które można rozwiązać poprzez zaangażowanie dyplomatyczne. Dlaczego europejscy politycy tak stanowczo sprzeciwiają się pokojowi?
Kluczowym czynnikiem jest maskowanie wewnętrznych politycznych i gospodarczych niedoskonałości systemu europejskiego. Gospodarki UE, podobnie jak gospodarki USA i innych państw zachodnich, to dystopie bankrutów, jeśli chodzi o zaspokajanie potrzeb społecznych i demokratycznych. Niepowodzenie to zostało pogłębione przez koszty wojny na Ukrainie.
Ta porażka jest przestępstwem i zagraża istnieniu polityków i rządów odpowiedzialnych za tę politykę. Dlatego klasa polityczna, w tym media propagandowe, nie może przyznać się do swojej przestępczej polityki.
W obliczu własnych wewnętrznych sprzeczności europejskie elity polityczne szukają rozwiązania, przedstawiając Rosję jako wroga zewnętrznego. To ten sam schemat, który europejscy władcy stosowali przez ponad wiek – co doprowadziło do dwóch wojen światowych.
Ci przestępczy politycy i ich dysfunkcyjny system gospodarczy po raz kolejny forsują wojnę jako plan ucieczki, mający zapewnić im przetrwanie — kosztem milionów istnień ludzkich i ryzykiem wybuchu Trzeciej Wojny Światowej, która tym razem może skutkować katastrofalną wojną nuklearną.
Praktycznie każdy rząd europejski, a zwłaszcza brytyjski, potępia brak wezwań do dyplomacji i porozumienia politycznego z Rosją. Zobowiązały się one do wojny z Rosją, aby uwolnić się od odpowiedzialności za zniszczenia społeczne, za które ponoszą odpowiedzialność.
Pozytywnym aspektem jest jednak to, że coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać machinacje i kłamstwa. Znak niesiony przez niemieckiego studenta idealnie to podsumował: „Nie będziemy walczyć w waszych wojnach… Edukacja zamiast bomb!”
Zbliża się dzień rozliczenia. Przestępczy politycy i ich system podżegający do wojny są bardziej niż kiedykolwiek wcześniej narażeni na niebezpieczeństwo – w sposób, który wymaga totalnego buntu jako właściwego rozwiązania. Tym razem konsekwencji nie da się zlecić na zewnątrz. Projekt ustawy zostanie przedstawiony, jak powiedział kiedyś Malcolm X.
Europa nie przechodzi kryzysu. Jest po prostu zablokowana.
Vilfredo Pareto wyjaśniał sto lat temu: historia to cmentarz elit. Arystokracja upada, gdy z niższych warstw wyłania się nowa, bardziej energiczna i lepiej dostosowana do rzeczywistości. Na tym polega jej obieg.
……..
Stwierdzenie „historia jest cmentarzem arystokracji” (często parafrazowane jako „cmentarz elit”) to słynna myśl włoskiego socjologa i ekonomisty Vilfredo Pareto, zawarta w jego „Traktacie o socjologii ogólnej”.
Według Pareto, każde społeczeństwo dzieli się zawsze na mniejszość sprawującą władzę (elitę lub klasę rządzącą) oraz większość, która jest z niej wykluczona (rządzonych). Obieg elit: Elity nie są wieczne. Z upływem czasu tracą energię, umiejętności i cechy niezbędne do utrzymania władzy. Kiedy jedna elita upada, nieuchronnie zastępuje ją nowa elita, która wywodzi się z niższych warstw społecznych lub odnawia się w ramach istniejącej struktury społecznej. „Cmentarz historii“: Historię określa się mianem „cmentarza” właśnie dlatego, że jest ona nieustannym piętrzeniem się klas rządzących, które zakończyły swój cykl życia i zostały zmiecione lub zastąpione przez nowe siły. it.wikipedia.org/wiki/Vilfredo_Pareto
……..
Kiedy ten obieg zatrzymuje się, elita nie pozostaje na miejscu dlatego, że jest silna. Pozostaje tam, ponieważ zapieczętowała drzwi.
W Europie pieczęć ta jest potrójna.
*Pierwsza z nich dotyczy edukacji.*
Nie trzeba być kompetentnym, trzeba mieć odpowiednie referencje. Wszyscy przechodzą tę samą ścieżkę: odpowiednie liceum, studia na Bocconi lub Sciences Po,Kolegium Europejskie w Brugii, program Erasmus, bezpłatny staż w Brukseli, angielski z akcentem. Jest to rodzaj plemiennego mechanizmu przyznawania statusu. Kto nie dysponuje tego rodzaju „rodowodem”, ten nie ma wstępu.
*Druga: ekonomiczna.*
Polityka już się nie opłaca, tylko kosztuje. Potrzebne są lata pracy w fundacjach, think tankach i na niepewnych etatach. Ten, kto pochodzi z niższych warstw społecznych, nie może sobie na to pozwolić.
*Trzecia: instytucjonalna*
Jest to najważniejsza pieczęć.* Nawet jeśli komuś uda się dojść do władzy i chce zmienić zasady, okazuje się, że są one już określone gdzie indziej i nie podlegają modyfikacji: pakt fiskalny, zasada zrównoważonego budżetu zapisana w konstytucji, ograniczenia EBC, dyrektywy, warunki związane z Krajowym Planem Odbudowy (KPO).
Unia Europejska funkcjonuje dla krajowych elit niczym sejf: wrzuca się do niego niepopularne działania polityczne, a potem mówi się: „Europa tego od nas wymaga”.W ten sposób neutralizuje się głos wyborców.
W tym miejscu diagnoza Emmanuela Todda pokrywa się z diagnozą Giorgio Agambena.
*Todd: blokada antropologiczna.*
Według Todda en.wikipedia.org/wiki/Emmanuel_Todd, blokada ta nie ma charakteru wyłącznie politycznego, jest ona antropologiczna. Wraz z masową hiper-skolaryzacją rozpoczętą w latach 90-tych, dyplom nie stanowi już kryterium selekcji. Elita, by pozostać elitą, wymyśla „super-dyplom”. Nie jest to już najlepiej wykształcona część społeczeństwa. To odrębna grupa społeczna.
Odrębna grupa społeczna o trzech cechach:
1. Straciła kontakt z rzeczywistością. Nie wytwarza już niczego. Zarządza symbolami: finansami, prawem, komunikacją, normami. Kiedy rzeczywistość podważa jej tezy (fabryka, która zostaje zamknięta, brak energii, wojna, której nie wygrywa) – nie koryguje swoich poglądów. Zaprzecza rzeczywistości.
2. Stała się moralistką. Ponieważ nie ma już etyki pracy, przekształca dyplom w licencję moralną. Nie mówi już: „moja polityka działa”. Mówi: „moja polityka jest słuszna, inkluzywna, zrównoważona, europejska”.Ten, kto się z tym nie zgadza, nie jest osobą o odmiennym zdaniu: jest osobą niemoralna, niewykształconą, faszystą.
3. Nie rozmnaża się już więcej. Współczynnik dzietności wynosi 1,2. Elita, która nie ma dzieci, nie musi myśleć długofalowo. Może bez obaw likwidować przemysł, energetykę i szkolnictwo.
*Agamben: władza, która już nie rządzi.*
I tu właśnie włącza się Agamben. Co robi taka elita, gdy traci energię życiową?
Nie rządzi już więcej. Zarządza.
Agamben nazywa to trwałym stanem nadzwyczajnym. Normalne zasady – konstytucje, parlamenty, wybory – zostają zawieszone nie w wyniku zamachu stanu, lecz na mocy normy technicznej: rozporządzenia UE. Stan nadzwyczajny. Najpierw sanitarny, potem energetyczny, teraz wojenny. Każdy stan nadzwyczajny usprawiedliwia zawieszenie demokracji.
Władza nie decyduje już o przyszłości. Zarządza tzw. “nagim życiem”. Zarządza ciałami, konsumpcją, przemieszczaniem się, słowami dozwolonymi. Tworzy 15 000 przepisów rocznie, które nikt nie przegłosował, a które wszyscy muszą przestrzegać.
UE jest doskonałą formą tego rodzaju władzy. Jej nie da się kontrolować od dołu – nie można głosować na zmianę Komisji ani traktatów – a z góry jest wszechmocna – decyduje o tym, jak pracujesz, co konsumujesz, co możesz mówić w sieci, z kim możesz prowadzić wojnę.
……..
Nuda vita(z łaciny: nagie życie) to pojęcie filozoficzne spopularyzowane przez włoskiego filozofa Giorgio Agambenaen.wikipedia.org/wiki/Giorgio_Agamben w jego cyklu książek Homo sacer.
Życie biologiczne(zoé):Oznacza samo istnienie, życie czysto fizyczne i przetrwanie, pozbawione jakiejkolwiek roli politycznej, praw obywatelskich czy wartości społecznej. W starożytnej Grecji rozróżniano zoé (fakt bycia żywym, wspólny dla ludzi i zwierząt) oraz bios (forma życia właściwa jednostce lub wspólnocie politycznej). „Nuda vita” to życie sprowadzone wyłącznie do zoé.
Według Agambena, współczesna władza (biopolityka) ma zdolność kontrolowania i zarządzania tym biologicznym życiem, spychając człowieka do stanu, w którym może on zostać pozbawiony praw, a jego egzystencja staje się w pełni podporządkowana decyzjom państwa.
……..
Pareto sądził, że elita, która utknęła w martwym punkcie, upada, ponieważ staje się głupia i zostaje zastąpiona.
Todd i Agamben mówią nam coś bardziej niepokojącego: ona nie upada. Opróżnia się. Pozostaje jak pusta, moralistyczna i agresywna tratwa, która nadal unosi się na wodzie tylko dlatego, że pod nią nie ma jeszcze niczego na tyle zorganizowanego, by ją zastąpić.
Niebezpieczeństwo nie polega na tym, że pozostanie ona na zawsze. Niebezpieczeństwo dotyczy tego, co dzieje się w pustce, którą pozostawia, podczas gdy ciągnie ze sobą wszystkich na dno.
W Europie nie ma dnia bez alarmu o dronach, pożaru lub awarii zasilania przypisywanych Rosji. Przedstawiciele UE i NATO mówią o nieustającej „wojnie hybrydowej”: naruszeniach przestrzeni powietrznej, sabotażu, podpaleniach, cyberatakach i zakłóceniach w nawigacji.
7 października 2026 roku włoski publicysta Thomas Fazi przedstawił najpełniejszą jak dotąd analizę krytyczną . Jego pytanie nie dotyczy tego, czy Moskwa realizuje swoje interesy lub utrzymuje służby wywiadowcze. Chodzi o to, czy dowody potwierdzają narrację – czy też sama narracja stanowi pole działań.
„Ostatnio w Europie prawie nie ma dnia bez alarmu dronowego, pożaru lub awarii zasilania, z których odpowiedzialność spada na Rosję” – pisze Fazi. „Mówi się nam, że te incydenty są częścią nieustającej »wojny hybrydowej«, którą Rosja toczy przeciwko Europie. […] Czy dowody potwierdzają tę narrację? Czy raczej wskazują na »wojnę hybrydową« – kampanię wojny psychologicznej – którą sam establishment UE-NATO prowadzi przeciwko własnej ludności?”
Zakresy są ogromne. „W zależności od tego, który raport czytasz, Rosja przeprowadziła od 52 do 255 ataków hybrydowych w Europie po lutym 2022 roku – pięciokrotnie więcej niż w przypadku rzekomo tej samej kampanii” – pisze Fazi. „Centrum Soufana, które obejmuje tylko sześć krajów – dwa z nich, Mołdawię i Gruzję, spoza UE – odnotowuje więcej incydentów w samym 2025 roku niż CSIS w ciągu trzech lat na całym kontynencie”. Nowsze dane z Kijowa, takie jak dane z systemu śledzenia Centrum Bezpieczeństwa Sahajdacznyj, wskazują na ponad 500 incydentów „przypisanych lub zgodnych ze schematem” od 2022 roku; przedstawiciel NATO powiedział National Security News, że liczba niezgłoszonych incydentów w 2026 roku jest jeszcze wyższa.
Różnica tkwi w definicji. Samo IISS przyznaje, że wojna hybrydowa to „termin amorficzny”. Wysokie liczby wynikają z obserwacji dronów, które w większości przypadków zostały później zdementowane; większość raportów je pomija, mimo że podsycają publiczne oburzenie. „Poza tymi doniesieniami, dowody na to, że Rosja stała za konkretnym incydentem, zazwyczaj sprowadzają się do artykułu prasowego informującego o podejrzeniach ze strony urzędników” – mówi Fazi. „Ostatecznie większość tropów prowadzi do tego samego zbioru doniesień medialnych o oficjalnych twierdzeniach – w większości przypadków o „możliwym” lub „prawdopodobnym” zaangażowaniu Rosji”.
Sprawy, które rozpadły się pod wpływem kontroli
Alert GPS dotyczący Ursuli von der Leyen we wrześniu 2025 roku jest najwyraźniejszym przykładem. „Financial Times” doniósł, że Rosja „bezmyślnie” zagłuszyła GPS jej samolotu nad Bułgarią; piloci musieli krążyć przez godzinę i lądować, korzystając z papierowych map. Politico udokumentowało późniejszy upadek tej historii.
Flightradar24 ustalił, że transponder nadawał wartość dokładności nawigacji wskazującą na brak zakłóceń przez cały lot, a samolot wylądował z dziewięciominutowym opóźnieniem, a nie godzinnym. Minister transportu Bułgarii Grozdan Karadżow oświadczył, że według danych władz cywilnych i wojskowych „nie ma ani jednego faktu” uzasadniającego celowe tłumienie sygnału GPS. Pierwsi reporterzy nie przedstawili szeroko zakrojonej korekty.
W listopadzie 2024 roku uszkodzenia kabli na Morzu Bałtyckim przypisano Rosji, w tym ówczesnemu ministrowi obrony Niemiec . Później okazało się, że szkody spowodowały statki pływające pod banderami Hongkongu i Chin; Pekin przyznał się do wypadku z udziałem gazociągu . Szwecja nie znalazła dowodów na działanie umyślne. Fińska agencja wywiadowcza SUPO wskazuje , że uszkodzenia kabli na Morzu Bałtyckim są typowe i zazwyczaj spowodowane przez kotwice i sprzęt holowniczy.
W tym samym miesiącu w Wilnie rozbił się samolot transportowy DHL. Minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock publicznie wyraziła wątpliwość , czy był to incydent hybrydowy. Litewskie śledztwo z marca 2025 roku wskazało błąd pilota jako przyczynę; korekta nie objęła jednak całego zakresu, jaki obejmował pierwotny raport. Pożar w podstacji, który sparaliżował lotnisko Heathrow w marcu 2025 roku, również został zaklasyfikowany jako incydent hybrydowy. Kilka miesięcy później ustalono, że przyczyną była niewystarczająca konserwacja przez sprywatyzowanego operatora sieci.
Fala dronów jesienią 2025 roku przebiegała według tego samego schematu. Holenderski dziennik Trouw przeanalizował prawie 60 kolejnych obserwacji i stwierdził „dużą panikę i praktycznie brak dowodów rosyjskiego zaangażowania”. Tam, gdzie rosyjskie drony ewidentnie wkraczały w przestrzeń powietrzną NATO, prawie zawsze miało to miejsce w pobliżu granicy z Ukrainą podczas ataków na cele ukraińskie – według Fazi, był to efekt uboczny wojny toczącej się tuż za rogiem, a nie odrębna kampania przeciwko Europie. Jeśli chodzi o incydent w Lipsku/Halle, najbardziej znaczący politycznie z całej serii, niemiecki rząd, według Fazi, nie przedstawił jeszcze żadnych publicznie weryfikowalnych dowodów rosyjskiego zaangażowania.
Rumunia to wyjątkowy przypadek w polityce informacyjnej. W listopadzie 2024 roku Trybunał Konstytucyjny unieważnił pierwszą turę głosowania, po tym jak zwyciężył kandydat Călin Georgescu, krytykujący UE i NATO, powołując się na kampanię na TikToku o rzekomo rosyjskim podłożu. Nie przedstawiono żadnych publicznie dostępnych dowodów na kontrolę państwa. Samo unieważnienie głosowania stało się dowodem na istnienie postrzeganego zagrożenia.
Co pozostaje po odjęciu spekulacji
„Wiele z najbardziej nagłośnionych przypadków domniemanej rosyjskiej „wojny hybrydowej” – zagłuszony samolot von der Leyen, kable na Morzu Bałtyckim, katastrofa DHL w Wilnie, pożar na lotnisku Heathrow, fala dronów, która przetoczyła się przez Europę jesienią 2025 roku, rumuńska kampania na TikToku – okazało się spekulacjami podsycanymi przez media, które upadły pod wpływem prostej analizy, a gdy już się pojawiły, pojawiły się sprostowania, które przyciągnęły jedynie ułamek uwagi ze strony pierwotnych zarzutów” – pisze Fazi.
Pozostają pojedyncze przypadki sabotażu, zakończone wyrokami skazującymi. Na przykład Polska skazała 14 członków siatki, która planowała wykolejenie pociągów z pomocą humanitarną na Ukrainę w 2023 roku, a trzech Ukraińców w 2025 roku za przynależność do grupy sabotażowej. „Łącznie te przypadki pokazują, że doszło do pewnych rzeczywistych aktów sabotażu, ale podczas gdy służby wywiadowcze w stolicach zachodnich zazwyczaj przypisują te hybrydowe działania Rosji, dowody faktycznie badane w sądach europejskich często ujawniają znacznie mniej realne fakty operacyjne: płatne pełnomocnictwa, anonimowe dowództwo cyfrowe i niejasne operacje, które rzadko wykazują udowodnione powiązania z państwem rosyjskim. W żadnym przypadku nie zidentyfikowano rosyjskiego urzędnika, nie mówiąc już o postawieniu go przed sądem”.
Nawet jeśli każdy z tych przypadków przypisać Moskwie, według Faziego liczba incydentów sięga kilkudziesięciu rocznie, żaden z nich nie jest śmiertelny, a szkody ograniczają się do pojedynczych obiektów. „Być może jest to realny problem wywiadowczy, o ile jest realny; ale trudno to porównać do egzystencjalnego zagrożenia czy trwającej totalnej wojny hybrydowej, na którą rutynowo powołują się europejscy przywódcy – i nie da się tego nawet w przybliżeniu porównać do trwającej kampanii ataków dronów, którą państwa NATO umożliwiają głęboko w Rosji, w tym na cele cywilne, zapewniając Ukrainie rozpoznanie i wsparcie satelitarne, a coraz częściej również drony, a także pociski dalekiego zasięgu”.
Funkcja narracji
Fazi wyciąga wniosek leżący u podstaw tekstu: toczy się wojna hybrydowa – prowadzona przez establishment UE-NATO przeciwko własnej ludności, jako strategia napięć. Seria bezpodstawnych lub nieuzasadnionych twierdzeń podtrzymuje oczekiwanie zbliżającej się wojny, uzasadnia zbrojenia, wyjątkowe uprawnienia i marginalizację stron sprzeciwiających się, a także zapewnia polityczną osłonę dla przemysłu, który żyje z zagrożenia. Helsing , najwyżej ceniony europejski startup zbrojeniowy, reprezentuje materialny aspekt tego zjawiska.
Głosy sprzeciwu w NATO pozostają cichsze. Prezydent Finlandii Alexander Stubb zaapelował do swoich europejskich kolegów o zachowanie spokoju. Wewnętrzne oceny NATO wielokrotnie wskazywały na brak bezpośredniego zagrożenia konwencjonalnego. Jednocześnie duńskie i bałtyckie służby wywiadowcze ostrzegają przed testem w nadchodzących miesiącach, a Ministerstwo Spraw Zagranicznych określa serię ataków jako nową, bardziej niebezpieczną fazę. Dyskurs publiczny nie rozróżnia tych dwóch poziomów analizy.
Fazi nie zaprzecza, że Rosja prowadzi cyberoperacje, handluje wpływami i korzysta z pośredników. Zaprzecza, że publicznie przedstawione dowody potwierdzają narrację o egzystencjalnej wojnie hybrydowej i że sprostowania mają taki sam zakres jak alarmy. Dopóki w relacjach nie zostaną rozróżnione atrybucje, orzeczenia sądowe i późniejsze obalenia, strategia napięcia pozostaje bardziej przekonującym rezultatem niż kampania, którą ma dokumentować.
Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w istocie zamknięte, to są one zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.
Szczyt Wałdajski z dala od głównego miejsca wydarzenia
To, co opiszę w tym artykule, jest mniej techniczne i bardziej osobiste niż zwykle. Dotyczy on spostrzeżeń, jakie zdobyłem podczas kilku dni wypełnionych dialogami, dyskusjami i, jak się wydaje, „skandalicznym” pytaniem, które wywołało ogromne poruszenie w europejskich mediach – ponieważ zapytałem prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Władimirowicza Putina, co stanie się z Europą.
Pełne nagranie przemówienia Władimira Putina na Forum Wałdajskim można znaleźć tutaj .
Moje oświadczenia i odpowiedzi Putina można znaleźćtutaj .
W tym roku Forum Wałdaj nie odbyło się w Soczi. W zaproszeniach wysłanych latem nadal wymieniano to miasto nad Morzem Czarnym jako miejsce organizacji, ale pod koniec sierpnia organizatorzy ogłosili przeniesienie do obwodu moskiewskiego. Według „Financial Times”, Federalna Służba Bezpieczeństwa wnioskowała o zmianę, obawiając się zagrożenia ze strony ukraińskich dronów po serii letnich ataków na nadmorskie rafinerie. Ten szczegół logistyczny ma swoją wagę. Wojna – o której zawsze mówi się w Wałdaju językiem systemu międzynarodowego – wpływa teraz również na praktyczną organizację forum.
23. doroczne spotkanie odbyło się w dniach 28 września – 1 października pod tytułem, który brzmi niemal jak osobiste pytanie do Europejczyka: „Odpowiedzialność za przyszłość: granice możliwości czy nieograniczone możliwości?”. Sesja otwarcia obejmowała prezentację rocznego raportu klubu zatytułowanego „ Zachowaj spokój: państwo i odpowiedzialność za przyszłość ”, który autorzy – nawiązując do Kubricka – przedstawiają jako przewodnik po zaprzestaniu rozmyślania i nauce akceptowania chaosu. Następnie odbyło się dziewięć sesji tematycznych, sesja specjalna, a ostatniego dnia sesja plenarna z prezesem.
Przybyłem jako Włoch i Europejczyk, w pełni świadomy, że te dwie tożsamości mają w tych salach różny ciężar. W ciągu tygodnia rozmawiałem w szczególności z czterema wysoko postawionymi rozmówcami: Siergiejem Karaganowem, Maksimem Orieszkinem, Siergiejem Ławrowem oraz – podczas sesji plenarnej – Władimirem Putinem. Pierwsze trzy rozmowy odbyły się na marginesie sesji i relacjonuję je z moich notatek – zasadniczo, nie dosłownie. Czwarta wymiana zdań była publiczna i udokumentowana transkrypcją, z której cytuję bezpośrednio.
Rozpatrywane osobno, cztery dialogi przekazują treści znane każdemu śledzącemu rosyjską debatę. Oglądane jednak po kolei, malują jaśniejszy obraz: wspólną ocenę Europy i cztery różne sposoby wyciągania z niej wniosków. A przede wszystkim przyszłość, która wcale nie rysuje się w różowych barwach.
Karaganow: Europa jako źródło zła
Siergiej Karaganow jest jednym z założycieli Klubu Wałdajskiego, honorowym przewodniczącym Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej oraz przez lata najbardziej radykalnym głosem rosyjskiego realizmu. Z nim rozmowa natychmiast rozpoczęła się od najbardziej kontrowersyjnego punktu. Powiedział, że Europa jest źródłem wszelkiego zła. Gdyby została zniszczona, nikt by jej nie opłakiwał. [?? Chodzi zapewne o Unię E.?? md]
Taktyczny konflikt nuklearny na jej terytorium nie angażowałby żadnych innych aktorów. Europejczycy mieli wystarczająco dużo czasu, aby znaleźć rozwiązanie własnych problemów; teraz, gdy postanowili przygotować się do wojny z Rosją, było za późno, aby dać im kolejną szansę.
Muszę być szczery: nigdy nie byłem fanem Karaganowa; często uważałem jego poglądy za zbyt radykalne i staromodne. Ale zaczynając od kawy po obiedzie – i kontynuując przez tydzień dyskusji – odkryłem, że myślimy bardzo podobnie i że jego poglądy bynajmniej nie są trywialne. Każdy, kto przeczytał jego ostatnie wypowiedzi, rozpozna ten sposób myślenia. W czerwcu 2023 roku Karaganow publicznie argumentował, że Rosja powinna obniżyć próg użycia broni jądrowej, aby przywrócić wiarygodność swojego odstraszania i zachęcić Zachód do wycofania się z konfliktu na Ukrainie. Część tego podejścia znalazła następnie swoje odzwierciedlenie w oficjalnych dokumentach : Zasady polityki państwowej Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania jądrowego, zaktualizowane w listopadzie 2024 roku, traktują atak państwa nieposiadającego broni jądrowej przeprowadzony z udziałem lub wsparciem mocarstwa jądrowego jako atak wspólny.
Jego słowa zawierają jednak trzy odrębne stwierdzenia i warto je rozważyć oddzielnie. Pierwsze to osąd historyczny i cywilizacyjny: Europa jako źródło wielkich katastrof nowoczesności, od wojen światowych po kolonializm. Jest to teza, którą Karaganow od dawna podtrzymuje i którą można podważyć, ale która mieści się w sferze interpretacji. Drugie – że nikt nie będzie opłakiwał Europy – to przewidywanie dotyczące reakcji innych; z tego, co obserwowałem w tamtych czasach, znalazło ono oddźwięk u znacznej części uczestników z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Trzecie to strategiczna hipoteza leżąca u podstaw wszystkiego innego: eskalacja nuklearna w Europie pozostałaby ograniczona do Europy.
Kwestia ta jest przedmiotem debaty w literaturze poświęconej odstraszaniu od siedemdziesięciu lat i – na szczęście – brakuje dowodów empirycznych. Czynnik komplikuje tę hipotezę w samej Europie. Francja i Wielka Brytania posiadają arsenały narodowe, a w marcu 2025 roku Paryż oficjalnie rozpoczął debatę na temat europejskiego wymiaru swojego odstraszania. Konflikt nuklearny o charakterze czysto europejskim zakłada, że dwa europejskie mocarstwa nuklearne będą biernie przyglądać się sytuacji. To najsłabsze założenie w całym rozumowaniu, niezależnie od tego, jak ocenia się pozostałe dwa.
Należy również zauważyć, że Karaganow nie przemawia w imieniu rządu. Na Forum Wałdajskim reprezentuje on skrzydło rosyjskiej debaty, które popycha Kreml w kierunku bardziej zdecydowanych stanowisk, a jednym z jego zadań jest właśnie poszerzanie granic tego, co wolno mówić. W tym świetle jego „za późno” jest raczej oznaką trendu niż doktryny.
Oreszkin: Rynek, którego już nie ma
Ton Maksima Orieszkina całkowicie się zmienił. Jako wiceszef Administracji Prezydenta, były minister rozwoju gospodarczego, a później doradca ekonomiczny prezydenta, Orieszkin argumentował w kategoriach przepływów pieniężnych i bilansów. Jego ocena była bezkompromisowa: Europa jest skończona. Nie ma już realnej konkurencji na rynku energii, ponieważ Chiny i Indie zajmują obecnie czołowe miejsca wśród rosyjskich odbiorców. Nie ma też powodu, by inwestować w europejski bailout, skoro Europejczycy jak dotąd nie wykazali zainteresowania znalezieniem pokojowego i rozsądnego rozwiązania. Pytanie, które zadałem mu podczas spotkania z uczestnikami Wałdaju, brzmiało: „Skoro gazociąg Nord Stream 2 nie jest już dostępny – ponieważ został sabotowany – czy zamierza pan znaleźć nowy system przesyłu energii, zakładając, że Europa dojdzie do pojednania, a sytuacja dyplomatyczna się poprawi?”. Jego bezkompromisowa – i być może brutalna – odpowiedź jest niczym sztylet prawdy wbity w sumienie każdego Europejczyka.
„Koniec” należy rozumieć w sensie technicznym. Orieszkin nie mówił wprost o cywilizacji europejskiej, lecz o Europie jako partnerze handlowym: rynku, który nie odgrywa już centralnej roli dla Rosji i dlatego nie uzasadnia żadnych ustępstw politycznych w celu jego odzyskania. Po 2022 roku rosyjska ropa naftowa znalazła swoich głównych nabywców w Chinach i Indiach, a Bruksela, poprzez porozumienie między Radą a Parlamentem Europejskim z grudnia 2025 roku, zobowiązała się do stopniowego wycofywania importu rosyjskiego gazu – w tym gazu rurociągowego i LNG – do 2027 roku.
Współzależność energetyczna, która łączyła Europę i Rosję przez pół wieku – nawet w najgorszych okresach zimnej wojny – była demontowana przez obie strony. Argument Orieszkina zwięźle ujmuje najprostszą konsekwencję: ten, kto nie jest już głównym nabywcą, traci również jakikolwiek wpływ. Takie są prawa rynku i ani w Londynie, ani w Berlinie, ani w Brukseli nie ma już polityków ani grup władzy, które mogłyby dyktować Rosji, „co ma robić”.
W Moskwie również dobrze znana jest ta negatywna strona. Rynek zdominowany przez dwóch dużych nabywców pozwala im żądać rabatów, a zastąpienie Europy Azją wiąże się z kosztami w postaci cen i dostępu do technologii. Jednak zgodnie z przedstawioną mi logiką, pytanie nie brzmi już, czy Europa leży w interesie Rosji. Chodzi o to, ile kosztowałoby ponowne uczynienie jej korzystną, a domyślna odpowiedź brzmi, że Europejczycy muszą ponieść ten koszt.
Ławrow: Drzwi do „tego” rozkazu są zamknięte.
Siergiej Ławrow przeniósł dyskusję z kwestii ekonomicznych na dyplomację, ale konkluzja pozostała ta sama. Europa, jak powiedział, miała wiele okazji do wznowienia dialogu z Rosją, ale zamiast tego zdecydowała się na eskalację bezpośredniej konfrontacji. Teraz było już za późno, by się wycofać: wszystkie granice zostały przekroczone, a przy obecnym porządku europejskim nie było już drogi powrotu do poprzednich relacji.
Chciałbym, abyśmy zatrzymali się na chwilę i zastanowili nad wagą tych słów. Każdy, kto zna Ławrowa, wie, że jest politykiem, który waży każde słowo z wielką przenikliwością, nawet w bardziej swobodnych okolicznościach, takich jak szczyt w Wałdaju. „Granice zostały przekroczone”. Wymienianie tych granic byłoby bezcelowe, ponieważ są tak oczywiste dla całego świata, że byłoby to po prostu stratą czasu. Ale spojrzenie w oczach Ławrowa, kiedy mówił o Europie – tego nigdy nie zapomnę. Spotykałem się z nim wiele razy, ale tym razem było w nim coś innego.
Minister może wskazać na szereg wydarzeń, do których regularnie odwołuje się rosyjska dyplomacja: porozumienia mińskie, projekt traktatów o gwarancjach bezpieczeństwa przedstawiony Stanom Zjednoczonym i NATO 17 grudnia 2021 r. oraz negocjacje w Stambule wiosną 2022 r. Rosyjska interpretacja każdego z tych wydarzeń jest kontrowersyjna i kwestionowana w Europie. Mnie interesuje tu inny aspekt – ograniczenie, które po ponownym przeczytaniu po sesji plenarnej okazało się kluczowe dla całego tygodnia. Powrót jest niemożliwy w obecnych europejskich warunkach . Nie z Europą w jej obecnym kształcie – czyli UE i NATO. Odrzucenie dotyczy klasy rządzącej i architektury instytucjonalnej, a nie krajów, które są jej częścią.
Zastanawiam się, jak bardzo rosyjska cierpliwość została nadużyta, zanim padły takie słowa. Klasyczna literatura rosyjska oferuje nam godne podziwu przykłady zdolności rosyjskich polityków do grania na zwłokę, ignorowania problemów i wykazywania się cierpliwością. I nie da się zaprzeczyć, że taka była konsekwentna postawa rosyjskiej klasy rządzącej w ostatnich latach konfliktu. Stwierdzenie, że granica została przekroczona – co Putin później powtórzy na sesji plenarnej szczytu – oznacza, że nie można już marnować zasobów na cierpliwe czekanie; oznacza, że niedźwiedź został wybudzony z hibernacji w niewłaściwym momencie; oznacza, że konsekwencje tych działań będą epokowe.
Ławrow dodał coś jeszcze: „Jesteśmy gotowi uderzyć w Europę w sposób wzorowy, a nie tak, jak zrobiliśmy to na Ukrainie”. Zapamiętajcie te słowa, drodzy europejscy przyjaciele. Przeczytajcie je jeszcze raz i zastanówcie się nad ich znaczeniem. Nic więcej nie trzeba dodawać.
Włoski profesor zadaje pytaniePutinowi
Dochodzimy teraz do jednego z najniebezpieczniejszych momentów w mojej karierze. Sesja plenarna odbyła się, zgodnie z tradycją, w obecności prezydenta Rosji, a przewodniczył jej Fiodor Łukjanow. Zabrałem głos i zadałem dwuczęściowe pytanie:
„Pochodzę z Włoch, kraju, który obecnie nie utrzymuje dobrych stosunków z Rosją. Jako Europejczyk, chciałbym zapytać: Jakie warunki Rosja postawi dla rozwoju nowego systemu bezpieczeństwa dla krajów europejskich? A jeśli wyobrazimy sobie Europę po upadku Unii Europejskiej, czy będzie ona częścią szerokiego partnerstwa euroazjatyckiego, czy też Stany Zjednoczone i Rosja będą zawsze konkurować o te terytoria?”
Putin zaczął od drugiej części i kolejność nie jest przypadkowa:
„Włochy leżą w Europie, a mówię o partnerstwie euroazjatyckim: oczywiste jest zatem, że będziemy również uważać Włochy za partnera euroazjatyckiego – i już to robimy”.
Zaraz potem wyjaśnił, że los Unii Europejskiej i dalsze członkostwo Włoch „nie jest naszą sprawą”. Moskwa nie zamierza nawet o tym dyskutować, ponieważ każde oświadczenie w tej sprawie zostałoby zinterpretowane jako próba podziału UE, „podczas gdy my nie chcemy niczego dzielić. Chcemy tylko budować i współpracować”.
Odnośnie warunków nowego systemu bezpieczeństwa, odpowiedź była jednoznaczna: „Nie mamy żadnych warunków wstępnych”. Jego zdaniem przeszkoda leży gdzie indziej. Niektórzy europejscy politycy uważają za niedopuszczalne, aby jeden kraj angażował się w dialog z Rosją, a Putin określił to żądanie jako dyktat jeszcze ostrzejszy niż ten z czasów sowieckich. Porównanie zostało starannie dobrane: ZSRR był zjednoczonym i silnie scentralizowanym państwem, którego republiki stanowiły część jednolitej struktury państwowej; Unia Europejska teoretycznie nie jest taka, ale w praktyce zachowuje się tak, jakby nią była. „Nikt nam nie zabrania; jesteśmy gotowi”.
W tym momencie Łukjanow wygłosił prowokacyjną uwagę, typową dla doświadczonego moderatora: Skoro Bruksela tego zabrania, czy nie lepiej byłoby przyczynić się trochę do rozpadu UE, aby ułatwić sobie kontakty z poszczególnymi krajami? Odpowiedź padła bez wahania: „Ale to nie jest konieczne – same się rozpadną”.
Następnie Putin zwrócił się bezpośrednio do mnie. „Nasz włoski kolega wie o tym lepiej niż my” – powiedział i zaczął wymieniać liczby: dług publiczny Włoch wynosi 140%, deficyt około 3%, a w innych krajach europejskich blisko 5%. Liczby były zaokrąglone, ale niewiele odbiegały od prawdy. Według Istat i Eurostatu dług publiczny Włoch na koniec 2024 roku wynosił 135,3% PKB, a zadłużenie netto 3,4%. W tym fragmencie nie chodziło jednak o miejsca po przecinku. Wszystkie problemy zaczynają się w gospodarce: poziom życia spada, bezrobocie rośnie, a obywatele największych gospodarek europejskich odczuwają skutki na własnej skórze – a to, jak powiedział, „podważa również fundamenty Unii Europejskiej. Ale to nie nasza sprawa; nie ingerujemy”.
Podsumowując, potwierdził ofertę w sposób zrównoważony: dialog z Unią jako całością, jeśli Unia tego zapragnie, lub z poszczególnymi krajami, bez warunków wstępnych. „Ale nie może być też żadnych warunków wstępnych ze strony europejskiej”.
Próba uchwycenia wagi tych słów, politycznej równowagi, którą one ujawniają, i siły męża stanu, który troszczy się nie tylko o dobrobyt swojego kraju, ale także o dobrobyt całego innego kontynentu, jest prawdziwą lekcją tego, czym naprawdę jest polityka.
Posłuchaj całego przemówienia Putina, a zrozumiesz, jak w niecałe pięć minut można uchwycić upadek całej Europy w każdym aspekcie, a jednocześnie z nutą melancholii potwierdzić, że Rosja zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zaoferować pomoc. Ale decyzje samych Europejczyków należą do nich, niezależnie od tego, pod jaką flagą się udadzą. Rosja szanuje i zawsze będzie szanować fundamentalne zasady swojej polityki zagranicznej i tradycji politycznej. Nie ma cudownego mesjanizmu, nie ma improwizowanego zbawiciela.
Europa – a raczej Europejczycy tej Europy – co zamierzają zrobić?
Przeczytałem ponownie moje notatki z podróży
Kiedy ponownie czytam swoje notatki po powrocie, pierwszą rzeczą, która mnie uderza, jest zgodność opinii. Strateg, ekonomista, minister spraw zagranicznych i prezydent, każdy z nich wyraził tę samą ocenę własnymi słowami: Dzisiejsza Europa wyczerpała już swój kredyt zaufania wobec Moskwy. Drugą rzeczą, która mnie uderza, jest to, że każdy z nich wyciąga z tej diagnozy inny wniosek.
Dla Karaganowa konkluzja jest nieunikniona i nabiera niemal eschatologicznego wydźwięku: Europa miała swoją szansę, a to, co następuje, nie jest już kwestią dyplomacji. Dla Orieszkina jest to kwestia trzeźwej, twardej kalkulacji: Europa nie jest warta inwestycji, które byłyby potrzebne, aby ją odzyskać. Dla Ławrowa jest to ograniczony dyplomatyczny odwrót, koncentrujący się bardziej na strukturze politycznej niż na ludziach. Wreszcie, dla Putina drzwi pozostają otwarte – choć wobec poszczególnych państw, a nie wobec Brukseli – w połączeniu z oczekiwaniem, że recesja gospodarcza dokona reszty.
Pozorna sprzeczność między stanowiskiem „za późno” pierwszych trzech państw a stanowiskiem „bez warunków wstępnych” czwartego państwa została właśnie rozwiązana w charakterystyce Ławrowa. Rezultatem jest spójna linia, którą nazwałbym „bilateralizacją”: Moskwa nie będzie negocjować z Unią jako podmiotem politycznym, dopóki jej obecne kierownictwo pozostaje u władzy; oferuje poszczególnym państwom członkowskim kanały bez warunków wstępnych i pozwala, by wewnętrzne trudności Europy uczyniły te kanały atrakcyjnymi. Wzmianka o Włoszech jako euroazjatyckim partnerze „już dziś” musi być rozumiana w tym kontekście: nie jest to gest kurtuazyjny, lecz wskazanie, którego rozmówcę preferuje Moskwa.
Z pewnością nie mogę twierdzić, że czwórka prominentnych rozmówców doszła do porozumienia – to oczywiste – ale uznałem ten konsensus za prawdziwie „proroczy”. Wałdaj zawsze był miejscem, gdzie szeroki zakres rosyjskiej debaty był prezentowany zagranicznej publiczności. Mogę powiedzieć, że te perspektywy są ze sobą zgodne i wzajemnie się wzmacniają: nieprzejednane stanowisko Karaganowa sprawia, że oferta Putina wydaje się umiarkowana; wypowiedzi Orieszkina uwiarygodniają tezę, że Moskwa nie musi iść na żadne ustępstwa; a formuła Ławrowa stanowi równowagę między determinacją a otwartością.
Kryzys zadłużenia państwowego w latach 2010–2012 doprowadził do powstania Europejskiego Mechanizmu Stabilności i Unii Bankowej; pandemia doprowadziła do powstania Next Generation EU i pierwszego wspólnego zaciągania pożyczek na dużą skalę. W Unii kryzysy doprowadziły do co najmniej tyle samo centralizacji, co fragmentacji. Stwierdzenie „rozpadną się same” jest zatem hazardem, a nie pewnością – nawet jeśli ryzyko to niewiele kosztuje tych, którzy je podejmują: jeśli UE się utrzyma, Moskwa przynajmniej zaoferowała dialog; jeśli się rozpadnie, ma już do dyspozycji kanały dwustronne.
Wskaźniki, które będziemy obserwować w ciągu najbliższych dwunastu do osiemnastu miesięcy, są dość jednoznaczne. Pierwszy dotyczy dwustronnych wizyt przywódców UE w Moskwie, oprócz wcześniejszych wizyt Viktora Orbána w lipcu 2024 roku i Roberta Fico w maju 2025 roku. Drugi to pytanie o to, czy w sprawie półrocznych przedłużeń sankcji, gdzie jedno weto wystarczy, aby wywołać konflikt, przeważy jednomyślność. Trzeci dotyczy krajowych odstępstw od harmonogramu wycofywania rosyjskiego gazu. Czwarty – i dla nas najważniejszy – to ewentualne otwarcie zorganizowanego kanału przez jedną z głównych stolic, w tym Rzym.
Co z tego wynoszę? Jako Włoch, zdanie, które wynoszę, nie dotyczy rozpadu, lecz drugiego: „Uważamy już Włochy za partnera euroazjatyckiego”. Zawiera ono zarówno ofertę, jak i oświadczenie skierowane do nas. Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w rzeczywistości zamknięte, to są zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.
Jak długo kraj z długiem przekraczającym 135% PKB może pozwolić sobie na pozostawianie innym decydowania, kto z kim może rozmawiać? Nikt w Moskwie mnie o to nie pytał. To pytanie zabrałem ze sobą do domu. I każdy Włoch z czystym sumieniem, każdy Europejczyk z sercem zna odpowiedź.
„Ukraina nie zgodzi się na członkostwo w Unii Europejskiej, jeśli obowiązywałyby ją limity sprzedaży produktów rolnych” – powiedział ukraiński minister rolnictwa Taras Wysocki. W oświadczeniu dla portalu POLITICO minister podkreślił, że Kijów widzi „fundamentalną różnicę między okresem przejściowym a stałym ograniczeniem”. O ile ten pierwszy model jest dla Ukrainy akceptowalny, o tyle stałe limity handlowe według niego byłyby sprzeczne z samą logiką i ideą pełnego członkostwa.
Bruksela swoimi oświadczeniami próbuje uśpić obawy rolników z Francji, Włoch i Polski dla, których masowy import towarów z bardzo wydajnego ukraińskiego sektora rolniczego oznaczałby dorżnięcie i tak wykastrowanego przez Brukselę rodzimego rolnictwa. Rolnicy znając los hutników i górników nie powinni dać się nabrać na te czcze obietnice. Bruksela musi również uspokoić Kijów. Właśnie dlatego zaraz usłyszmy deklaracje ze strony Brukseli, że Komisja Europejska dołoży wszelakich starań by pomagać państwu Wołodymyra Zełenskiego w działaniach na rzecz powrotu ukraińskiego rolnictwa na rynki zbytu w Afryce i na Bliskim Wschodzie.
Rolnicy w Europie próbują walczyć o przyszłość swoją i swoich dzieci. Prounijne i cyniczne rządy w Unii Europejskiej dbają przede wszystkim o swój własny prywatny i koteryjny interes. Odrealnieni brukselscy biurokraci i politykierzy walczą nie tylko o swoje przywileje, ale również stoją na straży obyczajowych i gospodarczych szaleństw. Chcą za wszelką cenę, zachować jedność kolosa na glinianych nogach. Wojująca z Rosją Ukraina z swoimi oligarchami walczy o przetrwanie, pieniądze i wpływy. Do tego dochodzą interesy Stanów Zjednoczonych, Federacji Rosyjskiej, Chin, Kościoła katolickiego, lobbystów i korporacji bankierskich i zbrojeniowych. Pajęczna jawnych i tajnych sitw. Zapewne tym razem znów uda się UE i Ukrainie uzyskać jakiś rodzaj zgniłego kompromisu – odsuwającego problemy na później – ale całość układu mocno trzeszczy.
Nie dzieje się nic niespodziewanego. Nikt poważny tak na serio nie chciał Ukrainy w Unii Europejskiej. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to jak wpuszczenie lisa do kurnika – konkurencyjność wynikająca z braku unijnego kagańca jest dla wysoce niebezpieczna dla państw unijnych. Opowieści o konieczności przynależenia Ukrainy do zachodnich struktur politycznych i wojskowych były tylko i wyłącznie sloganem reklamowym. Nikt z poważnych graczy nie ma interesu w tym był Ukraina była pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, nie mówiąc już o NATO. Zasady i tradycje tego kraju są zupełnie dalekie od tych wyznawanych w Starej Europie.
USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy deklarują konieczność europeizacji i atlantyzacji Ukrainy. Ale moim zdaniem chodziło właśnie tylko i wyłącznie o deklaracje. Bo te deklaracje hartują ducha Ukraińców. Waszyngton chciał przy pomocy Ukrainy osłabić Rosję, ale nie chce jej upadku – ponieważ doskonale wie, kto jest jego głównym rywalem.
To różni Stany Zjednoczone, od Wielkiej Brytanii. Londyn, Paryż i Berlin potrzebują Kijowa w swoim aktualnym układzie, by wzmocnić swoją pozycję w Europie i usprawiedliwić gigantyczne zadłużenie państw poszczególnych państw. Władze i oligarchowie na Ukrainie zwęszyli na wojnie z Rosją możliwość pomnożenia kwot na swoich kontach dzięki specyficznie pojmowanej tam uczciwości.
Inna jest sytuacja Polski. U nas znaczna część polityków głównego nurtu rzeczywiście wierzy w to, że Ukraina przynależy do Świata Zachodniego. I nie ma tu znaczenia fakt, że prawie wszystko temu przeczy. To dziwna i niebezpieczna mieszanka romantycznych ramot, chciejstwa, bezrozumnego zaufania dla zachodnich struktur i prymitywnego poczucia wyższości, które w rzeczywistości ma podłoże rusofobiczne. Ten stan rzeczy ma różnorakie przyczyny – ale główną jest to, że znaczna część sceny politycznej i medialnej składa się z brojlerów wyhodowanych przez różnorakich Sorosów.
Stawiam tezy, że w fazie końcowej Waszyngton umyje ręce – a symbolem tego będzie spotkanie Trump-Putin w Rosji. Stara Europa będzie odkładać terminy europeizacji Ukrainy „na święty nigdy”. Federacja Rosyjska pozostanie na swoim stanowisku względem Ukrainy. Oligarchowie na Ukrainie dogadani z zachodnimi biznesmenami, rozpoczną interesy z rosyjskimi oligarchami. Nowe władze na Ukrainie, będą nabierać coraz większego dystansu i w końcu machną rękę na Brukselę. I tylko Warszawa wraz z kilkoma bardziej lub mniej prowincjonalnymi stolicami w Europie dalej będzie bredzić o post-turańskiej Ukrainie jako części naszej kultury i cywilizacji.
NCZAS.INFO | Ursula von der Leyen Fot. EPA/YANNIS KOLESIDIS Dostawca: PAP/EPA.
Jestem po lekturze „Orędzia o stanie Unii” szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, wygłoszonego 16 września 2026 roku. Lektura wbiła mnie w fotel, acz nie tak, jak planowała to przemawiająca. Mowa wzorowana na jakiejś cesarskiej mowie tronowej, z jednej strony wyraża nieprawdopodobny patos, a z drugiej strony kompletne oderwanie od rzeczywistości. Zwraca uwagę, że udostępniona na stronach Komisji Europejskiej polska wersja wystąpienia w kilku miejscach zawiera formę „my”, czyli tzw. pluralis maiestatis – Ursula von der Leyen mówiąc o swoich planach, używa formuły „my”. Ostatnim politykiem, który tę formę stosował, był marszałek Philippe Pétain w epoce Vichy, co przez dziesięciolecia wzbudzało kpiny historyków, że pozował na króla. Teraz mamy pozowanie na cesarzową.
Mowa zbudowana jest wedle prostego manichejskiego schematu. Z jednej strony są antyeuropejskie siły ciemności, które odrzucają świat „oparty na zasadach”, czyli na praworządności, demokracji, prawach człowieka etc. Na czele sił ciemności oczywiście znajduje się Federacja Rosyjska, wspomagana w swoich knowaniach przez Chiny, Stany Zjednoczone Donalda Trumpa i przez jeszcze bardziej mroczne siły wewnętrzne, posługujące się antyeuropejską i antydemokratyczną dezinformacją, fejk newsami i ingerencjami w europejskie procesy demokratyczne. W dodatku Rosja zaatakowała Ukrainę, a Stany Zjednoczone nastają na Grenlandię. W tej sytuacji Ursula von der Leyen deklaruje:
„Dlatego nasz wybór jest jasny. Czy chcemy silnej i niezależnej Europy, która broni swoich wartości w tym świecie? Czy też pozwolimy, aby powstrzymywały nas podziały i zależności? Czy chcemy zjednoczyć się wokół naszej europejskiej idei, zgodnie z którą razem możemy decydować o naszym losie? Czy też pozwolimy, aby nasze demokracje podważali poplecznicy i figuranci autorytarnych przywódców? Bez względu na to, czy mamy do czynienia z ultranacjonalistami, przeciwnikami Europy, rosyjską ingerencją, czy dezinformacją – ich nazwy mogą być różne, lecz ich cel jest taki sam. Pogardzają naszymi wartościami i chcą zniszczyć naszą europejską jedność. Nie tylko stawiajmy im opór, ale także wspólnie walczmy o naszą europejską ideę!”.
Po tym demagogicznym wprowadzeniu na temat ciemnych sił zostaje przedstawiony słoneczny projekt Unii Europejskiej, raz za razem przedstawiany przez Ursulę von der Leyen w formie „my”. I tak dowiadujemy się, że UE nadal będzie wspierała walczącą z rosyjskim imperializmem Ukrainę. Przewodnicząca Komisji Europejskiej nie zawahała się nawet wznieść okrzyku „Sława Ukrainie!”, wyraźnie sugerując, że to tam rozgrywa się dziś główne pole bitwy w walce o demokrację. Dlatego też Unia Europejska gwałtownie zwiększa wydatki na obronność, uwalnia się od zależności od rosyjskiego gazu i ropy naftowej, a także od podobnej zależności od Bliskiego Wschodu. Samozwańcza imperatorka zapowiedziała przyśpieszenie i pogłębienie Zielonej Rewolucji etc. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Unia Europejska już poradziła sobie z niedoborem gazu i ropy naftowej, a trudności były (a jakże by inaczej) przejściowe. Na wszystkie trudności najlepszym lekarstwem jest więcej eurofederalizmu i władzy dla Komisji Europejskiej. Rzekomo skuteczność tych działań potwierdził tzw. Raport Draghiego.
Nawiasem mówiąc, czytałem ten obszerny raport i jest on dla Europy i Komisji Europejskiej druzgocący, ale Przewodnicząca Komisji Europejskiej (słusznie) założyła, że europosłowie i dziennikarze w swojej masie go nie czytali i będą bili brawo. Dowiedzieliśmy się także, że Komisja Europejska dzielnie walczy z biurokracją; pokonuje problemy związane z blokadą Cieśniny Ormuz; zapewnia Europie „elektryczną przyszłość”; skutecznie konkuruje z gospodarką chińską, powstrzymując dezindustrializację Europy. Oczywiście są pewne problemy, na przykład taki, że Zielona Rewolucja potrzebuje metali ziem rzadkich, których w Europie nie ma i których 90 proc. eksportu światowego trzymają Chiny. Rzekomo jest to jednak problemem tylko dopóki, dopóty z Pekinem negocjują poszczególne państwa członkowskie UE. Jednak „my” zamierzamy to zmienić, powołując podległą „nam” Europejską Korporację ds. Surowców Krytycznych. Dowiedzieliśmy się także, że budżet unijny nie może zależeć w tak dużym stopniu od wpłat państw członkowskich i musi posiadać znaczące dochody własne, co należy odczytywać jako plany wprowadzenia podatków unijnych.
Bardzo rozbawiło mnie stwierdzenie, że „tegoroczne lato było najgorętszym w historii, ale w kolejnych latach będzie prawdopodobnie tylko gorzej”, a to dlatego, że w lipcu było tak zimno, że wraz żoną paliliśmy w kominku. Mimo to – jak mówi znany klasyk z X – okazało się, że „mieliśmy najcieplejsze lato w historii pomiarów”. Oczywiście Komisja Europejska o to też zadba, wystarczy przekazać jej więcej kompetencji, aby mogła „ustanowić sojusz na rzecz ubezpieczenia od ryzyka klimatycznego” i wdrożyć „Europejski plan działania na wypadek fali upałów” (sic!). Zapowiedziano też powstanie paneuropejskiej straży pożarnej do walki ze skutkami ocieplenia klimatu w postaci pożarów.
No i na koniec geopolityka Sacrum Imperium. Ursula von der Leyen zapowiedziała przyznanie Kanadzie statusu państwa stowarzyszonego z UE, co faktycznie oznacza jawne przekształcenie UE w federalne państwo wyznające ideologię globalistyczną. Wreszcie, zapowiedziano stworzenie jawnej konkurencji dla NATO w postaci powołania Europejskiej Rady Bezpieczeństwa. UE ma bronić się sama, kupować broń tylko w Europie i być w tej kwestii niezależna od Waszyngtonu. Trwać będzie także walka z wrogami wewnętrznymi, a jako przykład zwycięstwa Ursula von der Leyen podała Węgry, gdzie odsunięto od władzy Fidesz. Samo wyrażenie radości z tego faktu jest bezczelną ingerencją w sprawy wewnętrzne Węgier, świadczącą, że „my” nie uznajemy Węgier Orbana za państwo suwerenne, lecz za zbuntowaną prowincję Unii Europejskiej. Na koniec zapowiedziano jeszcze ściślejsze powiązanie funduszy unijnych z „praworządnością”.
Czy najmniejsze państwa Europy wciągają kontynent w wojnę?
Trzy państwa bałtyckie przejęły kontrolę nad polityką zagraniczną UE. Wciągają największe gospodarki Europy w konfrontację, której ich wyborcy nigdy nie chcieli.
Sześć milionów ludzi. To łączna populacja Estonii, Łotwy i Litwy – mniej mieszkańców niż w Wielkim Londynie. A jednak te trzy państwa graniczne nadają obecnie ton polityce zagranicznej dla unii 450 milionów ludzi, pokazując Berlinowi, Rzymowi i Madrytowi, jak niebezpieczny jest świat i ile zachodni podatnicy muszą zapłacić, aby go naprawić.
Jedna korona do drugiej
Bałtycka opowieść narodowa lubi pomijać rok 1721, co jest wstydem, ponieważ to właśnie wtedy zaczyna się współczesna mapa. W tym roku Piotr Wielki zakończył Wielką Wojnę Północną traktatem w Nystadzie. Szwecja oddała Estonię, Inflanty, Ingrię i część Karelii; Rosja ewakuowała większość Finlandii i zapłaciła Szwecji dwa miliony srebrnych talarów. Historycy wciąż spierają się o to, na co przeznaczono te pieniądze. Zachodnie prace naukowe nazywają to rekompensatą, podczas gdy relacja Rosyjskiej Biblioteki Prezydenckiej mówi wprost, że Rosja zapłaciła jej za nabytki. Niezależnie od tego, którą interpretację wolisz, Estonia i Inflanty nie przeszły spod szwedzkiego panowania do wolności. Przeszły z jednej korony do drugiej. Ludzie, którzy nimi faktycznie zarządzali, prawie się nie zmienili: traktat gwarantował bałtyckiej niemieckiej szlachcie samorząd, kościół luterański, własną granicę celną i język, a każdy car aż do Aleksandra II to potwierdzał. Estoński chłop w 1720 roku podlegał niemieckiemu baronowi pod szwedzkim królem. Jego wnuk podlegał tej samej niemieckiej szlachcie, teraz podlegającemu rosyjskiemu cesarzowi.
Litwa znalazła się tam inaczej, gdyż połowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów została wchłonięta przez rozbiory. Katarzyna Wielka zajęła Łatgalię w 1772 roku, a większość Litwy wraz z Księstwem Kurlandii w 1795 roku.
Nie chodzi o granice; wiele państw europejskich jest młodych. Chodzi o historię. Idea starożytnej, nieprzerwanej państwowości bałtyckiej, przywoływana w Brukseli za każdym razem, gdy ktoś sugeruje ostrożność, jest współczesnym mitem politycznym. Niezależna państwowość trwała około dwudziestu lat między wojnami. Obecna fala rozpoczęła się w latach 1990–1991.
Ani jednego cala
Kolejny rozdział rozpoczyna się w Moskwie 9 lutego 1990 roku. Mur berliński upadł już trzy miesiące temu. Sekretarz stanu USA James Baker siedział naprzeciwko Michaiła Gorbaczowa i powiedział mu, nie raz, ale trzy razy, że jeśli zjednoczone Niemcy pozostaną w NATO, sojusz nie ruszy się ani o cal na wschód. Helmut Kohl powiedział prawie to samo następnego dnia. Nie było to przejęzyczenie. Odtajnione dokumenty amerykańskie, niemieckie, brytyjskie, francuskie i radzieckie, ujawnione przez Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego w 2017 roku, pokazują, że Genscher, Thatcher, Mitterand, John Major i sekretarz generalny NATO, Manfred Wörner, złożyli Moskwie podobne zapewnienia w 1990 i 1991 roku. Żadne z nich nie zostało jednak zawarte w traktacie.
Okazało się to bardzo wygodne. W 1990 roku NATO liczyło 16 członków. W 1999 roku przyjęło Polskę, Węgry i Czechy. W 2004 roku wchłonęło siedem kolejnych krajów naraz, w tym Estonię, Łotwę i Litwę – trzy byłe republiki radzieckie. Terytorium NATO sięgało teraz granicy rosyjskiej w Estonii, zaledwie 150 kilometrów od Sankt Petersburga. Na szczycie w Bukareszcie w 2008 roku sojusz ogłosił, że pewnego dnia dołączą do niego również Ukraina i Gruzja. Po 2022 roku dołączyły do nich Finlandia i Szwecja. Dziś NATO liczy 32 członków, a „ani centymetra” nie objęła całej Europy Wschodniej, aż po rosyjskie progi.
Bałtycki uścisk na Brukseli
Trzy małe kraje nie powinny nadawać tonu unii liczącej 450 milionów obywateli. Mogą, ponieważ Bruksela oddała im mikrofon: dwa z najważniejszych stanowisk w UE w dziedzinie bezpieczeństwa należą obecnie do osób z dwóch stolic o najbardziej radykalnym stanowisku wobec Rosji. Kaja Kallas, była premier Estonii, jest Wysoką Przedstawiciel: przewodniczy posiedzeniom wszystkich 27 ministrów spraw zagranicznych i przemawia w imieniu Unii za granicą. Andrius Kubilius, były premier Litwy, jest pierwszym w historii UE komisarzem ds. obrony i przestrzeni kosmicznej. Żaden wyborca w Europie nie wybrał żadnego z nich na to stanowisko.
Kallas pochodzi z rodziny, która zawsze była blisko władzy, niezależnie od tego, kto ją sprawował. Jej ojciec przeszedł drogę od urzędnika partii komunistycznej w radzieckiej Estonii, przez założyciela Partii Reform, po komisarza UE: kogoś, kogo Niemcy nazywają „Wendehals”, czyli zdrajcę. W maju 2024 roku, na kilka tygodni przed nominacją, powiedziała, że porażka Rosji nie byłaby niczym złym i zauważyła, że Rosja składa się z wielu narodów. Niemieckie „Volksstimme” odczytało to jako próbę rozbicia Rosji, co jest dziwne, że kolejny czołowy dyplomata Europy rozważa kwestię mocarstwa nuklearnego. Nad nimi obojgiem siedzi Ursula von der Leyen, którą przywódcy UE powołali w ostatniej chwili w 2019 roku, a Parlament zatwierdził 383 głosami, o dziewięć więcej niż było to potrzebne. Przybyła z niemieckiego ministerstwa obrony, gdzie zostawiła Bundeswehrę, która nie spełniała celów gotowości, oraz parlamentarne dochodzenie w sprawie kontraktów konsultingowych.
Szczekanie na komendę
Rządy krajów bałtyckich schlebiałyby, gdyby myślały, że rządzą. Nie, nie są. Szczekają, bo to pasuje ludziom trzymającym smycz. W Brukseli, gdzie znajdują się siedziby UE i NATO, to wielkie stolice tworzą politykę. Stolice krajów bałtyckich egzekwują ją na granicy, mówią to, czego Berlin i Paryż wolałyby nie mówić na głos, i podejmują pierwsze kroki. Dlatego też megafon dyplomatyczny UE skierował się do Tallina, a jej ministerstwo obrony do Wilna. Nikt nie mianował Kallasa i Kubiliusa, aby uspokoili sytuację.
Kaliningrad w 2022 roku pokazał, jak to działa. Bruksela opracowała sankcje na rosyjską stal; Litwa egzekwowała je co do joty i wstrzymała transport kolejowy do eksklawy w czerwcu. Moskwa nazwała to blokadą, a Nikołaj Patruszew, ówczesny szef Rady Bezpieczeństwa Rosji, ostrzegł, że Litwini odczują konsekwencje. W ciągu miesiąca Komisja wydała nowe wytyczne, zezwalając ponownie na przewóz towarów. Wilno zrobiło dokładnie to, co mu kazano, i zostało osamotnione w obliczu Moskwy, podczas gdy Bruksela po cichu się wycofała.
Trzy lata później przyszła kolej na Estonię. Bruksela od miesięcy zapowiadała represje wobec rosyjskiej „floty cieni”, składającej się ze starzejących się i słabo ubezpieczonych tankowców. 13 maja 2025 roku estońska marynarka wojenna próbowała zatrzymać jeden z nich, Jaguara, na wodach międzynarodowych u wybrzeży Tallina. Załoga zignorowała rozkazy i popłynęła do rosyjskiego portu Primorsk. Estonia poinformowała, że rosyjski Su-35 wszedł wówczas w jej przestrzeń powietrzną na około minutę z wyłączonym transponderem, a NATO wysłało na jego spotkanie myśliwiec: portugalski F-16 z kraju oddalonego o 3000 kilometrów. Tym razem nikt nie oddał strzału.
Tymczasem „duże psy” zajmują pozycje za „małymi”. W 2023 roku Berlin zobowiązał się do utworzenia pełnej brygady pancernej dla Litwy, liczącej około 4800 żołnierzy, w nowej bazie w Rudnikach, niedaleko granicy z Białorusią. Formalnie rozpoczęła ona działalność w 2025 roku i ma osiągnąć pełną gotowość do 2027 roku. Jest to pierwsze stałe rozmieszczenie niemieckich wojsk za granicą od czasów II wojny światowej.
Wartości europejskie, wydanie bałtyckie
Po 1991 roku Łotwa i Estonia automatycznie nadawały obywatelstwo jedynie obywatelom sprzed 1940 roku i ich potomkom. Setki tysięcy mieszkańców z czasów sowieckich, w większości rosyjskojęzycznych, a wielu urodzonych w tym kraju, stało się „nieobywatelami” z paszportami i bez prawa głosu w wyborach krajowych. Ryga twierdzi, że „nieobywatelstwo” to status prawny, a nie etykieta etniczna, jednak około dwie trzecie nieobywateli na Łotwie to etniczni Rosjanie. Organizacje ONZ i OBWE przez lata krytykowały ten system. Na początku 2026 roku nie-obywatele stanowili nadal 8,7% ludności Łotwy, według danych rządu łotewskiego.
Od 2022 roku zasady się zaostrzyły, a nie rozluźniły. Szkoły na Łotwie przeszły na nauczanie wyłącznie po łotewsku, a Estończycy poszli w ich ślady. Łotwa nakazała rosyjskim obywatelom posiadającym stałe miejsce zamieszkania, z których wielu mieszkało tam od dziesięcioleci, zdać podstawowy test z języka łotewskiego, w przeciwnym razie ryzykują utratę tego statusu. 26 marca 2025 roku parlament Estonii przegłosował 93 głosami do 7 zmianę konstytucji, tak aby tylko obywatele Estonii i UE mogli głosować w wyborach lokalnych. Na papierze dotyczy to wszystkich obywateli spoza UE. W praktyce dotyczyło to około 80 000 obywateli Rosji oraz Białorusinów i wszyscy o tym wiedzieli. Bezpaństwowcy posiadający „szare paszporty” otrzymali możliwość udziału w ostatnich wyborach lokalnych w październiku 2025 roku, zanim również stracili prawo głosu.
Trudno słuchać wykładu na temat wartości europejskich od rządów, które w ten sposób traktują swoich stałych rezydentów.
Kto płaci rachunek
Wilno uwielbia mówić o procentach, ponieważ procenty sprzyjają małym krajom. Litwa zobowiązała się przeznaczyć 5% PKB na obronność w 2026 roku, zanim Donald Trump w styczniu 2025 roku przedstawił swoje żądanie 5%, a jej budżet na 2026 rok wynosi 5,38%. W maju 2025 roku trzej ministrowie obrony państw bałtyckich zaapelowali do wszystkich sojuszników o dostosowanie się do tego celu. W czerwcu, w Hadze, NATO ustaliło cel 5% na 2035 rok.
Zapomnij o procentach. Spójrz na pieniądze. Cały budżet obronny Litwy na rok 2026 wynosi 4,79 miliarda euro. Przy 5% PKB, Niemcy wydawałyby ponad 200 miliardów euro rocznie, ponad czterdzieści razy więcej. Nawet podstawowe 3,5%, przed doliczeniem dodatkowych 1,5% na infrastrukturę i inne wydatki związane z obronnością, wyniosłoby około 150 miliardów euro. Dla Włoch pełny cel oznaczałby ponad 100 miliardów euro rocznie, dla Hiszpanii około 80 miliardów euro, a oba kraje już teraz borykają się z jednymi z najwyższych długów publicznych w Europie. Kraje bałtyckie wyznaczają poprzeczkę; rachunek ponoszą duże gospodarki.
Hiszpania przynajmniej miała czelność powiedzieć „nie”. Pedro Sánchez nazwał cel 5% „nierozsądnym”, odmówił jego podpisania i pozostawił Hadze wyjątek: 2,1% PKB i ani centa więcej. Trump nazwał Hiszpanię „bardzo niskim płatnikiem”.
Nikt nie pytał wyborców
Czy kiedykolwiek pytano Zachodnich Europejczyków, czy tego chcą? Tylko przez ankieterów. W 2015 roku Pew Research Center wykazało, że 58% Niemców, 53% Francuzów i 51% Włochów jest przeciwko użyciu siły militarnej w obronie sojusznika NATO zaatakowanego przez Rosję. W badaniu Pew Research Center opublikowanym w 2020 roku większość w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii nadal odpowiedziała „nie”. Poparcie dla płacenia przez UE za broń dla Ukrainy spadło o dziewięć punktów procentowych, z 65% na początku 2023 roku do 56% tej wiosny. We Francji poparcie dla dostaw broni spadło o 18 punktów procentowych, z 65% w marcu 2022 roku do 47% w lutym tego roku. Pod koniec 2024 roku YouGov stwierdził, że 55% Włochów, 45% Niemców i 43% Francuzów wolało wynegocjowany pokój między Ukrainą a Rosją od dalszej walki. Sondaż Politico z grudnia ubiegłego roku wykazał, że dorośli Francuzi i Niemcy opowiadają się za ograniczeniem poparcia. A tego lata większość w Niemczech i Francji opowiedziała się przeciwko przystąpieniu Ukrainy do UE jako pełnoprawnego członka.
To nie Niemcy, Francja, Włochy ani Hiszpania pałają chęcią szerszej wojny. To społeczeństwo, którego nigdy o to nie proszono, które z roku na rok od 2022 roku staje się coraz bardziej sceptyczne, a teraz otrzymuje ustawę, której nigdy nie nakazało: cel wart ponad 200 miliardów euro rocznie w samych Niemczech, entuzjastycznie przyjęty z Wilna i podpisany w Brukseli przez urzędników, których nie wybrał żaden wyborca.
Kiedy skończą się pieniądze
Porozumienie haskie ma wbudowaną rewizję do 2029 roku. Moja prognoza: do tego czasu Hiszpania nie będzie jedynym krajem, który powie „nie”. Pieniądze skończyły się lata temu; to, co jest wydawane teraz, jest pożyczone. Niemcy nawet przepisali swoją konstytucję w 2025 roku, aby móc zaciągać pożyczki na obronę poza własnym limitem zadłużenia.
W 1721 roku Piotr Wielki rozstrzygnął losy Bałtyku traktatem i dwoma milionami srebrnych talarów. Trzy wieki później przyszłość regionu wciąż jest rozstrzygana przez większe potęgi, które dokonują kalkulacji.
Czy zatem najmniejsze kraje Europy wciągają kontynent w wojnę? Nie same. To one szczekają; Bruksela trzyma smycz. A Berlin, Rzym i Madryt są ciągnięte w ślad za nimi, ku konfrontacji, której ich wyborcy nigdy nie wybrali, opłacanej pieniędzmi, których już nie mają.
Może to jest ta jedyna nadzieja. Im szybciej skończą się pieniądze, tym szybciej wyborcy w dużych krajach wymuszą zmianę kursu, a tym szybciej Tallin, Ryga i Wilno wrócą do tego, czym zawsze były ze względu na swoją wielkość: do przypisów w europejskiej polityce zagranicznej. To może ostatecznie uchronić Europę przed bezpośrednią wojną między mocarstwami nuklearnymi.
NATO straciło Ukrainę – a Europa przygotowuje się do wojny.
uncut-news.ch
Glenn Diesen
George Beebe, były dyrektor ds. analiz Rosji w CIA, ostrzega, że wojna na Ukrainie osiągnęła etap krytyczny i że zachodni przywódcy popadają w coraz większą panikę, ponieważ jej przebieg przeczy narracji o strategicznej porażce Rosji. Ukraina znajduje się pod rosnącą presją na polu bitwy, zwłaszcza ze względu na rozwijającą się kampanię powietrzną Rosji. Stwarza to problemy zarówno militarne, jak i polityczne dla rządów europejskich, które zainwestowały znaczne środki w strategię wobec Rosji, która staje się coraz trudniejsza do utrzymania.
Rządy europejskie również borykają się z konsekwencjami politycznymi w kraju. W całej Europie rośnie niezadowolenie z polityki wobec Rosji, Ukrainy i bezpieczeństwa europejskiego. Zamiast konfrontować się z możliwością porażki tej polityki, przywódcy polityczni mogą ulec pokusie skierowania uwagi na perspektywę szerszej konfrontacji z Rosją.
Europa nie jest przygotowana na wojnę
Bezpośrednia wojna konwencjonalna między Europą a Rosją ujawniłaby poważne słabości militarne Europy. Kraje europejskie nie dysponują wystarczającą liczbą wojsk lądowych, a ponadto występują znaczne braki w zakresie zdolności logistycznych, transportu, obrony powietrznej i rozpoznania pola walki. Znaczna część europejskiej infrastruktury wojskowej jest silnie uzależniona od Stanów Zjednoczonych, szczególnie w zakresie rozpoznania i namierzania celów.
Gdyby Stany Zjednoczone powstrzymały się od konwencjonalnej wojny europejskiej z Rosją, Europa stanęłaby w obliczu poważnych strat militarnych. Jednak gdyby Stany Zjednoczone interweniowały bezpośrednio, zagrożenie byłoby zasadniczo inne, ponieważ bezpośredni konflikt między NATO a Rosją mógłby szybko przerodzić się w konflikt nuklearny. Taki konflikt byłby niezwykle destrukcyjny i nie miałby zwycięzców.
Pogląd, że Rosja przygotowuje atak na NATO, jest zatem błędny. Rosja starała się unikać bezpośredniego konfliktu z NATO podczas wojny z Ukrainą, a europejscy przywódcy powinni starać się zapobiegać eskalacji, zamiast promować retorykę, która mogłaby się do niej przyczynić.
Brak dyplomatycznego wyjścia
Istnieją potencjalne rozwiązania, ale wymagają one zajęcia się kwestiami, które Rosja uważa za podstawowe przyczyny wojny. Bezwarunkowe zawieszenie broni nie rozwiąże tych problemów. Rosja raczej nie zaakceptuje zawieszenia broni, które zamrozi jej straty na polu bitwy, podczas gdy Ukraina będzie nadal pozyskiwać broń, odbudowywać siły zbrojne i przygotowywać się do dalszego konfliktu.
Trwałe porozumienie wymagałoby szerszej dyskusji na temat bezpieczeństwa europejskiego, przyszłej orientacji militarnej Ukrainy oraz praw mniejszości językowych i religijnych. Ukraina i Zachód musiałyby pójść na ustępstwa, podobnie jak Rosja. Głównym problemem jest to, że obecnie brakuje woli negocjacji tych kompromisów.
Stanowisko Rosji jest takie, że zakończenie wojny wymaga kompleksowego porozumienia pokojowego, które zajmie się tym, co Rosja uważa za główne przyczyny konfliktu. Dalsze dostarczanie Ukrainie informacji o celach, dronów i pocisków do ataków w głębi Rosji, przy jednoczesnym utrzymywaniu, że Rosja po prostu toleruje te ataki, tworzy cykl eskalacji, a nie drogę do pokoju.
Ryzyko kolejnej porażki Ukrainy
Im dłużej trwa wojna, tym większe prawdopodobieństwo, że żądania Rosji wzrosną wraz z poprawą jej pozycji na polu bitwy. Gdyby Rosja uzyskała pełną kontrolę nad Donbasem, mogłaby mieć silniejszą motywację do dalszych zdobyczy terytorialnych, potencjalnie obejmujących takie obszary jak Zaporoże, Chersoń, a nawet Odessa.
Jednocześnie powstanie fundamentalnie niestabilnego państwa ukraińskiego stworzyłoby również poważne problemy dla Rosji. Upadłe lub niestabilne państwo ukraińskie mogłoby wywołać problemy bezpieczeństwa, które rozprzestrzeniłyby się na Rosję i Europę. Co więcej, Rosja nadal zmagałaby się z wrogą i zbrojącą się Europą, pozostawiając nierozwiązane szersze europejskie problemy bezpieczeństwa.
Z tych powodów nieograniczona eskalacja wojny niekoniecznie byłaby preferowanym rozwiązaniem dla Rosji. Stabilne rozwiązanie mogłoby przynieść korzyści, których nie przyniosłaby dalsza konfrontacja.
Pułapka Rosji
Głównym argumentem jest to, że Zachód źle zrozumiał naturę konfliktu. Przeważa pogląd, że Rosja jest potęgą ekspansjonistyczną, którą można odstraszyć zwiększoną presją militarną. Istnieje jednak również możliwość, że konflikt stanowi narastającą spiralę bezpieczeństwa, w której każda ze stron interpretuje działania drugiej jako zagrożenie.
W takiej sytuacji wzmożone odstraszanie może prowadzić do dalszej eskalacji. Większa ilość uzbrojenia, rozmieszczenie wojsk i agresywna retoryka mogą sprowokować reakcję Rosji, która z kolei może skutkować podjęciem dalszych działań przez Zachód.
Aby uniknąć takiej spirali, potrzebna jest dyplomacja, a nie tylko zwiększanie presji militarnej. Celem powinno być zrozumienie obaw dotyczących bezpieczeństwa i czerwonych linii obu stron oraz znalezienie kompromisów, które zapobiegną ciągłemu przekraczaniu tych czerwonych linii.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że polityka Zachodu mająca na celu odstraszenie Rosji mogłaby zaostrzyć leżący u jej podstaw problem bezpieczeństwa. Konsekwencje wykraczałyby poza Ukrainę i wpłynęłyby na bezpieczeństwo całej Europy. Kluczowym zadaniem jest zatem ponowne przemyślenie założeń leżących u podstaw konfliktu i dążenie do kompleksowego porozumienia, zanim eskalacja doprowadzi do bezpośredniej konfrontacji między Rosją a Zachodem.
Rządy, które stwarzają więcej problemów niż rozwiązują, nie zasługują na przetrwanie.
Rozważmy te ostatnie nagłówki: (1) „Nowy Jork wraca do autobusów gazowych po tym, jak boleśnie przekonał się, że wersje elektryczne mają poważne problemy”, (2) „Jako były szef MI6, wiem, że polityka klimatyczna Wielkiej Brytanii naraża nas na niebezpieczeństwo ze strony naszych wrogów” i (3) „Hiszpania: 74% podejrzanych o przestępstwa seksualne w Kraju Basków to obcokrajowcy”.
Pochodzą z trzech różnych krajów zachodnich i dotyczą trzech zupełnie różnych kwestii – transportu publicznego, bezpieczeństwa narodowego i przestępczości z użyciem przemocy – jednak każdy z tych raportów pokazuje prawdziwe konsekwencje niepowodzeń rządu:
(1) Aby osiągnąć zerową emisję netto CO₂, Nowy Jork zainwestował w autobusy elektryczne, które są zbyt drogie i całkowicie zawodne dla potrzeb miasta. (2) Były szef brytyjskiego wywiadu jest w końcu gotowy publicznie przyznać, że urojeniowa obsesja jego kraju na punkcie „zmiany klimatu” zniszczyła zdolność Wielkiej Brytanii do samowystarczalności przemysłowej i energetycznej oraz uczyniła byłe supermocarstwo zależnym od zagranicznych przeciwników w kwestii przyszłego przetrwania. (3) Chociaż obcokrajowcy stanowią zaledwie 10% populacji Kraju Basków, odpowiadają za 74% aresztowań za gwałt, 73% aresztowań za zabójstwo, 95% aresztowań za jazdę pod wpływem alkoholu, 80% aresztowań za kradzież i 78% aresztowań za brutalny rozbój.
Uderzający w tych doniesieniach jest ich czynnik „Oczywiście!”. Zwykły, rozsądny człowiek bez trudu przewidziałby awarię miejskiej floty autobusów elektrycznych, przeniesienie kluczowych gałęzi przemysłu kraju za granicę czy politykę otwartych granic, która praktycznie zaprasza zagraniczną inwazję. Mimo to burmistrzowie, gubernatorzy i premierzy realizowali te katastrofalne programy, podczas gdy szefowie agencji wywiadowczych i miliony urzędników państwowych albo popierali ich szkodliwe decyzje, albo haniebnie milczeli.
Środkowy artykuł odnosi się do transkrypcji przemówienia, które sir Richard Dearlove wygłosił w zeszłym tygodniu przed Fundacją Polityki Globalnego Ocieplenia w Londynie. Było to dobre przemówienie na ważny temat, a Dearlove zasługuje na uznanie za zajęcie stanowiska, które przeciwstawia się silnej fali „politycznie poprawnej” zachodniej ortodoksji. Wygłosił je jednak z wygodnej pozycji quasi-emeryta, który miał niewiele do stracenia poza kilkoma honorowymi stanowiskami w zarządzie. Gdzie był jego głos, kiedy mógł faktycznie coś zrobić z samobójczą polityką energetyczną Wielkiej Brytanii?
W swoim przemówieniu Dearlove wyjaśnił, jak doświadczenia z czasów zimnej wojny nauczyły go, że „potencjał wojenny kraju tkwi w jego przemyśle, że naszym najsłabszym ogniwem są dostawy paliw… i że nasza baza przemysłowa może zostać odbudowana i naprawiona”. Jednak dziś „niewiele przemysłu pozostało, które można chronić, i nie możemy odbudować nieistniejących gałęzi przemysłu, zlokalizowanych pod obcymi jurysdykcjami, poza naszym zasięgiem”. Dearlove podsumował, że Wielka Brytania „musi odbudować strategiczne gałęzie przemysłu, których potrzebujemy, aby móc bronić naszej wyspiarskiej fortecy i być niezawodnym sojusznikiem przyjaznych demokracji na całym świecie”.
To absolutnie prawdziwe stwierdzenia. Robotnicy na całym Zachodzie wysuwają te argumenty od pięćdziesięciu lat. Gdyby MI6 kierował zwykły Brytyjczyk z niewielkimi formalnymi kwalifikacjami, osoba ta krzyczałaby przekleństwa i biła na alarm na długo przed zamknięciem przez Wielką Brytanię ostatnich kopalń węgla i hut stali. Czy to nie powinno zawstydzać brytyjskich „elity rządzących”? A jeśli nie, to czy te „elity rządzące” nie powinny być uważane za zagrożenie dla dobrobytu i bezpieczeństwa publicznego?
Długo wyczekiwane sygnały ostrzegawcze po zakończeniu kariery przypominają mi pożegnalne przemówienie prezydenta Eisenhowera z 1961 roku, w którym ostrzegał Amerykanów przed rosnącymi zagrożeniami ze strony rozwijającego się „kompleksu wojskowo-przemysłowego”. Choć określenie to jest nadal używane sześćdziesiąt pięć lat później, byłoby wspaniale, gdyby były Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych i pięciogwiazdkowy generał wykorzystał swoje dwie kadencje jako prezydent Stanów Zjednoczonych, aby zająć się tym problemem, zanim wymknął się spod kontroli. Eisenhower niewątpliwie miał doświadczenie, by dostrzec jego destrukcyjny potencjał wyraźniej niż większość, ale postanowił nakreślić zagrożenie, odchodząc z urzędu, i pozostawić jego rozwiązanie innym. Niektórzy historycy uważają, że w zamachu na prezydenta Kennedy’ego brały udział elementy kompleksu wojskowo-przemysłowego, a jeśli to prawda, brak reakcji Eisenhowera w odpowiednim czasie miał niezwykle dalekosiężne konsekwencje, w tym śmierć jego następcy.
Pokolenia Amerykanów urodzone po prezydenturze Eisenhowera oddały mu wielkie uznanie za to, że dostrzegł, iż symbiotyczna relacja między Wielkim Rządem a Wielkim Biznesem przeradza się w niekonstytucyjną i antyamerykańską oligarchię, którą dziś znamy jako „stałą biurokrację”, „klasę rządzącą” lub „głębokie państwo”. Gdyby amerykański generał, który został prezydentem, zneutralizował Państwo Głębokie w pierwszej dekadzie po II wojnie światowej, być może nie musielibyśmy doświadczać najgorszych rozdziałów najnowszej historii Ameryki, w tym wojny w Wietnamie, dewaluacji dolara amerykańskiego, cichego zamachu stanu FBI przeciwko prezydentowi Nixonowi, pięćdziesięciu lat oszustwa związanego z „globalnym ociepleniem”, sześćdziesięciu lat masowej imigracji z krajów Trzeciego Świata, niszczącej przemysł krwawej łaźni NAFTA, przystąpienia Chin do WTO, islamistycznych ataków terrorystycznych z 11 września, globalnej wojny z terroryzmem, przejęcia opieki zdrowotnej przez rząd w ramach ustawy Obamacare, oszustwa związanego ze zmową z Rosją, wojny informacyjnej COVID przeciwko Karcie Praw, licznych sfałszowanych wyborów rozstrzygniętych przez nielegalnych wyborców i oszustw związanych z głosowaniem korespondencyjnym, kilku prób zamachu na prezydenta Trumpa, morderstwa Charliego Kirka, inspirowanej lewicą przemocy wobec konserwatystów i stworzonej przez Demokratów paniki opartej na sztucznej inteligencji, która ma miejsce obecnie. Stawianie diagnozy bez podejmowania konkretnych kroków w celu ich rozwiązania prowadzi do przewrotnego zjawiska: im gorsze stają się nierozwiązane problemy, tym bardziej dalekowzroczna wydaje się osoba, która przed nimi ostrzegała.
Pod koniec swojego przemówienia były szef brytyjskiego wywiadu argumentował, że rząd, którego był integralną częścią, poniósł spektakularną porażkę: „Pierwszym obowiązkiem każdego rządu jest bezpieczeństwo narodu. Jednak kolejne rządy o tym zapomniały i Wielka Brytania jest teraz uwięziona w pułapce energetycznej, którą sami stworzyliśmy. Podobnie jak w przypadku odbudowy naszych sił zbrojnych, wydobycie się z niej i przywrócenie nam bezpiecznej pozycji będzie wymagało znacznego wysiłku ze strony całego kraju. Zadanie jest pilne”.
To niewątpliwie prawda. Pytanie brzmi, dlaczego tak wiele kolejnych rządów w Wielkiej Brytanii i na całym Zachodzie zdradziło własnych obywateli i znacznie zmniejszyło bezpieczeństwo swoich krajów. Ponieważ zwykli obywatele nigdy nie zleciliby swoich miejsc pracy w przemyśle i produkcji wrogim państwom, takim jak komunistyczne Chiny. Zwykli obywatele nie spiskowaliby z międzynarodowymi gangami handlu ludźmi, aby sprowadzić do kraju dziesiątki milionów nie-asymilujących się nielegalnych imigrantów. Zwykli obywatele nie uchwaliliby przepisów dotyczących „zielonej energii”, które utrudniają rolnikom uprawę żywności, a firmom płacenie rachunków. Zwykli obywatele nie nakazaliby, aby zawodne pojazdy elektryczne zastępowały silniki spalinowe, podczas gdy sieci energetyczne załamują się z powodu niedostatecznej energii wiatrowej i słonecznej. Tego rodzaju polityka jest tak ewidentnie głupia i samobójcza, że tylko nasza akademicko uzdolniona „klasa rządząca” mogłaby ją usprawiedliwić.
Czy to oznacza, że nasi biurokraci są zbyt głupi, by zagwarantować bezpieczeństwo naszych narodów – co Dearlove słusznie uważa za nadrzędny obowiązek rządu? A może ta autodestrukcyjna polityka narodowa dowodzi, że zachodnie biurokracje prowadzą wojnę z obywatelami Zachodu? Z pewnością zachodnie rządy zawodzą swoich obywateli. Pozostaje tylko pytanie, czy ich porażka wynika z połączenia niekompetencji i arogancji, czy ze zdrady i złośliwości.
Podczas gdy obywatele Zachodu zastanawiają się nad tym pytaniem, szybko biorą sprawy w swoje ręce. Hiszpanie w Ceucie niszczą państwowe kwatery wybudowane dla zagranicznych osadników. Brytyjska wioska zagłosowała za secesją ze Zjednoczonego Królestwa po tym, jak rząd ogłosił plany umieszczenia w sąsiedztwie armii zagranicznych imigrantów. Ceną za zdradę rządu może wkrótce być upadek stolicy Zachodu.
Samo rozpoznanie problemów nie wystarczy. Rządy, które stwarzają więcej problemów niż rozwiązują, nie zasługują na to, by pozostać u władzy.
Polska pozwala na zestrzelenie podejrzanych obiektów latających bez kontaktu wzrokowego. Wcześniej było to traktowane w sojuszu jako reguła dla stanu wojny – i uderza w rosyjską enklawę Kaliningradu.
Przez Sevim Dagdelen.
W przyszłości Polska zatwierdzi uruchomienie podejrzanych obiektów latających z własnych myśliwców nawet bez kontaktu wzrokowego, zwłaszcza w odniesieniu do rosyjskiej enklawy Kaliningradu, która ma wspólną granicę z Polską. To nigdy wcześniej nie zdarzyło się w NATO. W ramach zachodniego paktu wojskowego było to możliwe wcześniej tylko w stanie wojny. Poza ogromnym zagrożeniem dla lotnictwa cywilnego spowodowanym przez ten układ, staje się coraz bardziej jasne, że NATO najwyraźniej już widzi siebie w wojnie z Rosją. Polska jest tylko pionierem.
Kaliningrad jako czynnik, który gwałtownie zaognia konflikt
W niebezpiecznej iluzji konieczności rzucenia wyzwania Rosji w enklawie Kaliningradu, niemiecki sojusznik NATO włącza śrubę eskalacyjną. Jednocześnie rozgrywane są scenariusze militarnej izolacji Kaliningradu, na co strona rosyjska odpowiedziała NATO groźbą „opcji nuklearnej”.
Czy NATO przechodzi do trzeciej wojny światowej? Trudno, ponieważ trzeba przyjąć ukierunkowaną strategię eskalacji paktu wojskowego, aby wypełnić interesy USA. Polska i kraje bałtyckie zostaną wysłane do przodu, nic więcej.
Właśnie te scenariusze podają w wątpliwość obowiązek pomocy artykułu 5 NATO w badaniach (Allensbach) na rzecz względnej większości ludności niemieckiej: umieranie za politykę eskalacji sojuszników NATO na wschodniej flance. Można więc również wytłumaczyć, że Bundeswehra musi teraz siłą zobowiązać żołnierzy do służby na wschodzie, na Litwie. Tylko nieliczni chcą dobrowolnie narazić się temu szaleństwu.
Kontakt z konwersacją jako polityka symboliczna
Na tym tle należy zaklasyfikować kontakt niemieckiego ministra spraw zagranicznych Wadephula ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Ławrowem jako polityka symboliczna. Wraz z odczytaniem Demarchów symulowana jest gotowość do mówienia, co w ogóle nie jest podbudowane przez drugą politykę. Wręcz przeciwnie, Niemcy pogłębiają swój status wazy próbnej w USA i są protekcjonalnie chwalone przez USA.
=========================
Elbridge Colby, podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony i konceptualista strategii wojennej NATO 3.0, chwalił Niemcy jako kraj modelowy NATO z powodu gigantycznego przezbrojenia Berlina. Gotowość Europejczyków, a w szczególności rządu federalnego, do rzucenia się pod autobus dla USA wydaje się niemal nieograniczona.
Podczas podróży do Moskwy Éva Péli rozmawiała z wieloma czołowymi politologami, dyplomatami, historykami i analitykami geopolitycznymi na temat fundamentalnej reorganizacji polityki światowej. W pierwszej części tego ekskluzywnego wywiadu Dmitrij Trenin , dyrektor Rosyjskiej Rady ds. Międzynarodowych (RIAC) i dyrektor naukowy Wyższej Szkoły Ekonomicznej (HSE), analizuje ideologiczne odejście Rosji od modelu zachodniego i wyjaśnia, dlaczego strategia Waszyngtonu ma na celu przede wszystkim trwałe osłabienie Moskwy.
Éva Péli: Panie Trenin, pańska praca analityczna jest dobrze znana i wysoko ceniona w niemieckich kręgach eksperckich, a mimo to główne niemieckie media systematycznie ignorują rosyjski punkt widzenia. Jednocześnie rosyjska opinia publiczna analizuje każde słowo niemieckich elit. Jak pan wyjaśni tę asymetryczną percepcję? I co to oznacza dla przyszłości jakiegokolwiek dialogu?
Dmitrij Trenin: To po prostu oznacza brak dialogu. W obecnych warunkach prawdziwy dialog między niemiecką elitą polityczną a przedstawicielami Rosji jest praktycznie niemożliwy. W najlepszym razie odbywa się on na poziomie jednostek, a po stronie niemieckiej zazwyczaj nie są to przedstawiciele elity rządzącej, lecz na przykład dziennikarze.
To fascynujące zjawisko, ponieważ wcześniej mieliśmy do czynienia z sytuacją dokładnie odwrotną: w Związku Radzieckim obowiązywał de facto zakaz prezentowania poglądów przeciwnika ideologicznego – czyli państw zachodnich – w całej ich rozciągłości. Ich stanowiska można było rozpatrywać jedynie przez pryzmat marksistowsko-leninowskiego światopoglądu i politycznych potrzeb radzieckiego kierownictwa.
Dziś mamy do czynienia z sytuacją dokładnie odwrotną. Choć prawdą jest, że nie trzeba już czytać prasy zachodniej bezpośrednio, niezwykle popularne programy telewizyjne, takie jak „60 Minutes”, oferują kompleksowy przegląd tego, co zachodnie media piszą w danym dniu.
Świadczy to z jednej strony o pewnej suwerenności i pewności rosyjskiego kierownictwa i elity, że argumenty naszych zachodnich przeciwników nie mogą mieć destrukcyjnego wpływu na kraj. Z drugiej jednak strony ujawnia wyczuwalny strach wśród niemieckich i zachodnich kręgów kierowniczych, że nieocenzurowana, pełna prezentacja rosyjskiego punktu widzenia może zostać uznana za niebezpieczną dezinformację. W porównaniu z sytuacją, powiedzmy, w 1976 roku, obie strony całkowicie zamieniły się rolami. W ciągu 50 lat relacje odwróciły się o całe 180 stopni.
W naszej wstępnej dyskusji opisał Pan Stany Zjednoczone nie jako neutralnego mediatora, lecz jako aktywną stronę konfliktu i podkreślił nieuchronność długotrwałej konfrontacji. Teraz odnosi się Pan jednocześnie do „specjalnej operacji dyplomatycznej” przeprowadzonej niedawno przez amerykańskich wysłanników Witkoffa i Kushnera w Moskwie i Kijowie.
Czy to nie sprzeczność? A może odzwierciedla ona dokładnie tę logikę, którą Pan nakreślił: niezmienną strategię, podczas gdy Waszyngton jedynie zmienia swoją taktykę?
Cóż, Stany Zjednoczone po prostu nie są mediatorem. Jednakże, będąc stroną tego konfliktu, mogą, właśnie w tej roli, prowadzić oficjalne rozmowy z przedstawicielami Rosji – negocjacje z USA są w istocie negocjacjami z przeciwnikiem. Ukraina jest jedynie instrumentem polityki amerykańsko-europejskiej i w żadnym wypadku nie działa jako niezależny aktor.
Amerykanie, nawiasem mówiąc, nawet nie nalegają na rolę mediatorów. Sekretarz stanu USA Marco Rubio jednoznacznie stwierdził, że Stany Zjednoczone nie są neutralne, ale zdecydowanie stoją po stronie Ukrainy itd. Nie oszukujmy się: negocjacje oczywiście można prowadzić za pośrednictwem neutralnego mediatora, ale można też negocjować bezpośrednio z przeciwnikiem – a w tym przypadku są to Stany Zjednoczone. Tak, Rosja jest przeciwnikiem, z którym prowadzi się negocjacje w trakcie wojny. Jest to dość powszechne i zdarzało się wielokrotnie w historii.
Przyjrzyjmy się celom Waszyngtonu: gdzie przebiega granica między pożądanym zawieszeniem broni a autentycznym, istotnym porozumieniem pokojowym? Jakie komunikaty przekazano podczas tej misji USA w Moskwie, które celowo przemilczano w Kijowie – i odwrotnie? Czy ta asymetryczna komunikacja wskazuje na to, że Waszyngton faktycznie chce rozwiązać konflikt, czy raczej go kontrolować?
Zakładam, że nadrzędnym celem administracji prezydenta USA Donalda Trumpa jest jak najszybsze zakończenie działań wojennych. Dałoby mu to możliwość zaprezentowania się jako tego, który zakończył wojnę – jako wybitnego dyplomatę i mediatora. Ma to dla niego ogromne znaczenie w polityce wewnętrznej, ponieważ jego dotychczasowe inicjatywy pokojowe przyniosły niewiele wymiernych rezultatów: wiele obiecał, ale niewiele zrealizował, ryzykując nowe kryzysy. Pilnie potrzebuje politycznego kompromisu.
Zatrzymanie wojny – a więc zawieszenie broni, a nie fundamentalne zakończenie konfliktu w sensie zajęcia się jego przyczynami – jest dla Trumpa całkowicie wystarczające. Dalsze kwestie, takie jak wyeliminowanie przyczyn konfliktu, nie interesują go zbytnio.
Oczywiście, Trump nie działa w próżni; istnieje aparat USA, administracja i tzw. Deep State. Dla nich Rosja pozostaje strategicznym przeciwnikiem, którego należy jeszcze bardziej osłabić, i konsekwentnie działają w oparciu o tę przesłankę. Nie potrzebują błogosławieństwa Trumpa za każdym razem. Dla samego Trumpa zaprzestanie działań wojennych jest zatem priorytetem, aby zabezpieczyć swoją pozycję polityczną w kraju. Jednak dla całego establishmentu USA głównym celem pozostaje powstrzymanie Rosji jako przeciwwagi dla hegemonii USA. Choć Rosja jest dopiero trzecią co do wielkości gospodarką świata pozazachodniego, jest niewątpliwie najbardziej aktywnym geopolitycznie aktorem. Moskwa posiada ogromne doświadczenie i możliwości działania, dlatego z perspektywy Waszyngtonu logiczne jest systematyczne osłabianie tych wpływów.
Sam uważa Pan, że samo zawieszenie broni jest wysoce ryzykowne, ponieważ dałoby Ukrainie jedynie czas na reorganizację wojskową i finansową. Jednocześnie bardzo ostro definiuje Pan minimalne warunki Rosji dla trwałego pokoju: masowe wycofanie wojsk, neutralność, demilitaryzacja, ochrona Kościoła i zmiana reżimu. Czy w tym kontekście istnieje jeszcze realne pole do kompromisu, czy też jakikolwiek krok poza te maksymalistyczne żądania jest, Pana zdaniem, równoznaczny z kapitulacją?
Cóż, to zależy wyłącznie od perspektywy. Jeśli przyjąć zachodnią interpretację – a przynajmniej tę, którą Zachód otwarcie komunikuje – że pierwotnym celem Rosji było rzekomo zajęcie całej Ukrainy, całkowite pozbawienie jej suwerenności i pełna aneksja kraju, to samo dalsze istnienie państwa ukraińskiego byłoby już ogromnym kompromisem. Oznaczałoby to, że państwo ukraińskie przetrwałoby w jakiejś formie, ale w zupełnie nowych warunkach. Jeśli chcesz to nazwać kompromisem, w porządku, można to tak postrzegać.
Ale szczerze mówiąc, nie odnoszę wrażenia, aby aktywna część Zachodu, która najzacieklej walczy z nami na Ukrainie – przede wszystkim część europejska – była choćby w najmniejszym stopniu gotowa zaakceptować ochronę naszych najistotniejszych interesów bezpieczeństwa. Dlatego jestem sceptyczny co do możliwości rozwiązania tego konfliktu przy stole negocjacyjnym. Szczegóły techniczne z pewnością można tam omówić, ale fundamentalne rozwiązanie musi ostatecznie zostać osiągnięte na miejscu, na polu bitwy.
To niewątpliwie tragiczne, bo każdy dzień pochłania tysiące ofiar i niszczy niezliczone życia. Jednak ze strony Kijowa i państw europejskich, które stoją za tym procederem, nie widzę nawet cienia chęci do dyskusji na temat warunków, które spełniałyby podstawowe wymogi bezpieczeństwa Moskwy.
Amerykanie z kolei wykazują pewną elastyczność i gotowość do kompromisu ze względu na wspomniane wcześniej wewnętrzne interesy polityczne. Europejczycy jednak tego nie robią, ponieważ ich własna logika polityczna nie ma w tym interesu. Wręcz przeciwnie, konflikt ten wydaje się w pewnym sensie korzystny dla Europy, a im dłużej trwa, tym lepiej wpisuje się w ich kalkulacje. Ukraina nie ma dla Europy żadnej wartości – jej mieszkańcy to w istocie ci sami Słowianie, którzy, choć obecnie są instrumentalizowani dla celów Zachodu, w gruncie rzeczy reprezentują tę samą sferę kulturową.
Po drugie, ich krwawa ofiara obejmuje również życie rosyjskich żołnierzy, co z europejskiej perspektywy przyczynia się do osłabienia Moskwy. Wątpię, czy ta strategia rzeczywiście przynosi Europie długoterminowe korzyści: osłabiając Rosję, jednocześnie odcina i destabilizuje cały region euroazjatycki kosztem przyszłości samej Europy.
Jeśli konfrontacja bloków stanie się trwałą globalną normą, co stanie się z wyzwaniami transnarodowymi, takimi jak ochrona klimatu, migracje i globalna współzależność gospodarcza? Czy postrzega Pan kraje BRICS lub Szanghajską Organizację Współpracy (SCO) jako realną, funkcjonującą alternatywę dla globalnej współpracy, czy też kryzysy te zostaną po prostu zaakceptowane jako nieuniknione straty uboczne w nowej logice bloków?
Wierzę, że jeśli chodzi o szeroki zakres kwestii środowiskowych – ponieważ klimat to ostatecznie tylko jeden aspekt, i to niezwykle upolityczniony – z pewnością nie musimy czekać na globalne mega-konferencje, aby wdrożyć konkretne środki ochrony środowiska. W naszym kraju stoimy przed ogromnymi wyzwaniami, takimi jak ekologiczna odnowa Arktyki, o której prezydent Putin mówił wiele lat temu. Niektóre rzeczy zostały już wdrożone, podczas gdy inne pozostają w tyle. Rozpoczęliśmy – choć z trudem – oczyszczanie Wołgi, a w Rosji jest wiele innych regionów, którym musimy nadać, i nadamy priorytet. Jednak absolutnie nie wymaga to globalnego porozumienia klimatycznego.
Uważam, że zawężanie całej debaty do czynnika klimatycznego jest wysoce zideologizowane i upolitycznione. Zmiany klimatyczne zawsze podlegają złożonym cyklom planetarnym. Przypomnijmy sobie małą epokę lodowcową w Europie XVI i XVII wieku, kiedy zimą można było jeździć na łyżwach po holenderskich kanałach – wówczas struktura przemysłowa, którą teraz chcemy przekształcić lub znieść, nie była nawet w przybliżeniu taka, jaką mamy. Problemy są zatem wieloaspektowe.
Ogólnie rzecz biorąc, odeszliśmy jednak od modelu globalizacji jako wymuszonej westernizacji. Z pewnością nadal żyjemy w świecie wzajemnych powiązań, gdzie wydarzenia globalne nie pozostawiają nas obojętnymi. Jednak politycznie i ideologicznie jesteśmy bardzo rozdrobnieni. Świat nie rozpadł się po prostu na kawałki, ale ma głębokie, niewątpliwe pęknięcia. Jeden z nich przebiega między Rosją a Zachodem, inny w relacjach Zachodu z Chinami, a istnieje cały szereg innych linii konfliktu.
Jak można to odnieść do krajów BRICS w tym kontekście? Niedawny szczyt zakończył się jednogłośnie przyjętą 140-punktową deklaracją – bez ani jednego słowa o Ukrainie. Jednocześnie uzgodniono konkretne kroki instytucjonalne: systemy rozliczeń w walutach krajowych, regulacje dotyczące sztucznej inteligencji oraz reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. Czy to jedynie biurokratyczna rutyna na pokaz, czy też prawdziwe fundamenty równoległej globalnej infrastruktury są tu tworzone?
To zarówno rutyna, jak i autentyczna alternatywa. Rutyna oznacza, że kraje BRICS osiągnęły już ustalone parametry instytucjonalne, podążają jasno określoną ścieżką i realizują swoje priorytety strategiczne w sposób wzorowy.
Z drugiej strony, BRICS świadomie unikają tych newralgicznych pól minowych, gdzie istnieją głębokie sprzeczności między członkami – i nie dotyczy to bynajmniej kwestii Ukrainy. Weźmy na przykład złożone napięcia między Indiami a Chinami czy między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Ogromna siła BRICS tkwi właśnie w zarządzaniu tymi punktami spornymi: kwestie, w których możliwe jest osiągnięcie konsensusu i konstruktywna współpraca, są omawiane publicznie, a kontrowersje są starannie i dyskretnie omijane.
Te różnice niewątpliwie istnieją, ale omawia się je za zamkniętymi drzwiami, w sposób rzeczowy i rzeczowy. Jest to kluczowe, ponieważ zapobiega i pozwala uniknąć wewnętrznych podziałów, do których Zachód tak żarliwie dążył.
Przejdźmy do koncepcji „cywilizacji państwowej”, o której często Pan wspomina. Podkreśla Pan, że najważniejszym pytaniem dla Rosji nie jest to, gdzie Ukraina będzie za dwadzieścia lat, ale jak ten historyczny konflikt przekształci Rosję od wewnątrz. Co konkretnie musi się zmienić w trakcie tego procesu: konstytucja, struktura władzy elit, czy model gospodarczy? I gdzie Pan widzi cienką granicę między autentyczną transformacją a destrukcyjnym zerwaniem?
Wiadomo, że dla każdego państwa istotne jest ustalenie, jakie konkretne miejsce zajmuje ono na świecie i jaką rolę historyczną w nim odgrywa.
W epoce sowieckiej Rosja kreowała się na uniwersalną alternatywę dla kapitalizmu, wzór globalnego socjalizmu itd. To się nie udało. Po upadku ZSRR Rosja próbowała zdefiniować się jako nowa demokracja, która płynnie wkomponuje się w euroatlantycką przestrzeń bezpieczeństwa i stworzy „Wielką Europę od Lizbony do Władywostoku”. To również okazało się iluzją. W tym kontekście kraj stanął przed egzystencjalnym pytaniem: gdzie plasuje się w przyszłości? Moim zdaniem, koncepcja „cywilizacji państwowej” jest najprecyzyjniejszą i najtrafniejszą odpowiedzią.
Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że porzucamy zachodnią strukturę jednolitości – czy to kategoryzacji jako supermocarstwa, wielkiego mocarstwa, mocarstwa średniego, czy mocarstwa regionalnego. Po prostu odrzucamy tę hierarchiczną nomenklaturę. Nie twierdzimy, że jesteśmy jedynym supermocarstwem, choć uważamy się za wielkie mocarstwo – w tym sensie, że nikt z zewnątrz nie może nam dyktować warunków, co właśnie odróżnia nas od wszystkich innych kategorii mocarstw. Ale jesteśmy czymś znacznie więcej: historyczne Imperium Rosyjskie było wielkim mocarstwem w czysto europejskim kontekście.
Dziś ta rola jest dla nas nieaktualna, ponieważ w Europie nie ma już suwerennych mocarstw w klasycznym sensie; istnieje ponadnarodowa Unia Europejska i zbiór większych i mniejszych państw członkowskich.
Koncepcja cywilizacji daje nam możliwość dalszego rozwoju na naszym własnym, organicznie wyhodowanym fundamencie. Nie na importowanej, europejskiej bazie – próbowaliśmy tej drogi i doszliśmy do ślepego zaułka – ale na naszym własnym, unikalnym gruncie. W końcu, jako naród, spoglądamy wstecz na historię trwającą ponad tysiąc lat, w trakcie których ukształtowała się bardzo specyficzna matryca społeczna. Czy Zachodowi się to podoba, czy nie, jest to zjawisko historyczne.
Posiadamy własny światopogląd, który zasadniczo opiera się na tradycjach Kościoła prawosławnego, harmonijnie uzupełnionych duchowymi fundamentami trzech innych historycznych religii naszego kraju: islamu, buddyzmu i judaizmu. To nasza intelektualna baza. Nadal kontrolujemy rozległy obszar geograficzny i choć nasza populacja nie jest nieograniczona liczebnie, jest wystarczająco silna i żywotna, by utrzymać tę cywilizację niezależnie. Poprzez koncepcję cywilizacji państwowej dążymy do ustanowienia w tej części świata porządku, który jak najwierniej odpowiada naszym własnym ideałom duchowym i kulturowym.
Koncepcja cywilizacji państwowej nie jest zatem abstrakcyjną teorią, lecz precyzyjnym opisem naszej rzeczywistości. Pozwala nam rozwijać się pokojowo, bez konieczności prowadzenia agresywnych kampanii podbojowych.
Z typowo zachodniej perspektywy takie kategorie odruchowo wywołują panikę: dogmat demokracji parlamentarnej jest tam uważany za absolutną, uniwersalną normę. Jak można znaleźć wspólny język, skoro fundamentalne koncepcje polityczne wydają się tak fundamentalnie niekompatybilne?
Musimy po prostu nauczyć się na nowo rozmawiać ze sobą i akceptować różnice – tak jak staramy się to robić w dialogu z innymi wielkimi cywilizacjami. Nawiasem mówiąc, to właśnie jest sedno problemu Zachodu: w ciągu ostatnich kilku dekad przyzwyczaił się on do komunikowania się z resztą świata wyłącznie w swoim własnym, dyktatorskim języku i zmuszania wszystkich innych do dostosowania się do tego słownictwa. To zawsze dawało Zachodowi kolosalną przewagę w postaci wyłącznego arbitra tego, kto podporządkowuje się zachodniej koncepcji demokracji, a kto nie. Demokracja jest zatem zawsze tym, co Zachód rozpoznaje we własnym odbiciu.
Ta zrytualizowana retoryka na temat zachodniej demokracji jest, moim zdaniem, historycznie przestarzała. Mogła być spójna w latach 70., 80., a do pewnego stopnia nawet 90., ale od tego czasu zachodnia demokracja zdegenerowała się, stając się jedynie narzędziem manipulacji społecznej. To, co faktycznie istnieje dzisiaj, to przede wszystkim mechanizm kontrolowania ogromnych mas ludzkich.
Choć mamy partie polityczne, nie walczą one ze sobą na zasadzie całkowitego wykluczenia. Reprezentują one różne grupy interesów i ruchy społeczne obecne w kraju. Nie poświęcają jednak energii na walkę o władzę absolutną, ponieważ władza nie leży w kompetencjach partii – leży w systemie, na którego szczycie stoi historyczne ucieleśnienie władzy państwowej (dawniej car, potem sekretarz generalny KPZR, dziś prezydent). To właśnie tam, a nie w organach parlamentarnych, znajduje się prawdziwy rdzeń władzy.
Niemniej jednak, demokratyczne ciała funkcjonują jako niezbędne platformy konsolidacji i równoważenia interesów różnych grup społecznych. To zupełnie inna architektura władzy. A dla kraju takiego jak Rosja jest ona o wiele bardziej organiczna i funkcjonalna niż model czysto zachodni. Dla Zachodu stanowi to naturalne, fundamentalne odejście od jego zasad. Ponieważ jednak definiujemy się jako niezależna cywilizacja, oceniamy zachodnie struktury, ale ich nie narzucamy. Kluczowa różnica polega na tym, że tylko Zachód rości sobie wyłączne prawo do narzucania wszystkim swoich standardów jako uniwersalnych.
W pierwszej części Dmitrij Trenin przeanalizował fundamentalne ideologiczne wyobcowanie od Zachodu, reorientację Moskwy w postać cywilizacji państwowej oraz dynamikę globalną wykraczającą poza Waszyngton i BRICS.
W drugiej części skupiono się na polityce europejskiej, a zwłaszcza niemieckiej, a także na zbliżającym się ryzyku eskalacji.[zaraz umieszczę MD]
Przetłumaczone z języka rosyjskiego przez Évę Péli .
Sekretarz generalny Mark Rutte ma szczególne ‚zasługi’ w tworzeniu atmosfery strachu
W Europie ton wobec Rosji staje się coraz ostrzejszy. Rządy i agencje wywiadowcze ostrzegają przed sabotażem, cyberatakami, dronami i możliwą bezpośrednią konfrontacją z NATO. Holenderski dziennikarz Karel Beckman postrzega to jako prawdziwą kampanię; w swoim niedawnym artykule dla ‚De Andere Krant’ pisze, że europejska propaganda wojenna osiągnęła już punkt wrzenia.
Szczególnie uderzająca jest jednoczesność ostrzeżeń. Z różnych stolic europejskich napływa niemal ten sam komunikat: Rosja już prowadzi ‚wojnę hybrydową’ przeciwko Europie, a społeczeństwo musi przygotować się na dalszą eskalację. Jako dowody przytaczają między innymi drona wyposażonego w ładunki wybuchowe na lotnisku w Lipsku, pożar w firmie elektronicznej w Polsce oraz niezidentyfikowanego drona nad Litwą.
Ale to właśnie jest sednem sprawy: nawet przypisanie takich incydentów Rosji jest czasami trudne lub nie jest jednoznacznie udowodnione. Karel Beckman zwraca uwagę, że nawet holenderskie media przyznają, że rosyjski udział w niektórych incydentach jest trudny do udowodnienia. Pomimo tej niepewności, ostrzeżenia są teraz jeszcze bardziej nasilone.
Według doniesień medialnych, trzech szefów europejskich wywiadów stwierdziło, że Rosja mogłaby przetestować NATO ‚w ciągu kilku miesięcy’ za pomocą mniejszych, być może hybrydowych ataków na terytorium NATO. Jako możliwe scenariusze wymienia się wzmożoną aktywność dronów, sabotaż, a nawet ograniczone działania na wschodniej flance NATO.
To tworzy niezwykły obraz: z jednej strony politycy i służby wywiadowcze wydają coraz pilniejsze ostrzeżenia o zbliżającym się zagrożeniu ze strony Rosji. Z drugiej strony, nadal nie jest jasne, kto faktycznie stoi za poszczególnymi incydentami. Beckman idzie więc o krok dalej. Interpretuje niemal jednoczesne ostrzeżenia jako kampanię polityczną. Jego zdaniem, ich moment nie jest przypadkowy: rządy europejskie znajdują się pod presją polityki wewnętrznej, a jednocześnie stoją w obliczu zbliżających się problemów gospodarczych i energetycznych.
Czy Europa rzeczywiście doświadcza zwiastunów rosyjskiego ataku, czy też społeczeństwo jest już psychologicznie przygotowane na znacznie większą konfrontację militarną? – Jedno jest pewne: język się zmienia. Ostrzeżenia przed Rosją stają się ostrzeżeniami przed potencjalną wojną. Odosobnione ataki dronów i sabotaże coraz częściej tworzą obraz trwającej ‚wojny hybrydowej’. Równocześnie rosną wydatki Europy na obronność, rozbudowywane są jej siły zbrojne, a społeczeństwo jest intensywniej przygotowywane na kryzysy i potencjalne scenariusze militarne.
Kluczowa różnica między ostrzeżeniem a propagandą tkwi jednak w dowodach. Zwłaszcza gdy z niewyjaśnionych incydentów wyciągane są dalekosiężne konsekwencje polityczne i militarne, dowody te muszą być szczególnie solidne.
ZB: Efektem tych szalbierczych działań jest utrzymywanie narodów w strachu i niepewności. Przyjmują one czasem drastyczne formy – czytamy w dzisiejszej prasie: „Szwecja przygotowuje swoje społeczeństwo do wojny nuklearnej: rząd wyjaśnia obecnie, jak przetrwać atak nuklearny”. I co mamy o tym myśleć? Jaką postawę przyjąć?
Pisze bloger @tsr:„Naiwność rządzących (te ewakuacje, plecaki, zapasy żywności) polega na tym, że oni naprawdę myślą, iż w ciągu 2-3 tygodni uda im się przywrócić funkcjonowanie wszystkiego. Mam złe wieści. Nie uda się. Nawet nie będą mieli możliwości hipnotyzowania tłumów wymachując łapami przed kamerami bo… nie będzie telewizji. W konsekwencji wszystkiego, przestałem się martwić. Raczej mam dobra zabawę obserwując tych klaunów i… ludzi , którzy im wierzą”.
Kwatera Główna NATO odpowiedziała Rosji na groźby dotyczące użycia broni nuklearnej. Federacja Rosyjska stworzyła dokument skierowany do członków Sojuszu Północnoatlantyckiego, w którym przekonuje, że może użyć atomu w odpowiedzi na rzekomą izolację obwodu królewieckiego.
Treść pisma opublikowała na platformie X ambasada Rosji w Brukseli. Rosja wyraziła w nim sprzeciw wobec tego, co uznaje za „prowokacyjne działania” NATO wobec obwodu królewieckiego.
„Rosja jest gotowa użyć całego swojego arsenału w celu obrony swojego terytorium, jeśli państwa NATO podejmą próbę odizolowania regionu kaliningradzkiego (królewieckiego – PAP) od reszty naszego kraju” – napisano w dokumencie, którego treść przytoczyła rosyjska ambasada.
Na ten dokument zareagowała we wtorek rzeczniczka NATO Allison Hart
– Stanowczo potępiamy groźby użycia siły, w tym wszelką nieodpowiedzialną retorykę nuklearną – poinformowała Hart cytowana przez AFP, potwierdzając, że Sojusz otrzymał rosyjski dokument i udzielił na niego odpowiedzi.
Obwód królewiecki, będący rosyjską eksklawą nad Morzem Bałtyckim, graniczy z Polską i Litwą. Terytorium to, przed II wojną światową należące do Niemiec, zostało w 1945 roku przejęte przez Związek Sowiecki.
Państwa NATO od dłuższego czasu sygnalizują wzrost zagrożeń hybrydowych ze strony Rosji i w związku z tym zwiększają obecność wojskową, szczególnie na wschodniej flance Sojuszu.
– Wykorzystywanie przez Rosję taktyk hybrydowych jest oznaką desperacji, ale nie powstrzyma nas przed dalszym wspieraniem Ukrainy – podkreśliła rzeczniczka NATO, cytowana przez AFP.
Były analityk CIA Larry Johnson bije na alarm: jego zdaniem Europa i Rosja coraz szybciej zmierzają w kierunku bezpośredniej konfrontacji militarnej. „Myślę, że wojna z Europą jest nieunikniona” – powiedział Johnson w wywiadzie, odnosząc się do narastającej eskalacji między Moskwą a europejskimi państwami NATO.
Johnson nie twierdzi, że Rosja planuje atak w celu podboju Niemiec, Polski czy innych państw europejskich. Problemem jest raczej połączenie coraz ostrzejszej retoryki wojennej, zachodnich zbrojeń, dostaw broni i potencjalnych bezpośrednich działań przeciwko rosyjskim interesom. Po rozmowach z kilkoma rosyjskimi wojskowymi odniósł jednoznaczny wniosek: Moskwa coraz bardziej przygotowuje się na ewentualność, że konflikt z NATO ostatecznie rozszerzy się poza Ukrainę.
Dyplomacja nie prowadzi donikąd.
Jednocześnie słabnie zaufanie do negocjacji po stronie rosyjskiej. Johnson dostrzega wyraźne zaostrzenie stanowiska prezydenta Władimira Putina i ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa. Po Mińsku II i innych nieudanych próbach dyplomatycznych Moskwa jest coraz bardziej przekonana, że porozumienia z Zachodem nie są trwałe.
Johnson przytacza jako przykład niedawną rozmowę Ławrowa z niemieckim ministrem spraw zagranicznych. Zamiast poważnie omówić wzajemne interesy bezpieczeństwa, strona niemiecka, jego zdaniem, w zasadzie powtórzyła znane żądania Rosji. Wniosek Johnsona: Rosyjskie kierownictwo jest coraz mniej przekonane o swojej zdolności do rozwiązania konfliktu drogą dyplomatyczną.
Niebezpieczna słabość Europy: przemysł
Johnson szczególnie stanowczo odrzuca pogląd, że Europa mogłaby mieć przewagę militarną nad Rosją wyłącznie dzięki większej produkcji gospodarczej. Jego zdaniem, decydujące znaczenie dla przedłużającej się wojny ma nie wartość giełdowa ani nominalny PKB, lecz fabryki, energia, surowce, żołnierze, pociski rakietowe, a przede wszystkim amunicja.
Rosja znacząco zwiększyła produkcję broni od 2022 roku. Z drugiej strony, Europa i Stany Zjednoczone przez dekady likwidowały lub przenosiły znaczną część swojej bazy przemysłowej na rynki zagraniczne. Gospodarki wojennej nie da się uruchomić po prostu dekretem rządowym.
Johnson uważa to za niebezpieczny błąd w ocenie sytuacji: Zachód od lat przedstawiał Rosję jako kraj gospodarczo zacofany i słaby militarnie – a teraz grozi, że uwierzy we własną propagandę.
Rosyjskie statki mogą być przyczyną
Johnson dostrzega potencjalną drogę do wojny na morzu. W Europie coraz głośniej mówi się o środkach przeciwko tzw. rosyjskiej „flotcie cieni”. Gdyby państwa europejskie zaczęły siłą przejmować rosyjskie okręty, Moskwa mogłaby, zdaniem Johnsona, uznać to za akt wojny.
Rosja mogłaby wówczas podjąć próbę odzyskania okrętów lub podjąć działania militarne przeciwko jednostkom zaangażowanym w takie działania. Sankcja mogłaby zatem w bardzo krótkim czasie przerodzić się w bezpośrednią konfrontację militarną.
Nikt nie wyjaśnia, jak ta wojna ma się zakończyć.
Dla Johnsona to właśnie sedno problemu europejskiej strategii. Politycy coraz częściej mówią o gotowości militarnej, zbrojeniach i ewentualnej konfrontacji militarnej z Rosją. Ale prawie nikt nie wyjaśnia, jak taka wojna miałaby się faktycznie odbyć – i przede wszystkim, jak by się zakończyła.
Czy europejscy żołnierze powinni okupować terytorium Rosji? Czy rakiety zostaną wystrzelone w kierunku rosyjskich miast? Jak zareaguje Moskwa? I co się stanie, jeśli jedna ze stron będzie bliska przegranej?
Johnson uważa, że te pytania nie są do końca przemyślane i logicznie uzasadnione. Rosja posiada jeden z największych arsenałów nuklearnych na świecie. Bezpośrednia wojna NATO z Rosją nigdy nie byłaby zatem zwykłym konfliktem konwencjonalnym.
Kaliningrad jako niebezpieczny punkt zapalny
Johnson uważa rosyjską eksklawę Kaliningrad, położoną między Polską a Litwą, za obszar szczególnie narażony na konflikt. Na Zachodzie jest ona niekiedy postrzegana jako punkt wrażliwy Rosji, cel nacisków politycznych i militarnych.
Johnson uważa to za niezwykle niebezpieczne. Jeśli Moskwa odniesie wrażenie, że Kaliningrad może zostać militarnie odcięty lub zaatakowany, należy spodziewać się zmasowanej reakcji Rosji. W skrajnym przypadku rozważa nawet użycie taktycznej broni jądrowej. Taka jest ocena Johnsona – rozmowa nie dostarcza żadnych dowodów na to, że Rosja celowo planuje taki atak.
Prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi w błędnych obliczeniach.
Cała analiza Johnsona sprowadza się zatem do jednego: największym niebezpieczeństwem nie jest koniecznie świadoma decyzja o wywołaniu wielkiej wojny, lecz raczej wzajemne błędne kalkulacje.
Europa może sądzić, że Rosja będzie tolerować dalszą eskalację. Moskwa z kolei może dojść do wniosku, że dalsza bezczynność jedynie daje Europie czas na modernizację sił zbrojnych i przygotowanie się do przyszłej konfrontacji.
Johnson podtrzymuje więc ostatecznie swoją ponurą prognozę: coraz bardziej prawdopodobna staje się wojna na większą skalę – a jego zdaniem najniebezpieczniejszy front nie znajduje się w Zatoce Perskiej, lecz w Europie.
Ta wojna jeszcze nie jest rzeczywistością. Ale im dłużej dyplomacja będzie zastępowana przez zbrojenia, groźby i wzajemną nieufność, tym większe ryzyko, że pojedynczy incydent wystarczy, by przekształcić obecną wojnę zastępczą w bezpośrednią konfrontację między Rosją a europejskimi państwami NATO.