Nie dla lockdownu! nie dla szczepionek z aborcji ! – zadzwoń do Premiera Mateusza Morawieckiego.

– zadzwoń do Premiera Mateusza Morawieckiego.

Rząd rozkręca kolejną falę Paniki wokół pandemii – zadzwoń do Premiera Mateusza Morawieckiego, powiedz Mu, co o tym myślisz i czego żądasz

zadzwoń teraz
22 250 01 15 WEWN. 0

zadzwoń teraz
22 694 60 00 WEWN. 1

Przestańcie straszyć Polaków!


Gdy Polacy cieszą się wakacjami, a większość krajów zniosło wszelkie obostrzenia, przymus testowania i kwarantanny przyjazdowe, Minister Zdrowia w środku lata rozpoczął kampanię procovidową. Adam Niedzielski planuje kolejną falę zakażeń i namawia do przyjęcia czwartej dawki szczepionki.

Polacy wciąż są naciskani i przymuszani, by szczepili się preparatami, które korzystają z owoców zbrodni aborcji. Wszystkie szczepionki na Covid-19 były opracowywane, testowane i/lub produkowane przy użyciu linii komórkowych z tkanek pobranych z zabijanych dzieci.

Ostatnie 2 lata pokazały, że Polacy nie mogą być pewni niczego, dlatego widmo nałożenia ponownych obostrzeń i ograniczeń na społeczeństwo jest wciąż realne. Społeczeństwo ma dość siania propagandy strachu.

Pokłosiem polityki lockdownowej jest największy od lat kryzys gospodarczy, upadek przedsiębiorstw i nadchodząca recesja. Przedsiębiorcy mają dość niszczenia ich firm i obciążania polskiej gospodarki kolejnymi kosztami związanymi z kampaniami szczepionkowymi.

zadzwoń do premiera i Powiedz mu, że żądasz:

1. Niewprowadzania żadnych ograniczeń życia społecznego ani lockdownu.

2. Niewznawiania akcji przymusowego testowania i szczepień preparatami z abortowanych dzieci (szczepionki na Covid-19 firm Pfizer i Moderna są oparte na technologii mRNA, która była opracowywana i testowana na liniach komórkowych z aborcji, preparaty firm Astra Zeneca i Johnson&Johnson – są na tych liniach produkowane bezpośrednio).

3. Niewydawania publicznych pieniędzy na preparaty skażone zbrodnią na dzieciach.

4. Wycofania przymusu szczepień dla jakichkolwiek grup zawodowych.

5. Zdymisjonowania Ministra Zdrowia Adama Niedzielskiego, który stał się propagatorem szczepionek korzystających ze zbrodni aborcji.

Zadzwoń teraz
22 250 01 15 wewn. 0

Zadzwoń teraz
22 694 60 00 wewn. 1

(telefony czynne w dni robocze przez całą dobę)

Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu wyrównał do uczelni Bangladeszu!

Józef Wieczorek

Szerokim echem w przestrzeni publicznej odbiła się ostatnio polityka równościowa i antydyskryminacyjna na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, będąca dziełem rektorki prof. Bogumiły Kaniewskiej, wspieranej przez senat tej uczelni.

 W wyniku tej polityki kilku profesorów UAM już zostało poddanych dyskryminacji na drodze do wyrównania poziomu i osiągnięcia należytego stosunku do orientacji seksualnej. W tegorocznym rankingu „Perspektyw” polskich uczelni UAM został wysoko uplasowany (na 4. miejscu) i rektorka UAM z dumą oświadczyła: „Jesteśmy uniwersytetem europejskim i badawczym. Naszą mocną stroną zawsze była znakomita kadra naukowa. (…) Ten wynik z jednej strony nas cieszy, z drugiej daje impuls do dalszych starań”. Podkreśla się, że wysokie miejsca w rankingu „Perspektyw” dodają prestiżu uczelniom i więcej jest chętnych, aby na nich studiować.

Wieloletnie działania na rzecz równości w domenie akademickiej znajdują też odzwierciedlenie w rankingach światowych i w tegorocznym QS World University Rankings 2023. Wynik wywołał euforię rektorów ze względu na wysokie – jak zaznaczano w mediach – miejsca polskich uczelni. Europejski uniwersytet poznański wyrównał do poziomu uniwersytetów azjatyckiego Bangladeszu (miejsca: 801–1000 – Adam Mickiewicz University, Bangladesh University of Engineering and Technology, University of Dhaka, Bangladesh).

No cóż, niewiele polskich uczelni taki poziom osiąga (mniej niż 10 proc.), więc takie miejsca cieszą rektorów i w konsekwencji nie widać impulsu do starań, aby dorównać najlepszym uczelniom. Ciekawe, ilu potencjalnych polskich studentów sprawdza zasadność entuzjazmu rektorów i rzetelność informacji medialnych przed podjęciem decyzji wyboru uczelni. Wielu nawet na to nie wpadnie. Mimo korzystania z internetu, większości zapewne to nie interesuje, bo przecież chodzi im tylko o dyplom. A jak się rzeczywistego stanu rzeczy nie ujawnia, to i pochwalić się można, na jakiej to podobno znakomitej (według polskich kryteriów) uczelni się studiowało.

„PiS się wyżywi, a ty?” Czy „PiS zdąży uciec?”. A to Polska nad przepaścią…

Andrzej Szlęzak https://www.prokapitalizm.pl/czy-pis-zdazy-uciec-polska-nad-przepascia/

Wydawałoby się, że jeśli państwo tak, jak Polska w przypadku zaangażowania w wojnę na Ukrainie, ponosi porażki zarówno w skali geopolitycznej, jak i w wymiarze wewnętrznym, to naturalnym jest skorygowanie takiej fatalnej polityki. Niestety nic z tych rzeczy! Rząd PiS-u przy milczącym wsparciu PO, PSL i Lewicy brnie dalej

======================

Pochłania mnie walka z patologiami życia publicznego w skali lokalnej. Trochę to przypomina bicie głową w mur z napisem „PiS – kradniemy i co nam zrobicie?” Na moje szczęście albo nieszczęście zdaje się, że łeb mam twardy, więc to bicie nie uszkadza mózgu. Co więcej, obok stoi ściana ze świeżo namalowanym hasłem „PiS się wyżywi, a ty?”, a na następnej zaczynają malować kolejne hasło. Ono jeszcze nie skończone, ale sądzę, że ostatecznie będzie brzmiało „PiS zdąży uciec, a ty?”.

Zrobiłem sobie krótką przerwę w walenie w mur pisowskiego złodziejstwa w województwie podkarpackim i dla odmiany przywalę kilka razy w mur z jeszcze niedokończonym napisem o tym, że PiS zdąży uciec. Co prawda nie jestem pewien przed kim PiS zdąży uciec. Czy będzie to gniew Polaków sponiewieranych problemami życia codziennego, czy może perspektywa zawalenia się obecnej formy polskiej państwowości pod wpływem sytuacji międzynarodowej. Na to z kolei wpływ będzie miał nie tylko PiS, ale inne ugrupowania polityczne mniej lub bardziej wspierające politykę PiS-u względem wojny na Ukrainie.
Spieszę wyjaśnić, co mam na myśli.

Otóż w mojej ocenie agresja Rosji na Ukrainę nie spowodowała międzynarodowej izolacji Rosji na co bardzo liczyły największe ugrupowania polityczne w Polsce. Również nazywanie Włodzimierza Putina zbrodniarzem nie spowodowało jego izolacji. Nie wiem czy wojna na Ukrainie tylko przyspieszyła czy też wygenerowała globalny podział sił. Po jednej stronie są USA i inne państwa anglosaskie oraz Europa i to ta bardziej środkowa niż zachodnia, czyli ta bardziej uzależniona od Anglosasów oraz Japonia. Po drugiej stronie znajdują się Rosja, duża część Azji z Chinami, Iranem i być może Indiami. Generalnie są to państwa o potencjale globalnym, których przywódcom nie w głowie izolowanie Rosji i nazywanie Putina zbrodniarzem.

Ten podział jest porażką polityki USA [i również Polski]. Wynika z tego, że nie udało się złamać Rosji gospodarczo i widoków na to póki co nie ma. Co więcej, Polska, której różnym elitom politycznym szczególnie zależało i zależy na gospodarczym zniszczeniu Rosji, sama pogrąża się w kryzysie gospodarczym, którego skala za kilka miesięcy może okazać się większa niż to z czym boryka się Rosja. Na przykład nie sądzę, żeby Rosjanie zimą mieli takie problemy z ogrzaniem domów, jakie zapowiadają się w Polsce.

Druga porażka polityki rządu PiS-u, to zachowanie najsilniejszych państw w Unii Europejskiej. Niemcy, Francja i Włochy są przeciwne nakładaniu kolejnych sankcji na Rosję i po cichu robią wiele, żeby rozwodnić te już nałożone. W miarę pogłębiania się problemów z pozyskaniem surowców energetycznych stanowisko tych państw wobec Rosji będzie coraz łagodniejsze. Można to podsumować trawestując hasło sprzed wybuchu drugiej wojny światowej o umieraniu za Gdańsk, że w Niemczech nikt nie będzie marznął za Kijów. Polska ze swą nienawiścią do Rosji staje się coraz bardziej osamotniona wśród dużych państw Unii Europejskiej.

I trzecia porażka Polski, to potwierdzenie się polityki USA wobec wojny na Ukrainie, czyli Amerykanom chodzi o jak najdłuższe wykrwawianie Rosji, a nie o w miarę szybkie zwycięstwo Ukrainy nawet przyjmując, że jest to pojęcie wieloznaczne. Na dobrą sprawę jest to już wojna coraz bardziej anglosasko – rosyjska niż ukraińsko – rosyjska. Przecież bez anglosaskich dostaw uzbrojenia i innych materiałów niezbędnych do prowadzenia wojny, Ukraina już poniosłaby klęskę. Zatem trzeba podkreślić, że takie prowadzenie wojny narzucone przez Amerykanów wykrwawia Ukrainę i Rosję, ale także Polskę.

Polskę na własne życzenie, żeby nie powiedzieć, że z głupoty.

Wydawałoby się, że jeśli państwo tak, jak Polska w przypadku zaangażowania w wojnę na Ukrainie, ponosi porażki zarówno w skali geopolitycznej, jak i w wymiarze wewnętrznym, to naturalnym jest skorygowanie takiej fatalnej polityki. Niestety nic z tych rzeczy! Rząd PiS-u przy milczącym wsparciu PO, PSL i Lewicy brnie dalej. Paradoksem przy tym jest, że wymienione wyżej partie opozycyjne ostro krytykują PiS za politykę gospodarczą, jakby nie wiedząc, że jest ona w dużej mierze efektem zaangażowania w wojnę na Ukrainie.

Najważniejszą konkluzją z powyższych faktów jest to, że polityka największych ugrupowań politycznych w Polsce jest zafiksowana na niszczenie Rosji. Politycy tych ugrupowań albo nie rozumieją, albo nie dopuszczają do siebie myśli, że prędzej doprowadzą w ten sposób do zniszczenia obecnej formy polskiej państwowości niż w poważny sposób zaszkodzą Rosji. Im się wydaje, że Polska jest jak skorpion, którego jad co najmniej poważnie osłabi ukąszoną ofiarę. Tymczasem prawda jest taka, że Polska ze swoim obecnym potencjałem jest jak komar, którego ukąszenie tylko rozdrażnia ofiarę i przeważnie kończy się to zmiażdżeniem komara nawet jeśli do czasu trzepnięcia napije się krwi ofiary.

Z kolei problem takich, jak ja, czyli będących w Polsce w mniejszości, polega na tym, że nie mamy sił i środków, żeby choć znaczącej części Polaków wytłumaczyć, iż polityka pisowskiego rządu i wspierającej go de facto części opozycji, prędzej doprowadzi do upadku Polski niż do wyniszczenia Rosji. Co prawda nie spodziewam się rosyjskich żołnierzy siedzących na schodach pomnika katastrofy smoleńskiej na Placu Piłsudskiego w Warszawie, ale Rosja, żeby dopaść Polskę, może mieć inne sposoby niż bezpośrednia agresja. Z tego względu uważam za sensowne bicie głową w mur na którym już niedługo może pojawić się napis „PiS zdąży uciec, a ty?”

Bełkot pełen sprzeczności w TVP: „Deficyt cukru wynika z zachowań konsumentów”.[Emeryci złośliwie wykupują?]

km, mnie 26.07.2022 https://www.tvp.info/61489623/dlaczego-brakuje-cukru-ekonomista-wyjasnia

Deficyt cukru w znacznym stopniu wynika z zachowań konsumentów – powiedział ekonomista banku Credit Agricole Jakub Olipra. Dodał, że efektem wzmożonego popytu i większych kosztów produkcji będą kolejne podwyżki.

Według eksperta „żaden system logistyczny nie jest w stanie obsłużyć konsumentów, którzy wykupują cukier w ilościach hurtowych”. Wyjaśnia on, że sklepy analizują strukturę i ilości zakupów, dostosowując do nich zapasy.
– Jednak utrzymanie dużych zapasów jest dla nich kosztem, a często nie jest to możliwe ze względów braku odpowiedniej powierzchni – zaznaczył.
Olipra uważa, że to, co dzieje się w marketach, zwłaszcza sieciowych, obsługujących znacznie więcej klientów niż np. małe lokalne sklepy, przypomina to, co działo się na stacjach benzynowych na początku wojny w Ukrainie.
– Owszem, przejściowo wystąpiły braki paliwa na niektórych stacjach, ale to nie znaczyło, że paliwo się skończyło. Po kilku dniach sytuacja unormowała się. I tak będzie również w przypadku cukru – powiedział.

[Deficyt Coca Coli w Wenezueli. Dotkliwe braki cukru na rynku wewnętrznym zmusiły miejscową filię koncernu do wstrzymania produkcji tego słodzonego…]

Cukru nie zabraknie, ale nadal będzie drożał

Zaznaczył, że Polska jest trzecim największym producentem cukru w Europie i w magazynach jest go więcej niż Polacy potrzebują.
– Naprawdę, nie bałbym się o dostępność cukru na rynku krajowym – wskazał.
Dodał, że efektem obserwowanego obecnie wzmożono popytu będzie wzrost cen, „bo w warunkach, gdy konsumenci za wszelką cenę chcą kupić cukier, sklepy mają dowolną rękę, by ją podnosić” – powiedział.
Przypomniał, że ceny cukru wzrosły w ciągu roku o 40 proc. m.in. ze względu na drożejące nawozy, środki ochrony roślin, paliwa czy koszty pracy. Dodał, że wzrost cen ropy naftowej przyczynił się do zwiększenia popytu na biopaliwa, które wytwarza się m.in. z buraków cukrowych.
Jego zdaniem cukier będzie nadal drożał, ze względu na czynniki inflacyjne, które mają bardzo szeroki zakres. Zauważył, że choć ceny cukru rosną na całym świecie, w Polsce dodatkowym czynnikiem są właśnie zachowania konsumenckie.

Kryzys na polskim rynku cukru zaczął się od likwidacji trzech ogromnych cukrowni: Łapy, Brześć Kujawski, Lublin. Bo UE nakazało…

Adam Białous https://pch24.pl/kryzys-na-polskim-rynku-cukru-zaczal-sie-od-likwidacji-trzech-ogromnych-cukrowni/

Obecny deficyt cukru w Polsce i związana z tym jego horrendalnie wysoka cena produktu jest w dużej mierze wynikiem likwidacji trzech bardzo dużych polskich cukrowni (Łapy, Brześć Kujawski, Lublin) do czego doszło w roku 2008. Stało się to wskutek decyzji ówczesnego rządu (koalicji PO-PSL), którą pozwolono Krajowej Spółce Cukrowej zlikwidować te trzy ogromne cukrownie. W całej Polsce produkcja cukru zmniejszyła się wtedy o ponad 360 tysięcy ton. Ten błąd coraz mocniej odbija się niezdrową „czkawką” na polskim rynku spożywczym.

Jak wielkie straty polskiemu rynkowi cukru, i nie tylko jemu, przyniosły decyzje ówczesnego rządu najlepiej widać na przykładzie likwidacji Cukrowni Łapy (woj. podlaskie), która w ostatnim roku swojej działalności miała drugi wynik w kraju, czyli była zakładem czołowym. Polski rynek wskutek  likwidacji tej cukrowni stracił około 60 tysięcy ton cukru rocznie, a krajowy areał uprawy buraka cukrowego zmniejszył się aż o 20 procent. Już wówczas Polska z dużego eksportera cukru stała się jego importerem.

W grudniu 2007 roku, pomimo protestów pracowników Cukrowni Łapy, plantatorów, podlaskich samorządowców i parlamentarzystów, Krajowa Spółka Cukrowa, powołując się na wydany przez UE nakaz ograniczenia produkcji cukru, przyjęła plan restrukturyzacji i m.in. zdecydowała się zlikwidować łapski rejon plantacyjny. Decyzja ta oznaczała w praktyce zaprzestanie produkcji cukru w Łapach oraz agonię tego nowoczesnego zakładu. Produkcja w łapskich zakładach stanęła ostatecznie w roku 2008. Maszyny wywieziono, zostały puste hale.   Ówczesny rząd obiecywał, zgodnie z obecną i dziś zieloną ideologią, że zamiast produkcji cukru w cukrowni będzie się wytwarzać na dużą skalę biopaliwa i ekologiczną energię, więc nikt nie straci. Teraz wiadomo już, że było to zwykłe mydlenie oczu. Nic takiego w Łapach nie powstało.

Likwidacja Cukrowni Łapy do dziś jest oceniania przez mieszkańców województwa podlaskiego, jako decyzja szkodliwa i niezrozumiała. Szczególnie mocnej krytyce podlega w związku z obecnie panującym deficytem cukru na polskim rynku. Upadek Cukrowni Łapy przyniósł cały szereg szkód (podobnie było w przypadku likwidacji cukrowni w Brześciu Kujawskim i Lublinie). Bardzo dotkliwe są szkody społeczne. Dla niewielkiego miasta, jakim są Łapy, zwolnienia pracowników cukrowni, to do tej pory dramat. Po likwidacji jednego z największych zakładów, w Łapach drastycznie zwiększył się poziom bezrobocia. Pracę w cukrowni straciło ponad 250 jej pracowników etatowych  i 300 sezonowych. Wiele rodzin wpędziło to w biedę. Zubożeniu uległo również wiele rodzin rolniczych, bowiem  dochody z upraw buraka utraciło około 2 tysięcy plantatorów.

Do tego zamknięcie cukrowni pociągnęło za sobą duże straty finansowe osób trudniących się transportem buraków. Kiedy Krajowa Spółka Cukrowa zdecydowała się zlikwidować rejon plantacyjny w północno-wschodniej Polsce, co doprowadziło do zaprzestania produkcji cukru w łapskim zakładzie, zupełnie nie wzięła pod uwagę, że ta decyzja uderzy również w rolników. Podlascy hodowcy krów zostali pozbawieni doskonałej paszy, jaką są wysłodki. Likwidacja łapskiej cukrowni pociągnęła za sobą również wyrzucenie w błoto ogromnych publicznych pieniędzy. W ostatnich latach działalności, w ten zakład zainwestowano około 30 mln złotych. Ta inwestycja sprawiła, iż cukrownia w Łapach była jedną z najbardziej wydajnych i nowoczesnych w Polsce.

Likwidacja polskich cukrowi, podobnie jak likwidacja polskich kopalni, odbija się dziś nieprzyjemną czkawką. Podobnie też nie da się uruchomić produkcji z dnia na dzień. Reaktywacja cukrowni trwałaby kilka lat. Do tego koszty wznowienia produkcji byłby ogromne. Do ponownego uruchomienia cukrowni Łapy przymierzano się już dwukrotnie. Pierwszy raz w roku 2011, kiedy to miał miejsce pierwszy poważny kryzys na rynku cukru. Później w roku 2016. Ówczesny podlaski poseł PSL Mieczysław Baszko, wnioskował o wznowieni produkcji cukru w Łapach do rządu PiS. Koszty rozpoczęcia wznowienia procesu przywracania produkcji w cukrowni Łapy oszacował w roku 2016 na 100 mln złotych. Zaś całkowity proces, który miałby przywrócić cukrowni jej dawne moce produkcyjne miał jego zdaniem kosztować budżet państwa około 500 mln. 

Ostatecznie rząd nie znalazł takiej sumy na reaktywację cukrowni Łapy. W roku 2018 Krajowa Spółka Cukrowa postanowiła zlikwidować ostatnie ślady po cukrowni i postawić tam zupełnie inny obiekt. Budowle cukrowni zostały zrównane z ziemią, a w listopadzie roku 2021 oddano już do użytku nowy terminal spedycyjny, którego silosy stanęły w miejscu hali produkcyjnej dawnej cukrowni Łapy. Jego budowa kosztowała 9 mln złotych. Można tam przechowywać około 50 tysięcy ton cukru. Wszystko ładnie, tylko jest „mały” problem – skąd wziąć ten cukier? 

Krajowa Grupa Spożywcza (w której weszła m.in. Krajowa Spółka Cukrowa) posiada dziś zaledwie 40 procent udziału w polskim rynku cukru. 60 procent cukru w Polsce produkują cukrownie sprzedane (jako nie rentowne) „za grosze” dla Niemców, podczas tzw. przemian demokratycznych. Obecnie nasi zachodni sąsiedzi też mają problemy z cukrem, więc ich cukrownie w Polsce wysyłają swoją produkcję do Niemiec.

Jakże dziś byłby potrzebne te trzy wspaniałe polskie cukrownie, które w roku 2008 zlikwidowano (Łapy, Brześć Kujawski, Lublin). Czy zawsze Polak musi być mądry po szkodzie?

„Programowanie predykcyjne” czyli jak zmiękczyć odbiór rzeczywistości.

Kategoria: Archiwum, Biologia, medycyna, Co piszą inni, Filmy, Kontrowersyjne, Polecane, Polityka, Polska, Pudło, Świat, Ważne

Autor: AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/07/25/programowanie-predykcyjne-czyli-jak-zmiekczyc-odbior/

Programowanie predykcyjne to subtelna forma psychologicznego uwarunkowania zapewniana przez media w celu zapoznania opinii publicznej z planowanymi zmianami społecznymi, które mają zostać wdrożone przez naszych przywódców. Jeśli i kiedy te zmiany zostaną wprowadzone, opinia publiczna będzie już z nimi zaznajomiona i zaakceptuje je jako naturalny łańcuch zdarzeń, zmniejszając w ten sposób możliwy opór i zamieszanie społeczne.

−∗−

Tłumaczenie artykułu z serwisu The Last American Vagabond na temat tzw. programowania predykcyjnego. Miałoby ono służyć osłabieniu reakcji społecznych na wprowadzane przez rządzących zmiany. //AlterCabrio

_______________***_______________

Programowanie predykcyjne, Objawienie Metody i COVID-23

Kiedy ważne wydarzenia dotkną miliony, a nawet miliardy ludzi, nieuchronnie pojawi się wiele opinii wyjaśniających kryzys. Od wyjaśnień politycznych po świadectwa religijne, myśliciele ze wszystkich środowisk starają się zanalizować te wydarzenia, które zmieniają życie mas.

Jeśli chodzi o to, co nazywam „społecznością badaczy spiskowych”, jedną z teorii często proponowaną jako wyjaśnienie chaosu naszego świata jest programowanie predykcyjne. Szukając konkretnych definicji tej teorii, można znaleźć uwłaczające analizy, prawdziwych wyznawców i tych ciekawskich.

Według badacza z Ohio University:

„Programowanie predykcyjne to teoria, według której rząd lub inne osoby na wyższym szczeblu wykorzystują fikcyjne filmy lub książki jako narzędzie masowej kontroli umysłu, aby społeczeństwo bardziej akceptowało planowane przyszłe wydarzenia. Zostało to opisane przez badacza Alana Watta, który tak definiuje to zjawisko «Programowanie predykcyjne to subtelna forma psychologicznego uwarunkowania zapewniana przez media w celu zapoznania opinii publicznej z planowanymi zmianami społecznymi, które mają zostać wdrożone przez naszych przywódców. Jeśli i kiedy te zmiany zostaną wprowadzone, opinia publiczna będzie już z nimi zaznajomiona i zaakceptuje je jako naturalny łańcuch zdarzeń, zmniejszając w ten sposób możliwy opór i zamieszanie społeczne»”.

Zasadniczo chodzi o to, aby operacje prowadzone przez ukrytą elitę były z wyprzedzeniem pokazywane opinii publicznej za pośrednictwem popularnych mediów, takich jak książki i filmy. Te wskazówki i odniesienia mają na celu „zmiękczenie” opinii publicznej wobec prezentowanych idei. Wprowadzając koncepcje, które wydają się nieprawdopodobne, a następnie stale je przypominając, z czasem zdają się one być bardziej prawdopodobne lub przynajmniej akceptowalne.

Uważa się, że „programowanie predykcyjne” w mediach może przemawiać do podświadomości w sposób, który powoduje, że społeczeństwo biernie akceptuje wydarzenia, które rozwijają się w prawdziwym życiu, zamiast stawiać opór lub sprzeciw.

Pisarz z Ohio University stwierdza: „Odkryłem, że większość ludzi wierzy, że rząd stwarza problem, więc populacja będzie szukać rozwiązania w rządzie. Jednak ponieważ rząd zaplanował kryzys, rząd zaproponuje rozwiązanie, które zostało zaplanowane na długo przed wystąpieniem kryzysu”. To, co opisują, jest często znane jako „problem-reakcja-rozwiązanie”.

Program telewizyjny The Simpsons jest często źródłem takich predykcyjnych twierdzeń programowych. Różne odcinki pokazują Donalda Trumpa kandydującego na prezydenta i odniesienia do 11 września 2001 roku. Na przykład odcinek The Simpsons z 1997 zatytułowany „Miasto Nowy Jork kontra Homer Simpson” przedstawia rodzinę Simpsonów odwiedzającą Manhattan, gdzie World Trade Center ma duży wpływ na fabułę. W jednej z często reklamowanych scen Lisa trzyma broszurę z ceną biletu autobusowego za 9 dolarów z World Trade Center pokazanym w tle. Razem 9 dolarów i bliźniacze wieże tworzą 9/11, co jest odniesieniem do ataków z 11 września.

W 2010 roku Bill Oakley, ówczesny producent wykonawczy serialu, powiedział The New York Observer: „9 dolarów zostało wybrane jako komicznie tania taryfa. I przyznam, że jest to niesamowite, biorąc pod uwagę, że to jedyny odcinek serialu, który składał się w całości z żartów o World Trade Center”.

Inny przykład tego rzekomego programowania predykcyjnego pochodzi z pilotażowego odcinka „The Lone Gunmen”, krótkiego spinoffu [wersja telewizyjna, np. filmu -tłum.] popularnego „The X-Files”. Pilot do The Lone Gunmen – który został wyemitowany sześć miesięcy przed atakami z 11 września – zawiera spisek, w którym porwany samolot jest wycelowany w World Trade Center. Atak terrorystyczny zostaje w końcu zażegnany, a wieże nie zostają trafione.

Oto próbka dialogu z jednej ze scen odcinka pilotażowego The Lone Gunmen:

„Twierdzisz, że nasz rząd planuje popełnić akt terrorystyczny przeciwko krajowym liniom lotniczym –” „Proszę bardzo, jak zwykle oskarżasz cały rząd. Frakcja, mała frakcja. “

„Co na tym mogą zyskać?”

„Zimna wojna się skończyła, John, ale bez wyraźnego wroga, przeciwko któremu można by gromadzić zapasy, rynek broni jest słaby. Ale posadź w pełni załadowany 727 na środku Nowego Jorku, a znajdziesz tuzin kiepskich dyktatorów na całym świecie, którzy od razu zaczną wrzeszczeć, że to oni są odpowiedzialni i błagać o sprytne zbombardowanie .https://youtu.be/9rsMG2hHsLo

Bezkrytyczną odpowiedzią na twierdzenia o programowaniu predykcyjnym jest odrzucenie ich jako działanie paranoiczne, noszenie aluminiowej czapki, „teorie spiskowe”. W celu wyjaśnienia programowania predykcyjnego zaproponowano wiele koncepcji.

Niektórzy badacze odrzucają te twierdzenia jako zwykłe zbiegi okoliczności. Simpsonowie są na antenie od ponad 30 lat, a niektóre z tysięcy odcinków z pewnością, jak twierdzą, w pewnym momencie będą odzwierciedlać rzeczywistość. Inni mówią, że istnieją upiorne przykłady sztuki „przewidującej” rzeczywistość, ale wierzą, że teoretycy cierpią na pareidolię, zjawisko widzenia wzorów w przypadkowych bodźcach. Ci, którzy szukają wzorców, z tego właśnie powodu częściej je zobaczą, a także z powodu efektu potwierdzenia.

Objawienie metody

Inną teorią proponowaną przez zwolenników programowania predykcyjnego jest idea, że ​​te tak zwane elity muszą pokazywać społeczeństwu swoje plany z tego czy innego powodu. Teoria ta stała się znana jako „Objawienie metody” [Revelation of the Method]. Pierwszą osobą, która, jak się wydaje, spopularyzowała użycie tego terminu, był badacz James Shelby Downard.

Przyczyna do infamii Downarda pojawiła się w wyniku napisania przez niego kontrowersyjnego eseju King-Kill 33, w którym oskarża on sieć masonów o udział w zabójstwie prezydenta Johna F. Kennedy’ego. W kolejnych pracach Downard dalej badał swoje idee dotyczące objawienia metody. W Sorcery, Sex, Assassination, and the Science of Symbolism pisze: „czyny dotyczące zabójstwa tkwią w zawieszeniu i zostaną ujawnione w przyszłości w tak zwanym «Objawieniu metody»”.

I kontynuuje, „ta metoda i proces masońskich machinacji znajduje podsumowanie w regule «ujawniać wszystko, co jest ukryte»” [Making Manifest of All That is Hidden].

Michael A. Hoffman II był uczniem i przyjacielem Downarda i kontynuował pisanie o tej koncepcji. Pisząc w książce Apocalypse Culture, Hoffman mówi: „Dochodzimy do obecnego stanu rzeczy w «Must Be» [musi się stać], termin alchemiczny, który pan Downard tłumaczy jako «Objawienie metody». Nawiązuje to do procesu, w którym mordercze czyny i jeżące włosy na głowie spiski obejmujące wojny, rewolucje, dekapitacje i wszelkiego rodzaju horrory są najpierw zakopywane pod płaszczem tajemnicy i uciszane palcem Harpokratesa, a następnie, gdy w końcu zostaną zrealizowane i zabezpieczone, powoli ujawniane niczego niepodejrzewającej ludności, która w zamrożonej apatii przygląda się odsłanianiu ukrytej historii”.

W wywiadzie dla programu radiowego Guns and Butter, Hoffman stwierdził:

„Objawienie metody faktycznie pochodzi od mojego mentora, Jamesa Shelby’ego Downarda. Poznałem go w Sankt Petersburgu na Florydzie w połowie lat 70, był bardzo niezwykłym człowiekiem. Kroczył na krawędzi między geniuszem a ekscentrycznością, ale miał umysł, którym był w stanie zobaczyć i wykryć wzorce. A miał także zmysł historyka w zakresie badań, które przeprowadził, i to on skierował mnie na tę ścieżkę Objawienia Metody. Nazwał to także «Musi się stać» [“Must Be”] lub «Ujawnianiem wszystkiego, co ukryte»” [“The Making Manifest of All that is Hidden”].

Niektórzy badacze tak zwanego „Objawienia Metody” również uważają, że istnieje duchowy lub religijny element tej praktyki. Wierzą, że dzieląc się wskazówkami lub informując o swoich planach, elity w jakiś sposób uwalniają się od złego postępowania w oczach swojego Stwórcy.

COVID-19

I tak zatoczyliśmy koło i dotarliśmy do COVID-19 i koncepcji o programowaniu predykcyjnym w różnych mediach, które zapowiadały twierdzenia o ogólnoświatowej pandemii i późniejszych autorytarnych środkach.

Na przykład powieść z 1981 roku „The Eyes of Darkness” Deana Koontza mówi o śmiertelnym wirusie używanym jako broń biologiczna o nazwie Wuhan-400. Jest też film ‘Contagion’ [Zaraza] z 2011 roku, opowiadający o śmiertelnej pandemii z udziałem wirusa pochodzącego od nietoperza i o dystansie społecznym.

W wywiadzie dla The Washington Post scenarzysta Scott Z. Burns powiedział: „To smutne i frustrujące… Jest dla mnie również surrealistyczne, że ludzie z całego świata piszą do mnie, pytając, skąd wiedziałem, że będzie to dotyczyć nietoperza albo skąd znałem termin «dystans społeczny». Nie miałem kryształowej kuli — miałem dostęp do ogromnej wiedzy. Tak więc, jeśli ludzie uznają, że film jest dokładny, powinno to dać im zaufanie do ekspertów w dziedzinie zdrowia publicznego, którzy teraz próbują nas poprowadzić”.

Być może najbardziej uderzającym przykładem potencjalnego programowania predykcyjnego lub, jeśli wolisz, zbiegiem okoliczności, jest film Songbird [polski tytuł ‘Songbird. Rozdzieleni’ -tłum.]. Opis filmu w IMDB stwierdza:

„W 2024 pandemia pustoszy świat i jego miasta. Skoncentrowany na garstce ludzi, którzy pokonują przeszkody, które obecnie gnębią społeczeństwo: choroby, stan wojenny, kwarantanna i strażnicy”.

Opis w Wikipedii dalej przedstawia podobieństwa do tego, co miało się wydarzyć w 2020 i 2021 roku:

„Do 2024r. koronawirus COVID-19 został zmutowany do COVID-23, a świat jest w czwartym roku kwarantanny. W Stanach Zjednoczonych rząd został przekształcony w faszystowskie państwo policyjne, a ludzie muszą sprawdzać temperaturę na swoich telefonach komórkowych, podczas gdy osoby zarażone COVID-23 są zabierane ze swoich domów wbrew ich woli i siłą umieszczani w obozach kwarantanny znanych również jako «Strefy Q» lub obozy koncentracyjne, w których niektórzy walczą z brutalnymi ograniczeniami. W tych obozach zarażonych pozostawia się by umarli lub przymusowo leczy“.

Chociaż to dość dziwne, że film ukazał się w 2020 roku „zainspirowany” wydarzeniem COVID-19, jeszcze bardziej osłabiająca jest świadomość, że film zawierał sceny z „paszportami odporności” przy użyciu telefonów komórkowych, przymusową kwarantanną i lockdownem dla ogromnej większości populacji, a nawet czarnym rynkiem paszportów cyfrowych.

Czas kręcenia filmu jest również nieco trudny do zrozumienia, biorąc pod uwagę fakt, że większość świata doświadczała lockdownu. Twórcy filmu twierdzą, że swój pierwszy telefon w sprawie projektu mieli 14 marca 2020r., mniej więcej w czasie, gdy świat dowiedział się o sytuacji związanej z COVID-19. Twierdzą, że do czerwca główni aktorzy, tacy jak Demi Moore, zostali obsadzeni w swoich rolach, a produkcja rozpoczęła się w Los Angeles 8 lipca 2020r.

Do 3 sierpnia 2020r. zdjęcia do filmu zostały zakończone, co czyni go pierwszym filmem, który został nakręcony w Los Angeles w czasie lockdownu. Podczas gdy społeczeństwo zostało zmuszone do pozostania w zamknięciu i pracy w domu, hollywoodzcy aktorzy i 40-osobowa ekipa mogli kontynuować pracę nad swoim filmem. Film ostatecznie miał swoją premierę 11 grudnia 2020 roku i otrzymał bardzo słabe recenzje.

Jeśli w ‘Songbird. Rozdzieleni’ jest jakieś programowanie predykcyjne, może to odnosić się do wydarzeń, które dopiero nadejdą. Na przykład to, że film rozgrywa się w 2024 roku, a na planecie szaleje wirus znany jako COVID-23.

Co to oznacza dla naszej przyszłości? Czy powinniśmy żyć w strachu przed tym, co może nadejść?

W filmowej wersji wydarzeń sprawy nie kończą się dobrze. Podczas gdy zakochanej młodej parze udaje się zdobyć czarnorynkowe paszporty i uciec w bardziej wolne miejsce, reszta rodziny i przyjaciele pozostają więźniami swoich rządów. Reszta osób pokazanych w filmie nadal żyje w bio-faszystowskim koszmarze tyranii.

Niezależnie od tego, czy programowanie predykcyjne jest prawdziwe, czy po prostu jest to kwestia zbiegu okoliczności i efektu potwierdzenia, nie powinniśmy pozwolić sobie na życie w strachu. Powinniśmy jednak zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby te światy fantasy nie stały się naszą rzeczywistością.

_________________

Predictive Programming, Revelation of the Method & COVID-23, Derrick Broze, July 23, 2022

−∗−

Powiązane tematycznie:

Względność wszystkiego czyli jak zacząć formowanie mas
Desmet zidentyfikował psychozę formacji mas jako metodę narzucenia totalitaryzmu wolnemu społeczeństwu poprzez wykorzystanie samotności lub braku więzi lub poczucia sensu u dużych grup ludzi, w celu przekonania ich do działania […]

_________________

Podstawiona rzeczywistość czyli rozrywanie umysłów na strzępy
Aby zagwarantować sobie kontrolę, musisz sprawić, by ludzie widzieli rzeczy, których nie ma, sprawić, by ludzie żyli w rzeczywistości, którą budujesz wokół nich, i zmuszać ich do przestrzegania arbitralnych, wzajemnie […]

_________________

A w mediach bez zmian…
Szokujące wypowiedzi sygnalistów [whistleblowers], ujawnione materiały wideo i tajne nagrania ukazują przestępstwa popełniane przez media. Project Veritas, Charlie Chester z CNN, Udo Ulfkotte, Julian Assange z WikiLeaks i nie tylko… […]

_________________

Głupi i Dumni – recenzja nieprzeczytanej książki
W tym cudownym czasie niewiele osób odważyło się sugerować, że wszystkie te nowe, zaawansowane technologicznie udogodnienia i ciągłe folgowanie sobie zepsują milenialsów. Przeciwnie, wielu ludzi naprawdę wierzyło, że będą najbardziej […]

Każde dziecko ma prawo do Mamy i Taty! Nie twórzcie furtek do homo-adopcji w Polsce!

https://citizengo.org/pl/fm/208575-nie-tworzcie-furtek-do-homoadopcji-w-polsce

CitizenGO zaczął tę petycję do Zbigniew Ziobro – 24.07.2022

Przewodnicząca Komisji Europejskiej niemal dwa lata temu zapowiedziała, że Unia Europejska wymusi na wszystkich krajach członkowskich uznanie, że można mieć dwie matki lub dwóch ojców, czyli prawo do tzw. homoadopcji.

Sprowadziła to technicznie do hasła – „jeśli jesteś rodzicem w jednym kraju, jesteś rodzicem w każdym kraju” – czyli uznania, że jeśli prawo np. w Holandii, czy Belgii pozwala na adopcję dziecka przez dwie kobiety, czy dwóch mężczyzn, to każde państwo członkowskie musi uznać ten stan.

Tymczasem artykuł 9 unijnej Karty Praw Podstawowych oddaje sprawy rodziny do wyłącznej kompetencji państw członkowskich. Jednakże w błyskawicznie ideologizującej się Unii Europejskiej nawet takie osoby jak Urszula von der Leyen, która mieni się przecież obrończynią praworządności, zupełnie nie zwracają na to uwagi.

Jest to jawna próba ze strony Unii Europejskiej wymuszenia zmiany polskiego prawa i narzucenia Polakom co mają myśleć w sprawie homoadopcji. Chcemy ostro przeciwko temu zaprotestować do Ministra Sprawiedliwości.

Dlaczego do niego? Albowiem dziś to polskie Ministerstwo Sprawiedliwości, próbuje dostosować się do unijnego postulatu tzw. transgranicznego uznania rodzicielstwa.

Przygotowało już projekt zmian w kodeksie rodzinnym i prawie o aktach stanu cywilnego, który przewiduje możliwość wydawania w Polsce zagranicznym parom jednopłciowym, które wychowują dzieci zaświadczenia o tym, że są one rodzicami dziecka.

Od tego jest przecież prosta droga do konieczności uznania rodzicielstwa polskich par jednopłciowych. Nietrudno bowiem sobie wyobrazić, że poczują się one dyskryminowane w stosunku do par zagranicznych i na drodze sądowej zmuszą Polskę do uznania także ich prawa do adopcji homoseksualnej.

Żądamy od Ministra Sprawiedliwości, by wycofał się z tego kontrowersyjnego rozwiązania, które może stać się furtką do faktycznego uznania w Polsce prawa do adopcji dzieci przez gejów i lesbijki.

Zaświadczenia wydawane przez polskie Urzędy Stanu Cywilnego zagranicznym parom jednopłciowym wychowującym dzieci, byłoby naruszeniem polskiego porządku prawnego. Polskie prawo nie przewiduje bowiem takiej formy rodzicielstwa i sporządzania aktu urodzenia, który za rodziców może uznać dwóch mężczyzn lub dwie kobiety.

W trwającym w tej chwili procesie opiniowania projektu Ministerstwa Sprawiedliwości zwracają na to uwagę między innymi Rządowe Centrum Legislacji oraz Stowarzyszenie Urzędników Stanu Cywilnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Jednak potrzebna jest również silna presja opinii publicznej, by tego rodzaju pomysły nie stały się obowiązującym prawem.

Mamy w tej chwili coraz mniej czasu, albowiem proces opiniowania projektu zmierza do końca i jeśli na tym etapie Ministerstwo go nie skoryguje, to trafi on w obecnym brzmieniu niebawem na Komitet Stały Rady Ministrów, a stamtąd zostanie skierowany wprost do Sejmu. Chcemy by Ministerstwo poprawiło ten niefortunny projekt już na tym etapie.

Planowany termin przyjęcia projektu przez Radę Ministrów wyznaczony był na koniec czerwca 2022 roku, co może oznaczać, że praca nad nim, ze względu na opóźnienie, ulegnie teraz gwałtownemu przyśpieszeniu.

Nie czekając, chcemy jednoznacznie wyrazić nasze obawy i sprzeciw wobec otwierania w polskim systemie prawnym furtek umożliwiających adopcję dzieci przez pary jednopłciowe.

Każde dziecko ma prawo do Mamy i Taty!


Więcej informacji:

Projekt ustawy o zmianie ustawy – Kodeks rodzinny i opiekuńczy oraz niektórych innych ustaw – Rządowe Centrum Legislacji

https://legislacja.gov.pl/projekt/12359960/katalog/12881524#12881524

Kanada: Dlaczego indiańskie dzieci umierały?

Agnieszka Stelmach https://pch24.pl/ataki-na-koscioly-w-kanadzie-w-tle-spor-indian-z-rzadem/

Kanadyjskie władze, organizacje pozarządowe i media wypowiedziały wojnę Kościołowi katolickiemu, przypisując – bezpodstawnie – największą winę za działania władz, które ponad 100 lat temu podjęły nieudaną próbę asymilacji i integracji ludności tubylczej. Postuluje się odebranie (bądź opodatkowanie) majątku Kościoła, a także wypłatę rekompensat za krzywdy kolonializmu.

Czy ktoś w ogóle zadaje sobie pytanie, dlaczego indiańskie dzieci umierały? I czy skupienie się przez media na szkołach to nie próba odwrócenia uwagi opinii publicznej od prób uzyskania przez rdzennych mieszkańców Kanady rządowych reparacji za grabież ziemi?

Jeszcze przed obchodzonym 1 lipca Dniem Kanady tamtejszy przywódca konserwatystów Erin O’Toole mówił, że jest prawdopodobnie jedyną osobą kandydująca na stanowisko premiera, która jest dumna ze swego kraju. Jego komentarz pojawił się w związku z odwołaniem obchodów Dnia Kanady i opuszczenia flag narodowych wskutek odkrycia na terenie dawnej szkoły w Saskatchewan szczątków 751 osób. Odkrycie nastąpiło zaledwie kilka tygodni po odnalezieniu w Kamloops kości 215 dzieci. Wkrótce potem wezwano do wstrzymania się od fajerwerków z okazji Dnia Kanady. „Niedawne odkrycie w szkole Kamloops przypomniało nam, że Kanada pozostaje krajem, który zbudował swoje fundamenty na anihilacji i ludobójstwie rdzennych narodów, w tym dzieci” – podkreśliła grupa Idle No More, dodając, że „nie chcemy siedzieć bezczynnie podczas celebrowania brutalnej historii Kanady”. Lider konserwatystów wskazywał, że nie widzi podstaw, by zrezygnować ze wspominania 1 lipca weteranów, tubylczych wojowników, którzy brali udział w II wojnie światowej.

Na początku czerwca premier Justin Trudeau przypisał Kościołowi katolickiemu niemal całkowitą odpowiedzialność za politykę kanadyjskich władz, w tym i za politykę swego ojca, Pierre’a, który dwukrotnie pełnił stanowisko szefa rządu. Niecały miesiąc wcześniej ludność tubylcza zaprezentowała raport, domagając się od państwa odszkodowania za grabież ziem i wykorzystanie surowców naturalnych. Rząd podkreśla, że w katolickich szkołach szerzyła się przemoc fizyczna i seksualna.

Wcześniejszej na terenach dwóch innych szkół odkryto mogiły, w których odnaleziono szczątki należące odpowiednio do 600 i 215 nieletnich Indian. Należą one najprawdopodobniej do Indian Ktunaxa, w tym Lower Kootenay Band i sąsiednich społeczności. Jason Louie, przywódca Lower Kootenay Band, nazwał te odkrycia „głęboko osobistymi”, ponieważ jego krewni mieli uczęszczać do takiej placówki. Nie wahał się stwierdzić, że groby świadczą o „masowym morderstwie ludności rdzennej” i domagał się pociągnięcia duchownych do odpowiedzialności. – Naziści zostali pociągnięci do odpowiedzialności za swoje zbrodnie wojenne. Nie widzę różnicy we wskazaniu księży i zakonnic, braci, którzy są odpowiedzialni za to masowe morderstwo, pociągnięcia ich do odpowiedzialności za udział w tej próbie ludobójstwa ludności rdzennej – sugerował.

Z podobną narracją można spotkać się w mediach głównego nurtu, które praktycznie codziennie donoszą o szkołach mających asymilować rdzenną ludność i „holokauście kulturowym” w Kanadzie. Takie placówki powstały w wieku XIX i funkcjonowały do lat 70-tych XX wieku, funkcjonowały w ramach współpracy państwa ze związkami wyznaniowymi. Miało do nich uczęszczać ponad 150 tys. indiańskich dzieci, które chciano zasymilować z ludnością napływową, zwłaszcza z Brytyjczykami. Sugeruje się, że wskutek złych warunków i maltretowania zmarły tysiące dzieci.

Jak jednak wynika z badań naukowych – np. Eric Taylor Woods, „The Anglican Church of Canada and the Indian Residential Schools: A Meaning Centred-Analysis od The Long Road To Apology” – większa śmiertelność w tych szkołach niż w reszcie populacji wynikała m.in. z powodu złych warunków sanitarnych i przepełnienia z braku dofinansowania. Szerzyła się w nich ospa, gruźlica i grypa, dzieci karmiono zanieczyszczonym mlekiem, niezdatną do picia wodą itd. Dziś natomiast kwestie celowego niedofinansowania tych placówek i panujące w nich złe warunki sanitarne są pomijane w narracji medialnej, a szczególnie akcentuje się kwestie domniemanego maltretowania fizycznego oraz wykorzystywania seksualnego.

Agencja Reutera podaje, że prawie trzy czwarte ze 130 szkół rezydencjalnych było prowadzonych przez rzymsko-katolickie zgromadzenia misyjne (w praktyce 60 proc.). Pozostałe prowadzili prezbiterianie, anglikanie i członkowie Zjednoczonego Kościoła Kanady, największej dziś denominacji protestanckiej w tym kraju. Wraz z nagonką na Kościół katolicki, któremu przypisuje się największą winę za „rasizm” i całe zło, jakie jest obecnie w Kanadzie, ogłoszono, że grupa rdzennych przywódców odwiedzi Watykan jeszcze w tym roku, by domagać się od papieża oficjalnych przeprosin. Po odnalezieniu grobów w Kamloops papież Franciszek wyraził swój ból i wezwał władze religijne oraz polityczne, by rzuciły światło na „tę smutną sprawę”. Nie przepraszał jednak, czego domagali się nie tylko rdzenni mieszkańcy, ale także rząd na czele z Trudeau. Przeprosin oczekuje także – jest to jedno z 94 zaleceń – kanadyjska Komisja Prawdy i Pojednania.

Wskutek nagonki na Kościół katolicki w całym kraju płoną katolickie świątynie. Doszło również do licznych aktów wandalizmu. Podobnie jak ruch Black Lives Matter w Stanach Zjednoczonych, tak teraz aktywiści walczący z rasizmem i kolonializmem w Kanadzie obalają albo dewastują posągi świętych i wpływowych postaci Kościoła katolickiego. Premier Alberty, premier Kanady, który wcześniej swoimi wypowiedziami mógł zachęcić do ataków, potępili te akty wandalizmu. Szef Zgromadzenia Pierwszych Narodów (pan-indiańska organizacja ludów tubylczych Kanady, oficjalny partner rozmów z władzami federalnymi w kwestiach dotyczących statusu Indian i Inuitów) Perry Bellegarde również potępił wandalizm i palenie świątyń.

Bezpardonowy atak premiera na Kościół

Na początku czerwca Justin Trudeau praktycznie całą odpowiedzialnością za nadużycia, jakie miały miejsce w szkołach dla tubylców, oskarżył Kościół katolicki. – Jako katolik jestem głęboko rozczarowany stanowiskiem, jakie Kościół katolicki zajmuje teraz i w ciągu ostatnich wielu lat – podkreślił Trudeau w nagraniu video. – Oczekujemy, że Kościół wzniesie się i przyjmie odpowiedzialność rolę, jaką odegrał – dodał, grożąc „zaciągnięciem” duchownych przed sąd i domagając się, by jednostki kościelne wypłaciły odszkodowanie za domniemane przestępstwa. Gabinet premiera Trudeau przeznaczył 27 milionów dolarów na prowadzenie dalszych poszukiwań możliwych miejsc pochówku.

Odkrycie szczątków dzieci z Kamloops Indian Residential School w Kolumbii Brytyjskiej, która została zamknięta w 1978 roku, otworzyło stare rany. Od 1893 do 1969 r. szkołę Kamloops, niegdyś największą w Kanadzie, prowadziło zgromadzenie katolickie zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Szefowa Tk̓emlúps te Secwépemc, Rosanne Casimir, na której terenie nadal stoi szkoła, powiedziała dziennikarzom, że naród nie otrzymał żadnych danych od Oblatów, które pomogłyby zidentyfikować dzieci. Jest to jednak nieprawda, bo zakonnicy przekazali już tysiące danych archiwalnych.

W 2008 roku rząd Kanady formalnie przeprosił za system szkół opłacanych przez państwo i prowadzonych przez związki wyznaniowe. Trudeau powiedział, że „zanim będziemy musieli postawić Kościół katolicki przed sądem, ma wielką nadzieję, iż przywódcy religijni zrozumieją, iż jest to coś, w czym muszą uczestniczyć, a nie ukrywać się”. Od czasu objęcia urzędu w roku 2015 kanadyjski polityk nie prezentował jeszcze tak ostrych komentarzy pod adresem Kościoła katolickiego.

Również arcybiskup Vancouver J. Michael Miller zasugerował, że Kościół powinien otworzyć swoje archiwa. Episkopat podkreśla, że każda diecezja posiada odrębny status i jest odpowiedzialna za swoje działania. Dodano, że „Kościół katolicki jako taki nie był związany ze szkołami rezydencjalnymi, podobnie jak kanadyjska Konferencja Biskupów Katolickich”. Presja na Kościół płynie także ze strony ONZ, która wezwała Kanadę i Watykan do zbadania przyczyn śmierci dzieci, których szczątki znaleziono w Kamloops. Kardynał Thomas Collins, arcybiskup archidiecezji Toronto, uznał presję na Kościół, a w szczególności naciski premiera Trudeau za „nieuprawnione”, a oskarżenia za „niesprawiedliwe”. Hierarcha zauważył, że poszczególne diecezje i archidiecezje zaangażowane w system szkół dla Indian przeprosiły za nadużycia. Wskazał ponadto na prywatne spotkanie, jakie papież Benedykt XVI odbył z rdzennymi przywódcami w 2009 roku, podczas którego wyraził swój „smutek”.

Społeczność rdzennych ludów walczy o dostęp do metryk szkół z internatem prowadzonych przez struktury katolickie, by móc występować z pozwami o odszkodowania. Tymczasem kanadyjski Sąd Najwyższy nakazał zniszczenie takich danych archiwalnych, które mogłyby obciążać władze państwowe. 6 października 2017 r. Sąd ten orzekł, że tysiące poufnych danych dotyczących nadużyć w szkołach, w których  uczyły się dzieci ludów tubylczych „są poufne i powinny zostać zniszczone”. W jednomyślnej decyzji skład sędziowski orzekł, że zbieranie dowodów w celu niezależnej oceny podstaw do odszkodowania zbiorowego miało być „procesem poufnym i prywatnym” oraz że „powodowie i domniemani sprawcy polegali na zapewnieniu poufności”. W związku z tym należy zniszczyć dowody w państwowych archiwach.

Ottawa obiecała w ramach ugody z 2006 r. 800 milionów dolarów na wypłatę odszkodowań dla osób, które uczyły się w szkołach rezydencjalnych, opierając kwotę zadośćuczynienia na ilości czasu spędzonego w placówce (10 tys. dol. za 1 rok i 3 tys. dol. za każdy następny rok). Oprócz tego rekompensaty miały być udzielane za „przemoc”, która skutkowała poważnymi konsekwencjami psychicznymi, zgłoszonymi w ramach niezależnego procesu oceny. Żyjący uczniowie musieli wyjawić „najbardziej prywatne i najbardziej intymne informacje osobiste” i każdy był zobowiązany do podpisania umowy o zachowaniu poufności. Ry Moran, dyrektor Narodowego Centrum Prawdy i Pojednania na Uniwersytecie w Manitobie, przyznał, że decyzja pozostawia „znaczną lukę” w zrozumieniu skali nadużyć w kraju. – Utraciliśmy całą integralność zapisów najgorszych okrucieństw wyrządzonych rdzennej ludności w historii tego kraju – komentował.

Sprawa ta podzieliła także rdzennych mieszkańców. Niektórzy uważają, że dowody powinny być zachowane jako zapis mrocznego rozdziału w historii Kanady, podczas gdy inni uważają, że kwestię tą należy odesłać do historii by „uniknąć dalszych szkód w przypadku potomków ofiar”. W mediach kanadyjskich coraz częściej pojawiają się sugestie, że papież musi oficjalnie przeprosić, co miałoby umożliwić dochodzenie odszkodowań od instytucji kościelnych. Pojawiają się żądania – zresztą nie po raz pierwszy – aby zbadać kwestię pozbawienia kanadyjskiego Kościoła katolickiego statusu organizacji charytatywnej, a także by opodatkować „ogromne sumy bogactwa, które organizacje te mogły gromadzić przez lata”. Sugeruje się, by pozbawić dotacji szkoły katolickie w Ontario i Albercie oraz przekierować je do systemu publicznego. Mówi się także o „bezpośrednich wypłatach” dla potomków rdzennej ludności, którzy mieli paść ofiarą katolickich księży, zakonnic i innych urzędników.

W 2007 r. w ramach porozumienia o ugodzie – Indian Residential Schools Settlement Agreement – katolickie jednostki kościelne zostały zobowiązane do przeznaczenia 25 milionów dolarów na programy pojednania dla „ocalałych”. Ale, jak donosiła gazeta „The Globe and Mail,” reprezentujące ich struktury miały uzyskać zaledwie 3,7 miliona dolarów. Kościół katolicki atakują także anglikańscy duchowni, tacy jak np. Michael Coren – wielebny, który wcześniej był katolikiem i chce doprowadzić Kościół katolicki do bankructwa za „uwikłanie w sprawy dotyczące wykorzystywania seksualnego i fizycznego na całym świecie, w tym w Kanadzie”.

Wprost pojawiają się zarzuty o mordowanie dzieci, w związku z tym sugeruje się, że Kościół powinien utracić wszystkie ulgi podatkowe i należy „skonfiskować znaczną część jego majątku (jako dochody pochodzące z przestępstwa). .Mówi się, ze „w tym momencie przeprosiny już nie wystarczą”. Sugeruje się, że jeśli władze wyższego szczebla boją się przejąć dobra kościelne, powinny to uczynić władze lokalne.

„Mroczna historia Kanady”

Na początku lat 90-tych ub. wieku Królewska Komisja ds. Ludności Tubylczej (RCAP) przeprowadziła badania dot. szkół dla Indian, których kulminacją był raport końcowy z 1996 roku. Większość badań komisji prowadzona została przez przedstawicieli ludów tubylczych. Ostateczny raport musiał zostać zatwierdzony przez kanadyjskich komisarzy.

Raven Kanatakta Polson-Lahache, popularny kanadyjski muzyk wywodzący się spośród rdzennej ludności, w swoim liście otwartym do Kanadyjczyków zamieszczonym na stronie straight.com wskazuje na kontynuację „kolonialnej” polityki rządu. Muzyk, który uważa, że chrześcijaństwo zostało mu narzucone siłą, nie przebiera w słowach potępiając obecne skandaliczne działania władz cywilnych, które podjęły „kolonialną decyzję o trwałym zatajeniu dokumentów”, potwierdzających rządowe zbrodnie przeciwko ludności tubylczej. Obecne nawoływania do pojednania uznaje za hipokryzję. Sugeruje, że to, co działo się w szkołach z internatem, to jedynie wycinek „mrocznej historii Kanady”, która się jeszcze nie zakończyła. Przypomina, że obecnie w ramach systemu edukacji czy opieki zastępczej jest trzy razy więcej rdzennych dzieci niż w latach czterdziestych XX wieku. I kiedy „pod tą opieką co trzy dni umiera dziecko tubylcze, jest to kontynuacja mrocznej historii Kanady”. „To ciągła spuścizna ludobójczej polityki Kanady” – podkreśla muzyk.

Mężczyzna przypomina chociażby własne doświadczenia z lat 90-tych ub. wieku, gdy policja wraz z wojskiem wpadła na teren rezerwatu, przystawiła lufy karabinów do skroni mężczyzn, dzieci i kobiet Mohawk, by odebrać im kawałek ziemi potrzebny… na powiększenie pola golfowego. „Ponad 4 500 żołnierzy i 2 tys. funkcjonariuszy policji, finansowanych przez kanadyjskich podatników, zostało rozmieszczonych w rezerwacie ponieważ Club de Golf d’Oka chciał zburzyć cmentarzysko Mohawk by powiększyć swoje dziewięciodołkowe pole golfowe do 18 dołków. Jako nastolatek doświadczyłem tego głębokiego uczucia bycia otoczonym przez kanadyjskich żołnierzy i oficerów z Sûreté du Québec i trzymania półautomatycznej broni przy prawej skroni. Byłem z rodziną. Cała nasza szóstka miała broń wycelowaną w głowy z powodu tego, kim byliśmy. Moje najmłodsze rodzeństwo miało zaledwie sześć lat. Byłem całkowicie zdruzgotany” – wspomina.

Muzyk pisze o celowym przejmowaniu i niszczeniu przez rząd żywności przeznaczonej dla ludności tubylczej żywności. „Te wspomnienia o kolonializmie Kanady trwają do dziś i nie zostały uciszone” – dodał. Mężczyzna podkreśla, że przymusowego odbierania dzieci w przeszłości i umieszczania ich w szkołach dokonywały władze kanadyjskie. Było to bardzo bolesne doświadczenie i obce rodzimej kulturze. Dodaje, że odkrycie nowych grobów w finansowanej przez rząd Kamloops Indian Residential School przywołuje traumę. Muzyk sugeruje, że jest żywym dowodem na to, iż nienawiść wciąż pojawia się na kanadyjskiej ziemi, a jej wyrazem jest zachowanie policji, kopanie, jakiego doświadczył w rezerwacie, w którym żyje itp. „Ten kraj jest źle poinformowany (…), żyje w nieświadomości mając niewielką wiedzę na temat problemów, które nadal dotykają ludy rdzenne” – konkluduje, wskazując na regulacje prawne, zgodnie z którymi nawet nie jest Kanadyjczykiem, ponieważ wybrał życie w rezerwacie. Raven Kanatakta Polson-Lahache uderza w cały kanadyjski system edukacji, który „wyhodował rasistowskie i bigoteryjne nastawienie wobec ludów tubylczych”. Przypomniał, że twierdzenia byłego premiera z przemówienia na szczycie G20 w Pittsburghu w 2009 roku, jakoby Kanada „nie miała historii kolonializmu”, to kłamstwo.

Niektórzy kanadyjscy politycy ubolewają, że liberałowie od czasu dojścia do władzy w r. 2015 regularnie zwiększają finansowanie programów dla ludności tubylczej, ale żadna kwota nie rozwiąże tego, co nieżyjący już kanadyjski audytor generalny Michael Ferguson określił w serii raportów z lat 2016-2018 jako „niezrozumiałą porażkę” w zlikwidowaniu społeczno-ekonomicznej przepaści między rdzenną ludnością Kanady a innymi Kanadyjczykami.

Ojciec Raymond Marquis, oblat, który od 2015 roku jako wolontariusz pomaga Komisji Pojednania (NCTR), mówi, że od 2011 roku dostarczył centrum w Winnipeg tysiące dokumentów dotyczących szkół rezydencjalnych. Przeciwko misjonarzom złożono pozew zbiorowy związany z 190 domniemanymi ofiarami z Quebecu. Rząd tymczasem blokuje dostęp do swojego archiwum. Władze federalne przerzucają winę na prowincje, twierdząc, że akta zgonów sprzed 1986 r. są przechowywane w archiwach prowincji.

Kanadyjskie problemy nie dotyczą tylko szkół z internatem dla Indian, ale także i szkół stacjonarnych. To kontekst, w którym władze blokują dostęp do archiwów, przekierowując uwagę na placówki prowadzone wraz ze związkami wyznaniowymi. Obecnie za opóźnienia w zakresie ujawniania archiwów obwinia się pandemię.

Komisja Prawdy i Pojednania: ponad 4 tys. nieletnich ofiar

Komisja Prawdy i Pojednania, działająca w latach 2008-2015, szacuje, że w szkołach rezydencjalnych – do których od XIX wieku do lat 70-tych minionego stulecia wieku uczęszczało około 150 tys. dzieci –  zmarło co najmniej 4100 dzieci. Jako przyczyny zgonów wskazano „choroby lub wypadki”. W szkołach dochodziło także do przestępstw seksualnych, przemocy fizycznej i psychicznej. Zgodnie z wizją władz kolonialnych, szkoły z internatem miały prowadzić politykę wykorzeniania i asymilacji ludów tubylczych z osadnikami. Gdy ta się nie powiodła, naciskano na utrwalenie systemu segregacji, pozbawiając statusu obywatelstwa rdzenną ludność chcącą pozostać w rezerwatach.

Dobrze opisano sytuację dzieci w szkołach anglikańskich, gdzie kładziono szczególny nacisk na ukształtowanie nowego obywatela w duchu brytyjskim. W placówkach tych stosowano kary fizyczne za nieposłuszeństwo i zakazywano używania rdzennych języków. Część dzieci była wykorzystywana homoseksualnie i heteroseksualnie. Istnieją dowody, że wiele dzieci zmarło w szkole z internatem lub w domu – po powrocie ze szkoły – z powodu chorób nabytych podczas pobytu w placówce edukacyjno-wychowawczej. W latach 70-tych rząd zaczął zamykać takie szkoły w całej Kanadzie. Ostatnia z nich, Gordona w Saskatchewan, działała do roku 1996. 1 czerwca 2008 r. rząd federalny ustanowił pięcioletnią Komisję Prawdy i Pojednania, aby umożliwić Indianom dzielenie się swoimi historiami.

Początkowo wielu rdzennych przywódców wspierało wysiłki na rzecz edukacji swoich dzieci, pomimo programów nauczania narzuconych przez związki wyznaniowe i rząd. Do I wojny światowej rząd opracował standardy dla budynków szkolnych i ustanowił harmonogram dotacji na mieszkańca. Po 1928 r., gdy rdzenna populacja Kanady rosła, zmniejszono dotacje, przerzucając jednak na organizacje religijne obowiązek edukacji i zajmowania się sierotami. Po II wojnie światowej Ottawa zaczęła kwestionować panującą praktykę kościelno-państwowej edukacji. W 1952 r. władze cywilne przejęły pełną kontrolę nad programem kształcenia nauczycieli i nauczania. Na początku lat sześćdziesiątych związki wyznaniowe wraz z rządem doszły do wniosku, że system szkół z internatem zawiódł. 1 kwietnia 1969 r. pozostałe przykościelne schroniska i szkoły zostały przejęte przez rząd, który planował ich jak najszybsze zamknięcie lub przekazanie w ręce grup rdzennych.

W ciągu dwóch dekad, od późnych lat osiemdziesiątych, wielu ocalałych ze szkół z internatem przedstawiło swoje historie, w tym dotyczące przemocy fizycznej i seksualnej oraz doświadczenia utraty własnej kultury. Takie sprawy nagłaśniali hollywoodzcy aktorzy. W 1991 r. zwołano Królewską Komisję ds. Ludów Tubylczych, której zadaniem było zbadanie nadużyć. Również w 1991 r. anglikanie powołali fundusz mający wspierać pojednanie z grupami tubylczymi. W 1993 roku, anglikański prymas „arcybiskup” Michael Peers przeprosił za rolę, jaką odegrała jego wspólnota religijna. W 1998 r. powołano specjalną fundację mającą świadczyć pomoc dla tubylców.

Przedstawiciele Indian, Inuitów i Metysów rozpoczęli także wieloletnie batalie o odszkodowania za doznane krzywdy. W 2005 r. rząd wynegocjował częścią ugodę. W 2007 r. byli uczniowie otrzymali możliwość rezygnacji z pomocy i prowadzenia niezależnych sporów sądowych albo uzyskania symbolicznej rekompensaty. Zdecydowana większość zaakceptowała odszkodowania i dodatkowe kwoty za każdy rok pobytu w szkołach rezydencjalnych . Szacuje się, że w 2005 r. żyło 80 tys. osób, które uczęszczały do takich właśnie instytucji.

Porozumienie ugodowe określało powołanie Komisji Prawdy i Pojednania oraz krajowego centrum badawczego. Rząd formalnie przeprosił za politykę i nadużycia w roku 2008. Struktury protestanckie również przeprosiły za rolę odegraną w nadużyciach. Równocześnie dd 2020 r. rząd federalny próbował zablokować uchwalenie raportu statystycznego przedstawiającego roszczenia dotyczące nadużyć w szkołach. W maju tego roku ukazał się kolejny raport ludności tubylczej, w którym szczegółowo wyceniono krzywdy uczniów, jednocześnie prowadzone są spory sądowe. Ludy tubylcze występują wobec rządu z nowymi roszczeniami, w tym także tymi dotyczącymi odszkodowania za zagrabioną ziemię i korzystanie z jej bogactwa.

Odnajdywane nieoznakowane groby dzieci mogą obejmować ofiary epidemii. Raporty medyków np. z 1907 r. donosiły o nieproporcjonalnie dużej liczbie dzieci umierających z powodu gruźlicy szerzącej się w niedofinansowanych placówkach. Duncan Campbell Scott, zastępca nadinspektora generalnego do spraw Indian, przyznał, że około połowa dzieci, które uczęszczały do instytucji z internatem, nie dożyje wieku w którym mogłaby korzystać z efektów odebranej edukacji. Do 1999 roku wszczęto 2,5 tys. spraw dotyczących nadużyć mających miejsce w takich szkołach. Nie wiadomo dokładnie, ilu uczniów doświadczyło wykorzystywania seksualnego. W latach 80-tych szerokim echem odbiły się incydenty wykorzystywania seksualnego, które liberałowie łączyli z „kulturą asymilacji”, tworząc obraz szkół dla Indian jako symboli degradacji i kulturowego ludobójstwa.

W zachowanych dokumentach dot. zeznań osób, które uczęszczały do takich placówek, nie odnajdziemy wyłącznie negatywnych opinii i sugestii, że dochodziło do nadużyć, a doznana trauma przyczyniła się do powszechnego alkoholizmu wśród rdzennej ludności i innych patologii ją dręczących. Wielu byłych uczniów jest zbulwersowanych demonizacją ich szkół.

Rod Lorenz, obecnie katolicki misjonarz świecki pośród Metysów w Lloydminster wskazuje, że w tych szkołach tubylcy mogli się uczyć nowych rzeczy, których potrzebowali do przetrwania. Wspomina, że jego matka uczęszczała do katolickiej szkoły w Lebret od 1909 do 1916 r. i wielokrotnie opowiadała mu, jak zakonnice nauczyły ją wszystkiego: jak szyć, gotować, czytać i pisać. Dodał, że europejski styl dyscypliny różnił się od rodzimej kultury. Oddzielanie dzieci od rodzin było trudne. „Pewnie, popełniono błędy, ale istnieją dwie strony tej historii i trzeba spojrzeć na pozytywy” – podkreślał.

Tubylca Stanley Cuthand, obecnie emerytowany kapłan anglikański, dorastał w Saskatchewan Reserve, zakwaterowany w szkole rezydencjalnej La Ronge w 1944 roku, był kapelanem La Saskatchewan Ronge and Gordon Residential Schools oraz St. Paul’s School przy Blood Reserve w latach 60-tych XX wieku. „Szkoły wcale nie były okropnymi miejscami” – wspomina. „Z pewnością nie były to więzienia, chociaż dyrektorzy byli trochę surowi” – dodał Cuthand. Duchowny wspomina tylko jeden przypadek seksualnego wykorzystywania ucznia w Gordon Reserve, gdzie jeden z pracowników został później skazany na kilka lat więzienia. Wskazuje, że dzieci tęskniły za domem, a czasem dochodziło do prób ucieczki. „Było też mnóstwo jedzenia; rodzynki, ryby, ziemniaki, pieczywo smalec, gulasz” – mówił.

Mężczyzna zauważa, że do uczęszczania do szkół z internatem zmuszano jedynie sieroty i dzieci pochodzące z ubogich rodzin. „Twierdzenie, że wszystkie dzieci były zmuszane do uczęszczania do szkół, jest przesadą” – podkreśla Cuthand. Dodaje, że jednak pomysł oddzielanie uczniów od rodziców i krewnych pochodził z Anglii. Praktycznie wszyscy Anglicy należący do klasy wyższej odbierali edukację w szkołach z internatem. W Kanadzie główną ideą w tamtym czasie była cywilizacja i edukacja dzieci, a tego nie dałoby się osiągnąć, gdyby pozostały w domu. Cuthand dodaje, że plemiona miały wpływ na edukację swoich dzieci. „Rezerwat Little Pine chciał mieć własną szkołę dzienną, a w 1910 roku po złożeniu petycji do Ottawy dostaliśmy własna szkołę dzienną. Rodzice nigdy wcześniej nie mieli szkół, ale chcieli, żebyśmy uczyli się angielskiego. Gdy szkoła powstała, współpraca była tak dobra, że wszyscy w rezerwacie wysyłali tam swoje dzieci”. Mężczyzna wyjaśnia, że dzieciom zabraniano mówić w ich własnym języku, bo przeklinały i nadawały swoim przełożonym pseudonimy. „Dzieciaki nie były świętymi. Ale generalnie język nie był problemem” – wskazuje.

Ojciec Antonio Duhaime (oblat) był od 1962 do 1968 dyrektorem Duck Lake Residential School, a następnie, w latach 1968-1980, dyrektorem St. Mary’s Residential School on the Blood. Relacjonował, że rodzice sami przywozili dzieci we wrześniu i mówili: „Ojcze, chcę, by moje dziecko uczyło się angielskiego”. Teraz jednak oskarżają o zabieranie dzieci i zakazywanie im mówienia w językach ojczystych. „Jeśli niektórzy tubylcy odnoszą dziś sukcesy, mogą podziękować szkołom. Nikt inny nie był wtedy zainteresowany Indianami”- puentuje. Dzieciom stwarzano warunki do rozwoju, np. w sporcie. Działały sekcje koszykówki, a zespoły tubylców podróżowały po całym świecie.

Dora Cardinal przypomina sobie jeden przypadek kary fizycznej w szkole św. Antoniego w Onion Lake. „Pewnego razu jedna ze starszych dziewczynek została przypięta pasami, ponieważ uciekła. Ale zakonnice ogólnie były bardzo opiekuńcze i mieliśmy dużo zabawy” – wspomina. „Zwłaszcza moja nauczycielka z pierwszej klasy zawsze starała się mnie pocieszyć. Ona nigdy na nas nie krzyczała. Z mojego punktu widzenia dzieciom było lepiej niż dzisiaj” – stwierdza stanowczo. „Dzieciom dziś wszystko uchodzi na sucho. Ja w szkole nauczyłam się dużo cierpliwości, samodyscypliny oraz wytrwałości” – dodaje Cardinal.

Powszechnie przyznaje się, że dzisiejsze rezerwaty dotykają liczne problemy społeczne. Według Statistics Canada, wskaźnik samobójstw wśród tubylców jest od pięciu do ośmiu razy wyższy niż średnia krajowa. Śmiertelność niemowląt jest prawie dwukrotnie wyższa, ubóstwo jest trzy do pięciu razy bardziej powszechne i aż 60 proc. mieszkańców rezerwatów zależy od świadczeń opieki społecznej. W latach 1995-96 22 proc. wszystkich osadzonych stanowili tubylcy. „Ale czy można winić szkoły rezydencjalne za tę straszliwą nędzę?” – pyta Rita Galloway, która dorastała w rezerwacie Pelican Lake Cree w Saskatchewan. Dziś jest nauczycielką. „Miałam wielu przyjaciół i krewnych, którzy uczęszczali do szkół z internatem” – podkreśla. „Oczywiście były elementy dobre i złe, ale ogólnie ich doświadczenia były pozytywne. Dziś ci ludzie są teraz (…) specjalistami, konsultantami, ludźmi biznesu. Nauczyli się etyki ciężkiej pracy” – dodała.

Rita Galloway uważa, że obwinianie placówek edukacyjno-wychowawczych za warunki panujące w nich jest niesprawiedliwe. „Wskaźniki samobójstw są bardzo wysokie. W rezerwacie jest wiele nadużyć seksualnych; niektórzy z moich krewnych byli wykorzystywani seksualnie w szkołach. Ale moi rodzice nigdy nie chodzili do szkoły z internatem i nadal mieli problemy; mój ojciec stracił interes z wyrębem z powodu picia. Wiele z tych problemów było obecnych jeszcze przed szkołami. Kiedy umieszczasz grupę ludzi na małym obszarze, jak w rezerwacie, to z pewnością będą problemy. Jednak zawsze łatwiej jest obwiniać innych” – wskazuje.

Zdaniem Galloway każdego roku środki przekazywane dla mieszkańców rezerwatu rozchodzą się i nie wiadomo kto tak naprawdę z nich korzysta. Kolejne kwoty nie rozwiążą problemów. „Za 10 lat znów będziemy toczyć tę samą dyskusję i będą te same wymówki dla przyznania większych pieniędzy. Ale więcej pieniędzy niczego nie rozwiązuje. Ktoś musi mieć odwagę powiedzieć, że potrzebujemy odpowiedzialności; tylko wtedy zobaczysz prawdziwe zmiany i rozwój” – komentuje. Jej zdaniem obwinianie szkół za problemy, z jakimi mierzą się ludy tubylcze, jest „nadmiernym uproszczeniem”. Galloway jest zdania, że szkoły posiadają ogromną rolę do odegrania, zwłaszcza dziś, gdy tak wiele dzieci jest porzucanych przez rodziny, gdy nie otrzymują one wsparcia w domu, którego potrzebują i gdy zbyt duży nacisk kładzie się w rezerwatach na rozrywkę.

Emerytowany zakonnik, o. Duhaime, uważa, że oczernianie szkół rezydencjalnych pomniejsza ofiarę wielu świeckich pracowników i księży misjonarzy, którzy oddali swoje życie w służbie dzieci z indiańskich plemion. „To bardzo rozczarowujące” – podkreśla. „Przez te wszystkie lata pracowaliśmy w tych szkołach, a dziś słyszysz, że to wszystko było złe. Bardzo trudno to znieść” – dodaje. Ale nawet i dziś rząd nie rozwiązał problemu odbierania dzieci rdzennym Kanadyjczykom. Według danych ze spisu powszechnego w 2016 r. ponad 52 procent dzieci w pieczy zastępczej pochodziło spośród rdzennej ludności, a stanowią one zaledwie 7,7 procent w całej populacji kraju.

Skupienie się na szkołach rezydencjalnych to próba odwrócenia uwagi opinii publicznej od raportu Yellowhead Institute, opracowanego przez ośrodek badawczy rdzennej ludności, w którym domaga się ona różnych form reparacji za grabież ziemi. Z roszczeniami względem kanadyjskiego rządu występują już plemiona indiańskie, które zmuszone zostały do przeniesienia się na teren Stanów Zjednoczonych. Systemowe niedofinansowanie rdzennych narodów jest jedną z najbardziej centralnych i brutalnych form kolonizacji w dzisiejszej Kanadzie(…). To niedofinansowanie ma miejsce w kontekście ciągłego wzbogacania się firm i Kanadyjczyków dzięki ziemiom rdzennych mieszkańców i zasobom, które kryje – komentuje Shiri Pasternak, dyrektor ds. badań w Yellowhead Institute i współautor raportu. Poza przykładami tego, jak kanadyjska gospodarka korzystała i korzysta na grabieży, raport prezentuje cztery sposoby, dzięki którym Kanada nadal podtrzymuje kolonialny charakter relacji między Koroną a Pierwszymi Narodami. Autorzy raportu wskazują równocześnie 10 konkretnych podstaw, na których opiera się kampania na rzecz odszkodowań.

Kanada: Szalejący za Pachamamą Franciszek odprawi[-ł] szemraną Eucharystię. Pogańskie rytuały !! -Kłamliwe oskarżenia.

https://gloria.tv/post/4sp3CtWf61JHDda2kYBdUDUnv

Podczas planowanej na dni 24-29 lipca wizytacji Franciszka w Kanadzie zostaną odprawione pogańskie rytuały. Papież wybiera się do Kanady przepraszać za “zbrodnie i nadużycia” , do których nigdy nie doszło. [por.: Oligarchiczne media przyznają: Historia z masowymi grobami w Kanadzie to mistyfikacja, oszustwo. ]

W mieszczącym się w Edmonton Kościele Najświętszego Serca Pierwszych Ludów [sic!!! md] przedstawiciel „starszyzny” odprawi rytuał oczyszczający przed Eucharystią Franciszka. Tubylec wejdzie do kościoła przed Franciszkiem, niosąc misę z tlącą się mieszanką cedru, szałwii, turówki wonnej i tytoniu.

Papież Franciszek I na spotkaniu z indianami w Kanadzie, Fot. EPA/PAP/Ciro Fusco



Ojciec Cristino Bouvette (Diecezja Calgary), którego matka jest Włoszką, a ojcem przedstawiciel ludności rdzennej, współpracuje przy planowaniu Eucharystii posług duszpasterskich Franciszka i przyznaje na łamach CruxNow.com (15 lipca), że wspomniane rytuały wykraczają „poza powszechnie znane katolickie wyrażanie wiary”, aczkolwiek „nie są z nimi sprzeczne”.[sic!! md]

Papież spotka się z rdzennymi mieszkańcami Kanady


Celem jest okazanie „uznania” dla tych rytuałów oraz uczynienie świątyni „bardziej gościnnej” dla Franciszka poprzez „rytuał oczyszczenia”.

Papież Franciszek - pielgrzymka do Kanady. Samolot z papieżem wystartował z  Rzymu - TVN24


Papież Franciszek na wózku w Kanadzie. Witany przez rdzenną ludność  [GALERIA] - Wiadomości

To nie pierwszy taki przypadek w historii kościoła. Jan Paweł II podczas swojej Eucharystii w mieście Meksyk dopuścił „rytuał oczyszczający”, który został odprawiony przez kobietę przyodzianą w ludowy strój. Kapłanka machała leczniczymi ziołami przed Papieżem, a druga kobieta w tradycyjnej sukni niosła tlące się donice. W trakcie wspomnianej Eucharystii odprawiano tańce (zdjęcia poniżej).

Oligarchiczne media przyznają: Historia z masowymi grobami w Kanadzie to mistyfikacja, oszustwo.

https://gloria.tv/post/4sp3CtWf61JHDda2kYBdUDUnv

W zeszłym roku w Kanadzie nie odkryto ani jednego masowego grobu,”, donosi Terry Glavin na łamach portalu NationalPost.com (26 maja).

Glavin przyznaje, że rząd Trudeau oraz „światowe media <pomyliły się> w sprawie szkół z internatem”, tym samym wywołując zbrodniczą, antykościelną histerię.

„Kilka miejsc z nieoznakowanymi grobami z międzynarodowych nagłówków było znanymi już cmentarzami, lub miejscami pochówku będącymi przedmiotami spekulacji, które do tej pory nie zostały oficjalnie zweryfikowane jako autentyczne”.
Według Glavina w żadnym z tych miejsc nie odkryto szczątków “ani jednego dziecka”.
Od zeszłego roku, czyli od wybuchu tego skandalu, do wiadomości publicznej nie podano „nic” nowego. Przeszłość szkół została już dokładnie sprawdzona w ramach badań, publicznych przesłuchań i śledztw federalnych, które ciągnęły się od dekad.

Niemniej jednak od 2021 oligarchiczne media oskarżają Kościół o „masowe morderstwo”. W efekcie spalono i sprofanowano dziesiątki kościołów, powywracano lub porozbijano posągi, a także wnoszono oskarżenia przeciw katolikom.

Zdjęcie umieszczone w artykule prezentuje hipokrytę Trudeau, który klęka z pluszowym misiem w ręku przy nieoznaczonym grobie na jednym z oficjalnych katolickich cmentarzy. Od setek lat chowano tam dzieci i dorosłych, przedstawicieli ludności rdzennej oraz osadników.

=================================

To już było wiadomo od dość dawna Catholic Priest Says He Tried to See Residential School Site Graves by Going ‘Incognito’

Spiskowa praktyka dziejów. Kto projektuje nam przyszłość?

Roman Motoła https://pch24.pl/spiskowa-praktyka-dziejow-kto-projektuje-nam-przyszlosc/ #globalizm #NWO #przyszłość #technologia

Według Jana Białka, autora książki „Tech. Krytyka rozwoju środowiska technologicznego”, co najmniej od 50 lat w książkach, raportach, analizach i innych różnego rodzaju opracowaniach zamieszczane są realizowane obecnie „scenariusze dla ludzkości”. Nie są to publikacje wychodzące spod piór anonimowych tropicieli i kreatorów sensacji. Ich wydawcami są poważne instytucje w rodzaju renomowanych fundacji, służb wywiadowczych światowych potęg czy tak zwane think-tanki.

O ile przed około wiekiem ludzkość wchodziła w erę „industrialną” (elektryfikacja, budowa fabryk, powstawanie wielkich miast itp., mechanizacja), to obecnie, aż do 2050 roku mamy i mieć będziemy do czynienia z „przejściem postindustrialnym”. Zmiany, zarówno tamte, jak i dzisiejsze, a także dokonujące się na przestrzeni ostatniego stulecia, projektowane były w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Istotą rewolucji sprzed wieku była kontrola produkcji a drogą do jej osiągnięcia – stworzenie i wcielenie w życie ideologii komunistycznej.

Dzisiaj globaliści dążą już do bezpośredniej kontroli człowieka. Ludzie mają zostać wypchnięci ze swych środowisk pracy m.in. poprzez automatyzację procesów produkcyjnych. Jeśli plany globalistów się zrealizują, państwa narodowe przestaną istnieć. Radykalnie zredukowana liczebnie, zmodyfikowana genetycznie ludzkość będzie stanowić zarządzaną przez elity jednolitą, zdalnie sterowaną masę, poddaną transhumanizmowi i wyznającą kult „matki Ziemi”.

To wizja zawarta w wydanej kilka lat temu książce Jana Białka. Nie jest produktem wyobraźni autora, lecz efektem badań nad oficjalnie wydawanymi publikacjami architektów i promotorów nowego porządku.

– Mamy badania korporacyjne sprzed 10 lat wskazujące na to, że oni wszystko zaplanowali – mówił autor pod koniec zeszłego roku w wywiadzie dla kanału You Tube „Buntownik Jutra”. Chodziło tu o przebudowę światowego systemu energetycznego do roku 2050. Zgodnie ze scenariuszem ujawnionym przed dekadą, mniej więcej do roku 2040 ceny prądu czy gazu będą wciąż raptownie szły do góry, aż osiągną niebotyczne poziomy. Dopiero około 2050 roku spadną do wartości z okresu, w którym powstała prognoza, czyli początków poprzedniej dekady.  

Jak podkreślał Jan Białek, głównym problemem przebudowy systemu z punktu widzenia globalistów nie będzie sam ten proces, lecz przerzucenie jego kosztów na zwykłych ludzi, czyli na społeczeństwa. W najbliższych latach Zachód proponuje nam kolejne 20–30 lat kolejnych kryzysów na każdym poziomie, łącznie z brakami żywności. Dlatego co bardziej wpływowi na świecie ludzie skupują ziemię już co najmniej od 10 lat. Duże przedsiębiorstwa pozyskują gigantyczne połacie gruntów w Europie, Afryce, Stanach Zjednoczonych.

Autor w swej książce cytuje dane pochodzące z kilkuset dokumentów. Informacje nie są tajne, lecz są rozproszone. Instytucje, które planują naszą przyszłość, powołali 100 lat temu ówcześni bilionerzy, czyli osoby nominowane przez ogarniającą świat koronę brytyjską do ról monopolistów w handlu złotem, tytoniem, herbatą czy opium. Właśnie mniej więcej przed stuleciem, w perspektywie „zwijania” z mapy świata imperium, jego finansowe elity postanowiły utrzymywać własne wpływy za pomocą formowanych przez siebie lokalnych namiestników.

Z tej właśnie grupy wyłonił się największy think-tank na świecie, to jest Chatham House (dawniej: Royal Society of International Affairs). Na bieżąco wydawane są też tak zwane white papers czy też blue prints międzynarodowych organizacji typu ONZ, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy. Swoje opracowania publikują również organizacje w rodzaju Fundacji Rockefellera czy Carnegie.

Szczegóły projektów dla świata wyłaniają się też m.in. z publikacji wywiadów potęg anglosaskich.

– W dokumentach z 2010 roku pisali, że jeżeli ludzie będą chcieli wrócić do państw narodowych, czyli będzie się zwijać Unia Europejska, czy różnego rodzaju inne unie międzynarodowej współpracy, a globaliści będą tracić swą siłę, wywiady zapowiedziały przeprowadzenie trzech głównych uderzeń mających na celu utrzymanie globalnego systemu kontroli: będzie to epidemia, masowe migracje i konflikty wokół Arktyki –mówił Jan Białek we wspomnianym wywiadzie.

Gospodarz audycji zwrócił uwagę na wprowadzany na całym świecie przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone porządek cywilizacyjny, narzucający po II wojnie światowej poszczególnym krajom zasady życia społecznego. Jednym z ich głównych filozoficznych wyznaczników jest – obok darwinizmu – tak zwana krytyczna teoria zasobów zawarta w wydanej na początku XIX stulecia książce Thomasa Malthusa. Zgodnie z tą koncepcją, na świecie żyje zbyt wielu ludzi, w związku z czym Ziemi grozi zagłada. Wyjściem z sytuacji jest konsekwentna, prowadzona na różnych poziomach polityka depopulacyjna. Szeroko rozumiana kontrola ludności stanowi jedną z kluczowych kwestii dla nowego porządku.

W sukurs ideologom idzie dzisiejsza „nauka” zdolna do udowodnienia wszystkiego, czego życzą sobie zleceniodawcy. Jej rola jest kluczowa dla przebudowy świata. Naukowcy przejąć mają rolę religijnych  kapłanów, ich wskazania to nowe dogmaty niepodlegające krytyce.

Prorocy nowego porządku

Wśród autorów w ten sposób postrzegających kształt przyszłej ludzkości są między innymi: Julian i Aldous Huxleyowie, Herbert George Wells, Bertrand Russell. Określali oni nowy system jako socjalizm naukowy.

Jeden z uznanych „dobroczyńców ludzkości”, twórca szczepionki na polio Jonas Salk to autor wydanej w latach 60. minionego wieku książki „Przetrwanie najmądrzejszych”. Dzieli on ludzkość na mędrców i polluters („zaśmiecaczy”). Tych drugich uważał za nadających się co najwyżej do wykorzystania w eksperymentach. Zapowiedział nadejście „niedługo” nowej ery, której przejawem będzie przemiana człowieka wywołana mutacją – albo naturalną, albo genetyczną, poprzez zastrzyki.

Swego rodzaju „podręczniki dla elit” nowego świata tworzyli też Carroll Quigley, wykładowca z Georgetown („Tragedia i nadzieja”) czy Anthony Sutton. Ten ostatni opisał między innymi zaprojektowanie przez zachodnich demiurgów zbrodniczych systemów: sowieckiego oraz hitlerowskiego. [Ale on przed konsekwencjami OSTRZEGAŁ. MD]

Wiele szczegółów projektu nowego świata ujawniał Jacques Attali, prognozujący m.in. masowe migracje, wojny, różnego rodzaju przewroty. Ich celem jest doprowadzenie świata do chaosu, z czasem totalnej anarchii, czego przedsmak obserwujemy już dzisiaj chociażby na przedmieściach francuskich miast. Ludzkość dotknąć ma powszechna bieda i bezprawie. W końcu mieszkańcy zwrócą swój gniew przeciwko władzom państw, które staną się bezradne wobec wszechobecnej anarchii. Nie będą też w stanie zapewnić ludziom bezpieczeństwa socjalnego na elementarnym poziomie. W takiej sytuacji pojawią się z ofertą nie do odrzucenia, „całe na biało” prywatne firmy ubezpieczeniowe. Zagwarantują one ludziom byt ekonomiczny w zamian za osobistą wolność.

Rządzące elity będą mogły zarządzać światem z dowolnego miejsca. Stąd niezbędna jest totalna cyfryzacja i budowa systemu zarządzania technologicznego, teleinformatycznego, dzięki któremu staną się nieosiągalne dla potencjalnie zbuntowanych społeczeństw.

Krwio-obiegiem świata będą korporacje i banki wyzwolone z ograniczeń nakładanych dziś przez państwa. Stąd rozwój i promocja informatyki, nanokomputerów, dążenie do kontroli percepcji i biologii człowieka.

Od zainteresowania projektantów przyszłości nie jest wolna też sfera religijna. Klub Rzymski zaplanował zmianę do 2050 roku religii chrześcijańskiej w „kult Ziemi”. Attali i jego ideowi koledzy odpowiedzi na religijną potrzebę ludzkości upatrują w transhumanizmie, dzięki któremu człowiek dokonać ma zbiorowego „samozbawienia” przybierając bliższą rzekomo doskonałości formę siebie.

Przewidziano „produkowanie” człowieka genetycznie zmodyfikowanego już około 2030 roku.

Jak podkreśla Jan Białek, system technokratyczny zmierza do odebrania państwom narodowym władzy nad ważnymi dziedzinami w poszczególnych krajach. Władza przejdzie w ręce specjalistów –  ponadnarodowych agend, think-tanków itp. „Eksperci” podlegać mają elitom.

W przekonaniu autora książki, jedynym wyjściem ratującym państwa oparte na wspólnocie narodowej jest objęcie nadzorem prawa korporacji, opodatkowanie ich w taki sposób by nie dawać paliwa do ich totalnej emancypacji, a tym samym rosnącej, niekontrolowanej władzy.

Jan Białek, „Tech. Krytyka rozwoju środowiska technologicznego”, Wydawnictwo Garda, Warszawa 2017.

Przygotowania do ostatecznego zwycięstwa

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5218

„Goniec” (Toronto)  •  24 lipca 2022

Rosja, która na Ukrainie wojuje z całym NATO, już ledwie zipie i tylko patrzeć, jak poniesie sromotną klęskę. Takim obrotem sprawy tłumaczę sobie czystkę w ukraińskiej bezpiece i prokuraturze. Jak wiadomo, prezydent Zełeński „odsunął” nie tylko szefa Służby Bezpieki Ukrainy, ale również szefów z kilku obwodów. „Odsunął” także panią Irinę Wieniediktową, która piastowała urząd prokuratora generalnego. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o niej, kiedy w sieci pojawiło się nagranie, jak to bohaterscy żołnierze ochotniczego pułku „Azow”, będącego rodzajem prywatnej armii żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, maltretują, torturują i rozstrzeliwują rosyjskich jeńców.

Wzbudziło to zainteresowanie nawet w Kongresie Stanów Zjednoczonych, a w tej sytuacji nie było rady; trzeba było odkryć rosyjską zbrodnię wojenną w Buczy i podsunąć ją pod nos skonsternowanemu światu, żeby zapomniał o scenach z udziałem bohaterskiego pułku „Azow”. Wprawdzie początkowo ukraińskie władze obiecywały, że rząd sprawę nagrań potraktuje „bardzo poważnie”, ale potem okazało się, że to wszystko zainscenizowali Rosjanie, w związku z czym pani Irina już żadnego „śledztwa” nie musiała w tej sprawie wszczynać.

Skoro wszystko zakończyło się wtedy wesołym oberkiem, to skąd obecna czystka w bezpiece i prokuraturze?

Myślę, że jej przyczyną jest zbliżające się nieubłaganie ostateczne zwycięstwo. Jak wiadomo, klęska jest sierotą, podczas gdy sukces, zwłaszcza w postaci ostatecznego zwycięstwa, ma wielu ojców. Zatem prezydent Zełeński musiałby dzielić się sławą zwycięzcy z jakimiś bezpieczniakami i panią Iriną. A po co miałby się dzielić, skoro może się nie dzielić? Dzięki rewolucyjnej czujności okazało się tedy, że na Ukrainie aż roi się od „zdrajców i kolaborantów”, którzy sypią piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Skoro tak, to nieuchronnie musi pojawić się pytanie, kto za to odpowiada. No i się pojawiło, a w odpowiedzi prezydent Zełeński nieubłaganym palcem wskazał winowajców. Myślę, że to dopiero początek, bo w miarę jak ostateczne zwycięstwo będzie się przybliżało szybkimi krokami, liczba „zdrajców i kolaborantów” będzie się zwiększała w tempie stachanowskim, aż w końcu okaże się, że jedynym sprawiedliwym w Sodomie i Gomorze był prezydent Zełeński i jego przyjaciele z kabaretu.

Widocznie Ukraińcy też czują pismo nosem, bo chociaż ostateczne zwycięstwo zbliża się wielkimi krokami, to jednocześnie polscy wolontariusze alarmują, że do naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, napływa coraz więcej uchodźców z Ukrainy. Nie ma w tym nic dziwnego; skoro już wiadomo, że na Ukrainie aż się roi od „zdrajców i kolaborantów”, to na wszelki wypadek trzeba się stamtąd zawczasu oddalić na bezpieczną odległość, bo w przeciwnym razie trzeba będzie udowadniać, że nie jest się wielbłądem, a wiadomo, że takie zadanie bywa z reguły niewykonalne, zwłaszcza gdy ze stolicy przyjdą odpowiednie rozkazy.

Tymczasem w Polsce nikt uchodźców nie ośmieli się przepytywać, czy przypadkiem nie byli „zdrajcami”, albo „kolaborantami”, więc nie ma się co namyślać, tylko zwiewać z Ukrainy jak najdalej.

Obecnie w naszym nieszczęśliwym kraju zapanowała podobna sytuacja. Czystki wprawdzie jeszcze nie ma, bo ostateczne zwycięstwo zostało zaplanowane dopiero na przyszłoroczne wybory parlamentarne, ale w czeluściach obozu „dobrej zmiany” rozpoczęły się przygotowania do wyznaczenia winowajcy. Bo wprawdzie jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej, ale właśnie Wielce Czcigodny poseł Janusz Kowalski, piaskujący w rządzie „dobrej zmiany” stanowisko sekretarza stanu w Ministerstwie Aktywów Państwowych kierowanym przez pana ministra Jacka Sasina, opublikował wyliczenie, z którego wynika, że w Polsce w zimie zabraknie gazu. Ponieważ tajemnicą Poliszynela jest napięcie, jakie utrzymuje się między premierem Morawieckim, a ministrami Ziobrą i Sasinem, aż nawet sam Naczelnik Państwa musiał nawoływać do opamiętania, wyliczenie posła Kowalskiego może być sygnałem, że panu Mateuszowi Morawieckiemu już złocą rogi, jako przeznaczonemu na zaszlachtowanie najpóźniej na wiosnę przyszłego roku.

Bo pan premier Morawiecki nadaje się do tej roli, jak mało kto. Jak pamiętamy, został premierem gwoli „ocieplenia” stosunków Polski z Unią Europejską. Po prawie pięciu latach jego rządów, stosunki Polski z UE są gorsze, niż kiedykolwiek, a poza tym pan premier Morawiecki popodpisywał rozmaite cyrografy i podjął decyzje, w następstwie których Polska stoi w obliczu kryzysu energetycznego.

Podczas jednego ze spotkań, jakie pan premier odbywa ze specjalnie zaproszonymi obywatelami, któryś zadał mu pytanie, czy przypadkiem Polska nie kupuje aby ruskiego gazu. Pan premier spontanicznie odpowiedział, że kupujemy gaz „na giełdzie”, co zostało zrozumiane, że gaz po staremu jest ruski, tylko Polska teraz kupuje go przez pośredników.

Z węglem jest jeszcze gorzej, bo wskutek „dekarbonizacji” oraz wstrzymania importu rosyjskiego węgla, z którego korzystały przede wszystkim gospodarstwa domowe i spółdzielnie mieszkaniowe, okazało się, że w składach węglowych niemalże nie ma żadnych zapasów. W tej sytuacji pan premier zachęca obywateli do „ocieplania” domów, a inni ministrowie udzielają zbawiennych rad, żeby mniej jeść – i tak dalej. To trochę podobne do spostrzeżenia Jerzego Urbana z początku stanu wojennego, że „rząd się wyżywi”, więc widać, że ciągłość jest większa, niż nam się wydaje.

Tymczasem pan Marian Banaś, prezes Najwyższej Izby Kontroli, którego Naczelnik Państwa z zagadkowych przyczyn chciał wysadzić w powietrze, właśnie złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie zakupu respiratorów. Jak pamiętamy, pan minister Szumowski, który dzisiaj, zgodnie z zaleceniem greckiego filozofa hedonisty Epikura, „żyje w ukryciu”, kupił w imieniu rządu te respiratory od pewnego handlarza bronią, co oczywiście kieruje naszą uwagę w stronę starych kiejkutów, no bo kogóż innego? Toteż bez zdziwienia przyjęliśmy informację, że sprzedawca owych respiratorów właśnie taktownie umarł i już nic żadnemu prokuratorowi nie powie. Wyobrażam sobie, z jaką ulgą musiał przyjąć tę wiadomość pan Szumowski, podobnie jak stare kiejkuty, które dzięki temu będą mogły spokojnie korzystać z wyprowadzonego w nieznanym kierunku szmalcu, tak, jak w przypadku „Amber Gold”.

Tymczasem rząd na wrzesień właśnie zaplanował nową falę epidemii, tym razem spowodowaną przez mutację koronawirusa nazwaną „Centaurem”. Najwyraźniej jednak urzędnicy resortu zdrowia wyciągnęli wnioski z poprzednich, niezbyt fortunnych doświadczeń, więc wprawdzie ogłaszają, że ten cały „Centaur” jest jeszcze bardziej zaraźliwy, niż poprzednie mutacje, ale za to znacznie od nich łagodniejszy, więc jak tylko się zaszczepimy, żeby rozładować nagromadzone w rządowych magazynach krocie „dawek”, to będziemy musieli nauczyć się z nim żyć, a kto wie – może nawet się zaprzyjaźnić. I słusznie – skoro musimy przyjaźnić się z uchodźcami, to dlaczego nie z „Centaurem”?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Czy idioci czytają Tokarczuk? Tak, toć to ikona antykultury…

Kategoria: Archiwum, Polecane, Ważne

CzarnaLimuzyna https://www.ekspedyt.org/2022/07/25/czy-idioci-czytaja-tokarczuk/

,

H.B., Wiedźmy (1510)

Ikona antykultury, Tokarczuk stwierdziła niedawno, że „literatura nie jest dla idiotów”.

Nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów.

Abstrahując od tego co ma na myśli Tokarczuk odważnie łącząc literaturę z książkami przez siebie napisanymi, zacznijmy od przypomnienia kim jest przysłowiowy idiota ἰδιώτης. W starożytnej Grecji była to osoba nie zajmująca się sprawami natury publicznej, politycznej, zamknięta w swoim świecie. Brak tego rodzaju aktywności był kojarzony z rodzajem upośledzenia, niemożności intelektualnej. Grzegorz Braun określił prezydenta Dudę mianem: idioty w starożytnym rozumieniu tego słowa. Być może miał na myśli jego sposób pojmowania polityki oraz związany z tym brak pozytywnego zaangażowania. Od siebie mogę dodać, że dziś prawie każdy polityk sprawia wrażenie idioty. W wielu przypadkach są to jedynie pozory, ale to oddzielny temat.

W wieku XX pojawili się idioci pożyteczni. Termin ten oznaczał osoby i środowiska sympatyzujące z ZSRR i jego polityką, ludzi podatnych na komunistyczną propagandę. Słowo idiota oznacza również w potocznym rozumieniu ignoranta, nieuka, wtórnego analfabetę łykającego propagandową papkę.

Czy Tokarczuk jest idiotką?

W kontekście powyższego opisu, biorąc pod uwagę wypowiedzi noblistki o Polakach typu: “Robiliśmy rzeczy straszne jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów” wielu skłania się do opinii, że Tokarczuk jest pospolitą idiotką zwaną pożyteczną czyli osobą będącą pod wpływem antypolskiej propagandy.

“…Twierdzenie, które niekiedy zaczyna pojawiać się w naszej debacie historycznej, głoszące że „Polska nie miała co prawdzie w swojej historii zjawiska niewolnictwa, ale miała zjawisko pańszczyzny i poddaństwa chłopów” uważam za wyjątkowo chybione i szkodliwe, gdyż zrównuje ono ze są dwa zupełnie różne od siebie zjawiska historyczne, co w poważnej nauce nigdy nie powinno mieć miejsca”. /Czy polscy chłopi byli „niewolnikami wyzyskiwanymi przez szlachtę?”/

Należy też wyraźnie podkreślić, że handlem porywaną ludnością na terenie Polski zajmowali się żydzi oraz muzułmanie (Tatarzy i Turcy).

Tokarczuk: moi krajanie nie są idiotami

Tokarczuk określiła również kto według niej nie jest idiotą, który m.in. „mieszka pod strzechą i nic nie wie”

Żeby czytać książki trzeba mieć jakąś kompetencję, trzeba mieć pewną wrażliwość, pewne rozeznanie w kulturze.(…)

Więc piszę swoje książki dla ludzi inteligentnych, którzy myślą, którzy czują, którzy mają jakąś wrażliwość. Uważam, że moi czytelnicy są do mnie podobni, piszę jakby do swoich krajanów.

Kultura czy antykultura?

Nie wiem jakie rozeznanie ma Tokarczuk w kulturze, ale obawiam się, że bardzo podobne do rozeznania w polityce i polskiej historii. Postrzegam ją prędzej jako osobę osadzoną w antykulturze. Antykultura to nurt czerpiący inspirację z postmodernizmu i ideologii neomarskistowskiej. Dobitnie o tym świadczy zdjęcie uśmiechniętej Tokarczuk na tle krzyża przerobionego na swastykę. Pomijam milczeniem ideologiczny bełkot rzekomo uzasadniający taką deformację. Sama Tokarczuk nie kryje się z poglądami osoby o innej orientacji moralnej, oderwanej od korzeni cywilizacji łacińskiej.

Dyskusja wśród sympatyków Tokarczuk

Wielu “krajanów” Tokarczuk tworzących wiodący nurt antykultury podzieliło się w opiniach na temat inkryminowanej wypowiedzi. Cześć stwierdziła, że jest to “klasizm”. Inni, że wcale nie. Do dyskusji włączyli się sympatycy noblistki na Twitterze. Na początek wybrałem jeden z tychże głosów z powodu niewyczuwalnego, dla niektórych, smaku dodanej do tej beczki łyżki dziegciu:

Przydałby się taki coaching, oj przydał, nie tylko dla dobra Narodu, ale też Olgi Tokarczuk – poszerzy się grono ludzi godnych jej ksiąg, grono jej krajan, więcej osób będzie mogło osiągnąć to, do czego wszyscy powinniśmy dążyć – do stania się podobnymi do naszej noblistki

Do tego dorzucę tzw. pełen odlot, który zaliczył niejaki pan Szubartowicz szeroko znany wśród  “nie idiotów”, nazywający wypowiedź Tokarczuk “neutralną”, a opinie o niej “egzaltowaną histerią”

Ta egzaltowana histeria, która rozlewa się po zupełnie neutralnej wypowiedzi Olgi Tokarczuk, jest znakiem czasów. Grupki oderwanych od rzeczywistości, infantylnych strażników moralności usiłują terroryzować wszystkich karykaturalną poprawnością polityczną. Nowy purytanizm u bram.

Inny rodzaj odlotu zaprezentowała Gazeta Wyborcza pisząc:

Noblistkę zaatakowały głównie osoby z roczników 80. i 90. wychowane na amerykańskiej popkulturze i anglosaskim modelu, w którym kultura jest rozrywką. Tymczasem Olga Tokarczuk wychowała się na oświeceniowym przekonaniu, że pęd do wiedzy daje szczęście.

W tym momencie zbliżyliśmy się do momentu odpowiedzi na tytułowe pytanie.  Swego czasu książki Tokarczuk próbował czytać Stanisław Lem. O swojej nieudanej próbie powiedział tak:

Tokarczuk do tego stopnia obraziła mój rozum, że chciałem napisać polemikę, ale uznałem, że gra jest nie warta świeczki, bo musiałbym jej książkę doczytać do końca.

Książki Tokarczuk nie zawędrowały więc pod “strzechę” wybitnego pisarza Stanisława Lema, a także pod “strzechę” wybitnego znawcy antykultury, Krzysztofa Karonia, który swego czasu spuentował “noblowską hucpę” w sposób następujący:

Nie widzę najmniejszego powodu, aby być dumnym z tego, że Olga Tokarczuk należąca do formacji barbarzyńskiej otrzymała nagrodę. Barbarzyńcy przejęli komitet noblowski i rozdają nagrody. Banda degeneratów przyznała nagrodę osobie, która spełniała ich warunki. (…) Kłamstwa pani Tokarczuk powinny być przedmiotem prawa karnego.

Polskie szpitale „Тільки для українців”

Polskie szpitale „Тільки для українців”? – Konrad Rękas

Sama tylko opieka medyczna, w tym szpitalna, dla obywateli Ukrainy przesiedlonych do Polski – miała w 2022 r. kosztować budżet państwa ponad miliard zł. Miała, bo już dziś wiadomo, że kwota ta zostanie zwielokrotniona, także w związku z faktem, że na naszym terytorium leczeni są i poddawani rehabilitacji ranni w walkach ukraińscy żołnierze i bojówkarze zbrojnych batalionów banderowskich. Spodziewając się zwiększenia ich liczby – zwłaszcza w województwach przygranicznych opróżniane są pośpiesznie z polskich pacjentów w szczególności oddziały chirurgii i ortopedii. Choć ministerstwo zdrowia zaprzecza istnieniu wydzielonych łóżek tylko dla Ukraińców – nasi informatorzy potwierdzają, że obowiązują zakazy przyjmowania Polaków, nawet na terminowe zabiegi, jeśli mieliby zostać położeni na miejscach czekających na przesiedleńców bądź rannych. W całym kraju nawet ok. 12.000 łóżek miałoby zostać wyłączonych jako „Тільки для українців”.

Co najmniej 50 miliardów złotych

Teoretycznie takie sprawy powinna regulować ustawy z dnia 12 marca 2022 r. o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa (Dz. U. z 2022 r. poz. 583, z późn. zm.). Faktycznie jednak szczegóły, w tym samą wysokość świadczeń, przeniesiono do umowy między ministrem zdrowia, a Narodowym Funduszem Zdrowia, zatem manipulować kwotami można już w praktyce poza bezpośrednią kontrolą i wiedzą Sejmu.

Sama ustawa zresztą, jak to w państwie PiS-u – napisana jest brudno, chaotycznie, niespójnie i z licznymi furtkami, oczywiście służącymi ułatwieniom w wyprowadzaniu pieniędzy budżetowych przez fundusze celowe, w tym przypadku na rzecz ludności ukraińskiej w Polsce.

To dlatego właśnie nie zgadzają się i wciąż zmieniane są kwoty, co do których udaje się uzyskiwać niechętne potwierdzenia rozdysponowania na rzecz przesiedleńców. I tak do wspomnianego 1 miliarda na ochronę zdrowia (już nieomal wydanego, choć miał starczyć na rok) doliczyć należy bezpośrednie zasiłki, dalej zaś księgowane osobno świadczenia z PFRON i Funduszu Solidarnościowego. Ile łącznie i ile trzeba będzie jeszcze dołożyć – nikt oczywiście przyznać nie chce, jednak podawana na początku wojny wstępna kalkulacja ok 24 miliardów zł już musiała zostać podwojona, ze względu na znacznie większy niż pierwotnie podawano napływ przesiedleńców.

Na dziś mowa więc co najmniej o 50 miliardach – i o konieczności dofinansowania samej opieki zdrowotnej „Тільки для українців” kwotą co najmniej kolejnych 3 miliardów zł.

Tajemnice wojskowe państwa niewojującego

Powtórzmy, to wszystko są wydatki formalnie cywilne, bez wliczania w to miliardów pomocy wojskowej i prezentów w postaci sprzętu i uzbrojenia oraz służby polskich „ochotników”.  

Ile wydaje się na leczenie samych rannych, w tym m.in. na opiekę psychologiczną i rehabilitację nazistów z AZOWA, wciąż pewnie w traumie po poddaniu się ich kolegów z Mariupola – to już tajemnica wojskowa! Tajemnicą wojskową, choć przecież Polska nie jest z nikim w stanie wojny próbuje się cenzurować informacje o przyjeżdżających do nas transportach z rannymi.  Tak było kilka dni temu z wyciemnionym pociągiem, którym dostarczono m.in. do lubelskiego SPSK-4 32 ukraińskich żołnierzy i bojówkarzy.

Moją ciotkę po amputacji nogi na siłę wyrzucili z oddziału naczyniowego do domu w piątej dobie. Osobę tak słabą, że nie była w stanie samodzielnie poprawić sobie ułożenia głowy. Z krwawiącą raną pooperacyjną, wypis w dobę po przetaczaniu krwi ratującej jej życie. To w temacie leczenia Polaków – komentowała w jednej z dyskusji przerażona lublinianka jednak takich historii próżno szukać w lokalnych mediach. Pod względem kolportowania kłamstw i manipulacji w niczym nie ustępują one tym ogólnokrajowym, te zaś działają pod dyktando kłamców rządowych.

Lista ukraińskich kłamstw III RP

32 rannych żołnierzy ukraińskich przyjechało do Polski specjalnym pociągiem sanitarnym. To pierwszy taki transport, a ranni żołnierze zostali umieszczeni w trzech szpitalach: w Łodzi, w Warszawie i w Lublinie” – powiedział w Radiu Zet szef kancelarii premiera, minister Michał Dworczyk.

Pierwszy? Doprawdy? To pierwsi nie byli ci leczeni w Polsce ukraińscy żołnierze, o których na łamach Wall Street Journal już 6. marca informował rzecznik rządu, Piotr Müller? A może tych kilkudziesięciu, którymi 15. kwietnia chwalił się we Lwowie sam premier Mateusz Morawiecki, zapowiadając miejsca nawet dla 10.000 rannych? A co z tą grupą z maja, z Ostrowa Wielkopolskiego, pan minister ich przeoczył?

Kłamią. Kłamią bezczelnie i bez przerw!

Każdy kolejny transport ma być pierwszy, każde wyrzucenie Polaków z łóżek zupełnie wyjątkowe i nadzwyczajne, a tymczasem planowali to od dawna. „Od wielu tygodni przygotowywaliśmy się do zapewnienia pomocy naszym sąsiadom z Ukrainy. Każdemu przybywającemu do naszego kraju musimy zapewnić bezproblemowy, bieżący dostęp do opieki medycznej, w tym również do hospitalizacji” – powiedział już 25. LUTEGO rzecznik ministerstwa zdrowia, Wojciech Andrusiewicz (prywatnie przesympatyczny).  Na wiele tygodni przed rosyjskim atakiem szykowali łóżka dla ukraińskich żołnierzy i przesiedleńców?! I nadal śmią twierdzić, że III RP nie była zaangażowana w ukraińsko-NATOwskie plany wojny przeciw Rosji? Naprawdę mają Polaków za takich idiotów, którzy nie pamiętają propagandy sprzed miesiąca i nie umieją jej porównać z tą obecną?

Ha, widać nie pamiętamy i nie umiemy dodawać miliardów. Tych miliardów, których brakuje na leczenie Polaków.

Konrad Rękas

Za: Konserwatyzm.pl (24 lipca 2022) | https://konserwatyzm.pl/rekas-polskie-szpitale-%D1%82%D1%96%D0%BB%D1%8C%D0%BA%D0%B8-%D0%B4%D0%BB%D1%8F-%D1%83%D0%BA%D1%80%D0%B0%D1%97%D0%BD%D1%86%D1%96%D0%B2/

Wesprzyj naszą działalność

Brak węgla w Polsce: Węgiel z Bogdanki będzie płynął na Ukrainę dalej…

Brak węgla w Polsce: Węgiel z Bogdanki będzie płynął na Ukrainę dalej, jeśli wojna nie przeszkodzi

Wojciech Jakóbik 28 marca 2022, https://biznesalert.pl/wegiel-z-bogdanki-bedzie-plynal-na-ukraine-dalej-jesli-wojna-nie-przeszkodzi/

Polski węgiel z Kopalni Bogdanka płynie szerokim strumieniem na Ukrainę doświadczoną atakiem Rosji i ma płynąć nadal, jeśli infrastruktura pozwoli pomimo działań wojennych.

– Mieliśmy zaplanowany eksport węgla na Ukrainę przez cały rok, ale przez działania wojenne i niebezpieczeństwo przerwy szlaków dostawy podjęliśmy decyzję o przyspieszeniu dostaw do odbiorców w zachodniej i środkowej części tego kraju tak, żeby nie zaburzyć dostaw do odbiorców w Polsce – powiedział Artur Wasil, prezes Lubelski Węgiel Bogdanka, spółki z Grupy Enea zarządzającej Kopalnią Bogdanka.

W 2021 roku wyeksportowaliśmy na Ukrainę blisko 0,5 mln ton węgla. W 2022 roku też planujemy wyeksportować około pół miliona ton węgla. Czas dostaw z uwagi na działania wojenne został skrócony i będzie najprawdopodobniej, jeżeli nie dojdzie do uszkodzenia infrastruktury, zrealizowany w pierwszym półroczu tego roku – zapowiedział Wasil podczas konferencji poświęconej wynikom Enei.

===================

mail: A w drugą stronę – nasi przyjaciele [i Obrońcy] już szykują worki na nasionka wierzby i topoli, z których będziemy mogli sobie wyhodować sadzonki na przyszły chrust.

Czas na dymisję Adama Niedzielskiego. [Lub wywiezienie go na taczkach z gnojem].

[druga część tytułu – MD]

Nie ma wątpliwości, że obecne sygnały płynące z rządu to zapowiedź kolejnego lockdownu i wszystkiego złego, co się z nim wiąże. Jeśli teraz nie uda się zahamować decyzji o nowych restrykcjach, spirala covidowego szaleństwa zacznie znowu się nakręcać

Proszę wyobrazić sobie, że właśnie teraz, w gorącym lipcu, gdy Polacy udali się na upragnione wakacyjne wyjazdy… Minister Zdrowia znowu zaczyna straszyć restrykcjami i wracającą „pandemią”! Nie do wiary, prawda? Ja też początkowo nie mogłam w to uwierzyć. Z nieba leje się żar, a Adam Niedzielski zupełnie serio zaczyna opowiadać o zwiększonej zachorowalności na koronawirusa, tego samego, o którym kilka tygodni temu mówił, że powinien być traktowany jak zwykła infekcja i nie ma podstaw, aby z jego powodu wprowadzać nadzwyczajne środki ostrożności.

I znów się pozmieniało! Minister już przepowiada, kiedy będą kolejne zachorowania (środek sierpnia). A może po prostu planuje wtedy podkręcić statystyki…????

Wraz z alarmującymi informacjami z rządu wraca znowu ten sam motyw: SZCZEPIENIA. Rozpoczyna się nowa odsłona stręczenia Polakom szczepionek produkowanych na liniach płodowych. Wszystkie podawane w Polsce szczepionki na Covid czerpią z aborcji. Aby opracować i testować (Pfizer, Moderna) lub wprost produkować (Astra Zeneca, Johnson&Johnson) każdy z preparatów, użyto linii płodowych wyprowadzonych wprost od zabitych dzieci. Linie te są w obiegu od wielu lat, lecz starzeją się, zatem tworzy się popyt na kolejne linie. Dochodzi do kolejnych aborcji na potrzeby przemysłu farmaceutycznego.

Aby preparaty były zdatne do użytku, trzeba było pobierać tkanki z dzieci żywcem i bez żadnego znieczulenia – w krótkim momencie pomiędzy wyjęciem dzieciątka z macicy a jego śmiercią. Aż trudno wyobrazić sobie, jak ogromny ból musiał odczuwać mały człowiek wyrwany z bezpiecznego łona mamy i poddany okrutnej procedurze usunięcia narządów żywcem… Teraz szczepionki powstałe dzięki liniom płodowym mamy wszyscy uznać za zdobycz cywilizacji i masowo je stosować. Straszenie kolejną falą koronawirusa jest niczym innym jak tworzeniem popytu na preparaty skażone gigantyczną zbrodnią.

Przemysł aborcyjny jest powiązany z niektórymi gałęziami przemysłu farmaceutycznego i na tej podstawie próbuje się oswajać ludzi z tezą, że aborcja nie zawsze przynosi samo zło. Promotorzy zabijania dzieci bardzo chcą, abyśmy przyznali, że czasem z zabicia niewinnego dziecka wypływa dobro. Dlatego rozpętywanie strachu wokół konkretnego wirusa, kreowanie statystyk zachorowań i wmawianie opinii publicznej, że jedynym ratunkiem są szczepionki skażone aborcją – jest świetną okazją, aby relatywizować zbrodnię. W świadomości przeciętnego człowieka może wówczas pojawić się myślenie, że nie wszystkie aborcje są tak samo złe, w zależności od celu, do jakiego wykorzysta się ciała zamordowanych dzieci. To utylitarne myślenie o życiu człowieka pomaga ruchowi aborcyjnemu w osiąganiu jego celów – akceptacji aborcji (przynajmniej niektórych) i zarabianiu na nich wielkich pieniędzy.

Dlatego z przerażeniem obserwuję, jak polski rząd ponownie rozpoczyna kampanię strachu, kreowanie popytu i wmuszanie ludziom preparatów, które czerpią ze zbrodni aborcji.

Potrzeba masowego sprzeciwu, aby znowu nie wprowadzono restrykcji, lockdownu i nachalnej akwizycji szczepionek na Covid!

Chciałabym, aby w najbliższym czasie jak najwięcej osób zadzwoniło do Kancelarii Premiera i przekazało Mateuszowi Morawieckiemu, że nie chce:

żadnych restrykcji ani lockdownów, żadnych testów, a przede wszystkim żadnych szczepionek z abortowanych dzieci,
– wydawania pieniędzy podatników na preparaty skażone zbrodnią aborcji ani na ich namolną promocję.

Ponadto pora na dymisję Adama Niedzielskiego i mianowanie Ministrem Zdrowia kogoś, kto nie będzie ulegał lobby aborcyjnemu.

Nie ma wątpliwości, że obecne sygnały płynące z rządu to zapowiedź kolejnego lockdownu i wszystkiego złego, co się z nim wiąże. Jeśli teraz nie uda się zahamować decyzji o nowych restrykcjach, spirala covidowego szaleństwa zacznie znowu się nakręcać. Być może w kolejnym roku szkolnym dzieci znowu nie pójdą do szkół. Być może znowu doświadczymy zamknięcia placówek ochrony zdrowia. Czy chcemy znowu zamknięcia branż gospodarki i szantażu, że jeśli nie weźmiemy skażonych aborcją szczepionek, to branże te nie będą mogły się otworzyć…? Czy chcemy selekcji wiernych w kościołach? Nalotów Policji na świątynie, gdzie zgromadziło się zbyt wielu wiernych? Zakazu spotkań powyżej określonych przez władzę limitów?

Są wakacje. Mimo to nie zwalniamy tempa i wiemy, że właśnie TERAZ potrzeba pilnego i efektywnego działania. Uruchomiliśmy stronę internetową www.telefondopremiera.pl. Znajdują się na niej numery telefonów do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz krótka zachęta, aby zadzwonić i przekazać Mateuszowi Morawieckiemu, że nie ma zgody na rozkręcanie kolejnej fali restrykcji i promocji szczepień na Covid-19.

Cierpienie dzieci, które zostały poddane aborcji i usunięciu tkanek, by wyprodukować szczepionki, to nie jest abstrakcja. Te dzieci to nasi bliźni, najsłabsi, niemogący się bronić, ginący na ołtarzu wielkiego biznesu i ogromnych pieniędzy. Protestujmy przeciw nieludzkiej polityce kreowania popytu i wymuszania szczepień preparatami, które powstały przy użyciu ciał tych niewinnych maleństw…

Wesprzyj naszą inicjatywę!

Kaja Godek Fundacja Życie i Rodzina

CIEMNA STRONA POJAZDÓW ELEKTRYCZNYCH. KRWAWY KOBALT. DZIECI – GÓRNICY.

Z biedaszybów do salonów czyli jazda z prądem

Kategoria: Archiwum, Co piszą inni, Gospodarka, Kontrowersyjne, Polecane, Polityka, Polska, Świat, Ważne AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/07/24/z-biedaszybow-do-salonow-czyli-jazda-z-pradem/

Jeśli pracownik umiera, firmy nie zgłaszają tego rządowi. Chowają taką osobę, ukrywają zwłoki i przekupują rodzinę, aby milczała”.

To twój samochód elektryczny, który zabija ludzi, zanim jeszcze wyjedzie na drogę. Czy pisałeś się na to?”

−∗−

Tłumaczenie transkrypcji materiału wideo z serwisu Forbidden Knowledge TV na temat ciemnej strony produkcji pojazdów elektrycznych. Zachęcam nie tylko do lektury tekstu, ale również do obejrzenia samego filmu ze względu na grafikę z danymi. //AlterCabrio

________________***________________

Ciemna strona pojazdów elektrycznych

Palki Sharma z WION z New Delhi w Indiach to świetne źródło prawdziwych wiadomości, a ten odccinek jest świetnym przykładem. Kilka minut oglądania małych dzieci kruszących skały dla przemysłu kobaltowego może na dobre zniechęcić cię do posiadania pojazdu elektrycznego.

Mówi: „Pod lśniącą powierzchnią EV kryje się historia krwawych baterii [blood batteries]. Te samochody są przyczyną łamania praw człowieka, skrajnego ubóstwa i pracy dzieci…”

„Połowa wyprodukowanego kobaltu trafia do samochodów elektrycznych. Mówimy o 4 do 30 kilogramów kobaltu na baterię. Ten metal znajduje się na całym świecie… ale 70% całkowitej podaży pochodzi z jednego kraju… Demokratycznej Republiki Konga”.

„Przyjrzyjmy się temu krajowi. DR Kongo jest drugim co do wielkości krajem Afryki. Jego PKB wynosi około 49 miliardów dolarów… Wydobycie kobaltu w Kongo dzieli się na dwie kategorie: wydobycie przemysłowe lub na dużą skalę oraz wydobycie rzemieślnicze lub na małą skalę”.

„Jaka jest różnica między tymi dwoma? Kopalnie rzemieślnicze są nieuregulowane. Tutaj nie obowiązują przepisy prawa pracy. Podobnie jak protokoły bezpieczeństwa. Kopalnie te produkują od 20% do 30% kongijskiego kobaltu. W tych kopalniach pracuje około 200 000 górników. Co najmniej 40 000 z nich to dzieci, niektóre nawet sześcioletnie”.

„Te dzieci codziennie ryzykują śmiercią. Wchodzą do pionowych tuneli, większość z nich jest zbyt wąska, aby dorośli mogli się w nich pomieścić. To jak piec. Dzieci kopią kobalt w nieludzkich warunkach, czasem mają łopaty, ale najczęściej kopią gołymi rękami”.

„Nie mają masek, rękawiczek, ubrań roboczych, a czasami mają tlenu tylko na 20 minut, ale te małe dzieci kopią godzinami. Po wydobyciu kruszą skały. Myją je i niosą swoje znaleziska na targ, aby znaleźć kupca”.

„Ile te dzieci zarabiają? Czasami ledwie jednego dolara. Kobalt to wielomiliardowy przemysł. Szacuje się, że do 2027r. będzie wart 13,63 miliarda dolarów, ale pieniądze te nigdy nie dotrą do dziecka, które wyszukuje i wydobywa metal”.

„W dotkniętym biedą Kongo nawet jeden dolar wart jest zaryzykowania życia. Wielu ginie, próbując zarobić te pieniądze… Według szacunków co roku w Kongo ginie 2000 nielegalnych górników. Wielu cierpi z powodu trwałego uszkodzenia płuc, infekcji skóry i urazów zmieniających życie. W 2019 roku kilka rodzin z Kongo złożyło pozew. Wskazali firmy takie jak Tesla, oskarżyły je o podżeganie i przyczynianie się do śmierci i okaleczenia dzieci…”

Zapotrzebowanie [na kobalt] potroiło się w ciągu ostatniej dekady. Oczekuje się, że do 2035r. ponownie się podwoi. Popyt napędzają pojazdy elektryczne. Obecnie na drogach jeździ ponad 6,5 miliona pojazdów elektrycznych. Do roku 2040 ta liczba osiągnie 66 milionów, czyli 66 milionów pomnożone przez 30 kilogramów kobaltu. Policzcie sami”.

„Oczekuje się, że do 2050r. zapotrzebowanie na produkcję kobaltu wzrośnie o 585%. Rodziny z Kongo chcą przezwyciężyć tę falę biedy. Wysłanie dzieci do kopalni nie jest dla nich wyborem, ale koniecznością. Te dzieci w końcu pracują jako górnicy na małą skalę [bieda szyby] lub pracownicy nieformalni. Nie są zatrudnieni przez żadną firmę, ale kilka firm ustawia się w kolejce, aby kupić ich znaleziska.

„Widzisz, taniej jest kupić kobalt od dziecka niż w oficjalnej kopalni, a kto lepiej rozumie biznes niż Chiny? Większość z tych firm zajmujących się krwawymi bateriami pochodzi z Chin. Dominują w globalnym łańcuchu dostaw kobaltu. Chiny posiadają do 50% produkcji metalu. Kontrolują około 80% rafinacji kobaltu”.

„W ciągu ostatnich 15 lat chińskie podmioty wykupiły działające w Kongo firmy wydobywcze z Ameryki Północnej i Europy. Dziś chińskie firmy są właścicielami 15 z 19 kopalń przemysłowych w tym kraju”.

„W zamian za kongijski kobalt Chiny obiecały temu krajowi miliardowe inwestycje w infrastrukturę, szkoły i drogi”.

„Teraz Kongo jest kolejnym przykładem tego, że historie z udziałem Chin nigdy nie kończą się dobrze. Dzisiaj Chiny wpuszczają krwawy kobalt do łańcucha dostaw pojazdów elektrycznych. Chińskie firmy kupują kobalt od dzieci, zachęcając je do udziału w handlu krwawymi bateriami”.

„Jednym z największych przetwórców kobaltu w Kongo jest firma CDM czyli Congo Dongfung Mining. Jest spółką zależną chińskiej firmy Xiang Huayou Cobalt. Oczywiście Huayou dostarcza kobalt producentom samochodów elektrycznych, takim jak Volkswagen. 40% kobaltu Huayou pochodzi z Konga. W 2016 roku chińska firma została wezwana do wyjaśnień przez organizację pozarządową. Zostali uznani za beneficjenta pracy dzieci”.

„Huayou obiecał uporządkować swoją działalność, ale czy coś się zmieniło? Raporty napływające z terenu budzą poważne wątpliwości. To jedna z części historii.

W wielkich chińskich kopalniach jest też krew. Tam pracownicy są maltretowani, dyskryminowani, bici i zmuszani do pracy bez umów i wystarczających racji żywnościowych”.

„Jeden z pracowników powiedział mediom, cytuję: «Jeśli pracownik umiera, Chińczycy nie zgłaszają tego rządowi. Chowają taką osobę, ukrywają zwłoki i przekupują rodzinę, aby milczała»”.

„To twój samochód elektryczny, który zabija ludzi, zanim jeszcze wyjedzie na drogę. Czy pisałeś się na to?”

„Najwięksi światowi producenci samochodów są współwinni tych przestępstw. Mówię o firmach takich jak Tesla, Volvo, Renault, Mercedes-Benz, Volkswagen. Wszyscy oni pozyskują kobalt z chińskich kopalń w Kongo…”

„Podobnie jak twierdzenie, że samochody elektryczne są czyste, te samochody są napędzane brudną energią, krwawymi bateriami i nie jest to rozwiązanie klimatyczne. To łamanie praw człowieka i te dwie rzeczy nie mogą współistnieć”.

„Rozwiązanie klimatyczne nie powinno odbywać się kosztem ludzkiego życia. Krótko mówiąc, pojazdy elektryczne muszą przejechać wiele kilometrów, zanim ktoś będzie mógł twierdzić, że są czyste”.

__________________

The Dark Side of Electric Vehicles, Alexandra Bruce, July 24, 2022

Post-Zachód, Węgry i wojna na Ukrainie. Viktor Orban – mąż stanu.

Post-Zachód, Węgry i wojna na Ukrainie. Viktor Orban.

https://www.bibula.com/?p=135378

Tradycyjnie latem podczas Bálványos Summer Free University and Student Camp w Siedmiogrodzie Viktor Orban wygłosił wykład na temat sytuacji międzynarodowej i pozycji Węgier.

Orban powiedział, że „Zachód przeniósł się do Europy Środkowej w sensie duchowym”, Zachód jest tutaj i toczy bitwa między dwiema połówkami Europy. Europa Środkowa chce, aby każdy mógł sam decydować, z kim i jak chce żyć, „ale Postzachód odmówił tego i nadal walczą z Europą Środkową w celu upodobnienia nas do nich”. Postzachód walczy z Europą Środkową, a Bruksela, w stylu Sorosa, chce „zmusić do nas do przyjmowania imigrantów”.

Orban powiedział, że wojna zachwiała współpracą polsko-węgierską, która stanowiła oś współpracy między Czwórką Wyszehradzką, mimo że ich strategiczne interesy były zbieżne: Polacy chcą, aby Rosjanie nie zbliżali się do nich, chcą zachowania suwerenność Ukrainy i demokracji.

O ile jednak Węgrzy chcą trzymać się z dala od wojny dwóch narodów słowiańskich, o tyle Polacy uznają, że to jest ich wojna, dlatego trzeba zrobić wszystko, co możliwe żeby po tej wojnie uratować polsko-węgierski sojusz strategiczny – wskazał premier.

W związku z wyzwaniem, jakie stawia wojna rosyjsko-ukraińska, Viktor Orbán zwrócił uwagę, że wojna rosyjsko-ukraińska przyniosła już Węgrom krwawe ofiary: według danych do tej pory zginęło 86 Węgrów, więc Węgry mają prawo, jako kraj sąsiedni, powiedzieć, że pokój jest jedynym rozwiązaniem. Viktor Orbán uważa, że na każdą wojnę można spojrzeć z wielu różnych perspektyw, ale podstawowym aspektem każdej wojny jest fakt, że „matki opłakują swoje dzieci, a dzieci tracą rodziców”. Według niego takie podejście powinno przeważyć nad wszystkim innym, nawet w polityce.

Podkreślił, że dla węgierskiego rządu oznacza to, że ich głównym obowiązkiem jest, aby węgierscy rodzice i węgierskie dzieci nie znaleźli się w takiej sytuacji. Jednocześnie zaznaczył, że są kraje, które krytykują Węgry, ponieważ według nich wystarczająco nie pomagają Ukraińcom, ale te kraje są daleko i udzielają Ukrainie co najwyżej wsparcia finansowego lub zbrojeniowego.

Podkreślił, że w związku z tym podtrzymuje stanowisko, że „to nie jest nasza wojna”. Węgry są członkiem NATO i zakładają, że Rosja nigdy nie zaatakuje znacznie silniejszego NATO, ale znalazła się w delikatnej sytuacji po tym, jak UE postanowiła  nie będąc stroną walczącą, dostarczać broń Ukrainie  i nakłada surowe sankcje gospodarcze, co stwarza ogromne ryzyko eskalacji konfliktu– wyjaśnił.

Przypomniał, że Rosjanie postawili jasne żądanie  bezpieczeństwa: Ukraina nigdy nie powinna być członkiem NATO, a gdyby Donald Trump był teraz prezydentem USA, a Angela Merkel kanclerzem Niemiec, nie sądzi, żeby ta wojna wybuchła.

Wyjaśnił, że zachodnia strategia opiera się na tym, że Ukraina wygra wojnę dzięki anglosaskiemu szkoleniu i broni, i na tym, że sankcje zdestabilizują przywództwo Moskwy, i że Zachód może sobie poradzić sobie z ekonomicznymi skutkami sankcji, a świat opowie się za nim. Tymczasem  dzieje się odwrotnie.

„Siedzimy w samochodzie [UE] z przebitymi wszystkimi czterema oponami” – powiedział Viktor Orbán, wskazując, że w kontekście wojny Europa potrzebuje nowej strategii, która powinna skupić się nie na wygraniu wojny, ale na wynegocjowaniu pokoju i sformułowaniu dobrej oferty pokojowej. Viktor Orbán podkreślił, że zadaniem Unii Europejskiej nie jest teraz „stanie po stronie Rosjan czy Ukraińców, ale stanie między Rosją a Ukrainą”.

To, co dzieje się w tej chwili, przedłuża wojnę, ponieważ Rosjanie chcą przesunąć się tak daleko, żeby nie było możliwe zaatakowanie Rosji z terytorium Ukrainy, więc im lepszą broń będą mieli Ukraińcy, tym dłużej ta wojna będzie trwać.

Podkreślił, że dopóki nie dojdzie do rosyjsko-amerykańskich negocjacji, nie będzie pokoju. „My, Europejczycy, straciliśmy naszą szansę na wpływanie na rzeczy” po 2014 r., kiedy przy zawieraniu porozumienia mińskiego wyłączono Amerykanów, a przez co realizacja tego porozumienia nie mogła być egzekwowana, wyjaśnił. Dodał, że dlatego „Rosjanie nawet nie chcą teraz negocjować z nami”, ale z tymi, którzy mogą wymusić na Ukrainie to, na co się zgodzą.

Wymienił kwestię energetyki i gospodarki jako jedno z wyzwań stojących przed Węgrami. Chodzi o to, aby zrozumieć, kto korzysta z sytuacji wojennej. Zwrócił uwagę, że korzystają na tym ci, którzy mają własne źródła energii. Rosjanie mają się dobrze, ponieważ ich przychody są determinowane nie tylko ilością sprzedanej energii, ale także jej ceną, Chińczycy – wcześniej zależni od świata arabskiego – są teraz są w stanie kupować rosyjskie surowce, dobrze mają się też duże amerykańskie firmy, które zwielokrotniły swoje zyski. Z drugiej strony UE radzi sobie źle, a jej deficyt energetyczny potroił się.

Podkreślił też znaczenie fundamentów duchowych: „Węgry wciąż mają swoją ideę narodową, mają swoje uczucia narodowe, mają swoją kulturę”. Nazwał też ważnym, aby Węgry miały ambicje, ambicje wspólnotowe, a nawet narodowe. Aby „utrzymać nasze narodowe ambicje w trudnym okresie, który nadchodzi, musimy pozostać razem, ojczyzna musi być zjednoczona, a Siedmiogród i inne zamieszkane przez Węgrów terytoria w Kotlinie Karpackiej muszą pozostać razem” – zakończył swoją prezentację Viktor Orbán.

Za: Magyar Hirlap

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (23-07-2022) | https://myslpolska.info/2022/07/23/postzachod-wegry-i-wojna-na-ukrainie/

==============

mail:

Wiktor Orbán mówi to w Siedmiogrodzie, obecnie w granicach Rumunii.
Czy którykolwiek polski przywódca odważyłby się na podobną wypowiedź we Lwowie, ale choćby w Warszawie.

Dialog premiera Morawieckiego z prezydentem Dudą o węglu.

Andrzej Duda MASAKRUJE Mateusza Morawieckiego ws. węgla [VIDEO]

https://nczas.com/2022/07/24/andrzej-duda-masakruje-mateusza-morawieckiego-ws-wegla-video/

Na profilu w mediach społecznościowych Konrada Berkowicza (KORWiN) pojawiło się nagranie, w którym zestawiono niedawną wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego na temat niedoborów węgla z archiwalną wypowiedzią Andrzeja Dudy.

Prezydent Andrzej Duda (P) oraz premier Mateusz Morawiecki (L) . na placu Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie. (amb) PAP/Marcin Obara

Dwa nagrania – w obu występują politycy Prawa i Sprawiedliwości. Pierwsze to całkiem świeża wypowiedź premiera pisowskiego rządu – Mateusza Morawieckiego. Drugie to wypowiedź Andrzej Dudy z czasu przed prezydenturą. Pocięte tak, że tworzą dialog.

==============================================

Mateusz Morawiecki: Jest rzeczą oczywistą, że skoro z importu rosyjskiego uzupełniany był do czasu przed wojną polski węgiel, polskie zasoby węgla, to kiedy nagle przerwane zostały dostawy tego węgla, jest jego mniej.

Andrzej Duda:
Wszystko dzieje się w kraju, który ma 90% europejskich złóż węgla, który ma tego węgla, jak mówią eksperci, do wydobycia jeszcze na 200 lat.

MM: Płyną statki z importu. Właśnie spoza Federacji Rosyjskiej, właśnie po to, aby uzupełniać węgiel.

AD: Węgiel jest naszym absolutnie podstawowym surowcem energetycznym, własnym, nikogo nie musimy o niego prosić, od nikogo go nie musimy kupować. Możemy go wydobywać sami.

MM: Ściągamy węgiel z bardzo wielu krajów świata, ten brakujący węgiel i opałowy, i energetyczny. Do ciepłowni, do elektrowni. Zatrudniliśmy w tym celu, a także ściągnęliśmy, zgromadziliśmy najlepszych ekspertów od zakupów węgla.

AD: To, w jaki sposób będziemy go wydobywali, to, w jaki sposób będziemy działali wobec naszego przemysłu wydobywczego, jest naszą decyzją i naszą sprawą, ale jest też odpowiedzialnością rządzących.