Jeśli zagadnienie migracji pojawia się w obecnej kampanii wyborczej, to właściwie wyłącznie w karykaturalnej albo skrajnie powierzchownej postaci. Najnowsza odsłona tego dramatu czy może raczej farsy to afera wizowa.
Mamy tu trzy opowieści.
Pierwsza to opowieść obozu władzy. Zgodnie z nią były może jakieś nieprawidłowości, ale zostały szybko wykryte przez nasze dzielne służby, zaś za winowajców zabrała się już prokuratura. Nie ma wśród podejrzanych byłego wiceministra Piotra Wawrzyka, w sumie zaś może chodzić jedynie o kilkaset osób, które za sprawą układu korupcyjnego mogły się przedostać do Europy.
Druga to opowieść największej partii opozycyjnej, zgodnie z którą mamy do czynienia z aferą tysiąclecia, a za sprawą układu w polskim MSZ na kontynent przedostały się setki tysięcy nielegalnych imigrantów, będących potencjalnymi terrorystami.
Trzecia opowieść to, jak się zdaje, dobrze udokumentowana historia, opisana przez Andrzeja Stankiewicza na portalu Onet, pokazująca wycinek działania korupcyjnego mechanizmu. Co ważne: poza jednym detalem – kwestią tego, czy Polska zaczęła działać sama na rzecz wykrycia patologii (jak twierdzi minister Stanisław Żaryn) czy dopiero pod wpływem informacji ze służb USA (jak twierdzi redaktor Stankiewicz) – wersja rządowa w niczym nie zaprzecza informacjom Onetu. A obraz, jaki się z nich wyłania, jest nawet nie tyle karykaturalny, co memiczny: były wiceminister, który wraz ze swoim 25-letnim asystentem, nachalnie przez niego zresztą promowanym, próbował wymuszać na konsulacie w Mumbaju wydanie wielokrotnych wiz Schengen dla indyjskich „filmowców”, którzy z filmem mieli tyle wspólnego, co ja z kolektywem „Stop Bzdurom” (tym od „Margota”).
To, co wokół tej sprawy się dzieje w obecnej kampanii wyborczej, jest symptomatyczne dla poziomu dyskusji o imigracji. Nawet antyrządowy portal OKO Press (mimo swojej jednoznacznej orientacji czasem publikujący rzetelne teksty) wskazuje, że twierdzenie, jakoby Polska sprowadziła setki tysięcy muzułmanów czy Hindusów, jest absurdalne i bezpodstawne. A tak właśnie zaczęli twierdzić politycy Platformy Obywatelskiej. Oczywiście, że tak nie było – zdecydowaną większość sprowadzanych co roku setek tysięcy obcokrajowców stanowili do ubiegłego roku obywatele Ukrainy i Białorusi. To się zaczęło z oczywistych przyczyn zmieniać po 24 lutego 2022 r., aczkolwiek wciąż nie radykalnie.
W dodatku w tej sprawie jasny ogląd sytuacji utrudnia pomieszanie ze sobą kilku kategorii danych, odnoszących się do liczby obcokrajowców (spoza UE), pracujących w Polsce. Jedną stanowią pozwolenia na pracę (ich wydanie jest warunkiem przyznania wiz pracowniczych), drugą – wizy pracownicze, trzecią – pierwsze zezwolenia na pobyt w Polsce cudzoziemców związany z pracą. To oczywiście wina rządzących, że nie prezentują danych w czytelnej dla obywateli, jasnej i klarownej formie.
Mimo to najważniejsze liczby są jednoznaczne. Pisałem już o tym w kilku miejscach: liczby pozwoleń na pracę dla obywateli krajów, mogących budzić wątpliwości, wzrosły znacząco w 2022 r. Spójrzmy na najbardziej problematyczną grupę imigrantów zarobkowych: Gruzinów. Policyjna statystyka (opublikowana niedawno przez „Rzeczpospolitą”) wskazuje, że choć liczbowo w przypadku cudzoziemców w statystykach przestępczości przodują Ukraińcy, to jednak relatywnie do liczby osób przebywających w Polsce najgorzej wypadają właśnie Gruzini. W dodatku w ich przypadku nie chodzi głównie o – jak u Ukraińców – jazdę po alkoholu, ale o przestępczość pospolitą: kradzieże, włamania, rozboje.
W 2018 r. pozwoleń na pobyt związany z pracą Gruzinom wydano 4733. Jeszcze w 2021 r. było ich 6651. Zaś w roku ubiegłym już 14748. Wiz pracowniczych obywatelom tego kraju wydano około połowy tej liczby: 8413 (pozwolenia na pobyt mają niejako opóźnienie w stosunku do osób wjeżdżających do Polski na podstawie wiz pracowniczych). Gruzini są w tej statystyce trzeci, po wciąż pierwszych Ukraińcach (214 tys.) oraz Białorusinach (130 tys.). W następnej kolejności są Hindusi (12126), Turcy (11774) i Mołdawia (8325).
Jeśli spojrzymy na liczbę pozwoleń na pracę (pierwszy krok do wydania wizy pracowniczej) Ukraina jest na pierwszym miejscu (ponad 85 tys. – co jest ogromny spadkiem w relacji do poprzednich lat), później są Indie (ponad 41,5 tys.), następnie Uzbekistan (ponad 33 tys.), później Filipiny (22,5 tys.), dalej Nepal (20 tys.), Białoruś (18 tys.) oraz Bangladesz (13,5 tys.), który jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych kierunków sprowadzania imigrantów do pracy.
Jednocześnie po stronie rządzących nie ma nawet próby zmierzenia się z problemem migracji na poważnie. Suflowana jest wciąż ta sama retoryka: że wyłącznie PiS jest nas w stanie ochronić przed losem takim, jaki spotkał zachodnie społeczeństwa, gdzie imigracja stała się olbrzymim problemem. Przedstawiciele obozu władzy zapominają, że kłopoty między innymi Niemiec wzięły się właśnie ze sprowadzania masowo imigrantów zarobkowych.
A to, jak się zdaje, jest właśnie droga, na którą Polska wkracza. Różnica polega na tym, że Niemcy sprowadzali imigrantów – w olbrzymiej części Turków – do pracy we własnych firmach. Dzisiaj według oficjalnej statystyki w Niemczech mieszka około 1,5 mln osób z tureckim obywatelstwem, zaś łącznie osób o tureckim pochodzeniu jest blisko 3 mln. Na to nałożyły się problemy wynikłe z kryzysu imigracyjnego lat 2014-15.
Do Polski natomiast imigranci, w tym z krajów muzułmańskich, są sprowadzani przecież nie na zapotrzebowanie i „zamówienie” małych oraz średnich polskich przedsiębiorców, ale wielkich korporacji, w przeważającej części zagranicznych. Korporacje zyskują w ten sposób tanich pracowników, natomiast koszty obecności obcokrajowców – nie tylko finansowe, ale też społeczne – obciążają nasz kraj.
Próżno szukać w programach dwóch największych ugrupowań poważnego odniesienia się do problemu imigracji. Wiarygodność wiecowego przekazu Zjednoczonej Prawicy i Koalicji Obywatelskiej w tej sprawie jest w zasadzie żadna. Platforma Obywatelska ustawiała się zawsze po stronie proimigracyjnej, choć trzeba też przyznać, że wbrew kolportowanemu przez obecną władzę stereotypowi w latach 2014-15 Donald Tusk, jako przewodniczący Rady Europejskiej, nie był entuzjastą niemieckiej Willkomenskultur i niejednokrotnie dawał temu publicznie wyraz. Prawo i Sprawiedliwość z kolei nigdy nie przedstawiło żadnej poważnej strategii migracyjnej, pozostając na poziomie najprostszego, żeby nie powiedzieć: prymitywnego przekazu.
Na czym w takim razie polega problem i dlaczego mamy prawo domagać się, żeby partie, które chcą być uważane za poważne, zaprezentowały rzetelne programy zmierzenia się z zagadnieniem imigracji?
Najpierw trzeba sobie zadać pytanie, czy jakakolwiek masowa imigracja do Polski jest konieczna. Niestety, realistyczna odpowiedź jest taka, że prawdopodobnie nie będziemy w stanie jej na jakimś poziomie uniknąć – chyba że nastąpi coś, co radykalnie napędzi naszą demografię. Na to się jednak nie zanosi.
Opublikowana niedawno prognoza demograficzna GUS na rok 2060 jest zatrważająca. Według niej w wariancie optymistycznym mielibyśmy mieć wówczas 34,8 mln ludności, w środkowym – 30,4 mln, zaś w pesymistycznym – jedynie 26,7 mln. Miejmy zarazem świadomość, że byłaby to ludność w ogromnej części w wieku poprodukcyjnym, co oznacza, że radykalnie wzrosłoby obciążenie każdej pracującej w naszym kraju osoby, która musiałaby utrzymywać znacznie więcej osób niepracujących niż dzisiaj. Skończyłoby się to nakładaniem kolejnych obciążeń, a te z kolei byłyby impulsem do emigracji. Mielibyśmy zatem błędne koło. Najlepszym wyjściem, jako się rzekło, jest radykalnie zwiększenie dzietności. Niestety, statystyka pokazuje, że sprawy zmierzają raczej w odwrotnym kierunku. Pozostaje nam w tej sytuacji jedynie umiejętnie i roztropnie zarządzana imigracja, choć oczywiście patrząca perspektywicznie władza powinna równolegle zdiagnozować przyczyny niechęci do posiadania dzieci i starać się im przeciwdziałać.
Druga kwestia to ta, że imigracja puszczona na żywioł musi się skończyć źle. Przykładów tego mamy wystarczająco dużo: Niemcy, Francja, Szwecja, Włochy. Rozsądna polityka imigracyjna musi być posadowiona na kilku parametrach. Po pierwsze – wpuszczamy jedynie tyle osób, ile jest absolutnie niezbędne. Po drugie – bardzo skrupulatnie wybieramy, skąd te osoby przyjeżdżają, biorąc pod uwagę wskaźniki przestępczości w danym kraju, doświadczenia innych państw, bliskość kulturową, wyznawaną religię. Bywa też tak, że brak bliskości kulturowej nie musi oznaczać problemów. Tak jest choćby w przypadku Wietnamczyków lub Filipińczyków.
Po trzecie – w przypadku doraźnych potrzeb przedsiębiorstw bierzemy pod uwagę przede wszystkim te polskie, a nie wielkie międzynarodowe korporacje.
Po czwarte wreszcie – i jest to punkt absolutnie najważniejszy – musimy dokładnie zaplanować politykę asymilacji tych imigrantów, których chcielibyśmy w Polsce zatrzymać. Trzeba tu podkreślić rozróżnienie między integracją a asymilacją właśnie. Integracja to poziom niżej, podczas gdy w przypadku tych, którzy mają trwale polepszyć nasze wskaźniki demograficzne, należałoby celować raczej w asymilację. Tu znów warto spojrzeć na mniejszość, która wydaje się znakomicie asymilować nie tylko w drugim pokoleniu: na Wietnamczyków. Szacunki dotyczące wielkości tej diaspory w Polsce mówią mało precyzyjnie o kilkudziesięciu tysiącach osób. Natomiast ważne jest, że Wietnamczycy urodzeni już w Polsce lub ci, którzy przyjechali tutaj jako dzieci czy w młodym wieku, asymilują się w zasadzie bezproblemowo. Mówią znakomicie po polsku, znają polską kulturę, mają polskich przyjaciół, dzieci chodzą do polskich szkół. (Jeśli chcą państwo zobaczyć, jak mogą w Polsce funkcjonować zasymilowani Wietnamczycy, polecam choćby kanał popularnonaukowy Emce Kwadrat, prowadzony od 2014 r. przez bardzo miłą Polkę wietnamskiego pochodzenia). I taka właśnie asymilacja powinna być naszym celem. Kierunki imigracji należy dobierać pod kątem podatności na działania asymilacyjne.
Oczywiście asymilacja nie nastąpi sama z siebie. Państwo musi mieć odpowiednią strategię. Polska jej nie ma. Nie ma zresztą również strategii integracji.
Trzeba wreszcie wspomnieć o wielkim ryzyku społecznym i politycznym, wynikającym z braku takiej strategii oraz z braku jakiegokolwiek imigracyjnego filtra.
Najlepiej dać tutaj za przykład ukraińskich uchodźców, przebywających obecnie w Polsce. Nie wiemy wprawdzie, jak duża ich część ostatecznie wyjedzie z Polski do innych krajów na Zachodzie albo wróci na Ukrainę. Można założyć, że całkiem spora – na to wskazywałyby opublikowane niedawno rezultaty badania zespołu pod kierownictwem dr. Roberta Staniszewskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. Ukraińscy respondenci, przebywający w naszym kraju, w aż 47 proc. zadeklarowali chęć powrotu na Ukrainę po zakończeniu wojny, 3,3 proc. chce wyjechać do innego kraju, 16,5 proc. chce pozostać w Polsce przez jakiś czas po zakończeniu działań zbrojnych, zaś o osiedleniu się u nas mówi tylko 10,3 proc. Jeśli te deklaracje miałyby się spełnić, nie zrealizowałyby się nadzieje tej grupy komentatorów, którzy uważają, że ukraińscy uchodźcy będą ratować polską demografię.
Lecz nawet jeśli w Polsce pozostałoby w sumie niespełna 30 proc. spośród obecnie przebywających tu Ukraińców, wciąż byłaby to pokaźna grupa 200-300 tys. osób. Taka diaspora najpewniej nie uległaby asymilacji. Zresztą obecne relacje pomiędzy Polakami a goszczącymi u nas Ukraińcami, podobnie jak wcześniejsze doświadczenia z ukraińską imigracją zarobkową, wskazują, że Ukraińcy – być może paradoksalnie – nie tylko się nie asymilują, ale nawet słabo się integrują. Polacy i mieszkający dzisiaj w Polsce Ukraińcy to w zasadzie dwa światy, które się w dużej mierze nie przenikają. Ogólna socjologiczna prawidłowość jest taka, że im większa mniejszość, tym trudniej o jej integrację, o asymilacji nie mówiąc.
To zaś może z czasem doprowadzić do sytuacji, gdy ukraińska mniejszość zażąda przyznania jej pełnych praw obywatelskich i politycznych oraz zacznie na tej bazie tworzyć własną reprezentację polityczną. Byłby to naturalny proces i trudno byłoby o to mieć pretensję do Ukraińców. Natomiast jego konsekwencje społeczne mogą być dramatyczne. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której w jakimś 20-tysięcznym mieście Ukraińcy wygrywają wybory samorządowe i przejmują władzę. Tylko kompletny ignorant mógłby twierdzić, że nie stałoby się to źródłem olbrzymich napięć społecznych.
Strategia imigracyjna dla Polski powinna być jednym z głównych tematów publicznej debaty. Jeśli nie zamierzają jej podejmować partie polityczne, powinny się nim zająć organizacje pozarządowe, a przede wszystkim powinien tę dyskusję podjąć pan prezydent. Tak się jednak nie dzieje. Można odnieść wrażenie, że podobnie jak jest z wieloma innymi problemami, które w ciągu kilku lat zwalą się nam na głowę, tak i tutaj polityczna elita uważa, że jakoś to będzie.
W cyklu „Przegląd historyczny RDI” będziemy przypominać wybrane wydarzenia, które ukształtowały historię Polski. Popularyzacja wiedzy historycznej jest dla Reduty ważnym celem, który poprzez przekaz zgodny z prawdą historyczną, utrwala wiedzę, jak i również zapobiega zniekształceniu historii naszego kraju.
17 września 1939 r. – atak sowiecki na Polskę
Szanowni Państwo, II Rzeczpospolita była dla sowieckiego dyktatora – Józefa Stalina państwem przejściowym, tzw. „bękartem traktatu wersalskiego”, które powinno przestać istnieć w pierwszym, dogodnym do tego momencie. Z tego powodu stosunki obu krajów, czyli Polski oraz Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, były przez niemal całe dwudziestolecie międzywojenne, napięte i nieprzyjazne, pomimo zawartego przez oba państwa, paktu o nieagresji (1932 r.) W wyżej opisanym okresie Stalin robił wiele, aby zdestabilizować wewnętrzną sytuację Polski. Na przykład był niezwykle zadowolony z zamachu stanu, jaki w 1926 r. przeprowadził marsz. Józef Piłsudski. Bolszewicki przywódca liczył, że wydarzenie to doprowadzi do większych, aniżeli miały miejsce, wewnętrznych turbulencji w kraju nad Wisłą. Dodatkowo na terenie II RP ulokował trzy nielegalne, prowadzące działalność wywrotową partie komunistyczne: Komunistyczną Partię Polski, Komunistyczną Partię Zachodniej Białorusi oraz Komunistyczną Partię Zachodniej Ukrainy. Ponadto sowieccy dywersanci bardzo często przekraczali wschodnią granicę II RP, prowadząc różnego rodzaju nielegalne działania. Aby zablokować te akcje, już w 1924 r. utworzono Korpus Ochrony Pogranicza, który miał chronić granicę Polski i ZSRS.
Zniszczenie Polski stało się dla Stalina realne w chwili zbliżenia ZSRS z niemiecką III Rzeszą, które nastąpiło pod koniec lat 30. XX w. Było to możliwe dzięki skomplikowanym działaniom dyplomatycznym przedstawicieli obu państw. Szczyt dobrych stosunków pomiędzy Niemcami i sowiecką Rosją nastąpił w drugiej połowie 1939 r. Wówczas, dokładnie 23 sierpnia tr. podpisano tzw. pakt Ribbentrop-Mołotow. Dokument ten, w warstwie oficjalnej, był paktem o nieagresji. Zawierał on jednak tajny protokół, w którym obie strony uzgodniły swoje strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej oraz wyraziły wolę kolejnego rozbioru Polski. Granica obu państw miała przebiegać na linii rzek: Narwi, Wisły oraz Sanu. Powyższy, w wielkim skrócie opisany pakt, był jednym z kluczowych dokumentów, który doprowadził do wybuchu II wojny światowej. Rozpoczęła się ona 1 września 1939 r. atakiem niemieckiego Wehrmachtu na II RP. Wojsko Polskie próbowało stawiać opór. Był on niekiedy bardzo zaciekły, czego przykładem było Westerplatte. Powstrzymanie niemieckiej machiny wojennej nie było jednak łatwe. Niemiecka przewaga militarna była spora, z czego zdawali sobie sprawę najważniejsi polscy urzędnicy oraz dowódcy. Początkowo nikt nie przypuszczał, że wojna obronna będzie trwała niewiele ponad miesiąc. W pierwszych dniach września ogromne nadzieje, tak polskie społeczeństwo, jak i nasi decydenci pokładali w siłach zbrojnych Anglii i Francji, z którymi Polska miała podpisane odpowiednie umowy. Co więcej! 3 września 1939 r. oba kraje wypowiedziały Niemcom wojnę, doprowadzając Polaków do prawdziwej euforii. Niestety… Przywódcy obu państw nie zamierzali nawet wyprowadzać wojsk z garnizonów, pozostawiając II RP samą sobie. Działania niemieckie oraz angielsko-francuskie były poważnymi ciosami, które postawiły polską suwerenność w ogromnym niebezpieczeństwie. Decydujące uderzenie nadeszło jednak ze wschodu. Zapowiedzią tego co nastąpi za kilka godzin były wydarzenia, mające miejsce 17 września 1939 r., ok. godz. 3.00 nad ranem. Wówczas polski ambasador w Moskwie Wacław Grzybowski został wezwany do siedziby Ludowego Komisarza Spraw Zagranicznych ZSRS Wiaczesława Mołotowa. Tam dowiedział się, że Armia Czerwona przekroczy granicę II RP. Według Sowietów powodem takiego postępowania było m.in. „wewnętrzne bankructwo państwa polskiego” i „troska Rządu Sowieckiego o zamieszkującą terytorium Polski pobratymczą ludność ukraińską i białoruską”, a także rzekoma ucieczka polskich władz z kraju. Wszystkie wyżej przedstawione argumenty były nieprawdziwe. Faktycznym powodem działań sowieckich sił zbrojnych były zobowiązania wynikające z paktu Ribbentrop-Mołotow. Kilkadziesiąt minut po wręczeniu noty ambasadorowi Grzybowskiemu Armia Czerwona uderzyła na Polskę. Tym samym wzięła bezpośredni udział w rozpoczęciu II wojny światowej, czyli najbardziej krwawym konflikcie w dziejach świata, który pochłonął miliony istnień ludzkich. Krasnojarmiejcy zaatakowali Polskę na całej, liczącej blisko półtora tysiąca km. linii granicznej. Pomimo, że stan bolszewickich sił zbrojnych był lichy, pod każdym możliwym względem, to zaatakowana z dwóch flanek II RP nie miała szans na skuteczną obronę. Polacy musieli przecież walczyć przeciw wrogom, którzy posiadali miażdżącą militarną przewagę. Warto bowiem pamiętać, że na Polskę najechały dwa sowieckie fronty: Białoruski, liczący pięć armii oraz Ukraiński, w skład którego wchodziły cztery armie, aczkolwiek jedna z nich nie brała udziału w operacji. Ponadto za regularnymi oddziałami wojskowymi posuwały się jednostki Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych czyli osławionego NKWD oraz Razwiedupru – Zarządu Wywiadu Armii Czerwonej_ , które miały na celu unicestwienie całej polskiej administracji na zajmowanych terenach i ulokowanie tam swoich przedstawicieli. Od samego początku sowieckiej agresji Polacy stawili opór. Bohatersko walczono m.in. o Grodno i Wilno. Heroiczne boje stoczono np. pod Kodziowcami i Szackiem. Wiele krwi przelali żołnierze polskich jednostek takich, jak wspomniany wcześniej KOP oraz Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”. Niestety przygniatająca przewaga Sowietów i Niemców doprowadziła do upadku Polski. Jedni i drudzy okupanci od samego początku agresji posługiwali się metodami bezwzględnego terroru. Badacze szacują, że bolszewicy, w samym tylko czasie agresji – czyli de facto w ciągu kilku dni, zamordowali ponad dwa tysiące Polaków, najczęściej żołnierzy, policjantów oraz członków administracji. Do historii przeszły mordy dokonane m.in. w Grodnie, Rohatynie, czy też niedaleko Sarn, gdzie zabito całą kompanię tamtejszego batalionu KOP. Ponadto Sowieci zamordowali bez żadnych skrupułów dowódcę Okręgu Korpusu nr III w Grodnie gen. Józefa Olszynę-Wilczyńskiego. Powyżej przytoczone przykłady stanowiły preludium horroru, jaki miał miejsce w tej części Polski, która została opanowana przez Sowietów w okresie II wojny światowej. Warto bowiem przypomnieć, że w walkach z Armią Czerwoną dostało się do niewoli kilkadziesiąt tysięcy polskich oficerów, z czego ponad dwadzieścia tysięcy zginęło w Zbrodni Katyńskiej. Dodatkowo Sowieci zorganizowali wielkie deportacje polskiej ludności cywilnej w głąb ZSRS. Ludzie ci przeszli gehennę na wschodzie, a wielu z nich już nigdy do Polski nie powróciło. [Było nas, w trzech rzutach, ok. 1 800 tysięcy Polaków. Te liczby są dalej ukrywane.. M. Dakowski] Oprócz wyżej opisanych faktów Sowieci, podobnie jak Niemcy rozpętali w zajętej części II RP terror, który mógł dotknąć każdego polskiego obywatela, tylko dlatego, że był Polakiem…
Z poważaniem,Zespół Reduty Dobrego Imienia
Nasza działalność opiera się na wolontariacie i darowiznach od osób fizycznych.Jeśli identyfikujesz się z celami Reduty wesprzyj nas darowizną.
Można także wesprzeć Redutę poprzez wpłatę na konto bankowe:29 1020 1042 0000 8202 0481 3491z dopiskiem “Darowizna na cele statutowe” w tytule przelewu, a także podaniem adresu mailowego.Serdecznie dziękujemy, że jesteś z nami. To wielka wartość dla Reduty Dobrego Imienia mieć Ciebie w gronie naszych darczyńców.
“Z wszystkiego można szmal wydostać, tak, jak za okupacji z Żyda” – twierdził Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie “Towarzysz Szmaciak”. Rzeczywiście, nasze człowieki akurat do tego mają dryg – podobnie jak inne uzdolnione środowiska, a nawet całe narody. Ten ostatni pogląd jest uważany za antysemicki, przynajmniej przez Żydowską Ligę Antydefamacyjną, która z zagadkowych przyczyn pragnęłaby ukryć przed światem, że Żydzi w Ameryce mają nieproporcjonalny do swojej liczebności wpływ na sektor finansowy, na media i na przemysł rozrywkowy.
Wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że to powód do dumy, ale skoro Liga chciałaby to ukryć, to znaczy, że musi być coś do ukrycia. A co? Tego oczywiście nie wiemy, ale powiadają, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Najwyraźniej środowiska żydowskie muszą z tych wpływów czerpać rozmaite korzyści, nie tylko finansowe, ale i każde inne, no a korzyści – jak to korzyści – przekładają się na sumę korzyści, którą nazywamy władzą.
To już jest powód do stosowania minimum konspiracyjnego, bo jeśli by się to rozniosło, to szerokie masy ludowe mogłyby zwątpić w demokrację, nie mówię, że naszą – bo tę naszą, to kto tylko wcześniej wstanie, to bezlitośnie chłoszcze – tylko tę eksportową, amerykańską. Tymczasem z eksportu demokracji Nasz Najważniejszy Sojusznik też potrafi wydostać szmalec – no i wszystko się zazębia. Liga Antydefamacyjna stara się ukryć i napiętnować oczywiste oczywistości, żeby Nasz Najważniejszy Sojusznik mógł bez przeszkód eksportować demokrację i wydostawał z tego szmal – “tak, jak za okupacji z Żyda”.
Rozgadałem się na temat sytuacji u Naszego Najważniejszego Sojusznika, bo wygląda na to, że tamtejsza bezpieka stała się przyczyną afery, którą Donald Tusk nazwał “największą” w XXI wieku. To nie do końca prawda, bo w XXI wieku wydarzyła się też afera hazardowa, w ramach której Wielce Czcigodny Zbigniew Chlebowski (“walczę, Rysiu!”) wytapiał z siebie tłuszcz na oczach całej Polski, spłoszony premier Tusk wyrzucał z rządu jednego po drugim murzyńskich chłopców w rodzaju Wielce Czcigodnego Grzegorza Schetyny, no a stare kiejkuty wzięły w obroty samego Donalda Tuska, któremu dały szlaban na wybory prezydenckie.
I kto wie, czym by się to wszystko skończyło, gdyby nie Nasza Złota Pani z Berlina. Ta załatwiła Donaldu Tusku nagrodę im. Karola Wielkiego, co było sygnałem, że jeśli odtąd ktoś podniesie na niego rękę, to będzie miał z nią do czynienia – ale na wszelki wypadek (“bo na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności”) przeniosła go na brukselskie salony i w ogóle – zrobiła z niego człowieka. Na taki widok stare kiejkuty aluzję zrozumiały do tego stopnia, że w końcu się okazało, że żadnej afery hazardowej “nie było”.
My jednak wiemy, że oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności, jak to ma miejsce w przypadku Wojskowych Służb Informacyjnych, czy izraelskiej broni jądrowej.
A w ogóle “nieistnienie jest atrybutem zaszczytnym, bo przysługuje także Bogu i sprawiedliwości” – napisał prof. Tadeusz Kotarbiński w liście do Antoniego Słonimskiego, kiedy w publikacji wydanej w 1968 roku na temat Związku Literatów Polskich okazało się, że w latach 1957-1959 nikt nie był prezesem tej organizacji.
Wróćmy jednak do afery.
Chodzi oczywiście o aferę wizową, która ma charakter rozwojowy, chociaż pociągnęła już za sobą pierwsze ofiary, a właściwie jedną w osobie Wielce Czcigodnego Piotra Wawrzyka, który został dosłownie zdmuchnięty ze stanowiska wiceministra spraw zagranicznych. Wiele wskazuje na to, że pana ministra zgubiło nawet nie to, że zaczął dawać polskie wizy Hindusom, ale – że zaczął eksportować ich do Ameryki i to w dodatku w charakterze filmowców.
Szkoda, że nie był jakimś porządnym antysemitą, bo w przeciwny razie wiedziałby, że amerykański przemysł filmowy jest zazdrośnie strzeżonym monopolem starszych i mądrzejszych, więc kiedy wylądował tam desant filmowców hinduskich, w dodatku wyposażonych w wizy wystawione im przez polskie konsulaty, to amerykańscy bezpieczniacy zostali poderwani na równe nogi. Tymi nogami musieli tupnąć naszym mężykom stanu, dając do zrozumienia, że przegięli.
Taka reprymenda jest jeszcze groźniejsza, niż obsztorcowanie przez pana ambasadora Brzezińskiego, toteż pan wiceminister Wawrzyk został – jak wspomniałem – zdmuchnięty ze stanowiska w jednej chwili i to na pięć tygodni przed wyborami!
Wprawdzie pan Żaryn, rzecznik naszej tubylczej bezpieki zaprzecza, by amerykańscy bezpieczniacy tupnęli nogą na naszych mężyków stanu, bo nasza bezpieka miała wszystko pod kontrolą jeszcze od lata ubiegłego roku – ale kto by mu tam wierzył!
Gdyby nasza bezpieka miała wszystko pod kontrolą, to pan wiceminister Wawrzyk zostałby ze stanowiska spławiony dyskretnie, na przykład – ze względu na stan zdrowia lub z przyczyn natury rodzinnej – jeszcze w ubiegłym roku, a nie teraz, kiedy Tusk stoi ante portas głównej jaskini PiS na Nowogrodzkiej. Jeśli nasza bezpieka w ogóle cokolwiek kontrolowała, to najprędzej w ramach kontroli wewnętrzej – czy wszystkie łapówki są dzielone “po czinu” – czyli według rangi – jak mawiają Rosjanie, co to, jak wiadomo, ”wpływają” na naszą – pożal się Boże! – politykę.
A skoro już o Rosjanach mowa, to przypomnę zasadę ruskiego ministra spraw zagranicznych, księcia Gorczakowa, który nie wierzył nie zdementowanym informacjom. Ponieważ podana przez “Onet” informacja o udziale amerykańskiej bezpieki w położeniu kresu aferze wizowej została przez pana Stanisława Żaryna energicznie zdementowana, to wygląda na stuprocentowo wiarygodną.
Oczywiście odpowiednie organa wszczęły tak zwane “energiczne kroki” i podobno już siedem osób zostało w tej sprawie zatrzymanych – ale nie ma wśród nich żadnego urzędnika państwowego. To może być akurat prawda, bo przecież pan Wawrzyk wiceministrem spraw zagranicznych już być przestał, a poza tym nie wiadomo, czy jest on wśród zatrzymanych.
Jego sytuacja przypomina mi sytuację Władysława Gomułki po tzw. “wydarzeniach grudniowych” w roku 1970, w następstwie których utracił on stanowisko pierwszego sekretarza KC PZPR na rzecz Edwarda Gierka. Opinia publiczna gubiła się w domysłach, co się stało z Władysławem Gomułką, więc partia po dłuższym namyśle wydała komunikat, że “Władysław Gomułka mieszka w Warszawie, pisze pamiętniki, poza tym – leczy się”. W sprawie pana Wawrzyka partia jeszcze się nie wypowiedziała, no, ale mamy wybory, więc i partia ma większe zmartwienia.
O tym, że na terenach dawnej Rzeczypospolitej istnieje twór nazywający się Polin obwieścił w 2021 roku podczas zapalenia świec chanukowych sam Andrzej Duda piastujący urząd określany przez niektórych mianem prezydenta belwederskiego. O tym, że społeczność żydowska, według słów Dudy powołującego się na Lecha Kaczyńskiego, jest “elementem współtworzącym dzisiejszą Rzeczpospolitą także w jej elementach kulturowych” nikt nie powinien mieć wątpliwości. Szczególnie dziś, a najbardziej w tych elementach, które są najistotniejsze dla postępu w aspekcie „praw człowieka” i „tolerancji”. Te jakże pozytywne zmiany wspierał „blok żydowski” na paradzie Lgbtq+p-f w Warszawie, a z pewnej odległości cały czas uważnie obserwuje ambasada Izraela w Polsce.
…Czego można spodziewać się po tej zmianie, pytają niektórzy.
Po pierwsze: nie po zmianie, bo Jarosław Lindenberg to dobry znajomy Czaputowicza, stary sprawdzony wieloletni funkcjonariusz MSZ, który potrafi utrzymać odpowiedni kurs pomimo niepomyślnych wiatrów. Z resztą co to za wiaterek nazywany wyborczym? Powieje i przestanie. Złośliwi już ironizują, że nowy kandydat tanio wiz nie sprzeda.
A ja przypominam, że brat Jarosława, Grzegorz Lindenberg nie tylko zakładał przyjazną Polsce “Gazetę Wyborczą” ale również portal Euroislam.pl – „krytyczny wobec islamu i muzułmanów”. Myślę, że tuż po wyborach „legalna imigracja” ruszy jak z bicza strzelił, a mam przede wszystkim na myśli wypełnienie nowym nawozem historii starej legendy, która z wersji Lech, Czech i Rus przepoczwarzyła się w Lech, Żyd i Ukr.
Aż strach pomyśleć co napisze specjalizujący się w tej materii ambasador Krzysztof Baliński. Czy równie optymistycznie nakreśli perspektywę ostatecznego przekształcenia polskiego kondominium w najnowocześniejsze osiągnięcie obcej myśli socjotechnicznej, a w perspektywach dożywotnich, które chciałby zapisać Duda do konstytucji – geopolitycznej?
A teraz, na koniec, pocieszenie dla elektoratu PiS. Nie martwcie się. Nowy wiceminister jest podobno związany z klubem „półinteligencji katolickiej”. Środowisko wam bliskie i ewoluujące w stronę katolików palących ogarek i Chanukę, śmiało zaciągających się oparami „zrównoważonego rozwoju”.
Prawo i Sprawiedliwość po wielu dniach bezczynności reaguje na aferę wizową. Najwyraźniej w szeregach władzy się pali – postanowili wypowiedzieć umowę wszystkim wszystkim firmom outsourcingowym, którym od 2011 r. powierzono zadania związane z przyjmowaniem wniosków wizowych.
Ponadto szef MSZ Zbigniew Rau zdecydował o przeprowadzeniu kontroli i audytu w Departamencie Konsularnym MSZ oraz wszystkich placówkach konsularnych RP oraz o zwolnieniu ze stanowiska i rozwiązaniu umowy o pracę z dyrektorem Biura Prawnego i Zarządzania Zgodnością w MSZ Jakubem Osajdą.
Przed tygodniem wyszło na jaw, że za rządów PiS dosłownie każdy mógł sobie kupić na boku wizę i tym samym wjechać do Polski. Część z tych osób zostawała nad Wisłą, większa część jechała dalej – na Zachód, do Skandynawii lub Stanów Zjednoczonych.
Polskie służby nie miały o tym pojęcia – lub miały, ale ze względu na korzyści nie chciały niczego ujawniać – co jest kompromitujące dla PiS-u. Cały proceder wykryły obce służby i dopiero wtedy nasze zaczęły działać. Dotychczas ze stołka poleciał jedynie wiceminister Piotr Wawrzyk.
Dopiero, gdy afera zaczęła nabierać rozpędu, szef MSZ Rau zdecydował się podjąć drastyczne kroki. Jeszcze kilka dni temu ten sam minister w rozmowie z red. Ziemcem w RMF FM ignorował nieprawidłowości przy wydawaniu wiz.
„W związku z trwającymi ustaleniami w sprawie nieprawidłowości w procesie wydawania wiz minister Spraw Zagranicznych zdecydował co następuje: zwolnić ze stanowiska i rozwiązać umowę o pracę z dyrektorem Biura Prawnego i Zarządzania Zgodnością MSZ Jakubem Osajdą” – poinformował resort dyplomacji. Podjęto także decyzję, by wypowiedzieć umowy „wszystkim firmom outsourcingowym, którym od 2011 r. powierzone zostały zadania związane z przyjmowaniem wniosków wizowych w wyniku zamknięcia 31 placówek decyzją ówczesnego szefa resortu Radosława Sikorskiego”.
Najnowszy ruch PiS-u komentuje Krzysztof Bosak. Dziwi się podejmowanym akurat takim działaniom. Zadał rządowi cztery pytania.
Dlaczego MSZ zwalnia dyrektora biura prawnego, a nie szefostwo departamentu konsularnego?
Dlaczego MSZ audyt robi dopiero teraz skoro pierwszy współpracownik Piotra Wawrzyka do aresztu trafił w kwietniu?
Co realizacja polityki Mateusza Morawieckiego z 2019 roku ma wspólnego z decyzjami Radosława Sikorskiego?
Jak MSZ zamierza obsługiwać dalej ruch wizowy po wypowiedzeniu wszystkich umów i nie mając personelu do tego???
“Blade runners” usunęli lub wyłączyli prawie 1000 kamer ULEZ (https://tfl.gov.uk/modes/driving/ultra-low-emission-zone). Kamery te służą do pobierania opłat za samochody na gaz starsze niż z roku 2006 i samochody z silnikiem diesla starsze niż z roku 2015, w wysokości 15 € dziennie – w związku z nowymi przepisami dotyczącymi emisji spalin. Czy ma to na celu ograniczenie możliwości przemieszczania się tych, których najmniej na to stać?
’Blade runners’ update: 'Blade runners’ have removed or disabled nearly a 1000 of ULEZ cameras. These cameras are charging gas cars that are older than 2006 and diesel cars older than 2015, 15 € a day due to new emission laws. This is designed to limit the movement of those least able to afford it?
BREAKING: Anglia jest na skraju rezygnacji z Agendy WEF Miasta 15 min po tym, jak prawie 100% kamer zostało zniszczonych, a 50 000 ludzi odmówiło zapłacenia grzywny.
Kamery nie mogą być chronione, ponieważ zmniejszono środki finansowe dla policji.
Sądy nie są w stanie ścigać tak dużej liczby osób.
BREAKING: England is on the verge of giving up on the WEF Agenda 15 min city after almost 100% of the Camera’s have been destroyed & 50k people refused to pay the fines. Camera’s cannot be protected as they Defunded the Police. Courts cannot prosecute that number of people.
2 mln Wyświetlenia
==========================
Ten tekst był pierwszy:
Oto, jak Brytyjczycy radzą sobie z nadzorem totalitarnym…
Były wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk jest w warszawskim szpitalu – poinformowało radio RMF FM. Według informacji podanych przez rozgłośnię, były szef MSZ najprawdopodobniej próbował popełnić samobójstwo, o czym może świadczyć pozostawiony przez niego list pożegnalny.
RMF FM poinformowało, że Wawrzyk trafił do szpitala po północy w „stanie zagrażającym życiu”, a obecnie „jego stan jest bardzo poważny”. Według ustaleń radia, „kiedy ratownicy pojawili się w domu polityka ten siedział na krześle i miał rany na rękach”.
„Wiele wskazuje na to, że próbował popełnić samobójstwo, o czym może świadczyć między innymi pozostawiony list pożegnalny” – przekazał dziennikarz RMF FM Krzysztof Berenda.
RMF FM informuje także o liście pożegnalnym zostawionym przez byłego wiceministra. Według nieoficjalnych ustaleń Wawrzyk miał napisać, że „nie zrobił nic złego, starał się pomagać ludziom bez względu na barwy polityczne i zapłacił za to najwyższą cenę”.
„Miał stwierdzić, że nie chce się tłumaczyć, że nie jest łapówkarzem i że nie chce żyć z piętnem łapówkarza. W liście miał zapewniać, że od nikogo nic nie wziął i nie dostał” – czytamy na stronie rmf24.pl.
PiS zrobiło z niego jedynego winnego afery wizowej
Przed tygodniem wyszło na jaw, że za rządów PiS dosłownie każdy mógł sobie kupić na boku wizę i tym samym wjechać do Polski. Część z tych osób zostawała nad Wisłą, większość jechała dalej – na Zachód, do Skandynawii lub Stanów Zjednoczonych.
Polskie służby nie miały o tym pojęcia – lub miały, ale ze względu na korzyści nie chciały niczego ujawniać – co jest kompromitujące dla PiS-u. Cały proceder wykryły obce służby i dopiero wtedy nasze zaczęły działać. Ludzie ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego, ze Stanisławem Żarynem na czele, tak łatwo tworzący w wielu kwestiach narrację przychylną rządowi, teraz milczą. Ze stołka poleciał jedynie wiceminister Piotr Wawrzyk. PiS uznaje, że to załatwia sprawę i próbuje aferę na wszelkie możliwe sposoby wyciszyć.
TVP robi wszystko, by jej widzowie nie dowiedzieli się zbyt wiele o aferze. Gdy ostatnio posłanka Urszula Pasławska próbowała poruszyć ten wątek na antenie, to nagle prowadząca i obecny w studiu polityk PiS, zaczęli robić niesamowity cyrk, nie dając dojść Pasławskiej do słowa.
[To tu: SZALEŃSTWO w TVP! Posłanka zaczęła mówić o aferze wizowej. Prowadząca zagłuszała ją, jazgocząc bez sensu. szalenstwo-w-tvp MD]
German Doctors on COVID-19: ‘We Have A Lot of Evidence That It’s A Fake Story All Over The World’
[Nie chce mi się pisać ciągle tak samo, o tym samym, więc daję po ang., dla wprawy w języku. MD]
HAF September 2, 2020 https://humansbefree.com/2020/09/german-doctors-on-covid-19-we-have-a-lot-of-evidence-that-its-a-fake-story-all-over-the-world.html
Is this article ‘fake news?’ No, because the statement in the title that reads “we have a lot of evidence that it’s a fake story all over the world” is an actual quote from a representative of the group discussed in the article.
The statement was said. Whether or not what the quote says is true, on the other hand, is up for you to decide or according to multiple governments, is up for the World Health Organization (WHO) to decide.
Is the title misleading or inaccurate? No, again, it’s a direct quote and represents the opinion of multiple health professionals.
Are these health professionals implying that COVID-19 is a fake virus? No, they are simply implying that it’s not as dangerous as it’s being made out to be., and I summarize some of that information below that has them coming to that conclusion.
These doctors and scientists are being heavily censored across all social media platforms, and those who write about them are experiencing the same.
Many of the claims these doctors make have been ‘debunked’ by mainstream media, federal health regulatory agencies and ‘fact-checkers’ that are patrolling the internet.
Any information that does not come from the (WHO) is not considered reliable, truthful or accurate, and that would include the information presented in this article and information shared by these experts in the field.
People are being encouraged to visit the WHO’s website for real and accurate information about COVID-19 instead of listening to doctors and scientists who oppose the narrative of these health authorities.
Außerparlamentarischer Corona Untersuchungsausschuss stands for the “Corona Extra-Parliamentary Inquiry Committee and was established to investigate all things that pertain to the new coronavirus such as the severity of the virus, and whether or not the actions taken by governments around the world, and in this case the German government, are justified and not causing more harm than good.
As the Corona-Extra-Parliamentary Inquiry Committee, we will investigate why these restrictive measures were imposed upon us in our country as part of COVID-19, why people are suffering now and whether there is proportionality of the measures to this disease caused by the SARS-COV-2 virus.
We have serious doubts that these measures are proportionate. This needs to be examined, and since the parliaments – neither the opposition parties nor the ruling parties – have not convened a committee and it is not even planned, it is high time that we took this into our own hands.
We will invite and hear experts here in the Corona speaker group. These are experts from all areas of life: Medicine, social affairs, law, economics and many more. (source)
You can access the full english transcripts on the organizations website if interested.
This group has been giving multiple conferences in Germany, in one of the most recent, Dr. Heiko Schöning, one of the organizations leaders, stated that “We have a lot of evidence that it (the new coronavirus) is a fake story all over the world.”
To put it in context, he wasn’t referring to the virus being fake, but simply that it’s no more dangerous than the seasonal flu (or just as dangerous) and that there is no justification for the measures being taken to combat it.
I also think it’s important to mention that a report published in the British Medical Journal has suggested that quarantine measures in the United Kingdom as a result of the new coronavirus may have already killed more UK seniors than the coronavirus has during the peak of the virus.
Below is a press conference held by representatives of the group that took place last month, you can find more important information below that.
Why This Is Important
It can be confusing for many people to see so many doctors and many of the world’s most renowned scientists and infectious disease experts oppose so much information that is coming from the WHO and global governments.
Many scientists and doctors in North America are also expressing the same sentiments.
For example, The Physicians For Informed Consent (PIC) recently published a report titled “Physicians for Informed Consent (PIC) Compares COVID-19 to Previous Seasonal and Pandemic Flu Periods.”
According to them, the infection/fatality rate of COVID-19 is 0.26%. You can read more about that and access their resources and reasoning here.
John P. A. Ioannidis, a professor of medicine and epidemiology at Stanford University has said that the infection fatality rate “is close to 0 percent” for people under the age of 45 years old.
You can read more about that here. He and several other academics from the Stanford School of Medicine suggest that COVID-19 has a similar infection fatality rate as seasonal influenza, and published their reasoning in a study last month.
You can find that study and read more about that story here.
Michael Levitt, a Biophysicist and a professor of structural biology at Stanford University criticized the WHO as well as Facebook for censoring different information and informed perspectives regarding the Coronavirus and has claimed that, with regards to lockdown measures, that “the level of stupidity going on here is amazing.”
Dr. Sucharit Bhakdi, a specialist in microbiology and one of the most cited research scientists in German history is also part of Corona Extra-Parliamentary Inquiry Committee mentioned above and has also expressed the same thing, multiple times early on in the pandemic all the way up to today.
Implementation of the current draconian measures that are so extremely restrict fundamental rights can only be justified if there is reason to fear that a truly, exceptionally dangerous virus is threatening us.
Do any scientifically sound data exist to support this contention for COVID-19? I assert that the answer is simply, no. – Bhakdi. You can read more about him here.
Below are some interesting statistics from Canada. (source)
The Takeaway
We have to ask ourselves, why are so many experts in the field being completely censored.
Why is there so much information being shared that completely contradicts the narrative of our federal health regulatory agencies and organizations like the WHO?
Why are these experts being heavily censored, and why are alternative media platforms being censored, punished and demonetized for sharing such information?
Is there a battle for our perception happening right now? Is our consciousness being manipulated? Why is there so much conflicting information if everything is crystal clear?
What’s going on here, and how much power do governments have when they are able to silence the voice of so many people? Should we not be examining information openly, transparently, and together?
1. Skoro już, spodziewam się, wiemy, że “pandemia” to hucpa stulecia, a może i całej nowożytnej historii, to teraz, już na spokojnie, możemy zastanowić się nad autorami tej operacji inżynierii społecznej i nad ich celami. Zamieszczam klasyczny już tekst. Autor daje mnóstwo bezcennych konstatacji, tropów, myśli, źródeł i cytatów. Dodaję też komentarze internautów, które celnie uzupełniają rysujący się przed czytelnikami obraz genezy plandemii.
2. Szacunek budzi precyzja z którą GloboPsych (GloboCap) wciska guziczki. Gdy tylko się ochłodziło (“załamanie pogody”) i ludzie mogliby zacząć wybudzać się z matriksu globalnego ocieplenia – bez dnia opóźnienia – włączono dzisiaj przyciski COVID i MIGRACJA Z AFRYKI.
TV POLSAT dzisiaj 14.09.2023 (cenne źródło do badania globalnej dezinformacji, gdyź ściśle powiązany ze służbami) dał wypowiedzi ekspertów głoszące: COVID znowu zaczyna swój atak w Polsce. Na pasku był wielki napis: COVID WRACA DO POLSKI. Na ekran wrócił… Sutkowski.
Plandemia wiecznie żywa, jak Lenin. Bo i nim jest.
Czy to jest wznowienie, czy jego próba (nieskoordynowane klub skoordynowane próby na razie lokalne)? Niedługo się przekonamy, czy przystąpili ponownie do ataku, czy tylko testują, rozpoznają bojem… W każdym razie z ekranów TV zaczyna znowu straszyć czerwona kula z wypustkami (wyglądającymi jak trąby jerychońskie ogłaszające Armagedon). Istnieje jeszcze inna możliwa przyczyna wypełznięcia ekspertów, tematyki kowidowej i straszenia zmartwychwstałym wirusem: strach polskiej mafii kowidowej przed rozliczeniami. Dzisiejsze straszenie powrotem covid miałoby uwiarygadniać plandemię i przeszłe decyzje miejscowych gangsterów kowidowych. W takim przypadku byłaby to lokalna inicjatywa (linia obrony) nieuzgodniona z Centralą.
Oto zapowiadany tekst:
GENEZA PLANDEMII
W ogłoszonej „pandemii” wirusa o nazwie Novel Coronavirus (COVID–19) łatwo zauważyć wiele rzeczy wymyślonych, skonstruowanych i zaaranżowanych. Relacje medialne z tego wydarzenia mają wszystkie cechy skoordynowanej histerycznej kampanii, a mianowicie:
· użycie emocji zamiast liczb i logiki (na przykład filmy pokazujące rzekomo przepełnione szpitale i kostnice, które można łatwo inscenizować lub mogą mieć miejsce z powodu naturalnej sytuacji niezwiązanej z Covid-19)
· odmowa choćby wzmianki o najbardziej oczywistych kontrargumentach (na przykład media nigdy nie porównują liczby zgonów spowodowanych grypą w ostatnich latach ze zgonami Covid-19)
· oraz całkowita cenzura wszystkich opinii, które nie zgadzają się z narracją mediów głównego nurtu, nawet tych opinii, które pochodzą od uznanych ekspertów
byliśmy świadkami publikacji wielu fałszywych historii, takich jak raport CNN o ciałach pozostawionych na ulicach Ekwadoru, który został później zdemaskowany [https://www.miamiherald.com/news/nation-world/world/americas/article241853291.html]. Często widzieliśmy histeryczne nagłówki, które nie zostały w żaden sposób poparte treścią artykułu
wreszcie, “informacje” o ogólnokrajowym „natężeniu” zachorowań, jak również lokalnym, były zawsze niejasne, nigdy nie mówi się, kto dokładnie jest chory, na co, ani czy jest w domu, czy w szpitalu, i nigdy nie mówią, jak leczyć chorobę.
Niejasność w mediach jest oczywistą oznaką kłamstwa.
Wbrew wszelkim proporcjom względem rzeczywistości, środki masowego przekazu nadal na okrągło, złowrogo „brzęczą” i “drą się”, że to jest Nowa Normalność i że łatwo możemy się przyzwyczaić, że świat nigdy nie będzie taki, jaki był przed koronawirusem. Taka synchronizacja przekazu to nic więcej i nic mniej niż klasyczna wojna psychologiczna.
Dlaczego wybuch wirusa miałby wymagać [będących specjalnością wywiadów wojskowych] „operacji psychologicznych” [„psy-ops”], czyżby to miało znaczyć, że tu szykuje się coś o wiele większego?
Media głównego nurtu jak zwykle nazywają każdego, kto sprzeciwia się ich wersji wydarzeń, „wyznawcą teorii spiskowych”.
Jednak oprócz zwykłej listy sceptyków, takich jak James Corbett czy Del Bigtree, mamy teraz także wielu uznanych naukowców i lekarzy, którzy publicznie kwestionują wersję wydarzeń prezentowaną przez główne media i rządy.
Są to między innymi: dr Sucharit Bhakdi, emerytowany profesor Uniwersytetu Johannesa Gutenberga w Moguncji i były dyrektor tamtejszego Instytutu Mikrobiologii Medycznej; dr Wolfgang Wodarg, członek PACE; prof. Dolores Cahill, wiceprzewodnicząca Komitetu Naukowego IMI (lista jej tytułów jest b.długa); dr Peer Eifler z Austrii; dr Claus Köhnlein; dr Scott Jensen, senator stanu Minnesota; prof. Harvey A. Risch, epidemiolog w Yale School of Public Health.
Każdy z tych inteligentnych, elokwentnych i godnych zaufania ludzi o najwyższych kwalifikacjach nie zgadza się z oficjalną narracją.
Wszyscy ci lekarze oskarżają media, rządy i WHO o sfabrykowanie pandemii Covid i nadużywanie swoich uprawnień poprzez podejmowanie ekstremalnych środków w obliczu choroby, która nie okazała się gorsza niż typowa grypa sezonowa.
Niektórzy z tych lekarzy dodają jeszcze bardziej niepokojące oskarżenia, a mianowicie, że niektórzy pacjenci zmarli, ponieważ lekarze stosowali niewłaściwy protokół leczenia, że władzom medycznym nakazywano podawać “koronawirusa” jako przyczynę śmierci, nawet jeśli nie przeprowadzono analizy na jego obecność, oraz że wiele zgonów były spowodowane umieszczaniem osób z aktywnym Covid-19 w domach opieki i wreszcie, że odmawia się populacji leku zdolnego do uratowania setek tysięcy istnień.
Pytanie brzmi… czy ta kampania strachu jest spontaniczną nadmierną reakcją na nowy wirus, czy też została zorganizowana przez kogoś, aby osiągnąć jakieś niecne cele?
Jeśli dojdziemy do wniosku, że pandemia rzeczywiście jest fałszywa, światowa kampania medialna wyprodukowana, urzędnicy rządowi i WHO przekupieni lub przymuszeni,
wówczas pojawiają się dalsze pytania. Czy jest ktoś, kto byłby zdolny to zrobić?
Jeśli tak, to dlaczego to zrobili i jak?
Na długo przed tą „pandemią” słyszeliśmy, że żyjemy w czasie kryzysu, ale wydaje się, że nikt nigdy w pełni nie rozpoznaje kryzysu ani tego, co go spowodowało. Naszym zdaniem fałszywa pandemia jest ściśle związana z tym kryzysem i nie można zrozumieć bieżących wydarzeń bez jasnego zrozumienia kryzysu.
Krótka odpowiedź na postawione powyżej pytania: żyjemy w wyjątkowym czasie, u schyłku europejskiego projektu kolonialnego, który istniał przez 500 lat, czyniąc Europę i Stany Zjednoczone najbogatszą, najbardziej wpływową częścią świata i przedmiotem zazdrości większości jego mieszkańców.
Od końca II wojny światowej do lat sześćdziesiątych XX wieku ten projekt kolonialny był stopniowo zastępowany przez neokolonializm, kontrolowany prawie wyłącznie przez plutokratów ze Stanów Zjednoczonych. W ciągu ostatnich 10–20 lat systemy neokolonializmu zaczęły się załamywać w wyniku wzrostu gospodarczego Chin, a także degeneracji elit zachodnich. W ostatnich latach to, co nazywamy Wolnym Światem, utrzymuje swój styl życia po prostu poprzez coraz głębsze zadłużanie się.
Sytuacja ta nie może trwać w nieskończoność i już wkrótce możemy spodziewać się gwałtownego spadku poziomu życia w USA, Wielkiej Brytanii i większości krajów europejskich, któremu towarzyszyć będą ogromne wstrząsy społeczne. Plutokracja Stanów Zjednoczonych nie ma ekonomicznych ani militarnych środków, aby powstrzymać ten upadek.
Sprytnym rozwiązaniem byłoby zrzucenie winy na zjawisko naturalne, takie jak choroba, a następnie usprawiedliwienie wszelkiej przemocy niezbędnej do kontrolowania problemów wynikających z kryzysu.
Plutokraci z USA dogodnie kontrolują większość światowych mediów i mają ogromną sieć „charytatywnych” fundacji i powiązanych z nimi instytucji pozarządowych na całym świecie. Ta sieć była używana od pokoleń jako narzędzie wpływania na media, instytucje edukacyjne, rządy i organizacje międzynarodowe, czyli jednym słowem narzędzie inżynierii społecznej i kontroli ideologicznej.
Omówimy teraz bardziej szczegółowo powyższą krótką tezę.
1. CZY TAKA GLOBALNA KAMPANIA PROPAGANDOWA JEST W OGÓLE REALNA?
Czy jest ktoś, kto jest w stanie zorganizować ogólnoświatową propagandową kampanię medialną wspieraną przez rządy i organizacje międzynarodowe?
Tak, możemy być pewni, że tacy gracze istnieją, ponieważ mamy niedawny przykład jednej z takich kampanii medialnych, która została wyraźnie sztucznie stworzona. Tak się składa, że ta kampania miała również na celu przekonanie ludności, że jesteśmy w bezpośrednim niebezpieczeństwie i że aby nas uratować, trzeba będzie podjąć drastyczne środki.
Mam tu na myśli oczywiście kampanię Grety Thunberg.
W mgnieniu oka tajemniczy agenci wynieśli 13-letnią pozbawioną wdzięku dziewczynę do światowej sławy. Ten, kto zorganizował tę kampanię, bez problemu zorganizował także przemówienie Grety w ONZ, Parlamencie Europejskim, na Forum Ekonomicznym w Davos i tak dalej. Oprócz tego Amnesty International przyznała jej nagrodę. Przyznanie temu dziecku nagrody przez… Amnesty jest totalnie bez sensu, no, chyba że Amnesty International jest kierowane z tego samego centrum, które kieruje naszymi „niezależnymi” mediami głównego nurtu.
Niedawno Greta otrzymała pierwszą nagrodę Fundacji Gulbenkiana za Zasługi dla Ludzkości, około milion euro. Nazywano ją „jedną z najbardziej niezwykłych postaci naszych czasów” oraz „charyzmatyczną i inspirującą osobowością”.
Byłoby mało prawdopodobne, delikatnie mówiąc, aby dziennikarze na całym świecie byli jednocześnie zafascynowani tą małą dziewczynką i jej dość prymitywnym przekazem, do którego przekazania została przeszkolona. Równie mało prawdopodobne jest, aby ONZ, Forum w Davos i Parlament Europejski niezależnie od siebie zdecydowały, że jej frazesy były czymś interesującym i ważnym do osobistego wysłuchania. I jestem pewien, że ludzie z Amnesty International i Fundacji Gulbenkiana nie są tak obłąkani, by szczerze wierzyć w wielkość Grety.
Wiara, że ta kampania została spowodowana wyłącznie przez cnoty Grety, byłaby tak naiwna, jak wiara w to, że przyczyną sowieckiej kampanii medialnej z lat 60., która pewnego razu gloryfikowała „prostą sowiecką dziewczynę”, co chciała oddać oczy niewidomemu przywódcy partii komunistycznej USA Henry’emu Winstonowi było. szczere, dziennikarskie zainteresowanie tą „bohaterką”, a nie wyreżyserowanie tego widowiska przez sowieckie Biuro Polityczne.
Możemy więc bezpiecznie stwierdzić, że istnieją siły zdolne do organizowania światowych kampanii medialnych i wpływania na gabinety władzy.
Napisano tomy o plutokratycznej kontroli amerykańskich mediów [a więc także rezonujących z nimi europejskich mediów, przypis mój, wawel], między innymi „Sfabrykowany consensus” Edwarda Hermana i Noama Chomsky’ego, „Monopol medialny” Bena Bagdikiana, „Podejmując ryzyko demokracji” Alexa Careya, „Kontrola mediów” oraz „Konieczne iluzje” Noama Chomsky’ego.
Już w 1928 roku Edward Bernays, uważany za ojca public relations w Ameryce, pisał:
W prawie każdym akcie naszego codziennego życia, czy to w sferze polityki, czy w biznesie, w naszym postępowaniu społecznym lub w naszym etycznym myśleniu, jesteśmy zdominowani przez stosunkowo niewielką liczbę osób… rozumiejących procesy psychiczne i wzorce społeczne mas. To oni pociągają za kable, które kontrolują publiczny umysł ”.
Noam Chomsky ujął to bardziej dosadnie:
Każdy dyktator podziwiałby jednolitość i posłuszeństwo amerykańskich mediów ”.
Należy pamiętać, że kontrolę nad mediami w USA uzyskuje się bez konieczności posiadania ich bezpośredniej własności. Herman i Chomsky cytują Sir George’a Lewisa, że rynek będzie promować te gazety,
które są preferowane przez reklamodawców… reklamodawcy stali się więc de facto organem wydającym prasie licencje, ponieważ bez ich wsparcia gazety przestałyby być ekonomicznie opłacalne ”.
Oczywiście tylko wielcy reklamodawcy mogą wywierać znaczącą przewagę polityczną w mediach. W dalszej części artykułu opiszemy jeszcze ważniejsze źródło kontroli mediów, czyli tzw. fundacje „charytatywne”.
W znacznym stopniu główne media poza Stanami Zjednoczonymi są również kontrolowane przez amerykańskich plutokratów [por. mój poprzedni przypis, wawel].
Kontrolę uzyskuje się w dużej mierze dzięki temu, że
przytłaczająca większość gazet na całym świecie otrzymuje swoje międzynarodowe artykuły od trzech (3) agencji informacyjnych. Dwie z trzech dużych agencji informacyjnych, Reuters i Associated Press, są bezpośrednio kontrolowane przez amerykańskich plutokratów.
W jednym konkretnym studium przypadku przeanalizowano geopolityczne relacje w dziewięciu wiodących dziennikach z Niemiec, Austrii i Szwajcarii pod kątem różnorodności i efektywności pracy dziennikarzy. Wyniki potwierdzają dużą zależność od globalnych agencji informacyjnych (od 63% do 90% treści, z wyłączeniem komentarzy i wywiadów) oraz brak własnych badań śledczych.
Bardziej bezpośrednie metody kontroli opisano na przykład w książce
Dr Ulfkotte zmarł na zawał serca w stosunkowo młodym wieku, wkrótce po opublikowaniu swojej książki w 2014 roku. Angielskie tłumaczenie jego książki jest już od lat notowane na Amazon jako „Obecnie niedostępne”. [https://off-guardian.org/2018/01/19/bought-journalists-an-introduction-to-ulfkottes-censored-book/]
Niewidzialna ręka wolnego rynku odmawia udostępnienia tej książki swoim czytelnikom. Chociaż dr Ulfkotte w tytule swojej książki wspomina tylko o CIA, wyjaśnia, że „charytatywne” fundacje są również mocno zaangażowane w kontrolę zagranicznych mediów. [dr Ulfkotte był też autorem innej, bardzo niewygodnej książki “Niemcy jako Mekka. Cicha islamizacja Europy”, natomiast o dziwnych okolicznościach śmierci dr Ulfkotta powstała nawet książka J.Schneidera, przypis mój, wawel]
Najtrudniej jest zrozumieć, jak rządy na całym świecie zostały zmuszone do zaakceptowania narracji medialnych podczas tej fałszywej pandemii.
Po pierwsze, większość rządów nie ma niezależnych możliwości oceny zdarzeń medycznych i nie ma innego wyjścia, jak tylko przyjąć porady WHO. Co więcej, swój wpływ wykorzystał rząd Stanów Zjednoczonych i globalistyczne organizacje medyczne.
Jeden z nielicznych szefów państw, który odważył się odrzucić panikę koronawirusa, prezydent Białorusi Łukaszenko, zeznał, że zaoferowano mu 950 mln dolarów od MFW i Banku Światowego, gdyby wprowadził kwarantannę, izolację i godzinę policyjną „jak we Włoszech”. [https://greatgameindia.com/belarus-world-bank-coronavirus-conditions/]
2. SIEĆ WPŁYWÓW PLUTOKRATYCZNYCH (PIN)
Aby zorganizować ogólnoświatową kampanię zmieniającą życie na całym świecie, potrzebna jest siła zasługująca na miano rządu cieni. Theodore Roosevelt, który był prezydentem USA od 1901 do 1909 roku, poinformował świat, że:
“Za rzekomym rządem siedzi na tronie niewidzialny rząd, który ani nie słucha ludu, ani nie ponosi przed nim żadnej odpowiedzialności”.
Nazwał ten rząd cieni„bezbożnym sojuszem między skorumpowanym biznesem a skorumpowaną polityką”.
[Por.: “Rząd, który został stworzony dla ludzi, wpadł w ręce wielkich posiadaczy kapitału i zarządców ich firm, grup wpływu. Niewidoczne imperium powstało ponad strukturami demokracji.” – Woodrow Wilson, 28. prezydent USA, przypis mój, wawel]
Aby jednak uruchomić rząd cieni na taką skalę, potrzebne są duże, dobrze finansowane instytucje. Czy Skull & Bones, masoni czy iluminaci mogliby to zrobić? Wymaga to rozbudowanej sieci instytucji zatrudniających dobrze opłacanych profesjonalistów, których kariery przebiegały wiarygodną ścieżką.
Jedynym sposobem na prowadzenie tak rozległej sieci (zaprojektowanej niejako do zasadniczo nikczemnych celów) byłoby trzymanie jej w pełnej widoczności, ale zamaskowanej niewinnie wyglądającą osłoną. Amerykańscy plutokraci dawno temu znaleźli idealną przykrywkę, która pozwoliłaby im ustanowić instytucje rządu cieni.
Instytucje te są zamaskowane jako fundacje „charytatywne”. Fundacje działają poprzez finansowanie szerokich sieci „think tanków” i organizacji pozarządowych (NGO) na całym świecie, w związku z czym ich siła nie jest ograniczona granicami państwowymi.
Najbardziej znane fundacje to między innymi Fundacja Rockefellera, Fundacja Forda, Fundacja Społeczeństwa Otwartego [Sorosa], Fundacja Carnegie oraz Fundacja Billa i Melindy Gatesów.
Jedną z ważnych dziedzin działalności fundacji jest pomoc w karierze służalczych dziennikarzy, naukowców i ekspertów, poprzez wydźwiganie ich na prestiżowe stanowiska. Fundacje wspierają dziennikarzy i naukowców, przyznając im „prestiżowe” nagrody, stypendia i granty badawcze. Chociaż wielu z tych profesjonalistów spędza większość lub całość swojej kariery na uniwersytecie i w rządzie, korzystając głównie z pieniędzy podatników, otrzymują te lukratywne i prestiżowe nominacje ze względu na ich konformistyczny przebieg kariery naukowej zgodnej z programem fundacji.
Na przykład nic nie pomoże nowemu doktorowi nauk politycznych lub społecznych w uzyskaniu stanowiska profesora na etacie lepiej niż otrzymanie stypendium od fundacji. W ten sposób fundacje wykorzystują swoje pieniądze dla specjalistów, którzy wykazują się wiernością [linii fundacji, przypis mój, wawel], windując ich na stanowiska wspierane z pieniędzy państwowych w kwotach znacznie większych niż pieniądze wydawane przez fundacje na nagrody, stypendia i granty. Rezultat jest taki, że chociaż niewielu czasami się buntuje, większość profesjonalistów ze sfery ideologicznej rozumie tę grę i podporządkowuje się.
Fundacje często ściśle współpracują z CIA, ale
niewłaściwe byłoby twierdzenie, że są one kontrolowane przez CIA. To raczej ci sami ludzie, którzy kontrolują fundacje, kontrolują także rząd – w tym CIA. Oba systemy są jedynie częściami większego systemu, który swobodnie dzieli kadry pomiędzy obydwa podmioty; jest to często określane jako „drzwi obrotowe”.
Na przykład Reuel Marc Gerecht, były oficer CIA , jest obecnie starszym pracownikiem „Foundation for Defense of Democracies” (“Fundacji dla Obrony Demokracji”).
Jak wspomnieliśmy powyżej, fundacje działają poprzez think tanki i organizacje pozarządowe. Istnieją setki lub tysiące takich organizacji. Tutaj nie podejmiemy wysiłku, aby je sklasyfikować i wyliczyć. Po prostu nazwiemy wszystkie te fundacje, razem z think tankami i organizacjami pozarządowymi zbiorczym mianem Plutocratic Influence Network (PIN, Sieć Wpływów Plutokratycznych).
Plutocratic Influence Network jest zaangażowana w kontrolę ideologiczną, inżynierię społeczną i bezpośrednią dywersję „dyktatur”, czyli rządów narodowych, które nie pozwalają amerykańskim plutokratom na eksploatację swoich krajów. Plutokratyczne media wolą nazywać PIN „społeczeństwem obywatelskim”, sprytnie ukrywając PIN jako luźną sieć niezależnych inicjatyw obywatelskich i podstawę demokracji.
Oto, czym zajmują się think tanki, zdaniem Martina S. Indyka , wiceprezesa i dyrektora programu polityki zagranicznej w Brookings, jednego z najstarszych i najbardziej prestiżowych think tanków w Waszyngtonie:
Naszą działalnością jest wpływanie na politykę za pomocą naukowych, niezależnych badań opartych na obiektywnych kryteriach, a żeby mieć znaczenie dla polityki, musimy zaangażować decydentów ”.
Oczywiście „obiektywne badania” nigdy nie przynoszą rezultatów sprzecznych z plutokratycznymi interesami.
Według Matta Taibbi:
“kilkanaście największych z tych „instytucji badawczych” finansowanych ze środków prywatnych ma ogromny wpływ na dyskurs publiczny. Heritage Foundation, American Enterprise Institute i Cato Institute istnieją wyłącznie w celu tworzenia badań i komentarzy, które będą miały wpływ na opinię publiczną. Mają wymyślne sale, w których odbywają się konferencje prasowe i spotkania przy okrągłym stole, a ich wynajęta pomoc – ludzie tacy jak Cohen z Heritage i McFaul z Carnegie – siedzą i czekają praktycznie przez całą dobę, aż dziennikarze zadzwonią [po wcześniej dla nich spreparowane „fakty, informacje i opinie”].
Think tanki otrzymują również pieniądze bezpośrednio od korporacji i zachodnich rządów. Aby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, fundacje udzielają dotacji sobie nawzajem, a czasami także prywatnym firmom.
Skala działalności fundacji i think tanków jest ogromna. Według komentatora politycznego Władimira Simonowa w 2004 r. istniało co najmniej 2000 rosyjskich organizacji pozarządowych, które utrzymują się z… amerykańskich dotacji i innych form pomocy finansowej ”. Wiele milionów dolarów wydaje się na „pielęgnowanie niektórych ‘niezależnych ośrodków prasowych’, ‘zamówień publicznych’ i ‘fundacji charytatywnych’”
Diaboliczne rogi fundacji wyskakują w najmniej oczekiwanych miejscach. Światowa Organizacja Zdrowia, która najczęściej uważana jest za wspieraną przez środki publiczne, jest „hojnie” wspierana przez Fundację Billa i Melindy Gatesów (BMGF).
BMGF wspiera także Swissmedic, Szwajcarską Agencję Produktów Terapeutycznych (której nazwa brzmi jak uosobienie czystości i neutralności). Nie ma wątpliwości, że pieniądze fundacji znajdziemy w setkach innych organizacji, uznawanych [przez opinię publiczną, przypis mój, wawel] za neutralne.
Możemy się tylko domyślać, jak te pieniądze wpłyną na biurokratów, a tym samym podporządkują fundacjom o wiele większe kwoty pieniędzy podatników i znajdą się oni pod bezpośrednią kontrolą fundacji. Jak pokazuje doświadczenie, biurokratów i polityków zaskakująco łatwo jest przekupić. Wystarczy trochę dodatkowych pieniędzy na podróż lub kilka konferencji w fajnych miejscach. Albo mogą to być niewielkie premie do pensji, szansa na dobrze płatne i honorowe stanowisko po przejściu na emeryturę lub dobra praca dla krewnych i przyjaciół biurokraty.
Chociaż trudno jest przeniknąć do sekretnego świata Plutocratic Influence Network, czasami zdarzają się wydarzenia, które pokazują nam stopień skoordynowanej kontroli władającej wewnątrz tej sieci. Jaki jest związek między Transparency International (TI) a fałszywą pandemią Covid?
Dr Wolfgang Wodarg, wcześniej wybitny członek Rady Dyrektorów Transparency International, publicznie zaprzeczył istnieniu pandemii. W odpowiedzi Transparency International usunęło D. Wolfganga Wodarga ze swojego zarządu. Sytuacja jest maksymalnie dziwna.
Dr Wodarg (który jest lekarzem) wyraził swoją osobistą opinię zawodową, która nie była w żaden sposób związana z jego pracą w TI. Cenzurę TI można wytłumaczyć jedynie rozkazem tych, którzy tę organizację finansują i kontrolują, czyli tej samej Plutocratic Influence Network, która naszym zdaniem zorganizowała całą kampanię Covid.
Każde poważne dochodzenie w sprawie Plutocratic Influence Network wymaga ogromnych środków i woli politycznej. Kongres USA tylko dwukrotnie próbował zbadać jej podstawy, po raz pierwszy w latach 1913-1915 ( Komisja Walsha, https://en.wikipedia.org/wiki/Commission_on_Industrial_Relations ), a następnie w 1954 r. ( Komitet Reece, https://en.wikipedia.org/wiki/United_States_House_Select_Committee_to_Investigate_Tax-Exempt_Foundations_and_Comparable_Organizations ).
Komisja Walsha została utworzona w celu zbadania stosunków pracy i dotknęła podstaw tylko śladowo. Raport końcowy z 1915 roku wskazuje, że celem fundacji nie jest dobroczynność, przynajmniej nie w pierwotnym tego słowa znaczeniu, ale
ideologiczna kontrola nad edukacją i mediami:
Dominacja ludzi, w rękach których spoczywa ostateczna kontrola dużej części amerykańskiego przemysłu, nie ogranicza się do ich pracowników, ale jest szybko rozszerzana, aby kontrolować edukację i „służbę społeczną” narodu. Kontrola ta jest w dużej mierze rozszerzana poprzez tworzenie ogromnych, zarządzanych prywatnie funduszy na nieokreślone cele, zwanych dalej „fundacjami”, poprzez dofinansowywanie szkół wyższych i uniwersytetów, poprzez tworzenie funduszy na emerytury nauczycieli, poprzez wpłaty na prywatne organizacje charytatywne, jak też poprzez kontrolowanie lub wywieranie wpływu na prasę publiczną.
Komitet Reece przeprowadził bardziej kompleksowe dochodzenie, które jednak nie zostało zakończone, ponieważ zostało sabotowane przez potężne siły w Kongresie. Mimo to zebrano wiele cennych materiałów i w 1958 r. członek Komitetu Rene A. Wormser opublikował książkę Fundacje: ich siła i wpływ , w której opisał wyniki śledztwa.
Nie ma tu miejsca na przejrzenie tej książki i ograniczymy się do kilku krótkich cytatów.
Wormser zauważa wielki (i tragiczny) wpływ, jaki badania społeczne finansowane przez fundacje mają na rząd:
Wielu z tych uczonych… służy jako „eksperci” i doradcy wielu agencji rządowych. Można powiedzieć, że socjologowie stanowią czwartą główną gałąź rządu. Są konsultantami rządu, planistami i projektantami rządowej teorii i praktyki.
Są wolni od kontroli i reguł wzajemnego równoważenia się organów władzy, którym podlegają pozostałe trzy gałęzie rządu (ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza). Swoje wpływy i pozycję w rządzie osiągnęli dzięki wsparciu fundacji.
Co więcej, wiele z tych badań można zaliczyć do „scjentyzmu”, czyli pseudonauki udającej obiektywizm nauk takich jak fizyka, ale w rzeczywistości dającej wyniki pożądane przez tych, którzy kierują całym tym przedstawieniem.
Wormser cytuje raport Carnegie Endowment for International Peace z 1925 r., który otwarcie określa swoje antydemokratyczne, wymuszane cele:
U podstaw i za wszystkimi tymi przedsięwzięciami pozostaje zadanie pouczania i oświecania opinii publicznej, aby nie tylko kierowała ona działaniami rządów i urzędników, ale także zmuszała je do konstruktywnego postępu ”.
Książka opisuje również pokrótce rażący przypadek inżynierii społecznej autorstwa Fundacji Rockefellera, kiedy wsparli oni fałszywe badania seksualne dr Kinseya. Raporty Kinseya ostatecznie spowodowały ogromne zmiany w życiu prywatnym Amerykanów.
W tym miejscu możemy stwierdzić, że Sieć Plutokratycznych Wpływów została stworzona, aby wpływać na edukację, opinię publiczną i rządy. Może nawet zmienić nasze najbardziej podstawowe i prywatne postawy, wykorzystując tajną propagandę i fałszywe „badania” społeczne. Plutokraci mają ogromne środki finansowe i wiele tysięcy wyszkolonych specjalistów do wykonywania tych zadań.
Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że dysponują odpowiednimi narzędziami potrzebnymi do wywołania fałszywej pandemii.
Poniżej omówimy ich konkretne techniki i cele.
3. JAKI KRYZYS?
Przynajmniej od 2008 roku zewsząd słyszymy, że żyjemy w niespokojnych czasach, że nadchodzi kryzys. Według założyciela WEF [Światowe Forum Ekonomiczne – szwajcarska fundacja non-profit znana z organizacji corocznej konferencji w Davos. Konferencja w Davos jest spotkaniem prezesów najbogatszych światowych korporacji, przywódców politycznych oraz wybranych intelektualistów i dziennikarzy. Bierze w nim udział około 2000 osób], Klausa Schwaba, wymagany jest „Wielki reset”. Cały porządek świata dobiega końca i nadchodzi nowy, złowrogi porządek. Czym dokładnie jest ten kryzys, pozostaje niewyjaśnione.
Jak już wspomniano we wstępie, twierdzimy, że szeroko nagłośniony zbliżający się kryzys jest po prostu rozwiązaniem, zamknięciem dziejów europejskiego projektu kolonialnego, który rozpoczął się ponad 500 lat temu. W tym okresie cywilizacja zachodnioeuropejska (w tym jej rozszerzenia, przede wszystkim USA) przewodziła światu gospodarczo i militarnie oraz zdominowała światową sztukę, naukę i ideologię. Skutkiem tego kryzysu będzie utrata wiodącej pozycji Europy i gwałtowny spadek poziomu życia jej ludności.
Oczywiście zachodnia propaganda przypisuje materialny dobrobyt Zachodu wolności, demokracji, wolnej przedsiębiorczości, wolnym mediom i prawom człowieka. I wreszcie, ważnemu wkładowi feminizmu i praw LGBTQ +. Chociaż niewielu ludzi z Zachodu odważyłoby się powiedzieć to otwarcie w dzisiejszych czasach, większość uważa, że ich dobrobyt wynika również z ich wyższej etyki pracy i zdolności umysłowych.
W rzeczywistości jest odwrotnie. Dobrobyt Zachodu opiera się w dużej mierze na sile militarnej, systematycznym naruszaniu najbardziej podstawowych wolności i praw człowieka w krajach wyzyskiwanych oraz systematycznej ingerencji w wolne rynki. Bogactwo Zachodu jest bezpośrednio związane z nędzą większości świata.
Bazy wojskowe USA na całym świecie, ciągłe wojny, bombardowania i ataki dronów nie są wymagane dla wolnego handlu i wolnego rynku. Byłoby naiwnością sądzić, że armia amerykańska jest wykorzystywana do niesienia wolności i praw człowieka biednym tubylcom. Wręcz przeciwnie, armie są zatrudniane do kradzieży zasobów i wykorzystywania podbitej ludności jako taniej siły roboczej.
Dla naszych celów możemy podzielić epokę kolonializmu na trzy etapy: bezpośredni kolonializm, neokolonializm, a od niedawna ostatni etap neokolonializmu, który opiera się na coraz głębszych poziomach zadłużenia (niewypłacalności).
Zachodni Bezpośredni Kolonializm Nowego Świata i to, co później stało się znane jako Trzeci Świat, zaczęło się na dobre ponad 500 lat temu, ale ten okres bezpośrednich rządów stopniowo zaczął się rozpadać po zakończeniu II wojny światowej.
Kiedy wybuchła wojna między nazistowskimi Niemcami a ZSRR, wyglądało na to, że anglo-amerykańska dominacja w powojennym świecie była ustalona. Na nieszczęście dla Zachodu II wojna światowa doprowadziła do powstania Związku Radzieckiego jako światowego mocarstwa i powstania socjalistycznych Chin (czego pełne implikacje były odczuwalne dopiero w ostatnich dziesięcioleciach). Amerykański establishment przez chwilę miał nadzieję, że sytuacja może zostać uratowana przez ich nową broń nuklearną; Jednak radziecka bomba atomowa przetestowana w 1949 r. położyła gwałtowny koniec ich marzeniom o wiecznej globalnej władzy.
Jednak ekonomicznie pełne zwycięstwo zostało osiągnięte. W tym momencie Stany Zjednoczone wytwarzały 50 % światowej produkcji gospodarczej. Większość technicznie zaawansowanych produktów była wytwarzana tylko w Stanach Zjednoczonych i dlatego sprzedawana była po najwyższych cenach z powodu prawie całkowitego braku konkurencji. Ich główni rywale przemysłowi, Niemcy i Japonia, legli w gruzach.
Stany Zjednoczone planowały zapobiec odbudowie ich przemysłu, próbując utrzymać dominację gospodarczą nad światem w nieskończoność. Plan Morgenthau był propozycją wyeliminowania zdolności Niemiec do prowadzenia wojny poprzez wyeliminowanie ich przemysłu zbrojeniowego i konkurencyjności poprzez ograniczenie innych kluczowych niemieckich gałęzi przemysłu. Japonia była całkowicie rozbita przez amerykańską marynarkę wojenną i siły okupacyjne.
Wraz z dominacją gospodarczą i morską Stanów Zjednoczonych na świecie, kolonie brytyjskie, francuskie i wszystkie inne w naturalny sposób zaczęły podlegać faktycznej kontroli Stanów Zjednoczonych. Aby je wykorzystywać, bezpośrednia kontrola kolonialna w starym stylu nie była już potrzebna.
Stąd proces dekolonizacji i przejście do neokolonializmu. W ustanawianiu formalnej niepodległości byłych kolonii pomoc sowiecka miała drugorzędne znaczenie, z wyjątkiem Chin, Korei i późniejszego Wietnamu.
Pod względem militarnym i politycznym Zachód wkrótce po drugiej wojnie światowej „wpadł w bagno”. Związek Radziecki nagle stał się silnym rywalem militarnym, przejmując kontrolę nad Europą Wschodnią i zaraz potem pomagając Chinom w [gospodarczym] zliberalizowaniu się. We Włoszech, Francji i Grecji istniały silne partie komunistyczne; Chiny wkrótce zaczęły wywierać presję na Azję, przede wszystkim w Korei i Wietnamie.
Aby powstrzymać Związek Radziecki i Chiny, Stany Zjednoczone rozpaczliwie potrzebowały sojuszników. Jedynym rozwiązaniem było umożliwienie Niemcom i Japonii odbudowy i rozwoju ich przemysłu.
Jak się okazało, w rozwiązaniu tym znajdowały się zalążki własnego zniszczenia. Z biegiem lat niemieccy i japońscy producenci szybko stali się odnoszącymi sukcesy konkurentami i stopniowo podważali prymat Ameryki. Traktowanie Niemiec i Japonii przez Amerykę jest często przedstawiane jako uosobienie cnotliwej hojności, uszczęśliwiającego pragnienia dzielenia się demokracją i dobrobytem w stylu amerykańskim ze wszystkimi narodami świata.
Ta pozorna otwartość była jednak raczej wyjątkiem niż regułą. Gdyby te kraje nie były potrzebne jako bastiony do powstrzymania rozprzestrzeniania się komunizmu, zostałyby zdezindustrializowane, zacofane i wyzyskiwane.
Powszechna taktyka neokolonialistów obejmuje przekupywanie lokalnych elit, dostarczanie im broni, pożyczek, najemników, szkolenia policji i służb bezpieczeństwa, wsparcie polityczne i medialne, przybrzeżne raje dla ukradzionych pieniędzy i stale obecne zagrożenie bezpośrednią interwencją wojskową. Metody te zostały szczegółowo opisane między innymi przez Chomsky’ego i Perkinsa.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego i reformach w Chinach, podobnie jak podczas II wojny światowej wydawało się, że zbliża się era dominacji Stanów Zjednoczonych na świecie. Rosja została znacznie osłabiona, jej bogactwo rozplądrowane. Politycznie świat był zdominowany przez Stany Zjednoczone. Chiny wydawały się niczym więcej jak nieograniczonym Bangladeszem, niekończącym się źródłem taniej siły roboczej, a utrata kontroli przez partię komunistyczną wydawała się tylko kwestią czasu.
Między Stanami Zjednoczonymi a całkowitą dominacją nad światem stała tylko jedna przeszkoda – rosyjskie strategiczne siły jądrowe.
Spodziewano się jednak, że Rosja nie może ich długo utrzymać. Amerykańskie zadłużenie zagraniczne, które rosło tak szybko przez całą erę Reagana z powodu rosnącej konkurencji Niemiec i Japonii, przestało rosnąć pod rządami Clintona. Wszystko wyglądało różowo. Pod rządami Clintona nawet wydatki wojskowe zostały nieco zmniejszone. Ogłosili, że to „koniec historii”.
A potem zwycięstwo nieoczekiwanie zmieniło się w druzgocącą porażkę. Putin wywalczył kontrolę nad Rosją z dala od przyjaznych Zachodowi oligarchów i zaczął przywracać jej gospodarkę, niezależność i armię. Potem nastąpiły nieoczekiwane zwycięstwa nad wspieranymi i uzbrojonymi przez Amerykanów siłami gruzińskimi w Osetii Południowej, a następnie na Krymie, Donbasie i Syrii. Rosyjscy kontrahenci wojskowi zaczęli pojawiać się w Libii i innych krajach afrykańskich.
Chiny stały się jeszcze większym problemem. Chińczycy oszukali Zachód w wielkim stylu. Partia komunistyczna zachowała kontrolę. Przyciągnęli zachodnie firmy tanią siłą roboczą, dobrą organizacją i infrastrukturą. A potem Partia stworzyła warunki najpierw do kopiowania i opanowywania zachodnich technologii, a później do rozwijania własnych zaawansowanych technologii. W przeciwieństwie do Bangladeszu nie pozwolili, by ciężko zarobione dolary zostały roztrwonione na konsumpcję wyższych klas. Wydawali je na edukację, badania, infrastrukturę i budowanie własnej potęgi przemysłowej.
Dzięki rosnącej potędze gospodarczej Chiny były w stanie zrobić to, czego nigdy nie był w stanie zrobić Związek Radziecki – wyprzeć gospodarczo Zachód w Trzecim Świecie, który obejmował większość Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Po utracie dominującego miejsca na szczycie globalnej piramidy gospodarczej, zadłużenie zagraniczne Ameryki ponownie zaczęło rosnąć i osiągnęło obecnie naprawdę niezrównoważone rozmiary.
Podobne kryzysy zadłużenia miały miejsce w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoszech i innych krajach, które podczepiły się pod amerykański neokolonializm.
Ten kryzys nie zależy od niekompetencji Trumpa ani sprytu Putina czy Xi, jest całkowicie obiektywny.
Przez jakiś czas po początkowych niepowodzeniach rząd USA nadal pokładał nadzieję w wojsku. Po 2001 r. budżet Pentagonu ponownie rósł, rozpoczynając nowe wojny na całym świecie.
Jednak wojny te nie przyniosły pożądanych korzyści ekonomicznych. Wręcz przeciwnie. Stopniowo amerykańscy generałowie zaczęli zdawać sobie sprawę z ograniczeń amerykańskiej potęgi wojskowej. Zdali sobie sprawę, że nie mogą walczyć z Rosją i Chinami w realistycznych scenariuszach. Nie mamy tu miejsca na bardziej szczegółową analizę tego interesującego i ważnego pytania.
Znaleźliśmy tylko jedną pracę naukową, która próbuje obliczyć „realny” PKB krajów zachodnich – taką, która bierze pod uwagę ogromny deficyt w handlu zagranicznym. W badaniu Awara [https://www.awaragroup.com/blog/study-on-real-gdp-growth-net-of-debt/#:~:text=This%20groundbreaking%20study%20by%20Awara,in%20negative%20territory%20for%20years.&text=The%20study%20shows%20that%20the,%2Dnet%2Dof%2Ddebt.] dotyczącym wzrostu realnego PKB bez zadłużenia stwierdzono, że:
Realny, skorygowany o zadłużenie wzrost PKB krajów zachodnich od lat utrzymuje się na ujemnym poziomie. Tylko masowo zadłużając się, były one w stanie ukryć prawdziwy obraz i opóźnić początek nieuniknionego załamania swoich gospodarek. Badanie pokazuje, że realny PKB tych krajów ukrywa ogromne straty po odliczeniu zadłużenia, co daje realny-PKB-netto- zadłużenia ”.
Badanie to pokazuje, że od 2009 do 2013 r. realny PKB bez zadłużenia spadł o około 45% w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii; spadł w Hiszpanii o 55%, we Włoszech o 35%, we Francji o 30% i Niemczech o 18%. Chociaż nie uważamy tych liczb za dokładne, uważamy, że dość dokładnie odzwierciedlają rzeczywistość.
Chociaż Zachód już odczuwa jego zaczątki, większości mieszkańców Zachodu nadal bardzo trudno jest rozpoznać nadchodzący kryzys.
Mogą niechętnie przyznawać się, że kiedykolwiek byli beneficjantami brutalnej kradzieży kolonialnej lub że jazda za darmo dobiegła końca. Krótkowzrocznie koncentrują się na obwinianiu Chin za warunki pracy w przemyśle, ani przez chwilę nie wątpiąc w swoje prawo do tanich chińskich produktów. Nadal nie rozumieją, że kiedy na Zachodzie powrócą miejsca pracy, towary wytwarzane obecnie w Chinach przez tanią siłę roboczą staną się niedostępne dla większości mieszkańców Zachodu.
4. DLACZEGO MIELIBY TO ZROBIĆ?
Załóżmy, jak wykazaliśmy powyżej, że rządzący plutokraci mają możliwość zorganizowania fałszywej światowej pandemii. Dlaczego mieliby chcieć zrobić coś takiego? Co by dzięki temu zyskali? Spójrzmy na możliwe motywy.
Nic nie jest nowe pod księżycem, a rząd w Waszyngtonie od dawna wykorzystuje sfabrykowane kryzysy do osiągnięcia swoich celów. Według HL Menckena:
Ogólnym celem praktycznej polityki jest zaalarmowanie ludności (na tyle głośne, aby dała się poprowadzić w bezpieczne miejsce), grożąc jej niekończącą się serią różnych zjaw, widm i gnomów, z których wszystkie są wyimaginowane ”.
Jedną z przyczyn „pandemii” może być wyciągnięcie korzyści z rozległych zakłóceń i zaburzeń – poszczególnych narodowych gospodarek – wynikających z blokad. Jest całkiem prawdopodobne, że duże firmy będą w stanie wchłonąć swoich mniejszych konkurentów, których często zmuszały lokalne władze [pod presją „pandemii”] do zamykania swoich firm.
Administratorzy amerykańscy i administratorzy Unii Europejskiej ogłosili ogromne środki pomocy Covid19 o wartości odpowiednio setek miliardów dolarów i euro.
Kto skorzysta na tej gratce? Najprawdopodobniej kilku dobrze połączonych dużych graczy.
Magazyn Business Insider poinformował w czerwcu 2020 r., że„amerykańscy miliarderzy są teraz prawie 20% bogatsi niż byli na początku pandemii koronawirusa, według nowego raportu Instytutu Studiów Politycznych”. [https://www.businessinsider.com/billionaires-got-565-billion-richer-during-the-coronavirus-pandemic-2020-6?r=US&IR=T]
Kompanie farmaceutyczne będą, oczywiście, zainteresowane zyskami ze szczepionek. Ale czy są one wystarczająco potężne, aby sfabrykować i kontynuować całe to przedstawienie „pandemii”? Raczej nie.
Atomizacja społeczeństwa, zerwanie solidarności społecznej, erozja wszelkich niepieniężnych powiązań między ludźmi, niszczenie relacji rodzinnych i osłabianie więzów krwi to wieloletni projekt plutokratyczny. Teraz, używając tej fałszywej pandemii („fake pandemic”), plutokraci posunęli się jeszcze dalej, teraz uczą nas, abyśmy postrzegali siebie nawzajem nie jako przyjaciela, nie jako brata, nawet nie jako źródło zysku, ale głównie jako źródło śmiertelnej infekcji.
Ta wiadomość jest przekazywana nie tylko ustnie za pośrednictwem środków masowego przekazu; jesteśmy fizycznie zmuszeni do zachowania dystansu, zawstydzeni odmową uścisku dłoni sąsiada i zagrożeni grzywną za bycie widzianym bez maski. Fizyczny aspekt inżynierii społecznej jest bardziej skuteczny niż zwykłe werbalne pranie mózgu i sprawia, że [wymuszane fizyczną przemocą] zmiany zachowań społecznych są bardziej trwałe.
Powściągliwość fizyczna tworzy nawyki społeczne, które będą trudne do odwrócenia w przyszłości.
O ile wszystkie powyższe motywy [fabrykantów „pandemii”] mogą być trafnie odczytane, to naszym zdaniem głównym powodem [uruchomienia przedstawienia „pandemia”] jest zbliżający się kryzys Zachodu opisany powyżej. Paradygmat zachodniego społeczeństwa opiera się na stale rosnącej konsumpcji. Ludzie Zachodu nie rozumieją, że można żyć mając mniej i być szczęśliwym.
Można się spodziewać, że nadchodzący drastyczny spadek konsumpcji doprowadzi do trwałego załamania zachodniego społeczeństwa. Już teraz obserwujemy powszechne zamieszki w amerykańskich miastach. W szeroko akceptowanym niusie z okładki o „globalnej pandemii” rządzący plutokraci zamierzają ukryć swoje przeszłe niepowodzenia
i nadal rządzić w sztucznie stworzonym stanie wyjątkowym.
5. WNIOSEK
Przedstawiliśmy naszą analizę obecnej „pandemii” Covid-19. Gdyby rzeczywiście było to celowo zaplanowane, można by to uznać za zbrodnię przeciwko ludzkości. Co gorsza, istnieją oznaki, że globalna blokada jest tylko pierwszym posmakiem tego, co ostatecznie może być półtrwałym (semi-permanent) stanem wyjątkowym.
Sam Bill Gates, 23 czerwca w filmie umieszczonym obecnie na stronie internetowej Fundacji Izby Handlowej Stanów Zjednoczonych, otwarcie obiecał nam, że będzie „następny” [stan wyjątkowy], i – „Powiem, że ten, jak mówię, zwróci tym razem uwagę . ”
Jednym z najważniejszych czynników w dochodzeniu w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstwa jest znalezienie motywu. Cui bono – kto korzysta? Opisaliśmy możliwy motyw wydarzeń i pokazaliśmy, że podejrzani dysponują narzędziami umożliwiającymi sfabrykowanie globalnej „pandemii”.
Jeśli pracujesz dla fundacji, organizacji pozarządowej, organizacji międzynarodowej lub rządu i masz wewnątrzorganizacyjną wiedzę z pierwszej ręki o obecnych wydarzeniach, zapraszamy do pisania do nas.
Autor: Gregory Sinaisky, Sep 6, 2020, “Fabricating a Pandemic – Who Could Organize It and Why”
Gregory Sinaisky ma doktorat. Doktor nauk komputerowych, mieszka w Zurychu. Autor wielu prac naukowych, pisze m.in. o dezinformacji w mediach, sprawach wojskowych i socjologii.
WYBRANE KOMENTARZE Z INNEGO PORTALUartemida-moderna 3 maja 2021, 00:34
“Najbardziej znane fundacje to między innymi Fundacja Rockefellera, Fundacja Forda, Fundacja Społeczeństwa Otwartego [Sorosa], Fundacja Carnegie oraz Fundacja Billa i Melindy Gatesów.”
O roli Fundacji Rockefellera w planowaniu obecnej plandemii piszą W. Sumliński i T. Budzyński w książce “Zapis zarazy”. O Gatesach i ich szczepionkowym eldorado wie już każde dziecko w Afryce, Ameryce Południowej i Azji, ale nie jestem pewna czy w Europie i Ameryce Północnej skoro biali ludzie tak chętnie i ufnie się dzisiaj szczepią. Co potwierdza przesłanie notki, że obudzą się z przysłowiową ręką w nocniku kiedy nastąpi spodziewany krach ekonomiczny.
@wawel Przeczytałam. To kompendium wiedzy o mechanizmach “rządzących światem”. Logiczne to z jednego punktu widzenia; materialistycznego. Rząd cieni wygrywa , gdy patrzymy na człowieka ( zgodnie z przez lata wypracowanym przez oświeconych ) jako na nieco wyżej zorganizowanego ssaka. Człowieka bezrozumnego, składającego się z materii, instynktów i emocji. Człowieka – obywatela, podatnika, konsumenta i wyborcę. Wielu z nas żyje zgodnie z takim projektem!”Teraz, używając tej fałszywej pandemii („fake pandemic”), plutokraci posunęli się jeszcze dalej, teraz uczą nas, abyśmy postrzegali siebie nawzajem nie jako przyjaciela, nie jako brata, nawet nie jako źródło zysku, ale głównie jako źródło śmiertelnej infekcji.”Małym kosztem, z ogromnym zyskiem zapanowali nad miliardami ludzi i WYDAJE SIĘ tym “władcom świata”, że ich wygrana będzie trwała. Popełnili zasadniczy błąd! Człowiek to dziecko Boże, ma duszę, pierwiastek Boży i wieczny. Taki człowiek, miliarder, właściciel mediów, ateista, lewak, najemny “uczony”, premier, prezydent, dziennikarz etc., który tego nie przyjmuje już przegrał. “Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? /Mt16.26/Plandemiści popełnili błąd w założeniu (antropologiczny), służą diabłu a ich przegrana mimo wielu ofiar będzie straszna. Sursum Corda! Przepraszam, wymądrzam się nieco….
@cisza Wszystkie idelogie lewackie, typu antyteistyczny (lub tylko ateistyczny) konstruktywizm są oparte na fałszywej antropologii, więc w konsekwencji ich toporna metafizyka też musi być fałszywa : ) W tym nadzieja, ale niekoniecznie gwarancja sukcesu drugiej strony.
Wielka szkoda, że nawet tak kompleksowe opracowania, dotyczące alternatywnego spojrzenia na strukturę władzy na świecie, są traktowane na równi ze śmieciowymi notkami. Najgorsze, że to, co zostało tutaj zapisane, nie jest żadną teorią spiskową. Wystarczy odrobina dociekliwości i pracy przy oficjalnych dokumentach, aby potwierdzić całość tego przekazu. Problem w tym, że wykładnia tego wszystkiego, mocno odbiega od mirażu roztaczanego przed oczami gawiedzi. Salon24, niestety również należy do źródeł fałszowania obrazu, na równi z taką interią lub wyborczą, stąd traktowanie per noga tak wartościowego tekstu. Jedna moja uwaga. Z tekstu wynika obraz rozproszonego i spontanicznego systemu prawdziwej władzy. Myślę że sprawy mają się inaczej. Weźmy takie Stany Zjednoczone. Republika założona przez masonerię i wedle jej zamysłu. W tej organizacji, dostęp do wiedzy rozkłada się na kształt piramidy, więc to co oficjalne, jest przeznaczone dla ludu. Sprawy rzeczywistego układu władzy, ujawniają kolejne stopnie wtajemniczenia. Stąd mój wniosek, że USA od zarania jest rządzone zza kurtyny. Te enuncjacje kolejnych prezydentów, że władza „dostała” się ręce tajnych organizacji, to informacja dla mas. W rzeczywistości od początku układ władzy był inny. Stąd powolny wzrost znaczenia różnorakich fundacji, które stawały się organami wykonawczymi dla rosnącej ilości spraw kontrolowanych tą droga przez centralę. Według pism opublikowanych przez Alberta Pike’a, masona 33 poziomu, obecne kryzysy były w planach już od końca XIX wieku. Tak więc ta spontaniczność wydarzeń, że np Chiny zrobiły psikus oligarchii, też mogła być wcześniej zaplanowana.
@Kruk63 Termin ‘teorie spiskowe’ wypracowali fachowcy z CIA dla ośmieszania i stygmatyzowania tych, co przedarli się nieco przez zasłony skrywające istotę rzeczy. Próby przejęcia kontroli nad globem i ludzką populacją nie są spontaniczne, ale trudno wykluczyć konflikt ambicji prowadzących do sytuacji niezaplanowanych. No i masoneria powstała na Wyspach i zaczęła od dekapitacji Francji, pierwszej Córy…
Przenikliwy w analizie i rekonstrukcji mechaniki gry wojennej, którą można by nazwać ‘pandemicznością zorganizowaną’, dogłębny w argumentowaniu stawianych tez i niezły w wykazywaniu słabych miejsc przeciwnika, więc bardzo ważny tekst.
Obawiam się zarazem, że jego zakrój i solidność, skutkująca rozmiarami może ograniczyć walor perswazyjności. Brawo za odesłanie do pozycji źródłowych!
Potiomkinowski charakter tzw. pandemii, przy rozumieniu tragedii ofiar i rozpaczy ich bliskich, jest już dość oczywisty dla tych, którzy nie dali sobie z procesów poznawania wyłączyć kryterium racjonalności.
Tym większe brawa za próbę odpowiedzi na pytanie o calkowicie niezrozumiałe wycofanie się z racjonalności oraz działanie na rzecz atakującego wroga przez z grubsza biorąc setkę rządów nominalnie suwerennych państw.
Tak, na słowo NGO-sy trzeba wyciągać i odbezpieczać broń. Ale prócz sieci instytucjonalnej (korporacje, fundacje, NGO-sy, media) tej grupie sięgającej właśnie po globalną władzę udało się skutecznie zbudować personalną sieć kadr oplatającą rządy, banki, służby… Tutaj cokolwiek operetkowe struktury rekrutacyjne, typu Sculls&Bones, bywają bardzo przydatne. Mościcki miał rację.
PS. Zamiast plutokraci z USA używałbym dokładniejszego terminu: plutokraci częściowo rezydujący w USA : )
Papież Franciszek weźmie udział w „specjalnej rozmowie” z b. prezydentem Billem Clintonem na temat „tego, co jest potrzebne, aby nadal stawiać czoła najpilniejszym globalnym wyzwaniom naszych czasów, takim jak zmiany klimatyczne, kryzys uchodźczy, dobro dzieci oraz misja i projekty szpitala dziecięcego Bambino Gesù” – informuje na Twitterze Edward Pentin.
Planowana zdalna rozmowa będzie częścią wydarzenia Clinton Global Initiative (CGI) 2023, które odbędzie się w dniach 18-19 września w Nowym Jorku.
W spotkaniu z ramienia Watykanu wezmą udział również przedstawiciele stowarzyszenia Patrons of Bambino Gesù Children’s Hospital, utworzonego kilka miesięcy temu w celu wspierania projektów humanitarnych. Jak zauważa Katolicka Agencja Informacyjna, projekty watykańskiego szpitala dziecięcego wymagają wsparcia finansowego w wysokości około 8 mln euro. Stowarzyszenie wniesie tę kwestię na forum spotkania Clinton Global Initiative 2023.
W przyszłotygodniowym spotkaniu udział wezmą m.in. sekretarz skarbu USA Janet L. Yellen, gubernator Kalifornii Gavin Newsom, znany z planów stworzenia w swoim stanie „sanktuarium aborcyjnego” oraz były premier Wielkiej Brytanii, Tony Blair. „Papież Franciszek przyjął prezydenta Clintona na prywatnej audiencji w Watykanie w lipcu b.r.”.
Rodzina Clintonów jest znana z proaborcyjnych działań. Hillary utrzymuje bliskie kontakty z prominentnymi przedstawicielami Planned Parenthood, największej sieci placówek aborcyjnych w USA. Jak informowało w 2016 r. POLITICO, „liderzy i działacze Planned Parenthood należą do jej osobistych przyjaciół, w tym prezydent Cecile Richards”.
Wielu z największych darczyńców Planned Parenthood wspierało również kampanie wyborcze przedstawicielki Demokratów w 2000, 2008, 2013 i 2016 r. Związek Clinton z Planned Parenthood rozciąga się również na Clinton Global Initiative. Przez ostatnie dwa lata organizacja była oficjalnym członkiem CGI, a w 2012 roku zobowiązała się do przeprowadzania szkoleń młodzieży w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Stanach Zjednoczonych w zakresie sposobów promowania kontroli urodzeń.
Dodatkowo, Planned Parenthood sponsorowała dwa globalne programy stypendialne CGI dla młodzieży i współtworzyła z fundacją Clintonów krajową strategię organizacyjną, mającą na celu wywarcie nacisku na zwiększenie inwestycji na świadczenia medyczne z zakresu tzw. zdrowia reprodukcyjnego (aborcja, antykoncepcja).
Przychodzi facet do ginekologa i mówi, że jest babą – tak mógłby się zaczynać kolejny dowcip, ale okazuje się, że współcześnie to rzeczywistość. We francuskich Pirenejach Atlantyckich doszło do podobnego wydarzenia i wzbudziło to cała masę dyskusji w mediach społecznościowych i nie tylko.
Ginekolog pracujący w poliklinice w mieście Pau odmówił zbadania „kobiety transpłciowej” i stwierdził, że dla niego jest ona dalej mężczyzną, a na tym rodzaju to on się nie zna. Wytłumaczył, że leczy tylko „prawdziwe kobiety” i wywołał burzę.
Sprawa trafiła do mediów, a „osoba transpciowa” o imieniu „Sandrine” poskarżyła się w dzienniku „Le Parisien”, że była „zszokowana odmową” i nazwała lekarza „transfobem!”. Poskarżył się również „partner” Sandrine, który opowidał, że „sekretarka lekarza była chłodna i nas wyrzuciła”
Sam lekarz tłumaczył się dziennikowi, że „nie jest w stanie zbadać osoby trans, aby jej coś doradzić, bo nie ma takich umiejętności”, a „z naukowego punktu widzenia mężczyzna to mężczyzna, a kobieta to kobieta i nawet jeśli uważa się za kobietę, to pozostaje mężczyzną”.
W sprawę wdał się dalej „kolektyw SOS Homofobia”, potępiając „transfobię, która uniemożliwia wielu osobom transpłciowym dostęp do opieki medycznej”. Obrońcy lekarza tłumaczą go, że rzeczywiście „ginekolodzy nie są uczeni opieki nad transpłciowymi kobietami”. Aby uniknąć takich „incydentów” w przyszłości, SOS Homofobia zaproponowała wprowadzenie osobnych „oznaczeń” dla ginekologów przyjmujących „kobiety transpłciowe”.
W końcu na odsiecz lekarzowi przyszły… feministki. Marguerite Stern i Dora Moutot ze stowarzyszenia „Femelliste” udzieliły wsparcia ginekologowi z Pau. To efekt zaniepokojenia feministek, „transpłciowcami”, którzy coraz brutalniej wkraczają w świat zarezerwowany dotąd tylko dla kobiet, od sportu, po szatnie i toalety. „Mężczyzna, nawet jeśli deklaruje się jako kobieta, nie powinien chodzić do ginekologa, bo to nie ma sensu” – stwierdziły jasno panie Marguerite Stern i Dora Moutot. Dodały, że takie osoby i tak nigdy nie będą miały np. „okresu” ,”menopauzy”, czy problemów z antykoncepcją lub ciążą; nie przeprowadzają aborcji, ani „badań szyjki macicy”. Ich zdaniem wizyty u ginekologa to czysta hucpa. Swoje tezy opublikowały na łamach dziennika „Le Figaro” w środę 13 września i skrytykowały mocno działania „aktywistek transpłciowych”, które planują zaatakować „wszystkie przestrzenie zarezerwowane dla kobiet”. Wymieniły tu właśnie ginekologię, sport kobiecy, a nawet więzienia dla kobiet. Ich zdaniem oskarżenia o „transfobię” to rodzaj „terroru transpłciowego”. —————————- Artykuł powyższy ukazał się w Le Parisien/Le Fiagaro/Valeurs, zaś polskie tłumaczenie ukazało się na portali NCzas ( Przychodzi facet do ginekologa i… nie jest to dowcip, ale „znak czasów” | NCZAS.COM Mój komentarz: Zauważmy, że dziennikarze francuscy zupełnie pominęli w swoich rozważaniach.… „partnera” Sandriny’a. Jeśli Sandrina jest fizycznie chłopem, a więc posiada pomiędzy nogami fiuta i chciałaby od czasu do czasu zrobić z niego użytek, to partner Sandriny powinien być fizycznie (teoretycznie) kobietą . Jeśli partner Sandiny jest fizycznie kobietą, to jego powinien przebadać ginekolog i byłoby po kłopocie. Chyba, że jest on kobietą „z odzysku” to znaczy był mężczyzną i zmienił płeć na kobiecą poddając się chirurgicznemu zabiegowi urżnięcia fiuta i przerobienia go na waginę. Wówczas sprawa się komplikuje, co prawda partner Sandriny ma jakąś dziurkę ale o nieznanym kształcie i budowie, którą ginekolog mógł wiedzieć pierwszy raz w życiu. Wówczas odmowa ginekologa byłaby usprawiedliwiona. Ponieważ ginekolog nie zainteresował się partnerem Sandriny, tylko oboje po chamsku przepędził, więc jest on podwójnym transfobem, którym powinien zainteresować się francuski wymiar sprawiedliwości. Podpowiem ginekologowi, że może go uratować tylko twierdzenie, że on sam jest transpłciowym mężczyzną i było mu niezręcznie oglądać narządy rodne transpłciowej kobiety. Wstydliwy taki jest!
Szanowni Państwo, Sezon „Marszowy” wchodzi na ostatnią prostą. Przed nami przedostatni weekend, w którym ulicami polskich miast przejdą Marsze dla Życia i Rodziny. Jeszcze w najbliższą sobotę i niedzielę będziemy mogli wziąć udział w tych prorodzinnych manifestacjach w kilku miejscowościach. W sobotę 16 września odbędzie się Marsz w Jeleniej Górze (start o 14:00 na Placu Piastowskim), a w niedzielę 17 września Marsze w aż pięciu miejscowościach:
Białymstoku – start o 13:00 spod Bazyliki św. Rocha;Suwałkach – start o 13:00 spod kościoła śś. Apostołów Piotra i Pawła; Rzeszowie – start o 15:00 spod kościoła akademickiego św. Jadwigi;Ostródzie – start o 12:45 spod kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP. Ten rok marszowy zamkniemy zaś 30 września w Śremie i 1 października – Marszem we Wrocławiu. Więcej szczegółów dotyczących tych wydarzeń (w tym godziny rozpoczęcia Mszy świętych) znajdą Państwo na stronie Marsz.org. To ostatnia szansa, aby jeszcze w tym roku przejść razem z Marszem dla Życia i Rodziny i wspólnie, pod hasłem „Dzieci przyszłością Polski” dawać świadectwo o wartości rodziny, małżeństwa i godności każdego życia już od poczęcia! Serdecznie zachęcam Państwa, szczególnie tych, którym nie udało się dotychczas jeszcze na żaden Marsz wybrać, aby skorzystać z tej okazji! Tymczasem jednak pora powoli podsumować tegoroczne Marsze dla Życia i Rodziny. Począwszy od maja, Marsze gościły zarówno w największych polskich miastach, jak i małych miasteczkach czy nawet wioskach. W niektórych z nich są już stałym elementem życia społeczności, bo odbywają się tam od lat. Ale są też miejsca, w których są pierwszy raz albo powracają po okresie ograniczeń. Najważniejsze jest jednak to, że gdziekolwiek przechodzą, Marsze dla Życia i Rodziny niosą zawsze mocne i jednoznaczne przesłanie o wartości rodziny zbudowanej na fundamencie trwałego, kochającego się małżeństwa, o wartości rodzicielstwa, miłości matczynej i ojcowskiej, a także o godności każdego życia, którą teraz „postępowe” środowiska tak bardzo starają się zatrzeć. Myślę, że to właśnie jest największą wartością wypływającą z organizacji tych wydarzeń: nasze wspólne świadectwo tego, że w świecie, który coraz bardziej otwarcie hołubi cywilizację śmierci, można żyć inaczej, budując cywilizację życia. A nigdy nie wiemy, na jaki grunt trafi to ziarno, komu da do myślenia, komu przyniesie nadzieję ani jaki wyda plon. Dlatego bardzo się cieszę, że Centrum Życia i Rodziny jest koordynatorem tych marszów, które zmieniają lokalną rzeczywistość, promują prawo do życia, afirmują małżeństwo i bronią rodziny przed zapędami lewicowych aktywistów. Dostarczamy organizatorom zarówno materiały, jak plakaty czy banery, pomagamy w promocji, ale też służymy wsparciem merytorycznym i naszym doświadczeniem. Jesteśmy przekonani, że ta ciężka praca przynosi wymierne efekty nie tylko dziś – tu i teraz – ale przede wszystkim jest pewnego rodzaju „zasiewem dobrych idei” na przyszłość. Proszę sobie wyobrazić, że znam wiele przypadków, gdy na Marsze dla Życia i Rodziny przychodzą nastolatki lub studenci, którzy chcą wspierać te wydarzenia jako wolontariusze. To piękna postawa, ale najciekawsze jest to, że na Marsze przychodzą od kilku lub kilkunastu lat, ponieważ wcześniej zabierali ich ze sobą rodzice. A zatem kiedyś przyprowadzani przez rodziców, a dziś już chętnie wspierający postawy pro-life i pro-family.Wspieram organizację takich wydarzeń!W ten sposób budujemy naszą marszową rodzinę, wspólnotę osób oddanych tym najważniejszym wartościom. Naszym celem nie jest przecież organizacja jednorazowego wydarzenia, ale tworzenie ruchu społecznego, środowiska osób skupionych wokół obrony pewnych podstawowych idei: obrony rodziny, małżeństwa, macierzyństwa i ojcostwa, obrony życia. Przypuszczam, że zgodzą się Państwo ze mną, że dziś taka wspólnota ma do odegrania wyjątkowo istotną rolę. Proszę tyko spojrzeć, co dzieje się wokół nas. W tym samym czasie, kiedy przechodzić będą ostatnie Marsze, przez Warszawę przejdzie Manifa. Pochód skrajnych feministek w tym roku obrał sobie wyjątkowo wymowne hasło: „Aborcyjna koalicja, a nie kościół i policja!”. To jest alternatywa, jaka stoi przed młodym pokoleniem: rodzina, nierozerwalne małżeństwo i poszanowanie każdego poczętego dziecka jako daru albo… agresywne żądania możliwości zabijania tych najbardziej bezbronnych dzieci, zaprzeczanie naturalnym rolom kobiety i mężczyzny, odrzucenie rodziny jako opresyjnej, przestarzałej i nikomu już niepotrzebnej instytucji. A w zamian za to „wolne związki”, „prawo” do aborcji i pseudotęczowe postulaty ideologii LGBT. Jaka jest stawka tego kulturowego sporu? To przyszłość naszych dzieci, wnuków, kolejnych pokoleń Polaków. To właśnie nasze najważniejsze zadanie: zawalczyć o to, aby pozostawić im zdrowy, mocny fundament wartości. Jak Państwo dobrze wiedzą, organizacja Marszu dla Życia i Rodziny jest czasochłonnym i kosztownym wydarzeniem dla każdego z lokalnych środowisk. Dlatego wspomagamy je tak doświadczeniem, jak i poprzez pomoc w organizacji wydarzeń, a także w przygotowaniu i wydruku wielu materiałów promocyjnych. Dlatego bardzo proszę Państwa o wsparcie tych działań dowolną kwotą: 30 zł, 60 zł, a jeśli mają Państwo taką możliwość nawet kwotą 100 zł lub 200 zł albo większą! Tylko dzięki Państwa pomocy Marsze dla Życia i Rodziny mogą odbywać się w całej Polsce, dając świadectwo i broniąc życia, małżeństwa i rodziny.Wspieram organizację Marszów dla Życia i Rodziny!Chciałbym zatem jeszcze raz zaprosić Państwa do udziału w ostatnich tegorocznych Marszach. To nie tylko okazja do spędzenia czasu z rodziną, ale także do zamanifestowania naszego przywiązania do najważniejszych wartości. A takiego świadectwa, pięknych rodzin, małżeństw, szczęśliwych i spełnionych rodziców i radosnych dzieci, potrzeba nam dziś jak nigdy. Szanowni Państwo, już dziś chciałbym serdecznie podziękować, że w tej wojnie cywilizacji walczymy wspólnie. To, że razem stajemy w kontrze do napierającej coraz wścieklej rewolucji kulturowej, daje wielką nadzieję. Liczę na Państwa wsparcie i zaangażowanie! Serdecznie pozdrawiam
Cesarz reportażu – tak nazywali Ryszarda Kapuścińskiego wielbiciele jego tekstów przysyłanych przez lata z krajów tzw. Trzeciego Świata, licznych artykułów oraz książek. TW „Poeta” – Kapuś-ciński mawiali z kolei ci, do których, za pośrednictwem publikacjiNewsweek Polska z r. 2007, dotarła informacja pozyskana z IPN, o współpracy sławnego autora z peerelowskimi służbami.
Tak się złożyło, że nie sięgałem po te pozycje okrzyknięte na całym świecie bestsellerami, może dlatego, że nie interesowały mnie problemy, o których pisał, a może zadziałał intuicyjny gest samoobrony przed czytaniem rzeczy hołubionych przez tzw. „elitę”, wynoszonych pod niebiosa na łamach gazety szczycącej się niegdyś symbolem „Solidarności”.
Czasami wzrok mój padał na stojącą na półce książkę Artura Domosławskiego, ucznia i przyjaciela słynnego reportażysty, zatytułowaną „Kapuściński non-fiction”, wydaną wczesną wiosną r. 2010. Autor ukazał w niej postać swego mentora w sposób wcześniej nie stosowany w publicystyce, to znaczy odbrązawiając go, ukazując jego ludzką twarz bez stosowanego dotąd lukrowania. Natychmiast spadły na niego gromy, zarówno znajomi i bliscy Kapuścińskiego, jak i rozliczni dziennikarze zarzucali mu, że dotyka spraw osobistych bohatera biografii, a przede wszystkim sugeruje, iż publicysta nie uprawiał, kanonicznie traktowanego reportażu, gdyż posiłkował się często fikcją literacką. Książka wywołała w „towarzystwie” prawdziwe trzęsienie, które nie wiadomo jak by się rozwinęło, gdyby na wszystkich uczestników sporu nie spadła, akurat wtedy, wiadomość o tragedii smoleńskiej, która przyćmiła wszelkie inne tematy w Polsce.
Po nią także nie chciałem długo sięgać. Bądź co bądź, pisał ją człowiek towarzysko powiązany z ludźmi systemu, o współtwórcy tego systemu. Miał Kapuściński trafne spostrzeżenie, które Domosławski przywołuje w książce. „Pisanie, to przede wszystkim czytanie – na jedną napisaną stronę przeczytaj sto”. Zgadzam się z tym w pełni i chyba dlatego zdecydowałem się zgłębić jednak tę książkę. Nie żałuję. Poza wszelkimi innymi informacjami, o które poszerzyłem swą wiedzę na temat czasów, które z wiekiem zaczynają mnie coraz bardziej zajmować, natrafiłem bowiem na wątek dotyczący stosunku Kapuścińskiego do niezwykle aktualnej kwestii, jaką jest globalizacja. Tym bardziej, że pojawiający się w kontekście, jakże dla mnie zajmującego zagadnienia, czyli tzw. zamachów z 11 września!
Domosławski wskazuje niezwykle odmienne od powszechnie wówczas obowiązującego, spojrzenie reportażysty na ten prawdziwy przełom, który dokonał się w Ameryce tamtych dni:
„Światopoglądowy rozdźwięk między Kapuścińskim, a ‘środowiskiem’ reprezentującym główny nurt myślenia (na pewno główny w Polsce) zwerbalizuje się po zamachach 11 września 2001 roku na WTC i Pentagon. Kilka dni po tamtym zdarzeniu dzwoni: – wpadnij, musimy porozmawiać.
Nigdy wcześniej nie słyszałem w jego głosie takiego tonu, pełnego irytacji, zniecierpliwienia.
– to okropne, co piszecie w gazecie, wszystko nie tak, żadnej refleksji. Głupstwa i niedorzeczności! (…)
Zjawisko globalizacji nie funkcjonuje na jednym poziomie, jak się często mówi, lecz na dwóch, a nawet trzech. Pierwszy z nich, to ten oficjalny, czyli swobodny przepływ kapitału, dostęp do wolnych rynków, komunikacja, ponadnarodowe firmy i korporacje, masowa kultura, masowe towary, masowa konsumpcja. To jest ta globalizacja, o której dużo się mówi i pisze. Ale jest też globalizacja druga – moim zdaniem – bardzo silna, negatywna, dezintegrująca. Jest to globalizacja świata podziemnego, przestępczego, mafii, narkotyków, masowego handlu bronią, prania brudnych pieniędzy, unikania płacenia podatków, oszustw finansowych. To też się dzieje w skali globalnej. Spójrzmy tylko, jakie rozmiary ma dzisiaj nielegalny handel bronią, ludźmi, jak się prywatyzuje przemoc, jak powstają prywatne armie, które można wynająć do prowadzenia wojen w Trzecim Świecie. Istnieją one nielegalnie, a nawet legalnie.
Ta druga globalizacja również korzysta ze swobody i środków komunikacji elektronicznej. I coraz trudniej ją kontrolować ze względu na coraz większe osłabienie państwa. Kiedyś monopol na przemoc miało państwo – tylko ono mogło mieć armię, policję, służby itd. To się skończyło. Teraz wszystko zaczyna się prywatyzować i pod przykrywką oficjalnej globalizacji mamy też tę drugą – globalizację światowego podziemia.
I jest jeszcze trzecia globalizacja, która obejmuje formy życia społecznego: międzynarodowe organizacje pozarządowe, ruchy, sekty. Ona świadczy o tym, że w starych, tradycyjnych strukturach – takich jak państwo, naród, Kościół – ludzie nie znajdują już odpowiedzi na swoje potrzeby i szukają czegoś nowego. O ile więc początek XX wieku cechowało istnienie silnych państw i silnych instytucji, o tyle początek XXI wieku cechuje osłabienie państwa i wielki rozwój różnego typu małych, pozapaństwowych, pozarządowych form – i cywilnych, i religijnych. Zmienia się kontekst i struktura, w jakiej żył człowiek. Wartości zaczyna nabierać to, co po angielsku nazywa się community, czyli wspólnota. Ludzie organizują się według prywatnych potrzeb i zainteresowań, rozwija się patriotyzm nie w skali narodu czy państwa, ale właśnie w skali małej community. Co charakterystyczne, tego typu działań nie sposób kontrolować. To niezwykle istotna okoliczność dla zrozumienia takich wydarzeń, jak 11 września, bo ona ukazuje, że możemy mieć do czynienia z siłami, nad którymi nikt nie panuje, i które będą trudne do opanowania w przyszłości. (…)
Pod koniec rozmowy uderza w polemiczny ton, krytyczny wobec głównego nurtu myślenia o tym, co się stało 11 września w Nowym Jorku i Waszyngtonie:
Nie jestem w stanie słuchać kolejnych wypowiedzi o islamie czy cywilizacji arabskiej, na których – nagle się okazało – wszyscy świetnie się znają. Albo snucia planów, kogo by tutaj zabić, na kim się zemścić, kogo zbombardować. Sprawców zamachów w Ameryce trzeba oczywiście odnaleźć i ukarać. Ale nie taki powinien być horyzont myślenia o obecnym kryzysie. Jeśli będziemy myśleć jedynie o militarnym odwecie, daleko nie zajedziemy. Jeśli po zbrojnej odpowiedzi wrócimy do błogostanu, w jakim tkwiliśmy przez ostatnią dekadę, za chwilę znów coś wprawi nas w przerażenie… 11 września unaocznił, jak strasznie kruchy jest ten nasz świat. Świadomość tej kruchości wydaje mi się niesłychanie ważna – dla naszej refleksji o świecie, a przede wszystkim dalszego w nim działania”.
Jakkolwiek byśmy nie oceniali krętej, życiowej drogi Kapuścińskiego, rozpoczętej w 1932 r. w Pińsku, pokonywanej przez Przemyśl, Świder po Warszawę, w roli niespełnionego poety, rewolucjonisty, stalinowskiego aktywisty, redakcyjnego gońca, dziennikarza, a wreszcie znanego w świecie korespondenta zagranicznego, dzięki książce Domosławskiego zyskujemy wyjątkową możliwość pochylenia się nad człowiekiem niezwykłym i nieoczywistym. Myślę, że w ostatnich latach życia „cesarz” oddalił się od swego środowiska, a w zasadzie, to ono się od niego oddaliło, nie mogąc zaakceptować, trwających w nim mimo wszystko, przekonań. Nie jest to bohater mojej bajki, ale nie mogę mu po lekturze przywołanych w książce tekstów odmówić dalekowzroczności. Widział dobrze ten świat, który dopiero miał nadejść. Któż lepiej, niż on mógł go nam zrelacjonować? Trockistowski świat non-fiction.
Jako rzekłem, zowię się Krystyn, a moim herbem jest Tarnawa. Dobry to ród Tarnawici i krajowi zasłużony. Nie o tym wszelako chciałem mówić.
Rodziłem się dawno, dawno temu. Ile to lat od onej chwili upłynęło, sam już nie wiem. Wszelako myślę, że zebrałoby się ich z dziewięćdziesiąt.
Matka kochała mnie tak mocno, jak mocno można kochać jedynaka. Ojciec zaś wiązał ze mną wielkie nadzieje. Nietrudno się domyślić, iż sposobił mnie do rycerskiego rzemiosła, a że ambitny był ponad miarę, tedy pragnął, abym – gdy dorosnę – dostąpił najwyższych dworskich zaszczytów.
Tymczasem ja, cóż, nie przywiązywałem wagi do tego, co dla mojego ojca uchodziło za najważniejsze w życiu. Mnie się marzyła nieśmiertelna rycerska sława. Zwycięstwa w bojach, pierwszeństwo w turniejach, uśmiechy najpiękniejszych dam.
To, iżeśmy oba nie mieli racji, że wszystko na tym padole marność tylko nad marnościami, przekonałem się grubo później. Na początku jednak życie moje płynęło tak, jak może płynąć życie młodzieńca z rycerskiego rodu i niebiednego na domiar.
Wprawiałem rękę do miecza, do włóczni. Uganiałem po puszczy za zwierzyną, stawałem w szrankach. Nigdy nie zapomnę, gdy książę po Mszy w zamkowej kaplicy wręczył mi pas, miecz, pozłociste ostrogi, pasując mnie na rycerza. Od tamtej chwili żyłem na dworze.
Któregoś dnia – na moje nieszczęście chyba – naparłem się jechać w poselskim orszaku do niemieckich krain. Gdyśmy po podróży stanęli w cudnym mieście Bambergu, spadło na mnie nieszczęście, którego skutkiem jestem dziś tym, kim jestem.
Staruch zamilkł i przymknąwszy oczy, przywoływał pod powieki obrazy dawnych zdarzeń. Minął spory kęs czasu, zanim wrócił do przerwanej opowieści:
– Wyprawiono dla nas ucztę. Podejmowano najwykwintniejszymi potrawami, których nawet nie umiałbym nazwać, bowiem przygotowali je kucharze z południowych krain. Pojono nas najwyborniejszymi, jakie w swym życiu piłem, trunkami. Zabawiano śpiewem trubadurów.
Byłem oszołomiony. Od nadmiaru wrażeń czułem zawrót głowy. Chwilami zdawało się, iż jestem w raju, a nie na ziemi.
Wtedy do sali biesiadnej weszła ona. Była szczupła i nadzwyczaj kształtna. Pyszne pozłociste włosy wpół skręconymi pierścieniami spływały jej na plecy. Oczy… Boże, cóż to były za oczy… Głębokie i zielone niczym toń morska w piękny letni dzień.
Oniemiałem z zachwytu. Ona to zauważyła i od owej chwili starała się czynić wszystko, abym do reszty stracił dla niej głowę.
Młody byłem. I głupi. Nim uczta dobiegła końca, padłem na kolana przed margrabią, jej ojcem, żebrząc o rękę córki. Wszyscy się śmiali. Dziewczyna też. Tylko margrabia był poważny. Zapytał:
„I cóż ty na to, Hildegardo?”
Na imię bowiem miała Hildegarda. A ona roześmiała się perliście i dotknąwszy białą, wypielęgnowaną dłonią moich rozognionych policzków, rzekła:
„Jeśli to prawda, że żyć beze mnie nie będzie już mógł, niechaj pozna moje litościwe serce. Zgoda, zostanę jego żoną”.
Boże, radość rozsadzała mi piersi. Nigdy nie byłem w życiu tak szczęśliwy jak wówczas. Ale Hildegarda rychło sprowadziła mnie z obłoków na ziemię. Powiedziała bowiem:
„Zostanę twoją żoną, ale pod pewnym warunkiem”.
Patrzyłem na nią z niepokojem w oczach, a ona ciągnęła:
„Pod warunkiem, iż przyniesiesz mi nieco wody z czarodziejskiego źródła wiecznej młodości. Czy zgadzasz się na to?”
Nie myślałem wówczas o tym, że owo, o co mnie prosi, jest bez mała wyrokiem śmierci. Wtedy czułem się tak silny, jak żaden z żyjących pod ziemskim niebem mężczyzn. Czułem, iż mam w sobie coś z potęgi anioła. Zresztą to ona mnie prosiła, a dla niej gotów byłbym uczynić wszystko.
Poprzysiągłem tedy, iż nie spocznę, aż spełnię owo żądanie. Porwałem się na nogi i nie zwlekając, wybiegłem na dwór. Gonił mnie śmiech biesiadników, ponad którym górował jej śmiech perlisty. Dosiadłem konia i pognałem przed siebie, drogą wiodącą na zachód. Ponoć kędyś tam, gdzie słońce kryje się wieczorem na spoczynek, leżała zaklęta kraina, w niej zaś źródło wody wiecznej młodości.
Nie będę opisywał drogi. Była bardzo ciężka. Słońce paliło mnie żarem, wichry smagały bezlitośnie, w wysokich górach mróz kąsał uszy, policzki, palce. Nie raz i nie dwa razy narażałem życie. Poszarzałem i wychudłem. Po kilku miesiącach wędrówki stałem się cieniem człowieka, a przecież jeszcze nie tak dawno wyglądałem niczym zapaśnik.
W końcu dotarłem na najdalszy Zachód. Od morza, pośród którego leżała wyspa, kędy tryskało czarodziejskie źródło wód młodości, oddzielały mnie tylko niebotyczne góry. Poza nimi był już piach morskiej plaży omywany słonymi falami.
Nie będę o tej przeprawie opowiadał, chociaż podczas niej śmierć tyle razy zajrzała mi w oczy, iż gdybym nie był nadal zaślepiony miłością do Hildegardy, pewnie czym prędzej bym wrócił do swoich.
Ale ja byłem szalony i uparty. Za ostatek pieniędzy wynająłem okręt, aby mnie przewiózł na ową wyspę tam i na powrót. Wreszcie moje stopy dotknęły ziemi kraju, który był celem tej wędrówki, a zwał się Wyspą Niezmierzonych Bogactw.
Powietrze było tam zdrowe i czyste, niosące ze sobą woń rozlicznych – u nas nieznanych – kwiatów. Ziemia była żyzna, ludzie syci, a król Roderyk był władcą sprawiedliwym.
Mieszkańcy wyspy opływali w dostatki, bo z nieba raz w roku padał złoty deszcz. Nic tedy dziwnego, iż nikt nie musiał pracować, by w pocie czoła zdobywać kęs strawy. Za złoto bowiem kupowano wszystko, co niezbędne, od mieszkańców okolicznych krain.
Wszelako również raz w roku, na kilka dni przed złotym deszczem, całe królestwo pogrążało się w żałobie. Oto bowiem na ziemi nie ma nic za darmo, więc i złoty kruszec, który opadał z chmur, był rodzajem zapłaty.
W sercu kraju, w pobliżu siedziby króla, znajdowała się studnia, w której zamieszkiwał smoliścieczarny, demoniczny wąż o potężnym cielsku. Wystarczyło, iż wystawił głowę z owej czeluści i zasyczał, a wszystko, co żyje – od zwierzęcia, po człowieka – drętwiało ze zgrozy i przerażenia.
Otóż ongiś ów wąż zawarł pewien układ z pierwszym królem Wyspy Niezmierzonych Bogactw, który zapewniał krajowi niespotykany na całym świecie dobrobyt, władca natomiast i jego następcy, raz w roku, dostarczali mu dziewicę na pożarcie.
Mijały pokolenia, zmieniali się królowie, a wąż trwał. Obie strony – on i kolejni królowie – wiernie wywiązywały się z warunków umowy. W czasie, gdy na tronie zasiadał Roderyk, los wyznaczył na ofiarę dla węża piękną Esclarmondę, jego córkę jedynaczkę.
A stało się to wówczas, gdym ja przybył na wyspę.
Skoro tylko powiedziano królewnie, iż ma być ofiarą dla gada, rozpłakała się. W pierwszą noc śniły się jej koszmary: twarze straszne jakieś, białe, o jarzących się niesamowitym ogniem oczach, dłonie z krogulczymi palcami, wyciągające się po nią w zachłannym geście i jakieś fantastyczne stwory.
Ale lepszy był nawet tak męczący sen od jawy, kiedy wracał lęk przed śmiercią, przybliżającą się do niej bardziej, i bardziej z każdą chwilą, z każdym uderzeniem serca.
W duszy dziewczyny niepodzielnie zapanował strach. Uciskał jej pierś, skurczem obejmował gardło, spłycał oddech, a zarazem sprawiał, iż krzyczała przeraźliwie, buntując się przeciw temu, co miało ją spotkać.
Żal jej bowiem było porzucać świat. Żal jej było błękitnego przestworu nieba, żal słońca, choć dawniej nie jeden raz narzekała na upał. Widoki najbardziej pospolite – lichych przydrożnych krzaków obgryzionych przez kozy, czy wyliniałego psa-staruszka o sparszywiałej skórze, któremu ongiś lubiła nogą porachować kości – teraz były jej drogie, a myśl, iż wkrótce nie będzie już mogła tego oglądać, sprawiała, że łzy obficie spływały jej po policzkach.
Im bliżej było do strasznego dnia, tym bardziej niespokojna się stawała i w coraz większym żyła napięciu. Gdy wcześniej, choć ciężki, ale jednak morzył ją sen, teraz przestała sypiać w ogóle.
W końcu nadszedł ów dzień straszny. Zaraz z samego rana po Esclarmondę przyszła gromadka staruch, które przyniosły przepiękne szaty panny młodej i drogocenne ozdoby. Choć płakała, krzyczała, i jak mogła, tak opierała się jędzom, wykąpały ją, namaściły wonnymi olejkami i stosownie ubrały.
Tymczasem przed zamkiem formował się weselny orszak, bowiem udawano, iż dziewczynę oddaje się wężowi nie na pożarcie, lecz jako panią i małżonkę.
Gdy przygotowania skończono, wszyscy w uroczystym pochodzie wyruszyli w kierunku studni – mieszkania potwora. Muzykanci wygrywali radośnie, a tłum wyśpiewywał pieśni weselne.
W pobliżu studni tłum zatrzymał się w pewnym oddaleniu od cembrowiny, trochę z szacunku dla węża, ale przede wszystkim z lęku o własną skórę. Dwie wiekowe, lecz silne kobiety, o suchych i żylastych rękach, prowadząc dziewczynę, mocniej zacisnęły palce na jej ramionach i powlokły ku otworowi czeluści.
Opierała się nieszczęsna z całych sił i krzyczała przeraźliwie, błagając o litość. A wąż wystawił swój budzący grozę łeb na zewnątrz i wpatrując się pożądliwie w ofiarę, co chwila wysuwał błyskawicznie rozwidlony język, badając w ten sposób otoczenie, jak to węże mają w zwyczaju.
Podszedłszy do samej cembrowiny, staruchy powaliły Esclarmondę na ziemię, a same co sił w nogach rzuciły się do ucieczki.
W owym czasie panowała cisza tak wielka, iż słychać było brzęczenie unoszących się w powietrzu much. Tłum zamilkł. Gdy wąż otworzył szeroko paszczę, chcąc rozpocząć połykanie ofiary, niejednemu ojcu zrobiło się dziwnie na sercu, bo pomyślał, iż gdyby los był mniej łaskawy, w tej chwili przed wężem leżałaby nie Esclarmonda, lecz jego własna córka.
I oto tę wielką ciszę przerwał mój krzyk. Z kręgu gapiów, z obnażonym mieczem, srebrzyście połyskującym w promieniach palącego słońca, stojącego akurat w zenicie, skoczyłem do przodu.
W kilku susach dopadłem gada i wziąwszy potężny rozmach, ciąłem na odlew we wraże cielsko, aż łeb potwora odpadł i potoczył się po ziemi, a wszystko wokół zabarwiło się od posoki, która wyciekła z rany.
Owo stało się tak nagle i niespodziewanie, że początkowo tłum nie wiedział, jak zareagować. Później dopiero wybuchnął okrzykami na moją cześć. Rozgwar zrobił się tak potężny, iż zadrżały liście na koronach okolicznych drzew.
Radość zapanowała ogromna. Oto bowiem, chociaż miał skończyć się dobrobyt, życie owych ludzi nareszcie opuścił lęk.
Król Roderyk zaprosił mnie do pałacu. Esclarmonda upadła przede mną na kolana, dziękując za ocalenie życia i zowiąc wybawicielem, a władca zaproponował, bym w nagrodę pojął dziewczynę za żonę i po jego śmierci przyozdobił skronie królewską koroną.
Ale ja nie chciałem. Wciąż bowiem miałem w pamięci Hildegardę. Piękną Hildegardę. Jej obraz pieściłem pod powiekami, o niej śniłem, o niej marzyłem, tęskniłem za dotykiem jej delikatnych, wypieszczonych dłoni.
Słysząc moją odmowę, zdziwił się król i zasmucił, zasmuciła się też i królewna – bo jak mi się zdaje – pokochała mnie wówczas za to, iż ją ocaliłem. Wszelako ja byłem niezłomny w zamiarze powrotu. Bez przeszkód zaczerpnąłem tedy wody wiecznej młodości ze źródła, które tryskało właśnie na dnie studni, w której zamieszkiwał ów potworny wąż.
Nie będę mówił o drodze powrotnej. Była nie mniej ciężka i trudna niźli ta, która wprzódy zawiodła mnie na morską wyspę. A właściwie było mi jeszcze trudniej, bowiem teraz poza dzbanem z wodą nie posiadałem już nic. Żywiłem się tedy albo tym, czym mnie ktoś z łaski poczęstował, albo upolowaną zwierzyną. Wszelako najczęściej głodowałem, nie chcąc mitrężyć czasu na uganianie się za zwierzętami. Pragnąłem bowiem jak najrychlej stanąć przed Hildegardą.
W końcu na horyzoncie zarysowały się strzeliste wieże Bambergu. Serce mocniej uderzyło mi w piersi. Oto rychło ziszczą się moje pragnienia. Oto posiądę tę, bez której nie umiałbym już żyć.
Straże nie chciały mnie wpuścić do wnętrza zamku, tak byłem zmieniony i tak nędznym okryty łachmanem. W niczym nie przypominałem rycerza. W końcu jednakże udało mi się przekonać strażników i poszedłem prosto do biesiadnej sali, jako że trafiłem na czas, kiedy znowu odbywała się uczta, a moja wybranka lubiła ucztować.
Już z daleka dobiegł mych uszu gwar. Szczęk naczyń, dźwięczenie srebrzystych pucharów, odgłosy walki psów, które kąsały się zajadle, wydzierając sobie z paszczy na wpół obgryzione kości, ciskane przez biesiadników wprost pod stoły.
Wszedłem do sali. Na mój widok zapanowała cisza. Tylko Hildegarda zapatrzona w oblicze jakowegoś rycerza dalej szczebiotała wesoło. Można było dostrzec, iż świata poza onym rycerzem nie widzi, ów zaś poglądał na nią tylko od czasu do czasu, rzucając raczej znudzone spojrzenia.
W końcu spostrzegła mnie i Hildegarda. Wpatrzyła się bacznie w moją twarz i chyba poznała, bowiem zmieszała się jakby nieco. Rychło jednakże wróciła jej pewność siebie.
– Oto jestem, pani – rzekłem. – Otom wrócił.
Zbliżyłem się do niej i przyklęknąwszy na jedno kolano, podałem jej dzban napełniony cudowną wodą, który niosłem przez tyle dni, tygodni, miesięcy z pieczołowitością, nie uroniwszy zeń ani jednej kropli.
– Oto woda, o którą prosiłaś. Ja wypełniłem swoje przyrzeczenie. Teraz ty dotrzymaj słowa. Zostań moją małżonką jak ongiś, w obecności świadków, mi przyobiecałaś.
Cisza była wielka. Biesiadnicy zamarli w bezruchu, oczekując na dalszy bieg zdarzeń. Hildegarda zaś najpierw pobladła, później jej lica okryły się szkarłatem, a na koniec krzyknęła:
– Głupcze! Głupcze! Czyś myślał, że do starości żyć będę w bezżennym stanie?! Nie było cię prawie dwa lata! Skąd mogłam wiedzieć, czy dotrzymasz słowa, czy powrócisz?! Spójrz! – tu wskazała dłonią na siedzącego obok niej rycerza. – Spójrz! Oto mój pan i małżonek. Poślubiłam go wtedy, gdyś ty się uganiał za mrzonką! To człowiek rozsądny, czego nie można o tobie powiedzieć. Zakpiłam z ciebie! Wysłałam po coś, co nie istnieje! Nie ma wody wiecznej młodości! To bajka! Wszyscy o tym wiedzą!
Krzyczała, poczerwieniała z gniewu. Jej mąż patrzył na mnie z ironicznym uśmiechem na wargach, jakby chciał zapytać: „No i cóż? Który z nas lepszy, ty głupcze?” Ja zaś klęczałem nadal.
Później powoli podniosłem się na nogi i odrzekłem spokojnie, chociaż gniew mnie dusił:
– Mylisz się, Hildegardo. Woda młodości istnieje. To nie bajka. I ja ową wodę przyniosłem dla ciebie.
Uniosłem do góry dzban, aby wszyscy widzieli, i przechyliwszy go – powoli wylałem zawartość na posadzkę. Spływający strumień mienił się wszystkimi barwami tęczy, a rozpryskujące się krople dzwoniły niczym srebrne dzwoneczki. Później odwróciłem się i nie oglądając już wstecz, opuściłem zamek na zawsze.
Tyle przecierpiałem. Ryzykowałem życie, odrzuciłem rękę królewny, pogardziłem tronem. Wszystko to dla niej i wszystko na darmo. Zakpiła ze mnie, oszukała i wydrwiła. A ja przecież nadal ją kochałem! Nadal! Czy rozumiecie?!
Mogłem wrócić, mogłem wyzwać jej pięknego męża i zabić go w walce. Mogłem ponownie żebrać o jej rękę, ale tego nie chciałem.
Zrozumiałem wówczas, że żyć z Hildegardą nie mogę, a żyć bez niej nie będę już umiał. Wszystko straciło dla mnie sens, wszystko zatraciło wartość.
Błąkałem się po świecie, szukając zapomnienia, ukojenia bólu serdecznego, ale ono nie przychodziło. Szukałem śmierci, rzucałem jej wyzwania, wszelako ona mnie omijała. Aż któregoś dnia spotkałem człowieka Bożego, który w pustelni, samotny, z dala od całego świata, umiał się radować każdym przeżytym dniem.
Postanowiłem tedy pójść w jego ślady. Wszelako nie byłem stworzony na mnicha. Nie złożyłem więc ślubów, lecz i nie wróciłem pomiędzy ludzi.
Jak długo żyję w tej samotni, sam już nie wiem. Nie mierzę upływającego czasu, nie liczę przemijających chwil. Nareszcie znalazłem ukojenie, lecz nie zapomnienie przecież.
Chociaż widziałem nie jedną wiosnę i nie jedną przeżyłem zimę, chociaż wiem, że Hildegarda – jeżeli jeszcze nie odeszła do wieczności – nie jest już tą Hildegardą, która ongiś, przed laty, wlała w moje serce niepokój, to przecie zapomnieć jej nie chcę i nie mogę.
Może to głupie, może ja jestem głupi, a może tak właśnie, a nie inaczej być musiało? Może ten, a nie inny los był mi przeznaczony?
I ufam, że kiedyś przyjdzie dzień, w którym na zawsze zamknę powieki, i że po tamtej stronie spotkam swoją Hildegardę. Ufam, iż wówczas pojmie ona, jaki popełniła błąd, jak ogromną uczyniła mi krzywdę. Wierzę, że wtedy nareszcie odnajdziemy się nawzajem. Na wieczność całą… Na wieczność…
Chociaż już starzec skończył snuć tę zadziwiającą opowieść, nadal panowało głębokie milczenie. Historia, którą usłyszeli, wprawiła ich w zadumę.
Halina rozmyślała o tym, iż nawet miłość niespełniona, tragiczna i nieszczęśliwa zdolna jest sprawić, iż ktoś poświęci dla niej całe swoje życie. Utwierdziła się w przekonaniu, że tym bardziej ona, ona, która choć krótko, ale jednak zaznała szczęścia u boku ukochanej istoty, winna jest jej wierność aż po kres dni, aż po oddech ostatni, po grób.
Bożena podparłszy głowę zaciśniętymi pięściami, siedziała zapatrzona w ogień. W kącikach oczu błyszczały jej łzy.
Kresław natomiast otrząsnąwszy się już widocznie z przygnębiającego nastroju, jaki wywołała opowieść starca, spoglądał na niego spode łba i uśmiechał się drwiąco.
Po chwili zaś ozwał się w te słowa:
– Tak, teraz sobie przypominam. Ten staruch zwariował. Ongi krążyły gadki o jakowymś Tarnawicie, którego dziewka rzuciła dla innego, a ów z tej przyczyny oszalał. Prawili, iż uszedł od świata i zaszywszy się w głębi boru, żyje na poły jak pustelnik, na poły jak dzika istota. I oto gadki okazały się prawdą. Znaleźliśmy owego Tarnawitę. Jedno mu tylko przyznać trzeba. Bajać umie pięknie. Bo chyba nie wątpicie, iż wszystko, o czym żeście odeń usłyszały, to nic innego jeno bajka?
– I po cóż kpić? – zapytała Halina. – Jeśli nawet nie wszystko jest prawdą w owej opowieści, której żeśmy przed chwilą wysłuchali, to przecie sam mówisz, Kresławie, iż to z wielkiej, a nieszczęśliwej miłości pomieszało się w głowie Krystynowi.
– Też mi powód do zmartwień. Nie jedna dziewka, to druga. Małoż ich na świecie? A wszystkie chętne, żeby tylko wydać się za mąż, a w staropanieństwie nie dożyć sędziwego wieku – odparł na to Kresław.
– Jakież to szczęście, iż nie wszyscy mężowie myślą w taki sposób – ozwała się Bożena. – Są przecie, i wielu ich jest, dobrzy i szlachetni, tak jak i są dobre i szlachetne niewiasty. Nie zaś tylko takowe, jak ta Hildegarda. Dajmy już spokój onym gadkom. Czas pomyśleć, co dalej czynić nam wypada.
– Może lepiej się stanie, jeśli będziem myśleć jutro – ozwał się Kresław. – Dzisiaj, gdyśmy zdrożeni, a sen powieki skleja, nic mądrego do głów nam nie przyjdzie. Ostańcież tedy, niewiasty, w chacie Tarnawity i śpijcie spokojnie. Ja idę na noclegowisko pomiędzy naszych zbrojnych. Dobrej nocy!
* * *
Halinę obudził świergot ptasi. Leżała czas jakiś z otwartymi oczami, wpatrując się w złocistą smugę słońca, która wpadała do izby przez szczelinę w zmurszałej ścianie, kładąc się jasną plamą na glinianym klepisku podłogi. W smudze onej wirowały, skrząc się – kiedy indziej niedostrzegalne – drobiny kurzu.
Śpiew ptaków to nasilał się, co słabł. Gdzieś daleko słychać było odgłosy pracowitego kucia dzięcioła-stukacza.
Halina podniosła się z legowiska i omywszy twarz w zimnej źródlanej wodzie, której pełen dzban stał w kącie izby, przyodziała się spiesznie i wyszła na dwór.
Z lubością wciągnęła w nozdrza chłodne, wilgotne leśne powietrze, przesycone balsamicznym zapachem żywicy. Po zrudziałej ściółce przemknęła złotoruda wiewiórka, gdzieś hen, pośród kolumnady pni zamajaczyła sarna stojąca w bezruchu, wpatrująca się ze zdziwieniem swymi dużymi brązowymi oczyma w intruzów przybyłych mącić spokój leśnej głuszy – w ludzi śpiących wokół prawie wygasłego ogniska i w Halinę opartą o ścianę chałupy.
Pięknie było, spokojnie, i aż wierzyć się nie chciało, iż kędyś tam, za onym lasem, za szeroko rozlaną rzeką, w ruskiej ziemi czai się wróg chytry i okrutny, dybiący na mienie i żywoty mieszkańców tej krainy.
Cudnie było i spokojnie. Przyroda żyła własnym życiem, nie bacząc na ludzkie troski, na ból, żal, ale i nie bacząc na ludzkie radości i szczęście.
Słońce i świergot ptasi obudziły nie jedną tylko Halinę. Jej śpiący drużynnicy po kolei otwierali oczy i przeciągali ciała, aż kości chrzęściły im w stawach.
Rychło ponad polaną dał się słyszeć rozgwar i śmiechy. Zapłonął suty ogień, a na rożnie z jałowcowego sękacza uczynionym poczęła przyrumieniać się sarna, rozsiewając wokół smakowity zapach pieczystego.
Kresław oporządziwszy siebie i konia, omywszy się w strużce krystalicznej wody, uparcie drążącej sobie łożysko w grubych pokładach zbrunatniałych opadłych igieł świerkowych, skierował swe kroki ku chacie Krystyna.
Nie uszedł jednak i połowy drogi, gdy raptem przystanął, nasłuchując czegoś bacznie.
– Cisza! – krzyknął. – Cisza!
W obozowisku ucichło i wówczas skądś z dala, od duktu wiodącego ze wschodu na zachód przez puszczę, dobiegł uszu wszystkich odgłos końkich kopyt. W miarę upływu czasu tętent narastał, aż wreszcie stał się całkiem wyraźny. Oto jakiś samotny jeździec, śpiesząc się bardzo, podążał w ich stronę.
– Jasiek, Pietrek! – zawołał Kresław. – Skoczcie na koń i wyjedźcie onemu naprzeciw. Wypatrzcie, kto zacz, nie pokazując się najpierw. Jeśli to istotnie jeden tylko jeździec – na co by ów stukot zdawał się wskazywać – wypytajcież go, skąd i dokąd podąża i czemu tak mu spieszno.
Obaj młodzieńcy bez słowa odpowiedzi, by nie tracić czasu, dosiedli koni na oklep i trzymając się długich grzyw rumaków, pojechali w kierunku, z którego zbliżał się ów tajemniczy jeździec.
– Czyżbyś się lękał, Kresławie? – zapytała Halina.
– Nie wiem. Dziwne to. Samotny jeździec na tym odludziu, cwałujący o brzasku ku nam od ruskiej strony. Musiał wyruszyć w drogę, nim jeszcze słońce wstało. Nie, nie boję się przecież, bo i niby czego. Wszelako dziwne jakoweś mam przeczucia…
Ale nim zdążył dokończyć, dobiegł ich uszu odgłos łamanych suchych gałęzi i po chwili z zarośli wyłonił się Jasiek z Pietrkiem, wiodąc między sobą, również na oklep jadącego na wierzchowcu wyrostka liczącego nie więcej niż dwanaście czy trzynaście lat.
Już z daleka widać było, iż jest zmęczony i ledwo utrzymuje równowagę na końskim grzbiecie.
Gdy jezdni znaleźli się przed chatynką, otoczono ich ze wszech stron.
– Kim jesteś, dziecko? – zapytała Halina obcego.
– Zwą mnie Miłosz. Jestem synem rybaka Wojciecha. Żyjemy nad Bugiem, w takiej maleńkiej osadzie rybitwów.
Przerwał zmęczony i łapał oddech szeroko otwartymi ustami.
– Zsadźcie go z konia. Dajcie napić się wody – zarządził Kresław.
Polecenie spełniono w mig.
Chłopiec usiadł, oparł się plecami o pień sosny rosnącej samotnie tuż przy ścianie chaty i przełknąwszy kilka dużych łyków, począł mówić dalej:
– Wczoraj ojciec popłynął na połów pod ruski brzeg. W samo południe, gdy słońce jęło najmocniej dokuczać spiekotą, dobił do lądu i poszedł w las szukać cienia i jagód, bo naszła go jak raz na nie ochota. Nie wiedzieć kiedy znacznie oddalił się od rzeki i przez przypadek odkrył coś, co mu kazało natychmiast zawracać. Oto na rozległym błoniu dojrzał setki i tysiące wojowników tatarskich wespół z Rusinami i Kumanami, którzy rozbijali obozowisko. Co rychlej wrócił do osady, zwołał wszystkich mieszkańców i zbiegli w puszczę, na uroczysko pośród bagien, gdzie nikt nie trafi, jeśli dobrze nie zna drogi. Mnie pierwej kazał siadać na konia, który ongiś się do nas przyplątał, nie wiedzieć skąd. Może od Tatarów? Otóż mnie kazał siadać na onego konia i pędzić ku Lublinowi, ostrzegając wszystkich po drodze, że pożoga wojenna się zbliża.
– Et, przesadzasz pewnie – ozwał się na to Kresław.
– Nie wiem, panie. Ja nic nie wiem. Jam niczego nie widział. Wszelako ojciec wrócił wielkim strachem zdjęty – a byle czego się nie lęka – i opowiadał, że wojska mrowie nieprzebrane. Że setki i tysiące zbrojnych ciągnie w nasze strony. Że to nie zwyczajny podjazd, jakiś się tu kręci, jak to zwykle przy granicy, łupiąc i łowiąc niewolnika. Ojciec mówił – ciągnął chłopak – iż to cała armia, którą chyba sam chan dowodzi. Patrzeć tylko, jak wejdą w nasze granice, grabiąc i mordując. I mówił ojciec jeszcze, żebym spróbował dotrzeć do któregoś z rycerzy i niech ten, co prędzej, da znać do Sandomierza i do Krakowa, iżby wojsko sposobiło się do obrony.
– Jakże daleko teraz mogą być Tatarzy? – spytała Halina.
– Trudno mi rzec, pani. Ale pewnie ze trzy dni konnej jazdy. Jam tu pędził dwa dni, nocy zarywając i nie szczędząc konia. Oni tak prędko się posuwać nie mogli, tedy pewnie zdobyłem nad nimi z dzień przewagi.
– Bystry z ciebie chłopak – pochwalił go Kresław. – Ponad wiek bystry. Szkoda cię na rybitwę. Pani Halina pomówi o tobie z księciem, żeby cię do służby przyjął… Jeśli przeżyjemy…
Po tych ostatnich słowach zapadła cisza, a zbrojni Haliny poglądali po sobie z niepokojem.
– Cóż nam zatem czynić wypada? – ozwał się jeden z nich.
– Jak to co?! – zakrzyknęła Bożena. – Będziemy walczyć! Po to przecie was ćwiczono, po to zbrojono! Wyszliśmy szukać Tatarów i patrzcie, jak się nam poszczęściło. Już ich mamy!
– Oj, mielibyście rozum – Kresław pokiwał głową – i nie oplatali byle czego, pani Bożeno. Dyć armia cała tu idzie, nie podjazd jakowyś. Woje obznajomieni z rycerskim rzemiosłem, a nie ciury i hultaje, co nocami wsie napadają, krowy a wieprze rabując.
– Cóż więc radzisz, panie Kresławie? – zapytała Halina.
– Co radzę? Ano radzę, by kilku ludzi pchnąć z wieścią ku Lublinowi, a my z resztą na krótsze drogi, wracajmy co koń wyskoczy do Sandomierza. Nic tu po nas. Jeśli nas teraz ogarną, nikt z życiem nie ujdzie, a w Sandomierzu każde zbrojne ramię się przyda.
– Masz rację, panie – rzekła Halina. – Masz rację. Zostać tutaj, to tyle samo co śmierci szukać z własnej ręki. Posilmy się jednak przed drogą i dopiero ruszajmy.
Poćwiartowano mięsiwo, chociaż było dopiero na wpół upieczone, i podzielono je na porcje tak duże, ażeby każdy mógł głód zaspokoić. Pragnienie zaś ugaszono wodą kryniczną, tak zimną, że aż zęby cierpły. Wreszcie jęto siodłać konie.
Halina podeszła do trzymającego się na uboczu Krystyna Tarnawity, który ze spokojem, jakby nic się nie stało, albo-li też rzecz cała jego nie dotyczyła, z lubością wysysał szpik z sarniej kości.
– A wy, ojcze? Cóż zamierzacie czynić?
Staruch wzruszył ramionami i nie odezwawszy się wcale, dalej wysysał szpik.
– Jedźcie z nami, ojcze. Dam wam któregoś z luzaków, przecie chyba utrzymacie się w siodle, a jak nie, przywiążemy was rzemieniami. Jedźcie, życia na szwank nie narażajcie. Porzućcie to pustkowie. Dam wam w Sandomierzu pomieszkanie, zaopiekuję się wami jak córka rodzona.
Stary podniósł na nią oczy i rzekł:
– Wiem, że prawdę mówisz. Wiem, że byś mi była jak córka. Ale po co? Tatarzyn mi niestraszny. Ujdę przed nim do swojego schowu na trzęsawisku, jak już nie jeden raz bywało. A nie uda się ujść? Cóż? Czyż nie dość żyłem na tym Bożym świecie. Czas spocząć, stare kości złożyć w ziemi, Dnia Sądu czekając.
Umilkł, by po chwili ciągnąć dalej:
– Widzisz, moje dziecko. Tam, po drugiej stronie żywota, czeka na mnie przecie Hildegarda… A powiem ci jeszcze jedno. Czy ujdę stąd, czyli też zostanę, to wiem, iż tegorocznej zimy nie doczekam. Pisane mi bowiem umrzeć wówczas, gdy jesień okrasi liście czerwienią i żółcią.
– Nie mówcie tak, ojcze. Nie mówcie. Nikt nie może mieć pewności, jak długo żyć mu sądzono i kiedy ma odejść.
Krystyn uśmiechnął się łagodnie.
– Jeśli Bóg dozwoli ci dożyć wieku tak sędziwego, jak mój, to wtedy otworzą ci się oczy na wiele, wiele rzeczy, których dzisiaj nie dostrzegasz. Wewnętrznym okiem, okiem swojej duszy będziesz umiała wypatrzeć więcej, niż widzisz oczyma ciała. Wierzaj mi, ja wiem, iż rychło już umrę. Wiem, że czas mojego bojowania dobiegł kresu, a nadszedł wreszcie czas odpocznienia.
Oczy Haliny zwilgotniały, a w ich kącikach zaszkliły łzy. Upadła przed starcem na kolana, prosząc:
– Pobłogosławcie mnie, ojcze, pobłogosławcie!
– Co czynisz, dziecko? Co czynisz? Nie jestem przecie mężem Bożym, sługą Kościoła. Ot, starym, nieszczęśliwy człowiek, który nie umiał żyć zwyczajnie, jako drudzy żyją.
– Pobłogosławcie mnie, ojcze. Proszę o to. Może nie umieliście żyć, ale umieliście kochać tak, jak mało kto umie.
– Nie, moje dziecko. Kochać także nie umiałem. Może kiedyś to zrozumiesz. Zmarnowałem życie. Zmarnowałem. Wszelako teraz na odmianę już zbyt późno. Oby Bóg był dla mnie miłosierny.
Przerwał i zapatrzył się w błękitny przestwór niebios. A potem znów zaczął mówić, ale mówić zgoła inaczej:
– Tam czeka na mnie Hildegarda… Włosy ma złote, a oczy niebieskie… szyję smukłą i pierś bujną… Hildegarda… czeka…
Ocknął się raptem. Wstrząsnął nim krótki, urywany szloch. Pochylił się nad Haliną, objął ją oburącz za głowę i przytulił do piersi.
– Jedź z Bogiem, dziecko. Jedź z Bogiem.
– Na koń! Na koń! – Ostry głos Kresława wydającego komendę poderwał Halinę na nogi. Uścisnęła mocno dłonie Krystyna i nic już nie mówiąc, podeszła do swego wierzchowca.
Gdy wszyscy usadowili się w siodłach, ścisnęła boki konia kolanami, jednocześnie z lekka kłując zwierzę ostrogą. Po chwili zwarty oddział podążał spiesznie leśnym traktem ku Sandomierzowi. Śród kolumnady pni tętent niósł się szeroko i powracał echem, aż po pewnym czasie ucichł w oddali i słychać było jeno ptasi szczebiot i szelest liści poruszanych wiatrem. Gdzieś trzasnęła uschła gałąź złamana racicą dzika…
Drodzy czytelnicy, temat przewodni obecnego numeru dwumiesięcznika „Zawsze Wierni” zasługuje na szczególną uwagę. Wiele jest zagadnień bardziej popularnych, bardziej medialnych niż życie wewnętrzne, choćby: masoneria, ekumenizm, kryzys w Kościele… W rzeczywistości jednak nie ma tematu bardziej istotnego. Dlaczego? By to zrozumieć, należy przede wszystkim mieć na uwadze to, czym życie wewnętrzne faktycznie jest. Nie chodzi tu przecież tylko o świat myśli i woli; przestrzeń, w której jesteśmy panami samych siebie, gdzie nikt nie może wniknąć i nam zagrozić; obszar duszy, do którego możemy się zawsze usunąć i w nim przebywać.
Pojęcie życia wewnętrznego – jak to zostało ukazane w pierwszym z artykułów niniejszego numeru ZW – jest faktycznie tożsame z pojęciem życia duchowego; jest ono tym, co pisarze duchowni nazywają „życiem naszej duszy”. Życie to swą doskonałością w większym jeszcze stopniu przekracza naturalną głębię naszej duszy, niż dusza przekracza ciało. Stąd też jest ono nawet bardziej odległe od zmysłowego doświadczenia niż rozum i wola – mamy tu bowiem do czynienia z przestrzenią najintymniejszego kontaktu z Trójjedynym Bogiem.
Tak rozumiane życie wewnętrzne jest nie tylko czymś najwznioślejszym, ale również najdonioślejszym i najpilniejszym:
Cóż bowiem pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją?1
Niestety, trzeba ze smutkiem stwierdzić, że kwestia życia duchowego jest w dzisiejszej Polsce bardzo zaniedbana. Dotyczy to oczywiście w pierwszej kolejności wiernych korzystających wciąż z posługi księży uformowanych w ramach oficjalnego nurtu Kościoła, boleśnie zranionego herezją modernizmu (i postępującego za nim liberalizmu). Byłoby pewnym uproszczeniem opisywanie polskiej duchowości „posoborowej” jako opartej jedynie na emocjach oraz zwyczaju, niemniej jednak w przypadku ogromnej większości wiernych widoczny jest brak znajomości zasad życia wewnętrznego, a nawet brak świadomości konieczności kultywowania go w sobie. I choć przyznać trzeba, że starsze pokolenia, które katechizację przechodziły jeszcze w czasach przed- czy okołosoborowych, znajdują się w nieco lepszym położeniu, nie zmienia to znacząco ogólnego obrazu sytuacji.
Poza tym dotykamy tu sprawy znacznie głębszej i bardziej złożonej niż tylko recepcji modernistycznej herezji: te same wady naszej duchowości dostrzegał już o. Woroniecki, pisząc, że mimo swej ortodoksji – polski katolicyzm charakteryzuje się pewną płytkością życia wewnętrznego, w konsekwencji czego niewielu tylko dochodzi do pełnego rozwoju życia łaski:
Najcharakterystyczniejszym może, ale i najtragiczniejszym momentem życia katolickiego w Polsce doby obecnej nie jest ani mały ale zwarty zastęp jego przeciwników, ani liczniejsze rzesze obojętnych, jeno słaby stopień napięcia religijnego u tych, którzy szczerze pragną być wiernymi uczniami Chrystusa. Pomimo głębokiego przywiązania do wiary katolickiej, pomimo regularnego spełniania praktyk religijnych nie widać u nich tej pełni Chrystusowej, o której mówi św. Jan w pierwszym liście (1, 16), nie znać tej obfitości życia, którą Chrystus przyszedł dać swoim owieczkom. Przeciwnie, ma się wrażenie, że elita katolicka w Polsce żyje tylko okruchami wiary, nie domyślając się nawet całego bogactwa, jakie się w niej zawiera2.
Faktycznie, mimo swego wspaniałego i trwającego przez stulecia przywiązania do katolickiej doktryny oraz do Rzymu, Polacy nie wydali (jak dotąd) ani jednego wielkiego teologa czy mistyka. Jaka jest tego przyczyna? Przede wszystkim ta jedna: niewystarczająca świadomość zasad życia duchowego.
Nie piszę tego, by Was załamywać. Potraktujmy to jako wyzwanie. Niech od dziś kwestia życia wewnętrznego będzie tym zagadnieniem, któremu będziemy starali się każdego dnia nadawać jak największą wagę!
Do tego jednak potrzebna jest przede wszystkim wiedza o tym, czym jest życie wewnętrzne – tzn. jaka jest jego natura, jakie są jego pryncypia i zasady, a więc na jakich podstawach czy warunkach się ono opiera; ponadto czego należy się strzec, a za czym podążać.
Jest rzeczą oczywistą, że zagadnienie życia wewnętrznego ze względu na skomplikowanie oraz wzniosłość przekracza to, co można zawrzeć w jednym numerze ZW. Dlatego, przygotowując niniejszy zeszyt, mieliśmy na celu przede wszystkim zarysowanie problemu, podanie podstaw, fundamentów, wyrobienie katolickich intuicji. Tym bardziej że pośród wiernych Bractwa jest wielu takich, którzy dopiero od niedawna poznają katolicyzm w wersji prawdziwej, tzn. nierozcieńczonej i nieskażonej błędami. W tym względzie Redakcja stara się naśladować św. Pawła, który wspomina:
Dałem wam mleko na napój, nie pokarm; bo jeszcze nie mogliście, ale ani teraz jeszcze nie możecie; bo jeszcze cieleśni jesteście3.
Na inną okazję musieliśmy zostawić przede wszystkim niezwykle złożoną kwestię postępu duchowego, który (niezależnie od niepowtarzalności każdej duszy i wyjątkowości działania Bożej łaski w każdym indywidualnym przypadku) odbywa się w ramach ściśle określonego teologicznie procesu, złożonego z trzech okresów. Temu tematowi zostanie poświęcony w przyszłości oddzielny numer ZW.
Tymczasem mimo pewnej fundamentalności treści zawartych w niniejszym numerze, trzeba podkreślić obecność w nim artykułów, które będą odkrywcze nawet dla bardzo wyrobionych Wiernych. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim doskonały artykuł dotyczący kierownictwa duchowego autorstwa pierwszego polskiego profesora tradycyjnego katolickiego seminarium, ks. Jakuba Wawrzyna FSSPX.
Wiele uwagi poświęcono przedstawieniu w ogólnym zarysie najważniejszych szkół duchowości katolickiej (aż pięć artykułów). Skupienie się na duchowości dominikańskiej nie jest tu przypadkowe. Mimo swej pozornej złożoności jest ona bowiem ufundowana na pewnych zasadniczych filarach (o których mowa w artykule o. Alberta OP), które stanowią niezwykle trafną i głęboką syntezę tego, co katolickie w ogólności. Ponadto podkreślanie bezwzględnej wyższości tego, co nadprzyrodzone, wraz z szukaniem harmonii między naturą a łaską, wydaje się być najlepszą receptą na choroby dzisiejszego człowieka, takie jak: naturalizm, subiektywizm, woluntaryzm czy aktywizm.
Świat Tradycji katolickiej skupia się – oczywiście słusznie – na walce o godną i katolicką liturgię oraz katolickie społeczeństwo. Jednak jeśli nasze zmagania mają zostać uwieńczone sukcesem, priorytetem musi być staranie o naszą duszę – by cała należała do Boga, który jest jej Stwórcą i Odkupicielem.
Minister Zdrowia Katarzyna Sójka przedłużyła prace zespołu ds. aborcji. Ma on pracować do 15 listopada i wtedy wydać wytyczne, które dzieci mordować. Minister podpisała stosowne zarządzenie w dniu 12 września.
Ministerialny zespół miał wydać ostateczne wytyczne do aborcji najpóźniej 12 września. Szykowali się na 29 sierpnia, na godzinę 14 – wtedy zaplanowano spotkanie, na którym miał być zaakceptowany końcowy dokument z wytycznymi.
Nie dojechał także na spotkanie z obrońcami życia i posłem Grzegorzem Braunem, którzy przebywali wtedy w budynku MZ.
Niespełna tydzień później Zespół Ekspertów ds. Bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski wydał stanowisko, w którym sprzeciwił się sankcjonowaniu aborcji z uwagi na kryzys psychiczny u matki.
Czemu ma służyć przedłużenie prac nad aborcją?
Temu, aby uważała Pani, że rząd jest prolife. W końcu pokazali się na beatyfikacji nienarodzonego dziecka, bronili czci Jana Pawła II, wiele razy w kampanii powiedzą jeszcze o katolickich wartościach, rodzinie, patriotyzmie, Polsce.
Pięknie.
A 15 listopada ministerialny zespół wyda szerokie wytyczne do aborcji. Skąd wiem, że będą one szerokie? Gdyby w przygotowywanych dokumentach była potwierdzona konstytucyjna zasada ochrony życia, to:
– prace zespołu nie byłyby tajne,
– robocze wersje dokumentów nie byłyby wstydliwie ukrywane przed opinią publiczną, dziennikarzami, posłami na Sejm,
– strona prolife zostałaby dopuszczona do obrad,
– prof. Krzysztof Czajkowski nie uciekałby ze spotkania z proliferami i interweniującym posłem,
– kierownictwo MZ nie wezwałoby Policji, by spacyfikowała interwencję poselską, ale uspokoiło, że obrońcy życia nie mają się czego obawiać,
– i najważniejsze: Minister Zdrowia nie zapowiedziałby wprowadzenia przesłanki psychiatrycznej do aborcji powołując zespół w czerwcu br.
Musimy być czujni. W Ministerstwie Zdrowia dzieje się bardzo źle i stan ten nie ulegnie magicznej poprawie po wyborach. Wręcz przeciwnie, politycy nie będą już się przejmować koniecznością pozyskania Pani głosu i mogą zrobić aborcję na deklarację o złym samopoczuciu psychicznym.
Zwieramy szyki i walczymy, aby dzieci w łonach matek były bezpieczne. Trzymam rękę na pulsie, a w najbliższych dniach będziemy pikietować Ministerstwo Zdrowia, szpital, w którym urzęduje szef zespołu prof. Czajkowski, terenowe oddziały Fundacji zorganizują kolejne Publiczne Różańce o zatrzymanie aborcji, podejmiemy także inne działania, o których będę Panią na bieżąco informować.
Będziemy jednak mogli zrobić tyle, na ile starczy nam funduszy, dlatego zwracam się do Pani o wsparcie działań Fundacji zaplanowanych w najbliższych tygodniach. Szacuję, że potrzeba nam w tej chwili około 12 tysięcy złotych i martwię się, czy uda się tę kwotę pozyskać.
Czy może Pani wpłacić 30, 50, 100 złotych lub inną wybraną sumę, aby pomóc hamować aborcyjny spisek w Ministerstwie Zdrowia? Wpłat można dokonać na numer konta
PS – Presja na polityków to jedyny sposób, aby zahamować zabijanie. Ratujmy dzieci zagrożone aborcją!
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Jak się komuś nie podoba, co pisze Franciszek, to pałą go w łeb i basta. Idziemy naprzód i nie oglądamy się na schizmatyków podważających „doktrynę Ojca Świętego”. Takie przesłanie skierował w świat nowy prefekt Dykasterii Nauki Wiary. Problem w tym, że w ten sposób pokazał, że racja stoi po stronie jego krytyków.
Prefekt Dykasterii Nauki Wiary abp Víctor Manuel Fernández nie przestaje zaskakiwać swoimi wystąpieniami. Tym razem zwrócił się przeciwko biskupom, którzy osądzają doktrynę Ojca Świętego, wskazując tu wprost kardynała Raymonda Leo Burke’a. Zasugerował, że taka postawa jest drogą do schizmy i herezji.
– […] mówimy o żywym i aktywnym darze, który pracuje w osobie Ojca Świętego. Ja nie mam tego charyzmatu. Nie posiada go również Pan czy kardynał Burke. Dzisiaj ma go wyłącznie papież Franciszek. Jeżeli teraz powie mi Pan, że niektórzy biskupi mają specjalny dar od Ducha Świętego aby osądzać doktrynę Ojca Świętego, wpadniemy w błędne koło, w którym każdy może twierdzić, że posiada prawdziwą doktrynę, a to byłoby herezją i schizmą. Proszę pamiętać, że heretycy zawsze myślą, że znają prawdziwą doktrynę Kościoła. Niestety, dzisiaj w ten błąd popadają nie tylko niektórzy progresiści, ale – paradoksalnie – również niektóre grupy tradycjonalistyczne – powiedział Víctor Manuel Fernández w rozmowie z „National Catholic Register”.
Co to znaczy, że biskupi nie mają prawa osądzać „doktryny Ojca Świętego”, a jeżeli próbują to czynić, popadają w schizmę i herezję?
Jest oczywiste, że w Kościele katolickim nie ma wyższej władzy nad św. Piotra. Dotyczy to również władzy sądzenia. W związku z tym nikt nie może sądzić papieża. Dlatego Kościół nie pozwalał na przykład na usuwanie papieża, co wyraża dobrze sentencja zawarta w XII-wiecznym Dekrecie Gracjana: a nemine est iudicandus, nisi deprehendatur a fide devius. Dla nas istotna jest pierwsza część tej sentencji: przez nikogo nie może być sądzony. Konstytucja dogmatyczna Pastor aeternus I Soboru Watykańskiego wyłożyła zasadę prymatu Piotrowego bardzo jasno, obkładając wszystkich, którzy by ją negowali, anatemami. Konstytucja przypomina, że biskup Rzymu otrzymuje bezpośrednio od samego Jezusa Chrystusa prawdziwy i właściwy prymat jurysdykcji, że posiada urząd nadzorowania i kierowania oraz pełną i najwyższą władzę jurysdykcji, zarówno w sprawach wiary i moralności, jak i w sprawach karności i rządzenia Kościołem.
Jest w związku z tym jasne, że nikt nie może osądzić papieża. Gdyby o to chodziło arcybiskupowi Fernandezowi, sytuacja byłaby oczywista.
Fernandez mówi jednak konkretnie o osądzaniu doktryny Ojca Świętego. Słuszne jest odebranie możliwości osądzenia doktryny ogłaszanej przez papieża nieomylnie.
Nie przypominam sobie jednak, by ktokolwiek we współczesnej debacie próbował dokonywać takich osądów, a zwłaszcza tradycjonaliści. Wszystkie elementy nauki Kościoła, które są nieomylne, tradycjonaliści podtrzymują i głoszą w całej pełni. Toczący się obecnie spór dotyczy bynajmniej nie nieomylnych wypowiedzi papieskich, ale tych, które zostały zawarte w takich dokumentach jak adhortacja Amoris laetitia. We wstępnie do tego dokumentu papież unika jakichkolwiek uroczystych sformułowań, pisząc raczej o swojej „refleksji” czy „propozycji”. Co więcej, wszelkie wątpliwości dotyczące tego oraz innych wystąpień Franciszka dotyczą miejsc, w których zachodzi poważna wątpliwość co do możliwości ich logicznego zespojenia z wcześniejszą nauką Kościoła, ustaloną i wielokrotnie powtarzaną. Nie wydaje się zatem, by w obecnej dyskusji ktokolwiek chciał „osądzać” nieomylne nauczanie papieskie. Chodzi raczej o próby osądu nauczania omylnego.
Że formułowanie takich osądów jest dopuszczalne a niekiedy nawet konieczne, poucza nas samo Pismo Święte. Paweł Apostoł w Liście do Galatów 11 – 14 pisze, że „otwarcie sprzeciwił się” Piotrowi, bo „na to zasłużył”. Paweł potępił separację Piotra od tych, którzy pochodzą z pogaństwa. Piotr zachowywał się w sposób, który możemy określić mianem nauczania gestami. Nie formułował idei, która za tym stoi, w sposób nieomylny. Zachowanie Piotra było zatem z zasady omylne i w tym wypadku – błędne, co Paweł potępił.
Jest zatem jasne, że następcy Apostołów mogą upominać następcę św. Piotra, jeżeli uważają, że ten pobłądził. Nie tylko, jeżeli ten coś robi, ale także wtedy, gdy coś mówi lub pisze: papieskie wypowiedzi mają różny status, zależnie od formy. Refleksyjna adhortacja Amoris laetitia, skierowana do niekatolików encyklika Fratelli tutti, nauki z pokładu samolotu – nie mają uroczystego statusu nieomylności. Biskupi tymczasem, jako następcy Apostołów, są odpowiedzialni nie tylko za wiarę powierzonych im owiec, ale również za wiarę całego Kościoła. To elementarz.
Abp Fernández w wywiadzie dla „National Catholic Register” wymienił z nazwiska kardynała Raymonda Leo Burke’a. Dlaczego? Kardynał Burke nie posunął się nigdy nawet do tego, co uczynił św. Paweł Apostoł, to znaczy – nigdy „otwarcie nie sprzeciwił się” Franciszkowi. Po ogłoszeniu adhortacji Amoris laetitia kardynał Burke nabrał poważnych wątpliwości co do treści tego dokumentu. Dlatego razem z trzema innymi kardynałami zapytał Ojca Świętego o prawidłowe rozumienie tego tekstu. Zwrócił się zatem z prośbą o wytłumaczenie. Nie było w tym osądu.
Papież na te pytania nigdy nie odpowiedział. Jest oczywiste, że kardynał Burke, tak jak każdy inny biskup, jest w tej sytuacji w trudnym położeniu. Papież proszony o wyjaśnienia ich nie udzielił, tymczasem wierni zadają pytania o właściwe rozumienie tekstu. Logiczne jego rozumienie wskazuje, że jest po prostu błędny, tak jak zachowanie Piotra wobec pochodzących z pogaństwa. Ciekawe, co zrobiłby Apostoł Paweł, gdyby upomniany przez niego Piotr w ogóle nie odpowiedział i nie zmienił swojego zachowania? Czy problem leżałby w Pawle – czy w Piotrze?
Stąd wydaje się, że biorąc pod uwagę kontekst współczesnych debat, słowa abp. Fernándeza należy uznać za całkowicie nieuprawnione i niezgodne z Tradycją Kościoła. To raczej próba brutalnego, w pewnym sensie siłowego zamknięcia ust tym wszystkim, którzy w wypowiedziach Franciszka dopatrują się błędów, traktując te wypowiedzi poważnie i zgodnie z logicznymi zasadami lektury tekstu.
Jeżeli Fernández byłby przekonany, że wypowiedzi Franciszka są zgodne z Tradycją, nic nie stoi na przeszkodzie, aby dał tego wykład i odpowiedział na dubia czterech kardynałów lub wyjaśnił inne sporne kwestie. Tego jednak nie robi. Taki unik wskazuje zwykle na słabość czy zgoła niezdolność do udowodnienia swoich racji.
Innymi słowy, jeżeli komuś nie podoba się to, co pisze i mówi Franciszek – to pałą go w łeb, i basta. To wszystko, co mają do powiedzenia rewolucjoniści w Kościele. Jak wszyscy rewolucjoniści, nie mogą używać argumentów. Zostaje im tylko naga przemoc, jedyne narzędzie, jakim dysponują tyrani.
michalkiewicz Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 14 września 2023
Pan prezydent podpisał ustawę – nowelizację prawa geologicznego i górniczego – a pan ambasador Brzeziński w imieniu rządu Stanów Zjednoczonych tym razem nie wyraził żadnego zaniepokojenia. Mamy zatem dwie możliwości: albo pan prezydent przed podpisaniem ustawy poprosił o pozwolenie, albo nawet nie poprosił, ale podpisana ustawa wychodzi naprzeciw oczekiwaniom nie tylko środowisk żydowskich w USA, ale również rządu Stanów Zjednoczonych, który w ustawie nr 447 zobowiązał się do dopilnowania, by Polska zadośćuczyniła żydowskim roszczeniom majątkowym – więc o żadnej samowolce tubylczego pana prezydenta w tym przypadku mowy być nie może.
W tej sytuacji możemy już spokojnie zająć się kłopotami, jakie przeżywa edukacja – bo właśnie rozpoczął się kolejny rok szkolny. Nawiasem mówiąc, te kłopoty utrzymują się od bardzo dawna, o czym świadczy fragment „Syzyfowych prac”, kiedy to pani Borowiczowa radzi się żydowskiego furmana w kwestii edukacji syna. Furman logicznie jej wywodzi, że najlepiej przygotuje syna do egzaminu wstępnego ten nauczyciel, który potem będzie go egzaminował. Oczywiście nie za darmo, co to, to nie – więc nic dziwnego, że furman kończy swój wywód melancholijnym westchnieniem: „to są bardzo ciężkie czasy dla oszwiate!”
Teraz, oprócz opisanych tradycyjnych przyczyn ciężkich czasów dla „oszwiate”, dochodzą nowe w osobie pana ministra Przemysława Czarnka. Można nawet odnieść wrażenie, że w środowiskach postępackich pan minister Czarnek w kategorii wrogów publicznych numer jeden, wyprzedził nie tylko Naczelnika Państwa, ale nawet – pana ministra Ziobrę. Judenrat „Gazety Wyborczej” alarmuje, że na widok ministra Czarnka, a nawet na sam dźwięk jego nazwiska, nauczyciele dostają nerwowej drżączki, niczym amerykańscy Żydzi na dźwięk nazwiska przywódcy murzyńskiego Narodu Islamu, Ludwika Farrakhana, który odgraża się, że powytacza im przed niezawisłymi sądami procesy o czerpanie zysku z handlu murzyńskimi niewolnikami. Nie tylko dostają nerwowej drżączki, ale uciekają ze szkoły gdzie pieprz rośnie, nawet do tłuczenia kamieni na szosie, byle tylko jak najdalej od znienawidzonego Czarnka.
Można by te wakaty częściowo wypełnić edukatorkami seksualnymi, co to nauczałyby dzieci i młodzież, jak bezpiecznie się bzykać, ale właśnie pan ministr Czarnek nie chce o tym słyszeć. Tymczasem gdyby na przykład taka pani Anja Rubik tylko opowiedziała o swoich przeżyciach („drogie dzieci, co ja przeżyłam!”), to po takiej edukacji każdy uczeń lub uczennica mogliby, wzorem Madame Anais, śmiało zakładać domy publiczne na najwyższym poziomie – ot choćby takie, jaki mogliśmy oglądać w filmie „Piękność dnia” z udziałem Katarzyny Deneuve, jako czołowej wolontariuszki. Ale nie tylko o to chodzi, bo Judenrat „Gazety Wyborczej” nawet specjalnie nie ukrywa, że przy okazji walki o „oszwiate” chciałby upiec jeszcze jedną pieczeń, a może nawet dwie.
Domaga się mianowicie, żeby powyrzucać ze szkół katechetów. Rzeczywiście, kiedy w latach 70-tych Kościół dostosował swoją administrację do reformy przeprowadzonej przez Edwarda Gierka, w następstwie której powstało 49 województw, namnożyło się też diecezji, które nie zawsze były finansowo zdolne do utrzymania rozbudowanej eklezjastycznej biurokracji. Wprowadzenie religii do państwowych szkół sprawiło, że księża, którzy z parafialnych dochodów nie mogliby związać końca z końcem, dostali pensje nauczycielskie, dzięki którym wielu księży może się w ogóle utrzymać. Tedy w ramach walki Synagogi z Kościołem, Judenrat „Gazety Wyborczej” chciałby pousuwać ze szkół katechetów i w ten sposób podciąć Kościołowi finansowe źródła egzystencji.
Ale to byłby dopiero początek drogi, bo przecież ci katecheci przez znaczną część procesu edukacyjnego nauczają historii żydowskiej – jak to Stwórca Wszechświata upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku, jak to ubił z nim git-interes, a potem nawet udzielił jego potomstwu życzliwej rady, by sami od nikogo nie pożyczali, tylko pożyczali innym – oczywiście na wysoki procent – a wtedy zapanują nad całym światem, który w ten sposób zostanie oddany im w arendę – i tak dalej.
Jeśli nawet katecheci zostaną z państwowych szkół pogonieni, to tego wszystkiego ktoś przecież nadal będzie musiał nauczać, więc nie będzie rady, jak tylko w miejsce katechetów, w charakterze nauczycieli, pozatrudniać rabinów. Dzięki temu wszystkie państwowe szkoły upodobniłyby się do chederów, co tylko ułatwiłoby i pchnęło na nowe tory kulejący dialog z judaizmem. Już tam rabini przekonaliby potomstwo tubylczych głupich gojów, żeby w żadnej sprawie nie ośmielili się Żydom sprzeciwiać, więc dzięki temu – kto wie? – można by nawet zrezygnować z forsowania pedagogiki wstydu, żeby ciągnąć forsę nie tylko od Polski, ale po staremu – znowu i od Niemiec.
Żeby jednak zadośćuczynić konstytucyjnej zasadzie neutralności światopoglądowej państwa, trzeba będzie pozatrudniać również wykładowców kuronizmu-michnikizmu – i w ten sposób zaradzi się trapiącym „oszwiate” trudnościom. W charakterze nauczycieli kuronizmu-michnikizmu mogliby zostać zatrudnieni ci, którzy teraz rejterują ze szkół. Już tam Judenrat, przy pomocy działaczy B’nai B’rith zorganizuje przyspieszone, nocne kursy kuronizmu-michnikizmu („nocne wypychanie ptaków, nocne kursy stenografii…”) i w ten sposób, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znikną piętrzące się obecnie trudności kadrowe.
Jak widać, program sanacji tubylczej „oszwiate” jest bardzo szeroko zakrojony, toteż nic dziwnego, że zgodnie z leninowskimi zasadami życia partyjnego, Judenrat „Gazety Wyborczej” jak zwykle jest w awangardzie postępowych przemian, które – gwoli ich urzeczywistnienia, wymagają położenia kresu władzy znienawidzonego ministra Przemysława Czarnka, Zbigniewa Ziobry, no i przede wszystkim – Naczelnika Państwa, którego zastąpi Donald Tusk na czele Volksdeutsche Partei. Już tam on będzie wiedział, jak rozprawić się Konfederacją, która sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, lansując utopijne, niemożliwe do zrealizowania pomysły prywatyzacji sfery edukacyjnej, a przynajmniej – wprowadzenia bonu oświatowego, dzięki któremu rodzice zyskaliby większy wpływ na edukację. Ale po co tu jacyś rodzice, kiedy cała „oszwiate” ma przecież służyć wyhodowaniu człowieka sowieckiego, jak nie pod przewodnictwem rabinów, to pod dyrekcją nauczycieli kuronizmu-michnikizmu, dzięki czemu można będzie przejść do drugiego etapu rewolucji komunistycznej, to znaczy – zbudowania człowiekom sowieckim sztucznego środowiska w postaci państwa totalitarnego, w którym mogłyby one żyć. Czyż nie w tym kierunku zmierza IV Rzesza?
PiS oficjalnie jest przeciwko napływowi imigrantów do Polski i chwali się uszczelnieniem granicy z Białorusią.
W praktyce granica, wyłączając tą z Białorusią, jest dziurawa jak nigdy. Na jaw wychodzą nowe wątki z afery wizowej.
Przed tygodniem wyszło na jaw, że za rządów PiS dosłownie każdy mógł sobie kupić na boku wizę i tym samym wjechać do Polski. Część z tych osób zostawała nad Wisłą, większa część jechała dalej – na Zachód, do Skandynawii lub Stanów Zjednoczonych.
Polskie służby nie miały o tym pojęcia – lub miały, ale ze względu na korzyści nie chciały niczego ujawniać – co jest kompromitujące dla PiS-u. Cały proceder wykryły obce służby i dopiero wtedy nasze zaczęły działać. Ludzie ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego, ze Stanisławem Żarynem na czele, tak łatwo tworzący w wielu kwestiach narrację przychylną rządowi, teraz milczą. Ze stołka poleciał jedynie wiceminister Piotr Wawrzyk. PiS uznaje, że to załatwia sprawę i próbuje aferę na wszelkie możliwe sposoby wyciszyć.
Nielegalny kanał przerzutu imigrantów z Azji i Afryki przez Polskę działał w najlepsze od wielu miesięcy – co najmniej od 2022 roku. Według ustaleń Onetu, to właśnie Wawrzyk i jego ludzie decydowali, kto ma dostawać wizy i nie wahał się używać swej władzy, by ręcznie sterować strumieniem wjeżdżających do Polski. Wawrzyk miał wysyłać polecenia konsulom w zagranicznych placówkach, by wskazane osoby przepuszczały poza kolejką.
Opierając się na dwóch niezależnych źródłach i poznając treść korespondencji dyplomatycznych Onet opisuje jedną z historii. W listopadzie 2022 roku wysłano listę Hindusów, którzy w tempie ekspresowym powinni dostać wizy.
Gdy dyplomatka pracująca w Indiach prosi o” kontakt do osoby odpowiedzialnej za tę grupę, by ich bezpośrednio skontaktować z właściwymi konsulami”, Wawrzyk odpowiada, że to ekipa filmowa i musi jak najszybciej wjechać do Polski.
Przekazuje kontakt do Edgara Kobosa, który nie jest pracownikiem MSZ. To jasny dowód, że wiceminister angażował się w prywatne przedsięwzięcie.
Zaskoczeniem nie będzie pewnie informacja, że „ekipa filmowa” była jedynie przykrywką. W tym przypadku chodziło o 49 osób, większość miało to samo nazwisko. Konsulaty w Indiach przyznały im wizę jednokrotnego użytku. Wtedy interweniował człowiek Wawrzyka, czyli Kobos, który domagał się wiz wielokrotnego użytku. I 36 takich wiz wydano. Jak sprawdzono potem, „filmowcy” nigdy do Indii nie wrócili.
Proceder się powtarzał. Kolejnym razem poproszono o wizy dla ponad 80 osób. Gdy tych ludzi sprawdzono, okazało się, że i oni żadnymi filmowcami nie są. Polscy dyplomaci odmawiają wtedy udzielenia wiz. Wówczas ponownie zaczyna się presja ze strony MSZ i Kobosa. Wysyłane są kontrole do konsulatów w Indiach, co dziś jest odczytywane tak, że szukano nieprawidłowości, by tych dyplomatów po prostu wymienić na takich, którzy nie będą robić problemów.
W międzyczasie cały proceder odkrywają Amerykanie. Ich agenci rozpracowali kanały nielegalnej migracji do USA i tak wpadli na „polski” trop. Kluczowe w całym procederze było wydawania wiz Schengen wielokrotnego użytku. Dzięki temu Hindusi mogli przekraczać w różnych częściach świata. Niekoniecznie w Polsce. Część leciała legalnie do Meksyku, a stamtąd utartym szlakiem przerzutu nielegalnych imigrantów do USA.
Historia z „filmowcami” to tylko jeden z przykładów. Onet pisze, że „ludzie Wawrzyka wciąż słali do innych ambasad i konsulatów w Azji i Afryce listy z osobami do sprowadzenia do Polski. Każdy e-mail to setki nazwisk”. Skala procederu nie jest na razie dokładnie znana. Wg Eurostatu w 2022 roku Polska, pod rządami PiS, wydała aż 700 tysięcy wiz cudzoziemcom ze 148 krajów.
Ile z tych osób dostało wizę „na lewo”, za odpowiednią opłatą, zapewne nie dowiemy się nigdy.
– Jeżeli w Lizbonie na ŚDM przedstawiciele Kościoła mówią, że nie chcemy mówić o Chrystusie, ale że wszyscy jesteśmy braćmi, co ma wymiar wolnomularski, to wówczas już siekiera do korzenia jest przyłożona – powiedział kard. Gerhard Müller.
Kard. Gerhard Müller był uczestnikiem pierwszego dnia konferencji „Blask prawdy” zorganizowanej przez Collegium Intermarium. Konferencja dotyczyła aktualności encykliki Veritatis splendor św. Jana Pawła II. Odpowiadając na pytania zebranych na sali kardynał wskazał, że dzisiaj próbuje się tę encyklikę zmienić, tak, by z Kościoła uczynić swoiście czysto ludzką instytucję.
– W ostatnim czasie istnieje zagrożenia próbą reinterpretacji encykliki Veritatis splendor – powiedział kardynał. – W Rzymie mówi się o zanegowaniu pojęcia objawienia, co w konsekwencji prowadzi do próby reinterpretacji Veritatis splendor. […] Próbuje się powiedzieć, że moralność jest tylko teorią, a nie rzeczywistością, w której żyjemy; a skoro to tylko teoria – to możemy ją zmienić. Jednak moralność pochodzi z objawienia Bożego i jest niezmienna. […] Moralność należy do Chrystusa, nie można powiedzieć tak Chrystusowi, a nie moralności – stwierdził purpurat.
Przypomniał, że na przykład do Papieskiej Akademii Życia powołano osoby, które otwarcie popierają aborcję albo taki rodzaj rozwoju ludzkości, który zakłada ograniczenie liczby ludności…
– Kościół nie może zostać zniszczony przez człowieka, bo jest z ustanowienia Bożego – powiedział, zapytany o wysiłki niektórych hierarchów wymierzone we wiarę katolicką.
– Część ludzi Kościoła uważa, że Kościół jest z ustanowienia ludzkiego – i robią wszystko, by to udowodnić – stwierdził.
– Jeżeli w Lizbonie na ŚDM przedstawiciele Kościoła mówią, że nie chcemy mówić o Chrystusie, ale że wszyscy jesteśmy braćmi, co ma wymiar wolnomularski, to wówczas już siekiera do korzenia jest przyłożona. Dzisiejszą sytuację Kościoła można przyrównać do sytuacji Kościoła francuskiego przed rewolucją. Wówczas instytucja w wymiarze Kościoła widzialnego, instytucjonalnego, była potężna, ale wielu przedstawicieli Kościoła uważało, że dzisiaj tak naprawdę wiara jest niepotrzebna, bo także my jesteśmy ludźmi oświeconymi. […] Muszę z przykrością stwierdzić, że w niemieckiej Drodze Odrębnej są przedstawiciele Episkopatu, którzy w nic nie wierzą – powiedział purpurat.