Gdańsk 2026: Anty-liturgia w świetle Wiary. Bluźnierstwa Mystic Festivalu.

Gdańsk 2026: Anty-liturgia w świetle Wiary

Gdańsk 2026: Anty-liturgia w świetle Wiary

Michał Rogalski | 12/05/2026 polskakatolicka/gdansk-2026-anty-liturgia-w-swietle-wiary

Święty Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła, uczył z wielką przenikliwością: „Niech strzeże się pasterz, aby przez swą nieuważną milczliwość nie stał się współwinnym błędu”. Ta przestroga, skierowana do pasterzy, dotyczy każdego ochrzczonego, który w obliczu jawnego zła chowa się za parawanem fałszywej tolerancji. W czerwcu 2026 roku, gdy nad Gdańskiem zderzą się dwa światy – modlitewna procesja Bożego Ciała i mroczna manifestacja Mystic Festivalu – staniemy przed wyborem, który zdefiniuje nasze sumienia.

Prawda kontra szyderstwo

W tekstach zespołów Marduk, Grave czy Rotting Christ, które otwarcie lżą naszego Zbawiciela, słyszymy echo buntu opisanego na kartach Pisma Świętego. Kiedy wykonawcy ci krzyczą o „gniciu Chrystusa” lub głoszą nienawiść do „imienia Bożego”, wypełniają słowa Psalmu 74: „jak długo, Boże, będzie urągał nieprzyjaciel? Czy wróg na zawsze będzie bluźnił Twemu imieniu?” (Ps 74, 10)

Bluźnierstwa padające ze sceny to realizacja biblijnej przestrogi: „To przede wszystkim wiecie, że przyjdą w ostatnich dniach szydercy pełni szyderstwa, którzy będą postępowali według własnych żądz” (2 P 3, 3). W konfrontacji z zespołem Marduk, który szydzi z Męki Pańskiej, święty Paweł przypomina: „Nie łudźcie się: Bóg nie dozwoli z siebie szydzić” (Ga 6, 7). Wątpliwa „wolność”, którą głoszą te grupy, jest w istocie niewolą nihilizmu, o której pisał św. Piotr: „Wolność im głoszą, a sami są niewolnikami zepsucia” (2 P 2, 19).

Ojcowie Pustyni: Rozeznawanie duchów

Ojcowie Pustyni, badając zakamarki ludzkiej duszy, wskazywali, że bluźnierstwo jest owocem pychy, która próbuje zająć miejsce Stwórcy. Ewagriusz z Pontu w swoim dziele O ośmiu duchach zła pisał: „Duch bluźnierstwa jest tym, który podpowiada słowa przeciwne Bogu”. To, co dzieje się za murami dawnej Stoczni Gdańskiej, to zmaterializowana pokusa: próba zastąpienia pokornej adoracji agresywnym aktem buntu.

Kiedy zespół Hostia profanuje nazwę Najświętszego Sakramentu, stajemy przed zjawiskiem, które św. Antoni Wielki identyfikował jako metodę działania demonów: „Czynią zgiełk i krzyczą… aby przerazić prostych ludzi”. Użycie słowa „Hostia” jako szyldu dla nienawiści jest klasycznym bluźnierstwem przeciwko świętości – zło nie potrafi tworzyć, potrafi jedynie kraść symbole i wypełniać je rozpaczą, by zwodzić nieumocnione dusze.

Czas próby: Czy Polska skapituluje przed publicznym lżeniem Boga?

Nauczanie Kościoła: Grzech publicznej zniewagi

Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 2148 nie pozostawia miejsca na wątpliwości:

„Bluźnierstwo sprzeciwia się bezpośrednio drugiemu przykazaniu. Polega ono na wypowiadaniu przeciw Bogu – wewnętrznie lub zewnętrznie – słów nienawiści, wyrzutów, wyzwań, na mówieniu źle o Bogu, na braku szacunku względem Niego w słowach, na nadużywaniu imienia Bożego. Św. Jakub piętnuje tych, którzy bluźnią zaszczytnemu Imieniu (Jezusa), które wypowiedziano nad (nimi) (Jk 2, 7).

Zakaz bluźnierstwa rozciąga się także na słowa przeciw Kościołowi Chrystusa, świętym lub rzeczom świętym. Bluźniercze jest również nadużywanie imienia Bożego w celu zatajenia zbrodniczych praktyk, zniewalania narodów, torturowania lub wydawania na śmierć. Nadużywanie imienia Bożego w celu popełnienia zbrodni powoduje odrzucanie religii. Bluźnierstwo sprzeciwia się szacunkowi należnemu Bogu i Jego świętemu imieniu. Ze swej natury jest grzechem ciężkim (Por. KPK, kan. 1369)”.

Dopuszczenie do takiej manifestacji w dniu Bożego Ciała jest nie tylko błędem społecznym, ale ciężkim zaniedbaniem duchowym narodu. Nie możemy być jedynie biernymi obserwatorami, jak ci, którzy stali pod Krzyżem. Święty Hieronim pouczał: „Kto słyszy bluźnierstwo i milczy, staje się uczestnikiem grzechu”. Naszą odpowiedzią powinno być zadośćuczynienie – modlitwa i publiczne wyznanie wiary.

Czas na krucjatę wynagrodzenia

W czerwcu 2026 roku Gdańsk stanie się polem walki o duszę polskiej młodzieży. Konfrontacja tekstów pełnych beznadziei z radosnym hymnem Pange Lingua to wybór między cywilizacją życia a cywilizacją grobu.

  1. Wynagrodzenie modlitewne: Niech tydzień Bożego Ciała będzie czasem postu i modlitwy przebłagalnej za zniewagi wyrządzane Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
  2. Publiczne wyznanie wiary: Niech nasza obecność przy monstrancji będzie żywym dowodem na to, że Polska kocha swojego Króla.
  3. Podpis pod petycją: To Twój głos w obronie Sacrum. „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem” (Mt 10, 32).

Nie pozwólmy, by fundamenty Wiary naszej Ojczyzny zostały zdeptane przez cynicznych prowokatorów. Stańmy po stronie Chrystusa, zanim ryk ze Stoczni zagłuszy sumienie naszego narodu.

PODPISZ PETYCJĘ TERAZ: „Bluźnierczy spęd w Boże Ciało – zaprotestuj!”

Awantura o generała. O kablach i KABLOWANIU. „Nie chcę powtórki z 1939 roku”

Awantura o generała. Mentzen odpowiada Bosakowi i nie odpuszcza. „Nie chcę powtórki z 1939 roku” [VIDEO]

12.05.2026 nczas/awantura-o-generala-mentzen-odpowiada-bosakowi-i-nie-odpuszcza-nie-chce-powtorki-z-1939-roku

Sławomir Mentzen po raz kolejny zaatakował szefa Sztabu Generalnego WP gen. Wiesława Kukułę, chcąc zwrócić uwagę na fatalną sytuację polskiego wojska. Krótko odniósł się również do słów Krzysztofa Bosaka, który publicznie bronił generała.

Awantura o generała rozpoczęła się od spotkania w Elblągu w ramach Q&A, gdzie Mentzen, zapytany o to, czy ministrowie obrony sprawdzają się w swojej roli, odpowiedział następująco: – Problem jest taki, że nasi wojskowi również nie bardzo sprawdzają się w tej roli. Mówię na przykład o panu Wiesławie Kukule, który w tym momencie od strony wojskowych odpowiada za nasze wojsko. Ten człowiek jest nienormalny, w sensie on nie ma kompetencji, żeby być kapralem, on nigdy niczym tak naprawdę nie dowodził.

Mentzenowi chodziło konkretnie o sytuację, w której do dronów strzela się rakietami za 100 milionów dolarów. Taką taktykę w sytuacji zagrożenia pochwalał gen. Kukuła. Zdaniem Mentzena świadczyło to o kompletnym braku rozumienia ekonomii współczesnego pola walki.

W Mentzena od razu uderzył minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz. „Słowa Sławomira Mentzena pokazują absolutny brak odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju i elementarnego szacunku wobec Wojska Polskiego i żołnierskiego munduru” – ocenił szef MON.

W kolejnym wpisie Kosiniak-Kamysz nie odniósł się merytorycznie do żadnego z zarzutów, lecz stwierdził, że Mentzen powinien być zdyskwalifikowany z dyskusji za „mówienie o szefie Sztabu Generalnego WP, Pierwszym Żołnierzu Rzeczypospolitej – »nienormalny«”.

Co ciekawe, od wypowiedzi Mentzena odciął się także Krzysztof Bosak, współlider Konfederacji Wolność i Niepodległość. „Wypowiedź Sławomira Mentzena na temat szefa Sztabu Generalnego gen. Wiesława Kukuły nie tylko jest obraźliwa, ale jest niezgodna z prawdą” – napisał.

Przyznał co prawda, że krytyka MON i opieszałość decyzyjna polityków jest w pełni uzasadniona, jednak zaapelował, by nie przedstawiać „naszych dowódców jako idiotów nierozumiejących podstawowych wyzwań”. Ocenił też, że wypowiedź Mentzena wynikała z „dobrych intencji”, lecz lider Konfederacji „został źle poinformowany przez doradców” i błędnie zrozumiał słowa generała.

Mentzen dorzuca do pieca

Teraz Mentzen gościł u Rymanowskiego, gdzie nie cofnął się o krok – wręcz przeciwnie. Dorzucił jeszcze kilka stwierdzeń, które zapewne nie spodobają się gen. Kukule.

Gdy dziennikarz zapytał, czy lider Konfederacji w ogóle żałuje swoich słów, odpowiedź była jednoznaczna: – Nie mam zamiaru przepraszać gen. Kukuły. Mogę mu nawet jeszcze dołożyć w naszym programie. (…) Fakty nie obrażają, panie redaktorze. Jeżeli ktoś mówi, że strzelałby rakietą za 100 mln dol. do drona za 10 tys., to uważam, że ktoś normalny by tak nie powiedział.

W dalszej części stwierdził nawet, że wypowiedział się zbyt łagodnie o gen. Kukule. – Przyznaję, że chciałem powiedzieć, że jest idiotą, wtedy się ugryzłem w język i powiedziałem, że jest nienormalny – powiedział.

Stwierdził, że generał ma trzy „supermoce”, które pozwoliły mu zajść na szczyt w wojsku.

– Pierwsza – fantastyczne pikniki i grochówka, druga – potrafi się świetnie sprzedać, jest świetnym PR-owcem, trzecia – potrafi oczarować polityków. Nie wiem jak to robi, niektórzy mają tego rodzaju moce – powiedział.

– Generał Kukuła zaczynał od wojsk łączności, zajmował się tym, by położyć kabel, więc może bardzo dobrze kładł kable, na tyle dobrze, że był dowódcą kampanii łącznościowców. Potem był dowódcą jednostki w Lublińcu i tam zrobił fantastyczną karierę. Zaczął robić spotkania, pikniki z kombatantami. Gotował grochówkę i w tym był dobry. Na tyle, że oczarował Macierewicza i od tego zaczęła się jego wielka kariera – opisywał.

Zaznaczył, że gen. Kukule daleko do poprzedniego szefa Sztabu Generalnego WP, gen. Rajmunda Andrzejczaka.

Mentzen zasugerował jednocześnie, że polska armia dysponuje znacznie bardziej kompetentnymi generałami, jednak nie chciał wymienić nazwiska. Zaznaczył, że w obecnych realiach politycznych publiczne poparcie z jego strony kogokolwiek zadziałałoby jak pocałunek śmierci i z miejsca przekreśliło szanse wymienionego w oczach rządzących.

Mentzen powołał się na tajny raport NIK dotyczący zdolności mobilizacyjnych i bojowych Sił Zbrojnych RP. Stwierdził wprost, że wojsko „fałszuje dokumentację”, jednak odmówił ujawnienia szczegółów. – Jak ktoś umie łączyć kropki, doskonale wie, o czym mówię – zaznaczył.

– Na korzyść Rosjan działa utrzymywanie naszej armii w jej obecnym stanie. W 1939 r. nie wolno było krytykować marszałka Rydza-Śmigłego. Bardzo bym nie chciał powtórki – dodał.

W dalszej części wywiadu Mentzen zaznaczył, że wypowiada się ostro o gen. Kukule, by sprowokować dyskusję na temat stanu polskiej armii. Porównał to do zachowania Konrada Berkowicza, który zaprezentował w Sejmie flagę Izraela ze swastyką, aby udowodnić, że kontrowersyjne i szokujące działania są nierzadko jedynym sposobem na wywołanie debaty publicznej na ignorowane tematy.

– Nazwałem gen. Kukułę ’nienormalnym’ i się zrobiła dyskusja na ten temat. Konrad pokazał tę flagę i tylko dzięki temu rozpoczęła się dyskusja na ten temat, tylko dzięki temu mnóstwo ludzi w Polsce dowiedziało się, co się dzieje w Libanie. Ja doskonale pamiętam przemówienie Konrada Berkowicza z wiosny 2024 roku, kiedy opowiadał w Sejmie o tym, co Izrael robi tymi bombami fosforowymi w Gazie, jak morduje dzieci, jakie cierpienia znoszą dzieci, jak ich ciała są wypalane fosforem. Nikt tego nie zauważył, nikt się do tego nie odniósł, chyba żadna gazeta nie podniosła tego tematu. Po czym 2 lata później Izrael robi tak samo obrzydliwe rzeczy tylko, że w Libanie. Konrad znowu wychodzi na mównicę i znowu o tym mówi, o tych palonych rączkach, policzkach i tak dalej, tylko na końcu wyciąga flagę ze swastyką i nagle mamy awanturę na cały świat, ludzie się o tym dowiedzieli. Gdyby nie zrobił tego gestu, to znowu nikt by się sprawą nie zainteresował – twierdzi Mentzen.

Rymanowski nawiązał także do krytycznego komentarza Bosaka po wypowiedzi Mentzena. Zapytał, czy komentarz Bosaka nie świadczy o tym, że wicemarszałek „dał się nabrać na supermoce” generała, Mentzen odpowiedział pytaniem na pytanie: – Co mogę panu redaktorowi więcej powiedzieć?

Zapewnił, że nie zabolały go słowa Bosaka. – Zrobił niemądrze, zrobił błąd, no ale każdy robi czasem błędy. Nie chcę wchodzić w nasze wewnętrzne sprawy. PiS-owcy lubią się żreć. My jesteśmy w miarę stabilną koalicją, myślę, że inne koalicje mogą nam zazdrościć – zapewnił Mentzen.

„Weryfikator faktów” złapany na kłamstwie: Tulsi Gabbard potwierdza istnienie gigantycznej sieci finansowanych przez USA biolaboratoriów – w tym ponad 40 laboratoriów na Ukrainie

uncutnews-ch/faktenchecker-blamiert-tulsi-gabbard-bestaetigt-gigantisches-netzwerk-us-finanzierter-biolabore-darunter-mehr-als-40-labore-in-der-ukraine

Dyrektor Narodowej Służby Wywiadowczej, Tulsi Gabbard, prowadzi obecnie śledztwo w sprawie ponad 120 laboratoriów biologicznych za granicą, finansowanych od dziesięcioleci z pieniędzy amerykańskich podatników.

Weryfikator faktów zawstydzony: Tulsi Gabbard potwierdza istnienie gigantycznej sieci finansowanych przez USA biolaboratoriów – w tym ponad 40 laboratoriów na Ukrainie

Wielki „spisek” ostatnich lat ujawnia się obecnie na żywo na oczach opinii publicznej. Przez lata ludzie byli zniesławiani, cenzurowani i nazywani „rosyjskimi propagandzistami” lub „teoretykami spiskowymi”, jeśli wskazywali na finansowane przez USA laboratoria biologiczne za granicą. Weryfikatorzy faktów, główne media i zachodnie rządy wielokrotnie uznawały takie twierdzenia za dezinformację.

Teraz jednak sama szefowa amerykańskiego wywiadu, Tulsi Gabbard, potwierdziła , że ​​Waszyngton sfinansował ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach – w tym ponad 40 na Ukrainie.

To, co przez lata uważano za „teorię spiskową”, nagle stało się przedmiotem oficjalnego śledztwa rządu USA.

Prawdziwym skandalem nie jest samo istnienie tych laboratoriów. Większym skandalem jest systematyczne oszukiwanie opinii publicznej. Podczas gdy krytycy zostali publicznie zdyskredytowani, ówczesna zastępca sekretarza stanu USA, Victoria Nuland, przyznała przed Senatem USA już w 2022 roku, że na Ukrainie istnieją ośrodki badań biologicznych, których kontrola nad nimi stanowiłaby zagrożenie w przypadku wojny. Mimo to zachodnie media i osoby weryfikujące fakty nadal twierdziły, że takie ostrzeżenia to „rosyjska dezinformacja”.

Gabbard otwarcie stwierdza, że ​​jej agencja bada, jakie patogeny są obecne w tych laboratoriach, jakie badania są tam prowadzone i czy przeprowadzano tzw. eksperymenty „wzmocnienia funkcji” – czyli badania, w których wirusy mogą stać się bardziej niebezpieczne lub zaraźliwe.

Nagle coś, co wcześniej było agresywnie zaprzeczane, okazuje się rzeczywistością.

Szczególnie alarmujące jest to, że według raportu, ponad 1,4 miliarda dolarów amerykańskich napłynęło na odpowiednie badania poza Stanami Zjednoczonymi w latach 2014–2023. Jednocześnie nawet amerykańskie organy regulacyjne najwyraźniej nie były w stanie ustalić, które potencjalnie pandemiczne patogeny były faktycznie przedmiotem badań.

Historia niepokojąco przypomina debatę wokół laboratorium w Wuhan. Tam również teoria o wypadku laboratoryjnym była początkowo tematem tabu. Każdy, kto zadawał pytania, był usuwany z mediów społecznościowych lub publicznie oczerniany. Dopiero po latach władze Zachodu przyznały, że nie można w żaden sposób wykluczyć laboratoryjnego pochodzenia zdarzenia. Teraz ten sam schemat powtarza się w przypadku zagranicznych laboratoriów biologicznych.

Prawdziwym sednem problemu nie są same badania, ale wzajemne oddziaływanie tajemnicy, kampanii medialnych i politycznej kontroli debaty publicznej. Krytyczne głosy nie zostały odrzucone, lecz moralnie odrzucone. Każdy, kto wypowiadał się na temat laboratoriów biologicznych, był nazywany „agentem Moskwy”. Nawet politycy tacy jak Tulsi Gabbard zostali publicznie oczernieni jako zdrajcy przez senatorów USA po tym, jak ostrzegali przed niezabezpieczonymi ośrodkami biologicznymi na Ukrainie.

Dziś ta sama kobieta oficjalnie bada te same struktury.

Szczególnie alarmujące są zarzuty, że administracja Bidena aktywnie próbowała „kształtować” postrzeganie opinii publicznej, aby zminimalizować powiązania USA z laboratoriami. Według raportu, działania te były częścią strategii „odporności informacyjnej”, czyli kontroli narracji publicznej.

Innymi słowy, uwaga skupia się nie tylko na samych badaniach, ale także na kwestii tego, czy rządy i media wspólnie próbowały zatuszować krytyczne informacje.

Ta sprawa po raz kolejny pokazuje, jak szybko termin „teoria spiskowa” jest dziś wykorzystywany jako narzędzie polityczne. To, co wczoraj rzekomo zostało „obalone”, jutro nagle zostaje oficjalnie potwierdzone. Te same instytucje, które zniesławiły krytyków, teraz przedstawiają się jako głosiciele oświecenia.

Dla wielu obserwatorów to właśnie jest prawdziwy przypadek naruszenia zaufania: nie chodzi tylko o potencjalnie ryzykowne badania, ale o uświadomienie sobie, że rządy, media i osoby weryfikujące fakty były najwyraźniej gotowe aktywnie bagatelizować niewygodne informacje tak długo, jak były one politycznie niepożądane.

Źródło: Dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard bada finansowanie przez USA ponad 120 laboratoriów biologicznych za granicą

Ekonomia neo komunistyczna. O zaletach elektryków.

K.

Czasami zastanawiam się w rozmowie z ludźmi z zagranicy jak zdefiniować komunizm. Oczywiście można powiedzieć gospodarka planowana itp . Jak mówię że w Unii mamy komunizm ci ludzie mnie nie rozumieją – ale jak? Mamy demokracje, wolny rynek itp.

Widząc przykład pojazdu elektrycznego, którego zlecałem przewóz, mogę dodać że komunizm to narzucanie prawd które należy wierzyć wbrew rozsądkowi, jak w sekcie.

Autobus znanej firmy – Elektryczny super hiper.

Trasa po Polsce – 192km

Autobus krótki, przy silniku diesla spalania na poziomie 20l/100 , ogranicznik na 80km/h

Koszt przejazdu dieslem 40 l paliwa / około 280zł brutto.

Elektryk odebrany ze stanem 83% baterii – zestawienie ładowań

dwa ładowania 370,32 + 237,5 = 607,87

czas przejazdu 7 godzin elektrykiem – diesel przejechałby tą trasę w 3 godziny .

Powstaje militarna unia niemiecko-ukraińska

Powstaje militarna unia niemiecko-ukraińska

Na naszych oczach powstaje wojskowa unia niemiecko-ukraińska. Minister obrony Niemiec Boris Pistorius i minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow podpisali dzisiaj list intencyjny w sprawie pogłębienia współpracy w zakresie rozwoju technologii wojskowych – poinformowała agencja Ukrinform.

Berlin i Kijów planują rozpocząć wspólną produkcję nowoczesnych dronów dalekiego zasięgu – poinformował niemiecki minister obrony Boris Pistorius podczas niezapowiedzianej wizyty w Kijowie. Inicjatywę nazwano „Brave Germany”.

„Projekt, wspierany przez ukraińską platformę technologii obronnych Brave1, będzie przyznawał dotacje ukraińskim i niemieckim firmom działającym w sektorze obronnym” – poinformowało serwis Kyiv Independent Ministerstwo Obrony Ukrainy.

Fedorow przypomniał, że już w kwietniu Kijów i Berlin podpisały umowę na zakup setek pocisków dla systemów obrony powietrznej Patriot, a Niemcy już zaczęły finansować tę transakcję. Według Mychajło Fedorowa Ukraina nadal jest zainteresowana niemieckimi rakietami Taurus. Pociski te mają zasięg do 500 kilometrów. Kijów dysponuje już sprzętem o podobnych możliwościach. Ukraiński minister stwierdził jednak z przekąsem: „Nigdy nie można mieć za dużo tej broni”

Niemcy i Ukraina planują także wspólnie opracować drony o różnym zasięgu, w tym systemy zdolne do pokonywania odległości nawet do 1500 kilometrów co potwierdził – niemiecki minister Boris Pistorius. „Wszyscy widzieliśmy ataki na Rosję z odległości 1500 kilometrów. Dlatego Ukraina dobrze odrabia swoją pracę domową” – dodał jego ukraiński odpowiednik Fedorow.

Pistorius stwierdził również, że Niemcy są zainteresowane rozszerzeniem partnerstwa z Ukrainą i wykorzystaniem ukraińskich doświadczeń konfliktu z Rosją w prowadzeniu nowoczesnej wojny. Stwierdził, że Berlin analizuje ukraińskie systemy zarządzania walką oraz doświadczenia bojowe Sił Zbrojnych Ukrainy na potrzeby Bundeswehry.

Minister obrony Niemiec Boris Pistorius przygotowuje się właśnie do wizyty w Waszyngtonie, by przekonać administrację Donalda Trumpa do sprzedaży pocisków manewrujących Tomahawk wraz z nowoczesnymi wyrzutniami Typhon. Jak poinformował „Financial Times”, Berlin ma nadzieję na odświeżenie propozycji zakupu, która po raz pierwszy została złożona w lipcu 2025 roku.

Austriackie media przypominają, że jakiś czas temu ambasador Stanów Zjednoczonych przy Pakcie Północnoatlantyckim Matthew Whitaker wyraził zgodę na to, aby Niemcy przejęli rolę lidera NATO w Europie. USA z niecierpliwością czekają na rozmowy, w których Niemcy powiedzą, że są gotowi objąć stanowisko Naczelnego Dowódcy Sojuszniczego.

Prezydent Donald Trump wycofuje wojska USA z Niemiec. Prezydent USA nie skonsultował decyzji z sojusznikami przed jej ogłoszeniem, zapowiadając nagłe wycofanie 5 000 żołnierzy z Niemiec. Media sugerują, że sytuacja ta nie jest na rękę niemieckim politykom na czele z Friedrichem Merzem, jednak wycofanie się amerykańskich żołnierzy otwiera Niemcom drogę do tego, by znów mogły się stać militarną potęgą Europy.

Były Sekretarz Generalny NATO Anders Fogh Rasmussen wezwał do utworzenia nowego sojuszu militarnego w Europie. Stwierdził: „Jesteśmy teraz świadkami rozpadu NATO”. Jego zdaniem do nowego projektu powinny zostać zaangażowane państwa, które spełniają „surowe” kryteria. Przekonywał, że konieczne jest też włączenie do niego Ukrainy. Według niego: „Potrzebujemy jej jako bastionu przeciwko Rosji.”

Ukraina w niedługim czasie może się stać najsilniejszą armią Europy. Ukraińska aria rośnie w siłę, bo prowadzi mądrą politykę zbrojeniową i jest stale zasilana sprzętem i pieniędzmi z Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej. Ukraińska armia może być najsilniejsza w Europie, ale sojusz niemiecko-ukraiński byłby z całą pewnością najsilniejszy w całej Europie. Prognoza sprzed wielu lat prof. Edwarda Prusa o silnej i nacjonalistycznej niemiecko-ukraińskiej armii na kontynencie europejskim może stać się faktem.

PS. Ciekawe z jakich pieniędzy będzie to finansowane „Brave Germany” na Ukrainie? Cytując klasyka Tadeusza Sznuka, powiem – „nie wiem, choć się domyślam”.

Kiedy Czerwony Kapturek widzi wilka, ale chce wierzyć, że to babcia…

Kiedy Czerwony Kapturek widzi wilka, ale chce wierzyć, że to babcia…

Date: 12 Maggio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/kiedy-czerwony-kapturek-widzi-wilka-ale-chce-wierzyc-ze-to-babcia/

Gianandrea Gaiani

Unia Europejska ponownie zwiększyła import rosyjskiego skroplonego gazu ziemnego (LNG), który od początku roku stale rósł, jak poinformowała w ostatnich dniach niemiecka organizacja ekologiczna Urgewald, co potwierdzają zresztą comiesięczne dane różnych organizacji monitorujących rynek energetyczny

UE od lat głośno deklaruje żelazną determinację, by zrezygnować z rosyjskiej energii z powodu inwazji na Ukrainę, ale udało jej się jedynie pozbawić gospodarki krajów europejskich taniej energii w nieograniczonych ilościach, którą tylko Rosja mogła i może nam dostarczać rurociągiem, kopiąc w ten sposób grób europejskiemu przemysłowi i otwierając szeroko drzwi do deindustrializacji.

Druga Komisja von der Leyen, która już teraz zdołała być gorsza (czyli wyrządzić więcej szkód narodom i krajom europejskim) od pierwszej, od lat obiecuje i ogłasza całkowite uniezależnienie się od rosyjskiego gazu, które ma nastąpić do końca 2027 roku. Niemiecka organizacja pozarządowa Urgewald, która wykorzystała dane firmy analitycznej Kpler, poinformowała jednak o 91 dostawach, które dotarły statkami do Europy z rosyjskiego terminalu Jamal nad Morzem Karskim w rosyjskiej Arktyce w okresie od stycznia do kwietnia.

W związku z tym europejski import rosyjskiego LNG wzrósł o 17,2% w porównaniu z tym samym okresem w 2025 r., z 5,71 mln ton do 6,69 mln ton. Bruksela, wyraźnie zakłopotana, przyznaje się do niewielkiego wzrostu importu rosyjskiego LNG na początku 2026 r., tłumacząc to wzrostem popytu na gaz w Europie w 2025 r.

Jest to tendencja, którą wielokrotnie poruszaliśmy, która oczywiście jest sprzeczna z celami wyznaczonymi przez UE, polegającymi na ostatecznym zakończeniu zależności od rosyjskiego gazu, ale zawiera dodatkowy element, który naraża Brukselę na publiczne pośmiewisko.

Pomimo tego, że decyzja ta spowodowała najpoważniejszy kryzys energetyczny ostatnich 50 lat, Komisja Europejska chwali się znacznym zmniejszeniem zależności od rosyjskiego gazu (gazociągi i LNG), który stanowił 45% całkowitego importu Europy w 2021 r., a w 2025 r. będzie to już tylko 12%.

W rzeczywistości jednak UE wprowadziła zakaz importu rosyjskiego gazu rurociągowego – dostarczanego w ogromnych ilościach po uzgodnionej cenie – aby zwiększyć import LNG, transportowanego statkami, rozładowywanego w portach, regazyfikowanego, a następnie wprowadzanego do europejskiej sieci: znacznie droższego od gazu przesyłanego rurociągiem, a którego dostawy są znacznie bardziej problematyczne i podlegają wahaniom cen rynkowych oraz warunkom geopolitycznym, takim jak blokada cieśniny Ormuz.

Aby ośmieszyć UE i jej rosyjsko-fobiczne przechwałki, wystarczy zauważyć, że obecnie Rosja jest drugim dostawcą LNG do krajów Unii z udziałem wynoszącym 17 procent, czyli prawie trzykrotnie większym niż 6 procent pochodzących z Kataru i kolejne 6 procent z Nigerii, ale udział ten mógłby jeszcze wzrosnąć, gdyby kryzys w Cieśninie Ormuz miał się przedłużyć.

Aby jeszcze lepiej zobrazować absurdalną sytuację, wywołaną świadomie i z winy Komisji oraz europejskich rządów krajowych, zrezygnowaliśmy z nieograniczonych i tanich dostaw gazu, który docierał do Europy rurociągami z Rosji, aby kupować LNG po aktualnych cenach rynkowych w ilościach, które trzeba negocjować przy każdym ładunku, o który toczy się walka z gospodarkami azjatyckimi.  Lub kupujemy gaz po cenach rynkowych w krajach szczerze demokratycznych i szanujących prawa człowieka, polityczne i genderowe (nie tak jak Rosja Putina), takich jak Azerbejdżan, Algieria, Kongo (ironicznie)…

W rezultacie, według CNA, jeśli ceny ropy i gazu utrzymają się na obecnym poziomie w najbliższych miesiącach, wzrost kosztów energii elektrycznej, gazu, paliw i artykułów spożywczych (które łącznie z kosztami mieszkaniowymi stanowią ponad 40% miesięcznych wydatków) może przełożyć się na wzrost wydatków przeciętnej rodziny o około tysiąc euro w 2026 r., z wartościami szczytowymi sięgającymi nawet 1 200–1 300 euro w przypadku gospodarstw domowych z dziećmi i większym zużyciem energii.

Według danych biura analitycznego CGIA, włoskie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa będą musiały w tym roku ponieść koszty w wysokości prawie 29 miliardów euro, aby poradzić sobie z podwyżkami cen energii elektrycznej, gazu i paliw, które nastąpiły w wyniku kryzysu energetycznego związanego z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Raport z 9 maja wskazuje, że największy „udział” mają benzyna i olej napędowy, z dodatkowymi kosztami w wysokości 13,6 mld euro (+20,4% w porównaniu z 2015 r.), a następnie energia elektryczna – 10,2 mld euro (+12,9%) i gaz – 5 mld euro (+14,6%). Skutki gospodarcze mogą spowodować poważne trudności zarówno dla rodzin znajdujących się w trudnej sytuacji ekonomicznej, jak i dla przedsiębiorstw o niskiej płynności finansowej.

Porażka Europy w kwestii energetycznej, w połączeniu z niepowodzeniem polityki przemysłowej i środowiskowej, polityki zagranicznej oraz programów zbrojeniowych, które są obecnie ewidentnie nie do udźwignięcia, powinny skutkować całkowitym brakiem zaufania i natychmiastowym odwołaniem obecnej Komisji Europejskiej, sugerując gwałtowną zmianę kursu, zanim lawina stanie się nie do powstrzymania, łącząc katastrofy spowodowane przez UE i europejskie rządy krajowe z tymi, które dotknęły Europę i światową gospodarkę w wyniku ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran.

Momenty kryzysowe nakładają lub powinny nakładać na tych, którzy ponoszą ciężar rządzenia, maksymalny pragmatyzm pod jedyną sensowną gwiazdą polarną: interesami narodowymi.

Czerwony Kapturek widzi wilka, ale chce wierzyć, że to babcia

A zatem, jeśli realistycznie rzecz biorąc, samobójstwo Europy można przypisać błędom dwóch ostatnich komisji von der Leyen, popartym przez rządy krajowe, to za zbrodnię zabójstwa Europy odpowiedzialność musimy przypisać narodom, które uparcie nazywamy „sojusznikami”, czyli Stanom Zjednoczonym i Izraelowi.

Wydaje się całkowicie żenujące, że w obliczu szkód wyrządzanych celowo i wielokrotnie przez Stany Zjednoczone przeciwko interesom Europy uparcie polegamy na sojuszu z Waszyngtonem, który już nie istnieje.

I to pomimo tego, że Donald Trump od dawna okazuje dyktat, pogardę i groźby wobec Europejczyków, którzy nie wykonują natychmiast jego poleceń lub ośmielają się krytykować jego kontrowersyjne i często chaotyczne inicjatywy polityczne, dyplomatyczne i wojskowe.

W większości krajów Europy, w tym w Niemczech Friedricha Merza, ostro atakowanego przez Trumpa, większość polityków prześciga się w pochwałach i wyrażaniu całkowitego zaufania do transatlantyckiego porozumienia, które już dawno przestało istnieć.

We Włoszech, gdy premier Giorgia Meloni przyznaje po spotkaniu z sekretarzem stanu Marco Rubio, że Włochy i Stany Zjednoczone mają różne interesy, minister obrony Guido Crosetto twierdzi, że „nigdy nie było powodów do niepokoju” co do relacji między Włochami a USA „i nie ma żadnych rozłamów”. Czasami narody mogą mieć różne poglądy lub różnie oceniać wydarzenia. Ale długoterminowa wizja i sojusz, sojusz trwający od dziesięcioleci, który się umocnił, ta sama wizja świata – to się nie może zmienić. Nie zależy to od rządów, nie zależy od ludzi. Nasze więzi ze Stanami Zjednoczonymi trwają nadal i nigdy nie uległy zachwianiu” – zapewnił.

Są to słowa mające na celu uspokojenie opinii publicznej w związku z ewentualnymi napięciami między Rzymem a Waszyngtonem. Jednak stosunki uległy pogorszeniu, za co odpowiedzialne są Stany Zjednoczone – poprzez wulgarne ataki Trumpa na Giorgię Meloni, którą jeszcze niedawno Biały Dom wychwalał za jej niekwestionowane zdolności przywódcze.

W rzeczywistości Stany Zjednoczone już od dawna mocno uderzają w interesy Europy: od wsparcia dla wiosen arabskich, przez wojnę w Libii, powstanie w Syrii, aż po zamach stanu na Majdanie w 2014 roku w Kijowie, w który USA zainwestowały 5 miliardów dolarów (powiedziała to przed Kongresem podsekretarz stanu Victoria Nuland), wszystkie inicjatywy administracji Obamy, Bidena i Trumpa mocno uderzyły w nasze podwórko, zagrażając stabilności obszarów energetycznych kluczowych dla naszej gospodarki.

Gdyby wykazały odrobinę dumy i godności, większość krajów europejskich miałaby wystarczająco dużo siły, by pozbyć się ciężaru takich sojuszników, którzy nie tylko traktują nas jak lokajów, ale także zadają nam poważne szkody przemysłowe i gospodarcze – nieprzypadkowe, lecz mające na celu rzucenie naszego społeczeństwa na kolana.

Zerwanie stosunków z Waszyngtonem powinno być zatem co najmniej zrozumiałe, jeśli nie konieczne, zarówno dla Włoch, jak i dla wszystkich sojuszników USA, którzy dziś płacą cenę, która może stać się druzgocąca, za militarystyczne zapędy Trumpa i Netanjahu, którzy rozpoczęli wojnę z Iranem, nie informując o tym Europejczyków i nie dbając o szkody, jakie spowodowałaby łatwo przewidywalna blokada cieśniny Ormuz.

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na wypowiedź generała Carmine’a Masiello, szefa sztabu armii, który 9 maja zabrał głos podczas konferencji „Rolnictwo i przyszłość”, zorganizowanej przez Confagricoltura w Mediolanie.

„Nie rozumiem, dlaczego to, co dzieje się w Cieśninie Ormuz, jest zaskoczeniem: doskonale o tym wiedzieliśmy, mieliśmy już pewne sygnały, kiedy Huti zaczęli atakować w Bab el Mandeb. Kiedy my, generałowie, interweniowaliśmy i przypomnieliśmy, czym są wąskie gardła (choke points – przyp. red.), czym są punkty obowiązkowego przejścia, kiedy wyjaśniliśmy, co oznacza dla wszystkich łańcuchów dostaw zamknięcie punktu obowiązkowego przejścia. Mówiliśmy o tym, ale jak zawsze nikt nas nie słuchał, i to oczywiście zaskoczyło potem wszystkich” – powiedział Masiello, cytowany przez agencję prasową Nova.

Odniesienie generała do operacji jemeńskich Houthich przeciwko ruchowi handlowym wchodzącym i wychodzącym z Morza Czerwonego daje nam zresztą okazję do dalszych przemyśleń.

Po miesiącach intensywnych bombardowań Jemenu oraz wystrzeleniu setek pocisków przeciwlotniczych w kierunku dronów oraz broni balistycznej i manewrującej należącej do szyickich bojowników, Stany Zjednoczone, które już wcześniej borykały się z niedoborem amunicji na okrętach, musiały zawiesić operacje i zawrzeć porozumienie o nieagresji z Huti.

Nieskuteczna ofensywa przeciwko jemeńskim bojownikom, rozpoczęta przez Stany Zjednoczone w odpowiedzi na interwencję Houthich (w następstwie izraelskiej ofensywy w Strefie Gazy po ataku Hamasu z 7 października 2023 r. na terytorium Izraela), niemal sparaliżowała (z efektami odczuwalnymi do dziś) ruch morski zmierzający do Morza Śródziemnego i południowej Europy, nie zdołała jednak pokonać sił proirańskich i propalestyńskich, tak samo jak dziś USA i Izrael nie potrafią pokonać Iranu.

A jednak, pomimo tych przykładów i wielu innych, które można by wymienić, paradoksalnie w niemal całej Europie troszczy się o obronę historycznego porozumienia strategicznego ze Stanami Zjednoczonymi. Z jednej strony bojaźliwa Europa wydaje się za wszelką cenę dążyć do ekonomicznego samobójstwa, a z drugiej, niczym współczesny Czerwony Kapturek, uparcie pragnie zobaczyć babcię (lub „tatka”, jak to ujął sekretarz generalny NATO Mark Rutte), również gdy wilk przestał już ukrywać się w jej ubraniu i otwarcie ujawnia swoje prawdziwe oblicze.

Promyki nadziei

Można jednak dostrzec pewne przebłyski światła, choć wciąż niejasne, w niektórych sygnałach płynących z Brukseli i Moskwy w związku z Paradem Zwycięstwa 9 maja w Moskwie.

Była to znacznie skromniejsza parada, podczas której Moskwa nie pokazała swojej siły tak, jak to miało miejsce w poprzednich edycjach, a zwłaszcza w zeszłym roku, z okazji 80-lecia zwycięstwa w II wojnie światowej.

Parada wojskowa została oficjalnie okrojona ze względu na zagrożenie ze strony ukraińskich dronów (które zresztą w czterech poprzednich edycjach od początku wojny nigdy nie zaatakowały Moskwy), ale najprawdopodobniej po to, by wysłać jasny sygnał do Europy, na którą Trump już wywiera presję, by doprowadziła do zakończenia wojny na Ukrainie.

Inaczej trudno wyjaśnić stwierdzenie Donalda Trumpa, który niedawno sugerował, że wojny w Zatoce Perskiej i na Ukrainie wkrótce się zakończą.

Faktem pozostaje, że 9 maja przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa powiedział mediom, że „naszym głównym celem od samego początku jest sprawiedliwy i trwały pokój dla Ukrainy. Dlatego wspieraliśmy Ukrainę, dlatego wprowadziliśmy sankcje i z tego samego powodu jesteśmy gotowi do negocjacji w sprawie sprawiedliwego i trwałego pokoju dla Ukrainy. Oczywiście w odpowiednim momencie będziemy musieli podjąć dialog z Rosją, aby omówić nasze wspólne kwestie dotyczące bezpieczeństwa. Czekamy, ale jednocześnie jesteśmy gotowi zrobić wszystko, co konieczne”.

Costa już w poprzednich dniach wyrażał podobne otwarte stanowisko i z pewnością nie jest to głos odosobniony. Premier Belgii Bart De Wever i prezydent Francji Emmanuel Macron opowiadają się za dialogiem, premier Słowacji Robert Fico (który 9 maja był na paradzie na Placu Czerwonym) stwierdził, że „brak dialogu z Moskwą jest ogromnym błędem”, podczas gdy we Włoszech Liga ponownie wezwała, by „Europa nie zignorowała otwarcia ze strony Putina”.

Prezydent Finlandii Alexander Stubb w wywiadzie dla „Corriere della Sera” przyznał, że „jeśli polityka amerykańska wobec Rosji i Ukrainy nie służy interesom Europy, co wydaje mi się prawdą, to musimy zaangażować się bezpośrednio. Tak, nadszedł czas, aby rozpocząć rozmowy z Rosją”.

Wznowienie stosunków z Kremlem jest postrzegane przez wielu, w sposób jawny lub niejawny, jako niezbędny krok nie tylko w celu zakończenia konfliktu, ale przede wszystkim w celu przywrócenia ram bezpieczeństwa z Moskwą, które pozwolą na wznowienie dostaw rosyjskiej energii, jedynej nadziei na uratowanie gospodarki europejskiej.

Moskwa zresztą wyraziła już gotowość do wznowienia dostaw w ramach wieloletnich umów, a Putin podczas konferencji prasowej po paradzie na Placu Czerwonym stwierdził, że wojna na Ukrainie „zbliża się ku końcowi. Rozpoczęli eskalację konfliktu z Rosją, który trwa do dziś. Myślę, że to się wkrótce skończy, ale sytuacja pozostaje poważna”.

Postępy, choć na razie tylko w słowach, są wyczuwalne. Rosja „nigdy nie odmawiała” prowadzenia negocjacji z UE. „Jako kandydata na negocjatora wolałbym byłego kanclerza Niemiec Schroedera. W przeciwnym razie niech sami wybiorą przywódcę, któremu ufają”. Jedynym warunkiem postawionym przez Putina jest to, aby była to osoba, która nie używała obraźliwego języka wobec Moskwy.

Według Putina, Europa zdała sobie sprawę, że „podnoszenie stawki” w konflikcie ukraińskim może ją drogo kosztować. „Podnoszą stawkę, ale sądząc po tym, co właśnie powiedziałem, już szukają z nami kontaktu. Rozumieją, że to podnoszenie stawki może ich drogo kosztować” – powiedział dziennikarzom rosyjski prezydent.

Putin, który ponownie podkreślił cel, jakim jest zwycięstwo („Zwyciężymy, my zawsze wygrywamy”), być może uważa, że słaba i zrujnowana gospodarczo Europa nie będzie w stanie pomóc Ukrainie stojącej na krawędzi upadku, dostrzegając w tym szansę na zakończenie konfliktu poprzez osiągnięcie wyznaczonych celów wojskowych bez konieczności toczenia kolejnych krwawych bitew. Nie bez powodu od początku konfliktu w Zatoce Perskiej rosyjskie ofensywy przebiegały w sposób umiarkowany.

Nie można wykluczyć, że niespodziewana wizyta niemieckiego ministra obrony Borisa Pistoriusa w Kijowie miała na celu poinformowanie Wołodymyra Zełenskiego o europejskiej potrzebie zakończenia kryzysu i wojny z Rosją.

Wkrótce zobaczymy, jakie owoce przyniosą te otwarcia na dialog, ale wydaje się oczywiste, że nagła potrzeba Europejczyków do negocjacji z Moskwą jest bezpośrednią konsekwencją rosnącej świadomości, że Stany Zjednoczone nie są już naszymi sojusznikami.

INFO: analisidifesa.it/se-cappuccetto-rosso-vede-il-lupo-ma-vuole-credere-sia-la-nonna

babylonianempire/nadszedl-czas-by-uwolnic-sie-od-wyzwolicieli

Condividi:

 Aldo Moro był prawdopodobnie więziony na terenie getta żydowskiego w Rzymie

 Aldo Moro był prawdopodobnie więziony

na terenie getta żydowskiego w Rzymie

Date: 11 Maggio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/aldo-moro-byl-prawdopodobnie-wieziony-na-terenie-getta-zydowskiego-w-rzymie

W artykule zatytułowanym “Moro, Renault 4 i tajemnica placu Monte Savello” opublikowanym na portalu Dark Side Italia, jego autor, Marcello Altamura, szczegółowo rozkłada na czynniki pierwsze jedną z najbardziej kontrowersyjnych zagadek związanych z porwaniem i zabójstwem przywódcy włoskiej chadecji.

1. Geneza Hipotezy: Nielogiczność Logistyczna

Oficjalna wersja wydarzeń, głoszona przez skazanych terrorystów Czerwonych Brygad (BR), mówi, że Moro był przetrzymywany na via Montalcini 8 w rzymskiej dzielnicy Magliana, a następnie, po zabójstwie, jego ciało przewieziono samochodem przez ponad 7 km do historycznego centrum miasta i porzucono na via Caetani, w sercu dawnego getta żydowskiego.

Główny problem związany z oficjalną wersją, wskazywany przez badaczy, to absurd logistyczny. 9 maja 1978 roku, w godzinach porannych (między 8:00 a 9:00), Rzym był całkowicie sparaliżowany przez posterunki wojska i policji. Poruszanie się po mieście zajmowało znacznie więcej czasu niż zwykle. Podróż z peryferyjnej Magliany do centrum w normalnych warunkach trwała około 40 minut. Tymczasem Mario Moretti, jeden z przywódców BR, w rozmowie z dziennikarzem Giorgio Bocca z “L’Espresso”, stwierdził, że “przejazd zajął tylko kilka minut”.

2. Kluczowy Trop: plac Monte Savello – znajdujący się w pobliżu synagogi

Dodatkowych poszlak dostarczył inny brygadzista, Valerio Morucci. W swoim memoriale, opisując poranny transport Aldo Moro, wskazał na piazza di Monte Savello jako punkt zborny i miejsce, z którego ostatecznie wyruszyły samochody w kierunku via Caetani.

Monte Savello to strategiczny punkt w sąsiedztwie getta, obok Portico di Ottavia. Badacze zwracają uwagę, że to właśnie tam, a nie w odległej Maglianie, Moretti i jego towarzysze mieli:

  1. Spotkać się z resztą grupy po ostatnim rozpoznaniu trasy.
  2. Rozdzielić się po porzuceniu samochodu z ciałem.

Logika podpowiada, że jeśli plac Monte Savello było epicentrum akcji o poranku 9 maja, to i miejsce odosobnienia Moro musiało znajdować się w jego bezpośredniej bliskości. Gdyby mieli pokonywać wielokilometrowy dystans od Magliany, punktem zbornym nie byłby równie oddalony od niej rejon Monte Savello.

3. Tajemniczy “Palazzo Orsini” i Notatki Morettiego

W toku śledztwa i prac parlamentarnych komisji śledczych pojawił się adres: via di Monte Savello 30. To historyczny Palazzo Orsini (znany też jako Orsini-Savello), ogromny budynek z przejazdem bramnym, położony zaledwie kilkaset metrów od via Caetani.

  • Powiązanie z Morettim: W jednym z rękopisów Mario Morettiego, znalezionych w kryjówce BR przy via Gradoli, pojawia się właśnie ten adres.
  • Tajemniczy “Olivetti”: Podczas przeszukania mieszkania byłej dziewczyny Morucciego, Leonardy Faggioli, znaleziono odręczny szkic. Zawierał on wskazówkę: “Dietro al Portico d’Ottavia a sinistra Olivetti”. Śledczy zidentyfikowali “Olivetti” jako Roberta Alessandro Olivettiego, syna założyciela firmy, który mieszkał w apartamencie na parterze Palazzo Orsini.
  • Anatomia szkicu: Analiza planu znalezionego w mieszkaniu Faggioli wykazała, że pasuje on do topografii okolic rzymskiego getta (dwie pętle symbolizujące zakole Tybru w pobliżu Isola Tiberina) i samego Palazzo Orsini (rzeźby przy bramie, ogród, układ pomieszczeń).

4. Kontekst Polityczny i Symboliczny

Wyboru miejsca porzucenia ciała (via Caetani) również nie uznaje się za przypadkowy:

  • Via Caetani znajduje się w połowie drogi między siedzibą chadeckiej Piazza del Gesù a główną siedzibą ówczesnej Partii Komunistycznej (PCI) przy via delle Botteghe Oscure. Miała to być “brutalna wiadomość” dla obu partii, które (pomimo wewnętrznych nacisków) odmówiły negocjacji z terrorystami. Nie była to przypadkowa uliczka, ale starannie wybrana scena politycznej egzekucji.

INFO: darksideitalia.it/moro-r4-monte-savello

babylonianempire/dziennikarz-ujawnia-ze-mossad-od-samego-poczatku-byl-w-kontakcie-z-mordercami-aldo-moro

Condividi:

Piłsudski – do i od wolności

Rafał Ziemkiewicz: Piłsudski – do i od wolności

Rafał A. Ziemkiewicz 12 maja 2026 pch24/rafal-ziemkiewicz-pilsudski-do-i-od-wolnosci

Ziemkiewicz-Pilsudski-PCh-110.jpg
Oprac. PCh24.pl

Przeczuwałem to wcześniej, ale dopiero gdy na poważne wziąłem się do pracy nad książką Złowrogi cień Marszałka, uświadomiłem sobie, jak niewiele prawdy jest w potocznym wyobrażeniu o Józefie Piłsudskim.

Dlatego właśnie możemy otaczać go aż takim kultem, że prawda o nim została całkowicie wypchnięta z polskiej pamięci.

Zanim „nietzscheański profil” Marszałka stał się ikoną, w każde Święto Niepodległości powielaną przez wszystkie media niczym dynia na halloween, budowany był ten kult długo i stopniowo. Po pierwsze, sam Piłsudski był mistrzem tego, co nazywamy dziś „pijarem” i budował swą legendę zupełnie świadomie. Uważał za swój obowiązek dać Polakom wzorzec niezłomnego bohatera – we własnej osobie. Bez wątpienia obdarzony był w ogromnym stopniu tą cechą, którą u ludzi sukcesu nazywany „charyzmą”, a u tych, którzy przegrywają – megalomanią. Przekonanie, że jest polskim nadczłowiekiem, zesłanym tu mężem opatrznościowym, Królem Duchem ze Słowackiego i nową inkarnacją duszy Napoleona cechowało go od najmłodszych lat (niewiele wiemy o duchowości Marszałka, ale co do tego ostatniego mamy powody sądzić, iż wierzył tak zupełnie serio). Ze wszystkich wspomnień o nim przebija ta emanująca od niego absolutna pewność tego co robi, pewność celu, do którego prowadzi i tego, że zostanie on osiągnięty. Tym właśnie wzbudzał uwielbienie.

Poniekąd wynikało ono ze specyfiki czasów, w których działał, czasów szczególnie usilnego stawiania idoli. Pamiętajmy, że tak jak na poziomie wysokim jednym z ich patronów był wspomniany Nietzsche, tak na poziomie popularnym rekordy popularności święcił zapomniany dziś Ralph Waldo Emerson ze swoimi Przedstawicielami ludzkości – apoteozą figury silnego człowieka, stawiającą wybitnych przywódców w centrum historii – także tej aktualnie się dziejącej. To właśnie Emersonem zaczytywali się po całych nocach – jak zapisał to jeden z nich – krakowscy uczniowie, studenci i młodzi artyści, z których sformował Komendant drużyny swego „Strzelca”. Dziś, po doświadczeniach faszyzmu i zwłaszcza niemieckiego nazizmu, bezgraniczne zawierzenie „wodzowi” przestało być modne, ale czasy Piłsudskiego to właśnie szczyt wiary w historyczną rolę wybitnych jednostek.

Fakt, że w kręgach polskiej inteligencji to właśnie Piłsudski stał się beneficjentem owej wiary, nie wynikał jednak tylko z jego umiejętności teatralizacji własnej walki i umiejętnego wpisania się w idee polskiego romantyzmu, na których wychowane zostały ówczesne pokolenia. Dowodem wybitności Piłsudskiego były dla współczesnych jego sukcesy. I być może to jest właśnie największym fenomenem tej postaci.

Więcej szczęścia…

Ten Ziuk… szczęściarz, wszystko jemu na dobre wychodzi – zanotował w dziecinnym dzienniku Bronisław, starszy brat przyszłego Naczelnika Państwa i Marszałka Polski. I rzeczywiście, Piłsudski w swym życiu wielokrotnie stawiał wszystko na jedna kartę, hazard był wręcz jego stylem działania. Weźmy choćby podnoszony do rangi jednego z największych sukcesów brygadiera Piłsudskiego marsz na Ulinę Małą: wystarczyłby na trasie jeden patrol kawaleryjski, jakich zgodnie ze sztuką wojenną powinni Rosjanie mieć tam co najmniej kilka, a zalążek Legionów zostałby zniszczony, późniejsi przywódcy sanacyjnej Polski zaś, ze Śmigłym-Rydzem i samym Piłsudskim na czele, zabici albo do końca wojny wtrąceni do niewoli. Ale ryzykancki manewr się powiódł, jak wiele innych skrajnie niebezpiecznych przedsięwzięć Piłsudskiego.

On nas zawsze z najgorszych tarapatów wyprowadzi – powiada bohater piłsudczykowskiej powieści Andrzeja Struga Pokolenie Marka Świdy, ujmując celnie istotę uwielbienia piłsudczyków dla swego wodza. Wiara, że genialny Komendant zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie, zawsze powiedzie do sukcesu, była w nim kluczowa.

Inna sprawa, że nawet niepowodzenia umiał Piłsudski propagandowo „sprzedać” jako zwycięstwa. Każdy Polak wielokrotnie słyszał o twórcy Legionów i Legionach Piłsudskiego – a było przecież zupełnie inaczej. Przekształcenie oddziałów, które w przeddzień wojny wymaszerowały z Oleandrów, w Legiony Polskie u boku c.k. armii Austro-Węgier nie tylko nie było celem Komendanta, ale przeciwnie, stało się wskutek całkowitej klęski jego zamierzeń i wieloletniej pracy, klęski, która przyprawiła go o jedno z nielicznych w długiej karierze załamań nerwowych – wiarygodnym świadkom zwierzał się, że tylko mu pozostało w łeb sobie strzelić.

Piłsudski miał plan zupełnie inny: wzniecić powstanie i stanąć na czele wskrzeszonej armii polskiej. Plan, jak inne jego plany, zupełnie nierealistyczny i nieprzemyślany. Wystarczył tydzień w Kieleckiem, gdzie rzucono Pierwszą Kadrową, by Austriacy przekonali się, że zostali okłamani, że żadnej gotowości do wszczynania powstania w rosyjskim zaborze nie ma. Zresztą, na szczęście dla całej Europy (wybuch takiego powstania dawał bowiem Rosji, zgodnie z traktatami sojuszniczymi, prawo wycofania się z wojny – a gdyby nad Marną nie zabrakło niemieckich korpusów w ostatniej chwili przerzucanych pod Tannenberg, Francja i Anglia uległyby, co pogrzebałoby i szanse na polską niepodległość).

Gwoli ciekawości czytelnika: właściwymi twórcami Legionów, autorami pomysłu, którzy wybłagali u cesarskich dowódców, by strzelców nie wcielać do austriackiego landsturmu (jak to zamierzano), ale zachować ich odrębność organizacyjną pod polską komendą i mundurem, byli Juliusz Leo, wpływowy na wiedeńskim dworze prezydent Krakowa, oraz Władysław Sikorski.

Tego drugiego nienawidził potem Piłsudski do końca życia za to, że został formalnie jego przełożonym, a cała krótka historia legionów była historią nieustannego warcholstwa dowódcy Pierwszej Brygady, programowej niesubordynacji i intryg przeciwko Komendzie Legionów i Naczelnemu Komitetowi Polskiemu.

To tylko jeden z wielu mitów, który w międzywojniu został całkowicie zakłamany. Ale powojenna propaganda komunistów, która z Piłsudskiego robiła faszystę, zdrajcę i prześladowcę „ruchu robotniczego”, niezwykle wszystkie mity zbudowane w międzywojniu przez niego i wokół niego umocniła. Za życia nie zdołał Piłsudski nigdy zdobyć społecznego poparcia na poziomie powyżej 30–35 procent. Rządził dzięki wojsku, przemocy i usadzeniu we wszystkich kluczowych punktach państwa swoich wyznawców, z czasem nabierających nawyków mafijnych. Dopiero po katastrofie, jaka przyszła, gdy podobnie jak on hazardowo potraktowali kraj wychowani przez niego następcy, niemający jego szczęścia, gwiazda Marszałka nabrała z latami dzisiejszego blasku. Aż stał się on tym Piłsudskim, którego jak boga niepodległości czciło moje pokolenie, pokolenie „Solidarności”, niechcące o Piłsudskim i o sanacji wiedzieć nic poza tym, że bił bolszewika, dał Polsce niepodległość, komuna go nienawidzi i gdyby dziś żył, Polska znów byłaby wolna i potężna.

Warcholstwo, rokosze, pieniactwo…

Klęska drugiej wojny światowej, sowiecka okupacja, i to, co było ich skutkiem, całkowicie zatarło w polskiej pamięci wszystko poza wymienionymi wyżej przesłankami kultu. Nie chcieliśmy, jako się rzekło, bo i nie potrzebowaliśmy wiedzieć, ile w piłsudczykowskiej propagandzie, której relikty odkopywaliśmy z czcią w bibliotekach rodziców i dziadków, było przeinaczeń i zwykłych kłamstw. Dopóki byliśmy zniewoleni, dopóki jedynym sensem patriotyzmu polskiego był bunt, ten mit o wielkim Marszałku, genialnym i zwycięskim, był potrzebny i pożyteczny.

Dopiero w wolnej Polsce, gdy wyzwaniem stało się zagospodarowanie odzyskanego państwa, okazało się – do dziś nie dla wszystkich niestety jest to oczywiste – że jest w tym micie wielkiego zwycięzcy także trucizna.

Piłsudski bowiem przeniósł z dawnej Polski we współczesność nie tylko „ułańską fantazję” i cnoty rycerskie, ale także warcholstwo, rokosze, pieniactwo i wszystko, czego symbolem stało się tak dla Polski zgubne liberum veto. Jak sam stwierdził, nigdy przed nikim nie stawał na baczność, nigdy nie słuchał niczyich poleceń, do lojalnej współpracy z kimkolwiek był organicznie niezdolny. Z wciąż rosnącą grupą oddanych mu ślepo wyznawców stanowił wszędzie ciało obce: mógł być tylko albo władcą absolutnym, albo nikim. W wolnej Polsce, po złożeniu tymczasowego urzędu Naczelnika Państwa wybrał to drugie, ale mit, jakoby odsunął się do Sulejówka, by żyć tam życiem prywatnym, jest kolejnym z wielu kłamstw w tej opowieści. W istocie Piłsudski jeździł non stop po kraju i buntował ludzi przeciwko kolejnym rządom, przeciwko sejmokracji, politykom jako takim; a jeśli przypadkiem akurat był w swym domu, przyjmował tam delegacje spiskowców. Choć odrzucił wszystkie oferowane mu urzędy i funkcje (poza przewodniczeniem kapitule Virtuti Militari), wciąż w wielkim stopniu rządził przez swoich ludzi, szczególnie wojskiem.

Wszystkie kraje mają po wojnie problem z byłymi żołnierzami, którzy odwykli od zwykłego życia, a przywykli do przemocy, i dla których brak pracy i drogi awansu w cywilu. Piłsudski umiał odwołać się do ich rozgoryczenia: sam żył w demonstracyjnej nędzy, wyrzekłszy się wszelkich należnych mu jako byłemu Naczelnikowi apanaży, zawsze w wytartym, starym mundurze, przy każdej okazji sącząc w dusze: Polską rządzą k…wy i złodzieje, politycy to zdrajcy i szubrawcy jeden w drugiego, ukradli wam niepodległość, wszystko rabują, wszystko paskudzą, pożywili się waszą krwią i mają was w d…

Tak w końcu sięgnął po władzę dyktatorską – która go zresztą przerosła. Jej skutkiem była hańba Brześcia i Berezy Kartuskiej, cenzura prasy i fałszowane wybory, pobicia i skrytobójstwo, a w końcu próba budowy, już po jego śmierci, rodzimego faszyzmu, wedle wzorców włoskich. Polska, która w 1920 roku stanęła zjednoczona ramię przy ramieniu, w kolejnej wojnie nigdy nie miała rządu jedności narodowej. Wbici w pychę piłsudczycy nawet po klęsce i sromotnej ucieczce przez Zaleszczyki nie wyobrażali sobie podzielenia się władzą z pogardzanymi k…mi i złodziejami. W efekcie, kto ma rządzić Polską na wychodźstwie, zadecydowali Francuzi i Anglicy, narzucając zgorzkniałego przez dwadzieścia lat odsunięcia Sikorskiego, który wraz z grupą podobnych sobie ofiar sanacyjnych prześladowań więcej uwagi poświęcał zemście, mówiąc językiem dzisiejszym „rozliczeniom”, niż czemukolwiek innemu.

Szkodliwe wzorce

Nie chcemy dostrzegać związku między piękną legendą a dławiącą nas dziś polsko-polską nienawiścią. Ale to właśnie Józef Piłsudski, pomajowy dyktator, narzucił nam wzorce, które z fatalną siłą odżyły natychmiast po roku 1989, już w nieszczęsnej wojnie na górze. Wzorce najwyższej dyktatury moralnej, uprawniającej do każdej podłości wobec wroga – wzorce nieprzewidujące żadnej społecznej współpracy, żadnej demokratycznej gry, a jedynie posłuch i pogardę dla wroga, któremu z zasady odmawia się polskości, człowieczeństwa i wszelkich uczciwych motywacji. Bić k…y i złodziei! jako jedyny program partii to przecież jego własne zawołanie.

Klęską dzisiejszego życia publicznego jest nienawiść, która dzieli obywateli na nieprzejednane obozy, postępuje z przeciwnikami politycznymi jak z ludźmi złej woli, poniewiera ich bez względu na godność człowieczą i narodową, zniesławia i ubija moralnie. Zamiast prawdy panoszy się kłamstwo, demagogia, oszczerstwo, nieszczery i niski sposób prowadzenia dyskusji i polemiki. To, że powyższe słowa z listu pasterskiego Augusta kardynała Hlonda, napisanego w roku 1932, wciąż po prawie stu latach pozostają aktualne, to też, niestety, dziedzictwo tak dziś w Polsce sławionego Marszałka.

Rafał A. Ziemkiewicz 

Bratniej krwi kurz majowy. Piłsudski, masoni i rachunki krzywd

Bratniej krwi kurz majowy. Piłsudski, masoni i rachunki krzywd

12 maja 2026 Andrzej Solak pch24/bratniej-krwi-kurz-majowy-pilsudski-masoni-i-rachunki-krzywd

zamach-majowy-NAC-PIC_1-P-2711-4 (1).jpg
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Członkowie rodziny jednej z ofiar przewrotu majowego pogrążeni w żałobie.

W maju 1926 roku warszawski bruk zasłały ciała setek zabitych i rannych Polaków. W stolicy trwała bitwa między wojskami wiernymi prezydentowi i rządowi Rzeczypospolitej a uczestnikami puczu marszałka Józefa Piłsudskiego.

Polityczne swary polskich „plemion” doprowadziły do walk bratobójczych. Wszystko zaczęło się w dniu 12 maja, gdy zbuntowane oddziały Piłsudskiego wkroczyły do stolicy. Rebelianci wszem i wobec kolportowali kłamliwą wieść o zbrodniczym ostrzelaniu willi marszałka w Sulejówku, jakoby dokonanym przez prawicowców. Nawoływali do obalenia centroprawicowego rządu Wincentego Witosa, do walki z „partyjniactwem” i „sejmokracją”. Głosili konieczność „sanacji moralnej” – uzdrowienia polskiego życia publicznego, która mogła się dokonać ponoć tylko pod rządami piłsudczyków.

Pewne, zaprawione szable

Piłsudski szedł na Warszawę zrazu na czele dwóch tysięcy żołnierzy, wcześniej skoncentrowanych na manewrach w Rembertowie. Zwolennicy marszałka do dziś utrzymują, że nie planował on zbrojnego obalenia rządu, a „jedynie” swego rodzaju „demonstrację siły”, licząc, że zmusi ona legalne władze do ustąpienia.

Czyżby? Przecież maszerującym oddziałom Piłsudskiego wydano ostrą amunicję. Każdy, kto służył w wojsku ma świadomość, że w armii w czasie pokoju dystrybucja nabojów podlega rygorystycznym procedurom. Żołnierze mogą otrzymać ostre „patrony” wyłącznie na strzelnicy oraz do wykonywania „zadań bojowych” (takich jak służba wartownicza, patrole, konwojowanie). A jakież to zadania bojowe przewidziano w maju 1926 roku dla dwutysięcznej żołnierskiej braci, wplątanej rozkazami dowódców w antyrządową „demonstrację siły” w stolicy?

Być może Piłsudski rzeczywiście za to nie odpowiadał. Zapewne nie planował wszystkich szczegółów akcji. Jednakże w jego otoczeniu znalazły się przewidujące osobistości, które zadbały o środki militarne, na wypadek, gdyby sama „demonstracja siły” zawiodła. Potwierdza to sytuacja już po wybuchu walk bratobójczych – Piłsudski zdradzał wówczas oznaki całkowitego załamania nerwowego, jednak dowodzenie nad wojskiem rokoszan natychmiast przejęli zaangażowani w bunt generałowie.

Wcześniej czciciele marszałka nie kryli, że gotowi są wspierać ambicje polityczne ich idola także z bronią w ręku. Właśnie tak powszechnie interpretowano sławne spotkanie wyższych dowódców  w Sulejówku w listopadzie 1925 roku, kiedy generał Gustaw Orlicz-Dreszer zwrócił się do marszałka słowami: Chcemy, byś wierzył, że gorące chęci nasze, byś nie zechciał być w tym kryzysie nieobecny, osieracając nie tylko nas, wiernych Twoich żołnierzy, lecz i Polskę, nie są tylko zwykłymi uroczystościowymi komplementami, lecz że niesiemy Ci prócz wdzięcznych serc i pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”.

A w maju 1926 roku to właśnie Orlicz-Dreszer dowodził będzie militarnymi operacjami puczystów! Gdybyśmy przyjęli tezę o „spontanicznym i przypadkowym” charakterze zamachu majowego, musielibyśmy uznać Józefa Piłsudskiego za wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju nieudacznika, który osiągał swoje cele polityczne zupełnie niechcący, wbrew sobie („nie chciał” dokonać zamachu stanu – a go dokonał; „nie chciał” walk bratobójczych – a do nich doprowadził; „nie chciał” obalać rządu siłą – a go obalił…).

Liczni szatani byli tam czynni

Czy zaangażowanie w przewrocie ograniczało się jedynie do kręgów piłsudczykowskich?

Ongiś profesor Ludwik Hass, człowiek o dość skomplikowanym, niekoniecznie chlubnym życiorysie acz niekwestionowany znawca dziejów masonerii, wystąpił z zaskakującą tezą: decyzja o przeprowadzeniu zamachu stanu i obaleniu rządów prawicy podjęta została przez zakonspirowaną grupę masonów z Wielkiej Loży Narodowej Polski oraz Zakonu Wolnomularstwa Zjednoczeniowego.

Znaczące, że profesor Hass w swoich badaniach dziejów i wpływów masonerii zawsze zajmował postawę niezwykle ostrożną, a przy tym ogromnie dla lóż przyjazną, wręcz ostentacyjnie sceptyczną wobec „masońskich knowań” i „spiskowej teorii dziejów”. Tym większe wrażenie robią jego ustalenia na temat wolnomularskiej konspiracji z lat 20. XX wieku i udziale masonów w przygotowaniu „postępowego zamachu stanu”.

Poza wszelką dyskusją jest fakt, że w najbliższym otoczeniu marszałka roiło się od wolnomularzy. Ot, Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Walery Sławek, Edward Rydz-Śmigły, Stefan Dąb-Biernacki, Adam Koc, Marian Zyndram-Kościałkowski, Kazimierz Bartel, Stanisław Car, Leon Kozłowski, Bogusław Miedziński, Aleksander Prystor, Felicjan Sławoj Składkowski, Wojciech Stpiczyński, August Zaleski, Tadeusz Kruk-Strzelecki, Bronisław Pieracki, Kordian Zamorski, Janusz Jędrzejewicz – by wymienić tylko niektórych.

W przypadku oceny działań polityków zaangażowanych w lożach, mafiach czy innych tajnych stowarzyszeniach zawsze pojawia się dylemat – czy swoje decyzje podejmowali samodzielnie, czy też wedle instrukcji swoich ukrytych w cieniu „mistrzów”?

W trakcie rokoszu Piłsudskiemu udzieliły poparcia ugrupowania lewicowe i skrajnie lewicowe – Stronnictwo Chłopskie, PSL „Wyzwolenie”, a nawet Komunistyczna Partia Polski – będąca w istocie sowiecką agenturą! Wsparło go wreszcie najpotężniejsze ugrupowanie lewicy – Polska Partia Socjalistyczna (PPS). To zarządzony przez PPS strajk kolejarzy zadecydował o powodzeniu przewrotu i upadku rządu, jako że uniemożliwił odsiecz Warszawy.

Piłsudczycy, masoni, socjaliści, lewacy, sowieccy agenci… Wszyscy oni mieli różne poglądy i różnorakie cele, ale jednoczyło ich jedno: nienawiść do polskiej prawicy.

Pierwsze boje

Wcale nie musiało dojść do najgorszego. 12 maja w obliczu nadciągających wojsk buntowników rząd i prezydent ogłosili odezwy.

– Żołnierze  Rzeczypospolitej! – głosił manifest prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, konstytucyjnego zwierzchnika sił zbrojnych. – Honor  i Ojczyzna – to hasła, pod  którymi  pełnicie zaszczytną służbę pod sztandarami Białego Orła. Dyscyplina i bezwzględne posłuszeństwo prawowitym władzom i  dowódcom to  najważniejszy  obowiązek  żołnierski, na który składaliście przysięgę. Wierność Ojczyźnie, wierność konstytucji, wierność legalnemu   rządowi   jest   warunkiem dotrzymania  tej przysięgi.

Rebelianci zajęli wpierw warszawską Pragę. Wojska rządowe zablokowały mosty na Wiśle. Wciąż nie doszło jeszcze do rozlewu krwi. Około godziny 16 na moście Poniatowskiego spotkali się dwaj główni adwersarze: prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski oraz przywódca puczystów Józef Piłsudski. Lider rebeliantów bardzo liczył na przeciągnięcie na swoją stronę prezydenta, z którym przecież łączyła go wspólna przeszłość w PPS. Wojciechowski wybrał jednak legalizm.

– Zbliżył się on sam do mnie – wspominał prezydent. – Powitałem go słowami: „Stoję na straży honoru Wojska Polskiego”, co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękę i zduszonym głosem powiedział: „No, no! Tylko nie w ten sposób…”. Strząsnąłem jego rękę, nie dopuszczając do dyskusji: „Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu…”.

Zauważmy, że prezydent wcale nie zabraniał Piłsudskiemu realizacji jego racji i ambicji; żądał jedynie, by ten działał zgodnie z prawem.

– Dla mnie droga legalna zamknięta – odpowiedział marszałek.

Rokowania zawiodły, rozmówcy wycofali się. O 17.41 padły pierwsze strzały; oddali je piłsudczycy, z wież przy praskiej głowicy mostu Poniatowskiego, w stronę podchorążych Oficerskiej Szkoły Piechoty. W istocie nie miało znaczenia, kto strzelił pierwszy. Oddziały Piłsudskiego odmawiając podporządkowania się prezydentowi i rządowi stały się nielegalną, uzbrojoną siłą rebeliancką winną zbrodni stanu. Wojska rządowe miały obowiązek podjąć przeciw nim działania, tak samo jak czyniły w poprzednich latach choćby przeciw bojówkom komunistycznych i ukraińskich dywersantów na Kresach Wschodnich.

Wojna domowa

Wkrótce odnotowano kolejne wymiany ognia. Piłsudczycy zaatakowali i zdobyli most Kierbedzia, po czym wkroczyli do lewobrzeżnej Warszawy. Rozgorzały boje z udziałem piechoty, artylerii, czołgów, samochodów pancernych, a nawet samolotów.

W garnizonach w całej Polsce panowało poruszenie. W rejonie Warszawy trwała koncentracja sił buntowników. Do puczu przyłączyły się okręgi wojskowe i garnizony w Wilnie, Grodnie, Brześciu, Łodzi… Z kolei wierne rządowi pułki z Poznania, Torunia i Krakowa ruszyły na Warszawę, choć akcję paraliżował wspomniany strajk na kolei zorganizowany przez socjalistów oraz opanowanie przez rebeliantów węzła kolejowego w Częstochowie.

„Kurier Warszawski” pisał: „Straszne, okrutne, potworne słowo: wojna domowa, stało się w Polsce rzeczywistością. Na pokolenie współczesne, któremu Opatrzność pozwoliła doczekać się cudu wskrzeszenia niepodległej ojczyzny, zesłana została najsroższa klęska, jaką tylko można sobie wyobrazić. Naród napiętnowany hańbą stuletniej niewoli, wolności swej tak cudownie zdobytej, nie umie wyzyskać inaczej niż w bratobójczej walce. Doświadczenia historji, chociaż tak nieopisanie dramatyczne, nie nauczyły nas niczego. Polska demokratyczna odradza się w błędach dawnych, a tak posępnych, że wydają się wieczystym przekleństwem narodu”.

Dobro kraju

Były jeszcze inne zagrożenia. Wypadki w Polsce z uwagą obserwowali jej sąsiedzi. Generał Władysław Sikorski donosił ze Lwowa o ruchach wojsk sowieckich na granicy, również o wzmożonej aktywności środowisk nacjonalistów ukraińskich. W Poznaniu Roman Dmowski, nestor polskiej prawicy narodowej ostrzegał:

– Jeżeli można w trzy dni rozegrać batalię z nadzieją zwycięstwa, można ją wydać. Na wojnę domową trwającą kilka tygodni nie można sobie pozwolić, chociażby z uwagi na niebezpieczeństwo niemieckie.

Dla rządzących dobro kraju było ważniejsze niż polityczne spory. 15 maja prezydent Wojciechowski wydał swym żołnierzom rozkaz złożenia broni, po czym wraz z całym rządem Witosa ustąpił. Jak stwierdził:

– Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby na dziesięć lat, niż żeby na sto lat zagarnęły Polskę Sowiety.

Wojciechowski politycznie przegrał, ale jego troska o losy Ojczyzny przynosi mu zaszczyt. Druga strona nie ujawniła przesadnych skrupułów. Piłsudczyk Janusz Jędrzejewicz radośnie wieszczył triumf, przy okazji nurzając przeciwników w błocie:

– Padł rząd nieprawości, rząd brudnych rąk i niecnych poczynań. Ustąpił reprezentant państwa, który nie tylko nie potrafił dotrzymać przysięgi swego najwyższego urzędu, ale sam, własnoręcznie, z niepojętą ślepotą, wywołał bratobójczą walkę, pokrywając swoją zarówno formalno-prawną, jak i moralną nieodpowiedzialnością łajdactwa szantażystów-generałów i spekulantów-polityków.

Mamy w tej wypowiedzi radość z zagarnięcia władzy, pogardę dla pokonanych, kłamliwe insynuacje i absolutny brak skruchy z powodu śmierci setek Polaków. Jest też, charakterystyczna i dla współczesnej lewicy mentalność, wedle której za rozlew krwi odpowiada broniąca się ofiara, a nie sprawca napadu.

Kainie, gdzie jest brat twój?

Cena za zrealizowanie politycznych ambicji Józefa Piłsudskiego była straszna. Wedle oficjalnych danych podczas walk w dniach 12 – 15 maja odnotowano śmierć 379 Polaków oraz zranienie kolejnych 920. Pokaźną część strat w tym zestawieniu (164 zabitych i 314 rannych) stanowili przypadkowi cywile, którzy znaleźli się w zasięgu ognia zwaśnionych stron. Po latach na ogół dobrze poinformowany historyk piłsudczykowski Władysław Pobóg-Malinowski zwiększył pokłosie przewrotu do 400 zabitych i 1500 rannych.

Powie ktoś, że były to czasy pełne przemocy. Toż cztery lata wcześniej pierwszy wybrany prezydent, wolnomularz Gabriel Narutowicz sprawował swe obowiązki ledwie tydzień, nim zginął od kul zwolennika prawicy Eligiusza Niewiadomskiego. Jednakowoż tamten zamachowiec wcale nie domagał się stanowisk i zaszczytów; nie próbował uniknąć odpowiedzialności. Obiektywnie przyznał się do „złamania prawa”, a skazany na śmierć określił wyrok jako „sprawiedliwy i potrzebny”. W przeciwieństwie do niego Józef Piłsudski, depcząc po trupach czterystu Polaków sięgnął po władzę, narzucił obowiązkowy kult własnej osoby i do dziś odbiera publiczne hołdy.

„Sanacja moralna”

Ustrój II RP nie był idealny. Polska demokracja z lat 1922-1926 miała swoje wady, ale i niezaprzeczalne osiągnięcia. Opanowano szalejącą hiperinflację, stworzono mocną złotówkę, rozpoczęto budowę Gdyni, wprowadzono reformę rolną, okiełznano czerwoną i niebiesko-żółtą dywersję na Kresach… Tak naprawdę na wiosnę 1926 roku nie było powodu, który by usprawiedliwiał siłowe przejęcie władzy za cenę życia kilkuset Polaków. A jaką to „sanację moralną” zafundowali Polsce piłsudczycy?

Obalony przez rokoszan rząd Wincentego Witosa tworzyła centroprawicowa koalicja ludowców, narodowców i chadeków. Teraz na scenę wkroczyły inne siły. Na najwyższych stanowiskach państwowych zaroiło się od wolnomularzy. Na 16 rządów piłsudczykowskich (1926-1939) aż w 13 stanowisko premiera piastował mason! To piłsudczycy, jako pierwsi rządzący w dziejach Polski (a w świecie drudzy po bolszewikach) częściowo zalegalizowali aborcję. Były fałszerstwa wyborcze i skandale finansowe. Zaniedbano rozwój sił zbrojnych, w tym wojsk pancernych i lotniczych, co zemściło się potem strasznie we wrześniu 1939 roku. Symboliczna była zmiana Godła Państwowego – w 1927 r. usunięto krzyż z korony Orła, w zamian na jego skrzydłach umieszczono dwie pięcioramienne gwiazdy.

Piłsudczykowscy „moraliści” aresztowali generała Władysława Zagórskiego (oficjalnie „zaginął bez wieści” – do dziś nie wiadomo, gdzie ma grób). Uwięzili autora Cudu nad Wisłą generała Tadeusza Rozwadowskiego (schorowany, zmarł wkrótce po uwolnieniu, [najprawdopodobniej zatruwany w więzieniu md] ). W celach wylądowali Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i wielu innych zasłużonych dla Ojczyzny. To polscy narodowcy byli pierwszymi zesłanymi do niesławnego obozu w Berezie Kartuskiej.

W „pomajowej” Polsce wprowadzono cenzurę prasy i na różnorakie sposoby prześladowano opozycję. Manifestacje protestacyjne rozpędzano brutalnie, niekiedy krwawo (minister spraw wewnętrznych Marian Zyndram-Kościałkowski ostro rugał zbyt powściągliwych policjantów, wzdragających się przed strzelaniem w tłum: „Były przypadki, że zamiast jednej salwy w powietrze, a drugiej w tłum, dawano kilka salw w powietrze, przez co tłum przestawał się bać i atakował posterunki policyjne”). Co do tortur stosowanych w aresztach i więzieniach, to nawet komendantowi głównemu policji gen. Kordianowi Zamorskiemu wyrwało się raz szczerze: „Pacyfikacja Hołob i okolicy. Czy jest to celowe? Nie są to komuniści, tylko głodni nędzarze, zmaltretowani nędzą przyznają się do wszystkiego, skoro bicie mimo pięknych słów istnieje i to bicie bestialskie”.

Sanacja próbowała kokietować ukraińskich nacjonalistów, ułaskawiając Stepana Banderę i jego zakapiorów. Za to w ramach walki z rzekomymi pozostałościami po wpływach rosyjskich przeprowadziła barbarzyńską akcję niszczenia prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie (ku wzburzeniu dotąd spokojnej ludności „tutejszej”) oraz forsowała prawdziwie samobójczą ideę ukrainizacji Wołynia.

Rachunki krzywd

Obrońcy sanacji pocieszają się, że jej represyjności nie da się porównać do terroru w III Rzeszy i w Związku Sowieckim. Tym niemniej „pomajowa” władza odpowiadała za śmierć setek Polaków – zabitych podczas rokoszu, w trakcie strajków i demonstracji, zamęczonych w więzieniach i aresztach, zamordowanych skrytobójczo. To haniebna skaza na naszych dziejach, której nie przykryje natrętne przypominanie, że Hitler i Stalin byli jeszcze gorsi.

– Są w ojczyźnie rachunki krzywd – napisał poeta. Ofiar zamachu majowego i innych zamordowanych przez sanację nie uczczono do dziś. Kilka dziesiątków lat przed „moralnym” rokoszem inny twórca dał przejrzystą wskazówkę, którą nie wszyscy raczyli przeczytać:

Na obce wojny zachowajcie męstwo.

W wojnie domowej – śmiercią jest przegranie.

W wojnie domowej hańbą jest zwycięstwo.

Andrzej Solak

Zaplute karły ochlokracji

Zaplute karły ochlokracji

Autor: CzarnaLimuzyna, 12 maja 2026

Czasy Ochlokracji Walczącej to wymarzony okres dla karłów. Otoczenie przestaje nazywać ich karłami – to po pierwsze, a po drugie szybka ścieżka kariery i awansu pozwala im na regularne wywyższanie się, co lubią najbardziej. Ja jednak skupię się na wydarzeniach, które wydały mi się, w ostatnim czasie, najbardziej śmieszne.

Tajemnicze zniknięcie Grzegorza Brauna – rozpłynął się w powietrzu

Przypadek Grzegorza Brauna nie jest odosobniony. Kilka dni temu zniknął wiceminister Zmarzły z Ministerstwa Energii. Zmarzły, a gwoli ścisłości zmarznięty wiceminister postanowił się rozgrzać wieczorową porą w budynku wynajmowanym przez resort. Jak doniosły złośliwe media poprzedniego dnia miał nieudaną próbę z alkoholem. Nieudaną do tego stopnia, że został nierozpoznany przez Ochroniarza i niewpuszczony do ciepłych pomieszczeń. Wiceminister Zmarzły przedstawił się jako Zmarzły, lecz Ochroniarz nadal nie chciał go wpuścić.

— Podawał się za Zmarzłego, a nie wyglądał… był z kobietą.

— Był kobietą? – spytał z niedowierzaniem Komisarz

— Nie – Ochroniarz zaprzeczył – był zy…, z kobietą

— Acha – Komisarz był wyraźnie rozczarowany. Przez chwilę miał nadzieję na bardziej barwne okoliczności, a tu, jak zwykle, nic ciekawego.

— Mówi Pan, że nie wyglądał na zmarłego? – włączyła się do rozmowy podkomisarz Arleta

— Nic takiego nie mówiłem – Ochroniarz był zdziwiony pytaniem

— No przecież pan mówił – “podawał się za zmarłego, a nie wyglądał” – nie ustępowała podkomisarz

— Na Zmarzłego nie wyglądał. Na Zmarzłego… w sensie nazwiska.

— Sprawdź nagrania z monitoringu – rzucił do podwładnej zirytowany Komisarz

Ostatecznie, jak się potem okazało, korzystając z resztek energii, Zmarzły wdarł się siłą do swojego gabinetu.

A tak opisał sytuację portal w postpolityce:

Wchodzący tłumaczył, że jest wiceministrem w Ministerstwie Energii i chce się dostać do swojego pokoju wypoczynkowego

— zaznaczył wspomniany pracownik.

W drodze do wind zaczął wyzywać mnie od chamów i zażądał mojego nazwiska. (…) Po wyjściu z windy (…) ponownie wyzywał mnie od chamów i prostaków i naruszył moją nietykalność cielesną, odpychając mnie ręką

— przekazał ochroniarz.

Dwa dni potem ekipa gończa PiS próbowała wytropić wiceministra, a poseł Jabłoński podsłuchiwał nawet pod drzwiami.

…słyszeliśmy bardzo wyraźnie, że za tymi drzwiami są jakieś osoby, coś tam się w środku działo, ale zamknęli się na klucz, udawali, że ich tam nie ma, ale udawali dość słabo, bo można to było usłyszeć. Kilka osób nam wskazało, że to jest właśnie ten pokój, z którego korzystna pan minister Zmarzły. /tajemniczy pokój wiceministra…/

Ogólnie z opisu wynikało, że prawie wszystkie pomieszczenia były puste… tak jakby wszyscy nagle poznikali, a ci którzy się pojawiali sprawiali wrażenie pozbawionych energii, co wyraźnie kontrastowało z nazwą Ministerstwa.

To nie jedyne dziwne wydarzenie w polityce. Wspomniany na początku Grzegorz Braun zniknął w Prokuraturze, a potem pojawił się na jedną krótką chwilę i tylko po to, aby z niej wyjść.

Z relacji osób, które go widziały, wynika, że Braun, po raz kolejny, powiedział prawdę. Fakt ten wytrącił z równowagi ministra „Żurka z podwórka”. Podwórka zwanego ochlokracją. “Zamknąć!, Zatrzymać!, Zamknąć!, Zatrzymać!” — tak podobno miał wrzeszczeć w swoim gabinecie, minister.

Wyobraźmy sobie inne podwórko –  mały dziedziniec otoczony ze wszystkich stron murami starych warszawskich kamienic. Stoi tam odrestaurowana stara przedwojenna kapliczka z Matką Boską. Na jednej z bocznych ścian kamienicy można odczytać napis przypominający “mały sabotaż” z czasów okupacji:

Pałka, kajdanki, wódka, ogórek
Stalin powrócił? Nie, tylko Żurek

— Panie, jak tyć? Jak tu przytyć w takich czasach – pyta chudzielec stojącego w bramie grubasa.

Patologie. MEM-y IX.

———————

———————————————————–

———————————————————-

——————————————-

—————————————

———————————–

——————————-

—————————————————————

Ale ten pan nie jest rabinem „Polski”, lecz rabinem mieszkającym w Polsce

———————————————————————-

————————————————–

A wy narzekacie na kolejki do lekarzy… MEM-y VIII.

———————————————

—————————————————

—————————–

———————————–

——————————————-

————————————————–

————————————-

—————————

—————————————

Nowy dyrektor ZOO. MEM-y VII.

———————————————————–

—————————————–

————————————–

———————————————

———————————————

————————————–

———————————————–

——————————————————-

—————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Ukryte rządy

Ukryte rządy

Autor artykułu Marek Wójcik 11. maja 2026 world-scam.com/ukryte-rzady

Historia współczesnych amerykańskich think tanków zaczyna się nie w Waszyngtonie, lecz w Paryżu. W styczniu 1919 roku zwycięzcy I wojny światowej spotkali się na konferencji pokojowej w Wersalu. W skład delegacji amerykańskiej wchodziła grupa naukowców, bankierów i dyplomatów, którzy nazywali siebie „The Inquiry” – panel ekspertów osobiście powołany przez prezydenta Wilsona w celu przygotowania negocjacji pokojowych.

Tak zaczyna się fascynująca historia tworzenia postaw dzisiejszego głębokiego państwa. Historia jest oczywiście dużo starsza i trzeba by było zacząć od masonerii i jej zgubnego wpływu na losy świata. Jednak ten opis jest dobrym podsumowaniem tego, co jest przyczyną zmian w dzisiejszym świecie.

Wczorajszy artykuł na tkp.at nosi tytuł: Od klubu kolacyjnego do narzędzia kształtowania światowej polityki: historia amerykańskich think tanków i ich wpływ na Niemcy. Źródło.

Analiza geopolityczna, która nie uwzględnia wpływu Deep State na wszystkie większe i mniejsze państwa naszego świata, świadczy o nieznajomości autentycznej światowej sytuacji politycznej. Wszystkie ważniejsze wydarzenia polityczna takie jak plandemia kowida, wojna na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie, inwazja migrantów, histeria klimatyczna, geoinżynieria – wszystkie te katastrofy zostały zaplanowane i zrealizowane przez ten ponadpaństwowy nowotwór naszego świata.

Narzędzia, jakie wykorzystują to ONZ, UE Światowe Forum Ekonomiczne oraz praktycznie wszystkie rządy zarówno we wschodnim, jak i zachodnim świecie. Wpływ na polityków uzyskali poprzez uzależnienie ich kariery od wsparcia polityczno-medialnego w karierze również tych, którzy dotarli na szczyty władzy państwowej.

Była sobie kiedyś historia o Trumpie, złotym rycerzu na złotym koniu, który chciał pokonać złowrogą branżę farmaceutyczną i „głębokie państwo”.
Święty Trump wraz z Billem Gatesem pragnie zwalczać polio, HIV i inne choroby przy użyciu tych samych środków, dzięki którym udało mu się zrealizować swój wspaniały projekt „Operation Warp Speed”.

Źródło: Telegram 05.09.2025 r. 17:03.

Nie było złotego konia, zamiast rumaka pojawiła się złota statua.

Przywódcy ewangeliccy popierający ruch MAGA zebrali się w Mar-a-Lago i Trump National Doral Miami, aby poświęcić złotą statuę zadedykowaną Trumpowi, podczas gdy sam Trump dołączył do uroczystości zdalnie przez telefon.

Naturalnie, że wielkie mocarstwa dążą do uzyskania przewagi nad przeciwnikiem. Wiele jednak działań służy jedynie odwróceniu uwagi od autentycznych wydarzeń. W tym tygodniu ma dojść do spotkania szefów Chin i USA. Zobaczymy, jak tanio Trump sprzeda Chińczykom Tajwan? On lubi dobre deale.

Pan rycerz okazał się zbyt słaby na tak skrytego i podstępnego przeciwnika. Chęci pewnie miał, by dobrać się do skóry szarym eminencjom. Kiedy walczy się ze spiskiem budowanym przez setki lat, to kilka spontanicznych akcji może nawet ich zaskoczyć, jednak w końcu znajdą, jakiegoś epsteinowskiego haka, by ustawić go razem z jego ego tam, gdzie sobie tego życzą. Owszem zakończył kretyński genderyzm, drastycznymi metodami zwalcza migrację, zmusił wielkiego Billa szczepionkologa do zwrotu z histerii płonącego świata, w kierunku bardziej mroźnym. Kierunek nie ważny, ważna skrajność, bo tylko skrajne groźby wywołują strach.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

W Azji Zachodniej rodzi się nowy porządek

Pepe Escobar: W Azji Zachodniej rodzi się nowy porządek

Autorstwa Pepe Escobara

Prawie cała planeta zapłaci niezwykle wysoką cenę za najnowszą amerykańską demencję .

Zacznijmy od operacji pod fałszywą flagą.

Iran zaatakował port Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – „święty Graal” eksportu ropy naftowej – ponad tuzinem pocisków balistycznych i manewrujących.

Nie, nie zrobił tego. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej stanowczo temu zaprzeczył. Media w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – skrajnie cenzurowanej organizacji – zaczęły rozpowszechniać twierdzenie, że atak miał swoje źródło w Arabii Saudyjskiej.

Mgła wojny. Nikt nie może odkryć prawdziwego źródła operacji pod fałszywą flagą. Dość łatwo obliczyć, kto na niej skorzysta.

Następnie Arabia Saudyjska i Kuwejt zablokowały Stanom Zjednoczonym dostęp do swoich baz lotniczych (teraz już przywróconych) – byli bardzo poirytowani, ponieważ Pentagon całkowicie zbagatelizował atak na Fudżajrę (po raz kolejny sugerując, że była to operacja pod fałszywą flagą).

Dla absurdalnego Sekretarza Obrony USA rakiety wystrzelone nad Fudżajrą nie były naruszeniem i tak już kruchego zawieszenia broni.

Barbaria była wściekła na kontratak Rijadu. W rezultacie okrzyknięta „humanitarna” operacja Wolność, Swoboda, czy jakkolwiek się nazywała – mająca na celu „odblokowanie” Cieśniny Ormuz – zniknęła w niecałe 48 godzin.

Oficjalnym powodem był „ogromny postęp w negocjacjach”. Postęp jest praktycznie zerowy. Prawdziwym powodem nie był impas operacyjny spowodowany zamknięciem przestrzeni powietrznej przez Rijad. To był oszałamiający pokaz siły ognia Iranu, który dosłownie zaparł dech w piersiach Pentagonowi w piersiach. Oczywiście nic nie zostało oficjalnie potwierdzone. Mgła wojny.

Zaraz potem Amerykanie zaatakowali irański tankowiec Hasna w pobliżu Cieśniny Ormuz i uszkodzili jego ster za pomocą działa Super Horneta.

Irańska odpowiedź była ostra: połączenie pocisków balistycznych i manewrujących skierowanych przeciwko okrętom, dronów kamikaze z głowicami odłamkowo-burzącymi oraz łodzi motorowych. Ofiarami były trzy amerykańskie niszczyciele – Truxtun, Mason i Rafael Peralta – próbujące przepłynąć Cieśninę Ormuz od strony Zatoki Omańskiej.

Niszczyciele dosłownie uciekały, ratując życie. Operacja morska Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) była tak zacięta, że ​​musieli użyć systemów obrony ostatniej szansy, takich jak działa CIWS.

——————-

[CIWS (ang. Close-In Weapon System), czyli system artyleryjski obrony bezpośredniej, to w pełni zautomatyzowany, okrętowy system obrony przed pociskami rakietowymi, samolotami i dronami. Działa jako „ostatnia linia obrony”, gdy inne systemy zawiodą, niszcząc zagrożenia w bliskiej odległości (zwykle do 1,5 km) za pomocą szybkostrzelnych działek (20–30 mm) sterowanych radarem. ]

———————————————

Ebrahim Zolfaghari, niezrównany rzecznik siedziby Khatam al-Anbiya, ujawnił szczegóły:

Amerykański okręt wojenny próbujący przepłynąć przez Cieśninę Ormuz został zniszczony przez flotę Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Dwa inne okręty, które przybyły mu z pomocą, zostały poddane silnemu ostrzałowi i zmuszone do ucieczki.

Dane satelitarne z satelity FIRMS NASA wykazały następnie, że duży pożar, wcześniej odkryty w prowincji Musandam w Cieśninie Ormuz, przesunął się z pierwotnego miejsca, co sugeruje, że płonący statek dryfował z prądem. Drugi duży pożar odkryto również 30 km na zachód od małej wyspy Larak.

Pożary miały miejsce dokładnie w tym samym rejonie, w którym niszczyciele zmuszone były użyć systemów obrony bliskiego zasięgu CIWS, 5-calowych dział okrętowych oraz karabinów maszynowych kalibru .50 w obliczu salwy rakiet IRGC wystrzelonych z wybrzeża Bandar Abbas.

Amerykańska odpowiedź, w bezsilnej wściekłości, polegała na atakach na kilka punktów na wyspie Keszm. To niczego nie zmieni.

Krótko mówiąc: w ciągu niecałych 48 godzin Iran i Barbaria przeszli od „ogromnego postępu” w opracowaniu wątpliwego, jednostronnego Memorandum of Understanding (MoU) – w rzeczywistości zredagowanego przez syjonistyczne psy – do wojny bez tabu.

Witamy zatem w „zawieszeniu broni”, które obowiązywało przez cały miesiąc, począwszy od 8 kwietnia, a teraz przerodziło się w sporadyczne strzelaniny (będzie ich więcej), podczas gdy zarówno Barbarzyńcy, jak i Iran mówią: „Odejdźcie, nie ma tu nic ciekawego”.

Nie wolno ci niczego eskortować.

Niezaprzeczalnym wnioskiem, jaki można wyciągnąć z tych wszystkich desperackich działań, jest to, że Marynarka Wojenna USA nie jest w stanie eskortować nawet mewy, a co dopiero tankowca przez Cieśninę Ormuz.

I tak będzie się działo nieustannie od tej chwili.

Marynarka Wojenna Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej udowodniła, że ​​potrafi stosować zarówno zagłuszanie o niskiej intensywności, jak i agresywne taktyki eskalacji, których nie przewidzieli niekompetentni funkcjonariusze Pentagonu.

To okaże się skuteczne, nawet jeśli użyją tylko prostej broni przeciwokrętowej. Nie muszą nawet zatopić amerykańskiego okrętu wojennego. Wystarczy, żeby wywołać panikę.

Oczywiste jest, że żaden właściciel tankowca czy statku towarowego, ani żadna firma ubezpieczeniowa nie zgodzi się na „eskortę” pod ostrzałem najpotężniejszej marynarki wojennej w historii galaktyki.

W związku z tym Cieśnina Ormuz pozostaje całkowicie pod kontrolą Iranu – a jej przejście musi zostać wynegocjowane z zupełnie nowym organem, Władzami Cieśniny Zatoki Perskiej.

Z militarnego punktu widzenia nie ma sposobu na jej „otworzenie” – poza samobójczą inwazją lądową i późniejszą stałą okupacją.

Tymczasem Zjednoczone Emiraty Arabskie – ze swoimi misternymi planami ucieczki z OPEC i OPEC+, aby eksportować ropę z Fudżajry, jakby jutra miało nie być – lepiej zrobiłyby, łącząc swoje zasoby.

Ali Khedryan, członek Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego w irańskim parlamencie, oświadczył: „Republika Islamska nie uważa już ZEA za sąsiada, lecz za wrogą bazę”.

Teheran poświęcił sporo czasu na zbadanie dowodów na to, że myśliwce ZEA zrzuciły pozory i przeprowadziły bezpośrednie ataki na terytorium Iranu. Oznacza to, że Teheran może w każdej chwili przeprowadzić niszczycielskie ataki na ZEA. Nie ma mowy o operacji pod fałszywą flagą: to jest prawdziwy przypadek.

Cała planeta płaci cenę za amerykańską demencję

Wszystko to może wskazywać na pewną drogę do piekła. A biorąc pod uwagę, że Pawian Barbarii, gdyby tylko miał wolę, mógłby szczerze spróbować wypracować wyjście, którego tak rozpaczliwie potrzebuje.

Pierwszym krokiem byłoby usunięcie Twedledee i Twedleduma, Głupiego i Głupszego Witkoffa -Kushnera, z funkcji negocjatorów: Irańczycy już odmówili rozmów z tymi błaznami.

Jeśli chodzi o kwestię nuklearną, Amerykanie mogliby zadowolić się całkowicie realnym 5-letnim moratorium na wzbogacanie uranu, a następnie wzbogacaniem do 3,6%, rozdrobnieniem istniejących zapasów, które pozostałyby w Iranie, powrotem inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (Irańczycy zgodzili się na to jeszcze przed wojną) oraz brakiem jakichkolwiek wątpliwych klauzul wyjścia.

Każde ziarenko piasku na starożytnym Jedwabnym Szlaku przez Persję wie, że amerykańska „społeczność wywiadowcza” – no dobrze, może to być sprzeczność – wiedziała, że ​​Iran nie pracuje nad bronią jądrową.

Oni – a zwłaszcza analitycy i handlowcy z Zatoki Perskiej – wiedzieli również, że w razie wojny Iran nieuchronnie zaatakuje amerykańskie imperium baz i zamknie Cieśninę Ormuz.

Sankcje pozostaną głównym punktem spornym. Ani „Pawian Barbarzyństwa”, ani Kapitol nigdy nie zgodzą się na całkowite zniesienie sankcji, zwłaszcza jako warunek wstępny ostatecznego porozumienia, a co więcej, z gwarancjami Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Amerykanie obstają przy „stopniowym” znoszeniu sankcji. Teheran w to nie wierzy; widział, co się stało po JCPOA.

To samo dotyczy wypłaty reparacji: Stany Zjednoczone nigdy się na to nie zgodzą. Właśnie tutaj pojawia się punkt poboru opłat w Cieśninie Ormuz, który mógłby zastąpić reparacje.

Pentagon musi stawić czoła rzeczywistości i przyznać, że jego imperium baz w Zatoce Perskiej jest bezużyteczne, a co gorsza: stanowi strategiczne obciążenie. Większość baz została już zniszczona.

Następnie mamy Cieśninę Ormuz i pytanie, jak przywrócić ją do stanu sprzed wojny.

Z perspektywy Teheranu ta nostalgiczna podróż nigdy się nie wydarzy. Stratosferycznym cudem byłoby globalne porozumienie przy wsparciu Rosji i Chin – ze starannie wynegocjowanymi gwarancjami bezpieczeństwa zarówno dla Iranu, jak i monarchii naftowych Zatoki Perskiej.

Nie polegaj na tym.

Powtórzmy: Iran – nawet pod nowym przywództwem Chameneiego – nie chce posiadać broni jądrowej i pozostaje pełnoprawnym członkiem Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej. Nie potrzebuje broni jądrowej. Dysponuje licznymi, wysoce zaawansowanymi strategicznymi mechanizmami odstraszania.

Imperium chaosu, kłamstw, grabieży i piractwa nie jest w stanie negocjować w dobrej wierze. Z definicji, wyjątkowość nieuchronnie oznacza ultimatum i kapitulację. Realistycznie rzecz biorąc, droga przed nami będzie długa, kręta, mozolna i niezwykle niebezpieczna, ale niemal na pewno doprowadzi do strategicznej porażki Stanów Zjednoczonych – z nieprzewidywalnymi globalnymi konsekwencjami.

Fakty: Wojna jest daleka od zakończenia. Kontrola Iranu nad Cieśniną Ormuz jest przesądzona. Iran – wspierany przez Rosję i Chiny – nie pozwoli na odbudowę imperium baz w Zatoce Perskiej. Iran uzyskał już status regionalnego supermocarstwa – i głównej potęgi euroazjatyckiej. W Azji Zachodniej wyłania się nowy porządek.

Tragedią jest to, że praktycznie cała planeta zapłaci niezwykle wysoką cenę za ten najnowszy przypadek amerykańskiej demencji. W obliczu niszczenia infrastruktury globalnej gospodarki w czasie rzeczywistym, trzy nieuniknione fakty nie przynoszą pocieszenia: petrodolar jest skazany na zagładę; ta sztuczna, lśniąca konstrukcja, ZEA, jest skazana na zagładę; i hegemonia USA jest skazana na zagładę.

Źródło: Na horyzoncie widać nowy porządek w Azji Zachodniej

Rosja i Chiny w roli mediatorów w Zatoce Perskiej?

Rosja i Chiny są zdecydowane zastąpić USA

w roli mediatorów w Zatoce Perskiej.

Larry C. Johnson

Przypomnij sobie zwrot: „architektura bezpieczeństwa”. Termin „architektura bezpieczeństwa Zatoki Perskiej” został użyty przez prezydenta Putina i chińskiego ministra spraw zagranicznych Wang Yi podczas rozmów z irańskim ministrem spraw zagranicznych podczas jego wizyty w Rosji 27 kwietnia oraz w Pekinie w dniach 5–6 maja 2026 r. Termin ten odnosi się do wielostronnych, regionalnych ram długoterminowej stabilności w Zatoce Perskiej i szerzej na Bliskim Wschodzie.

Termin „architektura bezpieczeństwa” w Zatoce Perskiej nie jest nowym terminem dyplomatycznym wymyślonym na potrzeby tych wizyt. Rosja proponuje „architekturę bezpieczeństwa zbiorowego w Zatoce” co najmniej od 2019 roku, a minister spraw zagranicznych Ławrow po raz ostatni powtórzył tę propozycję 28 lutego 2026 roku, w dniu rozpoczęcia wojny. Chiny poparły proponowaną przez Rosję koncepcję bezpieczeństwa zbiorowego, która zastąpiłaby amerykański parasol obronny w Zatoce Perskiej i zapewniłaby Rosji pozycję silnego gracza obok – lub zamiast – Stanów Zjednoczonych.

Podczas spotkania z prezydentem Putinem minister spraw zagranicznych Aragczi oświadczył, że Iran „popiera stworzenie nowej, powojennej architektury regionalnej, która umożliwi koordynację rozwoju i bezpieczeństwa”. Na kolejnym spotkaniu chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi oświadczył, że Pekin „popiera stworzenie regionalnej architektury pokoju i bezpieczeństwa, w której kraje regionu będą wspólnie uczestniczyć, chronić wspólne interesy i osiągać wspólny rozwój”. (S&P Global)

Wang Yi nazwał także wojnę USA i Izraela przeciwko Iranowi „nielegalną” i sformułował trzy zasadnicze stanowiska Chin: poparcie dla wszystkich uzasadnionych żądań Iranu, poparcie dla wycofania amerykańskich baz wojskowych z całego regionu Zatoki Perskiej oraz aktywne uczestnictwo w kształtowaniu porządku powojennego.

Termin „architektura bezpieczeństwa” to dyplomatyczny kod oznaczający fundamentalną restrukturyzację kwestii tego, kto gwarantuje bezpieczeństwo w Zatoce Perskiej i na jakich warunkach – a kto jest wykluczony.

Koncepcja ta składa się z kilku konkretnych elementów:

Po pierwsze, wycofanie sił zbrojnych USA. Głównym żądaniem – podzielanym w równym stopniu przez Iran, Rosję i Chiny – jest wycofanie przez Stany Zjednoczone swoich baz wojskowych, grup uderzeniowych lotniskowców i gwarancji bezpieczeństwa z regionu Zatoki Perskiej. Dotyczyłoby to baz w Bahrajnie (siedzibie Piątej Floty USA), Katarze, Kuwejcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej.

Po drugie, zastąpienie jej ramami regionalnymi. Proponowana koalicja zrzeszałaby państwa Zatoki Perskiej, Rosję, Chiny i inne zainteresowane strony w ramach wielostronnego porozumienia, przy czym Rosja dostrzegałaby swoją przewagę w tym, że w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych utrzymuje dobre relacje ze wszystkimi stronami – w tym z Iranem.

Po trzecie, Iran jako prawowita potęga regionalna. Araghchi powiedział irańskim mediom, że „nasi chińscy przyjaciele uważają, że Iran po wojnie różni się od Iranu sprzed wojny. Jego pozycja międzynarodowa poprawiła się, a Iran zademonstrował swoje możliwości i siłę. Dlatego na horyzoncie rysuje się nowa era współpracy między Iranem a innymi krajami”. W ten sposób architektura formalnie legitymizuje dominującą rolę Iranu w bezpieczeństwie Zatoki Perskiej, zamiast traktować go jako zagrożenie, które należy powstrzymać. (ING THINK)

Po czwarte, administracja Cieśniną Ormuz. PGSA i system zezwoleń tranzytowych opisany przez Iran stanowią de facto pierwszy konkretny instytucjonalny przejaw tej architektury – Iran tym samym ustanawiając suwerenną władzę administracyjną nad najpoważniejszym wąskim gardłem świata.

Po piąte, powiązanie z szerszym porządkiem wielobiegunowym. Trójkąt Rosja-Iran-Chiny stał się siłą napędową tego, co jego zwolennicy nazywają „integracją euroazjatycką i wielobiegunowością”, a architektura bezpieczeństwa Zatoki Perskiej stanowi mikrokosmos nowego porządku globalnego, który Chiny promują na poziomie makro.

Ta koncepcja doprowadziłaby do faktycznego rozpadu architektury bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, budowanej przez dekady poprzez dwustronne umowy obronne, bazy wojskowe i obecność lotniskowców. Państwa Zatoki Perskiej stoją przed trudnym dylematem strategicznym: nie mogą sobie pozwolić na zerwanie więzi ze Stanami Zjednoczonymi, ale nie mogą też utrzymywać struktury sojuszniczej, która narażałaby ich bezpieczeństwo na decyzje podejmowane poza ich granicami. (IFPRI)

Wiele państw Zatoki Perskiej jest zaniepokojonych konfliktem i wątpi w wiarygodność Stanów Zjednoczonych jako gwaranta, choć równie mocno niepokoją się rosnącymi wpływami Izraela w regionie po atakach na Katar we wrześniu 2025 r. (Wisfarmer)

Krótko mówiąc, „architektura bezpieczeństwa” to uprzejme określenie wyparcia amerykańskiej potęgi z Zatoki Perskiej i zastąpienia jej wielostronnymi strukturami, w których Iran, Rosja i Chiny są równoprawnymi – lub dominującymi – aktorami. Można argumentować, że jest to prawdopodobnie najważniejsza ambicja geopolityczna, jaka wyłoniła się z tego konfliktu.

Dziś otrzymałem kolejne dowody na to, że rosyjsko-chińska wizja nowej architektury bezpieczeństwa jest realna i może nabierać rozpędu. W rozmowie z nowym znajomym, mającym dobre kontakty z pakistańską agencją wywiadowczą (ISI), poinformował mnie on, że bardzo wysoki rangą funkcjonariusz ISI – jego osobisty przyjaciel – powiedział mu na początku tego tygodnia, że ​​Arabia Saudyjska i Katar zamierzają zerwać więzi bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi. Podobno chcą znaleźć się pod parasolem bezpieczeństwa oferowanym przez Rosję i Chiny. Jeśli to prawda, oznaczałoby to dalszą erozję hegemonii USA.

Źródło: Rosja i Chiny poważnie myślą o zastąpieniu USA w roli wpływowych graczy w Zatoce Perskiej

Poczobut, czyli wiwisekcja polskiej racji stanu

Poczobut, czyli wiwisekcja polskiej racji stanu

lukasz

10 maja, wpis nr 1407 Napisał i przeczytał [w oryg. ] Jerzy Karwelis

W dniu 28 kwietnia zwolniono na Białorusi politycznego więźnia, Polaka, Andrzeja Poczobuta. To działacz polonijny działający na Białorusi, aresztowany w marcu 2021 roku, zaś w 2023 roku skazany na 8 lat więzienia w kolonii karnej. Dzięki temu wydarzeniu i tym razem pewnie tylko wnikliwi będą mieli okazję zajrzeć za kulisy polskiej polityki zagranicznej, która – znowu okazało się, że ma znaczenie jedynie dla polityki wewnętrznej. I to polityki wewnętrznej na poziomie nawalanki plemiennej.

Rozpoczęła się medialna licytacja kto tak naprawdę przyczynił się do tego „sukcesu polskiej dyplomacji”. A polska dyplomacja potrzebuje sukcesu jak kania wody, gdyż do tej pory to jedynie jej porażki świadczyły o jej istnieniu. A ponieważ dzięki błogosławionej Konstytucji polityka zagraniczna jest tragicznie rozdzielona pomiędzy rząd i prezydenta, obie te instytucje, szczególnie gdy są z rozbieżnych obozów politycznych, jak często wypinają piersi po nagrody gdy coś się uda, tak rzadko biorą na siebie odpowiedzialność w razie porażki. I tu mieliśmy też taką licytację – a to media dowcipne zwane liberalnymi wskazywały na uwolnienie Poczobuta jako sukces Tuska, a to media plemiennie przeciwne wskazywały, że to prezydentowi Nawrockiemu osobiście podziękował za wkład specjalny wysłannik USA ds. negocjacji w sprawie uwolnienia więźniów politycznych, John Coale.

Znaki

Tu trzeba się trochę zatrzymać nad samym procesem wymiany więźniów. Tak dla wyklarowania sytuacji, bo wielu nowych w temacie, szczególnie wzmożonych tym „sukcesem” dyplomacji Sikorskiego, może myśleć, że tu Polacy ryli, chodzili i po wielu latach udało się (naszym!) uwolnić naszego z rąk wschodnich siepaczy. Prawda jest zaś taka, że wymiany więźniów idą w najlepsze od dawna, zaś sam pan Coale nic innego nie robi od lat, tylko zabiega o zwolnienie więźniów ze wschodnich satrapii. Polaków udział tu jest praktycznie żaden i znowu polska żaba podsuwa nogę, kiedy konie kują, ku uciesze innych, zakompleksionych żab, że my tu z końmi, panie żaba, wykuwamy podkowy przyszłości.

Źródło: AI

Źródło: AI

Dowód na naszą niemoc w tym względzie został przedstawiony podczas największej wymiany 28 osób (licząc z dziećmi) z 1 sierpnia 2024 roku, która miała miejsce na lotnisku w Ankarze. Gdyby Polska miała w tej wymianie cokolwiek do gadania, to od wtedy Poczobut byłby na wolności. A tak, oddaliśmy do puli wymiany złapanego u nas rosyjskiego szpiega, w zamian za to nie dostaliśmy nikogo do nas, zaś w tej wymianie samych niemieckich obywateli Niemcy otrzymali z pięć sztuk, my zaś figę i Poczobut musiał poczekać prawie dwa lata na swoją kolej. I wtedy też, tak jak i teraz, Amerykanie – właściwi organizatorzy wymian – podziękowali Polsce za współpracę, co jak widać nie oznaczało, żeśmy coś tam z Łukaszenką wynegocjowali, dostarczyliśmy tylko po jednym szpiegu do wymiany. Przeszliśmy się po prostu do własnego więzienia, z którego wypuściliśmy raz udającego dziennikarza na uśmiechniętych salonach Rubcowa, vel Gonzaleza, drugi teraz – tym razem za Polaka – nasz udział mógł sprowadzać się jedynie do wydania na wymianę Aleksandra Butiagina, archeologa, który na wniosek Ukrainy został zatrzymany w Polsce przed pięcioma miesiącami. A w polskich mediach możemy poczytać jakaż to tajemnicza i subtelna była ta gra naszych służb na międzynarodowych fortepianach.            

Najgorszy w tym wszystkim jest w sumie żenująco prawdziwy przekaz tej bezsensownej rywalizacji, któryż to obóz doprowadził do wymiany, i to, że naród nie widzi rzeczywistego kontekstu tego kolejnego pozornego sporu nad sukcesem. Otóż dwa obozy polityczne licytują się w sumie co do tego kto ma na tyle dobre kontakty z USA, które okazało się, że załatwiły całą wymianę 5 za 5. Czyli, jak mawia Jacek Bartosiak, nie ma tu chwalenia się kto załatwił wymianę, tylko o to „kto jest bliżej słoneczka”, czyli Amerykanów, na tyle, by poprosić ich o pośrednictwo, a właściwie – uwaga! – po raz pierwszy spowodować dopisanie Polaka do wielokrotnych wymian więźniów pomiędzy Białorusią a Zachodem.

Ten tumult zagłusza podstawowe pytanie, przed którym uciekają zarówno polscy politycy, jak i plemienne media. Pytanie to brzmi: jak to się stało, że Polacy, w końcu sąsiedzi Białorusinów, muszą prosić zaoceanne mocarstwo o pośrednictwo w kontaktach z Białorusią? A ponieważ zarówno oba plemienne obozy polityczne, jak i oba obozy plemiennych mediów są równo winne tej sytuacji – wszyscy chcą, by takie pytanie nie padło, bo nie ma na nie optymistycznych odpowiedzi. Tu, jak w coraz większej ilości spraw, mamy do czynienia z pełnym POPiS-em, efektami wspólnych i długoletnich działań, a zwłaszcza zaniechań, nie dziwota więc, że przekierowuje się uwagę publiczności w kierunki zmyłkowe pt. – czyj to sukces? A trzeba zapytać – czyja to porażka, że do tego doszło? Spróbujemy więc my o to zapytać, czyli dotrzeć do jednego z wielu aspektów hodowanej od lat słabości III RP.    

Dowód wprost, jak to jest z nami i Białorusią istnieje naprawdę, leży od dawna na stole newsów polskich. Oto w czerwcu zeszłego roku Ministerstwo Obrony Białorusi zwróciło się do rządu polskiego z oficjalną notą o wznowienie dialogu, którego brak „może doprowadzić do nowej wojny w Europie”, której areną będą terytoria Polski i Białorusi. Panom od Sikorskiego zabrało dwa miesiące, by odpowiedzieć Białorusi, że rząd polski „kategorycznie odrzuca przywrócenie dialogu z Białorusią”. Jako argument podano wrogie działania hybrydowe prowadzone z terytorium Białorusi przeciwko Polsce (ataki hybrydowe, migracyjna presja, współpraca z Rosją, prowokacje). Za warunek „przywrócenia dialogu” (jakiego przywrócenia, skoro on nie istnieje praktycznie od początku istnienia Białorusi?) rząd wyznaczył zaprzestanie wrogich działań, zdystansowanie się od Rosji i uwolnienie więźniów politycznych. Postulat zdystansowania się od Rosji (coś jakby powiedzieć Polakom: zrezygnujcie z USA, to wtedy pogadamy) był na tyle zaporowy, że w sumie oznaczało to: walcie się! Po takich buńczucznych oświadczeniach nagle, czyli dzisiaj, okazało się, że – jak utrzymują media i politycy – jednak z Białorusią gadamy, skoro jest wymienny sukces. To pokazuje dwie opcje: albo władze z mediami kłamią, albo całość załatwili jak zwykle Amerykanie, a nasi rżną głupa. Zresztą obie te opcje są możliwe naraz, co tylko potwierdza naszą bardziej usługową rolę, polegającą na dostarczeniu z polskich kazamatów wyznaczonego przez Jankesów więźnia do wymiany.

Polska polityka wschodnia, czyli krytyczny dialog

Skąd się wzięła taka sytuacja? Ano trzeba się cofnąć do początków III RP. Jak się popatrzy na naszą, pożal się Boże, politykę wschodnią, to widać w niej całą rozciągłość polskiej podległości. To ona pośrednio doprowadziła do tego, że mamy w Białorusi więźniów politycznych, Polaków, będących ofiarą tej polityki, która stworzyła sytuację, że goście z Waszyngtonu muszą latać do Łukaszenki dla załatwienia naszych spraw. Mamy tu do czynienia z śmiertelnym zbiegiem okoliczności wynikających z klientelizmu polskich elit, które dopuściły swą skalkulowaną podległością do fatalnego zbiegu nie okoliczności, ale kumulacji interesów obcych, ponad polską racją stanu.

Polska ma swe geopolityczne interesy w granicach jeszcze pierwszej Rzeczpospolitej. Nasza historia to historia rywalizacji na obszarze Międzymorza z rosnącą potęgą Rosji, kiedyś my wygrywaliśmy – teraz wygrywa Rosja. Ale to nie kasuje naszych interesów, wprost przeciwnie. Twardej sile powinniśmy przeciwstawić – jeszcze wtedy kiedy to coś znaczyło – soft power, czyli wszystkie niemilitarne czynniki wpływu na nasze najbliższe geopolityczne otoczenie. Białoruś, obok Ukrainy, jest tu dla nas kluczowa z powodów, o których powiemy sobie później, teraz o tym jak to wyszło, że nie wyszło i nie wychodzi.

Doszło do tolerowanego zbiegu realizacji interesów Niemiec i USA w naszym regionie, w którym Polska zgodziła się na rolę podrzędną, ba – harcownika-podżegacza konfliktu, za który zapłaciła nie dość, że wizerunkową porażką polskiej dyplomacji operacyjnej, czy upadkiem wymiany handlowej, ba! – naraziła na śmiertelne zagrożenie ponad 400.000 Polaków zamieszkujących na Białorusi. Zacznijmy od czynnika niemieckiego.

Źródło: AI

Dla Niemców obszar Europy Środkowo-Wschodniej to obszar kluczowy – niemiecki Lebensraum, półkolonia, rezerwuar siły roboczej i prostej, uzupełniającej produkcji. W tym rejonie nie ma dla Berlina mowy, by jakiś kraj realizował swoje interesy geopolityczne. Jedynym wyjątkiem dla Niemców jest tu udział Rosji, której aspiracje do tego regionu Berlin rozumie, w realizacji długofalowej polityki jeszcze z czasów Bismarcka, że Europą zarządzają Niemcy w porozumieniu z Rosją. I jedyne tu ruchy są akceptowalne dla Berlina jako uzasadnienie apetytów Rosji na ten region, ostatnio podzielony na Bugu. Co na wschód to rosyjskie, łącznie z Ukrainą, z Bałtami to się jeszcze zobaczy. I Niemcy, czy to w porozumieniu z Moskwą, czy to na własny rachunek torpedowali wszelkie polskie pomysły na wciągnięcie Białorusi w orbitę Zachodu za pomocą polskiego mostu. W najlżejszym wariancie podbudowywałoby to Polskę, w najgorszym – gniewało Kreml.

Łukaszenka jako zalotnik

A sytuacja po 1994 roku była ciekawa. Łukaszenka, podobnie jak Putin, dostał władzę na Białorusi jako pogromca smuty, podobnego do jelcynowskiej degrengolady wynikającej z oligarchizacji modelu demokracji zachodniej. Podobnie jak Putin dostał władzę, bo lud tego chciał (wtedy jeszcze nie mówiono, że wybory sfałszował). Tyle, że Putin uniezależnił się szybko od Zachodu, zaś Łukaszenka zaczął trudną grę o zbalansowanie u siebie wpływów rosyjskich i zachodnich. Chciał mieć i jedno, i drugie – i spokój z Moskwą, i udział w rozwoju za zachodnie środki.

Pech polegał na tym, że Łukaszenka miał też dwa zbiegi okoliczności – oba niekorzystne dla niego. Po pierwsze na takie zachodnie harce w swojej strefie wpływów krzywo patrzył się Kreml, a więc – skoro ten się dogadywał z Berlinem na grubsze deale – to europejskie zaloty Łukaszenki zostały odrzucone. Głównie za pomocą niemieckiego narzędzia Unii Europejskiej. Drugi czynnik to były Stany. Te były wtedy w okresie majdanowania rosyjską strefą wpływów. Żadne dialogi, te – najwyżej z Moskwą. Z post-sowieckimi satelitami było jasne – wrogość na całego, by osłabić Rosję na przedpolach, wywoływanie kryzysów, kontestowanie wyników wyborów, hodowanie wrogiej emigracji, doginanie sankcjami. Za każdą cenę – łącznie z represjami wobec lokalnej ludności – międzynarodowy standard poczynań Waszyngtonu.

Nie chcę tu, broń Boże, utrzymywać, że Łukaszenka to jakiś gołąbek białoruskiego patriotyzmu. To typ spod ciemnej gwiazdy, ale… nie odstający od normy, okazuje się, że nie tylko w tej części świata. Ale chciał zawodnik ugrać więcej w tej grze, zaś jego zaloty kolektywny Zachód kolektywnie odrzucił. A wiadomo jak to jest z odrzuconymi zalotnikami – ci zaczynają gromadzić dowody, że tak naprawdę to się nie starali, zaś sama panna ma wiele wad. I rzucają się w ramiona miłości zastępczej, wtedy już jedynej, za to – z braku alternatywy dla zalotnika – bardziej wymagającej. I tak skończył nasz Łukaszenka. Został przez Zachód wepchnięty w ręce Putina.

Ameryka jako podpuszczacz

Wspomnieliśmy Niemców jako pierwszy czynnik prowadzący do naszej wrogości w relacjach z Białorusią. Drugim czynnikiem jest Ameryka. Ta, jak tu już wspomniano, prowadziła politykę drażnienia się z Rosją w obszarze limes. Niestety w tej strategii zawiera się oddanie pod nóż lokalnej społeczności, całych narodów. Historia zapaści naszych stosunków z Białorusią, kiedyś nazwanych szyderczo już dziś brzmiącą polityką „krytycznego dialogu”, to smutna lista ciągłej dezintegracji każdej z szans. Nie mówię, że Łukaszenka zawsze chciał, zaś nasi zawsze nie chcieli – ale jedno jest pewne: to Zachód „się zaczął”, bo myślał, tak jak z Rosją (ale tu się szybko oduczył), że pobuczy się na wschodniego watażkę i ten skuli uszy po sobie. Albo się go wymieni, albo przekona, albo przekupi. Okazało się jednak, że samo istnienie Łukaszenki jest tu przeszkodą, a więc co miał zrobić? Zabić się albo przystać do Rosjan. I wiadomo co wybrał.

Wzorem innych akcji majdanowych – co przecież widział jak na dłoni nasz białoruski włodarz – na Białorusi dochodziło do sezonowych wzmożeń, szczególnie przy okazji wyborów. Pewnie też fałszowanych, ale ośmielę się stwierdzić, że na poziomie rosyjskim, to znaczy – fałszowanych nie na tyle, by przeważyć niekorzystne wyniki, ale by wyglądały one na prestiżowy plebiscyt gremialnego poparcia. Bo – tak uważam – na Białorusi czy w Rosji naród wybiera w większości swoich dotychczasowych rządzących, chodzi tylko o rozmiar tego wyniku. Dzielna, prozachodnia warstwa to mniejszość, represjonowana, ale mniejszość. I trzeba zwrócić uwagę, że ta cecha poddania represjom, oczywistym w systemach autorytarnych, powinna mitygować Zachód w przypadku oddawania bezbronnych ludzi w ręce siepaczy. A nie mityguje.

Powinni się także mitygować w tym wypadku i pośrednicy takich zakusów. Na ten przykład Polska. Polska dyplomacja do beznadziejnej przecież akcji mającej osłabić, ba – obalić! Łukaszenkę wystawiła i wystawia nie tylko Związek Polaków na Białorusi, ale całą naszą tamtejszą mniejszość. Lepiej im było dać szanse repatriacji z reżymu, niż wystawić ich na gremialny strzał. Przecież było wiadomo, że tam kopia Majdanu nie przejdzie, zaś Łukaszenka weźmie się za Polaków, dla przykładu choćby. Stąd się wzięli Polacy w białoruskich więzieniach, łącznie z Poczobutem. Wiadomo było, że Łukaszenka to zrobi, tak jak wiadomo czym się kończy wkładanie ręki za kraty klatki z tygrysem. Tygrys – wiadomo – chapnie, ale czy to do końca jego wina? Tu zaś Polska dawała użyć swojej mniejszość, swoich rodaków, do straceńczych zadań, niepolskiej w dodatku proweniencji. W dodatku osłabiających naszą jakąkolwiek sprawczość w najbliższym otoczeniu, czego dowodem jest polska radość z tego, któreż to plemię załatwiło z Amerykanami uwolnienie jednej z ofiar swej straceńczej polityki…

A Amerykanie właśnie zrewidowali swoje podejście do Rosji. Zaczynają się dogadywać i z Białorusią, z którą Trump zdaje się mieć bardziej zabiegające relacje niż z… Polską. I znowu, jak z Ukrainą, ba – ze wszystkim – zostaniemy z tą swoją polityczką jak Himilsbach z angielskim. Świat nam odjedzie, a my pozostaniemy na peronie, bez biletu, z tym całym polskim kramem w pustych walizkach. Po więźniach przyjdzie na gospodarkę i co zrobimy jak się Ameryka zacznie dogadywać z naszym sąsiadem, z którym my nie mamy i nie chcemy mieć przestrzeni nawet do rozmów? Będzie to samo co z Ukrainą, z tą różnicą, że nasze zaangażowanie w tym regionie to już tylko funkcja interesów niemieckich. Z Białorusią możemy zostać ostatni w kolejce, jak zwykle wyśmiewani, i – jak z Ukrainą – winni wszystkiemu.

Po co nam Białoruś?

No, powie ktoś – tyle awantury o nic, bo co by nam przyszło z takiej Białorusi? Najgłębiej co do potencjału naszych dobrych stosunków z Mińskiem wypowiedział się think tank „Strategy & Future”. Tam panowie od lat wskazywali na Białoruś jako na czynnik wręcz zwrotny w naszej geopolityce. To było jeszcze sprzed czasów ich obecnej fascynacji kierunkiem ukraińskim, ale tamte argumenty wciąż pozostają obowiązujące. Co bym nam dała przyjazna i kooperatywna Białoruś? Po pierwsze pewne balansowanie zagrożenia rosyjskiego – nie wiadomo czy rosyjskie rakiety atomowe stałyby na białoruskiej granicy z Polską.

Przyjazna Białoruś przybliża ideę Międzymorza, demilitaryzuje zagrożenie na tzw. Przesmyku Suwalskim, osłabia region kaliningradzki, wzmacnia Bałtów, w końcu –  daje bezpieczeństwo naszej mniejszości na Białorusi, tworzy szanse bycia hubem dla białoruskiej gospodarki, łącznie z logistycznym wykorzystaniem polskich portów.

Bartosiak z S&F podaje również kilka narzędzi, którymi można powiązać tak Polskę z Białorusią, żeby mieć na nią wpływ i środki nacisku, gdyby doszło do presji na nią ze strony Moskwy:

  • Ekonomiczne i infrastrukturalne — polskie inwestycje, przejmowanie kluczowych aktywów, integracja z polskimi korytarzami transportowymi (np. Via Carpatia, CPK, porty bałtyckie).
  • Bezpieczeństwo — gwarancje polskie lub wspólne (w ramach szerszego sojuszu z USA), wsparcie dla zmiany elit na Białorusi (mniej prorosyjskie lub neutralne).
  • Miękka siła — oddziaływanie kulturowe, medialne, na polską mniejszość i społeczeństwo białoruskie.
  • W kontekście powojennego ładu — postulowanie, by w ewentualnych negocjacjach pokojowych (np. Trump-Putin) Polska wymusiła neutralność Białorusi i otwartość na polskie wpływy (w tym w Kaliningradzie).

Wiele z tych postulatów zdezaktualizowały ostatnie wydarzenia wojenne, czy spotkania na Alasce, ale zawsze można do nich wrócić. Trzeba tylko o nie zabiegać, zaś polska dyplomacja – jak widać – jest na poziomie otrzymywania listy szpiegów do zwolnienia z polskich więzień.

Wnioski

Sprawa dzielnego Poczobuta pokazuje prawdziwy poziom siły naszego państwa. Nie tylko płacimy za błędy z przeszłości, ale tkwimy w nich uparcie. Polska racja stanu jest codziennie przehadlowywana w samobójczym sporze plemiennym. Jesteśmy na własne i uparte życzenie przedmiotem w obcych interesach, które dla innych są tylko elementem ich wręcz taktyki, zawsze do porzucenia, a dla nas są to rzeczy ważne egzystencjalne.

I na koniec – III RP zdradziła i zdradza codziennie tak deklaratywnie hołubioną Polonię. Nie dość, że zapomina o naszych rodakach, to jeszcze wystawia ich na zagrożenie, by zrealizować klientelistyczne cele poddaństwa naszych polityków. I tu się kończy moja akceptacja, bo takich rzeczy nie można robić jedynie z głupoty. Takie numery to się wycina już wyłącznie z wyrachowania. 

I wtedy niech się spełni życzenie Mickiewicza, ale już jako przepowiednia dla takich zdrajców:
Jeśli zapomnę o Nich – ty Boże na niebie zapomnij o mnie!  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

A sprawiedliwość i tak po naszej stronie… MEM-y VI.

—————————–

———————-

——————————————

—————————————-

—————————————

——————————————

———————————————

——————————————-

Niezbędne ulgi dla prawników! MEM-y V.

————————————

——————————————-

—————————-

————————–

——————————————-

co tu ukrywać…

————————————————–

—————————–

————————————–

—————————————————-

—————————————————————-