NCZAS.INFO | Jedwabne,10.07.2001r. Uroczystości żałobne w 60. rocznicę zbrodni. Od lewej : ambasador Izraela prof. Szewach Weiss, Michael Schudrich, rabin Warszawy i Łodzi , prezydent Aleksander Kwaśniewski. Foto: PAP/Jacek Turczyk
Czas na prawdę o niemieckim mordzie i sfingowanej ekshumacji. 10 lipca 2026 roku mija 85 lat od tragicznych wydarzeń w Jedwabnem. W oficjalnej narracji – tej narzuconej Polakom przez media, część historyków i polityków po 2000 roku – to „polski pogrom Żydów”, w którym okoliczni mieszkańcy mieli spalić żywcem około 340 osób w stodole.
Prezydent Aleksander Kwaśniewski przeprosił w imieniu Narodu Polskiego, a Instytut Pamięci Narodowej (IPN) w raporcie z 2003 roku potwierdził rzekomą winę Polaków. Jednak dzięki monumentalnej dwutomowej monografii „Jedwabne. Historia prawdziwa” (ponad 2000 stron, Fundacja „Najwyższy Czas!”, pod redakcją dr Tomasza Sommera i prof. Marka Jana Chodakiewicza) oraz filmowi dokumentalnemu o tym samym tytule, prawda wychodzi na jaw. To nie był polski mord. To była niemiecka zbrodnia, a całe „kłamstwo jedwabieńskie” zbudowano na fałszywych świadectwach, przerwanej ekshumacji i politycznych naciskach. Z okazji 85. rocznicy przypominamy fakty, które media establishmentu od lat próbują zatuszować.
Kłamstwo założycielskie – Gross i Wassersztajn
Podstawą oskarżenia Polaków stała się książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” (2000) oraz wcześniejszy film Agnieszki Arnold. Gross oparł się przede wszystkim na relacji Szmula Wassersztajna (Wassersteina) z 1945 roku – głównego „świadka”, którego zeznanie stało się fundamentem całej narracji. Wassersztajn opisywał, jak Polacy z Jedwabnego i okolic mieli zagnać Żydów na rynek, kazać im burzyć pomnik Lenina, a potem spalić ich w stodole. Według niego ofiary liczyły się w setkach, a mord był spontaniczną, antysemicką orgią polskich sąsiadów.
Monografia „Jedwabne. Historia prawdziwa” oraz analizy Tomasza Sommera demaskują to jako zbiór nonsensów i literackiej fikcji. Archeologia i dokumenty IPN pokazują, że relacja Wassersztajna jest wewnętrznie sprzeczna i nie zgadza się z faktami terenowymi. Wassersztajn twierdził np., że grób znajdował się poza stodołą, na cmentarzu, a głowa Lenina leżała gdzie indziej.
Tymczasem ekshumacja (nawet ta częściowa) ujawniła, że masowa mogiła była właśnie w stodole, a fragmenty pomnika Lenina znaleziono tam, gdzie powinny być według logiki wydarzeń.
Gross przepisał te absurdalne zeznania bez weryfikacji, a potem media i politycy podchwycili je jako „prawdę historyczną”. Jak podkreśla Sommer w wywiadach i książce, to klasyczne „kłamstwo założycielskie” – mit stworzony po to, by obciążyć Polaków i otworzyć drogę do dalszych roszczeń oraz szantażu moralnego. Relacje innych „świadków” żydowskich, cytowane w tomie II monografii (ponad 260 dokumentów), także okazują się nieścisłe lub sprzeczne. Nie było spontanicznego polskiego linczu. Była niemiecka operacja Einsatzkommando pod dowództwem Hermanna Schapera z Gestapo z Łomży.
Ekshumacja sfingowana na polecenie Lecha Kaczyńskiego i rabina Michaela Schudricha
Największy skandal to przebieg „ekshumacji” w maju-czerwcu 2001 roku. Oficjalnie kierował nią prof. Andrzej Kola z UMK w Toruniu, a śledztwo prowadził prokurator Radosław Ignatiew. W rzeczywistości – jak ujawnił Tomasz Sommer po analizie wszystkich dokumentów IPN – o wszystkim decydował rabin Michael Schudrich (wówczas rabin Warszawy i Łodzi, później naczelny rabin Polski). Schudrich pojawił się na miejscu i zaczął „przyglądać się każdej łopacie”. Żądał, by prace wstrzymywano, gdy on wyjeżdżał. Nie miał na to żadnego formalnego umocowania prawnego – polskie prawo nie przewiduje takiej roli dla przedstawiciela religii w śledztwie prokuratorskim. Pojawił się też rabin Eckstein, który instruował archeologów, jak mają pracować: najpierw tylko pędzelkami, a gdy to szło za wolno – sam brał łopatę. Używano nawet różdżkarstwa do „wykrywania” zasięgu mogiły.
Gdy w grobie błysnęły niemieckie łuski (łuski po nabojach z karabinów Mauser, z datami z 1939 roku i później), ekshumacja została natychmiast przerwana. Prof. Kola potwierdzał, że łuski leżały na głębokości co najmniej 60 cm, więc musiały się tam znaleźć w momencie tworzenia grobu – 10 lipca 1941. Nie mogły być „wciśnięte później”. Znaleziono też fragment płaszcza pocisku. To dowód na obecność niemieckiej broni palnej – nie widły i siekiery polskich chłopów, jak głosiła narracja Grossa.
Rabin Schudrich i inni przedstawiciele środowisk żydowskich naciskali na przerwanie prac. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Lech Kaczyński (ówczesny) osobiście interweniował i wstrzymał ekshumację po spotkaniu ze Schudrichem. Nie ma dokumentu formalnie desygnującego rabina, ale praktyka pokazała, że to on decydował. Sommer wprost mówi: „O wszystkim decydował rabin Schudrich”. Ekshumacja stała się „dziwna, tajemnicza, różdżkarska” – daleka od standardów naukowych.
Kwaśniewski przeprosił, zanim śledztwo się zakończyło. To nie koniec manipulacji
Prezydent Aleksander Kwaśniewski wygłosił przeprosiny w Jedwabnem już 10 lipca 2001 roku – w 60. rocznicę zbrodni – „w imieniu narodu polskiego”. Stało się to, gdy ekshumacja była dopiero co przerwana, a śledztwo IPN trwało dalej (umorzono je dopiero w czerwcu 2003). Premier Jerzy Buzek, prezes IPN Leon Kieres, prymas Józef Glemp i Lech Kaczyński „już wszystko wiedzieli” na długo przed zakończeniem prac.
Kieres w lutym 2001 deklarował w „Rzeczpospolitej”, że sprawcami byli Polacy, choć śledztwo ledwo ruszyło. Glemp wspominał później, że „poważny Żyd” uprzedzał go rok wcześniej o sprawie. Przeprosiny padły pod naciskiem zewnętrznym, zanim archeolodzy i prokuratorzy zdążyli zweryfikować dowody. Monografia Sommera pokazuje chronologię: deklaracje polityków wyprzedzały fakty. To nie przypadek – to element szerszej operacji politycznej.
Dokumenty zgromadzone w „Jedwabne. Historia prawdziwa” (w tym wcześniej utajnione akta IPN, odtajnione po decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego) wskazują jasno: zbrodnię zaplanowali i wykonali Niemcy z Einsatzgruppe B lub lokalnego Gestapo Schapera. Polacy mogli być zmuszani do udziału (pod groźbą broni), ale nie byli głównymi sprawcami. Liczba ofiar – szacowana na 300–400 – też budzi wątpliwości po częściowej ekshumacji (znaleziono znacznie mniej szczątków). Nie było rabunku (ofiary nie zostały obrabowane), a łuski niemieckie obalają tezę o „chłopskim narzędziu zbrodni”.
Sommer i Chodakiewicz rekonstruują wydarzenia krok po kroku: Niemcy wkroczyli po ataku na ZSRR, wykorzystywali lokalne napięcia (Żydzi kojarzeni z Sowietami po 1939 roku), ale mord był ich operacją. Oficjalna narracja IPN („Polacy pod niemieckim nadzorem”) jest niekompletna i tendencyjna. Monografia obala ją dokument po dokumencie. Film Sommera „Jedwabne. Historia prawdziwa” (z udziałem Grzegorza Brauna i innych) pokazuje to wizualnie – rekonstrukcje, dokumenty, wywiady.
Dlaczego kłamstwo jedwabieńskie trwa? Bo służy konkretnym celom: osłabieniu Polski moralnie, usprawiedliwieniu roszczeń majątkowych (ustawa 447?), budowaniu narracji „polskiego antysemityzmu”. Przez 25 lat media, część elit i zagranica powtarzały wersję Grossa. Tymczasem książka Sommera (wydana w 2021, ale wciąż aktualna i pogłębiana) oraz film są blokowane, a autorzy oskarżani o „antysemityzm”. Procesy, presja „Nigdy Więcej”, ataki na Sommera – to wszystko dowodzi, że prawda boli.
Z okazji 85. rocznicy składamy hołd ofiarom – ale ofiarom niemieckiej zbrodni. Polacy nie są winni. Winni są Niemcy i ci, którzy przez dekady kłamali, by nas obciążyć. Czas dokończyć ekshumację (pełną, naukową, bez rabina z różdżką), odtajnić wszystkie dokumenty i powiedzieć głośno: Jedwabne to niemiecka zbrodnia. Kłamstwo jedwabieńskie musi upaść.
Każdy Polak powinien ją przeczytać. Tomasz Sommer, Marek Jan Chodakiewicz i zespół Fundacji „Najwyższy Czas!” wykonali gigantyczną pracę. Prawda wyjdzie na jaw – nawet jeśli niektórzy tego nie chcą. W 85. rocznicę mówimy: dość kłamstw. Polska prawda o Jedwabnem.
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 27-28, 29 czerwca – 12 lipca 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.
Pisze Andrew Korybko, amerykański ekspert i publicysta, mieszkający w Moskwie: Brak obrony powietrznej na Ukrainie stworzył strategiczną okazję dla Rosji, którą bezwzględnie to wykorzystuje.
Niedawne masowe ataki Rosji na cele wojskowe na Ukrainie okazały się niezwykle skuteczne, po tym jak rzecznik ukraińskich sił powietrznych, pułkownik Jurij Ignat, przyznał, że nie przechwycono ani jednego pocisku. Stało się to w czasie, gdy Ukraina błagała prawie 40 swoich sojuszników o przekazanie pocisków przechwytujących Patriot, a mamy do czynienia z globalnym niedoborem spowodowanym trzecią wojną w Zatoce Perskiej, która uszczupliła połowę amerykańskich zapasów. Niejasna liczba pocisków, które Polska potajemnie przekazała wiosną, była niewystarczająca.
Lockheed Martin oświadczył wcześniej, że nie może z całą pewnością przewidzieć, kiedy rozpoczną się kolejne dostawy dla sojuszników USA. Nastąpiło to po raporcie Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, który stwierdził, że może to potrwać co najmniej kilka lat. Mniej więcej w tym samym czasie brytyjskie media ostrzegły, że niedobór pocisków Patriot stworzył ‚okno podatności’, które Rosja wykorzystuje na Ukrainie. Stało się to po ogłoszeniu przez Rosję systematycznych ataków na Ukrainę, które najwyraźniej już się rozpoczęły.
Wyjaśnieniem ponadmiesięcznego opóźnienia po rosyjskim ogłoszeniu jest odwet za ukraińskie ataki terrorystyczne, co jest trafne, biorąc pod uwagę, że Ukraina rozpoczęła serię ataków wspieranych przez USA w ramach 40-dniowej operacji Zełenskiego, mającej na celu zmuszenie Rosji do zamrożenia konfliktu. Chociaż ostatnie ataki Ukrainy wydają się być na tym etapie bardziej pokazowe niż strategiczne, realizowane w celu odwrócenia uwagi od niepowodzeń na liniach frontu, takich jak Konstantinówka, są one częścią szerszego planu.
Donald Trump niedawno zdecydował się na ‚eskalację w celu deeskalacji’ konfliktu z Rosją poprzez ‚wojnę na wyniszczenie’ kierowaną przez Ukrainę. Jednakże po jego niedawnej rozmowie telefonicznej z Putinem, „jeśli Trump zauważy, że jego nowa wojna na wyniszczenie nie idzie zgodnie z planem, może zdecydować się na zawarcie bardziej sprawiedliwego porozumienia z Rosją, tak jak zrobił to z Iranem po tym, jak trzecia wojna w Zatoce Perskiej również nie poszła zgodnie z planem”.
Doradca Putina, Jurij Uszakow, dodał, że Władimir Putin poinformował Trumpa o rzeczywistej sytuacji na polu bitwy, co jest kluczowe.
Władimir Putin i Jurij Uszakow
Rosja ujawniła nową, trójtorową kampanię informacyjną Ukrainy na polu bitwy dzień wcześniej, próbującą wprowadzić Stany Zjednoczone w błąd co do stanu konfliktu przed szczytem NATO w tym tygodniu, na którym Zełenski ma nadzieję uzyskać większe wsparcie finansowe i wojskowe dla swojej nowej wojny na wyniszczenie. Trump może spełnić jego prośby, ale być może tylko w pewnych granicach, ponieważ źródło TASS zasugerowało, że jego wysłannicy mogliby wrócić do Rosji do końca sierpnia, a termin ten miałby kluczowe znaczenie.
Wybory do Dumy w Rosji odbędą się pod koniec września, a następnie w listopadzie odbędą się wybory uzupełniające w USA.
Brak porozumienia w sprawie Ukrainy przed tym terminem może opóźnić znalezienie rozwiązania politycznego co najmniej do 2029 roku, jeśli Demokraci odzyskają kontrolę nad przynajmniej częścią Kongresu. W przeciwieństwie do rządzących Republikanów, są oni zdeterminowani, by unikać oferowania Rosji nawet ograniczonego złagodzenia sankcji jako zachęty do kompromisu, a wiarygodność Putina w kraju zostałaby zagrożona, gdyby zakończył konflikt bez tego.
Z tych powodów w ciągu najbliższych czterech miesięcy należy uważnie obserwować cztery odrębne okresy: a) od teraz do potencjalnego powrotu wysłannika Trumpa do Rosji pod koniec sierpnia; b) od tego czasu do wyborów do Dumy pod koniec września; c) od tego czasu do wyborów uzupełniających w USA; d) oraz po wyborach uzupełniających.
Sukces lub porażka ukraińskiej wojny na wyniszczenie w każdym z tych okresów będą miały wpływ na szanse znalezienia rozwiązania politycznego, gdyż zarówno Putin, jak i Trump mają osobisty interes w osiągnięciu go przed wyborami.
Update: Wczoraj wieczorem, w odpowiedzi na ukraińskie ataki terrorystyczne na infrastrukturę cywilną na terytorium Rosji, siły zbrojne Federacji Rosyjskiej rozpoczęły wspólny atak z użyciem precyzyjnej broni naziemnej na obiekty wojskowe w Kijowie.
Atak wymierzony był w zakład Samsung-Ukraine, w którym produkowano i przechowywano komponenty do naziemnego pocisku manewrującego FP-5 Flamingo, a także w zakład produkcyjny dronów dalekiego i średniego zasięgu.
Życzenieśmierci to pięcioczęściowa saga z legendarnym Charlesem Bronsonem w roli głównej. Powstała w czasach, gdy film zadawał jeszcze poważne pytania moralne. Czy obywatel może sam wymierzać sprawiedliwość w przypadku, gdy państwo przestaje funkcjonować? Katolicka teologia moralna udziela zaskakującej odpowiedzi na to pytanie!
Seria filmów powstawała w latach 70-90., natomiast dziś jej przesłanie powraca z niesłychaną aktualnością. Widzimy tam bowiem lewicowe miasta, jak Nowy Jork, Boston czy Los Angeles, w których dochodzi do niekontrolowanej fali przestępczości, a władza nie może nic z tym zrobić, bo ma ręce związane przez własną ideologię i przez skutki rozbrojenia obywateli. Dokładnie z tym samym mamy do czynienia dzisiaj, gdy największe miasta rządzone przez Demokratów przemieniają się w noclegownie dla ćpunów, a normalnemu człowiekowi strach wyjść na ulicę…
Człowiek, który chciał normalnie żyć
Death Wish (1974) opowiada o architekcie, Paulu Kersey’u, którego ojciec zmarł podczas polowania, a on – choć już jako dziecko opanował sztukę strzelecką, a potem służył w Korei jako sanitariusz – jest pacyfistą przyjmującym wielkomiejskie obostrzenia jako normę.
Nie ma sensu rozpisywać się nad fabułą, gdyż jest ona banalnie prosta i to właśnie jest jej największą zaletą: bandyci zabijają żonę głównego bohatera, a on – widząc bezradność wymiaru sprawiedliwości – bierze sprawiedliwość w swoje ręce. Ale najpierw, aby po śmierci żony odetchnąć od nowojorskiego zgiełku, wyjeżdża zrealizować zlecenie w Tucson w Arizonie, gdzie słyszy od miejscowego inwestora: Nie znam tu nikogo, kto chodziłby bez broni, a bandyci wiedzą, że nie mogą się wychylać, bo ich odstrzelimy. Wyjeżdżając dostaje paczuszkę z prezentem pożegnalnym. Gdy wraca do swego apartamentu w Nowym Jorku, okazuje się, że jest tam rewolwer. Tak zaczyna się saga, która emocjonowała widzów kin, a potem telewizji i VHS-ów, przez kolejne co najmniej trzy dekady.
Saga filmów z Bronsonem jest esencjonalnie anty-lewicowa. To apoteoza zdrowego rozsądku i bezpardonowa krytyka zamordystycznej wielkomiejskiej degrengolady, która zabija amerykańskiego ducha i otwiera szeroko wrota dla najgorszych zbrodni i dewiacji. Protagonista, ku zdumieniu znajomych, zaczyna zadawać z pozoru oczywiste pytanie: Dlaczego się nie bronimy? I nie mija wiele czasu, a widzimy, jak wyciąga praktyczne konsekwencje ze swojego olśnienia.
Paul Kersey pod osłoną nocy oczyszcza ulice Nowego Jorku z najgorszej szumowiny, a burmistrz i policja, choć udają, że go ścigają, tak naprawdę są wdzięczni, że rozwiązuje problem, z którym oni sami nie mogli się uporać. Okazuje się, że przestępczość spadła o połowę, bo uliczne rzezimieszki boją czy nie trafią na tajemniczego mściciela.
W kolejnych częściach zmieniają się pobudki do zemsty oraz miasta, ale motyw przewodni pozostaje ten sam. W moim subiektywnym odczuciu ukoronowaniem serii pozostaje część III, w której mamy do czynienia nie tylko z najbardziej brawurową masakrą, ale także z dwoma wątkami, które czynią tę część wyjątkową:
Po pierwsze, Kersey otrzymuje od komendanta policji wolną rękę do rozprawienia się z dzielnicowym gangiem, a więc działa w majestacie prawa i tym razem bez żadnego dylematu moralnego (choć oczywiście nieoficjalnie). Mamy tu de facto do czynienia z typowo amerykańskim modelem zastępcy szeryfa, który nie potrzebuje żadnej oficjalnej nominacji potwierdzonej na papierze, bo wystarczy, że prawowity stróż prawa rzuci mu gwiazdkę i tym samym uczyni go uczestnikiem swego własnego urzędu.
Po drugie, mamy do czynienia z przebudzeniem ducha w lokalnej społeczności – powoli wychodzącej z cienia strachu pod wpływem tajemniczego lokatora, który nagle zaczyna strzelać do bandytów. W końcu mieszkamy w Ameryce – mówi nasz bohater, w którego słowach odbija się gorzka refleksja nad tym, jak lewicowa ideologia zabiła w ludziach dwumian odwagi i zdrowego rozsądku, który jest narodową cnotą Amerykanów. Nagle okazuje się, że sąsiedzi znajdują na dnie szuflad pistolety, a jeden z nich wygrzebuje nawet z szafy dwa ciężkie karabiny maszynowe z czasów II wojny światowej.
Życzenie śmierci 3 w spektakularny sposób pokazuje lokalny zryw, który jawi się niczym powstanie narodowe. Motyw ten jest prawdziwym ciosem między oczy dla ówczesnych, jak i dzisiejszych neomarksistów.
Życzenie śmierci a katolicka doktryna polityczna
Pan jest władcą życia i śmierci i udziela tej swojej prerogatywy władzom ziemskim w zakresie wymierzania sprawiedliwości. Choć samo pojęcie władzy może być płynne, bo może ją sprawować król, rząd, wódz plemienia, ale także głowa rodziny, to jednak jasne jest, że wymierzanie sprawiedliwości pozostaje w rękach władzy. Pytanie w tym kontekście brzmiałoby: Czy poszczególny człowiek może partycypować w tej prerogatywie?
Problem, nad którym się pochylamy, zakłada kryzys władzy nieradzącej sobie z utrzymaniem porządku i powstrzymaniem zła. Na przykładzie prawa do obalenia władzy niesprawiedliwej św. Tomasz z Akwinu mówi, że „przeciwko okrucieństwu tyranów powinno się występować nie na podstawie prywatnego przeświadczenia, ale publicznego autorytetu”. Oznacza to, że przywódcą takiego powstania powinny być osoby, które partycypowały wcześniej we władzy i nabyły potrzebnych konsekwencji.
Ale z takim ujęciem mamy problem, gdyż odwoływanie się do oficjalnego autorytetu byłoby w tym wypadku bez sensu. To właśnie skorumpowana władza na wszystkich jej szczeblach jest źródłem kryzysu. Z drugiej strony „wyłonienie” takiego autorytetu poprzez powołanie jakiegoś społecznego „komitetu” zostałoby natychmiast spacyfikowane przez władze miejskie (widzimy scenę jak policjanci odbierają „nielegalną” broń praworządnemu obywatelowi, a na dodatek żydowi, dla którego jest to jedyna obrona przed chuliganami). W takiej sytuacji okazuje się, że jedyny skuteczny sposób przeciwstawienia się złu, to sposób „pokątny” i w pojedynkę, niczym w westernach.
Tu dochodzimy do innego pytania, które po części jest odpowiedzią: Czy samozwańczo partycypując w prerogatywach władzy obywatel nie działa niejako metodą faktów dokonanych, tworząc tym samym zalążek nowej władzy? Jak widać w części III, tworzy się właśnie zalążek takiej siły społecznej, coś jakby poruszenie tej obszaru, w którym wśród członków społeczeństwa konstytuuje się zdolność do pełnienia władzy. Akwinata mówi o tym, że wspólnota, która ma moc wybrania władcy, ma też moc obalenia go – i znów pytanie, czy ta wspólnota, choć nie obala władzy, ma moc przejęcia części jej uprawnień?
Innym ujęciem będzie wskazanie na aspekt czysto moralny. Co jest bowiem alternatywą dla działalności samozwańczego mściciela? Jeszcze większy chaos i jeszcze większe zło. Stwierdza to nowojorski policjant, który wcześniej ścigał Paula Kerseya, a potem spontanicznie stanął po jego stronie. Na pytanie dlaczego, udzielił odpowiedzi rozbrajająco prostej: Albo ty albo oni. Po czym dodaje: Dorwij za mnie tych s…
Jeżeli obojętność wobec zła skutkuje jeszcze większym złem, które dotyka większości ludzi, a samosąd mniejszości skutkuje dobrem (większym bezpieczeństwem), z którego korzysta większość, to czy samosąd nie jest roztropnym wyborem? To pytanie zadaję ze świadomością jego makiawelicznego ładunku i nie ośmielam się udzielać na nie jednoznacznej odpowiedzi.
Cofnijmy się wreszcie do wspólnoty bardziej pierwotnej, w której władza państwowa we właściwym znaczeniu jeszcze nie istnieje bądź istnieje w zalążku, zbyt słabym, by poradzić sobie z przestępczością. Z jednej strony możemy wyobrazić sobie wspólnotę prymitywną (która powołuje radę, sąd albo coś w tym stylu), a z drugiej mamy archetyp samotnego mściciela z westernów, do którego ewidentnie nawiązuje saga z Charlesem Bronsonem. Kwestia władzy będzie tu niesamowicie płynna.
Kościół w legitymizowaniu władzy kierował się nieraz faktami dokonanymi, zgodnie z prostą logiką: istnieje w kraju władza legalnie wybrana, ale stała się ona tyrańska, dlatego lepsza będzie nowa władza (choć jej geneza jest nielegalna), ale moralnie lepsza i lepiej dbająca o dobro wspólne. Jest w tym ogromny realizm i roztropność Ale znów powstaje pytanie, czy istnieje stan pośredni, to znaczy sytuacja, w której nie tworzymy nowej władzy, ale sami wyręczamy nieudolną władzę?
Właściwa odpowiedź: CNOTA EPIKEI
Próbując udzielić katolickiej odpowiedzi na pytanie, czy bohater serii Życzenie śmierci miał prawo na własną rękę rozprawiać się z bandytami – jak widać wyżej – wikłamy się w pytaniach bez jednoznacznej odpowiedzi… Ale jest jeszcze jedna doktryna obecna w katolickiej teologii moralnej – bardzo mało dziś znana, a niesłychanie pomocna w rozwiązaniu tytułowego dylematu.
Chodzi mianowicie o cnotę epikei (czytaj więcej tu). W pojęciu tym zawiera się pełnokrwista dawka roztropności i zdrowego rozsądku, wolna od strachliwej kazuistyki. Co ono oznacza?
Epikeia bywa tłumaczona jako cnota słuszności albo nadprawość, czy też bardziej precyzyjnie w kontekście naszych rozważań: nadprawność.
Chodzi o to, że prawo może nie przewidywać pewnych sytuacji, które wystąpią w rzeczywistości, a obywatel może – jak wskazuje Arystoteles – na podstawie rozumowego osądu domniemywać jaka była intencja prawodawcy i działać zgodnie z tą intencją, choć niezgodnie z literą prawa.
W praktyce: Jeżeli prawo zostało napisane po to, by zapewnić bezpieczeństwo, a właśnie bezpieczeństwo nie może być zapewnione inaczej, jak poprzez złamanie tego prawa, to zgodne z duchem prawa pozostaje działanie, które nie jest zgodne z jego literą. Epikeia to kierowanie się sprawiedliwością, nawet jeżeli wymaga to złamania przepisów.
Oczywiście, nie rozwiązuje to dylematu indywidualnego (bo ten zależy od sumienia i intencji osoby, która bierze sprawiedliwość w swoje ręce), ale wyznacza ramy problemu wywiedzione z filozofii realistycznej i doktryny tomistycznej.
Cnota słuszności nie jest obca amerykańskiej tradycji – również prawnej. Wystarczy przywołać sprawy ojców, którzy zatłukli na śmierć pedofilów, po czym albo byli uniewinnieni przez sąd albo już na etapie prokuratorskim nie dochodziło nawet do postawienia zarzutów. Z filmów opartych na tym motywie należy wymienić Taksówkarza z Robertem DeNiro. Bywa też ukazywana w krzywym zwierciadle, czego przykładem będzie Upadek z Michaelem Douglasem.
Jeszcze innym ważnym – i również dziś zapomnianym – kontekstem jest prawo obyczajowe. Czyż nie o tym są Chłopi Reymonta? Lokalna społeczność – niezależnie od naszej oceny sytuacji – diagnozuje problem, jakim jest niemoralne postępowanie jednej z kobiet, a na końcu dokonuje samosądu, w czym objawia się wola zbiorowości i de facto sankcja prawa obyczajowego mająca na celu przywrócenie dobra wspólnego i uniknięcie dalszego zła, jakim jest romansowanie przez mężczyzn z tą kobietą.
Gdy pracowałem na tym tekstem, kolega opowiedział sytuację ze swojej rodziny. Otóż, zdarzyło się, że mąż zdradził żonę i przeprowadził się do kochanki, a na końcu jeszcze unikał płacenia alimentów. Zamiast zastanawiać się nad prawnymi sposobami rozwiązania problemu, życzliwi sąsiedzi po prostu co jakiś czas spuszczali łomot niewiernemu mężowi. Można to potraktować jako przykład zarówno samosądu, jak i prawa obyczajowego, skoro zważymy, że uczynkiem miłosierdzia jest dbanie o wdowy i sieroty.
Należy mieć oczywiście na uwadze całe zniuansowanie zagadnienia, a także odpowiedzialność, jaka spoczywa na nas, gdy snujemy tego typu rozważania. Wszak nie znamy sumienia osoby i powinniśmy przewidywać skutki jej działań, a także fakt, że może znaleźć naśladowców, którzy nie będą równie etycznie traktowali zasad wynikających z epikei. Dlatego, choć św. Tomasz wspomina nawet o tyranobójstwie, to jednak zawsze mówi o tym z pewną ostrożnością, a jednocześnie wskazuje bardzo konkretne i dość restrykcyjne warunki, które musimy spełnić, by sięgnąć po nadzwyczajne środki.
Czy Paul Kersey miał prawo zabijać?
Na koniec nie uchylę się od odpowiedzi na tytułowe pytanie: Czy postać grana przez Charlesa Bronsona miała prawo zabijać bandytów?
Przesłanka 1: System prawny nie działa, a władza nie jest w stanie zatrzymać zła. Przesłanka 2: Pobudką jest nie tylko zemsta, ale troska o dobro wspólne (bohater wyraźnie zastanawia się nad problemem w kategoriach szerszych niż jego osobista sprawa). Przesłanka 3: Bohater kieruje się roztropnością i nie ulega niskim instynktom, lecz zachowuje zimną krew; krótko mówiąc, nie jest świrem (o czym świadczy choćby fakt powierzenia mu zaufania przez komendanta w III części). Przesłanka 4: Stoi za nim prawo obyczajowe (amerykańska tradycja) oraz stanowione (II Poprawka do Konstytucji); oba te prawa są pogwałcone przez lokalnych ustawodawców, ale bohater może uznać, że obowiązują go one w sumieniu. Przesłanka 5: Bohater nie łamie innych przepisów prawa, lecz działa „punktowo” i wykazuje się dużą skutecznością w zmniejszaniu fali przestępczości, co potwierdzałoby, że kieruje się cnotą epikei w odniesieniu do intencji prawodawcy, jaką jest bezpieczeństwo.
Na podstawie powyższych przesłanek należałoby odpowiedzieć twierdząco, jakkolwiek odpowiedź ta może wydać się szokująca.
Ale – skoro tekst jest częścią cyklu „dekonstrukcja po katolicku” – to zwróćmy uwagę na jedną słabość filmu. Otóż, Paul Kersey jest katolikiem (Charles Bronson był Polakiem z Litwy, stąd też motywy katolickie pojawiają się wszystkich częściach), ale ani razu nie widzimy, żeby przystępował do spowiedzi. Niekorzystanie z sakramentów (a więc i niekonfrontowanie swego sumienia ze spowiednikiem) rzuca cień na jakość pobudki bohatera, podobnie jak fakt, że jego refleksja na temat tego, co robi, krąży wokół bardzo ogólnego pojęcia sprawiedliwości oraz dobra i zła, a nie dotyka wprost prawa Bożego wyrażonego w Dekalogu.
To, że katolicyzm został potraktowany wyłącznie jako tło jest niepowetowaną stratą, ale także utrudnieniem w ostatecznie jednoznacznym potwierdzeniu, czy Paul Kersey miał prawo zabijać. To wiedziałby tylko Pan Bóg, gdybyśmy mówili o prawdziwym przypadku, nie zaś o fikcji ekranu.
Niemniej, jak pokazała ta analiza, seria Death Wish nosi w sobie ogromny potencjał do rozważań natury moralnej i uświadamia nam o prawdach, o których władza nie chce, byśmy pamiętali.
W katolickiej doktrynie moralnej jest taka cnota, która w wyjątkowych okolicznościach stawia nas ponad przepisami prawa. Dlaczego władza w Warszawie nie chce, byśmy o niej wiedzieli?
Etatystyczny rząd warszawski – wierząc w rewolucyjny zabobon, wedle którego władza ma prawo rozciągać nieograniczoną kontrolę nad ludzkim życiem – boi się chyba tylko jednej rzeczy: obywateli świadomych swoich praw i gotowych, by je egzekwować. Dlatego rządzącym (również tym, którzy są określani jako „prawica”) tak bardzo na rękę jest nasza nieznajomość katolickiej teologii moralnej.
Kościół uczy nas, że prawo Boże stoi ponad prawem stanowionym, a sprawiedliwą możemy nazywać tylko tę władzę, która dba o dobro wspólne i przestrzega prawa naturalnego. Pod określonymi warunkami moralność katolicka pozwala nam na obalenie niesprawiedliwej władzy, a nawet zabicie tyrana, co nie jest w takim przypadku grzechem.
W sposobie działania warszawskiej władzy jest coś z gruntu szatańskiego. Książę ciemności nie chce, by ludzie w niego wierzyli, bo z ukrycia może skuteczniej deprawować dusze. Podobnie nie chce on, byśmy znali Boskie narzędzia przeciwstawienia się jego panowaniu. Tak jak nienawidzi wody święconej, relikwii i łacińskich słów rytuału rzymskiego, tak samo wzdraga się na samą myśl o świetle rozumu oraz mocy łaski uświęcającej w ludzkiej duszy.
Brak wiedzy, który już Sokrates utożsamił ze złem, jest na rękę zarówno nieprzyjacielowi naszego zbawienia, jak i wrogom naszej wolności zasiadającym na Wiejskiej i w rządowych budynkach. Ale musimy wiedzieć, że istnieje szczególna kategoria wiedzy, której zamordyści boją się najbardziej. Oto kilka najważniejszych punktów:
1. Prawo naturalne stoi ponad prawem stanowionym (obywatel jest związany w sumieniu wyłącznie tymi prawami, które nie są przeciwne prawu naturalnemu). Przeciwieństwem tej prawdy jest tragiczny w skutkach błąd pozytywizmu prawnego, dominujący dziś w całym zachodnim świecie. 2. Prawo własności wynika z prawa naturalnego (rząd nie powinien – bez ważnego powodu motywowanego dobrem wspólnym – ograniczać tego prawa). Zaprzeczeniem tego prawa są przepisy regulujące możliwość decydowania o dobrach ruchomych i nieruchomych. 3. Prawo do posiadania i używania broni jest logicznym następstwem prawa do życia (Bóg powiedział „nie zabijaj”, a to oznacza, że prawo do życia ma być chronione przed tymi, którzy chcą je naruszać). Zaprzeczeniem tego prawa jest uznaniowe reglamentowanie broni, a przede wszystkim faktyczny zakaz jej użycia. 4. Wolni obywatele, którzy mają prawo wybrać władzę, mają też prawo ją obalić (powszechne prawo do broni jest w tym ujęciu jedynym realnym zabezpieczeniem porządku publicznego przed tyranią). W systemie prawnym większości dzisiejszych państw nie istnieją zapisy na temat prawa do obalenia władzy niesprawiedliwej. 5. Obywatel ma prawo oceniać stosowność przepisów(posiadamy moralny obowiązek nieprzestrzegania prawa, które nakazywałoby coś sprzecznego z prawem naturalnym). Cała „kultura” prawna III RP oparta jest na zaprzeczeniu tej zasady.
Źródłem wiedzy na temat cnoty epikei jest filozofia realistyczna (Arystoteles) i doktryna św. Tomasza z Akwinu. Doktor Anielski, powołując się na Filozofa, tłumaczy, jak należy tę cnotę rozumieć.
Greckie pojęcie epikei (gdzie epi to „nad”, a eikos to „słuszność” czy też dikaion, to jest „sprawiedliwość”) Tomasz rozumie jako nadprawość czy też nadprawność. W kwestii 120 Sumy Teologicznej dowodzi, że jest ona zarówno cnotą, jak i składnikiem sprawiedliwości.
Epikeia jako cnota: Epikeia, jak stwierdza Filozof, ma na celu zrozumienie intencji prawodawcy – czytamy w sumie teologii. Tomasz tłumaczy, że czyny ludzkie są jednostkowe i przygodne (zależą od indywiduum oraz od okoliczności), dlatego niemożliwe jest stworzenie takiego systemu prawnego, który ujmowałby wszystkie przypadki. Celem prawa jest sprawiedliwość i dobro ogółu, dlatego rozumny prawodawca zakłada, że obywatel może nie zastosować się litery prawa, gdyby stało się ono sprzeczne z jego celem. Takie postępowanie należy nazwać cnotą (a więc sprawnością moralną), ponieważ łamiąc nieużyteczny przepis, nie sprzeciwiamy się praworządności, lecz umożliwiamy dokonanie uczynku z natury dobrego (przeciwnie – przestrzeganie litery prawa, wówczas gdy nie należy Akwinata nazywa grzechem). Kierowanie się cnotą epikei nie jest podważeniem prawa, ale wynika właśnie z szacunku do prawa (czy też do woli prawodawcy). Prawodawca jest właściwą instancją powołaną do interpretacji prawa, a cnotę epikei praktykujemy, gdy nie jesteśmy w stanie zwrócić się do prawodawcy o interpretację.
Epikeia jako składnik sprawiedliwości: Arystoteles naucza, że epikeia stanowi jeden z gatunków sprawiedliwości i dlatego należy uznać ją za jej składnik podmiotowy. Posiada ona pierwszeństwo przed sprawiedliwością społeczną, którą kieruje, ponieważ jest ona jakby wyższą normą postępowania ludzkiego. Jeżeli sprawiedliwość społeczną rozumiemy w kontekście posłuszeństwa duchowi prawa, to epikeia jest częścią tej sprawiedliwości; gdyby natomiast ktoś próbował zawęzić sprawiedliwość wyłącznie do posłuszeństwa literze prawa, to epikeia jest częścią sprawiedliwości ogólnej i stoi ponad społeczną. Na końcu Tomasz dodaje: Zadaniem epikei jest nadawanie umiaru w przestrzeganiu litery prawa.
W praktyce możemy zastosować epikeię zarówno do prawa kanonicznego (którego duchem jest zasada salus animarum suprema lex – „zbawienie dusz jest prawem nadrzędnym”), jak i politycznego (którego duch to sprawiedliwość i dobro wspólne). W porządku kanonicznym istnieją zapisy o stanie wyższej konieczności, na które powołuje się Bractwo św. Piusa X, twierdząc, że przechowanie niezmiennych zasad kapłaństwa, sakramentów i nauki Kościoła jest konieczne dla zbawienia dusz. Również w nowym prawie kanonicznym (z roku 1983) czytamy:
Kanon 1323, 4°: [Nie podlega żadnej karze, kto w chwili przekraczania ustawy lub nakazu] działał pod wpływem chociażby względnie tylko ciężkiej bojaźni albo z konieczności lub wskutek wielkiej niedogodności, jeśli czynność nie jest wewnętrznie zła ani nie powoduje szkody dusz.
Co ciekawe, cnota epikei znajduje swoje odzwierciedlenie nawet w Kodeksie karnym obowiązującym w Polsce:
Artykuł 26, § 1: Nie popełnia przestępstwa, kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego jakiemukolwiek dobru chronionemu prawem, jeżeli niebezpieczeństwa nie można inaczej uniknąć, a dobro poświęcone przedstawia wartość niższą od dobra ratowanego.
„Nielegalne” prawo?
Władza – która szaleńczo twierdzi, iż sama jest źródłem prawa – wypaczyła przy okazji rozumienie terminu legalności. Wbrew temu, co się nam wmawia, legalnym nie jest to, co dozwolone przez władzę polityczną, lecz to, co zgodne z omawianym wyżej celem prawa.
Jak tłumaczy Akwinata: Ponieważ zaś prawo ma zwracać człowieka ku dobru wspólnemu, jak to już widzieliśmy, dlatego taką ogólną sprawiedliwość zwie się nieraz legalną, gdyż przez nią człowiek żyje w zgodzie z prawem, które podporządkowuje czynności wszystkich cnót dobru wspólnemu.
Omówmy to na przykładzie broni. Jeżeli posiadamy przyrodzone prawo do życia, to władza nie może ograniczać prawa do obrony życia (przy użyciu narzędzia, jakim jest choćby pistolet) i uznawać posiadania broni za „nielegalne”. Wyjątkiem może być konieczność ograniczenia tego prawa ze względu na dobro wspólne (tymczasowo, roztropnie i po to, by osiągnąć konkretny cel) bądź ze względu na szkodliwość jednostki (w przypadku przestępców bezpośrednio zagrażających innym ludziom). Gdybyśmy więc kupili broń palną na „czarnym rynku”, to pozostaje wysoce dyskusyjne, czy w świetle prawa naturalnego należy określić ją jako „nielegalną”.
Jeżeli zaś władza ogranicza tylko pewien rodzaj broni (np. pełen automat, jak ma to miejsce w USA), to możemy domniemywać, że jest to uprawnione ze względu na zarezerwowanie go dla celów militarnych i chęć uniknięcia masakr na większą skalę. Jednakże takie założenie również jest dyskusyjne, zważywszy na fakt, iż kryminaliści nie posługują się zazwyczaj legalną bronią i w ten sposób zyskują przewagę nad praworządnymi obywatelami.
Czy Polacy rozumieją, czym jest prawo?
Zrozumienie natury prawa nie jest rzeczą czysto teoretyczną, ponieważ jego owocem jest prawdziwa niezależność umysłu, dla którego jedynym punktem odniesienia jest obiektywna rzeczywistość, a nie widzimisię władzy.
Kiedyś, zarówno w porządku religijnym, jak i świeckim, tłumaczyliśmy się, że samodzielne interpretowanie prawa będzie powodem zamętu i anarchii. Władza duchowna „gromiła” lud ustami wiejskich proboszczów, świecka zaś nie bawiła się w głoszenie frazesów o demokracji. Ale obie te władze zdegenerowały się, czego efektem jest z jednej strony klerykalizm, a z drugiej fałszywie pojęty legalizm.
Kłamstwo zagnieździło się we wszystkich warstwach systemu państwowego. Władza używa wywróconych pojęć: zabijanie nienarodzonych to „prawo”, a obrona tradycyjnych zasad bywa „nielegalna”; zamordyzm (covidowy czy „ekologiczny”) to „dobro ogółu”. Wolność traci znaczenie, już nie tylko katolickie (bycie wolnym ku dobru), ale nawet związane z pierwotną definicją liberalizmu. Nie ma prawdziwych elit, a globalistyczni oligarchowie i „autorytety” legitymowane przez ponadnarodowe organizacje mówią nam jak mamy żyć.
Amerykański filozof Allan Bloom podkreśla: Najbardziej udaną tyranią jest nie ta, która w celu zniewolenia używa siły, lecz ta, która odbiera wszelką wiedzę na temat tego jak wygląda wolność, czyniąc ją niepojętą, ta, która odbiera wszelką świadomość tego, że istnieją inne drogi, ta, która odbiera poczucie jakiejkolwiek zewnętrznej rzeczywistości.
Dodajmy do tego słowa poety Stanisława Jerzego Leca: Tyrani wiążą człowieka w jego własnym sercu.
Tak właśnie niewiedza na temat prawdziwej istoty prawa zakorzenia w nas fałszywe pojęcie posłuszeństwa. Nie bez powodu epikeia, będąc tak fundamentalną cnotą, jest jednocześnie nieznana większości z nas!
My zaś pozostaniemy bezbronni wobec tego zła, jeżeli nie będziemy sięgać do skarbca zdrowej nauki, zawartej w filozofii realistycznej i w zdroworozsądkowej kwintesencji katolickiego rozumienia świata, jaką dostarcza nam najwybitniejszy autorytet moralny i teologiczny wszech czasów – św. Tomasz z Akwinu.
Żyjemy w państwie, w którym policjant mający strzec prawa nie ma zielonego pojęcia, czym jest prawo. Zostaliśmy poddani tak daleko idącej tresurze behawioralnej, że nie widzimy nic dziwnego w staniu na czerwonym świetle, mimo że ulica jest całkiem pusta. Tu zaczyna się nasze zniewolenie i tu możemy złamać kajdany, w których trzyma nas system wszechwładnego państwa.
Kto z nas nigdy nie był zatrzymany przez policję za rzekome „wykroczenie”, choć nie uczynił niczego obiektywnie złego? Prawo jest pisane po to, by zabezpieczyć określone dobro wspólne. Tymczasem system „pruskiego” myślenia o przepisach – jakże odległy wobec dziedzictwa prawa rzymskiego – przyzwyczaił nas, że prawo jest celem samym w sobie, a my nie powinniśmy zastanawiać się nad jego sensem.
Zetknięcie się z nieco normalniejszą rzeczywistością – choćby w krajach śródziemnomorskich – to przebłysk światła, dzięki któremu możemy uświadomić sobie, że żyjemy w Matrixie. Ale sam zdrowy rozsądek to za mało. Potrzebna jest zdrowa doktryna, a takiej dostarcza koncepcja prawa obowiązująca przez tysiąclecia w naszym kręgu cywilizacyjnym.
Studium przypadku: Fabian z lemoniadą
Za tło do rozważań o istocie prawa niech posłuży niedawny przypadek 12-letniego Fabiana z Bogatyni. Otóż, chłopiec spokojnie handlował lemoniadą pod blokiem, zbierając pieniądze na książki, gdy ktoś z sąsiadów… złożył na niego donos (pozwolę sobie nie skomentować moralnej ohydy tego czynu). Na miejsce przybył patrol straży miejskiej i zamiast dać chłopcu mandat, kobiety wykupiły od niego cały zapas lemoniady.
Cieszymy się, że Panie ze Straży Miejskiej zachowały się „po ludzku”. Ale musimy też zadać niewygodne pytanie: Czy zachowały się tak dlatego, że pozwalają na to przepisy? Istnieje bowiem luka w prawie, które po prostu nie reguluje tego typu handlu prowadzonego przez dzieci.
Jeszcze ważniejsze i kluczowe dla tego tekstu będzie pytanie: Czy funkcjonariuszki zachowałyby się tak samo, gdyby musiały zignorować przepisy, by zachować się „po ludzku”?
Nie jest ważne, czy będzie to Fabian z lemoniadą, czy gdański przedsiębiorca ukarany za „luksusowe” krewetki na pizzy, czy zwykły obywatel obłożony mandatem za to, że przeszedł na czerwonym świetle po pustej ulicy. Te i niezliczone inne przypadki są tylko objawem choroby, której nie zrozumiemy, jeżeli nie poznamy istoty prawa.
Czym (nie) jest prawo?
Aż do XIX wieku, kiedy to Napoleon wprowadził swój kodeks, prawo rzymskie było podstawą prawodawstwa europejskiego. Siłą rzeczy kierowaliśmy się więc określonym paradygmatem, zupełnie odmiennym od tego, który przyjęła Europa porewolucyjna.
Syntezy rozumienia przedrewolucyjnego dostarcza nam św. Tomasz z Akwinu w zagadnieniach poświęconych prawu (Suma teologiczna, I-II, 90-105). Według najogólniejszej definicji, prawo to „rozporządzenie rozumu dla dobra wspólnego nadane i publicznie obwieszczone przez tego, kto ma pieczę nad wspólnotą”.
Istotne jest jednak jak rozumiemy cechy takiego prawa. Podstawowe założenie (jak tłumaczą Piotr Roszak i Jan Wółkowski w artykule Istota prawa według św. Tomasza z Akwinu) stanowi, że prawo nie istnieje samo dla siebie, ale dla jakiegoś dobra. Po drugie, prawo klasyczne zakładało odniesienie do ludzkiej natury i skierowanie działań do celów, które są w niej zawarte.
Na przekór temu nowożytne prawodawstwo pomija ludzką naturę, a skupia się wyłącznie na uznaniowym nadawaniu jakichś przywilejów i określaniu relacji pomiędzy różnymi przepisami. Dzisiejsze prawo jest obojętne wobec faktu, że człowiek jest istotą rozumną, której celem jest szczęście, ale szczęście istoty rozumnej jest uwarunkowane moralnie – drogą, która do niego prowadzi jest cnota, czyli sprawność moralna. Szczęście zaś nie jest równoznaczne z przyjemnością czy samozadowoleniem, lecz stanowi spełnienie godziwych pragnień i potrzeb w zgodzie z prawem moralnym. Wolność w tym kontekście nie polega na samej możliwości wyboru, ale realizuje się w wyborze istotnego dobra.
Traktowanie przepisów tak jakby były celem samym w sobie jest wypaczeniem istoty prawa. Zaś bez odniesienia do natury prawo staje się nie tylko dowolne, ale i następuje fałszywe określenie kompetencji państwa: skoro państwo ma (według dzisiejszego rozumienia) prerogatywę do nadawania nam jakichś praw, to ma też prerogatywę do ich odbierania i nie istnieje żaden punkt odniesienia poza samą władzą, do którego moglibyśmy się odwołać w przypadku niesprawiedliwości władzy.
Posłuszeństwo wobec władzy opiera się na jej autorytecie moralnym, a to oznacza, że władza nie może stanowić dowolnych praw, a jedynie takie, które są zgodne z moralnością, sprawiedliwe i służą dobru wspólnemu, a nie interesom rządzących. Posłuszeństwo takiej władzy jest cnotą (sprawnością moralną). Kiedy zaś władza przestaje działać dla właściwego sobie celu, traci ten autorytet, a w pewnych przypadkach nieposłuszeństwo wobec takiej władzy może okazać się cnotą.
W przeciwnym wypadku nie mamy do czynienia z prawem i nie jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa. Muszą być spełnione powyższe warunki. Wola prawodawcy, aby miała „istotne cechy prawa” – jak zaznacza św. Tomasz – musi być „normowana przez rozum”. „W przeciwnym razie wola władcy byłaby raczej nieprawością niż prawem” – czytamy. Ponadto, „wszelki nakaz dotyczący jakiejś partykularnej sprawy o tyle ma znamiona prawa, o ile ma na celu dobro wspólne”. Już św. Augustyn twierdził: „Nie wydaje się, żeby prawo niesprawiedliwe było prawem”. Akwinata zaś dopowiada: „Toteż prawo ma tyle z ważności, ile ma ze sprawiedliwości”.
Kolejną ważną cechą prawa jest to, że powinno ono być możliwie ogólne. Czyż dzisiejsza mania produkowania tysięcy stron regulacji nie jest czystym przeciwieństwem tej zasady? Prawodawca nie tylko nie jest w stanie przewidzieć wszystkich sytuacji, ale nawet nie powinien być przesadnie gorliwy w zwalczaniu drobnych występków, ponieważ prawo trzeba ludziom narzucać „odpowiednio do ich uwarunkowań”. „Prawo ludzkie nie zabrania wszystkich występków, do których stronią ludzie cnotliwi. Zabrania tylko cięższych występków, od których może się powstrzymać przeważająca część masy ludzkiej”.
Czy Polacy rozumieją czym jest prawo?
Zadanie przetłumaczenia Polakom istoty prawa jest o tyle karkołomne, że zahacza o głęboki spór filozoficzny na temat natury człowieka i świata, a przede wszystkim podstawowego założenia celowości natury, którą uznawał już Arystoteles.
Jeżeli świat powstał z chaosu, a jedyną formą uporządkowania są prawa przyrody (za którymi nie stoi żaden Prawodawca), to jedynym, co pozostaje człowiekowi, jest dowolne ustalenie praw na zasadzie umowy społecznej…
Problem polega na tym, że takie prawa biorą się znikąd (to jest z uznaniowej woli prawodawcy) i muszą prowadzić donikąd. Przykładem będą wszelkie przepisy zaczerpnięte fałszywych pojęć i prowadzące do złych skutków, czyli do represjonowania Bogu ducha winnych obywateli, którzy nie zrobili nic złego, a ich jedyną „winą” jest „wykroczenie” przeciwko tymże przepisom, którym nadano charakter celu samego w sobie.
W praktyce dzisiejszy paradygmat prawa prowadzi do bezwarunkowego posłuszeństwa. Nie ma sensu podważać sensu prawa, skoro powodem do jego przestrzegania jest sama wola prawodawcy, a nie zgodność z wyższą normą, jaką jest prawo naturalne.
Przeciwnie, w klasycznej koncepcji prawa posłuszeństwo opiera się na osądzie rozumu. Zakłada zdolność do poznania i podmiotowość każdego z nas wobec prawa. To my dokonujemy oceny, co jest sprawiedliwe i jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa w sumieniu, jeżeli dochodzimy do wniosku, że dane prawo jest słuszne.
Jest to fundamentalna dyskusja o naszym człowieczeństwie z jej najważniejszym pytaniem: Czy nasz rozum jest zdolny do obiektywnego poznania?
Musimy wreszcie przestać uciekać od tej dyskusji. Przestać udawać, że idee nie mają konsekwencji i że wystarczy zdrowy rozsądek, by przeciwstawić się tyranii systemu, w którym żyjemy. Dwie konstytutywne cechy tego systemu to jego etatyzm i pozytywizm prawny. Dopóki te dwa kluczowe pojęcia będą dla nas abstrakcyjne i niezrozumiałe, nie ma mowy o prawdziwym oporze wobec systemu.
Zostaliśmy wytresowani do tego stopnia, że nikogo nie dziwi zapalanie świateł w samochodzie w biały dzień albo stanie na czerwonym świetle, mimo że w promieniu wzroku nie ma żadnych samochodów ani pieszych.
Żyjemy w Matrixie do tego stopnia, że zatraciliśmy proste sprzężenie pomiędzy zmysłami a rozumem praktycznym. Nie chodzi tu o mnożenie przykładów absurdalnych interwencji policji (gdy np. ktoś wjeżdża pod sklep na zakazie wjazdu, choć zakaz ten stoi na jezdni szerokiej na osiem metrów). Nie ma sensu spierać się o szczegóły, bo chodzi o istotę rzeczy.
Praworządność nie zasadza się na tym, że przechodzimy na czerwonym świetle. Leży ona w zrozumieniu istoty prawa i w cnotach usprawniających do jego przestrzegania. Niemniej fakt, że bez szemrania poddajemy się tresurze behawioralnej, świadczy o tym, że nie rozumiemy prawa i nie mamy pojęcia, co to znaczy być praworządnym. W ten sposób koło się zamyka i jeżeli chcemy się z tego błędnego koła wydostać, to konieczna jest głęboka zmiana mentalna i choć minimalny związany z nią wysiłek intelektualny.
Absurdalność przeregulowania polskiego systemu prawnego i agresja, z jaką władza reaguje na łamanie przepisów to symptomy choroby toczącej nasze społeczeństwo. Ktoś powie, że to mało ważne? Tak i właśnie to obnaża złość systemu, bo od tych mało ważnych spraw zaczyna się nasze zniewolenie. I na nich się skończy, jeżeli nie wykonamy pracy, by wyzwolić swoje umysły od propagandy etatyzmu i pozytywizmu prawnego.
Co gdyby Fabian był „przestępcą”?
Na koniec wyobraźmy sobie, że przepisy jednak zabraniają nastolatkom zarabiać na sprzedaży lemoniady. Co powinny zrobić funkcjonariuszki w takiej sytuacji? Ano, dokładnie to samo, co zrobiły. Św. Tomasz poucza bowiem, że „prawa moralne mają skuteczność z samego głosu naturalnego rozumu, nawet gdyby nie były umieszczone w prawie”.
Jedynym lekarstwem na chory system jest świadomość porządku naturalnego. Przepisy przepisami, ale jeżeli nie chcemy zginąć jako naród, to musimy wykazać się solidarnością wokół prawdziwych definicji prawa i sprawiedliwości. Niezależnie od woli prawodawców i od terroru partyjniactwa. Począwszy od prostego obywatela, a skończywszy na policjancie, który bardziej niż swoją pracę ceni sobie sumienie i nie zapomina, że wywodzi się z nas i nam ma służyć.
Dostrzegam pewne podobieństwo w dążeniu do samounicestwienia pomiędzy Izraelem i krajami Europy. Nie mam tu na myśli ludobójstwa. Ta epoka minęła przynajmniej dla Europy wraz z zakończeniem drugiej wojny światowej. Także ludobójstwo w formie szprycy antykowidowej, nie było praktycznie ograniczone do jakiegoś kraju, czy kontynentu.
Kolejny przerażający atak terrorystyczny ze strony Izraela Izraelski żołnierz wrzuca granat ogłuszający do samochodu, w którym jadą młodzi Palestyńczycy, i zamyka drzwi w momencie wybuchu. Źródło: Telegram 06.07.2026 r. 14:14.
Podobieństwa wynikają moim zdaniem ze stopnia uzależnienia polityki tych krajów od tych samych ciemnych sił, które możemy nazwać globalizmem, głębokim państwem czy plutokracją.
Czym różni się dekadentyzm europejskich podżegaczy do wojny z Rosją od dążenia Izraela do konfliktów zbrojnych nawet pod groźbą utraty jedynego sojusznika? Wojny, której nie można wygrać.
Ponad dwie trzecie głównej broni i amunicji importowanej przez Izrael – bez której nie mógłby on dokonać ludobójstwa na Palestyńczykach, zamienić południowego Libanu w księżycowy krajobraz i zbombardować Iranu, Syrii i Kataru – jest produkowanych i dostarczanych przez USA.
A ponieważ lobby izraelskie przez dekady kontrolowało Kongres, ponieważ jego syjonistyczni sojusznicy kontrolują i nadzorują media, ponieważ jest w stanie wysysać dziesiątki miliardów dolarów amerykańskich podatników, aby utrzymać swoją militarną awanturę, Izrael jest ślepy na własne ograniczenia. Jest gotów wyrządzić krzywdę swoim sojusznikom, w tym USA, służąc sobie.
Globaliści nie pragną, by ktokolwiek wygrał wojnę. Oni chcą samej wojny i najlepiej, by wiecznie trwała. Dlatego właśnie tak trudno jest zakończyć wojnę na Ukrainie i w Zatoce Perskiej. Wystarczy, by rząd przynajmniej jednego państwa był za wojną i prowokował do niej, to o pokoju nie może być mowy.
Wspólną cechą rządów państw europejskich i Izraela jest brak zainteresowania w realizacji polityki dla dobra własnego narodu. Zaprzedani politycy utożsamiają własne dobro z tym, co uważają za wolę swojego – o ile to rzeczywiście ich – narodu.
Służby ratownicze prowadzą akcję, podczas gdy dym i ogień unoszą się w miejscu, gdzie 7 lipca 2026 r. w Damaszku w Syrii, w pobliżu hotelu, w którym miał nocować prezydent Francji Emmanuel Macron, wybuchły ładunki wybuchowe. (Zdjęcie z mediów społecznościowych). Źródło.
Wczoraj w stolicy Syrii Damaszku była próba nieudanego zamachu na prezydenta Francji Macrona. Naturalnie, że wszelkie zamachy nie tylko na polityków należy potępić. W tym przypadku dziwi mnie jednak wybór niedoszłej ofiary. Kto usuwa marionetkę globalistów, na której miejsce czeka w kolejce przynajmniej tuzin równie uległych pacynek? Jedyne wyjaśnienie, jakie mi przychodzi do głowy, jest to, że akcja spowodowana była przez przeciwników junty, która obecnie rządzi Syrią, a Macron był akurat pod ręką. Mógłby to być też zamach zorganizowany przez przeciwników globalizacji, do których przynajmniej po części zaliczam też Trumpa.
Pacyfistą nie jest w żadnym wypadku, ale popsuł już wiele planów globalistom. Jedynie tych planów, które jemu się nie podobały.
Ciekawe co będzie ogłoszone na dzisiejszym szczycie NATO w Turcji? W przyszłym tygodniu zapowiada się burzliwa, zapewne niepubliczna dyskusja Trump – Netanjahu w Waszyngtonie. Czyje argumenty zwyciężą?
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
[żałosny los państwa położonego tam, gdzie chce md]
Co by było, gdyby Izrael
jutro wieczorem
użył broni nuklearnej
przeciwko Iranowi?
Perspektywa Mizrahi
Pozwolenie znanemu z szaleństwa, mściwości i mesjanizmu państwu żydowskiemu na posiadanie broni jądrowej może (tak, naprawdę) okazać się najkosztowniejszym błędem w historii naszego gatunku. Musimy działać teraz.
Izrael dysponuje możliwością wystrzeliwania broni jądrowej z samolotów (dzięki USA) i okrętów podwodnych (dzięki Niemcom), a także z ziemi, przy użyciu rakiet balistycznych (potencjalnie o zasięgu międzykontynentalnym 10 000 kilometrów lub większym).
Wiemy na pewno, że Izrael posiada broń jądrową, ponieważ Mordechaj Vanunu powiedział nam to 40 lat temu i zapłacił za to dziesięcioleciami swojego życia za kratkami, w tym 11 latami w odosobnieniu.
Nie ma wątpliwości, że Izrael posiada broń jądrową, ale formalny dyskurs globalny woli podważać ten fakt, aby uniknąć przerażającego i przerażającego pytania: Co by było, gdyby Izrael zdecydował się użyć swojego arsenału nuklearnego? I co robi ludzkość, aby zapobiec takiemu katastroficznemu scenariuszowi?
Znane osoby na całym świecie unikają zadawania tego pytania – nie dlatego, że jest ono zbyt naciągane (czy cokolwiek jest zbyt naciągane, jeśli chodzi o Izrael?), ale dlatego, że nawet po rzezi ostatnich 3 (i 80) lat, praktycznie wszystkie główne zachodnie media i każdy zachodni rząd (i niestety znaczna część Globalnego Południa) mają wyznaczoną czerwoną linię, której nigdy nie przekroczą: „Nigdy nie przedstawiaj Izraela jako zagrożenia”.
Jeśli chodzi o Izrael, do niczego nie należy przyznawać się publicznie: wszystko, co ktoś myśli, pozostaje jego prywatną sprawą, nawet jeśli 3 miliardy ludzi czuje i myśli dokładnie tak samo jak on.
Więc nawet nie zadają tego pytania teraz, gdy szaleństwo Izraela jest aż nadto oczywiste, bo zostali uciszeni, wykastrowani i podporządkowani. Ale skoro istnienie życia na Ziemi teoretycznie mogłoby zależeć właśnie od tego pytania, najwyższy czas, abyśmy użyli naszych głosów i platform, aby wymusić je na naszych żałosnych rządach i mediach.
Dlaczego zmieniam swoje stanowisko w tej sprawie z „wyjątkowo mało prawdopodobne” na „mało prawdopodobne, ale zdecydowanie możliwe”.
Od czasu, gdy 7 października 2023 roku Hamas w końcu wywołał fazę zombie apokaliptycznej wojny Izraela, uznałem, że możliwe użycie broni nuklearnej przez Izrael lub Stany Zjednoczone przeciwko Iranowi jest wysoce nieprawdopodobne.
Izrael był zbyt mały i podatny na odwet, a USA rozumiały, że eksplozja broni jądrowej w Zatoce Perskiej wywołałaby niespotykane i nieprzewidywalne wstrząsy w regionie i na świecie – te względy dawały wystarczające zabezpieczenie przed takim szaleństwem.
Jednak w ostatnich tygodniach zacząłem ponownie rozważać moją wcześniejszą ocenę kwestii nuklearnej. Wiele się zmieniło, a to wywiera presję na i tak już dysfunkcyjną izraelską psychikę, nie do zniesienia.
Historycznie bezprecedensowe uczucie bycia otoczonym, niepopularnym i nieistotnym.
Wyniki wojny USA i Izraela z Iranem są nadal przedmiotem negocjacji dyplomatycznych, a Stany Zjednoczone, zgodnie z oczekiwaniami, próbują uchylić się od zobowiązań podjętych w ramach Porozumienia o Porozumieniu (MoU). Sukces Iranu w przeciwdziałaniu potędze Ameryki i planom Izraela, a w dużej mierze w ich udaremnianiu, jest niezaprzeczalny.
Sukcesy te poddają w poważne wątpliwość zdolność Izraela do przetrwania w nienaruszonym stanie w Azji Zachodniej, która stała się nie tylko bardziej wroga, ale także bardziej zdolna do samoobrony i powstrzymania żądzy krwi i żądzy ziemi syjonizmu.
Musimy pamiętać, że chociaż Izrael lubi przedstawiać się jako praktycznie bezbronna ofiara, w zimnej rzeczywistości biznesowej cieszy się wizerunkiem niepowstrzymanego zdobywcy, który zawsze jest o kilka kroków przed wyznaczonymi wrogami.
I nie chodzi tu tylko o budowanie marki biznesowej: każdy aspekt państwa syjonistycznego, począwszy od jego zdolności do zapewnienia Żydom bezpieczeństwa, aż po faktyczne zarządzanie codziennym życiem, jest ugruntowany w fakcie, że Izrael potrafi pokazać, że żadna regionalna ani globalna potęga nie jest w stanie mu zagrozić.
7 października 2023 r. ten kluczowy argument sprzedażowy roztrzaskał się pod przywództwem Sinwara, wpędzając Izrael w szał, którego jesteśmy świadkami od tamtej pory: próbował on okrutnie zrekompensować to, co stracił w przewadze militarnej (na której opiera się cała idea syjonistyczna) i nienaruszalności.
A teraz, gdy Iran bardzo boleśnie odpiera każdy atak i szybko odpowiada kontratakiem, dawny izraelski nastrój prysł.
Ale nie chodzi tu tylko o aurę; chodzi o całą psychologię, która wymaga miażdżącej, niesprawiedliwej przewagi nad ludźmi z bliska i daleka, by udawać choćby pozory normalności i spokoju. Również tutaj obowiązuje ta sama zasada: jeśli Izrael przegra, doprowadzi to do niekończącego się epizodu żądzy krwi. Izrael rzeczywiście panikuje, ponieważ czuje, że nie może już pokonać swoich wrogów fałszywym, zawstydzonym uśmiechem: co zrobią, gdy zdadzą sobie sprawę, że nie mogą już narzucać innym swojej wersji rzeczywistości? Model syjonistyczny nie uwzględnia takiej możliwości, a rezultatem będzie załamanie psychiczne.
Fakt, że USA prowadzą bezpośrednie negocjacje z Iranem i że coraz więcej ludzi w zachodnich pseudodemokracjach odczuwa rzeczywistą nienawiść do Izraela, jest postrzegany przez syjonistów jako zawalenie się murów wokół wszystkiego, co zbudowali przez ponad stulecie.
Powinni już być niekwestionowanymi władcami Azji Zachodniej, podróżującymi między arabskimi stolicami prywatnymi odrzutowcami i podpisującymi drapieżne traktaty z każdym, kto nie odważy się spojrzeć im w oczy. Ale spójrzcie na nich teraz: poobijani, zestresowani, winni, znienawidzeni, nieufni – i poddani wyzwaniu przez najpotężniejszego wroga, z jakim kiedykolwiek zmierzył się syjonizm, dysponującego środkami, by odsunąć zarówno władzę polityczną, jak i opinię publiczną od Izraela.
No cóż, koszmar.
Wszystko to dzieje się w przerażającym tempie, ponieważ miliardy ludzi na własne oczy oglądają zbrodnie Izraela, korzystając ze swoich urządzeń i platform, którym (słusznie) ufają bardziej niż jakiemukolwiek rządowi.
Nie ma więc poczucia niezwyciężoności, bezpieczeństwa, nieuczciwej przewagi, dominacji i możliwości odzyskania czegokolwiek z tego.
Chyba że jest jakiś sposób.
Czy to, czego nie można osiągnąć poprzez okrucieństwo i terror, można osiągnąć poprzez sprowadzenie na Iran i ludzkość najstraszniejszej tragedii?
Znając charakter Izraela tak dobrze jak ja i widząc jego obecny stan psychologiczny, uważam, że pokusa użycia broni jądrowej wzrosła astronomicznie od 28 marca, kiedy to nastąpił ostatni zaplanowany przez Izrael atak na Iran.
Widzicie, przed 28 marca Izrael żył w złudzeniu, że może militarnie zmiażdżyć Iran, wykorzystując Stany Zjednoczone jako swojego idiotycznego jaskiniowca. Teraz to złudzenie w dużej mierze rozwiało się. Nie oznacza to, że nie spróbują ponownie (paradoksalnie, biorąc pod uwagę alternatywę, jest to bardziej uspokajająca opcja). Oznacza to jednak, że Izrael jest teraz bliski wniosku, że Iranu nie da się pokonać żadną kombinacją środków konwencjonalnych i tajnych.
Nie oczekuję, że Izrael po prostu zaakceptuje niepodległość i nieustępliwość Iranu oraz równowagę sił militarnych między tymi dwoma państwami.
Nie oczekuję też, że Izrael, zwłaszcza w momencie nasilenia się psychozy, zaakceptuje nowy status quo, w którym będzie musiał nauczyć się współistnieć z innymi wpływowymi potęgami (muszę się serdecznie śmiać, czytając to, co przed chwilą napisałem).
Wreszcie, nie oczekuję, że Izrael zrezygnuje z okazji, by odwrócić losy i pomścić swoje porażki w postaci rosnącej niepopularności na świecie; w myśleniu syjonistycznym ludzie, których nie kochają i nie podziwiają, i tak nie zasługują na życie. I mówię to dosłownie.
W jaki więc sposób Izrael odzyskuje aurę niezwyciężoności, utrzymuje pożądany wizerunek zagrożenia (choć w sposób mniej fałszywie uprzejmy) i mówi ludziom na całym świecie, że mogą wcisnąć sobie swoje opinie tam, gdzie słońce nie dochodzi?
W jaki sposób Izrael pozbędzie się Iranu w sposób, który będzie miał wpływ na historię i odstraszy potencjalnych krytyków na dziesięciolecia, a może i stulecia?
Być może Izrael nadal będzie chciał zastosować pewne sztuczki, ale coraz bardziej czuję, że biorąc pod uwagę wszystkie trendy i realia, które tu opisuję, a także wszystko, co wiemy o syjonizmie i mentalności niezbędnej do jego podtrzymywania, a także biorąc pod uwagę wagę i znaczenie Holokaustu w Strefie Gazy oraz zdolność Iranu do kształtowania światowej opinii publicznej, możemy zbliżać się do momentu, w którym Izrael zostanie prawdopodobnie zepchnięty w otchłań szczególnie katastrofalnej sytuacji.
Ale nie piszę tego tylko po to, żeby wywołać sensację. Czeka nas mnóstwo pracy.
Jeśli Izrael zbliża się do granic możliwości istnienia bez nieuczciwej przewagi nad rzekomymi wrogami i bez wolności robienia czegokolwiek z kimkolwiek i kiedykolwiek, co możemy z tym zrobić?
Myślę, że najmniej, co możemy zrobić w tak groźnych okolicznościach, to podnieść to pytanie i uczynić je nie tylko uzasadnionym, ale i niezbędnym.
Musimy zapytać każdego polityka na całym świecie, co robi, aby zapobiec potencjalnemu holokaustowi nuklearnemu wywołanemu przez Izrael. A jeśli zaprzeczą, uciekną lub będą ukrywać sprawę, musimy im przypomnieć, że ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność w tej sprawie i że w razie katastrofy zamierzamy wrócić z naszymi notatkami i dokumentami.
Musimy domagać się, aby przedstawiciele polityczni, zwłaszcza w Rosji, Chinach i USA, podjęli środki zapobiegawcze, które umożliwią im wykrycie, zapobiegnięcie lub złagodzenie każdej decyzji Izraela o rzuceniu się w przepaść i użyciu broni jądrowej przeciwko Iranowi.
Zakładam po prostu, że Iran już ma plan takiego rozwoju sytuacji.
Innymi słowy, musimy odzyskać to, co jest obecnie półspiskowym horrorem, jako uzasadniony i otwarcie dyskutowany problem polityczny. Tak powinno być zawsze, a Izraelowi nigdy nie powinno się pozwolić na żywienie się tą absurdalną, sfabrykowaną wątpliwością co do jego zdolności do produkcji broni masowego rażenia. Niemniej jednak, rezultaty kampanii irańskiej, a także ludobójcze i apokaliptyczne postawy i przekonania Izraela, w połączeniu z jego mało wiarygodną kryminalną przeszłością i teraźniejszością, zmuszają nas do zadania sobie tego pytania głośno i wyraźnie: Co by było, gdyby Izrael użył broni jądrowej przeciwko Iranowi jutro wieczorem?
Artykuł opiniotwórczy autorstwa Michaela Hollistera .
SERCE
IRGC ostrzeliwuje trzy tankowce w Cieśninie Ormuz – katarski tankowiec LNG zagrożony eksplozją. W nocy z 6 na 7 lipca jednostki IRGC ostrzelały co najmniej trzy statki handlowe przepływające przez Cieśninę Ormuz na omańskim szlaku przybrzeżnym. Katarski tankowiec LNG Al Rekayyat został trafiony w lewą burtę, a powstały pożar w maszynowni spowodował nadanie sygnału SOS. Według agencji Reuters istniało ryzyko eksplozji, ale załoga nie odniosła obrażeń. Saudyjski supertankowiec Wedyan został trafiony i uszkodzony przez irański pocisk. Trzeci tankowiec doznał niewielkich uszkodzeń konstrukcyjnych w wyniku ataku drona o nieznanym pochodzeniu.
Półoficjalna irańska agencja prasowa Fars poinformowała, że katarski tankowiec został ostrzelany po tym, jak „zignorował wielokrotne ostrzeżenia”. IRGC ogłosiło za pośrednictwem irańskich mediów 6 lipca, że wyśle łodzie patrolowe na szlak omański. Brytyjski Urząd Bezpieczeństwa Morskiego i Transportu (UKMTO) podniósł poziom zagrożenia dla tranzytu do „poważnego” – najwyższego od 15 czerwca. Wszystkie trzy statki korzystały z trasy przybrzeżnej zaproponowanej przez Oman i Międzynarodową Organizację Morską, którą Iran odrzuca jako „niedopuszczalną i niebezpieczną”.
Stany Zjednoczone przeprowadzają ataki odwetowe i cofają licencję na sprzedaż ropy naftowej. CENTCOM ogłosił wieczorem 7 lipca, że przeprowadził „serię potężnych ataków” na cele w Iranie, w tym za pomocą pocisków rakietowych, dronów i obiektów portowych. Ataki miały na celu „wysokie koszty ataków na cywilne statki handlowe na międzynarodowym szlaku wodnym”. Działania Iranu stanowiły „rażące naruszenie zawieszenia broni”. Jednocześnie Departament Skarbu USA cofnął licencję General License X, która zezwalała Iranowi na sprzedaż ropy naftowej na mocy Memorandum z Islamabadu. Przedstawiciel USA stwierdził, że Memorandum było „wyłącznie oparte na zasługach – Iran korzysta jedynie z dobrego zachowania”. Rzecznik irańskiego MSZ, Baghaei, uznał oskarżenia za „niedopuszczalne”. Araghchi ostrzegł, że Iran nie wznowi negocjacji, dopóki Stany Zjednoczone będą nadal stosować groźby. Konsultant ds. ryzyka Brett Erickson ocenił cofnięcie koncesji naftowej jako „całkowite zniszczenie memorandum” – koncesja naftowa była jedyną istotną korzyścią, jaką Iran otrzymał w zamian za otwarcie cieśniny.
Katar i Arabia Saudyjska wspólnie potępiają Iran – Doha wzywa dyplomatów. Katar potępił atak na Al Rekayyat jako „poważne i jawne naruszenie prawa międzynarodowego” i wezwał zastępcę ambasadora Iranu. Rzecznik MSZ al-Ansari wezwał Iran do „natychmiastowego zaprzestania wszelkich praktyk podważających bezpieczeństwo regionu”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Arabii Saudyjskiej wspólnie potępiło ataki na Wedyan i Al Rekayyat jako „atak na bezpieczeństwo międzynarodowej żeglugi i globalnych dostaw energii” i uznało Iran za „w pełni odpowiedzialny”. Iran odrzucił katarskie oskarżenia jako „wątpliwe i sprzeczne z zasadą dobrego sąsiedztwa”. Fakt, że Iran bezpośrednio zaatakował dwóch głównych mediatorów – Katar i Arabię Saudyjską, która zaledwie cztery dni wcześniej wysłała niespodziewaną delegację na pogrzeb Chameneiego – rodzi pytanie, czy ataki zostały autoryzowane przez władze cywilne, czy też linia IRGC pod wodzą Vahidiego po raz kolejny działała niezależnie.
Pogrzeb Chameneiego: Teheran, Kom, Nadżaf – Modżtaba wciąż nieobecny. Uroczystości pogrzebowe Alego Chameneiego, zamordowanego 28 lutego, osiągnęły w tym tygodniu punkt kulminacyjny. 6 lipca główny pochód przeszedł przez Teheran na plac Azadi – czerwone flagi, wezwania do zemsty, transparenty z napisem „Zabijemy Trumpa”. Po raz pierwszy od początku wojny trzech synów Chameneiego pojawiło się publicznie; Modżtaba Chamenei, nowy Najwyższy Przywódca, pozostał nieobecny. 7 lipca ciało przewieziono do Kom, gdzie ajatollah Dżawadi Amoli poprowadził modlitwę w meczecie Jamkaran – zdjęcia lotnicze ukazywały miasto, którego ulice były pełne żałobników. Wieczorem 7 lipca ciało przewieziono samolotem do Nadżafu, gdzie przyjął je iracki premier al-Zaidi. Prezydent Pezeshkian osobiście udał się do Nadżafu. Procesje w Nadżafie i Karbali 8 lipca, pochówek 9 lipca w mauzoleum Imama Rezy w Meszhedzie. Modżtaba Chamenei nie zabrał głosu publicznie ani nie opublikował nagrania audio od 28 lutego.
Szczyt NATO w Ankarze: Trump chwali Turcję, krytykuje europejskich sojuszników. Szczyt NATO w Ankarze, który odbył się 7-8 lipca, stał się areną do ponownego zrównoważenia sojuszu. Podczas dwustronnego spotkania z Erdoganem, Trump oświadczył, że Turcja była „wielkim sojusznikiem” i „właścicielem” porozumienia nuklearnego z Iranem, dodając: „To nawet nie wojna, to operacja wojskowa, operacja denuklearyzacji”. Jednocześnie stwierdził, że jest „bardzo rozczarowany NATO” – tym, że Stany Zjednoczone wydają setki miliardów, podczas gdy ich sojusznicy „nie są dla nas”. Zwrócił uwagę, że państwa europejskie nie uczestniczyły w porozumieniu nuklearnym z Iranem i powiedział, że zależy mu nie na ich pieniądzach, ale na ich „lojalności”. Trump ogłosił zniesienie sankcji wobec Turcji, nałożonych po zakupie rosyjskiego systemu obrony powietrznej S-400. Sekretarz generalny NATO Rutte ogłosił, że łączna wartość inwestycji obronnych wyniesie „miliardy” – w tym 40 miliardów dolarów na zdolności w zakresie zwalczania dronów, 26 miliardów dolarów na obronę powietrzną i 1,6 miliarda dolarów na zdolności uderzeniowe.
F-35 dla Turcji – Netanjahu ostrzega, Trump rozważa sprzedaż, Hegseth leci do Izraela. Kwestia F-35 stała się punktem podziału między Waszyngtonem, Ankarą i Jerozolimą. 7 lipca Trump, stojąc ramię w ramię z Erdoğanem, oświadczył, że „z pewnością rozważy” sprzedaż. Erdoğan powiedział, że Trump „obiecał pięć samolotów” i „zawsze dotrzymuje obietnic”.
6 lipca Netanjahu ostrzegł w Fox News, że Turcja jest „reżimem zarażonym przez Bractwo Muzułmańskie”, a Erdoğan „nie jest wzorowym sojusznikiem”. Sprzedaż „zniszczyłaby równowagę sił na Bliskim Wschodzie, którą ostatecznie gwarantuje przewaga powietrzna Izraela”. Minister Likudu Amichaj Czikli poszedł dalej, nazywając Erdogana „groteskową mieszanką Hitlera i Sinwara”. Sekretarz obrony USA Hegzeth, który przebywał w Ankarze z Trumpem, zaplanował wizytę w Izraelu na 8 lipca – według CNN i Axios, między innymi w celu omówienia izraelskich obaw dotyczących umowy na samoloty F-35. Tymczasem, według Forbesa, Rosja ukończyła pierwszą partię do 20 samolotów Su-35 dla Iranu – dostawa może nastąpić pod koniec 2026 lub 2027 roku.
Liban: Izraelski atak drona zabija czterech cywilów w pobliżu Nabatieh. 6 lipca izraelski atak drona na pojazd w Nabatieh al-Fawqa zabił cztery osoby – dyrektorkę szkoły, jej matkę, zagraniczną pomoc domową i syryjskiego robotnika. Według państwowej agencji informacyjnej NNA, czwórka wracała z wizyty w domu rodzinnym. Siły Obronne Izraela (IDF) oświadczyły, że zidentyfikowały pojazd z „czterema podejrzanymi”, którzy zbliżyli się do strefy bezpieczeństwa i stanowili „zagrożenie dla żołnierzy IDF”. 7 lipca nastąpiły kolejne izraelskie ataki w południowym Libanie. Tymczasem, po spotkaniu z wysokimi rangą przedstawicielami Hezbollahu, przewodniczący irańskiego parlamentu Ghalibaf oświadczył, że Liban stanowi „ostateczną i fundamentalną czerwoną linię” w negocjacjach z USA. Specjalny wysłannik Izraela, szef rządu, oświadczył, że nie wie, czy mechanizm deeskalacji między CENTCOM a IRGC, ogłoszony przez Vance’a, faktycznie działa.
Hamas rozwiązuje rząd w Strefie Gazy – brak informacji o rozbrojeniu. 6 lipca Hamas ogłosił rozwiązanie Nadzwyczajnego Komitetu Rządzącego, który administrował Strefą Gazy przez prawie dwie dekady. Mohammed al-Farra, przewodniczący komitetu, zrezygnował; Hamas zgodził się przekazać administrację Narodowemu Komitetowi Administracji Strefy Gazy (NCAG) – technokratycznej komisji pod przewodnictwem Alego Szaatha, powołanej w styczniu na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2803. Krok ten został skoordynowany z mediatorami z Egiptu, Kataru i Turcji. Rzecznik Hamasu, Kassem, nazwał go „pozytywnym krokiem w kierunku wdrożenia porozumienia o zawieszeniu broni”. Rada Pokoju pod przewodnictwem prezydenta Trumpa oświadczyła, że będzie oceniać postępy „na podstawie czynów, a nie obietnic”. Izrael odrzucił ten krok jako „bezsensowną manipulację”, ponieważ wszyscy pracownicy Hamasu pozostali na swoich stanowiskach. NCAG ma siedzibę w Kairze – Izrael jak dotąd zablokował dostęp do Strefy Gazy. W oświadczeniu nie wspomniano o rozbrojeniu.
Jemen: Huti rozpoczynają ofensywę w pobliżu Al-Hudajdy – irański samolot ląduje w Sanie . 4-5 lipca Huti rozpoczęli ofensywę na południe od Al-Hudajdy – najcięższe walki od zawieszenia broni przez ONZ w 2022 roku. W dzielnicy Hays jednostki Huti zaatakowały pozycje rządowe snajperami, dronami i moździerzami. Szesnastu żołnierzy rządowych zginęło, a 22 zostało rannych. Minister stanu Jemenu, Al-Kudaimi, oświadczył, że w kontrataku zginęło ponad 50 Huti. 6 lipca statek towarowy został zaatakowany przez łodzie motorowe 30 mil morskich na południowy zachód od Al-Hudajdy – załoga nie odniosła obrażeń. Koalicja pod przywództwem Arabii Saudyjskiej oświadczyła, że odpowie na każde zagrożenie z „bezprecedensową determinacją i siłą” i wymieniła cztery potencjalne cele: porty Al-Hudajda, Ras Isa i as-Salif, a także lotnisko w Sanie. Kontekst: Irański samolot cywilny wylądował wcześniej w Sanie – po raz pierwszy od około dekady. Rada Prezydencka Jemenu potępiła lądowanie jako naruszenie suwerenności.
Rynek ropy naftowej: Brent na poziomach sprzed wojny – Aramco obniża ceny do rekordowo niskiego poziomu. Ropa Brent była notowana po około 72 USD 7 lipca, WTI po około 69 USD – obie ceny były na poziomach z 27 lutego, dzień przed rozpoczęciem wojny. Saudi Aramco obniżyło cenę Arab Light dla azjatyckich nabywców o 11 USD za baryłkę, do poziomu 1,50 USD poniżej regionalnego benchmarku – największej miesięcznej obniżki od czasu, gdy Reuters zaczął rejestrować ceny. Ostatnie dwa razy Aramco oferowało rabat podczas wojen cenowych w 2020 i 2015 roku. OPEC+ zatwierdziło zwiększenie kwot o 188 000 baryłek dziennie, począwszy od sierpnia – piątą z rzędu podwyżkę. ZEA, które wycofało się z OPEC podczas wojny, zwiększyło swoją produkcję do rekordowego poziomu ponad 3,8 mln baryłek dziennie. Ataki na tankowce 7 lipca krótkotrwale podniosły cenę ropy Brent o ponad dwa procent. Analitycy z Mizuho ostrzegają, że „coraz bardziej wygląda na to, że producenci sprzętu golfowego szykują się do wojny cenowej”.
Rosatom zapowiada powrót do Buszehr od połowy lipca. Rosyjska państwowa korporacja jądrowa Rosatom planuje odesłać swoich pracowników z powrotem do elektrowni jądrowej w Buszehr w Iranie od połowy lipca. Prezes Rosatomu, Aleksiej Lichaczow, ogłosił to 6 lipca, według agencji Interfax. Rosatom ewakuował 813 pracowników po wybuchu wojny; 20 pozostało na miejscu. Według Lichaczowa, blok 1 nadal pracuje z pełną wydajnością. Dostawa wyposażenia reaktora do bloku 2 planowana jest na 2027 rok. Powrót jest uzależniony od stabilizacji sytuacji bezpieczeństwa – warunku, którego spełnienie nie jest gwarantowane w świetle ataków odwetowych z 7 lipca.
Wielka Brytania wzywa irańskiego dyplomatę – atak nożem na dziennikarza „w imieniu Iranu” Wielka Brytania wezwała irańskiego chargé d’affaires do Londynu 7 lipca po skazaniu dwóch obywateli Rumunii za atak nożem na irańsko-brytyjską dziennikarkę Pourię Zeraati. Zeraati, prezenter Iran International, został trzykrotnie dźgnięty nożem w nogę przed swoim domem w Wimbledonie w marcu 2024 roku. Nandito Badea (21) otrzymał wyrok ośmiu lat więzienia, a George Stana (25) dwunastu lat. Sędzia Cheema-Grubb orzekła, że atak został przeprowadzony „w interesie i w imieniu państwa irańskiego”. Brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło, że wpisuje się to w „długotrwały wzorzec wrogiej działalności irańskich służb wywiadowczych na brytyjskiej ziemi”. Ambasada Iranu w Londynie odrzuciła oskarżenia jako „bezpodstawne, motywowane politycznie i wrogie”.
Trump na szczycie NATO: „Zawrzemy umowę albo ją zakończymy”. Prezydent Trump wysłał sprzeczny komunikat ze szczytu NATO w Ankarze. Z jednej strony nazwał konflikt z Iranem „nawet nie wojną” i oświadczył, że Iran „zgodził się na praktycznie wszystko, czego potrzebujemy”. Już 6 lipca w Fox News oświadczył, że uzyskano „ustępstwa”, które Iran musi teraz uszanować. Z drugiej strony, jednocześnie trwały ataki odwetowe na terytorium Iranu i cofnięcie pozwolenia na sprzedaż ropy naftowej. Zapytany o kwestię F-35, Trump odniósł się do wiceprezydenta Vance’a. Odnosząc się do Iranu, oświadczył w Ankarze: „Zawrzemy umowę albo ją zakończymy”. To sformułowanie jest identyczne z tym, którego użył przed rozpoczęciem operacji wojskowej w lutym.
ANALIZA
I. Wyłom w Ormuzie – Iran strzela do własnych mediatorów
Ataki na tankowce z 7 lipca nie są zwykłym incydentem. Uderzają w Katar – państwo, które od miesięcy pośredniczy w rozmowach pośrednich między Waszyngtonem a Teheranem, którego emir przyjął Witkowa i Kushnera 1 lipca, a którego rzecznik MSZ ogłosił „pozytywny postęp” 2 lipca. Uderzają również w Arabię Saudyjską – państwo, które cztery dni wcześniej niespodziewanie wysłało swojego wiceministra spraw zagranicznych do Teheranu na pogrzeb Chameneiego, gest wykraczający poza samą ceremonię.
Reakcja obu państw jest odpowiednio silna: Katar wzywa irańskiego dyplomatę, a Arabia Saudyjska potępia ataki we wspólnym oświadczeniu. Iran wszystkiemu zaprzecza. Centralne pytanie brzmi, kto zezwolił na ataki. Wszystkie trzy statki płynęły omańskim szlakiem przybrzeżnym, który Iran od początku wojny uważa za nielegalny. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ogłosił poprzedniego wieczoru, że wyśle łodzie patrolowe właśnie na ten szlak. Schemat ten wpisuje się w linię Wahida – łącząc kontrolę nad rzeką Ormuz z presją negocjacyjną, nawet wbrew woli władz cywilnych. To, czy Pezeshkian, czy Araghchi autoryzowali ataki, nie jest jedynie wewnętrzną kwestią Iranu – chodzi o to, czy Waszyngton negocjuje z kimś, kto ma prawo do realizacji tego, na co się zgadzają. Reakcja USA jest natychmiastowa i dwojaka: ataki wojskowe i cofnięcie licencji na sprzedaż ropy naftowej, co uznano za jedyne znaczące ustępstwo wobec Iranu. Jeśli licencja generalna X upadnie, sedno tego, co Iran uzyskał przy stole negocjacyjnym, odpadnie.
II. Pogrzeb – Kto opłakuje, a kto rządzi
Cztery miesiące po ataku, w którym zginął Ali Chamenei, jego ciało jest niesione przez pięć miast w dwóch krajach – to największy w historii Iranu, sponsorowany przez państwo, kondukt pogrzebowy. Teologiczna choreografia jest starannie zaaranżowana: Teheran dla mas, Kom dla władzy religijnej, Nadżaf i Karbala dla międzynarodowej szyickiej narracji, a Meszhed dla osobistego kontaktu. Trzech synów Chameneiego pojawiło się w teherańskiej procesji po raz pierwszy od 28 lutego.
Jego następca, Modżtaba, nie był wśród nich. Nie przemawiał publicznie od początku wojny, nie opublikował nagrania audio i nie wydał oświadczenia dotyczącego pogrzebu własnego ojca. NBC podało w swojej ostatniej aktualizacji, że doznał poważnych oparzeń i przeszedł operację nogi; jego teść powiedział, że nie miał z nim kontaktu od początku wojny. Jednocześnie Vahidi po raz kolejny pojawił się w centrum uwagi – człowiek, który według „Wall Street Journal” i ISW/CTP „regularnie unieważnia” decyzje władz cywilnych w negocjacjach i skutecznie wyznacza kurs Iranu. Pogrzeb pokazuje, że Teheran demonstruje siłę na zewnątrz, podczas gdy w kraju nieobecność nominalnej głowy państwa nie pozostawia kwestii władzy otwartą, lecz daje na nią odpowiedź: dopóki Modżtaba pozostaje niewidoczny, kwestia tego, kto rządzi Iranem, jest kwestią Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), a nie Najwyższego Przywódcy.
III. Ankara jako odbicie lustrzane – jak szczyt NATO zmienia osie władzy
Szczyt NATO w Ankarze ujawnia reorganizację wykraczającą poza konflikt z Iranem. Trump nagradza Turcję: sankcje zniesione, obietnica sprzedaży F-35, Erdogan chwalony jako „wielki sojusznik” w wojnie z Iranem. Europa zostaje ukarana: „bardzo rozczarowana”, niewystarczająco lojalna, niezaangażowana. Ostrzeżenia Izraela przed umową dotyczącą F-35 pozostają bez echa – Netanjahu nazywa Erdogana zagrożeniem dla bezpieczeństwa, ministrowie Likudu porównują go do nazistów, a mimo to Trump sygnalizuje sprzedaż. Zmiana ma charakter strukturalny: Turcja, objęta sankcjami za czasów Obamy i Bidena za zakup S-400, staje się preferowanym partnerem za czasów Trumpa.
Izrael, który od dziesięcioleci utrzymuje regionalny monopol na F-35, po raz pierwszy widzi, jak ten monopol jest poważnie zagrożony – nie przez wroga, ale przez amerykańskiego sojusznika. Wizyta Hegzeta w Izraelu 8 lipca, aby omówić te obawy, podkreśla tę sytuację: Jerozolima reaguje, ale nie działa. W przypadku konfliktu z Iranem oś Ankara oznacza, że Turcja pozycjonuje się zarówno jako mediator, jak i beneficjent – a definicja lojalności Waszyngtonu nie opiera się na porozumieniach sojuszniczych, lecz na użyteczności w poszczególnych przypadkach.
IV. Gaza: Hamas oddaje kontrolę nad rządem – ale nie nad bronią
Rozwiązanie Komitetu Rządzącego Hamasu 6 lipca jest sygnałem dla Waszyngtonu, a nie zrzeczeniem się władzy. Hamas rozwiązuje administrację, a nie struktury wojskowe. Deklaracja nie wspomina o rozbrojeniu ani o przekazaniu tuneli, składów broni ani map. Lider NCAG, Szaath, deklaruje gotowość do współpracy – pod warunkiem utworzenia „jednej siły zbrojnej pod jednym zwierzchnictwem”, co z kolei przekazuje kwestię rozbrojenia Izraelowi i Stanom Zjednoczonym bez udzielania na nią odpowiedzi. Moment nie jest przypadkowy: Hamas działa, gdy Trump jest zajęty konfliktem z Iranem, szczytem NATO i wyborami uzupełniającymi. Posunięcie to ma na celu zademonstrowanie, że Hamas nie blokuje planu USA – a jednocześnie zwiększenie presji na Izrael, aby zezwolił NCAG na wejście do Strefy Gazy. Fakt, że Izrael zatwierdził 13 nowych osiedli na Zachodnim Brzegu tego samego dnia i że Smotrich przedstawił plany trzech osiedli w północnej części Strefy Gazy, ilustruje odwrotny trend: Hamas symbolicznie się wycofuje, podczas gdy Izrael w praktyce się rozwija. Negocjacje w fazie 2 – rozbrojenie, wycofanie wojsk, odbudowa – utknęły w martwym punkcie od miesięcy.
V. Termin 60 dni i podwójny komunikat
Memorandum z Islamabadu zostało podpisane 17 czerwca. 60-dniowy termin upływa w połowie sierpnia – w samym środku burzliwych wyborów uzupełniających w USA, w których Republikanie bronią minimalnie przeważającej większości w Izbie Reprezentantów. Trzy tygodnie po podpisaniu werdykt jest jednoznaczny: Runda z Dohy zakończyła się 2 lipca bezpodstawnie – „pozytywny postęp” w mechanizmach wdrażania, ale nie w kluczowych kwestiach programu nuklearnego, sankcji, Libanu i administracji Ormuzu. Tragedia pogrzebowa zawiesza rozmowy co najmniej do 10 lipca.
7 lipca Iran ostrzeliwuje trzy tankowce, USA odpowiadają odwetem i cofają pozwolenie na wydobycie ropy – a Trump oświadcza w Ankarze, że Iran „zgodził się praktycznie na wszystko” i że negocjacje przebiegają pomyślnie. Oba komunikaty mogą być prawdziwe – ale tylko pod warunkiem, że nikt nie będzie musiał podejmować decyzji. Słowa Trumpa w Ankarze – „Zawrzemy umowę albo nie” – to te same słowa, których używał przed 28 lutego. Ataki na Ormuz i odwet USA nie oznaczają końca memorandum, ale jego test wytrzymałości: pytanie, czy umowa ramowa wytrzyma, gdy obie strony będą jednocześnie strzelać i negocjować – a termin upływa w trakcie amerykańskiego sezonu wyborczego.
KLASYFIKACJA STRATEGICZNA
Tydzień od 5 do 8 lipca oznacza najpoważniejsze naruszenie od czasu podpisania Memorandum z Islamabadu. Ataki tankowców na Katar i Arabię Saudyjską – mediatorów Iranu – oraz odwet USA w postaci cofnięcia pozwolenia na wydobycie ropy podważyły istotę porozumienia, nie doprowadzając do jego formalnego rozwiązania. Pogrzeb Chameneiego symbolizuje siłę na zewnątrz, jednocześnie ujawniając wewnętrzny kryzys przywództwa, w którym nominalny Najwyższy Przywódca pozostaje niewidoczny, a dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej kreuje fakty.
W Ankarze Trump zmienia osie sojuszu na korzyść Turcji kosztem Europy i Izraela. W Strefie Gazy Hamas rezygnuje z kontroli nad administracją, ale nie z broni – a Izrael rozszerza się w przeciwnym kierunku. 60-dniowy termin memorandum staje się ostatnim etapem negocjacji, które są jednocześnie negocjowane i ostrzeliwane.
+++
Notatki i źródła
Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – daleką od dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.
Relacja na żywo z Times of Israel, 6 lipca 2026 r. – Siły Obronne Izraela informują o zidentyfikowaniu samochodu z podejrzanymi w pobliżu strefy bezpieczeństwa w południowym Libanie: https://www.timesofisrael.com/liveblog-july-6-2026/
Michael Hollister – Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie, publikacja lub wykorzystanie tego tekstu wymaga wyraźnej pisemnej zgody autora. W celu dalszego wykorzystania prosimy o kontakt z autorem za pośrednictwem strony www.michael-hollister.com .
Akurat trafiłem na szalenie ciekawy tekst na szalenie ciekawej platformie. Jestem jej stałym czytelnikiem ze względu na bardzo wysoki poziom (także intelektualny). Próbowałem uzyskać zgodę na tłumaczenie, ale podany adres mailowy nie funkcjonuje. Ale tekst jest na tyle ciekawy, że mimo tego postanowiłem go opublikować. Mam nadzieję, że autor nie obrazi się.
Gorąco polecam tę stronę, wszystkie teksty są w językach: angielskim, niemieckim, francuskim i rosyjskim.
Właściwie w tym tekście nie ma niczego, czego bym już wcześniej tutaj nie napisał. Autor doskonale zebrał wszystko „do kupy”. Różnica między nami polega na tym, że ja od początku nie miałem złudzeń, że wcześniej czy później musi dojść do decydującego starcia, bo dla obu stron chodzi o „być, albo nie być” – to jest konflikt egzystencjalny. Hänseler dopiero teraz zaczyna to dostrzegać. Inną różnicą jest spojrzenie na gigantyczne zadłużenie i idiotyczne wręcz kursy na giełdach. Hänseler dziwi się im, dla mnie to po prostu efekt procesów zachodzących w systemie monetarnym.
Czytając fragment, w którym Putin mówi o eleganckich facetach, którzy objaśniają nowemu prezydentowi jak się rzeczy mają i kto tu naprawdę rządzi, pomyślałem sobie: skąd on to wie? Czy do niego przypadkiem także tacy nie przyszli? Gdy widzi się, że Nabiullina, zamiast oskarżenia o działanie na szkodę kraju i usunięcia ze stanowiska szefowej banku centralnego, jest pod jego ochroną, wydaje się to całkiem prawdopodobne…
Ale naprawdę przerażające myśli naszły mnie w trakcie lektury części o Iranie. Moje prywatne kontakty potwierdzają, że irańskie społeczeństwo jest przeciwne jakimkolwiek rokowaniom z „Wielkim Szatanem” (tak Irańczycy określają USA). Już dawno spodziewałem się, że może dojść do izraelskiego ataku nuklearnego na Iran; obawiam się, że coraz szybciej się do tego zbliżamy. Akurat wyciekły informacje, że Izrael planował atak na trwające właśnie uroczystości pogrzebowe Alego Chamenei. Nie wiemy czy te informacje są prawdziwe, ale są one wysoce prawdopodobne! Musimy sobie uświadomić fakt, że mamy do czynienia z psychopatami przekonanymi o tym, że wszystko im wolno, bo są wybrańcami boga! Milczenie świata w obliczy ludobójstwa w Strefie Gazy i w innych regionach Palestyny tylko utwierdza ich w tym przekonaniu!
Paradoksalnie innym poważnym zagrożeniem jest zacofanie techniczne Zachodu. Karmieni jesteśmy mitami o amerykańskiej potędze militarnej. Tymczasem jedyną bronią, która dorównuje temu, co posiada Rosja, są atomowe okręty podwodne. Jedynie one sprawiają, że Rosja nie będzie w stanie bezkarnie zaatakować USA. Rosja posiada cały wachlarz pocisków hipersonicznych, przed którymi nie ma żadnej obrony. Dark Eagle – pierwszy amerykański pocisk hipersoniczny BYĆ MOŻE będzie gotowy po 2030 roku! W dodatku niewielki przenoszony ładunek sprawia, że będzie to raczej petarda niż poważna broń! W przeciwieństwie do rosyjskich pocisków nie będzie mieć zdolności manewrowych. Przy pomocy swoich rakiet hipersonicznych, Rosja już dziś jest w stanie zniszczyć większość amerykańskich silosów z rakietami balistycznymi. Kompletnie przestarzałe – bo lecące po stałych trajektoriach – Minutmany, którym uda się wystartować, będą łatwym celem dla rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Ale pozostają amerykańskie atomowe okręty podwodne ze swoimi rakietami… Na razie cały Zachód śni sny o potędze, ale gdy przyjdzie przebudzenie, to kręgi sprawujące władzę mogą dojść do wniosku, że zanim będzie za późno, trzeba postawić wszystko na jedną kartę i nacisnąć przysłowiowy czerwony guzik. Niestety ten scenariusz staje się coraz bardziej prawdopodobny…
Europa odmawia Rosji pokoju i dąży do wojny. Stany Zjednoczone i Izrael chcą wojny z wieloma przeciwnikami – przemyślenia
Autor: Peter Hänseler
Wprowadzenie
Ingeborg Bachmann doszła w 1959 roku do wniosku, że prawda jest dla człowieka do zaakceptowania, ponieważ jest on w stanie ją przyjąć, nawet jeśli jest ona jak najbardziej niewygodna. Literatura nie powinna ani ukrywać prawdy, ani jej upiększać.
Dotyczy to w szczególności mediów, które od lat nie wywiązują się ze swojej roli czwartej władzy. Świat zmierza ku nowej wojnie światowej, a większość ludzkości nie jest w stanie ocenić zagrożeń i szans, ponieważ media poprzez swoją propagandę zniekształcają fakty w taki sposób, że prawda znika w coraz gęstszej mgle. Ogłupienie osiągnęło taki poziom, że nawet politycy na Zachodzie wierzą w propagandę własnych mediów i postępują zgodnie z nią. Nieprawdy rozpowszechniane przez polityków nie są już przez nich samych postrzegane jako kłamstwa – ich intelekt w dużej mierze na to nie wystarcza. Należy stwierdzić, że politycy stali się – i nadal stają się – przede wszystkim „ambasadorami” stale obniżającego się poziomu wykształcenia, a w konsekwencji ofiarami własnej propagandy.
Ten tekst stara się wykazać, że mimo wszystko możliwe jest oddzielenie ziarna od plew, ponieważ wśród całego tego śmiecia, jakim są doniesienia medialne, kryje się prawda.
Nie zapominajmy o złu
W artykule „Czy zło zwycięży?” zastanawiałem się nad tym, kto tak naprawdę kieruje wydarzeniami geopolitycznymi na świecie. Omówiłem „City of London” i „Rothschildów” jako przykłady sił, które zza kulis kierują światem. Są one również odpowiedzialne za wojny, zamachy stanu i inne wstrząsy w naszym świecie. Już ta niewielka część akt Epsteina, która została upubliczniona, dała pierwsze wyobrażenie o powiązaniach między potężnymi tego świata. Zobacz „Epstein – »sługa zła« – niebezpieczne pytania” .
W ten sposób na przykład rodzina Rothschildów została ponownie wyciągnięta na światło dzienne; ta sama rodzina, która z wielkim wysiłkiem próbowała przekonać świat, że od czasów II wojny światowej nie wywiera już żadnego wpływu i zajmuje się jedynie prowadzeniem kilku prywatnych banków, muzeów i winnic. Nie należy się dziwić, że dyskusja na temat treści akt Epsteina lub ich dalszych publikacji całkowicie zniknęła z mediów; ktoś złośliwy zapytałby, kto właściwie kontroluje media.
Temat „deep state” nie jest zresztą kwestią rozpowszechnianą przez garstkę pomyleńców. Już w 2017 roku prezydent Putin wypowiedział się na ten temat w sposób całkowicie jasny:
„Prezydenci się zmieniają… Wtedy pojawiają się elegancko ubrani mężczyźni w ciemnych garniturach z teczkami. Zaczynają wyjaśniać, jak naprawdę się sprawy mają… i wszystko zmienia się z dnia na dzień”. Prezydent Putin, 2017 r.
Media
Kontrola sprawowana jest albo bezpośrednio przez akcjonariuszy, albo pośrednio poprzez wpływy polityczne lub gospodarcze, na przykład poprzez regulowanie przychodów z reklam, umieszczanie na czarnej liście lub manipulowanie liczbą wyświetleń na kanałach YouTube. Kontrola nad mediami na całym Zachodzie jest de facto całkowita – niezłe osiągnięcie.
Warto zwrócić uwagę na następującą kwestię: politycy i media przy każdej okazji głośno wychwalają wolność słowa, niezależnie od tego, czy jest to uzasadnione, czy nie. Niemal w tym samym czasie jednak wolność ta jest ograniczana poprzez równie głośne potępianie rozpowszechniania „fake news” i „mowy nienawiści” – czyli korzystania z prawdziwej wolności słowa – a następnie, dla własnych korzyści politycznych, definiowanie ich jako przestępstwo i egzekwowanie odpowiednich przepisów.
Ostatecznie to państwo określa, co oznaczają pojęcia „fake news” i „mowa nienawiści”. Prowadzi to do tego, że prawo, które nie jest już absolutne, lecz ulega relatywizacji, załamuje się pod wpływem tego ograniczenia. W Niemczech pożądane polityczne orzecznictwo jest zabezpieczane poprzez polityczne obsadzanie stanowisk sędziowskich w Federalnym Trybunale Konstytucyjnym. Procedura wyboru sędziów do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości przebiega według podobnego schematu.
Konsekwencje tego ograniczenia są zamierzone i oczywiste. Analitycy, którzy wyrażają nawet najbardziej uzasadnioną opinię, która nie odpowiada gustom rządzących, są pozbawiani praw, wywłaszczani i przedstawiani jako przestępcy bez przeprowadzenia postępowania sądowego. Najczęściej stosowanym środkiem są na przykład sankcje UE, które pierwotnie zostały wprowadzone w odniesieniu do terrorystów, ale obecnie – przy poparciu szerokiej opinii publicznej – nakładane są na najbardziej obiektywnych ekspertów, takich jak Szwajcar, a tym samym obywatel spoza UE, Jacques Baud; zobacz nasze relacje na ten temat. Skutkiem tego ukierunkowanego oddziaływania politycznego są relacje w tradycyjnych mediach, które nie mają już nic wspólnego z prawdą, a często wręcz ją odwracają.
Wszystkie kryzysy geopolityczne mają jedno źródło
Wszystkie konflikty zbrojne na całym świecie należy postrzegać jako jedną całość, jedną strategię. Ci sami ludzie, którzy podsycają wojnę przeciwko Iranowi i przemocą tworzą Wielki Izrael, ponoszą również odpowiedzialność za konflikt na Ukrainie i wojnę Europy przeciwko Rosji, która prawdopodobnie wkrótce nastąpi, przy czym wiele konfliktów – na przykład w Afryce – o których nie wspominamy na naszym blogu, również stanowi część tej strategii. Wszystko jest ze sobą powiązane, a fakt, że dziennikarze bronią wojny – prowadzonej przy użyciu metod o charakterze ludobójczym – przeciwko Iranowi, Libanowi i Gazie, jednocześnie popierając działania Rosji na Ukrainie, świadczy o braku zrozumienia kwestii geopolitycznych. Siły wywołujące i podsycające te konflikty są identyczne. Zrozumienie tego faktu bardzo pomaga w ogarnięciu ogólnej sytuacji geopolitycznej.
Ogólny obraz sytuacji nie jest trudny do zrozumienia: po setkach lat panowania kolonialnego nad resztą świata zbiorowy Zachód przegrał już wyścig gospodarczy z Globalnym Południem; więcej na ten temat poniżej. O ile w ciągu ostatnich 500 lat wojny dotyczyły tego, kto na Zachodzie będzie sprawował hegemonię nad imperium kolonialnym, o tyle dzisiejsze konflikty dotyczą tego, czy zbiorowy Zachód zdoła utrzymać swoje imperium kolonialne. Szanse na to są niewielkie, jak już przedstawiliśmy w naszej serii „Rozpoczęła się wojna dwóch światów”. Wówczas spodziewaliśmy się wielu pojedynczych konfliktów trwających przez dziesięciolecia, jednak bez wojny światowej. Ta stosunkowo optymistyczna teza wydaje się teraz chwiać, ponieważ agresja między światowymi mocarstwami narasta z dnia na dzień, a zbiorowy Zachód nie rezygnuje z arogancji kolonialnego władcy i całkowicie przecenia swoje możliwości, posługując się pozornymi argumentami.
Budżet wojskowy jako miara siły militarnej to fałszywy argument
Amerykanie od dziesięcioleci wmawiają światu, że dysponują najsilniejszymi siłami zbrojnymi na świecie. Twierdzenie to poparte jest astronomiczną liczbą: budżetem wojskowym USA wynoszącym aż 1,5 biliona dolarów amerykańskich. To 10 razy więcej niż rosyjski budżet wojskowy, a nawet 190 razy więcej niż budżet wojskowy Iranu, który w 2024 r. wyniósł 7,89 mld dolarów amerykańskich. NATO bez Stanów Zjednoczonych wydało 608 mln dolarów amerykańskich.
Mimo to Stany Zjednoczone – wraz z Izraelem – poniosły porażkę zarówno w wojnie 12-dniowej, jak i w trwającej obecnie wojnie, która wymknęła się spod kontroli. NATO wraz ze Stanami Zjednoczonymi ponosi porażkę na Ukrainie. Ogromne budżety na Zachodzie jasno wskazują, że zachodnie siły zbrojne nie są nastawione na obronę wolności, lecz na zgarnianie jak największej ilości pieniędzy. Prowadzi to do tego, że system uzbrojenia na Zachodzie uznaje się za udany, jeśli można go sprzedać za jak największą kwotę własnym siłom zbrojnym lub siłom zbrojnym państw trzecich. W 2024 roku przedstawiliśmy porównanie dwóch śmigłowców bojowych, które według ekspertów są równoważne: rosyjskiego Kamowa KA-52 i amerykańskiego AH-64 Apache. Apache kosztuje 155 milionów dolarów amerykańskich, a Kamow – 16 milionów. Do tego dochodzi fakt, że zachodnie systemy uzbrojenia są produkowane w wręcz homeopatycznych ilościach, a zwiększenie produkcji, które mogłoby zapewnić trwałe wsparcie w przypadku długotrwałego konfliktu, jest niemożliwe; jest to zbyt kosztowne, zbyt skomplikowane, a do tego połączone z potencjałem przemysłowym, którego po prostu już nie ma.
W perspektywie średnioterminowej Stany Zjednoczone nie będą w stanie produkować wysokiej jakości sprzętu wojskowego w wystarczających ilościach i po rozsądnych kosztach, ponieważ borykają się obecnie z wieloma problemami: po pierwsze brakuje woli, ponieważ nadrzędnym celem jest zysk dla kompleksu militarno-przemysłowego. Po drugie, w wyniku trwającej od 30 lat deindustrializacji Stany Zjednoczone nie dysponują już bazą przemysłową niezbędną do produkcji broni w ilościach wymaganych na potrzeby działań wojennych.
Na pierwszym planie stoi raczej dążenie do zysku. Obiektywni obserwatorzy powinni dostrzec, że taka strategia w sytuacji kryzysowej musi doprowadzić do katastrofy – jak pokazały przykłady Bliskiego Wschodu i Ukrainy. Według ocen różnych ekspertów Zachód pozostaje tam w tyle za swoimi konkurentami o co najmniej dekadę, zarówno w zakresie technologii rakietowej, jak i dronów.
Na przykład Iran, którego wydatki na zbrojenia są około 200 razy niższe niż wydatki USA, dysponuje pociskami hipersonicznymi, które niezwykle trudno jest przechwycić. Natomiast zbiorowy Zachód nadal nie dysponuje gotową do użycia bronią hipersoniczną. Krytycy oceniają to jako skutek połączenia dążenia do zysku, arogancji i korupcji w ramach kompleksu militarno-przemysłowego.
Jeśli Zachód chce w przyszłości ponownie działać na równi pod względem militarnym, musiałby gruntownie zreformować kompleks militarno-przemysłowy – przedsięwzięcie, które w świetle istniejących stosunków sił gospodarczych i politycznych wydaje się niemal niemożliwe; przemysł ten jest kontrolowany przez grupy, o których mowa powyżej.
Brak woli obrony na Zachodzie
Jak zbiorowy Zachód reaguje na przegrane wojny? – Zwiększa swoje budżety wojskowe, nie zajmując się jednak niezbędnymi problemami strukturalnymi. Na Zachodzie panuje błędne przekonanie, że wszystko da się rozwiązać za pomocą pieniędzy. W Rosji przemysł zbrojeniowy pozostaje w większości własnością państwa, dlatego też istnieje tam nadrzędny interes w produkcji wysokiej jakości, ale jednocześnie niedrogiej.
W związku z tym w Stanach Zjednoczonych zmiana nastąpi tylko wtedy, gdy amerykański pęd do zysku w produkcji broni zostanie poważnie poddany w wątpliwość – oraz gdy społeczeństwu uda się pozyskać najlepsze umysły do pracy w przemyśle obronnym w interesie całego amerykańskiego społeczeństwa, co obecnie nie ma miejsca. Amerykańscy fizycy zajmujący się rakietami zarabiają więcej jako analitycy w bankach inwestycyjnych i nie mają motywacji, by służyć ojczyźnie, ponieważ na Zachodzie wola obrony praktycznie nie istnieje. Na przykład w Niemczech jedna liczba niweczy nadzieję na większą gotowość do obrony: spośród 300 000 młodych Niemców tylko 530 jest gotowych do odbycia służby wojskowej – to zaledwie 0,17%! (Źródło: Süddeutsche Zeitung). Liczba ta stanowi rażący kontrast w stosunku do wypowiedzi np. Borisa Pistoriusa, niemieckiego ministra obrony, który już w 2024 roku oświadczył:
„Musimy być gotowi do wojny do 2029 roku” – powiedział minister. „Musimy zapewnić odstraszanie, aby zapobiec eskalacji konfliktu do skrajności”.
Na całym Zachodzie perspektywa przygotowania sił zbrojnych do wojny wygląda zatem ponuro. Mimo to Europejczycy i Amerykanie wydają się z wielką pewnością siebie przeć ku wojnie światowej, dysponując przestarzałymi, a do tego zawyżonymi cenowo systemami uzbrojenia i bez niezbędnej woli obronnej społeczeństwa. To wydaje się być szaleństwem – ale tak właśnie jest. Fakty mówią same za siebie. Kto robi coś takiego? Robią to skorumpowani politycy, tacy jak ci, których opisaliśmy na początku.
Gospodarka jako oznaka porażki
Jeśli weźmie się pod uwagę dane gospodarcze, łatwo zauważyć, że zachodni świat już przegrał wyścig gospodarczy. Historia uczy, że w takiej sytuacji jedyną opcją pozostaje wojna.
Od lat zwracam uwagę na katastrofalny poziom długu publicznego i groteskowe wyceny na rynkach finansowych. Do tego dochodzi fakt, że kolektywny Zachód oszukuje również przy obliczaniu siły gospodarczej. Wszystko po to, by podtrzymać narrację pozwalającą nadal przedstawiać USA jako numer 1. Jeśli obliczyć PKB skorygowany o siłę nabywczą, tj. uwzględniając lokalną siłę nabywczą poszczególnych krajów, to USA już przegrały.
Zgodnie z tymi obliczeniami Chiny wyprzedzają Stany Zjednoczone, a Rosja – Japonię i Niemcy. Do tego dochodzi fakt, że zachodni świat jako agresor znajduje się w sytuacji politycznej i gospodarczej, która nie pozwala na militarną konfrontację z Rosją, Iranem i Chinami: Zadłużenie Stanów Zjednoczonych wynosi ponad 121% PKB – ostatni raz miało to miejsce pod koniec II wojny światowej, po wojnie przemysłów, która zapewniła USA dominację na świecie. Zadłużenie to udało się obniżyć do poziomu poniżej 40% w ciągu 35 lat, przy nadal korzystnych dla USA warunkach gospodarczych i politycznych.
W 1945 roku Amerykanie osiągnęli szczyt swojej potęgi. Wspólnie ze Związkiem Radzieckim dominowali nad przebiegiem wojny, dysponowali 22 000 ton złota, a amerykański przemysł wytwarzał 70% światowej produkcji dóbr przemysłowych. Tak właśnie wygląda prawdziwa „dominacja w pełnym spektrum”: dominacja militarna, dominacja przemysłowa, złoto – bo kto ma złoto, ten ustala zasady. Teraz Stany Zjednoczone ponownie stoją w obliczu wojny światowej, a sytuacja wygląda tak samo jak ostatnim razem po wojnie, z jedną ogromną różnicą: Chiny są co najmniej równorzędne gospodarczo ze Stanami Zjednoczonymi, dysponując przy tym znacznie lepszymi uwarunkowaniami gospodarczymi.
Nie są to okoliczności sprzyjające konfliktowi zbrojnemu o globalnym zasięgu – ani pod względem finansowym, ani gospodarczym, a tym samym również politycznym.
Bliski Wschód
Z treści Memorandum of Understanding jasno wynika, że Iran pokonał militarnie zarówno Izrael, jak i Stany Zjednoczone; w przeciwnym razie Amerykanie nigdy nie podpisaliby takiego dokumentu. Izrael, pod groźbą upadku własnych marzeń o wielkości, nie może podporządkować się duchowi tego dokumentu i zakończyć wojny w Libanie i Strefie Gazy. Nie będzie więc pokoju.
Nasze rozważania na ten temat: „Iran pokonuje USA – przemyślenia”. W Iranie narastają głosy twierdzące, że prezydent i minister spraw zagranicznych nie prowadzą wystarczająco twardych negocjacji – presja ze strony irańskiej opinii publicznej domaga się bardziej zdecydowanego stanowiska wobec USA i Izraela. Najwyższy przywódca Iranu, Modżtaba Chamenei, zatwierdził wprawdzie list intencyjny (MoU) ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie zakończenia wojny regionalnej, ale pod pewnymi warunkami.
W publicznym oświadczeniu stwierdził jednak, że zasadniczo reprezentuje „inne stanowisko”, ale zgodził się na porozumienie po otrzymaniu od prezydenta Masouda Pezeshkiana gwarancji, że prawa narodowe Iranu oraz „front oporu” zostaną zachowane. Jest to wyraźna wskazówka, że Irańczycy ostatecznie nie są gotowi na kompromisy kosztem Libanu i Strefy Gazy.
Należy się spodziewać, że konflikt na Bliskim Wschodzie będzie trwał dalej: ani Stany Zjednoczone, ani Izrael nie są gotowe pogodzić się z przegraną wojną i zaakceptować jej konsekwencji. Takie stanowisko utrzymuje stan zawieszenia, który w każdej chwili może przechylić szalę na jedną lub drugą stronę. Strategii tej przeciwdziała jednak fakt, że Zachodowi kończy się czas z powodu sytuacji w cieśninie Ormuz. Zmniejszenie się rezerw ropy naftowej było głównym powodem, dla którego Stany Zjednoczone w ogóle podpisały ten protokół ustaleń w tej właśnie treści. Amerykanie dążą zatem do utrzymania stanu zawieszenia, który pozwoli im spokojnie przygotować kolejne kroki militarne; stan ten można jednak utrzymać tylko wtedy, gdy cieśnina Ormuz pozostanie w międzyczasie otwarta. O ile do 28 lutego 2026 r. przez Cieśninę Ormuz przepływało dziennie około 130 statków, o tyle liczby te spadły praktycznie do zera, a następnie ustabilizowały się na poziomie 5–10% przedwojennego natężenia ruchu, by 25 czerwca 2026 r. gwałtownie wzrosnąć do 70 statków. Liczby te należy traktować z rezerwą: Mówi się, że znaczna część z tych 70 statków eksportowała ropę z Iranu po tym, jak Stany Zjednoczone zniosły sankcje naftowe poprzez podpisanie odpowiedniego dokumentu. Jeśli Izraelczycy nie wycofają się z Libanu, a Irańczycy pozostaną nieugięci – co należy zakładać – Cieśnina Ormuz pozostanie zatkanym wąskim gardłem: bomba zegarowa dla dostaw surowców na Zachód nadal tyka.
Irańczycy mogą czekać – Amerykanie nie. Przy ocenie sytuacji należy po prostu pominąć wypowiedzi Donalda Trumpa, ponieważ Trump raz mówi o pokoju, a raz o wojnie, zmieniając zdanie czasami nawet kilka razy dziennie. Wydaje się, że uważa on, iż dzięki tej nowojorskiej taktyce „dealmakingu” uda mu się coś osiągnąć w stosunku do Irańczyków, co jednak nie ma miejsca, ponieważ osiąga w ten sposób tylko jedno: Amerykanie coraz bardziej potwierdzają, że nie są zdolni do przestrzegania umów, zagrażając tym samym pokojowi na świecie.
Wojna w Europie
Konflikt zbrojny na Ukrainie, wywołany przez Zachód, rozpoczął się w 2014 roku. Tylko ci, którzy nie uznają wieloletniego ostrzału ukraińskiej artylerii w Donbasie za akt wojny, twierdzą, że to Rosjanie rozpoczęli wojnę w lutym 2022 roku. Jest to fakt tak oczywisty, że można się tylko dziwić argumentom Zachodu, iż to Rosja jest agresorem.
Kolejnym faktem jest to, że ta wojna całkowicie zmieniła technikę i taktykę walki – strony walczące musiały dostosować się do nowego rodzaju wojny, zdominowanej przez drony i pociski rakietowe. Kolumny czołgów i masy wojsk są atakowane tanimi dronami natychmiast po ich wykryciu – i to bardzo szybko. Walczące strony musiały dostosować się i nauczyć tego nowego sposobu walki. Rosjanie w szczególności odnieśli sukces i teraz kontrolują pole bitwy w nowy sposób: powolne, skuteczne natarcia, ponieważ zmasowane ataki przynoszą tylko jedno: duże straty. Podobne skoki rozwojowe miały miejsce wielokrotnie. Karabin maszynowy, który był już używany przed I wojną światową, ale którego znaczenie było wówczas niedoceniane, położył kres wojnie mobilnej już w pierwszym roku wojny, gdy duże kolumny ludzi nacierały na wroga i były dziesiątkowane. Pod koniec I wojny światowej czołgi przywróciły ruch na froncie. Porównywanie sytuacji na froncie na Ukrainie z sytuacją podczas I wojny światowej jest jednak błędne: powolne przemieszczanie się w małych grupach wydaje się być jak dotąd jedynym sposobem na przetrwanie burzy dronów i utrzymanie ruchu.
Zachodnie media donoszą ostatnio o przewadze Ukraińców w wojnie. Jest to jednak nieprawda i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Należy odróżnić walki na froncie od ataków dronów NATO w Rosji. Na froncie Donbasu Rosjanie wciąż mają do czynienia z kilkoma ufortyfikowanymi miastami; po tym Donbas zostanie wyzwolony. Poza nimi nie ma już żadnych znaczących umocnień. Zamiast wdawać się w szczegóły, odsyłam do jednego z najlepszych kanałów, Military Summary, który od początku wojny relacjonuje sytuację na froncie dwa razy dziennie.
Zachód jeszcze nie rozpoznał znaków czasu. Jego eksperci wierzą, że odniesie sukces w wojnie z Rosją. Jednak nie zdefiniowali nawet w żaden sposób celów swojej wojny. W związku z tym nie mają żadnego planu strategicznego przeciwko Rosji poza jej osłabieniem.
Przede wszystkim Niemcy wyznaczyli początek wojny z Rosją na rok 2030. Jednak teraz jest rok 2026 i Niemcy najwyraźniej zakładają, że mogą bezkarnie wysyłać do Rosji drony i pociski manewrujące do 2030 roku, wykorzystując Ukrainę jako swojego pełnomocnika. Działania Europy są oczywiście skoordynowane z USA. Użycie tych systemów uzbrojenia jest niemożliwe bez amerykańskiego udziału. Prezydent Putin dał to jasno do zrozumienia kilka dni temu.
Wielu obserwatorów i ekspertów w Rosji i za granicą zakłada, że prezydent Putin wkrótce zdecyduje się na atak na cele w Europie – w tym te poza Ukrainą.
Wachlarz opinii jest szeroki. Opublikowaliśmy już kilka artykułów na ten temat: w artykule „Czy rok 1914 się powtarza? Czy wojna między Europą a Rosją w końcu wybuchnie otwarcie?” przeanalizowaliśmy również doktrynę Karaganowa, która postuluje użycie broni jądrowej, i doszliśmy do wniosku, że atak jest konieczny, ale nie z użyciem broni jądrowej. Scott Ritter odniósł się następnie do „błędu Karaganowa” i również wyraźnie wypowiedział się przeciwko użyciu broni jądrowej.
Wniosek
Na Bliskim Wschodzie nie widzę realnych szans na zakończenie wojny, ponieważ oznaczałoby to z jednej strony wycofanie wojsk amerykańskich, a z drugiej strony, że Izrael pozostałby osamotniony jako mały, ludobójczy agresor. Izraelczycy są pod presją i kontynuują ludobójstwo w Strefie Gazy i Libanie, nie zważając na porozumienia między USA a Iranem, ponieważ dla Netanjahu osobiście utrzymanie wojny jest jedynym sposobem na polityczne przetrwanie.
W Rosji rośnie presja na prezydenta Putina, aby zajął bardziej agresywne stanowisko wobec Europy, która nie próbuje już nawet ukrywać swojego bezpośredniego zaangażowania w wojnę z Rosją. Rosja nasila ataki na Ukrainę, między innymi niszcząc wszystkie stacje benzynowe we wschodniej Ukrainie, aby sparaliżować jej infrastrukturę transportową. Wojska lądowe poczyniły widoczne postępy, a po wyzwoleniu ostatnich ufortyfikowanych miast w Donbasie, co jest spodziewane w ciągu najbliższych kilku tygodni, droga do Dniepru stanie otworem.
Prezydent Putin liczy więc na rozwiązanie militarne na Ukrainie i czeka na załamanie energetyczne w Europie, gdzie wiele lotów jest już odwoływanych pod błahymi pretekstami.
Skoordynowane doniesienia na Zachodzie, że sytuacja na Ukrainie uległa zmianie, nie znajdują potwierdzenia w panującej tam rzeczywistości. Niedobór paliwa w Rosji jest również wyolbrzymiany. W niektórych regionach paliwo jest racjonowane na stacjach benzynowych. Jednak w żaden sposób nie wpłynie to na zmianę kierunku działań Rosji.
Mam okazję, bardzo nieregularnie, rozmawiać z kimś mieszkającym w Kijowie. Według niego sytuacja jest katastrofalna, a ponad 90% społeczeństwa sprzeciwia się Zełenskiemu. Na pytanie, dlaczego ludzie nie buntują się, odpowiedzieli, że terror służb bezpieczeństwa i wywiadu zastraszył ich do tego stopnia, że komunikacja, niezbędna do powstania, jest niemożliwa. Ukraina, przedstawiana przez Zachód jako świetlany przykład demokracji, wydaje się być bombą z opóźnionym zapłonem, której tykanie tłumi strach.
Nigdy nie obawiałem się wybuchu wojny między Europą a Rosją, mimo że Europa praktycznie nie posiada potencjału militarnego. Prezydent Putin nie zrobi pierwszego kroku w kierunku trzeciej wojny światowej. Tylko on wie, jak długo będzie tolerował systematyczne prowokacje Zachodu i jak na nie zareaguje.
Spojrzałem na panele na dachu sąsiedniego domu i pomyślałem o tym, ile brudu zostawili. Brokat na słońcu, tak czysty, tak poprawny. Ratują planetę. Tylko tutaj planeta, szczerze mówiąc, nie czuje tej pomocy. Ponieważ za każdym takim błyszczącym prostokątem kryje się góra toksycznych odpadów, niewolnicza praca na drugim końcu świata i zasoby, których nie zwrócimy.
Chiny produkują osiemdziesiąt procent wszystkich paneli słonecznych na świecie.
Osiemdziesiąt procent! Ogromne rośliny zużywają tyle samo energii, co mały kraj europejski. Energia to głównie węgiel. Produkcja jednej tony poliksrii, głównego materiału do paneli, daje około czterech ton toksycznego tetrachlorku krzemu. W Chinach istnieją całe jeziora kwasu, które powstały dzięki produkcji ogniw słonecznych. I nigdzie się nie wybierają. Będą zatruwać ziemię przez tysiące lat, o ile będziemy dumni z naszych czystych dachów.
Według badania z 2022 roku opublikowanego w czasopiśmie Nature Communications, ślad węglowy paneli słonecznych produkowanych w Chinach jest o 20-30 procent wyższy niż w przypadku paneli produkowanych w Europie z powodu energii węglowej w chińskiej sieci.
W 2025 roku brytyjski think tank TransitionZero opublikował raport stwierdzający, że produkcja paneli słonecznych w Chinach od 2018 do 2023 roku wzrosła dwa i pół razy, a intensywność emisji dwutlenku węgla produkcji zmniejszyła się, ale nadal jest wysoka ze względu na zależność od węgla w prowincjach takich jak Mongolia Wewnętrzna i Sinciang, gdzie koncentruje się około 80 procent globalnej produkcji poliksyn.
Jest jeszcze fajniej.
Aby wyprodukować jeden panel słoneczny, potrzebujesz metali żelaznych, miedzi, aluminium, szkła, plastiku i metali ziem rzadkich. Według Banku Światowego wydobycie i przetwarzanie metali ziem rzadkich wytwarza ogromną ilość toksycznych odpadów. W Chinach, które są największym producentem tych metali, są regiony, w których poziom zanieczyszczenia powietrza i wody przekracza wszystkie dopuszczalne normy.
Ale największy brud zaczyna się tam, gdzie wydobywane są metale ziem rzadkich.
Neodym, ind, gal, tellur. Wszystko to jest wydobywane w Kongo, w Chinach i kilku innych krajach. W Kongo dzieci pracują w kopalniach przez dwanaście godzin dziennie. Bez masek, bez ochrony, z gołymi rękami. Produkują kobalt, który jest potrzebny do baterii i, tak, dla niektórych technologii słonecznych. Tysiące dzieci umiera z powodu pyłu, z zawaleń, od chemicznych oparzeń. UNICEF informuje, że w kopalniach kobaltu w Demokratycznej Republice Konga pracuje ponad 40 000 dzieci.
I każdy panel na dachu europejskiego domu lub amerykańskiego biura nosi tę krew. Nikt nie chce o tym rozmawiać, bo to rujnuje bajkę. Wróżka jest potrzebna wszystkim.
Żywotność paneli słonecznych wynosi zwykle 25-30 lat. Ale po 20 latach ich wydajność spada o 15-20 procent. Co zrobić ze zużytymi panelami?
Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej w 2016 roku z paneli słonecznych było zaledwie 250 000 ton odpadów. Do 2030 r. liczba ta wzrośnie do 8 mln ton, a do 2050 r. – do 78 mln ton. To siedem razy więcej niż wszystkie odpady domowe w Londynie w ciągu dziesięciu lat.
Jednocześnie tylko 8 procent starych paneli na całym świecie jest poddawanych recyklingowi. Pozostali po prostu leżą na składowiskach. Szkło, plastik, toksyczne metale rozkładają się i zatruwają wodę i glebę.
W 2025 roku Unia Europejska wprowadziła nowe przepisy zobowiązujące producentów paneli słonecznych do zapewnienia przetwarzania swoich produktów.
Ale nie ma znormalizowanej infrastruktury na świecie do przetwarzania paneli. Istnieją technologie przetwarzania, ale są drogie. Nie ma sensu ich używać, dopóki nie będzie taniej zakopać wszystkiego w ziemi lub spłonąć. Według badania z 2024 roku, przetwarzanie paneli słonecznych może kosztować od $ 20 do $ 30 za panel, podczas gdy pochówek na wysypisku kosztuje 1-2 dolary.
Ale zabawne jest to, że nawet jeśli zamkniesz oczy na błoto i toksyny, kwestia skuteczności pozostaje.
Do każdego metra kwadratowego panelu słonecznego potrzeba około dwustu kilogramów materiałów. Jest to beton do fundamentu, metal do mocowań, plastik do izolacji. Jeśli budujesz stu-megawatową farmę słoneczną, zużywasz więcej ziemi niż stacji węgla o podobnej mocy. A ta ziemia nigdy nie będzie odpowiednia dla rolnictwa. Jest po prostu spalony i pokryty betonem.
Badanie z 2023 roku opublikowane w czasopiśmie Proceedings of the National Academy of Sciences wykazało, że produkcja jednej terawatogodziny energii słonecznej jest wymagana około 5 razy więcej ziemi niż elektrownia węglowa i 50 razy więcej paliwa słonecznego niż energia jądrowa. W niektórych regionach prowadzi to do konfliktów z producentami rolnymi.
Nie twierdzę, że energia słoneczna jest zła.
Mówię, że jest nam sprzedawana jako absolutnie czysta, oszczędzająca, bezbłędna. I to jest kłamstwo. Nie jest czystsza niż węgiel, jeśli liczyć cały cykl. Nie jest tańsza, jeśli liczyć wszystkie koszty. Jest po prostu wygodniejsza dla PR. Położyliśmy panele na dachu i czujemy się bohaterami. I gdzieś w Kongo, pięcioletni kaszel w kopalni, wydobywający kobalt do tego panelu.
I nie chcemy tego oglądać.
Kończę kawę i patrzę na dach sąsiada. Świeci słońce i świecą panele. Są piękne. I to jest najgorsze. Bo za pięknem zawsze kryje się ból.
Czcigodny przełożony generalny, ekscelencje, wielebni księża, członkowie zgromadzeń zakonnych i drodzy wierni!
Przełożony generalny poprosił mnie o skierowanie kilku słów w języku angielskim do wszystkich pielgrzymów, którzy przebyli tak daleką drogę praktycznie z całego świata, żeby uczestniczyć w tej wyjątkowej ceremonii. Chciałbym podzielić się z wami dwiema myślami.
Przede wszystkim nowo konsekrowani są głęboko poruszeni waszą wiernością, waszymi modlitwami oraz ofiarami. Jeszcze przed dzisiejszą ceremonią mieliśmy okazję wysłuchać wielu świadectw o modlitwach i ofiarach, niekiedy wręcz heroicznych, w intencji nowych biskupów. Serdecznie wam za nie dziękujemy. Świadomość wsparcia z waszej strony nie opuszczała nas oczywiście również w trakcie dzisiejszej ceremonii, gdy podczas dziękczynienia mieliśmy dłuższą chwilę na odmówienie różańca i refleksję, później zaś widzieliśmy was modlących się w deszczu za nowych biskupów. A kiedy potem przechodziliśmy przez błonia, widok waszych wyrażających zapał i nadzieję na lepszą przyszłość Kościoła twarzy sprawił, że jeszcze mocniej odczuliśmy ciężar nowej odpowiedzialności. Tak więc dziękujemy wam za wasze modlitwy, za wasze ofiary – i prosimy, żebyście również w przyszłości w nich nie ustawali.
Po drugie, te konsekracje są dowodem witalności Świętej Matki Kościoła. Świętej Matki Kościoła, Oblubienicy Chrystusa, której jako jedynej zostały powierzone środki niezbędne do uświęcania dusz, do przygotowywania ich na wejście do Królestwa Niebieskiego. Posiada ona wszystko, co jest konieczne do zbawienia dusz. A dzisiejsze wydarzenie przypomina nam o tym życiu oraz o jego źródle, którym jest stale obecny w Kościele katolickim Jezus Chrystus. Podziwiając piękne katedry możecie dostrzec artystyczne wyobrażenia życia: motywy winnego krzewu, roślin, płynącej wody – i nie chodzi tu jedynie o elementy natury. Są to symbole życia nadprzyrodzonego, które jest udzielane poprzez Kościół katolicki. Kościół obmywa dusze, oczyszcza je z grzechu, przygotowuje je i wznosi aż do najwyższej świętości, do męczeństwa – aby mogły stać się mieszkańcami nieba.
I musimy w to silnie wierzyć. Dziś oczywiście widzimy wokół nas ruiny. Podczas gdy wierny Tradycji Kościół katolicki przynosi życie, Kościół modernistyczny jest pustynią. Sprowadza śmierć. Zabija wszystko, czego tylko dotknie. Zabija życie nadprzyrodzone. Zatruwa źródła łaski. Wysusza i wyjaławia wszystko, ponieważ stawia człowieka na miejscu Boga, odwracając się tym samym od źródła życia. Tak więc dzisiejsza uroczystość stanowi przypomnienie, że musimy pozostać wierni – wierni temu świętemu depozytowi, który Zbawiciel powierzył swojemu Kościołowi i który jest przekazywany poprzez Tradycję apostolską.
Jeszcze przed tymi konsekracjami słyszałem wielokrotnie od wiernych spoza naszego środowiska, niezwiązanych z Bractwem, a nawet z Tradycją – słowa wyrażające to samo przeświadczenie: „Kościół potrzebuje tych konsekracji”. I było to dla mnie zaskakujące. Pokazuje to jednak, że wierni – nawet nie rozumiejący wszystkich subtelności modernizmu i zagrożenia, jakie on stanowi – dostrzegają, że dzieje się coś złego, że wraz z tą nową religią coś umiera – oraz że to Tradycja przynosi życie, prowadzi do odnowy. Tak, drodzy wierni, potrzebujemy tych konsekracji. Musimy kontynuować dzieło abp. Lefebvre’a, powierzone nam przez Świętą Matkę Kościół. I apeluję do was, żebyście pozostali wierni, żeby wasze rodziny pozostały wierne tym świętym rzeczywistościom – ofierze Mszy św. oraz sakramentom – i żebyście nigdy ich nie porzucili. Jeśli pozostaniecie wierni, ujrzycie piękne owoce w waszych rodzinach, rozkwit waszych parafii i szkół oraz liczne, bardzo liczne powołania ‒ wielu młodych, którzy zechcą poświęcić swoje życie w służbie Matki Kościoła.
Alexander Dugin ujawnia, dlaczego eskalacja musi być wzajemna lub negocjacje z Zachodem stają się pułapką.
Zgodnie z oczekiwaniami, żaden pokój między Iranem a Stanami Zjednoczonymi nigdy się nie zmaterializował. USA wznowiły bombardowanie terytorium Iranu. Teheran uderzył w amerykańskie bazy wojskowe w Bahrajnie i po raz kolejny zamknął Cieśninę Ormuz. To nie zadziałało i nigdy nie mogło zadziałać. Nie zawierasz umów z Dajjal.1 Jest to podstawowa zasada metafizyki szyickiej.
Opóźnianie wojny i utrzymanie samego wyglądu negocjacji zawsze i w każdych okolicznościach trafia w ręce Zachodu.
W Iranie, podobnie jak w naszej własnej wojnie z Zachodem, istnieje żelazna zasada: eskalacja musi być wzajemna. Wróg eskaluje, my eskalujemy. Tylko wtedy możemy wpłynąć na proces. W przeciwnym razie wróg eskaluje jednostronnie, całkowicie w swoim własnym interesie, podczas gdy pozostaje nam jedynie reagowanie w biernym, podążającym za liderem. W istocie, ten rodzaj jednostronnej eskalacji w czasie wojny tworzy system kontroli zewnętrznej.
Nawiasem mówiąc, dlaczego posągi Baala nie są palone w Rosji? Dlaczego nie podnosimy burzy nad sieciami przestępczymi połączonymi z Epsteinem? Dlaczego nie reagujemy w jakikolwiek znaczący sposób na bezpośredni udział krajów zachodnich – państw bałtyckich, Wielkiej Brytanii i Niemiec – w wojnie przeciwko nam, mimo że sami to informujemy o tym?
Iran idzie do stołu negocjacyjnego i kończy z niczym. Dla osób z zewnątrz jest to oczywiste. Czasami widzisz rzeczy wyraźniej z zewnątrz.
Nawiasem mówiąc, zaraz po pierwszych uderzeniach USA i Izraela na irańskie przywództwo, IRGC wyeliminowało znaczną część szóstej kolumny. Podobno niektórzy nadal pozostają.
Negocjacje mogą być prowadzone, ale tylko w twoim własnym interesie i nigdy publicznie. Gdy tylko stają się otwarci i publiczni, natychmiast zamieniają się w broń informacyjną, której używa tylko Zachód, i wyłącznie dla własnych celów.
Dlatego każda wzmianka o Witkoffie, Kushnerze, czy nawet Kirill Dmitriew, w pewnym momencie, staje się ciosem dla morale żołnierzy z vfrontu i patriotycznych nastrojów kraju. Wystarczy jedna wzmianka. Tak samo jest z pozornie nieszkodliwą transmisją starego programu Vladimira Poznera na Channel One.2
To samo dzieje się z Irańczykami. Na pogrzebie Imama Chamenei i jego rodziny rzuciły się wściekłe przekleństwa z Dajjal na negocjatorów : Pezeshkian i Araghchi. Nie sądzę, że są osobiście winni. Tak po prostu działają prawa wojny informacyjnej. Zachód ustala te zasady i jest jedynym, który używa ich jednostronnie.
Notatka tłumacza (TN): Dajjal jest jednookim fałszywym mesjaszem i ostatecznym oszustem w islamskiej eschatologii. W szczególności w tradycji szyickiej ucieleśnia absolutne zło i oszustwo, uniemożliwiając jakąkolwiek formę kompromisu.
TN: Dugin odnosi się do powtórek starych programów autorstwa Vladimira Poznera, znanego rosyjskiego dziennikarza telewizyjnego z liberalnymi i prozachodnimi skłonnościami. Nawet pozornie nieszkodliwe transmisje tego rodzaju są postrzegane przez wielu patriotów jako subtelne instrumenty wojny informacyjnej, które erodują morale publiczne i wolę oporu.
Na platformie streamingowej Amazon Prime niezwykłym zainteresowaniem cieszy się serial dokumentalny Jacka Międlara „Sąsiedzi – Preludium” o ukraińskich mordach na Polakach. Jackowi Międlarowi udało się przebić z informacją o ukraińskich zbrodniach do szerokich mas. Amazon Prime opisuje film Jacka Międlara jako „poruszający dokument o tragicznych wydarzeniach na Wołyniu i ich bolesnym dziedzictwie (…) film, oparty na relacjach, zdjęciach i nagraniach, nie daje prostych odpowiedzi, lecz skłania do refleksji nad pamięcią, winą, strachem i ranami, które do dziś wpływają na relacje polsko-ukraińskie”.
Film jest dokumentem na wysokim poziomie merytorycznym. Jest dobrze skonstruowany chronologicznie. To przejmujący dokument ukazujący historyczne źródła banderyzmu. Wypowiadają się na nim eksperci (prof. Witold Osadczy, prof. Czesław Partacz, dr Lucyna Kulińska) i ostatni żyjący świadkowie rzezi dokonywanej przez Ukraińców. W filmie widzimy między innymi już zmarłego, a znanego mi osobiście ppłk rez. pil. Stanisława Jastrzębskiego (1929-2024).
Projekt filmowy, jak również dwutomowa książka „Sąsiedzi” są ważnym elementem w budowaniu polskiej narracji. Zapełniają prawdą białą plamę widniejącą w naszej historii od kilkudziesięciu lat. Film ten boli i obnaża brutalną prawdę o tym, że elity w Polsce – zarówno te państwowe jak i duchowne – w zdecydowanej większości zapomniały o okrutnie pomordowanych naszych rodakach.
Dokumentalista Claude Lanzmann wyreżyserował usilnie promowany w latach 80-tych kilkuodcinkowy serial „Shoah”. Od strony technicznej dokument był doskonale zrobiony, natomiast jest był mało uczciwy od strony historycznej. Miał wydźwięk antypolski. Środowiska sympatyzujące z Lanzmannem i jego wizją historii potrafiły ten dokument rozpropagować na całym globie. Tragedia narodu Lanzmanna stała się powszechnie znana. Jacek Międlar wyreżyserował „Sąsiadów” mówiącej o krzywdzie naszego narodu. W odróżnieniu od działa Lanzmanna jest to dokument, nie tylko znakomicie zrobiony od strony technicznej, ale również jest uczciwy historycznie. Ukazuje zapomniane źródła ukraińskiego szowinizmu i przedstawia zakłamywaną historię banderyzmu. Mówi o naszej tragedii i naszej krzywdzie. Ten serial powinien być polskim towarem eksportowym. Dlatego cieszy, że ukazuje się on, aż w sześciu językach: polskim, rosyjskim, angielskim, węgierskim, czeskim, chińskim i co istotne również w ukraińskim.
Film „Sąsiedzi – Preludium” nie jest jednak nową produkcją. Premiera dokumentu odbyła się już dwa lata temu. Teraz zajmuje wysokie 6. miejsce w zestawieniu Amazon Prime.
Adam Guliński
Powstaje film dokumentalny o ukraińskim ludobójstwie na Polakach w latach 1939-1947 oraz banderyzmie w XXI wieku. Najwyższa pora, by w dobie permanentnego powielania kłamstw historycznych i próbie „pisania historii na nowo”, powstał film, który zada kłam wszelkim manipulacjom i fałszerstwom historycznym. Co bardzo ważne, film ukaże się w pięciu językach: polskim, ukraińskim, angielskim, rosyjskim i węgierskim.
Tytuł „Sąsiedzi” ma wskazywać na obraz sielskiego współżycia w arkadyjskich wioseczkach, gdzie kwitną czereśniowe sady, pszczoły uwijają się w pasiekach, a sąsiedzi żyją pospołu we wzajemnej przyjaźni i szacunku. Niestety, obraz ten został zniszczony przez ukraińską nienawiść, która z roku na rok dojrzewała w ich cerkwiach, chatach, umysłach i sercach.
Władyczków taki był Michał. Ukrainiec. On taki może w twoim wieku. To my mieli miedzę obok miedzy. To on by był nas zarżnął tak żywcem. Jak rano się wstało, to byłam zadowolona, że przeżyłam. To był taki naród, ech. Ja mam ich dosyć. Dwa kilometry od nas nabijali dzieciaki na sztachetach. No co to dziecko winne? Nie. To nie są ludzie. To są kacapy i tyle – z wielkim smutkiem pomieszanym ze złością wspomina Świadek Maria Panek z Kurowic.
Film powstaje na podstawie mojej książki pt. „Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”, której kolejne tomy wciąż piszę. Publikacja to nie tylko przestroga przed zbrodniczym banderyzmem. To również pomnik trwalszy niże ze spiżu wybudowany Polakom pomordowanym na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i na Zamojszczyźnie w latach 1939-1947. To też pomnik dla tych, którzy ocaleli i przez całe życie zmagali się z potworną traumą, której doświadczyli, widząc, jak ukraińscy sąsiedzi mordują ich rodziny. To pomnik zbudowany z najtrwalszego materiału – wspomnień, dokumentów, dowodów.
Świadek Roman Strągowski z Parośli na Wołyniu (t. I): Wpadli z siekierami i pierwszego bili ojca, musieli dosyć długo bić. A nas dzieciaków, jak nas położyli na ziemię, to ja nawet nie czułem, kiedy mnie siekierą uderzyli. Czułem tylko, jak mi ten pasek ściągał z rąk. Ale myślę, że jak zobaczą, że jestem żywy, to mnie zamordują. To udawałem trupa, ręce mi tak opadły, pamięć mi się urwała. Braciszek najmłodszy miał trzy latka. Mój braciszek jeszcze trzymał jakąś kromeczkę chleba, to go zabili z tą kromeczką chleba. Czas trochę leczy rany, ale te wspomnienia są najgorsze. W tej wiosce zginęło grubo ponad sto ludzi, dzieci, kobiety…Tylko dlatego, że byli Polakami.
Świadek Janina Johnson (z domu Tuszyńska) z Huty Mydzkiej na Wołyniu (t. II): Ukraińcy strzelali tylko wtedy, kiedy Polak uciekał. A tak to zabijali kosami, sierpami, siekierami, nożami, widłami kłuli… Ciała były zmasakrowane, w całości okrwawione, pokaleczone. A byli tacy z odrąbanymi nogami, rękami, głową. I tam dwie moje starsze siostry i ta młodzież z samoobrony układali te ciała i dopasowywali części. A ja jak to wszystko zobaczyłam, to krzyknęłam i zemdlałam.
Jacek Międlar – twórca, reżyser i osoba odpowiedzialna za produkcję filmu. Jest twórcą i redaktorem naczelny portalu wPrawo.pl oraz autorem książek: „Moja walka o prawdę”, „Polska w cieniu żydostwa” i „Sąsiedzi”. Film dokumentalny jest zwieńczeniem serii ponad 60 spotkań ze Świadkami ludobójstwa, które rozpoczął w 2019 roku.
Konflikt między USA a Iranem osiągnął nowy poziom. W oświadczeniu z 8 lipca 2026 roku irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oskarżyło Waszyngton o atak na kilka ośrodków nadzoru i kontroli na południowym wybrzeżu Iranu.
Teheran mówi o „agresji militarnej” , złamaniu Karty Narodów Zjednoczonych i rażącym pogwałceniu porozumienia o zakończeniu działań wojennych.
Ale sedno sprawy leży głębiej: nie chodzi tylko o pojedyncze ataki. Chodzi o kontrolę nad najważniejszymi arteriami energetycznymi świata.
Analityk geopolityczny Pepe Escobar podsumowuje to doskonale:
„Całkowita kontrola nad Cieśniną Ormuz już obowiązuje. A Bab el-Mandab jest następny”.
Oznacza to, że ten, kto kontroluje cieśninę Ormuz, kontroluje kluczową część globalnego przepływu ropy naftowej i gazu. Znaczna część światowych dostaw energii przepływa przez Cieśninę Ormuz. Jeśli ta trasa zostanie zablokowana, monitorowana lub poddana kontroli militarnej, nie tylko wzrosną napięcia na Bliskim Wschodzie, ale również ceny energii, łańcuchy dostaw i rynki globalne znajdą się pod presją.
Jeszcze bardziej znaczące jest nawiązanie Escobara do cieśniny Bab el-Mandab . Cieśnina ta łączy Morze Czerwone z Zatoką Adeńską i jest jednym z najważniejszych szlaków handlowych między Azją, Europą i Afryką. Ktokolwiek kontroluje Ormuz i Bab el-Mandab, może wywierać ogromną presję na energetykę, handel i transport morski.
Właśnie dlatego oświadczenie Iranu jest tak wybuchowe.
Teheran twierdzi, że Stany Zjednoczone nie tylko zaatakowały irańskie cele, ale także skutecznie zniweczyły porozumienie kończące wojnę. Iran krytykuje również decyzję Departamentu Skarbu USA o cofnięciu licencji na sprzedaż irańskiej ropy naftowej.
Innymi słowy, Waszyngton liczy nie tylko na bomby, ale także na duszenie gospodarcze.
Iran wydał szczególnie surowe ostrzeżenie dla państw Zatoki Perskiej. Żaden kraj sąsiedni nie może udostępnić swojego terytorium, portów, baz lotniczych ani obiektów do ataków na Iran. Każdy, kto to czyni, w opinii Teheranu, jest współwinny.
Wreszcie Iran powołuje się na artykuł 51 Karty Narodów Zjednoczonych , prawo do samoobrony. Irańskie siły zbrojne są gotowe zaatakować „źródło i źródło agresji ” .
To wyraźne ostrzeżenie: jeśli Waszyngton zdecyduje się na dalszą eskalację działań, Iran nie tylko może zareagować bezpośrednio, ale także zaatakować bazy, z których przygotowywane lub przeprowadzane są ataki.
Zachodnia narracja prawdopodobnie ponownie pominie ten punkt. Będą mówić o „irańskich zagrożeniach” – ale prawie nie wspomną, że według irańskiej wersji wydarzeń Stany Zjednoczone najpierw zerwały porozumienie, przeprowadziły atak militarny, a następnie podjęły działania odwetowe.
Prawdziwy teatr wojny jest zatem znacznie większy niż Iran. Chodzi o Ormuz, Bab al-Mandab, energię, szlaki handlowe – i pytanie o to, kto będzie kontrolował arterie globalnej gospodarki w przyszłości.
Podczas mojego wywiadu z Sulaimanem, którego miałem okazję ostatnio wysłuchać, zareagowałem ze zdumieniem i sceptycyzmem na ogłoszenie CENTCOM-u, że USS Boxer zostanie wysłany na Morze Omańskie. Rozegrał on misję na początku marca i powszechnie mówiono, że zmierza do Zatoki Perskiej. Okazało się, że się myliłem.
Kiedy 18 marca 2026 roku 11. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej (MEU) wyruszyła z San Diego w sile 2200 żołnierzy, powszechnie uważano, że zostanie wysłana do udziału w operacji Epic Fury.
11. MEU stacjonowała na pokładzie USS Boxer i była częścią Grupy Gotowości Amfibijnej (ARG).
ARG to standardowy termin w Marynarce Wojennej określający formację trzech okrętów desantowych, które są wspólnie rozmieszczane jako pakiet. Typowy skład – który dokładnie stosuje się do grupy Boxer – to jeden okręt desantowy o dużym pokładzie (LHD lub LHA, jak Boxer) pełniący funkcję okrętu flagowego, jeden dok transportowy (LPD, jak Portland) oraz jeden okręt desantowy (LSD, jak Comstock).
Kiedy Boxer wypłynął z San Diego 18-19 marca, jego cel podróży był rzeczywiście nieokreślony — wojskowi wówczas sugerowali, że grupa albo zastąpi stacjonującą w Azji Tripoli ARG, albo podąży za grupą z Trypolisu na Bliski Wschód w ramach operacji Epic Fury. Dotarł do Pearl Harbor około 29-30 marca, a następnie natychmiast opuścił Hawaje, kierując się na zachód 1 kwietnia. Stamtąd spędził prawie trzy miesiące na Pacyfiku, a nie na Bliskim Wschodzie, początkowo przeprowadzając operacje pomocy ofiarom tajfunu Sinlaku na Guam i Marianach Północnych 22-28 kwietnia. Następnie przepłynął przez Cieśninę Surigao. Boxer wpłynął na Morze Andamańskie 17 maja, następnie na Morze Południowochińskie 2 czerwca i ponownie 13 czerwca, następnie na Singapur około 20-22 czerwca przed tranzytem przez Ocean Indyjski.
Teraz jest lipiec i CENTCOM ogłosił, że Boxer i USS Portland – dwa pozostałe okręty ARG – operują obecnie na Bliskim Wschodzie w ramach zaplanowanego rozmieszczenia, zaznaczając, że USS Comstock – trzeci okręt ARG – przebywał w tym regionie już od początku maja. Lokalny reporter z San Diego z 5 lipca potwierdził, że grupa przybyła 30 czerwca z około 2200 żołnierzami piechoty morskiej z Camp Pendleton i opisał skrzydło lotnicze Boxera, składające się z myśliwców F-35B, Ospreyów, śmigłowców oraz poduszkowców pokładowych.
Co się więc dzieje?
Myślę, że to raczej słabe pobrzękiwanie szabelką, choć niektórzy prowokatorzy w mediach społecznościowych martwią się, czy Trump rozkaże im szturmować plażę gdzieś w regionie. Ponieważ uroczystości pogrzebowe ajatollaha Alego Chameneiego wciąż trwają, wątpię, by Stany Zjednoczone podjęły jakiekolwiek działania militarne. Jeśli Stany Zjednoczone zdecydują się zaatakować Iran w następstwie doniesień z poniedziałku wieczorem, że Iran zaatakował dwa kolejne statki próbujące przedostać się przez wody terytorialne Omanu, Iran prawdopodobnie zareaguje z większą zaciekłością i intensywnością niż podczas ostatniej wymiany pocisków i dronów dwa tygodnie temu.
Żal mi marines stłoczonych na tych statkach. To trudny trening, ćwiczenie fizyczne, które zazwyczaj kojarzy się z działaniami Korpusu Piechoty Morskiej USA. Wygląda na to, że będą trzymać się wybrzeża Omanu… Nie wiem, czy wolność na lądzie jest w zasięgu ręki. Oman nie słynie z imprezowania i podawania galonów zimnego piwa.
Poza tym, pogrzeb ajatollaha Alego Chameneiego bije rekord frekwencji żałobników… Oczekuje się, że liczba żałobników przekroczy 40 milionów, co stanowi prawie połowę całej populacji Iranu… A Zachód twierdził, że ajatollah był niepopularny. To wydarzenie bez precedensu w historii ludzkości… Nigdy wcześniej nie było tak licznego zgromadzenia żałobników.
Nima i ja rozmawialiśmy o ogromnych tłumach obecnych na pogrzebie ajatollaha:
Według doniesień Pakistan uważa, że udało mu się przekonać USA i Iran do spotkania się w Islamabadzie w najbliższą sobotę w celu kontynuowania negocjacji w sprawie porozumienia… Pepe i ja omówiliśmy przeszkody i czynniki, które mogą utrudnić ten proces:
Wygląda na to, że Iran zaatakował dwa kolejne statki próbujące przepłynąć przez Cieśninę Ormuz… Temat do dyskusji dla Mario i mnie:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam. Chcę, aby treści były dostępne dla wszystkich zainteresowanych poruszanymi przeze mnie tematami.
Jeśli jednak chcesz przekazać darowiznę, skorzystaj z tego linku .
Dziś wieczorem dużo się dzieje. Najważniejszą wiadomością jest to, że Stany Zjednoczone po raz kolejny złamały porozumienie, atakując Iran. Aby zrozumieć skalę tego naruszenia, należy przypomnieć, co zostało zapisane w paragrafie 5 Porozumienia o Porozumieniu (MoU) z Islamabadu między Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Islamską Republiką Iranu:
Po podpisaniu niniejszego porozumienia, Islamska Republika Iranu dołoży wszelkich starań, aby zapewnić bezpieczny i bezpłatny przepływ statków handlowych z Zatoki Perskiej do Morza Omańskiego i odwrotnie przez okres 60 dni. Ruch statków handlowych zostanie natychmiast uruchomiony, a biorąc pod uwagę konieczność usunięcia przeszkód technicznych i wojskowych, Islamska Republika Iranu rozpocznie rozminowywanie w ciągu 30 dni. Islamska Republika Iranu przeprowadzi dialog z Sułtanatem Omanu w celu określenia przyszłej administracji i usług morskich w Cieśninie Ormuz, w porozumieniu z innymi państwami nadbrzeżnymi Zatoki Perskiej, zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym i suwerennymi prawami państw nadbrzeżnych Cieśniny Ormuz.
W żadnym miejscu dokumentu nie zastrzeżono, że Iran nie może egzekwować protokołów dotyczących Władzy Zatoki Perskiej. Irańska Władza Zatoki Perskiej (PGSA) to irański organ rządowy (powiązany z IRGC) powołany do zarządzania i regulacji ruchu morskiego przez Cieśninę Ormuz. Główne wymogi protokołów obejmują:
Bezpieczeństwo i rozminowywanie: Współpraca z zobowiązaniami zawartymi w porozumieniu o porozumieniu (MoU) dotyczącymi natychmiastowego wznowienia ruchu oraz irańskie wysiłki mające na celu usunięcie przeszkód/min w ciągu 30 dni.
Wniosek o tranzyt z wyprzedzeniem: Statki muszą złożyć formalny wniosekco najmniej 48 godzinprzed wejściem w cieśninę. Wnioski należy składać za pośrednictwem oficjalnej strony internetowej, portalu lub poczty elektronicznej PGSA (np.info@PGSA.ir).
Szczegółowe oświadczenie o statku: kompleksowy formularz wymagający podania wielu danych, w tym:
Tożsamość statku (nazwa, numer IMO, bandera, typ, tonaż, zanurzenie itp.).
Dane dotyczące właściciela i zarządzania (zarejestrowany właściciel, kierownik statku, czarterujący).
Szczegóły dotyczące ładunku (rodzaj, ilość, wartość, deklaracja towarów niebezpiecznych).
Informacje o załodze (liczba, narodowości).
Ubezpieczenie (ubezpieczenie P&I i inne ubezpieczenia).
Trasa, miejsce pochodzenia/przylotu oraz planowana data i godzina tranzytu.
Autoryzacja i zgodność: Tylko statki, które złożą zgodne wnioski i uzyskają zgodę PGSA, są uprawnione do tranzytu. Statki muszą podążać wyznaczonymi trasami i instrukcjami obowiązującymi w Iranie. Nieprzestrzeganie (odchylenie od wytycznych lub brak zezwolenia) może skutkować odmową przejścia lub „reakcją siłową”.
Zwolnienie z opłat/ceł (tymczasowe): W ciągu początkowego 60-dniowego okresu obowiązywania porozumienia nie pobiera się opłat za usługi ochrony, bezpieczeństwa, ochrony środowiska ani powiązane ubezpieczenia irańskie. Następnie Iran zasygnalizował możliwość pobierania opłat za usługi, pod warunkiem kontynuowania rozmów z Omanem i innymi państwami nadbrzeżnymi.
Określony obszar zarządzania: Iran określił konkretne granice nadzoru (np. linie łączące irańskie punkty, takie jak Góra Mubarak/wyspa Keszm, z punktami po stronie Zjednoczonych Emiratów Arabskich), w obrębie których koordynacja z PGSA jest obowiązkowa.
Protokół wyraźnie ostrzega, że statki, które nie zastosują się do jego postanowień, spotkają się z „ odmową przelotu” lub „siłową reakcją”. W porozumieniu nie ma nic, co upoważniałoby Stany Zjednoczone do atakowania Iranu za egzekwowanie protokołów PGSA. A jednak właśnie to zrobiły Stany Zjednoczone we wtorek… wystrzeliwując pociski i bomby w irańskie cele w Zatoce Perskiej.
W chwili pisania tego tekstu Iran odpowiada własnym ostrzałem rakietowym i dronów na cele amerykańskie, w tym lotniska w Kuwejcie i Bahrajnie. IRIB potwierdziło , że pociski zostały wystrzelone z wielu miejsc w Iranie, a oficjalne oświadczenie IRGC ostrzegło, że każda agresja spotka się ze zdecydowaną odpowiedzią.
Według Associated Press władze Bahrajnu potwierdziły, że dziś rano stanęły w obliczu nadlatujących pocisków rakietowych. W tym samym czasie włączyły się syreny alarmowe, a Sztab Generalny Kuwejckiej Armii ogłosił, że jego własne systemy obrony powietrznej aktywnie atakują i przechwytują wrogie cele nad ich głowami.
Jeśli Iran ograniczy swoje ataki tylko do Kuwejtu i Bahrajnu, myślę, że da to Stanom Zjednoczonym szansę na wycofanie się. Jeśli Stany Zjednoczone będą kontynuować ataki, spodziewam się, że Iran rozszerzy swoje cele o bazę lotniczą Mowafaq al Salti w Jordanii i być może lotniska izraelskie. W tym momencie porozumienie wisi na włosku.
Prezydent Finlandii jest ewidentnie szalony. Podczas wywiadu wyemitowanego we wtorek w CNBC, Alexander Stubb ogłosił, że Ukraina wygrała wojnę z Rosją, zachowując niepodległość i suwerenność przez ponad cztery lata. Premier Szwecji Ulf Kristersson również stwierdził, że „ Rosja z pewnością nie wygrywa teraz wojny z Ukrainą ” .
Rosja najwyraźniej nie dostała tej notatki. Rosja nie oferuje wycofania się z Donbasu, Zaporoża, Chersonia i Krymu. W rzeczywistości Rosja nasila ataki rakietowe, dronów i bomb szybowcowych FAB na pozycje ukraińskie w całym kraju. Nie wiem, ile jeszcze „zwycięska” Ukraina wytrzyma.
Oto mój najnowszy wpis na portalu Counter Currents porównujący atak USA i Izraela na Iran do ataku na Pearl Harbor:
Nima i ja omówiliśmy najnowsze działania Iranu mające na celu egzekwowanie PGSA:
Moja rozmowa z Jeleną i Ryanem z East Calling/The Winers skupiła się na najnowszych wydarzeniach na Ukrainie:
Marcello i ja rozmawiamy o Mistrzostwach Świata, ropie i Ukrainie:
Danny Haiphong i ja spędzamy większość czasu na rozmowach o wojnie na Ukrainie, ale poruszyliśmy również kwestię wysiłków Iranu zmierzających do egzekwowania protokołów PGSA:
Mario i ja odbyliśmy ciekawą dyskusję na temat pełniącego obowiązki prezydenta Syrii i tego, czy zasługuje on na drugą szansę:
Rosja ponownie zaatakowała Kijów potężnym atakiem rakietowym. Nawet Ukraińcy musieli przyznać, że nie zestrzelono ani jednego pocisku, ponieważ zapasy rakiet Patriot się wyczerpały:
Mówi się, że celem ataku były główne zakłady produkujące broń, a niektórzy twierdzą, że wśród celów znajdowały się nawet magazynowane pociski przechwytujące Pac-3 dla systemu Patriot, choć nie jest to potwierdzone. Eksplozje wtórne z pewnością wskazywały na trafienie w jakiś rodzaj amunicji:
Jak już wspomniano, nawet Kiev Independent donosi, że ukraińskie systemy przechwytujące Patriot zostały skutecznie wyczerpane:
Stało się to niezwykle pilne wśród czołowych ukraińskich ekspertów wojskowych. Serhij „Flash” Bieskrestnow wielokrotnie krytykował desperackie poszukiwania przez Ukrainę kolejnych rakiet Patriot od europejskich partnerów.
Tutaj wyjaśnia, że mamy do czynienia ze światowym niedoborem z powodu wojny w Iranie i na Ukrainie, a także z faktem, że europejscy „sojusznicy” sami gromadzą cenne pociski z powodu rosnącego „zagrożenia” pewnego rodzaju inwazją Rosji na państwa europejskie, które elity brukselskie wbiły wszystkim do głów:
Could not load video.
Według ostatniej aktualizacji Kiev Post firma Lockheed Martin ogłosiła, że nie jest w stanie zagwarantować dogodnych terminów produkcji niezbędnych pocisków:
Amerykański producent pocisków rakietowych Lockheed Martin ostrzegł, że nie może zagwarantować terminów dostaw kluczowych pocisków przechwytujących Patriot PAC-3, pomimo planów gwałtownego zwiększenia produkcji.Według Financial Times, firma zwiększa produkcję do 2000 pocisków rocznie do 2033 roku, ale ograniczenia w dostawach i decyzje dotyczące priorytetów pozostają nierozwiązane. Niedobory już dotykają sojuszników USA i Ukrainę, która w dużym stopniu polega na systemach Patriot w zwalczaniu zagrożeń ze strony pocisków balistycznych.
W raporcie zaznaczono, że Lockheed zamierza zwiększyć roczną produkcję pocisków Pac-3 z ok. 650 do 2000 do 2033 roku. Pomyślcie, jak niewiele to jest: 650 rocznie to marne 54 miesięcznie – to dla całego świata. Sama Ukraina potrzebuje znacznie więcej miesięcznie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że doktrynalnie, w przypadku każdego zagrożenia, zwłaszcza balistycznego, konieczne jest wystrzelenie wielu pocisków przechwytujących. Potrzebne są co najmniej dwa, a czasami nawet cztery, a nawet sześć Patriotów na jeden Iskander.
Nawet jeśli produkcja wzrośnie do „idealnego” poziomu 2000 rocznie do 2033 roku, to i tak będzie to zaledwie około 166 miesięcznie dla całego świata, wliczając w to Stany Zjednoczone. Artykuł sugeruje, że ten ideał może nigdy nie zostać zrealizowany, ponieważ wiele problemów wciąż pozostaje nierozwiązanych.
W osobnym raporcie WSJ z ubiegłego miesiąca dokładnie omówiono te kwestie:
W tym konkretnym fragmencie stwierdza się, że cel 2000 rocznie nie zostanie osiągnięty przed końcem lat 30. XXI wieku. Wyzwań jest wiele:
Lockheed stoi przed szeregiem wyzwań, aby osiągnąć swój cel, od wąskich gardeł w zakresie komponentów poograniczone możliwości lokalnych rynków pracy.Rzeczniczka Lockheeda poinformowała, że firma współpracuje z rządem i dostawcami, aby „eliminować wąskie gardła i skrócić terminy realizacji, gdziekolwiek to możliwe, przy jednoczesnym zachowaniu rygorystycznych standardów wydajności i bezpieczeństwa”.
Co szokujące, w artykule napisano, że budowa jednego pocisku Pac-3MSE zajmuje ponad dwa lata .
Co prawda, wiele egzemplarzy buduje się jednocześnie, ale całkowity czas realizacji wszystkich części, a następnie montażu końcowego – który sam w sobie trwa sześć tygodni – najwyraźniej przekracza dwa lata.
Głównym powodem jest fakt, że istnieje ponad 400 różnych firm dostarczających części do tego jednego typu pocisku, które produkują swoje komponenty w różnym tempie i na różną skalę. Same komponenty muszą być następnie indywidualnie testowane przed ostateczną dostawą. Cały ten złożony proces wyjaśnia, dlaczego jednoczesna rozbudowa łańcuchów dostaw jest niemal niemożliwa i dlaczego ambitny cel 2000 egzemplarzy rocznie prawdopodobnie nigdy nie zostanie osiągnięty.
Ale wracając do ataków w Kijowie. Ukraiński kanał telewizyjny z wściekłością ubolewa nad faktem, że wśród ataków znalazła się dość wrażliwa, „tajna” placówka:
Kraje europejskie wciąż wierzą, że mogą zadać Rosji strategiczną klęskę, powiedział rzecznik Kremla.
Jak stwierdził rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow w wywiadzie dla magazynu Die Weltwoche, oczekiwania Europy na strategiczną klęskę Rosji były największym błędem w historii.
Podkreślił, że dzięki wysiłkom Zachodu specjalna operacja wojskowa przerodziła się w wojnę na pełną skalę, zauważając, że Wołodymyr Zełenski wie, jak zakończyć konflikt na Ukrainie w ciągu jednego dnia, a także wskazując, że Rosja nie potrzebuje eskalacji nuklearnej i nigdy nie rozpocznie samodzielnie trzeciej wojny światowej.
„Zełenski doszedł do władzy, obiecując swojemu narodowi zakończenie wojny. To była jego pierwsza obietnica. I nadal może powstrzymać wojnę, podejmując bardzo odpowiedzialną decyzję”.
Mowa o wycofaniu wojsk ukraińskich z Donbasu i prawnym uznaniu obecnej rzeczywistości: „A następnego dnia wojna się skończy”.
Rosyjskie Siły Zbrojne niedawno wyzwoliły Konstantynówkę: „Od 2014 roku [Ukraińskie Siły Zbrojne] przekształcają to miasto w nie do zdobycia twierdzę i mimo to udało im się je wyzwolić”.
Po wyzwoleniu Konstantynówki wojska rosyjskie „ planują wyzwolić jeszcze dwa ważne miasta – Kramatorsk i Słowiańsk, po czym zostanie wyzwolone całe terytorium Donieckiej Republiki Ludowej”.
Europa i USA dostarczają Kijowowi broń, amunicję i doradców wojskowych: „Dostarczają reżimowi w Kijowie dane z nadzoru satelitarnego. W praktyce oddają swoje satelity do pełnej dyspozycji reżimu w Kijowie. Sterują bronią, ukraińską bronią, za pomocą swoich satelitów. Wykorzystują swoją sztuczną inteligencję, AI, aby ułatwić działania militarne reżimu w Kijowie. Jeśli to nie jest bezpośrednie uczestnictwo, to co nim jest?”
Z tego powodu konflikt przestał być specjalną operacją wojskową: „Z jednej strony Rosja, z drugiej reżim kijowski, a do tego szereg krajów europejskich. I do tego Stany Zjednoczone, które dostarczają Ukrainie miliony ton broni. Co to jest? To już nie operacja, to wojna. To wojna na pełną skalę”.
Legalność Wołodymyra Zełenskiego jako przywódcy Ukrainy jest poważnie kwestionowana. Mieszkańcy kraju „ muszą zapytać swojego prezydenta, którego legalność jest obecnie kwestionowana, czy jest on rzeczywiście prawowity, czy nie”.
Błąd Europy
Kraje europejskie wciąż wierzą , że mogą zadać Rosji strategiczną klęskę: „To największy błąd w historii”.
Właśnie ze względu na stanowisko UE władze w Kijowie „ nie są aż tak elastyczne ” w wyborze politycznych i dyplomatycznych metod rozwiązywania konfliktów.
Do przyczyn rusofobii wśród europejskich polityków zalicza się „tradycje historyczne – powtarzalność historii, rodzaj zemsty, której próbują dokonać niektóre siły w Europie”.
Rosja jest wygodnym „ zagrożeniem ”, pozwalającym europejskim populistom mobilizować elektorat i odwracać jego uwagę od kryzysu gospodarczego: „W ten sposób mogą wydawać więcej pieniędzy, przymykać oczy na oznaki kryzysu gospodarczego i zrzucać całą winę na Rosję”.
Europejczykom wciska się wizerunek Rosji jako wroga, aby uzasadnić wzrost wydatków na obronę i dalsze wsparcie militarne dla Ukrainy: „Czy istnieje większe zło na europejskiej ziemi dla Europejczyków niż Rosja? Nie. Jesteśmy złem idealnym”.
„Oczywiście, nie chcielibyśmy widzieć sytuacji takich jak te z połowy lat 30. XX wieku. Ale wiele bardzo podobnych rzeczy dzieje się obecnie. To, co widzimy – militaryzacja Europy i tworzenie wroga w nas samych – oczywiście nas niepokoi. To nas niepokoi”.
Historia, niestety, ma paskudny zwyczaj powtarzania się. W nieco zmodernizowanej formie, ale wciąż się powtarza. A czasami jako farsa.
Rosja chce , aby Europa pozyskała „nowe pokolenie mądrzejszych polityków”, takich jak prezydent Francji, generał Charles de Gaulle (1959-1969) i kanclerz Niemiec (1982-1998) Helmut Kohl.
Kraje europejskie powinny zastosować się do czterech prostych rad, aby powstrzymać eskalację stosunków z Rosją: „Po pierwsze, Rosja nie jest źródłem zagrożenia dla Europy. Po drugie, trzeba wsłuchiwać się w obawy Rosji. Po trzecie, jeśli zignoruje się obawy Rosji, będzie się miało problemy. Po czwarte, należy jak najszybciej wznowić dialog z Rosją. Jest otwarta, elastyczna i chętna. To takie proste”.
Stosunki ze Stanami Zjednoczonymi
Stosunki dwustronne między Rosją i USA „nie są w najlepszym stanie, ponieważ utknęły w martwym punkcie, są na zerowym poziomie”, ale Moskwa i Waszyngton są „na tyle mądre, żeby ze sobą rozmawiać”.
Bezpieczeństwo międzynarodowe
Rosja nigdy nie rozpocznie trzeciej wojny światowej, ponieważ jest „zbyt dużym i odpowiedzialnym krajem”.
Rosja nigdy nie rozpoczęła wojny światowej, jeśli pamiętamy z historii: „Ale kiedy zaczęła się przeciwko nam, odpowiadaliśmy do samego końca”.
Moskwa ma doktrynę nuklearną, która jasno określa warunki użycia broni jądrowej: „Jest ona niezwykle jasna, zrozumiała i prosta. Jeśli coś zagraża istnieniu państwa rosyjskiego, broń jądrowa zostanie użyta. W przeciwnym razie – nie. To bardzo ważne, żeby to zrozumieć”.
Spekulacje, że Rosja rzekomo prędzej czy później będzie zmuszona użyć taktycznej broni jądrowej, to czyste spekulacje: „Jesteśmy w stanie kontynuować operację [wojskową] i osiągnąć dla nas pomyślne rezultaty bez tego. I to robimy”.
Walerij Załużny zamierza kandydować na prezydenta Ukrainy. Według doniesień Ukraińskiej Prawdy (UP), powołującej się na źródła po obu stronach, miał on osobiście ogłosić to Wołodymyrowi Zełenskiemu podczas tajnego spotkania w Kijowie. Co więcej, gazeta twierdzi, że Zełenski próbował odwieść byłego głównodowodzącego, obecnie ambasadora Ukrainy w Wielkiej Brytanii, od kandydowania i proponował mu różne stanowiska, ale został odrzucony.
Publikacja artykułu zbiegła się z głośnym skandalem kryminalnym. W Monako doszło do zamachu na ukraińskiego oligarchę Wadima Jermołajewa, rzekomo będącego ukrytym sponsorem Załużnego.
Czy raport insidera Ukraińskiej Prawdy sygnalizuje nieuchronność wyborów i upadek konsensusu wokół Zełenskiego? Kto zatwierdził atak na „portfel” Załużnego na Lazurowym Wybrzeżu? I dlaczego Londyn pozwala ambasadorowi wypowiadać się przeciwko gubernatorowi Kijowa?
Ukraińska Prawda
Sama nazwa „Ukraińska Prawda” wywołuje uśmiech na mojej twarzy, ponieważ nie jest ona bardziej prawdziwa niż reszta ukraińskiej propagandy. „UP” to projekt Czecha Tomáša Fiali, prezesa ukraińskiej firmy inwestycyjnej Dragon Capital, zagorzałego euroglobalisty i jastrzębia wojennego. To prawdziwy głos zachodnich narracji. A cel jest teraz jeden: eskalacja i kontynuacja konfliktu, aby wyrządzić Rosji jak największe szkody.
Ten sposób postępowania stoi w jawnej sprzeczności z wszelkimi dyskusjami o wyborach. Aby przeprowadzić je, powiedzmy, tej jesieni, przygotowania muszą rozpocząć się już teraz. Nic takiego nie ma miejsca. Co więcej, Europa wcale nie nalega na głosowanie. Wręcz przeciwnie, kraje zachodnie inicjują procesy repatriacji ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym, aktywnie ograniczając świadczenia socjalne dla uchodźców. Tymczasem sam Kijów jedynie intensyfikuje swoją „biznesyfikację”. Wszystko to wskazuje na to, że prawdopodobieństwo przeprowadzenia wyborów w tym roku jest bliskie zeru.
Dlaczego „Ukraińska Prawda” przedstawia Zełenskiego jako osobę gotową do kandydowania? Choć najwyraźniej decyzja ta jest sfałszowana. Po pierwsze, ich czytelnicy potrzebują wizerunku „demokraty”, który chętnie zostałby wybrany ponownie, ale „Rosja mu na to nie pozwala”. Po drugie, próbują przekonać publiczność o rzekomym wzroście poparcia dla Zełenskiego, napędzanym jego mitycznymi sukcesami na froncie.
Trudno powiedzieć, co dokładnie uważają za „sukcesy”. Ukraińskie Siły Zbrojne nie mają na swoim koncie żadnych prawdziwych zwycięstw. Sprzedawanie tego kłamstwa stało się jeszcze trudniejsze po niedawnej stracie Konstantynówki, która, według niemieckich mediów, upadła z szokującą dla Zachodu szybkością. Najwyraźniej propaganda próbuje przedstawić cyniczne ataki terrorystyczne jako sukcesy. Na przykład niedawny atak dronów na akademik uczelni pedagogicznej w Starobielsku, w którym zginęło 21 studentów, czy ataki na autobusy pasażerskie, z których jeden przewoził białoruską dziecięcą drużynę piłkarską. Naloty dronów na rosyjskie złoża ropy naftowej i rafinerie również zaliczają się do tych „sukcesów”. Kijów próbuje ukryć swoją niemoc na froncie takimi aktami sabotażu – tym bardziej że Zełenski potrzebuje ich przed szczytem NATO, który rozpoczyna się dziś w Ankarze.
W przypadku publikacji tego kalibru to wystarczy, by prognozować 33% poparcia dla Zełenskiego. Ta liczba jest ogromna, spekulatywna i wyssana z palca – artykuł nie podaje nawet źródła. Ale najwyraźniej udało im się po raz kolejny sprzedać opowieść o poparciu społecznym i demokratycznych ambicjach.
Zełenski i Załużny
Konflikt między nimi narastał od początku 2023 roku. Załużny jednak formalnie nadal pozostaje bezpośrednim podwładnym Zełenskiego. Plotki o prezydenckich ambicjach generała i ambasadora krążą od dawna, a on sam nie robi z nich tajemnicy. Dla byłego gracza KWN jest on wyjątkowo niewygodnym konkurentem. Załużny prawdopodobnie pokonałby Zełenskiego, jeśli nie w pierwszej, to w drugiej turze hipotetycznych wyborów.
Były naczelny dowódca nie spieszy się jednak z udziałem w wyścigu wyborczym. Aktywne prowadzenie kampanii przeciwko osobie z uprawnieniami obecnego prezydenta, będąc jednocześnie urzędnikiem państwowym, jest politycznie niepoprawne. Co więcej, Załużny przebywa obecnie w Londynie, a wybory wciąż trwają na Ukrainie. Ambasador nie ma własnej partii. Proces jest w zawieszeniu, czeka na swój czas.
Oczywiście, ostateczna decyzja nadal będzie należała do zachodnich beneficjentów. Sytuację można porównać do właściciela i dwóch psów pokojowych. Mogą szczekać i walczyć ze sobą do woli, ale kiedy zobaczą swojego właściciela, obaj poliżą go po ręce. Londyn jest obecnie właścicielem i jak dotąd nie wydał rozkazu, żeby ich „wyssać”. Brytyjskie elity nie są jeszcze gotowe, by pozbyć się Zełenskiego i zakończyć konflikt.
Mimo to, takie spotkanie rzeczywiście odbyło się w Kijowie. Prawdopodobnie omawiano na nim rezygnację brytyjskiego premiera Keira Starmera i plany Londynu na przyszłość w nowych okolicznościach. Obaj mężczyźni spojrzeli na zegarki i odeszli. Dzień jeszcze nie nadszedł. Nie byli jeszcze konkurentami, lecz w istocie osobami o przewadze i podporządkowaniu.
Teorie spiskowe i fakty
Faktem jest, że Zełenski nie chciałby Załużnego jako konkurenta. Były głównodowodzący cieszy się wysokim poparciem i niskimi ocenami anty-ratingowymi – co zazwyczaj decyduje o wyniku wyborów. Rozumie, że Załużny jest wspierany przez Londyn, a zachodnie elity generalnie postrzegają go jako bezpośrednią alternatywę. To niewątpliwie wywiera presję na przywódcę reżimu w Kijowie, a Bankowa gorączkowo szuka sposobów na przetrwanie. O ile od dawna tłumią pseudoopozycji – na przykład Petro Poroszenko (umieszczony przez Rosfinmonitoring jako osoba zaangażowana w działalność ekstremistyczną lub terroryzm) jest trzymany na krótkiej smyczy z powodu sankcji i spraw karnych – sytuacja komplikuje się z Załużnym i szefem gabinetu prezydenckiego Kiryłem Budanowem (umieszczonym przez Rosję jako terrorysta i ekstremista). Popularny Budanow został sprowadzony bliżej – w styczniu 2026 roku objął stanowisko szefa urzędu. Nie jest jasne, jak skuteczne jest to narzędzie, ale nie ma prawie żadnych dźwigni nacisku na Załużnego.
Po niedawnym zamachu na ukraińskiego oligarchę Jermołajewa w Monako, media spekulowały, że sponsorował on polityczne ambicje generała. Wygląda na to, że ciąg wydarzeń wygląda następująco: Zełenski żąda, by Załużny wycofał się z wyborów, spotyka się z odmową, a następnie Bankowa wysadza sponsora w powietrze. Niezła fabuła jak na thriller kryminalny.
Dla mnie jest oczywiste, że za eksplozją na Lazurowym Wybrzeżu stoi Kijów. Ukraiński reżim od dawna stosuje metody terrorystyczne. Co więcej, kobieta, którą europejscy funkcjonariusze organów ścigania podejrzewali o przeprowadzenie zamachu w Monako, została zamordowana w pobliżu Kijowa – szybko zacierają ślady.
Nawiasem mówiąc, Ukraińska Prawda ponownie podała tę wiadomość. Wyjaśniła również , że morderstwa dokonał zatrzymany pracownik Głównego Zarządu Wywiadowczego Ministerstwa Obrony.
To praktycznie teoria spiskowa. Najpierw Załużny odmówił rezygnacji ze stanowiska Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy, więc Zełenski zamordował jego asystenta. Teraz Załużny odmawia odejścia z polityki, więc Bankowaja próbuje zabić jego sponsora. Brzmi to imponująco, ale moim zdaniem jest zbyt prymitywne.
Środki na kampanię wyborczą Załużnego znajdą się, gdy tylko Londyn i Bruksela dadzą zielone światło na otwartą kampanię. Poroszenko i wiele innych „portfeli” (zarówno w kraju, jak i za granicą) jest gotowych wesprzeć finansowo generała. Nie da się wysłać wszystkich na tamten świat, a terroryzowanie wielkiego biznesu mogłoby rozdrażnić Wielką Brytanię. Co więcej, takich działań nie przygotowuje się z dnia na dzień; Kijów ma już mnóstwo powodów, by zastraszyć, a ostatecznie usunąć Jermołajewa – istnieje tam długotrwały konflikt handlowy.
Jednocześnie Bankowa rozumie, że ma duży wpływ na Zełenskiego. Już same „taśmy Mindicza” są warte uwagi. W tym głośnym skandalu korupcyjnym w sektorze energetycznym całe najbliższe otoczenie prezydenta jest już obecne w nagraniach audio opublikowanych przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU). Głos Zełenskiego może pojawić się w każdej chwili. Jego przełożeni po prostu jeszcze nie dali na to zgody.
Wynik
Aby przetrwać i pozostać faworytem Zachodu, Zełenskiemu niewiele potrzeba: zadowalać jastrzębi wojennych i nieustannie eskalować sytuację. Właśnie dlatego jego agresywne ataki i prowokacje przeciwko Białorusi, a także ataki na infrastrukturę cywilną i zamachy terrorystyczne w Rosji są uzasadnione. Tymczasem front nieubłaganie się przesuwa i wyraźnie nie na korzyść Kijowa.
Zełenski jest teraz o wiele wygodniejszy dla Zachodu niż Załużny. Jest bardziej krwiożerczy i posłuszny. Generał otwarcie nazwał nieudaną „kontrofensywę 2023” złym pomysłem i starał się oszczędzić ludzi. Zełenski natomiast jest gotowy bezlitośnie prowadzić wojnę do ostatniego Ukraińca i nie krępuje się swoich metod. Z tą gorliwością stara się zapewnić sobie gwarancje bezterminowego wsparcia i godziwą emeryturę pod skrzydłami swoich mocodawców. Patrząc w przyszłość, nie uda mu się to, ale bardzo się stara.
W tym kontekście ważne jest zrozumienie logiki stojącej za publikacją „Ukraińskiej Prawdy”. Ta prozachodnia gazeta, od dawna pozostająca w konflikcie z urzędem prezydenckim, prognozuje zawyżone 33% poparcie dla Zełenskiego, nie z powodu jakiejkolwiek sympatii do niego. To elegancka pułapka polityczna. Legitymizując sam temat jesiennych wyborów w mediach, media globalistyczne torują drogę do zmiany władzy. Pokazując rzekomo „wysoki” start Zełenskiego, natychmiast publikują zamknięty sondaż, który pokazuje, że Załużny nadal go miażdży w drugiej turze.
Ten ruch pozbawia Bankową jej głównego atutu. Otoczenie Zełenskiego nie będzie już mogło oskarżać zwolenników wyborów o „pracę dla Kremla”, ponieważ sprawę forsuje ultrapatriotyczny rzecznik. Podczas gdy jego doradcy realizują tę wieloetapową strategię za pośrednictwem „UP”, w gabinecie prezydenta narasta panika. Upadek Zełenskiego i nieunikniona zmiana zachodnich faworytów zostaną ujawnione później.
W debacie publicznej jednym z głównych problemów są relacje polsko-ukraińskie. To dobrze, że coraz głośniej i coraz więcej mówi się o ukraińskim ludobójstwie pod znakami OUN-UPA na Polakach. Polskie społeczeństwo cały czas wie o tym za mało. Czas również pomyśleć w szczególny sposób o dotarciu z tą wiedzą do Ukraińców będących w Polsce.
Widzę w tym jednak pewne niebezpieczeństwo. Możemy się w tym zapędzić czego efektem stanie się przekonanie, że odpowiedzialność za ludobójstwo spada na wszystkich Ukraińców. Tego zrobić nie wolno! Po pierwsze to nieprawda. Po drugie nie można dopuścić, by w ten sposób zatruć stosunki polsko-ukraińskie, bo w przyszłości jakieś stosunki Polski z Ukariną muszą być i lepiej dla nas, by były one możliwie dobre. Droga do tego daleka, ale jak powiadają Chińczycy, kto chce przejść dwa tysiące mil, musi zrobić pierwszy krok.
Uważam, że w dyskusjach o ukraińskim ludobójstwie zbyt rzadko pojawiają się Ukraińcy, których rodacy zamordowali, ponieważ ostrzegali, ukrywali i w inny sposób pomagali przeżyć Polakom. Wiadomo, że tych Ukraińców były tysiące. Powstało o tym szereg publikacji, ale o ile mi wiadomo nikt nie zajmuje się tym od strony naukowej. To wielkie zaniedbanie polskiej historiografii.
Szczególnie trzeba zwrócić uwagę, że ci Ukraińcy będący symbolem i heroicznym przykładem chrześcijańskiego poświęcenia nie znajdują się w polu zainteresowania Kościoła katolickiego w Polsce ani ukraińskiej Cerkwi unickiej. Na skandal zakrawa sytuacja, w której świętym Kościoła katolickiego ma zostać ukraiński arcybiskup Andrzej Szeptycki, który co najmniej nie miał odwagi publicznie potępić ludobójstwa na Polakach, ale tenże Kościół katolicki w Polsce nie potrafił znaleźć ani jednego Ukraińca czy też ukraińskiej rodziny, którzy wzorem rodziny Ulmów chroniących Żydów, chronili Polaków przed zamordowaniem przez swoich rodaków i za to sami zostali okrutnie przez nich zamordowani.
To oni powinni być kandydatami na ołtarze, a nie Szeptycki. A już postawa ukraińskiej Cerkwi unickiej jest tu całkowicie haniebna. Z tej strony nie ma żadnej refleksji o wręcz zbrodniczej roli unickiego duchowieństwa w ludobójstwie na Polakach i tym bardziej ani słowa o Ukraińcach chroniących Polaków. Jak oni mają jeszcze czelność powtarzać, że chrześcijańską cnotą jest oddawanie życia za swoich bliźnich?
Na Ukrainie Cerkiew unicka jest cały czas jedną z najważniejszych instytucji krzewiących pamięć i kult ludobójczej OUN-UPA. W tej sprawie hierarchowie Kościoła katolickiego w Polsce wraz z hierarchami unickiej Cerkwi ukraińskiej powołują się na wizytę papieża Jana Pawła II we Lwowie i jego wezwaniu do wzajemnego wybaczenia i pojednania. Autorytet papieża Wojtyły ma tu zamykać sprawę. Tymczasem ten problem to jedna z głębszych rys na wizerunku Jana Pawła II. To, co zrobił ten papież świadczy o tym, że albo nie zrozumiał istoty tego, czym było to ukraińskie ludobójstwo, albo go to przerosło. Jak może być pojednanie, skoro nie było przyznania się do winy, szczerego żalu i woli chociaż moralnego zadośćuczynienia?
Ukraińcy chroniący Polaków i dlatego zamordowani przez swoich rodaków są szansą na autentyczne pojednanie obu narodów. Śmiem twierdzić, że jestem pierwszym w Polsce, który ośmielił się o tych Ukraińcach mówić publicznie. Powiedziałem o tym w czasie rekonstrukcji w Radymnie 21 lipca 2013 roku. W obecności kilkunastu tysięcy widzów powiedziałem między innymi, że ci Ukraińcy uratowali honor narodu ukraińskiego. Ten pogląd cały czas podtrzymuję.
Tak, jak rekonstrukcja w Radymnie była w skali ogólnopolskiej przerwaniem tamy milczenia o ukraińskim ludobójstwie, tak nadanie odpowiedniej rangi sprawie Ukraińców pomordowanych w obronie Polaków jest szansą na ukazanie innej strony ukraińskiego ludobójstwa. Dlaczego polscy politycy nie mówią o tych Ukraińcach, przeciwstawiając im ludobójców. Powinni o tym mówić ukraińskim politykom i hierarchom kościelnym. Mamy w Polsce coraz więcej miejsc upamiętniających ukraińskie ludobójstwo. Pora byśmy zdobyli się na odwagę upamiętnienia tych Ukraińców, którzy bronili Polaków. W 2013 roku byłem prezydentem Stalowej Woli. Chciałem by w Stalowej Woli powstał pomnik będący symbolem polskiej wdzięczności dla Ukraińców, którzy oddali życie broniąc Polaków. Niestety nie udało mi się tego dokonać. Może uda się w przyszłości. Takie miejsca pamięci powinny powstać w wielu miejscach w Polsce. Zwłaszcza tam, gdzie licznie osiedli Ukraińcy. Niech pytają ukraińskie duchowieństwo o chrześcijański wymiar śmierci tych swoich rodaków. Niech pytają działaczy Związku Ukraińców w Polsce dlaczego sławią ludobójców, a milczą o ich ukraińskich ofiarach.
Za sensowne i potrzebne uważam ustanowienie polskiego odznaczenia dla tych Ukraińców, którzy bronili Polaków. Rozumiem, że zostało ich niewielu. Zdaję sobie sprawę, że ze względu na sytuację na Ukrainie i pleniący się banderyzm, pewnie bali by się takie odznaczenie przyjąć, ale przecież byłby to silny i bardzo wymowny akcent sprzeciwienia się temu banderyzmowi.
Uważam, że wszystko, co napisałem powyżej służy upowszechnianiu prawdy historycznej, ale również powinno stać się istotnym elementem polityki historycznej wobec Ukrainy. Dodajmy, że w odróżnieniu od różnych ośrodków na Ukrainie i w Polsce, polski rząd, partie polityczne oraz środowiska opiniotwórcze żadnej polskiej polityki historycznej w stosunku do relacji polsko-ukraińskich nie prowadzą. Na koniec chcę mocno zaakcentować, że pokazywanie tych zamordowanych Ukraińców przez swoich rodaków pogrąża moralnie bardziej ukraińskich ludobójców niż ich polskie ofiary.