Czy ukraiński prezydent Zełeński narąbał się gorzałą, czy też coś mocnego palił, albo zażywał? Takie wrażenie można by odnieść po opublikowaniu jego kolejnej “koncepcji” (nawiasem mówiąc, “koncepcje” odnośnie ostatecznego zwycięstwa, mnożą mu się ostatnio w głowie niczym Kukuńkowi) zakończenia wojny na Ukrainie. Przybrała ona postać ultimatum, które jednak nie zostało postawione zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi, tylko… zachodnim sojusznikom Ukrainy.
Jeśli mianowicie Zachód nie przyjmie Ukrainy do NATO, nie zgodzi się na atakowanie celów w głębi Rosji, nie da kolejnych bajońskich sum oraz broni i amunicji na kontynuowanie wojny aż do ostatecznego zwycięstwa, a po ostatecznym zwycięstwie nie zgodzi się na zastąpienie wojsk amerykańskich w Europie rezunami ukraińskimi, to Ukraina zbuduje sobie broń jądrową i wtedy zobaczymy.
Ten “projekt”, jeśli w ogóle można go tak nazwać, przypomina trochę bredzenie Adolfa Hitlera, który nawet gdy ruskie sołdaty były już w odległości kilometra od Kancelarii Rzeszy w Berlinie, jeszcze przesuwał na mapie nieistniejące dywizje i kazał rozstrzeliwać “defetystów” w rodzaju Fegeleina.
Rzecz w tym, że zimny ruski czekista Putin systematycznie spycha ukraińskie wojska do defensywy nie tylko na terenie obwodów przyłączonych do Rosji, ale również – w obwodzie kurskim, gdzie wiąże walką ukraińskie pierwszorzutowe wojska, nie pozwalając na ich przegrupowanie na teren Ukrainy, gdyż wobec rosyjskiej przewagi każda taka próba mogłaby przekształcić się w paniczną ucieczkę i katastrofę. Co za idiota doradził Ukraińcom tę wyprawę na Kursk i jak im to uzasadnił – tego nieprędko się dowiemy.
Mam tylko nadzieję, że nie był to pan generał Skrzypczak, ani pan generał Polko, którzy jeszcze latem nie mogli się tego uderzenia nachwalić, ani przez chwilę nie dopuszczając do siebie myśli, że trudno przypisać mu jakiś rozsądny, perspektywiczny cel militarny, ani nie przypuszczając, że może ono stać się dla wojska ukraińskiego pułapką – co właśnie obserwujemy. Mniejsza jednak o naszych strategosów, którzy na szczęście niczym już nie dowodzą i mam nadzieję, że tak już zostanie – bo ważniejsza jest ocena ostatniego wyskoku prezydenta Zełeńskiego.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na jakieś wariactwo. Wykluczyć tego oczywiście z góry nie można, bo – jak mówi poeta – “paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy” – ale zanim przyjmiemy, że to wariactwo, wypada nam sprawdzić inne możliwości. Warto zwrócić uwagę, że tę “koncepcję” prezydent Zełeński najpierw przedstawił nie żadnym Ukraińcom, tylko trójce Amerykanów: prezydentowi Józiowi Bidenowi, jego faworycie Kamali Harris i Donaldowi Trumpowi.
Najwyraźniej chciał najpierw uzyskać ich opinię, zanim ujawni cokolwiek Ukraińcom z Wierchownego Sowieta, a za jego pośrednictwem – tamtejszej opinii publicznej. Jest ona oczywiście zakneblowana i sterroryzowana przez ukraińską soldateskę – ale kto wie, czy w jakimś momencie nie będzie mogła dojść do głosu? A w jakim momencie?
Ano w takim, kiedy Zachód, a zwłaszcza europejscy członkowie NATO, mający już dosyć drenowania swoich gospodarek i szlamowania swoich obywateli dla potrzeb amerykańskiej operacji “osłabiania Rosji”, który jeszcze daje Ukrainie forsę, ale już tylko pochodzącą z odsetek od zamrożonych tam rosyjskich aktywów, skończy Ukrainę futrować.
Wtedy prędzej, czy później ktoś postawi pytanie, kto z ukraińskich polityków odpowiada za tę wojnę, której można było uniknąć, a która prawdopodobnie doprowadzi do trwałej utraty przez Ukrainę co najmniej 20 procent terytorium państwowego, a doprowadziła już do ogromnych strat w ludziach oraz dewastacji sporych połaci kraju, a zwłaszcza – infrastruktury krytycznej. Najlepszym kandydatem na winowajcę jest oczywiście prezydent Zełeński, który z pewnością zdaje sobie z tego sprawę i pragnie się jakoś asekurować.
Dlatego uważam, że przedstawiając swoje “folies bergere” trójce amerykańskich ważniaków, chciał uzyskać ich aprobatę dla tej asekuracyjnej operacji. i najwyraźniej ją uzyskał, podobnie jak obywatel Tusk Donald uzyskał ze strony Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen aprobatę dla swoich planów “”zawieszenia azylu” i innych pokrzykiwań przeciw migrantom.
Ponieważ, zwłaszcza po ostatniej nagonce na prezydenta Dudę, w której, obok obywatela Tuska Donalda, wzięła udział również resortowa “Stokrotka”, a nawet autorytety pacanowskie, m.in. w osobie pana prof. Zolla, prawdopodobieństwo podpisania przez prezydenta stosownych ustaw – a ustawy muszą być – jest bliskie zera, no to zarówno Reichsfuhrerin, jak i my, doskonale wiemy, że to nie na serio, a tylko gwoli przelicytowania byłego Naczelnika Państwa w kampanii prezydenckiej.
Nie wiadomo nawet, czy ustawa o zawieszeniu azylu w ogóle by przeszła, jako że obydwie lewice się przeciw temu zbuntowały. Mają one co prawda tylko 26 mandatów, ale bez tego może nie być większości, zwłaszcza gdyby Konfederacja też zagłosowała przeciwko.
W podobnej, a nawet gorszej sytuacji jest prezydent Zełeński. Jeśli przynajmniej niektóre państwa NATO sprzeciwią się nawet zaproszeniu Ukrainy do Sojuszu – czego wykluczyć się nie da co najmniej w przypadku trójki państw członkowskich – to żadnej, wymaganej przez traktat waszyngtoński, jednomyślności nie będzie.
Pozostali członkowie, Ameryki nie wyłączając- zirytowani do żywego bezczelnym ukraiński ultimatum, wstrzymają finansowanie i dozbrajanie Ukrainy, to będzie dobrze, jak skończy się tylko na “zamrożeniu konfliktu” – o którym jeszcze w pierwszym roku wojny mówiła amerykańska ambasadoressa przy NATO, jako o najbardziej prawdopodobnej ,możliwości. Czy wtedy Kijów spełni groźbę, że samodzielnie zaopatrzy się w broń atomową? Wydaje się to wątpliwe, nawet w postaci udostępnienia części swego arsenału nuklearnego przez Izrael – a jeśli komuś się wydaje, że zimny ruski czekista czekałby cierpliwie, aż to się stanie, to raczej się myli.
Po co w takim razie prezydent Zełeński wystąpił ze swoją “koncepcją”? Myślę, że jedynym celem było przekonanie nie tyle do niej, co uświadomienie powagi sytuacji członkom ukraińskiego Wierchownego Sowieta, którzy też muszą odczuwać ciarki na myśl o dniu sądu.
To się nawet mogło mu udać, ale za cenę uświadomienia Zachodowi trafności opinii Jeremiego Wiśniowieckiego, który w XVII wieku, podczas wojen z chmielnicczyzną twierdził, że klemencję można okazać tylko zwyciężonym, którzy wtedy mogą być nawet z tego powodu wdzięczni – chociaż w przypadku Ukraińców trudno na to liczyć – natomiast by w żadnym wypadku nie uginać się przed szantażem.
Jako filolog z wykształcenia obserwuję znane skądinąd, acz szkodliwe zjawisko przenikania do języka, i najgorsze, że do pojęć, nowomowy. Nowych wyrazów, czasem gorzej, bo nowych znaczeń starych słów, co to znaczyły kiedyś co innego. Jest to straszny wysyp rewolucji postępactwa, kiedy co chwila dekonstruuje się język, wprowadzając do obiegu jakieś lingwistyczne potworki.
Zabawa w feminatywy to już jest oczywisty chaos, ale najgorzej, że tylko na początku w uchu coś zgrzyta, bo jak te śmieciowisko cię zewsząd otacza, to już tracisz poczucie, że znajdujesz się na wysypisku. Używasz tych śmieci, bo nie chce ci się albo tłumaczyć, albo wykłócać o poprawne rozumienie znaczeń. To szantaż jest, w dodatku oparty na bzdurnych roszczeniach godnościowych. Jak jakiś, zwłaszcza, młodociany chwiej żąda ode mnie, bym albo w locie, albo po upomnieniu uszanował jego zboczenie tożsamościowe wyrażone w zaimkowaniu, to muszę to uszanować?
A z jakiej, że tak powiem, paki? A szacunek do mojego języka, mojego systemu pojęć, wreszcie mojej chęci braku czujności co to tam ta zapiercingowana, tleniona na niebiesko niby-osoba sobie aktualnie umyśliła na temat własnej tożsamości? Gdzie tej osoby szacunek do mojego, dość powszechnego delikatnie ujmując, sposobu określania płci interlokutora? To przecież nierównoważność kłująca wręcz w oczy. Ale taka moda – większość ma pochylać głowę przed aberracjami mniejszości i taki widok zachęca tylko mniejszości do eskalacji swych absurdalnych żądań.
Mniejszość jako większość
Ćwiczyliśmy to w kowidzie, kiedy ruch BLM kazał białym klękać i całować buty swym ofiarom niewolnictwa sprzed wieków. Wiem, ciężko w to uwierzyć, ale tak było. I biali, szczególnie policjanci, klękali, nawet burmistrz kupił złotą trumnę patologicznemu narko-bandycie, który kipnął w czasie policyjnej interwencji. Tak, mniemana mniejszość (jakby kto nie wiedział, to mówimy o Murzynach w USA, też mi mniejszość…) żąda przykucnięcia od większości, która ma ze wstydu za to, że nią jest, płaszczyć się przed każdą mniejszością. A więc mniejszości rodzą się na kamieniu postępu jedna za drugą. Oczywiście permutują i feministki już nawalają się z lesbijkami, homoseksualiści, którzy sobie żyli spokojnie w prywatności swych wyborów, teraz są wywlekani przez jakieś aktywiszcza na światło dzienne, a wywlekani być nie chcą, tylko chcą sobie żyć spokojnie w prywatności swoich wyborów seksualnych. Tak czy siak mamy dzisiaj kuriozum, dominacji mniejszości nad większością, a dzieje się tak zawsze w czasie rewolucyjnym. Tak, cywilizacja zachodnia funduje na swój własny pogrzeb rewolucyjne wzmożenie, które jeszcze bardziej powiększa i multiplikuje wszelkie przewiny, które do tego procesu doprowadzają. A więc koniec będzie przedwczesny i dynamiczny.
Ale żeby większość miała się ugiąć przed wolą mniejszości ta druga musi się przenieść w swych działania w sferę przemocy. Po tym jak skompromitował się Marks wieszcząc prymat terroru nad duraczeniem, zaś rację miał coraz bardziej Gramsci, który mówił, że najpierw (nie zamiast, bo tu chodzi o kolejność tylko) trzeba popracować nad świadomością i może wcale nie trzeba będzie uciekać się do terroru. I tak mamy teraz – mamy do czynienia z przemocą na wszelkich obszarach z odwlekanym jeszcze terrorem fizycznym, ale jak się te „chwyty na miękko” nie powiodą to trzeba będzie – stąd moja uwaga o różnicy między Marksem a Gramscim co do kolejności tylko – wrócić do twardych chwytów za gardło.
No, to gdzież ta przemoc? Głównie, moim zdaniem, bazuje w kompleksie większości, że nie nadążają za nowoczesnymi czasy. To ten wstyd pozwala na to, że toleruje się coraz większą ekspansję durnoctw postępactwa. Głupio się odezwać, bo nieczęste nieudane próby protestu są w mediach nagłaśniane właśnie jako przykład ciemnogrodzkiego zaprzaństwa wobec uznanych powszechnie postępowych idei. Ten rezerwuar wstydu jest później przenoszony na pasy transmisyjne postępu: media, edukację, przemysł rozrywkowy, by znaleźć swych wiernych akolitów i wtedy już „nagrane” tym osoby są armią ambasadorów postępu, rozproszoną w dyskursach.
Wreszcie – przy eskalacji niedorzeczności takich argumentów – sfera dialogu zamyka się. Nie trzeba już wymieniać poglądów, bo te mogą nie wytrzymać konfrontacji. Wykrzykuje się więc hasła z medialnych plakatów, jakimi stają się programy dowcipnie nazwane informacyjnymi, zaś coraz rzadszą kontrargumentację (rzadszą, bo momentów konfrontacji unika się) wprost wokalnie zabucza się, przerywając wraże wypowiedzi i zagłusza się przeciwnika hałłakując. Tak to przechodzi: od wstydu wywołanego jako postawę, do tematów „mniejszościowych”, tak by trenować większość w przyklękaniu. A jako, że klękać się nie bardzo chce, to sfera mniejszości poszerza się – wiadomo, wielu woli żeby to przed nimi klękano, zaś powody do tego obecna rzeczywistość mnoży jak króliki w klatce. Ale najważniejszym tworzywem, spoiwem i pasem transmisyjnym jest język.
Jeździec pierwszy – fakenews
Wiadomo, tej nowomowy jest w opór, ale dziś interesuje mnie zbitek dwóch potworków: „mowa nienawiści” i „fakenews”. Ci dwaj jeźdźcy zawsze występują razem, jest ich dwóch, zamieniają się tylko kolejnością, jeden motywuje drugiego, drugi zawsze wynika z pierwszego. Zabierzemy się za nie po kolei, skończymy zaś na ich wspólnym biegu, ciągnięciu tego dyszla postępu. Zacznijmy więc od konia fakenewsowego.
Pojęcie, zwłaszcza, że zagraniczne, już od dawna oddzieliło się od swego, nowego przecież, znaczenia i jest rozumiane całkiem inaczej niż znaczyło wtedy, kiedy powstało. To przyszło do nas z USA i właściwie ciężko znaleźć przykłady na jego istnienie w formach społecznie szerokich sprzed epoki Trumpa Pierwszego. To wtedy, kiedy pierwszy nieestablishmentowy kandydat walczył o elekcję pojawiło się to słowo, wyraźnie w zastępstwie słowa, które jeszcze do niedawna dużo w Stanach znaczyło, czyli słowa – kłamstwo. A zarzucenie komuś kłamstwa to – przynajmniej do niedawna i przynajmniej na Zachodzie – to sprawa poważna. Czasami zasadności takich oskarżeń należałoby dochodzić w sądzie przy biernej postawie oskarżonego. Tak, jak zarzuciłeś komuś kłamstwo, co mogło go narazić na utratę (potrzebnego w biznesie lub polityce) zaufania, to ty musiałeś dowieść w sądzie prawdziwości swych zarzutów i pomówiony mógł spokojnie na to patrzeć, jak się tam męczysz.
Powstał więc fakenews, jako ekwiwalent kłamstwa, ale zaraz przeszedł on na wyższy poziom – czyli poziom medialny. Fakenews to był news sprokurowany, lub co gorsza, kupiony przez media i kolportowany ze szkodą dla oczernianego. I tu mamy cały szpas. Po pierwsze – kto oceniał co jest fałszywe, a co nie? Według jakich kryteriów? No, co jasne już chyba, oceniał to mainstream, ze swoich pozycji, zaś wyrok nie był nigdzie zaskarżalny, gdy nie zapadał w sali sądowej, tylko w open ofice’ach głównych nadawaczy, jakimi stały się media, też dowcipnie zwane, społecznościowymi. Te, jako najszybsze, od razu nadawały ton, i te wolniejsze – jak telewizja i w ogóle prasa – brały już te kłamstewka w ocennym sosie factcheckerów.
Po drugie – takie fakenewsy przestały dotyczyć faktów, wiadomości, czyli newsów. Zaczęły coraz bardziej – i jest to trend wręcz rozlewający się po mediach – zaczęły coraz częściej dotyczyć opinii. Tak, oznacza to, że nie tyle fakty zostaną poddane weryfikacji, ale i opinie. Czy nie są przypadkiem „fake”, czyli odbiegające – i tu znowu wracamy do platform „checkujących” – od ugruntowanych prawd mainstreamu. Ba, żeby one chociaż były ugruntowane – są jak decyzje social mediów o wykluczeniu cię z platformy: nieprzeniknione, o zmiennych acz nieznanych kryteriach oceny i… nieodwoływalne. Musisz się więc pilnować, ba – nasłuchiwać co dziś jest mainstreamem, bo możesz się pomylić, jak Kurdej czy Holland z imigrantami. Raz bowiem mogą być fe, a raz cacy i jak przegapisz to wypadniesz z mainstreamu, a ten przyjmuje z powrotem po kosztownych kajaniach się i samokrytykach wobec kolektywu.
Po trzecie – fakenewsy przestały być polem obrażania jednostek. Stały się tropionym narzędziem obrażania, tu wróćmy do początku, całego areopagu mniejszości. A mniejszość obrażają głównie opinie, bo fakty to tropi… policja z pełnym unarzędziowieniem środków. W związku z tym fakenewsy tropione stają się przyczynkiem do wycinania całych platform i co bardziej popularnych profili. Sędzia w tej sprawie jest nieznany, kryteria, jako się rzekło, domniemywane i sam się musisz wysilać, by nie podpaść. W związku z tym króluje mówienie szyframi, jakieś „Strefy Opatrunku”, zamiast „Strefy Gazy”, łamańce i niedługo nadawanie Morsem, by uniknąć słynnych algorytmów tropiących. Ale to tylko piana – naprawdę chodzi o wewnętrzną cenzurę – tropiciele fakenewsów wytwarzają w głowach autorów ich bliźniaczy portret, na użytek przekazu, który ma uniknąć wytropienia i ukarania. I – to proces oczywisty w psychologii – ten drugi medialny brat-bliźniak powoli bierze górę, gdyż w poglądach, umysł wolny nie znosi dwójmyślenia.
Jeździec drugi – mowa nienawiści
Jak system tłumaczy taką wredotę, bo jakoś musi szlachetnie uzasadniać swoje okropieństwo? Ano chodzi mili Państwo o uchronienie Państwa przed kłamstwem, a więc wróciliśmy po zatoczeniu koła do właściwego znaczenia słowa „fakenews”, czyli kłamstwa. Otóż ma być niewinny lud wystawiony na pastwę kłamczuchów i rolą państwa, a właściwie najętych do tego korporacji, jest uchronić lud naiwny przez miazmatami fałszerstw. To oznacza, że system traktuje podmiot społeczny jako tabula rasę, na której każdy może napisać co chce. To zaś ujawnia bardzo lewackie podejście i demaskuje nie tylko totalitarne intencje systemu, ale to, za kogo ma społeczeństwo. No, za pustą kartkę, na której można nagryzmolić co się chce, by potem podmiot zapisany uznał te gryzmoły za swoje. Tak działają obecnie media mainstreamowe i nie ma co się dziwić, że tu trwa walka o rząd dusz. Jak się ma bowiem tak niepodmiotowe podejście do podmiotu, jak się uważa, że co się tam zapisze, to na wieki, to walczy się już tylko o dostęp do zapisu, czyli przed kim może się taki niezapisany zeszyt otworzyć i czy wrogowie posiadają jakiś pisak, co to może napisać jakieś straszne rzeczy na pustej kartce postnowoczesnej tożsamości. Powiadacie, że to cenzura? Nie, to tylko jej narzędzie, bo cenzura zawiera się w jeźdźcu drugim, czyli „mowie nienawiści”.
To też ewoluowało, w sposób podobny do fakenewsów. Najpierw to było o tym, że ktoś nienawidzi kogoś i się bezkarnie wyżywa. Tu otworzę nawias – to właśnie ta anonimowość plucia jest wykorzystywana jako pretekst do kolejnego kroku cenzorskiego, czyli walki z anonimowością w sieci. Tak, to na tych nienawistników teraz rzucają się wszyscy, a kończy się to tym, że spokojna większość jest w sieci coraz mniej anonimowa. A to źle, spyta ktoś? Po co uczciwemu anonimowość? Tak, to to samo jak gadanie – czego się Pan boi, jak przyjdą do pana o piątej rano, przecież jak jest Pan/Pani niewinny/-a, to nie ma się czego bać. Tak, ale co to za satysfakcja, kiedy leżysz przygnieciony przez but szwadronu do działań specjalnych, we własnym salonie, z kałachem przy głowie, na co patrzy cała twoja rodzina, może też na leżąca na dywanie? Przecież niewinni nie mają się czego bać.
A kto w dzisiejszych czasach jest niewinny? Jak, do czego wrócimy, definicja mowy nienawiści jest jak z gumy, większej niż definicja pornografii? A sankcje takiej gumowości są poważne, odkąd głównym przedmiotem zeuropeizowania przestępstw na Kontynencie stała się właśnie mowa nienawiści? Wystarczy, że powiedzmy jakiś portugalski cis-jednorożec poczuje się urażon mym tu, piastowskim, wpisem, a już poleci skrzydlata policja obyczajowa z europejskim nakazem aresztowania nienawistnika? A obrażanie całych grup społecznych? To też ciekawa historia dla rozległości mowy nienawiści. Jak takiego cis-portugalczyka obrazi jakiś pszenno-buraczany Polak, to pozew jest indywidualny. Ale jak taki obrazi całą społeczność cis-ów? Ba, jak taka społeczność cała poczuje się obrażona, choć piastowski obraził tylko jednego takiego z LGBT? I wystąpi w imieniu całej społeczności?
A jak taki piastowski w ogóle nikogo konkretnie nie zaczepi, tylko wyda własna opinię, to też może dostać po europejsku w kość. To już nawet nie jest to, że za walkę z mową nienawiści robi tu cenzura, ale takie usytuowanie sprawy powoduje, że mnożą się sztucznie instytucjonalni obrońcy. Te wszystkie płacone przez system organizacje obrony, tropienia, walki, co to są podmiotami prawa, często inicjującymi postępowania karne. Najlepszym tego przykładem jest gościu co uciekł do Norwegii, ścigany przez polską prokuraturę, schował się tam za opinią ściganego za poglądy polityczne, by stamtąd, ze Skandynawii, zasypywać zdalnie polskie sądy pozwami o ściganie wszechobecnego w Polsce faszyzmu.
Mowa nienawiści rozlała się nie tylko na opinie, nie tylko na zinstytucjonalizowany biznes jej tropienia, ale także na samą nienawiść. Przekroczyła dawno jej rozmiary. Bo mowa nienawiści wcale nie musi być nienawistna. Jak nienawistne może być cytowanie np. Biblii w tym co tam jest napisane o homoseksualizmie? A mamy przykłady uwięzień z tego powodu. Jak to się tłumaczy? Ano – wszech-wyjaśniającym wszystko – kontekstem. Tak, na golasa to może nie nienawistne, ale liczy się to w jakim świetle, a właściwie z jakich to pobudek własnych autor dopuścił się czynu wszetecznego. A my to już wiemy, co autor miał na myśli. Mało tego – najniewinniejsze przekazy mogą być nienawistne, bo… odwołują się do negatywnych stereotypów. W związku z tym nie można nic mówić o pieniężnym mentalu jednej z nacji (ale o Szkotach, to już można), o lenistwie czarnoskórego (nie czarnoskórych, tylko konkretnego gościa). Nie można bo odwołujesz się do stereotypów, a te – w dziwny sposób – zawsze są negatywne. Pozytywnym stereotypem jest tylko wygolony faszysta, który służy za twarz doklejaną każdemu przeciwnikowi. Choćby to była blondyneczka, długowłosy aniołek miłości.
Nienawiść bez nienawiści
A więc mamy „pojęcie-kombajn”, co to ma znaczenie wielorakie, gdyż mowa nienawiści, jak widzimy wcale nie musi być nienawistna, nie musi też dotyczyć konkretnej osoby. O tym zaś czy taką dana mowa jest czy nie – decyduje grono, czy instancja kompletnie nieznana, nie wiadomo nawet czy w ogóle istniejąca. To z kolej – znowu – oznacza, że, aby się strzec przed jej konsekwencjami, sami musimy się cenzurować, czy to już jest nienawiść, czy nie. Popatrzmy więc czemu służy ten omówiony dyszel. No, w realu wychodzi na to, że jest to mimikra cenzury, jakiej świat nie wiedział. Kiedyś to się szło na Hożą, by dostać stempel od cenzora, coś tam się zawsze podnegocjowało. Był adres, człowiek, argumenty. A teraz? Nic, pustka ukrywana za pozorami sztucznej inteligencji. No rules. Żadnych odwołań, pilnuj się sam i wymyślaj co dziś mainstream uważa za cacy, a co nie. Diabelska sztuczka.
Ale czemu to ludzie akceptują? Myślę, że wielu taki np. kowid tak przetrzepał mentalnie, że akceptują, iż weryfikacja przez nich rzeczywistości została wyoursourcowana w obce ręce. Bo co proponuje tropienie mowy nienawiści za pomocą narzędzi faktcheckigu? Ano to, że weryfikacja prawdy dla danego osobnika nie jest już dokonywana przez niego. Dokonuje jej ktoś inny. I dla niego podmiot ludzki staje się obiektem działań socjologicznych, wręcz pasuje mu, że ktoś „starszy i mądrzejszy” tłumaczy mu tę coraz bardziej komplikowaną rzeczywistość. Godzi się na to.
Ja wiem, że to ciężko tak codziennie konfrontować się z coraz bardziej nas otaczająca rzeczywistością. Że trzeba mieć busolę codziennej weryfikacji, albo dystans do wszystkiego. Ale większość jest tu rozleniwiona i przyjmuje takie sito z zewnątrz, zwłaszcza, że jest ono unurzane w plemiennej emocjonalności, upraszcza wszystko, likwiduje niuanse, tworzy rzeczywistość zarówno prostą, jak i fałszywą. I lud biorczy godzi się na to z ochotą i jest już bez znaczenia, czy to pragnienie tłumaczącego skrótu wywołał sam system, by tę sztucznie stymulowaną potrzebę zaspokoić swoim ideolo, czy tylko system odpowiedział na zapotrzebowanie. To wszystko jedno – jak z dylematami czy kowid został wywołany przez globalizm, czy tylko globalizm skorzystał na szansie na rozwój, jaką dała mu pandemia. To wszystko jedno – bo koniec jest taki sam. Cenzura, ku zadowoleniu cenzurowanego.
Trzeba zakończyć te rozważania wątkiem wolnościowym, czyli odpowiedzieć sobie na pytanie – czy wolno kłamać? I odpowiedź jest prosta, choć na dzisiejsze czasy – szokująca. Wolno kłamać, ale w świetle prawa można ponieść za to konsekwencje. Ale ex post. Nikt nie karze za, nawet domniemaną, chęć skłamania. Nikt, oprócz cenzury prewencyjnej, o której tu dziś w sumie mówimy. Możesz skłamać w piśmie urzędowym, w sądzie, w umowie, ale będziesz ponosił tego konsekwencje. A tu zablokują ci nawet zamiar, czyli zakneblują cię. Najpierw powloką przed oblicze prawa budujące przykłady, byś sam się opamiętał. Potem uniemożliwią ci dostęp do przekazu, bo zatrujesz swoimi, a zweryfikowanymi przez nas, kłamstwami błogość ludu post-nowoczesności. Wreszcie, po takim treningu, sam zaczniesz uważać na siebie, zaś mniej lub bardziej sztuczni cenzorzy będą mogli albo odpocząć, albo pokombinować jakie tu jeszcze obostrzenia wprowadzić.
Wolność łgania
Ceną za przyzwolenie na kłamstwo jest wolność. Tak, to ludzie sami sobie powinni wytyczać ścieżki co dla nich jest prawdą, a co nie. Nie jest to robota dla kogoś z zewnątrz, bo to się zawsze kończy cenzurą, gdyż ta jest z założenia zglajszachtowana do jakiegoś wzorca ideologicznego. W związku z tym nie można odbierać wolnym ludziom prawa do pomyłki, prawa do swoich poglądów, prawa do wystawiania się na kłamstwa. Bo to rozleniwia. Taką robotę z chęcią „przejmą” zewnętrzne struktury. Oddzielą (niewygodne) chwasty od (zideologizowanych) zbóż prawdy. Człowiek zaś, który odda ten trud komu innemu stanie się bezwolny i bezradny wobec nowej normalności, zaś jego poglądy na temat prawdy i fałszu będą już tylko emanacją zewnętrznych działań. Kształtowania umysłu wedle jednego strychulca. A więc dajcie się ludziom mylić, tylko wtedy będą wiedzieć co jest prawdą, bo dopiero sparzeni nie raz nauczą się weryfikować fakty z rzeczywistości.
Bo chodzi o wolność, nawet wolność mylenia się, nawet wolność kłamania. Bo inaczej nie ma wolności. Tu od dawna pielęgnuję wspomnienie z biografii Larry’ego Flynta, skandalisty, wydawcy półpornograficznego Hustlera. Ten, prowokując jeszcze wtedy konserwatywną Amerykę, pisał najgorsze bzdury i kłamstwa. Trafił do sądu, pozwany przez kaznodzieję, wielebnego Jerry’ego Falwell’a, wzór cnót wszelakich, za to, że opisał w swoim magazynie, że wielebny chędożył w wychodku własną matkę. Co było oczywistą bzdurą. Sąd uniewinnił jednak Flynta, wskazując, że choć to, co napisał jest wierutnym i obrzydliwym kłamstwem, ale wielebny to osoba publiczna i nie można tolerować zakazu pisania – nawet kłamstw – na jej temat, gdyż wyżej od obrony przed kłamstwem stoi wolność słowa. Zaś to czytelnik jest od tego, by uznać takie rewelacje za bzdury, ale – żeby to zrobił – społeczeństwo musi podjąć ryzyko wystawienia go na takie, dziś powiedzielibyśmy, fakenewsy.
Tak, ale to stare, dobre czasy. I Ameryki, i wolności słowa. Dziś Flynt zawisłby na niejednej medialnej latarni, bez sądu, a może i z sądem. No, chyba, że wielebny Falwell byłby za Trumpem. Wtedy to niema i głucha Temida postępackiego ostracyzmu zagrzmiałaby gromkim głosem i spaliła spojrzeniem każdego, kto nie uznałby, że rzeczony Flynt i jego bzdury są egzemplifikacją wolności słowa, przeciwniczki przecież „mowy nienawiści”.
Wiele lat temu przeczytałam w „Tygodniku Powszechnym” żartobliwy felieton pani Józefy Hennelowej na temat ekologii. Tygodnik Powszechny nazywany był w środowisku patriotycznym „ Obłudnikiem Powszechnym” więc czytywałam go raczej rzadko, tekst Hennelowej był jednak dla mnie pouczający. O ile pamiętam napisała, że nie wie czy z ekologicznego punktu widzenia słuszne jest otwieranie w Krakowie okien. Wpuszczając do pokoju świeże powietrze wpuszcza się jednocześnie wyziewy z Nowej Huty. Nie wiadomo co jest gorsze – duchota czy trucizny zawarte w dymie. A może w ekologii wcale nie chodzi o człowieka i powinniśmy zastanowić się czy z ekologicznego punktu widzenia słuszne jest zatruwanie krakowskiego powietrza wyziewami z własnego mieszkania?. Pani Hennelowa antycypowała w ten sposób zwrot jaki uczyniła współczesna ekologia. Z troski o środowisko człowieka ekologia przerzuciła się na troskę o środowisko Ziemi, a dla realizacji ochrony Ziemi człowiek jest więcej niż przeszkodą, jest szkodnikiem, którego populację należy ograniczyć a resztki tej populacji ubezwłasnowolnić setkami restrykcyjnych przepisów. Pani Hennelowa zwróciła również uwagę na nieusuwalne sprzeczności każdej, jakkolwiek rozumianej ekologii.
Jest wiele tego przykładów. Gorliwi wyznawcy ochrony naszej rzekomo płonącej planety, zwolennicy oszczędzania wody i energii polecają na przykład używanie najnowszej generacji zmywarek, które są w stanie doprowadzić naczynia do czystości w niskiej temperaturze i przy użyciu niewielkiej ilości wody. Zastanówmy się jednak jak silne muszą być środki chemiczne zapewniające ten efekt. Spuszczanie stężonych chemikaliów do ścieków, a wraz ze ściekami do rzek, zatruwa rzeki i szkodzi żyjącym w nich organizmom. Źle spłukane resztki tych substancji podtruwają również nas samych. Używanie takich zmywarek jest więc niekorzystne zarówno z punktu widzenia ekologii humanistycznej, nastawionej na ochronę środowiska człowieka jak i holistycznej czyli chroniącej wszystkie istoty żywe, co jak wiadomo w świecie, którym rządzi łańcuch pokarmowy jest niemożliwe. Nawet przy tak prostej czynności jak obieranie kartofli gospodyni domowa może mieć zasadnicze wątpliwości. Z jednej strony eksperci polecają jej obieranie kartofli cienko, gdyż pod skórką gromadzą się witaminy i inne korzystne dla ludzkiego organizmu substancje, z drugiej strony przestrzegają, że pod skórką gromadzą się środki ochrony roślin i wszelkie inne trucizny.
Podobne nieusuwalne antynomie dotyczą również wielu procedur leczniczych. Leki przeciwko pewnym dolegliwościom mają czasem tak groźne skutki uboczne, że lekarz powinien zastanowić się czy warto na przykład uzyskać u pacjenta pożądany efekt kosmetyczny niszcząc mu nerki i wątrobę. Do takich leków i procedur medycznych lekarze i pacjenci mają więc z konieczności stosunek ambiwalentny.
Pewien wykładowca psychologii UW nieodmiennie podaje studentom jako przykład ambiwalencji uczuciowej następujące zdanie: „ w wypadku samochodowym zginęła moja teściowa prowadząc mój nowy samochód”. Ale poważnie – klasycznie ambiwalentny stosunek mają specjaliści do regulacji rzek i budowania zbiorników retencyjnych. Wiadomo że z przyrodniczego punktu widzenia najkorzystniejsza jest retencja naturalna. Nieuregulowana rzeka, taka jak na przykład Bug, kilka razy w roku zalewa okoliczne łęgi pozostawiając po wycofaniu swych wód urocze jeziorka i starorzecza. Ogromne obszary nadrzeczne tworzą piękne, reliktowe krajobrazy ale są nieużyteczne nie tylko przemysłowo lecz nawet rolniczo.
Naturalna retencja jest niemożliwa w wielkich miastach i na terenach gęsto zabudowanych, takich jak miasta i wsie na Dolnym Śląsku. Żyjemy w określonej cywilizacji, musimy się z tym pogodzić i dostosowywać sposoby działania do istniejących warunków. Aby chronić życie mieszkańców tych terenów ich domy i zakłady pracy musimy zrezygnować z ekologicznych mrzonek. Terenu gęsto zabudowanego, o bogatej infrastrukturze nie da się zamienić w rezerwat czy nawet tylko skansen. Budowa zbiorników retencyjnych i wałów jest w takim terenie konieczna, niezależnie od tego co twierdzą nawiedzeni działacze ekologiczni. Zauważmy, że żywioł jakim jest nieokiełznana wielka woda spowodował podczas ostatniej powodzi ogromne zniszczenia krajobrazu naturalnego, spowodował również śmierć wielu zwierząt, które nie zdołały się schronić przed wodą. Powyrywane z korzeniami drzewa, zwłoki saren, lisów i zajęcy, błotne sadzawki w miejscu łąk i pól to rezultat niefrasobliwego stosunku obecnych władz do zagrożeń realnych i fetyszyzowania zagrożeń nierealnych. Zło obecnej ekologii, podobnie jak zło współczesnej polityki medycznej sprowadza się właśnie do przeceniania zagrożeń nierealnych, często zupełnie fikcyjnych a nie dostrzegania zagrożeń prawdziwych. Polityka renaturyzacji rzek doprowadziła do prawdziwej klęski społecznej i ekologicznej. Walka z realnym czy fikcyjnym zagrożeniem (zdania na ten temat są jak wiadomo podzielone) jakim był wirus Covid-19 spowodowała dwieście tysięcy tak zwanych nadmiarowych zgonów.
Wiadomo, że można zarobić na wszystkim, na chorych i zmarłych, na lekach i szczepionkach, na transplantacji narządów i trumnach, na pralkach i zmywarkach. Jasne jest więc, że forsowanie pewnych rozwiązań technicznych i prawnych zawsze będzie w interesie lobbujących na ich rzecz grup społecznych. Warto się więc zastanowić co miała naprawdę wspólnego z troską o środowisko ustawa wiatrakowa forsowana przez minister tego resortu, a napisana zapewne przez doradzających jej lobbystów i czy ta ustawa nie była po prostu pisana w interesie firmy Siemens pragnącej pozbyć się zalegającego jej magazyny wiatrakowego złomu.
Uświadomienie sobie nieusuwalnych sprzeczności ekologii jest jednak o wiele istotniejsze od podejrzeń o korupcję i doszukiwanie się we wszystkim gry ekonomicznych interesów. Czy możliwe jest osiągnięcie w ekologii arystotelesowskiego złotego środka? Raczej nie, gdyż ekologia została zaprzęgnięta w służbę polityki i ideologii.
Jak wiadomo, bezcenny Izrael przoduje pod każdym względem – podobnie, jak za Stalina pod każdym względem przodował w świecie bezcenny Związek Radziecki. Taki był wtedy rozkaz, no ale dzisiaj są całkiem inne rozkazy, w związku z tym w świecie, zwłaszcza tej jego części, co to miłuje pokój i wolność, obecnie pod każdym względem przoduje bezcenny Izrael. Pod każdym – a więc i pod względem moralnym. Jest on obecnie ostatnią instancją, rodzajem Sądu Ostatecznego, do którego dostrajają swoje moralne kamertony nie tylko miłujące pokój Stany Zjednoczone, ale również inne ośrodki, między innymi w ramach tak zwanego „dialogu z judaizmem”. Ale nie tylko pod względem moralnym, chociaż to się przekłada na wiele innych dziedzin.
Na przykład cały miłujący pokój i wolność świat bez zastrzeżeń przyjął do aprobującej wiadomości rozszerzenie operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej nie tylko na Strefę Gazy, ale również – na Zachodni Brzeg, a przede wszystkim – na złowrogi Liban. Jeśli w ogóle podnosi w tej sprawie jakieś wątpliwości, to co najwyżej takie, by bomby i pociski, którymi bezcenny Izrael gromi przywódców złowrogiego Hezbollahu i Hamasu, miały prawidłowe, znaczy się – zgodne z prawem międzynarodowym kalibery. Oczywiście bezcenny Izrael na to się godzi, bo czemuż miałby się nie godzić, skoro – jak powszechnie wiadomo – dysponuje inteligentną amunicją, w której wykorzystane są najnowsze zdobycze sztucznej inteligencji?
Jeszcze rosyjski feldmarszałek z czasów Katarzyny, Aleksander Suworow mawiał, że „kula głupia, bagnet zuch!” Jednak dzięki zastosowaniu zdobyczy sztucznej inteligencji, dzisiaj już tak nie jest. Wprawdzie bagnet po staremu zuch, ale kula już nie taka głupia. Dlatego właśnie nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej…” – no, mniejsza z tym), że w ramach ostatecznego rozwiązywania kwestii palestyńskiej – obecnie już na trzech frontach – bezcenny Izrael godzi wyłącznie w złowrogich członków Hezbollahu i Hamasu, starannie omijając palestyńskich głupich cywilów, którzy nie wiadomo po co szwendają się w strefie intensywnego wyzwalania.
Jak żołnierz izraelski (ach, pamiętam, jak w 1967 roku, podczas wojny sześciodniowej na Bliskim Wschodzie, pułkownik Hipolit Kwaśniewski stawiał nam, żołnierzykom 3 kompanii zmotoryzowanej Studium Wojskowego UMCS w Lublinie, właśnie żołnierza izraelskiego, jako wzór do naśladowania: „Arab wyleguje się pod palmą, a żołnierz izraelski szkoli się!”) wystrzeli dajmy na to, ze swojego karabinu kulę z przeznaczeniem dla członka Hezbollahu, czy Hamasu, a w tym czasie na linii strzału znajdzie się jakiś głupi, palestyński cywil, czy – niech Bóg zabroni – dziecko – to kierowana sztuczną inteligencją kula nie tylko zboczy z toru, ale w ogóle wróci z powrotem do lufy i wszystko jest gites tenteges.
Dlatego też miłujący pokój i wolność świat nie daje wiary fałszywym pogłoskom, jakoby izraelskie „siły obronne” mordowały jakichści głupich cywilów. Gdyby zamordowały przynajmniej jednego głupiego palestyńskiego cywila, to prezydent Stanów Zjednoczonych Józio Biden, zaraz by bezcennemu Izraelowi natarł uszu i pogroził palcem: nu, nu! Żadnych poważniejszych zastawek oczywiście już by nie stosował, bo gdyby tak się odważył, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że 40 lat temu wsadził mu rękę pod spódniczkę i gmerał w majteczkach – a zanim by się okazało, że to nieprawda, to nie mógłby się pokazać na oczy w przyzwoitym towarzystwie – na przykład w towarzystwie pani Kamali Harris. A od tego to już świat mógłby się zawalić, więc dzięki temu lepiej rozumiemy, dlaczego prezydent Józio Biden w sprawie bezcennego Izraela jest wprawdzie aż do bólu sprawiedliwy, ale jednocześnie – chwalebnie powściągliwy.
Ale – jak mawiają wymowni Francuzi – a la guerre comme a la guerre, co się wykłada, ze na wojnie, jak to na wojnie – straty muszą być. A kiedy najbardziej rośnie ryzyko strat? Wtedy, gdy działania pokojowe znaczy się – walka o pokój – nabiera szczególnej intensywności. Wtedy nie tylko sztuczna, ale nawet zwyczajna inteligencja może zawieść – z czego – jak nietrudno się domyślić – może dojść do nieszczęścia, to znaczy – nie tyle może do nieszczęścia, co do nieporozumień. I z takim nieporozumieniem mieliśmy w dniach ostatnich do czynienia.
Oto izraelskie siły pokojowe ostrzelały wieżę strażniczą przy kwaterze głównej sił pokojowych ONZ w Libanie w mieście Nakura, wskutek czego dwie osoby zostały ranne. „Osoby” – a więc niekoniecznie żołnierze sił pokojowych ONZ. Co na wieży strażniczej przy kwaterze głównej sił pokojowych ONZ w Libanie robiły dwie „osoby”? – tego jeszcze na razie nie wiemy, podobnie, jak nie wiemy, co to były za „osoby”. Mamy tedy dwie, a nawet trzy możliwości. Albo – zgodnie z wyjaśnieniami miłujących pokój „sił obronnych” bezcennego Izraela – na wspomnianą wieżę przedostały się „osoby” należące do złowrogiego Hezbollahu, które wykonywały pod adresem wspomnianych „sił obronnych” nieprzyzwoite, a nawet nieprzyjazne gesty – a w tej sytuacji nie było rady, tylko trzeba było użyć inteligentnej amunicji, która te „osoby” raniła, podczas gdy nikomu innemu nic się nie stało. Albo też wspomniane „osoby” nie należały do złowrogiego Hezbollahu, tylko zostały zaproszone przez członków „sił pokojowych” ONZ na wieżę, żeby umilić im i urozmaicić pełnienie służby. Mogły to jednak być osoby palestyńskie płci przeciwnej – i to właśnie zdezorientowało sztuczną inteligencję, ogólnie przecież skalibrowaną na mniej wartościowych Palestyńczyków. I wreszcie możliwość trzecia – że pod wpływem cyberataków ze strony zimnego, ruskiego czekisty Putina, który w dymach bijących z tamtejszych operacji pokojowych próbuje wędzić swoje półgęski – nie tylko sztuczna, ale i zwyczajna inteligencja się rozkalibrowała, to znaczy – zbisurmaniła – no i doszło do nieszczęścia.
Ponieważ w tych „siłach pokojowych” ONZ w Libanie służą też nasi, to znaczy – polscy żołnierzykowie, do zabrania głosu w tej sprawie poczuł się zobowiązany pan minister obrony narodowej w dwóch osobach, czyli minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz. Groźnie pokiwał bezcennemu Izraelowi palcem w bucie oświadczając, że strona polska „potępia” ten ostrzał w dodatku – „z całą stanowczością” – cokolwiek by to miało znaczyć. Zaznaczył jednocześnie, że wszystko złe się z tego bierze, że Polska, z winy pana prezydenta Dudy, w bezcennym Izraelu nie ma ambasadora. Gdyby miała – aaa, to co innego. Taki ambasador, zanim zostałby opluty, mógłby własną piersią zasłonić wieżę, dzięki czemu żadne „osoby” nie zostałyby ranne, w tym również ambasador – bo sztuczna inteligencja z pewnością rozpoznałaby w nim członka korpusu dyplomatycznego i taktownie go ominęła.
Europę zalewa cukier z Ukrainy. Problem w tym, że nie jest on ukraiński tylko… niemiecki
Spółki cukrowe proponują plantatorom buraka ceny na przyszły rok niższe od tegorocznych, i to aż o 25 procent. Powodem jest zalew towaru napływającego do nas zza wschodniej granicy. Problem jednak dotyczy nie tylko Polski, lecz także innych państw UE.
Portal „Wieści Rolnicze” pisze o aż 23-krotnym wzroście importu cukru z Ukrainy przez kraje Unii Europejskiej. W dużej mierze chodzi o towar należący do spółek niemieckich. Przejęły one pokaźną część rynku w kraju, którego stosunkowo niewielkie obszary są dzisiaj objęte działaniami zbrojnymi.
„Według danych Eurostatu, jeszcze w roku 2021 do Krajów Wspólnoty wpłynęło około 14 840 ton, a rok później aż 10 razy więcej, bo ponad 148 000 ton cukru. Wielkość ta okazuje się być mała w porównaniu z kolejnym – 2023 rokiem, kiedy Ukraina eksportowała do UE prawie pół miliona ton cukru. Jest to wzrost o 2 240 %! (23-krotny) względem średniej z lat 2016 – 2021” – czytamy w tekście Doroty Andrzejewskiej.
Jak podkreśla portal, tylko jedna niemiecka spółka Pfeifer&Langen jest na Ukrainie właścicielem 6 spośród 30 wszystkich cukrowni. Zakłady P&L znajdują się w miejscowościach: Chorostkiw, Kosowa, Radechiw, Zbaraż, Czortkiw i Gnidawa. Ostatni z wymienionych został wykupiony przed rokiem. W ciągu jednego dnia potrafi przerobić 6 tysięcy ton buraków.
Według zaś witryny UkrAgroConsult, ubiegłoroczna łączna powierzchnia tamtejszych zasiewów buraka cukrowego przekroczyła aż o 30 tysięcy hektarów stan sprzed wojny (249 900 hektarów przy 220 tysiącach ha w roku 2021). Roczny plon u naszych wschodnich sąsiadów wynosi łącznie 13 mln ton buraków.
U 36-letniego Thomasa TJ Hoovera lekarze stwierdzili śmierć mózgu po przedawkowaniu narkotyków. Gdy szykowali się do wycięcia serca, mężczyzna zaczął miotać się na stole operacyjnym i płakać. Koszmar rozegrał się w szpitalu Baptist Health Richmond w Kentucky (USA).
O wydarzeniach w Kentucky, do których doszło w październiku 2021 roku, poinformowała teraz amerykańska stacja NPR. Dziennikarze rozmawiali z świadkami z personelu medycznego, a także rodziną Amerykanina, przedwcześnie uznanego za zmarłego.
„Miotał się na stole operacyjnym”
36-letni wówczas Hoover po przedawkowaniu narkotyków trafił do szpitala. Lekarze stwierdzili u niego śmierć mózgu. Za pobranie narządów – w tym przypadku serca – miała być odpowiedzialna KODA (Kentucky Organ Donor Affiliates).
Gdy chirurdzy szykowali się do wycięcia serca, według byłej pracownicy szpitala Natashy Miller, mężczyzna zaczął się ruszać i płakać.
Miotał się na stole– opowiadała stacji NPR Nyckoletta Martin, twierdząc, że pacjent był jedynie pod wpływem środków uspokajających.
Niepokojące oznaki dało się zaobserwować jeszcze przed planowanym zabiegiem. Donna Rhorer, siostra Hoovera, powiedziała dziennikarzom, że zaniepokoiła się, gdy zobaczyła, jak jej brat, wieziony z oddziału intensywnej terapii na salę operacyjną, nagle otworzył oczy.
Dopiero gdy Hoover zaczął się ruszać i płakać, chirurdzy podjęli decyzję o zaniechaniu przeszczepu.
To najgorszy koszmar każdego. Być żywym podczas operacji i wiedzieć, że ktoś cię za chwilę rozetnie i wyjmie części twojego ciała– skonkludowała Martin.
Hoover żyje
To dzięki niej historia wyszła na jaw. Sprawę analizuje m.in. prokurator generalny stanu Kentucky.
Hoover przeżył i obecnie mieszka ze swoją siostrą. Ma jednak problemy z pamięcią, chodzeniem i mówieniem.
Ze szpitala w związku z tą historią miało odejść kilka osób.
Nastawienie do aborcji zmienia się wraz z każdym nowym, demokratycznie wybranym rządem. Obecna koalicja okazuje się mocno podzielona w tej kwestii, dlatego wątpliwe jest, aby była w stanie wprowadzić pełną legalność przerywania ciąży. Interes depopulacji musi być jednak realizowany, dlatego rząd absolutnie nie chce utrudniać dostępu do aborcji, a nawet zamierza karać lekarzy za odmówienie jej wykonania.
Klauzula sumienia, czyli prawnie ujęty możliwy sprzeciw sumienia, dotyczy zarówno prawa do zarządzania własnością prywatną zgodnie ze swoim sumieniem, jak i wolności wyznawania dowolnej religii. Mogą się jednak odnosić do niej również lekarze, o czym świadczy art. 39 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z 5 grudnia 1996 roku, która mówi o możliwości powstrzymania się lekarza od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30 – otóż musi wskazać alternatywy uzyskania tego świadczenia u innego lekarza oraz wspomnieć o tym na piśmie, w dokumentacji medycznej. Nawet art. 10 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej z 1 grudnia 2009 roku wskazuje na prawo do odmowy działania stojącego w sprzeczności z własnym sumieniem, zgodnie z ustawami krajowymi, które regulują korzystanie z tego prawa.
Nowe rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia
Nowe rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia z 14 maja 2024 roku zmienia jednak dotychczasowe rozporządzenie w sprawie ogólnych warunków o udzielaniu świadczeń opieki zdrowotnej.
Na stronie internetowej gov.pl czytamy, że nowelizacja rozporządzenia o klauzuli sumienia zapewnia realną możliwość zakończenia ciąży, zgodnie z umową z Narodowym Funduszem Zdrowia. Gwarantuje przy tym, że państwo nie będzie wszczynać kontroli za każdym razem, kiedy lekarz będzie chciał powołać się na klauzulę sumienia i odmówić wykonania aborcji. Będzie mógł z niej jednak skorzystać z zastrzeżeniem. Lekarz ma obowiązek udzielać pomocy lekarskiej zawsze, gdy zwlekanie z udzieleniem jej mogłoby narazić pacjenta na niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia. Ministerstwo Zdrowia wyraźnie podkreśla, że klauzula sumienia nie może być stosowana, kiedy życie kobiety ciężarnej jest zagrożone, niezależnie od etapu ciąży. W pozostałych przypadkach lekarz może powołać się na klauzulę sumienia, pod warunkiem że zwlekanie z udzieleniem pomocy medycznej nie narazi kobiety ciężarnej na pogorszenie się jej stanu zdrowia.
Aborcja nigdy nie ratuje życia
Podstawa prawna zdaje się nie ujawniać żadnych niepokojących szczegółów nowelizacji ustawy z racji, że chodzi przecież o zdrowie i życie kobiet. Problematyczna sytuacja pojawia się, gdy przesłankę o możliwości zagrożenia zdrowia lub życia zaczyna masowo wykorzystywać proaborcyjna część medyków oraz same kobiety. Przypadek przerwania ciąży będącej skutkiem czynu zabronionego będzie dziś bardzo łatwo wykorzystać jako podstawę prawną do aborcji za sprawą zmiany definicji gwałtu, która nie określa, czym dokładnie jest zgoda na obcowanie płciowe. To samo próbuje się zrobić z przesłanką o zagrożeniu życia lub zdrowia, umożliwiając kobietom zdrowym fizycznie przerwanie ciąży za pomocą uzyskania należytej opinii na temat jej zdrowia od lekarza psychiatry, który wskaże na zagrożenie życia wynikające przykładowo z ciężkiej depresji.
Często proaborcyjna narracja wskazuje na aborcję jako na lek mogący rzeczywiście uratować zdrowie lub życie kobiety. Jest to nieprawda, ponieważ aborcja nigdy nie ratuje życia. Dziecko może ponieść śmierć wynikającą z podjęcia działań mających prowadzić do uratowania życia kobiety, np. podania pewnych leków, więc lekarz zawsze ma obowiązek ratować pacjenta w przypadku zagrożenia życia. W przypadku prowadzenia ciąży pacjentami są jednak zarówno matka, jak i dziecko. Dziecko nie jest pasożytem, którego pozbycie się umożliwi kobiecie przetrwanie. A taką narrację środowiska aborcyjne stosują masowo, powołując się na zagrożenie życia kobiety. Są nawet skłonne twierdzić, że każda ciąża, w wyniku utrudnionego dostępu do aborcji w Polsce, stanowi dla kobiety śmiertelne zagrożenie.
Mamy do czynienia w naszym kraju z jawnym wspieraniem masowego przeprowadzania aborcji przez pewne organizacje, a nawet placówki medyczne. Takim miejscem jest m.in. szpital w Oleśnicy, który słynie z bezpośredniej współpracy z organizacją przestępczą Aborcyjny Dream Team, od której otrzymał nowy sprzęt do wykonywania aborcji, a nagraniem z przeprowadzenia takiego „zabiegu” pochwalił się w Internecie. Szpital w Oleśnicy masowo wykorzystuje przesłankę o zagrożeniu życia kobiety, zabijając dzieci na wszystkich etapach ciąży. Są to zarówno zdrowe dzieci, jak i dzieci np. z zespołem Downa. Kobiety ciężarne powołują się na przesłankę o zagrożeniu życia, co wynika ze ścisłej współpracy szpitala z psychiatrą, która stawia diagnozę o chorobie psychicznej… zagrażającej życiu kobiety. Na tej podstawie obchodzi polskie prawo, dokonując tym samym masowego morderstwa nienarodzonych dzieci na życzenie i na wszystkich etapach ciąży.
Kobiety, które mają świadomość zmagania się z chorobą psychiczną mogącą narazić je na utratę życia w przypadku ciąży, nie powinny podejmować się współżycia. Współżycie to odpowiedzialność i zawsze pewien stopień ryzyka, do którego podejmowania dziś się skutecznie społeczeństwo zniechęca. Szpital w Oleśnicy nie liczy się z konsekwencjami prawnymi, a proaborcyjny rząd nie chce nic robić w kierunku powstrzymania tej patologii.
Surowe kary nakładane na szpitale
Nowelizacja ustawy o klauzuli sumienia jest bezpośrednim atakiem na sumienia lekarzy. Zmusza ich do obchodzenia prawa aborcyjnego i mordowania dzieci u zdrowych kobiet. Narodowy Fundusz Zdrowia nakłada kary na szpitale za niewykonanie aborcji. Mieliśmy już trzy takie przypadki w Polsce. Pabianickie Centrum Medyczne musi zapłacić 250 tys. zł kary. Na szpital w Lubartowie nałożono karę 100 tys., a na Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu – 300 tys. Jest to bezpośredni atak na sumienia lekarzy, jak i złamanie istoty wykonywania zawodu lekarza, który z definicji powinien leczyć, a nie zabijać. Tą nowelizacją Ministerstwo Zdrowia narusza również składaną przez lekarzy przysięgę Hipokratesa. Jest wielu lekarzy w Polsce, którzy są pro-life i nie godzą się na taki stan rzeczy, obawiając się surowych kar lub zwolnienia z pracy. Potrzeba odwagi do przeciwstawienia się atakowi na życie nienarodzonych dzieci. Najskuteczniejszym czynnikiem mógłby być masowy sprzeciw lub protest lekarzy, którzy chcą działać etycznie i zgodnie ze swoim sumieniem.
Zapytałam radcę prawnego Katarzynę Gęsiak z Instytutu Ordo Iuris o alternatywy związane z możliwością ratowania życia lub zdrowia matki w przypadku ich zagrożenia. Ekspertka wskazała na wysokie wykwalifikowanie polskiej służby zdrowia w dziedzinie medycyny prenatalnej, która rozwija się dzięki ograniczonemu dostępowi do aborcji w Polsce i działa na bardzo wysokim poziomie w porównaniu do innych państw UE. Podkreśliła, że przerwanie ciąży nie zawsze musi oznaczać aborcję, a dzisiejsza medycyna umożliwia ratowanie życia dziecka i dalszy proces jego rozwoju poza organizmem matki. Podsumowując, istotną sprawą jest rozwój medycyny w kierunku leczenia prenatalnego, zamiast zachęcania kobiet do prymitywnego rozwiązania, jakim jest aborcja.
Sejm nie wyraził w piątek zgody na uchylenie immunitetu posłance Joannie Musze (Polska2050) o co wnioskowała Prokuratura Okręgowa w Warszawie w 2021 r.
Głosowało 426 posłów, za było 178, przeciw 238, 10 wstrzymało się od głosu.
Wniosek Prokuratora Okręgowego w Warszawie z czerwca 2021 r. o wyrażenie zgody na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej Joanny Muchy był rozpatrywany w komisji regulaminowej w poprzedniej kadencji Sejmu.
Nie trafił jednak wówczas do głosowania na posiedzeniu plenarnym. Wniosek został skierowany przez marszałka Sejmu do ponownego rozpoznania w tej kadencji. Komisja regulaminowa, spraw poselskich i immunitetowych opowiedziała się za odrzuceniem wniosku uchyleniu immunitetu.
Joanna Mucha i koncert Madonny
Sprawa dotyczy koncertu Madonny, który odbył się w 2012 r. w Warszawie. Prokuratura wskazywała, że Mucha jako ówczesna minister sportu zatwierdziła wypłatę ponad 5,9 mln zł z rezerwy celowej resortu na organizację koncertu, mimo że były to środki przeznaczone na upowszechnianie sportu wśród dzieci i młodzieży oraz zadania związane z Euro 2012. Według prokuratury, organizacja koncertu przyniosła 4,7 mln zł straty Skarbowi Państwowi, na wartości stracił też znak towarowy Stadionu Narodowego.
Biegły w opinii wydanej w 2020 r. podkreślił, że żaden sponsor nie zdecydował się wesprzeć koncertu. Śledczy chcą postawić byłej minister zarzut przekroczenia uprawnień.(PAP)
Polityka klimatyczna państw rozwiniętych doprowadziła do alienacji niemal całej klasy robotniczej oraz dużej liczby innych konsumentów, szczególnie tych o średnich lub skromnych dochodach. Brytyjscy związkowcy coraz głośniej sprzeciwiają się polityce zeroemisyjnej, wprowadzonej jeszcze przez rząd konserwatystów, której wdrażanie zostało przyspieszone przez obecny rząd labourzystowski.
Rząd brytyjski, podobnie jak wiele innych krajów rozwiniętych, zobowiązał się do redukcji emisji gazów cieplarnianych, dążąc do osiągnięcia zerowej emisji netto do 2050 roku. Ten cel został przyjęty przez konserwatywny rząd, który po opuszczeniu Unii Europejskiej nie wycofał się z tej polityki. Obecny rząd Partii Pracy pod przewodnictwem Keira Starmera ogłosił kilka nowych polityk, koncentrując się na zwiększeniu produkcji energii odnawialnej w Wielkiej Brytanii. 24 października 2024 r. w Izbie Lordów odbędzie się debata na temat wpływu tych polityk na gospodarkę, w szczególności na poziom zatrudnienia i wzrost gospodarczy.
Przed debatą, Gary Smith, lider związku zawodowego GMB, największej brytyjskiej konfederacji pracowniczej liczącej ponad 500 000 członków, w zeszłym miesiącu skrytykował politykę zerowej emisji netto, określając ją jako „wydrążenie społeczności klasy robotniczej”. Smith odnosił się do planowanych zwolnień w hucie stali Tata Steel, gdzie 2500 pracowników ma stracić pracę w wyniku zamknięcia ostatnich wielkich pieców na Wyspach. W konsekwencji Wielka Brytania może stać się jedyną dużą uprzemysłowioną gospodarką bez zdolności produkcji stali, krytycznej dla obronności. Zostaną jedynie piece łukowe, produkujące stal z recyklingu, ale przy znacznie mniejszym zatrudnieniu i ograniczonej różnorodności gatunków stali.
Smith skrytykował również konserwatywny rząd za wprowadzenie problemu drenażu klasy robotniczej poprzez „chaotyczne naśladownictwo ekologicznego ekstremizmu”, oraz obecny rząd Partii Pracy za przyspieszenie wdrażania „samodestrukcyjnych” polityk.
Podobną opinię wyraziła Sharon Graham, liderka związku zawodowego Unite. Wyraziła obawy o „sprawiedliwą transformację”, zwracając uwagę na to, że 30 000 pracowników na Morzu Północnym może podzielić los górników. Skrytykowała plan zakazu nowych wierceń i eksploracji ropy i gazu, podkreślając rosnące koszty energii elektrycznej, wynikające z rozwoju OZE.
Graham przypomniała, że kraj, który zapoczątkował rewolucję przemysłową 200 lat temu, teraz doświadcza deindustrializacji i marginalizacji klasy robotniczej.
24 października, na wniosek konserwatywnego lorda Lilley, odbędzie się debata nad skutkami polityki klimatycznej rządu dla miejsc pracy, wzrostu gospodarczego i dobrobytu. Lord Lilley zwrócił uwagę, że w marcu 2023 r. Partia Pracy określiła wzrost globalnych emisji jako „kryzys klimatyczny”, uznając go za „największe długoterminowe zagrożenie”.
Nowy rząd zobowiązał się do wspierania odnawialnych źródeł energii i ograniczenia paliw kopalnych, dążąc do przekształcenia Wielkiej Brytanii w „supermocarstwo czystej energii”. Istniał konsensus wśród kolejnych rządów, że Wielka Brytania powinna przyczynić się do międzynarodowych wysiłków na rzecz redukcji emisji tzw. gazów cieplarnianych. Rząd Rishi Sunaka przyznał jednak w grudniu 2023 r., że planując te działania, nie uwzględniono dodatkowych kosztów dla gospodarstw domowych i zakłóceń w życiu ludzi. Obiecał przyjęcie bardziej pragmatycznego podejścia, zmniejszającego obciążenia dla pracujących.
Zmiana podejścia obejmowała m.in. przesunięcie daty zakazu sprzedaży nowych samochodów spalinowych z 2030 r. na 2035 r. Partia Pracy, tuż przed wyborami w lipcu 2024 r., zapowiedziała jednak, że ponownie przywróci tę datę na 2030 r. Zapowiedziano także przyspieszenie dekarbonizacji sektora energetycznego oraz znaczące zwiększenie produkcji energii wiatrowej i słonecznej.
Konserwatyści ostrzegają, że zbyt szybka dekarbonizacja może prowadzić do utraty kluczowych technologii, które mogą wejść do użytku po 2030 r. Zwracają również uwagę na wysokie koszty tej polityki dla społeczeństwa. Raporty wskazują, że niepowstrzymane zmiany klimatyczne mogą prowadzić do trzykrotnego wzrostu zadłużenia Wielkiej Brytanii do końca stulecia. Koszty zerowej emisji netto szacuje się na 1,4 biliona funtów w ciągu 30 lat, z czego około 344 miliardy funtów ma pochodzić z budżetu państwa.
Jednocześnie Wielka Brytania, będąca odpowiedzialna za zaledwie 1% globalnych emisji, stoi przed wyzwaniem, by inne kraje równie szybko przeprowadziły dekarbonizację.
Podczas debaty politycy mają omówić koszty transformacji, szczególnie dla klasy pracującej i przedstawicieli sektorów, które są zagrożone zamknięciem w wyniku polityki klimatycznej.
Źródło: brusselssignals.eu, lordslibrary.parliament.uk AS
Austriaccy dydaktycy zdecydowali się przerwać milczenie i otwarcie mówić o trudnościach, z jakimi borykają się nauczyciele i uczniowie – szczególnie w kontekście integracji uczniów z rodzin imigranckich.
Reportaż na ten temat przygotował portal krone.at. Pragnąca zachować anonimowość dyrektor zdradza, że zarządza szkołą średnią w Wiedniu, a w jej placówce uczy się ponad 800 dzieci i młodzieży. W dzielnicy, gdzie znajduje się szkoła, odsetek mieszkańców z tłem migracyjnym jest wyjątkowo wysoki. Dla 80-85 proc. uczniów język niemiecki nie jest ojczystym.
Dyrektor zwraca szczególną uwagę na trudności w komunikacji z rodzinami syryjskimi, które często nie mówią po niemiecku. – Społeczności arabskie są dla nas obecnie prawdziwym wyzwaniem – przyznaje.
Podkreśla, że choć imigracja zawsze była obecna, obecna sytuacja jest bezprecedensowa. – Jest coraz gorzej – rozkłada ręce. Mówi, że każda rozmowa z rodzicami wymaga obecności tłumacza .
Jednym z najbardziej niepokojących przypadków jest sytuacja 13-letniego chłopca w pierwszej klasie, który został już trzykrotnie zawieszony. Ostatnie zawieszenie na cztery tygodnie nastąpiło po werbalnym i fizycznym ataku na nauczyciela. Wcześniej pokazywał rówieśnikom pornografię na telefonie. Rozmowy z jego rodzicami nie przynoszą żadnych efektów.
Dyrektor zauważa, że „gdyby chodziło tylko o obelgi, nie wystarczyłoby to do zawieszenia”. – Sytuacja w szkole staje się coraz gorsza – ubolewa.
Problemy nie ograniczają się do jednej szkoły. Nauczyciele z całego Wiednia zgłaszają różnorodne incydenty, od odgrywania egzekucji w klasach po konflikty związane z różnicami kulturowymi i religijnymi. Wielu pedagogów obawia się mówić otwarcie o tych problemach z obawy przed represjami ze strony rodziców lub własnego środowiska.
Niektórzy – jak dyrektor szkoły Christian Klar – pod nazwiskiem mówią o potrzebie zmian. Podkreśla konieczność wprowadzenia jasnych zasad i oddzielenia uczniów zakłócających system od szkół ogólnodostępnych. Mówi o rosnącej fali przemocy w szkołach oraz zwraca uwagę na problem niedostatecznego przygotowania wielu dzieci do rozpoczęcia edukacji szkolnej.
– Nie chodzi tylko o przemoc. Duża część dzieci nie spełnia kryteriów gotowości szkolnej. Wielu nie potrafi zawiązać butów czy trzymać długopisu – podaje tylko niektóre z przykładów. Tego typu przypadki negatywnie wpływają na rozwój całej grupy.
====================================
MD: Przed 30-tu laty moja przyjaciółka zrezygnowała z dyrektorskiego stanowiska w szkole pod Paryżem i odeszła z „oświaty” . 90% uczniów nie rozumiało francuskiego, nie chciało się go nauczyć, ale gwałcili nauczycielki i uczniów – bezkarnie.
To ci Austriacy TERAZ te skutki polityki zauważają.. Dobre i to.
Amerykański rynek motoryzacyjny jest w szoku po informacji o masowym wycofaniu elektrycznych samochodów marki Porsche. Urząd ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego Departamentu Transportu Stanów Zjednoczonych ogłosił, że ponad 27 tysięcy pojazdów modelu Taycan musi zostać poddanych kontroli ze względu na potencjalne problemy z baterią.
Raport opublikowany 1 października 2024 roku wskazuje na poważne zagrożenie związane z akumulatorami produkowanymi przez LG Energy Solution Wrocław w gminie Kobierzyce. Według dokumentu, usterka może prowadzić do zwarcia, a w skrajnych przypadkach nawet do pożaru pojazdu.
Problem dotyczy modeli Porsche Taycan wyprodukowanych między 21 października 2019 a 1 lutego 2024 roku, które trafiły na rynek amerykański. Łącznie akcja obejmuje 27 527 samochodów. Urzędnicy podkreślają, że dokładna przyczyna usterki nie została jeszcze ustalona, co dodatkowo komplikuje sytuację.
Porsche podjęło decyzję o wycofaniu pojazdów o kodach ARB6 i ARB7. Dla modeli z kodem ARB6, gdzie brakuje wystarczających danych o stanie baterii, firma zaleca tymczasowe ograniczenie ładowania do maksymalnie 80 procent pojemności akumulatora. W przypadku samochodów z kodem ARB7, mimo że nie stwierdzono dotychczas żadnych usterek, Porsche nie wyklucza możliwości pojawienia się problemów w przyszłości.
Do sprawy odniosła się rzecznik prasowa LG Energy Solution Wrocław. „Dochodzenie w tej sprawie jest nadal prowadzone i nie znamy dokładnej przyczyny zjawisk termicznych w pojazdach podlegających wycofaniu. Obecnie priorytetem dla nas jest wsparcie naszego klienta, zakończenie dochodzenia i zapewnienie bezpieczeństwa dla wszystkich użytkowników, dlatego też zostały podjęte dodatkowe kroki w celu zminimalizowania ewentualnego ryzyka do zera” – przekazała „Gazecie Wrocławskiej” Klaudia Piątek.
Zapalenie mięśnia sercowego i osierdzia? Tylko u dzieci stosujących zastrzyki Covid firmy Pfizer
Badanie przeprowadzone na 1,7 miliona dzieci w wieku od 5 do 15 lat w Anglii wykazało, że zapalenie mięśnia sercowego i osierdzia wystąpiło tylko u dzieci, którym podano zastrzyk Covid firmy Pfizer.
Ani jedno dziecko w grupie, któremu nie podano zastrzyku, nie cierpiało na te choroby serca, pisze Expose-News.com (12 października).
Badanie zostało opublikowane w maju 2024 r. przez Bennet Institute for Applied Data Science, multidyscyplinarny zespół z siedzibą na Uniwersytecie Oksfordzkim.
Okazało się, że wśród 820 926 młodych ludzi, którym wcześniej nie wstrzyknięto narkotyków, częstość występowania Covid była niższa niż wśród młodych ludzi, którym wstrzyknięto narkotyki.
Leczenie związane z Covid było tak rzadkie w tej grupie wiekowej, że badanie nie było w stanie ocenić skuteczności zastrzyków Covid.
W badaniu zauważono: „W żadnej z grup [dzieci i młodzieży] nie odnotowano zgonów związanych z COVID-19”.
Autorzy badania zauważyli, że liczba wizyt na oddziale ratunkowym i nieplanowanych hospitalizacji była nieco wyższa po pierwszym wstrzyknięciu leku Pfizer (w porównaniu z brakiem wstrzyknięcia) i nieco niższa po drugim wstrzyknięciu leku Pfizer (w porównaniu z pojedynczą dawką).
Najbardziej znaczące wyniki badania dotyczą zapalenia mięśnia sercowego i osierdzia. „Zarówno u nastolatków, jak i dzieci, zapalenie mięśnia sercowego i osierdzia udokumentowano tylko w grupach zaszczepionych, z częstością odpowiednio 27 i 10 przypadków na milion po pierwszej i drugiej dawce”.
{To pisze facet niewierzący wżycie pozagrobowe. Ale – śmieszne – stosuje się to i do zwykłych, tj. wiedzących, że jest Sąd po śmieci- i odpowiednie decyzje. MD]
Warszawska policja poinformowała, że zatrzymała 12 imigrantów z Chin i Rosji. Sprawa ma związek z sierpniowym morderstwem, którego dokonano w podwarszawskiej Wólce Kosowskiej, w związku z niespłaconymi długami.
Gangsterskie porachunki imigrantów pod Warszawą. 12 sierpnia br. przed jednym z barów na terenie Centrum Handlowego w Wólce Kosowskiej doszło do strzelaniny, w której ranny został 42-letni Litwin. Dwóch towarzyszących mu obywateli Rosji zabrało go do samochodu, aby przewieźć go do szpitala w Nadarzynie. W trakcie jazdy jego stan pogorszył się, w związku z czym mężczyźni wezwali pogotowie ratunkowe. Mimo reanimacji postrzelony zmarł. Sprawca uciekł z miejsca napaści.
Policjanci dość szybko ustalili, że napastnikiem był 37-letni Chińczyk, znany w gangsterskim środowisku imigranckim pod pseudonimem „Afu”. Człowiek ten [bandyta md] jak dotąd notowany był za rozbój, posługiwanie się bronią lub innym niebezpiecznym przedmiotem, kradzieże z włamaniem i posiadanie środków odurzających. Z nieznanych powodów jednak, nie został deportowany.
“Wstępne ustalenia pozwalały na przypuszczenie, że zatrzymani obywatele Rosji, którzy przyjechali razem z pokrzywdzonym, znają się ze sprawcą. Analiza zabezpieczonych nagrań monitoringu oraz treść zeznań potwierdziły ich związek z opisywanym wydarzeniem, więc zostali oni zatrzymani w związku z uzasadnionym podejrzeniem o współudział, co zostało wykluczone na dalszym etapie postępowania”– przekazał podkom. Jacek Wiśniewski ze stołecznej policji.
Stołeczni policjanci, współpracując z kolegami z Poznania zatrzymali agresywnego Chińczyka. Mężczyźnie przedstawiono zarzuty morderstwa Litwina. Łącznie do sprawy policjanci zatrzymano jednak aż 12 osób. Trzej mężczyźni – w tym śmiertelnie postrzelony – pojechali do jednego z barów w Wólce Kosowskiej. Tam próbowali wymusić odzyskanie skradzionych przez Chińczyka 100 tys. zł. Nie udało się, a rezultatem spotkania było śmiertelne postrzelenie Litwina.
“Wyklucza się, aby powodem całego zajścia były jakiekolwiek porachunki grup przestępczych działających na terenie Wólki Kosowskiej” – stwierdził ewidentnie przecząc prawdzie, podkom. Wiśniewski.
Podejrzanemu o zabójstwo Chińczykowi, grozi od 8 do 25 lat więzienia, a nawet dożywocie.
Przypomnijmy: kilak dni temu policjanci zorganizowali protest, domagając się m.in. usprawnień dla służb, w celu skuteczniejszego zwalczania narastającej, imigranckiej przestępczości zorganizowanej.
W dniu 14 października 2024 r. w Sejmie RP, w Sali Kolumnowej odbyła się długo wyczekiwana konferencja pt. „Polska szkoła. Dekonstrukcja i fundamenty odbudowa”. Inicjatorem była Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły zrzeszająca ponad 70 organizacji społecznych, reprezentowana przez niezawodne stowarzyszenie Nauczyciele Dla Wolności.
−∗−
Wreszcie prawda w Sejmie
W dniu 14 października 2024 r. w Sejmie RP, w Sali Kolumnowej odbyła się długo wyczekiwana konferencja pt. „Polska szkoła. Dekonstrukcja i fundamenty odbudowa”. Inicjatorem była Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły zrzeszająca ponad 70 organizacji społecznych, reprezentowana przez niezawodne stowarzyszenie Nauczyciele Dla Wolności. Wydarzenie mogło odbyć się w tej formule dzięki objęciu go patronatem przez Marszałka Sejmu RP Krzysztofa Bosaka. Wszystkim organizatorom i osobom zaangażowanym należą się szczególne podziękowania.
Wszyscy uczestnicy i organizatorzy występowali pro publico bono, konferencja nie została dofinansowana, zresztą organizatorzy nie zabiegali o to. Oprawa kateringowa była bardzo skromna, ale nie dla wyszynku przybyli tam liczni uczestnicy, lecz dla prawdy, zjednoczenia sił i okazania woli walki. Nie tylko o polską szkołę, ale przede wszystkim o dzieci, rodziny i naród. Opuszczeni przez pasterzy i przewodników, naród organizuje się, konsoliduje i podejmuje walkę oddolnie, zaczynając stawiać opór agresorom, coraz bardziej zorganizowany.
Ze strony Towarzystwa Wiedzy Społecznej referat wygłosił prezes Bartosz Kopczyński. Tytuł referatu: Nowa rola szkoły w planach globalnych przekształceń społecznych. Poniżej zamieszczamy tekst referatu, opisujący w pigułce zamiary globalno – unijnych elit co do polskiego narodu. Oto cały tekst, po drobnych korektach stylistycznych:
Polska szkoła, tak samo zresztą, jak wszystkie narodowe systemy edukacji na świecie stała się polem zaciętej walki, której stawką jest rząd dusz kolejnych pokoleń Polaków. Nie chodzi tu tylko o lekcje religii, wybór lektur, rozmiar podstawy programowej, zadania domowe czy oceny. To są sprawy ważne, ale zaledwie wykonawcze w stosunku do całego zamierzenia, do którego przystąpił obecny rząd polski. To zamierzenie oznacza całkowitą likwidację szkoły, jaką znamy, budowę zupełnie innego systemu i przekazanie go do dyspozycji sił cudzoziemskich, niezwykle nieprzychylnych Polsce, oraz wszystkim narodom. Obecne władze resortu od samego początku swojego urzędowania przystąpiły do konsekwentnego demontażu tego, co jeszcze działa w polskim szkolnictwie – nauczania przedmiotowego. Tempo tych zmian jest zawrotne, a ich zakres wielki, co wskazuje na to, że źródło leży poza Polską, że zapewne czekały przygotowane na dogodny moment, który właśnie nadszedł. Funkcjonariusze resortu nie kryją jednak, że to, co dokonuje się obecnie, jest zaledwie wstępem przed zmianą fundamentalną, planowaną na rok 2026.
Należałoby spytać te osoby, jaki jest właściwie powód tej kolejnej rewolucji, i kto im dał legitymację do tego, aby po raz kolejny dokonywali wielkiej operacji na polskim narodzie. Rewolucji oświatowych przez ostatnie 35 lat przeżywaliśmy wiele, i zawsze było to bolesne. Dlaczego znowu chcą zrobić to, za co naród znienawidził poprzednie ekipy, dlaczego znów chcą wywracać nasz świat do góry nogami? Trudno spodziewać się szczerej odpowiedzi, na szczęście mamy wyraźne dowody, pokazujące, jaka jest przyczyna tej nowej rewolucji, kto ją wszczyna i w czyim interesie.
Powodem są plany przemiany Unii Europejskiej w państwo federalne, które pochłonie niepodległość obecnych państw członkowskich, w tym Polski. Najważniejszym elementem federalnej Unii ma być Europejski Obszar Edukacyjny, czyli unijny zarząd wszystkich placówek edukacyjnych, nauczycieli i dzieci. Ma on powstać w 2025 r., a rok później, według planów Ministerstwa, pochłonąć ma również polską szkołę. Jednak Unia Europejska to nie jest najwyższe piętro, nad nią leży wyższy porządek globalny, wyznaczany przez ONZ, noszący nazwę Zrównoważonego Rozwoju, zwanego też Agendą 2030. To globalna strategia podporządkowania wszystkich zasobów ludzkości, jej mocy produkcyjnych i narodów pod jeden, globalny zarząd. Główne ramy obecnych zmian w edukacji w Polsce wyznaczają więc: ONZ. UNESCO, UNICEF i WHO, natomiast Unia Europejska jest instytucją wykonawczą, a jednocześnie pionierem zmian. Przy tej okazji bowiem w Europie, i w Polsce także, prowadzony jest wielki eksperyment socjotechniczny, którego obiektem i ofiarami są nasze dzieci.
Pomimo wszystkich swoich wad i celowych zniekształceń, polska szkoła dotąd nie odbierała rodzicom wpływu na ich dzieci, nie odbierała wolności osobistej i szans życiowych, tylko przeciwnie – starała się wszystko to wzmacniać i rozwijać. Szkoła jeszcze na razie jest instytucją wiedzy, według najlepszych wzorców greckich, rzymskich, średniowiecznych i nowożytnych. Człowiek – dziecko przychodzi do szkoły, i w miarę jak wzrasta, uczy się wiedzy ludzkości, aby jako człowiek dorosły mógł być dojrzały. Aby nie był pasożytem, ale mógł twórczo i wydajnie pracować, utrzymywać siebie, tworzyć naród i państwo. Szkoła dziś jeszcze nie narzuca uczniom i ich rodzinom światopoglądu swojego ani polityki władzy. Szkoła dziś jeszcze nie zarządza całym życiem dziecka i dorosłego. Szkoła na razie jeszcze daje wiedzę dziecku po to, aby dorosły mógł być wolny, czyli postępować według własnej woli.
To jednak ma się zmienić już za dwa lata. Projekt globalno – unijny, w którym rząd polski zamierza wziąć udział odwraca rolę szkoły. Szkoła nie ma już być dla ludzi, lecz na odwrót – ludzie dla szkoły. Nadchodzący system nie będzie miał na celu wyposażyć ludzi w wiedzę, lecz na odwrót – zadbać, aby ludzie wiedzy nie mieli. Człowiek będzie wiedział tylko to, co wyznaczy mu system, i ani słowa więcej, i tylko w tym celu, aby być użytecznym dla systemu. Umiejętności podstawowe na poziomie podstawowym – to cytat z dokumentów ONZ i UE.
Unia Europejska i Europejski Obszar Edukacyjny zostały wyznaczone do pilotażu – wzorcowego wdrażania globalnej polityki edukacyjnej, przyjętej na szczycie ONZ Transforming Educational Summit we wrześniu 2022 r. Nosi ona znamienną nazwę: Gender Transformative Education, czyli edukacja zmieniająca pojęcie płci. Oznacza to kompletne przeoranie psychiki dzieci i młodzieży po to, aby stworzyć nowego człowieka, a ten – ma zbudować nowe, globalne komunistyczne społeczeństwo, oczywiście pod nadzorem globalnego kapitału jako jedynego właściciela całej własności. Wszystkie naturalne relacje międzyludzkie, takie jak rodzina, naród i własność prywatna mają zostać zmienione. Zostały bowiem przez globalnych planistów uznane za szkodliwe stereotypy, które nie pozwalają na budowę globalnego komunizmu. Dlatego w ramach strategii edukacyjnych, które mają panować także w Polsce planuje się wychowanie genderowo – równościowe od przedszkola przez cały okres edukacji, a ma ona trwać do 64 roku życia. Oficjalny termin – nauka przez całe życie. Dzieci w przedszkolach i podstawówkach będą poddane sztucznemu zacieraniu różnic między płciami, tak, jak już teraz jest w Skandynawii. Cała wiedza szkolna i cały język zostaną przerobione na neutralne płciowo, i wszędzie zostaną wprowadzone parytety płci, na wszystkich kierunkach kształcenia. Szkoła, zamiast uczyć mądrości, będzie wmawiać ludziom, że różnice biologiczne między kobietą i mężczyzną to konstrukt społeczny, oraz zachęcać do kreatywnych zmian własnej tożsamości. Tak już dzieje się w wielu krajach na Zachodzie.
Szkoła na razie uczy jeszcze młodych ludzi, jak używać wiedzy do swoich potrzeb, jak zmieniać świat, aby nie szkodzić, a korzystać. Nadchodzący system będzie zaś uczył ludzi, że mają płynnie dostosować się do każdej zmiany, narzuconej przez jakąś cudzoziemską władzę. Szkoła i nauczyciele będą na nich wpływać tak, aby zmieniali swoje naturalne zachowania i sposób myślenia. To nie będzie już szkoła wiedzy, lecz szkoła myśli i czynów. Uczniowie tej szkoły odrzucić mają te myśli i te czyny, które wynikają z ich osobistych potrzeb i interesów narodu, za to mają przyjąć te myśli i wykonywać te czyny, które narzuci globalno – unijny systemu, pod hasłem Zrównoważonego Rozwoju lub jakiejś innej, wymyślonej polityki.
Nowy model edukacji maskowany jest pięknymi hasłami: edukacja dla wszystkich, edukacja wysokiej jakości, nowa kultura edukacji, edukacja inkluzyjna, pełen rozwój potencjału każdego dziecka, zaspokajanie wszystkich potrzeb. Warto przyjrzeć się, z jakich puzzli składa się ten obraz.
Edukacja Włączająca, którą propaganda przedstawia jako szansę dla dzieci niepełnosprawnych na edukację wysokiej jakości. W rzeczywistości uczniowie niepełnosprawni są zawsze poszkodowani w szkołach masowych, o czym mówią sami autorzy tej koncepcji i ich badania. Edukacja Włączająca polega na włączeniu do zwykłych, rejonowych szkół wszystkich osób z rejonu, niezależnie od schorzeń, zaburzeń i ograniczeń. Włączenie obejmuje również niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu głębokim, upośledzonych, zaburzonych psychicznie, niedostosowanych społecznie, imigrantów bez znajomości języka. Szkoły specjalne mają zostać faktycznie zlikwidowane, to znaczy zamienione w centra doradczo – szkoleniowe. Ich funkcje przejmą zwykłe szkoły, które staną się szkołami specjalnymi. W tym celu będą musiały się dostosować.
Projektowanie uniwersalne, czyli główna metoda zmiany zwykłych szkół, nauczających wiedzy, w szkoły specjalne, przygotowujące do życia na podstawowym poziomie. Wszystkie treści nauczane i wymagane od uczniów muszą być dostępne dla wszystkich. Pamiętać jednak należy, że w Edukacji Włączającej są również osoby zaburzone, niepełnosprawne intelektualnie i cudzoziemcy. Szkoła dostosuje się do ich możliwości, i wszyscy inni uczniowie też będą musieli. To oznacza obniżenie poziomu intelektualnego polskich uczniów do rejonów przedszkola.
Ocena funkcjonalna, czyli sposób oceniania i prowadzenia każdego dziecka aż do dorosłości. W tej chwili obecna szkoła przyjmuje w swoich progach dzieci i nie ocenia ich z góry. Nauczyciel zaczyna nauczanie, i po jakimś czasie przeprowadza sprawdzian wiedzy i ocenia, ile uczeń się nauczył. Osobną kwestią jest ocena z zachowania, wystawiana co pół roku. Ma jednak być inaczej. W nowym systemie każde dziecko ma zostać ocenione na początku, zanim zdąży się czegoś nauczyć. Oceniana będzie jednak nie wiedza, ale człowiek – całe życie dziecka, jego możliwości, ograniczenia, co lubi, jak się zachowuje. Nie tylko w szkole, ale też poza szkołą i w domu. Oceniane będą relacje rodzinne, światopogląd i religijność rodziców. Ocena funkcjonalna wywodzi się ze szkolnictwa specjalnego i stosowana jest obecnie do dzieci, z którymi niemożliwa jest standardowa komunikacja, ze względu na zaburzenia lub ograniczenia. Ma jednak objąć wszystkich. Składa się z dwóch części – analizy funkcjonalnej i programu wsparcia. Analiza funkcjonalna to dokładne rozpoznanie wszystkich przejawów życia dziecka w dziewięciu aspektach, i wprowadzenie danych o dziecku i jego rodzinie do systemu. Korzysta się z testów, formularzy, obserwacji, wywiadów. Następnie system generuje raport wynikowy, a algorytm dobiera odpowiedni program wsparcia z elementów, dostępnych w aplikacji. Dalej w ramach tak zwanego wsparcia młody człowiek znajduje się pod stałą kontrolą specjalistów. Dokonują oni stałej ewaluacji programu wsparcia i wpływają na zachowanie ucznia w szkole i w rodzinie. Dają bowiem wskazania rodzicom i kontrolują ich wdrażanie.
Ocena funkcjonalna polega więc na tym, że system za pomocą swoich diagnostów bierze człowieka, ocenia jego życie, porównuje ze swoim własnym wzorcem, i przez kilkanaście lat zmienia życie tego młodego człowieka tak, aby pasował do wzorca. Stan wyjściowy, czyli naturalny stan dziecka sprzed interwencji specjalistów nazwany został zaburzeniami, a stan docelowy, wyznaczony przez system określany jest jako dobrostan. Program wsparcia jest zaś przesuwaniem ucznia – od zaburzeń do dobrostanu. Wzorzec tego dobrostanu został określony przez WHO i obejmuje m.in. zdrowie seksualne, zdrowie reprodukcyjne, zdrowie psychiczne, gender. Tak więc szkoła będzie przesuwała człowieka od normalności, w której wyrósł, do seksualizacji, aborcji i korekty płci, a jeśli natrafi po drodze na przeszkody, na przykład wychowanie rodziców – będzie je usuwać.
Profil Absolwenta i Absolwentki aktualnie znajduje się w konsultacjach społecznych. Jest to ogólny wzór, do którego nowa szkoła będzie dorabiać uczniów. Dotąd jest tak, że szkoła ma podstawę programową, czyli obiektywną wiedzę ludzkości. Szkoła jej naucza, a potem ocenia pracę ucznia na świadectwie. W nowym systemie szkoła najpierw stworzy profil swojego Absolwenta, a potem będzie uczniów dostosowywać. Profil będzie jeden, ogólny, unijny, poza tym będą popdprofile branżowe. W różnych rodzajach szkół mogą być różne profile. Profil ma powstać oficjalnie w procesie konsultacji społecznych, faktycznie będzie wypełniał oczekiwania jakichś interesariuszy – podmiotów, załatwiających jakieś interesy za pomocą szkoły. Najważniejszymi interesariuszami będą globalne korporacje, działające w Unii, zamawiające sobie pożądaną siłę roboczą. Tak ludzie są określani w dokumentach unijnych – jako siła robocza.
Profil Absolwenta ściśle jest związany z Oceną Funkcjonalną. W jej ramach ma powstać program tranzycji na rynek pracy, czyli szkolenia zawodowego. Charakterystyczne słowo – tranzycja, tu stosowana jako wprowadzenie na rynek pracy. Co ma wspólnego z tranzycją płciową? Około 12-go roku życia ma następować kwalifikacja zawodowa, podczas której specjaliści szkolni wyznaczą dziecku jego przyszły zawód. Kształcone będą tylko umiejętności praktyczne z pominięciem teorii i wiedzy ogólnej. Następnie taki absolwent ma trafić do zatrudnienia, na zasadzie pracy chronionej. Pracodawcy mają dostawać od państwa dopłaty za niskie kwalifikacje pracowników. Biorąc pod uwagę zainteresowanie lewicy sexworkingiem, i traktowanie prostytucji jako zwyczajnej działalności zarobkowej, należy zadawać w ramach konsultacji pytanie, czy zostanie opracowany profil sexworkerki i sexworkera dla polskich uczniów?
Ocenianie Kształtujące to zasadnicza metodyka Edukacji Włączającej, wywodząca się, jak większość najnowszych rozwiązań, ze szkolnictwa specjalnego. Od ponad 20 lat próbowano ją wprowadzić do polskich szkół na zasadzie innowacji pedagogicznej, bez większego powodzenia. Metodyka ta jest nie do pogodzenia z normalnym nauczaniem. Polega bowiem na uniwersalnej procedurze lekcji, która udaje kreatywność i wymusza aktywność uczniów. Jest to jednak zawsze aktywność systemowa. Każdy uczestnik lekcji zawsze jest zagospodarowany przez procedurę, która wyznacza każdemu jego miejsce i cele. Wiedza traktowana jest jako pretekst do wdrażania uczniów do procedury. Na każdym kroku następuje redukcja wiedzy przedmiotowej do minimalnych pojęć. Likwiduje się myślenie przyczynowo – skutkowe, zastępując je słowami – kluczami. Uczniowie są utwierdzani w fałszywym przekonaniu, że są mistrzami, oraz uzależniani od pozytywnych bodźców prowadzącego specjalisty. Na końcu procedury uczeń nie umie niczego konkretnego, poza ogólnym kierunkiem rozwoju, wyznaczonym przez specjalistów. Procedura obejmuje uczniów różnorodnych, więc tak samo wybitnych, jak i niepełnosprawnych intelektualnie. Dla wszystkich jest ten sam wzór, zgodnie z Projektowaniem Uniwersalnym. Ocenianie Kształtujące jest więc praktyczną tresurą wykonawców procedur, zgodnie z Profilem Absolwenta, dostarczonym przez interesariuszy.
Cyfryzacja edukacji posiada dwa aspekty: cyfryzacja wiedzy i cyfryzacja zarządzania ludźmi. Cyfryzacja wiedzy to eliminacja nauczycieli ze szkoły. To się już dzieje, na skutek celowej polityki kadrowej. Ten problem istnieje w całej Unii, co wskazuje na jego celowość. Nauczyciele starzeją się, odchodzą z zawodu, chorują, umierają, ale nie robi się niczego, aby zachęcić nowych. Przeciwnie, robi się wszystko, aby ich zniechęcić. Celem tego działania jest eliminacja kontaktu międzypokoleniowego, kontaktu międzyludzkiego, kontaktu młodych ludzi z zaawansowaną wiedzą. Każda taka relacja jest zwalczana przez system globalno – unijny, bo wytwarza organiczne struktury społeczne, takie, jak naród. Dzięki tym strukturom narody mogą rządzić się same. Natomiast system globalno – unijny dąży do tego, aby przejąć całe sterowanie. Zamiast kontaktu ucznia z nauczycielem wysuwa się cyfrową platformę edukacyjną, która zawiera wiedzę wybraną i tendencyjną. Zamiast nauczyciela – fachowca ma zostać podstawiony opiekun świetlicowy po szkoleniu. Poza tym platformą można sterować zdalnie, a nauczycielem i uczniem nie. Dlatego system usuwa nauczycieli i zastępuje ich aplikacją, żeby kontrolować, co wiedzą i czego uczą się uczniowie. Docelowo wszystkie krajowe platformy edukacyjne mają zostać połączone w jeden system, zarządzany na poziomie UNESCO. Prace już trwają, zajmuje się tym 20-osobowa rada fachowców.
Cyfryzacja zarządzania ludźmi w ramach Europejskiego Obszaru Edukacyjnego polegać będzie na indywidualnych kontach edukacyjnych, które będzie miał każdy człowiek przez całe życie, od przedszkola aż do śmierci. Będzie to rejestr działań edukacyjnych i wiedzy, której się nauczył. Będą tam zapisywane uprawnienia do szkoleń, przyznane przez system. Będą zapisywane mikropoświadczenia ukończenia kursów, potrzebne, aby działać w systemie. Będzie to w końcu czarna skrzynka człowieka, ponieważ na koncie będzie rejestrowane całe jego życie edukacyjne i pracownicze. Dzięki temu system będzie w każdej chwili mógł człowieka odnaleźć, stwierdzić jego status i wykorzystać jako siłę roboczą, w tym miejscu i czasie, gdzie będzie najbardziej potrzebna.
Mobilność edukacyjna i pracownicza polega na przenoszeniu zasobów ludzkich w ramach Unii Europejskiej. Mobilność edukacyjna określa kwoty uczniów przemieszczanych. Do 2030 r. średnia unijna ma osiągnąć następujący poziom mobilności: 25% studentów, 15 % uczniów szkół zawodowych, 20 % uczniów pozostałych. Mobilność może mieć formę fizyczną, cyfrową lub mieszaną, trwałą lub czasową. Szczególną wagę Unia Europejska przywiązuje do mobilności nauczycieli i pracowników naukowych pomiędzy krajami Unii. Możliwość przemieszczania nauczycieli z kraju do kraju ma być głównym sposobem radzenia sobie z brakami kadry. Znamy to jako drenaż mózgów. Zostaną zbudowane specjalne struktury przemieszczania i przesiedlania ludzi. Do mobilności zostaną też włączeni wielokulturowi imigranci spoza Unii Europejskiej, głównie krajów islamskich. Mobilność edukacyjna ma się płynnie łączyć z mobilnością pracowniczą, co oznacza przemieszczanie siły roboczej.
Zarządzanie systemem edukacji przejdzie pod zarząd Komisji Europejskiej. Będzie ona decydować o szkoleniu nauczycieli, awansach zawodowych, zarządzaniu kadrą, zarządzaniu placówkami wszystkich szczebli. Przedszkola, szkoły wszystkiego rodzaju, nawet uczelnie będą placówkami unijnymi. Także ocenianie uczniów i wydawanie świadectw polskim uczniom znajdzie się pod kontrolą pani von der Leyen.
Edukacja obywatelska to przykład nowego przedmiotu nauczania. Docelowe przedmioty zostaną zlikwidowane, a na ich miejsce wprowadzone nowe, przekrojowe, nie dające żadnej samodzielnej wiedzy. Przedmiot „edukacja obywatelska” docelowo posłuży likwidacji tożsamości narodowych i wychowaniu w tożsamości unijnej. Będzie to połączone z silną promocją Zrównoważonego Rozwoju oraz wszystkich aktualnych tzw. wartości europejskich.
Edukacja zdrowotna obejmie tzw. zdrowie fizyczne i psychiczne. Docelowo obejmie manipulację psychiczną w celu uzależnienia od systemu wsparcia psychicznego i psychoterapii. Obejmie też edukację seksualną typu B wg standardów WHO. Do szkół zostanie wprowadzona seksualizacja, instruktaż antykoncepcji, aborcji i otwartych zachowań seksualnych. Pod pozorem wiedzy o zdrowiu nastąpi systemowa deprawacja i molestowanie seksualne polskich dzieci przez szkoły. Przedmiot będzie obowiązkowy.
Wsparcie psychiczne całkowicie zmienia znaczenie. Staje się sterowaniem ucznia, rodziny i nauczyciela przez system. Tu nie chodzi więc o zdrowie psychiczne uczniów, lecz o kontrolę. Pod pretekstem ochrony małoletnich przed przemocą i molestowaniem wprowadza się kontrolę systemową nad nauczycielami, uczniami, rodzicami i wzajemnymi kontaktami. Nauczyciel ma obserwować uczniów i donosić do specjalistów podejrzenia przemocy w rodzinie. Przemocą w rodzinie według najnowszych ustaleń specjalistów jest normalne wychowanie, wymagania, nauka własnej kultury, podtrzymywanie więzi rodzinnych. Nauczyciele mają się w to wtrącać i wprowadzać do rodzin tzw. specjalistów. Ale dla tych samych specjalistów zagrożeniem dla uczniów są sami nauczyciele. Normalne relacje międzyludzkie, nauczanie, wymaganie, sprawdzanie wiedzy, ocenianie już zostało w wytycznych opisane jako przemoc. Uczniowie będą buntowani przez specjalistów zarówno przeciw własnym rodzicom, jak i nauczycielom. Całości układu mają pilnować szkolni sygnaliści – oficjalni donosiciele do władz. Należy przy tym odróżnić tych specjalistów, którzy faktycznie chcą pomagać, takich specjalistów, chcących realizować agendę globalno – unijną. W tej chwili w szkołach mamy obydwa rodzaje.
Szkoła ma stać się centrum diagnozowania i leczenia chorób i zaburzeń psychicznych. Specjaliści szkolni mają stale prowadzić badania przesiewowe stanu psychicznego uczniów i grona pedagogicznego, według standardów WHO. A tam wszystko, co normalne jest traktowane jako zaburzenie.
Wszystkie dane z Oceny Funkcjonalnej, wsparcia psychicznego i cyfryzacji mają być udostępniane podmiotom spoza kraju, przede wszystkim Komisji Europejskiej, ONZ, WHO i innym instytucjom.
Budowany system ma swój pierwowzór – sowiecki system edukacyjny, stworzony pod rządami Stalina przez Antona Makarenkę. Tam też dbano o całościowy rozwój uczniów dla potrzeb nowego, sowieckiego społeczeństwa. Głównym zarządcą tamtego systemu, który jest wzorcem dla unijnego była CzeKa – policja bezpieczeństwa, założona przez Feliksa Dzierżyńskiego. Jeśli zamiary rządu zostaną zrealizowane, Polska znajdzie się pod zaborem Komisji Europejskiej, a polskie dzieci i rodziny – pod zarządem czekistów globalnej władzy. Główną funkcja i charakterystyka nowego systemu to hodowla niewolników, biorobotów przemysłowych Unii Europejskiej. Należy ze wszystkich sił powstrzymać te prace i cofnąć te zmiany, które już zaistniały. Powyższą wiedzę można sprawdzić w następujących źródłach:
– dokumenty Europejskiej Agencji do spraw Specjalnych Potrzeb i Edukacji Włączającej,
Chciałbym na końcu wskazać na możliwe sposoby przeciwdziałania.
Do obecnej koalicji rządzącej – wszystko, co teraz robione jest w edukacji, jest jednoznacznie złe, ale zarazem dobrze znane. Niczego nie zdołają zakryć pięknymi słowami. Wiemy, co jest robione dlaczego, z czyjego polecenia i na czyją rzecz. Żadne działanie nie zostanie zapomniane. Gdy naród odzyska kontrolę nad państwem, cofnięte zostanie wszystko, co wprowadzono, nic z tego nie zostanie.
Do obecnej opozycji – aby zechciała się dowiedzieć, co się naprawdę dzieje, i podjęła wszelkie działania, aby to powstrzymać – prawne, medialne, społeczne. Należy wywierać presję na obecną opozycję, aby zabrała głos w tej sprawie, a gdy wróci do władzy – aby natychmiast cofnęła to, co już wprowadzono.
Do szerokiej opinii publicznej – każdy, kto ma tą wiedzę, niech przekazuje ją dalej wszystkim, którym zdoła. Niech każdy według swoich możliwości wywiera presję na rząd, aby to zatrzymał. Niech każdy, kto używa wszystkich sposobów, jakich może, niezabronionych przez prawo, aby utrudniać i powstrzymywać obecne zmiany w edukacji, aż do władzy przyjdą patrioci i przywrócą polski porządek.
Do nauczycieli i rodziców – nie ufajcie oficjalnym tłumaczeniom. Uważajcie na wszystkie nowe rzeczy w szkołach. Nauczajcie obiektywnej wiedzy, zadawajcie zadania, wymagajcie wiedzy, oceniajcie – nawet, jeśli Wam nie każą tego robić. Kierujcie się polską podstawą programową sprzed redukcji. Sami zadbajcie o edukację Waszych uczniów i Waszych dzieci, nawet, jeśli system będzie robił coś innego.
Przedstawiłem Państwu najważniejsze wątki. Więcej szczegółów oraz cały szeroki obraz naszej obecnej sytuacji, a także rady praktyczne znajdą państwo w publikacji pod tytułem „Poradnik świadomego narodu. Szkoła – dom – przyszłość”, która niebawem ukaże się na naszym portalu.
Tego dnia w Sejmie RP zagrzmiała czysta prawda. ustami autentycznych działaczy społecznych, od lat walczących o polski naród i państwo. Tym razem jednak odrzucili złudzenia i nie liczą już na sprzedajnych polityków i pozornych patriotów. Ci już wiedzą, że trzeba przebić się przez skorupę lawy – z wierzchu zimnej i twardej, suchej i plugawej – plwać na tę skorupę i zstąpić do głębi – gdzie wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi. Wiedzą już, że trzeba odwołać się do najgłębszych, najbardziej żywotnych pokładów narodu. Dziś prawda w Sejmie wybrzmieć może tylko przez tą krótką chwilę, gdy do głosu dojdą jej głosiciele. Poza tym ci, którzy tam są na co dzień, przerabiają polskie na obce i palą świeczki. Ale i to się skończy, i powróci prawda zarówno na salę plenarną, jak i do komisji. Wielki Marsz do prawdy już się rozpoczął.
Papież spotyka się z transami i rozważa zatwierdzenie operacji „zmiany płci”.
lifesitenews.com USA 2024-10-15
Papież Franciszek spotkał się dziś prywatnie z grupą „transpłciowych, interseksualnych i innych będących w sojuszu katolików” podczas wydarzenia zorganizowanego przez dysydencką grupę LGBT New Ways Ministry, wobec której wieloletnia oficjalna krytyka Watykanu pozostaje w mocy, chociaż Franciszek wielokrotnie sygnalizował poparcie dla tej organizacji.
W wieczornym komunikacie prasowym w sobotę (czasu lokalnego) New Ways Ministry (NWM) ogłosiło, że sponsorowało grupę, która spotkała się z Franciszkiem w Watykanie, gdzie przeprowadzono ponad 90 minutową dyskusję.
„Wezwali” Franciszka, „aby odszedł od negatywnego podejścia Kościoła do osób o zróżnicowanej płci i zachęcił przywódców Kościoła do uważniejszego słuchania życia i wiary osób LGBTQ+”.
Według agencji Reuters – której korespondent watykański ma bliskie powiązania z NWM – Franciszek spotkał się z „prośbą o uchylenie zakazu Kościoła katolickiego dotyczącego opieki afirmującej płeć dla osób transpłciowych”, a mianowicie wezwaniami do uchylenia zakazu Kościoła dotyczącego operacji „zmiany płci”.
W grupie 11 osób było pięć osób, które podzieliły się swoimi osobistymi relacjami z Franciszkiem:
– Nicole Santamaria, „kobieta interseksualna”. – Michael Sennett, „mężczyzna transpłciowy” zaangażowany w posługę kościelną „przez wiele lat”. – Diakon Raymond i Laurie Dever, rodzice „transpłciowej” dziewczynki, która próbowała popełnić samobójstwo po „tranzycji”. – Dr Cynthia Herrick, lekarka wykonująca operacje zmiany płci.
NWM opisuje siebie jako „katolicką organizację, która edukuje i opowiada się za równością, włączeniem i sprawiedliwością dla osób LGBTQ+, wyposażając liderów w umiejętności budowania pomostów dialogu w Kościele i społeczeństwie obywatelskim”.