Imigranci w Hiszpanii – zdj. ilustracyjne. / Fot. PAP/EPA
Lewica lubi powtarzać, że nie ma związku między imigracją a przestępczością. Dane pokazują coś innego. Tym razem za przykład posłuży Hiszpania.
Imigranci pochodzący z Maghrebu (Mauretania, Maroko, Algieria, Tunezja i Libia) oraz południa Afryki już popełniają prawie 30% rozbojów z użyciem przemocy w Hiszpanii, mimo że stanowią zaledwie 2,6% populacji.
W 2022 roku odnotowano 8 010 rozbojów z użyciem przemocy, z czego 2 362 (29,4%) zostało popełnionych przez imigrantów z Afryki.
Biorąc pod uwagę, że według danych Narodowego Instytutu Statystycznego (INE), w Hiszpanii mieszka 5 579 547 cudzoziemców, w tym 1 217 706 Afrykańczyków, z populacji wynoszącej 47 615 034 osób, wynika, że imigranci afrykańscy popełniają te przestępstwa 11,5 razy częściej niż Hiszpanie.
Podobne tendencje występują również w innych kategoriach przestępstw, takich jak przestępstwa przeciwko mieniu (o 7,83% więcej niż Hiszpanie) czy rozboje z użyciem siły (o 5,62% więcej). W przypadku morderstwa i gwałtu różnice są nieco mniejsze, jednak nadal istotne (odpowiednio 4,52% i 3,28% więcej niż Hiszpanie).
Pomimo tych niepokojących statystyk, hiszpański rząd Pedra Sáncheza oraz Partia Ludowa nadal dążą do legalizacji pobytu 700 000 nielegalnych imigrantów. Jednocześnie trwają prace nad utworzeniem nowego ośrodka dla imigrantów, który ma powstać na jednym z hiszpańskich lotnisk.
Estos dias se ha intentado colar la mentira de que no existe relación entre inmigración y delincuencia Así que me he molestado en recoger los datos del instituto nacional de estadística para demostrar que SÍ EXISTE, y es BESTIAL HILO Y DATOS SOBRE INMIGRACIÓN Y DELINCUENCIA
Publicysta „Najwyższego Czas-u!” Radosław Piwowarczyk odniósł się do słów premiera Donalda Tuska, którymi ten zaprzeczył słowom premiera Donalda Tuska. Zapowiedź szefa rządu warszawskiego spotkała się z ostrymi ocenami i ciągle jest żywo komentowana.
Publicysta stwierdził, że trzeba „zacząć od samego premiera rządu warszawskiego, który – jak się okazało – nie zgadza się z premierem rządu warszawskiego”.
– Jak to dokładnie między nimi było to nie wiadomo, czy to pamięć zawiodła, czy pojawiły się problemy z prawdomównością – zakpił Piwowarczyk, a następnie przedstawił słowa, jakie padły z ust Tusk, a także znalazły się w strategii migracyjnej.
– Był dzień 12 października, kiedy odbywała się konwencja Platformy Obywatelskiej, a premier Donald Tusk wymieniał kolejne sukcesy. Kroczymy od jednego do drugiego, jakby ktoś nie pamiętał, to to wszystko powtórzył raz dwa (…) może nie raz dwa, bo tych sukcesów było tyle, że to sporo czasu zajęło, ale w końcu przeszedł do opowiadania o strategii rządowej, która miała stać się niebawem dokumentem rządowym – powiedział Piwowarczyk.
Przypomnijmy, że 12 października, podczas konwencji Platformy Obywatelskiej, Tusk zapowiedział, że „jednym z elementów strategii migracyjnej będzie czasowe terytorialne zawieszenie prawa do azylu”.
– To wywołało spory niepokój, szczególnie wśród lewicowej części sympatyków, posypała się krytyka. Nie do końca także strona prawicowa wiedziała o co chodzi z zawieszeniem prawa do azylu, bo problem migracji, który mamy, to jest problem imigracji masowej, natomiast prawo do azylu jest prawem wyraźnie indywidualnym – skomentował redaktor „Najwyższego Czasu!”.
Kilka dni później, 16 października, ogłosił w Sejmie, że „nikt nie mówi tu o zawieszeniu praw człowieka, nikt nie mówi tu o zawieszeniu prawa do azylu”.
Tymczasem w strategii migracyjnej, której dokładny tekst poznaliśmy 17 października zapisano, iż „możliwe powinno być czasowe i terytorialne zawieszanie prawa do przyjmowania wniosków o azyl”.
– Tyle, że ta rządowa strategia była przyjęta 15 października, a więc dzień przed tym, jak premier Tusk występował w Sejmie. Albo premier Donald Tusk nie wiedział, co się znajduje w tym dokumencie, nie pamiętał, zapomniał, co dzień wcześniej przyjęli albo perfidnie skłamał. Niezależnie od tego, jak tam było w obu przypadkach szef rządu warszawskiego powinien podać się do dymisji – podsumował Piwowarczyk.
Lekarze w Kanadzie wyrażają poważne obawy w związku z rosnącym trendem eutanazji osób, które nie są śmiertelnie chore.
Nowo odkryte komunikaty ujawniają, że wielu lekarzy odpowiedzialnych za przeprowadzanie wspomaganego umierania uznało złagodzenie kryteriów za „moralnie przygnębiające”.
W 2021 r. Kanada rozszerzyła swoje prawo dotyczące medycznego umierania, aby objąć nim osoby z nieuleczalnymi, ale nie śmiertelnymi chorobami, co doprowadziło do 30-procentowego wzrostu liczby wspomaganych zgonów w 2022 r.
Lekarz z Ontario napisał w raporcie swojego pacjenta, że chociaż mężczyzna cierpiał na ciężką chorobę płuc, to do eutanazji skłoniło go „głównie to, że jest bezdomny, zadłużony i nie może znieść myśli o (długoterminowej opiece) jakiegokolwiek rodzaju”.
W innym przypadku lekarz wyraził swój konflikt w kwestii przeprowadzenia eutanazji u pacjentki tylko dlatego, że była otyła i przygnębiona. Tymczasem starsza kobieta chciała umrzeć, ponieważ zmagała się z żalem po stracie męża.
Renewing His Support for the Homosexual Movement, Pope Francis Designates Homosexuality-Friendly Cardinals
The cardinals of the Holy Catholic Church are the pope’s main collaborators and advisors in governing the Universal Church. During the sede vacante period, after a pope dies, it is up to them to govern the Church and the Vatican State without any innovation. Then, their primary task is to elect the new pope.
Given their high position in the Church, they are called Eminence and wear scarlet red garments, symbolizing their willingness to shed their blood for the Faith. Since any of them can be elected pope, they are treated as crown princes in government ceremonies in many Catholic countries.
New Cardinals, New Style
Popes used to choose cardinals from among ecclesiastics who stood out for their piety and wisdom or presided over ancient or important dioceses.
In his choice of cardinals, Pope Francis has favored churchmen from the ”peripheries” and prelates with his ideological orientation, especially when it comes to sexual morality and homosexual practice.
According to various sources, several prelates among the new cardinals designated earlier this month, and who will receive their red hats on December 8, have shown support or sympathy for so-called “LGBTQ+,” which, in addition to practicing homosexuals, include so-called “transgenders” who deform their bodies and minds to present themselves as members of the opposite sex.
A “Number of LGBTQ-Positive New Cardinals”
New Ways Ministry, an organization that claims to be Catholic but defends homosexuality and transgenderism, published an article about the new cardinals titled: “Pope’s Next Consistory Will Have a Number of LGBTQ-Positive New Cardinals.”1
The author, Robert Shine, mentions several newly designated cardinals as sympathizers of the homosexual movement but highlights the activism of Father Timothy Radcliffe, O.P., who was Master of the Order of Preachers from 1992 to 2001.
Shine writes: “Father Timothy Radcliffe, OP: A theologian and former Master of the Dominican Order (top worldwide leader), Radcliffe has an LGBTQ+ record dating to the 1990s. Most recently, he has served as spiritual assistant to the Synod on Synodality’s General Assembly, where he has broached LGBTQ+ topics at least twice.” The author then names numerous pro-homosexual positions taken by this Dominican friar.2
Colombian Friar Nelson Medina, also a Dominican, says about Friar Radcliffe: “Just to quote one of his texts, in November 2005, he published an extensive article in The Tablet titled ‘Can Gays be Priests?’…Let’s quote one of his sentences: ‘A vocation is a call from God. Having worked with bishops and priests all over the world, I have no doubt that God does call homosexuals to the priesthood, and they are among the most dedicated and impressive priests I have met.’”3
A False Erotic-Homosexual Mysticism
What has most scandalized the faithful is the relationship that Fr. Radcliffe establishes between the homosexual act and the Eucharist.
The Church of England solicited his theological advice for its 2013 Pilling Report on human sexuality. He wrote: “How does all this bear on the question of gay sexuality? We cannot begin with the question of whether it is permitted or forbidden! We must ask what it means, and how far it is Eucharistic. Certainly it can be generous, vulnerable, tender, mutual and non-violent. So in many waysI think it can be expressive of Christ’s self-gift.”4
To understand this blasphemous statement better, it is worth reading what he wrote in the Church Times, a London-based Anglican publication, on April 16, 2008: “And so it was that when Jesus wished to establish the new covenant between God and humanity, he gathered the disciples for a meal. He blessed and broke the bread and shared it. Eating did not just become the ingestion of nutrition, but expressed the common life of divinity and humanity. So it is with sexual intercourse.”
Further on, he states: “At the heart of our religion is the gift of a body.”5 This is similar to what he wrote in the preface to the English edition of The Via Crucis of a Gay Man by the Italian homosexual writer Luigi Testa: “The goodness of our bodily existence is at the heart of the greatest Christian teachings: Creation, Incarnation, the gift of Christ’s body in the Eucharist, the resurrection of the dead.” He ends his preface by thanking God for the homosexual author’s insight: “Luigi’s Via Crucis tells of a gay Christian following the Lord in all the real complexity of a human life. Thanks be to God!”6
A Hidden Doctrine Behind the “Church’s Reformation”?
That Pope Francis called on Fr. Radcliffe to preach the retreats at the Vatican’s Synod on Synodality in 2023 and 2024 and has now designated him to be a cardinal shows an appreciation for his false mysticism and moral teaching.
Nevertheless, Fr. Radcliff’s pseudo-mysticism and morality contradict the Ten Commandments, Catholic morality, and the doctrine revealed and taught by the Church Magisterium. They seem to be a repackaged continuation of the Gnostic heresies of the Church’s early days.
Writing about the contempt of these Gnostic heresies for the Law of God, Fr. G. Bareille notes: “[Gnostic] metaphysics serves only as a shiny veil over the worst claims of sensuality. Skillfully presented to seduce spirits thirsty for science, it tends only to restore pagan morality… [In] the name of Christianity and using the Holy Scriptures, it seeks nothing but to put the Gospel at the service of lust.”7
“Behold, I Come Quickly”
In the sadness of our times, when shadows seem to veil the glorious light of the Church of Our Lord Jesus Christ, we must be sure that, just as calm follows the storm, so too will the Church shine again, and soon, in all her splendor, in a serene and radiant morning.
As the Apocalypse affirms, “Behold, I come quickly; and my reward is with me, to render to every man according to his works” (Apoc. 22:12).
Confident in the triumph of Christ the King and the Immaculate Heart of Mary, we should obey Saint Peter, who exhorts, “Resist ye, strong in faith” (1 Pet. 5:9).
W Warszawie minionej nocy zawieszonych zostało 20 banerów z jednoznacznym przekazem „Uwolnić Księdza Michała”.
Na wiaduktach i mostach w całej Warszawie zawisły w nocy banery wzywające do uwolnienia przetrzymywanego w areszcie od 7 miesięcy ks. Michała Olszewskiego. To wspólna akcja obywatelskich grup oporu.
Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona
Komentarz Eleison nr CMI (901)
19 października 2024
KRÓTKOWZROCZNOŚĆ VATICANUM II
Jeśli chcemy ocalić nasze dusze na wieczność, tak jak Pan Bóg chciałby, abyśmy wszyscy to uczynili (1 Tym 2, 4), to świat, który nas obecnie otacza, stanowi niebezpieczne środowisko dla osiągnięcia tego celu, ponieważ, ogólnie rzecz biorąc, od siedmiu stuleci ludzkość powoli, ale konsekwentnie umniejsza znaczenie Boga, aby zająć Jego miejsce. Jest to głupi zamysł, skazany na porażkę, ale w międzyczasie doprowadził ludzkość na skraj nuklearnego samobójstwa. Teraz, na tej drodze do ruiny, największą przeszkodą dla szaleństwa człowieka od czasu Wcielenia był Kościół Boży ustanowiony przez Syna Bożego, naszego Pana Jezusa Chrystusa, aby był kontynuacją Jego Wcielenia wśród ludzi, jako Światło Świata, aby przezwyciężał ludzkie zamieszanie, i Sól Ziemi, aby zapobiegał ludzkiemu zepsuciu. Niestety, Sobór Watykański II w latach sześćdziesiątych XX wieku był szczytem ludzkich prób przysłużenia się diabłu poprzez sparaliżowanie Kościoła, tak aby wysłać wszystkie ludzkie dusze do piekła zamiast do nieba. Stąd wzięło się zamieszanie i zepsucie wokół nas.
Ale Vaticanum II musiał być bardzo ostrożny, ponieważ Matka Kościół do XX wieku zdążyła już przeanalizować i obalić wielkie błędy prowadzące do niego, zwłaszcza protestantyzm (1517) oraz jego potomstwo: liberalizm (1717) i komunizm (1917). Wśród wielu błędów towarzyszących tym trzem, z pewnością najbardziej niebezpiecznym był modernizm (1907), ponieważ był prowadzony przez duchownych wewnątrz Kościoła, z zamiarem uaktualnienia Kościoła Bożego poprzez dostosowanie go do bezbożnego współczesnego człowieka. Dlatego potrzebna była subtelność, aby oszukać katolików zaalarmowanych protestantyzmem we wszystkich jego formach (i z tego samego powodu jeszcze więcej subtelności będzie potrzebował Antychryst, aby oszukać ludzkość zaalarmowaną Bożym Oczyszczeniem, które ma nastąpić pomiędzy chwilą obecną a jego czasami).
Kiedy Arcybiskup Lefebvre umierał w 1991 roku, jedną z jego nadziei było to, że założone przez niego w 1970 roku Bractwo Kapłańskie będzie pracować nad subtelnymi błędami Soboru Watykańskiego II, aby je przeanalizować i zdemaskować. Jest to cenna praca służąca zbawieniu dusz, a jedna książka jest pod tym względem wyjątkowa: „Prometeusz, religia człowieka”, autorstwa ks. Alvaro Calderona, a przetłumaczona na język francuski i opublikowana w maju ubiegłego roku przez wydawnictwo Bractwa we Francji, dostępna pod adresem www.clovis-diffusion.com. Książka nie jest łatwą lekturą, ale jest godna polecenia ze względu na jej mistrzowskie rozprawienie się z Vaticanum II z pozycji filozofii tomistycznej.
Oto na przykład, w bardzo zwięzłej formie, pierwszy poważny błąd Soboru Watykańskiego II, obnażony przez ks. Calderona:
Człowiek musi być centrum religii, ponieważ jest, pośród wszystkich innych stworzeń materialnych, jedynym stworzeniem, które jest również duchowe. Dlatego przewyższa je wszystkie, jest głównym celem wszystkich z nich i jest głównym celem całego materialnego stworzenia, będąc jedynym stworzeniem stworzonym dla siebie, zaś wszystkie inne materialne stworzenia zostały stworzone tylko dla niego. Dlatego musi być w centrum każdej prawdziwej religii tego stworzenia.
Ale cały ten argument pomija Stwórcę. Jeśli zaczynamy od Boga, a nie od człowieka, to wiemy, że jedyną ostateczną przyczyną stworzenia człowieka musi być istota samego Boga, ponieważ jedynym możliwym przedmiotem Bożego pragnienia czegokolwiek jest Jego własna dobroć, ponieważ tylko ta nieskończona dobroć może wypełnić Jego nieskończone pragnienie. Każde stworzenie i wszystko, co Bóg dobrowolnie zdecyduje się stworzyć, może On uczynić tylko w i poprzez swoją wolę własnej niestworzonej Istoty.
Dlatego tylko On sam, a nie człowiek, może być ostatecznym celem stworzenia i tylko On może być w centrum prawdziwej religii tego stworzenia. Wszystkie argumenty zawarte w dokumentach Soboru Watykańskiego II, które próbują umieścić człowieka zamiast Boga w centrum stworzenia wokół nas, są chybione z uwagi na nieznajomość – świadomą lub nieświadomą, umyślną lub nieumyślną – największych skarbów filozofii i teologii Tradycji katolickiej. Tak więc jeden z ostatnich i najgorszych dokumentów Soboru Watykańskiego II, „Gaudium et spes”, jest, mówi ks. Calderon, przesiąknięty bardzo niewłaściwą współczesną filozofią personalizmu, według której osoba ludzka jest w centrum wszystkiego. Nie, nie jest. To Bóg jest w centrum wszystkiego.
Czy warto zamienić trzydziestoletnią lodówkę na trzyletnią? Zamienił stryjek… Szanowni Państwo! Czy warto zamienić trzydziestoletnią lodówkę na trzyletnią? Nigdy! Wręcz odwrotnie. Jeśli ta trzydziestoletnia nadal dzieła, to warta jest trzech nowych, które zaraz po upływie dwuletniej gwarancji nadają się wyłącznie do wyrzucenia. Rządy w Polsce mają się podobnie. „Postępowy elektorat” dopuścił się tego, przed czym przestrzegali już dawno konserwatyści. Zamienił stryjek siekierkę na kijek i teraz może nim sobie co najwyżej powywijać, bo takie narzędzie wystarczy nieudacznikom psującym, co popadnie. Państwo polskie w rozsypce spełnia rusko-pruskie oczekiwania. Pomawianie konserwatystów o „putynizm” jest kolejną bzdurą, ale Tusk do bzdur nas przyzwyczaił i nie robią już one większego wrażenia. Warto przypomnieć tu prawdziwy putynizm, kiedy to Tusk z Putinem porozumiewawczo, z ironicznym uśmieszkiem, zrobili sobie podwójnego „żółwika”, po zamachu smoleńskim. Obawiam się czegoś gorszego: próby wywołania wojny domowej i to nie takiej „na słowa”. Przygotowania do ataku na MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI ruszyły pełną parą. Scenariusz o „polskich faszystach – potomkach w prostej linii Mussoliniego” jest gotowy, a prowokatorzy ćwiczą walki uliczne, na co Trzaskowski grosza nie poskąpił.
Naszą bronią w tym pojedynku politycznym z folksdojczem mogą być aparaty fotograficzne. Jeżeli przybędziemy masowo uzbrojeni w niepozorne komórki i udokumentujemy każdą prowokację, to słońce Peru nie odważy się zaprosić wschodnich i zachodnich „przyjaciół”, żeby zrobili porządek z tymi „nieeuropejskimi” Polakami. Z pozdrowieniami Małgorzata Todd
Używając zróżnicowanych partii szczepionki (zawierających różnorakie dawki), byli w stanie prześledzić skutki uboczne – unikając 20 lat testów z podwójnie ślepą próbą
Podczas tzw. pandemii, przy okazji operacji szczepionkowej, miała miejsce zbieżność interesów ekonomicznych, politycznych i militarnych, mówi założyciel IppocrateOrg, Mauro Rango: „Zbieżność interesów, która oznacza, że aparat wojskowy był w stanie przetestować zasięg broni biologicznej, różnicując partie i obserwując, jakie skutki (dla ludzi) przyniosła zmodyfikowana partia”.
Podczas owego przedsięwzięcia można dostrzec „silny komponent władzy, który funkcjonuje na świecie, a mianowicie komponent zachodniego aparatu wojskowego”. Za pomocą takiego eksperymentu, udało mu się osiągnąć bardzo konkretny rezultat.
Korzyści dla zachodniego „komponentu” naukowego były ogromne. „Zamiast przeprowadzać wiele eksperymentów z podwójnie ślepą próbą na temat tego, co spowoduje u ludzi wstrzyknięcie mRNA i eksperymentować z różnymi dawkami tych prolin https://en.wikipedia.org/wiki/Proline, z różnymi stabilizacjami i tak dalej, co wymagałoby 20 lat badań, uzyskano te same wyniki w ciągu dwóch lat – różnicując partie. Tak więc, każda partia była rodzajem eksperymentu z bardzo precyzyjnie zdefiniowaną szczepionką i obserwowano, co się dzieje w przypadku jej zastosowania”.
Również drugi komponent, tj. ten finansowy, osiągnął ogromne zyski. „Wykonali naprawdę doskonałą robotę, nie wydali ani grosza na wyprodukowanie szczepionki (wszystko zostało sfinansowane pieniędzmi publicznymi), co więcej, bez żadnego ryzyka, ponieważ zmusili państwa do podpisania zwolnienia z odpowiedzialności za niepożądane skutki. Wiedzieli, że wystąpią negatywne skutki, lecz w przypadku tej operacji wszystko stało się zyskiem.”
Nie zabrakło również profitów politycznych. „Pewien element polityczny chciał obserwować reakcje społeczne jednostek na pewne choroby i na strach, na przepisy, które zamykały ludzi w domach. Chcieli zobaczyć, jakie będą reakcje; również na tym polu uzyskali wiele danych zwrotnych z punktu widzenia badań społecznych nad gatunkiem ludzkim na planecie Ziemi”.
Zachód spłodził potwora. Stworzył go z mułu, jakim był mierny komik telewizyjny; uzbroił go i popchnął do podjęcia wszelkich działań, aby wciągnąć Rosję w wojnę w obronie bombardowanych i zagrożonych masakrą populacji rosyjskojęzycznych. Dziś ma przed sobą nikczemnego kurdupla – który w poprzednim życiu zasłynął z pokazywania swojego fiuta – usiłującego wepchnąć Europę w holokaust nuklearny.
Nie ma wątpliwości, że najnowszy rozpaczliwy pomysł mówiący o możliwości użycia bomby atomowej przez reżim w Kijowie nie jest jego autorstwa, ale pochodzi od tej części oligarchii, która przeczuwa, że zasoby rolne i kopalne, w które już zainwestowała lub które zamierza kupić za grosze, zostaną jej odebrane. Owi zbrodniarze mają nadzieję, że uda im się przestraszyć Rosję lub zmusić idiotów kierujących NATO do uderzenia wyprzedzającego.
Oczywiście blefują, ale w tym przypadku można mówić o zamknięciu cyklu. To nie pierwszy raz, kiedy ten głupkowaty, mały despota ucieka się do szantażu nuklearnego: zrobił to już wcześniej, tj. podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa – 19 lutego 2022 roku – przy aplauzie zachodniego establishmentu politycznego, co było jednym z powodów rosyjskiej interwencji wojskowej zaledwie pięć dni później. A teraz, gdy wojna jest przegrana, a urojony plan zwycięstwa Zełenskiego nie wywołał entuzjastycznych reakcji sponsorów – którzy popchnęli go do walki do ostatniego Ukraińca – oto powraca pogróżka nuklearna.
Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie ocenić, czy Ukraina jest w stanie spełnić te groźby, ponieważ choć prawdą jest, że w czasach sowieckich była ona ważnym miejscem rozwoju i produkcji broni jądrowej, to minęło już ponad trzydzieści lat i znaczna część tej wiedzy uległa rozproszeniu. Oczywiście nadal działają elektrownie jądrowe, a więc można znaleźć materiał rozszczepialny do wzbogacenia lub pluton do oczyszczenia, ale jest wysoce prawdopodobne, że produkcja ładunku jądrowego „w ciągu kilku tygodni” lub też w ciągu kilku miesięcy – jak powiedział duce z Kijowa – nie mogłaby się odbyć bez zdecydowanej pomocy ze strony NATO. Z drugiej strony, co może zrobić Zelensky jak nie podwyższyć poprzeczkę groźby, by zmusić swoich lalkarzy do bezpośredniego przystąpienia do wojny?
Dla ukraińskiego oszusta i jego skorumpowanego reżimu – zabawa dobiega końca: kraj został zniszczony a liczba zabitych żołnierzy prawdopodobnie przekroczyła milion (tak, czy inaczej, jest to nie mniej niż 600 tysięcy osób) – wyłącznie w wyniku wojny proxy, której chciała kierowana przez USA oś NATO, w ramach swojej obłąkanej próby pokonania w jakiś sposób Rosji. Zełenski i jego klika zaakceptowali masakrę i wzbogacili się na wojennych szwindlach.
Konflikt, o którym mowa nigdy nie powinien był się wydarzyć. Pod koniec roku 2021,Rosja zaoferowała kompleksowy zestaw propozycji, które miały rozwiać jej długoterminowe obawy o bezpieczeństwo związane z ekspansją NATO i nieustannym wspieraniem na Ukrainie neonazistowskiego frontu (czyli u granic Rosji), którego głównym celem był pogrom ludności rosyjskojęzycznej. Rozsądna próba dyplomacji ze strony Moskwy została odrzucona w przekonaniu, że strategiczna porażka militarna przeciwko Rosji może zostać osiągnięta.
Na obecnym etapie, w obliczu przegranej wojny, USA i ich wspólnicy z NATO nie mają innego wyjścia, jak tylko uznać porażkę swoich kryminalnych machinacji, akceptując uzasadnione żądania bezpieczeństwa Rosji na jej warunkach. Problem polega na tym, że zachodnie elity polityczne są tak głęboko pogrążone w arogancji i ideologiczno-rasowej wrogości wobec Rosji, że trudno sobie wyobrazić, żeby były w stanie opamiętać się i rozpocząć prawdziwe negocjacje pokojowe.
Właśnie dlategoobskurna klika w Kijowie czuje się uprawniona do wypróbowania każdej drogi prowadzącej do zaangażowania USA i Europy w bezpośredni konflikt.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 20 października 2024 michalkiewicz
Wprawdzie nadal obowiązuje rozkaz, że Ukraina musi odnieść ostateczne zwycięstwo nad Rosją, ale na razie sytuacja się komplikuje. Oto czytamy, że „Rosja wyparła Ukrainę w Afryce”, a jednocześnie – że zajęła kilka kolejnych punktów w obwodzie donieckim – ale za to – jak zapewnia prezydent Zełeński – w obwodzie kurskim Ukraina „trzyma linię”. Prezydent Zełeński podczas szczytu w Chorwacji zademonstrował kolejną, bodaj już dziewiątą „koncepcję” ostatecznego zwycięstwa, co stopniowo upodabnia go do Kukuńka, któremu „koncepcje” lęgną się w głowie na podobieństwo królików – ale z drugiej strony, „dopiero wkrótce” przedstawi Ukraińcom rozwiązanie, które wcześniej przedstawił tylko trójce swoich rzeczywistych i potencjalnych mocodawców: prezydentowi Józiowi Bidenowi, pani Kamali Harris i Donaldowi Trumpowi. Skoro nawet Ukraińcy są utrzymywani w nieświadomości, to cóż dopiero my, którzy – jak cała Polska – jesteśmy tylko „sługami narodu ukraińskiego”?
Ale w tych ciemnościach pojawiło się światełko w postaci deklaracji naszej Jabłoneczki, czyli małżonki Księcia-Małżonka, to znaczy – pani Anny Applebaum. Ogłosiła ona, że wie, w jaki sposób zapewnić Ukrainie ostateczne zwycięstwo. Skoro pani Anna tak twierdzi, to oczywiście nie wypada zaprzeczać, tylko rozebrać sobie z uwagą, co to mogą być za sposoby. Wydaje się, że pierwszym krokiem w kierunku ostatecznego zwycięstwa Ukrainy byłoby wysunięcie kandydatury Księcia-Małżonka na prezydenta Polski w przyszłorocznych wyborach. Wprawdzie obóz zdrady i zaprzaństwa jeszcze się oficjalnie w tej sprawie nie wypowiedział, ale sam Książę-Małżonek ujawnił, że wypowie się po ujawnieniu kandydata wystawionego przez Polską Zjednoczoną Partię… – to znaczy – Prawo i Sprawiedliwość, które ostatnio, na kolejnym zjeździe, zlało się z Suwerenną Polską. Otóż – jak powiedział pan Mariusz Błaszczak – PiS ujawni swego kandydata 11 listopada – zaraz po tym, jak się wyjaśni, kto wygrał wybory prezydenckie w Ameryce. Wtedy również obóz zdrady i zaprzaństwa będzie lepiej wiedział, na czym stoi i ujawni swojego faworyta. Na razie, według fałszywych pogłosek, kandydatów jest trzech: Donald Tusk, Rafał Trzaskowski i Książę-Małżonek.
Donald Tusk ostatnio postanowił przelicytować Jarosława Kaczyńskiego w radykalizmie i ogłosił, że „zawiesi” prawo azylu dla imigrantów, a w ogóle, to nie przyjmie ani jednego. Ta deklaracja wywołała zdziwienie w obozie zdrady i zaprzaństwa, bo Donald Tusk, jak się wydaje, nie konsultował tego pomysłu nie tylko z koalicjantami, ale nawet ze ścisłym kierownictwem Volksdeutsche Partei. Toteż zaraz pojawiły sie głosy krytyczne, między innymi ze strony Wielce Czcigodnej Anny Marii Żydowskiej, to jest – pardon – oczywiście Żukowskiej – że „praw człowieka” nie można „zawiesić” i w ogóle. Ale myślę, że Donald Tusk ani przez chwilę nie traktował swego pomysłu poważnie, bo nie minęły trzy dni, kiedy Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen natarła mu uszu oświadczając, że w tych sprawach – jak zresztą we wszystkich innych – Polska musi słuchać Komisji Europejskiej. Od razu wszystko się wyjaśniło – że Donald Tusk nie miał najmniejszego zamiaru „zawieszać” prawa azylu, a tylko zamarkować zarówno swoim wyznawcom, jak i wyznawcom Jarosława Kaczyńskiego, że oto dobrze chciał, ale Niemcy mu nie pozwolili. – ”Niemcy mnie biją! – krzyczał w samolocie Jan Maria Rokita, z którego doświadczeń Donald Tusk najwyraźniej zapragnął skorzystać w swojej kampanii prezydenckiej.
Ale nie tylko Donald Tusk się do tej kampanii przymierza, bo drugim pretendentem jest Rafał Trzaskowski. Co z nim będzie – trudno powiedzieć, bo wprawdzie przed kilkoma laty rozmawiał w Ameryce z tamtejszymi ważnymi Żydami: Ronaldem Lauderem i młodym grandziarzem Sorosem – ale w międzyczasie zaktywizowała się Jabłoneczka, a za nią – również Książę-Małżonek. Toteż pan Rafał mógł w tej sytuacji otrzymać wiadomość treści następującej: wiecie, rozumiecie Czaskowski; wy lepiej nie kandydujcie na tego całego prezydenta, bo wy jesteście głupi goj. Lepiej, żeby na prezydenta kandydował Książę-Małżonek. – No dobrze, ale przecież Książę-Małżonek to też głupi goj – mógł na takie dictum odpowiedzieć pan Rafał. – On tak – usłyszałby w odpowiedzi – ale on jest małżonkiem Jabłoneczki, a wy? Wasza żona nie ma żadnych porządnych korzeni, więc z czym do gościa? A jak będzie Książę-Małżonek, to utrwali się nowa, świecka tradycja.
Więc trzecim pretendentem z ramienia obozu zdrady i zaprzaństwa jest właśnie Książę-Małżonek. I ta okoliczność rzuca snop światła na zagadkę ostatecznego zwycięstwa Ukrainy, o którym Jabłoneczka enigmatycznie wspominała. Gwoli osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa trzeba chwycić za rogi byka, czyli zimnego ruskiego czekisty Putina. A któż zrobi to lepiej, niż Książę-Małżonek? Tylko on może porazić go srogą miną, na widok której zimny czekista się zacuka, zawstydzi i bez wystrzału odda Ukrainie nie tylko anektowane obwody, ale i prastary Krym. Co prawda, za poprzedniej kadencji Donalda Tuska Książę-Małżonek też próbował skonfundować zimnego ruskiego czekistę groźnymi minami, ale bez powodzenia, bo chociaż coraz bardziej się nasrażał, to zimnemu ruskiemu czekiście nawet brew nie drgnęła. Ale co Księciu-Małżonku szkodzi spróbować jeszcze raz? Może tym razem na Putinie któraś sroga mina zrobi wrażenie jeszcze większe, niż na Jabłoneczce tajne bronie ukraińskich inżynierów? Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – nic innego zimnemu ruskiemu czekiście zrobić nie możemy – oczywiście poza groźnym kiwaniem palcem w bucie.
Tymczasem w Sejmie zebrała się po przewodnictwem krwiożerczej pani Sroki komisja śledcza do spraw złowrogiego Pegasusa, żeby przesłuchać byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę. Zirytowany szyderstwami byłego ministra Bartłomieja Sienkiewicza jakoby leżał w szpitalu jako symulant, Zbigniew Ziobro nie tyle może sobie wypruł, co pokazał opinii publicznej swoje wnętrzności. Przypomina mi to scenę z czasów praktyki studenckiej w lubelskim niezawisłym sądzie, kiedy to adwokat zaczął sobie dworować z opowieści swojego przeciwnika, że ten musiał usunąć sobie jedno płuco. Dotknięty do żywego podsądny błyskawicznie zdjął marynarkę i koszulę, a demonstrując bliznę po wyharatanym płucu krzyknął do pobladłego nagle szydercy: „patrz, ty łgarzu!” Tymczasem słychać, że krwiożercza pani Sroka, którą Donald Tusk musiał chyba obsztorcować za pobłażliwość, planuje sprowadzić Zbigniewa Ziobro na przesłuchanie razem ze szpitalnym łożem boleści. Ciekawe, czy w tej sytuacji pan Ziobro wykorzysta patent pana mecenasa Giertycha i nie tylko zemdleje, ale nawet wystawi w kierunku pani Sroki cztery litery, żeby mu do nich przemawiała? Jak pamiętamy, panu mecenasu Giertychu ten trick bardzo pomógł i teraz nie tylko resortowa Stokrotka uważa go za autorytet moralny, prawie na równi z panem generałem Dukaczewskim, ale w dodatku pan mecenas kompletuje sobie zespół „sygnalistów” na miejsce Młodzieży Wszechpolskiej. Jakby tego było za mało, do Polski wrócił ze złowrogich Węgier pan Marcin Romanowski, deklarując, że skoro dostał wezwanie z Prokuratury Krajowej, to się tam zgłosi. No dobrze – ale do której Prokuratury? Co będzie, jak oleje faworyta pana ministra Bodnara, pana Dariusza Korneluka, tylko praworządnie zgłosi się do pana Dariusza Barskiego, który jego sprawę umorzy?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Niestety, prócz wielu trafnych i ważnych rzeczy, które powiedzieli Anna Wiejak i prowadzący, Tomasz Sztreker znalazły się rzeczy zaskakująco błędne. Czy wynikało to z jakiegoś rodzaju konformizmu czy może również z programowania umysłów, nie wiem.
Anna Wiejak powiedziała, że „wyjście z UE nic nam nie da”, a Tomasz Sztreker zaliczył Patryka Jaki i Mateusza Morawieckiego do grona polityków prawicy. Wbrew niektórym opiniom nie są to wcale rzeczy banalne. Sprawa dominacji Unii Anty-Europejskiej jest jedną z kluczowych. Spójrzmy na następującą analogię: trudno byłoby uznać twierdzenie, a taki pogląd przeważał przed 1989 rokiem, że uwolnienie spod dominacji ZSRR nic nam nie da, a przede wszystkim jest to niemożliwe. W rzeczywistości nie dało nam wiele, ale wynikło to głównie z powodu wrogiego przejęcia Polski przez Mordor zachodni, który się dokonał przy bierności polskiego społeczeństwa.
To co na pewno warto powtórzyć za Anną Wiejak to dwa cytaty
Żaden ideolog nie miałby racji bytu, gdyby wszyscy obywatele patrzyli na rzeczywistości (…) w kluczu klasycznego rozumienia prawdy.
Gdyby komunizm przeszedł do nas z zachodu nie zostałby rozpoznany / kard. Stefan Wyszyński, prymas Polski/
I tak się właśnie stało po 1989 roku, a stan ten trwa do dziś z powodu przegranej wojny o polskie umysły – wojny kognitywnej.
Cel wojny kognitywnej
Celem wojny kognitywnej jest skuteczne zaprogramowanie umysłów. Umożliwia ono obezwładnienie mentalne mieszkańców, ich demoralizację i ogłupienie, a tym samym pozyskanie do praktycznej kolaboracji maksymalnie dużej liczby osób – zaangażowanych bezmyślnie po stronie wroga albo wprowadzenie najbardziej opornych w stan zwątpienia i inercji.
Warto pamiętać: z ludźmi zdemoralizowanymi i ogłupionymi można zrobić wszystko.
Propaganda nazywana narracją czyli kłamstwo i brednia jako fundament Symulakrum
Stworzenie Symulakrum czyli upozorowanej, fikcyjnej rzeczywistości – tak samo jak za pierwszej komuny, to malowanie na zielono lub czerwono – trawy, walka z „zaplutymi karłami reakcji” lub walka z emisją CO2. Tak wykreowany obraz świata jest prawdziwy tylko w jednym aspekcie – złych skutków, ale i te są cenzurowane lub przedstawiane jako sukces i postęp.
Agentura czy systemowe pionki?
Dobrym, pierwszym z brzegu przykładem narzucenia narracji – identyfikacji z kłamstwem i brednią jest stwierdzenie, że powinniśmy pomagać banderowskiej Ukrainie, bo wojna proxy toczona przez USA z Rosją jest „naszą wojną”.
Jednak nie wszyscy są aż tak głupi. Jak jest na przykład w przypadku posła Wiplera? Czy mamy do czynienia z ogłupieniem czy raczej z przystosowaniem do „mądrości etapu”, która obowiązuje agenturę lub systemowe pionki?
Poseł Wipler 10 lat temu o nie naszej wojnie. Dziś mówi zupełnie odwrotnie.
Trudno też posądzać o głupotę posła Bosaka, który w przeszłości mówił o ideowej prawicy w kontrze do prawicy udawanej (PiS), a dziś bierze udział w „prawicowej” debacie z osobnikiem Morawieckim pod moderacją twórcy POPiS, reżysera „wojny na górze” Jana Rokity (PO), którego wprowadzenie do „dyskusji” było przesycone fałszywymi diagnozami i definicjami. Czyżby tworzono grunt pod koalicję KOPiS?
Nosił Rokita razy kilka…
‘Czerwiec 1992 roku. Rokita „niesie” w wilczy sposób, a właściwie „wynosi” z sejmowej sali premiera Olszewskiego. Olszewski nie broni się, jest mu smutno, że tylu „porządnych ludzi” bierze stronę komunistycznych przestępców i ich kapusiów.
Rok 2006. Pierwszy zorganizowany w Warszawie przez PO „marsz nienawiści” nazwany dla zmylenia przeciwnika „błękitnym”. Jan Rokita kroczy w „chórze aniołów” i odżegnuje się od nienawiści. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. W tłumie wizerunki Lecha Kaczyńskiego z zaciśniętym sznurkiem wokół szyi sugerującym powieszenie. Była to uroczysta inauguracja czasu Pogardy – początek sezonu szczucia. Zaszczuci na śmierć w medialnym Koloseum giną ostatecznie pod Smoleńskiem. Z nienawiści do Lecha Kaczyńskiego delegacja smoleńska zamiast trzech samolotów otrzymuje jeden. Polscy generałowie nie otrzymawszy swojego środka transportu i oddzielnej ochrony, polecieli na śmierć’.
Satanizm polityczny
Satanizm polityczny polega na przedstawieniu satanizmu w formie utopijnej ideologii, której wprowadzenie w życie wymaga całkowitego wyrzeczenia się Boga i zniszczenia zbudowanej na tym gruncie cywilizacji łacińskiej. Ludzkość została podzielona na kilka grup. Jednych wabi się fałszywą religią, innych zachęca wprost do prześladowania, a nawet mordowania katolików. W obowiązkowym parytecie są również wiedźmy charczące o “wyżeraniu ciąży”.
Wyznawcy satanizmu politycznego wykorzystują partyjne koszule jako kamuflaż i chowają się za udawanymi różnicami ideologicznymi, aby nie ujawnić uniwersalności swojego projektu. Satanizm polityczny ma ideologię, filozofię, status polityczny i roszczenia polityczne. To nowa kategoria polityczna. /link/
Czy jest rzeczywiście nową kategorią polityczną? Moim zdaniem, nie. Polega on na odwiecznym przekręcaniu, na nazywaniu prawdy: kłamstwem, mową nienawiści, antysemityzmem. Jest nazwaniem kłamstwa-prawdą, zła-dobrem lub dobra-złem, a rzeczy plugawych- ładnymi.
Dla polskich katolików diabeł wymyślił PiS
Niekwestionowany sukces satanistów w wojnie kognitywnej oznacza brak rozumienia wielu podstawowych pojęć, w tym słowa „satanizm” lub brak kojarzenia go z desygnatem.
Ostatnia kwestia to wyjaśnienie w sprawie grafiki. Postanowiłem zamiast twarzy współczesnych politycznych satanistów wkleić coś bardziej „pozytywnego”.
Współczesny świat nie patrzy przychylnie na klasy wyższe. Przeciwnie, są one postrzegane jako nieprzystające do dzisiejszych czasów. Jednak równość to utopia. W rzeczywistości nie wybieramy między równością a nierównością, lecz między elitami prawdziwymi a fałszywymi.
Społeczeństwa cywilizacji zachodniej (i nie tylko) od starożytności opierały się na przywództwie warstw wyższych. Czy mowa o starożytnym Rzymie, średniowiecznych monarchiach organicznych czy oświeconym feudalizmie, społecznościami zarządzały elity. W obecnej, demokratycznej epoce władza klas wyższych jest bardziej ukryta, ale jest równie, a nawet bardziej realna niż dawniej.
Hiszpański filozof José Ortega y Gasset w książce „Bunt mas” rozważał rolę wyższych warstw w społeczeństwie:
„(…) elita, w przeciwieństwie do mas, nie jest biernym, mechanicznym tworem, lecz dynamiczną rzeczywistością, która wyłania się dzięki twórczej sile jednostek. To nie kwestia urodzenia, lecz zasługi. Elity budują cywilizację, kulturę i wartości, które transcendują ich indywidualną egzystencję, przekształcając je w dobro wspólne”.
Socjolog podkreślił również, że „w rzeczywistości społeczeństwo jest zawsze rządzone przez elity – jedyną różnicą jest to, czy są to elity prawdziwe, zasłużone i twórcze, czy też przypadkowe, bierne i zdegenerowane”.
Tradycyjne elity i służba publiczna
Elity „prawdziwe, zasłużone i twórcze” to te tradycyjne, można powiedzieć – naturalne. Ich etos opiera się na służbie społeczności. Bazuje między innymi na słowach Chrystusa: „największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony” [Mt 23].
Zatem wbrew komunistycznym podręcznikom do historii, tradycyjne elity w zdrowej formie nie były grupą wyzyskiwaczy. Z ich przywilejami korespondowały obowiązki, takie jak obrona kraju, zarządzanie dobrami oraz troska o wspólnotę lokalną – zadania często uciążliwe i niebezpieczne.
W tradycyjnych społecznościach to warstwy wyższe musiały podejmować ryzyko bólu, śmierci i niewygód związanych ze służbą wojskową. W czasach pokoju działalność wojskową zastępował duch służby publicznej. Jeszcze w przedwojennej Polsce normą było poświęcenie się dla dobra ojczyzny, co niekiedy wiązało się z dobrowolnym celibatem czy innymi wyrzeczeniami.
W dawnej Rzeczypospolitej jednym z przykładów służby publicznej elit był Wielki Kanclerz Koronny Andrzej Zamoyski – autor „Zbioru praw sądowych”. To jeden z głównych reformatorów przedrozbiorowej Polski; starał się doskonalić prawo oraz administrację, m.in. poprzez swoje dzieło „Zbiór praw sądowych”.
Istotną rolę społeczną pełniły także damy – arystokratki poświęcające się szerzeniu kultury. I tak na przykład w XVIII wieku taką postacią była Elżbieta Sieniawska – arystokratka i mecenas sztuki. Hojnie wspomagała odbudowę pałaców, wspierała artystów i inne osobistości kultury. Z kolei Izabela Czartoryska, żona Adama Kazimierza Czartoryskiego, umacniała swoją działalnością tożsamość narodową podczas zaborów. Określana mianem matki kultury narodowej, organizowała w puławskim pałacu spotkania służące właśnie rozwijaniu rodzimej kultury.
Tradycyjne, naturalne elity dążyły również do intelektualnej i kulturowej doskonałości. Jej zewnętrznym przejawem były dobre maniery, stanowiące wyraz piękna i ogłady. Tak zrodził się brytyjski etos gentlemana czy też kodeks dobrych manier – savoir-vivre, będący zewnętrzną manifestacją etosu służby publicznej i troski o dobro wspólne.
Myślenie długofalowe
Kolejną cechą charakterystyczną tradycyjnych elit było myślenie w kategoriach długoterminowych. Członek tradycyjnego rodu postrzegał siebie jako część większej całości i myślał o trwałym dobru rodziny. „Jego pradziad dostrzegał go z daleka wśród mgieł, gdy pracował, robił oszczędności i zachowywał tradycje. Z drugiej strony, on teraz patrzy w tym samym kierunku, do przodu: myśli, zamierza i buduje dla prawnuka, dla tych, którzy są jeszcze gdzieś daleko, na linii horyzontu” – pisał w XIX wieku ksiądz Henri Delassus w książce „Duch rodzinny w domu, społeczeństwie i państwie”.
Używając terminologii ekonomicznej, przedstawiciele tradycyjnych elit cechują się niską preferencją czasową. Potrafią myśleć o przyszłości, dbać o majątek rodzinny i przekazywać tradycje. Wraz z własnością przekazują także rodzinne wartości, obejmujące specyficzny dla danej rodziny rodzaj służby patriotycznej czy religijnej.
Przekazywanie talentów i profesji
Rodzinne tradycje to często także talenty i zawody. Mogą to być wielopokoleniowe przedsiębiorstwa lub przekazywane z generacji na generację zawody i umiejętności. Doskonałym przykładem są wybitni muzycy, często synowie muzycznych rodów. Ich osiągnięcia były owocem genów i wychowania w tradycyjnie muzycznych rodzinach. Jeden z największych geniuszy muzycznych wszech czasów Jan Sebastian Bach pochodził z rodziny zajmującej się muzyką od pokoleń. Jego ojciec, Johann Ambrosius Bach, był muzykiem, kompozytorem oraz nauczycielem muzyki. Przodkowie Bacha pełnili funkcje organistów, kapelmistrzów oraz kompozytorów.
Również Johann Strauss pochodził z rodziny muzycznej – jego ojciec o tym samym imieniu zajmował się komponowaniem. To samo należy powiedzieć o Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie. Ojciec kompozytora, Leopold, był cenionym nauczycielem muzyki, który poświęcił się między innymi kształceniu syna. To tylko kilka przykładów przekazywania profesji z pokolenia na pokolenie.
Elity fałszywe
Współczesne elity lub raczej pseudoelity kierują się całkowicie odmiennymi „wartościami”. Uprzywilejowana pozycja w społeczeństwie służy im jedynie do realizacji ich własnych interesów. Etos służby społeczeństwu to dla nich pojęcie zupełnie obce, a zamiast wspierać dobro wspólne, chętnie korzystają z zasobów państwa.
Elity demokratyczno-oligarchiczne ukrywają przed społeczeństwem istnienie hierarchii. Głosząc hasła równościowe i starając się w blasku fleszy upodobnić do mas, zabiegają o ich przychylność, a jednocześnie żyją w luksusie. Wszystko to dzieje się jednak za zamkniętymi drzwiami.
Fałszywe elity nie są związane z żadną wspólnotą – ani lokalną, ani narodową, ani religijną. Oderwane od swoich korzeni, nie dbają o dobro wspólne. Etos rycerski całkowicie zamarł, a etos gentlemana istnieje jedynie na pokaz. Za zamkniętymi drzwiami zdegenerowane, demokratyczno-oligarchiczne elity dają upust chamstwu, posługują się rynsztokowym językiem, który przychodzi im z naturalną łatwością, czego dowodzą choćby powszechnie znane ujawnione nagrania z podsłuchów w restauracji „Sowa&Przyjaciele”.
Przykłady nadużyć pseudoelit
Przykładów degeneracji fałszywych, współczesnych elit jest aż nadto. Kryzys finansowy z 2008 roku pokazał chciwość oligarchów na publiczne pieniądze. Banki inwestycyjne, które swoją nieodpowiedzialną polityką wywołały kryzys na rynku nieruchomości, otrzymały rządową pomoc (bailouty), podczas gdy miliony ludzi straciły domy i oszczędności.
Również korporacje – elity biznesu – często kierują się wyłącznie dobrem własnym, a nie publicznym. Na przykład podczas pandemii COVID-19 Pfizer wykorzystywał swoją przewagę rynkową, wymuszając na rządach skrajnie niekorzystne warunki. Z kolei Johnson&Johnson produkował puder zawierający rakotwórczy składnik, który doprowadził do rozwoju raka jajnika u wielu kobiet. W 2018 roku ujawniono, że firma już od lat 70. XX wieku wiedziała o problemie, lecz skrzętnie ukrywała ten fakt przed opinią publiczną.
W Polsce takich przypadków działania przez pseudoelity na szkodę dobra publicznego jest też wiele. Chociażby afera reprywatyzacyjna w Warszawie, gdzie urzędnicy, prawnicy i biznesmeni przejmowali nieruchomości na podstawie fałszywych dokumentów. Albo afera z 2009 roku, która pokazała współpracę polityków z branżą hazardową. Klasycznym przykładem (jednym z wielu) zawłaszczania dobra publicznego dla prywatnych korzyści może być działalność marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który wykorzystywał rządowy samolot do celów prywatnych – dla siebie i rodziny.
Współczesne demo-oligarchiczne elity charakteryzuje zatem dążenie do osiągnięcia jak największych własnych korzyści kosztem dobra publicznego. To zupełne przeciwieństwo ideału tradycyjnych, naturalnych elit, które kierowały się etosem służby.
Fałszywe elity są pozbawione ducha służby publicznej, a kierują się wyłącznie powierzchownym egoizmem. Nie myślą w kategoriach długofalowych. Jako politycy dążą wyłącznie do zwycięstwa w najbliższych wyborach, jako biznesmeni – do szybkiego zysku. Jako głowy rodzin chcą wprawdzie „ustawić” swoje dzieci, lecz trudno tu mówić o przekazywaniu jakichś wyższych wartości. Tym bardziej że nowoczesne fałszywe ,,elity” to często chodzący w garniturach od Armaniego nuworysze, którym i tak wystaje słoma z butów.
Remedium – odtworzenie naturalnej arystokracji
Mamy więc do wyboru rządy naturalnych elit lub elit zdegenerowanych. Wszak podziału na elity i lud nie da się wyeliminować. I nic w tym złego. „Ludzie, ogólnie rzecz biorąc, potrzebują zarządzania” – pisze Roger Scruton w artykule „W obronie elitaryzmu”, opublikowanym pierwotnie na łamach portalu Future Symphony Institute.
Nierówność społeczna jest czymś naturalnym. Ludzie różnią się pod względem siły fizycznej, zdolności umysłowych i uposażenia genetycznego. Nawet w małych grupach wyłania się hierarchia oparta na charyzmie i umiejętnościach. Potwierdza to zasada Pareto, zgodnie z którą 20 procent ludzi kontroluje 80 procent zasobów (niekiedy te proporcje są znacznie bardziej nierówne).
Egalitaryzm jest więc jedynie fasadą dla rządów pseudoelit. Aby je obalić, trzeba powrócić do naturalnego ładu, na którego szczycie znajdą się prawdziwe elity – dbające o dobro wspólne, myślące długoterminowo i przekazujące tradycyjne wartości oraz majątek z pokolenia na pokolenie. Współczesny świat, mimo wszystko, pozwala na odtworzenie takiej warstwy. Tego zadania mogliby podjąć się zwłaszcza (choć nie tylko) młodzi ludzie, myślący o założeniu rodziny, studiujący, rozważający wybór drogi zawodowej. Czy jednak znajdą się wśród nich tacy śmiałkowie?
Miliony dolarów na promocję „polityki różnorodności, równościowości i inkluzji” oraz „sprawiedliwości środowiskowej” – tyle wydała Amerykańska Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA). Zabrakło natomiast na wynagrodzenia dla fachowców i programy kosmiczne.
Od 2020 roku tzw. polityka DEI, wyrażając się w trzech słowach: różnorodność, równościowość i inkluzja, toczy amerykańskie korporacje. Teraz okazuje się, że NASA wydała na promowanie tych idei około 10 mln dolarów.
Mimo że NASA otrzymała mniej miliardów dolarów niż potrzebne było na realizację bieżących przedsięwzięć, to nie okrojono „równościowego” budżetu. Zwolniono natomiast setki fachowców, zajmujących się misjami na Marsa – zapewne w ramach „inkluzji”. Według „Washington Post”, zabrakło także środków na utrzymanie teleskopu kosmicznego. Realizowane są za to m.in. programy „sprawiedliwości środowiskowej”.
„Ruch na rzecz sprawiedliwości środowiskowej koncentruje się na zapewnieniu społecznościom równej ochrony przed naturalnymi i wywołanymi przez człowieka zagrożeniami środowiskowymi. Uosabia zasadę, że wszystkie społeczności powinny być wysłuchane i reprezentowane w procesie podejmowania decyzji” – twierdzi NASA, która aktywnie promuje tę gałąź ideologiczną, choćby przez rozdawanie wielu grantów dla uniwersytetów, by badały właśnie „sprawiedliwość środowiskową” na obszarach miejskich, czy w punktach o dużej koncentracji mniejszości rasowych.
Wśród beneficjentów znalazł się Columbia University, który otrzymał grant w wysokości 150 tys. dolarów na połączenie „obserwacji Ziemi i danych społeczno-ekonomicznych”. Miało to umożliwić studentom pracę na rzecz „sprawiedliwości środowiskowej” w Nowym Jorku.
Z kolei 250 tys. dolarów trafiło na uniwersytet w Los Angeles. Wszystko w ramach programu NASA Predictive Environmental Analytics and Community Engagement for Equality and Environmental Justice (PEACE). Według Agencji „osoby kolorowe często są bardziej narażone z powodu zanieczyszczenia powietrza”. Z tego względu miasto dostało pieniądze za dostarczanie danych o zanieczyszczeniach z uwzględnieniem podziału społeczności, różnic kulturowych itp.
Z dokumentów federalnych wynika, że od 2022 roku na projekty „sprawiedliwości środowiskowej” przeznaczono przeszło 5 mln dolarów. W lutym 2024 roku zwolniono około 530 osób, a także zerwano współpracę z 40 kontrahentami pracującymi w Jet Propulsion Laboratory. W tym samym czasie NASA wypłacała miliony na realizację środowiskowych grantów.
Jednym z kanałów, którymi NASA wyrzucała pieniądze w błoto, był Southwestern Universities Research Association, który miał przygotować materiały heliofizyczne agencji tak, aby były „bardziej istotne i otwarte dla społeczności latynoskich i rdzennych Amerykanów”.
Polityka DEI obejmuje szeroki zakres praktyk wykorzystywanych przez rozmaite korporacje i agencje rządowe. Mają one na celu uprzywilejowanie grup dotychczas „uciskanych” i „ciemiężonych” – kosztem pozostałych obywateli. Chodzi m.in. o grupy wyróżnione ze względu na „orientację seksualną”, „tożsamość płciową”, rasę itd.
Zgodnie z polityką administracji Bidena i Harris aż 40 proc. beneficjentów federalnych programów klimatycznych i środowiskowych miało pochodzić ze „społeczności niedostatecznie obsługiwanych”.
Zmiana czasu jest zakłóceniem funkcjonowania naszego zegara biologicznego poprzez manipulację dostępnością światła – zwraca uwagę psycholog zdrowia prof. Marta Jackowska z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Tymczasem reguluje on funkcje naszego organizmu, np. sen, trawienie, a nawet nastrój.
Za tydzień, w nocy z 26 na 27 października zmienimy czas z letniego na zimowy. Oznacza to, że wcześniej będzie zapadać zmrok. W efekcie zimą wiele osób budzi się po ciemku i po ciemku wraca z pracy, a kiedy dostępne jest światło dzienne, przebywa w biurze. Z kolei przy marcowej zmianie czasu na letni bolesne bywa ponowne przyzwyczajanie się do wcześniejszego wstawania rano – przypomniała uczelnia w komunikacie.
–Funkcje naszego organizmu, takie jak sen, czuwanie, trawienie, temperatura ciała czy nawet nastrój, są regulowane przez nasz zegar biologiczny. Jego funkcjonowanie jest ściśle powiązane z dostępnością światła lub jego brakiem, czyli ciemnością. Zmiana czasu jest więc niczym innym jak zakłóceniem funkcjonowania naszego zegara biologicznego poprzez manipulację dostępnością światła – uważa prof. Marta Jackowska z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, cytowana w komunikacie.
Najłatwiej zaobserwować takie skutki, jak niewyspanie i zły nastrój. Są najbardziej odczuwalne po zmianie czasu z zimowego na letni w marcu. Dość szybko mijają, gdy organizm przyzwyczai się do nowego trybu. Są jednak skutki znacznie groźniejsze, dlatego po zmianie czasu zalecana jest szczególna ostrożność – wskazano w komunikacie.
– Badania naukowe pokazują większe ryzyko śmiertelnego wypadku samochodowego podczas nocy ze zmianą czasu zarówno jesienią, jak i wiosną oraz większe ryzyko wypadków w pracy i zawałów serca bezpośrednio po zmianie czasu z zimowego na letni – przypomniała prof. Jackowska.
Ludzki organizm zdecydowanie gorzej znosi i dłużej się adaptuje do zmiany czasu z zimowego na letni, co potwierdzają właśnie statystyki dotyczące wypadków i zawałów. Jak napisano w komunikacie, jesteśmy też wtedy jeszcze bardziej niewyspani niż zwykle. Większość ludzi potrzebuje maksymalnie około dwóch tygodni, aby ich organizm dostosował się do zmiany czasu.
– Co ciekawe, jedno z niewielu badań na ten temat pokazało, że zmiana czasu najbardziej niekorzystnie wpływa zarówno na osoby z bardzo wczesnym chronotypem (tzw. skowronki), jak i z bardzo późnym (tzw. sowy). Szczególnie źle reagujemy na zmianę czasu z zimowego na letni, kiedy tracimy godzinę snu. Są ponadto dowody sugerujące, że zegar biologiczny osób z późnym chronotypem nie dostosowuje się do tej zmiany czasu – dodaje psycholog z Uniwersytetu SWPS.
Specjalistka wskazuje, że Polacy, podobnie jak inne nacje, są narodem niewyspanym – średnio co drugi Polak i Polka skarżą się na niską jakość snu. To sprawia, że zmiana czasu dodatkowo nas obciąża. Sen jest zaś potrzebny do utrzymania zdrowia fizycznego i psychicznego.
– Przed snem powinniśmy się zrelaksować i unikać wszystkiego, co nas stymuluje lub pobudza. Badania naukowe od lat pokazują, że dobry sen się nam wszystkim opłaca! – podkreśla psycholożka zdrowia.
Jak przypomina uczelnia, zmiana czasu została formalnie wprowadzona w 1916 roku podczas pierwszej wojny światowej przez Niemców w celu efektywniejszego wykorzystania naturalnego światła i – co się z tym wiązało – zaoszczędzenia na użyciu sztucznego światła.
–Obecnie mało kto widzi w tym sens lub użyteczność, a negatywne skutki dla naszego zdrowia i samopoczucia jasno sugerują, że zmiana czasu raczej nam szkodzi niż pomaga – podsumowuje prof. Marta Jackowska.
Myszy harcują, gdy kota nie czują. Kiedy w bezcennym Izraelu dzień w dzień odbywały się demonstracje, żeby ktoś wreszcie wpakował premiera Beniamina Netanjahu do kryminału, ten wykombinował sobie, że zamiast kopsać się z demonstrantami, lepiej będzie wykonać manewr ucieczki do przodu, to znaczy – ucieczki w wojnę. Oczywiście w tym celu trzeba było stworzyć wrażenie, że bezcenny Izrael został napadnięty – między innymi gwoli dostarczenia alibi amerykańskim hipokrytom.
Amerykanie bowiem, nawet jak robią świństwa, czy dopuszczają się zbrodni, starają się – podobnie jak Sowieciarze – sprokurować sobie coś w rodzaju pozoru moralnego uzasadnienia. Dzięki niemu mogą nieustannie pławić się w poczuciu pierwotnej niewinności. Opisał ten mechanizm Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Caryca i zwierciadło”:
„Wot Gitler, kakoj to durak. On się przechwalał zbrodnią swoją. A mudriec, to by sdiełał tak: Nu czto, że gdzieś koncłagry stoją? Nu czto, że dymią krematoria? Taż w nich przetapia się historia! Niewoli topią się okowy! Powstaje sprawiedliwszy świat! Rodzi się typ człowieka nowy!”.
Toteż Beniamin Netanjahu nakazał Mosadowi oślepnąć i ogłuchnąć, a może nawet – któż takie rzeczy może wiedzieć? – rozpocząć ostrzał bezcennego Izraela rakietami domowej roboty, wyrabianymi – czy aby nie przez palestyńskich konfidentów Mosadu?
Dzięki temu cały świat mógł zobaczyć, że bezcenny Izrael został „zaskoczony” zdradzieckim atakiem niczym Amerykanie w 1941 roku w Pearl Harbor. W tej sytuacji już nie było mowy o pakowaniu Beniamina Netanjahu do kryminału. Przeciwnie. Amerykański prezydent Józio Biden przygalopował w podskokach do Tel Awivu, żeby złożyć izraelskiemu premierowi hołd lenny i uroczyście potwierdzić jego prawo do „samoobrony”. Dzięki temu nic już nie stało na przeszkodzie, by bezcenny Izrael rozpoczął w Strefie Gazy operację ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej, to znaczy – wybicia tych, których będzie można wybić i zmuszenia do ucieczki tych, którym uda się pozostać przy życiu.
Miłujący wolność i pokój świat przyjął te cele do aprobującej wiadomości, dopraszając się tylko łaski, by bezcenny Izrael starał się zachować pozory humanitaryzmu, to znaczy – żeby bomby i pociski miały prawidłowe kalibry. Bezcenny Izrael chętnie na to przystał, bo cóż to dla niego za problem, kiedy przecież kontroluje zarówno „prasę międzynarodową”, która zawsze napisze, jak trzeba, jak i niezależne media amerykańskie? Toteż zarówno prezydent Józio Biden, jak i jego żydowscy i inni kolaboranci z Departamentu Stanu i innych instytucji, doznali moralnego uspokojenia i tylko od czasu do czasu życzliwie napominali, by ostateczne rozwiązanie kwestii palestyńskiej przebiegało gites tenteges.
Bezcenny Izrael upewniał wrażliwców, że wszystko jest gites tenteges i wszyscy byli zadowoleni – oczywiście z wyjątkiem Palestyńczyków – ale kto by sobie zawracał głowę jakimiś głupstwami, kiedy wszystko jest gites tenteges?
A tymczasem na amerykańskiej scenie politycznej nastąpiły przetasowania. Prezydent Józio Biden, który sprawiał wrażenie, że uparł się przewodzić Ameryce i światu do upadłego, nieoczekiwanie zrezygnował z kandydowania na prezydenta na rzecz pani Kamali Harris, która sprawia wrażenie, jakby była amerykańskim odpowiednikiem naszej posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ona również kandydowała na tubylczego prezydenta i pamiętamy, jak to stała przed mikrofonami, a zaraz za nią – Wielce Czcigodny poseł Pupka, który scenicznym szeptem podpowiadał jej, co ma mówić, a ona głośno to powtarzała. Podobno pani Kamala też tak robi, tyle tylko, że dyskretniej, bo przy pomocy specjalnych kolczyków-słuchawek, w związku z czym żadnych suflerów koło niej nie widać i amerykańscy twardziele myślą, że naprawdę jest taka wyszczekana i że nie ma rady – trzeba na nią głosować.
Ponieważ zamachy na Donalda Trumpa zarówno te sądowe, jak i te karabinowe, się nie udały, w związku z czym kampania przed listopadowymi wyborami wychodzi na ostatnią prostą, bezcenny Izrael musiał dojść do wniosku, że „jeśli nie teraz – to kiedy i jeśli nie my – to kto?” – i w ramach ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej otworzył drugi front – tym razem uderzając na Liban pod pretekstem zrobienia porządku z tamtejszym Hezbollahem. Bo w Gazie robi porządek z Hamasem, a w Libanie – z Hezbollahem. Na początek ubił przywódcę znienawidzonego Hezbollahu, jegomościa o egzotycznym nazwisku Nasrallah, a ledwo tylko świat oswoił się z tą wiadomością – „siły obronne” bezcennego Izraela „wkroczyły” do Libanu, by wyzwolić go od znienawidzonego Hezbollahu.
Bo Żydowie nauczyli się od Sowieciarzy, że nie mają żadnej „armii”, tylko „siły obronne”. A co mogą w razie czego zrobić „siły obronne”? Żadnej wojny rozpętać przecież nie mogą, to byłaby sprzeczność sama w sobie. Mogą tedy najwyżej „wkroczyć”, ale nie tak zwyczajnie, tylko gwoli wyzwolenia tamtejszego zagniewanego ludu od ciemięzców, w tym przypadku – od znienawidzonego Hezbollahu. Toteż wyzwalają, jak tylko mogą, a Libańczykowie, którzy od tego wyzwalania dostają kołowacizny, uciekają na oślep przed siebie, co sprawia wrażenie chaosu. Jednak amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin, będący ostatnią instancją moralną na świecie, rodzajem Sądu Ostatecznego, ustalił, że wszystko „gra i koliduje”, bo bezcenny Izrael ma prawo uwolnić się od presji ze strony znienawidzonego Hezbollahu. Nie tylko zresztą ustalił, ale żeby tym ustaleniom nadać odpowiedni ciężar gatunkowy, zapowiedział wysłanie w rejon Bliskiego Wschodu dodatkowych amerykańskich żołnierzyków, no i dwóch lotniskowców: „Prezydenta Trumana” i „Abrahama Lincolna”.
Te lotniskowce to przede wszystkim po to, by zniechęcić znienawidzony Iran do wtrącania się w wewnętrzne sprawy bezcennego Izraela, bo w przeciwnym razie będzie z nim brzydka sprawa.
Tymczasem strachliwy szef europejskiej dyplomacji Józef Borell alarmuje, że jesteśmy „na skraju wojny totalnej”. Jakiej tam znowu „wojny”? Po pierwsze to nie jest żadna „wojna”, tylko „operacja pokojowa”, taka sama jak ta, za którą prezydent Obama dostał w swoim czasie pokojową Nagrodę Nobla, a po drugie – wcale nie jest „totalna”, bo – podobnie jak operacja w Strefie Gazy” – jest całkowicie zgodna z konwencjami; to znaczy – bomby i pociski mają prawidłowe kalibry, więc jeśli nawet ten czy ów Palestyńczyk czy Libańczyk w swoim mniemaniu dozna krzywdy, to sam sobie winien. Kto mu kazał być Palestyńczykiem, czy innym głupim gojem, który powinien słuchać starszych i mądrzejszych? I tego się powinniśmy trzymać w naszych ocenach moralnych, bo inaczej zejdziemy na manowce.
Czy Ministerstwo Zdrowia wraz z Ministerstwem Edukacji mają wyniki badań dotyczących wpływu fragmentów DNA HPV, wykrytych w szczepionkach Gardasil, na zdrowie i bezpieczeństwo szczepionych dzieci? Czy dysponują wiedzą jakie są potencjalne zagrożenia związane z obecnością DNA wirusa HPV w szczepionce Gardasil, i dlaczego nie informują o nich w swoich materiałach propagandowych rozsyłanych do szkół? Czy wiedzą, że firma Merck, producent szczepionki Gardasil, kłamała zapewniając FDA w 2006 roku, kiedy szczepionka po raz pierwszy została dopuszczona do obrotu, że produkt nie zawiera DNA wirusa HPV?
Dr. Sin Hang Lee jest patologiem i biologiem molekularnym, znanym ze swojej pracy w dziedzinie diagnostyki molekularnej oraz patologii klinicznej. Zyskał uznanie dzięki pionierskiemu zastosowaniu technologii sekwencjonowania DNA nowej generacji do wykrywania i identyfikacji wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV) oraz innych patogenów z wysoką dokładnością. Dr. Lee opublikował badania dotyczące ograniczeń tradycyjnych metod wykrywania HPV w kontekście badań przesiewowych na raka szyjki macicy i opowiadał się za bardziej zaawansowanymi technikami molekularnymi w celu poprawy precyzji diagnostycznej. Wyraził również obawy dotyczące niektórych kwestii związanych z bezpieczeństwem szczepionek, szczególnie w odniesieniu do szczepionki HPV, argumentując, że potrzebne są dalsze badania, aby w pełni zrozumieć potencjalne skutki uboczne. W 2012 roku Sin Hang Lee opublikował w Journal of Inorganic Biochemistry badanie „Wykrywanie DNA genu L1 wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV) prawdopodobnie związanego z cząsteczkowym adiuwantem glinowym w szczepionce przeciwko HPV Gardasil®”
Lekarze w dziewięciu krajach przesłali próbki szczepionki Gardasil firmy Merck & Co. do przebadania na obecność DNA wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV), ponieważ podejrzewali, że pozostałości rekombinowanego DNA HPV pozostawione w szczepionce mogły być czynnikiem prowadzącym do niektórych niewyjaśnionych skutków ubocznych po szczepieniu. Łącznie otrzymano 16 opakowań szczepionki Gardasil z Australii, Bułgarii, Francji, Indii, Nowej Zelandii, Polski, Rosji, Hiszpanii i Stanów Zjednoczonych.
Wyniki wykazały, że wszystkie 16 próbek Gardasil®, każda o innym numerze partii, zawierało fragmenty DNA HPV-11 lub HPV-18, lub mieszaninę fragmentów DNA obu genotypów. Stwierdzono, że wykryte DNA HPV było silnie związane z nierozpuszczalną, odporną na proteinazy frakcją, przypuszczalnie z amorficznych nanocząstek siarczanu hydroksyfosforanu glinu (AAHS) stosowanych jako adiuwant. Nie jest pewne jakie znaczenie kliniczne mają te resztkowe fragmenty DNA HPV związane z adiuwantem na bazie cząstek mineralnych po wstrzyknięciu domięśniowym i wymagają one dalszych badań pod kątem bezpieczeństwa szczepienia.
Zostało to jednak zakwestionowane, gdy dr Lee znalazł DNA HPV u 13-letniej dziewczynki z Toronto, która, jako osoba nieaktywna seksualnie nigdy nie była narażona na kontakt z wirusem HPV. Jednak w ciągu kilku dni po otrzymaniu trzeciej dawki szczepionki Gardasil, u dziewczynki rozwinęło się ostre młodzieńcze reumatoidalne zapalenie stawów. Seria testów wykazała u dziewczynki pozytywny wynik testu PCR na obecność DNA wirusa HPV we krwi. Lee podejrzewał, że DNA w jej krwi mogło pochodzić ze szczepionki Gardasil. Zwrócił się do grupy wsparcia, która zorganizowała testowanie fiolek szczepionki Gardasil.
W 2012 roku Lee zeznawał podczas dochodzenia po śmierci 18-letniej Nowozelandki Jasmine Renaty, która zmarła niespodziewanie we śnie, sześć miesięcy po otrzymaniu trzeciego zastrzyku Gardasil. Pośmiertne próbki tkanek zostały wysłane do Lee w celu przeprowadzenia badań. Krew i śledziona dały wynik pozytywny na obecność DNA HPV, co według Lee nie było wynikiem naturalnej infekcji HPV.
Na podstawie analiz sekcji zwłok przeprowadzonych przez Lee wiemy, że fragmenty DNA wirusa HPV zawarte w szczepionce Gardasil, po wstrzyknięciu w mięsień ramienia, przedostają się do krwi, mózgu i śledziony. Ale jakie mogą być tego konsekwencje? Fragmenty DNA wirusa HPV zawarte w szczepionce są absorbowane przez komórki odpornościowe, takie jak makrofagi, a następnie przemieszczają się przez układ limfatyczny, gdzie odkładają się w różnych tkankach w całym organizmie. Przypuszcza się, że w tym przypadku DNA wirusa HPV, które jest ściśle związane z adiuwantem aluminiowym i nie ulega łatwemu rozkładowi, może powodować przewlekłe reakcje immunologiczno-zapalne, które u niektórych osób prowadzą do chorób autoimmunologicznych. Istnieje także teoretyczne zagrożenie, że resztkowe fragmenty DNA wirusa HPV zawarte w szczepionce wnikają do komórek i integrują się z DNA gospodarza. Co prawda jak na razie nie ma dowodów na to, że dzieje się tak w przypadku szczepionki Gardasil, ale nigdy też nie przeprowadzono żadnych badań, aby sprawdzić, czy fragmenty DNA wirusa HPV w szczepionce Gardasil mogą zintegrować się z genomem i zakłócić działanie ważnych genów.
Powszechnie wiadomo, że firma Merck stoi w obliczu wielu pozwów ze strony osób, które twierdzą, że rozwinęły się u nich choroby autoimmunologiczne, takie jak zespół posturalnej tachykardii ortostatycznej (POTS), problemy neurologiczne lub przedwczesna niewydolność jajników spowodowana Gardasilem.
Dr Lee starannie udokumentował swoje odkrycia w raporcie, który został wysłany do amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA) w celu dokonania przeglądu. FDA przeprowadziła dochodzenie. 23 września 2011 r. Centrum Oceny i Badań Biologicznych (CEBR) FDA odpowiedziało, że oceniło obawy zawarte w raporcie Lee i stwierdziło, że szczepionka Gardasil jest „bezpieczna i skuteczna”. FDA przyznała, że Lee znalazła pozostałości DNA w szczepionce, ale stwierdziła, że jest to „oczekiwane” i „nieuniknione” w produktach wytwarzanych przy użyciu technologii rekombinacji. Agencja stwierdziła również, że jest przekonana, że pozostałości DNA „nie stanowią zagrożenia dla biorców szczepionek”. „Obecność pozostałości DNA nie jest czynnikiem bezpieczeństwa zdefiniowanym przez amerykańskie przepisy i nie musi być uwzględniana na etykietach Gardasilu” – napisała FDA. W następnym miesiącu (21 października 2011 r.) FDA po cichu zaktualizowała swoją stronę internetową, aby odzwierciedlić obecność fragmentów DNA w szczepionce, zapewniając opinię publiczną, że „nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa”.
„To było naprawdę rozczarowujące” – powiedział Lee – „FDA twierdziła, że obecność fragmentów DNA nie stanowi problemu, nie przedstawiając żadnych badań potwierdzających, że zostało to zbadane lub że jest to bezpieczne”. Europejska Agencja Leków również została powiadomiona o problemie, a jej odpowiedź była taka sama, stwierdzając, że „obecność rekombinowanych fragmentów DNA nie stanowi przypadku zanieczyszczenia i nie jest uważana za zagrożenie dla biorców szczepionek”.
Czy ukraiński prezydent Zełeński narąbał się gorzałą, czy też coś mocnego palił, albo zażywał? Takie wrażenie można by odnieść po opublikowaniu jego kolejnej “koncepcji” (nawiasem mówiąc, “koncepcje” odnośnie ostatecznego zwycięstwa, mnożą mu się ostatnio w głowie niczym Kukuńkowi) zakończenia wojny na Ukrainie. Przybrała ona postać ultimatum, które jednak nie zostało postawione zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi, tylko… zachodnim sojusznikom Ukrainy.
Jeśli mianowicie Zachód nie przyjmie Ukrainy do NATO, nie zgodzi się na atakowanie celów w głębi Rosji, nie da kolejnych bajońskich sum oraz broni i amunicji na kontynuowanie wojny aż do ostatecznego zwycięstwa, a po ostatecznym zwycięstwie nie zgodzi się na zastąpienie wojsk amerykańskich w Europie rezunami ukraińskimi, to Ukraina zbuduje sobie broń jądrową i wtedy zobaczymy.
Ten “projekt”, jeśli w ogóle można go tak nazwać, przypomina trochę bredzenie Adolfa Hitlera, który nawet gdy ruskie sołdaty były już w odległości kilometra od Kancelarii Rzeszy w Berlinie, jeszcze przesuwał na mapie nieistniejące dywizje i kazał rozstrzeliwać “defetystów” w rodzaju Fegeleina.
Rzecz w tym, że zimny ruski czekista Putin systematycznie spycha ukraińskie wojska do defensywy nie tylko na terenie obwodów przyłączonych do Rosji, ale również – w obwodzie kurskim, gdzie wiąże walką ukraińskie pierwszorzutowe wojska, nie pozwalając na ich przegrupowanie na teren Ukrainy, gdyż wobec rosyjskiej przewagi każda taka próba mogłaby przekształcić się w paniczną ucieczkę i katastrofę. Co za idiota doradził Ukraińcom tę wyprawę na Kursk i jak im to uzasadnił – tego nieprędko się dowiemy.
Mam tylko nadzieję, że nie był to pan generał Skrzypczak, ani pan generał Polko, którzy jeszcze latem nie mogli się tego uderzenia nachwalić, ani przez chwilę nie dopuszczając do siebie myśli, że trudno przypisać mu jakiś rozsądny, perspektywiczny cel militarny, ani nie przypuszczając, że może ono stać się dla wojska ukraińskiego pułapką – co właśnie obserwujemy. Mniejsza jednak o naszych strategosów, którzy na szczęście niczym już nie dowodzą i mam nadzieję, że tak już zostanie – bo ważniejsza jest ocena ostatniego wyskoku prezydenta Zełeńskiego.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na jakieś wariactwo. Wykluczyć tego oczywiście z góry nie można, bo – jak mówi poeta – “paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy” – ale zanim przyjmiemy, że to wariactwo, wypada nam sprawdzić inne możliwości. Warto zwrócić uwagę, że tę “koncepcję” prezydent Zełeński najpierw przedstawił nie żadnym Ukraińcom, tylko trójce Amerykanów: prezydentowi Józiowi Bidenowi, jego faworycie Kamali Harris i Donaldowi Trumpowi.
Najwyraźniej chciał najpierw uzyskać ich opinię, zanim ujawni cokolwiek Ukraińcom z Wierchownego Sowieta, a za jego pośrednictwem – tamtejszej opinii publicznej. Jest ona oczywiście zakneblowana i sterroryzowana przez ukraińską soldateskę – ale kto wie, czy w jakimś momencie nie będzie mogła dojść do głosu? A w jakim momencie?
Ano w takim, kiedy Zachód, a zwłaszcza europejscy członkowie NATO, mający już dosyć drenowania swoich gospodarek i szlamowania swoich obywateli dla potrzeb amerykańskiej operacji “osłabiania Rosji”, który jeszcze daje Ukrainie forsę, ale już tylko pochodzącą z odsetek od zamrożonych tam rosyjskich aktywów, skończy Ukrainę futrować.
Wtedy prędzej, czy później ktoś postawi pytanie, kto z ukraińskich polityków odpowiada za tę wojnę, której można było uniknąć, a która prawdopodobnie doprowadzi do trwałej utraty przez Ukrainę co najmniej 20 procent terytorium państwowego, a doprowadziła już do ogromnych strat w ludziach oraz dewastacji sporych połaci kraju, a zwłaszcza – infrastruktury krytycznej. Najlepszym kandydatem na winowajcę jest oczywiście prezydent Zełeński, który z pewnością zdaje sobie z tego sprawę i pragnie się jakoś asekurować.
Dlatego uważam, że przedstawiając swoje “folies bergere” trójce amerykańskich ważniaków, chciał uzyskać ich aprobatę dla tej asekuracyjnej operacji. i najwyraźniej ją uzyskał, podobnie jak obywatel Tusk Donald uzyskał ze strony Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen aprobatę dla swoich planów “”zawieszenia azylu” i innych pokrzykiwań przeciw migrantom.
Ponieważ, zwłaszcza po ostatniej nagonce na prezydenta Dudę, w której, obok obywatela Tuska Donalda, wzięła udział również resortowa “Stokrotka”, a nawet autorytety pacanowskie, m.in. w osobie pana prof. Zolla, prawdopodobieństwo podpisania przez prezydenta stosownych ustaw – a ustawy muszą być – jest bliskie zera, no to zarówno Reichsfuhrerin, jak i my, doskonale wiemy, że to nie na serio, a tylko gwoli przelicytowania byłego Naczelnika Państwa w kampanii prezydenckiej.
Nie wiadomo nawet, czy ustawa o zawieszeniu azylu w ogóle by przeszła, jako że obydwie lewice się przeciw temu zbuntowały. Mają one co prawda tylko 26 mandatów, ale bez tego może nie być większości, zwłaszcza gdyby Konfederacja też zagłosowała przeciwko.
W podobnej, a nawet gorszej sytuacji jest prezydent Zełeński. Jeśli przynajmniej niektóre państwa NATO sprzeciwią się nawet zaproszeniu Ukrainy do Sojuszu – czego wykluczyć się nie da co najmniej w przypadku trójki państw członkowskich – to żadnej, wymaganej przez traktat waszyngtoński, jednomyślności nie będzie.
Pozostali członkowie, Ameryki nie wyłączając- zirytowani do żywego bezczelnym ukraiński ultimatum, wstrzymają finansowanie i dozbrajanie Ukrainy, to będzie dobrze, jak skończy się tylko na “zamrożeniu konfliktu” – o którym jeszcze w pierwszym roku wojny mówiła amerykańska ambasadoressa przy NATO, jako o najbardziej prawdopodobnej ,możliwości. Czy wtedy Kijów spełni groźbę, że samodzielnie zaopatrzy się w broń atomową? Wydaje się to wątpliwe, nawet w postaci udostępnienia części swego arsenału nuklearnego przez Izrael – a jeśli komuś się wydaje, że zimny ruski czekista czekałby cierpliwie, aż to się stanie, to raczej się myli.
Po co w takim razie prezydent Zełeński wystąpił ze swoją “koncepcją”? Myślę, że jedynym celem było przekonanie nie tyle do niej, co uświadomienie powagi sytuacji członkom ukraińskiego Wierchownego Sowieta, którzy też muszą odczuwać ciarki na myśl o dniu sądu.
To się nawet mogło mu udać, ale za cenę uświadomienia Zachodowi trafności opinii Jeremiego Wiśniowieckiego, który w XVII wieku, podczas wojen z chmielnicczyzną twierdził, że klemencję można okazać tylko zwyciężonym, którzy wtedy mogą być nawet z tego powodu wdzięczni – chociaż w przypadku Ukraińców trudno na to liczyć – natomiast by w żadnym wypadku nie uginać się przed szantażem.