Ekshumacji w Jedwabnem nie chcą ofiary, a na Wołyniu kaci

Ekshumacji w Jedwabnem nie chcą ofiary, a na Wołyniu kaci

Krzysztof Baliński

Donald Tusk pojawił się we Lwowie. Wyraził przekonanie, że jeśli wojna z Rosją przyniosła coś dobrego to na pewno wzajemne zrozumienie między Polakami i Ukraińcami. Na spacer po Lwowie nie miał czasu („pogoda nie sprzyjała”). A szkoda, bo mógłby przemierzyć główną ulicę miasta – aleję Stepana Bandery i zobaczyć wysoki na 30 metrów pomnik. Idąc dalej dostrzegłby ulicę Jewhena Konowalca, założyciela OUN i minąłby skrzyżowanie z aleją Bohaterów UPA, czyli organizacji, która siekierami, widłami, kosami, piłami i drągami wyrżnęła na Wołyniu i Galicji Wschodniej 200 tysięcy Polaków, głównie starców, kobiety i dzieci. Mógłby też zobaczyć muzeum Romana Szuchewycza, który wydał rozkaz wymordowani Polaków i spalenia polskich wsi.

Po spotkaniu szefów polskiego i ukraińskiego MSZ, media zalała lawina komentarzy głoszących przełom w sprawie ekshumacji ofiar rzezi, prześcigających się w ocenach: „Na ten moment czekały pokolenia Polek i Polaków”; „Tak wygląda skuteczna dyplomacja”. Zachwyty wyglądały groteskowo na tle oświadczenia szefa ukraińskiego IPN, który w kilka godzin od spotkania powiedział: „Ukraina samodzielnie zbada, ustali miejsce pochówku oraz okoliczności śmierci ofiar tragedii wołyńskiej, a dopiero potem przeprowadzi ekshumację”, a Polacy będą mogli w jakimś fragmencie prac uczestniczyć w „roli obserwatorów”. Postawił też warunek: ekshumacje będą przebiegać zgodnie z ustawodawstwem ukraińskim, czyli zgodnie z gloryfikującą zbrodniarzy OUN-UPA ustawą z 2015 roku.

Na tym samym wydechu dodał: „Dopóki strona polska nie odnowi obiektu ku czci OUN-UPA na Górze Monastyrz i nie zacznie odnawiać innych zdewastowanych obiektów tego typu w Polsce, nie będzie zgody na poszukiwania i ekshumacje”. Tu wyjaśnijmy – chodzi o nagrobek ukraińskich bandytów, którzy zamordowali pasażerów pociągu osobowego w lesie pod wsią Zatyle. Wnioski są jednoznaczne: Ekshumacje mają polegać na zebraniu rozwleczonych i walających się po polach, lasach, studniach, rowach i dołach śmierci kości pomordowanych Polaków i ich pogrzebaniu – bez wskazania, kto jest pogrzebany i kto dokonał zbrodni – a mordercy będą mieli pomniki. „Rząd tworzy dokładny spis wszystkich grobów Ukraińców z UPA i ich pomników, które są na polskim terytorium” – tak gabinet Tuska szykuje się na żądania Kijowa. Okazuje się, że Paweł Kowal, szef Rady ds. współpracy z Ukrainą już miesiąc wcześniej wysłał pisma do wojewodów, polecając sporządzenie spisu wszystkich grobów Ukraińców z UPA oraz ich pomników. Innymi słowy: ekshumacje bezimiennych kości ofiar rzezi w zamian za remont pomników zbrodniarzy z UPA i wzniesienie nowych!

Ukraina wyniosła do rangi bohaterów postaci o nazistowskich korzeniach, a sojusznicy Ukrainy, w tym żydowscy liderzy, milczą. Z bojcami Pułku Azow spotkało się dotychczas 13 kongresmenów, mimo iż w 2018 r. zakazali finansowania tej formacji „z uwagi na jej ekstremistyczne korzenie”. Wysokiej rangi funkcjonariusz Komisji Helsińskiej, występując w Kongresie z gloryfikującą Banderę opaską na ramieniu, pochwalił się otrzymaną od pułku flagą, na której widniał Wolfsangel, emblemat dywizji Waffen SS, dywizji „Das Reich” i Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger” (która pacyfikowała Wolę podczas Powstania). W grudnia 2022 r. przybywała w Izraelu delegacja pułku i spotkała się z izraelskimi dyplomatami oraz rezerwistami sił zbrojnych Izraela. Przypomnijmy, że pułk Azow powołał Andrij Bilecki, autor manifestu głoszącego, że „przesłaniem Ukrainy jest przewodzić Białym Ludziom na całym świecie w ostatecznej krucjacie przeciw podludziom, na czele których stoją Semici”. Przypomnijmy, że żołnierze pułku mają obsesję na punkcie niemieckiej historii, noszą niemieckie mundury i hełmy oraz witają się ‘Sieg Heil’.

Dziwne podejście mają żydowskie organizacje wyspecjalizowane w „łowieniu” antysemitów. Efraim Zuroff z Centrum Szymona Wiesenthal oświadczył: „Przyganianie Pułku Azow to karma dla kłamstw Putina o tym, że Ukraina jest krajem nazistowskim. Ukraina krajem nazistowskim nie jest”. Podobnego zdania jest szef Ligi Antydefamacyjnej: „Nie dołączajmy do rosyjskiej propagandy, która ma na celu pomniejszenie amerykańskiego poparcia dla Ukrainy, tylko dlatego, że kilku facetów nosi na przedramieniu jakieś opaski. Zagrożenie, które obecnie stwarza skrajna prawica jest nieistotne”.

Podejście ADL przeszło głęboką ewolucję. W swym raporcie z 2019 uznała Pułk za „ekstremistyczne ugrupowanie i milicję, które cieszą się uznaniem neonazistów na Ukrainie oraz białych suprematystów na świecie” a jeszcze w tydzień po rosyjskiej inwazji oceniła, że „brygada ma wyraźne powiązania neonazistowskie”. Gdy w sporządzonym w 2023 r. Index of antisemitism podała, że postawy antysemickie wykazuje jedna trzecia populacji Ukrainy, dane opatrzyła komentarzem: „Widzimy więc, że w społeczeństwie ukraińskim skrajnie prawicowy ekstremizm jest nieistotny”. Gdy „NYT” podała, że żołnierze ukraińscy noszą na mundurach inspirowane przez nazistów symbole i gdy na rządowym portalu pojawiło się zdjęcie ukraińskich żołnierzy z noszoną przez SS opaską Totenkopf, szef ADL stwierdził: „Mimo iż niektórzy Ukraińcy używają symboli nazistowskich i mimo ich podziwu dla Bandery, nie obawiam się, że kraj przejmą antysemici. W wyborach zwyciężył Zełenski, jako pierwszy w tym kraju żydowski prezydent”.

Strategię milczenia przyjął także Waszyngton. Deborah E. Lipstadt, specjalny wysłannik ds. monitorowania i zwalczania antysemityzmu w ogóle nie zabrała głosu, a żydowski „Forward” pisał: „Ci, którzy śledzą ultranacjonalistyczną prawicę dostrzegają, coś zadziwiającego – jej aktywiści nie biorą na celownik Żydów. Nie ma dowodów wskazujących na to, że wśród ukraińskich neonazistów są antysemici. To jest coś w rodzaju subkultury młodzieżowej i takie właśnie znaczenie mają dla nich symbole nazistowskie. Ich głównym wrogiem są dzisiaj Rosjanie, w tym Rosjanie żyjący na Ukrainie, a na drugim miejscu Murzyni i Cyganie”.

Gdy ulicami Lwowa, z okazji rocznicy śmierci Romana Szuchewycza przeszedł marsz zorganizowany przez Korpus Narodowy, milczało lobby żydowskie, milczał Biały Dom, a rzecznik Departament Stanu ograniczył się do komunikatu: „Odrzucamy rosyjską kampanię dezinformacyjną, która łączy poparcie dla ukraińskiej suwerenności z poparciem dla neonazistowskich i faszystowskich ideologii”. Milczały też należące do żydowskich oligarchów ukraińskie media. A był to marsz neonazistów ku czci składającej się z ukraińskich ochotników dywizji SS Galizien, która podlegała Waffen SS, mordowała Żydów i spaliła żywcem tysiące kobiet i dzieci w Hucie Pieniackiej.

Majdan został wywołany przez lobby żydowskie, które nie zwracało uwagi na to, że przewrotu dokonują neonazistowskie oddziały szturmowe, którym przewodzi wnuk mordercy Żydów i że pod oknami ambasady USA wyśpiewywali: „Smert’ moskowsko-żidiwskij mafii”. Uwagę zwrócili tylko imigranci z ZSRR, kampanią wymierzoną w finansującego Prawy Sektor Ihora Kołomojskiego, w celu pozbawienia go obywatelstwa Izraela. W petycji do Knesetu pisali: „Żyd nie może być faszystą, te pojęcia są sprzeczne genetycznie“. Dziś ci sami uważają, że oskarżenia o antysemityzm oraz wiązanie Majdanu z faszystowskim przewrotem służą Rosji. Tak więc, obalenie Janukowycza poparli ci sami, którzy z ulgą przyjęli jego zwycięstwo, bo anulował uchwalony przez poprzednika dekret nadający Banderze tytułu bohatera, a UPA status bojowników o wolność. Przypomnijmy, że Juszczenko zezwolił na zwoływanie wojskowych parad, na których wznoszono okrzyki „Bij żyda” i że obowiązkową lekturą zrobił poemat „Hajdamacy”, który wzywa do mordowania Żydów, i w którym przeczytać można, że Żyd to „świnia i parch”.

Krytyczne podejście środowisk żydowskich skończyło się, gdy premierem został Wołodymyr Grojsman. Te same żydowskie media i ci sami rabini podkreślać zaczęli nagle, że na Ukrainie antysemityzm został zmarginalizowany: „Grojsman przeszedł do historii, jest pierwszym żydowskim premierem Ukrainy dotychczas mocno tkwiącym w psyche Żydów, jako kraj antysemitów i pogromów”. Doszły do tego inne wypowiedzi. Gdy parlament ukraiński uczcił chwilą ciszy Symona Petlurę oskarżanego o wymordowanie 50 tysięcy Żydów, naczelny rabin Ukrainy (który w Kongresie powiedział: „Większość Żydów uznaje Banderę i ukraińskich nacjonalistów za odpowiedzialnych za dziesiątki pogromów”) oświadczył: „Zajmowanie się tym tematem prowadzi do niepotrzebnego stygmatyzowania Ukraińców. Mianowanie na premiera ukraińskiego Żyda jest dowodem na to, że antysemityzmu na Ukrainie nie ma”. Doszło też do unikalnego w skali świata fenomenu – Ukraiński Kongres Żydów wydał oświadczenie poświadczające, że na Ukrainie nie ma antysemityzmu.

I tak, w propagandzie za Oceanem i za Wzgórzami Golan zaczął dominować wątek: Ukraina to najbardziej przyjazne Żydom miejsce na ziem. Jakąkolwiek wzmiankę o zbrodniach UPA na Żydach kontrowano argumentem, że Ukraina ma żydowskiego prezydenta i że to Rosja jest rajem neonazistów. Kult Stepana Bandery rozwija się w najlepsze i jest nie tylko tolerowany, ale wspierany mocno i bezkrytycznie przez światowe żydostwo. To prawdziwa semantyczna rewolucja – naziści są akceptowani przez Żydów, jeśli akceptują rządy żydowskiego komika, osadzonego w pałacu prezydenckim przez żydowskiego oligarchę.

Ale nie tylko Żydzi i nie tylko ukraińscy. Bo także w Polsce czynny udział w promowaniu banderowsko-żydowskiej narracji bierze środowisko skupione wokół „Wyborczej”, które tropiąc wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce, przechodzi do porządku dziennego nad nazistowską ideologią OUN, któremu nie przeszkadza, że ludzie, których biorą w obronę mają na sumieniu śmierć tysięcy Żydów. Świadczy o tym choćby Anne Applebaum, dla której: „Ukraina potrzebuje więcej, a nie mniej nacjonalizmu […] Ukraińcy potrzebują więcej okazji, aby móc krzyczeć „Sława Ukraini – Herojam Sława”, co było wprawdzie hasłem kontrowersyjnej UPA, ale zostało przyjęte do nowego kontekstu”. Applebaum pisała też: „W końcu czerwca 1947 roku siłom interwencyjnym udało się wreszcie, liczącą sobie 140 tysięcy społeczność ukraińską wypędzić z jej siedzib, wepchnąć do brudnych wagonów i przesiedlić. To był krwawy i bezwzględny proces, tak samo krwawy i bezwzględny jak wymordowanie mieszkańców Wołynia trzy lata wcześniej”. À propos – matka Wołodymyra Hrojsmana nazwała ludzi rządzących Ukrainą – „Żydobanderwoszczyzna”. Czy „Żydobanderowcami” nie są zatem Applebaum i redaktorzy „Gazety Wyborczej”?

W tym miejscu zadajmy pytanie: Jak żydowska jest ta wojna?Czy u jej podłoża nie leży to, że i Polską i Ukrainą rządzi żydokomuna pochodząca z Kresów? Czy nie jest w interesie osiadłych w Nowym Jorku skomunizowanych „żydków z Galicji” i czy nie dlatego nacjonalista żydowski stał się nacjonalistą ukraińskim, wybaczył banderowcom unicestwienie swoich ziomków, a żydowskim niedobitkom na Ukrainie nie pozwala powiedzieć na Banderę złego słowa? I wreszcie: Dlaczego ekshumacji na Wołyniu nie chcą kaci, a ekshumacji w Jedwabnem nie chcą ofiary? I jeszcze jedno: Skąd się wzięła wypowiedź izraelskiego ministra, że „ekstremistyczne, skrajnie prawicowe ruchy, przywołując żydowskie pochodzenie Zełenskiego, wykorzystują konflikt rosyjsko-ukraiński dla szerzenia antysemickiej propagandy o żydowskiej odpowiedzialności za wojnę”.

Jak to jest, że proukraiński znaczy zawsze antypolski? Jak to jest, że w tym ukropolińskim kotle wszędzie, gdzie nie spojrzysz Żyd, czego się nie dotkniesz to Chabad oraz że u zarania III RP zostaliśmy sługami Żydów, a dziś zostaliśmy jeszcze sługami Ukraińców (i czy przypadkiem jest, że autor słów „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”, po odejściu z MSZ zatrudnił się w Żydowskim Instytucie Historycznym)? Skąd słowa pochodzącego ze Lwowa Żyda Pawła Kowala, że „Ukraińcy muszą dojrzeć do samooceny tak, jak Polacy dojrzeli do samooceny w Jedwabnem”? Dlaczego Dawid Wildstein powiedział: „Nierozliczenie rzezi wołyńskiej nie powinno dziś być dla Polaków przeszkodą we wspieraniu Ukraińców”? A co do prezydenta RP to zachodzimy w głowę, jak można łączyć skrajny filosemityzm ze skrajną pro-ukraińskością, gdy nikt inny jak jego ulubiona nacja ukraińska ma na sumieniu śmierć dziesiątków tysięcy jego drugiej ulubionej nacji – Żydów.

I wreszcie: Dlaczego Ukraińcy naśladują Żydów? Przykładem ambasador w Berlinie, który, na nieśmiałą uwagę niemieckiego dziennikarza, że Ukraińcy dokonywali masakr na Polakach, ripostował: „Ukraińcy byli uciskani przez Polaków w tak okrutny sposób, że trudno to sobie wyobrazić” (a polskie władze odniosły się do tego tak, jak do pomówień żydowskich, czyli schowały głowę w piasek). Ukraińcy nie tylko kopiują metody żydowskie, ale (tak, jak Żydzi) są bardzo asertywni, by nie powiedzieć agresywni. Pozwalają sobie (tak, jak Żydzi) na protekcjonalne zachowania, aroganckie pouczania, wydawanie polskim politykom instrukcji, a nawet traktowanie ich, jak chłopców na posyłki. Nie tylko Polski nie szanują, ale (tak, jak Żydzi) nią gardzą. Nie tylko dyktują jej wszystkie polityczne decyzje, ale (tak, jak Żydzi) wymuszają swoją własną narrację historyczną i każą ją rozpowszechniać po świecie za polskie pieniądze. Dlaczego pozwalamy sobie na takie traktowanie? Nie tylko dlatego, że „sługa” nie może dyktować swemu panu, co ma robić, ale dlatego, że widzą, jacy jesteśmy słabi wobec Żydów, którzy poniżają Polaków, a my zwracamy im majątki.

Nie będzie przeprosin za ludobójstwo i nie będzie zgody na ekshumację ofiar ludobójstwa. Rządzące Ukrainą żydowskie i hajdamacki klany nie ustąpią, bo w międzyczasie zbudowali żydobanderowską tożsamość Ukrainy.Ekshumacji pomordowanych Polaków nie będzie także dlatego, że nie chcą tego nowojorscy Żydzi, którzy nie zgadzają się na polską martyrologię, gdyż monopol na polu martyrologii przysługuje tylko Żydom. Amerykańscy Żydzi wybaczyli banderowcom unicestwienie ukraińskich Żydów i kolaborację z Hitlerem, także dlatego, że są znakomitym materiałem dla realizacji planów budowy Niebiańskiej Jerozolimy oraz Ukropolin.

Jaki może być jeszcze inny powód, że rabini nie biją na alarm, a wprost przeciwnie popierają tych, których jeszcze niedawno winili za nazistowskie okropieństwa? Czy nie chodzi o coś całkiem prozaicznego? Z polskiego doświadczenia wiemy, że gdy chodzi o „geszeft” (czyli bezlitosny rabunek tego, co jeszcze na Ukrainie do zrabowania pozostało), Żydzi nie mają żadnych skrupułów i gotowi są na najbardziej plugawe postępki, w tym kolaborację ze swoimi katami. A co do Kołomojskiego – w grę może wchodzić jeszcze inny prozaiczny powód. Zdemaskowali go sowieccy żydzi mieszkający w Izraelu: „Robi to nie dlatego, że jest ukraińskim patriotą, lecz dla swego prywatnego biznesu, bo boi się, że gdyby nad Dnieprem zapanował Putin, mógłby powtórzyć los Bierezowskiego, stracić majątek, a nawet życie”. A co do Zełenskiego? Może chodzi o strach przed bojcami Azowa i innych „nacbatów”, którzy w przypadku klęski w starciu z Rosją skrócą go o głowę?

Schematy żydowskie Kijów stosuje w swej stanowczo forsowanej i agresywnej i antypolskiejpolityce historycznej. Tym bardziej skutecznej, że rządzący Polską ustępstwami Ukrainy nie są zainteresowani. Wręcz przeciwnie – wyręczają władze i ambasadora Ukrainy w wyciszaniu wszelkich głosów domagających się ekshumacji, a nawet zniechęcają Ukraińców do ustępstw i podpowiadają, jak to robić! Gdy ukraiński IPN ogłosił, że „Siły Zbrojne Ukrainy kontynuują tę samą walkę, jaką prowadziła UPA”, gdy doradca prezydenta Ukrainy ujawnił, że Polska „zgodziła się zapomnieć o tak zwanej rzezi wołyńskiej” i uznać, że jest to „zamknięta karta” w relacjach dwustronnych, Duda obwieścił, że „trudna historia obu narodów straciła znaczenie w obliczu konieczności zjednoczenia”.

To nie tylko kpiny z Polaków. To także precyzyjnie zaplanowana akcja. To ukraińsko-żydowski spisek mający wpłynąć na wynik wyborów. Co o nim świadczy? Szef ukraińskiego IPN skarżył się, a ukraińskie media przedstawiają Karola Nawrockiego jako „boksera, historyka i krytyka Ukrainy”, który stał na stanowisku, że winni są tylko Ukraińcy, który usprawiedliwia zbrodnie Polaków na Ukraińcach, który wstrzymał śledztwo ws. deportacji Ukraińców podczas operacji Wisła” i storpeduje wszelkie próby ukraińsko-polskiego porozumienia historycznego”.

Gdy się patrzy na ukraińskie flagi łopoczące na gmachach rządowych i na te wstydliwie powiewające z boku biało-czerwone, to nie może być innej refleksji: Jesteśmy pod żydowską okupacją i pod ukraińskim butem. Pod okupacją kłamstw i oszustw mających ukryć, że jest to wojna Ukraińców z Polakami i wojna naszpikowanego Ukraińcami „polskiego” rządu z własnymi obywatelami. Duda, Tusk – wszyscy biorą udział w tym przestępczym dziele. Przy czym nie chodzi tylko o zmowę. Jest gorzej – to oni namawiają Zełenskiego, żeby nie przepraszał i nie pozwalał na ekshumacje, bo to kłóci się z ich wizją ukrainizacji Polski, bo burzy misternie utkaną żydowsko-amerykańską intrygę z wojną na Ukrainie i z Ukropolin. No i sprawdzą się wszystkie złowieszcze prognozy: Polska zgodzi się na zbudowanie 100 pomników Bandery w miejscach wskazanych przez ambasadora Ukrainy. Wyasygnuje 100 milionów na renowację pomników UPA (tak, jak wyasygnowała 100 milionów na renowację żydowskiego cmentarza) i wypłaci odszkodowania 100 tysiącom wysiedlonych podczas akcji „Wisła”. A lud pracujący miast i wsi Podkarpacia dalej będzie głosował na PiS i za Agnieszką Holland będzie wzdychał „Żeby było tak, jak było.

Co robić? Wstrzymać negocjacje, bo dają tylko Ukraińcom okazję do lansowania swojej narracji i amunicję antypolskim mediom. Nie może być zgody na ponowne bezczeszczenie pamięci polskich męczenników, poprzez wrzucanie ich szczątków do bezimiennych grobów, bez godnego pochówku, bez informacji, kto ich zamordował. Przełomem może być tylko zburzenie wszystkich pomników Bandery, likwidacja nazistowskich bojówek i Ukraina bez czarno-czerwonych flag. Przełomem będzie ustawa tępiąca banderowską ideologię i Muzeum Kresów, a w nim ekspozycja o ludobójstwie na Wołyniu. No i polityka z Ukrainą prowadzona przez Polaków, którzy zdiagnozują, że to przez pochodzących z polskich Kresów i z warszawskich Nalewek dywersantów Sorosa doszło do zdruzgotania Polski, do przelania się przez rozgrodzone polskie granice hord przesiedleńców z Dzikich Pól i niedobitków z ukraińskich nacbatów, do konfliktów na tle etnicznym z hajdamakami łupiącymi Polskę, i do tego, że Polska ma za sąsiada Banderland adrugi Wołyń to tylko kwestia czasu.

Krzysztof Baliński

Z deszczu pod nawałnicę. [Gospodraka lat 90-tych]

Z deszczu pod nawałnicę

Autor: stan orda , 1 stycznia 2025

W miarę jak wymierają świadkowie i uczestnicy zrywu solidarnościowego, stanu wojennego oraz przemian po 1989 r., to z rocznicy na rocznicę obraz tych wydarzeń ulega coraz większej  mitologizacji,  zmierzającej do  zafiksowania  narzucanych przez propagandę coraz bardziej fantasmagorycznych i coraz bardziej odjechanych  „dogmatów”, które otrzymują status jedynej i bezalternatywnej wersji „prawdy historycznej”.

W ramach drobnej odtrutki na wspomniane wyżej „urban legends” przedstawiam fragmenty opracowania autorstwa prof. dr hab. Józefa Balcerka  (1922 – 1995).  https://xportal.pl/?p=26110
Opracowanie nosi tytuł Reformy Władysława Grabskiego a  „reformy” George’ a Sorosa.
Wydała je w broszurowej formie”  z datą 15 września 1994 r. oficyna „OJCZYZNA”, praktycznie jako tzw. „samizdat. Dlaczego właśnie tak? Po przeczytaniu stanie się to jasne.

Aby nie mieszać wątków tematycznych, pominąłem fragmenty dotyczące reform Władysława Grabskiego w II RP, mimo iż ich treść również zasługuje na szersze rozpowszechnienie. Dodałem natomiast trochę przypisów (sygnowane inicjałami: S.O.), jako że opracowanie Profesora było napisane w pierwszej  połowie 1994 r., a zatem niektóre odniesienia są zbyt mało czytelne, żeby nie napisać, iż zupełnie nieczytelne. Zmieniłem ponadto nazwy śródtytułów oraz wymieniłem określenie radziecki na sowiecki. W kilku miejscach poprawiłem także składnię i stylistykę.

A zatem ad rem.

******
(…)
II RP odziedziczyła gospodarkę zdominowana przez obcy kapitał. Mimo prób uniezależnienia się gospodarczego, w 1937 roku, w jego posiadaniu znajdowało się nadal 43,3% kapitału spółek akcyjnych działających w Polsce. Kapitał zagraniczny, który w latach 1924 -1937 wniósł do Polski 3,2 mld zł. , wyprowadził z niej w tym samym okresie ok. 6,6 mld zł, (tj. 14 lat, bo tylko dla takiego okresu istnieją wiarygodne dane), co średniorocznie wyniosło 470 mln zł. Dla porównania kwota rzędu 500 mln zł stanowiła równowartość rocznych budżetowych nakładów  inwestycyjnych. Oznacza to, że kapitał zagraniczny we wskazanym okresie czasu wytransferował z Polski ponad dwukrotnie więcej środków, niż zainwestował.

Miłe złego …
Wyeliminowanie w latach 1944-45 obcego kapitału było historycznym osiągnięciem Narodu i państwa polskiego. Stwarzało ono, obiektywnie, realną szansę rozkwitu gospodarczego, politycznego i kulturalnego naszego kraju. Ta historyczna szansa nie została wykorzystana, ponieważ pod demagogicznym hasłem socjalizmu wprowadzono system kapitalizmu biurokratyczno-zależnego (KB-Z), w którym klasą panującą stała się biurokracja totalitarna, zwana potocznie nomenklaturą.

Nomenklatura, z uwagi na swoją hierarchiczno-feudalną strukturę, nie była w stanie wyzwolić jakiegokolwiek systemu motywacji, który pośrednio lub bezpośrednio skłaniałby pracownika do pracy wydajnej, efektywnej i twórczej. Taki system motywacji może powstać w warunkach zagrożenia nagiej (biologicznej  –  S.O.) egzystencji oraz na gruncie zróżnicowania płac i dochodów z pracy bądź zysku. Zagrożenie nagiej egzystencji, które wystąpiło w latach 1944 -1948, wyjaśnia powodzenie planu trzyletniego (1947-1949) jako autentycznego planu odbudowy kraju. Szczytowym okresem systemu KB-Z jest Plan Sześcioletni (1950-55), a w szczególności lata 1950 – 1953.
Ze wszystkich krajów „bloku sowieckiego”  Polska była tym, w którym system KB-Z  był najbardziej „ułomny”.
Stało się tak za sprawą nurtu narodowego, reprezentowanego przez Władysława Gomułkę, który zdecydowanie przeciwstawił się nurtowi stalinowskiemu forsowanemu przez ZPP i CBKP oraz socjaldemokratycznemu („odrodzona”  PPS).
(ZPP  –  Związek Patriotów Polskich (lutu 1943 r., Moskwa; założyciele: Wanda Wasilewska i Alfred Lampe; CBKP  –  Centralne Biuro Komunistów Polski, 1.02.1944 r., Moskwa; przewodniczący – Aleksander Zawadzki, sekretarz Stanisław Radkiewicz, członkowie: Jakub Berman, Karol Świerczewski, Wanda Wasilewska. W lipcu 1944 r. (Lublin) dołączyli Hilary Minc i Marian Spychalski). Najważniejszą rolę odgrywał J. Berman.  Członkowie CBKP zostali wkomponowani w PPR, a następnie w PZPR. przypis  –  S.O.)

Biurokracja partyjno-państwowa nigdy nie osiągnęła totalnego monopolu władzy (poza aparatem represji), w zakresie środków produkcji i indoktrynacji. Fiasko kolektywizacji osłabiło jej monopol na środki produkcji, a instytucje Kościoła katolickiego dość skutecznie hamowały ten monopol w zakresie indoktrynacji.

W wyniku porozumienia sowiecko-amerykańskiego z 1941 r., usankcjonowanego w Jałcie (1945 r.) Polska znalazła się w sytuacji przymusowej. (porozumienie z 1941 r.; chodzi o Lend  Lease Act z 11 marca 1941 r. –  S.O.)
Przy podziale świata na dwie strefy wpływów politycznych (amerykańska i sowiecką), Polskę  strefy sowieckiej. Podporządkowanie polityczne nie oznacza jednak strukturalnego podporządkowania gospodarczego, które w ramach międzynarodowego kapitalistycznego podziału pracy (MKPP) zakłada, że kraj dominujący (metropolia, centrum) eksportuje do kraju podporządkowanego (peryferie) towary przetworzone, a importuje z niego energię i surowce.

Jedynie w sferze ideologii, a właściwie fałszywej świadomości mogła się zrodzić myśl o sowieckim podboju świata. Od końca XIX stulecia toczyła się walka, a w latach 1914 – 1945 wojna o sukcesję brytyjską pomiędzy Niemcami a USA. Walka o zdobycie totalnej hegemonii w światowym systemie kapitalistycznym (ŚSK) mogła toczyć się jedynie między pełnowymiarowymi supermocarstwami, jakimi na przełomie XIX i XX wieku stały się USA i Niemcy.
Rosja carska, a następnie Rosja sowiecka  i Związek Sowiecki były i pozostały największym kolosem na glinianych nogach, aczkolwiek w walce toczonej przez USA i Niemcy, Sowieci odgrywali rolę języczka u wagi, który mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę jednego z rywalizujących supermocarstw. Ale w konferencji w Bretton Woods, która przesądziła o kształcie i treści powojennego światowego ładu gospodarczego, Związek Sowiecki nie uczestniczył.
(Bretton Woods, stan New Hampshire, USA; konferencja  w dniach 1 -22 lipca 1944 r.;  –  S.O.)

USA były świadome tego, że bez sojuszu ze Związkiem Sowieckim nie zdołają pokonać militarnie Niemiec i ustanowić po wojnie swojej hegemonii w ŚSK.  Najpełniej uświadamiała to sobie światowa oligarchia finansowa, która powołała do życia Izrael, uzyskując w ten sposób dla USA (jako operatora i nadzorcy takich działań –  S.O.) pełną kontrolę nad największym światowym rezerwuarem ropy naftowej oraz nad systemem strategicznych powiązań komunikacyjny łączących trzy kontynenty  –  Europę, Azję i Afrykę.
(Bliski i Środkowy Wschód plus Królestwo Saudów i północna Afryka  –  S.O.)

Jedynie na tym tle można wyjaśnić paradoks (pozorny), że nie USA, ale Związek Sowiecki zerwał w 1970 r. sojusz z USA, podpisując porozumienie z RFN o demontażu układów jałtańskich. Porozumienie to uznało de facto prawo RFN do reprezentowania całości Niemiec, stanowiąc pierwszy, zasadniczy krok do odbudowy ich terytorialno-politycznej supermocarstwowości jak i do gospodarczej kolonizacji „bloku sowieckiego” oraz samego Związku Sowieckiego, co także  umożliwiało wyjście na Pacyfik, dokąd, po II wojnie światowej, przesuwało się gospodarcze (a w konsekwencji i polityczne) centrum świata. Takim sposobem Niemcy miały przejąć  sukcesję amerykańską i ustanowić w jej miejsce swoją hegemonie w ŚSK, korzystając z pełnego wsparcia dla Ostpolitik  Willy Brandta i Helmuta Schmidta, udzielanego przez  Międzynarodówkę Socjalistyczną i światową oligarchię finansową.

Porozumienie sowiecko-niemieckie z 1970 r. oznaczało także V rozbiór Polski, którego pierwszą fazą była likwidacja suwerenności gospodarczej naszego kraju, tym razem na rzecz Niemiec. W tym celu nurty stalinowski i socjaldemokratyczny zjednoczyły się  organizując „nagonkę antysemicką” (1968) i „wydarzenia na Wybrzeżu” (1970), by wyeliminować z gry, tym razem definitywnie, Władysława Gomułkę, gdyż wiadomo było, że przeciwstawi się on próbom likwidacji suwerenności gospodarczej i państwowej Polski.

Polska znalazła się w sytuacji bardziej tragicznej, niż w 1939 r., jakkolwiek można było liczyć na kontrakcję USA, które wszakże nie miały zamiaru godzić się z utratą własnej pełnowymiarowej mocarstwowości. Niemniej sytuacja Polski była o tyle bardziej skomplikowana, że agresja gospodarcza Niemiec miała oficjalnie charakter „pomocy”, udzielanej rzekomo w celu przezwyciężenia chronicznej stagnacji ekonomicznej lat 60-tych. (XX wieku  –  S.O.)
Za sprawą „łatwych kredytów”, przeznaczonych głównie na rozwój bazy energetyczno-surowcowej Polska w latach 70-tych została przekształcona w takie właśnie zaplecze dla RFN, NRD i Austrii. Jak również w rezerwę taniej siły roboczej i kraj-śmietnik.
(uciążliwe technologie dla surowcowej gospodarki  rabunkowej, tj. emisje ciężkiej chemii i energetyki węglowej czy wylewanie do rzek, jezior i morza praz gdzie tylko się dało „brudnych” odpadów  –  S.O.)

„Łatwe kredyty” zostały w 1979 r. nieoczekiwanie przekształcone w „trudne”, w wyniku radykalnego wzrostu stóp oprocentowania (o ponad 300%), skutkiem czego pętla zadłużenia została zaciśnięta na szyi gospodarki narodowej. Takim sposobem wierzyciele z MFW i Banku Światowego mogą dyktować krajom-dłużnikom ich politykę, tak gospodarczą jak i społeczną.

Likwidacja suwerenności gospodarczej miała do prowadzić do stopniowego „obumierania” suwerenności państwa polskiego. Przede wszystkim w  tym celu powstała KSS-KOR, którego jądrem (personalnym  –  S.O.) była socjaldemokratyczna „opozycja” i „podziemie”, nieformalnie wspierane przez nurt socjaldemokratyczny w kierownictwie PZPR i przez rząd PRL. Prezentując się jako obrońca wielkoprzemysłowej klasy robotniczej „opozycyjny” („podziemny”) nurt socjaldemokratyczny dążył do narzucenie jej swojego przywództwa. Jednak dzięki wybraniu polskiego Papieża, Kościół w dużym stopniu uniemożliwił przejęcie kierownictwa NSZZ „Solidarność” przez liderów opozycji socjaldemokratycznej. Dlatego w  grudniu 1981 r., w niejawnym sojuszu z nurtem socjal- demokratycznym w PZPR (i rządzie) zdecydowali oni, realizując porozumienie niemiecko-sowieckie, na odwołanie się do obcej przemocy. Wzywając robotników do strajku generalnego, a naród do powstania, liczyli na to, że prowokując „stan wojenny” doprowadzą do faktycznej wojny domowej, która uzasadni interwencję zbrojną państw Układu Warszawskiego, co definitywnie rozwiąże „kwestię polską” w interesie Niemiec. Na szczęście polska klasa robotnicza nie posłuchała nieinternowanych liderów socjaldemokratycznych, ale za głosem Prymasa (kard.  J. Glemp –  S.O.) nie odpowiedziała siłowo na przemoc.

W latach 80-tych rządy W. Jaruzelskiego, Zb. Messnera, a zwłaszcza M. F. Rakowskiego, kontynuowały „strategię” lat 70-tych, pomimo załamania się porozumienia sowiecko-niemieckiego oraz wysiłków dyplomacji sowieckiej, aby powrócić do porozumienia sowiecko-amerykańskiego. Starania te zakończyły się sukcesem w 1987 r. za sprawą M. Gorbaczowa.

Route table
„Okrągły stół” w 1989 r. był w istocie rzeczy wspólnym zwycięstwem obydwu nurtów socjaldemokratycznych (tj. części opozycji i części władzy  –  S.O.), doskonale porozumiewających się, a jeszcze doskonalej pozorujących wzajemną niechęć, czy nawet wrogość. Ponadto funkcja Kościoła została sprowadzona do uwiarygodnienia  owego „zwycięstwa wszystkich sił demokratycznych”, w wyniku którego na gruzach NSZZ „Solidarność” wykluł się amorficzny twór w postaci ROAD, przepoczwarzony następnie w Unię Demokratyczną, a nieco później w Unię Wolności. Z „drugiej strony” (barykady politycznej  –  S.O.)  na miejsce rozpędzonej PZPR zorganizowano niezwłocznie SdRP.

Z gospodarczego punktu widzenia w 1989 r. największe zagrożenie stanowiła „pętla zadłużeniowa” .Jednakże, w przeciwieństwie do okresu międzywojennego, w zasadzie cały majątek i bogactwo narodowe stanowił własność państwową, zaś widoczny gołym okiem rozpad „bloku sowieckiego” jak i samego Związku Sowieckiego stwarzał sytuację, w której, także z politycznego punktu widzenia, Polska nie znajdowała się w sytuacji przymusowej. Ale socjaldemokratyczne „elity” narzucają, propagują i uzasadniają strategię gospodarczą i polityczną zgodną z interesem światowej oligarchii finansowej, a nie z interesem Polski. Światowa oligarchia finansowa, z powodu niemożności ustanowienia jednego całościowego hegemona w ŚSK, postanowiła przejąć sprawę we własne ręce konstytuując dwa ponadnarodowe rządy światowe  –  polityczny i gospodarczy. Fundamentem pierwszego była Rada Bezpieczeństwa ONZ, zaś sekretarz generalny ONZ pełnił funkcję szefa światowej żandarmerii. Rząd gospodarczy byłby scedowany na Światowy Bank Centralny jako jedynego kreatora pieniądza i kredytu. W ten sposób serwilistyczne socjal- demokratyczne elity polityczne mogą zlecać swoim kolejnym rządom realizowanie strategii rządu światowego jednego jak i  drugiego.

(…)

Agenci Sorosa w akcji

U progu lat 90-tych „elity” intelektualne wmawiają Narodowi polskiemu, że obdarowywanie obcych korporacji najbardziej kluczowymi przedsiębiorstwami państwowymi stanowi optymalną „strategię gospodarczą dla Polski, jako że odwoływanie się do pojęcia „Naród” jest współcześnie wyrazem ksenofobii, zaś obrona suwerenności państwowej  przejawia się jako polityczne zacofanie. Szermując wykładnią takiej „wiedzy teoretycznej” elity te, za pośrednictwem swoich rządów, przekazują kulisy strategicznych decyzji w zakresie prowadzonej polityki pieniężnej i kredytowej  bezpośrednio do rezydentów światowej oligarchii finansowej. Światowa oligarchia finansowa  darzy najwyższym zaufaniem najbardziej cyniczne i najbardziej skorumpowane i zdemoralizowane odłamy biurokracji  (lumpen- business), które umożliwiły jej już w latach 70-tych na zarzucenie „pętli zadłużenia” gospodarce narodowej, a w latach 80-tych, poprzez jej zaciskanie, wymusiły przyjęcie w 1989 r. planu likwidacji polskiej gospodarki opracowanego przez G. Sorosa.

Przygotowaniem (a może i początkiem) jego realizacji stała się wprowadzona przez rząd M.F. Rakowskiego „polityka walutowa”, czyli eksport wszystkiego i za każdą cenę (byle w twardej walucie  –  S O.), skutkująca galopującą inflacją ergo dramatycznym obniżaniem siły nabywczej ludności. To była istotna dźwignia (albo lewar  –  S.O.) rozkwitu i umocnienia się nomenklaturowego lumpenbiznesu, który zaczął się formować już pod koniec lat 70-tych.

Rząd T. Mazowieckiego udoskonalił narzędzie „polityki walutowej” (drenażu i grabieży  –  S.O.)  wprowadzając fikcję „wewnętrznej wymienialności złotego”. Otworzyło to szeroko wrota dla wszelkiej maści spekulantów walutowych, którzy deponowali waluty obce, zamieniając je na konta złotówkowe. Na tych kontach dolar, który w komercyjnych bankach mógł przynosić oprocentowanie w granicach 5 – 9 % rocznie, po zamianie na konto złotówkowe uzyskiwał oprocentowanie w granicach 40-80%. Wtajemniczeni otrzymywali z NBP informację o terminie dewaluacji kursu złotego, co pozwalał im tuż przed terminem „skoku na kasę” przywracać saldo dolarowe, by zaraz po skokowej dewaluacji na powrót zamienić je na złotówkowe.
(I tak da capo al fine, co nazywano wdzięcznym określeniem oscylator   –  S.O.)
Na potrzeby owej „wewnętrznej wymienialności złotego” kraje kapitalistyczne, z rekomendacji MFW i Banku Światowego przyznały Polsce fundusz stabilizacyjny dla złotego w wys. 1,0 mld USD . Mechanizm ten pozwolił na powstanie, nie tylko w Polsce, wielu „legalnych” fortun finansowych.

Także banki wykorzystywały ten proceder do generowania spekulacyjnych zysków. Odbywało się to poprzez kreowanie w przedsiębiorstwach tzw. „zatorów płatniczych”, które z kolei stanowiły pretekst  do wszczynania procedury upadłościowej. W 1990 r. wskaźnik rentowności brutto dla banków osiągnął 73,4%, i odpowiednio w roku 1993 – 14,8%. Te wskaźniki, dające wyobrażenie o zyskach spekulantów finansowych oraz banków, kształtowały z kolei oprocentowanie dla kredytów udzielanych podmiotom krajowym, co stanowiło potężny cios zadany polskim producentom i konsumentom. Poskutkowało to przede wszystkim gwałtownym spadkiem stopy życiowej. W styczniu 1990 r. płace realne obniżyły się o ca 50%, i dopiero w 2-gim półroczu tego roku zaczęły powoli wzrastać. Niemniej w relacji rocznej uległy w 1990 r. obniżeniu do roku 1989 o 24% i o podobny procent w 1991 r. Z kolei w odniesieniu rok do roku spadki te wyniosły: w 1992 r. o 3,6%, a w 1993 r. o 1,8%.  Znacznie drastyczniej wyglądały spadki dochodów w rolnictwie.  (chodzi o ludność chłopską gospodarującą „na własnym”  –  S.O.)
(…)

Kolejnym  narzędziem  destrukcji stała się „polityka podatkowa”. Rząd zniósł dotacje dla przedsiębiorstw państwowych, jednocześnie wprowadzając „wakacje podatkowe” dla obcych podmiotów gospodarczych w wymiarze od 3 do 6 lat, które „wykupiły” polskie zakłady przemysłowe. Na dodatek przedsiębiorstwa państwowe naliczane miały tzw. popiwek (podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń). Skutkowało to niemożnością podnoszenia wynagrodzeń, by w konsekwencji załogi zakładów i fabryk zaczęły „domagać się” jak najszybszej prywatyzacji.

Aby zlikwidować przemysł wydobywczy zastosowano inny „trick” finansowy. Uwolniono ceny materiałów zaopatrzeniowych dla goórnictwa, a zachowano sztywne administracyjnie ceny na węgiel. Spowodowało to rosnące koszty, przy niemożności wzrostu przychodów z tytułu sprzedaży węgla, by wykazać, iż wydobycie go jest „nierentowne”. Dodatkowo, pośrednictwo w eksporcie węgla oddano w gestię spółkom handlowym (głównie nomenklaturowym), co w konsekwencji doprowadziło do konkurencji polsko-polskiej na światowych rynkach obrotu węglem. (i zaniżaniu ceny sprzedażowej węgla  –  S.O.)

Tzw. liberalizacja handlu zagranicznego (i reorientacja co do kierunków, czyli zmiana Wschodu na Zachód) spowodowała zalew rynku krajowego towarami i usługami sprowadzanymi z całego świata, co zdławiło rodzimych wytwórców i producentów.

Tak wieloaspektowa „strategia” doprowadziła do obniżenia produkcji przemysłowej w latach 1990-91 o 1/3 (liczona wolumenem produkcji sprzedanej). Dla porównania w latach wielkiego kryzysu lat 1929-33 o podobny wskaźnik obniżyła się produkcja przemysłowa na świecie, ale w ciągu czterech lat.
(pomijam w tym wątku szereg innych wskaźników liczbowych, np. dotyczących bezrobocia, gdyż skupiłem się na mechanizmach opisanych w  opracowaniu prof. J. Balcerka  –  S.O.)

Pomimo spadku produkcji magazyny fabryczne były przepełnione z braku możliwości zbytu na rynku wewnętrznym. Jednostkowe koszty magazynowania rosły w szybkim tempie wymuszając zaciąganie przez przedsiębiorstwa państwowe kredytów bankowych, przy ich lichwiarskim oprocentowaniu, na finansowanie bieżących płatności. Oczywiście kredyty te były tzw. gwoździem do trumny, bo wobec radykalnego załamania zbytu nie można było regulować z przychodów ze sprzedaży obsługi kredytu. To był główny powód owych „zatorów pralniczych”, czyli  wystawiania na cel agencji likwidacyjnej praktycznie wszystkich zakładów państwowych.
(Nawet jeśli nie każde z nich interesowały zagraniczny kapitał, to widać z tego, że schemat restrukturyzacji zastosowany przez planistów Sorosa, a nadzorowany przez lokalnych karbowych z polskich agend rządowych, nikomu nie pozostawiał szansy –  S.O.)

Po znalezieniu klientów zagranicznych chętnych na zakup danego podmiotu gospodarczego (prywatyzację; S.O.), przeznaczano 25-30% kapitału uzyskanego za pakiet akcji na stworzenie funduszy powierniczych w celu obsługi zadłużenia zagranicznego.

Rząd, zgodnie z zaleceniami Banku Światowego i EWG, zmierzał konsekwentnie do tego, aby poziom produkcji rolnej oscylował poniżej progu samowystarczalności żywieniowej, dlatego wywierany był administracyjny nacisk na ugorowanie i odłogowanie gruntów rolnych.
(„An Agricultural Strategy for Poland”; EC – World Bank Publication. „Financial Times” z 30-31.02.1991)

*********

Fragmenty z opracowania Józefa Balcerka pt.:  „Aktualny układ sił w świecie“,  Bielsko-Biała 1994, (wydane staraniem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Ofiar Wojny)

Jest to  tekst zawierający koncepcję polskiej transformacji przeciwstawną do tej, którą zrealizowano w Polsce pod  kierownictwem (pro forma) prof. Leszka Balcerowicza, pod ideowym patronatem prof. Karola Modzelewskiego, zaś kadrowym prof. Bronisława Geremka i gen. Czesława Kiszczaka. A wszystko to przy huraganowym medialnym wsparciu kosmopolitów „wyznania prawniczego” z ulicy Czerskiej w Warszawie.

******

“Interes Polski dyktuje rozumne i odpowiedzialne rozstrzyganie o losach gospodarki upaństwowionej. W określonych sferach życia gospodarczego własność państwowa ma nadal rację bytu. W przemyśle spirytusowym, tytoniowym, gier hazardowych itp., w których zyski są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do nakładów pracy czy sprawności menedżerskiej, monopol państwowy stanowi jedyną gwarancję autentycznych działań na rzecz ograniczenia „nadkonsumpcji”, powodującej niepowetowane straty społeczne i materialne. Przemysł zbrojeniowy jest z natury rzeczy domeną państwa odpowiedzialnego za stan obronności kraju i zainteresowanego w unowocześnianiu tego przemysłu. O losach infrastruktury technicznej (łączność, komunikacja, uzbrojenie techniczne) i socjalnej (szpitale, szkoły itp.) o znaczeniu ogólnokrajowym i międzynarodowym winno decydować państwo. Pozostałe przedsiębiorstwa państwowe o kluczowym znaczeniu dla gospodarki i społeczeństwa winny być uspołecznione. Należy jednak wyraźnie rozgraniczyć własność państwową i społeczną, zgodnie z przestrogą Jana Pawła II, iż „…przejęcie środków produkcji na własność przez państwo o ustroju kolektywistycznym nie jest jeszcze równoznaczne z „uspołecznieniem”  tejże własności.”
(Encyklika  Laborem Exercens).

Uspołecznienie środków produkcji jest formą autentycznego uwłaszczenia 2/3 ludności zawodowo czynnej, dotychczas zatrudnionej w charakterze pracowników i robotników najemnych, a także realizacji zasady prymatu [pracy] nad kapitałem. W interesie całego narodu załogi przedsiębiorstw uspołecznionych pełnią funkcję gospodarza. Powołują one rady pracownicze, które mianują i odwołują dyrektorów, jednoosobowo odpowiedzialnych za zarządzanie przedsiębiorstwami, kierując się wyłącznie ich kwalifikacjami profesjonalnymi i moralnymi. Na bazie więzi kooperacyjnych samorządy (i rady) pracownicze tworzą rozbudowany poziomo i pionowo system samorządów (rad) pracowniczych. Dzięki temu mogą one zbudować własny system banków gospodarki uspołecznionej (na szczeblu lokalnym, regionalnym i ogólnonarodowym), zmobilizować niezbędną wolne środki pieniężne i podjąć dzieło restrukturyzacji kluczowych działów gospodarki narodowej, uwalniając się od dyktatu gospodarczego (i politycznego) międzynarodowych instytucji finansowych.

Własność rodzinna na wsi (przede wszystkim gospodarstwa chłopskie) i w mieście (warsztaty rzemieślnicze, drobne przedsiębiorstwa wytwórcze, usługowe i handlowe) zapewnią również prymat pracy nad kapitałem. Współdziałanie przedsiębiorstw rodzinnych na zasadach rynkowych z gospodarką upaństwowioną i uspołecznioną leży w interesie wszystkich wymienionych form własności, przy czym finansowo niezależne przedsiębiorstwa uspołecznione i upaństwowione są w stanie udzielić przedsiębiorstwom rodzinnym niezbędnej pomocy finansowej i kredytowej. Również własność spółdzielcza urzeczywistnia zasadę prymatu pracy nad kapitałem. Świadczy o tym w szczególności spółdzielczość inwalidów, która nie tylko zapewnia rosnącemu odsetkowi ludzi niepełnosprawnych (około 10% ludności ogółem) pewien dochód, lecz ponadto przywraca im wiarę we własne siły. Co więcej, własność spółdzielcza likwidowana pod pozorem jej odbiurokratyzowania jest warunkiem przywrócenia gospodarce rodzinnej na wsi i w mieście kontroli nad zaopatrzeniem i zbytem przejętej przez nomenklaturowe spółki żyjące ze spekulacji, lichwy i grabieży. Wreszcie dla zdecydowanej większości społeczeństwa, która żyje i żyć będzie z pracy, spółdzielnia mieszkaniowa (lokatorska i własnościowa) jest jedyną drogą do własnego mieszkania, a spółdzielnia spożywców – jedyną szansą nabycia taniej i zdrowej żywności oraz niedrogich choć nowoczesnych dóbr konsumpcyjnych. Nie należy przeciwstawiać się własności prywatnej pod warunkiem jednak, że powstaje i rozwija się na własną odpowiedzialność i ryzyko, a nie, jak obecnie, kosztem celowo rujnowanej własności państwowej, rodzinnej i spółdzielczej.
Poszanowanie zasady równouprawnienia wszystkich form własności prowadzi do ekonomicznego upodmiotowienia całego społeczeństwa i zakłada powstanie na miejsce Senatu drugiej przedstawicielskiej – Izby Gospodarczej, dzięki której całe społeczeństwo będzie kształtować główne kierunki rozwoju gospodarki narodowej”.

Z programu dostosowawczego  Józefa BalcerkaO przetrwanie Narodu Polskiego

„Z prymatu pracy nad kapitałem wynika prawo do pracy i zasada pełnego zatrudnienia, które gwarantuje podmiotowość ekonomiczną, społeczną i polityczną całego Narodu. Dlatego też przeciwstawić się trzeba celowo i świadomie wprowadzanej klęsce masowego i chronicznego bezrobocia, bowiem mówiąc słowami Jan Pawła II, prowadzi ono do utraty „… szacunku, jaki każdy człowiek winien żywić dla samego siebie…”  (Encyklika Sollicitudo Rei Socialis).

„Kłamstwem jest twierdzenie, że bezrobocie jest warunkiem wzrostu wydajności pracy i efektywności gospodarowania. Niszcząc fizycznie i psychicznie ludzi pracy, a w szczególności młodzież (2/3 bezrobotnych nie przekroczyło wieku 35 lat), tego rodzaju „strategia gospodarcza” nadaje procesowi destrukcji nie tylko gospodarki, ale i społeczeństwa wprost obłędne przyspieszenie. Jest to tym bardziej niepokojące, że społeczeństwo jest świadomie wprowadzane w błąd. Według oficjalnej statystyki bezrobotnych jest 2,6 mln osób, a w rzeczywistości jest ich 4 – 4,5 mln, a stopa bezrobocia sięga nie 14%, lecz 20-25%. Z uwagi na krańcowe terytorialne zróżnicowanie tego zjawiska coraz więcej jest ośrodków, w których stopa bezrobocia sięga 50-70%, a chroniczne niedożywienie zwłaszcza dzieci i młodzieży, brak opieki lekarskiej i życie w slumsach składają się na proces fizycznego i psychicznego wyniszczenia Narodu Polskiego, zapowiadając szybki jego „pokojowy” Holokaust.

Bezrobocie spycha dochody rodzin bezrobotnych coraz szybciej poniżej biologicznego minimum egzystencji. Prawie połowa oficjalnych bezrobotnych została już pozbawiona nawet głodowego zasiłku i skazana na żebraczą opiekę i pomoc społeczną. Sztucznie rozbudowana w celu zamaskowania rzeczywistych rozmiarów bezrobocia (wcześniejsze emerytury) armia 8,5 mln emerytów i rencistów jest skazana na arbitralność rządów nomenklatury, dokonujących coraz drastyczniejszych cięć w funduszu emerytalnym i rentowym, w imię  „ratowania” budżetu państwa. Pod tym samym pretekstem nomenklatura dokonuje jeszcze drastyczniejszych cięć w funduszach przeznaczonych na ochronę zdrowia, oświatę, naukę, kulturę, wychowanie fizyczne i wypoczynek oraz budownictwo mieszkaniowe. W okresie 1981–1991 Polska straciła 1/4 swoich uczonych, a strategia gospodarczej destrukcji gwałtownie przyspiesza proces ‘drenażu mózgu’ i niszczenia myśli twórczej.
(…)

Fałszem jest oficjalna teza, że przyczyną zapaści budżetu państwa są podyktowane partykularyzmem roszczenia płacowe lub socjalne pracowników i robotników najemnych, chłopów, rzemieślników, drobnych producentów i kupców. Rzeczywistą przyczyną jest celowe doprowadzenie najlepszych przedsiębiorstw państwowych do bankructw, by usprawiedliwić ich przekazanie za symboliczną złotówkę w ręce obcych korporacji oraz spółek nomenklaturowych i mieszanych. Wreszcie firmy „prywatne” w swej zdecydowanej większości zgłaszają do urzędów skarbowych jeżeli nie straty, to w najlepszym razie znikome zyski”.

Mój komentarz (S. O.):

John Lewis Gaddis wykładowca strategii wojennej  (Univ. Yale) w książce The Cold War: A New History (ed. New York, Penguin Press, 2005; edycja polska : Zimna wojna: Historia podzielonego świata.;  ZNAK 2007) wskazuje,
że decydującym warunkiem zakończenia „zimnej wojny” było ze strony tzw. Zachodu (czyli USA) wymuszenie na Sowietach zjednoczenia Niemiec (aneksja NRD przez RFN). Losy pozostałej masy upadłościowej po RWPG  nie budziły specjalnego zainteresowania, kto miałby tę resztę „posprzątać” (zagospodarować).

Aspekt techniczno-wojskowy takiej operacji był skomplikowany, bo  proces o tak  znacznej inercji i rozmiarach nie mógł zostać przeprowadzony z „piątku na poniedziałek”, czyli musiał zostać dokładnie rozplanowany, łącznie z rolami rozpisanymi dla jego uczestników. W sensie technicznym musiała nastąpić neutralizacja oddziałów grupy Armii Czerwonej stacjonujących na terenie NRD. Zarówno Gorbaczow jak i Reagan dostrzegali niebezpieczeństwo niekontrolowanej reakcji zideologizwanych dowódców sowieckich , którzy dysponowali bronią atomową oraz środkami jej przenoszenia. Najbardziej twardogłowych trzeba było wymienić (łącznie z dyslokacją kluczowych segmentów uzbrojenia),  ale nie wszystkich naraz, bo to mogłoby wzbudzać jakieś podejrzenia. Generalicja
ta żyła z zaszeregowania na szczeblach drabinki nomenklaturowej i na dobrą sprawę niewiele miała do stracenia, poza państwowym uposażeniem i służbowym lokum gdzieś w głębi imperium sowieckiego. Należało uruchomić lewar materialnego dobrobytu, aby nie opłacało im się umierać dla idei, a przeciwnie, żeby posiadali sporo do stracenia. Dlatego od 1986 r. dano im możliwość legalnego obrotu „dobrami z Zachodu” bez kontroli celnych i stosownych opłat z tego tytułu. Inaczej mówiąc zezwolono im na kontrabandę w wersji „no limit”.  I z NRD pomknęły na wschód pociągi z zaplombowanymi wagonami. Wystarczyły trzy lata, aby większość dowódców sowieckich w NRD przestawiła wektory w swoim myśleniu, skupiając się na wybudowanych rezydencjach, ich wyposażeniu, a także „ustawieniu” członków rodziny. Tak z grubsza wyglądało wykonanie operacji neutralizowania od strony techniczno-psychologicznej.

Natomiast zagospodarowanie wspomnianej masy upadłościowej po RWPG należało do zadań innego rodzaju strategów, czyli spekulantów finansowych kontrolujących obieg światowego pieniądza kredytowego. Oni decydowali jaki wariant transformacji może zostać zastosowany i wdrożony w poszczególnych segmentach owej masy upadłości (krajach byłego bloku sowieckiego). Posiadali tutaj częściowo przeszkolone kadry lokalnych ekonomicznych „askarysów”, powysyłane” wcześniej na zagraniczne staże w ramach Fundacji Fulbrighta i podobnych. Przeszkolenie to polegało na zapoznaniu ich z terminologią stosowaną w świecie finansów „realnego pieniądza”, aby rozumieli o czym się do nich mówi (czyli, żeby rozumieli treść wydawanych im zaleceń i poleceń).

Na  Polskę wystarczyło kilkunastu, co najwyżej kilkudziesięciu, byle obsadzono ich na kluczowych pozycjach. Bo każdy z nich miał w gospodarczym resorcie „doradców” ergo konsultantów delegowanych z Banku Światowego i MFW. Były to najczęściej osoby poznane przez naszych askarysów przy okazji owych zagranicznych wyjazdów stypendialno-stażowych. Zapewne często byli to ludzie ze służb „postawieni” dla opieki nad takimi stażystami, którzy mieli rozpoznawać ich „charakterystykę psychologiczną”, nie wspominając o stręczeniu okazji dla zbierania „kompromatów”.

Później, już tu na miejscu, “konsultowanie” było łatwizną.

Oddzielnym problemem było rozpoznanie podatności na korupcję. Gdy pracowałem przez parę miesięcy w jednym z ministerstw zajmujących się restrukturyzacją „przemysłu i handlu” (1991 r.), czyli przygotowaniem kandydatów do „sprywatyzowania” dla resortu ministra J. Lewandowskiego, krążyły plotki i pogłoski o tym kto i za ile czapkę gruszek jaki zakład pozwolił „sprywatyzować’. Nazwisk ze względów ostrożności procesowej oczywiście nie będę  wymieniał.

Kończąc ten wątek wyrażę swoją opinię.
Otóż bez względu na to, na ile byłyby bardziej korzystne dla społeczeństwa i gospodarki polskiej przedstawiane przez oponentów wersji sorosowskiej alternatywne drogi czy wersje restrukturyzacji gospodarczej,  to nie miały one żadnych  szans realizacji. Powtórzę kwestię umieszczoną w poprzedniej notce, mianowicie że schemat restrukturyzacji zastosowany przez planistów Sorosa, a nadzorowany przez lokalnych askarysów z polskich agend rządowych, nikomu nie pozostawiał szansy.

Nie miała takiej  szansy ani koncepcja prezentowana przez prof. Józefa Balcerka, ani przez żadnych innych kontestatorów. Były to jednakże koncepcje ogólne, przede wszystkim, na ile dzisiaj rozumiem te kwestie,  nie były one rozpisane na „osi czasowo-finansowej”.  No i diabeł jak wiadomo tkwi w szczegółach, a my nie mieliśmy po prostu armat. Pocisków do nich również nie. Złożyły się na to przyczyny zewnętrze, ale również wewnętrzne, wcale  nie mniej istotne.

Oto pierwszy przykład.  
Gdy w 2000 roku skończyłem szkolenie w Studium Doradców Podatkowych w instytucie na ul. Kaleńskiej w Warszawie, miałem za sobą już ok. ośmiu lat praktyki jako audytor finansowy, załóżmy więc, że wiedziałem o czym mówię. Ponadto jeszcze miałem jakieś resztki nadziei, że w tworze politycznym o nazwie AW „S” znajdzie się jakieś pole do merytorycznych rozmów na tematy gospodarcze (zwłaszcza podatkowe). Niestety, nie znalazłem chętnych do dyskutowania o tych zagadnieniach. Zbywano mnie najczęściej takim oto wybiegiem, że „od tego” jest Leszek Balcerowicz, więc ich to nie musi już interesować. Najważniejsza dźwignia gospodarki, którą stanowią  podatki, ich rodzaj, skala, sposoby wprowadzania etc, etc., nikogo nie interesowała. A to przecież oznacza, że Balcerowicz miał „carte blanche”. A gdy zwracałem uwagę, że skoro tak mocno krytykują owego Balcerowicza, to niech na jego miejsce wskażą ze trzech innych finansistów, najlepiej z każdej partii sejmowej. Wówczas  patrzyli na mnie jak na kosmitę. No bo skąd wynajdą trzech, jak nawet jednego nie mieli. I od tamtej pory dałem sobie spokój z politykami i ostatecznie prysły u mnie tlące się resztki złudzeń.

Przykład drugi
Gdy w charakterze inspektora kontroli państwowej prowadziłem badanie przekształcenia państwowego molocha PZU w spółkę skarbu państwa (II półrocze 1992 r.), miałem przemawiającą do wyobraźni rozmowę z ówczesnym prezesem owego molocha, p. Krzysztofem Jarmuszczakiem. W trakcie mojego badania napotkałem termin, którego nie rozumiałem. Była nim „reasekuracja” (rozproszenie ryzyka). Prezes odpowiedział, że wcale się nie dziwi, bo w Polsce jest raptem ośmiu ludzi, wliczając jego, którzy wiedzą co to jest, no i  wymienił wszystkich z nazwiska oraz to czym się wtedy zajmowali (gdzie i w jakim charakterze pracowali).  OŚMIU. Następnie wyjął z regału jeden z tomów rocznika londyńskiego Lloyds’a, i powiedział, co następuje: polskie PZU prowadzi łącznie jakieś dwadzieścia kilka wszystkich rodzajów ubezpieczeń majątkowych. A w tym oto tomie rocznika Lloyds’a za rok (nie pomnę już który to był) jest kilkaset rodzajów ubezpieczeń (bodajże ponad 500) dotyczących samego tylko frachtu morskiego. Nie trzeba było do tego niczego więcej dodawać. Ta przepaść nie tylko ziała, ale nie było także widać jej dna.

Przykład trzeci  (i ostatni).
Pewnego razu do instytucji w której wówczas byłem zatrudniony (a było to kilkanaście lat później niż sytuacja opisana w przykładzie nr 2) przyjechała przedstawicielka brytyjskiego NAO (National Audit Office; odpowiednik polskiego NIK). Była ona z pochodzenia Polką, aczkolwiek obywatelką brytyjską. Rozmawiała z nami i po polsku i po angielsku. Zapytałem ją o to jak ona widzi powody tego, że „Angole” tak relatywnie słabo angażują się kapitałowo w rynek polski. Odpowiedziała, że Anglik (niech będzie Brytol) źle się czuje w sytuacji, w której ma robić interesy z firmą, której istnienie liczy sobie dwa, pięć, czy nawet dziesięć lat. On uważa takie podmioty za byty tymczasowe i nie traktuje ich serio. Dla Brytoli firma musi mieć co najmniej 50 lat trwania, a najlepiej żeby miała ich sto, a jeszcze lepiej sto pięćdziesiąt. A najmniej trzy pokolenia. No to ile u nas było takich firm?

Podsumowanie
Na progu transformacji nie dysponowaliśmy know-how. Co przez to rozumiem? Otóż w  pierwszym lepszym banku w londyńskim City można byłoby od ręki znaleźć  z 50 „Balcerowiczów” a w tych trochę lepszych całe ich setki. Wyszliśmy na lodowisko w butach z łyżwami niedopasowanymi do naszych stóp, a ponadto takich, które wczoraj otrzymaliśmy z darów. I przyszło zmierzyć się z profesjonalistami z NHL. Ogrywali nas bezkarnie, bo mogli to łatwo robić. I nie ma im się co dziwić, ani biadolić, że nas ogrywali jak dzieciaków. Dlatego złudzeniem jest, iż zmieniłoby się coś zasadniczo w procesie polskiej transformacji po roku 1989, gdyby finansami i sprawami gospodarki państwa kierowali nie „Balcerowicze i Lewandowscy”, ale „Kieżunowie i Balcerkowie”. Moim zdaniem niczego by to specjalnie nie zmieniło. Brakowało nam bowiem zarówno armat jak i amunicji do nich. Tak czy owak musieliśmy zapłacić frycowe, a o jego skali i tak decydowaliby „planiści” od Sorosa.

***

O autorze: stan orda

lecturi te salutamus

[pozdrawiamy, że czytasz. md]

Zanurzmy się w odmęty szaleństwa i przeglądnijmy propagandę big pharmy. O osobach, które NAGLE zmarły na serce.

https://banbye.com/watch/v_kIYDVXN_NNQe

Od roku 2021 coraz częściej słyszymy o osobach, które NAGLE zmarły na serce.
Czasami dzieje się to w zaciszu domowym, ale zdarzały się przypadki takiej śmierci, które rozgrywały się przed kamerami telewizji, w studio, podczas zawodów sportowych czy nagrywanych imprez.

Czy świat nauki już wie co od roku 2021 zabija nasze serca?

Czy to zmiany klimatu?
A może umieramy ze szczęścia?
Może to zasypianie przed telewizorem albo zbyt energiczne wytrzepywanie kołdry?

Świat nauki stawia wiele hipotez, ale też daje nam jedną odpowiedź co do tego, co NA PEWNO nie jest przyczyną tych nadmiarowych śmierci… Szczególnie śmierci dzieci lub bardzo młodych, wysportowanych i zdrowych ludzi.

Zanurzmy się w odmęty szaleństwa i przeglądnijmy propagandę big pharmy.
Zapraszam!

Oczywistości o fizyce atmosfery. Jednak tylko dla czytających wykresy..

Profesor Happer pracował w projekcie Gwiezdnych Wojen Reagan’a nad adaptacyjną optyką (adaptacyjne zwierciadła, umożliwiające uniknięcia rozpraszania wiązek laserowych w niejednolitej ziemskiej atmosferze).

———————

[Chodzi o górę Kościuszki w Australii, 2230 m. md]

Temperatura atmosfery jest niejednolita i na wysokości 120 km jest bliska temperaturze na powierzchni Ziemi.

Wykresy emisji promieniowania elektromagnetycznego z ziemi do kosmosu. profesor Happer twierdzi, że przy braku gazów cieplarnianych większość powierzchni Ziemi byłaby za zimna do zamieszkania.

Głównym wnioskiem jest ze zwiększenie stężenia CO  z aktualnych 400 ppm do 800 ppm będzie miało bardzo mały wpływ na wartości promieniowania przy ziemi.

Dane modelowe i pomiary promieniowania przez spektrometry umieszczone na satelitach sa porównywalne

W załączniku artykuł:

Dependence of Earth’s Thermal Radiation on Five Most Abundant Greenhouse Gases

W. A. van Wijngaarden1 and W. Happer2

1Department of Physics and Astronomy, York University, Canada, wlaser@yorku.ca

2Department of Physics, Princeton University, USA, happer@Princeton.edu

June 8, 2020

Obliczenia wplywu podwojenia stężenia  CO2    do 800 ppm (wzor Stefana Boltzmana).

Poniewaz wzrost temperatury o tak mala wartosc nie daje wystarczajacego dowodu na zagrozenie klimatyczne,  probuje sie wprowadzic pozytywne sprzezenie zwrotne od wplywu chmur i pary wodnej w atmosferze.

Profesor podaje regule francuskiego chemika, który stwierdzi ze większość naturalnych sprzężeń zwrotnych jest ujemna.

Końcowy wniosek wykładu bazujacy na danych fizycznych.

=========================

Dodatkowe wnioski:


Za dużo tlenu w reakcjach fotosyntezy może byc szkodliwe dla roślin.

———————————–

Wzrost poziomu COw atmosferze i wzrost roślinności na Ziemi.

=====================================

Pranie mózgu. MEMy II

==============================

[To oczywiście wpis na kacu, 26 grudnia]

========================================

[to reminiscencje, czy przepowiednia? MD]

[powtórka, ale warto… md]

—————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Nawet Watykan przyznaje: Lista krajów, w których zginęli kapłani. Jest na niej Polska.

30 grudnia 2024

Ogłoszono listę krajów, w których zginęli kapłani. Niestety – jest na niej Polska

https://pch24.pl/ogloszono-liste-krajow-w-ktorych-zgineli-kaplani-niestety-jest-na-niej-polska

(fot. Pixabay)

Watykan opublikował doroczną listę katolickich misjonarzy i pracowników duszpasterskich, którzy zostali zabici w kończącym się 2024 roku. Jest ich w sumie 13. Znalazł się wśród nich zamordowany w Szczytnie Polak ks. Lech Lachowicz.

Szczegółowy raport opublikowała należąca do watykańskiej Dykasterii ds. Ewangelizacji agencja Fides. Na wstępie zaznaczono, że na liście znajdują się jedynie dobrze zweryfikowane przypadki kapłanów, a także świeckich, zaangażowanych w pracę duszpasterską, którzy ponieśli śmierć w tym roku. Wciągnięcie ich na listę nie przesądza o ich męczeństwie, bo to podlega osądowi Kościoła.

Wśród 13 zabitych w tym roku duszpasterzy i pracowników duszpasterskich jest 8 kapłanów i 5 osób świeckich. 6 zginęło w Afryce (2 w Burkina Faso, 1 w Kamerunie, 1 w Demokratycznej Republice Konga i 2 w RPA), 5 w Ameryce Łacińskiej (po jednym w Kolumbii, Ekwadorze, Hondurasie, Meksyku i Brazylii) a 2 w Europie, w Polsce i w Hiszpanii.

W sumie od 2000 roku zabito na świecie 608 kapłanów i pracowników duszpasterskich. Watykański raport załącza szczegółową biografię ks. Lachowicza. Podaje, że 2 listopada został napadnięty na plebanii w Szczytnie przez mężczyznę uzbrojonego w siekierę. Zmarł w szpitalu po siedmiu dniach agonii.

Innym europejskim kapłanem zamordowanym w tym roku jest o. Juan Antonio Llorente, ze zgromadzenia franciszkanów Niepokalanej. 7 listopada do jego klasztoru wtargnął mężczyzna uzbrojony w kij i butelkę. Bił wszystkich napotkanych franciszkanów. O. Juan zmarł dwa dni później w szpitalu w Walencji.

Źródło: KAI / Krzysztof Bronk, Vatican News PL

Przyobleczmy zbroję wiary. To będzie trudny rok.

To będzie trudny rok. Czy stać nas, Polaków, na obronę wiary?

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/to-bedzie-trudny-rok-czy-stac-nas-polakow-na-obrone-wiary/

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Rok 2025 przyniesie Kościołowi katolickiemu kolejne zmiany. Wszystko za sprawą nakazu implementowania synodalności, jaki wydał papież Franciszek. Najważniejsze są jednak prace watykańskich komisji, które przygotowują gruntowną reformę Kościoła. Polska musi wziąć się do walki o prawdę wiary.

W Kościele katolickim od 2013 roku trwa nieustanny ferment. Wszystko zaczęło się wraz z deklaracją rezygnacyjną Benedykta XVI, a po konklawe w marcu tamtego roku było już tylko „ciekawiej”. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy również nie będziemy się nudzić – i to bynajmniej nie za sprawą Roku Świętego. Owszem, znaczna część wiernych zajmie organizowaniem pielgrzymek do Rzymu i odwiedzaniem czterech rzymskich bazylik papieskich; na omawianiu związanych z tym inicjatyw skupi się też najpewniej większa część uwagi katolickich mediów. Jeżeli interesuje nas przyszłość katolicyzmu powinniśmy skoncentrować się – niestety – na czymś zupełnie innym, a mianowicie na postępach procesu synodalnego.

Rewolucja komitetów

Opublikowany 26 października „Dokument Finalny” Synodu o Synodalności zawiera szereg wskazań co do tego, jak budować synodalność na różnych płaszczyznach życia kościelnego. Wskazania te nie są wprawdzie zbyt konkretne, ale wyznaczają dość jasno ogólny kierunek: większa partycypacja świeckich i decentralizacja sposobu rozumienia doktryny i moralności. W związku z tym można spodziewać się najrozmaitszych inicjatyw lokalnych nakierowanych na „usynodalnianie” Kościoła.

W Niemczech, na przykład, po ogłoszeniu dokumentu pełną parą ruszyły prace Komitetu Synodalnego, który stawia sobie za cel szczegółowe opracowanie norm decydujących o sposobie rządzenia Kościołem w tym kraju. W Polsce biskupi są zainteresowani rozbudową sieci szkół świeckich katechistów oraz ożywianiem funkcjonowania rad diecezjalnych i parafialnych. W Austrii ruszyła specjalna jednostka akademicka do opracowania synodalności, która stawia sobie za zadanie wypracowania „europejskiego modelu” Kościoła synodalnego. W jednej z diecezji Belgii w modlitwie eucharystycznej zaczęto wymieniać imię kobiety, która jako „delegat” zastępuje biskupa pomocniczego. W innych regionach świata synodaliści również nie próżnują: wypowiedzi kardynałów z obu Ameryk czy Afryki Północnej wskazują, że zamierzają wykorzystywać impet synodalny do tego, by przeprowadzać różne progresywne zmiany, na przykład w kwestii udzielania Komunii świętej rozwodnikom (o tym mówił Jean-Paul Vesco z Algierii), symulowania udzielania święceń diakonatu kobietom (Ulrich Steiner z Brazylii) czy zwalczania tradycyjnej pobożności eucharystycznej (Blase Cupich z USA). Te wszystkie rzeczy, choć same w sobie bardzo ważne, to zarazem tylko drobiazgi w obliczu tego, co Rzym dopiero szykuje.

Rewolucja jest przygotowywana przez specjalne watykańskie komitety.

W październiku 2023 papież powołał do życia dwie pierwsze komisje synodalne, które trudzą się nad opracowaniem reformy. W lutym dołączył do nich dziesięć kolejnych. Sesja synodalna z października 2024 wezwała do utworzenia jeszcze kilku. Komitety pracują poza wszelkim radarem kardynałów, biskupów i zwykłych wiernych. Mają papieski mandat – i to musi Kościołowi wystarczyć. Prawdopodobnie usłyszymy w przyszłości, że zmiany proponowane przez te komitety wynikają z „uważnego wsłuchiwania się w głos Ludu Bożego”. Trzeba będzie wtedy pamiętać, że to nieprawda – bo jedyny głos, jakiego słuchają stworzone przez papieża komisje, to głosy: Jorge Mario Bergoglia, kilku wpływowych kurialistów oraz oczywiście ich własny.

Czy stać nas na walkę o prawdę?

Zgodnie z zapowiedziami papieża wyrażonymi w jego „Nocie” dołączonej do „Dokumentu Finalnego” Synodu o Synodalności naczelnym zadaniem komitetów ma być opracowanie szczegółowych ram dla Kościoła zdecentralizowanego, w tym w prawie kanonicznym. W związku z tym, zdawałoby się, istnieje pilna potrzeba opracowania polskiej odpowiedzi na te plany. Piszę: zdawałoby się, bo trudno mówić o rzeczywistej potrzebie w sytuacji, w której prawie nikogo to nie interesuje. O tym, że Kościół katolicki zmierza drogą decentralizacji piszemy w PCh24.pl od lat. Nasz portal jest czytany przez teologów, księży, ba, nawet przez biskupów.

Panuje jednak powszechne przekonanie, że – mimo wszystko – nie ma sensu się tym zajmować, tak, jakby synodalna rewolucja w ogóle nas nie dotyczyła, bo ostatecznie i tak będzie trzeba przyjąć to, co przyjdzie z Rzymu. Problem w tym, że zmiany, choć są dekretowane przez Rzym, zostają wcześniej opracowane w innych miejscach – przede wszystkim w takich krajach jak Niemcy, Belgia, Austria, Szwajcaria i Brazylia; dzieje się tak ze względu na osobiste otoczenie papieża i charakter środowiska, które go popiera.

Nie oznacza to jednak, że Polska jest odgórnie skazana na rolę podporządkowaną. Przydałoby się trochę więcej wiary w naszą sprawczość w Kościele. Nie trzeba sięgać aż do Pawła Włodkowica na Soborze w Konstancji; również w bliższej historii wielokrotnie udawało się  Polakom odgrywać istotną rolę w Kościele powszechnym. Potrzebna jest jednak wola i starania. Kompletne désintéressement panujące w naszym kraju wokół procesu synodalnego jest nie tylko niezrozumiałe, ale również niegodne wielkiej historii polskiego katolicyzmu. Nie dziwię się, że sprawami synodalnymi niewiele interesuje się Kościół na Litwie, Słowacji albo w Rumunii. Polska ma jednak zupełnie inną wagę. Ma – albo miała, bo dziś, przez milczenie, dobrowolnie ją wytraca.

Naszego głosu w ogóle nie słychać. Starał się to zmieniać były przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki, włączając się w kluczową dla przyszłości Kościoła dyskusję w Niemczech, kontaktując się z biskupami z innych krajów, między innymi z kardynałem Dominikiem Duką z Czech. Starania jednego człowieka, nawet jeżeli znaczące, to jednak za mało w konfrontacji ze skalą problemów. Kiedy zresztą abp Gądecki odszedł z funkcji w Episkopacie, nikt nie zastąpił go w roli polskiego głosu w przestrzeni międzynarodowej. Na najważniejsze tematy dyskutowane dziś w Kościele po prostu nie zwracamy uwagi. Nie zajmują się nimi biskupi, chyba, że w rozmowie z jakimś dziennikarzem padnie pytanie o procesy synodalne – wtedy, nie ma rady, trzeba coś powiedzieć; zwykle jednak odpowiedź ogranicza się do urzędowego optymizmu i powtarzania watykańskich sloganów.

Nie ma tymczasem żadnej konieczności ich powtarzania. Watykan nie jest właścicielem Kościoła w Polsce, a tym mniej jest nim Sekretariat Synodu kierowany przez kardynałów z Malty i Luksemburga. Stać nas, Polaków, na to, by mieć własną ocenę takich skrajnie niekatolickich absurdów jak błogosławienie związków jednopłciowych czy dopuszczanie do Komunii świętej protestantów; stać nas na wypracowanie rzetelnej teologicznej odpowiedzi na pytania o kapłaństwo kobiet albo wyświęcanie żonatych. Niestety, dyskusje na te tematy nie toczą się nawet w tych mediach katolickich, które są niezależne od pieniędzy kurialnych – trochę tak, jakby nawet progresiści w ogóle nie byli zainteresowani przyszłością Kościoła w Polsce! Z ich perspektywy taktyka jest może słuszna: inercja spowoduje konieczność przyjęcia obcych wzorców…

Przyobleczmy zbroję wiary

Polska polityka w 2025 roku będzie bardzo wroga Kościołowi. Minister edukacji Barbara Nowacka wypowiedziała katolicyzmowi wojnę: usuwa ze szkół lekcje religii, nie chce na poważnie negocjować z biskupami. Wiarę w Chrystusa próbuje zastąpić wiarą w rewolucję seksualną i dekretuje wprowadzenie tzw. edukacji zdrowotnej. Rząd planuje też wprowadzić związki partnerskie, ułatwić swobodę zabijania dzieci nienarodzonych, być może postara się jeszcze o inne zmiany w tym duchu – jeżeli kandydat KO wygra wybory prezydenckie, rewolucja zostanie z łatwością przeprowadzona. W tej sytuacji katolicy będą mieli pełne ręce roboty, stając przed koniecznością głębokiego zaangażowania się w życie polityczne. Dotyczy to zarówno biskupów oraz księży jak i świeckich. Mam pewną nadzieję, że brutalna konfrontacja z liberalną polityką doprowadzi do ożywienia polskiego katolicyzmu. Dotąd względnie łatwo było spać: państwo stworzyło Kościołowi cieplarniane warunki i nawet jeżeli niekiedy się pogarszały, w sumie nie było specjalnie o co się bić. W takim klimacie gnuśności łatwo o utratę mięśni – dotyczy to, podkreślam, wszystkich.

Nadszedł teraz czas przywdziania zbroi. Pierwszy rok rządów KO pokazał, że idzie to dość opornie; bo zbroja ciasna, a i na konia wsiąść trudno. Mam jednak nadzieję, że z biegiem czasu – i to raczej szybciej niż później – ciężka konieczność wymusi na nas wszystkich utwardzenie postawy. Walcząc o własną tożsamość z wrogim rządem możemy na tyle przywyknąć do rozdawania ciosów, że nabierzemy odwagi również do zmagań wewnątrzkościelnych.

Te zmagania są przecież najważniejsze. Jeżeli udałoby się nawet odsunąć wszystkie złe ustawy Tuska na bok, to jaki będzie z tego pożytek, jeżeli katolicyzm w Polsce zwietrzeje i utraci swój ewangeliczny zapach pod wpływem liberalnego, lewicowego ducha niby synodalnego?

Tymczasem, odwrotnie, niechby nawet rząd przeforsował antykatolicką politykę; wiedząc, w co wierzymy i mając siły do obrony tej wiary – nie będziemy przegrani. Tego dynamizmu życzę sobie i wszystkim Czytelnikom.

Daj nam, Boże, przepasać biodra prawdą i przyoblec pancerz, którym jest sprawiedliwość.

Paweł Chmielewski

Hałas, huki, błyski, światełka i lejący się kicz, czyli raz do roku “święto” niewolników

Hałas, huki, błyski, światełka i lejący się kicz, czyli raz do roku “święto” niewolników

Autor: wawel , 1 stycznia 2025 https://ekspedyt.org/2025/01/01/halas-huki-blyski-swiatelka-i-lejacy-sie-kicz-czyli-raz-do-roku-swieto-niewolnikow/

image

Hołota świętuje huk i hałas

Święto, życzenia, radość… Gorące paski we wszystkich stacjach TV: “Jak świat wita Nowy Rok”

Święto Narodzin Pana Wszechświata, Syna Bożego podmienione na “święto” magicznego, wielkiego worka Mikołaja oraz światło okultystycznej chanuki. Co podmienia kretyńskie święto “Zmiany Kalendarza” i święto tego, “Jak świat wita Nowy Rok”? Sądzę, że – wg wytycznych prof. Diabelskiego –  podmienia Święto Trzech Króli. Czyli – jak wyjątkowo sensownie pisze Wiki – “Objawienie Pańskie, Epifania (gr. επιφάνεια epifaneia; objawienie, ukazanie się) – chrześcijańska uroczystość mająca uczcić objawienie się Boga człowiekowi (teofania), obecność Boga w historii człowieka, a także uzdolnienie człowieka do rozumowego poznania Boga.”

Ktoś czegoś jeszcze nie rozumie? Po prostu zamiast Chrystusa witamy na świecie… nowy rok. Nowy na wodzie krąg. Na wodzie potopu…

Święto, życzenia, radość? Jedna wielka brednia. Nie ma dzisiaj ani jutro żadnego “święta”. Za życzeniami słanymi od jednych do drugich nie kryje się żaden pneumatyczny wehikuł, żadna duchowa siła pośrednicząca. W te dni panuje czyste Nic. Ale – na szczęście – ono… nie istnieje. Nie prośmy więc go o nic. Prośmy, co najwyżej swojego Anioła Stróża lub swoją Jaźń. I to nie w te dni bez znaczenia, wyznaczone przez braci fartuszkowych, lecz każdego dnia prośmy faktyczne siły duchowe, w myślach, W CISZY, nie w huku Pustki rozpadającej się na  gwiazdki, kolorowe paciorki piszczące jak szczury na profanowanym nieboskłonie.

A radość? To echo starorzymskiego święta niewolników. Człowiek zniewolony, uwięziony, zaobrączkowany dostaje od nadludzi jeden dzień, gdy może na parę godzin wyjść na ulice i powalić metalowym prętem w blachę (lub użyć do tego nowocześniejszych petard), potarabanić trochę byle czym w byle co, by zapomnieć, że… nie istnieje, że go nie ma, że jest niczym i ma służyć Panom.

Jaka więc radość? Prawdziwie zrozumiany ten dzień powinien wzbudzić raczej bezgraniczny smutek samozapadającej się otchłani. A jakie życzenia może składać w “Święto” Bezgranicznego Smutku jeden niewolnik drugiemu? Chyba tylko takie, by kajdany mniej wbijały się w skórę “na ten Nowy Rok”  i wydzielały “odświeżający” aromat (chemia z Niemiec). Nonsens.

Po tym krótkim wstępie zapraszam do lektury pięknego, głębokiego tekstu o tym, dlaczego wrzawa, hałas, zgiełk, rumor, jazgot, rejwach, harmider, tumult, kakofonia, raban, rwetes, ryk rodzące się z nieładu stoją bardzo blisko grzechów śmiertelnych a może i nimi są…

Grzech śmiertelny hałas

“Hałas jedną z najstraszliwszych plag naszego życia. Hałas to akustyczne śmieci, szczególnie dotkliwa forma stresu. Niszczy nie tylko nasz słuch, lecz szkodzi krążeniu krwi, oddychaniu i systemowi nerwowemu. Terroryzuje nasze zmysły i naszą duszę, zakłóca trawienie, wprowadza nieład w pulsowanie krwi i bicie serca. Do hałasu nie można się przyzwyczaić, chyba że przez otępienie, skrajną utratę witalności, a w końcu poprzez głuchotę. Wielki lekarz i odkrywca zarazków gruźlicy Robert Koch już w XIX stuleciu stwierdził, że pewnego dnia hałas zwalczać się będzie tak, jak cholerę i dżumę. Tego samego zdania był filozof Theodor Lessing, który w 1908 roku opublikował pracę Przeciw hałasom naszego życia. Co powiedzieliby Koch i Lessing, gdyby żyli dzisiaj? Maszyny budowlane, młoty pneumatyczne, piły mechaniczne, turbiny, samochody, motocykle, samoloty, pociągi, kosiarki do trawników – wszystko to i jeszcze wiele innych rzeczy wytwarza hałas. Wielkie miasta są obozami koncentracyjnymi, w których miliony ludzi poddawanych jest torturom z powodu hałasu, hałasu w pracy i w czasie wolnym. Gdzie w miastach istnieją strefy rzeczywiście wolne od hałasu? Prawie wszyscy lokatorzy nowo budowanych mieszkań skarżą się na ściany, przez które wszystko słychać. Studiowanie praw akustyki i zwalczania hałasu nie należy do obowiązkowych przedmiotów studentów architektury. Kto z tych, którzy planują i budują domy, zważa na to, żeby jedna z dwóch naprzeciw siebie położonych ścian pochłaniała dźwięk?

Hałas szkodzi nie tylko naszemu zdrowiu fizycznemu. Niszczy on również naszą równowagę duchową. Nie tylko przeszkadza nam myśleć i dziwić się, lecz także patrzeć i marzyć. Rujnuje naszą kulturę i sprawia, że obumierają najbardziej elementarne warunki każdej wyższej kultury – religii, sztuki i filozofii. Albowiem każda kultura spoczywa na przezwyciężonym hałasie, na owym „niesłyszalnym centrum”, w którym, jak mówi Rilke, milkną wszystkie dźwięki i z którego rodzi się śpiew Orfeusza.

Hałas kaleczy nasze zdrowie i naszą wewnętrzną integralność, powoduje, że wysychają nasze twórcze talenty, wyobcowuje nas z natury. Jak okrutnie może działać na człowieka hałas, wiedzieli już dawni Chińczycy, którzy niekiedy dokonywali egzekucji przestępców za pomocą bezustannych, ogłuszających dźwięków. Każdy wie, że nawet jeden głośny huk może nas na jakiś czas ogłuszyć, że długotrwały hałas powoduje nie tylko uszkodzenia słuchu, ale wywołuje również inne schorzenia. A przecież na naszej planecie z każdym rokiem ogromnieje lawina szkodliwych i nieprzyjemnych dźwięków. We wszystkich zakątkach i na wszystkich krańcach ziemi bez przerwy coś wrzeszczy, wydziera się, warczy, zgrzyta, brzęczy, trzeszczy, huczy. Dokądkolwiek przybywają ludzie, tam krzyczy się na cały głos i czyni zgiełk. Dziki, prymitywny, nieopanowany człowiek, taki, jakim jest z natury, okazuje się zawsze bezlitosnym „zakłócaczem” spokoju.

Dlaczego określenie „spokój cmentarza” wywołuje u większości współczesnych ludzi nieprzyjemne skojarzenia? Czy rzeczywiście spokój i cisza cmentarzy są czymś tak odpychającym? Czy ta cisza nie może być przynoszącą ukojenie okazją do skupienia i namysłu? Ale to właśnie przeraża stuprocentowo demokratycznego i wyemancypowanego obywatela. Jego rolą jest być głośnikiem. Rzeczą dlań niezrozumiałą jest fakt, że prawdziwy autorytet nie polega na przekrzykiwaniu innych, lecz na ciszy, która włada bez dyskusji. Na zdolności milczenia i zyskiwania milczącego posłuchu. Wszyscy ludzie, którzy coś znaczą, w wysokim stopniu mają udział w tej ciszy. Wszystko, co wielkie, rośnie w ciszy. Nie ma duchowej iluminacji, nie ma słowa brzemiennego w sens, które nie zawdzięczałyby siebie ciszy starszej niż świat. Język, który waży, otoczony jest wielką ciszą. Język nie składa się tylko ze słów, lecz ze słów oraz milczenia. Tak, jak ukwiecona gałąź wiśni narysowana tuszem na japońskich rysunkach, pozornie izolowana drży na tle białego papieru. Ta odrobina autorytetu, odrobina mądrości; ośmielę się powiedzieć: także ta odrobina chrześcijaństwa, którą dziś jeszcze posiadamy, zasadza się na tej ciszy.

Wypełniona cisza jest czymś więcej niż tylko brakiem hałasu. Jednak nieobecność hałasu jest nieodzownym warunkiem tej ciszy. Jesteśmy dumni z postępów w prawie karnym i ze złagodzenia warunków odbywania kary. Tortury zostały zniesione. Nadużycia władzy przez policję są piętnowane w najostrzejszych słowach. Jednak tylko niewielu buntuje się przeciw biczowi hałasu, którym każdego dnia bezlitośnie smagane są miliony ludzi, przeciw brutalnej torturze, którą dla niezliczonych mieszkańców wielkich miast jest huk, łoskot i warkot. Na tysiąc inicjatyw obywatelskich przeciw elektrowniom atomowym przypada jedna walcząca o stłumienie hałasu! A przecież techniczne możliwości zwalczania hałasu jak najbardziej istnieją i wykorzystywane są w dalece niewystarczającym stopniu. Budowa dźwiękochłonnych ścian i okien, produkcja ciszej jeżdżących samochodów i ciszej latających samolotów – wszystko to jest technicznie możliwe. Ten, kto wysuwa przeciw temu argument, że pełne wykorzystanie możliwości technicznych jest zbyt kosztowne, ten przyznaje, że współczesny człowiek zawiódł, gdy chodzi o sensowne wykorzystanie techniki.

Cisza jest nie tylko problemem technicznym, lecz także – i przede wszystkim – celem etycznym. „Etyka”, „etyczny” pochodzą od greckiego słowa „ethos”. W filozoficznych leksykonach tłumaczy się je jako „moralność”, „moralna postawa”, „moralny charakter”. Te tłumaczenia nie oddają pierwotnego znaczenia tego słowa, które ma kosmiczną aurę. „Ethos” znaczy mianowicie: „pobyt”, „miejsce zamieszkiwania”. To jest obszar, na którym człowiek żyje, przebywa, zamieszkuje. Etyka byłaby więc rozważnym namysłem nad przynależnym człowiekowi miejscem pobytu i wskazówką dla takiego postępowania, które odpowiada zamieszkiwaniu człowieka dojrzałego. Do dobrego życia, do właściwego zamieszkiwania należy cisza. Hałas, pośpiech i zgiełk niwelują, kolektywizują i wywłaszczają człowieka. Cisza natomiast oznacza wolność, dojrzałość, indywidualność.

Nie tylko maszyny i aparaty plują hałasem. W każdym człowieku tkwi szalejąca, wrzaskliwa istota, która łaknie wrzawy. Wystarczy tylko bez sentymentalnego uprzedzenia spojrzeć na hordę szalejących dzieci. Lub na młodocianych chuliganów, którzy pędzą przez noc na swoich warkotliwych motocyklach. Albo na wyjących i gwiżdżących kibiców piłkarskich. Jakże wielu z tych, którzy latem uciekają z miast, aby znaleźć odpoczynek i spokój, jest całkowicie niezdolnych do tego, aby na krótko znieść samotnie prawdziwą ciszę. Poirytowani biciem dzwonów kościelnych (bo przeszkadzają im w spaniu), nie są nawet w stanie wędrować przez las bez tranzystorowego radia. Spędzamy nasze lata jak gadanie, mówi Psalm 90. Spędzamy je w piekielnej maszynie hałasu nabierającej coraz bardziej demonicznych rozmiarów. Tęsknimy za ciszą i wpadamy w panikę, kiedy muśnie nas ona pośród wielkiej, nieskalanej natury, która nie zna hałasu, lecz podniosłą ciszę lub raz gwałtowne, raz łagodne tony. Burza, morska kipiel nie hałasują. Ich dźwięki są tylko kontrapunktem owej wszechobejmującej ciszy, pierwotniejszej niż wszystkie zjawiska we wszechświecie. Kto się ku niej zbliży, zrozumie słowa proroka Izajasza, które tak lubił Goethe: „W spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności jest siła wasza”.

Źródło: G-K. Kaltenbrunner, Grzech śmiertelny hałas, „Magazyn Obywatel”, 2001, nr 4 (przeł. Tomasz Gabiś).

image

Tagi:błysk, hałas, niewola, otchłań, podmiana, święto

O autorze: wawel

komentarz:

  1. pokutujący łotr 1 stycznia 2025 godz. 01:28
  2. “A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały szła przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty” (1Krl, 19,9). Po to jest robiony ten hałas, żebyśmy nie mogli usłyszeć głosu Pana “w szmerze łagodnego powiewu”.
  3. =====================
  4. Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych. md

Przepowiednie na 2025 rok. Michalkiewicz: Mamy dwie możliwości. Rozstrzygnięcie w lutym albo kwietniu

Przepowiednie na 2025 rok. Michalkiewicz: Mamy dwie możliwości. Rozstrzygnięcie w lutym albo kwietniu

1.01.2025 https://nczas.info/2025/01/01/przepowiednie-na-2025-rok-michalkiewicz-mamy-dwie-mozliwosci-rozstrzygniecie-w-lutym-albo-kwietniu/

Stanisław Michalkiewicz 2025 rok
Stanisław Michalkiewicz. Co czeka nas w 2025 roku? / foto: YouTube/Pixabay (kolaż)

W 2025 roku mamy dwie możliwości – uważa publicysta „Najwyższego Czas-u!” Stanisław Michalkiewicz. Zdaniem redaktora, „rozstrzygnięcie nadejdzie w lutym albo w kwietniu”.

„Mamy dwie możliwości”

Stanisław Michalkiewicz:

W 2025 roku mamy dwie możliwości. Donald Trump wycofa pozwolenie, którego Józio Biden udzielił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, a wtedy powinniśmy zrealizować nasz program maksimum w polityce amerykańskiej, czyli namówić prezydenta USA, aby spowodował przeprowadzenie przesilania rządowego w Polsce, najlepiej już w lutym, ale w taki sposób, aby nawet nie angażować do tego kelnerów – wystarczy, aby Trzecia Droga odwróciła sojusze.

To wariant, który albo się uda, albo nie, w zależności od tego, czy Andrzej Duda w czasie inauguracji Donalda Trumpa zatroszczy się o polskie interesy, a nie tylko swoje, aby zdobyć posadę w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim.

A jak taki scenariusz się nie uda, to bardzo możliwe, że Generalna Gubernia zostanie proklamowana 12 października 2025 roku, a więc w rocznicę proklamowania pierwszej GG przez Adolfa Hitlera.

Wówczas prawdopodobnie będzie trzeba się spodziewać tego, że na skutek masowego przypływu azylantów na Węgry będzie można tam powołać rząd na uchodźstwie, tylko trzeba zadbać o to, aby tacy azylanci respektowali parytet płciowy i mogli się rozmnażać.

Formując taki rząd, uda nam się zrealizować chociaż nasz program minimum w polityce amerykańskiej, tj. utworzyć Armię Krajową i wysyłać cichociemnych, aby lądowali w kraju z pasami wypełnionymi złotymi dwudziestodolarówkami – to by pobudziło ducha patriotycznego w narodzie. Ważne, aby Amerykanie zorganizowali w tym celu most powietrzny albo przynajmniej pomogli w jego utworzeniu.

Tak czy inaczej rozstrzygnięcie nadejdzie w lutym albo w kwietniu, gdy Donald Trump przybędzie na kolejny Kongres Trójmorza do Warszawy.

Weganie: Ich stan zdrowia jest gorszy, ale za to umierają młodziej.

Weganie umierają młodziej, a ich stan zdrowia jest gorszy

1.01.2025 Jan Bodakowski https://nczas.info/2025/01/01/weganie-umieraja-mlodziej-a-ich-stan-zdrowia-jest-gorszy/

Obrazek ilustracyjny AI. Źródło: pixabay
Obrazek ilustracyjny AI. Źródło: pixabay

Ta wiadomość na pewno nie spodobałaby się najbardziej znanemu weganinowi, czyli Adolfowi Hitlerowi. Brytyjski dziennik „Daily Mail” twierdzi, że dieta wegańska prowadzi u mężczyzn do wcześniejszych zgonów i gorszego zdrowia.

Takie szokujące dla wegan wyniki, a oczywiste dla wszystkich zdrowo odżywiających się mięsem, uzyskali holenderscy naukowcy po przeanalizowaniu danych medycznych 70.000 Brytyjczyków.

Szczególnie szkodliwe dla zdrowia jest jedzenie wysoko przetworzonych pokarmów roślinnych – wegańskich deserów, tego czegoś, co w Wielkiej Brytanii nazywają chlebem, i frytek. Czyli tego, co jedzą ubożsi weganie, których jest zdecydowanie więcej niż tych bogatych. Lepsze dla zdrowia jest jedzenie świeżych owoców i warzyw.

Z analiz naukowców wynika, że weganie „mają trudności z powrotem do zdrowia po typowych problemach zdrowotnych, takich jak przeziębienie lub uraz będący skutkiem wypadku, na przykład upadku”. Wynikający z weganizmu stan pozbawienia organizmu niezbędnych substancji może powodować nawet 80% wzrost ryzyka zgonu po przyjęciu do szpitala. Weganie mają też o 18% bardziej kruche kości.

Niezdrowa wegańska dieta prowadzi też do spadku sił, jakimi się dysponuje w normalnym życiu, częstego poczucia zmęczenia i braku sił, unikania aktywności fizycznej.

Według naukowców szkodliwe skutki weganizmu widoczne są szczególnie u mężczyzn.

Według Daily Mail „dieta bogata w świeże owoce i warzywa zawiera więcej witamin i minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu niż dieta składająca się głównie z rafinowanych zbóż, takich jak biały chleb i napoje gazowane, mimo że obie są wegetariańskie”.

Daily Mail w swoim artykule zwraca uwagę, że „eksperci wielokrotnie podnosili alarm w sprawie niezdrowej żywności wegańskiej, szczególnie zamienników mięsa”, które są pełne cukru, soli i tłuszczu. Takim właśnie szkodliwym wegańskim jedzeniem są truci klienci fast foodów. Weganie są błędnie przekonani, że wegańskie dania w fast foodach są „zdrowsze od tradycyjnych produktów mięsnych”.

Z artykułu Daily Mail można się dowiedzieć, że „brytyjscy eksperci odkryli, że osoby jedzące sztuczne [wyprodukowane przez korporacje w fabrykach] kiełbaski, hamburgery i mięso mielone miały gorsze ciśnienie krwi niż osoby jedzące mięso” prawdziwe z zabitych zwierząt.

Kolejne badania opisane przez Daily Mail wykazały, „że wybieranie wysoko przetworzonej żywności roślinnej, takiej jak wegańskie kiełbaski i burgery, a także ciasta i chipsy, wiąże się z 15% wzrostem ryzyka wystąpienia zawału serca i udaru mózgu”.

„Twórcza wierność Tradycji” papieża Franciszka i całkowita niemoc religii Vaticanum II

Zawsze Wierni nr 6/2024 (235) czyli: https://piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3285

Robert Morrison

„Twórcza wierność Tradycji” papieża Franciszka i całkowita niemoc religii Vaticanum II

„Wiecie bowiem, czcigodni Bracia, że ci najbardziej zapamiętali wrogowie imienia chrześcijańskiego, w pożałowania godny sposób porwani przez ślepy jakiś pęd obłąkanej bezbożności, w bezładzie ciągłego wygłaszania swych mniemań aż do tego się posuwają, że w niesłychanym wręcz zuchwalstwie «otworzywszy usta swe, by bluźnić przeciw Bogu» (Obj 13, 6), nie wstydzą się otwarcie i jawnie głosić, że święte tajemnice naszej religii są wymysłami i wynalazkami ludzkimi, że nauka Kościoła katolickiego sprzeciwia się dobru i pożytkowi społeczeństwa ludzkiego; nie boją się też odrzucać samego nawet Chrystusa i Boga.”1

Pius IX, Qui pluribus

W wygłoszonej 10 maja 2024 r. mowie do członków Międzynarodowej Sieci Stowarzyszeń Teologii Katolickiej (INSeCT) papież Franciszek przedstawił trzy kierunki rozwoju teologii: „wydaje mi się, że mogę wskazać te trzy kierunki rozwoju teologii – twórczą wierność Tradycji, transdyscyplinarność i kolegialność. To są podstawowe «elementy» powołania teologa katolickiego w sercu Kościoła”2.

Co rozumie Franciszek przez „twórczą wierność Tradycji”? W swym opisie każdego z trzech wspomnianych wyżej kierunków zastąpił sformułowanie „twórcza wierność Tradycji” słowami „Tradycja jest żywa”: „Dobrze wiemy, że Tradycja jest żywa. Musi się zatem rozwijać, wcielając Ewangelię w każdym zakątku ziemi i we wszystkich kulturach”3.

Wielu tradycyjnych katolików słyszało już o tej koncepcji – występującej zazwyczaj pod nazwą „żywej Tradycji” – i może nawet znać jej przedsoborowe korzenie teologiczne4. Jednakże stawiając znak równości pomiędzy „żywą Tradycją” a „twórczą wiernością Tradycji”, Franciszek przyznał de facto to, czemu zwolennicy rewolucji Vaticanum II dotąd zaprzeczali: uczynił oczywistym, że kiedy nowinkarze używają terminu „żywa Tradycja”, mają na myśli, iż odchodzą w istocie od Tradycji, usiłując równocześnie „twórczo” zachować pozory przylgnięcia do niej.

W tym świetle możemy lepiej zrozumieć użycie przez Jana Pawła II sformułowania „żywa Tradycja” w swym motu proprio Ecclesia Dei z 1988 r., dotyczącym rzekomego zaciągnięcia ekskomuniki przez abp. Marcela Lefebvre’a w konsekwencji konsekrowania czterech biskupów bez zgody Rzymu:

Korzenie tego schizmatyckiego aktu można dostrzec w niepełnym i wewnętrznie sprzecznym rozumieniu Tradycji. Niepełnym, bowiem niedostatecznie uwzględniającym żywy charakter Tradycji, „która – jak z całą jasnością uczy Sobór Watykański II – wywodząc się od Apostołów, czyni w Kościele postępy pod opieką Ducha Świętego. Zrozumienie przekazanych rzeczy i słów wzrasta bowiem dzięki kontemplacji oraz dociekaniu wiernych, którzy je rozważają w swoim sercu, dzięki głębokiemu, doświadczalnemu pojmowaniu spraw duchowych oraz dzięki nauczaniu tych, którzy wraz z sukcesją biskupią otrzymali pewny charyzmat prawdy”5.

Z perspektywy abp. Lefebvre’a Jan Paweł II posługiwał się sformułowaniem „żywy charakter Tradycji” w takim samym sensie, co mówiący o „twórczej wierności Tradycji” Franciszek. Gdyby jednak Jan Paweł II użył drugiego z tych sformułowań, utraciłby wszelką wiarygodność w oczach wielu ludzi, którzy ostatecznie się z nim zgodzili.

Paradoksalnie motu proprio Ecclesia Dei dostarczyło konkretnego przykładu tego, jak nowinkarze realizują swą „twórczą wierność Tradycji”:

Chciałbym także powiedzieć teologom i innym ludziom biegłym w naukach kościelnych, że obecne wydarzenia także dla nich są wyzwaniem. W istocie bowiem zakres i głębia nauczania Soboru Watykańskiego II domagają się dalszych, nowych dociekań, które jasno ukażą nieprzerwaną ciągłość istniejącą pomiędzy Soborem i Tradycją, zwłaszcza w odniesieniu do tych punktów, które, być może ze względu na swą nowość, nie zostały jeszcze dobrze zrozumiane w niektórych częściach Kościoła6.

Paragraf ten streścić możemy następująco:

II Sobór Watykański nauczał rzeczy, których nie da się pogodzić łatwo z Tradycją katolicką.

W związku z powyższym Jan Paweł II wezwał teologów i ekspertów do „dalszych, nowych dociekań”, w celu wykazania, że nauczanie Soboru pozostaje w ciągłości z Tradycją.

Jan Paweł II uznał, że jest to konieczne, ponieważ niektóre doktryny Soboru są „nowe” i dlatego „nie zostały jeszcze dobrze zrozumiane w niektórych częściach Kościoła”.

Jan Paweł II – który podczas Vaticanum II sam był wpływowym ekspertem – skierował ten apel o „dalsze, nowe dociekania” ponad 20 lat po zakończeniu Soboru.

Innymi słowy, Jan Paweł II apelował do teologów oraz ekspertów o zaangażowanie się w „twórczą wierność Tradycji”, aby pomóc zrozumieć zwolennikom abp. Lefebvre’a, dlaczego nie powinni sprzeciwiać się „nowemu” nauczaniu Soboru. Czy jednak nie jest to coś, co teologowie i eksperci powinni uczynić podczas Soboru, przed narzuceniem Kościołowi nowych doktryn?

Aby zrozumieć, jak skandaliczna jest owa koncepcja „twórczej wierności Tradycji”, wystarczy przypomnieć sobie słowa konstytucji I Soboru Watykańskiego Pastor aeternus:

Duch Święty został bowiem obiecany następcom św. Piotra nie dlatego, aby z pomocą Jego objawienia ogłaszali nową naukę, ale by z Jego pomocą święcie strzegli i wiernie wyjaśniali Objawienie przekazane przez apostołów, czyli depozyt wiary7.

Jan Paweł II przyznał, że Sobór nauczał „nowości”, które nie miały żadnej ewidentnej ciągłości z katolicką Tradycją (w przeciwnym razie teologowie nie musieliby poszukiwać dowodów tej ciągłości 20 lat po Soborze). Według I Soboru Watykańskiego oraz całej Tradycji katolickiej Duch Święty nie może kierować Kościołem w tego rodzaju inicjatywach – tak więc bluźnierstwem jest twierdzenie, iż kierował On Soborem przy wypracowywaniu i ogłaszaniu nowych doktryn.

Biorąc pod uwagę, że Duch Święty nie kieruje Kościołem przy ogłaszaniu nowych nauk, niemających ewidentnej ciągłości z Tradycją katolicką, nie powinno dziwić, że nowa orientacja będąca konsekwencją Vaticanum II nie przyniosła skutków obiecywanych przez nowinkarzy. Chodzi jednak o coś więcej niż tylko brak pożądanych skutków: proces wypracowywania nowego nauczania uczynił rezultat tego zabiegu religią stworzoną raczej przez człowieka niż przez Boga. I – w konsekwencji – nowa religia Vaticanum II utraciła całą skuteczność autentycznej religii katolickiej.

Choć istnieją oczywiście nadprzyrodzone powody utraty przez stworzoną przez ludzi religię Vaticanum II mocy uświęcającej właściwej religii katolickiej, możemy też łatwo wskazać powody czysto naturalne, dlaczego stała się ona niemal całkowicie pozbawiona skuteczności w tym względzie. Jak wiemy z końcowych słów Aktu wiary, wierzymy w prawdy religii katolickiej, ponieważ objawione zostały nam one przez Boga: „Wierzę w te oraz wszystkie inne prawdy nauczane przez święty Kościół katolicki, ponieważ objawiłeś je Ty, który nie możesz ani zwodzić, ani być zwodzonym”.

Katolicy wierzą w prawdy wiary, ponieważ zostały one objawione przez Boga. Wiemy jednak, że nie można tego powiedzieć o religii Vaticanum II, ponieważ jej „prawdy” sprzeczne są pod wieloma względami z tym, czego Kościół zawsze nauczał, a to czyniłoby Boga zwodzicielem. Tak więc w religii soborowej nieobecny jest główny motyw dla wiary, ponieważ pochodzi ona od człowieka, a nie od Boga.

Co więcej, Paweł VI i jego następcy pozwalali większości katolików wyznających religię Vaticanum II odrzucać bezkarnie jej nauczanie, a przynajmniej te elementy, które religia II Soboru Watykańskiego zachowała z religii katolickiej. Przykładowo: chwalimy często Pawła VI za podtrzymanie nauczania Kościoła o antykoncepcji, w rzeczywistości jednak uczynił on niewiele, aby zachęcić katolików do wierności temu nauczaniu. Tak więc ostatecznym skutkiem ogłoszenia przez niego encykliki Humanae vitae było wykazanie ponad wszelką wątpliwość, że Rzymu nie obchodzi w istocie, czy ktokolwiek przestrzega nakazów religii.

Synod o synodalności doprowadza to wszystko do absurdalnej i destrukcyjnej konkluzji, tak iż moglibyśmy sformułować motywy wiary Kościoła katolickiego oraz „Kościoła synodalnego” w sposób następujący:

Kościół katolicki: „Wierzę w te oraz wszystkie inne prawdy nauczane przez święty Kościół katolicki, ponieważ objawiłeś je Ty, który nie możesz ani zwodzić, ani być zwodzonym”.

„Kościół synodalny”: „Wybieram między ideami nauczanymi przez «Kościół synodalny», ponieważ są one tworzone przez heterodoksyjnych katolików, odrzucających to, czego Kościół katolicki zawsze nauczał”.

Różnica nie jest bynajmniej trudna do uchwycenia. A rezultaty są bardziej jeszcze widoczne: żaden rozumny człowiek nie wierzy w religię synodalną, stanowiącą jedynie zaawansowaną formę religii Vaticanum II. Religia synodalna pochodzi z piekła i do piekła prowadzi, powinniśmy być jej jednak wdzięczni za uświadomienie nam całego szaleństwa „twórczej wierności Tradycji”, które to sformułowanie jest po prostu szczerym i uczciwym przyznaniem, co mieli w istocie na myśli nowinkarze mówiący o „żywej Tradycji”.

Wydaje się, że Bóg pozwala na to wszystko, aby coraz więcej dusz uświadamiało sobie, iż pragnie On od nas pokornej wierności Tradycji. Niedawno Michael Matt podał przykład owej pokornej wierności, pisząc o swym ojcu [Walterze Matcie]:

Mój ojciec zwykł określać siebie mianem redaktora „pracującego w pocie czoła” (ang. pick-and-shovel – dosł. ‘pracującego kilofem i łopatą’ – przyp. tłum.). Nie wymyślał koła na nowo. Po prostu przykuł się do tradycyjnej wiary katolickiej i nigdy od niej nie odstępował. Był dziennikarzem, którego każdy tekst dowodził, iż był on katolikiem żyjącym w świecie, ale niebędącym ze świata. Nie obchodziło go, co świat o nim myśli, ale jedynie, co myśli o nim Bóg. Był człowiekiem nazywającym rzeczy po imieniu (ang. who called a spade a spade – dosł. ‘nazywającym łopatę łopatą’ – przyp. tłum.), niezależnie od tego, kto używał jej do grzebania Boga.

Walter Matt założył „The Remnant”, jednak nie uważał się za założyciela żadnego nowego ruchu religijnego – nie „wymyślał koła na nowo”. Zamiast tego, podczas gdy niemal cały świat katolicki albo porzucił wiarę, albo dał się zainfekować jej wypaczoną wersją, „przykuł się do tradycyjnej wiary katolickiej i nigdy od niej nie odstępował”. Postąpił tak, ponieważ prawdziwa Tradycja katolicka przekazywana była wiernie na przestrzeni wieków od Chrystusa i Jego apostołów. (…)

Prości katolicy, trzymający się pokornie tego, czego Kościół zawsze nauczał, byli od Vaticanum II prześladowani przez Rzym, a jednak w tym samym czasie ich wspólnoty doświadczały nieustannego wzrostu: rosła w nich liczba wiernych uczestniczących regularnie we Mszy, powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, małżeństw oraz chrztów. Dla tych, którzy posłuszni są nakazowi Zbawiciela, aby osądzać drzewo po owocach (Mt 7, 16–20) – wnioski są oczywiste. Wiara katolicka nie jest dziś bynajmniej bezsilna; bezsilna jest niedorzeczna i bluźniercza religia II Soboru Watykańskiego, która nadaje się jedynie do wycięcia oraz wrzucenia jej w ogień (Mt 7, 19).

Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami!

Za „The Remnant” tłumaczył Tomasz Maszczyk8.

Przypisy

  1. tinyurl.com/PIX-QuiPlur [dostęp: 18.07.2024].
  2. tinyurl.com/insect10V24 [dostęp: 18.07.2024].
  3. Tamże.
  4. tinyurl.com/RemnantX23 [dostęp: 18.07.2024].
  5. tinyurl.com/EcclesiaDei [dostęp: 18.07.2024].
  6. Tamże.
  7. Tekst polski za: tinyurl.com/PastorAet1870 [dostęp: 18.07.2024].
  8. tinyurl.com/MorrisonVII24 [dostęp: 18.07.2024].

Jak bronić wolności

Jak bronić wolności

Autor: AlterCabrio , 30 grudnia 2024

Nie docenia się tu jednak stanu psychiki współczesnych ludzi Zachodu, w tym Polski, będącego skutkiem celowej debilizacji. Zabawmy się w intelektualną zagadkę: jak wyglądałaby scena polityczna w Polsce, gdyby dziś wprowadzić narzędzia demokracji oddolnej? Już spieszę z odpowiedzią: tak samo, zasadniczo nic by się nie zmieniło. Polityka zależy od dwóch czynników: suwerenności państwa i suwerenności umysłów obywateli. Obecnie w Polsce nie mamy ani jednego, ani drugiego.

−∗−

Grafika LINK

Jak bronić wolności

Jak wyjaśniliśmy w poprzednim artykule, demokracja walcząca walczy z własnym społeczeństwem, w interesie tyrańskiej władzy, kryjącej się za parawanem demokracji. W rzeczywistości władza ta realizuje interesy państwa globalnego – struktury, próbującej powstać i zapanować nad narodami i ludźmi.

Czytaj o demokracji:

Z kim walczy demokracja walcząca

Na świecie kiepsko to idzie, głównie ze względu na niechęć Chin i Rosji, natomiast na Zachodzie próba ta prowadzona jest z narastającą determinacją i talmudycznym stosunkiem do białych chrześcijan, głównie w Kanadzie i Unii Europejskiej. Jednak i tu próby te napotykają na rosnący opór ludzi i materii. Zastanówmy się, co mogłoby zabezpieczyć narody skutecznie przed tyranią oraz uzurpacją władzy wobec sfery prywatnej. Najpierw należy pokrótce przybliżyć, na czym polega tyrania i uzurpacja, aby uświadomić Czytelnikom, jak blisko nich się znajdują. Proces ten dotyczy dwóch sfer – publicznej i prywatnej, a jego symptomy zwykle są następujące:

  • wzrost kosztów życia;
  • rozrost zbędnego prawodawstwa kiepskiej jakości, utrudniającego życie;
  • ustanawianie praw w interesie sił cudzoziemskich, wymierzonych w obywateli, np. zielony ład;
  • pozwalanie cudzoziemskim korporacjom i rządom na swobodne kształtowanie sytuacji w kraju;
  • wzrost danin publicznych;
  • utrudnianie wszelkiej niezależnej od systemów działalności;
  • destrukcyjne polityki społeczne, np. Edukacja Włączająca, polityki równościowe, rozdawnictwo;
  • deprawacja i demoralizacja obywateli, np. tolerowanie lewactwa i antykultury w mediach;
  • niszczenie lub oddawanie obcym całych gałęzi gospodarki;
  • wpędzanie państwa i narodu do zbędnej i niechcianej wojny;
  • wprowadzanie na terytorium państwa masowych ilości obcych ludzi, nastawionych wrogo lub pasożytniczo;
  • zadłużenie państwa;
  • wtrącanie się państwa do rodzin – w kwestiach małżeńskich i rodzicielskich;
  • faktyczna nierówność wobec prawa – pewne grupy uprzywilejowane, np. cudzoziemcy, sześciokolorowcy, kobiety w sprawach rodzinnych;
  • przy rządach znajdują się osoby w sposób radykalny pozbawione kwalifikacji intelektualnych i moralnych.

Oficjalnym sposobem na usunięcie tych wad, pozostającym w gestii społeczeństwa są wybory. Jest to jednak możliwość czysto teoretyczna. Większość mediów pozostaje w ręku cudzoziemców, a system polityczny nastawiony jest na utrwalanie istniejącego układu sił. Zwolennicy demokracji absolutnej podsuwają rozwiązania, jak mniemają, uniwersalne i trwale skuteczne. Rysują więc piękne plany demokracji bezpośredniej i pryncypialnej, proponują czwórwładzę, nowoczesne narzędzia kontroli cyfrowej polityków i posłów przez wyborców, myśląc, że weto, inicjatywa i referendum skutecznie zabezpieczą demokrację i wolności obywatelskie przed uzurpacją tyrańskiej władzy. Demokrację może i zabezpieczą, ale wolności obywatelskich raczej na pewno nie.

Po pierwsze, zdradziecka władza może nauczyć się korzystać z narzędzi demokracji oddolnej i zacząć nimi sterować, wówczas cały misterny plan demokratyczny weźmie w łeb. Po drugie, władza może być tak bezczelna, że po prostu nie uzna wyników takich wyborów, i co jej wtedy obywatele zrobią? Po trzecie, te wszystkie projekty bazują na sentymentalnym obrazie przeciętnego wyborcy, postrzegając go jako mędrca, oczytanego, zorientowanego, świadomego znaczenia dobra publicznego. Nie docenia się tu jednak stanu psychiki współczesnych ludzi Zachodu, w tym Polski, będącego skutkiem celowej debilizacji. Zabawmy się w intelektualną zagadkę: jak wyglądałaby scena polityczna w Polsce, gdyby dziś wprowadzić narzędzia demokracji oddolnej? Już spieszę z odpowiedzią: tak samo, zasadniczo nic by się nie zmieniło. Polityka zależy od dwóch czynników: suwerenności państwa i suwerenności umysłów obywateli. Obecnie w Polsce nie mamy ani jednego, ani drugiego. Nawet jednak, gdybyśmy cieszyli się takimi suwerennościami, demokracja bezpośrednia szybko zamieniłaby się w ochlokrację, a ta doprowadziłaby do nieuchronnej utraty suwerenności. Demokracja oddolna jest więc dobra, ale w zakresie ograniczonym do spraw lokalnych. Co do spraw państwowych i globalnych, większość nie ma kompetencji intelektualnych, aby wypowiadać się w tych kwestiach. Gdyby masa ludzka musiałaby się wypowiedzieć, poszłaby za głównym przekazem, na to wskazuje praktyka społeczeństwa masowego. Aby było inaczej, musiałyby zostać spełnione dwa warunki: główny przekaz musiałby oddalić się od rzeczywistości, a rzeczywistość musiałaby sprawiać ludności większą przykrość, niż sprawia jej suwerenne myślenie. Poza tym weźmy na logikę: pomysły na demokracje oddolną służą zabezpieczeniu społeczeństwa przed samowolą władzy. Jednakże ich wprowadzenie wymagałoby zgody tej władzy, która ma zostać ograniczona. W sytuacji, gdy władza nie chce się na takie ograniczenie zgodzić (a tak jest zawsze) musiałaby zostać zmuszona przez wynik wyborczy. Ten z kolei wymaga większości społeczeństwa. Te z kolei nawet nie wie, że może w ten sposób ograniczyć władzę. A nawet, gdyby wiedziało, jego większość nie zdecyduje się na takie ograniczenie, dopóki nie będzie jej naprawdę źle. A nawet, jeśli to wszystko uda się zrealizować i przeforsować wybór polityczny większości społeczeństwa, władza może ten wybór uchylić, jak to zrobiła ostatnio w Rumunii. Wszystko wskazuje również na to, że takie mechanizmy są przygotowywane w innych państwach demokratycznych.

Mamy więc dylemat podwójny: po pierwsze, narzędzia demokracji bezpośredniej wymagają odpowiednio myślącego i zintegrowanego społeczeństwa, oraz władzy, która pozwoli takowe wprowadzić. Jedno i drugie obecnie jest nieosiągalne. Jeśli więc chcemy zabezpieczyć naród przed władzą, a jednocześnie nie utracić efektywności rządów, nie tędy droga. Najlepszą drogą jest przywrócenie właściwej hierarchii społecznej, aby wyeliminować z wpływu na sprawy publiczne ludzi, którzy nie chcą wziąć za nie odpowiedzialności. Zauważmy, jak tani jest dziś głos wyborczy, jak niewiele trzeba, aby go oddać, i jak brakuje mechanizmów wzięcia odpowiedzialności za własny wybór. Zmiana tego stanu wymaga solidnej i stałej edukacji społeczeństwa do odpowiedzialności. Tą właśnie na naszych oczach nam zabierają, zastępując Edukacją Włączającą, czyli debilizacyjną hodowlą niewolników unijno – globalnych. Solidna edukacja ma jednak to do siebie, że ludzie unikają jej z lenistwa, tak samo, jak brania odpowiedzialności za własne wybory. Potrzeba czegoś silniejszego i trwalszego.

Rozwiązanie jest prostsze, niż się wydaje. Wymaga co prawda pewnej ewolucji poglądów i zwyczajów, która jednak jest zgodna z normotypem cywilizacji łacińskiej, i da się wykonać w ciągu jednego pokolenia. Należy udrożnić dostęp społeczeństwa do broni, zarówno białej, jak i palnej. Należy dać ludziom możliwość dowolnego uzbrajania się w zakresie tych dwu podstawowych rodzajów. Należy pozwolić ludziom na posiadanie i używanie dowolnej broni białej, strzeleckiej i artyleryjskiej, z wyłączeniem miotaczy płomieni, broni rakietowej i masowego rażenia. Poza tym pozwolić na wszystko – broń automatyczną lekką i ciężką, artylerię (można zastanowić się nad ograniczeniem kalibru i zasięgu), broń pancerną, lotnictwo, jednostki pływające.

Rozumiem szok, jaki z pewnością odczuło wielu Czytelników. Rodzą się obawy – ludzie będą się strzelać na ulicach i w domach, będą rozjeżdżać czołgami, powstaną prywatne armie, rozpowszechni się przestępczość. Te obawy łatwo można rozwiać. Używanie broni przeciw ludziom byłoby ściśle określone i ograniczone do obrony koniecznej. Ta zostałaby uwolniona z ograniczeń, tak, że w sytuacji napaści czy bezpośredniego zagrożenia każdy mógłby użyć tej broni, jaką posiada i jaka jest adekwatna do ataku. Przestępcą byłby napastnik, a nie obrońca. Przestępcy i gangi i tak mają dostęp do takiej broni, jakiej potrzebują, i jaką da się ukryć. Powszechny dostęp społeczeństwa do broni pozbawiłby ich przewagi i odciążyłby organy ścigania. Świat przestępczy raczej mocno by się skurczył. Ci obywatele, którzy zechcieliby używać broni niezgodnie z jej przeznaczeniem, zostaliby szybko zneutralizowani przez organy ścigania i innych, porządnych, uzbrojonych obywateli. Prywatne armie nie stanowiłyby zagrożenia. Ich utrzymywanie byłoby bardzo drogie i natychmiast zostałoby zauważone przez władzę państwową. Władza dysponuje regularną armią i takimi środkami walki, na które nie stać byłoby żadnej prywatnej inicjatywy. Powszechnego uzbrojenia obywateli obawiają się dwie siły – tyrańska władza i agresor zewnętrzny. Obecnie obydwie siły pokrywają się.

Jeśli władza reprezentuje interesy narodu, nie musi niczego się obawiać. Społeczeństwo nie buntuje się bez powodu, a nawet, gdy ma powód, to i tak w łacińskim kręgu cywilizacyjnym od niezadowolenia do otwartego buntu droga jest długa i musi przejść przez kilka szczebli drabiny eskalacyjnej. Rozsądna władza, działająca dla dobra narodu może bez trudu rozładować napięcie i uniknąć buntu. Może natomiast nastąpić inna sytuacja – bunt wewnętrzny, wzniecony przez agenturę siły zewnętrznej. W takiej sytuacji piąta kolumna jest przygotowywana długo wcześniej do siłowego przejęcia władzy. Zwykle taka operacja powiązana jest z umieszczeniem agentów w strukturach decyzyjnych państwa i służb mundurowych. Przewrót przygotowywany starannie, charakteryzowany na bunt oddolny, a w momencie kluczowym decyzje władzy paraliżowane są przez agenturę. Wówczas czynnikiem przesądzającym może okazać się wsparcie własnego społeczeństwa. Mając przed sobą perspektywę walki z uzbrojonym narodem, tajny agresor nie zaryzykuje operacji. Podobnie z jawnym najazdem. Państwo, w którym mieszka uzbrojony naród dysponuje dwiema armiami – regularną i społeczną. Pokonanie sił regularnych może okazać się prostsze, niż nieregularna walka z uzbrojonym, chcącym się bronić narodem. Każdy agresor planujący napaść dokonuje precyzyjnych obliczeń, jakie może odnieść korzyści, straty i koszty. Walka nieregularna byłaby długotrwała i kosztowna pod każdym względem.

Największy problem z koncepcją uzbrojonego narodu ma tyrańska władza. Zwykle udaje ona przyjazną i uśmiechniętą, rozdaje benefity wybranym grupom i używa mediów do zakrywania swojej zdrady. Nie da się jednak przekupić całego narodu, nie da się oszukiwać wszystkich zbyt długo, w końcu się zorientują. Włada, przeradzająca się w tyranię zaczyna używać wymiaru sprawiedliwości jako aparatu terroru. Łatwo można ją zidentyfikować. W wymiarze indywidualnym wyrzuca z pracy, odbiera pieniądze, stawia fałszywe oskarżenia, używa dyspozycyjnych prokuratorów i sędziów. W wymiarze ogólnym używa kłamliwych mediów, demoralizuje i ogłupia społeczeństwo, dzieli na skonfliktowane grupy, wchodzi do rodzin, ogranicza prawa obywatelskie pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa. W tradycyjnej nauce katolickiej dozwolona jest wojna sprawiedliwa, a także sprzeciw wobec władzy niegodnej, w sposób rażący i uporczywy łamiącej prawo Boże. Sprzeciw wobec takich naruszeń nie jest grzechem, a wręcz obowiązkiem.

Przeczytaj ważne artykuły:

Wschód, i czego o nim nie wiecie

Zachód, jakiego nie znacie

Każda władza państwowa, reprezentująca naród i realizująca jego interesy powinna dążyć do tego i stanowić takie prawa i politykę, aby naród ten był świadom swojej tożsamości i interesów, aby miał wiedzę sytuacyjną, aby chciał bronić swojego państwa. W interesie godnej władzy leży uzbrojenie narodu, nauczenie, jak bronią się posługiwać, oraz jego wewnętrzna organizacja samoobronna, podobnie, jak to jest w Szwajcarii. Wówczas nie będą to hultaje i rozwydrzone warchoły, którym wydaje się, że wszystko im wolno, a za nic nie odpowiadają. Nie będą to również zdrajcy i sprzedawczyki, węszące tylko, skąd zysk większy i komu sprzedać Ojczyznę i własną duszę. Będą to poważni ludzie i godni obrońcy, solidne wsparcie każdej uczciwej władzy narodu.

_______________

Jak bronić wolności, Bartosz Kopczyński, 30 grudnia 2024

−∗−

Warto porównać:

Brońmy Królestwa!
Magnificat: On pokazał moc ramienia swego, pysznych rozproszył, strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Czas najwyższy na kolejny Cud nad Wisłą, na odrodzenie narodu i wiary jego, bo zbliża […]

_______________

Naród zaczyna walczyć
Mało kto chyba nie zauważył, że wydarzenia przyspieszają, a to, co jest zmieni się już niedługo. Zwykle jednak przestraszona ludność wskazuje na działania potęg zła – globalistów, rządów, korporacji, deepstate […]

_______________

Ateistom nie daje się władzy – ks. Marek Bąk
Jeżeli nasi władcy obecnie rzekomo większością głosów ustanawiają prawa mordercze i nieludzkie, to to nie ma żadnej przyszłości prócz łez i krwi. Dlatego ci, którzy chcą rządzić niech służą będąc […]

Pontyfikat Franciszka. Teutoński triumf nad rzymskim porządkiem

Pontyfikat Franciszka. Teutoński triumf nad rzymskim porządkiem

https://pch24.pl/pontyfikat-franciszka-teutonski-triumf-nad-rzymskim-porzadkiem

(Arminiusz (fot. Wikipedia), Franciszek (fot. Flickr/ Mazur/catholicnews.org.uk))

Pontyfikat Franciszka to spełnienie marzeń niemieckich reformistów. Przez wiele dekad marzyli o autonomii Kościoła germańskiego, kierowani rządzącym ich wyobraźnią mitem o wyższości teutońskiego barbarzyństwa nad łacińskim Zachodem. Bergoglio, ten prawdziwie niemiecki papież, dał im to, czego tak bardzo pragnęli.

Jeżeli będą kiedyś Państwo w zachodnich Niemczech, na przykład w drodze gdzieś między Hanowerem a Düsseldorfem, warto zboczyć nieco na południe, do niewielkiego miasta Detmold. Na południowym zachodzie od Detmold rozciąga się las teutoburski, ten sam, w którym dziewięć lat po narodzeniu Chrystusa germańscy barbarzyńcy odnieśli słynne zwycięstwo nad legionami rzymskimi pod dowództwem Publiusza Warusa.

Na wzgórzu u progu lasu stoi monumentalny pomnik wodza Germanów, Arminiusza. Blisko 27-metrowy cokół wieńczy równie wysoka figura dowódcy. Barbarzyńca w skrzydlatym hełmie nie tylko triumfuje, ale wyraźnie się odgraża: wznosząc ku niebu długi miecz zdaje się milcząco mówić, że każdego najeźdźcę z zachodu spotka ten sam krwawy los, co nieszczęsne oddziały Warusa.

Monument zaczęto budować w 1838 roku, za panowania Fryderyka Wilhelma III. Był elementem całej serii podobnych postumentów – klasycystycznych, romantycznych, buńczucznych i groźnych. Pałając nienawiścią do Francuzów od upokorzenia w 1807 pokojem w Tylży przez Napoleona, Niemcy – a przede wszystkim Prusacy – próbowali zdobyć się na nową wielkość, której podstawę miały stanowić wojska gotowe na każdy wysiłek dla ojczyzny. Ogólne nacjonalistyczne wzmożenie napędzała często lektura klasyków starożytności, zwłaszcza niewielkiego dziełka Tacyta, „Germanii”. Tacyt napisał ten utwór jako sui generis speculum principis – Rzymianie jego czasów mieli przejrzeć się w germańskim lustrze, żeby zaczerpnąć zapału do wewnętrznych reform.

Historyk przedstawił germańskie obyczaje w samych superlatywach; XIX-wieczni niemieccy nacjonaliści chętnie wykorzystywali ten obraz, by przedstawiać swój etnos jako od genetycznie lepszy – twardy, surowy, silny, całkowicie odmienny niż zepsuta i przegniła nacja francuska.

Antyfrancuskie nastroje były tylko kolejną aplikacją wpisanego w niemiecką kulturę antyzachodniego resentymentu, który znakomicie opisał Herfried Münkler w głośnej książce „Mity Niemócw” (niem. „Die Deutschen und ihre Mythen”). Gigantyczny Arminiusz wygrażający ludziom z zachodu mieczem, miał do przekazania tylko jedno: my, Germanie, tworzymy swój własny świat; nasza cywilizacja jest swoista, lepsza i doskonalsza, stąd zasługujemy na pełną suwerenność i tę suwerenność sobie wywalczymy. Suwerenność, dodajmy, nie tylko polityczną, ale także – a może nade wszystko – duchową. Długi niemiecki XIX wiek to przecież także czas ponownego odkrycia Marcina Lutra jako ojca-założyciela chrześcijaństwa germańskiego.

W 1945 roku polityczny i kulturowy pruski program autonomizacji nowożytnej niemczyzny poniósł druzgocącą klęskę. Od końca wojny, pod amerykańską okupacją, Niemcy nie mogą rozwijać się tak, jakby tego chcieli. Z wychwalania liberalnych wartości najeźdźcy uczynili nawet swoje nowe polityczne credo. Nie oznacza to jednak, by parcie do autonomii zostało z ich narodu całkowicie wykorzenione. Przejawia się tam, gdzie może. Widać to choćby w teologii.

W 2015 roku kardynał Reinhard Marx, ówczesny szef Konferencji Episkopatu Niemiec, wygłosił szeroko komentowane na świecie słowa: „Nie jesteśmy filią Rzymu”. W sensie formalnym miał oczywiście rację – każda diecezja ma swoją własną odpowiedzialność, a rolą biskupa nie jest tylko wykonywanie poleceń przychodzących z centrali. Arcybiskup Monachium i Fryzyngi mówiąc o braku filialnej relacji między Niemcami a Rzymem nie chciał, oczywiście, tylko powtarzać tej oczywistości. Jego celem było podkreślenie tak dużej autonomii Kościoła katolickiego w Niemczech, że uprawnia to do podejmowania decyzji wprost sprzecznych z tymi, które zapadają w Watykanie. W 2015 roku chodziło bezpośrednio o Komunię świętą dla rozwodników. Niemieckie środowiska kościelne naciskały na papieża na to, by wprowadził w tym zakresie dowolność. Tak się rzeczywiście stało – w adhortacji „Amoris laetitia” papież ogłosił, że każdy może robić jak sam uważa.

Głównymi doradcami teologicznymi pontyfikatu Jorge Mario Bergoglia byli w tamtym czasie dwaj niemieckojęzyczni kardynałowie – Walter Kasper i Christoph Schönborn. Kluczowy jest wpływ zwłaszcza pierwszego z nich; wpływ, który wykracza daleko poza kwestię dopuszczania rozwodników do Komunii świętej. Kasperowi chodziło przede wszystkim o przewartościowanie zakresu kompetencji Kościołów lokalnych. Pisał o tym w tekstach polemicznych wobec kardynała Józefa Ratzingera, który jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary w 1992 roku ogłosił list „Communionis notio”. Stolica Apostolska odrzuciła wtedy wizję autonomizującą, zgodnie z którą Kościół powszechny jest złożeniem Kościołów lokalnych, ale to te drugie tworzą jego faktyczny rdzeń. Według „Communionis notio” Kościół powszechny jest ontologicznie pierwszy – przejawia się w Kościołach lokalnych, ale nie jest przez nie tworzony. Kasper uważał, że to nieprawda: nie ma Kościoła powszechnego bez Kościołów lokalnych. Niezależnie od filozoficznych i ściśle teologicznych podstaw oraz implikacji tych obu postaw, stawka w grze była w pewnym sensie po prostu kościelno-polityczna: na ile może pozwolić sobie Kościół lokalny definiując doktrynę, moralność, liturgię i duszpasterstwo? Z ujęcia Ratzingeriańskiego łatwo można wyprowadzić sąd, że na relatywnie niewiele; z ujęcia Kasperiańskiego – że właśnie na całkiem dużo. Kasperiańska eklezjologia była w tym sensie tylko funkcją niemieckiego autonomizmu politycznego.

Franciszek przyjął pogląd Niemca w całej rozciągłości – i to już w adhortacji „Evangelii gaudium” z 2013 roku, gdzie ogłosił decentralizację Kościoła, również w obszarze doktryny i moralności. Nie był to przypadek. Dobrze znane kulisy wyboru Jorge Mario Bergoglia pokazują, że wpływowa sieć kardynałów o reformistycznym nastawieniu świadomie wybrała właśnie Argentyńczyka, wiedząc z góry, że będzie realizować jej agendę. Kasper odgrywał w tej grupie wiodącą rolę – działał od samego początku w sławnej Grupie z Sankt Gallen, w 1996 roku był gospodarzem jej pierwszego spotkania (wtedy jeszcze w klasztorze w Heiligenkreuz w Niemczech).

Bergogliańskie upodobanie do autonomizmu zawarte w „Evangelii gaudium” znalazło swoje liczne powtórzenia i rozwinięcia, kulminując w tekstach Synodu o Synodalności, a zwłaszcza w ogłoszonym 26 października „Dokumencie finalnym”. Czytamy w nim o „różnym tempie” Kościołów lokalnych, nadawaniu nowych kompetencji narodowym episkopatom, możliwości implementacji doktryny i zasad moralnych zależnie od lokalnego kontekstu i tak dalej.

Franciszek, idąc za niemieckojęzyczną teologią XX-wieczną, wprowadził w Kościele katolickim zupełnie nieznaną wcześniej zasadę różnorodności. Łączność wiernych naszej religii ma w nowym stuleciu wyrażać się przede wszystkim w przyjęciu administracyjnej zwierzchności biskupa Rzymu; w wielu „szczegółach” dotyczących samej wiary i jej praktykowania ma z kolei panować duża swoboda. Większość katolików nie będzie z tego najpewniej w ogóle korzystać, szukając wciąż tego, co powszechne i żyjąc tradycyjnym ujęciem katolicyzmu. Członkowie Kościoła w krajach germańskich zamierzają postąpić inaczej, chcąc wykorzystać w całej pełni możliwości, jakie – dzięki ich podpowiedziom – dał Kościołowi papież Franciszek.

W ten sposób miecz Arminiusza, groźnie wzniesiony ku niebu przeciwko najeźdźcom z Zachodu i stabilizujący suwerenność duchową świata germańskiego, jeszcze raz uderzył, raniąc jedność Kościoła katolickiego. Gdyby Jorge Mario Bergoglio miał to „szczęście” i urodził się z germańskich rodziców, w przyszłej niemieckiej historiografii mógłby może obok Filipa Melanchtona zasłużyć na tytuł „praeceptor Germaniae”; albo chociaż na jakiś pomnik, może na dziedzińcu zamkowym Wartburga.

Będąc jednak etnicznym Włochem nie może na to liczyć. Niemcy traktują go jako użyteczne narzędzie: wciągnął rzymskie wojska w germańskie bagna, pozwalając barbarzyńcom na łatwe zwycięstwo.

Paweł Chmielewski

Latest Arctic Ice Data Shows 26% Larger than 2012. A „Klimatyści” – idioci dalej kłamią…

„Doesn’t Fit MSM Narrative”: Latest Arctic Ice Data Shows 26% Larger Than 2012

Climate realist Tony Heller took to X to highlight the climate misinformation and disinformation campaigns waged by far-left corporate media on the global public.

Etienne de la Boetie2 Dec 30, 2024

by Tyler Durden

Climate realist Tony Heller took to X to highlight the climate misinformation and disinformation campaigns waged by far-left corporate media on the global public.

Heller referenced a 2007 BBC News article titled Arctic summers ice-free 'by 2013′,” which warned readers of the supposed threat that „latest modeling studies indicate northern polar waters could be ice-free in summers within just 5-6 years.”

The BBC article’s baseless claim was designed to instill climate fears across the public to ram through a radical de-growth climate agenda across the Western world.

The Daily News from the Art of Liberty Foundation is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Heller then cited NOAA Sea Ice Extent data of the Arctic from Sept. 16, 2012, and Sept. 7, 2024, and found:

This year’s minimum Arctic sea ice extent was 26% larger than 2012. @BBCNews said the Arctic would be ice-free by 2013.”

2012 NOAA Sea Ice Extent data

2024 NOAA Sea Ice Extent data

They keep this info out of the news because it doesn’t serve the narrative…,” one X user commented.

Rozstrzygają się losy. Europy, Polski…

Przed noworocznym toastem. Rozstrzygną się losy

31.12.2024 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2024/12/31/przed-noworocznym-toastem-rozstrzygna-sie-losy/

Nachodzi rok 2025, kiedy to 20 stycznia nastąpi zaprzysiężenie Donalda Trumpa na kolejnego, bodajże 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych – Naszego Najważniejszego Sojusznika. Jak już wielokrotnie wspominałem, w części polskiej opinii publicznej zapanowała z tego powodu euforia, jakby Donald Trump był jednocześnie prezydentem Polski i z tego tytułu miał zadbać o realizowanie żywotnych interesów naszego państwa.

Tymczasem nic podobnego nie będzie miało miejsca. Donald Trump będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych i z tego tytułu będzie realizował amerykańskie interesy państwowe, tak jak je rozumie. Nasze interesy państwowe powinien realizować polski rząd i polski prezydent. Z tym, jak dotąd, jest znacznie gorzej.

Niwelacja terenu pod Generalną Gubernię

Vaginet obywatela Tuska Donalda wykonuje całkiem inne zadania. Przede wszystkim ma zniwelować teren pod zainstalowanie tutaj Generalnego Gubernatorstwa w ramach IV Rzeszy, na czele której ponownie stanęła Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, która – jak pamiętamy – obywatelu Tusku Donaldu i jego vaginetowi postawiła całkiem inne zadania; oprócz zniwelowania terenu pod Generalne Gubernatorstwo, nakazała mu też kontynuowanie „walki o praworządność”, którą w naszym bantustanie nakazała prowadzić jeszcze Nasza Złota Pani w marcu 2017 roku, a na początek zmobilizowała wszystkie organizacje broniące na świecie praw człowieków, żeby wystąpiły do Komisji Europejskiej z wnioskiem, by z Polską zrobić porządek, jako że poziom ochrony praw człowieków w naszym bantustanie urąga wszelkim standardom.

Toteż – chociaż w tak zwanym międzyczasie w Niemczech zmienił się rząd – ta linia polityczna nadal jest aktualna, jako że wpisuje się obecnie w proces niwelacji terenu pod Generalną Gubernię, do którego przyłączyło się skwapliwie tak zwane towarzycho demokratyczne, a która zostanie tu zainstalowana niezwłocznie po nowelizacji traktatu lizbońskiego, co – jak pamiętamy – rekomendował Komisji Europejskiej europejski parlament. Czy to nastąpi – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy – bo nie wiemy, czy Donald Trump jako prezydent USA podtrzyma pozwolenie, jakiego Niemcom w marcu ub. roku udzielił prezydent Józio Biden, by urządzały sobie Europę po swojemu – m.in. zgodnie z wytycznymi sformułowanymi jeszcze w roku 1943 przez Adolfa Hitlera na spotkaniu z gauleiterami.

Hitler powiedział wtedy m.in, że „małe państwa” nie mają w nowej Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. W tym też kierunku zmierza projektowana nowelizacja traktatu lizbońskiego. Toteż nie wiemy nawet, czy po 20 stycznia Polska ponownie przejdzie pod kuratelę amerykańską, a jeśli nawet – to czy w związku z tym Ameryka doprowadzi do podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu – co wymagałoby spowodowania u nas przesilenia rządowego, nawet bez udziału kelnerów – jak to miało miejsce w roku 2014 i w 2015. Niestety po naszej stronie nie widać żadnych inicjatyw w tym kierunku, chociaż w koalicji 13 grudnia ostatnio potężnie zatrzeszczało.

A dlaczego nie widać? A dlatego, że chociaż mamy wysyp tych wszystkich prezydentów (ostatnio PSL oświadczył się za panem marszałkiem Hołownią, a Lewica wystawiła panią Magdalenę Biejat), to żaden z nich nawet się w tej sprawie nie zająknie, a pan prezydent Duda sprawia wrażenie osiadającego na laurach, odkąd załatwił sobie fuchę w MKOl po zakończeniu dobrego fartu na stanowisku tubylczego prezydenta, kiedy to sprawiał wrażenie, jakby był jakimś przydupasem ukraińskiego prezydenta Zełenskiego, a nie prezydentem Polski.

Kandydaci w obliczu nowego porządku

O czym tedy mówią ci wszyscy kandydaci na prezydentów? Pan Trzaskowski, który z jakichś zagadkowych przyczyn starannie ukrywa swoje pierwszorzędne korzenie, a żadna Schwein czy to opozycyjna, czy to bezpieczniacka nie ośmiela się mu ich wyciągać, ostatnio na spotkaniu z rolnikami na Lubelszczyźnie, z miedzianym czołem, bredził, że zapewni Polsce „samowystarczalność żywnościową”. Bredził nie tylko dlatego, że prezydent w sprawach gospodarczych ma niewiele, a w gruncie rzeczy – nic do powiedzenia – ale również dlatego, bo w sytuacji, kiedy Reichsführerin właśnie podpisała w imieniu Unii Europejskiej umowę z krajami Mercosur, zgodnie z postanowieniami której, do Unii trafią produkty rolnicze z Ameryki Łacińskiej, co do których nie są wymagane wyśrubowane standardy, jak w przypadku unijnych produktów rolniczych, o żadnej „samowystarczalności” nie może być mowy. Podejrzliwcy twierdzą nawet, że ta skwapliwość Reichsführerin w podpisaniu tej umowy bierze się stąd, że po II wojnie światowej wielu hitlerowców czmychnęło do Ameryki Południowej, w której zaczęli odgrywać – to znaczy teraz już nie oni, tylko ich potomstwo – ważną, a może nawet tak zwaną „przewodnią rolę” – niczym PZPR w budowie socjalizmu – wzięła się właśnie stąd, a nie np. z pragnienia większej niezależności od Chin – bo każde dziecko przecież wie, że Chiny usadowiły się właśnie w Ameryce Południowej. Tak czy owak, umowa z krajami Mercosur może już wkrótce – chyba, że nie zostanie ratyfikowana przez członkowskie bantustany UE – doprowadzić do całkowitego upadku branży tytoniowej w Polsce, a być może innych też – bo jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie.

Z kolei faworyt Naczelnika Państwa, któremu bezpieka już nawet nie w widoczny, ale wręcz ostentacyjny sposób robi koło pióra, zachęca nas do korzystania z ruchu na świeżym powietrzu. Ano, jak tylko powstanie i okrzepnie Generalna Gubernia, to ruchu na świeżym powietrzu będziemy mieli aż za dużo, choćby przy pracach podejmowanych przez komendantury obecnie chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, które przecież trzeba będzie otworzyć choćby po to, by ulokować tam sprawców zdradzieckich zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w GG, nie mówiąc już o nienawistnikach, co to zieją „mową nienawiści” i bluźnią sodomczykom i gomorytkom, przyprawiając jednych i drugich o niewysłowione katiusze.

O pani Biejat szkoda nawet wspominać, bo wiadomo tylko, że „będzie walczyć” – ale z kim i o co – tego już nie powiedziała. Ale nie musi tego mówić po pierwsze dlatego, że jeszcze sama tego nie wie, a po drugie – że z kim i o co, to zostanie jej objawione w odpowiednim czasie przez stosowny sanhedryn – na przykład – przez Judenrat „Gazety Wyborczej”. Zresztą ona uczestniczy tylko w konkursie piękności, podobnie jak inni kandydaci, nie wyłączając sezonowego pana marszałka Szymona Hołowni, który stręczy nam się w charakterze „kandydata niezależnego”. Od kogo niezależnego – tego już nie mówi – bo chyba nie od Donalda Tuska, który traktuje go dość bezceremonialnie. Inna sprawa, że bezpieka wystosowała mu pierwsze poważne, ostrzegawcze ostrzeżenie w postaci niebezpiecznych związków z Collegium Tumanum, więc w tej sytuacji chwalebna powściągliwość pana marszałka jest całkowicie zrozumiała, bo nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara. Któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej niż bezpieka?

Rozstrzygną się losy

Podczas kiedy nasz bantustan, „w zaklętym kółku, jak w krzywym zwierciadle, sam się zadręcza własną niemożnością”, w związku z czym nawet Leszek Miller zauważył, że takie Węgry grają już w całkiem innej lidze dyplomatycznej niż Polska pod kierownictwem Księcia-Małżonka – w najbliższych miesiącach rozstrzygną się losy wojny na Ukrainie. Amerykański generał bez ceregieli zapowiada, jak przy pomocy groźby „zakręcenia kurka” finansowego sprowadzi prezydenta Zełenskiego do stołu rokowań z Rosją, a z kolei Putina – przy pomocy groźby dostarczenia Ukrainie broni, która z Rosji zrobi marmoladę. Wygląda na to, że amerykańscy generałowie, jeśli chodzi o poczucie rzeczywistości, są podobni do naszych, przynajmniej niektórzy do niektórych. Jak jest z politykami – o tym się przekonamy – chociaż nie od rzeczy będzie przypomnienie rozmów prezydenta Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem w Singapurze, w następstwie których północnokoreański tyran nabrał tylko wigoru i jak gdyby nigdy nic, z powodzeniem kontynuował rozbudowę swego arsenału nuklearnego. No a teraz w dodatku trzeba będzie uspokoić Koreę Południową, która jeszcze nie może przyjść do siebie po sześciogodzinnym stanie wojennym, nie mówiąc już o Syrii, gdzie może otworzyć się – jak powiadają – „puszka z Pandorą”. Rzecz w tym, że i bezcenny Izrael i Turcja mają tam swoje interesy i swoje widoki – niekoniecznie takie same, jak USA.

O ile jednak amerykańska polityka na Środkowym i Bliskim Wschodzie sprawia chwilami wrażenie, jakby zataczała się od ściany do ściany, to Izrael na tym tle wydaje się państwem znacznie poważniejszym, bo wykorzystał amerykańską potęgę do obrócenia wszystkich swoich sąsiadów – z wyjątkiem Jordanii, która przezornie zawczasu się obrzezała – w chaotyczne morze ruin i zgliszcz. Wyjątek stanowi złowrogi Iran, który chyba nie ma innego wyjścia, jak pójść w ślady Kim Dzong Una i zbudować odstraszający arsenał jądrowy, zanim bezcenny, miłujący pokój Izrael, zdecyduje się napuścić amerykańskiego kolosa również na „ajatollahów”, by w ten sposób zaprowadzić trwały pokój na całym Środkowym Wschodzie niczym na kirkucie.

Maszynka do mięsa

Tymczasem w związku z prawdopodobnym zakończeniem wojny na Ukrainie, do Warszawy przyjechał francuski prezydent Macron, żeby przekazać Donaldu Tusku nowe zadanie. Chodzi o wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę, by pilnowali tam strefy zdemilitaryzowanej, o której utworzeniu przebąkiwała amerykańska prasa zaraz po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich. Chodzi o to, że wojska rosyjskie, których nikt nie będzie już próbował rugować z zajętych dotychczas terenów, od Ukraińców miałaby oddzielać licząca kilkaset kilometrów i odpowiednio głęboka „strefa zdemilitaryzowana”. Takiej strefy ktoś jednak musiałby pilnować, bo nietrudno przewidzieć, że tak zwane „incydenty” będą się tam mnożyły jak króliki. Czy jednak Rosja zgodzi się, by tej „strefy” pilnowały wojska europejskich członków NATO? Przecież w ten sposób NATO przybliżyłoby się do granic Rosji, tak jakby Ukraina została przyjęta, a przynajmniej zaproszona do Paktu Północnoatlantyckiego!

Wprawdzie obywatel Tusk Donald energicznie zaprzeczył, by nasza niezwyciężona armia została wysłana na Ukrainę, ale co warte są jego deklaracje, to już po roku rządów vaginetu, na którego czele stoi – wiemy. Jeśli zatem ktoś uchroni nas przed ewidentnym wkręceniem Polski w maszynkę do mięsa, to najprędzej zimny ruski czekista Putin, który chyba na takie przybliżenie NATO do rosyjskich granic się nie zgodzi. Kto by pomyślał!

Przeciwko Chanuce w Sejmie. „Czy chcecie dla swoich dzieci losu dzieci z Gazy?”

Grzegorz Braun na proteście przeciwko Chanuce w Sejmie. „Czy chcecie dla swoich dzieci losu dzieci z Gazy?”

30.12.2024 na-protescie-przeciwko-chanuce-w-sejmie

grzegorz-braun-kkp-protest-chanuka
Grzegorz Braun na proteście przeciwko Chanuce w Sejmie / foto: Marek Skalski / „Najwyższy Czas!”

Podczas protestu przeciwko Chanuce w Sejmie głos zabrał lider KKP i unijny poseł Grzegorz Braun.

– Szczęść Boże wszystkim i niech się Pan Bóg zlituje nad tymi, którzy obarczeni dwojakimi deficytami albo intelektualnymi nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, odrzucają fakty historyczne i polityczne, albo wiedzą, ale cierpią na deficyt moralny i ich agenda jawnie deklarowana jest odmienna od agendy istotnie realizowanej – rozpoczął Grzegorz Braun.

– Niech się zlituje nad tymi, którzy przemieniają Sejm RP w jaskinię zbójców. To słowa, które padły tutaj z ust moich najbliższych przyjaciół, współpracowników, członków komitetu politycznego Konfederacji Korony Polskiej. To były – sam się koledzy dziwię – bardzo grzeczne, wyważone, oględne stwierdzenia. No, ale mówili politycy, więc Szanowni Państwo, postawmy tę kropkę nad „i” – dodał.

– Wybór jest dla nas, nie-żydów, wedle tej fałszywej doktryny, jedyny: Służyć […]. Ale wiecie państwo, słowo „sługa”, ono też może nawet i w polszczyźnie, a zwłaszcza w staropolszczyźnie, może mieć pewien majestat. Dobra służba to coś pięknego – zauważył Braun.

– Ta perspektywa jest przed nami, nie-żydami zamknięta. Ponieważ my mamy służyć jak zwierzęta, jak bydło. I to nie jest, wbrew pozorom, specjalne odkrycie rabina Schnersona i jego wspólników. To jest ortodoksja Talmudu. To jest nauka szerzona przez 2000 lat, od kiedy odrzucony został żłóbek i krzyż Chrystusowy – stwierdził.

– Ci, którzy go odrzucili i nie uznali, uznali za stosowne kłamać, rozprzestrzeniać swoje kłamstwa na temat chrześcijaństwa i szerzyć wśród swoich pobratymców, wśród swoich dzieci z pokolenia na pokolenie, przekazywać tę straszną naukę o ludziach, nadludziach i podludziach-bydlętach – kontynuował.

– Każdy, kto bierze udział w tym rytuale istotnie dokonuje takiego wybory. Dobrze, żeby rozumiał, że dokonuje takiego wyboru. I warto odnotować, kto tam dzisiaj i kto w minionych latach w tym rytualne uczestniczył. I warto przy okazji najbliższej zapytać, po której stronie sam siebie sytuuje. Jak siebie samego postrzega – mówił.

– Czy zalicza się do nadludzi? Czy też aspiruje do tego, by być pożytecznym bydlęciem? Pożytecznym w procederze wdeptywania w ziemię tych wszystkich, którzy ten dyktat i tę fałszywą alternatywę odrzucą? – pytał Braun.

– Tak, przyłączam się do tego stwierdzenia, że to jest alternatywa wyłączająca. Nie można uzgodnić, pogodzić jednego z drugim. Nie można pogodzić naszego wzorca cywilizacyjnego – ocenił lider KKP.

– Nie tylko w wymiarze religijnym, ale także w wymiarze politycznym, świeckim. Na przykład, taki luksus, którym się właśnie wedle naszego wzorca prawno-ustrojowego, wszyscy mogą cieszyć. A to jest równość wobec prawa. Nie można tego uzgodnić z doktryną o nadludziach i podludziach – powiedział.

– I my właśnie występujemy jako politycy w obronie standardu prawno-ustrojowego .

– My nie występujemy wyłącznie w duchu religijnego uniesienia, choć nie byłoby w tym niczego złego. My nie zarażamy dewocją, choć nie byłoby w tym niczego złego. My upominamy się tu dzisiaj w tym miejscu, przed gmachem Sejmu RP, który stał się siedliskiem propagatorów, wyznawców fałszywe doktryny. My się upominamy właśnie o standard prawnoustrojowy, który jest nie do pogodzenia z tą teorią, której praktykę oglądamy w Gazie – kontynouwał.

– Upominamy się nie tylko ze względu na jakieś zaszłości historyczne, tysiąc lat obecności talmudystów na ziemiach polskich. Przybyli tutaj jako handlarze słowiańskich niewolników na rynki śródziemnomorskie, a nawet dalsze, azjatyckie. Dwa tysiące lat buntu talmudystów przeciwko Prawdzie Chrystusowej. My nie chcemy tylko wspominać historii, tylko na gruncie naszych przekonań […] religijnych i politycznych doświadczeń, chcemy przedstawić alternatywę, której ścisły kontur dopiero w przyszłości się ujawni – zapowiedział Grzegorz Braun.

– Czy chcecie dla swoich dzieci przyszłości, która jest dziś udziałem dzieci w Gazie? Czy chcecie dla polskich dzieci takiego losu? Losu niewolników, podludzi, wydanych na łaskę i niełaskę żydowskich ubermenschów? – pytał.

Niech Bóg zlituje się nad tymi, którzy przemieniają Sejm Rzeczypospolitej w jaskinię zbójców

„Niech Bóg zlituje się nad tymi, którzy przemieniają Sejm Rzeczypospolitej w jaskinię zbójców” – Braun na proteście przeciwko chanuce

https://pch24.pl/niech-bog-zlituje-sie-nad-tymi-ktorzy-przemieniaja-sejm-rzeczypospolitej-w-jaskinie-zbojcow-braun-na-protescie-przeciwko-chanuce

(Grzegorz Braun / fot. wRealu24 / banbye.com)

W poniedziałek pod siedzibą Sejmu odbywa się protest przeciwko skandalicznemu procederowi palenia chanuki przez żydów pod auspicjami przedstawicieli władz państwowych w Warszawie. Uczestnicy podkreślają, że nie może być zgody pomiędzy chanuką – świętem religii, która uznaje nas za podludzi – a Bożym Narodzeniem, które Polacy obchodzą w tym okresie.   

Wśród innych przedstawicieli Konfederacji Korony Polskiej głos zabrał Grzegorz Braun. – Szczęść Boże wszystkim i niech się Pan Bóg zlituje nad wszystkimi, którzy – obarczeni dwojakimi deficytami, moralnymi albo intelektualnymi, nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, odrzucają fakty historyczne, polityczne, albo wiedzą, ale cierpią deficyt moralny i ich agenda jawnie deklarowana jest odmienna od agendy istotnie realizowanej – niech się na nimi wszystkimi Pan Bóg zlituje – zaczął. – Niech się zlituje nad tymi, którzy przemieniają Sejm Rzeczypospolitej w jaskinię zbójców – dodał.

Wybór jest dla nas, nie żydów, wedle tej fałszywej doktryny: służyć. Ale wiedzą Państwo, słowo sługa, może w polszczyźnie – zwłaszcza w staropolszczyźnie – mieć pewien majestat: dobra służba to coś pięknego – powiedział Braun. – Otóż, ta perspektywa jest przed nami nie żydami zamknięta, ponieważ my mamy służyć jak zwierzęta, jak bydło. I to nie jest wbrew pozorom specjalne odkrycie rabina Schneersona i jego wspólników – to jest ortodoksja Talmudu, to jest nauka szerzona przez dwa tysiące lat od kiedy odrzucony został Żłóbek i Krzyż Chrystusowy.

Jak wyjaśnił, „ci, którzy Go odrzucili, którzy Go nie uznali, uznali za stosowne kłamać, rozprzestrzeniać swoje kłamstwa na temat chrześcijaństwa i szerzyć wśród swoich pobratymców, wśród swoich dzieci, z pokolenia w pokolenie przekazywać tę straszną naukę o ludziach, nadludziach i podludziach – bydlętach”.

Poseł do europarlamentu wyraził przekonanie, że każdy, kto „bierze udział w tym rytuale, istotnie dokonuje takiego wyboru”. – Dobrze, żeby rozumiał, że dokonuje takiego wyboru. No i, szanowni państwo, warto odnotować kto tam dzisiaj i kto w minionych latach w tym rytualne uczestniczył i warto przy okazji najbliższej zapytać: po której stronie sam siebie sytuuje, jak siebie samego postrzega – czy zalicza się do nadludzi czy też aspiruje do tego, żeby być pożytecznym bydlęciem – pożytecznym w procederze wdeptywania w ziemię tych wszystkich, którzy ten dyktat i tę fałszywą alternatywę odrzucą – dodał.

Stwierdził, że wybór pomiędzy chanuką a Bożym Narodzeniem to „alternatywa wyłączająca”. – Nie można uzgodnić, pogodzić jednego z drugim. Nie można pogodzić naszego wzorca cywilizacyjnego – nie tylko w wymiarze religijnym, ale także w wymiarze politycznym, świeckim, ot na przykład taki luksus, którym się właśnie wedle naszego wzorca prawno-ustrojowego wszyscy mogą cieszyć, a to jest równość wobec prawa – nie można tego uzgodnić z doktryną o nadludziach i podludziach – mówił.

Mówca podkreślił, że jako politycy  politycy w obronie standardu prawno-ustrojowego. My nie występujemy tutaj, szanowni państwo, wyłącznie w duchu religijnego uniesienia, choć nie byłoby w tym niczego złego. (…) My upominamy się tutaj dzisiaj, przed gmachem Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, który stał się siedliskiem propagatorów, wyznawców fałszywej doktryny, o standard prawno-ustrojowy, który jest nie do pogodzenia z tą teorią, której praktykę oglądamy w Gazie – kontynuował.

To jest pytanie do państwa, do tu zebranych i do naszych rodaków: czy chcecie dla swoich dzieci przyszłości, która jest dziś udziałem dzieci w Gazie? Czy chcecie dla polskich dzieci takiego losu – losu niewolników, podludzi wydanych na łaskę i niełaskę żydowskich Übermenschów? I warto, żeby zadał sobie takie pytanie każdy poczciwy Polak, który jeszcze chce być Polakiem, a nie eurokołchoźnikiem, który jeszcze chce wolności, a nie niewoli – przekonywał Braun.

Wskazał, że wiele formacji politycznych mówi o niepodległości, ale „najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że ani wolności, ani niepodległości, ani bezpieczeństwa być nie może tam, gdzie na piedestał jest wynoszony świecznik chanukowy.

Czas najwyższy, żeby Polacy otrzeźwieli i zrozumieli, że nie da się koegzystować w duchu frazesu tolerancji ze zbójcami, z rozbójnikami, którzy przyszli po wszystko, przyszli po duszę i ciało, przyszli po majętność, ale żeby po nią sięgnąć, muszą najpierw dokonać pełnej demolki, pełnej dekonstrukcji polskiego ducha, polskiej świadomości, także polityczno-historycznej – powiedział Grzegorz Braun, wzywając do sprzeciwu wobec skandalicznego procederu palenia świec chanukowych w Sejmie.

Źródło: wRealu24 / banbye.com

Sunday Strip: The End of an Error. The swamp monsters are hiding in plain site.

The swamp monsters are hiding in plain site.

https://www.malone.news/p/sunday-strip-the-end-of-an-error?utm_campaign=post&utm_medium=web



Was the “1984” crisis of the past five years – averted with the election of President Trump?

In my opinion, we aren’t out of the woods yet.

Until we can “Make Europe Great Again”, and stop the EU-led censorship-industrial complex in their quest for worldwide dominance, we aren’t.

Then there is The deep state, the Blob, and the administrative state –

President Trump has a big job ahead of him, a job that he failed at in his last presidency. That is specifically, finding a way to muzzle the deep state, the Blob, and the administrative state turning against “we the people.”

The cartoon below is fascinating – dated Oct 2020 – just prior to the election. This was published in the “The Week” – a leftist publication.

The truth is that the deep state, the Blob, and the administrative state – which includes the alphabet agencies and the Senior Executive Service, won the last Trump Administration go around from 2016-2020.

Can a future President Trump accomplish what past President Trump failed at?


The cartoon below was produced and published by Ben Garrison in 2017…

The swamp didn’t get drained, and then, during the Biden administration – it morphed into something much more sinister, complex, and dangerous. It expanded the censorship-industrial complex. The joining of the EU and the US into a globalized censorship cabal became a fait accompli. The swamp learned to use PsyWar against its people—the people it is meant to serve. Now, it is Trump’s job to learn to untie that Gordian knot.

Will Trump have the smarts and the stamina to finish the job this time around?








Now for something completely different.

It seems like someone might want to gift-box a case of this stuff to Joe Biden’s new residence.









I had to test the above – so I did a search on Google News for “drones.”

Yep- MSM has decided no more “drones over the night skies” news stories for us!

Here are the top '“drones” search results on Google News: