W poniedziałek po 15-tej palenie chanuki w Sejmie i protest przed siedzibą parlamentu

W poniedziałek palenie chanuki w Sejmie i protest przed siedzibą parlamentu

https://pch24.pl/w-poniedzialek-palenie-chanuki-w-sejmie-i-protest-przed-siedziba-parlamentu

(Warszawa 12. 12. 2023. Zapalenie świec chanukowych. Fot. Adam Chełstowski / Forum)

Zapowiedź ponownej organizacji zapalenia świec chanukowych w polskim Sejmie sprowokowała organizację pikiety, która odbędzie się w poniedziałek przed siedzibą parlamentu przy ulicy Wiejskiej. „Tu jest Polska i tylko Polska” – podkreśla w mediach społecznościowych poseł Grzegorz Braun. „Pozwolimy również innym mniejszościom narodowym i wyznaniowym czuć się tutaj, w Sejmie, jak u siebie w domu”mówi z kolei marszałek Szymon Hołownia.

Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia posłowie Konfederacji zwrócili się do marszałka Sejmu z pytaniami dotyczącymi kolejnego, planowanego na poniedziałek zapalenia świec chanukowych w gmachu naszego parlamentu. Jak pamiętamy, przed rokiem świece zostały w spektakularny sposób zgaszone z użyciem sprzętu przeciwpożarowego przez posła Grzegorza Brauna. Podkreślał on, że zapraszająca na wydarzenie sekta Chabad Lubawicz nie wyznaje tradycyjnego, biblijnego judaizmu, ale Talmud i kabałę. W ujęciu tych wierzeń nie-żydzi, czyli goje, są godni pogardy i przyrównywani do zwierząt.

Podpisani pod listem do Szymona Hołowni posłowie Roman Fritz i Włodzimierz Skalik pytają m.in., „kto jest faktycznym organizatorem wydarzenia” oraz kto z Kancelarii Sejmu wydał zgodę na jego organizację. Na zaproszeniach rozesłanych m.in. do parlamentarzystów widnieje bowiem nazwisko Szaloma Stamblera, przewodniczącego Chabad Lubawicz w Polsce.

Marszałek Sejmu Szymon Hołownia, którego cytowała „Gazeta Wyborcza”, stwierdził: Tak jak obchodzimy tu chrześcijańską Wigilię, tak pozwolimy również innym mniejszościom narodowym i wyznaniowym czuć się tutaj, w Sejmie, jak u siebie w domu.

Szczęść Boże! Chanuka czy Boże Narodzenie? Wybór należy do Ciebie, Polaku, Rodaku, Polski Patrioto – mówi z kolei w nagraniu zamieszczonym na profilu Tou Tube europoseł Grzegorz Braun. – Ten wybór nie jest tylko wyborem li tylko abstrakcyjnym, intelektualnym, jest wyborem praktycznym, konkretnym. W tym roku zbiegają się daty, terminy tych dwóch jakże krańcowo odmiennych w duchu, w programie celebracji świątecznych. Celebracja kluczowa, centralna dla narodzin naszej cywilizacji, cywilizacji łacińskiej, święta Bożego Narodzenia. Jezus Chrystus, Król świata, Wszechświata, Król Polski, narodził się realnie.

I to, szanowni Państwo, jest fakt historyczny, którego wspomnienie, celebrowanie jest kluczowe dla rozumienia, na jakim świecie żyjemy, a może chcielibyśmy żyć, bo cywilizacja łacińska jest w odwrocie. Zwija się, a nie rozwija; kurczy, a nie rozprzestrzenia. Jej zasady, podstawy są negowane w samym jej sercu na kontynencie europejskim – zauważył były poseł na Sejm RP.

– No i alternatywna celebracja, antycywilizacja Talmudu. Chanuka, proszę nie dać się zwieść pozorom, to święto, waham się, czy używać tego słowa, ta celebracja opakowana w celofan, szeleszcząca frazesem o tolerancji, wspólnocie, miłości, przyjaźni, to właśnie tylko frazes. W rzeczywistości za tą fasadą mamy bardzo mroczne relikty przeszłości, które jakoś nie chcą odejść w przeszłość. No i oczywiście całego świata, całej galaktyki ratować nie możemy, ale pytanie, czy możemy uratować Polskę przed tym dramatycznym i nie daj Boże tragicznym w skutkach zaburzenia hierarchii wartości, pomieszaniem porządków – mówił Braun.

– Chanuka, święta, w które celebransi recytują słowa dzielące świat, dzielące ludzkość na „naszych” i „nie naszych”. Pytanie, po jakiej stronie chcecie się Państwo usytuować. Naród Polski wybrał, tysiąc lat temu, w przyszłym roku będziemy obchodzić tysiąclecie podniesienia korony Królestwa Polskiego. To nie w kij dmuchał, tego się na Allegro nie kupi. Takiej tradycji nie można sobie zapożyczyć i sztucznie przysposobić. My tę tradycję mamy, nie zamieniajmy tej tradycji na żadną inną – wzywał europarlamentarzysta.

Braun zamieścił również w mediach społecznościowych zaproszenie na poniedziałkową pikietę przed Sejmem.

30 grudnia o 15:15 zbierzmy się w Warszawie pod Sejmem, aby powiedzieć jasno i głośno:

Tu jest Polska i tylko Polska   

Nie ma naszej zgody na odprawianie rasistowskich, plemiennych rytuałów Chanuki w polskim Parlamencie!

Polak w Polsce gospodarzem!”.

Źródła: Facebook, You Tube, Wprost, Gazeta Wyborcza, PCh24.pl

RoM

Wyludnienie państwa. Mamy też najdroższą energię elektryczną w historii nowożytnej

Prof. Witold Modzelewski: Mamy najdroższą energię elektryczną w historii nowożytnej

29.12.2024 https://www.tysol.pl/a133068-prof-witold-modzelewski-mamy-najdrozsza-energie-elektryczna-w-historii-nowozytnej

Mamy chyba najdroższą w historii nowożytnej (…) energię elektryczną – powiedział prof. Witold Modzelewski w programie „Rozmowy niedokończone” w TV Trwam. Dokonał on również analizy i podsumowania ekonomicznego oraz gospodarczego 2024 r. z perspektywy Polski.

W rozmowie w TV Trwam, prof. Witold Modzelewski zauważył, że „drożeją artykuły konsumpcyjne” a jako najważniejszą przyczynę wskazał na ceny energii elektrycznej.

Drożeją artykuły konsumpcyjne, a najważniejszym czynnikiem, który powoduje ową drożyznę, są nośniki energii. Mamy chyba najdroższą w historii nowożytnej (…) energię elektryczną, za chwilę będzie kolejna podwyżka cen gazu, ponad 20-procentowa, z początkiem przyszłego roku. Ponadto mamy do czynienia ze zubożeniem, które jest częściowym wynikiem tej drożyzny

To jest jeden z paradoksów, bo mamy do czynienia z nominalnym wzrostem płac, wysoką dynamiką wzrostu wynagrodzeń (…). Wzrost gospodarczy jeszcze ciągle jest w naszym kraju, ale on hamuje, struktura tego wzrostu jest dość niekorzystna 

Wyludnienie państwa

W dalszej części prof. Modzelewski zwrócił uwagę na problem wyludnienia państwa, które wpływa na obniżenie stopy życiowej Polaków.

Mamy do czynienia ze zjawiskiem, które nazywa się wyludnieniem. Wyludnienie jest problemem znacznie głębszym niż sprowadzanym tylko do spadku dzietności, bo to jest oczywiste – jesteśmy w okresie głębokiego, postępującego załamania demograficznego. Ale mamy też wyludnienie (…), które oznacza spadek popytu. Jeśli brakuje tych, którzy kupują towary i usługi, to ten, kto im sprzedawał, już nie sprzedaje i on biednieje. Wyludnienie powoduje zubożenie tych, którzy oferowali i sprzedawali towary i usługi dla tych, którzy już ich nie kupują. Wielkie migracje, które już się zaczęły, powodują, że ta sytuacja przyrosła

Zauważył również, że wpływ na sferę ekonomiczną i gospodarczą w Polsce miały restrykcje covidowe a następnie trwająca blisko trzy lata wojna na Ukrainie.

Na to, co działo się w sferze ekonomicznej i gospodarczej w Polsce i na świecie, wpływ miały najpierw wprowadzane przez władze restrykcje covidowe, takie jak tzw. lockdowny, a także trwająca już niemal trzy lata agresja Rosji na Ukrainę. W tak niespokojnym okresie trudno oczekiwać, że nastąpi gwałtowny rozwój inwestycji w naszym kraju

Dalej podkreślił, że sytuacja w naszym regionie wpływa na ilość inwestycji, w tym w Polsce.

To już są cztery lata tych stanów nadzwyczajnych w tym regionie świata. W takim czasie się nie inwestuje – w czasie gdy ludzi straszy się wojną. Nie będzie inwestycji w kraju, który ponoć jest ciągle zagrożony agresją, gdzie najważniejsze jest bezpieczeństwo i przygotowywanie się do ewentualnej wojny

Zwrócił również uwagę na poziom deficytu budżetowego

W tym roku bijemy rekordy deficytu budżetowego. Miał on wynosić 182 mld złotych (…). Sprawdziły się prognozy, że nie osiągniemy takich dochodów budżetowych na ten rok, jakie planowano. W związku z tym jest już nowelizacja budżetu i nowy deficyt wynosi już ćwierć biliona złotych, a w przyszłym roku prawdopodobnie sięgnie 300 miliardów złotych. Kryzys fiskalny powoduje, że ta przestrzeń ekonomiczna, margines środków, które można przeznaczyć na inwestycje, kurczy się albo czasami po prostu zanika – podkreślił ekonomista.

Raport Solidarności

Warto przypomnieć, że prof. Witold Modzelewski jest współautorem raportu Solidarności pt. Drapieżny Zielony (Nie) Ład. Autorzy raportu podzielili się kluczowymi ustaleniami m.in. w sprawie polityki klimatycznej. [koniecznie por. “Drapieżny Zielony (nie)Ład” i jego koszty.md]

Polski system podatkowy nie jest gotowy na implementację Zielonego Ładu i Paktu Klimatycznego w wyznaczonych przez UE ramach czasowych. Wprowadzenie pisanych ograniczeń i nakazów będzie skutkować drastycznym wzrostem wydatków budżetowych przy jednoczesnym zubożeniu społeczeństwa i podatników prowadzących działalność gospodarczą (rolniczą i pozarolniczą), a przede wszystkim spadkiem wpływów z najważniejszych podatków 

Implementowanie tych rozwiązań bezpośrednio wpłynie na wzrost cen dóbr konsumpcyjnych, jak również może się przyczynić do spadku konkurencyjności polskich przedsiębiorstw na rynkach międzynarodowych. Znaczące ograniczenie konsumpcji towarów i usług wysokoemisyjnych (a zwłaszcza paliw silnikowych) spowoduje zaś trwały spadek dochodów budżetowych. Wprowadzenie tak doniosłych zmian wymaga czasu i niewyobrażalnych wręcz nakładów finansowych, których obecnie Polska – jako państwo i jej obywatele – nie jest w stanie ponieść 

Należy również podkreślić, że bez porozumienia na ogólnoświatowym poziomie zmniejszenie emisji CO2 do atmosfery przez UE niewiele zmieni, bo inne kraje w tym czasie prawdopodobnie jeszcze zwiększą swoje emisje i globalna suma emisji CO2 może nawet wzrosnąć (UE jest odpowiedzialna wyłącznie za 7,0% światowych emisji gazów cieplarnianych)

Z raportu możemy również się dowiedzieć m.in., że Polacy nie popierają Zielonego Ładu w obecnym kształcie.

Polacy nie popierają Europejskiego Zielonego Ładu w kształcie znanym w kwietniu 2024 r. Odrzucają większość z 21 rozwiązań tej polityki. Jest to dowód na autokratyczność, a nie demokratyczność działań władz europejskich

Ponadto jak czytamy w raporcie 42,9 proc. Polaków postuluje wprowadzenie istotnych zmian w Europejskim Zielonym Ładzie. Natomiast jego całkowitego odrzucenia chce 34,9 proc. Z kolei 19 proc. uważa, że powinny być w nim wprowadzone niewielkie zmiany. Natomiast bezkrytyczne poparcie dla Zielonego Ładu deklaruje 3,3 proc. Polaków.

Zdecydowana większość Polaków postuluje wprowadzenie w Europejskim Zielonym Ładzie istotnych zmian (42,9%) lub całkowite jego odrzucenie (34,9%). Niewielka część (19,0%) uważa, że powinny zostać wprowadzone w nim niewielkie zmiany. Bezkrytyczne poparcie znajduje on jedynie wśród 3,3% polskiego społeczeństwa. Oznacza to, że wprowadzenie tej polityki to rozwiązanie autokratyczne, a nie demokratyczne – czytamy.

Za dwie dekady nie będzie globalnej władzy światowych korporacji

Thomas Cole – Rozpad z cyklu Dzieje imperium (1836)

————————-

Za dwie dekady nie będzie globalnej władzy światowych korporacji

Agnieszka Piwar 2019-08-08 https://piwar.info/za-dwie-dekady-nie-bedzie-globalnej-wladzy-swiatowych-korporacji/

«Przed upadkiem idzie pycha; a przed ruiną – wyniosłość ducha»
[Przypowieści Salomona 16:18]. 

Skąd ta pewność zawarta w tytule? – może zapytać czytelnik. Przecież wszystko wskazuje na to, że potęga wielkich korporacji się umacnia. Tzw. zarządzanie globalne – ONZ, UNIE, NGO’s, rządy, business – stanowią jedną wielką orkiestrę tzw. ‘demokracji uczestniczącej’. Istnieje konkretny, precyzyjnie przygotowany program działania. Z powierzchni ziemi ‘zmiatana’ jest etyka chrześcijańska, etyka prawa naturalnego «czyń dobro, unikaj zła», niszczone są tradycyjne kultury.

Świat podporządkowywany jest nowej etyce globalnej wzniesionej na absurdalnej koncepcji człowieka – jako popędu (gender), zwyrodniałej koncepcji prawa ‘do zabicia’ (aborcja, eutanazja). W celu umocnienia władzy „wyprodukowano” kolejny totalitaryzm – syntezę dwóch poprzednich (komunizm i narodowy socjalizm). Jednak – jak każdy z totalitaryzmów – i ten będzie miał swój kres.

Moje przekonanie, że tak się stanie, wynika z wiary w Opatrzność Bożą i z pewnych prawideł historii. Dzieje ludzkości ukazują bowiem, że upadek największych potęg wynikał z tych samych przyczyn, które dziś wyraźnie wskazują na początek końca zarządzania globalnego, czyli Imperium Międzynarodowej Finansjery.

W artykule „The Fate of Empires” (Los Imperiów) opublikowanym w 1976 roku na łamach brytyjskiego pisma „Blackwood’s Magazine” sir John Bagot Glubb (1897-1986) przedstawił mechanizm powstania i upadków wielkich narodów i mocarstw, których historie zostały spisane ludzką ręką na przestrzeni minionych trzech tysięcy lat. Ten zasłużony dla brytyjskiej armii oficer bardzo dokładnie zbadał historię znanych imperiów – począwszy od Asyrii, przez Persję, Imperium Rzymskie, Imperium Osmańskie, itp… na Imperium Brytyjskim kończąc.


Zagłębiając się w historię upadku tych potęg, Brytyjczyk odkrył zdumiewającą prawidłowość. Otóż wynika z niej, że dekadencja jest rezultatem nazbyt długiego okresu bogactwa i sprawowania władzy, a także egoizmu, pociągu do pieniędzy i utraty poczucia obowiązku. Fazie schyłku towarzyszą takie zjawiska jak: obniżenie moralnych standardów, materializm, konsumpcjonizm, rozwiązłość, napływ cudzoziemców, pasywność, pesymizm, opiekuńczość państwa, rozrost biurokracji, rozkład rodziny, osłabienie religii, upadek obyczajów, itp.


Co znamienne, w okresie dekadencji mężczyźni stają się słabi i borykają się z problemem własnej tożsamości [patrz: wybiegi mody, muzyczne festiwale typu Eurowizja, itp.]. Jednocześnie następuje zwiększenie roli kobiet w życiu publicznym, które w znacznym stopniu przejmują obowiązki mężczyzn. Zjawiska te nie są przyczyną rozkładu, lecz jego konsekwencją. Co ciekawe, jak zauważył John Glubb „bohaterowie czasów upadku są zawsze podobni – sportowcy, śpiewacy lub aktorzy. Współczesne słowo ‘celebryta’ jest używane wobec komika lub piłkarza, ale nie polityka, wojskowego lub wspaniałego pisarza”.

Władców imperium w okresie dekadencji cechuje wysoki stopień ignorancji i przekonanie, że władza jest im dana na zawsze. Poddani (społeczeństwo) nie mogą liczyć na wsparcie polityków, ponieważ tych całkowicie pochłaniają wewnętrzne kłótnie i bezsensowne spory. Po tym wszystkim następuje utrata nadziei, gdyż „dekadencja charakteryzuje się tym, że obywatele nie wykazują już chęci obrony czegokolwiek, ponieważ żyją w przekonaniu, iż nic nie jest tej obrony warte”. Nie ma wątpliwości, że znaki czasów upadku – które w dziejach minionych imperiów zauważył Glubb – z przerażającą dokładnością powtarzają się tu i teraz. Autor spisał swoje spostrzeżenia w latach 70. XX wieku, więc nie mógł wiedzieć, że opisane przez niego zjawiska jak ulał pasują do drugiej dekady XXI wieku.

Tym razem rzecz się dzieje na szeroko pojętym Zachodzie (Unia Europejska, Stany Zjednoczone, itp.), którego wielkie metropolie pełnią funkcję stolic współczesnego Imperium. Autor „The Fate of Empires” słowem nie wspomniał o globalnej władzy światowych korporacji, gdyż opisał jedynie losy znanych mu potęg, które już zdążyły się rozpaść. Skąd zatem wiem, że zbliża się właśnie kres Imperium Międzynarodowej Finansjery? John Glubb wykazał, że pełny cykl – od narodzin potęgi do samobójstwa imperium – to około 10 pokoleń, a zatem średnio 250 lat.

Podejmując się opisania tematu – ‘jak będzie wyglądał świat za dwadzieścia lat’ – porównałam obecne zjawiska z tymi, które znamy z historii (a te wyraźnie wskazują na okres schyłku) oraz sięgnęłam po… kalkulator, aby dotrzeć do źródeł, czyli początku tego, co właśnie się kończy. Jeśli w 2039 roku odejmiemy 250 lat, to przeniesiemy się prosto do 1789 roku, a więc początku rewolucji francuskiej, która pogrzebała stary porządek. Kto zatem zbudował nowy?

W okresie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783) i po dokonaniu się rewolucji francuskiej (1789–1799) na zgliszczach zniszczonego świata nowe imperium z rozmachem zaczął budować Mayer Amschel Rothschild. Oba wydarzenia historyczne przyczyniły się do gwałtownego powiększenia jego biznesów. U szczytu możliwości i przy najbardziej sprzyjającej koniunkturze „ojciec finansów międzynarodowych” – jak go określił magazyn „Forbes” – posłał swoich pięciu synów w świat. Ekspansję rozpoczęli kolejno: Nathan Mayer (Londyn), Jacob (Paryż), Salomon (Wiedeń), Kalman (Neapol) i Amschel Mayer (Frankfurt nad Menem).

Od tamtej pory międzynarodowa finansjera nieprzerwanie sprawuje władzę nad ziemskim światem. Obecnie aż 189 państw jest poddanymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego główna siedziba znajduje się w Waszyngtonie. Dawniej imperiami rządzili cezarowie, królowie, sułtani, itp. Współczesnymi władcami są banksterzy, a ich namiestnikami – politycy. Narzędziem utrzymującym wszystko w ryzach jest system liberalnej demokracji. A kto się nie podporządkowuje pod ‘władzę dolara’, podzieli los takich państw jak Libia czy Syria, którym „demokrację” zaprowadza się pod ‘fałszywą flagą’ (false flag) przy użyciu siły.

Żeby utrzymać władzę, rządzące światem Imperium posuwa się do największych niegodziwości i podstępów. Ale wykonawcy tego projektu już niedługo przestaną być bezkarni.

A co będzie z nami? Kto nas uratuje i poprowadzi? Jak przetrwać zbliżającą się III wojnę światową? Dobra wiadomość jest taka, że jak zauważył Glubb, wielu z największych świętych żyło w czasach dekadencji. To właśnie oni wzniośli sztandar obowiązku i służby przeciw zdeprawowaniu i rezygnacji. Nie możemy tracić nadziei. Bóg wzbudza Świętych i przysyła nam swoich Proroków. Rozglądajmy się i pytajmy: Gdzie oni są? Jakimi cechami się charakteryzują? Przed czym nas ostrzegają? I wreszcie – którędy wskazują nam drogę…

Bądźmy przygotowani. Już wkrótce dotychczasowy świat runie i narodzi się Nowe Imperium. A my zostaniemy tego świadkami i uczestnikami.

Agnieszka Piwar

Esej pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Россия в глобальной политике”: https://globalaffairs.ru/articles/cherez-20-let-globalnoj-vlasti-mirovyh-korporaczij-ne-budet/

Dzieje się potwornie dużo. Proponuję wysłuchać i obejrzeć.

Dzieje się potwornie dużo.

Proponuję wysłuchać obejrzeć w takiej właśnie kolejności:

27 -12-2024

Tomasz Piekielnik:

Energia, wybory i wojsko: Czy Polska i Europa tracą kontrolę?

Tomasz Marek Chodorowski: O bestii dziś i dawniej 

26-12-2024

Tomasz Piekielnik: 

Tomasz Piekielnik o Bliskim Wschodzie i nie tylko w czasie świąt Bożego NarodzeniaL

Końcowe gotowanie żaby – Synod o Synodalności po polsku….

Gotowanie żaby

Stanisław Michalkiewicz,  specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    29 grudnia 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5745

Podczas gdy Volksdeutsche Partei za pośrednictwem rządowych, albo prorządowych niezależnych mediów głównego nurtu, zaś patriotyczna opozycja z Naczelnikiem Państwa na czele, za pośrednictwem niezależnych mediów nierządnych, które kiedyś, za ancien regime’u, były mediami rządowymi, przygotowały ludności na czas świątecznej nirwany operę mydlaną w odcinkach o panu Marcinie Romanowskim i „tropie biłgorajskim”, którym podążyć miał do Ziemi Obiecanej na Węgrzech – Episkopat opublikował tłumaczenie Dokumentu Końcowego Synodu o Synodalności. Jest to dokument dość długi, a poza tym – sporządzony eklezjastycznym żargonem, który dla przeciętnego odbiorcy, a nawet – dla odbiorcy nieprzeciętnego, to znaczy – obeznanego z rozmaitymi żargonami – jest trudny do zrozumienia, podobnie, jak odpowiedzi Sybilli kumańskiej, u której zasięgali rady i wskazówek starożytni Rzymianie oraz Rzymianie współcześni. Podobno enigmatyczność odpowiedzi Sybilli była spowodowana odurzającymi dekoktami, których opary unosiły się w jej grocie. Czym odurzali się autorowie Dokumentu Końcowego – tajemnica to wielka – ale cokolwiek to było, efekty są podobne.

Czy moment publikacji polskiego tłumaczenia Dokumentu Końcowego wynika z przyczyn technicznych, czy też został wybrany specjalnie na początek świątecznej nirwany, kiedy nikomu nie będzie się chciało dokonywać egzegezy tego skomplikowanego tekstu – trudno zgadnąć – ale nie można wykluczyć również takiej motywacji. Charakterystyczne bowiem jest to, że z lektury trudno się zorientować, co konkretnie czytelnik powinien zrobić, by sprostać oczekiwaniom autorów Dokumentu – również dlatego, że i te oczekiwania zostały przedstawione bardzo ogólnikowo – jakby autorzy nie chcieli jasno powiedzieć, o co naprawdę im chodzi. Z tego powodu Dokument przypomina znane z pierwszej komuny tak zwane „tezy” na kolejne zjazdy Partii, których celem było odzyskiwanie więzi z masami. Takie pragnienie daje się odczuć również w przypadku Dokumentu, chociaż expressis verbis nie jest w nim wyrażone. W przypadku Partii chodziło o ukrycie w powodzi ogólników intencji odzyskania zaufania „mas”, dzięki czemu można by je nadal spokojnie wykorzystywać dla „budowy socjalizmu”, czyli sprawowania przez Partię „przewodniej roli” – z wykluczeniem wszelkiej konkurencji. Sprawowanie „przewodniej roli” nazywało się „centralizmem demokratycznym”, który istniał chyba tylko w imaginacji jegomościów, co to doktoryzowali się i habilitowali z czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Partia bowiem tak naprawdę sprawowała dyktaturę, raz łagodniejszą, raz surowszą. W okresach łagodności powstawały w niej nawet frakcje, które w okresach surowości znikały – niekiedy nawet na skutek fizycznej ich eksterminacji pod pretekstem „odchylenia” od zatwierdzonej „linii”. Rodzajem takiej „linii” jest chyba też „synodalność”, definiowana jako „droga”, a więc – sposób postępowania.

Jednak z tych enigmatycznych ogólników przebija pewna zagadkowa intencja, w postaci „różnorodności”, w której ma się manifestować „jedność Kościoła”. „Różnorodności” , ale i dalszej „decentralizacji”. Ta „decentralizacja” została zapoczątkowana na II Soborze Watykańskim, po którym w Kościele zapanował „duch Soboru”, to znaczy – swego rodzaju konspiracja postępowych purpuratów, która doprowadziła do całkowitego odwrócenia zaleceń soborowych dokumentów, na przykład w dziedzinie języka liturgicznego. O ile soborowe konstytucje dopuszczały języki narodowe „wyjątkowo”, a tam, gdzie je dopuszczały, to jednocześnie z naciskiem podkreślały, że wierni powinni znać łacińskie teksty modlitw i pieśni – o tyle „duch Soboru” odwrócił to o 180 stopni.

Język łaciński został z liturgii niemal całkowicie wyparty na rzecz języków narodowych. Wyrządziło to nieodwracalne szkody, bo o ile przedtem nawet w wiejskich parafiach uczestnicy chórów, czy pobożnych bractw siłą rzeczy musieli znać łacinę, przynajmniej tę kościelną, co sprzyjało poczuciu ciągłości ze światem antycznym, to wskutek aktywności „ducha Soboru” ta wiedza i ta ciągłość właśnie zanika – może z wyjątkiem wspólnot tradycjonalistycznych. Jeśli dodamy do tego zagadkowe sformułowania na temat konieczności „rozeznawania” roli kobiet, które powinny w Kościele dostępować również „władzy” oraz nacisk na „ekumenizm”, to można odnieść wrażenie, że za parawanem patetycznej retoryki ukrywa się intencja takiego rozwodnienia religii i Kościoła, że będą mogli się w nim pomieścić nie tylko sodomczykowie i gomorytki, ale również – ateiści. Wszystko to – jak mówią – „wygląda ładnie-pięknie” – tylko czy komukolwiek jeszcze zechce się taką rozwodnioną religią przejmować?

Ale to tylko jeden aspekt. Jeśli Dokument Końcowy rzeczywiście za parawanem patetycznych frazesów skrywa takie intencje, to może to oznaczać kolejny gwóźdź do trumny cywilizacji łacińskiej. Jak wiadomo, wspiera się ona na trzech filarach: greckim stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej, jako podstawie systemów prawnych państw. Cywilizacja ta jest znienawidzona m.in. przez Żydów i to w każdym aspekcie. Toteż na naszych oczach dokonują się próby destrukcji każdego z trzech filarów, na których ta cywilizacja się wspiera, więc jeśli ten proces zostanie zintensyfikowany przez rozwadnianie trzeciego filaru, to czy ta cywilizacja się jeszcze ostanie?

Żadnych gwarancji przecież nie ma, ani też nadziei, że czy to Judenrat, czy też lawendowe lobby w Rzymie zbuduje nam jakąś cywilizację alternatywną. W tej sytuacji nadzieje na jej przetrwanie, a więc – również na utrzymanie cywilizacyjnej tożsamości Europy – są coraz mniejsze tym bardziej, że w Dokumencie Końcowym są też wyraźne umizgi pod adresem „migrantów”. W tej sytuacji nie można się specjalnie dziwić, że Dokument opublikowano właśnie teraz. Mało kto się z nim zapozna, a duchowieństwo zostanie zmłotowane, żeby zawarte w nim wytyczne, realizować wprawdzie stopniowo, ale cierpliwie i metodycznie. Jak zauważył w swojej znakomitej powieści „Głos Pana” Stanisław Lem – „nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie”. Taki właśnie sposób zalecany jest przy gotowaniu żaby. Gdyby zwyczajnie wrzucić ją do wrzątku, to zdążyłaby wyskoczyć i się uratować, Kiedy jednak wrzucić ją do wody chłodnej i stopniowo ją podgrzewać, to żaba niczego nie zauważy aż do momentu, kiedy na ratunek będzie za późno.

Stanisław Michalkiewicz

O komunistycznych i masońskich symbolach w polskim godle

Czy korona bez krzyża to nadal korona? Prof. Tomasz Panfil o komunistycznych i masońskich symbolach w polskim godle

https://pch24.pl/czy-korona-bez-krzyza-to-nadal-korona-prof-tomasz-panfil-o-komunistycznych-i-masonskich-symbolach-w-polskim-godle

(Oprac. PCh24.pl)

Najkrócej rzecz ujmując, komuniści w Sejmie kontraktowym powiedzieli: „Dobrze, zgodzimy się na przywrócenie korony do godła, ale pod jednym warunkiem. Nie będzie w niej krzyża”. To pokazuje, że nienawiść do Chrystusa i nienawiść do Kościoła przetrwały rok 1989 – mówi w rozmowie z PCh24.pl profesor Tomasz Panfil (BEP IPN, KUL).

Szanowny Panie Profesorze, 29 grudnia 1989 roku Sejm kontraktowy przyjął ustawę o zmianie Konstytucji PRL. Na mocy nowelizacji m.in. przywrócono koronę Orłu Białemu w godle Polski. Dlaczego, Pana zdaniem, nie ma się z czego cieszyć?

Po pierwsze, jest to nieprawidłowe heraldycznie, a po drugie – deprecjonujące państwo.

Jeżeli przyjrzymy się bliżej tzw. koronie w godle Polski to dostrzeżemy, że tworzy ona jakąś taką przedziwną, jednolitą bryłę. Korona – jak wie każde dziecko, które rysuje królewiczów i księżniczki – ma promienie. One mogą być proste, one mogą być ozdobne, stylizowane na przykład na liście akantu albo kwiaty lilii, ale zawsze między nimi są prześwity.

W tym, co włożono na głowę polskiemu Orłu, prześwitów nie ma, jest złote między złotym, czyli zupełnie bez sensu. Jest to więc źle narysowane, niepoprawne heraldycznie, ale to tylko ten mniejszy błąd.

Większy błąd polega na tym, że Orzeł Polski, który jest symbolem Korony Królestwa Polskiego czy symbolem Królestwa Polskiego, symbolizował suwerenność państwa. Tu musielibyśmy się cofnąć mocno w przeszłość, do czasów Karola Wielkiego, kiedy obowiązywała doktryna dwóch władz suwerennych. Władcą suwerennym świeckim był cesarz, władcą suwerennym kościelnym, duchowym, apostolskim był papież.

Symbolami tejże suwerenności były korony zamknięte, zwieńczone krzyżem. To taki obrazowy sposób pokazania widzom, publiczności, że nad cesarzem i papieżem jest tylko Bóg. I w okresie wczesnego średniowiecza to byli dwaj jedyni suwerenni władcy. Cała reszta panujących, czyli królowie i niżej stojący w hierarchii książęta, nie byli władcami w pełni suwerennymi, zależeli od cesarza.

Ta zależność bardzo ładnie nam wychodzi w najstarszej historii państwa piastowskiego, kiedy to i Bolesław Chrobry i inni Piastowie zabiegają o zgodę na koronację u cesarza i papieża. Żeby być koronowanym na króla, trzeba było mieć zgodę przynajmniej jednego – a lepiej obu – spośród tych władców suwerennych.

W wieku XII nabrał intensywności proces uniezależniania się królów państw narodowych od uniwersalnego cesarstwa i uniwersalnego papiestwa. W wieku XII korony zamknięte zaczęli nosić królowie Szkocji, Francji, a potem następni.

W Polsce ten proces symbolicznego uniezależniania się od władzy cesarskiej trwał dosyć długo. W gruncie rzeczy dopiero w końcu wieku XV pojawiła się polska korona królewska zamknięta.

Pierwsze artefakty, na których obserwujemy koronę zamkniętą, czyli oznaczającą państwo, władzę suwerenną, to są monety Jana Olbrachta. Jako pierwszy taką koronę na głowę włożył Zygmunt I Stary. Od tego momentu, czyli od przełomu XV/XVI wieku Królestwo Polskie głosi wszem i wobec swoją niezależność od jakiejkolwiek władzy zewnętrznej.

Na Zachodzie formuła niezależności państw narodowych brzmiała: Rex imperatorem in regno suo, czyli „Król jest cesarzem w swoim królestwie”. W Polsce formuła ta przybrała charakter republikański i brzmiała: Non habemus cesarem nisi regem, czyli polska szlachta, polskie rycerstwo oznajmiło światu: „Nie mamy nad sobą żadnego władcy oprócz króla”. Znakiem tej dumy, suwerenności i niezależności jest korona zamknięta na głowie króla.

Zwieńczona krzyżem?

Oczywiście! Korona zamknięta musi być zwieńczona krzyżem, nie ma innej możliwości. Korona zamknięta plus krzyż to jest nieodłączna całość. No i od końca wieku XV po mniej więcej rok 1830 w heraldyce, w symbolice polskiej, w symbolice monarszej występuje korona zamknięta z krzyżem jako symbol, insygnium władzy czy państwa suwerennego i niezależnego od zewnętrznej władzy zwierzchniej.

Dlaczego do roku 1830, a nie 1795?

Ponieważ zarówno car Aleksander I, jak i Mikołaj I koronują się na królów Polski w Warszawie i wkładają na głowę koronę zamkniętą polską.

Car Mikołaj I był ostatnim królem Polski?

Tak.

Niektórzy twierdzą, że Franciszek Józef…

Nie. Ostatnia koronacja z zachowaniem polskiego ceremoniału koronacyjnego to jest koronacja Mikołaja I w 1825 roku.

A później?

Po upadku powstania listopadowego w ramach represji popowstaniowych Królestwo Polskie przestaje mieć ten status autonomiczny z własnym władcą. Często o tym zapominamy. W latach 1815 – 1830 Królestwo Polskie jest państwem połączonym unią personalną z Imperium Rosyjskim.

Dlaczego w herbie II Rzeczypospolitej znalazł się Orzeł w koronie? Przecież II Rzeczpospolita nie była monarchią…

Orzeł w koronie, Pan mówi…

Coś pomyliłem?

Nie, po prostu różnie z tym bywało… W okresie II Rzeczypospolitej obowiązywało kilka wzorów Orła. Jeden był Orłem legionowym, a Orzeł legionowy korony nie miał. To był ten nieoficjalny, aczkolwiek zatwierdzony przez Józefa Piłsudskiego. W roku 1919 Orzeł bardziej przypominał kurę, jakby żywcem wziętą z czasów nieszczęsnego Stanisława Antoniego Poniatowskiego. Od 1927 roku był jeszcze inny Orzeł…

Tak więc w II Rzeczypospolitej mieliśmy rozmaite orły w herbie. Artyści często z nimi eksperymentowali…

I nikomu to nie przeszkadzało? Tu Orzeł w koronie, a tu bez? Tu w herbie symbole masońskie, a tam nie itd.?

Wtedy heraldyka była wciąż żywa, a nie skostniała, sformalizowana, zapisana w prawie i chroniona prawem. Wtedy wspólnota się ze sobą komunikowała również – a może przede wszystkim – wyobrażeniami ikonograficznymi.

Podam jeden przykład: Stanisław Szukalski. Bardzo oryginalny, nowatorski artysta, który zgłosił projekt swojego Orła, którego nazwał Toporzeł. Był to, mówiąc obrazowo, orzeł ze skrzydłami w formie ostrzy toporów. Chodziło w projekcie tym i o nawiązanie do Słowiańszczyzny, do czasów przedchrześcijańskich, i o analogie z symbolami władzy republikańskiego Rzymu oraz o bojowość tego Orła. Sytuacja międzynarodowa w latach 20. i 30, była taka, a nie inna. W związku z tym Szukalski uznał, że Orzeł polski powinien być bojowy, a nie kurowaty jak ten z 1919, z przyciężkim kuprem i małymi skrzydełkami.

W tamtym czasie sytuacja wymagała bojowości i należało to zakomunikować społeczeństwu. Trwała dyskusja, jak to zrobić, również dyskusja symboliczna, dyskusja na płaszczyźnie ikonografii, i Toporzeł jest tego przykładem.

Takich propozycji było dużo więcej. Ich autorzy spierali się, co będzie najlepiej odpowiadać ideom, modom, stylom etc.

Dlaczego jedną z pierwszych decyzji komunistów było usunięcie korony z godła? Dla czerwonych symbolika była również ważna?

Oczywiście, że tak. Korona jest symbolem państwa suwerennego. Ideologia komunistyczna jest ideologią internacjonalizmu, czyli odrzuca suwerenność państw narodowych.

Komunizm jest totalitarny, dąży do zniszczenia wszystkiego. Totalitaryzm nie może pozostawiać enklaw starego porządku, w przeciwnym razie nie będzie totalitaryzmem. Dlatego właśnie komuna upadła! – bo nie udało jej się, zwłaszcza w Polsce, być totalitarną. Zawsze były enklawy, w których ludzie się mogli chronić. Jeżeli takie enklawy istnieją, to oznacza to śmierć ustroju totalitarnego. I tak się stało z komunizmem. Właśnie dlatego nowy komunizm w swym długim marszu przez kulturę usiłuje zlikwidować wszystkie enklawy kulturowe, religijne, z którymi nie poradził sobie pierwszy komunizm, przez co upadł. Ten drugi komunizm, postkomunizm, jest „mądrzejszy” i traktuje kulturę nie jako mało ważną nadbudowę, tak jak – wedle wskazań Marksa – robili to Lenin, Stalin i cała reszta. Traktuje za to kulturę jako bazę, co oznacza, że kultura musi być przekształcona. Wtedy cała reszta – czyli nadbudowa – da się łatwo zmodyfikować, co zresztą widać po dzisiejszym świecie. Niestety.

Kiedy i w jakich okolicznościach zapadła decyzja, żeby przywrócić do godła koronę? Zrobił to, o czym wspomniałem na początku, Sejm kontraktowy. Ideowym spadkobiercom ludzi, którzy usuwali koronę z godła nie przeszkadzał jej powrót?

Nigdy komuniści nie byli tak skorzy do współpracy jak w Sejmie kontraktowym. Istniały jednak pewne granice współpracy; granice oraz konieczności zawierania kompromisów. To złote, co nasz Orzeł ma na głowie, jest kompromisem ówczesnego OKP z obozem komunistycznym, częściowo postkomunistycznym.

Najkrócej rzecz ujmując: komuniści w Sejmie kontraktowym powiedzieli: „Dobrze, zgodzimy się na przywrócenie korony do godła, ale pod jednym warunkiem. Nie będzie w niej krzyża”. To pokazuje, że nienawiść do Chrystusa i nienawiść do Kościoła przetrwały rok 1989.

Proszę zwrócić uwagę: komuniści byli skłonni zgodzić się na takie czy inne rozwiązania wolnorynkowe; byli skłonni zgodzić się na przywrócenie niektórych elementów państwa suwerennego, elementów patriotycznych, niepodległościowych. Nawet – niechętnie, bo niechętnie,  ale jednak – zaakceptowali fakt, że istniało coś takiego jak endecja. Natomiast nienawiść do Chrystusa i nienawiść do Kościoła jest u nich niezależna od koniunktur politycznych. Również dzisiaj widzimy ją bardzo wyraźnie. To robi na przykład niejaki Trzaskowski…

Wywołany przez Pana Profesora człowiek twierdzi, że nie zdjął jednego krzyża nie. On „tylko” wydał zalecenie…

To jest klasyczna dialektyka marksistowska. Nie zdjął żadnego krzyża i jest to prawda. Ale wydał zalecenie, żeby wszyscy inni to zrobili…

Może faktycznie Trzaskowski nigdy tego nie zrobił w sensie literalnym, dosłownym. Może Trzaskowski nigdy nie wszedł na stołek i nie zdjął krzyża. Wydaje mi się to bardzo prawdopodobne, bo wiemy, jaką ona ma „smykałkę” do prac ręcznych. Widzieliśmy przecież Trzaskowskiego przyklejającego szybę w drzwiach taśmą klejącą. Podejrzewam więc, że gdyby wlazł na jakąś drabinę, żeby zdjąć krzyż, to albo by się z tej drabiny zwalił, albo by rozwalił ściankę działową, na której wisiał krzyż.

Korona – czy może raczej, jak Pan Profesor powiedział – „to złote, co nasz Orzeł ma na głowie”, to jedyny niuans, błąd naszego godła?

Długo by wymieniać. Orzeł winien mieć złote szpony, a nie pazurki. Nie powinien mieć cieniowanych piór w skrzydłach. Skrzydła powinny być symetryczne, a nie każde inne, przepaska na skrzydłach powinna mieć zakończenie na kształt koniczyny, a nie pięcioramiennych rozetek. W sumie powinniśmy mieć Orła polskiego, a nie nieudolną hybrydę. Przede wszystkim jednak Rzeczpospolita powinna mieć herb, o którym obecnie nie wspomina żaden akt prawny, z konstytucją z 1997 roku na czele. To fatalny błąd: godło na tarczy to herb, a polskie prawo nazywa herb godłem.

Dlaczego przez 35 lat Sejm RP nie podjął kroków, żeby naprawić godło, żeby zmienić „to złote” na prawdziwą koronę etc.?

A tu odpowiedź jest prosta: bo od kiedy w 1997 przepuszczono ten bubel konstytucyjny, nigdy nie było w Sejmie dość zdroworozsądkowych legislatorów, żeby poprawić ewidentne błędy. Zawsze znajdowała się liczna grupa zdolna do zablokowania zmian mogących przywrócić porządek w sferze polskiej symboliki państwowej.

Jak rządy w Szwecji, Norwegii, Niemczech, Polsce gnębią rodziny, szczególnie dzieci.

Ordo Iuris

Samotna Wigilia i dzieci w domach dziecka… Pomóżmy rozdzielanym rodzinom
Szanowny Panie,
niedawno ubieraliśmy choinkę, dzieliliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia, wręczaliśmy prezenty oraz śpiewaliśmy kolędy. Poświęciliśmy ten czas naszym rodzinom, zapominając o problemach dnia codziennego.Nie wszyscy jednak mogli w tym roku w pełni cieszyć się Bożym Narodzeniem. W naszej Ojczyźnie są rodziny, które wskutek bezdusznych decyzji urzędników spędzały te szczególnie rodzinne święta w rozłące. Historie tych rodzin warto poznać tym bardziej, że rząd ponownie zapowiada zmiany prawne, które przybliżą polski system do modelu niemieckiego lub norweskiego.
Jedną ze szczególnie doświadczonych rodzin są Państwo Klamanowie, którym szwedzki urząd socjalny odebrał cztery córki. Dziewczynki spędzały Święta Bożego Narodzenia na obczyźnie – z dala od rodziców i rodzeństwa; w trzech różnych szwedzkich rodzinach zastępczych, które zabraniają im nawet mówić w ojczystym języku. Gehenna sześcioosobowej rodziny, która mieszkała w Szwecji blisko 10 lat, zaczęła się od skargi 14-letniej córki na rodziców. Dziewczynka, nie chcąc pomagać rodzicom przy wykonywaniu prac domowych, wyżaliła się na swój los w szkole, wyolbrzymiając opowieść o złym traktowaniu przez rodziców. Szybko pożałowała swojej lekkomyślności, gdy szwedzki urząd socjalny – bez zbadania sprawy – pozbawił ją domu i rodziców. Nastolatka przyznała się do kłamstwa i wyraziła chęć powrotu do domu, lecz szwedzcy urzędnicy zignorowali jej słowa. Co więcej, zażądali od rodziców dobrowolnego wydania 3 młodszych córek. Przerażeni wizją utraty wszystkich dzieci Państwo Klamanowie wyjechali z 3 córkami do Polski, chcąc uchronić dziewczynki przed podzieleniem losu najstarszej córki. Wierzyli, że ich rodzina będzie bezpieczna w Ojczyźnie, co pozwoli im skupić siły na batalii prawnej o odebrane dziecko. Niestety polski wymiar sprawiedliwości całkowicie zawiódł…
Gdy szwedzki urząd zażądał wydania 3 dziewczynek od Polski, Sąd Rejonowy w Nysie – wbrew stanowisku polskich instytucji monitorujących sytuację rodziny – wydał postanowienie o natychmiastowym odebraniu dzieci i wydaniu ich do Szwecji. W rezultacie rodzice do dziś nie mieli możliwości zobaczyć się na żywo z córkami, przytulić, pocałować… Szwedzi ukrywają przed nimi miejsce pobytu dzieci. Co więcej są na tyle nieczuli na potrzeby dzieci, że nawet ograniczają coraz bardziej kontakt pomiędzy rodzeństwem.Na tym etapie w obronie Państwa Klamanów zainterweniowali prawnicy Ordo Iuris. W imieniu rodziców występowaliśmy w postępowaniu odwoławczym, a teraz szykujemy skargę na prawomocną decyzję do Sądu Najwyższego. Żądamy też, aby Rzecznik Praw Dziecka w końcu udzielił konkretnego wsparcia rodzinie w tym postępowaniu. Jednocześnie zażądaliśmy interwencji od Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Sprawiedliwości. Resort ministra Bodnara odmówił podjęcia działań, twierdząc, że wyłącznie właściwą w sprawie córek Państwa Klamanów (które posiadają wyłącznie polskie obywatelstwo) jest… Szwecja! MSZ zadeklarował wolę współpracy, ale zwrócił uwagę na brak możliwości podjęcia dalej idących działań, gdyż rolę wiodącą w tej sprawie odgrywa Ministerstwo Sprawiedliwości. Gdy urzędnicy spychają na siebie odpowiedzialność, dzieci wciąż są u obcych, a ich mama i tata tracą wiarę w państwo polskie.Aby wywrzeć presję na polskich władzach i zmusić je do interwencji w obronie polskich obywateli, przygotowaliśmy petycję do premierów Polski i Szwecji, której sygnatariusze domagają się oddania dzieci rodzicom. 

W sprawie Państwa Klamanów zostaliśmy poproszeni o pomoc, gdy już doszło do najgorszego – córki zostały zabrane z domu i wywiezione do Szwecji.Na szczęście zwykle udaje nam się zapobiec podobnym dramatom, gdy zagrożona rodzina zgłosi się do Ordo Iuris zanim dojdzie do jej rozdzielenia. Potwierdza to historia Pani Moniki z Wrocławia, która wróciła do Polski w obawie przed odebraniem jej dzieci przez norweski Barnavernet. Dzięki naszej pomocy, ta rodzina mogła spędzić Boże Narodzenie w komplecie.Przyczyną zainteresowania ze strony Barnavernet było to, że matka samotnie wychowuje dzieci oraz ich… nadwaga. Powtarzające się, wielogodzinne i niezwykle uciążliwe kontrole norweskich urzędników zmieniły życie kochającej się rodziny w koszmar. Matce stawiano wciąż nowe i nowe wymagania, grożąc odebraniem córek. Norwegom nie podobało się między innymi to, że dzieci nadal mają polskie obywatelstwo oraz posiadają polskie paszporty! Źle przyjęli informację o tym, że matka – widząc, że kontakt z Barnavernet negatywnie odbija się na zdrowiu psychicznym dzieci – zapewniła im opiekę psychologiczną.Obawiając się odebrania córek, matka wróciła z nimi do Polski. Znalazła dom i pracę we Wrocławiu, gdzie zapisała dzieci do szkoły. Powrót do Ojczyzny pozytywnie wpłynął na ich zdrowie psychiczne i samopoczucie. Zmniejszyły się nawet problemy z nadwagą. Niestety, Barnavernet nie zostawił rodziny w spokoju i za pośrednictwem polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości wszczął postępowanie rodzinne, żądając wydania dzieci do Norwegii. Występując w imieniu matki, złożyliśmy do sądu stanowisko, w którym dowodzimy, że dobro dziewczynek wymaga, aby zostały przy matce. Wskazujemy, że wbrew oskarżeniom Barnavernet matka dobrze opiekuje się córkami, co potwierdzają ustalenia polskich służb, zeznania świadków znających rodzinę oraz fakt, że matka stale podnosi swoje kompetencje wychowawcze, uczestnicząc w kursach. Podkreślamy, że strona norweska całkowicie lekceważy wolę dziewczynek, które chcą zostać przy matce i które mają w Polsce rodzinę. Liczymy, że wsparcie Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris pomoże nam pozytywnie zakończyć to postępowanie.
Opieką prawną otaczamy też… niemiecką rodzinę, która schroniła się w Polsce w obawie przed odebraniem im dzieci przez niemiecki Jugendamtem. Państwo Mori czują się głęboko skrzywdzeni postępowaniem niemieckich instytucji rodzinnych i chcą pozostać – po pozytywnym zakończeniu sprawy – w naszym kraju.Nie jest to jedyna rodzina obcokrajowców, która znalazła bezpieczny azyl w Polsce, napotykając w swoim kraju na niesprawiedliwe traktowanie przez urzędy ds. dzieci. 
Na życie w Polsce zdecydowała się również Norweżka Silje Garmo wraz ze swoją córeczką. Kilka lat temu obroniliśmy je przed bezpodstawnymi oskarżeniami ze strony Barnavernet, a teraz w jej imieniu występujemy do polskich władz z wnioskiem o przyznanie mamie i jej córce polskiego obywatelstwa. 
Na naszą pomoc liczy także samotna matka z Wodzisławia Śląskiego, której sąd odebrał trójkę niepełnosprawnych dzieci z uwagi na agresywne zachowanie ich starszego, dorosłego brata. Choć syn wyprowadził się z domu, a matka podjęła współpracę z kuratorem i asystentem rodziny, którzy pozytywnie oceniają jej opiekę nad trójką rodzeństwa, dzieci wciąż nie mogą wrócić do domu.Wkrótce podobne problemy może mieć wiele polskich rodzin. Minister Katarzyna Kotula zapowiedziała bowiem wyposażenie urzędników w nowe narzędzie w postaci kwestionariusza oszacowania zagrożenia zdrowia i życia, które pozwoli im na łatwiejsze odbieranie dzieci rodzicom. Obawiamy się, że za jego pomocą rząd chce transformować polski system na wzór systemów niemieckiego i skandynawskiego, gdzie często nie respektuje się praw rodziców i dobra dziecka. Dlatego monitorujemy prace nad rozporządzeniem w tej sprawie. Natychmiast po jego publikacji przystąpimy do analizy prawnej.Wielu spośród zgłaszających się do nas rodziców, traktuje nas jak ostatnią deskę ratunku. Często wcześniej odmówiono już im pomocy w innych miejscach.Trudno porównać z czymkolwiek radość, jaką odczuwamy, gdy doprowadzamy w takich sytuacjach do upragnionego powrotu dzieci do domu. To wielkie dobro jest możliwe wyłącznie dzięki sile tworzonej przez nas wspólnoty Darczyńców, Przyjaciół i prawników Ordo Iuris. Nasze współdziałanie przywraca rodzicom nadzieję, a dzieciom mamę i tatę, uśmiech i zaufanie do drugiego człowieka.Wierzę, że z Pana wsparciem uratujemy jeszcze niejedną skrzywdzoną bezdusznymi decyzjami urzędników rodzinę.

Poprosili niemiecki urząd ds. dzieci o pomoc, a teraz mogą stracić dzieci
Kolejny raz Polska staje się miejscem ucieczki dla obcokrajowców, którzy chcą chronić swoje dzieci przed systemem „ochrony dzieci”. To bardzo ważne postępowania, ponieważ dają nam możliwość podjęcia międzynarodowej krytyki złych rozwiązań prawnych, zanim zostaną one zaproponowane w Polsce.Pomocy prawnej udzielamy obecnie niemieckim rodzicom wychowującym 15-latka i 11-latkę, którym niemiecki urząd ds. dzieci chce odbierać dzieci. Gdy państwo Mori podczas pandemii Covid-19 poprosili urzędników o wsparcie, ci zamiast pomóc rodzinie… wszczęli wobec nich postępowanie przed sądem. Choć kontrola nie wykazała żadnych nieprawidłowości, sąd – powołując się na jedną, odosobnioną opinię biegłego – wydał nieprawomocny wyrok nakazujący zabranie dzieci z domu. Wstrząśnięci rodzicie chcieli odpocząć z dziećmi przed rozpoczęciem postępowania apelacyjnego i wybrali się na krótkie wczasy do Polski. Niedługo po przekroczeniu granicy państwo Mori dowiedzieli się od swoich niemieckich prawników, że – nie czekając na wynik postępowania apelacyjnego – sąd nakazał przekazać dzieci urzędnikom Jugendamt i umieścić w placówkach opiekuńczych! Nie wyobrażając sobie rozstania z dziećmi, rodzice zdecydowali się zostać w naszym kraju. Podjęli pracę na Pomorzu i posłali dzieci do polskiej szkoły. Niestety spokój rodziny po raz kolejny zakłócił Jugendamt, który zlokalizował rodzinę i zażądał od polskich służb odebrania dzieci. W rezultacie wszczęto postępowanie rodzinne, a dzieci zostały zabrane z domu i umieszczone przejściowo w polskiej rodzinie zastępczej.
Na tym etapie włączyliśmy się do postępowania, reprezentując rodziców przed polskim sądem. W postępowaniu dowodzimy, że dobro dzieci wymaga, aby zostały one w Polsce i wróciły do rodziców. Podkreślamy, że oddanie ich do Jugendamtu naraża je na permanentne rozdzielenie i związaną z tym traumę. Podnosimy, że wszystkie zaangażowane w sprawę polskie instytucje zgodnie stwierdzają, że rodzice dobrze opiekują się dziećmi, które chcą do nich wrócić.Niestety wskutek opieszałości niemieckich urzędników, którzy nie uczestniczą w rozprawach oraz nie chcą otwierać linków i załączników wysłanych przez polski sąd elektronicznie, zasłaniając się brakiem odpowiednich zabezpieczeń, postępowanie posuwa się bardzo wolno. Co więcej polski sąd z własnej inicjatywy… szuka dla strony niemieckiej niemieckojęzycznego prawnika, którego zamierza ustanowić w ramach instytucji pełnomocnika z urzędu! To polscy podatnicy mają zatem płacić za obsługę prawną Jugendamt.

Odebrane rodzicom dziecko trafiło do babci
Z sukcesem interweniowaliśmy w sprawie czternastolatka z Mazowsza, który decyzją sądu został im odebrany i umieszczony w domu dziecka, gdzie przebywał ponad 2 lata. Powodem długotrwałego i niezwykle bolesnego rozdzielenia nie były żadne oskarżenia o złe traktowanie syna przez rodziców. Sąd zastosował ten środek, gdyż chciał za jego pomocą… doprowadzić do zakończenia sporu pomiędzy rodzicami chłopca.
Po rozstaniu nie byli oni w stanie uzgodnić między sobą sposobu opieki nad nastolatkiem. W tej sytuacji sąd – zamiast pomóc rodzicom w polubownym rozwiązaniu konfliktu – odebrał dziecko obojgu, twierdząc, że dla jego dobra należy go odizolować od skonfliktowanych ze sobą rodziców w celu wyciszenia jego emocji. Chłopiec był zrozpaczony decyzją sądu. Miał duże trudności z dostosowaniem się do warunków życia w domu dziecka oraz wyrażał stanowczą wolę powrotu do domu. Widać wyraźnie, że decydując o zabraniu nastolatka z domu, sąd nie pomógł mu, ale go ukarał za zachowanie jego rodziców.Włączając się w to postępowanie, mieliśmy na celu dobro chłopca. W przekazanej sądowi opinii „przyjaciela sądu”, podkreślaliśmy, że odebranie dziecka i umieszczenie go w pieczy zastępczej powinno być ostatecznością – decyzją podejmowaną tylko wtedy, gdy w inny sposób nie można zapewnić dziecku bezpieczeństwa i odpowiednich warunków rozwoju. Nie miało to miejsca w tej sprawie. Z akt wynikało bowiem, że umieszczenie dziecka w domu dziecka było dla niego głęboko krzywdzące i traumatyczne. Przypomnieliśmy, że jeśli już sąd decyduje się na odebrane dziecka rodzicom, to kierując się dobrem dziecka, powinien w pierwszej kolejności postarać się o jego umieszczenie u krewnych – w tym przypadku u babci dziecka. Na możliwość umieszczenia dziecka u babci wskazał również interweniujący w tej sprawie Rzecznik Praw Dziecka. Sąd przychylił się do naszych argumentów i zdecydował o umieszczeniu dziecka u wskazanego członka rodziny. W ten sposób nastolatek przebywa wśród kochających krewnych i ma łatwiejszy kontakt z rodzicami.
Po naszych interwencjach dzieci wracają do domów
Wcześniej skutecznie pomogliśmy między innymi Pani Ewelinie z Warszawy, której odebrano pięcioro dzieci i umieszczono je w 3 różnych placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Boże Narodzenie rodzina mogła spędzić razem dzięki pomocy prawników Ordo Iuris.Przyczyną rozdzielenia rodziny była lekkomyślność syna i córki. W złości na matkę rodzeństwo nakłamało, że jest źle traktowane w domu. Choć dzieci szybko przyznały się, że mówiły nieprawdę, to całe rodzeństwo zostało zabrane z domu, a Pani Ewelina musiała udowadniać, że nie krzywdzi swoich dzieci. Otaczaliśmy ją w tym czasie opieką prawną. Matka ukończyła zalecone przez sąd warsztaty podnoszące kompetencje opiekuńczo-wychowawcze. Rozpatrując sprawę, sąd przyznał nam rację, uznając, że sytuacja rodziny uległa poprawie i zdecydował o powrocie dzieci do domu na stałe.Dzięki temu w tym roku rodzina mogła w spokoju się cieszyć świątecznym czasem.Z sukcesem zakończyliśmy także interwencję w Świdniku, pomagając rodzicom bezpodstawnie oskarżonym o znęcanie się nad nastoletnią córką. Podczas wizyty u szkolnego psychologa z córką, matka dowiedziała się, że dziewczyna ma depresję, zmaga się z myślami samobójczymi i okalecza się. Zrozpaczona i przerażona kobieta doznała szoku i w pierwszym odruchu zaczęła się kłócić z dziewczyną. Nauczyciele, zamiast wykazać się empatią i współczuciem wobec matki i jej córki oraz im pomóc, błędnie uznali, że dziewczyna jest źle traktowana w domu i doprowadzili do wszczęcia postępowania rodzinnego. Występując w imieniu rodziców, udowodniliśmy, że prawidłowo opiekują się swoim dzieckiem. Sąd uwzględnił nasze wnioski dowodowe i argumenty stwierdzając, że w sprawie nie ma podstaw do ingerencji we władzę rodzicielską. 
Obalamy fałszywe podejrzenia wywołane objawami spektrum autyzmu u dzieci
Wiele z prowadzonych przez nas spraw rodzinnych dotyczy rodzin wychowujących dzieci zmagające się z objawami spektrum autyzmu albo zespołem Aspergera. Zdarza się, że wskutek złej woli lub ignorancji nauczyciele i pedagodzy ze szkoły lub sąsiedzi błędnie interpretują charakterystyczne objawy dzieci jako przejawy tego, że są w domu źle traktowane. W takich przypadkach ich rodzice muszą często przez wiele miesięcy udowadniać, że nie krzywdzą swoich dzieci. Otaczamy ich w tym czasie opieką prawną.
 Interweniowaliśmy między innymi w Siedlcach, pomagając ośmioosobowej rodzinie, której 13-letni syn zmaga się z zespołem Aspergera. Choć szkoła została poinformowana o objawach dziecka, to z jej inicjatywy toczyło się postępowanie grożące rozdzieleniem rodziny. Reprezentując rodziców, dowiedliśmy, że prawidłowo zajmują się dziećmi. Potwierdzały to między innymi zeznania sąsiadów i opinia kuratora. Sąd rodzinny zakończył sprawę, stwierdzając, że zainicjowanie postępowania przez szkołę nie było poprzedzone rzetelnym zbadaniem sytuacji. 
Z kolei w Grodzisku Mazowieckim pomogliśmy małżeństwu wychowującemu syna zmagającego się z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Związane z autyzmem zachowanie chłopca budziło niechęć wśród jego rówieśników ze szkoły, przez co inne dzieci go wyśmiewały. Gdy rodzice poprosili nauczycieli o pomoc, nie tylko nie podjęto stosownych działań, ale oskarżono ich o złą opiekę nad dzieckiem, które rzekomo miało być bite. Występując w sprawie, prawnicy Instytutu dowiedli, że rodzice dobrze opiekują się synem, który po przeniesieniu do innej szkoły otrzymał odpowiednie wsparcie. Sąd rodzinny uwzględnił nasze stanowisko i nie ograniczył władzy rodzicielskiej rodzicom. 
Zwycięstwem zakończyliśmy także interwencję we Włocławku, gdzie wsparliśmy prawnie rodziców dwóch chłopców w wieku 7 i 2 lat. Starszy z nich, u którego zdiagnozowano ADHD, poskarżył się w szkole, że jest rzekomo źle traktowany w domu. Choć szkoła wiedziała o jego dolegliwościach, to zamiast zweryfikować słowa chłopca, zainicjowała postępowanie rodzinne oraz wszczęła procedurę Niebieskiej Karty. Interweniując przed sądem, dowiedliśmy, że zarzuty były fałszywe, a rodzice prawidłowo opiekują się synami. Potwierdził to przydzielony rodzinie kurator oraz zeznania sąsiadów. Dodatkowo rodzice podjęli terapię psychologiczną w celu zwiększenia swoich kompetencji wychowawczych i umiejętności postępowania ze starszym chłopcem oraz kontynuują z nim wizyty u psychologa. W rezultacie procedura Niebieskiej Karty została zamknięta, a sąd umorzył postępowanie rodzinne, uznając, że dobro dzieci nie jest zagrożone i dlatego nie ma potrzeby ingerować we władzę rodzicielską.
Wspólnie obronimy polskie rodziny!
Prawnicy Ordo Iuris każdego dnia są na pierwszej linii frontu walki w obronie polskich rodzin przed bezpodstawnym rozdzielaniem przez nieczułych na ludzką krzywdę urzędników.Na co dzień widzimy, jak niewiele trzeba, aby życie kochającej się rodziny zostało w jednej chwili zamienione w kilkuletni koszmar.Odebranie dziecka jest dla wielu rodziców tak poważnym szokiem, że bez pomocy profesjonalnych prawników nie potrafią odnaleźć się w gąszczu skomplikowanych przepisów i procedur, w których znakomicie odnajdują się urzędnicy.Na szczęście dzięki pomocy Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris nasi prawnicy mogą pomagać każdej zgłaszającej się do naszego Instytutu rodzinie, doprowadzając do upragnionych powrotów dzieci do domów. Każde z naszych działań generuje jednak określone koszty. 
Rozpoczęcie pojedynczej interwencji to początek dziesiątek godzin ciężkiej pracy dla naszych prawników. Aby podjąć konkretne kroki prawne, musimy przeanalizować dokładnie akta każdej konkretnej sprawy, które niejednokrotnie liczą nawet kilkaset stron. Następnie sporządzamy odpowiednie pisma procesowe i walczymy o powrót dzieci do domów na salach sądowych. Często w takich sprawach musimy podróżować po kraju, odbywać konsultacje z psychologami i pedagogami, a niekiedy także zapewnić rodzicom możliwość odbycia wymaganych przez sąd kursów podwyższających ich kompetencje wychowawcze. Dlatego każdorazowe podjęcie interwencji w obronie rozdzielanej rodziny to dla nas wydatek nie mniejszy niż 10 000 zł. W związku z ogłoszoną przez minister Katarzynę Kotulę zapowiedzią, że urzędnicy otrzymają nowe możliwości odbierania dzieci z domów bez wyroku sądu, spodziewamy się wkrótce napływu nowych zgłoszeń od zrozpaczonych rodziców. Wierzę, że z Pana pomocą będziemy mogli pomóc każdej zgłaszającej się do nas rodzinie. Nie wiemy jeszcze, jaki kształt prawny przybiorą zapowiedzi minister Kotuli. Jednak już teraz musimy zabezpieczyć co najmniej 15 000 zł w naszym budżecie na prace analityczno-interwencyjne w trakcie procesu legislacyjnego inicjatywy.
 Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli skutecznie bronić rodzin przed bezpodstawnym rozdzielaniem.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk
Z wyrazami szacunkuAdw. Jerzy Kwaśniewski - Prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris

P.S. Zabranie z rodzinnego domu często przebiega w dramatycznych okolicznościach. Przerażone dzieci odbierane wbrew własnej woli rodzicom płaczą, krzyczą i usiłują się wyrywać policji i urzędnikom. Dla wielu z nich to doświadczenie staje się przyczyną bolesnej traumy, która naznacza całe ich dorosłe życie. Mam nadzieję, że z pomocą ludzi takich jak Pan, którzy nie pozostają obojętni na krzywdę dzieci, doprowadzimy do wielu upragnionych powrotów dzieci do kochających rodziców.
P.P.S. Pragnę też przypomnieć o możliwości odliczenia darowizny przekazanej na Instytut Ordo Iuris od dochodu w rozliczeniu PIT za rok 2024. To już naprawdę ostatni moment na jej dokonanie – tylko do 31 grudnia. Istnieje możliwość otrzymania od nas zaświadczenia o wpłatach dokonanych na rzecz Instytutu, które przyda się przy rozliczeniu. Aby je otrzymać, proszę wypełnić formularz na stronie pit.ordoiuris.pl.
Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.

Wątek męczeński w operze mydlanej

Stanisław Michalkiewicz: Wątek męczeński w operze mydlanej

   Z władzą radziecką nie będziesz się nudził – twierdził Aleksander Sołżenicyn. I rzeczywiście. Partia, to znaczy – Volksdeutsche Partei – i rząd zadbały o to, byśmy podczas świątecznej nirwany się nie nudzili, dopisując nowy rozdział opery mydlanej pod tytułem “Poszukiwanie Marcina Romanowskiego”. Jak wiadomo, Marcin Romanowski, któremu bodnarowcy z niezależnej prokuratury początkowo przedstawili bodajże 11 zarzutów, przedostał się na Węgry, gdzie od tamtejszego rządu otrzymał azyl polityczny, uzasadniony obawą, że w naszym Tuskolandzie nie mógłby liczyć na uczciwy proces.

Ta obawa jest całkowicie uzasadniona nie tylko tym, że z tak zwanych “rozliczeń” vaginet obywatela Tuska Donalda uczynił sobie jedyną rację istnienia.

Jeśli oczywiście nie liczyć skrobanek, których legalizacji nie może doczekać się Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, co to w bezpowrotnie minionej młodości była molestowana przez swojego trenera – nie tylko tym, że osobnik myślący, iż jest Prokuratorem Krajowym na razie nie trafił do wariatkowa, więc musi wykazać się przed swoimi mocodawcami, ale przede wszystkim dlatego, iż środowisko sędziowskie w Polsce jest zagenturyzowane zarówno przez bezpiekę wojskową, jak i “cywilną” ABW.

Ta prowadziła wszak operację “Temida”, mającą na celu werbunek konfidentów właśnie w środowisku niezawisłych sędziów, zdemoralizowane, prawdopodobnie również skorumpowane, a w dodatku – szalenie rozpolitykowane. W tych warunkach nie tylko pan Marcin Romanowski, ale w ogóle nikt nie może liczyć na uczciwy proces, o czym się przekonałem na własnej skórze. Toteż nic dziwnego, że jak tylko okazało się, że Węgry udzieliły panu Romanowskiemu azylu politycznego, niezależna prokuratura natychmiast przysoliła mu bodajże 11 kolejnych zarzutów. Jasne; jak już oskarżać, to oskarżać!

   Ale najlepszym wyczynem było przeszukanie w lubelskim klasztorze OO Dominikanów. Policjanci w kominiarkach i z długą bronią wtargnęli do klasztoru, nad którym unosiły się policyjne drony 19 grudnia – kiedy już wiadomo było, że pan Romanowski nie tylko przebywa na Węgrzech, ale również – że tamtejszy rząd udzielił mu azylu. Tymczasem policjanci, na rozkaz niezależnej prokuratury, przed co najmniej dwie godziny “poszukiwali” pana Romanowskiego w tym klasztorze, fotografując przy okazji co się tylko dało.

Jak można wyjaśnić takie bęcwalstwo? Przypomina mi to moją historię z lat 70-tych, kiedy to Służba Bezpieczeństwa, a ramach “sprawy operacyjnego rozpracowania” mnie, zorganizowała całodobową inwigilację. Jak się dowiedziałem potem z akt w IPN, zlecenie tej inwigilacji zostało wydane wcześniej, ale z korespondencji między poszczególnymi biurami komendy wojewódzkiej MO okazało się, że bezpieczniacy – jak to w socjalizmie – nie mieli mocy przerobowych, żeby te wszystkie zamówienia na inwigilację w terminie zrealizować.

Po prostu brakowało tajniaków, więc w moim przypadku zamówienie wprawdzie zostało zrealizowane, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem. W przypadku przeszukania klasztoru mogło być podobnie. Słyszeliśmy przecież żale o brakach kadrowych w policji, więc może rzeczywiście zabrakło policjantów, zwłaszcza że na przeszukanie męskiego klasztoru byle kogo – na przykład policjantek –  przecież wysłać nie można. Najlepiej wysłać takich, co to z reakcyjnym klerem mieli do czynienia jeszcze za pierwszej komuny i nie jest łatwo ich zacukać.

Przykładem niech będzie aria Gnoma z opery “Cisi i gęgacze” Janusza Szpotańskiego, kiedy to Gnom na melodię “Godzinek” śpiewa: “A obraz cudowny, co wzburzyć miał lud, plandeką przykryję i skończy się cud!”

   Oczywiście przewielebni Ojcowie Dominikanie natychmiast o incydencie poinformowali opinię publiczną, co  niezależnej prokuraturze i Ministerstwu Spraw Wewnętrznych stworzyło okazję do rozmaitych deklaracji. Z tych deklaracji wynika, że niezależna prokuratura miała otrzymać wiadomość, iż pan Romanowski “był widziany” w klasztorze kilka dni wcześniej i nawet wiadomo, w jakiej celi przebywał. Oczywiście nie ma najmniejszego powodu, by w te informacje wierzyć, bo niezależna prokuratura nie takie rzeczy potrafi zmyślać – o czym też przekonałem się na własnej skórze.

Oto pani prokuratura z Żoliborza, nie widząc mnie na oczy, ani nie przesłuchując, ani nie dysponując żadnymi moimi wyjaśnieniami – bo na policji odmówiłem składania wyjaśnień – z wielką pewnością siebie ustaliła, że podając do wiadomości nazwisko mojej wierzycielki, działałem “w ramach z góry powziętego zamiaru”. To sformułowanie przepisał potem niezawisły sędzia w nakazowym wyroku karnym, a zostało przepisane przez niezawisłe sądy w dwóch instancjach – już w zwyczajnym postępowaniu.

Okazuje się, że ruskie przysłowie; “co napisane piórem, tego nie wyrąbiesz toporem”, jest aktualne w naszym bantustanie również po transformacji ustrojowej. Jeśli jednak niezależna prokuratura napisała prawdę, to nieomylny to znak, że w klasztorze OO Dominikanów w Lublinie, albo w jego bezpośrednim otoczeniu jest jakiś konfident. Na taką możliwość wskazywałaby również publikacja pana red. Wojciecha Czuchnowskiego w organie Judenratu – że pan Romanowski może ukrywać się w klasztorze.

Judenrat bowiem nie tylko ma własnych konfidentów, ale podejrzewam, że również zblatowani funkcjonariusze ABW, mogą za opłatą albo przekazywać prawdziwe informacje operacyjne, albo dostarczać różne konfabulacje na obstalunek, które potem Judenrat podaje jako tzw. “fakty prasowe”. W ten sposób pan red. Michnik realizuje leninowskie normy życia partyjnego w zakresie “organizatorskiej funkcji prasy”.

Jeśli chodzi o stanowisko MSW, to pan minister Siemoniak stanął za policjantami murem, że wszystko jest gites-tenteges. Niechby spróbował inaczej, to zaraz ktoś starszy i mądrzejszy by mu wyjaśnił: wicie, rozumicie Siemoniak, wy to sobie uważajcie, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa. Nie bez powodu ruskie przysłowie głosi, że nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara.

   Ciekawe, czy incydent z przeszukiwaniem klasztoru już po oficjalnej wiadomości, że pan Romanowski otrzymał azyl polityczny na Węgrzech  będzie miał jakiś dalszy ciąg. Do Trzech Króli jeszcze sporo czasu, więc opera mydlana niewątpliwie by się mogła rozwinąć.

Bo potem, jeśli po inauguracji prezydentury Donalda Trumpa, nastąpiłoby w naszym bantustanie przesilenie rządowe, to o azyl polityczny mógłby wtedy ubiegać się Donald Tusk. Jeśli Reichsfuhrerin, rozwścieczona jego safandulstwem, by mu odmówiła, to zawsze może zwrócić się do premiera Wiktora Orbana, który najwyraźniej nie ma żadnych złudzeń, co do tubylczego wymiaru niesprawiedliwości.

Dlaczego nie będzie żadnych ekshumacji

https://dziennikzarazy.pl/28-12-dlaczego-nie-bedzie-zadnych-ekshumacji

Jak już pisałem, a wielu mówiło, Ukraina ułożyła się z polskim rządem co do przeprowadzenia ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej. Jak zwykle chytrze odczekałem czy news się ostanie, czy to tylko kolejna wrzutka do skarbonki Tuskowej taktyki wyborczo-prezydenckiej. Po tym się poznaje, czy to diament czy zeschłe błoto – trzeba tylko polać toto wodą cierpliwej prawdy i poczekać. I wyszło, że to wrzutka, bo temat ważny, a zaraz go przykryły codzienne łże-newsy, co oznacza, że to była kolejna bramka slalomu giganta polskiej polityki pozornej. Temat legł pod zwałami czy to komisji paraśledczych, czy odklejania przyklejonego ostatniego pokolenia.

Ale ważne by się pochylić nad meritum, bo mieliśmy z tymi ekshumacjami do czynienia ze znakiem. A jest nim fakt, którego nie da się przykryć – żeby skały grzmiały Ukraińcy tych ekshumacji nie zrobią, nas nie zaproszą, temat utopią. I to przy naszej asyście i to z kilku powodów.

Inwestycja w mit założycielski   

Pierwszy powód to taki, że za dużo już Kijów zainwestował w fatalny mit założycielski nowej Ukrainy, na który nie wiadomo po kiego upodobano sobie tam banderyzm. Inwestycje szły w dwóch kierunkach – wewnętrznym i zewnętrznym. Na użytek własny wielu Ukraińców dopiero teraz dowiedziało się od rządu jakimi to bohaterami Bandera z Szukowyczem byli. Przedtem to było jakoś mitygowane, sprowadzane do jakichś ekstremizmów, wręcz egzotycznych. Teraz to główny przekaz. Na użytek zewnętrzny Ukraina robi tu za ofiarę odwieczną wszelkich sił ciemnych, z Polską i Rosją na czele. Pies ich trącał, że się tam naparzali z okupantami, za których uważali zarówno Polaków, jak i Rosjan – ale jakoś Niemców to już nie. Wiem, rachunki wzajemnych krzywd są zawsze niepoliczalne, bo tu nie chodzi o to, kto pierwszy spalił komu dom, na co my spaliliśmy dwa, tylko chodzi o zasadę.

Można nawet od biedy uznać to za koszty walk narodowowyzwoleńczych, co Polacy powinni rozumieć jak nikt inny. Przecież i my rzucaliśmy pod nogi bomby carom, wykonywaliśmy po domach zamachy na hitlerowców, zabijaliśmy ich w zasadzkach i zamachach, walczyliśmy o naszą okupowaną na wiele sposobów Ojczyznę. Dlaczegóż więc mielibyśmy bronić tego Ukraińcom, kiedy to my byliśmy dla nich okupantami, bo to były takie czasy, gdy to oni się z nami zamienili miejscami? No, jest jedna zasadnicza różnica.

Otóż źródła mitu założycielskiego zostały przez Ukraińców nieszczęśliwie ulokowane w ideologii faszystowskiej, a właściwie rasistowskiej, jaką jest idea narodowowyzwoleńcza ukraińskich Ojców Założycieli ukraińskiej myśli politycznej, a właściwie niepodległościowej. Można sobie to poczytać, jak się zajrzy do dzieł Bandery, a właściwie Dmytro Doncewa, bo to on spisał te ideolo do końca i w całości. To tu leżą źródła łatwego przeskoku od teorii do „wykonu” – od marzeń niepodległościowych do przeprowadzenia czystki ludności na terenie uznanym za swój, przy zastosowaniu wyłącznie kryteriów etnicznych. Taki był podtekst tych wszystkich Wołyniów, czy pogromów żydowskich po ukraińskich miastach. Tu też ma swe źródła zagnieżdżona estyma do niemieckiego munduru, który był symbolem poluzowania sił dotąd trzymających żywioł ukraiński pod butem, który sobie po hitlerowskim „wyzwoleniu” mógł pohasać z widłami w jednej ręce i dziełami Doncewa w drugiej. A nad tym wszystkim stała jeszcze niesławna ukraińska cerkiew, błogosławiąc idących w bój bez broni, ale za to z siekierami – na cywilów.

Klęska narracji symetryzmu    

Nie ma więc symetrii tych walk narodowowyzwoleńczych, gdyż Polacy nigdy nie mieli w swych głowach eksterminacji ludności cywilnej okupantów, atakowali ich administrację i kolaborantów. Jeśli ktoś w podziemiu i powstaniach mówił o „Polsce dla Polaków”, to raczej w sensie, żeby Polacy rządzili się u siebie, a nie w czysto etnicznym kraju. Tak jak sobie to umyślili Ukraińcy. Można UPA uznać od bidy za swego rodzaju żołnierzy wyklętych a la ukrainian, ale to oni nosili hitlerowskie mundury.

Ale wróćmy do ekshumacyjnych podtekstów. Ukraińcy nie zgodzą się również dlatego, że porządnie przeprowadzone ekshumacje wykazałyby ich podstawowe kłamstwo w dwóch fundamentalnych aspektach. Pierwszy to taki, że wyszłaby na jaw o dużo większa niż się relatywizuje dziś skala ludobójstwa. I tak obecne „widełki” (sorry za skojarzenie) ofiar Rzezi Wołyńskiej są od kilkudziesięciu tysięcy do ponad stu. Teraz by się okazało, że jest tego prawdopodobnie o wiele więcej. I to by była konstatacja nie tylko słaba dla Kijowa, ale i dla Warszawy, gdyż podwyższyłaby z jednej strony pulę polskich pretensji, ale i wskazałaby na skalę dotychczasowych przemilczeń sprawy ze strony również polskich władz.

Po drugie Ukraińcy się nie zgodzą, bo ekshumacje wskazałyby nie tylko na ludobójczą skalę zbrodni, ale i na niebywałe okrucieństwo tych mordów. Mielibyśmy więc raporty JAK zabijano i mogłyby paść pewne niewygodne pytania. Nie tylko co do sadystycznych motywacji dowódców tego ludobójstwa, ale i co do ciemnych meandrów duszy ukraińskiej, która nie czytała Doncewów, a i tak nie miała tu większych oporów wobec okrucieństw, mało tego wykazywała się swoistą „kreatywnością” potworności. A takie konstatacje, to już poważne, głębokie przepaście dzielące narody.

Ale, jak to mówią – tylko prawda nas wyzwoli, gdyż daje każdej ze stron szansę stanąć w świetle faktów, by umożliwić skruchę, ten wstępny warunek pojednania. Odwrotnie, kiedy ukrywanie faktów powoduje powolne nabrzmiewanie wrzodu wzajemnych niechęci kata i ofiary, i pękanie tego tworu w najbardziej nieoczekiwanych momentach i wymiarach.

Kijev locuta, causa finita

Już się zaczyna kręcenie, że niby będą te ekshumacje, ale jakie i kiedy, to już (nie nasza) pieśń przyszłości. Po deklaracjach pod-rozumiewawczych, gdzie widz miał pod-rozumiewać, że sprawa jest załatwiona – pora na szczegóły. Proszę bardzo. Jak będę wyglądały te ekshumacje i pod jakimi warunkami będą wykonane? Oto mówi szef ukraińskiego IPN-u, pan Drobowycz:

„Ukraina samodzielnie zbada, ustali miejsce pochówku oraz okoliczności śmierci ofiar tragedii wołyńskiej  a dopiero potem przeprowadzi ekshumację. Równocześnie oczekujemy, że Polska wreszcie zakończy ten wstyd, który trwa od 2015 roku, kiedy to na terenie Polski doszło do aktów wandalizmu na ukraińskich grobach. Faktycznie prawie do 10 lat ukraińska społeczność w Polce jest dyskryminowana, a my widzimy, że dochodzi do łamania  umów dwustronnych oraz zasad Unii Europejskiej w stosunku do mniejszości narodowych.”

Jak mówi poseł Grzegorz Płaczek – to się samo komentuje.

Ekshumacji więc nie będzie, ale jeżeli już, to będą wyglądały w stylu badania katastrofy smoleńskiej. Zrobią to Ukraińcy sami, powiedzą gdzie kopać, jak głęboko, my się będziemy mogli przyglądać, coś jak z Kopaczową w Rosji. Nasi, by ukryć tę mizerię będą utrzymywać, że wszystko zostało przekopane dwa metry w głąb, ofiary przebadane, protokoły sporządzone. Jak w Smoleńsku.

A co do ekshumacji, to będzie jak w Jedwabnem, gdzie badania przerwano natychmiast kiedy wśród ciał pojawiły się łuski niemieckich pocisków, które wywracały przyjętą z góry narrację polskiej winy, matki polskiego wstydu za Holokaust.

I odbędzie się to teatrum. Lud skołowany uzna sprawę za zaczętą, a więc załatwioną, Ukraińcy zrobią co chcą, nawet – jak ten szef ukraińskiego IPN – poskarżą się do Brukseli, że w Polsce biją Ukrów i sikają na ich groby. Politycy zaś odfajkują kolejną „załatwioną” sprawę, co oznacza, że nie zostanie załatwiona, czyli doprowadzona do końca. Ale się ją obejdzie tak, że zostanie jak było, a odfajkuje się – głownie w obszarze polskiej niepamięci -, że dawno zapomniana czy zaniedbana, głównie przez politycznych przeciwników, sprawa znalazła swoje zakończenie. W narodzie z postępującą demencja pamięci cyniczni politycy zrobią co chcą. I taki tylko będzie wymiar wymarzonej federacji polsko-ukraińskiej. Będzie to nowa Rzeczypospolita: nie Dwóch Narodów, ale Dwóch Niepamięci.

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Spalanie drewna to zerowa emisja CO2 netto. Precz z zielonym absurdem!

Karolina Ostrowska

Szanowni Państwo,

od pokoleń moja rodzina użytkuje drewno do ogrzewania, do tworzenia ozdób oraz do celów konstrukcyjnych; do budowy m.in. pergoli, płotów, mostów i budynków.

Mój znajomy wytwarza nawet prąd za pomocą instalacji do zgazowywania drewna – specjalny piec wytwarza nie tylko ciepło ale i może oddać część gazu, który zasila silnik napędzający prądnicę o mocy 11 kVA (kW).

Drewno użyte do celów konstrukcyjnych w większości przypadków po rozbiórce również może również zostać użyte do celów energetycznych.

W ciągu ostatnich ok. 5 lat w środkach masowego przekazu ma miejsce celowa nagonka na drewno jako źródło energii. 

Ta akcja nasila się.

Dziennikarze i redaktorzy np. twierdzą, że drewno nie jest odnawialnym źródłem energii a na pytanie skierowane do jednego z nich co w takim razie jest odnawialnym źródłem energii, padła odpowiedź: „gaz oraz prąd” sic! – Nie przyjmują informacji, że gaz wytworzył się w ciągu wielu milionów lat a prąd wytwarzany jest w 60% – 98% z węgla, gazu. Do produkcji paneli fotowoltaicznych oraz wiatraków zużywa się bardzo duże ilości energii a okres eksploatacji tych urządzeń jest ograniczony z reguły do 20 lat i potem nie wiadomo co z tym zrobić; łopaty turbin się zakopuje a w naszym Kraju nie ma możliwości utylizacji paneli fotowoltaicznych – na Zachodzie Europy są firmy, które za bardzo wysoką opłatą są podobno w stanie zutylizować zużywając przy tym sporo energii. 

Obawiam się że taki trend nie wynika tylko z braku wiedzy a jest celowym działaniem lobbystów.

Uważam, że trzeba się temu trendowi przeciwstawiać, ponieważ chcą nas odciąć od względnie taniego, ekologicznego, dostępnego na miejscu (bez konieczności dalekiego transportu) drewna.

Ja robię to informując dziennikarzy o prawdziwych ww. cechach drewna i piętnując ich błędne przekazy. Informuję też ludzi wokół siebie.

Uważam, że rząd oraz środki masowego przekazu powinni  zająć  się informowaniem społeczeństwa o dobrych sposobach spalania węgla czy drewna (górne spalanie, itd…) co przyniosłoby lepsze skutki ekologiczne niż dotychczasowe działania w ramach różnych programów wymiany źródeł ciepła – np. dofinansowano instalacje gazowe, które będą musiały zniknąć już w roku 2040.

Życzę sukcesów w obronie naszej suwerenności energetycznej.

Karolina Ostrowska

==========================

Komentarz Mirosława Dakowskiego:

Cóż, ja od dziesięcioleci promuje na skalę ogólnopolską energie odnawialne. Mieliśmy w latach 90-tych trzy wielkie konferencje energetyczne [Porąbka, Bielsko-Biała, Szczyrk] na ten temat. Ja sam ogrzewam… przepraszam, ogrzewałem dom tak zwaną odpadową biomasą, to jest ściągniętymi z lasu za niewielką cenę suszkami, pniami zeschłych drzew, makulaturą, łuskami po produkcji kasz itp.

To co Pani pisze jest prawdą. Niestety rządzą nami niewolnicy kłamstwa. Niewolnicy zielonego komunizmu. Zakazują spalania drewna, a to spalanie w sposób oczywisty jest działalnością zero-emisyjną: Ile CO2 wyleci do atmosfery, tyle też zostanie potem zasymilowane. Są kotły CO o wielkiej sprawności specjalnie na drewno, słomę [np. ŻUBR]. Takich kotłów pracuje już w Polsce, na wsiach, pod miastami kilkaset tysięcy.

Musiałem zlikwidować bardzo tanie, trwające 30 lat ogrzewanie dużego domu drewnem, bo jacyś donosiciele sąsiedzi napuszczali na nas straż miejską z mandatami, którą [straż] ja wcześniej na kursach pouczałem o zaletach spalania odpadowej biomasy.

Ten absurd musimy pokonać, ale uda się to dopiero wtedy, gdy w ogóle wyrzucimy na śmietnik kłamliwe, ideologiczne poglądy zielonych komunistów.

===================

Mail:

Podobny argument dotyczy spalania węgla.
Pokłady węgla powstały w wyniku zwęglenia lasów związały duże ilości 
węgla z atmosfery.
Do dzisiaj jednak rosną tzw. żywe skamieniałości, jak metasekwoja 
chińska, wolemia szlachetna czy miłorząb,
które wyrosły w atmosferze zawierającej więcej dwutlenku węgla niż obecnie.
Spalanie węgla, podobnie jak spalanie drewna to zwracanie dwutlenku 
węgla atmosferze.
Zatem zmiana klimatu wywołane dwutlenkiem węgla są tak nieznaczne, że 
nieistotne dla zagrożenia czy podtrzymywania życia na ziemi.

Tolkien: Czciciel Maryi, piewca tradycyjnego katolicyzmu.

Tolkien: czciciel Maryi, piewca tradycyjnej liturgii

https://pch24.pl/tolkien-czciciel-maryi-piewca-tradycyjnej-liturgii

Chociaż wspaniały cykl „Władca Pierścieni” rozpoczął i zainspirował powstanie nowoczesnego, powieściowego nurtu fantasy, który bardzo szybko odszedł na manowce – a więc w stronę dalekich od chrześcijaństwa, a wręcz wrogich mu ścieżek – to jednak pierwowzór ma ducha na wskroś katolickiego. Nieprzypadkowo, jest bowiem owocem nie tylko niezwykłej wyobraźni, erudycji i wiedzy, ale i głębokiej wiary autora.

„Tolkien nie traktował (…) swojej wiary jako sfery wyodrębnionej z życia. Wątkiem przewijającym się we wspomnieniach tych, którzy go znali, jest integralna więź jego wiary z całą jego osobą; w sposobie, w jaki się przejawiała, nie było nic niezręcznego ani ostentacyjnego. Jego przyjaciel Harvard podkreślał, że jego przekonania były jawne […], ale nigdy na pokaz” – pisze Holly Ordway na kartach wydanej właśnie na naszym rynku bardzo bogatej w cenne świadectwa, relacje i fotografie biograficznej pozycji pt. „Wiara Tolkiena”.

Działalność literacką, w tym fantastykę, której nowy rozdział sam otworzył, uważał pisarz za naturalny aspekt ludzkiej aktywności. „(…) tworzymy na swą własną miarę i na swój własny, twórczy sposób, ponieważ my także zostaliśmy stworzeni, i to na obraz i podobieństwo naszego Stwórcy” – podkreślał. Kreatywność uważał wprost za dar od Pana Boga. Wspominał, że opowieść przychodziła do niego w odpowiedzi na modlitwę.

Córka Priscilla zwróciła uwagę, że nawet z jego listów można wywnioskować, iż fałszywy byłby obraz Tolkiena jako wyidealizowanej postaci prowadzącej rzekomo doskonałe życie. Taki wizerunek chcieliby widzieć niektórzy jego czytelnicy, podziwiający – słusznie – wspaniały świat, wprawdzie wykreowany przez pisarza, lecz zgodny z harmonią Bożego stworzenia oraz prawdziwym porządkiem dobra i zła.

„Gipsowy święty? Nie. Papierowy chrześcijanin? Nie. Złożony, fascynujący, pełen wad, pobożny, zabawny i błyskotliwy człowiek – tak, myślę że tak” – precyzuje Ordway skrótową charakterystykę swego bohatera. Zatem jest on tym bliższy ludziom świadomym swych słabości i ułomności, lecz chcącym z Bożą pomocą dążyć do chrześcijańskiego ideału.

Teologia „Władcy Pierścieni”

Sam John Ronald Reuel Tolkien pisał otwarcie o religijności i katolickości swego najgłośniejszego dzieła, uznanego po latach w ojczyźnie za najwybitniejszą powieść wszechczasów. Zwracał jednak uwagę, że dotyczy to zasady, korzeni i istoty trylogii, a nie jej warstwy wierzchniej. Duchowy element utworu, jak podkreślał twórca, „został (…) wchłonięty przez opowieść i symbolikę”, wpleciony w tekst i starannie ukryty.

„Władca Pierścieni” nie jest alegorycznym przedstawieniem Ewangelii ani opowieścią dydaktycznie wykładająca chrześcijaństwo” – zaznacza pani biograf.

„Cały świat Śródziemia wraz ze wszystkim, co w nim znajdujemy, jest przesiąknięty chrześcijańską wizją rzeczywistości, w owej autorskiej wizji zakorzeniony. Według własnych słów Tolkiena, to zakorzenienie, ten nieplanowany, lecz zasadniczy walor jego dzieła wynika z faktu, iż został on wychowany w wierze katolickiej i nią wykarmiony” – podkreśla Holly Ordway.

„Rzeczywiście, we Władcy Pierścieni jest całkiem sporo teologii” – pisał autor dzieła. Wbrew niektórym sądom stwierdził, że istota konfliktu obecnego w powieści – z której przesłaniem utożsamiało się wiele bardzo różnorodnych środowisk i osób – nie dotyczy wolności, lecz „kwestii Boga i Jego wyłącznego prawa do boskiej czci”. Odnosi się też do śmierci i ludzkiego pragnienia nieśmiertelności.

Nauczyciele wiary

O wychowanie syna i ugruntowanie w przywiązaniu do Chrystusa oraz Rzymu zadbała ukochana matka pisarza, Mabel. Wychowana w herezji protestanckiej, odnalazła prawdziwą wiarę, wytrwała w niej mimo wielkiego oporu swego środowiska i potrafiła zaszczepić ją swoim synom. Kilka lat po jej śmierci 21-letni J. R. R. Tolkien zanotował: „Moja kochana matka była prawdziwą męczennicą; nie wszystkim Bóg daje tak łatwą drogę do swych wielkich darów jak [memu bratu] Hillary’emu i mnie; zesłał nam matkę, która zabiła się pracą i kłopotami, starając się, byśmy dochowali wiary”.

Kluczową rolę odegrał też ksiądz Francis, który opiekował się obydwoma chłopcami aż do ich pełnoletności. Był ich prawnym opiekunem z woli wcześnie owdowiałej Mabel. Na ile to możliwe, zastąpił zmarłego w Południowej Afryce ojca.

Oboje, Mabel i ojciec Francis, wypełnili swoje powołania w tym względzie na tyle dobrze, że wiarą młodego, nadzwyczaj zdolnego, otwartego na świat człowieka nie zachwiały ostatecznie bogate, nieraz dramatyczne życiowe doświadczenia, włącznie z wojennymi – jego własnymi oraz synów, na frontach dwóch światowych konfliktów XX wieku. Nie zachwiał kryzys duchowy w wieku studenckim, ani też – w ostatnich latach życia chaos, jaki zapanował w Kościele w związku z rewolucją Soboru Watykańskiego II.

Maryja, „Gwiazda wieczorna” i Pocieszycielka strapionych

W bogatej duchowości pisarza swoje eksponowane miejsce znalazła osoba Matki Najświętszej. Jednym z wyrazów czci dla Niej był napisany na wojennym froncie w 1916 roku wiersz, rozpoczynający się słowami: „O Pani nasza i Matko, zasiadająca na tronie pośród gwiazd”. Miał on dwa tytuły: łacińskie wezwanie z Litanii Loretańskiej Consolatrix Afflictorum („Pocieszycielka strapionych”) oraz Stella Vespertina („Gwiazda wieczorna”). Pierwszy tytuł odnosi się do obrazu piety – Matki tulącej w swoich ramionach martwe ciało Syna. „Na froncie zachodnim, w obliczu rzezi tak wielu mężczyzn – którzy nierzadko dopiero wyszli z wieku chłopięcego – obraz boleściwej Maryi (…) niewątpliwie nabierał jeszcze wyrazistszej głębi: oto duchowa Matka, która może zaoferować pocieszenie, ponieważ sama doznała podobnych okropności” – zauważa Ordway.

Obydwa tytuły wiersza wiążą się ze sobą, wskazując na rolę Maryi, która jest dla wiernych niezawodnym pocieszeniem i światłem błyszczącym pośród mroku. Po latach pisarz nadał przydomek „Gwiazda wieczorna” (w języku elfów: Undomiel) Arwenie, żonie Aragorna. W powieści tytuł ten jest dwa razy zestawiony z pięknem dziennego światła, uosabianym z kolei przez Galadrielę. Krasnolud Gimli stawia wyżej właśnie jej urodę. Innego zdania jest jego towarzysz Eomer, bardziej urzeczony pięknem Arweny. Z kolei Hobbit Frodo, gdy ujrzał Arwenę, „Gwiazdę wieczorną swego plemienia”, mówi: – Odtąd nie tylko dzień będzie miły, ale noc także piękna i szczęśliwa.

Pisarz przełożył na stworzony przez siebie język elficki zarówno modlitwę Zdrowaś Maryjo, jak i niemal cały Różaniec. Istotny był w jego życiu duchowym dogmat o niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

Kościół jak drzewo

Jak pisze autorka biografii, dwie ostatnie dekady pisarza stały pod znakiem chaosu zarówno w sferze kultury, jak i ducha. Państwo spuszczało z łańcucha demony, otwierając pole dla prostytucji, antykoncepcji, krwawego procederu zabijania dzieci nienarodzonych. W życiu publicznym coraz bardziej widoczne stawały się różne przejawy obsceniczności. Z jednej strony kraj, zasilany materialnie przez amerykański Plan Marshalla, unowocześniał się, podnosił z kryzysu i zniszczeń wojennych, z drugiej zaś – laicyzował i w pewien sposób dziczał.

Gwałtowne, rewolucyjne zmiany nie ominęły Mistycznego Ciała Chrystusa, stanowiącego w ciągu większości życia Tolkiena jego podporę i niezmienny punkt odniesienia. „Kościół, który niegdyś był schronieniem, teraz często staje się pułapką” – ubolewał w 1967 roku. Już od lat 50. wierni oglądali sceny, które przypominać mogły – jak wskazuje Holly Ordway – „usuwanie ołtarzy” czasów reformacji. Jezuici prowadzący bliską pisarzowi świątynię pod wezwaniem św. Alojzego w Oxfordzie już w 1954 roku zabrali z niej niemal wszystkie figury i obrazy. Wnętrze kościoła, zamiast różnobarwnego wystroju, przybrało po malowaniu jednolity, stalowoniebieski kolor. Dewastatorzy spalili relikwie, zaś szaty liturgiczne – nie wyłączając tych używanych niegdyś przez Ojca Świętego Piusa IX – rozdali, według opisu J. Bertrama, „amatorskim grupom aktorskim”. Tragiczna i symboliczna zapowiedź naszych czasów?…

Około-soborowa rewolucja w Kościele była przedmiotem wielu zmartwień Tolkiena. Autorka jego biografii cytuje słowa Irene Tolkien Cook, żony wnuka pisarza – Michaela: „nieustannie dyskutował z rodziną i przyjaciółmi, powodowany swoim rosnącym niepokojem i poczuciem zdrady ze strony Rzymu, zwłaszcza w czasie Soboru Watykańskiego II, kiedy ze smutkiem ubolewał nad utratą Mszy Świętej w klasycznym rycie rzymskim oraz wszystkiego, co się z tym wiązało”.

Z relacji różnych świadków wynika, że twórca Śródziemia „sprzeciwiał się” reformom i postrzegał je jako „błędne i niepotrzebne”. Nie oznacza to, że z zasady przeciwstawiał się jakimkolwiek zmianom. Doceniał szczególnie zachęty Piusa X do codziennego przyjmowania Komunii Świętej, z czego starał się korzystać. Uważał to za największą reformę tamtych czasów. „Ciekawe, w jakim stanie znajdowałby się Kościół, gdyby nie on” – pisał o papieżu.

Rozważając naturę Kościoła oceniał: „zgodnie z intencją naszego Pana (…) nie miał trwać w stanie wiecznego dzieciństwa, lecz miał stanowić żywy organizm (porównany do rośliny), który rozwija się i zmienia zewnętrznie przez wzajemne oddziaływanie przekazywanego mu Boskiego życia i historii. (…) brak jest podobieństwa między ziarnem gorczycy i w pełni wyrośniętym drzewem”.

Dla Tolkiena historia Kościoła stanowiącego żywy organizm „stanowi część jego egzystencji, a historia tego, co Boskie, jest święta”. Ma się on zmieniać, rozwijać, ale pozostać nienaruszonym w swojej istocie.

Pisarz nie stronił od prywatnej krytyki sposobu odprawiania Mszy także w epoce „przedsoborowej”. Zanim „dekonstrukcja” dotknęła liturgii odprawianej w jego kościele, w liście do syna Michaela zwracał uwagę na częste zjawisko złego odprawiania Najświętszej Ofiary, a także nieuważnego i pozbawionego należnego szacunku sposobu słuchania jej przez wiernych.

W jednym z listów dał wyraz swojej gwałtownej natury i gniewu wyrosłego z nadużyć liturgicznych: „Wiele w życiu wycierpiałem z powodu głupich, zmęczonych, otępiałych, a nawet złych księży”. W tym miejscu autorka zaznacza jednak: „darzył Kościół wielkim szacunkiem, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że pełniący w nim posługę mężczyźni, podobnie, jak i inni, nie są bez skazy”.

Zbuntowany tylko prywatnie

Miłośnik tradycyjnej liturgii, a przy tym doskonały znawca łaciny i lingwista nie przyjął do wiadomości wprowadzenia do Mszału języków narodowych. „Nie tylko rozumiał język łaciński na tyle, by podążać za stałymi częściami liturgii, czego z łatwością uczą się ministranci, ale rozumiał całość używanej łaciny, nawet tej w czytaniach z Pisma Świętego i kolektach, które zmieniają się z dnia na dzień; co więcej, w swoim rozumieniu tego języka doceniał go w sposób lingwistyczny i artystyczny. Takim stopniem znajomości łaciny, jakim odznaczał się Tolkien, nie mogła pochwalić się większość księży” – zapewnia Ordway.

Wnuk Simon wspominał, że gdy po reformie chadzał do świątyni w Bornemouth wraz z dziadkiem, ten bardzo głośno odpowiadał na wezwania po łacinie, w przeciwieństwie do ogółu „dostosowanych” wiernych. Wprowadzało to dziewięcioletniego chłopca w zakłopotanie, ale nie zrażało zupełnie jego siostry Joanny, która przyznała: „Nie miałam najmniejszego problemu z tym, co dziadek robił, więc przyłączałam się do niego”.

Przy całym swym stosunku do zmian liturgicznych – wśród których odejście od łaciny było przecież tylko jednym z przejawów – pisarz powstrzymywał się od publicznego zabierania głosu na ten temat. Nie znajdziemy też jego podpisu pod tak zwanym indultem Agathy Christie. Chodzi o podpisaną w 1971 roku przez wybitnych angielskich pisarzy, uczonych i artystów petycję do Pawła VI o zachowanie tradycyjnej Mszy łacińskiej.

„Listy świętego Mikołaja”

Pisarz dobrze zadbał o religijne wychowanie swych potomków. Chłopcy uczęszczali do szkoły przy Oratorium utworzonym przez świętego Filipa Neri. Córka – do katolickiej szkoły Rye St. Anthony.

Od 1920 roku, gdy John liczył sobie trzy lata, aż do roku 1943, czyli osiągnięcia przez Priscillę wieku 14 lat dzieci otrzymywały każdego roku, w okolicach Bożego Narodzenia, ilustrowane listy „od świętego Mikołaja”. Miał on mieszkać na Biegunie Północnym, w towarzystwie niedźwiedzi polarnych, reniferów, elfów i znosić napastliwość paskudnych goblinów. Autor korespondencji dbał by w baśniowej otoczce adresaci otrzymywali całkiem poważną naukę odnoszącą się do prawd wiary i kalendarza kościelnego. Odnosił się do szczegółów z życia rodzinnego Tolkienów, znał troski, pragnienia dzieci, sam odpowiadał na ich listy i zawarte w nich prośby.

Roman Motoła

Holly Ordway, „Wiara Tolkiena”, wyd. Esprit, Kraków 2024

Czy ostatni papieże są papieżami? Teza z Cassiciacum.

Teza z Cassiciacum w skrócie

[To poglądy jednego z ważniejszych odłamów sedewakantystów. Istotne, sądzę. MD]

https://myslkatolicka.wordpress.com/cassiciacum/

O. Guérard des Lauriers OP, który sformułował tezy z Cassiciacum

Teza z Cassiciacum jest teologicznym rozwiązaniem kwestii Autorytetu w Kościele w dobie po Soborze Watykańskim II.

Katolicy na całym świecie widzący radykalne zmiany, które wskutek tego Soboru i w jego imię zachodziły w doktrynie, dyscyplinie, obrzędach Kościoła, chcąc zachować przeciwko nim wiarę, musieli stawić opór również Autorytetowi, czyli władzy, która je faktycznie narzucała członkom Kościoła. Spontaniczny opór był odruchem słusznym, zgodnym z wiarą, ale ta wymaga również podporządkowania się prawowitej zwierzchności (proboszczom, biskupom, Papieżowi). A to sam „papież” wprowadzał te zmiany. Oczywistą konsekwencją tego stanu rzeczy był dylemat: posłuszeństwo czy jednak opór?

O. Michał Ludwik Guérard des Lauriers OP, jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku, należący do grona teologów opracowujących dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej (a także o Wszechpośrednictwie i Współodkupicielstwie, niestety nieogłoszone), krótko nawet spowiednik Piusa XII (zastąpiony przez o. Beę SI), wypracował teologiczną tezę wyjaśniającą utratę władzy papieskiej przez Pawła VI i jego następców. Z tego też powodu nie trzeba stawiać oporu „władzy kościelnej”, co jest herezją i schizmą. Modernistycznych okupantów Rzymu trzeba po prostu ignorować.

Poniżej przedstawiamy w miarę przystępne opracowanie tej tezy, która po raz pierwszy ukazała się pod koniec lat ’70 w „Cahiers de Cassiciacum” („Zeszytach z Cassiciacum”), skąd też wzięła swą nazwę.

Jako uzupełnienie warto zapoznać się z wywiadem z biskupem Guérard des Lauriers OP z 1987 roku, w którym twórca tezy ją dokładnie omawia oraz z krótkim jej opracowaniem autorstwa biskupa Donalda Sanborna.

Redakcja „Myśli Katolickiej”

Teza z Cassiciacum w skrócie

Wstęp

Gdy modernistyczna rewolucja w Kościele, planowana przez dekady pokątnie, a energicznie tępiona i potępiona przez św. Piusa X, na dobre wybuchła wraz z nowymi doktrynami i reformami Soboru Watykańskiego II, świeccy i duchowni na całym świecie stawili jej opór. To, co było zrazu intuicją katolicką, wyrazem sensus catholici, przybrało z czasem różne formy oporu i argumentacji stojącej za nim (różne podejścia „tradycjonalistów” zostały opisane tutaj).

Jednym ze stanowisk, które już w czasie soboru wysunęło się na pierwszy plan (pisze o tym m.in. x. Ricossa w swym artykule z 2003 roku), było to, według którego okupanci Stolicy Apostolskiej nie mogą posiadać władzy Chrystusowej, normalnie nieodłącznej od osoby zajmującej ową Stolicę. Stanowisko to z czasem zaczęło być nazywane sedewakantystycznym (od wakatu stolicy, sede vacante) i taka nazwa się przyjęła.

W wyżej przytoczonym artykule zwróciłem uwagę na dwa zasadnicze sposoby rozumowania sedewakantystów, które prowadzą do tego samego ostatecznego wniosku, ale inną drogą:

Należy dodać, iż odpowiedź „sedewakantystów” na współczesny „problem autorytetu” w Kościele wyraża się na dwa sposoby, choć formalnie się zgadza. Pewna ich część w swym wywodzie opiera się na dyspucie teologicznej, zawartej w traktatach niektórych teologów, która przybrała nazwę hipotezy „papieża heretyka”.

Ci sedewakantyści, opierając się na opiniach różnych teologów i nawet Papieży, doszli do wniosku, że praktycznie wszyscy teologowie, którzy o tym pisali, zgodni są co do tego, że publiczny czy jawny heretyk nie może ważnie zajmować żadnego urzędu w Kościele, tym bardziej więc najwyższego. Jest to niemożliwe do pogodzenia z nieomylnością i niezniszczalnością Kościoła, a także z misją Papieża, którą jest nauczanie, rządzenie i uświęcanie Kościoła, mistycznego Ciała Chrystusa. Stanowisko to można określić nazwą sedewakantyzmu zwykłego (simpliciter). Znowu, nie jest to „osądzanie osoby Papieża” czy „detronizacja”, a po prostu wniosek teologiczny oparty na pewnych przesłankach z wiary i zasadzie niesprzeczności.

Inni sedewakantyści, za wspomnianym wcześniej autorem Krótkiej analizy krytycznej Novus Ordo Missae o. Michałem Ludwikiem Guerard des Lauriers, zauważają, że pewności absolutnej tą drogą nie można osiągnąć. Opinie teologów, jakkolwiek jednomyślne by nie były, mogą być pomocne dla argumentu teologicznego, ale nie wyczerpują znamion pewności teologicznej. Dominikański duchowny, głównie za tomistycznymi teologami z przeszłości twierdził, że nawet w sytuacji publicznej herezji orzeczenie kompetentnej władzy jest konieczne, aby było wiążące dla wszystkich katolików, ponieważ Kościół jest zarówno społecznością widzialną, jak i niewidzialną, a jako widzialna, rządzi się prawem kościelnym. Niemniej jednak, w świetle sprzeczności zaobserwowanych między odwieczną nauką Kościoła a doktrynami soborowymi „promulgowanymi” z zachowaniem wszelkich form i pozorów, zachodzi pewność co do tego, że Paweł VI nie posiadał autorytetu papieskiego lub przestał go posiadać, a Jan Paweł II (i jego następcy) w ogóle go nie mieli.

Według o. Guerard des Lauriers i przyjmujących jego tezę, Montini i inni „soborowi papieże” byli zatem, w świetle norm kanonicznych Kościoła katolickiego, ważnie wybrani na urząd Papieża, ale stawili przeszkodzę (obex) na drodze przyjęcia władzy Chrystusowej, która stanowi istotę papiestwa. Nie są na pewno „Papieżami” w akcie, faktycznie sprawującymi urząd papieski i nie mogą go sprawować póki przyjęciu autorytetu stawiają ową wewnętrzną przeszkodę, która wyraźnie przejawia się w uzewnętrznionej obiektywnej intencji. Przeszkoda ta sprowadza się, w obecnej sytuacji, do trwania przy nauczaniu Soboru Watykańskiego II i soborowych reformach, zwłaszcza nowej „mszy”, które są sprzeczne z wiarą katolicką i szkodliwe dla dusz, jak słusznie zauważa wielu „tradycjonalistów”. Jest sprzeczne z celem Kościoła (chwała Boża i zbawienie dusz). Postępowanie modernistycznych okupantów Watykanu, najpóźniej od daty ogłoszenia Dignitatis humanae (grudzień 1965 r.), we wszystkich ich słowach i czynach jawi się jako sprzeczne z dobrem/celem Kościoła, które jest racją bytu autorytetu w Kościele i dlatego nie posiadają oni autorytetu w Kościele.

Zgodnie z tą tezą, gdyby taki okupant Watykanu potępił i publicznie odżegnał się od Soboru Watykańskiego II i jego reform, wówczas nastąpiłoby usunięcie przeszkody stojącej na drodze objęcia władzy papieskiej, do której ma tytuł z racji ważnego wyboru podczas konklawe i stałby się prawdziwym Papieżem. O odzyskaniu prawowitości przez Papieża pisał już w XVI wieku Hieronim kardynał Albani (cf. wspomniany już tekst x. Ricossy).

Innym sposobem na rozwiązanie sytuacji w tej optyce byłoby wysunięcie wymaganych kanonicznych napomnień i wskutek nieopamiętania się delikwenta stwierdzenie wakatu przez biskupów mających tytuły do urzędów, czyli zasiadających na stolicach diecezyj. Ale również w tym wypadku najoczywistszym warunkiem byłoby całkowite odrzucenie błędów i reform soborowych przez takich biskupów, a nie „reforma reformy” czy „sobór w świetle tradycji” i inne heretyckie pomysły modernistów i niektórych „tradycjonalistów”.

W związku z tym, że okupant Stolicy Piotrowej, wedle tej hipotezy, posiada ważny tytuł do swej stolicy, mówi się, że jest tylko materialnie (materialiter) „Papieżem”. Jest wręcz martwymi „zwłokami” Papieża. Brak mu formy Papiestwa, tego, co czyni że Papież jest Papieżem, czyli autorytetu Chrystusowego obiecanego i sprawowanego przez samego Chrystusa za pośrednictwem Papieża (forma to jest to, dzięki czemu coś jest tym, czym jest). Taki okupant Stolicy Apostolskiej nie jest zatem Papieżem formalnie (formaliter). To rozróżnienie filozoficzne (i dlatego też teologiczne), tak opacznie rozumiane albo wcale nie rozumiane przez wielu (z różnych powodów) stanowiło i nadal niestety stanowi zarzewie niejednego konfliktu. Niemniej jednak „teza z Cassiciacum”, jak zaczęto nazywać tę teorię od pisma, w którym po raz pierwszy się pojawiła („Zeszyty Cassiciacum”, fr. „Cahiers de Cassiciacum”), daje teologicznie pewną odpowiedź na pytanie o ciągłość papiestwa w obecnej sytuacji kryzysu w Kościele. Ale nie jest to miejsce na rozwijanie tematu, który sam w sobie zasługuje na odrębne opracowanie (zamieszczone tutaj). Warto tylko dodać, gwoli ścisłości i sprawiedliwości, że nazywanie tezy „sedeprywacjonizmem” jest wielkim nieporozumieniem, bowiem termin ten miałby oznaczać privatio sedis (pozbawienie/brak stolicy), co jest niemożliwe. Mowa tu natomiast o privatio auctoritatis (pozbawieniu/braku autorytetu), a to rzecz zupełnie inna. Sam zaś (błędny) termin „sedeprywacjonizm” nieco szerzej omówiłem tutaj.

W tym miejscu chciałbym nieco rozwinąć to teologiczne rozwiązanie problemu autorytetu, ponieważ wciąż w języku polskim nie ma w miarę przystępnego wyjaśnienia tezy z Cassiciacum. Nie zostaną tu wyczerpane wszystkie przesłanki, ani nie znajdą się tutaj odpowiedzi na wszystkie zarzuty wobec tezy (to na później, jak Bóg da), ale jako że sprawa nie cierpi zwłoki, a nadal pojawiają się głosy zainteresowane tematem (albo bezmyślnie powtarzające zarzuty świadczące o nieznajomości tematu), postaram się to zrobić dla nieobeznanego z tematem Czytelnika.

Należy jeszcze zwrócić uwagę, że teza z Cassiciacum w swym najprostszym sformułowaniu nie przerasta zdolności umysłowych najprostszych ludzi, natomiast rozwinięcie całego argumentu oczywiście wymaga znajomości pewnych podstawowych pojęć i zasad filozofii arystotelesowsko-tomistycznej. Stąd też wysunięto zarzut, opierający się na sprzeczności między oboma twierdzeniami (teza zrozumiała dla wszystkich vs. teza wymaga znajomości teologii i filozofii). Zarzut ten omówił x. Ricossa w piątej części swego artykułu w odpowiedzi na tekst z „La Tradizione cattolica”). Ale z tego powodu swój wywód podzielę na dwie części, pierwszą przystępniejszą, a w drugiej nieco głębiej omówię ten temat.

Nim to nastąpi, pozwolę sobie na jeszcze jedną uwagę wstępną a propos cechy nowości tezy z Cassiciacum.

Teza i jej „nowość”

Teza z Cassiciacum powstała jako odpowiedź na obecną sytuację autorytetu w Kościele. Odpowiada ona na problem zaistniały w okolicznościach, które są wyjątkowe w historii Kościoła, są zupełnie nowe. Gdyby ich nie było, gdyby ów problem Soboru Watykańskiego II i opór, jaki wywołał, nie istniał i teza z Cassiciacum nie zostałaby sformułowana.

Należy to mieć na uwadze i nie dziwić się, że nowy problem może wymagać nowego rozwiązania, które niemniej jednak pozostaje w zgodzie ze wszystkimi prawdami wiary i zasadami rozumowymi. Na tym też polega teologia, że rozwija pewne twierdzenia wcześniej niedostatecznie odkryte. Teologia nie jest bowiem nauką czysto pozytywną, jest przede wszystkim i to w najwyższym stopniu spekulatywna. Teologia zwana pozytywną rozpatruje tylko cytaty Ojców, teologów, Papieży, soborów, przytacza kanony i orzeczenia (zajmuje się czystymi „faktami”, jak tego chciał August Comte, ojciec nowożytnego pozytywizmu). Jest to oczywiście nieodzowną częścią pracy teologa, ale ograniczanie teologii do tego aspektu jest nieporozumieniem i wielką niesprawiedliwością wyrządzoną tej świętej nauce. Prawdziwi teologowie to tacy, jak św. Tomasz z Akwinu, Kajetan, Salmanticenses, Franzelin, Garrigou-Lagrange, Sertillanges czy Guerard des Lauriers. To tego kalibru myśliciele przyczynili się najwięcej do lepszego zrozumienia prawd objawionych i im pokrewnych.

Dowód sedewakantystyczny

Aby omówić samą tezę, przypomnę ogólny zarys rozumowania sedewakantystycznego, aby na podstawie tego, co lepiej znane, można było uwydatnić to, co mniej znane.

Wiemy, co jest de fide, że Papież jest nieomylny w swym nauczaniu zwyczajnym, na co dzień (czego nauczają wszyscy teologowie i liczni Papieże, zwłaszcza wszyscy po kolei od Piusa IX po Piusa XII) oraz nadzwyczajnym (uroczyste deklaracje). Cały Kościół jest nieomylny w swym nauczaniu (papieskim oraz zwyczajnym powszechnym, zawsze w jedności z Papieżem). Prawa kościelne i dyscyplina ustanowiona przez Kościół są również obwarowane nieomylnością praktyczną (zwaną też negatywną).

To przyjąwszy, sedewakantyści zwracają uwagę na sprzeczności między nauczaniem Soboru Watykańskiego II a nauczaniem uroczyście zdefiniowanym wcześniej przez Kościół. Skoro dane twierdzenie było prawdą i jako takie zostało ogłoszone przez Kościół, zdanie przeciwne nie może pewnego dnia zostać potępione przez Kościół. I odwrotnie, zdanie potępione przez Kościół nie może stać się oficjalnym nauczaniem Kościoła. Sprzeciwiałoby się to nauczaniu o nieomylności.

Widać to najjaśniej porównując Quanta cura Piusa IX z 8 XII 1864 z Dignitatis humanae z 7 grudnia 1965 – wolność kultu została potępiona i to nie może ulec zmianie – i dlatego jest to brane często za pewny punkt wakatu. Jednakże taką sprzeczność czy podważanie prawd wiary zauważono także w odniesieniu do teologii „nowej mszy” (cf. Krótka analiza krytyczna NOM), ekumenizmu, kolegializmu, przepraszania za „grzechy” Kościoła i innych błędów neomodernistycznych.

Wyjątkowość tezy z Cassiciacum zrozumiała dla wszystkich

Z wyżej przytoczonego dowodu ścisłego, czyli dedukcji, korzysta również teza z Cassiciacum. Jednakże jej fundamentem, punktem wyjścia i oryginalną cechą jest wywód innej natury: indukcja, czyli stwierdzenie faktu, jakim jest spontaniczne odrzucenie przez katolików Soboru Watykańskiego II, jego ducha, doktryn, reform i rytów oraz ustawiczne stawianie im oporu przez tyle lat, jeszcze za czasu trwania samego soboru.

Nie jest to ścisły dowód (dedukcja), ale właśnie indukcja, wnioskowanie od danych konkretnych, szczegółowych do konkluzji ogólnej. Jako taką cechuje ją oczywistość (dla o. Guerard des Lauriers brak papiestwa u Pawła VI należy do sfery oczywistości). Rzeczywiste zaistnienie sprzeciwu i stałego oporu katolików świadczy o braku stałej (habitualnej) intencji, zewnętrznie wyrażonej słowem i czynem, u Pawła VI i jego następców w zabieganiu o dobro wspólne Kościoła, czyli chwałę Bożą i zbawienie dusz. Owa stała intencja dbania o dobro czyli cel Kościoła jest warunkiem koniecznym otrzymania władzy papieskiej od Chrystusa, czyli prawowitości władzy papieskiej. A że w słowach i czynach Pawła VI, Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka przebija się obiektywna wola szkodzenia chwale Bożej i zbawieniu dusz, tego nie trzeba dowodzić, to widać na co dzień. Fakt powszechnego oporu pragnących zachować wiarę katolików, opuszczających swoje dotychczasowe parafie, dostatecznie nas o tym przekonuje.

Znana powszechnie wśród sedewakantystów broszurka x. Cekady „Tradycjonaliści, nieomylność i Papież” rozpoczyna się od tego rodzaju wnioskowania indukcyjnego i dochodzi do wniosku tego samego, co teza z Cassiciacum: „Sama Wiara zmusza nas zatem do uznania, że ci, którzy głoszą te błędy i ustanawiają tak złe prawa – bez względu na pozory władzy jakimi zdają się legitymować – w rzeczywistości nie posiadają autorytetu Kościoła Katolickiego”. Ów brak władzy kościelnej czy autorytetu Chrystusowego teza z Cassiciacum ustala przede wszystkim na podstawie indukcji, ale również komplementarnej wobec niej dedukcji (sprzeczność między nauczaniem Kościoła a soborowym, j.w.).

Na tym braku czy pozbawieniu (privatio) prawdziwego, prawowitego autorytetu Chrystusowego u soborowych i posoborowych „papieży” można zakończyć najprostszy wykład tezy z Cassiciacum, dostępny dla wszystkich. Nie trzeba tu roztrząsać wcale opinij teologów i orzeczeń Kościoła dotyczących sprawowania urzędu przez heretyków, utraty urzędu i tym podobnych.

Rozwinięcie tezy z Cassiciacum

Jak zatem ów fakt wyjaśnia teza z Cassiciacum?

Kluczowe dla lepszego zrozumienia tego stanowiska teologicznego jest rozróżnienie zachodzące realnie między materią a formą oraz pewne podstawowe dane filozofii chrześcijańskiej (dobro-cel, dobro wspólne a władza).

Co do pierwszego punktu, wszystkie byty fizyczne składają się z materii i formy. Tylko Bóg i aniołowie nie mają w sobie tej złożoności: u aniołów, czystych form, istnieje jednak złożoność z możności i aktu, a w Bogu nie ma żadnej zmienności, więc i żadnej złożoności.

Materia i forma są zasadami wewnętrznymi bytów fizycznych. Materia jest tym, z czego złożony jest byt w charakterze zasady immanentnej. Forma zaś jest zasadą determinującą byt, pewną doskonałością, i w przeciwieństwie do materii ma swe pochodzenie „na zewnątrz”. Nie należy tego rozumieć zbyt „dziecinnie”, czyli ilościowo, nie są to dwa klocki, które połączone tworzą określony byt. Są to dwie zasady, principia, jedna „wewnętrzna”, immanens, druga pochodząca z zewnątrz, ale nie jako dodana materia czy ilość, lecz jako zasada determinująca, określająca materię w jej bytowaniu i działaniu, to, dzięki czemu coś jest tym, czym jest. Jesteśmy tu na wyższej płaszczyźnie rozumowania niż czysto matematycznej czy materialnej, co może być trudne dla umysłów niewprawionych filozoficznie.

Formy dzielą się na substancjalne (forma substantialis) i przypadłościowe (forma accidentalis). Forma substancjalna determinuje materię pierwszą i konstytuuje wraz z nią daną naturę, na przykład człowieka, którego formą substancjalną jest dusza, a materią ciało nieukonstytuowane przez duszę. Oczywiście przy połączeniu pierwszych dwóch komórek powstaje ciało i otrzymuje natychmiast duszę, ta forma (dusza) determinuje materię, która natychmiast staje się istotą ludzką, aczkolwiek jeszcze niedoskonale ukształtowaną w swych przypadłościach i władzach. Utrata duszy czyli formy substancjalnej oznacza śmierć. Istota ludzka wtedy nie przepada, ale znajduje się w stanie nie do końca normalnym oddzielenia formy od materii i dlatego dopiero katolicka nauka o zmartwychwstaniu ciał dała pełną odpowiedź na ten problem, poszukiwaną od dawna przez filozofów.

Formy przypadłościowe „nakładają się” natomiast na byt już ukonstytuowany w swej istocie. Istota jako taka już istnieje, otrzymując zaś formę przypadłościową nabiera pewnej nowej określonej doskonałości. Przykładowym rodzajem form przypadłościowych jest władza jako taka. Papiestwo, jako gatunek władzy, jest właśnie tego rodzaju formą. Bez niej człowiek pozostaje w pełni człowiekiem, jej otrzymanie czy utrata nie powoduje powstania innej istoty czy jej zaniku. Papież zaś jako taki jest człowiekiem posiadającym władzę papieską, formę władzy papieskiej. Nie ma bowiem istoty papieskiej jako takiej, jest tylko forma (przypadłościowa) papiestwa, która determinuje byt w postaci wybranego na konklawe ochrzczonego mężczyzny.

Należy też zwrócić uwagę, że rozróżnienie na materię i formę jest rozróżnieniem realnym, czyli rzeczywistym, istniejącym w rzeczywistości, distinctio realis, a nie tylko pojęciowym, distinctio rationis. Nie jest czystym skutkiem działania naszego rozumu, ani tym bardziej wyobraźni, ale opiera się na rzeczywistości. W samej rzeczy to rozróżnienie znajduje swoje uzasadnienie i w niej swe ewentualne urzeczywistnienie.

Otóż, Tomasz di Vio, kard. Kajetan (1469-1534), wybitny komentator św. Tomasza z Akwinu, stosuje to rozróżnienie materii i formy do samego papiestwa (które jest formą przypadłościową, jak widzieliśmy). Podobnie, św. Robert Bellarmin (1542-1621) mówi, że osoba elekta jest jakby materią, a elekcja jest usposobieniem do otrzymania formy papiestwa (a wszelkie usposobienie do przyjęcia formy czy doskonałości, jak mówi św. Tomasz, należy do porządku przyczyny materialnej). O. Ludwik Michał Guerard des Lauriers OP, teolog dominikański i były profesor na Lateranie (Uniwersytecie Papieskim), który jako pierwszy opracował tezę z Cassiciacum, rozwija ten temat w aktualnych okolicznościach soborowej rewolucji.

Francuski dominikanin zauważa, że aby zostać Papieżem potrzeba trzech „rzeczy”:

1. Należy być wybranym na konklawe przez ważnych elektorów (oprócz podstawowych warunków takich jak płeć męska, chrzest, nie heretyk, apostata, etc.).

Ów wybór musi być zatem kanoniczny czyli musi być dokonany według obowiązujących przepisów przez kanonicznych wyborców. Ten element pochodzi od człowieka, jest to akt czysto ludzki. To nie Bóg wybiera, ale ludzie, jak w każdej społeczności ludzkiej, gdzie w taki czy inny sposób następuje wskazanie następcy piastuna władzy (obojętnie, czy przez prawa pisane, czy niepisane, przez dziedziczenie, kooptację czy elekcję – i nie ma to nic wspólnego z fanaberią „władzy oddolnej”, czyli „suwerenności ludu”, bowiem wybierać piastuna władzy a przekazywać władzę to dwie formalnie inne rzeczy).

Jest to akt prawny. Kościół jako społeczność doskonała (obok państwa) posiada bowiem z samej swojej natury porządek prawny. Ma swój ustrój, władzę, członków, ale i własny porządek prawny.

Tyle ze strony wyborców.

2. Ze strony wybieranego potrzeba następnie zgody na przyjęcie wyboru. Między wyborem ze strony wyborców a decyzją osobistą (przyjęcia lub odrzucenia) ów „elekt” jest Papieżem tylko materialnie, materialiter. Jest materią bliższą (materia proxima) usposobioną do otrzymania formy papiestwa. Znaczy to, że nikt inny nie może być w tym czasie wybrany zamiast niego (inni katolicy płci męskiej są najwyżej materią dalszą, materia remota). On tylko jest desygnowany do piastowania urzędu, który obejmuje przyjąwszy ów wybór. Dalej, w razie jakichś trudności na tym etapie tylko Kościół aktem prawnym może:

a) cofnąć ten wybór nim oczywiście elekt podejmie decyzję przyjęcia lub odrzucenia wyboru (może przecież być nieobecny na konklawe albo może się okazać, że wybrany nie może z takich czy innych powodów objąć urzędu),

b) albo nawet po jego przyjęciu (które wobec tego jest tylko pozorne) stwierdzić nieważność samego wyboru.

Natomiast należy już tu z całą siłą stwierdzić, że póki Stolica Apostolska jest zajmowana (faktycznie, materialnie) przez takiego wybranego, nikt inny nie może być wybrany na jego miejsce.

I to jest elementem materialnym papiestwa, te dwa czynniki: jeden ze strony wyborców, drugi ze strony elekta.

3. W chwili akceptacji wybrany, Papież materialiter, normalnie otrzymuje od Chrystusa pełnię władzy nad Kościołem, to znaczy, staje się Papieżem formalnie, formaliter. Ten katolik otrzymał formę papiestwa i dlatego też jest Papieżem simpliciter, po prostu Papieżem.

Pierwsze dwa akty, aspekty materialne papiestwa, są aktami ludzkimi i jako takie poddane są wszelkim uwarunkowaniom czynów ludzkich (mogą być nieroztropne, etc.). Otrzymanie władzy Chrystusowej jest tym aspektem formalnym papiestwa, pochodzi od samego Boga.

W czasach obecnych wyraźnie widzimy, że okupanci Stolicy Apostolskiej nie mogą być Papieżami Kościoła, bowiem niszczą wiarę podając do wierzenia fałszywe nauki, wprowadzając szkodliwe dla dusz reformy, ryty, prawa. Rzeczywista zewnętrzna ich intencja jest wyraźna. Moderniści, najwięksi wrogowie Kościoła wg. św. Piusa X (co dziś tak zręcznie się powszechnie minimalizuje), nie mogą posiadać władzy Chrystusowej. To o. Guerard des Lauriers uważał za oczywistość, którą każdy katolik powinien być w stanie dostrzec.

Skoro tak jest, na pewno zatem istnieje jakaś wada czy przeszkoda (vitium) gdzieś w całym tym procederze objęcia papiestwa przez modernistycznych okupantów Watykanu. Jak widzieliśmy wcześniej, sama wiara nie dopuszcza faktu, by Montini, Luciani, Wojtyła, Ratzinger, Bergoglio byli Wikariuszami Chrystusa na ziemi.

Owa wada istnieje:

a) albo w wyborze, który jest jednak aktem prawnym i jako taki podlega w swych uwarunkowaniach kompetentnej władzy. Kardynałowie musieliby na przykład stwierdzić, że ten, który wyszedł na balkon bazyliki św. Piotra nie otrzymał wymaganej ilości głosów albo że przed wyborem był heretykiem formalnym, co nie było wiadome np. większości kardynałów w trakcie konklawe, etc.

b) albo w przyjęciu tego wyboru ze strony elekta.

Przykładem zajścia wady b), często przytaczanym przez duchownych przyjmujących tezę z Cassiciacum, jest sakrament małżeństwa.

Sakrament małżeństwa następuje na podstawie aktu ludzkiego małżonków, a dokładnie, gdy odpowiadają na pytanie kapłana (sama przysięga następuje po zawarciu małżeństwa, jako wzmocnienie obowiązków z umowy wynikających, por. Woroniecki, Katolicka etyka wychowawcza, t. II/2, KUL 1986, §80.3, s. 193).

W tej sytuacji szafarzami sakramentu są sami małżonkowie, kapłan jest tylko świadkiem ze strony Kościoła.

Jeśli zaś z ich strony lub nawet tylko jednej występuje jakaś zatajona przeszkoda unieważniająca, wtedy mamy do czynienia z małżeństwem materialnie, nie zaś formalnie, niezależnie od aktów wykonanych zewnętrznie, w obecności kapłana, rodziny i gości.

Taką przeszkodą może być wewnętrzna (zatajona) wola przeciwna wypełnianiu istotnych obowiązków małżeństwa (e.g. sprzeciw wobec przekazania życia potomstwu). Małżeństwa wtedy (formalnie) nie ma.

Jednakże ta wada czyli przeszkoda ze strony braku przyzwolenia może być odjęta. Małżonkowie lub małżonek może niejako „uważnić” swój związek małżeński, który bez tego pozostaje nieważny. Innym wyjściem jest zewnętrzne odkrycie tej przeszkody i orzeczenie kompetentnej w tej materii władzy, jaką jest Kościół. Mamy wówczas do czynienia ze stwierdzeniem nieważności takiego małżeństwa.

Sytuacja jest analogiczna w sytuacji papiestwa. Nie jest to analogia porównująca dwa sakramenta, bowiem papiestwo do nich nie należy, ale analogia mająca za podstawę relację materii do formy i możliwości zajścia między nimi przeszkody uniemożliwiającej otrzymanie przez materię formy, nawet przy zachowaniu wszystkich materialnych warunków.

Otóż, na drodze przyjęcia wyboru ze strony kanonicznych wyborców można postawić przeszkodę unieważniającą, która w pewien sposób może być cofnięta przez samego elekta, albo cofnięty może być sam wybór przez stwierdzenie jego nieważności ze strony kompetentnych w tej materii elektorów, czyli kardynałów. Są tu więc dwie możliwości: usunięcie przeszkody ze strony elekta albo cofnięcie kanonicznego wyboru ze strony kanonicznych elektorów.

Widzieliśmy, że jest coś takiego, jak aspekt materialny papiestwa, ale oczywiście nie jest on dostateczny, aby być Papieżem.

To sama władza papieska, autorytet (auctoritas) jest formą papiestwa. Ten aspekt formalny papiestwa pochodzi od Boga bezpośrednio, jak każda władza (Rzym. XIII, 1). W Kościele wszelka władza zawsze przez Papieża przechodzi na święte kongregacje rzymskie, biskupów, proboszczów, wikarych, etc., ale Papież otrzymuje władzę od samego Boga.

Jest to prawdziwe zarówno co do władzy świeckiej jak i kościelnej (choć, podkreślam, między Kościołem a państwem zachodzi tylko analogia – dziś jednym z największych błędów, zwłaszcza wśród różnych „tradycjonalistów” i „konserwatystów”, jest naturalizm w odniesieniu do Kościoła, pojmowanego na sposób społeczności przyrodzonej, jak państwo). Bowiem i władza świecka aktem ludzkim zostaje wyznaczona, w zależności od ustaw i ustrojów (nikt nie otrzymuje w ten sposób władzy, ale designatus est), pomimo tego iż jej istota wprost od Boga pochodzi.

Dlatego też ani kardynałowie, ani sobór, ani tym bardziej żadna władza świecka nie może odebrać Papieżowi papiestwa. Można co najwyżej stwierdzić jego brak, czyli nieważność wyboru.

Co zaś stanowi istotę władzy papieskiej?

O. Guerard des Lauriers OP uważa owo „bycie z” (fr. „être avec”), tę asystencję Boską czy obcowanie Chrystusa jako istotę papiestwa, aspekt formalny papiestwa, czyli to, co czyni, że Papież jest formalnie Papieżem.

Cała bowiem doktryna Ciała Mistycznego Chrystusa, którym jest Kościół, sprowadza się do tego właśnie obcowania Chrystusa ze swymi członkami, z których pierwszym jest jego Wikariusz, widzialna Głowa Kościoła na ziemi. Podobnie, jak Chrystus posłany przez Ojca zawsze „jest na łonie Ojca” (św. Jana I, 18), tak też i Kościół, posłany przez Chrystusa, pozostaje zawsze w Chrystusie. Chrystus zawsze jest obecny w swym Kościele, w którym i przez który działa. Pan Jezus „jest ze” swym Kościołem w spełnianiu właściwej misji, którą mu powierzył:

„Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem. A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.” (św. Mat. XXVIII, 19-20).

Tyczy się to primo et principaliter Papieża, bowiem Papież to Kościół, Kościół to Papież (jakże ta podstawowa prawda wiary jest dziś zachwiana w umysłach wielu katolików pod wpływem lefebryzmu i różnych liberalnych prądów).

Widzimy natomiast, że Chrystus nie jest z Bergoglio (a wcześniej z Montinim, Lucianim, Wojtyłą, Ratzingerem), a on nie jest z Chrystusem, w nauczaniu, w rządzeniu, w uświęcaniu Kościoła, w misji zbawczej powierzonej Kościołowi przez Chrystusa. Papież jest Głową widzialną Mistycznego Ciała Chrystusa, zaś Chrystus jego Głową niewidzialną. Jednorodzony Syn Boży, Król królów i Pan panów, przeto uświęca, naucza, rządzi Kościołem za pośrednictwem swego Wikariusza na ziemi, który z tejże racji jest jedną osobą moralną z Chrystusem.

Z jednej strony nie ma orzeczenia prawnego, że Montini, Luciani, Wojtyła, Ratzinger czy Bergoglio nie zostali ważnie wybrani. Póki nie ma tego rodzaju posiadających cechy pewności dowodów, jako że wybór Papieża jest aktem prawnym, mamy uznawać ów wybór i wskutek tego nikt inny nie ma prawa do tego tytułu (tu leży głębokie uzasadnienie aspektu radykalnie antykonklawistycznego tezy z Cassiciacum i jej zwolenników).

Przeszkoda zatem musi leżeć gdzie indziej, czyli w samej osobie elekta. Przejawia się ona bowiem na zewnątrz („po owocach ich poznacie”) w wyrażonym braku habitualnej (stałej) intencji czy woli zabiegania od dobro wspólne społeczności, na której się jest czele. W klasycznej filozofii politycznej (arystotelesowsko-tomistycznej, chrześcijańskiej, nieważne, jak ją nazywać) władza rządzi dla dobra wspólnego, jej fundamentalna prawowitość od tego jest zależna. Oczywiście, między społecznością doskonałą świecką (państwem), a społecznością doskonałą nadprzyrodzoną (Kościołem) zachodzi, jak powiedziałem analogia, ale w faktach, w porządku intencji obiektywnej, i tu i tu władza musi mieć ustawiczną (habitualną) intencję rządzenia, zabiegania o dobro wspólne. W Kościele tym dobrem wspólnym jest: chwała Boga i zbawienie dusz.

Utrzymywanie, że ta władza, która „promulgowała” nową „mszę”, soborowe doktryny wcześniej potępione przez Kościół, dzień w dzień praktykuje ekumenizm i inne rzeczy obrzydliwe w oczach Pana, że ta władza faktyczna (de facto) jest władzą prawowitą (de iure), że tę władzę należy nawracać (na „Tradycję”, etc.) jest bluźnierstwem przeciwko Chrystusowi, jest czymś nie do utrzymania przez katolika.

Te wszystkie błędy i aberracje nie mogą pochodzić od Chrystusa, nie mogą pochodzić od Kościoła. To wszystko jest nie do pogodzenia z habitualną intencją troszczenia się o dobro wspólne Kościoła. I to właśnie stanowi ów obex, ową wewnętrzną przeszkodę na drodze otrzymania od Chrystusa autorytetu przeznaczonego do zabiegania o dobro wspólne Kościoła, to vitium, wadę, w całym procederze.

Brak formy papiestwa przy obecności materii stanowi treść tezy z Cassiciacum. To właśnie oznacza zdanie o. Guerard des Lauriers: papa materialiter, sed non formaliter. Nie oznacza to jednak, że taki Ratzinger czy Bergoglio jest po części czy „w połowie papieżem”, gdyż formy i materii nie można rozumieć ilościowo czy materialnie, ale jako zasady bytu, co wyjaśnione zostało wyżej. Nawet dominikanie z Avrillé, którzy podobno studiują Sumę teologiczną i inne pisma św. Tomasza, dają wyraz swemu niezrozumieniu tych podstawowych pojęć filozofii arystotelesowsko-tomistycznej (cf. „Sodalitium” nr 52 wydania francuskojęzycznego, s. 19, nr 53 włoskojęzycznego, s. 9). Człowiek się zastanawia, czego się tam ich uczy…

Mamy tu jednakże do czynienia z czymś nienaturalnie rozdzielonym, czymś w pewien sposób wbrew naturze, podobnie jak z ciałem ludzkim pozbawionym duszy i dlatego też o. Guerard des Lauriers nazywał kard. Montiniego „zwłokami papieża” (np. w znanym kazaniu w paryskim kościele św. Mikołaja, po którym nie zapraszano go tam więcej).

Teza ta została obmyślona po to, żeby wyjaśnić brak władzy papieskiej u faktycznych okupantów Watykanu. Dopiero z czasem (kilka lat po jej ogłoszeniu) został rozwinięty sam argument o ciągłości materialnej na rzymskiej stolicy, bowiem władza obierania piastuna władzy jest formalnie różna od władzy rządzenia (co mylą wszyscy zwolennicy „suwerenności ludu”, j.w.). W ten sposób jednakże wyjaśnienie problemu autorytetu w Kościele zachowuje ciągłość materialną na Stolicy Apostolskiej przez ważny wybór ze strony kanonicznych elektorów, co daje tytuł do urzędu, póki nie ma dowodów przeciwnych, „jusqu’à la preuve du contraire”, jak mawiał o. Guerard des Lauriers. Jednocześnie jej modernistyczni okupanci nie posiadają władzy papieskiej, formalnie nie są Papieżami i dlatego nie wolno ich traktować jak Papieży (wymieniać w kanonie Mszy, być im posłusznym, pertraktować z nimi w celu uzyskania „kanonicznego” zatwierdzenia – dominikański teolog zawsze był przeciwny dyskusjom abpa Lefebvre’a z modernistami, które dowodziły obiektywnej dwulicowości stanowiska lefebrystycznego).

Jak już pisałem, stanowisko to formalnie się zgadza ze stanowiskiem sedewakantystycznym simpliciter: Papieżem nie jest ten, który jest tylko materialnie „papieżem”, a że ludzie nie rozumieją wyrażenia Papa materialiter, ze względu na prostych ludzi, uważam, że powinno się raczej pisać w takiej sytuacji „papież” w cudzysłowie, przynajmniej pisząc w języku pospolitym. W każdym razie rozpoczynanie roztrząsania tezy wobec maluczkich od słów „papież materialnie” uważam za chybione.

Uwagi końcowe

Jeszcze pozwolę sobie na dwie uwagi, jedną o kanonicznych elektorach Papieża, a drugą o herezji jako przeszkodzie ważnego wyboru Papieża, czyli dwa częste zarzuty wobec tezy ze strony sedewakantystów nie przyjmujących jej.

Teologowie nauczają, że gdy chodzi o wyborców Papieża, nawet gdy mamy do czynienia z wadą formy (gdy brak pewności co do tytułu do prawa wyborczego biernego), jako że ci wyborcy konieczni są do wyboru Papieża i ciągłości Kościoła hierarchicznego, owa wada formy jest uchylana dla celów ważnego konklawe. Obecni kardynałowie są zatem prawowitymi elektorami Papieża, nawet jeśli nie uczestniczą we władzy Chrystusowej w takim zakresie, w jakim im na to pozwala kardynalat (tym bardziej, że nie ma Papieża). Jest to nieodzowne dla zachowania ciągłości, przynajmniej materialnej, na Stolicy Apostolskiej, jest to nieodzowne wręcz dla samego ustroju Kościoła i jego trwania w czasie.

Zwolennicy tezy z Cassiciacum zauważają, że w całej tej argumentacji stojącej za stwierdzeniem braku autorytetu u faktycznych okupantów Watykanu powoływanie się na opinie teologów co do utraty urzędu z powodu herezji czy apostazji nie jest konieczne. Zresztą, ten tok dowodzenia nie posiada znamion pewności, ponieważ w tej materii, która jak widzieliśmy, należy do dziedziny prawa kościelnego, nie ma w chwili obecnej obowiązujących ustaw kanonicznych.

Ponadto, zewnętrzna (materialna) herezja nie jest wystarczająca. Herezja materialna jest zdaniem przeciwnym wierze, formalna zawiera element uporczywości, mający swą siedzibę w woli, przeciwko nauczaniu Kościoła. Ich herezji w słowie i czynie brak formy, wyraźnej woli sprzeciwiania się nauczaniu Kościoła z ich strony. Stwierdzenie tego jest tym trudniejsze, że oni sami uważają się za żywe magisterium Kościoła, za urząd nauczycielski, który „trwa w następcach św. Piotra”, zatem jak mają się sprzeciwiać temu magisterium żywemu, które jedyne ma prawo zobowiązywać, wytaczać procesy kanoniczne, stwierdzać to czy tamto jako obowiązujące katolików w sumieniu? To pomieszanie między doktryną heretycką a herezją formalną stanowi główny błąd sedewakantystycznych przeciwników tezy z Cassiciacum. Stanowisko to, według którego obecni okupanci Watykanu nie mają nawet ważnych tytułów do urzędu Papieża z racji herezji (formalnej) czy apostazji (formalnej), nie posiada zatem cech ścisłej pewności czy konieczności.

Natomiast sedewakantystyczne rozwiązanie w postaci tezy z Cassiciacum zachowuje zarówno wszystkie znamiona Kościoła (włącznie z apostolskością, za pośrednictwem ciągłości materialnej na Stolicy Rzymskiej), jak i te prawdy wiary, którym zaprzeczać muszą, choćby pośrednio, wszyscy zwolennicy „papiestwa” Bergoglio i jego nieszczęsnej pamięci modernistycznych poprzedników. Stwierdza nieprawowitość ich władzy, pociąga za sobą wszystkie tego stwierdzenia konsekwencje, ale zachowuje zgodną z wiarą i rozumem możność przywrócenia prawowitej władzy w Kościele. Wszelkie aparycjonistyczne koncepcje (nie tylko niektórych sedewakantystów!) same w sobie nie ostają się wobec kanonicznych uwarunkowań koniecznych dla zachowania ciągłości apostolskiej w Kościele, chyba że w połączeniu z nimi (na co zwrócił uwagę x. Ricossa wyciągając logiczne wnioski ze zdań x. Grossin, przeciwnika tezy, cf. „Sodalitium”, nr 55 edycji francuskojęzycznej, s. 29).

Choć sessio, czyli zasiadanie na stolicach biskupich (z rzymską włącznie) jest w tej chwili nienaturalnie (ale jest) oderwane od misji zbawczej Kościoła, niemniej jednak owa missio głoszenia Ewangelii aż po krańce ziemi, sprawowania sakramentów (ważnych!) pozostaje u tych, którzy zachowują wiarę świętą, niezmienną, apostolską, pomimo trudności, jakie to pociąga za sobą w naszych czasach katolicyzmu liberalnego i ugodowego oraz szerzącej się apostazji. Wiemy jednak, że Kościół ma trwać aż do skończenia świata i to stanowi fundament naszej niezachwianej nadziei w tej walce z mocami ciemności, która po ludzku wydaje się być przegrana. Jednakże non praevalebunt!

Pelagiusz z Asturii

Dla zainteresowanych tematem, oto najważniejsze i wybrane materiały omawiające tezę z Cassiciacum:

Wywiad z o. Guérard des Lauriers OP z maja 1987, który pojawił się po raz pierwszy w numerze 13 pisma „Sodalitium”. Został opublikowany także w Collana Cassiciacum, tom II. „Le problème de l’autorité et de l’épiscopat dans l’Eglise. Avec des textes de Mgr Guérard des Lauriers” („Problem autorytetu i biskupstwa w Kościele. Z tekstami biskupa Guérard des Lauriers”), Centro Librario Sodalitium, Verrua Savoia (Włochy) 2006, ss. 31-57.

Bp Donald J. Sanborn, „Wyjaśnienie tezy biskupa Guerard des Lauriers” – jest to najprostszy i najkrótszy wykład tezy opracowany przez duchownego

X. Bernard Lucien, „La situation actuelle de l’autorité dans l’Église: la thèse de Cassiciacum»”, wyd. Association Saint-Herménégilde, 1985 (wydane po francusku, tu tłumaczenie na j. angielski) – według mnie (i nie tylko) najbardziej systematyczne opracowanie tezy przez wieloletniego bliskiego współpracownika o. Guérard des Lauriers i redaktora „Zeszytów z Cassiciacum”, w których po raz pierwszy pojawiło się opracowanie tezy autorstwa francuskiego dominikanina

Bp Donald J. Sanborn, „De papatu materiali” (pars I po łacinie, pars II po łacinie, tu cz. II po angielsku, a tu po polsku) – to jest prawdziwy traktat teologiczny, niedostępny raczej dla przeciętnego czytelnika Internetu

Sześć „Zeszytów Cassiciacum”, które można ściągnąć na stronie Ligi św. Amadeusza (stowarzyszenie katolików świeckich w Szwajcarii), na której to stronie znajduje się ich analityczne streszczenie

A także, oczywiście, pismo „Sodalitium”, wydawane od połowy lat osiemdziesiątych przez Instytut Matki Dobrej Rady, który za swoje stanowisko teologiczne przyjmuje tezę z Cassiciacum. Archiwalne numery pisma można ściągnąć ze strony Instytutu: po włosku i po francusku. Oto niektóre numery, które zawierają artykuły traktujące o omawianej tezie:

„Sodalitium” nr 44, wydanie francuskojęzyczne z lipca 1997 roku (cały ten „numer specjalny” poświęcony jest tezie z Cassiciacum)

„Sodalitium” nr 46, wydanie włoskojęzyczne z grudnia 1997 roku (jeden artykuł na temat tezy, ten sam, co w nrze 44 wydania francuskojęzycznego)

„Sodalitium” nr 52, wydanie francuskojęzyczne ze stycznia 2002, nr 53 wydania włoskojęzycznego z grudnia 2001 (m.in. odpowiedź na „mały katechizm o sedewakantyźmie” dominikanów z Avrillé)

„Sodalitium” nr 55, wydanie francuskojęzyczne z listopada 2003 roku, nr 56 wydania włoskojęzycznego (kilka artykułów, dwa z nich zostały przetłumaczone na język polski: „Odpowiedź na dossier o sedewakantyźmie”, w pięciu częściach, oraz tekst polemiczny z lefebrystami i absolutnymi sedewakantystami)

„Sodalitium” nr 61, wydanie francuskojęzyczne z lipca 2008 roku (ciekawa obiekcja i odpowiedź o. Guérard des Lauriers wyjęta z „Zeszytów z Cassiciacum” – przetłumaczona tutaj)

„Sodalitium” nr 63, wydanie francuskojęzyczne z lipca 2010 roku (artykuł o „tradycjonaliźmie teologicznym” – tłumaczenie polskie ze wstępem o naturze teologii)

„Sodalitium” nr 64, wydanie francuskojęzyczne z kwietnia 2012 roku

„Sodalitium” nr 67, wydanie włoskojęzyczne z grudnia 2015, nr 66 wydania francuskojęzycznego (artykuł x. Ricossy „Papież, papiestwo i Sede vacante w tekście św. Antonina i w myśli o. Guérard des Lauriers”)

Inne teksty:

Sprostowanie kilku błędnych pojęć o tezie z Cassiciacum, które pojawiły się po polsku w Internecie. Inne teksty na naszej stronie poruszające tezę lub odpowiadające na zarzuty przeciwko tezie znajdują się w dziale „Teza z Cassiciacum”.

Ale istnieją także wykłady, w których duchowni i świeccy omawiają tezę. Na przykład:

Wywiad z x. Franciszkiem Ricossą z 7 sierpnia 2007 roku: obecna sytuacja w Kościele i teza z Cassiciacum (po włosku).

X. Franciszek Ricossa, na dorocznym sympozjum w Modenie, „Giornata per la Regalità sociale di Gesu Cristo”, 8 X 2012, w trzecim wykładzie dnia zatytułowanym „Wyznanie wiary 50 lat po soborze” (po włosku) w sposób bardzo przystępny omawia stanowisko teologiczne instytutu, którego jest przełożonym.

X. Franciszek Ricossa, trzy wykłady wygłoszone w Paryżu 30 listopada 2014 roku, sympozjum pt. „Teza z Cassiciacum wczoraj i dziś, Kościół w czasach Jerzego Marii Bergoglio”, część I, część II, część III (po francusku).

Te same trzy wykłady, ale po włosku, wygłoszone podczas XIII sympozjum „Studiów Albertariańskich” w Mediolanie, 15 listopada 2014 roku: część I, część II, część III.

– – –

Tekst pierwotnie pojawił się na blogu Pelagiusza z Asturii. Aktualizacja źródeł, zwłaszcza tłumaczeń tekstów na język polski, dla „Myśli Katolickiej”.

Wtargnięcie policji do klasztoru! Nie możemy na to pozwolić !!

Czas na natychmiastową dymisję Adama Bodnara! 

Wtargnięcie policji do klasztoru! Czy możemy na to pozwolić?

„Filip Marinov, CitizenGO” <petycje@citizengo.org>

To, co wydarzyło się w Lublinie, przerasta wszelkie wyobrażenia.

Sześciu zamaskowanych funkcjonariuszy szturmujących na polecenie prokuratury klasztor dominikanów – wdzierających się na teren poświęcony modlitwie i kontemplacji. Ich rzekomy cel? Były wiceminister Marcin Romanowski, który w rzeczywistości przebywał na Węgrzech, gdzie otrzymał azyl polityczny.

Taki pokaz siły nie jest jednorazowym incydentem. Za rządów ministra sprawiedliwości Adama Bodnara nadużycia władzy powtarzają się coraz częściej. 

Przypomnij sobie sprawę księdza Olszewskiego: przez siedem miesięcy przebywał w areszcie, mimo że nie przedstawiono przeciwko niemu żadnych wiarygodnych dowodów. Jego jedyną „winą” były bezpodstawne oskarżenia.

Te działania nie mają nic wspólnego z demokratycznym państwem prawa. Bardziej przypominają metody komunistycznego reżimu, który opierał się na ucisku i przemocy. 

Nalot na klasztor to rażące naruszenie, którego nie wolno tolerować w żadnym cywilizowanym społeczeństwie. Święte miejsca są bezczeszczone, a sprawiedliwość sprowadzana do roli narzędzia politycznego nacisku.

Czas ucieka. Teraz jest nasza szansa, aby zażądać rozliczenia winnych i bronić tego, co święte i sprawiedliwe.

Podpisz petycję, w której wzywamy Premiera RP, Donalda Tuska do odwołania Adama Bodnara z funkcji Ministra Sprawiedliwości. 

Żaden z zakonników w dominikańskim klasztorze nie zetknął się nigdy z Marcinem Romanowskim. Mimo to uzbrojeni funkcjonariusze przeszukali klasztorne cele i kaplicę, naruszając przestrzeń modlitwy i spokoju – wszystko bez cienia wiarygodnych dowodów.

Wyobraź sobie, że poprzednio do podobnej akcji doszło tutaj w czasie II wojny światowej.

To przerażające przypomnienie, że historia wciąż ostrzega nas przed skutkami niekontrolowanej władzy i wzywa do natychmiastowej reakcji, zanim takie policyjne „interwencje” staną się normą.

Rząd Donalda Tuska po raz kolejny łamie prawo i depcze nasze święte wartości. Tak właśnie wygląda ich „przywracanie rządów prawa”.

Musimy jasno pokazać, że nie pozwolimy na naruszanie świętych miejsc i domów modlitwy. Każdy z nas ma prawo do wolności i szacunku dla przestrzeni duchowej – nie pozwólmy, by te fundamenty były lekceważone.

Dołącz do nas w walce o rozliczenie winnych. Panie Premierze, nadszedł czas na natychmiastową dymisję Adama Bodnara! 

Jeżeli się w tej sprawie nie zjednoczymy, pozwolimy na stworzenie niebezpiecznego precedensu, w którym świętość religii i prawa konstytucyjne będą mogły być naruszane bez żadnych konsekwencji, narażając tym samym inne instytucje religijne oraz obywatelskie na podobne nadużycia.

Jeżeli bodnarowcy mogą nasłać policję na klasztor bez dowodów i uzasadnienia, to co ich powstrzyma przed przeszukaniem twojego domu pod równie fałszywym pretekstem?

Minister Bodnar musi odpowiedzieć za swoje działania. Jeśli presja opinii publicznej będzie wystarczająco silna i trwała, premier Tusk nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko zareagować.

To przełomowy moment: w Polsce trwa kampania prezydencka, a kandydat Tuska, Rafał Trzaskowski, ryzykuje utratę dużej części społecznego poparcia, jeśli takie postępowanie zostanie zignorowane.

Dlatego musimy działać już teraz – z pełną determinacją. 

Każdy głos, każdy podpis i każde działanie mają ogromne znaczenie. Wspólnie możemy przywrócić sprawiedliwość i zapobiec kolejnym nadużyciom władzy.

Zażądaj od premiera Donalda Tuska natychmiastowej dymisji Adama Bodnara, podpisując naszą pilną petycję! 

Dziękuję za Twoją determinację w walce o sprawiedliwość,

Filip Marinov z całym zespołem CitizenGO

===========================

PS To nie jest tylko sprawa bezpieczeństwa dominikańskich mnichów – chodzi o nas wszystkich, w tym Ciebie, Twoją rodzinę i Twoje dzieci. 

Podpisując petycję, opowiadasz się za wolnością, poszanowaniem świętych miejsc i własnym bezpieczeństwem. Działaj teraz, aby chronić to, co naprawdę ważne! 

Więcej informacji:

Chcieli wszystko załatwić „po cichu” a jest medialny skandal. Prokuratura znowu tłumaczy się z nalotu na klasztor dominikanów

https://pch24.pl/chcieli-wszystko-zalatwic-po-cichu-a-jest-medialny-skandal-prokuratura-znowu-tlumaczy-sie-z-nalotu-na-klasztor-dominikanow

Przeszukanie w klasztorze dominikanów. Policja zabrała głos

https://dorzeczy.pl/kraj/672202/romanowski-i-przeszukanie-w-klasztorze-policja-zabrala-glos.html

Dominikanie będą domagać się wyjaśnień od „bodnarowców”! Przeor: Przeszukania to radykalny środek. Nie znamy pana Romanowskiego

https://wpolityce.pl/kosciol/716987-dominikanie-beda-domagac-sie-wyjasnien-od-bodnarowcow

Dominikanie komentują przeszukanie lubelskiego klasztoru

https://www.niedziela.pl/artykul/108295/Dominikanie-komentuja-przeszukanie-lubelskiego-klasztoru

Komisja Europejska da nam 7 płci do wyboru. Zwariowali, ale bezczelni bandyci.

Komisja Europejska da nam 7 płci do wyboru. Kolejne idiotyczne przepisy, a Polska nie protestuje. Płaczek: Nikt nawet słowem nie wspomniał, że zwariowali

27.12.2024 komisja-europejska-zwariowali

Ursula von der Leyen
Ursula von der Leyen Fot. EPA/YANNIS KOLESIDIS

Komisja Europejska pod rządami Ursuli von der Leyen szykuje „Europejską Tożsamość Cyfrową”. Obywatele państw UE będą wybierać sobie spośród siedmiu płci – dwóch normalnych i pięciu baśniowych. Poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek zwrócił uwagę, że Polska w żaden sposób nie sprzeciwiła się temu pomysłowi.

„Uwaga groźne! Obecnie w Komisji Europejskiej trwają prace nad European Digital Identity (EUDI), czyli Europejską Tożsamością Cyfrową, która ma na celu stworzenie powszechnie dostępnego systemu cyfrowej tożsamości dla obywateli. Komisja Europejska zaproponowała, aby użytkownik (w tym również każdy Polak) na etapie rejestracji w EUDI mógł mieć do wyboru SIEDEM PŁCI” – napisał na X poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek.

Jak czytamy, moglibyśmy wybrać, niczym w klasę w starych grach RPG, płeć „męską; żeńską; inną; między (ang. 'inter’); 5) zróżnicowaną (ang. 'diverse’); 6) otwartą (ang. 'open’) i 7) nieznaną”.

„Propozycja siedmiu płci (tzw. atrybutów określających płeć użytkowników) została zawarta w projekcie Rozporządzenia z 12.08.2024 r. [Ares(2024)5786783]” – podkreślił Grzegorz Płaczek.

„W odpowiedzi (podpisanej przez Sekretarza Stanu w Ministerstwie Cyfryzacji – BM.WP.056.32.2024) na moją interwencję poselską w tej kwestii, otrzymałem informację, iż Polska przekazała Komisji Europejskiej uwagę, iż… 'w przeważającej większości usług płeć nie ma żadnego znaczenia i co więcej, jest daną wrażliwą.’ Ministerstwo Cyfryzacji zasugerowało zatem, aby wybór SIEDMIU płci był uznawany za 'daną opcjonalną’ na terenie unii” – kontynuował poseł Konfederacji.

„Innymi słowy, strona polska NIE ZGŁOSIŁA sprzeciwy w kwestii planowanych SIEDMIU PŁCI, a jedynie… zgłosiła postulat, aby pole wyboru (które może zawierać aż SIEDEM płci), podczas rejestracji w EUDI, było… opcjonalne. Nikt nawet słowem nie wspomniał, że ktoś w Komisji Europejskiej zwariował” – podkreślił poseł Płaczek.

Poseł Płaczek zaznaczył, że ministerstwo cyfryzacji „nie dostrzega problemu, bowiem SIEDEM płci będzie obowiązywało tylko w tych krajach, które… będą chciały je na terenie Unii Europejskiej uwzględniać”.

„I właśnie dokładnie tutaj leży problem! W ten sposób Polska 'nabrała wody w usta’ i dała ciche przyzwolenie, aby takie groźne lewicowe rozwiązanie 'gdzieś’ na terenie Unii Europejskiej mogło zafunkcjonować. Najwyższy czas, aby Polska jasno sprzeciwiała się takim patologicznym planom, a nie tylko wyrażała tchórzliwe stanowisko, że… nie ma potrzeby publicznie pytać w systemie EUDI o płcie! Co za obrzydliwy unik!” – ocenił poseł Konfederacji.

„Ktoś mi podpowie, dokąd jako kraj zmierzamy?” – podsumował Grzegorz Płaczek.

Polacy nie chcą samochodów elektrycznych! Nie kupują.

Powód do dumy, czy wstyd na całą Europę? Polacy nie chcą samochodów elektrycznych!

https://pch24.pl/powod-do-dumy-czy-wstyd-na-cala-europe-polacy-nie-chca-samochodow-elektrycznych

(fot. Pixabay)

„Najnowszy raport Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności nie pozostawia suchej nitki na rynku elektromobilności w Polsce. Udział samochodów elektrycznych w rynku nowych pojazdów osobowych w naszym kraju, wynosi zaledwie 3 proc. To plasuje nas na samym dnie europejskiego zestawienia”, informuje na łamach serwisu Interia.pl Krzysztof Mocek.

W raporcie Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności czytamy, że Polska znajduje się na trzecim od końca miejscu w UE, jeśli chodzi o udział samochodów całkowicie elektrycznych na rynku nowych pojazdów osobowych.

„Wśród głównych powodów słabnącej sprzedaży i niechęci Polaków do samochodów elektrycznych, autorzy raportu wskazują niewystarczające tempo rozbudowy ogólnodostępnej infrastruktury ładowania. (…) Kolejnym i równie istotnym powodem jest cena aut bateryjnych”.

„Obywateli biedniejszych państw niezmiennie nie stać na kupowanie samochodów bateryjnych. W Polsce nowe samochody na prąd właściwie nie trafiają w prywatne ręce”, podkreślają autorzy raportu.

Według Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności, aby zmienić ten stan rzeczy rząd w Warszawie musi wspierać rozwój elektromobilności. „Bez potężnych środków finansowych przeznaczonych na dopłaty, rozwój infrastruktury ładowania oraz przebudowę całego systemu energetycznego Polski, wciąż w większości opartego na węglu, nie ma szans, by auta na baterie stanowiły konkurencję dla samochodów spalinowych, czytamy.

Źródło: Interia.pl TG

Niedziela. Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy.

29.12.24 Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy

27/12/2024 antyk2013

Zapraszamy 29 grudnia, niedziela, na 98 Pokutny Marsz Różańcowy, który przejdzie ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Msza Święta w intencji Ojczyzny zostanie odprawiona w katedrze siedleckiej o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. Szczegóły na plakacie.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło