Gdyby nie unijne opłaty, mielibyśmy najtańszy prąd w Europie. A tak…mamy Kloskę

Gdyby nie unijne opłaty, mielibyśmy najtańszy prąd w Europie.

A tak czeka nas cenowa apokalipsa

21.03.2025 nczas/gdyby-nie-unijne-oplaty-mielibysmy-najtanszy-prad-w-europie

Elektrownia Bełchatów.
Elektrownia Bełchatów. / Fot. PAP

Polska Izba Gospodarcza Sprzedawców Węgla (PIGSW) stwierdziła, że „gdyby nie opłaty ETS moglibyśmy mieć praktycznie najtańszy prąd w Europie, z opłatami ETS mamy niemal najdroższy”.

Z opublikowanego w ubiegłym tygodniu raportu PIGSW wynika jasno, że powodem drożyzny energetycznej, która bezpośrednio uderza w Polaków i będzie uderzać coraz mocniej nie jest jakiś „kryzys energetyczny”. Powodem jest unijny system ETS.

PIGSW w swoim raporcie powołuje się na informacje analityków Biura Maklerskiego Pekao SA.

„Koszty emisji CO2 stanowią od 59 proc. (stare bloki na węgiel kamienny) do 68 proc. (bloki na węgiel brunatny) kosztów wytwarzania energii elektrycznej” – czytamy.

„W przypadku gazu koszty emisji CO2 to 25 proc. ceny wytwarzania energii elektrycznej, jednak sam gaz jest o ponad 80 proc. droższy od węgla, co finalnie daje zbliżoną cenę energii elektrycznej wynoszącą ponad 400zł/MWh. Warto zauważyć, że koszt wytworzenia jednej megawatogodziny energii po odliczeniu opłaty emisyjnej dla węgla kamiennego wynosi jedynie od 133 zł (nowe bloki węglowe) do 181 zł (stare bloki węglowe). W przypadku węgla brunatnego koszt wytworzenia jednej megawatogodziny energii to jedynie 138 zł” – podaje PIGSW.

Nowy system handlu emisjami ETS2, który ma zacząć obowiązywać już od 2027 roku obejmie także sektor transportu i budownictwa. Nałożony zostanie dodatkowy haracz do zapłaty pod pretekstem emisji CO2.

Średnie gospodarstwo domowe emituje rocznie około 6 ton CO2. Oznacza to dodatkowy koszt 1,2 tys. zł w skali roku na gospodarstwo.

„Dla przeciętnej polskiej rodziny (statystycznie średniej na bazie danych GUS) skumulowany dodatkowy koszt ETS2 w przypadku ogrzewania gazem wyniesie w latach 2027–2030: 6 338 zł, a w latach 2027–2035: 24 018 zł. W przypadku wykorzystania węgla będzie to odpowiednio 10 311 zł i 39 074 zł. Aby pokryć dodatkowe koszty związane z ETS2 przeciętna polska rodzina w 2027 roku w przypadku ogrzewania gazem będzie musiała wydać równowartość 45 proc. (w 2030 r. – 82 proc.) miesięcznego minimalnego wynagrodzenia, a w przypadku ogrzewania węglem 73 proc. (w 2030 r. – 134 proc.)” – wyliczono w raporcie „Analiza wpływu ETS2 na koszty życia Polaków”.

Warto zauważyć, że oznaczać to będzie w przypadku najuboższych rodzin, że na samo ogrzewanie wydana zostanie ponad jedna pensja minimalna. I to nie z powodu braku możliwości, tylko z powodu klimatycznej ideologii.

ETS2 związane jest z unijnym pakietem Fit for 55. Zakłada on ograniczenie emisyjności CO2 o co najmniej 55 proc. do 2030 roku w stosunku do poziomu z 1990 roku.

Führer Niemiec – Friedrich Merz – w szale wojennym i zakupowym. Ile to jest 1,7 biliona?

Führer Niemiec – Friedrich Merz – w szale wojennym i zakupowym – ile to jest 1,7 biliona?

Po ponad 80 latach Niemcy znów mają Führera, który w niczym nie ustępuje staremu pod względem kłamstwa i megalomanii, wydając jednocześnie kwoty, które dla większości ludzi są niewyobrażalne

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 21

Wstęp

Wczoraj przeczytałem w Internecie następujące słowa – niestety bez podania autora: Coś takiego jeszcze się nie zdarzyło: człowiek, który nie został jeszcze wybrany na kanclerza, a mimo to negocjuje największe zadłużenie w historii Republiki Federalnej Niemiec z partiami, które przegrały wybory, w Bundestagu, który już dawno został rozwiązany.

Gdybyś 10 lat temu opisał Niemcowi obecne zachowanie Friedricha Merza, uznano by cię za niepoczytalnego i umieszczono w klinice bez wzbudzania żadnego zamieszania.

Friedrich Merz, który odmawia utworzenia koalicji z AFD, ponieważ oskarża ich o prawicowy ekstremizm, przygotowuje Niemcy do wojny z Rosją. AFD chce pokoju z Rosją, Rosja szuka pokoju, Amerykanie chcą pokoju, a Merz sprzeciwia się wszystkim, którzy szukają pokoju.

W tym tygodniu Handelsblatt poinformował, że można wydać do 1,7 biliona. Ten artykuł udowodni, że ten plan to szaleństwo, po prostu przedstawiając tę ​​astronomiczną liczbę w perspektywie dla zwykłych ludzi.

Ile to jest bilion sekund?

Uważam, że niewiele osób jest w stanie określić wielkość tej liczby.

Spróbujmy:

Ile czasu upływa w ciągu miliona sekund? – Prawidłowo, 12 dni

Ile czasu upływa w bilionie sekund? – Pomylisz się, jeśli powiesz kilka lat. To dokładnie 31 709 lat. To rzeczywiście dawno temu. Ziemię zamieszkiwały tygrysy szablozębne i mamuty włochate, miała miejsce ostatnia epoka lodowcowa. Rzym został założony dopiero dobre 28 000 lat później.

Zakładam, że wszyscy czytelnicy są w pewnym sensie przytłoczeni faktem, że bilion to tak dużo.

1,7 biliona dolarów

Obecny dług Niemiec na szczeblu federalnym

Na dzień 30 czerwca dług federalny Niemiec wynosił 1,621 biliona – czyli 1621 miliardów euro. Odpowiada to stosunkowi długu publicznego do produktu krajowego brutto wynoszącemu 62,4%.

1,7 biliona dolarów to sto razy więcej, niż wszystkie spółki indeksu DAX razem wzięte zarobiły w 2023 roku.

Friedrich Merz podwoi ten dług. Doprowadziłoby to do wskaźnika zadłużenia wynoszącego 125% – co umieściłoby kraj w sąsiedztwie Grecji (158%) .

Dodatkowe obciążenie odsetkami

Dodatkowe obciążenie odsetkami od kwoty 1,7 biliona euro wyniesie 47,6 miliarda euro rocznie, jeśli do obliczeń zostanie użyta obecna stopa oprocentowania 10-letnich niemieckich obligacji skarbowych wynosząca 2,8%.

Łączny zysk Volkswagena, Mercedesa-Benza i BMW wyniósł w 2024 r. 29,2 mld euro. Niemieckie koncerny motoryzacyjne nie byłyby więc w stanie zapłacić odsetek od tego szaleństwa, gdyby wszystkie swoje zyski wysyłały do ​​Berlina.

Nie ma szans na spłatę tego długu

W 2024 r. Niemcy zebrały podatki dochodowe w wysokości 181,95 mld euro na szczeblu federalnym. Oznacza to, że przez prawie 10 lat 100% całkowitych podatków dochodowych musiałoby zostać wydane na spłatę 1700 mld euro.

Wniosek

Nawet nie wspominając, że działania Friedricha Merza są więcej niż prawnie wątpliwe, już z kwoty 1,7 biliona euro jasno wynika, że ​​stracił rozum. Ta bonanza długu doprowadzi byłego mistrza świata eksportu i byłą perłę przemysłu do finansowej ruiny.

Przez wiele lat niemiecka elita polityczna skarżyła się na Rosję, kraj, któremu zawdzięczała tanią energię, dzięki której Niemcy stały się przemysłowym klejnotem świata. Rosja wybaczyła Niemcom, którzy mieli na sumieniu 27 milionów Rosjan; Rosjanie nie zapomnieli o tych okrucieństwach, ale Niemcy, a raczej niemieckie kierownictwo, tak, ponieważ to, co myślą, wybierają lub chcą Niemcy, jest w Germanii ponownie rzeczą przeszłości. Niemcy zwróciły się wówczas władczo przeciwko Chinom, obecnemu klejnotowi przemysłowemu, który w przeciwieństwie do Niemców nie przespał głównych trendów. Na koniec, ale nie mniej ważne, niemieckie kierownictwo ślini się na USA, kolonialnego władcę Niemiec, który dokonał politycznego zwrotu o 180 stopni i teraz dąży do pokoju z Rosją. Dlatego też nie jest w żadnym wypadku niestosowne opisanie zachowania Friedricha Merza jako megalomanii.

Pani Baerbock, która w czasie pełnienia funkcji ministra spraw zagranicznych uczyniła z Niemiec pośmiewisko na arenie międzynarodowej, tuli się do nowego rządu syryjskiego, który składa się z terrorystów. Od około dwóch tygodni w Syrii morduje się cywilów, kobietom i dzieciom odcina się głowy, co jest oczywistą koniecznością na drodze do demokracji. Pani Baerbock wydaje się zgadzać z tym. Nawiasem mówiąc, nie polecam naszym czytelnikom oglądania filmów z tych wydarzeń, których tysiące są zamieszczane w mediach społecznościowych; to koszmary, które pozbawią was snu. Pani Baerbock przelewa 300 milionów euro tym właśnie panom. Pani Baerbock, która wkrótce straci pracę, wydaje się mieć szczególne talenty. Ma zostać nową przewodniczącą Zgromadzenia Ogólnego ONZ .

Zdolna pani Baerbock – nie może to być zasługą wykształcenia, inteligencji ani manier, ale jej poprzedniego zawodu prostytutki

ŹRÓDŁO: sonar21he-fuhrer-of-germany-friedrich-merz-in-a-war-and-spending-frenzy-how-much-is-1-7-trillion

Trump kasuje resort edukacji.

[„Nowacka i Lubnauer na bezrobocie” – może na seks-workerki?? md]

Trump kasuje resort edukacji. „Powinniśmy jak najszybciej zrobić to samo”

21.03.2025 hnczastrump-kasuje-resort-edukacji

Donald Trump podpisał w czwartek rozporządzenie wykonawcze o zlikwidowaniu resortu edukacji. Prezydent de facto pogrzebał ministerstwo – pisze AFP. Ale zapowiadając na konferencji prasowej jego rozmontowanie, oznajmił, że nie ucierpią „uśmiechnięte buźki dzieci”.

Rozporządzenie nakazuje szefowej ministerstwa Lindy McMahon „podjęcie wszelkich niezbędnych kroków w celu ułatwienia zamknięcia Departamentu Edukacji i zwrócenia władzy edukacyjnej amerykańskim stanom, przy jednoczesnym zapewnieniu skutecznego i nieprzerwanego dostarczania niezbędnych świadczeń i programów”. Trump ogłosił wcześniej w czwartek, że zadaniem McMahon jest zlikwidowanie własnego stanowiska.

Pozostałe fundusze resortu nie mogą „promować DEI (Diversity, Equity and Inclusion – co można przetłumaczyć jako Różnorodność, Równość i „Inkluzywność”), ani też ideologii gender”.

Podatnicy nie będą już musieli wydawać dziesiątek miliardów dolarów na progresywne eksperymenty społeczne i przestarzałe programy” – oświadczył Biały Dom, który skrytykował też szkoły za propagowanie „radykalnych, lewicowych” idei w szkołach – relacjonuje AFP.

Trump wielokrotnie wzywał do likwidacji resortu, nazywając go „wielkim oszustwem”. Zaproponował jego zamknięcie w okresie swojej pierwszej prezydentury, ale Kongres nie podjął takich starań. Republikanie od dawna starali się uszczuplić finansowanie i wpływy resortu.

McMahon obiecała, że federalne finansowanie szkół przyznane przez Kongres w celu pomocy okręgom i uczniom o niskich dochodach będzie kontynuowane, utrzymane mają zostać pożyczki studenckie i skodyfikowane usługi dla dzieci niepełnosprawnych, ale amerykańskie media podkreślają w czwartek, że z pewnością wprowadzone przez Trumpa zmiany odbiją się na uczniach szkół w najbiedniejszych okręgach. [Tak, tak, szczególnie tych, co kuleją, biedactwa, na lewą nóżkę md]

Federalne subwencje dla takich placówek czy pomoc dla dzieci mających problemy z nauką staną pod znakiem zapytania.

Trump przyznał w zeszłym miesiącu, że będzie potrzebował poparcia Kongresu. Ministerstwo nie może zostać bowiem zlikwidowane bez przyjęcia ustawy głosami 60 senatorów, podczas gdy Republikanie dysponują w Senacie 53 miejscami.

W minionym tygodniu grupa demokratycznych prokuratorów złożyła pozew sądowy, aby zablokować likwidację resortu oraz zwolnienia prawie połowy jego personelu.

Resort edukacji nadzoruje w USA około 100 tys. szkół publicznych i 34 tys. szkół prywatnych, jakkolwiek ponad 85 proc. finansowania szkół publicznych pochodzi od władz stanowych i lokalnych. Zapewnia m.in. federalne dotacje dla szkół i programów, pensje nauczycieli zajmujących się dziećmi ze specjalnymi potrzebami, finansowanie programów artystycznych oraz wymianę przestarzałej infrastruktury. Nadzoruje również wydatkowanie 1,6 bln dolarów na pożyczki studenckie.

„Nowacka i Lubnauer na bezrobocie”

Do informacji o likwidacji resortu edukacji w USA odnieśli się m.in. poseł Konfederacji Korony Polskiej Roman Fritz oraz polityk Konfederacji Jacek Wilk.

„Wyobrażacie sobie ten wspaniały dzień, gdy urzędasy nie będą mieć wpływu na wychowanie naszych pociech?
Przestaje istnieć @MEN_GOVPL, a @barbaraanowacka i @KLubnauer na bezrobocie!
Dzieci wolne od deprawacji i demoralizacji!
=======

„Trump zlikwidował ministerstwo edukacji.

Można? MOŻNA

Jeśli chcemy podnieść poziom nauczania, powinniśmy jak najszybciej zrobić to samo” – skwitował Jacek Wilk.

Bruno Kahl (szef BND) : Zakończenie wojny na Ukrainie przed 2029 – niekorzystne dla „Europy”. Oburzenie na Ukrainie.

Ostateczna zagłada Ukrainy; identyczny scenariusz jest gotowy dla III RP!

Źródło:rmx/outrage-after-german-intelligence-chief-says-ukraine-war-should-keep-going-for-another-5-years

DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 21

Wojna na Ukrainie pochłonęła już setki tysięcy istnień ludzkich, jednak szef niemieckiego wywiadu przewiduje, że straty będą o wiele większe, a ukraińska opozycja reaguje oburzeniem.

Bruno Kahl, szef Federalnej Służby Wywiadowczej (BND), skomentował to w wywiadzie, mówiąc: „Jeśli wojna na Ukrainie zakończy się wcześniej niż (w 2029 lub 2030 r.), wówczas wszystkie środki (Rosji) – zarówno techniczne, jak i materialne – będą w stanie znacznie wcześniej zagrozić Europie”.

Na Ukrainie ta część wywiadu spotkała się z ostrą krytyką.

Niemiecka gazeta Berliner Zeitung pyta teraz: „Czy wojna będzie prowadzona na plecach Ukrainy?” Być może śmieszne pytanie na ten temat jest już prowadzone na ich plecach przez ostatnie trzy lata.

Gazeta pisze dalej: „Na Ukrainie ten fragment wywołuje emocje. Odczytano w Kijowie: Szef niemieckiego wywiadu publicznie oświadcza, że ​​wojna na Ukrainie nie powinna zakończyć się przed 2029 r. W przeciwnym razie Rosja mogłaby szybciej wykorzystać swoje zasoby, aby zagrozić Europie”.

Innymi słowy, porozumienie pokojowe nie przyniosłoby korzyści Europie, gdyby doszło do niego przed upływem najbliższych pięciu lat. Zamiast tego niemiecki szef sugeruje, że w interesie Europy leży dalsze wysyłanie fal ukraińskich mężczyzn na śmierć na froncie.

Była premier Ukrainy, która nadal pozostaje jednym z najpotężniejszych głosów w kraju, Julia Tymoszenko, zareagowała na wypowiedzi Kahla. Na swojej stronie na Facebooku napisała, że ​​„coś wymknęło się” z ust Kahla, czego Ukraińcy „nie chcieli przyznać” sami przed sobą.

„Czy ktoś postanowił zapłacić za wyczerpanie Rosji w imię bezpieczeństwa w Europie istnieniem Ukrainy i życiem setek tysięcy Ukraińców? Nigdy nie myślałam, że będzie to omawiane tak oficjalnie i otwarcie” – napisała. Następnie wezwała Zełenskiego do natychmiastowego zakończenia wojny i podpisania porozumienia pokojowego.

Jako przewodnicząca opozycyjnego Stowarzyszenia Ojczyzna Tymoszenko [Батьківщина] skarżyła się, że nawet najbliżsi sojusznicy Ukrainy przede wszystkim realizują własne interesy. Wzywa ukraiński parlament do zajęcia się oświadczeniem Kahla.

Oleksij Hontscharenko z Europejskiej Grupy Solidarności również złożył podobne oświadczenie na Telegramie: „Nie za pięć czy dziesięć lat. Zakończmy to. Aby odbudować gospodarkę i rozbudować armię. Ważne jest, aby zachować nasz kraj teraz. Nie musimy nikogo ratować. Musimy ratować siebie”.

Ukraiński politolog Anatolij Oktysjuk powiedział, że wypowiedzi Kahla tylko potwierdzają to, co mówił od jakiegoś czasu. „Oczywiście, negocjacje pokojowe i zakończenie naszej wojny są niekorzystne dla Europy. Czy Ukraińcy powinni walczyć tak długo, jak to możliwe, aby w Europie pozostał spokój?”

W mediach społecznościowych Oktysjuk napisał, że Kahl dopiero teraz szczerze przyznał się do tego, o czym Oktysjuk mówił przez ostatnie dwa lata.

Na Ukrainie rośnie niepokój z powodu ogromnych strat, jakie wojna zbiera wśród ludności ukraińskiej, która przeżywa najgorszy upadek demograficzny w całym świecie ze względu na wysoki wskaźnik śmiertelności, niski wskaźnik urodzeń i ogromną falę emigracji.

Krótko mówiąc, Ukraińcy coraz bardziej walczą o ziemię, która może nie istnieć, gdy wojna się skończy. Już teraz pojawiają się apele ze strony liderów biznesu na Ukrainie, aby importować migrantów z Trzeciego Świata w celu zastąpienia mężczyzn, którzy zostali straceni.

Tymoszenko stała się bardziej otwarta w mediach w ostatnich miesiącach i zaczęła krytykować Zełenskiego. Zełenski jednak nie ma się czego obawiać, ponieważ wybory zostały zawieszone na Ukrainie, dopóki trwa wojna. [g. od niego pajaca, to zależy ! md]

The demographic implosion of Ukraine: Women fleeing Ukraine and finding new partners while men find death at the front.

Demograficzna implozja na Ukrainie: Kobiety uciekają z kraju i znajdują nowych partnerów, podczas gdy mężczyźni giną na froncie.

————

NOWOPOLSKI: W III RP mamy tego “przedsmak” od 30 z górą lat: kobiety do zachodnich burdeli, a mężczyźni na zmywaki!

Polskie Radio „Trujka”: Jak rozmawiać o zdrowiu seksualnym z „osobą partnerską”?

Fundacja Pro-Prawo do życia
 Najlepsza profilaktyka dla zdrowia związanego ze sferą cielesną i seksualną to po prostu przestrzeganie szóstego przykazania.

===========================

A zboczeńcy: Najpierw rozwiązłość a potem HIV – „edukacja zdrowotna” w praktyce

Szanowny Panie Mirosławie! 
Polskie Radio opublikowało wywiad z „edukatorką seksualną” i aktywistką na rzecz wprowadzenia tzw. „edukacji zdrowotnej” do polskich szkół. Płynący z rozmowy przekaz można streścić krótko: współżyj kiedy tylko masz ochotę i z kim masz ochotę. Pamiętaj tylko, aby „dla zdrowia” po zmianie kolejnego partnera seksualnego zrobić badania na HIV, HCV, kiłę, grzybicę i szereg innych chorób.
Najlepszą ochroną przed tego typu chorobami jest przestrzeganie 6 przykazania i wierność w związku małżeńskim. Taka perspektywa w ogóle nie mieści się jednak w głowach „edukatorów seksualnych”. Środowiska te zachęcają najpierw do totalnej rozwiązłości seksualnej, a następnie do „profilaktyki zdrowotnej”, którą ma być nieustanne badanie się na HIV i inne zakażenia intymne.
Właśnie tak rozumianego „zdrowia” będą nauczać już od 1 września, kiedy to nowy przedmiot „edukacja zdrowotna” wejdzie do wszystkich szkół. Trzeba dotrzeć z ostrzeżeniem do kolejnych rodziców!
Kilka dni temu Polskie Radio Trójka wyemitowało program na temat tego: jak nauczyć się rozmawiać o zdrowiu seksualnym z „osobą partnerską”? Gościem rozmowy była Magdalena Ankiersztejn-Bartczak – „edukatorka seksualna”, która działa m.in. na rzecz wprowadzenia do polskich szkół „edukacji zdrowotnej”.

Oto fragment tej rozmowy:

„Choroby przenoszone drogą płciową to nie tylko HIV, kiła czy grzybica: to może być np. WZW typu B i C. Jak nauczyć młodych ludzi, by rozpoczynając aktywność seksualną, były wolne od wstydu, który tak często paraliżował (i paraliżuje wciąż) ich rodziców? – Przede wszystkim otwarcie rozmawiać. Nie chodzi o to, by straszyć, że seks to tylko choroby albo nieplanowana ciąża. Nie! Seks ma być przyjemnością wtedy, kiedy mamy na to ochotę, jesteśmy na to gotowi, kiedy czujemy, że ta druga osoba jest dla nas dobrym partnerem czy partnerką. I bez lęku o te wszystkie sprawy chorobowe. Powinniśmy umieć zadbać przede wszystkim o siebie. Czyli kiedy kończymy relację, robimy sobie badania i to jest dla nas oczywiste. A kiedy wchodzimy w nową relację, to też razem z partnerem idziemy takie badania wykonać: są punkty anonimowego, bezpłatnego badania w kierunku HIV, HCV i kiły.” 

Innymi słowy – „edukatorka seksualna” zachęca odbiorców do tego, aby współżyli kiedy tylko mają na to ochotę i z kim mają na to ochotę. Proszę zwrócić uwagę, że mowa jest przy tym o „osobie partnerskiej”, a nawet nie o „partnerze” lub „partnerce”, gdyż w świetle ideologii LGBT, którą kierują się „edukatorzy seksualni”, dozwolone są wszelkie konfiguracje – homoseksualne, biseksualne, transseksualne itp. „Zdrowie” polega w tym wszystkim na tym, aby po zakończeniu kolejnej takiej relacji seksualnej razem z nową „osobą partnerską” udać się na badania w kierunku HIV, syfilisa, kiły, grzybicy i innych chorób przenoszących się przede wszystkim poprzez kontakty seksualne. 

Warto w tym momencie po raz kolejny przypomnieć fragment wywiadu z seksuologiem Zbigniewem Izdebskim, który z ramienia rządu Tuska został koordynatorem powstania podstawy programowej do przedmiotu „edukacja zdrowotna”. Izdebski zapytany w jednym z wywiadów medialnych, czy to prawda, że przeciętny homoseksualista ma ok. 200 partnerów seksualnych w ciągu życia, odpowiedział:

„Moje badania pokazują, ilu partnerów może mieć, ale nie musi mężczyzna homoseksualny. Mamy tu bowiem też do czynienia z dużymi różnicami indywidualnymi. Tak, około dwustu. W związku ze stylem życia mężczyzn homoseksualnych ta liczba partnerów seksualnych może szokować na tle mężczyzn heteroseksualnych. Ale to jest pewna forma obyczajowości przyjętej w tej grupie.”

Podsumowując: „róbta co chceta” a potem HIV i syfilis – oto recepta na „zdrowie”, która ma być już od 1 września upowszechniana we wszystkich szkołach w Polsce.
 Ktoś mógłby zadać w tym momencie pytanie – a co jeżeli ktoś naprawdę się zarazi, bo przy takim „stylu życia” to przecież bardzo prawdopodobne? W takim przypadku „edukatorzy zdrowotni” rozkładają ręce i nie mają już nic do zaoferowania, oprócz odesłania młodego człowieka na leczenie polegające na długotrwałej terapii i przyjmowaniu rozmaitych preparatów medycznych, często do końca życia. 

Proszę zwrócić uwagę, że to bardzo podobny proces jak w przypadku aktywistów aborcyjnych, którzy są ściśle powiązani z „edukatorami seksualnymi” i aktywistami LGBT. Działalność organizacji aborcyjnych polega przede wszystkim na tym, aby namówić kobietę (zwłaszcza młodą dziewczynę w trudnej sytuacji życiowej) do aborcji. Najlepiej, aby takiej aborcji dokonać za pomocą pigułek poronnych kupionych od aborcjonistów.

 Po zakupie tabletki śmierci i połknięciu jej aborcjoniści przestają się interesować kobietą. Na aborcyjnych grupach dyskusyjnych można znaleźć wiele świadectw i relacji kobiet, które omal nie umarły na skutek komplikacji i powikłań po samodzielnych aborcjach wywołanych w domu pigułkami. Pod tzw. „kliniki aborcyjne” w krajach Zachodu regularnie podjeżdżają karetki i wywożą z nich kobiety z silnym krwotokiem oraz innymi poważnymi dolegliwościami po aborcji. Ale to już aborcjonistów nie interesuje – dla nich najważniejsze jest, aby namówić kobiety do aborcji i kupna pigułek. Podobnie jak „edukatorów seksualnych” interesuje to, aby namówić młodych ludzi do rozwiązłości i eksperymentów seksualnych, a co potem to już nie ich problem. 

Tak właśnie będzie rozumiane „zdrowie”, które już od 1 września tego roku będzie nauczane we wszystkich szkołach w ramach „edukacji zdrowotnej”. To wszystko z prawdziwym zdrowiem nie ma nic wspólnego, gdyż rozmaici „edukatorzy” i aktywiści używają tego terminu w znaczeniu wyłącznie ideologicznym i w oderwaniu od jakiejkolwiek rzeczywistości. Najlepsza profilaktyka dla zdrowia związanego ze sferą cielesną i seksualną to po prostu przestrzeganie 6 przykazania. Taka perspektywa w ogóle nie mieści się jednak w głowach „edukatorów seksualnych” i „zdrowotnych”, ponieważ ideologia LGBT, którą się kierują, nie posiada takich kryteriów jak czystość, wierność i odpowiedzialność. 

Ujawniona przez MEN podstawa programowa do „edukacji zdrowotnej” prezentuje seksualność w całkowitym oderwaniu od małżeństwa i rodziny. Małżeństwo mężczyzny i kobiety jest co najwyżej wymieniane jako jedna z dostępnych możliwości na równi z homoseksualnym związkiem partnerskim, konkubinatem oraz rozmaitymi innymi „typami związków” dwóch lub nawet większej liczby osób jednocześnie. Jednym z zakładanych przez MEN celów „edukacji zdrowotnej” jest wyrobienie w uczniach szacunku do takich „stylów życia”. Podstawa programowa do „edukacji zdrowotnej” słowem nie wspomina również o tym, że współżycie seksualne musi się wiązać z miłością i odpowiedzialnością. Zamiast tego, uczniowie dowiedzą się, że masturbacja w okresie dojrzewania to „norma medyczna”, poznają różne rodzaje „rodzin” i „orientacji seksualnych”, nauczą się argumentować na rzecz „prawa do aborcji” oraz poznają rozmaite formy „aktywności seksualnych”. To wszystko ma doprowadzić do wytworzenia w uczniach konkretnej postawy – postawy moralnego przyzwolenia na rozwiązłość seksualną.
Dlatego za pomocą kolejnych niezależnych kampanii społecznych trzeba docierać do kolejnych Polaków, w szczególności do rodziców, kształtować ich świadomość i mobilizować do działania. Takie działania budzą kolejnych rodziców w całej Polsce, którzy organizują się i zaczynają wspierać się nawzajem, tworząc zdrowe środowisko dla rozwoju i przejmując odpowiedzialność za wychowanie swoich dzieci. Chcemy, aby takich osób było coraz więcej. Niezbędna jest organizacja kolejnych akcji, kampanii i różańców oraz wydruk tysięcy kolejnych broszur, które trafią do rąk Polaków. Potrzebujemy na te działania w najbliższym czasie ok. 15 000 zł.
Proszę Państwa o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Państwa w obecnej sytuacji możliwa, aby dotrzeć do kolejnych rodziców z ostrzeżeniem przed przymusową deprawacją ich dzieci, która pojawi się w szkołach już od 1 września przyszłego roku.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunkuMariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl

Przewodnik po piekle: Kozak

Przewodnik po piekle

Przewodnik po piekle

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/przewodnik-po-piekle

Rok wydania: 2025 Ilość stron: 298

Zarejestruj się i otrzymaj rabat -15%*Promocja dotyczy klientów detalicznych

60 zł

Niniejsza książka jest moim pożegnaniem z szeroko rozumianą publicystyką, którą uprawiałem przez kilka ostatnich lat, a na jej zawartość składają się teksty pisane w roku 2024 i kilku pierwszych miesiącach roku 2025. Jest ona więc z tego powodu, logiczną w rozumieniu technicznym, kontynuacją książek „Rocznik Sadystyczny 2020/2022” i „Wrota Magadanu”. 

Pomieszczone tu teksty są przy tym nie tylko suchym opisem istotnych wydarzeń, ale też mojego ich widzenia i stosunku do nich wyrażanego na gorąco. Moich, niezmiennych przez lata na sprawy najważniejsze, poglądów. To szczególnie ważne dziś, kiedy wiele osób wypowiadających się publicznie, pod wpływem zmiany kierunku politycznego wiatru, przestawia żagle i płynie na fali koniunkturalizmu.

Nie tylko sami pogrążają się przez to w kolejnych kręgach piekła, ale ciągną za sobą ludzi ich słuchających, oglądających i czytających. Stąd też i tytuł tej pozycji, bo choć zaczerpnięty z jednego z rozdziałów, nie tylko przecież odnosi się do opisywanych w nim kwestii, a do całego naszego, jakże krótkiego żywota.

Śmierć dziecka. Zachorowało 30 minut po zastrzykach. Zmarło po następnych 30 minutach.

Nagła śmierć dziecka

20. marca 2025 Ostrzeszów 20.03.2025 nagla-smierc-dziecka

Cały blog jako bezpłatny eBook w formacie pdf.

Najmłodszym przypadkiem był dwumiesięczny chłopiec, który zmarł dzień po otrzymaniu szczepionek przeciwko HIB, rotawirusom i pneumokokom. Dziecko, które zmarło 23 stycznia 2024 r., zachorowało nagle 30 minut po zastrzykach. Asystolia (zatrzymanie pracy serca) wystąpiła w szpitalu 59 minut po szczepieniu. Urywek z dzisiejszego artykułu na tkp.at: Wzrasta liczba zgonów wśród zaszczepionych dzieci. Źródło.

Sanepid może próbować zmusić rodziców do szczepienia dzieci. Sanepid nie odczuje żadnych skutków szczepień – wręcz przeciwnie zastraszy rodziców zmarłego dziecka konsekwencjami szerzenia „dezinformacji”, jeśli zechcą opisać tragiczną historię na niezależnych mediach. Nie medycyna lub związane z nią urzędy, ale rodzice są odpowiedzialni za życie ich dziecka. Niezależnie od tego, czy zdają sobie z tej odpowiedzialności sprawę, czy nie.

Kto ma walczyć o życie i zdrowie dziecka jak nie rodzice? Może ciągle jeszcze polegacie na dobrej woli Ministerstwa Zdrowia, Izb Lekarskich i Sanepidu? Wola owszem jest, ale czy dobra? Pokazała nam epoka wielkiej, zakłamanej korony, jak można na nich polegać. Zakaz wstępu do lasu z pewnością stymulował nasze zdrowie. Ci urzędnicy, podobnie jak polscy politycy – obojętne czy z PiS-u, PO czy którejkolwiek z rządzących partii, są zaprzedani siłom globalistycznym i reprezentują w Polsce interesy z Davos. Poniższy film naturalnie, że pokazuje z przesadą tendencje władzy, ale czy jest aż tak bardzo nierealny?

„Dobrowolne” szczepienia.
Firma Boosta chętnie cię zawiezie do punktu szczepień.
Źródło: Telegram 10.12.2022 r. 12:41.

Cóż więc możemy zrobi? W majowych wyborach prezydenckich kandyduje tylko jedna osoba, która jest zagrożeniem dla globalistów. Wszyscy inni zostaną przez nich zaaprobowani, bo to są ich ludzie. Pomyślcie, który z nich jest solą w oku urzędników wielbiących zielony ład? Jest tylko jeden taki kandydat, który swoim ruchem gaśnicowym przekonuje coraz więcej Polaków, że warto walczyć o nasze, Polskie interesy.

Konopie indyjskie mają 34 elementy leczące raka i nie są zatwierdzone przez FDA.
Chemioterapia bazuje na zatruwaniu ludzi gazem musztardowym i jest zatwierdzona przez FDA.

Niech to do ciebie dotrze.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

COVID odszedł, „Komunia na rękę” została… Bugninim się… przypomina

COVID odszedł, „Komunia na rękę” została. To znak egalitarnej rewolucji w Kościele  

pch/covid-odszedl-komunia-na-reke-zostala

Czasy „pandemii” wszystkim nam utkwiły głęboko w pamięci. Wizyty w kościele w tym okresie należały do szczególnie „symptomatycznych”. Z jednej strony świątynie świeciły pustkami – ale z drugiej sama liturgia naznaczona była „sanitarną” specyfiką. Dotknęła ona i tego, co dla nas najświętsze – Ciała Chrystusa. W czasach obostrzeń zalecono w końcu rozdawanie Komunii na rękę. Obłęd „lockdownu” przeminął, ale ta praktyka została z polskimi katolikami na dobre. Była, widać, czymś więcej, niż „mądrością etapu”. Wszak do obrońców Komunii na rękę należał sam współtwórca „reformy liturgicznej” – abp Annibale Bugnini. Duchowny ten dostrzegał specyficzne „zapotrzebowanie” na zmieniony sposób komunikowania, w którym to sam wierny kładzie Ciało pańskie w swoje usta.

Komunia na rękę: odporna na uwagi wiernych, biskupów… i papieża   

Już na początku „pandemii” koronawirusa polski episkopat wpadł na pomysł, aby w tych okolicznościach zachęcić do częstszego udzielania Komunii w postawie stojącej na rękę. W ramach przeciwdziałania zarażeniom abp Stanisław Gądecki apelował, by instruować wiernych o możliwości przystępowania w ten sposób do Eucharystii. Ówczesny przewodniczący KEP wydał komunikat w tej sprawie jeszcze nim nad Wisłą wykryto pierwszy przypadek zarażenia.

Zostawmy na marginesie pytanie, czy zakażenie koronawirusem było groźbą na tyle poważną, by silić się na te wyjątkową ostrożność. COVID, który zapamiętamy z „bezobjawowych” infekcji i wątpliwej skuteczności testów, odszedł. Komunia na rękę została zaś z nami. Obecnie już 5 lat minęło odkąd zawitała na tak szeroką skalę do polskich świątyń…

Ale to nie jedyna rocznica. Niemal dokładnie przed dwudziestoma laty– w marcu 2005 roku – polski episkopat jednogłośną decyzją dopuścił przyjmowanie Komunii świętej w ten zmieniony sposób w naszym kraju. Pandemiczna rzeczywistość miała zatem jedynie rolę popularyzującą tę praktykę. To, co stanowiło dawniej sporadycznie widywaną rzadkość, sanitarna gorliwość uczyniła normą.

To nie jedyne okoliczności, które przetrwała Komunia na rękę. W najnowszej historii Kościoła wykazała się ona niebywałą wręcz żywotnością. Ostała się mimo niechęci sporej części wiernych i niejednego duchownego. Nie doprowadziły do jej ograniczenia obawy o utratę partykuł Hostii i zmartwienie wiernych o brak należnej czci dla Eucharystii, wyrażane prywatnie, jak i w zorganizowanych akcjach polskich katolików w ostatnich latach.

Sumień nie poruszyły i zastrzeżenia części hierarchów wobec podawania najświętszego Sakramentu do rąk komunikujących. Wyraził je na przykład bp Krzysztof Białasik, polski ordynariusz diecezji Oruro. W dekrecie z 2015 roku hierarcha zakazał przyjmowania Komunii na rękę. Jak przypominał, praktyka ta nie została przez Kościół dopuszczona na równych zasadach, co przyjmowanie Ciała Pańskiego do ust. W „Memoriale Domini” Paweł VI zastrzegał, że przyjmowanie Komunii świętej do ust właściwie wyraża cześć dla realnej obecności Chrystusa w Eucharystii i stanowi uniwersalne prawo Kościoła – podkreślał polski biskup boliwijskiej diecezji.  

Wspominany papieski dokument ma kluczowe znaczenie w dyskusji o Komunii na rękę. To bowiem interwencja Pawła VI w sprawie Komunii na rękę, której praktyka również zdołała się oprzeć. Nie jest tajemnicą, że taki sposób przyjmowania Ciała Pańskiego pojawił się w Kościele w skutek samowoli niektórych zachodnioeuropejskich duchownych. Ci m.in. w Holandii i Niemczech zaczęli w okresie soborowym udzielać Najświętszego Sakramentu wbrew przepisom liturgicznym i tradycji do rąk komunikujących.W wydanym w 1969 roku „Memoriale Domini” Paweł VI odpowiadał na popularyzację tej praktyki. Instrukcja Ojca świętego przypomniała wprost, że powszechnym prawem Kościoła, które należy utrzymać, jest komunikowanie wprost do ust.

„Z punktu widzenia całego współczesnego Kościoła, należy zachować ten sposób rozdawania Komunii świętej, nie tylko dlatego, iż opiera się on na tradycji wielu wieków, ale szczególnie dlatego, iż jest on oznaką czci wiernych dla Eucharystii. Praktyka ta w żaden sposób nie umniejsza godności tych, którzy przystępują do tego wielkiego sakramentu, ale jest częścią przygotowania, niezbędnego dla jak najbardziej owocnego przejęcia Ciała Pańskiego”, czytamy w dokumencie z końca lat 60-tych.

„Na dodatek, ten sposób komunikowania, który należy teraz rozważać jako zwyczajowo nakazany, daje lepsze zapewnienie, iż Komunia święta będzie rozdawana z odpowiednią czcią, oprawą i godnością; że uniknie się jakiegokolwiek niebezpieczeństwa sprofanowania Eucharystii, w której: cały i pełen Chrystus, Bóg i człowiek, jest substancjalnie zawarty i niezmiennie obecny w szczególny sposób. A wreszcie, że szczególna ostrożność, jaką Kościół zawsze nakazywał wobec najmniejszych nawet kawałków konsekrowanego chleba, będzie zachowana: Skoro pozwoliłeś, iż cokolwiek się straciło, pomyśl o tym, jakbyś stracił swoje własne członki”, dodawał papież.

Rozstrzygnięcie Pawła VI w sprawie Komunii na rękę było więc jasnym opowiedzeniem się przeciwko jej szerokiemu zastosowaniu. W dokumencie Ojciec Święty zgodził się na jej zastosowanie przez niektóre episkopaty, ale wyjątek ten miał dotyczyć jedynie tych miejsc, gdzie praktyka Komunii na rękę była już głęboko zakorzeniona.   

„Jeżeli przeciwny temu sposób, a konkretnie, rozdawanie Komunii świętej na rękę, rozwinął się już w jakimś miejscu, to, aby pomóc konferencjom episkopatów wypełnić ich pasterski obowiązek w jakże często trudnej obecnie sytuacji, Stolica Apostolska powierza konferencjom obowiązek i funkcję osądu konkretnych uwarunkowań, jeżeli takie zachodzą. Mogą one dokonać tego osądu, pod warunkiem, iż wnikliwie zadba się o usunięcie wszelkiego niebezpieczeństwa braku czci albo złego mniemania o Eucharystii świętej, które mogłoby pojawić się w umysłach wiernych, jak również wszelkich innych niestosowność”.

W tych słowach w „Memoriale Domini” Paweł VI zagwarantował niektórym diecezjom specjalny indult, pozwalający na praktykę, której rozszerzenia nie chciał i któremu sprzeciwiła się również większość katolickich biskupów. W papieskim dokumencie poznać można również odpowiedzi hierarchów na pytania Stolicy Apostolskiej o ich aprobatę dla zmienionego sposobu przyjmowania Komunii. Była ona wyraźnie mniejszościowa.

A jednak – podczas, gdy również sprawowana na zasadach indultu Msza w tradycyjnym rycie rzymskim dziś traktowana jest coraz mniej chętnie, Komunia na rękę awansowała do rangi obowiązującej reguły i w wielu kościołach stanowi dominantę. Krytyka tej formy – nieakceptowanej dawniej przez większość biskupów i ocenionej z rezerwą przez samego Pawła VI jest już „nie na miejscu”. W komunikacie polskiego episkopatu na temat Komunii na rękę z 3 października 2020 roku dowiedzieć się można w zasadzie, że sięganie po podobne zastrzeżenia to rodzaj siania niepotrzebnego zamętu.

„Prawo oceniania i zmieniania praktyki liturgicznej należy do Stolicy Apostolskiej i dopóki ona uznaje Komunię na rękę za godziwy sposób udzielania wiernym Ciała Pańskiego, nikt nie powinien tego sposobu potępiać. Kto zaś to czyni, wprowadza nieład i podział w rodzinie Kościoła”, czytamy w sygnowanym przez bp. Adama Bałabucha. Niestety, pełny stosunek stolicy apostolskiej nie został przy tym nawet wspomniany w episkopalnym orzeczeniu. Jego świadomość wyparowała. Jakimś cudem Komunia na rękę stała się już równoprawną i tak samo wartościową formą przyjmowania Ciała Pańskiego.

Obawy o brak czci dla Eucharystii według dokumentu Konferencji Episkopatu Polski z jesieni 2020 roku można rozwiązać wskazaniem, by „szafarze udzielający Komunii na rękę poczuwali się do szczególnie wielkiej dbałości o cześć wobec Najśw. Sakramentu, zwracając uwagę na to, aby przy Komunii nie dopuścić do gubienia okruszyn Hostii. W tym celu powinni dbać o jakość stosowanych do Mszy hostii, z wielką uwagą dbając o to, aby się nie kruszyły i nie pozostawiały na dłoniach wiernych okruszyn (…)”.

Nawet gdyby to – zdaje się – nie mające przełożenia na praktykę zalecenie wypełniano, widać doskonale, że problemu Komunii na rękę nie sposób sprowadzić jedynie do tej kwestii. Paweł VI zaznaczał, że komunikowanie wprost do ust gwarantuje „odpowiednią cześć, oprawę i godność” kultu eucharystycznego. Nie chciał ekspansji innego sposobu przyjmowania Ciała Pańskiego, ze względu na jego symboliczny wymiar…

Hannibal ante portas

A to właśnie rewolucyjna tendencja, jaką wyraża ten ostatni zdaje się stać za żywotnością i rozszerzeniem zmienionego sposobu przyjmowania Ciała Pańskiego. „Ducha”, o którym mowa, uwidacznia słynny artykuł o Komunii na rękę abp. Annibale Bugniniego z 1973 roku. Jest on o tyle wart uwagi, że hierarcha ten uznawany jest za jednego z głównych autorów posoborowych zmian liturgicznych. W swoim tekście duchowny Komunię na rękę wiązał ścisłą logiką z rewolucją w rycie rzymskim. 

W opublikowanym na łamach L’Osservatore Romano tekście duchowny przekonywał, że podawanie Eucharystii na rękę było powszechne w starożytności. To zdaje się dobrze poświadczone przez historię twierdzenie. Trzeba jednak zastrzec, że dawna komunia na rękę nie miała wiele wspólnego z obecnym jej wydaniem.

Tak, czy inaczej za przyczynę odejścia od tego zwyczaju abp Bugnigni uważał swojego rodzaju „klerykalizację” kultu bożego. Zdaniem hierarchy podawanie Komunii świętej wprost do ust od VIII lub IX wieku miało źródło w „stopniowym usunięciu laikatu z liturgii i w ogóle z całej przestrzeni sakralnej, zastrzeżonej wyłącznie dla konsekrowanych, a w niektórych wypadkach jedynie wyświęconych kapłanów”.

„Liturgia w gruncie rzeczy z bycia czynnością całej wspólnoty kościelnej, jak była na początku przez cały okres wczesnego chrześcijaństwa, stała się stopniowo res clerici (łac. sprawą kleryków). Na przełomie VIII i IX weku świeccy zostali niemal całkowicie wykluczeni z celebracji”, przekonywał w swojej popularnej publikacji abp Bugnini. Według niego odwrócenie kapłana twarzą ku ołtarzowi, czy odmawianie kanonu w ciszy, dawniej obecne w rycie rzymskim, miły taki sam rodowód.  

Ten wektor liturgicznych zmian w „Memoriale Domini” Paweł VI ukazał jako sam w sobie dodatni. Papież zaznaczył w dokumencie, że stopniowe otoczenie Najświętszego Sakramentu coraz większą czcią było źródłem dobrej normy, jaką jest udzielanie Komunii świętej wprost do ust. W ujęciu Bugnieniego historyczny rozwój katolickiej liturgii to wyraz wykluczenia świeckich z celebracji. „Obawa, by uniknąć lub zapobiec brakowi czci była silniejsza, niż ta o udział wiernych przy stole eucharystycznym. Nowy sposób przyjmowania, zabraniający świeckim dotykania Eucharystii, wydawał się bardziej zgodny ze świętością Tajemnicy Eucharystycznej: tylko poświęcone ręce mogły ważyć się dotknąć Ciała Pańskiego”, tłumaczył wpływowy arcybiskup.

W opisie tym wydaje się tkwić nieco fałszywej mitologii. O ile bowiem świeccy zostali rzeczywiście postawieni w roli mniej aktywnej, to przecież uwagi o ich wykluczeniu z uczestnictwa w najświętszych obrzędach są zgoła bezpodstawne. Wszak uczestnictwo w liturgii nie polega na aktywizmie, ale uzyskaniu dostępu do nadprzyrodzonych łask dzięki sakramentowi. Dychotomii – powaga kultu i cześć dla Eucharystii i wykluczenie wiernych nie ma. Udoskonalenie liturgii w kierunku bardziej skupienia na kulcie i uczczenia świętości nie odrzuca świeckich, a po prostu stawia ich w roli przyjmujących… adekwatnej do faktu, że żadnego udziału w łaskach wysłużonych nam przez Chrystusową Mękę dzięki własnej aktywności nie mamy…

Jak zaznaczał w artykule „Historia obrzędu udzielania Komunii świętej” ks. Martin Lugmayr FSSP opublikowanym na łamach „Christianitas” odejście od Komunii na rękę dokonało się zarówno w zachodnim, jak i wschodnim chrześcijaństwie. Była to więc szeroka zmiana praktyki, wynikająca z podniosłości kultu. Przeznaczenie Komunii świętej wyświęconym jedynie szafarzom nie było sprzeczne z zasadami pierwszego chrześcijaństwa – a stanowiło raczej powszechnie wyciągnięcie konsekwencji z czci dla Ciała Pańskiego. Przecież święto Bożego Ciała i procesje z Najświętszym Sakramentem też nie są starożytną, a dopiero wypracowaną w średniowieczu praktyką. Podobnie nie wiadomo, by pierwsi chrześcijanie umieszczali Najświętszy Sakrament w monstrancjach i adorowali go, tak jak czynimy to my – ich następcy w wierze. A jednak – to cenne praktyki wyrażające wspólną dla wszystkich pokoleń Kościoła wiarę – w realną obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii… a nawet w jej najmniejszej partykule.

Można więc powiedzieć, że udzielanie Komunii świętej wprost do ust jest wyrazem myślenia o liturgii, w której zasadniczą troską jest uczczenie boskiego majestatu. Tymczasem współcześnie – jak sygnalizowały to przekonania Bugniniego – kult ma stać się planszą egalitarnego wysiłku, zmierzającego do zmniejszenia dystansu pomiędzy kapłanem a wiernym. Tym właśnie przewodniczący soborowej komisji liturgicznej kierował się pochwalając Komunię na rękę i taki duch przenika żyrowaną przez niego reformę liturgiczną. Zmiany, za których twarz uchodzi właśnie abp Bugnini, dotknęły przede wszystkim tych elementów celebracji Najświętszej Ofiary, których kapłan nie sprawował wspólnie z wiernymi, lub w sposób dla nich niezrozumiały.

Wiele w tym kontekście mówi inny charakterystyczny obraz stosunku do Najświętszego Sakramentu w ostatnich dekadach. Rozszerzenie dostępu „nadzwyczajnych szafarzy” do Komunii świętej urosło tak znacznie, że sama nazwa tej posługi stała się pozbawioną treści etykietą. Trwa przy tym emancypacyjna walka, by w imię wyzwolenia do szafarstwa zachęcić kobiety. W niektórych kościołach lokalnych liturgiczne „akcje” przybierają rolę otwartego manifestu na rzecz zmian… Tak właśnie było z głośnym w 2022 roku dopuszczeniem do współprowadzenia za ołtarzem Modlitwy eucharystycznej świeckich kobiet w jednej ze szwajcarskich parafii…

Podobne działania zdaje się inspirować duch egalitarnej rewolucji, który z liturgii czyni przestrzeń rywalizacji o władzę. Kluczowe jest zapewnienie każdemu aktywnego i czynnego uczestnictwa – a dbałość o kult i uczczenie tego, co najświętsze, schodzą na dalszy plan. „Deklerykalizacja” jest tu najlepszą przyjaciółką braku rewerencji. Przekształcenie liturgii tak, by nie zachowywała jasnego podziału na wyświęconych szafarzy sakramentu i jego świeckich odbiorców, niesie w sobie jasny symbol demokratyzacji, a chwila, w której wierny własną ręką prowadza Chrystusa do swoich ust jest jej uderzająco czytelnym znakiem.

Nic dziwnego, że próby upominania się o cześć dla najświętszych postaci nie są w stanie ograniczyć nadużyć „Komunii na rękę”. Ten już nie nowy trend w kulcie eucharystycznym wywodzi się wszak z myśli, która skupienie na uwielbieniu Boga w liturgii wiąże z przesadną „klerykalizacją”. Cześć pada ofiarą programu emancypacji świeckich. Gdy polski episkopat raz zdecydował się dopuścić taki sposób przyjmowania sakramentu, a przy okazji „pandemii” rozszerzyć go, brak dzisiaj kapłanów gotowych zgłosić zastrzeżenia. Kto śmiałby bowiem „narzucić” wiernym, jak mają podchodzić do Komunii świętej? Kościół nie chce dziś przecież rządzić, a rewolucja nie znosi kroków wstecz.

Filip Adamus 

Globalne ocieplenie zaskoczyło klimato-ideologów: 300 ekspertów od płonącej Ziemi uwięzionych w śniegu…

Globalne ocieplenie zaskoczyło klimato-ideologów: 300 ekspertów od płonącej Ziemi uwięzionych w śniegu…


13 marca 2025 roku natura postanowiła zażartować sobie z ekspertów od płonącej Ziemi i globalnego ocieplenia. Około 300 uczestników konferencji klimatycznej zostało uwięzionych przez potężną burzę śnieżną w górach Big Bear w Kalifornii. Ci sami eksperci, którzy zapewne podczas obrad w YMCA Camp Whittle w Fawnskin alarmowali o topniejących lodowcach i zanikających opadach śniegu, zostali zmuszeni do przedłużenia pobytu z powodu… nadmiaru śniegu.

Matka Natura wykazała się wyjątkowym poczuciem humoru, zasypując okolicę około 60-centymetrową warstwą białego puchu, skutecznie zamykając drogę ucieczki dla naukowców i aktywistów, którzy prawdopodobnie właśnie skończyli ostrzegać przed ocieplającym się klimatem. Trudno o bardziej obrazową lekcję pokory wobec sił natury – te same osoby, które na co dzień analizują wieloletnie trendy klimatyczne, nie przewidziały zwykłej burzy śnieżnej na dzień swojego wyjazdu.

Sytuacja nabrała komicznego wymiaru, gdy okazało się, że autobusy mające odwieźć uczestników do domów utknęły w śniegu. Według raportów straży pożarnej hrabstwa San Bernardino, początkowo siedem autobusów nie mogło ruszyć, a później dwa kolejne utknęły na drodze Highway 18. Trudno wyobrazić sobie lepszą ilustrację przepaści między teorią a praktyką – eksperci od klimatu musieli zostać uratowani przez straż pożarną wyposażoną w pojazdy specjalnie przystosowane do poruszania się w śniegu, których istnienie w świecie „globalnego ocieplenia” miało przecież stać się zbędne.

Straż pożarna hrabstwa San Bernardino przeprowadziła akcję ratunkową używając pojazdów typu „snow cat”, ewakuując tych, którzy nie mogli opuścić obozu o własnych siłach. Stacja 96 w Fawnskin została przekształcona w punkt ogrzewania dla przemarzniętych bojowników o redukcję emisji CO2. Ironiczny jest fakt, że uczestnicy konferencji, którzy zapewne dyskutowali o kurczących się zapasach wody pitnej i zagrożeniach dla bezpieczeństwa żywnościowego, sami stanęli przed podobnymi problemami – zapasy jedzenia przygotowane na czas konferencji szybko się wyczerpały.

Co ciekawe, nie wszyscy zgadzają się co do braku zapasów. Fernando Sarmiento, pracownik obozu, zaprzeczył w mediach społecznościowych, twierdząc, że obóz miał wystarczającą ilość jedzenia i wody. Czyżby alarm o braku zasobów był tak samo przesadzony jak niektóre alarmistyczne prognozy klimatyczne?

Wydarzenie wywołało falę komentarzy w mediach społecznościowych. Użytkownik platformy X o pseudonimie TonyClimate trafnie zauważył, że „naukowcy klimatyczni lepiej przewidują przyszłość za 100 lat niż pogodę na następny dzień”. Trudno o celniejszy komentarz. Ci sami eksperci, którzy z pewnością przedstawiają szczegółowe modele klimatyczne sięgające 2100 roku, nie byli w stanie przewidzieć zwykłej burzy śnieżnej i odpowiednio zaplanować powrotu do domów.

Straż pożarna przypomniała przy okazji o konieczności używania łańcuchów śniegowych podczas podróży w góry zimą – rada, która najprawdopodobniej nie straci na aktualności w najbliższych latach, wbrew tezom o drastycznie ocieplającym się klimacie.

Konferencja była wydarzeniem lokalnym, a nie międzynarodowym szczytem klimatycznym. Możemy się tylko domyślać, czy w programie znalazły się wykłady o zmniejszającej się pokrywie śnieżnej w górach Kalifornii. Jeśli tak, to natura dostarczyła uczestnikom 60 centymetrów dowodów podważających ich teorie, zmuszając ich jednocześnie do przedłużenia pobytu w miejscu obrad – w końcu, kto lepiej usłyszy przesłanie natury niż ci, którzy twierdzą, że mówią w jej imieniu?

„Wielki Nieobecny”. Dlaczego kultura milczy o pandemii?

„Wielki Nieobecny”. Dlaczego kultura milczy o pandemii?

Filip Obara pch24/wielki-nieobecny-dlaczego-kultura-milczy-o-pandemii

Covid w wymiarze symbolicznym. Kulturowym. Czy kojarzą Państwo jakieś dzieła czy refleksje – choćby eseistyczne –które traktowałyby niedawną „pandemię” w ten sposób? Wśród niewielu ujęć literackich czy filmowych jest książka Zaraza, której autor – Krystian Kratiuk – zadaje pytanie: Co jest prawdziwą zarazą naszych czasów? To, czy wielka mistyfikacja, jaką był Covid, nie pokazuje w krzywym zwierciadle znacznie poważniejszej choroby – choroby naszej duszy – to ważne pytanie. Ale dziś chciałbym zadać inne: Dlaczego kultura milczy o „pandemii koronawirusa”?

Natchniony autor księgi Eklezjastyka (w nowym tłumaczeniu: Mądrości Syracha) – rozszerzając opis stworzenia człowieka, który znamy z księgi Genesis – wskazuje, że Bóg, stwarzając mężczyznę i kobietę, „dał im radę i język, i oczy, i uszy, i serce ku myśleniu i nauką rozumu napełnił ich”. Czyż można krócej i trafniej opisać, czym jest człowiek? Chciałbym zwrócić uwagę szczególnie na język. Oczywiście nie jako narząd, tylko jako obraz świata, bo język jest przecież nie tylko narzędziem komunikacji, ale i niesamowitym – właściwym tylko człowiekowi – skarbcem znaczeń i oknem na rzeczywistość. Zresztą sam Eklezjastyk, czy też Syrach, używa tego słowa, by opisać również moralną kondycję człowieka, gdy wspomina o ludziach „dwoistego języka”, przeciwstawiając ich tym, których cechuje „wdzięczny język”.

Dlaczego o tym piszę? By zwrócić uwagę, jak ważne jest to, co się pisze, a także to, co się pokazuje na ekranie. To mówi o tym, kim jesteśmy i w jakim momencie swych dziejów się znajdujemy. Problem z Covidem polega na tym, że o nim… się nie pisze. Nie pokazuje się go. Właściwie to nawet się o nim nie mówi, bo wszyscy chcą zapomnieć. Bo trudno zrozumieć to, co się wydarzyło. Bo realia lockdownów i przymusu medycznego przerastają nasze wyobrażenie. To jest absurdalne. Nie da się tego przypisać do żadnego znanego nam z doświadczenia zjawiska. Z drugiej strony, ci, którzy wprowadzali pandemię i którzy w nią wierzyli, też nabrali wody w usta, bo trudno przyznać się do błędu, nawet kiedy już wszystko jest oczywiste.

„Wielki Nieobecny” – tak skrajni sceptycy mówili o wirusie z Wuhan. Negowanie istnienia wirusa uważam za przesadę, ale niewątpliwie Wielkim Nieobecnym jest on w światowej kulturze. A chyba nie powinien. Przecież „pandemia” była najpoważniejszym doświadczeniem zbiorowym w naszym życiu. Dla Polaków ważniejszym niż atak na WTC, bo to – choć udzieliło nam się w nastroju – jednak działo się daleko, za oceanem. Nie przeżyliśmy żadnej wojny na swojej ziemi. Nie przeżyliśmy kataklizmów. Przeżyliśmy „pandemię”.

Przeżyliśmy czas, w którym wszystkich nas bombardowano dezinformacją, a dzieci z lękiem zamykały okna, gdy policyjne „szczekaczki” obwieszczały: „UWAGA, UWAGA! MAMY STAN PANDEMII. PROSZĘ NIE WYCHODZIĆ Z DOMÓW”. Przeżyliśmy czas zbiorowej psychozy i zbiorowej wrogości. Czas, w którym staruszki na osiedlu agresywnie zwracały uwagę mamom, że ośmieliły się wyjść z dziećmi na spacer. Czas, w którym za swobodne oddychanie świeżym powietrzem bez maski na twarzy można było być zwyzywanym na ulicy od „płaskoziemców”. Czas, w którym bezprawnie (czego dowiedziono potem w sądach) zamykano restauracje i inne biznesy. Czas, w którym pogwałcono najświętsze z praw – prawo do sprawowania kultu Bożego i zamknięto kościoły przy aprobacie duchowieństwa. Czas, w którym można było stracić pracę za niepoddanie się eksperymentowi medycznemu. Czy mam wymieniać dalej? Nie ma takiej potrzeby. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że milczenie w tym przypadku nie jest normalne. Tak wielkie i tak ważne doświadczenie powinno było doczekać się „swoich” dzieł w kulturze.

Pandemia jest niefotogeniczna

Tymczasem, gdy o tym myślę, to przychodzi mi jeden przykład do głowy: Miłość, seks & pandemia – obsceniczna ramota największego hochsztaplera polskiego kina, Patryka Vegi. Zapytałem nawet chataGPT, który wymienił mi kilka różnych książek i filmów, które pierwszy raz widziałem na oczy. Można wchodzić w takie ciekawostki, jak to, że już w listopadzie roku 2020 wydano antologię wierszy pandemicznych (Together in a Sudden Strangeness: America’s Poets Respond to the Pandemic), ale faktem pozostaje, że zbiorowa wyobraźnia nie miała okazji „przepracować” twórczo tego największego z naszych zbiorowych doświadczeń.

O ile łatwiej odpowiedzieć na pytanie „Co mówią o nas dzieła, które powstały?”, o tyle kłopotliwe wydaje się to, gdy powiemy: „Co mówią o nas dzieła, które nie powstały?”. Brak danych utrudnia klarowną odpowiedź. Pozostaje nam sfera luźnej refleksji. A do tego absurdalnej. Bo czy można oberwać po głowie młotkiem… którego nie ma? Równie trudno byłoby nakręcić o nim film. A jednak wszyscy oberwaliśmy! Dlaczego więc to doświadczenie zostało owiane swoistym tabu?

Pandemii nie było. Myślę, że od przyznania tego faktu należałoby zacząć naszą zbiorową terapię. Bo skoro nie było prawdziwej pandemii, to musiało być co innego. Młotka nie było, ale guzy na głowach niektórzy noszą do dziś albo już nie noszą, bo zmarli przedwczesną śmiercią (mowa o poszkodowanych przez eksperyment „szczepień” czy tych, których nie przyjęto do szpitali).

Ale co było? Oszustwo, mistyfikacja, spisek, eksperyment socjotechniczny? Czy te motywy nie pojawiają się w filmach i książkach?

A może problem jest dużo łatwiejszy do rozwiązania, ponieważ powodem, dla którego główny nurt kultury nie podejmuje tematu Covida nie jest wstyd, lecz to, że pandemia, której nie było, jest siłą rzeczy… niefotogeniczna? Dzieła o prawdziwych zarazach robią wrażenie, bo z jednej strony mamy pomór, a z drugiej przykłady bohaterstwa osób, które poświęcają się, by pomagać cierpiącym i umierającym. Nawet film Epidemia strachu (nota bene, nienajlepszy) opowiada o prawdziwej zarazie, choć jedną z postaci jest „foliarz” z YouTube’a, który tę zarazę neguje.

Jak opowiadać językiem literatury czy kina o wielkim przekręcie, który uknuto w ustronnych gabinetach „Władców Świata”? Czy nie byłoby to pretensjonalne? Nudne? Taki motyw mógłby być tłem dla fabuły kryminalnej (jak „kabała” możnych tego świata jest tłem dla akcji serialu Czarna lista), ale jak go ująć „solo”? Pokazuje to, że ten wielki przekręt jest czymś nowym, ponieważ nigdy wcześniej nie umożliwiały go warunki techniczne, a więc to wszystko, czego Zachód nauczył się od komunistycznego reżimu w Chinach (kontrola elektroniczna czy też stłumienie zrywu narodowego w Kanadzie przy pomocy zamrożenia środków bankowych online).

Szczerze mówiąc, nie przychodzi mi do głowy, co ciekawego (i nie niszowego) można by napisać albo nakręcić na temat Wielkiego Nieobecnego i jego arcydziwnych czasów. A może się mylę i wcale nie jest on niefotogeniczny? Co Państwo o tym myślą?

Filip Obara

Minister Kotula donosi do Prokuratury. Czemu? ABOTAK…


Minister Kotula donosi na nas do Prokuratury
RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Minister (pseudo)Równości Katarzyna Kotula chce zakazać manifestacji prolife pod Abotakiem.

Złożyła zawiadomienie do organów ścigania, aby usunęły nas sprzed aborcyjnej rzeźni.

Kotuli przeszkadza, że protestujemy przeciw zabijaniu dzieci. Przez pikiety ŻiR-u ośrodek aborcyjny wciąż nie może wystartować z działalnością, a jego pracownice narzekają, że jest niekomfortowo i nikt do nich nie chce przyjść.

Potwierdzam. Stoimy na Wiejskiej w Warszawie już dobre kilka dni i poza starymi lewicowymi działaczami nie pojawia się tam nikt nowy. Faktycznie, w obliczu zmasowanych protestów może być trudno zrobić tu aborcję.

Z pewnością zapyta Pan teraz: ale co konkretnie napisała Kotula w zawiadomieniu przeciw prolajferom? Już odpowiadam. Minister twierdzi, że pod Abotakiem ktoś klnie. Jestem zaskoczony, bo Różaniec i puszczane z megafonu teksty o aborcji to nie przekleństwa. Za to sama Kotula wiele razy publicznie wykrzykiwała na ulicach niecenzuralne teksty. 

Czy pamięta Pan aborcyjne strajki po wyroku Trybunału Konstytucyjnego o aborcji eugenicznej w 2020 roku? Katarzyna Kotula wiodła prym na licznych wiecach, krzycząc słowo „wyp…” oraz hasło zapisywane w formie charakterystycznych ośmiu gwiazdek. Aborterzy wzywali wtedy także, aby zrobić „dym w kościołach”, podjudzali tłum, by niszczyć mienie publicznepluli na policjantów (zostali za to uniewinnieni w sądzie).

Protesty prolife pod Abotakiem są całkowicie pokojowe, a Fundacja Życie i Rodzina rejestrując legalnie kolejne pikiety, korzysta z prawa do wolności zgromadzeń, które gwarantuje nam Konstytucja RP oraz stosowne ustawy.

Rozdźwięk pomiędzy metodami aborterów a naszymi jest aż nadto widoczny.

Ale to właśnie metoda skrajnej lewicy: zamknąć usta obrońcom dzieci, zakazać im manifestacji, nałożyć kary za to, że sprzeciwiali się aborcji. Jednocześnie – kryć przestępców i nie reagować, gdy ktoś nakłania do aborcji, popularyzuje ją, handluje nielegalnymi tabletkami do mordowania dzieci.

Drogi Panie, sytuacja z Kotulą przypomina mi wiele podobnych spraw poza granicami Polski. W Irlandii, Anglii, Hiszpanii, Francji i wielu innych krajach pokojowe protesty przed klinikami aborcyjnymi są już zakazane. 

W Szkocji specjalne strefy buforowe wokół klinik dotyczą nawet posesji prywatnych – nie wolno już nawet we własnym domu robić nic przeciw aborcji (np. na głos się modlić), jeśli czynność ta może zostać usłyszana z zewnątrz przez klientów zmierzających na zabieg zamordowania dziecka.

W USA 23 osoby odsiadywały niesprawiedliwe wyroki za opór przeciw aborcji, dopóki nowy prezydent Donald Trump nie doszedł do władzy i ich nie ułaskawił.

W Polsce ma nastać proaborcyjny zamordyzm, a ośrodek Abotak i zawiadomienie złożone przez Katarzynę Kotulę, to test, jak się zachowamy my, obrońcy życia.

Dlatego kontynuujemy protest i zapraszamy do niego wszystkich. Będziemy od teraz pod Abotakiem, przy ul. Wiejskiej 9 w Warszawie w każdą sobotę od godziny 16 – wtedy aborterki chcą otwierać swoją placówkę.

Oprócz tego na stronie www.StopAbotak.pl podamy kolejne daty i godziny protestów. Będziemy pokazywać aborcję i głośno przeciw niej protestować, a także modlić się o zamknięcie tego lokalu i o uniemożliwienie działania wszystkim, którzy chcą zabijać polskie dzieci.

Akcję tę przeprowadzamy dzięki hojności Darczyńców Fundacji Życie i Rodzina. Bardzo proszę o wsparcie, bo polegamy w tym trudnym czasie na Dobrych Ludziach – takich jak Pan. 

Wspieram Stop Abotak!

Dziękuję za każdą wpłatę, a także – to ważne – za modlitwędobre słowopodawanie tej informacji dalej.

Serdecznie Pana pozdrawiam,

Krzysztof Kasprzak
Krzysztof Kasprzak
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Musimy ratować życie dzieci, którym zagraża Aborcyjny Dream Team. Nie możemy dać się usunąć spod Abotaku. Pańskie wsparcie jest w tej chwili nie do przecenienia. Za każdą jego formę – z serca dziękuję.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Wycinają hektary puszczy amazońskiej pod autostradę. Pojadą nią na… szczyt klimatyczny

Wycinają hektary puszczy amazońskiej pod autostradę. Pojadą nią na… szczyt klimatyczny

https://pch24.pl/wycinaja-hektary-puszczy-amazonskiej-pod-autostrade-pojada-nia-na-szczyt-klimatyczny

Jak donosi BBC, tysiące kilometrów kraratowych chronionych obszarów Puszczy Amazońskiej zostało wycięte w Brazylii pod budowę czteropasmowej autostrady. Jak na ironię, droga powstaje w ramach przygotowań do konferencji klimatycznej COP30.

30. doroczna konferencja klimatyczna konferencja ONZ w sprawie zmian klimatu ma odbyć się w brazylijskim Belém (stan Pará) w dniach 10–21 listopada. Na COP30 spodziewanych jest ponad 50 tys. uczestników, w tym wielu światowych przywódców.

Organizacja wydarzenia przyczynia się jednak do dewastacji całych połaci lasów deszczowych Amazonii, o których ochronę tak głośno gardłują uczestnicy światowych konferencji. Do miasta Belem budowana jest bowiem czteropasmowa autostrada, pochłaniająca tysiące hektarów bezcennej dla środowiska dżungli.

Co ciekawe, za decyzję odpowiedzialny jest urzędujący prezydent Brazylii, lewicowiec Luiz Inácio Lula da Silva. Polityk chwali się, że w końcu odbędzie się „COP w Amazonii, a nie COP o Amazonii”. Konieczność organizacji wydarzenia została wykorzystana jako pretekst do wznowienia prac nad arterią komunikacyjną, które trwają z przerwami od 2012 r.

Adler Silveria, sekretarz ds. infrastruktury stanu Pará, przekonuje, że projekt jest nie tylko „zrównoważony”, ale także ważny dla mobilności w regionie. Twierdzi, że autostrada będzie wyposażona w ekologiczne rozwiązania, takie jak przejścia dla dzikich zwierząt, ścieżki rowerowe i panele słoneczne.

Wycinka amazońskiej dżungli dla celów konferencji ekologicznej to kolejny z mnóstwa przykładów klimatystycznej hipokryzji. Goście, którzy co roku zjeżdżają obradować o zmianach klimatu, swoją działalnością generują ślad węglowy dalece przekraczający obciążenia dla środowiska szarego Kowalskiego. Niektórzy z nich, jak Bill Gates, ostentacyjnie twierdzą, że są częścią „rozwiązania problemu”, co ma usprawiedliwiać ich koszty środowiskowe.

Korzyści z wydobywania i sprzedaży paliw kopalnych czerpią nawet organizatorzy klimatycznych wydarzeń. Podczas COP28 w Dubaju, okazało się, że Sultan al-Dżaber ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wykorzystał konferencję do zawarcia… kontraktów naftowo-gazowych z 15 krajami.

W przesłaniu uczestników COP nie zmienia się jedno. Wszelkie koszty transformacji energetyczno-społecznej konsekwentnie przerzucane są na barki całego społeczeństwa. Za klimatyczną fanaberię elit przyjdzie nam zapłacić, jak wyliczono w zeszłym roku w Baku,  31,5 BILIONA dolarów do 2030 r. [po naszemu – to ponad trzydzieści tysięcy miliardów. md]

Źródło:  auto-swiat.pl / własne PCh24.pl

Jan Pospieszalski: Wszystkie „dogmaty” przyjęte podczas pandemii jako konsensus naukowy okazały się nieprawdą! 

Jan Pospieszalski: wszystkie „dogmaty” przyjęte podczas pandemii jako „konsensus naukowy” okazały się nieprawdą! 

https://pch24.pl/jan-pospieszalski-wszystkie-dogmaty-przyjete-podczas-pandemii-jako-konsensus-naukowy-okazaly-sie-nieprawda


O tym, że to, co nazywa się teraz, w sprawach tak zwanych zmian klimatycznych, konsensusem naukowym, przyjęto i w dobie pandemii. Wielokrotnie powtarzałem, że wszystkie dogmaty przyjęte jako konsensus podczas pandemii okazały się nieprawdą.

Pierwszy dogmat: że covid jest śmiertelny i nie ma na niego lekarstwa.

Drugi dogmat: że jedynym ratunkiem są pozafarmaceutyczne środki medyczne, czyli izolacja, śledzenie kontaktów, kwarantanna, dystans społeczny, przyłbice, maseczki, spryskiwanie wszystkiego spirytusem, rękawiczki lateksowe, zamykanie szkół, zamykanie szpitali, zamykanie przychodni, zamykanie lasów i cmentarzy.

Trzeci dogmat: że o chorobie nie decyduje zespół objawów – wysoka gorączka, bóle głowy i osłabienie – lecz patyk wsadzony do nosa, czyli test.

I czwarty dogmat: że wybawieniem będzie powszechna immunizacja zastrzykiem mRNA stworzonym według nowej technologii – mówi Jan Pospieszalski w książkowej rozmowie „Warto grać czysto”, poprowadzonej przez Krystiana Kratiuka.

Poniżej, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Esprit, prezentujemy fragment książki

***

KK: Czy po wyrzuceniu z TVP nadal uważasz, że warto było rozmawiać?

JP: Oczywiście. Wręcz umocniłem się w tym przekonaniu.

Warto było rozmawiać nawet o covidzie?

Szczególnie o tym. To jedno z największych przeżyć pokoleniowych kilku generacji, w dodatku globalne. Jak można byłoby o nim nie rozmawiać?

Trwasz przy swoim mimo tego, jak cię potraktowali: wyrzucili z pracy i dorobili łatkę szaleńca?

Nie szaleńca, tylko szura, foliarza i płaskoziemcy.

Spełniasz kryteria definicji tych barwnych pojęć?

Oczywiście, zwłaszcza płaskoziemcy. To sformułowanie zresztą jest mi szczególnie bliskie, co zapewne pamiętasz jako redaktor PCh24.pl. Opowieścią o nim podzieliłem się bowiem z widzami tego portalu. Stało się to po tym, jak w jednym z esemesów do mnie użył go główny zamordysta czasów pandemii, profesor Andrzej Horban.

I wcale nie miał na myśli ciebie… Przypomnij więc, jak to było.

Profesor miał na myśli doktora Włodzimierza Bodnara. Otóż docierały wtedy do nas, do ekipy Warto rozmawiać, informacje o lekarzu, który skutecznie radzi sobie z wirusem „kaszel-19”, stosując prosty preparat antygrypowy sprzed wielu lat, produkowany na Węgrzech, gdzie fiolka takiego refundowanego leku kosztuje dziesięć złotych. Słyszeliśmy, że pomaga na najsłynniejszą wówczas chorobę. Zbadałem temat z pomocą ludzi z Rzeszowa, w międzyczasie zaś doktor napisał do ministerstwa o swojej propozycji, by w ogólnokrajową politykę walki z pandemią włączyć amantadynę, środek produkowany na Węgrzech, sprzedawaną pod nazwą Viregyt K.

Zaprosiłem doktora Bodnara do programu. Chciałem jednak, by wystąpił w nim również właśnie profesor Horban, konsultant krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych, wtedy też główny doradca prezesa Rady Ministrów do spraw COVID-19. Potwierdził i zapytał, o której i gdzie ma się zjawić. „Dziś zapraszam na Woronicza o godzinie dwudziestej dziesięć, startujemy o dwudziestej trzydzieści pięć” – odparłem. „Okej” – otrzymałem odpowiedź. Chciałem być jednak fair i napisałem, że w programie wystąpią jeszcze doktor Włodzimierz Bodnar z Przemyśla oraz minister Michał Dworczyk.

Jak brzmiała odpowiedź?

Dosłownie tak: „O k…a to obawiam się, że ja nie będę”. Natychmiast zapytałem więc: „Dlaczego, panie profesorze? Błagam, ministra Dworczyka dam osobno na koniec, na dziesięć minut”. Wtedy padła odpowiedź: „To k… nie dotyczyło ministra, tylko dżentelmena z Przemyśla. Nie mam ani ochoty, ani czasu na dyskusję z …”. Tak to dosłownie brzmi, spójrz na telefon.

Rzeczywiście.

Piszę więc dalej: „Panie profesorze, warto rozmawiać w trosce o pacjentów, o to, czy ulegną mitom, czy będą słuchali autorytetów, bardzo pana proszę…”. Zaraz nadchodzi odpowiedź: „Tak, ale istnieje granica, trudno się dyskutuje z płaskoziemcami (choć mają rację)”.

Co to miało znaczyć?

Niech każdy sam się domyśli, profesor Horban nigdy się do tego nie odniósł, mimo iż opisałem już tę korespondencję w mediach.

Do programu jednak przyszedł.

Przyszedł, ale zamiast rozmawiać o wspomnianych osiągnięciach Bodnara, próbował go egzaminować, choćby z ustawy o zawodzie lekarza. Wypadł fatalnie, bo jednak program dotyczył sprawy interesującej wszystkich, kiedy mieliśmy do czynienia ze śmiertelną chorobą, która była przedstawiana jako coś, na co nie ma lekarstwa i co jest zabójcze na masową skalę: przekonywano, że zaraz wszyscy umrzemy, a ci, którzy nie umrą, idąc do Biedronki, będą potykali się o trupy. Skoro pojawił się jakiś ślad, nawet niesprawdzony sygnał, że ktoś może znalazł jakieś rozwiązanie, to w normalnych warunkach takiemu komuś powinno się poświęcić odrobinę czasu, porozmawiać z nim, zrobić wywiady ze świadkami, z pacjentami i tak dalej. Tu do niczego takiego nie doszło. Profesor Horban nie był nastawiony na żadną formę dialogu, porozumienia czy dopytywania, nie był w ogóle ciekawy tego, co się dzieje. Zresztą ten esemes pozwala wnioskować, że on wiedział, że amantadyna działa.

Trudno w to uwierzyć.

Mnie było tym bardziej trudno uwierzyć, zwłaszcza że później dotarłem do dokumentów, z których jasno wynika, że dekadę wcześniej profesor Horban rekomendował amantadynę jako świetny, skuteczny lek przeciwko grypie typu A. Zatem on doskonale wiedział, o co chodzi, doskonale znał ten środek.

W tym kontekście potwierdzam, że jestem płaskoziemcą – skoro nawet profesor Horban przyznaje, że ci wykpiwani ludzie próbujący rozwiązać problem COVID-19 mieli rację. Zachowali zdrowy sceptycyzm, domagali się debaty, sprawdzali źródła naukowe, nie tylko te najpowszechniej cytowane: mieli odwagę szukać w innych miejscach niż punktowane periodyki.

Czy więc nauka abdykowała w okresie pandemii, skoro ci ludzie zostali pogardliwie nazwani płaskoziemcami, szurami i foliarzami?

Nic bardziej mylnego. Istniała przecież grupa rzetelnych, uczciwych naukowców, która podjęła wyzwanie i dekonstruowała tę całą oficjalną pandemiczną narrację. Byli i są też dziennikarze i politycy, którzy do dzisiaj nie odpuszczają. Wiem, że w różnych krajach powoływane są również komisje śledcze, powstają raporty. Więc nauka nie abdykowała, uczciwi dziennikarze nie abdykowali. Już po pandemii, we wrześniu 2022 roku, na łamach „Politico”, które nie jest przecież foliarskim medium, opublikowano efekty dziennikarskiego śledztwa przeprowadzonego wraz z ekipą „Die Welt”. Wykazano, że konstrukcja polityki WHO implementowanej powszechnie na wszystkie kraje przygotowywana była nie przez pracowników, specjalistów czy ekspertów WHO, ale przez ludzi z dużych organizacji pozarządowych, które funkcjonują na obrzeżach WHO.

Oto cytat z tego tekstu: „Największą i najpotężniejszą była Fundacja Billa i Melindy Gatesów. Następna była Gavi, globalna organizacja zajmująca się szczepieniami, którą Gates pomógł założyć, by zaszczepić ludzi w krajach o niskich dochodach, oraz Wellcome Trust, brytyjska fundacja badawcza z wielomiliardowym funduszem, która współpracowała z fundacją Gatesa w poprzednich latach. Wreszcie: Coalition for Epidemic Preparedness Innovations (CEPI), międzynarodowa grupa badawczo-rozwojowa zajmująca się szczepionkami, którą Gates i Wellcome pomogli stworzyć w 2017 r.”.

Te cztery organizacje pozarządowe, wszystkie – o dziwo – związane z Billem Gatesem, bez mandatu demokratycznego, bez jakichkolwiek uprawnień i możliwości publicznej kontroli, zadecydowały o tym, jaką politykę będzie realizować WHO wobec nowego, groźnego wirusa, a tym samym – jaką politykę narzuci krajom członkowskim. Ta historia pokazuje głębszą rzecz, to znaczy jak działa dzisiaj WHO: że jest to organizacja, która zajmuje się nie zdrowiem ludzkości, tylko zmianą społeczną. Szkoda tylko, że ten tekst „Politico” powstał tak późno.

Wracając jeszcze do programu z profesorem Horbanem – to nie był jeszcze program, po którym się z tobą pożegnano.

Nie. Ale już wówczas zauważyłem pewne symptomy zagrożenia. Wspomniałem, że w programie wystąpił też minister Dworczyk, którego zaprosiłem, bo wiedziałem, że z wielkim zaangażowaniem pracuje nad zapewnieniem szpitalom i innym ośrodkom ważnym w pandemii wszelkiego zaopatrzenia. Przyszedł przerażony; ktoś z naszego staffu opowiadał, że do ostatniej chwili w przedpokoju studia nerwowo odbierał esemesy, rozmawiał przyciszonym głosem, zachowywał się rzeczywiście bardzo, bardzo niepewnie.

A już następnego dnia, 15 grudnia, odbyła się konferencja prasowa ministra Niedzielskiego, którego dziennikarz Polsatu zapytał, co z tą amantadyną. Niedzielski wtedy żachnął się: tak, podjęliśmy decyzję, będą prowadzone badania.

I prowadzili je?

Przyglądaliśmy się temu z ekipą programu. To był skandal. Przeciąganie procedur, przetrzymywanie decyzji dotyczących badań w kolejnych instytucjach – a to w komisji bioetycznej, a to w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Biobójczych. Same badania rozpoczęto z ogromnym opóźnieniem, bo już w maju, kiedy zimowa fala zachorowań osiągnęła najniższy poziom – jak grypa w maju.

Co więcej, dotarłem do informacji, że jeden ze szpitali, który miał najwięcej doświadczenia właśnie w tych ciężkich przypadkach covidu, czyli szpital MSWiA, mimo iż podpisał umowę i proceduralnie został włączony do tego badania, nigdy się go nie podjął. Dyrekcja szpitala nie była tym zainteresowana, a może miała „prikaz”, żeby się w te badania nie włączyć.

Wiesz, ile osób w końcu zostało objętych badaniem?

Nie wiem, chorowały podobno miliony, więc pewnie z pięćdziesiąt tysięcy?

Nie.

Pięć tysięcy?

Nie. Siedemdziesiąt osiem osób. Wyniki zostały opublikowane przez profesora Adama Barczyka z Katowic, z Górnośląskiego Centrum Medycznego. Stwierdzono, że amantadyna nie działa. Pamiętam triumfalistyczny ton Bartosza Chmielowca, Rzecznika Praw Pacjenta, który oświadczył, że nie ma dowodów naukowych, które potwierdzałyby skuteczność leczenia COVID-19 amantadyną – zatem nie jest ona w tym przypadku zalecana. W jego tonie można było usłyszeć: zobaczcie, wszyscy foliarze, szury, mamy tutaj twarde dowody. A przecież to były żadne dowody.

Równolegle prowadzono drugie badanie, robił to profesor Konrad Rejdak z Lublina. Mimo medialnej nagonki już po owej pamiętnej konferencji udało się mu dokończyć badania. Profesor Rejdak miał niemałe doświadczenie w dziedzinie chorób neurologicznych, prowadzi bowiem ośrodek zajmujący się ciężkimi przypadkami parkinsona i podobnymi. Co się okazało? Otóż amantadyna dwie dekady temu znana była jako lek grypowy, po czym nagle na rynek wszedł specyfik o nazwie Theraflu i wszyscy zaczęli podawać właśnie to. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zadziałały jakieś tajemnicze siły lub dziwny determinizm dziejowy – amantadyna przestała być modna. Mimo to w dalszym ciągu była powszechnie w populacji chorych neurologicznie stosowana, ponieważ odkryto jej pozytywne działanie u chorych z objawami parkinsona czy pacjentów ze stwardnieniem rozsianym.

Profesor Rejdak, mając u siebie na oddziale kilkadziesiąt osób z parkinsonem, które jednocześnie zapadły na covid, zauważył, że pacjenci, którzy przyjmowali amantadynę, przechodzą covid o wiele łagodniej i wychodzą z niego szybciej. Uznał to za mocne wskazanie, że można w ten sposób ratować chorych na COVID-19, i zaczął sam, we własnym zakresie, realizować to, co – jak widział – dawało efekty. Wiele miesięcy zabiegał o uruchomienie profesjonalnych badań i gdy tylko ogłoszono taką możliwość, zgłosił się na ochotnika, by przeprowadzić ten projekt. Niezależnie doktor Włodzimierz Bodnar także starał się o prowadzenie badań nad chlorowodorkiem amantadyny i wiem, że był w kontakcie z ośrodkiem profesora Barczyka i profesora Rejdaka. Nie wchodząc w szczegóły: po wielu miesiącach na placu boju zostali profesor Barczyk z Katowic i profesor Rejdak z Lublina. Znamienne, że Agencja Badań Medycznych nie czekała z ogłoszeniem wyników na zakończenie badań w Lublinie; gdy tylko w Katowicach profesor Barczyk z tymi swoimi siedemdziesięcioma ośmioma pacjentami był gotów, na początku lutego 2022 roku zorganizowano wspomnianą konferencję. A potem, jak wiemy, 24 lutego Putin odwołał pandemię i sprawa ucichła.

Mimo to w Lublinie zespół profesora Rejdaka pracował nadal i w sierpniu 2023 roku opublikował wyniki w prestiżowym piśmie „European Journal of Neurology”. Badania przeprowadzone na znacznie większej grupie pacjentów wykazały korzystne działanie amantadyny.

To też nie przekonało profesora Horbana, szefa rady medycznej przy premierze?

Nie wiem, czy przekonało. Nawet gdyby, to jakie to ma teraz znaczenie? Publikacja badań profesora Rejdaka nastąpiła półtora roku po odwołaniu pandemii. Zakładam, że profesor Horban i cała jego rada medyczna znają konkluzje badań profesora Rejdaka. Rodzi się inne pytanie: Co my, jako obywatele, możemy zrobić? Mamy bowiem sytuację, gdy szef Rady Medycznej przy premierze przyznał rację lekarzowi („płaskoziemcy” skutecznie leczącemu amantadyną), a jednocześnie rozporządzenia ministerstwa utrudniają Polakom dostęp do tego leku. W międzyczasie umierają tysiące ludzi, a na koniec badania potwierdzają, że lek może być skuteczny.

To się chyba nadaje do prokuratury?

Ty to powiedziałeś…

Jednak pandemia była przecież wydarzeniem globalnym. W Polsce może i dorwał się do władzy Horban, ale byli też Horbanowie innych krajów – i podejrzewam, że oni także mieli wiedzę o skuteczności amantadyny. O czym to świadczy?

O tym, że to, co nazywa się teraz, w sprawach tak zwanych zmian klimatycznych, konsensusem naukowym, przyjęto i w dobie pandemii. Wielokrotnie powtarzałem, że wszystkie dogmaty przyjęte jako konsensus podczas pandemii okazały się nieprawdą. Pierwszy dogmat: że covid jest śmiertelny i nie ma na niego lekarstwa. Drugi dogmat: że jedynym ratunkiem są pozafarmaceutyczne środki medyczne, czyli izolacja, śledzenie kontaktów, kwarantanna, dystans społeczny, przyłbice, maseczki, spryskiwanie wszystkiego spirytusem, rękawiczki lateksowe, zamykanie szkół, zamykanie szpitali, zamykanie przychodni, zamykanie lasów i cmentarzy. Trzeci dogmat: że o chorobie nie decyduje zespół objawów – wysoka gorączka, bóle głowy i osłabienie – lecz patyk wsadzony do nosa, czyli test. I czwarty dogmat: że wybawieniem będzie powszechna immunizacja zastrzykiem mRNA stworzonym według nowej technologii. Odpowiednicy Horbana w wielu krajach rzeczywiście nie chcieli tych prawd objawionych podważać, choć były miejsca na świecie, gdzie pełnomocnicy rządów podejmowali niezależne decyzje, nie traktując dogmatycznie rekomendacji WHO (czytaj: Billa Gatesa), na przykład wiele krajów Afryki, Szwecja, Białoruś, Floryda. Wszędzie też znajdowali się lekarze, którzy kwestionowali wszystkie te dogmaty.

Pozostańmy jednak na naszym podwórku. Doktor Basiukiewicz na przykład kwestionował amantadynę, ale miał też zestaw innych lekarstw. Profesor Frydrychowski polecał zwykły węgiel, tylko podany w dużej ilości i natychmiast po wystąpieniu pierwszych symptomów choroby. Lekarze ci twierdzili, że podanie w pierwszych dniach po zakażeniu czy to amantadyny, czy hydroksychlorochiny, czy iwermektyny, czy środków takich nawet jak choćby węgiel mogło zahamować rozwój wirusa, a więc że w pierwszej fazie skuteczna pomoc pacjentowi była możliwa.

Sprawdziłeś to na sobie, prawda?

Tak. Sprawdziły też moja córka i moja żona: wszyscy leczyliśmy się amantadyną. Mało tego, moja sześćdziesięcioletnia niepełnosprawna siostra, która cierpi na schorzenia neurologiczne, po amantadynie i, uwaga, po wlewach dożylnych koktajlu witaminowego wyszła z choroby niemal po tygodniu. Takich przypadków znam naprawdę sporo, właściwie moglibyśmy im poświęcić osobną książkę.

Tak jak i osobna publikacja należy się ludziom, którzy zmarli wyłącznie dlatego, że ktoś postanowił zamknąć kraj, wywołując pandemiczną psychozę. Jesienią w programie rozmawiałem z profesorem Robertem Gilem, szefem gildii polskich kardiologów i oddziału kardiologicznego w MSWiA. Elita. Pokazałem mu badania statystyczne, z których wynikało, że w 2019 roku jego szpital wykonał ponad trzy tysiące sześćset operacji, zaś w 2020 tylko jedną piątą tego. Spytałem: „Panie doktorze, co się stało, dlaczego tak mało?”. Odpowiedział: „No nie wiem”. Dopytywałem: „Ale co z tymi pacjentami? Nagle ozdrowieli, przestali chorować, przestali mieć problemy z sercem?”. A on na to: „Nie, nie przestali chorować, ale się nie zgłaszają”. No, nie zgłaszali się przez tę panikę. A jak chorzy się nie zgłaszają i nie leczą, to lądują na cmentarzu.

My już we wrześniu 2020 roku z redakcją Warto rozmawiać dotarliśmy do wybitnych polskich onkologów, między innymi do profesora Macieja Krzakowskiego – konsultanta krajowego w dziedzinie onkologii, profesora Andrzeja Deptały, profesora Marka Wojtukiewicza i oni wszyscy apelowali o natychmiastowe przywrócenie normalnych procedur – diagnostyki i chirurgii onkologicznej. Lockdowny i paraliż systemu zablokowały pacjentom dostęp do diagnostyki i zabiegów, co w konsekwencji okazało się wyrokiem śmierci dla wielu chorych. Nigdy nie wolno o tym zapomnieć.

Wróćmy może jeszcze do początku pandemii. Kiedy zacząłeś się orientować, że coś jest nie tak?

Przede wszystkim wściekłem się, że zostaliśmy zablokowani. Wśród decyzji telewizyjnych związanych z ogłoszeniem pandemii pojawiły się i te o wyrzuceniu z ramówki całej masy programów, gdyż były… zagrożeniem. Ponieważ publiczność siedzi za blisko, nie ma dystansu społecznego, nie jesteśmy w stanie utrzymać reżimu sanitarnego, który wtedy zaczynał obowiązywać, a właściwie był nam narzucony. Dzisiaj wiemy, skąd on przyszedł, że te wytyczne zaaplikowane nam zostały nie przez polskie Ministerstwo Zdrowia, lecz przez te Gavi, CEPI, Wellcome Trust i innych podopiecznych Billa Gatesa.

Miałeś moment lęku? Większość z nas na początku, w tej całkowicie nowej sytuacji, dość poważnie się przestraszyła.

Przyznam szczerze, że nie pamiętam, żebym się bał. Miałem poczucie, że mój organizm jest silny, dobrze się czułem, uznałem się za człowieka sprawnego, raczej się nie bałem tego, że umrę ja lub ktoś z mojej rodziny.

Nie przeraziły cię obrazki z Chin, a potem z Włoch? Słynne ciężarówki pełne lombardzkich trumien?

Nie, natomiast bardzo mnie interesowała ta nowa, sensacyjna rzeczywistość. Doświadczenie w skali globalnej, angażujące miliony ludzi, to było niespotykane wydarzenie społeczne. Poczułem się rzeczywiście elementem globalnej wioski.

Uznałem, że faktycznie chyba trzeba się jakoś zabezpieczać: zaczęliśmy brać więcej witaminy D, zacząłem stosować po kąpieli codzienny zimny prysznic, co zostało mi zresztą do dziś. Każdego dnia przynajmniej dwie minuty stoję pod lodowatą wodą, to taki rodzaj hartowania. Ale przez fakt, że wtedy życie stanęło, postanowiliśmy więcej się modlić. Kościół do tego wzywał, w świątyniach śpiewano czy recytowano suplikacje. Skoro program został zawieszony, nagle znalazło się więcej czasu na inne działalności niż zawodowa, więc zaczęliśmy też codziennie chodzić na Mszę Świętą. Bo przez moment było jeszcze wolno…

Potem, jak zjechaliśmy do domu na wsi, zabraliśmy ze sobą kapłana, który od tego momentu nam towarzyszył. Dostał swój pokój i wprowadzał nam takie zwyczaje jak odmawianie Liturgii godzin – codzienny brewiarz. To nam dawało poczucie rytmu dnia, porządku i sensu, a jednocześnie wzmacniało nas. Dlatego chyba udało się nam uniknąć lęku. Uwierzyłem jednak, że zaraza jest groźna, i czekałem z obawą, że ludzie zaczną masowo umierać.

Tyle tylko, że nie umierali. I dowiedziałem się o tym kilka tygodni później, gdy Wirtualna Polska przedrukowała wywiad z szefem przedsiębiorców pogrzebowych, który skarżył się, że pójdzie chyba do Mateusza Morawieckiego po tarczę, gdyż spadły im dochody.

Pamiętam tę informację, zrobiła na nas wszystkich wrażenie. Jak sobie to tłumaczyłeś? Tak jak oficjalne czynniki, ONZ, polska władza i posłuszne jej media? Że najpierw musi być mniej ofiar, żeby potem było więcej?

Na początku myślałem, że może te ciała są przetrzymywane gdzieś w chłodniach, ze względów bezpieczeństwa albo badawczych, ale nie. Okazało się, że po prostu śmiertelność była mniejsza niż każdego innego roku w tym okresie. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że coś tu jest nie tak. Zaczęliśmy więc szukać.

Trafiłem na sensacyjny wywiad z profesorem Wolfgangiem Wodargiem, ważnym niemieckim lekarzem i politykiem. Jego wypowiedzi bardzo mnie zaciekawiły. W międzyczasie zacząłem też mieć poczucie, że to chyba jakaś ustawka ze służbami, element globalnej rozgrywki: Stany Zjednoczone, Chiny, jakaś proxy war. Podobnie myślących ludzi, tych sceptyków, z czasem było coraz więcej. Maciek Pawlicki opublikował tekst w sieci, Witek Gadowski zaczął drążyć temat i cyklicznie nagrywać felietony na swój kanał, pojawił się Grzegorz Płaczek, który na swoim profilu facebookowym wklejał pytania do Ministerstwa Zdrowia i odpowiedzi resortu, a doktor Mariusz Błochowiak wypuścił pierwszą z cyklu, niezwykle ciekawą książkę Fałszywa pandemia. W tym samym czasie doktor Zbigniew Martyka publikował swoje opinie na Facebooku. Miejsc, z których można było czerpać informacje, przybywało, stąd w momencie, gdy okazało się, że możemy wrócić do programu, a były to wakacje…

Bo wirus zaczął być w odwrocie tuż przed wyborami prezydenckimi.

Otóż to. Wtedy, właśnie przed wyborami, wyszła sprawa pani Jolanty Gontarczyk vel Lange, agentki SB, współodpowiedzialnej za śmierć księdza Franciszka Blachnickiego. Została ujawniona jako szefowa fundacji Pro Humanum, która to organizacja korzysta z hojnego wsparcia Rafała Trzaskowskiego, prowadząc politykę promocji mniejszości seksualnych. W związku z tym uznaliśmy, że to będzie pretekst, aby przekonać Jacka Kurskiego, że powinniśmy wrócić na antenę. Mówiąc wprost, zaproponowałem, że zrobimy o tym program. W kontekście zbliżających się wyborów „grzanie” tematu Jolanty Lange i pokazanie, jak Trzaskowski finansuje z kasy miejskiej byłą agentkę PRL-owskich służb wszystkim się przyda. Dał się przekonać i wróciliśmy.

***

„Warto grać czysto”, Jan Pospieszalski, Krystian Kratiuk, Wydawnictwo Esprit 2024

Kościół w walce z diabłem, błędem i grzechem

Zawsze Wierni nr 2/2019 (201), czyli zawsze_wierni

Kościół w walce z diabłem, błędem i grzechem

Wywiad z ks. Karolem Stehlinem FSSPX

Z ks. Karolem Stehlinem, przełożonym Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji, rozmawia ks. Szymon Bańka

Zacznijmy od początku: w jaki sposób zetknął się Ksiądz z postacią i myślą św. Maksymiliana? Czy od razu zrozumiał Ksiądz, że św. Maksymilian to kluczowa postać w naszej dzisiejszej walce o wiarę? Co Księdza urzekło w postaci o. Maksymiliana?

Początki sięgają pierwszego roku w seminarium, roku 1981, gdy tradycyjny Katolicki Ruch Młodzieżowy w Niemczech (KJB) wydał biuletyn poświęcony życiu i pracy apostolskiej świętego Maksymiliana Kolbego. My, seminarzyści, byliśmy zafascynowani odkryciem tego świętego naszych czasów, który był tak całkowicie tradycyjny w swojej głębokiej wierze i apostolskiej gorliwości, a jednocześnie korzystał z nowoczesnych osiągnięć techniki. Święty, który fascynował młodych ludzi również naszych czasów.

Kwestia nawrócenia młodych ludzi powróciła ponownie w 1986 roku, kiedy to zostałem wyznaczony do pracy w Afryce. Zainspirowany objawieniami Matki Bożej w Fatimie (trzy tomy br. Michała od Trójcy Świętej) i biografią świętego Maksymiliana Kolbego (napisaną przez Marię Winiowską), ksiądz Loic Duverger w 1988 roku powołał do życia organizację dla dziewcząt, o nazwie „Compagnie de L’Immaculee”. Ponieważ MI składa się z trzech grup, dziewczęta podzielone były na „dzieci, służebnice oraz apostołów Niepokalanej”. Każda z tych grup wcielała w życie prośby Niepokalanego Serca w Fatimie, starając się o nawrócenie swoich rówieśników. Rezultaty były olśniewające: po 5 latach działalności, grupy „Compagnie de L’Immaculee” powstały w różnych częściach stolicy Gabonu, by nawracać mieszkające tam dzieci. Wielu „apostołów” angażowało się jako katecheci, ucząc 1500 dzieci w naszej placówce misyjnej Świętego Piusa X. W czasie obchodów 75. rocznicy objawienia Matki Bożej w Fatimie „Compagnie de L’Immaculee” wielokrotnie zainscenizowało przedstawienie opowiadające historię objawień, przyciągając w ten sposób setki osób do Kościoła.

Najbardziej jednak cudownym owocem była wewnętrzna przemiana wielu młodych dziewcząt, które żyły głębokim życiem wewnętrznym i niejednokrotnie z heroiczną odwagą broniły wiary w pogańskich środowiskach, a niekiedy i w rodzinach. Niektóre z nich doprowadziły do nawrócenia swoich rodziców, braci i sióstr. Wśród dziewcząt, które zmarły przedwcześnie z powodu różnych chorób tropikalnych, obserwowaliśmy rzadko spotykany stopień cnót, a nawet i świętości. Te niesamowite wydarzenia utwierdziły nas w przekonaniu o potędze Niepokalanej w naszych czasach, o ogromnym znaczeniu Fatimy i MI oraz o konieczności naszej pracy apostolskiej z Nią i przez Nią.

Jednak dopiero w roku 1994, gdy zostałem powołany do rozpoczęcia dzieła Tradycji katolickiej w Polsce, odkryłem kim naprawdę był święty Maksymilian Kolbe i jego Milicja. Czytając listy i konferencje w jego ojczystym języku odkryłem uniwersalnego geniusza, zarówno pełnego kontemplacji a jednocześnie bardzo aktywnego teologa najgłębszych tajemnic Maryi i mistrza organizacji, który stosował nowoczesne środki techniki, by uczynić Naszą Królową znaną i kochaną przez miliony ludzi.

Ów śmiertelnie chory zakonnik założył jeden z najważniejszych ruchów maryjnych na świecie, trzeci po „Legionie Maryi” i „Błękitnej Armii Matki Bożej z Fatimy”, otworzył bez żadnych środków materialnych klasztor nazwany Niepokalanowem – „Miastem Niepokalanej”, który w ciągu 15 lat stał się największym od czasów średniowiecza klasztorem na świecie, liczącym prawie tysiąc mieszkańców.

Nie zadowoliwszy się rozpaleniem płomienia miłości do Niepokalanej we własnej Ojczyźnie wyruszył na misje do Azji z pragnieniem doprowadzenia do Niej „miliardów dusz”. Ostatecznie, swoje heroiczne życie zakończył heroiczną śmiercią w bunkrze głodowym w Oświęcimiu, gdzie oddał swoje życie za życie współwięźnia, ojca rodziny.

Dlaczego postanowił Ksiądz założyć Rycerstwo Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji, skoro istnieje nieprzerwanie rycerstwo założone przez św. Maksymiliana? Czym różni się Rycerstwo Tradycyjnej Obserwancji od tego „zwykłego”?

Gdy w 1998 roku został otworzony pierwszy przeorat, oczywistym było, że często odwiedzaliśmy położony nieopodal Niepokalanów. To było tak, jakby sam święty spotykał się z nami, gdy rozważaliśmy resztki gigantycznego apostolatu (muzeum; pierwotna kaplica i pokoje w których święty mieszkał; cmentarz, gdzie pochowani byli jego heroiczni towarzysze etc). Niezwykłym doświadczeniem były długie rozmowy z pamiętającymi go starszymi braćmi.

Jednakże, musieliśmy odkryć i drugą stronę MI: w Niepokalanowie roiło się od ruchów charyzmatycznych, półki w księgarni były wypełnione pozycjami liberalnymi i modernistycznymi; często też byliśmy świadkami liturgicznych ceremonii i spotkań, podczas których oddziaływano na emocje zebranych w sposób podobny do koncertów rockowych, odbywających się na wolnym powietrzu. W 1997 roku opublikowano nowy statut MI różniący się bardzo od oryginalnego. Jedną z najlepiej sprzedających się książek była książka generalnego moderatora Milicji, o. Simbuli, który krytykował świętego założyciela za umysłową ciasnotę, że „ugrzązł w światopoglądzie swoich czasów”. Pytaliśmy starszych braci, którzy znali świętego, co myślą o tych zmianach. Ze smutkiem odpowiadali: „Teraz wszystko zmieniło się”. „Rycerz Niepokalanej” przeistoczył się w pobożny biuletyn, pełen modernistycznych aluzji, wyzbyty oryginalnego tonu.

W tym czasie grupa młodych wiernych prosiła, czy moglibyśmy reaktywować Milicję Niepokalanej dokładnie według założeń świętego Maksymiliana, ponieważ katolicka Polska pozostawała od lat dwudziestych XX wieku pod potężnym wpływem MI, a także przywrócenia jej pierwotnego ducha nadanego przez świętego Założyciela.

Prośba ta wymagała dokonania analizy, czy ta idea ma sens, bowiem istniały w katolickiej Tradycji inne ruchy maryjne. Stworzenie nowego ruchu mogłoby uczynić rozłam w liczbie i sile tych już istniejących. Zorganizowaliśmy więc małą krucjatę różańcową, ażeby Niepokalana objawiła nam swoją wolę.

Dlaczego Ksiądz uważa MI za tak ważne w naszych czasach? Dlaczego Rycerstwo ma szczególne znaczenie właśnie dzisiaj, w dobie kryzysu wiary i kapłaństwa?

Jak sama nazwa wskazuje, Militia Immaculatæ przypomina Kościół Wojujący, prawdziwy Kościół Katolicki na ziemi, który jest w nieustannej walce z diabłem, grzechem i błędem. Od pięćdziesięciu lat te kardynalne prawdy usuwano z umysłów wiernych, których uczy się dążyć do uniwersalnego pokoju i szacunku wobec wszystkich religii. Co gorsze: od tamtego czasu wieczne i najważniejsze rzeczywistości o niebie, piekle, czyśćcu, sądzie, kwestie walki przeciwko diabłu oraz nawrócenie z błędu do jedynej wiary katolickiej zostały odrzucone i zastąpione pragnieniem zjednoczenia świata przez wzajemne zrozumienie i pokój. Masoński porządek świata stał się ideałem dla wielu katolików.

Przeciwko tej modernistycznej pladze MI jawi się jako lekarstwo przeciwko pacyfizmowi naszych czasów i staje się potężnym przypomnieniem jedynej prawdziwej perspektywy: jesteśmy na tym świecie, by walczyć o zbawienie naszych dusz. MI kładzie nacisk na zrozumienie istoty wiecznych wartości oraz właściwego wykorzystania naszego pobytu na ziemi. W swojej definicji Milicja Niepokalanej jest anty-ekumeniczna, woła o nawrócenie wszystkich wyznawców fałszywych religii do jedynego prawdziwego Kościoła.

Ten ideał walki duchowej, tak potrzebny w naszych czasach, wywołuje entuzjazm szczodrobliwych dusz, zwłaszcza młodych, by poświęcić się dla wielkiego i fascynującego ideału. W naszych indywidualistycznych czasach jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie zamknięcia się we własnym duchowym komforcie, by stać się egocentrycznymi i rozumieć praktykę religijną jako naszą prywatną sprawę. Po tak długim okresie straszliwego kryzysu zagraża nam zapomnienie, że należymy do Świętej Matki Kościoła i ponosimy odpowiedzialność za członków Mistycznego Ciała Chrystusa. MI pozwala nam głębiej zrozumieć wielkie nowe przykazanie Pana Jezusa, by: „kochać bliźniego naszego, tak jak On umiłował nas”. Oznacza to, że powinniśmy uczynić wszystko co w naszej mocy, by doprowadzić do zbawienia dusze kroczące do przepaści wiecznego potępienia. Będziemy szczęśliwi i wdzięczni za każdą osobę w Kościele powracającą do prawdziwych wartości i pragniemy przywieść ją do pełni katolickiej Tradycji i wraz z nią cały świat, począwszy od najmniejszej parafii, aż do Watykanu. Nie będziemy pogardliwie palcem wskazywali na duchowo ubogich, mówiąc: „Z takim heretykiem nie chcę mieć nic do czynienia”, lecz dążyć będziemy ze wszystkich sił, by zaprowadzić go do wieczystej prawdy Pana Naszego przez Niepokalaną. MI przywraca nam prawdziwą tożsamość jako katolików wraz z głębszym zrozumieniem naszej roli tu na świecie, by stać się żołnierzami Jezusa Chrystusa, walczącymi o rozszerzenie Królestwa Boga na ziemi. Ażeby osiągnąć ten życiowy cel, otrzymaliśmy sakrament bierzmowania.

Militia Immaculatae nie jest kolejnym ruchem czy stowarzyszeniem pośród wielu innych, ze swoimi modlitwami i praktykami, ale jest konieczna dla naszego życia, jako nowe prawo, które mówi: cokolwiek czynisz, czynisz jako instrument w rękach Niepokalanej, by jako rycerz w Jej armii atakując wroga, nawrócić go i w ten sposób rozszerzyć Królestwo Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jeżeli stanie się to treścią naszego życia, nie będziemy więcej marnotrawili naszego czasu, ale krótki pobyt na ziemi wypełnimy do maksimum czynami wielkimi, nieśmiertelnymi, prowadzącymi do zbawienia dusz. Innym fascynującym aspektem jest, że ruch ten gotów jest posługiwać się najbardziej nowoczesnymi narzędziami w służbie Niepokalanej. Powoduje to, że współczesny człowiek nabiera nowego, katolickiego spojrzenia na środki masowego przekazu, które najczęściej nadużywane są przez moce ciemności, jako potężne medium najokropniejszych pokus.

Ponieważ młodzież jest uzależniona od swoich elektronicznych urządzeń, MI obraca to uzależnienie na służbę Niepokalanej i dla zbawienia dusz. W ten sposób wielu ludzi z zewnątrz Kościoła może przyłączyć się do MI, poznając, że ruch ten w sposób doskonały odpowiada sytuacji i potrzebom naszych czasów.

Jednocześnie MI jest głęboko zakorzeniona w duchu modlitwy i ofiary, które są najważniejszą bronią rycerzy, by zbawiać dusze. W ten sposób wypełniana jest prośba Matki Bożej Fatimskiej, by modlić i ofiarować się za grzeszników, bowiem nikt nie modli się i nie ofiarowuje się w ich intencji. Ponadto modlitwa świętego Maksymiliana doskonale dopasowana jest do trudności pojawiających się na drodze dobrego modlitewnego życia w naszych czasach.

Najważniejszym jednak punktem jest miejsce Matki Bożej Niepokalanej w naszym życiu. MI stosuje w konkretnym życiu zasady świętego Bernarda oraz wszystkich świętych maryjnych, a zwłaszcza świętego Marii Ludwika Grignion de Montfort, który uczy wszystko czynić przez Maryję, z Maryją i dla Maryi. W ten sposób w nasze życie zostają wcielone wszystkie wielkie prawdy o Jej Niepokalanym Poczęciu, a zwłaszcza Jej rola jako Pośredniczki Wszystkich Łask dla zbawienia i uświęcenia wszystkich ludzi. Te prawdy przywodzą rycerza do zrozumienia, jak bardzo ważna jest Niepokalana w jego osobistym życiu, a zwłaszcza jak wielkiej wagi jest Jej prośba o pomoc w zbawieniu od wiecznego potępienia Jej umiłowanych dzieci, wciąż zagubionych w błędach i w grzechu. Tu katolik codziennie uczy się, jaka jest jego rola w świecie i jak ważne jest największe dzieło, którego człowiek tu na ziemi może dokonać, dając innym „wszystko co najlepsze” w wiecznym szczęściu. Jednocześnie uczy się niezbędnej pokory: sam nic nie może zrobić, a jako instrument Niepokalanej, Jej wierny rycerz, może dokonać wszystkiego.

To prawda, że wszystkie te punkty można także odnaleźć w Legionie Maryi, reaktywowanym w wierności Tradycji w kilku krajach. Legion Maryi jest jednak zbudowany według wzorca Legionu Rzymskiego, składającego się z żołnierskiej elity, z zasady więc wymaga bardzo wiele od swoich członków. Militia Immaculatae przeciwnie; otwarta jest dla wszystkich, nawet dla tych najbardziej leniwych. Wstępującym rycerzom nie stawia się właściwie żadnych wymagań. MI jest ruchem masowym, dążącym do tego, by wszyscy wstępowali w ślady Niepokalanej, zmuszającym by podali Jej przynajmniej swój mały paluszek, a Ona dokona reszty, biorąc całą rękę i całego człowieka. Filipiński Legion Maryi odkrył w MI niezwykłe narzędzie, by odwiedzanych każdego tygodnia ludzi przybliżyć do Niepokalanej, stając się Jej rycerzami.

Nigdy taki ruch nie powstał w świecie. Przeniknięty duchem swojego świętego Założyciela, jest zarówno kontemplacyjny, jak i aktywny; szanuje każdy indywidualny wysiłek, jak i działanie grupowe; łączy najwyższy wysiłek intelektualny (Akademie Maryjne) z najbardziej praktycznymi działaniami; wieczystą, niezmienną wiarę katolicką 2000 lat Tradycji z nowoczesnymi umiejętnościami i wynalazkami naszych czasów.

Jakie były początki Rycerstwa Tradycyjnej obserwancji? Czy wierni od razu zrozumieli przesłanie Rycerstwa i chętnie doń przystępowali, czy raczej początki były trudne, a ludzie niechętni?

Przełożony Generalny zgodził się z przedstawionymi argumentami i pozwolił założyć MI Tradycyjnej Obserwancji w Polsce. W dniu 6 maja 2000 roku, w pierwszą sobotę miesiąca Maryi, około 50 katolików zostało pierwszymi Rycerzami Niepokalanej. Otrzymali oni „Dyplomik” z kopią podpisu św. Maksymiliana. Jednak po pierwszym entuzjazmie Rycerstwo Tradycyjnej Obserwancji raczej trudno rozwijało się w Polsce: nowi rycerze zostali przyjęci na końcu pielgrzymki do Częstochowy oraz rekolekcji maryjnych. Poza tym mało uczyniono, aby ich mobilizować do apostolatu. Tylko w Warszawie i Gdyni powstały pierwsze grupy MI 2 – studium, gdzie mężczyźni się spotykali regularnie, aby pod opieką Niepokalaną pogłębić swą wiedzę religijną i apologetyczną. Od roku 2008 nastąpiła pewna odnowa ideału Rycerstwa: kilkuset nowych rycerzy zostało przyjętych we wszystkich naszych kaplicach. Dzięki ponownej publikacji artykułów świętego Maksymiliana Kolbego i jego współbraci rycerzy, piszących przed II wojną światową, wielu wiernych zaczęło dostrzegać ogromną różnicę, a nawet sprzeczność między nowościami w Kościele w duchu Vaticanum II a duchowością i ideałami z pierwszych 50 lat MI.

Rycerstwo Tradycyjnej Obserwancji wystartowało w Polsce. Jakże się to stało, że rozpowszechniło się na świecie?

Co roku uczestniczyła pewna grupa obcokrajowców na pielgrzymkę do Jasnej Góry, podczas której dowiedzieli się o istnieniu MI. Widocznie byli wzruszeni tym, co słyszeli podczas wykładów i wielu z nich spontanicznie wstąpiło do MI. W 2002 roku tradycyjni ojcowie Kapucyni z Morgon wyrazili chęć przyłączenia się do MI i tak powstała Militia Immaculatae we Francji. Jednak na początku było to jednostkowe zaangażowanie „fanów” świętego Maksymiliana, a ruch na ogół nie był znany w Tradycji (za wyjątkiem Polski). Od tego czasu napisałem parę książek na ten temat, które zostały przetłumaczone na język angielski, francuski, niemiecki, częściowo też hiszpański, rosyjski, litewski, estoński. Toteż bywałem często zapraszany przez kapłanów na rekolekcje i wykłady o MI. Z tego powodu w 2004 roku pierwsi amerykańscy kapłani założyli MI w niektórych przeoratach i kaplicach w Stanach Zjednoczonych, a następnie w 2006 roku w Szwajcarii. W tym okresie powstały pierwsze strony internetowe MI, dzięki którym zainteresowanie wiernych MI znaczenie wzrosło. Liczba rycerzy wzrosła do około 5000 w 2013 roku.

Gdy zostałem delegowany do Azji, oczywiście przyniosłem jako „prezent z Polski” Rycerstwo, które w niektórych krajach zostało przyjęte z entuzjazmem, w innych z wielką rezerwą (zawsze z obawą, czy istniejącym ruchom maryjnym nie wyrządzano przez to szkody z powodu ducha konkurencji, etc.). 8 grudnia 2014 roku zostało przyjętych pierwszych 150 rycerzy w Indiach, a od tego momentu MI rozwijało się w Azji cudownie. W ciągu 3 lat liczba rycerzy wzrosła ponad dwukrotnie, z około 5000 w 2013 roku do około 13 000 w 2016 roku. Dotychczas MI w różnych krajach była pod opieką tamtejszych księży i im pozostawiono inicjatywy. Księża indywidualnie podejmowali odpowiednie działania, próbowali „zrobić coś” za zgodą swoich przełożonych. Aby zjednoczyć różne wysiłki i ustanowić MI jako małą armię Tradycji katolickiej, Przełożony Generalny – najwyższa władza MI – ustanowił mnie międzynarodowym koordynatorem lub w warunkach świętego Maksymiliana – „dyrektorem” MI.

W Polsce, przy warszawskim przeoracie Bractwa, powstała właśnie ogólnoświatowa centrala Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji. W ilu krajach obecnie działa Rycerstwo i iloma rycerzami może się ono pochwalić? Czy są jakieś kraje, które wyróżniają się pod kątem ilości lub gorliwości rycerzy?

Kilka dni temu zostało przyjętych pierwszych 9 rycerzy w Hondurasie, który jest 43 krajem, w którym już istnieje MI Tradycyjnej Obserwancji. Nieco wcześniej, 12 grudnia 2018 roku, biskup ordynariusz z Nikaragui założył MI Tradycyjnej Obserwancji w parafii Matki Bożej z Guadalupe, zachęcając swoich proboszczów do przyjęcia wiernych do MI. Ogólnie liczba rycerzy wynosi obecnie ponad 100 000. Najwięcej ich jest na Filipinach (ok. 65 000), we Francji (ok. 6000), w Stanach Zjednoczonych (5000), ponad tysiąc w Polsce, Niemczech, Anglii, Kanadzie, Nikaragui, Gwatemali, Kolumbii, Belgii, Austrii, Indiach, Singapurze, Australii i Nowej Zelandii.

Około 30 procent rycerzy to wierni katolickiej Tradycji. Niewątpliwie to oni najwięcej rozumieją ducha św. Maksymiliana oraz znaczenie Rycerstwa, jakie opisano powyżej. Natomiast apostolat MI jest kierowany „na zewnątrz”, aby ludzie „poznali Niepokalaną i umiłowali Ją”, a przez Nią stopniowo odkryli na nowo katolicką Tradycję. Toteż „zawsze wierni tradycyjni rycerze” rozumieją coraz bardziej, ile dobrego mogą uczynić, aby przyczynić się do powrotu do Tradycji ogromnej liczby ludzi dobrej woli, nawet apostatów, obojętnych czy modernistów.

Same liczby pokazują, gdzie nasi rycerzy są najbardziej gorliwymi: ks. Moderator z Nikaragui powiadomił mnie, że miesiąc temu przyjęci nowi rycerze już przyczynili się do nawrócenia 15–20 osób.

Czy istnieją już gdzieś wyższe stopnie MI (drugi i trzeci)?

MI posiada wszystkie możliwości naszego uczestnictwa w dziele zbawienia: zaprasza tych co pragną służyć Niepokalanej indywidualnie (MI 1), jednocześnie przewiduje apostolat w grupach, kołach i stowarzyszeniach dla osiągnięcia lepszych rezultatów (MI 2). Tych zaś najbardziej gorliwych członków zaprasza do duchowej elity, do całkowitego poddania się i heroicznego poświęcenia się Jej (MI 3).

Zasadniczo założono MI na świecie tylko na pierwszym poziomie, ponieważ obecna struktura i ideał MI nie ma jako głównego celu założenie różnych grup i kół, ponieważ takie istnieją już obficie na świecie. Toteż, aby uniknąć wszelkiego śladu ducha konkurencji, MI jest regułą życia, jest poświęceniem się Niepokalanej, aby we wszystkim być Jej narzędziem, którym ona może się posługiwać jak chce, aby przez to uratować jak najwięcej dusz.

Jeśli zaś gorliwi rycerze pragną łączyć się we wspólny apostolat, to odpowiedzialny kapłan i wyższy przełożony muszą wyrazić na to zgodę. Obecnie istnieje kilka grup: MI 2 – matki (Niemcy) ; MI 2 – młodzi (Indie); MI 2 – ojcowie (Filipiny); MI 2 – pielęgniarze/lekarze (Filipiny); poza tym parę MI 2 – pomoc przeoratu. Natomiast MI 3 jako rodzaj życia konsekrowanego może być zatwierdzony tylko przez Przełożonego Generalnego. W obecnej chwili powstający pierwszy MI 3 „Dom Maryi”(Filipiny) czeka na takie zatwierdzenie.

Jaką przyszłość przewiduje Ksiądz dla Rycerstwa Niepokalanej? Będzie się ono dalej rozrastać w takim tempie jak do tej pory? Gdzie chciałby Ksiądz położyć akcenty w opiece nad Rycerstwem?

MI jest całkowicie w rękach Niepokalanej i tylko Ona wie, co z jej małą armią chce uczynić. Jeśli rzeczywiście coraz więcej kapłanów i biskupów spoza Bractwa (jak w Nikaragui) interesuje się MI i widzi w niej odpowiedni środek, aby swoich wiernych przez Maryję do Tradycji przekonać, wtedy MI jeszcze szybciej będzie się rozwijać. Jeśli pierwszy dom Maryi będzie zatwierdzony, to wtedy może ONA będzie gromadzić wokół siebie coraz więcej hojnych dusz, które pragną służyć JEJ wszystkimi siłami i całym swym czasem, tak dokonuje się ogromna praca nad wytrwałością rycerzy i obudzenie ich ze snu, a Jej armia wzrasta w liczbie i gorliwości.

Przede wszystkim trzeba dać członkom MI najgłębsze z możliwych rozumienie ich ogromnego znaczenia, jako „narzędzie JEJ”: od nich zależy zbawienie ogromnej liczby ludzi, by Ona mogła dać swe łaski swoim biednym dzieciom .

W jaki sposób można przystąpić do Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji i jakie są obowiązki rycerza?

Każdy katolik może przystąpić do MI, o ile rozumie, że poświęci siebie Niepokalanej jako „narzędzie” i pragnie pomóc Jej nawrócić i uświęcić jak najwięcej dusz. Obowiązki – to tylko codziennie raz odmówić akt strzelisty oraz nosić medalik cudowny. No i przede wszystkim przystąpić do MI przez złożenie aktu poświęcenia. Oprócz tego minimum wszystko będzie “dobrowolne”: według stanu, roztropności, a przede wszystkim gorliwości. A im więcej uczyni, tym więc łask sam dostanie.

Na koniec proszę o kilka słów zachęty dla licznych rycerzy Niepokalanej w naszym kraju!

„Bądź wierny aż do końca, a otrzymasz wieniec życia!” Oto obietnica Naszego Pana! „Obiecuję uczynić cię szczęśliwą, nie w tym, ale w innym świecie!”. Oto obietnica Matki Bożej do św. Bernadety w Lourdes. Tak, do nas wszystkich woła nasz Pan: „Wejdź dobry i wierny rycerzu, przyjmij koronę, którą obiecałem tobie, kiedy postanowiłeś zostać żołnierzem Mojej Matki, rycerzem Niepokalanej”.

Rycerz marzy o zwycięstwie, i dlatego wie, że musi walczyć, a ta walka będzie na całe życie i będzie to heroiczna walka! Święty Maksymilian od dzieciństwa uczył się, że Ona jest Hetmanką chrześcijańskich wojsk, a gdziekolwiek się pojawia, diabeł z przerażającym gniewem będzie ze wszystkich sił próbował Ją zniszczyć. Z drugiej strony, tam gdzie szatan rządzi, Ona przybywa, aby „zmiażdżyć mu głowę”. Kościół na ziemi jest Kościołem Wojującym i nikt nie może wejść do Królestwa Niebieskiego bez ciągłej walki przeciwko wrogom (złym skłonnościom, pożądaniom) i bez walki z niezliczoną armią diabła przez całe życie. Dlatego nie powinniśmy ani wyobrażać sobie, ani pragnąć słodkiego i spokojnego życia na ziemi bez prób i walk, a wręcz przeciwnie: budząc się każdego dnia, rycerz jest przygotowany na kolejny dzień walki w propagowaniu i podbijaniu świata i dusz dla „Miasta Boga”.

Jeśli chcesz otrzymać wieniec chwały, to najpierw musisz mieć pragnienie i współpracować, aby każdy mógł rozpoznać i poddać się Królowi królów za pośrednictwem naszej niebiańskiej Królowej. Musisz pracować dla triumfu Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi we wszystkich sercach. Innymi słowy, musisz być Jej wiernym rycerzem; narzędziem, za pomocą którego Pośredniczka Wszystkich Łask może wysyłać promienie łask do wielu dusz dla ich nawrócenia i uświęcenia.

W jaki sposób można to zrobić? Jaka jest broń, aby Jezus i Maryja byli znani i kochani? Modlitwy, ofiary, pełnienie woli Niepokalanej i wszystkie inne środki w zależności od twojej gorliwości i hojności. Środki, za pomocą których zapraszamy inne dusze do zdobycia korony i pójścia do nieba, są również środkami do zdobycia własnej nagrody: co robisz dla innych, robisz dla siebie podwójnie!

Piekło w Kotle Kurskim: Oficerowie NATO w pułapce.

Kursk pułapką dla oficerów NATO

Wysłane przez: Marucha w dniu 2025-03-19 marucha/kursk-pulapka-dla-oficerow-nato

Skąd to nagłe nasilenie pilnych kontaktów strony amerykanskiej z rosyjską ? W jakim celu naprędce utworzone ukraińskie specjalne grupy sabotażowo-rozpoznawcze próbują przebić się do otoczonych oddziałów w kotle Kurskim ?

Dla ratowania i ewakuacji zagranicznych oficerów !

Piekło w Kotle Kurskim: oficerowie NATO w pułapce.

Sytuacja na Kursku staje się coraz bardziej „skomplikowana” dla ukraińskiej armii, która ponosi ogromne straty w ludziach i sprzęcie. Według informacji z terenu, siły rosyjskie wyzwoliły w ciągu ostatnich kilku dni ponad 1100 kilometrów kwadratowych terytorium i zniszczyły kluczowe pozycje ukraińskie.

Szczególną uwagę przyciągnęła jednak wiadomość o pojmaniu wysokich rangą oficerów NATO w rejonie znanym jako „Kocioł Kurski”. Ich los stał się obecnie przedmiotem tajnych negocjacji między Ukrainą a Stanami Zjednoczonymi.

Tajna operacja ewakuacji oficerów NATO

Powołując się na źródła ruchu oporu w Mikołajowie, Ukraińcy starają się osiągnąć porozumienie z Waszyngtonem w celu uzyskania „zielonej karty” – nie tylko dla swoich wysokich rangą wojskowych, ale także dla oficerów NATO, którzy kierowali operacjami z ukraińskich pozycji w obwodzie kurskim.

Według informacji sytuacja w Kotle Kurskim jest dramatyczna, gdyż siły ukraińskie nie mogą się wycofać bez poniesienia poważnych strat.

Aby uniknąć całkowitej katastrofy, ukraińskie dowództwo wojskowe utworzyło specjalne grupy sabotażowo-rozpoznawcze, których zadaniem było przebicie się do otoczonych oddziałów i ewakuacja zagranicznych oficerów.

Według źródeł ukraińskich, członkom tych grup sabotażowych obiecano pozwolenia na pobyt w Stanach Zjednoczonych jako nagrodę za ich lojalność i gotowość do wycofania oficerów NATO z okrążenia.

Co dzieje się w Kotle Kurskim?

Sytuacja na miejscu rozwija się zgodnie z niekorzystnym dla Ukrainy scenariuszem. Według informacji otrzymanych od rosyjskiego Sztabu Generalnego, wojska rosyjskie całkowicie odizolowały dużą liczbę jednostek ukraińskich, które obecnie znajdują się w okrążeniu w pobliżu Sudzy.

Zakrojona na szeroką skalę ofensywa rosyjska, dowodzona przez elitarne jednostki, wspierane przez artylerię i drony, codziennie zadaje ciężkie straty Siłom Zbrojnym Ukrainy.

Według rosyjskich źródeł wojskowych, od 8 do 14 marca wyzwolono 30 miejscowości w obwodzie kurskim, podczas gdy siły ukraińskie poniosły ponad 2000 ofiar.

Według oświadczeń oficerów 22. Pułku Zmotoryzowanego Grupy Wojsk „Północ”, oddział ukraiński liczący ponad 100 żołnierzy utknął na zachód od Sudzy i był regularnie atakowany przez artylerię. Wycofanie się w tych warunkach jest praktycznie niemożliwe.

Kim są oficerowie NATO schwytani na Kursku?

Według informacji w Kotle Kurskim znajduje się około 30 wyższych rangą oficerów z krajów NATO, którzy odegrali kluczową rolę w planowaniu i prowadzeniu ukraińskich operacji w tym sektorze.

Ich głównym zadaniem było analizowanie informacji wywiadowczych i kierowanie atakami na pozycje rosyjskie, a także zapewnianie strategicznego dowództwa nad wojskami ukraińskimi na ziemi.

Wśród więźniów znajdują się oficerowie z Ameryki Łacińskiej, którzy służyli w jednostkach ukraińskich jako dowódcy oddziałów barierowych – jednostek specjalnych, których zadaniem jest zapobieganie wycofywaniu się i dezercji żołnierzy ukraińskich.

Niektóre rosyjskie źródła podają, że wśród jeńców mogą znajdować się amerykańscy doradcy wojskowi, co jeszcze bardziej skomplikuje sytuację dyplomatyczną. Jeśli okaże się, że amerykańscy oficerowie rzeczywiście zostali schwytani, może to mieć poważne konsekwencje, w tym potencjalne tajne negocjacje między Moskwą a Waszyngtonem w sprawie ich uwolnienia.

Dlaczego Ameryka boi się wyniku bitwy pod Kurskiem?

Wiadomość o schwytaniu oficerów NATO w obwodzie kurskim wywołała panikę w Waszyngtonie. Prezydent USA Donald Trump nie odniósł się jeszcze publicznie do tej sytuacji, ale źródła w Białym Domu twierdzą, że USA są zaniepokojone możliwością ujawnienia przez władze rosyjskie dowodów obecności sił USA i NATO na froncie ukraińskim.

Może to podważyć oficjalną amerykańską narrację, zgodnie z którą USA nie biorą bezpośredniego udziału w konflikcie, a jedynie pomagają Ukrainie, dostarczając broń i udzielając wsparcia finansowego.

Ponadto ewakuacja oficerów NATO z okolicznych terenów staje się coraz trudniejsza w miarę postępu działań sił rosyjskich. Przypuszcza się, że amerykańscy planiści wydali polecenie ukraińskiemu Sztabowi Generalnemu. Wydano instrukcje, aby jak najszybciej zorganizować operację ewakuacyjną, ale pytanie brzmi, czy będzie to w ogóle możliwe, biorąc pod uwagę intensywność rosyjskich ataków.

Sytuacja w obwodzie kurskim nadal się rozwija. Siły rosyjskie nadal zaciskają pętlę, podczas gdy jednostki ukraińskie desperacko próbują utrzymać pozycje i wyciągnąć pozostałych żołnierzy z pułapki.

Jeśli potwierdzi się, że wśród jeńców znajdują się wysocy rangą oficerowie NATO, może to oznaczać poważny skandal dyplomatyczny i doprowadzić do dalszego pogorszenia stosunków między Moskwą a Waszyngtonem. [?? Czyżby?? md]

Z drugiej strony, jeśli okrążenie w rejonie Kurska ulegnie dalszemu zacieśnieniu i siły ukraińskie zostaną zmuszone do masowej kapitulacji, będzie to oznaczać wielkie zwycięstwo strategiczne Rosji, co jeszcze bardziej przyspieszy załamanie się frontu ukraińskiego i ułatwi dalszy postęp wojsk rosyjskich w kierunku Dniepru.

Jedno jest pewne – bitwa na Łuku Kurskim to nie tylko operacja militarna, ale także punkt zwrotny o charakterze geopolitycznym, który może zadecydować o dalszym przebiegu konfliktu na Ukrainie.

Jacek Mędrzycki
https://www.facebook.com

Artykuł 47 Dodatkowego Protokołu I do Konwencji Genewskich wyraźnie określa, że najemnicy nie mają prawa do statusu kombatantów ani jeńców wojennych. Oznacza to, że w przypadku zatrzymania mogą nie być objęci pełną ochroną przysługującą jeńcom wojennym.

A zatem najemników powinno się publicznie (transmitując egzekucję w TV i Internecie) powiesić. Dla odstraszenia ew. następców.
Admin [Marucha md]

„Pozycja negocjacyjna” w Łuku Kurskim

Pozycja negocjacyjna w Kursku

Stanisław Michalkiewicz, 20 marca 2025 pozycje

Do dzisiaj nie wiadomo, kto właściwie podjął decyzję o przeprowadzeniu ukraińskiego uderzenia na obwód kurski Federacji Rosyjskiej. Musiała to być jakaś wyjątkowo tęga głowa, ktoś ocierający się o geniusz, jak nie przymierzając – nasz Książę-Małżonek – bo pamiętamy, że uderzenie na obwód kurski miało polepszyć pozycję negocjacyjną prezydenta Zełeńskiego i w ogóle – Ukrainy – przy dyktowaniu zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi warunków bezwarunkowej kapitulacji. Bo – tak przynajmniej wynikało z dezinformacji podawanych do wierzenia przez funkcjonariuszy Propaganda Abteilung, wziętych na posady w rozmaitych TVP-nach i TVN-ach oraz w mediach nierządnych, jak na przykład – żydowska gazeta dla Polaków, kierowana przez Judenrat z Czerskiej – ostateczne i miażdżące zwycięstwo Ukrainy nad Rosją było nie tylko zatwierdzone, ale – z dawna niebieskim oznajmione cudem i poprzedzone głuchą wieścią między ludem.

Widocznie jednak prosty lud ukraiński okazał się mądrzejszy od większości generałów naszej niezwyciężonej armii, bo nie czekając na ostateczne zwycięstwo, zagłosował nogami, przedostając się nie tylko do naszego nieszczęśliwego kraju, ale również do innych krajów, bardziej fortunnych od naszego, notorycznie – jak wiadomo – nieszczęśliwego. Rzeczywisty stan rzeczy był starannie ukrywany zarówno przez naszych funkcjonariuszy Propaganda Abteilung, którym oficerowie prowadzący surowo przykazali powtarzać własnymi słowami propagandowe wynalazki Sztabu Generalnego niezwyciężonej armii ukraińskiej, więc nic dziwnego, że i znaczną część naszej generalicji dała się ponieść euforii i rozsnuwała coraz to bardziej optymistyczne „ekspertyzy” i „scenariusze” – aż do ostatecznego zwycięstwa, które – zgodnie z prognozą szefa ukraińskiego wywiadu – miało przybrać postać okupacji europejskiej części Federacji Rosyjskiej, a przynajmniej – jej „demilitaryzacji” – czego bez okupacji Kremla chyba nie dałoby się przeprowadzić.

Tymczasem po zwycięstwie w listopadowych wyborach w Ameryce Donalda Trumpa, a zwłaszcza – po objęciu przez niego stanowiska prezydenta – oblicze świata zaczęło się zmieniać, może jeszcze nie w tempie stachanowskim, no ale na tyle szybkim, by prowadzić niejeden, ale całe mnóstwo dysonansów poznawczych wśród funkcjonariuszy Propaganda Abteilung. Jednym z głównych okazał się właśnie obwód kurski Federacji Rosyjskiej. Jak wiadomo, Propaganda Abteilung miała rozkaz pokazywania, jak w tym obwodzie kurskim niezwyciężona ukraińska armia brnie od sukcesu do sukcesu, zajmując z góry upatrzone pozycje, z których niszczy do imentu armię zimnego ruskiego czekisty Putina.

Aż tu nagle w dniach ostatnich okazało się, że wszystko wygląda zupełnie inaczej. Niezwyciężona armia ukraińska w obwodzie kurskim właśnie została podgarnięta na kupkę i przygotowana w okrążeniu do wymłócenia. W odróżnieniu od większości naszych generałów, prezydent Trump ma chyba lepsze rozeznanie sytuacji, bo właśnie zwrócił się do prezydenta Putina, by ulitował się nad okrążonymi w obwodzie kurskim Ukraińcami i darował im życie. I co Państwo powiecie? Zimny ruski czekista, co to zuchwale nie chciał natychmiast zgodzić się na „koncepcję” zakańczania wojny na Ukrainie, przyjętą podczas rozhoworów ukraińsko-amerykańskich w Arabii Saudyjskiej, nie odmówił prezydentu Trumpu spełnienia jego prośby – ale postawił warunki – żeby ci okrążeni żołnierze złożyli broń i skapitulowali.

[Są tam też duże ilości wysokich oficerów z Zachodu. Tak sobie przyjechali na majówkę w marcu – i siedzą w Kotle Kurskim jak zające pod miedzą. A zimny Putin – zamiast ich odwieźć do domu – czegoś tam „wymaga”?? Składać broń i kapitulować? md]

Co za perfidia, co za zuchwalstwo! Kto to widział, żeby ukraińscy żołnierze mieli składać broń i kapitulować? Prezydent Zełeński za nic w świecie takiego rozkazu im nie wyda – a tymczasem zimny ruski czekista twierdzi, że taki rozkaz powinien być wydany przez stronę ukraińską. Z pozoru to się nawet trzyma kupy – ale tak naprawdę, to żadnej kupy się nie trzyma, bo – jak pamiętamy – prezydent Zełeński taką możliwość wykluczył w drodze ustawodawczej. Więc co teraz będzie? Pan generał Polko na pewno zna rozwiązanie. Putin nie powinien stawiać nikomu, a już zwłaszcza – naszej umiłowanej duszeńce, prezydentowi Wołodymyrowi Zełeńskiemu – żadnych warunków, tylko zwyczajnie wycofał swoich zbrodniarzy z obwodu kurskiego, najlepiej od razu za Ural.

Jestem pewien, że z takiego klucza będą teraz ćwierkali funkcjonariusze Propaganda Abteilung, a resortowa „Stokrotka” wyśle wezwanie na piśmie pani Sławomirowi Mentzenowi, żeby stawił się na przesłuchanie w „Kropce nad „i”, gdzie zostanie zdemaskowany jako wróg ludu pracującego miast i wszy, wykonujący rozkazy Putina – żeby uczestnicy okrągłego stołu w sprawie wyborów prezydenckich w Polsce, a zwłaszcza – Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje – nie miała wątpliwości, kogo powinna nakazać „wyłączyć” – jak to się stało w Rumunii z panem Georgescu, któremu nie pomogło nawet odwołanie do niezawisłego sądu.

Inna sprawa, że ten cały Putin to rzeczywiście wyjątkowo zatwardziała sztuka. Tutaj, to znaczy – nie tutaj, tylko w Arabii Saudyjskiej – podczas rozhoworów amerykańsko-ukraińskich, rada w radę wypracowano koncepcję, której nie powstydziłby się nawet Kukuniek, a tu Putin, zamiast w podskokach wyrazić radość z danej mu wspaniałomyślnie szansy i bezwarunkowo na wszystko się zgodzić, to kręci, chachmęci, bo – jak zauważył prezydent Zełeński – nie może wytrzymać, żeby nie „zabijać Ukraińców”. Jak wiadomo, każe sobie podawać jednego Ukraińca na śniadanie, a już szczególnie przepada za dziećmi, zwłaszcza takimi tłuściutkimi, prosto z duchówki, jakim był w dzieciństwie pan D. – dzieciątko znanej aktywistki aborcyjnej. Teraz już zmężniał, więc do duchówki się nie nadaje, bo podobno ma mięso, jak z jakiegoś starego kurwiarza, no a taki Putin – wiadomo: byle czego nie zje.

Toteż decyzja, by ukraińskie niezwyciężone wojska uderzyły na obwód kurski, musiała być dla niego prawdziwym darem Niebios – bo teraz perfidnie będzie próbował wykorzystać sytuację w jakiej niezwyciężona ukraińska armia się tam znalazła, żeby z powrotem posłać piłkę na stronę ukraińską.

A tymczasem nasi funkcjonariusze Propaganda Abteilung już otwierali szampana, żeby tęgim łykiem uczcić posłanie piłki na ruską stronę. Zdaje się, że będą musieli wziąć sobie na wstrzymanie, podobnie jak większość naszej generalicji, która podobno kazała wypucować sobie oficerki na defiladę zwycięstwa.

Ale to nic – bo zwycięstwo, zwłaszcza to ostateczne, niewątpliwie nadejdzie, skoro zostało zatwierdzone, więc nie powinniśmy pokazać, że nie mamy amunicji, tylko spokojnie strzelać dalej – właśnie do ostatecznego zwycięstwa.

Stanisław Michalkiewicz

Relokacja Imigrantów to dechrystianizacja Polski. Podpisz protest !!

Relokacja Imigrantów to dechrystianizacja Polski

Relokacja Imigrantów to dechrystianizacja Polski

Udostępnij petycję

Pakt Migracyjny Unii Europejskiej, który zakłada przymusową relokację uchodźców między państwami członkowskimi, stwarza realne zagrożenie dla Polski. Choć nasz kraj przyjął w ostatnich latach tysiące [no, chyba miliony… md] uchodźców z Ukrainy, to polityka migracyjna UE nie gwarantuje bezpieczeństwa ani stabilności, a wręcz sprzyja rozprzestrzenianiu się chaosu w państwach, które nie są przygotowane na tak ogromny napływ osób z kultur obcych naszej cywilizacji chrześcijańskiej.

Zamiast skutecznej ochrony granic, Pakt Migracyjny opiera się na ideologii otwartych drzwi, która nie bierze pod uwagę realnych zagrożeń, takich jak dezintegracja społeczna, wzrost przestępczości oraz islamizacja, która w krajach Europy Zachodniej doprowadziła do upadku tradycyjnych zasad chrześcijańskich i erozji ładu społecznego.

Nie możemy pozwolić, by Polska stała się ofiarą nieodpowiedzialnej polityki migracyjnej, która zagraża naszej suwerenności, bezpieczeństwu oraz katolickiej tożsamości narodowej. Wiele państw zachodnioeuropejskich, które już przyjęły masową migrację, boryka się teraz z poważnymi problemami, które odbijają się na ich społecznej i gospodarczej stabilności.

Polska, chcąc uniknąć powtórzenia tych błędów, musi stanowczo sprzeciwić się Paktowi Migracyjnemu i dążyć do polityki ochrony swoich granic oraz interesów narodowych. Naszym obowiązkiem jest obrona polskiej kultury, naszej chrześcijańskiej tożsamości oraz zapewnienie bezpieczeństwa przyszłym pokoleniom.

Szanowny Panie Premierze,

Jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, z pełną odpowiedzialnością i troską o przyszłość naszej Ojczyzny, wyrażam zdecydowany sprzeciw wobec przyjęcia Paktu Migracyjnego. Zgadzam się, że Polska nie powinna być zmuszana do przyjmowania przymusowej relokacji uchodźców, szczególnie w obliczu kryzysu migracyjnego, który zagraża nie tylko naszemu bezpieczeństwu, ale również naszej kulturze, cywilizacji chrześcijańskiej i katolickiej tożsamości narodowej. Polska, choć otwarta na pomoc dla tych, którzy naprawdę jej potrzebują, nie może pozwolić na masowy napływ imigrantów, którzy nie integrują się z naszym społeczeństwem, a w dłuższej perspektywie mogą stać się zagrożeniem dla naszego ładu społecznego.

Proszę wziąć pod uwagę moje zdanie i wszystkie argumenty, które przemawiają za tym, by Polska zachowała pełną kontrolę nad swoimi granicami i polityką migracyjną. Jako obywatele tego kraju, mamy prawo do decydowania o przyszłości naszej Ojczyzny, a przymusowe przyjęcie uchodźców stoi w sprzeczności z naszymi zasadami i interesami narodowymi. Proszę o głębokie zastanowienie się nad skutkami tej decyzji i o podjęcie działań na rzecz ochrony naszej suwerenności.

Z poważaniem,

[Imię i nazwisko]

Płacimy Ukrainie za Starlinki [grubo ponad 330 mln. zł] , a oni je sprzedają?

Płacimy Ukrainie za Starlinki [grubo ponad 330 mln. zł] , a oni je sprzedają? Ministerstwo reaguje na doniesienia

20.03.2025 nczas/placimy-ukrainie-za-starlinki-a-oni-je-sprzedaja

W latach 2022-2024 Polska wydała prawie 323 mln zł na ponad 24,5 tys. terminali Starlink i ich abonament, które zostały przekazane Ukrainie. W tym roku szacowany koszt abonamentu ma wynieść ponad 77 mln zł.

Ministerstwo cyfryzacji w odpowiedzi na pytania PAP przekazało, że w latach 2022-2024 Instytut Łączności – Państwowy Instytut Badawczy (IŁ-PIB), na zlecenie Ministra Cyfryzacji, zakupił w celu „użyczenia” Ukrainie 24 560 terminali systemu satelitarnej łączności Starlink. Z tego w latach 2022-2023, czyli za rządów Zjednoczonej Prawicy, zakupiono 19 560 Starlinków, a pod koniec 2024 roku 5 tys. – dodano.

Podkreślono, że dzięki udostępnianiu terminali stworzone są „odpowiednie warunki dla zapewnienia łączności na terytorium Ukrainy”. Zwrócono uwagę, że pozwala to na świadczenie usług komunikacji elektronicznej obywatelom tego kraju przebywającym zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce, w związku z działaniami wojennymi.

Ile Polska wydała na Starlinki dla Ukrainy?

Z danych udostępnionych przez MC wynika, że w latach 2022-2024 na Starlinki dla Ukrainy wydano prawie 323 mln zł, zarówno na terminale, jak i ich abonament, który trzeba opłacać co miesiąc.

Terminale zakupione do 2023 roku kosztowały 28,7 mln zł, a te kupione w 2024 r. (5 tys.) – ok. 9 mln.

Abonament obejmuje ponad 24 tys. terminali Starlink oraz 5 150 terminali udostępnionych przez inne podmioty. W ramach umów zawartych przez Ministra Cyfryzacji miesięczny koszt jednego abonamentu wynosi w przypadku standardowej usługi 528,90 zł brutto, a abonamentu specjalnego – 1 383,75 zł brutto.

Według przedstawionej prognozy, pomiędzy styczniem a wrześniem 2025 roku resort wyda na abonament Starlinków użytkowanych w Ukrainie ponad blisko 77,8 mln zł, a na terminale w Polsce 295 060 zł. Z udostępnionych danych wynika ponadto, że na polskie potrzeby zakupiono ok. 1000 Starlinków.

Ukraińcy sprzedają Starlinki w internecie

W ostatnim czasie coraz częściej na platformach sprzedażowych widać ogłoszenia o sprzedaży Starlinków przez Ukraińców. Ministerstwo cyfryzacji zapewnia, że to nie jest sprzęt kupiony przez polskich podatników.

Resort tłumaczy, że Instytut Łączności – PIB dysponuje szczegółowym spisem numerów seryjnych udostępnionych Starlinków oraz na bieżąco monitoruje także sposób ich użycia i konsultuje się w tym zakresie z ukraińskim partnerem tj. Ministerstwem Transformacji Cyfrowej (MTD) Ukrainy.

„IŁ-PIB wielokrotnie weryfikował ogłoszenia w serwisach internetowych i nigdy nie stwierdzono, by przedmiotem sprzedaży były udostępnione przez Polskę Starlinki” – podkreśliło Ministerstwo Cyfryzacji.

Do kiedy będziemy finansować Ukrainie Starlinki?

Ministerstwo przypomniało, że na mocy ustawy wsparcie w zakresie zapewnienia łączności za pośrednictwem terminali Starlink jest udzielane do 30 września 2025 r. Termin był już zmieniany ustawowo w związku z przedłużającym się konfliktem na terenie Ukrainy i wynikał ze stosownych decyzji wykonawczych Rady UE.

„Ministerstwo Cyfryzacji do tej pory nie otrzymało informacji o ewentualnym wstrzymaniu świadczenia usług w ramach zakupionych przez Polskę terminali systemu satelitarnej łączności Starlink. Nie mamy też informacji o ew. rozmowach dotyczących zastąpienia systemu Starlink innym rozwiązaniem” – podkreślono.

Operatorem konstelacji Starlink jest firma Starlink Services LLC, która w całości jest własnością SpaceX, spółki miliardera Elona Muska. Według danych, jakie SpaceX udostępnił pod koniec lutego na swojej stronie internetowej, na orbitę wyniesiono w sumie 7946 satelitów. Z tego 6751 jest aktywnych.

USA: Koniec bezkarności klimatystów! Greenpeace musi zapłacić 667 mln dolarów odszkodowania.

Koniec bezkarności klimatystów! Greenpeace musi słono zapłacić

20.03.2025 koniec-bezkarnosci-klimatystow-greenpeace-musi-slono-zaplacic

Greenpeace
Greenpeace. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Roberta F., CC BY-SA 3.0, Wikimedia Commons

Organizacja pseudo-ekologiczna Greenpeace została sądownie zobowiązana do zapłaty niemal 667 mln dolarów odszkodowania firmie Energy Transfer zajmującej się transportem rurociągami ropy naftowej i gazu ziemnego. Wyrok jest konsekwencją roli, jaką zdaniem sądu organizacja odegrała w protestach przeciwko budowie rurociągu Dakota Access.

Orzeczenie sądu w Dakocie Północnej jest wynikiem procesu, w którym Energy Transfer oskarżyło Greenpeace o finansowanie protestujących, którzy w latach 2016-2017 nielegalnie zakłócali budowę rurociągu, powodując straty materialne, a także o rozpowszechnianie dezinformacji na temat inwestycji, zlokalizowanej w pobliżu rezerwatu Standing Rock.

Po dwóch dniach obrad sędziowie przysięgli uznali organizację za winną. Ich orzeczenie obejmuje m.in. odszkodowania za zniesławienie, naruszenie własności prywatnej oraz udział w spisku. Greenpeace stanowczo zaprzecza zarzutom, określając proces jako atak na wolność słowa. Prawnicy organizacji zapowiedzieli złożenie apelacji od wyroku.

Adwokat Energy Transfer, Trey Cox, argumentował, że „brutalne i destrukcyjne” protesty Greenpeace nie mieszczą się w ramach prawnie chronionej wolności wypowiedzi. „Dzisiejszy werdykt ławy przysięgłych stanowi jasny sygnał, że działania Greenpeace zostały uznane za nieakceptowalne, niezgodne z prawem i sprzeczne z normami społecznymi. To dzień, w którym Greenpeace został pociągnięty do odpowiedzialności” – oświadczył Cox.

Budowa rurociągu Dakota Access spotkała się z ostrym sprzeciwem ze strony klimatystów, którzy twierdzili, że inwestycja doprowadzi do skażenia lokalnych źródeł wody i pogłębi zmiany klimatyczne. Projekt, rozpoczęty w 2016 roku, został ukończony w roku następnym. Rurociągiem Dakota Access transportowanych jest około 40 proc. ropy naftowej wydobywanej w regionie Bakken w Dakocie Północnej.