Ekspert prawny Konfederacji i członek partii KORWiN mec. Jacek Wilk zauważa, jak groźny jest projekt nowej ustawy o klęsce żywiołowej.
Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Mariusz Kamiński skierował do ‘konsultacji publicznych” projekt ustawy o ochronie ludności oraz o stanie klęski żywiołowej. Autorem projektu, który zdaje się być bardzo niebezpieczny dla podstawowych praw i wolności przedsiębiorców, jest wiceminister Maciej Wąsik.
Jacek Wilk: Już oficjalnie dążą do wprowadzenia w Polsce TOTALITARYZMU
„Tymczasem PiSSanacja już oficjalnie dąży do wprowadzenia w Polsce totalitaryzmu…
…oczywiście dla naszego dobra; stąd tytuł ustawy: „o ochronie ludności”.
Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że to sk…wo jest jawnie i chamsko sprzeczne z Konstytucją RP, ale PiS ma to w d…” – pisze na Twitterze Jacek Wilk.
Dalej mecenas dodaje: „Ta ustawa powinna mieć tytuł: ’O ochronie ludu PiS – u koryta’”.
Co znajduje się w projekcie ustawy?
Jeśli ustawa zostanie uchwalona, to Rada Ministrów, ale też premier czy wojewoda, będą mogli ograniczyć prowadzenie działalności gospodarczej bez wypłaty odszkodowań.
Nawet w ocenie skutków regulacji stwierdzono, że ustawa będzie miała znaczący wpływ na przedsiębiorców. Mimo to nie skierowano jej do konsultacji społecznych z środowiskiem przedsiębiorców.
Uchwalenie projektu oznaczałoby brak rekompensat za straty firmy spowodowane decyzjami rządu. Jest to o tyle ciekawe, że w czasie pandemii PiSowski rząd nie ogłaszał stanu klęski żywiołowej, tylko ogłoszono stan epidemii właśnie po to, by nie płacić odszkodowań. Po wejściu w życie antywolnościowej ustawy, władza nie musiałaby się już tym przejmować.
Jeśli projekt Wąsika przejdzie, a rząd ogłosi stan klęski żywiołowej, to państwo będzie mogło zawiesić lub zakazać prowadzenia przedsiębiorcy określonej działalności, nakazać prowadzenie innej, a także oddelegować pracowników do różnych prac i wprowadzić zakaz podwyższania cen lub ustalić stałe ceny.
Warto tu zaznaczyć, że przez stan „klęski żywiołowej” aparat władzy w Warszawie nie musi rozumieć jedynie pandemii lub katastrof. Powodem do wprowadzenia tego stanu mogą być na przykład niedobory energii lub gazu.
Ograniczenie w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw człowieka i obywatela bez wypłat odszkodowań można uznać za krok niebezpiecznie zbliżający Polskę do dyktatury i oddalający nas od podstawowych standardów państwa prawa. Odszkodowania także często powstrzymywały rządzących przed wprowadzaniem bezmyślnych ograniczeń.
W spokoju i chaosie pamiętaj, że jesteś z polskich korzeni. Tak stało się bez twojego wyboru, lecz bądź dumny z takiego stanu rzeczy. Za tobą całe pokolenia rodaków twoich. I życiorysów w tradycji polskiej fundamencie.
Nie wyrzekaj się, wiedziony na pokuszenie, swej narodowości. To skarb żywy.
Szanuj sąsiadów twoich i zawsze bądź jednoznaczny w patriotycznej twej postawie. A gdy ujrzysz agresję przy granicach twej Ojczyzny staraj się zrozumieć jej przyczyny, bo napastliwość może być ujarzmiona w spokojnym dialogu.
Nie szukaj gorszych wśród innych narodów. Jednak nie pozwól narodom innym kalać dobrego imienia Polski i stań w Jej obronie słowem i czynem, gdy zagrożenie od głośnych w swej napastliwości przed Nią stanie. Szczególnie w przypadku wywodzenia się owej agresji tylko z nienawiści do narodu twego.
Staraj się zachować wewnętrzny spokój i jasne rozumowanie zawsze i wszędzie.
Bądź solidarny z siostrami i braćmi twymi. Unikaj za wszelką cenę sporów i kłótni w domu własnym. To udręka wielka i zagrożenie przetrwania polskiej substancji, która w swej tradycji, kulturze i dziejach najwyższym dobrem jest.
Pracuj w spokoju rozwijając swe umiejętności w radości tworzenia najlepszej przyszłości dla rodziny twojej w Ojczyzny domu. Nie pozwól, aby nieświadomi, głośni i napastliwi uczynili z pracy twej udrękę, lub pozbawili cię możliwości rozmaitych dóbr wytwarzania i otrzymywania zapłaty za kreatywny wysiłek. Poznaj ich motywacje takiej postawy. A gdy sprzeczne są z interesem twoim i mieszkańców kraju ojczystego, a i jego samego dobra, staw razem z innymi solidarny opór.
Bądź rozważny w działaniach swoich i staraj się być uważnym obserwatorem wszelkich zdarzeń, a rozwijaj refleksyjność twoją i wyciągaj z pozornie błahych i przypadkowych spraw mądre wnioski.
Jesteś dzieckiem Polski od jej początku. Szanuj rodziców swoich. I siostry, i braci. Bądź szczęśliwy i dawaj szczęście innym. Także wolność na miarę twoich możliwość. Póki żyjesz ty i naród twój Ojczyzna twa nie zginie. Tak jak mimo znojnych dla niej lat nie zginęła. Pamiętaj o wiekach historycznej Polski wielkości. Ona jest Matką twoją. Na zawsze. Pamiętaj.
Tekst wzorowany jest na poemacie amerykańskiego poety Maxa Ehrmanna zatytułowanym Desiderata (1927), o którym do dziś krąży legenda, iż pochodzi co najmniej z 1692 roku, gdy miał zostać odkryty w starym kościele w Baltimore.
Wyjaśnienie tego błędu jest bardzo proste. Oryginalny utwór Ehrmanna przeszedł w zasadzie bez echa. 23 lata później trafił nań proboszcz kościoła św. Pawła w Baltimore, konsekrowanego w 1692, i wydał bez podania autora jako ulotkę parafialną podpisaną jedynie „St. Paul Church, Baltimore (1692)”. Odbiorcy uznali więc, że jest to tekst znaleziony w kościele św. Pawła pochodzący z roku 1692.
Byliśmy dziś w Gdańsku. To już nie jest polskie miasto. I w ogóle nie ma już w nim nic Polskiego.
Wszędzie, niemal na każdym kroku, widać barwy narodowe wrogiego nam państwa. Sino żółte flagi na większości pojazdów komunikacji miejskiej, a te na których ich nie ma, są całe w barwach wolnego miasta Gdańska z czasów III Rzeszy.
Autobus komunikacji miejskiej w Gdańsku z flagami Ukrainy i Polski
Tramwaj w barwach Wolnego Miasta Gdańska
Co kilkaset metrów wiszą bilbordy w sino żółtych barwach z napisem po ukraińsku, odnoszącym się do całkowicie fikcyjnego bohaterstwa obrońców tzw. Wyspy Węży… Ruski korabl idi na chuj, którzy po wykrzyczeniu tego hasełka, grzecznie złożyli broń i poddali się rosyjskiej marynarce wojennej, której rzekomo stawili zdecydowany opór. Ale kłamstwo to jak widać funkcjonuje ciągle w najlepsze i nadal ogłupia mieszkańców tego miasta i absolutnie nikt przeciwko temu wszystkiemu tam nie protestuje.
Z kolei w innej części miasta jest Rondo Wolnego Miasta Gdańska 1920 – 1939, na część najbardziej polakożerczych Niemiec okresu dwudziestolecia międzywojennego i czasów nazistowskiej III Rzeszy Adolfa Hitlera. O budynku poczty polskiej, na które zamiast polskiej nazwy tej placówki, widnieje przedwojenna nazwa POSTAMPT już nawet nie wspominam.
Depolonizacja i Ukrainizacja Gdańska postępuje w tempie nie tyle nawet geometrycznym, co błyskawicznym.
Prezydent Gdańska wykreowany przez PiS Aleksandra Dulkiewicz i konsul
Pociąg kolejki podmiejskiej Gdańska w barwach Ukrainy
Myślę, a właściwie jestem tego pewien, że obecny etap ukrainizacji tego polskiego miasta, jest zaledwie prologiem do odłączenia go od Rzeczpospolitej i ponownego przyłączenia go do teutońskich Niemiec, pod płaszczykiem zapewnienia ukraińskim nachodźcom dobrego samopoczucia i pod pretekstem tzw. europejskości miasta, gdzie jego polskość, nie miała dla poprzednich, i jak widać nie ma dla obecnych włodarzy grodu nad Motławą żadnego znaczenia. Tym bardziej, że wedle porozumień Poczdamskich tzw. Wielkiej Trójki z 1945 roku, o czym mało kto wie, Gdańsk miał pozostać pod polską jurysdykcją jedynie przez 50 lat, a potem jego dalszą przynależność państwową miały uregulować osobne postanowienia największych mocarstw. Dlatego chyba właśnie, ostatnią polską jednostkę wojskową, wyprowadzono z Gdańska w 1995 roku, bo operetkowej brygady weekendowego wojska obrony terytorialnej, nikt poważny, nie traktuje na serio, no i biura WKU, które obsługuje wprawdzie jednostki Wojska Polskiego, ale wszystkie one znajdują się poza Gdańskiem, czyli w Gdyni, Pruszczu Gdańskim, Lęborku i Słupsku. To również nie jest dzieło pana przypadka.
A obecny, lewicowy kanclerz Niemiec Olaf Scholz, już otwarcie mówi o ewentualnej rewizji granic z Polską, jeśli ta nadal będzie żądać od Niemiec reparacji wojennych.
A Polacy nadal śpią, żyjąc w jakiejś zupełnie odrealnionej rzeczywistości, że nas nic złego spotkać nie może. Czyżby?
Jacek Boki – 19 Wrzesień 2022 r.
Źródła:
W Gdańsku powstają liczne murale dla Ukrainy. To piękny gest solidarności
Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.
PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431
Rząd chwali się, że dzięki przedłużeniu tzw. tarczy antyinflacyjnej o dwa miesiące, w kieszeniach podatników zostanie 7 miliardów złotych.
Jakub Kulesza z Konfederacji wskazuje, że przez szalejącą inflację w tym samym czasie do rządu trafi 9 miliardów złotych więcej tylko z tytułu podatku VAT.
Na początku wystąpienia sejmowego Kulesza przywołał cytat z Alexisa de Tocqueville’a, który mówił, że „nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny, liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”.
Kulesza: Inflacja jest podatkiem. I to najgorszym podatkiem
– Wprawdzie temu rządowi nie zabrakło pieniędzy, bo jak chwali się premier Morawiecki, wpływy wzrosły o 100 mld zł. To oczywiście wynika z podatku inflacyjnego, jaki nałożyliście. Bo tak, inflacja jest podatkiem. I to najgorszym podatkiem, ponieważ jest takim podatkiem, który można wprowadzić bez zmiany ustawy. Nie jest to też liberalny rząd, aczkolwiek to okrucieństwo sprowadza się do wprowadzania podwyżek podatków pod płaszczykiem obniżania podatków – mówił Kulesza.
Zaznaczył, że w związku z ograniczeniem czasowym, jaki obowiązuje w Sejmie, skupi się jedynie na podatku VAT.
– Chwalą się państwo przedłużeniem tarczy inflacyjnej, czyli realizacją wielu postulatów Konfederacji, by obniżać podatki… I rzeczywiście na 10 miesięcy ta tarcza została wprowadzona, przez 10 miesięcy kosztowała państwa – czyli tak naprawdę podatnik zyskał – 35 mld zł i państwo chcą przedłużyć o kolejne 2 miesiące. I uwaga dla obywateli: ogromna obniżka podatków na sumę, można powiedzieć, ok. 7 mld zł. Tymczasem w ciągu tego roku wzrost wpływów z VAT-u wynikający z inflacji, do której doprowadziliście, wynosił o wiele więcej niż te 7 mld zł, bo ponad 9 mld zł – wskazał poseł Konfederacji.
„Państwo dorabiają się na tej inflacji, łupią obywateli po kieszeni”
Dalej Kulesza przypomniał, że „tymczasowo podniesiony VAT”, który miał obowiązywać przez dwa lata, obowiązuje już lat jedenaście, a rękę do tego zgodnie przyłożyły zarówno PO, jak i PiS.
– Tak że poza tymi 7 mld, co państwo obniżają podatki, to wprowadzają państwo, przedłużają państwo taką podwyżkę podatków, która podatników kosztuje o wiele, wiele więcej, bo w skali roku jest to ok. kilkunastu miliardów złotych – mówił Kulesza.
– Tak że proszę tutaj nie mamić obywateli, że robicie wielką tarczę inflacyjną i chronicie obywateli przed złą inflacją, którą „spowodował Putin”. Państwo dorabiają się na tej inflacji, łupią obywateli po kieszeni, doprowadzili państwo do tej inflacji, a teraz udają, że z nią walczą, wprowadzając jeszcze wyższe podatki, jeszcze bardziej napędzając inflację, już nie tylko poprzez płacę minimalną, także poprzez podnoszenie czy utrzymanie podwyższonych stawek VAT-u– podsumował Kulesza.
Rząd jeszcze przed wakacjami namawiał Polaków, by wstrzymali się z zakupem opału i zapewniał, że cena węgla będzie taka jak przed rokiem. Minęły trzy miesiące i co się okazuje? Na wielu składach węgla w ogóle nie ma, a tam, gdzie jest, za tonę trzeba zapłacić nawet przeszło 4 tys. zł!
Ceny opału zaczęły rosnąć od wybuchu wojny w Ukrainie. Jednak po wprowadzeniu embarga na rosyjski węgiel wręcz eksplodowały. Właśnie wtedy ze składów zaczęły znikać zapasy – Polacy zaniepokojeni gwałtownymi podwyżkami cen węgla ruszyli na zakupy, chcąc zapewnić sobie opał na zimę.
Pracowniczka składu: Co dostawa, to cena wyższa o 1 tys. zł
Kto by jednak chciał kupić węgiel w takiej cenie, musi się nieźle natrudzić. Sprawdziliśmy – na wielu składach w ogóle opału brak!
– Aktualnie nie mamy węgla kamiennego, który jest najbardziej poszukiwany przez klientów. Praktycznie nie ma dostaw z polskich kopalni – mówi „Faktowi” Patrycja Domańska pracownica składu opałowego w Białogardzie (woj. zachodniopomorskie).
Osoby publiczne podlegają krytyce publicznej. Słowo powinno być odpowiedzialne, wyważone. Do tego zdolni są ludzie moralni, czyli ludzie wiary. Słowo musi być sługą prawdy głoszone z odwagą.
Przez media idzie słowo przemysłowo zakłamane, podane tak, by ludzi modelować dla niewolnictwa, bezradności i zakłamania, to to jest pewien rodzaj zbrodni bezkrwawej.
Trudno od polityka niemoralnego w życiu osobistym wymagać dobrej służby krajowi.
Bez prawdy funkcjonującej my ani nie wyzwolimy kraju ani nie uratujemy siebie od potępienia.
Bitwa o prawdę to jest bitwa o wszystko, więcej niż o cywilizacje, to jest bitwa o całe dzieje zbawienia.
Nie z każdym człowiekiem, nie w każdej sytuacji należy wchodzić w potyczkę
Czasami szkoda słów. O niektórych ludziach Pan Jezus powiedziałby nie rzucać pereł przed wieprze
Słowem można zabić, słowem można uleczyć
Zanim będziemy modlić się o pokój najpierw trzeba się modlić o prawdę i sprawiedliwość, które zastosowane doprowadzą do pokoju, a początkiem jest uczciwe użycie słowa.
Mamy do czynienia w 80% ze społeczeństwem, a jedynie w 20% z narodem… /Marek Skowroński/
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 18 września 2022
Wydawało się, że socjotechniczny chwyt Naczelnika Państwa w postaci proklamowania „dążenia” do uzyskania od Niemiec reparacji wojennych, który miałby pomóc PiS-owi w wygraniu przyszłorocznych wyborów, albo spełni pokładane w nim oczekiwania, albo zakończy się przedwcześnie wesołym oberkiem – a tymczasem wygląda na to, że pociągnie za sobą nieoczekiwane następstwa. Jak dotąd cała para szła w gwizdek, to znaczy – w medialny jazgot, bo rząd, mimo precyzyjnych wyliczeń Wielce Czcigodnego posła Mularczyka z Instytutu Strat Wojennych, nie wystosował żadnej formalnej noty do rządu niemieckiego – jednak kanclerz Scholz mimo to w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” polskie żądania kategorycznie odrzucił stwierdzając, że kwestia reparacji została „ostatecznie rozstrzygnięta”. Podobnie musiał jeszcze niedawno uważać oficjalnie również rząd polski, bo minister spraw zagranicznych w rządzie Mateusza Morawieckiego Jacek Czaputowicz, podczas konferencji prasowej ze swoim niemieckim odpowiednikiem Walterem Steinmeierem powiedział, że w stosunkach polsko-niemieckich problem reparacji „nie istnieje”.
Teraz jednak Naczelnik nakazał inaczej, toteż niezależne media rozpoczęły bicie piany, które urzędników MSZ stawia niekiedy w kłopotliwej sytuacji. Początkowo był rozkaz, że Polska wcale się w 1953 roku reparacji nie zrzekła, bo nigdzie nie ma na ten temat żadnego dokumentu. Potem się okazało, że jest, ale to właściwie nie dokument, bo nikt go nie podpisał, chociaż z treści wynika, że decyzję podjęła Rada Ministrów – i tak dalej. Może przed niezawisłym sądem, zwłaszcza takim, któremu przewodniczyłby „prawdziwy” sędzia, np. taki, który prowadzi proces grupy autorytetów moralnych przeciwko prof. Zybertowiczowi za to, że wyrwało mu się, iż przy „okragłym stole” władza komunistyczna podzieliła się wpływami ze swoimi konfidentami – to zręczny pan mecenas Mularczyk mógłby takimi kruczkami sprawę przeciągać – ale problem w tym, że – jak dotąd – sprawa reparacji była rozpatrzona – zresztą korzystnie dla Polski – przez Europejski Sąd Polubowny – Sąd Arbitrażowy w Ciechanowie, utworzony przez Regionalną Radę Biznesu w Opinogórze, przed którym, uważający się za prezydenta Polski, pan Jan Zbigniew hrabia Potocki, uzyskał wyrok opiewający na ponad 800 mld dolarów – ale żaden inny sąd nie został w tej sprawie zaangażowany i nie wiadomo, czy w ogóle kiedykolwiek zostanie.
Widocznie jednak niemieckiego kanclerza ta sprawa zirytowała, bo najwyraźniej zaczął się Naczelnikowi Państwa odwijać. Tu, dla jasności wywodu, muszę odwołać się do mojej ulubionej teorii spiskowej, według której, u progu transformacji ustrojowej, bezpieczniacy, dotychczas wysługujący się Sowietom, zaczęli się przewerbowywać do naszych nowych sojuszników, m.in. – do niemieckiej BND, która – podobnie jak Amerykanie, czy Izrael – w ten sposób kręci tubylczymi „służbami”, a za ich pośrednictwem – całym naszym nieszczęśliwym krajem. W inny sposób trudno byłoby wytłumaczyć przyczynę, dla której pan generał Piotr Pytel, zupełnie serio oświadczył, że kiedy Polska wspiera Ukrainę, to „Rosja już tu – tzn. w Polsce – jest”, a widomym znakiem tej ruskiej tu obecności jest właśnie … Prawo i Sprawiedliwość. Według mojej ulubionej teorii spiskowej, PiS jest elementem Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, więc rewelacje generała Pytla kładłem początkowo na karb rozżalenia spowodowanego wylaniem go jesienią 2015 roku ze stanowiska szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, ale kiedy te rewelacje potwierdził pan generał Marek Dukaczewski, nabrałem podejrzeń, że sprawa musi mieć szersze tło. Generał Dukaczewski był bowiem ostatnim szefem Wojskowych Służb Informacyjnych, których od 2006 roku oficjalnie już „nie ma”, ale ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Rzecz w tym, że WSI, które transformację ustrojową przeszły przez nikogo nie niepokojone w szyku zwartym, przez 16 lat oficjalnej działalności w „wolnej Polsce” nawerbowały sobie tyle agentury, ile tylko mogły, dzięki czemu mogą ręcznie sterować naszym nieszczęśliwym krajem, a za ich posrednictwem – również centrale wywiadowcze państw trzecich, którym WSI służą. O pozycji pana generała Dukaczewskiego świadczy m.in., to, że kiedy tylko coś się w Polsce dzieje, to zaraz resortowa „Stokrotka” woła pana generała do TVN, a on mówi nie tylko, jak jest, ale również – jak będzie. Skoro tedy rewelacje generała Pytla zatwierdził generał Dukaczewski, nie można już ich uważać za graniczący z rejonami psychiatrycznymi efekt traumatycznych przeżyć związanych z utratą stanowiska, tylko za element jakiejś operacji, prawdopodobnie sterowanej zatajoną ręką niemiecką.
Dodatkową poszlaką, która by na to wskazywała, jest nieoczekiwanie odgrzanie w mediach związanych polityczne z Volksdeutsche Partei, „katastrofy smoleńskiej” a konkretnie – atak na Antoniego Macierewicza, że w swoim „raporcie” nakonfabulował, ile się tylko dało, a poza tym zatajał dowody, jeśli tylko nie pasowały mu do przyjętej z góry tezy – i tak dalej. Warto przypomnieć, że wcześniej podobnie podchodził Antoniego Macierewicza pan red. Tomasz Piątek, który po szczęśliwym detoksie został ozdobą „Gazety Wyborczej”. W mediach kolaborujących z Volksdeutsche Partei ukazały się opinie, że Macierewicz został „zaorany”. Co ciekawe, ani pan generał Pytel, ani pan generał Dukaczewski, ani nikt inny nie przytacza żadnych dowodów, które wskazywałyby na agenturalny charakter PiS , no bo trudno za taki dowód uznać ostentacyjną wrogość do Rosji. Nie chodzi jednak o to, by złowić króliczka, ale by gonić go, aż zgoniony wyrzeknie się wszelkiego oporu przeciwko Niemcom , które wtedy już bez żadnych oporów przystąpią do decydującej fazy budowy IV Rzeszy.
Warto też odnotować reakcję strony żydowskiej na proklamowanie przez Naczelnika Państwa programu „dążenia” do uzyskania reparacji od Niemiec. Judenrat „Gazety Wyborczej” natychmiast nieubłaganym palcem wytknął posłowi Mularczykowi, że wbrew zatwierdzonym do wierzenia ustaleniom starszych i mądrzejszych, w swojej wyliczance potraktował wydarzenia w Jedwabnem, jako „zbrodnię niemiecką” Ale na tym reakcja strony żydowskiej bynajmniej się nie wyczerpuje. Izraelskie media, mimo iż Naczelnik powiązał „dążenie” do reparacji z uznaniem zasadności żydowskich roszczeń w stosunku do Polski, podeszły do inicjatywy PiS chłodno. Nietrudno domyślić się przyczyny tej rezerwy. Otóż „dążeniu” musi towarzyszyć propagandowy jazgot, eksponujący polską martyrologię. Tymczasem strona żydowska bardzo skrupulatnie pilnuje swojego monopolu ma męczeństwo i żadnych konkurentów, zwłaszcza w postaci Polski, tu nie potrzebuje. Co więcej, konkurencja taka utrudniłaby narzucanie Polsce tzw. „pedagogiki wstydu”, a więc wzbudzaniu w społeczeństwie polskim bliżej nieuzasadnionego poczucia winy wobec Żydów. Celem „pedagogiki wstydu” jest bowiem doprowadzenie Polaków do stanu, w którym nie będą zdolni do sprzeciwienia się Żydom w żadnej sprawie, przede wszystkim w sprawie roszczeń majątkowych, które nieustannie wiszą nad nami, niczym miecz Damoklesa.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło na początku września rezolucję, wymieniającą wśród praw człowieka prawo do „swobodnego i odpowiedzialnego decydowania w sprawach związanych z seksualnością, w tym zdrowiem seksualnym i reprodukcyjnym”. Rezolucja precyzyjne stwierdza, że „prawa seksualne i reprodukcyjne” to między innymi dostęp do antykoncepcji, pigułek wczesnoporonnych i aborcji. Jednym z projektodawców rezolucji była Polska.
Chociaż rezolucja nie stanowi, sama w sobie, wiążącego prawa międzynarodowego, to jest przełomem i bardzo groźnym precedensem, jako wielki krok w strategii przeinaczania znaczenia praw człowieka. Udział Polski w tym planie wytrąca nam argumenty obrony przed międzynarodowymi naciskami w przyszłości.
Jako jedyna polska organizacja posiadająca status konsultacyjny ONZ i stojąca po stronie życia – musimy reagować.
Dlatego od trzech tygodni przestrzegamy polityków, by nie lekceważyli głosowań w ONZ i wystąpili odważnie przeciwko aborcyjnemu lobby. Jak dotąd uzyskaliśmy tyle, że polski przedstawiciel nie wziął udziału w głosowaniach dotyczących rezolucji. Polska wciąż widnieje jednak na liście projektodawców rezolucji.
Przed nami jeszcze jedna szansa. Liczymy na wyraźne odcięcie się Polski od aborcyjnych postanowień rezolucji podczas najbliższej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. W tym celu, w ekspresowym tempie, przygotowaliśmy stanowisko Ordo Iuris, wskazujące na zagrożenia dla Polski płynące z przyjęcia rezolucji. W poniedziałek nasza opinia trafi do Prezydenta, Premiera, Ministra Spraw Zagranicznych i polskiego przedstawiciela przy ONZ.
Ostatnie miesiące do granic wyczerpują nasz zespół Centrum Prawa Międzynarodowego. Skala ideologicznej ofensywy w ONZ i UE jest bezprecedensowa. A najgorsze dopiero przed nami.
W najbliższych tygodniach może dojść do zatwierdzenia umowy, która uzależni wsparcie finansowe Unia Europejskiej dla ubogich państw Afryki, Karaibów i Pacyfiku od ich poparcia na forum międzynarodowym między innymi dla aborcji, homomałżeństw i homoadopcji. Jeśli ta umowa wejdzie w życie, to państwa Afryki, Karaibów i Pacyfiku będą zobowiązane głosować tak jak Unia Europejska na forum ONZ, dając urzędnikom z Brukseli „pakiet kontrolny” w Zgromadzeniu Ogólnym.
Nie możemy się temu biernie przyglądać.
Prawnicy Ordo Iuris przygotowali szereg analiz umowy, które trafiają do liderów państw UE. Wskazujemy w nich na postkolonialny charakter umowy, jej sprzeczność z prawem międzynarodowym, nadużycie pozycji Unii oraz łamanie kultury i tradycji prorodzinnych państw.
To wciąż nie wszystko. Nasi przedstawiciele uczestniczyli w konsultacjach z urzędnikami MSZ na temat tworzonego raportu o poszanowaniu praw człowieka w Polsce, który polski rząd musi przygotować dla Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk
Wielokrotnie skuteczność naszych działań zależy od umiejętności mobilizacji innych państw i organizacji pozarządowych. W czwartek wziąłem udział w inauguracji nowego oddziału naszego Instytutu – Ordo Iuris Hiszpania, który ma prowadzić swoją działalność nie tylko w Hiszpanii i na forum unijnym, ale też w Ameryce Południowej. Ogromnie ucieszył mnie entuzjazm dla Polski i Polaków, którym dzielili się ze mną zaangażowani w projekt Hiszpanie i przedstawiciele państw hiszpańskojęzycznej Ameryki Południowej.
W mijającym tygodniu uczestniczyliśmy również w konferencji MaterCare International w Rzymie, gdzie z lekarzami i prawnikami z 14 państw i 4 kontynentów dzieliliśmy się naszym doświadczeniem w obronie życia i klauzuli sumienia.
Jednak nie pozostajemy w defensywie. Pracujemy nad protokołem dodatkowym do Deklaracji Konsensusu Genewskiego, która jako dokument podpisany przez ponad 30 państw świata stanowi konkretną przeciwwagę dla rezolucji, uznających aborcję za „prawo człowieka”. O szczegółach piszę więcej na końcu dzisiejszego listu.
Gdyby nie dotychczasowe wsparcie naszych Przyjaciół i Darczyńców, wszystkie opisane zagrożenia zaskoczyłyby nas bez infrastruktury, zespołu ekspertów i międzynarodowej sieci sojuszników. To dzięki Pana wsparciu możemy przeciwstawiać globalnym potęgom siłę racjonalnej analizy, precyzyjnych interwencji i skutecznego działania. W ten sposób każdy z naszych Darczyńców ma swój poważny wkład w ochronę normalności, wolności, rodziny, życia – dla nas samych i dla następnych pokoleń. Za każde wsparcie bardzo dziękuję.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk
A miało być o przemocy…
Przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ rezolucja miała w teorii dotyczyć „współpracy międzynarodowej w zakresie dostępu do wymiaru sprawiedliwości, środków zaradczych ipomocy dla ofiar przemocy seksualnej”. Teoretycznie, pomoc ofiarom przemocy i przestępstw seksualnych to szlachetna idea, która nie może wzbudzać żadnych kontrowersji…
…jednak Konwencja stambulska i szereg innych, tworzonych w ostatnich latach, aktów prawa międzynarodowego pokazały nam, że genderowi i proaborcyjni lobbyści właśnie w takich dokumentach umieszczają swoje radykalne postulaty. Dlatego od razu wiedzieliśmy, że trzeba szczegółowo przeanalizować treść projektu rezolucji. Nasze obawy również i tym razem okazały się słuszne.
W rezolucji prawie 40 razy pojawił się termin „gender”, podważający biologicznie oczywistą prawdę o tym, że istnieją dwie płcie – żeńska i męska. W tekście mowa jest o „przemocy motywowanej genderowo” i eliminowaniu „genderowych stereotypów” oraz o potrzebie przeznaczenia odpowiednich środków ONZ na promowanie „równości genderowej”. Autorzy dokumentu (w tym Polska!) wzywają rządy krajowe do przyjmowania w swoich działaniach „perspektywy genderowej”, zwalczania nigdzie niezdefiniowanej i służącej dziś przede wszystkim do cenzury „mowy nienawiści” oraz zagwarantowania i ochrony praw człowieka i „praw seksualnych i reprodukcyjnych”. W języku Organizacji Narodów Zjednoczonych i instytucji unijnych oznacza to między innymi dostęp do antykoncepcji, środków wczesnoporonnych i aborcji.
– Prawa człowieka obejmują prawo do sprawowania kontroli oraz swobodnego i odpowiedzialnego decydowania w sprawach związanych z ich seksualnością, w tym zdrowiem seksualnym i reprodukcyjnym – czytamy w rezolucji.
Natychmiast zrozumieliśmy, że Polska została wmanewrowana w proaborcyjną, lewicową strategię. I jedynie stanowczy głos opinii publicznej może pomóc polskiemu przedstawicielowi w wycofaniu się z tej pułapki.
Bezskuteczne uniki polskiej delegacji Gdy tylko poznaliśmy wstępny projekt rezolucji, nasi prawnicy przygotowali list do Prezydenta RP i delegacji polskiej w ONZ, apelując o wyrażenie stanowczego i jednoznacznego sprzeciwu wobec zatwierdzenia rezolucji. Niestety, takiego sprzeciwu się nie doczekaliśmy. Gdy nagłośniliśmy medialnie przyjęcie rezolucji i polskie stanowisko w tej sprawie, odpowiedział nam polski przedstawiciel przy ONZ, prof. Krzysztof Szczerski, który przekonywał na Twitterze, że Polska nie poparła rezolucji. Rzecz w tym, że… rezolucja w ogóle nie była głosowana. Przyjęto ją przez aklamację. Głosowano jedynie poprawki zaproponowane przez państwa, które próbowały usunąć najgorsze fragmenty dokumentu. Niestety w tym głosowaniu Polska nie wzięła udziału. Stan rzeczy pogorszyło jeszcze to, że w imieniu Polski, jako członka Unii Europejskiej, satysfakcję z przyjęcia rezolucji wyraził przedstawiciel Czech, sprawujących obecnie przewodnictwo w UE. Choć rezolucja ONZ nie jest dokumentem prawnie wiążącym, to stanowi element tworzenia tzw. prawa zwyczajowego. Prawo zwyczajowe nie wiąże jednak państw, które systematycznie protestują przeciwko próbom jego umocnienia. Do tej pory Polska zawsze stawała na forum międzynarodowym w obronie życia, będąc często jednym z liderów bloku państw szanujących ludzkie życie. Tym razem jednak, Polska nie tylko była wnioskodawcą tragicznej rezolucji, ale też nie dołączyła do koalicji państw odważnie broniących życia, nie popierając ich poprawek. W efekcie mamy do czynienia z bardzo groźnym precedensem. Język rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ wpływa bowiem na sposób stosowania prawa międzynarodowego i sposób wykładni praw człowieka. A prawa człowieka mają w systemie prawnym wyższą rangę niż prawo krajowe, co oznacza, że utrwalenie w prawie zwyczajowym tezy o tym, że aborcja jest prawem człowieka, może w konsekwencji doprowadzić do narzucenia Polsce „aborcji na życzenie”. W najbliższych dniach podejmiemy wszelkie działania, aby przekonać Polski rząd do stanowczego i jednoznacznego sprzeciwu wobec rezolucji na najbliższej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. To ostatnia szansa na to, by Polska nie została wpisana w szereg państw uznających aborcję za prawo człowieka. W poniedziałek nasza opinia w tej sprawie wpłynie do MSZ, Kancelarii Premiera, Kancelarii Prezydenta oraz na ręce polskiego przedstawiciela w ONZ.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk Chcą „kupić” większość w ONZ Wyniki głosowania nad rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ pokazały, że to państwa biedniejsze – głównie z Afryki – są dziś ostoją odważnej walki o życie i rodzinę. Niebawem jednak ich głos może zostać sparaliżowany. Temu celowi ma służyć nowa umowa partnerska pomiędzy Unią Europejską a państwami Organizacji Państw Afryki, Karaibów i Pacyfiku (OACPS). Traktat uzależnia pomoc materialną UE dla 79 uboższych krajów od ich poparcia dla ideologicznych projektów skrajnej lewicy na forum międzynarodowym. Jeśli umowa wejdzie w życie w proponowanym kształcie, wszystkie związane nią kraje będą musiały formalnie popierać na forum międzynarodowym aborcję na życzenie, wulgarną edukacją seksualną dzieci i młodzieży i radykalne postulaty ruchu LGBT. To oznacza, że Unia Europejska, poprzez ideologiczny szantaż finansowy, zdobędzie bezwzględną większość głosów w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Jeśli do tego dojdzie, radykałowie będą mogli narzucić aborcję na życzenie niemal całemu światu. Możemy jeszcze temu zapobiec. Byliśmy jedyni Przygotowaliśmy kompleksową analizę prawną umowy o partnerstwie Unii Europejskiej i państw OACPS, którą wyślemy w najbliższych dniach do rządów państw Unii Europejskiej i członków Parlamentu Europejskiego. Bierzemy również czynny udział w przygotowywaniu raportu ONZ na temat poszanowania praw człowieka w Polsce. Przedstawiciele Instytutu Ordo Iuris uczestniczyli w zorganizowanym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych spotkaniu, w ramach którego rząd zbierał materiały do przygotowania stosownego raportu dla ONZ. Nasz głos był tam tym ważniejszy, że byliśmy jedyną organizacją pozarządową, która stała na stanowisku ochrony fundamentów polskiej konstytucji – życia, rodziny, wolności. Jesteśmy świadomi, że w pojedynkę nie zatrzymamy wszystkich ataków na fundamentalne wartości polskiej Konstytucji i całej cywilizacji europejskiej. Dlatego konsekwentnie umacniamy międzynarodową koalicję współpracy obrońców życia, rodziny i wolności. Dzięki Pana wsparciu tworzymy coraz silniejszą przeciwwagę dla potężnych aborcyjnych i genderowych lobbystów, którzy regularnie wpływają na kluczowych światowych polityków i decydentów, kształtując stanowione prawo międzynarodowe. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk Powstało Ordo Iuris Hiszpania W ostatni czwartek, w madryckiej naczelnej radzie adwokatury Hiszpanii, odbyła się uroczysta inauguracja działalności hiszpańskiego oddziału Instytutu Ordo Iuris.Hiszpańscy prawnicy, którzy zwrócili się do nas z prośbą o możliwość przeniesienia Ordo Iuris na grunt hiszpański ogłosili, że ich celem jest nie tylko obrona fundamentalnych wartości naszej cywilizacji w Hiszpanii i całej Europie, ale także w Ameryce Łacińskiej, gdzie nie brakuje dziś ludzi gotowych do dołączenia do naszej międzynarodowej koalicji obrońców życia, rodziny i wolności. Chciałbym podzielić się z Panem choćby częścią tego entuzjazmu dla Polski i Polaków, którego byłem świadkiem podczas konferencji i rozmów z hiszpańskimi prawnikami, przedsiębiorcami, naukowcami i dziennikarzami. W kraju zmagającym się z szaleństwem lewicowych rządów wielu spogląda z nadzieją na Polskę i nasze przywiązanie do najważniejszych wartości – rodziny, wolności, życia. Jestem przekonany, że doświadczeni prawnicy rozwijający w bliskiej współpracy z nami Ordo Iuris w Hiszpanii będą niebawem istotnie wpływali na debatę publiczną całego hiszpańskojęzycznego świata. Z bardzo dobrym przyjęciem Polaków spotkaliśmy się także w Rzymie i Watykanie, gdzie uczestniczyliśmy w międzynarodowej konferencji MaterCare International, w której udział wzięli przedstawiciele 14 krajów z 4 kontynentów. Wśród nich był między innymi Kardynał Willem Jacobus „Wim” Eijk z Holandii, dr Calum Miller z Uniwersytetu Oxford czy prof. dr Bernard Ars – Prezes Światowego Stowarzyszenia Lekarzy Katolickich. W trakcie naszych wystąpień mówiliśmy o prawnych i praktycznych aspektach sprzeciwu sumienia oraz o tym jak błędy medyczne były w Polsce wykorzystywane do proaborcyjnej propagandy.Medycznymi aspektami działalności MaterCare kieruje obecnie prof. Bogdan Chazan, co jeszcze bardziej podkreśla, jaką wagę ma świadectwo Polaków dawane ochronie życia. Przenieśmy wojnę na terytorium wroga Budowaną przez nas międzynarodową wspólnotę już niebawem zaangażujemy do tego, by rzucić pierwsze poważne wyzwanie globalnej, radykalnej lewicy. Również z naszym zaangażowaniem, pod koniec kadencji Donalda Trumpa ponad 30 państw świata podpisało Deklarację Konsensusu Genewskiego – pierwszy międzynarodowy dokument stanowczo wspierający ochronę rodziny, małżeństwa i życia. Po zmianie władzy w USA, Prezydent Joe Biden zdecydował nie tylko o wycofaniu podpisu Stanów Zjednoczonych pod tym dokumentem, ale kazał wymazać wszelkie wspomnienia o nim z dokumentów i stron internetowych amerykańskiego rządu. Nie oznacza to jednak, że przestał on obowiązywać. Rolę lidera Deklaracji przejęła Brazylia. Tymczasem nasi prawnicy rozpoczęli pracę nad przygotowaniem protokołu dodatkowego do Deklaracji Konsensusu Genewskiego, który będzie wprowadzał mechanizmy pogłębiania współpracy państwa w ochronie życia i rodziny. Na temat wsparcia dla naszej inicjatywy rozmawialiśmy już z politykami z Włoch, Węgier i Brazylii.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk Zbudujemy skuteczną i globalną koalicję Budowa międzynarodowej marki Instytutu Ordo Iuris jest niezbędna, by powstrzymać globalne zagrożenia, które nie zatrzymują się na poziomie ONZ, WHO czy UE, ale docierają do naszych rodzin, domów, szkół i miejsc pracy. Jestem wzruszony i niezmiernie wdzięczny naszym Darczyńcom, dzięki których zaangażowaniu nasza działalność staje się punktem odniesienia dla coraz większej liczby obrońców życia, rodziny i wolności z całej Europy. W tym dziele znaczenie ma każde wsparcie, a każdy nasz Przyjaciel i Darczyńca może mieć zasłużoną świadomość, że naprawdę przyczynia się do obrony najważniejszych wartości. Budowanie takiej szerokiej koalicji międzynarodowej to jednak także konkretne koszty, którym podołamy tylko dzięki wsparciu ludzi takich jak Pan. Na przygotowanie protokołu dodatkowego Deklaracji Konsensusu Genewskiego potrzebujemy co najmniej 10 000 zł. Równolegle będziemy zdobywać poparcie dla tego dokumentu, co będzie się wiązało z wieloma godzinami wytężonej pracy, a także niezbędnymi spotkaniami poza Polską, bez których nie uda się umocnić koalicji dla życia, wolności i rodziny. Konkretnym, comiesięcznym, wydatkiem jest też ciągły monitoring działalności agend ONZ i innych organów stanowiących prawo międzynarodowe. Te godziny żmudnej pracy naszych prawników przynoszą bardzo wymierne efekty. Żaden polityk nie może już liczyć na to, że decyzje podejmowane w ONZ, UE, WHO czy innych międzynarodowych gremiach pozostaną niezauważone. Często jesteśmy też pierwszymi, którzy alarmują polityków i urzędników Polski oraz innych krajów wspierających życie i rodzinę o konieczności stanowczego działania. Każdego miesiąca praca naszych ekspertów to koszt 25 000 zł. Wobec ogromu zadań do naszego zespołu dołączyła prawniczka z Włoch Veronica Turetta, która ukończyła prawo na Uniwersytecie Bolońskim i zdobywała doświadczenie między innymi w Sądzie Apelacyjnym w Wenecji, a w pracy dla Ordo Iuris i przeprowadzce do Polski dostrzegła azyl wolności w obliczu wszechobecnego dyktatu radykalnych ideologii. Gdy o naszym budżecie mówię zagranicznym partnerom, nie dowierzają, że ta skala działalności możliwa jest przy tak organicznych środkach. A ja zawsze zapewniam ich, że z odpowiednim nakładem zapału i poświęcenia możemy osiągnąć jeszcze więcej, a każdą złotówkę wykorzystujemy aby realnie wpływać na świat, w którym żyją nasze rodziny.Dlatego bardzo Pana proszę o wsparcie Instytutu kwotą 50 zł, 80 zł, 130 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli kontynuować naszą działalność międzynarodową.
Z wyrazami szacunku P.S. Możemy z całym przekonaniem powiedzieć, że globalna lewica już niebawem będzie musiała potykać się z coraz silniejszą koalicją konserwatywnych organizacji i państw. Od początku jesteśmy jednym z kluczowych członków rodzącego się sojuszu w obronie normalności, życia, rodziny i wolności. Powołany przez nas Sojusz dla Dobra Wspólnego, organizacje z Węgier, Słowacji, Chorwacji, Estonii, Włoch, Rumunii, Bułgarii, Francji, Hiszpanii… a niebawem także z Ameryki Południowej – są siecią niezbędną dla skutecznej ochrony naszej Ojczyzny. A dzięki naszym Darczyńcom i Przyjaciołom, działania Ordo Iuris zachowują pełną niezależność, pozwalającą także upominać rząd, gdy ten lekceważy lub ignoruje globalne zagrożenia. Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris jest fundacją i prowadzi działalność tylko dzięki hojności swoich Darczyńców
Cieszyński UJAWNIA kulisy zakupu respiratorów-widmo. „Rekomendacja była jasna – brać”
Producent oferuje te urządzenia w cenie 2,3 tys. dolarów – czyli ok. 10 tys. zł. W dobie mniemanej pandemii KGHM kupił je w „okazyjnej” cenie 119 tys. zł.
Odpowiedzialny za zakup respiratorów-widmo były wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński, obecnie minister ds. cyfryzacji, skomentował śmierć byłego handlarza bronią Andrzeja Izdebskiego. Mężczyzna sprzedał pandemicznemu resortowi respiratory-widmo. W czerwcu w niejasnych okolicznościach miał umrzeć w Albanii.
Janusz Cieszyński był wiceministrem zdrowia w resorcie kierowanym przez Łukasza Szumowskiego. W związku z aferą respiratorową polityk został przesłuchany przez prokuraturę i NIK. Jak podkreślali kontrolerzy Izby, w marcu 2020 r. Cieszyński zdecydował o wypłaceniu spółce KGHM przeszło 3,5 mln zł za 30 chińskich respiratorów JIXI-H-100A wątpliwej jakości, które nie nadają się do intensywnej terapii.
Producent oferuje te urządzenia w cenie 2,3 tys. dolarów – czyli ok. 10 tys. zł. W dobie mniemanej pandemii KGHM kupił je w „okazyjnej” cenie 119 tys. zł. Cieszyński następnie odkupił ten sprzęt, mimo że nie posiadał on paszportów technicznych i nie spełniały żadnych parametrów, które by pozwalały na korzystanie z nich w polskich szpitalach.
– Ja, podejmując decyzję o tym, by odkupić wymieniony przez pana sprzęt z KGHM, kierowałem się – zgodnie z decyzją wydaną spółce – tylko jedną kwestią: ile spółka za ten sprzęt zapłaciła. Otrzymaliśmy z KGHM komplet dokumentów finansowych, które jasno wskazywały, jakie koszty poniosła firma i Ministerstwo Zdrowia zapłaciło co do złotówki tyle, ile wyniosły koszty KGHM-u. Postąpiliśmy w pełni zgodnie z prawem – mówił w rozmowie z Michałem Wróblewskim z wp.pl Cieszyński.
Polityk PiS był także pytany m.in. o zagadkową śmierć Andrzeja Izdebskiego. Były handlarz bronią, który sprzedał politykom PiS respiratory-widmo, miał umrzeć pod koniec czerwca w Albanii, a jego ciało miało zostać skremowane po przetransportowaniu go do Polski.
– Nie znałem i nie znam okoliczności śmierci pana Andrzeja Izdebskiego. Nigdy się tymi szczegółami nie interesowałem. Nie znałem tego człowieka przed tym, zanim został nam zarekomendowany – zapewniał Cieszyński.
– Dostawcy sprzętu mówili wtedy tak: płacicie tyle i tyle, i podejmujecie decyzje szybko albo towar znika z rynku. Tak to wtedy wyglądało. W tym przypadku zajmował się tym KGHM. A Ministerstwo Zdrowia po prostu zwróciło spółce koszty zakupionego przez nią sprzętu. Na podstawie faktur, które przedstawił KGHM – tłumaczył się, odnosząc się do ogromnej skali przebicia.
Cieszyński wyjaśnił także, w jaki sposób podejmowano decyzję o zakupie konkretnego sprzętu medycznego. – Decyzję podejmowało ministerstwo na podstawie konsultacji z ekspertami. To eksperci, w tym konsultanci krajowi, wskazywali, jakiego rodzaju sprzęt jest potrzebny. Tak też było w przypadku respiratorów kupowanych od E&K. Kiedy zapytałem np. o 645 respiratorów firmy Bellavista, rekomendacja była jasna – brać – twierdził.
Podkreślał też, że „decyzje trzeba było podejmować bardzo szybko”, a sam sprzęt „błyskawicznie znikał z rynku”. – Nie dało się przeprowadzać tak szczegółowych analiz, jak przy zwykłym przetargu, bo oferty nie czekały na to, aż kupujący się namyśli. Wtedy decyzje zapadały z godziny na godzinę, bo tak kształtowała się dostępność sprzętu – powiedział.
Wirtualna Polska przypomniała, że handlarza rekomendowały służby specjalne. Cieszyński zaznaczył, że „przedstawiono go jako wiarygodnego przedsiębiorcę, który w trudnym czasie pandemii może dostarczyć respiratory”.
– Potrzebowaliśmy ich bardzo, żeby ratować ludziom życie, a na świecie trwała walka państw o zakup każdej sztuki – dodał.
– Pan Izdebski był jednym z setek kontrahentów Ministerstwa Zdrowia, nie łączyła mnie z nim żadna więź. To ja zainicjowałem proces, którego efektem były sądowe nakazy zapłaty oraz egzekucje z majątku firmy pana Izdebskiego. Moja reakcja na jego śmierć była więc na miarę tych okoliczności – mówił Cieszyński, pytany o reakcję na śmierć handlarza.
Pytany, czy „poczuł ulgę”, były wiceminister zdrowia odparł, że „nie czuje ulgi z powodu śmierci kogokolwiek”. – Zrozumiałem natomiast, że w naturalny sposób stanę się adresatem tego rodzaju pytań – dodał.
Usłyszałam w dzienniku propozycję uzdrowienia systemu opieki zdrowotnej i wydawało mi się że śnię. Była to propozycja zastąpienia nocnych dyżurów szpitali i nocnych przychodni „pomocą medyczną świadczoną online”. Bareja by tego nie wymyślił. Nikt przecież nie wybiera się nocą do szpitala żeby pogadać o zaletach przysłowiowej Maryni. W nocy do szpitala czy przychodni udaje się człowiek w zagrożeniu życia. Nękany gwałtownymi bólami, wysoką gorączką, krwotokiem, atakiem serca, czy po wypadku. Czasami jego życie liczy się na minuty czy na godziny, na przykład przy rozlanym wyrostku robaczkowym. Jakiej pomocy może mu udzielić chirurg dyżurujący pod telefonem? Wytnie mu na odległość ten wyrostek? Może go tylko bardziej czy mniej uprzejmie spławić. I chyba o to chodzi.
Ta propozycja jest to zwieńczenie ( jak to się głupio mówi: „wisienka na torcie”) totalnego idiotyzmu który jest podstawą całkowitego upadku systemu ochrony zdrowia w Polsce. Idiotyzm polega na niezrozumieniu i niedocenianiu zasadniczych błędów w strukturze organizacyjnej służby zdrowia, pociągających za sobą na zasadzie dodatniego sprzężenia zwrotnego inne niekorzystne zjawiska.
· Studia medyczne w Polsce są jak wszystkie inne studia bezpłatne. Mam na myśl oczywiście studia na uczelniach publicznych, na które mogą sobie pozwolić tylko zamożniejsi studenci. Uczelnie płatne, prezentujące o wiele niższy poziom, są okupowane przez niezamożną młodzież z małych miejscowości, której nie stać na korepetycje, łapówki i utrzymanie w wielkim mieście.
To polski paradoks, o którym wielokrotnie pisałam. Sposób rekrutacji do tego najbardziej odpowiedzialnego zawodu jest grzechem założycielskim systemu ochrony zdrowia. Motywacją do podjęcia studiów są na ogół względy merkantylne, a nie jakkolwiek rozumiane powołanie. Poza tym -jak mówiło się w czasach realnego socjalizmu- sito gubi diamenty. Bardzo dobrzy potencjalnie kandydaci do zawodu lekarza nie przedostają się przez oczka sita a często przedostaje się miernota intelektualna i moralna.
Błędem jest również dopuszczenie żeby po ukończeniu bardzo drogich studiów medycznych lekarze wyjeżdżali pracować do innych krajów bez odpracowania tych studiów w Polsce. Społeczeństwa polskiego nie stać na fundowanie leczenia obywatelom innych, bogatych krajów. System studiów płatnych z nieoprocentowanymi (a w uzasadnionych przypadkach bezzwrotnymi) pożyczkami na studia byłby sposobem przecięcia tego gordyjskiego węzła.
· Niewłaściwa selekcja na studia, za którą idzie czysto merkantylne podejście do zawodu lekarza jest jednym z istotnych czynników demoralizacji środowiska lekarskiego. Objawem tej demoralizacji jest powszechne łapownictwo czyli uzależnianie dostępu do bezpłatnych z założenia usług medycznych od dodatkowego gratyfikowania lekarzy decydujących o przyjęciu do szpitala czy skierowaniu na operację. Bezpłatność usług medycznych staje się w ten sposób dla pacjentów fikcją natomiast zyski czerpią łapownicy, bez konieczności inwestowania w koszty utrzymania szpitali czy aparaturę.
· Bardzo istotną rolę w degeneracji relacji pomiędzy lekarzem i pacjentem odgrywają zmiany cywilizacyjne i kulturowe. We współczesnej cywilizacji człowiek jest uprzedmiotowiony. Zostało złamane podstawowe tabu cywilizacji łacińskiej jakim jest przykazanie „ nie zabijaj”. Zabijanie ludzi w stadium prenatalnym ( aborcja) oraz nieprzydatnych produkcyjnie ( eutanazja) zostało oddane w ręce lekarzy. Oprócz braku empatii wynikającego z nieuchronnego wypalenia zawodowego znieczulica lekarzy potęgowana jest przez fakt, że pierwszy raz w historii medycyny lekarz w majestacie prawa pełni w społeczeństwie rolę kata. Kiedyś aborcją zajmowały się tak zwane „ babki” surowo ścigane przez prawo natomiast eutanazja była traktowana jak zwykłe morderstwo. Legalizacja ( przynajmniej na Zachodzie) zarówno aborcji jak i eutanazji likwiduje ewentualne wyrzuty sumienia praktykujących je na co dzień lekarzy. Likwiduje też skutecznie ewentualną empatię, czyli współczucie dla chorego. Jak zresztą można oczekiwać żeby współczuł pacjentowi lekarz biorący udział w legalnym pobieraniu narządów, którzy znieczula delikwenta uznanego za zmarłego tylko po to żeby mu nie fikał w czasie operacji? Umiejętność opanowania emocji umożliwia wykonywanie wielu odpowiedzialnych prac. Choćby pracy chirurga, ratownika medycznego czy patologa. Jest jednak- dodajmy- różnica pomiędzy przeprowadzaniem sekcji zmarłego, któremu już nikt nie może pomóc a rozbieraniem na części zamienne człowieka żywego, tyle że pozostającego w śpiączce w oparciu o wątpliwą definicję śmierci mózgowej.
„Wszystko zaczęło się na przełomie XIX i XX w. od niejakiego Johna Davisona Rockefellera, amerykańskiego przemysłowca, który poprzez finansowanie ośrodków naukowych – w największym skrócie, wprowadził zunifikowanie sposobów leczenia. To zaś otworzyło drogę do zmonopolizowania leczenia, które polegało na wyeliminowaniu wszelkich przejawów działań poza ustalonymi z góry i zatwierdzonymi przez wybrane gremia sposobami leczenia”. Tak pisze słynny lekarz pediatra, pulmonolog Włodzimierz Bodnar w tekście pod tytułem „Lekarz już nie leczy. Tak koncerny uśmierciły służbę zdrowia” drukowanym w piśmie Gazeta Bałtycka z dnia 9.09.2019 (http://gazetabaltycka.pl/promowane/lekarz-juz-nie-leczy-tak-koncerny-usmiercily-sluzbe-zdrowia ) To prawda, procedury zastąpiły przysięgę Hipokratesa. Pacjent może spokojnie umrzeć, byle w zgodzie z procedurą, a wyleczenie go niezgodnie z procedurą może stać się przyczyną interwencji Izby Lekarskiej a nawet odebraniem przez tę Izbę prawa do wykonywania zawodu lekarza.
Kolejny błąd prawny i strukturalny polega właśnie na tym, że Izba Lekarska czyli teoretycznie rzecz biorąc dobrowolne stowarzyszenie specjalistów w danej dziedzinie uzurpuje sobie prawa, które jej nie przysługują. Odebrać lekarzowi prawo wykonywania zawodu powinien móc tylko sąd.
Tyle w skrócie . Propozycję usług medycznych świadczonych online traktuję jako metaforę. Całe nasze życie zaczyna toczyć się online.
Posted by Marucha w dniu 2022-09-15 (Czwartek) https://marucha.wordpress.com/2022/09/15/opieka-zdrowotna-dla-ukraincow-kosztuje-miesiecznie-300-milionow/
Przebywający w naszym kraju uchodźcy z Ukrainy mogą liczyć na pełen pakiet świadczeń socjalnych, w tym także na ubezpieczenie zdrowotne. Minister do spraw integracji społecznej Agnieszka Ścigaj przyznała, że miesięcznie kosztuje to polskich podatników co najmniej 300 milionów złotych, a nie są to pełne dane.
Przedstawicielka rządu Mateusza Morawieckiego była gościem Roberta Mazurka w radiu RMF FM. Prowadzący wywiad przypomniał w jego trakcie, że według szacunków Narodowego Funduszu Zdrowia na świadczenia zdrowotne dla ukraińskich uchodźców potrzebnych jest blisko 200 mln zł miesięcznie.
Według Ścigaj kwota ta jest jednak jeszcze większa. Tak naprawdę zaspokojenie potrzeb Ukraińców w zakresie opieki medycznej wymaga każdego miesiąca wydatków rzędu 300 mln zł. Minister dodała przy tym, że nie są to wciąż pełne wyliczenia.
Ze słów minister ds. integracji społecznej wynika, iż rządzący nie posiadają dokładnych danych, bo „Polska tak bardzo szybko przyjęła Ukraińców i włączyła ich w swoje systemy, bo my nie stworzyliśmy jak inne kraje takiego funduszu, oprócz funduszu pomocowego, który by był stricte dedykowany na tą pomoc socjalną, ale włączyliśmy w system edukacji, system ochrony zdrowia”.
W kwietniu do kwestii wydatków na opiekę zdrowotną dla uchodźców odnosił się minister zdrowia Adam Niedzielski. Twierdził wówczas, że na ten cel konieczne jest przeznaczenie wspomnianych blisko 300 mln zł.
Rozmowa Ścigaj z Mazurkiem dotyczyła nie tylko wydatków na służbę zdrowia. Była posłanka ruchu Kukiz’15 nie potrafiła więc odpowiedzieć czym dokładnie zajmuje się w rządzie, natomiast zapowiedziała, że już niedługo „pokaże konkretne mieszkania” w ramach zapowiadanego programu mieszkaniowego dla Ukraińców.
W Polsce nie ma węgla, Polska sprowadza błoto z węglem z różnych kierunków świata. Jednocześnie wciąż eksportujemy węgiel Polski. Ten z Bogdanki trafia np. do Ukrainy. Przy okazji wielkiego wsparcia dla naszego wschodniego sąsiada, w postaci miliardów Euro, przekazujemy także np. 200 tys. ton węgla w ramach pomocy. [tylko w I półroczu 2022 poszło na Ukrainę 431 tys. ton a nie 220 tys. zob na końcu md]
W sobotę Ukraina przekazała, że sprzeda nam 100 tys. ton węgla.
Ukraina jest gotowa, by rozpatrzeć możliwość wprowadzenia kwot eksportowych węgla do Polski – oświadczył w sobotę ukraiński premier Denys Szmyhal. Chodzi o 100 tys. ton we wrześniu, które teraz są krytycznie potrzebne naszym polskim partnerom – mówił premier Ukrainy.
Mamy wystarczające zapasy węgla, więc możemy pomóc naszym polskim braciom przygotować się do tej zimy – oświadczył w sobotę prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.
W następstwie wczorajszych uzgodnień z premierem Mateuszem Morawieckim przeprowadziłem naradę na temat wsparcia naszych polskich braci tej jesieni i zimy w kwestii współpracy energetycznej – powiedział Zełenski na opublikowanym w sobotę wieczorem nagraniu.
W pierwszym półroczu 2022 r. z polskich kopalń wyeksportowano i wywieziono do innych krajów Unii Europejskiej 981 tys. ton węgla – wynika z odpowiedzi wiceministra aktywów państwowych Piotra Pyzika na interpelację poselską Joanny Muchy z Polski 2050, do której dotarł „Fakt”.
Z tego 560 tys. ton trafiło do Czech, 220 tys. – na Ukrainę (w ramach pomocy), a 10 tys. ton do Niemiec. Dla porównania, w 2020 r. Polska eksportowała ponad 1,03 mln ton węgla, w zeszłym roku – 2,08 mln ton.
Obecnie nie ma przepisów, które zabraniałyby eksportu i wywozu węgla z Polski. Eksport tego surowca regulują stosowne umowy handlowe, które zostały zawarte przez spółki przed wybuchem wojny na Ukrainie. Należy podkreślić, że zerwanie tych umów naraziłoby poszczególne spółki na kary – mówi wiceminister Pyzik
Poseł Konfederacji Braun wygłosił z mównicy sejmowej oświadczenie poselskie, w którym wyjaśnił, dlaczego nie brał udziału w aklamacji uchwały upamiętniającej Elżbietę II. Posłowie przyjęli ją w środę.
– W trybie oświadczenia poselskiego odpowiadam na pytania, które dotarły do mnie dzisiejszego popołudnia i wieczora, dlaczego sprzeciwiłem się przyjmowaniu uchwały czczącej pamięć nieboszczki Elżbiety brytyjskiej, dlaczego nie wziąłem udziału w aklamacji, przez którą przyjęta została ostatecznie ta uchwała – mówił w środę Grzegorz Braun.
– Odpowiedź jest bardzo, dla mnie, prosta, jednocześnie skonkretyzowana w kilku punktach. Punkt pierwszy taki, że jako starający się trzymać rzeczywistości, również historycznej, polski patriota nie odczuwam żadnych sentymentów wobec korony brytyjskiej, jako takiej, pomny wszystkich aktów podstępnego przeniewierstwa i agresji w XX w. przejawianej, chociażby właśnie na niwie dyplomatycznej, ze strony Imperium Brytyjskiego wobec Polaków – argumentował polityk.
– Drugi punkt taki: Elżbieta Windsor, wcześniej Sachsen-Coburg-Gotha, księstwo niemieckie, dynastia protestancka, z mojego punktu widzenia, dla mnie monarchisty-realisty, to dynastia uzurpatorów na tronie brytyjskim, przynależnym słusznie Stuartom i Karol spadkobierca, jak zauważa pan prof. Jacek Bartyzel, gdyby miał krztynę przyzwoitości, to nie tytułowałby się Karolem III, bo ten tytuł historycznie przynależy Karolowi Edwardowi Stuartowi, nota bene po kądzieli wnukowi króla Jana III Sobieskiego – wyliczał.
– Więc to drugi powód, jako monarchista, legitymista, choć nie ekspert w tej dziedzinie, nie mogę sygnować dokumentu i podpisywać się pod czymś, co po prostu z mojego punktu widzenia jest świadectwem historycznej nieprawdy – dodał.
– A trzeci punkt taki, że ta nieszczęsna Elżbieta, za duszę której mogę westchnąć, niech spoczywa w pokoju, świeć Panie nad jej duszą, była głową fałszywego kościoła. I, cóż, nic tego faktu nie zmieni, nie wymaże. Ja w aklamacjach takich uchwał udziału brać nie mogę – oświadczył Grzegorz Braun.
Uchwała upamiętniająca Elżbietę II
W środę Sejm przyjął przez aklamację uchwałę ws. upamiętnienia królowej Elżbiety II. Wcześniej, głosowaniu przez aklamację sprzeciwili się posłowie Konfederacji: Artur Dziambor, Krzysztof Bosak oraz Grzegorz Braun, a także poseł KO Tomasz Aniśko. Sejm sprzeciw odrzucił.
Premier Mateusz Morawiecki doskonale wie, że podwyższanie pensji minimalnej o 20 proc. to prosta droga do hiperinflacji. Doskonale wie, bo niedawno sam o tym mówił. Teraz podwyżkę o 20 proc. wprowadza.
Dlaczego to robi?
Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, zgodnie z którym od 1 stycznia 2023 r. minimalne wynagrodzenie ma wynosić 3490 zł brutto, a od 1 lipca 2023 r. minimalne wynagrodzenie za pracę ma wynieść 3600 zł brutto.
3600 zł brutto oznacza, że pracodawca realnie musi miesięcznie płacić ok. 4300 zł. Do pracownika trafi ok. 2750 zł, a resztę, czyli ok. 1550 zł pożre państwo.
Proponowana przez rząd podwyżka płacy minimalnej w 2023 r. w warunkach galopującej inflacji i kryzysu energetycznego uderzy w przedsiębiorców i zatrudnienie. Nakręcanie spirali płacowo-cenowej to droga w bardzo złym kierunku.
Od lipca 2023 r. płaca minimalna wzrośnie o 19,6 proc. Jeszcze w kwietniu br., podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, Morawiecki mówił, że tego typu działania prowadzą do hiperinflacji.
– Otóż mamy także takich polskich twórców inflacji. To ci, którzy proponują, aby natychmiast podnieść wynagrodzenia np. o 20 proc. To są twórcy inflacji. Oni proponują taki scenariusz, z jakim mieliśmy do czynienia w Turcji. Niektórzy mają krótką pamięć, ale przypomnijmy sobie. Rok, dwa lata temu Turcja to inflacja na poziomie 12-15 proc. Brzmi znajomo? Dziś w Turcji inflację mamy na poziomie 60 proc. A więc ci, którzy proponują takie recepty, chcą doprowadzić do hiperinflacji. Dlaczego? Zapytajcie ich– mówił Morawiecki.
Dziś Morawiecki proponuje właśnie takie recepty, czyli doskonale wie, co robi. Dlaczego? Dlaczego Morawiecki chce doprowadzić do hiperinflacji?
Dnia 13 września 2022 roku w wieku 95 lat zmarł Profesor MIECZYSŁAW GOGACZ Nabożeństwo żałobne odprawione zostanie 21 września 2022 r. o godzinie 11:00 w Kościele Niepokalanego Poczęcia NMP w Lasku Bielańskim, po którym nastąpi odprowadzenie Zmarłego, na Cmentarz Wolski przy ul. Wolskiej 180/182 do grobu rodzinnego, o czym zawiadamiają pogrążeni w głębokim smutku: Rodzina i Przyjaciele
================================
mail:
Całe życie walczył intelektualnie z marksizmem; zaproponował nowy nurt w filozofii „tomizm konsekwentny”.
Uczył myślenia na KUL-u, potem w ATK, później UKSW. Zostawił wielu uczniów.
==========================
mail:
Ostatnie 10 lat spędził u bonifratrów na Sapieżyńskiej, którzy 3 lata temu podnieśli koszty pobytu i uczniowie składali się, gdyż emerytura profesora była zbyt niska.
Pisałem do kancelarii Mateuszka o pomoc; odpisali że nie mogą, gdyż nie był działaczem opozycyjnym !
Mają tam szczególną definicję opozycji. Dobrego dnia życzę Marek P. P.
Rząd załatwi „niedrogie mieszkania komunalne” przesiedleńcom z Ukrainy. A czynsze zostaną zapłacone z budżetów samorządów.
Zakrzyczeć krytykę
Pierwszą próbą obdarowania Ukraińców polskimi mieszkaniami była marcowa deklaracja Polskiego Funduszy Rozwoju o „bezpłatnym udostępnieniu uchodźcom z Ukrainy 650 mieszkań, zbudowanych przez PFR Nieruchomości w ramach rządowego programu mieszkaniowego (…) w 3 lokalizacjach: Krakowie, Dębicy oraz Mińsku Mazowieckim”, wraz z umeblowaniem i wyposażeniem.
Nawet w panującym wówczas powszechnym pobudzeniu pro-kijowskim informacja ta wzbudziła na tyle negatywne reakcje, że… nie, no oczywiście nie wycofano się z osadzania Ukraińców, tylko zwymyślano wszystkich krytyków od „siewców fake newsów w służbie kremlowskiej propagandy”. Tymczasem dziś okazuje się, że analogiczna strategia ma zostać wdrożona w całym kraju, na milionową skalę i oczywiście za pieniądze podatników.
Zamieszkają na koszt samorządów
Nowy pomysł właśnie zaanonsowała minister ds. integracji społecznej Agnieszka Ścigaj z dietetycznej formacji Polskie Sprawy, należącej do PiS-owskiej Zjednoczonej Prawicy. Zdaniem przedstawicielki władz III RP chodzi o to, by „osoby uciekające przed wojnązaczęły się w miarę usamodzielniać” dzięki uzyskanej od polskiego rządu pracy i właśnie samodzielnemu lokum.
Mieszkania dla Ukraińców mają zostać pozyskane od developerów oraz prywatnych właścicieli dysponujących pustostanami i zaadaptowane na koszt państwa, przy współudziale samorządów, które wyszukiwałyby odpowiednie nieruchomości i pomagały szczęśliwym ukraińskim lokatorom ponosić obciążenia związane z ich zarządem i utrzymaniem. Od strony formalno-prawnej miałaby to być forma dzierżawy realizowanej w imieniu gmin przez TBS-y. Co warto podkreślić, po zawarciu takiej trójstronnej umowy „w tym momencie gmina przejmuje obowiązek płacenia czynszu, a następnie reguluje sobie odpłatność w zależności od dochodów i możliwości tego, komu to mieszkanie przydzieli” – oświadczyła minister Ścigaj. No, to kamień z serca, bo już można by się obawiać, że to sami biedni ukraińscy przybysze będą musieli płacić. Ale nie, spokojnie, to jednak pójdzie z naszych podatków, przez budżety samorządów.
Mają pracować w administracji
Żeby jednak przesiedleńcy dostawali coś poza finansowanymi przez nasz mieszkaniami i zasiłkami – rząd chce też wymóc na samorządach, by to obywatele Ukrainy w pierwszej kolejności znajdowali zatrudnienie np. w podmiotach publicznych realizujących zadania polityki społecznej. Jak niedwuznacznie wynika z wypowiedzi min. Ścigaj – podobnie jak w kwestii pomocy lokalowej byłaby to forma rządowej propozycji nie do odrzucenia, zwłaszcza wobec mniejszych samorządów. Rząd chce ewidentnie rozprowadzić wielomilionową rzeszę Ukraińców po kraju, obarczając zadaniem ich utrzymywania społeczności lokalne. Skądinąd wyraźnie koliduje to z centralistyczną polityki Prawa i Sprawiedliwości, pozbawiającą samorządy znacznej części dochodów. Teraz dodatkowym elementem nacisku w interesie rządu – mieliby być w terenie Ukraińcy. I co równie ważne – rząd przestaje już opowiadać bajki o „powrocie imigrantów na Ukrainę”. Przeciwnie, programem ma być objęte na początek co najmniej 1,2-1,5 mln przesiedleńców, jego czas trwania został wstępnie zakreślony na „5-6 lat”.
Apartamenty dla Ukraińców zamiast przychodni
Trwałość przesiedlenia Ukraińców do Polski potwierdza polityka samorządów bezpośrednio sterowanych przez PiS, które jak np. województwo lubelskie. Oto jak zapowiedział marszałek Jarosław Stawiarski, z dostępnej dla regionu puli tzw. środków europejskich zostało przeznaczone „5 mln zł na gruntowny remont i stworzenie 10 mieszkań w dobrym standardzie i specjalistycznych punktów, które pozwolą uchodźcom z Ukrainy spokojnie przebyć czas pożogi wojennej”. Przebudowywany gmach mieścił poprzednio placówkę ochrony zdrowia, filię Wojewódzkiego Ośrodka Medycyny Pracy, teraz jednak na pewno lepiej posłuży naszym drogim ukraińskim gościom…
Na biednych nie trafiło
Ci z pewnością będą zobowiązani, dotąd bowiem musieli kupować mieszkania za gotówkę. W 2021 r. to właśnie Ukraińcy stanowili najliczniejszą grupę cudzoziemców nabywających nieruchomości w Polsce „Nie dziwi więc, że od 7 lat to właśnie oni są największą grupą kupujących z obcym paszportem. W 2021 r. sfinalizowali transakcje dotyczące co najmniej 4,5 tys. mieszkań. Pod względem metrażu obywatele Ukrainy kupili ich więcej niż łącznie obywatele kolejnych 16 krajów, w tym m.in. Niemiec, Białorusi, Rosji, Włoch, Francji i Wielkiej Brytanii” podali eksperci GetHome.pl. Trend ten jest powszechnie znany, a wśród przybyłych już po wybuchu wojny również zauważalni byli klienci dysponujący dużą ilością gotówki, co wskazuje na ich zainteresowanie stałym pobytem i działalnością w Polsce. Co ważne, ostatnie przepisy ograniczające cudzoziemcom zakup nieruchomości w strefie przygranicznej, są już od dawna martwą literą, raz ze względu na znane nastawienie MSWiA, a dwa nie dotycząc nieograniczonego prawa do nabywania spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu. No, a teraz dostaną lokale na koszt gmin…
Polaku won pod most?
Ceny mieszkań na rynku wtórnym (ok. 14 proc. wyższe niż w zeszłym roku), podobnie jak i stawki najmu (wzrost nawet do 50 proc. w stosunku do 2021 r.) są i tak aż nadto napędzane przez inflację. Obietnica min. Ścigaj podatkowego finansowania rządowo-samorządowego eldorado mieszkaniowego dla cudzoziemców tylko ten trend wzrostowy umocni.
Jednocześnie zaś wbrew ponawianym obietnicom rząd PiS nie zrobił niczego dla wyjścia z kryzysu polskiego mieszkalnictwa.
Jak jeszcze w marcu 2022 r. ogłosiła Najwyższa Izba Kontroli „Realizacja rządowego programu Mieszkanie Plus nie przyniosła oczekiwanych efektów, tym samym nie wpłynęła znacząco na poprawę warunków i rozwiązanie problemów mieszkaniowych lokalnych społeczności. Rząd deklarował, że do końca 2019 roku wybuduje 100 tysięcy mieszkań – jednak do użytku oddano nieco ponad 15 tys. mieszkań, a 20,5 tys. znajdowało się w budowie (stan na koniec października 2021 r.). Głównymi przyczynami zmniejszającymi efektywność programu Mieszkanie Plus były: brak skutecznych i spójnych ze sobą rozwiązań prawnych, a także opieszałość we wdrażaniu aktów wykonawczych”. Tymczasem „Brak stabilności mieszkaniowej jest jednym z najistotniejszych problemów w Polsce, determinującym w znacznym stopniu wybory rodzinne, zawodowe, a także w sferze jakości i komfortu życia Polaków”.
Cóż, widocznie dzieje się tak dlatego, że dla rządu III RP ważniejsze są jakość i komfort życia ukraińskich przesiedleńców w Polsce.
Miejską komunikację mogą zatrzymać podwyżki cen energii elektrycznej. Według nowych stawek eksploatacja tramwajów, trolejbusów czy autobusów elektrycznych staje się nieopłacalna.
Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Poznaniu musiałoby zapłacić za prąd w przyszłym roku 178 mln zł zamiast niecałych 40 mln jak w obecnym – wynika z przetargu, który prawdopodobnie zostanie unieważniony. – Zaproponowane przez oferenta stawki są drastycznie wysokie, w naszej ocenie spekulacyjne – stwierdził prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.
W Kutnie Miejski Zakład Komunikacyjny, eksploatujący sześć autobusów elektrycznych, otrzymał ofertę na dostawy energii za cenę niemal dziesięciokrotnie wyższą od płaconej obecnie. Z kolei Lublin musiał ogłosić kolejny już przetarg na prąd dla elektrobusów i trolejbusów, bo zwycięzca poprzedniego wycofał się z podpisania umowy, uznając, że zaoferował energię za tanio. Natomiast MPK Wrocław dołoży do diesla dla autobusów: nowy dostawca prawdopodobnie będzie chciał ustalić ceny na podstawie notowań hurtowych, kształtowanych w znacznym stopniu przez dominujący na rynku Orlen, a nie giełdowych jak dotychczas.
Wobec galopujących kosztów zakupu prądu i diesla eksploatacja tramwajów, trolejbusów czy autobusów elektrycznych staje się kompletnie nieopłacalna.
Drożeje także eksploatacja autobusów na gaz. – Dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których użytkowanie ich w miastach jest ograniczane do minimum, a w zamian na trasy wysyłane są starsze pojazdy z silnikami na olej napędowy – mówi Aleksander Kierecki, szef branżowego serwisu TransInfo.
Samorządy alarmują, że ich budżety, najpierw spustoszone przez pandemię, a teraz drenowane przez Polski Ład, nie są w stanie udźwignąć tak ogromnego wzrostu kosztów miejskiej komunikacji. Konieczne będą duże podwyżki cen biletów. Prawdopodobnie także cięcia w rozkładach jazdy i ograniczanie nakładów na inwestycje w nowy tabor.
73 lata temu w Krakowie wykonano wyrok komunistycznego sądu na ks. Władysławie Gurgaczu, kapelanie nowosądeckiej Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców. Wraz z nim stracono Stefana Balickiego i Stanisława Szajnę. Przypominamy rozmowę, jaką o wiernym słudze Chrystusa i patriocie przeprowadził w roku 2014 z Joanną Wieliczką-Szarkową Krzysztof Gędłek.
Wszelka działalność patriotyczna ks. Władysława Gurgacza, jego antykomunizm wynikały z wiary w Boga. Piętnując komunistyczny reżim przypominał, że jest on nie do pogodzenia z Bożym porządkiem – mówi PCh24.pl Joanna Wieliczka-Szarkowa, historyk, autorka książki pt. „Żołnierze Wyklęci”.
Ksiądz Władysław Gurgacz wychował się w katolickim domu. Jaki wpływ miała jego duchowość na działalność patriotyczną i antykomunistyczną?
Ksiądz Gurgacz napisał kiedyś do swojej matki, że dla niego „pieśń lasu była pierwszą i najtrwalszą w skutkach nauką religii”. Jego pobożność była naturalna, a duchowość bardzo głęboka. Wyróżniała go żarliwość w modlitwie i całkowite oddanie się w opiekę Maryi (stąd zresztą potem jego pseudonim „Sem” od SM – Servus Mariae, Sługa Maryi). Jego pomysłem była też pierwotna nazwa oddziału, w którym działał – Pierwszego Podhalańskiego Oddziału Partyzantów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Królowej Różańca Świętego, zmieniona później na „Żandarmerię”.
Ksiądz Gurgacz nie tylko głosił porywające kazania czy rekolekcje, nie tylko był obleganym spowiednikiem, ale także utalentowanym pisarzem i malarzem, a może nade wszystko mistykiem. Dla niego „świat Bożych prawd i świat działania łaski – w ogóle przeżyć wewnętrznych – był bardziej rzeczywisty niż ten zewnętrzny”. Wszelka jego działalność patriotyczna, czyli automatycznie również antykomunistyczna, wynikała z wiary w Boga. Nie wahał się publicznie, ostro piętnować narzuconego Polsce reżimu, bo rozumiał jego istotę, to iż komunizm jest złem, niesie człowiekowi zniewolenie i nie da się go pogodzić z Bożym porządkiem.
Był bardzo zdolny, interesował się między innymi filozofią.
Władysław Gurgacz wcześnie odkrył swoje powołanie i od 17. roku życia był związany z Towarzystwem Jezusowym. To jezuici przygotowywali go najpierw do matury, a potem w ich kolegiach uzupełniał wykształcenie humanistyczne, aby studiować filozofię, która go bardzo zajmowała, i w końcu teologię. Gruntowne studia pod kierunkiem ojców-profesorów dały mu intelektualną i duchową siłę do przeciwstawienia się zbrodniczej ideologii. Dzielił się nią ze swymi żołnierzami, prowadząc dla partyzantów wykłady z filozofii.
Dlaczego ks. Gurgacz zdecydował się zostać kapelanem Wyklętych w oddziale Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej pod dowództwem Stanisława Pióro „Emira” na Podhalu?
Na początku 1948 roku „Emir” przyszedł do ks. Gurgacza z prośbą o spowiedź. Mówiąc księdzu o działalności PPAN, pytał o ocenę moralną różnych czynów, między innymi o kwestię odebrania sobie życia w razie niebezpieczeństwa, kiedy wolno i czy wolno zabić bliźniego, i o sens działalności podziemnej. Poprosił też jezuitę o duchową opiekę nad partyzanckim oddziałem leśnym, który chciał utworzyć z zagrożonych aresztowaniem członków swojej organizacji. Ks. Gurgacz przyłączył się do „chłopców z lasu” – jak napisał pierwszy jego biograf ks. Stanisław Szymański – po gruntownej rozwadze z miłości dla Boga i z miłości tych ludzi, dla których nie było miejsca w Ojczyźnie. Chciał być z nimi, gdy cierpieli i chciał ratować ich dusze.
Jaką rolę pełnił ks. Gurgacz w oddziale? Powiedział podobno kiedyś, że nie może opuścić żołnierzy, bo wówczas mogliby zejść na złą drogę.
Jeden z żołnierzy oddziału Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, Tadeusz Ryba „Jeleń”, który ostatni raz widział się z nim na tydzień przed aresztowaniem, powiedział, że ks. Gurgacz był z nimi w najtrudniejszych chwilach i nigdy ich nie opuścił. Dodawał im wiary, otuchy. Nawoływał do nieprzelewania bez potrzeby polskiej krwi. Nigdy nie przygotowywał, ani nie uczestniczył w żadnej akcji zbrojnej, ale zawsze wspierał ich moralnie tłumacząc sens oporu wobec komunistów. Kapelan prowadził dla partyzantów wykłady z historii i filozofii, a w każdą niedzielę i święta przy okazji Mszy św. głosił kazania na tematy wyłącznie ewangeliczne.
W jakich okolicznościach ks. Gurgacz dostał się w ręce UB?
Aresztowania członków PPAN zaczęły się latem 1948 roku, dzięki działalności konfidenta ps. „Wicher”, czyli Janiny Mendel, nazywanej przez partyzantów „kapitan Miłą”. Ci, którzy ocaleli schronili się na Hali Łabowskiej. Po roku, wobec zagrożenia likwidacją, partyzanci, podzieleni na grupy, zdecydowali o przedostaniu się na Zachód. Ks. Gurgacz przydzielony do oddziałku Stefana Balickiego „Byliny” wyjechał do Krakowa, gdzie zaplanowano akcję rekwizycyjną w państwowym banku w Krakowie. Zakończyła się ona jednak ujęciem partyzantów na gorącym uczynku. Zatrzymany został także ks. Gurgacz, choć w samej akcji nie brał udziału, ale kiedy dowiedział się, że innych aresztowano, nie skorzystał z możliwości ucieczki. Miało to miejsce wieczorem 2 lipca 1949 roku w mieszkaniu przy ul. Krótkiej 3 w Krakowie.
Czy śledztwo, jakiemu został poddany, było bardzo brutalne?
Kapelana poddano krótkiemu, ale brutalnemu śledztwu. Już na pierwszym przesłuchaniu został pobity. Stosowano też wobec niego tzw. konwejer, czyli przesłuchanie trwające bez przerwy przez kilkanaście lub więcej godzin. Żadna z tych metod nie złamała kapłana, który odważnie bronił sensu działalności partyzantów.
Ksiądz Gurgacz zachował niezłomną postawę także podczas samego procesu, gdy twardo zarzucał komunistom zbrodnie.
Komuniści urządzili członkom PPAN pokazowy proces, w sierpniu 1949 roku przed Sądem Okręgowym w Krakowie. Relacjonowany obszernie przez prasę i radio był seansem nienawiści wobec niepodległościowego podziemia i Kościoła uosabianego przez „zdemoralizowanego i wykolejonego księdza-bandytę”.
Postawa ks. Gurgacza w czasie rozprawy była wyrazem jego niezłomności i najgłębszej wiary. Zdecydowanie bronił współoskarżonych i samej idei organizacji. Wiemy o tym z relacji świadków, bo protokół został sfałszowany. Nie zapisano w nim nawet ostatnich słów ks. Gurgacza: „Ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, jak ich oszczerczo nazywacie, ale obrońcy Ojczyzny! Nie żałuję tego, co czyniłem. Moje czyny były zgodne z tym, o czym myślą miliony Polaków, tych Polaków, o których obecnym losie zadecydowały bagnety NKWD”. Gdy usłyszał, że razem ze Stefanem Balickim „Byliną” i Stanisławem Szajną „Orłem” został skazany na karę śmierci, stwierdził: „Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?…. Wierzę, że każda kropla krwi niewinnie przelanej zrodzi tysiące przeciwników i obróci się wam na zgubę”.
W jaki sposób go zamordowano?
Ksiądz Gurgacz oraz jego towarzysze „Bylina” i „Orzeł” zostali zamordowani 14 września 1949 roku na dziedzińcu więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie, w rogu między murem a więzienną piekarnią. Według naocznego świadka, wszyscy zginęli od „strzału katyńskiego”, w tył głowy, przy czym ksiądz Gurgacz został dobity drugim strzałem, gdyż pierwszy nie był śmiertelny. Wyrok wykonał Władysław Szymaniak wymieniony w protokole jako „dowódca plutonu egzekucyjnego”.
Ksiądz męczennik został pochowany na Cmentarzu Rakowickim, razem ze swoimi „chłopcami z lasu”, w grobie, który miał być zapomniany, ale tak się nie stało dzięki przyjaciołom i współwięźniom kapelana. Dziś stoi na nim brzozowy krzyż i napis: „Attritus pro Deo et Patria” – „Starty dla Boga i Ojczyzny”.
A to ci dopiero siurpryza! W walce, jaką Niemcy, przy pomocy Volksdeutsche Partei, z którą kolaborują niezawiśli sędziowie zrzeszeni w dwóch partiach politycznych: „Iniuria” i „Themis”, zanosi się na przełom. Nie chodzi oczywiście o żadną praworządność, bo to tylko pretekst, przy pomocy którego Niemcy pragną spacyfikować Polskę na drodze budowy IV Rzeszy, tylko o prawdopodobną zmianę protektora. Ale incipiam. Przypominam, że walka o praworządność w Polsce rozpoczęła się od marca 2017 roku, po fiasku „ciamajdanu”, który był kulminacyjnym momentem w walce „o demokrację”. 7 lutego 2017 roku gospodarską wizytę w Warszawie złożyła Nasza Złota Pani, która porozmawiała z kim tam trzeba i na tej podstawie, a także – jak przypuszczam – ocenach przeprowadzonych przez BND – doszła do wniosku, że nie ma co zawracać sobie głowy „demokracją” i szlajać się po ulicach z niedorżniętymi ubekami i ich konfidentami, tylko za rogi trzeba chwycić byka praworządności, a wtedy na pierwszą linię frontu będzie można rzucić niezawisłych sędziów, zaniepokojonych rządowymi zamiarami ustanowienia nad nimi batoga. Bo niezawiśli sędziowie po transformacji ustrojowej wyemancypowali się z jakiejkolwiek zależności od konstytucyjnych organów państwa, chociaż oczywiście zależności służbowe w ramach tajnej współpracy z bezpieką, które w „wolnej Polsce” rozwinęły się jeszcze bardziej między innymi dzięki „operacji Temida”, w ramach której ABW werbowała w środowisku sędziowskim nowy narybek agentury. Toteż perspektywa ustanowienia nad nimi batoga, którym rząd „dobrej zmiany” w postaci Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego by wymachiwał, psując w ten sposób wszelką przyjemność z oddawania się miłej korupcji, była nie do zniesienia. W tej sytuacji podjęcie kolaboracji z Volksdeutsche Partei stało się oczywistą oczywistością tym bardziej, że nieprzejednany wróg rządu „dobrej zmiany” w osobie Donalda Tuska, był na każde skinienie Naszej Złotej Pani, która sobie w nim szczególnie upodobała. Na tym została ufundowana strategia „ulica i zagranica”, a w ramach tej strategii niezawiśli sędziowie z obydwu wymienionych partii, zyskali w swojej walce o całkowitą bezkarność punkt oparcia w postaci instytucji Unii Europejskiej, przede wszystkim – Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
I wydawało się, że dla tej kolaboracji z Volksdeutsche Partei pod kierownictwem Donalda Tuska nie ma alternatywy. Jednak w czerwcu ubiegłego roku przybył do Europy amerykański prezydent Józio Biden, który nie tylko dwukrotnie rozmawiał z Putinem, ale również raz – z Naszą Złotą Panią. Co powiedział Putinowi i co powiedział Naszej Złotej Pani – wiele bym dał za to, by się tego dowiedzieć, bo po tych rozmowach wydarzenia nabrały przyspieszenia. Putin najwyraźniej zdecydował się na stworzenie na Ukrainie faktów dokonanych w postaci „demilitaryzacji” tego państwa, to znaczy – wybicia mu z głowy udziału w NATO, a z kolei Nasza Złota Pani posłała na ojczyzny łono Donalda Tuska z misją objęcia stanowiska premiera po szczęśliwym wymiksowaniu znienawidzonego Naczelnika Państwa. Lecz – jak mówi poeta – „tymczasem na mieście inne były już treście”. Długotrwała nieobecność w Polsce Donalda Tuska sprawiła, że ożywiły się ambicje działaczy Volsdeutsche Partei drobniejszego płazu. Nie mówię o Wielce Czcigodnym pośle Pupce, bo na niego nikt by chyba nie postawił ze względów – jakby to ujął Kukuniek – „fizjologicznych i innych”, tylko o jegomościu, którego uważam za zarozumiałego blagiera, czyli panu Rafale Trzaskowskim. Tupetu mu nie brakuje, podobnie jak ambicji, którą podbiło mu uzyskanie w wyborach prezydenckich prawie 49 procent głosów. Jest jednak w jego sytuacji jeden poważny plus ujemny. Otóż Nasza Złota Pani, podobnie jak Nasz Złoty Pan i Nasza Pani Złociutka, czyli madame Urszula von der Layen, upodobali sobie w Donaldu Tusku, a nie w Rafale Trzaskowskim i tylko jego widzą na najwyższych stanowiskach w naszym bantustanie. Dlatego pan Rafał Trzaskowski, wzorem Archimedesa, musiał znaleźć sobie jakiś inny punkt oparcia, by zrównoważyć polityczny ciężar gatunkowy Donalda Tuska.
A cóż może zrównoważyć ciężar gatunkowy Donalda Tuska, gdzie szukać punktu oparcia dla dźwigni, przy pomocy której można by tego dokonać? Nietrudno się domyślić, toteż Rafał Trzaskowski w maju br. poleciał do Ameryki za pieniądze Uniwersydtetu Yale – chociaż nie było na nich napisane, skąd pochodzą naprawdę, no i odbył tam rozmowy z rozmaitymi osobistościami, między innymi – a może nawet przede wszystkim – z przedstawicielem Światowego Kongresu Żydów Ronaldem Lauderem. Czego mógł chcieć chciał od Rafała Trzaskowskiego Ronald Lauder – nietrudno się domyślić, skoro Światowy Kongres Żydów od 1996 roku stoi na nieprzejednanym stanowisku, by z Polski ściągnąć ile się da pod pretekstem zadośćuczynienia tak zwanym „roszczeniom”, a obecnie, tj. od 2018 roku, może użyć do tego celu rządu Stanów Zjednoczonych, który wskutek ustawy nr 447 zobowiązał się do dopilnowania, by Polska tym „roszczeniom” zadośćuczyniła.
Wojna na Ukrainie, w ramach której Polska nie pozwala nikomu się wyprzedzić, jako wzorowy ormowiec USA sprawia, że na razie nie trzeba o tym głośno mówić, ale wiadomo, że w Światowym Kongresie Żydów wszyscy mają to w tyle głowy cały czas. W tej sytuacji możemy, a nawet powinniśmy postawić pytanie, co Rafał Trzaskowski powiedział Ronaldowi Lauderowi, czy też Alexandrowi Sorosowi, przewodniczącemu Fundacji Open Society i synowi starego grandziarza? Coś chyba musiał jednemu i drugiemu powiedzieć, coś musiał im obiecać, skoro poleciał do Ameryki, by znaleźć punkt oparcia dla dźwigni, przy pomocy której mógłby zrównoważyć ciężar gatunkowy Donalda Tuska?
I wygląda na to, że dźwignia zaczyna działać. Donald Tusk wprawdzie szlaja się po Polsce i prawi duby smalone, jak to będzie nosił na rękach sodomczyków, ale jednocześnie żydowska telewizja dla Polaków, czyli TVN robi mu psikusa, puszczając bez jego wiedzy konfidencjonalną deklarację, że perspektywa ponownego zasiadania w polskim Sejmie jest dla niego „upiorna”. Z kolei Rafał Trzaskowski nie zaprasza na Campus Polska Przyszłości Donalda Tuska, tylko ambasadora USA w Warszawie Marka Brzezińskiego, który swoją obecnością Campus „zaszczyca” oraz Szymona Hołownię, którego impresariem w Polsce jest pan Michał Kobosko – ongiś członek wpływowego waszyngtońskiego think-tanku: Rady Atlantyckiej, w której są i bezpieczniacy amerykańscy i wojskowi i goldmany-sachsy. Na Campusie umizgują się do Rafała Trzaskowskiego rozmaici arywiści, np. pani „Basia” – górnym węchem przeczuwając, że skoro już jest tam Brzeziński, to może warto postawić na niego?
Ale arywiści to jeszcze nic. Znacznie większy ciężar gatunkowy ma pielgrzymka, z jaką po tym wszystkim przybyła do JE ambasadora USA w Warszawie, Marka Brzezińskiego delegacja niezawisłych sędziów, reprezentująca obydwie sędziowskie partie opozycyjne; „Iniuria” i „Themis”. Co tam mu naskarżyli – tego też możemy się domyślić. Były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapytał w związku z tym retorycznie ambasadora, czy on też chce obalić polski rząd, jak pragną tego niezawiśli sędziowie.
Obawiam się, że Witold Waszczykowski się myli. Ambasador Brzeziński nie chce obalać polskiego rządu, tylko najwyżej ustanowić następny, bez Donalda Tuska, który jest za bardzo proniemiecki, był użyteczny dla Amerykanów, którzy i wobec Niemiec i wobec naszego, bantustanu mają swoje widoki i pomysły. Niezawiśli sędziowie też nie chcą obalać rządu, tylko chcieli powiedzieć panu ambasadorowi, że tak, jak dotąd wysługiwali się politycznie Niemcom, to teraz mogą wysługiwać się Amerykanom, byle rząd, jaki USA zamierzają tutaj ustanowić, zapewnił im bezkarność.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.