Administrator Watykanu walczy z z tradycyjna Mszą świętą, a jednocześnie on i jego biskupi przyklaskują ohydnym spektaklom określanym jako „msze”.
Jedne „msze” Novus Ordo są mniej twórcze, inne bardziej potworne, jeszcze inne próbują uchodzić za świątobliwe, choć wszystkie mają w sobie wbudowany element dowolnej ekspresji i fermentu. Pastorzy i kaznodzieje współczesnego „Kościoła katolickiego” prześcigają się wzajemnie w kreacji czegoś nowego, w przyciąganiu wiernych nowymi sztuczkami kuglarskimi, a pewien dynamiczny rutyniarz z Chicago przerasta nawet siebie samego.
Ksiądz Michael Pfleger kieruje parafią św. Sabiny od ponad 40 lat, w ciągu których dał się poznać jako lewicowy ekstremista, zawsze po właściwej stronie wszelkich marksistowskich mrzonek bolszewickiego „postępu społecznego”, pracując ramię w ramię z radykalnymi murzyńskimi przywódcami i żydowskimi organizacjami (choć z tymi ostatnimi miał zatarg zapraszając do ambony islamskiego szaleńca, Louisa Farrakhana).
Zapraszał do kościoła rewolucjonistów murzyńskich, którzy wygłaszali „kazania”, doszczętnie zniszczył zabytkowy kościół przerabiając go na salę teatralno-artystyczną. Nawet kolejni biskupi nie chcieli mieć z nim wiele do czynienia, choć oczywiście błogosławiono inicjatywom i przymykano oczy na jego ekscesy.
W międzyczasie tenże ksiądz zaadoptował po kolei troje dzieci, wbrew wyraźnym zakazom biskupa. W 2021 roku został oskarżony przez kilka osób o wykorzystywanie seksualne, w tym doprowadzanie do gwałtu (a przedtem upojenie ofiary alkoholem i marihuaną). Obecny biskup Chicago, lewicowy fanatyk kardynał Cupich, najpierw zawiesił go, lecz w dwa miesiące po tym, po „intensywnym śledztwie” przywrócił na stanowisko „nie znajdując podstaw”.
Ks. Pleger wydaje się być nietykalny podobnie jak dziesięć lat wcześniej, za innego lewicowego abnegata, kardynała Francis George’a, kiedy to został zawieszony, lecz w trzy tygodnie później szybko nadeszła rehabilitacja. Pfleger zagroził bowiem biskupowi, że jeśli zostanie usunięty z parafii, to odejdzie z Kościoła katolickiego, na co kardynał George odpowiedział – cytat – „Jeśli takie jest Twoje podejście, to już odszedłeś z Kościoła”, po czym… odwiesił suspensę i przywrócił go na stanowiska proboszcza tej samej parafii.
Pfleger od ponad 40 lat, dzień w dzień, wygłasza wszystkie możliwe antykatolickie fobie, od wspierania wyświęcania kobiet, machania flagami LGBT, przez konieczność likwidacji prymatu władzy papieskiej, zbędność biskupów, zbędność Kościoła, („Nie potrzebuję Najwyższego, nie potrzebuję papieża, nie potrzebuję kardynała, nie potrzebuję patriarchów, nie potrzebuję proroków, nie potrzebuję nikogo aby pójść do Boga. Potrzebuję tylko siebie!”), a mimo to jest cały czas „księdzem katolickim” w rozumieniu prawa kościelnego.
Do takich sytuacji dopuszczają przełożeni, ci najbliżsi, jak i ci kolejni na samej górze, a przez 4 dekady bojaźń przed ruszeniem tego zbuntowanego szeregowca staje się większą winą niż jego wywrotowe zajęcie. Winni są generałowie, którzy w pełni odpowiadają za stan swojej armii. Zaślepieni, bojaźliwi, obłudni, cyniczni abnegaci duchowi sprawujący do półwiecza władzę w Kościele, dopuszczają do Jego upadku i spustoszenia.
Pfleger w 2021 roku odprawil kolejną „mszę”, będącą wprost satanistycznym benefisem, zaprowadzającą wszystkich uczestników do piekieł. Oto wideo z „pasterki” z kościoła św. Sabiny, z udziałem showmana, „księdza” Michała Pflegera, protestanckiego rebelianta z zaprzedaną duszą.
https://www.youtube.com/watch?v=p0RRWJNNos0
Powyższe wideo może nie działać – ze względu na jego skonfigurowanie jako transmisja na żywo – więc polecamy bezpośredni link, który należy skopiować i umieścić w wyszukiwarce, np. Google: https://www.youtube.com/watch?v=p0RRWJNNos0
—————————————————-
Polecamy odmówienie krótkiej lecz skutecznej Modlitwy o nawrócenie jawnych grzeszników.
MODLITWA DO ŚW. MICHAŁA ARCHANIOŁA
Święty Michale Archaniele! Broń nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne złe duchy, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.
Trzynaście kilometrów od Radomska, nad Wartą, nieco w bok od szosy Piotrków Trybunalski – Częstochowa, leży wieś Gidle. Trochę przypomina ona miasteczko – ma rynek i aż trzy kościoły. Najstarszy z nich to piękny drewniany kościół, niegdyś parafialny.
Drugi jest pozostałością po pustelni kartuzów i został wzniesiony w połowie XVIII wieku, dziś pełni funkcję kościoła parafialnego. Wreszcie trzeci, najwspanialszy z nich, to kościół dominikanów pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej. Jego budowę rozpoczęto w 1612 roku pod kierunkiem architekta Jana Buszta, konsekrowano zaś w roku 1656. Na tle tej małej miejscowości zadziwia swoją wielkością i bogactwem wyposażenia wnętrza. Jednak największym skarbem tej świątyni, skarbem, dla którego oprawy została wzniesiona, jest maleńka, zaledwie dziewięcio-centymetrowa, kamienna figurka Matki Bożej z Dzieciątkiem. Kiedy i przez kogo została ona wyrzeźbiona, nie wiemy. Jej historia zaczyna się dla nas w 1516 roku.
Najstarsza tradycja głosi, że wiosną tego roku, tuż przed pierwszą niedzielą maja, gidelski rolnik Jan Czeczek orał swoje pole w miejscu, gdzie dziś wznosi się klasztorny kościół. Naraz, ku jego zdziwieniu, woły ustały w orce, a nawet padły na kolana. Nic nie pomogły przynaglania ani razy. Wreszcie i mężczyzna zauważył niezwykłą jasność bijącą z ziemi, a wśród tej jasności „obrazek mały głazowy Najświętszej Panny, wielkości na dłoń, na kamieniu wielkim, który był wydrążony na kształt kielicha”. Wieśniak nie potrafił zrozumieć cudownych znaków i potraktował swoje znalezisko jako skarb materialny. Ukrył figurkę w chałupie, na dnie skrzyni z odzieżą. Trzeba było nieszczęścia, aby on i jego rodzina utracili wzrok. Wówczas pobożna kobieta, która pomagała nieszczęśliwym, zainteresowała się cudowną wonią i światłością bijącą ze skrzyni. Opowiedziała o wszystkim gidelskiemu proboszczowi i odtąd rozpoczął się czas publicznej czci oddawanej Maryi w tym wizerunku. Posążek obmyto z prochu ziemi i przeniesiono do kościoła parafialnego. Wodą, która pozostała po obmyciu, Czeczkowie przetarli swe oczy i natychmiast odzyskali wzrok.
Na pamiątkę tego wydarzenia zachował się do dziś zwyczaj „Kąpiółki”, to znaczy ceremonialnego obmywania raz w roku figurki w winie. W pełnym ufności i pobożnym przeświadczeniu pątnicy używają wina z tej „Kąpiółki” na znak swojej wiary w moc Tej, którą nazywają Uzdrowieniem chorych.
Dalsze cudowne znaki sprawiły, że figurkę przeniesiono z kościoła na miejsce jej odnalezienia i umieszczono w kapliczce w formie drewnianego słupa, którą dziś jeszcze można oglądać przy ołtarzu w kaplicy Matki Bożej. Z czasem wzniesiono większa drewnianą kapliczkę. W roku 1615 właścicielka Gidel, Anna z Rosocic Dąbrowska, sprowadziła tu dominikanów, którzy zgodnie z nazwą swego zakonu – Zakon Kaznodziejski – mieli głosić sławę Maryi, strzec miejsca Jej cudownego wizerunku i szerzyć modlitwę różańcową. To właśnie święty Dominik, założyciel tego zakonu, jest twórcą modlitwy różańcowej.
Do Polski dominikanie dotarli bardzo wcześnie. W 1216 roku papież Honoriusz III zatwierdził małą grupkę kaznodziejów jako samodzielny zakon, a już w roku 1222 przybyli do Polski pierwsi dominikanie ze świętym Jackiem Odrowążem i błogosławionym Czesławem na czele. Od samego początku, a szczególnie w XVII wieku, kiedy zakon przeżywał nowy okres swego rozwoju, dominikanie byli znani jako gorliwi czciciele Maryi. Nic wiec dziwnego, że to ich wybrano na stróżów tego miejsca.
Sława cudownej figurki Matki Bożej zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Dziś jeszcze w różnych odległych stronach Polski ludzie opiewają pieśn o Matce Bożej Gidelskiej. Zanieśli ją ze sobą pielgrzymi, którzy przez wieki – po drodze na Jasną Górę, lub ze szczególnym zamiarem – nawiedzali Gidle. W ciągu ostatnich dwóch stuleci i aż po dzien dzisiejszy szczególnie liczne są pielgrzymki ze Śląska, rodzinnej ziemi świętego Jacka. Klasztor gidelski, jako jedyny z dominikanskich klasztorów w zaborze rosyjskim, przetrwał lata rozbiorów. Po upadku Powstania Styczniowego i kasacie klasztorów zwieziono tu zakonników, aby dożyli kresu swoich dni. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i odnowie polskiej prowincji dominikanów, wielki czciciel Maryi, o. Konstanty –Ukiewicz, podjął starania o koronacje cudownej figurki, która odbyła się 15 sierpnia 1921 roku.
Matka Boża w Gidlach cieszy się sławą Uzdrowicielki chorych. Krążą woród wiernych opinie, że Matka Najświetsza z Jasnej Góry jest głównie lekarką dusz (nawrócenia), a z Gidel – lekarką ciał. Zachowało się bardzo wiele świadectw, pisanych i malowanych na tabliczkach wotywnych wieszanych wokół ołtarza, mówiących o dokonanych dzięki Jej wstawiennictwu cudownych uzdrowieniach.
Gidelski „tron na ziemi” Matki Bożej był przez wieki sukcesywnie przyozdabiany dzięki hojnym darom możnych, a jeszcze częściej dzięki wdowim groszom ubogich, którzy szczególnie się tutaj garneli. Dla uświetnienia nabożeństw została powołana specjalna orkiestra i związana z nią przyklasztorna szkoła muzyczna. W kaplicy Matki Bożej możemy dziś podziwiać wspaniały ołtarz, w którym za sprawą kunsztu architekta maleńka figurka nie tylko nie ginie, ale jest dobrze widoczna i przyciąga naszą uwagę. Do kaplicy prowadzi, zbudowana później niż ołtarz, ozdobna rokokowa brama.
Po przeciwnej stronie, w drugim ramieniu krzyża, na którego planie zbudowano kościół, znajduje sie podobna, choć skromniejsza kaplica świętego Jacka, pierwszego polskiego dominikanina. W tej rolniczej okolicy, w sanktuarium, gdzie czczony jest wyorany z ziemi wizerunek Maryi, pamieta sie szczególnie cud świetego Jacka, który podniósł przybite gradem do ziemi dojrzałe do żniw kłosy. Dlatego w dzień odpustu św. Jacka, 17 sierpnia, tuż po żniwach, gromadzą się tłumnie miejscowi rolnicy, by dziękować za zebrane plony. Nad bramą prowadzącą do tej kaplicy umieszczono małe organy, przeznaczone specjalnie dla nabożeństw w obu kaplicach.
Główny ołtarz z obrazem pędzla krakowskiego artysty Michała Stachowicza, wzniesiony w XVIII wieku, jest podobnie jak cały kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej. Za ołtarzem umieszczono, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, chór, czyli miejsce wspólnych modlitw zakonników. Zdobią go obrazy dominikańskich świetych. U wejścia do prezbiterium znajdują sie dwa ołtarze. Po lewej Matki Bożej Różańcowej, z obrazem przeniesionym tu z któregoś ze skasowanych przez zaborcę klasztorów we wschodniej Polsce. Po prawej ołtarz Imienia Jezus. Oba ołtarze związane są z Bractwami, jakie zazwyczaj istniały przy każdym dominikańskim kościele. Nad wejściem do świątyni usytuowano piękne, współczesne wielkiemu ołtarzowi organy. Lewą nawę zwieńcza ołtarz Chrystusa Ukrzyżowanego. W górze ołtarza umieszczony jest obraz Matki Bożej Bolesnej. Przy filarach mamy ołtarze świętego Tomasza z Akwinu oraz świętych Rocha, Sebastiana i Rozalii. Prawą nawe zamyka ołtarz Matki Bożej Bolesnej, a przy filarach ołtarze świętego Dominika i bliżej ku drzwiom, świętego Piotra z Werony, męczennika. Ponadto kościół zdobią liczne malowidła, zwłaszcza ze scenami z życia dominikańskich świętych.
Matka Boża w Gidlach cieszy się sławą Uzdrowicielki chorych. Szczególną uwagę zwracają dwa wielkie obrazy namalowane przed 1771 rokiem na tylnych ścianach bocznych naw przez o. Alana Macha. Przedstawiają procesje z figurką oraz sprowadzenie dominikanów do Gidel.
Pierwszy z cyklu tych obrazów, ukazujący znalezienie figurki, można oglądać w muzeum zorganizowanym w przyległym do kościoła klasztorze. Znajdziemy tam wiele innych malowideł, także feretrony i stare kościelne chorągwie, rzeźby i meble. Muzeum zostało założone przez zmarłego w 1979 roku znawcę i miłośnika historii zakonu o. Roberta Świetochowskiego. Poza dziełami sztuki mieści wszelkiego rodzaju pamiątki historyczne z dawnych i nowszych czasów. Warto się z nimi zapoznać, nie tylko po to, by podziwiać cenniejsze spośród eksponatów, ale by wejść w niepowtarzalną atmosferę owego pozornie bezładnego zbioru, który dzięki nagromadzeniu najrozmaitszych pamiątek tworzy coś w rodzaju archiwum rodzinnego tej wielkiej wspólnoty, jaką jest nasza Ojczyzna i jej kultura.
Niegdyś gidelski klasztor był miejscem odpustowym i ośrodkiem, z którego ojcowie wyjeżdżali na misje ludowe oraz rekolekcje. Obecnie na ulicach spokojnych, położonych na uboczu Gidel raz po raz pojawiają się pielgrzymki piesze i autokary, którymi zjeżdżają pielgrzymi i turyści, by pokłonić się Matce Bożej i podziwiać przybytek wzniesiony ku Jej czci. Jednocześnie klasztorna furta jest coraz cześciej otwierana dla różnych grup i wspólnot, zwłaszcza młodzieżowych, które odprawiają tutaj rekolekcje.
opracowała Dorota Rogulka
[oto inna, szersza opowieść : ]
Gidle – to miejscowość leżąca między Częstochową a Radomskiem, okolona wstęgami rzek Wartyi Wiercicy. Nad dachami domostw górują sylwetki trzech kościołów. Najstarszy z nich – zabytkowy modrzewiowy, niegdyś parafialny, pochodzi z XV wieku, a przebudowano go w XVII. Drugi, murowany, stojący na uboczu, jest pozostałością po pustelni kartuzów, pochodzi z roku 1754 i pełni obecnie funkcję kościoła parafialnego. Wreszcie trzeci, najbardziej okazały – to kościół dominikanów, a zarazem znane powszechnie sanktuarium, do którego od kilku wieków podążają liczni pielgrzymi.
Dzieje tego sanktuarium są ściśle związane z historią maleńkiej, bo zaledwie dziewięcio-centymetrowej figurki Matki Bożej z Dzieciątkiem, w sposób niezwykły znalezionej w 1516 roku na polu, należącym do włości rodziny Gidzielskich.
Najstarsza tradycja, spisana i opublikowana przez dominikanina Jerzego Trebnica w 1636 roku w książce Historya o Cudownym Obrazie Przenayświętszey Panny Mariey, który jest w Gidlach, podaje, iż wiosną, tuż przed pierwszą niedzielą maja 1516 roku wyjechał kmiotek na rolę z pługiem, aby ją sprawował, któremu imię było Jan a przezwisko Czeczek. I kiedy jedną część roli sprawił, dalej idąc z pługiem stanęły mu woły i dalej postąpić nie chcą. Dziwuje się, co się dzieje, bo tego przedtem nigdy nie czyniły, wiec też niedawno był wyjechał, spracować się tak bardzo nie mogły, aby ustać miały. I sam tedy ich – chcąc, aby dalej szły – zacinał i temu, który był do pomocy, zacinać każe. Przecie woły dalej postąpić nie chcą i nie postępują. A gdy tym barzej i pilniej tego bicia przyczyniał i przyczyniać kazał, Pan Bóg jako z drugim Balaamem postępuje sobie: bo po tym biciu przyklękły woły na ziemię. Tu już chłopek pomieniony zdumieje się i przyklęknie; co dalej czynić, rady sobie dać nie umie. Idzie jednak przed woły, które jako klękneły, tak się podnieść nie chciały. I obaczy przed nimi Obrazek niewielki barzo z kamienia głazowego, wyrobiony także w kamieniu głazowym, jako na kształt kielicha wyrobiony był: a około tego kamienia i obrazu jasność barzo miła i przyjemna. I to obaczywszy sam też jasnością tą poniekąd przestraszony poklęknie.
Następnie – jak podaje tradycja – Jan Czeczek zabiera figurkę do domu i chowa ją w skrzyni, w której staropolskim zwyczajem przechowywano odzież. W niedługim czasie wszyscy w rodzinie Czeczka utracili wzrok. Pewna kobieta, która zaopiekowała się nieszczęsnymi, zauważyła, że ze skrzyni bije jasność oraz rozchodzi się cudowna kadzidlana woń. Otworzyła skrzynię, wyjęła z niej figurkę i po obmyciu jej z prochu ziemi zaniosła ją proboszczowi Piotrowi Wołpkajowi, który umieścił ją w ołtarzu starego modrzewiowego kościoła. Wodą pozostałą po obmyciu figurki Jan Czeczek przemył sobie oczy i w tej samej chwili on sam i jego domownicy odzyskali wzrok.
Niebawem znów nastąpiło przedziwne wydarzenie. Pewnego dnia proboszcz zauważył brak figurki w ołtarzu, a wkrótce potem znaleziono ją na roli w miejscu wyorania jej przez Jana Czeczka, świecącą widocznym z daleka blaskiem. Był to wyraźny znak, że tutaj ma być nowe miejsce kultu maryjnego. Ówczesny właściciel Gidel, Adam Gidzielski herbu Poraj, zarządził, aby niezwłocznie sporządzono kapliczkę w formie drewnianego słupa i umieszczono figurkę w wyrzeźbionej wnęce. (Do dziś zachowały się resztki tej pierwotnej modrzewiowej kapliczki).
Była to jednak zbyt skromna oprawa dla cudownego posążka, zatem syn Adama, Marcin Gidzielski, funduje w tym miejscu większą, drewnianą kaplicę, jako wotum za uwolnienie go z groźnych okoliczności, mogących zakończyć się śmiercią. (Gdy przebywał w sprawach gospodarskich na Śląsku, przez pomyłkę osadzono go w więzieniu pod zarzutem zabójstwa Niemca Bierka. Tam, wspomniawszy na rodzinne strony i cudowną gidelską figurkę, modlił się gorąco do Matki Bożej i wkrótce został uniewinniony).
Po wszystkich tych niezwykłych wydarzeniach miejsce znalezienia figurki zaczęło być tłumnie nawiedzane przez mieszkańców regionu, a niebawem i przez pielgrzymów z odległych okolic, gdyż wieści o cudach rozchodziły się szybko i daleko.
Kiedy wymarła bezpotomnie rodzina Gidzielskich, ich spadkobierczyni Anna z Rusocic Dąbrowska, wdowa po kasztelanie wieluńskim, stawia nową, obszerniejszą, murowaną kaplicę, a dla opieki nad cudowną figurką oraz rozwijającym się kultem maryjnym sprowadza w 1615 roku do Gidel dominikanów. Przeznacza też pieniądze na zbudowanie nowej świątyni i klasztoru. Dominikanie osiedlają się w prowizorycznych pomieszczeniach przy małej kapliczce i pod nadzorem architekta Jana Buszta z Łowicza przystępują do budowy barokowego kościoła na planie krzyża o trzech nawach i dwóch wieżach. Po rychłej śmierci Anny Dąbrowskiej jej dzieło nie bez trudności kontynuują spadkobiercy: Jan Oleski i jego żona Zuzanna z Przeręba. Ta z nieznanych bliżej powodów zniechęciła się niebawem do dominikanów i sprowadziła do Gidel drugi zakon – kartuzów o ostrzejszej regule (1641).
W związku z tymi perturbacjami kościół budowano przez wiele lat i dopiero w roku 1656 został konsekrowany przez biskupa Adriana Grodeckiego, sufragana gnieźnieńskiego. Jeszcze później, bo w 1661 roku zaczęto stawiać nowy klasztor pod nadzorem głównego architekta Stanisława Dworkowskiego. Warto podkreślić, że czasy budowy kościoła przypadły na niezwykle trudny okres dziejów Rzeczypospolitej. Konsekracja miała miejsce tuż po obronie Jasnej Góry przed Szwedami i złupieniu całego kraju przez najeźdźców.
Cudowną figurkę Matki Bożej umieszczono w specjalnie skonstruowanym, bogato rzeźbionym ołtarzu w bocznej kaplicy po prawej stronie nawy głównej. Nie wiadomo, kto był architektem i wykonawcą tego wspaniałego ołtarza, który zadziwia nie tylko swoim pięknem, ale i przemyślnym rozwiązaniem architektonicznym. Figurka znajduje się w centralnym miejscu, w niszy, umieszczona jakby w relikwiarzu. Niszę otacza wiele małych kolumienek, tworzących świetną perspektywę dla bardzo małej przecież statuetki, dzięki czemu jest ona optycznie wyeksponowana i zauważalna nawet z dalszej odległości.
W skrzydłach bocznych ołtarza widzimy figury św. Anny i św. Joachima, rodziców Matki Najświętszej. Głównym elementem górnej części ołtarza jest kopia obrazu Rafaela, przedstawiająca Boga Stwórcę. Na dole, nad menzą ołtarzową umieszczono plakietkę srebrną z przedstawieniem Trójcy Św. i postaciami fundatorów, Jana i Zuzanny Oleskich. Dawne antepedium, w formie płaskorzeźby przedstawiającej historię znalezienia figurki oraz sprowadzenia dominikanów do Gidel, znajduje się obecnie na ścianie kaplicy. Do kaplicy wiedzie trójdzielna rokokowa, okratowana brama z kręconymi kolumnami.
Wewnętrzny wystrój kościoła realizowano powoli na przestrzeni wieku XVII i XVIII. Oryginalnym akcentem kościoła, zakrystii i korytarza dolnego w klasztorze jest bogata gipsatura i sztukateria w tzw. typie lubelsko-kaliskim (II poł. XVII wieku).
Obecny rokokowy ołtarz główny został zbudowany w 1796 roku po rozebraniu pierwotnego ołtarza, zapewne mniejszego i niezbyt okazałego. (Z niego pochodzą prawdopodobnie niektóre figury, przechowywane w klasztornym muzeum). Centralną część głównego ołtarza zajmuje obraz Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, namalowany przez znanego artystę Michała Stachowicza (1768-1825). Ołtarz związany jest z chórem zakonnym, oddzielonym od prezbiterium specjalną ozdobną ścianką. W stallach chóru umieszczono obrazy świętych dominikańskich, namalowane również przez M. Stachowicza.
Po lewej stronie nawy głównej znajduje się kaplica św. Jacka, założyciela dominikanów w Polsce. Fundatorem tej kaplicy był wojski piotrkowski Wojciech Gniewosz w 1653 roku. Za czasów przeorstwa o. Jacka Kliszowskiego (1741-1744), wielkiego orędownika swojego patrona, zbudowano u wejścia do kaplicy klasycystyczną bramę, a na jej szczycie umieszczono pozytyw organowy (1743), używany podczas nabożeństw w kaplicy Matki Bożej. Przedmiotem szczególnej czci w kaplicy św. Jacka są relikwie ręki tegoż świętego, przechowywane w specjalnie skonstruowanym, przenośnym relikwiarzu. W sposób uroczysty obchodzi się w gidelskim sanktuarium w pierwszą niedzielę po 17 sierpnia odpust św. Jacka połączony z błogosławieństwem dzieci.
W kaplicy św. Jacka czczono również św. Wincentego Fereriusza, dominikanina, wielkiego kaznodzieję, który wsławił się kazaniami o sądzie ostatecznym i częstym powtarzaniem słów: „Timete Deum et date Illi honorem” (Bójcie się Boga i oddajcie Mu cześć). Słowa te zostały umieszczone w górnej części ołtarza poświęconego świętemu kaznodziei. W części końcowej naw bocznych i przy filarach nawy głównej zbudowano dziesięć ołtarzy. W 1766 roku usunięto dwa z nich przy wejściu do świątyni, aby uzyskać lepszą perspektywę dla całego kościoła. Pozostało więc osiem: ołtarz Jezusa Ukrzyżowanego, Matki Bożej Bolesnej, Matki Bożej Różańcowej (z zasłoną przedstawiającą męczenników sandomierskich: bł. Sadoka i jego współbraci), Imienia Jezus, św. Dominika – założyciela zakonu, św. Piotra z Werony – pierwszego męczennika dominikańskiego, św. Tomasza z Akwinu – najwybitniejszego filozofa i teologa średniowiecza, i na koniec ołtarz poświęcony trójce świętych: Rochowi, Sebastianowi i Rozalii.
Do stylu barokowego kościoła dostosowana jest ambona oraz sześć rzeźbionych konfesjonałów. Posadzkę marmurową w trzech nawach ułożył w 1854 roku Piotr Schmidt. Nie tak dawno, podczas prac remontowych, odkopano kilka wygładzonych, regularnych kamieni, które być może były fragmentami poprzedniej kamiennej posadzki.
Obecny prospekt organowy pochodzi z lat 1796 – 1797 i zbudował go organmistrz Wilhelm Scheffler z Przeręba. Z poprzednich organów zbudowanych w latach 1670 – 1671 przez Jana Garlickiego z Częstochowy pozostały prawdopodobnie figurki aniołków, grających na instrumentach muzycznych, które obecnie stanowią ozdobę wystroju zakrystii. Trakturę organową wymieniono podczas kompletnego remontu dokonanego przez firmę Biernackiego w latach trzydziestych XX wieku.
W tym miejscu warto wspomnieć, że przy klasztorze gidelskim od samych jego początków, bo już od roku 1623 i nieprzerwanie ponad trzysta lat, aż do roku 1932, istniała kapela, która uświetniała nabożeństwa w kościele oraz uczestniczyła w imprezach czysto świeckich. Po kapeli pozostał pokaźny zbiór nut, który na szczęście doczekał się naukowego opracowania. Wydany przez ks. Karola Mrowca Katalog muzykaliów gidelskich (Kraków 1986) jest znaczącym przyczynkiem do poznania kultury muzycznej w Polsce w dawnych wiekach. W kościele i w klasztorze znajduje się wiele cennych obrazów, w większości po fachowej konserwacji, dokonanej dzięki staraniom i funduszom Państwowego Urzędu Konserwatorskiego. Na uwagę zasługują obrazy trumienne z XVII wieku, cykl (niekompletny) tajemnic różańcowych oraz trzy wielkie płótna zawieszone po lewej stronie prezbiterium, namalowane przez bliżej nieznanego malarza Wojciecha z Piotrkowa, a przedstawiające całą historię znalezienia figurki (obraz I), przeniesienia jej do małej drewnianej kapliczki (obraz II) oraz sprowadzenia dominikanów i przekazania im cudownego posążka w opiekę.
Dominikanie gidelscy byli nie tylko stróżami sanktuarium, nie tylko szerzyli kult Matki Bożej (o czym świadczy istniejące przy klasztorze Bractwo Różańca św.), ale również gorliwie oddawali się pracy misyjnej.
Z klasztoru, będącego oazą kontemplacji, nieustannie wyruszali, aby głosić Słowo Boże po polskiej ziemi.
Klasztor związany był z losami naszej Ojczyzny i wraz z nią przeżywał trudne czasy. W ramach represji po upadku Powstania Styczniowego władze carskie dokonały kasaty klasztorów na terenach zaboru rosyjskiego. Ostał się tylko klasztor w Gidlach, aby spełniać żałosną rolę ostatniej placówki dominikańskiej, w której miały wymrzeć resztki zakonu prowincji polskiej. W dniu 27 listopada 1864 roku o północy zwieziono wszystkich zakonników z domu warszawskiego, a potem sukcesywnie z innych klasztorów. Nie wolno było przyjmować żadnych nowych kandydatów. Przez 30 lat przeorem klasztoru w Gidlach był o. Gabriel Świtalski, który jako jedyny dożył czasów I wojny światowej, w wyniku której Polska odzyskała niepodległość. O. Gabriel Świtalski był człowiekiem niezwykłego ducha.
Nie poddał się zwątpieniu, słysząc, że klasztor jest skazany na wymarcie, ale ufny w opiekę Matki Najświętszej dokonał rzeczy niebywałych. Mimo panującej wśród zakonników biedy corocznie wykonywał jakieś roboty wokół klasztoru i kościoła, począwszy od uporządkowania alei i ogrodu klasztornego, a skończywszy na wewnętrznej ozdobie kościoła. W latach osiemdziesiątych zeszłego wieku odnowił wszystkie ołtarze, a w 1896 roku na nowo ozłocił ołtarz Matki Bożej, w okna kościelne zaś wprawił witraże wykonane przez J. Kosikiewicza.
Nie doczekał się tylko koronacji figurki Matki Bożej, którą to uroczystość planował na rok 1916 – jubileusz 400-lecia znalezienia jej przez Jana Czeczka. Niestety, na początku 1916 roku o. Świtalski zmarł. Dopiero jego następca o. Jordan Stano zrealizował to zamierzenie przy wydatnej pomocy o. Konstantego Żukiewicza, który przygotował wszystkie akta potrzebne do koronacji.
W dniu 19 sierpnia 1923 roku na „Złotej Górce” przy drodze do Niesulowa, na specjalnie przygotowanym ołtarzu, biskup diecezji kalisko-włocławskiej Stanisław Zdzitowiecki dokonał uroczystej koronacji cudownej figurki. W uroczystości uczestniczyło przeszło stu księży i 300-tysięczna rzesza wiernych. Na miejscu koronacji wznosi się obecnie mała kapliczka z kopią figurki Matki Bożej Gidelskiej. Co roku w niedzielę po odpuście św. Jacka, po Mszy św. wieczornej, odbywa się uroczysta procesja z kościoła do tej kaplicy.
Od 4 do 10 stycznia w Polsce więcej zakażeń koronawirusem było wśród w pełni zaszczepionych niż wśród niezaszczepionych. Takie dane podaje główna Baza Analiz Systemowych i Wdrożeniowych Ministerstwa Zdrowia.
Najnowsze dane, z którymi każdy może się zapoznać na specjalnej podstronie Ministerstwa Zdrowia, obejmują dzień 10 stycznia włącznie.
Porównując ostatni zaraportowany tydzień od 4 do 10 stycznia z poprzednim tygodniem (od 28 grudnia 2021 do 3 stycznia 2022) widzimy, że po raz pierwszy liczba zakażonych wśród w pełni zaszczepionych jest wyższa od liczby zakażonych wśród niezaszczepionych.
Ogółem pomiędzy 4 a 10 stycznia 2022 r. było 86 870 wykrytych zakażeń. W tym:
– w pełni zaszczepieni: 45 928 – czyli 52,9 % – niezaszczepieni: 40 942 – czyli 47,1%
Pojawiły się pierwsze sugestie, że rezygnacja 13 z 17 członków Rady Medycznej nie była motywowana tym, co oficjalnie napisali…
O sprawie pierwszy poinformował na Twitterze Jerzy Wasiukiewicz.
LISTA PODMIOTÓW PROWADZĄCYCH DZIAŁALNOŚĆ Z ZAKRESU OCHRONY ZDROWIA, KTÓRE PRZEPROWADZAJĄ EKSPERYMENTY MEDYCZNE Z UŻYCIEM PREPARATU PRZECIWKO COVID -19 FIRMY „PFIZER”, NA DZIECIACH W WIEKU OD 3 MIESIĄCA DO 11 ROKU ŻYCIA
Szczegóły w artykule:
NOTA PRAWNA: Dane informacyjne i adresowe oraz informacje dotyczące składu osobowego i właścicielskiego poniższych podmiotów oraz fotografie osób wymienionych w materiale są dostępne w Internecie, zaś ich ujawnienie nie stanowi w świetle obowiązujących przepisów prawa naruszenia czyichkolwiek dóbr osobistych.
IN VIVO Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Bydgoszczy, przy ul. Kaszubskiej 17H (85-048 Bydgoszcz), prowadząca Ośrodek Badań Klinicznych w Bydgoszczy.
Wspólnikami i jednocześnie członkami zarządu spółki są:
Piotr Piasecki – lekarz urolog, absolwent Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu. Obecnie pracuje i specjalizuje się w Klinice Urologii Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 w Bydgoszczy im. dr Jana Biziela. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Urologicznego i Europejskiego Towarzystwa Urologicznego.
Dominika Korbal-Piasecka – pediatra.
dr n. med. Piotr Korbal – jest pediatrą. Kieruje Oddziałem Klinicznym Noworodków, Wcześniaków z Intensywną Terapią Noworodka wraz z Wyjazdowym Zespołem „N” w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy.
Michał Kwiatek
JAGIELLOŃSKIE CENTRUM INNOWACJI spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Krakowie, przy ul. Bobrzyńskiego 14 (30-348 Kraków) prowadząca Centrum Badań Klinicznych JCI, powołana przez Uniwersytet Jagielloński w Krakowie.
Prezesem zarządu spółki jest Paweł Błachno, który widnieje w rejestrach kilku innych spółek: Gastripus sp. z o.o. w Krakowie, Prodromus sp. z o.o. w Krakowie, Al. Ablations sp. z o.o. w Kielcach, Innomus sp. z o.o. w Krakowie, Artchec sp. z o.o. w Gdańsku, Human Alfa sp. z o.o. w Krakowie, Triala Management sp. z o.o. w likwidacji w Krakowie, Acces Pharma sp. z o.o. w upadłości w Krakowie, MCR. Clinic sp. z o.o. w Warszawie, Egzotech sp. z o.o. w Gliwicach.
Członkami rady nadzorczej są:
prof. dr hab. Karol Musiał – fizyk i były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego.
prof. dr hab. Maria Nowakowska – profesor nauk chemicznych, absolwentka Wydziału Matematyczno-Fizyczno-Chemicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2002 r. jest profesorem zwyczajnym UJ. Jest członkiem rady fundacji w Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej.
prof. dr hab. Jerzy Stelmach – jest prawnikiem, filozofem, profesorem zwyczajnym, kierownikiem Katedry Filozofii Prawa i Etyki Prawniczej Uniwersytetu Jagiellońskiego, należy do Kongresu Obywatelskiego.
prof. dr hab. Krzysztof Królas – pracował między innymi w Instytucie Fizyki Jądrowej w Orsay koło Paryża i był stypendystą Fundacji Humboldta na Uniwersytecie w Getyndze. W 1991 roku uzyskał tytuł profesora. były Kierownik Zakładu Synchrotronowego Instytutu Fizyki im. Mariana Smoluchowskiego UJ, były przewodniczący pady Centrum Solaria.
dr Maria Hulicka – doktor nauk ekonomicznych, posiada uprawnienia biegłego rewidenta specjalizuje się w zarządzaniu finansami podmiotów. Ekspert Instytutu Rozwoju Szkolnictwa Wyższego od 2017 roku. Obecnie Kanclerz Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W latach 2004-2012 pełniła funkcję kwestora Uniwersytetu Jagiellońskiego. W okresie 2010-2013 była członkiem Administrative and Finance Committee FAIR (Facility for Antiproton and Ion Research) – Komitet Administracyjno-Finansowy do spraw Zarządzania Obiektem do Badań Antyprotonowych i Jonowych w Darmstadt (Niemcy).
Andrzej Ryś – lekarz i urzędnik państwowy, w latach 1999–2001 podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, od 2006 dyrektor w Komisji Europejskiej od 2006. Jest absolwentem Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej im. Mikołaja Kopernika w Krakowie. W latach 1990–1997 sprawował funkcję dyrektora Szkoły Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1997 do 1999 roku był dyrektorem Wydziału Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa. Od 24 czerwca 1999 do 22 października 2001 roku był wiceministrem zdrowia w rządzie Jerzego Buzka. Zajmował się współpracą międzynarodową i integracją Polski z Unią Europejską. Był członkiem Zespołu Negocjacyjnego pod przewodnictwem Jana Kułakowskiego. Odpowiadał za przystosowanie polskiego prawa do przepisów unijnych. Od 2005 do 2006 roku był dyrektorem zarządzającym Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Prywatnej Służby Zdrowia. 29 marca 2006 mianowany na stanowisko jednego z dyrektorów w departamencie dyrekcji generalnej zdrowia i ochrony konsumentów w Komisji Europejskiej, odpowiedzialnego za sprawy zdrowia publicznego. Jest również konsultantem Światowej Organizacji Zdrowia oraz Banku Światowego i członkiem Rady Wszechnicy Uniwersytetu Jagiellońskiego.
APPLETREECLINICS spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Łodzi, przy ul. Ks. bpa Wincentego Tymienieckiego 20 (90-349 Łódź). Obecnie, poza eksperymentem na dzieciach dla PfizerBioNTech prowadzą badania kliniczne we wskazaniu wrzodziejącego zapalenia jelita grubego. Spółka prowadzi Ośrodek Badań Klinicznych. Spółką siostrzaną jest spółka pod nazwą: APPLETREECLINICS NETWORK Sp. z o.o. z siedzibą w Łodzi, przy ul. Skrzydlatej 49 (91-503 Łódź), której wspólniczką i członkiem zarządu jest Tamara Kaniewska-Moks. Jak pisze o sobie na LinkedIn: Mam doświadczenie w zarządzaniu zespołami ponad 20 osób z silnymi umiejętnościami budowania relacji z członkami zespołu i interesariuszami na wszystkich poziomach.Na różnych etapach mojej 10-letniej pracy w BPO (Business Process Outsourcing) zajmuję szereg stanowisk w obszarze obsługi finansowo-księgowej, zarządzania ludźmi i procesami oraz prowadzenia projektów Six Sigma. W ramach mojego doświadczenia motywowałem zespół, prowadziłem ludzi przez transformacje i zmiany procesów, jednocześnie tworząc przyjazne dla zespołu środowisko poprzez pozytywny i proaktywny styl przywództwa. Prowadzę, koordynuję i realizuję projekty efektywnościowe, które pozytywnie wpłynęły na rozwój firmy, pracę członków mojego zespołu i satysfakcję klientów.
Jedynym wspólnikiem i członkiem zarządu spółki APPLETREECLINICS jest Maria Teresa Jabłońska.
WOJCIECH GONTAREK GRAVITA DIAGNOSTYKA I LECZENIE NIEPŁODNOŚCI z siedzibą w Łodzi, przy ul. ul. Kniaziewicza 20a (91-347 Łódź). Działalność jest również prowadzona w Uniejowie, przy ul. Orzechowa 6. Klinika oferuje między innymi: badania płodności i niepłodności, w tym nasienia, inseminację lub zapłodnienie in vitro, prowadzi również bank komórek (nasienia).
dr n. med. Wojciech Gontarek jest lekarzem posiadającym specjalizację pierwszego i drugiego stopnia w dziedzinie położnictwa i ginekologii. Główne spektrum jego zainteresowań to leczenie niepłodności. Jest absolwentem Wydziału Lekarskiego Łódzkiej Akademii Medycznej oraz stypendystą Uniwersytetu Medycznego AKH w Wiedniu w latach 1992- 1994 i laureatem stypendium rządu austriackiego na Oddziale Endokrynologii i Leczenia Niepłodności prowadzonym przez prof. Johannesa Hubera. Drugi stopień specjalizacji medycznej z zakresu ginekologii otrzymał w 1998 roku.
LUBMED DOBROSŁAW LUBARSKI RADOSŁAW NAUMOWICZ SPÓŁKA JAWNA prowadząca Rodzinne Centrum Medyczne LUBMED w Luboniu, przy ul. Jana III Sobieskiego 50 (62-030 Luboń). W Lubmedzie są między innymi: gabinet diagnostyczno – zabiegowy, gabinet pediatryczny, gabinet szczepień, poradnię pielęgniarki podstawowej opieki zdrowotnej oraz poradnię lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz prywatna psychoterapię.
Wspólnikami są:
Dobrosław Lubarski – lekarz pediatra i lekarz rodzinny
Radosław Naumowicz będący również członkiem zarządu NGK Pharma sp. z o.o. z siedzibą w Żodyniu, firmie farmaceutycznej zaopatrującej podmioty oraz apteki w urządzenia i materiały eksploatacyjne i półprodukty do receptury aptecznej. Niedawno otrzymali koncesję na hurtownię farmaceutyczną.
Niepubliczny Zakład Lecznictwa Ambulatoryjnego „MICHAŁKOWICE” Jarosz i partnerzy spółka lekarska w Siemianowicach Śląskich, przy ul. Kościelnej 32 (41-103 Siemianowice Śląskie). W ofercie można znaleźć podstawową opiekę zdrowotną, gabinet pielęgniarki środowiskowo-rodzinnej i pielęgniarki położnej środowiskowo-rodzinnej oraz ośrodek rehabilitacji dziennej.
NASZ LEKARZ PRZYCHODNIE MEDYCZNE spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Toruniu, przy ul. Batorego 18/22 (87-100 Toruń). To niepubliczny zakład opieki zdrowotnej, który jest jedną z największych placówek ochrony zdrowia w regionie kujawsko-pomorskim (ponad 15 000 pacjentów leczonych przez lekarzy rodzinnych w ramach podstawowej opieki zdrowotnej).
Udziałowcami i członkami zarządu spółki są:
prof. dr hab. Sławomir Jeka – jest specjalistą w zakresie medycyny rodzinnej, chorób wewnętrznych i reumatologii. Kierownik Kliniki Reumatologii i Układowych Chorób Tkanki Łącznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr J. Biziela w Bydgoszczy, pracownik naukowy Collegium Medicum Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, wiceprezes i prezes Sekcji Badań Obrazowych Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego (PTR) wiceprezes kujawsko-pomorskiego Oddziału PTR, wieloletni członek Zarządu Głównego PTR, były wieloletni wojewódzki konsultant w dziedzinie reumatologii województwa kujawsko-pomorskiego.
Marzena Waszczak-Jeka, prowadząca jednosobową działalność pod firmą: MEDYCYNA KLINICZNA MARZENA WASZCZAK-JEKA z siedzibą w Warszawie, przy ul. Wroniej 53. Jej firma również prowadzi ośrodek badań klinicznych. W latach 2010 – 2011 Marzena Waszczak-Jeka była specjalistą do spraw kluczowych klientów w firmie Pfizer.
PROVITA POLIKLINIKA spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Warszawie, przy ul. Bagatela 10 lok. 5 (00-585 Warszawa), prowadząca gabinety przy ul. Baboszewskiej 1 w Warszawie, gdzie przyjmują również specjaliści z różnych dziedzin m.in.: medycyny podróży, chorób tropikalnych, pediatrii, medycyny estetycznej oraz reumatologii.
Wspólnikami i członkami zarządu są:
Radosław Lipiński, z wykształcenia chemik, który pełni funkcje dyrektora zarządzającego w PROVITA Centrum Medycznym, w latach 2008-2013 był dyrektorem sprzedaży w Gpharma, w latach 2006-2008 tzw. kierownikiem produktu w Polpharmie, a w latach 2001-2006 przedstawicielem handlowym w Pfizer.
Dorota Zakrzewska, w wykształcenia mikrobiolog, jest obecnie dyrektorem zarządzającym w Provita Centrum Medycznym sp. z o.o. we Wrocławiu. Od 2009 roku pracuje w badaniach klinicznych.
CENTRUM MEDYCZNE MEDYK spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa z siedzibą w Rzeszowie, przy ul. Szopena 1 (35-055 Rzeszów).
Właścicielem i dyrektorem jest:
Stanisław Mazur, kardiolog, internista. Przyznał już w marcu 2021 roku, że poddawał dzieci w wieku od 3 miesiąca życia „szczepieniom” przeciwko COVID-19.
Najwyższa Izba Kontroli przeanalizowała stan projektu Centralnego Portu Komunikacyjnego i opisała nieprawidłowości w powstawaniu inwestycji. Przedstawiamy najważniejsze z nich.
Rząd podjął decyzję o budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego w 2017 roku. Najważniejsze założenia projektu zostały określone w dokumencie „Koncepcja przygotowania i realizacji inwestycji Port Solidarność – Centralny Port Komunikacyjny dla Rzeczypospolitej Polskiej”, który w listopadzie 2017 r. przyjęła Rada Ministrów.
Koncepcja CPK przewidywała podział inwestycji na trzy komponenty: lotniskowy, drogowy i kolejowy. Za projekt od początku była odpowiedzialna powołana do tego spółka CPK Sp. z o.o. i pełnomocnik rządu ds. CPK (do listopada 2019 był nim Mikołaj Wild, który obecnie jest prezesem spółki; funkcję pełnomocnika pełni teraz Marcin Horała).
Lotnisko miałoby być zlokalizowane na terenie trzech gmin: Baranów, Teresin i Wiskitki, na trasie między Łodzią a Warszawą. Wstępną lokalizację projektu poznaliśmy jednak dopiero pod koniec 2021 roku. Władze spółki CPK jako datę otwarcia portu wyznaczyły 2027 rok, co jednak jest stale podawane w wątpliwość przez osoby związane z branżą.
W projekcie nadal jest wiele niewiadomych, którym przyjrzała się Najwyższa Izba Kontroli. W najnowszej publikacji instytucja sprawdziła, czy stan przygotowania do budowy, którym kierował pełnomocnik rządu ds. CPK przy pomocy spółki, był zgodny z założeniami.
NIK w swojej analizie wykazał następujące błędy i niedociągnięcia.
1. Projekt już na starcie ma opóźnienie
NIK wskazuje, że przy tym tempie prac, zakończenie budowy lotniska do końca 2027 roku jest zagrożone. Harmonogram realizacji CPK miał ogólnikowy charakter i wskazywał niemożliwe do dotrzymania terminy realizacji poszczególnych zadań – czytamy w raporcie.
Przykładowo: Plan Wieloletni dla lotniska miał zostać uchwalony w ciągu pięciu miesięcy od przyjęcia Koncepcji. Tak się jednak nie stało, a konsultacje i zmiany projektu sprawiły, że został uchwalony dopiero pod koniec 2020 roku.
W wyniku nierzetelnego planowania etapu przygotowawczego w Koncepcji CPK, poszczególne zadania zostały zrealizowane z opóźnieniem – sięgającym nawet 2,5 roku – w stosunku do przyjętych założeń, podaje NIK.
2. Nie wiadomo, jaki będzie koszt CPK
Nie są znane źródła finansowania wszystkich przedsięwzięć, związanych z budową CPK – podaje NIK. Zwraca jednak uwagę, że do końca etapu przygotowawczego, czyli do 2023 roku, wszystkie realizowane zadania miały zabezpieczone środki finansowe, do kwoty 9,23 mld zł.
Co potem? Od roku 2023, czyli wtedy, gdy według spółki CPK rozpoczną się prace budowlane, planowane jest długoterminowe finansowanie dłużne, co jednak wymaga precyzji w określeniu potrzeb inwestycji.
NIK podaje, że długoterminowe koszty inwestycji, takie jak rozbudowa sieci kolei, zostały oszacowane w roku 2017. Przy obecnej inflacji i wzroście kosztów pracy, a także cen materiałów budowlanych, szacunkowe koszty rozbudowy krajowej sieci kolejowej mogą już być nieaktualne.
Z raportu wynika, że w koncepcji CPK nie zostały podane pełne wydatki na komponent kolejowy, jak również nie wskazano, który z podmiotów – CPK czy PKP PLK – będzie realizował tę inwestycję.
3. Nie przedstawiono pełnego uzasadnienia finansowego dla budowy CPK
Zdaniem NIK, spółka odpowiedzialna za budowę CPK nie opublikowała w swojej koncepcji m. in. harmonogramu związanego z powstawaniem kosztów i korzyści czy oszacowania zysków i strat.
Podjęcie ostatecznej decyzji o budowie CPK powinno być zdaniem NIK uzależnione od uzasadnienia ekonomicznego, czego wymagała obowiązująca wówczas Strategia rozwoju transportu do 2020 roku (z perspektywą do 2030 roku). Zamiast tego stało się odwrotnie – to minister infrastruktury dążył do tego, żeby założenia CPK zostały uwzględnione w strategicznych dokumentach dot. transportu.
4. Brak Podprogramu dot. komponentu drogowego
Po dziś dzień nie został także utworzony Podprogram, odpowiadający komponentowi drogowemu, a inwestycje drogowe do CPK są realizowane samodzielnie przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA). Jednak, jak zaznacza NIK, spółka CPK konsultuje się obecnie z GDDKiA jedynie w sprawie dwóch inwestycji drogowych.
5. Brak decyzji co do przyszłości Lotniska Chopina
Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze” (PPL), zarządca większości lotnisk w Polsce, rozpoczęło dostosowanie Lotniska Chopina oraz powstającego Lotniska w Radomiu do Koncepcji CPK.
Nie została jednak zaktualizowana ani strategia PPL, ani Plan Generalny Lotniska Chopina. Powód? Nadal nie wiadomo, w jakim kształcie będzie funkcjonowało stołeczne Okęcie po uruchomieniu CPK, a PPL nie otrzymało w tej sprawie żadnych wskazań od Ministra Infrastruktury.
6. Zbyt duże wydatki na zatrudnienie w spółce
Do końca 2020 roku nakłady na CPK wyniosły 96,5 mln zł. W spółce pracowało wówczas ok. 250 osób, jednak do końca 2021 roku firma planowała zwiększyć zatrudnienie do 580 osób. NIK obawia się, że stan zatrudnienia kadry merytorycznej w CPK może być niewspółmierny do potrzeb.
Stan zatrudnienia powinien wynikać z rzetelnej analizy potrzeb w zakresie zasobów ludzkich. Brak takiej analizy może powodować nieuzasadniony wzrost kosztów wynikający z dublowania niektórych zadań oraz nadmiernego zatrudnienia w sytuacji zlecania usług podmiotom zewnętrznym – czytamy w raporcie.
W Święta o piątej rano awantura rodzinna u sąsiadów i interwencja policji. Policjanci nie mają kodu wejściowego do bramy ani na klatkę schodową. Zmuszeni są dzwonić pod pierwszy lepszy numer i trafiają na mnie. Po prostu mieszkam na parterze. Podobno policjanci nie są uprawnieni do używania kodu. To dziwne bo swobodnie dysponują kodem choćby śmieciarze, dozorca i pracownicy administracji. Za czasów przebrzydłej komuny milicjanci jak pamiętam zawsze używali kodu do bramy. Wolność przyniosła nam zatem przywilej budzenia nas w nocy. W nocy budzą nas zresztą nie tylko policjanci. Za komuny w bramie wisiała lista lokatorów i ich goście nie błąkali się bezradnie po klatkach schodowych. Co ważniejsze bez problemów trafiało do pacjenta pogotowie. Kiedyś o drugiej w nocy obudzili mnie waląc w szybę sanitariusze poszukujący dotkniętej zawałem pani Kowalskiej (autentyczne). Nie mogłam im pomóc choć miałam świadomość, że w tym przypadku liczą się minuty. Nie identyfikowałam osoby o tak rzadkim nazwisku. Nie wiem i nie chcę wiedzieć jak to się skończyło.
Zdjęcie tablicy lokatorów z bramy jest efektem histerycznego stosunku administracji do tak zwanego RODO. W przychodniach zdrowia też nie wolno wywoływać pacjentów po nazwisku. Byłam świadkiem wywoływania przez rejestratorki pacjentów po imieniu co powoduje nieuchronnie konflikty gdy przed gabinetem lekarskim spotka się kilka osób o tym samym imieniu. Alternatywą jest wywoływanie pacjentów według dolegliwości, jak w znanym dowcipie: pierwszy wchodzi pan z kiłą, a następny z rzeżączką.
Skarżyli mi się znajomi, którzy poszukiwali zaginionej starszej osoby, że nie tylko nie chciano im udzielić żadnej informacji w szpitalach lecz jak im powiedziano w komisariacie, szpitale nie udzielają podobnych informacji nawet policjantom. Zdarza się że osoba z demencją utyka na dłuższy czas w jakimś domu opieki podczas gdy rodzina bezskutecznie jej poszukuje.
Ustawa psychiatryczna, która powstała zapewne w dobrych intencjach, również utrudnia rodzinie zaopiekowanie się chorym. Jeżeli chory nie udziela na to zgody rodzina nie może nawet zapoznać się z diagnozą ani otrzymać epikryzy przy odbieraniu go ze szpitala. Przyczyną jest trend w psychologii i psychiatrii zgodnie z którym najchętniej obciąża się odpowiedzialnością za chorobę pacjenta jego rzekomo toksyczną rodzinę. Oczywiście zdarzają się naprawdę toksyczne rodziny, a przeżycia z dzieciństwa mają ogromny wpływ na psychikę dorosłego, lecz odcinanie chorego od rodziny często powoduje zepchnięcie go na margines życia społecznego.
Szpital psychiatryczny nie zapewni przecież pacjentowi utrzymania, nie zapłaci za niego czynszu ani nie opłaci leczenia stomatologicznego. Bez opieki rodziny chory nieuchronnie wyląduje w noclegowni, na dworcu lub w najlepszym przypadku w jakimś domu opieki. Stosowanie wobec chorych demokratycznych zasad i procedur ma dokładnie taki sam sens jak powierzenie pacjentom szpitala psychiatrycznego demokratycznego wyboru ordynatora drogą głosowania.
Nasze zdobyte wraz z niepodległością „prawa i przywileje” to nie tylko prawo do ukrywania swego nazwiska i adresu przed lekarzem pogotowia, prawo do odmowy leczenia psychiatrycznego gdy nam odbija szajba oraz prawo do odmowy pomocy ze strony rodziny, która jedyna chce i może nam pomóc.
Jednostka ludzka uzyskała w katalogu niezbywalnych praw ludzkich również prawo do głupoty. Nie w takim sensie, że każdy ma prawo sobie myśleć co chce – lecz, że głupi ma prawo narzucać swoje głupie poglądy innym. Również nie w sensie, że dla każdego powinno się znaleźć jakieś miejsce w społeczeństwie lecz, że każde miejsce w społeczeństwie powinno być dostępne dla każdego. Rektorzy uczelni są nagminnie nękani skargami studentów, którym nie odpowiadają treści wykładów czy też poglądy wykładowców. Ci młodociani troglodyci twierdzą, że wykładowca sceptyczny w stosunku do dogmatu globalnego ocieplenia lub nie uznający istnienia przeszło pięćdziesięciu arbitralnie wybieranych płci zagraża ich poczuciu mentalnego bezpieczeństwa. Co gorsza utrwala się, a nawet egzekwowany prawnie jest pogląd, że uczelnia to miejsce gdzie każdy powinien czuć się jak w domu i mieć prawo do swobodnej ekspresji. Przykład dają niektórzy wykładowcy ( jak pewna pani profesor z uniwersytetu szczecińskiego) raczący słuchaczy słowami nadającymi się wyłącznie do wykropkowania. Natomiast inni profesorowie tacy jak profesor Piotr Nowak z Białegostoku, który ośmielił się żądać usunięcia z zajęć notorycznie zakłócającego ich przebieg awanturnika są przywoływani do porządku przez uczelniane władze, a nawet zagrożeni utratą pracy.
Twierdzenie, że uniwersytet jest właściwym miejscem dla osób zaburzonych psychicznie jest przecież dokładnie realizacją ideałów Lenina, który podobno uważał, że kucharka może rządzić państwem. Niektórzy twierdzą, że wymyślił to i Leninowi przypisał Leszek Kołakowski gdy w intelektualnych konwulsjach rozstawał się z marksizmem. To właśnie Kołakowski (miedzy innymi wraz z Zimandem) usuwali kiedyś profesorów z uczelni. Tyle, że Zimand gorąco tego żałował i uczciwie się do tego przyznawał.
W naszych nie stalinowskich przecież czasach profesor Nalaskowski był zawieszony w prawach wykładowcy na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika za wypowiadanie krytycznych uwag na temat LGBT a profesor Budzyńska z Uniwersytetu Śląskiego była nękana przez uniwersyteckie władze za głoszenie niezgodnych z ideologią gender poglądów na aborcję.
Podsumowując:
pani Lempart ma niezbywalne prawo lżyć przechodniów i policjantów. Profesor akademicki nie ma prawa formułować poglądów niegodnych z obowiązującym ideologicznym paradygmatem.
Możemy tłumnie i bez masek uczestniczyć w politycznych awanturach. Nie wolno nam bez maski wejść do sklepu i tramwaju.
Mamy prawo ukrywać swój adres przed policją i lekarzem pogotowia. Bez potwierdzenia zaszczepienia się eksperymentalną szczepionką tracimy prawa publiczne=nie możemy podróżować, pracować czy studiować.
Ministerstwo Zdrowia w raporcie z 15 stycznia dotyczącym sytuacji epidemiologicznej wykazało w powiecie kłodzkim 43 zgony związane z covidem.
Lokalny portal postanowił to sprawdzić i odkrył, że na covid w powiecie zmarła tylko JEDNA osoba.
Dla mieszkańców powiatu, którzy śledzą statystyki, to był szok, bo do tej pory zgony związane z chorobą wywoływaną przez koronawirusa mieśiły się w przedziale od 0 do 4-5.
Sprawę postanowił sprawdzić lokalny portal 24klodzko.pl
„Zweryfikowaliśmy te dane w powiatowym centrum zarządzania kryzysowego, które codziennie zbiera raporty o sytuacji epidemiologicznej z trzech szpitali w powiecie kłodzkim. Okazuje się, że ostatniej doby w szpitalach w powiecie z powodu COVID-19 zmarła jedna osoba, a nie 43” – czytamy na stronie.
Nie wiadomo skąd się wzięła liczba 43, ani czy wcześniej w rządowych statystykach nie zdarzyły się podobne „pomyłki”, które po prostu były przeoczane.
Portal zapowiedział, że po weekendzie spróbuje dociec, skąd błąd w oficjalnych statystykach.
„Sprawa tym bardziej alarmująca, że jesteśmy powiatem turystycznym, w szczycie sezonu zimowego, tuż przed feriami, a w Polskę właśnie poszła informacja o rekordowej ilości zmarłych z powodu COVID-19 właśnie w naszym powiecie, chociaż sytuacja epidemiologiczna nie jest – jak na razie – alarmująca” – pisze 24klodzko.pl
Źródło: 24klodzko.pl
————————————
Staszek : Powinien wejść prokurator a Niedzielski …no cóż co ma wisieć nie utonie …
Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona
Komentarz Eleison nr DCCLVII (757)
15 stycznia 2022
WOJNA KULTUROWA
Dobrzy ludzie, w tej wojnie chodzi o sprawy Boże,
Walczcie dla Niego, a On będzie Wam błogosławił!
Na łamach niniejszych Komentarzy przynajmniej raz zachęcano gorąco Czytelników do lektury często publikowanych na stronie internetowej TFP (http://tfp.org) artykułów Pana Jana Horvata, a to dlatego, że dla niezliczonej rzeszy ludzi Pan Bóg jest dziś wielkim nieobecnym. Nie można o nim nawet wspominać w kulturalnym towarzystwie. Tymczasem kiedy Horvat komentuje amerykańską politykę, to idąc pod prąd czyni to zawsze z katolickiej perspektywy, której fundamentem jest Bóg Wszechmogący. Mając przed oczyma słowa jednego z wielkich katolickich myślicieli z XIX wieku, Horvat rozumie i mówi o tym, że jeśli Pan Bóg nie rządzi dziś swym stworzeniem poprzez swoją obecność, to czyni to poprzez swoją nieobecność.
Wynika to z tego, że Pan Bóg stworzył świat dobrowolnie, z miłości, a w sposób szczególny umiłował istotę, które przeznaczył do zarządzania dziełem stworzenia w Bożym imieniu. Tą istotą jest człowiek, którego wyjątkowość wynika z tego, że jako jedyny z Bożych stworzeń cielesnych posiada rozum i wolną wolą. Jeśli człowiek korzysta ze swojej wolnej woli po to, by odwrócić się plecami do Boga, a Bóg, który obdarza człowieka wolną wolą, może na to pozwolić, wówczas Bóg doskonale zdaje sobie sprawę z tego, czego człowiek nie pojmuje, a mianowicie ze straszliwej wieczności, na jaką zasługuje sobie człowiek, który odrzuca wielką miłość Boga do niego. Bóg nie chce pozostawić swojego umiłowanego stworzenia samotnym na tej drodze ku zagładzie. Współczesny człowiek, uciekając przez Bogiem, nie chce uznać, że mu pomóc zwrócenie się ku Bożej miłości, która go ściga, a wręcz myśl o Bogu powoduje, że ucieka jeszcze bardziej: „Przestać mnie miłować! Nie chcę Twojej miłości!”
W artykule z dnia 11 listopada 2021 roku Horvat analizuje ostatnie, zaskakujące wybory w amerykańskim stanie Wirginia, w których zwyciężyli prawicowi republikanie i nieoczekiwanie przejęli od lewicowych demokratów kontrolę nad stanową Izbą Delegatów. Horvat stwierdza, że podczas gdy „umiarkowani republikanie obiecują wszystko, ale nie realizują prawie niczego”, to moralni konserwatyści („ze swoim potężnym ruchem pro-life”) wygrali te zaskakujące wybory, które w swej istocie były głosowaniem w sprawach moralnych tzw. „wojny kulturowej”: krytycznej teorii rasy, edukacji seksualnej, ideologii gender i aborcji.
Zwróćcie uwagę, jak bardzo te kwestie moralne dotyczą i obrażają Wszechmogącego Boga. Horvat pisze, że to właśnie głosowanie nad tymi kwestiami zdecydowało o wygranych wyborach, bo jeśli tylko są one dobrze przedstawione, wówczas „dotykają głębokich problemów w duszach niezliczonych mieszkańców USA”. Innymi słowy, „wojna kulturowa” wyznacza dziś pole starcia odnośnie tego, co w nas ludziach jest najgłębsze i najprawdziwsze, Bożego prawa naturalnego, nawet jeśli Bóg jest rzadko wspominany, choć powtarzamy wciąż: „Boże, chroń Amerykę”.
Jednak lewicowcy zamierzają wypędzić Boga z Jego stworzenia. W związku z tym nienawidzą dziś „wojny kulturowej”, nie chcą o niej wspominać, ani roztrząsać kwestii moralnych. Ci, którzy nie dają się uciszyć i walczą, są „żałośni” (jak powiedziała Hilary Clinton), nie mają żadnych praw wewnątrz przytłaczającej kultury liberalnej. Oczywistym jest, że podłe media robią wszystko, co tylko mogą, by stłumić konserwatystów i powstrzymać ich przed poruszaniem kwestii kulturalnych i moralnych, to jest wskazujących na Pana Boga. Media absolutnie nie chcą zajmować się Bogiem, czy choćby Jego cieniem. Człowiek zajął miejsce Boga, zatem nic i nikt nie może zostać postawiony ponad człowiekiem, gdyż podporządkowanie go jakiemuś obiektywnemu prawu jest niedopuszczalne. Dlatego każdy, kto będzie się starał tak uczynić, będzie dyskredytowany jako „rasista” bądź „seksista”, „faszysta” bądź „antysemita” albo dostanie jeszcze inną łatkę mającą budzić nienawiść. Tymczasem liberałowie nie znają siebie, skoro sami są fanatycznymi wyznawcami przepisów „antydyskryminacyjnych”!
Wnioski Horvata są w pełni logiczne, a gdyby na poważnie je uwzględnić, mogłyby ocalić Amerykę przez ruiną: „Nade wszystko konserwatyści muszą zaufać Panu Bogu, by przybył im z pomocą. Za fasadą tysięcy potyczek ukryta jest otwarta wojna przeciwko Bogu i Jego porządkowi. Ci, którzy walczą dla Boga, mogą oczekiwać Bożej pomocy”. Arcybiskup Viganò zwraca uwagę dokładnie na to samo.
Matko Najświętsza, ilekroć odmawiam Twój Święty Rżaniec, pozwól mi rozumieć, że nie „tylko” się modlę, ale czynię to, co mogę czynić najlepszego, by asystować Ci w tej straszliwej walce o zbawienie ludzi i narodów przez Twojego Syna, Naszego Pana Jezusa Chrystusa.
PiS przekroczył zabójczą barierę śmiechu i z tej drogi nie ma odwrotu
Wszelkie analizy politycznych porażek powinny zaczynać się i kończyć na śmiechu, który jest jak najmodniejsza choroba na świecie i każdy polityk mógłby jeszcze pożyć, gdyby nie został zabity śmiechem. Mniej więcej od ucieczki Tuska do Brukseli, zaczęła się wypełniać beczka śmiechu PO, ale wtedy partia rządząca była święcie przekonana, że „obciachowe” i śmieszne jest wyłącznie PiS. Żadne sygnały do wierchuszki PO nie docierały, oni byli do tego stopnia oderwani od rzeczywistości, że naprawdę uwierzyli w zwycięstwo Komorowskiego w pierwszej turze i to z wynikiem 70%. Gdy zrozumieli, co się dzieje było za późno i każda kolejna próba wyjścia z beczki śmiechu kończyła się jeszcze większym śmiechem. PO przegrała kolejna wybory dlatego, że Kopacz wąchała pasażerom „kotlecika” w pociągu, a Komorowski „macał kury”.
Owszem nałożyły się na to inne czynniki kompromitujące partię „europejską”, ale śmiertelny cios zadał śmiech i dokładnie na tym etapie jest w tej chwili PiS. Prawdziwe są tezy, że główne problemy PiS to w tej chwili drożyzna, „polski ład” i „pandemia”, ale to samo w sobie jeszcze nie jest zabójcze. Dopiero w połączeniu ze śmiechem tworzy się mieszanka wybuchowa nie do zatrzymania. Nałożyło się kilka kryzysów naraz i sytuacja zrobiła się bardzo trudna. PiS zamiast rozbrajać minę po minie, zaczął po nich tłuc cepem na oślep. Jeśli odpowiedzią na drożyznę ma być od siekiery strugana propaganda Kurskiego, w której słyszymy, że jest drogo z powodu „podatku Tuska”, to przecież nikt poważny tego nie kupi. Ewidentne wpadki i wręcz kompromitacje przy wdrażaniu „polskiego ładu”, tłumaczy się zgraną do imentu formułą „wściekły atak opozycji, boją się wygranej PiS, bo Polakom żyje się lepiej”. Wreszcie „pandemia”, gdzie absurd goni absurd i niemal każda decyzja sprowadza się do groteski. W tym obszarze kompromitacje rządzących są przerzucane na „oszołomów”, „antyszczepów” i tak dalej, ale problem polega na tym, że adresatami wyzwisk jest około 60% elektoratu PiS.
Przywołałem tylko generalia, główne kierunki satyryczne, ale to codzienność zabija śmiechem i wypełnia beczkę po brzegi. Tylko w ostatnich dwóch dniach mieliśmy do wyboru całą gamę skeczy w wykonaniu polityków PiS. Szczególną uwagę przykuł poseł Smoliński, który oświadczył, że PiS przymierza się do regulowanych cen na niektóre produkty spożywcze. Pomysł tak głupi i tak jednoznacznie się kojarzący, że inaczej niż śmiechem nie może być podsumowany. W drugim występie, niezawodny Tarczyński opowiada w programie Rachonia, że to PO sama siebie podsłuchiwała „Pegasusem” w ramach walk frakcyjnych. Do wyboru, do koloru, od wąchania kotlecika po macanie kur i to nie są incydenty, ale stały punkt programu z zabójczą konsekwencją realizowany przez polityków PiS. Analogię do PO widać też w reakcjach Nowogrodzkiej, która niczego nie dostrzega, łącznie z tym, że Kaczyński jednym wywiadem u Karnowskich ośmieszył premiera, czyli swojego szefa i kilku kluczowych ministrów od Wosia, przez Ziobrę, aż po Kamińskiego. Swoje dokładają ściśle związani z PiS „niepokorni”, którzy zachowują się jak Lis urządzający urodziny Tuskowi.
Ludzki śmiech to wyrok śmierci dla poszczególnych polityków i całych partii, ostania klepsydra, jaka zawisła w polskiej polityce, to Ryszard Petru i „Nowoczesna”. Przypomnę, że w tym przypadku wystarczyły dwa, góra trzy skecze: „romans na Maderze”, „sześciu króli”, „Cezar na Rubikoniu”. PiS ze swoimi czołowymi politykami od wielu lat zaliczali niemniejsze wpadki, ale jakoś się to chowało za 500+ i naprawdę niezłym stanem gospodarki i portfeli Polaków do 2020 roku. Teraz sprawy się diametralnie zmieniły, a PiS kompletnie nie radzi sobie z falą, czy nawet kilkoma falami kryzysu. Nie ma też szans, aby w takiej kondycji PiS z beczki śmiechu wyszedł. Rozpoczął się nieodwracalny proces gnicia i dobijania partii śmiechem. Ile potrwa? Na szybki zgon bym nie liczył, raczej zapowiada się dłuższa, co najmniej roczna agonia.
Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/pis-przekroczyl-zabojcza-bariere-smiechu-i-z-tej-drogi-nie-ma-odwrotu/
Grupa 270 „naukowców i lekarzy” wystosowała apel do szefów firmy Spotify aby ocenzurowała najbardziej popularny program w Stanach Zjednoczonych.
Furia osób nienawidzących otwartej debaty i naukowych argumentów, skonsolidowała się po emisji niezwykle popularnego programu Joe Rogana, w którym gościł on dr. Roberta Malone, uznawanego za twórcę platformy mRNA, na podstawie której wiele lat później stworzono m.in. obecne preparaty zwane „szczepionkami przeciwko Covid-19”, naukowca który jest dzisiaj jednym z największych autorytetów pokazujących niebezpieczeństwa związane ze „szczepionkami”.
Joe Rogan – barwna postać
Prowadzący program Joe Rogan, to barwna postać: ten 54-latek występował jako komentator sportowy, aktor, komik, trenował jiu-jitsu (czarny pas), karate, był również mistrzem walk Taekwondo. Od 2009 roku prowadził swój show na internetowych kanałach, po czym podpisał z platformą Spotify kontrakt na 100 milionów dolarów. Firma nie popełniła błędu biznesowego, gdyż każdego miesiąca Rogan słuchany jest przez 300-400 milionów słuchaczy [zob. raport Spotify z 3 lutego 2021].
Program Joe Rogana wyemitowany w ostatni dzień 2021 roku, w którym udział wziął właśnie dr Malone, przyciągnął ponad 50 milionów widzów/słuchaczy i stał się najbardziej popularnym programem w 2021 roku, ustępującym jedynie oglądalności telewizji podczas święta sportowego, czyli finału futbolu amerykańskiego Super Bowl, który obejrzało 93 miliony widzów. Nawet te wydawałoby się bestsellerowe audycje, jak Oprah (21 milionów widzów), czy Olipmiada w Tokio 2020 (15 milionów), sytuują się dużo niżej, nie mówiąc o super-gwieździe telewizyjnej Carlsonie Tucker (3,5 miliona), czy najważniejszej stacji lewicowego światka – CNN, której najbardziej popularny program w 2021 roku obejrzało maksymalnie 1,3 miliona osób (średnia oglądalność to 400 tysięcy widzów).
Wielka popularność programu Joe Rogana z udziałem dr. Malone wiąże się, zarówno z dotychczasową wielką widownią showu Joe Rogan Experience, jak i z poruszanym tematem, który jako zakazany, przeinaczany, zakłamywany w głównych mediach próbuje przebijać się na innych platformach.
Argumenty naukowe
W czasie tego ponad 3 godzinnego programu, w swobodnej, spokojnej i rzeczowej dyskusji, dr Malone wypowiadał się na tematy, które dotyczą dziś każdej osoby: mowa była o tzw. koronawirusie, o preparatach zwanych szczepionkami, o niebezpieczeństwach związanych z ich stosowaniem, o masowych manipulacjach w trakcie samych tzw. badań nad szczepionką, o manipulacjach w procesach zatwierdzania, o cenzurze w mediach, stygmatyzowaniu, cenzurowaniu naukowców i lekarzy próbujących przedstawiać fakty, w sumie o całej tzw. pandemii z totalną cenzurą i dezinformacją sączącą się od dwóch lat ze wszystkich mediów.
Miłośnicy cenzury i zamordyzmu
W liście do kierownictwa Spotify, 270 sygnatariuszy (nie tylko jak określają to główne media „naukowców i lekarzy”, ale i weterynarzy, pielęgniarek, studentów medycyny, psychologów, dentystów czy dziennikarzy) ubolewa nad wyemitowaniem programu, który był „krytykowany za promowanie bezpodstawnych teorii konspiracji”, zaś Joe Rogan ma „historię nadawania programów zawierających dezinformację, szczególnie dotyczącą pandemii Covid-19”.
Dalej ci zwolennicy zamordyzmu piszą, że Joe Rogan „podczas pandemii Covid-19 wielokrotnie rozpowszechniał fałszywe stwierdzenia …nadszarpujące zaufanie do nauki i medycyny. Zniechęcał od szczepienia młodych ludzi i dzieci, błędnie twierdził, że szczepionki mRNA są „terapią genową”, promował użycie Invermectin celem leczenia Covid-19 (wbrew ostrzeżeniom FDA) oraz rozpowszechniał inne bezpodstawne teorie konspiracji”.
Oczywiście i gość programu, dr Malone jest oskarżony o to samo, a nawet więcej, bo „promował bezpodstawne twierdzenia, włącznie z fałszywymi twierdzeniami o szczepionkach Covid-19 oraz niesprawdzone teorie o tym, że przywódcy „zahipnotyzowali” społeczeństwa”. Tu następuje oczywiste oburzenie, gdyż dr Malone odważył się użyć zakazanego a świętego słowa „porównując politykę pandemiczną do Holokaustu … a te [słowa i] działania są nie tylko naganne i obraźliwe, ale również niebezpieczne ze względów medycznych i kulturowych”. Jak wiadomo naruszenie holokaustycznego tabu – nawet w postaci użycia porównania – wiąże się z anatemą nakładaną przez religinych wyznawców syjonistycznej opresji.
„Naukowcy i lekarze” w tym złowieszczym apelu wzywają więc do cenzury i ubolewają wprost, że platforma Spotify nie wprowadziła jeszcze knebli wypowiedzi na wzór Youtuba, Facebooka czy Twittera. („Though Spotify has a responsibility to mitigate the spread of misinformation on its platform, the company presently has no misinformation policy.”)
Despoci boją sie dyskusji
Wrzaskliwa strona mająca dostęp do wszystkich mediów, dąży do cenzury i zakazów, natomiast dr Robert Malone jak i inni naukowcy, lekarze, specjaliści czy dziennikarze, wzywają swoich oponentów do otwartej dyskusji, do publicznej debaty. Niestety, jak do tej pory żaden z „autorytetów” nie zgodził się na stawienie czoła argumentom, na wspólne spotkanie. Jeden z najbardziej aktywnych i odważnych społeczników, milioner i wynalazca Steve Kirsch, propagujący wczesne leczenie ogólniedostępnymi, tanimi i bezpiecznymi lekarstwami (jak właśnie wspomniany w apelu Ivermectin), wzywający do zaprzestania wyszczepiania, pokazujący niepodważalne dane naukowe o niebezpieczeństwie „szczepionek”, wzywa indywidualnie każdego z tych „ekspertów” do debaty.
Pisane listy, emaile, publiczne apele, nie doczekały się nawet odpowiedzi ze strony tych krzykliwych „specjalistów”, a wyłożona przez Kirscha – kolejna już – nagroda miliona dolarów, czeka nienaruszona, bo nikt nie chce podjąć się dyskusji. A tak on, jak i inni pragną tylko jednego: otwartej debaty, z otwartą przyłbicą, bez sztuczek. Kirsch proponuje aby przeprowadzić debatę na argumenty z nim samym, jeden na jednego, offline lecz obie strony nagrywają rozmowę, po czym udostępnia się ją publiczności. W takiej prawie prywatnej atmosferze, bez presji widzów, w zaciszu można walczyć na argumenty. Niestety, pomimo apeli i miliona dolarów nagrody nikt nie chce się podjąć wyzwania, bo wynik byłby tylko jeden: ośmieszenie się pro-kowidowej, pro-szczepionkowej strony.
Dzięki takim programom jak obszerny wywiad z dr. Malone przeprowadzony przez Joe Rogana, następuje powolne lecz realne przebudzenie wielu osób, nawet tych, które dotychczas nie zastanawiały się głębiej nad rzeczywistością kreowaną przez satanistycznych twórców przebudowy świata. Nawet wielu z zaszczepionych, początkowo przyjmujących narzuconą przez media narrację i z radością fetujących wszczepienie do swego organizmu nieznanego preparatu, już zauważają manipulacje agencji rządowych odpowiedzialnych za program „walki z Covid”, czy „rejesterację szczepionki”, już przyjmują do wiadomości, że ich dziwna reakcja organizmu jest czymś niezwykłym, a zarazem powszechnym – zaczynają odkrywać, że miliony zaszczepionych nagle zaczyna chorować na przeróżne dokuczliwe dolegliwości, że setki tysięcy ludzi odeszło już z tego świata po przyjęciu kolejnych dawek „bezpiecznych i skutecznych” szczepionek, że rzeczywistość jest cenzurowana i kreowana w surrealistycznej formie.
270 sygnatariuszy przeciwko 16 tysiącom
Pomimo totalnej cenzury, strona walcząca o wolność wypowiedzi, o debatę naukową, o konieczność skutecznego leczenia, o konieczność przestrzegania przed dalszym ludobójstwem z wykorzystaniem eksperymentalnych preparatów genetycznych, potrafiła zebrać 16 tysięcy podpisów, autentycznie zatroskanych i uczciwych lekarzy i naukowców z całego świata. W Rzymskiej Deklaracji sygnatariusze piszą i apelują o zaprzestanie niebezpiecznych wyszczepień dzieci i młodzieży, żądają zaprzestania szykanowania lekarzy i naukowców pragnących leczyć i kontynować (skuteczne) leczenie pacjentów, o otwarcie szerokiej dyskusji. Zbiórka podpisów pod takimi odważnymi apelami wiąże się zawsze z groźbą utraty pracy, utratą licencji lekarskiej, z szykanowaniem w miejscu pracy, w przeciwieństwie do lekarzy-celebrytów mających swobodny dostęp do mediów, zarabiających na kłamstwie a nawet na bezpośrednim uśmiercaniu pacjentów.
Leczenie zabronione, zabijanie – wynagradzane
Jak wiemy, również z osobistych zwierzeń samego dr. Malone, zaszczepił się on na początku dostępności „szczepionek” dwiema dawkami produktu firmy Moderna (podczas wywiadu z Joe Roganem wyjaśniał szczegóły podjęcia tej decyzji, a później i jej konsekwencje). Po drugiej dawce, nie znając wtedy możliwych skutków ubocznych – ani producent ani CDC nie zamieścili wtenczas takich ostrzeżeń – organizm gwałtownie zareagował i ciśnienie podskoczyło mu nagle do 240/140 i wydawało się że świat już dla niego się kończy. Jednak dzięki prawidłowym interwencjom medycznym swojego lekarza rodzinnego, powoli powrócił do zdrowia.
Lekarzem tym jest dr Meryl Nass, a właściwie już była lekarz. Oto bowiem 13 stycznia 2021 Izba Lekarska stanu Maine odebrała prawo do wykonywania zawodu dr Meryl Nass, praktykującej od 24 lat lekarki-internisty oraz specjalistki od chorób wywoływanych przez szczepionki, specjalistki od toksykologii i od broni biologicznej, oskarżając ją – jakżeby inaczej – o szerzenie „nieprawdy” oraz o przepisywanie swoim pacjentom leków (Ivermectin,Hydroxychloroquine), w pełni zatwierdzonych przez Światową Organizację Zdrowia, dopuszczonych przez FDA, stosowanych na całym świecie, leków bez praktycznie skutków ubocznych – do leczenia chorych. Dzisiaj bowiem największą zbrodnią okazuje się być leczenie chorych znanymi i skutecznymi lekarstwami, zaś wynagradzane jest zabijanie pacjentów, np. poprzez brak wczesnego leczenia albo podawanie w szpitalach trucizn w rodzaju Remdesivir.
Jak skończy się ta wojna przeciwko rozsądkowi, zdrowiu, prawdzie – wojna przeciwko człowiekowi, nie wiadomo. Jeśli ludzie obudzą się z letargu, będzie można podjąć walkę z tyranem i wygrać. Wojna informacyjna i programy, właśnie takie jak wypowiedzi dr. Malone, służą uprzytomnieniu, że przeciwnik jest bezwzględny, ucieka się do najpodlejszych środków, lecz paradoksalnie jest również bezsilny, bo pozbawiony merytorycznych argumentów.
Dr Robert Malone, skasowany z Twittera [zob. „LinkedIn, Wikipedia usunęły konto, hasło dr. Malone, wynalazcy technologii mRNA”], Facebooka, Youtuba, Wikipedii, jest cały czas dostępny na innych mediach społecznościowych, gdzie zdobywa coraz szerszą widownię, słuchaczy, subskrybentów oraz wszystkich spragnionych wiedzy:
Miało być lotnisko za 30 mld, będzie za 200 mld zł.
Mieszkańcy Baranowa są pewni, że za budową lotniska musi stać jakiś przekręt. Bo jak wytłumaczyć to, że przy tylu kontrargumentach i tak dużym oporze społecznym, CPK nadal upiera się przy tej lokalizacji.
A powodów, żeby nie budować lotniska jest bez liku. Bo nie dość, że będzie nas ono kosztować grube miliardy, to nie obsłuży więcej pasażerów niż Okęcie. Do tego tysiącom ludzi zabierze dorobek życia…
Budowa CPK zniszczy 20 wsi
16 grudnia 2021 roku wiceminister infrastruktury Marcin Horała przedstawił dokładne umiejscowienie Centralnego Portu Komunikacyjnego. Ma ono powstać niedaleko miejscowości Baranów ok. 50 km od Warszawy i 100 km od Łodzi. Jego budowa zajmie 41 km kw i obejmie 20 miejscowości. Część z nich, jak Skrzelew, Buszyce, Podoryszew, Duninopol, Podbuszyce, Stara Wieś czy Maurycew całkiem znikną z mapy.
Fora ze dwora. Bez konkretów, bez ustaleń
Na wywłaszczanym terenie znajduje się ok. 3,8 tys. działek z ok. 520 budynkami mieszkalnymi. To oczywiście dla ich właścicieli prawdziwy cios. Wielu z nich od lat prowadzi tam gospodarstwa (są rodziny, które gospodarują tu od 1860 roku i wcześniej), mają poczynione wielomilionowe inwestycje jak kurniki czy obory i kredyty do spłacenia. Budowa portu wiąże się więc z likwidacją ich miejsc pracy. A zarząd CPK do tej pory nie przedstawił im warunków wysiedlenia, nie ma żadnych konkretów. Nie wiedzą, za jaką cenę ma być wykupowana ich ziemia i co mieliby robić po wywłaszczeniu, skoro utracą gospodarstwa. Dlatego znakomita większość nie chce się zgodzić na żadne wywłaszczanie i zapowiada, że po dobroci ziemi nie odda.
– W moim przypadku pod lotnisko miałoby pójść 66 ha z ponad 100 ha, jakie uprawiam oraz wszystkie zabudowania. Te pozostałe ponad 30 ha też nie są bezpieczne, bo przecież w kolejnych fazach powstania CPK będą następne wysiedlenia, m.in. pod kolej, autostrady. A ja już teraz odczuwam przykre skutki tej inwestycji. Otóż kilka lat temu zaczęliśmy rozbudowę gospodarstwa. Miał powstać silos na 2 tysiące ton, suszarnia na ok. 200 ton na dobę, druga waga, profesjonalne laboratorium do zbóż i wiata. Dokumentację pod tę inwestycję przygotowaliśmy przez dwa lata, postaraliśmy się też o unijne dotacje. Zostało nam tylko podpisanie umowy z ARiMR. Ale musiałem się z tego wycofać po tym, jak w 2019 roku okazało się zobowiązania wywłaszczanych rolników będzie przejmować nie rząd, jak było to obiecywane, a spółka, która może w każdej chwili się rozwiązać – wyjaśnia nam Kamil Szymańczak, reprezentant rolników z Baranowa w Społecznej Radzie ds. CPK. I dodaje, że oliwy do ognia w całym sporze między wysiedlanymi ludźmi a CPK dolewa sama spółka, bo w jej planach i raportach jest wiele nieścisłości, a zarząd zamiast uspokajać nastroje mieszkańców, tylko je podsyca swoją arogancją.
– Tu absurd goni absurd. Powodów, dla których lotnisko w ogóle nie powinno powstać jest wiele, niejasności i nonsensów jeszcze więcej – mówi rolnik i wymienia je po kolei.
Miało być lotnisko za 30 mld, będzie za 200 mld zł. Albo i za więcej. Koszty rosną z roku na rok, choć budowa nawet nie ruszyła.
Po pierwsze, jak zaznacza Szymańczak, jeszcze w 2019 roku koszty związane z realizacją inwestycji szacowane były na poziomie ok. 30-35 mld zł. Dziś rachunek ten urósł już do ponad 200 mld zł. I pewnie będzie rósł dalej. Taka kwota daje do myślenia i zastanowienia się, czy w ogóle warto budować lotnisko za tak gigantyczne pieniądze w dobie pandemii koronawirusa i kiepskich prognoz dla branży lotniczej.
– Mało tego, wszelkie raporty, które wypływają do opinii publicznej, potwierdzające opłacalność inwestycji, zostały opracowane na podstawie danych dostarczonych przez spółkę CPK. Nie wiadomo więc, na ile one są prawdziwe, bo nie są przez żadnego analityka zweryfikowane. Ale wiadomo, że przy takich kosztach i wątpliwych przepływach pasażerów inwestycja nigdy się nie zwróci – wyjaśnia.
Pod lotnisko potrzeba dużo więcej terenów niż twierdzi CPK
Po drugie, według informacji przedstawionych przez CPK, lotnisko ma zająć ok. 41 km kw.
Jak wyjaśnia Kamil Szymańczak, tereny wysiedleń będą wielokrotnie większe. Wystarczy to policzyć. Na lotnisko i infrastrukturę jest przewidziane 7500 ha, 1800 km na koleje i 300 km na autostradę. To daje minimum 28500 ha. I na te kolejne wysiedlenia też trzeba będzie znaleźć pieniądze. To znowu podniesie koszty budowy lotniska.
Pasażerów będzie pięć razy mniej niż zakładał CPK
Po trzecie, lotnisko w Baranowie miało obsłużyć nawet 100 mln pasażerów rocznie. Z najnowszych analiz, na które powołuje się Szymańczak, wynika jednak, że będzie to 20-22 mln osób. Czyli niemal tyle, ile przed pandemią obsługiwało lotnisko Chopina w Warszawie.
Zresztą Marcin Horała, wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu, ds. CPK przyznał kilka miesięcy temu, że pasażerów będzie rzeczywiście dużo mniej niż pierwotnie zakładano.
Poza tym sam rząd w projekcie „Polityki rozwoju lotnictwa cywilnego do 2040 r.” wskazał prognozy, które podważają sens budowy CPK. Okazało się, że jeśli powstanie CPK to w 2040 roku liczba pasażerów zwiększy się o 3 mln w porównaniu do wariantu „bez CPK”. Autorzy raportu podkreślają też, że bez nowego lotniska przesiadkowego szybciej przyrastałby ruch w portach regionalnych położonych poza Mazowszem. W 2030 r. miałyby obsłużyć 41 mln pasażerów, a w wariancie „z CPK” o ok. 7 mln osób mniej.
„Pociągami będzie wożone powietrze”
Po czwarte, jak zauważa Szymańczak, z planowanych połączeń kolejowych też nie skorzysta tak duża liczba podróżnych, jak zakłada CPK. Według wyliczeń spółki miałoby to być 120 mln osób rocznie.
– Pociągami na 12 trasach kolejowych będzie wożone powietrze. Nie ma szans, by skorzystało z nich aż 120 mln ludzi, bo połączenia są zaplanowane kompletnie bez sensu, tylko i wyłącznie w celach propagandowych – zaznacza Szymańczak.
Najlepsze grunty rolne w Polsce pójdą pod lotnisko
Po piąte, lotnisko ma powstać na jednych z najlepszych gruntów rolnych w Polsce. Z danych gmin z podatku rolnego wynika, że 70 proc. gruntów zarezerwowanych pod inwestycję są to klasy bardzo dobre i dobre do 4a.
– W kraju tego typu gruntów jest 8 proc. – wyjaśnia Szymańczak.
I dodaje, że w tej sytuacji lotnisko można by wybudować w branej już pod uwagę innej lokalizacji, czyli we Mszczonowie lub rozbudować Modlin, który niestety nie jest politycznie zgodny z obecną władzą.
– Tam ziemia nie jest urodzajna, a mieszkańcy chcą takiej inwestycji. Ze względów lokalizacyjnych przesunięcie lotniska o te 15 km jest bardzo proste do wykonania, o ile oczywiście ten projekt faktycznie jest opłacalny – zaznacza Szymańczak.
CPK pozyskał na razie 10 ha ziemi. Program dobrowolnych nabyć okazał się porażką
Po szóste, CPK w programie dobrowolnych nabyć pozyskała do tej pory jedynie 10 ha ziemi. Jak wyjaśnia Szymańczak, nieprawdziwe są dane spółki, że w ubiegłym roku z programu skorzystało 200 właścicieli nieruchomości. Z jego informacji wynika, że było to najwyżej 30 osób. Negocjacje z nimi zaowocowały jedynie dwoma transakcjami, w wyniku których CPK kupił 10 ha ziemi.
– Z tego jedna działka nie ma dostępu do drogi publicznej. Ale o tej porażce władze spółki nie powiedzą przecież społeczeństwu – zaznacza Szymańczak.
I dodaje, że dobrowolność sprzedaży ziemi CPK wcale dobrowolna nie jest, bo spółka ma prawo pierwokupu. W związku z tym jeśli właściciel chciałby sprzedać swoją ziemię komuś innemu, to nie ma szans tego zrobić. W najgorszej sytuacji są osoby, które tuż przed wejściem w życie przepisów o pierwokupie przez CPK podpisały umowy przyrzeczenia sprzedaży ziemi z innymi nabywcami, oferującymi im ok. 150 zł za mkw, czyli 1,5 mln za ha.
– To bardzo dobra cena, której CPK niestety nie zapłaci, bo nawet nie odpowiedział właścicielom nieruchomości, czy chce skorzystać z prawa pierwokupu. Ale być może specjalnie trzyma ludzi w niepewności. Nie jest to już więc żadna dobrowolność, a psychiczne nękanie, bo właściciele ziemi nie wiedzą, czy dostaną 1,5 mln za ha, czy będą musieli obejść smakiem i zgodzić się na skandalicznie niskie stawki oferowane przez CPK – zaznacza Szymańczak.
Poza tym rolnik zastanawia się, jak to jest możliwe, że spółka kupuje grunty rolne skoro ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego wyraźnie mówi, że ziemię rolną może nabyć jedynie rolnik.
CPK nie umie liczyć? Do wysiedlenia jest więcej ludzi niż mówi spółka
Po siódme, mieszkańcom Baranowa nie zgadzają się wyliczenia CPK, mówiące o tym, że do wysiedlenia jest „tylko 1000 osób”. Szymańczak zauważa, że w oficjalnych dokumentach spółka podaje, że wywłaszczonych ma być 520 budynków mieszkalnych. A więc ten tysiąc osób jest zdaniem rolnika mocno wątpliwy, skoro w domach na wsi mieszka po 4-6 osób, gdyż w większości przypadków są one wielopokoleniowe. W samym Skrzelewie jest około 200 osób.
Awantura o lotnisko. Wild zlekceważył mieszkańców Baranowa
Po ósme, jak twierdzi Szymańczak, CPK rozgrywa ludzi z premedytacją.
– To, co spółka zrobiła 16 grudnia podczas spotkania z mieszkańcami gminy Baranów, zrobiła umyślnie, bo jej przedstawicielom zależało na tym, by wybuchła awantura. Chcieli by coś się zadziało, by doszło do zerwania konsultacji, których tak naprawdę nigdy nie było. Przecież Wild nie przyjechał do nas 16 grudnia 2021 r. chociaż jego przyjazd był potwierdzany jeszcze 14 grudnia na BIP-ach urzędów gmin i te informacje na BIP-ach nadal są. Horała był tylko raz! – oburza się Szymańczak.
Przypomnijmy, że w połowie grudnia odbyło się spotkanie mieszkańców gminy Baranów z przedstawicielami Centralnego Portu Komunikacyjnego. Doszło na nim do potężnej awantury, bo rolnicy wraz z Michałem Kołodziejczakiem z AgroUnii bezskutecznie domagali się informacji, ile pieniędzy dostaną za swoją ziemię i jakie miejscowości zostaną wywłaszczone w toku całej inwestycji. Pracownicy CPK nie odpowiedzieli na te pytania.
Po zerwanych rozmowach CPK wydał oświadczenie, że to działacze Agrounii uniemożliwili mieszkańcom zapoznanie się z informacjami przygotowanym przez spółkę.
– Pracownicy CPK mieli w planach, zgodnie z ustaloną agendą, omówienie preferowanego obszaru lokalizacji wraz z wariantami alternatywnymi, a także Programu Dobrowolnych Nabyć czy kwestii hydrologicznych. Niestety, nie było to możliwe, a zachowanie protestujących przekroczyło dopuszczalne granice. Pracownicy CPK byli wyzywani, obrzuceni m.in. jajkami, a z kół ich samochodów spuszczono powietrze, co stanowiło zagrożenie dla zdrowia i życia – oświadczył zarząd CPK.
Z tymi zarzutami oczywiście nie zgadzają się mieszkańcy gminy Baranów. Jak wyjaśnia Szymańczak, oskarżenia są bezpodstawne, zwłaszcza że na filmach nagrywanych przez uczestników spotkania widać, jak przedstawiciele spółki spokojnie odjeżdżają ze spotkania samochodami, które mają napompowane opony.
– Oficjalna agenda z 14 grudnia obejmowała przedstawienie przez Pana Wilda jedynie preferowanej lokalizacji, oraz przedstawienia zasobów wodnych terenu, nie było tam żadnych innych zaplanowanych kwestii do omówienia przez CPK. Władze CPK boją się do nas przyjeżdżać, ale ludzi skłócają nadal – mówi Szymańczak.
5 zł za metr najlepszej ziemi, grosze za budynki, przeprowadzka na własny koszt. Tak CPK chce okraść wysiedlanych?
I po dziewiąte, pieniądze, jakie CPK oferuje za wykup ziem, zupełnie nie zadowalają mieszkańców. Ma to być 5 zł za mkw. A przecież ziemia rolna w tamtym regionie jest dużo droższa. To dlaczego wywłaszczeni rolnicy mają zostać niesprawiedliwie potraktowani?
– 50 tys. za ha ziemi rolnej to rażąco niska cena. Wystarczy spojrzeć na dane z oficjalnego przetargu za ziemię rolną będącą własnością Urzędu Gminy w Teresinie. Została sprzedana na cele rolnicze za 200 tys. zł/ha – wylicza Szymańczak.
Mało tego. Okazuje się, że wyceniane przy wywłaszczaniu budynki będą podlegać amortyzacji. Więc Szymańczak za swoją 40-letnię oborę przerobioną na magazyn dostanie 20 proc. wartości.
– I CPK nie interesuje, że budynek był kilkukrotnie remontowany, a w środku obecnie znajduje się warsztat z pełnym wyposażeniem i magazyn z elektroniką – mówi rolnik. I dodaje, że te wszystkie urządzenia ich właściciele będą musieli wywieźć na własny koszt. Co, biorąc pod uwagę rozmiary sprzętu, tanie nie będzie. Podobnie jak tanie nie będzie przeniesienie np. stada liczącego łącznie 200 opasów i krów dojnych wysokowydajnych, które ma sąsiad pana Kamila.
– Niestety, odszkodowania proponowane przez CPK nie uwzględniają kosztów przeprowadzki. Nikt nie pomoże rolnikom znaleźć ziemi np. pod budowę obory, kurników czy biogazowni. Przecież to są inwestycje, na które okoliczni mieszkańcy się nie chcą się godzić, tym bardziej obcej osobie. Nie mówiąc już o tym, że wyrywa się ludzi, którzy w tym miejscu żyją z dziada pradziada, którzy tu mają swoje rodziny, którzy zżyli się z sąsiadami – zaznacza Szymańczak.
Budowa CPK to przekręt stulecia?
Mieszkańcy Baranowa przypuszczają, że za budową lotniska musi stać jakiś przekręt.Nie widzą innego powodu, dla którego przy tylu kontrargumentach i tak dużym oporze społecznym, CPK nadal upiera się przy tej lokalizacji.
– Pojawiła się oficjalna informacja, że będzie to lotnisko cywilno-wojskowe, dodatkowo z przeznaczeniem na CARGO, czyli czysta komercja. Nie wykluczamy też, że ktoś wziął już grubą kasę związaną z lokalizacją lotniska w Baranowie, więc co by się nie działo, lotnisko ma być tu, choćby nie miało to najmniejszego sensu – wyjaśnia Szymańczak.
Mieszkańcy oburzają się też, że spółka CPK nie przedstawiła do tej pory żadnych sensownych oraz wiarygodnych opracowanych przez niezależne instytucje argumentów potwierdzających konieczność budowy lotniska w tej lokalizacji. Zresztą swojego czasu PAN Polska Akademia Nauk krytykowała otwarcie plany CPK odnośnie zagrożenia dla policentrycznego i zrównoważonego rozwoju Polski. Naukowcy dostrzegli też zagrożenie efektywności inwestycji kolejowych oraz zwiększony i trudny w ostatecznej ocenie wpływ na środowisko naturalne. W raporcie podkreślili znaczne pominięcie międzynarodowych połączeń kolejowych i niedowartościowanie koniecznych inwestycji drogowych i innych. Wytknęli także zakwestionowanie wcześniej wypracowanych rozwiązań i brak wykorzystania krajowych zasobów badawczych i eksperckich.
– Mieliście 4 lata, tylko i aż 4 lata i nie przedstawiliście żadnych uzasadnionych analiz ekonomicznych, usytuowania lotniska, decyzji środowiskowych które potwierdzają zasadność budowy CPK na najlepszych gruntach na Mazowszu, gruntach które są prawnie chronione i przeznaczone pod produkcje rolną, tym bardziej że panująca drożyzna na materiały budowlane, rosnąca i nie wyhamowana inflacja spowodowana rozdawnictwem i pompowaniem pustego papieru pochłonie w następnych latach krocie publicznych pieniędzy oddanych Koreańczykom czy komu innemu – ocenia Kamil Mitrowski, jeden z mieszkańców terenu zarezerwowanego pod CPK.
Pierwsza łopata pod budowę lotniska już w tym roku?
Zgodnie z planami rządzących już w tym roku mają ruszyć przymusowe wywłaszczenia. Na początku stycznia spółka Centralny Port Komunikacyjny otworzyła przetarg na przeprowadzenie robót przygotowawczych na terenie przyszłego lotniska.
U szwajcarskiej olimpijki Fabienne Schlumpf zdiagnozowano zapalenie mięśnia sercowego.
Kobieta przyjęła trzy dawki szczepionki na covid, ale nie wiąże tego faktu ze swoimi problemami zdrowotnymi.
Szwajcarska rekordzistka maratońska i olimpijka Fabienne Schlumpf ujawniła niedawno, że zdiagnozowano u niej zapalenie mięśnia sercowego i może już nigdy nie być w stanie rywalizować.
31-letnia szwajcarska biegaczka, która zajęła 12. miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio, ogłosiła na swoim koncie na Instagramie 6 stycznia, że rozwinęło się u niej zapalenie mięśnia sercowego i nie wolno jej uprawiać żadnych sportów i uczestniczyć w treningach.
Według szwajcarsko-niemieckiego dziennika Blick, powołującego się na serwis informacyjny Tages-Anzeiger, Schlumpf nie podejrzewa związku między zapaleniem mięśnia sercowego a szczepionką covidową, chociaż twierdzi, że została potrójnie zaszczepiona i nigdy nie cierpiała na covid.
W programie prof. Barbara Engelking (kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, IFiS PAN) oraz prof. Jan Grabowski (historyk, Uniwersytet w Ottawie, Centrum Badań nad Zagładą Żydów), współautorzy dwutomowego studium „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”. Zapraszamy
„Powrót do normalności”, #OstatniaProsta: Dawka przypominająca nie pomogła! Polscy skoczkowie zakażeni koronawirusem nie wystartują w Pucharze Świata w Zakopanem.
Polski Związek Narciarski poinformował, że Dawid Kubacki i Paweł Wąsek otrzymali pozytywny wynik testu na Covid-19 i nie wystartują w zawodach Pucharu Świata w Zakopanem. Wynik testu Jakuba Wolnego był negatywny, ale niejednoznaczny, dlatego skoczek został skierowany na powtórny test. Wyniki badań powinny być znane w piątek.
Polscy skoczkowie byli jedną z twarzy rządowej kampanii szczepionkowej #OstatniaProsta, podczas której obiecywano Polakom, że dzięki przyjęciu dwóch dawek preparatu lub jednodawkowej szczepionce J&J możliwy będzie powrót do normalności.
Kanadyjski naukowiec dr Kyle Beattie dokonał niezwykle ważnej analizy statystycznej danych ze 145 krajów dotyczących zgonów i zachorowań po wprowadzeniu masowych szczepień na covid. Poniżej streszczenie oraz link do tej pracy.
Są to przerażające i oskarżające dane, które pokazują, że prowadzenie tych szczepień dramatycznie zwiększyło umieralność (średnio + 463%) i zachorowalność na całym świecie (+ 260%).
Teraz już nie można mieć wątpliwości, że podstępnie wprowadzone fałszywe, niezwykle toksyczne szczepienia na covid, do których przymuszano ludzi na całym świecie, posłużyły do holokaustu ludzkości.
Należy żądać szybkiego postawienia przed trybunałem Norymberga 2 wszystkich winnych tych zbrodni: koncernów farmaceutycznych, naukowców i oligarchów, którzy nielegalnie wyprodukowali i sponsorowali produkcję broni biologicznej covida-19 oraz jeszcze silniejszych ludobójczych broni – szczepionek covid.
Na ławie oskarżonych muszą znaleźć się też politycy, pseudolekarze-lobbyści oraz reprezentanci mediów, którzy nieustannie okłamywali i straszyli ludzi oraz promowali stosowanie tych śmiercionośnych preparatów.
Jest możliwe, że taki proces będzie zablokowany przez oligarchów, którzy zarobili na covid-holokauście tryliony, wówczas należy oczekiwać wielkiej światowej rewolucji przeciw covido-szczepiennym ludobójcom i ich wspólnikom. Na szczeblach krajowych takie rewolucje już wybuchają.
——
Worldwide Bayesian Causal Impact Analysis of Vaccine Administration on Deaths and Cases Associated with COVID-19: A BigData Analysis of 145 Countries
Policy makers and mainstream news anchors have promised the public that the COVID-19 vaccine rollout worldwide would reduce symptoms, and thereby cases and deaths associated with COVID-19. While this vaccine rollout is still in progress, there is a large amount of public data available that permits an analysis of the effect of the vaccine rollout on COVID-19 related cases and deaths. Has this public policy treatment produced the desired effect? One manner to respond to this question can begin by implementing a Bayesian causal analysis comparing both pre- and post-treatment periods. This study analyzed publicly available COVID-19 data from OWID utlizing the R package CausalImpact to determine the causal effect of the administration of vaccines on two dependent variables that have been measured cumulatively throughout the pandemic: total deaths per million (y1) and total cases per million (y2). After eliminating all results from countries with p > 0.05, there were 128 countries for y1 and 103 countries for y2 to analyze in this fashion, comprising 145 unique countries in total (avg. p < 0.004). Results indicate that the treatment (vaccine administration) has a strong and statistically significant propensity to causally increase the values in either y1 or y2 over and above what would have been expected with no treatment. y1 showed an increase/decrease ratio of (+115/-13), which means 89.84% of statistically significant countries showed an increase in total deaths per million associated with COVID-19 due directly to the causal impact of treatment initiation. y2 showed an increase/decrease ratio of (+105/-16) which means 86.78% of statistically significant countries showed an increase in total cases per million of COVID-19 due directly to the causal impact of treatment initiation. Causal impacts of the treatment on y1 ranges from -19% to +19015% with an average causal impact of +463.13%. Causal impacts of the treatment on y2 ranges from -46% to +12240% with an average causal impact of +260.88%. Hypothesis 1 Null can be rejected for a large majority of countries. This study subsequently performed correlational analyses on the causal impact results, whose effect variables can be represented as y1.E and y2.E respectively, with the independent numeric variables of: days elapsed since vaccine rollout began (n1), total vaccination doses per hundred (n2), total vaccine brands/types in use (n3) and the independent categorical variables continent (c1), country (c2), vaccine variety (c3). All categorical variables showed statistically significant (avg. p: < 0.001) postive Wilcoxon signed rank values (y1.E V:[c1 3.04; c2: 8.35; c3: 7.22] and y2.E V:[c1 3.04; c2: 8.33; c3: 7.19]). This demonstrates that the distribution of y1.E and y2.E was non-uniform among categories. The Spearman correlation between n2 and y2.E was the only numerical variable that showed statistically significant results (y2.E ~ n2: rho: 0.34 CI95%[0.14, 0.51], p: 4.91e-04). This low positive correlation signifies that countries with higher vaccination rates do not have lower values for y2.E, slightly the opposite in fact. Still, the specifics of the reasons behind these differences between countries, continents, and vaccine types is inconclusive and should be studied further as more data become available. Hypothesis 2 Null can be rejected for c1, c2, c3 and n2 and cannot be rejected for n1, and n3. The statistically significant and overwhelmingly positive causal impact after vaccine deployment on the dependent variables total deaths and total cases per million should be highly worrisome for policy makers. They indicate a marked increase in both COVID-19 related cases and death due directly to a vaccine deployment that was originally sold to the public as the “key to gain back our freedoms.” The effect of vaccines on total cases per million and its low positive association with total vaccinations per hundred signifies a limited impact of vaccines on lowering COVID-19 associated cases. These results should encourage local policy makers to make policy decisions based on data, not narrative, and based on local conditions, not global or national mandates. These results should also encourage policy makers to begin looking for other avenues out of the pandemic aside from mass vaccination campaigns. Some variables that could be included in future analyses might include vaccine lot by country, the degree of prevalence of previous antibodies against SARS-CoV or SARS-CoV-2 in the population before vaccine administration begins, and the Causal Impact of ivermectin on the same variables used in this study.
W lotnictwie, którego popularność i powszechna dostępność w wieku XXI wydawała się jeszcze niedawno oczywista, od początku nowego stulecia dzieje się źle. Opisując ten problem już wiele lat temu w jednym z branżowych pism lotniczych, na jedną z przyczyn tego stanu rzeczy wskazałem postępującą dehumanizację zawodów związanych z awiacją. Pamiętając czasy, w których po dniu pracy, piloci i kontrolerzy ruchu lotniczego spotykali się ze sobą i omawiali swoje doświadczenia, z żalem obserwowałem zanikanie tej „świeckiej tradycji”. Zresztą, podobnie stało się ze wspólnymi niegdyś, dwutygodniowymi obozami kondycyjnymi, podczas których sposobów do wymiany wiedzy i obserwacji wynikających właśnie z doświadczenia, nie brakowało. Nie sposób przecenić tych rozmów i wsłuchiwania się w opowieści starszych kolegów dotyczących ich przeżyć na przestrzeni minionych lat. Wielu z nas naprawdę zapadły w pamięć na resztę zawodowego życia i sądzę, że uchroniły przed popełnieniem błędu w sytuacji, kiedy można go było zrobić. Stare lotnicze porzekadło mówi przecież, by uczyć się na błędach innych, bo swojego można nie przeżyć. Z chwilą nastania komputerowych rejestratorów szybkiego dostępu, dzięki którym można było dokonywać oceny przebiegu lotu zaraz po jego zakończeniu, a najmniejsze odstępstwo od sztywnych procedur poddawano szczegółowym analizom, zmalała rola oceny sytuacji w gronie ludzi, którzy wspólnie jej doświadczyli. Jak wieszczył poeta, „spisane będą czyny i rozmowy”. I tak też zaczęło się dziać. I, oczywiście, bardzo dobrze, że technika wspiera człowieka, gorzej, gdy zaczyna go wypierać. Błyskawiczny rozwój lotnictwa spowodował powstawanie nowych linii lotniczych, nastąpiło gwałtowne zapotrzebowanie, zarówno na pilotów, jak i kontrolerów ruchu. W moim przekonaniu, to właśnie wtedy zaczęto do branży przyjmować ludzi, którzy zauważyli w nim doskonały sposób na życie, pełen ogromnych wyrzeczeń, ale też dający na długo możliwość niesamowitych przeżyć, stabilizację, uznanie w oczach innych i gwarancję świętego spokoju na starość. Pasja lotnicza zeszła na plan dalszy. Wiem, że moja opinia może spotkać się z gwałtownym sprzeciwem części tych, dla których nadal najpiękniejszym doznaniem o świcie jest zapach nafty lotniczej, ale wyrobiłem ją sobie, dostatecznie długo obserwując środowisko od wewnątrz. Nie obwiniam zresztą tym stanem rzeczy wykonujących te zawody, a raczej system, który właśnie z początkiem nowej ery zaczął przekształcać cały nasz świat. Z lotnictwa wypychano coraz częściej prawdziwych rzemieślników oddanych tej dziedzinie, w ich miejsce lokując menadżerów. Pół biedy, kiedy zarządzający jakąkolwiek gałęzią tego biznesu mieli naprawdę smykałkę do tego, co robili, gorzej, gdy oprócz braku wiedzy lotniczej, wychodziły na wierzch ich niedostatki kierownicze. Działo się tak zawsze, gdy powoływano takich ludzi z klucza nie mającego nic wspólnego z myśleniem propaństwowym. Dbanie o dobro przedsiębiorstwa, pracowników i potencjalnych odbiorców usług, zawężano do dbałości o zyski interesariuszy, korporacji, czy na końcu członków Rad Nadzorczych i Zarządów spółek.
Interesów społeczności lokalnych, dumy z wkładu w rozwój kraju, w ogóle nie bierze się pod uwagę, już od dziesięcioleci. Przykłady można mnożyć, nie tylko zresztą w Polsce. Najdobitniejszą ilustracją owego podporządkowania się nowym właścicielom, którymi są obecnie ogromne fundusze i korporacje, jest całkowicie sprzeczne z jakimikolwiek zasadami logiki, zmuszanie do poddawania eksperymentom medycznym, już nie tylko pasażerów linii lotniczych, ale tych, którzy mają dbać o ich bezpieczeństwo. Następuje kolejny etap odczłowieczenia. Wspominałem kilkukrotnie o zagrożeniach, które niosą ze sobą tak zwane „szczepionki” i oczywiście, podobnie, jak w przypadku innych branż, których to zagadnienie bezpośrednio dotyka, nie odbyła się dotąd w polskiej przestrzeni publicznej żadna na ten temat debata. Naturalnie, nie powinno to dziwić nikogo, skoro nasze „elity” same nam mówią, że „należymy do kogoś innego”, a coraz więcej danych wskazuje na to, że rzeczywiście nie stanowimy już państwa, tylko jakąś kolejną korporację, podporządkowaną bliżej nie określonej grupie globalnych zarządców. Ich działania, nie mające nic wspólnego z powiększaniem zysków przemysłu lotniczego, a wręcz przeciwnie, degenerujące go w sposób iście szatański, wydają się zupełnie niezrozumiałe. Gdybyśmy nadal żyli w czasach, kiedy prawo cokolwiek znaczyło, takich administratorów skazywano by w trybie przyspieszonym za działanie na szkodę danej firmy. Nie tylko odseparowano od siebie grupy pilotów, kontrolerów, ekspertów bezpieczeństwa, specjalistów medycyny lotniczej, ale cynicznie rozbija się je wszystkie po kolei, umniejszając wśród ich członków poczucie wartości i zmuszając tylko do myślenia w kategoriach przetrwania, przy jak najmniejszych stratach własnych.
Bo przecież, zakładana przez wielu, świetlana przyszłość i godziwa emerytura, okupione są najczęściej ogromnymi nakładami finansowymi. Na zdobycie licencji, niezbędnych uprawnień i konieczności ich utrzymywania, niektórzy zadłużyli się do granic możliwości, a firmy w których pracują w umowach o pracę zapisywały obowiązek spłaty kwot przeznaczonych na dodatkowe szkolenia, których ukończenie było częścią składową warunku zatrudnienia. Na szczęście, tego typu podejście do tego, co się wokół dzieje, powoli zaczyna się odmieniać. Jak pisał wspomniany wcześniej wieszcz, „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”. Myślę, że na miano kamieni milowych mogą zasługiwać powstające właśnie organizacje sprzeciwiające się przymusowi szczepień personelu lotniczego. Oczywiście, tworzą się na razie w państwach bogatych, w których ludzie lotnictwa mieli przez lata godziwe zarobki i możliwość lokowania oszczędności w sposób perspektywiczny, jakkolwiek nie chcę zagłębiać się w ten akurat aspekt, który jest w dużej mierze zależny od mnóstwa czynników i uwarunkowań, a ich analiza wykracza daleko poza ramy felietonu. Wierzę, że jest to przede wszystkim, kwestia mentalności i obywatelskiego zaangażowania poszczególnych osób.
Po tym, kiedy okazało się, że na świecie zmarło w roku ubiegłym kilkunastu (przypadki potwierdzone) pilotów, w ciągu kilku dni od przyjęcia „szczepionki”, do czego zmuszała ich polityka linii, a część zapadła na choroby eliminujące z lotniczego zawodu, nastąpił masowy sprzeciw przeciw temu jawnemu bestialstwu, które rujnuje ludziom życie, ich marzenia i nadzieje. I stanowi realne zagrożenie dla setek ludzi. Amerykańscy kontrolerzy ruchu lotniczego, piloci i przedstawiciele obsługi pokładowej, rozpoczęli swoisty strajk, biorąc zwolnienia lekarskie i krótkotrwałe urlopy, co powodowało na kolejnych, nie tylko przecież amerykańskich lotniskach, odwoływanie po parę tysięcy lotów dziennie. Działo się tak przez kilka letnich miesięcy 2021 r.
Równocześnie składano tysiące pozwów do sądów. Nie poprzestano jednak na tym. Powołano do życia organizację US FREEDOM FLYERS, zrzeszającą nie tylko profesjonalistów lotniczych, ale i lekarzy, pielęgniarki oraz pasażerów. Dołączyła do niej kanadyjska FREE TO FLY. Ale budzą się, poruszone tymi działaniami stowarzyszenia w Europie – niemiecka AIRLINERS FOR HUMANITY, francuska NAVIGANTS LIBRES, czy niderlandzka LUCHTVAART COLLECTIEF. Sprzeciwiają się przymusowi szczepień, twierdząc stanowczo, że jest on niezgodny z konstytucją i prawami człowieka. Polecam obejrzenie klipupokazującego składanie przez pracowników linii WestJet swoich mundurów, toreb i walizek służbowych przed biurem siedziby firmy, która zwolniła kilkaset osób, które odważyły się protestować.
Na internetowej stronie kanadyjskiego stowarzyszenia opisana jest szczególna inicjatywa, przypominająca modę na noszenie w czasach stanu wojennego w Polsce, przypinanych do ubrania oporników. Współczesnym symbolem oporu lotników stała się błękitna wstążka, którą można zarówno nosić w klapie marynarki, jak też przypinać do bagażu podręcznego, by widoczny był ten sprzeciw na różnych lotniskach świata. Tym razem, iskra wyszła więc zza oceanu.
Do nas, póki co, nie doleciała, w przeciwieństwie do amerykańskich F-16, które 4 stycznia wylądowały w Bazie Lotniczej w Łasku, by współpracować z myśliwcami z Litwy i Estonii w ramach tzw. Baltic Air Policing. Belgijskie, polskie i amerykańskie myśliwce będą ćwiczyć manewry powietrzne i ściśle współpracować z Połączonym Centrum Operacji Powietrznych w Uedem (CAOCUE) w celu usprawnienia procedur dowodzenia i kontroli. Jak mówią nasi alianci, ma to na celu poprawę interoperacyjności wśród sojuszników i przećwiczenie szybkiego rozmieszczania samolotów w bazach zapasowych. My, póki co, nie uczymy się na błędach innych, ani nawet na własnych.
Felieton pochodzi z 2 (2022) numeru Warszawskiej Gazety
„Chrześcijanie i muzułmanie: świadkami nadziei” – pod takim hasłem odbędzie się 26 stycznia w Kościele katolickim w Polsce XXII Dzień Islamu. Z powodu obostrzeń sanitarnych główne obchody w tym roku odbędą się w formule online.
Niedawno w polskim Kościele obchodzono „Dzień Judaizmu”, a gwiazdą całego wydarzenia był kontrowersyjny rabin Polski Michael Schudrich, który znany jest z lobbowania za tym, by Polska wypłaciła bezpodstawne odszkodowania za mienie bezspadkowe żydowskim organizacjom zarabiającym na tragedii holokaustu.
Dzień Islamu w Kościele katolickim w Polsce obchodzony jest po zakończeniu Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan – 26 stycznia. Służy on przezwyciężaniu niechęci i uprzedzeń między chrześcijanami a muzułmanami.
„Podczas centralnych uroczystości, które rozpoczną się o godz. 19-tej, przedstawiciele obydwu religii odczytają fragmenty Biblii i Koranu odnoszące się do motta tegorocznego spotkania „Chrześcijanie i muzułmanie: świadkami nadziei” – poinformowała Rada Wspólna Katolików i Muzułmanów.
Temat rokrocznie wyznacza przesłanie skierowane do muzułmanów przez Papieską Radę ds. Dialogu Międzyreligijnego na zakończenie miesiąca postu, ramadanu.
Wskazano w nim, że doświadczenie lockdownu pokazało, że człowiek potrzebuje nie tylko pomocy Bożej, ale także „wyrazów i gestów solidarności braterskiej, takich jak: czyjś telefon, wiadomość ze słowami pocieszenia i wsparcia, modlitwa, pomoc w kupnie leków czy jedzenia, porada; i po prostu poczucia bezpieczeństwa płynącego z poczucia, że ktoś jest przy nas zawsze w chwilach potrzeby”.
W przesłaniu podkreślono, że tym, czego w tych czasach najbardziej potrzebujemy – to nadziei, która „rodzi się z wiary, że wszystkie nasze problemy i próby mają jakiś sens, cel i wartość, nawet, jeśli zrozumienie ich i znalezienie drogi wyjścia wydaje nam się trudne czy wręcz niemożliwe”.
Autorzy przesłania wskazali, że źródłem nadziei jest ludzkie braterstwo, które „jest czymś uniwersalnym – przekraczającym wszelkie bariery: etniczne, religijne, społeczne czy ekonomiczne”.
„Działając w tym duchu naśladujemy Boga, który dobrotliwie patrzy na ludzkość, którą stworzył” – wyjaśnili.
„My, chrześcijanie i muzułmanie, wezwani jesteśmy do tego, aby nieść nadzieję na życie obecne i życie przyszłe, aby być świadkami, odnowicielami i budowniczymi tej nadziei, szczególnie wobec tych, którzy doświadczają trudu i rozpaczy” – czytamy w przesłaniu.
W czasie obchodów XXII Dnia Islamu zaplanowano m.in. dwugłos chrześcijańsko-muzułmański. „Ze strony „katolickiej” głos zabierze prof. Eugeniusz Sakowicz, zaś perspektywę muzułmańską przybliży imam Arkadiusz Miernik. Spotkanie, zgodnie z tradycją, zwieńczy znak pokoju” – poinformowała Rada Wspólna Katolików i Muzułmanów.
Dzień Islamu w Kościele katolickim w Polsce obchodzony jest od 2001 r. Ustanowiono go decyzją Konferencji Episkopatu Polski jako dzień modlitw poświęcony islamowi.