Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – mówi prezydent Chorwacji.

Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – mówi prezydent Chorwacji.

Zełenski w tarapatach! Kolejny kraj ogłasza odmowę Ukrainie

19.10.2022 https://prawy.pl/122546-zelenski-w-tarapatach-kolejny-kraj-oglasza-odmowe-ukrainie/

Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – mówił prezydent Chorwacji Zoran Milanov, w kontekście możliwych szkoleń żołnierzy ukraińskich w jego kraju.

podział w podejściu do pomocy Ukrainie. Jak podaje „Jutarnij List” Gordan Grlić Radman, minister spraw zagranicznych, miał zapowiedzieć, że jego kraj zgodzi się na szkolenie Ukraińców.

Zupełnie inny głos w sprawie przedstawia jednak prezydent. Jego zdaniem udzielenie zgody mogłoby doprowadzić do sprowadzenia wojny do Chorwacji.

Nie popieram tego pomysłu, ponieważ nie popieram zaangażowania Chorwacji w tę wojnę, większego niż powinno być. Jesteśmy konkretni, zjednoczeni i to wystarczy. Nic więcej. Jako głównodowodzący tego nie pochwalę. Nie słyszałem jeszcze o tej propozycji, ale z góry mówię, że ona mi się nie podoba, bo to sprowadza wojnę do Chorwacji – powiedział Milanović.

Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – dodał.

Wojciech Cejrowski wprost: Zełenski to wróg Polski! „Trzeba grać na zmianę reżimu na Ukrainie”

20.10.2022 https://prawy.pl/122554-wojciech-cejrowski-wprost-zelenski-to-wrog-polski-trzeba-grac-na-zmiane-rezimu-na-ukrainie/

Brat na pewno nie (…) To raczej wróg Polski, bo za Wołyń nie przeprosił do tej pory, a pieniążki bierze z Polski – mówił Wojciech Cejrowski komentując obecną sytuację na Ukrainie i postać prezydenta Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

W trakcie dyskusji podróżnik i komentator sceny politycznej przypomniał, że prezydent Zełenski dopuścił się w ostatnich tygodniach wyjątkowo zaskakujących wypowiedzi.

Zełenski wzywa NATO, żeby prewencyjne uderzenie atomowe zrobić na Rosję. To w tej sytuacji w Ameryce to oceniono (…), że ześwirował. Poprzednio myśleliśmy, że świrem jest Putin. Doszliśmy do wniosku – ja z panem – w tej rozmowie, że wycofano się z tego, że jednak nie świr, klepki mu się nie poprzesuwały – przypomniał.

Według Wojciecha Cejrowskiego wzywanie do wojny nuklearnej z Rosją należy uznać za objaw szaleństwa Zełenskiego, które jest niebezpieczne dla świata.

Trzeba się rakiem wycofać z kontaktów ze świrem. Trzeba grać na zmianę reżimu na Ukrainie. Przecież ten człowiek jest niepoczytalny. I jeszcze zapisuje się do NATO – podkreślił.

Podróżnik stwierdzi również, że jego zdaniem winny obecnej sytuacji, w dużej mierze, jest właśnie przywódca Ukrainy.

W kwietniu był wynegocjowany pokój. Putin powiedział, że wycofa się z całej Ukrainy (…), że życzy sobie w związku z tym, że zaatakował, podeptał ich, a teraz mówi: teraz zobaczyliście, jaki jestem silny, podeptałem was. Teraz w kwietniu się dogadali, że się cofnie z całego terytorium Ukrainy. W zamian za co? Za kolejną obietnicę, że Ukraina nigdy nie wejdzie do NATO i nigdy nie będzie miała broni atomowej – przypomniał.

I Zełenski siedział przy stole i zgodził się na ten układ, bo jak mu giną ludzie na jego terytorium, to w zasadzie człowiek odrobinę uczciwy, chociaż od pionka oligarchów dużo nie oczekuję, ale człowiek odrobinę uczciwy, jak widział porozwalane trupy i domy, to przyjmuje takie warunki. Nawet jeżeli je przyjmuje nieszczerze i myśli sobie: dobra, za pięć lat się zapiszemy do tego NATO ponownie i pogadamy o ładunkach nuklearnych na moim terenie, ale na razie w zamian za pokój obiecuję coś takiego – dodał.

Ogrodnik kupił węgiel z Australii. Nie pali się

https://tvn24.pl/poznan/chrzypsko-wielkie-ogrodnik-kupil-wegiel-z-australii-nie-pali-sie-6170484

Ogrodnik Bogdan Królik z Chrzypska Wielkiego (woj. wielkopolskie) kupił węgiel do ogrzewania tuneli z kwiatami. Surowiec pochodzi z Australii. Problem w tym, że – jak mówi – nie chce się palić. Przedsiębiorca zorganizował przed kamerą TVN24 prezentację, podczas której dwóch mężczyzn usiłowało rozpalić zakupiony węgiel za pomocą palnika gazowego. Bez powodzenia. Pan Bogdan opowiada, że chciał, by australijski węgiel był używany także do ogrzewania mieszkań pracowniczych. – Po dwóch dniach pracownik przyszedł z płaczem: „szefie, ten węgiel nie pali się w żadnym z tych pieców” – relacjonuje.

Bogdan Królik to ogrodnik z Chrzypska Wielkiego, któremu udało się – za pośrednictwem polskiej firmy – kupić węgiel pochodzący z Australii. Kiedy surowiec został dostarczony, przedsiębiorca był przekonany, że uda mu się ogrzać tunele foliowe, w których mają rozwijać się rośliny ozdobne, przede wszystkim tulipany. Żeby było to możliwe, rośliny trzeba „oszukać” – za pomocą wysokiej temperatury uruchomić w nich procesy, które zaczynają się dopiero wiosną. Niestety, na razie plany ogrodnika stanęły pod znakiem zapytania.

Okazuje się bowiem, że sprowadzony z południowej półkuli węgiel… nie chce się palić. Przedsiębiorca zorganizował przed kamerą TVN24 prezentację, podczas której dwóch mężczyzn usiłowało rozpalić zakupiony węgiel za pomocą palnika gazowego. Eksperyment pokazał, że rozgrzany surowiec gaśnie już po kilku sekundach od odstawienia znad niego płomienia.

Próba spalenia węgla przed kamerą TVN24TVN24

Czytaj także: Tauron nieoczekiwanie wypowiedział umowy na dostawy gazu kilkudziesięciu tysiącom klientów

– Ten węgiel to śmieci, którymi nie da się palić w piecu – opowiada przedsiębiorca.

„Nie wszystko ładne, co się świeci”

Pan Bogdan Królik opowiada, jak węgiel pochodzący z Australii sprawdzi się w piecach w warunkach mieszkalnych.

– Ten węgiel australijski skierowaliśmy do budynku mieszkalnego, gdzie mamy zatrudnionych pracowników w naszej firmie, Polaków. I mamy również hotel dla Ukraińców, który tez jest wyposażony w piece na ekogroszek. Postanowiłem wydać dyspozycję, żeby ten australijski węgiel był używany nie tylko do produkcji ogrodniczej, ale również, żeby ogrzewał mieszkania naszych pracowników – tłumaczy. Dodaje, że zlecił to jednemu z pracowników. 

– Po dwóch dniach przyszedł z płaczem: „szefie, ten węgiel nie pali się w żadnym z tych pieców”. Byłem bardzo zdziwiony. Bo przez 25 lat jak prowadzę ogrodnictwo nie zdarzyło mi się, żeby węgiel, który zakupiłem, nie zapalał się – opowiada ogrodnik.

– Na pierwszy rzut oka, jak otrzymałem ten węgiel z Australii, on wydawał się bardzo ładny. Bo organoleptycznie on wygląda bardzo ładnie, nie ma popiołu, nie ma miału, ładny kolor, ale nie wszystko ładne, co się świeci – dodaje przedsiębiorca.

Ogrodnik Bogdan Królik: powiedziano mi, że ten węgiel nie pali się w żadnym z pieców w mieszkaniach moich pracowników.

– Ja alarmuję innych ogrodników, którzy sprowadzili i być może leżą u nich zapasy węgla sprowadzone z Australii, żeby tak jak ja sprawdzili, czy ten węgiel z Australii w ogóle będzie się palił. Być może mają z jakiegoś innego źródła, jakieś inne pochodzenie, inna partia.

Bogdan Królik przekazuje, że w obliczu problemów z dostępem do węgla w Polsce, udało mu się też kupić surowiec pochodzący z Kolumbii. Ten – w przeciwieństwie do australijskiego – przynajmniej się pali, ale odległy jest jakościowy od tego, czym przedsiębiorca zazwyczaj ogrzewał swoje tunele.

Reklamacje i szukanie sposobu 

Bogdan Królik podkreśla, że niepalny węgiel z Australii posiadał specyfikację – w tym kaloryczność – na którą teraz powołał się przy składaniu reklamacji od dostawcy. Nie została ona jednak rozpatrzona.

– Już w czerwcu, jako stowarzyszenie producentów roślin ozdobnych alarmowaliśmy u ministra (Jacka – red.) Sasina oraz (Henryka – red.) Kowalczyka, że niedługo będą problemy z ogrzewaniem tuneli foliowych – przekazuje przedsiębiorca.

Jaka była reakcja? Taka, że – jak mówi rozmówca TVN24 – po kilku miesiącach dowiedział się, że rząd deklaruje dostarczenie 600 tysięcy ton węgla dla ogrodnictwa.

– Zapytaliśmy, na jakich zasadach będzie odbywała się dystrybucja i identyfikacja podmiotów. Usłyszeliśmy w odpowiedzi, żebyśmy zaproponowali rozwiązanie tej sytuacji – mówi Królik. 

Przedsiębiorca przyznaje, że uda mu się zbilansować koszt związany z zakupem niepalnego węgla. [Co to znaczy -po ludzku??? MD] Martwi się jednak o inne osoby z branży. Przekazuje, że część ogrodników rezygnuje z działalności do wiosny. To jednak oznacza duże straty i mniejszą dostępność do roślin ozdobnych w Polsce.

Tulipan pierwszej damy

W Chrzypsku Wielkim, gdzie plantatorem jest Bogdan Królik regularnie odbywają się spotkania z politykami, znanymi sportowcami czy ludźmi kultury, podczas których prezentowane są nowe odmiany tulipanów. Noszą one nazwę osoby, która ma być w ten sposób uhonorowana. W tym roku pokazano tulipana, który został nazwany imieniem pierwszej damy Agaty Kornhauser-Dudy. Miało to być – jak mówił 1 maja Bogdan Królik – wyraz uznania dla pierwszej damy.

[bla-bla; dużo… md]

Kraków w awangardzie eko-idiotyzmu. Nawet 40 proc. aut do wymiany.

250 tysięcy samochodów zarejestrowanych w Krakowie, trzeba będzie wymienić w ciągu najbliższych czterech lat.

Marek Wiosło 19 października https://www.rmf24.pl/regiony/krakow/news

Prawie 250 tysięcy samochodów będą musieli wymienić krakowianie w ciągu czterech lat – wynika z miejskiej ewidencji pojazdów. To prawie 40 proc. wszystkich pojazdów. Jeśli w połowie 2026 roku obszar całego miasta zostanie strefą czystego transportu, ich użytkowanie stanie się nielegalne – mieszkańcy będą musieli je wymienić, sprzedać lub zutylizować. Na ustanowienie strefy zgodzili się wstępnie miejscy radni ze wszystkich klubów. Problem w tym, że przedstawiono im zupełnie inne dane.

Na ostatniej sesji Rady Miasta Krakowa przedstawiono projekt wprowadzenia strefy czystego transportu obejmującej całe miasto. Do 4 listopada można składać wnioski i poprawki do uchwały. Głosowanie na sesji rady miasta ma się odbyć 9 listopada.

Proces wprowadzania strefy czystego transportu został podzielony na dwa etapy.

Pierwszy zaplanowano od 1 lipca 2024 r. do 30 czerwca 2026 r. W tym czasie pojazdy zarejestrowane po raz ostatni przed 1 stycznia 2023 r. będą podlegały bardzo łagodnym ograniczeniom.

Od 1 lipca 2026 r. wszystkie pojazdy, niezależnie od daty ostatniej rejestracji, podlegać będą tym samym wymogom.

Radni: Nie przekazano nam rzetelnych danych

W rozmowie z nami Grzegorz Stawowy, radny miasta Krakowa, przyznał, że podczas sesji dopytywał, ile samochodów będzie musiało zostać wymienionych. W odpowiedzi od Zarządu Transportu Publicznego, usłyszał, że w 2020 roku ¼ pojazdów w Krakowie nie spełniała norm, które są zapisane w uchwale.

Będę chciał uzyskać oficjalne, dokładne dane – zapowiada Stawowy.

Z kolei radny Łukasz Maślona mówi nam, że podczas posiedzeń komisji Rady Miasta pojawiały się informacje o liczbie samochodów, które ta strefa ma objąć, ale nie były one wyrażane liczbowo tylko procentowo.

Mówiono o  3 proc. samochodów w pierwszym etapie obowiązywania nowych regulacji – dodaje Maślona. Wskazał, że dane te prezentowali eksperci, którzy razem z ZTP realizowali badania.

Radni byli zapewniani przez ekspertów, że nowe regulacje mogą dotknąć maksymalnie do 10 proc. mieszkańców miasta, ale konkretnych danych z wydziału ewidencji pojazdów nam nie przedstawiono – wyjaśnia Maślona.

Potwierdza to inny miejski radny Michał Drewnicki: Nie przedstawiono nam konkretnych danych liczbowych, była mowa, że w pierwszym etapie, w czasie obowiązywania nowych regulacji, wymienionych będzie musiało zostać 3 proc. pojazdów.

Jak tłumaczą się urzędnicy?

Bardzo ciężko jest określić jednoznacznie, ile osób będzie musiało wymienić swój pojazd w związku z wprowadzeniem Strefy Czystego Transportu – mówi Sebastian Kowal z Zarządu Transportu Publicznego. Bardzo dużo osób posiada teraz bardzo stare samochody. Nie wiadomo, czy będą one jeździć za dwa lata.

Kowal przywołuje wyniki badań z 2019 roku dotyczące emisji spalin, podczas których zbadanych zostało 100 tysięcy samochodów, przejeżdżających tranzytem przez Kraków. Z badań wynika, że 27 proc. tych pojazdów generowało 48 proc. wszystkich zanieczyszczeń komunikacyjnych. Mówimy o jednej czwartej aut, które generują połowę zanieczyszczeń w ruchu – mówi Kowal i dodaje, że część aut to pojazdy, które nie są używane, ale nie zostały wyrejestrowane.

Jednocześnie ZTP nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego radnym nie przedstawiono danych z miejskiego wydziału ewidencji pojazdów, ale wyniki badań z 2019 roku.

Twarde dane z ewidencji pojazdów

Z danych Wydziału Ewidencji Pojazdów UMK wynika, że około 250 tysięcy samochodów zarejestrowanych w Krakowie, trzeba bedzie wymienić w ciągu najbliższych czterech lat.

Zgodnie z założeniami uchwały ograniczenia mają dotyczyć pojazdów zasilanych benzyną, które nie spełniają normy euro 3 oraz pojazdów zasilanych olejem napędowym, które nie spełniają normy euro 5 – mówi Grzegorz Wasyl, zastępca dyrektora Wydziału Ewidencji Pojazdów i Kierowców Urzędu Miasta Krakowa.

Średni wiek samochodu w Krakowie to 15 lat. Z bazy „Pojazd” wynika, że prawie połowa pojazdów to takie, które nie będą spełniały norm dotyczących wjazdu do Krakowa – wskazuje Grzegorz Wasyl.

Jeżeli patrzylibyśmy na te dane bezkrytycznie, to mamy 175 tys. pojazdów benzynowych, które nie spełniają norm i ponad 109 tys. diesli niespełniających norm. W sumie mamy prawie 284 tysięcy pojazdów, które nie będą mogły poruszać się w strefie czystego transportu – powiedział zastępca dyrektora Wydziału Ewidencji Pojazdów i Kierowców Urzędu Miasta Krakowa.   

Biorąc pod uwagę, że około 40 tys. pojazdów może już nie istnieć, ale nie zostały wyrejestrowane, oznacza to, że ponad 240 tysięcy pojazdów będzie musiała zostać wymienionych.

Zestawienie danych wygląda następująco:

  • 175 083  – tyle jest w Krakowie zarejestrowanych pojazdów benzynowych poniżej normy euro 3
  • 109 463 – tyle jest zarejestrowanych pojazdów z silnikiem diesla poniżej normy euro 5
  • 284 546 – pojazdy, które nie będą mogły poruszać się po Krakowie od połowy 2026 roku.

Jeżeli chodzi o normy jakości powietrza i lata rejestracji pojazdów obrazowo można to przedstawić w ten sposób, że w drugim etapie wprowadzania ograniczeń, czyli od połowy 2026 roku po Krakowie nie będą mogły poruszać się samochody: 

  • z silnikami spalinowymi lub LPG, wyprodukowane przed rokiem 2000 lub niespełniające przynajmniej wymagania normy EURO3 
  • i samochody z silnikami diesla wyprodukowane przed 2010 rokiem lub niespełniające przynajmniej wymagania normy EURO5.

Bezterminowy wjazd do SCT przewidziano dla pojazdów historycznych, pojazdów specjalnych, pojazdów do przewozu osób niepełnosprawnych a także pojazdów, których  właścicielami są osoby w wieku co najmniej 70 lat, prowadzone przez właścicieli.

Nowe przepisy dotkną najbiedniejszych

Pierwsza w Polsce Strefa Czystego Transportu powstała na krakowskim Kazimierzu. Obowiązywała przez krótki czas w 2019 / Łukasz Gągulski /PAP

Każdego dnia do Krakowa dojeżdża wiele osób mieszkających w okolicznych miejscowościach. Mowa o ponad 250 tysiącach pojazdów dziennie. Nie wiadomo, ile z nich nie spełnia wyżej wymienionych norm emisyjności spalin.

Nowe, restrykcyjne normy oznaczają, że wiele osób zostanie wykluczonych z możliwości poruszania się samochodem po Krakowie. Zmiany dotkną szczególnie najbiedniejszych, których nie będzie stać na wymianę auta. Rosnąca inflacja i ceny aut, tylko powiększą tą grupę.

Osoby, które nie będą mogły od lipca 2026 roku korzystać ze swoich pojazdów na ternie Krakowa, nie dostaną nic w zamian, choć jednym z planów ZTP było „szczodre obdarowanie mieszkańców”, którzy zutylizują swoje auta, darmowym dwuletnim biletem na komunikację miejską w Krakowie.

Co z turystami?

Nowe regulacje mają zmniejszyć emisję spalin w Krakowie, a tym samym poprawić stan powietrza. Do miasta nie będą mogły wjeżdżać żadne samochody niespełniające norm, choć nie ma jasnej deklaracji, jak takie auta będą kontrolowane. Teoretycznie wszyscy turyści posiadający stare auta, będą musieli je zostawić przed granicami administracyjnymi miasta.

Tymczasem nie ma planu, by przygotować dla takich osób parkingi przed miastem. Parkingów na wjeździe do miasta brakuje nawet dla okolicznych mieszkańców.

Jak dojechać do pracy?

Urzędnicy planują wprowadzenie obostrzeń, by poprawić jakość powietrza. To idea słuszna. Może problem nie byłby tak palący, gdyby kierowcy chętniej przesiadali się do komunikacji zbiorowej? Nie robią tego m.in. z powodu deficytu parkingów Park and Ride, na których można zostawić auta i przesiąść się na komunikację miejską.

Mieszkam pod Krakowem. Do pracy codziennie dojeżdżam autem w ciągu około 15 minut, udaje mi się omijać korki. Tą samą trasę komunikacją miejską muszę pokonywać prawie półtorej godziny i to z dwiema przesiadkami, ponieważ moja firma znajduje się na uboczu głównych dróg. Nie stać mnie na wymianę auta na nowe, szczególnie przy rosnących cenach nawet używanych aut i galopującej inflacji – mówi jedna z mieszkanek miejscowości po północnej stronie Krakowa.

[—]

Po ataku rosyjskich sił ponad 1000 ukraińskich miast i wsi ogarnęła ciemność. Ciemność widzę!!

Po ataku rosyjskich sił ponad 1000 ukraińskich miast i wsi ogarnęła ciemność.

19 października 2022

Portal Mirror informuje, że po serii rosyjskich ataków zaciemnienia dotknęły ponad 1000 miast i wsi na Ukrainie.

Prezydent Wołodymyr Zełenski powiedział, że w wyniku nalotu zostało zniszczonych 30% ukraińskich elektrowni. Po kolejnych wybuchach dzisiejsze fragmenty Kijowa zostały pozbawione wody i prądu.

Przemawiając we wtorek na briefingu w stolicy, rzecznik nadzwyczajny powiedział: „W okresie od 7 do 18 października w wyniku ostrzału obiektów energetycznych odcięto około 4000 osiedli w 11 regionach [Ukrainy]. „Obecnie, według ministerstwa energetyki, 1162 osiedli pozostaje bez prądu”.

Po serii bolesnych porażek na polu bitwy Rosja w ostatnich tygodniach nasiliła ataki na infrastrukturę elektryczną w miastach oddalonych od linii frontu. Ukraińscy urzędnicy służb ratunkowych pospieszyli z naprawą szkód [Piękne!! To urzędncy-bohaterowie! MD] , ale ataki przed zimą wzbudziły obawy, jak zareaguje system.

Kyrylo Tymoszenko, wiceszef urzędu prezydenta, powiedział, że „wszyscy powinni być gotowi po pierwsze na oszczędzanie energii elektrycznej, a po drugie, możliwe są także przerwy w dostawach prądu w przypadku kontynuowania uderzeń”. „Cała populacja musi przygotować się na ciężką zimę”. Ukraińcy są nakłaniani do nieużywania urządzeń elektrycznych w godzinach 07:00 – 09:00 czasu lokalnego (04:00 – 06:00 GMT) oraz 17:00 – 22:00.

==========

https://detektywprawdy.pl/:

W moim przekonaniu to samo będzie dotyczyło Polski i Europy kiedy zacznie się spektakl chazarsko-watykański pt. III Wojna Światowa.

Ludzie muszą być zmęczeni aby przyjąć jakiekolwiek rozwiązanie. Na pewno część z Was pamięta takie chwile, kiedy zmęczeni godziliśmy się na wiele. Na przykład super głodni kupowaliśmy cos byle szybko w jakimś FASTfoodzie.

Oni maja wszystko przygotowane na tip top, znają psychologię  zachowań (behawioralną), psychologię społeczną i uprawiają inżynierię społeczną.

Dlatego Rosja zintensyfikuje ataki zimą i dlatego “atak nuklearny” będzie również o tej porze roku. Teraz przygotowują administracje na potencjalny atak i stan wojenny.

Tak, u nas również nie będzie prądu. O Blackoutach informowały swoich obywateli już rok temu rządy Niemiec, Szwajcarii i Austrii.  

Antychryst musi przyjść jako wybawiciel, a nie jako ciemięzca niczym Stalin, gdyż inaczej ludzkość odrzuciłaby zło.

Ludzkość przyjmie antychrysta tak chętnie pod koniec wojny tak jak z przyjemnością przyjęła szczepienia.

Jeśli pokochali Zełeńskiego, to w momencie pojawienia się “wybawiciela”, świata będą piszczeć z radości tak jak piszczy 15 latka na koncercie Dody.

To będzie przedstawienie teatralne, dramat podzielony na kilka aktów.

4 jeźdźcy Apokalipsy już tu są. Czekają na znak do galopu przez ziemię.

„Piach, siarka i błoto”. Węgiel z importu rozgrzewa do czerwoności

https://www.money.pl/gospodarka/piach-i-bloto-wegiel-z-importu-rozgrzewa-do-czerwonosci-6824362977823552a.html

Trzeba uważać na indonezyjski węgiel. Ma dużą zawartość siarki, która może zniszczyć domowy piec. Ten z Australii też nie jest lepszy. Ma z kolei 20 proc. popiołu – ostrzegają eksperci. Według nich rząd przepłacił na imporcie, a teraz wciąga do współpracy samorządy, by podzielić się kłopotem.

Nasze porty zasypane są węglem z całego świata. W poniedziałek premier Mateusz Morawiecki poinformował, że mamy ok. 4 mln ton tego surowca. Jest on jednak bardzo różnej jakości i trzeba uważać, co się kupuje. Osoby z branży węglowej pytane o surowiec, który przyjechał z Indonezji i Australii, używają na ogół określeń typu „piach” i „błoto”. Wszystko przez jego kiepski skład.

W przypadku węgla z Indonezji chodzi głównie o wysoką zawartość siarki. Money.pl dotarł do certyfikatu wystawionego przez indonezyjskiego producenta. Wynika z niego, że surowiec ten zawiera aż 1,4 proc. siarki. To zbyt wiele dla domowych instalacji grzewczych nowszej generacji.

Z obawy o zniszczenie instalacji i kotłów grzewczych indonezyjskiego węgla z zawartością siarki na poziomie 1,4 proc. nie kupiły nawet niektóre ciepłownie. – Ma 1,4 proc. siarki? – pyta z niedowierzaniem serwisant Tekli, dużego producenta pieców węglowych. – Przy takim zasiarczeniu podzespoły i kocioł długo nie posłużą. Siarka skróci im życie – kwituje krótko nasz rozmówca.

Według dr. Przemysława Zaleskiego, eksperta ds. bezpieczeństwa energetycznego z Fundacji Pułaskiego i wykładowcy Politechniki Wrocławskiej, tak wysoki poziom siarki z reguły wyklucza możliwość wykorzystania surowca w energetyce. – LWB Bogdanka ma zasiarczenie na poziomie jednego procenta, dużo wyższe niż w innych polskich kopalniach. A to już branża energetyczna uznaje za wysoki stan – podaje przykład nasz rozmówca.

W składach opałowych węgla z Indonezji nie brakuje, chociaż nie handlują nim wszyscy. Nam taki opał udało się znaleźć w dwóch punktach, po 3350 zł za tonę (skład opałowy w Poznaniu) i po 3480 zł za tonę (skład ze Szczecina). Pracownicy obu składów zapewniali, że jest niezłej jakości.

Trzeba podkreślić, że węgiel z Indonezji jest bardzo różny, pochodzi z wielu kopalń, ale większość tego surowca sprowadzanego do Polski zawiera i tak więcej niż jeden procent siarki.

Strach tym handlować?

Jeszcze ostrzejsze słowa krytyki usłyszeliśmy pod adresem węgla sprowadzanego z Australii. Tu z kolei problemem jest wysoka zawartość popiołu, sięgająca nawet 20 proc. Warto przypomnieć znowu, że polski węgiel kamienny dobrej jakości zawiera do 8-10 proc. popiołu.

Co istotne, węgiel używany w domowych piecach nie powinien posiadać od 10 do maksymalnie 14 proc. popiołu. Popiół jest bowiem odpadem. Jego duża zawartość w węglu bardzo destrukcyjnie wpływa na domowe instalacje grzewcze. Po prostu je zapycha.

Prof. Piotr Gradziuk, ekspert od biomasy z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk, mówi krótko:

Węglem, który zawiera 1,4 proc. siarki, nie powinno się palić w domowych piecach. Również małe ciepłownie, które nie mają instalacji do odsiarczania, nie mogą go używać.

Jego rekomendacja dotycząca węgla o wysokiej zawartości popiołu jest identyczna:

Węglem, który ma 20 proc. spopielenia, nie wolno palić w domowych piecach. Nowoczesne piece tego nie wytrzymają. Ulegną zniszczeniu. Takim węglem można palić jedynie w bardzo prymitywnych urządzeniach.

Kiepskie parametry sprawiają, że składy opału boją się handlować niektórymi rodzajami importowanego przez rząd węgla. – Przedsiębiorcy boją się procesów sądowych o odszkodowania za zniszczone piece węglowe – komentuje dr Przemysław Zalewski.

Cenowy rollercoaster

Okazuje się, że handlujący węglem obawiają się nie tylko przyszłych procesów sądowych. Kiedy zapytaliśmy pracownicę poznańskiego składu opałowego, czy nie będzie problemu z zakupem węgla z Indonezji, odpowiedziała, że ich plac jest „zawalony tym surowcem”. Za to klientów jest jak na lekarstwo.

– Ludzie przestali kupować węgiel, bo usłyszeli, że samorządy będą go sprzedawały teraz po 2 tys. zł za tonę – informuje kobieta.

Łukasz Horbacz, prezes Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla (IGSPW), która zrzesza składy opałowe w całym kraju, przyznaje, że po zapowiedziach przedstawicieli rządu, iż węgiel będzie po 2 tys. zł za tonę, ruch w składach praktycznie zamarł. Ludzie wstrzymują się z zakupem, a składy przestały sprowadzać surowiec. – Wielu klientów wciąż dopytuje o węgiel za obiecywane 996,60 zł za tonę – przypomina prezes Horbacz.

Z danych IGSPW wynika, że zatowarowanie w składach jest o 80 proc. niższe niż rok temu o tej samej porze. To nie pierwszy raz w tym roku.

– W czerwcu, kiedy węgiel był w składach po 2 tys. zł za tonę, rząd namawiał Polaków, by go nie kupowali, bo na pewno stanieje – przypomina Horbacz i dodaje:

Teraz wyznaczają samorządom maksymalną cenę sprzedaży po 2 tys. zł za tonę i nie jest już ona za wysoka?

Ceny węgla

Ceny węgla szaleją, a słowa przedstawicieli polskiego rządu są – zdaniem ekspertów – natychmiast podchwytywane przez światowych traderów i producentów.

– Premier Mateusz Morawiecki, mówiąc publicznie, że rząd będzie sprowadzał miliony ton węgla, skąd się tylko da, nakręcił koniunkturę i wywindował ceny. Wyszliśmy na desperatów, płaciliśmy za węgiel drogo – ocenia jeden z analityków rynku, który prosi o anonimowość.

Jako przykład podaje ceny węgla kamiennego w portach ARA (Amsterdam–Rotterdam–Antwerpia), które są kluczowe dla dostaw różnych surowców. W czerwcu – kiedy rząd kupował węgiel – wynosiły one 381 dol. za tonę. Obecnie to już 269,5 dol. za tonę. Różnica to ponad sto dolarów za tonę.

Zdaniem naszego rozmówcy, gdyby węgiel nie był kupowany na górce cenowej, cena węgla sortowanego w porcie wynosiłaby teraz ok. 1,5 tys. zł za tonę. Tymczasem węgiel jest w portach po 2,1 tys. zł.

– Ktoś tu przepłacił – uważa nasz rozmówca. Dodaje, że rząd ma teraz twardy orzech do zgryzienia, bo musi ten drogi węgiel zbyć i wciąga do tej gry samorządy, których większość nie pali się do tej współpracy.

Zapytaliśmy Ministerstwo Środowiska i Klimatu, ile węgla z Indonezji zakontraktowano, czy w portach, po rozładunku, sprawdzana jest jego jakość i kto będzie wypłacał ewentualne odszkodowania za zniszczone piece węglowe.

Zapytaliśmy również spółkę PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna, która ma wprowadzić do sprzedaży dla odbiorców indywidualnych węgiel brunatny (zawartość siarki w polskim węglu brunatnym wynosi od 1 do nawet 6 proc., a jego popielność sięga nawet 50 proc.) o wolumen sprzedaży, cenę i parametry.

W obu przypadkach czekamy na odpowiedzi na nasze pytania.

Nasi rozmówcy doradzają, by domagać się okazania dokumentów przy zakupie węgla oraz by brać małe ilości na próbę (np. worek na początek).

Węgla zabraknie?

Łukasz Horbacz twierdzi, że wystarczą dwa tygodnie przymrozków, by węgla opałowego zabrakło. – Co z tego, że miliony ton półproduktu leżą w porcie, jeśli wymaga on czasochłonnego przetworzenia i uzyska się z niego maksymalnie 20 proc. węgla sortowanego? – pyta nasz rozmówca.

Według niego fakt, że płynie do nas jeszcze więcej milionów ton półproduktu sytuację zmienia w niewielkim stopniu. A dodatkowo prowizoryczna sieć dystrybucji w samorządach ruszy pewnie nie wcześniej niż w grudniu.

– Na wiosnę będziemy mieć nadmiar drogiego węgla z importu. Jeśli jednak zima będzie choćby umiarkowanie chłodna, doświadczymy kryzysu, jakiego Polska jeszcze nie widziała – uważa prezes Horbacz.

Katarzyna Bartman, dziennikarz money.pl

Rada Praw Człowieka ONZ: Ukraina odpowiada za zbrodnie wojenne na rosyjskich jeńcach

Rada Praw Człowieka ONZ: Ukraina odpowiada za zbrodnie wojenne na rosyjskich jeńcach

https://gloria.tv/post/929A3MaRhfUs4NyLgvhHy1Jkr

JEDEN Z INICJATORÓW WOJNY NA UKRAINIE, ONZ, WYDAJE WYROKI…

Ukraińscy żołnierze popełnili co najmniej dwie zbrodnie wojenne, rozstrzeliwując i torturując rosyjskich jeńców wojennych w obwodach charkowskim i kijowskim w marcu 2022 r., wynika z raportu opublikowanego we wtorek przez Komisję Rady Praw Człowieka ONZ, zajmującą dochodzeniem ws. sytuacji na Ukrainie.

„Komisja udokumentowała również dwa przypadki, w których ukraińskie siły zbrojne strzelały spowodowały obrażenia i torturowały wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich sił zbrojnych, co stanowi zbrodnię wojenną. Po ich schwytaniu żołnierze ci otrzymali status jeńców wojennych i byli chronieni zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym” – podkreślono w dokumencie.
Komisja wyjaśnia, że w pierwszym przypadku, w miejscowości Mala Rohan w obwodzie charkowskim, między 24 a 26 marca 2022 r. ukraińscy wojskowi celowo wystrzelili w nogi z bliskiej odległości trzem schwytanym żołnierzom Sił Zbrojnych Rosji i pobili jednego z nich kolbą karabinu podczas przesłuchania.

W drugim przypadku w okolicach Dmitrówki w obwodzie kijowskim 29 marca 2022 r. ukraiński żołnierz oddał trzy strzały z bliskiej odległości i ranił już rannego żołnierza rosyjskich sił zbrojnych. Na nagraniu widać innych nieruchomych rosyjskich żołnierzy w pobliżu, w tym jeden ma ręce związane za plecami i oczywistą raną głowy, co sugeruje, że najprawdopodobniej został stracony” – napisano w raporcie.

Rada Praw Człowieka ONZ: Ukraina odpowiada za zbrodnie wojenne na rosyjskich jeńcach

Lobotomia 3.0. Ciągle skrywana tajemnica śmierci ks. Jerzego Popiełuszki

Wojciech Sumliński https://gloria.tv/post/o2vCCvbNUMcp3R8gDByEqzPJk

2 listopada 1984 roku we wczesnych godzinach rannych na biurku pułkownika Adama Pietruszki, wicedyrektora Departamentu IV MSW, zadzwonił telefon, linia rządowa. Informacja od ministra spraw wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka była krótka i lakoniczna: konieczne jest natychmiastowe spotkanie, w cztery oczy. Gdy kilkanaście minut później pułkownik Pietruszka zameldował się w gabinecie generała Kiszczaka, ten z miejsca przystąpił do meritum.
„– Generale Pietruszka, trzeba dać się chwilowo zamknąć.
– Jak towarzyszowi ministrowi wiadomo, jestem pułkownikiem. A po wtóre o jakim zamknięciu mowa?
– Mój zwrot „generale”, to nie przejęzyczenie. To oczywisty koszt za zrealizowanie przez was trudnej roli.
– Ale dlaczego ja?
– Bo organizacyjnie Piotrowski przy was jest najbliżej.
– Organizacyjnie najbliżej, ale Piotrowski wykonuje jakieś tajemnicze zlecenia, w tym i to ostatnie, nad którym ja nie ma żadnej kontroli.
– Tym też się zajmę, a wasze organizacyjne usytuowanie będzie przejrzyste i do przyjęcia przez opinię publiczną. Unikniemy przez to prowadzenia sprawy w głąb.
– Nie będzie wyjaśnienia sprawy?
– A cóż tu wyjaśniać. Tu trzeba jak najszybciej publicznie się uwiarygodnić, a na wyjaśnienia przyjdzie czas.
– Nie! Niech to będą wiarygodniejsi, na przykład generałowie.
– To jeszcze gorzej, wyglądałoby na pucz generalski. A tutaj idzie o pryncypia.
– Nie!
– Słuchajcie, są sytuacje, w których się nie odmawia.
– Skoro tak wzniosła sytuacja, to dlaczego towarzysz minister rozpoczął od tak niskich względów? Dlaczego apeluje się do mojej próżności posługując się generalskim mirażem, a nie na przykład do zawodowej lojalności czy ideowości?
– Przepraszam, wyszło niezręcznie i trochę po kupiecku. Powinienem zacząć od potrzeby sytuacji, a nie od nagrody.
– Taką , i tak zdobytą, nagrodą nie jestem zainteresowany, a potrzeby niech zaspokaja ten, kto je wywołał.
– Zaczynamy filozofować udając niezrozumienie sytuacji.
– Bo ja jej nie rozumiem.
– Dobrze, jeszcze powrócimy do sprawy”.

8 czerwca 1990 roku ten niezwykły dialog został zapisany w protokole przyjęcia ustnego zawiadomienia o przestępstwie.
Treść rozmowy odtworzył z zapisków sporządzonych po rozmowie z Czesławem Kiszczakiem niedoszły generał. Przebywający wówczas w zakładzie karnym w Barczewie Pietruszka zapewniał, że zawiadomienie o przestępstwie, spisane w obecności dwóch przedstawicieli Komitetu Helsińskiego, Marka Nowickiego
i Andrzeja Rzeplińskiego, wiernie odzwierciedlało przebieg rozmowy z 2 listopada 1984 roku w gabinecie szefa MSW, który „za zrealizowanie trudnej misji” gwarantował generalskie szlify. Analizując ten niecodzienny dialog Kiszczaka z Pietruszką, wskazujący, że pułkownik miał być „kozłem ofiarnym”, nie wolno zapominać o jednym istotnym fakcie.
Nawet jeśli w tym konkretnym wypadku Pietruszka mówi prawdę – a wskazuje na to szereg innych dokumentów ze śledztwa rozpoczętego na początku lat dziewięćdziesiątych i kontynuowanego przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego – nie zmienia to faktu, że jako wicedyrektor Departamentu IV MSW jest współodpowiedzialny za zbrodniczą działalność podlegającej mu komórki. Jeżeli nawet pułkownik Adam Pietruszka nie brał bezpośrednio udziału w wykonaniu zbrodni, to jako wiceszef Departamentu aprobował wszystkie przestępcze posunięcia swoich podwładnych, którzy przez szereg miesięcy terroryzowali kapelana Solidarności. Co więcej, w kalendarzu Adama Pietruszki z 1984 roku, do którego dotarli prokuratorzy, znajduje się dyskredytujący pułkownika zapis: „Urodziny Czesława, a oni chcą 13”. Zapis ten wskazuje, że Pietruszka doskonale orientował się w zamiarach dotyczących zabójstwa, pierwotnie planowanego na 13 października 1984 roku, ale sam optował za wykonaniem akcji 19 października – w dzień urodzin Czesława Kiszczaka.

Tym samym Adam Pietruszka jest co najmniej współodpowiedzialny za wielomiesięczne prześladowania księdza Jerzego oraz za samą zbrodnię. Jego wyrażony wobec Kiszczaka protest wynikał najprawdopodobniej z przerażenia rolą, jaką generał mu wyznaczył: rolą najwyższego rangą przedstawiciela MSW odpowiedzialnego za zbrodnię, a zatem jej pomysłodawcy.
Rozmowa między szefem MSW generałem Czesławem Kiszczakiem i wicedyrektorem Departamentu IV MSW, niedoszłym generałem Adamem Pietruszką miała miejsce na kilka godzin przed aresztowaniem Pietruszki i kilka dni po innym niezwykłym wydarzeniu.
Rankiem 26 października 1984 roku Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili księdza Jerzego Popiełuszkę, zostali przywiezieni na miejsce zbrodni. W asyście funkcjonariuszy MO oprawcy zostali przyprowadzeni na tamę. Mieli wskazać, gdzie tydzień wcześniej – jak zeznali – wrzucili ciało zamordowanego księdza. Mimo nacisków i sugestii towarzyszących im milicjantów, Chmielewski i Pękala nie byli w stanie wskazać miejsca zrzucenia zwłok. W zgodnej relacji kilku świadków, m.in. nurków, którzy tego dnia znajdowali się na tamie i na podstawie wskazań oprawców mieli poszukiwać zwłok księdza, Pękala i Chmielewski sprawiali wrażenie całkowicie zdezorientowanych. Doszło do tego, że Leszek Pękala wskazał miejsce po drugiej stronie zapory, na tzw. górnej wodzie!
Wskazywałoby to, że Chmielewski i Pękala nie wiedzieli, gdzie wraz z Piotrowskim rzekomo wrzucili zwłoki do wody, co pośrednio potwierdzałoby wersję trzech rybaków, według których ciało księdza Popiełuszki miało zostać wrzucone do akwenu 25 października – dwa dni po zatrzymaniu Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego i Leszka Pękali. To z kolei oznaczałoby, że trzej funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili i katowali księdza, nie zatopili jego ciała w nurtach Wisły. (więcej o tym:25.X.1984 Ks.J.Popiełuszko jeszcze żył!!!Przerażające i długie męczeństwo Bł.Ks.Jerzego.
A to oznacza, że mieli wspólników w swojej zbrodni.
Kim byli ich kompani?
Dlaczego przez te wszystkie lata od czasu zbrodni trzej bezwzględni zbrodniarze z SB, którzy bestialsko pastwili się nad księdzem Jerzym i co najmniej doprowadzili go do granicy śmierci milczą?
Kogo i dlaczego od trzydziestu lat osłaniają?

W świetle relacji świadków i dokumentów, które opatrzono klauzulą najwyższej tajności, widać, że za kulisami zbrodni kryła się bardzo logiczna i przebiegła gra, a uprowadzenie i zamordowanie księdza stanowiło kombinację operacyjną na niespotykaną dotąd skalę, obliczoną na gigantyczny efekt. Widać zarazem, jak potężne środki zostały w tej grze użyte.
By to jednak zrozumieć trzeba cofnąć się do wydarzeń poprzedzających zbrodnię.
Latem 1984 roku decydująca rozgrywka była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Mimo to generał Wojciech Jaruzelski był zaniepokojony krótkim zastojem działań wobec kapelana Solidarności – spowodowanym, jak tłumaczyli odpowiedzialni za „problem księdza Popiełuszki” funkcjonariusze Departamentu IV MSW – kuracją szpitalną wiceministra spraw wewnętrznych Władysława Ciastonia. Jaruzelski był tak zaniepokojony, że zaalarmował kierownika Urzędu ds. Wyznań, profesora Adama Łopatkę, zobowiązując go do wzmożenia aktywności.
W homiliach z tamtego okresu ksiądz Popiełuszko odnosił się m.in. do kwestii uzależnienia Polski od Związku Radzieckiego.„Dzięki chrześcijaństwu jesteśmy powiązani z kulturą Zachodu i dlatego mogliśmy się oprzeć kulturom narzucanym przez wrogów”. Reakcja nastąpiła niemal natychmiast. 12 września 1984 roku atak na osobę księdza Jerzego Popiełuszkę przypuściły moskiewskie „Izwiestia”. W tekście „Lekcja za darmo” warszawski korespondent tej gazety ostro skrytykował władze PRL i zarzucił im, że tolerują „wystąpienia” księdza Popiełuszki, które są prowokacją wobec Związku Radzieckiego i mają na celu zburzenie przyjaźni między narodami Polski i ZSRR.
Generał Wojciech Jaruzelski miał świadomość, że żaden korespondent „Izwiestii” nie pozwoliłby sobie na krytykę najwyższych władz „bratniego kraju” bez zgody najwyższych moskiewskich czynników. Słusznie wnioskował, że to wyraźny i jednoznaczny sygnał do rozprawienia się z ośrodkiem żoliborskim i jego duchowym przywódcą. Impuls reprezentatywnego dla władz radzieckich pisma stanowił jedynie zewnętrzny wyraz ustaleń, które zapadły w gabinetach moskiewskich najwyższego szczebla. Bo i tej miary był to „problem”.
Oczywiste stało się, iż ksiądz Jerzy Popiełuszko „musi zamilknąć”, należy z nim postąpić „na granicy zawału” – te sformułowania były powtarzane na naradach roboczych u kapitana Grzegorza Piotrowskiego i pułkownika Adama Pietruszki.

Trzy dni po ukazaniu się artykułu w „Izwiestiach”, 15 września 1984 roku, zarządzono obserwację kontrwywiadowczą późniejszych sprawców uprowadzenia księdza – Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego, Leszka Pękali
i Adama Pietruszki. Według obowiązujących przepisów resortowych tylko minister spraw wewnętrznych był władny zarządzić obserwację funkcjonariuszy tego resortu. Meldunki z obserwacji jednocześnie spływały bezpośrednio na biurka Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego.
Fakt ten koreluje z inną informacją – Czesław Kiszczak trafił do MSW właśnie z kontrwywiadu wojskowego, którego szefem był w latach siedemdziesiątych. Choć obserwacja, stanowiąca część misternie przygotowanego planu gigantycznej operacji, opatrzona została klauzulą najwyższej tajności, Piotrowski został o niej ostrzeżony. Informację o tym, że ma „ogon”, przekazał mu znajomy z Biura „B” MSW, który za to ostrzeżenie trafił na trzy lata do więzienia (pod pretekstem skazania za przestępstwo pospolite). Reżim już we wrześniu 1984 roku wytyczał skład przyszłej ławy oskarżonych w przygotowywanym dla nich procesie przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu. W tamtym czasie działalność księdza Jerzego Popiełuszki, początkowo niewykraczająca poza struktury środowisk, w których pełnił posługę duszpasterską (służba zdrowia, hutnicy), z czasem objęła szerokie kręgi. Gromadzące rzesze wiernych Msze Święte, odprawiane przez księdza Jerzego w intencji Ojczyzny, zaczęły być dla władz reżimowych poważnym problemem. Parafia Św. Stanisława Kostki stała się ośrodkiem skupiającym działaczy podziemnej „Solidarności”, którego oddziaływanie nabrało z czasem charakteru ogólnopolskiego. Tak zwany problem księdza Jerzego Popiełuszki w szybkim tempie przeistaczał się z problemu jednego kapłana w poważny dylemat polityczny, istotny z punktu widzenia zachowania „kursu pogrudniowego”. Dalsza zgoda na działalność księdza mogła oznaczać odrodzenie ruchu solidarnościowego pozostającego poza kontrolą resortu spraw wewnętrznych.

Nie pomagały szykany stosowane przez resort w podobnych sytuacjach: groźby, prowokacje, próby oszczerczego ośmieszenia w wystąpieniach i brukowych artykułach Jerzego Urbana. W lipcu i sierpniu 1984 roku na mocy ustawy amnestyjnej więzienia opuściła większość działaczy niepodległościowych, z których część od razu przylgnęła do żoliborskiego ośrodka. Spotykali się tutaj ludzie różnych opcji, również światopoglądowo będący poza Kościołem – jedyną legalnie działającą instytucją, która w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych przeciwstawiała się – przeważnie nie otwarcie – reżimowym władzom PRL. Parafia Św. Stanisława Kostki była na tej „mapie oporu” najbardziej wyrazistym punktem w Polsce.
W tej sytuacji dalsze tolerowanie działalności księdza Jerzego Popiełuszki stało się dla władz nie do przyjęcia, tym bardziej, że grożące ze strony kapłana Solidarności niebezpieczeństwo dla socjalistycznego status quo w Polsce coraz bardziej niepokoiło także towarzyszy moskiewskich.
Wokół kapelana Solidarności zaciskała się niewidzialna pętla, nieuchronnie zbliżał się czas definitywnego „rozwiązania problemu Popiełuszki”.
Równocześnie w drugiej połowie września i na początku października ksiądz Jerzy otrzymywał znacznie więcej niż kiedykolwiek listów z pogróżkami i gróźb telefonicznych. Narastało zagrożenie, sytuacja księdza pogarszała się w błyskawicznym tempie, a jego los był już w tym momencie przesądzony: musiał zamilknąć, bądź – co bywa o wiele milej widziane przez każdą policję polityczną na świecie – mówić, ale jako jej przeobrażony współpracownik. Innymi słowy – jedyną szansą księdza było ocalenie życia za cenę pogrzebania ducha.

W zamyśle reżimowych władz rozwiązanie „problemu” miało nastąpić poprzez wysłanie księdza do Rzymu – po uprzednim zwerbowaniu – bądź poprzez stopniowe osaczanie i izolowanie kapłana – co miałoby poprzedzić „ostateczne rozwiązanie”.
SB miało wśród kościelnych hierarchów wyrobić księdzu Popiełuszce opinię karierowicza. Funkcjonariusze realizowali to zadanie z właściwą dla SB perfidią
i cynizmem. SB deprecjonowała dokonania i samą osobę księdza Jerzego w oczach przedstawicieli Kościoła, a jednocześnie prowadziła działania obserwacyjne, osaczała go agentami i tajnymi współpracownikami. Latem 1984 roku kilku funkcjonariuszy w samochodach śledziło księdza non stop. Wzmożono wokół niego – i tak już bardzo intensywne – działania inwigilacyjne, organizując siatkę informacyjną na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki, kierowaną przez SB.
Praktycznie nie było tygodnia, by hutnicy starający się chronić księdza Jerzego nie znajdowali nowych aparatur podsłuchowych, „pluskiew”, lokowanych na parafii przez agentów SB. Monitorowany był każdy krok i każde spotkanie kapelana Solidarności.
W tamtym czasie ksiądz Jerzy mówił na spotkaniach z najbliższymi współpracownikami, że zaczyna tracić zaufanie do swojego kierowcy Waldemara Chrostowskiego, poważnie rozważał zatrudnienie innego kierowcy, ale właśnie wtedy, we wrześniu 1984 roku, doszło do wydarzenia, które zmusiło księdza do odstąpienia od zamierzeń względem Chrostowskiego. Na miesiąc przed uprowadzeniem, nigdy nie ustaleni sprawcy podpalili mieszkanie kierowcy księdza. Skutek by taki, że zamiast rozstać się z Waldemarem Chrostowskim, ksiądz Jerzy pozwolił mu – jako czasowo bezdomnemu – zamieszkać u siebie i od tego momentu, aż do uprowadzenia miał go już non stop przy sobie. W całej sprawie – jak pokazał czas – było jednak drugie dno. Prowadzone kilka lat później przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego śledztwo wykazało, że w wieczór poprzedzający podpalenie, Waldemar Chrostowski wyniósł z mieszkania wszystkie cenne rzeczy: kolorowy telewizor, magnetowid – w pierwszej połowie lat 80 był to absolutny unikat – i wiele innych.

Czy mogło być dziełem zwykłego przypadku, że jednego wieczora – jak ustalił prokurator Andrzej Witkowski – wyniesiono z mieszkania wszystkie cenne rzeczy, a już następnego wieczora mieszkanie spłonęło, co, de facto, uniemożliwiło księdzu Jerzemu rozstanie z kierowcą?
Dla prokuratora Witkowskiego, który nie wierzył w taką zbieżność wydarzeń, sytuacja ta stanowiła potwierdzenie innych dowodów i przesłanek dotyczących Waldemara Chrostowskiego, które złączone w całość wskazywały, że kierowca księdza Jerzego mógł odegrać w całej sprawie niezwykle cyniczną rolę.
Jakie to były dowody i przesłanki?

2 lutego 1984 roku Waldemar Chrostowski został zarejestrowany przez sekcję I Wydziału IV Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) w Warszawie pod numerem 39785 jako zabezpieczenie operacyjne (ZO) do sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Popiel”. Rejestracji dokonał porucznik Włodzimierz Fijał z IV SUSW, a od listopada 1984 materiały dotyczące osoby Chrostowskiego były w gestii pułkownika Edwarda Janczury, szefa powołanej w ramach MSW Samodzielnej Grupy Operacyjnej. (Miarą znaczenia ZO lub tajnego współpracownika była ranga prowadzącego go funkcjonariusza – w tym przypadku bardzo wysoka). Nie wiadomo, jak przebiegało „rozpracowanie”, bowiem w grudniu 1989 roku teczka z materiałami dotyczącymi Waldemara Chrostowskiego została zniszczona – jak to określono – „z powodu braku jakiejkolwiek wartości operacyjnej”. Na trzeciej karcie ewidencyjnej dotyczącej kierowcy księdza Popiełuszki zachowała się jednak informacja, w której obok personaliów Waldemara Chrostowskiego podano także jego pseudonim operacyjny: „Desperat”. To, jak wynika z notatki IPN, bardzo ważna informacja. Wskazuje bowiem, że status zarejestrowanego uległ zmianie przez sam fakt nadania mu pseudonimu operacyjnego, co „w praktyce MSW odnosiło się wyłącznie do kandydata na tajnego współpracownika bądź tajnego współpracownika”.

Czy oznacza to, że Waldemar Chrostowski mógł zostać pozyskany przez Służbę Bezpieczeństwa do udziału w uprowadzeniu i zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki? Trudno to definitywnie stwierdzić w oparciu o twarde dowody, gdyż te nie istnieją – „teczka” Waldemara Chrostowskiego została zniszczona w grudniu 1989 roku. W dokumentach IPN zawarto jednak następującą adnotację: „>Desperat< najprawdopodobniej był jednym z kluczowych źródeł operacyjnych aktywnie wykorzystywanych w sprawie o kryptonimie >Popiel<. Elementem również przemawiającym na rzecz wykorzystania >Desperata< w ramach sprawy operacyjnego rozpracowania kryptonim >Popiel< są zapisy na karcie o symbolu EO – 4A/77 (karta odsyłaczowa – zastawnikowa) dotyczącej Waldemara Chrostowskiego. Adnotacja odnośnie jednostek SB, które prawdopodobnie dokonywały tzw. koordynacji (m.in. Wydział V SUSW, Wydział II i Wydział III Departamentu III, Wydział IV WUSW Toruń) dowodzić mógłby kluczowego zainteresowania osobą Waldemara Chrostowskiego. Szczególną uwagę budzi adnotacja: „19 X 1984 r. – Wydział IV WUSW Toruń, szyf. 4022, brak powodu zapytania, b. pilne”, co może mieć związek z datą rozpoczęcia akcji uprowadzenia, a następnie pozbawienia życia księdza Jerzego Popiełuszki przez grupę z Departamentu IV MSW. Tym samym zarejestrowanie Waldemara Chrostowskiego w ewidencji operacyjnej SUSW w Warszawie nie mogło ograniczać się jedynie do tzw. zabezpieczenia operacyjnego w tak kluczowej sprawie i wysoce prawdopodobne jest, że przybrało ono pełną rangę operacyjnego źródła SB (informator, agent, rezydent, konsultant, kontakt operacyjny). Zasadniczym wnioskiem, jaki wypływa z zapisów znajdujących się na kartach ewidencyjnych, zwłaszcza we fragmencie mówiącym o zniszczeniu materiałów dot. W. Chrostowskiego o nr rej. 39785 i materiałów sprawy o kryptonimie >POPIEL< zarchwizowanych w Biurze >C< MSW, których, jak ustalono, brak w zasobie IPN, jest brak możliwości dalszego pogłębienia kwerendy, a przede wszystkim uzyskania pełniejszych informacji odnośnie roli i znaczenia W. Chrostowskiego w sprawie o kryptonimie POPIEL”.

Rangę tego faktu podnosi inny fakt.
31 sierpnia 1987 roku mecenas Edward Wende, twierdząc, że występując w imieniu Waldemara Chrostowskiego, kierowcy, współpracownika i przyjaciela księdza Jerzego Popiełuszki, zawarł z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych ugodę opatrzoną klauzulą najwyższej tajności. Jej przedmiotem były wydarzenia z 13 i 19 października 1984 roku, związane z uprowadzeniem księdza Jerzego.
„Poszkodowany przyznaje, że wyłączną odpowiedzialność za wyrządzoną mu krzywdę ponoszą osoby skazane wyrokiem sądu Wojewódzkiego w Toruniu w dniu 7 lutego 1985 roku. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mając na uwadze, iż czyn oskarżonych godził nie tylko w zdrowie poszkodowanego, ale i w interes Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – a zwłaszcza w bezpieczeństwo wewnętrzne oraz to, że wobec długotrwałych kar pozbawienia wolności nie będą oni w stanie zaspokoić słusznych żądań W. Chrostowskiego postanawia, kierując się pobudkami humanitarnymi, wynagrodzić powstałą szkodę ze środków budżetowych. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oceniając charakter obrażeń ciała poszkodowanego, stopień uszkodzenia przedmiotów osobistego użytku oraz rozmiar wyrządzonej mu krzywdy, zmniejszającej możliwości zarobkowe oraz widoki powodzenia na przyszłość, zobowiązuje się wypłacić, a pełnomocnik Waldemara Chrostowskiego przyjąć tytułem odszkodowania łączną kwotę 1 650 000 zł, z tym, że zaspokojenie roszczenia obejmuje:

– zadośćuczynienie 600 000 zł,
– odszkodowanie za straty materialne spowodowane wypadkiem, w postaci zniszczonych przedmiotów, utraconych dochodów i kosztów dożywiania 250 000 zł,
– odszkodowanie jednorazowe w miejsce renty wyrównawczej 800 000 zł,
ogółem 1 650 000 zł
Pełnomocnik adwokat Edward Wende w imieniu poszkodowanego Waldemara Chrostowskiego oświadcza, że wypłacona mu kwota stanowi pełną rekompensatę za wyrządzoną szkodę oraz zrzeka się dalszych roszczeń z tytułu obecnych, jak i mogących się ujawnić w przyszłości następstw zdarzeń z dnia 13 i 19 października 1984 roku zarówno w stosunku do Skarbu Państwa jak i sprawców przestępstwa”.
Niezwykłe to zobowiązanie, podobnie jak sama ugoda.
Było coś niepojętego w decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, łamiącego wszelkie obowiązujące wówczas kanony postępowania, czyli wyrażającego zgodę na wypłatę gigantycznego na owe czasy odszkodowania, w dodatku przedstawicielowi wrogiej opozycji.
Przez kilkadziesiąt lat treść tej ugody, pieczętującej oficjalną wersję zdarzeń, pozostawała opatrzona klauzulą najgłębszej tajemnicy.
Jak wyjaśnić tę ugodę?

Dlaczego mecenas Edward Wende nigdy nie ujawnił jej treści?
Utajnione dokumenty, do których dotarli prokuratorzy z ekipy śledczej Andrzeja Witkowskiego, wskazują jednoznacznie, że decyzja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych to element logicznej, konsekwentnej i przebiegłej gry. Gry, w której stawką było nie „tylko” ujawnienie prawdy o najbardziej tajemniczej zbrodni PRL. Gry, która zaczęła się na długo przed zamordowaniem kapelana Solidarności i która dotąd nie została zakończona.
Czy to przypadek, że dwóch niezależnych biegłych profesorów, specjalistów z zakresu materiałoznawstwa i włókiennictwa, w oparciu o dokonane analizy w sposób jednoznaczny wykluczyło wersję ucieczki przedstawioną przez Chrostowskiego?
Dlaczego kajdanki, które rozpięły się Chrostowskiemu w trakcie skoku, miały nadpiłowane ząbki?
Pytania można mnożyć w nieskończoność.

Z analizy Procesu Toruńskiego, zeznań złożonych przez świadków prokuratorowi Witkowskiemu i jego współpracownikom oraz zgromadzonych przez nich dokumentów wynika jednoznacznie, że dotychczas ujawniono bardzo niewiele z prawdy o najbardziej tragicznej i tajemniczej akcji SB, zaszyfrowanej przez służby specjalne PRL, jako operacja kryptonim „POPIEL”.
Pewne jest jedno: uprowadzenie księdza Jerzego i sama zbrodnia miała zupełnie inny przebieg, niż przyjmuje się w powszechnie obowiązującej do dziś wersji. Wersję tę uwiarygodnił człowiek, którego rola w tej historii nie została dotąd wyjaśniona.
Większość wskazanych tu faktów miała miejsce w momencie uprowadzenia księdza Jerzego lub była jego bezpośrednim skutkiem, a wiedza o nich została odkryta dopiero wiele lat później. Siłą rzeczy we wrześniu i październiku 1984 roku sam ksiądz nie mógł mieć przytaczanej tu wiedzy. A jednak intuicyjnie wyczuwał, zapewne w oparciu o przesłanki i obserwację własną, że powinien rozstać się z Chrostowskim.
I tak prawdopodobnie by się stało, gdyby nie tajemnicze spalenie mieszkania Waldemara Chrostowskiego, którego okoliczności nigdy nie zostały wyjaśnione, a sprawcy nigdy nie odnalezieni…
Z zeznań świadków wynika, że istotną rolę w siatce szpiegującej i inwigilującej księdza Jerzego odegrało m.in. kilku hutników z jego ochrony.
„Mieliśmy świadomość, że jesteśmy inwigilowani przez Służbę Bezpieczeństwa, dlatego musieliśmy zachowywać wstrzemięźliwość w dzieleniu się informacjami. Ja ze swojej strony byłem poinformowany, że wśród nas działa agent Służby Bezpieczeństwa o damskim pseudonimie – nie wiem, czy to była kobieta. Mieliśmy też świadomość, że w pomieszczeniach parafii zainstalowany jest podsłuch. Po śmierci księdza Jerzego znaleźliśmy w jego mieszkaniu trzy tzw. pluskwy – jedną w zamku od drzwi, drugą w rozetce przy żyrandolu i trzecią w nieczynnym piecu kaflowym.
W mieszkaniu księdza proboszcza Teofila Boguckiego, w toalecie, również znaleźliśmy taką pluskwę. Dlatego nawet we własnym gronie, w pomieszczeniach parafii, staraliśmy się rozmawiać tylko o sprawach organizacyjnych” – zeznał prokuratorom Jan Marczak, szef służby porządkowej na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki.

Równie interesującego odkrycia dokonał przewodniczący mazowieckiej Solidarności, Seweryn Jaworski. Latem i wczesną jesienią 1984 roku Karol Sz., jeden z zaufanych hutników, niespodziewanie zaczął mocno naciskać na księdza Jerzego, by ten wyjechał do Rzymu. Nalegania w tej sprawie były na tyle intensywne, że doprowadziły do poważnej scysji między Karolem Sz., a księdzem Jerzym. Całe wydarzenie można by potraktować w kategoriach troski o kapłana, gdyby nie jeden, na pozór marginalny, fakt.
Żona Karola Sz., stewardessa latająca na liniach międzynarodowych, w okresie poprzedzającym nagłe zainteresowanie jej męża wyjazdem księdza do Rzymu, została zawieszona w pracy, bo „mąż rozrabia z księdzem Popiełuszką”.
Poproszona przez przełożonych, by hutnik napisał tylko jeden raz „notatkę”, z kim ksiądz Jerzy spotyka się na plebanii, zgodziła się pomówić o tym z mężem. Jakich użyła argumentów – nie wiadomo. Wiadomo za to, że mąż stewardessy napisał jedną „notatkę” – a potem już musiał pisać podobne „notatki” kilka razy w tygodniu. Jak ustalili prokuratorzy z zespołu Andrzeja Witkowskiego, niedługo potem i już po naciskach na księdza zmierzających do jego wyjazdu do Rzymu, żona hutnika wróciła na linie międzynarodowe.
„Karol Sz. podpisał tak zwaną lojalkę, do czego się przyznał dopiero wiele miesięcy później, gdy dowiedzieliśmy się o tym z innego źródła. Karol Sz. powiedział, że musiał podpisać, bo jego żona była stewardessą i gdyby on lojalki nie podpisał, to ona nie mogłaby wykonywać zawodu” – zeznał prokuratorom Alfred Burakowski.

Takimi prostymi, nieomal „kosmetycznymi” metodami Służba Bezpieczeństwa „łamała” współpracowników księdza Jerzego i doprowadzała do coraz większej jego samotności i izolacji.
Represje ze strony Służby Bezpieczeństwa, inwigilacja, agenturalne – tylko po części rozpoznane – otoczenie, niezrozumienie, ostra krytyka ze strony kościelnych hierarchów i rosnące poczucie zagrożenia oraz osamotnienia – wszystkie te elementy prowadziły do narastania w księdzu Jerzym poczucia osaczenia.
System urabiania, zastraszania i „łamania” osób otaczających kapelana Solidarności okazał się nieprawdopodobnie skuteczny.
W terroryzowaniu współpracowników księdza Jerzego brali udział nie tylko etatowi funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, ale też pozostający na ich usługach
i funkcjonujący pod ich parasolem ochronnym także w III RP pospolici przestępcy.
Z notatki urzędowej sporządzonej przez jednego z prokuratorów z zespołu śledczego Andrzeja Witkowskiego wynika, że jednym z nich był J. – działający w bliskim otoczeniu księdza, podejrzewany o dokonywanie przestępstw kryminalnych, któremu „dziwnym trafem” udawało się uniknąć odpowiedzialności.

Terroryzowanie kapelana Solidarności i otaczających go osób rękoma pospolitych przestępców – ten diaboliczny pomysł w zestawieniu z innymi działaniami SB przynosił oczekiwane przez pomysłodawców efekty. Prześladowania Służby Bezpieczeństwa znacząco przerzedziły krąg przyjaciół Popiełuszki i odcisnęły piętno na nim samym. Skalę prześladowań Służby Bezpieczeństwa i wynikającego z nich osamotnienia księdza Jerzego potwierdzają zeznania współpracującej z kapłanem sędzina Joanny Sokół.
„We wrześniu 1984 roku wszczęto wobec mnie postępowanie dyscyplinarne. Jako zarzut, postawiono mi, z tego co pamiętam, okazywanie sympatii i uznania podejrzanemu Popiełuszce. Pod koniec sierpnia 1984 roku pani sędzia z wydziału karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie przeprowadziła ze mną rozmowę, w trakcie której zarzuciła mi, że ja utrzymuję kontakty z księdzem Popiełuszką. Zażądała, abym zaprzestała tych kontaktów. Odpowiedziałam na to, że to jest moja prywatna sprawa, z kim ja utrzymuję kontakty po godzinach pracy. Nie było dla mnie zrozumiałe, z jakiej racji ta pani ze mną w ten sposób rozmawia – nie byłam ani członkiem partii, ani kandydatem, nie miałam z nimi nic wspólnego. Nie pamiętam imienia i nazwiska tej pani sędzi. Jej syn orzeka obecnie w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Potem, jak mówiłam, prowadzono przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne zakończone orzeczeniem, w wyniku którego orzeczono wobec mnie karę dyscyplinarną przeniesienia na niższe stanowisko. Zorientowano się, że nie ma specjalnie niższego stanowiska, na które można było mnie przenieść, w związku z tym rzecznik dyscyplinarny odwołał się od tego orzeczenia. Rozprawa odwoławcza odbyła się w dniu 10 stycznia 1985 roku w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zakończyła się prawomocnym orzeczeniem Komisji Dyscyplinarnej Odwoławczej o usunięciu mnie z pracy ze skutkiem natychmiastowym. W tamtym okresie, poza mną, z tego samego powodu została usunięta z pracy w sądzie ówczesna urzędniczka Sądu Wojewódzkiego w Warszawie – Mirosława Polakiewicz Szelenbaum, obecnie Polakiewicz Burek. Nie pracuje w sądzie, nie chciała wrócić. Razem z tą panią byłyśmy spisane w okolicy Placu Bankowego, kiedy to odprowadziłyśmy księdza Popiełuszkę na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich. (…) W lecie 1983 roku doszło do mojej świadomości, że teraz to samego księdza należało chronić w związku z tym, że zaczęto prowadzić przeciwko niemu dochodzenia. W ostatnim okresie życia księdza, przez cały 1984 rok, pozostawałam blisko księdza Popiełuszki. Ubywało osób z najbliższego otoczenia księdza. Atmosfera zastraszenia otaczająca księdza w miarę upływu czasu „gęstniała”.
Joanna Sokół była ostatnią bliską osobą, z którą pożegnał się ksiądz Jerzy. Przed wyjazdem do Bydgoszczy kapelan Solidarności poprosił, bym zaopiekowała się jego psem Tajniaczkiem. Gdy już się rozstali, ksiądz zawrócił, jeszcze raz się z nią pożegnał i uściskał Tajniaczka.
W październiku 1984 roku grunt pod „ostateczne rozwiązanie” tzw. problemu Popiełuszki był przygotowany w najdrobniejszych szczegółach. Trwające od wielu miesięcy przygotowania SB do decydującej rozgrywki dobiegały celu: osaczony przez Służbę Bezpieczeństwa, opuszczony przez własne środowisko, zdradzony przez najbliższych współpracowników ksiądz Jerzy Popiełuszko samotnie zmierzał ku swemu przeznaczeniu…

Wojciech Sumliński

Tajemnica śmierci ks. Jerzego-samotnie ku przeznaczeniu

EUROPEJCZYCY WINNI

Komentarz Eleison nr DCCXCVI (796)

15 października 2022 https://fsspxr.wordpress.com/komentarze-eleison/

Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona

Jest stare dobre przysłowie, być może chińskie, które mówi: „Mądry człowiek obwinia siebie, głupiec obwinia innych”. Nie oznacza to, że inni nigdy nie są winni, ale kiedy uznam, że ponoszę choćby część winy, to mogę sam być zdolny zrobić przynajmniej coś w tej sprawie, podczas gdy często ryzykuję, że będę bezsilny, próbując nakłonić tych, których chcę obwinić, do zrobienia czegokolwiek. Na przykład w dzisiejszym pędzie ku potencjalnej katastrofalnej trzeciej wojnie światowej niektórzy Europejczycy ulegają pokusie obwiniania Stanów Zjednoczonych lub Żydów stojących za Stanami Zjednoczonymi za samobójczą ślepotę narodów europejskich, zachowujących się jak marionetki Stanów Zjednoczonych. Ale w szerszej perspektywie Europejczycy byliby mądrzejsi, gdyby obwiniali samych siebie.

To prawda, że Żydzi sprawują ogromną władzę w Stanach Zjednoczonych, tak że według doniesień czterech z pięciu członków gabinetu, przy pomocy którego prezydent Biden rządzi krajem, to Żydzi, co bez wątpienia jest jednym z powodów, dla których zyskał on przydomek „Prezydent Bidenstein”. Ale któż jest odpowiedzialny za wybór prezydenta Bidena, lub przynajmniej za to, że nie wystąpił przeciwko totalnemu oszustwu jego „wyboru” w 2020 roku, jeśli nie naród amerykański jako całość?  A jeśli Europejczycy chcą obwiniać Amerykanów jako całość, to kim są Amerykanie, jeśli nie zasadniczo potomkami Europejczyków, którzy wyemigrowali za Atlantyk od czasów reformacji? Czyż odpowiedź Charlesa Coulombe’a na pytanie, kto jest kluczową postacią w historii USA, choć zaskakująca na pierwszy rzut oka, iż jest nią Anglik – król Henryk VIII, nie jest w rzeczywistości bardzo słuszna?  Coulombe nazwał swoją historię Stanów Zjednoczonych „Postępem Purytanów”. Religia ma tu bowiem decydujące znaczenie.

Bliżej naszych czasów, kto inny, jak nie Europejczyk, podpisał Deklarację Balfoura, obiecującą Żydom Ziemię Świętą, jeśli wciągną USA w I wojnę światową po stronie Anglii i Francji? I kto, jeśli nie Europejczycy, dla osiągnięcia tego samego celu, zaaranżowali podstępne zatopienie „Lusitanii” ?  Kto, jeśli nie Europejczycy, był odpowiedzialny za to, że amerykańscy żołnierze przechylili szalę wojny na niekorzyść Niemiec w 1918 roku, zapewniając tym samym, że amerykańscy dyplomaci, z ich prezydentem Wilsonem, odegrają również zdecydowaną rolę w kształtowaniu Traktatu Wersalskiego w 1919 roku, który miał doprowadzić do wybuchu II wojny światowej? 

A kiedy wybuchła w 1939 roku, co stało się wielką nadzieją Europy, by przeciwstawić się potędze militarnej odrodzonych Niemiec, jeśli nie ponowne sprowadzenie na pomoc Stanów Zjednoczonych, co też prezydent Roosevelt osiągnął podstępem w Pearl Harbour w 1941 roku?  A po II wojnie światowej, kto, jeśli nie Europejczycy, polegał na Stanach Zjednoczonych, aby utworzyć i w dużej mierze zapłacić za sojusz obronny NATO, aby chronić Europę Zachodnią przed groźbą inwazji Armii Czerwonej ZSRR? Czy można winić prezydenta Trumpa za to, że chciał, aby Europa płaciła za swoją własną obronę?

Ale dlaczego Amerykanie mieliby rację uważając Europejczyków, wtedy i teraz, za zbyt tchórzliwych i zniewieściałych, by byli w stanie sami bronić „Zachodu”? Ponieważ, jak powiedział Hilaire Belloc: „Wiara to Europa, a Europa to wiara”. Tymczasem Europa stale traci Wiarę, w szczególności od czasu reformacji, która otworzyła drogę judeomasonerii do rozpoczęcia przekształcania „chrześcijaństwa” w „cywilizację zachodnią”, poprzez proces dekadencji, który osiągnął swoje apogeum wraz z Soborem Watykańskim II (1962-1965). To nie Potomac, rzeka Waszyngtonu, stolicy USA, ale cztery kraje Renu, które wpadły do rzymskiego Tybru: Francja, Niemcy, Holandia i Belgia.

Europejczycy mogą zarzucić Soborowi Watykańskiemu II „amerykanizację” Kościoła, i jest w tym sporo racji. Amerykańscy kardynałowie i biskupi na Soborze energicznie promowali przyjęcie przez Kościół Katolicki ideału „wolności religijnej” z ich własnego kraju, nie mieli oni jednak większości głosów na forum Soboru. Kto miał?  Francuzi, Niemcy, Holendrzy i Belgowie.  To właśnie oni doprowadzili do chwilowego zwycięstwa liberalizmu nad Kościołem katolickim, ale miejmy cierpliwość.  Wszechmogący Bóg nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Kyrie eleison.

Rekordowa liczba kandydatów w seminariach Bractwa św. Piusa X

https://www.bibula.com/?p=136733

Rokrocznie na początku października do seminariów duchownych Bractwa św. Piusa X na półkuli północnej przybywają nowi kandydaci do kapłaństwa; na półkuli południowej ma to miejsce w marcu. W tym roku do służby Bogu zgłosiło się wyjątkowo liczne grono młodych mężczyzn: pierwszy etap przygotowań seminaryjnych, tak zwany rok duchowości, rozpoczęło prawie osiemdziesięciu.

Nowi seminarzyści w Zaitzkofen

W rozbiciu na poszczególne seminaria wygląda to następująco:

– Seminarium św. Tomasza z Akwinu w Dillwyn (USA): 25 Amerykanów, dwu Kanadyjczyków i Brazylijczyk.

– Seminarium Najświętszego Serca Pana Jezusa w Zaitzkofen (Bawaria): dziewięciu Polaków, sześciu Niemców, dwóch Chorwatów, Austriak, Duńczyk, Holender i Węgier. – To najliczniejsza grupa nowych kandydatów w całej historii tego seminarium. Wzrost powołań w ostatnich latach spowodował, że w budynku nie ma już wolnych miejsc i seminarium będzie musiało zostać rozbudowane.

– Seminarium św. Proboszcza z Ars we Flavigny (Francja): 14 Francuzów, dwóch Włochów oraz Anglik, Brazylijczyk, Hindus, Lankijczyk i Szwajcar. Po ukończeniu roku duchowości klerycy kontynuują formację w szwajcarskim Ecône.

– Seminarium Matki Bożej Współodkupicielki w La Reja (Argentyna): dwóch Argentyńczyków, dwóch Brazylijczyków, dwóch Meksykanów, Chilijczyk, Nigeryjczyk i Nikaraguańczyk.

79 zgłoszeń w ciągu jednego roku kalendarzowego to największa roczna liczba kandydatów do seminariów Bractwa! Jest to sposobność, aby złożyć serdeczne podziękowanie Panu Żniwa, ponieważ w obecnym świecie każde powołanie jest swego rodzaju małym cudem. Musimy zatem bezustannie modlić się: po pierwsze o zachowanie powołań mężczyzn rozpoczynających formację w seminariach, po wtóre zaś o nowe żniwa, równie albo i bardziej obfite.

Panie, daj nam świętych kapłanów!

Źródło

Za: Wiadomości Tradycji Katolickiej – news.fsspx.pl (17 października 2022) | https://news.fsspx.pl/2022/10/rekordowa-liczba-kandydatow-w-seminariach-bractwa-sw-piusa-x/

Wojna i deficyt węgla nie przekonały rządu, który nadal likwiduje górnictwo. Markowski: „Idzie na to 8 mld zł”

Martyna Urban 18/10/2022 https://www.slazag.pl/wojna-i-deficyt-w%C4%99gla-nie-przekona

Ani wojna, ani kryzys w żaden sposób nie zmieniły oficjalnej polityki państwa wobec górnictwa. W dalszym ciągu obowiązują wszystkie rygory przeciwko inwestycjom górniczym, wszystkie mechanizmy redukcji poziomu wydobycia. W dalszym ciągu budżet państwa dotuje likwidację kopalń. 8 mld zł przeznaczonych jest przecież na zakłady, które zmniejszają wydobycie – komentuje Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki, ekspert górniczy.

Markowski na antenie Radia Piekary podkreślał paradoks dzisiejszego deficytu węgla, z którym borykamy się w Polsce. Zapasy węgla mamy najmniejsze od 15 lat, a wydobycie w sierpniu było najniższe w tym roku. Przez 8 miesięcy roku 2022 kopalnie wydobyły 600 tys. ton węgla mniej niż w roku ubiegłym. Mimo zwiększonych potrzeb po nałożeniu embarga na węgiel rosyjski.

– W obiegu administracyjno-decyzyjnym po wybuchu wojny na Ukrainie nie wydarzyło się w Polsce nic, co by dało szansę na zmniejszenie głodu węglowego w Polsce. Tytułem własnej produkcji – mówił Markowski. – Polska Grupa Górnicza już czwarty rok z rzędu zmniejsza swoje wydobycie. Dla mnie irytujące jest to, że stan, który jest przedmiotem zmartwienia całej klasy politycznej w kraju, nie wywołuje żadnej refleksji w zakresie polityki inwestycyjnej w górnictwie. Jeszcze raz podkreślę: jedynym sposobem na to, by dziś zmniejszyć deficyt węgla nie jest jego większy import, tylko zwiększenie wydobycia w Polsce. A to jeszcze jest możliwe.

Były wiceminister gospodarki zaznaczał, że trudno zrozumieć politykę państwa, która – 8 miesięcy po wybuchu wojny na Ukrainie – nadal likwiduje górnictwo w tempie sprzed rosyjskiej agresji na Wschodzie i kryzysu surowcowego.

– Wojna, kryzys – cała ta nadzwyczajna sytuacja w żaden sposób nie zmieniła oficjalnej polityki państwa wobec górnictwa. W dalszym ciągu obowiązują wszystkie rygory przeciwko inwestycjom górniczym, wszystkie mechanizmy redukcji poziomu wydobycia. W dalszym ciągu budżet państwa dotuje likwidację kopalń. 8 mld zł przeznaczonych jest przecież na zakłady, które zmniejszają wydobycie – mówi Markowski.

Samorządy i handel węglem

Rozwiązania? W piątek, 14 października rząd przyjął projekt, dzięki któremu samorządy otrzymały zezwolenie na sprzedaż węgla po określonej cenie. Zgodnie z ustawą jego cena za tonę nie może przekroczyć 2 tys. zł. Natomiast gmina będzie nabywać go za kwotę 1,5 tys. zł. Różnica wynika przede wszystkim z kosztów dystrybucji opału.

Markowski uważa, że pomysł sprzedaży przez gminy nie został przemyślany przez rząd. Jego zdaniem samorządy, które będą musiały podjąć się tego zdania, nie mają kadr, kompetencji, ani infrastruktury.

Nie dziwię się, że w tej sytuacji, kiedy mają takie zadanie, a nie potrafią tego robić, gminy sięgają po pomoc wyspecjalizowanych firm, które dotychczas zajmowały się obrotem węglem, bo te to potrafią robić. Mają kadry, własne składowiska, nie mówiąc o odpowiednim sprzęcie – powiedział na antenie Radia Piekary.

Według Markowskiego wyjaśnił, iż powodem wyboru gminy na potencjalnego sprzedawcę węgla może być narzucona niska marża sprzedaży węgla.

Na samorządy łatwiej narzucić niższą marżę niż na sprzedawców węgla. Jest to organ zależny od państwa, a ludzie którzy sprzedają węgiel zawodowo są związani wyłącznie kodeksem spółek handlowych, dlatego mogą robić to na co rynek pozwala, czyli np. stosować wyższe marże.

Gość Radia Piekary zaznaczył, że ten sam mechanizm można było zastosować do przedsiębiorstw zajmujących się sprzedażą węgla. Jego zdaniem proces przebiegłby sprawniej, a gminy zostałyby odciążone.

Handlarze są sobie winni?

Jak zauważa były wiceminister gospodarki, można zrozumieć, że w jakimś sensie winę za zmiany przyjęte 14 października przez rząd, ponoszą przedsiębiorstwa zajmujące się sprzedażą węgla, które narzucały zbyt wysoką marżę na sprzedawany węgiel.

– Handlarze wykorzystali różnicę w cenie, ponieważ kupowali węgiel przykładowo za 800 zł za tonę, a sprzedawali go, kiedy jego cena na rynku sięgnęła kwoty trzech tysięcy zł. Dlatego postanowili w części skorzystać z tego i podnieśli swoje ceny, a ktoś z rządu uznał, że kwoty są za wysokie i przeniósł te obowiązki na samorządy – tłumaczy Markowski.

Polityk podsumował. że węgla powinno wystarczyć na nadchodzący sezon zimowy, jednak nie jest to ten rodzaj, który powinien być wykorzystywany. – Jest to węgiel, który przychodzi do Polski dla wszystkich, czyli miał. Mało jest tam węgla grubego, a na ten na rynku jest największy popyt.

========================

mail:

Plan Morgenthaua (przedstawiony 9 września 1944 roku w trakcie  brytyjsko-amerykańskiej konferencji w  m. Quebec) przewidywał LIKWIDACJĘ niemieckiego przemysłu ciężkiego. Pan został ostatecznie odrzucony przez Roosevelta w listopadzie 1944 r. 

OBECNIE stosowany jest do Polski.

Dlaczego wierzyli Gutom, Simonom, Gatesom, Niedzielskim i innym szkodnikom i głupcom

https://gloria.tv/post/A6BChgSVAUNw4SmWTJvuCtzZX

Uważajcie. Stu pasażerów zajmuje miejsca w samolocie. Na pokład wchodzi 
kapitan który będzie za chwilę pilotował samolot. Wchodzi w taki sposób 
że wszyscy pasażerowie dokładnie go widzą z bliska. Kapitan zachowuje 
się w sposób nie budzący wątpliwości że jest nietrzeźwy. Widzą to 
wszyscy pasażerowie, cała setka.

Pijany kapitan zmierza do kabiny pilotów i zasiada za sterami samolotu. W tym momencie 7 , słownie siedmiu pasażerów usiłuje stanowczo zaprotestować aby kapitan pilotował ten samolot z powodu niedyspozycji spowodowanej upojeniem alkoholowym. 7 pasażerów czyli 7 %. Pozostali pasażerowie nie reagują. Dlaczego ?

Ten lot nie doszedł do skutku, to był eksperyment, eksperyment który 
udowodnił że ludzie wierzą i ufają autorytetom bez względu na okoliczności. Dlatego wierzyli Gutom, Simonom, Gatesom, Niedzielskim i innym szkodnikom i głupcom bo mają tytuł naukowy, bo są ministrami, bo są aktorami, bo są piłkarzami mimo że są głupkami, bądź sprzedajnymi szujami ale z autorytetem.

Wracając do samolotu, 93 % pasażerów było gotowych lecieć samolotem z pijanym pilotem bo to kapitan, autorytet na pokładzie samolotu najwyższy.

Rządowi zależy na tym, żebyśmy jednak mieli wysokie ceny prądu.

Trader21 przedstawia twarde dane. „Komuś w rządzie zależy na tym, żebyśmy jednak mieli wysokie ceny prądu”.

https://nczas.com/2022/10/18/trader21-przedstawia-twarde-dane-komus-w-rzadzie-zalezy-na-tym-zebysmy-jednak-mieli-wysokie-ceny-pradu-video/

Cezary Głuch, znany szerzej jako Trader21, właściciel kilku międzynarodowych firm, profesjonalny inwestor i przedsiębiorca, był gościem Pawła Svinarskiego na kanale Dla Pieniędzy. Tematem rozmowy były m.in. ceny prądu.

Paweł Svinarski zapytał swojego gościa o to, kiedy jego zdaniem „ceny prądu w Polsce się unormują”. Ekspert nie jest w tej kwestii zbytnim optymistą.

– Moim zdaniem się nie unormują. Miałem nadzieję, że ten skokowy wzrost cen prądu, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest chwilowy. Natomiast, jak poprosiłem u mnie zespół, żeby przeanalizowali tę kwestię, to okazało się, że od 4 lat systematycznie rosła w Polsce liczba osób bądź firm, którym odmawiano przyłączenia do sieci energetycznej, a którzy chcieli ten prąd produkować powiedział Trader.

Dalej Głuch tłumaczy: – Jeżeli masz wysokie ceny prądu, to znaczy, że mamy jego deficyt. Więc prostym rozwiązanie byłoby pozwolenie przedsiębiorcom działać. Jeżeli chcesz zbudować elektrownię wodną, wiatrową, słoneczną, jakąkolwiek, bądź atomową – i robi to sektor prywatny – to tego typu inicjatywy się blokowało na masową skalę.

Komentując ogromną liczbę odmów Trader21 stwierdza, że z tego „wynika jasno, że komuś w rządzie zależy na tym, żebyśmy jednak mieli wysokie ceny prądu”.

Głuch przypomina, że poza odnawialnymi źródłami energii, Polska ma jeszcze jedno tanie źródło energii, z którego nie korzysta.

Polska leży na węglu. Mamy węgiel tani. Mamy go dużo. Mamy węgiel kamienny i brunatny – przypomina ekspert. W dodatku, jak zauważa prowadzący, polski węgiel jest „bardzo kaloryczny i dobrej jakoś, a nie taki, jak ten, co do nas przypływa”.

– Od lat zamykano kopalnie, bo trzeba walczyć z emisją dwutlenku węgla, brudnym węglem i tak dalej –
przypomina Trader21.

Svinarski poruszył temat reaktorów jądrowych. Redaktor stwierdził, że „ponoć rozmowy są już zaawansowane”, ale problem jest taki, że „to jest projekt na 15 lat”. Gość nie zgodził się z tym stwierdzeniem.

– Nie, to nie jest projekt na 15 lat. Chińczycy, Hindusi budują takie projekty w ciągu 4-5 lat. Jest technologia, są możliwości, tylko czy są chęci – stwierdził Cezary Głuch. Zdaniem Tradera21 w Polsce właśnie brakuje tych chęci.

Cały wywiad:[w oryg. md]

Ukraina celebruje 80. rocznicę powstania UPA: „Współczesne Siły Zbrojne Ukrainy są tak samo niezłomne jak żołnierze UPA”

17, X, 2022 https://wprawo.pl/ukraina-celebruje-80-rocznice-powstania-upa-wspolczesne-sily-zbrojne-ukrainy-sa-tak-samo-niezlomne-jak-zolnierze-upa/

plakat ukraińskiego IPN/ fot. screen- w oryg. MD

===================

W piątek (14.10.2022) Ukraina celebrowała Dzień Obrońców Ukrainy oraz 80. rocznicę powstania Ukraińskiej Powstańczej Armii. Formacja, która ma na swoim koncie ludobójstwo na Polakach, jest stawiana Ukraińcom za wzór męstwa, odwagi i wszelkich cnót.

Współczesne Siły Zbrojne Ukrainy są tak samo niezłomne jak żołnierze UPA. Podążają za wojskowymi tradycjami tych bojowników. W 2018 roku hasło „Sława Ukrainie!” stało się oficjalnym pozdrowieniem wojskowym, a pieśń „Urodziliśmy się w wielkiej godzinie”, która od 1932 roku jest hymnem OUN, jest teraz marszem armii ukraińskiej. Mazepinka to nakrycie głowy Ukraińskich Strzelców Siczowych, powszechne w Armii Galicyjskiej, Siczy Karpackiej i najbardziej rozpoznawalny element umundurowania UPA – od 2017 roku jest oficjalnym nakryciem głowy Sił Zbrojnych Ukrainy – czytamy na stronie ukraińskiego IPN.

Instytucja przygotowała materiały informacyjne i prezentację poświęconą “walce wyzwoleńczej narodu ukraińskiego, buntowników i uczestników ruchu wyzwoleńczego walczącego o państwowość i niepodległość”. W materiałach tych UPA przedstawiona jest jako „formacja, która odegrała ważną rolę w tworzeniu ukraińskiej idei narodowej, walce o niepodległość Ukrainy, zachowaniu i budowaniu tradycji wojskowych i państwowych”.

– Powrót do tradycji powstańczych nie jest przypadkowy. Dziś kontynuujemy tę samą walkę, jaką prowadziła UPA – walkę o wolność przeciwko temu samemu wrogowi – imperializmowi rosyjskiemu. Wtedy i teraz wróg jest jeden. W wojnie na pełną skalę rozpętanej przez Federację Rosyjską Ukraińcy z bronią w ręku bronią niepodległości nie tylko własnego państwa, ale także krajów Europy – napisano na stronie ukraińskiego IPN.

W materiałach edukacyjnych ukraińskiego IPN nie ma ani słowa o ludobójstwie na Polakach przeprowadzonym na rozkaz dowództwa UPA. Ludobójstwo ze szczególnym okrucieństwem, podczas którego zginęło co najmniej 100 tysięcy Polaków, w tym kobiety i dzieci, jest starannie rugowane z historycznej pamięci Ukraińców. Jednocześnie współcześni żołnierze ukraińscy są przedstawiani jako spadkobiercy i następcy „herojów” z UPA.

W tym roku Prezydent Ukrainy ustanowił odznaczenie „Krzyż Zasługi Bojowej” dla uhonorowania żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy i innych formacji wojskowych za wybitną odwagę osobistą i męstwo lub wybitny czyn bohaterski podczas wykonywania misji bojowej w warunkach zagrożenia życia i bezpośredniego kontaktu z wrogiem; wybitne sukcesy w kierowaniu wojskami podczas działań wojennych. Ta nagroda państwowawizualnie i symbolicznie odtwarza insygnia UPA stworzone przez znanego artystę-buntownika Nilo Hasewicza – informuje ukraiński IPN.

=========================

Doczekaliśmy czasów, w których Polacy przypominający o ukraińskim ludobójstwie na Wołyniu, są stygmatyzowany jako „ruskie onuce”, a Ukraińcy uroczyście celebrują rocznicę powstania formacji, która wymordowała co najmniej 100 tysięcy Polaków. I Polacy mają to zaakceptować, bo jak nie, to zostaną oskarżeni o działanie na rzecz Rosji.

Źródło informacji: uinp.gov.ua

Czy możemy jeszcze KIEDYKOLWIEK zaufać medycznemu establishmentowi?

Czy możemy jeszcze KIEDYKOLWIEK zaufać medycznemu establishmentowi?

Nadmierna śmiertelność, już dochodzi do 30%

Chuck Baldwin
https://gloria.tv/post/P4GZqgv1SceY1vbUM3Q2qM1HC

Historycznie, urzędy lekarza i księdza były jednymi z najbardziej zaufanych i szanowanych ze wszystkich powołań. Jednak przekręt z Covidem z ostatnich dwóch lat pokazał nam, że zdecydowana większość lekarzy i księży była zbyt skłonna porzucić swoje powołanie i przekształcić się w owczych niewolników państwa – bez własnego rozumu i woli. Gdyby lekarze i księża stanęli razem przeciwko temu, co jest największym oszustwem w historii świata, to nigdy nie doszłoby do tych ogromnych szkód, których wciąż doświadczamy i będziemy doświadczać jeszcze przez wiele lat.

Jeśli chodzi o mnie, establishment medyczny nie przedstawił naukowych dowodów na to, że wirus Covid (jak się go nazywa) w ogóle istnieje. Do dziś wirus nie został naukowo wyizolowany, co jest wymagane do właściwej identyfikacji każdego nowego wirusa. Dlatego nadal nie jestem przekonany, że wirus Covid (ponownie, jak to się mówi) kiedykolwiek istniał. (Wiemy, że koronawirus jako związany ze zwykłym przeziębieniem istnieje od zawsze).

Ale nawet jeśli wirus istnieje (jak to jest uznawane), tak zwane lekarstwo jest tysiąc razy gorsze niż choroba. A jedynym powodem, dla którego wszyscy o tym nie wiedzą, jest fakt, że do dziś establishment medyczny i jego marionetki w rządzie i mediach kontynuują KŁAMSTWO. Co prowadzi do pytania: Czy kiedykolwiek będziemy mogli ponownie zaufać establishmentowi medycznemu?

Powiem wam tak: Dla mnie i mojego domu odpowiedź brzmi stanowcze NIE – przynajmniej w kwestii szczepień. Kłamca i oszust medyczny, współczesna wersja dr Josefa Mengele -(minister zdrowia)- i jego kabała farmaceutycznych najemników z Centrów Kontroli Chorób (CDC) na zawsze zniszczyli moją wiarę we wszystko, co mówią na temat szczepień. Dla pewności, w tym kraju są jeszcze tysiące i tysiące dobrych, uczciwych, szczerych i sumiennych lekarzy. Osobiście znam setki z nich. Niestety, zbyt wielu nawet tych dobrych lekarzy dało się nabrać na kłamstwo Covida i nie zajęło publicznie stanowiska przeciwko niemu..

Na stronie internetowej prowadzę bieżące konto o niedostatecznie zgłoszonych szkodliwych konsekwencjach „szczepionek” przeciwko Covid … Zacznę od tego mrożącego krew w żyłach raportu :
Mrożąca krew w żyłach myśl o tym, jak wielu ludzi w nadchodzących miesiącach i latach umrze z powodu „zaszczepienia się” na . . . koronawirus (COVID-19). Według dr. Davida Martina, aż 700 milionów ludzi na całym świecie umrze z powodu zastrzyków, o których wiemy, że zalewają ciało śmiercionośnymi, tworzącymi skrzepy białkami kolczastymi. Martin wpadł na tę liczbę po przejrzeniu danych z wizji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) „Dekada szczepień”, która została stworzona we współpracy z miliarderem eugeniką Billem Gatesem, który żyje po to, by szczepić.
To właśnie w 2011 roku WHO ogłosiła plan „Dekada szczepionek”, którego celem jest wyludnienie świata o około 15 procent. Liczba ta wynosi około 700 milionów ludzi. Jeszcze w sierpniu 2021 roku dr Robert Young szacował, że już wtedy 500 milionów ludzi na całym świecie zostało poszkodowanych przez szczepionki, a prawdopodobnie 35 milionów zmarło. W minionym sierpniu Steve Kirsch wyrzucił bardziej konserwatywną liczbę kulistą 12 milionów zgonów z powodu szczepień covid, w oparciu o szacunek jednego zgonu na 1000 dawek. „Zabijamy prawie blisko 10 000 ludzi każdego dnia” – napisał Kirsch.

W tym samym miesiącu Peter Halligan zebrał dane sugerujące, że aż 20 milionów ludzi zmarło od zastrzyków, a 2,2 miliarda doznało przynajmniej jednego urazu.
Wszystko to sugeruje, że sprawy dopiero się zaczynają, jeśli chodzi o skutki tych tajemniczych zastrzyków. Zakładając, że zmarło tylko 20 milionów ludzi, jesteśmy dopiero na trzecim miejscu, jeśli chodzi o pełną liczbę zgonów. Myślenie, że setki milionów ludzi są teraz chodzącymi trupami – co oznacza, że mogą umrzeć w każdej chwili, gdy skrzepy w pełni uformują się w odpowiednim miejscu – jest niczym innym jak niepokojące.

Mac Slavo opublikował ten raport: Oficjalny rząd i Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) sugerują, że 1,2 miliona Amerykanów już zmarło z powodu wstrzyknięć mRNA COVID-19 fałszywie nazywanych „szczepionkami ”. Ben Armstrong nie przebierał w słowach w odcinku „The Ben Armstrong Show” z 23 września, dzieląc się szokującymi danymi dostarczonymi przez oficjalne źródła rządowe.

Liczby działań niepożądanych związanych ze wstrzyknięciami Covid-19 są już przerażające. W „najlepszym scenariuszu” Armstrong szacuje, że 2,3 miliona Amerykanów jest trwale kalekich, a 1,2 miliona już nie żyje z powodu strzałów. Armstrong powiedział, że otrzymał rzeczywiste dane z Systemu Zgłaszania Zdarzeń Niepożądanych Szczepień (VAERS), o których media głównego nurtu nie informują, a przynajmniej nie są one dokładne.
„Daję ci obliczone dane VAERS. I to nie jest oszustwo” – powiedział Armstrong swoim widzom. „To nie jest sianie paniki. Ale jeśli jesteś sceptyczny i myślisz… że, to jest przesadzone. W rzeczywistości zaniżam to. Zauważ, że pan Slavo używa oficjalnych rządowych danych CDC – danych, które nie są zgłaszane przez media głównego nurtu. Te liczby są wystarczająco oszałamiające; ale liczby przedstawione powyżej przez dr Martina są mrożące krew w żyłach.

Jak już wspomniano, Bill Gates jest czołowym światowym eugenikiem – podobnie jak jego ojciec. W podziemiu, do którego wkrótce wejdzie Gates i jego mały Frankenstein, Fauci, nie ma wątpliwości, że ci dwaj masowi mordercy są uznawani za tych, którzy wymordowali więcej ludzi niż jacykolwiek dwaj masowi mordercy w historii – może więcej niż wszyscy masowi mordercy połączeni. A oto jeszcze jeden raport, którym muszę się podzielić z czytelnikami, bo i tego raportu nie przeczytacie w bardzo wielu miejscach.

Amy Mek pisze: W potężnym liście, który wywołał falę w całej Europie, francuski generał Christian Blanchon pochwalił obywateli, którzy odmówili eksperymentalnych „szczepionek” Covid. Pomimo lat kampanii nacisku , polityki dyskryminacyjnej, wykluczenia społecznego , utraty dochodów , gróźb i obwiniania o śmierć innych, generał podziękował „nieszczepionym” za ich siłę, odwagę i przywództwo: Nawet gdybym był w pełni zaszczepiony, podziwiałbym nieszczepionych za wytrzymanie największej presji, jaką kiedykolwiek widziałem, w tym ze strony małżonków, rodziców, dzieci, przyjaciół, kolegów i lekarzy.

Ludzie, którzy byli zdolni do takiej osobowości, odwagi i takiej zdolności krytycznej, niewątpliwie uosabiają to, co najlepsze w człowieczeństwie. Można ich znaleźć wszędzie, w każdym wieku, na każdym poziomie wykształcenia, w każdym kraju i o różnych poglądach. Są szczególnego rodzaju; to żołnierze, których każda armia światła pragnie mieć w swoich szeregach. Są rodzicami, których każde dziecko pragnie mieć i dziećmi, o których każdy rodzic marzy. To istoty ponadprzeciętne dla swoich społeczeństw; to esencja ludów, które zbudowały wszystkie kultury i podbiły horyzonty. Są tam, u twego boku, wydają się normalni, ale są superbohaterami. Zrobili to, czego inni nie mogli zrobić; byli drzewem, które wytrzymało huragan obelg, dyskryminacji i wykluczenia społecznego. Wykluczeni ze świątecznych stołów swoich rodzin, nigdy nie widzieli czegoś tak okrutnego. Stracili pracę, pozwolili, by ich kariera zatonęła, nie mieli już pieniędzy… ale nie przejmowali się tym. Doświadczyli niezmierzonej dyskryminacji, donosów, zdrad i upokorzeń… ale trwali. Nigdy wcześniej w ludzkości nie było takiej próby; teraz wiemy, kim są oporni na planecie ziemia. Kobiety, mężczyźni, starzy, młodzi, bogaci, biedni, wszystkich ras i wszystkich religii, nieszczepieni, wybrani z niewidzialnej arki, jedyni, którzy zdołali się oprzeć, gdy wszystko się rozpadło. Zawaliło się. Zdaliście niewyobrażalny test, którego nie mogło przejść wielu najtwardszych marines, komandosów, zielonych beretów, astronautów i geniuszy. … Amen, generale! Amen! Can We Ever Trust The Medical Establishment Again? – LewRockwell © Chuck Baldwin

Ochroniarz, który pracował w klinice szczepień COVID-19 w Albercie, powiedział, że widział, jak „setki” ludzi mają niepożądane reakcje, w tym dziesiątki, które zemdlały i musiały być położone na matach w oddzielnych pomieszczeniach.

„Zaczęli kłaść maty na zewnątrz wszystkich pomieszczeń, ponieważ tak wielu ludzi albo mdlało, albo czuli się słabo i musieli się położyć. Zaczęło mi to przeszkadzać” – powiedział Bob Burke. Burke powiedział, że został zakontraktowany do pracy w klinice szczepionek w Albercie w grudniu 2020 roku. Ponieważ Burke pracował 12-godzinne dni, siedem dni na i siedem dni wolnych, był świadkiem skutków ubocznych, gdy każda grupa wiekowa zaczęła otrzymywać szczepionki COVID-19.

Burke powiedział Western Standard, że seniorzy – pierwsza grupa wiekowa, która została zaszczepiona – miała niewiele reakcji niepożądanych. Ale kiedy osoby w wieku 50 lat i mniej zaczęły otrzymywać swoje dawki, zaczął widzieć „dziesiątki” osób mdlejących. „Ich nogi dawały o sobie znać i po prostu upadali” – powiedział. Tak wielu ludzi mdlało, że pielęgniarki zaczęły układać ich na matach przed kliniką szczepień. „Potem zamykały drzwi, żeby nikt nie widział” – powiedział.

Burke powiedział, że pewnego dnia widział młodszego mężczyznę, który miał drgawki zaraz po swojej dawce.„Upuścił swój telefon i poszedłem go złapać dla niego. Kiedy go podniosłem i spojrzałem na niego, walił głową o ścianę, ponieważ był w konwulsjach” – powiedział. Większość ludzi w kolejce w tym czasie widziała, że mężczyzna ma drgawki, nikt się nie odwrócił, powiedział Burke. „Pomyślałem: 'Wy chyba sobie żartujecie. Czy nie widzieliście, że ten facet ma atak?” powiedział Burke.

Agencja Zdrowia Publicznego Kanady (PHAC) powiedziała Western Standard, że „powszechne i normalne” jest występowanie tymczasowych skutków ubocznych po szczepionkach COVID-19. „Trwają one zazwyczaj od kilku godzin do kilku dni po szczepieniu. Jest to naturalna reakcja organizmu, ponieważ ciężko pracuje, aby zbudować odporność przeciwko chorobie” – powiedziała rzeczniczka Anne Genier w oświadczeniu e-mailowym. Strona internetowa PHAC nie wymienia omdleń ani drgawek jako skutków ubocznych szczepienia COVID-19.

’Jęczeli z bólu i pocierali swoje ramię’ Burke powiedział, że najczęstszą reakcją niepożądaną na szczepionki, którą widział, był obrzęk ramienia, zaczerwienienie i ból, czyli to, co PHAC powiedział, że ludzie powinni się spodziewać. Ale Burke powiedział, że te efekty uboczne były bardziej poważne niż się spodziewał. „Widziałem zaszczepionych , których bolało ramię, kiedy to dostali. Ale to było jak, oni byli w poważnym bólu. Leżeli i pocierali swoje ramię, a niektórzy z nich nawet jęczeli” – powiedział Burke.

„Pomyślałem sobie, 'w naszych corocznych miejscach szczepień przeciwko grypie jestem całkiem pewien, że nie mają pokoi na zewnątrz dla ludzi, którzy zemdleli. Nic z tego nie jest normalne'”. Burke powiedział, że niepożądane reakcje na szczepionki COVID-19 były najczęstsze u dzieci w wieku od 12 do 18 lat. „Niestety, widziałem kilka martwych ciał. I widziałem tę małą dziewczynkę, która leżała i miała na szyi okład z lodu. Przechodziłem obok, a ona spojrzała na mnie, a jej twarz miała ten sam zielonkawo-szary kolor trupa” – powiedział.

W pewnym momencie recepcjonistka pracująca w klinice szczepionkowej powiedziała Burke’owi przez łzy, że nie wie, jak długo jeszcze może pracować. „Zapytałem ją, co jest nie tak, a ona powiedziała: 'Nie słyszałeś go? Na zewnątrz na macie leży 15-letni chłopiec, który zaczął krzyczeć, gdy tylko podali mu szczepionkę’. I mieli go tam leżącego na macie przez dwie i pół godziny” – powiedział Burke.Burke powiedział, że był szpital położony „dosłownie jedną przecznicę” od kliniki szczepionkowej, a jednak nikt, kto doświadczył niepożądanej reakcji, nie został tam wysłany.„Kiedy facet wpada w konwulsje i tłucze głową w ścianę, nie wysłałbyś go tam przynajmniej, żeby sprawdzić, czy nie ma wstrząsu mózgu? Nic nie miało sensu.”

W oświadczeniu dla Western Standard, Alberta Health Services (AHS) powiedział, że nie byli świadomi „żadnej znaczącej liczby zdarzeń niepożądanych,” w mieście, w którym pracował Burke. „Były trzy zdarzenia niepożądane zarejestrowane w [mieście], które wymagały interwencji medycznej, w tym jeden klient transportowany przez karetkę do oceny”, powiedział Kerry Williamson, dyrektor wykonawczy Issues Management w AHS. „Było też kilka incydentów niezwiązanych ze szczepieniami, gdzie zdrowie lub inne problemy wystąpiły w klinice”. Williamson powiedział, że omdlenia są „dość powszechne i znane” w klinikach immunizacyjnych i są zazwyczaj reakcją na proces szczepienia w przeciwieństwie do samej szczepionki. Dodał, że czasami maty mogą być oferowane klientom dla ich komfortu.

PHAC „ściśle monitoruje” szczepionki COVID-19 pod kątem wszelkich obaw dotyczących bezpieczeństwa Burke dodał, że ludzie, którzy zostali zaszczepieni w klinice, musieli pozostać tylko przez 15 minut.„Więc ile osób miało jakiś rodzaj reakcji po opuszczeniu kliniki? Założę się, że całkiem sporo.” Burke wiosną 2022 roku powiedział, że ma dość. Postanowił upublicznić swoje doświadczenie, co skutecznie zakończyłoby jego zatrudnienie jako ochroniarza. Ale żadne media nie chciały usłyszeć jego historii.

Burke powiedział, że jego doświadczenie w klinice szczepień przekonało go i jego żonę, aby nie otrzymali szczepionki COVID-19. Ale ma przyjaciela, którego 56-letnia córka zmarła wkrótce po zaszczepieniu i jest „całkowicie przekonany”, że winna była szczepionka.”Jest też kilka osób, które zmarły krótko po szczepionce, które wcześniej nie miały żadnych problemów zdrowotnych, ale nie mam możliwości powiązania tego ze szczepionkami. Nie ma sposobu, aby to udowodnić.” PHAC powiedział Western Standard, że trwa monitoring bezpieczeństwa dla szczepionek COVID-19. „Agencja Zdrowia Publicznego Kanady, Health Canada oraz prowincjonalne i terytorialne władze zdrowotne nadal ściśle monitorują stosowanie wszystkich szczepionek COVID-19 oraz badają i oceniają wszelkie nowe obawy dotyczące bezpieczeństwa”.”Zachęcamy każdego, kto jest świadkiem lub doświadcza możliwej reakcji na szczepionkę, aby zgłosił to swojemu dostawcy usług zdrowotnych”.

Alberta Security Guard Saw ‘Hundreds’ of Adverse Reactions at COVID Clinics /
Alberta Security Guard Saw ‘Hundreds’ of Adverse Reactions at COVID Clinics |

Nadmierne zgony, już nawet w niektórych miejscach do 30% .
Europa odnotowuje nadmierną liczbę zgonów w stosunku do średniej z lat 2016-2019 co tydzień i przez cały rok. Eurostat jest urzędem statystycznym Unii Europejskiej odpowiedzialnym za publikowanie wysokiej jakości ogólnoeuropejskich statystyk i wskaźników umożliwiających porównywanie krajów i regionów. Poniższy wykres pochodzi ze strony internetowej Eurostatu i został opublikowany 13 października 2022 r. Pokazuje nadmierną śmiertelność w Europie w sierpniu – Źródło

Mark Nemo

Zawsze uważałem lekarzy (większość, lecz nie wszystkich) za nadętych egocentryków, trzymających na odstęp ludzi, w ich mniemaniu, intelektualnie słabszych.
Dziś ja trzymam od nich duży odstęp, jako od ludzi moralnie ubogich.

Pani Małgorzata – Rosjanka, przyjaciółka „Dziadka” Wyszyńskiego.

Pani Małgorzata

 

https://www.gosc.pl/doc/7827318.Pani-Malgorzata

Margarita Szarowa w Polsce z wizytą u rodziny Ryżko. archiwum margerity

Pani Małgorzata

===============================

Margerita Szarowa, rosyjska katoliczka i osoba zaufania kard. Stefana Wyszyńskiego, skrywała wiele tajemnic. Jedną z nich udało mi się poznać w Laskach.

Poznałem ją w maju 2005 r., kiedy przyleciałem do Moskwy, aby wysłuchać i spisać opowieści o jej niezwykłym życiu: świadka wiary, ofiary represji politycznych oraz organizatorki pomocy dla prowadzonych przez polskich księży parafii katolickich na Białorusi, a także na Łotwie i Ukrainie. Przez kilka dni notowałem jej wspomnienia, gdyż nie zgodziła się, abym je nagrywał. Nie opowiedziała mi jednak całej swej historii.

Element antysowiecki

Była Rosjanką. Pochodziła z rodziny prawosławnej, która w czasach sowieckich odeszła od wiary. Na studiach koleżanki wprowadziły ją w środowisko katolików, tajnie spotykających się w parafii św. Ludwika w Moskwie. Jej proboszczem był amerykański asumpcjonista o. Léopold Braun. Tajnie ochrzcił Szarową 24 września 1942 r. Poskutkowało to tym, że 28 czerwca 1943 r. została aresztowana i osadzona w areszcie śledczym NKWD na Łubiance. Po długim śledztwie 22 lutego 1944 r. Kolegium Specjalne NKWD skazało ją jako „element antysowiecki” na pięć lat zesłania na Syberię. Tam nawiązała kontakt z polskimi księżmi, podobnie jak ona odbywającymi karę: ks. Janem Wasilewskim, byłym rektorem seminarium duchownego w Pińsku, ks. Wacławem Piątkowskim z Niedźwiedzicy oraz ks. Stanisławem Ryżką z Pińska.

Po odbyciu kary w 1949 r. pojechała na Białoruś, do Niedźwiedzicy w obwodzie brzeskim, aby odzyskać siły i odbudować się duchowo. Tam znalazła drugi dom, do którego później chętnie wracała. W latach 1948–1956 przesyłała paczki z żywnością dla uwięzionych w łagrach kapłanów katolickich. Kiedy w 1949 r. mogła wrócić do Moskwy, podjęła studia wieczorowe w Moskiewskim Pedagogicznym Instytucie Literatury Zagranicznej im. Maurice’a Thoreza i uczyła języka francuskiego w szkole. Była aktywna w parafii pw. św. Ludwika, prowadziła tam m.in. chór kościelny i grała na organach. W 1957 r. została zrehabilitowana. Znalazła pracę w Państwowej Bibliotece Literatury Zagranicznej w Moskwie, gdzie była zatrudniona do emerytury, na którą przeszła w 1981 r. Dzięki ogromnej wiedzy, znajomości kilku języków i sumienności zachowała posadę, choć interesowały się nią tajne służby.

U boku prymasa

Pod koniec lat sześćdziesiątych nawiązała kontakty z rodzinami osób, które poznała na Syberii. Zaczęła przyjeżdżać do Polski. Wykorzystała te znajomości do zorganizowania akcji wysyłki do Związku Sowieckiego książek religijnych, a przede wszystkim mszałów. Jej mieszkanie było miejscem, w którym Polacy szukający kontaktu z chrześcijanami i dysydentami mogli otrzymać wsparcie. Znakomicie opanowała w mowie i piśmie język polski.

W czasie jednej z wizyt w Polsce poznała kard. Stefana Wyszyńskiego. Spowiadała się u niego, gdyż księżom z Moskwy nie ufała. Przygotowała dla niego obszerny materiał na temat sytuacji Kościoła w Związku Sowieckim oraz systemu ateizacji społeczeństwa. Opracowanie trafiło do Watykanu, ale nie przyniosło skutków, gdyż ktoś przekazał je władzom sowieckim.

W 1990 r. do Moskwy, jako duszpasterz Polaków w ZSRR, przyjechał ks. Tadeusz Pikus, później biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej, a następnie biskup drohiczyński. W pierwszym okresie zamieszkał u Szarowej. Przekazała mu swoje kontakty i uczyła rosyjskiego. Tłumaczyła również teksty z łaciny dla moskiewskiej kurii, którą w 1991 r. zorganizował abp Tadeusz Kondrusiewicz, administrator apostolski dla europejskiej części Rosji. Do końca życia była aktywna w duszpasterstwie różnych grup i środowisk. Zmarła 28 czerwca 2008 r. w wieku 87 lat.

Nasza siostra

Pisałem o niej w „Gościu”, a także w wydawnictwach IPN, m.in. opracowałem jej biogram w leksykonie pt. „Zostali na Wschodzie. Słownik inteligencji polskiej w ZSRS 1945–1991”. Nie spodziewałem się, że tekst będzie miał dalsze konsekwencje. Redaktor książki Adam Hlebowicz podarował egzemplarz s. Faustynie, zajmującej się archiwum Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach. Przeglądając go, zwróciła uwagę na sylwetkę Szarowej. – Ona była naszą siostrą – powiedziała. Pojechałem więc do Lasek, aby dopowiedzieć historię Margarity.

– Małgorzatę Szarową poznałam w 1977 r. w Laskach, byłam wtedy postulantką, opowiada s. Faustyna. – Zobaczyłam ją po raz pierwszy w refektarzu naszego domu zakonnego. Nikt mi jej wcześniej nie przedstawiał, więc byłam zaskoczona, że po refektarzu, a więc w przestrzeni dostępnej tylko dla sióstr, krząta się osoba świecka. Jako postulantka mogłam tam wchodzić o określonej porze, a ta pani po prostu tam była. Nie chodziła w habicie, była ubrana w strój świecki. Zwracaliśmy się do niej „pani Małgorzato”. Gdy wchodziła do kaplicy, zakładała na głowę chustę. Wspólnie z nami odmawiała brewiarz, uczestniczyła we Mszy św. Jadała z nami posiłki, ale mieszkała w domu rekolekcyjnym. Przyjeżdżała co jakiś czas, czasem z osobą towarzyszącą, która zatrzymywała się na krótko. Pani Małgorzata natomiast była u nas na dłużej, czasem na trzy tygodnie. Odprawiała także z siostrami rekolekcje. O tym, że jest naszą siostrą, oficjalnie dowiedziałyśmy się dopiero po rozpadzie Związku Sowieckiego. Ona jednak już wtedy do nas nie przyjeżdżała, natomiast pisała listy, które zachowały się w naszym archiwum. Ich adresatem była s. Klara Jaroszyńska, z którą była zaprzyjaźniona, a później s. Rut Wosiek. Natomiast jeszcze w czasach komunizmu nasze siostry jeździły do niej do Moskwy. Była u niej s. Terezja Dziarska. Oczywiście siostry jechały jako osoby świeckie. Siostra Terezja była w latach 1989–1995 przełożoną generalną w Laskach. Można więc powiedzieć, że z Margaritą Szarową utrzymywały osobisty kontakt trzy kolejne przełożone generalne w Laskach: Maria Stefania Wyrzykowska, Alma Skrzydlewska i Terezja Dziarska. Była u niej także s. Jana Brudzińska, która przed wojną pracowała jako nauczycielka na Kresach. Była osobą niewidomą. Siostra Jana spinała włosy w duży kok i gdy jechała do Związku Sowieckiego, ukrywała w nim różańce i medaliki, które później przekazywała tamtejszym chrześcijanom. Wiem, że w czasie takich podróży zabierała ze sobą także egzemplarze Pisma Świętego, modlitewniki i literaturę religijną. Zatrzymywała się u Szarowej.

Maria Gabriela Teresa od Królowej Korony Polskiej

Z zachowanej w archiwum notatki, którą sporządziła siostra Rut Wosiek, wynika, że w październiku 1979 r. Szarowa, która w zakonie przybrała imię Maria Gabriela Teresa od Królowej Korony Polskiej, odnowiła śluby wieczyste. Jest tam także informacja, że pierwsze śluby wieczyste odebrała od niej matka Maria Stefania Wyrzykowska, przełożona generalna w latach 1962–1977. Świadkiem zaś była s. Alma Skrzydlewska, która była następczynią Wyrzykowskiej. W notatce napisano, że śluby wieczyste odbyły się w pokoju matki Czackiej „przy szczelnie zasłoniętych oknach i zamkniętych drzwiach”. Niestety, nie znamy daty, kiedy to miało miejsce. Jak mówi s. Faustyna, w czasie składania ślubów wieczystych mógł być obecny także kapłan, ale nie było to konieczne. Z listów Szarowej wynika, że jej przewodnikiem duchowym w Laskach był ks. Tadeusz Fedorowicz, charyzmatyczny kapłan, kierownik duchowy Zakładu dla Ociemniałych w Laskach, który w 1941 r. dobrowolnie pojechał z deportowanymi Polakami w głąb Rosji. Pytam s. Faustynę, co można wywnioskować z informacji, że Szarowa odnowiła śluby wieczyste w październiku 1979 r. – To oznacza, że była u nas wtedy na rekolekcjach, gdyż one zawsze kończą się odnowieniem ślubów. Oczywiście śluby wieczyste musiała złożyć wcześniej.

Otwarte jest pytanie, jak Szarowa trafiła do Lasek. – Musiała mieć rekomendację od kogoś ważnego. Wydaje mi się, że w przypadku Rosjanki taką rekomendację mógł jej dać tylko kard. Wyszyński. Z całą pewnością ksiądz prymas musiał się zgodzić na udzielenie jej ślubów wieczystych, gdyż takie wówczas obowiązywały procedury – mówi s. Faustyna. – Wszystkie nasze siostry, które nielegalnie jeździły z posługą na Wschód, miały zgodę księdza prymasa. Musiała także przejść okres formacji wstępnej, postulat i nowicjat, który normalnie trwa u nas dwa lata. Prawdopodobnie ten czas przeszła zaocznie. Dostała materiały formacyjne i dalej sama przygotowywała się do złożenia pierwszych ślubów. Przed ślubami musiała się odbyć rozmowa kanoniczna, którą przeprowadzała przełożona generalna, a więc osoba odbierająca później śluby. Musiała znać całą biografię nowicjuszki i ją osobiście. W przypadku Szarowej wiemy, że była to matka Stefania, a więc należy przyjąć, że śluby wieczyste złożyła w Laskach najpóźniej w 1977 r. – opowiada. – W tamtym czasie obowiązkowe były także rozmowy kandydatki z biskupem miejsca albo jego delegatem. Przypuszczam, że w jej przypadku była to rozmowa z księdzem prymasem. Jednak nawet po ślubach funkcjonowała w Laskach jako pani Małgorzata. Tak się wszyscy do niej zwracali. Obowiązywała jednak zasada, że zanim złoży się śluby wieczyste, przez pięć lat odnawia się pierwsze śluby. Matka Stefania była przełożoną generalną do 1977 r., a więc śluby wieczyste Szarowej musiały nastąpić najpóźniej do tego roku. To zaś oznacza, że pierwsze śluby mogła złożyć najpóźniej w 1973 r.

Siostra Faustyna dodaje, że normalnie w zgromadzeniu wszystkie śluby są odnotowywane w Księdze Ślubów. Jednak nie ma w niej żadnego zapisu o ślubach Małgorzaty Szarowej. – Zresztą podobnie nie ma zapisów o ślubach wieczystych dziewięciu innych sióstr, które tajnie składały je w Ukrainie. Wiedzę o tym wydarzeniu miały jedynie osoba składająca śluby i przełożona generalna, która je przyjmowała, lub jej delegatka, a także świadek. Może są na ten temat jakieś nieoficjalne notatki, ale na razie do nich nie udało się dotrzeć – mówi s. Faustyna.

W archiwum w Laskach przechowywanych jest ponad 60 obszernych listów Szarowej, pisanych w latach 1991–2008. Opisują one proces odradzania się Kościoła katolickiego; zawierają również wnikliwą obserwację tego, co działo się w Rosji. Szarowa nie miała złudzeń, że jej kraj idzie w złą stronę. Zwłaszcza po tym, gdy prezydentem został Putin. W liście z 19 listopada 1999 r. napisała: „O ile wybuchnie trzecia, potworna wojna, proszę mi wierzyć, rozpęta ją właśnie Rosja”. W kontekście agresji Rosji na Ukrainę, wpisującej się w ciąg wydarzeń nazwanych przez papieża Franciszka trzecią wojną światową w kawałkach, jej słowa nabierają nowego, profetycznego znaczenia.

====================================

Mirosław Dakowski: Panią Małgorzatę poznaliśmy w czasie mej pracy w Zjednoczonym Instytucie Badań Jądrowych w Dubnej w latach 60-tych. To była wcześniej szaraszka.

Małgorzata Siergiejewna mieszkała w Moskwie w izbie w wieżowcu -klatce do spania. Z Matką, która jeszcze w Latach 70-tych… po ciężkich obozach, była stalinistką. Gdy byliśmy już w Polsce [PRL], czasem pojawiała się jakaś osoba, i wręczała mi pakiecik. „Chusteczki dla Dziadka”, wiedziałem. I wręczałem którejś pani z „Ósemki”, której Małgorzata była pewna. Te chusteczki były wyszywane drobnym, pewnym pismem, w pięknej polszczyźnie. Bez szyfrów.

Naszej rodziny najbliższa, najcieplejsza Przyjaciółka.

======================

Gdzieś to opisałem, nie mogę znaleźć.. W latach 80-tych mało wyjeżdżało kolegów do Dubnej – konferencje, staże. A książki do przemytu piętrzyły się. Okazało się ,że Filharmonia Narodowa ma tournée w „Związuniu”. Byli chętni. Zawiozłem ze 40 kg trefnych książek, gł. katolickich. Instruuję o BHP, by nikt nie wsypał. Hi, hi.. już sekretarz POP wziął, obaj agenci -donosicliele też Przysięgali że nie doniosą – to byłoby „niepatriotycznie”. Musiałem wracać do drugi transport. Więcej przywieź, fortepiany i harfy dużo wezmą!!! [pudła]. Nawet Marysia kochanka dyrygenta, poczuła odwagę.

Zarządziłem jednak, by w Moskwie nie ujawniać Małgorzaty i jej adresu: Do Metro Sokoł wieźli różni, dalej wzięli zaufani – i zanieśli do p. Małgorzaty. „Oj, kochani, tak to jest potrzebne!” -krzyknęła MS radośnie.

Po paru tygodniach dowiedziałem się z kartki pocztowej, że wszystko przebiegło sprawnie, już rozdała.

RFN przygotowuje się do kapitulacji

RFN przygotowuje się do kapitulacji -Autor: Peter Haisenko

Artykuł z mojego osobistego cyklu pt: „IV Rzesza od środka”- tłumacz 😉

Nikt tak naprawdę nie zauważa, że ​​RFN od lat wysyła światu wiadomość, że w razie wojny ziemia niemiecka nie będzie broniona. W ogóle nie możemy się bronić. Po trzech niekompetentnych paniach minister obrony Bundeswehra jest w opłakanym stanie, właściwie niezdolna do walki.

W ciągu ostatnich kilku dni pojawiły się doniesienia, że ​​Bundeswehra (w skrócie BW) ma tylko zapasy amunicji wystarczające na zaledwie dwa dni. Zobacz tutaj:

https://www.businessinsider.de/politik/deutschland/munition-fuer-maximal-zwei-tage-krieg-bundeswehr-muss-ihre-arsenale-auffuellen-doch-bislang-bestellt-sie-nur-wenig-c/

Oczywiście ta sytuacja wynika również z faktu, że materiał BW został bez skrupułów dostarczony na Ukrainę. Dotyczy to nie tylko BW. Nawet w USA toczy się dyskusja o tym, czy dostawy na Ukrainę w dużej mierze ich rozbroiły. Stwierdza się też, że szybki wzrost produkcji uzbrojenia zrekompensuje odpływ na Ukrainę dopiero za kilka lat. Czy to też powód, dla którego USA tak konsekwentnie upierają się, że nie chcą otwarcie uczestniczyć w wojnie na Ukrainie?

To dziwny proces, kiedy jakiś kraj otwarcie o tym mówi i informuje świat o złym stanie swojej armii. Takie spostrzeżenia są właściwie zarezerwowane dla wrogich służb specjalnych, które w ten sposób sprawdzają, jakie niebezpieczeństwa emanują z armii państwa, z którym mógłby dojść do konfliktu zbrojnego. To informacje, które powinny być objęte najściślejszą tajemnicą. Dlaczego więc rząd w Berlinie zachowuje się wobec tego tak szczerze, a nawet niedbale? A teraz uzupełniają to, ogłaszając, że nawet zapasy amunicji wystarczą tylko na dwa dni w sytuacji awaryjnej. Wykluczam możliwość, że jest to podstęp, którym chce się skusić ewentualnego napastnika do bezmyślnego działania, zwabić go w pułapkę.

Kto obsługuje broń NATO na Ukrainie?

BW jest w rzeczywistości w opłakanym stanie. Nie pomagają nawet niewielkie zapasy nowoczesnego sprzętu, który jest teraz wysyłany na Ukrainę. Nawiasem mówiąc, należy zadać sobie pytanie, kto ma obsługiwać złożone systemy używane na Ukrainie. Potrzebny jest dokładnie wyszkolony personel, a to nie dzieje się z dnia na dzień. Szczególnie dla żołnierzy przyzwyczajonych do sowieckiej technologii i potrzebujących zapoznania się ze standardami i procedurami operacyjnymi NATO. Więc kto będzie obsługiwał te systemy? Czy w takim razie będą to Niemcy w cywilnych ubraniach, tak jak Stany Zjednoczone wykorzystują swoich ludzi do potajemnej obsługi skomplikowanych systemów na Ukrainie? Byłby to niewątpliwie casus belli, o którym wspomniała już Moskwa.

Trzeba więc zadać sobie pytanie, jakie cele są realizowane na Hardthöhe (siedziba ministerstwa obrony RFN –przyp. tłum), gdy otwarcie komunikuje się o niezdolności BW do walki. Ponadto należy pamiętać, że BW nigdy nie została stworzony do obrony terytorium Niemiec. Miała być grotem przeciwko władzy sowieckiej, a doktryna NATO przewidywała, że ​​w sytuacji awaryjnej ponad 2000 celów w Niemczech zostanie zniszczonych uderzeniami nuklearnymi. BW było niczym więcej jak mięsem armatnim przeciwko możliwemu atakowi ze wschodu, tak jak teraz Ukraina. RFN powinna była ponieść dewastację, która teraz uderza w Ukrainę, tylko gorszą, a mianowicie atomową. BW niczego by nie zmieniła, wręcz przeciwnie. Tylko status neutralności może uchronić państwo bez własnej broni jądrowej przed takim losem.

NATO nie może i nie będzie chronić Niemiec

Teraz można naiwnie założyć, że RFN jest pod ochroną NATO i że BW jest jej częścią. To, co dotyczy wszystkich pozostałych członków NATO, nie dotyczy Republiki Federalnej Niemiec. Niemcy mają tu inny status. Członek NATO czy nie, Niemcy żyją w stanie zawieszenia broni.(ktoś może rozwinąć ten temat ? –prośba tłum) Zarówno wschód, jak i zachód. Nie zapominajmy: NATO zostało stworzone, aby trzymać Amerykanów w środku, Sowietów z dala, a Niemców w dół. Powiedział to nie kto inny jak Lord Hastings Ismay, pierwszy sekretarz generalny NATO. Ale nawet gdyby NATO chciało bronić Niemiec, nadal istnieje paragraf piąty traktatu NATO. Wyraźnie stwierdza, że ​​przypadek obrony może wystąpić tylko wtedy, gdy kraj zostanie zaatakowany. Turcja musiała się tego nauczyć od Syrii.

Nawet służba naukowa niemieckiego Bundestagu ustaliła w kwietniu br., że nie tylko dostawy broni na Ukrainę, ale przede wszystkim szkolenie ukraińskich żołnierzy oznacza złamanie rozejmu z Rosją. I nie, RFN nie została zaatakowana. To sama RFN swoim zachowaniem prowokuje zakończenie rozejmu z Rosją. Ale nawet gdyby USA zdecydowały się „bronić” RFN wbrew traktatom NATO, byłoby to jeszcze bardziej fatalne dla Niemiec. Kraj byłby wówczas narażony na dewastację, przez którą Ukraina wydawałaby się raczej pomniejsza. Niemcy, RFN, nie są zdolne do wojny, nawet do obrony.

Czy rozbrojenie to genialny ruch szachisty ?

Teraz zakładam, że w sąsiedztwie rządu berlińskiego jest jeszcze kilka osób, które potrafią myśleć. Wiedzą, co tu powiedziałem. Czy więc znowu, jak po II wojnie światowej, kiedy wysocy oficerowie Wehrmachtu, którzy byli w ruchu oporu przeciwko Hitlerowi, uratowali Niemcy przed nowym dyktatem pokojowym na wzór Wersalu? Kto sprytnie wyprodukował zimną wojnę, przekazując dezinformację o Związku Radzieckim Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii. W ten sposób uczynili z RFN państwo frontowe dla Amerykanów przeciwko Moskwie, a Waszyngton musiał pozwolić Niemcom na odzyskanie sił, choć bez traktatów pokojowych. Więcej na ten temat znajdziesz tutaj:

https://www.anderweltonline.com/klartext/klartext-20221/ende-und-anfang-oder-anfang-vom-ende/

i tutaj : https://www.anderweltonline.com/klartext/klartext-20212/kanzler-der-einheit-helmut-kohl-wollte-die-einheit-nicht/

Po prostu nieczęste jest publiczne ogłaszanie, że armia jest niepełnosprawna. Dlaczego więc jest to tak otwarcie komunikowane w Niemczech? Czy to z powodu tajnego planu, który chce zapobiec ostatecznej zagładzie Niemiec? Czy to przygotowanie do ogłoszenia przez Rosję zakończenia zawieszenia broni? Czy Niemcy przygotowują się do ponownego ogłoszenia bezwarunkowej kapitulacji? Argumenty przemawiające za tym są teraz otwarte najpóźniej. Jak ogłoszono na Hardthöhe, wojna przeciwko komukolwiek skończyła się po dwóch dniach, ponieważ nie było już amunicji. W obliczu tej jedynej możliwej „wojny dwudniowej” nikt przy zdrowych zmysłach nie prosił Berlina, aby nie deklarował natychmiastowej kapitulacji bez oddania strzału. Biorąc to pod uwagę, Rosja, podobnie jak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, nadal ma prawo do korzystania ze swoich suwerennych praw w stosunku do Niemiec po zerwaniu przez Niemcy rozejmu.

Tylko natychmiastowe poddanie się może uratować nam życie

Jeśli przeczytałeś dzieło pana Leubego „Entzaubert” i zrozumiałeś, dlaczego nawet Helmut Kohl zrobił wszystko, co możliwe, aby zapobiec „zjednoczeniu”, zobaczysz, że myśli, które tutaj wymieniłem, nie są dalekie od celu. Znajdujemy się w środku wstrząsu geopolitycznego, jakiego świat nigdy nie widział. Amerykańskie stulecie się skończyło. Teraz zadaniem jest niedopuszczenie do tego samego, co przed I wojną światową. Kiedy Anglia stanęła w obliczu upadku swojego imperium i postanowiła nie zejść sama, ale zmieść ze sobą jak najwięcej konkurentów. Czy Stany Zjednoczone zrobią to samo teraz? Można się tego obawiać, a hazardziści w urzędzie kanzlerza już robią wszystko, co możliwe, aby zniszczyć Niemcy i ich przemysł bez bezpośredniej walki z bronią, a tym samym wyeliminować (gospodarczego) konkurenta USA. Z ich polityką migracyjną i rosyjską.

Czy istnieje więc tajny opór przeciwko czerwono-zielonemu szaleństwu, podobny do tego przeciwko Hitlerowi? Czy to znowu wysocy rangą urzędnicy wojskowi i inni, którzy próbują zapobiec najgorszemu dla Niemiec, ogłaszając, że RFN nie nadaje się do wojny? Kto wie, że USA, a na pewno nie Anglia, były i są naszymi „przyjaciółmi”? Kto rozpoznał, że światowy rozwój gospodarczy sprawił, że Niemcy stały się nieciekawe jako obiekt wyzysku dla USA? Że można teraz spalić Niemcy jak Ukrainę przeciwko Rosji i w ten sposób na zawsze pozbyć się wiecznego konkurenta? Pamiętajcie obie wojny światowe, to wcale nie było inaczej.

Jedynym wyjściem, bez względu na scenariusz, będzie natychmiastowa kapitulacja i uniknięcie w ten sposób największych szkód dla Niemiec. Tak właśnie widzę zapowiedź, że Niemcy mają amunicję tylko na dwa dni, przygotowując społeczeństwo do kapitulacji, gdyby wybuchła wojna z powodu zachowania rządu berlińskiego. To i tylko to może uratować nam życie. USA, a zwłaszcza Anglia, nie są tym zainteresowane.

Peter Haisenko

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Ten artykuł pojawił się po raz pierwszy 14 października 2022 r. na blogu Petera Haisenko AnderWeltOnline.com.

Czyściec według św. Franciszki Rzymianki. I innych Świętych.

Czyściec według św. Franciszki Rzymianki ANDRZEJ SARWA

„Ogień czyśćcowy różni się wielce od ognia piekielnego. Ten ostatni przedstawia się św. Franciszce jako płomień czarny; ogień w czyśćcu jest jasny i czerwony. Widzi ona – nie w czyśćcu, ale na zewnątrz – Anioła Stróża po prawej, Szatana kusiciela po lewej stronie. Anioł Stróż przedstawia Bogu modły ofiarowane przez żyjących za dusze w czyśćcu cierpiące. Co do modlitw ofiarowanych za te dusze, które sądzimy być w czyśćcu, a których tam nie ma, przeznaczenie ich według św. Franciszki jest następujące: Jeśli dusza, którą sądzimy być w czyśćcu, jest w niebie i modlitw naszych nie potrzebuje, modlitwa idzie na pożytek innych dusz w czyśćcu pozostających, a także na pożytek tego, który modły zanosi; jeżeli dusza, którą sądzimy być w czyśćcu jest w piekle, modlitwa za nią zaniesiona idzie całkowicie na pożytek osoby modlącej się i nie rozdziela się na inne dusze jak w razie poprzednim.

Święta Franciszka widzi w czyśćcu trojakie pomieszczenie, niejednakowo straszne i bolesne. Te części dzielą się jeszcze na oddziały. Wszędzie kara jest ustosunkowana do grzechu, do jego rodzaju, przyczyn, skutków i innych okoliczności”. (Ernest Hello, Oblicza świętych, Warszawa 1910, s. 57)

Czyściec w opisie S. Joanny a Jesu Maria

„Prowadzono mnie też wpośród czyśćca. Są tam równie okropne męki i utrapienia jako i indziej (czyli w piekle – przyp. red.), z tą jednak różnicą, że miejsce to jest miejscem pokoju, a nie złorzeczenia; bo tu Pana Boga nie przeklinają, i owszem, chwalą i błogosławią. To zaś najcięższe jest, co cierpią, że zatrzymani są, i Pana Boga nie widzą jeszcze. Wreszcie insze wszystkie męki prawie też są, jakom pierwej w piekle wspominała. O, gdyby to niektórych ludzi napomnieć i nastraszyć mogło! którzy grzechy niektóre lekce sobie ważą. Odpowiadają, kiedy się im o tym mówi, że Bóg nie jest takim jako my skrupulantem. O jak nie dobrze wiadomi są co się na tamtym świecie dzieje! wszystkie tam ściśle roztrząsają tak dalece, iż dziwna zgoła zdałaby się rzecz widzieć, gdyby wolno było, co się tam dzieje, kiedy surowie jedno słówko wolniejsze dla żartu wyrzeczone karzą”. (O żywocie wielebney panny siostry Joanny a Jesu Marya, druk XVII-wieczny, s. 67)

Jako błogosławiona Siostra Joanna a Jesu Maria duszom czyśćcowym pomagała

„Błogosławiona Joanna bardzo była litościwa i miłości wielkiej ku bliźnim. Do tego oczyma widziała i sama doznała okrutnych mąk czyśćcowych [za życia w ciele, na ziemi – przyp. red.], a uważała też, że w onych mękach będące dusze były przyjaciółkami Boga i w tejże łasce zostawały. Dlatego (…) politowanie miała nad zatrzymaniem ich w onym więzieniu i nic bardziej nie miała w staraniu, jako aby onych z tego więzienia na wolność wyzwolić, torując im drogę do wiecznej chwały. Utrapienia, umartwienia, boleści i pokuty jej do tego jedynie zmierzały, aby przez takowe dobre uczynki (…) ratować dusze z mąk czyśćcowych (…) mogła. (…) [Dusze czyśćcowe] Joannę na wszystkich miejscach oblatywały jako kurz promienie słoneczne i chodziły za nią, gdzie się tylko obróciła. Odnajmowała każdą [z dusz] oblubienicy Chrystusowej, jak długo i na wiele lat do czyśćca jest naznaczona, oraz i męki, które ponosiła. Obstępowały czasem ją i ogniem, silnie przypalały tak, iż wszystkie jej ciało z ciężkim bólem gorzało, i kości się paliły. Z tej tedy przyczyny i doświadczenia osobistego srogich mąk czyśćcowych, tym pilniej i silniej modliła się za dusze w czyśćcu będące. Kiedy raz Chrystus Pan oblubienicy swej niebezpieczeństwo królestwa tego hiszpańskiego dla ciężkich i różnych grzechów przed oczy przedłożył, tak usilnie turbowała się o to i starała przebłagać Majestat Boży, iż o duszach w czyśćcu będących zapomniała. Przyszedł tedy Piątek Wielki, gdy wszystkie klasztoru tego siostry odprawowały Męce Bożej, rozpamiętywając uroczyste nabożeństwo. Ksieni pierwsza dusze w czyśćcu będące siostrom swym polecała. Joanna tego nie usłyszawszy dobrze, pyta się jednej siostry co pani ksieni mówiła. Gdy zaś dowiedziała się, że dusze w czyśćcu będące zalecone są ich modlitwom, rzekła: „– Insze i pilniejsze dla nas potrzeby są: błogosławione dusze są na miejscu bezpiecznym, niech nieco poczekają. Tylko co to Joanna wymówiła, zaraz uczucie żelazną ręką ognistą, która całe ramię jej objęła i prawie spaliła, tak iż z bólu wielkiego bardzo zawołała: „– Gorę! Palę się!” Trwała ta męka przez czas niemały. Na ten czas doświadczeniem samym za sprawiedliwym dopuszczeniem Bożym poznała, iż na całym świecie większej potrzeby nie masz, nad potrzeby dusz w czyśćcu będących.

Nad to zawsze jej Bóg objawił srogość i rozliczność mąk czyśćcowych, i one do cierpienia i modlenia się za te dusze pobudzał. (…) [Urban VIII papież] skoro zszedł z tego świata, zaraz dzień zejścia jego S. Joannie był objawiony, i ona dosyć czyniąc powinności swoje, do których się zobowiązała, usilnie o wyzwolenie duszy jego modlitwami swymi starała się z czyśćca go wydobyć. Pokazał się jej sam papież, ale zewsząd tak wielkimi ogarniony mękami, iż stanu jego duszy poznać nie mogła. Nie przestawała za niego gorąco i płaczliwie modlić się, bijąc się dyscyplinami i biczami różnymi, a nadto wiele innych umartwień sobie zadając, jednak zawsze w tymże nędznym stanie zostającego go widziała, ani zdało się być co pociechy onej i czasem, kiedy w pokazaniu się powtórnym pytała o stan jego, odpowiedział jej, że nie ma pozwolenia od Boga oznajmić jej o stanie swym. Odpowiedź ta ciężkością napełniła serce Joanny (…) silniej tedy modlitwą swą nastąpiła i uprzykrzyła się Majestatowi Boskiemu, ale Bóg jakby zdał się nie słyszeć jej próśb. Ale ona tym bardziej prosiła. Nie mógł dłużej ignorować próśb oblubienicy Chrystus Pan, więc ją w końcu poinformował, że męka papieża skrócona być nie może i dopełnić się musi”. (O żywocie wielebney panny…, s. 74-79)

* * *

Siostra Joanna a Jesu Maria była Hiszpanką i żyła w latach 1564-1650. Doświadczała wielu przeżyć mistycznych.

Czyściec w objawieniach św. Brygidy Szwedzkiej

Święta Brygida Szwedzka była córką Birgera, – księcia z królewskiego rodu szwedzkiego – i Sugridy, pochodzącej także z królewskiego domu Gotów. Brygida urodziła się około roku 1303 w Szwecji, a zmarła w Rzymie w 1373 roku.

Chociaż żyła w małżeństwie, jej życie odznaczało się niezwykłą surowością. Wiele się modliła i umartwiała ciało na najróżniejsze sposoby. Szczególną łaską, jaką wyświadczył jej Pan Jezus, były objawienia, które zebrane zostały w wielką i grubą księgę. Objawienia te zostały uznane przez Kościół. Brygida po śmierci męża założyła zakon od imienia fundatorki zwany brygidkami. Jej objawienia – chociaż bardzo trudne i hermetyczne, (mimo iż niektóre z nich dawno się już zdezaktualizowały), godne są lektury, niosą bowiem ze sobą wiele pożytku duchowego.

Przykłady odnoszące się do czyśćca, miejsca i stanu dusz tam cierpiących, zaczerpnięto właśnie z księgi objawień tej wielkiej szwedzkiej świętej. Niektóre z nich nie robią większego wrażenia, niektóre zaś są wręcz drastyczne, ba! tracące horrorem!

„Trzecie miejsce [pośmiertnego bytowania, mówi Matka Boska, czego świadkiem jest św. Brygida – przy. red.] jest czyściec, a ci, co w nim są potrzebują trojakiego miłosierdzia, bo trojako trapieni zostają. Trapią się w słuchaniu, bo nic lepszego nie słyszą tylko męki, karania i nędze; trapią się widzeniem, bo nic nie widzą, tylko swą nędzę; trapią się dotknieniem, bo czują gorącość ognia nieznośnego, i ciężkiego karania. Dajże im mój SYNU i Panie miłosierdzie Twoje, dla próśb moich. Odpowiedział SYN. Chętnie dla ciebie dam trojakie miłosierdzie im: naprzód słuchowi ich ulżę; widzenie uspokoi się, i karanie umniejszy się i skromniejsze będzie. Na ostatek, którzykolwiek od tej godziny są w największych mękach czyśćcowych, będą przeniesieni do średnich, albo miernych; a ci zaś którzy są w miernym karaniu, otrzymają wolniusieńkie karanie, a którzy zaś są w wolniusieńkim karaniu, przeniosą się do odpoczynku wiecznego. Odpowiedziała MATKA BOŻA: Niech ci będzie cześć i chwała wieczna Panie mój (…)” (Skarby Niebieskich Taiemnic to iest Księgi Obiawienia niebieskiego Świętej Matki Brygidy z Rodzaju królewskiego. Xiężnej neryckiey ze Szwecyey. Fundatorki S. Salvatora. Z łacińskiego na polskie przełożone przez Zakonnika Braci Mniejszych Ojców Bernardynów, Lwów 1698, s. 75)

Widzenie czyśćca w objawieniach św. Brygidy

„Nad ciemnościami zaś tymi [to znaczy ponad miejscem wiecznych mąk, piekieł – przyp. red.] jest największe karanie czyśćcowe, które dusze mogą znosić, a dalej od tego miejsca insze, gdzie jest mniejsze karanie, które nie jest insze jedno defekt sił w męstwie, w piękności, i podobnych rzeczach, jako przez podobieństwo powiadam: nie inaczej, jedno kiedyby kto był chory, a gdy ustała choroba, albo męka nie miałby siły, żeby po leku przyjść do siebie. Trzecie zaś miejsce wyższe jest, gdzie żadnej męki nie masz, jedno pragnienie przyjść do BOGA (…) Na pierwszym miejscu, nad ciemnościami jest wielkie karanie czyśćcowe, gdzieś widziała one duszę oczyszczającą się. Tam jest dotykanie czartów, tam przez podobieństwo pokazują się jadowici robacy, i podobieństwo zwierząt srogich. Tam jest gorąco i zimno, tam ciemności i zamieszanie, które pochodzą z karania, które jest w [położonym niżej – przyp. red.] piekle. Tam niektóre dusze mają mniejsze męki, a niektóre większe, wedle tego jako kto poprawił się z grzechów swoich na ten czas, którego dusza wraz z ciałem mieszkała”. (Skarby Niebieskich Tajemnic…, s. 227-228)

O straszliwych mękach pewnej duszy, które widziała św. Brygida

Pewna dusza wiele zła popełniła w życiu doczesnym, stanąwszy przed obliczem Najwyższego, z Jego dekretu oto męki musiała wycierpieć, aby do wiekuistej światłości być dopuszczoną:

„…widziałam, że jakoby wiązka niejaka była przywiązana do głowy na kształt korony, którą tak bardzo ściskała, że tył głowy pospołu z obliczem złączył się; oczy zaś wypadły z miejsc swoich, i wisiały na żyłkach, aż na jagodach (policzkach – przyp. A.S.); włosy też jakoby od ognia zgorzały i uschły, mózg się też rwał płynąc przez nozdrza, i przez uszy, język był wywieszony, i zęby powypadały; kości w ramionach były pogruchotane, i jakby powrozy skręcone; ręce złupione do szyi przywiązane, piersi zaś i żywot (brzuch – przyp. A.S.) tak mocno się z grzbietem łączyły, że żebra połamawszy się, serce ze wszystkimi wnętrznościami wywrócone rozpękło się; lędźwie zaś wisiały po bokach i kości pogruchotane wypadały, i ciągnęły się jako cienkie nici. (…)

I Sędzia na ten czas rzekł: dla Męki mojej, będzie jej otworzone niebo, pierwej z grzechów oczyściwszy się, tak długo będzie powinna cierpieć, chyba że będzie miał wspomożenie z dobrych uczynków żyjących ludzi na świecie”. (Skarby Niebieskich Tajemnic…, s. 227).

* * *

Z różnych autorów zebrał, ale też i własnym piórem opisał

ANDRZEJ SARWA

OPOWIEŚCI CZYŚĆCOWE

czyli opowieści prawdziwe o objawianiu się dusz czyśćcowych (8)

Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Opowiesci_czysccowe_o_objawianiu_sie_dusz.html

oraz elektronicznej:

https://virtualo.pl/ebook/opowiesci-czysccowe-i129334/

Program na etap surowości

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  18 października 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5268

Całe szczęście, że ludzie wprawdzie mają dobrą pamięć, ale krótką, co pozwala im zachować dobre mniemanie o własnej prawości i pryncypialności. Oto reakcją całego miłującego pokój świata, w więc USA i państw w taki czy inny sposób od nich zależnych na decyzję Putina o włączeniu do terytorium Federacji Rosyjskiej czterech kolejnych obwodów na Ukrainie: ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego, było oburzenie i potępienie. Nawet Konfederacja, w której przecież roi się od ruskich agentów, co nieubłaganym palcem wytyka jej pani red. Danuta Holecka bez względu na to, czy rządową telewizją rządzi pan Jacek Kurski z pierwszorzędnymi korzeniami, czy jakiś goj.

Teraz bowiem pan Jacek został przez Naczelnika Państwa spuszczony z… wodą, być może gwoli uniknięcia ostentacji przy której nawet najbardziej wierzący i oddani wyznawcy mogliby zacząć nabierać wątpliwości, jak to możliwe, że propagandą zarówno obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i obozu „dobrej zmiany”, kieruje dwóch żydowskich braci Kurskich? Wyobrażam sobie, jak obydwaj musieli się z głupich gojów zaśmiewać podczas okazjonalnych spotkań w rodzinnym gronie.

Wracając tedy do Konfederacji, to ona też znalazła się na poziomie, oburzając się i potępiając, jak się należy. Na jej usprawiedliwienie można podnieść, że jest ona formacją nową, grupującą ludzi raczej młodych, którzy niekoniecznie muszą pamiętać wczesne lata 90-te, kiedy to Nasz Najważniejszy Sojusznik oraz Nasz Mniejszy Sojusznik Naszego Najważniejszego sojusznika, rozbierali Serbię, która po rozpadzie Jugosławii, była suwerennym państwem, jak – nie przymierzając – Ukraina. Nawiasem mówiąc, ta cała Jugosławia zawsze przeszkadzała Niemcom, którzy traktowali ją – a Serbię w szczególności – jako enklawę ruskich wpływów w „swojej” to znaczy – niemieckiej części Europy. Kiedy zatem Jugosławia na skutek proklamowania niepodległości przez Słowenię i Chorwację – co Niemcy jeszcze tego samego dnia, jako pierwsze i początkowo jedyne państwo na świecie uznały – się rozpadła, a Bałkany zostały wepchnięte w otchłań krwawej wojny domowej, Niemcy uznały, że przyszedł czas na rozebranie samej Serbii. W tym celu w Kosowie wymyślony został specjalny naród „Kosowerów”, którzy – podobnie jak Kosowery Donieckie, Ługańskie, Zaporoskie i Chersońskie – oczywiście zapragnęli własnego, niepodległego państwa.

Serbia nie chciała zgodzić się na oderwanie Kosowa, które dla niej jest rodzajem narodowej kolebki. Wtedy jednak Nasz Najważniejszy Sojusznik posłał nad Serbię bombowce, które wkrótce stłumiły serbski opór i w ten sposób Kosowery dostały niepodległe państwo. Wprawdzie nie wszyscy je uznają, podobnie jak nie wszyscy uznają przynależność Krymu do Rosji (do czasu naszej zabawy w mocarstwowość z panią Swietłaną – obecnie na łaskawym chlebie jakiejś bezpieki – to nawet prezydent Łukaszenka tego nie uznawał), ale USA – jak najbardziej, a skoro USA, to – jak myślisz Koteczku? – Polska też. Co oczywiście nikomu nie przeszkadza w demonstrowaniu świętego, oburzenia i potępienia, bo – jak wcześniej zauważyłem – ludzie wprawdzie mają dobrą pamięć, ale krótką, co pozwala im to robić w poczuciu pierwotnej niewinności.

Teraz wszyscy się odgrażają, że „nigdy” nie uznają aneksji tych czterech kolejnych obwodów do Rosji. To oczywiście bardzo pryncypialnie, ale warto przypomnieć, co powiedział Churchill premierowi Mikołajczykowi, gdy ten powiedział mu, iż Polska „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Wilna i Lwowa. Mruknął wtedy: hmm, nigdy, nigdy… To jest słowo, którego nikomu nie można zabronić wymawiać. W związku z tym co nam zaszkodzi przypomnieć, a jaki sposób Wilno i Lwów znalazły się w granicach ZSRR, które Nasi Sojusznicy uznali w Jałcie? Otóż kiedy na podstawie paktu Ribbentrop-Mołotow, Armia Czerwona „wkroczyła” na terytorium Rzeczypospolitej, to najpierw „zajęła” to znaczy – „wyzwoliła” Wilno, a następnie przekazała je Republice Litewskiej. Aliści naród litewski już nie mógł się doczekać, kiedyż wreszcie dołączy do szczęśliwej rodziny narodów sowieckich i wystąpił do Ojca Narodów, Józefa Stalina, ze stosowną prośbą. Ojciec Narodów na takie supliki nie mógł oczywiście pozostać głuchy, ale – jak mawiał Kukuniek – wszystko musiało odbyć się demokratycznie, toteż na „Zachodniej Ukrainie” i „Zachodniej Białorusi” stosowne wybory odbyły się zaraz po „wkroczeniu”, a wybrane w ten sposób władze wystąpiły ze stosownymi prośbami, które zostały uwzględnione.

A dlaczego w Jałcie Nasi Sojusznicy uznali te zdobycze Sojusznika Naszych Sojuszników? Bo go potrzebowali nie tylko, żeby pokonać Niemcy, ale również – żeby pokonać Japonię. Toteż – chociaż na tym etapie trudno to sobie jeszcze wyobrazić – gdyby Nasz Najważniejszy Sojusznik z jakiegoś powodu potrzebował zimnego ruskiego czekisty Putina, albo ogólnie – Rosji – na przykład dla sprawniejszego przeprowadzenia ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej, to przedstawiłyby prezydentowi Zełeńskiemu, czy jakiemukolwiek jego następcy, propozycję nie do odrzucenia; albo uzna rozbiór Ukrainy, albo nie dostanie ani jednej lufy i ani jednego naboju. Zdaje się, że tym razem do prezydenta Zełeńskiego zaczyna coś docierać, bo doszedł do wniosku, że tym razem Putin nie blefuje, chociaż dwa dni wcześniej jeszcze się z niego natrząsał.

Warto przypomnieć, że w czasie przeprowadzania wyborów na Zachodniej Ukrainie, Zachodniej Białorusi i w Republice Litewskiej, Szechtery ani się nie oburzały, ani niczego nie potępiały. Przeciwnie – na tamtym etapie wszystkie Szechtery były za towarzyszem Stalinem („a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!”) i w jego służbie wykonywały zadania delatorskie, policyjne i katowskie, między innymi – na polskiej ludności Kresów Wschodnich.

Na „Zachodniej Białorusi” krążył nawet taki anonimowy wierszyk: „Hop, naszy hreczanniki! Usie Żydy naczalniki, Usie Poliaki na wywoz, Biełarusy – w kołchoz!” Przypominam to, bo dzisiaj, kierując się mądrością obecnego etapu, Szechter z całym Judenratem „Gazety Wyborczej”, wzywa do „denazyfikacji” Kremla. Chyba jednak nie chodzi mu o to, by swoimi bombami atomowymi Kreml został obrzucony przez bezcennny Izrael? W takim razie – kto ma „zdenazyfikować” Kreml? Jeśli nie Ukraińcy, to przede wszystkim – Rosjanie. Tak to sobie wykombinowały amerykańskie Szechtery, a nasz, tubylczy, „nawołuje”. No dobrze – ale skąd mogłibyśmy mieć pewność, że „denazyfikacja” Kremla się dokonała? Myślę, że najbardziej przekonujące byłoby, gdyby Putin i cała jego kamaryla, została zapędzona do gazu przez żydowskie Sonderkomando, a następnie – spalona w krematoriach („Nu cztoż, że dymią krematoria? Taż w nich przetapia się historia! Niewoli topią się okowy!”). Chodzi o to, że tylko Żydzi mają do nazistów specjalnego nosa, toteż najlepiej się nadają do przeprowadzenia „denazyfikacji” wszędzie, a już specjalnie na Kremlu, gdzie oprócz „nazistów” może się też błąkać wielu niewinnych cywilów.

A jeśli żydowska załoga byłaby niewystarczająca, to w kolejce stoi Arnold Schwarzenegger. Niedawno był w Polsce i pojechał na wycieczkę do Oświęcimia, gdzie zwiedził tamtejszy, chwilowo nieczynny obóz. Uprzedzając klangor, który znowu się podniesie w związku z tym określeniem, śpieszę wyjaśnić, że po tej wycieczce Arnold Schwarzenegger oświadczył, że „nienawiść należy eksterminować!” To samo postulowałem jeszcze w pierwszych latach 90-tych kiedy w felietonie „Nienawiść znienawidzona” , w odróżnieniu od Arnolda Schwarzeneggera, zastanawiałem się – jak to zrobić. Inspiracji dostarczyły mi entuzjastyczne opowieści o działalności żony Nelsona Mandeli, pani Mandeliny. Otóż pani Mandelina znienawidziła nienawiść do tego stopnia, że nieomylnym nosem nauczyła się wykrywać nienawistników, a jak już jakiegoś wykryła, to zawieszała mu na szyi płonącą oponę samochodową w taki sposób, że nienawistnik nie mógł się już od niej uwolnić. Zrozumiałem wtedy, że nie wystarczy znienawidzić samej nienawiści, bo ona przecież nie unosi się w powietrzu na podobieństwo metanu, uwolnionego z „rozszczelnionych” przez nieznanych sprawców bałtyckich podmorskich gazociągów. Nienawiść zlokalizowana jest w nienawistnikach, więc jeśli – zgodnie z wezwaniem Arnolda Schwarzeneggera – mamy ją „eksterminować”, to chyba jasne jest, że razem z nienawistnikami, bo przecież inaczej się nie da.

No dobrze – ale kto jest nienawistnikiem, jak takiego nienawistnika wykryć? Ach, to już proste, jak budowa cepa. Nienawistnik, to każdy, kto się z nami nie zgadza. W tej sytuacji nie ma rady, trzeba przystąpić do „eksterminacji”, a w tym celu dobrze byłoby wykorzystać istniejącą infrastrukturę w Oświęcimiu i innych zachowanych, a chwilowo nieczynnych obozach, a także wykorzystać zebrane wcześniej doświadczenia, dzięki którym eksterminacja nienawiści przebiegałaby płynnie i bez zakłóceń. I to jest program na nadchodzący etap surowości.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.