Całun Turyński to jeden z najbardziej kontrowersyjnych i jednocześnie najdokładniej badanych artefaktów w historii ludzkości. Jest to płótno lniane o długości około 4,4 metra i szerokości 1,1 metra, na którym widoczny jest słaby, negatywowy obraz mężczyzny w pozycji leżącej – z przodu i z tyłu.
Postać posiada cechy zgodne z opisem ukrzyżowania: rany na nadgarstkach i stopach, ślady po biczowaniu, ślad po koronie cierniowej oraz ranę w boku. Krew widoczna na materiale jest autentyczna, a nie namalowana.
To, co jednak czyni Całun wyjątkowym, to sposób powstania obrazu. Nie ma na nim śladów farby, pędzla ani barwników. Na dodatek okazało się, ze stworzenie tego odcisku wymaga energii, której nie ma na ZIemi!
Naukowcy potwierdzili to już w latach 70. XX wieku podczas projektu STURP (Shroud of Turin Research Project). Obraz jest niezwykle płytki – obejmuje zaledwie górną warstwę włókien lnu, na głębokość około 0,2 mikrona. Nie wykazuje kierunkowości typowej dla malowania ani zniekształceń charakterystycznych dla odcisku ciała owiniętego tkaniną.
Historia Całunu sięga co najmniej XIV wieku, kiedy to po raz pierwszy pojawił się w dokumentach w Lirey we Francji. W 1578 roku trafił do Turynu we Włoszech, gdzie pozostaje do dziś, przechowywany w katedrze św. Jana Chrzciciela. Wielu badaczy twierdzi jednak, że płótno może być znacznie starsze. W 2022 roku włoscy naukowcy z wykorzystaniem techniki rozpraszania promieni rentgenowskich (WAXS) stwierdzili, że struktura degradacji lnu jest zgodna z próbkami z I wieku n.e.
Sugerują oni, że wcześniejsze datowanie radiowęglowe z 1988 roku mogło być zakłócone przez zanieczyszczenia lub późniejsze naprawy tkaniny. Tamto badanie, przeprowadzone w trzech laboratoriach (Arizona, Oxford, Zurych), wskazało na okres 1260–1390 r., co zbiegło się z pierwszymi wzmiankami historycznymi. Kontrowersja trwa do dziś – część ekspertów uważa, że próbka pochodziła z miejsca naprawionego po pożarze w 1532 roku, co mogło wpłynąć na wynik.
Największą zagadką pozostaje mechanizm powstania obrazu. W 1978 roku zespół STURP wykluczył malowanie, drukowanie, wypalanie czy użycie oparów. Obraz nie zawiera pigmentów ani spoiw. Koloryzacja wynika z utlenienia i odwodnienia celulozy we włóknach lnu – proces ten przypomina żółknięcie starego papieru, ale jest ekstremalnie precyzyjny.
W 2011 roku naukowcy z włoskiej agencji ENEA (Ente Nazionale per le Nuove Tecnologie, l’Energia e lo Sviluppo Economico Sostenibile) pod kierunkiem Paolo Di Lazzaro przeprowadzili eksperymenty z laserami excimerowymi emitującymi ultrafiolet. Udało im się odtworzyć podobny efekt na małych fragmentach lnu: płytką, żółtawą koloryzację bez uszkodzenia głębszych warstw. Jednak aby uzyskać obraz na całej powierzchni odpowiadającej sylwetce dorosłego człowieka, potrzebne byłoby gigantyczne źródło energii.
Według ich obliczeń wymagane byłoby około 34 000 miliardów watów (czyli 34 terawatów) promieniowania ultrafioletowego w czasie rzędu 1/40 miliardowej części sekundy. To moc, której ludzkość nie jest w stanie wygenerować nawet dziś – przekracza ona kilkukrotnie całkowitą produkcję energii elektrycznej na całej Ziemi w danym momencie.
Taki impuls musiałby być idealnie jednorodny, kierunkowy i pozbawiony ciepła, w przeciwnym razie tkanina spłonęłaby lub uległa deformacji. Żadne znane zjawisko naturalne – ani korona wyładowania, ani reakcja chemiczna ciała po śmierci – nie jest w stanie tego w pełni wyjaśnić. Badacze ENEA podkreślają, że obraz na Całunie ma właściwości, których nie da się odtworzyć żadną znaną techniką artystyczną ani laboratoryjną w pełnej skali.
Dodatkowym elementem są ślady krwi. Analizy wykazały obecność hemoglobiny, bilirubiny i albumin – substancji typowych dla prawdziwej krwi człowieka w stanie agonalnym. Krew pojawiła się na płótnie przed obrazem ciała, co sugeruje, że najpierw doszło do kontaktu z ranami, a dopiero potem powstał wizerunek. Obraz koduje także informacje trójwymiarowe – gdy w 1898 roku Secondo Pia zrobił pierwsze zdjęcie, negatyw ujawnił realistyczny, trójwymiarowy portret, jakby tkanina zarejestrowała mapę odległości od ciała. Żaden malarz średniowieczny nie mógłby osiągnąć takiego efektu bez wiedzy o fotografii, która powstała dopiero wieki później.
Naukowcy proponują różne hipotezy: od promieniowania elektromagnetycznego emitowanego w momencie śmierci, przez reakcję Maillarda (reakcję aminokwasów z cukrami), po teorie korony plazmowej. Żadna z nich nie wyjaśnia wszystkich cech jednocześnie – płytkości, braku dyfuzji, precyzji i energii. Niektórzy badacze, jak John Jackson z STURP, sugerują, że mogło dojść do krótkiego, intensywnego wybuchu promieniowania UV lub cząstek naładowanych, które wypaliły obraz bez kontaktu mechanicznego. Taki scenariusz pasowałby do opisu zmartwychwstania w tradycji chrześcijańskiej, jednak nauka nie może potwierdzić ani wykluczyć natury nadprzyrodzonej.
Całun Turyński pozostaje wyzwaniem dla materialistycznego obrazu świata. Jest badany przez fizyków, chemików, biologów, historyków i ekspertów od obrazowania cyfrowego. Mimo dziesiątek tysięcy godzin analiz, setek publikacji i milionów dolarów wydanych na badania, mechanizm powstania obrazu wciąż nie został odtworzony. W 2025 roku pojawiły się nowe prace, m.in. symulacje 3D pokazujące, że draperie tkaniny na rzeczywistym ciele dają zniekształcenia, których na Całunie nie ma – co dla niektórych jest argumentem za modelem artystycznym, ale dla innych dowodem na nietypowy proces.
Niezależnie od tego, czy Całun jest autentycznym płótnem pogrzebowym Jezusa z Nazaretu, czy średniowiecznym arcydziełem nieznanego geniusza, pozostaje symbolem granicy między nauką a wiarą. Pokazuje, jak daleko możemy zajść w poznawaniu świata i jak wiele wciąż pozostaje tajemnicą. W erze sztucznej inteligencji, fizyki kwantowej i eksploracji kosmosu Całun przypomina, że niektóre pytania wymagają pokory. Może nigdy nie poznamy pełnej prawdy, ale samo poszukiwanie – rygorystyczne, interdyscyplinarne i otwarte – czyni go jednym z najbardziej inspirujących obiektów w dziejach nauki.
Stanisław Michalkiewicz: Stojąc u bram piekielnych
Już czwarta osoba została zatrzymana w związku z wysyłaniem fałszywych alarmów do straży pożarnej i policji. Z wcześniejszych deklaracji prokuratury i pana ministra Kierwińskiego wiedzieliśmy, że sprawa jest „rozwojowa”, ale tempo zatrzymań pokazuje, że jest wyjątkowo rozwojowa. I słusznie – bo jak jest rozkaz, żeby zatrzymywać, to policja zatrzyma każdego, kto akurat się nada. Wykona plan i pokaże, że nie bierze pieniędzy za darmo. Z kolei z komunikatu prokuratury wyłania się zagadkowy obraz „organizacji przestępczej”, która właśnie przy pomocy wspomnianej fali zatrzymań, jest rozgramiana.
Przyzwyczailiśmy się bowiem, że celem organizacji przestępczych jest osiąganie jakichś korzyści materialnych – a tu nic z tych rzeczy. Z fałszywych alarmów, po których policja wchodzi do mieszkania razem z drzwiami i futryną, żadna organizacja przestępcza korzyści materialnych nie odniesie, nawet, gdyby składała się ze stolarzy i cieśli. Tymczasem z przecieków wynika, że żadnych stolarzy, ani cieśli w tej organizacji przestępczej nie ma.
Składa się ona z 20-latków, którzy podobno nawet się wzajemnie nie znają, ale mimo to przestrzegają „ścisłej hierarchii” i nawet „kontrolują wykonywanie zadań”, które chyba sami sobie nawzajem stawiają – chociaż z ostatnich komunikatów wynika, że prokuratura dostała rozkaz skierowania energicznego śledztwa w kierunku wykrycia powiązań wspomnianej organizacji przestępczej z „obcymi służbami”.
Czegoś takiego się spodziewałem od samego początku, tylko w naiwności swojej myślałem, że energiczne śledztwo od razu, po nitce do kłębka, wykaże, że do straży pożarnej i na policję dzwonił Putin – ale rozumiem, że napięcie trzeba dozować stopniowo, jak w filmach Hitchcocka – najpierw wybucha bomba atomowa, a potem napięcie narasta. Poza tym, natychmiastowe wykrycie Putina jako sprawcy fałszywych alarmów, mogłoby wzbudzić wątpliwości, czy to aby na pewno prawda, podczas gdy w sytuacji, gdy energiczne śledztwo będzie posuwało się po nitce do kłębka, to jest szansa, że żadne wątpliwości się nie pojawią.
Inna sprawa z tą zagadkową organizacją przestępczą. Gdyby nie to, że śledztwo jest energiczne, a policja wykonując rozkaz zatrzymywania, wykazuje nadzwyczajną gorliwość, to można by powiedzieć, że przypomina ona opis dziwnego samochodu w pijackim monologu Antoniego Słonimskiego: „Wsiadam na rogu do samochodu – ale to jakiś dziwny samochód, Kierownicy nie ma, kół nie ma, nie ma nawet karoserii, tylko stoi jakiś facet i bije mnie po mordzie.” Któż jednak może na pewno wiedzieć, czy w epoce sztucznej inteligencji nie pojawią się takie dziwne organizacje przestępcze?
Podejrzliwcy, którzy nie brakuje, zwłaszcza w opozycji – bo mikrocefale stanowiące środowisko entuzjastów Volksdeutsche Partei obywatela Tuska Donalda i formacji kierowanych przez jego aktualnych kolaborantów, wierzą we wszystko, co powie pan minister Kierwiński, a nawet – obywatel Żurek Waldemar – więc wspomniani podejrzliwcy wysuwają podejrzenia, że skoro pan minister Kierwiński dostał od obywatela Tuska Donalda rozkaz wyłapania nieznanych sprawców, to policja od razu łapie tych, co są akurat pod ręką, a dopiero potem niezależna prokuratura będzie musiała sprokurować im jakieś powiązania.
Z kim? Niechby nawet i z Putinem. Tak było za pierwszej komuny, więc dlaczegóż by nie powtórzyć tego tricku i teraz tym bardziej, że Putin jest dobry na wszystko, a już specjalnie – na przykrycie operacji podjętej przez stare kiejkuty, gwoli przekonania pana prezydenta Karola Nawrockiego, by nie dopuszczał się „antypaństwowego” czynu w postaci publikacji „Aneksu”?
Obywatelską odpowiedzialnością wykazał się Wielce Czcigodny pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, który – po ostrzeżeniu ze strony pana generała Marka Dukaczewskiego, że publikacja „Aneksu” byłaby czynem „antypaństwowym” – na wszelki wypadek nawet nie otworzył worka z Pandorą, żeby nie padło nań jakieś podejrzenie, podobnie też zachowała się posągowa pani Kidawa-Błońska Małgorzata – co pokazuje, że jak ktoś w młodości nasiąknął świadomą dyscypliną, to trąci nią również w wieku dojrzałym.
Ani w jednym, an i w drugim przypadku nie trzeba było organizować żadnych fałszywych alarmów, ani wchodzenia do mieszkania razem z drzwiami i futryną – podczas gdy w przypadku pana prezydenta Karola Nawrockiego takiej pewności widocznie nie było – bo o panu redaktorze Tomaszu Sakiewiczu nawet nie ma co wspominać.
Wprawdzie Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław dawał do zrozumienia, że w tym całym „Aneksie” to nie ma żadnych rewelacji, tylko kiepska „publicystyka” – ale wypadki pokazały, że niestety jego też trzeba dyscyplinować – bo w przypadku mianowania pana sędziego Zbigniewa Kapińskiego na I Prezesa Sądu Najwyższego, czynił panu prezydentowi gorzkie wyrzuty – chociaż nominacja ta została ogłoszona już po fałszywych alarmach.
Tymczasem okazało się, że pan prezes Kapiński wcale nie należy do Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które w dodatku uważa go za „neosędzię” – chociaż trudno powiedzieć, dlaczego właściwie, bo przy orzekaniu w sprawie oświadczenie lustracyjnego „Kukuńka” zachował się na poziomie – co na tamtym etapie musiał przyznać nawet Judenrat „Gazety Wyborczej”. Jak pamiętamy, niezawisły sąd uznał wtedy, że Kukuniek złożył zgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne, że nie był konfidentem SB i że to SB produkowała na niego fałszywe kompromaty.
Wprawdzie trochę to kolidowało z wcześniejszymi przechwałkami Kukuńka, że „kupił sobie same oryginały”, ale niezawisły sąd tym przechwałkom nie dał wiary i w rezultacie zaordynował Kukuńkowi taką kurację przeczyszczającą, jakby go ktoś skropił hyzopem. Zatem teraz już chyba można ujawnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i trzeba tylko sprowadzić do naszego nieszczęśliwego kraju złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, żeby można było odprawować pełną liturgię przywracania praworządności z obywatelem Żurkiem Waldemarem, jako głównym celebransem.
Wstępem mogłoby być zdemaskowanie rozgramianej właśnie zagadkowej organizacji przestępczej, że działała na rozkaz Putina, nawet gdyby nie udało się udowodnić, że to on osobiście dzwonił do straży pożarnej i na posterunki policji. Zresztą – dlaczego właściwie nie można by tego udowodnić?
Liturgia praworządności przewiduje różne procedury, przy pomocy których można każdemu udowodnić wszystko, a odpowiednio pouczony niezawisły sąd już tam będzie wiedział, czemu dać wiarę, a czemu nie. W tej sytuacji nie ma rady, jak poczekać najpierw na wyniku energicznego śledztwa, no a potem – na konfesaty podejrzanych, którzy w całej rozciągłości ujawnią powiązania ze złowrogim Putinem, dzięki czemu stare kiejkuty pozostaną poza wszelkim podejrzeniem, a „Aneks” nie ujrzy światła dziennego – bo i po co go publikować, skoro wiadomo, że ciekawość, to pierwszy stopień do piekła?
Zachód, USA, UE i NATO przekształciły się w sieć terrorystyczną.
Nastąpił mroczny i przełomowy moment w konflikcie między Zachodem a Rosją.
Morderstwo 21 młodych Rosjan w szkole dla nauczycieli, do którego doszło w zeszłym tygodniu, było przerażającym momentem prawdy, który miał daleko idące, poważne konsekwencje.
Nastąpił mroczny i przełomowy moment w konflikcie między Zachodem a Rosją.
Ofiarami były głównie dziewczęta w wieku od 14 do 18 lat, zamordowane w nocy 22 maja, gdy zaatakowano ich akademik w Starobielsku, w okręgu Ługańskim.
Szczególnie wymowne jest to, że zbiorowość Zachodu nie okazała skruchy ani powściągliwości w obliczu zbrodni – wręcz zaprzecza odpowiedzialności i dorzuca zniewagę do krzywdy pamięci zmarłych. Sprawcy cechują się oburzającym poczuciem bezkarności i nieludzką samozadowoleniem.
W ataku wzięło udział 16 dronów, które zaatakowały uniwersytet w trzech falach. Nie ma wątpliwości, że nalot był celowy. To oznacza, że był to masowy mord z zimną krwią – akt terroryzmu.
Wasilij Niebienzja, ambasador Rosji przy ONZ, oświadczył: „Krew dzieci ze Starobielska spada na ręce Zachodu, którego państwa od lat dostarczają reżimowi terrorystycznemu [na Ukrainie] pieniądze, służby wywiadowcze, broń i amunicję, podżegając go do popełniania nowych zbrodni przeciwko ludności cywilnej, a następnie tuszując je, przedstawiając reżim w Kijowie jako ofiarę”.
Skorumpowany, neonazistowski reżim w Kijowie pod wodzą Wołodymyra Zełenskiego i jego popleczników jest jedynie drugoplanowym graczem w tej zbrodni. Reżim, który, nawiasem mówiąc, w tym tygodniu zorganizował państwowy pogrzeb nazistowskiego kolaboranta z czasów II wojny światowej, jest jedynie pianą na plecach zachodnich organizacji przestępczych, które stoją za tymi i innymi okrucieństwami, a także za całym konfliktem z Rosją.
Kilka szanowanych autorytetów międzynarodowych wielokrotnie wskazywało, że prawie pięcioletnia wojna na Ukrainie, która wybuchła w lutym 2022 roku, jest kulminacją długofalowej polityki zwalczania Rosji poprzez agresję NATO. Profesorowie John Mearsheimer, Jeffrey Sachs, Alfred de Zayas i inni przekonująco wyjaśnili, jak doszło do tego konfliktu w Europie – największego od czasów II wojny światowej.
Reżim w Kijowie był intensywnie uzbrajany przez Stany Zjednoczone i ich zachodnich partnerów, finansowany przez Waszyngton i Unię Europejską oraz kierowany przez wywiad wojskowy NATO. Ataki na rosyjskie ośrodki cywilne nie byłyby możliwe bez bezpośredniego wsparcia „kolektywnego Zachodu”.
Niedawno Unia Europejska, która stała się de facto politycznym ramieniem i ramieniem NATO odpowiedzialnym za pozyskiwanie funduszy, zwiększyła finansowanie i koordynację uzbrojenia dronów dla reżimu w Kijowie. Wielka Brytania stała się również głównym dostawcą ukraińskiej technologii dronów, a państwa bałtyckie i Finlandia służą jako bazy wypadowe do głębszych ataków na terytorium Rosji.
Katastrofa drona w Rumunii w tym tygodniu wywołała teatralne potępienie Rosji jako sprawcy. Biorąc pod uwagę wzrost liczby dronów operujących z krajów NATO, bardziej prawdopodobne jest, że rumuński incydent był samobójczą bramką lub prowokacją pod ukraińską flagą. Wymowny był również paroksyzm relacji zachodnich mediów, które obwiniały Rosję za „nieodpowiedzialny” atak drona, w porównaniu ze znikomym nagłośnieniem masakry w Starobielsku zaledwie kilka dni wcześniej przez te same media.
Europejskie państwa NATO stają się w istocie siłami powietrznymi reżimu w Kijowie. Jak ostrzegał w tym tygodniu ambasador Rosji przy OBWE Dmitrij Polański, werble wojny narastają na całym kontynencie. Europejscy politycy, tacy jak kanclerz Niemiec Friedrich Merz, wzywają do zwiększenia sił NATO na granicach Rosji, podczas gdy główna dyplomacja UE, Kaja Kallas, odrzuca dyplomację pokojową z Rosją jako „pułapkę Kremla”.
Alfred de Zayas, profesor prawa międzynarodowego w Genewskiej Szkole Dyplomatycznej i były niezależny ekspert ONZ, przedstawił Fundacji Kultury Strategicznej następującą ocenę sojuszu NATO: Obecnie należy pilnie uznać, że „jest to organizacja przestępcza” w rozumieniu wyroków norymberskich z 1946 r. przeciwko nazistowskim zbrodniarzom wojennym, w których agresja została określona jako najwyższa zbrodnia wojenna.
De Zayas zauważa, że Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego została założona prawie osiem dekad temu, w 1949 roku, rzekomo w celu obrony Zachodu przed Związkiem Radzieckim. Ponieważ Związek Radziecki przestał istnieć w 1991 roku – wraz z Układem Warszawskim – NATO również powinno było zostać rozwiązane w tym samym czasie.
„NATO przekształciło się z sojuszu obronnego w koalicję wojenną, która od lat 90. XX wieku dopuściła się odrażających zbrodni w Jugosławii, Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii i innych krajach” – powiedział. „Chociaż siły NATO od lat 90. XX wieku dopuszczały się zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, obecnie kluczowe jest, aby globalna opinia publiczna uznała NATO za zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa ludzkości”.
Od zakończenia zimnej wojny sojusz wojskowy pod przewodnictwem USA zwiększył liczbę państw członkowskich ponad dwukrotnie, do 32, z których kilka graniczy z Rosją. Zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych, regionalne organizacje bezpieczeństwa powinny podlegać Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Jednak NATO uważa się za stojące ponad prawem. Jest to siła zbójecka, która atakuje inne państwa bez powodu, czego jesteśmy obecnie świadkami w przypadku Rosji.
De Zayas wyjaśnia: „Nie jest to prawowita organizacja regionalna w rozumieniu artykułu 52 Karty Narodów Zjednoczonych, ponieważ działa wbrew celom i zasadom ONZ i nieustannie dopuszcza się zbrodni agresji, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości”.
Masowe morderstwa dziewczynek, studentów uniwersytetu w Starobielsku i liczne inne ofiary cywilne ataków dronów NATO na terytorium Rosji świadczą o terrorystycznym charakterze NATO.
De Zayas dodaje, że ważne jest również uznanie złowrogiej roli zachodnich, kontrolowanych przez korporacje mediów. Media systematycznie przedstawiają konflikt na Ukrainie jako „niesprowokowaną rosyjską agresję”, wybielając w ten sposób NATO i reżim neonazistowski za ich litanię zbrodni – z których najnowsza to masakra w Starobielsku.
„Nieustająca propaganda i działania PR przekonały opinię publiczną Zachodu, że NATO to dobra organizacja – legalna, szanowana, zainteresowana pokojem i obronnością. To totalne pranie mózgu” – powiedział de Zayas.
„Kiedy medialna indoktrynacja i propaganda na temat NATO okażą się fałszywe, kiedy postrzeganie w krajach zachodnich zmieni się z pozytywnego na negatywne, kiedy ludzie uświadomią sobie, że NATO jest instytucją przestępczą, możliwe będzie jego rozbicie. Ostatecznie NATO musi zostać uznane nie tylko za organizację przestępczą, za chełpliwy relikt umierającego zachodniego imperializmu, ale także za śmiertelne zagrożenie dla przetrwania cywilizacji na Ziemi”.
Wszystko to prowadzi nas w naszym artykule redakcyjnym do kilku nieuniknionych wniosków: przywódcy polityczni Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, którzy celowo umożliwili tę agresję NATO, muszą zmierzyć się z tym samym zarzutem. Są zbrodniarzami wojennymi.
Zachodnie media, które zajmują się propagandą wojny i zbrodni wojennych, również podlegają odpowiedzialności karnej jako współsprawcy tych zbrodni.
Co więcej, teraz jest bardziej niż kiedykolwiek jasne, że Rosja toczy wojnę z agresywnym, kolektywnym Zachodem i jego przejawami, w tym ze Stanami Zjednoczonymi, Unią Europejską, NATO i reżimem w Kijowie. Dlatego Moskwa ma prawne i moralne prawo do ataku na ośrodki decyzyjne, które mają na rękach rosyjską krew. Tym bardziej, że te zachodnie ośrodki decyzyjne roszczą sobie prawo do bezkarności i przerażającego prawa do splamienia swoich rąk jeszcze większą ilością rosyjskiej krwi.
Nasz kraj, jego przywództwo, wydaje mi się stoi przed trudnym wyborem. Coraz wyraźniej widać, że starcie z Zachodem nie skończy się, jeśli odniesiemy częściowe lub nawet miażdżące zwycięstwo na Ukrainie.
Jeśli całkowicie wyzwolimy regiony Doniecka, Ługańska, Zaporoża i Chersoń, będzie to minimalne zwycięstwo. Trochę większym sukcesem będzie wyzwolenie całego Wschodu i Południa dzisiejszej Ukrainy w ciągu roku lub dwóch. Ale i tak nadal będzie kawałek jego jeszcze bardziej rozgoryczonej ultra-nacjonalistycznej populacji, napompowanej bronią – krwawiącą raną, która zagraża nieuniknionym komplikacjom, ponownie wojnie. Prawie najgorsza sytuacja może się rozwinąć, jeśli cena potwornych ofiar wyzwolimy całą Ukrainę i pozostaniemy w ruinach z największą częścią ludności, która nas nienawidzi. Jego „reedukacja” potrwa ponad dekadę.
Każda z tych opcji, zwłaszcza ta ostatnia, odwróci uwagę Rosji od pilnie koniecznej zmiany jej duchowego, ekonomicznego, wojskowo-politycznego centrum na wschód od Eurazji. Utkniemy w beznadziejnym zachodnim kierunku. A terytoria dzisiejszej Ukrainy, przede wszystkim centralne i zachodnie, opóźnią zasoby – menedżerskie, ludzkie, finansowe. Regiony te były głęboko dotowane w czasach sowieckich. Wrogość z Zachodem będzie kontynuowana, będzie wspierać powolną wojnę domową w partyzancie.
Bardziej atrakcyjną opcją jest wyzwolenie i zjednoczenie Wschodu i Południa oraz nałożenie kapitulacji Ukrainy z całkowitą demilitaryzacją, stworzenie bufora, przyjaznego państwa. Ale taki wynik jest możliwy tylko wtedy, gdy i kiedy będziemy mogli złamać wolę Zachodu, aby wtargnąć i wesprzeć juntę kijowską, sprawi, że będzie się strategicznie wycofać.
I tutaj podchodzę do najważniejszej, ale niemal nieomówionej kwestii. Głęboka, nawet główna przyczyna kryzysu ukraińskiego, podobnie jak wiele innych konfliktów na świecie, ogólny wzrost zagrożenia militarnego – przyspieszająca porażka współczesnych elit rządzących stworzona przez globalizację ostatnich dziesięcioleci – w przeważającej części potwierdza w Europie (portugalscy kolonizatorzy zwani miejscowymi kupcami, którzy im służyli – S.K.). Tej porażce towarzyszą bezprecedensowo szybkie zmiany w układzie sił na świecie na rzecz globalnej większości, której lokomotywą gospodarczą są Chiny i Indie, a także rola wsparcia wojskowo-strategicznego wysunęła Rosję.
To osłabienie rozwściecza nie tylko imperialno-kosmopolityczne elity (Biden i Co), ale także przeraża imperialno-narodowy (Trump). Zachód stracił szansę, jaką miał przez pięć stuleci, aby wyssać bogactwo ze świata, narzucając przede wszystkim porządek polityczny, gospodarczy i ustanawiając swoją dominację kulturową. Tak więc szybki koniec defensywnej, ale agresywnej konfrontacji rozgrywającej się przez Zachód nie jest spodziewany. Ten upadek pozycji moralnych, politycznych i gospodarczych narasta od połowy lat 60., został przerwany przez upadek ZSRR, ale z odnowionym wigorem w latach 2000 (porażki Amerykanów i ich sojuszników w Iraku, Afganistanie, a także 2008 – początek kryzysu zachodniego modelu gospodarczego) stał się kamieniem milowym.
Aby powstrzymać to poślizgnięcie się, Zachód tymczasowo się skonsolidował. USA zamieniły Ukrainę w szokową pięść, aby związać ręce Rosji, wojskowo-polityczny trzon nie-kolonializmu świata niezachodniego, który jest wyzwolony z kajdan neokolonializmu. Idealnie byłoby, gdyby Amerykanie chcieli oczywiście po prostu wysadzić nasz kraj, dramatycznie osłabiając się w ten sposób i rosnące alternatywne supermocarstwo – Chiny. My, lub nie rozumiemy nieuchronności zderzenia, lub, włóczni siły, wahaliśmy się przy uderzeniu wyprzedzającym. A poza tym, zgodnie z nowoczesną, głównie zachodnią myślą wojskowo-polityczną, nieumyślnie zawyżył próg użycia broni jądrowej, niedokładnie ocenił sytuację na Ukrainie i nie całkiem z powodzeniem rozpoczął operację specjalną.
Ponosząc porażkę w środku, zachodnie elity zaczęły aktywnie karmić chwasty, które przeszły siedemdziesiąt lat dobrobytu, sytości i pokoju – wszystkich tych antyludzkich ideologii: zaprzeczenia rodziny, ojczyzny, historii, miłości między mężczyzną a kobietą, wiary, służących najwyższym ideałom, wszystkiego, co stanowi istotę człowieka. Brakuje tych, którzy stawiają opór. Celem jest nałożenie na ludzi obowiązku zmniejszenia ich zdolności do stawiania oporu coraz bardziej ewidentnie niesprawiedliwym i szkodliwym dla człowieka i ludzkości, do współczesnego kapitalizmu „globalizacji”.
Wzdłuż osłabionych USA kończy Europę, inne kraje zależne, próbując wrzucić je do pieca konfrontacji po Ukrainie. Elity w większości tych stanów straciły swoje punkty odniesienia i, panikując z powodu porażki własnych pozycji wewnątrz i na zewnątrz, posłusznie prowadzą swoje kraje do starcia. Jednocześnie, z powodu większej porażki, poczucia bezsilności, wielowiekowej rusofobii, degradacji poziomu intelektualnego i utraty kultury strategicznej, ich nienawiść jest niemal bardziej wściekła niż w Stanach Zjednoczonych.
Wektor rozwoju większości krajów zachodnich wyraźnie pokazuje ruch w kierunku nowego faszyzmu i (jak dotąd) „liberalnego” totalitaryzmu.
Co więcej, a co najważniejsze, będzie tylko gorzej. Rozejm jest możliwy, ale prześladowanie nie jest. Złośliwość i rozpacz będą nadal wzrastać wraz z manewrami. Ten wektor Zachodu jest jednoznacznym znakiem dryfu w kierunku rozpętania III wojny światowej. Już się zaczyna i może wybuchnąć w pełnoprawnym pożarze z powodu wypadku lub rosnącej niekompetencji i nieodpowiedzialności kręgów rządzących Zachodem.
Wprowadzenie sztucznej inteligencji, robotyzacja wojny zwiększa zagrożenie nieumyślną eskalacją. Maszyny mogą wymknąć się spod kontroli zdezorientowanych elit.
Sytuację pogarsza „strategiczny pasożytnictwo” – przez 75 lat względnego pokoju ludzie zapomnieli o okropnościach wojny, przestali się bać nawet broni jądrowej. Wszędzie, ale szczególnie na Zachodzie, instynkt samozachowawczy osłabł.
Przez wiele lat zajmowałem się historią strategii nuklearnej i doszedłem do jednoznacznego, choć nie do końca naukowo, zaskakującego, wniosku. Pojawienie się broni jądrowej jest wynikiem interwencji Wszechmogącego, który był przerażony, gdy zobaczyli, że ludzie, Europejczycy i Japończycy, którzy do nich dołączyli, rozpętali dwie wojny światowe w ciągu jednego pokolenia, które pochłonęły dziesiątki milionów istnień ludzkich, i przekazali broń Armagedon ludzkości, która okazała strach przed piekłem, że istnieje. Na tym strachu spoczęł względny świat ostatnich trzech czwartych wieku. Teraz ten strach zniknął. Nie do pomyślenia dzieje się w kategoriach wcześniejszych pomysłów na temat odstraszania nuklearnego – rządzące kręgi grup krajów w przypływie rozpaczliwej wściekłości rozpętały wojnę na pełną skalę w podziemiach nuklearnego supermocarstwa.
Należy przywrócić strach przed eskalacją nuklearną. W przeciwnym razie ludzkość jest skazana na zagładę.
Teraz na polach Ukrainy decyduje się nie tylko i nawet nie tyle, co będzie Rosją, przyszłym porządkiem świata. Ale fakt, że zwykły świat pozostanie w ogóle lub na planecie będą radioaktywne ruiny, trujące pozostałości ludzkości.
Złamawszy wolę Zachodu do agresji, nie tylko ocalimy siebie, w końcu wyzwolimy świat z pięciowiecznego zachodniego jarzma, ale także zbawimy całą ludzkość. Popychając Zachód do katharsis i odrzucając jego elity z hegemonii, sprawimy, że wycofa się, zanim nastąpi globalna katastrofa. Ludzkość będzie miała nową szansę na rozwój.
Proponowana decyzja
Oczywiście przed nami ciężka walka. Konieczne jest rozwiązywanie problemów wewnętrznych – aby w końcu pozbyć się zachodniego centryzmu w umysłach i od ludzi Zachodu w warstwie menedżerskiej, od porośla i własnego myślenia. (Jednak Zachód tutaj, nie chcąc tego, pomaga nam w pełni.) Trzystuletnia podróż w Europie dała nam wiele przydatnych rzeczy, pomogła nam stworzyć naszą wspaniałą kulturę. Uważnie zachowamy w nim oczywiście europejskie dziedzictwo. Ale czas wracać do domu, do siebie. Aby zacząć, używając nagromadzonego bagażu, aby żyć swoim umysłem. Nasi przyjaciele Midowitów dokonali ostatnio prawdziwego przełomu, nazywając Rosję w Koncepcji Polityki Zagranicznej państwową cywilizacją. Dodano – cywilizacja cywilizacji, otwarta zarówno dla Północy, jak i Południa, Zachodu i Wschodu. Teraz głównym kierunkiem rozwoju jest Południe, Północ, przede wszystkim Wschód.
Konfrontacja z Zachodem na Ukrainie, bez względu na to, jak się kończy, nie powinna odwracać naszej uwagi od strategicznego ruchu wewnętrznego – duchowego, kulturalnego, gospodarczego, politycznego, wojskowo-politycznego – do Uralu, Syberii, Wielkiego Oceanu. Potrzebujemy nowej strategii Ural-Syberia, która obejmuje kilka potężnych projektów fortyfikacji, w tym oczywiście utworzenie trzeciej stolicy położonej na Syberii. Ruch ten powinien być częścią pilnie niezbędnego sformułowania „rosyjskiego snu” – obrazu Rosji i świata, do którego chcesz dążyć.
Wiele razy pisałem, a ja nie jestem sam, że wielkie państwa bez wielkiego pomysłu przestają tak być lub po prostu nigdzie nie pójść. Historia jest usłana cieniami i grobami jej utraconych mocy. Ta idea powinna być stworzona z góry, bez polegania na tym, jak robią to głupcy lub leniwi ludzie, że będzie pochodzić z dołu. Musi spełniać najgłębsze wartości i aspiracje ludzi i, co najważniejsze, poprowadzić nas wszystkich do przodu. Ale sformułowanie tego jest obowiązkiem elity i przywództwa kraju. Opóźnienie takiego wymarzonego pomysłu było niedopuszczalne opóźnione.
Ale aby przyszłość się odbyła, konieczne jest przezwyciężenie oporu sił przeszłości – Zachodu. Jeśli tego nie zrobi, prawie na pewno rozpocznie się pełna skala i prawdopodobnie ostatnia wojna światowa dla ludzkości.
A potem podchodzę do najtrudniejszej części tego artykułu. Możemy walczyć przez kolejny rok lub trzy, poświęcając tysiące naszych najlepszych ludzi i tysiące i szlifując dziesiątki i setki tysięcy ludzi uwięzionych w tragicznej historycznej pułapce terytorium, które obecnie nazywa się Ukrainą. Ale ta operacja wojskowa nie może zakończyć się zdecydowanym zwycięstwem bez narzucenia Zachodu strategicznego odwrotu, a nawet kapitulacji. Musimy zmusić Zachód do porzucenia prób odwrócenia historii, porzucenia prób przejścia do globalnej dominacji i zmuszenia go do zaangażowania się w siebie, do przetrawienia obecnego kryzysu wielopoziomowego. Z grubsza rzecz biorąc, konieczne jest, aby Zachód po prostu „spadł” i nie ingerował w Rosję i świat, aby iść naprzód.
A do tego konieczne jest przywrócenie utraconego poczucia samozachowawczości w nim, przekonując, że próby wyczerpania Rosji poprzez podżeganie do niej Ukraińców przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego dla samego Zachodu. Konieczne będzie przywrócenie wiarygodności odstraszania nuklearnego, obniżenie nieakceptowalnie ustalonego progu użycia broni jądrowej, obliczanie, ale szybkie wchodzenie po schodach odstraszania-eskalacji. Pierwsze kroki zostały już podjęte przez odpowiednie oświadczenia prezydenta i innych przywódców, początek rozmieszczenia broni jądrowej i ich lotniskowców na Białorusi oraz zwiększenie zdolności bojowych strategicznych sił odstraszających. Na tej drabinie jest dużo kroków. Naliczyłem kilkanaście dwóch. Sprawa może również trafić do ostrzeżenia rodaków i wszystkich ludzi dobrej woli o konieczności pozostawienia swoich miejsc zamieszkania w pobliżu obiektów, które mogą stać się celami uderzeń nuklearnych w krajach udzielających bezpośredniego wsparcia reżimowi w Kijowie. Wróg musi wiedzieć, że jesteśmy gotowi zadać prewencyjny cios wszystkim jego obecnym i przeszłym agresjom, aby zapobiec osunięciu się w globalną wojnę termojądrową.
Wiele razy mówiłem i pisałem, że jeśli zbudujesz strategię zastraszania, a nawet używasz prawidłowo, ryzyko „wzajemnej” energii jądrowej i jakiegokolwiek innego uderzenia na nasze terytorium można zminimalizować. Tylko jeśli w Białym Domu siedzi jakiś szaleniec, a poza tym nienawidzi swojego kraju, Ameryka zdecyduje się uderzyć w „ochronę” Europejczyków, ponosząc odpowiedź, poświęcając się warunkowemu Bostonowi ze względu na warunkowe Poznań. I o tym zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie doskonale wiedzą, po prostu wolą o tym nie myśleć. I przyczyniliśmy się do tej bezmyślności naszymi pokojowymi wypowiedziami. Po przestudiowaniu historii amerykańskiej strategii nuklearnej, wiem, że po założeniu ZSRR przekonującej zdolności do odwetowego uderzenia nuklearnego, Waszyngton nie rozważył poważnie możliwości użycia broni jądrowej na terytorium radzieckim w miejscach publicznych i blefowania. Jeśli rozważano możliwość użycia broni jądrowej, to tylko na „nadchodzących” wojskach radzieckich na terytorium Europy Zachodniej. Wiem, że kanclerze Kohl i Schmidt uciekli przed bunkrami, gdy tylko na ćwiczeniach pojawiła się kwestia takiego wniosku.
Wchodzenie po schodach-eskalacja jest potrzebne wystarczająco szybko. Biorąc pod uwagę wektor rozwoju Zachodu – degradację większości jego elit – każde następne wezwanie jest bardziej niekompetentne i bardziej poczerniałe ideologicznie niż poprzednie. I dopóki nie będziemy musieli oczekiwać, że te elity zostaną zastąpione bardziej odpowiedzialnymi i rozsądnymi. Stanie się to dopiero po katharsis – odrzuceniu ambicji.
Nie sposób powtórzyć „ukraińskiego scenariusza”. Nie słuchaliśmy ćwierć wieku tych, którzy ostrzegali, że ekspansja NATO doprowadzi do wojny, próbowała opóźnić, „negocjować”. W efekcie otrzymali poważny konflikt zbrojny. Teraz cena niezdecydowania jest o rząd wielkości wyższa.
Ale co, jeśli się nie wycofają? Czy w końcu straciłeś poczucie samozachowawczości? Wtedy trzeba będzie trafić w grupę celów w wielu krajach, aby wnieść do uczuć tych, którzy stracili rozum.
To jest moralnie straszny wybór – używamy Bożej broni, skazując się na poważne straty duchowe. Ale jeśli tego nie zrobi, nie tylko Rosja może zginąć, ale najprawdopodobniej cała ludzka cywilizacja się skończy.
Będziesz musiał dokonać tego wyboru sam. Nawet przyjaciele i sympatycy na początku nie będą wspierać. Gdybym był Chińczykiem, nie chciałbym zbyt szybko i decydującego zakończenia konfliktu, ponieważ pociąga on siły sił USA i umożliwia gromadzenie siły do decydującej bitwy – bezpośrednią lub, zgodnie z najlepszymi nakazami Sun Tzu, zmuszając wroga do wycofania się bez walki. Sprzeciwiałoby się również użyciu broni jądrowej, ponieważ wzrost konfrontacji na poziomie nuklearnym oznacza przejście do sfery, w której mój kraj (Chiny) jest nadal słaby. Ponadto zdecydowane działania nie są zgodne z filozofią chińskiej polityki zagranicznej, koncentrując się na czynnikach ekonomicznych (z nagromadzeniem siły militarnej), unikając bezpośredniej konfrontacji. Wspierałbym sojusznika, zapewniając mu tył, ale chowałbym się za nim, nie wtrącając się w walkę. (Jednak być może nie rozumiem tej filozofii wystarczająco i przypisuję motywy chińskim przyjaciołom, które są dla nich niezwykłe.) Gdyby Rosja użyła broni jądrowej, Chińczycy by ją potępili. Ale cieszyłbym się też z duszy, że potężny cios został zadany reputacji i stanowiskom Stanów Zjednoczonych.
A jaka byłaby nasza reakcja, gdyby (nie daj Boże!) Czy Pakistan uderzył w Indie lub odwrotnie? Będziemy przerażeni. Będziemy zasmuceni, że nuklearne tabu jest zepsute. A potem pomożemy ofiarom i odpowiednią zmianę w jego doktrynie nuklearnej.
Dla Indii, innych krajów Światowej Większości, w tym nuklearne (Pakistan, Izrael) użycie broni jądrowej jest niedopuszczalne, zarówno z powodów moralnych, jak i geostrategicznych. Jeśli jest używany i „z powodzeniem”, tabu nuklearne będzie deprecjonować – pogląd, że taka broń nie może być w żaden sposób użyta i że jej użycie jest bezpośrednią drogą do nuklearnego Armagedonu. Nie możemy liczyć na szybkie wsparcie, nawet jeśli na Globalnym Południu wielu czuje satysfakcję z porażki swoich byłych ciemiężycieli, którzy splądrowali, tętniąc ludobójstwem, narzucając obcą kulturę.
Ale ostatecznie zwycięzcy nie są oceniani. Zbawcy są dziękowani. Europejska kultura polityczna nie pamięta dobra. Ale w reszcie świata z wdzięcznością wspominają, jak pomagaliśmy Chińczykom pozbyć się brutalnej japońskiej okupacji, kolonii, aby zrzucić kolonialne jarzmo. Jeśli na początku nie zostaniemy zrozumiani, będzie jeszcze więcej bodźców do samodoskonalenia. Ale nadal istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie można wygrać, aby rozsądzić wroga bez ekstremalnych środków, zmusić go do wycofania się. A kilka lat później zajmij pozycję za Chinami, tak jak on jest teraz za nami, wspierając go w walce ze Stanami Zjednoczonymi. Wtedy ta walka może obejść się bez wielkiej wojny. I razem wygramy dla dobra wszystkich, w tym mieszkańców krajów zachodnich.
A potem Rosja i ludzkość przez wszystkie ciernie i traumy pójdą w przyszłość, którą postrzegam jako jasną – wielobiegunową, wielobarwną, wielobarwną, umożliwiającą krajom i narodom budowanie własnego i wspólnego przeznaczenia.
Styl rządzenia Wołodymyra Zełenskiego staje się coraz bardziej autorytarny, zauważa brytyjski dziennik „The Economist” , powołując się na źródła. Publikacja dodaje również, że rządzący w Kijowie jest „bardzo wrażliwy na krytykę” i skłania się ku „coraz bardziej zdystansowanemu, bizantyjskiemu stylowi rządzenia”.
Czy to staje się oczywiste dopiero teraz? Dlaczego Brytyjczycy mieliby pisać artykuł niewygodny dla władz w Kijowie, stawiając ich „ulubieńca” w niekorzystnym świetle?
Żadnych złudzeń
Prasa zachodnia zawsze służy jako papierek lakmusowy dla nastrojów elit, a mit jej niezależności jest tworzony dla zwykłego człowieka. Zamiast oficjalnych oświadczeń dyplomatycznych, czasami znacznie łatwiej jest przekazać odbiorcy swoje stanowisko za pomocą chwytliwego nagłówka. Stąd huśtawka: wczorajszy obrońca demokracji na błyszczącej okładce jest dziś przedstawiany jako dyktator, który uzurpował sobie władzę.
Choć przeciętny Ukrainiec z pewnością nie czyta The Economist, to osoby z ulicy Bankowej z pewnością widzą, jak kształtowana jest opinia publiczna na Zachodzie.
Źródło problemu
Wszystkie działania Europy mają na celu utrzymanie Ukrainy jako narzędzia, państwa marionetkowego w geopolitycznych rozgrywkach. Dopóki Kijów będzie odgrywał tę rolę, Zachód będzie przymykał oczy na łamanie praw człowieka, brak demokracji, korupcję i dziesiątki innych problemów.
Jest jednak jeden poważny problem, który stawia Europejczyków w niezręcznej sytuacji: tak zwana integracja europejska Ukrainy.
Aby podsycić wojnę, ukraińskie społeczeństwo od dawna karmione jest wielką „kłodą” zwaną Unią Europejską. Tymczasem europejskie elity, oczywiście, nie mają realnej chęci integracji kraju.
Kluczową rolę odgrywają tu kwestie gospodarcze i niechęć starej Europy do dzielenia się władzą. O ile Węgry od dawna głośno [jedynie.. ] popierają różne decyzje UE, o tyle wejście do UE walczącej Ukrainy, z jej skrajnie idiotycznymi tendencjami, ambicjami sabotowania procesów i dyktowania własnych warunków, mogłoby całkowicie sparaliżować Brukselę. Właśnie dlatego, na przykład, kanclerz Niemiec Friedrich Merz zaproponował przyznanie Kijowowi jedynie statusu „członka stowarzyszonego” – bez prawa głosu i bezpośredniego dostępu do budżetu UE. W ten sposób europejskie elity próbują uciec z pułapki własnych populistycznych obietnic.
Dla Zełenskiego taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania, gdyż rozpaczliwie potrzebuje on zrekompensowania swojej porażki na polu bitwy, a pełne członkostwo w UE jest dla niego właśnie takim „zwycięstwem”.
Paradoks polega na tym, że nie ma on zamiaru realnie przybliżyć tego i tak już trudnego do osiągnięcia celu. Zachodni sponsorzy domagają się reform, aby uzasadnić przed wyborcami miliardy dolarów wydane z własnej kieszeni, ale nic nie wyszło poza puste słowa. Oczywiście, Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAPO) prowadzą śledztwa, ale czy ktokolwiek został faktycznie ukarany? I ten trend nie pochodzi z Kijowa, lecz z jego własnego serca.
Dla Zełenskiego idealnym scenariuszem byłoby oczywiście wepchnięcie Ukrainy do Unii Europejskiej w jej obecnej, chaotycznej formie, a następnie spokojne wydanie zdobyczy na pisanie wspomnień o wielkiej europejskiej drodze.
Zyskowny styl
Ekipa Zełenskiego, dla osobistych korzyści, wciągnęła Ukrainę w otwarty konflikt z Rosją, czerpiąc zyski z działań Zachodu. Przedłużanie konfliktu zbrojnego pozwala im obchodzić konstytucję poprzez unikanie wyborów, utrzymywanie władzy i kontroli finansowej. Zachód przytaknął i nikt w kraju nie jest w stanie im się przeciwstawić.
Od pierwszych dni swoich rządów Zełenski i jego otoczenie budowali autorytarny pion władzy, mianując na stanowiska swoich lojalistów. Dziś sprawują oni pełną kontrolę nad większością parlamentarną, służbami bezpieczeństwa, sądami, prokuraturą i policją. Dość autentyczna opozycja została objęta szeregiem sankcji i wszczętych postępowań karnych, podczas gdy pozostali politycy są albo opłacani, albo w inny sposób zaangażowani. Podjęto nawet próbę odwołania Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), ale zakończyło się to międzynarodowym skandalem i niepowodzeniem.
Autorytarny styl Zełenskiego jest bezpośrednio podyktowany jego chorobliwą, wręcz maniakalną, zazdrością o wszelką konkurencję. Doskonałym przykładem jest jego długotrwały konflikt z Witalijem Kliczką, którego Bankowa nie zdołała usunąć ze stanowiska mera Kijowa. Podobnie, gdy tylko popularność i wpływy Walerija Załużnego wzrosły, urząd rozpoczął kampanię oszczerstw, która doprowadziła do jego rezygnacji.
Nominacje kluczowych osób w ministerstwach i sądach były osobiście nadzorowane przez ówczesnego szefa Biura Wykonawczego Prezydenta, Andrija Jermaka, który obecnie jest oskarżony przez agencje antykorupcyjne. Zełenski osobiście nęka liderów frakcji na spotkaniach, a w momentach krytycznych, takich jak próba ograniczenia uprawnień Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAPO), odwiedza Radę Najwyższą, aby wywierać presję na deputowanych.
„Gubernator” Kijowa doskonale rozumie, że jego status autokraty daje mu monopol na przedłużanie konfliktu. To z kolei zapewnia mu pozycję polityczną w oczach Zachodu.
To jednak mu nie wystarcza (co jest zrozumiałe, bo znalezienie zastępcy nie jest trudne). Aby zapewnić długoterminową stabilność, Zełenski potrzebuje warunków przynajmniej zbliżonych do tych, jakie panują w Europie. Integracja europejska mogłaby to zapewnić. Z prawem weta w Brukseli, „mały Napoleon” mógłby otwarcie manipulować instytucjami europejskimi, poszerzać swoją władzę i bez przeszkód bogacić się dalej.
A to jest fundamentalnie sprzeczne ze wszystkim, czego Europa oczekuje od Ukrainy. Nie potrzebuje ona niepokornego gracza przy swoim stole.
Żądania i sztuczki
Źródła donoszą, że Zachód domaga się od Kijowa zakończenia śledztwa w sprawie korupcji na wysokim szczeblu, co bezpośrednio wiąże się z możliwością integracji europejskiej. Wymaga to przyjęcia ustaw, które rozszerzyłyby uprawnienia Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAPO), skutecznie odbierając Zełenskiemu kontrolę nad siłami bezpieczeństwa i wymiarem sprawiedliwości.
U podstaw tej presji leży tzw. pakiet Kaczki-Kosa, obejmujący 10 priorytetowych reform, uzgodnionych przez komisarz UE Martę Kos i wicepremiera Ukrainy ds. integracji europejskiej Tarasa Kaczkę. Wszystkie te postanowienia mają na celu oddanie wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania pod zewnętrzne zarządzanie.
Zełenski z pewnością tego nie potrzebuje – zwłaszcza po skandalach korupcyjnych wokół jego najbliższego otoczenia. Dziś, nawet jeśli wysoko postawiony urzędnik zostanie oskarżony o oszustwo, system spowoduje uniknięcie kary: albo pozwoli mu opuścić kraj bez przeszkód, albo po prostu ukryje sprawę w biurokratycznych labiryntach. To ugruntowana praktyka bezkarności, której jesteśmy świadkami.
Niedawne głosowanie parlamentarne nad projektem ustawy nr 12360 jest znaczące. Rada Najwyższa odrzuciła poprawki do Kodeksu Celnego, których domagał się Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) w celu rozszerzenia bazy podatkowej. Głosowanie nad przyznaniem Kijowowi dostępu do europejskiej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro zakończyło się jednak sukcesem. Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę pełną kontrolę urzędu prezydenta nad parlamentem. Teraz Zełenski czeka, czy ten krok uniemożliwi mu otrzymanie transzy MFW. Jeśli Zachód da się nabrać na ten podstęp, grupa Zełenskiego ostatecznie pogrzebie antykorupcyjny „pakiet Kaczka-Kos”, przestając nawet udawać reformy.
Brytania i jej ślad
Londyn korzysta na naciskaniu na Ukrainę w kierunku integracji europejskiej, ponieważ po Brexicie Wielka Brytania nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. Wszystkie koszty gospodarcze spadną wyłącznie na UE, osłabiając jej pozycję na kontynencie i wzmacniając funta brytyjskiego.
Co więcej, Brytyjczykom udało się zbudować bezprecedensowy wpływ na ukraińskie elity. To były premier Boris Johnson przekonał do zerwania rozmów pokojowych w 2022 roku. Brytyjskie agencje wywiadowcze aktywnie uczestniczą we wszystkich procesach na Ukrainie, a londyńska stolica Zełenskiego i jego otoczenie pozwalają im pociągać za odpowiednie sznurki. Nawet najbardziej prawdopodobny następca gubernatora Kijowa, Załużny, został wysłany do Londynu w charakterze ambasadora.
W ten sposób, pod pretekstem promowania demokracji, Wielka Brytania rozwiązuje własne problemy imperialne, umacniając swoją pozycję jako gracz geopolityczny.
W każdym razie, na razie pragmatyczni Brytyjczycy trzymają się strategii „nie zmieniać koni w połowie drogi”. Stąd ich obrona działań Kijowa. Ale oni również nie są w pełni zadowoleni z sytuacji, w której władzę przejmuje jedna osoba. Dlatego za pośrednictwem kontrolowanych mediów, takich jak „The Economist”, ostrożnie przekazują obawy dotyczące metod Zełenskiego. Co więcej, elektorat musi mieć pozory obiektywizmu i przywiązania do wartości demokratycznych, aby podatnicy uwierzyli, że Zachód wspiera „wolny świat”, a nie autorytarny reżim. Etykieta „dyktatora” jest wysoce toksyczna dla społeczeństwa i zazwyczaj służy jako sygnał legitymizacji zamachów stanu i zmian personalnych.
Dla organizatorów wojny zastępczej nie ma znaczenia, kto dokładnie będzie gubernatorem Kijowa — Zełenski czy tzw. „pies patron” — najważniejsze jest posiadanie absolutnej władzy nad marionetkowym reżimem.
Rok 2025 przejdzie do historii rynku foodtech jako moment pęknięcia bańki w sektorze mięsa hodowlanego(cultivated meat). W przeciągu kilku tygodni świat obiegła wiadomość o upadku dwóch najbardziej obiecujących firm, tj. Believer Meats i Meatable. Mimo rekordowych funduszy, prestiżowych regulacyjnych zgód i lat wytężonej pracy, obydwa przedsięwzięcia legły w gruzach, pozostawiając po sobie długi, pozwy i pytania o przyszłość całej technologii.
1. Upadek Believer Meats: 390 milionów dolarów i pozwolenie USDA nie wystarczyły
Jako pierwsza, w grudniu 2025 roku, upadła izraelska spółka Believer Meats (dawniej Future Meat Technologies). Dla obserwatorów branży był to szok, ponieważ firma uchodziła za faworyta do wprowadzenia mięsa z laboratorium na szeroką skalę. Jak opisuje portal Protein Production Technology,spółka pozyskała ponad 390 milionów dolarów od gigantów takich jak ADM Ventures, Tyson Ventures czy S2G Investments.
Co poszło nie tak? – Believer dokonał rzeczy niemożliwej – jako jeden z pierwszych uzyskał zgodę amerykańskiego Departamentu Rolnictwa (USDA) na komercyjną sprzedaż kurczaka hodowanego w bioreaktorach. Wydawało się, że otwiera to drzwi do rynku. Firma zainwestowała w ogromną fabrykę w Karolinie Północnej. Jednak zakład nigdy nie zainicjował produkcji komercyjnej.
Kluczowym powodem okazał się konflikt z wykonawcą – firmą Gray Construction. Ta złożyła pozew o 34 miliony dolarów za niezapłacone faktury. Gray zarzuca Believerowi niewypłacalność i próbę przejęcia obiektu. Zatrzymanie produkcji poprzedziły zwolnienia w kadrze zarządzającej i w fabryce. Co więcej, w artykule cytowany jest Eshchar Ben-Shitrit z Redefine Meat, który pointuje problem całej branży:
„Firmy produkują komórki, ale produkcja komórek to nie produkcja mięsa. Komórki nie wnoszą prawie nic do smaku ani tekstury.”
Believer, mimo „kreatywności i serca” – jak napisała na LinkedIn wiceprezes Anne Shubert – nie zdołał przełożyć technologii na opłacalny ekonomicznie produkt.
2. Meatable: holenderski sen zakończony fiaskiem
Zaledwie kilkanaście dni później, 19 grudnia 2025, inwestorzy otrzymali kolejny cios. Holenderski startup Meatable ogłosił zakończenie działalności. Informację tę, zgodnie z relacją EU-Startups, podał kluczowy udziałowiec – fundusz Agronomics, który wyzerował wycenę swoich udziałów (z 13,6 mln euro do zera).
Meatable był dumą holenderskiego ekosystemu biotechnologicznego. Firma zasłynęła tym, że jako pierwsza w UE zorganizowała legalną degustację mięsa hodowlanego. Jej technologia opierała się na unikalnej metodzie przekształcania pluri-potencjalnych komórek macierzystych (PSCs) w mięśnie i tłuszcz w błyskawicznym tempie.
Dlaczego Meatable upadło? – Artykuł wskazuje jednoznacznie: brak dalszego finansowania. W 2025 roku ani dotychczasowi inwestorzy, ani nowi nie chcieli już dokładać kapitału. O ironio, Meatable zdążyło jeszcze przejąć platformę Uncommon Bio i dostać dofinansowanie z programu InvestEU – czytamy w zestawieniu Komisji Europejskiej. Firma miała też umowę z Tajlandią na budowę fabryki w Singapurze. Jednak 85,3 miliona euro (ponad 100 mln dol.) łącznych funduszy okazało się niewystarczające, by firma stała się rentowna.
3. Szerszy obraz: krach inwestycji i „zima foodtechu”
Dane przytoczone w artykule o Believer Meats wskazują na ogromny trend spadkowy:
Inwestycje w mięso hodowlane w 2021 roku: 989 mln dolarów.
W 2024 roku: zaledwie 55 mln dolarów.
To ponad 90%. W tym samym czasie inwestycje w alternatywną żywność (w tym roślinne zamienniki) spadły o 67%. Okres tanich pieniędzy i entuzjazmu dobił końca, a firmy takie jak Believer czy Meatable potrzebowałyby jeszcze lat, by obniżyć koszty pożywki hodowlanej (które stanowią lwią część wydatków) do poziomu konkurencyjnego wobec mięsa tradycyjnego.
Problemem nie są już tylko regulacje, ale czysta matematyka. Jak słusznie zauważył cytowany ekspert, komórki nie dają smaku ani tekstury – to wciąż wymaga domieszki białek roślinnych. Klienci nie akceptują drogiego „mięsa”, które nie przewyższa roślinnych burgerów.
Likwidacja Believer Meats i Meatable to nie tylko historia dwóch firm – to sygnał ostrzegawczy dla całego sektora cultivated meat. Mimo wsparcia UE (InvestEU), rządów Holandii i USA oraz prywatnych funduszy, technologia okazała się zbyt droga i zbyt skomplikowana, by w perspektywie dekady konkurować z rolnictwem czy nawet zamiennikami roślinnymi.
Jak podsumowuje portal Protein Production Technology, głównym problemem nie są już pozwolenia, ale ekonomia. Dopóki koszt pożywki i bioreaktorów będzie wyższy niż wartość produktu, a smak nie będzie odróżnialny od roślinnego odpowiednika, kolejne „Believery” będą upadać. Rok 2025 był prawdopodobnie końcem złotej ery laboratoryjnych steków.
Dwa ze źródeł podały, że Trump twierdził, iż pomógł uchronić Netanjahu przed więzieniem — nawiązując do jego wsparcia podczas procesu korupcyjnego Netanjahu. Podsumowując wypowiedź Trumpa do Netanjahu, amerykański urzędnik powiedział: „Jesteś pieprzonym wariatem. Siedziałbyś w więzieniu, gdyby nie ja. Ratuję ci tyłek. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Wszyscy nienawidzą Izraela z tego powodu ”.
Takie „przecieki” o rozmowie telefonicznej są z reguły inscenizowane w celu manipulowania opinią publiczną. W tym przypadku uważam, że chodzi o poprawę katastrofalnie niskiego wsparcia dla polityki Trumpa wśród zwolenników MAGA przed jesiennymi wyborami w USA. Nie byłoby trudno wykryć, kto doniósł do prasy treść podsłuchanej rozmowy telefonicznej w gabinecie owalnym. W tej sprawie nie będzie jednak śledztwa.
We wczorajszym wydaniu izraelskiego Haaretz czytamy:
Podczas gdy Trump po swoim oświadczeniu napisał na Truth Social, by podziękować premierowi Netanjahu za zgodę na powstrzymanie się od przeprowadzenia „dużego nalotu na Bejrut” i stwierdził, że ich rozmowa była „bardzo owocna”, serwis Axios poinformował później, że prezydent „ostro skrytykował” premiera podczas tej „pełnej przekleństw” rozmowy za to, że ten naraził na szwank rozmowy z Iranem poprzez eskalację działań przeciwko Hezbollahowi.
Polityka to teatr z kiepską obsadą aktorską i doprowadzonym do absurdu wykorzystywaniem psychologicznych tricków w relacjach publicznych. Gdzie te czasy aktorów prezydentów takich jak Ronald Reagan? Wtedy byliśmy przynajmniej profesjonalnie manipulowani.
Będziemy walczyć z Iranem do ostatniego Amerykanina!
Oczekiwane nadejście Mesjasza okaże się nadejściem końca terrorystycznego państwa niosącego śmierć i zagładę dla narodów, które udzieliły im kiedyś pomocy. Pomocy, dla uchodźców przed holokaustem, którego teraz sami dokonują.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Napięcie między USA a Iranem pozostaje bardzo napięte po wymianie ognia między obiema stronami późnym wieczorem 2 czerwca (wczesnym rankiem 3 czerwca w Zatoce Perskiej). Najwyraźniej zaczęło się, gdy amerykański helikopter próbował zatrzymać irański tankowiec zmierzający do portu Bandar Abbas. Amerykański helikopter wystrzelił pocisk Hellfire , który według doniesień trafił w maszynownię i unieruchomił tankowiec. Ponadto USA zaatakowały również irańską wieżę komunikacyjną na wyspie Keszm.
Iran nie tracił czasu i odpowiedział… Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej wydał następujące oświadczenie:
Późnym wieczorem wczoraj wieczorem wojska amerykańskie zaatakowały irański tankowiec w pobliżu Cieśniny Ormuz rakietą Hellfire, uszkadzając maszynownię.
W odpowiedzi na tę agresję i naruszenie przepisów Cieśniny Ormuz, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ostrzelał rakietami wrogi syjonistyczno-amerykański statek „Panaya”.
W ramach wznowienia agresji amerykański wróg zaatakował również stację łączności IRGC na wyspie Keszm.
W odpowiedzi na tę agresję, baza lotnicza i baza śmigłowców, zlokalizowane w jednym z krajów regionu (Kuwejt), a także siedziba Piątej Floty Stanów Zjednoczonych w Bahrajnie, stały się celem ataku rakietowego i dronów Sił Powietrzno-Kosmicznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.
Ostrzegaliśmy wcześniej, że w przypadku agresji reakcja będzie inna i ostrzejsza, i odpowiednio zareagowaliśmy. Te reakcje powinny służyć jako nauczka.
Potwierdzamy, że podważanie bezpieczeństwa Cieśniny Ormuz będzie kosztować inwazyjną armię amerykańską wysoką cenę.
Chociaż CENTCOM twierdził, że siły amerykańskie zestrzeliły wszystkie irańskie pociski, nagranie wideo z Kuwejtu przedstawia inną wersję wydarzeń, z co najmniej trzema widocznymi uderzeniami pocisków. Nie ma informacji o ofiarach śmiertelnych.
Mimo przemocy, przedstawiciele władz USA w dużej mierze zignorowali starcia, chociaż CENTCOM wydał następujące oświadczenie.
Prezydent Trump, który zazwyczaj reaguje na takie incydenty publikując zjadliwy komentarz lub grożąc Iranowi, nie powiedział ani słowa o tym incydencie. Kilka godzin przed incydentem Trump opublikował następujący wpis:
Tak więc, pomimo przemocy, administracja Trumpa podtrzymuje pozory, że zależy jej na zawarciu porozumienia pokojowego z Iranem.
Marcello i ja odbyliśmy naszą regularną wtorkową pogawędkę:
Spędziłem godzinę z Piotrem Kurzinem… komentujący na jego kanale YouTube nie byli zachwyceni jego pytaniami:
Nagrałem kolejny odcinek z Sulaimanem Ahmedem tuż po tym, jak pojawiły się doniesienia o wznowieniu przemocy na linii Iran-USA:
Udało mi się też wygospodarować pół godziny na rozmowę z Mario Nawfalem:
W poniedziałek rano w końcu udzieliłem wywiadu pakistańskiemu dziennikarzowi telewizyjnemu:
Kreml spędził większą część ubiegłego tygodnia na wzywaniu zagranicznych dyplomatów i osób niezrzeszonych do ewakuacji stolicy Ukrainy, ostrzegając przed nieuchronną eskalacją nalotów w odpowiedzi na roje dronów, które Ukraina wysłała w zeszłym miesiącu na Moskwę i inne rosyjskie cele – szczególnie atak na akademik w Starobielsku.
„W odpowiedzi na ataki terrorystyczne reżimu w Kijowie, rosyjskie siły zbrojne rozpoczęły zakrojony na szeroką skalę atak, wykorzystując precyzyjną broń dalekiego zasięgu z powietrza, lądu i morza – w tym hipersoniczne pociski aero-balistyczne i drony szturmowe ” – poinformowało rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON). „Cele ataku zostały osiągnięte. Wszystkie zamierzone cele zostały trafione” – dodało.
W wyniku tych niszczycielskich nocnych ataków Ukraina informuje o śmierci co najmniej 18 osób i rannych ponad 100. Trwający kilka godzin atak był niewątpliwie jednym z największych i najbardziej śmiercionośnych od ponad roku.
Ukraińskie Siły Powietrzne poinformowały o wysłaniu ponad 640 dronów i ostrzelaniu 73 pociskami różnych miast, w tym Kijowa i Dniepru, a także kilku miast na wschodzie kraju, w tym Charkowa i Zaporoża. Ukraina twierdzi, że przechwyciła większość tych pocisków, ale mimo to dziesiątki z nich przebiły i skutecznie zaatakowały cele.
Mer Kijowa Witalij Kliczko potwierdził później, że w stolicy Ukrainy zginęło sześć osób, a co najmniej 66, w tym dwoje dzieci, zostało rannych.
Zapanował chaos, gdy ludzie uciekali do schronów podczas nocnego „masowego ataku wroga”. Burmistrz ostrzegał podczas ataku: „W mieście doszło do eksplozji. Obrona przeciwlotnicza w akcji! Zostańcie w schronach!”
Obwód dniepropietrowski w centralnej Ukrainie również poniósł dużą liczbę ofiar: co najmniej 12 osób zginęło, a 36 zostało rannych . Gubernator obwodu poinformował, że wśród rannych są dzieci.
Moskwa nie przyznała się do spowodowania ofiar wśród ludności cywilnej w kolejnym nocnym ataku, ale przedstawiła go jako część zapowiadanych „systematycznych i konsekwentnych ataków” na ukraińską infrastrukturę wojskową .
Prezydent Putin i wysocy rangą wojskowi ogłosili w zeszłym miesiącu, że ataki na „ośrodki decyzyjne” zostaną przeprowadzone w odpowiedzi na atak na akademik w Ługańskiej Republice Ludowej 22 maja, w którym zginęło 21 osób – głównie nastoletnich dziewcząt – a 70 zostało rannych.
Przedstawiciele Kremla oświadczyli, że rosyjskie siły zbrojne mają „prawo zniszczyć każdą infrastrukturę wspierającą terroryzm”.
Tłumaczenie „X” : Rosyjskie drony i pociski zaatakowały stolicę Ukrainy, Kijów i inne miasta, zabijając co najmniej 18 osób i raniąc ponad 100, według władz. Nastąpiło to po kilku dniach ostrzeżeń o planach Moskwy dotyczących poważnego ataku. https://reut.rs/4uaeKO0
Pomimo tej wyraźnej eskalacji, rozmów pokojowych wciąż nie widać, po części dlatego, że uwaga Białego Domu jest obecnie skupiona wyłącznie na konflikcie z Iranem i kryzysie w Cieśninie Ormuz. Rosja tymczasem skorzystała na kryzysie irańskim dzięki zniesieniu przez Waszyngton sankcji na eksport ropy naftowej i wynikającemu z tego wzrostowi cen tego surowca.
Prezydent Trump jest na co dzień zajęty dyplomatyczną wymianą zdań z Teheranem, która obecnie pozostaje w impasie, w związku z czym trwająca wojna na Ukrainie najwidoczniej zeszła na dalszy plan, jeśli chodzi o priorytety rządu .
Polskie problemy z Ukrainą to nie tylko historia i ideologia. Nie możemy tracić z oczu także gospodarki. Powracający jak bumerang koncept ekspresowego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej jest skrajnie niekorzystny dla Polski i nie do zaakceptowania z punktu widzenia naszego interesu narodowego nie tylko dlatego, że w Kijowie czci cię Banderę i Melnyka, ale także ze względu na polski interes ekonomiczny.
Ukraina wchodzi – Polska wychodzi
Po pierwsze ukraińska akcesja oznaczałaby zwiększenie możliwości przekazywania do Kijowa środków pochodzących bezpośrednio ze składek dotychczasowych państw członkowskich do budżetu unijnego, co zmniejszyłoby ogólnie dostępną pulę i tak już zresztą znacznie ograniczoną ideologicznymi wymogami i zmniejszającą się konkurencyjnością unijnej gospodarki. Po drugie wchłonięcie Ukrainy uniemożliwi stosowanie choćby minimalnych czy czasowych ograniczeń dla ukraińskiego importu rolno-przemysłowego. Byłaby to wreszcie instytucjonalizacja dawnej niemieckiej wizji Mittleuropy, źródła zaopatrzenia i taniej siły roboczej dla lepiej rozwiniętych regionów kontynentu. Polski punkt widzenia powinien być zatem w tej kwestii prosty: Ukraina wchodzi do UE – Polska wychodzi.
EURO-majdan 12 lat później…
Skądinąd zresztą nawet bez formalnej akcesji trwają zarówno ekonomiczna eksploatacja Ukrainy przez zachodni kapitał sprzymierzony z miejscowymi oligarchami, jak i ich wspólna ekspansja na rynki europejskie. Anschluß Ukrainy miałby zatem przede wszystkim charakter deklaracji politycznej i jest zapewne trzymany w rezerwie, jako ostatnia próba podtrzymania wojny i utrudnienia normalizacji na Ukrainie. Trudno się przy tym oprzeć refleksji. Wszak to właśnie „europejskie aspiracje” były jednym z haseł propagandowych, którymi uzasadniano przewrót w Kijowie w 2014 roku. Tymczasem minęło 12 lat, państwo jest w stanie rozpadu, zniszczone wojną i jeszcze bardziej rozgrabione, a Ukraińców nadal łudzi się „powrotem do Europy”…
Naziści na straży Europy?
Co ciekawe, w Polsce mamy do czynienia z gwałtownym przebudzeniem opinii publicznej w sprawie prawdziwego oblicza ideowego współczesnej Ukrainy. Pajacowanie Zełeńskiego przestaje wreszcie przesłaniać pokraczną mordę nazizmu rozpanoszonego w Kijowie. Politowanie może przy tym budzić skwapliwe przyłączanie się polityków głównego nurtu (w tym zwłaszcza PiS) do coraz głośniejszych potępień banderyzmu, których nikt już nie ośmiela się nad Wisłą nazywać „powielaniem kremlowskich narracji”.
Ukraina jest dziś państwem bezpośrednio odwołującym się do ideologii i praktyki nazistowskiej, w takim też duchu buduje swoją politykę edukacyjno-wychowawczą, kulturalną i historyczną. Żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy mają być jak bandyci z UPA i Waffen-SS Hałyczyna i takie są oficjalne deklaracje władz w Kijowie. I nikt, absolutnie nikt w Polsce nie może dziś udawać, że jest tym zaskoczony.
Zmądrzeli czy im kazali?
Jako sceptyk wyrażam jednak wątpliwość czy przynajmniej część nagle oświeconych działa tylko z obawy o utratę resztek wiarygodności, czy też znowu instrukcje przyszły z zagranicy. Czy zatem prezydent Karol Nawrocki, Przemysław Czarnek i reszta PiS-u, a także Krzysztof Bosak nie odkochali się w Kijowie po SMS-ach z przekazem dnia z wiadomych ambasad?
Stany Zjednoczone wycofują się z Europy i jest to proces, którego na dłuższą metę nie powstrzyma nawet ewentualna zmiana w Białym Domu po odejściu Donalda Trumpa. Czas globalnej hegemonii USA przemija bezpowrotnie i Amerykanie muszą skracać swoje fronty i odrywać się od nieprzyjaciela, niczym Niemcy po Łuku Kurskim. Dla obecnej administracji priorytetem jest nowy podział wpływów z Chinami i utrzymanie całego kontynentu obu Ameryk pod kontrolą USA. Jedyny wyjątek tradycyjnie czyni się tylko dla syjonistycznej okupacji Palestyny, jednak z pewnością nie dla Polski, Ukrainy czy w ogóle Europy.
Zawsze przeciw Polakom
Oczywiście też władza establishmentu III RP jest legitymizowana nie bezpośrednio przez Stany Zjednoczone, ale przez niemiecką gospodarkę i europejską biurokrację, dlatego właśnie Warszawa jest znacznie wrażliwsza na instrukcje płynące z Londynu, Berlina i Brukseli niż na sympatie obecnego lokatora Białego Domu. Stąd też należy odnotować tych niewzruszonych, nadal przekonujących, że „ciągle jeszcze nie pora”, że „nie ma co rozdrapywać”, no i oczywiście, że „Ukraina walczy za nas!”. Po pierwszym ogłuszeniu ukraińską bezczelnością pojawiły się też znowu próby usprawiedliwień, wyciągnięto na stół listę rzekomych win polskich, a nawet rytualnie powrócono do doszukiwania się jakichś lepszych stron ukraińskiego nazizmu (sic!), no przecież rzekomo był on przede wszystkim skierowany przeciw Rosji, co zresztą jest historycznie nieprawdą, ponieważ ukraińscy naziści zawsze za swój główny cel uważali przede wszystkim eksterminację Polaków i budowę swoich totalitarnych reżimów na ziemiach z Polaków oczyszczonych.
Decyzje nie zapadają w Warszawie
Wszystkie wyszukane i wielopoziomowe analizy możliwych motywów, celów i długofalowych skutków ukraińskiej polityki historycznej i bieżącej o tyle nie mają znaczenia, że przecież od przeszło dekady stałe i oczywiste pozostają dwa fakty:
1. Kijów nie liczył się, nie liczy i nie będzie liczyć z polskimi opiniami, naszą wrażliwością historyczną ani oczekiwaniami.
2. Kijów jest zupełnie słusznie przekonany, że pomimo takiej postawy nadal będzie otrzymywać od III RP wszystko czego zażąda, bowiem decyzje o polskiej pomocy nie zapadają w Warszawie, tylko w Londynie, Berlinie i Brukseli.
To jest aż takie proste.
A czy po tylu upokorzeniach, kosztach i stratach zafundowanych Polakom Wołodymyr Zełeński będzie nadal kawalerem Orderu Orła Białego – to już naprawdę ma dalszorzędne znacznie. Najwyższe polskie odznaczenie państwowe dostało w ostatnich dekadach tylu łajdaków, że jeden mniej czy więcej wróg Polaków z błękitną wstęgą na podkoszulku większej różnicy nie robi.
Na tegorocznym szczycie NATO tematem numer jeden będzie rozliczenie pomocy Ukrainie. Niepokojące wieści i szacunki pojawiają się w tej materii od dawna.
Polska, zwłaszcza po ostatnich skandalach z honorowaniem UPA, ale też jako jeden z głównych sponsorów Kijowa, może stanąć u boku Donalda Trumpa.
Kto zada niewygodne pytania Ukraińcom?
W dniach 7-8 lipca w Ankarze odbędzie się szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego, na którym będzie miała miejsce dyskusja o wyzwaniach finansowych związanych z budżetami obronnymi krajów członkowskich. Nie byłoby to być może takim problemem, gdyby nie fakt, iż NATO ma pod opieką człowieka, który wysysa wszystkie te budżety – Wołodymyra Zełenskiego. Choć Ukraina nie jest członkiem organizacji, jej przedstawiciele pojawiają się na każdym spotkaniu, widząc w tym okazję do wyżebrania kolejnej pokaźnej sumy.
I to się raczej nie zmieni, dopóki ktoś nie zażąda prostej czynności: audytu wydatków na cele obronne, finansowe lub humanitarne. Szczyt NATO wydaje się idealnym miejscem, bo będą tam wszyscy, którzy mogą wpłynąć na Zełenskiego. Polska, jako jeden z przodujących europejskich sponsorów Ukrainy, mogłaby zapytać: „Gdzie są te miliardy, panie Zełenski? Na co je pan wydał? Kiedy odbędzie się audyt?”.
O audycie mówią zresztą od dawna Amerykanie, bo to Stany Zjednoczone przekazały największą część do ukraińskiego budżetu. Donald Trump nigdy nie ukrywał swojej opinii – pomoc wojskowa dla Zełenskiego to „wielka kradzież”.
Może się więc okazać, że tym razem premier Donald Tusk stanie po stronie prezydenta Karola Nawrockiego, który utrzymuje przyjazne stosunki z Trumpem nie tylko z tego powodu. Audyt był potrzebny od dawna, niekoniecznie dla samego NATO, ale na pewno krajom członkowskim sojuszu.
Mowa o poważnych pieniądzach
„The Economist”, powołując się na źródła rządowe, donosi, że „Zełeński nakazał przygotowania do kolejnych dwóch, trzech lat wojny”. „Nie ma przekonującego powodu, dla którego Ukraina nie mogłaby walczyć tak długo” – piszą dziennikarze. Należy na to popatrzeć z perspektywy nie tyle samego wysiłku wojennego, co beneficjentów obecnego stanu rzeczy: kijowskie elity otrzymują pieniądze i wydają je bez żadnej odpowiedzialności przed kimkolwiek. Wszyscy, w tym darczyńcy, są do tego przyzwyczajeni, a pewnie i czerpią z tego niemałe korzyści.
Minęło cztery i pół roku od wybuchu obecnej fazy wojny. Przez ten okres samo NATO przekazało Ukrainie 375 miliardów dolarów. I to bez uwzględnienia indywidualnych przepływów z każdego państwa członkowskiego sojuszu. Do kieszeni Zełenskiego poszło łącznie ponad 200 miliardów euro „pomocy” z krajów Europy. 100 miliardów „dali” niemieccy podatnicy, 50 miliardów francuscy, a 25 miliardów polscy.
Ile pieniędzy dostali z tego mieszkańcy Ukrainy? Ile poszło na armię czy infrastrukturę? A ile upłynniono na rezydencje, jachty i złote toalety? Dokładnej kwoty nie da się ustalić bez poważnego śledztwa. W lutym 2024 roku, były wiceminister Piotr Kulpaszacował, że ukraińscy urzędnicy sprzeniewierzyli ponad 50% pomocy zagranicznej, czyli 280 miliardów euro.
Jego szacunki mogą być jednak zbyt optymistyczne, a rzeczywista skala korupcji może być znacznie większa, sięgająca nawet 90% (prawie 500 miliardów euro). Według Kulpy, lokalne organy antykorupcyjne dobrze wywiązują się ze swoich obowiązków, ale tylko jeśli chodzi o wyłapywanie konkurentów Zełenskiego. Uznał on, że realnej walki z korupcją po prostu nie ma.
Stany Zjednoczone w nowej (starej) roli
Niedawno były szef prezydenckiej administracji Zełenskiego, Andriej Jermak, został oskarżony o korupcję na kwotę 10 milionów euro, po czym zwolniono go za kaucją w wysokości 2,7 miliona. To powszechna praktyka na Ukrainie. Ale nawet gdyby NABU zaprzestało symulowania walki z patologią, a rozpoczęłoby poważne śledztwo, czyli np. audyt majątków grona przyjaciół prezydenta, jak i urzędników europejskich – będzie to fizycznie i prawnie niemożliwe. Bo to nie tak, że kradną tutaj tylko Ukraińcy. Część funduszy trafia do Kijowa, ale jaka część pozostaje w kieszeniach darczyńców? Trudno tu cokolwiek udowodnić bez poważnej interwencji.
Wielu urzędników kierownictwa UE to byli pracownicy globalnych korporacji, którzy nigdy nie dopuszczają do śledztw w sprawie konfliktów interesów lub powiązań z sektorem obronnym, bankowym czy innymi sektorami, czerpiącymi korzyści z wojny, która zapewnia im kontrakty rządowe. „Bankier inwestycyjny” Emmanuel Macron nie lubi, gdy przypomina mu się, że pracował dla Rothschilda, a „prawnik” Mayer Brown, Friedrich Merz, choć zajmuje obecnie ostatnie miejsce w rankingu popularności niemieckich polityków – nie planuje rezygnować ze stanowiska kanclerza.
Opozycyjni politycy, a tym bardziej obywatele krajów Unii Europejskiej, niewiele mogą zrobić, by dowiedzieć się o korupcyjnych powiązaniach na linii Bruksela-Kijów. Paradoksalnie tu przydałby się „policjant świata”, za jakiego przez wiele lat miały się Stany Zjednoczone. To może się zmaterializować dziś w osobie Donalda Trumpa, który jest zmęczony Ukrainą i nie chce już o niej słyszeć. Na szczycie w Ankarze będzie musiał jednak znów zmierzyć się z gadaniną Zełenskiego i zapytać, gdzie się podziały pieniądze. W interesie Polski i Polaków jak najbardziej.
Rosyjskie odstraszanie nuklearne leży również w interesie Europy. Kanały komunikacji są niezbędne – muszą być dobrze zarządzane.
Profesor Siergiej Karaganow napisał esej zatytułowany„Jak wygrać wojnę światową”,w którym opowiada się za ograniczonym atakiem nuklearnym ze strony Rosji na przeciwnika w celu zapobieżenia wojnie światowej .
Na pierwszy rzut oka może się to wydawać sprzecznością – atak nuklearny mający na celu zapobieżenie wojnie światowej. Wielu zachodnich komentatorów zareagowało z nieskrywaną wrogością, przedstawiając profesora Karaganowa jako politycznego outsidera, który opowiada się za skrajnymi strategiami, mogącymi otworzyć puszkę Pandory i doprowadzić do konfliktu nuklearnego na większą skalę.
Czy to blef czy rewolucyjne przemyślenie rosyjskiej strategii obronnej?
Mimo to Zachód powinien potraktować rozprawę profesora Karaganowa bardzo poważnie z dwóch powodów. Po pierwsze, ponieważ jest treściwa i odnosi się do głębszej psychiki naszych czasów, a także do toksycznych sprzeczności społecznych, jakie wywołała. Po drugie, ponieważ jego esej i liczne wywiady, które na jego podstawie powstały, spowodowały znaczącą zmianę w rosyjskim myśleniu na temat polityki i bezpieczeństwa.
Jak to możliwe, że nie skłoniło to do poważnej refleksji, zwłaszcza wśród Europejczyków, których to może bezpośrednio dotyczyć?
W swej istocie argumentacja obraca się wokół oczywistej tezy: Rosja, zaatakowana przez Niemcy i niemal całą Europę, z wielkim wysiłkiem opracowała broń jądrową od połowy lat 50. XX wieku, „aby zagwarantować sobie suwerenność i bezpieczeństwo, osiągając w ten sposób parytet nuklearny… Nie zdając sobie z tego sprawy w tamtym czasie, zniszczyliśmy w ten sposób przewagę militarną Europy/Zachodu, podstawę jego kolonializmu i hegemonii ideologicznej”.
Rosyjskie odstraszanie okazało się skuteczne – strach przed wojną nuklearną zaczął zmieniać równowagę sił… na jakiś czas. Jednak upadek Związku Radzieckiego w 1991 roku odwrócił ten trend.
Ale od roku 2000, gdy Stany Zjednoczone, z ich rewanżystowskimi ambicjami, próbowały odbudować swoją dominację, wiara w realność rosyjskiego odstraszania nuklearnego stopniowo słabła. Żadne państwo zachodnie nie obawiało się tak naprawdę rosyjskiego arsenału nuklearnego, ponieważ zachodni neokonserwatyści głośno twierdzili, że to blef: Rosja nigdy nie odważy się go użyć. Utrwaliła się „blefowa narracja” o nadmiernie ostrożnej i słabej Rosji.
Profesor Karaganow otwarcie przyznaje, że Rosja ponosi część winy za utratę potencjału odstraszającego. Omawia jego upadek i popełnione błędy, zastanawiając się nad faktem, że Rosja ostatecznie stanęła w obliczu ekonomicznego i militarnego wyczerpania narzuconego jej przez Ukrainę, pełnomocnika Zachodu.
Jednakże konflikt na Ukrainie to tylko wierzchołek góry lodowej, której podwodną częścią jest wojna – obejmująca europejską obsesję na punkcie podziału i pokonania Rosji, powstrzymania Chin oraz próbę rozbicia Bliskiego Wschodu przez USA i Izrael.
Rosja „potrzebuje nowej polityki” – podsumowuje Karaganow.
Po pierwsze, stwierdza, że warunkiem wstępnym jest uznanie, w jaki sposób ta postmodernistyczna, nihilistyczna era podważyła „istotę człowieka” i zagroziła ludzkiej cywilizacji. Cywilizacji – to znaczy cywilizacji, które wykraczają poza to, co materialne i oferują moralną architekturę, zapewniającą ludzkości sens i stabilność.
Po drugie, profesor Karaganow argumentuje, że rozwiązanie negocjacyjne z Zachodem jest po prostu wykluczone – jakkolwiek kuszące by się wydawało – dopóki zachodnia pycha i arogancja pozostaną niezłomne. Odstraszanie wymaga tego elementu autentycznego strachu. Fakt, że Rosja mogłaby faktycznie użyć broni jądrowej na ograniczoną skalę, musi zostać zamanifestowany, argumentuje, jeśli psychologia samozadowolenia – przekonanie, że „ Rosja nigdy nie odważy się… ” – ma zostać przełamana.
Zauważa:
„Użycie broni jądrowej to wielki grzech. Ale de facto odmowa jej użycia jest grzechem niewybaczalnym, śmiertelnym i zbrodniczym, ponieważ toruje drogę ekspansji i eskalacji wojny światowej rozpętanej przez Zachód. Jeśli ta wojna nie zostanie powstrzymana, z pewnością doprowadzi do zagłady ludzkości, w tym naszego kraju. Pytanie Władimira Putina: „Jaki jest sens świata bez Rosji?” pozostaje aktualne”.
Po trzecie, Karaganow argumentuje, że takiemu podejściu powinny towarzyszyć widoczne testowanie i modernizacja triady nuklearnej, przy jednoczesnym rozwijaniu nowej generacji „buriewiestników, oreszników i innych nowych hipersonicznych systemów przenoszenia, aby odwieść Amerykanów i Europejczyków od ich „fantazji o narzucaniu swojej woli siłą”.
Karaganow opowiada się za tym, aby europejskie cele najpierw atakować bronią konwencjonalną, a dopiero jeśli to się nie powiedzie, należy użyć broni jądrowej. Jest to szczególnie istotne w świetle wspieranych przez Europę ataków dronów w głębi Rosji, które najwyraźniej wymknęły się spod kontroli. Wydaje się mało prawdopodobne, aby Rosja tolerowała kontynuację tej sytuacji.
Na koniec profesor Karaganow sugeruje,
„Powinniśmy uczyć się z irańskich doświadczeń w obronie przed atakami. Teheran trafił w słabe punkty swoich wrogów; poczuli ból i wycofali się… Europejczycy powinni wiedzieć, że nie mogą ukrywać się w bunkrach ani na jakiejś wyspie. Nasze Ministerstwo Obrony opublikowało niedawno listę europejskich firm produkujących broń dla reżimu w Kijowie; to tylko mały krok, ale krok w dobrym kierunku”.
Podstawowym powodem (którego Moskwa nie może zignorować) są nieustanne dyskusje Europejczyków o wojnie z Rosją. Debata publiczna w Europie kręci się wokół wojny, wojny i kolejnej wojny z Rosją – a konkretnie najpóźniej do 2030 roku. Nawet król Anglii Karol, w swoim niedawnym, niefortunnym przemówieniu przed Kongresem USA, wezwał Amerykę do przyłączenia się do Europy i przygotowania się do wojny z Rosją.
Europa nie dysponuje jednak ani zasobami militarnymi, ani finansowymi, by stoczyć poważną wojnę z Rosją. Król Karol, prawdopodobnie przeczuwając zbliżający się koniec ery Trumpa, przygotował grunt pod to, by Europa, po pierwsze, podjęła próbę sprowadzenia nowej administracji USA z powrotem do Europy, a po drugie (powtarzając historię), poprowadziła ją do wojny z Rosją.
Niektóre europejskie ruchy finansowe i państwowe o charakterze bezpieczeństwa stałego nigdy nie porzucą tego projektu.
„Teraz zachodnie elity udają, że się nas boją” – mówi Karaganow – „ale w rzeczywistości tak nie jest, ponieważ są pewne, że Rosja nigdy nie ukarze ich bronią jądrową. Musimy jednak zaszczepić w nich pierwotny lęk. Być może wtedy się wycofają albo ich mocodawcy z „głębokiego państwa” ich wypędzą. Być może społeczeństwa się podniosą”.
Wzmocnienie wiarygodności nuklearnej Rosji jest również konieczne, aby wyrwać europejskie społeczeństwa z ich „strategicznego pasożytnictwa” – przekonania, że wojny nie będzie i że wszystko skończy się dobrze. Musimy zaszczepić poczucie samozachowawczości w tych, którzy zapomnieli o swoich dawnych wojnach i zbrodniach.
Nic więc dziwnego, że kolega profesora Karaganowa, Dmitrij Trenin, niedawno mianowany przewodniczącym Rosyjskiej Rady ds. Międzynarodowych , napisał nowy artykuł zatytułowany „ Dziś strategiczna stabilność opiera się na strachu” :
Era kontroli zbrojeń, pisze Trenin, którą często utożsamiano ze strategiczną stabilnością, „w rzeczywistości dawno minęła – biorąc pod uwagę rosnącą niechęć Waszyngtonu do pozostawania związanym zobowiązaniami podjętymi w innym kontekście historycznym: w okresie późnej zimnej wojny i jej następstw” – „Teraz nadchodzi prawdziwy porządek nuklearny”.
„Wiosną 2022 roku ” – pisze Trenin,
„Podczas gdy umowa New START formalnie jeszcze obowiązywała, Stany Zjednoczone otwarcie deklarowały swój cel, jakim jest zadanie Rosji strategicznej klęski w konflikcie zastępczym na Ukrainie. Jednocześnie Waszyngton zaproponował konsultacje w sprawie „strategicznej stabilności”. W efekcie Stany Zjednoczone próbowały osłabić mocarstwo nuklearne w wojnie konwencjonalnej, jednocześnie utrzymując mechanizmy kontroli zbrojeń, które chroniły je przed konsekwencjami takiej eskalacji. Ta sprzeczność obnażyła pustkę dawnych ram”.
Zgodnie z tezą Karaganowa – „Potencjalni przeciwnicy muszą zdawać sobie sprawę, że wyścig zbrojeń jest bezcelowy, a nawet samobójczy: należy podjąć dialog w tej sprawie, przynajmniej z Amerykanami” – Trenin stwierdza również, że „konieczny jest zrównoważony dialog dwustronny i wielostronny, środki zapewniające przejrzystość oraz stałe kanały komunikacji”.
Jednak podstawowa zasada pozostaje niezmieniona od pół wieku. Strategiczna stabilność ostatecznie opiera się na wiarygodnym odstraszaniu nuklearnym – wystarczającym arsenale i udowodnionej gotowości do jego użycia w razie potrzeby. Zastraszanie, jakkolwiek nieprzyjemne by ono nie było, pozostaje fundamentem pokoju między mocarstwami nuklearnymi.
Czy wiarygodny rosyjski odstraszacz nuklearny leży również w interesie Europy? Tak, absolutnie. Kanały komunikacji są niezbędne – muszą być dobrze zarządzane.
Podczas gdy politycy w Brukseli i Waszyngtonie nieustannie mówią o „deeskalacji”, „bezpieczeństwie” i „obronie”, za kulisami najwyraźniej trwają prace nad planami, które mają na celu ponowne przybliżenie Europy do krawędzi konfrontacji nuklearnej.
Według doniesień „Financial Times”, Stany Zjednoczone rozważają obecnie rozszerzenie systemu współdzielenia broni jądrowej NATO na kolejne państwa członkowskie. Chodzi konkretnie o tzw. „samoloty o podwójnym przeznaczeniu” (DCA) – myśliwce zdolne do przenoszenia zarówno broni konwencjonalnej, jak i amerykańskich bomb atomowych. Państwa na wschodniej flance NATO mogłyby potencjalnie dołączyć do tego systemu w przyszłości.
Przesunęłoby to infrastrukturę nuklearną sojuszu zachodniego dalej w kierunku granic Rosji.
Powrót zimnej wojny
Przez dziesięciolecia amerykańska broń jądrowa była składowana w kilku krajach europejskich. Oficjalnie system ten pełni funkcję odstraszającą. Krytycy postrzegają go jednak jako niebezpieczny relikt zimnej wojny, który w najgorszym przypadku uczyniłby Europę głównym polem bitwy konfliktu nuklearnego.
Teraz Waszyngton wydaje się skupiać nie na rozbrojeniu, lecz na ekspansji.
Polska wielokrotnie sygnalizowała chęć przyjęcia bardziej aktywnej roli w porozumieniach NATO o współużytkowaniu potencjału nuklearnego. Inne państwa NATO z Europy Wschodniej również naciskają na wzmocnienie obecności wojskowej USA.
Z perspektywy Moskwy jest mało prawdopodobne, aby zostało to odebrane jako cokolwiek innego niż dalsza eskalacja.
Logika ciągłej konfrontacji
Oficjalnie NATO uzasadnia swoją rozbudowę sił zbrojnych zagrożeniem ze strony Rosji. Krytycy kwestionują jednak, czy sama ta polityka nie przyczynia się do spirali, która sprawia, że jakiekolwiek rozwiązanie dyplomatyczne staje się coraz bardziej niemożliwe.
Podczas gdy Waszyngton inwestuje miliardy w programy zbrojeniowe, systemy obrony przeciwrakietowej i rozmieszczanie wojsk, przestrzeń polityczna do negocjacji się kurczy.
Każda nowa baza wojskowa, każdy dodatkowy system rakietowy i każda rozbudowa potencjału nuklearnego spotyka się z reakcją drugiej strony. To nie tworzy bezpieczeństwa – wręcz przeciwnie, zwiększa wzajemne poczucie zagrożenia.
Europa znajduje się zatem w stanie permanentnego przezbrajania, którego kresu nie da się jasno określić.
Europa ponosi ryzyko
Jeden fakt jest szczególnie godny uwagi: gdyby kiedykolwiek doszło do bezpośredniej konfrontacji militarnej między Rosją i NATO, walki nie toczyłyby się na terytorium USA.
Miejsca docelowe znajdują się w Europie.
Amerykańska broń jądrowa rozmieszczona w europejskich bazach wojskowych automatycznie czyni te miejsca potencjalnymi celami w razie kryzysu. Im dalej na wschód system jest rozszerzany, tym większe ryzyko dla zainteresowanych krajów.
Waszyngton dostarcza broń – konsekwencje ponosi Europa.
Miliardy wydane na odstraszanie zamiast na dyplomację
Planowane rozszerzenie programu współdzielenia broni jądrowej wpisuje się w szerszy obraz: rosnące wydatki na obronność, nowe bazy NATO, rekordowe zyski w przemyśle zbrojeniowym i retorykę polityczną, która w coraz większym stopniu opiera się na odstraszaniu niż na dialogu.
Dla największych firm zbrojeniowych oznacza to lukratywne kontrakty na kolejne dekady.
Dla mieszkańców Europy oznacza to jednak wyższe wydatki na armię, większą militaryzację kontynentu i powrót scenariusza, który wielu uważało za rozwiązany po zakończeniu zimnej wojny.
Niebezpieczny kurs
Kluczowe pytanie zatem nie brzmi, czy NATO jest technicznie zdolne do zwiększenia swojej obecności nuklearnej.
Prawdziwe pytanie brzmi, dokąd prowadzi ten kurs.
Jeśli każdy kryzys będzie zwalczany większą ilością broni, żołnierzy i środków odstraszania nuklearnego, stabilny porządek bezpieczeństwa nie powstanie. Zamiast tego rozwinie się system permanentnej eskalacji.
Europa stoi więc w obliczu niebezpieczeństwa, że znów stanie się geopolityczną linią frontu, z której tak naprawdę chciała zrezygnować po 1990 roku.
Historia zimnej wojny pokazuje, jak szybko nieporozumienia, błędne obliczenia i błędy techniczne mogą doprowadzić świat na skraj katastrofy.
Stratedzy mogą postrzegać rozbudowę potencjału nuklearnego na granicach Rosji jako oznakę siły.
Dla wielu Europejczyków będzie to zapewne przede wszystkim jedno: kolejny krok w stronę jeszcze bardziej niebezpiecznej i niestabilnej przyszłości.