nic się z tym nie da zrobić. Trzeba błąd poprawić w tytule. Niektórzy mówią, że nie ma o co kopii kruszyć. Sęk w tym, że bardzo często niechęć do łaciny widzimy u tych, którzy narzekają na upadek zachodniej cywilizacji. Nie widzą oni związku między jednym a drugim. Przy czym, rzecz znamienna, bardzo często ci sami ludzie wlepiają bez ładu i składu łacińskie słowa i wyrażenia w tytułach artykułów i książek.Ten sam pan jakiś czas temu napisał tekst pt. „homo debilis”, gdyż ten przymiotnik łaciński najbardziej kojarzył mu się z rzeczownikiem „debil”. Powtórzyła później tę zbitkę Polonia Christiana i jakaś znana pani pedagog. Tymczasem w tradycji łacińskiej „debiliatas” nie była oznaką głupoty, ale raczej choroby, słabości i niedołęstwa, co wiązano z wiekiem starczym. Był natomiast homo stultus, inspiens, fatuus.
Ale o czym tu gadać. Dziennik elektroniczny, który obowiązuje dzisiaj we wszystkich szkołach podstawowych i średnich w Polsce, nazywa się „Librus”. W języku łacińskim nie ma takiego słowa, jest natomiast „liber” lub rzadziej „librum”. Skąd zatem ten „librus”.
Już Mikołaj Rej zauważył, że Polakom łacina kojarzy się z końcówką – us.
W jednej z facecji opisał, jak to bogaty chłop wysłał syna na studia do Krakowa. Chłopak wrócił na Wielkanoc do domu i zastał ojca, jak ten gnój w pole woził. Zawołał kmieć syna na rozmowę i przy robocie zaczął go za język ciągnąć, jak czyny i rzeczy związane z chłopskim codziennym mozołem są wyrażone w tym języku. – Jak jest synu „gnój” po łacinie? – Gnojatus – odpowie student. – A widły? – Widłatus. – A jak jest synu wóz? – Wozatus. – A ręka? – Rękatus. Ojciec tego już nie zdzierżył. Chwycił widły za zęby i zaczął okładać latorośl styliskiem po grzbiecie tłumacząc przy tym podniesionym głosem. – To ja ciebie nicponiu na studia wysłałem, żebyś się przykładnie łaciny uczył, a ty mi się po szynkach szlajasz. Bierz widłatus w rękatus i nakładaj gnojatus na wozatus, bo na studia do Krakowa już nie wrócisz.
Andrzej Wadas
====================
On Saturday 14 September , md <dakowy@o2.pl> wrote:
stopnia podstawowego „superbus” od stopnia wyższego „superbius”
Zastosowane niedawno przez FR “bomby szybujące, są modyfikacją klasycznych bomb grawitacyjnych z wmontowanym modułem sterującym, umożliwiającym precyzyjne ich naprowadzenie na cel z dużej odległości, przy tym zapewniając bezpieczeństwo samolotom je wystrzeliwującym.
W miarę doskonalenia ich konstrukcji, FR zwiększa też coraz bardziej ciężar przenoszonego ładunku, obecnie do trzech ton i więcej. Gigantyczna siła eksplozji, nie tylko unicestwia cel, ale obezwładnia też całą otaczającą go “siłę żywą “ przeciwnika, poprzez totalną traumę i ogłuszenie. Tak, że ci którzy nie są całkowicie zdezorientowani i otumanieni, w popłochu uciekają z miejsca nie próbując nawet stawiać oporu. Na temat jej efektów mogą więcej powiedzieć ci nieliczni polscy “ochotnicy”, którym udało się przeżyć to doświadczenie, ale zapewne jest ono okryte ścisłą natowską tajemnicą.
Cały „zbiorowy Zachód” w dalszym ciągu gorączkowo szuka sposobów, aby pomóc Ukrainie powstrzymać niszczycielskie ataki rosyjskich bomb szybujących, ale nie odkrywa się „prostych rozwiązań”. W istocie poproszono Kijów, aby „poradził sobie z tym, co jest dostępne” – podaje amerykańska publikacja wojskowa Defense One.
Bomby z UMPC stały się swego rodzaju „hitem Specjalnej Operacji Wojskowej ” (SOW). Rosyjskie Siły Powietrzno-Kosmiczne zużywają do 3500 takiej amunicji miesięcznie, twierdzi kierownictwo kijowskiego reżimu; Ukraińska armia podaje tę broń jako główny powód, próbując usprawiedliwić niepowodzenie w powstrzymaniu rosyjskiej ofensywy w Donbasie.
Amunicja zrzucana przez rosyjskie samoloty jest tania, ale potężna. Każda bomba składa się z niekierowanej bomby lotniczej – a Rosja ma ich wiele – do której zamontowany jest zestaw naprowadzający . Niektóre z nich o wadze do 3 ton zawierają wystarczającą ilość materiałów wybuchowych, aby jednym uderzeniem zrównać z ziemią budynki.
Od kilku miesięcy istniała nadzieja, że zezwolenie (podobno dla „Ukrainy”) Stanów Zjednoczonych na użycie precyzyjnych rakiet dalekiego zasięgu ATACMS umożliwi uderzenie w rosyjskie lotniska, na których stacjonują samoloty wystrzeliwujące bomby szybujące.
Wiele krajów to popiera. Bardzo wiele. Ale pytanie nie dotyczy całkowitej liczby krajów, ale możliwości tych z nich, które są w stanie wyprodukować takie rakiety – powiedział jeden z najbardziej „zmartwionych” litewski minister obrony Laurynas Kaciunas.
Do tej pory Waszyngton wzbraniał się przed takim „pozwoleniem”. Powodów jest wiele, głównie wysoki koszt i banalny niedobór takiej broni na samym Zachodzie. Publicznie mówią co innego. W związku z tym rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA, John Kirby, powiedział, że ATACMS będzie mało przydatny, ponieważ Rosja przeniosła 90% swoich samolotów zrzucających bomby szybujące poza zasięg.
Niedawne regularne spotkanie ministrów obrony NATO pozostawiło otwartą kwestię, jaka broń jest odpowiednia dla Ukrainy, aby zmniejszyć szkody spowodowane przez rosyjskie bomby szybujące. Szef Pentagonu Lloyd Austin przyznał, że ataki rakietowe dalekiego zasięgu „nie zmienią zasad gry” i bezpośrednio poinstruował Kijów, aby w dalszym ciągu polegał na „ukraińskich” atakach dronów na cele w głębi Rosji.
Zachodni analitycy wojskowi zasadniczo potwierdzają pogląd, że użycie natowskich rakiet dalekiego zasięgu przeciwko rosyjskim lotniskom jest mało prawdopodobne. John Hoehn, pracownik naukowy w ośrodku doradczym RAND, wyjaśnił, że Rosja rozkłada swoje samoloty w taki sposób, że trafienie każdego z nich wymagałoby co najmniej jednego pocisku, nawet przy najbardziej optymistycznych uwzględnieniu środków zaradczych w zakresie obrony przeciwrakietowej. Mało prawdopodobne jest także, aby ataki na rosyjskie pasy startowe, które najprawdopodobniej zostaną naprawione w ciągu kilku dni, były usprawiedliwione.
Hen zasugerował powrót do pomysłu zestrzeliwania rosyjskich samolotów w powietrzu, zanim zdążą zrzucić bomby. Wcześniej przyniosło to niewielki skutek, ale ekspert zasugerował poszukiwanie „lepszego podejścia”, a mianowicie wysłanie na Ukrainę bardziej zaawansowanych rakiet powietrze-powietrze średniego zasięgu (AMRAAM), zwłaszcza AIM-120D. Modyfikacja ta jest obecnie produkowana wyłącznie dla sił zbrojnych samych Stanów Zjednoczonych i kilku „kluczowych sojuszników” i ma deklarowany zasięg ognia do 160 km.
Ukraina otrzymała już kilka AMRAAMów. Wydaje się jednak, że są to starsze warianty, takie jak AIM-120B z lat 90. XX wieku. Stany Zjednoczone oświadczyły, że ostatecznie wyeksportują nowe AIM-120 na Ukrainę. Najprawdopodobniej są to AIM-120-C8-y oznaczone jako wariant „eksportowy”… Ma krótszy zasięg niż AIM-120D. Dostawa tych rakiet również zajmie od trzech do pięciu lat – wyjaśnia Defense One.
Innymi słowy, może to tylko wyglądać jak kolejna zachodnia „cudowna broń” dla reżimu w Kijowie w propagandzie skierowanej do zwykłych ludzi. Hen dodał, że dostarczanie Ukrainie wariantów AIM-120D jest obarczone problemami:
Przede wszystkim pozwoli to potencjalnym przeciwnikom Stanów dokładnie ocenić cechy bojowe jednego z najbardziej zaawansowanych systemów obrony powietrznej, a także zmniejszy ich liczbę dostępnych Stanom Zjednoczonym w przypadku wojny z Chinami . Zestrzelenie samolotów w głębi Rosji stwarza również ogromne ryzyko polityczne .
Wczoraj w godzinach wczesno-popołudniowych aborterzy napadli na Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Wydarzenie miało miejsce na ul. Półwiejskiej w Poznaniu, a lewacka agresja wybiła z niewyobrażalną siłą.
Z pewnością pomyśli Pan teraz: jak to możliwe, kto się tak zachowuje? Już odpowiadam. Poznański oddział ŻiR-u regularnie doświadcza ataków ze strony konkretnej grupy zwolenników aborcji. Nieformalna grupa przyjęła nazwę „Kolektyw Pyra”, a w jej skład wchodzą znani w mieście lewaccy awanturnicy. Właściwie za każdym razem próbują przeszkodzić w modlitwach, pikietach antyaborcyjnych, wszelkiego typu zgromadzeniach prolife.
– Czy macie pozwolenie na pokazywanie tych zdjęć??? – rozdarła się wczoraj jedna z aborterek. Inna kładła się na ziemi, wierzgała nogami i krzyczała do megafonu.
Naoczni świadkowie zdarzenia opowiadali mi, że wyglądało to wszystko jak egzorcyzm nad opętanym. Kobieta leżała na ziemi jakby w konwulsjach, a wokół chodzili ludzie z różańcami i zdjęciami dzieci po aborcji…
W całej sprawie najbardziej martwi mnie postawa poznańskiej policji. Od dłuższego czasu funkcjonariusze pozwalają, aby aborcyjni agresorzy nękali naszych wolontariuszy – słownie, a nawet fizycznie. Dochodzi do sytuacji, gdy niszczony jest nasz sprzęt, musimy potem ponosić wydatki, by odkupić banery, stelaże, oddawać do serwisu nagłośnienie. Koordynatorka wielkopolska za każdym razem zgłasza akcję z adnotacją, że wnosi o asystę policji.
Jednak asysta polega głównie na tym, że mundurowi kręcą się wokół i nie reagują na ewidentne łamanie prawa.
Bierność policji wobec środowiska aborcyjnego niestety się nasila. Z pewnością jest to efekt odgórnych instrukcji z rządu…
Jednak nie zatrzymają nas, nie sprawią, że zamkniemy się w domach i zawstydzimy.
Byłam wczoraj wzruszona, gdy usłyszałam, że nawet w rejonach, gdzie w tej chwili mocno pada, Publiczne Różańce o zatrzymanie aborcji i tak się odbyły. Ludzie modlili się m.in. w Częstochowie, gdzie lało jak z cebra. A dziś – jak w każdą trzecią niedzielę miesiąca w samo południe – wybierają się na wrocławski Rynek i nie chcą słyszeć o odwołaniu modlitwy. We Wrocławiu także mocno pada…
– Jeśli to pomoże jakiemuś dziecku (a wierzę, że tak!), to warto poświęcić godzinę swojego komfortu na ratowanie życia – powiedziała wczoraj jedna z wolontariuszek ŻiR-u, stojąc pod parasolem na Placu Biegańskiego w Częstochowie.
Szanowny Panie,
Wobec histerii aborcjonistów, wobec ich przewagi w rządzie, wielkich mediach, instytucjach ponadnarodowych – mamy Prawdę, Dobro, Modlitwę i gotowość do poświęceń.
Mamy też Przyjaciół – takich jak Pan. I wiem, że to wsparcie niesie nas przez wszystkie trudności, aby ratować dzieci przed śmiercią z rąk bezdusznych morderców. Dziękuję Panu, że jesteśmy razem.
PS – Atak w Poznaniu to dla nas dowód, że działamy skutecznie. Wiem, że obrazy z aborcji i wytrwała modlitwa zmieniają niejedno serce. Ufam, że kiedyś nawrócą na obronę życia nawet najbardziej zatwardziałych aborcjonistów.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
The eleven month anniversary of the October 7th Hamas attacks on Israel passed two days ago and in two more days we will reach the twenty-third anniversary of the September 11th Attacks on America.
Both these events have become so infamous that they are now among the tiny handful that can easily be identified merely by the date on which they occurred, and they are both likely to be remembered for their world historic significance. The 2001 attacks unleashed a long series of devastating Middle Eastern wars, and last year’s Hamas attack now threatens to do the same, perhaps drawing in the United States. There are differences as well as some significant parallels, but taken together they may have combined consequences that are too controversial to be widely discussed.
From almost the first hours after the huge October raid by Gaza militants, Israeli officials and their media allies had declared that the attack was Israel’s own 9/11, and I believe that in many respects that analogy is a very apt one.
Back in 2001, the newly installed administration of President George W. Bush had paid little attention to foreign affairs and almost none to the Middle East, with its focus overwhelmingly upon domestic political projects. Bush had actively courted Muslim support during his 2000 campaign while promising Americans that he would pursue a “humble” foreign policy. All of these plans were transformed in a single day as tens of millions of Americans watched the towers of our World Trade Center collapse and the newscasters reported that the Pentagon had also been attacked and seriously damaged.
Not since the Pearl Harbor attack of 1941 had America suffered such an enemy assault on its own soil, and nearly 3,000 Americans were dead, so major military retaliation was inevitable. But with our top leaders reeling in dismay and confusion, uncertain exactly how to respond, a tight network of fervently pro-Israel Neocons situated in various sub-Cabinet positions quickly sprang into action. These individuals took advantage of the sudden, unexpected crisis to convince their superiors to undertake a long-planned agenda of regime change operations and wars across much of the Middle East and other portions of the Muslim world, a project largely intended to reshape that region for the benefit of Israel.
In the initial days and weeks after those terrorist attacks, America attracted huge sympathy from the entire world, but we would soon squander that important geostrategic asset by launching an unprovoked war of aggression against Iraq, justifying that attack by blatant lies regarding Saddam Hussein’s WMDs. The cycle of resulting wars we set into motion would lead to the death or displacement of many millions of Muslim civilians, severely damaging our national reputation and upsetting the regional balance of power. Those wars mostly ended in shame and humiliation, while costing our country as much as eight trillion dollars. My old friend Bill Odom, the three-star general who had run the NSA for Ronald Reagan, later described our Iraq War as “the greatest strategic disaster in U.S. history,” and I entirely seconded his verdict.
The 9/11 Attacks themselves had inflicted relatively minor injury upon America. But the gigantic, ideologically-driven overreaction promoted by extremist elements of the Bush Administration severely damaged our national interests and global reputation, inflicting losses vastly greater than anything that a few hijacked jetliners could possibly have done.
The Hamas raid against Israel seemed to follow a remarkably similar trajectory. At the time it occurred, Israelis were entirely focused upon domestic issues, especially a very bitter ideological battle over judicial reform between Prime Minister Benjamin Netanyahu and his political opponents, with almost no one paying any attention to the simmering conflict with the Palestinians, least of all the ones in quiet Gaza. Just as the American people and its leaders had assumed that our country was protected from any significant foreign attack by two wide oceans, the Israelis had put their faith in the elaborate, high-tech defenses they had erected around the besieged Gaza enclave at the cost of a half-billion dollars, believing that these were completely impenetrable.
Thus, when the successful attack came, more than a hundred times larger than any previous Hamas incursion, it struck like a bolt out of the blue, and the Israeli government response was totally disorganized and completely ineffective, with panic-stricken, trigger-happy IDF troops accounting for a large fraction of all the resulting civilian deaths, as Apache attack helicopters were ordered to blast anything that moved. More Israelis died in that 24-hour period than had fallen in all the major military battles of the country’s previous half-century of wars, while well over 200 Israelis were captured and carried back to Gaza, with Hamas intending to trade them for the release of the thousands of Palestinian prisoners long held by Israel without charges or trials.
The crucial myth of Israeli military invincibility that had been constructed at enormous effort over three generations was shattered within hours, as was the even stronger myth of the brilliance of Israeli surveillance and intelligence capabilities. For more than seventy years, the powerful, well-equipped conventional armies of nearby Arab states had regularly been defeated by the Israeli military, but the latter had now been totally humiliated by a rag-tag force of lightly-armed Islamic militants.
In per capita terms, Israel’s human losses were some fifteen times greater than what America had suffered from the 9/11 terrorist attacks, so Israeli military retaliation was inevitable. But just as America’s massive, ideologically-driven overreaction after 2001 inflicted enormously greater damage on ourselves than the attacks had ever done, Israel’s own ideologically-driven response has been equally ruinous.
America committed huge, devastating blunders in the aftermath of 9/11. But as the world’s sole superpower, with a population of nearly 300 million and protected by two oceans, our national existence was obviously never at risk. By contrast, Israel is a small country of only seven million Jews living in a sea of much larger, hostile neighbors, so its margin for error is far smaller. I think that the disastrous, self-destructive actions of the Israeli government over the last eleven months have raised serious doubts about the near-term survival of the Jewish State less than eighty years after it was first established.
The reason for Israel’s massive overreaction seems obvious. At the time of the attack, Netanyahu was already reviled by half the Israeli population, including a large majority of its elites. The gigantic military disaster that occurred on his watch immediately dropped his approval rating to single digits even before evidence appeared that most of the unarmed civilian dead had apparently been killed by the IDF due to his own government’s incompetent response. So he recognized that once his retaliatory war ended and peace was reestablished, he would almost certainly be driven from office; and with numerous serious corruption charges hanging over his head, he would probably end his life in a prison cell.
I think that a classic line from Shakespeare’s Macbeth probably summed up Netanyahu’s dilemma and his resulting strategy:
I am in blood Stepped in so far that, should I wade no more, Returning were as tedious as go o’er.
Thus, his personal situation required him to enormously broaden and lengthen his new retaliatory war in hopes that an eventual sweeping victory, perhaps resulting in a greatly expanded Israel, might lead his citizens to forget or forgive his corruption, blunders, and initial military disaster.
Aside from occupation duties and long-term guerrilla conflicts, Israel’s actual wars since 1948 had been extremely brief ones, accommodating the needs of an army that largely consisted of reservists mobilized for short periods. At the time the IDF began its attack on Gaza, the widespread assumption had been that the punitive campaign against Hamas would only last a few weeks if even that. But the Hamas fighters were well-entrenched in an extensive network of tunnels and could not easily be dislodged, so Netanyahu took his project in an entirely different direction, converting it into a war against Gaza’s more than two million civilians.
He hoped that a massive, relentless bombardment aimed at destroying Gaza’s homes and civilian infrastructure combined with a starvation blockade would kill enough Palestinians that the remainder could be driven out into Egypt’s Sinai desert, probably then followed by a similar ethnic cleansing of the West Bank. The removal of all the Palestinians and the permanent annexation of their lands would result in the creation of a purely Jewish Greater Israel, and if Netanyahu achieved that century-old Zionist ambition, his place in Israeli history would be assured, along with his likely political survival.
But most of the Gazans were the descendants of refugees whom Zionist militants had expelled from Palestine during the previous ethnic cleansing of the 1948 Nakba. Therefore, despite the bombing and devastation they stubbornly refused to once again become homeless international exiles, thereby frustrating Netanyahu’s sweeping plans, while the Egyptians were just as opposed to suddenly receiving a couple of million destitute refugees expelled into their territory. As a consequence, Israel’s very one-sided war against Gaza’s civilian population has now dragged on for more than eleven months, with no obvious end in sight.
Such an exceptionally long war has naturally had very damaging effects upon Israel and its economy, severely impacted by the continuing mobilization of so many reservists. The lack of any clear military victory or signs of an approaching conclusion has also led 500,000 or more Israelis to flee overseas, a massive blow since so many of these individuals were the country’s best-educated and most productive citizens. For the last decade or two, Israel had proclaimed its successful high-tech industry as the engine of country’s economic future and boasted about the flood of investment capital for its startups, but wartime uncertainty has caused a huge outflow of such capital and personnel, with 46,000 businesses having closed by July. Proud Israelis had famously boasted that their Middle Eastern country was “a villa in the jungle,” but nearly a year of fruitless warfare was leading to the villa’s increasing decrepitude and partial abandonment.
Moreover, the continuing Gaza fighting and the very graphic images of Palestinian death and devastation distributed across the world on social media soon drew in the involvement of other regional powers, at least to a limited extent.
The fervent Zionists who were Netanyahu’s crucial political base had long coveted southern Lebanon as a God-given portion of their intended Greater Israel. The IDF had invaded and partially occupied that territory several times over the decades until finally being defeated and driven out by the newly formed Hezbollah Shiite militia, with that organization having now reportedly accumulated an arsenal of some 150,000 missiles and rockets as a very powerful deterrent. The terrible plight of the Gazans attracted Hezbollah’s strong sympathy, so it mobilized its forces on the border, threatening military intervention, while engaging the IDF with cross-border rocket and shelling attacks, suffering bombing strikes in return.
Over the years, Hezbollah had built up formidable ground forces and with much of the IDF military engaged in the Gaza fighting, these attacks and Hezbollah’s very visible presence terrified Israeli civilians living in the north, who feared the sort of sudden Hamas-type invasion that had killed many of their southern counterparts. This led some 60,000 of them to flee their homes, becoming internally displaced Israeli refugees, constantly demanding that their military attack Lebanon and drive Hezbollah away from the border. But although there has been endless talk of such a pending Israeli ground attack on Lebanon, Netanyahu and his military advisers were aware of the severe defeat they had suffered at Hezbollah’s hands during their previous 2006 invasion, so they took no action aside from various assassinations and other provocations aimed at goading Hezbollah into the sort of major attack that might draw in American forces.
Meanwhile, in a very unexpected development, the determined Houthi Islamic militia of distant Yemen declared their full support for the suffering Palestinians and imposed a blockade of Red Sea shipping, threatening to attack any vessels bound for Israel or having an Israeli connection until Israel lifted its own siege of Gaza and allowed the starving Palestinians to receive food and medical supplies. This successful Houthi operation soon eliminated nearly all seaborn traffic to Israel’s main port of Eilat, which was driven into bankruptcy, further damaging the Israeli economy. A powerful American task force was soon dispatched to attack the Houthis and reopen the Red Sea, but it failed miserably, with the headlines recently declaring that “The Houthis have defeated the US Navy.” This represented a huge embarrassment for our own carrier-based naval strategy.
Despite these serious setbacks, Netanyahu continued to double-down. The 10/7 attacks and the heavy Israeli civilian casualties had galvanized America’s pro-Israel billionaires into extraordinary support for the Jewish State, and with the presidential election approaching, their political influence was at its height. While the Biden-Harris administration shipped Israel enormous quantities of munitions and declared its unwavering support, Republican Donald Trump and independent Robert F. Kennedy Jr. were even more fulsome in their pro-Israel public statements. Israel’s political strength was further demonstrated a few weeks ago when Netanyahu was invited to address a joint session of Congress and received an unprecedented 58 standing ovations by the bipartisan audience, more than one each minute. Some observers not unreasonably suggested that this foreign leader now actually exercised greater control over the American political system than Biden, Harris, Trump, or anyone else.
So in a colossal roll of the dice, Netanyahu has sought to ignite a large regional war, using his political influence to draw in the American military and use it to destroy Iran, Hezbollah, and all his other most powerful regional rivals, thereby establishing effective Israeli hegemony throughout the Middle East. Almost immediately upon his return from DC, he assassinated a top Hezbollah leader in Beirut with a missile strike and also deeply humiliated Iran’s newly elected president by assassinating the political leader of Hamas as the latter attended the inauguration ceremony in Tehran. These killings were obviously intended to provoke the sort of major military retaliation that could be used to draw America into a war.
Netanyahu’s plan seemed exceptionally risky. Experienced military experts agree that the huge missile arsenals of both Iran and Hezbollah could easily saturate and overwhelm Israel’s vaunted Iron Dome defensive system, laying waste to the country’s cities, thereby destroying most of the Jewish State and perhaps triggering the flight of much of its surviving population. Although neither of those adversaries possess nuclear weapons, analysts have noted that their conventional warheads could destroy Israel’s Dimona nuclear reactor complex, blanketing much of the country with deadly radioactive contamination, which would substantially achieve the same result. So even if American attacks destroyed Israel’s enemies, Israel itself would probably suffer a similar fate. These sorts of pragmatic considerations help explain why top former Israeli national security figures have declared that Netanyahu is leading Israel to its doom.
Although there are probably several rounds left to play in this conflict, Israel has already sustained enormous economic damage and risks suffering destruction in a wider war against Iran and Hezbollah even if it wins the conflict by using America to destroy its regional adversaries. Just a couple of weeks ago, a highly-regarded retired Israeli general predicted Israel’s collapse within a year.
But I think that an even greater risk to Israel’s survival comes when we properly consider the other consequences of Israel’s brutal ongoing war against Gaza’s Palestinians.
For nearly a year, the Israeli-Palestinian conflict has probably been the world’s top news story, possibly receiving more media coverage during the last eleven months than it had during the previous seventy-five years combined. Many billions have now learned much about an issue that had previously been almost unknown to them. Netanyahu’s ruthless plan of bombing Gaza into rubble as a means of permanently expelling its Palestinian inhabitants has produced countless gripping videos showing death and devastation inflicted upon a helpless civilian population, and these have been distributed worldwide on social media, thereby bypassing the traditional pro-Israel gatekeepers of the mainstream media. Curious individuals have now discovered important facts long concealed by that media.
As I discussed in a lengthy article late last year, the simple history of the Israel-Palestine conflict is really quite shocking to anyone who encounters it for the first time. Large numbers of organized, well-armed Zionist militants, nearly all of them recent arrivals in Palestine, launched a planned campaign of massacre, murder, and rape to ethnically-cleanse and expel some 700,000 Palestinians from the lands in which they had peacefully lived for more than two thousand years.
Although a large majority of those Zionist militants were Marxian atheists, their primary public justification for the conquest and seizure of that territory was that the Hebrew God had pledged that land to their distant ancestors thousands of years earlier. Adding to the enormous irony, the top Zionist leaders had previously acknowledged that the Palestinians themselves were the actual direct descendants of the ancient Judeans who had supposedly received that holy covenant, while the conquering Zionists were at least half-European, with most of them probably having little if any Judean ancestry.
This outrageous campaign of conquest and expulsion constituted one of the worst ethnic cleansings in modern world history, and most remarkably of all, it took place just after the proclamation of the United Nations Charter had supposedly forever prohibited exactly this sort of military aggression.
Thus, the political legitimacy of the State of Israel immediately dissolves upon any careful investigation, and the events of the last year have likely prompted large numbers of thoughtful people all across the world to discover those important facts for the first time.
An even more important development has been an indirect consequence of the events of the last eleven months. Since its creation, one of Israel’s greatest strategic assets has been the enormously strong pro-Israel bias of the heavily Jewish mainstream media, which has often been willing to transform black into white or hide from public scrutiny any facts deemed less than flattering to the Jewish State.
But Netanyahu’s unprecedented ongoing slaughter of more than two million helpless Palestinian civilians and the unspeakable war crimes regularly committed by so many of his troops have finally begun to breach those media dikes, especially since the graphic evidence is so easily available in videos distributed on social media. It is worth recapitulating some of the grisly material I discussed last month:
According to American physicians interviewed by Politico Magazine and CBS News Sunday Morning, Israeli military snipers have regularly been executing Palestinian toddlers with precisely aimed shots to the head and the heart; indeed, for many years Israelis have proudly marketed tee-shirts boasting of their success in killing pregnant women and children. An article in the New York Times also reported that IDF forces have seized and tortured to death leading Palestinian surgeons and other medical doctors, with some of the survivors describing the horrific torments they endured at the hands of their brutal Israeli captors.
All of these barbaric atrocities have been justified and encouraged by the sweeping public statements of top Israeli leaders. For example, Prime Minister Benjamin Netanyahu has publicly identified the Palestinians with the tribe of Amalek, whom the Hebrew god commanded must be exterminated down to the last newborn baby. Just a few days ago, Israeli Finance Minister Bezalel Smotrich declared that it would be “just and moral” for Israel to totally exterminate all two million Palestinians in Gaza, but he emphasized that world public opinion was currently preventing his government from taking that important step.
Although this officially-stated Israeli goal of eradicating all Palestinian men, women, and children has not yet been achieved, more than ten months of bombs, bullets, and famine have made significant progress in that direction. The Lancet is one of the world’s oldest and most prestigious medical journals and a few weeks ago it published a short piece conservatively estimating that relentless Israeli attacks and the complete destruction of Gaza’s civilian infrastructure may be responsible for nearly 200,000 civilian deaths, a figure many times larger than any previous total mentioned in the media.
The massive, ongoing slaughter of Palestinian civilians together with these widespread, explicit public statements by top Israeli leaders led the esteemed jurists of the International Court of Justice to issue a series of near-unanimous rulings that Israel appeared to be undertaking a campaign of genocide against Gaza’s Palestinians. By late July even the notoriously pro-Israel editors of the English-language Wikipedia had finally endorsed the same conclusion.
In addition to these ongoing massacres, many thousands of Palestinian civilian captives have been seized, none of whom have ever been tried or convicted of anything. But with Israeli prison space overflowing, National Security Minister Itomar Ben-Gvir proposed summarily executing all of them by shooting each one in the head, thereby freeing up their prison space for new waves of captives.
Although the militaries of many countries have occasionally committed massacres or atrocities during wartime, sometimes even with the silent approval of their political leadership, it seems quite unusual to have the latter publicly endorse and advocate such policies, and no similar examples from recent centuries come to mind. I don’t doubt that if television journalists had interviewed Genghis Khan while he was ravaging all of Eurasia with his Mongol hordes, he might have casually made such statements, but I’d always assumed that standards of acceptable international behavior had considerably changed over the last thousand years.
When top leaders regularly issue such wholesale sanguinary declarations, some of their more enthusiastic subordinates may naturally decide to partly implement those same goals on a retail basis. These horrible recent Israeli atrocities merely continued the pattern from earlier this year, which had often been documented on social media by Israelis themselves, eager to emphasize the terrible punishment they were successfully inflicting upon their hated Palestinian foes. As I wrote a few months ago:
Indeed, the Israelis continued to generate an avalanche of gripping content for those videos. Mobs of Israeli activists regularly blocked the passage of food-trucks, and within a few weeks, senior UN officials declared that more than a million Gazans were on the verge of a deadly famine. When the desperate, starving Gazans swarmed one of those few food delivery convoys allowed through, the Israeli military shot and killed more than 100 of them in the “Flour Massacre” and this was later repeated. All these horrific scenes of death and deliberate starvation were broadcast worldwide on social media, with some of the worst examples coming from the accounts of gleeful Israeli soldiers, such as their video of the corpse of a Palestinian child being eaten by a starving dog. Another image showed the remains of a bound Palestinian prisoner who had been crushed flat while still alive by an Israeli tank. According to a European human rights organization, the Israelis had regularly used bulldozers to bury alive large numbers of Palestinians. UN officials reported finding mass graves near several hospitals, with the victims found bound and stripped, shot execution-style. As Internet provocateur Andrew Anglin has pointed out, the behavior of the Israeli Jews does not seem merely evil but “cartoonishly evil,” with all their blatant crimes seeming to be based upon the script of some over-the-top propaganda-film but instead actually taking place in real life.
Anglin’s description of the Israeli behavior as being “cartoonishly evil” seemed a very apt phrase to me, and I used it in the title of my own article on the subject.
All these examples are absolutely horrific, yet only a sliver of them have gotten any significant coverage in our elite or broadcast media, and then only after nine or ten months of their regular occurrence. Israel has spent the last year committing the greatest televised massacre of helpless civilians in the history of the world, but I wonder whether most readers of the New York Times would have ever gotten that impression. Among those Americans who rely upon the mainstream media as their primary source of information, I doubt that even five in one hundred would have become aware of almost any of these horrors.
Indeed, most of our media has instead spent this last year promoting an entirely contrary and totally artificial reality, loudly condemning a series of absolutely ridiculous atrocity-hoaxes, each of which has been quietly abandoned after it had successfully embedded itself in the minds of our gullible, low-information citizens, some of whom are important elected officials. This began with the hoax of 40 beheaded babies, and continued on from there. As I wrote last month:
I’d previously mentioned the short interview of an Israeli woman with two young children who emphasized that the Hamas militants who occupied her home for a couple of hours had been quite respectful to her family. I had also reported the eyewitness testimony of a survivor from a Kibbutz near Gaza who explained that the civilians had been killed when the Israeli military attacked the Hamas fighters holding them.
Furthermore, the official list of dead Israelis indicates that nearly all of the victims were non-elderly adults, with a large fraction being soldiers or security personnel, hardly suggesting a policy of indiscriminate slaughter.
The latest wave of very doubtful claims has focused upon second-hand stories of Hamas gang-rapes and sexual mutilations. These accounts only came to light two months after the events in question and lacked any supportive forensic evidence, with many of the claims coming from the same individuals behind the beheaded babies hoax, suggesting that they are equally desperate propaganda ploys. Journalists Max Blumenthal, Aaron Mate, and others have discussed the extreme credulity of the Times and other media outlets in promoting these blatantly fraudulent stories. Many of these points are summarized in a brief video discussion:
Meanwhile, consider the very strong evidence from silence. According to news reports, small GoPro cameras were worn by the attacking Hamas militants, which recorded all their activities, and the Israelis recovered many of these from their bodies and began carefully examining hundreds of hours of this extensive video footage. They surely would have soon released a video compilation providing any incriminating evidence that they found, yet I’m not aware of a single public clip that shows any such brutal atrocities or mass killings, strongly suggesting that very little of that occurred. Indeed, the Gray Zone discovered that the main photograph provided of an allegedly raped and murdered Israeli woman actually turned out to be that of a female Kurdish fighter from years earlier that had been plucked off the Internet, demonstrating the apparent desperation and dishonesty of the pro-Israel propagandists promoting these stories.
Over the last couple of months it has gradually been admitted that perhaps half or more of all the 1,100-odd Israelis killed on October 7th probably died at the hands of their own panicked and trigger-happy military forces, in some cases being deliberately targeted due to Israel’s controversial “Hannibal Directive,” and those victims of friendly-fire were overwhelmingly civilians. Therefore, it seems quite possible that as few as 100 to 200 unarmed Israeli civilians were killed by Hamas militants, in many cases accidentally. This underscores the extreme disproportionality of perhaps as many as 200,000 Palestinian civilian dead.
But I think that an even greater danger to Israel comes as a result of the massive media campaign to retain America’s vital support despite eleven months of genocidal rampage in Gaza.
That support still holds on the political level as demonstrated by Netanyahu’s 58 standing ovations in Congress, but the use of such media propaganda has been pushed to its limit, perhaps severely overtaxing that vital tool. Many tens of millions of Americans, especially younger ones, have become fully aware of the total disconnect between the mainstream media portrayal of events in Gaza and what they have been seeing with their own eyes on TikTok, Twitter, and other relatively uncensored social media platforms. The resulting collapse in media credibility may permanently cripple the powerful pro-Israel media framework that has dominated American society for the last half-century or longer, perhaps with very fateful consequences.
I think that media can best be understood as a potent means of mind-control that causes individuals to behave in ways very different from how they otherwise might. This applies both to ordinary citizens and also to important political leaders, and I suspect that a large majority of those who participated in Netanyahu’s standing ovations did so primarily as a result of such media mind-control, rather than due to the influence of money or blackmail, although those were likely also factors.
But such mind-control loses much of its effectiveness once its role has become understood and an automatic suspension of disbelief has been lost. As a result of this total disconnect between media coverage and reality, most intelligent observers have now quietly recognized that our media has been totally dishonest and unreliable on any matters sensitive to the Jewish State, and once they begin to consider that this may also have been equally true in the past, the implications are enormous. Important, controversial events of our history that might have previously been disregarded or ignored are now suddenly reconsidered in a very different light.
Consider, for example, the notorious case of the U.S.S. Liberty, our most advanced intelligence-gathering ship, which was suddenly and deliberately attacked by Israel in 1967 while sailing in international waters, with more than 200 American servicemen killed or wounded. This incident constituted our greatest naval loss of life since World War II.
A few years earlier, an American destroyer in the Gulf of Tonkin had been deploying sabotage teams against the North Vietnamese coast when it mistakenly reported that it had been counter-attacked by torpedo boats. That hostile action never occurred, so obviously not a single American was injured, but the resulting political outrage prompted our involvement in the Vietnam War, in which we killed perhaps as many as three million Vietnamese.
So under this American standard of response, we might have expected that the vastly more serious—and actually real—attack upon that other vessel off Egypt’s coast to have produced far more forceful military retaliation, possibly including the total destruction of the small Middle Eastern nation responsible.
But our president at the time was the fervently pro-Israel Lyndon Johnson and Jews of similar sentiments then controlled all three American television networks, our two most influential national newspapers, and nearly all the Hollywood studios.
Thus, with all these central organs of government and media mind-control almost entirely in staunchly pro-Israel hands, this major military attack completely vanished from reality, and even when the facts finally came out a dozen years later, they were almost totally ignored, eliminating any possibility of significant public outrage. So instead of any harsh retaliation, our political and financial support for the country that had attacked us without provocation steadily escalated over time, now eventually reaching almost absurd proportions.
For decades, most Americans have been unwilling to believe that our media could have simply ignored such a blatant and deliberate attack against our military, and therefore assumed the incident must have been the result of mistaken identity or the fog of war or some other such fully mitigating factor. But once trust in the media has vanished, those excuses evaporate. I reviewed the U.S.S. Liberty story in considerable detail several years ago, and our country’s total non-reaction to the deliberate killing of so many of its own military servicemen was really quite remarkable.
The deadly 1967 Israeli attack upon our naval vessel involved the remarkable treachery of President Johnson, who kept the facts concealed and placed Israel’s national interests above his own duty to the lives of American servicemen. But LBJ only occupied the White House due to the 1963 assassination of his predecessor President John F. Kennedy, one of the most famous events of the twentieth century.
About a dozen years ago I finally became aware that the true facts of the JFK Assassination greatly differed from the official narrative of a crazed lone gunman that I had always casually absorbed from our media, and after a great deal of careful investigation, I concluded that the Israeli Mossad had probably played a central role in the death of our own president, acting to replace him with someone far more closely aligned with Israeli interests.
JFK had been exerting enormous pressure on Israel to halt its nuclear weapons development program and had also sought to severely curtail the growing influence of the Israel Lobby by forcing the organization that later became AIPAC to register as a foreign agent, thereby breaking its political power. But once Kennedy had been eliminated, his pro-Israel successor immediately reversed both these policies, thereby allowing Israel to acquire its large nuclear weapons arsenal and permitting AIPAC to grow into the colossal force that has now reduced most members of our Congress to trained seals, who gave an arrogant foreign leader those endless standing ovations.
Israel’s likely responsibility for the JFK Assassination was strongly supported by the long track-record of such bold Zionist political killings, both before and after the creation of its national state, as I noted in early 2020:
Indeed, the inclination of the more right-wing Zionist factions toward assassination, terrorism, and other forms of essentially criminal behavior was really quite remarkable. For example, in 1943 Shamir had arranged the assassination of his factional rival, a year after the two men had escaped together from imprisonment for a bank robbery in which bystanders had been killed, and he claimed he had acted to avert the planned assassination of David Ben-Gurion, the top Zionist leader and Israel’s future founding-premier. Shamir and his faction certainly continued this sort of behavior into the 1940s, successfully assassinating Lord Moyne, the British Minister for the Middle East, and Count Folke Bernadotte, the UN Peace Negotiator, though they failed in their other attempts to kill American President Harry Truman and British Foreign Minister Ernest Bevin, and their plans to assassinate Winston Churchill apparently never moved past the discussion stage. His group also pioneered the use of terrorist car-bombs and other explosive attacks against innocent civilian targets, all long before any Arabs or Muslims had ever thought of using similar tactics; and Begin’s larger and more “moderate” Zionist faction did much the same.
As far as I know, the early Zionists had a record of political terrorism almost unmatched in world history, and in 1974 Prime Minister Menachem Begin once even boasted to a television interviewer of having been the founding father of terrorism across the world.
A great deal of additional supporting evidence can be found by carefully reading between the lines of Ronan Bergman’s authoritative 2018 history of Mossad assassinations. During this last year of the Gaza conflict, the frequency and daring of Israel’s high-profile political assassinations has reached new heights.
Once we strip away and disregard the obfuscating layer of mainstream media narrative regarding the assassinations of JFK and his brother Robert, the evidence of Mossad culpability becomes very strong, perhaps even overwhelming.
All these important facts should be kept in mind as we begin considering the true circumstances of the attacks of September 11, 2001, whose 23rd anniversary is now approaching. Those terrorist strikes against our country were not only the largest in human history, but perhaps even greater in magnitude that all the previous ones combined, and they forever changed our society and our world. Yet the distorting impact of media omission and deception has prevented most of us from ever discovering what actually happened, as I have discussed in my articles.
Around the time of the twentieth anniversary in 2021, I analyzed some of the evidence at considerable length:
One of history’s largest terrorist attacks prior to 9/11 was the 1946 bombing of the King David Hotel in Jerusalem by Zionist militants dressed as Arabs, which killed 91 people and largely destroyed the structure. In the famous Lavon Affair of 1954, Israeli agents launched a wave of terrorist attacks against Western targets in Egypt, intending to have those blamed on anti-Western Arab groups. There are strong claims that in 1950 Israeli Mossad agents began a series of false-flag terrorist bombings against Jewish targets in Baghdad, successfully using those violent methods to help persuade Iraq’s thousand-year-old Jewish community to emigrate to the Jewish state. In 1967, Israel launched a deliberate air and sea attack against the U.S.S. Liberty, intending to leave no survivors, killing or wounding over 200 American servicemen before word of the attack reached our Sixth Fleet and the Israelis withdrew.
The enormous extent of pro-Israel influence in world political and media circles meant that none of these brutal attacks ever drew serious retaliation, and in nearly all cases, they were quickly thrown down the memory hole, so that today probably no more than one in a hundred Americans is even aware of them. Furthermore, most of these incidents came to light due to chance circumstances, so we may easily suspect that many other attacks of a similar nature have never become part of the historical record.
Of these famous incidents, Bergman only includes mention of the King David Hotel bombing. But much later in his narrative, he describes the huge wave of false-flag terrorist attacks unleashed in 1981 by Israeli Defense Minister Ariel Sharon, who recruited a former high-ranking Mossad official to manage the project.
Under Israeli direction, large car bombs began exploding in the Palestinian neighborhoods of Beirut and other Lebanese cities, killing or injuring enormous numbers of civilians. A single attack in October inflicted nearly 400 casualties, and by December, there were eighteen bombings per month, with their effectiveness greatly enhanced by the use of innovative new Israeli drone technology. Official responsibility for all the attacks was claimed by a previously unknown Lebanese organization, but the intent was to provoke the PLO into military retaliation against Israel, thereby justifying Sharon’s planned invasion of the neighboring country.
Since the PLO stubbornly refused to take the bait, plans were put into motion for the huge bombing of an entire Beirut sports stadium using tons of explosives during a January 1st political ceremony, with the death and destruction expected to be “of unprecedented proportions, even in terms of Lebanon.” But Sharon’s political enemies learned of the plot and emphasized that many foreign diplomats including the Soviet ambassador were expected to be present and probably would be killed, so after a bitter debate, Prime Minister Begin ordered the attack aborted. A future Mossad chief mentions the major headaches they then faced in removing the large quantity of explosives that they had already planted within the structure.
I think that this thoroughly documented history of major Israeli false-flag terrorist attacks, including those against American and other Western targets, should be carefully kept in mind when we consider the 9/11 attacks, whose aftermath has massively transformed our society and cost us so many trillions of dollars.
I explained that for many years after 9/11, I had fully accepted the official story and paid little attention to the details of the terrorist attacks, being instead focused upon the Iraq War that had soon followed. I only gradually grew suspicious over time as various elements came to my attention.
Admittedly, I’d occasionally heard of some considerable oddities regarding the 9/11 attacks here and there, and these certainly raised some suspicions. Most days I would glance at the Antiwar.com front page, and it seemed that some Israeli Mossad agents had been caught while filming the plane attacks in NYC, while a much larger Mossad “art student” spy operation around the country had also been broken up around the same time. Apparently, FoxNews had even broadcast a multi-part series on the latter topic before that expose was scuttled and “disappeared” under ADL pressure.
Although I wasn’t entirely sure about the credibility of those claims, it did seem plausible that Mossad had known of the attacks in advance and allowed them to proceed, recognizing the huge benefits that Israel would derive from the anti-Arab backlash. I think I was vaguely aware that Antiwar.com editorial director Justin Raimondo had published The Terror Enigma, a short book about some of those strange facts, bearing the provocative subtitle “9/11 and the Israeli Connection,” but I never considered reading it. In 2007, Counterpunch itself published a fascinating follow-up story about the arrest of that group of Israeli Mossad agents in NYC, who were caught filming and apparently celebrating the plane attacks on that fateful day, and the Mossad activity seemed to be far larger than I had previously realized…
Moreover, around that same time I’d stumbled across an astonishing detail of the 9/11 attacks that demonstrated the remarkable depths of my own ignorance. In a Counterpunch article, I’d discovered that immediately following the attacks, the supposed terrorist mastermind Osama bin Laden had publicly denied any involvement, even declaring that no good Muslim would have committed such deeds.
Once I checked around a little and fully confirmed that fact, I was flabbergasted. 9/11 was not only the most successful terrorist attack in the history of the world, but may have been greater in its physical magnitude than all past terrorist operations combined. The entire purpose of terrorism is to allow a small organization to show the world that it can inflict serious losses upon a powerful state, and I had never previously heard of any terrorist leader denying his role in a successful operation, let alone the greatest in history. Something seemed extremely wrong in the media-generated narrative that I had previously accepted. I began to wonder if I had been as deluded as the tens of millions of Americans in 2003 and 2004 who naively believed that Saddam had been the mastermind behind the September 11th attacks. We live in a world of illusions generated by our media, and I suddenly felt that I had noticed a tear in the paper-mache mountains displayed in the background of a Hollywood sound-stage. If Osama was probably not the author of 9/11, what other huge falsehoods had I blindly accepted?
A couple of years later, I came across a very interesting column by Eric Margolis, a prominent Canadian foreign policy journalist purged from the broadcast media for his strong opposition to the Iraq War. He had long published a weekly column in the Toronto Sun and when that tenure ended, he used his closing appearance to run a double-length piece expressing his very strong doubts about the official 9/11 story, even noting that the former director of Pakistani Intelligence insisted that Israel had been behind the attacks.
I eventually discovered that in 2003 former German Cabinet Minister Andreas von Bülow had published a best-selling book strongly suggesting that the CIA rather than Bin Laden was behind the attacks, while in 2007 former Italian President Francesco Cossiga had similarly argued that the CIA and the Israeli Mossad had been responsible, claiming that fact was well known among Western intelligence agencies.
When utterly astonishing claims of an extremely controversial nature are made over a period of many years by numerous seemingly reputable academics and other experts, and they are entirely ignored or suppressed but never effectively rebutted, reasonable conclusions seem to point in an obvious direction. Based on my very recent readings in this topic, the total number of huge flaws in the official 9/11 story has now grown extremely long, probably numbering in the many dozens. Most of these individual items seem reasonably likely and if we decide that even just two or three of them are correct, we must totally reject the official narrative that so many of us have believed for so long.
Now I am merely just an amateur in the complex intelligence craft of extracting nuggets of truth from a mountain of manufactured falsehood. Although the arguments of the 9/11 Truth Movement seem quite persuasive to me, I would obviously have felt much more comfortable if they were seconded by an experienced professional, such as a top CIA analyst. A few years ago, I was shocked to discover that was indeed the case.
William Christison had spent 29 years at the CIA, rising to become one of its senior figures as Director of its Office of Regional and Political Analysis, with 200 research analysts serving under him. In August 2006, he published a remarkable 2,700 word article explaining why he no longer believed the official 9/11 story and felt sure that the 9/11 Commission Report constituted a cover-up, with the truth being quite different. The following year, he provided a forceful endorsement to one of Griffin’s books, writing that “[There’s] a strong body of evidence showing the official U.S. Government story of what happened on September 11, 2001 to be almost certainly a monstrous series of lies.” And Christison’s extreme 9/11 skepticism was seconded by that of many other highly regarded former US intelligence professionals.
We might expect that if a former CIA intelligence officer of Christison’s rank were to denounce the official 9/11 report as a fraud and a cover-up, such a story would constitute front-page news. But it was never reported anywhere in our mainstream media, and I only stumbled upon it a decade later.
Even our supposed “alternative” media outlets were nearly as silent. Throughout the 2000s, Christison and his wife Kathleen, also a former CIA analyst, had been regular contributors to Counterpunch, publishing many dozens of articles there and certainly being its most highly credentialed writers on intelligence and national security matters. But editor Alexander Cockburn refused to publish any of their 9/11 skepticism, so it never came to my attention at the time. Indeed, when I mentioned Christison’s views to current Counterpunch editor Jeffrey St. Clair a couple of years ago, he was stunned to discover that the friend he had regarded so very highly had actually become a “9/11 Truther.” When media organs serve as ideological gatekeepers, a condition of widespread ignorance becomes unavoidable.
With so many gaping holes in the official story of the events of seventeen years ago, each of us is free to choose to focus on those we personally consider most persuasive, and I have several of my own. Danish Chemistry professor Niels Harrit was one of the scientists who analyzed the debris of the destroyed buildings and detected the residual presence of nano-thermite, a military-grade explosive compound, and I found him quite credible during his hour-long interview on Red Ice Radio. The notion that an undamaged hijacker passport was found on an NYC street after the massive, fiery destruction of the skyscrapers is totally absurd, as was the claim that the top hijacker conveniently lost his luggage at one of the airports and it was found to contain a large mass of incriminating information. The testimonies of the dozens of firefighters who heard explosions just before the collapse of the buildings seems totally inexplicable under the official account. The sudden total collapse of Building Seven, never hit by any jetliners is also extremely implausible.
Having concluded that the official story of the 9/11 Attacks was probably false, I began considering other possibilities.
Let us now suppose that the overwhelming weight of evidence is correct, and concur with high-ranking former CIA intelligence analysts, distinguished academics, and experienced professionals that the 9/11 attacks were not what they appeared to be. We recognize the extreme implausibility that three huge skyscrapers in New York City suddenly collapsed at free-fall velocity into their own footprints after just two of them were hit by airplanes, and also that a large civilian jetliner probably did not strike the Pentagon leaving behind absolutely no wreckage and only a small hole. What actually did happen, and more importantly, who was responsible?
When pointing to the likely guilty parties, the more mainstream 9/11 Truth movement overwhelmingly denounced the terrorist attacks as an “inside job” orchestrated by the top leadership of the Bush administration. But this seemed completely ridiculous to me and merely represented an additional layer of deception, one aimed at appealing to the highly-partisan Democrats who constituted so much of that movement. Instead, a careful analysis pointed to very different culprits, whose likely identity was protected by both the mainstream and nearly all of the alternative media.
Let’s step back a bit. In the entire history of the world, I can think of no documented case in which the top political leadership of a country has launched a major false-flag attack upon its own centers of power and finance and tried to kill large numbers of its own people. The America of 2001 was a peaceful and prosperous country run by relatively bland political leaders focused upon the traditional Republican goals of enacting tax-cuts for the rich and reducing environmental regulations. Too many Truther activists have apparently drawn their understanding of the world from the caricatures of leftist comic-books in which corporate Republicans are all diabolical Dr. Evils, seeking to kill Americans out of sheer malevolence, and Alexander Cockburn was absolutely correct to ridicule them at least on that particular score.
So where do we now stand? It seems very likely that the 9/11 attacks were the work of an organization far more powerful and professionally-skilled than a rag-tag band of nineteen random Arabs armed with box-cutters, but also that the attacks were very unlikely to have been the work of the American government itself. So who actually attacked our country on that fateful day seventeen years ago, killing thousands of our fellow citizens?
Effective intelligence operations are concealed in a hall of mirrors, often extremely difficult for outsiders to penetrate, and false-flag terrorist attacks certainly fall into this category. But if we apply a different metaphor, the complexities of such events may be seen as a Gordian Knot, almost impossible to disentangle, but vulnerable to the sword-stroke of asking the simple question “Who benefited?”
America and most of the world certainly did not, and the disastrous legacies of that fateful day have transformed our own society and wrecked many other countries. The endless American wars soon unleashed have already cost us many trillions of dollars and set our nation on the road to bankruptcy while killing or displacing many millions of innocent Middle Easterners. Most recently, that resulting flood of desperate refugees has begun engulfing Europe, and the peace and prosperity of that ancient continent is now under severe threat.
Our traditional civil liberties and constitutional protections have been drastically eroded, with our society having taken long steps toward becoming an outright police state. American citizens now passively accept unimaginable infringements on their personal freedoms, all originally begun under the guise of preventing terrorism.
I find it difficult to think of any country in the world that clearly gained as a result of the 9/11 attacks and America’s military reaction, with one single, solitary exception.
During 2000 and most of 2001, America was a peaceful prosperous country, but a certain small Middle Eastern nation had found itself in an increasingly desperate situation. Israel then seemed to be fighting for its life against the massive waves of domestic terrorism that constituted the Second Palestinian Intifada.
Ariel Sharon was widely believed to have deliberately provoked that uprising in September 2000 by marching to the Temple Mount backed by a thousand armed police, and the resulting violence and polarization of Israeli society had successfully installed him as Prime Minister in early 2001. But once in office, his brutal measures failed to end the wave of continuing attacks, which increasingly took the form of suicide-bombings against civilian targets. Many believed that the violence might soon trigger a huge outflow of Israeli citizens, perhaps producing a death-spiral for the Jewish state. Iraq, Iran, Libya, and other major Muslim powers were supporting the Palestinians with money, rhetoric, and sometimes weaponry, and Israeli society seemed close to crumbling. I remember hearing from some of my DC friends that numerous Israeli policy experts were suddenly seeking berths at Neocon thinktanks so that they could relocate to America.
Sharon was a notoriously bloody and reckless leader, with a long history of undertaking strategic gambles of astonishing boldness, sometimes betting everything on a single roll of the dice. He had spent decades seeking the Prime Ministership, but having finally obtained it, he now had his back to the wall, with no obvious source of rescue in sight.
The 9/11 attacks changed everything. Suddenly the world’s sole superpower was fully mobilized against Arab and Muslim terrorist movements, especially those connected with the Middle East. Sharon’s close Neocon political allies in America used the unexpected crisis as an opportunity to seize control of America’s foreign policy and national security apparatus, with an NSA staffer later reporting that Israeli generals freely roamed the halls of the Pentagon without any security controls. Meanwhile, the excuse of preventing domestic terrorism was used to implement newly centralized American police controls that were soon employed to harass or even shut down various anti-Zionist political organizations. One of the Israeli Mossad agents arrested by the police in New York City as he and his fellows were celebrating the 9/11 attacks and producing a souvenir film of the burning World Trade Center towers told the officers that “We are Israelis…Your problems are our problems.” And so they immediately became.
General Wesley Clark reported that soon after the 9/11 attacks he was informed that a secret military plan had somehow come into being under which America would attack and destroy seven major Muslim countries over the next few years, including Iraq, Iran, Syria, and Libya, which coincidentally were all of Israel’s strongest regional adversaries and the leading supporters of the Palestinians. As America began to expend enormous oceans of blood and treasure attacking all of Israel’s enemies after 9/11, Israel itself no longer needed to do so. Partly as a consequence, almost no other nation in the world has so enormously improved its strategic and economic situation during the last seventeen years, even while a large fraction of the American population has become completely impoverished during that same period and our national debt has grown to insurmountable levels. A parasite can often grow fat even as its host suffers and declines.
I have emphasized that for many years after the 9/11 attacks I paid little attention to the details and had only the vaguest notion that there even existed an organized 9/11 Truth movement. But if someone had ever convinced me that the terrorist attacks had been false-flag operations and someone other than Osama had been responsible, my immediate guess would have been Israel and its Mossad.
Certainly no other nation in the world can remotely match Israel’s track-record of remarkably bold high-level assassinations and false-flag attacks, terrorist and otherwise, against other countries, even including America and its military. Furthermore, the enormous dominance of Jewish and pro-Israel elements in the American establishment media and increasingly that of many other major countries in the West has long ensured that even when the solid evidence of such attacks was discovered, very few ordinary Americans would ever hear those facts.
Once we accept that the 9/11 attacks were probably a false-flag operation, a central clue to the likely perpetrators has been their extraordinary success in ensuring that such a wealth of enormously suspicious evidence has been totally ignored by virtually the entire American media, whether liberal or conservative, left-wing or right-wing.
In the particular case at hand, the considerable number of zealously pro-Israel Neocons situated just beneath the public surface of the Bush Administration in 2001 could have greatly facilitated both the successful organization of the attacks and their effective cover-up and concealment, with Libby, Wolfowitz, Feith, and Richard Perle being merely the most obvious names. Whether such individuals were knowing conspirators or merely had personal ties allowing them to be exploited in furthering the plot is entirely unclear.
Most of this information must surely have long been apparent to knowledgeable observers, and I strongly suspect that many individuals who had paid much greater attention than myself to the details of the 9/11 attacks may have quickly formed a tentative conclusion along these same lines. But for obvious social and political reasons, there is a great reluctance to publicly point the finger of blame towards Israel on a matter of such enormous magnitude. Hence, except for a few fringe activists here and there, such dark suspicions remained private.
Meanwhile, the leaders of the 9/11 Truth movement probably feared they would be destroyed by media accusations of deranged anti-Semitism if they had ever expressed even a hint of such ideas. This political strategy may have been necessary, but by failing to name any plausible culprit, they created a vacuum that was soon filled by “useful idiots” who shouted “inside job!” while pointing an accusing finger toward Cheney and Rumsfeld, and thereby did so much to discredit the entire 9/11 Truth movement.
This unfortunate conspiracy of silence finally ended in 2009 when Dr. Alan Sabrosky, former Director of Studies at the US Army War College, stepped forward and publicly declared that the Israeli Mossad had very likely been responsible for the 9/11 attacks, writing a series of columns on the subject, and eventually presenting his views in a number of media interviews, along with additional analyses.
Obviously, such explosive charges never reached the pages of my morning Times, but they did receive considerable if transitory coverage in portions of the alternative media, and I remember seeing the links very prominently featured at Antiwar.com and widely discussed elsewhere. I had never previously heard of Sabrosky, so I consulted my archiving system and immediately discovered that he had a perfectly respectable record of publication on military affairs in mainstream foreign policy periodicals and had also held a series of academic appointments at prestigious institutions. Reading one or two of his articles on 9/11, I felt he made a rather persuasive case for Mossad involvement, with some of his information already known to me but much of it not.
Since I was very busy with my software work and had never spent any time investigating 9/11 or reading any of the books on the topic, my belief in his claims back then was obviously quite tentative. But now that I have finally looked into the subject in much greater detail and done a great deal of reading, I think it seems quite likely that his 2009 analysis was entirely correct.
I would particularly recommend his long 2011 interview on Iranian Press TV, which I first watched just a couple of days ago. He came across as highly credible and forthright in his claims:
https://www.bitchute.com/embed/tpYjyFbJzPZh/ Video Link
https://www.bitchute.com/embed/BigWEQyw6Cb7/ Video Link
Sabrosky focused much of his attention upon a particular segment of a Dutch documentary film on the 9/11 attacks produced several years earlier. In that fascinating interview, a professional demolition expert named Danny Jowenko who was largely ignorant of the 9/11 attacks immediately identified the filmed collapse of WTC Building 7 as a controlled-demolition, and the remarkable clip was broadcast worldwide on Press TV and widely discussed across the Internet.
And by a very strange coincidence, just three days after Jowenko’s broadcast video interview had received such heavy attention, he had the misfortune to die in a frontal collision with a tree in Holland. I’d suspect that the community of professional demolition experts is a small one, and Jowenko’s surviving industry colleagues may have quickly concluded that serious misfortune might visit those who rendered controversial expert opinions on the collapse of the three World Trade Center towers.
Meanwhile, the ADL soon mounted a huge and largely successful effort to have Press TV banned in the West for promoting “anti-Semitic conspiracy theories,” even persuading YouTube to entirely eliminate the huge video archive of those past shows, notably including Sabrosky’s long interview.
Most recently, Sabrosky provided an hour-long presentation at this June’s Deep Truth video panel conference, during which he expressed considerable pessimism about America’s political predicament, and suggested that the Zionist control over our politics and media had grown even stronger over the last decade.
The late Alan Hart, a very distinguished British broadcast journalist and foreign correspondent, also broke his silence in 2010 and similarly pointed to the Israelis as the likely culprits behind the 9/11 attacks. Those interested may wish to listen to his extended interview.
Journalist Christopher Bollyn was one of the first writers to explore the possible Israeli links to the 9/11 attacks, and the details contained in his long series of newspaper articles are often quoted by other researchers. In 2012, he gathered together this material and published it in the form of a book entitled Solving 9-11, thereby making his information on the possible role of the Israeli Mossad available to a much wider audience, with a version being available online. Unfortunately his printed volume severely suffers from the typical lack of resources available to the writers on the political fringe, with poor organization and frequent repetition of the same points due to its origins in a set of individual articles, and this may diminish its credibility among some readers. So those who purchase it should be forewarned about these serious stylistic weaknesses.
Probably a much better compendium of the very extensive evidence pointing to the Israeli hand behind the 9/11 attacks has been more recently provided by French writer Laurent Guyénot, both in his 2017 book JFK-9/11: 50 Years of the Deep State and also his 8,500 word article “9/11 was an Israeli Job”, published concurrently with this one and providing a far greater wealth of detail than is contained here. While I would not necessarily endorse all of his claims and arguments, his overall analysis seems fully consistent with my own.
These writers have provided a great deal of material in support of the Israeli Mossad Hypothesis, but I would focus attention on just one important point. We would normally expect that terrorist attacks resulting in the complete destruction of three gigantic office buildings in New York City and an aerial assault on the Pentagon would be an operation of enormous size and scale, involving very considerable organizational infrastructure and manpower. In the aftermath of the attacks, the US government undertook great efforts to locate and arrest the surviving Islamic conspirators, but scarcely managed to find a single one. Apparently, they had all died in the attacks themselves or otherwise simply vanished into thin air.
But without making much effort at all, the American government did quickly round up and arrest some 200 Israeli Mossad agents, many of whom had been based in exactly the same geographical locations as the purported 19 Arab hijackers. Furthermore, NYC police arrested some of these agents while they were publicly celebrating the 9/11 attacks, and others were caught driving vans in the New York area containing explosives or their residual traces. Most of these Mossad agents refused to answer any questions, and many of those who did failed polygraph tests, but under massive political pressure all were eventually released and deported back to Israel. A couple of years ago, much of this information was very effectively presented in a short video available on YouTube.
There is another fascinating tidbit that I have very rarely seen mentioned. Just a month after the 9/11 attacks, two Israelis were caught sneaking weapons and explosives into the Mexican Parliament building, a story that naturally produced several banner-headlines in leading Mexican newspapers at the time but which was greeted by total silence in the American media. Eventually, under massive political pressure, all charges were dropped and the Israeli agents were deported back home. This remarkable incident was only reported on a small Hispanic-activist website, and discussed in a few other places. Some years ago I easily found the scanned front pages of the Mexican newspapers reporting those dramatic events on the Internet, but I can no longer easily locate them. The details are obviously somewhat fragmentary and possibly garbled, but certainly quite intriguing.
One might speculate that if supposed Islamic terrorists had followed up their 9/11 attacks by attacking and destroying the Mexican parliament building a month later, Latin American support for America’s military invasions in the Middle East would have been greatly magnified. Furthermore, any scenes of such massive destruction in the Mexican capital by Arab terrorists would surely have been broadcast non-stop on Univision, America’s dominant Spanish-language network, fully solidifying Hispanic support for President Bush’s military endeavors.
I’d also strongly recommend this long 2018 article by French analyst Laurent Guyénot that provides a wealth of detailed information on this same hypothesis.
9/11 Was an Israeli Job How America was neoconned into World War IV Laurent Guyénot • The Unz Review • September 10, 2018 • 8,500 Words
In 1988 John Carpenter released They Live, a moderately successful and relatively low-budget science fiction film that has become a cult classic over the decades, especially popular in dissident and conspiratorial circles.
Set in an impoverished and disintegrating America, a drifter discovers a pair of special sunglasses that reveal a hidden world all around him, one in which alien beings seem to have seized control and imposed their malevolent will upon our society. Their presence among us is concealed by a layer of illusion that is successfully penetrated by those sunglasses, which allow individuals to see our true reality and take corrective action.
I believe that during the last eleven months since October 7th, Israeli operations in Gaza have provided all willing individuals with exactly such a pair of special sunglasses, allowing them to pierce the decades of illusion and distortion produced by our mainstream media. Using those powerful tools, they can finally begin to unravel the true facts of the longstanding Israeli-Palestinian conflict, the JFK Assassination, and the 9/11 terrorist attacks. So each of them must decide whether to use those special sunglasses or instead fearfully cast them aside.
Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości co do tego, że premier Donald Tusk wykonuje zlecone mu przez Naszego Złotego Pana z Berlina zadanie zdemolowania państwa, by w ten sposób przygotować teren pod budowę Generalnego Gubernatorstwa, to chyba trzeba by mu narysować obrazek. Nie dość, że zrobił głupstwo “uchylając” swoją kontrasygnatę pod aktem nominacji sędziego Wesołowskiego do Sądu Najwyższego, to jeszcze na posiedzeniu Rady Ministrów oświadczył – co widziała cała Polska – że skoro nie ma narzędzi prawnych do reformowania państwa, to skorzysta z narzędzi pozaprawnych – znaczy – bezprawnych.
Tymczasem art. 7 konstytucji, w obronie której kicało całe towarzycho z rozmaitymi giertychami i “polskimi babciami”, a którą to konstytucję Kukuniek nosi obok Matki Boskiej nie tylko na koszuli, ale chyba i na kalesonach, stanowi, że organy władzy publicznej działają “na podstawie i w granicach prawa”. Wynika z tego, że nie można domniemywać kompetencji organu władzy publicznej, tylko na każdy swój krok musi ona mieć podstawę prawną i poruszać się w granicach tego upoważnienia.
Już mniejsza o to, że to “uchylenie” własnego podpisu na urzędowym akcie ośmiesza Polskę i naraża ją na kompromitację na arenie międzynarodowej – no bo czy teraz ktokolwiek podpisze z Donaldem Tuskiem jakąś międzynarodową umowę, jakiś traktat, skoro Donald Tusk “uchyla” swoje podpisy w wybranym przez siebie – albo przez kogoś innego – czasie? W dodatku decyzja premiera Tuska o “uchyleniu” swojego podpisu pod aktem państwowym rodzi bardzo niebezpieczny precedens, który może doprowadzić do poważnych perturbacji w obrocie prawnym. Art. 32 ust. 1 konstytucji stwierdza bowiem, że “wszyscy są wobec prawa równi”. Skoro tedy premierowi rządu wolno było “uchylić” swój podpis pod aktem państwowym, to na jakiej zasadzie mielibyśmy nie pozwalać obywatelom “uchylać” swoich podpisów na przykład na wekslach, czy umowach kredytowych?
Ale jeszcze gorsza i brzemienna w skutki jest jest deklaracja premiera Tuska, o której wspomniałem wyżej. Jeśli premier rządu otwartym tekstem mówi, że będzie posługiwał się środkami pozaprawnymi, czyli bezprawnymi, to znaczy, że jego rząd od tej chwili staje się zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym.
Zwróćmy uwagę, że art. 10 ust. 1 konstytucji stanowi, że ustrój III RP opiera się na “podziale i równowadze” władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej. Jak to jest realizowane w praktyce, to inna sprawa – tymczasem zarówno Donald Tusk, jak i członkowie jego rządu otwartym tekstem deklarują, że “nie uznają” Trybunału Konstytucyjnego, czy Sądu Najwyższego. Nawiasem mówiąc, nie do końca mówią szczerze, bo kiedy Sąd Najwyższy, a konkretnie – ta właśnie Izba, której rząd Donalda Tuska “nie uznaje” – stwierdziła ważność wyborów parlamentarnych 15 października ub. roku, to rząd tego orzeczenia nie zakwestionował – chociaż na dobry porządek – powinien.
Jak widzimy, nawet w tym, co deklaruje, nie jest konsekwentny, bo gdyby był konsekwentny, to powinien zakwestionować również orzeczenie SN o ważności wyborów. Gdyby je jednak zakwestionował, to podciąłby gałąź, na której siedzi – więc tu skwapliwie skorzystał z okazji, by siedzieć cicho. Skoro jednak wtedy “uznał”, to na jakiej zasadzie teraz “nie uznaje”? Dodajmy, że z uwagi na wspomnianą przez art. 10 konstytucji “równowagę” władz, rząd, jako jeden z dwóch organów władzy wykonawczej (bo drugim jest Prezydent), nie ma nic do gadania w kwestii “uznawania” lub “nieuznawania” innych władz państwowych. Ocena zdarzeń prawnych należy bowiem nie do władzy wykonawczej, tylko do władzy sądowniczej. Zatem jeśli rząd twierdzi, że “nie uznaje” Trybunału Konstytucyjnego, czy Sądu Najwyższego, dopuszcza się uzurpacji, a tym samym za jednym zamachem popełnia szereg przestępstw, bo nie tylko sam podważa porządek konstytucyjny, ale podżega do tego również inne osoby. Jak widzimy, są przesłanki, by rząd Donalda Tuska został uznany za organizację przestępczą o charakterze zbrojnym i postawiony poza prawem.
Niedawno w sprawie kontrasygnaty zabrał głos pan Adam Bodnar twierdząc, że premier Tusk “miał podstawę prawną” – ale nie bardzo potrafił ją wskazać. Chodziło mu o to, że dwóch sędziów SN złożyło, czy też miało złożyć skargę do NSA w sprawie nominacji sędziego Wesołowskiego do SN. Ale to, że ktoś złożył do sądu jakąś skargę, a zwłaszczza – jeśli “miał” ją złożyć – nie stwarza żadnej podstawy prawnej dla kogokolwiek, by “uchylił” swój podpis, a zwłaszcza – dla premiera rządu, który – zgodnie z brzmieniem art. 7 konstytucji – musi działać “na podstawie i w granicach prawa” – a nie na podstawie przypuszczeń pana Adama Bodnara. To, że ma on tytuł doktora habilitowanego, to nie znaczy, że ma rację. Józef Goebbels też miał tytuł doktora, ale to nie znaczy, że jakiekolwiek jego opinie miałyby być źródłami prawa, na podstawie którego miałby działać szef rządu Rzeczypospolitej Polskiej.
Pan minister Bodnar jest jednak na tyle spostrzegawczy, iż pewnie zdaje sobie sprawę, że jego opinia, jakoby złożenie przez kogoś skargi do sądu miało stanowić podstawę prawną dla “uchylenia” podpisu premiera pod aktem państwowym, nie jest warta funta kłaków, więc zaprosił do Polski towarzystwo, zwane “Komisją Wenecką” w nadziei, że jak ją nakarmi i spoi, to ona z wdzięczności dostarczy mu podkładki, która by go uwiarygodniała. Może tak będzie, ale warto zwrócić uwagę, że ta cała Komisja Wenecka nawet w systemie organów Unii Europejskiej nie ma żadnych uprawnień decyzyjnych, bo ma charakter “doradczy”. Więc nawet gdyby kanonizowała Donalda Tuska pod pretekstem heroicznego “uchylenia” swojego podpisu, to Niebo co najwyżej mogłoby wzruszyć na to ramionami.
Słowem – mamy do czynienia z zaplanowaną i postępującą demolką struktur państwowych i anarchizacją państwa, a to, że odbywa się ono pod pretekstem “przywracania praworządności”, niczego merytorycznie nie zmienia. Skutkiem tych działań będzie osłabienie I obezwładnienie państwa, podobne do tego jakie miało miejsce w wieku XVIII, czego następstwie były rozbiory.
W tej sytuacji musimy zapytać, co o tym wszystkim sądzi nasza niezwyciężona armia? Rota przysięgi wojskowej zobowiązuje żołnierzy, by “stali na straży konstytucji”, a rota ślubowania oficerskiego mówi o niezłomnym staniu na straży bezpieczeństwa narodu i państwa. Bez względu na to, czy zagraża mu Putin, czy zagraża mu zorganizowana grupa przestępcza o charakterze zbrojnym, która otwarcie zapowiada podejmowanie działań bezprawnych. Więc jakże będzie?
Papież Franciszek niestety po raz kolejny wypowiedział się na tematy polityczne. Głowa Kościoła Katolickiego zestawiła na równi popieranie zabijania dzieci nienarodzonych oraz postulaty odsyłania imigrantów. – Oboje są przeciwko życiu – mówił o kandydatach na prezydenta USA.
W czasie spotkania z dziennikarzami na zakończenie podróży do Azji i Oceanii papież został zapytany o to, co powinien zrobić katolicki wyborca w USA, który musi wybrać między kandydatką zwolenniczką aborcji i kandydatem, który chce odsyłać imigrantów.
– Oboje są przeciwko życiu. Ten, kto wyrzuca migrantów, i ten, kto zabija dzieci – odparł papież Franciszek. Jego zdaniem odsyłanie migrantów, to „grzech przeciwko życiu tych ludzi”, sama migracja jest prawem. Papież przypomniał, że Stary Testament mówi, iż trzeba chronić sierotę, wdowę i cudzoziemca; „czyli migranta”- zaznaczył.
Każdy ma prawo do migracji, przemieszczania się i poszukiwania lepszego losu. Każdy ma jednak także obowiązek dbać o bezpieczeństwo swoje, swojej rodziny i lokalnej społeczności. Jeżeli przybysze temu zagrażają, to obowiązkiem państwa jest dbać o własnych obywateli.
W odniesieniu do aborcji papież oświadczył: „Według nauki miesiąc po zapłodnieniu wszystkie organy człowieka już są, wszystkie. Dokonanie aborcji to zabicie istoty ludzkiej. Podoba wam się to słowo czy nie, ale to jest zabijanie „.
Jak stwierdził, „Kościół nie pozwala na aborcję, bo to jest zabijanie, to jest zabójstwo”.
Papież powiedział też, że „odsyłanie migrantów to coś strasznego, to zło”, a „wyrzucenie dziecka z łona matki to zabójstwo, bo tam jest życie”. – Musimy mówić to jasno , bez żadnego „ale”. Obie rzeczy są jasne – ocenił.
Następnie papież Franciszek wygłosił kolejną głupotę oznajmiając, że „źle jest nie głosować”. Udział w demokratycznym cyrku jakim są wybory nie jest niczyim obowiązkiem, a głosowanie na oszustów, złodziei albo nikczemnych ludzi czyni z głosujących ich wspólników.
– Trzeba głosować i wybrać mniejsze zło – uważa jednak papież. Jak przyznał, nie wie, kto jest mniejszym złem, „ta kobieta, czy ten mężczyzna”. Wyraził opinię, że każdy „w swoim sumieniu musi to rozważyć”.
Ostatnie, najważniejsze ogniwo cyklu, omawiającego ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu A.D. 2024. Część niniejsza rozrosła się w esej, traktujący nie tylko o samej ceremonii, ale też o kobietach, państwie, ustroju, narodach, religii i przyszłości – nie tylko Francji, ale również Europy i Polski. Tekst jest długi i niełatwy, wierzę jednak, że nie zrażą się, którzy powinni go przeczytać.
Realizacja idei gnostyckiego świata, do której dąży Bestia i współpracujące grupy wymaga likwidacji podstawowych instytucji życia społecznego i prywatnego. Zaczęto od religii i władzy, teraz Rewolucja sięga po najbardziej intymne sprawy ludzkie – umysł i seksualność. Dlaczego umysł – to oczywiste, kto panuje nad myślami ludzi, ten panuje nad ich decyzjami, a w konsekwencji nad ich życiem. Seksualność jest już mniej rozpoznanym aspektem, ponieważ w ludziach wciąż jeszcze tkwią katolickie przyzwyczajenia, że są to sprawy prywatne i nie powinny być przedmiotem zainteresowania rządu. Rewolucja chce inaczej, nie ma być prywatności, a seksualność jest jednym z głównych przedmiotów zainteresowania władz i sprawą publiczną. Dzieje się tak z dwóch powodów – popędu i płodności. Popęd seksualny zasadniczo ma każdy, i jest on bardzo silną motywacją ludzkich działań. Płodność decyduje o tym, czy będą rodzili się ludzie, czy będą nadal rodziny, narody i czy będzie miał kto wytwarzać dobra, niezbędne wszystkim.
Optymalnym sposobem realizacji zadań, wynikających z popędu i płodności jest rodzina, której podstawą jest więź kobiety i mężczyzny. Sprawdzonym sposobem regulacji kwestii, związanych z seksualnością jest system etyczny, czyli moralność, dopasowana do ludzkiej natury, rzeczywistych potrzeb, wynikająca z doświadczeń długiego trwania i mająca umocowanie w trwałej religii, niezależnej od wszelkiej władzy ziemskiej. Gnostycy natomiast chcą stworzyć świat, w którym będą zarządzać każdym człowiekiem, między innymi manipulując popędami i warunkami ich zaspokajania. Zarządzanie seksualnością jest obok pieniądza ich najsilniejszym narzędziem panowania.
Realizacja celów gnostyków od zawsze napotyka na kilka fundamentalnych przeszkód, wymienionych w Imagine Lennona. Najpoważniejszymi są: chrześcijaństwo i Kościół katolicki oraz normalna rodzina. Obydwie struktury zostały zaatakowane podczas rytuału paryskiego. Chrześcijaństwo i Kościół poprzez antymszę, a rodzina za pomocą nachalnej promocji rozwiązłości seksualnej, perwersji i zboczeń. Sfera seksualna została zaburzona, zabrudzona i zohydzona. Naturalny popęd seksualny wykoślawiono w sposób skrajny. Można powiedzieć, że był to typowy dla Rewolucji brutalny, zbiorowy gwałt na ludzkiej seksualności. Nawet spontaniczne gesty sportowców, nie mające znaczenia seksualnego przedstawili jako homoseksualne awanse. W ten sposób gnostycy budują odczucia skrajne wobec sfery seksualnej: z jednej strony ochota, by rzucić się w wir bachanaliów, z drugiej – obrzydzenie. Znika gdzieś normalność, bezpieczna strefa, w której ludzie najlepiej się czują, gdzie mogą się kochać i mieć dzieci.
Natomiast płodność została zasadniczo usunięta, co wynika z projektu Paneuropy, zakładającego wymianę rdzennej ludności Europy na napływową, sprowadzoną specjalnie w tym celu. Realizacja tego planu wymaga, aby biali Europejczycy napotykali na rozmaite trudności w reprodukcji, takie, jak antykoncepcja, bezpłodność i aborcja. Antykoncepcja związana jest ściśle z rozwiązłością, będącą od lat 70-tych podstawą wychowania na Zachodzie, szczególnie dziewcząt, oraz podstawą propagandy, kierowanej do młodych kobiet. Życie, oparte na rozwiązłości zachęca do antykoncepcji hormonalnej, a ta zachęca do rozwiązłości. Splot tych okoliczności powoduje taki skutek, że młodzi ludzie nie chcą zakładać rodzin i mieć dzieci, natomiast chętnie oddają się coraz bardziej wyuzdanej i perwersyjnej rozpuście. Przy tak niezdrowym życiu kobiety, regularnie używające antykoncepcji hormonalnej od początku dojrzałości płciowej sterylizują się na własne życzenie, co jest jednym z głównych powodów bezpłodności. Istnieją też podejrzenia co do dodatków do wody, żywności i szczepionek, powodujących takie zmiany hormonalne u chłopców, że jako mężczyźni mało są męscy. Aborcja także została zaznaczona podczas rytuału. Kilka ozłoconych, pomnikowych bohaterek to zasłużone bojowniczki aborcji i antykoncepcji. Również pomnik byczej głowy z brązu, widoczny za masztem flagowym może wskazywać na taką konotację. W komentarzach dostrzeżono ten obiekt i porównano do złotego cielca. To porównanie jak najbardziej pasuje, nie tylko zresztą do gnostyków, jest bowiem cechą ogólnoludzką. Ważniejsze wydaje się inne skojarzenie. Kształt głowy byka i poroża bardzo przypomina Molocha, bóstwo fenickie i kananejskie. Składano mu ofiary z niemowląt, paląc je żywcem na specjalnym palenisku, co nazywano przejściem przez ogień. Od marca 2024 roku w konstytucji Republiki Francuskiej istnieje zapis, że aborcja jest konstytucyjnym prawem kobiety. Projekt przeszedł stosunkiem głosów 780 za i 72 przeciw, głosowanie urządzono w Wersalu – dawnej siedzibie królów Francji, a ludność tego kraju przywitała nowe prawo z entuzjazmem. Rewolucja tak zmieniła ludzkie umysły, że teraz Anty-Francja składa swoje dzieci w ofierze Molochowi, cieszy się z tego, czuje dumę i będzie walczyć zbrojnie w obronie tego kultu. Należy wszelako pamiętać, że rzeźba byka znajduje się w tym miejscu od 1937 roku, a jej koincydencja z ceremonią może być dziełem przypadku.
FALLICZNA ILUMINACJA
Rok 2024 jest dla Francji momentem symbolicznym, bardziej, niż wydaje się mieszkańcom tej krainy i postronnym obserwatorom. Nastąpiło bowiem oficjalne domknięcie procesu, rozpoczętego 14 lipca 1789 roku. Rewolucji zajęło 235 lat dokonanie zaplanowanych zmian w ludzkich umysłach. Od szturmu na Bastylię do wpisania do konstytucji prawa do dobrowolnego przerywania ciąży jako obywatelskiego prawa kobiet oraz mężczyzn transseksualnych, co obecnie zapewnia art.34 Konstytucji Republiki. Inicjatywa pojawiła się w parlamencie francuskim w reakcji na uchylenie w 2021 r. przez Sąd Najwyższy USA wyroku Roe v. Wade, znosząc na poziomie federalnym legalność aborcji, a także na orzeczenie polskiego Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r. Projekt ustawy zgłoszony został przez skrajną lewicę oraz poparty przez wszystkie liczące się siły polityczne, łączne ze Zjednoczeniem Narodowym Marine le Pen. Podczas debaty powoływano się na Rewolucję i prawa kobiet, które przyniosła. Zmianę uchwalono przytłaczającą większością głosów, co powitano owacją na stojąco i iluminacją Wieży Eiffla. Ponad 80% obywateli tego państwa popiera aborcję, a co trzecia kobieta jej dokonuje. Nowe brzmienie Konstytucji uznaje za normę konstytucyjną nie tylko aborcję, ale także transseksualizm. Zanim zmieniono Konstytucję, aborcja była powszechnym zwyczajem, zalegalizowanym w 1975 r. dzięki staraniom ówczesnej minister zdrowia Simone Veil, jednej pomnikowych bohaterek, ozłoconych podczas rytuału. Od tego czasu dzieciobójstwo stało się legalną i powszechnie uznaną praktyką społeczną, w ramach której brzemienne francuskie kobiety przeprowadzały swoje dzieci przez ogień na ołtarzu Molocha, a Republika stan ten tolerowała. Od marca 2024 r. Republika uznała zapewnienie dzieciobójstwa za swój obowiązek. Ustanowiła więc ius Molochum – przyznała Molochowi prawo do publicznego kultu państwowego. Zarazem rozciągnęła tą możliwość na osoby transseksualne, uznała więc swoje prawo do decydowania, kto jest kobietą, co jest działaniem typowo lucyferycznym i grzechem przeciw pierwszemu przykazaniu. Republika Francuska oficjalnie jest państwem laickim, co jest nieprawdą. W rzeczywistości jest państwem głęboko wyznaniowym, czego objawem jest nabożeństwo do Molocha. Religia państwa francuskiego ma jednak głębsze umocowanie, co zostało wyraźnie okazane podczas rytuału. Zanim przejdę do wyjaśnienia tego wątku, podkreślam bardzo istotną okoliczność. Dzisiejsza Francja nie jest tą samą Francją historyczną, która istniała do Wielkiej Rewolucji, lecz Anty-Francją. Symboliczne daty początku i końca transformacji to 14 lipca 1789 r. i 4 marca 2024 r. Przed datą początkową była Francja, pomiędzy datami trwał okres przejściowy, po dacie końcowej oficjalnie nastała Anty-Francja. Obywateli tego państwa można podzielić na trzy grupy: większość jeszcze stanowią Antyfrancuzi, sekundują im rosnący w liczbę i siłę Neofrancuzi, jest też nieliczna mniejszość Francuzów. Po zakończeniu transformacji Francji w Anty-Francję Rewolucja przystąpiła do kolejnego etapu, czyli zastąpienia Antyfrancuzów Neofrancuzami, a rytuał paryski jest tego deklaracją polityczną.
Odtąd Anty-Francja, wyznająca publiczny kult Molocha przejęła opiekę nad łonami kobiet, a skoro opiekę, to także kontrolę. Teraz więc państwo będzie decydować, czy dziecko będzie można urodzić, czy poświęcić Molochowi. Od tego następny krok prowadzi do państwowej regulacji, która kobieta i kiedy otrzyma od władzy prawo reprodukcyjne i w jakiej ilości. To tak, jak u nas za komuny były talony na pralki, telewizory i samochody. Teoretycznie nabyć mógł każdy, kogo było stać, w praktyce kupował ten, komu państwo dało przywilej. Skoro jednak państwo ma decydować o urodzeniu bądź złożeniu w ofierze, musi też objąć kontrolą warunki zapłodnienia, inaczej nie będzie mogło sprawować kontroli reprodukcyjnej. Temu właśnie służy antykoncepcja, podkreślana jako prawo kobiety, gwarantowane przez Rewolucję. Antykoncepcja, szczególnie hormonalna jest chemiczną sterylizacją – ubezpłodnieniem. Niemcy w obozach koncentracyjnych używali w tym celu promieni Roentgena, co było zabiegiem pewnym, jednorazowym i nieodwracalnym, aplikowanym kobietom przeznaczonym do likwidacji. Jednak nieodwracalność była jego wadą, bowiem wyłączała dalsze zarządzanie płodnością. Republika dokonała na tym polu znacznych ulepszeń, i teraz możliwa staje się kontrola płodności, a więc liczebności populacji bez stosowania drastycznych środków przymusu, które zawsze budzą naturalny opór, i tym właśnie jest antykoncepcja, zapewniana przez państwo, połączona ze stosowną „edukacją” seksualną od najmłodszych lat – w szkole, mediach i kulturze masowej. Kobiety więc ubezpładniają się same, a rewolucyjna Republika wita to z radością. Dodatkowo tymi procesami można sterować właśnie przez system edukacji, media i kulturę masową. Po co zabijać ludzi, wystarczy tak pokierować zachowaniami kobiet, żeby nie miały dzieci. Z tych, które z jakichś powodów zaszły w ciąże co trzecia złoży swoje dziecko w ofierze Molochowi, a te dzieci, które się urodzą nie dadzą zastępowalności pokoleń. Tak właśnie żyją Antyfrancuzi. W tym samym czasie rewolucyjna Republika sprowadziła miliony Neofrancuzów, których kobiety mają inne wyobrażenie na temat swojej roli i macierzyństwa. Mechanizm wymiany ludności, wprawiony w ruch w latach 60-tych kręci się już sam, wystarczy go tylko oliwić i zapobiegać jego zatrzymaniu. Mając możliwości sterowania procesami społecznymi można też obroty mechanizmu przyspieszać lub spowalniać. Od plandemii obroty podniesiono, a rytuał jest zapowiedzią dalszego przyspieszenia.
Najlepszą metodą na utrzymanie mechanizmu wymarcia lub wymiany ludności dowolnego państwa jest sterowanie zachowaniami seksualnymi kobiet. Mężczyznom poświęca się znacznie mniej uwagi, bo działanie męskiego popędu seksualnego jest łatwe do przewidzenia i sterowania. Wiadome jest, że normalny mężczyzna dąży do zbliżenia, i jeśli da się całej populacji męskiej okazje w postaci otwartych na seks kobiet, w swojej masie będzie z tego korzystać. Dzięki tej prawidłowości można łatwo sterować procesami społecznymi poprzez kontrolę zachowań. Jeśli Bestia chce mieć kontrolę nad populacją, musi rozbić rodziny, które realizują seksualność poza kontrolą władzy. W tym celu podnieca mężczyzn pornografią, a kobietom daje iluzję wyzwolenia poprzez swobodę seksualną ze zmiennymi partnerami. Efekt – rodziny się rozpadają lub nie powstają. Problemy społeczne, naturalnie mnożące się w tych warunkach obsługiwane są przez służby socjalne. W życiu społecznym jednostki stopniowo popadają w zależność od państwa.
Swoboda kontaktów seksualnych z punktu widzenia gnostyków ma jednak dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, ze swej natury prowadzi do zapłodnień i urodzeń. Po drugie, relacja seksualna może przekształcić się w uczuciową, skutkującą poczuciem odpowiedzialności za drugą osobę, co szczególnie w sytuacji ciąży w naturalny sposób prowadzi do powstania rodzin, a te w skali masowej z czasem przekształcają się w naród, i lennonowskie marzenie znów się oddala. Metodami rozwiązania tych procesów są antykoncepcja i aborcja, nie mają jednak pełnej skuteczności. Wzajemne przyciąganie obu płci jest bowiem determinantą gatunku, naturalnym procesem podtrzymania życia. Gnostycy próbują ten proces ograniczyć, nie są jednak w stanie go powstrzymać, wolą więc przejąć nad nim kontrolę. Taka polityka znana była już w starożytności, gdzie w systemach wierzeń, opartych na gnozie seksualność była ważnym środkiem sterowania społecznego. Stosowano tam szeroko prostytucję sakralną, a częstym elementem świąt, także państwowych było zagospodarowanie i ukierunkowanie energii seksualnej. Bachanalia są jednym z licznych przykładów wciągnięcia seksualności do religii i polityki. W systemach gnostyckich poza kastami rządzącymi lud nie miał wolności osobistej, a nawet kasty zależały od nieubłaganego fatum. W pogańskiej starożytności seks był sprawą publiczną. Dopiero chrześcijaństwo przyniosło zasadniczy przełom, bo uznając duszę nieśmiertelna, przyznało każdemu człowiekowi wolność osobistą i indywidualną odpowiedzialność za swoje czyny przed Bogiem. Seks stał się sprawą prywatną, szczególnie w katolickim małżeństwie, chociaż w praktyce życia społecznego pogańskie zwyczaje utrzymywały się bardzo długo, a obecnie wróciły i wybuchły z nową siłą.
Dzieje się tak, ponieważ Rewolucja chce przejąć kontrolę nad seksualnością, aby mieć sprawne narzędzie sterowania społecznego. Na przeszkodzie stoi moralność katolicka, małżeństwo i rodzina, dlatego trwa tak potężny atak na Kościół i chronione przezeń instytucje. Bestia wykorzystuje w tej wojnie jako mięso armatnie samych ludzi – beneficjentów tego, co likwidują. Zostali oni oszukani, ogłupieni i opętani przez zwodnicze idee fałszywej wolności, która niszczy moralność, małżeństwo i rodzinę. Człowiek staje się od nich wolny, ale za to popada w rosnącą zależność od władzy. Im mniej moralności, małżeństwa i rodziny, tym więcej państwa i jego funkcjonariuszy w życiu prywatnym zwykłych ludzi. Jeśli jest to państwo rewolucyjne, wówczas pozwala sobie ono od czasu do czasu na Wielki Terror i Wandeę, na przemoc, kradzież, niewolę, gwałt i mord. Obywatele rewolucyjnej republiki nie znając historii nie wiedzą o tym, sami niszczą to, co ich chroni, chcą to robić i gotowi są walczyć w obronie prawa do niszczenia własnego świata.
Naturalna seksualność homo sapiens, gdyby pozostawić ją samą sobie, spontanicznie doprowadziłaby do sytuacji, w której dominują rodziny z dziećmi. Mężczyźni pragną kobiet i się w nich zakochują, kobiety pragną bliskości mężczyzn i się w nich zakochują, dochodzi do heteroseksualnej bliskości, kobiety zachodzą w ciąże i rodzą się dzieci. Wychowanie potomstwa to długi proces, wymagający wysiłku. Kobieta, mająca potomstwo będzie wymagała od swojego mężczyzny, aby się starał dla niej i dzieci. Kobieta młoda i płodna jest zarazem atrakcyjna seksualnie, jednak w naturalny sposób z wiekiem atrakcyjność ta spada, coraz trudniej więc przyciągać do siebie nowych partnerów seksualnych. Jeśli jednak u boku kobiety jest stały mężczyzna, z którym ma dzieci będzie on naturalnie zainteresowany przebywaniem i bliskością z nią, a ponieważ patrzy na nią codziennie i sam starzeje się w tym samym tempie, spadek jej atrakcyjności fizycznej nie będzie mu przeszkodą, będzie mu ona bliska jako towarzyszka życia i przyjaciółka. Najlepiej więc sprawdza się trwałe małżeństwo. Nie ma nic bardziej groźnego dla Bestii, dlatego na różne sposoby dąży do rozbicia istniejących rodzin i blokuje założenie nowych.
Walczyć z rodziną można na różne sposoby: prawnie (np. Ustawy Norymberskie, Konwencja Stambulska), ekonomicznie (np. polityka transformacji w Polsce po 1989 r, emigracja zarobkowa), i informacyjnie. Informacyjna walka z rodziną polega na zmianie wyobrażeń, przekonań, pragnień i celów. Zazwyczaj towarzyszą temu zmiany w strukturze państwa. Wyciąga się młode kobiety w wieku rozrodczym z rodzin i wciąga do świata korporacji, oferując im „karierę”, zawierającą wyzysk, samotność, zależność społeczną i ekonomiczną, czyli nowoczesne niewolnictwo. Wstępem do tego jest degradacja szkolnictwa, szczególnie wyższego. Oferuje ono pozorne wykształcenie, które w połączeniu z korpokarierą daje młodej kobiecie iluzję niezależności. Spędza ona swoje najlepsze lata spalając się dla korporacji i nie budując własnej rodziny. Informacyjnie walczy się z rodziną również za pomocą propagandy feminizmu, strasząc piękną płeć mężczyznami, patriarchatem i piekłem kobiet, antagonizując płcie, oszukując kobiety, że lepiej im będzie bez mężczyzn i zachęcając do rozwodów. Zapobieganie powstawania rodzin na poziomie informacyjnym, poza propagandą feministyczną realizuje się przez promocje stylów życia, wykluczających rodzinę. Służy temu kultura masowa i jej nośniki – filmy, seriale, gry, celebryci, telewizja, reklama, prasa, poradnictwo, Internet. Poza tradycyjnym już zachęcaniem do antykoncepcji i aborcji wprawia się dziewczęta i młode kobiety do częstej zmiany partnerów, poliamorii i homoseksualizmu. Najnowszym nasilającym się trendem stało się wzbudzanie dysforii płciowej, co jest podstawą do tranzycji, nazwanej korektą błędnego przypisania płci, czyli de facto kastracją mężczyzn i sterylizacją kobiet. Dynamiczny rozwój tego zaburzenia jest skutkiem wojny informacyjnej, prowadzonej przeciw białym narodom, wykorzystującej antykulturę. Na dysforię płciową szczególnie podatne są białe dziewczęta, co z jednej strony wskazuje na intencje gnostyków, a z drugiej uwidacznia skutki ich działań.
Rytuał paryski zachęca do intensywnych zachowań seksualnych, jednakże wykluczających rodzinę i macierzyństwo. Trójkącik w Bibliotheque Nationale i antymsza na moście Debilly są najbardziej dosłowne. Dopełnieniem gnostyckiej koncepcji seksualności był laserowy pokaz świateł z Wieżą Eiffla w centrum. Podczas ceremonii wieża pojawiła się dwojako – jako sama wieża oraz jako podest, prowadzący do masztu flagowego i ołtarza Molocha. Mało kto dziś pamięta, że wieża została wybudowana w 1889 roku z okazji Wystawy Światowej oraz dla upamiętnienia 100 – lecia Wielkiej Rewolucji i po 20 latach miała zostać rozebrana. Podczas budowy budziła wiele kontrowersji i sprzeciwów, w prasie nazwano ją nawet „ohydnym słupem z nitowanego żelaza”. Jej kształt wynika z obliczeń statycznych, i taki musiał być, aby zapewnić stabilność tak wielkiej konstrukcji, niezależnie od tego, że jej główny budownik należał do wolnych mularzy.
Trójkątna symbolika masońska, zawarta w wieży narzucona została więc nie przez spisek, ale przez prawa fizyki. Skoro już jednak taka symbolika musiała się pojawić, nie ma przeszkód, aby jej nie wykorzystać. Od biedy wieżę można przyrównać do piramidy, nieco bliżej jej do cyrkla, jeszcze bardziej przypomina „kompas”, trójkąt ostrokątny bez podstawy, skierowany wierzchołkiem ku górze, w symbolice masońskiej oznaczający fallusa. Poza znaczeniami stricte masońskimi Wieża Eiffla spełnia również postulaty wcześniejszej symboliki ezoterycznej, i tak prosty pionowy kształt jest symbolem fallicznym – lingani, co ma konotacje nie tylko seksualne. Od hinduskiego słowa pala, oznaczającego męski organ płciowy (stąd słowiański pal) wzięło się łacińskie określenie palladium, co dziś pojmujemy jako pałac – znaczenie konkretne – siedzibę władcy, pierwotnie jednak miało znaczenie abstrakcyjne, oznaczało władzę królewską i było uniwersalną alegorią króla – władcy. W kształcie wieży mieści się więc zarówno symbol seksualny jak i symbol władzy. Te konotacje pochodzą z czasów przedhistorycznych, ale wyrażają obserwacje uniwersalne – dotyczące niezmiennych zachowań, zależności i procesów gatunku homo sapiens.
Po zawieszeniu odwróconej flagi, ogłoszeniu przez augura Macrona dies fasti, złożeniu inkluzywnej przysięgi, ponownym pojawieniu się pochodni i wyruszeniu sztafety do znicza rozpoczął się pokaz świateł laserowych z Wieżą Eiffla w centrum. Oszałamiająca feeria promieni ciekawsza była od oklepanych już fajerwerków, poza tym mniej emisyjna. Pośród promieni, rozchodzących się od dołu ku wierzchołkowi kilka razy pojawiło się mocne światło na samym szczycie, wysyłające promienie w dół, ogarniając zgromadzony lud. Wyglądało to jak oko Saurona, omiatające Mordor ze szczytu Barad-Dur. Poza tym włączono stałą instalację, zamontowaną na szczycie wieży w 2000 r., obrotowo wysyłającą smugi światła w dwa przeciwległe kierunki, jak w latarni morskiej. Natomiast wśród krzyżujących się promieni widać było przenikające się cyrkiel i węgielnicę. Można ten pokaz interpretować następująco: pokazano apoteozę władzy Lucyfera nad Ziemią, który wskazuje kierunek jak latarnia morska. Tym, którzy odrzucili wiarę w Boga w Trójcy Jedynego, którzy nie mają Jego pieczęci zastąpił Gwiazdę Morza, odwieczny kompas żeglarzy – Maryję, pośredniczkę z Chrystusem, osłaniającą swym ochronnym płaszczem wszystkie stany Kościoła. Ci jednak, którzy od Kościoła odpadli nie mają tej ochrony i tej busoli. Zamiast tego przyjmują inny kompas – masoński, prowadzący do Lucyfera jako pana, za pośrednictwem braci spod znaku cyrkla i węgielnicy.
Symbolika władzy łączy się z symboliką seksualną, lucyferyczno – masoński kompas jest zarazem symbolem fallicznym. Gdy odbywał się pokaz świateł, wykonano utwór Marc Ceronne’a „Supernature” – nadprzyrodzone, ponad naturą. Od czasów Oświecenia kolejne pokolenia globalistów próbują postawić się ponad naturą, co ma trzy źródła – gnostycki dualizm, traktujący świat materialny jako zły, a duchowy jako dobry, kabalistyczny żal do Stwórcy, że ośmielił się przekazać wybraństwo ludu komu innemu, i przede wszystkim lucyferyczny bunt przeciwko Bogu, wyrażający się okrzykiem: „non serviam”. I tu na ekranach pokazano niezwykłą scenę o wielkiej doniosłości, powszechnie nie zauważoną, przykryta oburzeniem wobec bluźnierstwa na moście Debilly. Kamera pokazała zbliżenie jednej osoby z tłumu zgromadzonego na Trocadero, tak, że wyglądało to jak przypadkowe uchwycenie spontanicznego zachowania. Był to jednak wyjątek w całej transmisji. Kamera nie przyglądała się osobom w tłumie, a każda osoba, na którą została zwrócona uwaga była częścią scenariusza i miała jakąś rolę do odegrania.
Ukazała się młoda kobieta, dziewczę nieledwie, atrakcyjna, dobrze zbudowana brunetka z długim warkoczem i wydatnym biustem w obcisłej, czarnej bluzeczce, dziewczyna jak marzenie. Rozbawiona kobieta poruszała się zmysłowo w takt muzyki, wykonując rękami gesty języka migowego. Dwukrotnie ułożyła dłonie w charakterystyczne „diabełki” – mano cornuta – rogatą dłoń z wystawionym kciukiem i małym palcem – popularny w środowiskach heavymetalowych symbol satanistyczny. Ten znak w języku migowym ma swoje znaczenie – „kocham cię” – jednak jest wykonywany wewnętrzną stroną dłoni do rozmówcy. Tymczasem podczas rytuału paryskiego młoda, rozbawiona kobieta odwróciła dłonie, wyraźnie prezentując satanistyczny gest dwukrotnie, wzmacniając przekaz wystawionym językiem.
Stanowi to domknięcie programu społeczno – polityczno – religijnego, zaprezentowanego podczas ceremonii. Oznacza rozbicie rodzin i zepsucie moralne społeczeństwa poprzez odrzucenie chrześcijaństwa jako religii i etyki, seksualizację życia społecznego, promocję dewiacji, antykoncepcji i aborcji. W tym celu każda dziewczyna powinna poświęcić się Lucyferowi i oddać hołd jego ziemskiej władzy. Zrobi to prowadząc życie rozpustne i bezpłodne, do czego namawiają celebrytki, media i psycholożki. Nie zostanie żoną i nie urodzi potomstwa, a jeśli zajdzie w ciążę, złoży swoje nienarodzone dziecko na ołtarzu Molocha w ramach państwowego kultu. Takie ofiary szczególnie miłe są diabłu. Oddając się poliamorycznej rozpuście okaże swoje przywiązanie i miłość do Lucyfera, a on będzie wobec niej wykonywał prawo feudalnego pana – ius primae noctis – prawo pierwszej nocy. Niezależnie, z kim kobieta się zwiąże, Lucyfer zawsze będzie tym pierwszym. W ten sposób w Anty-Francji zostały ustanowione prawa Sodomy i Lucyfera, a Republika będzie ich strzec, ponieważ są to prawa człowieka i prawa kobiet. Ludność Republiki będzie tych praw bronić, gdyż korzysta z nich na co dzień i nie zamierza rezygnować z osiągnięć Rewolucji, będących podstawą nowych wartości europejskich. Dla Republiki jest ważne, aby kobiety mogły się oddawać sankiulotom, i żeby żaden mąż, ojciec czy ksiądz nie odwodził ich od tego. Rozbawione dziewczę zaś jest nową figurą Marianne – symbolu Francji, na obrazie Delacroix z obnażonymi piersiami – symbolem wyzwolenia. Współczesna Marianne Anty-Francji jest wyzwolona ze stereotypów seksualnych, zakochana w Lucyferze, otwarta i zawsze dostępna, czyli inkluzywna. Rozbawione dziewczyny z pewnością nie wiedzą, do czego są wciągane one same i wszyscy, których za sobą pociągają. Dla nich to impreza życia – beztroska zabawa, przywilej młodości. Odsłonięte piersi Marianne symbolizują rewolucyjne wyzwolenie od opresji, którymi dla gnostyków od zawsze są: trwała miłość, małżeństwo, macierzyństwo, rodziny, narody, chrześcijaństwo, a nawet płeć. Odwieczny symbol kobiecości został ukradziony, odarty z tajemnicy i wystawiony na publiczny widok jako własne zaprzeczenie. Nowoczesne dziewczyny, publicznie obnażone deklarują walkę z tym, co jest tajemnicą kobiecości i jej społeczną rolą. Będą więc używać swej płci i seksualności do rozpusty za pomocą poliamorii, antykoncepcji i aborcji, a w ten sposób same będą używane przez Rewolucję do walki z rodzinami, narodami i Kościołem. Republika zapewni im prawo i dostęp do tego, a w zamian zażąda, aby oddawały się wszystkim akolitom gnostyckiej władzy, tak samo, jak sankiulotom w rewolucyjnej Francji, komsomolcom w rewolucyjnej Rosji, nazistom w rewolucyjnych Niemczech. Nowoczesna, obnażona Marianne jest menadą – bachantką Rewolucji, bojowniczką Molocha, narzeczoną Lucyfera, wyznającą mu swe uczucia i emocje. Poprowadzi tłum na barykady do rewolucyjnej walki o władzę Bestii nad nim samym, poprzez ołtarze Molocha, aż do feudalnego hołdu, składanego Lucyferowi przed jego lingani – fallicznym idolem – słupem z nitowanego żelaza.
W ten sposób liczebność rdzennej ludności Anty-Francji będzie się ustawicznie zmniejszać, a liczebność ludności napływowej – zwiększać. Jeśli zajdzie potrzeba, a organizatorzy zapewnili, że zajdzie, Neofrancuzi staną się dla Antyfrancuzów tym, czym w czasach Wielkiej Rewolucji byli sankiuloci dla arystokracji i kolumny piekielne dla Wandei. Jeśli jednak będą posłusznie spełniać oczekiwania Republiki, dostąpią zaszczytu pracy dla masońskich elit, zarządzających Anty-Francją, dzięki czemu będą mogli przeżyć, przynajmniej do czasu. Upojone dziewczęta i beztroscy soyboye, bawiący się radośnie na paradach i w klubach Rewolucji nie wiedzą jeszcze, że ich zabawa ma wyznaczony kres. Dopóki są przydatni dla gnostyków, Rewolucja im schlebia. Gdy jednak opadną z sił witalnych, a atrakcyjność seksualna przeminie, staną się obciążeniem dla rewolucyjnej Republiki, która pracuje właśnie nad najważniejszym i ostatecznym prawem człowieka – eutanazją. Dla niepoznaki użyto pojęcia „pomoc w umieraniu”. Projekt stosownej ustawy, popierany przez augura Macrona trafił w marcu 2024 r. pod obrady parlamentu, jako kontynuacja wpisania prawa do aborcji do konstytucji Republiki.
SZTUKA ILUZJI
Przy tym wszystkim, cała ceremonia okazała się w zasadzie jedną wielką iluzją. To, co działo się w Paryżu, i co wiedzieli widzowie na ekranach całego świata były to dwie różne rzeczywistości, przy czym prawdziwsza okazała się ta wykreowana na potrzeby transmisji. Przede wszystkim jednak iluzja całego przedsięwzięcia dotyczy olimpijskiego ognia. Od samego wskrzeszenia Olimpiady cała ceremonia była tylko oprawą dla przeniesienia ognia z Olimpii i rozpalenia znicza w miejscu igrzysk. W Paryżu stało się odwrotnie – olimpijski ogień i ceremonia otwarcia stały się kontekstem do przeprowadzenia rytuału i realizacji celów politycznych gnostyków. Czy im się to udało – to już inna sprawa, ale o tym za chwilę. Skupmy się na ogniu. Mamy podstawy przypuszczać, że to, co uważaliśmy za ogień olimpijski jest zwykłym płomieniem, ponieważ jego nosiciele wciąż znikali z widoku. Jednak sam znicz przebił wszystko. Następnego dnia po ceremonii otwarcia opinia publiczna dowiedziała się, że to, co uważała za najbardziej oryginalny w historii znicz olimpijski … wcale nie jest zniczem. W trosce o planetę, dążąc do zeroemisyjności, skonstruowano ogień bez ognia. Płomień jest imitowany przez mgłę wodną, wytwarzaną przez zraszacze, która jest podświetlana ledowymi reflektorami. I cały postępowy świat się cieszy – co za nowoczesny, ekologiczny znicz olimpijski, płonie bez ognia. Gdzie w takim razie znajduje się prawdziwy ogień olimpijski, ten przyniesiony z Olimpii, zapalony od promieni słonecznych? Jeśli wierzyć organizatorom, został zamknięty w małej, górniczej lampce, schowany do szklanej gabloty i wystawiony jak muzealny eksponat w Tuileriach, nieopodal fałszywego znicza. Symboliczne usunięcie jednej idei, zesłanie jej do muzeum i zastąpienie inną. Jest to kolejna kpina z olimpijczyków, widzów, kibiców i idei olimpijskiej. Począwszy od ręki w kieszeni, poprzez wątpliwe pochodnie, przygotowywane w ukryciu rytuały, odwrócenie flagi aż po iluzję ognia – całość nie przypomina ceremonii święta sportu, lecz cyrkowe sztuczki iluzjonistów, wyciągających królika z kapelusza, aby okpić zdezorientowanych gapiów.
MOC WIĄŻĄCA RYTUAŁU – CO SIĘ UDAŁO, CO NIE
Nie należy przy tym demonizować całego wydarzenia. Nie było tam żadnej manifestacji demonicznej siły, wszystko było dziełem umysłów i rąk ludzkich. Nawet opętańcze konwulsje tancerzy były tylko dokładnie zaplanowaną dramaturgią. Należy odróżnić intencje reżyserów od ich rzeczywistego wpływu na rzeczywistość. To, co pokazali, a co zostało opisane w sześciu ogniwach niniejszego cyklu jest wyrazem INTENCJI, ZAMIARÓW i MARZEŃ, a nie opisem czegoś, co się stało lub stać się musi.
Ceremonia w Paryżu miała kilku adresatów i różne cele wobec nich.
WOBEC ŚWIATA
Zaangażowano ogrom sił i środków i wydano wiele pieniędzy, aby pokazać coś, co europejscy gnostycy chcieliby, aby było. Oni sami traktują takie rytuały jako wyraz swojego triumfalizmu i panowania nad rzeczywistością, dopóki jednak ludzie, którzy zostali w to wciągnięci nie zaczną postępować zgodnie z ich intencjami, zamiary te pozostaną tylko antyboskimi marzeniami. Nie można więc sądzić, że skoro wszystkie narody (poza białoruskim i rosyjskim) przepłynęły pod ceremonią antymszy na moście Debilly, automatycznie stały się satanistami. Tak samo nie można uważać, że wszystkie państwa (poza Białorusią i Rosją), które poszły w uroczystej procesji za Nazgulem / Śmiercią / Abbadonem do hołdu lennego, złożonego Bestii uznały formalnie jej władzę. Organizatorom rytuału z pewnością wydaje się, że skoro mogli przyciągnąć do siebie tak wielu ludzi i reprezentantów narodów całego świata, mają już wszystkich pod swoją władzą. Tymczasem oni tylko ukradli – nie swoją ideę nie swojej imprezy. Oszukali i wprowadzili w błąd wszystkich uczestników ceremonii, ale ci uczestniczyli w niej z zupełnie innych przyczyn, więc zamiary organizatorów nie wywarły skutków wobec świata. Czynności religijne i quasi – prawne, które podjęli organizatorzy rytuału są więc nieważne ex nunc (od samego początku), ex lege (z mocy samego prawa – nieważność nie wymaga specjalnego potwierdzenia), erga omnes (nieważność skuteczna wobec wszystkich). Reakcjami świata był szok, niesmak i oburzenie.
WOBEC UKRYTEJ WŁADZY
Ceremonię należy również traktować jako próbę odzyskania wpływów przez kontynentalnych masonów. Już w XIX wieku tracili swoje wpływy na rzecz Anglosasów, a po II Wojnie Światowej proces ten stał się globalnym status quo. Oni też widzą pogłębiający się kryzys świata atlantyckiego, próbują więc powrócić do pozycji, gdy ich państwa były mocarstwami. Nie jest to już jednak możliwe, ponieważ na skutek ich własnych działań Zachód znalazł się w stanie pogłębiającego się upadku. Nawet, gdyby Wielkiemu Wschodowi z przyległościami udało się zastąpić Szkotów z przyległościami, nie uratuje to Zachodu. Oni wszyscy, niezależnie od obediencji walczą o miejsce za sterami samolotu, który wpadł w korkociąg.
WOBEC EUROPY
Reżyserzy wyraźnie wyeksponowali logo Unii Europejskiej dwukrotnie. Ma to służyć wzmocnieniu pozycji Anty-Francji w Unii Europejskiej, która właśnie zamienia się w federalną satrapię europejską. To też im nic nie da z dwóch powodów. Po pierwsze, włączając się do pociągu o nazwie „integracja europejska” zgodzili się na rolę konduktora w ekspresie, którego maszynistą jest każdorazowy żelazny kanclerz. Koncepcje ustrojowe Anty-Francji i Niemiec są różne i nie do pogodzenia (celowo nie piszę „Anty-Niemcy”, ponieważ państwo to z zasady od swego początku jest „anty”). Dopóki więc będzie trwała integracja europejska, augur Anty-Francji zawsze będzie konduktorem, a żelazny kanclerz zawsze będzie maszynistą. Po drugie, ekspres „Unia Europejska” wjechał już na ślepy tor i zaczął przyspieszać. Polecam świetną nowelę grozy „Ślepy tor” z 1967 r. z cyklu „Opowieści niezwykłe” w reżyserii Ryszarda Bera. Europejskie elity są w sytuacji pasażerów pociągu ślepego toru i taki też zapewne będzie ich koniec.
WOBEC ANTY-FRANCJI
Antyfrancuzi są najbardziej zadowoleni z szaleństwa, jakie odbyło się w dawnej stolicy świata. Augur Macron i jego świta wiedzą, co się podoba ich obywatelom. Cała ta impreza musiała mieć poparcie rządu Republiki i establishmentu rządzącego. Przepych i triumfalizm imprezy świadczy o samouwielbieniu tych ludzi, którzy w ten sposób jeszcze bardziej wbijają się w pychę. Pozycja augura i jego kliki mocno osłabła po wyborach do Europarlamentu i Zgromadzenia Narodowego, taka zaś impreza, ściągająca tłumy jest dobrym sposobem na podreperowanie wizerunku. O tym, czy się to udało zdecydują nastroje społeczne po zakończeniu olimpiady.
WOBEC SIŁ DUCHOWYCH
Umocowanie duchowe władz Anty-Francji i całego Zachodu jest coraz wyraźniej widoczne, bo coraz mniej ukrywane. Jako ludzie wierzący, organizatorzy imprezy skorzystali, aby odnieść się do bytów duchowych. Jest więc tam dziękczynienie za otrzymane dary, przede wszystkim dar władzy. Już wcześniej, w marcu 2024 r. zmieniając konstytucję Republika wprowadziła jako swoje prawo kardynalne ius Molochum. Rytuał paryski jest więc swoistym wotum dziękczynnym za to wielkie wydarzenie. Jednak megalomania kierowników Republiki nie zna granic, postanowili więc ustanowić ius Luciferis – poświęcić Anty-Francję księciu ciemności, a jednocześnie powierzyć mu pod opiekę wszystkie narody (poza białoruskim i rosyjskim). Z przyczyn, wyżej już wyjaśnionych nie mogło to być skuteczne, a intencja organizatorów ograniczyła się co najwyżej do samej Anty-Francji.
KRÓL JEST NAGI
Cały ten triumfalizm, całe usilne starania, by wypaść jak najlepiej wobec wszystkich biorą w łeb. Ilość i rozmiar ideowych nadużyć jest tak wielka, że nawet lewacy czują się zniesmaczeni. Ludzie Bestii się ujawnili, pokazali swoje intencje i plany. To tak, jakby zdradzili swoim wrogom, gdzie i jak chcą zaatakować. Rytuał paryski 26 lipca 2024 roku jest jednym z momentów przełomowych. Ludzie Bestii, wcześniej miarkując i ukrywając swoje działania, poczuli się wszechpotężni i niepokonani. Jednocześnie jednak rzeczywistość nie nagina się do ich woli tak, jakby chcieli. Dlatego upychają oporną rzeczywistość na siłę. Plandemia, Biden, wojna na Rusi, Zielony Ład, Eurowizja, teraz to – coraz mniej ślepych, coraz więcej zwykłych ludzi zaczyna budzić się z letargu. Nie znaczy to, że będą czynnie walczyć z Bestią, ale że będą reagować inaczej, niż Bestia zaplanowała, a to jest wielką porażką gnostyków. Istnieje również nadzieja dla wiary przeciętnych Europejczyków, formalnie chrześcijan, ale żyjących jak poganie. Do momentu rytuału mogli spokojnie przyłączać się do niszczycieli chrześcijaństwa, ponieważ używane były metody fabiańskie – powolnego gotowania żaby. Teraz jednak każdy antykatolik powinien poczuć się posadzony pośród kolorowego towarzystwa na moście Debilly, wraz z ciałopozytywną kapłanką.
Triumfalizm i dobre samopoczucie organizatorów rytuału nie udzielą się dalej, gdy do szerokiej opinii publicznej będą dochodzić kolejne afery, związane z organizacją Igrzysk. Złe zarządzanie, bałagan, kiepskie warunki zakwaterowania i wyżywienia, brak klimatyzacji, problemy z zeroemisyjnym transportem, transpłciowi sportowcy, oburzenie po ceremonii otwarcia – niesmak pozostanie, a w miejsce podziwu pojawi się lekceważenie, nie tylko Anty-Francji, ale całego zachodniego establishmentu, służącego Bestii.
ZNACZENIE DLA POLAKÓW
Powinniśmy jak najszybciej wyciągnąć wnioski co do kondycji i przyszłości Zachodu i Unii Europejskiej. Zachód to samolot w korkociągu, a dodatkowo Unia Europejska to rozpędzający się ekspres ślepego toru. Polska nie powinna patrzeć na Zachód i Unię jako na rakiety, które wydźwigną ją w górę, tylko jako na balast, ciągnący na dno. Ludność Unii Europejskiej najwyraźniej zaakceptowała swój własny upadek i w swojej masie nie robi świadomie niczego, aby go uniknąć. Działania społeczne, sprzeczne z wolą gnostyków są naturalnymi, spontanicznymi reakcjami, nie ma natomiast w tej chwili żadnego ośrodka politycznego, który byłby ratunkiem dla Europy. Ośrodkiem takim może być Polska, ponieważ istnieją u nas jeszcze pewne zasoby myśli i woli, zdolne do zaproponowania, co robić dalej. Samego upadku praktycznie nie da się już powstrzymać. Refleksja powinna przede wszystkim objąć sytuację w Polsce, która tym się różni od Anty-Francji, że my wciąż jesteśmy ofiarą Bestii, a Antyfracuzi – w znacznej części wspólnikami. Nadzieja, z jaką patrzę na Polskę uwzględnia również fakt, że niemal cały układ rządzący III RP pochodzi z nadania Bestii i w przyszłości nie odegra dla Polski żadnej roli pozytywnej. Wszystko, co w Polsce zdarzy się dobrego wyjdzie spoza obecnego establishmentu.
NADZIEJA DLA FRANCJI
Jedyna nadzieja dla Francji polega na tym, że musiałaby przestać być Anty-Francją, a z powrotem stać się Francją. Na razie sami mieszkańcy tego państwa nie chcą nic zmienić w swoim życiu, i jeśli pozostaną w tym dalej, czeka ich dalsza wymiana ludności, a potem kryzys ekonomiczny i krwawe konflikty. Antyfrancuzów czeka nieuchronne przebudzenie, ale najpewniej nastąpi ono dopiero wtedy, gdy zaczną umierać od eutanazji i ginąć od maczet. Nie jest natomiast pewne, co ci ludzie zrobią z tym przebudzeniem. Jest bardzo wątpliwe, aby większość Antyfrancuzów był w stanie znowu być Francuzami. Musieliby odrzucić Rewolucję, a tego nie chcą, o czym świadczy poparcie dla prawa Molocha. Wydaje się raczej, że powstanie tam jakiś nowy naród, będący wypadkową Neofrancuzów, Francuzów i tych Antyfrancuzów, którzy przetrwają.
Najlepsza rada, jaką można dać Antyfrancuzom, to cytat z Henryka IV Nawarskiego. Gdy całej Francji zbrzydły już przeciągające się, krwawe wojny religijne XVI wieku, zaproponowano Henrykowi, przywódcy hugenotów objęcie tronu Francji pod warunkiem konwersji na katolicyzm. Henryk przyjął warunki, wypowiadając słynne słowa: „Paryż wart jest mszy”. Jeśli ma przetrwać i odrodzić się Francja, warunkiem jest katolicka msza – nie tylko w Paryżu, ale w każdym mieście i wsi na francuskiej ziemi. Nie dlatego, że to ma jakieś właściwości magiczne, ale dlatego, że ludzie, będący w stanie łaski uświęcającej lub do niego dążący dbają o swoje rodziny, naród i państwo, tak, że Bestia nie ma czego tam szukać. Jeśli natomiast lud, zamieszkujący ziemie Francji sam z siebie nie przyjmie chrystusowej wiary, będzie można go nawrócić. I to jest też rada i wyzwanie dla nas, Polaków.
Koniec cyklu.
Odwiedź także nasz profil na Facebooku i śledź naszą działalność na bieżąco.
Z wykształcenia prawnik, z zawodu przedsiębiorca, z zamiłowania erudyta. Miłośnik muzyki dawnej i architektury gotyckiej. Autentyczny przedstawiciel klasy robotniczej.
Zastanawiam się, czy w polszczyźnie XXI wieku możliwe jest jeszcze stopniowanie przymiotnika „pyszny”.
Oczywiście łacina Republiki Rzymskiej, nawet w czasie przekształcania się Republiki w Imperium, mogła mieć i miała stopniowanie przymiotnika pyszny.
Jej wodzowie prześcigali się w stopniach pychy. Później, za czasów imperatorów, najróżniejsi zboczeńcy, wariaci, zbrodniarze i krwawi despoci prześcigali się tak w zbrodniach, jak i w stopniach pychy.
Czy jednak wiek XX, wiek różnych hitlerów i stalinów, nie doprowadził do sytuacji, w której kolejne stopnie pychy ulegają jakby wypłaszczeniu? Kłębią się w tym samym co zawsze szambie poczucia własnej wszechmocy i wszechwiedzy?
Z obecnego punktu widzenia te wszystkie hitlery, staliny, frenkle, schwaby są raczej płaskimi, krwawymi zbrodniarzami. Przypominam – dla młodzieży, że tow. Frenkiel był teoretykiem oraz wodzem – doświadczalnikiem całego Archipelagu Gułag. On to wypróbowywał swoje pomysły na Kanale Białomorskim, przy czym zginęło kilkaset tysięcy ludzi. Potem, jak to precyzyjnie opisuje na przykład Sołżenicyn w tomach Archipelagu Gułag, pomysły tego frenkla rozszerzona na dziesiątki milionów ofiar Gułagu.
A pełnych pychy pomysłów takich schwabów czy hararich doświadczamy już na sobie.
Czy jednak można mówić w przypadku takich ludzi o wyższym stopniu pychy? Przecież to są płascy zbrodniarze, co prawda pławiący się w morzu kłamstwa, a w skutkach – krwi i męki ludzkiej.
Czy w języku polskim XXI-go wieku ma sens używanie stopnia wyższego niż pyszny?
Oczywiście istnieje stopień najwyższy, bo najbardziej pysznym jest wódz piekielnych zastępów, Szatan. Ale też on dusi się zapewne najgłębiej w otchłaniach nienawiści którą sam stworzył, to znaczy na dnie piekła.
Nie znajduję więc, mimo usiłowań, bliższego tłumaczenia pojęcia homo superbius, niż po prostu człowiek pyszny.
Droga Franciszka do „równości” religii. Od filmu z 2016 roku aż do Singapuru 2024
Papież Franciszek konsekwentnie głosi indyferentyzm religijny. Po raz pierwszy dał temu wyraz w roku 2016, a ostatnio – 13 września 2024 roku, w najskrajniejszej jak dotąd wersji. Oto, jaką drogę przeszedł w tej sprawie Jorge Mario Bergoglio.
13 września 2024 papież Franciszek przemawiając w Singapurze do młodych przedstawicieli różnych religii wygłosił swoiste credo indyferentyzmu religijnego.
Indyferentyzm religijny jest herezją potępianą przez papieży szczególnie silnie od końca XVIII wieku, kiedy zaczęły głosić go najpierw środowiska masońskie, a później również modernistyczne.
Przekonanie to zakłada, że nie ma znaczenia, jaką wyznaje się religię, bo wszystkie są prawdziwe (lub nieprawdziwe) w tym samym stopniu. Według indyferentysty człowiek ma pewne naturalne i wrodzone przeczucie boskości, ale nie jest w stanie powiedzieć na ten temat nic pewnego; może korzystać wyłącznie z doświadczeń własnych oraz tych, które zgromadzono w różnych tradycjach religijnych, z natury rzeczy względnych.
Kościół konsekwentnie odrzucał ten błąd, czyniąc to ze szczególną mocą w encyklikach „Mirari vos” Grzegorza XVI z 1832 roku, „Pascendi Dominici gregis” św. Piusa X z 1907 roku, „Mortalium animos” Piusa XI z 1928 roku, a także w „Syllabus errorum” wydanym za bł. Piusa IX w 1964 roku, encyklice „Redemptoris missio” św. Jana Pawła II z 1990 roku czy deklaracji „Dominus Iesus” kard. Józefa Ratzingera z 2000 roku.
W Singapurze Franciszek stwierdził jednak, że „wszystkie religie są drogami do Boga”, a różnice między nimi są jak „różne języki, różne idiomy, żeby do Niego dotrzeć”; wyraźnie powiedział też, że „nasze religie są językami, ścieżkami do Boga” i mogą to być języki i ścieżki „sikhów, muzułmanów, hindusów, chrześcijan”. Wypowiedzi są w oczywisty sposób manifestacją indyferentyzmu religijnego.
W ciągu całego swojego pontyfikatu Franciszek nigdy jeszcze nie dał tak jasno i wprost wyrazu temu błędowi; ale nie znaczy to, by nie głosił go już wcześniej.
Chciałbym przypomnieć tu kilka najważniejszych przypadków, które pokazują, jak konsekwentnie papież kroczy ścieżką indyferentyzmu.
Nagranie z 2016 roku. „Równość” czterech religii
W 2016 roku Stolica Apostolska opublikowała nagarnie promujące dialog międzyreligijny[1]. Pokazano na nim buddystkę, żyda, księdza katolickiego oraz imama – w tej kolejności. „Wierzę w Buddę”; „Wierzę w Boga”; „Wierzę w Jezusa Chrystusa”; „Wierzę w Boga, Allaha” – deklarowali kolejno.
Wówczas ukazano siedzącego za swoim biurkiem papieża. – Wielu myśli różnorodnie, czuje różnorodnie, szukając Boga albo spotykając Boga na różne sposoby. W tym tłumie, wśród tak wielu religii, jest tylko jedna pewność, którą mamy wszyscy: wszyscy jesteśmy dziećmi Boga – powiedział Franciszek. Następnie wszyscy pokazani wcześniej „wierzący” deklarowali: „Wierzę w miłość”. Na koniec każdy z nich zaprezentował na wyciągniętych dłoniach swój… „symbol religijny”. Były to: figurka buddy, menora, figurka Dzieciątka Jezus, islamski sznur modlitewny. Ręce zostały przysunięte, tworząc swoiste koło, gdzie każdy z „symboli” zdawał się mieć tę samą wartość; miało to najpewniej obrazować owo Franciszkowe „różnorodne szukanie albo spotykanie Boga”.
Co ciekawe… wideo zostało przemontowane. Stolica Apostolska usunęła pierwotny film, by w 2017 roku na swoim kanale opublikować nagranie w wersji skróconej – bez sceny, na której na wyciągniętych dłoniach prezentowane są „symbole religijne”. Rzecz można jednak nadal zobaczyć w całości poza papieskim kanałem.
Bóg chciał różnorodności religijnej?
W dniach 3 – 5 lutego 2019 roku Ojciec Święty gościł w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. 4 lutego w stolicy tego kraju, Abu Zabi, spotkał się z Ahmadem Al-Tayyebem, Wielkim Imamem Uniwerystetu Al-Azhar w Kairze. Obaj „przywódcy religijni” podpisali wówczas „Dokument o ludzkim braterstwie dla pokoju światowego i współistnienia”[2]. W dokumencie zapisano stwierdzenie: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie. Ta boska Mądrość jest źródłem, z którego wywodzi się prawo do wolności wiary i wolności do bycia różnymi”. Polskie tłumaczenie jest zgodne z innymi wersjami językowymi, w tym z arabską. W porządku logicznym zacytowane stwierdzenie oznacza, że Bóg chciał różnorodności religijnej tak samo, jak chciał różnorodności koloru skóry, płci, rasy i języka. Oznacza to, że – według „Dokumentu” – Bóg chciał, aby niektórzy ludzie wyznawali religię katolicką, a inni – religie fałszywe, na przykład islam. W konsekwencji byłoby to jawną herezję indyferentyzmu religijnego. Pius IX w Syllabus errorum zamieścił następujące błędne stwierdzenie: „Ludzie mogą znaleźć drogę do wiecznego zbawienia i osiągnąć to wieczne zbawienie przez praktykowanie jakiejkolwiek religii” (pkt. 16).
Interwencja bp. Athanasiusa Schneidera
Na publikację dokumentu z Abu Zabi zareagował biskup pomocniczy Nur-Sułtan w Kazachstanie, Athanasius Schneider. Podczas wizyty ad limina Apostolorum kazachskich biskupów Schneider powiedział papieżowi: „Ojcze Święty, w obecności Boga wzywam Waszą Świątobliwość w imię Jezusa Chrystusa, który wszystkich nas osądzi, o usunięcie tego stwierdzenia z międzyreligijnego dokumentu z Abu Zabi, które relatywizuje wyjątkowość wiary w Jezusa Chrystusa. W innym wypadku Kościół naszych dni nie będzie głosić całej prawdy Ewangelii, jak Apostoł Paweł powiedział Piotrowi w Antiochii (zob. Ga 2, 14)”[3]. Papież wdał się w dyskusję z biskupem; wkrótce nastąpiła jeszcze wymiana listów. Franciszek zgodził się z oceną bp. Schneidera, według której w dokumencie z Abu Zabi da się odczytać herezję; przekonywał jednak, że możliwe jest jednak również inne odczytanie, zgodne z nauką Kościoła – i to właśnie takie odczytanie miał na myśli. Bóg miałby pozytywnie chcieć różnorodności płci, kolorów skóry etc., ale różnorodność religii miałby jedynie dopuszczać (voluntas permissiva).
Na prośbę bp. Schneidera, Franciszek powiedział o tym publicznie. Uczynił to podczas audiencji generalnej 3 kwietnia 2019 roku. Stwierdził: „Dlaczego Bóg dopuszcza wiele religii? Bóg chciał to dopuścić: teologowie scholastyczni mówili zwykle o Bożej woli dopuszczającej. Chciał dopuścić tę rzeczywistość: jest wiele religii. Niektóre rodzą się z kultury, ale zawsze patrzą ku niebu, patrzą ku Bogu”[4]. Franciszek nie wspomniał jednak ani słowem o „Dokumencie” z Abu Zabi. Nie można więc potraktować jego wystąpienia jako formalnej korekty treści tego tekstu. Co więcej, „Dokument” nawet na stronach watykańskich pozostaje w wersji niezmienionej, bez żadnej noty wyjaśniającej. Jest ponadto od 2019 roku promowany przez Watykan jako jeden z podstawowych tekstów dotyczących dialogu międzyreligijnego; to niejako dokument założycielski Wysokiego Komitetu na rzecz Ludzkiego Braterstwa, organizacji powołanej do życia z inicjatywy papieża, a skupiającej oprócz reprezentantów Watykanu również muzułmanów, żydów czy ateistów[5].
Wysoki Komitet i Dom Rodziny Abrahama
Wysoki Komitet na rzecz Ludzkiego Braterstwa ogłosił jeszcze w 2019 roku, że w stolicy ZEA, Abu Zabi, stanie Dom Rodziny Abrahamowej. Miał to być kompleks trzech świątyń, złożony z katolickiego kościoła pw. św. Franciszka, meczetu im. imama Ahmada Al-Tayyeba oraz synagogi im. Majmonidesa. Budowa kompleksu została ukończona w 2023 roku; inauguracja nastąpiła 16 lutego, a otwarty dla zwiedzających stał się od marca tego roku[6]. Wszystkie trzy świątynie są do siebie zewnętrznie bardzo podobne. Choć nie zostało to powiedziane wprost, w oczywisty sposób sugerują one równorzędność trzech religii, chrześcijaństwa (katolicyzmu), islamu oraz judaizmu. Można powiedzieć, że Dom Rodziny Abrahamowej stanowi architektoniczną ilustrację relatywistycznego dramatu „Nathan der Weise” masona Gottholda Lessinga; żyd Natan w obrazowej przypowieści dowodzi swojemu islamskiemu rozmówcy Saladynowi, że nie da się dowieść, która z trzech religii jest prawdziwa, bo jest to poza mocą ludzkiego rozumu. Podobnie w Domu Rodziny Abrahamowej nie ma żadnego rozróżnienia: roszczenie do prawdy chrześcijaństwa, islamu oraz judaizmu zostało potraktowane jako równorzędne, to znaczy – można rzec – równie jałowe. Możemy się tylko domyślać, że gromadzący się na międzyreligijnych nabożeństwach w Abu Zabi będą odmawiać „Modlitwę do Stwórcy”, którą zaproponował całemu światu papież w encyklice Fratelli tutti z października 2020 roku. Modlitwa brzmi[7]:
Panie i Ojcze rodzaju ludzkiego, który stworzyłeś wszystkie istoty ludzkie z równą godnością, zaszczep w nasze serca ducha braterstwa. Natchnij nas marzeniem nowego spotkania, dialogu, sprawiedliwości i pokoju. Pobudź nas do tworzenia zdrowszych społeczeństw i bardziej godnego świata, bez głodu, bez ubóstwa, bez przemocy, bez wojen. Niech nasze serce otworzy się na wszystkie ludy i narody ziemi, by rozpoznać dobro i piękno, które zasiałeś w każdym z nich, aby zacieśnić więzi jedności, wspólnych projektów, wspólnych nadziei. Amen.
„Modlitwa do Stwórcy” mówi wprawdzie o stworzeniu wszystkich ludzi przez Boga i w tym sensie wyraża pewną obiektywną prawdę. Nie wspomina jednak ani słowem o celu życia ludzkiego ani o właściwym kulcie, jaki winni jesteśmy Bogu. W ten sposób staje się doskonale indyferentna: buddysta czy szamanista, muzułmanin czy żyd, protestant… Może odmówić ją każdy w przekonaniu, że w swojej „tradycji religijnej” ma wszystko, czego mu potrzeba. Trudno jednak o poważniejszy błąd…
Papież na Kongresie różnych religii
We wrześniu 2022 roku odbywał się w Nur-Sułtan w Kazachstanie VII Kongres Przywódców Religii Światowych i Tradycyjnych. W ramach kongresu zgromadzeni „przywódcy religijni” mieli przyjąć wspólną „Deklarację”. Jej treść odczytała anglikanka Jo Bailey Wells. W punkcie 10. przeczytała, co następuje: „Stwierdzamy, że pluralizm i różnice religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazami mądrości woli Boga w stworzeniu. Stąd nieakceptowalne są wszelkie przypadki przymuszania do określonej religii i doktryny religijnej”[8]. Byłoby to powtórzenie herezji z „Dokumentu” z Abu Zabi. Papież słuchał odczytu Wells, przyjął go brawami, tak, jak wszyscy inni zgromadzeni. W oficjalnej wersji „Deklaracji” opublikowanej na zakończenie Kongresu punkt 10 brzmiał jednak inaczej, a mianowicie: „Stwierdzamy, że pluralizm odnośnie różnic w kolorze skóry, płci, rasie, języku i kulturze jest wyrazem mądrości Boga w stworzeniu. Różnorodność religijna jest dopuszczana przez Boga i stąd wszelki przymus do konkretnej religii i doktryny religijnej jest nieakceptowalny”. Wydaje się prawdopodobne, że do takiej przeformułowania doszło na wniosek Stolicy Apostolskiej. Oznaczałoby to chęć uniemożliwienia heretyckiej interpretacji „Deklaracji”. To znaczący krok naprzód względem „Dokumentu” z Abu Zabi; szkoda, że sam „Dokument” pozostał do dzisiaj niezmieniony.
Dziwny wywiad
3 lipca portal rządowego dziennika „Al Ittihad” ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich opublikował wywiad z papieżem Franciszkiem. Ojciec Święty został zapytany o Dom Rodziny Abrahamowej. Według tekstu wywiadu powiedział: „Jeśli chodzi o Dom Abrahama, uważam go za miejsce szacunku dla różnorodności, której Bóg chciał”[9]. W arabskim oryginale, który analizowałem, rzeczywiście padają słowa „różnorodność, której chciał Bóg”. „Al Ittihad” nie zamieścił nagrania wywiadu przeprowadzonego przez emirackiego dziennikarza. Jeżeli przyjąć, że zapisana treść odpowiada temu, co powiedział Franciszek, mielibyśmy do czynienia z powtórzeniem przez papieża błędu z „Dokumentu” z Abu Zabi.
Mongolskie bezdroża indyferentyzmu
W dniach 31 sierpnia – 4 września 2023 roku papież Franciszek gościł w Mongolii. W niedzielę 3 września w stolicy Mongolii Ułan Bator odbyło się spotkanie międzyreligijne, w którym obok Franciszka udział wzięli przedstawiciele różnych wyznań, takich jak szamanizm, buddyzm, islam czy protestantyzm. Papież powiedział między innymi: „Już sam fakt, że jesteśmy razem w tym samym miejscu, jest przesłaniem: tradycje religijne, w swojej oryginalności i różnorodności, stanowią ogromny potencjał dobra w służbie społeczeństwu”[10]. Następnie stwierdził: „Religie są powołane do zaoferowania światu tej harmonii, której nie może dać sam postęp techniczny”.
Jeżeli fałszywe religie mają potencjał działania na rzecz dobra; jeżeli fałszywe religie mają jakieś własne wewnętrzne „powołanie” do budowania harmonii czy pokoju – to znowu może sugerować, że są przez Boga chciana, bo pełnią pożyteczną i wewnętrznie dobrą rolę w Jego planach. Innymi słowy, byłaby to myśl identyczna z tą, którą wyraził „Dokument” z Abu Zabi. Jest interesujące, że w zeświecczonym kluczu wizytę Franciszka w Mongolii odebrał jedyny mongolski kardynał, Giorgio Marengo. W wywiadzie stwierdził: „Obecność Ojca Świętego niewątpliwie zaoferowała ziarna harmonii, jako rodzaj przypomnienia dla nas wszystkich jako reprezentantów różnych tradycji religijnych, wielkiej wagi współpracy, budowy społeczeństwa, w których wartości duchowe są wysoko cenione, a w którym pęd do szybkiego zyskiwania bogactwa zostanie zbalansowany przez wagę ludzkich, moralnych i duchowych wartości. […] Papież przyniósł przesłanie pokoju, radości, przyjaźni, co tak często podkreślał w swoich wystąpieniach”[11]. Nie wspomniał ani słowem o Ewangelii, Chrystusie czy zbawieniu. „Tradycje religijne”, papież jako głosiciel doczesnego dobrobytu.
Podsumowanie
W związku z tym nie można mówić o jakimś błędzie, wyskoku czy przejęzyczeniu. Papież Franciszek od roku 2016 konsekwentnie przekonuje, że nie ma znaczenia, jaką kto wyznaje religię. Chociaż w 2019 roku próbował się z tego wytłumaczyć, dociśnięty przez bp. Athanasiusa Schneidera, później wracał do swojego błędnego przekonania, by w dniu 13 września 2024 roku wygłosić je już całkowicie wprost. Kodeks Prawa Kanonicznego (par. 751) mówi, że „herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą boską i katolicką”. Głoszenie indyferentyzmu religijnego w przypadku Franciszka jest w sposób ewidentny uporczywe. W związku z tym pojawiają się poważne pytania o kanoniczną odpowiedzialność papieża za jego słowa. Pozostaje modlić się i mieć nadzieję, że papież Franciszek zawróci z tej drogi i zacznie głosić wyjątkowość Kościoła katolickiego i jedyność zbawczą Jezusa Chrystusa, w czym mogą dopomóc mu odważni kardynałowie i biskupi, wskazując na głoszone dziś błędy wraz z ich konsekwencjami.
Paweł Chmielewski
[1] Nagarnie można obejrzeć na stronie „Pope Video” w serwisie YouTube; jest datowane na 2017 rok, ale pierwotna publikacja nastąpiła rok wcześniej. To właśnie ocenzurowana wersja. Link: https://www.youtube.com/watch?v=FKuQqHMhJdY. Wersja pierwotna jest nadal dostępna na przykład tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=-6FfTxwTX34&t=81s. Kluczowy obraz wyglądał następująco:
[6] Dom ma swoją stronę internetową, na której można rezerwować wizyty; wejście w celach kultowych do któregokolwiek z – jak głosi strona – „domów modlitwy” jest dostępne bez rezerwacji. Link: https://www.abrahamicfamilyhouse.ae/.
„Wszystkie religie prowadzą do Boga”. Franciszek wygłosił herezję?
UWAGA! JAKO ŻE NA STRONIE WATYKANU W WERSJI ANGIELSKIEJ ZMIENIONO TŁUMACZENIE, ŻEBY USUNĄĆ KONTROWERSYJNE SŁOWA, ZAMIESZCZAMY POD ARTYKUŁEM ZRZUT EKRANU ORYGINALNEJ WŁOSKIEJ WERSJI – SŁOWA PAPIEŻA PADŁY PO WŁOSKU, TAK, JAK ZOSTAŁY ODDANE W TYM KOMUNIKACIE, CO MOŻNA SPRAWDZIĆ NA NAGRANIU
Papież Franciszek wygłosił w Indonezji przemówienie skierowane do młodzieży reprezentującej różne religie. Zawarł w nim kilka stwierdzeń, które wydają się być jawnie niezgodne z nauką Kościoła katolickiego. [SA jednoznacznie HEREZJĄ md]
Spotkanie odbyło się 13 września.
Franciszek zachwalał dialog międzyreligijny w duchu soborowej deklaracji „Nostra aetate”. Dokument II Soboru Watykańskiego stwierdza, że w różnych religiach można znaleźć odbicie Prawdy; podkreślał przy tym, że to Jezus Chrystus jest „drogą, prawdą i życiem” i Kościół jest „zobowiązany głosić bez przerwy” Zbawiciela.
Papież Franciszek zdaje się jednak zmieniać to nauczanie. Młodzieży z różnych religii powiedział, że wszystkie religie są „drogą do Boga”, a różnice między nimi to tylko „jakby różnice języka, żeby dotrzeć do Niego”. Dodał, że żadna religia nie jest „lepsza od drugiej”.
– Jeżeli zaczniecie się kłócić: „Moja religia jest ważniejsza od twojej! Moja jest prawdziwa, a twoja nie jest prawdziwa!” Dokąd to doprowadzi? – zapytał.
– Wszystkie religie są drogą do Boga – dodał. – Zrobię porównanie. Są jak różne języki, różne idiomy, żeby do Niego dotrzeć. Ale Bóg to Bóg dla wszystkich. A skoro Bóg to Bóg dla wszystkich, wszyscy jesteśmy dziećmi Boga – powiedział.
– „Ale mój Bóg jest ważniejszy od Twojego!” Czy to prawda? – zapytał retorycznie.
Następnie dodał, że sikhizm, islam, hinduizm i chrześcijaństwo to są różne drogi do Boga.
W oryginale papież mówił po włosku. Kluczowe zdania brzmią: „Tutte le religione sono un camino per arrivare a Dio; Sono come diverse lingue, diverse idiomi per arrivare Lui. Ma Dio e Dio per tutti. E come Dio e Dio per tutti, noi siamo tutti figli di Dio; „Ma il mio Dio e piu importante del tuo. E vero quello?”
Czy powyższe wypowiedzi stanowią wyraźne odejście od nauki Kościoła katolickiego? Z cytowanych zdań płynie nauka, że wszystkie religie są równe, żadna nie jest lepsza od drugiej, a w konsekwencji, że nie ma potrzeby nawracania. Wypowiedzi Franciszka stanowią zarazem jawne zaprzeczenie wezwaniu Jezusa Chrystusa do nawracania wszystkich narodów. Zwykły zmysł katolicki (sensus catholicus) sugeruje, że mamy do czynienia z bardzo poważną herezją.
Papież już w przeszłości wypowiadał podobne stwierdzenia, ale nigdy nie czynił tego tak jawnie. W 2019 roku w dokumencie z Abu Zabi podpisanym z wielkim imamem z Al-Azhar w Kairze stwierdził, że Bóg „życzy sobie” różnorodności religijnej. Potem tłumaczył, że chodziło mu o to, iż Bóg „przyzwala” na taką różnorodność.
Ostatnio w przemówieniu w Dżakarcie stwierdził jednak, że różnice między religiami są „powierzchowne”, bo liczy się to, co jest ukryte „w głębi”.
W 1864 roku papież Pius IX w „Syllabus errorum” wskazał, że zdanie: „Ludzie mogą znaleźć drogę do wiecznego zbawienia i osiągnąć to wieczne zbawienie przez praktykowanie jakiejkolwiek religii” jest heretyckie.
Papież Pius XI w Moralium animos pisał: „Katolicy nie mogą żadnym paktowaniem pochwalić takich usiłowań, ponieważ one polegają na błędnym zapatrywaniu, że wszystkie religie są mniej lub więcej dobre i chwalebne, o ile, że one w równy sposób, chociaż w różnej formie, ujawniają i wyrażają nasz przyrodzony zmysł, który nas pociąga do Boga i do wiernego uznania Jego panowania. Wyznawcy tej idei nie tylko są w błędzie i łudzą się, lecz odstępują również od prawdziwej wiary, wypaczając jej pojęcie i wpadając krok po kroku w naturalizm i ateizm. Z tego jasno wynika, że od religii przez Boga nam objawionej, odstępuje zupełnie ten, ktokolwiek podobne idee i usiłowania popiera.”
W 1990 roku w encyklice „Redemptoris missio” św. Jan Paweł II pisał z kolei o „postawie obojętności… nacechowanej relatywizmem religijnym, który prowadzi do przekonania, że <jedna religia ma taką samą wartość jak druga>”.
W deklaracji „Dominus Iesus” z 2000 roku Stolica Apostolska ogłosiła, że „byłoby sprzeczne z wiarą katolicką postrzeganie Kościoła jako jednej z dróg zbawienia, istniejącej obok innych”.
Nagranie z wypowiedziami Franciszka można posłuchać na oficjalnym profilu Watykanu na Youtube. Proszę włączyć od minuty 42:00; papież mówi po włosku, a tłumacz przekłada na angielski.
Słowa papieża zostały też zacytowane na oficjalnej stronie Watykanu:
„Jedną z rzeczy, która najbardziej zaimponowała mi w was, młodych ludziach, jest zdolność do dialogu międzyreligijnego. I to jest bardzo ważne, ponieważ jeśli zaczynasz się kłócić: „Moja religia jest ważniejsza od twojej…”, „Moja jest prawdziwa, twoja nie jest prawdziwa…”. To dokąd to prowadzi? Dokąd? Niech ktoś odpowie, dokąd? [Ktoś odpowiada: „Do zniszczenia”]. Tak to jest. Wszystkie religie są drogami dojścia do Boga. Są – dokonuję porównania – jak różne języki, różne wyrażenia, aby tam dotrzeć. Ale Bóg jest Bogiem dla wszystkich. A ponieważ Bóg jest Bogiem dla wszystkich, wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi. „Ale mój Bóg jest ważniejszy niż twój!”. Czy to prawda? Jest tylko jeden Bóg, a my, nasze religie, są językami, ścieżkami prowadzącymi do Boga. Ktoś jest sikhem, ktoś muzułmaninem, ktoś hinduistą, ktoś chrześcijaninem, ale są to różne ścieżki. Understood? [Zrozumieliście?] Jednak dialog międzyreligijny pomiędzy młodymi ludźmi wymaga odwagi. Bowiem wiek młodzieńczy jest wiekiem odwagi, choć możesz mieć tę odwagę, by robić rzeczy, które ci nie pomogą. Ale można też mieć odwagę, by iść naprzód i prowadzić dialog.”
„Una delle cose che più mi ha colpito di voi giovani, di voi qui, è la capacità del dialogo interreligioso. E questo è molto importante, perché se voi incominciate a litigare: “La mia religione è più importante della tua…”, “La mia è quella vera, la tua non è vera…”. Dove porta tutto questo? Dove? Qualcuno risponda, dove? [qualcuno risponde: “La distruzione”]. È così. Tutte le religioni sono un cammino per arrivare a Dio. Sono – faccio un paragone – come diverse lingue, diversi idiomi, per arrivare lì. Ma Dio è Dio per tutti. E poiché Dio è Dio per tutti, noi siamo tutti figli di Dio. “Ma il mio Dio è più importante del tuo!”. È vero questo? C’è un solo Dio, e noi, le nostre religioni sono lingue, cammini per arrivare a Dio. Qualcuno sikh, qualcuno musulmano, qualcuno indù, qualcuno cristiano, ma sono diversi cammini. Understood? Ma per il dialogo interreligioso fra i giovani ci vuole coraggio. Perché l’età giovanile è l’età del coraggio, ma tu puoi avere questo coraggio per fare cose che non ti aiuteranno. Invece puoi avere coraggio per andare avanti e per il dialogo.”
Real-Time Self-Assembly of Stereomicroscopically Visible Artificial Constructions in Incubated Specimens of mRNA Products Mainly from Pfizer and Moderna: A Comprehensive Longitudinal Study
Obserwowalne obrażenia w czasie rzeczywistym na poziomie komórkowym u biorców „bezpiecznych i skutecznych” zastrzyków COVID-19 zostały tutaj udokumentowane po raz pierwszy wraz z prezentacją kompleksowego opisu i analizy zaobserwowanych zjawisk. Globalne podawanie tych często wymaganych produktów od końca 2020 r. wywołało mnóstwo niezależnych badań nad zmodyfikowanymi terapiami genowymi z zastosowaniem wstrzykiwanego RNA, w szczególności tymi produkowanymi przez firmy Pfizer i Moderna. Analizy przedstawione tutaj składają się z precyzyjnych laboratoryjnych „nauk laboratoryjnych” mających na celu zrozumienie, dlaczego poważne wyniszczające, długotrwałe obrażenia (i wiele zgonów) występowały coraz częściej bez żadnego mierzalnego efektu ochronnego ze strony agresywnie sprzedawanych produktów.
Zawartość zastrzyków COVID-19 została zbadana pod mikroskopem stereoskopowym przy powiększeniu do 400x. Starannie zachowane okazy hodowano w szeregu różnych mediów, aby zaobserwować natychmiastowe i długoterminowe związki przyczynowo-skutkowe między zastrzykami a żywymi komórkami w starannie kontrolowanych warunkach. Z takich badań można wyciągnąć rozsądne wnioski na temat zaobserwowanych obrażeń na całym świecie, które wystąpiły od czasu podania zastrzyków miliardom osób. Oprócz toksyczności komórkowej, nasze odkrycia ujawniają liczne — rzędu 3~4 x 10 6 na mililitr zastrzyku — widoczne sztuczne samo-organizujące się jednostki o wielkości od około 1 do 100 µm lub większej, o wielu różnych kształtach. Były animowane, przypominające robaki jednostki, dyski, łańcuchy, spirale, rurki, struktury kątowe zawierające w sobie inne sztuczne jednostki itd. Wszystkie te elementy znacznie przekraczają wszelkie oczekiwane i akceptowalne poziomy zanieczyszczenia zastrzyków COVID-19, a badania inkubacyjne ujawniły postępujący samo-organizujący się szereg struktur artefaktycznych.
W miarę upływu czasu podczas inkubacji, proste jedno- i dwuwymiarowe struktury w ciągu dwóch lub trzech tygodni stawały się bardziej złożone pod względem kształtu i rozmiaru, rozwijając się w stereoskopowo widoczne jednostki w trzech wymiarach. Przypominały włókna, wstążki i taśmy nanorurek węglowych, niektóre wyglądały jak przezroczyste, cienkie, płaskie membrany, a inne jak trójwymiarowe spirale i koralikowe łańcuchy. Niektóre z nich zdawały się pojawiać, a następnie znikać z czasem. Nasze obserwacje sugerują obecność pewnego rodzaju nanotechnologii w zastrzykach na COVID-19.
„To brzmi niesłychanie, ale niestety jest prawdziwe. Pomimo szumnych deklaracji o tolerancji i otwartości, dyrekcja rybnickiej książnicy postawiła na cenzurę rodem z realnego socjalizmu” – donosi lokalny portal row.info. Głos w sprawie zabrał z mównicy sejmowej poseł Roman Fritz.
19 października w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Rybniku miała się odbyć emisja najnowszego filmu europosła Grzegorza Brauna „Gietrzwałd 1877. Wojna światów”. Pokaz, jak wszystkie, miał być bezpłatny, a jego organizatorem miało być biuro poselskie Posła na Sejm RP Romana Fritza.
Jak donosi portal row.info „sala miała być wynajęta na ogólnych zasadach i oczywiście odpłatnie”, ale ostatecznie dyrektor biura otrzymał negatywną odpowiedź. Poseł Fritz nie ukrywał zaskoczenia tą decyzją i poprosił o wyjaśnienia.
Skandaliczne i absurdalne wyjaśnienia
Tłumaczenia dyrektor Powiatowej i Miejskiej Biblioteki w Rybniku Aleksandry Klich są doprawdy zarazem skandaliczne, ale też absurdalne. Klich wyjaśniła, że odmowa wynajęcia sali była spowodowana „koniecznością zapewnienia spokoju, bezpieczeństwa i komfortu Czytelniczkom oraz Czytelnikom rybnickiej Biblioteki”. Cóż takiego mogłoby zmącić spokój osobom odwiedzającym bibliotekę?
„Pan Braun, autor filmu, jest powszechnie znany nie tylko z bulwersujących, dzielących polskie społeczeństwo wypowiedzi, szczucia na innych z powodów etnicznych, rasowych, wyznaniowych, ale również z publicznych gestów obrażających i wprowadzających zamęt typu zgaszenie świec szabasowych w Sejmie” – wyjaśniła dyrektor Klich.
„Z kolei pan Fritz pozwolił sobie ostatnio podczas posiedzenia rybnickiej Rady Miasta na szokujące wypowiedzi dotyczące Ukraińców walczących z agresją Rosjan nie tylko we własnej obronie, ale w obronie pokoju w całej demokratycznej Europie” – podkreśliła.
Widać zatem, że formułowanym oficjalnie i wprost podawanym powodem odmowy możliwości wynajęcia sali w Bibliotece Publicznej są poglądy prezentowane przez polityków Konfederacji Korony Polskiej. „W moim przekonaniu Biblioteka powinna być miejscem spokojnego, zrównoważonego namysłu, inkluzywnych debat i dyskusji, a nie awantur” – napisała Klich.
Inkluzywne debaty to w lewicowej nowomowie dyskusje, w których wszyscy uczestnicy zgadzają się z obowiązującą politpoprawną narracją. Twierdzenie natomiast, jakoby pokazy filmu wiązały się z zaistnieniem awantur, wskazują na oderwanie od rzeczywistości autora. Pierwsze pokazy miały już miejsce i nie doszło podczas nich do żadnych dantejskich scen.
„Tak tego nie pozostawimy”
Do sprawy z mównicy sejmowej odniósł się na mównicy sejmowej poseł Firtz. – W Polsce podobno nie ma cenzury. Zresztą jest ona zabroniona jako cenzura prewencyjna w polskiej konstytucji. Artykuł 54 o tym mówi i stowarzyszony z tym artykuł 73, który mówi o wolności do dostępu do dóbr kultury – zaczął.
Komentując film „Gietrzwałd 1877. Wojna światów” stwierdził, że jest on fenomenalny i poleca go każdemu, jak jednak dodał „w Rybnickiej Bibliotece Miejskiej i Powiatowej nie można tego filmu zobaczyć, ponieważ zarówno poseł Braun, jak i poseł Fritz, mówiący te słowa, są ludźmi trędowatymi, których obecność w Rybnickiej Bibliotece nie jest pożądana”.
– Pani dyrektor Aleksandra Klich (…) była redaktor naczelny Wysokich Obcasów – taki feministyczny, wiecie państwo, dodatek do „Gazety Wyborczej” – stwierdziła, że ci ludzie nie mają wstępu do Biblioteki Miejskiej i Powiatowej w Rybniku. Tak tego nie pozostawimy – podkreślił Fritz.
Policja w Otwocku rozbiła nasze legalne zgromadzenie, w trakcie którego modliliśmy się i pokazywaliśmy prawdę o aborcji. Funkcjonariusze zakłócili nasz publiczny różaniec, zabrali nasze transparenty oraz usiłowali siłą wepchnąć jedną z wolontariuszek do radiowozu. Co więcej, po całym zajściu otwocka policja opublikowała w internecie ogłoszenie, w którym zachęca mieszkańców miasta, aby składali na nas donosy! Prześladowania trwają, ale nie możemy się ugiąć, gdyż prawdziwymi ofiarami aborcyjnego terroru są dzieci mordowane poprzez aborcję.„Otwock, miasto z dobrym klimatem” – takim sloganem reklamowym władze Otwocka promują miasto w mediach i przestrzeni publicznej. Ten „dobry klimat” nie dotyczy jednak dzieci w łonach matek oraz osób, które stają w ich obronie. Od jakiegoś czasu władze Otwocka prześladują naszych wolontariuszy, którzy na ulicach miasta głoszą prawdę o aborcji i modlą się o powstrzymanie tego procederu.
Kilka dni temu policja po raz kolejny zjawiła się na naszej publicznej modlitwie różańcowej połączonej z akcją informacyjną, którą prowadziliśmy w pobliżu Urzędu Miasta Otwock. Zaczęło się od tego, że funkcjonariusze wmawiali naszym wolontariuszom, że rzekomo blokują możliwość przejścia pieszych na chodniku. W miejscu, gdzie odbywała się nasza akcja, przestrzeni na chodniku było pod dostatkiem, natomiast nieopodal stało kilka źle zaparkowanych samochodów, ale nimi policjanci się nie interesowali. Wedle obserwacji naszych wolontariuszy, najprawdopodobniej to właśnie urzędnicy postarali się o to, żeby chodnik przed ich budynkiem był gęsto zaparkowany, aby uniemożliwić nam rozpoczęcie akcji, a nieopodal przez cały czas trwania zgromadzenia była bardzo głośno odtwarzana muzyka. Muzyka ucichła dopiero wtedy, gdy odchodziliśmy z miejsca zgromadzenia.
Gdy funkcjonariusze zobaczyli, że nasi wolontariusze nie dadzą się zmanipulować, przeszli do ataku. Z naruszeniem prawa, bez jakiegokolwiek wyroku sądu czy decyzji prokuratury, siłą zabrali naszym wolontariuszom transparenty przedstawiające prawdę o aborcji.Jak relacjonuje dalszą część akcji nasz wolontariusz Maciej:
„Na koniec doszło do bezprawnego legitymowania każdego z uczestników. Standardowy wręcz element nacisku i zastraszania ze strony funkcjonariuszy. Spisywali oni również starsze panie, które przyszły się razem z nami pomodlić. Gdy jedna z wolontariuszek nie chciała dać się wylegitymować, to policja po długich dyskusjach ostatecznie naruszyła jej nietykalność osobistą, ażeby zaprowadzić ją do radiowozu. Pani zdecydowała się ustąpić i podać dane. Policjanci opuścili nasze zgromadzenie i mogliśmy w spokoju pomodlić się i wzywać imienia Niepokalanej.”
Jak się później okazało, nie był to jednak koniec prześladowań. Już po całym zajściu otwocka policja opublikowała w mediach ogłoszenie, w którym zachęca mieszkańców miasta do składania na nas donosów, aby uzyskać w ten sposób podstawę prawną do postawienia naszych działaczy przed sądem! Jak głosi policyjny komunikat:
„Policjanci z Komendy Powiatowej Policji w Otwocku prowadzą czynności w sprawie o wykroczenie, w związku ze zgromadzeniem, które miało miejsce w dniu 09.09.2024 o godz. 17:00 przy Urzędzie Miasta w Otwocku. Organizator zgromadzenia prezentował treści, mogące wywołać zgorszenie w miejscu publicznym [chodzi o nasze transparenty ukazujące prawdę o aborcji]. Świadkowie zdarzenia, którzy poczuli się zgorszeni zdjęciami umieszczonymi na banerach, proszeni są o kontakt osobisty w Komendzie Powiatowej Policji w Otwocku (…)”
W czasach stalinowskich powstało powiedzenie: „dajcie mi człowieka, a paragraf na niego się znajdzie”. W ten sposób wynajdywano powód, aby skazać dowolną osobę. W podobnym duchu wypowiadał się niedawno Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny Adam Bodnar, który najpierw podjął interwencję, a potem szukał do niej podstawy prawnej. Właśnie z czymś takim mamy do czynienia w Otwocku – w trakcie akcji nikt nie poczuł się zgorszony obecnością naszych wolontariuszy, ale jeśli ogłoszenie policji powisi dostatecznie długo i będzie promowane w mediach, to znajdzie się „życzliwy człowiek” [czyt. aktywista aborcyjny], który złoży donos, na podstawie którego policja złoży później wniosek o ukaranie naszych działaczy.
Sytuacja w Otwocku bardzo przypomina niedawne wydarzenia z Oleśnicy, gdzie policja siłą spacyfikowała naszą akcję pod tamtejszym szpitalem (największym ośrodkiem aborcyjnym w Polsce), a prokuratura zarekwirowała nasze bannery twierdząc, że posiadanie tego typu przedmiotów jest rzekomo nielegalne (!). Równolegle, zdarzają się kolejne wyroki sądowe uniewinniające agresywnych napastników, którzy dopuszczają się ataków na naszych wolontariuszy. Sędzia w Warszawie stwierdziła nawet, że fizyczna napaść na naszego działacza była po prostu wyrazem dezaprobaty (!) wobec działań naszej Fundacji.
To wszystko elementy prześladowań i represji wymierzonych w naszych wolontariuszy, których celem jest zmuszenie nas do wycofania się z przestrzeni publicznej i zaprzestania działalności. Nie możemy ugiąć się przed tym terrorem, gdyż zagrożone są przede wszystkim dzieci w łonach matek, które aborcyjna koalicja Tuska chce eksterminować na masową skalę. W kolejnych polskich szpitalach szybko rośnie liczba aborcji, a docelowo wszystkie szpitale mają stać się ośrodkami aborcyjnymi. Za odmowę zamordowania dziecka grożą surowe kary od Ministerstwa Zdrowia i NFZ. Każdy szpital ma też obowiązek zatrudnić lekarza-mordercę, który de facto na żądanie zamorduje dziecko kobiecie, która zgłosi się do placówki.
Powstrzymanie aborcji jest możliwe, jeśli będziemy kontynuować walkę, głosić prawdę o aborcji oraz modlić się o powstrzymanie tego procederu i nawrócenie wszystkich osób uwikłanych w mordowanie dzieci. Nasi wolontariusze organizują akcje w kolejnych miastach. W Zabrzu podszedł do nas mężczyzna, który wyznał, że jego starsze rodzeństwo padło ofiarą aborcji. On sam miał przez to problemy zdrowotne. Kiedy usłyszał, że smutno nam, że jego rodzeństwo nie żyje, rozpłakał się. Potrzebował wysłuchania i wsparcia. W Katowicach nasze wolontariuszki rozmawiały z dwójką nastolatków i opowiedziały im o naszej inicjatywie Ocalone.org. Nie spodziewaliśmy się, że będą oni chętni do rozmowy, ale byli bardzo uśmiechnięci, chętnie słuchali i wzięli ulotki. “Ocalone” to inicjatywa naszej Fundacji, która zapewnia prawdziwe wsparcie kobietom w trudnej sytuacji, podczas gdy “pomoc” oferowana kobietom przez aborcjonistów obejmuje jedynie pomocnictwo w zabiciu dziecka. Z kolei w Krakowie dwie młode dziewczyny powiedziały naszym wolontariuszom wprost, bez żadnych emocji, że dokonały „zabiegu aborcji” – jedna raz, druga dwa razy. Powiedzieliśmy, że ten “zabieg” to zabicie człowieka, a dziewczyny nie przestały być matkami, tylko ich dzieci nie żyją. Jedna z dziewczyn nie mogła nawet spojrzeć na Jasia (figurkę 10-tygodniowego dzieciątka), którego pokazał jej wolontariusz. Każdego dnia widzimy, jak wiele jest osób, do których trzeba dotrzeć z prawdą o aborcji, ukształtować ich świadomość i obudzić sumienia. Dlatego nasza walka musi trwać dalej, pomimo represji, szykan i prześladowań ze strony aborcjonistów, polityków i służb. Proszę Pana o wsparcie naszych działań i przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, aby umożliwić nam organizację kolejnych niezależnych kampanii informacyjnych i publicznych modlitw różańcowych. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunku Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
Zatuszowane horrory: Jak Kościół wykrwawił się w Hiszpanii
Don José Luis Alfaya, 80 lat, były biznesmen, porzucił finanse w wieku 40 lat, aby zostać księdzem.
Napisał kilka książek, z których jedna, Como un río de fuego (Jak rzeka ognia), stała się fundamentalnym dziełem dla zrozumienia straszliwych prześladowań religijnych w Madrycie podczas hiszpańskiej wojny domowej (1936-39).
Powiedział ElDebate.com (7 września), że w ramach doktoratu na Uniwersytecie Nawarry przestudiował wszystkie dokumenty zarchiwizowane przez archidiecezję madrycką na temat tego, co stało się ze świeckim duchowieństwem Madrytu w tym okresie.
Wojna domowa była rewolucją marksistowską wspieraną przez elementy socjalistyczne. Przerodziła się ona w brutalne prześladowania religijne.
Don Alfaya odkrył wiele dokumentów dotyczących księży, którzy zginęli jako męczennicy podczas tych prześladowań.
Kiedy udał się do wydawcy z książką gotową do publikacji, powiedziano mu, że jest ona zbyt „niepoprawna politycznie” [ponieważ dotyczyła zamordowanych księży i katolików…].
Największe okrucieństwa miały miejsce od 17 lipca do połowy sierpnia 1936 roku. Rozwinęły się gwałtowne prześladowania wszystkiego, co katolickie.
Członek Akcji Katolickiej, który pracował w firmie ubezpieczeniowej, został zadenuncjowany jako katolik przez kolegę z zazdrości. Został aresztowany i zniknął. Pod koniec wojny domowej syn ofiary zgłosił donosiciela na policję. Sprawca został aresztowany i przesłuchany.
Żona zaginionego powiedziała mu: „Wybaczam panu; jeśli zabił pan mojego męża, wybaczam panu. Ale proszę mi powiedzieć, gdzie jest pochowany, żebym mogła pójść się pomodlić”.
Mężczyzna w końcu wyjawił: „Pani mąż nie jest nigdzie pochowany. Został pożarty przez dzikie bestie z Parque del Retiro (gdzie wówczas znajdowało się zoo)”.
Odkryto, że wielu więźniów zabito, rzucając ich rozczłonkowane części dzikim bestiom z Retiro. Fakt ten został później zatuszowany.
Od samego początku komuniści, socjaliści i anarchiści podpalali kościoły, seminarium i katedrę San Isidro, które płonęły przez trzy dni, od 17 do 21 lipca.
Ostatecznym celem było zniszczenie relikwii San Isidro. Próbowali tego już w 1931 roku.
Księża z katedry ukryli relikwie, wraz z relikwiami Santa María de la Cabeza i kilkoma dziełami sztuki, w tajnym miejscu. Podjęto próby zniszczenia ściany, w której ukryto relikwie, ale pozostały one nienaruszone, mimo że obszar ten płonął przez trzy dni. Komuniści uniemożliwili nawet strażakom ugaszenie płomieni. To był cud, że urna zawierająca relikwie nie została uszkodzona w ogromnym upale.
Nienawiść do Kościoła narastała przez długi czas, kiedy idee marksistowskie zaczęły się wkradać z powodu ignorancji klasy robotniczej.
Na sytuację wpłynęło to, co wydarzyło się w Związku Radzieckim od 1917 roku. Doprowadziło to do szczytu prześladowań. Nierozważnie było chodzić po ulicy w sutannie.
Antonio Montero, który był pionierem w badaniu wszystkich danych dotyczących prześladowań religijnych w Hiszpanii w latach trzydziestych, mówił o około 350 księżach diecezjalnych zamordowanych w Madrycie, nie licząc zakonników.
Don Alfaya, ze wszystkimi dokumentami, które znalazł w archiwach archidiecezjalnych, był w stanie policzyć do 450 i udokumentować prawie wszystkie z nich.
Jest jedna bardzo szczególna okoliczność, którą należy wziąć pod uwagę, a mianowicie, że nie było ani jednego apostaty.
Kapłani z wiosek byli ścigani po okolicy. Niektórzy donosiciele odkryli ich i zadenuncjowali.
Polowano na nich jak na robactwo, jak na zwierzęta. Komunistyczni przestępcy wykańczali ich i wrzucali do rowu lub składali z nich prawdziwe, piekirlne ofiary.
Don Alfaya badał również niesławne masakry w Paracuellos z listopada 1936 roku.
Gdy siły wyzwoleńcze Francisco Franco zbliżały się do Madrytu, tysiące więźniów politycznych zostało zabranych z madryckich więzień przez komunistów i przewiezionych do Paracuellos de Jarama i innych pobliskich miejsc, gdzie zostali masowo rozstrzelani i pochowani w masowych grobach.
Szacunkowa liczba zabitych waha się od 2 000 do 5 000.
Don Alfaya znalazł pisemne dowody na to, że przywódca komunistyczny Santiago Carrillo (1915-2012), ówczesny radny ds. porządku publicznego w Madrycie, był jedną z głównych osób odpowiedzialnych za egzekucję. Dokumenty egzekucyjne, które podpisał, nadal istnieją.
Dezinformacyjna encyklopedia Wikipedia wybiela tego zbrodniarza jako „przywódcę demokratycznej opozycji”(sic) wobec rządu Franco.
[Umieszczam z opóźnieniem, by „ciekawscy” się na to nie nabrali. MD]
5. Queerz Get Loud Festival
Praca seksualna jako część queerowego dziedzictwa – panel dyskusyjny [PJM]
17:15 – 07.09.2024 – Kino CK – wstęp wolny
Udostępnij:
Wydarzenie od 16 roku życia. W historii walki o prawa osób LGBT istotną rolę odgrywały osoby trans, niebiałe, które zajmowały się pracą seksualną. Ten aspekt często zostaje pominięty w narracjach głównego nurtu. Estetyka queerowa zawsze czerpała z kultury pracy seksualnej i seksualności. Ponadto, społeczność osób pracujących seksualnie często była bardziej inkluzywna dla osób queer i zapewniała bezpieczniejsze środowisko w porównaniu wrogiego świata zewnętrznego. W trakcie dyskusji, odbywającej się z udziałem osób mających doświadczenie pracy seksualnej, skupimy się również na temacie ekonomicznego wykluczenia osób queer, dla których praca seksualna często stanowi jedyną drogę do uniknięcia ubóstwa. Dla osób trans, jest to niejednokrotnie jedyna dostępna opcja, aby zdobyć środki niezbędne do rozpoczęcia procesu tranzycji. W obliczu ograniczonych perspektyw, praca seksualna może być sposobem na godne życie.
Uwaga: Osoby uczestniczące w warsztacie zobowiązują się do poszanowania przestrzeni i autonomii innych osób. Osoby uczestniczące w warsztacie zobowiązują się do zachowania dyskrecji dla zapewnienia komfortowych warunków do dzielenia się własnymi historiami i doświadczeniami w trakcie warsztatu.
W dyskusji wezmą udział:
Syllie – osoba pracująca seksualnie online oferująca usługi takie jak seks telefon, sexting oraz sprzedaż filmów. Ma wieloletnie doświadczenie pracy także w eskortingu. Jest też osobą członkowską Kolektywu Kamelia działającego na rzecz praw osób pracujących seksualnie.
Szymon Tur – sex worker, cam boy pracujący na serwisach internetowych z kamerkami. Jest również tancerzem, aktorem i performerem.
Kola Kluczyk – przez cztery lata pracowała seksualnie w kontakcie bezpośrednim z klientem. Autorka książki „Niech żyją ku*wy” i zina „Save Us From Saviours”. Współautorka publikacji „Jak pisać o pracy seksualnej bez stygmy”. Pracuje jako konsultantka przy serialu o pracy seksualnej na podstawie podcastu „dwie dupy o dupie”, który współprowadziła.
Kiwi – trans masc eskortka, aktywista na rzecz praw queerów i dekryminalizacji pracy seksualnej, członek kolektywu Kamelia.
================================
mail:
Szkoda że u mnie tak wybitny panel dyskusyjny nie ma miejsca, ci prelegenci, tacy postępowi. Kola Kluczyk – przez cztery lata pracowała seksualnie w kontakcie bezpośrednim z klientem.
Film „Gietrzwałd 1877. Wojna światów” opowie o nadzwyczajnych zdarzeniach, które nastąpiły latem 1877 r. w warmińskiej wiosce Gietrzwałd (wówczas pod zaborem pruskim Dietrichswalde). To jedyne na ziemiach polskich objawienia Najświętszej Marii Panny, których autentyczność została kanonicznie potwierdzona (dekretem bpa Drzazgi z 1977 r.).
Grzegorz Braun – GIETRZWAŁD 1877, WOJNA ŚWIATÓW – zwiastun filmu
Opis produkcji
Jednak ani samo orędzie (przekazane w języku polskim!), ani skala wydarzeń (blisko pół miliona pielgrzymów, wówczas 5% narodu!), ani trudne do przecenienia konsekwencje (nie tylko duchowe, religijne czy socjologiczne, ale również polityczne, militarne, ba, wręcz geostrategiczne!) – to wszystko nie zajmuje w świadomości Polaków adekwatnego miejsca. A cóż dopiero mówić o miejscu należnym objawieniom gietrzwałdzkim w historiografii światowej.
Cel
Mimo upływu 141 lat sytuacja nie zmienia się co do jednego: świat akademicki (literatura naukowa) notuje Gietrzwałd co najwyżej na marginesie, jako element folkloru religijnego, a świat katolicki (literatura konfesyjna, pobożnościowa) w znacznej mierze ignoruje istotne konteksty epoki – powszechnie ignoruje się więc dziejową doniosłość Gietrzwałdu. Nasze przedsięwzięcie będzie udane, jeśli bodaj w skromny sposób, na swoją filmową miarę przyczyni się do zmiany tego stanu rzeczy. Celem filmu jest z jednej strony rzetelne przypomnienie udokumentowanych faktów składających się na obraz wydarzeń, które rozegrały się w samym Gietrzwałdzie pomiędzy 27 czerwca a 16 września 1877 r. (160 wizji!), a z drugiej – zarysowanie szerokiego tła, na którym dopiero odsłania się najgłębszy sens, pilność i aktualność orędzia z Gietrzwałdu.
Kontekst
Kontekst najbliższy, to oczywiście bismarckowski Kulturkampf – wojna z Kościołem, której szczególnym, osobnym polem bitwy jest Święta Warmia, od wieków trwająca przy katolicyzmie i przy polskości. Kontekst szerszy, to kolejna faza tzw. „Wielkiej gry” mocarstw, a mianowicie wojna rosyjsko-turecka, której rozpoczęcie (udane forsowanie Dunaju przez główne siły rosyjskie nocą 26/27 czerwca) wprowadza cały kontynent europejski na równię pochyłą – w nieodległej perspektywie rysuje się globalizacja konfliktu. Sytuacja zaczyna przypominać gangsterski film, w którym wszyscy mierzą do siebie – a kiedy tylko padnie pierwszy strzał, masakra będzie już nieunikniona. Detonatorem wojny światowej latem roku 1877 ma być ni mniej, ni więcej, kolejna insurekcja w Polsce – a ściślej: prowokacja powstańcza, na której rozpętanie angielski agent Munro Butler Johnston przekazuje pieniądze „czerwonemu księciu” Adamowi Sapieże tworzącemu w Wiedniu kolejny Rząd Narodowy.
Przed takim właśnie zagrożeniem niedwuznacznie przestrzegał papież Pius IX, „więzień Watykanu”, ledwie kilka tygodni wcześniej przemawiający do polskich pielgrzymów z ziem wszystkich trzech zaborów. Ale słowa papieża („Modlitwą i pracą, nie siłą osiągniecie upragniony cel”) zostały natychmiast zmanipulowane przez prasę – i oto dodatkowym elementem nieuniknionej tragedii będzie wykorzystanie samego Ojca Świętego jako prowokatora mimo woli. Tak rysujące się determinanty stwarzają stan najwyższej konieczności, w którym zdawało by się żaden człowiek nie może już odwrócić fatalnego biegu zdarzeń.
Teza
Bliska realność rozwiązania wojennego latem 1877 r. nie ulegała wątpliwości w gabinetach dyplomatycznych, sztabach i kantorach bankowych jak Europa długa i szeroka (co wykażemy sięgając do źródeł, świadectw i dokumentów z epoki, także zasięgając opinii najwybitniejszych współczesnych ekspertów). A jednak zdarzyło się coś, czego mężowie stanu ani wojskowi, ani lichwiarze nie włączali w ogóle w swoje rachuby. Nasz film dowodnie uzasadni tezę, że to właśnie poprzez Gietrzwałd pożoga i zagłada wojenna została światu tym razem oszczędzona – a Polacy otrzymali „promesę niepodległości”: łaskę autentycznego zjednoczenia narodowego i program prawdziwej pracy organicznej, która zaowocuje cztery dekady później, w roku 1918.
Ukazanie fenomenu Gietrzwałdu właśnie na tak poszerzonym tle – z uwzględnieniem wątków politycznych, wojennych, a nawet szpiegowskich (sic!) – będzie całkowitym novum, nawet dla osób bliżej zaznajomionych ze sprawą gietrzwałdzkich objawień.
Bohaterowie
Oto gwiazdorska obsada tego pasjonującego polityczno-mistycznego dramatu: „żelazny kanclerz” Bismarck, szef sztabu von Moltke i cesarz Wilhelm I, książę-minister Gorczakow i car Aleksander II i jego generalicja, cesarz Franciszek Józef i jego premier Andrassy, królowa Wiktoria i jej premier Disraeli, Francuzi z Gambettą i Mac Mahonem, a także sułtan Turecki i podbici przezeń Bułgarzy – w naszej filmowej opowieści będą to jednak wszystko postaci epizodyczne. Na pierwszym planie zobaczymy bowiem sylwetki dwóch młodziutkich wizjonerek: Justyny Szafryńskiej i Barbary Samulowskiej. Przedstawimy także ich późniejsze losy – prowadzące w wypadku Barbary poprzez życie zakonne aż do śmierci w opinii świętości (w roku 1950, w Gwatemali), a w wypadku Justyny, która wybrała powrót do życia świeckiego, owiane tajemnicą (którą postaramy się przynajmniej w części rozwikłać). Jako najważniejsze postaci drugoplanowe zarysują się wyraziste figury dzielnych księży – przede wszystkim proboszcza Weichsla, księdza doktora Hiplera i biskupa Kremenza.
Produkcja
Na film złożą się: współczesne zdjęcia dokumentalne, krajowe (Gietrzwałd, Olsztyn, Warszawa, Krasiczyn, Warcino) i zagraniczne (Rzym, Wiedeń, Paryż, Londyn, Berlin, Petersburg, Moskwa, Stambuł, Bułgaria, Gwatemala); oryginalne animacje i kameralne inscenizacje; ikonografia, prasa, dokumenty, rysunki, malarstwo, fotografie z XIX i XX w.; archiwalia filmowe, m.in. ujęcia z frontów I i II wojny światowej; oryginalna muzyka i efekty dźwiękowe; wywiady z ekspertami z kraju i zagranicy, historykami i teologami, świeckimi i duchownymi.
Na „filmowość” naszej opowieści pracować będą również zaskakująco „nowoczesne” elementy scenografii i rekwizyty, jakie na dobre już zagościły w pejzażu tamtej epoki: kolej żelazna, telegraf, szybkostrzelne karabiny, maszyny drukarskie, aparaty fotograficzne i telefoniczne (możliwe do wykorzystania w ww. inscenizacjach).
Sobota: we Wiedniu premiera filmu Grzegorza Brauna „Gietrzwałd 1877. Wojna światów” podczas Targów Książki Patriotycznej
W najbliższą sobotę 14 września o godzinie 12 w sali Emaus przy kościele na Rennwegu (adres dla GPS: Strohgasse 24) rozpocznie się zagraniczna, wiedeńska premiera filmu Grzegorza Brauna „Gietrzwałd 1877. Wojna światów”. Po zakończeniu reżyser będzie odpowiadał na pytania widzów przez około dwie godziny. Będzie również możliwość zakupu książek Brauna, uzyskania dedykacji. Na stoisku Capitalbook będzie również do nabycia książka Leszka Szymowskiego „Operacja Okrągły Stół”, do której autorem przedmowy jest Braun.
Premiera filmu Brauna będzie kulminacyjnym momentem Targów Książki Patriotycznej, które będą się odbywać we Wiedniu w sobotę i niedzielę 14go i 15go września, w sali Emaus.
Wśród gości: Leszek Szymowski (organizator imprezy), Witold Gadowski, Wojciech Sumliński, Stanisław Michalkiewicz, Tomasz Sommer, Marcin Rola, Piotr Szlachtowicz, Anna Mandrela, Lucyna Kulińska, Adam Wielomski, Magdalena Ziętek – Wielomska, Piotr Heszen i inni.
Wydawcy: Capitalbook, de Reggio, 3Dom Media, Wektory,