Jak wiadomo, pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Toteż kiedy za sprawą premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, który zadzwonił do amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa i przekonał go, by niezwłocznie rozkazał amerykańskim lotniskowcom i innym siłom zbrojnym wykonać „miażdżące” uderzenie na złowrogi Iran, wydawało się, iż na Bliskim Wschodzie wybuchła kolejna wojna.
Wydawało się też, że prawda przestała już obowiązywać, a nawet – że w ogóle przestała się liczyć – bo jej miejsce zajęła propaganda wojenna, która rządzi się zupełnie innymi prawami. Wkrótce jednak się wyjaśniło, że żadnej wojny nie ma. Wprawdzie „ponaddźwiękowe dzidy”, zarówno amerykańskie i izraelskie, a także irańskie zaczęły latać tu i tam, a nawet spadać, a potem wybuchać, siejąc wokół śmierć i zniszczenie – ale okazało się, że nasze zaniepokojenie o losy prawdy było całkowicie nieuzasadnione. I to nawet nie dlatego, że jeszcze za głębokiej komuny Radio Erewań wyjaśniło ponad wszelką wątpliwość, że żadnych wojen już nie będzie, ale za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu, ale z całkiem innego powodu. Jak bowiem wkrótce wyjaśnił amerykański sekretarz wojny Peter Hegseth, to, co naiwnie mogliśmy uważać za kolejną wojnę, żadną wojną nie jest, Okazało się, że Stany Zjednoczone „nie są w stanie wojny” ze złowrogim Iranem, a to, co wydawało nam się „wojną”, to tylko „Epicka furia”.
Świat odetchnął z ulgą, bo chociaż ponaddźwiękowe dzidy nadal latały tu i tam i wybuchały, to tylko z powodu wspomnianej „furii”, która w dodatku została opatrzona przymiotnikiem „epicka”. I całe szczęście – bo gdyby nie to, moglibyśmy sobie pomyśleć, że mamy do czynienia z furią psychiatryczną, a tak, to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niejasne jest w tym wszystkim tylko to, co konkretnie takiego powiedział amerykańskiemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu.
Oficjalna wersja głosi, że powiedział mu, iż nadarza się okazja, by przy pomocy jednej ponaddźwiękowej dzidy zabić jeśli nawet nie wszystkich, to większość członków najwyższych władz złowrogiego Iranu, którzy zebrali się w Teheranie, by się namawiać, jakie stanowisko zająć podczas kolejnej tury trwających właśnie negocjacji pokojowych ze Stanami Zjednoczonymi. Wprawdzie mordowanie negocjatorów nie jest specjalnie ładne, ale cóż znaczy estetyka w porównaniu z okazją, która raz stracona, może być stracona na zawsze?
Takiej okazji nie przepuściłby zwłaszcza uważny czytelnik dzieła Mikołaja Machiavellego „Książę”, w której autor przypomina, że „Rzymianie nie pozwalali dojrzewać niebezpieczeństwom przez uchylanie się od wojny.” Któż bowiem nie chciałby, by spadł na niego chociaż niewielki ułamek chwały starożytnych Rzymian? Nikogo takiego ani w Ameryce, ani u nas, na szczęście nie ma, więc dzięki temu lepiej rozumiemy skwapliwość prezydenta Trumpa, by z takiej wyjątkowej okazji skorzystać.
Inna sprawa, że na tym świecie pełnym złości zaraz pojawi się jakaś Schwein, jakiś „cham i łyk”, o którym w nieśmiertelnym poemacie „Caryca i zwierciadło” pisze Janusz Szpotański: „Gdy car prorocze ma widzenia,
zawsze je spłyci cham i łyk.
Dlatego muszą być więzienia,
zsyłka i łagier, kat i stryk”.
Otóż „chamy i łyki” twierdzą, że premier rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu powiedział prze telefon prezydentu Donaldu Trumpu coś zupełnie innego: wiecie, rozumiecie, Trump. Wydajcie natychmiast lotniskowcom rozkaz uderzenia na złowrogi Iran, bo inaczej opublikujemy nagrania, jak na wyspie Epsteina bzykacie panienki i będziecie mieli piekło w domu. Oczywiście nie ma w tym ani słowa prawdy, chociaż z drugiej strony, czy mamy zawdzięczać tylko przypadkowi fakt, że akurat wtedy Pierwsza Dama USA, po raz pierwszy w historii świata zasiadła w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w charakterze przewodniczącej amerykańskiej delegacji? Z podobnym precedensem mieliśmy do czynienia w XIX-wiecznej Francji za cesarza Napoleona III, który też nie folgował sobie z panienkami. Cesarzowa Eugenia jednej takiej nawet zrobiła wygowor: „mademoiselle, zabijasz cesarza” – ale przy okazji wymusiła na cesarskim małżonku zgodę, by mogła przewodniczyć obradom Rady Ministrów. Żeby uniknąć piekła w domu, to znaczy – w pałacu – Napoleon III dla świętego spokoju się zgodził.
Jak tam było w Waszyngtonie, tak tam było; zawsze jakoś było – ale nie to jest takie znowu ważne, tylko co innego – jak mianowicie wojna, a nawet nie wojna, tylko zwyczajna „Epicka furia”, wpływa nie tylko na nasz stosunek do prawdy, ale i na całe nasze życie duchowe. Weźmy takiego pana generała Romana Polko, który na szczęście niczym już nie dowodzi. Na wieść o tym, że złowrogi Iran, zamiast potulnie podkulić ogon pod siebie i złożyć na klęczkach hołd bezcennemu Izraelowi – żeby już nic nie zakłócało realizacji idei Wielkiego Izraela, z którą Beniamin Netanjahu „czuje się związany” – wystrzeliwuje w jego kierunku swoje „ponaddźwiękowe dzidy” – pan generał porównał Iran do szczura zagonionego w pułapkę.
Jestem pewien, że nawet gdyby takie porównanie przyszło mu do głowy w stosunku do ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, to w tej samej chwili splamiłby mundur i to od środka. A dlaczego? A dlatego, że zgodnie z rewolucyjną teorią, wojna która prowadzi prezydent Zełeński jest „sprawiedliwa”, podczas gdy ta, którą prowadzi złowrogi Iran, jest „niesprawiedliwa”. Co prawda, skoro USA nie prowadzą przeciwko Iranowi żadnej „wojny”, to i Iran przeciwko Ameryce i Izraelowi też – ale z drugiej strony ludowe przysłowie powiada: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. I jak w tym zamieszaniu szukać prawdy? Nie tylko „jak” – ale i po co?
Weźmy takiego premiera Hiszpanii. Skrytykował prezydenta Trumpa, że złamał prawo międzynarodowe, w związku z czym Hiszpania odmówiła amerykańskim samolotom możliwości korzystania z baz na terenie tego kraju.
W odpowiedzi prezydent Trump, rozmawiając z potulnym niemieckim kanclerzem Fryderykiem Merzem, zapowiedział zerwanie z Hiszpanią stosunków handlowych i oświadczył, że w ogóle nie chce z nią mieć nic wspólnego. Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić sytuację, w której prezydent Trump w ten sposób podsumowałby pana prezydenta Karola Nawrockiego, albo Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje – obywatela Donalda Tuska? Jeśli nawet ani jeden, ani drugi nie umarłby natychmiast na zawał serca gorejącego, to resztę życia spędziłby na pokucie w nadziei na odpuszczenie grzechu.
Podobnie ze środowiskiem pretendującym do sprawowania rządu dusz w naszym nieszczęśliwym kraju. Żaden z przedstawicieli tego środowiska nawet nie ośmieli się zająknąć na temat roli bezcennego Izraela w tej całej „Epickiej furii” – dlaczego premier rządu jedności narodowej tego kraju „czuje się związany” z ideą „Wielkiego Izraela” i czy przypadkiem próby realizacji tej idei nie doprowadzą do podpalenia świata? Nie tylko zresztą o podpalenie świata tu chodzi – bo pojawiły się fałszywe pogłoski, że jak tylko dojdzie do zmłotowania złowrogiego Iranu, to ścisłe kierownictwo Chabad Lubawicz zamierza („W londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”) obwołać Beniamina Netanjahu Mesjaszem. I jak wtedy będzie wyglądał nasz dialog z judaszyzmem?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
NCZAS.INFO | Prezydent USA Donald Trump. Foto: PAP/EPA
Sekretarz stanu USA Marco Rubio polecił w poniedziałek amerykańskim dyplomatom na całym świecie, by przekonywali zagraniczne rządy do podejmowania działań, mających ograniczyć możliwości ataku ze strony Iranu – podała stacja ABC News.
Rubio zaapelował do dyplomatów USA, by przekonywali inne kraje do „podejmowania szybkich działań w celu ograniczenia możliwości atakowania naszych narodów i obywateli przez Iran i powiązane z nim grupy terrorystyczne” w związku z „podwyższonym ryzykiem ataku” ze strony Iranu i jego sojuszników.
Nie podano więcej szczegółów na temat ryzyka, lecz zaznaczono, że wspólne podejście to najlepsza strategia przeciwdziałania zagrożeniu.
„W naszej ocenie irański reżim jest bardziej podatny na zbiorowe działania niż na działania jednostronne i jest to bardziej prawdopodobne, że wspólna presja ma większe szanse na wymuszenie zmiany zachowania reżimu niż jednostronne działania” – napisano w rozesłanym komunikacie, cytowanym przez ABC News.
Dyplomaci w krajach, które nie uznały jeszcze Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i Hezbollahu za organizacje terrorystyczne, mają namawiać rządy do tego, by „szybko” to zrobiły.
Polecono, by dyplomaci przekazali powyższe informacje „na najwyższym właściwym szczeblu” do 20 marca.
Jak podkreśliła ABC News, administracja prezydenta Donalda Trumpa zabiega o zdobycie międzynarodowego poparcia dla swojej kampanii wojskowej przeciwko Iranowi, szczególnie w kontekście utworzenia koalicji, która miałaby na celu odblokowanie cieśniny Ormuz. W poniedziałek prezydent zapowiedział, że niedługo ogłosi, które kraje pomogą USA w zabezpieczeniu tej cieśniny.
NCZAS.INFO | Pentagon / fot. ilustracyjne / fot. David B. Gleason from Chicago / CC BY-SA 2.0 / Wiki
„Emerytowany generał Antonio Aguto, były dowódca jednostki odpowiedzialnej za wsparcie Ukrainy pozostawił w pociągu w Polsce tajne mapy wojskowe” – wykazało śledztwo inspektora generalnego Pentagonu. Generał miał też nabawić się wstrząśnienia mózgu w Kijowie po wypiciu dwóch butelek gruzińskiej czaczy.
Jak przekazał w poniedziałek portal „Military Times”, ustalenia te zostały zawarte w nowym raporcie inspektora generalnego Pentagonu na podstawie anonimowych donosów na gen. Aguto, który przeszedł w stan spoczynku w sierpniu 2024 r. Dotyczyły one wizyty generała w Kijowie w maju 2024 r., kiedy pełnił jeszcze rolę dowódcy zespołu SAG-U, jednostki koordynującej wsparcie dla Ukrainy.
Według raportu, podczas jednej z kolacji dowódca wypił dwie półlitrowe butelki gruzińskiej czaczy o zawartości 40-50 proc. alkoholu i był nietrzeźwy jeszcze następnego dnia, podczas spotkań służbowych, w tym z sekretarzem stanu USA Antonym Blinkenem. Raport ujawnił, że w tym stanie dowódca upadł na ziemię co najmniej trzy razy, nabawiając się wstrząsu mózgu.
Co więcej, podczas powrotu z Kijowa do bazy w niemieckim Wiesbaden, gdzie mieściła się siedziba SAG-U, zespół generała zostawił w pociągu w Polsce zapakowane w cylindryczne opakowanie wojskowe mapy opatrzone klauzulą „tajne”. Mapy zostały odnalezione dzień później, najwyraźniej nietknięte.
Choć to nie on osobiście zostawił mapy, gen. Aguto wziął na siebie odpowiedzialność za zdarzenie. Generał miał też tłumaczyć, że otrzymał ustną zgodę od dowódcy US Army Europe na wypicie więcej niż przepisowych dwóch porcji alkoholu ze względu na „kulturowe znaczenie” picia alkoholu podczas uroczystych kolacji. [Вот культурно !! md]
Jednostka kierowana przez generała od czasu jej założenia w 2022 r. odgrywała czołową rolę w dostarczaniu i koordynacji dostaw sprzętu na Ukrainę. W wyniku decyzji szczytu NATO w Waszyngtonie z 2024 r., rola ta została przekazana sojuszowi. [kogo z kim?? md]
Mamy się zbroić na potęgę w dodatku na koszt następnych pokoleń. Może więc warto poinformować dzieci w szkołach (przedszkolach?) i licealistów, że gdy już będą pracować, to kilkadziesiąt lat ich życia będzie znaczone obowiązkiem spłaty państwowych długów, które dziś zaciągamy.
Być może (zgodnie z nieoficjalnymi zapowiedziami), będą oni również płacić podatek wojenny, który ma sfinansować nie tylko ten dług, lecz również wysokie bieżące wydatki na zbrojenia, które – przypomnę – wynosić będą co najmniej 5% PKB rocznie.
Warto może uzmysłowić dzieciom i młodzieży, że być może przywrócona zostanie obowiązkowa służba wojskowa, bo musimy być gotowi na „rosyjską agresję”, która jest (jakoby) nieuchronna. Sądzę, że wypadałoby zapytać przynajmniej młodzież o zdanie na ten temat, a przede wszystkim, czy gotowi są na takie wyrzeczenia. Może przy okazji warto im wytłumaczyć, dlaczego czeka ich tak czarny scenariusz, bo to będzie już ich a nie nasze życie.
Przy okazji trzeba przygotować się na trudne pytania. Pierwsze z brzegu brzmi: dlaczego tak musi być? Dlaczego polityka „odstraszania” oraz gigantyczne i bezzwrotne wsparcie dla obecnych władz w Kijowie doprowadziły do zwiększenia, a nie zmniejszenia zagrożenia „agresją rosyjską”? Dlaczego utrzymywana również na nasz koszt milionowa armia ukraińska nie może dać sobie rady ze „słoniem na glinianych nogach”, który jest od ponad 10 lat „miażdżony” którymś tam pakietem sankcji? Dlaczego nikt nie dąży do pokoju, który zapewne będzie kosztować mniej niż wartość darmowego wspierania „walczącej Ukrainy”, bieżących zbrojeń i spłaty dziś zaciągniętych pożyczek.
Jeżeli w czasie tych spotkań zostanie (przy okazji) rozdany poradnik o „plecaczku”, z którym mamy uciekać przed „nieuchronną agresją”, to efekt tych działań może być zaskakujący: młodzież spakuje swoje manatki i profilaktycznie wyjedzie uciekając przed złym losem, który ich tu czeka. Gdzie wyjadą? Nie wiem, ale prawdopodobnie do państw, które nie będą zagrożone „rosyjską agresją”.
Tu wybór jest (i będzie) raczej niewielki. Cała zjednoczona Europa pod wodzą Pani Ursuli jest wroga wobec Rosji i musi finansować tę wojnę, wydając na to pieniądze w USA. To nasz wielki protektor i sojusznik, którego prezydent przyjaźni się z Władimirem Putinem, wyznaczył tę rolę „zjednoczonej Europie”, która już nie ma ruchu: musi być wrogiem Rosji aż do końca. USA i Rosja już zdecydowały, że Ukraina dwa lata po zakończeniu tej wojny przystąpi do… Unii Europejskiej. Ciekawe, czy zapytali o zdanie na ten temat Panią Ursulę.
Mamy już więc „naszą wojnę”, którą również możemy albo przegrać szybko, albo później, gdy już zabraknie pieniędzy na jej finansowanie. Bezspornie to będzie już tylko „nasza wojna”. Kolejne pokolenia być może nie zechcą spłacać naszych długów.
Na pytanie czy nasz świat popadł w samobójcze szaleństwo, odpowiedź może być tylko jedna: pogarda i nienawiść wobec kogokolwiek (w tym Rosji) jest najgorszym doradcą. Przecież warto zrobić bilans dotychczasowej polityki wschodniej i jej prognozę finansową na przyszłość. Ile już na tym straciliśmy? O zyski nie pytam, bo ich nie ma. Ile będziemy musieli jeszcze wydać? Czy coś zyskamy? Na to ostatnie pytanie pada niekiedy odpowiedź, że lepiej, aby za nasze pieniądze ginęli Ukraińcy niż Polacy.
Nie wiadomo dlaczego mamy ginąć na tej wojnie, ale być może przeoczyłem jakieś wydarzenie polityczne w postaci inkorporacji naszego kraju do Ukrainy (albo odwrotnie): w końcu to ponoć „nasza wojna” (czyja?).
Gdy poznamy prognozy przyszłych wydatków na tę wojnę na najbliższe 40 lat, to zastanowimy się, czy będą chętni, aby ponosić ten ciężar.
Nikt się ich nie będzie pytać czy będą chcieli, czy nie ! Będą płacić! Mnie też nikt nie pytał czy czy dobrze Się czuję jako ofiara konsekwencji utraty państwa w roku 1795, zafundowanej mi przez moich przodków..
====================
Frajerze leniwy !! Przecież Pan Profesor po to wypisuje swoje racje, by cię wkurwić, byś przestał się mazać – i walczył. Tamci przodkowie mówili: „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Cały wiek XVIII to był zjazd po równi, dobrze wysmarowanej tłuszczykiem.
Barbara Nowacka swoim podpisem złożonym 11 marca 2026r. pod rozporządzaniem w sprawie podstawy programowej wydała wyrok na „Pana Tadeusza”. Polska epopeja narodowa przetłumaczona na co najmniej 34 języki świata znika z kanonu lektur w polskiej szkole wraz z wieloma innymi arcydziełami ojczystej literatury.
Fragment rozporządzenia odnoszący się do lektur okraszony został błędem ortograficznym: „czyta w każdym roku szkolnym niemniej niż 4 dłuższe utwory literackie”. Widać skutki braków lekturowych tfu-rców rozporządzenia…
———————————–
„Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów,
Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,
Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.
Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,
Gadających przez nosy, a często bez nosów,
Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,
Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.
Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;
Bo Pan Bóg kiedy karę na naród przepuszcza,
Odbiera naprzód rozum od obywateli.
I tak, mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli,
I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,.
Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród;
Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory;
Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.
Była to maszkarada, zapustna swawola,
Po której miał przyjść wkrótce wielki post — niewola!”
[Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, Księga pierwsza]
Wtargnęli do nas hordą, ale nie dajmy sobie odebrać rozumu. Nie zmieniajmy wiary, mowy i praw.
Czytajmy „Pana Tadeusza”! To od dziś obowiązkowa lektura nieobowiązkowa wolnych Polaków – w każdym polskim domu, w każdej polskiej szkole.
„Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali” [św. Jan Paweł II].
A niezgodne z prawem rozporządzenie, które jest obchodzeniem zawetowanej przez Prezydenta ustawy Prawo oświatowe, podpisane przez B. Nowacką w sprzeczności z obowiązującą ustawą i łamiące Kartę Nauczyciela – domaga się adekwatnej reakcji polityków opozycji.
Jak zwykle większość przegapiła, a warto takich rzeczy pilnować. Chodzi mi o ważne ciągi dalsze wcześniejszych zdarzeń, które kiedyś, w bieżączce, nas mocno poruszały i angażowały, a były tylko odcinkiem dłuższej opowieści, o której śledzeniu końca zapomnieliśmy. W sumie wiedzieliśmy, że będzie ciąg dalszy, jakiś epilog, autobus z napisem „koniec wyścigu”, ale gonitwa czasów doczesnych, popędzanych medialnymi wrzutkami, odciągała naszą uwagę, co dopiero wobec zjawisk, które ze swym zwieńczeniem kazały nam czekać latami. Zapominamy. Żyjemy jak w przeciętym kłębku wełny: splatają się, zaczynają, kończą wątki, żaden nie jest linearny -kłębowisko bez początku i końca.
Pożytki z ciągnięcia tematu
A chodzi mi tu o przypadek pani Izy z Pszczyny, tej iskry z października roku kowidowego, która rozpaliła pandemiczne ulice w protestach błyskawicznych kobiet. Ale zanim przejdziemy do opisu tego fenomenu – jedna ważna uwaga. Ja pracowałem jako wydawca prasowy lat kilkadziesiąt. Miałem tę okazję, że można mi było – zgodnie z kodeksem etyki wydawców – rozmawiać z redaktorami naczelnymi na temat profilu gazety. Wydawca to taki ktoś jak producent filmowy, siedzi w cieniu, ale to on konstruuje całość przedsięwzięcia, łączy przekaz z komercją, dobiera i scenariusz, i reżysera tak, by ludzie kupili bilety, czyli w tym wypadku – gazetę.
Zawsze walczyłem z redaktorami naczelnymi o pociągnięcie tematu. Widziałem bowiem w wielu tekstach pierwsze odcinki ciekawych seriali. Jednak przytłoczeni, a właściwie poganiani przez bieżący wylew zdarzeń, bez ich priorytetyzowania, dziennikarze nie śledzili za często dalszych losów bohaterów, i zdarzeń. A to dawało małym wysiłkiem cierpliwej uważności teksty, które nie tylko badały ciąg zdarzeń w sposób koherentny, ale prowadziły do ogólnych, systemowych więc wniosków. Było to też dobrą przygodą dla odbiorcy, gdyż ten wspólnie z autorem odkrywał prawdę, która ukazywała się bez tez początkowych, za to w kolejnych odsłonach, warstwa po warstwie. Czytelnicy to lubili, dziś jest tu trochę inaczej, dziennikarze – nie bardzo.
I teraz wracamy do sensacji z Pszczyną. Przypomnę o kontekście: mamy czas kowidowy, rządzi PiS, ludzie siedzą po domach, młodzież chodzi po ścianach z nudów, bo szkoły – nagle, jak zamknięte – okazały się wcale nie miejscem codziennej udręki, ale czymś, za czym się tęskni z powodów rozrywkowo-towarzyskich. Nawet jak się tam katuje kartkówkami. W tych czasach, po ewidentnej inspiracji ze strony PiS Trybunał Konstytucyjny staje przed rozpoznaniem zgłoszonej jeszcze w 2019 roku przez 119 posłów partii Kaczyńskiego poprawki do „aborcyjnego kompromisu”.
Eugenika w służbie lewicy
Chodzi o to, że zgodnie z tego kompromisu ówczesnym brzmieniem dopuszczalna była aborcja z tzw. pobudek eugenicznych. Głównie chodziło o dzieci jeszcze w łonie matki podejrzewane o występowanie zespołu Downa. Samo takie podejrzenie, na podstawie dość często wątpliwych badań, kwalifikowało się do oficjalnej zgody na aborcję. W debacie wskazywano na przykłady aborcjowania całkiem zdrowych dzieci w wyniku nierzadko błędnego badania, pokazywano szczęśliwe dzieciaki z Downem i ich rodziców. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego wykluczyło tę pobudkę do aborcji.
Inaczej być nie mogło: trybunał stojący na straży Konstytucji musiał znać art. 38 ustawy zasadniczej, który gwarantuje obywatelowi ochronę życia. Każdego życia, nie tylko tego niepodejrzewanego o chorobę. Z drugiej strony odezwały się środowiska proaborcyjne: „kompromis aborcyjny” to było coś jak „puszka z Pandorą”, której otwarcie wzburzyło do tej pory w miarę spokojne fale morza dylematów skrobalnych.
Pani Iza z Pszczyny miała w ciąży problemy z dzieckiem o nieusuwalnych wadach, powodujących niezdolność do życia i małe szanse na donoszenie płodu. Płód obumarł, zaczęła się sepsa, lekarze przez swoją nieobecność zaniedbali swych obowiązków i brak terminacji ciąży spowodował nieodwracalne zakażenie organizmu matki. Pani Iza zmarła, o czym środowiska proaborcyjne przypomniały sobie dopiero po miesiącu, tak, by dopasować tragedię do tematyki protestów związanych z negowaniem orzeczenia Trybunału.
Jeszcze miesiąc wcześniej, kiedy zdarzyła się tragedia było cicho w tej sprawie, dopóki jej nie wyciągnięto ze szpitalnych papierów, bo pasowała jako żywe uzasadnienie morderczych intencji ustawodawców.
Środowiska lewackie nie mogły przepuścić takiej okazji. Wyglądało to na ich zagonienie w kąt, gdyż poprawka szła dalej w swych regulacjach – dysfunkcje płodu, jeśli tylko nie zagrażały życiu matki i dziecka przestały być powodem uzasadniającym legalną aborcję. Ale lewica przeszła tu do kontrofensywy – już nie mówiła o powrocie do dawnych regulacji, tych sprzed wykładni Trybunału, gdy nowela robiła porządek z deklarowaną w Konstytucji ochroną życia poczętego. Lewica ruszyła z postulatami kompletnego poluzowania prawa aborcyjnego – tak to jest z puszkami Pandory: dlatego się ich nie otwiera, bo nie wiadomo co z tego wyskoczy.
Dni zadymne
Postawy środowisk pro-life były godnościowe i spokojne, za to cała akcja przerodziła się po stronie lewackiej w dobrze zaplanowany proces o charakterze manipulacyjno-politycznym. Co do politycznego aspektu sytuację wykorzystano do wszczęcia histerii o mordowaniu kobiet na porodówkach – traumach o noszeniu trupów w łonach, za które został obwiniony Kaczyński i Kościół Polski. Miało to zabrać PiS-owi (i zabrało) sporo punktów w popularce. Ruch prolajfersów miał wyglądać na czarnoseciński, nieczuły na problemy kobiet, które miał traktować jak maszyny do rodzenia. Był to poważny cios w PiS, może oprócz kowidowych szaleństw sanitarystycznych, ale te miały charakter międzynarodowy w percepcji ludu. Miało być wywoływane i zostało wywołane ponadpolityczne poczucie wśród kobiet-sióstr, że są to cechy i cele nasze wspólne, na które zasadzają się konserwatywni politycy, mniejszość w postaci białych szowinistycznych świń. Poczucie większości ludu i słuszności postulatów było powszechne.
Drugim aspektem dni błyskawicznych był ich wyraźnie zaplanowany i koordynowany charakter manipulacyjny. Zagęściły się tłumy na ulicach, wylazły wszystkie już chyba „akcje bezpośrednie” zadymiarzy wszelakiej maści. „Nie wiadomo skąd” pojawił się symbol błyskawicy, do dziś znak-totem, po którym poznają się do tej pory dziewuchy „z tamtych dni”. W większości lewackich politycznych CV do dziś mamy wspominki tamtych lat, motywy na profilach. Całe organizacje marszów, dowcipne wielokroć teksty na transparentach. Pojawił się też wtedy format protestu w postaci tekturki do pizzy, kiedy na kartonach wypisywano swoje hasła. Najzabawniejsze było hasło „Przez protesty jem pizzę tylko dla kartonów”, napisane było na… kartonie od pizzy. W końcu dochodziło do deklaracji wprost, z których można było wyczytać, że: „nic wam do naszego zabijania naszych dzieci”, na plakaciku trzymanym przez… dziecko.
Trzeba też pamiętać, że mieliśmy wtedy do czynienia z czasami kowidowymi i młodzież głównie chciała się… przewietrzyć. Spotkać w większej paczce, pokazać fucka systemowi w szlachetnym w dodatku – podobno – celu. Ale mieliśmy do czynienia z ciekawym fenomenem: rządzący PiS przeganiał pałami każdy najmniejszy protest z powodów sanitarystycznych przepisów. Ale tylko wtedy, jak zbierali się protestujący przeciwko morderczym obostrzeniom. Tych łapano, wywożono, okładano pałami i kolegiami. Ale jak wyszły tłumy pod hasłami wręcz depopulacyjnymi w formach bezpośrednich, to nagle służby i pały nie interweniowały, choć do dziś wiele Julek uważa, że lano tam po głowach jak leci. Był to fenomen ciekawy, gdyż konserwatywny w końcu PiS u władzy tolerował marsze ewidentnie lewackie, zaś zgromadzenia antypandemiczne, w obsadzie głównie konserwatywnej, brutalnie rozpraszał i dyskryminował. Ale taki to ten PiS – ni pies, ni wydra.
Płoną kościoły
Zadymy uliczne, chodzące falami, głównie po stolicy, miały jeszcze jedną wyjątkową cechę – było to polowanie na bezczeszczenie kościołów. Wiadomo było wszystkim, że ta ustawa to było dzieło katolickich hierarchów, choć z moich z nimi rozmów wynikało, że oni nie bardzo chcieli tej nowelizacji, znając zasadę, że jak się ruszy te puszkę, to denko może walnąć w czoło. Manifestacje poruszały się od kościoła do kościoła jak w slalomie gigancie, ktoś tam miał wcale nie spontaniczną mapę w ręce i nie było to jedna para rąk. Ja sam pamiętam, jak z tiwttera, to było chyba przed Muskiem, czyli portalem X, wyczytałem, że kościół św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży jest w opałach. Podjechałem tam i rzeczywiście – kościół był otoczony praktycznie ze wszystkich stron, pisowska policja udawała, że się nic nie dzieje. Otoczyliśmy świątynię rzadkim kordonem i zaczęły nam nad głowami świstać butelki. Paru harcowników chciało się przedrzeć w celach bezczeszczenia, kilku spray’owców udało się pogonić. Tłum Julek (też fenomen tamtych czasów) poryczał, poprzeklinał i przeniósł się gdzie indziej.
Ale najważniejsza, ważniejsza niż same zadymy była historia Izy z Pszczyny. To była opowieść narracyjna – konieczna do takich awantur. Trzeba wiedzieć, że elektryzując tłumy należy im dać i poddać kwestie proste a jednocześnie – emocjonalne. Nie ma co gadać o nowelizacjach ustawy, trybunałach i politykach. To jakieś mgliste, nikt nie wyjdzie na ulice w sprawach urzędowo-regulacyjnych, czy pozycji w dziennikach ustaw czy czymś takim. Potrzebna jest personifikacja problemu, zwłaszcza w postaci ofiary czegoś, przed czym chcemy zaprotestować. Ma to być naoczny przykład jak to działa w rzeczywistości, a nie jakieś tam teoretyzowanie.
Personifikacja problemu
Tu uwaga! Zdarzenie i obiekt personifikacji nie muszą być do końca prawdziwe, tak jak było z tragedią pani Izy. Ta chciała donosić to dziecko do końca. Wcale nie była ofiarą strasznych regulacji Trybunału Kaczyńskiego. Było wiadomo praktycznie od początku co się tam stało. W Polsce od dawna jest równoległa do oficjalnej prywatna służba zdrowia, która w przypadku położnictwa działa w postaci umówionego lekarza, który „prowadzi” ciążę, umawia się też położną na całą akcję. Problem w tym, że takie ustawki personel szpitalny traktuje jako wyłączność danego lekarza i się nie wtrynia, w obawie o posądzenie o wyciąganie umówionego klienta konkurencji. I tak się stało w Pszczynie. Po prostu prowadzący olali sprawę, obecny personel opóźniał się z interwencją, bo czekali na zakontraktowanego lekarza i zdarzyła się tragedia.
Powtarzam – praktycznie wszyscy o tym mówili od razu, ale to już było po herbacie dla wzmożonych błyskawic. Dostały one suflowane uzasadnienie swego protestu, zaś ten, kto kontestowałby jego przyczyny faktami był jak obrazoburca plujący na dogmat podstawionej cierpiętniczki. A więc mordy w kubeł i na ulice.
Ostatnio sąd potwierdził fakt, że to nie Kaczor, nie Kościół, alezawinili lekarze, którzy mieli i prawo, i obowiązek interweniować, a zaniedbali i zdarzyła się tragedia.
Ale jakoś tak cicho z tym. Jak to – marsze milionów w sprawie, sprawa się wyjaśniła i każdy udaje, że się nic nie stało? Dlaczego tak się dzieje? Ano, jako się już rzekło – emocje społeczne, szczególnie te sztucznie wywoływane nie muszą mieć nic wspólnego z prawdą. Media się przecież nie przyznają do tego, że grzały fałszywy temat. Zaś sam odbiorca nie bardzo chce się przyznać (przed samym sobą w dodatku!) do tego, że się dał wtedy zmanipulować. Coś jak z czasami kowidowymi – wypieramy te czasy w postaci zapominania, nie własnych postaw, tylko tego, że się to w ogóle wydarzyło. Próżno więc szukać kajających się sióstr, Julek, co to tak walczyły, co dopiero znaleźć walącą się w pierś dziewczynę, która poszła w te marsze z naiwności wspólnej sprawy. W ten sposób ciągi dalsze takich historii nie doczekują swoich zwycięstw opartych na weryfikacji faktami. Te, jak na początku, były nieważne, tak teraz – są kłopotliwe.
Odgrzewane kotlety manipulacji
Joanna z Łodzi – performerka aborcyjna, tow obronie jej praw do terminacji ciąży miał się odbyć marsz miliona serc
I nie myślcie, że to nie są kotlety do odgrzania, o nie. Mamy wiosnę przed wyborami 2023 roku, jakoś tak to się zawsze zbiega z gorączką przedwyborczą i odpala się aferę z panią Joanną z Łodzi. Miała ona być ofiarą zesłania na nią policji z powodów takich to o to, że reżym Kaczyńskiego miał podejrzewać ją o chęć samoaborcji za pomocą piguły wczesnoporonnej. W rzeczywistości wszystko się odbyło by the book, czyli zgodnie z procedurami. Gościówa sama zadzwoniła do lekarki, ta uznała, że gada z samobójczynią, wysłano więc policję, co jest normalną procedurą przy targnięciach się.
Ale była to sytuacja, moi mili, przedwyborcza i znowu uruchomiła się maszynka podgrzewająca, by politycznie zdyskontować plotkę, że Kaczyński ma swoich ludzi nawet w dyspozytorniach pogotowia, którzy zsyłają do domu policję antyaborcyjną. Należy przypomnieć, że w ramach odgrzewania tego kotleta z pandemii i tematu aborcyjnego ładniutko różnicującego przedwyborczy elektorat, to w obronie tej paniusi miał się odbyć wielotysięczny marsz. Ktoś jednak się spodział, że bohaterka jest jednak źle dobrana, niesterowna, bo – w przeciwieństwie do śp. pani Izy – żyje i gada kompletne bzdury, tak kompletne, że nawet kompromitujące dla aborcjonistów, a ci już nagadali wszystko. Marsz cudownie przeistoczył się w marsz uśmiechniętych milionów serc, zmieniły się hasła, uznano bowiem, że już tłum jest tak napalony na PiS, że nie trzeba mu podsuwać tematu i bohaterów – wszystko już jest wzmożone odpowiednio czystą polityką.
Dzisiejszą ilustracją tego tricku jest kwestia słynnego programu SAFE. Nie dawało się uzyskać dużego wzmożenia w temacie jakichś pożyczek, oprocentowania w walucie obcej, parytetów produkcji własnej czy warunkowości. To w ogóle nie jest sexy. Ale jak się pokaże dyrektora Huty Stalowa Wola, to już mamy wszystko ustawione. Jest człowiek, jest krzywda i szaleństwo politycznych onuc, co to nie chcą dać roboty zdychającej (tak?) fabryce. Bez tego były do tej pory same teoretyczne gadki o przewagach i niechęci do skorzystania z okazji. Teraz – po zbiorowej personifikacji problemu – cała opowieść się domyka, jest ofiara i zrozumiały morał.
Co się stało naprawdę
I tak – sprawa pani Izy znalazła swój oczywisty koniec, jednak należy przypomnieć, że w czasach protestu zbijano ten argument powodami niedowodliwymi. Lekarze mieli bowiem nie podjąć interwencji z powodu „efektu mrożącego”. Po prostu medycy mają się generalnie wzdragać przed interwencjami i zmuszają ciężarne do naturalnych porodów i poronień, obawiając się, że zza szafy sali operacyjnej wyskoczy trójca Kaczor-biskup-prokurator i wsadzą wszystkich do ciupy, łącznie z instrumentariuszką. Wydawać się mogło, że taki argument z czapy już jest mocno zużyty w swojej nieweryfikowalności.
Ale nie – rzecznik rządu, pan Szłapka, zapytany zaraz po wyroku, czy te wszystkie akcje miały sens, skoro fakty okrutnie zweryfikował wyrokiem sąd – rzecznik z miejsca zagadał, że fakty faktami, ale „wszyscy wiemy” (ostateczny argument słuszności) jakie to były czasy, dusznej atmosfery i lekarze się bali i siedzą teraz (chyba) za biezdurno.
Jakie wnioski płyną z tej nauki? Ano kilka – po pierwsze, że trzeba uważać na swoje reakcje, zwłaszcza stadne, coraz mniej bowiem mamy spontanicznych tłumów. Po drugie: trzeba się starać weryfikować fakty, choćby – a właściwie zwłaszcza – kiedy te stają w sprzeczności z naszą uładzoną, a najczęściej medialnie wdrukowaną, prawdą. Nie należy się uchylać przed konfliktem poznawczym, tylko brać go za rogi: jedynie bowiem prawda może nam dać komfort integralności naszych poglądów z rzeczywistością. Po trzecie – śledźmy dalszy ciąg naszych fascynacji. Sami, skoro nie robią tego za nas dziennikarze, tfu – mediaworkerzy.
No i wniosek chyba najważniejszy: uważajmy z otwieraniem puszek Pandory. Prolajferzy zrobili to z pobudek szczytnych, acz naiwnych. Okazało się, że naruszenie „starego” kompromisu aborcyjnego doprowadziło nas na krawędź proaborcyjnej pragmatyki. Wtedy cieszono się, że przeżyją downowcy, dziś – po otwarciu tej puszki – mamy półprawną sytuację, że wystarczy jedna rozmowa przez telefon z uczynnym psychologiem, o tym iż brzemienna ma jakieś wewnętrzne niepokoje, wystarczy wystawiona telefonicznie diagnoza, którą się drukuje i idzie do szpitala, by legalnie uśmiercić najzdrowsze nawet dziecko. Takie to mamy korzyści grzebania w kompromisach.
Jak poinformował portal European Conservative, dwie trzecie osób ubiegających się o azyl, które w zeszłym roku wjechały do Niemiec, nie miało dowodu tożsamości. Według danych dotyczących azylu opublikowanych przez Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych prawie wszyscy migranci z krajów afrykańskich nie byli w stanie przedstawić żadnych dokumentów tożsamości.
Imigranci – zdjęcie ilustracyjne / Fronte
Brak dokumentów tożsamości
Władze Niemiec zarejestrowały 113 236 imigrantów w wieku powyżej 18 lat, którzy w zeszłym roku po raz pierwszy złożyli wniosek o azyl. Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych 74 089 z nich nie posiadało dokumentów tożsamości. Stanowi to 65,4% i najwyższy odsetek, jaki kiedykolwiek odnotowano.
W 2024 r. odsetek niezidentyfikowanych imigrantów był już znaczny. W tym czasie 72 620 ze 145 401 osób ubiegających się o azyl po raz pierwszy w wieku powyżej 18 lat nie posiadało żadnych dokumentów, co stanowi 49,9%.
Skala problemu
Dalsze spojrzenie wstecz na statystyki podkreśla skalę problemu. Według oficjalnych danych od 2018 r. do Niemiec przybyło ogółem 897 699 osób ubiegających się o azyl po raz pierwszy w wieku powyżej 18 lat. Spośród nich 51,5% nie było w stanie przedstawić żadnych dokumentów tożsamości.
AfD krytykuje Merza
Liczby te wywołały krytykę ze strony Alice Weidel, liderki prawicowej partii Alternative für Deutschland (AfD). Pisząc na X, powiedziała:
“Nawet pod rządami Merza rząd nie ma kontroli nad tym, kto przybywa do kraju. Zmiana polityki migracyjnej nastąpi tylko w przypadku AfD!”.
Kryzys migracyjny
Kryzys migracyjny w Europie został zapoczątkowany w 2015 roku przez ówczesną kanclerz Niemiec Angelę Merkel. Już wówczas sprowadzano do Europy ludzi, co do tożsamości których istniały podejrzenia.
Wojna PO-PiS zrobiła z polskiej polityki szambo, w którym wypominanie komuś kim byli (lub rzekomo byli – nie ma to żadnego znaczenia) jego rodzice jest jedną z metod walki. W przypadku PiS takie metody nazywam sowieckim typem antykomunizmu.
Nie wiem czy zaczęło się od „dziadka z Wehrmachtu”, wiem że robili to jedni i drudzy. W „Gazecie Wyborczej” zupełnie niespodziewanie objawił się zapał lustracyjny, gdy trzeba było po chamsku wypomnieć profesorowi Sławomirowi Cenckiewiczowi kim był jego dziadek – tak, jakby miał on na to jakikolwiek wpływ. Tacy lustratorzy zawsze będą tłumaczyć: „Może wpływu nie miał, ale warto wiedzieć kto skąd pochodzi”. To dość prymitywna zasłona dymna, bo ciekawość świata i otwartość poznawcza to ostatnie cechy, jakie można przypisać inkwizytorom. Inkwizytorom z zawodu, pasji lub kompleksów.
Charakterystycznym przykładem roztaczania aury podejrzliwości wokół kogoś, tylko dlatego, że ma się inne poglądy (bądź zazdrości się jakości warsztatu) były wypowiedzi i tekst Piotra Gursztyna z „Sieci” o Piotrze Zychowiczu. Gursztyn oparł atak o… wypominanie Zychowiczowi przeszłości jego rodziców.
Człowiek, który zarabia pieniądze za tropienie domniemanych komunistów i „ruskich agentów”, najpewniej pełen pretensji do losu, że „spóźnił się na komunizm” bądź też chce być gwiazdą meczu po jego zakończeniu. Był tak rewolucyjnie zaangażowany, że dostał akces do TVP za czasów Jacka Kurskiego (miłośnika takich metod). I ten człowiek popadł w spotykany niekiedy syndrom upodobnienia do tego, z kim się walczy. Sowiecki typ antykomunisty.
„Na prawicy dla wielu ludzi to ma znaczenie” – to Gursztyn o rzekomej przeszłości rodziców Zychowicza. To właśnie ten styl. Tchórzliwy (nie komunikujący się przy użyciu pierwszej osoby liczby pojedynczej), unikający wskazania, spersonifikowania podmiotu (z Marsa są ci „ludzie”?). To toksyczny sposób komunikowania się, w którym PiS się specjalizuje.
Wbrew wielu opiniom, trudno utożsamić z podobnym stylem Grzegorza Brauna (ale też wielu innych polityków używających wyrazistego języka) – ten nie atakuje personalnie, a jeśli nawet to robi to w tle jest zawsze jakaś sprawa, idea. Co więcej, mówi wprost, mówi jasno, nie roztacza atmosfery niepewności i domniemań. To wyraźna, choć dla wielu niedostrzegalna różnica.
Nie ma lepszego sposobu, by nabrać niechęci do KO niż oglądanie TVN. Nie ma lepszego sposobu, by nabrać niechęci do PiS niż oglądanie Republiki.
(fot. U.S. Customs and Border Protection, Public domain, via Wikimedia Commons)
Dlaczego część amerykańskich konserwatystów obawia się katolików? Esej udostępniony przez senatora Teda Cruza w mediach społecznościowych sugeruje odpowiedź na to pytanie. Autorka tekstu nazywa tradycyjnych katolików „pasożytami” i ostrzega, że mogą oni podważyć fundament amerykańskiego konserwatyzmu – chrześcijański syjonizm i bezwarunkowe poparcie dla Izraela w Partii Republikańskiej.
15 marca republikański senator z Teksasu Ted Cruz udostępnił na platformie X długi, antykatolicki esej opublikowany przez republikańskie syjonistyczne konto „Insurrection Barbie”, komentując go jako „najlepsze i najbardziej kompleksowe wyjaśnienie tego, z czym walczymy”.
Autorka tekstu twierdzi, że partia Republikańska jest wręcz przejmowana przez niewielką grupę katolików, którzy nie chcą już popierać idei „chrześcijańskiego syjonizmu”. Według niej, głównym źródłem wpływu na tę grupę mają być „twardogłowi zwolennicy Mszy łacińskiej”, zwłaszcza środowiska związane z Bractwem św. Piusa X (FSSPX), a także katolicy uznający istnienie kryzysu w Kościele.
Wśród osób i środowisk zaliczanych do tego „bloku” wymieniono portal apologetyczny Catholic Answers oraz takie postacie jak Tucker Carlson, Candace Owens, Nick Fuentes, Adrian Vermeule, Sohrab Ahmari, Patrick Deneen i Gladden Pappin. Autorka zaznacza przy tym, że „zwykli katolicy” „nawet nie wiedzą, że to się dzieje”.
Autorka artykułu używa wielu ostrych i kontrowersyjnych określeń wobec rzekomego katolickiego bloku w Partii Republikańskiej. Padają takie sformułowania jak „pasożyty”, a także oskarżenia o „kradzież” i „powolne zatruwanie istniejących instytucji”. W jej opinii katolicy odwołujący się do nauczania św. Tomasza z Akwinu „stosują średniowieczny schemat teologiczny” przeciwko chrześcijańskiemu syjonizmowi.
Zarzuca im również, że ich celem nie jest szerzenie Ewangelii, lecz bycie „oszustami i naciągaczami” oraz wzbudzanie wątpliwości wobec ideologii chrześcijańskiego syjonizmu.
Esej krytykuje także katolicką doktrynę społecznego królowania Chrystusa, przedstawiając ją jako rzekomą „teokratyczną monarchię”, w której duchowieństwo rządzi społeczeństwem. Zdaniem autorki wizja ta stoi w sprzeczności z ideą chrześcijańskiego syjonizmu.
Pisze ona wprost, że współczesny amerykański konserwatyzm „opiera się na twierdzeniu teologicznym”, według którego „Bóg zawarł wieczne, bezwarunkowe przymierze z narodem żydowskim, że współczesne państwo Izrael jest wypełnieniem proroctwa biblijnego i że chrześcijanie, którzy „błogosławią Izrael”, wykonują bezpośredni boski nakaz”.
Jeśli takie myślenie rzeczywiście podzielają politycy Partii Republikańskiej, może to tłumaczyć ich niemal bezwarunkowe poparcie dla Izraela i jego zbrodniczych działań.
Autorka obawia się, że kandydat Republikanów w wyborach prezydenckich w 2028 r. może już nie składać „tych samych wyraźnych zobowiązań wobec ewangelikalnej teologii Izraela, jakie składał każdy republikański kandydat od czasów Reagana”.
Ostrzega, że w przyszłości partia zostanie zdominowana przez katolicki i prawosławny „nacjonalizm”, a protestanci nie będą mogli już narzucać swojej teologicznej wizji chrześcijańskiego syjonizmu. „Relacja USA–Izrael będzie traktowana jako interes podlegający negocjacji, a nie biblijny imperatyw” — czytamy w artykule.
Ponieważ wielu katolików w internecie protestowało przeciwko poparciu Teda Cruza dla tego eseju, sam senator próbował później złagodzić swoją wypowiedź. – Odczytałem to dokładnie odwrotnie. Desperacko POTRZEBUJEMY zachować silny sojusz wiernych katolików i ewangelikalnych protestantów – to była podstawa współczesnego ruchu konserwatywnego. Artykuł pokazuje, jak szkodliwe są skoordynowane wysiłki, aby wbić między nich klin – napisał na X 16 marca.
Jeszcze przed udostępnieniem eseju Cruz stwierdził również, że hasło „Christ is King” („Chrystus jest Królem”) ma być rzekomo antysemickim „internetowym kodem” oznaczającym nienawiść wobec Żydów.
Szef węgierskiej dyplomacji Peter Szijjarto stwierdził w poniedziałek, że minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski skłamał, mówiąc, że Węgry przyznały, że przebiegający przez Ukrainę rurociąg Przyjaźń wymaga naprawy – przekazał rzecznik rządu w Budapeszcie Zoltan Kovacs.
– Radosław Sikorski kłamie na temat tego, co powiedziano podczas posiedzenia Rady do Spraw Zagranicznych UE w sprawie rurociągu naftowego Przyjaźń – powiedział Szijjarto, cytowany na platformie X przez rzecznika węgierskiego rządu.
Szef dyplomacji rządu Tuska twierdził wcześniej jakoby Węgry przyznały, że rurociąg wymaga naprawy. – Kiedy ostatni raz się tutaj spotkaliśmy, to mój węgierski kolega argumentował, że rurociąg jest w pełni sprawny. Dzisiaj już przyznał, że nie jest sprawny i wymaga naprawy – zauważył minister.
Sikorski uznał przy tym, że Węgry powinny jego zdaniem „dogadać” się z Ukrainą. Oznajmił, że zaoferował swoją mediację w rozmowach między stronami.
Szijjarto odrzucił twierdzenie polskiego odpowiednika, stwierdzając, że rurociąg Przyjaźń jest w pełni sprawny, a dostawy ropy nie zostały wznowione z powodu decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego – przekazał rzecznik władz w Budapeszcie.
Pod koniec stycznia rurociąg Przyjaźń, transportujący rosyjską ropę na Węgry i Słowację przez Ukrainę, został uszkodzony w rosyjskim ataku. Władze w Kijowie zapewniają, że ropociąg jest remontowany, ale rząd Viktora Orbana utrzymuje, że ukraińskie władze celowo wstrzymują wznowienie tranzytu, stosując w ten sposób szantaż skierowany przeciwko Węgrom.
Władze Węgier zapowiedziały blokadę 90 mld euro unijnej pożyczki dla Ukrainy oraz zablokowały przyjęcie 20. pakietu sankcji na Rosję. Wydały również zakaz eksportu ropy naftowej i niektórych paliw oraz umożliwiły wykorzystanie części rezerw, a także zapowiedziały wprowadzenie limitów cen, które mają chronić indywidualnych konsumentów i firmy przed skutkami wzrostu cen ropy na światowych rynkach.
Straż graniczna i policja rozbiła zorganizowaną grupę przestępczą, która wprowadzała do obrotu fałszywe zaświadczenia o podjęciu studiów. W efekcie kraj musi opuścić ponad 100 obcokrajowców.
Chodzi o firmę z Iławy, pośredniczącą w zatrudnianiu cudzoziemców w lokalnych przedsiębiorstwach. Ich proceder przestępczy polegał m.in. na wprowadzaniu do obrotu fałszywych zaświadczeń o podjęciu studiów w szkołach wyższych w Gdańsku oraz w Warszawie. W ten sposób nielegalnie ułatwiali możliwość pobytu obcokrajowcom w naszym kraju.
Zatrzymane osoby usłyszały zarzuty m.in. udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i podrabiania dokumentów. Grozi im do 8 lat pozbawienia wolności. Z kolei przedsiębiorcom zatrudniającym „na czarno” grozi kara grzywny do 50 tys. zł.
Imigranci z fałszywymi papierami pochodzili z Kolumbii, Wenezueli, Gwatemali, Peru, Zimbabwe, Kuby, Mołdawii i Ukrainy. W przypadku 105 osób wszczęto procedurę administracyjną zobowiązującą do powrotu do macierzystego kraju.
Polacy jednak wciąż jeszcze łykają poliniacką propagandę, i póki co nie przeszkadza im, że pomału są wypierani z własnej ziemi. Wzrost kosztów energii, kosztów życia, bandyterka, straszenie wojną, panoszenie się antypolskiej władzy, bezczelność Ukraińców i Żydów. Żadna rządząca siła polityczna nie chce niczego zmieniać, wszyscy oni szabesgoje, z pocałowaniem tyłka pozwalają satanistom na wszystko w Polsce.
A więc wojna! Tymi słowy oznajmił Józef Małgorzewski, spiker Polskiego Radia, 1 września 1939 roku napaść Niemiec na Polskę. Tych słów mogli użyć spikerzy radia irańskiego, a także izraelskiego i amerykańskiego w dniu 28 lutego 2026 roku. A więc znów wojna, i wiele wskazuje na to, że światowa. Tej ukraińskiej jeszcze nie zakończyli, a zaczęli irańską, a w kolejce już czeka kubańska.
Cóż to może jednak obchodzić przeciętnego Polaka, nadwiślańskiego konsumenta kebaba, pizzy tudzież diety pudełkowej? Micha jest, rozrywa na ekranie jest, na kwadracie można się nadal zamelinować, na wczasy wciąż wypuszczają, Dubaj przecież można zamienić na Kanary, i wszystko po staremu. Całkiem wielu takich w Polsce, nie myślących zbyt wiele, zaaferowanych produkcją osobistego nawozu. Skoro micha jest, nieważne, kto ją wydaje, a martwić się będą, jak michy nie będzie. Niestety, motłochu ci u nas dostatek.
Dla tych jednak, którzy wciąż zachowali elementarne odruchy Homo Sapiens, kieruję tą wiedzę. Nasi wielcy sojusznicy, którzy nas zapewniają, że mają zamiary wyłącznie pokojowe, i że dadzą nam bezpieczeństwo są wojennymi podżegaczami i agresorami, Polaków zaś mają za nic, a Polskę traktują jak kolonię, kraj Trzeciego Świata, strefę zgniotu, poligon. Zróbmy więc krótki przegląd wspaniałych inwestycji obronnych, którymi tak lubią chwalić się politykierzy w Polsce:
Baza w Radzikowie, zapewniająca osłonę przeciwrakietową terytorium USA.
Tajne więzienie CIA w Starych Kiejkutach, gdzie służby USA przetrzymywały i torturowały ludzi, których uznały za wrogów, z pogwałceniem wszelkich praw i zasad.
Nadmiarowe zgony około 250 tys., co zrównuje plandemię z Wołyniem.
Nieformalne przystąpienie Polski do wojny z Federacją Rosyjską po stronie Ukrainy, określone w umowach między rządem III RP a Ukrainą z grudnia 2016 r. i z lipca 2024 r. Na ich mocy Ukraina otrzymała nieodpłatny dostęp do wszystkich zasobów państwa polskiego, w tym do terytorium i do uzbrojenia. Od lutego 2022 r. państwo polskie oddaje Ukrainie wszystko za darmo, szkoli armię tego państwa, leczy żołnierzy ukraińskich, udostępnia wielką bazę logistyczną w Rzeszowie-Jasionce, udostępnia terytorium i infrastrukturę dla produkcji ukraińskiego uzbrojenia, m.in. dronów i haubic.
Państwo polskie daje Rosji wiele powodów do ataku, a Polacy nie mają świadomości, myśląc, że Polska pomaga napadniętemu narodowi. W zamian Ukraina zaatakowała Polskę rakietą w Przewodowie, zabijając dwóch Polaków, twierdząc, że to Rosja, aby wciągnąć Polskę do wojny.
Rozbrojenie polskiej armii ze sprzętu, znanego i zgranego, przekazanego za darmo Ukrainie. W zamian rząd III RP zakupił duże ilości broni zagranicznej, w tym koreańskie samoloty bez uzbrojenia i czołgi z zatartymi silnikami. Silniki do amerykańskich Abramsów trzeba zaś remontować w Stanach.
Wpuszczenie na terytorium RP nieznanej ilości nieznanych ludzi z Ukrainy i Niemiec. Dzięki temu bardzo wzrosła przestępczość zwykła i zorganizowana, zagrożenie siatkami szpiegowskimi i dywersyjnymi, zagrożenie konfliktami etnicznymi, pojawiło się dużo pożarów i aktów sabotażu. Służby zawsze łapią Ukraińców, ale media zawsze mówią, że oni pracują dla Rosji.
Europejska Unia Obrony, koncept unijno-brytyjski, powstały na mocy rezolucji Parlamentu Europejskiego z 12 marca 2025 r. Wszystkie zasoby militarne państw członkowskich, w tym Polski mają znaleźć się pod jednolitym dowództwem unijnego Sztabu Generalnego. Ów Sztab ma decydować o zakupach zbrojeniowych, dowodzić wojskami, zarządzać przemysłem. Europa ma wygenerować nowe kredyty i podatki i zainwestować to na na Ukrainie, aby rozwijać tamtejszy przemysł. Ludność cywilna i majątki prywatne też mają znaleźć się pod tym zarządem, co oznacza powszechną militaryzację i uwspólnotowienie wszystkiego, w tym ludzi i prywatnych majątków. EUO nie zapewni bezpieczeństwa, ale za to zastosuje taktykę „spalonej ziemi” i wysiedli rdzenną ludność wedle potrzeb, określonych przez względy bezpieczeństwa Unii Europejskiej, narzucone przez Sztab Generalny.
Koalicja Chętnych, czyli nieformalny sojusz wojskowo-polityczny, zawiązany przez Francję, Wielką Brytanię i Niemcy w celu wspierania Ukrainy. Rząd Tuska dołączył do niego Polskę, niezgodnie z prawem.
Przygotowania do ewakuacji ludności z Polski, prowadzone przez rząd w Warszawie, połączone z przygotowaniami do powszechnej mobilizacji mężczyzn do armii. Coś takiego już było: bieżeństwo w 1915 r., czyli wielka ewakuacja ludności z zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego pod naporem wojsk niemieckich. Przesiedlono między 2 a 3 miliony ludności cywilnej w głąb Rosji, nie przeżyła tego około 1/3 bieżeńców.
SAFE / SEJF, czy jak to inaczej nazwą. Są dwie odmiany: unijna polega na zaciągnięciu wielkiego długu, za który Polska zapłaci za broń, której głównym producentem będą Niemcy. Już na wstępnie wiadomo, że część od razu pójdzie na Ukrainę, a znając dotychczasową praktykę, będzie to większość. Póki co, prezydent Nawrocki szczęśliwie zawetował. Wersja amerykańska to zakupy broni w Ameryce, finansowane oficjalnie z zysków NBP. Te zyski to kreatywna księgowość, polegająca na zmianie zapisów i przeksięgowaniu wartości złota, będącego rezerwą NBP. Faktycznie złoto polskie znajduje się poza Polską, więc możemy się domyślać, że zostanie ono już tam, gdzie obecnie jest, i nigdy do Polski nie trafi. My natomiast dostaniemy być może kiedyś to, co USA będą nam mogły przekazać. Nie będzie tego wiele, bo teraz priorytetem jest wojna irańska i uzupełnienie zapasów. Jeśli więc Polska coś dostanie, to być może będą to utylizowane zapasy Gwardii Narodowej. Oba pomysły nie są strategią wzmocnienia Polski, ale grabieży Polski, a ewentualne uzbrojenie kompletowane jest bez ładu, składu i sensu.
Francuski parasol atomowy nad Polską, tzw. „nuclear sharing”. Francja, która ma broń atomową i środki przenoszenia, przeniosłaby na terytorium Polski pewną ilość wyrzutni i głowić. Polska wybudowałaby infrastrukturę i poniosłaby koszty. Dowodzenie i decyzyjność użycia tej broni nadal znajdowałaby się poza Polską, jeśli więc Koalicja Chętnych czy europejski Sztab Generalny zechciałyby wystrzelić atomówki na Rosję, to mogliby zrobić to z terytorium Polski i spokojnie czekać na odwet, który spadłby na nasze głowy.
Plany NATO ataku na Rosję, wedle których zniszczeniu ma ulec Królewiec, a w którym armia i terytorium Polski odgrywa zasadniczą rolę.
Wycofanie się USA z dostarczania bezpieczeństwa w Europie w zakresie broni konwencjonalnej do 2027 r., opisane w strategiach Białego Domu i Pentagonu z listopada i lutego 2026 r.
Unia Europejska wciąż formuje wszystkie cele klimatyczne oraz umowę MERCOSUR.
Polska wciąż zamknięta jest na tanie węglowodory z Rosji.
Niemcy i Ukraińcy mają do Polski roszczenia terytorialne, ich zbliżenie może spowodować kolejny rozbiór ziem polskich.
Głównym łącznikiem tożsamościowym Ukraińców jest banderyzm.
To w skrócie przegląd najważniejszych inwestycji obronnych Polski i naszych sojuszników w nasze bezpieczeństwo. Nie ma co, wspaniałe sojusze, jak bardzo w ciągu dekady zwiększyliśmy nasze bezpieczeństwo, jak teraz jesteśmy spokojni o naszą przyszłość, o pokój, o dobrobyt, o los naszych dzieci. Rządowy Poradnik Bezpieczeństwa na pewno wszystkich ukoił. Te przedziwne decyzje, jakie podejmuje rząd w Warszawie wynikają jednak z pewnych fundamentalnych założeń geopolitycznych, które mają charakter dogmatów, to znaczy nie wolno o nich dyskutować, a kto próbuje, ten jest zły i agent Putina. Są one bardzo proste:
Rosja chce napaść na Polskę i na pewno to zrobi, jeśli nie zostanie odstraszona.
Sojusze Zachodu chcą i potrafią odstraszyć Rosję od ataku na Polskę.
I na tych dwóch założeniach dogmatycznych wisi cała polityka III RP. Nie są one w ogóle dyskutowane, gdyż prawie wszyscy w Polsce przyjęli to za dogmatyczny pewnik: politykierzy, pseudospecjaliści i dziennikarzełki. Za nimi łyknęła to opinia publiczna. Skoro wszyscy się na to godzą i nikt nie dyskutuje, to można na tym budować wszystko, co się chce, a raczej czego chcą nasi sojusznicy. Tyle, że to kompletnie bzdury: ani Rosja nie chce napaść na Polskę, ani Zachód nie chce i nie nie potrafi Polski obronić.
Cała ta hucpa służy tylko temu, aby Polacy robili sami ze sobą rzeczy szalone, i aby pozwolili sojusznikom na własną likwidację. Bo nasi sojusznicy chcą naszej ziemi i zasobów, ale nie nas. Szczególnie Żydzi czują wielki sentyment do tego miejsca i chcą mieć tu Polin, bo jest to miejsce strategicznie położone, z dużymi zasobami naturalnymi i przyjemnym klimatem. Dla Żydów jak znalazł, ich nowe Kanaan. Wszystkim decydentom na Zachodzie przeszkadzają więc Polacy, i chętnie zrobiliby coś takiego, aby tu nas nie było. Już zresztą zaczęli, przesiedlając na nasze terytorium ludność ukraińską za polskie pieniądze. Dalej będą chcieli skierować do nas strumień ludności afrykańskiej. Problemem jednak wciąż są Polacy.
Naturalne wymieranie demograficzne idzie zbyt wolno, wyszczepiło się zbyt mało, plecak ucieczkowy nie chwycił, prowokacje dronowe nie nabrały. Być może szykują coś grubszego po fałszywą flagą, aby sprowokować jakieś uderzenie odwetowe Rosji, lub aby chociaż ogłosić stan wojenny. Wówczas nasi sojusznicy mogliby ogłosić upragnioną dla nas ewakuację. Ileż to daje możliwości: mężczyzn można oddzielić od rodzin i gdzieś wysłać, zagarnąć kobiety dla muzułmanów, dzieci przejąć na janczarów. Opuszczona własność jako mienie bezspadkowe w całości mogłaby zostać zagospodarowana przez Sztab Generalny i udostępniona nowym osadnikom, oczywiście po rozliczeniu roszczeń z tytułu 447. W krótkim czasie wszystkie stare marzenia o Polin, Ukropolin, Judeopolonii, General Plan Ost, masońskim Wielkim Resecie, kabalistycznym Tikkun ha-Olam, przebudowie świata mogłyby się dokonać za jednym posunięciem. Trzeba by tylko zawczasu spacyfikować tych, co za dużo myślą, za dużo mówią, za dużo robią. Nasi wspaniali sojusznicy czuwają, patrzą i badają, na ile mogą sobie pozwolić.
Mamy obecnie dwie główne grupy sojusznicze: europejską i amerykańską. Grupa europejska, czyli euro-sataniści to Unia Europejska i Wielka Brytania. Reprezentują oni tożsamość masońską o przeważającej obediencji Wielkiego Wschodu, czyli rewolucyjnej. Grupa amerykańska, czyli amero-sataniści to USA wraz z ich administracją i Deep State. Dzięki Iranowi okazało się jawnym, że USA dowodzone są przez Żydów i realizują ich plany mesjańskie, co jest zgodne z wiarą tzw. „chrześcijańskiego syjonizmu”. Jest to herezja purytańska, zgodnie z którą współczesny Izrael jest tym starożytnym, biblijnym Izraelem, więc pobożny wyznawca musi wspierać to państwo i jego wojny, bo inaczej Bóg nie będzie błogosławił. Wyznawcy czekają na Paruzję, czyli ponowne nadejście Chrystusa. Wpierw jednak nastanie Armagedon, czyli wielka wojna sił dobra, prowadzonych przez Boga i jego ludzi z siłami zła, prowadzonymi przez szatana i jego ludzi.
Trump i jego sojusznicy są dobrzy i stanowią armię Boga, ich przeciwnicy są źli i należą do szatana. Im szybciej więc nastąpi Armagedon, tym szybciej przyjdzie Zbawiciel. W otoczeniu prezydenta Trumpa pełno jest charyzmatycznych pastorów, wyznających tą herezję, łatwo wpadających w religijny amok i wpływających na prezydenta. Dodatkowo cały establishment USA głęboko jest umoczony w ohydne praktyki Wyspy Epsteina, łącznie z gwałtami, mordami, szatańskimi rytuałami ofiarnymi, kanibalizmem. Najpierw ludzie ci uwierzyli, że są bogami i wolno im wszystko, dlatego mogą się zabawiać tak, jak im to podsunęły służby małego państwa. Po tych zbrodniach pozostały nagrania w małym państwie, i szantaże. Następnie decydenci tego państwa uwierzyli, że mają boskie posłannictwo, więc wszystko, co robią, jest święte i od Boga pochodzi.
To się spotkało z potrzebą, jaką odczuwają Żydzi w związku z mesjaszem. Po tym, jak odrzucili mesjasza prawdziwego, Jezusa Chrystusa, sami siebie mianowali mesjaszem zbiorowym, i od niemal 2000 lat dążą do jego przyjścia, które ma polegać na tym, że oni zdobędą władzę nad światem. Mesjańscy syjoniści oczekują więc takiej wojny, która da im takie panowanie, i konsekwentnie do tego dążą, destabilizując cały Bliski Wschód, odkąd powstało ich państwo. Dążą przy tym do odbudowy III Świątyni w Jerozolimie, a do tego muszą zburzyć dwa święte meczety na Wzgórzu Świątynnym.
Poza tym potrzebują Iranu dla jego złóż i położenia geograficznego. Zmusili więc Amerykanów, aby rozpoczęli wojnę – Armagedon, która dla Żydów jest wojną mesjańską. Widzimy tam ludzi, którzy nie tylko są szaleni tym, co robili na Wyspie Epsteina i w Gazie, ale również obłąkani religijnie, czy raczej opętani przez demony. Tak więc cały wysiłek USA to realizacja celów żydowskich panowania nad światem, zaś Unia Europejska to wartości Talmudu, jak trzy lata temu powiedziała pani von der Leyen na Uniwersytecie Ben Guriona w Negev. Okazuje się oto, że nasi sojusznicy są w amoku, zrobią wszystko dla Żydów, i układają nam przyszłość, w której nie ma Słowian, jak to opisał rabin Menachem Schneerson.
A Polacy zajmują się wciąż głupotkami i żyją dogmatami zachodnich satanistów, że całym złem świata jest Rosja, a oni są samym dobrem i uratują nas przed Rosją. Wedle dogmatów zachodnich satanistów dążenie Rosji do podboju zachodniego świata jest głównym napędem dziejów. Jednak rzeczywistość jest bardziej złożona, imperialne dążenia Rosji są tylko jednym z wielu procesów, tak samo, jak germański Drang nach Osten, o którym się dziś nie pamięta, a który wcale nie wygasł, a bardzo jest krwiożerczy.
Wszystkie opisy historii i współczesności cierpią na podstawową przypadłość: nie dostrzegają tego, co jest rzeczywistym napędem dziejów od niemal 2000 lat, a jest to Tikkun ha-Olam, czyli żydowska przebudowa świata. Według nich Bóg stworzył świat, ale mu nie wyszło, więc Żydzi będą go naprawiać. W tym celu muszą stać się „światłością świata” i „przewodnikami ludzkości”, aby dokonać zbawienia, a zbawienie to nastąpi, gdy przyjdzie ich mesjasz, a on przyjdzie, gdy oni będą panować nad światem.
Ten cel religijny został jednak ubrany w konkretną wiedzę geopolityczną, która współcześnie jawi się jako Teoria Heartlandu Halforda Mackindera. Dostrzega się tam, że Afryka, Europa i Azja stanowią największy na planecie obszar lądów, kto więc nim zawładnie, ten będzie rządził światem. Aby zawładnąć Heartlandem, obszarem rdzeniowym, należy władać jego centrum, które znajduje się w okolicach Morza Kaspijskiego. To umożliwi panowanie nad główną magistralą handlową świata, łączącą Wschód z Zachodem, zwaną od starożytności Jedwabnym Szlakiem. Współcześnie stracił on na znaczeniu dzięki temu, że od XVII w. większość handlu światowego przeniesiono na morza, co umożliwiło mocarstwom morskim: najpierw Holandii, potem Wielkiej Brytanii, w końcu USA zdobyć status hegemona globalnego. Procesowi temu towarzyszy wzrost roli pieniądza fiducjarnego, czyli pustego, dzięki czemu lichwiarze rządzą mocarstwem amerykańskim, a poprzez nie – światem. Wciąż jednak szlak ten może odżyć, i dać jego dysponentom wielką władzę kontroli nad przepływami wszystkiego.
Odkąd stracili wybraństwo i Świątynię, mają Żydzi dwa główne dążenia: przejąć władzę nad pieniądzem, i zdobyć władzę nad Wyspą Światową. Ich zabiegi wokół pieniądza i władza nad dolarem są już dość dobrze znane, natomiast pęd do władzy terytorialnej umyka uwadze. Dążeniem do opanowania Heartlandu niewątpliwie było nawrócenie na judaizm elit Chazarii pod koniec IX wieku, a po jej upadku – skierowanie strumienia osadnictwa na tereny obecnej Ukrainy i Polski. Tak należy rozumieć stałe dążenia Żydów do skolonizowania ziem polskich, uzyskania autonomii, a docelowo pełnej kontroli. Współczesne państwo ukraińskie również pasuje do tego wzorca, jako Nowa Chazaria, narzędzie w ręku władzy USA, które są pod władzą Żydów.
Te cele strategiczne Żydów jak ulał pasują do wszystkich inwestycji w bezpieczeństwo Polski i Polaków, które wymieniłem powyżej. Oznacza to, że zarówno nasi zachodni sojusznicy, jak i zarządcy III RP, jak i szeroka opinia publiczna w Polsce realizuje długofalowy plan żydowski. Powinno to powodować jakąś reakcję wśród miejscowych, zwłaszcza gdy zważy się, że istotną częścią tego planu jest usunięcie Słowian, w tym Polaków z odwiecznych siedzib, no ale czego tu wymagać, jeśli naszymi sojusznikami są sataniści. Nam też coś udzieliło się z ich opętania i teraz jako dobrowolni samobójcy pędzimy wprost w szeroko otwarte ramiona Żydów, którymi chcą nas objąć serdecznie w miłosnym uścisku Talmudu. Tym bardziej, że wojna irańska nie idzie po myśli amero-satanistów. Do powyższych inwestycji w bezpieczeństwo Polski należy więc doliczyć hipotetyczną operację Most-2, czyli przerzut Żydów z Izraela do Polski.
Mamy więc sytuację zarazem bardzo niewesołą i bardzo szczęśliwą. Niewesołość opisałem powyżej, co można streścić w zdaniu, że największym zagrożeniem dla Polski są nasi sojusznicy-okupanci, władze w Warszawie, które są im wierne, oraz zbiorowa samobójcza nieświadomość i gnuśność Polaków. Natomiast szczęśliwość tej sytuacji polega na tym, że nie jest ona raz na zawsze, a nasi sojusznicy-okupanci-sataniści wyraźnie tracą siłę i rezon. Atak Usraela na Iran pokazuje, że cele religijne przeważyły tam nad realistycznymi, tracą więc kontrolę nad sytuacją. Dotąd podstawą Pax Americana było przeświadczenie sojuszników USA, że są one tak potężne, iż mogą zapewnić bezpieczeństwo każdemu sojusznikowi na świecie, a kto się nie zgodzi na protekcję, tego zniszczą. Jak dotąd Usrael robił tak wielokrotnie, maskując to haggadą o wyższych celach, wartościach, demokracji, prawach człowieka. Zwykle wywoływał wojny i rewolucje, prowadząc do rzezi i nędzy, ale większość świata chciała znaleźć się pod okupacją Usraela, bo tam była stabilność i konsumpcjonizm.
To na naszych oczach spalili fanatycy Trumpa w atakach na Iran, a właściwie spaliło się w skutecznym oporze napadniętego państwa. Nie udało się obalić reżimu, tylko wymieniono przywódcę na młodszego i bardziej radykalnego. Scalono wewnętrznie Iran wokół władzy i islam wokół Iranu. Ataki odwetowe Iranu na bazy USA w krajach Bliskiego Wschodu pokazały, że USA nie potrafią zapewnić bezpieczeństwa. Blokada Cieśniny Ormuz, zagrożenie dla Morza Czerwonego, wydobycia, przetwórstwa i transportu ropy uderzyło nie w Iran, ale w cały porządek Zachodu, wiszący na ropie i petrodolarze. Dopóki było bezpiecznie i bogato, cały świat uznawał władzę Usraela. Gdy jednak Usrael sam to podpalił i nie potrafi ugasić, stopniowo będzie tracił sojuszników. Wygrywają na tym Rosja i Chiny, którym wystarczy tylko czekać, Iran zaś może sobie spokojnie wystrzeliwać tanie drony i rakiety, na które Usrael wystrzeliwuje najdroższą technikę, której nie potrafi uzupełnić. Oto cała potęga Usraela zredukowała się do kwestii, kiedy im zabraknie rakiet, i na jakie ustępstwa będą zmuszeni iść. Chyba, że użyją atomu, co byłoby jednak ich łabędzim krzykiem. Po czymś takim, jeśli ludzkość wciąż będzie istnieć, nie bardzo wyobrażam sobie, kto będzie chciał mieć z nimi coś wspólnego.
Polacy jednak wciąż jeszcze łykają poliniacką propagandę, i póki co nie przeszkadza im, że pomału są wypierani z własnej ziemi. Wzrost kosztów energii, kosztów życia, bandyterka, straszenie wojną, panoszenie się antypolskiej władzy, bezczelność Ukraińców i Żydów. Żadna rządząca siła polityczna nie chce niczego zmieniać, wszyscy oni szabesgoje, z pocałowaniem tyłka pozwalają satanistom na wszystko w Polsce. Jest jednak na szczęście jedna siła społeczno-polityczna w Polsce, która chce uratować Polaków przed zgubą, a siłą tą jest Konfederacja Korony Polskiej i Szeroki Front Gaśnicowy. Póki co, sami Polacy w większości nie chcą ratunku dla siebie samych, są bowiem w prozachodnim amoku, który prowadzi Polskę i Polaków do likwidacji. Otóż rozwiązanie polskich problemów, choć wielowątkowe i złożone, zaczyna się od rzeczy prostej: od normalizacji stosunków Polski z Białorusią i Rosją, dalej z Chinami i innymi państwami BRICS, dalej zakończenie wspierania państwa ukraińskiego i rozpoczęcie rozliczeń wszystkiego, co Ukraina winna jest Polsce. To początek długiej, acz wspaniałej drogi Polaków. Jeśli na nią wstąpimy, przed nami droga pełna możliwości, pokoju, dobrobytu i potęgi. Jeśli pozostaniemy bierni i nie wejdziemy na drogę współpracy ze Wschodem, zastąpią nas Żydzi, a oni będą już współpracować z kim będą chcieli bez żadnych uprzedzeń.
A więcej o tych rzeczach znajdą Czytelnicy w Poradniku świadomego narodu.
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przygotowuje nową ustawę po to, by w domenie akademickiej nie było dyskryminacji i wszyscy czuli się bezpiecznie. Obecnie tak nie jest, bo wśród studiujących jest ponad 50 proc. osób kobiecych, a z tytułem profesora tylko około 30 proc. Przy tym w rozmowach i, co gorsza, w dokumentach nie figurują jako profesorki, więc jakby się nie odróżniały od przedstawicieli płci męskiej. Czują się zatem dyskryminowane – tak w słowach, jak i tytułach. Ministerstwo chce to zmienić w ramach pakietu na rzecz równości na uczelniach. Zamierza wprowadzić obowiązek używania feminatywów, aby wyróżniać magistry (bo przecież magisterka to potocznie praca magisterska), doktorki, adiunktki (kto to wymówi?), rektorki, dziekany (bo dziekanka to potocznie urlop dziekański). Tym samym już od nowego roku dziekany będą mogły wysyłać studentów/-tki na dziekanki.
Jakoś nie podejmuje się jeszcze kwestii dyskryminacji, też językowej, pozostałych płci, których podobno są już dziesiątki, co prawda głównie płci kulturowych, ale dla osiągnięcia pożądanej kultury akademickiej i niedyskryminującego języka można się takich roszczeń niebawem spodziewać. Na razie ministerstwo – jak zaznacza w projekcie ustawy – koncentruje się na szeroko pojętej równości, ale będzie miało jeszcze wiele do zrobienia w tej kwestii.
Ma być też wprowadzony obowiązek uchwalenia przez senat każdej uczelni kodeksu etyki, choć urodzaj na kodeksy etyczne na różnych szczeblach akademickich od lat jest wielki. Gorzej z etyką, bo ta się ciągle pogarsza, a związane to jest z tym, że w praktyce kontynuowana jest konieczność akceptacji etyki nikczemnego postępowania wprowadzona przez ideologów komunizmu.
Stąd ci, którzy postępują zgodnie z etyką cywilizacji łacińskiej, są dyskryminowani, eliminowani, nie czują się bezpiecznie, a przeciwdziałania takim niegodziwościom ze strony ministerstwa i komisji etycznych najwyższego szczebla nie widać. Profesorom, także „doskonałym”, za nikczemne postępowanie żadna kara nie grozi. Mogą się czuć bezpiecznie.
Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 11 marca 2026 r.
Nikt nie chce uwierzyć, że to oni są złoczyńcami w tej historii. Nikt nie chce uwierzyć, że jego rządem kierują psychopaci, którzy wyrządzają niewyobrażalne zło populacjom na całym świecie, aby rządzić światem.
Znacznie przyjemniej jest wierzyć, że jesteście dobrymi ludźmi. Znacznie łatwiej pogodzić się z myślą, że rząd może tu i ówdzie popełniać niewinne błędy, ale ogólnie rzecz biorąc, jest siłą napędową dobra ludzkości i z pewnością przewyższa złoczyńców, z którymi prowadzi wojnę.
To jednak fikcja. To wygodne kłamstwo. Bajka, którą ludzie Zachodu opowiadają sobie, by uniknąć głęboko niewygodnej prawdy.
No other nation comes even close. Every nation that you have been taught to hate, every leader you have demonised, every government that you call “regime”, none come close to these numbers. N. Americans will hear this and still believe they’re the good guys. Irredeemable place.
Glenn Diesen @Glenn_Diesen
Prof. John Mearsheimer: Between 1971 and 2021, the US murdered 38 million people
12,8 tys.
===========================
Prawda jest taka, że to my jesteśmy złoczyńcami.
Jesteśmy terrorystami.
Jesteśmy tyranami.
Jesteśmy złym reżimem.
Nasi żołnierze nie bronią naszego kraju, oni mordują ludzi za obronę swojego kraju. Nie walczą o wolność i demokrację, walczą o pieniądze i władzę.
„Wtedy zdajesz sobie sprawę, że nie widziałeś niczego, co potwierdzałoby tezę, że ci biedni skurwysyni stanowią zagrożenie dla twojego domu. Rozglądasz się i widzisz wszystkich wykonawców zarabiających sześciocyfrowe pensje za naprawianie twojego sprzętu, szkolenie Irakijczyków, konserwację tych absurdalnych SUV-ów, którymi jeżdżą te kretyni z KBR. Zastanawiasz się nad tym, że każdy pocisk kalibru 25 mm kosztuje jakieś czterdzieści dolców, a twoja firma rozdaje to skurwysyństwo jak cukierki o smaku odłamków. Myślisz o całym paliwie, które zużywasz, o amunicji, pociskach i granatach. Myślisz o tym, że za każdym razem, gdy tracisz pojazd, armia kupuje nowy. Może zaczynasz dostrzegać, jak wielu ludzi zarabia krocie na ogromnych ilościach ludzkiego cierpienia.
„A potem idziesz na urlop i uświadamiasz sobie, że Ayn Rand nie ma pojęcia, o czym, kurwa, mówi. Uświadamiasz sobie, że Fox News, Limbaugh i John McCain nie szanują ciebie ani twoich kumpli. Nie obchodzi ich, czy dostaniesz paradę czy lożę po powrocie do domu, jesteś dla nich tylko rekwizytem.
„A potem wychodzisz i nienawidzisz wiadomości. Nienawidzisz apatii i morderstw dokonywanych w twoim imieniu. Dorastałeś, tak bardzo pragnąc być Lukiem Skywalkerem, ale uświadamiasz sobie, że byłeś w zasadzie szturmowcem, bezimiennym, bezimiennym strzelcem, dzierżącym włócznię dla imperium, i zaczynasz akceptować zdumiewająco oczywistą prawdę, że „wróg” to ludzie tacy jak ty”.
One of the most stunting liberal beliefs you have to uproot is that the United States bumbles its way into the horrors it creates rather than facing the fact that they are calculated decisions on behalf of capital. It’s not short-sightedness or miscalculation, it’s empire.
===========================================
Taka jest rzeczywistość, moi drodzy. Możemy się obudzić i zacząć żyć w rzeczywistości albo możemy pozostać pogrążeni we śnie w fikcji.
Czas obudzić się i uświadomić sobie, że zachodnia cywilizacja to zdeprawowana dystopia, w której większość ludzi lunatykuje w otępieniu propagandowym, pod rządami imperium napędzanego ludzką krwią. Czas obudzić się i uświadomić sobie, że jako ludzie Zachodu naszym obowiązkiem jest zburzyć to imperium cegła po cegle, dla dobra naszych dzieci i wnuków oraz dla dobra naszych bliźnich.
Scott Ritter: Trump wysyła 2500 marines w śmiertelną pułapkę – Iran niszczy bazy USA… i Izrael!
uncut-news.ch
W niedawnym wywiadzie były inspektor ONZ ds. uzbrojenia i ekspert wojskowy Scott Ritter analizuje decyzję Stanów Zjednoczonych o wysłaniu na Bliski Wschód jednostki ekspedycyjnej piechoty morskiej (MEU) liczącej około 2500 żołnierzy. Ritter stanowczo ostrzega, że ten krok może doprowadzić do katastrofalnej pułapki.
Przedstawia historyczne paralele i realistycznie ocenia sytuację militarną: USA i ich sojusznicy tkwią w przegranej wojnie z Iranem, który ma inicjatywę i dyktuje warunki eskalacji.
Rozmieszczenie: Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej w drodze na Bliski Wschód
Według doniesień „Wall Street Journal”, na Bliski Wschód wysyłana jest Wojskowa Jednostka Operacyjna (MEU) na pokładzie okrętu USS Tripoli, stacjonującego obecnie w Japonii – prawdopodobnie z piechotą morską z Okinawy. Jednostka ta składa się z około 2500 żołnierzy, w tym wzmocnionego batalionu z dodatkowymi jednostkami rozpoznawczymi, logistycznymi, śmigłowcami, samolotami i artylerią (bez czołgów, ponieważ zostały one wycofane ze służby przez Korpus Piechoty Morskiej USA).
Ritter wyjaśnia, że jednostki MEU są przeznaczone do szybkich operacji ekspedycyjnych. Często operują z pokładów statków desantowych, lądują za pomocą barek desantowych lub śmigłowców i są samowystarczalne przez ograniczony czas.
Jednostka może być jednak wykorzystywana tylko na krótki okres i ma ograniczone możliwości bojowe. Ritter zastanawia się, który dokładnie MEU jest wykorzystywany – czy jest już w użyciu, czy pochodzi z baz takich jak Okinawa czy Australia.
Rozmieszczenie wojsk nastąpiło dwa tygodnie po rozpoczęciu konfliktu, w którym Stany Zjednoczone i Izrael, jako agresorzy, ponoszą ogromne straty. Ta eskalacja jest desperacką reakcją na irańską inicjatywę, a nie autentyczną strategią.
Krytyka historyczna i strategiczna: Dlaczego ataki desantowe są przestarzałe
Ritter cytuje byłego dowódcę Korpusu Piechoty Morskiej, generała Davida Bergera, który dokonał przeglądu strategii bezpieczeństwa narodowego. Berger doszedł do wniosku, że tradycyjne koncepcje desantu morskiego z czasów II wojny światowej (np. Iwo Jima, Tarawa) stały się przestarzałe w obliczu nowoczesnej broni A2/AD (Anti-Access/Area Denial), takiej jak pociski rakietowe i drony.
Trafienie w okręt desantowy mogło kosztować nawet 900 żołnierzy piechoty morskiej, co oznaczało koniec operacji.
Berger próbował wprowadzić nowe struktury na Pacyfiku: mniejsze okręty z maksymalnie 75 marines, rozproszone siły i broń dalekiego zasięgu przeciwko Chinom. Jednak ta koncepcja została później uznana za porażkę. Ritter opisuje cały pomysł jako „fantazję i zamki na piasku”.
Pojedyncza jednostka MEU – zaledwie wielkości batalionu – nie byłaby w stanie utrzymać strategicznych celów, takich jak wyspa Qeshm (często zapisywana fonetycznie jako „Car Island” w transkrypcji). Batalion jest zbyt słaby, aby utrzymać stałą okupację. Posiłki wymagałyby brygady, co znacznie eskalowałoby operację.
Siły irańskie na tych wyspach są dobrze ugruntowane, dysponują przygotowanymi stanowiskami ogniowymi, dronami i ograniczoną amerykańską obroną powietrzną (głównie przenośnymi systemami obrony przeciwlotniczej z ograniczoną amunicją). Fale dronów mogłyby przytłoczyć piechotę morską.
Możliwe scenariusze: Od nalotu do katastrofy
Pełnoskalowy atak byłby niemożliwy, ale rajd – szybki postęp, po którym następuje odwrót – mógłby być wykonalny.
Piechota morska jest uważana za mistrzów takich operacji, jak: zaskoczenie, skrajna przemoc, niszczenie celów, przechwytywanie i późniejszy planowany odwrót.
Małe łodzie i helikoptery mogłyby być wysyłane z bezpiecznych baz, np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, bez narażania dużych okrętów, takich jak USS Tripoli, na kontakt z irańskimi rakietami.
Ale nawet nalot niesie ze sobą ogromne ryzyko. Ritter wspomina incydent z Mayaguezem w 1975 roku na wyspie Koh Tang: helikoptery zostały zestrzelone, siły zostały rozdzielone i niemal rozgromione, trzech marines zostało porzuconych, schwytanych, a następnie straconych.
Według Rittera, Qeshm może stać się „następnym Koh Tang” – irańskie siły zbrojne są przygotowane.
Ritter, opierając się na własnych doświadczeniach, opowiada o planach nalotu na irackie cele logistyczne podczas wojny w Zatoce Perskiej pod dowództwem generała Ala Graya. Plany te zostały porzucone, ponieważ byłyby propagandą i niepotrzebnie naraziłyby kompanię piechoty morskiej na niebezpieczeństwo.
Miał nadzieję, że dzisiejsze dowództwo marynarki wojennej podejmie taką samą decyzję: będzie chronić życie ludzkie, a nie zajmować się politycznym efekciarstwem.
Dominacja Iranu: inicjatywa, pętla OODA i dźwignia ekonomiczna
Iran przejął inicjatywę i dyktuje tempo eskalacji.
Ritter objaśnia pętlę OODA Johna Boyda (Obserwuj, Orientuj się, Podejmuj, Działaj): Iran obserwuje działania USA, orientuje się szybciej, podejmuje decyzje i działa – i w ten sposób zawsze jest o krok do przodu.
Stany Zjednoczone jedynie zareagowały: systemy THAAD i Patriot zostały wycofane z Korei Południowej i regionu Pacyfiku, rozważano też wysłanie wojsk lądowych – wszystko to w odpowiedzi na sukcesy Iranu.
Iran kontroluje również Cieśninę Ormuz. Pomimo twierdzeń USA, że irańska flota została zatopiona, duże okręty wojenne nie mają znaczenia dla tego zadania.
Brygada IRGC-Arif, dysponująca czterema batalionami pocisków nadbrzeżnych, mogłaby zablokować przejście. Dałoby to Iranowi możliwość zamknięcia drogi w dowolnym momencie, co miałoby poważny wpływ na globalną gospodarkę.
Ritter odrzucił komentarze sekretarza obrony USA Pete’a Hegzetha („Droga jest otwarta, dopóki Iran nie strzela”) i Donalda Trumpa („Statki muszą być dzielne”) jako niedorzeczne. Nazwał Hegzetha „sprzedawcą”, który wciska bzdury, a nie prawdziwym liderem.
Według Rittera wojna ta ukazuje porażki USA: brak zmiany reżimu, niezdolność do powstrzymania irańskich rakiet oraz ataki, których celem często były jedynie puste budynki lub cele cywilne, takie jak szkoła dla dziewcząt.
Propaganda, incydenty i porażka przywódców
Ritter krytykuje również amerykańskie Centralne Dowództwo CENTCOM.
Pożary na USS Ford, irańskie statki w pobliżu USS Lincoln i zderzenie dwóch tankowców KC-135 u wybrzeży Iraku, w którym zginęło sześć osób, zostały przedstawione jako „wypadki” lub „błędy”. Ritter uważa to za przejaw zaprzeczania faktom.
Do kolizji tankowców dochodzi często z powodu zatłoczonej przestrzeni powietrznej, wzmożonej aktywności operacyjnej, sytuacji awaryjnych oraz integracji izraelskich operacji powietrznych.
Zabici nie byli niczemu winni – według Rittera odpowiedzialność spoczywała na przywódcach politycznych i wojskowych, takich jak Trump, Hegseth, Rubio i generałach.
Chwali Tulsi Gabbard, która ostrzegała przed wojną: bez zwycięstwa nie będzie zmiany reżimu. Te ostrzeżenia zostały zignorowane.
Ritter domaga się nawet wszczęcia śledztwa karnego przeciwko Hegsethowi pod kątem możliwych zbrodni wojennych na mocy ustawy o zbrodniach wojennych z 1996 r., na przykład w związku z zbombardowaniem szkoły dla dziewcząt.
Wnioski: Spektakl propagandowy niosący ze sobą śmiertelne ryzyko
Według Rittera przeniesienie MEU jest przede wszystkim „pokazem siły” i propagandą – nie przynosi żadnych realnych korzyści militarnych.
Jednocześnie ryzykuje duże straty bez żadnych strategicznych korzyści.
Z inicjatywą ze strony Iranu i defensywą USA, wojna jest praktycznie przegrana.
Ritter apeluje o wyciąganie wniosków z historii, aby uniknąć błędów. Dowództwo marynarki wojennej musi chronić życie, a nie angażować się w symbolikę polityczną.
Trump rozpaczliwie szuka „drogi ucieczki”, ale nadal publikuje hasła w rodzaju „Pokój poprzez siłę”.
Marines mogli przybyć za późno – lub wpaść prosto w pułapkę.
Donald Trump postawił sojusznikom ultimatum, które brzmiało jak rozkaz. Jeśli kraje NATO nie wyślą okrętów do Cieśniny Ormuz, czeka je „bardzo zła przyszłość”. Prezydent USA liczył na szybką mobilizację europejskich flot. Zamiast tego otrzymał milczenie, a w niektórych przypadkach jasne „nie”. To pierwszy sygnał, że tradycyjny model sojuszu atlantyckiego może się kruszyć.
Wszystko zaczęło się od decyzji Trumpa, którą podejmował bez konsultacji z Kongresem i sojusznikami. Amerykańskie siły powietrzne zbombardowały irańskie instalacje naftowe w Zatoce Perskiej. Świat obserwuje to z niedowierzaniem i złością. A teraz Waszyngton oczekuje, że Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Kanada i Norwegia wyślą swoje okręty na patrol w tej niestabilnej strefie. Odpowiedź światowych potęg jest jednoznaczna.
Wielka Brytania, choć od lat stara się odbudować relacje z USA po brexicie, wyraźnie powiedziała „nie”. Premier Keir Starmer wydał oświadczenie, w którym zaznaczył, że jego kraj nie będzie wrzucać najnowocześniejszych lotniskowców w strefę aktywnego konfliktu. HMS Queen Elizabeth i Prince of Wales zostają w bazie w Portsmouth. Brytyjskie media już mówią o największym kryzysie w sojuszu od lat.
Francja poszła jeszcze dalej. Emmanuel Macron, znany z gry na dwie strony, mówi o rozważeniu wsparcia, ale nie teraz. Najpierw powinna nastąpić deeskalacja. To oznacza zero okrętów, zero samolotów, zero pieniędzy. Francuski Charles de Gaulle, jedyny lotniskowiec Francji, stoi w Tulonie. Paryż boi się, że zaangażowanie w konflikt z Iranem zamrozi handel ropą, a Francja importuje ponad 40 procent surowca z Zatoki Perskiej. Macron woli być mediatorem niż uczestnikiem wojny.
Niemcy zajmują stanowisko jeszcze bardziej ostrożne. Minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock wprost stwierdziła, że Berlin nie wejdzie aktywnie w konflikt, który zaczął się bez wiedzy i zgody Niemiec. Bundeswehra nie ma nawet zdolności do szybkiego przerzutu fregat do Zatoki, ale nawet gdyby miała, rząd nie zamierza ryzykować. Niemiecka opinia publiczna od lat jest antywojenną, a po doświadczeniach z Ukrainą społeczeństwo jest zmęczone angażowaniem się w cudze konflikty. Kanclerz Scholz milczy, co oznacza jasne „nie”.
Kanada i Norwegia nawet nie odpowiedziały na apel Trumpa. Ottawa dysponuje zaledwie jedną fregatą zdolną do operacji oceanicznych i nie widzi sensu w wysyłaniu jej do Zatoki. Norwegowie, choć posiadają nowoczesne fregaty typu Fridtjof Nansen, wolą pilnować Arktyki. Ich minister obrony stwierdził lakonicznie: to amerykańska sprawa.
Australia natychmiast odcięła się od pomysłu. Minister transportu Catherine King powiedziała wprost: nie wyślemy żadnego okrętu do Cieśniny Ormuz. Sydney boi się, że Iran odpowie na blokadę atakami na tankowce. Australia eksportuje do Azji 80 procent swojej ropy i gazu.
Japonia, która kupuje prawie 90 procent ropy z Zatoki, również milczy i nie chce prowokować Teheranu.
Trump grozi, że sojusz może nie przetrwać, jeśli kraje nie posłuchają. To klasyka jego stylu: jeśli nie po jego myśli, to grozi rozwiązaniem całej struktury. Tym razem jednak nikt się nie przestrasza. Europa widzi w tym nie zagrożenie, ale szantaż. Stany Zjednoczone same rozpoczęły konflikt bez mandatu ONZ i bez konsultacji. Dlaczego więc europejskie kraje miałyby płacić rachunki za amerykańską awanturę?
Iran zapowiedział zamknięcie Cieśniny na 48 godzin, co wystarczy, aby cena ropy skoczyła o 30 procent. Europa i Azja szukają alternatyw, ale bez okrętów NATO nie będzie efektywnej blokady. I nie będzie jej.
Trump dosłownie stwierdził, że Cieśnina Ormuz to teraz problem Europy (i innych krajów zależnych od ropy z Zatoki). W kontekście wojny USA-Izrael z Iranem, która zablokowała kluczowy szlak dla ~20% światowej ropy, prezydent USA wzywa Europę (w tym UK, Francję), Chiny, Japonię i… pic.twitter.com/AtSxxH34gu
Centrum Życia i Rodziny zaprasza w środę 18 marca na wspólną modlitwę w intencji ochrony dzieci nienarodzonych w pobliżu siedziby „AboTak” oraz Sejmu RP przy ul. Wiejskiej w Warszawie.
Wydarzenie zainauguruje comiesięczny cykl modlitw, które będą odbywać się w tym miejscu i w tej samej intencji.
– Chcemy powierzyć sprawę dzieci nienarodzonych opiece św. Józefa. Dlatego rozpoczynamy modlitwę w marcu – miesiącu jemu poświęconym – i planujemy spotykać się w środy, w dniu szczególnie związanym z jego wspomnieniem w tradycji Kościoła – mówi Marcin Perłowski z Centrum Życia i Rodziny.
Organizatorzy podkreślają modlitewny charakter wydarzenia. Program obejmuje Litanię do św. Józefa oraz Różaniec, przeplatane śpiewem. Spotkaniu nie będą towarzyszyć hasła ani przemówienia. Ma to być czas duchowej modlitwy w intencji poszanowania życia dzieci nienarodzonych w miejscu, gdzie mieści się – jak określają jego założycielki – „pierwsza przychodnia aborcyjna w Polsce”.
Wydarzenie ma być również apelem do władz publicznych o poszanowanie obowiązującego prawa, odejście od obecnego kursu w sprawach aborcyjnych, a także o większą troskę o polskie rodziny oraz tworzenie warunków sprzyjających zakładaniu rodzin i wychowywaniu dzieci.
Modlitwa rozpocznie się w środę 18 marca o godz. 17-tej przy ul. Wiejskiej 12 (pod neonem „Czytelnik”). Organizatorzy zapraszają wszystkich, którym leży na sercu dobro polskich dzieci i rodzin.
Powszechnie uważa się, że za agresją Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran stoją wyłącznie interesy ekonomiczne. Jednak w obu krajach istnieją wpływowe i potężne grupy, które przypisują temu konfliktowi głębokie znaczenie religijne. Wierzą, że prowadzą wojnę przepowiedzianą w Biblii.
Donald Trump otrzymuje błogosławieństwo od pastorów ewangelickich w Gabinecie Owalnym, 5 marca br.
Amerykańska propaganda znalazła się w trudnej sytuacji. Po niepowodzeniu blitzkriegu przeciwko Iranowi, gdy stało się jasne, że konflikt będzie się przedłużał, musiała wyjaśnić amerykańskiemu społeczeństwu powód tej wojny. I cel, dla którego należy ponieść wszystkie związane z nią straty – jak dotąd głównie ekonomiczne.
Stosuje się sprawdzone mantry. Argument jest taki, że konieczne jest pozbawienie władzy ‚fanatyków religijnych’ w Iranie, którzy ponoć uciskają kobiety i wieszają protestujących na ulicach. Iran jest podobno o krok od zbudowania bomby atomowej. Pete Hegseth, sekretarz obrony USA, twierdzi: „Szaleńcze reżimy takie jak Iran, opętane proroczą herezją islamską, nie powinny posiadać broni jądrowej”.
W USA istnieje znaczna grupa ludzi, których nie trzeba przekonywać. Nie postrzegają wojny z Iranem przez pryzmat obrony USA ani ‚wyzwolenia narodu irańskiego’, ale raczej jako prawdziwą wolę Boga. Lub, cytując łacińskie motto krzyżowców, a raczej tatuaż na ramieniu Pete’a Hegsetha: Deus Vult.
Dla wszystkich z nich wojna z Iranem jest prawdziwą wojną świętą. Jest dosłownie nakazana przez Boga. Mówimy o licznych ruchach ewangelikalnych, kościołach i sektach, których dziesiątki milionów członków należą do najbardziej zagorzałych zwolenników Partii Republikańskiej i osobiście Donalda Trumpa.
Ich poglądy można usłyszeć nie tylko na ulicach czy w kościołach, ale także w Senacie i Białym Domu. Na przykład Mike Pence, który pełnił funkcję wiceprezydenta w pierwszej kadencji Trumpa, był radykalnym ewangelikiem. Ambasador USA w Izraelu, Mike Huckabee, twierdził, że dobrze by było, gdyby Izrael podbił cały Bliski Wschód od Nilu do Eufratu, ponieważ ziemia ta została mu obiecana w Biblii. Zatem tacy ludzie istnieją zarówno wśród tych, którzy podjęli decyzję o ataku na Iran, jak i wśród ich wyborców.
Pete Hegseth: „Nie brać jeńców, nie okazywać litości pokonanym”
Ci ludzie wierzą, że przymierze między Bogiem a Izraelem jest nierozerwalne, a negowanie go oznacza negowanie świętego tekstu Biblii. Wierzą, że podbój całej ‚Ziemi Obiecanej’od Nilu do Eufratu przez żydów jest jednym z wydarzeń zwiastujących drugie przyjście Chrystusa.
Mówiąc wprost, powrót ‚Ziemi Obiecanej’ do żydów jest celem każdego „pobożnego chrześcijanina”. Właśnie dlatego osoby te popierają budowę osiedli na Zachodnim Brzegu, aneksję dowolnego terytorium przez Izrael, a w konsekwencji wszelkie działania Trumpa w interesie Izraela. Dotyczy to również wojny z Iranem, ponieważ „święte teksty” głoszą, że żydzi niszczą swoich wrogów.
W związku z tym wśród żołnierzy amerykańskich rozpowszechniają twierdzenia, że Trump został namaszczony przez Jezusa, aby rozpalić w Iranie ogień sygnałowy, który doprowadzi do Armagedonu i zwiastuje powrót Chrystusa na Ziemię. Tymczasem sam prezydent Trump zgromadził w Gabinecie Owalnym dwudziestu kilku pastorów ewangelikalnych, aby nałożyli na niego ręce i modlili się o jego zwycięstwo.
Nawiasem mówiąc, po lewej stronie Trumpa podczas tej zbiorowej modlitwy siedziała Paula White-Cain, główna doradczyni religijna Białego Domu. To ona odegrała kluczową rolę w ożywieniu praktyki odpustów, sprzedając osobiste ‚anioły stróże’ za 1000 dolarów. W religijnym transie namawiała Trumpa, by „bił, bił, bił, bił, bił, aż pokona każdego wroga, który mu się sprzeciwi”.
Ci ludzie, czasami nazywani ‚chrześcijańskimi syjonistami’, są prawdziwym dobrodziejstwem dla Benjamina Netanjahu. Oczywiście, dla ewangelików chodzi nie tyle o miłość do żydów, co o instrumentalizację ich dla własnych celów religijnych. Według ewangelików, przed drugim przyjściem Chrystusa wszyscy żydzi, z wyjątkiem tych, którzy nawrócą się na chrześcijaństwo, zginą w Armagedonie.
Jednak izraelskie władze nie zwracają uwagi na takie szczegóły; ściśle współpracują z ewangelikami, aby promować interesy Izraela w Stanach Zjednoczonych. Ron Dermer, były ambasador Izraela w USA, wprost zalecił, aby Tel Awiw przeznaczył więcej funduszy na lobbing w USA na rzecz ‚entuzjastycznych amerykańskich ewangelików’ niż na amerykańskich żydów, którzy ‚nieproporcjonalnie’ krytykują Izrael.
Teraz, w kontekście wojny z Iranem, izraelski premier Benjamin Netanjahu schlebia nie tylko swoim religijnym fundamentalistom, ale także amerykańskim ewangelikom: „W Torze czytamy: ‚Pamiętajcie, co wam uczynił Amalek’. Pamiętamy i działamy”. Czyniąc to, Netanjahu porównuje przeciwników Izraela do biblijnych Amalekitów, którzy rzekomo jako pierwsi zaatakowali żydów po ich wyjściu z Egiptu i w związku z tym zasłużyli na całkowitą zagładę.
Ogólnie rzecz biorąc, zarówno Stany Zjednoczone, jak i Izrael przedstawiają wojnę z Iranem na każdym poziomie jako świętą wojnę, która ma być prowadzona w celu wypełnienia biblijnych proroctw. Problem polega jednak na tym, że wartość tego argumentu maleje dla amerykańskiego elektoratu. Starsze pokolenie ewangelików nadal opowiada się za Izraelem, ale poparcie dla państwa żydowskiego wśród młodszego pokolenia spadło z 75% w 2018 roku do zaledwie 34% w 2021 roku.
Jest wiele przyczyn tego stanu rzeczy, a przede wszystkim ogólny spadek liczby pobożnych wierzących wśród obywateli USA. Odsetek osób wierzących, że Biblia jest słowem Bożym, spadł z 40% w 1980 roku do 20% w 2022 roku, podczas gdy odsetek tych, którzy wierzą, że jest ona jedynie zbiorem historii spisanych przez ludzi, wzrósł z około 10% do 29%. Co więcej, całe gałęzie ewangelizacji koncentrują się obecnie na szerzeniu idei sprawiedliwości społecznej – a ich zdaniem działania zarówno USA, jak i Izraela przestają być ‚wolą Bożą’. W związku z tym wojna z Iranem może stać się ostatnią ‚świętą wojną USA’ w historii.