Nie wiem, czy pamiętacie film „Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko płakać” z Massimo Troisi i Roberto Benigni’m. Mam na myśli scenę, w której dwaj przyjaciele, przejeżdżając przez kontrolę celną w punkcie granicznym, słyszą pytania strażnika: „Kim jesteście? – Dokąd jedziecie? – Co przewozicie? – Ilu was jest? – Jeden florin!”
Z góry przepraszam za brak szacunku, ale widząc papieża na Lampedusie przy tak zwanej„Bramie Europy”, przypomniał mi się ten właśnie film.
I pomyślałem sobie: cóż, w końcu skoro jest to brama wejściowa do naszych ziem, czy nie byłoby sensowne umieścić tam jakiegoś funkcjonariusza (strażnika, ochroniarza, wartownika, kogokolwiek) który pytałby: „Kim jesteście? – Dokąd jedziecie? – Co przewozicie? – Ilu was jest?”
Natomiast papież powiedział, że musimy „przyjmować, chronić, wspierać i integrować”. Kropka. Nie zadając żadnych pytań.
A co z florinem? – Cóż, wydaje mi się, że jest to oczywiste: to my mamy go zapłacić.
«Nie pozostało nam nic innego, jak płakać» to film z 1984 roku, napisany, wyreżyserowany i zagrany przez Roberto Benigni’ego i Massimo Troisi’ego.
W roku 1984, w Toskanii, Mario i Saverio utykają w samochodzie na przejeździe kolejowym. Aby uniknąć niekończącego się oczekiwania na pociąg, wybierają skrót, który cofnie ich w czasie aż do roku 1492.
Rok 1984, toskańska wieś. Woźny Mario i nauczyciel Saverio stoją na przejeździe kolejowym, czekając na przejazd pociągu. Są przyjaciółmi i zwierzają się sobie nawzajem. Saverio martwi się między innymi depresją siostry z powodu rozpadu jej związku z Amerykaninem. Ponieważ oczekiwanie się przedłuża, postanawiają pojechać wąską drogą przez pola. Po chwili ich samochód psuje się. Robi się ciemno i pada deszcz. Znajdują nocleg w gospodzie, gdzie zauważają świece, pióro i kałamarz. Idą na górę i zastają inną osobę śpiącą w pokoju.
Następnego ranka, zaraz po przebudzeniu, z rozbawieniem widzą ich gospodarza Remigia oddającego mocz przez okno, ale ich śmiech zostaje natychmiast przerwany sykiem włóczni, która go zabija. Mario i Saverio widzą ludzi w czarnych płaszczach uciekających konno, zbiegają na dół i znajdują innych, ubranych bardzo dziwnie. Z niedowierzaniem pytają mężczyznę, gdzie są i odkrywają, że są w Frittole, wyimaginowanej toskańskiej wiosce, w “wieku czternastym”, “prawie piętnastym”. Początkowo myśląc, że to okropny żart, muszą jednak pogodzić się z brutalną rzeczywistością podróży w czasie i zatrzymują się u Vitellozza, brata zamordowanego, który opowiada im o straszliwej waśni z niejakim Giuliano Del Capecchio, który morduje jego rodzinę. W wiosce spotykają Parisinę, matkę Vitellozza i zmarłego Remigia, i zaczynają pracować w ich sklepie mięsnym.
W renesansowej scenerii wioski rozgrywa się wiele wydarzeń. Saverio natychmiast przyzwyczaja się, podczas gdy Mario odmawia zaaklimatyzowania się. Wkrótce jednak, podczas nabożeństwa, Mario spotyka Pię, młodą kobietę z bogatej rodziny, i zakochuje się w niej. Zaczyna widywać Pię, zaglądając przez mur jej domu. Tymczasem Vitellozzo zostaje aresztowany, a Saverio i Mario na próżno piszą list do Girolamo Savonaroli, aby uzyskać jego uwolnienie.
Saverio, który nie kryje pewnej irytacji spotkaniami Maria z młodą Pią; nieustannie prosi Mario, aby zapytał młodą kobietę, czy ma przyjaciółkę, którą mogłaby mu przedstawić, i narzeka, że zawsze jest jedynym, który pracuje w sklepie mięsnym. Kierowany politycznym i intelektualnym zapałem, przekonuje przyjaciela do podróży do Hiszpanii, aby spotkać się tam z Krzysztofem Kolumbem i odwieść go od wyprawy do Indii i odkrycia Ameryki, tak aby w przyszłości jego siostra nie mogła spotkać Amerykanina, który ją porzucił. W bliżej nieokreślonym miejscu spotykają wojowniczkę, Astriahę, która zastrasza ich, strzelając w ich furmankę.
Po przybyciu do Francji Mario i Saverio spotykają Leonarda da Vinci i powodowani niepohamowanym entuzjazmem, próbują podzielić się z nim swoją wiedzą na temat aktualnych wynalazków. Jednak z powodu własnej niewiedzy oraz niemożności pojęcia przedstawianych kwestii przez geniusza, po próbach wyjaśnienia mu działania pociągu, termometru, elektryczności i sygnalizacji świetlnej, obaj muszą się pogodzić z tym, że nauczą go, z niewielkim powodzeniem, gry w karty.
W tawernie ponownie spotykają Astriahę, która mówi im, że jej zadaniem było uniemożliwienie przybycia obcokrajowcom do Hiszpanii, aby zapewnić wypłynięcie statków Kolumba. Zdumieni tymi słowami, pędzą na brzeg, gdzie widzą, że karawele już odpłynęły.
W trakcie podróży, natrafiają też na bardzo gorliwego celnika, który przepytuje ich szczegółowo i wymusza na nich zapłatę „fiorina”, powtarzając swą formułę także wtedy, gdy muszą podnieść worek, który w międzyczasie spada z ich wozu (słynny we Włoszech skecz poniżej).
Obaj próbują wrócić do Włoch i ku swojemu zdziwieniu dostrzegają dym wydobywający się z lokomotywy. Przekonani, że zostali przeniesieni w wiek XX, z przykrością odkrywają, że maszynistą jest Leonardo, który wykorzystał ich wskazówki i zdołał wynaleźć pociąg. Widząc ich rozczarowanie, Leonardo zapewnia ich, że zyski z owego przedsięwzięcia zostaną podzielone po równo. https://it.wikipedia.org/wiki/Non_ci_resta_che_piangere
By pojąć z czym Polska ma do czynienia od wschodu trzeba zrozumieć czym się różni naród od narodowość, jak tworzy się państwo, jak przebiegają procesy narodowotwórcze.
W XIX wieku pojawiły się hasła, że narody mają prawa do samostanowienia, czyli każda grupa etniczna mogłaby mieć teoretycznie swoje własne państwo, czyli mogliby mieć np. Ślązacy, Kaszubi, Słowacy, itp. Gdyby powyższe hasło traktowane było zupełnie dosłownie Europa przemieniłaby się w totalną anarchię i rozpadłyby się wszystkie istniejące państwa.
Dlatego nijaki Engels zwrócił uwagę, że są tzw. narody historyczne to znaczy takie, które posiadają setki lat tradycji historycznej, setki lat tradycji państwowej, elity polityczne, język w znaczeniu języka literackiego i doszedł do wniosku, że to są normalne narody, które jeśli nic by nie stało na przeszkodzie powinny mieć swoje własne państwa. Dodałbym jeszcze do tej listy wyznawaną przez większość religię kształtującą etykę.
Grupy uśpione w swoim poczuciu narodowym, które nie posiadały ww. cech i nie dobijały się intensywnie o swoją niepodległość, nazywane były narodami niehistorycznymi.
Obecnie w socjologii stosuje się rozróżnienie na narody i narodowości, grupy etniczne. Narodowość to taka grupa etniczna, która nie miała ciągot, potrzeby, woli do stworzenia własnego państwa w odróżnieniu od narodów, które taką potrzebę miały, artykułowały i były gotowe przelewać krew za swoje własne, niepodległe państwo.
Teraz przejdźmy do Ukrainy. W pewnym momencie historycznym pojawia się w narodowości chęć stworzenia narodu. Chęć to jedno a tradycja historyczna to drugie. W tym przypadku nie było nawet pojęcia Ukraińców jako narodowości, nie było żadnych narodowych idei, bohaterów, wzorców, dynastii, instytucji, niczego. Tak naprawdę ludność zamieszkująca tereny dzisiejszej Ukrainy była grupą separatystyczną w stosunku do jakiś większych grup narodowych, imperiów w których przez stulecia przebywała. Ukraina po rosyjsku to to samo co Kresy po polsku – coś na skraju krańca. I teraz ta grupa etniczna (naród niehistoryczny, narodowość), która sobie istniała przez całe lata nagle została wzbudzona do aktywności politycznej.
Ponieważ nie posiadała własnych bohaterów narodowych, wtedy musi sięgnąć po jakichkolwiek, którzy o tę Ukrainę walczyli. No i problem jest taki, że jak się spojrzy na tych bohaterów to skóra cierpnie – Stefan Bandera, Szuchewicz, Andrej Melnik, itd. – czyli UPA i banderyzm, czyli mówiąc wprost mordercy i ludobójcy. Innymi słowy wszyscy bohaterowie Ukrainy, z polskiego punktu widzenia, są naszymi wrogami (z rosyjskiego i żydowskiego również).
Oczywiście jakby dobrze poszukać, to by się znalazło kilka pozytywnych postaci, pewnie mniej znanych również pośród samych Ukraińców ale teraz władze w Kijowie dla poparcia i uzasadnienia swojej szowinistycznej i nacjonalistycznej ideologii sięgają po najbardziej ekstremistyczny element, który dosłownie brodził po kostki w polskiej krwi.
Teraz pojawia się pytanie, czy tak się musiało stać? Tak, tak się musiało stać dlatego, że ukraiński nacjonalizm jest przede wszystkim separatyzmem, jest ideologią buntu wobec starych panów, czyli Polaków i ideologią separatystycznego buntu wobec nowych panów, czyli Rosjan.
I w tej sytuacji to nie jest nacjonalizm pozytywny mówiący: “Chcemy mieć własne państwo”, tylko to jest nacjonalizm przede wszystkim o charakterze chłopskiego buntu, ruchawki nienawidzącej wszystkich, którzy kiedykolwiek byli panami. W tej sytuacji wiara polskich elitek infantylno-agenturalnych (za Wielomskim) w to, że naród powstały na bazie szowinizmu i separatyzmu, w stosunku do całej historii tych ziem, może być sympatycznie nastawiony do Polski – jest żałosna i tragiczna zarazem. Póki co nacjonalizm ukraiński może istnieć tylko i wyłącznie w skrajnej opozycji do wszystkiego co rosyjskie i co polskie.
Gdyby państwo ukraińskie istniało powiedzmy ze 100 lat, to wtedy prawdopodobnie Ukraińcy by stworzyli jakiś własny panteon swoich polityków, myślicieli. Ponieważ mają bardzo krótką historię, to w takiej sytuacji sięgnęli po ekstremistów uznając, że innych nie mają a ci są najlepsi na te czasy, będą wywoływać wielkie wstrząsy opinii publicznej, rozpalać silne emocje itd. I to jest pierwszy powód całkowitej niezgodności interesów Polski i Ukrainy.
Drugi powód, dla którego sojusz polsko-ukraiński nie jest możliwy – bezpieczeństwo Sojusz z Polską w takiej sytuacji jak opisałem wyżej był od początku absolutnie niemożliwy. Pamiętamy gdy Duda projektował ukropol bez granic, opowiadał o jednym państwie i takie tam dyrdymały. Ukraińcy patrzyli prawdopodobnie na nich jak na wariatów ale póki czołgi, samoloty i pieniądze szły to się uśmiechali. Oczywiste jest, że nie po to wyszli ze Związku Radzieckiego, żeby tworzyć jakiś ukropol z Polską, którą traktują jako swojego wielusetletniego ciemiężyciela.
Paradoksalnie magnaci kresowi z Jeremim Wiśniowieckim na czele, to była spolonizowana szlachta ruska (tacy spolonizowani Ukraińcy). Trochę im z turańszczyzny zostało, bo wbijanie na pal to orientalny sposób sprawowania władzy.
W tej chwili dla Ukrainy największym niebezpieczeństwem jest Federacja Rosyjska, która ma pewne problemy z pogodzeniem się, że w ogóle Ukraina istnieje jako odrębne państwo, a już na pewno nie w tych granicach, z których wyszła ze Związku Radzieckiego. No to w takiej sytuacji Ukraina dramatycznie potrzebuje sojusznika, sojusznika który będzie miał potencjał polityczny, ekonomiczny i militarny, żeby ją na tyle wspomóc, aby zachowała swoją odrębność od Rosji, a najlepiej jeszcze na tyle wspomóc, żeby była w stanie odbić Donbas. Na Krym chyba machnęli ręką.
No i kto im pomoże odbić Donbas? Polska? Polska nie posiada potencjału ani politycznego, ani ekonomicznego żeby to sfinansować, ani militarnego, poza tym Polski nie cierpią. Przez pewien moment liczyli na USA ale w tej chwili już widzą, że nie ma na to żadnych szans. Amerykanie nawet do NATO ich nie chcą wpuścić, więc zostały im oczywiście Niemcy i poniekąd Wielka Brytania. No ale z Wielką Brytanią to wszyscy wiemy, że bardzo chętnie walczy do ostatniego żołnierza swoich sojuszników, a sama swoich nie wyśle.
W tej sytuacji Ukraińcy doszli do wniosku, że mają dwie możliwości – albo znajdować się w sferze imperium rosyjskiego i stać się państwem buforowym pomiędzy Unią Europejską a Rosją pod wpływami rosyjskimi. Albo druga możliwość – doszlusować do niemieckiej Mittel Europy. Dlaczego? Dlatego że Niemcy są w tej chwili w Europie jedynym państwem, które być może jest w stanie zapewnić im odrębność od Rosji.
Niemcy nie zapewnią Ukrainie odzyskania ziem, które utraciła ale przynajmniej dają szansę na to, że Ukraina więcej nie straci. I to jest absolutnie oczywiste, zrozumiałe. O tym pisał Dmowski ponad 100 lat temu, że jeśli państwo ukraińskie powstanie, to będzie naturalnym aliantem Niemiec. I teraz po 4 i pół roku wojny wielu polityków PiS o tym krzyczy. Ale jak ja i inni o tym pisaliśmy od onuc wymyślano. A prawda jest taka, że aby przypodobać się Niemcom, Kijów będzie prowadził politykę antypolską dociskania Polski od strony wschodniej. Czyli jesteśmy w kleszczach.
Trzeci element konfliktu interesów – wejście do UE i federalizacja Ukraina na pewno nie wejdzie do NATO. Ukraina będzie za to bardzo chciała wejść do Unii Europejskiej i to nie ze względów ekonomicznych. Wejście do Unii Europejskiej będzie oznaczać całkowite wykupienie jej resztek przez zachodnich inwestorów. Ukraina będzie chciała wejść do Unii Europejskiej po to, żeby tę Unię Europejską w sposób znaczący przerobić.
Otóż jeżeli Ukraina nie będzie członkiem NATO i NATO w takiej sytuacji nie pomoże Ukrainie odzyskać Donbasu, to jedyną nadzieją są Niemcy. Niemcy, które w tej chwili razem z Francją naciskają na federalizację Unii Europejskiej ze wspólną polityką zagraniczną i obronną. Polityka obronna Unii Europejskiej wcześniej czy później skończy się pomysłem stworzenia wspólnej armii europejskiej, gdzie Polacy, Niemcy, Francuzi, Portugalczycy, Ukraińcy, itd. będą mieli jedną armię. I po co taka armia dla Ukrainy? No bo Donieck, bo Ługańsk, … . A Ukraińcy mają wyszkolone w boju wojsko.
To jest absolutnie sprzeczne z polskim interesem, bo państwo polskie ma swój interes by przetrwać jako suwerenne, a nie jako członek składowy federalnego państwa europejskiego. Ukraina z góry się godzi na to, że nie będzie niepodległym państwem, podczas kiedy my Polacy o to walczymy i Ukraina w tej kwestii będzie absolutnie wrogim nam państwem, które będzie zawsze popierało federalizację i stworzenie armii europejskiej. Dlatego nasze interesy są sprzeczne.
Punkt czwarty – ekonomia Każdy rolnik wie, że po wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej nasze rolnictwo skazane jest na zagładę. Wielkoobszarowe, lantyfundialne ukraińskie rolnictwo, powiedzmy szczerze, należące do oligarchów, black rocków i wielkich korporacji na gigantycznych folwarkach, czarnoziemach będzie zdecydowanie bardziej konkurencyjne niż rolnictwo polskie. Dlatego Polska jest jakby naturalnie niezainteresowana wejściem Ukrainy i stworzeniem wspólnego rynku z Ukrainą, jeśli chodzi o produkty rolne i pewnie nie rolne też. No i wreszcie będzie to oczywiście oznaczało, gdyby Ukraina była w Unii Europejskiej, że zmniejszą się znacząco pieniądze unijne dla Polski, bo będzie trzeba to pchać na Ukrainę.
Polska automatycznie staje się płatnikiem netto i będziemy do Unii Europejskiej dopłacać. Ktoś powie, no to w takie sytuacjach jak nam się nie będzie opłaciło, to wyjdziemy z Unii Europejskiej. I tu jest problem. Jesteśmy w kleszczach Niemcy – Ukraina. Wszyscy ci, którzy marzą o Poleksicie, po wejściu Ukrainy będzie to bardzo trudne ze względów komunikacyjnych i handlowych. Jeszcze bardziej trudne niż jest w tej chwili.
Punkt piąty – demografia
Jak oceniają władze ukraińskie zostało ok. 23 mln obywateli z czego 11 mln to emeryci. Z 12 mln zapewne z wojny spora część mężczyzn nie wróci. Z powracających duży odsetek będzie cierpiał na PTSD i będzie inwalidami. Większość emigrantów pozostanie poza krajem. Polecam zajrzeć tu.
I w takiej sytuacji Budanow mówi, że ktoś musi odbudować Ukrainę. Kto? No i powiedział wprost: trzeba będzie ściągnąć tak zwanych, jak to się mówi w Polsce, inżynierów i doktorów. Doktorzy i inżynierowie odbudują Ukrainę.
Innymi słowy mamy paradoks – pod hasłami szowinizmu ukraińskiego, banderyzmu, mobilizuje się społeczeństwo do działań skutkującymi gigantycznymi stratami ludzkimi, a w to puste miejsce planuje się sprowadzić ludność etnicznie zupełnie obcą i stworzenie w przyszłości społeczeństwa multikulti.
Okazuje, że ten cały siermiężny banderyzm to jest nic innego tylko ideologia wojenna. A za tym kryje się projekt typowo globalistyczny podmiany ludności, czyli sprowadzenia w to miejsce milionów ludzi z zewnątrz. Państwo będzie stanowiło jakieś dziwaczny melanż. Trochę banderyzmu, trochę wielokulturowości. Taki układ będzie niestabilny i któraś z tych opcji będzie musiała wygrać.
Jaka Ukraina by nie była (szowinistyczna czy multikulti) dla Polski nic dobrego z tego nie wyniknie.
Każdy kto jest przeciw: – federalizacji UE, – zniesieniu zasady jednogłośności, – wprowadzeniu armii europejskiej, – wspólnej polityki EU, musi być przeciw wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej.
Jak ktoś twierdzi, że wymienione sprzeczności nie są istotne bo Ukraina walczy za nas, to jest debilem. Debil – dorosła osoba o umysłowości 12. latka.
Po pierwsze nie walczy za nas tylko za nasze.
Po drugie – takie stwierdzenie powoduje że ukry mogą uważać, że szczuliśmy ich na Rosjan i przez nas ponieśli ofiary, stąd nic nam się nie należy a wprost przeciwnie im się należy, np. Zakerzonie jako rekompensata za walką o nas i ofiary.
Po trzecie – trzeba znać przyczyny agresji Rosji. Pisałem o tym wielokrotnie.
Na ulice irańskiej stolicy wyszli żałobnicy, by wziąć udział w kondukcie pogrzebowym zamordowanego przywódcy rewolucji islamskiej, ajatollaha Seyyeda Ali Chameneiego. Jak twierdzą urzędnicy, jest to największe zgromadzenie publiczne w nowożytnej historii kraju.
Delegacje z kilkudziesięciu krajów, w tym głowy państw, premierzy i wysocy rangą urzędnicy z Rosji, Chin, Indii, Pakistanu, Iraku, Tadżykistanu, Turcji i kilkudziesięciu innych krajów, przybyli w piątek do Teheranu, aby złożyć hołd zmarłemu.
Pogrzeb odbędzie się w czwartek, 9 lipca, w sanktuarium Imama Rezy (AS) w Meszhedzie, zgodnie z wolą zamordowanego Przywódcy.
Na placu Enqelab w Teheranie zgromadził się wielki tłum, aby uczestniczyć w kondukcie pogrzebowym poległego przywódcy Iranu.
Iran jest jedną z niewielu cywilizacji na świecie mogącą pochwalić się historią ponad pięciu tysięcy lat.
Bardzo naiwni agresorzy, dysponujący ponoć najlepszym wywiadem na świecie, byli przekonani, że wystarczy iskra wśród według nich niezadowolonej większości społeczeństwa Iranu, by wywołać następną kolorową rewolucję i obalić rząd tego kraju. Aby wzmocnić ten efekt, zamordowali 28 lutego – w pierwszym dniu wojny – przywódcę, jego rodzinę i wielu czołowych przedstawicieli władzy. Sztucznie wywołana rewolucja nie nabrała kolorów.
Co w ten sposób uzyskali? Stworzyli męczennika, bardzo odważnego i mądrego człowieka, który przez swoją śmierć stał się spoiwem łączącym Irańczyków w walce z barbarzyńcami.
Harmonogram uroczystości pogrzebowych i pożegnalnych poświęconych męczennikowi, przywódcy rewolucji islamskiej, ajatollahowi Seyyedowi Ali Khamenei, w dniach od 6 do 9 lipca.
Alireza Akbari z Press TV twierdzi, że skala i emocje towarzyszące pogrzebowi poległego przywódcy nie mają sobie równych wśród żadnej innej wielkiej ceremonii pogrzebowej w historii Iranu – miliony ludzi z całego kraju, a nawet z zagranicy, przybyły, by pożegnać postać, którą postrzegali jako dowódcę, eksperta, a dla wielu – jako ojca. Powiedział: Ajatollaha Chameneiego nie da się porównać z nikim.
Porównywać tego przywódcę nie zamierzam, pokażę jednak dla kontrastu transparent powitalny wywieszony na jednym z mostów w Stambule z okazji przybycia Donalda Trumpa do Turcji na konferencję NATO.
Ukryjcie swoje dzieci, nadchodzi Trump!
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Utworzona w 2013 roku sieć dziewięciu europejskich korytarzy bazowych TEN-T u swych źródeł wydawała się być rozsądnym rozwiązaniem problemu transportowego Starego Kontynentu.
Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego 1315/2013 z dnia 11 grudnia 2013 roku zmieniło bowiem wcześniej dominujące projekty indywidualne na ujęcie ponadnarodowe, tworząc coś w rodzaju polityki transportowej Europy. Oczywiście określanie o polityce transportowej nie musiało być rozumiane w znaczeniu, które w pełni docenia tutejsze aktywa z perspektywy logistycznej, a zwłaszcza porty morskie i terminale jako węzły handlu globalnego (pomimo tego, iż poddano je starannej specyfikacji), a przypomnijmy, iż to te ostatnie umożliwiają skokowy wzrost korzyści wynikających z globalizacji poprzez intensyfikację powiązań i efekt skali.
Kształt europejskiej sieci transportowej
Od początku europejskiej idei jednolitej sieci transportowej przyświecała raczej – dość naiwna z dzisiejszej perfektywny – zasada unijnej spójności mającej za zadanie wyrównywanie różnic w dostępie do infrastruktury pomiędzy poszczególnymi państwami ulokowanymi w różnych zakątkach Europy (policentryczna struktura przestrzenna) i eliminację kongestii. To typ rozumowania charakterystyczny dla europejskich strategii zrównoważonej mobilności (Sustainable Urban Mobility Plans), które integrują transport drogowy, kolejowy i publiczny, zwiększając efektywność operacyjną i ograniczając negatywny wpływ na środowisko.
Cały ten unijny walec Welfare State niwelując przewagi konkurencyjne jednych względem drugich i tym samym zaciemniając informacje o miejscach lokalizacji rzeczywistych szans rozwojowych – mógł zatem czasami bardziej szkodzić niż pomagać, nie mówiąc już o obciążeniach źle przygotowanej polityki klimatycznej. Pewnym mankamentem, a jednocześnie zwiastunem problemów opisywanych w artykule – był w końcu formalizm przeświecający delimitacji korytarzy transportowych, zgodnie z którym w ramach tworzenia sieci powiązań rozpatrywano wyłącznie członków UE, nie zaś kraje i podmioty liczące się dla gospodarki europejskiej, a przecież to drugie kryterium jest istotniejsze. Jako potwierdzenie tej przypadłości można podać fakt, iż po opuszczeniu Unii przez Wielką Brytanię wypadła ona tym samym z europejskiej mapy zostawiając za sobą białą plamę.
Tworzyły się jednak zarysy pewnej logiki korespondującej ze strukturą terytorialną kontynentu, co unaoczniał choćby przebieg korytarzy zlokalizowanych wokół Bałtyku. Przypomnijmy, iż fenomen Regionu Bałtyckiego określany był przez prof. Jerzego Zaleskiego mianem „unikatowej jednostki regionalnej” gdzie znacznie silniej niż w przypadku innych zbiorników unaocznia się związek państw nadbrzeżnych z systemem rzek okalających Bałtyk, a wraz z nim z korytarzami transportowymi. Dla uwypuklenia tej unikatowości wskazywano zwłaszcza na rolę południkowych szlaków mających jako swój początek brzeg morski i rozpościerających się na dalekie zaplecze w dół, by wymienić rolę istotnego dla Polski „szlaku bursztynowego” – czyli korytarza Bałtyk – Adriatyk. Znamienne, że to regulacje UE (a wcześniej ustalenia tzw. Komisji Karela Van Mierta) stanowiły dla polskich decydentów główny impuls by budować autostradę A-1, a także drogę ekspresową S3 ze Szczecina wraz z modernizacją okalających je linii kolejowych, bowiem wcześniej w polskich kręgach decyzyjnych dominowały raczej poglądy o wadze połączeń równoleżnikowych. Jak się okazuje nie wszystkie pomysły Unii Europejskiej są chybione.
Czy doceniano potencjał Azji?
Nie należy w końcu zapominać o połączeniu Europy z resztą świata przy uwzględnieniu rosnących woluminów z Azją i budowanej od 2013 roku infrastrukturze w ramach chińskiej inicjatywy Pasa i Szlaku. Przypomnijmy, iż Polska w tym projekcie miała odgrywać rolę bałtyckiego Gateway – centrum logistyczno-transportowego dla Europy Środkowo-Wschodniej choćby w kontekście powiązań z Adriatykiem, a przede wszystkim rosnącym na znaczeniu Morzem Czarnym. Takie były intencje polskiego rządu wyłożone w Założeniach polityki morskiej Rzeczpospolitej Polski z 2009 roku, co pokrywało się z polityką Państwa Środka, który dla docenienia naszej roli w Nowym Jedwabnym Szlaku pierwsze spotkanie grupy państw BRI (16+1), które miały współtworzyć tą inicjatywę zorganizował właśnie w Warszawie w 2012 roku.
Może nie zawsze adekwatnie i w sposób wystarczający (gdyż Europa wciąż żyła wspomnieniami dawnej potęgi, przodowniczki w zakresie nowych idei i generalnie pępka świata) niemniej korytarze europejskie starały się uwzględniać wymogi obsługi potencjału transportowego płynącego z azjatyckich fabryk na Stary Kontynent. Tym bardziej, iż ważną rolę odgrywał też ruch w druga stronę, zwłaszcza w zakresie towarów bardziej zaawansowanych technologicznie (w tym prototypów samochodów, statków czy układów scalonych i sprzętu AGD), bo stara Europa wciąż dysponowała w tym względzie atutami, które stopniowo wytracała na rzecz Azji. Oczywistą rolę odgrywały tu ogromne woluminy dóbr transportowanych drogą morską, czemu służyła rozbudowa europejskich portów morskich z ich zapleczem.
Jednakże to lądowe powiązania Europy z Azją stanowią ciekawe studium przypadku, któremu warto poświęcić nieco uwagi, tym bardziej, iż można tu dostrzec znamienną ewolucję. Początkowo oczywiście dla uwzględnienia tych oddziaływań rozbudowywano korytarze biegnące z Europy w kierunku wschodnim: Morze Północne-Bałtyk (wraz z kompatybilnymi Via Baltica i Rail-Baltica) oraz korytarze: Morze Śródziemne, Ren-Dunaj czy Orient-East-Med. Głównym punktem przesyłowym dla potencjału ładunkowego ze Wschodu stopniowo stawał się polski terminal w Małaszewiczach ulokowany na korytarzu Morze Północne -Bałtyk i obsługujący dziś 90% towarów wożonych koleją z Chin do Unii Europejskiej.
Umożliwiając przeładunek towarów z taboru szerokotorowego na tabor normalnotorowy i transport drogowy stanowi on najważniejszy terminal Nowego Jedwabnego Szlaku w ramach tzw. Korytarza Północnego, czyli transsyberyjskiego. Pomimo wojennych zawirowań oraz sankcji nakładanych na rosyjską i białoruską gospodarkę przejście graniczne Terespol-Brześć pozostaje najważniejszym chokepointem dla przewoźników i operatorów, stąd też po okresowych spadkach w 2023 roku już od 2024 roku odnotowano spory wzrost przewozów obsługiwanych w terminalu (pomiędzy 109 tys. TEU w 2023 r. a 280 tys. TEU w 2024 roku). A wpływ na to wywarły nowe inwestycje dokonywane głównie przez PKP Cargo, a także operatów prywatnych jak CLIP Intermodal. Dość powiedzieć, że średni czas transportu z Chin do Małaszewicz wynosi dziś zaledwie 9 dni, a w czasach zakłóceń globalnych szlaków przesyłowych taki transit time jest ewenementem.
Nowe wyzwania i chybione odpowiedzi
Sytuacja międzynarodowa jednak bardzo się zmienia, a jak za chwilę wykażemy Unia Europejska, w tym Polska nie potrafi chyba do końca stanąć na wysokości zadania. 13 czerwca 2024 Parlament Europejski przyjął nowe rozporządzenie mające wzmacniać spójność gospodarczą, społeczną i terytorialną UE oraz przyczyniać się do powstania sprawnego systemu transportu transgranicznego, pozbawionego luk, wąskich gardeł i brakujących połączeń. Oczywiście w dokumencie znalazło się sporo zapisów na rzecz infrastruktury podwójnego zastosowania (modnego dziś dual use), fuzji cywilno-wojskowej czemu służyć ma instrument CEF Mobilność Wojskowa – uruchomiony w perspektywie 2021-2027. Znowelizowana sieć ma również na celu zmniejszenie wpływu transportu na środowisko i klimat (infrastruktura paliw alternatywnych: AFIF), rozwój inteligentnych aplikacji dla transportu oraz zwiększenie bezpieczeństwa i odporności sieci. W odpowiedzi na zmiany w geografii procesów istotnych dla kontynentu (BREXIT czy integracja z systemem transportowym Ukrainy) powołano nowy korytarz transportowy Bałtyk-Morze Czarne-Morze Egejskie oraz wyłączono obszar Wielkiej Brytanii z sieci TEN-T (nie wiem czy to drugie nie było zbyt pośpieszne, wszak Albion pozostaje ważnym ogniwem Europy!).
Szkopuł tkwi w tym, iż decydenci Unii Europejskiej chyba za bardzo nie wiedzą, jak poradzić sobie z faktem, że europejski system transportowy jest podsystemem Korytarzy Euroazjatyckich, a te ostatnie jak by nie patrzeć muszą przechodzić przez terytorium państw określanych w literaturze jako „rozbójnicze” – Rosji i Białorusi dla dogodnych połączeń z centrami gospodarczymi Europy. Warto zwrócić uwagę na tą prawidłowość, bowiem pomimo dużego wsparcia UE dla Korytarza Środkowego, który proponuje alternatywny szlak przewozu przez Morza Kaspijskie i Czarne – nie zapewnia on takiej przepustowości jak szlak syberyjski z uwagi na skomplikowane przeprawy promowe, nie mówiąc już o kosztowych procedurach celnych, stąd przewozy są na nim wielokrotnie niższe niż w ramach tradycyjnej, tj. północnej odnogi Pasa i Szlaku przez Rosję i tak raczej już zostanie. Zaprowadziło to unijnego prawodawcę do całej masy dwuznacznie brzmiących i nawzajem sprzecznych ze sobą postulatów starających się uwzględnić z jednej strony interes Europy, a z drugiej wyjść naprzeciw społecznemu i medialnemu zapotrzebowaniu w imię źle rozumianej solidarności z ofiarami agresji.
Z jednej strony zauważa się, że „nowy kontekst geopolityczny […] pokazał, jak ważne są niezakłócone połączenia transportowe na terytorium Unii oraz z sąsiadującymi państwami” skąd podkreśla się też wielokrotnie ułatwienia w połączeniach z krajami trzecimi. Z drugiej zaś znajduje się dziwacznie brzmiący postulat, iż „w świetle rosyjskiej wojny napastniczej przeciwko Ukrainie i w związku ze stanowiskiem przyjętym w tym konflikcie przez Białoruś współpraca między Unią a Rosją i Białorusią w dziedzinie polityki dotyczącej transeuropejskiej sieci transportowej ani nie jest właściwa, ani nie leży w interesie Unii” stąd kwestionuje się zasadność poprawy połączeń transgranicznych z Rosją i Białorusią m.in. rezygnując z prób dostosowania do szerokości toru kolejowego innej niż standardowa europejska nominalna szerokość toru wynosząca 1435 mm (patrz: Preambuła Rozporządzenia, pp. 44 i 45).
Nie mówiąc już o kwestiach ekonomicznych, a pamiętajmy, że sprawne połączenie Europy z Azją, jest dziś szczególnie ważne dla Starego Kontynentu trapionego przewlekłym kryzysem ekonomicznym, choćby mając na uwadze artykułowaną u nas chęć sprowadzania inwestycji z Azji do Europy (a do tego potrzebne są drogi i tory kolejowe). Warto jednak zwrócić uwagę na coś ważniejszego – mobilność jest przecież podstawowym warunkiem powodzenia operacji wojskowych. W przypadku jakiś, nie daj Boże, zatargów, prowokacji bądź wojny hybrydowej na kierunku Rosji bądź Białorusi – możliwość sprawnego, bezkolizyjnego przemieszczania się wojsk, sprzętu wojennego, amunicji, prowiantu i infrastruktury militarnej i sprzętu IT to warunek powodzenia operacji wojskowej, co jest kardynalną zasadą logistyki wojskowej (wystarczy sięgnąć do dzieła Carla von Clausewitza „O wojnie” by się o tym przekonać), i aż dziw bierze, że europejski prawodawca tego nie rozumie. Przecież dopiero w sytuacji odwrotu stosuje się taktykę wysadzania mostów i bombardowania torów by uniemożliwić nieprzyjacielowi napór. Jak rozumiem skazujemy się na strategię defensywną zakładając, że będziemy wyłącznie cofać się do tyłu.
Już tylko na marginesie dodajmy, iż polski rząd pragnąłby chyba z nawiązką realizować postulat odcięcia się od systemu transportowego Białorusi czego namiastkę mogliśmy odczuć na własnej skórze w dniach 12-25 września 2025 roku, kiedy to ogłoszono zamknięcie przejść granicznych z Białorusią, w tym tego najbardziej uczęszczanego Terespol-Brześć w związku manewrami rosyjsko-białoruskimi „Zapad-2025”, co motywowano agresywnym charakterem manewrów i koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa Polaków. Ogromnych strat dla polskich przewoźników i całej polskiej, a w zasadzie i europejskiej gospodarki wynikających z tego odcięcia pępowiny od świata i zablokowania głównego punktu krytycznego (chokepoint) globalnej gospodarki – raczej nie brano przy podejmowaniu tej decyzji pod uwagę.
Drogi śródlądowe Polski poza siecią TEN-T
Warto też wspomnieć o nieuwzględnieniu polskich postulatów dotyczących włączenia dróg śródlądowych Odry i Wisły do sieci TEN-T w znowelizowanej ustawie korytarzowej z 13 czerwca 2024. Symptomatyczne, iż po raz kolejny Odrzańska Droga Wodna nie została włączona do europejskiej sieci transportowej, pomimo, iż Czesi otrzymali Łabę i Wełtawę. Co charakterystyczne, jedynie odcinek Odry od Szczecina do Kanału w Kętrzynie został objęty statusem TEN-T, ale bardziej wskutek nacisków Berlina, co wynikało z chęci włączenia dolnej Odry w obręb oddziaływania dróg wodnych Niemiec i Beneluksu – Renu i Dunaju oraz niemieckich portów, a to przecież nie nasza bajka i nie nasz interes.
Na marginesie polskich dróg śródlądowych zwraca uwagę analizowana wyżej przypadłość chęci odcięcia się Europy od systemu transportowego Białorusi i Rosji, co w przypadku rzek jest tym bardziej niedorzeczne, że przecież by dopłynąć do Ukrainy trzeba przedostać się przez Białoruś. Zauważmy, iż nowy korytarz transportowy Bałtyk-Morze Czarne-Morze Egejskie o tak doniosłym znaczeniu dla Ukrainy i innych ośrodków Morza Czarnego – posiada swój ważny komponent w postaci Międzynarodowej Drogi Wodnej E-40 łączącej Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym (portem Chersoń w Ukrainie) z wykorzystaniem Wisły, Bugu, Piny, Prypeci oraz Dniepru. Niezależnie od często dziś podnoszonych wątpliwości ekologicznych (kilkaset obszarów chronionych objętych Naturą 2000) problem polega na tym, szlak wodny E-40 zanim dobije do Ukrainy przechodzi przez Białoruś (nawiasem mówiąc kraj ten posiada rozwinięte i żeglowne drogi śródlądowe w przeciwieństwie do Polski), a to wymagałoby licznych ustaleń polsko-białoruskich, spotkań bilateralnych, które z oczywistych względów nie mogą dziś dojść do skutku. Zwłaszcza, iż 29 lipca 2022 roku także Ukraina wypowiedziała Białorusi umowę, na podstawie której miała powstać MDW E-40.
Konkluzja
Wszystko to potwierdza, iż nad europejskim systemem transportowym zbierają się czarne chmury. Zakłócenia na szlaku euroazjatyckim mogą odbić się rykoszetem na europejskiej gospodarce i tak dziś trapionej rozległym kryzysem strukturalnym. Warto bowiem pamiętać, iż europejskie porty morskie, terminale i centra logistyczne wraz z magazynami dostarczają jej licznych impulsów rozwojowych właśnie dzięki możliwości handlu globalnego, wymiany inwestycji i dyfuzji innowacji z różnymi regionami świata, w tym z portami Morza Czarnego i Kaspijskiego opartymi na transporcie „szerokich torów”, a podążając na Wschód: z państwami Azji. Stąd też sieć europejskich korytarzy TEN-T – projekt niegdyś efektywny i właściwie odczytujący znaki czasu, czego pozytywne skutki mogliśmy obserwować w Polsce jako użytkownicy korytarza Bałtyk-Adriatyk – po nowelizacji z 2024 roku znalazł się jakby w ślepej uliczce, nie za bardzo mając pomysł jaką rolę chce pełnić względem świata.
Znamienne, iż na najnowszych mapach europejskiego TEN-T (patrz mapka poniżej) nie uwzględnia się nawet dostępu do Małaszewicz, a nieprzystosowanie to może być konsekwencją nieumiejętności sformułowania odpowiedzi adekwatnych dla wzmożonych napięć i ryzyk geopolitycznych, które zawisły nam nad głowami budząc niepokój. Ulega się wrażeniu, że powołani 10 lat temu koordynatorzy europejskich korytarzy TEN-T chyba nie zdawali sobie sprawę z jakim typem wyzwań przyjdzie im się mierzyć, stąd też marzą dziś bardziej o tym by ktoś ich wyręczył w ramach realizacji tych kłopotliwych „wojennych” tematów.
Niestety, motywowane szlachetną intencją omijania państw rozbójniczych skłonności izolacjonistyczne, ewentualnie rozpaczliwe próby poszukiwania połączeń okrężnych bez rozpatrzenia rachunku ekonomicznego – raczej nie przysłużą się interesowi ekonomicznemu Europy. Sieć TEN-T jako integralne ogniwo Euroazji nie może stać się monadą bądź samotną wyspą, bowiem Azja nie przestanie odgrywać roli głównego partnera gospodarczego Europy i to pomimo słuszności zabiegów na rzecz skracania łańcuchów dostaw i przenoszenia produkcji z powrotem do macierzy. Polska zaś, z uwagi na posiadanie prawdziwej perełki w postaci wzmiankowanego terminala w „Małaszewiczach” jako chokepointu Europy, w który notabene zainwestowała grube pieniądze w największym stopniu powinna być zainteresowana utrzymaniem tego kierunku transportu, czego oczywiście nie robi manifestując swą anty-białoruskość.
Rosyjskie Siły Zbrojne przeprowadziły atak odwetowy na kompleks wojskowo-przemysłowy oraz zakłady paliwowo-energetyczne, a także lotniska na Ukrainie. Co wiadomo?
Rosyjskie Siły Zbrojne rozpoczęły w nocy kolejny z rzędu potężny atak w odpowiedzi na ataki Kijowa, poinformowało rosyjskie Ministerstwo Obrony. Według ministerstwa, atak uszkodził zakłady przemysłu obronnego, zakłady paliwowo-energetyczne w Kijowie i okolicach, a także infrastrukturę lotnisk wojskowych w obwodach dniepropietrowskim, połtawskim, czerkaskim, czernihowskim i kijowskim.
Agencja TASS zebrała najważniejsze informacje dotyczące sytuacji.
Oświadczenie Ministerstwa Obrony
W odpowiedzi na ataki terrorystyczne reżimu w Kijowie na infrastrukturę cywilną, rosyjskie siły zbrojne przeprowadziły wczoraj wieczorem zmasowany atak, wykorzystując precyzyjną broń dalekiego zasięgu z lądu, powietrza i morza, a także drony uderzeniowe – poinformowało Ministerstwo Obrony.
Według departamentu, w wyniku działań wojennych ucierpiały przedsiębiorstwa przemysłu zbrojeniowego, zakłady paliwowo-energetyczne w Kijowie i obwodzie kijowskim, a także infrastruktura lotnisk wojskowych w obwodach dniepropietrowskim, połtawskim, czerkaskim i czernihowskim .
Wyniki uderzenia
Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony, uszkodzeniu uległo przedsiębiorstwo przemysłowe Kijów-71 (stowarzyszenie Abris PT) w Kijowie. To kluczowe przedsiębiorstwo ukraińskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego specjalizuje się w rozwoju i produkcji bezzałogowych statków powietrznych (BSP) dalekiego i średniego zasięgu, takich jak Strela, Mara, Sirko, Avenger, Elf-K i Flight Arrow, a także drona FPV Shrike-10, a także sprzętu telemetrycznego, elektronicznego i optycznego.
Ponadto, według departamentu, w Kijowie uszkodzeniu uległ zakład montażu elektroniki Kijów-1 (państwowa Kijowska Fabryka Buriewiestnika), w którym produkowane są bezzałogowe statki powietrzne dalekiego i średniego zasięgu, a także opracowywany i produkowany sprzęt radarowy na potrzeby Sił Zbrojnych Ukrainy .
W Kijowie ucierpiało również przedsiębiorstwo przemysłowe Kijów-79 (Ukr Armo Tech LLC), kluczowy producent i dostawca pojazdów opancerzonych i elementów ochrony pancernej dla ukraińskich sił zbrojnych, a także głowic bojowych (amunicji) do różnych typów pocisków rakietowych i bezzałogowych statków powietrznych.
Dodatkowo, uszkodzona została kijowska stocznia (PJSC Kuznica nad Rybalskomem) . Jest to największe przedsiębiorstwo budowy maszyn, produkujące kutry artyleryjskie projektu 58155 Giurza-M, a także produkujące i remontujące bezzałogowe kutry szturmowe.
Ministerstwo Obrony Rosji poinformowało również o zniszczeniu zakładów produkujących przyrządy Kijów-1 (zakłady Kwant) w Kijowie, kluczowej bazy badawczo-produkcyjnej, która wytwarza systemy kierowania ogniem, systemy przeciwdziałania optoelektronicznego, sprzęt nawigacyjny i automatyzacyjny dla ukraińskich sił powietrznych i marynarki wojennej, w tym pociski kierowane Neptun-MD.
W obwodzie kijowskim uszkodzeniu uległ zakład montażu i podzespołów rakietowych w Żulańskim (Żulański Zakład Budowy Maszyn „Wizar” Sp. z o.o.) . To państwowe przedsiębiorstwo przemysłu zbrojeniowego zajmuje się produkcją, konserwacją i naprawą systemów rakiet przeciwlotniczych, podzespołów do samolotów i systemów obrony powietrznej oraz bezzałogowych statków powietrznych dalekiego zasięgu.
W obwodzie kijowskim uszkodzeniu uległ także magazyn paliw i środków smarowych w Wysznewie – kluczowa eksperymentalna baza produkcyjno-inżynieryjna, specjalizująca się w projektowaniu, kalibracji i konserwacji zbiorników na stacjach benzynowych.
Kanał Telegram tej publikacji opublikował również kilka filmów pokazujących potężną eksplozję w mieście, pożar, który w niej nastąpił, oraz słup dymu unoszący się nad miastem.
Strana podała później, że w wiosce odnotowano pogorszenie jakości powietrza.
Mer Kijowa Witalij Kliczko oświadczył , że atak na miasto w nocy 6 lipca był „największym zmasowanym atakiem”.
Tucker Carlson kiedyś naśmiewał się z ludzi, którzy kwestionowali skuteczność szczepionek. Dziś postrzega swoje dawne zachowanie zupełnie inaczej.
Poniższe informacje opierają się na raporcie pierwotnie opublikowanym przez A Midwestern Doctor. Kluczowe szczegóły zostały skrócone i zredagowane dla większej przejrzystości i wyrazistości. Oryginalny raport można znaleźć tutaj .
Tucker Carlson przyznał, że miał zwyczaj wyśmiewania ludzi przekonanych, że szczepionki powodują autyzm.
Teraz opisuje swoje zachowanie jako „nierozważne, głupie i reakcyjne”.
Tucker mówi, że ludzie zaczynają teraz zdawać sobie sprawę z tego, co Robert De Niro powiedział na temat szczepionek, zanim nagle zamilkł w tej sprawie: „Ludzie czegoś nie poruszają” w kontekście szczepionek i autyzmu.
De Niro wyjaśnił to już w 2016 roku w programie „The Today Show”. Obejrzyj klip, a sam się przekonasz. [sporo filmików – ale w oryginale. md]
Przenosząc się do czasów współczesnych, trudno uwierzyć, że De Niro naprawdę powiedział to samo w telewizji.
Jeszcze trudniej uwierzyć, że większość stosowanych obecnie szczepionek została kiedykolwiek zatwierdzona.
W odniesieniu do szczepionek „placebo” nie oznacza tego, co większość ludzi rozumie.
Kiedy zrozumiesz, czym jest „placebo” szczepionki, sposób, w jaki dowody są zamiatane pod dywan, nagle nabiera o wiele więcej sensu.
Coś dziwnego dzieje się, gdy ludzie zaczynają poważnie brać pod uwagę dane dotyczące bezpieczeństwa szczepionek.
Przeprowadzają badania. Znajdują badania. Ostrożnie wprowadzają dowody do rozmowy, która wydaje się bezpieczna i możliwa.
Ale nic się nie dzieje.
Druga osoba nie zmienia zdania. Nawet nie okazuje ciekawości. Po prostu jeszcze bardziej upiera się przy swoim stanowisku.
Nic w tym nie przypomina zwykłej kłótni. To coś zupełnie innego.
Bo tak właśnie jest.
I rzeczywiście istnieje ku temu bardzo konkretny powód. Powód, który sięga o wiele głębiej niż tylko plemienność.
Powód, dla którego ortodoksyjna doktryna szczepień różni się od niemal każdej innej debaty medycznej, nie jest przypadkowy.
To ze względów konstrukcyjnych. Tak został zaprojektowany i zbudowany.
Aby zrozumieć, dlaczego dowody są w tym przypadku inne – dlaczego te same standardy dowodowe, które obowiązują dosłownie wszędzie indziej, jakoś nie sprawdzają się w przypadku szczepionek – trzeba zrozumieć, co szczepionki tak naprawdę oznaczają w medycynie zachodniej.
I prawdopodobnie nie jest to to, co myślisz.
W 1979 roku lekarz Robert Mendelsohn opublikował książkę „Wyznania heretyka-medyka”.
Jego głównym argumentem było stwierdzenie, że współczesna medycyna nie jest ani sztuką, ani nauką – jest religią.
Lekarze zastąpili księży. Białe fartuchy zastąpiły szaty kapłańskie. Szpitale stały się świątyniami. Leki stały się opłatkami komunijnymi.
A szczepionki stały się wodą święconą – rytuałem, który ochrzcił człowieka w wierze.
Na początku lat 80. Mendelsohn wielokrotnie pojawiał się w telewizji, aby omawiać zagrożenia związane ze szczepionkami – debaty transmitowane były dla milionów widzów. Dziś takie programy nie mogłyby być emitowane. Te same argumenty, które wówczas wysuwał, potwierdziły się niemal w każdym szczególe podczas pandemii COVID-19.
Ten pogląd – medycyna jako religia, szczepionki jako woda święcona – to nie tylko metafora. Doskonale ilustruje on, z czym mamy do czynienia, próbując obiektywnie dyskutować o bezpieczeństwie szczepionek.
Do tego zdarzenia przyczyniły się trzy siły.
Pierwszy ma charakter strukturalny: cały prestiż społeczny medycyny opiera się na mitologii – mianowicie, że uratowała ona ludzkość przed mrocznym wiekiem chorób zakaźnych. Szczepionki stanowią centralny punkt tej mitologii.
Ale jest pewien problem. Dane pokazują, że tylko 3,5% spadku ogólnego wskaźnika śmiertelności można przypisać wszystkim interwencjom medycznym łącznie . Reszta to zasługa higieny, żywienia i poprawy warunków życia.
Medycyna niesłusznie przypisuje sobie zasługi za zmianę, którą w dużej mierze jedynie obserwowała. A szczepionki są sztandarem tego fałszywego twierdzenia.
Kiedy szczepionki upadają, upadają również mity. Oznacza to, że ci, którzy zbudowali na nich swoją karierę, są psychicznie niezdolni do zmiany perspektywy.
Druga siła ma charakter poznawczy. Szkolenia medyczne opierają się na uproszczeniach – jeśli A, to B – bez konieczności kwestionowania ich przyczyn. Gdy te założenia są kwestionowane, wyuczoną reakcją jest jeszcze silniejsze ich podtrzymywanie, zamiast ich zgłębiać. Tę tendencję wzmacnia fakt, że przyznanie się do szkód wywołanych szczepionką oznacza przyznanie się do wyrządzenia krzywdy pacjentom, których się osobiście leczyło.
Trzecia siła ma charakter społeczny. Kiedy tradycyjna religia została wyparta w kulturze zachodniej, potrzeba wspólnej wiary nie zniknęła – została przekierowana.
Nauka wypełniła tę lukę. Jednak nauka jako instytucja stopniowo przekształciła się w scjentyzm : system, który deklaruje obiektywność, ale funkcjonuje jak doktryna. Słychać to w języku. „Wierzę w naukę”. „Wierzę w szczepionki”. „Każdy, kto to kwestionuje, musi zostać uciszony”.
To nie jest język dowodów. To język herezji.
Metafora szczepionki jako wody święconej nie ma charakteru wyłącznie filozoficznego.
Studenci medycyny i pracownicy służby zdrowia muszą być w pełni zaszczepieni – co eliminuje każdego, kto nie przestrzega tej doktryny, jeszcze przed rozpoczęciem kariery. Od tych, którzy to robią, oczekuje się udzielania sakramentu pacjentom.
Podczas pandemii COVID-19 część społeczeństwa zaczęła formalnie wykluczać niezaszczepionych – wykluczano ich z miejsc pracy, restauracji i życia towarzyskiego.
Funkcja rytualna była widoczna w czasie rzeczywistym. Nie była to polityka zdrowotna. To było egzekwowanie granic religijnych.
Oto mechanizm, który chroni cały system przed dowodami.
Badania kontrolowane placebo – złoty standard dowodów medycznych – są uznawane za „nieetyczne” w przypadku szczepionek, ponieważ pozbawiałyby dzieci możliwości „ratowania życia”. Dlatego też, duże badania retrospektywne porównujące dzieci zaszczepione i niezaszczepione stają się najlepszym dostępnym dowodem.
Jednakże, gdy badania te ujawniają szkodliwość, są one odrzucane jako „niekontrolowane”. Wezwania do przeprowadzenia kontrolowanych badań, które właśnie uznano za nieetyczne, stają się coraz głośniejsze.
Pułapka się zamyka. Dowód szkody nigdy nie spełni standardu dowodowego, ponieważ wymaga to projektu badawczego, którego wykonanie zostało zakazane .
Instytut Medycyny – przez dziesięciolecia uznawany za autorytet w dziedzinie bezpieczeństwa szczepionek – opublikował ważne raporty w latach 1994 i 2012. W raportach tych stwierdzono, że nie ma wystarczających dowodów, aby definitywnie potwierdzić lub obalić związek między szczepionkami a poważnymi szkodami i że badania te muszą zostać pilnie przeprowadzone.
Ale to się nigdy nie wydarzyło.
Tymczasem retrospektywne dane wykazujące bezpieczeństwo szczepionek są szeroko publikowane i cytowane bez krytycznej analizy. Ten sam typ danych sugerujących szkodliwość jest odrzucany jako niewystarczający. Ta sama metodologia. Różne wyniki, w zależności od kierunku badania.
Ta asymetria nie była przypadkowa.
Z ujawnionych dokumentów ujawnionych w trakcie postępowań sądowych wynika, że członkom komisji IOM od samego początku powiedziano, że ich końcowy raport – stanowiący ostateczny dowód bezpieczeństwa szczepionek – nie może zawierać żadnych dowodów na szkodliwość szczepionek.
Wniosek został wyciągnięty jeszcze przed rozpoczęciem przeglądu.
Istnieje termin oznaczający sytuację, w której brak dowodów interpretuje się jako dowód nieistnienia.
To błąd kategoryzacyjny. Błąd logiczny omawiany na każdym kursie wprowadzającym do filozofii.
W badaniach nad szczepionkami stało się to oficjalną polityką regulacyjną.
Manipulacja strukturalna w badaniach nad szczepionkami posuwa się jeszcze dalej.
Badania są monitorowane w wyjątkowo krótkich okresach obserwacji . W badaniach klinicznych szczepionki przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B – podawanej każdemu noworodkowi w Stanach Zjednoczonych – działania niepożądane obserwowano zaledwie cztery do pięciu dni po szczepieniu .
Większość przewlekłych chorób związanych ze szczepionkami – choroby autoimmunologiczne, uszkodzenia neurologiczne, zaburzenia rozwojowe – ujawnia się dopiero po tygodniach, miesiącach lub latach .
Czterodniowe okno czasowe nie pomija tych konsekwencji przypadkowo. Czterodniowe okno czasowe zostało celowo zaprojektowane tak, aby pomijać te konsekwencje.
Jednak najbardziej nieuczciwą pod względem strukturalnym cechą badań klinicznych nad szczepionkami jest to, co jest stosowane jako „placebo”.
Prawdziwe placebo są nieskuteczne. Roztwór soli fizjologicznej. Coś, co nic nie robi, więc wszelkie różnice w działaniach niepożądanych między grupami stają się widoczne.
Co alarmujące, większość badań nad szczepionkami wykorzystuje inną szczepionkę jako grupę kontrolną – często przeciwko zupełnie innej chorobie. Oznacza to, że grupa „placebo” również doświadcza skutków biologicznych wywołanych szczepionką. Jeśli częstość występowania działań niepożądanych jest podobna w obu grupach, szczepionka zostaje uznana za bezpieczną.
W badaniach nad szczepionką przeciwko HPV substancją kontrolną stosowaną jako „placebo” był adiuwant aluminiowy – związek o udokumentowanych właściwościach prozapalnych. W tych badaniach u 2,3% uczestników, zarówno w grupie szczepionej, jak i placebo, rozwinęły się choroby autoimmunologiczne zmieniające życie.
Placebo powodowało również choroby autoimmunologiczne. To niesprawiedliwe porównanie. To mechanizm specjalnie zaprojektowany, aby sygnał zniknął.
A jeśli prześledzimy łańcuch badań nad dowolną szczepionką wystarczająco daleko wstecz, okaże się , że pierwsza szczepionka z serii po prostu nigdy nie została przetestowana w porównaniu z obojętnym placebo. Zakładano, że jest bezpieczna. Każde kolejne badanie opierało swoje porównanie „bezpieczeństwa” na tym niesprawdzonym założeniu.
W pierwszych badaniach nad szczepionką Gardasil, w których wzięło udział ponad 21 000 osób, wskaźnik śmiertelności w grupie szczepionej wyniósł 8,5 na 10 000. W grupie placebo wskaźnik śmiertelności wyniósł 7,2 na 10 000.
Oczekiwany wskaźnik śmiertelności wśród dziewcząt i młodych kobiet w tym samym wieku wynosi 4,37 na 10 000.
Zarówno w grupie szczepionej, jak i w grupie kontrolnej, zmarło prawie dwa razy więcej osób niż w grupie bazowej. Wniosek FDA: nie ma powodu do obaw, ponieważ wskaźniki były spójne.
Ale oni się zgodzili świadomie. Młode kobiety i dziewczęta ginęły celowo.
System zaprojektowany do wykrywania sygnałów bezpieczeństwa nie zauważył, że obie grupy umierały w nietypowym tempie. Wynika to z faktu, że korelacja z równie nietypową grupą kontrolną oznacza, że ze względu na swoją konstrukcję badanie nie jest w stanie rozpoznać własnego sygnału.
Jednym z najbardziej uderzających aspektów tej historii jest przypadek lekarza, który zgodził się przeprowadzić badanie porównawcze osób zaszczepionych i niezaszczepionych, obiecując z góry opublikować wyniki bez względu na wynik.
Dane wykazały, że szczepionki są niebezpieczne – i to niezwykle niebezpieczne.
Lekarz odmówił ich opublikowania.
Później, gdy został sfilmowany, mówiąc o tym, przyznał, że zataił wyniki, aby chronić siebie.
Materiał filmowy można zobaczyć w filmie „Niewygodne studium”.
Jeśli dane okażą się niewygodne, zostaną usunięte.
Samo CDC prowadziło kompleksowy zbiór danych populacyjnych – taki, który umożliwiałby etycznie uzasadnione, szeroko zakrojone porównanie dzieci zaszczepionych i niezaszczepionych. To właśnie tego zbioru danych domagali się od lat obrońcy bezpieczeństwa.
Jednak gdy Sekretarz Kennedy chciał uzyskać do niego dostęp, CDC go usunęło.
Peter Gøtzsche jest jednym z czołowych światowych ekspertów w dziedzinie oszustw w badaniach farmaceutycznych. Jego dokumentacja badań nad szczepionką AstraZeneca przeciwko COVID-19 jest godna uwagi.
Po zaszczepieniu jego żony, cierpiała ona na ciężką bezsenność, gorączkę, silne bóle głowy, bóle mięśni, nudności i zawroty głowy – przez cztery dni była nieprzytomna. Trzeciego dnia członkowie rodziny opisali ją jako osobę o zaburzeniach poznawczych, jakich nigdy wcześniej nie widzieli.
Pierwszych 13 kolegów z jej oddziału szpitalnego było podobnie osłabionych. Każdy z nich musiał wziąć zwolnienie lekarskie.
Jednakże raport z badania firmy AstraZeneca, opublikowany w czasopiśmie medycznym „The Lancet”, podaje, że u 1% uczestników badania wystąpiły poważne skutki uboczne.
100% kontra 1%
Ta rozbieżność – 100% w praktyce, 1% w publikacjach – ma udokumentowany mechanizm.
Liderzy badania mają prawo decydować, czy zdarzenie niepożądane było spowodowane szczepionką. Konsekwentnie dochodzą do wniosku, że nie. Bo mogą.
W badaniach nad szczepionką przeciwko COVID-19 uczestnicy zgłaszali, że poważny nowotwór został przeklasyfikowany jako powiększone węzły chłonne . Trwała niepełnosprawność została przeklasyfikowana jako „czynnościowy ból brzucha”.
Uraz nie zniknął. Kategoria się zmieniła.
Strasznie łatwo jest kłamać za pomocą danych.
Ten schemat nie ogranicza się wyłącznie do szczepionek.
Kiedy SSRI po raz pierwszy pojawiły się na rynku, FDA została zasypana doniesieniami łączącymi je z samobójstwami, morderstwami i masową przemocą. Agencja zwołała oficjalne przesłuchanie w tej sprawie we wrześniu 1991 roku. Branża była świadoma ryzyka. Dane były dostępne.
Nic z tego nie wyszło na jaw przez kolejne dziesięciolecia, aż do momentu, gdy pozwy ofiar wymusiły ujawnienie dokumentów w ramach procesu gromadzenia dowodów.
To samo podejście – kontrolowanie organu regulacyjnego, tłumienie sygnałów ostrzegawczych, czekanie na spory prawne – okazało się skuteczne we wszystkich głównych sektorach farmaceutycznych. Szczepionki są najlepiej chronionym przejawem systemu, który nigdy nie działał zgodnie z przeznaczeniem.
Władze, które powinny to ujawnić, mają ku temu strukturalne powody.
E-maile ujawnione na mocy ustawy o wolności informacji (FOIA) ujawniły, że szef Biura Bezpieczeństwa Szczepionek CDC regularnie kontaktował się z przemysłem farmaceutycznym w celu ustalania krajowej polityki szczepień, jednocześnie blokując inicjatywy obywatelskie promujące badania nad bezpieczeństwem szczepionek. Nie był to odosobniony przypadek. Była to standardowa praktyka, udokumentowana w wewnętrznej korespondencji.
Podczas gdy CDC i FDA starały się stłumić falę doniesień o poważnych urazach poszczepiennych po szczepieniu przeciw HPV, dyrektor CDC, która kierowała tymi działaniami, została następnie dyrektorem w Merck . Jej wynagrodzenie w Merck przekroczyło trzydzieści milionów dolarów.
Trzydzieści milionów dolarów.
Peter Marks — dyrektor FDA, który konsekwentnie starał się ukryć oznaki uszkodzeń po szczepionce przeciw COVID-19 i przyspieszyć proces zatwierdzania — opuścił agencję i objął stanowisko kierownicze w Eli Lilly. Były komisarz FDA Trumpa dołączył do rady dyrektorów Pfizera.
To struktura motywacyjna, która determinuje aparat regulacyjny. Żadnego spisku. System nagród tak niezawodny, że nie wymaga głosowania.
Istnieją powody finansowe, dla których rząd federalny nie może sobie pozwolić na klasyfikowanie szczepionek jako szkodliwych.
Rząd wypłaca odszkodowania za szkody poszczepienne bezpośrednio. Gdyby nawet tylko jeden na pięć przypadków autyzmu był powiązany ze szczepionkami, szacowane koszty wyniosłyby około 1,3 biliona dolarów.
Dla porównania: cały budżet federalny w 2017 r. wyniósł 3,3 biliona dolarów.
To nie jest abstrakcyjna liczba. Ta liczba po prostu wyjaśnia, dlaczego badania nie są prowadzone. Dlaczego bazy danych są usuwane. Dlaczego komitet IOM został poinformowany, jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, o tym, jakie wnioski ma osiągnąć.
Nauka nigdy nie została stworzona po to, by dowodzić szkodliwości. Została stworzona po to, by obalać to pytanie.
COVID-19 radykalnie zmienił sytuację.
Szczepienia były obowiązkowe, mimo że nie mogły zapobiec transmisji. Miliony ludzi cierpiały na problemy zdrowotne. Wyniki ankiety zostały upublicznione i od tamtej pory nie uległy zmianie.
Badania przeprowadzane regularnie od 2022 roku pokazują, że około jedna trzecia zaszczepionych osób doświadczyła skutków ubocznych, a mniej więcej jedna na dziesięć osób określiła je jako poważne. W najnowszym badaniu 46% Amerykanów stwierdziło, że szczepionka przeciwko COVID-19 prawdopodobnie spowodowała znaczną liczbę niewyjaśnionych zgonów , a 25% uważa, że jest to bardzo prawdopodobne.
To nie są liczby marginalne. To połowa kraju, wyrażająca powszechny sceptycyzm wśród ludności, którego nie udało się stłumić latami oficjalnej propagandy.
Marka szczepionki została wykorzystana do marketingu terapii genowych na COVID . A kiedy marka straciła wiarygodność, otworzyły się drzwi.
Ludzie, którym zaszkodziły inne szczepionki – szczepionki przeciw grypie, szczepionki dla dzieci, szczepionki przeciw HPV – zaczęli publicznie mówić o swoich problemach w liczbie, której nie dało się zignorować.
Tucker Carlson powiedział milionom widzów, że u jego syna po otrzymaniu szczepionki przeciw grypie rozwinął się zespół Guillaina-Barrégo.
Stary mur nie może już dłużej stać.
I to powinno było nastąpić już dawno.
Ustawodawcy zaczynają teraz nazywać to po imieniu.
Przez dziesięciolecia ochrona systemu gwarantowała, że żadna debata tak naprawdę się nie rozpoczęła – bo gdy tylko debata się rozpocznie, sprzeczności od razu stają się widoczne.
Żadnego placebo, bo to nieetyczne.
Brak dowodów innych niż placebo, ponieważ nie jest to badanie kontrolowane.
Brak danych, ponieważ zostały usunięte.
Żadnej odpowiedzialności, ponieważ jest to objęte ochroną prawną.
Każdy, kto weźmie pod uwagę wszystkie cztery punkty łącznie, nie będzie już zdezorientowany i wpadnie we wściekłość.
To, co się tu faktycznie dzieje, ma większe znaczenie niż jakiekolwiek pojedyncze szczepienie.
Od dziesięcioleci powtarza się ten sam schemat: dane są ukrywane, badania manipulowane, bazy danych usuwane, naukowcy uciszani, a organy regulacyjne wciągane w kooptację. Nie z powodu spisku w konwencjonalnym sensie – ale z powodu czegoś bardziej powszechnego i uporczywego.
System motywacyjny, który nagradza konformizm, karze za odmienne poglądy i opiera swoją legitymację na jednym założeniu, którego nigdy nie wolno mu kwestionować.
Kiedy społeczeństwo przyznaje instytucji naukowej autorytet religii – kiedy krytyka staje się herezją, kiedy kwestionowanie staje się zagrożeniem, kiedy wnioski muszą zostać wyciągnięte przed zebraniem danych – nie wyniosło to nauki na wyższy poziom. Zastąpiło ją czymś, co kryje się pod płaszczykiem nauki.
Wiara się teraz rozpada. Co pojawi się na jej miejscu – czy będzie to coś naprawdę bardziej szczerego, czy po prostu nowy zestaw nienaruszalnych dogmatów – to pytanie, na które każdy, kto zwraca uwagę, musi odpowiedzieć. Zanim zmarnujemy szansę.
Dzieci nie są jeszcze w pełni ukształtowane przez narracje, ideologie i nieustanne przekazy medialne. Postrzegają świat z często rozbrajającą logiką. Zadają pytania, gdy coś nie ma sensu. Nie akceptują sprzeczności tylko dlatego, że są stale powtarzane.
Poniższy fikcyjny dialog między dwunastoletnią córką a jej ojcem nie jest traktatem historycznym ani nie rości sobie prawa do reprezentowania prawdy absolutnej. Jego celem jest zilustrowanie, jak proste wydają się niektóre rzeczy, gdy patrzy się na nie z rozsądku – i jak skomplikowane stają się, gdy w grę wchodzą interesy polityczne, propaganda i strach.
Dzieci często myślą logiczniej niż my, dorośli.
Tato, dlaczego na Ukrainie jest wojna?
Ludzie się o to spierają. Niektórzy twierdzą, że Rosja po prostu najechała Ukrainę. Inni twierdzą, że wojna ma długą historię i jest wojną zastępczą prowadzoną przez USA i NATO przeciwko Rosji.
„A co ty o tym myślisz, tato?”
„Wierzę w to drugie. I z mojego punktu widzenia istnieje na to wiele dowodów historycznych”.
„Które?”
„Kiedy zimna wojna się skończyła i Związek Radziecki upadł, nagle nie było już poważnego wroga. Ale niektórzy potężni ludzie zawsze potrzebują wroga”.
„Dlaczego więc?”
„Bo na strachu i kreowaniu wrogów można zarobić mnóstwo pieniędzy. Kiedy ludzie się boją, państwa kupują więcej broni, wydają więcej pieniędzy na wojsko i akceptują rzeczy, na które inaczej mogłyby nie przystać”.
Bez poważnego wroga znacznie trudniej uzasadnić wydawanie coraz większych pieniędzy na broń i wojsko. Wizerunek wroga budzi strach – a strach rodzi poparcie dla zbrojeń.
„A niektórzy ludzie na tym zarabiają?”
„Dokładnie. Dlatego prezydent USA Dwight Eisenhower ostrzegał przed tak zwanym kompleksem wojskowo-przemysłowym już w 1961 roku”.
„Co to za skomplikowane słowo?”
„Są to duże firmy zbrojeniowe, wpływowi politycy i inne potężne grupy, które czerpią korzyści z tego, że coraz więcej pieniędzy napływa do przemysłu zbrojeniowego”.
„Czyli niektórzy ludzie czerpią zyski ze strachu?”
„Tak, robią. Ze strachu przed wojną i z samą wojną.”
„A co to ma wspólnego z NATO?”
„W 1990 roku NATO liczyło 16 państw członkowskich. Po zakończeniu zimnej wojny NATO przesuwało się coraz dalej na wschód, w kierunku Rosji, i przyjmowało coraz więcej krajów. Dziś do NATO należą 32 państwa. Rosja postrzegała to i nadal postrzega jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa”.
Ale NATO jest tylko sojuszem obronnym, prawda?
„Tak to się zazwyczaj przedstawia. Moim zdaniem, w ciągu ostatnich dekad Stany Zjednoczone coraz częściej wykorzystywały NATO jako swoje najważniejsze narzędzie militarne do zabezpieczania i rozszerzania swoich politycznych i strategicznych wpływów na całym świecie. Stany Zjednoczone są państwem imperialistycznym. NATO w coraz większym stopniu stawało się sojuszem ofensywnym, z którego korzystały Stany Zjednoczone. Państwa europejskie często się na to zgadzały, nawet jeśli ich własne interesy nie zawsze były zbieżne z interesami Stanów Zjednoczonych”.
„Ale dlaczego inne kraje w ogóle biorą w tym udział?”
Wiele osób zadaje sobie to pytanie. Niektóre rządy europejskie – zwłaszcza niemiecki – często przywiązują dużą wagę do utrzymywania dobrych relacji z USA, nawet jeśli w rezultacie cierpią na tym ich własne interesy lub interesy ich obywateli.
„Wygląda na to, że jedna osoba zawsze robi to, co mówi druga”.
Ojciec się uśmiecha.
„Niektórzy nazywają to wasalstwem”.
„Kim jest wasal?”
„W przeszłości odnosiło się to do kogoś, kto przysięgał wierność potężnemu władcy i musiał mu być posłuszny. Niektóre rządy europejskie często zachowują się podobnie wobec USA”.
„Ale czy Niemcy i USA nie są przyjaciółmi?”
„Ludzie mogą być przyjaciółmi. Państwa mają przede wszystkim interesy”.
„Więc nie masz żadnych przyjaciół?”
„Mogą istnieć dobre relacje, zaufanie i bliska współpraca. Ale w polityce zazwyczaj jest tak, że gdy interesy się rozchodzą, przyjaźń szybko się kończy”.
„Czy Niemcy też to robią?”
Ojciec kręci głową.
„Moim zdaniem, zdecydowanie za rzadko. Często odnoszę wrażenie, że niemieckie rządy podążają za wolą USA, nawet jeśli szkodzi to ich własnym interesom”.
„Dlaczego to robią?”
„Trzeba by o to zapytać polityków. Myślę, że Niemcy często zachowują się wobec USA bardzo uległie – czasami nawet bardziej uległie niż wielu innych sojuszników Ameryki”.
„Nawet jeśli to jest złe dla Niemiec?”
„Tak, odnoszę takie wrażenie. Zwłaszcza w polityce energetycznej lub w przypadku niektórych decyzji w polityce zagranicznej, często mam wrażenie, że dobre relacje z USA są dla niektórych polityków ważniejsze niż to, czy dana decyzja przynosi korzyści ich własnym obywatelom”.
„Ale niemiecki rząd powinien na pewno myśleć przede wszystkim o Niemczech”.
„Wiele osób by się z tym zgodziło”.
„Jeśli moja dziewczyna chce ode mnie czegoś, co może mi zaszkodzić, to powiem nie”.
Ojciec się uśmiecha.
„To całkiem rozsądna zasada w relacjach międzyludzkich”.
„W takim razie powinno to dotyczyć również krajów”.
Moim zdaniem tak. Dobrzy partnerzy mogą mieć różne poglądy i również powiedzieć „nie”. Ktoś, kto nigdy nie mówi „nie”, w końcu przestaje być równorzędnym partnerem, a zaczyna przypominać kogoś, kto podąża za kimś.
Córka zastanawia się przez chwilę.
„W takim razie przyjaźń i uległość to prawdopodobnie nie to samo”.
„Nie, zdecydowanie nie.”
„Ale tato, brzmi to trochę smutno, że narody nie mogą się ze sobą przyjaźnić”.
„Być może. Ale jeśli chcesz zrozumieć politykę międzynarodową, musisz o tym pamiętać. Państwa zazwyczaj nie działają z przyjaźni, ale dlatego, że spodziewają się dzięki temu korzyści”.
„A co się stanie, jeśli rząd niemiecki nie pomyśli najpierw o Niemczech i ich obywatelach?”
„W pewnym momencie obywatele stają się niezadowoleni i tracą zaufanie do polityki. Czasami prowadzi to nawet do rewolucji lub wojen domowych”.
„Dobrze, wracając do NATO. Zatem dla Amerykanów NATO jest jak potężne ramię, za pomocą którego mogą prowadzić politykę daleko od domu, czy tak?”
„Tak, ja też tak postrzegam amerykańską politykę zagraniczną”.
„A Rosji się to wcale nie podobało?”
„Nie. Rosja wielokrotnie oświadczała, że postrzega rozszerzenie NATO jako zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa”.
„To tak, jakby ktoś ciągle zbliżał się do mojego pokoju, mimo że powiedziałam mu, że tego nie chcę”.
„Dokładnie. Jeśli ktoś będzie się do ciebie zbliżał, mimo że powiesz mu, że tego nie chcesz, w końcu poczujesz się zagrożony”.
„I w końcu ta druga osoba zareaguje”.
„Zgadza się. Można dyskutować, czy ta reakcja jest słuszna, czy nie. Ale warto przynajmniej spróbować zrozumieć, dlaczego do niej doszło”.
Ojciec zastanawia się przez chwilę.
„Wyobraź sobie teraz taką sytuację: Kanada lub Meksyk nagle wystrzeliwują rakiety bezpośrednio w kierunku USA. Jak myślisz, co by się stało?”
Córka nie wahała się ani chwili.
„Amerykanie nigdy by na to nie pozwolili!”
„Dlaczego tak myślisz?”
„Ponieważ baliby się, że mogą zostać zaatakowani”.
„Dokładnie. A co prawdopodobnie zrobiłyby Stany Zjednoczone?”
„Zażądaliby usunięcia rakiet”.
„A co jeśli to się nie stanie?”
„Wtedy na pewno bardzo, bardzo by się wściekli”.
Ojciec kiwa głową.
„To bezpieczne założenie. Stany Zjednoczone reagowały w przeszłości bardzo wrażliwie, gdy czuły, że ich bezpieczeństwo jest zagrożone”.
„W takim razie jest rzeczą normalną, że dany kraj nie chce mieć wrogich rakiet tuż u swojego progu”.
„Oczywiście.”
„Ale dlaczego nie rozumie się tego w przypadku Rosji?”
„To dobre pytanie. Rosja wielokrotnie oświadczała, że postrzega dalsze zbliżenie z NATO i potencjalne systemy uzbrojenia na Ukrainie jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa”.
„W takim razie stosujesz podwójne standardy”.
„Tak, i właśnie o to oskarżam tak zwany „Zachód oparty na wartościach”!”
„Więc jeśli USA czują się zagrożone, to zrozumiałe. Ale jeśli Rosja czuje się zagrożona, to nagle nie powinno to mieć znaczenia?”
„Tak, to właśnie wmawiają swoim obywatelom zachodnie rządy i media głównego nurtu. Często przedstawiają fakty w taki sposób, że wielu ludzi w końcu dochodzi do wniosku, że Rosja nie ma prawa do posiadania interesów bezpieczeństwa, ale Stany Zjednoczone tak. A ponieważ te same komunikaty są stale powtarzane, wiele osób przyjmuje ten pogląd bez kwestionowania go”.
Córka marszczy brwi.
„To brzmi trochę niesprawiedliwie”.
„Niestety, polityka międzynarodowa często nie jest zbyt sprawiedliwa”.
„Ale jeśli chcesz zrozumieć, dlaczego coś się dzieje, musisz spróbować zrozumieć perspektywę obu stron”.
Ojciec się uśmiecha.
„Niestety, zdecydowanie zbyt mało osób to robi”.
„A może ta historia o dobrych i złych bohaterach jest po prostu zbyt prosta”.
„Dokładnie. I właśnie tam często zaczyna się propaganda: kiedy sprowadzasz skomplikowany konflikt do prostej narracji – dobrzy tu, źli tam”.
„Wtedy może nie wszystko było takie jasne, jak często wygląda w telewizji”.
„Nie. Świat jest zazwyczaj bardziej skomplikowany niż historia dobrego bohatera i złego złoczyńcy. Właśnie dlatego powinieneś zachować ostrożność, jeśli ktoś opowiada ci o wojnie jak w bajce”.
„Więc Rosja czy Putin wcale nie są źli. Ale w telewizji często brzmi to tak, jakby Putin był winny wszystkiemu”.
„To się nazywa personalizacja. Złożony konflikt sprowadza się do jednej osoby. Argument jest więc taki: gdyby Putin nie istniał, nie byłoby wojny”.
„A to nieprawda?”
„Zdecydowanie nie! Świat nie jest taki prosty. Wojny zazwyczaj mają wiele przyczyn: historię, interesy władzy, kwestie bezpieczeństwa, interesy ekonomiczne i błędy polityczne po obu stronach”.
„Dlaczego więc to robią?”
„Bo tak jest łatwiej. Znacznie łatwiej powiedzieć ludziom: »Złoczyńca siedzi tam i jest winny wszystkiemu«. Wtedy nie trzeba już zajmować się skomplikowanym tłem”.
„Czy dlatego niektórzy nazywają Putina przestępcą?”
„Tak. Wielu polityków i mediów mówi o nim, jakby był uosobieniem zła. Często odmawia mu się jakiejkolwiek zrozumiałej motywacji. Czasami zachowuje się tak, jakby nie miał żadnych interesów bezpieczeństwa, żadnych powodów politycznych ani obaw, a po prostu pragnął wojny”.
„Ale żaden normalny człowiek nie chce wojny”.
„Nie, zdecydowana większość ludzi nie chce wojny. Chcą żyć w pokoju, patrzeć, jak dorastają ich dzieci i po prostu cieszyć się życiem. Dlatego wielu ludziom trudno zrozumieć, dlaczego w ogóle wybuchają wojny”.
„A dlaczego więc niektórzy ludzie przedstawiani są jako potwory?”
„Bo łatwiej wyjaśnić konflikt, jeśli powiesz: Zły siedzi tam i jest winny wszystkiemu. Jeśli przedstawiasz kogoś tylko jako potwora, przestajesz pytać, dlaczego zachowuje się tak, jak się zachowuje”.
„Czyli w oczach ludzi nie jest on już prawdziwą osobą?”
„To właśnie nazywa się dehumanizacją. Kiedy przeciwnik jest przedstawiany wyłącznie jako zły złoczyńca, łatwiej go znienawidzić i odrzucić jakąkolwiek możliwość rozmów czy negocjacji”.
„Ale jeśli chcesz pokoju, musisz porozmawiać z osobą, której nie lubisz”.
Ojciec się uśmiecha.
„To bardzo sprytny pomysł. Pokój zawiera się rzadziej z przyjaciółmi. Pokój zawiera się zwłaszcza z wrogami”.
„W takim razie przedstawianie kogoś jako czystego zła nie byłoby zbyt mądre”.
„Masz rację, to krótkowzroczne. Bo każdy, kto wierzy tylko w zło po drugiej stronie, w końcu przestaje szukać rozwiązań”.
„Hm… Ale czy Ukraińcy nie walczą o naszą demokrację? Tak mówią wiadomości”.
Wiadomości mówią wiele. Pytanie brzmi, czy również krytycznie analizują sytuację. W rzeczywistości media powinny pociągać do odpowiedzialności osoby sprawujące władzę i pokazywać ludziom różne perspektywy, aby mogli wyrobić sobie własne zdanie. Mam jednak wrażenie, że główne media jedynie towarzyszą i wspierają politykę, zamiast ją krytycznie analizować.
„Czy zatem wiadomości mogą być jednostronne?”
„Tak, oczywiście. Dlatego nigdy nie powinieneś czytać ani oglądać tylko jednego źródła.”
„Czy Ukraińcy walczą teraz o naszą demokrację, czy nie?”
Aby to się stało, Ukraina musiałaby najpierw sama stać się sprawnie funkcjonującą demokracją. Jestem co do tego sceptyczny. Kraj od lat boryka się z poważnymi problemami korupcji. Wprowadzono zakazy działalności partii politycznych, ograniczenia i prześladowania opozycji oraz mediów krytycznych wobec rządu. Do tego dochodzi kult Bandery i ruchy ultranacjonalistyczne, takie jak Pułk Azow. Sytuacja jest zatem bardziej skomplikowana, niż się ją często przedstawia.
„Czym właściwie jest kult Bandery?”
„Stepan Bandera był ukraińskim nacjonalistą. Dla niektórych ludzi na Ukrainie jest bojownikiem o wolność, ponieważ walczył o niepodległość Ukrainy. Inni postrzegają go bardzo krytycznie, ponieważ on i część jego ruchu współpracowali z niemieckimi narodowymi socjalistami, a członkowie jego organizacji byli zamieszani w zbrodnie przeciwko Polakom i Żydom”.
„A dlaczego ktoś miałby podziwiać kogoś takiego?”
„Bo historię często opowiada się inaczej. Niektórzy patrzą tylko na jedną stronę, inni na drugą. Ale jeśli ktoś był częściowo odpowiedzialny za poważne zbrodnie lub przynajmniej je akceptował, nie powinien być bezkrytycznie traktowany jako bohater – wręcz przeciwnie”.
„A co to jest Pułk Azowski?”
Pułk Azowski powstał pierwotnie jako batalion ochotniczy, a później został włączony do Ukraińskiej Gwardii Narodowej. Jest wielokrotnie i słusznie krytykowany, ponieważ niektórzy z jego byłych i obecnych członków oraz symbole kojarzą się z ideologiami skrajnie prawicowymi i neonazistowskimi.
„Czyli na Ukrainie naprawdę są neonaziści?”
„Tak. Podobnie jak niestety istnieją ugrupowania skrajnie prawicowe w wielu krajach, w tym w Niemczech i Rosji. Różnica polega na tym, że o roli takich ugrupowań na Ukrainie często wspomina się jedynie pobieżnie lub bagatelizuje, a na Ukrainie w wyższych kręgach politycznych działają również ludzie o poglądach faszystowskich”.
„Czyli historia o doskonałej demokracji nie jest do końca prawdziwa?”
„Moim zdaniem absolutnie nie. Ukraina jest, moim zdaniem, wszystkim, tylko nie państwem demokratycznym. Sytuacja polityczna na Ukrainie jest co najmniej o wiele bardziej problematyczna, wielowymiarowa i skomplikowana, niż przedstawiają ją liczne doniesienia prasowe”.
„Dlaczego więc często opowiadają o tym w tak prosty sposób?”
„Bo proste historie łatwiej sprzedać. Dobrzy tu, źli tam – wszyscy to rozumieją od razu. Rzeczywistość jest zazwyczaj bardziej skomplikowana”.
„Wtedy historia o dobrych i złych bohaterach znów może okazać się zbyt prosta”.
„Dokładnie. W polityce proste historie są często najpopularniejsze – i zazwyczaj też najbardziej niekompletne. Często są one przeplatane półprawdami, a czasem nawet kłamstwami, żeby ludzie myśleli w określonym kierunku”.
„A jak to się nazywa?”
„Propaganda.”
„Propaganda?”
„Tak. Oznacza to selekcję lub prezentację informacji w taki sposób, aby skłonić ludzi do uwierzenia w coś konkretnego lub zrobienia czegoś konkretnego”.
„To manipulacja!”
„Tak, może tak być i zazwyczaj tak jest. Propaganda nie jest niczym nowym. Przed I i II wojną światową rządy i media w wielu krajach próbowały przygotować ludzi do wojny”.
„Ale dlaczego? Większość ludzi nie chce wojny”.
Właśnie dlatego. Jeśli ludzie nie chcą wojny, najpierw trzeba ich przekonać, że wojna jest konieczna.
„Ale to nielogiczne! A jak to zrobić?”
„Mówiąc im, że inni są szczególnie źli i niebezpieczni. Podczas I wojny światowej Niemcy byli często przedstawiani w brytyjskiej propagandzie jako barbarzyńscy „Hunowie”. Podczas II wojny światowej, a także w innych wojnach, kreowano wizerunki wroga, aby ludzie byli skłonni do poświęceń i wspierania wojny”.
„I ludzie po prostu w to wierzą?”
„Jeśli coś będzie powtarzane wystarczająco często i jednocześnie wywoła strach, to wiele osób w końcu w to uwierzy”.
„Nawet jeśli to nieprawda?”
„Tak. Tak zwane kłamstwo inkubacyjne przed pierwszą wojną w Iraku to słynny przykład tego, jak emocjonalnie opowiedziana historia może wpłynąć na poparcie dla wojny”.
„Tak, słyszałem o tym. Ale to takie niesprawiedliwe!”
„A dlaczego uważasz, że to podłe?”
„Ponieważ ludzie niekoniecznie chcą wojny, ale strach i historie takie jak te sprawiają, że ją popierają”.
„Właśnie dlatego propaganda jest tak potężna i, moim zdaniem, obrzydliwa”.
„Ale nie możesz tego zrobić! Nie możesz straszyć ludzi i namawiać ich do wojny!”
Zgadzam się z tobą w stu procentach! Podżeganie do wojny niektórych czołowych polityków europejskich, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, jest nieodpowiedzialne i, moim zdaniem, wysoce przestępcze.
„I na końcu ludzie umierają, bo ktoś wcześniej powiedział im, kto jest dobry, a kto zły?”
Ojciec kiwa głową.
„Niestety, taka sytuacja miała miejsce już kilkakrotnie w historii”.
Córka przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
„W takim razie może zawsze należy zachować ostrożność, gdy ktoś mówi, że tylko inni są źli”.
Ojciec się uśmiecha.
„To bardzo sprytna zasada. Bo jeśli chcesz przekonać ludzi, że wojna jest konieczna, zazwyczaj musisz im najpierw wyjaśnić, kto jest rzekomo złym człowiekiem”.
„I to nazywasz obrazem wroga?”
„Dokładnie. Każdy, kto chce wojny, prawie zawsze najpierw potrzebuje obrazu wroga.”
„Hm…czy Niemcy są prawdziwą demokracją?”
„Teoretycznie tak. Ale mam wrażenie, że mogę głosować tylko raz na kilka lat, a potem politycy często realizują coś przeciwnego do obietnic wyborczych. Dlatego wielu obywateli czuje się już prawie nie reprezentowanych”.
„Jeszcze jedno pytanie o wojnę zastępczą USA z Rosją, tato. Dlaczego Amerykanie mają coś przeciwko Rosji?”
„Nie można generalizować. 'Amerykanie’ tego nie robią. Miliony 'zwykłych’ Amerykanów pragną pokoju tak samo jak my. Chodzi bardziej o interesy władzy niektórych elit, strategie geopolityczne i interesy ekonomiczne”.
„A dlaczego ludzie nic z tym nie robią?”
„Bo ciągle im się mówi, kto jest dobry, a kto zły. Jeśli powtarzasz coś wystarczająco często, wielu ludzi w końcu w to uwierzy, jak ci pokrótce wyjaśniłem wcześniej. Mieszasz prawdę z półprawdą, a czasem nawet z kłamstwem. Budzisz strach i powtarzasz te same wiadomości w kółko. W końcu wielu ludzi uzna to za rzeczywistość”.
„Ale na pewno nie wszyscy?”
„Nie. Na szczęście nie.”
„Dlaczego Niemcy radzą sobie teraz tak źle? Czy ma to coś wspólnego z wojną na Ukrainie?”
„Tak, ale powodów jest wiele. Jednym z nich są wysokie ceny energii. Niemcy kiedyś kupowały tani gaz z Rosji. Dziś kupujemy znacznie droższy skroplony gaz ziemny z innych krajów, z których niektóre są znacznie dalej niż Rosja”.
„Dlaczego ludzie to robią?”
„Ponieważ Unia Europejska i inne państwa zachodnie nałożyły sankcje na Rosję po rozpoczęciu wojny”.
„Czym są sankcje?”
„To są sankcje ekonomiczne. Ich celem jest wyrządzenie szkody gospodarczej innemu państwu, aby zmieniło swoje zachowanie”.
„I czy to zadziałało?”
Ojciec wzrusza ramionami.
„Rosja borykała się z problemami gospodarczymi, ale po prostu sprzedała wiele swoich surowców innym krajom, na przykład azjatyckim”.
„A my?”
„Zrezygnowaliśmy z taniej energii i teraz płacimy znacznie wyższe ceny. Wiele firm i wielu obywateli odczuwa tego skutki każdego dnia”.
„W takim razie ukaraliśmy sami siebie”.
Ojciec się uśmiecha.
„Tak, to prawda. UE zaszkodziła sobie bardziej swoimi sankcjami niż Rosji”.
„To trochę dziwne.”
„Dlaczego?”
„Jeśli chcę skrzywdzić bliźniego i w efekcie skrzywdzić siebie bardziej niż jemu, to nie jest to szczególnie dobry pomysł”.
„To całkiem prosty, dobry i zrozumiały pomysł”.
„Ale czy Rosja w ogóle potrzebuje Europy?”
„Przynajmniej nie w takim samym stopniu jak kiedyś. Rosja sprzedaje teraz więcej ropy i gazu innym krajom. Świat jest ogromny”.
„Czyli odebraliśmy sobie tanią energię?”
„Można to ująć w ten sposób”.
„Ale tato, nie rozumiem, dlaczego ludzie kupują rzeczy drożej, niż potrzebują. Dlaczego Niemcy pozyskują część energii z odległych krajów? Jeśli mieszkam w północnym Monachium, a sklep obok sprzedaje coś tanio, nie będę jechał przez całe miasto i kupował tego trzy razy drożej”.
Ojciec się śmieje.
„Dokładnie tak myślą dzieci i mają absolutną rację! Ale nie wszystkie kraje UE są tak głupie jak Niemcy. Niektóre kraje nadal pozyskują znaczną część energii z Rosji”.
Hm… i dlaczego nagle wszyscy chcą być gotowi na wojnę?”
„Ponieważ ludziom mówi się, że Rosja chce zaatakować Europę”.
„Czy Rosja tego chce?”
„Uważam, że to kompletna bzdura. Rosja jest największym krajem na świecie i ma dość własnych problemów”.
„Dlaczego więc tak wiele osób tak mówi?”
„Ponieważ ludzie chętniej wydają pieniądze na broń i wojsko, gdy się boją”.
„Czy więc musimy obawiać się, zanim ludzie zgodzą się na zbrojenia?”
„Dokładnie. Wysokie wydatki na wojsko i zbrojenia znacznie łatwiej uzasadnić strachem przed wojną”.
„Dlaczego nie wierzysz, że Rosja chce zaatakować Europę?”
„Spójrzcie: Rosja ma ponad 60 000 kilometrów granic lądowych i morskich. Samo ich zabezpieczenie to ogromne zadanie. Co więcej, Rosja jest ponad 30 razy większa od Niemiec pod względem powierzchni”.
„W takim razie mają już wystarczająco dużo miejsca”.
„Dokładnie. Rosja ma ogromne tereny rolnicze, ogromne rezerwy surowców i prawie wszystko, czego potrzebuje kraj”.
„Czego oni tu chcą? Naszych pól? Naszych domów?”
Ojciec się śmieje.
„Też się nad tym zastanawiam.”
Córka uśmiecha się psotnie.
„A może chcą przejąć nasze długi?”
Ojciec jest widocznie rozbawiony.
„Ledwie.”
„W takim razie to nie ma sensu”.
„To jeden z powodów, dla których twierdzenia o planowanym ataku Rosji na Europę wydają mi się nieprzekonujące”.
„Ale dlaczego politycy tak mówią?”
„Ponieważ wierzą – a przynajmniej tak twierdzą – że Europa musi być przygotowana na potencjalne zagrożenie. Jeśli ludzie wierzą, że Rosja może ich zaatakować, chętniej wydają więcej pieniędzy na broń, żołnierzy i wojsko”.
„Czy strach ułatwia zbrojenia?”
„Tak. Kiedy ludzie się boją, często akceptują rzeczy, które w spokojniejszych czasach mogliby zakwestionować”.
„A dlaczego teraz?”
„Na przykład minister obrony Boris Pistorius wielokrotnie powtarzał, że do 2029 roku Niemcy muszą być zdolne do prowadzenia wojny lub obrony”.
Dlaczego właśnie do 2029 roku?
„Będziesz musiał go o to zapytać. Mówi, że do tego czasu Europa musi być lepiej przygotowana na wypadek, gdyby Rosja stała się niebezpieczna”.
Córka marszczy brwi.
„Ale tato, jeśli Putin jest naprawdę taki zły i chce zaatakować Europę, a już mógłby to zrobić – dlaczego miałby czekać do 2029 roku?”
Ojciec się uśmiecha.
„To zasadne pytanie”.
„To byłoby z jego strony dość głupie. W międzyczasie tylko byśmy się wzmocnili”.
„Dobrze zauważone, córko.”
„Jeśli ktoś naprawdę chce zaatakować i jest wystarczająco silny, nie będzie grzecznie czekał, aż inni będą lepiej przygotowani”.
„Tak, to byłoby i jest całkowicie nielogiczne”.
„A jeśli Putin rzeczywiście jest tak złym demonem, jak twierdzą niektórzy, to tym bardziej dziwne byłoby to, że czeka tak uczciwie i cierpliwie”.
„Zadajesz dobre pytania.”
„Po prostu nie rozumiem, dlaczego dorośli nie zadają takich pytań”.
Ojciec przez chwilę milczy.
„Być może dlatego, że strach jest czasami silniejszy od logiki”.
„Więc może powinniśmy mniej się bać i więcej myśleć.”
„Byłby to dobry początek pokoju na świecie i każdej demokracji”.
„A skąd pochodzą wszystkie pieniądze na tę rzekomo niepotrzebną gotowość bojową?”
„Po części poprzez nowe zadłużenie”.
„Masz na myśli te specjalne fundusze?”
„Dokładnie.”
„Dlaczego więc długi nazywane są aktywami specjalnymi? To brzmi jak pieniądze, które już masz”.
Wielu dorosłych również zadaje sobie to pytanie.
„A kto zapłaci długi?”
„Ty. I twoje dzieci pewnego dnia.”
„To niesprawiedliwe.”
„Tak. Większość osób, które dziś zaciągają długi, nie będzie musiała ich spłacać”.
Córka przez chwilę milczy.
Potem pyta:
„Tato, dlaczego dorośli wierzą w tyle dziwnych rzeczy?”
Ojciec myśli.
„Być może dlatego, że się boją. Być może dlatego, że są zbyt zajęci innymi sprawami. Być może dlatego, że łatwiej jest mieć wizerunek wroga niż zrozumieć skomplikowane powiązania”.
„Więc bycie dorosłym nie zawsze jest takie mądre”.
Ojciec się uśmiecha.
„Czasami nie.”
„A co myślisz o Putinie, tato?”
„Nie podzielam poglądu, że politycy są święci albo diabły. Putin popełnia błędy, tak jak inni politycy. Ale nie wierzę w bajkę o absolutnym złu i absolutnym dobru. W polityce zazwyczaj w grę wchodzą interesy, władza i propaganda”.
„Podoba ci się?”
„Nie znam go osobiście. Ale gdybyś mnie zapytał, z kim łatwiej byłoby mi sobie wyobrazić piwo, to prawdopodobnie byłby to Putin, a nie nasz kanclerz Friedrich Merz”.
„Naprawdę? Dlaczego?”
„Ponieważ mam wrażenie, że Putin – pomimo wszystkich błędów, o które można go zarzucić – bardziej dba o interesy swojego kraju niż wielu naszych polityków”.
„A dlaczego nie wierzysz w to samo, co nasi politycy?”
„Ponieważ niektórzy z nich – jak Friedrich Merz – wolą reprezentować interesy wielkich korporacji, kręgów finansowych czy innych państw, zamiast myśleć przede wszystkim o własnych obywatelach”.
„To właściwie jej praca, prawda?”
„Tak. Rząd powinien przede wszystkim służyć swojemu krajowi i jego obywatelom”.
„I dlatego denerwuje cię, gdy politycy ciągle mówią, że Putin jest zły?”
„Tak. Uważam za bezczelne, gdy europejscy politycy, którzy sami popełnili wiele błędów politycznych, demonizują innego polityka i zachowują się tak, jakby całe zło świata tkwiło w jednej osobie”.
„Więc nie uważasz, że Putin jest aniołem?”
Ojciec się śmieje.
„Nie, zdecydowanie nie.”
„Ale też nie jest diabłem?”
„Dokładnie. Jest politykiem z mocnymi i słabymi stronami, z interesami i wadami – jak wielu innych przywódców państw”.
„W takim razie może warto zachować ostrożność, gdy ktoś mówi, że jedna osoba jest winna wszystkiemu”.
„To sprytny pomysł. Bo gdy tylko uwierzysz, że świat składa się tylko z aniołów i demonów, zazwyczaj przestajesz myśleć samodzielnie”.
Córka kiwa głową.
„Świat jest w pewnym sensie szalony”.
Ojciec patrzy przez okno.
„Tak. I być może czasami potrzebujemy prostych pytań od dzieci, żebyśmy mogli na nowo zacząć myśleć samodzielnie”.
Z ust niemowląt pochodzi prawda.
Jeśli podobał Ci się ten post, udostępnij go ponownie. Dziękuję. Miłego czasu. Jeszcze jedna osobista prośba , drodzy czytelnicy,
Ten blog, który prowadzę całkowicie samodzielnie, bez żadnego wsparcia finansowego, to dzieło miłości. Absolutnie nie chcę ograniczać swojej aktywności w tym obszarze – uważam, że warto. Jednak zaangażowanie czasowe, jakiego wymaga, ogranicza moje możliwości zarobkowe. Byłbym bardzo wdzięczny za darowiznę.
Konto do przekazywania darowizn:
Uwe Froschauer
IBAN: DE41 7015 0000 1008 3626 40
BIC: SSKMDEMMXXX
Jeśli w tytule płatności podasz słowo „darowizna”, będzie to bardzo pomocne w celu prawidłowego przydzielenia płatności.
Teksty zawarte w tej książce zachęcają czytelników do kwestionowania znanych schematów myślenia i działania bez tworzenia nowych dogmatów. Łączą one spostrzeżenia z filozofii, duchowości, psychologii i doświadczenia życiowego w zrozumiałą i bliską refleksję na temat tego, co znaczy być człowiekiem.
Kamienie milowe tej podróży stanowią tematy takie jak autorefleksja, siła chwili obecnej, dawanie i branie, wdzięczność, miłość, tolerancja, rozwój osobisty i radzenie sobie z wyzwaniami życiowymi.
Moje dwie książki, „The Peace-Incapable” i „In the Thrall of Decline”, zostały opublikowane pod koniec marca i na początku kwietnia 2025 roku.
Rząd prowincji poinformował, że zawinięcie statku zostało odwołane, ponieważ pasażerowie nie podzielali lokalnych „struktur i wartości moralnych”.
Władze Turcji zakazują, aby w przyszłym tygodniu, podczas rejsu z Aten do Wenecji, statki wycieczkowe wyłącznie dla osób homoseksualnych spędzały w Turcji kilka dni, poinformowała firma organizująca rejs. W piątek przedstawiciele tureckiego rządu i branży turystycznej nie odpowiedzieli na pytania „The Washington Post”. Nie udało się również skontaktować z Virgin Voyages, właścicielem statku.
Jednak w niedzielę oficjalne konto X rządu prowincji, obejmujące miasto portowe Kusadasi, opublikowało komunikat prasowy informujący o odwołaniu zawinięcia czarterowanego statku wycieczkowego zaplanowanego na 7 lipca. W komunikacie napisano, że grupy na statku były „znane z zachowania niezgodnego ze strukturą naszego społeczeństwa i wartościami moralnymi”, jak podaje angielskie tłumaczenie.
Dziesięciodniowy rejs po Morzu Śródziemnym na pokładzie Scarlet Lady wypłynie z Aten w niedzielę i obejmie inne porty. Gwiazda Broadwayu Patti LuPone, która wystąpi na tym rejsie, wyraziła swoje oburzenie w mediach społecznościowych. „Statek – wspaniały statek – pełen zamożnych gejów. I mnie. Odmówiono wjazdu do Turcji tylko z powodu tego, kto jest na pokładzie” – napisała na Facebooku. „Jestem gotowa wystąpić dla wszystkich wspaniałych mężczyzn na tym rejsie Atlantis, którzy zasługują na o wiele więcej”.
Rejs jest planowany od ponad roku, powiedział Rich Campbell, dyrektor generalny firmy Atlantis Events, organizatora podróży. Powiedział, że tydzień temu po raz pierwszy usłyszał o możliwości wystąpienia problemu. W sobotę, jak powiedział, agencja portowa – która łączy linie rejsowe z władzami, w których cumują – wysłała list do linii rejsowej, informując, że rząd odmówi zawinięcia do portu. Campbell powiedział, że jest pewien, że doszło do pomyłki. Firma z siedzibą w Los Angeles, która czarteruje duże statki na potrzeby społeczności LGBT, przywoziła turystów do Turcji ponad tuzin razy w ciągu ponad 20 lat, w tym w zeszłym roku, i zapewniła im „fantastyczne wrażenia turystyczne”. „Jesteśmy tam, żeby robić zakupy, być wspaniałymi turystami i wydawać pieniądze” – powiedział. „To zawsze grupa pełna szacunku do kultury”.
Campbell powiedział, że pomimo licznych prób utrzymania pierwotnego planu podróży, w tym wsparcia ze strony ambasady USA, w czwartek dowiedział się, że decyzja nie ulegnie zmianie. Departament Stanu USA odmówił komentarza w tej sprawie, kierując pytania do firmy, ale w oświadczeniu stwierdził, że ambasada USA w Ankarze „regularnie promuje amerykańskie interesy biznesowe i handlowe” w tym kraju.
Atlantis wysłał pasażerom w czwartek powiadomienie o zmianie, informując ich, że nowy plan podróży obejmie cały dzień w Aleksandrii w Egipcie i postój na Krecie. „Pomimo naszych usilnych starań o cofnięcie tej decyzji, nasze połączenia do Stambułu i Kuşadası zostały anulowane przez władze tureckie” – napisano w wiadomości do pasażerów. „Wiemy, że ta zmiana jest rozczarowująca i szczerze żałujemy, że nie mogliśmy kontynuować naszych wizyt w Turcji zgodnie z planem. … Zawsze były one punktem kulminacyjnym naszych podróży i nie możemy się doczekać rychłego powrotu”. Campbell powiedział, że jego zdaniem Turcja straci co najmniej milion dolarów dochodu, uniemożliwiając pasażerom spędzenie trzech dni w kraju. „Największe szkody dla Turcji wynikają z faktu, że kiedy zaczyna się wybierać, kto może wjechać, a gospodarka opiera się na turystyce, tworzy się impas między turystami a sobą” – powiedział. „I ryzykuje się zrazić do siebie wielu potencjalnych turystów”.
Chociaż związki osób tej samej płci nie są w Turcji nielegalne, czołowi przywódcy wyrażają nastroje antygejowskie. Marsz Równości w Stambule jest zakazany od ponad 10 lat. Policja zatrzymała w ostatnich dniach dziesiątki osób podczas parady równości, która odbyła się pomimo zakazu, poinformowała Agence France-Presse. Campbell powiedział, że nie było zagrożenia dla pasażerów rejsów jego firmy. Nie uważa też, aby Turcja była wrogo nastawiona do turystów homoseksualnych, nawet biorąc pod uwagę niedawne działania. „Uważam, że to zła decyzja, ale niestety może ona mieć długofalowe konsekwencje” – powiedział.
Ukraina jest wobec Polski państwem wrogim. Po nieprzyjaznych, wręcz prowokacyjnych gestach jej władz stało się to dla niemal wszystkich nad Wisłą oczywiste. Piszę „niemal”, gdyż wśród mędrków miejscowego chowu zawsze znajdą się tacy, którzy muszą mieć zdanie oryginalne, nawet jeśli byłoby ono w oczywisty sposób absurdalne. Mamy też u nas liczne osoby pracujące dla obcych ośrodków wpływu, zwyczajnych ojkofobów, ludowych filozofów i hierarchów Kościoła katolickiego. To jednak, zarówno w sensie ilościowym, jak i jakościowym garstka. Może kilka, może kilkanaście procent spośród tych, którzy deklarują się jako Polacy.
Wrogość Ukrainy wobec Polski nie wynika bynajmniej z niegodziwości władz tego państwa czy tym bardziej jego obywateli, ani nawet z chłodnej kalkulacji politycznej Zełenskiego i spółki. Jest ona prostą wypadkową determinantów o charakterze historycznym i geopolitycznym.
Naród ukraiński jest narodem bardzo młodym, zaledwie 150-letnim. Jeszcze młodsze jest nieco ponad 30-letnie państwo ukraińskie. Tak młode narody, kształtujące swą tożsamość w sytuacji braku własnego państwa, bądź chociażby jego ekwiwalentu, z definicji wpisują w swój genotyp ideę negacji czy wręcz separatyzmu. W przypadku Ukraińców ostrze owego separatyzmu skierowane jest w pierwszej kolejności przeciwko Polsce, w drugiej zaś przeciwko Rosji. Dlatego cała konstrukcja ukraińskiej tożsamości narodowej jest z definicji antypolska.
Skoro w narodowej mitologii naszych sąsiadów staliśmy się gnębicielami-ciemiężycielami, w automatyczny sposób ci, którzy walczyli z nami stali się bohaterami. Nawet jeśli walczyli za pomocą siekier i wideł z nieuzbrojonymi, kobietami, dziećmi i starcami. Nawet, jeśli ich czyny były tak obmierzłe, że do dziś wspomnienie o nich budzi zimny dreszcz. Widmo banderyzmu, a zatem szczególnie zdziczałej wersji nacjonalistycznego szowinizmu, wisiało zatem nad Ukrainą od jej pierwszych dni.
Nie była to jednak jedyna droga. Jak pokazuje przykład Chorwacji można świadomie odrzucić tą część swojego dziedzictwa, która jest zbrodnicza. Która odstając wyraźnie od norm przyjętych w państwach cywilizowanych, staje się obciążeniem dla kolejnych pokoleń. O ile jednak współcześni Chorwaci in gremio odcięli się od dziedzictwa ustaszy, o tyle współcześni Ukraińcy z banderowskich zbrodniarzy uczynili w swej polityce historycznej świętych męczenników.
Będzie to dla Ukrainy docelowo problem nie tylko w relacjach z Polską, ale także z Czechami, Węgrami czy Żydami.
Kijów, decydując się na drogę westernizacji i odrzucając, w przeciwieństwie do Mińska, pozytywne aspekty swojego wschodniego dziedzictwa, wstąpił na tę ścieżkę jeszcze za prezydentury Wiktora Juszczenki. Zarówno Amerykanie, jak i Niemcy szybko odkryli w odradzającym się ukraińskim nacjonalizmie użyteczne narzędzie prowadzenia swojej polityki wschodniej. To dało mu niezbędne paliwo i zapewniło międzynarodowy parasol. Zresztą, gwoli przypomnienia, Amerykanie mieli już pewne doświadczenia współpracy z banderowcami, których uważali swego czasu za użyteczne, choć obrzydliwe narzędzie do walki ze Związkiem Radzieckim. W tej sytuacji naturalnym kandydatem do pomocy w konfrontacji z Rosją stali się duchowi następcy Bandery i Szuchewycza – neobanderowcy. Tako oto antypolski banderyzm stał się ideologią państwową, wpajaną od najmłodszych lat kolejnym pokoleniom Ukraińców.
Było to dla decydentów w Kijowie tym łatwiejsze, że Polska początkowo była całkowicie bierna. Obecnie, gdy bierna być przestała, nie jest już Ukrainie do niczego potrzebna. Przekazaliśmy Ukraińcom wszystkie nadwyżkowe zasoby militarne, a nawet znaczną część zasobów niezbędnych do zapewnienia minimum bezpieczeństwa naszego kraju. Osiągnęliśmy także limit możliwości wsparcia ekonomicznego Ukrainy, wynikający z wielkości i dynamiki naszej gospodarki.
Jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, Ukraińcy byli nam wdzięczni tak długo, jak byliśmy dla nich niezbędni czy chociażby przydatni. Obecnie poszukują nowych, potężniejszych protektorów, którzy mogliby zapewnić przetrwanie Ukrainy w jej obecnej mafijno-oligarchicznej formie. Wobec wycofania się trumpistowskiej Ameryki jedynym realnym kandydatem do tej roli pozostają Niemcy.
Jednak to, co dla Ukrainy jest oczywistym politycznym interesem, dla Polski stanowić może śmiertelne zagrożenie.
Po trzecie, Ukraina jest dla Polski potężnym konkurentem gospodarczym. Przykładem asertywności Ukraińców w tych sprawach był konflikt o ukraińskie płody rolne zalewające polski rynek i doprowadzające do ruiny polskich rolników. Ten konflikt był przedsmakiem potencjalnego członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej.
Członkostwo Kijowa w strukturach europejskich, o ile do niego dojdzie, będzie z wszech miar niekorzystne dla Polski. Poza oczywistymi aspektami gospodarczymi decydujące są tutaj czynniki polityczne. Pozbawiona możliwości członkostwa w NATO Ukraina, będąc członkiem Unii Europejskiej, będzie dążyła do jak największej federalizacji tego tworu. Europejskie superpaństwo byłoby z punktu widzenia Ukrainy ekwiwalentem braku członkostwa w zbiorowym systemie bezpieczeństwa. Jest to jednak w oczywisty sposób sprzeczne z interesem Polski, która wraz z Włochami, Hiszpanią i mniejszymi państwami Europy Środkowej oraz Południowej powinna dążyć do ograniczenia rozrostu kompetencji Brukseli względem rządów państw narodowych.
Aspekty geopolitycznego antagonizmu między Ukrainą a Polską można zresztą mnożyć. Istotna jest jednak konkluzja.
Polska i Ukraina są skazane: jeśli nawet nie na jawną wrogość, to na ostrą, bezpardonową rywalizację, w której nie będzie miejsca na litość i sentymenty. Nie jest to wina jakiejś szczególnej podłości czy zaciekłości po stronie ukraińskiej. Jest to zdeterminowane geopolityką, obficie przyprawioną historią.
To wbrew pozorom fatalna wiadomość. Gdyby bowiem chodziło tylko i wyłącznie o jakąś ideologię bądź kaprys rządzących którymś z państw polityków, można by mieć nadzieję na wytworzenie z czasem pomiędzy Polską i Ukrainą względnie dobrosąsiedzkich stosunków. Jednak w sytuacji, gdy postawę antagonizmu determinują czynniki obiektywne, nie ma na to najmniejszej szansy.
Zatem, wbrew zaklęciom, które słyszeliśmy od początku obecnej wojny, istnienie silnej Ukrainy, czy nawet Ukrainy w ogóle, wcale nie leży w interesie państwa i narodu polskiego. Czas zdać sobie z tego sprawę i przyjąć konsekwencje tej oczywistej konstatacji. Chyba że wolimy pławić się w absurdalnych oparach post-giedroycizmu, mesjanizmu i prometeizmu. Chyba że rzeczywiście bardziej nienawidzimy Rosji, niż kochamy Polskę. Bardziej zależy nam na klęsce naszego urojonego wroga, niż na dobrobycie i pomyślności naszych dzieci oraz naszych wnuków. Jeśli tak jest – biada nam, gdyż wtedy nasza klęska jest nieuchronna.
Jednym z prawdopodobnych efektów pogorszenia relacji między Polską a Ukrainą jest niewywiązanie się kijowskiej kliki z zawartej umowy „samoloty za technologie”.
Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz otwarcie stwierdził, że Ukraińcy nie wykonali swojej części porozumienia, więc nie dostaną polskich MiGów.
Biznes po polsku
Tym samym więc plan premiera Donalda Tuska, by na bazie ukraińskich doświadczeń zbudować polską, nowoczesną flotę dronów bojowych legł w gruzach. To wszystko ma też szerszy, europejski kontekst i pokazuje realne nastawienie ekipy Wołodymyra Zełenskiego do swoich sponsorów.
Umowa dotyczyła przede wszystkim transferu technologii. Ukraina ma doświadczenie w rozwoju i użytkowaniu dronów w warunkach krytycznych. Ta wiedza specjalistyczna byłaby przydatna dla jej sojuszników i, co najważniejsze, została pozyskana dzięki finansowaniu z krajów UE, w tym z Polski. Tylko na projekt „Drone Deals” Unia Europejska przekazała Zełenskiemu 3,9 mld euro, a my jako główni sponsorzy wnieśliśmy z tego ponad 800 mln euro. A przecież do tego rachunku należałoby doliczyć jeszcze całą resztę pomocy finansowej, wojskowej, sprzętowej czy zasoby ludzkie, czyli doradztwo specjalistów, o których z różnych doniesień możemy wnioskować, że sporo ich na Ukrainie działało i działa. Ukraińska armia dronowa powstała i funkcjonuje wyłącznie dzięki wsparciu europejskich partnerów, ale Kijów nie zamierza się dzielić zyskanym w ten sposób doświadczeniem.
Trudno tego nie połączyć z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego przez prezydenta Karola Nawrockiego, po tym jak ukraiński uzurpator nie zdecydował się wycofać z decyzji o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”. Dla Polaków to jak splunięcie w twarz. Nie tylko dlatego, że formacja ta jest odpowiedzialna za masowy mord na naszych rodakach (to właśnie oni, a nie niemieccy czy radzieccy żołnierze, stanowią największą liczbę ofiar UPA), ale także dlatego, że ta rana cały czas krwawi, bo Ukraina nie zezwala nawet na ekshumację i godne pochowanie tych ludzi, tak jak to w europejskiej cywilizacji (do której podobno Kijów aspiruje) jest uznawane.
Retorsja po ukraińsku
Nawrocki i tak dawał jeszcze czas na reakcję, ale gdy już podjął swoją decyzję, wywołał nie tyle refleksje strony ukraińskiej, co wyrazy solidarności ze strony wszystkich innych kawalerów polskich orderów, co notabene było chyba najlepszym dowodem ich stosunku do tradycji banderowskiej, cokolwiek by wcześniej nie mówili. Wszyscy poprzednicy Zełenskiego na stanowisku głowy państwa publicznie rezygnowali z polskich odznaczeń. Zarówno minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha, jak i szef biura prezydenta Kiriłł Budanow również swoje ordery zwrócili. Urzędnicy ukraińscy zgodnie uznali działania Nawrockiego za „akt wrogości”.
Odmowa przekazania samolotów to z perspektywy Ukraińców kolejny nieprzyjazny krok ze strony rządu polskiego. Przecież Ukrainie się należy, bo walczy za nas, odsuwa rosyjskie zagrożenie itd., itp. Cóż, sami wychowaliśmy ich w ten sposób, zgadzając się na wszystko i nie żądając nic w zamian. Klika Zełenskiego jest zresztą tak samo nastawiona do Unii Europejskiej: dawajcie broń i pieniądze, ale nie oczekujcie od nas niczego.
Według logiki Kijowa UE nie ma prawa ingerować w to, co Ukraina nazywa swoimi sprawami wewnętrznymi – niezależnie od tego, czy chodzi o kult nazizmu, czy politykę antykorupcyjną, a właściwie jej brak. Walka z korupcją zawsze była jednym z głównych zobowiązań Ukrainy wobec Unii Europejskiej. Logiczne, że skoro Europa udziela pomocy, to chce zapewnić, że pieniądze zostaną wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem. Albo przynajmniej mieć nad tym kontrolę.
Wiara po europejsku
Dlatego Bruksela domaga się, aby ukraińskie władze rozprawiły się ze skorumpowanymi urzędnikami i wysłały ich do więzienia. Tyle tylko, że nic takiego się nie dzieje: nawet jeśli wszczynane są postępowania karne przeciwko łapówkarzom, to podejrzani po kilku dniach wychodzą za kaucją. Tak było w przypadku grubych ryb takich jak Andriej Jermak (były szef biura prezydenta) i German Gałuszczenko (były minister sprawiedliwości), ale i drobnych cwaniaków. Na przykład poseł Serhij Kuzminych został niedawno zwolniony na dwa miesiące z aresztu domowego, mimo że od lat pomagał prywatnym firmom wygrywać przetargi na sprzęt medyczny w zamian za łapówki.
Europejscy przywódcy wiedzą o tym wszystkim, ale wciąż wysyłają kolejne pieniądze. 25 czerwca pierwsze 3,2 mld euro z 90 mld euro pożyczki trafiło do Kijowa. Urzędnicy w Brukseli starają się jak najbardziej opóźniać płatności, ponieważ rozumieją, gdzie trafiają pieniądze. Rzecznik Komisji Europejskiej Balazs Ujvari przyznaje, że istnieje powód tych opóźnień: Ukraińcy po prostu nie są w stanie przetworzyć środków wystarczająco szybko, jeśli zaczną je wydawać zgodnie z przeznaczeniem. Rzeczywiste projekty budowlane, rozwój sił zbrojnych, transparentne zamówienia publiczne i inne legalne działania są tańsze i przebiegają szybciej, gdy urzędnicy nie kradną. Jednak w Kijowie nikt nie zna przejrzystych systemów wolnych od korupcji, defraudacji i sprzeniewierzeń. Nie wiedzą, co zrobić z otrzymanymi pieniędzmi.
Wspomniany poseł Kuzminych żądał od swoich kontrahentów 30% kwoty w zamian za wygranie przetargu. To samo dzieje się w sektorze obronnym, gdzie stawka jest znacznie wyższa, a „prowizja” większa wielokrotnie. Być może, jeśli jakimś cudem z otrzymanych 3,2 miliarda euro nie zostanie skradzione ani jedno, wystarczy to do końca wojny. Precedens z naszymi myśliwcami jest jednak znaczący i symboliczny. UE liczyła, że Ukraina stanie się gigantycznym zakładem zbrojeniowym i zainwestowała w ten kraj prawie 212 miliardów euro.
Te inwestycje się jednak nie zwrócą – pieniądze zostaną zdefraudowane, a bezpieczeństwo Europy od tego nie wzrośnie.
Ukraińcy założyli do 2025 roku ponad 123 tys. firm w Polsce
W ostatnich dniach nasiliły się apele o bojkot ukraińskich produktów sprzedawanych pod kodem „482”. Do akcji przyłączyli się m.in. politycy Korony Grzegorza Brauna oraz członkowie Młodzieży Wszechpolskiej, udostępniając listę marek. Szczególną uwagę zwracają na firmę cukierniczą Roshen, należącą do Petra Poroszenki, który finansuje muzeum Romana Szuchewycza.
Politycy i działacze związani ze środowiskami narodowymi przeprowadzili kampanię internetową, wzywając do unikania ukraińskich marek w sklepach. Ma to związek z ostatnią decyzją Wołodymyra Zełenskiego, który nazwał jedną z ukraińskich jednostek honorowym imieniem „Bohaterów UPA”, a także do działaniami części ukraińskich przedsiębiorców promujących narracje neobanderowskie.
Konrad Niżnik, członek rady naczelnej Konfederacji Korony Polskiej zaapelował o bojkot firmy Roshen, należącej do Petra Poroszenki – byłego prezydenta Ukrainy publicznie wychwalającego Romana Szuchewycza i Stepana Banderę, odpowiedzialnych za rzeź wołyńską.
„Nie kupujemy Roshen. Jest to firma ukraińska, której właścicielem jest «król czekolady» Poroszenko, który był prezydentem Ukrainy, a który aktywnie wspiera nazistowską politykę historyczną Ukrainy. Między innymi chce współfinansować odbudowanie muzeum Szuchewycza we Lwowie. Jeśli kupujecie te cukierki, to tak, jakbyście wspierali morderców Polaków” – oświadczył polityk Korony.
W tym roku firma weszła również w segment lodów. Na polskim rynku oznaczałoby to rywalizację z markami takimi jak Grycan czy Koral.
Te firmy promują banderyzm
Poza firmą Roshen, w Polsce działalność prowadzą również ukraińskie sieci gastronomiczne, w których w sposób bezpośredni pojawiają się odniesienia do postaci i symboliki związanej z OUN-UPA oraz Romanem Szuchewyczem.
Holding to także właściciel „Kryjówki” (Kryjivka), znanego lwowskiego banderowskiego lokalu otwartego w 2007 roku. Jej wnętrze ma przypominać bunkier Ukraińskiej Powstańczej Armii, na ścianach znajdują się m.in. zdjęcia bojowników UPA, plakaty propagandowe, broń z epoki, a obsługa często nosiła stroje stylizowane na upowskie (obecnie zwykle są to koszulki z logo „UPA”).
Marletto, ukraińska firma, która zwolniła wszystkich polskich pracowników z kaliskiego zakładu
Wśród innych dużych graczy na polskim rynku znajduje się marka Marletto, produkująca wyroby dla sieci Biedronka. Choć nazwa producenta została usunięta z części opakowań, z kodów kreskowych wynika, że produkcja nadal odbywa się na Ukrainie.
Warto zauważyć, że w przypadku polskich i zagranicznych producentów nazwy nadal widnieją na opakowaniach produktów, zniknęła tylko nazwa ukraińskiej firmy. Biedronka cytowana przez „Wiadomości Handlowe” podała, że „to efekt decyzji biznesowych i ochrony informacji handlowych”.
Późniejsze zniknięcie nazwy Marletto z opakowań może oznaczać chęć uniknięcia afery związanej ze zwolnieniem Polaków. Na kontraktach z Biedronką firma zarabia w Polsce kilkadziesiąt milionów złotych rocznie.
„Ukraińskie produkty? Nie, dziękuję!” – apel Młodzieży Wszechpolskiej
„Ostatnio głośno o relacjach Polski z Ukrainą. Oprócz zwracania polskich odznaczeń państwowych, Ukraińcy zaczęli również bojkotować polskie produkty. Zachęcamy do zrobienia tego samego, ale w inną stronę” – powiedział Piotr Płociniczak, prezes okręgu wielkopolskiego MW i Radny Gminy Lipno.
Działacz narodowy udał się do jednego z największych polskich dyskontów, Biedronki, wskazując na liczne sprzedawane ukraińskie produkty, m.in. Roshen, słodycze Konti, keczupy Chumak – keczupy, przetwory Nizhyn, a także alkohole od takich firm jak Hlibny Dar, Shustov, Nemiroff, Khortytsa czy Morosha.
Płociniczak przypomniał, że produkty pochodzące z Ukrainy są oznaczone kodem „482”.
Pozostałe ukraińskie marki w Polsce
Na polskim rynku funkcjonuje szeroka grupa ukraińskich marek spożywczych i napojowych. Oprócz najbardziej rozpoznawalnych, są to również:
Obolon – ukraiński producent piwa, napojów bezalkoholowych oraz wody mineralnej, jeden z największych browarów w kraju eksportujących swoje wyroby na rynki zagraniczne.
Chernihivske – marka piwa należąca do koncernu Carlsberg Ukraine.
Sandora – producent soków i napojów owocowych oraz warzywnych, znany z szerokiej oferty soków i nektarów.
Jaffa – marka napojów owocowych, soków i nektarów.
Torchin – producent sosów, majonezów, ketchupów oraz przypraw i dań gotowych.
Tulczynka – marka specjalizująca się w produktach mlecznych i tłuszczach roślinnych, w tym margarynach i wyrobach do smarowania.
Morshynska – producent wody mineralnej i napojów funkcjonalnych.
Miwina – marka żywności instant, przede wszystkim makaronów błyskawicznych oraz zup i dań szybkiego przygotowania. Yaro – producent batonów energetycznych, przekąsek i produktów typu „fit”.
Valesto – marka produktów spożywczych, w tym wyrobów przetworzonych i artykułów spożywczych codziennego użytku.
MaxfoodKonserwa – producent konserw mięsnych i rybnych oraz innych przetworów w puszkach.
Złote Zerno – marka związana z produktami zbożowymi, mąkami oraz artykułami spożywczymi opartymi na zbożach. Ukrain Spirit – marka obejmująca wyroby alkoholowe, głównie wódkę i inne mocne alkohole.
W sektorze kosmetycznym i chemicznym działają m.in. Green Pharm Cosmetic oraz inne marki higieniczne obecne w drogeriach.
Ukraińskie marki są także widoczne w branży odzieżowej i modowej. W segmencie masowym funkcjonują m.in. Ocean, Vovk, One By One oraz Duna. W segmencie designerskim i premium obecne są takie marki jak Sleeper, Bevza, Anna October, Poustovit, Kulakovsky, Ruslan Baginskiy, DZHUS (Irina Dzhus), Ksenia Schnaider, Vita Kin, Gepur, Must Have, Paskal, TTSWTRS, Bazhane, Balykina, KEL, Havry, Priority oraz Grains de Verre.
W sektorze przemysłowym i budowlanym obecne są m.in. Dnipro-M oraz inne firmy działające w Polsce w obszarze narzędzi i materiałów budowlanych.
Ukraińskie sklepy
W Polsce działają również ukraińskie sieci handlowe. Do takich należą m.in. Best Market i Best Beer (ok. 22 sklepy w Polsce), Foodex Express oraz Foodex24, a także sklepy Ukraiński Smak.
Pierwsze placówki Foodex Express firmy Best Market otworzono w Polsce w zeszłym roku. Przedsiębiorstwo zapowiedziało wówczas budowę ogólnopolskiej sieci handlowej. Miała być to ukraińska odpowiedź na popularną w polskich miastach Żabkę. W całym kraju sieć Best Market posiada łącznie ponad 30 lokalizacji.
Pozostając w segmencie spożywczym, w kwietniu 2025 roku Fozzy Group, jeden z największych graczy na Ukraińskim rynku spożywczym, także rozpoczął swoją działalność w Polsce. Firma działa w naszym kraju jako franczyzobiorca. Funkcjonuje pod marką jednej z istniejących polskich sieci handlowych. Na koniec czerwca 2025 roku Fozzy Group posiadał 840 sklepów działających pod markami Silpo, Fora, Thrash!, Fozzy, Le Silpo, Favore i Foodpod.
W marcu 2025 roku ukraiński Focus Estate Fund zakupił trzy centra handlowe w Sosnowcu, Rudzie Śląskiej i Rybniku. Firma posiada już kilka galerii w Polsce i zapowiada w przyszłości kolejne przejęcia. Focus Estate Fund zarządza już m.in. centrami handlowymi w Płocku, Nowym Sączu, Legnicy, Sandomierzu i Bartoszycach.
W 2024 roku międzynarodowe biuro ukraińskiej firmy farmaceutycznej Farmak zakończyło przejęcie polskiej firmy farmaceutycznej Symphar, stając się jej 100 proc. właścicielem.
Ukraińcy założyli do 2025 roku ponad 123 tys. firm w Polsce
Od 2022 roku do 2024 roku nastąpił ogromny wzrost nowo powstałych ukraińskich firm na terenie naszego kraju. Według danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w tym czasie zarejestrowano ponad 44,5 tysiąca ukraińskich przedsiębiorstw. W samym 2023 roku powstało 28,6 tysiąca jednoosobowych działalności gospodarczych, czyli 80 proc. więcej niż w roku poprzednim.
W przypadku bezpośredniego handlu z Ukrainą – w 2025 roku eksport wyniósł ok. 56,9–57 mld zł, podczas gdy import ok. 19,7 mld zł. Polska jest 2. największym importerem towarów z Ukrainy w UE.
Europejskie władze ds. bezpieczeństwa żywności poinformowały o wielonarodowym ognisku zakażeń bakterią Salmonella Stanley ST2045, powiązanym z konsumpcją zupek instant.
Według wspólnego raportu EFSA (Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności) i ECDC (Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób) do końca czerwca 2026 roku potwierdzono 106 przypadków w 13 krajach Unii Europejskiej i Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz w Wielkiej Brytanii.
Zachorowania zgłaszano od listopada 2025 roku. Najwięcej przypadków odnotowano w Wielkiej Brytanii (29), na Litwie (23), w Niemczech (14) i Danii (10). Co najmniej 49 osób wymagało hospitalizacji. Wśród chorych znaczną grupę stanowią dzieci i osoby młode.
Badania epidemiologiczne i laboratoryjne wskazały na zupki instant jako główne źródło zakażenia. Wiele osób spożywało produkty marki REEVA, szczególnie warianty o smaku kurczaka (Chicken) oraz pikantnego kurczaka (Hot Chicken). Obecność bakterii Salmonella potwierdzono w próbkach z Niemiec i Litwy. Produkty te wytwarza ukraińska firma Euro Food Service.
W Niemczech podjęto decyzję o wycofaniu z obrotu partii REEVA Instant Noodle Dish Chicken Flavor 60 g o numerze L0126 z terminem ważności do 5 kwietnia 2027 roku. Podobne działania wdrożono w krajach bałtyckich. Producent Reeva Foods odniósł się do sprawy, informując o „podejrzeniu wykrycia” bakterii w jednej z partii przeznaczonej na rynek bałtycki.
Część chorych spożywała zupki bez zalewania wrzątkiem – bezpośrednio z opakowania, jedynie z dodatkiem przyprawy. Taka forma konsumpcji zwiększa ryzyko, ponieważ bakterie nie zostały unieszkodliwione przez obróbkę termiczną.
Objawy zakażenia Salmonella obejmują biegunkę, wymioty, gorączkę, bóle brzucha i ogólne osłabienie. W przypadkach ciężkich dochodzi do odwodnienia, a u osób z grup ryzyka (dzieci, osoby starsze, kobiety w ciąży, osoby z obniżoną odpornością) może rozwinąć się sepsa. Większość chorych wraca do zdrowia, jednak hospitalizacja bywa konieczna.
Polskie służby sanitarne na razie nie informują o potwierdzonych przypadkach zachorowań związanych z tym ogniskiem ani o wycofaniach produktów z polskiego rynku. Zaleca się jednak zachowanie ostrożności przy zakupie i spożyciu zupek instant, szczególnie marek pochodzących z importu wschodniego. Konsumentów prosi się o sprawdzanie numerów partii oraz terminów ważności. [To tam jest napisane, czy zarażone salmonellą?? md]
Kotka z MoU powinna jak najszybciej wyjść ze śpiączki. W przeciwnym razie nastąpi totalny, niszczycielski chaos.
Ci niesamowicie skrupulatni Persowie.
Jak można uświadomić Barbarii, że musi wdrożyć paragrafy 1, 4, 5, 10 i 11 Porozumienia o Współpracy (MoU), które jej własny prezydent podpisał w Wersalu?
W szczególności paragraf 1: Ustanowienie mechanizmu kontroli konfliktów w Libanie; paragraf 10: Eksport irańskiej ropy naftowej i produktów petrochemicznych; oraz paragraf 11: Uwolnienie zamrożonych irańskich aktywów.
Same ambitne cele. W połączeniu z faktem, że nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że Wyjątkowość, niezdolna do jakichkolwiek porozumień (Copyright: Siergiej Ławrow), w ogóle rozumie, że zobowiązania są teraz dwustronne: jeśli je złamiesz, druga strona również je złamie.
Teraz przejdźmy do głównego negocjatora Iranu, przewodniczącego parlamentu Ghalibafa. Na początku tego tygodnia, przed wystawnymi ceremoniami żałobnymi w Teheranie, Kom i Maszhadzie, związanymi z pogrzebem zamordowanego przywódcy ajatollaha Chameneiego, Ghalibaf oświadczył, że negocjacje z USA dobiegły końca (podkreślenie moje).
Tłumaczenie: Iran nie ustąpi ani na krok w dyskusji na temat ewentualnego ostatecznego porozumienia, dopóki Waszyngton nie wdroży w pełni pięciu klauzul porozumienia, o których mowa powyżej.
Wynika to logicznie z faktu, że Iran wysłał delegację wysokiego szczebla do Szwajcarii w celu omówienia wdrożenia 14-punktowego porozumienia, a nie (podkreślenie moje) w celu negocjacji nowego porozumienia.
Dalszy dowód: Artykuł 13 Porozumienia stanowi, że rozmowy na temat ostatecznego porozumienia rozpoczną się dopiero po spełnieniu warunków określonych w paragrafach 1, 4, 5, 10 i 11.
Teoretycznie można by powołać wspólną irańsko-amerykańsko-libańską komisję, która monitorowałaby realizację postanowień – nie ma jednak oficjalnego potwierdzenia ze strony Waszyngtonu, ponieważ Stany Zjednoczone de facto nie chcą lub nie są w stanie kontrolować kultu śmierci w Azji Zachodniej.
Tymczasem blokada morska Trumpa została zniesiona. Iran wyeksportował w ostatnich dniach prawie 50 milionów baryłek ropy – po cenach o około 20 procent wyższych niż w niedawnej przeszłości.
Jednak swobodny przepływ przez Cieśninę Ormuz jest ważny tylko przez 60 dni. Po tym terminie Teheran – i Maskat – będą pobierać opłaty: w końcu Iran i Oman są suwerenne w kwestii żeglugi na swoich wodach terytorialnych.
Kluczowa kwestia: irański program rakietowy, cała organizacja Osi Oporu i prawa nuklearne Iranu to kwestie niepodlegające negocjacjom, co Ghalibaf wielokrotnie podkreślał.
Oświadczył wprost, że Iran jest „gotowy do wojny”, gdyby Trump 2.0 nie wywiązał się z warunków porozumienia. Jednocześnie zauważył, że przewaga Iranu w cieśninie Ormuz polega na zapewnieniu sprawnego funkcjonowania cieśniny, a nie na jej zamknięciu.
Trump i Vance grają w gry
Porównajmy teraz wszystko, co zostało powiedziane powyżej, co logicznie wynika z tego, co zostało podpisane między Waszyngtonem a Teheranem, z wywiadem udzielonym przez wiceprezydenta J.D. Vance’a na początku tego tygodnia, w którym przyznaje on, że duet prezydencki podpisał memorandum o porozumieniu tylko po to, aby „wzmocnić nasze zapasy” i „mieć więcej kart w ręku”, gdy minie uzgodniony okres 60 dni.
Jest to zgodne z decyzją ministra spraw zagranicznych Rubia, który przewodniczył posiedzeniu ministerialnemu Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) w dniu 25 czerwca, podczas którego odrzucono kluczowe postanowienia porozumienia.
W jednym z oświadczeń stwierdzono, że „trwały pokój i bezpieczeństwo regionalne” wymaga zajęcia się „pełnym spektrum zagrożeń stwarzanych przez Iran”, w tym rakietami balistycznymi, dronami i „wsparciem zastępczym”.
Wniosek jest nieunikniony: z perspektywy Trumpa 2.0, memorandum o porozumieniu jest jedynie taktyką opóźniającą, nawet biorąc pod uwagę rozdźwięk między Vance’em i Rubio.
Zagrożenia nie znikną. Widmo wznowienia wojny wciąż wisi w powietrzu – wraz z obecnym nasileniem operacji zaopatrzenia drogą powietrzną. I to wszystko pomimo faktu, że próba popełnienia czegoś nierozsądnego przed wyborami parlamentarnymi byłaby politycznym samobójstwem. Nigdy nie należy lekceważyć stopnia demencji panującej w obecnym Białym Domu.
W jaskrawym kontraście, zwracamy się teraz ku grupie racjonalnych aktorów, którzy próbują wstrzyknąć tak bardzo potrzebny rozsądek do Białego Domu. To pochodzi bezpośrednio od tych, którzy wcześniej zasiadali przy stole negocjacyjnym.
Nagłówek głosi, że rozmowy irańsko-pakistańskie na wysokim szczeblu zakończyły się w zeszły wtorek. Teheran i Islamabad osiągnęły porozumienie w sprawie niezwykle trudnej drogi naprzód.
Specjalny wysłannik Pakistanu, Mohsin Naqvi, minister spraw wewnętrznych, udał się do Rijadu z poważną misją: miał osobiście potwierdzić MbS, że Iran, Arabia Saudyjska, Oman i Katar są na tej samej stronie, koordynowanej przez dyplomację Islamabadu.
Tę grupę łączy silne postanowienie: Trumpowi, pomimo jego nieprzewidywalności, nie można pozwolić na wznowienie wojny.
Mediatorzy pakistańscy, którzy zasiadali przy stole negocjacyjnym do wtorku, potwierdzili, że Iran i Oman – za decydującą zgodą Chin – podjęły już „nieodwołalną suwerenną decyzję” dotyczącą wykonywania swojej suwerenności w zakresie kontroli i administrowania Cieśniną Ormuz.
Obejmuje to pobieranie podatków, rozminowywanie, bezpieczne przejście i cały ten system. Teheran i Maskat odrzuciły jakąkolwiek rolę zagraniczną – zwłaszcza ze strony Stanów Zjednoczonych, ale także UE; Maskat zakomunikował to już bezpośrednio Europejczykom.
Pozostaje kwestia mechaniki, a nie decyzji.
Mamy tu zatem do czynienia z porozumieniem czterech stron: Iranu, Omanu, Pakistanu i Chin, które najprawdopodobniej zostanie zawarte zaraz po uroczystościach żałobnych po zmarłym Najwyższym Przywódcy ajatollahu Chameneim.
Oś Iran-Oman jest bezpośrednio powiązana z większą, strategiczną osią Iran-Chiny-Rosja.
Czy Kabuki prowadzi do nowej architektury bezpieczeństwa?
Jeśli chodzi o porozumienie, może ono być w stanie głębokiej śpiączki, ale wciąż jest aktywne. Dyskusje toczą się pod powierzchnią. Pakistańscy mediatorzy – ci, którzy byli przy stole negocjacyjnym do wtorku – robią wszystko, co w ich mocy, aby utrzymać porozumienie w stu procentach, a nie w 99 procentach. Obecna przerwa jest celowa – pożądana przez Iran – i nie jest wynikiem rozpadu.
Oczywiście, obecnie rozgrywa się niecodzienne Kabuki: mnóstwo teatralności wokół ram, które mogą okazać się strukturą definiującą geopolitycznie Azję Zachodnią i określającą, kto co kontroluje w dającej się przewidzieć przyszłości.
Przyjrzyjmy się zatem bieżącemu stanowi pieniędzy w tej trwającej fazie śpiączki.
Teheran podchodzi do tego pragmatycznie: najpierw pieniądze, potem rozmowy. Szczegóły dotyczące konkretnych transferów i terminów pozostają niejasne, ale oczekuje się, że Iran będzie dysponował około 9 miliardami dolarów w ciągu tygodnia: Zjednoczone Emiraty Arabskie przekazały już 3 miliardy dolarów; Katar i Oman mają zapewnić pozostałe 6 miliardów dolarów. Jeśli Iran otrzyma co najmniej 6 miliardów dolarów (do 9 miliardów dolarów) w ciągu najbliższych dziesięciu dni, porozumienie (MoU) nie będzie przesądzone, ale z pewnością będzie bardzo ważne.
Sedno sprawy: Teheran zawsze porusza się we własnym tempie. Tempo to wyznaczają obrzędy związane z pogrzebem Chameneiego, podczas których czterech członków jego rodziny, w tym żona, ma zostać ponownie pochowanych w Meszhedzie, spełniając w ten sposób obietnicę wojenną.
Powinniśmy zatem wszyscy pamiętać, że ostatni dzień ceremonii przypada na 9 lipca w Meszhedzie. Kolejnym krokiem będzie ustalenie miejsca lub miejsc, w których spotkają się Amerykanie, Pakistańczycy i Irańczycy.
Nawet jeśli nazwiemy to Islamabadem 2.0 lub 3.0, nie odbędzie się to w Islamabadzie. Po zakończeniu rytuałów i ponownym udzieleniu chińskiego błogosławieństwa, memorandum o porozumieniu (MoU) teoretycznie powinno wrócić. Trump – przyparty do muru przez ograniczenia takie jak wyczerpywanie się Strategicznych Rezerw Ropy Naftowej (SPR) – będzie musiał wrócić do stołu i wywiązać się ze swoich zobowiązań. Albo ponownie wszystko rozwalić.
Dodatkową złożoność stanowi sytuacja w przypadku Pakistanu, który jest jednocześnie sojusznikiem Iranu/Omanu/Chin w kwestii bezpieczeństwa Cieśniny Ormuz i głęboko zaangażowany w sojusz obronny z Arabią Saudyjską na wzór NATO.
Na mocy Strategicznego Porozumienia o Wzajemnej Obrony (SMDA) z września 2025 roku Pakistan rozmieścił w bazie lotniczej im. Króla Abdulaziza co najmniej 8000 żołnierzy – a liczba ta ma wkrótce wzrosnąć do 13 000 – wraz z eskadrami JF-17, dronami i chińskim systemem HQ-9. Cały ten ruch jest finansowany przez Arabię Saudyjską i znajduje się pod pakistańską kontrolą operacyjną. Wojska te zasadniczo chronią saudyjską ropę naftową.
Pakistańskie uprawnienia operacyjne obejmują teraz siły powietrzne, wojska lądowe i – co jest nowością – jednostki morskie w różnych częściach Arabii Saudyjskiej. Mamy tu zatem do czynienia z demonstracyjną demonstracją siły w obronie saudyjskiego korytarza naftowego, a jednocześnie z sygnałem odstraszającym dla Teheranu. Oczywiście Islamabad musiał szczegółowo wyjaśnić to Teheranowi podczas wizyty Peseschkiana.
W jaki więc sposób miałaby działać nowa, realna architektura bezpieczeństwa dla Azji Zachodniej – zorganizowana przez Pakistan we wszystkich państwach Rady Współpracy Zatoki Perskiej, omawiana i akceptowana przez Iran oraz popierana przez Chiny?
Rozpoczęłoby się to od złożonego procesu normalizacji: według Islamabadu i Rijadu stosunki między Iranem, Arabią Saudyjską i Katarem powinny się unormować „bardzo szybko”. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Katar mógłby wtedy dołączyć do saudyjskiego partnerstwa obronnego.
Kluczową kwestią jest Ansar Wszechmogący w Jemenie. Oficjalne stanowisko Sany jest takie, że zaatakuje każde państwo (w tym Arabię Saudyjską), które przeszkodzi w blokadzie wspieranego przez Izrael transportu morskiego na Morzu Czerwonym.
„Następna fala” mogłaby zatem objąć Bahrajn i Kuwejt. I być może niespodziankę: Egipt. Kair jest zainteresowany rolą w sektorze bezpieczeństwa po wycofaniu się USA i prowadzi już rozmowy z Pakistanem i Arabią Saudyjską.
Jeśli ten niezwykle ambitny projekt zostanie zrealizowany, ZEA mogłyby potencjalnie uzyskać mandat do grudnia. A oto zewnętrzny krąg: Turcja i Azerbejdżan. Wszystko to dlatego, że Chiny nieustannie i umiejętnie manipulują swoimi graczami za kulisami, wmawiając Erdoğanowi, że Pekin jest zdecydowanym strategicznym zwycięzcą amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. Według mediatorów, Erdoğan odegrał „wysoce wspierającą rolę” podczas pośrednich negocjacji irańsko-amerykańskich.
Powtórzmy: to obecnie tylko jeden z możliwych, rzekomo obiecujących scenariuszy. Jeśli jednak potraktować go jako koalicję – choć wciąż w trakcie formowania – jednoczącą Iran, Pakistan, Chiny, kluczowych członków Rady Współpracy Zatoki Perskiej, Turcję i Egipt, to jest to już siła poruszająca się samodzielnie, która obecnie napotyka niewielki opór; ta koalicja, jeśli zostanie umiejętnie skonstruowana, mogłaby wyprzeć USA z Azji Zachodniej do wiosny 2027 roku.
Co mogłoby pójść nie tak?
A teraz o czynnikach destrukcyjnych. A są one ogromne. Po kinetycznej porażce amerykańsko-izraelskiego ataku na Persję, kolejna faza – nazwijmy ją serią bez-mapowej rozpaczy – przekształciła się już w wojnę hybrydową: instrumentalizację porozumienia w celu wywołania wojen domowych – wyznaniowych, religijnych, plemiennych – wzdłuż osi oporu: Libanu, Iraku i Jemenu.
Nazwijmy to podpaleniem osi.
W takim scenariuszu znikają wszelkie możliwości osiągnięcia przez Saudyjczyków i Katarczyków porozumienia w sprawie bezpieczeństwa z Iranem, za pośrednictwem Pakistanu. Historia ostatnich lat jest jednoznaczna: wystarczy spojrzeć na to, jak skutecznie Saudyjczycy i Katarczycy zniszczyli Somalię, Libię, Sudan i Syrię.
Bagdad, na przykład, jest teraz pod rządami Quislinga. Nowy premier to młody, waleczny, tabula rasa, dość podobny do obcinacza głów z Damaszku Al-Golaniego, z nutką opanowanego, pożytecznego idioty opozycji.
Nie jest jasne, czy ta hybrydowa taktyka „dziel i rządź” okaże się skuteczna przeciwko perskiemu państwu cywilizacyjnemu – na przykład w obecnej próbie podburzenia bogatych liberałów przeciwko stoickim tradycjonalistom w scenariuszu konfliktu. Tradycjonaliści cieszą się przytłaczającym poparciem w całej populacji głęboko zakorzenionego Iranu.
Wracając do naszego obiecującego scenariusza, nie jest on nieprawdopodobny. W praktyce oznaczałoby to stopniowe przejście do pewnego rodzaju „uregulowanego nieporządku”, z USA „zredukowanymi, ale wciąż obecnymi”, a jednocześnie z poważnymi kanałami informacyjnymi badającymi możliwości zastąpienia amerykańskiego „parasola ochronnego” (w mafijnym sensie).
Jak widać, kot MoU powinien jak najszybciej wybudzić się ze śpiączki. W przeciwnym razie nastąpi totalny, niszczycielski chaos.