Pierwsza myśl najlepsza – powiada znane porzekadło. Coś musi być na rzeczy, chociaż z drugiej strony za pierwszej komuny Janusz Wilhelmi powtarzał za Talleyrandem przestrogę, by wystrzegać się pierwszych odruchów – bo mogą być uczciwe. Ten książę Talleyrand był ministrem spraw zagranicznych Francji i za Napoleona i po jego upadku. Napoleon go nie lubił i kiedyś nawet przy ludziach mu powiedział: „jesteś pan gównem w jedwabnej pończosze!” – ale kiedy Talleyrand mówił: „zawsze służyłem Francji, niezależnie od ustroju mego państwa” – to była to prawda. Interes Francji na przykład podpowiadał mu, by podczas triumfalnego spotkania Napoleona z cesarzem Aleksandrem w Tylży, a właściwie na tratwie zakotwiczonej na środku Niemna, szeptał do ucha rosyjskiemu cesarzowi: po cóżeś Wasza Wysokość tu przyjechał? Napoleon rychło przegra! – ale podczas Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku oddał Francji wielkie usługi, dzięki czemu zachowała status europejskiego mocarstwa.
Wspominam o Talleyrandzie, bo w pierwszym roku pełnoskalowej wojny Rosji z Ukrainą, ambasadoressa USA przy NATO, niewątpliwie ulegając pierwszemu odruchowi powiedziała, że najbardziej prawdopodobnym zakończeniem tej wojny będzie „zamrożenie konfliktu” – co ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego wprawiło niemal w furię – bo nic tak nie gorszy, jak prawda.
Toteż trudno się dziwić, że wszyscy przyjaciele, czy raczej – wielbiciele Ukrainy – jak na przykład prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda, nawet dzisiaj nie chce przyjąć żadnej prawdy do wiadomości. Mówię o sytuacji, jaka wytworzyła się po telefonicznej rozmowie prezydenta Trumpa z rosyjskim prezydentem Putinem. Jak ujawnił prezydent Trump, omawiali nie tylko sprawę zakończenia wojny na Ukrainie, ale również inne zagadnienia; sytuację na Bliskim i Dalekim Wschodzie, problemy ze sztuczną inteligencją, słowem – wszystkie aktualności, zapowiadając w dodatku wzajemne odwiedziny. Jeszcze bardziej wylewny był szef Pentagonu, który powiedział, że członkostwo Ukrainy w NATO i odzyskanie przez nią utraconych wskutek wojny terytoriów, to rzeczy „nierealne”.
Jużci; nie trzeba być specjalnie spostrzegawczym, by uznać, że próba odebrania Rosji zdobytych na Ukrainie terenów nie oznaczałaby bynajmniej zakończenia wojny, tylko jej kontynuowanie i to nie przez miesiące, tylko lata – na co ani Stany Zjednoczone, ani Ukraina, ani Rosja – a także i Europa, z tym, że hipokryzja i kampanie wyborcze nie pozwalają jej tego głośno przyznać – nie ma na to najmniejszej ochoty – a jeśli chodzi o Ukrainę – również ludzkich rezerw. Tymczasem pan prezydent Andrzej Duda przed spotkaniem z amerykańskim sekretarzem obrony powiada, że Rosja nie może zyskać na wojnie z Ukrainą. Ciekaw jestem, jak sobie to wyobraża – najprawdopodobniej, że sekretarz obrony przełoży prezydenta Putina przez kolano i sypnie mu serię siarczystych klapsów. Jestem pewien, że pan prezydent Duda tak właśnie by zrobił – oczywiście gdyby nie był taki nieśmiały, jaki jest w stosunkach z cudzoziemskimi politykami.
Do tego doszło, że nawet gdy wyraził poczciwe zatroskanie, że jak skończy się wojna na Ukrainie, to zdemobilizowani żołnierze wezmą udział w rozmaitych zorganizowanych grupach przestępczych, to jakiś ukraiński jegomość tak pryncypialnie go ofuknął, że pan prezydent Duda z tej konfuzji już nie ośmielił się zareagować na deklarację pani Natalii Panczenko, której jakiś bałwan (czy przypadkiem nie pan prezydent?) nadał polskie obywatelstwo. Powiedziała ona, że jak Polacy będą nieodpowiedzialnie zachowywać się w tegorocznych wyborach, to muszą liczyć się z podpaleniami różnych obiektów i tak dalej, słowem – z wołynką. Dopiero gdy Leszek Miller powiedział, że skoro tak, to trzeba by ją natychmiast deportować , to się trochę zreflektowała – ale tylko na tyle, by oskarżyć Konfederację, że ją „przejęzyczyła”. Jak wiadomo, przejęzyczenia robią się u nas modne, więc nic dziwnego, że i pani Natalia uczepiła się tej wymówki. Tymczasem ta pogróżka ma wszelkie znamiona prawdopodobieństwa, zwłaszcza gdy tysiące zdemobilizowanych i uzbrojonych ukraińskich mężczyzn zwalą się do Polski pod pretekstem „łączenia rodzin”. Tu nawet nie tyle chodzi o podpalenia, czy morderstwa, tylko o to, że sprowokowanie takiej wołynki z udziałem Ukraińców, może być łatwym narzędziem do wymuszenia na Polsce jakichś ustępstw przez naszych sojuszników.
Nie zapominajmy, że cały czas obowiązuje u nas ustawa nr 1066, która przewiduje udział formacji zbrojnych obcych państw w tłumieniu rozruchów na terenie Polski. W tej sytuacji wywołanie rozruchów, a potem ich „stłumienie” nie byłoby dla żadnej wywiadowczej centrali, czy to niemieckiej BND, czy amerykańskiej CIA, specjalnie trudne. O tym jednak pan prezydent Duda najwyraźniej nawet boi się myśleć i ja go rozumiem, bo jeśli w najbliższych tygodniach nie nastąpi w Polsce przesilenie rządowe, to przecież pod rządami vaginetu obywatela Tuska Donalda nie moglibyśmy liczyć na naszą niezwyciężoną armię – zwłaszcza gdyby wołynka była zainspirowana przez BND.
Toteż nic dziwnego, że vaginet obywatela Tuska Donalda i on sam nie myśli o niczym innym, tylko – jakby tu wtrącić do aresztu wydobywczego nie tylko Zbigniewa Ziobrę, tylko rozmaitych innych PiS-iaków – bo te wszystkie opowieści o przełomowych inwestycjach i „deregulacjach” wkładam oczywiście między bajki, przede wszystkim dlatego, że to nie naprawdę, tylko takie przedwyborcze makagigi. Bo pomyślmy: jak może podejmować „przełomowe inwestycje” na kwotę 650 mld złotych państwo, którego tegoroczny budżet po stronie wydatków zapisał wprawdzie 921 mld złotych – ale w którym deficyt wynosi prawie 300 mld? Gdyby nawet vaginet wydał na wspomniane „inwestycje” wszystkie pieniądze, które spodziewa się mieć, to i tak brakowałoby mu jakieś 50 mld złotych. Oczywiście może próbować forsę pożyczyć – ale w sytuacji gdy dług publiczny Polski według ostrożnych szacunków zbliża się do 2 bilionów złotych, to jakiego procentu zażądają lichwiarze? Na szczęście, jak powiadam, to tylko takie wyborcze makagigi, o którym obywatel Tusk Donald szczęśliwie zapomni po wyborach. To już bardziej realistycznie wygląda priorytet Wielce Czcigodnego, a właściwie to chyba wcale nie Wielce Czcigodnego Stefana Niesiołowskiego, który po rozmaitych traumatycznych przejściach postanowił znowu służyć Polsce w szeregach Volksdeutsche Partei. Pragnie on całym sercem gorejącym doprowadzić do „zamknięcia Kaczyńskiego”, a cała reszta pewnie go nie obchodzi. Słowem – pereat mundus, byle tylko można było przytroczyć do pasa skalp Kaczyńskiego.
Lewica nie ma swojego kodu kulturowego. To co ją określa jest antykulturą czyli negacją prawdy, dobra i piękna. Nie ma również swoich pozytywnych bohaterów. Wszyscy ostatni, stawiani na piedestał idole byli lub są związani z systemami totalitarnymi – tymi z przeszłości jakim był m.in. pierwszy komunizm lub z aktualną „demokracją liberalną”.
Ideologia antykultury, która ciągnie soki z najgłębszego bagna patologii, wykształciła u lewoskrętnych przedstawicieli naszego gatunku odruch warunkowy – na dźwięk medialnego dzwonka cieknie im ślina. Ślinią się do rzeczy ohydnych lub pienią ze złości na widok czegoś dobrego.
Zanim zmarł Marian Turski (urodzony jako Mosze Turbowicz) wyrządził dużo zła. Nie będę powtarzać całego życiorysu, lecz wspomnę tylko o tym co zostało na większości portali ocenzurowane lub przykryte bałwochwalczym nadęciem.
Po wojnie był stalinowskim cenzorem, pomagał przy fałszowaniu przez komunistów referendum w 1946 roku. Członek ekspozytury sowieckiej agentury w Polsce – PPR, no i oczywiście komunistycznej PZPR. Gdy komunistyczna horda mordowała Polaków nie pozostawał obojętnym – pomagał na swoim odcinku, zajmując się propagandą.
Kilka lat przed śmiercią został ogłoszony autorytetem moralnym. Jest twórcą XI przykazania – „nie bądź obojętnym”, co w odbiorze rodzin ofiar stalinowskich represji brzmi jak kpina. Nowe przykazanie okazało się ideologicznym fetyszem w lewicowym środowisku zazwyczaj obojętnym lub pozytywnie nastawionym do zła realnego, ale wyczulonym, w sposób histeryczny, na zło urojone.
Niektóre nazwiska na liście bałwochwalców nie dziwią. Rafał Trzaskowski swoją polityczną karierę rozpoczął od wolontariatu u byłych przedstawicieli żydokomuny. Słowo „byłych” wzbudzi zapewne kontrowersje. „Duda” to synonim politycznego pucybuta i merdającego językiem oportunisty. Patrząc na to robi się niedobrze, ale jak może być inaczej skoro prawie cala klasa polityczna w Polsce została przekształcona, sprowadzona do poziomu podsemitów i klakierów.
“Instytut Pileckiego”… dlaczego nie Instytut im. Witolda Pileckiego albo Rotmistrza Pileckiego? Nawet porządnej nazwy nie potrafią sklecić. Rotmistrz Witold Pilecki, jeden z największych Polaków, był niszczony przez resort Turskiego.
Bodnar i Tusk napisali prawdę: “Jego nauka pozostaje. Jego dziedzictwo zobowiązuje. Teraz nasza kolej, by nie być obojętnymi” oraz Tusk: “Nie bądź obojętny. Te słowa Mariana Turskiego stały się dla nas mottem”.
Pod ciężarem tego braku obojętności Polska umiera. Dosłownie.
Zespół Departamentu Efektywności Rządowej (DOGE) Elona Muska USA znalazł gigantyczną aferę dotyczącą świadczeń socjalnych. W Social Security Administration (SSA) odnaleziono ponad 12 milionów osób zarejestrowanych jako uprawnione do socjalu mających ponad 120 lat, a zdarzają się nawet osoby mające ćwierć tysiąca lat. Rekordzista jest starszy, niż Stany Zjednoczone. Ponadto na nieprawidłowości wskazuje też liczba uprawnionych do świadczeń, która jest większa od liczby obywateli kraju.
DOGE przeanalizował dane w SSA pod kątem ewentualnych nadużyć i marnotrawstwa. Jak się okazało, bardzo słusznie.
Okazało się, że uprawnionych do socjalu w USA jest ponad tysiąc osób mających rzekomo 220-229 lat. Jedna osoba ma prawie ćwierć tysiąca lat.
Rekordzistą jest osoba mająca rzekomo 360 lat. Jest więc starsza od samych Stanów Zjednoczonych o ponad 100 lat.
„Według bazy danych Social Security, to są liczby osób w każdej grupie wiekowej z polem śmierci ustawionym na FAŁSZ! Może Zmierzch jest prawdziwy i jest wiele wampirów pobierających zabezpieczenie socjalne” – skomentował na X szef DOGE’a Elon Musk.
Oprócz wieku ludzi pasującego do mitologii sumeryjskiej, gdzie poszczególni władcy mieliby rządzić po kilkaset lat, pojawia się jeszcze inny problem. W rejestrach SSA do pobierania świadczeń socjalnych uprawnionych jest 398 milionów osób.
Tymczasem liczba obywateli USA wynosi 341 mln. Tak wynika z rejestru US Census Bureau.
„To może być największe oszustwo w historii” – podkreślił Musk.
SSA nie skomentowało tych doniesień.
Z informacji Białego Domu wynika, że DOGE do tej pory pomógł oszczędzić 3,4 mld dolarów. Stało się to m.in. dzięki anulowaniu kontraktów i dotacji DEI (1 mld dolarów), anulowaniu kontraktów Departamentu Edukacji (881 mln) i odebraniu środków FEMA na zakwaterowanie dla nielegalnych imigrantów w Nowym Jorku (59 mln dolarów).
Papież Franciszek zdecydował też postawić na kobietę, w dodatku nie zważając na literę prawa. Chodzi o siostrę Raffaellę Petrini, która została nową przewodniczącą Gubernatoratu Państwa Watykańskiego.
– To decyzja bez precedensu. Oczywiście nie ma żadnego związku z ewentualnym konklawe, bo dotyczy spraw administracyjnych w państwie watykańskim, niemniej jest symboliczna. W tej chwili kobiecie, siostrze zakonnej, podlega cała administracja Watykanu – służby medyczne, straż pożarna, żandarmeria, itd. – mówi Augustyn.
Na tym jednak nie koniec. Siostra Petrini została nie tylko prezydentką gubernatoratu, ale także nową przewodniczącą Papieskiej Komisji ds. Państwa Watykańskiego.
– To krok ważny, ale i zaskakujący, ponieważ prawo fundamentalne Watykanu wprost stanowi, że na czele komisji powinien stać kardynał. Papież nie zmienił tego prawa, ale nie zważając na nie, postawił na czele komisji, złożonej z sześciu kardynałów, kobietę – wskazuje ekspert z „TP”.
Choć publicznie nie słychać sprzeciwu wobec tej decyzji, nieoficjalnie mówi się, że kardynałowie są w tej kwestii podzieleni. Część jest niezadowolona, ale są i tacy, którzy uznali, że najwyższy czas na takie decyzje.
Papież rozbija szklany sufit. „Żaden następca tego nie cofnie”
– Siostra Petrini ma wszelkie cechy osobowościowe oraz doświadczenie, żeby być dobrą prezydentką gubernatoratu i przewodniczącą komisji. Rodzi się jednak pytanie, czy będzie miała autorytet wśród biskupów i kardynałów, nie zawsze chętnych do słuchania kogoś, kto jest niżej święceniami czy w hierarchii kościelnej – zastawia się Edward Augustyn.
Obie funkcje 56-letnia siostra Petrini ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Eucharystii obejmie od 1 marca.
– Ten ruch to z pewnością ukłon w stronę kobiet w Kościele, choć spóźniony o kilkadziesiąt lat. Kościół istnieje dzięki kobietom. Stanowią one nie tylko większość wśród wiernych, ale też najliczniejszą grupę osób pracujących w Kościele – czy to na misjach, czy w duszpasterstwie, czy w organizacjach charytatywnych. Papieża Franciszek rozbija szklany sufit, pozwalając kobietom obejmować ważne stanowiska w Kurii Rzymskiej, licząc, że za jego decyzjami pójdą biskupi na całym świecie i kobiety pojawią się także na ważnych stanowiskach w kuriach diecezjalnych. I jest to krok, którego żaden następca Franciszka nie cofnie – podkreśla nasz rozmówca.
Widmo nadal krąży nad Europą, a wielu myślało, że zostało już dawno usunięte: debata na temat tego, co stanowi demokratyczny rząd i akceptowalne zachowanie w demokracjach XXI wieku. Kwestie te dotyczą kilku państw członkowskich Unii Europejskiej, ale były szczególnie kwestionowane w odniesieniu do Polski.
Debata jest paskudna i głęboka, ponieważ rządząca „centrolewicowa” [cudzysłów =md] Koalicja Obywatelska (KO) – kierowana przez jej największą partię (Platformę Obywatelską [PO]) i premiera Donalda Tuska – oskarża „prawicę centrowego” [cudzysłów =md] Prawa i Sprawiedliwości (PiS) o naruszenie kluczowych zasad demokracji, praworządności (ROL) i wolności mediów. PiS, kierowany przez byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego, odpowiada, że zarzuty te są mylące lub fałszywe, a obecny rząd jest sam winny ekscesów w tych właśnie kwestiach. O co w tym wszystkim chodzi i kto ma rację? Czy te kwestie nie zostały już dawno rozstrzygnięte? Nie, nie do końca.
Istnieje więcej niż jeden słuszny pogląd na tę kwestię, zarówno w odniesieniu do okresu rządów Prawa i Sprawiedliwości (2015-23), jak i od czasu objęcia władzy przez Koalicję Obywatelską w grudniu 2023 roku. Kwestie te są bardziej złożone i zniuansowane niż dominujące narracje o „demokratach” i „nieliberalnych, skrajnie prawicowych” politykach. Rok po powrocie do władzy rząd koalicyjny pod przewodnictwem KO nadal twierdzi, że jego zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w październiku 2023 roku rozstrzygnęło te debaty, a nawet, że „uratował demokrację”, pokonując „skrajnie prawicowe” Prawo i Sprawiedliwość. Od tego czasu rząd KO podjął zdecydowane kroki w celu „przywrócenia praworządności”, „przywrócenia porządku konstytucyjnego” i odwrócenia innych zmian wprowadzonych przez PiS podczas jego kadencji, które – jak twierdzi – przekształcały Polskę w autokrację lub autorytarne państwo populistyczne. Rząd posuwa się nawet do formalnej delegalizacji PiS i porównuje obecną sytuację do post-nazistowskich Niemiec lub powojennej Jugosławii. KO oskarża PiS o dalsze blokowanie jego szlachetnych wysiłków i utrwalanie „nie-liberalizmu” za pośrednictwem prezydentury i sądownictwa.
Administracja Bidena, w tym były ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce Mark Brzeziński, Komisja Europejska, a także większość dziennikarzy, think tanków i ekspertów bezkrytycznie przyjęła narrację KO i przyjęła jej język. Debata ta jest cenna, ponieważ ujawniła ważne pytania, które mają poważne konsekwencje polityczne. Na przykład, jak dużą kontrolę ma UE nad tym, jak państwa członkowskie organizują swoje społeczeństwa? Czy tylko interpretacja „demokracji” przez Komisję Europejską jest akceptowalna, czy też dozwolone są zmiany, które mieszczą się w pewnych granicach? Gdzie i w jakim zakresie prawo UE ma pierwszeństwo przed prawem krajowym? Gdzie dokładnie przebiega granica między tym, co nakazują traktaty Unii Europejskiej, a suwerennością państw członkowskich? Czy traktaty mogą zastąpić krajowe konstytucje – pytanie to pojawiło się nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach UE.
Czy rząd może dążyć do tego, aby media w jego kraju były własnością firm z jego kraju bez narażania się na zarzut „nacjonalizmu”? Czy UE ma jurysdykcję nad sądami państw członkowskich, tak aby mogła dokładnie określić, jak każdy z nich ma być zorganizowany? W jaki sposób traktaty europejskie są stosowane w innych częściach bloku? KO sformułowała tę debatę zgodnie ze swoją interpretacją, podczas gdy PiS ma inną. Ta różnica wprowadziła tarcia w relacjach Polski z administracją Obamy i Bidena, które trzymały polityków PiS na dystans, nawet jeśli dwustronne więzi pozostały silne. Zaszkodziło to również relacjom Polski z UE, ponieważ Komisja Europejska, Europejski Trybunał Sprawiedliwości i Europejski Trybunał Praw Człowieka nazwały i zawstydziły rządy Szydło i Morawieckiego (2015-23) oraz wszczęły postępowanie na podstawie art. 7, posuwając się nawet do wstrzymania około 137 miliardów euro z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności związanego z COVID-19 oraz Funduszu Spójności z powodu obaw dotyczących sądownictwa i ROL. Wzmocniło to eurosceptycyzm w Polsce i innych państwach członkowskich UE, ponieważ politycy zwrócili na to uwagę, a niektórzy zakwestionowali interpretacje UE, wywołując reakcję – znaną jako „populizm”, „nieliberalizm” lub gorzej.
Nie ma tylko jednego słusznego stanowiska w sprawie tych różnic. Na przykład, jeśli PiS próbuje doprowadzić do przejęcia mediów przez polską własność, narusza to wolność mediów, to czy to samo nie dotyczy innych demokracji, takich jak Kanada i Francja, które zezwalają, aby nie więcej niż 20-25 procent mediów było własnością zagraniczną? Czy Warszawa nie może próbować „zrepolonizować” mediów w kraju, z których większość została sprzedana zagranicznym firmom po 1989 roku, kiedy gospodarka była wyjątkowo słaba? Jeśli KO oskarża PiS o upolitycznienie mediów państwowych, co obserwatorzy mają zrobić z faktem, że polskie media przez cały okres po 1989 roku miały odzwierciedlać poglądy rządzącego rządu – i robią to również teraz pod rządami PO – zgodnie z zasadą cuius regio, eius telewizja? Jeśli KO argumentuje, że musi „przywrócić porządek konstytucyjny”, ponieważ sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mianowani przez PiS są zgodni z jej poglądami, czy nie wymagałoby to również przywrócenia rządów prawa w Stanach Zjednoczonych, gdzie sędziowie są mianowani politycznie od wczesnych lat republiki? Jeśli polscy sędziowie nie nadają się do sprawowania urzędu ze względu na swoje powiązania z partią polityczną, co mamy myśleć o prezesie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, który był wiceprzewodniczącym klubu Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej w Bundestagu tuż przed powołaniem go do sądu w 2018 roku? Kwestie te mogą być bardzo techniczne, nie są powszechnie rozumiane i wymagają dalszej analizy i debaty.
Uczciwe odpowiedzi są kluczowe dla przyszłości wolności i demokracji w Polsce i poza nią. Nasza analiza prowadzi do kilku wniosków:
1. Obawy o upadek polskiej demokracji w latach 2015-23 od dawna są przesadzone. Wynik wyborów w 2023 roku byłby zupełnie inny, gdyby państwo stało się „autokracją”, było „autorytarne” lub zostało „zawłaszczone”, jak twierdzili krytycy. Polska nie była wówczas autokracją, a gen demokracji był żywy i miał się dobrze w tętniącej życiem polskiej polityce przez cały okres po 1989 roku. Jednak od czasu objęcia władzy rząd KO podejmuje wątpliwe – jeśli nie nielegalne – kroki pod pozorem „przywracania demokracji”, z których wiele jest bardzo podobnych do tych, o które oskarżał rząd PiS.
2. Nie wszystkie zarzuty stawiane rządom Szydło i Morawieckiego są błędne, ale są one wybiórcze, niespójne i malowane zbyt szerokim pędzlem. Istniało kolesiostwo, ale dotyczyło to wcześniejszych polskich rządów, w tym tych kierowanych przez PO w latach 2007-15. Rządy PiS wdrożyły oprogramowanie szpiegujące Pegasus, ale rząd Tuska do tej pory nie był w stanie udowodnić, że zrobił to bez należytego procesu, a inwigilacja miała miejsce w innych państwach członkowskich UE. Rządy PiS starały się przywrócić media będące własnością zagraniczną pod polską kontrolę, ale inne demokracje (np. Francja i Kanada) również są „nacjonalistyczne” w kwestii tego, kto jest właścicielem firm medialnych w ich krajach.
Rządy PiS dyskryminowały TVN, obecnie należący do amerykańskiej firmy Warner Bros. Discovery – ale spór został rozwiązany za pomocą cichej dyplomacji. Nawet zagorzali krytycy PiS przyznają, że TVP (Telewizja Polska S.A.) pod kierownictwem KO nie uniknęła politycznej ingerencji i jest uwikłana w politykę. Polski krajobraz medialny jest żywy i dynamiczny, ale od 1989 roku telewizja publiczna ma tendencję do kierowania się zasadą cuius regio, eius telewizja. Rządy PiS nie były osamotnione w podejściu do kwestii związanych z UE, co obserwatorzy mogą teraz zaobserwować, gdy KO sprzeciwia się polityce azylowej UE. Główne instytucje, takie jak Komisja Wenecka, stanęły po stronie PiS w sprawie działań, które według KO naruszają ROL, a także po stronie PiS w innych kwestiach. Nie chodzi o to, aby odrzucić te kwestie, ale narracja, że rząd KO składa się z demokratów, a PiS z niedoszłych autokratów, jest uproszczona i niedokładna.
3. Badanie kontekstu, złożoności i sprzeczności w tych kwestiach nie jest biciem piany. UE była wybiórcza, jeśli chodzi o wytykanie PiS-owi konkretnych zarzutów i kar, i nieczęsto zajmowała się podobnymi kwestiami z innymi państwami członkowskimi w takim samym stopniu. Administracje Obamy i Bidena surowiej oceniały rządy PiS-u ze względu na ich bardziej tradycyjne i konserwatywne podejście do polityki publicznej (np. migracji i aborcji) oraz naleganie na utrzymanie kontroli nad kwestiami, w których traktaty UE pozostawiają pewną swobodę państwom członkowskim (np. sądownictwo). Trudno uniknąć wniosku, że krytycy oceniają polską politykę przez pryzmat postępowych standardów i gotowości rządu do bezdyskusyjnego wdrażania każdej inicjatywy UE, w tym tych, co do których istnieją uzasadnione różnice zdań.
4. Od objęcia władzy w grudniu 2023 roku rząd koalicyjny pod przewodnictwem KO rozpoczął kampanię walki z prawem i kryminalizacji różnic politycznych, której celem jest zapewnienie, że PiS nigdy więcej nie będzie stanowić poważnego wyzwania dla jego władzy. KO przekroczyła granicę, stosując podejście „żelaznej miotły” do rozwiązywania tych kwestii. Termin ukuty przez premiera Tuska na określenie tych wysiłków – „demokracja walcząca” – nawiązuje do antykomunistycznej grupy z czasów Solidarności, kierowanej przez ojca byłego premiera PiS Mateusza Morawieckiego i usprawiedliwia użycie niemal wszelkich środków do ścigania przeciwników. Niektórzy polscy komentatorzy łączą ten termin z niemiecką koncepcją streitbare Demokratie z lat 30. XX wieku, używaną przez Karla Loewensteina do opisania działań uznanych za konieczne do przeciwstawienia się partii nazistowskiej, sugerując, że członkowie obecnego rządu postrzegają PiS jako nie lepszy od nazistów, a sytuację w Polsce można porównać do procesów norymberskich. Niektórzy w KO opowiadali się za „depisizacją” , co przypomina termin dekomunizacja, koncepcję, zgodnie z którą wszyscy komuniści zostaliby usunięci ze swoich stanowisk i nie mogliby zajmować wpływowych stanowisk, gdyby została przeprowadzona po 1989 roku. Jeszcze inni liderzy KO używają terminu dezintegracja, co oznacza, że rozbiją PiS, starając się go zneutralizować. Politycy KO publicznie twierdzą, że Polska znajduje się w szczególnym momencie, który uzasadnia podjęcie nadzwyczajnych środków w celu przywrócenia porządku konstytucyjnego. Doprowadziło to nawet krytyków rządu do pytania, czy Tusk „będzie autokratą, aby zreformować kraj”. Doprowadziło to również do poważnych i niedemokratycznych nadużyć władzy.
5. Przypadek Polski może pomóc nam zdecydować, jak kwestie takie jak wolność mediów, praworządność i demokratyczne rządy powinny być rozumiane w XXI wieku. Określanie ich po prostu jako „walki o demokrację” jest niezadowalające, biorąc pod uwagę spory polityczne i prawne – oraz brak konsensusu co do tego, co w ogóle oznacza termin demokracja. Jeden obóz definiuje ten termin zasadniczo jako demokrację liberalną, argumentując, że tylko kraj, który spełnia wszystkie progresywne kryteria, jest naprawdę demokracją. Drugi obóz ma tendencję do używania terminów takich jak wolność, uporządkowana wolność, wolność, republika lub suwerenność demokratyczna, odzwierciedlając konserwatywne lub tradycjonalistyczne rozumienie.
Tymczasem Rosja Władimira Putina i komunistyczne Chiny pracują w nadgodzinach, aby podważyć koncepcję i praktykę demokracji. Wymaga to większej debaty w celu rozwiązania różnic między tymi dwiema interpretacjami, co może wiązać się z akceptacją różnic w stosunku do postępowego rozumienia, które – jeśli te różnice będą się utrzymywać – zaszkodzą relacjom rządów państw członkowskich UE z wyborcami i zaszkodzą stosunkom transatlantyckim.
6. Zdecydowane zwycięstwo Republikanów w wyborach w USA w listopadzie 2024 roku i od dawna krytyczne poglądy premiera Tuska na temat prezydenta Donalda Trumpa podnoszą stawkę dla rządu kierowanego przez KO w stosunkach polsko-amerykańskich. Przywódcy KO mają rację, mówiąc, że stosunki polsko-amerykańskie są i pozostaną silne, niezależnie od tego, kto jest u władzy w obu stolicach, ale administracja Trumpa jest świadoma wyraźnej preferencji KO dla Partii Demokratycznej i krytyki prezydenta w ostatnim cyklu wyborczym. Znakomite relacje prezydenta Andrzeja Dudy z prezydentem USA i bliskie związki PiS z Partią Republikańską są głównym atutem polskiej polityki zagranicznej i stosunków dwustronnych. Dalsze próby zniszczenia PiS przez rząd kierowany przez KO zostaną zauważone, co może spowodować utratę wpływów w Waszyngtonie ze szkodą dla interesów narodowych i prestiżu Polski, a także stosunków dwustronnych. Polska korzysta z silnej opozycji, a PiS reprezentuje bardzo znaczną część elektoratu, który wspiera cele bezpieczeństwa narodowego kraju i Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w czasach bezprecedensowych wyzwań dla europejskiego porządku bezpieczeństwa i nasilającej się rywalizacji wielkich mocarstw.
Rolnicy z Łódzkiego ponownie przyjechali pod zakłady Animex Foods w Kutnie, by stwierdzić że zakład nadal importuje niemieckie tuczniki. Rolnicy z Podlasia sprawdzili ciężarówki z trzodą zmierzające do Ubojni Rytel pod Łomżą. Świnie jechały z Brandenburgii – twierdzą.
Porozmawiamy o optymalizacji produkcji ozimin, integrowanej uprawie, biopreparatach, rolnictwie regeneratywnym, opłacalności produkcji zbóż. Od 4 do 20 lutego 2025 r. w 5 lokalizacjach.
Wczoraj rolnicy z łódzkiego ponowili wizytę pod ubojnią Animexu w Kutnie, by sprawdzić czy zakład zgodnie [z deklaracjami] zaprzestał importu świń z Niemiec. Rolnicy ze północno-wschodniej Polski podobna akcje przeprowadzili pod ubojnia Rytel w Podgórzu pod Łomżą. Tam również ciężarówki zwoziły niemieckie tuczniki.
Rolnicy znowu w Kutnie
-Dyrekcja Animexu zapewniała, że dokonała jednorazowego zakupu świń z Niemiec w ilości 3% tygodniowego zapotrzebowania. Nawet gdyby zakład pracował wciąż z maksymalną wydajnością, ten import dawno powinien się skończyć, a świnie z Niemiec wciąż tam przyjeżdżają, co wczoraj na własne oczy zobaczyliśmy – mówi Janusz Terka, działacz rolniczej Solidarności i współorganizator wczorajszej akcji. -W dodatku potwierdziło się, że te tuczniki z Niemiec zwozi m.in. polska firma Europig, która ma siedzibę w naszym zagłębiu produkcji trzody w gminie Grabica, w powiecie piotrkowskim.
Rolnicy alarmują, że import ten wpłynie zarówno na ceny skupu trzody, jak i możliwości zbytu przez krajowych producentów.
-Wzmożony import trzody z Niemiec trwa na dużą skalę. Niemcy wyczyszczą sobie chlewnie i magazyny, a u nas ceny zaczynają spadać i rynek będzie rozregulowany – mówi Terka. -Biorąc pod uwagę, że średnio na polskie gospodarstwo hodowlane przypada 200 świń, to jeden taki transport który przyjechał do Kutna pozbawia tego statystycznego rolnika możliwości zbytu tuczników. A tych transportów jest przyjeżdża dużo, nasz rynek zbytu się kurczy i zaraz będziemy mieć kryzys.
Niemieckie tuczniki w ubojni pod Łomżą
Podobną jak w Kutnie akcję rolnicy ze wschodniej Polski zorganizowali wczoraj pod ubojnią Rytel w gminie Łomża. Współorganizatorami jej były Związek Zawodowy Rolnictwa Korona i Związek Zawodowy Orka. ZZR Korona na swoim fejsbukowym profilu relacjonuje wydarzenia. W zamieszczonym poście czytamy:
„Ciężarówki z Tucznikami z Niemiec z rejonów gdzie wykryto pryszczycę wjeżdżają do polskich zakładów. Ile mogą kosztować tuczniki ściągane z Brandenburgii??Zakład który ściąga te tuczniki znajduje się w zagłębiu hodowców bydła. Oby nie podzielili oni losu hodowców trzody chlewnej.”
W opublikowanym filmie dokumentującym działania, rolnicy mówią, że kierowcy przywożący tuczniki potwierdzili, że wiozą do zakładu świnie z Brandenburgii. Związkowcy ubolewają, że właściciel dotąd zapewniał rolników, że świń z Niemiec nie importuje.
Obawy przed pryszczycą
Zarówno pod Kutnem, jak i pod Łomżą rolnicy wyrażali zaniepokojenie faktem, że tuczniki przywożone są do Polski z Brandenburgii, gdzie było ognisko pryszczycy. W ich opinii zagrożenie epidemią jest wciąż realne, tymczasem ochrona naszych hodowców bydła i trzody jest mizerna.
-Ograniczenia zdjęto, ale Niemcy wciąż nie wyjaśnili skąd choroba się u nich wzięła. Nie ma więc pewności, że import z Brandenburgii faktycznie jest bezpieczny – mówi Janusz Terka.
Jak mówi związkowiec, ciężarówek z niemieckimi tucznikami byłoby wczoraj dużo więcej, gdyby niemieckie służby weterynaryjne nie wstrzymywały transportów ze względu na panujące mrozy.
Pytaliśmy firmy
Kilka dni temu, po pierwszej akcji rolników, dzwoniliśmy również do firmy Europig, by sprawdzić doniesienia o wzmożonym imporcie realizowanym przez polskiego przewoźnika. Właściciel firmy zapewniał, że żadnych świń z Niemiec nie przywozi.
Pytaliśmy również w ubojni Rytel, czy pogłoski o zakupach świń w Niemczech są prawdziwe, ale dyrektor zakładu nie miał życzenia z nami rozmawiać. Rzecznik Animex Foods zapewniał z kolei, że firma dokonała niewielkiego zakupu niemieckich tuczników z braku dostępności żywca na rynku. Zakup ten stanowić miał jedynie 3% tygodniowego zapotrzebowania grupy.
Według danych podawanych w czasie, gdy zakład w Kutnie ruszał z produkcją, zapotrzebowanie to wynosić miało według różnych źródeł 60-80 tys. świń tygodniowo. Wszystkie zakłady Animex Foods przerabiają tygodniowo około 100 tys. świń.
Marek Skalski: Pretekstem do naszych rozmów ma być próba odpowiedzi na ogólne pytanie, jak to wyglądało na naszym polskim podwórku przez ostatnie 1000 lat. Chcielibyśmy opowiedzieć o historii Polski, ale zawsze zadając sobie pytanie, gdzie w tym wszystkim na przestrzeni wieków była wolność indywidualna, wolność człowieka – udając się do czasów obecnych – gdzie byliśmy, gdzie jesteśmy, gdzie będziemy?
Zacznijmy więc od samego początku, od początków naszej państwowości. Podstawowym pytaniem, które będzie nam towarzyszyć, jest pytanie, po co nam ta Polska? Po co nam chrześcijańska Polska? Sięgamy do wieku X, do okresu, kiedy Polska wyłoniła się z pomroków historii, z niebytu. Współczesnych i późniejszych badaczy bardzo zaskakiwało, skąd ta Polska się właśnie wzięła.
Ktoś może powiedzieć: poganie, tj. pogańskie, słowiańskie plemiona, które żyły nad Odrą, nad Wisłą, nad Bugiem, nad Dnieprem, miały swój pogański raj. Mieli własne prawa, mieli własne obyczaje, własne tradycje. Żyli sobie jak ich bożki im przykazali i byli szczęśliwi. Taki czysto słowiański Eden. I nagle wkracza w tę rzeczywistość niemiecki, powiedzmy europejski rycerz z mieczem, misjonarz z krzyżem, który postanawia to wszystko zniszczyć, podeptać, stworzyć jakiś nowy porządek.
Grzegorz Braun: To jest ten czarny piar, fałszywa legenda, którą wyznają i propagują w naszych czasach Turbosłowianie, którzy sądzą – bo ja nie posądzam ich o brak szczerości, ja ich tylko posądzam o głęboką ignorancję, przypuszczam, że oni naprawdę wierzą – że ta słowiańszczyzna, prasłowiańszczyzna to była idylla, raj na ziemi, ogród rozkoszy ziemskich. Dlaczego to jest oderwane od rzeczywistości? Bo rzeczywistość jest zapisana w dokumentach, ale jest też zapisana w pewnych reliktach archeologicznych i w reliktach kulturowych, które czasem mają długie trwanie dziejowe i po wielu wiekach możemy dopatrzeć się w otaczającej nas rzeczywistości reliktów tego dawnego, a nawet pradawnego świata. Ja może od razu wejdę ostro z buta w tę idyllę i powiem, że to jest obraz, który można rysować, jeżeli się zignoruje brutalne praktyki, które nie były bynajmniej incydentalną przypadłością, ale były konstytutywne dla tamtego porządku społecznego i proto-państwowego. Te brutalne elementy wymienię jednym tchem: dzieciobójstwo, starczobójstwo, to są ofiary z ludzi, to jest przymuszanie kobiet, dziewcząt, często dziewczynek do zamążpójścia. To jest wreszcie – i chyba to będzie wspólny mianownik – nieludzkie traktowanie nie tylko obcoplemieńców, którzy nie byli uważani za ludzi, pobrzmiewa na przykład w samej nazwie Niemcy – istoty tak obce, że właściwie nie należący do tego samego gatunku. Ale traktuje się nieludzko także i współplemieńców. Z każdego z tych oskarżeń muszę się wytłumaczyć, więc nieco rozszerzę.
Dzieciobójstwo – gdyż bieżącą praktyką jest eugenika, taka prasłowiańska, chałupnicza, polegająca na pozbywaniu się, to jest zabijaniu czy zostawianiu, wystawianiu na pewną śmierć, dzieci, które z jakiegoś powodu zostały uznane za niepożądane albo niedoskonałe. Ten sam los może spotkać osoby starsze, a wówczas, pamiętamy przecież, że życie ludzkie było statystycznie znacznie krótsze niż w naszych czasach, więc jeżeli dzisiejszy 30–40-latek uważałby, że to są problemy, które jego nie dotyczą, to by się mylił. Przeniósłszy się w czasie i zapadłszy obłożnie na jakąś chorobę, będąc osłabionym, mógłby łatwo być ni mniej ni więcej wyprowadzony do ciemnego lasu albo zepchnięty do bagna, albo też wyprowadzony na jakąś grań górską. To akurat jest bardziej specyfiką Skandynawów.
Nie tylko. Spartanie też spychali ze zboczy Tajgetu. Wiele cywilizacji turańskich miało to do siebie, a o tym, że były to tradycje silnie zakorzenione najlepiej świadczy fakt, że całkiem niedawno jeszcze w Polsce dochodziło do takich praktyk. Nawet w XIX wieku są na to świadectwa literackie. Na Polesiu, ale również na Podhalu, osoby starsze, najstarsi członkowie rodzin niestety byli skazywani na śmierć…
Byli wyganiani z domu, wystawiani dosłownie na deszcz, śnieg czy zawieruchę. Mamy tego pewne relikty. Są pewne relikty kulturowe, nie tylko archeologiczne. Z jednej strony te historie pobrzmiewają w bajkach – np. historia z wyprowadzaniem królewny Śnieżki do lasu na polecenie złej królowej, to jest odwołanie się do pewnego pogańskiego standardu rozwiązywania problemów dziedziczenia, socjalnych i medycznych. Mamy też Mit o Edypie. To są rzeczy, które nie były obce prasłowiańszczyźnie. Niektórzy piewcy wyśnionej a nigdy realnie nieistniejącej prasłowiańszczyzny są gotowi upierać się, że to gdzieś indziej, że to inne ludy, że to okrutnicy z innych zakątków świata, a tu, u nas – słowiańska idylla. Na poparcie tezy, że było niestety wręcz przeciwnie, tzn., że słowiańszczyzna nie odbiegała od standardów świata pogańskiego, bez względu na to, czy w Europie, czy w Azji.
W Japonii jeszcze podobno z początkiem XX wieku się wyprowadzało staruszka na wysoką górę, z której już nigdy nie wracał i dobrze, dlatego że byłby zbyteczną gębą do wykarmienia następnej ciężkiej zimy.
Ale mamy w Polsce pewne ustalenia archeologiczne i trzeba powiedzieć, że praktykowanie mordu rytualnego, czyli składanie ofiar z ludzi jest archeologicznie udokumentowane. Ja spod czaszki nie będę w stanie wyciągnąć skonkretyzowanych przykładów, ale niedługa kwerenda pozwoli państwu odszukać prace naukowe, zwane przyczynkami. Ciekawa rzecz, że naukowcy z pewną nieśmiałością piszą o tych sprawach. Polityczne względy sprawiły, że walka, przede wszystkim wojna polsko-niemiecka, toczona na gruncie historycznym, ta walka o przetrwanie i dominację w Europie Środkowej, była toczona przez zorganizowaną historiografię pruską z nami, Polakami.
My, Polacy, reagowaliśmy pewną idealizacją przeszłości. Ta idealizacja do dzisiaj pokutuje, to znaczy mamy przyczynki, ale ja nie przypominam sobie grubszych książek na ten temat. Przypominam sobie taki przyczynek, że gdzieś pod progiem jakiejś budowli – jakaś czaszka, szkielet, pochówek szkieletowy, młoda kobieta, nastolatka z raną tłuczoną mózgoczaszki, starannie zagrzebana właśnie pod progiem, co miało charakter ofiarny. To była ofiara złożona jakiemuś krwawemu bóstwu, demonowi, który się takich rzeczy domagał. Być może nasi Prasłowianie, praszczurowie, pradziadowie, nie doszli do tej skali przemysłowej, jaką osiągnęli Kartagińczycy składający ofiary Molochowi i takich rzeczy nie było, ale jednak było to praktykowane. Podam jeszcze ciekawy przykład z tego długiego trwania, które archeologowie i antropologowie dokumentują i opisują.
Są znane jeszcze XX-wieczne przypadki linczów ofiarniczych, na przykład przypadek opisany przez jednego z badaczy zagrzebania żywcem wędrownego dziada proszalnego, którego obecność w okolicy wzbudziła niepokój i przypisano tej osobie sprowadzanie nieszczęścia klimatycznego czy atmosferycznego, jakiejś anomalii, suszy czy powodzi. Mamy to opisane w najdawniejszych kronikach, zapiskach i przyczynkach współczesnych. Warto odnosić się do tej rzeczywistości, zanim jednym susem przeskoczymy ponad tą rzeczywistością do prasłowiańskiej idylli i będziemy sobie opowiadać o tym, że gdyby nie te straszne katolickie, niemieckie, kolonizatorskie zapędy, to mielibyśmy lechickie kosmodromy, z których lechickie rakiety lechickiego Elona Muska startowałyby na podbój księżyca już 1000 lat temu.
Ofiary z ludzi to immanentna i stała cecha kultur pogańskich z bardzo różnych kręgów. Słusznie podziwiamy kulturę i cywilizację rzymską. Jednak jej początki i obyczaje opisywane przez Tacyta i dziejopisarzy rzymskich, wyglądały tak, że w sytuacji zagrożenia Rzymianie składali w ofierze po dwie pary… wrogów. Był to rytuał bardzo okrutny. W asyście tłumów na forum dosłownie grzebano ich żywcem. Najczęściej byli to Grecy i/lub Etruskowie. Przedstawiciele ludów obcych, które mogły stanowić zagrożenie, w sytuacji kryzysowej byli złożeni w ofierze, żeby przebłagać bogów…
Podobnie było na Słowiańszczyźnie. Taki los mógł spotkać Niemców, którzy dostali się w ręce naszych praprzodków. Nasza literatura to idealizowała. Ignacy Kraszewski w „Starej baśni” opisywał, jak żona bohaterskiego Wisza, który zginął, dobrowolnie rzuciła się w płomienie. To miało być romantyczne, ale w praktyce romantycznie nie wyglądało i zakładam, że w większości przypadków te osoby nie czyniły tego dobrowolnie.
Ochotniczek na stos raczej w prawdziwym życiu się nie spotyka. Jest pewna świadomość tych faktów. Może ona nawet paradoksalnie była żywsza jeszcze na przełomie XIX/XX wieku. Zofia Kossak-Szczucka w powieści „Gród nad jeziorem” opisuje trochę późniejszy okres, kiedy bohaterce grożą poważne sankcje i niebezpieczeństwa. Oczywiście mamy kroniki średniowieczne, które opisują już akty linczu i egzekucji, których ofiarą padają duchowni, księża, biskupi, zakonnicy. Nie przypadkiem czcimy chronologicznie pierwszego patrona polski świętego Wojciecha. Ale mamy też Męczenników Międzyrzeckich, którzy zostali zamordowani przez zbójów. Wiadomo, w każdej epoce znajdą się ludzie, którzy będą mieli jakieś przesadne wyobrażenia o tym, jak poprawią swoją lepszą kondycję finansową, materialną, gdy napadną na plebanię czy klasztor. Tym niemniej to się to się wtedy działo.
Kronikarze też opisują chyba w Wolinie egzekucję jednego z duchownych. Piewcy prasłowiańszczyzny, Turbolechici, jednym ruchem, lekką ręką, odrzucają te przekazy. Mówią, że to właśnie ci chrześcijańscy niszczyciele, kolonizatorzy i agresorzy nie tylko nakłamali w tych sprawach, ale na dodatek jeszcze zniszczyli dokumenty, które mogłyby zaświadczać piękno wzniosłość i potęgę prasłowiańszczyzny. Myślę, że nic w historiografii nie upoważnia do przyjęcia takiej interpretacji.
Jeśli mówimy o codziennym życiu Słowian, zanim weszli na szeroką arenę dziejową, czyli zanim de facto przyjęli chrzest, przynajmniej książę Mieszko i jego drużyna, to nie sposób nie wspomnieć o straszliwym procederze, o którym się w Polsce bardzo mało mówi, a był on wówczas rozwinięty na skalę niemal przemysłową. Mówię o procederze niewolnictwa Słowian. Wszystko wskazuje na to, że na naszej ziemiach ten proceder rozkwitł w stopniu nieprawdopodobnym. Przygotowujemy jako wydawnictwo książkę na ten temat.
Dużą rolę odegrali w tym procederze muzułmańscy odbiorcy, imperium Abbasydów i żydowscy pośrednicy, ale brały w nim udział również nasze słowiańskich elity, pozyskując niewolników na drodze wojny czy z zasobów wewnętrznych. Jak kosztowny był to proceder, świadczy fakt, że za zdrowego młodego niewolnika bądź niewolnicę można było uzyskać około 30 złotych monet. Na azjatyckich rynkach natomiast, np. w Bagdadzie czy w Kairze, sprzedawcy osiągali 10-krotne przebicie, czyli aż 300 monet. Na tamte czasy był to kosmiczne pieniądze.
Po drodze część tego ludzkiego towaru mogła ulec, powiedzmy, trwałej i ostatecznej dekapitalizacji, a i tak ten proceder przynosił krociowe zyski. W moim wyliczeniu tych okropności pogańszczyzny zostawiłem niewolnictwo – przepraszam za słowo – na deser, ponieważ skala tego jest bezdyskusyjnie przemysłowa. Bardzo czekam na książkę, którą szykujecie i o której standard naukowy zabiega pan redaktor Tomasz Sommer. Jestem przekonany, że będzie to przebój księgarski, a po drugie już na podstawie rozmów, które prowadzimy od paru miesięcy, jestem przekonany, że będzie to nowe słowo w polskiej historiografii. Nie tylko co do samego opisu dziejów, jak było, ale będzie to nowe słowo dotyczące istotnej genezy i celowości istnienia państwa polskiego.
Myślę, że na gruncie ustaleń, które przynosi już nie tylko wstępna kwerenda, ale próba syntezy istniejących przyczynków i dorobku naukowego, można powiedzieć, że teza, iż państwo polskie to państwo Piastów, państwo Mieszka I, Bolesława i Bolesławowego syna Mieszka II, (notabene będziemy mieli wielką rocznicę 1000 lat od pierwszych koronacji w 1025 roku) powstało właśnie przede wszystkim z potrzeby obrony przed łowcami i handlarzami niewolników. Moim zdaniem, mocna jest hipoteza, że wojna – do której doszło na parę dziesiątków lat przed wstąpieniem na karty historii pisanej księcia Mieszka, wojna, której reliktem są zgliszcza, które widzimy w odkrywkach archeologicznych wielu grodów w samej Wielkopolsce, niejako w otoczeniu tego centrum pierwotnej państwowości piastowskiej – być może była wojną o przetrwanie i o narzucenie innego (tutaj dopuszcza się pewnego anachronizmu), wolnościowego standardu cywilizacyjnego.
To jest piękna – już nie tylko wizja – ale mocna hipoteza badawcza, dlatego że tam rzeczywiście stało się coś wcześniej niezrozumianego i niedocenionego przez historiografię. Historiografia akademicka za uniwersytetami, wykład szkolny, a nawet przedszkolny, przechodzi do porządku nad tą, nazwijmy, kontrrewolucją piastowską. Przechodzimy nad tym do porządku, mówimy Chrzest Polski 966 rok, proszę bardzo, czas start, jedziemy, projekt Polska. Ale trzeba podziękować Turbolechitom za to, że można powiedzieć, nakręcili pewną koniunkturę zainteresowania przedchrześcijańskimi i może nawet jeszcze przedpiastowskimi dziejami Polski, w sensie naszych ziem i tych ludów, które nasze ziemię zamieszkiwały.
Ta koniunktura została nakręcona i mam nadzieję, że tego się już nie odkręci, że pytanie, które stawiacie w waszej publikacji i odpowiedzi, które będą bardzo ciekawe, wręcz pasjonujące, bo będzie tam szereg przykładów sięgających do ustaleń archeologicznych, więc to są pewne bezdyskusyjne fakty. Mam na myśli grodziska bez zabudowy ciągłej, linie obwałowań i zasieków, które zdają się otaczać pusty plac, na którym archeologowie nie znajdują żadnych reliktów zabudowy ani takiej, której można by przypisać funkcję siedziby lokalnego władcy, ani też miejsc kultu. To są takie ufortyfikowane obozowiska polowe, plenerowe bez śladów trwałego powiem trywialnie zadaszenia, bez czterech ścian.
Myślę, że hipoteza, iż są to fortyfikacje, które powstawały, były improwizowane, ale na wysokim poziomie fachowości ciesielskiej, były improwizowane nie po to, żeby tam mieszkać, ale żeby stawić czoła najazdowi. Myślę, że hipoteza, że to właśnie łowcy niewolników, których kontrahentami byli, być może, okoliczni kacykowie prasłowiańscy, jest ciekawa i mocna.
Powyższy tekst jest fragmentem książki – wywiadu rzeki Marka Skalskiego z Grzegorzem Braunem. Książka już wkrótce ukaże się staraniem wydawnictwa Biblioteka Wolności.
[Zdjęcie oczywiście nie jest z kliniki Gemelli, gdzie Franciszek leży na łożu śmierci.. md]
===================
Premier Włoch Giorgia Meloni udała się do szpitala Gemelli w Rzymie, aby odwiedzić papieża Franciszka.
„W imieniu rządu i całego narodu życzyłam mu szybkiego powrotu do zdrowia. Jestem bardzo szczęśliwa, że zastałam go czujnego i reagującego” – powiedziała.
„Żartowaliśmy jak zwykle. Nie stracił swojego przysłowiowego poczucia humoru”.
Widziałem wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że to, co dzieje się dzisiaj, jest naprawdę bezprecedensowe. Jesteśmy na rozdrożu. W czasie, w którym rzeczywistość nie jest już odrzucana dla zbiorowego komfortu, a „spisek” staje się faktem historycznym. To ekscytujący czas, aby żyć, ale także potencjalnie niebezpieczny.
Teoretycy spiskowi mieli rację we wszystkim – i co teraz?
Przez wiele lat ekonomiści alternatywni i „teoretycy spiskowi” twierdzili, że według dowodów istniała zorganizowana przestępcza klika realizująca długofalowy plan wykorzystania i ostatecznego zniszczenia kultury zachodniej. Zasugerowaliśmy, że znaczna część tego planu była finansowana z naszych własnych podatków, podczas gdy instytucje rządowe i organizacje pozarządowe były wykorzystywane jako narzędzia inżynierii społecznej.
Przez 20 lat odkąd zacząłem działać w ruchu wolnościowym (lub ruchu patriotycznym), widziałem korupcję przekraczającą wyobrażenia, a wszystko to osiągnęło punkt kulminacyjny w latach 2020-2023, kiedy wielu z nas walczyło z narzucaniem totalnej tyranii medycznej i masowej indoktrynacji przebudzonych [woke]. Nawet po tym zaskakującym orwellowskim okresie nadal nazywano nas teoretykami spiskowymi, ale świadomość społeczna szybko się zmienia.
Widziałem wystarczająco dużo, aby wiedzieć, że to, co dzieje się dzisiaj, jest naprawdę bezprecedensowe. Jesteśmy na rozdrożu. W czasie, w którym rzeczywistość nie jest już odrzucana dla zbiorowego komfortu, a „spisek” staje się faktem historycznym. To ekscytujący czas, aby żyć, ale także potencjalnie niebezpieczny.
Moja teoria zawsze była taka, że gdy domek z kart runął, a prawda została ujawniona szerszej publiczności, cała masa sceptyków, którzy nazywali nas „skrajnymi wariatami” i „foliarzami”, nagle zaczęła twierdzić, że „widzieli to od samego początku”. Tak, teoretycy spiskowi mieli rację, w KAŻDEJ kwestii. Prawda wychodzi na jaw w wielkim stylu, ale co to oznacza dla przyszłości?
Czy Ameryka poradzi sobie z prawdą?
Niedawne rozwiązanie USAID i otwarte śledztwa w sprawie licznych agencji federalnych otworzyły puszkę Pandory. Ukryte finansowanie, w które zaangażowane są te instytucje (w tym milionowe łapówki dla różnych mediów informacyjnych i platform propagandowych) to, moim zdaniem, zaledwie czubek ogromnej góry lodowej, która może zatopić system USA szybciej niż Titanica.
Grupa DOGE Elona Muska dopiero zaczęła zanurzać palce u stóp w ciemnych wodach Skarbu Państwa, Medicaid, systemu opieki społecznej i Departamentu Obrony. Wszyscy wiemy, że w tych głębinach czają się przerażające potwory. Nie bierze się nawet pod uwagę ukrytych działań kontrolerów Rezerwy Federalnej.
Media establishmentu twierdzą, że USAID stanowi tylko 1% całkowitego budżetu federalnego, jakby to czyniło marnotrawstwo budżetu akceptowalnym. Ale jeśli jest tyle złego zarządzania i gerrymanderingu [manipulacja granicami okręgów wyborczych -AC] w mniejszej organizacji, takiej jak USAID, to wyobraź sobie, ile oszustw jest w reszcie rządu federalnego?
Przez lata wielu z nas w alternatywnej ekonomii zastanawiało się, czy nasz naród byłby w stanie poradzić sobie z odkryciem, że niemal wszystko w naszym systemie jest fałszywe. Połowa kraju to podejrzewa, ale co by się stało, gdybyśmy mieli twardy dowód – niezbity dowód?
USAID jest tym niezbitym dowodem, dowodem śmierci, ale to tylko jedno z wielu pochowanych ciał, które mają zostać odkryte. Prawdziwe ujawnienia nadejdą, gdy DOGE odkryje, jak bardzo polityka USA jest kierowana i kontrolowana przez podmioty SPOZA naszego kraju.
Co się stanie, gdy zbadają liczne sieci finansowe i polityczne powiązane z WEF, DAVOS, Bankiem Światowym, MFW, BIS i międzynarodowymi think tankami, takimi jak CFR, Tavistock, Atlantic Council, Ford Foundation, Rockefeller Foundation i Open Society Foundations? Co z wpływami inwestycyjnymi Black Rock, Vanguard, Goldman Sachs, JP Morgan itp.?
Kiedy wyjdzie na jaw globalistyczna ręka stojąca za karuzelą gotówki, kiedy rząd cieni stanie się konkretnym i niezaprzeczalnym faktem, czy społeczeństwo wpadnie w panikę?
Lewica polityczna jest wrogiem wolności i moralności. Tak, ale jeszcze większym problemem jest to, że są użytecznym narzędziem dla potężnych interesów elit. To kartel, oligarchia współpracująca, aby obalić zachód od środka i zastąpić go czymś nowym. Nową ideologią i nową gospodarką, która skutecznie zamieniłaby większość populacji w nieświadomych poddanych.
Zaledwie cztery lata temu WEF chwalił się nadejściem „4. rewolucji przemysłowej”, powstaniem „społeczeństwa bezgotówkowego”, „piętnastominutowymi miastami” i „gospodarką współdzielenia”. I, jak teraz wiemy, wiele z tych projektów było opłacanych z naszych podatków. Globaliści byli tak przekonani, że mają ludność w garści. Myśleli, że wygrali.
Dopiero dzięki niestrudzonym wysiłkom aktywistów ruchu wolnościowego i konserwatystów na całym świecie plan został zakłócony, a globaliści zmuszeni do odwrotu. Jednak walka jest daleka od zakończenia. Istnieje kilka ważnych problemów, którymi należy się zająć, wkraczając w erę przejrzystości. Oto, co prawdopodobnie wydarzy się dalej…
Wściekły sabotaż lewicy politycznej
Instytucje rządowe są skutecznie audytowane przez Administrację Trumpa, a Demokraci są wściekli. Dlaczego? Ponieważ oni (i garstka neokonserwatystów) doskonale wiedzą, co ten audyt wykaże. Sędziowie aktywiści i postępowi politycy będą utrudniać i ingerować w proces tak bardzo, jak tylko będą mogli. Cała ich struktura władzy zależy od stałego defraudowania środków podatników i nieustannego furkotu drukarek do pieniędzy.
Dla tych, którzy nie rozumieją, o co to całe zamieszanie z USAID, proponuję, aby zbadali programy ESG i to, co tam robią. USAID było zasadniczo narzędziem globalnego ESG (E – Środowisko, S – Społeczna odpowiedzialność i G – Ład korporacyjny, bezsensowny akronim zaprojektowany, aby ukryć program globalnego socjalizmu) i wydawało niewiarygodne sumy pieniędzy, aby szerzyć propagandę przebudzenia w każdym aspekcie naszego społeczeństwa.
Lewicowe działania prawne nie zrobią wielkiej różnicy w dłuższej perspektywie, ale i tak będą próbować wprowadzać opóźnienia. Te opóźnienia zostaną wykorzystane do kupienia czasu na medialną manipulację. Oni idą pełną parą, aby błędnie przedstawić DOGE jako jakiś rodzaj totalitarnego bytu „niszczącego demokrację”, jednak totalniacy nigdy nie dążyli i nigdy nie będą dążyć do przejrzystości rządu. Nie w tym jest rzecz. Totalniacy ZAWSZE dążą do niejasności i okultystycznej tajemnicy wokół swoich działań. Lewacy, poprzez swoje własne działania, są demaskowani jako prawdziwi totalitaryści.
Demokraci i establishmentowe organizacje pozarządowe będą nadal próbować podsycać niepokoje społeczne i będą używać naiwnych przebudzonych jako mięsa armatniego w tej walce. Wszystko, aby odwrócić uwagę opinii publicznej od dowodów ich przestępczości. Należy spodziewać się przemocy i terroryzmu.
Kryzys gospodarczy jest nieunikniony – obwinią Trumpa
Szerokie cięcia budżetowe są niezbędne do ratowania gospodarki w perspektywie długoterminowej, ale są również mieczem obosiecznym w perspektywie krótkoterminowej. Na przykład statystyki PKB USA w dużej mierze opierają się w swoich obliczeniach na wydatkach rządowych (nie powinny, ale tak jest). Wydatki rządowe stanowią około 36% PKB naszego kraju – to metodologia stosowana w ostatnich dekadach, aby nasza kondycja gospodarcza wyglądała na silniejszą, niż jest w rzeczywistości.
Gdy Trump przeprowadzi rozległe cięcia wydatków rządowych, to z kolei sprawi, że będzie wyglądało, jakby PKB gwałtownie spadało. Lewicowcy będą twierdzić, że polityka Trumpa rozbija system finansowy.
Na dodatek od jakiegoś czasu ostrzegałem, że administracja Bidena angażuje się w złożoną manipulację danymi. Teraz, gdy Biden odszedł, prawdziwe dane już wychodzą na jaw i nie są dobre. Liczby dotyczące inflacji i zatrudnienia z ery Bidena są „korygowane”, jak przewidywałem, pokazując znacznie słabszą gospodarkę niż pierwotnie głoszono. Następne są statystyki detaliczne i PKB.
Amerykanie będą musieli odbyć przyspieszony kurs na temat funkcjonowania gospodarki i tego, kto stoi za kryzysem, w przeciwnym razie lewicowe media będą miały używanie, słysząc zrewidowane statystyki.
Czy świat inwestycji poradzi sobie z prawdą?
Kiedy poziom oszustw w systemie USA zostanie w pełni ujawniony, czy inwestorzy wpadną w panikę? Czy wycofają swoje pieniądze z rynków USA, które od dawna są sztucznie wspierane przez fundusze rządowe i interwencje banku centralnego? To są zasadne pytania, które musimy rozważyć. Prawda musi wyjść na jaw niezależnie od tego. Niczego nie da się naprawić, dopóki źródło zgnilizny nie zostanie odkryte. Niemniej jednak mantra pt. „ignorancja jest błogosławieństwem” jest tą, którą Ameryka żyje od dawna.
Myślę, że Amerykanie są zdesperowani by poznać prawdę i zdesperowani do reform, ale zmiana na skalę, z którą się mierzymy, zawsze niesie ze sobą chaos. Sugeruję, aby konserwatyści i patrioci odpowiednio się przygotowali.
Zerwanie więzi z rządami kierowanymi przez globalistów
W miarę jak proces przejrzystości postępuje w USA, musimy wziąć pod uwagę, że Europa, Wielka Brytania, Australia i Kanada wciąż są pod hipnozą tej kliki. Za granicą postępują zmiany. Wielka Brytania, Niemcy i Francja zaczynają obserwować rozkwit ruchów konserwatywnych, ale globaliści są zdeterminowani, aby nie dopuścić do ich politycznego rozwoju.
Podejrzewam, że w nadchodzących latach zobaczymy napięte lub zerwane więzi z wieloma byłymi sojusznikami, ponieważ będą oni represjonować swoich obywateli i pokazywać swoje prawdziwe autorytarne oblicze. Widzimy to już w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji i Rumunii, między innymi.
Najbardziej niebezpieczny jest moment, gdy myślisz, że wygrywasz
Elity establishmentu są jak wampiry. Podejrzewam, że cała mitologia wampirów sprzed wieków opiera się na prawdziwych i złych zbrodniach elit z przeszłości. Wykorzystują swoje bogactwo i wpływy, aby zdobyć przyczółek w twoim kraju, mieście lub wiosce. Stosują podstęp, aby zdobyć zaufanie i sprawować władzę. Rozprzestrzeniają ciemność i korupcję jak nowotwór, a następnie żerują na populacji według własnej woli, udając dobroczynnych przywódców.
Ale te pasożyty muszą jednak zostać zaproszone przez ludzi. Społeczeństwo musi, w pewnym sensie, wyrazić zgodę na własną wiktymizację. Musimy świadomie ignorować ich działania. Nasza apatia postrzegana jest jako zgoda. Światło słoneczne jest podstawowym lekarstwem, a gdy jest uwalniane wampiry uciekają. Na koniec, jeśli wszystko inne zawiedzie, potrzebny jest osinowy kołek w serce, aby je wykończyć. Może to być kołek przysłowiowy lub jak najbardziej prawdziwy.
Audyty skorumpowanego systemu są światłem słonecznym. Niezależny patriotyczny bunt jest kołkiem wbitym w serce, jeśli wszystko inne zawiedzie.
To, że zło zostało ujawnione, niekoniecznie oznacza, że ustanie lub zniknie. Często te osaczone stworzenia walczą jeszcze mocniej, a ich misją jest pociągnięcie ciebie za sobą. Wielka prawda często poprzedza najciemniejsze dni i upadek epok. Ponieważ rząd cieni po raz pierwszy w historii staje w obliczu niepewności, kto wie, jak zareaguje lewiatan?
Donald Trump: niech „dyktator bez wyborów” Zełenski działa szybko, bo inaczej nie będzie miał kraju
(fot. Gage Skidmore from Surprise, AZ, United States of America, CC BY-SA 2.0 , via Wikimedia Commons)
Prezydent USA Donald Trump w środę nazwał prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego „dyktatorem bez wyborów” i powiedział, żeby „działał szybko, bo inaczej nie będzie miał kraju”. Zarzucił mu, że wykonał „okropną robotę” jako szef państwa i namówił USA na udział w „wojnie, której nie mógł wygrać”.
„Pomyślcie: umiarkowanie udany komik, Wołodymyr Zełenski, namówił Stany Zjednoczone Ameryki do wydania 350 mld dolarów, aby rozpocząć wojnę, której nie można było wygrać, która nigdy nie musiała się zacząć, wojnę, której on, bez USA i Trumpa nigdy nie będzie w stanie zakończyć”, napisał Trump na swoim portalu społecznościowym Truth Social.
Trump po raz kolejny wyraził niezadowolenie z powodu nierównowagi we wsparciu Ukrainy między USA i Europą, twierdząc – wbrew stanowi faktycznemu – że USA wydały na ten cel o 200 mld dolarów więcej, a „pieniądze (od) Europy są gwarantowane, podczas gdy Stany Zjednoczone nic nie dostaną z powrotem”.
Podobnie jak dzień wcześniej, prezydent USA skrytykował Zełenskiego za to, że nie przeprowadził wyborów w trakcie wojny. Powiedział, że Zełenski ma „bardzo niskie” notowania w sondażach i że „jedyną rzeczą, w której był dobry, to ogrywanie (poprzedniego prezydenta USA Joe) Bidena”.
„Dyktator bez wyborów Zełenski lepiej niech działa szybko, inaczej nie będzie miał kraju”, dodał. Ocenił, że on sam w tym czasie prowadzi udane negocjacje, by zakończyć wojnę, i że tylko on jest w stanie to osiągnąć.
„Kocham Ukrainę, ale Zełenski wykonał okropną robotę, jego kraj jest zniszczony, a miliony ludzi niepotrzebnie zginęły – i tak to trwa…”, dodał prezydent USA.
Wystąpienie Grzegorza Brauna w Szczecinie wzbudziło kwik mainstreamu. Kandydat na prezydenta w swoim bezkompromisowym stylu krytykował rząd, Unię Europejską, politykę migracyjną, działalność środowisk medycznych i próby „dewiacji” społeczeństwa.
Braun przekonywał, że należy jak najszybciej zakończyć „wojnę polsko-polską” i wskazywał, że główne partie polityczne w Polsce różnią się jedynie personalnie, ale ich działania mają wspólny mianownik – dostęp do „państwowego czy eurokołchozowego koryta”.
– Żadnych istotnych różnic programowych dla Polski między tymi plemionami nie ma – mówił, jako przykład podając politykę wobec Ukrainy czy uległość wobec Unii Europejskiej, a szczególnie wobec zielonego czy tęczowego ładu.
Nie zabrakło krytyki samej UE. Zdaniem Brauna kryzys tej instytucji pogłębił się wraz z wejściem Traktatu Lizbońskiego, który nazwał „aktem abdykacji suwerenności”. – Eurokomuna to też komuna. Eurokomuch założyciel (Altiero Spinelli – red.) napisał, że mają zniknąć narody i ma zniknąć własność prywatna – przypomniał.
Braun nie gryzł się w język mówiąc o polityce migracyjnej. Zaproponował utworzenie centrów deportacyjnych zamiast integracyjnych. – Polska jest gościnna, otwarta, ale nie na przestrzał – podkreślił.
Nie mogło zabraknąć kwestii Ukrainy. Skrytykował przekazywanie sprzętu wojskowego Ukrainie oraz pomoc finansową dla tego kraju. – Naród polski niczego dobrego z tego nie ma. Ma zgryzoty i ma zagrożenia – mówił. W jego opinii Polska została wepchnięta w rolę „żyranta” i „płatnika”, co nie przynosi korzyści Polakom.
Podczas swojego wystąpienia Braun wielokrotnie podkreślał potrzebę powrotu do suwerenności i niezależności Polski. – Tu jest Polska i Polska przede wszystkim dla Polaków – brzmiało hasło przewodnie. Zapowiedział również dążenie do wprowadzenia rządów prezydenckich jako sposobu na zapewnienie większej stabilności i skuteczności w podejmowaniu decyzji.
Wspomniał o szerzących się w Polsce gangach ze wschodu. – Z powodu importu przestępczości zorganizowanej ukraińskiej i gruzińskiej bezpieczeństwo Polaków jest na niskim poziomie – mówił.
Zapewnił, że jako prezydent będzie walczył z ideologią LGBT czy Światową Organizacją Zdrowia. – Nie pozwolę na to, by monopol WHO, NFZ i izb lekarskich pozwalał na wprowadzanie w życie dzieci i młodzieży promowania postaw, które skutkują zaburzeniami samoidentyfikacji. To jest medycyna rzeźników, która namawia dzieci do samookaleczenia. Taka medycyna kwalifikuje się do denazyfikacji – mówił Braun.
– W szkołach propaganda dewiacji jest wprowadzana pod pretekstem dbałości o zdrowie. Temu położymy stanowczy kres. Polscy patrioci powinni odsunąć od władzy szaleńców i kłamców. Za komuny i za okupacji nie robiono takich rzeczy dzieciom, jak robi się za sprawą tęczowego ładu. To jest zbrodnia, a zbrodnie powinny być piętnowane – nie ma wątpliwości.
– Precz z komuną, precz z eurokomuną, precz z żydokomuną – podsumował kandydat na prezydenta,
Stan nadzwyczajności w naszym pięknym kraju osiągnął już taki poziom, że nawet oficjalna informacja o trwającym zamachu stanu, dokonywanym przez władzę polityczną Polski nie wywołuje większego poruszenia w narodzie. Być może dlatego, że ludność Polski traktuje złożenie wniosku do prokuratury przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego za stały element gry politycznej dwóch zwaśnionych plemion. Może też być tak, że skoro zamach jest pełzający, to i reakcja taka być musi. Warto jednak oderwać się od bieżącej szarpaniny i spojrzeć na całą sprawę ze stosownej odległości, odkrywającej całą panoramę.
−∗−
Zamach stanu na państwo i naród
Polacy jakby przyzwyczaili się już, że to, co stoi na głowie jest normalnością i musi już tak być. Prezentujemy artykuł, który ukazał się oryginalnie na portalu PCh24.pl w dniu 18 lutego 2025.
Stan nadzwyczajności w naszym pięknym kraju osiągnął już taki poziom, że nawet oficjalna informacja o trwającym zamachu stanu, dokonywanym przez władzę polityczną Polski nie wywołuje większego poruszenia w narodzie. Być może dlatego, że ludność Polski traktuje złożenie wniosku do prokuratury przez Prezesa Trybunału Konstytucyjnego za stały element gry politycznej dwóch zwaśnionych plemion. Może też być tak, że skoro zamach jest pełzający, to i reakcja taka być musi. Warto jednak oderwać się od bieżącej szarpaniny i spojrzeć na całą sprawę ze stosownej odległości, odkrywającej całą panoramę. Nie wystarczy oprzeć się na aspekcie czysto prawnym, gdyż ten musiałyby rozstrzygać podmioty, stosujące prawo, a skoro one same od lat uczestniczą w jego nadużywaniu, obchodzeniu, a ostatnio jawnym łamaniu, to nie ma komu o tym orzec. Władza, która łamie prawo i chce robić to nadal nie będzie wskazywała sama siebie jako sprawcę, lecz wyda odpowiedni akt prawny, na mocy którego bezprawie stanie się prawem. Tak notorycznie działa Unia Europejska. Możliwe jest również uchwalenie przez władzę stosownych praw, które będą zgodne z procedurą, a jednocześnie poważnie uderzą w interes narodowy. To rzeczywistość III RP, a wcześniej PRL. Nie możemy więc dziś jednoznacznie orzec, które działania władzy są prawne lub bezprawne, możemy jednak oceniać, które są zgodne z interesem narodowym, które zaś sprzeczne.
Jak więc moglibyśmy określić aktualną sytuację Polska, zarówno jako państwa, jak i narodu? Niepodległego państwa polskiego w tej chwili nie mamy, ani formalnie, ani faktycznie. Formalnie ze względu na przynależność do Unii Europejskiej, co przynajmniej jest jawne. Ciekawszy jest brak niepodległości faktycznej, i tu znajdziemy szerszy wachlarz zewnętrznych wpływów. Mamy oto oczywistą zależność polityki polskiej od Unii Europejskiej, większą, niż podejrzewa większość Polaków. Skoro Unia, to i Niemcy, mamy więc także zasadniczą zależność od polityki niemieckiej. Zależności są jednak dalsze, zarządza bowiem Polską również polityka Stanów Zjednoczonych. Skoro USA, to również Izrael, bardzo wspierany przez państwo amerykańskie, co potwierdzane jest w oficjalnych wypowiedziach administracji największego mocarstwa.
Do kręgu państw, którym służymy należy jeszcze dołączyć Ukrainę, nie tyle z uwagi na sprawczość tego państwa, lecz z powodu jego instrumentalnej zależności od wcześniej wymienionych podmiotów. Nie można też nie wspomnieć o bytach ponadpaństwowych, kierujących naszymi losami – globalnym kapitale finansowym oraz ONZ i jej agendach. Przed Warszawą ustawia się więc cały korowód stolic: Waszyngton, Nowy York, Bruksela, Berlin, Bazylea, Kijów. Patrząc na listę naszych władców, walczących ze sobą o prymat zwierzchności nad nami, trudno nie westchnąć z nostalgią za PRL. Wtedy było prościej, na liście władców była tylko Moskwa.
Polacy tak już jednak do tego przywykli, że jeśli im się to wykaże, większość tylko wzruszy ramionami i powie: „No i co z tego? To nic nowego, tak widać musi być, my sami nic nie możemy, musimy do kogoś należeć. Jakoś jednak się żyje, do pierwszego starcza”. Tak już przywykli do antypolskiej polityki kolejnych ekip, że nie wzruszają ich nawet najbardziej jaskrawe przykłady: likwidacja dużej części polskiego przemysłu, przejęcie mediów przez obce siły, osłabienie sił zbrojnych, rozbrojenie armii przez wysyłkę broni i wyposażenia na Ukrainę, wpuszczenie na nasze terytorium milionów niechętnych nam ludzi, obciążenie Polaków ogromnymi kosztami utrzymania Ukrainy i jej obywateli, zagrożenie krajowego rolnictwa, systemowa likwidacja szkolnictwa i nauki, antypolska polityka kulturalna, informacyjna i historyczna, rosnące zadłużenie państwa, kowidowe zamknięcie narodu i gospodarki, zarzynanie własnego rynku i przedsiębioczości, wygaszanie energetyki. Każdy z tych przykładów zasługuje na natychmiastowe odsunięcie ekipy od rządów i postawienie przed trybunałem. Tak się jednak nie dzieje, bowiem wymienione przykłady albo już uleciały z pamięci, albo nie przełożyły się bezpośrednio na sytuację osobistą poszczególnych Polaków w skali masowej. Związek tych faktów z życiem ludzi stale jest zaciemniany i zagłuszany przez hałaśliwe media, fałszywe problemy, lewackie narracje, kłamliwe pseudo-autorytety, agenturalnych polityków i analityków, fałszywych proroków, odwracanie i rozpraszanie uwagi. Z drugiej strony spokój społeczny kupowany był socjalem, pochodzącym z wyprzedaży majątku i zadłużania, oraz możliwościami wyjazdu na zagraniczne wakacje all inclusive. Tak w skrócie można opisać listę szklanych paciorków, jakimi Polacy zostali przekupieni, aby nie przeszkadzali w pełzającym zamachu stanu, trwającym od 1989 r., polegającym na stopniowej likwidacji państwa i narodu polskiego. Dobitnym wyrazem całej polityki III RP jest sytuacja demograficzna, czyli katastrofa. Nasz obecny stan nie jest więc tylko pełzającym zamachem stanu, ale też pełzającą likwidacją wszystkiego, co polskie, z Polakami włącznie. Pełzający zamach, pełzająca likwidacja, pełzająca depopulacja, pełzająca czystka etniczna.
Najbardziej niepokojące jest to, że większość Polaków uważa ów stan likwidacyjny za wielkie dobrodziejstwo, zapewniające dobrobyt, bezpieczeństwo aktualne i bezpieczną przyszłość swoją i swoich dzieci. Jest oczywiście wiele czynników, które składają się na tą nieświadomość, nie chce ich tu rozwijać, bo nie o tym ten artykuł, ale o nowych zagrożeniach, wynikających tudzież z sytuacji światowej, co z wymienionego wyżej korowodu zależności. Niektóre poważne zagrożenia wynikają bowiem niezależnie od naszej woli, ale to, jak na nie reaguje państwa polskie, powinno zależeć od Polaków, tymczasem zależy od gry interesów podmiotów, od których jesteśmy zależni.
Ci, którzy nadzieję na trwały pokój światowy upatrują w instytucjach ponadnarodowych, takich, jak ONZ i jej agendy powinni lepiej poznać ich historię, założenia początkowe i kolejne mutacje ich polityk. Spostrzegliby wtedy, że od swoich fundamentów aż po dach organizacje te prowadzone są przez satanistów, lucyferystów i okultystów. Ich główny cel polega na budowie jednego państwa światowego, którym chcą zarządzać za zasadzie absolutnej tyranii. W tym celu konsekwentnie od początków tych instytucji dążą do likwidacji państw narodowych i narodów, aby w efekcie zdobyć pełną władzę nad każdym człowiekiem i wszystkimi zasobami ludzkości, a depopulacja, czyli zmniejszenie liczby ludzi jest jedną z głównych wytycznych ich polityki. Jeśli natomiast ktoś byłby jeszcze tak naiwny, aby sądzić, że Unia Europejska zadba o przyszłość dobrą dla nas, ten dozna gorzkiego rozczarowania. Unia bardzo chce zajmować się naszą przyszłością podobnie, jak ONZ – poprzez depopulację, jest ona bowiem częścią globalnego planu i wdraża w Europie globalne strategie. Różnica polega na tym, że na ogólny cel tyrańsko – depopulacyjny nałożony jest projekt europejski, czyli Paneuropa. Polega on na budowie jednego państwa europejskiego bez narodów i państw narodowych. Nową ludnością Europy ma być sztucznie stworzona rasa ludzka negroidów, będąca genetycznym połączeniem Europejczyków i imigrantów z Afryki i Azji. Wiąże się to nie tylko z koniecznością likwidacji państw europejskich, ale również z depopulacją miejscowej, białej ludności. Co do Niemiec nikt nie powinien wątpić, że dążą do budowy swojego własnego imperium, między innymi po to, aby eksploatować i wyzyskiwać narody podbite, szczególnie Polaków.
Izrael ma swoje interesy państwowe i narodowe, częściowo ukrywając je przed opinią publiczną. Jednym z nich jest skorzystanie z Ustawy 447 w celu przejęcia polskiej własności. Intencje tych ludzi można pojąć, czytając Talmud. Nie należy raczej spodziewać się, że będą wspierali Polaków. Ukraina to państwo nieprzychylne Polsce i Polakom, będące instrumentem polityki tych samych bytów, które zarządzają Polską. Władze Ukrainy nie okazują wdzięczności Polakom, a ich ludzie, zainstalowani w Polsce już pozwalają sobie na groźby ataków fizycznych. Nie należy tego lekceważyć, zważywszy, ilu ich jest już w Polsce, oraz ilu ichnich, sfrustrowanych frontowców może znaleźć się w Polsce już niedługo. Nietrudno zgadnąć, kogo będą obwiniali za swoje niepowodzenia i nieszczęścia.
No i są wreszcie Stany Zjednoczone, rządzone obecnie przez ekipę Donalda Trumpa. Do niedawna to mocarstwo ściśle współuczestniczyło w budowie państwa globalnego, ze swoją własną szkodą. Prezydent Trump wycofał USA z projektu globalnego, ograniczając się do budowy pozycji imperium amerykańskiego. Teraz Ameryka robi to, co jej się opłaca, i jeśli będzie potrzebować wyssania gospodarczego Europy, zrobi to.
No i w tym wszystkim Polska, zarządzana przez kolejne rządy warszawskie. Polska, bardzo wisząca u klamki wszystkich mocarstw, od których jest zależna. Polska, która nie ma własnej polityki zagranicznej ani racji stanu, a której warszawskie rządy zawsze posłusznie realizują wolę zewnętrzną. Dotąd nie dawało to bezpośredniego przełożenia na życie ludzi, ale to zmienia się dynamicznie. Groźba rozszerzenia wojny na Ukrainie na inne państwa, co dla Polaków byłoby katastrofą; nadreprezentacja banderowców na ziemiach polskich, grożących odwetem za fikcyjne winy; nadchodząca masowa migracja wielokulturowych ludzi; nadciągający kryzys ekonomiczny. Każda z tych okoliczności stanowi realne zagrożenie bezpieczeństwa dla realnych polskich obywateli. Nawet jedna z nich powinna zaalarmować stosowne państwowe struktury zarządzania, co powinno spowodować realne przedsięwzięcia w celu zabezpieczenia ludności, infrastruktury, gospodarki i państwa. A co dzieje się w rzeczywistości? Jak rząd warszawski chroni swoich obywateli?
Z pewnością chroni bardzo ważnego obywatela Jerzego Owsiaka przed internetowymi emocjami emerytów. Tu służby reagują natychmiast, ofiarnie ścigając sprawców. Natomiast gdy ukraińska aktywistka, mieszkająca w Polsce zapowiedziała zemstę Ukraińców za odebranie im socjalu, żadne widome działania nie zostały podjęte. Pani Panczenko jest już jednak obywatelką polską, prezydent Andrzej Duda nadał. Można więc z ulgą stwierdzić – rzeczywiście, polskie służby chronią polskich obywateli przed swoją własną interwencją. To wskazuje również na pewien trend, z którego spokojni Polacy jeszcze nie zdali sobie sprawy – kto może już niedługo być obywatelem polskim, i że być może niebawem wykształcą się dwie kategorie obywateli państwa polskiego – tolerowani i afirmowani przez władzę, którzy będą mogli bardzo dużo, i tacy, których każde wypowiedziane publicznie zdanie będzie traktowane jako mowa nienawiści. Tak władza troszczy się o dobro polskich obywateli. Inna troska dla równych, inna dla równiejszych.
Ta dwoistość władzy nie powinna dziwić w kontekście celów instytucji ponadnarodowych, którym służy władza, mająca siedzibę w Warszawie. Skoro te instytucje dążą do likwidacji suwerennych państw i narodów oraz do depopulacji ludności, to ich intencje nie mogą pomijać w tych rachubach państwa i narodu polskiego. Jak wygląda obecny stan struktur państwa, nie trzeba chyba nikogo przekonywać – ktoś dostał dziejową misję przeprowadzenia postępowania likwidacyjnego państwa polskiego i włączenia likwidowanego majątku w szersze struktury unijne. Dobitnym przykładem potwierdzającym jest reforma edukacji, planowana na rok 2026, po której polski system edukacji stanie się częścią unijnego Europejskiego Obszaru Edukacji. Państwo można więc już odhaczyć, wiadomo, jak to zrobić. Nieco trudniejsza sprawa z narodem – jak rozwiązać etniczny problem polski? Częściową odpowiedzią są wszystkie polityki ekonomiczne, społeczne i kulturalne III RP, dzięki którym skutecznie zmniejsza się liczebność Polaków, a dzietność jest najniższa w Europie. Dobitny przykład takiej polityki stanowi nowy przedmiot szkolny, wprowadzony zamiast Wychowania do życia w rodzinie, zwący się niewinnie Wiedzą o zdrowiu. W rzeczywistości jest to wiedza zniechęcająca do małżeństwa, rodziny i macierzyństwa, zachęcająca za to do rozpusty i masturbacji. To jednak nie jedyne rozwiązania problemu polskiego.
Tak, jak projekt globalny ma swój wewnętrzny projekt dla Europy – Unię Europejską, tak samo projekt unijny też dysponuje dodatkowym projektem dla Polski – Unią Ukropolińską. Chodzi tu nie tyle o włączenie Polski do granic Ukrainy, ile o włączenie części ludności Ukrainy do Polski i zmianę składu ludnościowego naszego państwa. W dokumentach unijnych ludność ta nie jest określana jako „refugees” – uchodźcy, ale jako „displaced” – przesiedleńcy. Wiadomo, co stało się w latach 40-tych XX wieku, gdy Polacy znaleźli się na jednym terytorium z tą samą ludnością, można to powtórzyć jako Wołyń 2.0. Wtedy okazało się to całkiem skutecznym sposobem rozwiązania etnicznego problemu polskiego. Jeśli dodatkowo na ziemie polskie przybędą wyczekiwani przez lewactwo wielokulturowi imigranci, niespecjalnie lubiący chrześcijan, będzie to spektakularnym dopełnieniem procesu likwidacyjnego.
Ale to się na pewno nie zdarzy, rząd i jego służby na pewno nas ochronią przed wszelkimi zagrożeniami. Możemy spać spokojnie. To jest przecież niemożliwe, aby jakikolwiek Polak pozwolił, aby coś takiego spotkało jego rodaków. Bo gdyby rząd na to pozwolił, wówczas nie byłby to polski rząd, tylko Paneuropejski Rząd Ukropoliński (w skrócie PRUk,) i wziąłby na swoje sumienie wielką czystkę Polaków i likwidację naszego narodu. Wówczas Polacy musieliby sami zatroszczyć się o swoje bezpieczeństwo i stworzyć nowe struktury państwa, aby fizycznie przetrwać. Nasz rząd kochany na pewno do czegoś takiego nie dopuści. Premier Tusk o nas zadba, marszałek Hołownia się ona nas zatroszczy, minister obrony Kosiniak – Kamysz nas obroni, minister wewnętrzny Siemoniak nas ochroni, a dziećmi zajmie się troskliwa ministra edukacji Nowacka.
Kiedyś, kiedy posadziłem bluszcz, ten zaczął mi chorować. Jako, że nasadziłem pełno tego, na ścianie powstała cała plątanina i przy chorobie pojawiły się tylko ślady zbrązowień tam, gdzie bluszcz chorował. Ale dzięki temu można było dojść do źródła problemu, idąc po chorych gałązkach do chorego korzenia, nie zaś wycinać wszystko. I tak mamy teraz. Prezydent Trump bowiem zastopował funkcjonowanie wielkiej agencji amerykańskiej USAID i po przycięciu tego „korzenia” właśnie się okazuje powoli, które gałęzie bluszczu amerykańskiej polityki zagranicznej były podłączone do niego. A to pozwoli wyłowić nam z tej plątaniny ukrytą dotąd sieć. Na do tej pory jednolitej ścianie bluszczu pomagania pojawiły się gnijące gałązki pozwalające nam zobaczyć rozległość ekspansji tego korzenia.
Co to za diabeł?
Trzeba najpierw nam wiedzieć, co to za agencja, ta cała USAID. Nie ma co się obecnie zagłębiać w jej statut, by się pastwić nad jego nieprzestrzeganiem. Dość powiedzieć, że – jeśli już ktoś o tym USAID wiedział – to była ona kojarzona z pomocą. Ot, Amerykanie gdzieś tam odkrywali jakiś kryzys i włączali przygotowane do reakcji sprawne urządzenie niesienia pomocy. Taka była powszechna bajeczka. Ale wydaje się, że było jednak inaczej.
Ja się z USAID spotkałem już w czasie swego pobytu w USA, czyli w 1990 roku. Widziałem to w Nowym Jorku w przypadku swoich kolegów, co to w Stanach szkolili się na demokratów, że USAID i inne podobne fundacje pomagały wdrożyć się nowym ludziom zza żelaznej kurtyny w nowy demokratyczny ład, który nastał po 1989 roku. Stypendia, wizyty studialne, finansowanie projektów miały swój udział w „uczeniu” również Polaków zasad systemu, za którym tęsknili, a który uprawiali tylko w wyobraźni. Był to też – moim zdaniem – całkiem naturalny system wyławiania ludzi (ale też już w Polsce) nie tylko zdolnych, przywódczych, ale i takich, w których warto było inwestować, by – delikatnie mówiąc – w swej przyszłej działalności publicznej uwzględniali również interesy swych patronów. Ten proces trwał równolegle w przypadku relacji niemiecko-polskich. Teraz można wyglądać tego śladu w biografiach wielu polskich polityków: albo stypendyści obcych fundacji, albo założyciele fundacji rodzimych, wspomaganych przez fundacje zewnętrzne. Była to swoista rywalizacja, która trwa do dzisiaj – Amerykanie mieli „swoich skurczybyków”, ścigając się z Niemcami, którzy walczyli o swoje, osobowe, strefy wpływów. I tak nam zeszło.
W normalnym kraju, to taki proces wyłaniania liderów dzieje się na miejscu. Ale do tego potrzebna jest polityczna wola, a tej u nas brakło. Bo co stało na przeszkodzie, żeby to samo państwo polskie nie posłało swoich po nauki w świat. Tak Chiny robią od lat i inwestycje w ludzi, bez dwuznaczności postaw, wracają później do nich. Na miejscu, w przypadku państw poważnych, robią to think tanki, fundacje, które dbają o poziom i niezależność narybku do publicznej roboty. Nie u nas. U nas takie talenty rodzą się na kamieniu ordynacji proporcjonalnej, sprowadzonej do wybrania posła przy zielonym stole naczelnika partii oraz – jak widać – na kamieniach odległych od naszej Polski. A więc ludzie polscy poszli w świat, wrócili do Polski i mają takie priorytety jakie mają. Przykład? Proszę bardzo.
Psychiatra uhonorowany
Mamy takiego np. byłego ministra i posła Klicha. Przypomnę, że za PO Pierwszego stał się on ministrem od wojska, choć w hodowanym przez Tusków „gabinecie cieni” na to stanowisko był przeznaczony poseł z mojego Wrocławia, Bogdan Zdrojewski. Ale to nie on dostał tę tekę, do której był przecież sposobiony. Dostał ją pan Klich, psychiatra, choć to pewnie i zaleta z jego zawodu w stosunku do obszaru jakim miał się zająć. Może i polskiemu wojsku przydałby się psychiatra. Nasz pan Klich był prezesem Instytutu Studiów Strategicznych. I jest to ten drugi przykład wpływów, o jakich mówiłem, czyli jak się wpływa poprzez zewnętrzne finansowanie na istniejące już fundacje.
Otóż to, że sponsorem przyszłego ministra od wojska, a wtedy prezesa Instytutu, były firmy z przemysłu zbrojeniowego (Lockheed Martin czy włoski producent helikopterów – Finmeccanica) to pikuś. Ci się tylko dyplomatycznie dokładali do konferencji organizowanych przez instytut Klicha. Ale spójrzmy na stałych sponsorów: niemieckie instytuty im. Neumana (kojarzony z niemiecką partią FDP), instytut Eberta (wpływy niemieckich socjaldemokratów, szef instytutu – niejaki Martin Schulz, a jakże), oraz sponsor creme de la creme instytut im Adenauera, to że chadecki to pikuś, ale w 93% finansowany przez rząd federalny Niemiec. I taki to utrzymanek najpierw staje się niespodziewanie, i niezależnie rzecz jasna, ministrem wojny (a raczej patrząc na tempo rozbrajania Polski, raczej ministrem pokoju), zaś potem awansuje na kierownika placówki dyplomatycznej w Waszyngtonie, boć – do wyborów Trzaskowskiego na prezydenta – Klich nie ma nominacji na ambasadora. Tu, jak widać do polityki polskiej wobec USA też przydałby się psychiatra. Głównie od leczenia schizofrenii raz pro, raz anty-amerykańskich postaw polskiego obozu rządzącego.
I tak można bez końca rozplątywać ten kłębek tych wzajemnych zależności, bo to w instytucie Klicha i Balcerowicz się uchował, i Bartoszewski i… Jan Nowak-Jeziorański. Takich zależności – już nie bezpośrednich stypendystów, bo to kole w oczy, ale wsparcia finansowego jakichś kanapowych startupów strategicznych jest pełno. Efekty tej pracy u podstaw (niestety nie naszej) ujawniają się nagle, jak jakiś hodowany eksponat dojrzewa na tyle, by go pokazać światu. Wyskakuje wtedy jakiś Filip z obcych konopii i mamy nowego świetlistego idola. Gotowego i w blokach startowych do suwerennej polityki. Tak to chodzi i wiedzą o tym wszyscy – i zewnętrzni patroni, i ochotnicy na klientów takowych, czyli polscy politycy. A jest tych przykładów bez liku, nie będę więc Państwa zanudzać.
Zamiana interesów w ideolo
A więc mamy tu omówiony modus operandi i w przypadku rzeczonej USAID było to normalne. Uwaga, jeszcze raz – to jest normalne. Normalne działanie w przypadku państwa poważnego, które chce formować swoje elity i uzyskiwać wpływ na zagraniczne ośrodki celem realizacji własnego interesu państwowego. Jest to tzw. soft power, z której wzięliśmy tylko soft: na świat gramy „na miękko”, trochę Chopina, Mazowsze dla Polonusów i czołobitne wsłuchiwanie się w co to nam przyniosą z Berlina czy Waszyngtonu.
No to mamy, że to i Amerykanie to robili jak wszyscy, i że to nic wyjątkowego. Tak, ale z jednym zastrzeżeniem. To, że Ameryka miała takie narzędzie wpływu kształtujące jej politykę państwową to jedno, ale sytuacja się zmienia, jeśli to narzędzie jest używane do umiędzynarodowienia nie interesów państwa, ale ideologii, która je opanowała. A to robi różnicę.
Miliony na prezerwatywy do Strefy Gazy, melioracja pól maku do produkcji narkotyków w Afganistanie (170 mln $), budowa drogi w Afganistanie, którą nie przejechał żaden samochód (250 milionów $), tama, która nie trzyma wody tamże (ponad 200 milionów $), na konsultantów ESG (ponad 500 milionów $ w Afryce), przypomnę – chodzi o niefinansowe raportowanie w obszarach ekologii, spraw pracowniczych i ładu korporacyjnego (w Afryce!), 70 milionów $ na irlandzki musical o równości, czy 20 milionów $ na iracką wersje „Ulicy Sezamkowej”.
A mówi się, że za USAID stała sama CIA, a więc można sobie popatrzeć jak tam bezpieczniacy bawią się za publiczne. Ale to są szydery, zaś sprawa jest poważna.
Kiedy Trump z Muskiem odcięli finansowanie USAID trwoga poszła od korzenia po gałązkach – lets follow the money. Najpierw odezwały się płaczki. Że teraz dzieci po świecie pomrą z głodu, ale tu papiery okazały się słabe. Nie było zbyt wiele takich gałązek podłączonych do zasilania z korzenia USAID, ale te, które zaczęły naprawdę gnić, pokazały jak chodził ten system. Tam w ogóle nie chodziło o pomoc, nawet nie o ekspansję interesów USA – chodziło o czyste ideolo. Nawet nie chcę się znęcać nad zagranicznymi wytryskami tej demokratyzacji a la pax americana – spójrzmy na nasze podwórko. Voila!
Uderz w stół, a media się odezwą
Zawyły… media. Tak, okazało się, że to tędy wszystko szło. Przypomnę – to są pieniądze, które dostawały media z zewnątrz, z pewnymi zadaniami do wykonania. Jednocześnie te same media zarzekały się, że to tak naprawdę tak myślą, a wszelkie najmniejsze podejrzenia o wpływie z zewnątrz na inne – najczęściej prawicowe – media wyzywały od onucyzmu i zewnętrznego wpływu na opinie przyszłych – jak to w demokracji – wyborców. Tak – z jednej strony kasa od tęczowych CIA-jowców do dzióbka, z drugiej strony – straszny Musk, który miał czelność przeprowadzić wywiad z szefową wrażej niemieckiej AfD.
A przez wycie mediów dowiedzieliśmy się – już bez jakiejkolwiek żenady z ich strony – że proceder był stały, opierały się na nim budżety niejednych domostw. Codziennie tatusiowie i mamy, pracownicy niwy wolnych (chyba od prawdy i kontroli) mediów, wychodzili do pracy, całowali swoje psiecko w pyszczek, by nawijać ciemnemu ludowi tęczowy makaron na uszy, za – w tym wypadku – jak najbardziej prawilne diengi. I nożyce się odezwały.
Nawet nożyce zaczęły brzęczeć, że po ruchu Trumpa stały się te wolne media, oczywiście, a jakże, obiektem ataków. Są to tłumaczenia naiwne, gdyż ich autorzy podejrzewają atakujących o… zazdrość, że to nie im przyznano dofinansowanie. Tak, „dzieci kapitana Granta” nie wyobrażają sobie przecież innego sposobu działania. I mają właściwie rację – bez wspomagania zewnętrznego nikt takiego szmelcu nie chciałby oglądać i czytać, a więc wiedząc to porzucone dzieci będą zajadle atakowały otoczenie podejrzewając, że wszyscy dybią na ich kawałek grantowego tortu.
Ale przyjrzyjmy się jak to niezależni dziennikarze szli w bój. Pal licho, że uważają, iż nic nie ma zdrożnego w różnego rodzaju szkoleniach. Kiedyś to się jako dziennikarz jechało na Malediwy, by posłuchać rewelacji o nowym leku, o czym się oczywiście pisało jak się chciało, w swoim niezależnym przecież dziennikarstwie. Teraz mamy szkolenia ideolo wedle różnych koncepcji. Oto np. dwa granty na łączną kwotę 100.000 $ utraciła m.in. Fundacja Wspomagania Wsi. Wsparcie dotyczyło organizacji warsztatów liderskich oraz drugiego projektu „budowania wspierających społeczności dla osób LGBT+ na obszarach wiejskich”. Tak, jak widać USA pomagały, jak mogły.
Nie tylko USAID
Ale nie tylko USAID pomagały. Kwestia finansowania organizacji pozarządowych zatacza coraz szersze kręgi. Pamiętacie granicę z Białorusią i kryzys z nią związany? Proszę bardzo: „W 2021 roku, w czasie największego kryzysu migracyjnego na granicy, fundacja [Ocalenie, działająca na granicy] otrzymała łącznie 1 941 196,43 zł. Z tej kwoty 1 551 091 zł pochodziło ze środków europejskich, a 303 244,86 zł przekazały polskie samorządy. Największą część wsparcia ze strony samorządów zapewnił Urząd Miasta Warszawy. W 2023 roku dotacje i wpływ dla fundacji były znacznie większe. Z oświadczeń majątkowych wynika, że Fundacja Ocalenie w 2023 roku uzyskała blisko 20 mln zł przychodu, z czego na wynagrodzenia wydała ponad 12 mln zł!! Koszty ogólnego zarządu w 2023 roku wyniosły 403 tys. zł. W zarządzie zasiadają 4 osoby. Odnośnie granicy, w 2023 Fundacja ocalenie pomogła 368 imigrantom, w systemie zmianowym na granicy dyżurowało 58 osób”.
Trzeba dodać, że Fundacja Ocalenie już na tyle leciała w trąbę z przemytem nielegalnych uchodźców, których (sic!) nazywa swoimi klientami, że sprowadziła na święta nielegałów do Sejmu, by sobie marszałek Hołownia zrobił z nimi selfie dla popularki. Wróćmy do naszych USAID-owych baranów. Krótki spis beneficjentów, głównie „wolnego słowa”:
Pieniądze otrzymywały „Tour de KonstytucjaPL. Fundusze płynęły do Fundacji Galicia Jewish Heritage Institute czy Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Kolegium Europy Wschodniej dostało dofinansowanie na szkolenie dla dziennikarzy lokalnych. Ci mieli być instruowani, jak „poprawnie relacjonować kwestię związaną z sytuacją Ukraińców, w tym powrotu uchodźców i odbudowy ich kraju”. […]
Dotowanych było wiele polskich, oczywiście lewicujących, mediów. Jako jedna z pierwszych „spłakała” się Krytyka Polityczna, która została odcięta od amerykańskiego cyca. Pieniądze płynęły też do oko.press, „Gazety Wyborczej” czy Instytutu Reportażu Mariusza Szczygła. Nie zabrakło też Demagoga, który wziął 40.000 $ za organizację „programu dotyczącego umiejętności korzystania z mediów/sprawdzania faktów”.
Finansowano – cóż za zaskoczenie! – zieloną propagandę. Grant otrzymało BoMiasto na pokrycie kosztów związanych z projektem: Śląsk – region węglowy w transformacji – integracyjny dialog na rzecz przejścia na czyste źródła energii. […]
Beneficjentami były także, a może przede wszystkim, organizacje LGBT. 100.000 $. przekazano Fundacji Wspomagania Wsi, z zastrzeżeniem, że pieniądze muszą być wydane na „budowanie wspierających społeczności dla osób LGBT+ na obszarach wiejskich”. Mniej więcej połowa tej kwoty popłynęła do Stowarzyszenia na rzecz osób LGBT Tolerado czy na projekt „LGBT Plus Me: wzmacnianie polskiej młodzieży jako sojuszników LGBT+” Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.
Federacja Znaki Równości otrzymała 30.000 $ na działania wspierające członków społeczności LGBTQI+ na rynku pracy. Fundacja Herstory przytuliła pieniądze za „budowanie potencjału aktywistów i usługodawców pracujących ze społecznością LGBTQI+”. Na mniejsze granty załapały się m.in.: My, rodzice – Stowarzyszenie matek i ojców sojuszników osób LGBTQIA na wspieranie różnorodności w rodzinie, Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego („wsparcie projektu prawa osób LGBTI w praktyce”) oraz Kampania Przeciw Homofobii. Ci ostatni dostali „skromne” 14.000 $.”.
To dopiero początki gnicia tych gałązek – będziemy mieli wiele takich niespodzianek, które pokarzą nam kto był podpięty do tego zasilania. A więc mamy do czynienia z całym systemem. Teraz w całkowicie innym świetle stawiane są do tej pory zdarzenia wołające o pomstę do nieba. Putin wywala takie NGO-sy z Rosji, oskarżając je o szpiegostwo, Orban wywala z Węgier rozsadnik takiej działalności działający pod przykrywką „uniwersytetu Sorosa”, który miał promować „otwarte społeczeństwo”, a któż jak nie satrapa jest przeciwko otwartości, no któż? Gruzja chciała przeprowadzić ustawę o ograniczeniu wpływu środków z zagranicy do kraju za pomocą zarejestrowania organizacji, które otrzymują ponad 20% środków z zagranicy, to nazwano to ustawą o „zagranicznych agentach” i wyprowadzono ludzi na ulicę, przy czym cała społeczność międzynarodowa, jak widać zainteresowana utrzymaniem tego narzędzia, oburzyła się sromotnie. Nie ma zmiłuj.
Wylanie dziecka z kąpielą
A ja mówiłem od początku, że to będzie wylanie dziecka z kąpielą. Że na takich harcach stracą prawdziwe organizacje pomocowe, bo tolerują to, że wśród nich ukrywają się organizacje wpływu. I to wylanie, to nie wina rodzica, ale dziecka, bo kąpało się w mocno zanieczyszczonej wodzie, twierdząc, że wszystko jest w porządku. A tu sprawa jest złożona.
Z grubsza organizacje społeczne dzielę na pomocowe i organizacje zmiany. Pierwsze – identyfikują obszar deficytu i tam angażują się, by ten deficyt zniwelować. Drugie są bardziej „postępowe”, one nie chcą pomóc, one chcą zmienić świat. I tu mamy zderzenie dwóch aksjologii: konserwatywnej i postępowej. Konserwatywna uważa, że świat jest wysoce złożoną materią, wydaje z siebie wiele niesprawiedliwości, trzeba się zająć niwelacją ich skutków. Ale konserwatyści uważają, że „wiele trzeba zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”. Czyli trzeba się napracować wiele, by nie było gorzej.
Postępowcy uważają odwrotnie – tylko zmiana przyniesie ulgę. A więc nie tyle trzeba pomagać na bieżąco, tylko należy działać długofalowo – zmieniać tkankę społeczną, gdyż to w niej, w jej kulturowym niedostatku, ukrywają się źródła zła. I jak się tę tkankę zmieni to wszystko pójdzie jak z płatka. Tyle, że tu zaczynają się schody – kto i jak będzie definiował gdzie trzeba zmienić taką tkankę? Jakimi metodami? A jak „tkanka” widzi to inaczej? Pocisnąć, czy nie? Stąd ten nurt w organizacjach pozarządowych, które okazują się brać kasę pośrednio (czasem bezpośrednio) od rządów, jeśli tylko rządów agenda zmiany pokrywa się z ich pomysłami. Najczęściej jest to polityka follow the money, gdzie NGO-sy szukają drzwi na granty otwartych przez takie USAID, do których (przypadkiem) dopasowuje się swoje kreatywne społeczne pomysły.
Trzeba przyznać, że to wielki dylemat, choć historia już pokazała kto ma rację. I to wcale nie jest tak, że rację mają tylko pokorni konserwatyści licząc na minimalny impakt własnych działań. Prawda okazuje się nie leżeć po środku, tylko jak zwykle – tam gdzie leży. A jest tak, i dowiodła to historia, że ruchy postępowe mają pewien efekt „przeczyszczający” dla skostniałej struktury społecznej. Obchodzą bowiem zaczopowane kanały uzewnętrzniania się nowych aspiracji społecznych. Tylko ten, kto przeżył taki okres „przeczyszczania” wie, że czasami szkody takiej operacji przewyższają wątpliwe wady starego. Po wszystkich rewolucjach następowały hekatomby ofiar społecznych i fizycznych, po czym przychodziło otrzeźwienie, rekonkwista, wieszanie kiedyś wieszających i system się stabilizował. O piętro wyżej w uwzględnianiu bagatelizowanych przed wybuchem aspiracji społecznych. I to była jedyna „wartość dodana” postępu. W dodatku nie ma dowodów, że system sam by się nie zreformował i bez rewolucji, i bez jej kosztów.
Tak więc dylemat jest rozwiązywalny dialektycznie, być może zło niesione przez rewolucję postępu jest jakąś deterministyczną koniecznością dziejową, ale – jak to w Biblii ze złem – biada temu, kto je przynosi. I dlatego wspomniałem tu o „wylaniu dziecka z kąpielą”. Bo jak teraz rozdzielić ziarna pomocy od ideologicznych plew? Odium już padło na wszystkich z NGO-sów i będzie się ciężko z tego wyciągnąć przez dłuższy czas, ale sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało. A więc straci cały „trzeci sektor”, ale głównie dlatego, że się brzydko bawił znaczonymi pieniędzmi, o czym wiedział każdy z tego sektora.
Jednak szansa
Ale może ruch Trumpa ma swoje przeczyszczające walory? Może właśnie wstrzymanie, nie zamknięcie, tych środków miało pokazać kto pierwszy wypełznie spod kamienia hipokryzji. A wypełzło jakie stadko? Ano byli piewcy „wolnego słowa”, szermierze prawdy, którzy mówili rzeczy tak niesamowite, że nie było wiadomo jacy zwolennicy za to płacą. I okazało się, że nie płacili za to odbiorcy, tylko rzeczywiści nadawcy. Teraz patrząc na te gałązki gnijące z powodu odcięcia od korzenia można zobaczyć całą sieć. Parę pewnie niewinnych zginie, ale tylko dlatego, że dały się podłączyć do zdrowego (i tego samego) korzenia innym paputczykom wcale nie pomocowej nowiny. A może to jest reset i Trump założy coś co będzie po prostu pomagało, zaś swoje wpływy za granicą będzie utrwalał – niestety – coraz bardziej hard, nie soft-power? Dla NGO-sów to szansa na oczyszczenie, którą mogą przegapić pokazując, że krzywda im się dzieje. Tak żałośnie pozorna, jak z Mrożkowskim zębem z opowiadania „Moniza Clavier”, który im niby wrogowie, za wolność, panie, wybili…
To jest drogie dzieci mapa. O tutaj, w środku jest Polska. Po lewej stronie są Niemcy – a po prawej Rosja. I tak było zawsze – nawet wtedy, gdy Polski nie było (a nie było długo): Niemcy po lewej – Rosja po prawej. Nawet, gdy Niemcy i Rosja nazywały się inaczej.
USA? A na tej mapie się nie mieszczą. Nie, nie dlatego, że są za duże. Nie mieszczą się, bo to mapa Europy jest. A USA są na innym kontynencie. Amerykańskim. Daaaaleeeeekoooo. Za Oceanem Atlantyckim.
*** Kiedy 12 lat temu napisałem tekst pod wszystko tłumaczącym tytułem „Kto okradnie Ukrainę?”, skojarzyłem sobie, że była Ukraińska Socjalistyczna Republika Sowiecka (b. YCCP) , to państwo poskładane przez Lenina i Stalina z różnych kawałków, przypomina tort.
I wtedy, przez chwilę, miałem zamiar zatytułować ten tekst tak, jak w dzisiejszym nagłówku, ale doszedłem do wniosku, że lepiej nie ryzykować ze skojarzeniami (bo ktoś pomyśli, że to tekst kulinarny. Wiadomo – „barszcz ukraiński” itp.), a tu, konkretne sprawy, trzeba komunikować konkretnie, po inżyniersku – zgodnie ze sprawdzoną w praktyce zasadą:
„śrubka musi pasować do nakrętki”
***
Po 12 latach, a tym bardziej tuż po monachijskim przemówieniu wiceprezydenta USA J.D. Vance’a i po pierwszej turze negocjacji handlowych (oczywiście, że handlowych) USA z Rosją w saudyjskim Rijadzie, cytacik z tekstu sprzed lat 12:
„prawda, jest nieprzyjemna: NATO wykastrowane, USA fałszywe i daleko, a Rosja – napalona i na karku.” brzmi aktualnie – prawda?
Nie muszę chyba tłumaczyć, że awantura ukraińska jest elementem mechanizmu, stojącego za wywoływaniem przez USA kolejnych, kolorowych rewolucji, ale nie u siebie, pod nosem, tylko w najbliższym otoczeniu Europy i w samej Europie, niszcząc jej stabilność i likwidując ją jako potencjalnego konkurenta USA.
Podbite i następnie okradzione i rozwalone Irak, Afganistan, Syria, Libia (OK – tu Francuzi i Brytole, ale że im nie szło z Kadafim, to Amerykanie pokazali, jak się obala niesłusznych sukinsynów), spowodowały potop nachodźców przez Morze Śródziemne prosto do Europy, a nie przez Atlantyk do USA.
A w roli likwidatorów Europy, zatrudniona została cała czereda lewackiej hołoty, z sowiecką agentką Merkel, w roli Churchilla likwidującego (w interesie USA) Imperium Brytyjskie po WWII.
Taaa…
*** 11 lutego, 2 dni po okrągłej, 80 rocznicy międzynarodowej konferencji handlowej w Jałcie, czyli 2 dni przed wbiciem przez Trumpa noża w ukraiński tort, usłyszałem nie tyle chichot, co rechot historii.
I nie wierzgać mi tu, bo, oczywiście, że handlowej – wszak Stalin sam ze sobą Polską nie handlował. Jego partnerami biznesowymi byli, wypromowany przez Rotszylda komunista Roosevelt (przydział służbowy – prezydent USA) i wspomniana łachudra Churchill.
Cała trójka (zwana Wielką) , przerżnęła pełniącą rolę tortu Polskę na pół, z konsekwencjami, które nam się nie tyle odbijały czkawką przez pół wieku, co odbijają się do dziś.
***
Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, Musk sam albo poprzez swoich zwolenników, bez krępacji pokazuje na swoim b. Twitterze, że przewrót na b. sowieckiej Ukrainie (YCCP) zorganizowali amerykańscy neokoni,z koszmarną Nuland w roli egzekutorki, którą pamiętam z tego, że używała w charakterze mopa samego Kaczyńskiego (poskarżył się), a potem , w ramach bonusa, londyńska pacynka Rotszylda, czyli Boris Johnson, zakazał komikowi dogadania się z Rosją na warunkach – nazwijmy to – fińskich (guglować młodzi, guglować!)
*** Teraz, dobry Trump kończy wojnę, zastawiając cały ten bajzel na europejskich głowach pajaców zasiadających na lewackich stołkach.
Swoją drogą, ten Duda to ma fart: za parę miesięcy wyląduje na jakimś wygodnym fotelu, a frajerzy w rodzaju Tuska, Kaczyńskiego, Trzaskowskiego (może i Nawrockiego, ale jeszcze decyzja w brzydkiej Ambasadzie z Pięknej ulicy nie zapadła) będą musieli wziąć za twarz Polaków, by wymusić na nich:
a/ dalsze utrzymywanie b. YCCP b/ wysłanie polskich synów, mężów, braci, ojców prosto w ukraińską maszynkę do mielenia mięsa (w oryginale: мясорубка)
i tym razem – na regularną rzeź: “Kontyngent NIE BYŁBY operacją NATO, więc uczestniczące w nim siły NIE BYŁYBY objęte gwarancjami bezpieczeństwa zapewnianymi przez Sojusz”
c/połączone z wymuszonym (tym razem przez skorumpowaną Urszulę) przyjmowaniem kolejnych fal Murzynów, Arabów, Azjatów, innych islamistów do wielkich, polskich miast (małymi, to oni się brzydzą).
***
Wracając do tortu:
najsmakowitsze kawałki przypadną Rosji (lubię mój kolejny tekst, późniejszy o 3 miesiące pt „Ukrainę okradnie Rosja”) ale i USA nie pogardzą.
A Polska?
Polska stanie na zmywaku, co ma tę zaletę, że może nawet paterę po torcie wylizać jej pozwolą.
Kuźnia Społeczna w Olsztynie opublikowała przeprosiny za wynajęcie sali kandydatowi na prezydenta Grzegorzowi Braunowi. Organizacja tłumaczy, że zabrakło im „głębszej analizy i refleksji” nad charakterem tego wydarzenia. W Polsce coraz bardziej zakorzenia się selekcjonowanie „akceptowalnych” polityków.
Spotkanie Brauna w Kuźni Społecznej w Olsztynie odbyło się 14 lutego. Organizacje lewicowe nie chciały do niego dopuścić, a teraz podnoszą raban sugerując, by przestrzeni ekipie Brauna nie wynajmować.
Kuźnia Społeczna wydała oświadczenie, w którym „kaja się” za wynajęcie sali Braunowi i zapowiada, że teraz wprowadzi dodatkowe procedury regulujące wynajmowanie.
„W imieniu Kuźni Społecznej oświadczamy, że wizyta Pana Brauna nie odbyła się na nasze zaproszenie, ani z jakimkolwiek naszym organizacyjnym zaaranżowaniem. Było to wynajęcie sali na spotkanie. Z naszej strony zabrakło głębszej analizy i refleksji czego te spotkanie będzie dotyczyć, za co przepraszamy. Obecnie wprowadziliśmy procedury, które regulują zarówno wynajęcia na cele polityczne jak i używanie nazwy „Kuźnia Społeczna”, aby w przyszłości nie miały miejsce takie sytuacje” – czytamy w oświadczeniu.
Takie postępowanie to nic innego jak forma cenzury prewencyjnej. Ograniczanie możliwości wypowiedzi politykom, niezależnie od ich poglądów, stoi w sprzeczności z fundamentalnymi zasadami demokracji i swobodnej debaty publicznej.
Wynajęcie sali – co jest przecież normalnym procesem biznesowym – nie oznacza przecież poparcia dla poglądów mówcy. Przestrzenie publiczne tyle trąbią o otwarciu na „różnorodność opinii”, ale najwyraźniej nie wszystkie opinie i nie wszyscy politycy są „akceptowalni”.
Oczywiście poglądy Brauna mogą się komuś nie podobać, ale jest legalnie działającym politykiem i kandydatem w wyborach prezydenckich. Odmawianie mu możliwości spotkań z wyborcami jest po prostu śmieszne, ale też podważa demokratyczne zasady, o których tyle trąbią tzw. postępowcy. Przecież oni mogliby spróbować podjąć merytoryczną dyskusję i podważać tezy promowane przez Brauna, ale z jakiegoś powodu tego nie robią, tylko stawiają na ograniczanie możliwości ich wygłaszania.
Komentarze pod przeprosinami Kuźni Społecznej są dość jednoznaczne. „Dobra co Braun zrobił, że przepraszacie? Czy sam fakt, że to on wynajął salę i przybył? Weźcie sie ogarnijcie. Rozumiał bym jak byście mieli spotkanie neonazistów, komunistów, mafii czy zjazd pedofilów a tak. Co w tym złego poza tym, że ktoś kogoś nie lubi i za wczasu wolicie kajać się jak byście sale samemu Stalinowi wynajęli” – pisze jeden z internatów.
„Piękna i zgodna z najlepszymi wzorcami minionego okresu samokrytyka. Czyżby komuna wróciła?” – dodaje inny komentujący. A jeszcze kolejny pyta, z jakiego klucza politycznego będzie w przyszłości wynajmowana sala.
Szanowny Panie! Władze Torunia usiłowały zablokować zorganizowaną przez naszą Fundację publiczną modlitwę różańcową połączoną z akcją informacyjną na temat aborcji. Rozwiązano nasze legalne i pokojowe zgromadzenie, które do tej pory regularnie odbywało się na toruńskim Rynku. Politycy KO mówią przy tym otwarcie, że są „przerażeni” publicznymi różańcami, w trakcie których modlimy się i ostrzegamy przed skutkami aborcji. Wiedzą, że nasze akcje kształtują świadomość milionów Polaków, więc chcą je usunąć z przestrzeni publicznej. Nasza walka musi trwać dalej, co potwierdzają liczne świadectwa osób przemienionych pod wpływem modlitwy i kontaktu z prawdą na ulicach polskich miast.Toruński ratusz rozwiązał w sobotę zorganizowany przez naszych wolontariuszy publiczny różaniec w intencji odnowy moralnej narodu polskiego, który odbywał się na Rynku. Władze wysłały na miejsce specjalnego urzędnika z Wydziału Ochrony Ludności (!), który zaczął wzywać naszych działaczy do zwinięcia baneru prezentującego ofiary aborcji. Gdy nasi wolontariusze odmówili podporządkowania się tym bezprawnym żądaniom, urzędnik rozwiązał nasze pokojowe zgromadzenie twierdząc iż:
„Otrzymałem informację od obywateli Torunia, że są tymi treściami zniesmaczeni.”
Urzędnik z Wydziału Ochrony Ludności usiłował więc chronić bliżej nieokreślonych „obywateli Torunia” przed widokiem prawdy o aborcji i słowami modlitwy (warto w tym momencie zauważyć, że gdy po ulicach miasta regularnie paradują homoseksualiści i transwestyci, prezentując przy tym wulgarne i nieprzyzwoite treści o charakterze seksualnym, to władzom miasta to nie przeszkadza). Nasi wolontariusze nie podporządkowali się niezgodnej z prawem decyzji i kontynuowali akcję w trybie „spontanicznym”.
O sprawie zrobiło się głośno zarówno w lokalnych jak i ogólnopolskich mediach. Głos zabrał m.in. radny KO Marek Krupecki, który stwierdził, że jest:
„przerażony zgromadzeniem odbywającym się pod pomnikiem Mikołaja Kopernika od kilku lat piętnastego dnia każdego miesiąca”.
Politycy KO są przerażeni tym, że nasi wolontariusze regularnie modlą się i głoszą prawdę w przestrzeni publicznej. Podsycają więc trwające od wielu lat urzędniczo-prawno-sądowe prześladowania, których celem jest usunięcie nas z ulic polskich miast i wprowadzenie kolejnych zakazów, ograniczeń i totalnej cenzury.
Do czego tego typu działania prowadzą w praktyce przekonały się narody krajów Zachodu, gdzie wprowadzono już m.in. „strefy buforowe” wokół aborcyjnych ośrodków śmierci oraz zakaz modlitwy w myślach, nie tylko na ulicach, ale również w prywatnych domach! Zwrócił na to uwagę wiceprezydent USA J.D. Vance, który kilka dni temu przemawiał na konferencji w Monachium. Jak powiedział Vance:
„Być może najbardziej niepokojące jest to, że patrzę na naszych drogich przyjaciół, Wielką Brytanię, gdzie odejście od praw sumienia sprawiło, że podstawowe wolności religijne Brytyjczyków znalazły się na celowniku. Nieco ponad dwa lata temu brytyjski rząd oskarżył Adama Smitha Connera, 51-letniego fizjoterapeutę i weterana armii, o ohydne przestępstwo stania 50 metrów od kliniki aborcyjnej i cichej modlitwy przez trzy minuty, bez przeszkadzania komukolwiek, bez interakcji z kimkolwiek, po prostu cicho modląc się samemu.”
Wiceprezydent USA dodał, że:
„Adam został uznany za winnego złamania nowej rządowej ustawy o strefach buforowych, która penalizuje cichą modlitwę i inne działania, które mogą wpłynąć na decyzję osoby znajdującej się w odległości 200 metrów od placówki aborcyjnej. Został skazany na zapłacenie tysięcy funtów kosztów prawnych na rzecz prokuratury. Chciałbym móc powiedzieć, że był to przypadek, jednorazowy, szalony przykład źle napisanego prawa przeciwko jednej osobie. Ale nie. W październiku tego roku, zaledwie kilka miesięcy temu, szkocki rząd rozpoczął dystrybucję listów do obywateli, których domy znajdowały się w tak zwanych „strefach bezpiecznego dostępu”, ostrzegając ich, że nawet prywatna modlitwa w ich własnych domach może oznaczać złamanie prawa. Naturalnie, rząd wezwał czytelników do zgłaszania wszelkich współobywateli podejrzanych o popełnienie przestępstw myślowych w Wielkiej Brytanii i całej Europie.”
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że w podobnym kierunku szła polityka USA prowadzona za czasów prezydentury Joe Bidena – rząd USA otwarcie tolerował m.in. działalność aborcyjnych grup terrorystycznych oraz siłowe pacyfikacje policyjne amerykańskich działaczy pro-life, którzy modlili się pod aborcyjnymi ośrodkami śmierci.
Kluczową sprawą podniesioną przez J.D.Vance’a są jednak skutki konsekwentnych, publicznych akcji. Jak trafnie zauważył wiceprezydent USA, modlitwa oraz działanie w obronie życia wpływa na decyzje innych ludzi. Właśnie dlatego totalitaryści chcą zakazać modlitwy nawet w myślach i w prywatnych domach, podobnie jak pokazywania i mówienia prawdy na ulicach.
W USA wielu czołowych aborcjonistów nawróciło się pod wpływem modlitwy i kontaktu z prawdą na temat mordowania dzieci w łonach matek. Najbardziej znanym przykładem jest Bernard Nathanson – były ateista, seryjny aborcjonista i jeden z czołowych aktywistów aborcyjnych w historii USA, który doprowadził do legalizacji aborcji na terenie Stanów Zjednoczonych. Nathanson wykonał bądź bezpośrednio nadzorował aż 75 000 aborcji na dzieciach. Co więcej, osobiście zamordował poprzez aborcję swoje własne dziecko (!), które miał z kochanką. Był również współzałożycielem jednej z największych aborcyjnych grup lobbingowych w USA, która dała początek całemu przemysłowi aborcyjnemu w Ameryce. To właśnie Nathanson wymyślił tzw. „kliniki aborcyjne”, czyli ośrodki śmierci wyspecjalizowane w mordowaniu nienarodzonych. Nathanson przeżył wstrząs, gdy zobaczył na ekranie monitora USG jak wygląda aborcja. W ten sposób powstał film „Niemy krzyk” – pierwsze w historii nagranie przedstawiające aborcję na dziecku, które wstrząsnęło milionami ludzi na całym świecie i zmieniło ich świadomość, w tym również świadomość Nathansona, który nawrócił się, przyjął chrzest i do końca życia był zaangażowany w obronę życia. „Niemy krzyk” w latach 90’tych był wyświetlany w Polsce, m.in. w szkołach, co ukształtowało sumienia setek tysięcy osób z tego pokolenia.
Zwolennicy aborcji wiedzą, że takie działania są skuteczne. Dlatego usiłują wypchnąć prawdę z przestrzeni publicznej oraz zakazać modlitwy nawet w prywatnym domu, gdyż wiedzą, że może ona wpłynąć na czyjeś decyzje.Co w związku z tym robi nasza Fundacja? Pomimo kolejnych represji i prześladowań, nie poddajemy się. Walka o życie trwa w całej Polsce. Do sytuacji podobnej jak w Toruniu doszło niedawno w Zabrzu. Na uczestników naszego publicznego różańca wezwana została policja, gdyż komuś nie podobała się nasza akcja. Funkcjonariusze twierdzili, że nasza publiczna modlitwa rzekomo jest „nielegalna”.
Przeprowadziliśmy także kolejne działania pod szpitalami, m.in. pod szpitalem w Rudzie Śląskiej, który odmawia odpowiedzi na pytania, czy dokonuje aborcji. Cieszy nas fakt, że w trakcie akcji dołączali do nas przechodnie, którzy zatrzymywali się i modlili razem z nami. Kolejny publiczny różaniec odbył się także w Mielcu. Towarzyszyły mu trzy wielkoformatowe banery, które pokazywały prawdę o aborcji, wzbudzając reakcje mieszkańców. Ktoś zrobił zdjęcie, ktoś pokiwał głową z dezaprobatą, przechodzący mężczyzną ściągnął czapkę i pochylił głowę w poszanowaniu modlitwy. Od początku akcji w Mielcu naszym działaniom przyglądało się kilku młodych chłopaków, którzy stali obok pijąc piwo. Zadawali wiele pytań, jednak dużo z nich powodowanych było alkoholem, pod wpływem którego niewątpliwie się znajdowali. Przykro było na to patrzeć. Trójka z nich odeszła od nas ze śmiechem. Jednak czwarty chłopak został w tyle i bardzo cicho poprosił naszych wolontariuszy o broszury informacyjne na temat aborcji. Wziął je od nas, schował za poły kurtki, podziękował i podążył za kolegami. Być może właśnie w ten sposób kolejna osoba została uratowana przed zakażeniem aborcyjną propagandą. Z kolei pewien mężczyzna podszedł do naszych wolontariuszy i agresywnie zaczął rozmowę z nimi od słów: „czego tu?”, ale po dyskusji z naszymi działaczami na temat aborcji podziękował nam za działalność i pożegnał się z nami słowami: „do następnego!”. Właśnie w ten sposób, dzięki niezależnym akcjom informacyjnym i publicznym modlitwom, skłaniamy do refleksji i poruszamy sumienia Polaków. W 2024 roku takich akcji przeprowadziliśmy w całym kraju ponad 1 000. Chcemy, aby w tym roku było ich jeszcze więcej, aby dotrzeć do milionów kolejnych osób i ukształtować ich świadomość, chroniąc w ten sposób przed aborcyjną propagandą. W najbliższym czasie potrzebujemy na te działania ok. 14 000 zł. Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, aby umożliwić nam przeprowadzenie kolejnych kampanii na ulicach miast Polski i kontynuowanie walki o przyszłość naszego narodu. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Z wyrazami szacunku Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
Obraz braku poszanowania dla eucharystycznego kultu poprzez przekazywanie go bez realnej przyczyny świeckim od dłuższego czasu trapi Kościół. Jego szczególnie uderzającym przykładem było dla wielu polskich wiernych zetknięcie z praktykami liturgicznymi na zachodzie Europy, gdzie kompetencje udzielania Najświętszego Sakramentu rozszerzono nawet na kobiety – niemogące otrzymać święceń kapłańskich. Niestety – decyzją łódzkiego ordynariusza, abp. Rysia, te wzorce zza Odry przenikną także do naszego kraju. Podczas sobotniej Mszy św. hierarcha pobłogosławił 3 „szafarki” nadzwyczajne.
Jak podaje portal dzienniklodzki.pl, już od ostatniej niedzieli 21 maja trzy kobiety, włączone w szeregi nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej przez abp. Rysia, pełnią posługę w swoich parafiach. Ceremonia błogosławienia świeckich podejmujących te funkcję, która „nadzwyczajną” pozostaje już tylko z nazwy, odbyła się w bazylice katedralnej pw. Św. Stanisława Kostki w Łodzi.
Jak informuje medium, dwie z nowych szafarek związane są ze wspólnotami religijnymi – ekumenicznym „Chemin Neuf” oraz z „Mocnymi w Duchu”.
Instytucję Nadzwyczajnych Szafarzy utworzono po Soborze Watykańskim II jako instytucję wsparcia dla kapłanów, po którą sięgać miano – jak mówi sama nazwa – tylko w wyjątkowych sytuacjach, gdy sam ksiądz nie byłby w stanie zapewnić wiernym przyjęcia Najświętszego Sakramentu. Wcześniej kompetencja udzielania Ciała Pańskiego zarezerwowana była jedynie dla duchownych.
„Tak jak Chrystus konsekrował swoje Ciało podczas Ostatniej Wieczerzy, a następnie udzielił Apostołom Komunii św., tak też do posługi kapłana należy konsekrowanie, a następnie udzielanie Komunii. (…) Kapłan jest pośrednikiem między Bogiem a ludźmi (…) skoro składa on Bogu ofiary ludu, tak też przekazuje ludowi dary przez Boga uświęcone. (…) Cześć i szacunek wobec Najświętszego Sakramentu wymaga, by stykał się on tylko z tym, co poświęcone”, nauczał Św. Tomasz z Akwinu.
„Paweł VI w 1972 roku ogłosił motu proprio Ministeria Qauedam w którym zdecydował się na gest o niesamowitej mocy: brutalne rozerwanie związku między kapłaństwem a szeregiem czynności dokonywanych podczas liturgii.
Papież Montini podpisując Ministeria Qauedam zdecydował o zlikwidowaniu subdiakonatu oraz wszystkich czterech niższych święceń (ostiariatu, egzorcystatu, lektoratu i akolitatu), tworząc nowatorsko dwie posługi. Jego wolą było, aby posług tych Kościół święty udzielał już nie tylko katolikom przygotowującym się do święceń kapłańskich, ale także katolikom świeckim. Można zaryzykować tezę, że po zmianie z 1972 roku kolejny krok w postaci dopuszczenia kobiet do obu tych posług był jedynie kwestią czasu”, diagnozował z kolei na łamach PCh24.pl Paweł Chmielewski.
Do niedawna szafarstwo nadzwyczajne, jak i inne posługi w Kościele, zarezerwowane było dla mężczyzn, aby nie wprowadzać w błąd wiernych co do faktu, że sakrament kapłaństwa, dla którego wszystkie funkcje świeckich są formą wyręczenia – udzielany może być jedynie kandydatom płci męskiej. To z kolei skutek – jak podkreślał m.in. w Ordinatio Sacerdotalis Jan Paweł II – wolnej decyzji Chrystusa, który sam stał się mężczyzną i na swoich apostołów powołał wyłącznie mężczyzn.
Podkreślić trzeba wyraźnie, że wbrew feministycznej narracji historycznej zarezerwowanie funkcji kapłańskich dla mężczyzn nie wynika z dyskryminacji, ale z różnicy powołań obu płci.
„Szefowa niemieckiego resortu spraw Nancy Faeser nie pozostawia złudzeń. Już za 10 dni nielegalni migranci z Niemiec zaczną trafiać do Polski” – zaalarmował Stanisław Pyrzanowski, dziennikarz Telewizji wPolsce24.
Niemieckie władze przyspieszają odsyłanie imigrantów do Polski, tworząc tzw. Centrum Dublińskie w Eisenhuettenstadt przy granicy z Polską. Już 1 marca ośrodek ma rozpocząć działalność i zacząć wysyłać imigrantów do Polski.
Jeżeli ludzie przyjeżdżają do Niemiec, pomimo iż powinni przejść postępowanie azylowe w innym kraju UE, to trzeba ich szybciej odsyłać — zaznaczyła Nancy Faeser, minister spraw wewnętrznych Niemiec.
Z uwagi na dobre stosunki Brandenburgii z sąsiednimi województwami w Rzeczypospolitej Polskiej, Centrum Dublińskie będzie prowadzone z naciskiem na powroty do Polski. Aby przyspieszyć procedury, Centralny Urząd ds. Cudzoziemców Brandenburgii będzie ściśle zaangażowany w koordynację szczegółów transferów z właściwymi organami w Polsce
-podkreślono w komunikacie opublikowanym na stronie niemieckiego MSW.
Sprawie na miejscu, przed ośrodkiem dla imigrantów w Eisenhuettenstadt, przyjrzał się reporter Telewizji wPolsce.pl Stanisław Pyrzanowski.
Stąd te osoby niemiecka policja będzie konwojować będzie do polskiej granicy, a stamtąd już strona polska będzie się martwić co dalej z nimi. Nancy Faeser podkreśliła wczoraj na konferencji prasowej, że to strona polska ma obowiązek według prawa unijnego, aby tymi osobami się zająć — przekazał reporter Telewizji wPolsce24.
Telewizja wPolsce24 przeprowadziła też sondę uliczną, w której pytano przechodniów o to, czy są za przyjmowaniem nielegalnych imigrantów do Polski. Z ich wypowiedzi można odczytać, że społeczeństwo polskie sprzeciwia się tym pomysłom.
Niemiecki radiowóz w środku nocy w Gubinie / fot. X / Olga Srokarczuk
W sieci pojawiło się nagranie z Gubina. W środku nocy po ulicach jeździł pojazd niemieckiej policji. „Polskie władze powinny wyjaśnić na jakiej podstawie niemieckie wozy policyjne jeżdżą po ulicach polskich miast” –ocenił publicysta „Najwyższego Czasu!” Marek Skalski.
„Niemiecka policja wchodzi w nas jak w masło. Czy my jesteśmy już państwem podległym? Kiedy straciliśmy niepodległość?!” – napisał na X internauta o nicku Olga Srokarczuk, udostępniając nagranie.
Ma ono pochodzić z godz. 3.13 dnia 17 lutego bieżącego roku. Nagranie wykonano z samochodu.
Widzimy na nim pojazd niemieckiej policji jeżdżący po polskim mieście.
– Oni uciekają – mówi nagrywający mężczyzna.
– Niemiecka policja ucieka przed Polakami. Co oni mają na pace? – zastanawia się kierowca.
Skandaliczną sytuację skomentował m.in. publicysta „Najwyższego Czasu!” Marek Skalski.
„Wydaje się, polskie władze powinny wyjaśnić na jakiej podstawie niemieckie wozy policyjne jeżdżą po ulicach polskich miast?” – napisał na X Skalski.
Teoretycznie nie jest zakazane, by niemiecka policja jeździła po polskich drogach i realizowała niektóre swoje cele. Zezwala na to umowa o współpracy polskiej i niemieckiej policji, która weszła w życie 9 lipca 2015 roku.
Biorąc jednak pod uwagę kontekst sytuacyjny – wyrzucanie nielegalnych imigrantów z Niemiec do Polski – sytuacja jest oburzająca i uzasadnione są obawy o obecność niemieckich policjantów.