
——————–

—————————

————————

—————————–

——————–

————————————

—————————–

——————

—————————
Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id']INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792039385', '216.73.217.145')

——————–

—————————

————————

—————————–

——————–

————————————

—————————–

——————

—————————
27.09.2026 wolnemedia/dla-kogo-wojna-jest-swieta
„Każdy przywódca, który w konfliktach międzynarodowych sugeruje legalizację wyprzedzającego uderzenia atomowego, powinien natychmiast być zwolniony z urzędu” – tak radykalny wniosek odważył się opublikować Tucker Carlson jako własny, wynikający z doświadczenia i przebiegu rozmów z dwiema osobami. Pierwszą z nich był Mike Huckabee, drugą, dla weryfikacji stanowiska, był Donald Trump.
Należy zaznaczyć przy tematyce broni jądrowej, że młodzi Amerykanie uczeni są w ramach historii II wojny światowej, iż zasługą armii amerykańskiej było zakończenie tamtej wojny światowej przez użycie broni atomowej przeciwko Japonii jako państwu sojuszniczemu z Niemcami. Dociekliwi dziennikarze, badacze historii, podważyli tę ocenę faktów, czyniąc zarzuty z dotychczas wątpliwej zasługi Amerykanów w rozwiązywaniu konfliktów.
Prezydent Trump wielokrotnie powtórzył zapowiedź gotowości zniszczenia choćby całej ludzkości, o ile Iran nie zrezygnuje z prac nad uranem, co wywołało każdorazowo reakcję oburzenia.
Dziennikarz publicznej stacji NBP zapytał Tuckera Carlsona, czy istotnie popiera pozbawienie prezydentury Donalda Trumpa drogą impeachmentu. Odpowiedź zaskoczyła prowadzącego rozmowę, gdy Carlson powiedział wprost: „Pozbawienie Trumpa władzy powinno nastąpić jeszcze dziś”. Opinia publiczna rozgorzała. Wcześniej Tucker Carlson udzielał szczerego poparcia kandydatowi na prezydenta, takim, jaki w kampanii był Trump. Co wpłynęło na zmianę oceny, zostało przez niego skrupulatnie zweryfikowane.
Znając doskonale ramy funkcjonowania dyplomacji z życia rodzinnego (ojciec Carlsona był ambasadorem), Tucker postanowił złożyć wizytę amerykańskiemu ambasadorowi w Izraelu. Od dłuższego czasu opinia publiczna USA nie mogła pogodzić się z jawnie głoszonym syjonizmem pastora Mike’a Huckabee, promującego niszczycielską politykę Izraela na Bliskim Wschodzie. Jego stwierdzenie, że w Jerozolimie czuje się bezpieczniej niż na ulicach „wariackiego” Waszyngtonu czy Nowego Jorku, zabolało. Carlson poprosił ambasadora o wyjaśnienie celu przyświecającego Izraelowi w prowadzeniu nieustannej wojny. Nawiązanie w rozmowie przez pastora do biblijnego przekazu o ziemi obiecanej wyznawcom judaizmu ma uzasadniać, że dopóki Izrael nie podbije siedmiu państw Półwyspu Arabskiego i Egiptu, o pokoju nie może być mowy, bo tego chce ich wyznanie, co ma potwierdzenie w ich Biblii. Miałoby to usprawiedliwiać dopuszczalność wszelkich metod prowadzenia wojny w imię wyznaniowego narzędzia. Kolejnym krokiem podboju byłaby likwidacja baz amerykańskich jako zbędnych dla suwerennego Izraela.
Nie zniósł tej argumentacji dziennikarz Carlson i udał się do prezydenta Trumpa, wszak Huckabee to jego nominat. Co usłyszał, przekazał w rozmowie publicznego nadawcy: „Obie partie grają razem. Prezydent zapytany o możliwość użycia broni atomowej przeciwko Iranowi potwierdził tę możliwość, a kiedy mu powiedziałem, że to zagraża nam, naszym dzieciom, wnukom, bo nie zostanie bez odpowiedzi, usłyszałem jedynie lekceważące parsknięcie w rodzaju: »No i co z tego?«, z dodatkiem: »Przecież każdy kiedyś umrze«”.
Prezydent Trump przekonuje o walorach wojny swoich zwolenników jako handlowiec: „Kiedy Europejczycy będą wojować z Rosją, a my będziemy im sprzedawać uzbrojenie, to my odczujemy korzyści”. Kto przy tak formułowanej mentalności chciałby podtrzymywać relacje? Profesor Glenn Diesen, analityk norweski, przytacza tę wypowiedź, wyjaśniając bezwzględnie wyrachowane podejście Amerykanów, liczących znów na uzyskanie osłabienia Rosji przez zachwyconych i bezwolnych Europejczyków. Odstąpienie wojny, która znajdzie gorliwych wykonawców miary polskich polityków w osobach ministra Sikorskiego, Kosiniaka, Tuska, ma stworzyć wrażenie trwającej przyjaźni Ameryki z Rosją. Te machinacje stały się już tak widoczne jak powtarzane oficjalnie, zanegowane uczestnictwo Ukrainy w NATO. Sam Zełenski, gdy ludność kraju znajduje się dzień w dzień pod intensywnym ostrzałem pocisków rosyjskich, on – przywódca – jest obecny na forum obrad ONZ, w gabinetach politycznych państw europejskich, obściskuje się z Markiem Rutte – sekretarzem generalnym NATO.
Brytyjscy protestanci (gdzie głową państwa i Kościoła jest król) zastanawiają się głośno, czemu ma służyć antyrosyjska kampania, skoro ich odchudzona armia, bez sprawnych okrętów i czołgów, generalnie z poważnymi deficytami wyposażenia, zaczęła właśnie nabór do wojska. Nie widzą najmniejszego sensu w wojnie z Rosją zapowiadanej przez nowego premiera. Mają dylemat, pod jaką flagą pójdą 16–18-latkowie na wojnę, skoro brytyjski „Union Jack” jest zabroniony jako symbol nazistowski. Z czego będą strzelać, gdy nie mają broni? Czyżby mieli najpierw zdobyć kałacha na dronowym polu bitwy, by wykazać się męstwem?
Dążenie do celu, jakim jest wojna dla samej wojny, po milionach trupów (tylko taki los sądzony młodym rekrutom bez broni i wyszkolenia), jest wysoce sprzeczne z założeniami religii katolika, prawosławnego i muzułmanina – jedynie wojna w obronie własnej wymaga sięgnięcia po oręż. Zgodnie z tekstem Koranu: „Muzułmanin nie może zabijać niewinnych ludzi”, co potwierdzili oficjalnymi wypowiedziami i taktyką przywódcy Iranu.
Kultywowany latami syjonizm wykreował wśród swoich zwolenników głoszoną postawę wiecznej ofiary. Zrzuca więc z sympatyka nowej wiary, zwanej też nową ewangelizacją, podejrzenie o własną agresję, by kamuflować własne wojenne cele wdrażane pod szyldem świętej (w pełni uzasadnionej) wojny. Siejąc bezwzględny terror, jego sprawstwo przerzucane jest na faktyczne ofiary, które nazywa państwami, grupami albo jednostkami terrorystycznymi.
W Polsce wyznawcami syjonistycznego zapętlenia są przedstawiciele grup sprawujących rządy, uległe im w większości samorządy i hierarchia kościelna. Poznać ich łatwo – po ustawicznej kłótliwości i zawsze złagodzonej ocenie najgroźniejszych przestępstw cudzoziemców przeciwko życiu Polaka, których liczba narasta. Amerykański mechanizm podporządkowania i zniszczenia Europy przybrał formę narzuconego sztucznie tworu Unii Europejskiej, gdzie bezwzględną władzę pełnią komisarze z Komisji Europejskiej – ludzie niepodlegający procedurze wyborczej obywateli 27 państw członkowskich. Wprawdzie mieszkańcy tych państw są przeciw wojnie, to decyzje podejmuje polityczny miał sympatyków zespawanych interesem Ukrainy, Izraela i USA.
Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com [1] [2]
Źródło: WolneMedia.net

27 września 2026 r. Andrzej Korybko tkp-at/bringen-belarus-und-polen-tauwetter-im-neuen-kalten-krieg
Nowa „dyplomacja przebiśniegów” między Białorusią a Polską może doprowadzić do większego odprężenia między Wschodem a Zachodem . Minister spraw zagranicznych Polski Radek Sikorski spotkał się w zeszłym tygodniu ze swoim białoruskim odpowiednikiem na marginesie Zgromadzenia Ogólnego ONZ. To więcej niż godne uwagi.
Historyczne spotkanie Sikorskiego z jego białoruskim odpowiednikiem, a zwłaszcza jego stwierdzenie, że „odbywają się również spotkania z innymi ministerstwami i na innych szczeblach”, sugeruje, że na zachodnim skrzydle „kordonu sanitarnego” dzieje się więcej za kulisami, niż donosi opinia publiczna.
Polski minister spraw zagranicznych Radek Sikorski spotkał się w zeszłym tygodniu ze swoim białoruskim odpowiednikiem na marginesie Zgromadzenia Ogólnego ONZ – było to pierwsze spotkanie najwyższych rangą dyplomatów obu krajów od dekady. Wyjaśnił, że stało się to możliwe dzięki względnej normalizacji sytuacji na granicy oraz niedawnemu uwolnieniu przez Białoruś Andrzeja Poczobuta, którego Warszawa uznała za więźnia politycznego. Dodał, że obecnie odbywają się spotkania między innymi ministerstwami i że „ przebiśnieg może zakwitnąć przy sprzyjającej pogodzie”.
Białoruskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych napisało wkrótce potem na X, że „dyplomacja przebiśniegów to miły, nowy początek. Ale interesują nas plony. Zasadźmy sad – trzeba go pielęgnować co roku, a nie tylko raz na dekadę. Mińsk jest gotowy na rozmowy”. Dla tych, którzy nie wiedzą, przebiśniegi symbolizują wiosenną odwilż. Dlatego, jeśli odniesie sukces, nowa białorusko-polska „dyplomacja przebiśniegów” może doprowadzić do odwilży w Nowej Zimnej Wojnie. Potrzebne są pewne informacje, aby pobieżnie zorientować się w sytuacji.
Trump 2.0 zainicjował zbliżenie z Białorusią w formie stopniowego znoszenia sankcji w zamian za uwolnienie osób uznanych przez Waszyngton za więźniów politycznych. Obie strony są obecnie o krok od zawarcia ogromnej umowy potasowej. Polska jest najważniejszym sojusznikiem USA w Europie Środkowo-Wschodniej, więc z perspektywy czasu włączenie Warszawy do sojuszu było tylko kwestią czasu. Niedawno Sikorski ostrzegł przed rosyjskim atakiem na NATO, co wywołało spekulacje na temat ukraińskiej operacji pod fałszywą flagą.
Aby zapobiec potencjalnie niekontrolowanej eskalacji, sugerowano, że białorusko-amerykańskie zbliżenie mogłoby doprowadzić do porozumienia, zgodnie z którym po rzekomo planowanej redukcji wojsk amerykańskich w państwach bałtyckich nastąpiłaby redukcja wojsk rosyjskich na Białorusi. Gdyby to połączyć z kanałem kontroli kryzysowej między Trumpem, Putinem i prezydentem Polski Karolem Nawrockim, napięcia między NATO a Rosją stałyby się możliwe do opanowania, kładąc podwaliny pod nową architekturę bezpieczeństwa.
Z rosyjskiej perspektywy, gdyby trzeba było wybierać między zdominowaną przez Niemcy, zmilitaryzowaną Unią Europejską na zachodniej flance nowego „kordonu sanitarnego” wokół Rosji, a wspieranym przez USA, kierowanym przez Polskę Międzymorzem, ta druga opcja byłaby prawdopodobnie lepsza, ponieważ stanowi stosunkowo mniejsze zagrożenie. Aby ta przyszłość mogła się zmaterializować, konieczne byłoby zawarcie wspomnianego porozumienia. To z kolei zakłada sukces nowej białorusko-polskiej „dyplomacji przebiśniegów”, która jest po części efektem ubocznym dyplomacji rosyjsko-amerykańskiej.
Tak jak Rosja zaczęła na nowo interpretować swoje rozumienie Polski – co główny doradca Putina Nikołaj Patruszew uznał za kluczową rolę Polski w rodzącej się architekturze bezpieczeństwa – tak samo Polska zaczęła na nowo interpretować swoje rozumienie Rosji, czego dowodem jest nowa „dyplomacja przebiśniegów” Sikorskiego z Białorusią. Choć jest za wcześnie, by przewidywać, jak daleko może sięgnąć ta potencjalna odwilż w Nowej Zimnej Wojnie, a wspomniana propozycja może z łatwością upaść, obecnie nie można jej wykluczyć.
Historyczne spotkanie Sikorskiego z jego białoruskim odpowiednikiem, a zwłaszcza jego stwierdzenie, że „odbywają się również spotkania z innymi ministerstwami i na innych szczeblach”, sugeruje, że na zachodnim skrzydle „kordonu sanitarnego” dzieje się więcej, niż jest publicznie znane. Nie oznacza to, że przełom jest bliski lub nieunikniony, nawet jeśli zajmie to trochę czasu. Oznacza to po prostu, że coś wyraźnie zmieniło się na lepsze. Czy te nowe „przebiśniegi” zakwitną, czy zwiędną, dopiero się okaże.
========================
Andrew Korybko jest amerykańskim analitykiem politycznym mieszkającym w Moskwie, specjalizującym się w globalnej transformacji systemowej do wielobiegunowości. Publikuje po angielsku na swoim blogu Substack. Jego niemieckojęzyczne treści są dostępne wyłącznie w TKP.
25 września 2026 r. tkp-at/netanjahus-blitzbesuch-in-new-york-angst-vor-mamdani-panik-im-untergrund-und-der-eigentliche-bruch-zu-hause
Premier Izraela Benjamin Netanjahu przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w Nowym Jorku w czwartek, 24 września 2026 roku – według izraelskich mediów, była to jedna z najkrótszych i najbardziej wymagających pod względem bezpieczeństwa wizyt USA w czasie jego prezydentury. Podczas gdy międzynarodowe doniesienia koncentrowały się głównie na protestach, konflikcie opinii publicznej z burmistrzem Nowego Jorku Zohraneim i dziwacznym incydencie w kanalizacji w pobliżu jego hotelu, konflikt, który był kluczowy dla politycznego przetrwania Netanjahu, rozgrywał się w samym Izraelu: otwarte zerwanie z najbardziej wpływowym rabinem w litewsko-charedimskim świecie, Dovem Landauem.
Według i24NEWS, Netanjahu udał się do Nowego Jorku dopiero po długim wahaniu. Jego biuro najwyraźniej rozważało całkowite odwołanie wizyty w ONZ. Doniesienia izraelskich mediów, streszczone przez ynetnews , wskazywały, że jego rządowy samolot, „ Skrzydło Syjonu ”, po raz pierwszy od dziesięcioleci nie miał lądować na lotnisku im. Johna F. Kennedy’ego – przywilej, który wcześniej przyznawano jedynie głowom państw Izraela i Iranu. Podano powód, jakim była obawa, że burmistrz Mamdani mógłby nakazać samolotowi natychmiastowe opuszczenie lotniska podczas wizyty Netanjahu, zamiast pozostania tam na parkingu. Alternatywne miejsca lądowania obejmowały lotnisko wojskowe w New Jersey lub lotnisko Newark, jak donosił między innymi Middle East Monitor .
Sam Mamdani, który wcześniej otwarcie groził Netanjahu aresztowaniem, zdystansował się od własnych wezwań do protestów na krótko przed wizytą, jak donosi Religion News Service , ale wyraźnie bronił prawa do protestu.
W związku z tym Netanjahu spędził w mieście tylko kilka godzin, nie nocował i wrócił do Izraela tego samego wieczoru po swoim przemówieniu – niezwykle krótkim jak na wystąpienie w ONZ, co zauważył również „Jerusalem Post” , który dodatkowo zauważył, że planowana podróż do Teksasu w celu odwiedzenia SpaceX i ewentualnego spotkania z Elonem Muskiem zostały odwołane bez zapewnienia zastępstwa.
Niepokój potęgował incydent, który miał miejsce zaledwie jedną przecznicę od hotelu Netanjahu, Loews Regency przy Park Avenue: Według JNS kamery monitoringu uchwyciły trzech niezidentyfikowanych mężczyzn wychodzących z włazu studzienkowego na skrzyżowaniu Park Avenue/61st Street około 4:30 rano w środę i jadących na północ dwoma czekającymi samochodami. Nowojorska policja, jak donosi między innymi NBC News , uważa, że są to ci sami „miejscy eksploratorzy”, którzy wielokrotnie przeszukiwali nowojorski system kanalizacyjny w poszukiwaniu złomu i kosztowności; nie ustalono jeszcze związku z wizytą Netanjahu ani Zgromadzeniem Ogólnym ONZ. Policja przyznała jednak, że wdrożyła dodatkowe środki bezpieczeństwa ze względu na „wrażliwość miejsca”.
Podczas tegorocznej debaty Zgromadzenia Ogólnego ONZ, która odbyła się 24 września 2026 r., po raz kolejny doszło do masowego, demonstracyjnego exodusu licznych delegatów, gdy na podium stanął premier Izraela Beniamin Netanjahu.
Protest powtórzył sceny z poprzedniego roku (wrzesień 2025). Gdy tylko Netanjahu został wezwany do zabrania głosu, dziesiątki misji dyplomatycznych – według doniesień izraelskich mediów, łącznie 77 delegacji, w tym większość państw arabskich i muzułmańskich, a także wiele państw afrykańskich i niektóre państwa europejskie – masowo opuściły salę obrad.
Podczas gdy pozostali zwolennicy i delegacja izraelska witali Netanjahu brawami, z sali dobiegały głośne gwizdy i buczenie. Przewodniczący sesji musiał wielokrotnie wzywać do porządku. Z powodu skoordynowanego protestu Netanjahu, podobnie jak w poprzednim roku, przemawiał do niemal pustej sali plenarnej. Protest był skierowany przede wszystkim przeciwko działaniom militarnym Izraela w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, a także przeciwko stanowczemu sprzeciwowi Netanjahu wobec rozwiązania dwupaństwowego. Przed jego przemówieniem delegacja palestyńska wyraźnie wezwała członków ONZ do opuszczenia sali podczas jego wystąpienia.
Znacznie poważniejszy konflikt rozgrywa się jednak w samym Izraelu. Rabin Dov Landau, duchowy przywódca litewsko-charedickiej partii Degel HaTorah i przewodniczący jesziwy Slabodka w Bene Berak, nakazał już latem rozwiązanie Knesetu. „ Nie mamy zaufania ” do premiera Netanjahu – ogłosił Landau, według JNS , po tym jak Netanjahu poinformował partie charedi, że przed wyborami nie ma już większości w parlamencie dla ustawy zwalniającej uczniów jesziw ze służby wojskowej. Koalicja następnie upadła, a Izrael wybierze nowy parlament 27 października 2026 roku.
Landau znany jest ze swojej bezkompromisowej postawy: według Ynetnews kategorycznie odrzuca jakikolwiek bezpośredni dialog z Netanjahu lub wysoko postawionymi wojskowymi – odmawiając nie tylko indywidualnych rozmów, ale także jakiegokolwiek kontaktu z przedstawicielami władzy państwowej jako takiej. Według tego samego źródła syjonizmowi towarzyszyło twierdzenie, że uratuje naród żydowski, ale w rzeczywistości przyniósł „ katastrofy – duchowe i fizyczne ”. W liście opublikowanym w 2025 roku i udokumentowanym przez Calcalist , dosłownie nazwał izraelską armię „ armią nieczystą ” (zava tame), do której nie należy wysyłać uczniów jesziw Haredi.
Międzynarodowe relacje medialne z podróży Netanjahu do Nowego Jorku opowiadają przede wszystkim o protestach, histerii w kwestii bezpieczeństwa i izolacji dyplomatycznej – podsycanej nakazem aresztowania wydanym przez Międzynarodowy Trybunał Karny w listopadzie 2024 roku za domniemane zbrodnie wojenne popełnione w wojnie w Strefie Gazy. W narracji tej pomija się fakt, że – według cytowanych powyżej doniesień – liczba zaplanowanych spotkań z innymi głowami państw na marginesie Zgromadzenia Ogólnego ONZ była wyjątkowo niska – co wskazuje na to, że pole manewru Netanjahu na arenie międzynarodowej znacznie się zmniejszyło przed tą podróżą, i to nie tylko w wyniku działań Mamdaniego.
Związek między polityką zagraniczną a wewnętrzną również nie jest jasny: zerwanie z Landauem przypada na ten sam tydzień, w którym Netanjahu staje przed społecznością międzynarodową – i dotyczy właśnie elektoratu Haredi, bloku, bez którego, po dekadach praktyki politycznej w Izraelu, żaden prawicowy rząd nie mógłby utworzyć koalicji. Zerwanie Landaua nie jest zatem drobnym konfliktem między teologami religijnymi, lecz raczej wpływa na strukturalne podstawy władzy Netanjahu.
Po pierwsze: czy narracja o „Netanjahu odizolowanym w Nowym Jorku” jest w ogóle bardziej istotna – czy też odwraca ona uwagę od pytania, czy Netanjahu zachowa zdolność polityczną do działania do dnia wyborów 27 października 2026 r.?
Po drugie: jakie będą konsekwencje, jeśli najbardziej wpływowy rabin kluczowego partnera koalicyjnego zasadniczo odrzuci jakikolwiek instytucjonalny dialog z rządem – czy należy to nadal rozumieć jako wewnętrzny spór religijny, czy już jako de facto rezygnację z udziału w procesie demokratycznym?
Po trzecie: O czym świadczy atmosfera bezpieczeństwa towarzysząca wizycie, skoro pozornie błahy incydent w kanalizacji – według nowojorskiej policji, będący częścią długotrwałego procederu poszukiwaczy złomu – trafił na pierwsze strony gazet w całym kraju ze względu na swoje bliskie położenie od hotelu Netanjahu?
Prawdziwym ślepym punktem w doniesieniach jest fakt, że bardziej spektakularne elementy – trasa lotu, incydent w kanalizacji, retoryka Mamdaniego – przesłaniają poważniejszy, strukturalny rozdźwięk: międzynarodowy nakaz aresztowania ogranicza swobodę przemieszczania się Netanjahu, ale publicznie deklarowana nieufność rabina Landaua i jego odmowa rozmowy z rządem zagrażają jego faktycznemu zapleczu władzy w kraju.
Tak więc, podczas gdy Nowy Jork spiera się o politykę symboliczną, kwestia, czy Netanjahu nadal będzie premierem po 27 października, jest rozstrzygana w Bene Berak i Knesecie.
Jednak problemem, który został zmarginalizowany w ONZ, nie jest Netanjahu, lecz mentalność społeczeństwa izraelskiego. Opozycja nie krytykuje jego działań wobec Palestyńczyków, Libańczyków ani Irańczyków, ale w niektórych przypadkach wręcz wzywa do bardziej zdecydowanego podejścia.
Ostatni „mędrzec” z Syjonu
27. września 2026 Marek Wojcik world-scam/ostatni-medrzec-z-syjonu
Przed wojną – tą z Iranem – nie do pomyślenia! Protesty przeciwko polityce syjonistycznego apartheidu odbywały się już dawno na całym świecie. Jednak skala ostatnich demonstracji w Nowym Jorku przerosła oczekiwania nawet samych organizatorów. Do tego fakt, że prezydent USA również wspiera ten ruch, jest czymś zupełnie nowym. Nie przybył on co prawda w swojej czerwonej czapeczce MAGA na tę demonstrację, ale pokazał wsparcie w inny, dyplomatyczny sposób.
Na kilka dni przed przybyciem Netanjahu do USA na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ, Donald Trump – republikanin, spotkał się z zagorzałym wrogiem Netajahu, burmistrzem Nowego Jorku Zohranem Mamdanim – demokratą. A do spotkania Trump – Netanjahu tym razem nie doszło.
Burmistrz NY zapowiedział, że przy pierwszej nadarzającej się okazji, aresztuje Netanjahu za zbrodnie wojenne na Palestyńczykach. Nawet gdyby tak się stało, to premier Izraela szybko odzyskałby wolność i zostałby oficjalne przeproszony. Wpadłem na pomysł, żeby wsadzić Netanjahu do jednej celi z przebywającym tam przecież już wenezuelskim prezydentem Maduro. Ich dyskusja mogłaby być naprawdę interesująca. Nie tylko dla CIA. Maduro, pomimo że sam żartobliwie określił swoją angielszczyznę „językiem Tarzana”, potrafi się jednak dogadać w tym języku.

Kiedy pod koniec września izraelski premier Benjamin Netanjahu wystąpił przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ, ponad stu dyplomatów demonstracyjnie opuściło salę, zanim jeszcze zaczął przemawiać. Wśród nich byli delegaci z Palestyny, Brazylii, Hiszpanii, Turcji, Tunezji, Arabii Saudyjskiej i RPA.
Netanjahu, wobec którego Międzynarodowy Trybunał Karny – ten trybunał w Hadze, który może oskarżać osoby fizyczne o zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości i ludobójstwo – wydał nakaz aresztowania w związku z domniemanymi zbrodniami wojennymi w Strefie Gazy, nazwał tych, którzy opuścili salę, „moralnymi tchórzami”. Źródło. Moim zdaniem adekwatną odpowiedzią na jego postawę, byłoby nazwanie premiera Izraela niemoralnym „bohaterem”.
Interesujący artykuł o tej klęsce premiera najbardziej terrorystycznego kraju na świecie ukazał się w piątek na tkp.at: Błyskawiczna wizyta Netanjahu w Nowym Jorku: strach przed Mamdanim, panika w podziemiu – i prawdziwy rozłam w kraju. Źródło.
Premier Izraela Benjamin Netanjahu przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w Nowym Jorku w czwartek, 24 września 2026 roku – według izraelskich mediów, była to jedna z najkrótszych i najbardziej wymagających pod względem bezpieczeństwa wizyt USA w czasie jego prezydentury. Podczas gdy międzynarodowe doniesienia koncentrowały się głównie na protestach, konflikcie opinii publicznej z burmistrzem Nowego Jorku Zohranem Mamdanim i dziwacznym incydencie w kanalizacji w pobliżu jego hotelu, konflikt, który był kluczowy dla politycznego przetrwania Netanjahu, rozgrywał się w samym Izraelu: otwarte zerwanie z najbardziej wpływowym rabinem w litewsko-charedimskim świecie, Dovem Landauem.

Jak wynika z tej mapy wszyscy dotychczasowi sprzymierzeńcy Izraela z Zatoki Perskiej i wszystkie kraje na Bliskim Wschodzie naturalnie poza samym Izraelem, zbojkotowały wystąpienie terrorysty na forum ONZ.
Nie jest to jedynie moda, by przypodobać się wyborcom. Daje to nam nadzieję, że przynajmniej resztki człowieczeństwa odzywają się coraz liczniej także wśród polityków. Z pewnością obserwujemy koniec haniebnej ery premiera Netanjahu. Kto zajmie jego miejsce? Biorąc pod uwagę 70% wsparcia w Izraelu dla rasistowskiej polityki rządu, obawiam się, że będzie to wcale nie lepszy drań.

Przy negatywnych emocjach związanych ze zbrodniami Izraela, nie jest łatwo zachować pełen obiektywizm. Przecież każde państwo ma prawo do obrony nawet wtedy, gdy korzystając z sił specjalnych, samo organizuje napaść na własny kraj, żeby potem mieć pretekst do tej „obrony”. Nigdy tak nie jest, że cały naród ponosi zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie polityków. To syjonistyczny rząd organizując napaść na własne państwo, wykorzystuje naturalny strach, by skonsolidować naród przeciwko wymyślonemu wrogowi.
Nie usprawiedliwia to izraelskich radykalnych wyborców. Jednak spójrzmy na siebie – jakie kreatury dopuszczamy do władzy we własnym kraju?

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
Strategia Trumpa
26. września 2026 Marek Wojcik world-scam./strategia-trumpa
Jak walczyć z systemem, w którym tkwisz po same uszy? To jest tak, jak gdybyś tonął w bagnie i jednocześnie niszczył brzytwę, którą podają ci „życzliwi”. Bez obawy, nie będę usprawiedliwiał zbrodni popełnionych przez Trumpa, żeby wesprzeć ideę walki z Deep State. W dzisiejszym wpisie nie będzie jak w większości dotychczasowych tłumaczenia publikacji z niezależnych mediów. Chcę dzisiaj przedstawić wam, jak ja widzę fenomen Trumpa.
Kiedy podczas wyborów sześć i dwa lata temu stałem po stronie Trumpa, w których nie brałem udziału, bo nie mieszkam w USA, wiedziałem, że nie jest on szlachetnym bohaterem, jakich znamy z westernów „Rio Bravo”, czy „W samo południe”. W styczniu 2020 roku pokazał światu swoją „prawość”, wydając wyrok śmierci na irańskiego generała Kasema Solejmaniego.

Dlaczego więc wspierałem i nadal wspieram Trumpa? Nie z tęsknoty za sprawiedliwym rycerzem, tylko dlatego, że w naszej – nie Trumpa – walce z globalizmem nie mamy lepszych sprzymierzeńców. Powiecie, że Trump przecież nadal wspiera cyfrowe niewolnictwo sprzymierzone z farmacją w celu depopulacji ludzkości. I tu zgodzę się ze wspieraniem, ale nie z celem. Celem Trumpa jest dogadana już z Rosją i Chinami władza USA nad zachodnią połową świata. Europa wyswobodzi się po ponad 80 latach spod tej dominacji. Kto ją przejmie? To sprawa otwarta. Na chwilę obecną rządzą tu zdecydowanie globaliści.
Przecież właśnie dogadujemy się z USA w sprawie stacjonowania 15 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce! Źródło. Owszem, jednak Trump już od dawna dogadał się z Putinem i Xi w sprawie wycofania wszystkich amerykańskich baz wojskowych z rejonu Zatoki Perskiej i Europy. Jak myślicie, które decyzje będą dla niego ważniejsze? Poza tym widzieliśmy skuteczność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa w Arabii Saudyjskiej i sąsiednich krajach.

Zastanówmy się, jakie są pozytywne w sensie walki z globalizmem efekty prezydentury Trumpa? Ludzie wrogo do Trumpa nastawieni, a tych jest większość, powiedzą, że żadne. A jednak:
Bez wątpienia wszystkie te punkty byłyby odwrócone o 180 stopni, gdyby wybory w USA wygrała Kamala Harris – marionetka globalistów.
Są jeszcze argumenty popierające teorię, że wojna z Iranem miała na celu wsparcie samozagłady Izraela. Wiele osób nie popiera tej teorii, ale nie jest ona pozbawiona sensu, szczególnie gdy wziąć pod uwagę epsteinowy szantaż wobec Trumpa. Po raz pierwszy w powojennej historii USA polityka Izraela stoi pod pręgierzem publicznej krytyki w USA.

Nadzieje zwolenników MAGA zostały szybko zweryfikowane przez skorumpowany lobbing – masło maślane, bo inaczej być nie mogło. Skoro prezydent musi się liczyć z głosem karteli zbrojeniowych, farmaceutycznych oraz technologicznych, nie może równocześnie prowadzić z nimi otwartej walki. Musi się z nimi liczyć, ponieważ przekupują oni legalnie (lobbing) senatorów i kongresmenów, których głos jest ważny także dla Trumpa. To samo dotyczy izraelskiego lobby – AIPAC.
Cóż byłoby prostszego dla prezydenta USA, który chce pokoju na Ukrainie, powstrzymać pomoc logistyczną amerykańskiego wywiadu dla Ukrainy? Europejskie drony wysyłane z Ukrainy na Rosję pozbawione by zostały współrzędnych celu ataku. Spowodowałoby to natychmiastową porażkę Ukrainy i jednocześnie podniosłyby się głosy, że ta przegrana to wina Trumpa i ruszyłaby ponownie kampania Russiagate.

Rozpowszechnia się wiadomości o psychicznej chorobie Trumpa. Zgodziłbym się z nimi o ile wszystkich – a jest ich większość – narcyzów w polityce uznać, za wariatów. Nieprzewidywalność, konfabulacja, mania własnej wielkości, to nie są objawy dla psychiatry – to strategia i to całkiem niezła w polityce światowej.
I proszę nie mylić pozytywnego myślenia z trumpowską propagandą wiecznego „sukcesu”. W porównaniu do europejskich narcyzów, a w rzeczywistości globalistów, których Trump przyparł do muru szantażem braku diesla, świadczy o zdrowym rozsądku tego skazanego przez media na aberrację psychiczną prezydenta.
Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com
prof. Witold Modzelewski
Przypomniana w tytule myśl uwypukla tezę ogólną, że obiektywnie istnieje tylko czas teraźniejszy, w którym również istnieje to, co nazywamy przeszłością i przyszłością.
Są to na wskroś współczesne obrazy tego, co uważamy za byłe albo przyszłe. Wydawałoby się również, że istnieje wyraźna cezura między tym, co dziś uważamy, a przeszłością i aktualnymi wizjami przyszłości. Owa cenzura nie zawsze jest, a nawet nie jest regułą. Ci, którzy „żyją przeszłością”, a w zasadzie jej cząstką, którą zapamiętali, często łączą ją z wyobrażeniem o przyszłości. Powtarzają, że „historia lubi się powtarzać”, albo „wszystko już było”. Często ich wizje przeszłości istnieją głównie po to, aby uzasadniać prognozy czy też przepowiednie, czyli nasze aktualne wyobrażenia o przyszłości.
Ktoś kiedyś powiedział, że są dwie grupy narodów: pierwsza, do której się ponoć zaliczamy, na co dzień używa wizji przeszłości, aby odgadnąć przyszłość (zanim się stanie częścią teraźniejszości); druga, która używa wizji przyszłości głównie po to, aby ustalić, co dziś jest przeszłością. Ci drudzy chcą lub umieją zapominać, a zwłaszcza umieją unieważnić część przeszłości. Ani jedna ani druga grupa nie ustrzeże się od popełnianych błędów – jak zawsze – w czasie teraźniejszym: obie jednakowo prowadzą do sukcesów jak i do klęsk.
Nam się wydaje, a przynajmniej tym, którzy „wiedzą lepiej”, że musimy skrzętnie pamiętać wszystko co złe z przeszłości polsko-rosyjskiej (bo tu „historia musi się powtórzyć”) oraz szybko zapomnieć zło wyrządzone nam przez Niemcy, a zwłaszcza przez inne państwa zwane dziś popularnie Zachodem. Tu jest przeszłość unieważniona, której przypomnienie jest już „dezinformacją” (albo niedługo będzie). Jest to również ciągiem dalszej wizji stworzonych przez „wolne media” lat 1945-1989, a zwłaszcza monachijską stację amerykańską pod nazwą „Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa” – mam już swoje lata; słuchałem i dobrze pamiętam. Była to na wskroś przeciwna wizja do koncepcji propagandowej władz Polski Ludowej, która umniejszała lub pomijała złą przeszłość w relacjach polsko-rosyjskich lub polsko-radzieckich i kazała pamiętać zło wyrządzone nam przez Niemców. „Zachód” też był wtedy obecny: on nas notorycznie „zdradzał”, a przede wszystkim nie należały do niego Niemcy.
Teraz jest inaczej: Zachód to przede wszystkim Niemcy, które w dodatku mają nas bronić przed „nieuchronną agresją” ze strony Rosji. To jest „prawda” obowiązująca na przyszłość. Czyli jednak należy również do drugiej grupy narodów, które poprzez wizję przyszłości „meblują” to, co uważają za swoją przeszłość.
Utrapieniem w tej wizji jest współczesna Ukraina. Mamy ją wspierać, bo (jakoby) broni nas przez ową „nieuchronną agresją”, ale wbrew „Giedroyciowym” teoriom współcześnie jest jawnie antypolska i wystawia nam (i jeszcze wystawi) przysłowiową fakturę za tę obronę („nasza wojna”). Także przyszłość wygląda tu raczej ponuro: co będzie, jak Ukraina w wersji banderowskiej, zdemoralizowana darmowym finansowaniem i korupcją, wygra tę wojnę? Przecież to będzie nasza klęska, bo z tym państwem po prostu przegramy, w dodatku goszcząc u siebie kilkumilionową diasporę ukraińską. Nie mamy więc wyjścia – ta wojna musi trwać dalej, bo jest bezpieczniejsza od pokoju.
Przyszłość (jak i przeszłość) są jednakowo nieprzewidywalne. Różnica ta głównie polega tylko na tym, że nieprzewidywalność przyszłości potwierdza mijający czas – gdy stanie się już teraźniejszością. Wtedy szybko zapomnimy nasze błędne prognozy i rozpamiętywanie naszych pomyłek. Z nieprzewidywalnością przeszłości jest trochę inaczej: z czasem dowiadujemy się, że kiedyś było „zupełnie inaczej”, np. wielcy „szermierze niepodległości” okazywali się wieloletnimi konfidentami zaborców. Wtedy stajemy przed dylematem: który (poprzedni albo zdemaskowany) obraz przeszłości ma być częścią teraźniejszości? Tu mogą żyć obok siebie oba obrazy, może „zwyciężyć” jeden z nich, albo jeden i drugi umrze przez zapomnienie. W przypadku przeszłości polsko-rosyjskiej jesteśmy (przynajmniej na razie) skazani na jedną, czarną legendę. Na straży jej wyłączności stoi władza i jej służby oraz „słudzy narodu ukraińskiego”. Jakiekolwiek odkrycia zaprzeczające tej legendzie są „dezinformacją”. Nie traćmy nadziei: w przyszłości naszej to przeszłość może się zmienić. Nawet bardzo. Sprawcą tej zmiany może być nasz „strategiczny sojusznik” i protektor, który może (musi?) znaleźć proporcjonalnego partnera. Po co? Aby pomógł mu wybrnąć z przegranych wojen. Możemy być kosztem tego „dealu”, albo nawet beneficjentem: w tym drugim przypadku będziemy musieli szybko zapomnieć „złą przeszłość” i zmienić ją na dużo lepszą.
prof. Witold Modzelewski
Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)
\
Symplicjusz lithuanian-parliament-moves-toward
Liczba dziwnych „wydarzeń” w krajach bałtyckich rośnie z każdym dniem, a widmo szerszego konfliktu wciąż dręczy Europę. Każdy tydzień przynosi nowe alarmujące sygnały o fałszywych flagach i operacjach psychologicznych, które jasno wskazują, że zachodnie agencje wywiadowcze stale przygotowują i testują prowokacje.
Łotwa twierdzi, że jej system nadzoru granicy wschodniej jest celowo sabotowany, a kable są przecinane, a szafy na sprzęt niszczone wzdłuż granic z Rosją i Białorusią. Urzędnicy obwiniają za to narastające prowokacje wspierane przez „państwo agresora”.
00:30 · 27 września 2026 · 11,5 tys. wyświetleń
=====================
Kolejny alarm wywołała informacja, że rosyjskie FSB nałożyło „tymczasowe ograniczenia w przekraczaniu granicy” na dwóch odcinkach granicy estońskiej:
Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji (FSB) nałożyła tymczasowe ograniczenia w przemieszczaniu się w dwóch obwodach przygranicznych z Estonią.
Dyrekcja graniczna oddziału FSB w obwodach petersburskim i leningradzkim poinformowała, że w dniach 16–26 września na terenach przygranicznych rejonów Slantsy i Kingisepp zostaną wprowadzone środki mające na celu „zapobieganie naruszeniom przepisów granicznych i migracyjnych” oraz „ochronę biologicznych zasobów wodnych”.
W tym okresie obowiązuje zakaz pływania małych jednostek pływających na odcinku rzeki Narwy między rzekami Bolszaja Czeriomucha i Kryusza (Kriwasoo).
Wszystko to brzmi bardzo banalnie, ale niestety elity potrzebują powodu, żeby siać strach.
Na Łotwie zatarto znaki prowadzące do Moskwy.
Moskwa zniknęła ze znaków drogowych na Łotwie.
Nieznani sprawcy zamalowali nazwy rosyjskich miast na znakach drogowych wzdłuż łotewskiej autostrady A12 w pobliżu Rezekne. Zamalowano nazwy: Moskwa i Ostrov, miasto w obwodzie pskowskim.
A12 to główna trasa z Łotwy do granicy z Rosją w Terechowej, skąd biegnie dalej autostradą M9 do Moskwy.
Jednak największe wydarzenia miały miejsce na Litwie.
Zaledwie w zeszłym tygodniu w Wilnie ogłoszono alarm powietrzny po rzekomym ataku dronów. Myśliwce NATO zostały poderwane do zestrzelenia drona, co najwyraźniej było ćwiczeniem mającym na celu psychologiczne przygotowanie obywateli Litwy na ewentualność konfliktu, który jest bardzo potrzebny europejskim elitom.

„Dron, który właśnie wleciał w litewską przestrzeń powietrzną, został zniszczony przez myśliwce NATO. Dziękuję personelowi sojuszniczemu za szybką reakcję. W obliczu nasilania się agresji Rosji na Ukrainę, taka gotowość jest niezbędna dla naszego regionu. Litwa będzie bronić swojej przestrzeni powietrznej wspólnie z naszymi sojusznikami z NATO” – powiedział Nausėda.
„Dron” rzekomo przybył z Białorusi i zmierzał w stronę rosyjskiego Kaliningradu, zanim myśliwce NATO odważnie nadleciały, by uratować swoich najbardziej wartościowych obywateli przed powietrzną tyranią Putina.
Teraz Litwa trąbi o planach ewakuacji na wypadek wojny z Rosją:

Litwa, wspólnie z Polską, opracowuje międzynarodowy plan ewakuacji ludności, który w stosownych przypadkach zostanie wdrożony przez granicę w celu ewakuacji części ludności litewskiej, łotewskiej i estońskiej. Dyrektor Krajowego Centrum Zarządzania Kryzysowego (NKVC) Vilmanto Vitkausko, zgodnie z obecnymi ustaleniami, wspólnie z kolegami w Polsce, ocenił procedury, logistykę i możliwości infrastrukturalne, a plan powinien zostać opracowany w drodze porozumienia między stronami.
Jak zwykle jednak, to sama Litwa forsuje eskalację. Litewski parlament poparł w tym tygodniu wstępny wniosek o zniesienie konstytucyjnego zakazu broni jądrowej, aby Litwa mogła potencjalnie przechowywać na swoim terytorium amerykańskie bomby atomowe w celach „ochrony”:

Logika stojąca za tym ruchem:
„Jesteśmy jedynym krajem w regionie, który ma takie ograniczenie. Łotwa go nie ma, Estonia go nie ma, Polska go nie ma, Finlandia właśnie je zniosła” – powiedział Kasčiūnas.
Oficjalna państwowa agencja prasowa Ria Novosti opublikowała ciekawy artykuł, który szybko usunęła , twierdząc, że „nie jest on zgodny z poglądami zespołu redakcyjnego” ani polityką państwową Rosji:

Na szczęście mamy archiwa internetowe:

Artykuł przedstawia jednak racjonalny argument za tym, dlaczego Rosja potencjalnie musiałaby zdemontować Litwę. Autor argumentuje, że „Francja i Wielka Brytania nie ukrywają już swoich planów rozmieszczenia [broni nuklearnej] w rosyjskim regionie przygranicznym” oraz że: „Cel ich zaangażowania w państwach bałtyckich jest taki sam, jak w poprzedniej dekadzie w przypadku Ukrainy: stworzenie niedopuszczalnego poziomu zagrożeń bezpieczeństwa na granicach Rosji, co zmusi Moskwę do podjęcia działań”.
Autor kontynuuje:
Potrzebujemy kraju samobójczego, pozbawionego absolutnie rozumu. Kraju, którego przywódcy robią wszystko, co w ich mocy, by się popisać, licząc na to, że zostaną zauważeni i nagrodzeni za swoją desperacką odwagę i komsomolską gorliwość, ale nie zastanawiają się nad konsekwencjami, bo po prostu nie są do tego zdolni.
Zmiana litewskiej konstytucji i zniesienie zakazu rozmieszczania broni jądrowej w kraju to sygnał, że znalazł się taki pożyteczny idiota. Co więcej, jest on przekonany, że jest najmądrzejszy i będzie w stanie przechytrzyć wszystkich. Prezydent Litwy Gitanas Nausėda podkreśla, że Wilno nie planuje rozmieszczania broni jądrowej w najbliższej przyszłości, ale zmiany w ustawodawstwie dadzą mu pole manewru w razie zmiany sytuacji międzynarodowej. I wtedy Litwa będzie mogła się obronić!
Kilka lat temu Rosja została cynicznie „sprzedana” Ukrainie. Innymi słowy, stworzyli zagrożenie bezpieczeństwa na tak wielką skalę w jej „miękkim podbrzuszu”, że Moskwa była zmuszona rozwiązać ten problem, marnując energię i odciągając zasoby od zadań rozwojowych kraju. Głowice jądrowe kilka godzin jazdy od Mińska i Kaliningradu będą kolejną ofertą komercyjną w stylu „wujku, kup cegłę”. W odpowiedzi na taką propozycję albo zdejmą wszystko do bielizny, albo pójdą walczyć.
Nie można powiedzieć, że Rosja nie ma żadnego wyboru. Rosja ma wybór: jak walczyć. Kwestia nie polega nawet na tym, czy będzie on długi, czy krótki. Jasne jest, że będzie krótki: ze względu na uwarunkowania geograficzne konflikt zbrojny w państwach bałtyckich nie może być taki sam jak na Ukrainie.
Trudno doszukać się jakichkolwiek błędów w jego rozumowaniu.
W odpowiedzi na te wydarzenia na Litwie Miedwiediew przedstawił dość charakterystyczną odpowiedź:Nie można załadować wideo.
Pomijając odrobinę popisywania się, Miedwiediew porusza dość istotną, realistyczną kwestię: gdyby Rosja zaatakowała Litwę, czy którykolwiek z bałtyckich pudli, nikt nie interweniowałby, by ich uratować. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że NATO jest obecnie najsłabsze i najbardziej rozbite w historii, ale także dlatego, że sam uświęcony Artykuł Piąty jest w dużej mierze iluzoryczny.
W tym tygodniu sam komisarz główny Biura Politycznego NATO, Mark Rutte, przyznał, że Artykuł Piąty w rzeczywistości nie gwarantuje żadnej obrony. Starał się przedstawić to w sposób, który brzmi pochlebnie, jakby „dwuznaczność” w języku miała świadczyć o rzekomej „sile” NATO, podczas gdy w rzeczywistości jest to desperacka próba umniejszenia faktu, że Artykuł Piąty nigdy nie był żelazną gwarancją, za jaką go uważano:Nie można załadować wideo.
Putin odpowiedział również na oświadczenie estońskiego ministra obrony, że Estonia jest „gotowa zabić każdego Rosjanina, który przekroczy granicę”. Putin stwierdził, że sama liczebność armii rosyjskiej wynosi ponad 1,5 miliona na 1,3 miliona całej populacji Estonii.
Na koniec przytacza kolejny klasyczny cytat: „Cyrk odszedł, a klauni zostali”.
Różne twierdzenia, że Rosja przygotowuje się do inwazji na Europę, również dają nam do myślenia. Europejczycy w istocie przyznają, że Rosja musi dysponować ogromnymi siłami rezerwowymi do tego zadania, co oznacza, że straty rosyjskie nie mogą być tak wysokie, jak twierdzą, jeśli Rosja zdoła zgromadzić te siły zaplecza w ramach przygotowań do takiej inwazji.
Pozytywnym aspektem jest to, że niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zdecydowało się spotkać ze swoim rosyjskim odpowiednikiem po raz pierwszy od prawie pięciu lat — ostatni taki dialog odbył się tuż przed wojną, w styczniu 2022 r.
Jednakże spotkanie to było kolejną próbą Zachodu, by wywrzeć presję i dyktować Rosji warunki, jak wyjaśnił Ławrow :
Ławrow o rozmowie z niemieckim urzędnikiem Wadephulem:
„Kiedy się spotkaliśmy, poprosiłem go, aby przedstawił cel swojej wizyty. Wyjął notatki i przeczytał tekst, który był dosłownym powtórzeniem tego, co niemieccy przywódcy mówią oficjalnie i publicznie na co dzień.
To właśnie powiedział mi pan Wadephul. Nie dowiedziałem się z tego niczego nowego. Podtekst brzmiał mniej więcej tak: „Przyszedłem do pana – raczyłem z panem porozmawiać – więc teraz, w zamian za ten «gest dobrej woli» z mojej strony, musi pan pójść na ustępstwa na froncie ukraińskim i zapewnić porozumienie w sprawie regionu Morza Czarnego, aby tankowce i statki do przewozu ładunków suchych mogły przepływać bez przeszkód”.
Ławrow słusznie nazwał europejskie przygotowania do wojny „samospełniającą się przepowiednią”:Nie można załadować wideo.
Jak podają źródła, podczas spotkania psotny rosyjski minister spraw zagranicznych zostawił na stole kopię rosyjskiego raportu zatytułowanego „Spadkobiercy Goebbelsa”, aby mogli się nim zapoznać przedstawiciele niemieckiego MSZ:Nie można załadować wideo.
Podczas spotkania ze swoim niemieckim odpowiednikiem Wadephulem, rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow zostawił na stole kopie raportu rosyjskiego MSZ „Spadkobiercy Goebbelsa”, kwestionującego tzw. „masakrę w Buczy”.
Niemiecki minister przykrył je swoim notatnikiem.
Tymczasem w domu niemieckiego ministra spraw zagranicznych Johanna Wadephaula wybuchły masowe protesty w związku z nową propozycją przywrócenia „dobrowolnego” poboru do wojska w ramach przygotowań do nieuniknionego:Nie można załadować wideo.

W styczniu weszła w życienowa ustawa wprowadzająca dobrowolną służbę wojskową. Jej celem jest rekrutacja ochotników i zwiększenie liczby żołnierzy.
Jeśli jednak sytuacja bezpieczeństwa ulegnie pogorszeniu lub zgłosi się zbyt mało ochotników, Bundestag, parlament niemiecki, może rozważyć wprowadzenie obowiązkowej służby wojskowej.
Zgodnie z tym prawem wszyscy 18-latkowie w Niemczech muszą wypełnić ankietę, w której zostaną zapytani, czy są zainteresowani i chętni do wstąpienia do sił zbrojnych.
Jeden z protestujących, 16-letni Elias Bernhard z Hamburga, powiedział, że odpowiedzi na pytania zawarte w ankietach „pokazują, że młodzi ludzie nie chcą wstępować do Bundeswehry [armii niemieckiej]”.
Rzecznik Ministerstwa Obrony powiedział BBC, że zgodnie z prawem obowiązek poddania się badaniom lekarskim dotyczy „wszystkich mężczyzn podlegających służbie wojskowej, urodzonych po 31 grudnia 2007 r.”.
Wyobraźcie sobie, że te protesty przeciwko SMO miałyby miejsce w Rosji. Zachód już dawno ogłosiłby, że „reżim Putina” stoi w obliczu wewnętrznej rebelii i upadku.
W Estonii młodzież jest również przygotowywana na nadchodzące wydarzenia, poprzez pranie mózgu, aby głęboko nienawidziła Rosji:Nie można załadować wideo.
Przyznanie się niemieckiego ministra spraw zagranicznych Wadephula, że złamał długoletnią omertę, która zabraniała mu rozmów z Rosją, tylko po to, by błagać ją o ustępstwa w takich sprawach jak transport zboża przez Morze Czarne dla Ukrainy, jest bardzo wymowne. To kolejny z wielu niedawnych przykładów desperacji Zachodu, by ratować Ukrainę za wszelką cenę.
Przedstawiają rozwijającą się katastrofę w kontekście tego, że Rosja jest „utknięta” i zmuszona do przedstawienia gwałtownego upadku Ukrainy jedynie jako rezultatu rosyjskiej „słabości”. Wiemy jednak, że sądząc po kolesiowskiej pośpiechu zachodnich polityków, sytuacja nie jest taka, jaką ją przedstawiają.

NYT pisze:
Ukraińscy urzędnicy nazywają obecną rosyjską kampanię „wojną totalną” ze względu na jej koncentrację na efektach ekonomicznych, a nie na węższych celach, takich jak zyski na polu bitwy czy zniszczenia infrastruktury. ChociażMoskwa przez całą wojnę atakowała aktywa komercyjne, jej ataki znacznie przybrały na skali.
Co zabawne, już w drugim akapicie fałszują strukturę własnego artykułu, przyznając, że Rosja zaczęła niszczyć gospodarkę Ukrainy dopiero po tym, jak Ukraina zaczęła to robić pierwsza, a nie dlatego, że Rosja „utknęła na polu bitwy”:
Nasilenie rosyjskich bombardowań nastąpiło po próbach Ukrainy, by zaszkodzić rosyjskiej gospodarce.Kijów wykorzystał swój rosnący arsenał krajowych dronów do ostrzału rosyjskiego przemysłu naftowego, najcenniejszego sektora, a także rosyjskich firm e-commerce.
Ups.
Zabawne, jak zachodnie szmatławce nieświadomie zaplątują się w logiczne węzły, bełkocząc nad własną niezdarną propagandą. Po powyższej sprzeczności stwierdzają dalej, że wojna w impasie przeradza się w bitwę na wyniszczenie ekonomiczne. Przyznają jednak, że Rosja wygrywa tę bitwę. Zatem, jeśli wojna, której linia frontu „zastygła w martwym punkcie”, jest rozstrzygana przez wyniszczenie ekonomiczne, a Rosja wygrywa tę wojnę z ogromną przewagą, to czyż nie powinniśmy założyć, że wojna wcale nie jest w impasie, lecz w rzeczywistości jest wygrywana przez Rosję?
Próbują wszelkimi możliwymi sposobami wymyślić jakąś zawiłą logikę, dzięki której Ukraina mogłaby być postrzegana jako „nieprzegrywająca”, podczas gdy wszystkie ich własne dane i domysły wyraźnie wskazują na coś dokładnie odwrotnego.
Dobre, stare zachodnie szmatławce i ich czterowymiarowa metalogika. Ukraina ponosi lwią część strat i zniszczeń, ale w jakiś sposób wygrywa. Rosja przegrywa i nie ma ludzi, którzy mogliby walczyć na „patowym” polu bitwy, a jednocześnie jest gotowa zaatakować Europę z każdej strony z niepowstrzymaną armią widmową.
Poza tym, jeśli „uwięziona armia” Putina jest powstrzymywana i rzeziona na Ukrainie, czy zawieszenie broni nie byłoby najniebezpieczniejszym możliwym rozwiązaniem, ponieważ uwolniłoby jego „uwięzionych żołnierzy” i umożliwiło im inwazję na Europę? A jednak to Europejczycy desperacko pragną zamrozić „już uwięźniętą” armię rosyjską wzdłuż obecnej linii frontu i umożliwić jej potencjalny marsz w inne miejsce.
Rzeczy, które sprawiają, że mówisz „hmm”. (Oczywiście, jeśli twoje IQ jest wyższe niż twoje ciśnienie rozkurczowe.)
Prawie nic z logiki tego tępego europejskiego cyrku nie jest już w stanie przejść testu zdrowego rozsądku.
Rzeczywiście jest tak, że cyrk odszedł, a klauni zostali.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 27 września 2026 michalkiewicz
No i w końcu doszło do tego, do czego dojść musiało. A przecież nie tylko poeci, ale również trzeźwi politycy przestrzegali, by nie wierzyć we własną propagandę. Propagandę – wiadomo – trzeba uprawiać, ale wierzyć w nią mają ci, dla których jest przegotowywana, to znaczy – inni – ale nie my. Podobnie poeta Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” pisał: „kto w szpony dostał się hipostaz, rzeczywistości już nie sprosta” – a hipostaza oznacza przypisywanie realnego istnienia pojęciom abstrakcyjnym.
Taką hipostazą jest na przykład „lud” Tymczasem żadnego „ludu” nie ma; są tylko ludzie. Tymczasem wielu ludzi myśli, że „lud” nie tylko istnieje, ale ma wyraźne opinie na różne tematy – tak, jak ludzie. Ta skłonność wykorzystywana jest przez rozmaitych demagogów, którzy terroryzują ludzi, wmawiając im, że „lud” chce tego, czy tamtego. Prowodyrzy rewolucji francuskiej nawet mordowali pod tym pretekstem swoich prawdziwych, bądź urojonych przeciwników – że niby „lud” tego właśnie się domaga. Józef Stalin zresztą też – chociaż wolał powoływać się na „ludzi sowieckich” – że to oni chcą tego, czy tamtego, że to wychwalają, a tamto – potępiają – i tak dalej
Ale chodzi tu przede wszystkim o obywatela Tuska Donalda, który najwyraźniej zaczął mieć objawy. Oto w tubylczej propagandzie pojawiły się opinie, że Rosja jest już passe, jako mocarstwo, skoro nie może dać sobie radcy z Ukrainą. Takie rzeczy mogą głosić ludzie nie znający historii. Na przykład w latach 60-tych i 70-tych USA prowadziły wojnę w Wietnamie, którą przegrały. Ale nie prowadziły wojny z Wietnamem, bo z nim by sobie poradziły – tylko z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek. To była dla Ameryki bardzo ciężka wojna i nie pomogło nawet zaangażowanie w niej pół miliona amerykańskich żołnierzy. USA w końcu się z Wietnamu wycofały – ale przecież nie przestały być mocarstwem. Bo mocarstwowość oznacza, że jakieś państwo jest zdolne do ustanawiania własnych praw poza swoimi granicami. USA taką zdolność mają, podobnie, jak Chiny, czy Rosja, chociaż oczywiście mogą też ponosić porażki – ale jedna, czy druga porażka takiej zdolności nie musi wcale usuwać.
Wracając tedy do obywatela Tuska Donalda, to zaczął on zdradzać objawy wkrótce po publikacji tej opinii i rozgromieniu Rosji przez Księcia-Małżonka, który podczas swego pobytu w Kijowie zrobił minę tak straszną, że na jej widok Putin podobno struchlał, a Książę-Małżonek zaczął się przechwalać, że NATO by Rosję pokonało w trymiga. Objawy jednak polegały na tym, że obywatel Tusk ogłosił, jakoby otrzymał „raport” od samej amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej. Wcześniej szef CIA rzeczywiście był w Moskwie i prawdopodobnie pod tym pretekstem obywatel Tusk dopuścił dobie do głowy, że musiał tam spenetrować prawdę, że Rosja, jako mocarstwo jest już passe. No dobrze – ale skoro Rosja jest już passe, to jakie państwo zajęło jej miejsce? Ano – jakież by, jak nie Polska?
W takiej sytuacji doszło do tego, do czego dojść musiało i obywatel Tusk wyobraził sobie, że teraz to on, jako szef tubylczego vaginetu, będzie otrzymywał z CIA raporty. Nie tylko sobie to wyobraził, ale nawet ogłosił to z trybuny sejmowej. Zrobiło to kolosalne wrażenie na jego wyznawcach, ale pojawił się też pewien rys niepokojący – że nie przedstawił on tego raportu nikomu, nawet swojemu zastępcy Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, który w jego vaginecie ma fuchę ministra obrony narodowej. Tymczasem poeta przestrzega, że „nie jest światło, by pod korcem stało”, więc pojawiły się podejrzenia, czy ten raport jest rzeczywiście, czy może go nie ma. Wreszcie przyciśnięty do ściany Wielce Czcigodny minister-koordynator od bezpieczniaków, Siemoniak Tomasz puścił farbę, że żadnego raportu nie było. Wywołało to kolejną falę spekulacji, jakie jeszcze objawy mogły wystąpić u obywatela Tuska i od kiedy. Nic pewnego na ten temat nikt nie może niestety powiedzieć, bo między obywatelem Tuskiem i jego vaginetem, a środowiskiem medycznym występują napięcia na tle reform, które najpierw z wielkim przytupem zapowiadała Wielce Czcigodna Jolanta Sobierajska-Grenda, piastująca w vaginecie obywatela Tuska fuchę ministra zdrowia. Wprawdzie teraz się z nich wycofała co najmniej na rok – powiadają, że pod pretekstem, jakoby przekraczały one możliwości umysłu ludzkiego – ale nieufność i wynikające z niej napięcia pozostały. Inna sprawa, że z jakichś zagadkowych powodów środowisko medyczne ma poczucie siły, o czym świadczy odpowiedź pana doktora Dawida Kasprzyka na pytanie, jak się czuje po aferze w Szpitalu Południowym, od której wszystkie te zawirowania wokół systemu ochrony zdrowia się zaczęły. Pan Kasprzyk, nie wiedząc, że jest nagrywany ukrytą kamerą, oświadczył, że „ma to w d…” . I słuszna jego racja, bo przecież muszą być jakieś ważne powody, dla których obywatel Żurek Waldemar, co to stawia „zarzuty” na prawo i lewo, co to co i rusz, za pośrednictwem niezawisłych sądów, wtrąca kogoś do aresztu wydobywczego, pana doktora Kasprzyka na razie nie ośmielił się nawet przesłuchać. Czyżby dostał od starych kiejkutów telefon: wy Żurek, wy u nas bardzo uważajcie, bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa?
Coś może być na rzeczy, bo właśnie Sejm wprawdzie wyraził zgodę na „zatrzymanie”, a nawet – na „tymczasowe aresztowanie” Wielce Czcigodnego posła Koalicji Obywatelskiej Wojciecha Króla – czego domagała się „prokuratura europejska” pod pretekstem „korupcji” – ale niezawisły sąd nie chciał nawet słyszeć o żadnym areszcie. Bo powiedzmy sami – kto to widział, żeby Króla wtrącać aresztu? Może gdzieś w Europie, w której zdarzały się nawet przypadki królobójstwa, panuje taka moda – ale na szczęście nie u nas. Czy niezawisłemu sądowi musiały o tym przypomnieć stare kiejkuty, czy też niezawisły sąd sam powinność swej służby zrozumiał – tak czy owak Wielce Czcigodny Wojciech Król jest wolny, wolność ubezpieczający.
Tymczasem rzeczywistość właśnie upomniała się o swoje prawa. Oto Agencja Ratingowa Moody’s, po raz pierwszy od 24 lat, a więc niemal od sławnej transformacji ustrojowej, na której wprawdzie stare kiejkuty się obłowiły – ale nie wiedząc, co z tym dalej robić, spuściły łup za grosze naszym nowym sojusznikom – obniżyła tzw. „rating” dla Polski z drugiego na trzeci stopień z powodu nadmiernego zadłużenia naszego bantustanu i rosnących kosztów jego obsługi. Wprawdzie ponury pan minister finansów Andrzej Domański zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo gospodarka „wzrasta” i jest „stabilna” – ale za Edwarda Gierka też tak było, a nawet lepiej, bo Polska była na 10, a nie – jak dzisiaj – dopiero na 20 miejscu światowej gospodarki – aż do momentu, kiedy wszystko się skawaliło i nie było innej rady, jak wprowadzić stan wojenny.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

————————

—————————–

———————————————-

———————-

———————————————–

———————–

————————-

—————–

——————–

Tajne wskazania Episkopatu do promowania w kościołach lewackiego programu politycznego – uchodźcy


Doktor, inżynier, magister, profesor…
———————

——————-

————————–

[To już było!! – Ale od innego dostawcy… ]
————

———————-

Łukasz Jastrzębski .
Z nieoficjalnych informacji Radia Eska wynika, że Ihor M., Ukrainiec, który zabił polskiego księdza w Jarosławiu, a także zranił cztery inne osoby, miał być wcześniej żołnierzem Ukrainy i walczyć na froncie z Rosją. Miał posiadać nie tylko paszport ukraiński i niemiecki ale także polski numer PESEL. Ambasador Ukrainy zaprzecza informacji Radia Eska, że mężczyzna służył w wojsku i brał udział w wojnie.
W Warszawie właśnie otwiera się pierwszy w Europie ośrodek ukraińskiego Korpusu Weteranów. Ukraińscy żołnierze, którzy walczyli z Rosjanami i powracają z frontu to ludzie straumatyzowani z ogromnym bagażem problemów. Bardzo często to żołnierze z objawami stresu pourazowego, którzy wymagają specjalistycznego leczenia. Tym jednak powinna zajmować się Ukraina a nie Polska.
Cały czas obserwuję w mediach zbiórki rodziców na leczenie swoich dzieci. Ciągle żebranie o pieniądze, by nie umierały polskie dzieci. W naszym kraju nie mamy praktycznie usług stomatologicznych w ramach opłacanego przez nas wszystkich funduszu zdrowia. A pamiętam czasy, gdy dentysta był w każdej szkole. Na łopatkach leży coraz bardziej potrzebna starzejącemu się społeczeństwu geriatria. Ciągle w służbie zdrowia na wszystko brakuje pieniędzy.
Ja wiem, ze znaczna część elit w tym polityków i biskupów w naszym kraju odczuwa niepohamowaną sympatię do Ukrainy. Oczywiście im wolno. Ale ich odczucia nie mogą powodować zagrożeń dla ogółu Polaków. Jarosławska tragedia nie powinna się już nigdy więcej powtórzyć. To powinna być straszna lekcja dla nas wszystkich.
Wielu się oburzyło na posła do Parlamentu Europejskiego Sławomira Tyszkę, który skierował do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen pytanie w sprawie zamknięcia strefy Schengen dla ukraińskich weteranów. Ale on ma całkowitą rację. Egoizm narodowy czasem nas po prostu ratuje. Realne życie to nie jest scenariusz „Troskliwych misiów”, o czym przekonali się Polacy w jarosławskim opactwie sióstr benedyktynek.
Jestem przekonany, że entuzjastyczne poparcie liberałów i lewaków w stosunku do budowy ukraińskiego ośrodka Korpusu Weteranów skończyłaby się gdyby miał on powstać na ich zamkniętym ekskluzywnym osiedlu. Jeśli imperatyw moralny zmusza ich do zaoferowania ukraińskim weteranom miejsca w Polsce to proponuję w ich zapewne dobrze wyposażonych mieszkaniach. Robert Kropiwnicki (KO) ma ich 11, Małgorzata Niemczyk (KO) 10, Krzysztof Śmiszek (Lewica) i Dariusz Wieczorek (Lewica) po 6, zaś Robert Biedroń (Lewica) 4. Resztę można umieścić w pałacach biskupich zatroskanych członków Konferencji Episkopatu Polski.
Łukasz Jastrzębski

Dziennikarze Kanału Zero dotarli do rodziców, którym odebrano dzieci po głośnej „interwencji” Rzecznik Praw Dziecka Moniki Hornej-Cieślak, do której doszło w sierpniu na jednej ze stołecznych ulic. Para przedstawiła swoją wersję wydarzeń, która różni się od opowiadanej przez RPD w mediach.
– Odprowadzałam dzieci do przedszkola, więc jechaliśmy komunikacją miejską. Syn nie posłuchał się, bo wybiegł sobie na ulicę. Prosiłam go trzy razy na początku, żeby wrócił, za czwartym razem faktycznie krzyknęłam, bo zauważyłam, że samochody mają zielone światło i zaczynają ruszać. Syn nie wrócił, więc złapałam go za rękę i ściągnęłam go po prostu z jezdni – relacjonowała matka dzieci.
– Pani rzecznik podeszła, zaczęła się czepiać, że dlaczego krzyczę na swoje dziecko – dodała.
– Czy pani rzecznik nagrywała to zajście? – zapytał jeden z dziennikarzy.
– Na początku tego nie nagrywała (…) Dysponuje nagraniem, ale to nagranie również było w sądzie, na rozprawie. Nagranie zaczynało się od momentu, kiedy pani rzecznik już była przeze mnie zwyzywana za bezprawne robienie zdjęć moim dzieciom – do czego się praktycznie nie przyznała – powiedziała kobieta.
Dodała, że RPD miała robić dzieciom zdjęcia, „i to jeszcze tak jakby z ukrycia, tylko nie wyłączyła dźwięku w aparacie”.
Przyznała też, że nie rozpoznała, kim jest kobieta, która zaczepiła ją na ulicy. – Dla mnie to była obca kobieta. Rzekomo się przedstawiła, że jest Rzecznikiem Praw Dziecka, poprosiłam o to, żeby pokazała legitymację, to zaczęła czegoś szukać w tej swojej sukience, ale nic mi nie przedstawiła, kompletnie. Żadnej legitymacji, żadnego papierka, nic – relacjonowała.
Pytana, czy użyła wobec dziecka wulgarnych słów, kobieta powiedziała, że „wobec dziecka nie”. – A wobec niej tak – dodała.
– Nigdy w życiu bym syna na k. nie nazwała, bo dobrze wiem, o jakie słowo jej chodzi. Tego sformułowania użyłam do niej – i nie tylko na k, ale też i na s. – wyjaśniła.
Pytana, dlaczego tak powiedziała, odparła: „z powodu właśnie tego, że zaczęła robić zdjęcia moim dzieciom”. – Nie lubię, jak ktoś to robi, nie wiem, kim była ta kobieta i nie wiem, co miała w planach zrobić z tymi zdjęciami moich dzieci, więc troszeczkę się zdenerwowałam. No jeszcze ta sytuacja stresowa, gdzie praktycznie prawie potrącił samochód moje dziecko – dodała.
– W tym wywiadzie pani rzecznik też twierdziła, że dzieci, kiedy pani próbowała odejść stamtąd w stronę swojego domu, że dzieci nie chciały z panią iść. Jak to wyglądało z pani perspektywy? – pytał jeden z dziennikarzy.
– Dzieci były zdenerwowane i zestresowane całą sytuacją, więc szły do domu niechętnie, ale iść – szły. Jak mówiłam, że idziemy do domu, to szły do tego domu. Szły powoli, bo były przestraszone – mówiła kobieta.
– Pani rzecznik w tym wywiadzie opisała, że aż dzieci trzymały się szyby i tak bardzo nie chciały pójść – wtrącił dziennikarz.
– Nie trzymały żadnej szyby (…) To było tak, że otworzyłam klatkę czipem, weszliśmy na klatkę, dzieci pobiegły w stronę windy, żeby wezwać windę, to pani rzecznik się ze mną szarpała o drzwi do bloku – opisywała kobieta.
– Chciała wejść za mną, zobaczyć do jakiego lokalu wchodzę, pod jakim numerem mieszkania mieszkam. No ale nie weszła, można powiedzieć nie pozwoliłam jej – dodała.
Kobieta opisała, że po około dwóch godzinach od momentu powrotu do domu, odwiedził ich dzielnicowy.
Po „interwencji” RPD dzieci zostały zabrane z rodziny. Na tym jednak problemy się nie skończyły, bowiem właściciel mieszkania wypowiedział parze umowę, dając tydzień na opuszczenie lokalu. Aktualnie matka razem z dziećmi mieszka w ośrodku interwencji kryzysowej, a jej partner szuka nowego mieszkania dla rodziny. Mężczyzna podkreślał, że nie miał żadnych zaległości w opłatach, jednak do dziś nie dowiedział się jaki był powód wypowiedzenia umowy.
Z relacji kobiety wynika, że dzieci trafiły do placówki opiekuńczej 15 sierpnia. – W poniedziałek byliśmy w sądzie od 8 rano, o 14 była sprawa, o 17 dostaliśmy papier z sądu, że możemy odebrać dzieci – dodała.
Rodzice odnieśli się także do informacji medialnych o przemocowej przeszłości – niebieskiej karcie i wyroku za rozbój. Kobieta przyznała, że założono jej tzw. niebieską kartę, ale „z powodów mieszkaniowych”. – Po prostu warunki mieszkaniowe były zbyt złe na to, żeby dzieci tam się wychowywały, rozwijały i przebywały – powiedziała, wyjaśniając, że chodzi o inne mieszkanie, w którym mieszkała z babcią i bratem. Dodała, że karta została założona około dwa lata temu i nie miało to żadnego związku z przemocą.
Z kolei mężczyzna przyznał, że kilka lat temu odsiedział wyrok za sprawę, która także nie miała żadnego związku z przemocą, ani z dziećmi. Podkreślał też, że nie miał nic wspólnego z tzw. niebieską kartą swojej partnerki.
Para zaznaczyła także, że w trakcie odbierania im dzieci funkcjonariusze zapewnili, że ktoś z rodziny może zająć się opieką nad nimi, jednak – jak wynika z ich relacji – gdy babcia dzieci pojawiła się na miejscu, nie przekazano jej ich pod opiekę. – Pan komendant stwierdził, że nie i koniec, kropka – powiedziała kobieta.
autor: Brandon Smith, wpisał: AlterCabrio, 26 września 2026
Wojna światowa z pewnością by się przydała, prawda? Można wprowadzić wszelkiego rodzaju ograniczenia dla ludności, a także znaleźć idealny pretekst do opóźnienia lub odwołania normalnych wyborów. Czy postępowcy posunęliby się aż tak daleko, żeby uniemożliwić konserwatystom przejęcie władzy? Wszyscy wiemy, że tak.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
Od sześciu miesięcy oczy świata zwrócone są na wojnę w Iranie, podczas gdy najniebezpieczniejszy punkt zapalny na planecie był w dużej mierze ignorowany. Aż do momentu, gdy fala ukraińskich ataków dronów wywołała panikę na światowych rynkach oleju napędowego. Nagle wszyscy znów zaczynają koncentrować się na jednym…
Rosja jest drugim co do wielkości eksporterem oleju napędowego na świecie, po Stanach Zjednoczonych, dostarczając około 12% całkowitego globalnego eksportu (USA dostarczają 22% eksportu). Dla porównania, w normalnych warunkach przez Cieśninę Ormuz przechodzi tylko 10% globalnego eksportu oleju napędowego – a dostawy te pochodzą z siedmiu różnych krajów wydobywających ropę, w tym z Iranu.
Po zachodnich sankcjach rosyjskie dostawy oleju napędowego trafiały głównie do Turcji, Brazylii, Indii i Chin. Jednak ponieważ rosyjskie dostawy nadal krążyły na rynkach światowych, kraje te nie musiały czerpać paliwa z alternatywnych źródeł.
Warunki uległy zmianie, i to nie na lepsze. Ciągłe ukraińskie ataki dronów na rosyjskie rafinerie zmusiły Kreml do wstrzymania całego eksportu oleju napędowego i utrzymania dotychczasowych dostaw tego paliwa na potrzeby ludności i działań wojennych.
Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego ceny oleju napędowego tak mocno ucierpiały od lipca, to powodem są rosyjskie cięcia eksportowe. Ruch przez Cieśninę Ormuz od lipca systematycznie rośnie, zgodnie z niezależnym potwierdzeniem danych satelitarnych (każdy, kto korzysta wyłącznie z danych transpondera AIS, będzie miał zaniżone i niedokładne wyniki). To właśnie kwestia rosyjskich rafinerii spowodowała wybicie cen oleju napędowego w ostatnich miesiącach.
Z powodu całkowitego odcięcia rosyjskich źródeł, wiele krajów będzie musiało korzystać z usług innych producentów. Oznacza to, że tort się kurczy, ale każdy nadal chce mieć taki sam kawałek, jaki zawsze miał. Jeśli Stany Zjednoczone w odpowiedzi również wstrzymają eksport oleju napędowego, będzie to katastrofa dla rynków zagranicznych i doprowadzi do rzeczywistych niedoborów podaży (Europa mocno ucierpi; połowa importowanego tam oleju napędowego pochodzi ze Stanów Zjednoczonych).
W 2024 roku zastanawiałem się, dlaczego Ukraińcy wciąż atakują nietypowe cele, takie jak stacje radarowe wczesnego ostrzegania przed nuklearnymi zagrożeniami, zamiast atakować kluczowe zasoby, takie jak rafinerie ropy naftowej, aby powstrzymać rosyjską strategię wyniszczającą. Cóż, wygląda na to, że Ukraińcy w końcu to zrozumieli.
Rosyjska strategia wyniszczania była bardzo skuteczna w uszczuplaniu ukraińskich sił zbrojnych (do tego stopnia, że rekrutowali głównie mężczyzn po 40. roku życia), ale kluczową wadą powolnego przesuwania się linii frontu i przedłużającej się ofensywy jest to, że wymaga ona dużych zapasów zasobów. Ukraińskie ataki dronów mają niską skuteczność, ale jeśli wyślą tysiąc bezzałogowych statków powietrznych do ataku na rafinerię i kilka z nich się przedostanie, to i tak będzie to zwycięstwo w dłuższej perspektywie, ponieważ osłabi to mozolną rosyjską operację wyniszczania.
Administracja Trumpa zwróciła się do Ukrainy z prośbą o zaprzestanie ataków na rosyjskie rafinerie z powodu niestabilności rynków globalnych, ale Zełenski zignorował tę prośbę. Nic dziwnego, w końcu znaleźli taktykę, która działa.
Oczywiście, teraz reszta świata zmaga się z niedoborami oleju napędowego, podczas gdy rok temu nie było to problemem. Można by pomyśleć, że Europejczycy, szczególnie dotknięci podwyżkami cen paliw i energii, będą się spieszyć, żeby zakończyć wojnę. I być może wkrótce zainterweniują, ale nie w sposób, na jaki moglibyśmy liczyć…
Myślę, że można śmiało powiedzieć, że wojna na Ukrainie skończyłaby się dawno temu, gdyby nie ingerencja rządów europejskich, które wspierają Ukrainę i namawiają ją do NIEZAWARCIA porozumienia. Ostatecznie Rosja utrzyma Donbas, niezależnie od tego, czy Ukraina tego chce, czy nie. Jednak Zełenski nie chce się z tym pogodzić, więc wojna trwa znacznie dłużej, niż jest to konieczne.
Sytuacja staje się jednak o wiele bardziej niebezpieczna, gdy elity europejskie naciskają na rozpoczęcie działań na miejscu. Wydaje się, że chcą rozpocząć wojnę światową. Pomijając problem z zasobami oleju napędowego, który wyznacza harmonogram wojny dla obu stron, rządy europejskie zwiększyły ruchy wojsk na wschodnich granicach i zaczyna wyglądać na to, że szykują się do czegoś wielkiego.
Polska buduje rozległe okopy i fortyfikacje, wykorzystując niemieckich saperów, na granicy z Białorusią. Niemcy utworzyli na Litwie 5000-osobową brygadę pancerną, co jest pierwszym od 1945 roku stałym stacjonowaniem wojsk bojowych poza granicami kraju. NATO utworzyło 9. wielonarodową grupę bojową, która regularnie ćwiczy w Finlandii, niedaleko granicy z Rosją. Wiele krajów wysyła rotacyjne brygady na Łotwę, do Rumunii i Estonii. Nawet Kanadyjczycy wysyłają tam swoje wojska.
W ostatnich tygodniach doszło do wielokrotnego operowania myśliwców w Polsce i państwach bałtyckich z powodu domniemanej aktywności dronów lub samolotów w pobliżu przestrzeni powietrznej Sojuszu. Sojusznicy wstępnie rozmieszczają sprzęt i planują znacznie większe zapasy amunicji i zasobów w państwach frontowych. NATO opublikowało również obszerny plan awaryjny dla wschodniej flanki.
Odnotowano wzrost liczby komunikatów politycznych i dotyczących gotowości cywilnej skierowanych do obywateli. Polskie ostrzeżenia o możliwych ukrytych incydentach z udziałem dronów/pocisków rakietowych. Francuskie środki ochrony infrastruktury krytycznej po odprawach dotyczących ataków hybrydowych. Niemieckie planowanie pojemności szpitali wojskowych. Litewskie plany dotyczące dróg ewakuacji. Brytyjskie biuletyny dotyczące gotowości społecznej, w tym zalecenia dla ludności cywilnej dotyczące zaopatrzenia się w żywność i inne artykuły.
Nawet Szwajcaria rozsyłała komunikaty dla swoich obywateli dotyczące bezpieczeństwa i gotowości, wskazując na „pogarszającą się sytuację bezpieczeństwa” w związku z rozbudową sił militarnych.
Wszystko to można postrzegać jako postawę obronną, niekoniecznie planując bezpośrednie starcie z Rosjanami, ale pomyślmy przez chwilę, że Rosja ani razu nie zagroziła atakiem na cele europejskie lub NATO i konsekwentnie powtarzała, że jej jedynym interesem jest Ukraina. Mimo to Europa usunęła swoją strategię obronną “trip wire” (tzw. strategia potykacza -AC) i zastąpiła ją stałym frontem. Z pewnością wygląda na to, że przygotowują się na wydarzenie, które mogłoby sprowokować Rosjan do ataku na cele poza Ukrainą.
Jakie to byłoby wydarzenie?
Żeby było jasne, nie jestem wielkim fanem rosyjskiego rządu. Dowody wskazują na regularne operacje psychologiczne w USA i jest o wiele za wielu konserwatywnych wpływowych polityków, którzy całują Putina w tyłek. Mimo to, nie jestem też fanem Ukrainy ani Europy i podejrzewam, że elity UE z chęcią wywołałyby wojnę światową, gdyby uważały, że ujdzie im to na sucho.
Dlaczego? No cóż, oto moja teoria…
Europa była głównym celem trwającej dekadę operacji wymiany kulturowej. Masowa imigracja była wykorzystywana do podważania stabilności struktur gospodarczych i społecznych. Od lat ostrzegam, że ci migranci z Trzeciego Świata są importowani jako armia najemników, by kontrolować miejscową ludność i zapobiegać rebelii przeciwko przyszłym lewicowym programom.
Widzimy już potwierdzenie tego w Wielkiej Brytanii, gdzie migranci są włączani do sił policyjnych w celu stłumienia konserwatywnych demonstrantów.
Rzecz w tym, że ten plan inwazji wywołał ogromną kontrakcję europejskich patriotów w krajach takich jak Wielka Brytania i Niemcy. Partie antyimigracyjne i konserwatywne, takie jak Restore w Wielkiej Brytanii i AfD w Niemczech, odnoszą ogromne sukcesy w liczbie członków i wyborach. Oznacza to, że czas lewicowców/globalistów się kończy i muszą szybko coś zrobić, zanim stracą bezpośrednią władzę.
Wojna światowa z pewnością by się przydała, prawda? Można wprowadzić wszelkiego rodzaju ograniczenia dla ludności, a także znaleźć idealny pretekst do opóźnienia lub odwołania normalnych wyborów. Czy postępowcy posunęliby się aż tak daleko, żeby uniemożliwić konserwatystom przejęcie władzy? Wszyscy wiemy, że tak.
Mamy więc dwa działające zegary, których nie było na początku wojny na Ukrainie: zegar niedoboru oleju napędowego, szczególnie dla Europejczyków. I mamy lawinę ruchów konserwatywnych, a główne wybory odbędą się w latach 2026-2029.
Obawiam się, że lewicowcy pójdą na całość, by utrzymać władzę. Nie sądzę, żeby byli na tyle szaleni, by chcieć wojny nuklearnej, a być może Rosjanie również chcą jej uniknąć. Jeśli tak się stanie, rezultatem będzie rozległy konflikt obejmujący wiele regionów, który MOŻE przekształcić się w konflikt nuklearny, jeśli któraś ze stron poczuje się przegrana. Głównym celem elit UE na tym etapie byłoby wciągnięcie USA do konfliktu.
W każdym razie wstrząsy wtórne byłyby katastrofalne. Miejmy nadzieję, że konserwatywne i populistyczne ruchy w Europie zdołają wyrwać dywan spod swoich skrajnie lewicowych rządów, zanim sytuacja na froncie wschodnim ulegnie dalszej eskalacji.
_____________
◊
Więcej: Brandon Smith
Izabela Brodacka
Od pierwszego września w szkołach obowiązują nowe zasady
żywienia. Osoba żyjąca wystarczająco długo na świecie była
wielokrotnie świadkiem zmian obowiązujących zasad i
przepisów czasem wręcz o 180 stopni. Gdy moje dzieci były
małe obowiązywało wprowadzanie do diety niemowlęcia, od
trzeciego miesiąca jego życia, zup jarzynowych zabielanych
żółtkiem jaja kurzego. Nie wiem jaki idiota to wymyślił lecz
jest on odpowiedzialny za epidemię uczuleń nękających
obecnych czterdziestolatków. Przecież powszechnie
wiadomo, że żółtko jaj kurzego, jako obce białko, jest silnym
alergenem. Lekarze traktowali jednak te idiotyzmy ze
śmiertelną powagą a nawet gdy naiwna matka przyznawała
się szczerze, że nie podaje zupek bo dziecko nie chce ich jeść,
grozili matce sądem rodzinnym i skierowaniem dziecka do
pieczy zastępczej.
Równie poważnie było traktowane
odstępstwo od zasady karmienia dziecka co trzy godziny, a
nie wtedy gdy jest ono głodne. Rozsądne matki okłamywały
lekarzy i były to kłamstwa całkowicie usprawiedliwione. Po
zmianie systemu w Polsce a przede wszystkim gdy
amerykańscy uczeni przypomnieli sobie, że samica ludzka ma
piersi ci sami lekarze z równą bezwzględnością zalecali
karmienie dziecka do roku wyłącznie piersią. Margaryna
najpierw była polecana przez lekarzy jako zdrowa, a potem
traktowana jako bardzo niezdrowa. Pomidory miały kiedyś
być rakotwórcze a potem rzekomo chroniły przed
nowotworami.
Szczytem idiotyzmu była obowiązująca podobno w ZSRR praktyka odbierania położnicom noworodka żeby nie mogły go nakarmić .Sowieccy uczeni nie wiadomo dlaczego twierdzili, że siara szkodzi dziecku, kiedy powszechnie wiadomo, że jest niezwykle ważna dla jego
odporności. Sowieccy uczeni odwracali bieg rzek i hodowali
gruszki na wierzbie. Sowiecki system wydał Miczurina i
Łysenkę. Szkoda czasu na zajmowanie się ich osiągnięciami.
Kilka lat temu nauczyciele polskich szkół zaśmiewali się
widząc, jak dzieci przemycają do szkoły zwykłą sól kuchenną
tak jakby to był groźny narkotyk. Centralne zarządzenie
ograniczało wówczas solenie potraw w szkolnych stołówkach.
Bardziej gorliwi wychowawcy kontrolowali dziecięce plecaki i
traktowali przemycanie soli wręcz jak poważne wykroczenie
czy przestępstwo.
Wracając do przepisów, które weszły w życie od początku
tego roku szkolnego. Otyłość dzieci nie jest bynajmniej
związana ze spożywaniem mięsa. Związana jest przede
wszystkim ze zmianą trybu życia, z zastępowaniem życia
społecznego i towarzyskiego przez maniakalne śledzenie
mediów społecznościowych. Nie rozwiąże tego problemu ani
zakaz używania w szkołach telefonów, ani nakaz spożywania
roślin strączkowych. Przede wszystkim decyzje o sposobie
odżywiania dzieci należą do rodziców. Poza tym nie zmusi się
dzieci do spożywania nielubianych potraw – będą zostawiały
fasolkę na talerzu, rzucały nią po podłodze i wynosiły ją w
kieszeniach.
Dobrym przykładem jest akcja mleczna przeprowadzana obecnie w wielu szkołach podstawowych. Dla dzieci przeznacza się specjalne opakowania ze słomką
zawierające około szklanki mleka lecz dzieci i tak nie chcą ich
odbierać ani tego mleka pić. Pod koniec okresu ważności produktu intendentki błagają pracowników szkoły żeby zabierali bliskie przeterminowania pudełeczka z mlekiem bo
za kilka dni będą musiały wyrzucić je na śmietnik. Za tę akcje
płacimy my wszyscy, podatnicy. Zdania na temat mleka są
zresztą podzielone. Pamiętam żartobliwe hasło z czasów
komuny : „Pij mleko będziesz kaleką”. Ale nie o żarty tu
chodzi. Za moich czasów w komunistycznej szkole
podstawowej rano w stołówce stało mleko w wiadrze a po
obiedzie kompot. Nikt jednak nie zmuszał dzieci do picia tego
mleka czy kompotu ani do jedzenia nielubianych potraw.
Kucharki pytały dzieci czy chcą kotlet i czy będą jadły szpinak
lub kiszoną kapustę. Ludzie, którzy przeżyli wojenną i
powojenną nędzę mieli więcej poczucia rzeczywistości niż
obecnie, a przede wszystkim szanowali jedzenie i nie chcieli
go marnować. Pamiętam, że kucharki mówiły: „ Bierz co
chcesz ale masz wszystko zjeść, talerz ma być po jedzeniu
zupełnie czysty”. Zmiany nawyków żywieniowych nie
przeprowadzi się przymusem.
Zakaz używania przez dzieci telefonów, choć wydaje się
rozsądny też niczego nie załatwi. Zakaz używania telefonu bez
ich odbierania oznacza, że dzieci będą pod ławką śledziły
wpisy na ekranie tak jak my czytaliśmy podczas nudnych lekcji
książki. Zakaz przynoszenia telefonu do szkoły spowoduje, że
rodzice nie będą mogli nawiązać kontaktu z dzieckiem i w
razie niebezpieczeństwa udzielić mu pomocy. Bezpieczeństwa
nie zapewni się obywatelom mnożąc sprzeczne ze sobą
zarządzenia.
Bezpieczeństwo, w tym zdrowotne, zależy od funkcjonowania państwa i jego instytucji. W filmach widzimy jak ratownicy wiozą biegiem chorego na salę operacyjną gdzie czeka zespół najlepszych lekarzy gotowych go operować.
Praktyka jest taka, że przeciętny obywatel w żaden sposób nie
może dostać się do szpitala, że na niezbędne badania zostaje
zapisany w terminie za kilka miesięcy a nawet za rok a jeżeli
zostanie objęty protokołem terapii daremnej nikt nie ma
prawa go w ogóle leczyć. W filmach dzielni funkcjonariusze
policji pędzą na sygnale do każdego zgłoszenia
zaniepokojonego obywatela.
Praktyka jest zupełnie inna. Niedawno kilkunastoletnia dziewczynka umarła na ulicy z
wyziębienia, choć miała kontakt telefoniczny z ojcem gdyż policja nie tylko jej nie szukała lecz nie raczyła nawet ustalić lokalizacji jej telefonu co mogło uratować jej życie.
Jak wielokrotnie pisałam świat nie jest obecnie stabilny.
Liberalna demokracja nie zakończyła konfliktów i wojen i
poważnie pomylił się Francis Fukuyama wieszcząc koniec
historii. W sytuacji realnego zagrożenia światowym
konfliktem wydaje się pieniądze na idiotyczny poradnik, który
mogłoby napisać dziecko. Brakuje schronów zaopatrzonych w
czystą wodę, brakuje strategicznych zapasów żywności, a
obywatelom radzi się żeby mieli w plecaku latarkę, mapę i
zapałki. Te porady są tyle samo warte co nowe zasady
żywienia. Tyle co nic.
Tetiana Kolesnychenko 26 września 2026, wiadomosci.wp.pl/wladza-wyslizguje-sie-z-rak-zelenskiego-biuro-antykorupcyjne-stalo-sie-opozycja
Walka z korupcją przerodziła się w brutalną polityczną grę – przekonują osoby związane z rządem w Kijowie. Źródła Wirtualnej Polski przyznają, że poziom korupcji w Ukrainie jest wyższy niż kiedykolwiek, ale jednocześnie ostrzegają: metody stosowane przez biuro antykorupcyjne (NABU) nie gwarantują skazania winnych. Mogą natomiast pogrążyć kraj w chaosie. Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.
Czerwiec 2025 r. Cała Ukraina żyje aferą wokół Oleksija Czernyszowa.
Wicepremier, wiedząc, że ma usłyszeć zarzuty korupcyjne, wyjeżdża w zagraniczną „delegację” i nie śpieszy się z powrotem. Dopiero dyskretna interwencja ówczesnego szefa wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa sprawia, że Czernyszow wraca do Kijowa.
– Wtedy wydawało się, że to straszny wstyd. Teraz można zatęsknić za tamtymi czasami – ironizuje jeden z rozmówców Wirtualnej Polski, zbliżony do ukraińskich władz.
Rok po aferze Czernyszowa sytuacja się powtórzyła. Tylko w znacznie gorszej odsłonie.
Na początku września Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) opublikowało wyniki najnowszego śledztwa „Kartagina„. Wykazało ono, że w biurze prokuratora generalnego działał syndykat, który „kryszował„, czyli zapewniał ochronę sieci call center, w których oszuści, podszywając się pod skarbówkę czy policję, wyłudzali miliony. Ofiarami padali głównie Rosjanie, rzadziej Ukraińcy oraz obywatele UE i USA.
Tydzień po publikacji „Kartaginy” prokurator generalny Rusłan Krawczenko postanowił pójść w ślady Czernyszowa i, nie czekając na zarzuty, wyjechał w „delegację”. Z tą różnicą, że nie zamierza z niej wracać. Zamiast tego wypowiedział NABU wojnę, która rykoszetem uderzała w prezydenta Ukrainy.
Krawczenko jest kolejną osobą, która odgrywała ważną rolę w systemie władzy Wołodymyra Zełenskiego, a którą prezydent musiał zwolnić ze względu na skandal korupcyjny. W ciągu niespełna półtora roku NABU i SAP (specjalna prokuratura antykorupcyjna) przetrzebiły najbliższe otoczenie Zełenskiego, doprowadzając m.in. do odejścia Andrija Jermaka, szefa administracji i prawej ręki Zełenskiego.
Jak przekonują rozmówcy Wirtualnej Polski, wypłynięcie kolejnych afer jest tylko kwestią czasu. Formalnie kompetencje NABU i SAP nie pozwalają im prowadzić śledztwa wobec prezydenta, ale otoczenie Zełenskiego nie ma wątpliwości, że to on jest głównym łupem w tej grze.
– Nie dajmy się zwieść. Pod płaszczykiem walki z korupcją toczy się brutalna polityczna gra – słyszymy od ludzi związanych z ukraińską władzą.
Inne źródło przyznaje, że poziom korupcji w Ukrainie jest teraz wyższy niż kiedykolwiek. – Trzeba z nią walczyć, ale bez urządzania medialnego show – mówi inna osoba.
– Wstyd i hańba. Inaczej historii z biurem generalnego prokuratora nie da się nazwać. Wykrywanie takiej korupcji jest bardzo potrzebne. Ale nie każde śledztwo NABU i SAP jest takie. Jeśli spojrzeć całościowo na ich działalność, można odnieść wrażenie, że jest to próba resetu władzy w najbardziej krytycznym momencie istnienia ukraińskiego państwa – mówi Julia Zabelina, analityczka i dziennikarka polityczna.
Głęboka czerń na ekranie. W tle muzyka trzymająca w napięciu. Kamera powoli najeżdża na czarny telefon z tarczą. Dzwoni. Męska ręka zdecydowanym ruchem chwyta słuchawkę – tak, niczym horror klasy D, zaczyna się najnowszy film NABU o szczegółach operacji „Kartagina”.
Za chwilę w kadrze pojawi się detektyw. Krótkie komentarze poprzedzają nagrania z rozmów podejrzanych. Słyszymy m.in. „Kanclerza”, którym okazał się Serhij Kropywa, zastępca kierownika departamentu międzynarodowej współpracy w biurze prokuratora. Rozmawiają o sprawach związanych z praniem pieniędzy, call centrach i załatwianiem posad. Ale w pamięć najbardziej zapada moment, w którym „Kanclerz” dzieli się z „Muzą”, swoją 24-letnią kochanką, życiową mądrością:
– Jeśli już się piep…, to z królową. Jeśli już kraść, to milion.
Dwa ostatnie zdania, choć niewiele wspólnego mają ze śledztwem, podbiją internet. Rozejdą się w setkach memów i tysiącach zjadliwych komentarzy.
Krytycy zarzucają NABU i SAP, że wykorzystują zmęczenie i frustrację Ukraińców. Alarmy przeciwlotnicze praktycznie się nie kończą. Każdy zastanawia się, gdzie się podziać zimą, jeśli miasta zostaną sparaliżowane brakiem prądu, wody i ogrzewania. Widoków na zakończenie wojny nie ma, ale jest bardzo wymowny obraz korupcji na najwyższych szczeblach.
– Społeczeństwo aż kipi od tej niesprawiedliwości – mówi politolog Oleg Saakian.
Temat walki z korupcją urósł do tego stopnia, że w ostatnich badaniach na pytanie, co stanowi większe egzystencjalne niebezpieczeństwo dla kraju, większość Ukraińców wskazała korupcję. Rosja znalazła się na drugim miejscu.
– NABU i SAP zyskały podczas wojny ogromne wpływy – dochodzi do wniosku brytyjski „Economist”. I cytuje ukraińskiego urzędnika: „Organy antykorupcyjne de facto stały się alternatywnym ośrodkiem władzy”.
Listopad 2025 roku. Dochodzi 7 rano. Mychajło Tkacz, dziennikarz śledczy portalu „Ukraińska Prawda” całkiem „przypadkiem” znalazł się w urzędowej dzielnicy. Traf chciał, że akurat wtedy NABU rozpoczynało przeszukanie w biurze Andrija Jermaka, ówczesnego szefa kancelarii prezydenta.
– NABU nie tylko sprzedało informację o przeszukaniu, ale i czekało na dziennikarza, żeby ruszyć z pracą. Cyrk – oburzała się Kateryna Kobernyk, szefowa portalu „Babel”.
Eksperci zwracają uwagę, że od ponad roku publikacja wyników każdej operacji NABU i SAP jest wspierana profesjonalną kampanią informacyjną.
– Mamy w Ukrainie „antykorupcyjną bańkę” – mówi Julia Zabelina.
Lojalne media, organizacje antykorupcyjne i kilku deputowanych budujących karierę na walce z korupcją tworzą wspólny front, wskazując winnych, zanim zapadną wyroki.
– W adwokackich kręgach ironizujemy, że NABU to taka sieć społecznościowa. Kiedy mają coś mocnego, ale nie mogą tego udowodnić, przekazują materiały „swoim” mediom albo deputowanym, żeby wywołać społeczną reakcję – mówi Wołodymyr Bogatyr, prawnik często broniący polityków.
Według oficjalnych statystyk w ciągu 10 lat istnienia śledztwa NABU i SAP objęły 71 deputowanych. Jednak wyroki skazujące nadal są rzadkością.
– Daleki jestem od nazywania deputowanych klasą o wysokich standardach moralnych. Doszliśmy do sytuacji, kiedy na Zachodzie mówi się już nie o korupcji, tylko o istnieniu mafijnego syndykatu w ukraińskich władzach. To porażające, ale zalew kompromitujących materiałów nie jest walką z korupcją. To próba wpływania na politykę i podburzenia społeczeństwa – uważa Bogatyr.
Źródła Wirtualnej Polski zwracają uwagę na historię Olgi Stefaniszyny – niegdyś wicepremier i minister sprawiedliwości, a ostatnio ambasadorki w USA.
– Stefaniszyna była bardzo skuteczną ambasadorką. Cieszyła się w Waszyngtonie dobrą opinią. Potrafiła lobbować interesy Ukrainy – uważa Julia Zabelina.
W połowie lipca Stefaniszyna nagle zrezygnowała ze stanowiska. Miesiąc później usłyszała zarzuty złożenia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych.
– Sprawa jest niejednoznaczna i prawdopodobnie upadnie w sądzie. Jej kariera jest jednak zrujnowana, a my nadal nie mamy kim zastąpić Stefaniszyny na stanowisku – mówi jeden z naszych rozmówców.
Kolejny przykład to sprawa Iryny Mudrej, wiceszefowej biura prezydenta. NABU aresztowało ją w związku z operacją „Forrest Gump”. Miała ona z polecenia „szefa” zalegalizować 150 milionów hrywien, które miały być przeznaczone na wpłatę kaucji za ministra energetyki, uwikłanego w inną aferę korupcyjną.
Na nagraniach słychać, jak Mudra dociska pracowników państwowego banku, by wyprali pieniądze. Na innym nagraniu opowiada o swojej rozmowie z innym urzędnikiem biura prezydenta (według mediów był to Kyryło Budanow). Urzędnik mówi, że walka z korupcją jest nieprawidłowym podejściem: „Trzeba ją systematyzować i kontrolować”.
Ludzie z otoczenia Mudrej uważają, że organy antykorupcyjne blokują jej wyjście z aresztu, kiedy inni podejrzani w tej sprawie pozostają na wolności. Chodzi m.in. o deputowanego Maksyma Mykytasia, którego kartoteki nie powstydziłby się doświadczony gangster. Samo NABU postawiło mu pięć zarzutów.
– On był głową tej operacji, ale to Iryna siedzi w areszcie. Sąd nie chce zaakceptować kaucji pochodzącej z legalnych środków. To zmusza nas do myślenia, że celem sprawy nie było śledztwo na temat korupcji, tylko likwidacja jej jako politycznej figury – mówią współpracownicy Mudrej.
Osoby z otoczenia prezydenta uważają, że choć NABU i SAP osaczają współpracowników Zełenskiego, to w rzeczywistości on ma być głównym celem i stać się „twarzą” korupcji, na którą zostanie skierowany cały gniew i frustracja społeczna. Dlatego zdaniem naszych rozmówców w mediach pojawił się przeciek stenogramów rozmów nagranych w mieszkaniu Timura Mindicza, byłego biznespartnera Zełenskiego i głównego bohatera operacji „Midas”, dotyczącej ściągania wielomilionowych haraczy w sektorze energetycznym.
Na jednym ze stenogramów przewija się niejaki Wowa. Ma on obok Andrija (Jermaka) oraz Oleksija (Czernyszowa) być właścicielem rezydencji na osiedlu „Dynastia”, którego budowę finansowano z łapówek. Wowa to skrót od imienia Wołodymyr.
Czy stenogramy są autentyczne? Czy właścicielem willi miał zostać Zełenski? NABU i SAP – choć przeciek pochodził z materiałów dochodzeniowych – nigdy nie potwierdziły ani nie sprostowały tych spekulacji.
Od kilku źródeł związanych z ukraińską władzą słyszymy teorię, że za ofensywą NABU i SAP stoją Stany Zjednoczone, które pomagały tworzyć obie instytucje.
– Donald Trump próbował frontalnego ataku, kiedy żądał od Zełenskiego przeprowadzenia wyborów, ale otrzymał odwrotny efekt – konsolidację wokół prezydenta. Z korupcją nikt dyskutować nie będzie. Jest to najbardziej drażliwy społecznie temat – mówi nam osoba związana z rządem.
Inne osoby zbliżone do ukraińskich władz zwracają uwagę, że NABU i SAP omijają korupcję w ministerstwie obrony. Natomiast „bańka antykorupcyjna” zaczęła aktywnie promować Mychajła Fedorowa, niegdyś bardzo bliskiego współpracownika Zełenskiego i ministra obrony, który został zwolniony w lipcu. Po tym Fedorow przeszedł do opozycji i zażądał wyborów podczas trwającej wciąż wojny.
Ukraiński system antykorupcyjny został utworzony w 2014 r. Po ucieczce Wiktora Janukowycza i Rewolucji Godności Zachód postawił Ukrainie warunek: odblokuje międzynarodowe fundusze pomocowe, ale w zamian Kijów ma zacząć walkę z korupcją na najwyższych szczeblach władzy.
Rok później komisja złożona z ukraińskich i międzynarodowych ekspertów wybrała spośród 700 kandydatów 70 detektywów NABU.
– To byli najbardziej ideowi ludzie. Wierzyliśmy w zmiany i dostaliśmy wszystko, by ich dokonać – dobre pensje, zasoby i całkowicie wolną rękę w prowadzeniu śledztw – mówi Wirtualnej Polsce A., były detektyw NABU.
Amerykanie przekazali sprzęt, wyszkolili detektywów i ściśle współpracowali z nowo powstałą instytucją.
– FBI miało nawet swoje biuro w siedzibie NABU. Na miejscu zawsze był jeden detektyw i jeden analityk. Co trzy miesiące Amerykanie się rotowali – wspomina A. – To było genialne rozwiązanie. Każde dane o nieruchomościach czy rachunkach w USA można było pozyskać błyskawicznie. A kiedy jako NABU mieliśmy konflikt z prokuraturą, amerykańska ambasada występowała w roli mediatora. Wsłuchiwała się w racje obu stron, sugerowała rozwiązanie. Mogliśmy się dostosować lub nie.
System zaczął się psuć już rok później, gdy NABU ogłosiło masową rekrutację na stanowiska kierownicze. W odróżnieniu od detektywów, szefowie oddziałów musieli wykazać się dużym doświadczeniem w organach ścigania.
– To był błąd. Jeśli człowiek przez lata pracuje w prokuraturze za groszową pensję, musi być zdeformowany moralnie. Bez brania w łapę tam nie da się przeżyć – mówi A.
– Potem nowi szefowie zaczęli ściągać swoich ludzi. Już nie było otwartych konkursów, rozpisywano je pod konkretnego kandydata. Miałeś wybór: stać się lojalnym albo zapomnieć o perspektywach na rozwój – mówi Ołesia Rybak, która przez osiem lat pracowała jako starszy detektyw w wydziale dochodzeń wewnętrznych NABU.
Nowe kierownictwo wniosło do NABU stary „wirus”.
– W 2015 r. w sylwestra słuchaliśmy klasycznego rocka. Rok później na imprezie korporacyjnej grali już rosyjski szanson [folklor więzienny – red]. System kontroli się usztywnił, pod gabinetem naczelnika ciągle była kolejka. Sygnalistów szykanowano, a dowody zbierano w duchu „najlepszych milicyjnych praktyk – wspomina A.
W 2019 r. doszło do kuriozum. SAP oskarżyło NABU o „kryszowanie” korupcji w sektorze obronnym za czasów prezydentury Petra Poroszenki.
W 2020 r. badania opinii społecznej pokazywały, że tylko 1 proc. Ukraińców ocenia dobrze działalność NABU i SAP. Natomiast międzynarodowi audytorzy po kontroli doszli do wniosku, że antykorupcyjne organy działają „umiarkowanie skutecznie”.
W rzeczywistości głośne sprawy ciągnęły się latami. Kiedy w końcu trafiały do sądu antykorupcyjnego, rozłaziły się przez proceduralne błędy albo były umarzane na mocy kontrowersyjnych „poprawek Łozowego”. W 2017 r. do kodeksu karnego wniósł je ówczesny deputowany Andrij Łozowy. Pod pozorem przeciwdziałania długotrwałym postępowaniom pozwalały automatycznie umorzyć sprawę korupcyjną, jeśli nie trafiła ona do sądu w określonym terminie.
Tak było aż do lipca 2025 r., kiedy wicepremier Ołeksij Czernyszow jednak wrócił do Ukrainy, a nowym prokuratorem generalnym nagle wyznaczono 35-letniego Rusłana Krawczenkę.
Dziś wielu uważa, że przyszedł on z głównym zadaniem – ukręcić łeb sprawom korupcyjnym, o których już wiedziało biuro prezydenta. Ułatwić to miało podporządkowanie Krawczence NABU i SAP. Prezydent wniósł na głosowanie odpowiednią ustawę. Rada Najwyższa w pośpiechu ją przyjęła. W całej Ukrainie wybuchły „tekturowe protesty”. Broniono nie tyle NABU i SAP, co samej idei niezależnych organów antykorupcyjnych.
Pod presją Zachodu Zełenski się wycofał. Ustawa nigdy nie weszła w życie, a NABU i SAP otrzymały carte blanche.
– Dostali wielki młot, którym teraz walą na oślep, ponieważ muszą spłacić społeczeństwu kredyt zaufania – mówi ukraiński urzędnik.
Po pierwszych sprawach korupcyjnych, jak afera wokół Czernyszowa i publikacja operacji „Midas”, Kijów próbował przekuwać porażkę w sukces. Podkreślano, że Ukraina to walcząca demokracja – oto, pomimo wyniszczającej wojny, walczy z korupcją. Jednak rewelacje o call centrach i ucieczka prokuratora generalnego były trudne do wytłumaczenia. Zwłaszcza że przez pierwszy tydzień po publikacji wyników śledztwa „Kartagina” Zełenski przebywał za granicą z wizytami dyplomatycznymi.
Afera dostarczyła wielu argumentów przeciwnikom Ukrainy. A w samym Kijowie zrodziła pytanie: czy system władzy nadal działa?
– Straty wizerunkowe są ogromne. Za korupcję państwo zawsze płaci suwerennością – mówi Oleg Saakian.
Zwolennicy NABU i SAP podkreślają, że organy antykorupcyjne jako jedyne przeciwstawiają się niemal absolutnej władzy Zełenskiego.
– W warunkach, w których nie ma możliwości przeprowadzenia wyborów, część elit poczuła się bezkarna. NABU i SAP pozostały jedynym narzędziem mechanizmu wzajemnego hamowania się i balansowania władz. Innych opcji u nas nie ma – mówi Olena Haluszka, współzałożycielka projektu Międzynarodowe Centrum Zwycięstwa Ukrainy oraz dyrektorka ds. stosunków międzynarodowych w Kijowskim Centrum Działań Antykorupcyjnych.
Jej zdaniem medialna otoczka przy publikacji wyników śledztw jest niezbędna. Bez nagłośnienia i wsparcia społeczeństwa obie instytucje szybko przestaną istnieć.
– Detektywi spotykają się z szalonym oporem. Zamachy, groźby, podpalenia aut były na początku na porządku dziennym – opowiada Ołesia Rybak.
Dla wielu atakiem na NABU i SAP była ostatnia decyzja Rusłana Krawczenki na stanowisku prokuratora generalnego. Zanim pod osłoną nocy uciekł z Ukrainy, podpisał zarzuty m.in. dla Semena Krzywonosa, dyrektora NABU. Miały one związek z dwiema historiami z odległej przeszłości.
Pierwsza dotyczyła próby kupienia głosów studentów podczas wyborów w 2008 r. Żeby uniknąć kary, Krzywonos miał wtedy nakłonić samotną matkę, by uznała jego ojcostwo dziecka. Kiedy otrzymał amnestię, zwrócił się do sądu o zaprzeczenie ojcostwa na podstawie testu DNA. Inny epizod miał mieć miejsce w 2014 r. i dotyczyć próby wyłudzenia łapówki oraz machlojek z ziemią.
– W roku 2026 żadnej mocy prawnej te zarzuty nie miały. Były przedawnione. Była to tylko zemsta polityczna. Jeśli jest odpowiedzialność Krzywonosa, to jedynie moralna – uważa Wołodymyr Bogatyr.
Ołesia Rybak przyznaje, że w 2023 r., kiedy Krzywonos wygrał konkurs na dyrektora NABU, w biurze zapanował niepokój. Jak człowiek z taką przeszłością, z ambicjami politycznymi, a w dodatku postrzegany wówczas jako kandydat z namaszczenia biura prezydenta, może objąć takie stanowisko?
– Bardzo krytykowaliśmy jego kandydaturę. Ale Krzywonos udowodnił swoją niezależność. Być może przeszedł wewnętrzną przemianę. Ważne, że z nim NABU zaczęło pracować efektywnie – uważa Hałuszka.
Sam Semen Krzywonos o starych sprawach woli milczeć. Podobne stanowisko w sprawie korupcji zajął Zełenski – szybko zwalnia współpracowników, którzy stają się bohaterami skandali. Ale potem nie podejmuje tematu, czego od niego oczekuje społeczeństwo.
W sondażach ponad połowa ankietowanych nadal deklaruje zaufanie do Zełenskiego, ale niepokojący dla prezydenta jest rosnący, skrajnie negatywny elektorat.
Tymczasem w kuluarach aż huczy, że następnym do „odstrzału” będzie Dawid Arachamia, szef prezydenckiej frakcji Sługa Narodu, nazywany złośliwie „dyrektorem parlamentu”. Za każdym razem Arachamia dokonuje „cudów”, sklejając resztki Sługi i niedobitków po byłej Partii Regionów, by zapewnić wystarczającą liczbę głosów.
Po zwolnieniu Andrija Jermaka wpływy Arachamii znacznie się zwiększyły. Krążą pogłoski, że NABU już od dawna chce mu postawić zarzuty za podkupywanie głosów w Radzie Najwyższej, a związek z tą sprawą może mieć Julia Tymoszenko. Była premier sama zresztą została w styczniu przyłapana na wręczeniu deputowanym łapówki w zamian za głosowanie. Jednak sąd zwolnił zabezpieczenie z majątku Tymoszenko, a ona – według źródeł Wirtualnej Polski – chodzi do Rady Najwyższej w szampańskim nastroju, jakby sprawy nie było w ogóle.
Strata Arachamii byłaby dla Zełenskiego bolesnym ciosem. Mogłaby doprowadzić do paraliżu ukraińskiego parlamentu. Ten już teraz głosuje opornie, opóźnia przyjęcie ustaw niepopularnych, ale wymaganych na drodze akcesji lub będących warunkiem wypłaty kolejnych transz kredytów. Paraliż parlamentu byłby jednoznaczny z bankructwem Ukrainy. Wtedy Zełenski stanąłby przed wyborem – stworzyć rząd narodowej jedności, którego domaga się opozycja, lub znaleźć sposób na wybory. Z dużym prawdopodobieństwem wybrałby to drugie.
Według innych pogłosek NABU ma kwity na Kyryła Budanowa, który obecnie jest szefem administracji prezydenta.
Jasne jest jedno: jeśli kolejny głośny skandal korupcyjny wydarzy się tej zimy, kiedy społeczeństwo będzie walczyć o przetrwanie mrozów, system władzy może tego nie wytrzymać.
– Instytucja służby państwowej została w zasadzie zlikwidowana. Kompetentni specjaliści kategorycznie nie chcą obejmować stanowisk państwowych. Wylaliśmy dziecko z kąpielą – mówi w rozmowie z WP ukraiński urzędnik.
Julia Zabelina zwraca uwagę, że już od kilku miesięcy Zełenski bezskutecznie szuka nowego ambasadora w USA. Chętnych brak.
– Częściowo jest to wina samej władzy. Zełenskiego, Jermaka, Tatarowa, którzy dopuszczali tylko swoich. Teraz nikt nikomu nie ufa i nie chce stać się kolejną historią na YouTube NABU.

Artykuł Dirka Ellerbrocka.
Kiedy premier Izraela Benjamin Netanjahu przemawiał pod koniec września przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ, ponad stu dyplomatów demonstracyjnie opuściło salę obrad, zanim zaczął przemawiać. Byli wśród nich delegaci z Palestyny, Brazylii, Hiszpanii, Turcji, Tunezji, Arabii Saudyjskiej i Republiki Południowej Afryki.
Netanjahu, przeciwko któremu Międzynarodowy Trybunał Karny – trybunał w Hadze, który może ścigać osoby za zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości i ludobójstwo – wydał nakaz aresztowania za domniemane zbrodnie wojenne w Strefie Gazy, nazwał tych, którzy chcieli wyjechać, „moralnymi tchórzami”.
Można by odrzucić tę scenę jako zwykłą prowokację, typowy teatralny gest polityka, który uważa atak za najlepszą formę obrony. Bardziej interesujące od samego odejścia jest jednak to, kto pozostał. Delegacja amerykańska była w pełni reprezentowana na sali. Delegacje europejskie natomiast były słabo zaludnione, a ich oklaski były demonstracyjnie stłumione – nie nieobecne, ale też nie entuzjastyczne. Nie był to głos moralny, lecz raczej geometria bliskości z dominującą potęgą: każdy ustawił się jak najdalej od hegemona, nie ponosząc realnych konsekwencji dla własnej przynależności sojuszniczej.
Ta scena stanowi wprowadzenie do szerszego problemu, który charakteryzuje dziennikarstwo polityczne jako całość: selektywnej percepcji. Nie oznacza to, że poszczególni dziennikarze kłamią lub celowo manipulują. Odnosi się to do czegoś bardziej fundamentalnego: zinstytucjonalizowanego systemu filtrowania, który na długo przed jakąkolwiek oceną decyduje, które fakty w ogóle przekraczają próg wartości informacyjnej. Osoby mające dostęp do akredytacji, oficjalnych briefingów i źródeł uważanych za „wiarygodne” w dużej mierze decydują o tym, co istnieje jako informacja – a co ginie w szumie informacyjnym. Ta sama kategoria faktów nie jest zatem traktowana według jej wagi, ale według podmiotu, któremu jest przypisywana.
Ten schemat można zaobserwować w wielu klasycznych porównaniach. Aleksiej Nawalny zmarł w rosyjskim areszcie w 2024 roku i w ciągu kilku godzin stał się globalnym symbolem odważnego oporu wobec autorytarnego reżimu, co wywołało żałobę narodową wśród zachodnich polityków i tygodniami artykułów na pierwszych stronach gazet. Julian Assange, założyciel WikiLeaks, który udokumentował prawdziwe zbrodnie wojenne – takie jak nagranie tzw. „Collateral Murder” pokazujące atak amerykańskiego helikoptera na cywilów w Iraku – spędził ponad pięć lat w odosobnieniu w brytyjskim więzieniu o zaostrzonym rygorze Belmarsh, a jego sprawa nie zyskała nawet zbliżonego zainteresowania mediów. Obie sprawy należą do tej samej kategorii: państwo karze niewygodnego sygnalistę. Uwaga opinii publicznej skupiała się jednak niemal wyłącznie na tym, czy państwo karzące było postrzegane jako przeciwnik, czy sojusznik.
Podobny schemat pojawia się przy porównaniu Buczy i Jemenu. Po wycofaniu wojsk rosyjskich z miasta Bucza pod Kijowem w kwietniu 2022 roku, odkryto ciała cywilów, a relacje medialne w ciągu kilku dni uczyniły z tego faktu potwierdzony fakt i moralny punkt zaczepienia dla całej narracji ukraińskiej. Podczas wojny w Jemenie, prowadzonej przez Arabię Saudyjską, wspieranej bronią i wywiadem przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, organy Organizacji Narodów Zjednoczonych udokumentowały dziesiątki tysięcy ofiar śmiertelnych wśród cywilów na przestrzeni lat w wyniku nalotów na targowiska, wesela i autobusy szkolne – nie wywołując przy tym porównywalnego, długotrwałego oburzenia mediów ani nawet debaty na temat sankcji wobec zaangażowanych w to zachodnich dostawców broni. Ta sama kategoria, radykalnie różny okres w świadomości społecznej.
Sprawa Skripala również należy do tej kategorii. Po otruciu byłego rosyjskiego podwójnego agenta Siergieja Skripala w Salisbury w 2018 roku, Zachód zbiorowo nałożył sankcje na Rosję, opierając się na ocenach wywiadowczych, które nigdy nie zostały w pełni publicznie uzasadnione. Z kolei kilku zwolenników i zaufanych osób Juliana Assange’a w krajach zachodnich, którzy zmarli w niejasnych okolicznościach, praktycznie nie spotkało się z zainteresowaniem mediów – ich sprawy albo w ogóle nie były przedstawiane jako politycznie istotne, albo szybko zbywane jako godne ubolewania, odosobnione incydenty. Różnica nie leży w dowodach, ale w tym, które państwo mogłoby w ogóle mieć interes w tym akcie.
Innym przykładem jest domniemany atak bronią chemiczną w Dumie w Syrii w 2018 roku. Wersja ataku reżimu Asada, twierdząca, że był to atak gazem bojowym, szybko stała się oficjalną podstawą zachodnich nalotów. Jednak gdy inżynierowie z Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) – agencji odpowiedzialnej za międzynarodowe monitorowanie przestrzegania zakazu – wyrazili wątpliwości co do oficjalnej oceny zawartej w wyciekłych raportach wewnętrznych, na przykład w odniesieniu do pochodzenia znalezionych butli z gazem, wątpliwości te ledwo przedostały się do mediów głównego nurtu. Pierwotna wersja pozostała przyjętą narracją, mimo że sama agencja była wewnętrznie podzielona.
Wreszcie, schemat ten jest również widoczny w prostym sposobie przedstawiania danych o ofiarach. Dane z ministerstwa zdrowia w Strefie Gazy, zarządzanego przez Hamas, są regularnie zawężane lub bagatelizowane w sprawozdaniach z zastrzeżeniem, że „nie da się ich niezależnie zweryfikować”. Z drugiej strony, dane o ofiarach cywilnych z innych konfliktów są często przyjmowane bez porównywalnych zastrzeżeń, pod warunkiem, że są zgodne z dominującą narracją. Standard sceptycyzmu co do źródła zmienia się zatem nie ze względu na jakość źródła, ale ze względu na polityczną użyteczność jego oświadczenia.
Dziennikarz rzadko działa w tym wszystkim ze złej woli. Pełni on funkcję, której sam nie zaprojektował – rolę, która dawno temu oderwała się od indywidualnych przekonań osoby ją pełniącej. W tym systemie uwaga skupia się na dostępie do zasobów i strukturalnej bliskości władzy, a nie na moralnej wadze wydarzenia.
To prowadzi nas do sceny w Nowym Jorku. Niewielka obecność Europejczyków i powściągliwy aplauz same w sobie były produktem tej struktury – prewencyjnej kalibracji tego, co można było jeszcze powiedzieć, nie narażając na szwank własnego sojuszu. Selektywna percepcja nie jest odstępstwem od dziennikarskiego mandatu, lecz jego systemem operacyjnym. A ci, którzy ubolewają nad nią jako nad indywidualną porażką, mylą oprogramowanie z programistą.
+++
Źródło obrazu: noamgalai / shutterstock
+++
Źródła
konserwatyzm.pl/tomczak-usmiechnietym-razem-razniej
Nie bardzo mogłem uwierzyć w mnogość sensacyjnych demaskacji dokonywanych przez internetowych fighterów „uśmiechniętej Polski” po słowach prezydenta Karol Nawrockiego, o tym, że jako Polacy „możemy oddać terytorium, ale nigdy nie oddamy naszej Ojczyzny”.
Słowa wypowiedziane zostały w rocznicę sowieckiej napaści na Polskę. A prezydent nie powiedział czegokolwiek, co można by określić choćby jako niefortunne.
1. Szczerze mówiąc, do głowy mi nie przyszło, by odebrać te słowa jako deklarację gotowości do oddania komuś terytorium. Tłum „fajnoPolaków” stający w obronie terytorium Rzeczpospolitej jest mało wiarygodny nawet nie z uwagi na nadreprezentację ortodoksyjnych ukrainofili i tropicieli „faszyzmu”, utożsamianego po prostu z polskim patriotyzmem.
Trudno mi wczuwać się w percepcję ludzi nawet nie o innym światopoglądzie, lecz o innej aksjologii – ale zdaje mi się, że takiej interpretacji sprzyja brak odczuwania polskości, że powoduje ją wykorzenienie. Dla Polaka oczywiste jest uznanie, że prezydent mówi o nas, o naszej historii, naszej tożsamości, naszym kodzie DNA, tworzącym nas przez wieki. Taka interpretacja „fajnoPolaków” była jakby autystyczna, wyrażała niezdolność do narodowego odczuwania, redukowała wypowiedź do jej literalnego brzmienia. Nawróceni na „patriotyczną narrację” chcieli strzelać z kałasznikowa, a rzucili bumerang.
„Uśmiechnięci Polacy”, z tym swoim przekonaniem, że „mądrość etapu” nakazuje odwoływanie się do narodowej narracji przypominają człowieka, który postanowił udowodnić wszystkim, że potrafi latać. Biega, macha rękami, naśladuje odgłosy samolotu – ale wciąż znajduje się na Ziemi, otoczony spojrzeniami gapiów: „Co ten człowiek wyprawia?”. „Uśmiechnięci Polacy” postanowili grać ludzi obawiających się o terytorium Polski (nie, nie „tego-kraju”!) w aktualnym kształcie – ale zupełnie sobie w tej roli nie radzą.
Polityka memów, „grillowania”, „zaorania”, ciętej riposty, polityka post-polittyczna, pusta i radykalna zarazem jest generatorem ważności przez nieważność. Wpisy, komentarze są istotne, lecz wcale nie z tej przyczyny, z jakiej chcieliby ich autorzy – są istotne, bo oddają poziom świadomości i sposób myślenia o polityce polityków i publicystów. Czyhanie na potknięcia słowne, typowe dla dzieci bawiących się w chowanego, jest tu bardzo charakterystyczne.
2. Wrażenie, jakby z pobliskich uliczek zaczęli wybiegać kosmici, w dodatku chcący nas przekonać, że to my jesteśmy w kosmosie wzmacniało się, gdy kolejni członkowie koalicji dołączali się do teatru demaskacji, w silnym przekonaniu, że „im nas więcej, tym większa szansa, że uwierzymy w to co piszemy”.
Sytuacja była o tyle kuriozalna, że stadność stanowiła w niej ostatnią fortecę obronną przed oskarżeniami o głupotę. Można się przecież było tłumaczyć: „ja tylko powtarzałem – to wcale nie jest tak, że nie umiem czytać i słuchać ze zrozumieniem”.
Powielanie „na okrzyk wodzireja” absurdalnego przekazu jest oczywiście swoistym „testem na głupka” – na to kto da się wykorzystać jako „mięso armatnie” najtańszych propagandowych manipulacji (zastanawiam się jaki jest w takich propagandowych projektach podział ról między cynikami a idiotami). Było też jednak czymś znacznie gorszym.
To kolportowanie przekazu, jakoby prezydent wyrażał gotowość oddania części terytorium Polski jest też w jakimś sensie wyrazem ich stosunku do niepodległości Polski – to kolejna piłka do gry, w niekończącym się boju o sondaże. Niepodległość Polski nie jest dla nich fundamentem, przedmiotem największej troski – jest pionkiem na planszy, używanym, by ograć przeciwnika, jest zabiegiem retorycznym stosowanym w felietonie. Jest trybikiem w machinie amatorów sofistyki i postmodernizmu, w których myśleniu słowa nie mają związku ze światem, który powinny opisywać. Opozycję „prawda – fałsz” zastępuje „chwyci – nie chwyci”. Jak „nie chwyci” to przysłonimy manipulację kolejną gierką słowną.
3. Ci wszyscy krytycy „pasków z TVP Info” (sam uznawałem ich subtelność za porównywalną do uderzenia młotkiem w głowę, by „wbić” jakiś pogląd) sami poddali się logice chwytania za słowa – słowa, w których prezydent odtwarzał odczuwanie, tożsamość, wartości własnego narodu. Tak bardzo chcieli uderzyć w Karola Nawrockiego – tak silnej dokonali auto-demaskacji. Co ważne, wychodzi na to, że TVP Info czasów PiS nie oburzało przez swój prymitywizm, toporność, płytkość, lecz przez to, że to nie był „uśmiechnięty” prymitywizm, „uśmiechnięta” toporność, „uśmiechnięta” płytkość. Jakby Mejzę wymienić na Jońskiego, to może być.
Nie byłem entuzjastą wypominania premierowi Donaldowi Tuskowi „prawa, tak jak my je rozumiemy”. Bo równie dobrze, jak jako deklarację arbitralnej i subiektywnej interpretacji przepisów można było odebrać tą wypowiedź jako charakterystyczną dla sposobu formułowania swoich myśli przez Tuska. Stosuje on dopowiedzenia, przedłużające zdania, będące podstawową częścią przekazu, mające je doprecyzować (inna sprawa, że w tym przypadku multiplikujące wątpliwości) – jakby w celu dania sobie czasu na zebranie kolejnej myśli.
To fakt, że Tusk swoim działaniem dał powody, by jego wypowiedź traktować właśnie tak, jak robią to jego przeciwnicy. Rozumienie „debaty publicznej” jako czyhania na słowne potknięcie rywala powoduje jednak, że wymiana poglądów jest jakąś „sztuką dla sztuki”, rodzajem chodzenia wokół boiska i żonglowania piłką, z poczuciem, że tylko w ten sposób znajdziemy się w centrum zdarzeń.
Problem w tym, że obok toczy się naprawdę ważny mecz.
Jacek Tomczak
uncutnews-ch/xi-bringt-keine-konzernchefs-mit-amerikas-wirtschaftselite-kommt-zu-ihm
Lista gości na państwowym bankiecie Xi Jinpinga w Białym Domu była imponująca: podczas gdy chiński prezydent przybył do Waszyngtonu bez delegacji chińskich liderów biznesu, po stronie amerykańskiej zebrała się prawdziwa czołówka świata technologii i finansów.
Według analityka geopolitycznego z Hongkongu, Angelo Giuliano, jest to właśnie symbol zmienionej równowagi sił gospodarczych.
„Xi nie przyprowadził chińskiej delegacji gospodarczej, bo jej nie potrzebował. Przyjechali do niego amerykańscy przedstawiciele sektora technologicznego i finansowego” – wyjaśnił Giuliano agencji Sputnik.
Przy głównym stole z Trumpem i Xi zasiedli między innymi Elon Musk, prezes Nvidii Jensen Huang, prezes AMD Lisa Su oraz prezes Apple Tim Cook. W sali obecnych było również wielu innych potentatów amerykańskiego biznesu.
Technologia i AI:
Elon Musk – Tesla/SpaceX
; Jensen Huang – Nvidia;
Tim Cook – Apple;
Lisa Su – AMD;
Mark Zuckerberg – Meta;
Sam Altman – OpenAI
; Greg Brockman – OpenAI
; Satya Nadella – Microsoft;
Sundar Pichai – Google;
Sergey Brin – współzałożyciel Google;
Jeff Bezos – Amazon
; Michael Dell – Dell Technologies
; Cristiano Amon – Qualcomm;
Sanjay Mehrotra – Micron;
Eric Yuan – Zoom
Finanse i Wall Street:
Larry Fink – BlackRock
Jamie Dimon – JPMorgan Chase
David Solomon – Goldman Sachs
Jane Fraser – Citigroup
Stephen Schwarzman – Blackstone
Lynn Martin – New York Stock Exchange
Jeff Yass – Susquehanna International Group
Ryan McInerney – Visa
Michael Miebach – Mastercard
Przemysł i energetyka:
Mary Barra – General Motors
Kelly Ortberg – Boeing
Jim Taiclet – Lockheed Martin
Larry Culp – GE Aerospace
Darren Woods – ExxonMobil
W spotkaniu uczestniczyli również inni wpływowi przedsiębiorcy i menedżerowie, w tym dyrektor generalny LVMH Bernard Arnault i dyrektor generalny Pfizer Albert Bourla.
Po stronie chińskiej nie było jednak porównywalnej grupy dyrektorów korporacyjnych. Xi towarzyszyli wysoko postawieni urzędnicy państwowi, w tym wicepremier He Lifeng, minister handlu Wang Wentao, minister finansów Lan Fo’an oraz Zheng Shanjie, szef wpływowej Narodowej Komisji Rozwoju i Reform.
Giuliano interpretuje tę asymetrię jako sygnał, że role się zmieniły. Wcześniej chińska delegacja biznesowa w Waszyngtonie mogłaby sprawiać wrażenie, że Pekin zabiega o amerykański kapitał, technologie i dostęp do rynku. Tym razem szefowie najpotężniejszych amerykańskich korporacji przybyli do Xi.
Ma to solidne podstawy ekonomiczne: Chiny pozostają miejscem produkcji i dostawcą ważnych komponentów dla wielu amerykańskich firm, a jednocześnie jednym z najważniejszych rynków zbytu na świecie. Jednocześnie Pekin zajmuje kluczową pozycję w sektorze pierwiastków ziem rzadkich, baterii, przemysłu solarnego, pojazdów elektrycznych i przemysłu stoczniowego.
Stany Zjednoczone nadal posiadają ogromną władzę finansową, technologiczną i geopolityczną – szczególnie dzięki dolarowi jako wiodącej na świecie międzynarodowej walucie rezerwowej oraz wiodącym firmom z branży półprzewodników i sztucznej inteligencji. Jednak bankiet państwowy ujawnił, jak ściśle nawet najpotężniejsze amerykańskie korporacje pozostają powiązane z Chinami.
I to właśnie stanowiło prawdziwą symbolikę tego wieczoru: Xi nie musiał sprowadzać prezesów chińskich firm do Waszyngtonu – prezesi amerykańskich firm byli u niego już wcześniej.
Oficjalna lista gości obejmowała ponad 130 osób; Reuters i Washington Post potwierdzają nazwiska najważniejszych dyrektorów.