JAK POZBYĆ SIĘ POLAKÓW Z POLSKI

JAK POZBYĆ SIĘ POLAKÓW Z POLSKI

Krzysztof Baliński

Październik 2016 roku – ambasada Kijowa w Warszawie wydaje „Poradnik dla obywateli Ukrainy w Polsce”. Dwustu-stronicowa broszura rozdawana w konsulatach ukraińskich, cerkwiach i w biurach organizacji pozarządowych ma pomóc Ukraińcom, którzy chcą osiedlić się na stałe w Polsce. Podpowiada, jak zalegalizować pobyt i jak zdobyć polską emeryturę (po jednym dniu pracy). To także poradnik, jak pozbyć się Polaków z Polski, jak stworzyć z Podkarpacia ukraiński okręg autonomiczny i jak powołać „Wolne Miasto Wrocław”.

Lipiec 2026 roku – ambasada Ukrainy w Warszawie publikuje poradnik „Obowiązki i prawa obywateli Ukrainy w Polsce”. To swoiste vademecum instruujące koczujących w Polsce Ukraińców, jak zachować się w sytuacjach konfliktowych z Polakami, jak reagować na „agresję” i „mowę nienawiści”. Poradnik zaleca robienie zdjęć, „dla wykorzystania, jako dowodu w sądzie, prokuraturze lub na policji”. Krótko mówiąc – zachęca do prowokowania Polaków i nagłaśniania tego w mediach. Ambasada Kijowa informuje też (oczywiście przypadkowo) o tworzeniu w prokuraturach wyspecjalizowanych komórek zajmujące się przestępstwami z nienawiści wymierzonych w Ukraińców.

No i, jak z dziurawego wora, posypały się filmiki rejestrujące przypadki „agresji” na bezbronnych uchodźców („którzy schronili się w Polsce przed rakietami Putina”). Że o prowokacje chodzi, świadczy nagranie „trzech Polakach, którzy pobili we Wrocławiu mężczyznę i kobietę”. Pierwsze przekazy mediów mówiły, że „nie wiadomo, co dokładnie działo się, a o ataku na tle narodowościowym świadczą jedynie słowa brata pobitej Ukrainki”. Także pierwsze informacje podane przez ministra spraw wewnętrznych oraz dolnośląską policję nie traktowały incydentu, jako konfliktu o podłożu narodowościowym. Odezwał się natomiast Jacek Sutryk, ukraiński prezydent polskiego Wrocławia: „Chcę jasno powiedzieć: w naszym mieście nie ma i nie będzie przyzwolenia na przemoc motywowaną nienawiścią, ksenofobią czy uprzedzeniami narodowościowymi”. Jego słowa podchwycił konsul Ukrainy, oświadczając: „Niestety, w ostatnim czasie czyny przemocy i agresji przeciwko ukraińskim obywatelom mają miejsce w Polsce. Każdy taki przypadek wymaga dokładnego śledztwa”.

Do akcji dołączyły TVN, TVP, „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”. Ale nie tylko. Uchodzące za tubę patriotów Radio Wnet wyemitowało program „Bij Ukraińca!”, w którym banderowiec o mordzie rezuna wyzywa Polaków: „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”; „Rozwija się zdziczenie Polaków”; „Zezwierzęciałe emocje, które wobec Ukraińców ma coraz większa część społeczeństwa polskiego”, a na koniec pyta: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. Przypominając wszystkie krzywdy, jakie spotkały Ukraińców w Polsce, media potępiały „polską ksenofobię i nienawiść o podłożu narodowościowym”. I robiły to bez umiaru i bez uwzględnienia faktu, że podobne incydenty niekoniecznie wynikają z uprzedzeń narodowościowych oraz że prowodyrami i sprawcami są najczęściej Ukraińcy, jak w przypadku zamordowania w Bytowie 36-letniego Polaka.

Media wróciły do incydentu w Bielsku-Białej, gdzie pasażera autobusu, sprowokowanego zachowaniem dziewuch wychowanych w koczowniczej kulturze Dzikich Stepów, poniosły nerwy: „Ksenofobiczny atak. Mężczyzna zaatakował i wyzywał wulgarnie trzy nastoletnie obywatelki Ukrainy”. Jeszcze tego samego dnia straszy mężczyzna usłyszał zarzut znieważenia trzech obywatelek Ukrainy, naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich i „szerzenia mowy nienawiści”.

Do machinacji dołączyli politycy. „Brutalny akt przemocy” potępił Donald Tusk, apelując o natychmiastowe zgłaszanie wszelkich przejawów przemocy wobec Ukraińców i zwracając się bezpośrednio do prezydenta, „aby przestał milczeć w tej sprawie”. Marcin Kierwiński (szef MSWiA) zapewnił o natychmiastowych działaniach policji i bezwzględnym egzekwowaniu prawa oraz przyjęcie zasady zero tolerancji dla ataków na tle narodowościowym. Ostrzegł też, że publiczne nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym, rasowym lub wyznaniowym podpada pod paragrafy Kodeksu Karnego. Ujawnił też, że służby monitorują publikowane w internecie treści nawołujące do nienawiści wobec obywateli Ukrainy. Włodzimierz Czarzasty (marszałek Sejmu) mówił o „polowaniu na Ukraińców”. Barbara Nowacka (minister edukacji) wskazała, że agresywne zachowania na ulicach są konsekwencją wcześniejszej nagonki i hejtu w przestrzeni publicznej. Adam Szłapka (rzecznik Rządu) zaznaczył, że obóz rządowy nie zgadza się na jakąkolwiek akceptację nienawiści i zapowiedział zdecydowaną walkę z takimi postawami. Krzysztof Bosak (Konfederacja) „stanowczo potępił ataki na dzieci i słabszych, a uzasadnianie przemocy własnymi uprzedzeniami uznał za zachowanie sprzeczne z normami cywilizacyjnym.

Na prowokację dała się nabrać cała Polska. Wszyscy potępili pasażera autobusu. W całym kraju odbyły się pikiety solidarności z Ukraińcami. Krótko mówiąc, „zbrodnia” jednego starego Polaka, który nakrzyczał na ukraińskie pindy zrównana została z wymordowaniem na Wołyniu 100 tysięcy Polaków. MSWiA przytoczyło „zatrważające” dane mające świadczyć o wzroście liczby aktów przemocy na tle narodowościowym: Liczba pokrzywdzonych w sprawach dotyczących znieważenia, przemocy i gróźb z powodu przynależności narodowej wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat z 95 do 273 (przy kilku milionach Ukraińców w Polsce!). Nie podało natomiast, że w ciągu ubiegłych dwóch lat Ukraińcy popełnili w Polsce 42 tysiące przestępstw, w tym 65 zabójstw i że tylko w ubiegłym roku zabili 11 Polaków. Jak i podało, że wśród 3949 obcokrajowców poszukiwanych listem gończym jest 3253 obywateli Ukrainy.

Gdy Wołodymyr wezwał Donalda do Lublina (czyli do siebie), w sali tranzytowej tamtejszego lotniska obwieścił: „Omówiłem z Tuskiem bezpieczeństwo obywateli ukraińskich, którzy znaleźli schronienie w Polsce”. Obwieszczenie było nie tylko szczytem bezczelności, ale potwierdziło, że Zełenski wytoczył Polsce wojnę informacyjną i odniósł w niej kolejny sukces. Ile będzie to kosztować nasze państwo dowiemy się w najbliższych dniach. Na dziś widzimy to w dyrektywach dla Policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które mają okrutnie karać „zbrodnie z nienawiści”, czyli wszelkie złe słowa skierowane przeciw Ukraińcom.

W sukurs uciśnionym Ukraińcom rzuciło się nie tylko całe rządowe i pozarządowe lewactwo, ale także warszawski Judenrat, który zaczął lansować pogląd, że w Polsce narasta „atmosfera pogromowa” wobec „gości” z Ukrainy. O polskich nazistach, pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mówił w Kijowie Adam Michnik. Doszło do tego, że każda ukraińska łajza poczuła się uprawniona do wtrącania w polskie sprawy, pouczania, szantażowania, domagania się kolejnych przywilejów, a nawet grożenia, że jak nie spełnisz tych żądań, to ci podpali dom.

Zełenski wie, że może z Polską zwyczajnie pogrywać i skutecznie Polaków ogrywać, bo ma w Polsce proukraiński rząd i proukraińską opozycję, bo ma potężne proukraińskie lobby i wpływową probanderowską V kolumnę, która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego i głosi, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły”. Przy czy na takie postępowanie pozwala sobie prezydent na wpół zdechłego, uzależnionego od naszej pomocy, skorumpowanego i rozkradanego kraiku na Dzikich Stepach oraz utrzymywani przez nas uchodźcy-żebracy.

Szok i niedowierzanie. Ambasador Rzeczypospolitej uderza we własne państwo, popiera narrację państwa wrogiego. Uprawia pedagogikę wstydu, czyli coś, w czym do tej pory specjalizowała się „Gazeta Wyborcza. Podczas obchodów upamiętniających ofiary rzezi na Wołyniu, Piotr Łukasiewicz (bo tak zwie się osobnik tak haniebnie się zachowujący) powiedział: „Oddając hołd polskim ofiarom ukraińskiej przemocy na Wołyniu, nie może pominąć także ukraińskich ofiar państwa polskiego przed wojną i w jej trakcie”. Czyli „ofiarami państwa polskiego” nazywa niemowlęta nabite na sztachety, dzieci z gwoździami wbijanymi w główki, zgwałcone dziewczyny z kosami w pochwach, matki z wyprutymi brzuchami, chłopów pociętych piłami.

Ale to nie wszystko – jeszcze gorzej było, gdy Łukasiewicz wskazał na dwa kraje, które zaczęły wojnę: „Niemcy, Japończycy i ICH KOLABORANCI. Bo sformułowania „kolaboranci” używają regularnie Żydzi, co pozwala im na rozszerzenie odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polaków. Łukasiewicz powielił zatem argument zabójczy dla polskiej polityki historycznej, wpychający do roli kolaborantów także Polaków.Sprawę jeszcze pogorszył Radek Sikorski. Usprawiedliwiając swego wysłannika powiedział: „Przemawiał w duchu chrześcijańskiego pojednania i kierował się przesłaniem przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Czyli zadekretował ciszę nad dołami śmierci, do których wrzucono pomordowanych Polaków i zakończenie wszystkiego zawołaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Ale nie tylko – 10 lipca zamieścił na portalu X wpis: „Dziś rocznica mordu w Jedwabnem, jutro krwawej niedzieli podczas Rzezi Wołyńskiej. Niech każdy naród zrobi swój rachunek sumienia tak, aby zbrodnie przeszłości już nigdy się nie powtórzyły”. Czyli polski minister zrównał stodołę w Jedwabnem z ludobójstwem na Wołyniu.

Ambasador Ukrainy w Warszawie daje wykłady o polityce historycznej Ukrainy, a ambasador RP w Kijowie wygłasza mowy popierające politykę historyczną Ukrainy. Ukraińcy koczujący w Polsce mają ambasadora, który ich broni. A Polacy na Ukrainie mają ambasadora, który im nakazuje pogodzenie się z pomnikami Bandery. Konsul Ukrainy w Warszawie opiekuje się swoimi obywatelami, a konsul RP w Kijowie szczyci się ukraińskim pochodzeniem, paraduje w ukraińskiej wyszywance, w Kijowie podaje się za Ukraińca, a w Warszawie za Polaka.Ukraińcy mają poradnik, jak pozbyć się Polaków, a Polacy mają poradnik (od ministra obrony), jak spierdalać z Polski i jak zrobić sracz z wiadra. Mają też Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, która za pieniądze od Sorosa i z dotacji Fundacji Batorego wydała broszurę „Poradnik obywatela”, swoiste „Vademecum kapusia”, bo to prawniczy instruktaż dla adeptów trudnej sztuki donosicielstwa. Stowarzyszenie założyło też portal zglosnienawisc.otwarta.org, na którym domorośli konfidenci zgłaszają zawiadomienia o wychwyconych przypadkach „mowy nienawiści”, a administratorzy portalu, na tej podstawie składają doniesienia do prokuratury.Wróćmy do „Polowania na Ukraińców”. Epizod wart, co najwyżej, odnotowania w kronice wybryków chuligańskich osiedlowej gazetki, zdominował scenę polityczną, a media reagowały jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Z marginalnego incydentu zrobiono wydarzenie polityczne roku i sprawę wagi państwowej. Cała Polska żyła nimi, ku rozbawieniu pomysłodawców machinacji. Przynętę złapali wszyscy politycy, jeden za drugim, ambasador Ukrainy przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo Polacy dali się podpuścić przy pomocy prymitywnego, wielokrotnie już przećwiczonego na Polakach modus operandi. Prowokacja z „wrzucaniem” do sieci filmików o prowokowanych i tracących cierpliwość Polakach była tak groteskowa, że nie trudno było odgadnąć, co się za nią kryje. Było oczywistym, że z Kijowa padł rozkaz: Wytropić Polaków, którzy biją Ukraińców!Nie pamiętali przy tym, że Ukraińcy już wielokrotnie przećwiczyli na nas takie metody. Kiedy w Legnicy doszło do kradzieży krzyża z kopuły cerkwi. Oburzenie wyraził prezes Związku Ukraińców w Polsce Mirosław Skórka (Мирослав Скірка): „To nas po prostu przeraża. To gest ewidentnie symboliczny, pokazujący narastającą wrogość do społeczności ukraińskiej”. Tymczasem „przerażającego” czynu dokonali miejscowi złomiarze. Skórce wtórował ambasador Ukrainy: „Zwracam się publicznie do organów ścigania – uczyńcie wszystko, aby ta oraz wszystkie podobne zbrodnie przeciwko Ukraińcom i ukraińskości doprowadzone zostały do logicznego końca – wyroków sądu zgodnie z prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. Zauważmy przy tym, że na opisanie incydentu użył słowa „zbrodnia” a o rzezi wołyńskiej mówi „wydarzenia”. Ukraiński minister, po tym jak w „Wyborczej” pojawiły się informacje o 15-letniej Ukraince, która miała doświadczyć przemocy psychicznej w formie obraźliwych wiadomości głosowych, wezwał Polskę do ukarania „przejawiających ksenofobiczną postawę wobec Ukraińców”. Na FB napisał: „Szkoda, że trzeba wracać do spraw haniebnego traktowania Ukraińców w Polsce. „Nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne sprawy przeciwko Ukraińcom w Polsce. Uważam, że takie zachowanie nie może i nigdy nie będzie normą w cywilizowanym społeczeństwie europejskim”.Machinacje takie łatwo można było łatwo rozszyfrować, wiedząc, że Ukraińcy naśladują Żydów. Przykład pierwszy z brzegu: Po emisji reportażu TVN o polskich neonazistach pijących toast za Hitlera, „polskich neonazistów” potępił premier, marszałek Sejmu zarządził debatę o neonazizmie w Polsce, a minister spraw wewnętrznych z sejmowej trybuny podziękował „dziennikarzom śledczym TVN”. Tymczasem śledztwo wykazało, że „naziści” działali z polecenia TVN i byli przez nią opłaceni. I nie trudno było odgadnąć, co się za prowokacją TVN kryło. Było oczywiste, że padł rozkaz – wytropić polskich nazistów i że rządzący Polską to idioci skwapliwe odgrywający rozpisane z góry role, tańczący tak, jak im zagra antypolska orkiestra. Jest i druga strona medalu – przepraszają za antysemitów, za nazistów, za Polaków bijących Ukraińców i każdy przypadek traktują, jako sprawę wagi państwowej. A ci, którzy takie afery wywołują kalkulują sobie: Przepraszajcie, a my będziemy podrzucać kolejne śmierdzące sprawy, jak nie o rasiście w autobusie w Bielski-Białej, to ciemiężycielu sprzątaczki ukraińskiej. A gdyby takich zabrakło, zawsze „nazistowską” można będzie nazwać pielgrzymkę wiernych do Częstochowy.Dlaczego Polaków nie oburza rząd, który wystąpił przeciwko prezydentowi własnego państwa i wsparł prezydenta państwa, który gloryfikuje morderców Polaków i pluje Polakom w twarz? Dlaczego nie oburzają się na ministra o chazarskiej mordzie, który popiera ambasadora Ukrainy w polowaniu na Polaków? Dlaczego nie roznoszą w pył rządu, którzy sekuje własnych obywateli?

Co robić i czego nie robić? Przestrzegać podstawowej zasady – nie przyjmować bitwy na warunkach przeciwnika. Żadnego kajania się. Nie bronić się, ale atakować. Nie liczyć na rząd, bo to banda nieudaczników sparaliżowanych strachem. Działać mądrze, spokojnie, konsekwentnie, aż ludzie na całym świecie dowiedzą się, że są tacy, którzy wstali z kolan i chodzą z podniesioną głową. A na koniec powiedzmy głośno: Nie ma żadnego polowania na Ukraińców – jest polowanie na Polaków. Nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich” – jest erupcja nienawiści Ukraińców do Polaków, i reakcja Polaków.

Krzysztof Baliński

============================

Ukraińska aktywistka: Nie oddam Polski. Miller: To nie jest twoja Polska

Natalia Panczenko, źr. X

Ukraińska aktywistka: Nie oddam Polski. Miller: To nie jest twoja Polska [+VIDEO]

10 sierpnia 2026 Paweł Król

Leszek Miller odpowiedział na słowa Natalii Panczenko o „jej Polsce”. Były premier stwierdził wprost, że „to nigdy nie będzie twoja Polska”, a jego wpis szybko zaczął krążyć w mediach społecznościowych.

Leszek Miller skomentował w mediach społecznościowych wystąpienie Natalii Panczenko wygłoszone podczas niedzielnej manifestacji w Warszawie pod hasłem „Nie bądź obojętny”.

Działaczka i prezes fundacji Stand with Ukraine mówiła w trakcie wydarzenia o swoim przywiązaniu do Polski.

„Nie oddam Polski, mojej Polski, ludziom, którzy próbują budować ją na strachu, nienawiści i pogardzie. Bo oni nie mają monopolu na Polskę i muszą to wreszcie zrozumieć. Moja Polska jest dzisiaj tutaj” – powiedziała Panczenko.

W dalszej części przemówienia podkreśliła, że Polskę tworzą również ona sama, jej sąsiedzi oraz współpracownicy.

Nagranie z wypowiedzią Panczenko zostało szeroko udostępnione w internecie i dotarło także do byłego premiera Leszka Millera.

Polityk udostępnił na platformie X wpis jednego z użytkowników odnoszący się do słów aktywistki i odpowiedział własnym komentarzem. „To nigdy nie będzie twoja Polska. Moja Polska leży na polach i w lasach Wołynia. Idź, poszukaj i zwróć nam kości pomordowanych” – napisał Miller. W swojej odpowiedzi były premier bezpośrednio nawiązał do polskich ofiar zbrodni wołyńskiej oraz wciąż nierozwiązanej kwestii poszukiwań i ekshumacji szczątków części pomordowanych.

Natalia Panczenko jest ukraińską aktywistką i szefową fundacji Stand with Ukraine. Panczenko wzbudzała kontrowersje także wcześniej. W lutym 2025 roku, komentując dla ukraińskiego Kanału 5 sytuację polityczną w Polsce i postulaty ograniczenia świadczeń dla obywateli Ukrainy, ostrzegała przed konsekwencjami pogarszania się stosunków polsko-ukraińskich. Mówiła wówczas, że przy wzroście wzajemnej wrogości „na terytorium Polski zaczną się walki” oraz „rozpoczną się podpalenia sklepów, domów i tak dalej”.

Po nagłośnieniu tej wypowiedzi aktywistka przekonywała, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Twierdziła, że nie zapowiadała takich działań, lecz ostrzegała przed możliwymi skutkami podsycania konfliktów narodowościowych. Zachęcała również, aby zapoznać się z pełnym wywiadem, zamiast – jak mówiła – opierać się na „przekręconych cytatach”.

Chiny nie chcą demontażu instytucji międzynarodowych. Mają plan na ich „przemodelowanie”

Chiny nie chcą demontażu instytucji międzynarodowych. Mają plan na ich „przemodelowanie”

11 sierpnia 2026 Agnieszka Stelmach pch24/chiny-nie-chca-demontazu-instytucji-miedzynarodowych-maja-plan-na-ich-przemodelowanie

32245242681_89d14b3b64_c.jpg

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy Chińczycy nie tylko przyjęli istotne dokumenty w zakresie globalnego zarządzania, ale także powołali do życia instytucję, poprzez którą będzie odbywać się kształtowanie systemu globalnego zarządzania, zgodnie z chińską wizją współpracy międzynarodowej.

17 czerwca Biuro Informacyjne Rady Państwa opublikowało dokument pt. „More Just and Equitable Global Governance: China’s Principles, Proposals and Actions” [Bardziej sprawiedliwe i równe zarządzanie globalne: zasady, propozycje i działania Chin] dostępny na stronie rządowej, podkreślając w nim, że „globalne zarządzanie to wspólne przedsięwzięcie, które ma wpływ na dobrobyt całej ludzkości” i wszyscy dążą do „zbudowania sprawiedliwego oraz równego systemu globalnego zarządzania”.

Chiny nie chcą demontażu instytucji międzynarodowych, w tym ONZ, które powstały po zakończeniu II wojny światowej, ale proponują ich przemodelowanie, akcentując kilka priorytetów działania, jednocześnie zwalczając „unilateralizm, protekcjonizm i hegemonizm”, które zagrażają pokojowi i rozwojowi państw.

Pekin nawiązał do wizji prezydenta Xi Jinpinga, który ma się opowiadać za „budowaniem wspólnoty o wspólnej przyszłości dla ludzkości”, „promując globalny system zarządzania charakteryzujący się szerokimi konsultacjami i wspólnym wkładem dla wspólnych korzyści”. Akcentuje ona kwestię „prawdziwego multilateralizmu, aby wspierać równy i uporządkowany świat wielobiegunowy oraz powszechnie korzystną i inkluzywną globalizację gospodarczą”.

Inicjatywa GGI

Stąd w 2025 roku, w 80. rocznicę zwycięstwa w globalnej wojnie z faszyzmem i powstania ONZ, chiński przywódca zaproponował Inicjatywę na rzecz Globalnego Zarządzania (GGI). GGI wypracowuje rozwiązania w zakresie tego, jak powinien wyglądać system globalnego zarządzania oraz co można zrobić z obecnym systemem, jak go zreformować.

Chińczycy twierdzą, że inicjatywę wsparło już blisko 160 państw i organizacji międzynarodowych, przy czym ponad 60 krajów miało dołączyć do Grupy Przyjaciół Globalnego Zarządzania, która chce zdemokratyzować system i odbudować zaufanie do praktykowania multilateralizmu. Jej celem jest stworzenie „bardziej sprawiedliwego i równego globalnego systemu zarządzania”, w którym ONZ wciąż będzie odgrywać istotną rolę, chroniąc porządek międzynarodowy oparty na prawie międzynarodowym i przestrzegając zasad oraz celów Karty Narodów Zjednoczonych.

Chińczycy uważają, że nie ma lepszego programu w zakresie transformacji świata niż Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, którą chcą wdrażać przy silnym wsparciu państw Południa, przystając na wezwania do stworzenia bardziej inkluzywnego świata skupionego na dobrobycie.

„Biała księga” GGI (czerwiec 2026)

Pekin w swojej „białej księdze” akcentują pięć zasad Inicjatywy na rzecz Globalnego Zarządzania, która ma odpowiadać na wyzwania naszych czasów, podtrzymując cele i zasady Karty Narodów Zjednoczonych oraz „przyjmując wizję globalnego zarządzania charakteryzującą się szerokimi konsultacjami, wspólnym wkładem i wspólnymi korzyściami”.

Te zasady to suwerenna równość, rządy prawa międzynarodowego, multilateralizm, podejście skoncentrowane na ludziach oraz rzeczywiste  działania.

Suwerenna równość jest zapisana w Karcie Narodów Zjednoczonych i teoretycznie uznaje ona, że wszystkie kraje – niezależnie od wielkości, siły ekonomicznej itp. – są uczestnikami społeczności międzynarodowej. Należy im się poszanowanie i wszystkie mają równe prawo do uczestnictwa w globalnym zarządzaniu, dyskusji na jego temat i czerpania z niego korzyści. Należy z nimi prowadzić konsultacje w duchu wzajemnego szacunku, równo traktować, unikając unilateralizmu, hegemonizmu itp., by osiągnąć szeroki konsensus i stworzyć silną synergię.

„Równość i inkluzywność to nieubłagany postęp w ewolucji globalnego systemu zarządzania. Współistnienie w różnorodności jest fundamentalną cechą społeczeństwa ludzkiego, a wielobiegunowość ma kluczowe znaczenie dla ewoluującego krajobrazu międzynarodowego. Globalny system zarządzania, który byłby bardziej reprezentatywny, inkluzywny i korzystny dla wszystkich, to nieodwracalny trend, a równe prawa, równe szanse i równe zasady to wspólne aspiracje wszystkich narodów. Hegemonia i polityka siły, które sprzeciwiają się biegowi historii, są skazane na porażkę” – czytamy w dokumencie.

W przypadku drugiej zasady akcentuje się rządy prawa międzynarodowego, które mają być „fundamentalną gwarancję globalnego zarządzania”, by zapewnić wszystkim krajom „sprawiedliwe i uczciwe środowisko rozwoju, osiągnąć równowagę między prawami a obowiązkami oraz uczynić porządek międzynarodowy bardziej sprawiedliwym i równym”. Chińczycy uważają, że cele i zasady Karty Narodów Zjednoczonych nie są przestarzałe, natomiast nieskuteczność i niesprawiedliwość we współczesnych stosunkach międzynarodowych biorą się z jej nieskutecznego wdrażania.

Domagają się więc „rygorystycznego egzekwowania rządów prawa międzynarodowego”, a nie „wybiórczego”, by „wspierać pokój i rozwój”. Państwa nie mogą stawiać własnych interesów ponad prawo międzynarodowe ani narzucać własnych zasad innym państwom.

Konieczne zatem staje się „usprawnienie procesu stanowienia prawa w rozwijających się sektorach” np. uregulowanie spraw związanych z zarządzaniem „głębinami morskimi, regionami polarnymi, przestrzenią kosmiczną i cyberprzestrzenią, z których niektóre są wspólną własnością ludzkości, a inne stanowią granice przyszłego rozwoju”.

To w tych dziedzinach Pekin chce pilnych regulacji, by wyeliminować luki w zarządzaniu nimi, przestrzegając „zasad pokoju, suwerenności, inkluzywności i wspólnego zarządzania oraz ustanawiając przepisy prawne dotyczące rozwoju i wykorzystania nowych obszarów, tak aby poszerzyły one przestrzeń współpracy, a nie stały się areną rywalizacji”.

Nie trzeba dodawać, że Pekin chce pilnej regulacji w zakresie zarządzania systemami algorytmicznymi, tak zwaną sztuczną inteligencją, wskazując na „czerwone linie bezpieczeństwa i etyki”, oczekując „otwartości”, „wspólnych rezultatów i równych praw, aby zapewnić rozwój sztucznej inteligencji dla dobra i rzeczywistych korzyści ludzkości”.

Trzecia zasada multilateralizmu ma kluczowe znaczenie dla rozwiązywania konfliktów globalnych. Chińczycy wskazują, że żadne państwo nie może znaleźć się poza system globalnego zarządzania i wszyscy muszą przestrzegać ustalonego „konsensusu” w danej kwestii globalnej. Wszystkie kraje miałyby działać na rzecz jednego uniwersalnego programu rozwoju ludzkości, zdecydowani zwalczając opór przeciwko niemu.

Obecnie tym programem jest Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, jako etap na drodze do budowania powszechnego komunizmu, jak to ujęto we wcześniejszych dokumentach Komunistycznej Partii Chin.

W „białej księdze” akcentuje się konieczność obrony centralnej roli ONZ i programów tej organizacji. Jest ona bowiem „główną platformą praktykowania multilateralizmu i rozwoju globalnego zarządzania. Jej wiodąca pozycja musi być utrzymana i pozostać niewzruszona; jej rolę można jedynie wzmocnić, a nie osłabić. Wszystkie kraje powinny potwierdzić założycielski cel Organizacji Narodów Zjednoczonych, dążyć do przywrócenia jej autorytetu i witalności w nowych okolicznościach oraz umożliwić jej odgrywanie centralnej roli w koordynacji globalnych działań w celu sprostania wspólnym wyzwaniom” – czytamy w „białej księdze”.

Wielostronny dialog, konsultacje i współpraca – na tym powinny skupić się państwa, dążąc do „poszerzenia wspólnych interesów”, rozwijając „globalne i regionalne mechanizmy wielostronne”, aby „łącząc zasoby i siły rządów krajowych, organizacji międzynarodowych oraz organizacji pozarządowych” „zwiększyć synergię i efektywność globalnego zarządzania”.

Czwarta zasada to podejście skoncentrowane na ludziach. Celem wszystkich działań powinien być „dobrostan ludzi”. Pekin upomina się, by kraje rozwinięte, do których Chiny nie należą, zgodnie z globalną nomenklaturą, wywiązały się z obowiązku wspierania rozwoju krajów rozwijających się i „niezwłocznie wdrożyły Agendę ONZ na rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030”.

Apelują także o wzmocnienie wymiany kulturalnej i osobistej, aby „przełamać bariery ideologiczne między narodami i grupami społecznymi. Wspólne przekonanie o konieczności ochrony wspólnych interesów pozwoli wszystkim cywilizacjom wspólnie prosperować i odnosić sukcesy” – wskazano.

Piata zasada priorytetowa to realne działania. Chodzi o faktyczne wdrażania celów ustalonych w ONZ i na różnych wspólnych forach międzynarodowych. Mowa o „skoordynowanym podejściu w celu realizacji programów globalnego zarządzania, rozwiązaniu deficytów w zakresie zarządzania i zapobieganiu fragmentacji systemu zarządzania”. Pekin domaga się „wykonalnych planów rozwiązania pilnych wyzwań stojących przed światem”, „zwiększenia skuteczności reagowania na poważne kryzysy publiczne i zapewniania międzynarodowych dóbr publicznych”.

Zdaniem Pekinu, globalny system zarządzania potrzebuje pilnych, już i tak znacznie „spóźnionych” reform, by dostosować się do zmieniającego się krajobrazu politycznego i gospodarczego. Chodzi m.in. o działania na rzecz klimatu i zwiększenie udziału państw z Południa w globalnym zarządzaniu.

Wszystko po to, by „budować wspólnotę o wspólnej przyszłości dla ludzkości”, której miałyby przewodzić Chiny, które i tak już mają liderować „w praktykowaniu prawdziwego multilateralizmu”, „budowaniu pokoju na świecie, przyczyniając się do globalnego rozwoju, broniąc porządku międzynarodowego i dostarczając dóbr publicznych, jednocześnie aktywnie wspierając wysiłki na rzecz budowy bardziej sprawiedliwego i równego globalnego systemu zarządzania”.

Pekin zaznacza przy tym, że jest zaangażowany na rzecz „powszechnego i wspólnego bezpieczeństwa”, zgodnie z zapisanym w konstytucji „zobowiązaniem do pokojowego rozwoju”.

Temu ma m.in. służyć Globalna Inicjatywa Bezpieczeństwa i wsparcie Pekinu dla ONZ w odgrywaniu jej kluczowej roli w sprawach międzynarodowych i Rady Bezpieczeństwa w odgrywaniu jej głównej roli w zapewnieniu globalnego pokoju.

Chiny zamierzają także brać „aktywny udział w operacjach pokojowych ONZ”, już teraz będąc drugim co do wielkości podmiotem wnoszącym wkład do budżetu ONZ na rzecz misji pokojowych.

Pekin chełpi się wysłaniem ponad 50 tysięcy żołnierzy na misje i utworzeniem „pierwszej na świecie stałej jednostki policji pokojowej”.

Zależy mu na „utrzymaniu globalnej stabilności strategicznej”. Chińczycy zapewniają, że „prowadzą politykę obronną o charakterze obronnym, podtrzymują zdecydowane zobowiązanie w zakresie polityki nieużywania broni jądrowej jako pierwsi i nuklearnej strategii samoobrony oraz zdecydowanie chronią międzynarodowe reżimy rozbrojenia jądrowego i nierozprzestrzeniania broni jądrowej”.

Chcą stać „na straży zasad nieingerencji w sprawy wewnętrzne innych krajów, politycznego rozwiązywania problemów, obiektywizmu i uczciwości oraz zajmowania się zarówno objawami, jak i przyczynami, oferując nowe podejście do znajdowania konstruktywnych rozwiązań punktów zapalnych”.

W „białej księdze” wskazano także na inicjatywy, jakie zostały podjęte w celu zakończenia wojny na Ukrainie, podkreślając „zasady ochrony suwerenności i integralności terytorialnej wszystkich krajów, przestrzegania celów i zasad Karty Narodów Zjednoczonych, poważnego traktowania uzasadnionych obaw wszystkich stron dotyczące bezpieczeństwa i wspierania wszelkich wysiłków na rzecz pokojowego rozwiązania kryzysu”.

Odniesiono się także do konfliktu palestyńsko-izraelskiego, broniąc rozwiązania dwupaństwowego, czy irańskiego, przywołując pięciopunktowy plan wypracowany m.in. z Pakistanem, a także szeregu innych sporów., w tym także handlowych, domagając się liberalizacji handlu.

WAICO (lipiec 2026)

16 lipca 29 rządów podpisało w Szanghaju umowę założycielską World Artificial Intelligence Cooperation Organization [Światowa Organizacja Współpracy w dziedzinie Sztucznej Inteligencji]. Nowa organizacja, z siedzibą w Chinach, powołuje się na Kartę Narodów Zjednoczonych i podejście „skoncentrowane na ludziach”. Wsparły ją m.in. Rosja, Pakistan, Indonezja i Kazachstan, wskazując, że będzie ona promować bezpieczny, sprawiedliwy i równy globalny rozwój oraz zarządzanie „sztuczną inteligencją”.

Ta instytucja ma być gremium, które będzie jednoczyć państwa opowiadające  się za chińskim modelem globalizmu. Pekin oferuje rządom korzyści w postaci dostępu do szkoleń w zakresie tak zwanej sztucznej inteligencji, utworzenie centrów współpracy z organizacjami regionalnymi oraz dostęp 30 krajów do systemu ostrzegania meteorologicznego opartego na „sztucznej inteligencji”.

Chiński model globalizacji obejmuje wdrożenie na szeroką skalę „sztucznej inteligencji” do globalnego zarządzania, w tym przede wszystkim rozbudowanego sytemu walki z tak zwaną mis-, mal- i dezinformacją, o czym szerzej mówi w swoim programie reform ONZ kończący swoją kadencję sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres.

Położenie silnego nacisku na globalizację, realizację Agendy 2030 i rygorystyczne egzekwowanie globalnych celów miałoby zaowocować rozwojem dobrobytu na wielką skalę i utrzymaniem pokoju na świecie.

Sęk w tym, że świat zmierza obecnie w innym kierunku, wybierając ścieżkę realizacji własnych interesów. Wiele krajów próbuje zmienić swoją niekorzystną pozycję w trwającej obecnie transformacji, by mieć znacznie więcej do powiedzenia, gdy ponownie dojdzie do ściślejszej współpracy państw w zakresie globalnego zarządzania.

Jeśli zaś chodzi o same Chiny, to Pekin tradycyjnie deklaruje różne rzeczy, a w praktyce – podobnie jak inne mocarstwa – nie respektuje prawa międzynarodowego, kwestionując na przykład jurysdykcję międzynarodową na Morzu Południowochińskim, odrzucając niekorzystne orzeczenia Trybunału Arbitrażowego w Hadze, do którego sprawę wniosły Filipiny.

Z pewnością jednak Chińczykom udaje się budowanie szerokiej koalicji państw i organizacji pozarządowych – w szczególności – na rzecz tworzenia porządku wielobiegunowego.

Agnieszka Stelmach

Powstał Myrotworec 2.0. Na liście polscy politycy prawicy

Powstał Myrotworec 2.0. Na liście polscy politycy prawicy

magnapolonia.org/myrotworec-2-0-na-liscie-polscy-politycy-prawicy

W Polsce rozpoczęła działalność organizacja, która w ramach projektu finansowanego ze środków europejskich monitoruje polską przestrzeń informacyjną i tworzy listy proskrypcyjne polskich polityków pojawiających się w określonych, uznawanych przez nią za prorosyjskie, kanałach Telegrama. Chodzi o Fundację „Alians Młodzieży Ukraińskiej 24 sierpnia” i jej projekt „Obserwatorium Nienawiści”, którego celem ma być monitorowanie „mowy nienawiści” wobec Ukraińców oraz rosyjskiej propagandy.

Powstał Myrotworec 2.0. ale w Polsce. Na stronie projektu znajdziemy jednak również nazwiska konkretnych polskich polityków, między innymi Krzysztofa Bosaka, Anny Bryłki, Pawła Usiądka czy Konrada Berkowicza. Powstaje więc pytanie, czy rzeczywiście mamy tutaj wyłącznie do czynienia z walką z nienawiścią, czy też z próbą stworzenia katalogu polskich polityków szczególnie niewygodnych dla Ukrainy.

Jak widzimy, pod hasłem zwalczania „mowy nienawiści”, tym razem pojawia się systematyczne monitorowanie polityków, których poglądy dotyczące Ukrainy są krytyczne, a następnie zestawianie ich działalności z aktywnością kanałów określanych jako rosyjskie. Granica pomiędzy analizą propagandy a politycznym piętnowaniem przeciwników staje się tym samym bardzo cienka, szczególnie gdy cały projekt otrzymuje finansowanie z europejskiego, opanowanego przez lewicę systemu grantowego.

Autorzy „Obserwatorium Nienawiści” analizują między innymi cztery polskojęzyczne kanały Telegrama: „Niezależny Dziennik Polityczny”, „NewsFront PL”, „Polska Grupa Informacyjna” oraz „Układ Warszawski”, które uznają za kanały rosyjskiej propagandy. Następnie sprawdzają, którzy polscy politycy są tam przywoływani, cytowani lub prezentowani w pozytywnym kontekście. Wśród wymienionych znajdują się między innymi Bosak, Bryłka, Usiądek i Berkowicz, czyli politycy reprezentujący środowiska zdecydowanie bardziej krytyczne wobec polityki Ukrainy niż dominujący nurt polskiej polityki z kliki POPiS.

Pojawia się zasadnicze pytanie: co właściwie oznacza fakt, że rosyjski lub prorosyjski kanał publikuje wypowiedź polskiego polityka? Sam fakt cytowania polityka przez rosyjski kanał nie oznacza przecież, że polityk współpracuje z Rosją, otrzymuje od niej pieniądze albo świadomie uczestniczy w rosyjskiej operacji informacyjnej. Propagandysta może wykorzystać praktycznie każdą wypowiedź, która pasuje do jego narracji. Można więc stwierdzić, że Rosja wykorzystuje czyjąś wypowiedź, ale czymś zupełnie innym jest twierdzenie, że autor tej wypowiedzi działa na rzecz Rosji.

To rozróżnienie jest fundamentalne, ponieważ inaczej otrzymujemy niezwykle wygodny mechanizm politycznej dyskwalifikacji: wystarczy znaleźć rosyjski kanał, który opublikuje czyjąś wypowiedź, a następnie można umieścić jej autora w projekcie dotyczącym rosyjskiej propagandy. Brzmi niemal jak instrukcja obsługi współczesnego „antyrosyjskiego” indeksu.

Jeszcze bardziej problematyczne jest utożsamianie krytyki Ukrainy z rosyjską dezinformacją. Rosja rzeczywiście prowadzi intensywną wojnę informacyjną i wykorzystuje autentyczne konflikty społeczne oraz prawdziwe problemy występujące w państwach europejskich. Nie oznacza to jednak, że każdy człowiek, który mówi o tych problemach, staje się elementem rosyjskiej operacji informacyjnej.

Jeżeli polski polityk krytykuje politykę Ukrainy, sprzeciwia się określonym formom pomocy albo domaga się twardszego stanowiska Warszawy w kwestiach gospodarczych czy historycznych, jest to legalne stanowisko polityczne. Rosyjska propaganda może później taką wypowiedź wykorzystać, ale odpowiedzialność za jej wykorzystanie ponosi propagandysta, a nie automatycznie jej autor. W przeciwnym razie wystarczyłoby poczekać, aż rosyjski propagandysta pochwali kogoś, kogo chcemy politycznie zdyskredytować. Resztę zrobią już raporty, granty i poważnie brzmiące nazwy kolejnych „obserwatoriów”.

Nie mniej interesujący jest fakt, że „Obserwatorium Nienawiści” nie jest przedsięwzięciem finansowanym wyłącznie przez jego organizatorów. Z informacji opublikowanych przez Alians wynika, że projekt realizowany jest dzięki „Dotacji szybkiego reagowania” w ramach Programu Równych Praw Fundacji im. Stefana Batorego, natomiast środki pochodzą z programu CERV — „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości” — finansowanego przez Komisję Europejską.

Nikt nie wyjaśnił jakie kryteria decydują o przyznawaniu pieniędzy inicjatywom, które zajmują się szczuciem i oznaczaniem łatkami konkretnych polskich polityków jako powiązanych z rosyjską propagandą.

Podejrzane jest zwłaszcza to, że operatorem programu jest Fundacja Batorego, od lat kojarzona ze skrajnie lewicowym nurtem ideowym i była wielokrotnie krytykowana przez środowiska konserwatywne jako fałszująca informacje i siejąca propagandę. Warto więc pytać, gdzie dokładnie kończy się walka z nienawiścią, a zaczyna monitorowanie niewygodnych poglądów politycznych. Oraz co będzie kolejnym krokiem.

Jak widzimy, mamy tutaj kolejną sytuację, w której pod (rzekomo) szczytnym hasłem „walki z nienawiścią” powstaje system klasyfikowania uczestników debaty publicznej według ich stosunku do Ukrainy, a następnie finansowanie tego systemu ze środków europejskich.

NASZ KOMENTARZ: Jeżeli zaczniemy traktować każdą krytykę Ukrainy jako potencjalną „prorosyjską narrację”, a następnie finansować organizacje zajmujące się katalogowaniem osób, których wypowiedzi rosyjska propaganda uznała za przydatne, stworzymy kopię systemu działającego w Związku Sowieckim, gdzie każdy przeciwnik komunizmu miał problemy z prawem i przyszywano mu łatkę imperialistycznego agenta. Oczywiście wszystko działo się pod hasłem troski o bezpieczeństwo, zupełnie jak w przypadku omawianego Myrotworca 2.0.

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

magnapolonia.org/o-roztropnosci-w-polityce-zagranicznej-kilka-uwag-do-przemowienia-prezydenta

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

6 sierpnia 2026 roku, w pierwszą rocznicę zaprzysiężenia, Prezydent Rzeczypospolitej Karol Nawrocki wygłosił przemówienie, w którym sporo miejsca poświęcił polityce zagranicznej i bezpieczeństwu Polski. Przyjrzyjmy się tym fragmentom w świetle nauki Świętego Tomasza o roztropności.

W polityce zagranicznej dobre intencje i mocne słowa nie wystarczą. Potrzebny jest trafny sąd, umiejętność przewidywania skutków i zabezpieczenia własnego państwa. Zobaczmy więc, czy tej miary w przemówieniu dochowano.

Święty Tomasz mówi o szczególnej prudentia regnativa – roztropności właściwej rządzącemu. Człowiek stojący na czele państwa odpowiada nie za własną korzyść, lecz za dobro całej wspólnoty, dlatego musi umieć patrzeć dalej niż na doraźny zysk. Do części roztropności Tomasz zalicza między innymi memoria – pamięć doświadczenia, providentia – przewidywanie, circumspectio – ogląd wszystkich istotnych okoliczności oraz cautio – ostrożność wobec możliwego niebezpieczeństwa. Władcy szczególnie potrzebne są zaś dwie cnoty: roztropność i sprawiedliwość.

Polska posiada przy tym rzecz bezcenną – doświadczenie. Zapłaciliśmy za nie tak wysoką cenę, że nierozumnie byłoby z niego nie korzystać.

Wspieraj Fundację Magna Polonia! 🇵🇱

W sierpniu potrzebujemy: 16 500 zł, zebraliśmy: 1351 zł.

Państwa wsparcie jest niezbędne dla funkcjonowania Fundacji Magna Polonia.

8%

30 zł50 zł100 złInna kwota

Zobacz kto wparł nas tym miesiącu: Tutaj

A zatem przypatrzmy się, jak ta nauka wygląda w zetknięciu z konkretnymi słowami Prezydenta.

  1. „Ze szczytu w Ankarze wróciliśmy z zagwarantowaniem jedności sojuszniczej i przez Amerykanów, i przez wszystkich członków Sojuszu Północnoatlantyckiego”.

Błąd: zbyt wielka pewność wobec rzeczy, która z natury pozostaje zależna od cudzej woli.

Nie ma nic nierozumnego w szukaniu sojuszników. Przeciwnie, państwo położone między większymi potęgami powinno ich mieć. Prezydent słusznie zabiega też o dobre stosunki regionalne (pytanie czy z wszystkimi) i o silną pozycję Polski wobec Stanów Zjednoczonych. Problem zaczyna się wtedy, gdy polityczna deklaracja sojusznika zaczyna w języku państwowym nabierać cech pewnika. W przemówieniu obok „jedności sojuszniczej” pojawia się przecież również stała obecność wojsk amerykańskich i projekt Fortu Trump.

Tutaj Święty Tomasz postawiłby przed Prezydentem memoria. Bo pamięć wg. św. Tomasza nie jest  sentymentalnym oglądaniem dawnych fotografii. Jest doświadczeniem, z którego trzeba wyciągać wniosek dla przyszłości. Św. Tomasz pisze wprost, że przeszłość jest potrzebna do dobrego radzenia o rzeczach przyszłych.

W 1939 roku konwencja wojskowa z Francją przewidywała rozpoczęcie ofensywy głównymi siłami w ciągu piętnastu dni od mobilizacji. Polskie rachuby wojenne uwzględniały tę pomoc. Rzeczywistość okazała się inna. Potem Polacy przez lata bili się u boku aliantów, a w Jałcie o przyszłości Polski rozmawiali Roosevelt, Churchill i Stalin.

Nie wynika z tego, że sojusz jest nic niewart. Wynika z tego  coś dojrzalszego: sojusz jest narzędziem polityki polskiej, a nie fundamentem istnienia Polski. Państwo może korzystać z cudzej siły. Nie wolno mu pod żadnym pozorem własnego losu powierzyć cudzej woli.

  1. Interesem Polski jest to, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy […] jak najdalej ich trzymali od Polski, taka jest strategia państwa polskiego”.

Błąd: zbyt prosty obraz naszego położenia i brak pełnego oglądu okoliczności – circumspectio
Polska już graniczy z Federacją Rosyjską. Lądowa granica z obwodem królewieckim liczy 210 kilometrów. Od wschodu, na odcinku 430 kilometrów, graniczymy również z Białorusią – bliskim sojusznikiem Rosji, z którą tworzy ona Państwo Związkowe i pozostaje ściśle związana w dziedzinie obronności. Oba państwa tworzą wspólną przestrzeń obronną, a na terytorium Białorusi działa wspólne regionalne zgrupowanie wojsk. Ukraina może wiązać rosyjskie siły i osłabiać rosyjski potencjał wojskowy, ale nie jest ścianą oddzielającą Rzeczpospolitą od Rosji. Rosja już stoi przy naszej granicy, a kierunku białoruskiego nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od rosyjsko-białoruskiego układu wojskowego.

Circumspectio oznacza właśnie spojrzenie na całość. Roztropny władca nie może oprzeć bezpieczeństwa własnej wspólnoty na jednym korzystnym układzie okoliczności. Musi brać pod uwagę również jego zmianę: załamanie frontu, pokój rosyjsko-ukraiński, zmianę władzy w Kijowie, zmianę polityki Waszyngtonu, odbudowę rosyjskich sił. Polska ma być bezpieczna także wtedy, gdy Ukraina przestanie „trzymać Rosjan daleko od Polski”.

Pełny ogląd wymaga także uwzględnienia genezy obecnej wojny. Konflikt rosyjsko-ukraiński trwa od 2014 roku. Jeszcze w 2008 roku NATO przyjęło perspektywę przyszłego członkostwa Ukrainy, a po 2014 roku państwa NATO szkoliły ukraińskie siły zbrojne; Jens Stoltenberg wymieniał między innymi szkolenia prowadzone przez Amerykanów, Brytyjczyków i Kanadyjczyków w Jaworowie. Te fakty nie rozstrzygają jeszcze, kto miał rację w całym sporze ani jak należy rozłożyć odpowiedzialność za jego kolejne etapy. Pokazują jednak, że obecna wojna nie rozpoczęła się w politycznej próżni. Polski przywódca nie jest od prostych opowieści o świecie. Jest od rozumienia całej gry. Powinien przede wszystkim zapytać: skoro Rosja jest naszym bezpośrednim sąsiadem, jak silna jest sama Polska i ile zrobiliśmy, aby nasze bezpieczeństwo nie zależało od tego, kto akurat walczy na Ukrainie?

  1. „Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli”.

Błąd: pomieszanie mordu z zabiciem przeciwnika w sprawiedliwej walce oraz odejście od recta intentio.

Tu Święty Tomasz zatrzymałby Prezydenta od razu.

Mord i zabicie przeciwnika w sprawiedliwej wojnie to nie jest to samo. Mord jest niesprawiedliwym odebraniem życia i zawsze jest złem. Żołnierz, który w sprawiedliwej wojnie, działając z rozkazu prawowitej władzy, zabija w walce żołnierza przeciwnika, nie popełnia przez sam ten fakt morderstwa

Jeśli więc Ukraińcy rzeczywiście „mordują Sowietów”, katolik nie może tego pochwalać. Jeżeli natomiast zabijają rosyjskich żołnierzy w ramach sprawiedliwej obrony, należy mówić o zabijaniu w walce, a nie o mordowaniu.

Święty Tomasz stawia wojnie sprawiedliwej trzy warunki: prawowitą władzę, sprawiedliwą przyczynę i recta intentio – prawą intencję. Nawet wojna prowadzona w słusznej sprawie może zostać moralnie skażona, gdy zaczyna nią rządzić żądza odwetu, pragnienie zadawania szkody czy nieprzejednana wrogość. Tomasz, idąc za św. Augustynem, mówi o tym jasno.

Prezydent Polski może uznać osłabienie i klęskę rosyjskich sił za korzystne dla Rzeczypospolitej. Nie powinien jednak zacierać granicy między sprawiedliwą walką a mordem ani mówić o śmierci przeciwnika tak, jakby sama w sobie była czymś dobrym.

Katolicka polityka zna miecz. Święty Tomasz nie był pacyfistą. Miecz ma jednak służyć sprawiedliwości. Wolno zabić przeciwnika w sprawiedliwej walce. Nie wolno mordować. Wolno chcieć odparcia agresora. Nie wolno cieszyć się z jego śmierci dlatego, że jest przeciwnikiem.

  1. „W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc”.

Błąd: Prezydent udziela odpowiedzi, zanim postawi najważniejsze pytanie.

A tym pytaniem jest: dlaczego Polska w ogóle ma pomagać Ukrainie?

Nie jest to pytanie cyniczne. Jest to pytanie dokładnie należące do prudentia regnativa. Święty Tomasz przypomina, że rządzącym powierzona została troska o rzeczpospolitą i jej obrona przed zagrożeniami zewnętrznymi. Władca ma odpowiadać za dobro wspólnoty, którą mu powierzono.

Ukraina, owszem toczy wojnę, więc udzielenie jej pomocy może być moralnie godziwe. Ale z tego jeszcze nie wynika bezwarunkowy obowiązek państwa polskiego dostarczania pieniędzy, broni czy innych zasobów.

Najpierw trzeba odpowiedzieć: co konkretnie Polska przez tę pomoc osiąga? Czy środek jest proporcjonalny do celu? Czy nie osłabiamy własnych możliwości? Czy ten sam cel można osiągnąć mniejszym kosztem? Jak długo istnieje zbieżność interesów?

Dopiero po takim rachunku przychodzi „tak” albo „nie”.

Słowo „zawsze” w polityce jest nierozważne. Państwa zmieniają interesy, rządy i sojusze. To, co dziś służy Polsce, jutro może jej szkodzić. Prezydent nie może więc z góry przyrzekać Ukrainie pomocy niezależnie od tego, jaka będzie sytuacja Rzeczypospolitej.

  1. Tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga”.

Błąd: Rosja zostaje uczyniona kompasem polskiej polityki.

To nie jest racja stanu. To jest odruch historycznej niechęci ubrany w język geopolityki. Polski interes nie może zależeć od tego, kto akurat bije Moskala.

U Świętego Tomasza sprawiedliwość wojny nie zależy od narodowości przeciwnika. Gdyby jutro jakieś państwo bezprawnie napadło Federację Rosyjską, fakt, że „bije Moskala”, nie dawałby Polsce najmniejszej podstawy moralnej do jego wspierania. O wojnie rozstrzygają sprawiedliwa przyczyna, prawowita władza i prawa intencja.

Polska polityka nie powinna więc działać według mechanizmu: Rosja jest naszym historycznym przeciwnikiem, zatem każdy, kto z nią walczy, staje się naszym naturalnym partnerem.

Wróg naszego przeciwnika pozostaje przede wszystkim państwem mającym własną rację stanu. Ukraina prowadzi politykę ukraińską. I słusznie. Dziwne byłoby tylko, gdyby Polska w odpowiedzi nie prowadziła równie stanowczo polityki polskiej. Czy prowadzi?

  1. „Strategicznym interesem Polski jest też to, żeby […] nie powiewały banderowskie flagi”.

Błąd: Prezydent dostrzega problem, ale oddziela go od zasadniczego rachunku pomocy.

Zaraz po zapewnieniu Ukrainy o pomocy Prezydent sam porusza problem banderowskiej symboliki i mówi o konieczności stawiania wymagań. Problem w tym, że nie chodzi już tylko o uliczną flagę. Niespełna dwa miesiące wcześniej, sam obóz prezydencki wszedł w poważny spór z Kijowem po nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”; Kancelaria Prezydenta określała tę decyzję jako niedopuszczalną gloryfikację formacji odpowiedzialnej za zbrodnię wołyńską.

Circumspectio każe włączyć tę sprawę do całego rachunku politycznego, a cautio – wyciągnąć z niej praktyczne konsekwencje.

Jeżeli Wołyń, kult UPA i polska pamięć są rzeczywiście częścią interesu Rzeczypospolitej, muszą mieć realne miejsce w politycznym rachunku. Nie można oznajmić Kijowowi, że dana sprawa jest dla Polski fundamentalna, a zarazem zapewnić, że niezależnie od niej pomoc będzie trwała.

W przeciwnym razie wymaganie przestaje być warunkiem. Staje się życzeniem.

Państwo polskie ma obowiązek pamiętać także wtedy, gdy pamięć staje się dla dyplomacji niewygodna. Wołyń, kult UPA i stosunek władz ukraińskich do polskich ofiar nie są dodatkiem do polityki zagranicznej. Są częścią polskiej racji stanu. Jeżeli uznajemy je za sprawy poważne, muszą wpływać na nasze decyzje. Inaczej słowa o pamięci pozostają tylko pustymi słowami.

  1. „Naszym interesem jest to, żeby bili się jak najdłużej i jak najsprawniej”.

Błąd: pomylenie korzyści ubocznej z celem polityki.

Jeżeli rosyjska armia traci na Ukrainie potencjał (choć roztropnie byłoby rozważyć, czy rzeczywiście go traci), Polska może uznać ten fakt za strategicznie korzystny. Ale z tego nie wynika, że polskim interesem jest, aby sama wojna trwała możliwie długo

Święty Tomasz mówi jasno: wojna ma doprowadzić do sprawiedliwego pokoju. Nie wolno więc czynić z jej przedłużania celu polityki. Jeśli Prezydent mówi, że naszym interesem jest, aby walczyli „jak najdłużej”, odwraca porządek celu i środka.

Tutaj szczególnie potrzebna jest providentia. U Tomasza jest ona najważniejszą spośród integralnych części roztropności, ponieważ pozwala właściwie podporządkować dzisiejsze środki przyszłemu celowi.

Polski przywódca powinien więc pytać nie tylko, ile rosyjskich czołgów zostanie zniszczonych tego lata. Powinien zapytać, jaki porządek pozostanie po tej wojnie. Jaką Rosję będziemy mieli za granicą? Jaką Ukrainę? Jak silne będzie państwo ukraińskie, jaka będzie jego ideologia państwowa, jego armia, jego stosunek do Polski? I wreszcie – czy sama Polska wykorzystała te lata, aby wzrosnąć w siłę?

Polskim interesem nie jest długa wojna sąsiadów. Polskim interesem jest taka siła Rzeczypospolitej, aby długość ich wojny nie rozstrzygała o naszym bezpieczeństwie.

  1. „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”.

Zasada słuszna, jeśli rozumieć ją we właściwym porządku.

Święty Tomasz nie wymaga od rządzącego jednakowej troski o wszystkie narody. Władcy powierzono konkretną wspólnotę i za jej dobro odpowiada w pierwszej kolejności. Polski prezydent odpowiada więc przede wszystkim za Rzeczpospolitą, a nie za Ukrainę, Rosję czy jakiekolwiek inne państwo.

Z tego zdania powinny jednak wynikać konkretne konsekwencje. Jeżeli naprawdę „po pierwsze Polska”, to każdą pomoc dla obcego państwa trzeba mierzyć polskim dobrem wspólnym. Można odmówić. Można ograniczyć pomoc. Można i należy postawić warunki. Można ją zakończyć, kiedy przestaje służyć Polsce albo zaczyna jej szkodzić.

Tu pojawia się sprzeczność z wcześniejszym zapewnieniem, że Ukraina „zawsze może liczyć na naszą pomoc”. Jeżeli pomoc jest „zawsze”, to Polska nie jest już pierwsza. Pierwsze staje się zobowiązanie złożone Ukrainie.

Po Tomaszowemu kolejność jest odwrotna: najpierw dobro Rzeczypospolitej, potem ocena okoliczności, a dopiero na końcu decyzja, czy i w jakim zakresie pomagać.

  1. „Nie ma innego wyznacznika w polityce międzynarodowej niż dbanie o interes własnego państwa”.

Błąd: interes państwa zostaje podniesiony do rangi najwyższego prawa.

I tu Święty Tomasz też nie zgodziłby się z Panem Prezydentem.

Rządzący ma obowiązek troszczyć się o dobro własnej wspólnoty, ale nie wolno mu czynić interesu państwa jedyną miarą działania. Nad interesem państwa stoi sprawiedliwość, prawo naturalne i prawo Boże.

Państwo może mieć interes w czymś niesprawiedliwym. Może odnieść korzyść z niedotrzymania umowy, oszustwa, krzywdy słabszego czy niesprawiedliwej wojny. Sama korzyść nie czyni jednak takiego działania dobrym.

Dlatego katolicka racja stanu nie brzmi: „dobre jest wszystko, co służy Polsce”. Brzmi: „rządzący ma służyć Polsce wszystkimi środkami, na które pozwalają sprawiedliwość i prawo moralne”.

Całą tę część przemówienia można ostatecznie osądzić przez cztery pojęcia, które Święty Tomasz zalicza do roztropności.

Memoria – pamięć. Polska ma z czego czerpać. Rok 1939, zawiedzione rachuby na realną pomoc sojuszników, później Jałta i decyzje podejmowane ponad naszymi głowami – to nie są tylko rozdziały historii. To doświadczenie państwowe. Naród, który za tę naukę zapłacił krwią, powinien umieć z niej korzystać.

Providentia – przewidywanie. Polityka nie kończy się na tym, co daje korzyść dzisiaj. Trzeba pytać, jaki będzie skutek za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat. Ilu rosyjskich żołnierzy i ile rosyjskiego sprzętu ubyło na Ukrainie, to jeden rachunek. Ważniejszy brzmi: jaka Polska, jaka Ukraina i jaka Rosja wyjdą z tej wojny.

Circumspectio – ogląd całości. Rosję trzeba oceniać bez złudzeń. Ukrainę tak samo. Podobnie Stany Zjednoczone i każdego innego sojusznika. Wszystkie te państwa mają własne interesy i będą ich broniły. Polski rządzący ma obowiązek dostrzegać nie tylko wspólnego przeciwnika, ale również rozbieżność interesów, własne położenie, własną siłę, Wołyń, kult UPA, sytuację wewnątrz Polski i to, co może nastąpić po zakończeniu wojny.

Cautio – ostrożność. To, co dzisiaj przynosi Polsce korzyść, jutro może mieć swoją cenę. Święty Tomasz przypomina, że w sprawach ludzkich dobro bywa zmieszane ze złem. Roztropny władca korzysta więc z tego, co służy państwu, ale równocześnie zabezpiecza je na wypadek zmiany okoliczności. Dlatego w polityce tak niebezpieczne jest słowo „zawsze”.

Sojusze mogą wzmacniać Polskę, lecz nie zastąpią własnej siły. Pomoc obcemu państwu może być słuszna, ale najpierw trzeba wiedzieć, jakiemu polskiemu celowi służy i gdzie leży jej granica. Wspólny przeciwnik może na pewien czas zbliżyć interesy dwóch państw, lecz nie tworzy wiecznej przyjaźni. Wojna sąsiadów może przynieść Polsce doraźną korzyść strategiczną, ale jej przedłużanie nie może stać się celem polskiej polityki. Polska racja stanu obowiązuje Prezydenta, lecz sama pozostaje pod władzą sprawiedliwości i prawa moralnego.

Prezydent Rzeczypospolitej nie został postawiony na straży tego, by ktoś możliwie długo bił za nas Rosjan. Został postawiony na straży Rzeczypospolitej.

Dopiero państwo, które pamięta, przewiduje, widzi całość i zawczasu zabezpiecza się przed zmianą cudzych interesów, może z pełnym prawem powiedzieć:

„Po pierwsze Polska”.

Panie Prezydencie, prosimy wrócić do Świętego Tomasza!

=================================================

Lenka I. Miler – nauczycielka, socjoterapeutka i doktorantka nauk o rodzinie. Bada rozwój moralny w ujęciu św. Tomasza z Akwinu oraz jego znaczenie w pracy wychowawczej i socjoterapeutycznej z młodzieżą. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo Pod Chorągwią Matki Bożej Łysieckiej.

Teksty Świętego Tomasza, do których odwołuję się w artykule

Wszystkie wskazane niżej teksty Świętego Tomasza przywołuję według tekstu edycji Leoniny udostępnionego w serwisie Corpus Thomisticum. Dostęp do podanych stron: 10 sierpnia 2026 roku.

O roztropności rządzącego:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 50, a. 1, in corp.; ad 1um et 2um. Tomasz przedstawia tam prudentia regnativa jako szczególną postać roztropności właściwą temu, kto kieruje wspólnotą polityczną. W ad 1um wskazuje, że roztropność i sprawiedliwość są dwiema cnotami szczególnie właściwymi rządzącemu, natomiast w ad 2um wyjaśnia, że pod nazwą regnativa obejmuje także inne prawidłowe formy rządów.
Thomas de Aquino, Summa Theologiae, IIª-IIae q. 47-56

O pamięci, przewidywaniu, oglądzie okoliczności i ostrożności:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 49, pr.; a. 1, in corp. et ad 3um; a. 6, in corp. et ad 1um; aa. 7 et 8, in corp. Tomasz wyjaśnia tam znaczenie pamięci przeszłych doświadczeń dla namysłu nad przyszłością, właściwego podporządkowania środków celowi, uwzględniania istotnych okoliczności oraz ostrożności wobec zła, które w sprawach ludzkich bywa zmieszane z dobrem lub przybiera jego pozór. Providentia zostaje przez niego określona jako główna spośród wszystkich części roztropności.
Thomas de Aquino, Summa Theologiae, IIª-IIae q. 47-56

O wojnie sprawiedliwej:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 40, a. 1, in corp.; ad 3um. Tomasz wymienia trzy warunki wojny sprawiedliwej: prawowitą władzę, sprawiedliwą przyczynę oraz prawą intencję (intentio bellantium recta). Za św. Augustynem przestrzega zarazem przed żądzą szkodzenia, okrutną zemstą i nieprzejednanym usposobieniem. W ad 3um wyraźnie wskazuje, że także prowadzący sprawiedliwą wojnę zmierzają do pokoju.
https://www.corpusthomisticum.org/sth3034.html

O władzy publicznej i przykładzie żołnierza działającego z jej upoważnienia:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 64, a. 3, in corp.; ad 1um. W in corp. Tomasz wyjaśnia ogólną zasadę, że użycie władzy karzącej dla ochrony dobra wspólnego należy do tych, którym powierzono władzę publiczną, nie zaś do osoby prywatnej. W ad 1um posługuje się przykładem żołnierza zabijającego nieprzyjaciela z upoważnienia władcy: miles interficit hostem auctoritate principis.
corpusthomisticum

========================================

https://www.magnapolonia.org/men-nie-walczy-z-religia

Marzenie Scotta Bessenta o pokonaniu Iranu w ramach budowy rurociągu naftowego

Marzenie Scotta Bessenta

o pokonaniu Iranu w ramach

budowy rurociągu naftowego

10 sierpnia 2026 przez Larry C. Johnson sonar21/scott-bessents-delusional-oil-pipe-dream-to-defeat-iran

Kiedy sekretarz skarbu USA Scott Bessent powiedział w wywiadzie w ten weekend, że Cieśnina Ormuz „stanie się nieistotna” w ciągu dwóch lat — skoro ponad połowa energii przepływającej przez nią jest obecnie przekierowywana podziemnymi rurociągami — oddawał się mrzonce . Bessent nie rozumie, że zdolność Iranu do wykorzystania Cieśniny Ormuz jako geopolitycznej dźwigni nie zniknie, jeśli Arabowie z Zatoki Perskiej szybko zbudują rurociągi naftowe. To prawda, że ​​kapitał nienawidzi wąskich gardeł, a producenci z Zatoki rzeczywiście ścigają się, aby budować wokół jednego z nich. Arabia Saudyjska rozszerza swoją linię Wschód-Zachód Petroline, ZEA naciskają mocniej na swoją obwodnicę Fudżajry, a Irak odkurza długo uśpione lądowe korytarze eksportowe. Chevron bada nawet reaktywowaną linię Haditha-Baniyas z Iraku do syryjskiego Morza Śródziemnego.

Chociaż propozycja budowy rurociągu naftowego Bessenta brzmiała jak sprytny sposób na zneutralizowanie Iranu, nie dostrzega on prawdziwego znaczenia gospodarczego Zatoki Perskiej i siły nacisku, jaką Iran będzie miał przez kolejne lata. W ujęciu Bessenta Ormuz jest traktowany jako problem naftowy , a sieć rurociągów – jakkolwiek ambitna – rozwiązuje problem naftowy. Ale Ormuz to nie tylko najważniejszy na świecie punkt krytyczny dla ropy naftowej. To jedyny morski punkt wyjścia dla klastra wyspecjalizowanych surowców, których nie da się przepompować rurociągiem, nie da się szybko pozyskać surowców z innych źródeł, a których zakłócenia już teraz powodują wymierne szkody gospodarcze w sektorze żywności, półprzewodników i przemysłu ciężkiego. Budowa obejścia dla ropy naftowej i uznanie cieśniny za „nieistotną” to błąd, ponieważ jeden punkt przepustowości jest dla nich wszystkich nieistotny.

Dowody na to nie są hipotetyczne. To zapis ostatnich pięciu miesięcy.

Obliczenia dotyczące obejścia oleju są już łatwą częścią — a nadal nie można ich zamknąć

Zacznijmy od surowca, którego dostawy mają obsługiwać rurociągi. Nawet w tym przypadku substytucja jest niepełna. Przez Ormuz przepływa zazwyczaj około 20 milionów baryłek ropy naftowej, kondensatu i produktów dziennie – około jednej piątej światowego zużycia ropy naftowej. Obecna przepustowość obejścia wynosi około 4,7 miliona baryłek dziennie. Zlikwidowanie tej luki wymaga nie jednego głównego rurociągu, ale całej redundantnej sieci, budowanej przez aktywne lub niedawno aktywne strefy konfliktów, przez lata. Dwuletnia perspektywa Bessenta jest optymistyczna w tym kontekście i jest najkorzystniejsza, ponieważ ropa naftowa to jedyny ładunek z Ormuz, do którego transportu rurociągi są faktycznie zaprojektowane.

Cała reszta towarów produkowanych w Zatoce Perskiej nie nadaje się do transportu rurociągiem, a mają one kluczowe znaczenie dla światowej gospodarki.

LNG: Brak rurociągów z Ras Laffan do Tokio

Około jedna piąta światowego handlu skroplonym gazem ziemnym przechodzi przez cieśninę Ormuz, głównie z Kataru, drugiego co do wielkości eksportera LNG na świecie. Kiedy irańskie ataki uszkodziły katarski kompleks Ras Laffan – największy na świecie obiekt eksportu LNG – a QatarEnergy ogłosiło na początku marca stan siły wyższej, około 10 miliardów stóp sześciennych dostaw dziennie, czyli około 20% światowego obrotu LNG, zostało wyłączonych z eksploatacji. Dane Kaplera dotyczące tankowców nie wykazały, aby przez prawie dwa miesiące przepłynął przez cieśninę żaden załadowany statek LNG.

Konsekwencje szybko dotarły do ​​krajów daleko od Zatoki Perskiej. Indeks cen gazu ziemnego Banku Światowego wzrósł o 24% w ciągu jednego miesiąca. Przewiduje się obecnie, że europejski benchmark wzrośnie o około 25% do 2026 roku, ponieważ LNG często ustala tam cenę krańcową; Azja, która przyjmuje zdecydowaną większość ładunków z Kataru, ucierpiała najbardziej, ponieważ nabywcy starali się zastąpić zakontraktowane dostawy na rynku spot.

Oto część, której rurociąg nie jest w stanie naprawić: LNG nie ma drogi lądowej z Kataru. Skroplony gaz z definicji jest produktem morskim — skraplają go właśnie dlatego, że nie da się go przesłać rurociągiem przez oceany do Japonii, Korei Południowej czy Indii. A jedyny producent wystarczająco duży, by wypełnić tę lukę, Stany Zjednoczone, nie jest w stanie tego zrobić. Budowa nowych amerykańskich terminali skraplających zajmuje lata i kosztuje miliardy; EIA spodziewała się, że eksport USA wzrośnie jedynie o ułamek brakującego wolumenu z Kataru, a znaczące nowe moce produkcyjne będą napływać w najlepszym razie do końca 2026 roku. Obwodnica dla ropy naftowej nic nie da nabywcy LNG w Osace. Nie ma żadnej obwodnicy do zbudowania.

Mocznik i amoniak: szok nawozowy, który dotyka każde gospodarstwo rolne

Zatoka Perska to nie tylko centrum energetyczne. To jedna z największych fabryk nawozów na świecie, a Ormuz – to właśnie stamtąd te nawozy trafiają na pola, które są od nich zależne. Bliski Wschód dostarcza blisko jedną czwartą światowego eksportu mocznika; według niektórych szacunków, około jedna trzecia światowego handlu nawozami drogą morską została zagrożona po zamknięciu cieśniny. Iran wstrzymał produkcję amoniaku; Katar zawiesił produkcję mocznika, amoniaku i siarki po zniszczeniu cieśniny Ras Laffan.

Reakcja cenowa była gwałtowna. Cena mocznika przekroczyła 850 dolarów za tonę metryczną w kwietniu – o około 80% więcej niż w lutym i osiągnęła najwyższy poziom od 2022 roku. Światowe ceny mocznika wzrosły w szczytowym momencie mniej więcej dwukrotnie. Cena amoniaku wzrosła o prawie 40% w ciągu kilku tygodni, a około 24% światowego handlu amoniakiem zazwyczaj przechodzi przez Ormuz. Agencja Fitch podniosła swoje prognozy dotyczące amoniaku i mocznika na 2026 rok o około jedną czwartą i ostrzegła, że ​​nawozy azotowe odczują największe spadki ze wszystkich kategorii produktów.

W przeciwieństwie do wykresu cen, szkody w dół łańcucha dostaw się kumulują. Indie – które pozyskują około 80% amoniaku z Zatoki Perskiej – odnotowały zahamowanie krajowej produkcji amoniaku i straty setek tysięcy ton miesięcznej produkcji mocznika, ponieważ gaz przemysłowy był racjonowany. Amerykańscy rolnicy załagodzili szok w najgorszym możliwym momencie, rozpoczynając wiosenne zasiewy z rosnącymi cenami nawozów i ceną oleju napędowego przekraczającą 5 dolarów za galon. Ponieważ gaz ziemny stanowi około 80% kosztów nawozów azotowych, zakłócenia na rynku LNG i zakłócenia nawozów wzajemnie się napędzają – efekt drugiego rzędu, którego nie dotyka żaden rurociąg naftowy. Kiedy nawozy stają się rzadkie i drogie, ostateczny rachunek mierzy się plonami i cenami żywności w krajach, które nigdy nie kupiły ani baryłki ropy z Zatoki Perskiej.

Siarka i DAP: cichy wkład w łańcuch fosforanowy

Siarka rzadko trafia na pierwsze strony gazet, dlatego właśnie jej zakłócenia są pouczające. Jest produktem ubocznym przetwarzania gazu z Zatoki Perskiej i kluczowym surowcem do nawozów fosforanowych oraz niezliczonych procesów przemysłowych. W związku z zawieszeniem produkcji siarki w Katarze i ograniczeniem dostaw w regionie, ceny wzrosły mniej więcej dwukrotnie od początku roku. Przełożyło się to bezpośrednio na cenę fosforanu diamonowego (DAP): ceny DAP wzrosły w kwietniu o ponad 10% z powodu ograniczenia podaży i wyższych kosztów siarki, na co wpłynęły działania Chin zmierzające do ograniczenia własnego eksportu – Chiny importują około połowę siarki z Bliskiego Wschodu.

To jest schemat warty uwagi. Zakłócenie na Ormuzie nie powoduje jednego, czystego niedoboru; wywołuje kaskadę powiązanych procesów chemicznych – gaz w amoniak, amoniak i siarka w gotowy nawóz, a zakazy eksportu nakładają się na fizyczne niedobory. Rurociąg transportujący ropę naftową nie przecina żadnego z tych łańcuchów.

Hel: surowiec, dla którego nie ma substytutu i alternatywnego wyjścia

Hel jest najlepszym przykładem ślepej uliczki Bessenta, ponieważ w przypadku helu argument o rurociągu jest nie tylko niewystarczający, ale wręcz kategorycznie niemożliwy do zastosowania.

Katar dostarcza około jednej trzeciej światowego helu, wydobywanego jako produkt uboczny w procesie przetwarzania LNG w Ras Laffan. Marcowe strajki i zamknięcie cieśniny spowodowały przerwanie produkcji helu o około 30%, a oceny szkód sugerują, że pełna odbudowa niektórych elementów infrastruktury może zająć lata, a nie tygodnie. Dystrybutorzy z USA powołali się na siłę wyższą, rozpoczęli racjonowanie dostaw, priorytetowo potraktowali klientów z sektora opieki zdrowotnej i nałożyli dopłaty; ceny spot gwałtownie wzrosły.

Hel nie może być syntetyzowany. Jest to gaz ograniczony, nieodnawialny, którego nie da się zastąpić w krytycznych zastosowaniach: produkcji półprzewodników, zaawansowanych obudowach chipów, urządzeniach MRI i hermetycznym wnętrzu każdego dysku twardego o dużej pojemności w momencie, gdy popyt w centrach danych napędzanych sztuczną inteligencją rośnie. Seagate i Western Digital zgłosiły całoroczne alokacje i wzrosty cen o 20–30%; południowokoreańscy producenci chipów mieli według doniesień działać na zapasach wystarczających na około sześć miesięcy.

Każdy gram katarskiego helu opuszcza kraj tą samą drogą: statkiem, przez Ormuz. Nie ma alternatywy dla rurociągu, drogi lądowej, obejścia – jedynym wyjściem helu z drugiego co do wielkości centrum produkcyjnego na świecie jest 33-kilometrowy szlak wodny. Sieć rurociągów do transportu ropy naftowej mogłaby zostać ukończona już jutro, ale do fabryki chipów na Tajwanie nie dotarłby ani jeden litr helu.

Dlaczego kadrowanie ma znaczenie

Nic z tego nie oznacza, że ​​rurociągi okrężne to zły pomysł. Zmniejszenie zależności świata od jednego wąskiego gardła ropy naftowej jest rozsądne, a redundancja sterowana przez rynek jest dokładnie tym, czego by się chciało. Bessent ma rację, że przepływy kapitału omijają ryzyko, a Teheran przyspieszył własną strategiczną marginalizację, wykorzystując cieśninę jako broń.

Jednak twierdzenie, że „Cieśnina Ormuz stanie się nieistotna”, jest rażąco mylące. Prawdziwa waga strategiczna tego szlaku wodnego wynika z jego roli jako wspólnej bramy eksportowej dla pakietu towarów – LNG, mocznika, amoniaku, siarki i helu – które są transportowane drogą morską z powodu warunków fizycznych, skoncentrowane w kilku obiektach w Zatoce Perskiej i niemożliwe do szybkiego uzupełnienia. Każdy z nich został zakłócony w realnym świecie w ciągu ostatnich pięciu miesięcy, a każde z nich powodowało szoki cenowe i szkody w dół łańcucha dostaw, których rurociąg naftowy nie jest w stanie zapobiec.

Obecny rynek to podkreśla. Na początku sierpnia cena ropy Brent oscylowała w okolicach 85 dolarów i rosła na nagłówkach gazet dotyczących cieśniny Ormuz, z premią za ryzyko wojenne, która nie chciała spaść pomimo miesięcy negocjacji – w tym procesie amerykańskie Strategiczne Rezerwy Ropy Naftowej zostały obniżone do najniższego poziomu od lat 80. Ta premia odzwierciedla wycenę całego koszyka ropy naftowej, jaką niesie cieśnina, a nie tylko baryłek. Dopóki nie powstanie plan budowy tankowca LNG, ładunku amoniaku, transportu siarki i zbiornika z helem – z których żaden nie zmieści się w rurociągu – cieśnina Ormuz pozostanie daleka od nieistotnego.

Rurociąg może transportować ropę naftową. Nie może transportować reszty tego, co transportuje Ormuz. A to właśnie reszta po cichu zmienia obecnie globalną gospodarkę.


Sędzia pokazał mi film z Bessentem, który zainspirował mnie do napisania tego artykułu:

Larry Johnson: Czego potrzebuje Iran, aby otworzyć Ormuz

Najnowsze informacje na temat dynamiki rozwoju sytuacji w Zatoce Perskiej przekazuję za pośrednictwem protokołu przejściowego :

PILNE: Gdzie był Modżtaba Chamenei? Niewidzialny przywódca Iranu wykonał pierwszy ruch – kto podpisał irański dekret?

Karen Kwiatkowski zastąpiła dziś Kyle’a Anzalone’a:

LARRY JOHNSON i PUPŁ. KAREN KWIATKOWSKI - Trump PRZEGRAŁ, a Ameryka jest przez to słabsza!

Nima i ja rozmawialiśmy o absurdalnym twierdzeniu Trumpa, że ​​chce reparacji od Iranu:

Larry Johnson: Trump zmienia scenariusz: USA żądają teraz miliardów dolarów reparacji od Iranu

Miałem krótką zapaść nerwową na Sulaimana, gdy pojawiły się doniesienia o planach przeprowadzenia operacji lądowej w Zatoce Perskiej:

INWAZJA LĄDOWA NA IRAN NIEMOŻLIWA, TRUMP ATAKUJE IRAN, REZERWY ROPY W USA SPADAJĄ Z CIA Larrym Johnsonem

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.

Rosyjski system aktywnej ochrony Arena-M w końcu osiągnął dojrzałość na polu bitwy

Rosyjski system aktywnej ochrony Arena-M w końcu osiągnął dojrzałość na polu bitwy

Symplicjusz 11 sierpnia 2026 r. simplicius/russian-arena-m-active-protection

W niedawnym przemówieniu były głównodowodzący ukraińskiej armii Walerij Załużny złożył szokujące wyznanie.

Stwierdził, że w trakcie konfliktu na Ukrainie Rosji udało się zamienić każdą zachodnią wunderwaffen lub „superbroń” w bezużyteczny złom:Nie można załadować wideo.

Jego prawdziwe słowa ze szczegółami:

„Do roku 2026 Ukraina rozmieściła już każdy rodzaj uzbrojenia – z wyjątkiem rakiet Tomahawk, broni jądrowej, lotniskowców i myśliwców F-35 – a także wdrożyła wszystkie niezwykle złożone doktryny operacyjne NATO…

A wszystkie dostępne zasoby zostały już całkowicie wyczerpane. Rosji udało się znaleźć konkretne środki zaradcze na każdy z nich.

Następnie podaje przykład systemu HIMARS, który początkowo okazał się niespodziewanym sukcesem i, jak twierdzi, w pojedynkę umożliwił Ukrainie wyzwolenie obwodu chersońskiego jesienią 2022 roku. Jednak zaledwie miesiąc później, jak twierdzi, system HIMARS stał się całkowicie bezużyteczny.

Jego słowa:

„Dokładnie miesiąc później [HIMARS] stały się czymś zupełnie bezużytecznym, po prostu nie da się ich używać”.

Zwróćcie uwagę w szczególności na fragment oświadczenia, który pozostaje najbardziej niezauważony. Rosja całkowicie zneutralizowała nie tylko uzbrojenie, ale także „wysoce złożone doktryny operacyjne” NATO. Krótko mówiąc, cały system NATO, który został zaprojektowany, by pokonać ZSRR, a następnie Rosję, co obejmuje przejście od tak zwanej „gorszej sowieckiej szkoły” myślenia, „dowództwa odgórnego”, trzymanie się niesławnej inicjatywy NATO w zakresie „dowództwa misyjnego” i wszystkich innych stereotypów dotyczących rosyjskiego sposobu prowadzenia wojny. Ukraina została przekształcona w zmodernizowaną wersję sił NATO, z większym finansowaniem i dostępem niż prawdopodobnie jakikolwiek inny członek NATO, a wszystko to zostało odrzucone i zneutralizowane na polu bitwy przez ciągłe rosyjskie innowacje.

https://www.yahoo.com/news/world/articles/ukraine-f-16s-being-worn-110000052.html

Wypowiedzi Załużnego wprowadzają nas w ciekawy wątek dotyczący zastosowania przez Rosję systemu aktywnej obrony (Aerien-M) w czołgach.

W ostatnich tygodniach rosyjskie czołgi w końcu pojawiły się w transporcie z Uralwagonzawodu, a także na froncie, z mitycznym systemem Arena-M, nad którym od dawna trwają prace. Rosyjskie media donosiły, że ulepszone wersje systemu Arena, zwane Arena-M, zaczną być instalowane na różnych czołgach już od 2023 roku. W zeszłym miesiącu Izwiestia donosiła, że ​​wkrótce czołgi T-72B3A wyposażone w ten system zostaną użyte w szturmach na froncie .

Będą wspierać grupy szturmowe

Jednostki wojskowe działające w strefie operacji specjalnych otrzymały czołgi T‑72B3A wyposażone w systemy aktywnej obrony Arena‑M. Pojazdy pancerne i ich załogi są obecnie aktywnie przygotowywane do użycia w operacjach bojowych.Zadaniem specjalnie chronionych czołgów będzie wsparcie działań naszych grup szturmowych, przeprowadzających ataki na umocnione pozycje przeciwnika,dowiedział się „Izwiestia”.

Filmik sprzed około tygodnia przedstawiający czołg T-90M podczas prób fabrycznych w UVZ z zainstalowanym systemem Arena-M, widocznym jako małe pudełka na górze z tyłu i z przodu wieży:Nie można załadować wideo.

Czołg T-90M wyposażony w aktywny system ochrony (APS) „Arena-M” przechodzi próby fabryczne na poligonie w pobliżu zakładów UVZ.

➖Istnieją doniesienia, że ​​czołgi dostarczane przez UVZ są wyposażone w mieszane komponenty: niektóre pojazdy otrzymują standardowy aktywny system ochrony, podczas gdy inne otrzymują ulepszoną „grill” i rozszerzony pakiet ochrony dynamicznej i przeciwkumulacyjnej (w tym wzmocnione ekrany i osłonę komory silnika).

➖Czołgi T-80BV otrzymują zmodernizowaną wieżę i bardziej zaawansowane rozwiązania konstrukcyjne w zakresie ochrony, różniące się od standardów serii T-72/T-90.

➖Trwają prace nad kompleksową ochroną czołgów przed uderzeniami dronów FPV, ale nadal nie wiadomo, kiedy zostanie zaprezentowane kompletne rozwiązanie, które zapewni niezawodną ochronę pojazdu w warunkach bojowych przez dłuższy czas.

Na początek, Arena-M została pierwotnie stworzona do zatrzymywania różnego rodzaju amunicji, takiej jak ppk i javeliny, w tym w trybie „top attack”. Oczywiście nie stanowią one już problemu w porównaniu z powszechnością dronów. Oto jednak nagranie testowe systemu Arena-M na T-72B3M przechwytującego mały pocisk rakietowy w trybie top attack i lecący bezpośrednio po trajektorii, jako przykład działania: Nie można załadować wideo.

System działa na podstawie małego, milimetrowego radaru dopplerowskiego, który wykrywa nadlatujące pociski, a następnie wystrzeliwuje twardy ładunek bojowy, który jest aktywowany w odpowiednim momencie i eksploduje w pobliżu czołgu, rozsiewając w kierunku nadlatującego pocisku odłamki.

Podczas niedawnego ataku w kierunku Dobropilli, z okolic Szachowego, niedaleko Pokrowska, siły rosyjskie po raz pierwszy użyły czołgów z systemami Arena-M. Nagrania opublikowane przez obronę tego obszaru przez Korporację Azow pokazały jedno zestrzelenie drona FPV przez system Arena.

Jednakże szokującym było to, że ważne osobistości proukraińskie, w tym amerykański analityk Rob Lee i weteran ukraińskich operacji specjalnych Dmytro Putiata, rozmawiali z jednostkami Azowa biorącymi udział w ataku i dowiedzieli się, że system Arena-M w rzeczywistości zadziałał zadziwiająco dobrze:

Rob Lee@ RALee85Rosyjski atak na obszar Korpusu Azowskiego dwa tygodnie temu obejmował kilka interesujących innowacji. Nie powiódł się, częściowo dlatego, że natknęli się na jeden z najsilniejszych korpusów Ukrainy, ale pokazał, że rosyjskie wojsko uczy się i eksperymentuje z wykorzystaniem czołgów.

Dmytro Putiata @ kriegsforscherD@RALee85 i ja rozmawialiśmy z jedną z jednostek biorących udział w tej operacji i sprawdziliśmy, czy ten system działa skutecznie, czy nie. I niestety, działa. W jednym przypadku system zniszczył 7 dronów FPV. Ogólnie rzecz biorąc, zniszczenie ich wymagało od 15 do 20 dronów FPV.

22:30 · 8 sierpnia 2026 · 357 tys. wyświetleń


19 odpowiedzi · 307 repostów · 1,92 tys. polubień

———————————————————–

Putiata potwierdził, że jednostki przekazały mu, iż jeden system Arena zniszczył 7 dronów FPV, a do zniszczenia czołgu średnio potrzeba było 20 dronów FPV.

Ich oryginalny wątek był odpowiedzią na wątek innego ukraińskiego eksperta od czołgów , który potwierdził, że jedynym powodem trafienia czołgów było całkowite zużycie amunicji kanistrowej Arena-M:

Krótko mówiąc, wygląda na to, że system Areny w zasadzie zestrzeliwał wszystko, co znalazło się w zasięgu wzroku, a czołgi można było trafić dopiero po wyczerpaniu ich amunicji.

Oto fragment filmu opublikowanego przez Korpus Azow, przedstawiający rosyjski atak, do wykorzystania w celach informacyjnych:Nie można załadować wideo.

Skąd wiemy, że moduły pojemników były puste? Ponieważ, gdy nie zostały wystrzelone ani użyte, są szczelnie zamknięte w następujący sposób:

Teraz spójrz na zrzut ekranu filmu – możesz zobaczyć, że moduły po obu stronach są otwarte i puste, ponieważ zostały wyczerpane:

Wspomniany ukraiński ekspert od czołgów, Andriej Tarasenko, uważa, że ​​ograniczona amunicja nie pozwoli Arenie na wykorzystanie jej w nowoczesnych warunkach, gdzie nasycenie dronami jest po prostu zbyt wysokie. Nigdy jednak nie można zgadnąć pomysłowości rosyjskich inżynierów w wymyślaniu rozwiązań, które pozwoliłyby na zamontowanie większej ilości amunicji lub wyrzutni na czołgu.

Wystarczy posłuchać przemówienia otwierającego Załużnego, w którym przypisuje on rosyjskiej pomysłowości w opracowywaniu kontr-środków wszystkim czołowym systemom Zachodu. Ciekawostką w potwierdzonym już sukcesie Areny-M jest to, że mechanizm „hard kill” potrafi to, czego nie potrafi nawet najlepszy system walki elektronicznej: zniszczyć drony światłowodowe, a nawet autonomiczne drony sterowane przez sztuczną inteligencję.

Samodzielna produkcja ładunków wybuchowych nie może być kosztowna, co teoretycznie oznacza, że ​​taki system z ogromną liczbą pocisków powinien być w stanie zniszczyć drona za dronem z każdego możliwego kierunku. Wyobraźmy sobie teraz kilka takich czołgów, a może nawet dedykowany pojazd Arena-M wyposażony jedynie w te systemy, poruszających się w ciaśniejszej formacji, tworzącej swego rodzaju falangę „muru” środków zaradczych. Nic nigdy nie będzie w 100% niezawodne, ale mogłoby to spowodować wykładniczy wzrost wydatków wroga na drony przy każdym ataku.

Rosyjskie innowacje są nadal wdrażane. Wiele ukraińskich mediów donosiło dziś rano, że rosyjski system „Starlink”, znany jako konstelacja Rassvet, jest wdrażany znacznie szybciej niż oczekiwano, jak twierdzi czołowy szef ukraińskiego wywiadu:

https://kyivindependent.com/rosja-przyspiesza-rozmieszczanie-systemu-starlink-jak-satelita-ukraine-military-intelligence-says/

Rosja przyspiesza wdrażanie swojego systemu łączności satelitarnej Rassviet, krajowego odpowiednika Starlink, szybciej niż planowano, poinformował 10 sierpnia zastępca szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego, generał major Wadym Skibicki.

„Moskwa wdraża Rasswiet, w istocie rosyjski odpowiednik systemu Starlink. I zaczęli go uruchamiać znacznie szybciej, niż przewidywali w swoich planach” –powiedział Skibickiw wywiadzie dla RBC-Ukraina.

Jak stwierdziliśmy w poprzedniej analizie sprzed tygodnia lub dwóch, szef wywiadu Skibicki zauważa, że ​​obecnie oczekuje się, iż Rosja zwiększy konstelację Rasswiet do 292 do przyszłego roku, co stanowi liczbę nawet większą niż podane wcześniej ~250, które są podstawą zapewnienia Rosji całkowitej stabilności sygnału nad Ukrainą przez całą dobę, przez siedem dni w tygodniu:

Skibicki dodał, że Rosja planuje zbudować konstelację składającą się z 292 satelitów do 2027 roku i rozszerzyć ją do 924 satelitów do 2035 roku.

Ten rozwój sytuacji bardzo zaniepokoił Ukraińców:

W wywiadzie dla agencji AP opublikowanym 10 sierpnia dowódca Sił Bezzałogowych Robert „Madyar” Brovdi określił ten rozwój sytuacji jako „zagrożenie dla całej planety”.

„Ponieważ dyktatura uzyska dostęp do informacji na całym świecie” – dodał.

To z pewnością interesujące wydarzenia. W szczególności pojawienie się i przetestowany sukces systemu Arena-M może potencjalnie utorować drogę do nowej fazy wojny, w której pancerne środki ataku powrócą do pewnego stopnia.

Podziel się swoimi przemyśleniami: czy ożywi to ataki pancerne w przyszłych ofensywach, czy też odejdzie w zapomnienie jako nowość i platforma testowa ze względu na prostą nierozwiązywalność problemu roju dronów?

Nawrocki w butach Piłsudskiego?

Nawrocki w butach Piłsudskiego?

Jan Engelgard 

Słuchając przemówienia Pana Prezydenta na dziedzińcu Pałacu Namiestnikowskiego dniu 6 sierpnia, kiedy raczył był poinformować naród o swoim stosunku do wojny na Ukrainie – i kiedy wykrzyczał: „Niech sobie mordują tych sowietów tam, gdzie ich napadli i w ogóle nas Polaków to nie boli. W tym zakresie zawsze mogą na nas liczyć, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski” – nasunęła mi się taka scena z listopada 1919 roku.

Wysłannik Józefa Piłsudskiego na rozmowy z Rosja radziecką, hr. Michał Kossakowski, podczas rozmowy w Belwederze, zapytał go – jaki jest właściwie cel polskiej polityki na Wschodzie. Poirytowany Piłsudski odrzekł: „Zarówno bolszewikom, jak i Denikinowi jedno jest tylko do po­wiedzenia: Jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Mówiąc inaczej języ­kiem żołnierskim: dławcie się, bijcie się, nic mię to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone (…) Lekceważę, pogardzam wami. Jesteście pogrążeni w rękach Żydów i junkrów niemieckich, nie wierzę wam, waszemu gatunkowi ludzkiemu”.

Kosssakowski był wstrząśnięty, zapisał w dzienniku: „Pogarda i lekceważenie zarówno bolszewików, jak też Denikina, czyli całej Rosji… czy można mieć program polityczny redukujący się do słów: „pogarda, lekceważenie”? Czy w rzeczywistości nic więcej od Rosji nie potrzebujemy…”.

Nie wiem, czy Nawrocki inspirował się tą wypowiedzią Piłsudskiego. Być może, przecież praktycznie cała polska „klasa polityczna” to właśnie jego i jego koncepcje wschodnie bierze za wzór. Tyle tylko, że zapomina się, albo chce się zapomnieć o jednym – ta polityka zakończyła się klęską i Polska tylko cudem uratowała swój świeży niepodległy byt. Ta polityka pogardy i lekceważenia wszystkich na Wschodzie – sprawiała, że byliśmy znienawidzeni nie tylko przez „Moskali” (czerwonych i białych), ale także przez Ukraińców, nawet tych od Petlury, którzy niby byli naszymi sojusznikami. Polacy ciężko zapłacili ze tą bezrozumną fanfaronadę i skrajną megalomanię podczas II wojny światowej.

Jaka jest wobec tego różnica między Piłsudskim i Nawrockim? Ano taka, że ten pierwszy przyznał się do tego, że jego ukraiński plan zakończył się fiaskiem, zweryfikował stanowisko wobec Moskwy, był w latach 30. gotów do rozważenia taktycznego a może nawet strategicznego sojuszu z nią przeciwko Niemcom, wreszcie przestał grać kartą ukraińską. Tymczasem Nawrocki jest na etapie przeżuwania i podniecania się retoryką Piłsudskiego z roku 1919, tyle tylko, że Piłsudski głęboko skrywał swoje emocje i ujawnił je tylko sam na sam z Kossakowskim, a Nawrocki wykrzyczał je na cały świat. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak skierować do Pana Prezydenta i jego otoczenia słów tegoż właśnie Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”.

Jan Engelgard 

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Ukropolin w budowie

Zinkiewicz: Ukropolin w budowie

Mateusz Piskorski i Tomasz Jankowski w audycji na YouTube „Kto chce zamieszek w Polsce” analizowali przyczynę nasilających się prowokacji na terenie Polski. Od ponad dwóch lat cyklicznie, trywialnie zwracam uwagę na omawiane problemy w audycji obu wyżej wymienionych panów. Pierwszy raz felietonem W co gra amerykańska propaganda?. Natomiast ostatnio w najnowszym felietonie Filmowcy. 

W przeciwieństwie do mojej Małżonki nie posiadam zdolności profetycznych wzmocnionych umiejętnościami analitycznymi i obszerną wiedzą z zakresu psychologi stosowanej. Posługuję się zupełnie inną metodologią. Polega ona na wyciąganiu wniosków z pozornie mało istotnych sygnałów docierających do mnie. Konfrontuje je ze spektrum wydarzeń. 

Zdrowy dystans

W przeszłości w zamierzchłych czasach PRL-u, po przyjeździe do Polski z Wiednia pozwoliło mi to na uniknięcie aresztowania i bezpodstawnego oskarżenia o szpiegostwo. Stąd też identyfikuje się z traumatycznymi przeżyciami polskiego patrioty Mateusza Piskorskiego. Staram się nigdy nie lekceważyć sygnałów wywołujących refleksję. Jest to moja indywidualna forma instynktu samozachowawczego. Do tego w trakcie mojego życia, po szeregu koszmarnych przeżyć, utworzył się we mnie dystans do ludzi. Pewna doza braku zaufania, sceptycyzmu, cecha, którą nabywa się wraz z wiekiem. 

„Stare trupy” 

Wypowiedź Żydówki Anny Marii Żukowskiej o ekshumacjach ofiar ukraińskiego ludobójstwa brzmiała: „Jeżeli to jest dla pana rodzaj transakcji, żeby bardziej starymi trupami handlować, za takie bardziej świeże, to po prostu jest obrzydliwe naprawdę”.

Słowa te wywołały dużą debatę publiczną w lutym 2025 roku. Wypowiedź ta padła w kontekście dyskusji o relacjach polsko-ukraińskich i warunkach stawianych Ukrainie. W trakcie dyskusji z wicemarszałkiem Sejmu Krzysztofem Bosakiem na antenie TVN24. Słowa o „starych trupach” spotkały się z ostrą krytyką ze strony polityków różnych opcji oraz komentatorów, którzy uznali je za brak szacunku dla pamięci bestialsko pomordowanych Polaków, których doczesne szczątki, wdeptane są w ukraińskie błota. Zgodnie z polską, katolicką tradycją, wymagają godnego pochowku. A dla niej są to tylko „stare trupy” (sic!). Posłanka nie przeprosiła – w rozmowie z RMF FM powiedziała, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

Groźby ambasadora

Z kolei w lutym i marcu 2026 roku ambasador USA w Polsce, Tom Rose, wygłosił krytyczne wypowiedzi pod adresem Grzegorza Brauna. Stwierdził, że udział formacji Brauna w polskim rządzie byłby dla USA poważnym problemem, a w marcu ostro skrytykował wpis polityka w księdze kondolencyjnej w ambasadzie Iranu po śmierci Alego Chameneiego, ostrzegając, że „Amerykanie i prezydent Trump tego nie zapomną”.

Wypowiedź amerykańskiego ambasadora uruchomiła lawinę serwilistycznych artykułów prasowych atakujących środowisko posła Brauna, uderzających bezpośrednio w Mateusza Piskorskiego i Tomasza Jankowskiego. Wychwycił to publicysta i były poseł na Sejm RP Piotr Gadzinowski i opisał w artykule Pożegnanie z Marią („Fakty po Mitach”, nr 31 z 31 lipca 2026 roku). Wcześniej pisałem w podobnym duchu, jako odpowiedź na krytykę, która po wystąpieniu ambasadora USA Rose’a znalazła się w „Gazecie Polskiej”, zamieściłem ją w felietonie Sało w Czekoladzie.

Mógłbym przytoczyć parę innych przykładów, rozbijackiej działalności nakierowanej na środowisko Grzegorza Brauna wraz z podstępnymi działaniami wobec polityków z nim związanych. Ograniczę się do banału, jakim jest dostrzeżone przeze mnie wybudzanie ukraińskiego śpiocha stryja-konfidenta, startującego w nowej roli: filmowca-prowokatora w duecie z pewną panienką. O tym mowa w felietonie Filmowcy

Lęki architektów Ukropolin

Bardzo wiele na temat budowy w Polsce Ukropolinu napisał Krzysztof Baliński. Jego książki są dostępne w sprzedaży. Zgadzam się z zawartymi w nich tezami, że w Polsce budowany jest Ukropolin, natomiast sprowadzenie do Polski blisko 2 milionów Ukraińców to zaplanowana w tym celu akcja globalistów amerykańskich, autorów wojny na Ukrainie i Bliskim Wschodzie. Jedynie Grzegorz Braun i jego środowisko polityczne przeciwstawiają się przebudowie Polski w Ukropolin.

Interesującą analizę na temat Brauna przeprowadził Paweł Lisicki w audycji na YouTube Prawicowej koalicji bez Brauna nie będzie. Morawiecki skazany na Tuska. Wynika z niej, że Grzegorz Braun jest politykiem godnym zaufania, ponieważ od lat konsekwentnie wypowiada te same poglądy, spełniające oczekiwania Polaków, zmęczonych PiS-em, jak i Koalicją Obywatelską, rządzącymi pod dyktando USA i Izraela. Lisicki wyjaśnia przyczynę lęku ludzi, którym od dziesięcioleci wydaje się, że są właścicielami Polski. Zafascynowani są odrodzonym faszyzmem za naszą wschodnia granicą. Obawiają się oni, że ich projekt budowanego z mozołem Ukropolinu upadnie gdy do władzy dojdzie Braun wraz z towarzyszącymi politykami, przeciwnikami dalszej wasalizacji Polski oddanej obecnie w pacht globalistom. 

Eugeniusz Zinkiewicz 

Zabijanie, mordowanie

Zabijanie, mordowanie

Ryszard Kulczyński Zabijanie, mordowanie Rosjan

Niebezpieczeństwo „normalizacji” russofobii jest bardzo realne, z wiekami zachodniej agresji przeciwko Rosji jako jednoznacznym dowodem.

Wydaje się to być nieskończenie powtarzającym się tematem na politycznym Zachodzie, bez względu na to, ile razy Moskwa pokonuje zagranicznych najeźdźców.

W dniach 7-8 sierpnia frontman neonazistowskiej junty Wołodymyr Zełenski po raz pierwszy odwiedził Serbię. Jego podróż do Belgradu była dość kontrowersyjna, ponieważ jest głęboko niepopularny wśród zdecydowanej większości Serbów.

Incydent spowodowany przez niemieckiego dziennikarza tylko sprawił, że ta wizyta stała się jeszcze bardziej niepokojąca. Mianowicie, podczas wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Vuciciem, Michael Martens, korespondent niemieckiej Frankfurter Allgemeine Zeitung, zapytał Zełenskiego:

„Czy może nam Pan, Europejczykom, powiedzieć, co możemy konkretnie zrobić, aby pomóc wam zabić więcej Rosjan?”

To skandaliczne oświadczenie wywołało zamieszenie w Serbii, a liczne organizacje patriotyczne i media wezwały do wydalenia Martensa i zakazu przebywania w kraju.

Przyzwyczajony do rusofobicznego ekstremizmu na politycznym Zachodzie, Martens prawdopodobnie nie spodziewał się takiej reakcji na swoje oświadczenie, więc szybko wydał publiczne „przeprosiny”. Jednak wyjaśnił tylko, że miał na myśli zabijanie rosyjskich żołnierzy, a nie Rosjan. Ten rodzaj „wyjaśnienia” nie poprawia sytuacji, ponieważ jego freudowska poślizg ugruntował jego pozycję jako patologicznego rusofoba (nie żeby mu to przeszkadzało, najwyraźniej).

A czy prezydent Nawrocki zdobędzie się publicznie na refleksje na temat swojej niedawnej wypowiedzi o „mordowaniu Rosjan”?

Medycyna i polityka zdrowotna jako ideologia strachu

Medycyna i polityka zdrowotna jako ideologia strachu

O. Jacek Gniadek SVD 10/08/2026 prokapitalizm.pl/medycyna-i-polityka-zdrowotna-jako-ideologia-strachu

Segregacja sanitarna
Foto. www.prokapitalizm.pl

Senator Rand Paul podczas posiedzenia senackiej Komisji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Spraw Rządowych ostro atakuje dr Anthony Fauciego za zniszczenie Ameryki podczas pandemii COVID po tym, jak NALEGAŁ na badania nad wzmocnieniem zjadliwości wirusa.

„Zamiast przeprosić, od LAT unikasz odpowiedzialności”.

„Lockdown związany z COVID-19 nigdy nie mógłby zostać narzucony, gdybyś nie pomagał i nie współdziałał w tym PRZESTĘPSTWIE. Dzieci straciły lata nauki. Małe firmy, budowane przez całe życie, zniknęły”.

„Pacjenci opóźniali badania przesiewowe w kierunku raka i inne zabiegi medyczne. Rodziny zostały oddzielone od umierających bliskich”.

„Pracownikom nakazano poddać się szczepieniom pod groźbą utraty pracy. W „imię nauki” ograniczono zgromadzenia religijne, zatrudnienie, edukację i podróże. Chociaż nie narzuciłeś wszystkich tych ograniczeń, wykorzystałeś swoją władzę publiczną, by je uzasadnić”.

A kiedy u nas podobne przesłuchania?

Moje trzy ulubione cytaty na temat lockdownów z czasów zarazy:

André Comte-Sponville, francuski filozof i ateista: „Życie, które całkowicie poświęca się ochronie przed śmiercią, byłoby siłą rzeczy chorobliwe i bez smaku”.

„Jeśli wierzysz w lockdown, zamknij się sam w domu. Zostaw wszystkich innych w spokoju.” (Jeffrey A. Tucker)

„Statek w porcie jest bezpieczny, ale nie po to buduje się statki.” (John A. Shedd)

Te trzy zdania stały się dla mnie kompasem w 2020 i 2021 roku.
Wtedy właśnie powstał tekst, który nazywam swoim „Dziennikiem zarazy” – „Dialog z chorymi, zarażonymi i dotkniętymi rodzinami”. Napisany został specjalnie na potrzeby werbistowskiego webinaru w Rzymie oraz dyskusji w ramach Zgromadzenia Słowa Bożego. Konferencja nosiła tytuł „Pandemia i dialog profetyczny”. Tekst posłużył jako podstawa 15-minutowej prezentacji 23 kwietnia 2021 r. i miał ukazać się później w książce wydanej przez misjonarzy werbistów na Filipinach.

Powstał dokładnie w momencie, gdy Fauci był jeszcze oficjalnym, niemal nietykalnym symbolem „nauki” i centralnego zarządzania pandemią.

Dziś, gdy główny architekt amerykańskiej (i w dużym stopniu globalnej) odpowiedzi pandemicznej odmawia odpowiedzi pod przysięgą i chowa się za V poprawką, te uwagi brzmią jak diagnostyka post factum. Nie był to anty-Fauciowski pamflet – był wezwaniem do transparentności, odpowiedzialności i dialogu opartego na faktach. Przesłuchanie z lipca 2026 r. pokazuje, jak bardzo tego dialogu i rozliczenia zabrakło.

Dodatkowy wymiar polega właśnie na tym: to, przed czym ostrzegałem w 2021 r. (zamiana medycyny i polityki zdrowotnej w ideologię strachu + brak rozliczalności ekspertów), po pięciu latach stało się widoczne w najbardziej symbolicznej formie – milczeniu człowieka, który przez lata mówił w imieniu „nauki”.

O. Jacek Gniadek SVD
Źródło: FB

Myślimy pozytywnie

Myślimy pozytywnie

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   11 sierpnia 2026 michalkiewicz

Po upadku i wybuchu rakiety na terenie gminy Turobin w województwie lubelskim pojawiły się krytyczne opinie na temat sposobu, w jaki nasza niezwyciężona armia zareagowała na tę rosyjską prowokację. Tak w każdym razie określił ten incydent ukraiński minister spraw zagranicznych pan Sybiha, który spenetrował prawdę jeszcze zanim nasza niezwyciężona armia i lubelscy prokuratorzy dotarli na miejsce, żeby sprawdzić – co i jak. Uprzejmie tedy zakładam, że musiały go wspierać proroctwa, bo w przeciwnym razie pojawiłaby się przestrzeń do brzydkich podejrzeń, że we wspomnianym incydencie maczała palce strona ukraińska. Byłaby to jednak myślozbrodnia, a jest rozkaz, by od myślozbrodni, zwłaszcza wymierzonych w naród ukraiński trzymać się z daleka, bo z myślozbrodniarzami rozmowa będzie krótka w ramach walki z mową nienawiści. Zgodnie bowiem z aktualną mądrością etapu nienawiść musi zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona.

Skoro tedy już wiemy, czego się trzymać, to nie pozostaje nam nic innego, jak oddać się myśleniu pozytywnemu, zgodnie z ludowym przysłowiem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. O ile tedy ruska prowokacja ma wszelkie cechy zła w postaci czystej, to jednak, dzięki myśleniu pozytywnemu, my to zło potrafimy przekuć w dobro – zgodnie ze spostrzeżeniem bohatera powieści „Gubernator” Roberta Penn Warrena, który zauważył, że dobro najlepiej robić ze zła. Najwyraźniej wzięli to sobie do serca gorejącego nie tylko przedstawiciele naszej niezwyciężonej armii, ale przede wszystkim – nasi Umiłowani Przywódcy – chociaż oczywiście nie wszyscy, tylko uczestnicy koalicji 13 grudnia, która zrzesza kolaborantów Volksdeutsche Partei. Rada w radę uradzili, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a najlepszą ocenę wystawiła wiceministrowa obrony, pani Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, według której „wszystkie” procedury krajowe i zagraniczne „zadziałały prawidłowo”. W ramach myślenia pozytywnego spróbujmy tedy rozwinąć tę – jakże krzepiącą ocenę – żebyśmy i my doznali z tej okazji pokrzepienia serc. Zacznijmy od rakiety. Od razu widać, że zimny ruski czekista Putin też się podciągnął w prowokacjach, przynajmniej od incydentu w Przewodowie, gdzie zginęli dwaj polscy obywatele.

Tym razem nie tylko nikt nie zginął, ale w dodatku rakieta nie spadła ani na oddalony o 50 km Lublin, ani nawet na oddalone o 500 metrów zabudowania, tylko taktownie eksplodowała w szczerym polu. Towarzyszący temu huk spowodował uruchomienie syren alarmowych, które – zgodnie z przepisami, najpierw wydały z siebie sygnał pulsujący – jako ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, a potem – jak powiadają – również sygnał o odwołaniu alarmu. Utwierdza nas to w przekonaniu o słuszności „przepisów drogi na morzu”, które – czerpiąc natchnienie z „Odysei” – zakazują zmieniania kursu statku na podstawie głosu syreny. Nawiasem mówiąc, średniowieczny poeta Dante Alighieri w „Boskiej komedii” pisze, że syreny wprawdzie charakteryzowały się czarującym głosem, ale z bliska śmierdziały zdechłymi rybami.

Ale to bynajmniej nie koniec dobrodziejstw, jakie spadły na nasz nieszczęśliwy kraj razem z ruską rakietą. Cały świat, a jeśli nawet nie cały, to jego najważniejsze części nadesłały nam wyrazy solidarności i poparcia, podobnie jak w 1939 roku. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak w miarę rozwoju sytuacji zostaniemy „natchnieniem narodów” – jak w roku 1940, kiedy to dostąpiliśmy radosnego przywileju braterstwa broni z Naszymi Sojusznikami – zanim jeszcze zostali oni sojusznikami naszego sojusznika. Akurat dobrze się składa, że Narodowy Bank Polski nakupił złota, podobno ponad 600 ton, więc w razie czego będzie można z tego pokryć koszty naszego korzystania z radosnego przywileju braterstwa broni – jak to było po zakończeniu II wojny światowej.

Zanim jednak do tego dojdzie, ukraiński prezydent Zełeński, po powrocie z Waszyngtonu zatrzymał się w Lublinie, gdzie przyjął na audiencji obywatela Tuska Donalda, któremu przekazał wiadomość, że prezydent Trump obiecał mu udostępnienie licencji na produkcję pocisków do systemu „Patriot”. Podobno „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”, że ze względów bezpieczeństwa Polska tę licencję od Ukrainy odkupi i będzie produkowała pociski u siebie, a potem – zgodnie z umową z 2 grudnia 2016 roku – nieodpłatnie przekaże je Ukrainie, która już będzie wiedziała, co dalej z nimi zrobić – ot na przykład – odsprzedać je Polsce.

Dzięki temu i oligarchowie będą zadowoleni i Polska bezpieczna – na wypadek, gdyby ruskiemu czekiście Putinowi znowu strzelił do głowy pomysł jakiejś prowokacji. Żeby tedy uniknąć nieporozumień, vaginet obywatela Tuska Donalda odda ukraińskim oligarchom na własność odnośne polskie zakłady produkcyjne, a oni w rewanżu zainstalują tam „saloniki VIP-ów”, gdzie nasi Umiłowani Przywódcy będą mogli bez konieczności oczekiwania w jakichś kolejkach wypić i zakąsić. Kto wie – może bracia Rysiczowie sprowadzą tam znowu panienki, żeby nasi Umiłowani Przywódcy mogli się przyjemnie zrelaksować po tylu poświęceniach, jakich codziennie dokonują dla Polski?

Na tym przykładzie od razu widać, ile korzyści daje przestawienie się na myślenie pozytywne. Najwyraźniej nie mogą tego pojąć działacze futbolowi, zorganizowani w gangu UEFA. Uradzili oni, żeby zbojkotować Mistrzostwa Świata z futbolu na znak protestu przeciwko projektowi odsprzedania 20 czy nawet 25 procent udziałów w Mundialu zięciowi prezydenta Donalda Trumpa, panu Jaredowi Kushnerowi. W ten sposób Gianni Infantino, szef futbolowego gangu o zasięgu światowym, czyli FIFA, zamierza wkraść się w łaski amerykańskiego prezydenta. Co z tego będzie miał – to osobna sprawa – ale my, w ramach myślenia pozytywnego odnotujmy, że jeśli nawet prezydent Trump nie podporządkowuje wszystkiego polityce prorodzinnej, to w każdym razie cały czas o niej pamięta.

Podobnie postępował francuski prezydent Juliusz Grevy, wybrany na to stanowisko w grudniu 1885 roku. Podobnie jak Donald Trump swego, tak i Julisz Grevy kochał swego zięcia Daniela Wilsona, który nawet mieszkał z nim razem w Pałacu Elizejskim i nie przepuszczał żadnej okazji, by czerpać z tego profity. Toteż paryska ulica wyśpiewywała, jeśli nie: „Quel bonheur d’avoir un beau-pere” (jakie to szczęście mieć teścia), to dla odmiany: „Quel malheur d’avoir un gendre” (co za nieszczęście mieć zięcia). Nie skończyło się to dobrze, bo ostatnia piosenka, jaką paryska ulica skomponowała francuskiemu prezydentowi brzmiała: „Mon pauvre vieux, il faut partir” (no stary, wynoś się). Oczywiście Ameryka to nie Francja, a poza tym amerykański zięć ma pierwszorzędne korzenie, więc dopóki prezydent Trump go wspiera, nic złego go nie spotka – co przewidział jeszcze przed wojną Konstanty Ildefons Gałczyński pisząc, że „mówiła żony ciotka: tych co płacą, nic nie spotka.

Stanisław Michalkiewicz

LAWINOWY WZROST ATAKÓW NA KATOLIKÓW W IZRAELU. Raport

LAWINOWY WZROST ATAKÓW NA KATOLIKÓW W IZRAELU. Raport

Autor: Redakcja , 10 sierpnia 2026

Dopiero kilka dni temu „Wall Street Journal” opisywał młodych Izraelczyków, którzy podeszli pod siedzibę Kościoła Ormiańskiego i pytali, czy są tam chrześcijanie, bo chcieli na nich pluć. Można by się zastanowić, co oni mają z tym pluciem, prawda? Ale jeden z nastolatków żydowskich wyjaśnił to wprost, bo przedstawiał poniżanie chrześcijan jako religijny obowiązek i mówił jednoznacznie, że chrześcijan należy nienawidzić.

Szczególnie źle wygląda drugi kwartał 2026 roku. W ciągu zaledwie trzech miesięcy odnotowano 76 incydentów i 83 akty nękania. Aż 68 zdarzeń miało miejsce w Jerozolimie, w tym 46 na Starym Mieście. Najczęściej spotykaną formą agresji było właśnie plucie, ale były również napaści fizyczne, groźby, agresja słowna, niszczenie oznaczeń oraz wrzucanie śmieci na tereny chrześcijańskich obiektów.

Problem jest więc bardzo konkretny: w części żydowskich środowisk religijnych i nacjonalistycznych istnieje tradycja traktowania chrześcijaństwa jako bałwochwalstwa, herezji i obcej obecności. W połączeniu z radykalizacją polityczną przeradza się to w przekonanie, że księdza, zakonnicę czy katolickiego pielgrzyma wolno i należy poniżyć.

Odwołać Trzaskowskiego! Pod wnioskiem o referendum podpisało się już prawie 30 tysięcy warszawiaków

Odwołać Trzaskowskiego! Pod wnioskiem o referendum podpisało się już prawie 30 tysięcy warszawiaków

10.08.2026 nczas/odwolac-trzaskowskiego-pod-wnioskiem-o-referendum-podpisalo-sie-juz-prawie-30-tysiecy-warszawiakow

W ciągu nieco ponad tygodnia udało się zebrać 27,5 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum. Głosowanie ma zdecydować o odwołaniu prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego oraz rady miasta Warszawy.

Organizator zbiórki Maciej Wilk przekazał, że każdego dnia do inicjatywy przyłączają się nowi wolontariusze, a sieć punktów, w których można oddać głos poparcia, systematycznie się powiększa. Rośnie także liczba podpisów wysyłanych drogą pocztową.

Akcja zbierania podpisów trwa od 30 lipca i zakończy się 28 września. Za akcją stoi obywatelska inicjatywa pod nazwą Stołeczna Operacja Referendalna, której przedstawiciele pojawiają się w przestrzeni miejskiej w charakterystycznych pomarańczowych kamizelkach i czapkach.

Podpis można złożyć w stacjonarnym punkcie, przekazać go bezpośrednio wolontariuszowi albo odebrać od niego listę i uzupełnić ją samodzielnie, na przykład wśród członków rodziny. Można również pobrać kartę ze strony internetowej organizatorów, wypełnić ją i dostarczyć — pocztą lub osobiście — do siedziby inicjatywy.

Aby zwołać referendum, potrzebne są głosy 10 proc. puli wyborców w Warszawie, czyli około 132 tys. głosujących.

Próg ważności referendum wynosi trzy piąte liczby głosujących z ostatnich wyborów samorządowych. To około 450 tys. osób.

Europa zmierza ku kolejnemu szokowi energetycznemu

Europa zmierza ku kolejnemu szokowi energetycznemu

Europa ponownie stoi w obliczu kryzysu energetycznego – i tym razem może on być bardziej złożony niż w czasie pierwszych poważnych zapaści podażowych po wybuchu wojny na Ukrainie. Podczas gdy wielu polityków bagatelizuje sytuację, analitycy rynkowi ostrzegają przed niebezpiecznym połączeniem niskiej pojemności magazynów gazu, malejących rezerw oleju napędowego i rosnącej zależności od rynku globalnego.

Kluczową różnicą w porównaniu z 2022 rokiem jest to, że wtedy Europa była w stanie zrekompensować zakłócenia w dostawach rosyjskich rurociągów dzięki masowemu importowi skroplonego gazu ziemnego (LNG). Dziś ten model coraz bardziej osiąga swoje granice.

Europejskie magazyny gazu są na najniższym poziomie o tej porze roku od początku prowadzenia pomiarów. Jednocześnie Europa konkuruje z Azją o ograniczone dostawy LNG, a zakłócenia w dostawach wynikające z kryzysu na Bliskim Wschodzie dodatkowo obciążają rynek. Nawet zrewidowany cel UE dotyczący poziomów zapasów do grudnia może okazać się trudny do osiągnięcia.

Ale to nie wszystko. Sytuacja pogarsza się również w przypadku oleju napędowego. Europa nie produkuje wystarczającej ilości oleju opałowego i oleju napędowego i jest uzależniona od importu. Jednocześnie globalne zapasy pozostają niskie, a dostawy z kluczowych regionów eksportowych są ograniczone. To napędza wzrost cen i zwiększa ryzyko niedoborów dostaw – tuż na początku sezonu grzewczego. 

Przewodniczący rosyjskiej Dumy Państwowej Wołodin mówi, że Biden „stał się terrorystą” sabotując Nord Stream

Uszkodzony rurociąg Nord Stream

Szczególnie krytyczny jest fakt, że Europa nie może już polegać na długoterminowych, stabilnych umowach na dostawy z Rosji. Zamiast tego kontynent uzależnił się od niestabilnego rynku globalnego. Każdy kryzys na Bliskim Wschodzie, każda awaria instalacji LNG czy każdy wzrost popytu ze strony Azji może mieć natychmiastowy wpływ na ceny energii w Europie.

Ponadto istnieje zjawisko, które jak dotąd nie wzbudziło większego zainteresowania: Arabia Saudyjska coraz częściej przenosi eksport ropy naftowej na droższe, alternatywne szlaki, aby zmniejszyć zależność od Cieśniny Ormuz. Dłuższe trasy transportu, wyższe składki ubezpieczeniowe i rosnące koszty logistyki mogą trwale podnieść ceny ropy naftowej, a w konsekwencji oleju napędowego – nawet jeśli sytuacja militarna w Zatoce Perskiej się uspokoi. Jednocześnie eksperci ostrzegli, że od początku wojny utracono ponad 2,6 miliarda baryłek ropy naftowej i że nawet przy natychmiastowym powrocie do normalności odbudowa zapasów zajęłaby nawet 18 miesięcy.

Konsekwencją może być problem strukturalny: Europa ponosi wyższe ceny energii nie tylko z powodu tymczasowych konfliktów, ale dlatego, że globalne łańcuchy dostaw ulegają trwałym zmianom.

Tymczasem inne regiony polegają na długoterminowych partnerstwach energetycznych lub posiadają większe rezerwy własnych surowców. Europa z kolei pozostaje w pułapce konkurencji o ograniczone dostawy LNG i jest bardziej niż kiedykolwiek zależna od globalnych szlaków żeglugowych i rozwoju sytuacji geopolitycznej.

Jeśli nadchodząca zima będzie mroźniejsza niż przeciętnie lub jeśli na rynkach energii wystąpią nowe zakłócenia, Europa może stanąć w obliczu rosnących kosztów ogrzewania, wyższych cen energii elektrycznej oraz większych obciążeń dla przemysłu i konsumentów szybciej niż oczekiwano. Reuters podsumowuje sytuację jasną oceną: po kilku kolejnych stanach kryzysowych Europa ponownie jest o jedną srogą zimę od poważnego kryzysu energetycznego.

uncutnews.ch/europa-steuert-auf-den-naechsten-energie-schock-zu-dieser-winter-koennte-schlimmer-werden-als-die-krise-von-2022

** * * * * *

ZB: Czy cokolwiek sensownego czynią brukselscy urzędnicy i europejskie rządy, by przeciwdziałać nadchodzącemu kryzysowi energetycznemu? – W ciągu wielu lat w celu realizacji fixe-idei zdążyli zlikwidować wiele kopalni węgla kamiennego i brunatnego. Niemcy pogniewali się na energię jądrową i stawiają sobie oraz innym państwom mało wydajne, szkodliwe dla środowiska, wiatraki. [tu pieprzy. md]

Równocześnie Europa zafundowała sobie covida, a później z entuzjazmem wsparła Ukrainę w wojnie z Rosją, wydając setki miliardów euro na broń dla kijowskiego reżimu oraz na rozbudowę własnych armii. Z kim zamierza ona wojować, przed kim chce się bronić? – Rządzący, a przynajmniej ich doradcy, wiedzą przecież, że Moskwa nie ma ani interesu, ani ochoty walczyć z Europą.

Ćwierkają wróble, że niektóre państwa Europy prowadzą dyplomatyczne rozmowy z rosyjskimi ekspertami na temat przywrócenia dostaw ropy i gazu. I jeśli coś ruszy z miejsca, to jeszcze będzie można pytać: Po co wam to było?

Opracował: Zygmunt Białas

Zielona energia coraz droższa. A rządzące cymbały nie wiedzą, dlaczego.

Zielona energia coraz droższa. Koszt rekompensat dla producentów przekroczył 100 MILIONÓW

10.08.2026 nczas./zielona-energia-coraz-drozsza-koszt-rekompensat-dla-producentow-przekroczyl-100-milionow

Załamana kobieta i panele fotowoltaiczne
NCZAS.INFO | Załamana kobieta i panele fotowoltaiczne. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

Koszt rekompensat, jakie dotychczas trzeba było wypłacić producentom energii z wiatru i słońca, przekroczył już 100 mln zł – informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

„Tegoroczny rachunek dla Polskich Sieci Elektroenergetycznych to tylko do lipca 57,9 mln zł – ponad dwa razy więcej niż w całym poprzednim roku” – podaje gazeta.

Gazeta podkreśla, że stoją za tym nie ograniczenia techniczne sieci, ale sytuacje, w których produkcja energii jest wyższa niż potrzeby odbiorców. Wg dziennika, taka sytuacja z kolei zagraża stabilności systemu.

„Nadprodukcja energii z OZE jest oczywiście wynikiem pogody, niemniej jednak z wymuszeniem przez operatora wstrzymania pracy OZE wiążą się odszkodowania. Wypłacone rekompensaty to z kolei składnik kosztu pracy systemu, który jest finansowany z rachunków za prąd. Największą nadwyżkę energii, której wstępu do sieci odmówił operator, wygenerowała fotowoltaika (ok. 70 proc.)” – czytamy w „DGP”.

========================================

Mirosław Dakowski:

Nie wiecie, durnie, że tak energetyka jądrowa, która „nie lubi” zmian zapotrzebowania, oraz fotowoltaika i wiatraki, bo tu są zmienny „dostawy” – wzmagają MAGAZYNÓW ??!!??

A programy i ludzi, którzy o tym pod trzydziestu lat pisali i mówili – olaliście !

Iran wydalił 2 mln Afgańczyków w ciągu ostatniego półtora roku

Wydalili ok. dwa miliony obywateli TEGO kraju w ciągu półtora roku

10.08.2026 nczas/wydalili-ok-dwa-miliony-obywateli-tego-kraju-w-ciagu-poltora-roku

Flaga Afganistanu
NCZAS.INFO | Flaga Afganistanu. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Farid Ershad on Unsplash

Iran wydalił około 2 mln obywateli Afganistanu w ciągu ostatniego półtora roku – poinformował rzecznik ministerstwa spraw wewnętrznych w Teheranie Ali Zeiniwand, cytowany w poniedziałek przez emigracyjny portal Iran International.

Rzecznik MSW przekazał agencji ISNA, że kampania usuwania migrantów z kraju, zapoczątkowana w marcu ub.r., jest kontynuowana mimo trwającej wojny między Iranem a USA i Izraelem. Zaprzeczył pogłoskom mówiącym o zawieszeniu tej akcji.

Część Afgańczyków wyjechała dobrowolnie, inni zostali deportowani zgodnie z nakazami sądów – dodał.

Zeiniwand zapewnił, że intencją Teheranu nie jest usunięcie z kraju wszystkich obywateli Afganistanu, lecz tylko tych, którzy nie mają udokumentowanego pobytu. Ci, którym Iran zapewnił legalne schronienie, są mile widziani, powinni jednak przyczyniać się do pokrycia kosztów otrzymywanej opieki zdrowotnej i subsydiów – oświadczył.

Władze Iranu – twierdzące, że w kraju nielegalnie mieszka ponad 4 mln Afgańczyków, którzy uciekli przed konfliktem w swojej ojczyźnie – zapowiedziały w ubiegłym roku ich deportowanie m.in. ze względu na bezpieczeństwo narodowe.

Rząd informował wówczas, że tylko między czerwcem a lipcem ub.r. do Iranu przybyło ok. 900 tys. Afgańczyków. Inni mieszkali w Iranie od pokoleń.

Od lat 70. XX wieku miliony Afgańczyków uciekło do Iranu i Pakistanu. Największe fale migracji nastąpiły podczas inwazji ZSRS na Afganistan w 1979 r. oraz w 2021 r., gdy do władzy powrócili talibowie.

Początkowo Afgańczycy byli mile widziani w Iranie, jednak w kraju stopniowo narastały antyafgańskie nastroje, a irańskie media państwowe przedstawiały afgańskich uchodźców jako obciążenie ekonomiczne – powiedziała BBC dr Khadija Abbasi, ekspertka londyńskiej Szkoły Studiów Orientalnych i Afrykańskich (SOAS). Po 12-dniowej wojnie Iranu z Izraelem w czerwcu ub.r. irańskie media sugerowały również, że Afgańczycy szpiegują dla Izraela.

Mimo deportacji Afgańczycy nadal usiłują przedostać się do Iranu z pogrążonego w kryzysie, rządzonego przez talibów kraju – podkreślił Iran International. Zaostrzenie ograniczeń zmusza ich jednak do korzystania z niebezpiecznych szlaków wiodących przez pustynie.

40 dni, które wstrząsnęły Zachodem

Kijów płonie po rosyjskim ataku rakietowym, 5 sierpnia 2026 r.

==============================================================

40 dni, które wstrząsnęły Zachodem

Autorstwa Scotta Rittera

Zełenski i jego zachodni mocodawcy wierzyli, że mogą zmusić Rosję do negocjacji pokojowych. Jednak tylko przypieczętowali tragiczny los Ukrainy.

25 czerwca prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zarządził rozpoczęcie 40-dniowej ofensywy mającej na celu „wywarcie wpływu” na Rosję i zakończenie wojny. W komunikacie opublikowanym w mediach społecznościowych Zełenski oświadczył: „Zatwierdziłem 40-dniową operację wpływu sił zbrojnych przeciwko państwu agresorowi, mającą na celu zmuszenie go do zakończenia wojny”.

3 sierpnia, w przededniu zakończenia 40-dniowej kampanii, Zełenski przyznał, że kampania nie osiągnęła celu, jakim było przekonanie Rosji do zawarcia pokoju. Zamiast tego Zełenski oskarżył prezydenta Rosji Władimira Putina o przygotowania do przedłużenia konfliktu poprzez dalsze mobilizacje i nowe ataki. Zamiast przyznać się do porażki, Zełenski zadeklarował jednak, że Ukraina zintensyfikuje swoje wysiłki dyplomatyczne, zaostrzy restrykcje gospodarcze i będzie kontynuować działania militarne, aby stworzyć warunki, w których Rosja nie będzie miała innego wyboru, jak tylko zgodzić się na negocjacje na warunkach akceptowalnych dla Ukrainy.

Okres 40 dni między rozpoczęciem „operacji wpływu” Zełenskiego a przyznaniem się prezydenta Ukrainy, że Rosja jest daleka od przyznania się do porażki, pogłębił przepaść między faktami a fantazją, między rzeczywistością a fikcją. Zdanie to najwyraźniej dostrzegają praktycznie wszyscy, z wyjątkiem prezydenta Ukrainy.

40-dniowy wzrost liczby ataków dronów nastąpił po kampanii rozpoczętej w maju, w trakcie której zintensyfikowano ataki na dwa największe miasta Rosji: Moskwę i Sankt Petersburg. Pojawiły się również ukryte groźby wobec innych strategicznie ważnych lokalizacji, takich jak rezydencja prezydencka w Wałdaju (która stała się celem ukraińskiego ataku dronów w grudniu 2025 r.) i most Kerczeński, łączący Krym z południową Rosją.

Celem tych ataków było zmuszenie Rosji do ponownego rozmieszczenia sił obrony powietrznej w celu ochrony tych strategicznie ważnych celów, a tym samym wycofania jednostek obrony powietrznej z innych regionów. 40-dniowa kampania dronów, ogłoszona przez Zełenskiego, miała na celu wykorzystanie tych luk w obronie powietrznej, aby zademonstrować rosyjskiej ludności „męki” wojny.

Żaden z punktów nacisku, na które Zełenski wycelował swoją 40-dniową kampanię dronów, nawet nie zbliżył się do oczekiwanych rezultatów. W rzeczywistości w każdym przypadku było odwrotnie. Zełenski miał nadzieję wywołać kryzys energetyczny, atakując rosyjskie rafinerie. Podczas gdy posłuszne, proukraińskie media zachodnie twierdziły, że Rosja straciła nawet 40% swoich mocy przerobowych, rzeczywistość była zupełnie inna: fakt, że benzyna w sierpniu 2026 roku była tańsza niż w tym samym okresie ubiegłego roku (AI-95, najpopularniejszy gatunek benzyny, kosztował 63,06 rubla za litr w sierpniu 2025 roku, w porównaniu z 61,71 rubla za litr obecnie), a kolejki pojazdów oczekujących na tankowanie praktycznie nie istniały, jest znaczącym osiągnięciem.

Co więcej, moment redukcji rosyjskich mocy rafineryjnych dla Ukrainy nie mógł być gorszy – Rosja po prostu przekierowała rezerwy ropy naftowej przeznaczone do krajowej rafinacji do rurociągu eksportowego w czasie, gdy globalny popyt szybko absorbował ten zwiększony eksport po rekordowych cenach. Wojna Zełenskiego z rosyjskim sektorem energetycznym znacząco przyczyniła się do dochodów Rosji z ropy naftowej i gazu, które stanowią około jednej piątej całkowitych dochodów budżetowych, wzrastając o ponad 60% w lipcu 2026 roku w porównaniu z tym samym miesiącem roku poprzedniego.

Ukraińska kampania wpływu miała na celu wzmocnienie społecznego przekonania, że ​​Rosja została praktycznie wyparta z Morza Czarnego poprzez rozszerzenie ataków dronów na Morze Azowskie i Morze Kaspijskie. Ataki te nie tylko spowodowały znikome szkody w rosyjskiej żegludze, ale także wywołały rosyjską ofensywę na szeroką skalę, która skutecznie odcięła Ukrainie dostęp do Morza Czarnego, uniemożliwiając jej transport zboża i dostawy zaopatrzenia wojskowego od sojuszników z NATO.

I wreszcie, fatalna decyzja Ukrainy o przeniesieniu koszmaru wojny do domów rosyjskiej ludności poprzez ataki na magazyny i fabryki należące do największego rosyjskiego sklepu internetowego Wildberries. Płonące magazyny dostarczyły pozornie spersonalizowanych materiałów telewizyjnych, w pełni wykorzystanych przez ukraińskie media państwowe i życzliwe platformy społecznościowe. Jednak ciepłe uczucia, jakie te obrazy wzbudziły wśród ukraińskich zwolenników, wkrótce zostały zniweczone przez brutalną rzeczywistość rosyjskiego odwetu, który dotknął cały ukraiński łańcuch dostaw handlowych i stanowił egzystencjalne zagrożenie dla stabilności ukraińskiej gospodarki cywilnej.

„Kampania wpływu” Zełenskiego, prowadzona za pomocą dronów, nie odbywała się w próżni, lecz była integralną częścią szerszej kampanii, częścią prowadzonej przez Zachód wojny informacyjnej, mającej na celu „zmiękczenie” rosyjskiego społeczeństwa w okresie poprzedzającym wybory do Dumy Państwowej zaplanowane na 20 września. Celem tej kampanii było wzbudzenie niezadowolenia społecznego w Rosji, które następnie przejawiłoby się w wyniku wyborów podważającym polityczne fundamenty rosyjskiego rządu pod przewodnictwem prezydenta Władimira Putina.

Jest to długotrwała strategia zagranicznych służb wywiadowczych i ich sojuszników, sięgająca lat 2007–2008, kiedy to próbowali oni odtworzyć w Rosji niepokoje społeczne na Ukrainie, które stały się podstawą „pomarańczowej rewolucji” z lat 2004–2005.

Jest to ta sama strategia, która kierowała polityką Stanów Zjednoczonych w 2011 r., gdy rozpoczęto zmasowaną ofensywę mającą na celu odsunięcie „Jednej Rosji” od kierownictwa Dumy Państwowej, udaremniając tym samym kandydaturę Władimira Putina w wyborach prezydenckich w marcu 2012 r.

Wszystkie te kampanie zakończyły się niepowodzeniem.

A obecna kampania również zakończy się porażką.

Próba integracji narodu rosyjskiego bez pełnego zrozumienia jego charakteru jest przedsięwzięciem daremnym.

Dawni historycy i „rosyjscy zwolennicy” w dużej mierze opierają się na precedensach historycznych, powołując się na rewolucję z 1917 r. i upadek Związku Radzieckiego wywołany przez Gorbaczowa jako przykłady, które chcą powtórzyć we współczesnej Rosji.

Ale Władimir Putin nie jest ani carem, ani zdezorientowanymi sowieckimi biurokratami.

Jest człowiekiem, który przez ponad ćwierć wieku przewodził odrodzeniu Rosji, odwracając w ten sposób proces rozkładu, który dotknął jego naród i ludzi w ostatnich latach rządów sowieckich i dekadzie nieudolnych rządów Rosji pod przywództwem zachodnich elit, których celem było zniszczenie narodu rosyjskiego, a jednocześnie pozbawienie go zasobów.

Naród rosyjski z roku 2026 nie jest narodem rosyjskim z roku 1917 ani z roku 1992.

Wiara w ten stan rzeczy jest fatalnym błędem osób stojących za kampanią „wpływu dronów”.

To jest niebezpieczeństwo systemowej rusofobii.

Wynikająca z tego ignorancja sprawia, że ​​ludzie nie dostrzegają rosyjskich realiów i promują politykę skazaną na porażkę od samego początku.

Wojna czterodniowa Zełenskiego była od początku skazana na porażkę.

I teraz już wiemy, jak wygląda ta awaria.

Ukraina została porzucona przez swoich zachodnich władców.

Brak obrony powietrznej.

Brak licencji „Patriot”.

Żadnych rakiet „Patriot”.

Nie ma magicznego rozwiązania.

Oznacza to, że Zachód uznał nieuchronność strategicznej porażki Ukrainy.

W ciągu najbliższych tygodni i miesięcy Ukraina zbierze to, co zasiała.

Tak, ukraińskie drony nadal będą atakować rosyjską infrastrukturę, dostarczając okazji do publikowania ich w mediach społecznościowych, gdzie gęsty, czarny dym zasłania horyzont.

Tymczasem Kijów będzie płonął.

To samo dotyczy innych miast na Ukrainie.

Armia rosyjska będzie nadal posuwać się naprzód.

To społeczeństwo ukraińskie odczuwa miażdżącą presję wojny.

Brak gazu.

Brak wody,

Brak ogrzewania.

Brak jedzenia.

Taka jest przyszłość Ukrainy pod rządami Zełenskiego.

Wymarzony moment „Moskiewskiego Majdanu”, wyobrażony przez ludzi takich jak Gilbert Doctorow i jemu podobni, nigdy nie nastąpi.

To właśnie na ulicach Kijowa gromadzą się demonstranci domagający się zmian politycznych.

Upadek Ukrainy jako państwa narodowego jest nieunikniony.

Pytanie nie brzmi „czy”, ale „kiedy”.

Odpowiedź brzmi: raczej prędzej niż później.

40 dni, które przypieczętowały tragiczny los Ukrainy.

40 dni, które wstrząsnęły Zachodem.

Źródło: 40 dni, które wstrząsnęły Zachodem

How to survive Europe in 2026. MEM-y VIII.

Bonus:

=================================

——————————–

—————————————-

—————————————–

———————————-

—————————-

————————————

———————————————

Marsze KOD-u przeciw „hejtowi”. Polacy je olali

Marsze KOD-u przeciw „hejtowi”. Polacy je olali

magnapolonia/marsze-kod-u-przeciw-hejtowi-polacy-je-olali

Komitet Obrony Demokracji po raz kolejny postanowił uratować Polskę przed wielkim zagrożeniem. Tym razem przeciwnikiem okazał się „hejt, nienawiść i przemoc wobec Ukraińców”, dlatego 9 sierpnia w 22 miastach zorganizowano demonstracje pod hasłem „Nie bądź obojętny”. Wszystko wyglądało jak powrót do najlepszych czasów KOD-u: były zapowiedzi ogólnopolskiej mobilizacji, transparenty, przemówienia, naklejki i apele o solidarność. Był tylko jeden problem — Polacy najwyraźniej nie poczuli potrzeby masowego ruszenia na ulice.

W całym kraju odbyły się marsze KOD-u przeciwko „hejtowi”. W Rzeszowie zainteresowanie demonstracją wyniosło 20 osób, natomiast w Krośnie frekwencję oszacowano na rekordowe 50 osób. Jedna z organizatorek marszu w Krośnie, witając uczestników, miała powiedzieć: „Cieszę się, że jest nas sporo osób”. To bardzo elastyczna definicja słowa „sporo”, jak na 50-tysięczne miasto. Dość powiedzieć, że w odpowiednio dobranej perspektywie aparatu fotograficznego, nawet większe spotkanie rodzinne można przecież nazwać „obywatelskim przebudzeniem”.

Organizatorzy mogą oczywiście podkreślać, że akcja odbyła się w 22 miastach, co na papierze wygląda imponująco. Tyle że liczba miast, w których ktoś zorganizował demonstrację, nie jest tym samym co liczba ludzi, którzy chcieli na nią przyjść. Można zorganizować protest w 22, 42 albo 666 miejscowościach, ale jeśli w każdej pojawia się kilkadziesiąt osób, trudno mówić o masowym społecznym sprzeciwie, szczególnie gdy przypomnimy sobie czasy, kiedy KOD potrafił rzeczywiście przyciągać na ulice tysiące otumanionych ludzi, szczerze wierzących, że PiS buduje w Polsce totalitaryzm.

Problem KOD-u jest zresztą znacznie szerszy niż jedna nieudana demonstracja. Organizacja najwyraźniej nadal próbuje korzystać ze starego schematu: wystarczy wskazać zagrożenie, podzielić społeczeństwo na „dobrych” i „złych”, użyć odpowiednio mocnych słów — demokracja, faszyzm, nienawiść, mowa nienawiści — a ludzie powinni natychmiast ruszyć na ulicę. Tyle że ten mechanizm już nie działa tak jak dawniej, a społeczeństwo jest znacznie bardziej sceptyczne wobec prób przedstawiania każdego sporu politycznego jako walki dobra ze złem. Co więcej, grupa najbardziej aktywnych KODomitów (UB, SB, PZPR) już wymiera.

Widać to szczególnie w kwestii Ukraińców, czyli tematu omawianych spędów. Nie można udawać, że rosnąca niechęć części Polaków do dalszego przyjmowania ukraińskich pseudo uchodźców wzięła się wyłącznie z działalności „hejterów” i nacjonalistycznej propagandy obu Konfederacji. Najnowszy sondaż CBOS pokazuje wyraźną zmianę nastrojów: w lipcu 2026 roku po raz pierwszy w historii tych badań przeciwnicy przyjmowania ukraińskich uchodźców przeważyli nad zwolennikami — 52 proc. wobec 42 proc. Jednocześnie 54 proc. respondentów uznało pomoc udzielaną banderowskiej Ukrainie przez Polskę za zbyt dużą.

To nie oznacza oczywiście, że Polacy masowo stali się przeciwnikami Ukraińców. Oznacza natomiast, że po ponad czterech latach wojny początkowa fala entuzjazmu i bezwarunkowej solidarności wyraźnie osłabła. Część Polaków ma poczucie, że skala świadczeń i przywilejów dla obywateli Ukrainy stała się zbyt duża, inni zwracają uwagę na konflikty dotyczące rynku pracy, mieszkań, szkół czy butne i roszczeniowe zachowania przybyszów, a jeszcze inni mają zwyczajnie dość sytuacji, w której każda krytyczna uwaga dotycząca Ukrainy jest natychmiast kwalifikowana jako „hejt” i ruski „onucyzm”.

Do tego dochodzi kwestia przestępczości cudzoziemców oraz pamięci historycznej. Dla wielu Polaków szczególnie drażliwa pozostaje systemowa gloryfikacja przez Kijów Stepana Bandery i środowisk związanych z OUN-UPA, odpowiedzialnych za zbrodnie na polskiej ludności, które na Ukrainie są bagatelizowane i zakłamywane. Nie jest to wyłącznie temat historyczny, skoro aż 84 proc. badanych przez CBOS uważa, że państwo polskie powinno reagować, gdy inne państwo gloryfikuje postaci historyczne odpowiedzialne za zbrodnie na Polakach.

W tej sytuacji coraz trudniej przekonywać Polaków, że istnieją tylko dwie możliwości: albo popierasz bez zastrzeżeń obecną politykę wobec Ukrainy, albo jesteś „hejterem” i „ruskim agentem”. Można przecież jednocześnie potępiać pobicia, wyzwiska i przemoc wobec Ukraińców, a także uważać, że Polska powinna ograniczyć część świadczeń dla cudzoziemców, konsekwentnie egzekwować od nich przestrzeganie prawa, reagować na przestępczość oraz stanowczo sprzeciwiać się gloryfikacji ukro-nazistów. Próba wrzucenia wszystkich takich opinii do worka z napisem „nienawiść” jest wygodna, ale niekoniecznie skuteczna.

I właśnie tutaj KOD wpada we własną pułapkę, ponieważ organizacja próbująca pouczać Polaków o standardach moralnych i obywatelskich sama ma za sobą historię, której trudno nie przypominać przy okazji kolejnych akcji.

Jej pierwszy lider, Mateusz Kijowski, przez długi czas był twarzą całego ruchu, przedstawianego jako symbol obywatelskiej obrony demokracji. Tymczasem w 2024 roku został prawomocnie skazany przez Sąd Okręgowy w Warszawie za poświadczenie nieprawdy w siedmiu fakturach dotyczących obsługi informatycznej KOD. Sąd wymierzył mu osiem miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz utrzymał grzywnę w wysokości 4 tys. zł; faktury wystawione przez byłego lidera KOD opiewały łącznie na ponad 121 tys. zł.

Trudno więc nie dostrzec ironii sytuacji, w której organizacja od lat występująca w roli moralnego arbitra, pouczająca innych o demokracji, uczciwości i standardach życia publicznego, miała na czele człowieka prawomocnie skazanego w sprawie dotyczącej nierzetelnych faktur związanych z działalnością tej organizacji. Rzeczywistość dostarczyła tutaj satyrycznego materiału sama i właściwie nie trzeba jej specjalnie pomagać.

Podobnie wygląda sytuacja innych lewicowych organizacji, np. OMZRiK, którego lider, Rafał Gaweł jest oszustem i przestępcą, a sama organizacja przegrała kilka spraw sądowych za hejt.

Przed kolejną wielką akcją KOD powinien zadać sobie proste pytanie: nie przed czym należy dziś „bronić demokracji”, ale dlaczego coraz mniej ludzi chce tej demokracji bronić właśnie pod jego sztandarem. Bo jeśli demonstracja pod hasłem „Nie bądź obojętny” przyciąga garstkę starych ubeków, to być może problemem nie jest obojętność Polaków wobec Ukrainy, lecz ich obojętność wobec skompromitowanego KOD-u.