Jasionka jak Bagram

Jasionka jak Bagram

20 czerwca 2026, idziemy.pl/komentarze/jasionka-jak-bagram

Amerykanie, wykrawający sobie bez żadnych podstaw lub zgód coś w rodzaju eksklawy z polskiego terytorium. Oficerowie wywiadów, przylatujący do Polski i wylatujący z niej poza wszelką kontrolą naszych służb i bez śladu w dokumentach. Chaos prawny i organizacyjny. Brak podstaw prawnych do stosowania w cywilnym porcie lotniczym wojskowych procedur. Olbrzymie i nigdy nieodzyskane wydatki na paliwo tankowane do samolotów różnych państw, nie tylko amerykańskich i ukraińskich.

A wreszcie ukraińscy bonzowie z rekomendacją rządu w Kijowie, szlajający się przez tydzień po lotnisku z gotówką, którą chcieli wcisnąć jako łapówkę osobom decyzyjnym za ułatwienie odprawienia samolotu z uzbrojeniem. 

To nie opis lotniska gdzieś w Afganistanie, Iraku albo innym miejscu w trzecim świecie. To podrzeszowska Jasionka po wybuchu wojny w Ukrainie. Taki obraz tego portu lotniczego znajdziemy w nowej książce Zbigniewa Parafianowicza „Kłopot z Zełenskim”. Obraz – dodajmy – wyłaniający się z wypowiedzi jego rozmówców (z nich bowiem złożona jest książka): oficerów naszych służb, ludzi pracujących na lotnisku, polskich polityków. Jest to obraz dramatyczny, najlepiej podsumowany słowami jednego z rozmówców Parafianowicza, który stwierdza, że Amerykanie traktowali Jasionkę jak Bagram (miasto w Afganistanie).

Tak jakby działali nie na terytorium jednego ze swoich europejskich, NATO-wskich sojuszników, ale w jakiejś drugorzędnej, traktowanej całkowicie przedmiotowo kolonii. 

Tego wątku skądinąd bardzo ciekawej, ale też bardzo przygnębiającej książki znanego dziennikarza nie należy traktować czysto anegdotycznie. Wręcz przeciwnie: ma on walor symboliczny. Jak w soczewce pokazuje, jakie miejsce w hierarchii zajmuje nasze państwo (i zajmowało za poprzedniej władzy, bo przecież mówimy o okresie, gdy jeszcze rządziło PiS).

Nie jest wytłumaczeniem, że wszystko to działo się w czasie chaosu, związanego z atakiem Rosji na Ukrainę. Można nawet postawić tezę, że to jeszcze gorzej. Gdyby nasze państwo było przygotowane na nadzwyczajne okoliczności i było poważnie traktowane przez partnerów, miałoby skuteczne, zawczasu przygotowane procedury, które nie pozwoliłyby na kompletne bezhołowie. 

Miałem okazję zapytać o ten opis Mateusza Morawieckiego podczas czerwcowego zjazdu Klubu Jagiellońskiego. Pan premier bardzo się oburzył i oznajmił, że jest to nieprawda. Że wszystko było pod kontrolą i Amerykanie nie zrobili sobie z Jasionki eksklawy. Szkopuł w tym, że w swojej książce Parafianowicz nie cytuje jednej osoby. Cytuje ich wiele, a ich relacje są ze sobą spójne i pokazują to samo. W jakim celu ci ludzie mieliby opowiadać nieprawdę? Jestem natomiast w stanie pojąć, dlaczego Mateusz Morawiecki usilnie takiemu obrazowi zaprzecza. Wszak stanowi on oskarżenie wobec stanu państwa po czterech latach jego rządów (licząc od końca 2017 do początków 2022 r.). 

Książka Parafianowicza jest bezlitosna dla złudzeń każdej ze stron politycznego sporu o rzekomej wielkości Polski. Zaczyna się bowiem od wątku podróży Donalda Tuska do Kijowa w maju 2025 r.

Przypomnijmy: podróż, która miała świadczyć o uczestnictwie naszego kraju w układaniu nowego porządku, skończyła się wrażeniem odwrotnym, gdy okazało się, że pan premier jechał w osobnym wagonie, a trzej pozostali uczestnicy wyjazdu – brytyjski premier Keir Starmer, francuski prezydent Emmanuel Macron oraz niemiecki kanclerz Friedrich Merz – w innym. Oni razem, Polak osobno. I nie był to przypadek. Było to celowe działanie strony ukraińskiej, której celem było uderzenie w Tuska i w Polskę. Właśnie tak: i w premiera, i w nasze państwo w ogóle, dlatego przeciwnicy polityczni Tuska nie mają się z czego cieszyć. 

Książka Parafianowicza to coś więcej niż tylko historia naszych relacji z Kijowem. To opowieść o stanie polskiego państwa. Opowieść z bardzo niewesołą konkluzją.