Donald Trump kupuje olej napędowy od Rosji, a UE kupuje „olej wolnościowy” od USA

Donald Trump kupuje olej napędowy od Rosji, a UE kupuje „olej wolnościowy” od USA?

10 października 2026 r.przez Jochena Mitschkę tkp/donald-trump-kauft-diesel-aus-russland-die-eu-freiheitsdiesel-aus-usa


Donald Trump po raz kolejny oszukuje politykę UE. Najpierw USA naciskają na kraje UE, by nakładały coraz więcej sankcji pod groźbą sankcji wtórnych (aż do momentu, aż same nie podporządkują się im z wyprzedzeniem), a potem sprzedają te same rosyjskie produkty energetyczne „partnerom” UE po zawyżonej cenie?

W piątek, po rozmowie telefonicznej z Władimirem Putinem, Donald Trump ogłosił porozumienie, które prawdopodobnie wywoła poruszenie w Brukseli i Berlinie. Rosja natychmiast dostarczy ponad 300 000 ton oleju napędowego na rynek amerykański i globalny, a kolejne 500 000 ton ma trafić do USA w listopadzie.

Oczekuje się, że znacznie większe ilości pójdą w jego ślady. Doniesienia mówią o nawet trzech milionach ton , choć istnieją rozbieżności w danych liczbowych. Departament Skarbu USA przyznał w tym celu tymczasowe zwolnienie z sankcji wobec Rosji . Powód: wysokie ceny paliw i wybory parlamentarne za niecały miesiąc. Trump nie wspomniał ani o sankcjach, ani o wojnie na Ukrainie, jak donosi Euronews .

Mistrz sankcji kupuje jeden

Moment jest szczególnie uderzający. Około miesiąc temu Trump podpisał ustawę umożliwiającą nakładanie ceł na największych odbiorców rosyjskiej energii. Demokrata Gregory Meeks podsumował tę sprzeczność w następujący sposób: Zaledwie kilka tygodni po wprowadzeniu ustawy o sankcjach Trump ogłasza, że ​​Stany Zjednoczone będą kupować właśnie to. Kijów jest oburzony , Moskwa zachwycona. Kirył Dmitrijew, wysłannik Putina, pochwalił współpracę w zakresie oleju napędowego i energii jako korzyść dla świata .

UE ma jednak trzymać się obranego kursu. Zakazy importu i limity cenowe pozostają w mocy . Trump wielokrotnie wzywał Europejczyków do wstrzymania zakupów. Na spotkaniu „koalicji chętnych” zażądał, według Reutersa , aby Europa przestała kupować rosyjską ropę, ponieważ finansowała ona wojnę. Komisja Europejska zamierza zakończyć import rosyjskiej ropy i gazu do 1 stycznia 2028 r. Udział Rosji w imporcie ropy do UE spadł z prawie 24% na początku wojny do poniżej 3% . Sytuacja była jeszcze bardziej drastyczna w przypadku oleju napędowego: przed sankcjami 53% morskiego importu północno-zachodniej Europy pochodziło z Rosji ; po embargu w lutym 2023 r. odsetek ten spadł do zaledwie 2%. Europa musiała znaleźć alternatywy w Indiach, Chinach i Korei Południowej, wybierając w ten sposób dłuższe trasy i akceptując bardziej zmienne ceny.

Szantaż z zeszłego tygodnia

Stopień, w jakim Waszyngton postrzega Europę jako rezerwuar oleju napędowego, stał się jasny dopiero w zeszłym tygodniu. Stany Zjednoczone zażądały uwolnienia rezerw oleju napędowego w Europie, grożąc w przeciwnym razie amerykańskim zakazem eksportu. Według agencji Reuters, żądanie dotyczyło 100 milionów baryłek w ciągu 20 dni . Macron odpowiedział, oferując 50 milionów baryłek, pod warunkiem, że Stany Zjednoczone powstrzymają się od jednostronnego zakazu eksportu. Za kulisami panował powszechny gniew. Według Politico, cytowanego przez t-online , jeden z Europejczyków mówił o „szantażowaniu”, a urzędnicy uznali to za zagrożenie dla bezpieczeństwa.

Spekulacje, że UE mogłaby w przyszłości kupować amerykański olej napędowy z wyższą ceną, nie zostały jeszcze potwierdzone. Nie są jednak całkowicie bezpodstawne. W umowie handlowej z lata 2025 roku Europa zobowiązała się do zakupu amerykańskiej energii o wartości 750 miliardów dolarów . I obecnie staje się jasne, kto kontroluje cenę oleju napędowego.

A co z Nord Streamem?

W lutym 2023 roku Seymour Hersh twierdził, że nurkowie marynarki wojennej USA wysadzili rurociągi , że Norwegia im pomagała, a Biden wiedział o planie. Oparł swoje twierdzenie na jednym anonimowym źródle , które CIA uznała za „całkowicie fałszywe”. Według Hersha, sam Biden podał motyw: zaledwie kilka tygodni przed inwazją oświadczył, że Nord Stream 2 nie powstanie, jeśli inwazja dojdzie do skutku. Tymczasem niemieckie śledztwo toczy się w innym kierunku.

W czerwcu 2026 roku federalna prokuratura wniosła oskarżenie przeciwko Ukraińcowi Serhijowi K. , a w sierpniu w Chorwacji aresztowano kolejnego podejrzanego . Kwestia odpowiedzialności politycznej pozostaje nierozwiązana. Teoria Hersha do dziś pozostaje nieudowodniona, jak to często bywa w przypadku ataków amerykańskich agencji wywiadowczych przez dziesięciolecia, ale pytanie „Kto na tym skorzysta?” pozostaje bez odpowiedzi.

To, co nastąpiło, przypominało scenariusz filmowy. Amerykański finansista Stephen Lynch, który wspierał kampanię wyborczą Trumpa, chciał wystawić na aukcji Nord Stream 2 i zwrócił się do Waszyngtonu o niezbędną zgodę. Mówił o wyjątkowej okazji, by poddać europejskie dostawy energii kontroli amerykańskiej i europejskiej , i chciał wykorzystać gazociąg jako narzędzie nacisku przeciwko Rosji. Fundacja Carnegie już w 2025 roku zauważyła, że ​​Lynch nie mógłby nawet negocjować bez specjalnego pozwolenia Waszyngtonu . Piątkowa gazeta podsumowała doniesienia o rozmowach między negocjatorami Trumpa a Dmitrijewem , którego „pakiet” miał obejmować naprawę i ponowne uruchomienie Nord Stream. Doniesienia te pozostają niepotwierdzone.

Wzór

Nie trzeba wierzyć w teorie spiskowe, żeby dostrzec ten schemat. UE jest zmuszana do przestrzegania sankcji, gróźb taryfowych, a teraz także groźby zakazów eksportu, i kupuje energię po wyższych cenach. Same Stany Zjednoczone zastrzegają sobie prawo do zakupu od Moskwy, jeśli zajdzie taka potrzeba, gdy tylko ceny paliw zaczną negatywnie wpływać na ich własną kampanię wyborczą. Europa ponosi koszty, Waszyngton pozwala sobie na swobodę. Bruksela i Berlin jak dotąd unikają publicznego pytania o to, kto ostatecznie korzysta z czyjej energii.

Władimir Putin: Europa wykończy się sama

Władimir Putin: Europa wykończy się sama

Zdaniem prezydenta Rosji Władimira Putina Europa nie potrzebuje pomocy Moskwy, by wpędzić się w kłopoty. Podczas sesji plenarnej Klubu Dyskusyjnego ‚Wałdaj’  Putin nakreślił obraz kontynentu, który w wyniku własnych decyzji politycznych i gospodarczych traci konkurencyjność.

Gdy moderator zapytał Putina, czy Rosja powinna aktywnie przyczyniać się do destabilizacji państw zachodnich, jego odpowiedź była demonstracyjnie lakoniczna: nie ma takiej potrzeby – kraje te zrobią to same. Za tą prowokacyjną uwagą kryje się zasadnicza krytyka europejskiej polityki gospodarczej i energetycznej ze strony Putina. W jego ocenie państwa europejskie podjęły decyzje, które osłabiają ich własną bazę przemysłową i zwiększają zależność od droższego importu energii.

Wypowiedzi Putina stanowią element rosyjskiej retoryki politycznej wobec Zachodu i w żadnym razie nie są neutralną analizą gospodarczą. Niemniej jednak obecne problemy gospodarcze Europy są realne: we wrześniu 2026 roku inflacja w strefie euro wzrosła do 3,8 procent, przy czym głównymi czynnikami napędzającymi ten wzrost były wyższe ceny paliw, gazu ziemnego i żywności. Jednocześnie wysokie koszty energii i finansowania stanowią obciążenie zarówno dla przedsiębiorstw, jak i konsumentów.

Problem energetyczny Europy staje się problemem

Od czasu znacznego ograniczenia korzystania z rosyjskiej energii Europa gruntownie przebudowała swoje struktury dostaw. Jednocześnie ceny energii i bezpieczeństwo dostaw pozostają decydującymi czynnikami konkurencyjności dla przemysłu energochłonnego.

O tym, jak bardzo podatna na zagrożenia stała się Europa, świadczy obecny kryzys na rynku oleju napędowego. UE dyskutuje o uwolnieniu strategicznych rezerw, podczas gdy USA okresowo groziły ograniczeniem eksportu oleju napędowego. Według danych agencji Reuters we wrześniu około 41 procent europejskiego importu tego paliwa pochodziło ze Stanów Zjednoczonych.

Znacząco skurczyły się również europejskie moce przerobowe rafinerii. Od 2009 roku zlikwidowano 30 z funkcjonujących wówczas około 100 zakładów. Łączna zdolność przerobowa rafinerii w Europie i krajach sąsiednich spadła z poziomu około 17,5 miliona baryłek dziennie w 2009 roku do około 14,4 miliona obecnie. Przesłanie Putina brzmi zatem następująco: Europa porzuciła dotychczasowe relacje energetyczne z Rosją, nie zapewniając sobie w zamian równie korzystnej alternatywy.

Między sankcjami, Ukrainą a własnym przemysłem

Do tego dochodzą koszty konfliktu geopolitycznego z Rosją. Od początku wojny na Ukrainie Unia Europejska sukcesywnie rozszerzała zakres sankcji. Jednocześnie finansuje ona Ukrainę – zarówno militarnie, jak i gospodarczo – oraz znacząco zwiększa własne wydatki na obronność. Same tylko wydatki na obronność w UE wzrosły do poziomu około 418 miliardów euro w 2025 roku – to o 75 procent więcej niż w 2021 roku.

Putin postrzega ten trend jako strategiczny błąd Europy: środki finansowe, energia i potencjał przemysłowy są w coraz większym stopniu wykorzystywane do celów geopolitycznych i militarnych, podczas gdy konkurencyjność europejskiej gospodarki znajduje się pod presją.

Z perspektywy Brukseli ocena sytuacji wygląda inaczej. UE uznaje sankcje wobec Rosji oraz wsparcie dla Ukrainy za konieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Koszty gospodarcze traktowane są tu jako cena za zmniejszenie zależności od Rosji oraz za udzielenie pomocy Ukrainie. Niezależnie jednak od tej oceny politycznej, obciążenie gospodarcze pozostaje faktem.

Europa między wieloma frontami

Prawdziwe wyzwanie wykracza zatem daleko poza kwestię relacji z Rosją. Europa chce jednocześnie zakończyć uzależnienie od rosyjskiej energii, wspierać Ukrainę, znacząco się zbroić, utrzymać swój przemysł i przyspieszyć transformację energetyczną. Każdy z tych celów wiąże się z ogromnymi kosztami.

Jednocześnie europejskie firmy konkurują z podmiotami działającymi w USA i Azji, gdzie energia jest często tańsza, a państwowe programy wsparcia przemysłu tworzą dodatkowe zachęty inwestycyjne.

Obecny kryzys energetyczny dodatkowo potęguje tę presję. Komisja Europejska omawia z europejskimi rządami kwestię uwolnienia rezerw oleju napędowego, podczas gdy rosnące ceny energii ponownie napędzają inflację. Właśnie tę sytuację Putin wykorzystuje do celów politycznych, twierdząc, że Rosja wcale nie musi destabilizować Europy – Europa robi to sama poprzez własne decyzje.

Kto ostatecznie za to zapłaci?

Z perspektywy obywateli kwestia ta wygląda znacznie bardziej prozaicznie. Rosnące ceny energii bezpośrednio dotykają gospodarstwa domowe. Wyższe koszty produkcji obciążają przedsiębiorstwa. Gdy zakłady przemysłowe ograniczają produkcję, przenoszą inwestycje lub zamykają swoje placówki, odbija się to na miejscach pracy i wpływach podatkowych. Jednocześnie rosnące wydatki na obronność, energię i cele społeczne zwiększają presję na finanse publiczne.

Obecna sytuacja pokazuje, że ryzyka te nie mają jedynie charakteru teoretycznego. Ceny ropy przekraczające 100 dolarów za baryłkę, rosnące ceny oleju napędowego oraz wyższe koszty finansowania jednocześnie obciążają europejską gospodarkę.

Problemów, na które wskazuje prezydent FR, nie można zbyć jako rosyjskiej propagandy: wysokie koszty energii, kurczące się moce przerobowe rafinerii, rosnące wydatki na obronność, nowe ryzyka inflacyjne oraz nasilająca się międzynarodowa presja konkurencyjna to realne wyzwania.

uncutnews.ch/europa-auf-dem-weg-in-den-abgrund-putin-sieht-einen-kontinent-der-sich-wirtschaftlich-selbst-schwaecht

Opracował: Zygmunt Białas

Pistolet przy głowie: Czy USA pozbawiają UE paliwa z powodu ataków na rosyjskie rafinerie?

Pistolet przy głowie: Czy USA pozbawiają UE paliwa z powodu ataków na rosyjskie rafinerie?

Igor Juszkow o tym, dlaczego Waszyngton grozi odcięciem dostaw oleju napędowego do Europy tass-ru/opinions

Igor Juszkow , ekspert Uniwersytetu Finansowego i Narodowego Funduszu Bezpieczeństwa Energetycznego. 2 października,

© David Hecker/Getty Images

Bruksela i Londyn panikują i zwołują nadzwyczajne spotkania, próbując odpowiedzieć na ultimatum Waszyngtonu. Administracja Donalda Trumpa domaga się wyczerpania europejskich rezerw strategicznych, grożąc wprowadzeniem całkowitego 90-dniowego zakazu eksportu. Analitycy już nazywają ten krok USA „energetycznym pistoletem przy skroni Europy”. Tymczasem doniesienia o rosnących cenach paliw na całym świecie napływają niczym doniesienia z pola bitwy, a rekordy cenowe są niemal codziennie łamane.

Jakie są główne przyczyny i ukryte konsekwencje obecnej sytuacji?

Cios dla samego gwaranta

9 września cena benzyny SP95-E10 we Francji osiągnęła historyczny szczyt, przekraczając 2,1 euro za litr. To skłoniło prezydenta Emmanuela Macrona do nazwania 17 września poziomu cen na francuskich stacjach benzynowych „nie do zniesienia”. Tymczasem 15 września Niemcy ustanowiły nowy rekord wszech czasów dla niedrogiej benzyny Super E10, rosnąc do 2,3 euro za litr. 19 września średnia cena oleju napędowego również pobiła rekord w Szwajcarii, wzrastając do 2,4 franka szwajcarskiego (2,6 euro) za litr. Wzrost ten nasilił się jeszcze pod koniec miesiąca: 28 września średnia rekomendowana cena detaliczna benzyny w Holandii wzrosła do bezprecedensowego poziomu 2,7 euro za litr, podczas gdy Wielka Brytania odnotowała tego samego dnia nowy szczyt cen oleju napędowego – 2,4 euro (199,33 pensa) za litr.

Media prawdopodobnie znów będą pełne nagłówków o „historycznych maksimach” i „rekordach”, ponieważ wszystkie przesłanki do dalszych wzrostów cen w Europie (i na świecie) pozostają spełnione. Co więcej, Stany Zjednoczone, które wcześniej aktywnie pozycjonowały się jako główny gwarant bezpieczeństwa energetycznego Europy, mogą odegrać w tym kluczową rolę. Waszyngton nieustannie przekonywał Brukselę, że Europejczycy powinni śmiało porzucić rosyjskie dostawy energii na rzecz amerykańskich węglowodorów, które, według Departamentu Energii USA, zawierają te same „cząsteczki wolności”.

Jednak obecnie gwałtowny wzrost cen paliw – zwłaszcza oleju napędowego – uderzył również w samą Amerykę.

Konflikt zbrojny z Iranem i zamknięcie Cieśniny Ormuz pogłębiły globalny niedobór produktów naftowych, ponieważ kraje Zatoki Perskiej eksportowały wcześniej duże ilości gotowego paliwa. Od marca 2026 roku dostawy te całkowicie ustały, co stało się podstawową przyczyną globalnego kryzysu energetycznego. W ślad za rynkiem globalnym, ceny oleju napędowego również gwałtownie wzrosły w Stanach Zjednoczonych. Wynika to z faktu, że amerykańskie firmy mają swobodę wyboru, dokąd wysyłać swoje produkty: na rynek krajowy czy na eksport. Z tego powodu ceny w Stanach Zjednoczonych oparte są na zasadzie eksportu netto – cenie globalnej pomniejszonej o koszty transportu. Właśnie dlatego ceny oleju napędowego w Stanach Zjednoczonych osiągnęły we wrześniu nowy rekord wszech czasów.

Jednak Waszyngton, w przeciwieństwie do Europy, ma sposób na obniżenie cen. Mógłby po prostu zakazać eksportu produktów ropopochodnych, co przesyciłoby rynek krajowy w USA i doprowadziłoby do spadku cen paliw. 1 października Trump przyznał, że omawiał już ten scenariusz z sekretarzem energii Chrisem Wrightem i sekretarzem spraw wewnętrznych Douglasem Burghamem. Chociaż ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła, sama perspektywa takiego kroku jest dla Europejczyków bardzo przerażająca.

Walka o wolumeny

Jak donosi „The Sunday Telegraph” , amerykańskie embargo na eksport oleju napędowego będzie miało poważny negatywny wpływ na gospodarkę Wielkiej Brytanii. W końcu dostawy z USA stanowią około 30% całego importu oleju napędowego do Wielkiej Brytanii. Co więcej, zniknięcie amerykańskich dostaw spowoduje gwałtowny wzrost cen na całym świecie, ponieważ Stany Zjednoczone są największym eksporterem oleju napędowego na świecie. Dla Wielkiej Brytanii, która importuje około 55% całego zużycia oleju napędowego, kryzys ten będzie podwójnym ciosem – kraj będzie zmuszony do ostrej konkurencji o wszelkie pozostałe wolumeny na rynku globalnym.

A darmowego paliwa jest coraz mniej.

1 października chińskie rafinerie ropy naftowej zawiesiły eksport produktów naftowych na bieżący miesiąc, aby uzupełnić swoje rezerwy. Z uwagi na nadwyżkę mocy przerobowych, Chiny wcześniej aktywnie kupowały ropę i sprzedawały gotowe paliwo na rynki zagraniczne. Teraz jednak Pekin musi ustabilizować ceny na rynku krajowym.

W rezultacie Europejczycy znaleźli się w opłakanym położeniu. Najbardziej odczuwają gwałtowny wzrost cen ropy naftowej, ponieważ krajowa produkcja nadal spada, a zależność od importu rośnie. Dotkliwy niedobór produktów naftowych pogłębia zamknięcie Cieśniny Ormuz i rosyjski zakaz eksportu oleju napędowego do końca października 2026 roku. Chociaż rosyjskie paliwo nie jest dostarczane bezpośrednio do Unii Europejskiej od 5 lutego 2023 roku, jak dotąd nasyciło ono rynek światowy, utrzymując tym samym ceny na światowym rynku pod kontrolą. Co więcej, Europejczycy ograniczyli własne możliwości, zakazując importu produktów naftowych produkowanych w krajach trzecich z rosyjskiej ropy, co znacznie zawęziło krąg potencjalnych dostawców.

Znamienne jest, że długoletnie dążenie Europy do „transformacji energetycznej” i przedwczesnego wycofywania pojazdów z silnikami spalinowymi nie przybliżyło regionu do rozwiązania palących problemów. Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet Finansowy przy Rządzie Federacji Rosyjskiej, dotyczące interpretacji koncepcji zrównoważonego rozwoju w krajach zachodnich, wykazało, że działania podejmowane przez Brukselę przynoszą odwrotny skutek.

„Zrównoważony rozwój” europejskiego sektora energetycznego spada, a nie poprawia się. Obecny rok, 2026, jest tego doskonałym przykładem: gdy tylko globalny rynek stracił znaczną ilość tradycyjnych paliw, wybuchł głęboki kryzys. Dzieje się tak pomimo ciągłych deklaracji zachodnich polityków o konieczności całkowitego wycofania energii ze źródeł kopalnych dla zapewnienia „zrównoważonej przyszłości”.

Poszukiwania winnych

Nie sądzę jednak, aby warto było liczyć na to, że Stany Zjednoczone faktycznie nałożą embargo na eksport oleju napędowego w najbliższym czasie. Uderzyłoby to w dochody amerykańskich firm naftowych, które finansowały republikańskie kampanie wyborcze (a także w udział Demokratów). Aby nie pozbawić ich kolosalnych zysków, Biały Dom próbuje zrzucić winę za wzrost cen na swoich przeciwników. Trump już twierdził, że niedobory są winą Kijowa, który obiera sobie za cel rosyjskie rafinerie. Choć w dużej mierze dąży do osiągnięcia celów politycznych (zwłaszcza przed listopadowymi wyborami), słowa amerykańskiego przywódcy odzwierciedlają trudną rzeczywistość gospodarczą. Trump wezwał do zaprzestania ataków na rosyjską infrastrukturę paliwową, twierdząc, że działania te niszczą globalny rynek oleju napędowego i uderzają w portfele konsumentów. A ponieważ sam konflikt na Ukrainie wybuchł za prezydentury Joe Bidena, winni są Demokraci.

Ironią sytuacji jest to, że sama Ukraina cierpi z powodu taktyki Kijowa. Jako kraj borykający się z poważnym niedoborem paliw, jest zmuszona importować niemal wszystkie swoje produkty naftowe – obecnie po wygórowanych cenach światowych. W szczególności ukraińscy rolnicy borykają się z rekordowo wysokimi cenami oleju napędowego do traktorów i kombajnów. Rosnące koszty paliwa są nieuchronnie wliczane w koszty zbiorów, bezpośrednio dotykając zwykłych obywateli, uszczuplając ich podstawowy koszyk żywnościowy i podnosząc ceny żywności na Ukrainie.

Co więcej, Waszyngton zamierza zrzucić winę za kryzys paliwowy na samych Europejczyków – i jest w tym trochę prawdy, ponieważ to europejskie elity same doprowadziły swoje kraje do obecnego impasu. Trump zażądał, aby kraje europejskie uwolniły około 120 milionów baryłek oleju napędowego ze swoich rezerw strategicznych w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Jeśli tego nie zrobią, prezydent USA zagroził nałożeniem wspomnianego embarga eksportowego. Innymi słowy, Biały Dom wykorzystuje kwestię amerykańskich dostaw oleju napędowego jako narzędzie nacisku na europejskich polityków. Jeśli nie posłuchają, zostaną obwinieni za kryzys – mimo że w rzeczywistości ponoszą jedynie konsekwencje własnych decyzji.

Nie sposób nie wspomnieć, jak jeszcze niedawno Unia Europejska nieustannie oskarżała Moskwę o używanie „broni energetycznej”, „pałki gazowej” i nadmierne upolitycznianie branży. Tymczasem Stany Zjednoczone stały się obecnie największym dostawcą gazu ziemnego w Europie. Jeśli więc ceny gazu na rynku amerykańskim gwałtownie wzrosną tej zimy, Waszyngton rozważy wstrzymanie eksportu? Taka perspektywa powinna przerażać nie tylko Europejczyków, ale także samych europejskich polityków. 

Czy Europa zostanie zniszczona z powodu Kaliningradu [Królewca] ?

Czy Europa zostanie zniszczona z powodu Kaliningradu?

4 października 2026 r. przez Johna Leake’a tkp-at/wird-europa-wegen-kaliningrad-vernichtet-werden


Podobnie jak dawne hanzeatyckie miasto Gdańsk odegrało ważną rolę w wybuchu II wojny światowej, dawne hanzeatyckie miasto Kaliningrad (dawniej Królewiec) może okazać się przyczyną wybuchu III wojny światowej.

Najbardziej niepokojące w życiu na Zachodzie jest to, że nie mamy wiarygodnego sposobu, aby dowiedzieć się, kto rządzi. Dowody jednoznacznie wskazują, że NIE jest to prezydent Donald Trump, premier Wielkiej Brytanii Andy Burnham, prezydent Francji Emmanuel Macron ani kanclerz Niemiec Friedrich Merz.

Jak widzieliśmy podczas pandemii, wszystkimi tymi krajami wydaje się rządzić ta sama tajemnicza globalistyczna oligarchia.

Podobnie jak USA, państwom europejskim brakuje spójnej strategii wygrania wojny z Rosją. Sianie chaosu i niszczenie infrastruktury energetycznej, a tym samym skazywanie obywateli na wysokie ceny energii i powszechną inflację, jest najwyraźniej uważane za wykonalną strategię w zachodnich kręgach wojskowych. Porównanie do oszukańczego, przestępczego i katastrofalnego sposobu radzenia sobie z pandemią jest trafne.

Wielka Brytania, która ma stałą armię liczącą około 78 000 żołnierzy, najwyraźniej wierzy, że po raz kolejny bierze udział w „Wielkiej Grze” przeciwko Rosji, która ma stałą armię liczącą 2 441 000 żołnierzy – pod względem militarnym jest to odpowiednik byłego brytyjskiego ministra zdrowia Matta Hancocka, który przewodził działaniom w odpowiedzi na pandemię.

Niemcy dysponują aktywną siłą zbrojną liczącą 63 000 żołnierzy. Po tym, jak NATO ograniczyło lub zakazało niemieckiego zbrojenia po I i II wojnie światowej, obecnie agresywnie naciska na Niemcy, aby dokonały zbrojeń, najwyraźniej po to, by ponownie stawić czoła Rosji. I dlaczego nie? Za pierwszym i drugim razem zadziałało to znakomicie.

Niemcy powinni pamiętać, co ówczesny senator Harry Truman powiedział reporterowi „New York Timesa” w czerwcu 1941 r.:

Jeśli okaże się, że Niemcy wygrywają, powinniśmy pomóc Rosji, a jeśli Rosja wygrywa, powinniśmy pomóc Niemcom – i pozwolić im zabijać się nawzajem tak często, jak to możliwe.

Niemcy powinni również pamiętać o starym powiedzeniu przypisywanym Lordowi Hastingsowi Ismayowi, pierwszemu Sekretarzowi Generalnemu NATO.

Celem NATO jest utrzymanie Rosjan na dystans, Amerykanów blisko, a Niemców pod kontrolą.

1 października 2026 roku prezydent Rosji Władimir Putin wypowiedział się na temat rosyjskiej enklawy kaliningradzkiej, określając ją jako prawdopodobny cel ataku NATO, co skłoniłoby Rosję do rozważenia użycia wszelkiej broni, jaką dysponuje.

Dodał, że Moskwa nikomu nie zagraża i nie planuje ataku na Europę w 2029, 2030 ani 2050 roku, ale Europejczycy powinni zrozumieć, że Rosja odpowie na każdą agresję. Uwagi te pojawiły się po rosyjskiej nocie dyplomatycznej do NATO, ostrzegającej, że każda próba odcięcia Kaliningradu może wywołać reakcję z udziałem całego rosyjskiego arsenału, w tym broni jądrowej, jak donosi Associated Press.

Ostrzeżenie skierowane do NATO nastąpiło po oświadczeniach kilku rosyjskich ambasad w Europie w tym tygodniu, że Moskwa posiada„informacje, iż NATO przygotowuje blokadę powietrzną i morską Kaliningradu i obwodu kaliningradzkiego”.

Ambasady w Wielkiej Brytanii i Irlandii opublikowały swoje oświadczenia na kanałach Telegram, a ambasada w Belgii przesłała je agencji informacyjnej TASS.

NATO twierdzi, że wzmacnia swoją wschodnią flankę i ćwiczy obronę terytorium sojuszu, ale nie ma zamiaru zdobywać ani izolować Kaliningradu. Moskwa utrzymuje, że manewry, przechwytywanie okrętów, a nawet sama koncepcja blokady stanowią już eskalację działań przeciwko suwerennemu terytorium Rosji.

Tak zwani „przywódcy” Europy powinni pamiętać, jak dawne hanzeatyckie miasto Gdańsk stało się punktem zapalnym we wrześniu 1939 roku. Po klęsce Niemiec w I wojnie światowej, traktat wersalski (1919) ustanowił Wolne Miasto Gdańsk (obecnie Gdańsk) pod jurysdykcją Ligi Narodów, a Polsce przyznano specjalne prawa dotyczące portu, ceł i stosunków międzynarodowych. Polsce przyznano również Korytarz Polski – pas byłego terytorium niemieckiego wzdłuż dolnej Wisły – aby odrodzone państwo polskie miało „swobodny i bezpieczny dostęp do morza”, zgodnie z obietnicą Woodrowa Wilsona w „Czternastu punktach”.

Korytarz Gdański odciął Prusy Wschodnie od reszty Niemiec. Hitler twierdził, że miasto – zamieszkane niemal wyłącznie przez Niemców – zostało niesprawiedliwie odizolowane od ojczyzny i jej mieszkańców. W przemówieniu w Reichstagu 1 września 1939 roku nazwał Gdańsk „niemieckim miastem”, a Korytarz „niemieckim”, oskarżając Polskę o dławienie Wolnego Miasta. Tego ranka pancernik Schleswig-Holstein otworzył ogień do polskiej bazy wojskowej na półwyspie Westerplatte w porcie gdańskim. Wojska niemieckie zdobyły następnie miasto i posuwały się naprzód korytarzem. Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę 3 września, rozpoczynając II wojnę światową. [a od 1 września- to co było ??? md]

Gdyby siły morskie NATO podjęły próbę blokady Kaliningradu, sprowokowałoby to agresywną reakcję Putina. Jestem pewien, że będzie on skłonny porównać tę sytuację z działaniami Hitlera we wrześniu 1939 roku.

Znacznie rozsądniej byłoby szukać rozwiązania negocjacyjnego z Rosją, aby zakończyć wojnę na Ukrainie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ryzykowałby wysadzenia Europy w powietrze z powodu tej niepotrzebnej wojny, której można by uniknąć, po prostu zgadzając się na zaproponowane przez Rosję jesienią 2021 roku porozumienie o neutralności.

Przed 2022 rokiem nikt w Stanach Zjednoczonych nawet nie słyszał o spornym (etnicznie rosyjskim) regionie Donbasu ani nie był w stanie zlokalizować go na mapie.

Każdy na Zachodzie powinien dokładnie rozważyć wydarzenia z 2021 roku, które doprowadziły do ​​wysłania przez Rosję sił ekspedycyjnych na Ukrainę w lutym 2022 roku. Jak wyjaśniam w mojej nowej książce „Wirusy umysłu: irracjonalne obsesje Ameryki” :

Krótko po objęciu urzędu przez prezydenta Bidena w styczniu 2021 roku, napięcia między Stanami Zjednoczonymi a Rosją zaczęły eskalować z powodu różnych nieporozumień. Jesienią 2021 roku rosyjski wywiad poinformował prezydenta Putina, że ​​CIA i brytyjski MI6 nie tylko kontynuują szkolenie i wyposażanie ukraińskiej armii, ale w istocie kontrolują ukraiński wywiad, przekształcając go w „poligon do operacji przeciwko Moskwie”. Prezydent Putin uznał te doniesienia za niezwykle alarmujące i natychmiast złożył wniosek do NATO o neutralność Ukrainy. Jak później poinformował Parlament Europejski sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg:

Jesienią 2021 roku Rosja przesłała nam projekt traktatu, który NATO miało podpisać, obiecując, że nie będzie się dalej rozszerzać. To właśnie nam przesłali i był to warunek wstępny do powstrzymania się od inwazji na Ukrainę. Oczywiście, nie podpisaliśmy go.

Dlaczego Stoltenberg nie był skłonny przynajmniej spróbować umowy o neutralności dla Ukrainy wzorowanej na austriackiej? Skoro Rosjanie ją zaproponowali, mieli silną motywację, by się jej trzymać. Gdyby później złamali warunki własnej propozycji, Zachód miałby jasne uzasadnienie dla wojny z Rosją. Oświadczenie Stoltenberga sugeruje, że w grudniu 2021 roku wolał perspektywę rychłej wojny z Rosją na Ukrainie niż ustępstwa wobec Rosji, które pozwoliłyby uniknąć wojny na czas nieokreślony – być może tak długo, jak Austria będzie żyła w pokoju z Rosją.

Immanuel Kant pozostaje najsłynniejszym synem Królewca (obecnie Kaliningradu) i warto przypomnieć, co miał do powiedzenia na temat wojny w swoim dziele z 1795 r. Wieczny pokój .

Kant postrzegał wojnę jako coś, co rozum musi znieść. Jego zdaniem „rozum bezwzględnie potępia wojnę jako środek prawny” i czyni pokój natychmiastowym obowiązkiem. Między państwami nie ma sądu, więc każda strona, która czuje się pokrzywdzona, może użyć siły, aby wyegzekwować swoje roszczenia, a żadna ze stron nie może zostać uznana za winną w ściśle prawnym sensie. To tymczasowe rozwiązanie nie czyni jednak państwa sprawiedliwym. Państwo samo w sobie jest „najbardziej niesprawiedliwe” i państwa są zobowiązane je przezwyciężyć.

Kant elegancko sformułował ideę, że wojna na wzajemne wyniszczenie przyniesie „wieczny pokój na rozległym cmentarzysku ludzkości”.

Zdecydowanie potępił również metody, które uniemożliwiają osiągnięcie pokoju – a mianowicie zamachy i inne formy zdrady. Jego zdaniem strony walczące mają obowiązek zachowania postawy wzajemnego szacunku i gotowości do negocjacji, ponieważ w przeciwnym razie pokój nigdy nie będzie możliwy.

Przedstawił następujące szczegółowe warunki osiągnięcia i utrzymania pokoju:

  • Nie ma traktatu pokojowego, który w tajemnicy zapewniałby pretekst do przyszłej wojny.
  • Żadnego państwa nie należy traktować jak własności, którą można odziedziczyć, kupić, wymienić lub oddać.
  • Stałe armie muszą zostać z czasem zniesione, gdyż stanowią zagrożenie dla innych państw i napędzają wyścig zbrojeń.
  • Żadnego długu publicznego na politykę zagraniczną i wojnę.
  • Zakaz gwałtownej ingerencji w konstytucję i rząd innego państwa.
  • Żadnych wrogości, które mogłyby uczynić wzajemne zaufanie po wojnie niemożliwym.

Zaproponował również trzy „artykuły końcowe” mające na celu zabezpieczenie i utrzymanie pokoju.

  • Każdy stan powinien mieć konstytucję republikańską (rząd przedstawicielski ustanowiony na mocy prawa, w którym władza wykonawcza i ustawodawcza są rozdzielone). Obywatele, którzy ponoszą koszty wojny, nie będą jej akceptować bezkrytycznie; porównuje to z władcami, którzy mogą prowadzić wojnę dla przyjemności, ponosząc niewielkie koszty osobiste.
  • Prawo międzynarodowe powinno opierać się na Lidze Wolnych Państw ( foedus pacificum ), Lidze Pokoju, której celem jest zakończenie wszelkich wojen, a nie na jednym państwie światowym, które pochłania inne. Obawiał się, że monarchia uniwersalna doprowadzi do despotyzmu.
  • Prawo kosmopolityczne ogranicza się do warunków powszechnej gościnności: prawa do odwiedzin, a nie prawa do osiedlania się i podboju.

Niniejszy artykuł ukazał się pierwotnie w języku angielskim w czasopiśmie Focal Points . Przedruk w języku niemieckim za uprzejmą zgodą autora.


Poglądy wyrażone w niniejszym artykule niekoniecznie odzwierciedlają poglądy stałych autorów TKP. Prawa i odpowiedzialność za treść leżą po stronie autora.

John Leake jest autorem książek o prawdziwych zbrodniach. Jest współautorem, wraz z dr. Peterem McCulloughiem, książki „ Odwaga w walce z COVID-19 ” oraz bestsellera „New York Timesa” „ Szczepionki: Mitologia, ideologia i rzeczywistość ”. Jego najnowsza książka nosi tytuł „ Wirusy umysłu: Irracjonalne obsesje Ameryki ”. Czasami mieszka w swoim mieszkaniu w Wiedniu.


Otwarta wojna NATO z Rosją jest już do pomyślenia. Pole bitwy Europa.

Pole bitwy Europa

Otwarta wojna NATO z Rosją jest już do pomyślenia. Pozostaje tylko pytanie, kiedy się odbędzie – i kto ją przetrwa. Właśnie tu leży prawdziwa, niewypowiedziana strategia: polem bitwy ma być Europa. Stany Zjednoczone mają wyjść z niej możliwie nietknięte.

Ukraińcy regularnie atakują cele w głębi Rosji. Na celowniku jest ostatnio zwłaszcza Tuapse

Ukraińcy regularnie atakują cele w głębi Rosji

Ukraińskie ataki na cele w głębi Rosji, prowadzone z Wiesbaden, zwiększają prawdopodobieństwo rosyjskiego kontrataku na terytorium NATO. Jednocześnie Stany Zjednoczone w dużej mierze się wycofały. To nie jest ucieczka. To przemyślany ruch. Ograniczona wojna nuklearna na terytorium Europy nie jest już wykluczona w Waszyngtonie. Europa ma ponieść koszty, Ameryka zachowa pozycję strategiczną. To nie jest teoria spiskowa. To logiczna kontynuacja polityki, przed którą najbystrzejsi amerykańscy stratedzy ostrzegali od dziesięcioleci.

Zignorowane ostrzeżenia

Już w 2008 roku William Burns, ówczesny ambasador w Moskwie, a później dyrektor CIA, napisał w telegramie zatytułowanym „Niet znaczy Niet”: „Przystąpienie Ukrainy do NATO byłoby „najwyraźniejszą czerwoną linią dla rosyjskich elit – nie tylko dla Putina”.

George Kennan, architekt polityki powstrzymywania, nazwał ekspansję NATO na wschód „najbardziej fatalnym błędem polityki amerykańskiej od czasów zimnej wojny”. John Mearsheimer i Stephen Cohen przewidywali to samo: ktokolwiek wepchnie Ukrainę do NATO, zmusi Rosję do reakcji militarnej. Ostrzeżenia były jasne, powtarzane, ale ignorowane. Polityka ekspansji była kontynuowana. Dziś jesteśmy świadkami jej konsekwencji.

Teza, zwięźle podsumowana przez szwedzkiego analityka Mattiasa Forsgrena, brzmi następująco: Europa jest ukrainizowana. Gdy zabraknie Ukraińców, Europejczycy mają wypełnić luki. Aby to osiągnąć, konieczne jest zwiększenie gotowości militarnej, a rosyjski atak musi zostać sprowokowany lub sfabrykowany. Rosja będzie zmuszona do wyboru: strategiczne wycofanie się albo zniszczenie Europy – w tym lokalna wojna nuklearna, w której Ameryka pozostanie nietknięta.

Siergiej Karaganow, jeden z najbardziej wpływowych przedstawicieli rosyjskich elit bezpieczeństwa, od lat nawołuje do ograniczonych ataków nuklearnych na cele europejskie. Nie po to, by unicestwić Europę, ale by zaszczepić strach przed bronią jądrową wśród europejskich elit i społeczeństw oraz zmusić je do wycofania poparcia Kijowa. Amerykańscy stratedzy zamierzają wykorzystać właśnie ten dylemat.

Wiesbaden: Kwatera Główna Tajnej Wojny

Kanibalizacja wasali

Przez dekady Europa i Ameryka tworzyły imperialną jednostkę. Historyczne jądro pozostało kulturowo europejskie, podczas gdy struktura dowodzenia wojskowego i finansowego przeniosła się do Waszyngtonu. Ameryka odgrywała rolę silniejszego partnera, broniącego europejskiej cywilizacji. To status quo się rozpadło. Europa nie jest już traktowana jako równorzędny partner, lecz jako zasób: wyczerpana gospodarczo, politycznie podporządkowana i militarnie przygotowana jako arena, na której poniesione zostaną koszty upadku imperium.

Zniszczenie Nord Streamu, przymusowe odłączenie od rosyjskiej energii, deindustrializacja Niemiec – szczególnie widoczna w przemyśle chemicznym i motoryzacyjnym – gwałtowne wzrosty cen energii i spadające płace realne – tworzą te same warunki materialne, które Ukraina już zna: ubóstwo, beznadzieję i zagrożenie egzystencjalne. Jednocześnie trwa czystka informacyjna. Rosyjskie media są blokowane. Głosy wzywające do negocjacji są traktowane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa. Dehumanizacja przeciwnika przebiega według tego samego schematu, co na Ukrainie.

Gdy tylko wystarczająca liczba Europejczyków doświadczy tej samej kombinacji rozpaczy ekonomicznej, izolacji informacyjnej i sztucznego zagrożenia zewnętrznego, polityczny próg, który pozwoli na wysłanie Europejczyków do maszynki do mięsa, spadnie.

Dlaczego europejskie elity działają wbrew własnym interesom

Prawie wszyscy obserwatorzy spoza głównego nurtu są zdumieni tym samym zjawiskiem: europejscy politycy zachowują się tak, jakby ich kraje nie miały żadnych własnych interesów. A Rosja jest nie tylko konwencjonalną potęgą militarną, ale także potęgą nuklearną pierwszego rzędu. Długoterminowe bezpieczeństwo i gospodarcze przetrwanie Europy zależą od dostępu do rosyjskiej energii i surowców. Niemieccy przemysłowcy i bardziej rozsądni politycy zawsze to rozumieli.

Warszawa w 1945 roku

Istnieją powody, dla których dzisiejsze władze ignorują tę fundamentalną rzeczywistość. Zachodnie elity potrzebują trwającego konfliktu dla swojego politycznego przetrwania. Przyznanie się do porażki oznaczałoby utratę władzy. Jednocześnie wpływ Ameryki na europejskie procesy decyzyjne jest głębszy, niż skłonne są przyznać powierzchowne dyskusje.

Pułkownik Lawrence Wilkerson, były szef sztabu Colina Powella, opisuje, jak Waszyngton systematycznie szkolił i awansował uległych przywódców po zimnej wojnie. Dysydenci byli eliminowani poprzez kolorowe rewolucje, sieci kontaktów i politykę personalną. Długa historia odrzucania prawdziwej neutralności europejskiej mówi sama za siebie.

Szwajcaria jako papierek lakmusowy

Dla Szwajcarii pytanie to jest szczególnie dotkliwe. Neutralność nigdy nie była naiwna. Chodziło o zrozumienie, że małe państwo między supermocarstwami może przetrwać tylko wtedy, gdy nie pozwoli, by stało się polem bitwy. Każdy, kto dziś wierzy, że można stanąć po ‚właściwej’  stronie historii poprzez werbalną solidarność i sankcje bez ponoszenia kosztów, powtarza ten sam błąd, który popełniają europejskie elity od 2008 roku.

Ograniczona wojna nuklearna na terytorium Europy nie byłaby rozstrzygana w Waszyngtonie. Byłaby rozstrzygana w Wiesbaden, Ramstein i stolicach państw, które już zrzekły się swojej suwerenności.

Europa stoi przed wyborem, który nie oferuje dobrego rozwiązania. Albo zaakceptuje rolę frontalnego pola bitwy, albo zacznie redefiniować własne interesy. Wymaga to przede wszystkim umiejętności beznamiętnego opisu własnej sytuacji. Bez moralizatorstwa. Bez tabu. Bez iluzji, że wciąż jest się równorzędnym partnerem.

Bomby nigdy nie spadają na Waszyngton, spadają na europejskie miasta. To zawsze był problem Europy. Nie musi to pozostać jej losem.

swissvox.substack.com/schlachtfeld-europa

Opracował: Zygmunt Białas

Katastrofa kognitywna, czyli Europa głupców…

Katastrofa kognitywna, czyli Europa głupców…

Date: 4 agosto 2026 Author: Uczta Baltazara

Wystarczy rzut oka, by zrozumieć, do jakiego punktu doszliśmy i z jaką katastrofą poznawczą mamy do czynienia.

Często, jedna fotografia wyjaśnia więcej niż wiele analiz. Trzy tygodnie temu „Bild”, czyli najlepiej sprzedający się niemiecki tabloid, opublikował zdjęcie, które widzicie na początku artykułu, pod tytułem „Putinowi kończy się benzyna: Rosjanie płacą prawie 4 euro za litr benzyny”.

Jest to nie tylko kłamstwo wielkie niczym chałupa, ale także tak rzucające się w oczy, że trudno mi pojąć, że ktokolwiek mógłby się na to nabrać: na słupie z cenami znajdującym się niemal pośrodku zdjęcia jest napisane, że benzyna 98-oktanowa jest w rzeczywistości sprzedawana po 73,11 rubla za litr, czyli 0,82 euro. Nawiasem mówiąc, cena ta spadała w kolejnych dniach i obecnie oscyluje wokół 0,79 euro. Na słupie jest też cena benzyny 95-oktanowej, najpopularniejszej również we Włoszech, która kosztuje 0,71 euro, oraz benzyny 92-oktanowej, przydatnej do nieco starszych silników, za 0,70 euro.

To, że przekłamania zachodnich środków masowego przekazu stanowią obecnie obrazę inteligencji, jest faktem bezspornym, ale okoliczność, że wierzą one do tego stopnia w skuteczność zbiorowej hipnozy społeczeństwa, by publikować informacje zaprzeczane przez własne zdjęcia, budzi niepokój co do kondycji mentalnej Europejczyków. Chęć wmówienia, że w Rosji – która jest jednym z największych światowych producentów ropy i gazu – benzyna kosztuje więcej niż w Europie, jest zamachem na najbardziej elementarny zdrowy rozsądek, przy czym bezczelność, z jaką się to robi – publikując jednocześnie dowody świadczące o czymś zupełnie przeciwnym – oznacza, że tak zwana informacja osiągnęła już dno.

Niestety, uczestnikiem końcowej uczty neoliberalizmu jest również bierna opinia publiczna, która nijak nie usiłuje rozumieć rzeczywistości.

INFO: ilsimplicissimus2/catastrofe-cognitiva

Stepan Bandera – Dlaczego jego kult szkodzi wiarygodności Europy

Stepan Bandera – Dlaczego jego kult szkodzi wiarygodności Europy

Autor: Uwe Froschauer apolut/stepan-bandera-warum-sein-kult-europas-glaubwurdigkeit-beschadigt

Stepan Bandera – Dlaczego jego kult szkodzi wiarygodności Europy | Autor: Uwe Froschauer

Kijów, 1 stycznia 2018 r.: Ukraińcy świętują 109. urodziny Stepana Bandery

Opinia Uwe Froschauera

Europa uznała walkę z prawicowym ekstremizmem za jeden ze swoich najważniejszych celów politycznych. Prawie żaden trend społeczny nie jest zwalczany tak stanowczo, jak nacjonalizm, antysemityzm i gloryfikacja ideologii faszystowskich. Politycy regularnie powołują się na historyczną odpowiedzialność Europy i podkreślają, że zbrodnie narodowego socjalizmu nigdy nie mogą się powtórzyć.

Jak zatem możliwe, że te same rządy przez lata udzielały politycznego, finansowego i militarnego wsparcia państwu, w którym Stepan Bandera – jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci II wojny światowej – jest czczony jako bohater narodowy przez część społeczeństwa i establishment polityczny? Ulice, pomniki i uroczystości upamiętniające czczą człowieka, którego imię poza Ukrainą kojarzy się przede wszystkim z nacjonalizmem etnicznym i zbrodniami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA).

Ta polityka pamięci od lat spotyka się z ostrą krytyką, szczególnie w Polsce. Masakry polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej są tam uważane za jeden z najciemniejszych rozdziałów II wojny światowej.

Niemniej jednak, kult Bandery na Ukrainie rzadko jest tematem dyskusji wielu zachodnich rządów.

Jak pogodzić fakt, że Europa stanowczo potępia wszelkie formy gloryfikacji ideologii narodowosocjalistycznej w swoich granicach, a jednocześnie nie okazuje krytyki, gdy silnie wspierane państwo partnerskie oddaje hołd postaciom, których rola historyczna budzi poważne kontrowersje na arenie międzynarodowej? Niniejszy artykuł zgłębia tę kwestię.

Stepan Bandera – Historia mitu

Aby zrozumieć, dlaczego Stepan Bandera jest nadal czczony w wielu częściach Ukrainy, a jednocześnie uważany za symbol radykalnego nacjonalizmu w wielu innych krajach, należy poznać jego historię życia. Charakteryzuje ją dążenie do niepodległego państwa ukraińskiego, ale także polityczne sojusze i decyzje, które budzą wiele wątpliwości.

Stepan Bandera urodził się 1 stycznia 1909 roku we wsi Staryj Uhryniw w Galicji, należącej wówczas do Austro-Węgier. Dorastał w czasach, gdy Ukraina była podzielona między różne mocarstwa. Po zakończeniu I wojny światowej jego ojczyzna przypadła Polsce. Wielu ukraińskich nacjonalistów postrzegało polskie rządy jako obcą dominację i walczyło o własne państwo.

Już jako młody człowiek Bandera wstąpił do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). OUN dążyła do utworzenia niepodległego ukraińskiego państwa narodowego. Opowiadała się za radykalnym nacjonalizmem, odrzucającym zasady demokratyczne i uznającym walkę zbrojną za legalny środek osiągania celów politycznych. Bandera szybko zyskał wpływy w organizacji. W 1940 roku OUN podzieliła się na dwie frakcje: bardziej umiarkowane skrzydło pod przywództwem Andrija Melnyka (OUN-M) i bardziej radykalne skrzydło pod przywództwem Stepana Bandery (OUN-B).

Wraz z niemieckim atakiem na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku, wielu ukraińskich nacjonalistów dostrzegło szansę na obalenie sowieckiej władzy i utworzenie własnego państwa. Część OUN początkowo współpracowała z Rzeszą Niemiecką, licząc na poparcie Niemiec dla powstania niepodległego państwa ukraińskiego. 30 czerwca 1941 roku zwolennicy Bandery proklamowali we Lwowie „niepodległe państwo ukraińskie„.

Nadzieja ta jednak się nie spełniła. Władze nazistowskie realizowały własne plany wobec terenów okupowanych i odrzucały ideę suwerennego państwa ukraińskiego. Bandera odmówił wycofania deklaracji niepodległości. W rezultacie został aresztowany przez władze niemieckie w lipcu 1941 roku, a następnie osadzony w specjalnym oddziale dla prominentnych więźniów w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Przebywał tam do jesieni 1944 roku, kiedy to został zwolniony z powodu pogarszającej się sytuacji wojennej.

Podczas internowania Bandery struktury ukształtowane przez jego skrzydło OUN nadal się rozwijały. Z tego środowiska wyłoniła się Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), która walczyła zarówno z okupantem niemieckim, jak i wojskami radzieckimi, ale jej uwaga coraz bardziej przesuwała się w kierunku walki ze Związkiem Radzieckim.

Do najciemniejszych rozdziałów tego okresu należą masakry polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943 i 1944. Historycy przypisują kluczową rolę w tych zbrodniach oddziałom UPA i członkom OUN. Szacunki liczby ofiar wahają się – w zależności od źródła – od kilkudziesięciu tysięcy do ponad 100 tysięcy, głównie polskich cywilów. Polska oficjalnie uznaje te wydarzenia za ludobójstwo. Badania historyczne przedstawiają rozbieżne opinie na temat dokładnej osobistej odpowiedzialności Stepana Bandery. Nie ulega jednak wątpliwości, że zbrodnie te miały miejsce w kontekście ruchu nacjonalistycznego ukształtowanego przez jego frakcję i nadal napinają stosunki między Polską a Ukrainą.

Po zakończeniu II wojny światowej Bandera przebywał na emigracji w Monachium. Rozwijająca się zimna wojna nadała ukraińskiemu nacjonalizmowi nowe znaczenie geopolityczne. Zachodnie agencje wywiadowcze, zwłaszcza brytyjskie i amerykańskie, utrzymywały kontakty z różnymi ukraińskimi grupami emigracyjnymi i wspierały niektóre sieci antykomunistyczne w walce ze Związkiem Radzieckim. Środowisko Bandery również odegrało w tych kontekstach pewną rolę.

15 października 1959 roku Stepan Bandera został zamordowany przed swoim monachijskim budynkiem mieszkalnym przez agenta KGB Bohdana Staszyńskiego, używając specjalnie skonstruowanej broni trującej. Jego śmierć ugruntowała jego status męczennika dla wielu ukraińskich nacjonalistów. Do dziś Bandera jest czczony przez część społeczeństwa ukraińskiego jako symbol walki o niepodległość, podczas gdy inni postrzegają go jako przedstawiciela radykalnego nacjonalizmu, którego ruch polityczny był powiązany z poważnymi zbrodniami wojennymi. Te sprzeczne interpretacje stanowią tło dla trwających kontrowersji wokół jego spuścizny.

Od nacjonalisty do ikony – kult Bandery we współczesnej Ukrainie

Życie Stepana Bandery zakończyło się w 1959 roku, ale nie jego wpływy polityczne. Po upadku Związku Radzieckiego, a zwłaszcza po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości, Bandera stawał się coraz bardziej symbolem walki o niepodległość dla części ukraińskiego społeczeństwa. Jednocześnie, poza Ukrainą, narastała krytyka, że ​​jego cześć często pomijała rozdziały łączące jego ruch polityczny z poważnymi zbrodniami popełnionymi w czasie II wojny światowej.

Szczególnie na zachodniej Ukrainie rozpoczęła się systematyczna rewaluacja Bandery i innych czołowych postaci Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Imieniem Bandery nazwano liczne ulice, place i instytucje publiczne. W wielu miastach wzniesiono pomniki i popiersia, a istniejące miejsca pamięci odrestaurowano lub rozbudowano. Każdy, kto podróżuje przez takie miasta jak Lwów czy Iwano-Frankiwsk, zetknie się z nazwiskiem Bandera w wielu aspektach życia publicznego.

Co roku 1 stycznia, w dniu urodzin Stepana Bandery, w różnych ukraińskich miastach odbywają się uroczystości upamiętniające. Politycy, przedstawiciele władz regionalnych, stowarzyszenia weteranów i zwolennicy organizacji nacjonalistycznych regularnie gromadzą się pod pomnikiem Bandery we Lwowie. Składane są wieńce, wygłaszane są przemówienia, a Bandera jest czczony jako symbol ukraińskiej walki o niepodległość. Oficjalne uroczystości upamiętniające odbyły się również w jego 117. rocznicę urodzin, 1 stycznia 2026 roku.

Kult Bandery nie ogranicza się jedynie do symbolicznego święta. Wizyta ówczesnego ambasadora Ukrainy w Niemczech, Andrija Melnyka, na grobie Stepana Bandery na monachijskim cmentarzu Waldfriedhof w 2015 roku miała również charakter symboliczny. Tam złożył on kwiaty, a następnie publicznie nazwał Banderę „naszym bohaterem”. Jednak podczas wojny na Ukrainie w 2022 roku Melnyk ponownie stał się przedmiotem szerokiej debaty – nie z powodu kolejnej wizyty na grobie, ale dlatego, że w wywiadach, zwłaszcza dla Junga i Naiva, bronił Bandery jako bojownika o wolność i zaprzeczał lub relatywizował historyczne oskarżenia pod jego adresem.

Moim zdaniem jest to gloryfikacja postaci historycznej, której środowisko polityczne wiązało się z nacjonalizmem etnicznym i poważnymi zbrodniami wojennymi.

Ponadto, liczne ulice, place i instytucje publiczne noszą jego imię. W ramach tzw. dekomunizacji po 2014 roku zmieniono nazwy tysięcy ulic i placów, usunięto radzieckie pomniki, a liczne postacie ukraińskiego nacjonalizmu zostały wyraźniej włączone do publicznej narracji historycznej. Zwolennicy postrzegają to jako zerwanie z sowiecką przeszłością i wzmocnienie niezależnej tożsamości narodowej. Ja jednak oskarżam osoby odpowiedzialne o relatywizację lub celowe ignorowanie ciemnych stron niektórych postaci historycznych.

Ta polityka pamięci nie jest skierowana wyłącznie do dorosłych. Kształtuje ona również publiczne rozumienie historii wśród młodszych pokoleń. Publiczne uroczystości upamiętniające, zajęcia szkolne i organizacje młodzieżowe w wielu miejscach utrwalają wizerunek Bandery jako bohatera narodowego i bojownika o wolność. Krytyczna analiza zbrodni przypisywanych przez historyków członkom OUN i UPA schodzi na dalszy plan.

Członkowie ukraińskich sił zbrojnych również w przeszłości publicznie identyfikowali się z Banderą. Zdjęcia i posty w mediach społecznościowych przedstawiające wysoko postawionych żołnierzy lub jednostki przed portretami Bandery lub symbolami z nim związanymi wielokrotnie spotykały się z międzynarodową krytyką. Takie wizerunki wzmacniają wrażenie, że Bandera jest nie tylko postrzegany jako postać historyczna, ale do dziś pozostaje symbolem definiującym tożsamość części ukraińskiego państwa i aparatu bezpieczeństwa.

Bandera nie jest jedyną postacią uhonorowaną w ten sposób. Roman Szuchewycz, jeden z czołowych dowódców UPA, ma również liczne ulice, pomniki i instytucje publiczne nazwane jego imieniem. Dla wielu Ukraińców Bandera i Szuchewycz uosabiają trwającą dekady walkę z władzą sowiecką.

Jednak dla Polaków i wielu historyków ich nazwiska są nierozerwalnie związane z masakrami polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej – jedną z najcięższych zbrodni II wojny światowej w Europie Wschodniej.

Ta kontrastująca kultura pamięci jasno pokazuje, dlaczego kult Bandery pozostaje przedmiotem kontrowersyjnej debaty daleko poza granicami Ukrainy. Podczas gdy jego zwolennicy czczą go jako bojownika o wolność, jego krytycy uważają, że honorowanie Bandery i innych przywódców OUN i UPA przez państwo jest problematyczną gloryfikacją postaci historycznych, których środowisko polityczne wiązało się z poważnymi zbrodniami.

Krytyka ze strony Polski jest szczególnie ostra. Zbrodnie UPA przeciwko ludności polskiej są tam uznawane za udokumentowane historycznie i oficjalnie klasyfikowane jako ludobójstwo. Polskie rządy – niezależnie od orientacji politycznej – wielokrotnie krytykowały utrzymującą się cześć dla Bandery i innych przywódców OUN i UPA. Warszawa od lat domaga się kompleksowego śledztwa historycznego oraz nieograniczonego prawa do ekshumacji i godnego pochówku ofiar masakr. Nowe honory lub nazwy ulic na Ukrainie wielokrotnie prowadzą do napięć dyplomatycznych między oboma krajami.

Znamienne jest, że krytyka ta nie pochodzi z Rosji, demonizowanej przez „Zachód oparty na wartościach”, lecz od jednego z najbliższych sojuszników Ukrainy w Europie. Polska należy do najwierniejszych sojuszników Kijowa – militarnie, finansowo i politycznie – od początku rosyjskiej wojny agresji. Tym bardziej niezrozumiały jest zatem fakt, że honoruje się osoby uważane w Polsce za współwinne jednej z najcięższych zbrodni przeciwko własnej ludności cywilnej.

Tu właśnie zaczyna się prawdziwe pytanie polityczne. Skoro rządy europejskie słusznie i zdecydowanie odrzucają wszelkie formy gloryfikacji ideologii narodowosocjalistycznej i faszystowskiej we własnych krajach, to dlaczego wciąż trwający kult Stepana Bandery na Ukrainie tak rzadko jest przedmiotem publicznej krytyki? To pytanie prowadzi bezpośrednio do następnej sekcji.

Cisza Europy – Kiedy wartości nagle stają się względne

Kult Stepana Bandery i innych czołowych przedstawicieli OUN i UPA nie jest już wyłącznie sprawą Ukrainy. Odkąd Unia Europejska zaczęła udzielać Ukrainie bezprecedensowego wsparcia politycznego, finansowego i wojskowego, oferując jej jednocześnie perspektywę akcesji, nieuchronnie pojawia się pytanie, jak Europa radzi sobie z tym aspektem ukraińskiej polityki pamięci.

Niedawny spór między Polską a Ukrainą pokazuje, że nie jest to bynajmniej jedynie historyczny przypis. Po tym, jak prezydent Zełenski pod koniec maja 2026 roku nadał elitarnej jednostce imię „bohaterów UPA”, polski rząd słusznie zareagował ostrą krytyką. Warszawa nazwała to prowokacją wobec kraju, którego ludność poniosła dziesiątki tysięcy ofiar z rąk UPA podczas II wojny światowej. Parlament Europejski również wyraził ubolewanie, określając tę ​​decyzję jako „niepotrzebną i niesprowokowaną eskalację”. Jednak to ubolewanie było wszystkim, co nastąpiło później. Decyzja ta nie miała żadnych dostrzegalnych konsekwencji politycznych dla procesu akcesyjnego Ukrainy do UE ani nie wywołała fundamentalnej debaty na temat ukraińskiej polityki pamięci.

Ta reakcja wydaje mi się bardzo dziwna. Unia Europejska postrzega siebie jako wspólnotę wartości – pojęcie, które coraz bardziej umyka mi, jako bezwarunkowemu pacyfiście, z powodu wojowniczych poglądów czołowych postaci UE. UE żąda od kandydatów do członkostwa poszanowania demokracji, praworządności i praw człowieka oraz zdecydowanie sprzeciwia się wszelkim formom gloryfikacji ideologii narodowosocjalistycznej. Tym bardziej hipokrytyczne jest zatem to, że chociaż ciągły kult postaci historycznych, takich jak Stepan Bandera i Roman Szuchewycz, jest okazjonalnie krytykowany, krytyka ta jak dotąd nie przyniosła praktycznie żadnych konsekwencji politycznych.

Rodzi to fundamentalne pytanie: czy Unia Europejska zareagowałaby w ten sam sposób, gdyby państwo członkowskie nadało jednostce wojskowej nazwę organizacji kojarzonej z poważnymi zbrodniami wojennymi? Czy wystarczyłby sam żal, czy też pociągnęłoby to za sobą poważne reperkusje polityczne?

Unia Europejska wielokrotnie podkreślała w przeszłości, że gloryfikowanie reżimów totalitarnych i ich przedstawicieli jest niezgodne z fundamentalnymi wartościami europejskimi. Na przykład, honory nadawane postaciom reżimu ustaszy na Bałkanach Zachodnich były wielokrotnie przedmiotem debat politycznych i dochodzeń parlamentarnych na szczeblu europejskim. W związku z tym nasuwa się pytanie, dlaczego honorowanie przywódców OUN i UPA na Ukrainie jak dotąd pozostawało w dużej mierze bez porównywalnych konsekwencji politycznych.

Moim zdaniem Unia Europejska stosuje w tej kwestii podwójne standardy. Te same działania, które gdzie indziej spotkałyby się z ostrym potępieniem, w przypadku Ukrainy są traktowane pobłażliwie. Uważam to za hipokryzję. Standardy historyczne nie są stosowane niezależnie od bieżących interesów politycznych. Nie da się zaprzeczyć, że debata wokół kultu Bandery wykracza daleko poza dyskusję czysto historyczną. Dotyka ona wiarygodności wartości, do których Unia Europejska wielokrotnie się odwołuje.

Ta powściągliwość jest widoczna nie tylko w instytucjach Unii Europejskiej, ale także w zachowaniu wielu europejskich szefów rządów. Podczas gdy w ich własnych krajach jakiekolwiek skojarzenie z symbolami skrajnej prawicy lub postaciami historycznymi narodowego socjalizmu regularnie prowadzi do zażartych debat politycznych, kult Bandery praktycznie nie odgrywa żadnej roli w relacjach czołowych zachodnich polityków na Ukrainie.

Kanclerz Niemiec Friedrich Merz, wraz z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem, przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen i ówczesnym premierem Wielkiej Brytanii Keirem Starmerem, należy do najgorętszych zwolenników politycznych Ukrainy. Miliardy dolarów pomocy, rozległe dostawy broni finansowane z pieniędzy podatników i pożyczek, demonstracyjne wizyty solidarnościowe i wyraźne poparcie dla przyszłego członkostwa w UE od lat charakteryzują politykę europejską wobec Ukrainy, przedłużając tym samym wojnę. Utrzymujący się kult Stepana Bandery i innych czołowych przedstawicieli OUN i UPA jest w najlepszym razie traktowany marginalnie.

Ten kontrast jest rażący. Czy porównywalna forma polityki pamięci, sterowanej przez państwo, byłaby traktowana z taką samą powściągliwością w państwie członkowskim Unii Europejskiej? Czy też pociągałaby za sobą konsekwencje polityczne? Różne podejścia do porównywalnych symboli historycznych pokazują, że standardy moralne nie są stosowane niezależnie od bieżących interesów geopolitycznych.

Było to szczególnie widoczne 14 lipca 2026 roku, w dniu francuskiego święta narodowego, kiedy prezydent Zełenski został przyjęty jako gość honorowy w Paryżu. Takie gesty podkreślają bliską współpracę polityczną między Ukrainą a jej europejskimi zwolennikami. Poważnie zastanawiam się, dlaczego ukraińska pamięć historyczna o Stepanie Banderze i UPA odgrywa tak nikłą rolę w dialogu politycznym. Gdyby tak było, szef rządu reżimu o wpływach faszystowskich, taki jak Wołodymyr Zełenski, nie zostałby zaproszony na uroczystości takie jak francuski Dzień Bastylii.

W Niemczech samo pojawienie się kilku symboli lub flag skrajnej prawicy na demonstracji często wystarcza, aby znacząco wpłynąć na debatę publiczną. Media obszernie relacjonują takie incydenty, politycy je stanowczo potępiają, w wyniku czego rzeczywisty przekaz wydarzenia jest zazwyczaj przyćmiewany przez media, a co za tym idzie, przez znaczną część społeczeństwa.

Na przykład, szeroko relacjonowano pojawienie się osób eksponujących symbole skrajnie prawicowe na wiecach ruchu pokojowego i protestach przeciwko obostrzeniom związanym z COVID-19. Niezależnie od tego, jak bardzo osoby te były reprezentatywne dla poszczególnych demonstracji, w polityce i mediach panowała powszechna zgoda co do tego, że jakakolwiek forma gloryfikacji lub trywializacji symboliki skrajnie prawicowej musi zostać stanowczo odrzucona.

Dlatego moim zdaniem podejście do ukraińskiej polityki pamięci jest sprzeczne. Podczas gdy w Niemczech nawet pojedyncze symbole skrajnej prawicy spotykają się z ostrą krytyką publiczną, państwowe upamiętnienie postaci historycznych, takich jak Stepan Bandera czy Roman Szuchewycz, rzadko staje się centralnym tematem dialogu politycznego z Ukrainą.

Nasuwa mi się pytanie, czy w tym przypadku stosuje się inne standardy. Skoro symbolika historyczna jest słusznie traktowana z wrażliwością we własnym kraju, to ta sama wrażliwość powinna być stosowana wobec bliskiego partnera politycznego.

Jak wiarygodne są wartości Europy?

Sednem tego artykułu nie jest historyczna ocena Stepana Bandery. Nie chodzi też o sprowadzenie złożonej historii Ukrainy do jednej postaci. Prawdziwe pytanie brzmi raczej: czy system wartości Unii Europejskiej obowiązuje bez wyjątku – czy też jego stosowanie zależy od tego, czy jest się politycznym sojusznikiem, czy przeciwnikiem?

Ci, którzy słusznie potępiają antysemityzm, narodowy socjalizm i gloryfikację ideologii faszystowskich, muszą to czynić bez wyjątku. Te same standardy moralne muszą obowiązywać zarówno przyjaciół, jak i przeciwników. W przeciwnym razie tracą one swój uniwersalny charakter i stają się jedynie narzędziami politycznymi.

Dlatego o ukraińskiej polityce pamięci należy rozmawiać otwarcie i szczerze. Polska – jeden z krajów, które najsilniej wspierały Ukrainę od początku wojny – od lat wskazuje na zbrodnie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej oraz ostro krytykuje ciągłą cześć dla Stepana Bandery i innych przywódców OUN i UPA. Niemniej jednak kwestia ta pozostaje marginalna w dialogu politycznym między Unią Europejską a Ukrainą.

Historii nie da się zmienić. Można jednak zmienić sposób, w jaki sobie z nią radzimy. Ci, którzy ukrywają, relatywizują lub oceniają zbrodnie historyczne w różny sposób w zależności od swoich interesów politycznych, podważają wiarygodność wartości, na które sami się powołują.

To właśnie tutaj rozstrzyga się wiarygodność wspólnoty wartości. Prawdziwym testem wartości nie jest to, jak traktujemy naszych przeciwników politycznych – łatwo tu o moralne oburzenie. Chodzi raczej o to, jak traktujemy naszych sojuszników. Albo te same standardy obowiązują przyjaciół i wrogów – albo nie są to wartości uniwersalne.

Ci, którzy hojnie ignorują historyczną gloryfikację wśród przyjaciół, a jednocześnie ostro potępiają te same praktyki wśród przeciwników politycznych, stosują podwójne standardy. Wtedy nie chodzi już o wartości, ale o polityczną doraźność.

Wspólnota wartości może być wiarygodna tylko wtedy, gdy jej standardy obowiązują niezależnie od interesów politycznych. Wiarygodności nie zdobywa się poprzez pięknie brzmiące deklaracje, lecz poprzez konsekwentne działanie – zwłaszcza gdy staje się ono niewygodne dla własnych sojuszników.

+++

Notatki i źródła

Moja książka „ Podróż do Jaźni ” ukazała się 2 lipca 2026 roku. Zawarte w niej teksty zachęcają czytelników do kwestionowania znanych schematów myślenia i działania bez tworzenia nowych dogmatów. Łączą one w sobie spostrzeżenia z filozofii, duchowości, psychologii i doświadczenia życiowego, tworząc przystępną i bliską refleksję nad tym, co znaczy być człowiekiem. Tematy takie jak autorefleksja, siła chwili obecnej, dawanie i branie, wdzięczność, miłość, tolerancja, rozwój osobisty i radzenie sobie z wyzwaniami życiowymi stanowią kamienie milowe tej podróży.

Moje dwie książki,
„ The Peace-Incapable ” i „ In the Thrall of Decline ”, ukazały się pod koniec marca i na początku kwietnia 2025 roku. Książka „ Dangerous Zeros – Warongers and Elite Representatives ” ukazała się pod koniec września 2024 roku.

Nowa tyrania

Nowa tyrania

Autor: Ullrich Mies apolut.net/die-neue-tyrannei-von-ullrich-mies

Ponieważ suwerenność obywatelska i demokracja od dawna są już tylko fasadą, „elity” próbują teraz definitywnie ustanowić rządy przestępczości.

Europejska kolonizacja świata znajduje swój odpowiednik w intelektualnej kolonizacji własnych obywateli. Ideolodzy klas rządzących, zwolenników głębokiego państwa, Nowego Porządku Świata i Wielkiego Resetu, zdemontowali demokrację, jaką znaliśmy, i przekształcili ją w pole bitwy zorganizowanego chaosu. Ten konglomerat ideologii i władzy, dla własnej korzyści i ze szkodą dla ludzkości, umieścił się na szczycie samozwańczej hierarchii i przejął kontrolę nad naszymi państwami. Chaotyczna transformacja świata, dokonująca się krok po kroku na naszych oczach, nie jest przypadkowa; przebiega ona według scenariusza.

Punkt widzenia Ullricha Miesa.

Przez wieki państwo było areną i polem walki sprzecznych interesów (klasowych), a jego początki sięgają bezprecedensowych w historii aktów przemocy, w tym najazdów, grabieży, podbojów, transferów własności, wojen domowych i wojen prowadzonych przez podmioty jeszcze przed powstaniem państwa. Kluczowym elementem państwa jest jego zalegalizowany monopol na siłę, zarówno w kraju, jak i za granicą. Z jednej strony służy on łagodzeniu wewnętrznych konfliktów i walk; z drugiej strony manifestuje się wewnętrznie jako opresyjny przywilej klas rządzących/establishmentu oraz jako przywilej prowadzenia wojny w zewnętrznej walce o hegemonię. Ponadto państwo przekształciło się w byt społeczny ze wszystkimi swoimi osiągnięciami kulturowymi i technologicznymi dla swoich obywateli, zapewniając im kluczowe ramy identyfikacji i bezpieczeństwa psychologicznego. Jednakże, drugą stroną medalu jest duma narodowa, szowinizm i rasizm.

Na długo przed kryzysem związanym z koronawirusem rozpoczął się masowy atak „globalistów” na państwo narodowe. Jak wiedzą wtajemniczeni: koronawirus był przede wszystkim skierowaną do wewnątrz operacją militarną przeciwko powstańcom i wypowiedzeniem wojny narodom, połączonym z testowaniem stanu wyjątkowego jako nowej „normy rządzenia”. „Globaliści” (= globalni faszyści) uznali państwo narodowe za fundamentalną przeszkodę na drodze do scentralizowanej, kompleksowej reorganizacji świata. Konsensus przeciwko masom, represje i rozpad mniejszości sprzeciwiających się temu zjawisku charakteryzują trwającą wewnętrzną wojnę domową.

Ewolucja UE w totalitarne podcentrum globalistów, które nie cofnie się przed niczym – od terroru wobec własnych obywateli po imperialistyczną „ekspansję” i kompleksowe planowanie wojny – również wpisuje się w ten kontekst.

Gwarancją wszystkich tych patologicznych warunków jest państwo-partyjne według zachodniego projektu. Zinstytucjonalizowała się jako wylęgarnia, z jednej strony, osób zaangażowanych i zainteresowanych politycznie, a z drugiej – i stało się to normą – oportunistów, karierowiczów, przestępców i żądnych władzy, pozbawionych empatii psychopatów.

W najwyższych kręgach partii rządzących i ich aparatów miał miejsce autoreferencyjny, żądny władzy, a nawet złośliwy proces selekcji negatywnej. Proces ten, mający na celu zdobycie własnej przewagi i utrzymanie władzy, nęka, terroryzuje, grabieży i dzieli społeczeństwo według własnych kaprysów, a w oparciu o dziesięciolecia doświadczeń w walce z rebelią, trzyma wszystkich „krytyków” w ryzach.

Ideologicznie splecione klany partyjne współpracują w sposób głęboko powiązany z międzynarodowym sektorem finansowym i korporacyjnym, wywiadem wojskowo-przemysłowym, systemami bezpieczeństwa, farmaceutycznymi i cyfrowymi, organizacjami międzynarodowymi, tysiącami rządowych i filantropijnych organizacji pozarządowych oraz kartelami propagandowymi międzynarodowego przemysłu medialnego, współpracując z coraz bardziej faszystowskimi syndykatami rządowymi.

Wspólnie przejęły kontrolę nad państwem i zinfiltrowały jego instytucje ze szkodą dla społeczeństwa. Co więcej, klany partyjne organizują własne wsparcie i systematycznie infiltrują proces legislacyjny, ministerstwa sprawiedliwości, prokuratury i sądy, aby zapewnić sobie ochronę przed oskarżeniami. Nadużywają również wymiaru sprawiedliwości jako broni politycznej przeciwko swoim wewnętrznym wrogom. Jednocześnie demokracja, rządy prawa i legitymizacja państwa ulegają rozpadowi. Rządy prawa stają się arbitralne, a suwerenność ludu przekształca się w rację stanu. Podobne procesy zachodzą w całym „kolektywnym Zachodzie”.

Długoterminowym celem jest zniesienie państw narodowych i przekształcenie ich w scentralizowany, globalny system zarządzania, kontrolowany przez niewybieralnych „interesariuszy”. Oznacza to, że ONZ, WHO, Światowe Forum Ekonomiczne, NATO, potężni aktorzy gospodarczy, rządy, wybrane organizacje pozarządowe i uznane za godne jednostki mają decydować o losie ludzkości.

To jest „nowy faszyzm”, który twierdzi, że nie jest faszyzmem.

Jeśli chodzi o Niemcy, najpóźniej od zjednoczenia, negatywna selekcja klanów partyjnych przejęła władzę i postanowiła nie reprezentować już woli narodu. Zamiast tego, ten „establishment” mianował się strażnikiem suwerena. W rezultacie rządy Schrödera, Merkel i Scholza przekształciły Niemcy w ciągu jednego pokolenia z w miarę funkcjonującej demokracji parlamentarnej w państwo wojenne, skupione zarówno na sprawach wewnętrznych, jak i zewnętrznych – w przededniu możliwej III wojny światowej.

Innymi słowy: 36 lat po zjednoczeniu cztery niemieckie rządy, z coraz większą częstotliwością, „odniosły sukces” w rządzenia krajem ku otchłani i na skraj wojny nuklearnej z Rosją. To historia sukcesu politycznej i medialnej pandemii o zasięgu ogólnokrajowym. Kiedy ponownie wszystko zrównają z ziemią, jeśli jeszcze będą mieli okazję, ponownie wygłoszą przemówienia dziękczynne kobietom, które po wojnie uprzątnęły gruzy, a być może nawet postawią pomniki bohaterkom.

Pod butem USA, w geopolitycznej walce o globalną dominację, klika kanclerza Merza demontuje obecnie Niemcy i Europę, przekształcając kraj i państwa członkowskie UE w orwellowską tyranię.

Powstał nieznany dotąd miszmasz rządów, złożony z pozostałości formalnej demokracji, zorganizowanej przestępczości politycznej, totalitaryzmu, neofeudalizmu i faszyzmu, który utrzymuje władzę za pomocą kłamstw, manipulacji, oszustw, propagandy, represji, wojen i grabieży własnych obywateli.

Właściwym terminem dla tego syndykatu jest ZBRODNIOKRACJA – rządy zbrodni. (w oryginale Autor używa tu angielskiego słowa Crimocracy -przyp. tłumacza)    A europejskie rządy, które odmawiają pokoju z Rosją, są już zbrodniarzami wojennymi przyszłości.

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 14 lipca 2026 roku na stronie : apolut.net/die-neue-tyrannei-von-ullrich-mies

Niniejszy artykuł został opublikowany po raz pierwszy 11 lipca 2026 roku na portalu Manova: manova.news/artikel/die-neue-tyrannei?ref=apolut.net

Drony pochodzące z Zachodu przeciwko Moskwie: Jak Rosja jest zmuszana do kontrataku na Europę.

Rysy elewacji

Drony przeciwko Moskwie: Jak Rosja jest w końcu zmuszana do kontrataku na Europę fassadenkratzer-de/drohnen-gegen-moskau-wie-russland-gezwungen-wird-schlieslich-gegen-europa-zuruckzuschlagen

[fassade kratzer – zadrapania lub zarysowania na fasadzie]

18 czerwca 2026 roku media doniosły o największym jak dotąd ataku dronów na Moskwę, w którym podpalono rafinerię ropy naftowej, uważaną za jeden z największych obiektów w Rosji , jak donosi n-tv.de .

Nie poinformowano jednak, że jest to możliwe jedynie dzięki dostawom broni z krajów NATO w Europie, a zwłaszcza z Niemiec, które w rzeczywistości „prowadzą wojnę z Rosją ręką Ukrainy”, jak to ujął Putin. Zintensyfikował już ataki odwetowe na Kijów, ale ostatecznie, pod presją, będzie musiał zaatakować zakłady produkcyjne na Zachodzie, w tym w Niemczech, jeśli chce utrzymać kontrolę nad sytuacją – i wtedy zostanie przedstawiony jako wieczny agresor. Merz i spółka nieodpowiedzialnie podsycają również groźbę wojny na dużą skalę.

Siergiej Karaganow (obraz Wikipedii)


Siergiej Karaganow

Rosyjski politolog i ekspert ds. polityki zagranicznej związany z Kremlem, Siergiej Karaganow, udzielił obszernego wywiadu, o którym donosi uncutnews-ch . Karaganow, który od lat należy do najbardziej wpływowych rosyjskich myślicieli strategicznych, przedstawia obraz Zachodu, który celowo chce wpędzić Rosję w długą wojnę na wyniszczenie i otwarcie wzywa do eskalacji, nawet do ataków na państwa europejskie.

Twierdzi, że wojna na Ukrainie nigdy nie była konfliktem wyłącznie ukraińsko-rosyjskim. Przeciwnie, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy celowo wciągnęli Rosję w strategiczną pułapkę. Zachód prowadzi wojnę z Rosją na terytorium Ukrainy.

Prawdziwym celem Waszyngtonu było albo militarne pokonanie Rosji, albo trwałe jej osłabienie, aby następnie skupić się na konfrontacji z Chinami. Europa odegrała rolę aktora realizującego, podczas gdy Ukraina była jedynie polem bitwy. Karaganow nie jest odosobniony w tym poglądzie, ale raczej znajduje się w dobrym towarzystwie wielu zachodnich analiz (patrz tutaj , tutaj , tutaj ).

Karaganow argumentuje, że Zachód dąży do długotrwałego wyczerpania Rosji. Dlatego Moskwa musi zakończyć konflikt, zanim obciążenia gospodarcze i społeczne staną się zbyt duże.
Wyraźnie stwierdza, że ​​jego zdaniem Rosja musi w ciągu najbliższego roku podjąć znacznie bardziej zdecydowane działania wobec państw europejskich, które dostarczają Ukrainie broń, szkolenia i wsparcie logistyczne. Wymienia w szczególności Niemcy, Polskę, Rumunię i Wielką Brytanię.
„Niemcy są w centrum jego programu. Oskarża Berlin o ponowny rewanżyzm i określa Niemcy jako główną siłę napędową antyrosyjskiej polityki w Europie”.

Karaganow jest przekonany, że Rosja będzie musiała przeprowadzić bezpośrednie ataki na cele europejskie „prędzej czy później”, jeśli jej wsparcie dla Ukrainy nie ustanie. Początkowo ataki te powinny być przeprowadzane przy użyciu broni konwencjonalnej. Ostatecznie jednak należy rozważyć również użycie broni jądrowej.

Centralnym założeniem jego argumentacji jest twierdzenie, że Europa straciła lęk przed wojną nuklearną. Karaganow postrzega to jako największe zagrożenie naszych czasów. Tylko przywrócenie wiarygodnego odstraszania nuklearnego może zapobiec bezpośredniej konfrontacji.
Posuwa się nawet do twierdzenia, że ​​ograniczona seria rosyjskich ataków nuklearnych na Europę szybko zakończyłaby wojnę, ponieważ państwa europejskie w konsekwencji skapitulowałyby lub uległyby rozpadowi. Jednocześnie przyznaje, że miliony ludzi mogłyby zginąć, a duże części Europy mogłyby ulec zniszczeniu.

Uncutnews zauważa, że ​​Karaganow, chwaląc prezydenta Rosji Władimira Putina jako inteligentnego męża stanu, jednocześnie oskarża go o brak determinacji.
Wielokrotnie powtarza, że ​​Rosja prowadziła wojnę zbyt niepewnie. Moskwa podjęła kluczowe decyzje polityczne i wojskowe zbyt późno i nie zdołała wystarczająco odstraszyć Zachodu.
Domaga się, aby Rosja bardziej widocznie przygotowała się na potencjalne użycie broni jądrowej i publicznie zademonstrowała tę gotowość.

Karaganow niewiele oczekuje od trwających działań dyplomatycznych. Potencjalne zawieszenia broni lub częściowe porozumienia określa jako pułapkę. Nawet gdyby walki miały tymczasowo ustać, państwa zachodnie nadal będą dozbrajać Ukrainę.

Uncutnews zastanawia się, czy stanowiska te rzeczywiście odzwierciedlają opinie większości w rosyjskim kierownictwie, pozostaje kwestią otwartą. Jednak wywiad pokazuje, że przynajmniej część rosyjskiego establishmentu strategicznego otwarcie dyskutuje teraz o scenariuszach, które jeszcze kilka lat temu uważano za nie do pomyślenia.

Bardzo niebezpieczne niemieckie podżeganie do wojny

Rząd niemiecki naciska na wojnę z Rosją z kilku powodów:

1.   Fałszywie przedstawia rosyjską inwazję na Ukrainę jako jednostronną rosyjską wojnę agresywną, przed którą Ukraina musi się bronić i w której musi być wspierana bronią i szkoleniem wojskowym. –
W rzeczywistości rząd niemiecki popiera wojnę agresywną prowadzoną przez neofaszystowski reżim ukraiński przeciwko Rosji, wojnę strategicznie wykorzystywaną przez USA, NATO i UE do własnych celów geopolitycznych.

See:
fassadenkratzer.de/die-etablierung-des-neonazistischen-regimes-in-der-ukraine-mit-hilfe-der-deutschen-nazi-jager
fassadenkratzer.de/in-wahrheit-fuhrt-die-ukraine-einen-angriffs-krieg-gegen-russland/
fassadenkratzeriew-beschloss-2019-minsk-ii-nicht-umsetzen-und-bereitete-sich-auf-krieg-mit-russland-vor/

2.    Rząd niemiecki fałszywie twierdzi, że podbój Ukrainy to jedynie początek wielkiego imperialistycznego planu Rosji, który zakłada późniejszy atak i włączenie państw Europy Wschodniej oraz Niemiec do swojego imperium. Dlatego Niemcy muszą być „gotowe do wojny” i przygotowane do obrony przed rosyjską agresją poprzez kompleksowe zbrojenia. –
W rzeczywistości to kłamstwo służy militarnemu przygotowaniu Niemiec do udziału w długotrwałym, agresywnym natarciu NATO na granice Rosji, które Rosja uważa za przekroczenie czerwonej linii na Ukrainie. Niemcy de facto uczestniczą zatem w przygotowaniach do wojny agresywnej przeciwko Rosji. Zobacz:
https://fassadenkratzer.de/2024/02/09/die-luge-vom-russischen-imperialismus-als-vorwand-fur-neue-kriegsrustungen/
. To, że Rosja nie dąży do konfliktu z Zachodem poza Ukrainą, zostało teraz publicznie oświadczone nawet przez Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO w Europie po „bardzo ścisłym monitorowaniu raportów wywiadowczych”. See:
https://fassadenkratzer.de/2026/06/18/nato-oberbefehlshaber-widerspricht-angriffsbehauptungen-russland-sucht-keinen-konflikt/#more-19902

Coraz bardziej niszczycielskie ataki dronów ze strony państw NATO, przeprowadzane „ręką Ukrainy” w głąb rosyjskiego zaplecza i na Moskwę, ostatecznie zmuszą Rosję do kontrataków na cele w europejskich państwach NATO, w tym w Niemczech. Zostanie to fałszywie przedstawione jako „przepowiedziany” rosyjski atak na Europę, przed którym NATO musi się bronić. To wywołałoby III wojnę światową o niewyobrażalnych konsekwencjach. To czyste szaleństwo.

Należy to jasno stwierdzić: obecny rząd niemiecki pod przewodnictwem Merza i popierające go partie nie służą pokojowi na świecie, zgodnie z wymogami Ustawy Zasadniczej, lecz nieodpowiedzialnie wspierają sprytnie skrywaną wojnę agresywną, prowadzoną przez NATO i USA przeciwko Rosji. Nie postępują zgodnie z Ustawą Zasadniczą i dopuścili się przestępstwa z art. 13 Międzynarodowego Kodeksu Karnego. Powinni stanąć przed sądem. Zobacz:
https://fassadenkratzer.de/2026/06/02/nicht-vom-willen-des-grundgesetzes-beseelt-dem-frieden-der-welt-zu-dienen/

Ilu katolików na świecie, ilu muzułmanów w Europie

Według pewnych źródeł w 2000 roku było w Europie około 500 000 muzułmanów, teraz 50 000 000. 

Ilu katolików? interia.pl/co-z-liczba-katolikow-w-europie

17 października 2025 

Na całym świecie rośnie liczba katolików. W ciągu roku do Kościoła dołączyło ponad 15 milionów osób. Największe wzrosty odnotowują Afryka i Ameryka, ale liczba wiernych powiększyła się także w Europie – wynika z raportu Rocznika Statystycznego Kościoła.

Dane zaprezentowane przez portal Vatican News pochodzą z najnowszego raportu Rocznika Statystycznego Kościoła, który przygotowała agencja Fides. Jak podkreślono, odzwierciedla on stan z 2023 roku.

Jak wynika z dokumentu, łączna liczba katolików na świecie wynosi 1 405 454 000.

Odsetek katolików w światowej populacji wzrósł o 0,1 proc. i wynosi 17,8 proc.

W ciągu dwunastu miesięcy przybyło 15 881 000 wiernych, z czego 8 309 000 w Afryce i 5 668 000 w Ameryce. W Europie, gdzie intensywnie w wielu krajach w ostatnich latach postępowała sekularyzacja, roczny przyrost wiernych wynosi natomiast 740 tys. osób.

Ostatni sen Europy przed upadkiem

Przebudzenie ze śpiączki

Anna Zollner

Ostatni sen Europy przed upadkiem

apolut.net/aus-dem-koma-erwacht-von-anna-zollner

„Obserwatorium liryczne” Anny Zollner.

Co się zepsuło w USA? Właściwie nic. Zachowują się dokładnie tak, jak zawsze zachowują się imperia, gdy ich zenit minął, a ich upadek jest nie do zatrzymania. Nie moralnie wykolejeni, ale konsekwentnie napędzani logiką władzy. Drwią z zasad, bo zasady są przydatne tylko tym, którzy rosną w siłę. Upadające imperia nie mają już cierpliwości do maskarad. Otwarcie uciekają się do przemocy, bo mit już nie obowiązuje. Tam, gdzie mit się wali, zaczyna się surowy rozrachunek. A imperium nie żyje traktatami, nie moralnością, nie wartościami. Żyje mitem swojej niezwyciężoności. Dla własnych dzieci. Dla podbitych terytoriów. Dla tych, którzy mają wierzyć, że są częścią czegoś większego.

Dopóki ten mit działa, imperium zapewnia porządek, bezpieczeństwo, prawo i stabilność po podboju. Tworzy walutę zależności. Za pomocą tej waluty kupuje lojalność. Podbici stają się wspólnikami aparatu przemocy, nie z przekonania, lecz z konformizmu. Imperium deleguje swoją władzę tym, których kontroluje. Imperium prosperuje dzięki wyzyskowi swoich „partnerów”, którzy rozwijają syndrom sztokholmski i mylą swoje podporządkowanie z partycypacją. Stany Zjednoczone nie są wyjątkiem. Nigdy nie miały przyjaciół. Miały interesy. A te interesy zawsze były przede wszystkim amerykańskie. Ameryka przede wszystkim to nie styl polityczny, ale koniec udawania.

Upadek zaczyna się nie od nadmiernej ekspansji, ale od dezorientacji. USA przegapiły wzrost Chin, ponieważ strategicznie trzymały się Rosji. Dwie dekady ekspansji NATO, polityki zmiany reżimu, sankcji i retoryki eskalacji, podczas gdy Pekin zabezpieczał łańcuchy dostaw, technologie, surowce i rynki. Teraz w Waszyngtonie zaczyna się pojawiać zrozumienie. Za późno. Kraje BRICS nie podlegają już negocjacjom, lecz są strukturalnie usztywnione. Petrodolar, fundament amerykańskiej projekcji siły od lat 70., traci swoją wyłączność. Ci, którzy handlują ropą poza strefą dolara, nie będą już automatycznie karani. To nie jest drobiazg. To tektoniczne pęknięcie.

Co więc zrobić? Pragmatyzm zastępuje ideologię. Utrzymywać konflikty poniżej progu poważnej eskalacji. Zaangażować Rosję militarnie, związać ją gospodarczo i wykluczać moralnie. Nie pokonać ją, ale związać. Jednocześnie powstrzymać rosnących w siłę lub opornych partnerów. Europę, a przede wszystkim Niemcy. Jak? Zniszczyć dostawy energii, zaostrzyć zależności, zaangażować elity polityczne i wybrać kanclerza. Realizować interesy finansowe za pośrednictwem korporacji i funduszy oraz infiltrować ideologicznie poprzez partie, fundacje i organizacje pozarządowe. Atomizować społeczeństwo poprzez politykę tożsamości i ciągłą agitację. Podzielony kraj nie zadaje pytań. Podzielony kraj nie może organizować oporu.

To również wyjaśnia upadek Nord Streamu. Nie jako irracjonalny akt, lecz posunięcie strategiczne. Gazociąg był siłą napędową niemieckiej gospodarki. Tania, przewidywalna energia stanowiła decydującą przewagę konkurencyjną przemysłu. Wraz ze zniszczeniem Nord Stream ta geopolityczna przewaga została wyeliminowana. Kraj uprzemysłowiony zostaje celowo pozbawiony energii. Niemcy tracą, energia drożeje, a amerykański LNG zyskuje udziały w rynku.

Ta logika nie jest wiedzą tajemną; jest otwarcie artykułowana od lat. Wyciekły dokument strategiczny RAND Corporation zaleca systematyczne „nadmierne rozciąganie i destabilizację” Rosji – poprzez politykę energetyczną, sankcje, zaangażowanie militarne i konflikty zastępcze. Istota: osłabić Rosję gospodarczo, utrzymać ją pod okupacją militarną i potępić moralnie na arenie międzynarodowej – otwarcie akceptując straty gospodarcze dla Europy, a zwłaszcza dla Niemiec. Europa nie jest partnerem, lecz pionkami.

W tym kontekście Ukraina pełni rolę łącznika: posterunku wojskowego, dźwigni moralnej i strefy wiecznego kryzysu. Porozumienia mińskie nie służyły uspokojeniu Ukrainy, lecz – jak później otwarcie przyznano – jej ukrytemu dozbrojeniu. Dyplomacja jako sposób na zyskanie czasu.

Traktaty pokojowe jako środek odstraszający przed kolejną wojną. Jednocześnie wysocy rangą urzędnicy amerykańscy otwarcie przyznali się do lekceważenia interesów europejskich – „pieprzyć UE” nie było przejęzyczeniem, lecz opisem obecnej sytuacji. Niemcy miały za to zapłacić: drogą energią, dostawami broni, kosztami uchodźców i obciążeniem systemów zabezpieczenia społecznego.

Dodatek:

Prawdziwy charakter tego podejścia został później otwarcie potwierdzony. Angela Merkel przyznała, że ​​porozumienia mińskie nie miały być instrumentami pokoju, lecz służyły raczej zyskaniu na czasie – czasie na zbrojenia, szkolenia i przygotowania wojskowe Ukrainy. Mińsk nie był zatem nieudanym traktatem, lecz celowo złamaną obietnicą. Porozumieniem jako taktyczną pauzą, a nie rozwiązaniem. Dyplomacja stała się funkcją gospodarki wojennej, zaufanie – zasobem jednorazowego użytku. Zdrada mińska nie była awarią, lecz częścią architektury.

Rezultatem nie jest przypadek, lecz reakcja łańcuchowa: de-industrializacja, rosnące wydatki socjalne, presja fiskalna i erozja społecznej gospodarki rynkowej. Państwo opiekuńcze nie jest reformowane; jest ono demontowane geopolitycznie. Poświęca się lokalizację, aby ustabilizować imperium.

Następnie uwaga przenosi się na własną półkulę: Grenlandię, Kanadę, USA, Amerykę Środkową, Amerykę Południową. Stara doktryna Monroe’a, przemianowana. Wenezuela nie była aberracją, lecz próbą generalną. Surowce, strefy wpływów, zabezpieczenie dostępu. Samodzielna konsolidacja imperium. Jednocześnie wycofanie się z organizacji międzynarodowych, które imperium samo kiedyś stworzyło, by związać innych. Prawo międzynarodowe jest narzędziem zwycięzców. Gdy tylko zwiąże, staje się utrapieniem.

Zasady obowiązują tylko tak długo, jak długo są użyteczne.

Wenezuela idealnie wpisuje się w ten schemat. Kraj ten posiada największe na świecie potwierdzone złoża ropy naftowej i jest producentem od 1914 roku – na długo przed Arabią Saudyjską. W latach 30. i 40. XX wieku Wenezuela odgrywała dużą rolę dla Stanów Zjednoczonych, którą później przejęła Arabia Saudyjska. Przełom nastąpił wraz z nacjonalizacją i otwarciem na rosyjskie i chińskie firmy naftowe. Ropa naftowa spoza zachodniej strefy wpływów obniża ceny. To właśnie jest toksyczne dla amerykańskiej ropy wydobywanej metodą szczelinowania, która wymaga stale wysokich cen. Wenezuela nie jest problemem. Wenezuela jest zbiornikiem rezerwowym. Sankcje zastępują bezpośredni dostęp.

Co więcej, Wenezuela stanowi strategiczne zabezpieczenie na wypadek wojny z Iranem. Cieśnina Ormuz jest jednym z kluczowych wąskich gardeł światowej gospodarki: około 20 procent światowego handlu ropą przechodzi przez tę cieśninę.

Eskalacja militarna spowodowałaby nagły i poważny niedobór na rynku światowym, co doprowadziłoby do gwałtownego wzrostu cen. Stany Zjednoczone pozostałyby strukturalnie nietknięte. Chociaż są obecnie największym producentem ropy naftowej na świecie, konsumują więcej niż produkują i nadal importują część swoich potrzeb. Niemniej jednak są niemal całkowicie samowystarczalne.

Szok cenowy ropy uderzyłby w Europę, a nie w Amerykę. Drastyczny wzrost cen ropy nie byłby dla USA zagrożeniem, a raczej korzyścią: ustabilizowałby kosztowną produkcję metodą szczelinowania hydraulicznego, a jednocześnie stworzyłby możliwość wprowadzenia wenezuelskiej ropy na rynek po wysokich cenach. Podczas gdy Europa musi radzić sobie z niedoborami energii, inflacją i deindustrializacją, Waszyngton skorzystałby na tym niedoborze.

Powojenny porządek ONZ z prawem weta to porządek z 1945 roku, dyktowany przez zwycięzców i zdominowany przez USA. Nigdy nie był neutralny, a jedynie funkcjonalny. Teraz stoi na przeszkodzie. Zastępuje go więc coś bardziej niezobowiązującego, bardziej mglistego: „porządek oparty na wartościach”. Wartości są podatne na zmiany. Wartości są zbywalne. Wartości mają ceny giełdowe. Moralność jest prywatyzowana, przemoc znacjonalizowana. Zasada siły nie powraca, ponieważ nigdy nie zniknęła. Po prostu nie jest już maskowana.

A Niemcy? Niemcy wciąż są naiwne. Przełknęły narrację o Wielkim Bracie, który utrzymuje pokój, prowadząc wojny. Wierzyły, że suwerenność można delegować.

Geopolitycznie zrujnowały swoje dostawy energii, ujawniły swój przemysł, moralizowały swoją politykę zagraniczną i tym samym uznały się za dojrzałe. Niemcy mylą posłuszeństwo z dojrzałością. Teraz stoją między frontami i nazywają to odpowiedzialnością.

Kolejna faza jest już widoczna. Rosja, Chiny i Indie wezmą to, czego potrzebują. Nie ze złej woli, lecz z logiki. Autarkia góruje nad moralnością. Dostęp góruje nad atrakcyjnością. Każdy, kto wierzy, że światem można rządzić za pomocą apeli, myli konferencje prasowe z władzą. Władza nie prosi. Władza bierze.

Konsekwencja byłaby oczywista, gdyby odważyć się powiedzieć o niej głośno. Europa musiałaby wyrwać się z uścisku II wojny światowej. Stać się suwerenną. Myśleć autonomicznie. Działać strategicznie. Koniec z obcymi wojskami jako gwarancją bezpieczeństwa, a jako ryzykiem. Rosja jako sąsiad, a nie jako narracja. Handel i zbliżenie zamiast romantyzowania państwa frontowego. Wolny rynek bez logiki blokowej. Wyjście z NATO w stronę defensywnego, europejsko-eurazjatyckiego sojuszu bezpieczeństwa, który chroni granice zamiast eksportować wojny. Neutralność to nie tchórzostwo, lecz szacunek do samego siebie.

Aby to jednak nastąpiło, Niemcy musiałyby zrobić porządki. Musiałyby zdemontować struktury, które systematycznie przedkładają interesy USA nad interesy Niemiec. Musiałyby zdemontować transatlantyckie think tanki, sieci wpływów i fundacje. Musiałyby zdemontować prasę, która w 90 procentach jest nośnikiem narracji, a nie stróżem prawa.

Patriotyzm musiałby zostać zrehabilitowany jako miłość do ojczyzny, a nie jako źródło podejrzeń. Ci, którzy delegitymizują ojczyznę, delegitymizują opór. Ci, którzy się temu sprzeciwiają, nie zdradzają moralności, lecz suwerenności.

Jak na ironię, tę jasność zawdzięczamy bardzo rażącej polityce Donalda Trumpa. Jego całkowitej obojętności na europejskie sentymenty. Jego brutalnej szczerości. Wielki Brat nigdy nie był bratem. Zawsze był szkolnym tyranem z lepszymi działami PR. Teraz wszyscy to widzą. Nie dlatego, że jest uczciwy, ale dlatego, że nie stać go już na wyszukane przebranie. To jest sygnał ostrzegawczy. Pytanie tylko, czy Europa zareaguje, czy znów zaśnie.

Jeśli Europa znów zaśnie, zginie. Tym razem nie będzie żadnej szalupy ratunkowej. Żadnego Planu Marshalla. Żadnej pomocy z zewnątrz. Każdy, kto na tym etapie historii myli komfort z bezpieczeństwem, w zasadzie godzi się na własne samobójstwo.

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 25 stycznia 2026 roku na stronie : apolut.net/aus-dem-koma-erwacht-von-anna-zollner

„Współczesna Europa jest głupia”. Prof. Legutko ostrzega: Muzułmanie przejmą władzę pokojowo, a my znikniemy?

„Współczesna Europa jest głupia”.

Prof. Legutko ostrzega:

Muzułmanie przejmą władzę pokojowo,

a my znikniemy

Przemysław Obłuski


niezalezna.pl/polityka/ryszard-legutko 20.12.2025,

Czy czeka nas koniec Europy, jaką znamy? Prof. Ryszard Legutko nie ma złudzeń. W rozmowie z naszym portalem wskazuje, że Stary Kontynent, odcinając się od chrześcijaństwa i rzymskiego prawa, stał się „niemądry” i bezbronny wobec lewicowych absurdów. Zapaść demograficzna rdzennych Europejczyków w zderzeniu z dzietnością imigrantów prowadzi do nieuchronnej katastrofy. „Mieszkańcy świata zachodniego będą żyli bezpiecznie, aż muzułmanie w końcu przejmą władzę” – wieszczy profesor, nawołując do buntu przeciwko dyktaturze głównego nurtu.

Gdyby pan profesor miał wymienić największe zagrożenia dla Europy, to jak wyglądałaby ta lista? Nie chodzi mi wyłącznie o politykę, choć z pewnością nie da się w tym kontekście od niej uciec. Chodzi mi bardziej o mentalność, o wartości.  

Obecnie słowa “Europa” używa się wymiennie ze słowami “Unia Europejska”. Poniekąd słusznie, bo kondycja Europy odzwierciedla się dzisiaj w kondycji Unii Europejskiej. Możemy więc o tej Europie powiedzieć, że odcina się od dziedzictwa europejskiego traktując je jako muzeum lub formę choroby. Pamiętajmy, że Unią rządzi lewica, a ta ma to do siebie, że zawsze chce budować nowy świat, dla którego uzasadnieniem jest przekonanie, że stary świat jest zły. I to samo obserwowaliśmy w marksizmie, przy czym marksiści mieli – powiedziałbym – nieco cieplejszy stosunek do części dziedzictwa europejskiego, bo chcieli się pod nie podpiąć, by dodać sobie wartości.

Natomiast współcześnie traktuje się je pogardliwie, co widać m.in. w edukacji, gdzie rzadko mówi się o tradycji europejskiej, a często o polityce czy politycznej ideologii. Stąd uważam, że – niech to nie zabrzmi nazbyt pysznie – Europa współczesna jest dość głupia. Głupia nie w tym znaczeniu, że nie ma wybitnych ludzi, czy że nie rozwija się nauka, lecz że jest niezainteresowana poznaniem czegokolwiek, co odbiega od aktualnie przyjętych punktów widzenia i nie ma świadomości własnego stanu. Europa wyraża się albo w tym co techniczne, odnoszące się do ekonomii, systemu bankowego, inżynierii, informatyki, itd., albo w tym co ideologiczne, czyli nakierowane na przyszły nowy, wspaniały świat. Na przykład metafizyka zniknęła uznana za kategorię uzasadniającą system władzy. Prawda, jedna z głównych kategorii myśli europejskiej, też została dezawuowana, przez sprowadzenie do sensu kontekstowego. Prawo rzymskie traci na znaczeniu i nie jest obowiązkowym przedmiotem nauczania, a jego zasady są łamane. Nic więc dziwnego, że Europa odwracając się od własnej kultury staje się niemądra. 

Powiedział pan, że współczesny świat jest głupi, mówił pan też o walce o dusze i o prawdzie. Żyjemy jednak w czasach, kiedy współczesnym Europejczykom można wciskać najbardziej absurdalne teorie powołując się na jakiś rzekomy konsensus naukowy. Ludzie są w stanie uwierzyć, że planeta płonie i dlatego nie powinni mieć dzieci, że mężczyzna jest kobietą i może rodzić dzieci, że zwierzęta powinny mieć takie same prawa jak ludzie. Wydaje się, że obecnie można dowolnie manipulować ludźmi i to paradoksalnie – przy znacznie większym jak kiedyś dostępie do informacji. Można zmienić ich sposób postrzegania otaczającej rzeczywistości i w końcu hierarchię wartości. Czy jako ludzie jesteśmy dziś taką plasteliną, którą dowolnie można urabiać? 

Człowiek współczesny jest bezbronny wobec tego, co się dzieje i można mu wcisnąć różne głupstwa. Nie ma narzędzi mentalnych, by te bzdury zakwestionować. Aby to uczynić, musiałby spojrzeć na dzisiejszą rzeczywistość z zewnętrznego punktu widzenia, a ten stał się dla niego nieosiągalny.

Chrześcijaństwo w Europie straciło wpływ, metafizyka, jak mówiłem, została zdyskwalifikowana, wychowanie klasyczne zlikwidowano. A skoro nie istnieje zewnętrzny trybunał oceniający, to świat realizujący przyszłość według lewicowego scenariusza nie podlega krytyce. To, co się dzieje jest dobre i żadna sensowna alternatywa rozwoju nie istnieje. Można jedynie zwiększyć radykalizm: nie wystarczy tylko głosić feminizm, ale trzeba represjonować tych, co się mu opierają; nie wystarczy głosić LGBT, ale trzeba dodawać kolejne litery, itd. Skoro takie przesłanie płynie zewsząd, nie tylko z instytucji politycznych, ale także z sądów, z uczelni, ze środowisk naukowych, z mediów, z korporacji, to w jaki sposób współczesny człowiek marnie wykształcony, oderwany od europejskich korzeni, nieobyty z argumentami może się przeciwstawić? Szanse ma niewielkie. Jeśli nie ulegnie wewnętrznie, to często popadnie w konformizm i na wszelki wypadek dostosuje się do otoczenia.

Paradoks polega na tym, że najbardziej absurdalne idee nie tylko wchodzą głęboko w umysły milionów ludzi, ale wchodzą z przesłaniem niezależności, niepokory, autonomii, śmiałości myślenia. Ludzie nieodróżnialni tworzący jednolitą masę nabierają przekonania, że każdy z nich jest duchem niezależnym i samodzielnym podmiotem, który w poczuciu wolności i autonomii zmienia świat. Kiedyś wyobrażano sobie, a to były lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, że wszystkie wielkie projekty zmiany świata się skończyły. Po dyskredytacji komunizmu żadna totalna idea nie chwyci, a mieszkańcy świata zachodniego będą żyli bezpiecznie, mając mnogie możliwości rozwoju intelektualnego i osiągnięcia zamożności. I choć podkreślano, że wielkie ideologie nadal będą się pojawiać w środowiskach intelektualnych, to nie wpłyną na umysły szerokich rzesz ludzkich. Te przewidywania się nie sprawdziły, bo wprawdzie w kręgach intelektualnych istotnie zrodziły się kolejne nowe ideologie i to jeszcze bardziej szalone, ale skutecznie przeniknęły do umysłów wielkiej liczby obywateli. Czy kiedyś wariactwo opadnie i kobieta będzie znowu kobietą, mężczyzna mężczyzną, małżeństwo małżeństwem, a aborcja zabójstwem nienarodzonego i czy wróci zdrowy rozsądek i poczucie miary oraz że międzynarodowe instytucje stojące na straży szaleństwa takie jak Unia Europejska ulegną ostatecznej kompromitacji? Powiedziałbym, że więcej szans jest na to, że po upadku dzisiejszych ideologicznych idoli ludzie znajdą sobie nowe i podejmą kolejne próby budowania nowego wspaniałego świata, jeszcze bardziej niedorzecznego i przynoszącego jeszcze większe szkody. Ale to będzie problem dla pokoleń w odleglejszej przyszłości. Na nas spoczywa obowiązek walczyć z szaleństwem dzisiejszym. 

Z tego, co pan powiedział wyciągam wniosek, że ten przeciętny, statystyczny Europejczyk – oczywiście wiem, że takiego nie ma, to jest bardzo duże uproszczenie – jest niemądrym, być może samorealizującym się egoistą, postrzegającym świat wyłącznie w perspektywie “tu i teraz”, a być może jakimś idealistą, altruistą z klapkami na oczach w postaci z gruntu fałszywych współczesnych dogmatów, na przykład klimatycznych. Kim ten dzisiejszy Europejczyk może być za 20-30 lat? 

Tego oczywiście nie wiem. Mogę jedynie uzupełnić poprzednią wypowiedź. Połączenie egoizmu i altruizmu jest stałą cechą natury ludzkiej. Szaleństwa biorą się właśnie z wzajemnego przenikania jednego i drugiego. Bardzo chcemy nadać swojemu życiu i swoim działaniom głębszy sens i szukamy go – by tak rzec – na bazarze sensów. Tam zaś najbardziej rozreklamowane i najbardziej proponowane dzisiaj jest to, o czym mówiliśmy, a więc klimatyzm, genderyzm i inne. Mają one dać każdemu, kto się w nie zaangażuje osobistą satysfakcję, która pozwoli wyleczyć się z rozmaitych udręk egzystencjalnych, samotności i innych cierpień współczesnej duszy. Jak ten bazar sensów będzie wyglądał za trzydzieści lat i jakie sensy będą dysponowały najskuteczniejszą reklamą, trudno powiedzieć. Myślę, że problemy z wyborem będą podobne. Jeśli uznamy, że człowiek dzieli się na ciało i duszę, to człowiek dzisiejszy dobrze zagospodarował ciało dzięki – mówiąc obrazowym skrótem – siłowni i diecie. Gorzej z duszą. Tutaj triumfy świecą terapie i terapeuci, ale to są środki doraźne. Pomysłu na spełnienie człowiek nie ma i nie udało mu się zbudować odpowiednika siłowni oraz diety dla duszy. Stąd rzuca się na ratowanie planety czy kondomizację Afryki.

Europa nie ma wiele do zaoferowania. Jedyną poważną ofertę dawało chrześcijaństwo, przede wszystkim katolicyzm, nie tylko dlatego, że dobrze opisuje duszę ludzką i naturę człowieka, ale także ponieważ jako jedyny dzisiaj nurt duchowy odwołuje nas do kultury klasycznej. Niestety, obserwujemy, że katolicyzm również wykazuje objawy kapitulanctwa oddając część swojej tożsamości dzisiejszym modom: błogosławienie lodu jako ukłon wobec klimatyzmu, czy błogosławienie par homoseksualnych jako ukłon w stronę genderyzmu. Na szczęście rodzi się opór przeciw temu kapitulanctwu, ale jak będzie skuteczny, pokażą następne dziesięciolecia. 

Spróbujmy nieco przełożyć to, o czym pan dotychczas powiedział na konkrety. Śmiertelnie ważna – i uważam, że nie ma tu żadnej przesady – jest postępująca zapaść demograficzna w większości państw Europy. Wydaje się, że bagatelizujemy jej skutki, nie dostrzegamy, a one nieuchronnie będą dramatyczne. Dodajmy, że ta zapaść dotyczy głównie rdzennych Europejczyków, bo np. mieszkający w Europie muzułmanie cieszą się bardzo licznym potomstwem. Jak to możliwe, że daliśmy sobie wmówić, że kiedy nie będziemy tworzyli rodzin, nie będziemy mieli dzieci, będzie nam lepiej? 

Europejczycy wiedzą, że jeśli zabraknie pieniędzy, to system się nie utrzyma. Dlatego za jeden ze środków zaradczych uznano imigrantów, którzy mieli wypełnić demograficzną zapaść. To praktyczne rozwiązanie, dość skuteczne, przysporzyło jednak kłopotów innego rodzaju i jeszcze większych.

Dlaczego Europejczycy się nie rozmnażają?

Są różne odpowiedzi. Kiedyś, kiedy nędza była problemem palącym, wydawało się, że po jej likwidacji rodziny rozkwitną. Okazało się to nieprawdą. Nędzę radykalnie ograniczono, a efektem wzrostu zamożności stała się wygoda. Im więcej mamy możliwości zadbania o dziecko, tym częściej pragnienie wygody wygrywa. Im bardziej się przyzwyczajamy do wygody, tym mniej chcemy ją ograniczać.

Można też na problem niedzietności patrzeć bardziej metafizycznie i wiązać go z sekularyzacją. W świecie zsekularyzowanym życie ludzkie postrzegane jest w kategoriach pojedynczego skończonego istnienia. Żyję od momentu narodzin do momentu śmierci, a moja myśl nie wykracza poza tę granicę. Takie postrzeganie siebie sprawia, że dzieci nie są już czymś niezbędnym, bo one tego życia nie przedłużą. Stąd też biorą się ataki na rodzinę jako zakłócającą wygodę egzystencji; stąd też bierze się uzasadnienie aborcji coraz częściej uznawane nie tylko jako prawo kobiety, ale także prawo człowieka.

Jest więc po części paradoksalne, a po części zrozumiałe, że ktoś, kto nie sięga świadomością poza granicę swojego życia i nie potrzebuje do swojego samookreślenia dzieci, będzie jednocześnie ulegał wielkiemu wzburzeniu na myśl, co stanie się z naszą planetą za kilkaset czy kilka tysięcy lat i że będzie walczył o zachowanie rzadkich owadów, choć bez zmrużenia okiem – w zależności od płci – podda się aborcji lub zmusi do niej kobietę. Zdumienie budzi nie samo dbanie o rzadkie owady, czy troska o planetę, ale niezwykła dysproporcja między postrzeganiem własnego życia, a postrzeganiem świata.  

Stara Europa nie tylko umiera, ale – o czym pan już mówił – traci nieodwracalnie swoją tożsamość religijną, historyczną i kulturową. Wnuki dzisiejszych 30-latków będą już żyły w zupełnie innej rzeczywistości, bo muzułmanie w końcu przejmą władze pokojowo. Czy Europejczycy zdają sobie w pełni sprawę z konsekwencji takiej perspektywy? 

Zbyt wielu z nich usuwa ten problem poza świadomość. Europejczycy, jak mówiłem, wolą rozpaczać nad tym, co stanie się z całym światem za kilka czy kilkadziesiąt tysięcy lat niż myśleć o tym, co stanie się w kolejnych dziesięcioleciach. Zgubne podejście do imigracji na Zachodzie bierze się z przemieszania dwóch elementów. Pierwszym jest ciągle istniejący kac po kolonializmie, skutecznie podtrzymywany w istnieniu przez lewicę. Drugim czynnikiem jest liberalny projekt społeczeństwa otwartego, w którym mają się pomieścić wszyscy i aby to osiągnąć należy zniszczyć przeszkadzające otwartości stare nawyki, obyczaje i stereotypy. Imigranci traktowani są jako taran rozbijający to co stare i umożliwiający powstanie tego co nowe.

Połączenie pokolonialnego kaca i idei społeczeństwa otwartego, choć skrajnie niemądre, spowodowało paraliż woli. Weźmy Szwecję, kraj, który jeszcze dwadzieścia lat temu należał do najbardziej bezpiecznych w Europie, a w tej chwili należy do najmniej bezpiecznych. Nie wiem, jak dalece Szwedzi utożsamili się z kolonialnym grzechem białej rasy, ale zważywszy, że od dziesięcioleci rządzi tam lewica, to pewnie odczuwają kaca za innych. W każdym razie degradacja tkanki społecznej spowodowana imigracją nie dokonała się w wyniku jednej decyzji, ale trwała przynajmniej kilkanaście lat. A Szwedzi patrzyli na tę degradację i nie zrobili niczego, by proces zatrzymać. Dotyczy to całej Europy zachodniej, która uległa podobnemu paraliżowi.

Teraz już jest za późno. I żadne żałosne pakty migracyjne wymyślone przez Komisję Europejską zmian nie odwrócą. 

To może teraz o demokracji. O kształcie Europy decydują politycy, którzy w swoich krajach cieszą się znikomym poparciem, jak np. Emmanuel Macron czy Friedrich Merz. Z kolei Komisja Europejska, która ma ogromne kompetencje jest organem nieprzejrzystym, wyłanianym w dość szemranej i niezrozumiałej dla przeciętnego zjadacza chleba procedurze. Jak to możliwe? Jak to się ma do idei demokracji, o której tak wiele w Europie się mówi? 

Mówiłem wcześniej o zgłupieniu Zachodu. To zgłupienie przejawia się między innymi na tym, że w świecie powszechnego dostępu do informacji ludzi można łatwo i masowo okłamywać. Czyni to również Unia Europejska, która w 10 artykule Traktatu o UE mówi o sobie, że działa w oparciu o demokrację przedstawicielską, a przecież to ewidentne kłamstwo. Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że Unia, a także zachodni świat zmierzają w kierunku despotyzmu. Prawo staje się coraz bardziej represywne, rośnie cenzura, a ludzie coraz powszechniej boją się represji. To widać wszędzie, nie tylko na uczelniach, gdzie te złe rzeczy się zaczęły, ale w ogóle w całym życiu społecznym. Miarą dzisiejszej potulności, łatwowierności czy, jak powiedziałem powyżej, głupoty jest to, że wielu ludzi uwierzyło, że cenzura nie jest cenzurą, lecz troską o prawdę, że represje nie są represjami, lecz narzędziem szerzenia różnorodności, że istnienie monopolu ideologicznego nie rodzi konformizmu, lecz pluralizm, i tak dalej.  

I wielu ludzi w to wierzy. 

Tak, wielu w to wierzy szczerze, a inni przyjmują to bezrefleksyjnie jako oczywistość myśląc sobie „przecież powszechnie wiadomo, że…”. Udało się w Europie stworzyć na dużą skalę coś w rodzaju ortodoksji. Powstał system de facto jednopartyjny, bo składają się nań partie mające podobne poglądy: od zielonych i socjalistów przez liberałów, do tak zwanych chadeków, którzy z chadecją nie mają nic wspólnego. Ową koalicję nazywa się głównym nurtem, choć jest on oparty o agendę lewicową, a tzw. chadecy z CDU i innych partii z EPL już dawno skapitulowali i przyjęli ją jako własną. Kto do tego nurtu nie należy temu odmawia się legitymacji do pełnoprawnego występowania w przestrzeni publicznej.  W Unii Europejskiej otacza się takie partie kordonem sanitarnym i praktycznie uniemożliwia dostęp do ciał podejmujących decyzje. Kraje, które się z głównego nurtu wyłamują są przedmiotem presji, szantażu i, jak w przypadku Polski, ingerowania w demokratyczne wybory. Węgry doświadczają podobnej agresji. Były też ataki na Rumunię i Chorwację. A ponieważ główny nurt opanował wszystkie instytucje europejskie i większość rządów, zdołał on w ciągu ostatnich kilkunastu lat znacznie powiększyć swoją władzę, z której coraz bardziej bezceremonialnie korzysta. Unia w szybkim tempie stacza się w bezprawie. 

Co można zrobić w tej sprawie? Jak to zmienić? 

Najprostszą drogą, choć trudną w praktyce jest uzyskanie możliwości wpływania na politykę unijną, na przykład, przez uformowanie mniejszości blokującej w Radzie. Główny nurt sam władzy nie odda i jej nie ograniczy o ile nie spotka się z efektywnym oporem. Na podobny scenariusz wskazał prezydent Nawrocki na Uniwersytecie Karola w Pradze. Rozwiązanie jest proste, ale na razie trudno zebrać wystarczającą liczną koalicję. Może uda się to po udanych wyborach na Węgrzech, w Polsce, we Francji i w innych krajach. Trójka wyszehradzka wypowiedziała posłuszeństwo ETS-owi. To dobry sygnał.

Mnie się marzy, by Europa Wschodnia i Środkowa stworzyła wspólny front. Zbliżoną myśl znajdujemy w dokumencie przedstawiającym nową strategię amerykańską. Ale oprócz poziomu politycznego jest także poziom mentalny. I tutaj rzecz staje się bardziej skomplikowana. Wrócę jeszcze raz do pytania, jak to jest możliwe, że miliony ludzi w Europie poddają się mistyfikacji, na przykład, nazywając europejską oligarchię systemem demokratycznym.

Albo weźmy Polskę. Od dwóch lat mamy do czynienia z politycznym gangsteryzmem, z szalejącym bezprawiem, kryminalizacją opozycji i innymi okropnymi rzeczami. Jak to jest możliwe, że w świecie, w którym panuje religia praw człowieka, a wszyscy śpiewają zbiorowe hymny ku czci demokracji, ten polityczny gangsteryzm nie wywołuje szerokich protestów? Rozumiałbym, że nie protestują instytucje europejskie, bo one są upartyjnione do granic patologicznych. Ale przecież istnieją instytucje nominalnie niepolityczne – media, stowarzyszenia, uniwersytety. Chatham House, instytucja ciesząca się dobrą reputacją przyznała nagrodę Donaldowi Tuskowi za przywracanie demokracji i rządów prawa.

Czy już wszyscy zwariowali – chciałoby się zapytać? Samo istnienie głównego nurtu nie powinno przecież zwalniać ludzi bezpośrednio nieuwikłanych politycznie z myślenia. Czy możliwe, że sytuacja zaszła tak daleko, że Chatham House straciłby całą reputację, gdyby skrytykował Tuska? Może w Europie zachodniej mamy też do czynienia z tzw. demokracją walczącą i każdy kto się wychyli, niechby znajdował się na samej górze prestiżu, natychmiast zostanie strącony na samo dno i sponiewierany. Jest to wszystko dość przerażające, bo oznacza bezwzględny triumf ideologii i polityki nad rzeczywistością. Przecież to, co się dzieje w Polsce to nie jest rzecz zakryta jak w Korei Północnej, lecz widoczna gołym okiem. Wygląda niestety, że świat zachodni pogrąża się w kłamstwie, mimo, że informacja prawdziwa jest na wyciągnięcie ręki. Na pytanie, jak z tego wyjść, nie mam odkrywczej odpowiedzi poza tą dobrze znaną: samemu nie należy ani kłamać, ani w kłamstwie uczestniczyć. 

W Stanach Zjednoczonych wahadło odbiło w drugą stronę. Nie wiemy na jak długo, bo to może się skończyć po kolejnych wyborach, ale czy według pana będzie to miało jakieś istotne znaczenie dla przebudzenia w Europie. Na razie jakiegoś szczególnego wpływu nie widać i Europa dalej grzęźnie w starych koleinach. 

Europa jest nieruchawa. Widać jednak już pewną zmianę, a to daje podstawy do umiarkowanego optymizmu. Trump odegrał tu pewną rolę, ale niezależnie rozrasta się ruch kwestionujący niepodzielne rządy głównego nurtu. W scenariuszu optymistycznym można sobie wyobrazić przesilenie we Francji po wyborach prezydenckich, kontynuacje rządów Victora Orbana i Georgii Meloni, wzrost siły Voxu w Hiszpanii, nadkruszenie monopolu wielkiej koalicji w Niemczech, zwycięstwo prawicy w Polsce i pewne przebudzenie w Europie Środkowej i Centralnej. Ale tutaj trzeba być ostrożnym.

Zwycięstwo Zjednoczenia Narodowego we Francji nie musi wcale oznaczać triumfu konserwatyzmu, Orban może wybory przegrać, a prawica polska też w tej chwili nie daje gwarancji zwycięstwa. AFD przy władzy, jeśli by ją zdobyło, to raczej niewiadoma. I tak dalej. Ważne jest jednak, by wybić z poczucia bezkarności partie głównego nurtu i by powstrzymać, a w wersji optymalnej częściowo zwinąć Unię Europejską. Bo ona jest teraz głównym wehikułem degradacji Europy i główną siłą niszczącą europejską kulturę polityczną. 

Nie brzmi to zbyt optymistycznie. 

Być może nie. Ja zawsze noszę dwa kapelusze – jeden filozofa, drugi polityka. Ten pierwszy, skłania do sceptycyzmu, ten drugi do aktywizmu. A ponieważ jestem już politykiem byłym, sceptycyzm, ostrożność, a nawet okazjonalne popadanie w pesymizm dzisiaj u mnie zapewne przeważają. Tym większa będzie moja radość, gdy rzeczy potoczą się lepiej niż sądziłem. 

Źródło: niezalezna.pl

Europa – upadek na własne życzenie

Miller: Europa – upadek na własne życzenie

Leszek Miller https://myslpolska.info/2025/12/11/miller-europa-upadek-na-wlasne-zyczenie

[Cóż to – na starość p. Miller zmądrzał?

Bo jako premier – tej cechy nie wykazywał. md]

Dwadzieścia lat temu relacje transatlantyckie opierały się na oczywistym aksjomacie: Europa jako szybko rozwijający się partner, a USA jako gwarant bezpieczeństwa. Dziś dokument NSS 2025 odwraca tę perspektywę.

Ameryka nie postrzega już Europy jako równorzędnego partnera, lecz jako kontynent ulegający cywilizacyjnemu osłabieniu, demograficznemu kurczeniu się, szkodliwym wpływom imigracji, erozji tożsamości narodowych, cenzurze i ograniczeniom dla opozycji.

Widzi też nadmierne regulacje ze strony Brukseli i w efekcie spadek produktywności oraz rosnący dystans technologiczny, naukowy i gospodarczy w stosunku do USA. To pierwsza tak bezpośrednia i brutalna diagnoza wypowiedziana przez Waszyngton – diagnoza, która w Europie wywołała histerię zamiast refleksji.

Wnioski są jednoznaczne: Europa nie kontroluje już własnej przyszłości, a USA nie zamierzają prowadzić jej za rękę. Nowa strategia bezpieczeństwa USA nie jest antyeuropejska – jest lustrem, w którym Europa dostrzega własną słabość i dlatego reaguje z trudem ukrywanym przerażeniem. Tu właśnie dotykamy sedna sprawy. Panika wokół NSS 2025 nie wynika z polityki Waszyngtonu, lecz z braku kompetentnego europejskiego przywództwa, kompromitacji unijnej dyplomacji i spójnej wizji.

USA nie muszą rozbijać Unii – ona może rozpaść się sama, na własne życzenie. Jeśli Berlin i Paryż definiują „jedność” jako zgodę reszty Europy na ich decyzje, trudno mówić o prawdziwym partnerstwie. Europa boi się USA nie dlatego, że Trump jest wyjątkowo silny, lecz dlatego, że sama jest słaba.

Symbolicznym potwierdzeniem przesunięcia ciężaru decyzji są ostatnie rozmowy w Londynie z udziałem liderów Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec oraz prezydenta Zełenskiego. To tam właśnie dyskutowano warunki pokoju na Ukrainie. W miejsce Trójkąta Weimarskiego wkroczył nowy triumwirat, w którym Wielka Brytania – kraj, który zagłosował za Brexitem, aby „odzyskać kontrolę” – zajął miejsce kiedyś należne Polsce, i to on dziś kształtuje „architekturę pokoju”. Gdy Macron mówi o „godzeniu wizji pokoju Ameryki z wizją Europy i Ukrainy”, a Merz podkreśla sceptycyzm wobec rozwiązań narzucanych przez USA, to nie jest to tylko dyplomatyczna etykieta – to test na europejskie przywództwo. Test, w którym Warszawa nie uczestniczy, ale którego wyniki bezpośrednio ją dotyczą. Każdy z członków tego triumwiratu jest nisko oceniany we własnym kraju.

W listopadowym badaniu zaledwie 15% Francuzów miało pozytywną opinię o Macronie, a aż 82% – negatywną. W Wielkiej Brytanii tylko 19% Brytyjczyków ocenia Starmera pozytywnie, podczas gdy 74% – negatywnie. W Niemczech 23% badanych miało pozytywną opinię o Merzu, a 75% – negatywną. \

Cała trójka tkwi w głębokim kryzysie zaufania, niezależnie od różnic krajowych i systemowych. To ma kluczowe znaczenie dla stabilności ich rządów, perspektyw wyborczych oraz szans opozycji w tych krajach. Przekłada się także na pragnienie odgrywania większej roli niż to jest możliwe.

Według amerykańskiej strategii, większość Europejczyków pragnie zakończenia wojny na Ukrainie – niestety to rządy i przywódcy w tarapatach przedłużają konflikt. USA oczekują pokoju jak najszybciej. Ameryka nie dąży do wojny z Rosją, lecz do stabilizacji. Przedłużanie konfliktu niesie ryzyko eskalacji, niekontrolowanej reakcji łańcuchowej i potencjalnego konfliktu kontynentalnego.

Waszyngton podkreśla, że to Europa postrzega Rosję jako zagrożenie egzystencjalne, ale nie Ameryka. Jeśli Unia chce być siłą negocjacyjną przy stole z Waszyngtonem, musi najpierw stać się siłą we własnym domu – z koncyliacyjnymi liderami i wspólną wolą polityczną. Jeśli chce zakończyć wojnę, jej przywódcy muszą prawidłowo odczytać znaki czasu. Jeśli Polska pragnie wpływu, musi wrócić do gry z pragmatyczną doktryną otwartą na wszystkie kierunki. Bo dziś świat nie czeka – świat przestawia priorytety.

Leszek Miller

Europa zagrożeniem dla siebie i świata

Europa zagrożeniem dla siebie i świata

https://www.rt.com/news/628700-western-europe-isnt-leading-world/


Niewielu poważnych obserwatorów polityki międzynarodowej wątpi, że Europa Zachodnia po raz kolejny stała się jednym z najniebezpieczniejszych źródeł niestabilności na świecie. To gorzki wniosek, biorąc pod uwagę, że cały porządek po 1945 roku został zbudowany, aby powstrzymać kontynent przed wciągnięciem ludzkości w katastrofę po raz trzeci. A jednak najgłośniejsze wezwania do konfrontacji pochodzą z zachodu od rzeki Bug, Nigdzie indziej rządy nie przygotowują się do wojny z tak nerwową energią.

Wrogość jest skierowana przede wszystkim na Rosję, sąsiada Europy Zachodniej i głównego partnera handlowego od dziesięcioleci. Coraz częściej jednak rozprzestrzenia się również w kierunku Chin, pomimo braku jakiegokolwiek prawdziwego konfliktu politycznego lub gospodarczego między subkontynentem a Pekinem. To mówi nam coś ważnego. Źródło dzisiejszej agresywnej postawy Europy Zachodniej wcale nie jest zewnętrzne. Leży w własnych strukturach politycznych regionu, jego zdezorientowanym sensie samego siebie i rosnącej panice elit, które nie rozumieją już otaczającego świata, który nabrał nowego kształtu.

Byłoby głęboko nieodpowiedzialne zakładać, że amerykański nadzór nad Europą Zachodnią wystarczy, aby zapobiec katastrofalnym błędom w obliczeniach. W końcu ta część świata dała już ludzkości dwie wojny światowe. I nigdy nie powinniśmy zapominać, że subkontynent składa się z dwóch państw uzbrojonych w broń jądrową, Wielkiej Brytanii i Francji. Europa Zachodnia może nie jest już centrum polityki światowej, ale pozostaje niezaprzeczalnie miejscem, w którym może rozpocząć się konflikt, który pochłonie wszystkich.

Korzenie jego zachowania sięgają głęboko. Pierwsza przyczyna jest wewnętrzna. Od połowy XX wieku społeczeństwa zachodnioeuropejskie stały się niezwykle skonsolidowane. Ich elity opanowały sztukę zapobiegania wewnętrznym wstrząsom; niepokoje społeczne, bunt ideologiczny i odnowa polityczna na dużą skalę zniknęły. Rewolucje kiedyś ukształtowały historię regionu. Teraz ich sama możliwość zniknęła.

To tworzy paradoks. System polityczny, który nie może się zmienić, zaczyna rzutować swoją niestabilność na zewnątrz. Elity Europy Zachodniej są mocno zakorzenione, nawet gdy są boleśnie niekompetentne. Ich społeczeństwa są apatyczne, przekonane, że mają niewielki wpływ na własne losy. W całej UE poszczególne rządy mogą się kłócić, ale w ważnych kwestiach, zwłaszcza w podejściu do świata zewnętrznego, są uderzająco jednomyślne. Mechanizmy zgodności działają tak skutecznie, że nawet najbardziej lekkomyślne decyzje dotyczące polityki zagranicznej przyciągają niewiele sprzeciwu. Europa Zachodnia osiągnęła punkt, w którym indywidualne myślenie ustępuje miejsca zbiorowemu instynktowi.

Innymi słowy, subkontynent stracił zdolność do pokojowego odkrywania siebie na nowo. I ta wewnętrzna stagnacja przelewa się teraz na jego zewnętrzne zachowanie.

Drugą główną przyczyną jest pogarszająca się globalna pozycja Europy Zachodniej. Przez dziesięciolecia potęgi regionu mogły sobie pozwolić na bardziej wyważoną dyplomację, ponieważ ich waga ekonomiczna gwarantowała szacunek. Kiedy Europejczycy pouczali świat, inni słuchali. Nie zawsze szczęśliwie, ale słuchali. Te czasy minęły. Błyskawiczny wzrost Chin, pojawienie się Indii jako globalnego gracza, ożywienie Rosji i naleganie na obronę swoich interesów oraz polityczne przebudzenie Globalnego Południa zepchnęły UE w dół hierarchii światowych mocarstw.

Świat się zmienił; Europa Zachodnia nie.

Nagle ten blok staje w obliczu krajobrazu, w którym nie jest już głównym aktorem, ale nie zna innego sposobu na zachowanie. W całej swojej historii Europa Zachodnia nigdy nie doświadczyła bycia regionem peryferyjnym. Dziś zbliża się niebezpiecznie blisko tego statusu, a jego elity po prostu nie mogą przetworzyć zmiany. Stąd szalone próby przyciągnięcia uwagi poprzez eskalację retoryki wojskowej i malowanie Rosji i Chin jako egzystencjalnych zagrożeń. Jeśli Europa Zachodnia nie może już dłużej wywierać wpływu poprzez siłę gospodarczą lub dyplomatyczną, spróbuje to zrobić poprzez alarmizm i język wojny.

Powstanie grup takich jak BRICS tylko wzmacnia niepokój regionu. Europejczycy wyobrażali sobie kiedyś G7 jako narzędzie do zachowania swojej centralności poprzez zaczepianie się z Waszyngtonem. BRICS pokazuje, że świat może się zorganizować bez UE, a nawet wbrew jej preferencjom. Nic dziwnego, że europejscy przywódcy czują się osaczeni.

Europa Zachodnia pozostaje częścią tego, co Rosjanie nazywają kolektywnym Zachodem, a jej więzi ze Stanami Zjednoczonymi są silne. Ale te więzi nie zapewniają już tego, czego oczekiwali Europejczycy: gwarantowanego miejsca na szczycie. Cała debata na temat amerykańskiego „parasola bezpieczeństwa” jest tak naprawdę o czymś innym. Chodzi o strach Europy Zachodniej przed utratą statusu i jej rozpaczliwą nadzieję, że Stany Zjednoczone będą nadal traktować ją jako równorzędną potęgę. Waszyngton jednak inaczej postrzega świat i coraz częściej ma swoje własne priorytety.

Podsumowując, te wewnętrzne i zewnętrzne siły sprawiają, że Europa Zachodnia jest najbardziej palnym graczem na arenie światowej, gdy wkraczamy w drugą ćwierć XXI wieku. Nie jest to problem stworzony przez jednego lub dwóch nieudolnych liderów, ani przemijający nastrój związany z chwilowymi bólami ekonomicznymi. To jest strukturalne, co czyni go o wiele bardziej niebezpiecznym.

Jakie jest lekarstwo? W tej chwili nikt nie wie. Historia nie oferuje żadnych pocieszających przykładów. Kiedy niegdyś władza centralna traciła wpływy i nie mogła się dostosować, wyniki rzadko były pokojowe. Europa Zachodnia odtwarza dziś ten stary scenariusz: zamknięta w przestarzałych założeniach, niezdolna do zreformowania się i przekonana, że jedynym sposobem na pozostanie istotnym jest wykrzykiwanie głośniej i wymachiwanie gróźb.

Dla Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych ta sytuacja stwarza trudne wyzwanie. Ich wybory będą kształtować, czy nowa niestabilność Europy Zachodniej stanie się łatwa do opanowania, czy przerodzi się w coś znacznie gorszego. Zwykli obywatele na całym świecie mają wszelkie powody, aby mieć nadzieję, że te decyzje będą mądre. Ale nadzieja to nie pewność.

Z pewnością możemy powiedzieć, że zachowanie Europy Zachodniej nie jest wynikiem siły, ale niepewności. Subkontynent, który kiedyś zdominował sprawy światowe, teraz widzi, jak inni go wyprzedzają. I zamiast dostosować się do wielobiegunowego porządku, atakuje, nalegając na globalną rolę, której nie może dłużej utrzymać.

To właśnie sprawia, że Europa Zachodnia, tragicznie, ale niewątpliwie, jest dziś wrogiem pokoju.

Europie grozi wojna domowa autochtonów z imigrantami

DŻIHAD W EUROPIE W CIĄGU 3 MIESIĘCY!?

Jarek Kefir 13 listopada 2025

DŻIHAD W EUROPIE W CIĄGU 3 MIESIĘCY!?

Europie grozi wojna domowa autochtonów z imigrantami

☪️🚫 Prof. David J. Betz: „W ciągu 3 miesięcy Europie grozi wojna domowa.” J

est to naukowiec z King’s College w Londynie, który od lat bada dynamikę konfliktów wewnętrznych i społeczną erozję państw zachodnich. Jego najnowsze analizy są jak dzwon pogrzebowy dla Zachodu – sygnał, że kończy się epoka stabilności, a zaczyna czas niekontrolowanych, wewnętrznych erupcji gniewu. Betz mówi wprost: przyszłość nie należy do klasycznych wojen między narodami, ale do „wojen hybrydowych wewnątrz społeczeństw”, gdzie przeciwnikiem nie jest obce państwo, lecz sąsiad, współobywatel, a nawet członek rodziny.

Europa – ta sama, która przez dekady głosiła pokój, demokrację i dobrobyt – zaczyna przypominać statek dryfujący po wzburzonym oceanie historii, bez steru i bez kapitana.

Najbardziej zagrożona jest Wielka Brytania, kraj, który sam siebie rozmontował. Zderzenie etnicznego tygla z ideologiczną histerią, imigracyjny chaos, upadek klasy średniej i rosnąca bieda – to wszystko tworzy mieszankę wybuchową. Betz ostrzega, że tam, gdzie jeszcze niedawno ludzie kłócili się o podatki czy brexit, dziś zaczynają się nienawidzić z powodów tożsamościowych. Francja? Tam płonie już od dawna – od banlieues po Paryż. Szwecja, niegdyś symbol ładu i neutralności, tonie w fali przemocy, gangów, stref no go i desperacji. W tych krajach coś się wypaliło – duch społeczny, który łączył ludzi, zastąpiło plemienne „my” i „oni”.


☪️🚫 Upadek iluzji systemowych

➡️ To, co jeszcze niedawno było nazywane „teorią spiskową”, dziś jest rzeczywistością. Upadek zaufania do instytucji, przenikanie korporacyjnych interesów do polityki, powszechne poczucie zdrady i bezsensu – to nie są już pojedyncze symptomy, lecz pełnoobjawowa choroba systemu. Demokracja, która miała być szczytem ewolucji politycznej, staje się atrapą. Ludzie widzą, że ich głos nic nie znaczy, że rządzą ci sami – bez względu na wybory, bez względu na partie. W efekcie całe społeczeństwa cofają się w stronę archaicznych emocji: gniewu, zemsty, przetrwania.

Młode pokolenie już się w tym nie odnajduje. Coraz bardziej przypomina zbiorowość odłączonych jednostek – pozornie połączonych siecią, a w rzeczywistości rozpadających się od środka. Depresja, anhedonia, ucieczka w wirtualność i ideologie, które zastępują sens – to są objawy cywilizacji, która się wypaliła. Zachód jest dziś jak człowiek po długiej, destrukcyjnej euforii – zmęczony, cyniczny, pozbawiony kierunku.

Polska, jak pisze Betz, jeszcze trzyma się na powierzchni. Ale to złudzenie. Bo gdy zaczyna walić się system, nie ma już bezpiecznych przystani. Jeśli dojdzie do otwartego przesilenia w Londynie, Paryżu czy Sztokholmie, fala uderzeniowa dotrze i tutaj. Nie przez czołgi, ale przez gospodarkę, przez chaos informacyjny, przez panikę i masowe migracje. Jesteśmy częścią europejskiego ciała, które właśnie zaczyna się rozkładać – a rozkład nie zna granic. Na szczęście tę gangrenę będzie można odciąć na linii Odry, zaś w Warszawie, Wrocławiu i Trójmieście stworzy się na jakiś czas silnie zmilitaryzowane „strefy dekontaminacji lewactwa.”


☪️🚫 Stadium globalnego upadku systemowego

➡️ To, co dzieje się dziś w Unii Europejskiej, nie jest chwilowym kryzysem, który minie jak burza. To proces geologiczny, powolny, nieodwracalny. Erozja sensu, erozja zaufania, erozja kultury. Świat, który znaliśmy – z jego zasadami, mediami, autorytetami – właśnie umiera. W jego miejsce rodzi się coś nowego, ale niekoniecznie lepszego. Być może nadchodzą czasy, w których społeczeństwa Zachodu staną się laboratoriami nowej formy wojny – wojny domowej XXI wieku, prowadzonej nie karabinami, lecz informacją, emocją i nienawiścią.

Być może to, co obserwujemy, to nie koniec cywilizacji, lecz koniec złudzeń. Koniec wiary, że można budować świat bez duchowego fundamentu, oparty tylko na konsumpcji, ideologii i rozrywce. Europa – ta dumna, racjonalna, oświecona – być może właśnie płaci rachunek za własną pychę. A gdy fundament pęka, nie wystarczy już polityka. Zostaje tylko pytanie: czy z ruin tego świata narodzi się coś nowego, czy też zostaniemy już na zawsze w epoce gniewu i upadku?

Bo tak się kończy mobilizacja nihilizm i wolna amerykanka – przechyleniem wahadła dziejów w drugą stronę, na prawo.

Europa to Chrześcijaństwo, a nie Kalifat – ks. prof. Stanisław Koczwara

Europa to Chrześcijaństwo, a nie Kalifat – ks. prof. Stanisław Koczwara

Autor: AlterCabrio , 17 sierpnia 2025

My w Budapeszcie, Warszawie, Pradze, Bratysławie nie możemy pojąć, jak mogło komukolwiek przyjść do głowy wpuszczanie ludzi z innych kontynentów i innych kultur bez żadnej kontroli. Jak mogło dość do obumarcia w naszej cywilizacji tak naturalnego i podstawowego instynktu, który nakazuje bronić siebie, swej rodziny, domu, bronić swojej ziemi. A przecież mamy czego bronić.

Mimo przewagi wroga stojący na czele arcybiskup nie miał wątpliwości, co do podjęcia walki. Tak bowiem nakazywało mu Słowo Boże: “Weź Święty Miecz, dar od Boga. Przy jego pomocy pokonasz nieprzyjaciół” [z Księgi Machabeusza]. Pozostali biskupi wystąpili do walki w pierwszym szeregu, zachęcając następujące po nich chrześcijańskie rycerstwo wezwaniem: “Bądź wiernym wiecznie religii, bo w niej nasze zbawienie”, a nie równość religii, jak się dzisiaj głosi!

−∗−

Europa to Chrześcijaństwo, a nie Kalifat – ks. prof. Stanisław Koczwara

Ks.Stanisław Koczwara rozważa skutki bitwy pod Mohaczem stoczonej 29 sierpnia 1526 r., która zaważyła na losach Węgier i dużej części Europy oraz dawną bohaterską postawę hierarchów Kościoła Katolickiego, który jest obecnie swoim cieniem.

Więcej: ks. prof. Stanisław Koczwara

Podczas gdy Ameryka kwestionuje samą siebie, reszta Zachodu się rozpada

Podczas gdy Ameryka kwestionuje samą siebie, reszta Zachodu się rozpada

Źródło: Brandon Smith; https://alt-market.us/as-america-soul-searches-the-rest-of-the-west-is-falling-apart/

Dr Ignacy Nowopolski Aug 07, 2025

Z geopolitycznego punktu widzenia można argumentować, że sojusznicy nie muszą się lubić, lecz po prostu czerpią obopólne korzyści, służące nadrzędnemu celowi pokoju. Można również argumentować, że poprzez wymianę kulturową dobre nawyki jednego kraju mogą łatwo wpływać na złe nawyki innego, ale ten rodzaj wpływu może również działać w drugą stronę.

Choć uważamy kulturę amerykańską za światowe źródło treści, nasze ideały stanowią w rzeczywistości niezwykle rzadką dynamikę, niespotykaną w żadnym innym społeczeństwie. Oferujemy schronienie kruchej iskierce wolnej myśli w ponurym świecie globalistycznego ucisku. Musimy ją chronić za wszelką cenę.

Przez lata słyszałem wiele argumentów ignorantów-liberałów o wielkich postępowych osiągnięciach europejskiego eksperymentu i jego scentralizowanego systemu. Często słyszałem, o ile bezpieczniejsze są Kanada i Australia. O tym, że w Wielkiej Brytanii prawie nie ma przestępstw z użyciem broni palnej i jak dobrze socjalizm działa w Norwegii i Szwecji.

Lewicowcy w USA od dawna przyjmują to przesłanie jak ewangelię, powtarzając nam od pokoleń, że MUSIMY dołączyć do reszty zachodniej cywilizacji, poświęcając pewne wolności dla przyszłych pokoleń. Musimy stać się bardziej podobni do naszych sojuszników w bardziej „cywilizowanych” i liberalnych krajach, inaczej zostaniemy w tyle i nazwani „hańbą”.

W rzeczywistości postępowi przywódcy porzucili zachodnią cywilizację na rzecz elitarnego „Wielkiego Resetu”. Sytuacja polityczna w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Australii uległa znacznemu pogorszeniu. Pędzą z pełną prędkością w kierunku technokracji i komunizmu, porzucając wszelkie pozory „demokratycznej” formy rządu. Maska opada, odsłaniając orwellowskiego „Wielkiego Brata”.

Europa jest teraz szambem trzeciego świata

Cywilizacja zachodnia od wieków przynosi korzyści ludzkości, a jedynymi ludźmi, którzy temu zaprzeczają, są ci, którzy nie znają historii i odmawiają uczciwego spojrzenia na to, co dzieje się obecnie w UE.

Jeśli naprawdę zagłębisz się w historię społeczeństw Trzeciego Świata, przekonasz się, że życie w tych środowiskach jest brutalne, bezlitosne i pozbawione wolności. Większość konfliktów rozwiązywana jest przemocą, często sięgającą granic barbarzyństwa.

Żaden „przebudzony” liberał nie miałby szans żyć w dzisiejszych społeczeństwach. Byliby wyśmiewani za swoje żądania „sprawiedliwości” i mordowani za swój aktywizm. A jednak lewicowcy agresywnie opowiadają się za otwartymi granicami, aby imigranci z Trzeciego Świata mogli imigrować.

Ważne jest, aby zrozumieć, że multikulturalizm to ideologia używana jako broń. Nie chodzi o współistnienie, rynki pracy ani spadek populacji, ale o wykorzenienie kultury zachodniej. Celem globalistów jest destabilizacja więzi Zachodu, osłabienie naszych wspólnych wartości kulturowych i maksymalne osłabienie nas.

Liczą na wykorzystanie migrantów jako egzekutorów. To klasyczna strategia wielu reżimów tyrańskich, które wolą rekrutować zagranicznych najemników, by kontrolować zbuntowane chłopstwo. Migranci z Trzeciego Świata tworzą atmosferę przestępczości i rozkładu, która – zdaniem globalistów – doprowadzi rdzennych Europejczyków do uległości i apatii.

Jeśli boisz się wyjść na ulice swojego kraju, to znaczy, że kraj ten już do ciebie nie należy.

Sojusz Muzułmańsko-Lewicowy

To nie przypadek, że UE importuje migrantów głównie ze społeczeństw islamskich: nie mają oni zamiaru się integrować i otwarcie chwalą się, że przybywają do Europy, by grabić i podbijać. Kiedy te grupy przybywają na Zachód, przynoszą ze sobą filozofię wyzysku – ich zasady religijne dotyczą tylko wierzących; niewierzący są łatwym celem i mogą być bezkarnie atakowani.

Można się zastanawiać, jak w ogóle możliwy jest sojusz między lewicowcami a muzułmanami. Wydają się oni diametralnie sprzeczni w niemal każdej kwestii. Ale zastanówmy się, co ich łączy: równoległa nienawiść do cywilizacji zachodniej i pragnienie jej zniszczenia. Muzułmanie uważają ateistycznych postępowców za odrażających, ale jednocześnie postrzegają ich jako użyteczny środek do otwarcia bram dla narodów, w których dominuje chrześcijaństwo. Lewicowcy, którzy są zazwyczaj słabi i niezdolni do wywierania fizycznej siły, postrzegają muzułmanów jako pilnie potrzebnych najemników.

https://www.youtube-nocookie.com/embed/PmlI4ICp-OI?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0

Ta zależność jest widoczna w Wielkiej Brytanii, gdzie muzułmańskie gangi mogą bezkarnie włóczyć się po ulicach z nożami i maczetami, podczas gdy brytyjscy patrioci są stale cenzurowani i zastraszani przez rząd. Nie jest tajemnicą, że socjaliści u steru władzy w Wielkiej Brytanii chcą wyeliminować zagrożenie patriotyczne i postrzegają muzułmańskich migrantów jako skuteczny środek do osiągnięcia tego celu. Kiedy patrioci stawiają opór, są po prostu nazywani „rasistami” i wrzucani do więzienia. Rząd i migranci działają razem jak zespół.

Wśród brytyjskich konserwatystów (prawdziwych konserwatystów, a nie partyjnych) narasta sprzeciw, by odwrócić bieg wydarzeń, ale mam co do tego wątpliwości. Demonstracje zapewniają widoczność, ale niekoniecznie zmianę. Przeprowadzenie reform niezbędnych do uratowania Wielkiej Brytanii może wymagać wojny domowej.

Kanada wyciąga rękę do Belzebuba

Mój związek z scentralizowanymi instytucjami religijnymi jest skomplikowany, ale głęboko wierzę, że podstawowe elementy chrześcijaństwa to ideały, które najlepiej odzwierciedlają świat Zachodu — nasze wartości ciężkiej pracy, merytokracji, niezależności, samodoskonalenia, wolności, dobroczynności i moralności mają swoje korzenie w tradycji chrześcijańskiej.

Cywilizacja zachodnia nie może istnieć bez fundamentów doktryny chrześcijańskiej. Jeśli te fundamenty zostaną zburzone, Zachód się załamie. Umiarkowani liberałowie nie są w stanie utrzymać Zachodu; ich wizja jest powierzchowna i bezduszna.

Jedną z rzeczy, która coraz bardziej zbliża mnie do chrześcijaństwa, jest fakt, że lewacy i globaliści tak bardzo pragną je zniszczyć. Kiedyś myślałem, że globalistom zależy przede wszystkim na ograniczaniu wolności osobistej, ale po 20 latach obserwacji ich programów i propagandy stało się dla mnie jasne, że wolność jest kwestią drugorzędną. Zamiast tego globaliści są niezwykle skupieni na tworzeniu świata, w którym chrześcijanie nie mogą istnieć, jednocześnie trzymając się z dala od wszelkich innych religii i ideologii.

Sugeruje to, że chrześcijaństwo stanowi dla nich szczególne zagrożenie. Na przykład, w zeszłym tygodniu amerykański piosenkarz chrześcijański Sean Feucht miał dać mały koncert w Montrealu, ale jego pozwolenie na to wydarzenie zostało cofnięte przez władze miasta. Uzasadniali to, argumentując, że chcieli uniemożliwić koncert, ponieważ jego treść „jest sprzeczna z wartościami inkluzywności, solidarności i szacunku propagowanymi w Montrealu”.

To był tylko jeden z sześciu chrześcijańskich programów, którym kanadyjscy politycy próbowali zapobiec. Oskarżyli Feuchta o podżeganie do „nienawiści”, a kanadyjski rząd podejmuje kroki w celu usunięcia wyjątków religijnych z obowiązujących przepisów dotyczących mowy nienawiści. Taki był cel przepisów o nienawiści od samego początku. Żaden urzędnik w Kanadzie nie próbuje zakazać wydarzeń muzułmańskich; chrześcijanie są cenzurowani.

Feucht zdecydował się zorganizować koncert w lokalnym kościele, co wywołało serię dziwacznych incydentów. Lokalna policja próbowała zakłócić koncert, żądając od Feutcha okazania zezwolenia, którego – jak wiedzieli – nie posiadał. Aktywiści Antifa i LGBT pojawili się, by nękać uczestników koncertu, a jeden z nich wrzucił do kościoła bomby dymne. Następnie zagrozili piosenkarzowi grzywną i aresztowaniem. Media zaatakowały go za brak zezwolenia, co skłoniło go do stwierdzenia: „Nie potrzebujesz zezwolenia, żeby śpiewać w kościele”.

Kościół został później ukarany grzywną w wysokości 2500 dolarów za zorganizowanie tego wydarzenia.

https://www.youtube-nocookie.com/embed/_c5haNnwk5A?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0

Weźmy pod uwagę, że rząd Kanady zalał kraj falą muzułmańskich migrantów w ciągu ostatniej dekady, przyznając im pełną swobodę w kierowaniu własnymi społecznościami. Rząd nie podjął żadnych działań w celu ograniczenia anty-LGBT-owskiej retoryki ze strony osób posługujących się językiem islamskim.

Kanada szybko pogrąża się w autorytaryzmie, z drakońskimi przepisami cenzury i indoktrynacją „przebudzonych”. Rząd Carneya wprowadza obecnie masowy zakaz posiadania broni, nagle zakazując ponad 300 modeli broni palnej. Konserwatywni Kanadyjczycy w prowincjach takich jak Alberta uważają, że rząd Carneya próbuje ich rozbroić, aby zapobiec secesji, która w obecnych warunkach jest realną możliwością. Nasi konserwatywni bracia na Północy mają przed sobą trudną drogę.

Dzięki zmianom w prawie kanadyjskim, USA będą jedynym krajem na Zachodzie, w którym powszechne będzie posiadanie broni przez cywilów, nie wspominając już o tym, że będą to jedyne kraje, w których nadal obowiązują uzasadnione prawa do wolności słowa.

Ameryka w poszukiwaniu siebie na progu „Wielkiego Resetu”

Stopniowo większość zachodniego świata pogrąża się w dystopijnej beznadziei. Australia jest obecnie jedynym regionem, który nie grzebie swojej ludności pod naporem wrogich migrantów, ale obowiązują tam te same prawa regulujące mowę i myśli. Stany Zjednoczone są jedynym krajem, który próbuje zmienić kurs, ale nasza autorefleksja, szczerze mówiąc, postępuje zbyt wolno.

Porażka doktryny „przebudzenia” w USA z pewnością przynosi ulgę. Najwyraźniej większość Amerykanów ma już dość dekonstrukcjonizmu i liberalnego szaleństwa. Większość ludzi nienawidzi lewicowców i nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Jednak wśród populistów istnieje głęboki podział – od konserwatystów, przez libertarian, po umiarkowanych. Poza odrzuceniem „przebudzenia” nic nas nie łączy i to jest problem.

Miłość do wolności nie wystarczy. Wspólny wróg nie wystarczy. Aby społeczeństwo przetrwało i prosperowało, potrzeba czegoś więcej. Musi istnieć wyższy cel.

Tymczasem wciąż musimy zmagać się z milionami nielegalnych imigrantów, a także z małą armią obłąkanych, „przebudzonych” bojowników, którzy włóczą się po ulicach, podczas gdy powinni być zamknięci w wyścielanych celach. Wola podjęcia niezbędnych środków jest ograniczona przez niechęć wielu ludzi do zaakceptowania faktu, że jesteśmy osamotnieni i toczymy wojnę.

W UE, Wielkiej Brytanii, Australii i Kanadzie miliony patriotów chcą dołączyć do walki. Musimy poczekać i zobaczyć, czy ich obywatelskie nieposłuszeństwo przyniesie owoce. Wierzę, że czekają, aż zrobimy pierwszy krok. Mają nadzieję, że wywołamy większy bunt przeciwko globalizmowi. Aby to zrobić, musimy najpierw uporządkować własne podwórko i na nowo odkryć jednoczące ideały, które sprawiają, że Zachód jest miejscem, o które warto walczyć.

Trump: „Musimy powstrzymać tę straszną inwazję, która ma miejsce w Europie”. Imigracja „zabija Europę”.

Trump ostrzega Europę przed imigracją

Przybywając w piątek do Szkocji, prezydent USA Donald Trump ostrzegł, że nielegalna migracja to „inwazja”, która „zabija Europę”. 

DR IGNACY NOWOPOLSKI JUL 28
Trump przybywa do Szkocji

Trumpa, który przebywał w tym kraju z czterodniową wizytą, witały tysiące ludzi, którzy mieli nadzieję zobaczyć go choć raz po wylądowaniu na lotnisku Glasgow Prestwick w Ayrshire.

Jak podaje The Independent : Po wyjściu z samolotu Air Force One na lotnisku w Prestwick pan Trump został przywitany przez szkockiego sekretarza stanu Iana Murraya , po czym odpowiadał na pytania dziennikarzy.

Zapytany o imigrację, pan Trump powiedział: „Lepiej się ogarnijcie.

„Nie będziecie już mieli Europy, musicie się ogarnąć.

„Jak wiecie, w zeszłym miesiącu nikt nie wjechał do naszego kraju – nikt, (my) to zamknęliśmy”.

Dodał: „Musimy powstrzymać tę straszną inwazję, która ma miejsce w Europie”.

Prezydent USA twierdził, że imigracja „zabija Europę”.

Dodał, że niektórzy europejscy przywódcy „nie dopuścili do tego” i „nie otrzymują należnego im uznania”, choć prezydent nie sprecyzował, o kim mówi.

Pan Trump zamierza rozpocząć dzień w swoim klubie golfowym w Turnberry,po czym uda się do swojej drugiej posiadłości w Aberdeenshire, gdzie otworzy nowe pole golfowe.

W niedzielę Trump spotkał się z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, aby omówić kwestie handlowe, a w poniedziałek uda się do Trump International Links Aberdeen w towarzystwie premiera Keira.

„Lubię waszego premiera, jest nieco bardziej liberalny ode mnie – jak zapewne słyszeliście – ale to dobry człowiek. Doprowadził do zawarcia umowy handlowej” – powiedział.

„Wiesz, pracowali nad tą umową przez 12 lat, udało mu się ją doprowadzić do końca – to dobra umowa, dobra umowa dla Wielkiej Brytanii”.

Trump zasugerował również, że spotka się z Keirem w sobotę wieczorem, chociaż uważa się, że spotkanie obu panów nastąpi dopiero w poniedziałek.

Europa w uścisku Nowej Chazarii, cz.3

Europa w uścisku nowej Chazarii, cz.3

Autor: AlterCabrio , 10 lipca 2025

Przedstawiamy trzecią część z minicyklu, wprowadzającego w obecną sytuację geopolityczną. Przyszłość każdego z nas zależy od zmian w geopolitycznej układance, a ta ostatnio układa się po nowemu. Nie można jednak dowiedzieć się z mediów głównego nurtu, jak przebiega przebudowa. Media niezależne też nie wszystkie stają na wysokości zadania. Staramy się te braki uzupełnić i dostarczyć kompleksową wiedzę.

−∗−

Obraz tytułowy: LINK

Europa w uścisku nowej Chazarii, cz.3

Przedstawiamy trzecią część z minicyklu, wprowadzającego w obecną sytuację geopolityczną. Przyszłość każdego z nas zależy od zmian w geopolitycznej układance, a ta ostatnio układa się po nowemu. Nie można jednak dowiedzieć się z mediów głównego nurtu, jak przebiega przebudowa. Media niezależne też nie wszystkie stają na wysokości zadania. Staramy się te braki uzupełnić i dostarczyć kompleksową wiedzę.

Wcześniejsze części:

Europa w uścisku nowej Chazarii-cz.I

Europa w uścisku nowej Chazarii-cz.II

Mówi się za Feliksem Konecznym, że bizantynizm zakorzenił się w niemieckich umysłach poprzez kontakty z Bizancjum, za pośrednictwem małżeństwa cesarza Ottona II z bizantyńską księżniczką Teophano, córką Konstantinosa Sklerosa. Nic dziwnego, że wraz z księżniczką przybyły do Cesarstwa wzorce kulturowe i ustrojowe. To jednak za mało, aby ukształtować charakter całego wielkiego państwa, jego władzy, elit i pojęć, motywujących uczucia ludu i decyzje możnych.

Musi tkwić coś głębiej, coś bardziej pierwotnego, uwodzącego umysły, przekazywanego w genach, w dziecięcych kołysankach, w bajkach i legendach, w pieśniach ludu, w historiach, opowiadanych przy ogniu, a nawet w krajobrazie. Drugie Cesarstwo, nazwane z czasem (nieoficjalnie) Sacrum Imperium Romanum – Święte Cesarstwo Rzymskie, było rzymskim tylko z nazwy. Faktyczną tożsamość tego tworu ujawnia inna jego nazwa – I Rzesza Niemiecka, Erstes Reich, którego trzonem było Królestwo Niemieckie – Reich der Deutschen. Było to więc państwo wielonarodowe, założone i zarządzane przez Teutonów, zwanych przez Rzymian Germanami, którymi przewodzili wówczas Sasi, bliscy sąsiedzi Jutów i Anglów.

Tytulatura Cesarstwa przywodziła wciąż żywą pamięć Cesarstwa Karola Wielkiego, które z kolei uznawało się za kontynuację Rzymu Cezarów, zarówno w swej warstwie politycznej, jak i kulturowej. Rzesza Niemiecka, zwana Cesarstwem z cesarskim Rzymem nie miała niczego wspólnego, poza tym, że przodkowie jej założycieli byli zwykle Rzymowi wrodzy. Cesarstwo Karolingów mogło rościć sobie pretensje do cesarskiej sukcesji, leżąc na terenach dawnego Imperium Romanum, a Frankowie Saliccy pod wodzą Meroweusza walczyli u boku Rzymian na Polach Katalaunijskich. 20 czerwca 451 r. w miejscu, zwanym Campi Catalaunici starły się dwie wielkie armie – rzymska pod dowództwem Flawiusza Aecjusza, zwanego ostatnim Rzymianinem, oraz huńska, pod wodzą Attyli, zwanego Biczem Bożym. Obydwie armie wsparte były przez sojusznicze plemiona, jednym z sojuszników rzymskich byli Frankowie Saliccy. Armia Hunów poniosła wtedy wielką klęskę, co złamało jej dotychczasową potęgę. Dwa lata później Bicz Boży zmarł podczas własnej nocy poślubnej, w łożu z germańską księżniczką Ildico. Historyk Jordanes podaje, że przyczyną bezpośrednią był krwotok z nosa, który zalał płuca, a pośrednią – pijaństwo i nadmierny wysiłek seksualny. Po śmierci Attyli jego imperium rozpadło się, a Hunowe zeszli z dziejowej sceny.

Bitwa na Polach Katalaunijskich była ostatnim przebłyskiem świetności Rzymu, a Frankowie wzięli w nim udział. Meroweusz założył dynastię Merowingów, która stanęła na czele państwa. Dynastia ta została zastąpiona przez Karolingów w wyniku zamachu stanu, uznanego jednak przez papieża Leona III. W Boże Narodzenie, 25 grudnia 800 roku w Bazylice św. Piotra w Rzymie papież Leon III nałożył Karolowi Wielkiemu na głowę cesarski diadem, a potem ukląkł przed władcą składając hołd. Znak był wiadomy – władza pochodzi od Boga, Cesarz jest pomazańcem Bożym, ale nie jest najwyższym kapłanem. Tym jest Papież, i bez jego aktu koronacji nikt nie może zostać Cesarzem. Obydwie władze zostały rozdzielone, a ich wzajemne relacje zdefiniowane jako współzależność.

Germańsko-saska Rzesza Niemiecka obejmowała część ziem dawnego Cesarstwa Karolingów. Sasi wykorzystali zarówno tytulaturę cesarską, jak i religię chrześcijańską do ugruntowania swej władzy. Na ile szczere były to intencje, Bóg to wie, z pewnością jednak było tam również instrumentalne wykorzystanie chrześcijańskich symboli i znaczeń, połączone ze skrytą wrogością wobec nich. Sasi, tak samo, jak znaczna część ziem Rzeszy Niemieckiej nie byli nigdy częścią Imperium Romanum. Żyjąc na ziemiach pradawnej Germanii, odziedziczyli wrogość Teutonów do Rzymu. W Cesarstwie Karola Wielkiego Sasi długo opierali się chrystianizacji, aż w końcu zostali w czasie wojen saskich w latach 799-800 brutalnie i krwawo zmuszeni do chrztu przez Karola. Mieli więc powody aby nienawidzić zarówno Rzymu, jak i chrześcijaństwa, tak samo, jak gnostycy. Połączyło ich coś jeszcze – zamiłowanie do mitu. Widać to w germańskich legendach, sagach, pieśniach, nordyckiej mitologii, choćby w Pieśni o Nibelungach, wspaniale sportretowanej przez Wagnera.

Istnieje źródło mocy i władzy – Złoto Renu, pozostające pod opieką Cór Renu. Wotan, wódz bogów zlecił dwóm braciom – olbrzymom Fafnerowi i Fasoltowi budowę nowej siedziby bogów – Walhalli. Jako honorarium zgodził się oddać im Freję, boginię miłości, radości i płodności. Olbrzymi zjawiają się po zapłatę, biorą Freję, pomimo protestów bogów i zgadzają się oddać ją za Złoto. Zostało ono jednak wcześniej wykradzione przez karła Mime, a później odebrane mu przez karła Alberyka, który, by skorzystać z jego mocy, wyrzekł się miłości. Jego karły wykuły hełm, pozwalający przybierać dowolną postać, oraz pierścień, dający władzę. Złoto zostało podstępem odebrane Alberykowi przez Wotana i Lokiego, nałogowego kłamcę i cynika, potrafiącego wykorzystać pychę Alberyka przeciwko niemu. Utraciwszy Złoto, Alberyk przeklął każdego posiadacza pierścienia, który odtąd musiał umrzeć. Bogowie oddali złoto olbrzymom, Freja została uwolniona, dwaj bracia pokłócili się o pierścień, Fafner zabił Fasolta, klątwa pokazała swoją moc. Bogowie triumfalnie wkroczyli do Walhalli po tęczowym moście Bifroście. Ta historia uruchomiła sekwencję zdarzeń, która prowadzi do Ragnarok – końca świata, w którym Walhalla wraz z bogami gorzeje w wielkim pożarze świata, który musi najpierw spłonąć, aby odrodzić się, świeży i zielony, bez wojen i cierpień. Współcześni Niemcy wciąż wierni są swoim mitom, do których powrócili po odrzuceniu chrześcijaństwa i powrocie do gnozy, co dokonało się dzięki Rewolucji Lutra. Od tamtej pory nienawidzą Rzymu jako tego, który próbował ich podbić, i tego, których ich ochrzcił. Mentalnie Niemcy od czasów Lutra są jednocześnie na tęczowym moście, wkraczając do Walhalli, oraz w mrocznym Lesie Teutoburskim, gdzie we wrześniu 9 roku plemienne hordy Arminiusza-Hermana wymordowały trzy rzymskie legiony, dowodzone przez Publiusza Kwinktyliusza Warusa. Tęczowa Walhalla, połączona z mordowaniem Rzymian – oto główny napęd okrętu o nazwie Niemcy.

Germanie, którzy pod wodzą Ottona I z saskiego rodu Ludolfingów w 962 r. uznali się za Cesarstwo, zarazem rzymskie, chrześcijańskie i niemieckie, połączyli w jedno żywioły, które mogły pozostać w pokoju tylko pod warunkiem zachowania wierności chrześcijaństwu. Było to możliwe, chrześcijaństwo udziela swojej siły każdemu, kto chce je przyjąć i w nim wytrwać. Neo-rzymscy Teutoni woleli jednak mit od wiary, władzę od dobra i gnozę od prawdy. Długo trwały wewnętrzne zmagania, w których Cesarz próbował, wzorem Bizancjum zostać zwierzchnikiem Papieża, kimś w rodzaju zastępczego Boga na ziemi, Papiestwo zaś stało na gruncie nadrzędności władzy duchowej nad świecką. Kulminacją rywalizacji był spór o inwestyturę i słynne upokorzenie cesarza Henryka IV, który w styczniu 1077 r. w Kanossie musiał ukorzyć się przed papieżem Grzegorzem VII. Co prawda później Cesarz wrócił do znaczenia, wygrywał bitwy, obalił nawet Papieża, a kolejni cesarze dalej potrafili odnosić świetne zwycięstwa i wznosić się na wyżyny potęgi, również wobec papiestwa. Jednak Kanossa zmieniła wszystko, cały świat ujrzał upokorzonego Cesarza, który dla odzyskania swej władzy zmuszony jest prosić Papieża o łaskę. Cesarz odtąd nie mógł już być bogiem. Papiestwo zadało potężny cios gnostyckiemu państwu, rosnącemu w sercu Europy. Ale nie tylko ono.

Ekspansja Imperium miała kilka wymiarów i kierunków. Najważniejszym był kierunek ideowy – przejście od katolicyzmu do gnozy, podporządkowanie i wchłonięcie papiestwa i Kościoła przez Imperium, po to, aby Imperium stało się kościołem, łączącym władzę świecką i religijną, a potem każdą inną. Były jeszcze dwa kierunku terytorialne – na zachód i na wschód. Ekspansja terytorialna na zachód została powstrzymana przez Franków, zwanych już wówczas Francuzami. Ich przywiązanie do narodowej monarchii i do wiary katolickiej zaowocowało stanowczą odmową uznania prerogatyw cesarskich względem królów Francji. Królowie mieli swoich legistów, badających prawo rzymskie i kanoniczne. Baldus de Ubaldis i Bartolous de Saxoferrato, ludzie dziś nieznani dali początek ideologii monarchii francuskiej, niezbędnej wówczas, tak samo przydatnej dzisiaj: rex est imperator in regno suo (król jest cesarzem w swoim królestwie), non ratione imperii, sed imperio rationis (nie z racji cesarza, lecz z nakazu rozumu). Drugi kierunek ekspansji terytorialnej prowadził na wschód – drang nach osten. To tam kolejne pokolenia kulturtregerów próbują zanieść wyższą cywilizację i wciąż okazują się cywilizacyjnie niżsi. Niemieckie parcie napotkało na krzepką przeszkodę – państwo polskie, rządzone przez Mieszka i Bolesława, rdzennych władców rodzimej dynastii. To państwo, jedno z najstarszych państw świata, które zatrzymało pochód gnozy ku ziemiom Chazarii, a stamtąd do panowania nad światową wyspą i nad światem. Niemcy nigdy nie zrozumieli, z czym się u nas spotykają, tak historycznie, jak i dzisiaj. Nie zdają sobie sprawy, że wyższa cywilizacja łacińska jest właśnie u nas, i zawsze była naszym naturalnym normotypem, a oni nieustannie szturmują nas gnozą, która zawsze musi użyć kłamstwa i przemocy. My też mieliśmy swoich legistów: Stanisława ze Skarbimierza i Pawła Włodkowica, a poza tym zastępy zbrojnych pod Cedynią, Głogowem, Wrocławiem, Płowcami, Grunwaldem, Koronowem, Świecinem, Byczyną, i na wielu innych polach bitew z niemieckim żywiołem, prącym na wschód.

Rzesza Niemiecka, zwana Świętym Cesarstwem Rzymskim okazała się niezdolna do wykonania zadania. Na zachodzie powstrzymana przez Francuzów, na wschodzie przez Polaków, ideowo przez katolicyzm i papiestwo. Spór papiestwa z cesarstwem nie był sporem o władzę, lecz o kształt władzy. Cesarstwo chciało jedności, prowadzącej w konsekwencji do totalitaryzmu, papiestwo chciało zachowania pluralizmu, umożliwiającego wolność polityczną, a z nią – każdą inną.

Z narzędzia, użytecznego do realizacji gnostyckich planów w Europie, Cesarstwo zmieniło się w przeszkodę, jako czynnik wzmacniający jedność polityczną, religijną i ideową Europy. Katolickie cesarstwo zostało przeznaczone do zniszczenia, tak samo, jak Kościół Katolicki i wszystkie inne państwa i narody, które ośmieliły się pozostać katolickie. Z jednością Kościoła i Europy postanowiono poradzić sobą za pomocą wypróbowanych metod fermentu religijnego. Tak zwana Reformacja, czyli bunt Lutra, oparta na starych gnostyckich wzorach, wzbogaconych o nową szatę pojęć powiódł się dlatego, że trafił na odpowiedni moment polityczny. Książęta Rzeszy chcieli zostać w swoich państwach i państewkach udzielnymi władcami równymi cesarzowi, a usłużny kapitał, już wówczas należący do gnostyków i penetrujący Europę tylko czekał, aby finansować rosnące potrzeby udzielnych władców. Potrzeby dworu władcy i jego możnych są znaczne, trzeba się przecież odpowiednio prezentować, każde państwo musi posiadać swoje atrybuty, a to kosztuje. Najlepszą inwestycją była i nadal jest wojna, można bowiem finansować obydwie strony konfliktu, albo ktoś wygra, albo wszyscy przegrają, i zawsze górą są bankierzy.

Reformacja przyniosła Europie kilka fal wojen politycznych, nazywanych dla niepoznaki religijnymi, rozbicie ideowe Europy na śmiertelnie skonfliktowane obozy, przebudowę zachodniej i środkowej części kontynentu. Największa transformacja o najdonioślejszych skutkach, trwających do dziś polega na zmianie treści pojęć. Świat protestancki inaczej niż katolicki postrzega tak fundamentalne kwestie, jak dobro i zło, prawda i fałsz, prawa i obowiązki, wolność i zniewolenie, zbawienie i potępienie. Gnostycy dokonali głębokiego podziału, działając pozornie sprzecznie ze swoimi ideami, dążącymi do jedności wszystkiego. Było to jednak podzielenie i skłócenie świata katolickiego, co jest jak najbardziej w interesie gnozy jako niezbędny warunek państwa światowego. Ordo ab chao, solve et coagula – tak brzmią zasady masońskie i alchemiczne.

Walka ideowa na polu religii i filozofii to najważniejszy front gnostyków, determinuje bowiem to, co ludzie myślą i co robią, a ludzie są najważniejszym zasobem planety. Pamiętajmy jednak, że treść potrzebuje formy, gnostycy potrzebują państw. Są to dla nich konieczne byty polityczne, zdatne do tego, aby przejąć nad nimi kontrolę z zewnątrz i realizować dalekosiężne cele. Można wówczas posługiwać się państwem, jego władzą, zasobami i mieszkańcami jakby zdalnie sterowanym pojazdem, mającym nawet załogę, która myśli, że wszystkim kieruje sama, a w rzeczywistości jest kierowana przez ukrytych nawigatorów. Pamiętano o przywiązaniu Teutonów do mitu, co jest warunkiem niezbędnym, aby wierzyć i słuchać gnozy. Posłużono się Rzeszą Niemiecką, w czasie, gdy wtajemniczeni mieli już świadomość, że nie spełni ona pierwotnego zadania, wciąż jednak nadawała się do realizacji celów pośrednich. Takim celem było wyemanowanie z Rzeszy nowej siły, która może stworzyć państwo i zarządzać nim. Użyto rycerskiego Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, zwanego u nas Krzyżakami, od czarnych emblematów w kształcie krzyża. Zakon nie miał wezwania Najświętszej Marii Panny, tylko szpitala pod tym wezwaniem. Oficjalnym celem Zakonu było krzewienie chrześcijaństwa i walka z pogaństwem.

To jedna z wielu mistyfikacji, w jakie obfituje historia, i to mistyfikacja tak gruba i bezczelna, że prawie nikt jej nie widzi. Zakon tworzyli w większości ministeriałowie z Rzeszy, podlegli większym feudałom, czyli średniozamożni rycerze, których status był niższy niż wolnych rycerzy Rzeszy, którzy podlegali samemu cesarzowi. W Polsce takie rozwiązania były prawie nieznane, u nas wszyscy byli formalnie równi, natomiast w Rzeszy ministeriał, który wywodził się z niewolników i jeńców wojennych, drogę do wyższych godności widział zwykle zamkniętą. Wykorzystano więc grupę ambitnych ludzi, ograniczanych przez porządek prawny, tworzących znaczną siłę społeczną. Krzyżaccy zakonnicy, będąc w Ziemi Świętej zetknęli się z ezoteryczną wiedzą, której wzbraniano wstępu do Europy. Swoje fascynacje przynieśli na kontynent, przedstawiając się jednocześnie jako bardzo prawowierni katolicy, mając stałe wsparcie cesarza, elit Rzeszy i Europy Zachodniej. Polaków bardzo dużo trudu kosztowało przekonanie Europy o niecnych celach Krzyżaków, lecz daliśmy radę i wygraliśmy europejską wojnę propagandową z Zakonem. Celem tej organizacji od początku jej bytności w Europie nie było to, co podawano do publicznej wiadomości, lecz coś innego. Krzyżacy po ich wyparciu z Ziemi Świętej dążyli konsekwentnie do budowy własnego państwa, zarządzanego według całkowicie nowych metod. Udało im się na ziemiach Polaków i Prusów, dzięki oszustwu i fałszerstwu. Cesarz Fryderyk II Hohenstauf, heretyk i świętokradca wydał w 1235 r. Złotą Bullę z Rimini, w której m.in. nadawał Krzyżakom na własność ziemie, należące do kogoś innego, również do Polski, uznawał się za lennego seniora Zakonu i całej Polski, a także za nadrzędnego władcę całej Europy. Stauf zachował się podobnie do Unii Europejskiej, podobnie uzurpatorsko i bezczelnie. Fryderyk był jeszcze lepszy, bo nie tylko, że fałszował nadanie Konrada Mazowieckiego, to jeszcze podrabiał sam siebie, cofając datę wydania dokumentu do 26 marca 1226 r. i rejestrując taką fałszywkę w kancelarii cesarskiej.

Państwo Zakonu Krzyżackiego było ewenementem, całkowicie sztucznie stworzonym bytem państwowym, zarządzanym technokratycznie. Początkowo Zakon stworzył bardzo atrakcyjne warunki dla osadników, ściągając ich z Rzeszy i zachodniej Francji. Potem jednak zaczęło się to, co zwykle – przykręcanie śruby, co też jako żywo przypomina UE. Państwo Zakonu było więc trzecią inwestycją państwową gnostyków, po Imperium Chazarów i Rzeszy Niemieckiej. Poza zdobywaniem doświadczeń twór ten miał trzy jeszcze cele. Celem pierwszym była kontynuacja parcia na wschód, czego Rzesza, mając na wschodzie państwo polskie nie mogła już prowadzić. Celem drugim była likwidacja tegoż niewygodnego polskiego państwa. Celem trzecim – uchwycenie przyczółka w okolicy głównej magistrali handlowej Eurazji, czyli światowej wyspy. Krzyże na płaszczach i tarczach były tylko przykrywką, tak samo, jak dziś przykrywką są wartości unijne, udające europejskie, oraz synodalny modernizm, udający Kościół Katolicki.

Państwo polskie stanęło w obliczu wielkiego zagrożenia swojego istnienia. Polska nie uległa Zakonowi, pokonała go w kilku wojnach, w czym dopomogła sama ludność państwa zakonnego, woląc władzę normalnych ludzi niż technokratów. Polacy nie wykorzystali jednak okazji do całkowitej likwidacji tego sztucznego tworu, a było ich kilka. To największa polska wina wobec świata – że w porę nie zdusiliśmy pruskiej hydry. Nie byłoby rozbiorów, wojen światowych, rewolucji w Rosji, komunizmu, Unii Europejskiej. Państwo krzyżackie bardzo długo służyło gnostykom za wygodne narzędzie do przebudowy Europy, i w pewnym sensie służy do dziś, duch pruski bowiem dokonał zjednoczenia Niemiec w 1871 roku, powołał II Rzeszę, potem III Rzeszę, a potem Unię Europejską. Po drodze państwo krzyżackie przeszło rebranding, bez wyrzutów sumienia zamieniając się w pierwsze luterańskie państwo świata w 1525 roku. Wielki Mistrz Zakonu Albrecht Hohenzollern pod namową Lutra zrzucił zakonny płaszcz, wyszedł z Kościoła, przyjął luteranizm i został świeckim władcą technokratycznego państwa, zwanego odtąd Prusami. Od tamtego momentu jego władcy mogli już knuć to, czego chcieli, i co szeptali im do ucha ich gnostyccy ukryci preceptorzy. W środku Europy powstało coś, co zaczęło pełnić tą samą rolę, którą odegrać miała Chazaria. Judaizm talmudyczny zastąpiony został przez luteranizm, co po odpowiedniej ewolucji daje ten sam efekt w postaci normatywizmu prawniczego, praworządności unijnej i tzw. wartości europejskich. Przewodnicząca Komisji Europejskiej oświadczyła, występując w 2022 roku na hebrajskim uniwersytecie Negev, że Europa to wartości Talmudu. Niczego więc nie trzeba się domyślać, wszystko wyraźnie zostało powiedziane. Prusy nie były jednak jedyną inwestycją państwową gnostyków. Najwyraźniej zdali sobie sprawę, że aby zapanować nad sercem Europy nie wystarczy być w tym sercu, bo są tu krzepkie państwa narodowe, trzymające się katolicyzmu – Francja, Austria i Polska. Aby pokonać ich siłę, trzeba było kompletnej przebudowy Europy, a do tego potrzebowano państwa morskiego, które może dopłynąć wszędzie, a którego jednocześnie nie można pokonać, bo jest za morzem. Wybór padł na Anglię, jako kolejny przyczółek gnostyckiej władzy w Europie i na świecie.

Ciąg dalszy nastąpi …

♦

Na tym kończę publikację serii o Chazarii na tym portalu. Został już napisany ciąg dalszy, prowadzący do naszych czasów. Wszystko, co dotąd napisałem i opublikowałem na ten temat, oraz to, co zostało napisane i nieopublikowane znajdzie się w nowej książce, wydanej już niebawem przez Instytut Wiedzy Społecznej im., Krzysztofa Karonia. Proszę wyglądać tej książki. Jej roboczy tytuł na dzień dzisiejszy to „Uścisk Chazarii”.

A tymczasem polecam „Poradnik Świadomego Narodu”, księga I już dostępna.

„Poradnik świadomego narodu” dostępny tutaj: LINK

________________

Europa w uścisku nowej Chazarii, cz.3, Bartosz Kopczyński, 10 lipca 2025

Ronin, to samuraj, który stracił swojego pana. Wygląda na to, że takim roninem będzie Europa.

Ronin

Marucha w dniu 2025-06-05 https://marucha.wordpress.com/2025/06/05/ronin/

Ronin, to w dawnej Japonii samuraj, który stracił swojego pana. Wygląda na to, że takim roninem będzie Europa.

Thierry Meyssan w swoim kolejnym i jak zwykle szalenie ciekawym artykule przewiduje kolejne posunięcia Donalda Trumpa. Podobnie jak Gilbert Doctorow spodziewa się on pozostawienia Europy samej sobie. A to może się zakończyć rozpadem nie tylko Unii Europejskiej, ale także NATO.

*** Początek tłumaczenia ***

Donald Trump oddziela Stany Zjednoczone od Unii Europejskiej

autor: Thierry Meyssan

W przeciwieństwie do tego, co myśleliśmy w 1991 roku, upadek „amerykańskiego imperium” nie będzie przypominał upadku ZSRR. Zachodnioeuropejscy sojusznicy Waszyngtonu zamierzają je utrwalić, z ich przywódcą lub bez niego. Wynika z tego, że prezydent Donald Trump porzuci ich na polu bitwy.

Po oddzieleniu Stanów Zjednoczonych od „rewizjonistycznych syjonistów” rządzących w Izraelu, prezydent Trump oddziela je od NATO i Unii Europejskiej: nie chce już, aby jego kraj miał cokolwiek wspólnego z „amerykańskim imperium” i jego spadkobiercami, ukraińskimi „integralnymi nacjonalistami”.

Po oddzieleniu Stanów Zjednoczonych od Izraela [1], Donald Trump zaczął oddzielać je od Unii Europejskiej. Podobnie jak w przypadku Izraela, najpierw sprawiał wrażenie, że pozostawia członkom UE i Wielkiej Brytanii carte blanche, a następnie zaczął się izolować.

Przypomnijmy: prezydent Trump przekonał zachodnich przywódców, że mogą samodzielnie walczyć z Rosją na Ukrainie. Na licznych spotkaniach w Paryżu, Londynie i Kijowie przywódcy UE i Wielkiej Brytanii próbowali ogłosić, że wspólnie zapewnią bezpieczeństwo kontynentu w obliczu niebezpieczeństwa „rosyjskiej inwazji”. Przewidywali umieszczenie wszystkich swoich krajów pod brytyjskim i francuskim parasolem nuklearnym, a nie pod parasolem Stanów Zjednoczonych. Przewidywali wojnę kontynentalną przeciwko Rosji i reorganizację sojuszy wokół Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Polski.

A potem: nic. Stany Zjednoczone zawiesiły koordynację z UE [2]. Nie konsultują już ze sobą jednostronnych środków przymusu podejmowanych wobec Rosji. Siedemnasty pakiet unijnych „sankcji” był ostatnim uzgodnionym w Brukseli z Waszyngtonem. Osiemnasty będzie samodzielnym. Ogłoszono, że będzie większy niż kiedykolwiek, ale bez Stanów Zjednoczonych jest już skazany na porażkę.

W ramach Rady Europy Stany Zjednoczone obserwują przygotowania „międzynarodowego trybunału karnego do osądzenia rosyjskich zbrodni na Ukrainie”, ale trzymają się od tego z daleka [3]. Ich zdaniem taki trybunał nie ma sensu. Trybunały karne w Norymberdze i Tokio powstały po zwycięstwie aliantów nad nazizmem, ale ten przewiduje zwycięstwo nad Rosją ukraińskich „integralnych nacjonalistów”, którzy kolaborowali z nazistami. Nie został on zatwierdzony przez Organizację Narodów Zjednoczonych i nie ma na to szans, biorąc pod uwagę rosyjskie prawo weta.

Dziś Wielka Brytania i UE muszą stawić czoła faktom. Nie mają środków militarnych do realizacji swojej polityki. Zamknęły się w swoich sprzecznościach, potępiając ukraińskie ofiary wśród ludności cywilnej, będące skutkiem rosyjskiej specjalnej operacji wojskowej, jednocześnie wyrażając zadowolenie ze znacznie większych palestyńskich ofiar wśród ludności cywilnej spowodowanych izraelską wojną z Hamasem. Zdystansowały się od Stanów Zjednoczonych, które nie są przez nich traktowane poważnie.

Pozostała im jeszcze jedna broń: konfiskata rosyjskich aktywów, które już zamrozili. Umożliwiłoby im to odbudowę Ukrainy bez konieczności płacenia za nią. Ale konfiskata aktywów z powodów politycznych jest naruszeniem praw własności. Taka decyzja byłaby nieodwracalna. Jest to możliwe tylko w czasie wojny. Konfiskata tych aktywów oznacza zatem wypowiedzenie wojny wrogowi kilkakrotnie potężniejszemu niż Wielka Brytania i UE razem wzięte.

Pomijając fakt, że ich armie nie wytrzymałyby dwóch dni w wojnie z Rosją, UE przestraszyłaby wszystkich swoich partnerów na całym świecie: jeśli możliwe jest skonfiskowanie rosyjskich aktywów, dlaczego Bruksela miałaby na tym poprzestać i nie skonfiskować również aktywów państw, które nie potępiły Rosji?

Postawmy sprawę jasno. Prezydent Donald Trump ogłosił, że od teraz będzie wymagał od wszystkich sojuszników przeznaczania 5% ich PKB na wydatki wojskowe. Ponieważ jest to niemożliwe do osiągnięcia – oznacza to podwojenie wydatków – wyjście Stanów Zjednoczonych ze zintegrowanego dowództwa NATO było do przewidzenia.

Jednocześnie prezydent wielokrotnie zapewniał, że Unia Europejska została stworzona, aby zaszkodzić Stanom Zjednoczonym, podczas gdy UE jest cywilnym ramieniem „amerykańskiego imperium”, którego wojskowym ramieniem jest NATO.

Teraz, po ustaleniu, że ani Wielka Brytania, ani UE nie są w stanie rzucić wyzwania „amerykańskiemu imperium”, że ich przywódcy są zależni od „amerykańskiego imperium” ze szkodą dla swoich obywateli i że odmawiają wolności i niezależności, Waszyngton zrywa z nimi wszelkie więzi.

Należy pamiętać, że Donald Trump nie atakuje zachodnich Europejczyków. On po prostu pozwala im dryfować w pogoni za jakąś mrzonką.

Dla tych, którzy tak jak ja przewidywali rozpad NATO i UE od czasu rozpadu Związku Radzieckiego, jest to krok naprzód. Ale dla Brytyjczyków i obywateli Europy jest to katastrofa.

W nadchodzących miesiącach będziemy świadkami pojednania Stanów Zjednoczonych i Rosji. Wszystko, co organizowało nasz sposób myślenia, zostanie wyrzucone na śmietnik historii. Nadszedł czas, aby ludzie Zachodu wymienili swoje elity i przemodelowali swoje społeczeństwa. Są na to zupełnie nieprzygotowani.

Podczas gdy w 1991 roku przewidywaliśmy rozpad „amerykańskiego imperium” na wzór ZSRR, widzimy, że prezydent Donald Trump zamierza zrealizować zupełnie inny scenariusz. Podobnie jak Michaił Gorbaczow, chce przywrócić swój kraj do jego korzeni (Make America Great Again!), ale jego europejscy sojusznicy chcą przedłużyć imperium.

Administracja UE w Brukseli nadal nie zaakceptowała tego kowboja. Mają nadzieję, że zostanie on wkrótce zamordowany lub że przegra wybory w połowie kadencji i zostanie zmuszony do podporządkowania się.

W pewnym sensie stawką jest dziś koniec zimnej wojny, kiedy to służby NATO utrzymywały rządy w Europie Zachodniej. Przywódcy UE, począwszy od Ursuli von der Leyen i Kaji Kallas, są bezpośrednimi potomkami tych tajnych operacji. Są dziećmi „amerykańskiego imperium” i zamierzają je utrzymać.

[1] “Donald Trump Decouples the United States from Israel”, by Thierry Meyssan, Translation Roger Lagassé, Voltaire Network, 13 May 2025.

[2] «Russland-SanktionenEnde der Absprache mit den USA», Florian Flade & Ben Huebl & Joerg Schmitt, Süddeutsche Zeitung, 27. Mai 2025.

[3] Press Release 3526: “The Justice of Victors Who Have Lost”,” Voltaire, International Newsletter – No. 135 – May 30, 2025.

*** Koniec tłumaczenia ***

============================================

W artykule brakuje mi jednego wątku: dlaczego Unii Europejskiej tak potrzebna jest wojna na Ukrainie. Podzielam tu zdanie Państwa Wielomskich, że nie tyle Unii, ile niemieckim elitom ta wojna jest potrzebna do zbudowania europejskiego imperium pod wodzą Niemiec. A brak amerykańskiej kurateli jest im na rękę.

Straszenie „zagrożeniem rosyjską inwazją” jest metodą do budowania wspólnej europejskiej armii, która będzie służyła do ewentualnej pacyfikacji nieposłusznych krajów. Pani Wielomska porównuje dotychczasowe działania Niemiec w ramach Unii do metod, jakimi Prusy doprowadziły do zjednoczenia Niemiec. Podobieństwa są zadziwiające!

https://youtube.com/watch?v=YIbOQJCYol8%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dpl%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

Meyssan ma rację, że czekają nas ciekawe czasy. Ma także rację, że zachodnie kraje będą zmuszone przemodelować swoje społeczeństwa, ale są do tego zupełnie nieprzygotowane. Powiedziałbym raczej: obecnie są nieprzygotowane.

O ile w innych krajach taki proces przemodelowania mogę sobie wyobrazić, to w naszym kraju jest on praktycznie niemożliwy. W naszej 1000-letniej historii jedynie przez krótkie okresy czasu mieliśmy elity, które kierowały się dobrem kraju. Przez większość naszej historii nie mieliśmy silnego państwa. Nie mam tu na myśli siły militarnej, ale siłę i sprawność aparatu państwowego.

Nie mamy tego także w dzisiejszej Rzeczpospolitej. Nie mamy elit, które potrafiłyby zanalizować położenie naszego kraju i wybrać najkorzystniejszą dla nas strategię, a nieliczne jednostki, które próbują to robić, nie są słuchane. Jesteśmy naiwni jak dzieci w naszym rozumieniu polityki. Nie znamy historii własnego kraju i nie rozumiemy, że przez wiele stuleci byliśmy umiejętnie manipulowani, wpychani w niepotrzebne powstania, wojny i bezsensowne sojusze.

[Ależ NIE ! Elity są – ale na razie nie mają dostępu do Głównego Ścieku. Widać je jednak w internecie. Mirosław Dakowski]

Byliśmy szczuci na Rosję, która przez większość czasu nie była dla nas żadnym zagrożeniem. Podobnie jest dzisiaj. Straszy się nas Rosją, ale prawdziwym zagrożeniem są Niemcy i Ukraina! Ale przeciętnemu obywatelowi nikt tego nie wytłumaczy!! To do nikogo nie dociera!! Fakt, wiem to z własnego doświadczenia, że dojście do takich wniosków wymaga ogromu pracy, zdobycia wiedzy, przełamania uprzedzeń i schematów myślowych. To przejście przez dysonans poznawczy.

Jestem przekonany, że w innych krajach europejskich proces przebudowy będzie trudny, ale w końcu się powiedzie, gdyż kraje te mają elity, które są w stanie poprowadzić społeczeństwa przez ten trudny okres. Dla naszego kraju nie widzę najmniejszych szans. Czeka nas katastrofa, która albo nas otrzeźwi, albo zmaże jako kraj i naród z mapy świata.

robertwaterski https://pecuniaolet.wordpress.com