Koszt wynajmu dużych tankowców do przewozu ropy naftowej z Zatoki Perskiej na rynki azjatyckie osiąga rekordowe wartości. Spadek cen może nastąpić dopiero za 2-3 lata, gdy zostaną zwodowane nowe tankowce – analizuje Javier Blas, publicysta Bloomberga.
Aktualna cena najmu tanków klasy VLCC (ang. Very Large Crude Carrier) sięga około 1,1 mln dolarów dziennie. Jeszcze w styczniu tego roku było to około 100 tys. dolarów dziennie.
Astronomiczny wzrost cen jest oczywiście skutkiem wojny na Bliskim Wschodzie, a także sytuacji w Cieśninie Ormuz. W efekcie grono armatorów gotowych do żeglugi w tym niebezpiecznym rejonie jest wąskie, a wycena ryzyka przekłada się na rekordowe ceny.
Globalna flota VLCC, jak tłumaczy Javier Blas, jest stosunkowo niewielka i składa się z około 925 tankowców, kontrolowanych w przeważającej większości przez kilku potentatów. Wśród nich znajdują się takie grupy Sinokor, Frontline czy MSC.
Istotny wpływ na wielkość floty miała pandemia COVID-19, której skutkiem był spadek zapotrzebowania na ropę, co przełożyło się również na kilkuletni spadek zamówień na nowe statki. W samym 2022 roku zwodowano najmniej supertankowców od 30 lat.
Natomiast aktualnie popyt na rynku jest tak duży, że zakup używanego VLCC, gotowego do żeglugi, jest znacząco droższy niż zamówienie nowej jednostki i dwuletnie oczekiwanie na jej zwodowanie.
Publicysta Bloomberga wskazuje, że w opinii przedstawicieli branży wysokie koszty najmu statków mogą się utrzymać jeszcze przez 2-3 lata – nim nie zakończy się budowa nowych VLCC.
Według Affinity Shipping, brokera okrętowego, przemysł stoczniowy jest „na dobrej drodze do uzyskania największej liczby zamówień na VLCC od ponad 50 lat”. Nowe jednostki powinny wypłynąć ze stoczni w 2028-2029 roku.
Sporo będzie zależało również od tego, ile starych tankowców zostanie do tego czasu wycofanych z eksploatacji. W ostatnich latach część przestarzałych statków była utrzymywana przez Iran i Rosję w ramach tzw. floty cieni, aby omijać sankcje dotyczące handlu ropą.
– Na razie właściciele tankowców płyną ku niesamowitej hossie. Nawet jeśli potrwa ona krótko, to dzienne stawki przekraczające milion dolarów generują nowe fortuny, uzupełniając te, które zgromadzono podczas wcześniejszych kryzysów. Natomiast koszty poniesie światowa gospodarka – konkluduje Javier Blas.
Donald Trump wkroczył w decydującą fazę swojej drugiej kadencji, całkowicie redefiniując styl sprawowania władzy w Waszyngtonie.
Jak wynika z najnowszego raportu magazynu „The Atlantic”, prezydent USA w prywatnych rozmowach z doradcami coraz częściej stawia się w jednym rzędzie z największymi postaciami w historii: Aleksandrem Wielkim, Juliuszem Cezarem oraz Napoleonem Bonaparte. Dla obserwatorów sceny politycznej nie jest to jedynie przejaw megalomanii, ale fundament nowej strategii rządzenia, którą otoczenie prezydenta określa mianem „prezydentury YOLO” (ang. You Only Live Once – żyje się tylko raz).
„Najpotężniejsza osoba w historii” i koniec politycznych kalkulacji
Kluczowym czynnikiem zmieniającym oblicze amerykańskiej polityki jest fakt, że Donald Trump nie musi już zabiegać o reelekcję. Brak presji wyborczej sprawił, że prezydent poczuł się całkowicie wolny od tradycyjnych kalkulacji partyjnych. Jak twierdzi wysoki rangą urzędnik administracji, Trump postrzega siebie jako „najpotężniejszą osobę, jaka kiedykolwiek żyła”, której głównym celem nie jest sondażowe „tu i teraz”, lecz trwały zapis w podręcznikach historii.
Ta postawa przekłada się na konkretne decyzje geopolityczne. Według informatorów, prezydent odrzucił doradztwo oparte na interesie politycznym na rzecz działań, które sam uznaje za historycznie doniosłe. To właśnie ta filozofia miała doprowadzić do eskalacji napięć z Iranem oraz agresywnej polityki zagranicznej, obejmującej m.in. bombardowania na terenie siedmiu krajów w ciągu zaledwie dwóch miesięcy.
Architektura władzy: Monumentalne projekty i złote symbole
Dążenie do wielkości znajduje odzwierciedlenie nie tylko w polityce, ale i w fizycznym otoczeniu prezydenta. Waszyngton staje się areną dla monumentalnych inwestycji, które mają podkreślić epokę Trumpa. W planach znajduje się m.in. budowa 76-metrowego łuku triumfalnego oraz kosztowna renowacja sali balowej przy Białym Domu, wyceniana na 400 milionów dolarów. Prezydent osobiście nadzoruje wystrój Gabinetu Owalnego, wprowadzając pozłacane elementy, złote urny oraz okolicznościowe monety własnego projektu, które trafiają na drzwi gabinetów jego współpracowników.
Dla krytyków te działania są symbolem oderwania od rzeczywistości. Jednak dla zwolenników prezydenta, to wyraz „siły woli”, która ma przełamywać bariery nieosiągalne dla jego poprzedników. Jak zauważa „The Atlantic”, inspiracja triadą Aleksander-Cezar-Napoleon nie pochodzi z głębokich studiów historycznych, lecz z krótkich notatek i wystąpień, które utwierdziły Trumpa w przekonaniu o jego dziejowej misji.
Polityczne koszty „prezydentury YOLO”
Niezależnie od historycznych ambicji prezydenta, „prezydentura YOLO” generuje realne koszty dla amerykańskiego społeczeństwa i Partii Republikańskiej. Sondaże poparcia dla Trumpa notują rekordowe spadki, co budzi poważny niepokój wśród Republikanów przed zbliżającymi się wyborami do Kongresu.
Główne obawy budzą:
Wzrost cen paliw: Bezpośredni skutek destabilizacji sytuacji międzynarodowej.
Inflacja i stopy procentowe: Niepewność gospodarcza wynikająca z radykalnych decyzji Białego Domu.
Kryzys sojuszniczy: Podważanie fundamentów NATO, co osłabia pozycję USA na arenie międzynarodowej.
Mimo ostrzeżeń doradców, prezydent pozostaje niewzruszony. Jak podsumował jeden z jego powierników, Trump znajduje się w nastroju, w którym opinia publiczna czy sondaże nie mają już znaczenia. Wierzy on, że przyszłe pokolenia ocenią go nie przez pryzmat bieżących problemów gospodarczych, ale przez pryzmat „wielkich czynów”, które – w jego mniemaniu – na zawsze zmieniły bieg dziejów.
Ks. Stanisław Małkowski umierał w opinii świętości. Był wielkoduszny, tak, jak uczy nas Pan Jezus. Modlił się za swoich prześladowców – czy byli to kryminaliści, czy komuniści, czy przedstawiciele władz kościelnych. Śp. ks. Stanisława wspomina ks. prof. Dariusz Oko.
Ks. Dariusz Oko w swoim cyklicznym programie „Oko na niedzielę” na antenie Telewizji Republika poświęcił uwagę śp. ks. Stanisławowi Małkowskiemu, który został pochowany 17 września 2026 roku.
– To jest kapłan, który wielkodusznie uczynił wyjątkowo wiele dobra dla tak wielu osób. Przez lata jako wolontariusz odwiedzał więźniów w zakładach karnych. Ludzi, którzy nieraz nie byli robotnikami żadnej godziny, nawet ostatniej. A jednak ze wszystkich sił starał się uratować także ich – mówił, nawiązując do przypowieści Pana Jezusa o robotnikach w winnicy (Mt 20, 1-16).
Jak wskazywał ks. Dariusz Oko, ks. Stanisław Małkowski dobrze wiedział, jak trudne są dla więźniów pierwsze dni po opuszczeniu zakładu karnego, kiedy nic nie mają, bo rodzina i przyzwoici ludzie już ich się wyrzekli, a starzy towarzysze przestępstw namawiają do powrotu do życia kryminalisty. – Łatwo jest wtedy wejść znowu na drogę zbrodni. Dlatego ks. Stanisław Małkowski zapraszał ich, żeby w trudnej sytuacji po wyjściu z więzienia przyszli do jego własnego domu, gdzie mieszkał tylko ze swoją starą matką. Pomagał im duchowo i materialnie tak, jak mógł. Sam był bardzo ubogi, jego stargana sutanna była wprost przysłowiowa – opowiadał.
– W końcu jeden z ratowanych przestępców w podzięce pobił go, obrabował i zapowiedział, że teraz regularnie będzie przychodził po następne haracze. Nawet w takiej sytuacji ksiądz Małkowski nie chciał zgłosić tego na policję. Zmusił go do tego dopiero jego przyjaciel. Jednak ksiądz Stanisław chciał to zrobić koniecznie sam, żeby sprawa została przedstawiona jak najłagodniej. Tak łagodnie, że początkowo prokuratura nie chciała się tym w ogóle zająć i stanąć w obronie księdza. Taka wielkoduszność cechowała go przez całe życie. Starał się dawać siebie jak najwięcej i jak najmniej brać – podkreślił.
– Dużo przebywał, dużo modlił się pod krzyżem smoleńskim i na Cmentarzu Powązkowskim, naszej narodowej nekropolii. Wspierał ludzi domagających się prawdy o katastrofie smoleńskiej. Stał po stronie Polaków, którzy nie wierzą oficjalnym wyjaśnieniom i komunikatom. Zupełnie niewiarygodni byli dla niego ludzie, którzy niszczą kluczowe dowody śledztwa, ale też i ci, którzy takie niszczenie całkowicie akceptują i twierdzą, że nic się jakoby nie stało – wskazywał.
Ksiądz Stanisław Małkowski, podkreślił, „stał po stronie ludzi sprawiedliwych i uczciwych”. – Po stronie osób, które nie godzą się na kłamstwa i manipulacje, które domagają się prawdy, szczególnie w sprawie Smoleńska. Za to przez dziesiątki lat był prześladowany i poniżany, nawet w swoim warszawskim Kościele. Starano się też maksymalnie utrudniać jego spotkania z katolikami, nawet w innych krajach i na innych kontynentach – powiedział.
– Taka zadziwiająca zbieżność: w archidiecezji warszawskiej był najbardziej prześladowanym księdzem przez władze kościelne. Natomiast w czasach panowania komunizmu trafił na pierwsze miejsce listy kapłanów przeznaczonych do zamordowania. Wyprzedził na niej nawet błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszkę, któremu przyznano tylko drugie miejsce. Obaj byli serdecznymi, niezawodnymi przyjaciółmi – mówił ks. Dariusz Oko.
– Listę tę sporządzili ateistyczni mordercy ze Służby Bezpieczeństwa i tylko przypadek sprawił, że jego nie zabili, chociaż był w ich oczach aż tak niebezpieczny – opowiadał.
Ks. Stanisław Małkowski był jednak tak wielkoduszny, że przebaczał swoim prześladowcom, niezależnie od tego, czy wywodzili się „spośród kryminalistów, komunistów czy jego własnych przełożonych”. – Modlił się za nich – zaznaczył.
Mówiąc o donoszących do UB kapłanach, wspomniał ks. Michała Czajkowskiego, który wiele lat współpracował ze służbami komunistycznymi.
– Ksiądz Stanisław umierał w opinii świętości. Z biegiem czasu dowiadujemy się o nich coraz więcej dobrych rzeczy, natomiast o jego prześladowcach – coraz więcej rzeczy złych i haniebnych. Oni odchodzą we wstydzie – mówił.
– Warto być wielkodusznym, jak uczy nas Pan Jezus – takim, jakim był ksiądz Stanisław Małkowski. Cała prawda wyjdzie na jaw najpóźniej na Sądzie Ostatecznym, a czasami wcześniej – podkreślił.
Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) podjął nietypowy krok: zamiast apelować do rządu USA, wystosował obszerny list otwarty bezpośrednio do narodu amerykańskiego. List został wręczony 29 września w Teheranie przez rzecznika IRGC, generała brygady Hosseina Mohebbiego. Press TV podaje, że dokument liczy 25 stron .
List jest wyraźnie adresowany do „szanowanego narodu Stanów Zjednoczonych”, w tym naukowców, studentów i przedstawicieli mediów.
Jego głównym przesłaniem jest to, że według Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) Amerykanie powinni kwestionować to, co ich własny rząd mówi im o wojnie z Iranem, irańskim programie nuklearnym, Izraelu i sytuacji w Cieśninie Ormuz.
Warto zauważyć, że Mehr News opublikował już znaczną część listu w wersji anglojęzycznej. W nim Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej wysuwa daleko idące twierdzenia dotyczące przebiegu wojny i strat amerykańskich, które nie zostały niezależnie zweryfikowane i dlatego należy je rozumieć jako reprezentujące stronę irańską.
Najważniejsze przesłania listu
„Dlaczego świat pali waszą flagę?” IRGC wzywa Amerykanów do zastanowienia się, dlaczego Stany Zjednoczone spotykają się z odrzuceniem w tak wielu krajach. Mohebbi przypisuje to dekadom wojen USA i wsparciu dla Izraela. Interwencje wojskowe, jak argumentuje, nie przyniosły Amerykanom ani bezpieczeństwa, ani dobrobytu, lecz raczej zadłużenie, wrogość i dodatkowe zagrożenia.
IRGC ogłasza Iran zwycięzcą wojny. W liście argumentuje się, że Waszyngton i Izrael nie osiągnęły swoich pierwotnych celów – które, według Iranu, obejmowały zmianę reżimu i zniszczenie Iranu. IRGC twierdzi zatem, że Iran wygrał wojnę strategicznie. Podane dane dotyczące zniszczonych amerykańskich samolotów, dronów, baz i innych strat militarnych pochodzą od IRGC i nie zostały niezależnie zweryfikowane.
Trump jest oskarżany o oszukiwanie narodu amerykańskiego. Mohebbi nazwał Trumpa „wielkim kłamcą”. Według Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) rząd USA wie, że Iran nie dąży do uzyskania broni jądrowej. Spór nuklearny jest jedynie pretekstem; prawdziwym celem Waszyngtonu jest kontrolowanie geopolitycznej pozycji i wpływów Iranu. Agencja Reuters dokumentuje te oświadczenia, ale ich nie potwierdza.
Cieśnina Ormuz w żadnym wypadku nie wróciła pod amerykańską kontrolę. IRGC przeczy twierdzeniom Waszyngtonu, że Stany Zjednoczone w dużej mierze złamały irańską kontrolę nad strategicznym szlakiem wodnym. Fakt, że pojedyncze tankowce mogą przepływać przez cieśninę przy znacznym wysiłku militarnym, nie oznacza, że Ormuz jest ponownie w pełni otwarty, wyjaśnił Mohebbi. Jednak niezależne dane Kplera pokazują, że dostawy ropy wzrosły ponownie do prawie dziesięciu milionów baryłek dziennie – około połowy poziomu sprzed wojny.
Amerykanie powinni zdystansować się od polityki izraelskiej. Centralna część listu dotyczy relacji między Waszyngtonem a Izraelem. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej twierdzi, że naród amerykański płaci finansowo i politycznie za politykę, która przynosi korzyści przede wszystkim Izraelowi i amerykańskiemu przemysłowi zbrojeniowemu. Przesłanie brzmi: Amerykanie mogliby żyć pokojowo z Iranem, gdyby Stany Zjednoczone zdystansowały się od Izraela.
IRGC krytykuje globalną obecność wojskową USA. Mohebbi wskazuje na setki amerykańskich baz wojskowych na całym świecie i budżet obronny USA wynoszący około 1,1 biliona dolarów. Według niego, korzystają na tym przede wszystkim producenci broni i bogate grupy interesu, a rachunek płacą Amerykanie.
Bezpośredni apel do narodu amerykańskiego. Mohebbi posuwa się szczególnie daleko w swoich oświadczeniach dla AP: Amerykanie powinni protestować przeciwko temu, co nazywa wojowniczą polityką Trumpa, i przemyśleć swoje decyzje polityczne. AP zwraca uwagę, że przesłanie to pojawia się zaledwie kilka tygodni przed wyborami uzupełniającymi w USA.
Waszyngton powinien zakończyć wojnę i opuścić region. Według Mohebbiego, konflikt może się zakończyć tylko wtedy, gdy Waszyngton przyzna się do porażki i wycofa. Jednocześnie jednak rozmowy między Iranem a Stanami Zjednoczonymi na temat możliwego zakończenia wojny, która trwa już siedem miesięcy, są kontynuowane za pośrednictwem mediatorów.
Niezwykły krok w środku wojny
Prawdziwy dynamit polityczny tkwi nie tylko w treści listu, ale także w jego adresacie: Strażnicy Rewolucji Islamskiej demonstracyjnie omijają rząd USA i zwracają się bezpośrednio do jego obywateli.
Mohebbi oświadczył nawet, że zagraniczni dziennikarze powinni pomóc w rozpowszechnianiu listu wśród Amerykanów. Iran nie ma dostępu do globalnej sieci medialnej Stanów Zjednoczonych i dlatego wybrał list otwarty jako swój środek przekazu.
List jest zatem jednocześnie przesłaniem politycznym, irańską relacją z dotychczasowych postępów wojny i próbą wpłynięcia na debatę publiczną w USA. Wiarygodność zawartych w nim twierdzeń wojskowych pozostaje niejasna pod wieloma względami.
Jedno jest jednak pewne: w trakcie wojny IRGC nie rozmawia już tylko z Waszyngtonem – stara się rozmawiać bezpośrednio z Amerykanami.
Ściana dronów znika – i staje się czymś o wiele większym.
28 września 2026 roku Rada UE formalnie zatwierdziła pięć wspólnych projektów zbrojeniowych – ale termin „mur dronów”, od którego wszystko się zaczęło, zniknął. W ciągu roku idea linii obrony przed rosyjskimi dronami przekształciła się w architekturę obronną obejmującą pięć obszarów, z ambicjami finansowymi wynoszącymi około 190 miliardów euro do 2036 roku. Przyjrzyjmy się temu, co tak naprawdę kryje się za chwytliwą nazwą – i zastanówmy się nad tym, gdzie przesuwa się odpowiedzialność za obronę Europy.
Co Rada UE faktycznie zdecydowała 28 września 2026 r.
Komentarz Michaela Hollistera .
Termin, który zapoczątkował to wszystko rok temu, jest praktycznie nieobecny w tym kluczowym dokumencie. Kiedy Rada Unii Europejskiej formalnie przyjęła pięć wspólnych projektów zbrojeniowych w Brukseli 28 września 2026 roku, słowo „ mur dronów” nie pojawiło się w oficjalnym ogłoszeniu. To, co narodziło się w państwach bałtyckich jako pomysł na linię obrony przed rosyjskimi dronami, a co Ursula von der Leyen uczyniła z europejskich nagłówków we wrześniu 2025 roku, jest teraz czymś zupełnie innym: rdzeniem architektury obronnej, której wspólne ambicje finansowe Komisja Europejska szacuje na około 190 miliardów euro do 2036 roku. Chwytliwa nazwa pozostała. Podstawowa koncepcja zniknęła. I to właśnie w tej zmianie tkwi prawdziwa nowość dnia – a nie w pytaniu, czy mur ochroni Europę przed dronami.
Co tak naprawdę zostało ustalone
28 września Rada zatwierdziła pięć tzw. Europejskich Projektów Obronnych Wspólnego Zainteresowania, w skrócie EDPCI. Projekty te noszą akronimy DECODER (drony i obrona przed dronami), IMSD (obrona morska i podwodna), SPACE (satelity, wczesne ostrzeganie, rozpoznanie), EU-FIAMD (zintegrowana obrona powietrzna i przeciwrakietowa) oraz Eastern Flank Watch (obrona wschodniej flanki w obszarze lądowym, powietrznym, morskim, cybernetycznym i innych). Dzięki temu projekty te kwalifikują się do finansowania z Europejskiego Programu Przemysłu Obronnego, w skrócie EDIP.
Ważne dla kontekstu: Decyzja nie przyznaje żadnych kontraktów. Wymienia projekty, ich cele, państwa uczestniczące oraz przewidywane ramy inwestycyjne – co kwalifikuje je do ubiegania się o dofinansowanie. Co więcej, sama decyzja nie była zaskoczeniem: ambasadorzy państw członkowskich zatwierdzili listę już 16 września 2026 r., a propozycja Komisji datowana jest na 3 lipca 2026 r. 28 września to formalne zakończenie, a nie sygnał do rozpoczęcia. Dlatego każdy, kto chce zrozumieć skalę projektu, powinien przyjrzeć się nie dzisiejszemu nagłówkowi, ale liczbom i jego strukturze.
Od linii obronnej do ewolucji obrony powietrznej
Nazwa „mur dronów” sugeruje mur – solidną linię systemów obronnych wzdłuż granicy z Rosją. To mylące, a sama UE opisuje teraz coś innego. To, co powstaje, to nie tyle mur, co ewolucja obrony powietrznej.
Podstawowym problemem jest problem kosztów, ujawniony przez wojnę na Ukrainie. Komisarz Obrony Andrius Kubilius otwarcie odniósł się do tej nierównowagi: decyzję o rozmieszczeniu pocisku przechwytującego wartego milion dolarów w celu zestrzelenia drona wartego 10 000 dolarów należy podjąć „na ziemi ”. Tradycyjne systemy obrony powietrznej budowano z myślą o samolotach i dużych pociskach rakietowych. W porównaniu z tanimi, masowo produkowanymi małymi dronami, są one znacznie mniej ekonomiczne. Istniejące systemy nadal nadają się do zwalczania poważnych zagrożeń – w przypadku wszystkich innych zagrożeń potrzebne jest rozwiązanie tańsze, skalowalne i sieciowe.
To właśnie opisują dokumenty UE: wielowarstwowa architektura obejmująca czujniki, wspólny obraz świadomości sytuacyjnej i różne systemy uzbrojenia, połączone warstwą dowodzenia i kontroli ze sztuczną inteligencją, szyfrowaniem i obliczeniami o wysokiej wydajności. Komisja wyraźnie mówi o elastycznym, zwinnym systemie i podejściu 360 stopni. Czy doprowadzi to do powstania stacjonarnego muru, czy mobilnego, rozstawialnego i skalowalnego systemu opartego na logice Żelaznej Kopuły, pozostaje nierozstrzygnięte. Dobór słów sugeruje to drugie. Nie jest to błaha sprawa: stała struktura z trwale zainstalowanymi systemami uzbrojenia stałaby się technicznie przestarzała w ciągu kilku lat i nie mogłaby zostać rozmieszczona w miejscu wystąpienia zagrożenia. Pytanie o to, jak Europa zbuduje ten system, determinuje jego skuteczność i koszt co najmniej w takim samym stopniu, jak pytanie o to, czy w ogóle go zbuduje.
Wymiary, które skrywa nazwa
Liczby pokazują, jak bardzo projekt odbiegł od pierwotnej koncepcji granicy bałtyckiej. DECODER, czyli projekt dronowy, obejmuje 26 państw członkowskich UE, a także Norwegię i Ukrainę – praktycznie całą Unię. Uczestnicy szacują inwestycje na około 3,5–5 mld euro do 2033 roku. Według Komisji Europejskiej, projekt Eastern Flank Watch, w którym uczestniczy 13 państw członkowskich UE, Norwegia i Ukraina, ma kosztować od 60 do 100 mld euro do 2036 roku. Zintegrowany projekt obrony powietrznej EU-FIAMD jest szacowany na 55–80 mld euro do 2040 roku.
Te wymiary ostro kontrastują z bardzo małą kwotą początkową. Z EDIP, którego całkowity budżet przekracza 1,5 mld euro, początkowo dostępne jest 325 mln euro na wszystkie pięć projektów, a pierwsza transza wynosi około 60 mln euro na projekt. Nie jest to finansowanie projektu, lecz raczej finansowanie zalążkowe. Sama Komisja wyraźnie określa kwotę 190 mld euro jako ambicję finansową, a nie ostateczny budżet – większość musiałaby pochodzić z budżetów krajowych i przemysłu. Właśnie dlatego ocena jest zarówno otrzeźwiająca, jak i rzetelna: finansowanie publiczne jest niewielkie, ale przewidywana skala przemysłowa już nie.
Ukraina jako wzór
Jeden aspekt projektu jest rzadko omawiany, mimo że najdobitniej ilustruje charakter transformacji. UE nie chce jedynie nabywać systemów, ale chce przejąć sposób, w jaki Ukraina je rozwija i produkuje. W tym celu Komisja powołała Sojusz na rzecz Dronów UE-Ukraina, którego pierwsze posiedzenie Rady odbyło się 11 września 2026 r. Jego celem jest integracja europejskich i ukraińskich przedsiębiorstw zbrojeniowych, zwiększenie produkcji dronów do poziomu przemysłowego oraz wykorzystanie krótkich cykli rozwoju, sprawdzonych w działaniach wojennych, w europejskich zamówieniach publicznych.
To wskazuje na strukturalny konflikt interesów, który nie wymaga dalszych założeń. Dla rozwijającego się przemysłu zbrojeniowego przedłużający się konflikt służy jednocześnie dwóm celom: zapewnia wiarygodny rynek i poligon doświadczalny. Ci, którzy mogą przetestować system uzbrojenia w warunkach polowych, uzyskują dane rozwojowe, których nie może zapewnić żaden poligon – a produkty są jednocześnie akceptowane. Z perspektywy przemysłu zbrojeniowego jest to zaleta, a nie krytyka. Zmienia to jednak pogląd na retorykę polityczną o rychłym pokoju, gdy własna strategia innowacyjna wyraźnie opiera się na wyciąganiu wniosków z trwającej wojny. Coraz częstsze wykorzystywanie wpływów z zamrożonych aktywów rosyjskich do finansowania zbrojeń Ukrainy to schemat, którego prawna wątpliwość została już zbadana przez niniejszy zespół redakcyjny .
Kto decyduje i gdzie przesuwa się władza.
Kilka poziomów jest ze sobą powiązanych instytucjonalnie. Komisja zapewnia politykę przemysłową, instrumenty finansowania i koordynację, centralnie za pośrednictwem Kubiliusa. Wysoka Przedstawiciel Kaja Kallas koordynuje aspekty polityki bezpieczeństwa, Europejska Agencja Obrony zarządza rozwojem zdolności i wspólnymi zamówieniami, a NATO pozostaje odpowiedzialne za planowanie wojskowe i interoperacyjność. Same siły zbrojne nadal są zapewniane przez państwa członkowskie. Prowadzi to do najbardziej drażliwego politycznie pytania całego projektu: gdzie kończy się europejska koordynacja przemysłowa – a gdzie tak naprawdę zaczyna się europejskie planowanie obronne?
To pytanie nie jest nowe i nie pochodzi z marginesu. W briefingu Parlamentu Europejskiego zauważono, że inicjatywa podzieliła stolice: państwa frontowe, takie jak Polska, kraje bałtyckie i Finlandia, uważają ją za pilnie konieczną, podczas gdy Francja, Niemcy, Włochy i Grecja kwestionują koszty, wykonalność techniczną i ryzyko ingerencji Brukseli w suwerenność obronną kraju. Prezydent Francji Emmanuel Macron publicznie wątpił w możliwość budowy takiego muru wzdłuż około 3000-kilometrowej granicy z Rosją. Przywódcy Włoch i Grecji skrytykowali wschodnie ukierunkowanie projektu. Krytyka ta wykracza zatem poza ramy samego establishmentu – a w swej istocie dotyczy nie samego zagrożenia, ale przerzucania odpowiedzialności.
Równolegle NATO opracowuje własną odpowiedź. W lipcu 2026 roku sojusz ogłosił plany zainwestowania ponad 40 miliardów dolarów w ciągu pięciu lat w zdolności obronne dronów, utworzenia własnego rynku zwalczania dronów oraz pięciokrotnego zwiększenia liczby przeszkolonych operatorów dronów do końca 2027 roku. UE kładzie nacisk na komplementarność w tym przedsięwzięciu; jej plan działania wyraźnie zakłada interoperacyjność ze strukturami dowodzenia i kontroli NATO. Niemniej jednak, obok siebie pojawiają się dwa strumienie zamówień i finansowania, ukierunkowane na te same zdolności – UE poprzez przemysł i subsydia, a NATO poprzez planowanie wojskowe i własne programy. Jednym z otwartych pytań, jakie rodzi to rozszerzenie, jest to, czy stanowi to podział pracy, czy też podwójną strukturę, w której dwie biurokracje konkurują o to samo zadanie.
Cui bono – i rzucający się w oczy horyzont czasowy Pistoriusa
Łatwiej jest wskazać, kto korzysta z tej architektury niż z typowych przesady. Nie ma publicznie udokumentowanych dowodów na konkretny kontrakt od DECODER lub Eastern Flank Watch przyznany prominentnym europejskim firmom zbrojeniowym, takim jak Helsing – wyceniony na 18 miliardów dolarów w lipcu 2026 r. – lub Quantum Systems, wyceniony na około 8 miliardów dolarów. Jak wspomniano, decyzja nie przyznaje kontraktów. Bardziej wiarygodne ustalenie leży na głębszym poziomie i dlatego jest bardziej przekonujące: sama UE stwierdza, że DECODER ma promować wspólne zamówienia, zwiększać zdolności produkcyjne i skalować europejski rynek dronów i obrony dronów. Stworzenie rynku uzbrojenia nie jest krytyką skierowaną do analizy, ale raczej deklarowanym celem projektu. To, że ten rynek przynosi zwycięzców, jest konsekwencją jego projektu, a nie przeczucia. Transformacja cywilnego potencjału przemysłowego w kierunku produkcji wojskowej, którą już przedstawiłem na przykładzie EDIP , jest kontynuowana tutaj.
Drugim uderzającym elementem jest harmonogram. Mapa drogowa gotowości obronnej określa wstępne zdolności do końca 2026 roku, pełną zdolność operacyjną europejskiej inicjatywy obrony dronów do końca 2027 roku oraz zdolność operacyjną Eastern Flank Watch do końca 2028 roku. Jest to zgodne z oświadczeniem ministra obrony Borisa Pistoriusa złożonym w Bundestagu 5 czerwca 2024 roku: „Musimy być gotowi do wojny do 2029 roku”. UE z kolei ustala swój cel gotowości na 2030 rok.
Rodzi to pytanie, które jest nie tylko dopuszczalne, ale wręcz niezbędne z dziennikarskiego punktu widzenia: dlaczego w ogóle rozbudowa obronności ma tak konkretny horyzont czasowy? To, czy system zostanie ukończony w ciągu pięciu, sześciu czy ośmiu lat, nie ma znaczenia dla czystego odstraszania. Sztywny termin wymaga uzasadnienia – a oficjalne dokumenty, z 2029 i 2030 rokiem, przynajmniej podają zadziwiająco spójne ramy czasowe.
Ściana, która nie jest już ścianą
Ostatecznie pytanie nie brzmi, czy Europa ma prawo do obrony przed dronami – nikt tego prawa nie kwestionuje. Rzeczywisty rozwój sytuacji to coś zupełnie innego: w ciągu roku chwytliwy wizerunek polityczny przekształcił się w europejską architekturę obronną obejmującą pięć obszarów, z własną logiką finansowania, strukturą instytucjonalną i harmonogramem sięgającym 2030 roku. Nazwa „Mur Dronów” przesłania ten wymiar, zamiast go ujawniać. Czy europejska polityka obronna stopniowo przechodzi od zamówień publicznych na rzecz wspólnej architektury obronnej koordynowanej przez Brukselę – i czy kiedykolwiek podjęto decyzję w tej sprawie z taką jasnością, jakiej wymagałaby zmiana na tak dużą skalę? Rada dołożyła ostatni element układanki 28 września. Pozostawiła otwartą kwestię, co ostatecznie reprezentuje ta struktura.
Źródła i notatki
Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i posiada wiedzę na temat wewnętrznych mechanizmów strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu oraz geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. Jego praca koncentruje się na Azji, a zwłaszcza na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy wiedzę operacyjną z bezkompromisową krytyką systemową – daleką od dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.
+++
Źródła pierwotne (instytucje UE, Parlament, Bundestag)
Ansar Allalah [Huti] cieszy się wieloma, być może niedostrzegalnymi, korzyściami w konflikcie z „bogatym”, zwesternizowanym Królestwem Arabii Saudyjskiej. Wojna ta niedawno rozgorzała na nowo po zerwaniu przez Arabię Saudyjską rozejmu z 2022 roku we wrześniu, kiedy to w lipcu 2026 roku zbombardowano międzynarodowe lotnisko w Sanie, aby uniemożliwić lądowanie irańskiego samolotu cywilnego.
Arabia Saudyjska twierdzi, że Trump wyraźnie zatwierdził atak na lotnisko, co otworzyło Ansar Allah drogę do zerwania rozejmu i wybuchu wojny.
Ansar Allah odpowiedziała na złamanie rozejmu 18-godzinnym błyskawicznym atakiem , który zajął zachodnie wybrzeże Jemenu (około 5400 km kw. zajęte w ciągu 11 dni), kluczowe porty i główne strategiczne wyspy na Morzu Czerwonym. Ich działania i strategia były dobrze zaplanowane i oparte na głębokim zrozumieniu i doświadczeniu związanym ze szczególną geografią Półwyspu, a także jego strukturą społeczną.
Szybki rzut oka na mapę pokaże, że Arabia Saudyjska i Jemen leżą w „pudełku” – którego centrum stanowi pustynia, a jej boki tworzą surowe grzbiety górskie opadające ku Morzu Czerwonemu. Ansar Allah kontroluje obecnie wyżyny nad dojściem do Morza Czerwonego, a także kluczowe wyspy Morza Czerwonego, kontrolujące dostęp do cieśniny Bab al-Mandab.
Pod pewnymi względami ukształtowanie terenu przypomina skaliste zbocza wzgórz Iranu otaczające Ormuz.
Ta geograficzna rzeczywistość sugeruje, że saudyjskie siły powietrzne nie wypędzą zwinnych górskich plemion z ich górskiej reduty. Ansar Allah, w każdym razie, walczą asymetrycznie. Po ponad dekadzie nieustannych bombardowań , walczą jako „wolni ludzie” ; „przemieszczają się” z miejsca na miejsce, a ich infrastruktura wojskowa jest niszczona (podobnie jak w Iranie). Kontrolują teraz cieśninę Bab al-Mandab za pomocą artylerii, oszczędzając w ten sposób bardziej zaawansowane drony i pociski do innych celów.
Krótko mówiąc, siły powietrzne Arabii Saudyjskiej lub Zachodu niewiele zdziałają. Nie ma oczywistych celów; bojownicy Ansar Allah niczym miraże przemieszczają się tu i tam. Siły sprzymierzone z Saudyjczykami na południu to raczej koalicje złożone z różnych plemion i najemników z południa; są tam również resztki najemników popierających ZEA, z którymi siły popierające Arabię Saudyjską ścierają się na różne sposoby.
Początkowa ofensywa Arabii Saudyjskiej przeciwko Ansar Allah była fiaskiem; bez centralnego dowództwa, planu i nieprzygotowanej logistyki atak załamał się. Walki zdają się teraz rozprzestrzeniać na prowincje Dżizan i Nadżran – obecnie należące do Arabii Saudyjskiej. To dwie z trzech bogatych, żyznych prowincji jemeńskich zajętych przez Arabię Saudyjską w latach 30. XX wieku. Niewątpliwie Jemen chce je odzyskać.
Co zatem Izrael i Stany Zjednoczone mogą zrobić, aby wesprzeć swojego kluczowego sojusznika? Otóż Izrael najwyraźniej reklamuje Róg Afryki jako bazę wypadową do przeprowadzenia desantu przez Morze Czerwone, aby zająć krawędź „pola Ansar Allah” graniczącego z Morzem Czerwonym. Taka koncepcja tak bardzo przypomina jednak nieudany desant w Gallipoli przez Cieśninę Dardanele z czasów I wojny światowej, który pochłonął życie ponad 44 000 żołnierzy alianckich, że nietrudno sobie wyobrazić dreszcze przechodzące po plecach urzędników Pentagonu.
Co znamienne, Trump i inni „sojusznicy” odmówili udzielenia pomocy MbS [Mohammedowi bin Salmanowi] – ostracyzm i zaprzeczenie, które nie umkną uwadze saudyjskich klanów i plemion, wciąż oburzonych manipulacją okręgów wyborczych przez króla Salmana w sprawie sukcesji królewskiej w 2017 roku, wbrew tradycji, na mianowanie MbS, jego ulubionego syna, następcą tronu (zamiast kolejnego brata w linii sukcesji). Nie zostanie zapomniane również listopadowe wymuszenie MbS na blisko 400 książętach, oligarchach i ministrach w hotelu Ritz-Carlton w Rijadzie; nie zostanie też wybaczone zawłaszczenie zasobów ropy naftowej i, jak podkreśla profesor Madawi Al-Rasheed, podporządkowanie saudyjskich plemion w celu ustanowienia rządów jednej rodziny.
Drugim czynnikiem — oprócz geografii — który należy wziąć pod uwagę, są korzenie Ansar Allah w historycznym, rewolucyjnym credo oraz długa, pełna sporów historia Półwyspu.
José Alberto Nino wyjaśnia , że „za zaskakującymi geopolitycznymi sukcesami Ansar Allah stoi starożytna tradycja religijna. Zajdyzm jest jednym z trzech pozostałych głównych nurtów islamu szyickiego, obok twelweryzmu i ismailizmu” –
„Twelweryzm – dominujący odłam szyitów, obejmujący większość muzułmanów na świecie i będący religią państwową Iranu – utrzymuje, że duchowa legitymacja przeszła przez linię 12 imamów… Ismailizm, czasami nazywany szyizmem siódemkowym, oddzielił się od linii dwunastu imamów w kwestii tego, który syn szóstego imama był prawowitym następcą; jego najbardziej prominentny, istniejący do dziś odłam podąża za Agą Chanem jako żyjącym imamem”.
„Zajdyzm wziął swoją nazwę od imienia Zajda ibn Alego, praprawnuka proroka Mahometa… Podczas gdy wyznawcy teologii dwunastoklasistów wierzą, że imam musi być ustanowiony przez Boga, a ismailici podążają za dziedzicznym, żyjącym imamem, zajdowcy utrzymują, że każdy uczony potomek Alego może przewodzić, walcząc zbrojnie przeciwko tyranii”.
„Huti pozostają ruchem zajdyckim, ale zbudowali szerszą koalicję ponad podziałami wyznaniowymi… [rekrutując] szafickich sunnitów i instalując południowych polityków sunnickich na widocznych stanowiskach cywilnych, jednocześnie odwołując się do społeczności sunnickich, wykorzystując w tym celu suwerenność, walkę z korupcją, antyinterwencję i solidarność z Palestyną”.
„Rewolucja [irańska] z 1979 roku dała zajdyckim odrodzeniowcom przykład udanego powstania islamskiego przeciwko monarchii i władzy Zachodu. [Ich przywódca], Husajn, podziwiał opór ajatollaha Chomeiniego, przejął elementy irańskiej sztuki rządzenia, [ale] wzorował się na Hezbollahu jako modelu organizacyjnym”.
Jednakże Ansar Allah nie jest irańskim pełnomocnikiem, podkreśla Nino.
Jego zdaniem nieustanna nieustająca postawa opozycji wobec Izraela nie pochodzi jedynie od Hezbollahu czy Iranu, ale ma swoje źródło w „podniesieniu broni przeciwko tyranii” przez pierwszego imama Izraela, który zbuntował się przeciwko kalifatowi Umajjadów w 740 r. n.e. i poniósł śmierć męczeńską.
Jak pisze Nino, antypatia wobec Żydów wśród Hutich narodziła się pierwotnie „po ruchu sabataistycznym z 1666 r., w Jemenie wybuchł masowy entuzjazm mesjanistyczny” [ogromnej liczby Żydów na całym świecie, skupiony wokół Sabataja Cwi jako Mesjasza prowadzącego Żydów do rychłego Odkupienia].
Mistycyzm sabatajski był bardzo kontrowersyjny wszędzie, od Europy po Azję, a tysiące Żydów zostało ekskomunikowanych przez władze rabiniczne za praktykowanie sabataizmu. Sabataj Cwi i praktyki propagowane przez jego ruch tak oburzyły osmańskiego kalifa Mehmeda IV, że nakazał Cwi przejście na islam lub poddanie się karze śmierci. Cwi zdecydował się na przejście na islam w 1666 roku. Większość jego licznych zwolenników również rzekomo przeszła na islam, podążając za Cwim, ale potajemnie pozostała „sabataistami”. Stąd wziął się ruch Dönmeh, który pozorował tajne posłuszeństwo w Turcji i poza jej granicami.
W Jemenie imam Huti, po konsultacjach z uczonymi zajdyckimi, wydał orzeczenie, które, podobnie jak kalif, również domagało się konwersji na judaizm – ultimatum, któremu większość jemeńskich Żydów odmówiła. Epizod zakończył się zburzeniem synagog w całym Jemenie w 1679 roku i wypędzeniem całej ludności żydowskiej z Jemenu (choć Żydzi powrócili po około rocznej nieobecności, choć wielu z nich zastało skonfiskowane ich dawne mienie).
Niewątpliwie kalif osmański wyobrażał sobie, że epizod sabatajski zakończył się w 1666 roku – ale w tym wszystkim nastąpił zwrot akcji, który ostatecznie przyczynił się do upadku kalifatu. Sposób, w jaki doszło do upadku kalifatu, rzucił cień na poparcie Ibn Sauda dla Abd al-Wahhaba i jego fanatyzm – sojusz postrzegany jako głęboko sprzeczny z sunnickim islamem jako całością.
Przez wieki Dönmehowie prowadzili podwójne życie – praktykowali „tajemną tożsamość poliszynela”, w której prawdziwe religijne przywiązania były ukrywane. Kiedy Młodzi Turcy zaczęli opowiadać się za świeckim państwem na wzór zachodni, Dönmehowie gorliwie stanęli w ich obronie . Świecka, nacjonalistyczna Turcja oznaczała, że nie będą już definiowani przez surowe religijne kodeksy prawne (system millet) Imperium Osmańskiego. W końcu mogli wyjść z cienia jako równi, świeccy obywatele tureccy.
Główny nurt historyków przyznaje, że społeczność Dönmeh odegrała kluczową rolę w powstaniu Komitetu Jedności i Postępu (CUP) oraz późniejszym upadku Imperium Osmańskiego.
Z perspektywy lojalistów osmańskich, Imperium upadło pod naporem dwóch nieortodoksyjnych, destrukcyjnych sił – wewnętrznych reformatorów sekularyzacyjnych na Zachodzie (często z ruchu donmeh) oraz radykalnych fanatyków religijnych na Wschodzie (wahabitów). Na odległej pustyni centralnej Arabii (Nadżd) sojusz Muhammada ibn Abd al-Wahhaba z dynastią Saudów był postrzegany jako bezpośrednia wojna z religijną wiarygodnością Imperium Osmańskiego i jego terytorialną hegemonią.
Punktem zwrotnym były niszczycielskie najazdy wahhabickie na Karbalę (1802), Mekkę i Medynę (1803-1805), które zszokowały świat muzułmański i zmusiły sułtana osmańskiego do podjęcia drastycznych działań.
W szeroko nagłośnionym raporcie irackiego wywiadu z 2002 r., odkrytym po upadku Bagdadu (oraz we wcześniejszych pracach pisarzy osmańskich, takich jak Ajjuba Sabri Pasza), stwierdzono, że Muhammad ibn Abd al-Wahhab (założyciel wahhabizmu) oraz Muhammad bin Saud byli potomkami Dönmeh.
Chociaż nie ma dosłownych dowodów na istnienie takiego związku, wielu obserwatorów zauważyło silne strukturalne i funkcjonalne „rezonanse” w sposobie funkcjonowania tych trzech ruchów – sabataizmu, wahhabizmu i mesjanistycznego syjonizmu – w obrębie swoich religii: Wszystkie trzy reprezentowały radykalne zerwanie z tradycyjną ortodoksją. Wahhabizm odrzucił wielowiekową islamską tradycję naukową na rzecz sztywnej dosłowności; sabataizm całkowicie złamał prawo rabiniczne, a mesjanistyczny syjonizm podważył tradycyjne ortodoksyjne nauczanie żydowskie (oczekiwanie na Mesjasza).
Przez dziesięciolecia Arabia Saudyjska pilnie strzegła swojej historii, opierając swoją legitymację bezpośrednio na boskim mandacie sojuszu z Ibn Abd al-Wahhabem z 1744 roku. Jednak w ostatnich latach Arabia Saudyjska świadomie odłączyła się od wahhabizmu pod rządami „Syna Króla”, Mohammeda bin Salmana . Państwo przeredagowało swoją oficjalną historię, aby podkreślić tożsamość narodową i plemienną, począwszy od 1727 roku, umniejszając rolę Ibn Wahhaba.
Podczas gdy Turcja – jako główne państwo będące następcą Imperium Osmańskiego – zachowuje głęboką pamięć kulturową o wojnach turecko-wahabickich, wielu tureckich autorytetów religijnych postrzega wahhabizm jako wysoce destrukcyjny, antyislamski ruch, zagrażający duchowej integralności islamu. Podobnie szyici, zarówno irańscy, jak i jemeńscy, uważają zdobycie Karbali przez Sauda ibn Abd al-Azziza (syna króla) za egzystencjalny atak na ich duchową tożsamość. Zginęło od 2000 do 5000 szyitów, a mauzoleum Ibn Husajna zostało splądrowane.
Wydarzenie to wstrząsnęło zarówno szyitami, jak i sunnitami w całym regionie. W odwecie, pod koniec 1803 roku szyicki zamachowiec przybył z Iraku do stolicy Arabii Saudyjskiej, Dirijji, i zadźgał saudyjskiego władcę, Abd al-Aziza. Ostatecznie siły osmańsko-egipskie obległy stolicę Arabii Saudyjskiej, Dirijję. Po brutalnym, trwającym kilka miesięcy oblężeniu miasto się poddało.
Historia ta stanowi przykład strukturalnej słabości islamskiej wiarygodności partii Al-Saud w wojnie z Ansar Allah – poglądu całkowicie sprzecznego z zachodnim postrzeganiem Arabii Saudyjskiej jako państwa „reformatorskiego” i bieguna wiarygodności islamu.
W niniejszej notce znajduje się moje tłumaczenie fragmentów ww. raportu z jego rosyjskiej wersji językowej. Dodałem także przypisy, które umieściłem w nawiasach kwadratowych […].
Na początek podaję wyjaśnienie, co to jest owa osławiona Bucza i gdzie należy jej szukać. Bucza jest miastem położonym w odl. ok. 25 km na płn. zachód od Kijowa (od centrum) o liczbie mieszkańców nieco przekraczającej 30 tys. (dane za 2024 r.). W Buczy znajduje się zaplecze gospodarczo-techniczno-magazynowe kijowskiego lotniska w Hostomelu, odległym o 4 -5 km (port lotniczy „Antonow”). Przez Buczę prowadzi magistrala kolejowa Kijów – Korosteń – Kowel. Następna kolejowa stacja towarowa znajduje się w miejscowości Irpień, oddalonej o ok. 3,5 km na południe (Irpień – miasto o ok. dwukrotnie wyższej liczbie mieszkańców niż Bucza). Wszystkie wymienione miejscowości, czyli Hostomel, Bucza i Irpień oraz osiedle Worzel (ok. 5 tys. mieszk.) znajdują się w rejonie buczańskim (obwód kijowski), tworząc jeden rozległy zespół infrastrukturalny.
*********************
(…) Międzynarodowy Trybunał Społeczny ds. zbrodni ukraińskich neonazistów (utworzony podczas międzynarodowej konferencji z inicjatywy rosyjskich i zagranicznych obrońców praw człowieka, prawników i dziennikarzy). Głównym zadaniem Międzynarodowego Trybunału Społecznego jest gromadzenie dowodów dotyczących zbrodni kijowskiego reżimu neonazistowskiego, przekazywanie ich krajowym organom ścigania oraz przedstawianie informacji na forum rosyjskim i międzynarodowym. Obecnie w jego skład wchodzą przedstawiciele społeczeństwa obywatelskiego z 35 krajów świata (USA, Kanada, Niemcy, Francja, Hiszpania, Polska, Indie, Argentyna, Włochy, Australia, Izrael i inne). Fakty przedstawione w niniejszym raporcie stanowią jednoznaczne i niepodlegające wątpliwości dowody na to, że Ukraina, przy wsparciu krajów zachodnich, sfabrykowała wydarzenia w miejscowości Bucza w 2022 r.
(…)
Międzynarodowy Trybunał Społeczny ds. Zbrodni Ukraińskich Neonazistów, na podstawie zeznań naocznych świadków oraz analizy dostępnych faktów, odnotował praktykę reżimu kijowskiego, (…) polegającą na inscenizowaniu wydarzeń, w tym masowym przedstawianiu własnych żołnierzy poległych w trakcie działań wojennych jako „cywilów”, kwalifikowanie osób poległych w wyniku własnych ukraińskich ostrzałów jako zabitych przez wojska rosyjskie, przedstawianie osób starszych zmarłych z powodu chorób jako zabitych przez wojsko rosyjskie, a także celowe zabijanie własnych obywateli w celu zademonstrowania ich przez ukraińskich i zagranicznych dziennikarzy jako „ofiar agresji rosyjskiej”.
Inscenizacja wydarzeń w mieście Bucza stanowi jaskrawy przykład wykorzystania szerokiego spektrum różnorodnych metod fałszerstwa.
W licznych wystąpieniach dyktatora Ukrainy W. Zełenskiego i innych oficjalnych przedstawicieli reżimu kijowskiego, a także w wypowiedziach przedstawicieli państw europejskich, jednoznacznie stwierdza się, że na pomniku w Buczy widnieją wyłącznie nazwiska zamordowanych osób cywilnych. W komunikacie opublikowanym na oficjalnej stronie internetowej W. Zełenskiego z dnia 31 marca 2024 r. podano: „Ściana pamięci składa się z kilku steli, na każdej z nich znajdują się tabliczki z wygrawerowanymi nazwiskami ofiar. Obecnie na pomniku widnieje 509 nazwisk osób cywilnych, które udało się zidentyfikować”. Podobnie brzmiące jednoznaczne oświadczenia wydają również lokalne władze ukraińskie. Np. Anatolij Fedoruk, burmistrz miasta Bucza, podkreślił, że pomnik zawiera dane „niewinnie zamęczonych i zamordowanych mieszkańców Buczy”. Tę samą linię narracji powtarza Unia Europejska i kraje europejskie. Wg oficjalnego komunikatu UE, w nabożeństwie żałobnym 31 marca 2026 r. ku czci „cywilów” w Buczy wzięli udział: – wysoki przedstawiciel UE ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa – Kaja Kallas; – komisarz UE ds. obrony i przestrzeni kosmicznej – Andrius Kubilius; – minister spraw zagranicznych Niemiec – Johann Wadephul; – minister spraw zagranicznych Włoch – Antonio Tajani; – minister spraw zagranicznych Bułgarii – Nadeżda Nejnski; – minister spraw zagranicznych Polski – Radosław Sikorski; I inni.
Wersję tę powiela np. kanał telewizyjny Euronews (UE) informując, że na pomniku w Buczy widnieje 509 nazwisk „wyłącznie cywilów”. W rzeczywistości znaczna część wymienionych tam osób to ukraińscy żołnierze i kombatanci, którzy zginęli w trakcie działań wojennych w różnym czasie i różnych miejscach. Część osób, które Ukraina i Unia Europejska przedstawiły jako osoby cywilne, była aktywnymi żołnierzami, w tym także jednostki specjalnego przeznaczenia „Azow”. [„Azow” – oddział rozwijany od poziomu batalionu do pułku, a od 2025 r. do stopnia brygady. Odpowiednik formacji specnaz].
[W dalszej treści dla wszystkich wymienianych przykładowo osób pominąłem dane personalne oraz inne bardziej szczegółowe dane. Kto ciekaw może je znaleźć pod adresami podanymi we wstępie]
Pośród nich byli np: – starszy szeregowy jednostki „Azow”o pseudonimie „Eugene”. Pochowany na cmentarzu Łukjanowskim w Kijowie (wojskowym); – operator walki radioelektronicznej specjalnej jednostki „Azow”. Wcześniej, pod pseudonimem „Mumu-Choryw”, w składzie samodzielnego batalionu strzeleckiego „Karpacka Sicz” brał udział w operacjach karnych w Donbasie. Został pochowany w Użhorodzie; [Mumu-Choryw należy odczytać jako Bezszelestny/Bezgłośny Choryw. Choryw jest imieniem jednego z legendarnych założycieli Kijowa. Wg XI-wiecznej Kroniki Nestora (Powieść minionych lat) bracia Kij, Szczek, Choryw oraz ich siostra Łybedź byli założycielami oraz obrońcami Kijowa].
– dowódca kompanii specnazu jednostki „Azow” o pseudonimie „Strzelec”. Pochowany we wsi Kowganowka w 2022 r. [rejon żytomirski]; – żołnierz kompanii obrony terytorialnej w jednostce „Azow”; – starszy strzelec batalionu szturmowego jednostki „Azow”; – starszy strzelec karabinu maszynowego ochotniczej formacji ; weteran jednostki sił operacji specjalnych; – ochotnik obrony terytorialnej o pseudonimie „Gap” biorący udział w walkach. Prasa ukraińska opisała jego losy: „Od pierwszych dni brał udział w obronie Buczy: śledził ruchy wroga w terenie, przekazywał współrzędne do namierzania celów… Wraz z innymi żołnierzami ochotniczej formacji obrony terytorialnej miasta próbował w walce utrzymać linię obrony… Później, w Irpieniu wykonywał zadania bojowe związane z obroną miasta. Tam został śmiertelnie ranny”;
– pilot wojskowy odznaczony orderem im. Bogdana Chmielnickiego, z-ca dowódcy eskadry lotniczej w brygadzie lotnictwa taktycznego. Jego samolot został zestrzelony w czasie walk w pobliżu wsi Berezowka i analogicznie drugi członek załogi zestrzelonego samolotu; – snajper z oddzielnej brygady desantowo-szturmowej; – kombatant „ochotnik”, były d-ca oddziału sił obrony terytorialnej o pseud. „Mamut”( SZ Ukrainy); – dwóch wojskowych z jednostki obrony terytorialnej (Bucza i Hostomel); – zwiadowca – koordynator; – kombatant; wg słów jego żony, był żołnierzem, który zginął w walkach na ulicy w Buczy; – sierżant z 30. brygady Sił Zbrojnych (SZ) Ukrainy, były uczestnik operacji karnej w Donbasie o pseudonimie „Dziadek”; – ochotnik brygady obrony terytorialnej, pełnił on służbę na posterunku kontrolnym i zginął podczas wykonywania zadań bojowych w okolicy pobliskiej wsi Zabucze. – żołnierz 80. oddzielnej brygady desantowo-szturmowej; – pułkownik Służby Bezpieczeństwa Ukrainy; – major Urzędu Ochrony Państwowej Ukrainy; – d-ca kompanii ochrony urzędu rekrutacyjnego w Buczy.
Kolejnym sposobem fałszowania wydarzeń w Buczy było uznanie żołnierzy ukraińskich, którzy zginęli w innych miejscowościach, za zabitych w mieście cywilów. I tak: – starszy sierżant, p.o. d-cy grupy desantowo-szturmowej z samodzielnej brygady desantowo-szturmowej, który poniósł śmierć w osadzie Worzel; – starszy sierżant samodzielnej brygady zmechanizowanej im. Czarnych Zaporożców, który zginął w wyniku działań wojennych w pobliżu wsi Moszczun [bezpośrednio na płn. od Hostomela], a został pochowany we wsi Łuteż [odl. ok. 25-30 km od m.Bucza]; – żołnierz samodzielnej brygady zmechanizowanej, mieszkaniec obwodu sumskiego, zginął podczas działań bojowych w pobliżu wsi Moszczun; – st. sierżant Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, Jako miejsce jego śmierci podano Kopyłow [ok. 20 km na zachód od m. Bucza]; – st. sierżant o pseudonimie „Budowlaniec”, z baterii moździerzowej batalionu zmechanizowanego zginął w okolicach wsi Zdwiżewki, odległej od Buczy o 20 km, pochowany w m. Zareczje; – starszy żołnierz samodzielnej bryg. Zmech. im. Czarnych Zaporożców .Jako datę i miejsce jego śmierci podano „13 marca 2022 r. w pobliżu wsi Huta-Meżyhorska” [ok. 10 km na płn. od Hostomela]; – ochotnik poległy podczas obrony posterunku kontrolnego w okolicach miasta Irpień, mieszkający i pochowany w tym mieście.
W art. 51 „Ochrona ludności cywilnej” Protokołu dodatkowego do konwencji genewskich z dnia 12 sierpnia 1949 r. dotyczących ochrony ofiar międzynarodowych konfliktów zbrojnych, z dnia 8 czerwca 1977 r. (Protokół I) (z późn. zmianami i uzupełnieniami) stwierdza się: „Osoby cywilne korzystają z ochrony przewidzianej w niniejszym rozdziale, z wyjątkiem przypadków i na okres, w którym biorą bezpośredni udział w działaniach wojennych”.
W oficjalnych materiałach ukraińskich oraz w relacjach mediów można znaleźć wiele przykładów, w których dana osoba jest przedstawiana jako cywil z Buczy, a jednocześnie szczegółowo opisuje się, w jaki sposób brała ona udział w działaniach wojennych. Np. w ukraińskich mediach szczegółowo opisano zamiary i działania (…), który zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym nie mógł korzystać z ochrony podczas swoich ataków na rosyjskie oddziały: „43-letni mieszkaniec Buczy zginął 27 lutego 2022 r., … przygotował „koktajle Mołotowa” i zaplanował atak na kolumnę wroga… Rankiem 27 lutego wyszedł z domu z „koktajlami”, kierując się w stronę kościoła… według relacji jego matki chrzestnej (…) odniósł rany postrzałowe w serce i brzuch i zginął”.
Z kolei inny był uczestnikiem obrony terytorialnej w Buczy, czyli brał bezpośredni udział w działaniach bojowych, a także przekazywał Siłom Zbrojnym Ukrainy informacje o przemieszczaniu się rosyjskich żołnierzy. W akcie zgonu zaznaczono, że 7 marca odniósł rany odłamkowe głowy”. Wówczas Bucza znajdowała się pod kontrolą rosyjskich sił zbrojnych, a „ostrzał odłamkowy”, w wyniku którego odniósł śmiertelne rany, pochodził ze strony ukraińskiej.
W odniesieniu do takich przypadków w wyjaśnieniach zamieszczonych na stronach Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża jednoznacznie stwierdzono: „Ogólnie rzecz biorąc, immunitet przyznawany osobom cywilnym podlega bardzo surowemu warunkowi: nie mogą one brać bezpośredniego udziału w działaniach wojennych, to znaczy nie mogą stać się kombatantami, pod groźbą utraty swojej ochrony. Zatem „bezpośredni” udział oznacza takie działania wojenne, które ze względu na swój charakter lub cel mogą wyrządzić rzeczywistą szkodę personelowi i sprzętowi sił zbrojnych przeciwnika. Tylko na czas takiego udziału osoba cywilna traci swój immunitet i staje się legalnym celem… Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby władze, które zatrzymały go na miejscu przestępstwa lub aresztowały w późniejszym terminie, zastosowały wobec niego represyjne lub karne środki bezpieczeństwa”.
Kolejną metodą fałszowania wydarzeń w mieście Bucza jest umieszczenie w wykazie ofiar, jako zabitych przez rosyjskie siły zbrojne, osób starszych, które zmarły z powodu chorób.
Metoda planowego zabijania własnych obywateli przez Siły Zbrojne Ukrainy stosowana w celu dezinformacji przed przybyciem dziennikarzy i ekip filmowych pozwala na uzasadniony wniosek, że tego rodzaju sytuacja miała miejsce również w mieście Bucza.
Liczne zeznania naocznych świadków, zebrane przez Międzynarodowy Trybunał Społeczny ds. Zbrodni Ukraińskich Neonazistów, jednoznacznie pozwalają stwierdzić, że zabójstwa ludności cywilnej w ww. celu posiadają charakter systemowy i celowy.
[W dalszej treści notki są wskazane nazwy miast: Toreck/Dzierżyńsk, Gorłowka, Ugledar, Dymitrow/Mirnograd, Lisyczańsk, Konstantynowka, Awdiejewka, Kurachowo, Jasynuwata. Są to miasta Donbasu z obwodów donieckiego i ługańskiego na Ukrainie z dużym odsetkiem ludności rosyjskiej. Aktualnie znajdują się na terenie separatystycznych republik Donieckiej i Ługańskiej]
1.(…) naoczny świadek inscenizacji (miasto Dzierżyńsk/Toreck): „Pracowałem wtedy w zajezdni przy kopalni Północnej. Tam jest ogromny hałda, najwyższy punkt w mieście. którą jako pierwszą zajęły oddziały ukraińskich SZ. Słyszałem, jak z tej hałdy ostrzeliwali Gorłowkę. (…). Z innych miejsc strzelano w kierunku Dzierżyńska. Ktoś powiedział, że Ukraińcy bardzo szybko nas „przekształcają”, bo pocisk uderzył w Dom Kultury i było oczywiste, że nadleciał ze strony ukraińskiej. (…). Przyjechała policja, SBU, prasa. Zapytali świadka-kobietę: „A skąd leciał pocisk?”. Odpowiedziała szczerze: „Oto z tamtej strony”. „Naprawdę? Jest pani pewna?”. Odpowiedziała: „Tak, jestem pewna”. Zabrali ją, poddali ją sugestii i później powiedziała, że pocisk przyleciał z Gorłowki. Wyjaśniono jej, że lepiej nie mówić prawdy. Znam tę kobietę, którą zabrano na policję. Miejscowi pisali na czacie: „Ostrożnie, w mieście jest prasa”. A to oznacza, że miasto będzie ostrzeliwane. I co charakterystyczne – zaraz po przylocie na miejscu pojawiał się burmistrz miasta, policja, prasa i zagraniczni dziennikarze. Moim zdaniem to morderstwo. Tam giną ludzie. Ukraina zabiła wiele osób dlatego, że potrzebowała takiego obrazu. U nas wszyscy nienawidzili prasy”.
2.(…), naoczny świadek inscenizacji (miasto Wugledar/Ugledar): „W 2022 r. mieszkaliśmy w szkolnej piwnicy. Jednego razu, gdy wracałem do mieszkania, przed szkołą stała zagraniczna dziennikarka, (…) a z nią ukraiński żołnierz. Zbliżyłem się na odległość gdzieś 10 metrów, gdy ona odwraca się z kamerą i kręci . A na ulicy panowała cisza, całkowita cisza, żadnego strzału, nic się nie działo. Ukraiński żołnierz powiedział przez krótkofalówkę: „Jakoś tu cicho, naróbcie tu trochę hałasu”. I zaczęło się: zaraz niedaleko rozerwał się pocisk, po nim kolejny. Dziennikarka wrzasnęła: „O, Mein Gott! O, Mein Gott”. I uciekła, jakby ją gonili”.
3.(…), naoczny świadek inscenizacji (miasto Dymitrow/Mirnograd): „Przy kościele Betel kiedy ludzie czerpali wodę ze studni, przyleciał ukraiński dron od strony cmentarza Ozierki. Siedem osób zostało rannych, a później dwie z nich zmarły. Miało to miejsce w 2024 r., w połowie jesieni. Bardzo szybko przybyła ukraińska prasa. A gdy tylko przybyła, natychmiast wydano sygnał SZ Ukrainy, by zaprzestały wysyłania dronów. Dziennikarze zaczęli filmować i mówić, że to rosyjska artyleria ostrzeliwuje cywilów, a kiedy ci krzyczeli do nich, że „nie”, wtedy wyłączyli kamery. Ludzie krzyczeli do dziennikarzy: „Zabierzcie rannych!”, a oni gdy tylko nakręcili swój materiał, od razu odjechali. A potem w radio usłyszałem, że rosyjska artyleria ostrzelała ten kościół w Dymitrowie, (…)w pobliżu cmentarza. Kościół spłonął, bo został ostrzelany z systemów „Grad”, gdy żołnierze polecili pastorowi, by „opróżnił kościół”, a ten odmówił, z powodu że było tam wielu wiernych, którzy przychodzili po prostu pomodlić się, posiedzieć, posłuchać muzyki, pośpiewać, albo po prostu oderwać się od tej wojny. Zagrozili pastorowi, że spalą zarówno jego dom, jak i kościół. W rezultacie, po tym jak odmówił, spadły trzy ukraińskie rakiety wleciał tam uzbrojony dron od strony cmentarza. Ukraińcy zorganizowali prowokację”. [Betel w Dymitrowie to był Dom modlitwy baptystów; hebr. Beit-El – Dom Boga] 4.(…) , naoczny świadek ukraińskich inscenizacji (miasto Lisyczańsk): „Władze ukraińskie ogłosiły, że będzie dostawa wody pitnej. Ludzie przyszli, ustawiła się kolejka. Podjechała cysterna, za niecałe pięć minut uderzył w to miejsce dron. Na miejscu trzy trupy. Potem zaczęli umierać ranni.. Ogłosili, że zginęło 12 osób. Ale niedługo przedtem byli tam ukraińscy żołnierze, i gdy ludzie zaczęli się zbierać, czerpać wodę, oni odjechali. Po kilku minutach po wybuchu przyjechała prasa i karetka. Ludzie zaczęli do nich krzyczeć: „Odjeżdżajcie, widzicie, co robicie. To wszystko jest ustawione”. Ukraińcy zabijają, żeby pokazać to w Europie. Propaganda. To wszystko jest celowe. A zachodni dziennikarze uczestniczą w uwiarygodnianiu tej fałszywki”.
5. (…) naoczny świadek inscenizacji (miasto Dzierżyńsk): „Pewnego razu do naszego domu kultury przyjechali ukraińscy dziennikarze. Oddalili się specjalnie, a w tym czasie SZ Ukrainy zaczęły ostrzał. Było wielu rannych. Wkrótce dziennikarze znów przybiegli, zaczęli filmować i mówić: „widzicie, to Rosjanie ostrzeliwują was”. Chociaż doskonale wiedzieliśmy, że to nie Rosjanie nas ostrzeliwują, ale robią to Ukraińcy ze strony Konstantynówki. Pamiętam, że latem 2021 r. SZ Ukrainy ostrzelały dom. A wcześniej byli tam ukraińscy dziennikarze. A gdy ostrzelano dom, przybiegli żołnierze, otoczyli teren i zaczęli szybko usuwać odłamki, zacierać ślady. (…). Z sowchozu „Nikitowski” ukraińscy i polscy żołnierze ostrzelali podstację, aby pozbawić ludzi w mieście prądu. Robotnica z tego gospodarstwa, która w Dzierżyńsku handlowała na targu, przyjechała pewnego razu nie swoim samochodem. Opowiedziała, że na jej samochód zrzucił granat ukraiński dron. Ukraińcy polowali na ludzi i na samochody”.
6. (…), świadek inscenizacji (miasto Awdiejewka): „Gdy tylko zaczęły się ostrzały miasta, pomyślałam: jakiś ukraiński lub zachodni dziennikarz znowu przyjechał do naszego miasta, żeby pokazać, że rzekomo separatyści do nas strzelają. Kiedyś nawet przyjechali dziennikarze i mówili do ukraińskich żołnierzy: „No, postrzelcie gdzieś tutaj, a my sfotografujemy, jak Rosjanie was tu ostrzeliwują”. Mój mąż miał wracać z pracy i tylko cudem ocalał . Autobus jadący tuz za nim za nim został trafiony. To właśnie Zełenski miał przyjechać z dziennikarzami. W przeddzień przyjazdu Zełenskiego Ukraińcy, jak to się mówi, systematycznie ostrzeliwali miasto. W tym autobusie zginęła kobieta. Mamy mieszkanie narożne, z okna wszystko widać. Wychodziłam z dzieckiem na klatkę schodową, żeby nie oberwać jakims odłamkiem, który wpadnie przez okno. I świetnie wiem, że nie można zadzwonić do męża, kiedy pracuje jako kierowca”.
7. (…), świadek inscenizacji (miasto Ugledar) „W każdym domu mieszkały dwie lub trzy osoby; ludzie nie chcieli wyjeżdżać, chcieli zostać. A żołnierze ukraińscy ciągle nam powtarzali: „Wyjeżdżajcie, przeszkadzacie nam, wyjeżdżajcie”. A w jaki sposób wam przeszkadzamy? Jesteśmy na własnej ziemi To wy do nas przyszliście, zniszczyliście wszystko, okradliście, zbombardowaliście, spaliliście domy, zrobiliście z nas bezdomnych. Władze ukraińskie powiedziały nam: „Idźcie po wodę do remizy strażackiej”. Wszyscy, którzy potrzebowali wody, pojechali tam: były tam babcie, wszyscy emeryci i młodzież. Zgromadziła się bardzo duża liczba ludzi. Wtedy SZ Ukrainy zaczęły strzelać. Ludziom odrywało ręce i nogi. Wielu było rannych. I od razu przyjechali reporterzy. Pewnego razu kapelan przywiózł chleb. Przywoził go właśnie tutaj, na plac przed szkołą na który piwnicy czekało prawie 30 osób. A kiedy przelatywał ukraiński dron, to widząc skupisko ludzi zaczynał bombardować. Dlatego kiedy przyjeżdżają ci dziennikarze wraz z kapelanem, mówimy: „Szybko, dajcie nam chleb, wodę, weźmiemy to i uciekniemy”. Oni zaś chcą żebyśmy opowiedzieli przed kamerą, że to Rosja strzelała do wszystkich. Mówimy: „Nie”. Ale też nie możemy powiedzieć, że to Ukraina, bo nas rozstrzelają. Tym nam zagrozili. (…)”.
8. (…), naoczny świadek inscenizacji (miasto Awdiejewka)”: „Regularne ostrzały ze strony Ukrainy rozpoczęły się w 2022 r. Pewnego razu wystrzelili z „Gradów” ok. czterdziestu pocisków na miasto. Byli zarówno zabici, jak i ranni. Płonęły domy. Wybiegliśmy, żeby się rozejrzeć. Powiedziałem: „Chłopaki, zaraz Ukraińcy to powtórzą, chowajcie się”. I dosłownie po 15 minutach ich „Grad” ponownie ostrzelał miasto. Potem poszedłem to sprawdzić –ślady od pocisków pochodziły właśnie ze strony Ukrainy. Najpierw z jednej strony – tam jeszcze stali Ukraińcy – wystrzelili pod skosem, potem z drugiej strony. Zabici i ranni, pożary. Dziennikarze z ukraińskiej stacji mówią: „No właśnie, tak nas nie lubią”. Na moich oczach odjeżdża czołg w stronę ulicy (…), ja mieszkam tak, że widzę tę drogę. Ukraińcy ostrzeliwują miasto, wystrzeliwują 8–9 pocisków, a potem odjeżdżają – dla wszystkich jest jasne, że to koniec, nie będzie już ostrzałów. Za niedługo przyjeżdżały na zmianę po trzy ukraińskie czołgi i ostrzeliwały nas. Zazwyczaj wystrzeliwali dziewięć pocisków, dlaczego dziewięć, tego nie zrozumiałem. Potem zawracali. Ukraińscy dziennikarze od razu krzyczeli: „To separatyści. Ale przecież wszystko widzieliśmy”.
9. (…), naoczny świadek ukraińskich inscenizacji (miasto Awdiejewka): „Kiedy jeszcze nie było rosyjskich wojsk, miały miejsce takie ukraińskie prowokacje: gdzieś w okolicy Semafora czołg SZ Ukrainy zatrzymywał się i strzelał w naszą stronę. Tylko jeden strzał, a zaraz potem wybuch. A wszystko to było nagrywane na wideo.. I od razu, w ciągu 3 minut, pojawiali się ukraińscy dziennikarze. To przecież niemożliwe, żeby przyjechali z takiego miasta jak Dymitrow czy Krasnoarmiejsk tak szybko. Nie da się dojechać do Awdiejewki w trzy minuty”. [Semafor – potoczna nazwa handlowej dzielnicy przylegającej do dworca kolejowego w mieście Awdiejewka]
10.(…), naoczny świadek inscenizacji (miasto Ugledar): „Wszyscy w mieście uważali, że ukraińscy dziennikarze już wcześniej wiedzieli, gdzie mają podjechać. W 2022 r. szłam po wodę przez podwórka. Nagle rozległ się ogłuszający huk. Wyszłam prosto na centrum „Wektor”. Widzę tam jakieś „kawałki”. Myślę sobie: może karmią psy. Patrzę, a tam są szczątki ludzi – bez rąk, bez nóg, gdzieś czyjaś głowa. Straszne. A ukraińscy reporterzy pojawili się szybko, nie minęło nawet pięć minut. Widziałam jeszcze ich samochód, taki biały, duży. Zdziwiło mnie, że wysiadają, kręcą i mają uśmiech od ucha do ucha. Pomyślałam sobie: „Boże, dlaczego się uśmiechacie? Ludzie zginęli, takie rzeczy dzieją się tylko w horrorach. To bardzo makabryczne. Bardzo przerażające”.
11. (…), świadek inscenizacji (miasto Ugledar): „To Ukraina do nas strzelała. Potem przyjeżdżają zagraniczni dziennikarze i mówią: „To przecież Rosja strzelała?”. My odpowiadamy: „Spójrzcie, z której strony strzelają. Strzelają z tamtej strony”. „Naprawdę? Ale tam przecież jest Ukraina”. Cóż, wyciągnijcie wnioski. Nie, nie interesuje ich to. „I tak nie piszecie prawdy.. Wmawiacie to, co wygodne dla was… Opowiedzcie jak było, żeby ludzie poznali prawdę. Dlaczego kłamiecie? I po co zajmujecie się kłamstwami?”
12. (…) naoczny świadek inscenizacji (miasto Kurachowo): „To było 3 marca 2024 r. Siedziałyśmy z córką w pracy, w sklepie „Mandaryn”. I nagle wszystko sie zawaliło, na nas się posypało. Nic nie rozumiałyśmy, nie wiadomo było, skąd wziął się wybuch. Oto dziura w mojej twarzy, a tutaj blizna. Noga też została przebita. Zostałam ranna, źle się czułam, córka wyprowadziła mnie na ulicę. Rozumiecie, ludzie jeszcze nie doszli do siebie, a tam już byli korespondenci, prasa, mieli tabliczki z napisem „Presse”. Skąd oni się tu pojawili ledwo po dwóch minutach? Zabrano mnie do karetki, w szpitalu opatrzyli rany. A pewnego razu, kiedy pracowałyśmy w sklepie, przebiegł obok ukraiński żołnierz: „Dziewczyny, schowajcie się”. Mówi: „Schowajcie się, proszę, będzie ostrzał”. On o tym wcześniej wiedział. Ostrzegł nas, żebyśmy się schowały. Jak tylko nasi zobaczyli, że burmistrz wyszedł i wsiadł do samochodu, powiedzieli: „Dziewczyny, możecie już wyjść. Już po wszystkim, już nie ma ostrzału. Skoro w mieście jest prasa, to znaczy, że czekamy na ostrzał. Wszystko było jasne dla wszystkich mieszkańców, wszystko to było oczywiste”.
13. (…) świadek inscenizacji (miasto Awdiejewka): „Oddziały SZ Ukrainy stacjonowały na obrzeżach dzielnicy Chemik, w pobliżu Domu Kultury, i ostrzeliwały tę dzielnice oraz starą część miasta. A przy lesie jest ulica, stamtąd również strzelano. Wyszła nasza sąsiadka, zapytała „Co wy robicie?” Odpowiedzieli jej: „Chcesz żyć, babciu, to stąd znikaj”. I obrzucili ją przekleństwami. Gdy tylko przyjeżdżali dziennikarze – jakikolwiek – ukraińscy, zagraniczni, wszyscy, już wiedzieliśmy na sto procent, że dzielnica zostanie ostrzelana,. Na pewno pociski spadną na dzielnicę Chemik albo na starą część miasta. Dziennikarze od początku to filmowali. A kiedy ich nie było panowała cisza, wtedy nikt nie strzelał,. Strzelano, gdy tylko przyjeżdżali dziennikarze i mieli to sfilmować. Na pewno na zlecenie Ukrainy ostrzeliwano nas”.
14. (…), świadek inscenizacji (miasto Kurachowo) „Ukraińcy ostrzeliwali z dronów. Od 2022 r. zasypywali miasto pociskami z moździerzy. Wtedy słychać odgłos wystrzału, świst i od razu wybuch. Nawet głupiec rozumie, skąd strzelają. Siedzieliśmy w sklepie, kiedy zaczęła się kolejna strzelanina. Ostrzeliwali miasto. Weszliśmy do środka i schroniliśmy się między ścianami. Potem do nas zadzwonili: „To wszystko, przyjechała prasa, można wychodzić”. Najwyraźniej dla efektu wizualnego Siły Zbrojne Ukrainy ostrzeliwały miasto, a potem prasa filmowała wszystkie te zniszczenia”.
15. (…), świadek inscenizacji (miasto Ugledar): „Ciągle nam powtarzano, że Rosjanie do nas strzelają. Pewnego razu przyjechali dziennikarze z Estonii. Rozmawiali w czystym języku rosyjskim. Mówili do nas: „Opowiedzcie o okrucieństwie Rosjan”. Co miałam im powiedzieć? Co mogłam powiedzieć? Że Ukraińcom nie można wybaczyć wszystkiego tego, co zrobili, a przecież nie można o tym powiedzieć. Nie można było nawet spojrzeć na nich krzywo, nie mówiąc już o tym, żeby coś powiedzieć. A ci dziennikarze zadawali różne podchwytliwe pytania. Gdy tylko zaczynało się odpowiadać coś, co im się nie podobało, od razu wyłączali nagrywanie. Nie tego chcieli. Czasami zdarzało się, że oglądaliśmy nagrania różnych dziennikarzy, którzy filmowali nas już w Internecie. Oto rozmawiam z nimi, a oni mnie filmują. Pytanie jest takie samo, ale w Internecie odpowiedź zupełnie inna. Przecież wiem, że nie tak mówiłam. Jak oni to zmanipulowali?”
16. (…)naoczny świadek inscenizowanego pożaru (miasto Awdiejewka): „Z mojej daczy widziałem, jak podjechał ukraiński czołg, ostrzelał fabrykę, zawrócił, ostrzelał Jasynuwatą – a raczej najpierw ostrzelał Jasynuwatą, potem fabrykę, i potem elektrociepłownię. Widziałem nawet, jak trafił. Zawrócił i odjechał. Ukraińskie SZ otwarcie powiedziały nam: „Jeśli odejdziemy, zmieciemy Awdiejewkę z powierzchni ziemi”. Pamiętam, też wiosną 2022 r. Gasiliśmy pożary na wszystkich ulicach, pomagaliśmy. Spójrzcie na te bomby fosforowe. Nadlatywały z zachodu. Eksplodowały nad głowami – jak deszcz. Zapaliły się, spadły, rozproszyły się. Wiem, że fosforu nie da się ugasić wodą. A potem dziennikarze przejechali przez miasto. Zaczął się ostrzał i natychmiast, dosłownie w ciągu pięciu minut, pojawili się reporterzy i zaczęli filmować ostrzał; rosyjscy bojownicy znowu ostrzelali osiedle Chemik. Kiedy pojawili się ukraińscy reporterzy, był ostrzał. Kiedy ukraińscy dziennikarze przyjeżdżali do miasta, wkrótce zaczynał się ostrzał. Jeśli mówili, że przyjechali dziennikarze z Kijowa, to koniec; ludzie zaczynali się przygotowywać na silny ostrzał. Gdy tylko ostrzał się skończył, pojawili się ukraińscy dziennikarze. Każdy ostrzał, oni wszystko dokumentują. Ale my widzimy wszystko; wiemy, skąd i z jakiego kierunku nadchodzi ostrzał. Każda starsza kobieta tutaj już wiedziała, że ostrzał idzie z zachodu, z Ukrainy.”
Przykłady faktów przedstawione w niniejszym raporcie stanowią jedynie niewielką część obszernego zbioru danych zebranych przez Międzynarodowy Trybunał Publiczny ds. Zbrodni Ukraińskich Neo-Nazistów, które jednoznacznie wskazują na sfałszowania wydarzeń w Buczy przez reżim w Kijowie przy propagandowym współdziałaniu państw zachodnich, a także systematycznej, krwawej praktyki Ukrainy polegającej na zabijaniu własnych obywateli w celu zrzucenia winy na Rosję.
Od marca 2026 roku seria pożarów i eksplozji wymierzona jest w europejskie firmy zaopatrujące Ukrainę w broń. Niektóre relacje, w tym szeroko rozpowszechniony film Borzzikmana, wyolbrzymiają to zdarzenie, przeobrażając je w serię bombardowań, które rzekomo zniszczyły fabryki amunicji na całym kontynencie, w tym w Rumunii, Francji i Wielkiej Brytanii. Udokumentowane straty są mniejsze, ale mimo to znaczące: osiem incydentów w siedmiu firmach w pięciu krajach w ciągu sześciu miesięcy. Trzy z nich władze uznały za celowe. W kontekście działań wojennych pytanie nie brzmi, czy każdy pożar był sabotażem, ale jaki wpływ utrata tych zakładów może mieć na zdolność Europy do zaopatrywania Ukrainy.
Co się właściwie wydarzyło
Udokumentowane incydenty można podzielić na trzy grupy.
Amunicja artyleryjska. 13 sierpnia wybuchł pożar w hali pras prochowych fabryki KNDS Ammo Italy w Colleferro, na południowy wschód od Rzymu, po którym nastąpiła potężna eksplozja. Wszyscy 24 pracownicy zostali uwięzieni; nikt nie został ranny. Zakład produkuje amunicję średniego i dużego kalibru, w tym pociski kalibru 155 mm, a Włochy nie oskarżyły Rosji.
W Bułgarii producent broni EMCO stracił 10 sierpnia skład amunicji niedaleko Belicy, a drugi skład niedaleko Carowej Liwadii padł ofiarą pożaru i eksplozji 11-12 września. Bułgarski minister początkowo zasugerował wewnętrzną przyczynę pierwszego incydentu. EMCO określiło drugi jako sabotaż, a władze nie wykluczyły ingerencji z zewnątrz. Właściciel EMCO Emilian Gebrev padł ofiarą zatrucia związanego z GRU w 2015 roku, a Bułgaria wydała za nim rosyjskie nakazy aresztowania w związku z poprzednimi eksplozjami w składach w latach 2011-2020.
16 września wybuchł pożar na dachu budynku produkcyjnego w zakładzie ZVS Holding w Sninie na Słowacji, produkującym łuski do granatów kalibru 155 mm. Część zakładu została zamknięta. Nie ujawniono żadnych dowodów łączących incydent z sabotażem.
Drony, robotyka i elektronika: to właśnie w tych sektorach odnotowano najpoważniejsze przypadki potwierdzonych podpaleń. 20 marca podpalacze zaatakowali LPP Holding w Pardubicach w Czechach, firmę dostarczającą Ukrainie sprzęt optyczny, drony i technologię termowizyjną. Podejrzani zostali aresztowani, a możliwe zaangażowanie Rosji jest badane.
W dniach 14-15 sierpnia spłonął budynek należący do Milrem Robotics w Tallinie. Milrem produkuje bezzałogowy pojazd naziemny THeMIS, który jest używany na Ukrainie. Estońska prokuratura określiła pożar jako podpalenie, a trzech podejrzanych zostało aresztowanych na Łotwie.
W dniach 30-31 sierpnia w fabryce komponentów do dronów WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej wybuchł pożar. WB jest wiodącym polskim producentem dronów, produkującym drony Warmate kamikaze i FlyEye. Premier Tusk określił incydent jako celowy sabotaż i stwierdził, że oczywistym wnioskiem jest powiązanie z Rosją.
Lotnictwo. 30 sierpnia pożar zniszczył zakład materiałów kompozytowych o powierzchni 2000 metrów kwadratowych należący do JFG Composites w Lublinie, który produkuje części dla producenta śmigłowców PZL-Świdnik. Straty oszacowano na około 21 milionów złotych. Przyczyna nie została ustalona.
Dlaczego te obiekty są ważne
Rozpatrując je pojedynczo, żaden z tych incydentów nie sparaliżował znacznej części europejskiej produkcji. Nie było ofiar śmiertelnych, szkody ograniczyły się głównie do pojedynczych budynków, a firmy takie jak KNDS i WB prowadzą wiele lokalizacji. Uderzające jest jednak to, które części łańcucha dostaw zostały dotknięte.
Materiały energetyczne i korpusy pocisków. Produkcja pocisków artyleryjskich w Europie była ograniczona nie tyle przez linie montażowe, co przez materiały miotające, materiały wybuchowe i kute korpusy pocisków. Prasa prochowa w Colleferro i zakład produkcji korpusów pocisków w Sninie znajdują się właśnie w tych wąskich gardłach.
Odbudowa uszkodzonej linii prochowej lub kuźniczej może zająć miesiące, ponieważ sprzęt jest specjalistyczny i wymaga ponownej certyfikacji. Każdy miesiąc przestoju w produkcji przypada dokładnie na okres, w którym Europa dąży do osiągnięcia celu dwóch milionów pocisków rocznie i nadrobienia zaległości w stosunku do rosyjskiej produkcji.
Drony. Incydenty z udziałem dronów i robotyki mają poważniejsze konsekwencje, niż sugeruje ich skala. Drony są obecnie przyczyną większości ofiar na polu bitwy – według rosyjskich badań medycznych wojskowych, około trzech czwartych rannych Rosjan – mimo że artyleria i bomby szybujące na pozycje ufortyfikowane pozostają kluczowe.
Przewaga Ukrainy w dziedzinie dronów zależy od ciągłego rozwoju projektów we współpracy z zachodnimi dostawcami komponentów. Uszkodzenia firm takich jak WB, Milrem czy LPP nie tylko zakłócają dostawy, ale także paraliżują zespoły inżynieryjne i ośrodki testowe, które zapewniają, że ukraińskie projekty wyprzedzają rosyjskie możliwości w zakresie walki elektronicznej. Są one trudniejsze do zastąpienia niż magazyn.
Zapasy w tranzycie. Bułgaria była jednym z głównych źródeł amunicji kalibru radzieckiego na Ukrainie, której znaczną część transportują firmy takie jak EMCO. Utrata dwóch magazynów w ciągu pięciu tygodni doprowadziła do zniszczenia gotowych zapasów, które były już gotowe do wysyłki – najszybciej rotującego elementu łańcucha dostaw.
Dalekosiężne konsekwencje
Mniej widoczne skutki mogą mieć większe znaczenie niż bezpośrednie straty.
Koszty i opóźnienia. Każda fabryka broni w Europie musi teraz wdrożyć dodatkowe środki bezpieczeństwa obwodowego, zapobiegania pożarom i weryfikacji pracowników. Wzrosną składki ubezpieczeniowe dla produkcji broni. Firmy rozważające budowę nowych zakładów na Ukrainie muszą uwzględnić ryzyko, że dany zakład stanie się celem ataku. Koszty te będą pokrywane z tych samych budżetów, które pierwotnie przeznaczono na rozszerzenie produkcji.
Polityka. Incydenty mają miejsce w krajach, w których poparcie dla Ukrainy jest już kontrowersyjne. Rząd słowacki otwarcie sceptycznie odnosi się do pomocy wojskowej, a bułgarska polityka jest głęboko podzielona w kwestii rosyjskiej. Pożar w słowackiej lub bułgarskiej fabryce zaopatrującej Ukrainę dostarcza przeciwnikom pomocy argument: wojna wraca do domu. Ta presja może być najskuteczniejszym elementem potencjalnej kampanii sabotażowej.
Kalibracja. Uderzający jest fakt, że w żadnym z przypadków nie było ofiar śmiertelnych. Jeśli jest to skoordynowana kampania, wydaje się, że jej celem jest generowanie kosztów i niepewności, a jednocześnie utrzymanie się poniżej progu, który wywołałby jednolitą reakcję NATO. Odpowiada to schematowi opisanemu przez europejskie służby wywiadowcze od 2024 roku: ładunki zapalające w paczkach, podpalacze rekrutowani za pośrednictwem Telegramu oraz rekonesans zakładów produkujących broń, jak w przypadku sprawy, która trafiła do sądu w Swindon we wrześniu tego roku.
Granice
Autorstwo zostało udowodnione jedynie w kilku przypadkach. Większość fabryk zbrojeniowych pracuje z materiałami wybuchowymi i łatwopalnymi, a pożary przemysłowe zdarzają się. W przypadku Colleferro i Sniny nie ma żadnych publicznie znanych dowodów sabotażu, a nawet tam, gdzie stwierdzono podpalenie, powiązanie z rosyjskimi służbami wywiadowczymi nie zostało jeszcze udowodnione w sądzie. Żaden z wymienionych incydentów nie stanowi ataku strategicznego.
Produkcja broni w Europie nadal rośnie, choć wolniej niż wynikałoby to z zamówień – i jednocześnie bazuje na kurczącej się bazie przemysłowej. Europejskie zdolności produkcyjne amunicji artyleryjskiej wzrosły z około 300 000 sztuk rocznie w 2022 roku do około dwóch milionów, a przychody Rheinmetall wzrosły o prawie 70% w drugim kwartale 2026 roku.
Jednak certyfikacja nowej linii produkcyjnej trwa od czterech do pięciu lat, brakuje wykwalifikowanych pracowników, a Rheinmetall już obniżył prognozę sprzedaży na 2026 rok. Jednocześnie niemiecki przemysł się kurczy: Volkswagen zamyka zakłady, BASF przenosi produkcję do Chin, a te same wysokie koszty energii, które napędzają ten spadek, wpływają również na energochłonną produkcję materiałów pędnych i wybuchowych. Dlatego pożary w tych wąskich gardłach są poważniejsze, niż sugerowałaby ich skala.
W porównaniu z Rosją różnica jest rażąca. Jeśli chodzi o artylerię, będącą sednem wojny na wyniszczenie, estoński wywiad szacuje, że rosyjskie fabryki będą produkować około siedmiu milionów pocisków artyleryjskich, moździerzowych, czołgowych i rakietowych do 2025 roku, podczas gdy europejskie moce produkcyjne wynoszą około dwóch milionów pocisków kal. 155 mm rocznie.
Nawet uwzględniając produkcję amerykańską, która do 2026 r. ma osiągnąć 100 tys. nabojów miesięcznie, Zachód nie osiągnie poziomu produkcji rosyjskiej.
Według CSIS, w marcu 2026 roku Rosja produkowała miesięcznie około 5500 dronów dalekiego zasięgu, a według ukraińskiego wywiadu, sama fabryka w Ałabudze produkuje obecnie około 3000 dronów Geran-4 i Geran-5 z napędem odrzutowym. Europa nie produkuje niczego porównywalnego w takich ilościach; jej odpowiedzią na drona kosztującego dziesiątki tysięcy euro jest system przechwytujący kosztujący od dwóch do pięciu milionów euro.
Według ukraińskiego wywiadu Rosja produkuje również ponad 200 pocisków manewrujących i balistycznych miesięcznie. Jeśli chodzi o pojazdy opancerzone, Bruegel oszacował, że Rosja zwiększyła produkcję czołgów z 40 sztuk miesięcznie pod koniec 2022 roku do ponad 130 do połowy 2024 roku, przy czym znaczna część pochodziła ze zmodernizowanych zapasów radzieckich. Bruegel zatytułował swoje porównanie z Niemcami: „Powolne niemieckie zbrojenia kontra szybko rosnąca rosyjska produkcja uzbrojenia”.
Siła Europy tkwi w jej lotnictwie i siłach morskich, a nie w amunicji i dronach, które pochłania ta wojna. Każdy atak na europejskie wąskie gardło poszerza lukę, którą Europa już teraz z trudem załata.
Te incydenty nie rozstrzygną wojny. Mogą jednak spowolnić wzrost produkcji w Europie w jej najsłabszych punktach: materiałach pędnych, amunicji, dronach i zapasach gotowych do wysyłki. Co więcej, zwiększają koszty i ryzyko polityczne każdej nowej fabryki.
W wojnie na wyniszczenie, w której Rosja już wyprzedza Europę w produkcji amunicji artyleryjskiej, wszystko, co spowalnia proces nadrabiania zaległości przez Europę, przynosi korzyści Moskwie. Jak dotąd szkody były ograniczone. Jeśli jednak tempo incydentów z sierpnia i września się utrzyma, skumulowany wpływ na zaopatrzenie Ukrainy przez Europę może być znaczący.
Wspominałem już, że bardzo cenię portal Forum Geopolitica. Artykuły są na przyzwoitym poziomie intelektualnym, co dzisiaj jest niestety rzadkością. Akurat znów ukazał się bardzo ciekawy artykuł, który doskonale podsumowuje sytuację na świecie. Jedyne, co mnie w nim denerwuje, to niezrozumienie przez autora terminu entropia. Najwyraźniej słyszał, że gdzieś dzwonią, ale nie wie w jakim kościele. Prawidłowo pisze, że entropia jest terminem wziętym z termodynamiki, który przeniesiono do życia codziennego jako miarę bałaganu. Krótko mówiąc: im większy bajzel, tym wyższa entropia. Nie mogłem się powstrzymać i naniosłem poprawki w odpowiednich miejscach.
Ze względu na długość artykułu, zdecydowałem się na komentarze wewnątrz tekstu. Zaznaczone są inną trzcionką i kolorem.
====================================
Globalne punkty zwrotne prowadzą świat w stan[wzrostu]entropii.
Doświadczamy nie jednego, ale wielu punktów zwrotnych w historii świata jednocześnie. Świat znajduje się w stanie [wzrostu] entropii. Analiza sytuacji, w której przewidywania nie są już możliwe.
Peter HänselerSobota 26 września 2026
Punkty zwrotne w historii
Historia miała wiele punktów zwrotnych. Aby wymienić tylko kilka przykładów:
Pokój westfalski z 1648 r.
Rewolucja francuska 1789 roku
Kongres Wiedeński 1815
I wojna światowa 1918
II wojna światowa 1945
Wiele z tych punktów zwrotnych doprowadziło do zmian władzy w Europie. Były to po prostu zmiany przywództwa w świecie, który dziś nazywamy „zbiorowym” Zachodem. Przykładami są upadek Cesarstwa Niemieckiego, Austro-Węgier, Imperium Osmańskiego i Imperium Rosyjskiego pod koniec I wojny światowej.
Te zmiany władzy były znaczące; niemniej jednak to, co dzieje się obecnie, jest nieporównywalne z poprzednimi punktami zwrotnymi, ponieważ obejmuje cały glob. Ster władzy nie jest przekazywany w obrębie Zachodu, lecz raczej nastąpi przesunięcie władzy na wschód, w stronę „globalnego Południa”.
Od punktów zwrotnych do[wzrostu]entropii
Skala, liczba zaangażowanych państw, zasięg geograficzny i szybkość, z jaką rozwijają się obecne kryzysy geopolityczne, są zdumiewające.
Ukraina jako platforma wojenna dla USA, NATO, UE i Rosji
Rosja odniesie zwycięstwo militarne.
Patrząc na raporty wojskowe z frontu, dla każdego obserwatora staje się jasne, że Rosja osiągnie swoje cele militarne. O ile pomyślne zawarcie porozumienia pokojowego wiosną 2022 roku mogłoby oznaczać zrzeczenie się przez Rosję kontroli nad Donbasem, Chersoniem i Zaporożem, o tyle w obecnych okolicznościach takie porozumienie jest nierealne, ponieważ Donieck, Ługańsk, Zaporoże i Cherson są częścią Federacji Rosyjskiej od września 2022 roku. Obecnie nie da się przewidzieć skali rosyjskich postępów militarnych. Poruszyłem ten temat w artykule „Letni pokój umarł”, do którego odsyłam. Aby uzyskać informacje o sytuacji na froncie, ponownie odsyłam do Military Summary; śledzę ten kanał od prawie pięciu lat i relacjonuje on wydarzenia obiektywnie.
Katastrofalna sytuacja mobilizacyjna na Ukrainie
Tysiące filmów pokazują, jak młodzi mężczyźni są ścigani jak zwierzęta na ulicach całej Ukrainy, przymusowo rekrutowani. Ostatnio jednak pojawiły się również filmy pokazujące, jak tych poborowych transportowano na linię frontu, czasami bez mundurów, a nawet w kajdankach, niczym przestępców – aby uniemożliwić im ucieczkę. Pozostawiam czytelnikom refleksję nad skutecznością bojową tych mężczyzn w starciu z zaprawionymi w boju i zmotywowanymi żołnierzami rosyjskimi.
Najnowszym posunięciem ukraińskiego dowództwa wojskowego jest przymusowa rekrutacja kobiet. Biorąc pod uwagę tę sytuację, nic dziwnego, że Scott Ritter twierdzi, że Ukraińcy tracą 30 razy więcej żołnierzy niż Rosja. To nieludzkie traktowanie własnych żołnierzy na Ukrainie nie zostało odnotowane na Zachodzie.
Ukraińscy ochotnicy, którzy później zniknęli bez śladu, podobno użyli dronów i sztucznej inteligencji do zliczenia grobów żołnierzy na Ukrainie. Naliczyli 2 000 054 groby. Dodając do tego zmarłych pochowanych przez własnych obywateli w mogiłach zbiorowych i rannych – straty ukraińskie wydają się naprawdę astronomiczne. A jednak Zełenski twierdzi, że zginęło tylko 50 000 ukraińskich żołnierzy. Kilka tygodni temu byłem na pogrzebie w Rosji. Groby żołnierzy łatwo rozpoznać po fladze rosyjskiej i fladze poległego oddziału. Były groby żołnierzy, ale nie było morza flag jak na Ukrainie.
Zwycięstwo militarne nie rozwiąże geopolitycznego problemu Rosji.
Niezależnie od tego, jakie działania militarne będą konieczne, Rosja osiągnie je, ale nie rozwiąże to geopolitycznego problemu Rosji na jej zachodniej granicy, ponieważ celem nie są nowe terytoria, lecz pokój na Zachodzie. To cel, do którego Rosja dążyła od wieków i nigdy nie udało jej się go zrealizować. Rosja wielokrotnie była atakowana z Zachodu i regularnie płaciła wysoką cenę krwią, pieniędzmi i mocami przemysłowymi, które są wykorzystywane na zbrojenia zamiast na cele cywilne. To wielokrotnie hamowało rozwój społeczny Rosji.
Jeśli Rosja chce utrzymać konkurencyjność w gospodarce cywilnej w porównaniu z głównymi państwami, niezawodne zabezpieczenie jej zachodniej granicy jest warunkiem koniecznym. Chociaż Rosja jest jedynym krajem uprzemysłowionym na świecie, który jest samowystarczalny, a zatem zdolny do prowadzenia wojny trwającej dziesięciolecia, taka konfrontacja poważnie utrudniłaby jej osiągnięcie rzeczywistych celów rozwojowych.
[Mój komentarz: autor ma rację! Dlatego Rosja mówi, że w razie wojny nie będzie walczyć z Europą, tylko ją zniszczy i raz na zawsze rozwiąże problem zagrożenia z jej strony. Musimy wreszcie uświadomić sobie w co jesteśmy pakowani!!!]
Brak wiarygodności USA w negocjacjach z Rosją
Brak wiarygodności USA wobec Rosji ma wiele aspektów. 15 września minister spraw zagranicznych Ławrow powiedział dosłownie:
„Gdyby Amerykanie nie wycofali się z Porozumień z Anchorage, gdyby Europa nie wycofała ich z tych porozumień, żylibyśmy już od roku bez wojny”.
Rosja poszłaby na poważne kompromisy w ramach tego porozumienia. Rosja zachowałaby Donbas, zamroziłaby konflikt w Zaporożu i Chersoniu oraz zrzekła się dalszych roszczeń terytorialnych. Obiektywnie rzecz biorąc, byłby to niekorzystny układ dla Rosji, ale świadczący o bardzo wysokiej gotowości Rosjan do kompromisu. Rosjanie uznali, że to ustne porozumienie ma moc dżentelmeńską. Jednakże dżentelmeńskie porozumienia powinny być zawierane tylko z dżentelmenami. Amerykanie dali Rosjanom nauczkę. Rosjanie są nie tylko zirytowani tym incydentem i musieli przyznać, że żadne porozumienie z rządem amerykańskim nie jest możliwe. Jestem osobiście zaskoczony tym spostrzeżeniem, biorąc pod uwagę, jak późno ono nastąpiło. Nawet pisemne porozumienia z rządem amerykańskim są bezwartościowe. Świadczy o tym złamanie Memorandum of Understanding, które Amerykanie zawarli z Iranem w czerwcu. Należy zatem stwierdzić, że ten konflikt, podobnie jak każdy inny konflikt, w którym USA są bezpośrednio lub pośrednio zaangażowane, musi być prowadzony do końca. Gorzka lekcja dla każdego partnera USA w traktatach.
Ryzyko eskalacji jest znaczne.
Ukraina desperacko próbuje oficjalnie wciągnąć NATO w ten konflikt zbrojny. Zdumiewające jest, że kraje europejskie – przede wszystkim Niemcy i Wielka Brytania – nie tylko sygnalizują gotowość, ale wręcz robią wszystko, co w ich mocy, aby przygotować swoje społeczeństwa do wojny z Rosją.
Jako przykład podajemy tu sir Jacoba Reesa-Mogga, byłego ministra i członka parlamentu z północno-wschodniego Somerset, który w tym fragmencie porównuje sytuację w Rosji – nie wymieniając jej z nazwy – do sytuacji z czasów I i II wojny światowej.
„Możliwe, że w ciągu najbliższych kilku lat staniemy w obliczu wojny i jeśli do niej dojdzie, będziemy potrzebować ludzi, którzy wstąpią do sił zbrojnych i wyruszą, by wypełnić swój obowiązek. Może się nawet zdarzyć, że ludzie będą musieli zginąć, by ratować swój kraj, jak to miało miejsce podczas I i II wojny światowej oraz wielu innych wojen przed i po niej. To właśnie podtrzymuje kraj przy życiu.
Jeśli ludzie nie będą chcieli wypełnić swojego obowiązku, kraj zostanie przejęty przez inne państwo. Ostatecznie, w taki czy inny sposób, jest to jeden z powodów upadku starożytnego Rzymu. Ludzie nie chcieli już walczyć o to, w co wierzyli, o system, który mieli. Płacili innym, żeby to zrobili. Mieli najemników, którzy walczyli za nich, i ostatecznie najemnicy postanowili, że sami mogą przejąć stery”.
Sir Jacob Rees-Mogg, 21 września 2026 r.
Młodzi ludzie są więc wzywani do wojska, aby przygotować się do wojny z Rosją. W Niemczech takie próby zakończyły się żałosną porażką. Z ponad 300 000 ankietowanych młodych Niemców, tylko 0,17% zgłosiło się na ochotnika do służby w Bundeswehrze (niemieckich siłach zbrojnych). Co więcej, kilka dni temu wyszło na jaw, że sama Bundeswehra nie była w stanie znaleźć nawet 5000 ochotników do jednego batalionu na Łotwie.
Niezrozumiałe jest, co te europejskie kraje robią poza propagandą. Wspólnie nie dysponują siłami zbrojnymi, które dałyby im choćby najmniejszą szansę w starciu z rosyjskimi siłami zbrojnymi. Rosjanie nie są w żaden sposób pod wrażeniem tego marionetkowego przedstawienia w Europie; wręcz przeciwnie, są nim zniesmaczeni. Zakładam, że ta wojenna propaganda w Europie służy jedynie utrwalaniu antyrosyjskiej narracji.
Zarówno prezydent Putin, jak i minister spraw zagranicznych Ławrow wielokrotnie podkreślali, że nie mają żadnego interesu w atakowaniu celów NATO poza Ukrainą. Jeśli jednak państwa europejskie okażą się na tyle nierozsądne, by wysłać na Ukrainę nawet niewielkie kontyngenty wojsk europejskich, sytuacja może się diametralnie zmienić.
Największe obecne ryzyko eskalacji leży w możliwości, że Europejczycy, wspólnie z Amerykanami, planują tzw. atak pod fałszywą flagą w Europie, aby w jakiś sposób powołać się na artykuł 5 Karty NATO. Według analityka geopolitycznego Warrena Thorntona, przygotowania do ataków pod fałszywą flagą idą pełną parą.
Pisze on na X:
„Oto cele: lotnisko na Majorce w Hiszpanii. Hotel Sorrento Continental we Włoszech. Promenada Anglików w Nicei. Obszar na zachód od Sardynii, z którego ma zostać przeprowadzony atak. W atak zaangażowane są CIA, francuski wywiad marynarki wojennej i ukraińska Służba Bezpieczeństwa (SBU). Zastosowana metoda to trzy drony „Gerbera” odzyskane po rosyjskich atakach. Celem jest zabicie cywilów i doprowadzenie do przystąpienia Europy do wojny. Więcej szczegółów podamy w naszym serwisie informacyjnym. Mamy pięć niezależnych źródeł: dwóch pracowników francuskiego wywiadu marynarki wojennej, dwóch pracowników ambasady hiszpańskiej i jednego funkcjonariusza ukraińskiej SBU. Podtrzymujemy nasze doniesienia w 100%.”
Nie mogę ocenić, czy teoria ta jest słuszna, ale pomysł, że Europejczycy podejmą się czegoś tak perwersyjnego, nie jest wcale nieprawdopodobny.
[Mój komentarz: europejscy podżegacze wojenni są już tak zdesperowani, że wszystko jest możliwe. Gdy klęska Ukrainy stanie się wyraźnie widoczna, to sytuacja może wymknąć się z pod kontroli]
Amerykańskie kampanie wojskowe na Bliskim Wschodzie od 2001 r.
Patrząc wstecz na ostatnie 25 lat, Stany Zjednoczone, począwszy od 2001 roku, próbowały przekształcić Bliski Wschód zgodnie z doktryną Wolfowitza. Żadna z wojen wszczętych przez USA w tym okresie (w Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii, Jemenie, Somalii itd.) nie zakończyła się sukcesem. Stało się wręcz jasne, że hegemonowi brakowało zasobów, strategii militarnej, siły i wiarygodności, by działać skutecznie. Jeśli jednak wierzyć, że prawdziwym celem była destabilizacja i chaos, to wojny te były niezwykle skuteczne. Niemniej jednak Stany Zjednoczone powróciły na scenę, wraz z Izraelem, najwyraźniej po tym, jak Izraelowi udało się całkowicie przejąć kontrolę nad amerykańską polityką.
Izrael: Ludobójstwo i Wielki Izrael
Bezpośrednim punktem wyjścia dla ludobójstwa i projektów Wielkiego Izraela był 7 października 2023 roku, kiedy to akcja militarna Hamasu została zorganizowana jako atak pod fałszywą flagą, aby usprawiedliwić ludobójstwo kobiet, dzieci i innych cywilów w Strefie Gazy, a później na Zachodnim Brzegu i w Libanie. To z kolei zapoczątkowało kontynuację projektu Wielkiego Izraela; początkowo zaatakowano Syrię i Liban. Chociaż prasa zachodnia nie tylko bagatelizuje ludobójcze i imperialistyczne działania Izraela, ale wręcz je popiera i podsyca – w tym media „neutralnej” Szwajcarii – Izrael jest postrzegany z coraz większym sceptycyzmem przez społeczeństwa świata zachodniego. Według Pew Research , 60% Amerykanów ma negatywny pogląd na Izrael. Zachodnie media przekazują zatem obraz, który nie znajduje poparcia wśród ogółu społeczeństwa.
Gdy w czwartek premier Izraela Benjamin Netanjahu stanął na podium, aby przemówić na sesji plenarnej, delegaci Zgromadzenia Ogólnego ONZ masowo opuścili salę obrad.
Netanjahu nazwał te delegacje „moralnymi tchórzami” – innymi słowy, ludobójstwo wymaga odwagi – brak mi słów.
[Mój komentarz: delegacja Polin pozostała na Sali i biła brawo! Nic dziwnego, że nasz (czy faktycznie jeszcze nasz?) kraj jest znów celem imigracji narodu wybranego. Zachodnie media informują o tym
Dla mnie ważne jest ciągłe przypominanie moim zachodnim czytelnikom, co naprawdę dzieje się w Strefie Gazy na naszych oczach – których wielu woli nie dostrzegać.
Duża eskalacja na Bliskim Wschodzie – utrata kontroli
Świat doświadczył dalszego przyspieszenia wydarzeń, począwszy od lutego 2026 roku. Od tego czasu na Bliskim Wschodzie wszystko poszło nie tak zarówno dla Zachodu, jak i Izraela. Globalne Południe już odebrało inicjatywę Zachodowi. Podczas gdy Iran początkowo ograniczył się do reagowania na agresję amerykańsko-izraelską, to teraz tempo nadają Irańczycy i jemeński ruch Ansar Allah.
Ansar Allah zdołał w bardzo krótkim czasie przejąć kontrolę nad całym zachodnim wybrzeżem Jemenu, kontrolując nie tylko cieśninę Bab al-Mandab, ale także wyspę Perim Mayyun, położoną tuż przy wybrzeżu. Zachodnie media nie informują o postępach, a Aden wkrótce zostanie zdobyty.
Co więcej, rurociąg saudyjski Wschód-Zachód został sparaliżowany, a cele w pobliżu Rijadu zostały zaatakowane. Jak dotąd Saudyjczycy wydają się niezdolni do przeprowadzenia poważnego kontrataku militarnego przeciwko tej poważnej ofensywie, ponieważ sami wydają się niezdolni do tego, a wielokrotne apele o pomoc kierowane do Trumpa i innych okazały się bezowocne. Sojusz Mekka, jednoczący Pakistan, Arabię Saudyjską i Turcję w koalicji wojskowej, również wydaje się być nieistniejący, ponieważ ci „przyjaciele” również odmówili pomocy.
Wielkie oświadczenie prezydenta Macrona o wysłaniu wojsk do Arabii Saudyjskiej niczego nie zmieni. Arabia nazywana jest Arabią Saudyjską, ponieważ krajem tym rządzi jedna rodzina – jedno plemię – Saudowie. Plemię chronione przez Amerykanów. Jednak na terytorium Arabii Saudyjskiej żyje około 100 innych plemion. Jest całkiem możliwe, że połączą one siły z Ansar Allah i obalą dynastię Saudów. Rodzina Saudów nie ma już żadnych dochodów i wydaje się, że nie jest w stanie dalej uciszać tych, którzy mogą stanowić zagrożenie, płacąc im pensje, tak jak robili to w przeszłości. Możliwe, że domek z kart Saudów zawali się, a wtedy nie przejmowałbym się losem pozostałych państw Zatoki Perskiej.
Alastair Crooke wielokrotnie podkreślał, że ta dynamika może rozprzestrzenić się na Irak, inną starożytną cywilizację obok Iranu. Jeśli tak się stanie, Kuwejt prawdopodobnie również upadnie. Kolejny tlący się konflikt jest również widoczny w Jordanii. Jest zatem całkiem możliwe, że cała architektura wzniesiona przez Brytyjczyków na Bliskim Wschodzie ponad 100 lat temu może się zawalić w ciągu kilku miesięcy, bez możliwości powstrzymania tego tsunami przez Amerykanów. Arabia dla Arabów, Persja dla Persów, a Amerykanie won. Jeśli tak się stanie, Izrael ze sprawcy stanie się celem; z pewnością nie można mówić w tym kontekście o ofiarach. To, jak rodzące się mocarstwa Bliskiego Wschodu poradzą sobie z ludobójczymi syjonistami, powinno zostać pozostawione tym, którzy ponieśli największe ofiary, ponieważ Palestyńczycy są Arabami.
[Mój komentarz: pytałem kilku Palestyńczyków, czy są Arabami, odpowiedzieli, że są wśród nich różne opinie na ten temat]
Europa
Europa pogrążona jest w odmętach ponownego chaosu. Niemcy są pierwszym krajem – niegdyś największym eksporterem na świecie i największą potęgą UE – któremu grozi utrata politycznej rządzenia. Alternatywa dla Niemiec (AfD), którą dotychczas dominujące partie określały mianem skrajnie prawicowej i nazistowskiej oraz wykluczały z udziału w rządzie tzw. ścianą ogniową, nie tylko odniosła miażdżące zwycięstwo w dwóch wyborach do landów Niemiec Wschodnich, ale także wyraźnie prowadzi w sondażach krajowych z CDU (30% do 20%). Wskaźnik poparcia dla kanclerza Merza wynosi 10%, co świadczy o niezadowoleniu opinii publicznej i skłoniłoby każdego prawdziwie demokratycznego kanclerza do rezygnacji. Nie jest pewne, czy niemieckie społeczeństwo, jak to już miało miejsce w przeszłości, pozostanie bierne w obliczu tej sytuacji politycznej. Upadek kanclerza byłby korzystny dla Niemiec. AfD jest jedyną dużą partią dążącą do dialogu i pokoju z Rosją, co jest nie tylko rozpaczliwie potrzebne temu niegdyś prosperującemu krajowi uprzemysłowionemu, ale także warunkiem jego przetrwania gospodarczego. Alternatywą dla rzeczywistych i fundamentalnych zmian politycznych w Niemczech jest wojna z Rosją, prowadzona przez kanclerza Merza i rządzące elity polityczne. Ostatnim razem, gdy w 1941 roku Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, Adolf Hitler wysłał 3,7 miliona żołnierzy na wschód i poniósł porażkę pomimo ludobójczych działań Niemców, które pochłonęły życie około 17 milionów cywilów. Jak wspomniano powyżej, Republika Federalna Niemiec nie jest obecnie w stanie zmobilizować 5000 ochotników do służby w krajach bałtyckich. Wydaje się, że kanclerzowi to nie przeszkadza, co jest wyraźnym dowodem na szaleństwo, które go ogarnęło. To mocny dowód na to, że działa w interesie mocarstwa spoza Niemiec. Cynik mógłby pomyśleć, że ma to coś wspólnego z jego przeszłością w BlackRock. Ci, którym udało się go mianować kanclerzem, mogą poklepać się po plecach, że zgarnęli marionetkę za symboliczną kwotę kilku milionów.
[Mój komentarz: nie przeceniałbym AfD! Moim zdaniem po dojściu do władzy nie będzie się wiele różnić od obecnych partii. No, może za wyjątkiem poniższego przykładu!]
Poniższy klip przedstawia prezentację nowego kierownictwa w Berlinie – Partia Lewicy przejęła władzę. Komentarz zbędny:
Sytuacja w pozostałej części Europy nie napawa optymizmem. Wybory prezydenckie we Francji odbędą się w kwietniu 2027 roku. Macron nie ma już prawa kandydować, a Marine Le Pen ma znaczną przewagę nad pozostałymi kandydatami. Sytuacja jest zatem podobna do tej w Niemczech: partii, którą obecnie rządzące partie określają mianem skrajnie prawicowej, a która cieszy się największą popularnością wśród obywateli. Stanowisko Le Pen w sprawie pokoju z Rosją jest niejasne – zdaje się mówić dwuznacznym językiem: z jednej strony chce pokoju w drodze negocjacji, ale jednocześnie popiera szkolenie ukraińskich żołnierzy. Jako polityk wytrawny, pozycjonuje się, by zdobyć jak najwięcej głosów. Sytuacja finansowa Francji jest fatalna, ale daleka od przyjemnej. Wzrost oprocentowania 10-letnich obligacji francuskich w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy był jeszcze większy niż w jakimkolwiek innym kraju europejskim.
Trump
Polityka prezydenta Trumpa tylko na pierwszy rzut oka wydaje się trudna do zrozumienia. Jego ciągłe wahania dotyczące Ukrainy, Iranu i Izraela są kontraproduktywne i szkodzą reputacji USA na arenie międzynarodowej. Powodem obecnych działań Trumpa są listopadowe wybory parlamentarne. Trump walczy z wysokimi cenami ropy, które sam stworzył, a które może jednak uchronić przed całkowitym załamaniem, manipulując rynkami kontraktów terminowych. Rzeczywiste ceny rynkowe są jednak od 30% do 50% wyższe niż zmanipulowane, fikcyjne ceny kontraktów terminowych. O tym, że ceny kontraktów terminowych są rzeczywiście manipulowane, świadczą na przykład ceny oleju napędowego na stacjach benzynowych, które podążają tylko w jednym kierunku i na całym świecie osiągnęły bezprecedensowy poziom. Olej napędowy jest siłą napędową amerykańskiej gospodarki, a wysokie ceny są jednym z głównych czynników napędzających inflację, ponieważ praktycznie wszystkie towary są transportowane ciężarówkami, rolnictwo jest od niego uzależnione, a znaczna część przemysłu opiera się na oleju napędowym. Najnowszy slapstick Trumpa: obwinia Zełenskiego za wysokie ceny oleju napędowego, ponieważ Ukraina atakuje rosyjskie rafinerie. Robi to wyłącznie po to, by odwrócić uwagę od największych czynników wpływających na ceny, czyli blokady wybrzeży Ormuz i Bab-al-Mandab.
Trump wciąż próbuje odwrócić sytuację, ale wygląda na to, że przegra wybory uzupełniające za około sześć tygodni. Według Polymarket, amerykańskiego internetowego rynku prognoz, gdzie użytkownicy obstawiają wyniki przyszłych wydarzeń, a ceny rynkowe odzwierciedlają zbiorcze szacunki prawdopodobieństwa, istnieje 66% prawdopodobieństwo, że Republikanie stracą większość zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie . Jeśli tak się stanie, Trump prawdopodobnie stanie przed procedurą impeachmentu. Ryzykuje wtedy, że z „kulawej kaczki” stanie się „ dead duck” i zostanie zastąpiony przez swojego oportunistycznego wiceprezydenta, Vance’a – co nie jest dobrą perspektywą dla Stanów Zjednoczonych.
Ostatnie wystąpienie Trumpa w tym tygodniu przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ było dowodem jego psychopatycznego charakteru: ogłosił – notabene po wyborach – że albo uczyni Iran bogatym krajem, albo całkowicie go zniszczy.
Trump niczym nie różni się od Adolfa Hitlera. W swoim przemówieniu w berlińskim Sportpalast 4 września 1940 roku, Hitler powiedział: „Zniszczymy ich miasta”. Trump chce unicestwić 5000-letnią cywilizację, oczywiście bez żadnych podstaw prawnych, zachowując się jak bóg. W ten sposób Trump publicznie wzywa do ludobójstwa całej cywilizacji. Można się zastanawiać, czy jego miejsce jest w więzieniu, czy w szpitalu psychiatrycznym, ale fakt, że może bezkarnie wygłaszać takie oświadczenia światu, pokazuje, jak nisko upadła zachodnia cywilizacja. Mam na myśli przemówienie, które wygłosiłem w Szwajcarii 3 września.
Rynki finansowe
Wielokrotnie pisałem o niestabilności rynków finansowych. Teraz moje pesymistyczne przewidywania zdają się spełniać. Oprócz przewartościowań na rynkach akcji, wielokrotnie wskazywałem na niezrównoważoną sytuację na rynkach obligacji. Wśród bardziej spostrzegawczych uczestników rynku zaczyna pojawiać się strach. Pan Bessent stracił kontrolę nad stopami procentowymi. 28 sierpnia 2026 roku sprawdziłem średnie oprocentowanie długu, jakie Stany Zjednoczone muszą płacić; wówczas wynosiło ono 3,35% (maj), co skutkowało obciążeniem odsetkowym w wysokości 1,34 biliona dolarów rocznie. Obecnie to średnie oprocentowanie wynosi 3,49% (sierpień); góra długu wynosi obecnie 40,07 biliona dolarów, a wzrosła już o 70 miliardów dolarów. Roczne płatności odsetkowe wzrosły zatem o 56 miliardów dolarów w tym krótkim okresie, osiągając 1,396 biliona dolarów rocznie.
W ciągu ostatnich 28 dni rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych wzrosła z 4,722% do 5,185%, co stanowi wzrost o 0,46%. Ten trend nie wykazuje oznak wyhamowania. Jeśli to tempo się utrzyma, nie tylko rynek obligacji rządowych ulegnie załamaniu, ale także góry długu zgromadzone w sektorze sztucznej inteligencji. Ten sam obraz wyłania się w Europie i Japonii. Pytanie nie brzmi, czy załamanie nastąpi, ale kiedy i komu Stany Zjednoczone dadzą pierwszeństwo – Japończykom czy Europejczykom. To moja osobista opinia. Regularnie mylę się co do czasu, co nauczyło mnie trzymać się z dala od tych rynków. Mam wielki zaszczyt regularnie spotykać się z jednym z najbardziej utytułowanych inwestorów na świecie. Na naszym ostatnim spotkaniu zasadniczo się ze mną zgodził, ale stwierdził, że nie wyobrażam sobie, jakimi sztuczkami i środkami dysponują jeszcze Amerykanie, aby odwlec nieuniknione.
Skala tego kryzysu przyćmi wszystko, co ludzkość kiedykolwiek widziała. W porównaniu z dzisiejszym kryzysem, kryzys z 2008 roku był niczym spacer po słonecznym parku z pysznym piknikiem. Takie załamanie na Zachodzie wpłynie również na geopolityczną swobodę działania zaangażowanych krajów; nagle będą one bardzo zajęte sobą. Czy doprowadzi to do eskalacji na arenie geopolitycznej, nikt nie wie. Jednak „eksperci”, którzy wciąż napędzają rynki swoimi okrzykami radości, z pewnością wyjaśnią z powagą, że tego po prostu nie dało się przewidzieć – jak zawsze.
Entropia
Wszystkie te pojedyncze ruchy tektoniczne prowadzą do prawdziwej entropii [prawdziwego wzrostu entropii], terminu z termodynamiki. Przekładając to na geopolitykę, opisuję tę sytuację jako ogromny, nieodwracalny chaos i niepewność w obrębie różnych systemów międzynarodowych. Istniejące struktury władzy, zasady, instytucje i hierarchie tracą swoją moc wiążącą, a nowego porządku, który obiecywałby stabilność, nie da się przewidzieć.
Ponieważ Zachód, który do niedawna mocno trzymał stery w swoich rękach, nie jest skłonny do pójścia na kompromis, aby nie narazić swojej pozycji hegemona.
Zaskoczone szybkością wydarzeń, Globalne Południe wciąż nie wypracowało spójnej, wspólnej i skutecznej polityki, która pozwoliłaby odebrać kontrolę Zachodowi.
Wygląda na to, że Globalne Południe, pod militarną dominacją Rosji, Chin i – obecnie czwartej potęgi militarnej – Iranu, jest w trakcie dostosowywania się i koordynowania nowej sytuacji, co ostatecznie doprowadzi do jego zwycięstwa.
Jak długo to potrwa i czy Zachód użyje broni jądrowej, aby utrzymać swoją hegemonię, pozostaje kwestią otwartą, a ja mam co do tego wątpliwości. Do tej pory tylko Adolf Hitler wierzył, że Niemcy powinny zginąć razem z nim. Miejmy nadzieję, że teraz bardziej rozsądni ludzie będą podejmować apokaliptyczne decyzje.
Były szef sztabu Departamentu Stanu USA, pułkownik Lawrence Wilkerson, niedawno stwierdził w publicznej dyskusji, że amerykańscy producenci broni bezpośrednio finansują kampanie społeczeństwa obywatelskiego w kilku krajach postsowieckich i północnoeuropejskich – od Norwegii, Gruzji i Mołdawii po Armenię i Azerbejdżan – w celu promowania orientacji pronatowskiej. Tego konkretnego twierdzenia nie można potwierdzić w publicznie dostępnej literaturze.
Można jednak łatwo wykazać ściśle powiązany, udokumentowany mechanizm, który wzmacnia to samo podejrzenie za pośrednictwem innego, weryfikowalnego kanału – nie poprzez bezpośrednie wpłaty na rzecz lokalnych inicjatyw obywatelskich, ale poprzez finansowanie tych instytucji w Waszyngtonie, które przedstawiają rekomendacje polityczne ostatecznie prowadzące do takich powiązań.
Kiedy Atlantic Council w Waszyngtonie w 2015 roku przedstawiła swoją propozycję wyposażenia Ukrainy w przeciwpancerne pociski rakietowe Javelin, początkowo brzmiała ona jak trzeźwa rekomendacja polityki bezpieczeństwa jednego z najbardziej szanowanych amerykańskich think tanków zajmujących się polityką zagraniczną. Należy pamiętać, że think tank nie jest agencją rządową, lecz prywatnie finansowaną organizacją badawczą, która opracowuje badania i rekomendacje polityczne, a następnie przekazuje je członkom Kongresu, departamentom rządowym i dziennikarzom – jego rekomendacje są często postrzegane w Waszyngtonie jako pozornie neutralne ekspertyzy, ponieważ nie pochodzą bezpośrednio od rządu ani firmy.
Właśnie to czyni poniższe odkrycie tak odkrywczym. W ówczesnych doniesieniach na temat propozycji Javelin ledwie wspomniano, że ten przeciwpancerny pocisk rakietowy jest produkowany przez dokładnie dwie firmy, Raytheon i Lockheed Martin, a obie należą do firm, które same zapewniają Atlantic Council znaczne finansowanie.
Według badań przeprowadzonych przez specjalistyczną agencję Responsible Statecraft, Rada otrzymuje co najmniej 2,69 miliona dolarów rocznie od samych 22 wykonawców sektora obronnego, w tym Raytheon, Lockheed Martin, Boeing i General Dynamics. Rada nie jest zatem neutralnym obserwatorem, który przypadkiem formułuje rekomendację korzystną dla swoich fundatorów. To miejsce, w którym rekomendacja i korzyść nie mogą być już wyraźnie oddzielone, ponieważ oba są finansowane przez te same podmioty.
To coś więcej niż typowy konflikt interesów, taki jak ten, z którym spotyka się ekspert pracujący dla ocenianej firmy. Warto dokładnie przeanalizować ten mechanizm, ponieważ całkowicie odwraca on ogólnie przyjętą sekwencję. Zwykle zakłada się, że najpierw pojawia się zagrożenie – na przykład zbrojenie sąsiedniego kraju – następnie następuje debata publiczna, w której eksperci niezależnie dokonują ocen, a dopiero na końcu, jako logiczna konsekwencja tej debaty, zostaje przyznany kontrakt przemysłowi. Zagrożenie, debata, kontrakt – w tej kolejności.
Atlantic Council pokazuje jednak odwróconą, zamkniętą pętlę: przemysł finansuje instytucję, która następnie dostarcza analizę zagrożenia, ta analiza z kolei wpływa na decyzję polityczną, a ta decyzja ostatecznie prowadzi do przyznania kontraktu właśnie temu przemysłowi, który współfinansował cały proces od samego początku. Legalność i zysk nie są już tutaj dwoma oddzielnymi poziomami, z których jeden retrospektywnie uzasadnia drugi, co jest częste w klasycznej krytyce lobby zbrojeniowego. To jeden i ten sam proces, rozpatrywany tylko w różnych punktach jego przebiegu.
Jak sprawnie ten cykl może funkcjonować nawet bez pomocy think tanku, pokazuje drugi, jeszcze bardziej bezpośredni przykład: Norwegia. Kraj ten niedawno zamówił całą flotę 52 myśliwców F-35, wyprodukowanych przez tę samą korporację, Lockheed Martin, która również posiada udziały w Atlantic Council. Przez lata norweski rząd uzasadniał to wielomiliardowe zamówienie powtarzającą się formułką: rosnącą rosyjską aktywnością militarną w Arktyce, zwiększoną potrzebą odstraszania na tzw. Dalekiej Północy, tym północnym regionie strategicznie ważnym dla NATO ze względu na bliskość rosyjskiej Floty Północnej. Norweski budżet obronny był kilkakrotnie zwiększany właśnie w związku z tym programem zamówień, ostatnio z prognozą z 7,6 miliarda dolarów do 9,2 miliarda dolarów do 2028 roku. W tym przypadku nie ma nawet instytucji pośredniczącej, takiej jak think tank, stojącej między narracją o zagrożeniu a listą zamówień. Narracja o rosyjskim zagrożeniu Arktyki i lista dostaw producenta stały się praktycznie identyczne – można by wręcz powiedzieć, że jedna jest jedynie politycznym odpowiednikiem drugiej.
Mechanizm ten staje się jeszcze bardziej wymowny, gdy nie dotyczy członka NATO, takiego jak Norwegia, istniejącego od dziesięcioleci, lecz kraju dopiero wyłaniającego się z innej strefy wpływów, co pozwala nam obserwować, niemal w czasie rzeczywistym, kształtowanie się nowych relacji. Po militarnej porażce z Azerbejdżanem w 2023 roku Armenia zerwała ze swoim tradycyjnym patronem, Rosją, ponieważ gwarancje bezpieczeństwa udzielone przez Moskwę nie zmaterializowały się w kluczowym momencie – nadużycie zaufania, które pozostawiło kraj praktycznie w politycznym dryfie.
Już w styczniu 2025 roku, a więc stosunkowo niedługo potem, USA i Armenia podpisały tzw. Komisję Partnerstwa Strategicznego, wspólną komisję ds. pogłębiania współpracy gospodarczej i wojskowej. Umowa ta przewidywała konkretną kwotę: około 18 milionów dolarów z amerykańskiego programu finansowania zagranicznych sił zbrojnych, przeznaczonych między innymi na opancerzone karetki pogotowia i nowe centrum cyberobrony. Moment, w którym kraj wyrywa się ze starej strefy wpływów, nie jest zatem momentem, w którym jest pozostawiony sam sobie i może swobodnie decydować o dalszych losach. Raczej jest to właśnie moment, w którym otwierana jest nowa linia finansowania, która następnie zabezpiecza, pogłębia i ukierunkowuje to wyrwanie się w określonym kierunku.
Ostatecznie najbardziej odkrywcze pytanie nie brzmi nawet, kto kogo finansuje, jakkolwiek ważne by ono samo w sobie nie było. Bardziej odkrywcze jest to, co dzieje się z samą narracją, gdy ujrzała światło dzienne i została oderwana od pierwotnego kontekstu.
W Gruzji toczy się obecnie proces ośmiu polityków opozycji, w tym byłego prezydenta Micheila Saakaszwilego, oskarżonych o przekazywanie informacji istotnych dla bezpieczeństwa rządom innych państw, a tym samym szkodzenie gruzińskim interesom narodowym. W lipcu 2026 roku świadkowie bliscy rządowi zeznali przed sądem, że protesty przeciwko gruzińskiemu rządowi w listopadzie i grudniu 2024 roku były finansowane przez amerykańską agencję wywiadu zagranicznego CIA i amerykańską agencję rozwoju USAID i stanowiły próbę zamachu stanu. Oskarżeni stanowczo temu zaprzeczają, podobnie jak międzynarodowi obserwatorzy, tacy jak Transparency International, która krytykuje proces jako motywowane politycznie ściganie i obecnie mówi o dziewięćdziesięciu więźniach politycznych w Gruzji.
To, co się tu dzieje, zasługuje na szczególną uwagę właśnie dlatego, że wywraca do góry nogami prostą wersję tej tezy. To nie Zachód rozpowszechnia narrację o złowrogim finansowaniu CIA, aby odwrócić uwagę od własnej ingerencji lub ją usprawiedliwić – jak można by się spodziewać po poprzednich przykładach. Wręcz przeciwnie, to rząd, uważany za sympatyzującego z Rosją i tradycyjnie opisywany jako przeciwnik Zachodu, wykorzystuje tę narrację o amerykańskiej ingerencji do ścigania i uciszania własnej opozycji w kraju.
To zamyka krąg, który wykracza daleko poza przykłady z poszczególnych krajów. Twierdzenie, że amerykańskie instytucje finansują protesty i przewroty polityczne za granicą, samo w sobie stało się powszechnie dostępną walutą legitymizacji – rodzajem uniwersalnej waluty, którą może posługiwać się praktycznie każda strona potrzebująca uzasadnienia dla swoich działań. Służy zachodnim think tankom, które opowiadają się za zbrojeniami, a także promoskiewskiemu rządowi prowadzącemu kampanię prawną przeciwko własnej opozycji.
To, co zaczyna się w Waszyngtonie jako pętla finansowania między producentami broni a konsultantami politycznymi, kończy się w Tbilisi jako sprawa sądowa, w której ta sama formuła zostaje wywrócona do góry nogami. Materialne pytanie o to, kto faktycznie czerpie zyski z zbrojeń, można jasno i weryfikowalnie prześledzić w każdym z czterech przedstawionych tu przypadków – propozycji Javelina, norweskiej floty F-35, reorganizacji Armenii i gruzińskiej sprawy sądowej. Narracja moralna służąca uzasadnieniu tej rozbudowy zbrojeń stała się jednak tak oderwana od jej materialnych źródeł, że stała się bronią dla praktycznie każdego, kto się na nią zdecyduje – niezależnie od tego, po której stronie się opowiada.
+++
Źródło obrazu: Atlantic Council
+++
Źródła
Danny Haiphong (transmisja na żywo, 26 września 2026 r.), rozmowa z pułkownikiem Lawrence’em Wilkersonem i Patrickiem Henningsonem – Geneza niepotwierdzonego twierdzenia o bezpośrednim finansowaniu kampanii społeczeństwa obywatelskiego przez firmy zbrojeniowe w Norwegii, Gruzji, Mołdawii, Armenii i Azerbejdżanie
Odpowiedzialne zarządzanie państwem, „Pracownik think tanku zaskoczony pytaniem o finansowanie przemysłu zbrojeniowego” – Atlantic Council otrzymuje co najmniej 2,69 mln dolarów rocznie od 22 firm zbrojeniowych, w tym RTX, General Atomics i SAAB
World Beyond War / MintPress News (Alan Macleod), „Selling War: How Raytheon and Boeing Fund the Push for NATO’s Nuclear Expansion” – Ranking think tanków otrzymujących największe dofinansowanie od przemysłu zbrojeniowego; dowody na poparcie propozycji Javelin Rady Atlantyckiej z 2015 r.
Conservapedia, wpis „RTX Corporation” – potwierdzenie, że propozycja Javelina z 2015 r. obejmowała systemy uzbrojenia wyprodukowane przez Raytheon i Lockheed Martin
Gamereactor / Army Technology, Raporty o norweskiej flocie F-35 – Zakończenie budowy 52 samolotów F-35 (Lockheed Martin), Uzasadnienie rosyjskiej aktywności w Arktyce
Rząd Norwegii (regjeringen.no) i Army Technology, „Rynek obronny Norwegii 2023–2028” – wielokrotne zwiększenie norweskiego budżetu obronnego w związku z programem F-35, prognozowane z 7,6 mld USD do 9,2 mld USD do 2028 r.
Kyiv Post, „USA i Armenia podpisują umowę o strategicznym partnerstwie” – Podpisanie przez Komisję ds. Partnerstwa Strategicznego w styczniu 2025 r. około 18 mln dolarów zagranicznego finansowania wojskowego dla Armenii
Jam-News, „Proces w sprawie «sabotażu» w Gruzji: USA, USAID i CIA uznane za «wrogie siły»” – zeznania świadków w gruzińskim procesie przeciwko ośmiu politykom opozycji, w tym Micheilowi Saakaszwilemu; Transparency International klasyfikuje postępowanie jako motywowane politycznie
Rosyjski sztab generalny ponownie w interesujący sposób zmodyfikował swoją taktykę w zeszłym tygodniu. Wydaje się, że w ostatnich miesiącach Rosja cyklicznie przechodziła przez szereg różnych typów celów, co stanowiło swoisty „motyw miesiąca”. Najpierw była to ukraińska infrastruktura energetyczna, następnie mosty i magazyny, w tym poczta Nowa Poczta, a ostatnio lokomotywy. Teraz jednak celem dnia stały się ukraińska telekomunikacja, centra danych i infrastruktura internetowa.
W otwartym kodzie źródłowym krążącym na X podano następujące liczby dla miasta Kijowa i obwodu kijowskiego:
Wszystko zaczęło się w zeszłym tygodniu, kiedy Rosja zaatakowała największego ukraińskiego operatora telefonii komórkowej i internetu, KyivStar, którego, nawiasem mówiąc, zaatakowała ponownie wczoraj wieczorem.
Przypomnijmy, że były szef CIA Mike Pompeo otrzymał stanowisko dyrektora w KyivStar z nieznanych powodów, prawdopodobnie dlatego, że daje to CIA bezpośrednią kontrolę nad ukraińskim internetem i danymi mobilnymi, umożliwiając kontrolę, szantaż i inwigilację każdego w kraju.
KyivStar ma też kanał, którym chwali się firma, na którym przez całą dobę transmitowany jest na żywo obraz „płonącego Kremla”. Transmisja ta ma być swego rodzaju kojącym ukraińskim ASMR:
Wygląda na to, że w końcu zaznali smaku własnej „medytacyjnej” praktyki.
Media głównego nurtu zaczęły dostrzegać tę nową zmianę w Rosji, zauważając, że ponad sto tysięcy użytkowników internetu doświadczyło już przerw w dostawie prądu:
Rosja otworzyła nowy front w swojej kampanii przeciwko Ukrainie, atakując w tym tygodniu kilka centrów danych i dostawców usług internetowych w Kijowie. Jest to wyraźna próba osłabienia cyfrowego kręgosłupa gospodarki.
Według ukraińskiego Ministerstwa Transformacji Cyfrowej około 100 000 gospodarstw domowych w Kijowie i okolicach zostało odciętych od dostępu do Internetu na skutek strajków, które miały miejsce w środę i czwartek.
W piątek w centrum Kijowa doszło do kolejnego ataku dronów na biura Datagroup, jednej z największych ukraińskich firm telekomunikacyjnych. W wyniku ataku zginęły cztery osoby.
„Rosja wzięła na celownik duże ukraińskie centra danych, próbując zakłócić przepływ informacji” – napisał na portalu X minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha.
W ostatniej rundzie Rosja wzięła na celownik nawet ukraińskie ośrodki naukowo-techniczne, co wywołało natychmiastowe oburzenie ze strony czepiających się perły euro-faryzeuszy:
Jednym z prawdopodobnie przypadkowych celów był podobno legendarny ukraiński naukowiec, odpowiedzialny za znaczną część ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego:
Były sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, Gorbulin, został ranny. Jego asystent zginął w wyniku uderzenia w budynek Narodowej Akademii Nauk.
Biuro Gorbulina znajdowało się piętro poniżej epicentrum uderzenia.
Według Ławrowa wartości europejskie stanowią „naruszenie wolności słowa, informacji i religii”.
Minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow wygłosił przemówienie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, w którym ostro skrytykował politykę Zachodu, stwierdzając na przykład, że polityka UE pokazuje, iż wartości europejskie stanowią „naruszenie wolności słowa, informacji i religii” .
W zeszłym tygodniu odbyło się doroczne Zgromadzenie Ogólne ONZ, na którym każde państwo wygłasza krótkie przemówienie wprowadzające, przedstawiające główne poglądy na politykę zagraniczną. W tym roku w imieniu Rosji przemawiał minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow, ostro krytykując politykę Zachodu. Przetłumaczyłem jego przemówienie , ponieważ w Niemczech nie ma wielu możliwości, aby osobiście poznać zasady rosyjskiej polityki zagranicznej i stanowisko rosyjskiego rządu.
=================================
Szanowny Panie Prezydencie,
Ekscelencje,
Panie i Panowie,
W ostatnich dniach z tego podium, a także na marginesie Zgromadzenia Ogólnego, wielokrotnie wyrażano pogląd, że w polityce światowej zachodzą tektoniczne przesunięcia i że na naszych oczach wyłania się bardziej sprawiedliwy, wielobiegunowy porządek świata. Kraje Globalnego Południa i Wschodu stają się suwerennymi ośrodkami rozwoju i biorą na siebie odpowiedzialność za zapewnienie bezpieczeństwa w swoich regionach. Demonstrują swoje przywiązanie do prawa międzynarodowego, odrzucenie presji zewnętrznej i zainteresowanie dobrobytem wszystkich państw, a nie tylko „wybranych”. Ta konstruktywna filozofia leży również u podstaw rosyjskiej polityki zagranicznej. Podzielają ją nasi liczni partnerzy o podobnych poglądach i stanowi podstawę współpracy w ramach WNP, SCO, BRICS i innych sojuszy globalnej większości.
Ale nie wszyscy są z tego zadowoleni. Mniejszość zachodnia, która dominowała przez pięć wieków kosztem zasobów innych, nie rezygnuje z prób zachowania swoich przywilejów i narzucenia wszystkim swoich „zasad”. Zachód coraz częściej ucieka się do brutalnej siły, działając nieprzewidywalnie i lekkomyślnie, narażając życie i dobrobyt milionów, jeśli nie miliardów, mieszkańców naszej wspólnej planety. Jak powiedział prezydent Rosji Władimir Putin, jest to dyktatura jednego hegemona.
„Wymyka się spod kontroli i jest po prostu niebezpieczny dla innych”.
Na początku tego roku amerykańska inwazja na Wenezuelę, naruszająca wszelkie normy, w tym moralne, zakończyła się pojmaniem prezydenta Nicolasa Maduro i jego żony oraz ich pozasądowym osadzeniem w amerykańskim więzieniu. Stało się to pomimo faktu, że prawo międzynarodowe wyraźnie nakazuje ochronę immunitetu i nietykalności najwyższych urzędników państwowych. Domagamy się natychmiastowego uwolnienia głowy państwa Wenezueli i jego żony oraz zapewnienia, że takie nadużycia nigdy się nie powtórzą.
Uważamy, że zabójstwo ajatollaha Alego Chameneiego, Najwyższego Przywódcy Iranu, i jego rodziny, a także członków wojskowego i politycznego kierownictwa Republiki Islamskiej, jest niedopuszczalnym przejawem brutalnego dyktatu. Szczególne zaniepokojenie budzi fakt, że kolejne cele amerykańsko-izraelskiej agresji, która rozpoczęła się w czerwcu ubiegłego roku, obejmowały nie tylko irańską infrastrukturę cywilną, ale także cywilne obiekty jądrowe chronione gwarancjami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA). Wyrządziło to nieodwracalne szkody reputacji agencji i całemu systemowi nierozprzestrzeniania broni jądrowej.
Pomimo oczywistych szkód dla globalnej żeglugi i handlu, w regionie Zatoki Perskiej i Cieśniny Ormuz wciąż dochodzi do nawrotów konfrontacji zbrojnej. Uważamy, że budowanie zaufania w relacjach między państwami Zatoki Perskiej, krajami arabskimi i Iranem jest warunkiem koniecznym rozwiązania kryzysu. Nasza koncepcja zapewnienia zbiorowego bezpieczeństwa w regionie Zatoki Perskiej zakłada stworzenie stabilnej architektury regionalnej. Rosja, wraz z innymi odpowiedzialnymi państwami, jest gotowa wnieść konstruktywny wkład w stabilizację tego strategicznie ważnego regionu.
Jesteśmy przekonani, że nadszedł czas, aby rozwiązać główny problem Bliskiego Wschodu: zagwarantować narodowi palestyńskiemu państwowość w oparciu o liczne rezolucje Organizacji Narodów Zjednoczonych. Prawie rok temu Rada Bezpieczeństwa, z inicjatywy Stanów Zjednoczonych, zatwierdziła „plan pokojowy” dla Strefy Gazy, ale pokój nie powrócił. Nadal umierają tam osoby starsze, kobiety i dzieci, a sytuacja humanitarna pozostaje krytyczna. Sytuacja pogarsza się również na Zachodnim Brzegu, gdzie Izrael rozszerza swoją działalność osadniczą. Jeśli to się utrzyma, utworzenie państwa palestyńskiego będzie niemożliwe, ponieważ po prostu nie będzie dla niego miejsca. A wtedy bezpieczeństwo Izraela będzie stale zagrożone; eksperci doskonale to rozumieją.
Organizacja Narodów Zjednoczonych, a my wszyscy jako państwa członkowskie, jesteśmy wezwani do podjęcia pilnych, niekonwencjonalnych kroków w celu odwrócenia negatywnych trendów na Bliskim Wschodzie i w regionach sąsiednich. Dotyczy to nie tylko Palestyny, ale także Libanu, Syrii, Jemenu, Iraku, Sudanu, Somalii, Sudanu Południowego i innych krajów afrykańskich, w których toczą się konflikty.
Konieczne są pilne działania w celu poprawy katastrofalnej sytuacji humanitarnej na Kubie, która obecnie zmaga się z bezprecedensową presją ze strony północnego sąsiada. Potwierdzamy naszą solidarność z narodem kubańskim i rządem oraz stanowczo apelujemy o zniesienie blokady morskiej Wyspy Wolności, zniesienie wszelkich ograniczeń w handlu z Kubą oraz usunięcie kraju z niechlubnej listy państw sponsorujących terroryzm.
To tylko najbardziej rażące przykłady, które wymagają priorytetowej uwagi społeczności międzynarodowej. Nie jest to jednak jedyny obszar, w którym konieczne są działania. Stosowanie siły przez Zachód i jego „podwójne standardy” destabilizują sytuację na całym świecie. Na Bałkanach UE jawnie ignoruje rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1244 i zmusza Serbię do zaakceptowania utraty Kosowa oraz wyrzeczenia się swojej historii i pamięci o przodkach. Belgrad jest zmuszany do nałożenia sankcji na Rosję, a w zamian otrzymuje obietnicę, jak wszyscy już rozumieją, iluzoryczną perspektywę integracji z UE. W celu zjednoczenia Bośni i Hercegowiny, Serbowie są naciskani, aby zrzekli się swoich konstytucyjnych uprawnień, zagwarantowanych przez porozumienie pokojowe z Dayton i Radę Bezpieczeństwa ONZ.
W tym samym duchu lekceważenia prawa międzynarodowego, lekkomyślne działania zagranicznych sponsorów reżimu w Kijowie stanowią poważne zagrożenie dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. Dążąc do utopijnego celu powstrzymania Rosji, Zachód samodzielnie zniszczył europejski system bezpieczeństwa i ukształtował rusofobiczny reżim w Kijowie. Świadoma daremności własnych wysiłków, Europa robi wszystko, co w jej mocy, aby uniemożliwić pokojowe rozwiązanie i zniweczyć perspektywy negocjacji, którymi interesuje się wiele osób, w tym administracja Trumpa. Zachód dostarcza ukraińskiemu reżimowi broń i pomaga Kijowowi w atakowaniu dronów i rakiet na ludność cywilną i infrastrukturę cywilną. Zachód marzy o zadaniu Rosji „strategicznej klęski”, ale marzenia te, jak wielokrotnie w przeszłości, doprowadzą jedynie samych inicjatorów wojny w strategiczny ślepy zaułek.
Szanowni koledzy,
Rok temu obchodziliśmy 80. rocznicę zwycięstwa nad niemieckim nazizmem i japońskim militaryzmem. W przyszłym tygodniu, 1 października, przypada 80. rocznica zakończenia prac Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze. Historyczny wyrok Trybunału Narodów Zjednoczonych, jak nazywany jest Trybunał Norymberski, surowo i jednoznacznie potępił nazistowskich zbrodniarzy, umieszczając nieludzką ideologię nazizmu poza granicami prawa i moralności.
Jednak 80 lat później nie wszyscy wyciągnęli wnioski z Norymbergi. Sądząc po ich wypowiedziach, przywódcy wielu krajów UE są ewidentnie zarażeni wirusem wyższości rasowej i żywią ekstremistyczne, rusofobiczne idee. Wspierają przywódców ukraińskiego reżimu, oddając hołd skazanym zbrodniarzom wojennym i kolaborantom Hitlera w Kijowie, których dłonie są splamione po łokcie krwią Rosjan, Żydów, Białorusinów, Ukraińców i osób innych narodowości. Niemal cały Zachód co roku głosuje w tej właśnie izbie przeciwko rosyjskiej rezolucji potępiającej gloryfikację nazizmu. Niemcy, Japonia i wszystkie państwa NATO głosują przeciwko niej, z których wiele było odpowiedzialnych za zbrodnie przeciwko ludzkości podczas II wojny światowej. To nas nie dziwi.
Chciałbym jednak podkreślić, że skutki II wojny światowej stanowią fundament powojennego porządku świata i są zapisane w Karcie Narodów Zjednoczonych. Ratyfikując ten dokument, dawne państwa Osi uznały swoją historyczną odpowiedzialność za niezmierzone cierpienie, jakie ideologia i praktyki nazistowskie zadały światu. Jeśli teraz bezwstydnie przymykają oczy na coraz bardziej rażące przejawy ukraińskiego nazizmu, zagrażają samym fundamentom porządku świata, którego centrum stanowi ONZ.
Ignorując odpowiedzialność nazistowskich Niemiec za ludobójstwo narodu radzieckiego i pozornie niewzruszony rolą Republiki Federalnej Niemiec jako głównego sponsora nazistowskiego reżimu w Kijowie, kanclerz Friedrich Merz oświadcza, że Niemcy muszą „ponownie” stać się najważniejszą potęgą militarną w Europie. Czy w Berlinie rozumieją, co to „ponownie” oznacza i do czego może doprowadzić? Czy wyniki II wojny światowej niczego ich nie nauczyły?
Ukraiński reżim otwarcie depcze kamień węgielny Karty Narodów Zjednoczonych: poszanowanie praw człowieka i podstawowych wolności dla wszystkich, bez względu na rasę, płeć, język czy religię. Nie ma innego kraju na świecie poza Ukrainą, w którym jakikolwiek język byłby prawnie zakazany. Na Ukrainie język rosyjski jest zakazany. Używanie go jest karane więzieniem. Jednak w UE, która szczyci się „europejskimi wartościami”, panuje w tej sprawie całkowita cisza, ani jednego słowa potępienia. Mówi się jedynie, że Ukraina pomaga bronić tych właśnie „europejskich wartości”. Nieuchronnie nasuwa się wniosek, że zarówno nazizm, jak i rażące naruszenia wolności słowa, informacji i wyznania przez ukraiński reżim stanowią istotę tych „europejskich wartości”.
Rozpoczynając w 2022 roku operację wojskową mającą na celu ochronę ludności Donbasu i Noworosji przed zagładą ze strony reżimu kijowskiego, Rosja kontynuuje walkę o ich bezpieczeństwo i prawa, w pełnej zgodzie z literą i duchem Karty Narodów Zjednoczonych. Nasza walka o prawdę i sprawiedliwość zostanie doprowadzona do końca: cele operacji wojskowej zostaną osiągnięte, zagrożenia dla bezpieczeństwa Rosji zostaną wyeliminowane, a pokojowe życie zostanie przywrócone. Stanie się to niezależnie od wszelkich okoliczności, w tym niezdolności obecnego kierownictwa organizacji międzynarodowej do zajęcia jedynego słusznego stanowiska w sytuacji wokół Ukrainy: stanowiska obrońcy zasad Karty Narodów Zjednoczonych, nie wybiórczo, lecz w ich całości, kompletności i wzajemnym powiązaniu.
Oczekujemy, że nowy Sekretarz Generalny, którego musimy wybrać do końca roku, będzie ściśle przestrzegał swojego mandatu oraz zasad bezstronności i równego dystansu zapisanych w Karcie. Powinien reprezentować całą społeczność międzynarodową, a nie służyć interesom poszczególnych państw, nie powinien podważać międzyrządowego charakteru systemu ONZ ani ograniczać prerogatyw Rady Bezpieczeństwa i jej stałych członków.
Nasze fundamentalne podejście opiera się na założeniu, że reforma Rady Bezpieczeństwa nie może zapewnić żadnych dodatkowych „miejsc” państwom zachodnim, a tym bardziej Niemcom i Japonii, które weszły na ścieżkę militaryzacji i rewanżyzmu. Opowiadamy się wyłącznie za silniejszą reprezentacją Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej oraz popieramy kandydatury Brazylii i Indii do stałych miejsc, jednocześnie – i podkreślam to – uwzględniając interesy kontynentu afrykańskiego, zgodnie z Konsensusem z Ezulwini i Deklaracją z Syrty.
Panie i Panowie
W swojej odpowiedzialnej polityce zagranicznej Rosja współpracuje z naszymi sojusznikami i partnerami strategicznymi, w tym w ramach BRICS, SCO, EAEU, WNP i ODKB, aby poprawić sytuację globalną. Proponujemy zjednoczony program oraz konkretne idee i projekty.
Międzynarodowe bezpieczeństwo informacyjne zajmuje obecnie centralne miejsce. Oczywiste jest, że to Organizacja Narodów Zjednoczonych, a nie odizolowane, zamknięte mechanizmy, musi odegrać w tej kwestii kluczową rolę. W październiku ubiegłego roku w Hanoi otwarto do podpisu Konwencję Narodów Zjednoczonych przeciwko cyberprzestępczości, sporządzoną z inicjatywy Rosji. Z zadowoleniem przyjmujemy uruchomienie Światowego Mechanizmu powołanego do jej wdrażania pod auspicjami Organizacji Narodów Zjednoczonych – pierwszego trwale działającego formatu w tej dziedzinie.
Organizacja Narodów Zjednoczonych ponosi również szczególną odpowiedzialność w świetle szybkiego rozwoju technologii sztucznej inteligencji. Niezaprzeczalnym jest, że powszechnie akceptowane zasady ich stosowania mogą zostać sformułowane jedynie na równych zasadach, przy udziale wszystkich krajów. Rozpoczęcie prac Globalnego Dialogu na temat Zarządzania Sztuczną Inteligencją oraz Niezależnej Międzynarodowej Grupy Naukowej ds. Sztucznej Inteligencji postrzegamy jako krok w dobrym kierunku. Inicjatywa Chińskiej Republiki Ludowej, wspierana przez Rosję, mająca na celu utworzenie światowej organizacji współpracy w dziedzinie sztucznej inteligencji zmierza w tym samym kierunku.
W połowie XX wieku Związek Radziecki pomógł narodom Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej uwolnić się od kajdan zależności kolonialnej. Dalsza demokratyzacja życia międzynarodowego jest niemożliwa bez wyeliminowania praktyk neokolonialnych, które pozostają wyraźnie widoczne. Ważnym kamieniem milowym na tej drodze było przyjęcie rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ ogłaszającej 14 grudnia Międzynarodowym Dniem Walki z Kolonializmem we wszystkich jego formach i przejawach. Z przyjemnością powitamy zwolenników walki z nowoczesnymi praktykami neokolonialnymi ze wszystkich krajów na pierwszym Światowym Zgromadzeniu Międzynarodowego, bezpartyjnego ruchu „O Wolność Narodów!”, które odbędzie się w Rosji w nadchodzących miesiącach.
Szanowni koledzy,
Trwały pokój można zagwarantować jedynie wtedy, gdy zakończy się niebezpieczna rywalizacja między głównymi aktorami na świecie. Można to osiągnąć jedynie w oparciu o ścisłe przestrzeganie Karty Narodów Zjednoczonych oraz zasady równego i niepodzielnego bezpieczeństwa. Zasada ta, pragnę powtórzyć, oznacza rezygnację z bezpieczeństwa jednego państwa kosztem bezpieczeństwa innych i zakazanie jakiemukolwiek państwu, grupie państw lub organizacji ubiegania się o hegemonię w dziedzinie bezpieczeństwa. Dotyczy to w szczególności NATO, które dąży do rozszerzenia swoich destrukcyjnych wpływów daleko poza granice geograficzne swojego obszaru odpowiedzialności, obejmujące Azję Południowo-Wschodnią i Północno-Wschodnią.
Wartości wszechstronnej, sprawiedliwej współpracy leżą u podstaw inicjatyw prezydenta Rosji Władimira Putina, mających na celu stworzenie Wielkiego Partnerstwa Eurazjatyckiego i architektury bezpieczeństwa na całym kontynencie euroazjatyckim. Wczoraj, tutaj, w Nowym Jorku, Rosja, Białoruś i nasi partnerzy o podobnych poglądach przyjęli deklarację o rozpoczęciu prac nad „Eurazjatycką Kartą Różnorodności i Wielobiegunowości XXI wieku”. Wzywamy wszystkich chętnych do włączenia się w nową, pan-kontynentalną architekturę pokoju i rozwoju, do wniesienia wkładu w sukces tego ważnego przedsięwzięcia, którego celem jest uzupełnienie i harmonizacja działań istniejących mechanizmów w świetle geopolitycznych realiów rodzącego się świata wielobiegunowego.
Wystąpienie prezydenta RP podczas debaty generalnej 81. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ odebrałem jak kazanie wsiowego wikarego niosące nowatorski, odkrywczy przekaz historyczny. Oratora, który przypadkowo znalazł się na mównicy ONZ w Nowym Jorku.
Motywem przewodnim tego wystąpienia był banał mówiący o tym, że moglibyśmy w tym pięknym domu żyć tak, jak Pan Bóg przykazał. W tym jednak przeszkadza, odwieczny wróg i ciemiężyciel Polski – imperialna Rosja.
Zaprzeczenie dyplomacji
Dowiedziałem się, że nie kto inny jak Rosja ponosi odpowiedzialność za sztuczne wywołanie kryzysu migracyjnego (od 8 minuty 39 sekundy)! Dowiedziałem się też, że imperialna pycha Rosji w przeszłości prowadziła do niewyobrażalnych cierpień oraz tragedii dwóch wojen światowych (od 4 minuty 55 sekundy)! Karol Nawrocki posiada doktorat z nauk humanistycznych w zakresie historii. Jest człowiekiem bystrym i inteligentnym. Pełnym władz umysłowych. Skoro trywialnie wygłasza poglądy sprzeczne ze stanem faktycznym, mimo posiadanej wiedzy i inteligencji, to te jego wypowiedzi dowodzą stanu jego emocji: absurdalnej, skrajnej nienawiści do Rosji!
Ubolewam nad tym, że prezydent mojego kraju i mojej ojczyzny, Polski, nie potrafi zapanować nad emocjami. Albowiem kiedy nienawiść przejmuje kontrolę, systemy emocjonalne dominują nad systemami analitycznymi, co prowadzi do zachowań, które z boku wyglądają na całkowicie pozbawione sensu. Ponadto mówienie „z obfitości serca” na forum międzynarodowym, jest zaprzeczeniem podstawowych zasad dyplomacji (sic!).
Szkoła dyplomacji
Twórca nowoczesnej dyplomacji Charles-Maurice de Talleyrand słynął z przekonania, że mowa służy człowiekowi do ukrywania, a nie do wyrażania myśli. „Człowiek obdarowany został mową po to, aby ukryć swoje myśli” (fr. „Le langage a été donné à l’homme pour dissimuler sa pensée lub La parole a été donnée à l’homme pour déguiser sa pensée”) – mawiał. Jako wybitny i przebiegły dyplomata, Talleyrand traktował język i słowa nie jako narzędzie szczerej komunikacji, lecz jako zasłonę dymną. W polityce międzynarodowej otwartość bywa błędem, a kontrolowane, zawoalowane słowa pozwalają chronić prawdziwe intencje i manewrować między wrogimi siłami. W przeszłości de Talleyrand stwierdził: „Bardzo trudno zrobić coś dla Polski, gdyż jest ona stale owładnięta manią samobójczą”.
Przestrogi Studnickiego aktualne
Władysław Studnicki (autor książki Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej) przytaczał ten cytat jako komentarz do fatalnych błędów, jakie polskie władze popełniły podczas II wojny światowej:
1) wpakowanie się w 1939 roku w konflikt na dwa fronty z Niemcami i Sowietami;
2) sabotażowe akcje podziemia, które prowokowały krwawe niemieckie masakry odwetowe na polskiej ludności cywilnej;
3) pomaganie bolszewikom w ramach akcji „Burza”;
4) krwawa łaźnia Powstania Warszawskiego.
Studnicki przeciwko temu protestował, ale – nikt go nie słuchał
Skutki nienawiści dla rozumu
Ad rem: silne emocje, takie jak nienawiść, mogą dosłownie „odebrać rozum”, drastycznie upośledzając zdolność logicznego myślenia i podejmowania racjonalnych decyzji. Z perspektywy neurologii i psychologii zjawisko to wiąże się z konkretnymi mechanizmami w ludzkim mózgu, takimi jak:
porwanie emocjonalne (tzw. amygdala hijack): gdy odczuwasz intensywną nienawiść, do głosu dochodzi ciało migdałowate – pierwotna struktura odpowiedzialna za emocje i przetrwanie. Potrafi ona „odciąć” sygnały idące do kory przedczołowej, czyli ewolucyjnie najmłodszej części mózgu odpowiedzialnej za logikę, planowanie i hamowanie impulsów;
tunelowe widzenie: silna nienawiść zawęża pole widzenia rzeczywistości. Człowiek przestaje dostrzegać niuanse, ignoruje fakty przeczące jego teorii i dzieli świat wyłącznie na czarno-biały;
zniekształcenie oceny ryzyka: pod wpływem nienawiści ludzie często podejmują działania autodestrukcyjne – są w stanie zaszkodzić samemu sobie, byle tylko uderzyć w obiekt swojej niechęci.
Demokracja uprawiana jest obecnie podobna do slalomu. Rządzący niestety widzą tylko najbliższą tyczkę, jadą na nią w pełnym pędzie, gdyż ta pojawia się nagle i niespodziewanie po minięciu poprzedniej. Można widzieć takich zawodników nie tylko w telewizyjnych zmaganiach sportowych, ale i politycznych. Kłopot w tym, że przy takiej taktyce widzi się tylko tyczkę najbliższą i cały wysiłek skupia na minięciu jej, po czym wychodzi się fatalnie z zakrętu na następną tyczkę i znowu zaczyna się straszny wysiłek, by nie wypaść z toru jazdy. Jedno jest pewne – nie widzi się mety, tylko najbliższą tyczkę.
Kto rozstawia tyczki? A to już jest całkiem inne, acz ciekawe, zagadnienie. W dobrym rządzie rozstawia je on sam w ramach planu rządzenia. Można się jednak przekonać, że czy to z lenistwa, czy ze zrządzenia losu rządzący zawodnik coraz częściej nie wie gdzie się wyłoni tyczka na następnym zakręcie.
Tyczki rozstawia też zły los (lub brak zdolności patrzenia w przyszłość, co dopiero aktywnego jej kreowania), wtedy tyczki pojawiają się nagle i jeszcze bardziej trzeba się kłaść w zakręcie. Ale tak to jest jak się prowadzi politykę wyłącznie reaktywną. Coraz częściej więc zawodnik i tak nie robi planu, jedzie na tzw. aferę, czyli w trakcie zjazdu okazuje się co i jak. Po co planować jak i tak nie wiadomo jaka jest trasa, zaś czort, nie wiedzieć jak, rozstawia tyczki w ostatniej chwili? Inni, ci od planowania, jak powiedział kiedyś Tusk, mają jakieś wizje i powinni się udać z tym do lekarza. Tego od wizji.
Unia podaje rękę Tuskowi
Ale jest jeszcze jeden wariant, obecnie grany w Polsce: rząd Tuska jest faworyzowany przez Unię i Niemcy, którzy w Polsce go zainstalowali. Oczywiście, powie ktoś, zainstalował go polski suweren w ramach demokratycznych wyborów, ale doświadczenie każe mi twierdzić, że coraz to jesteśmy świadkami zbliżania się interesów, a właściwie ich nieuświadomienia, całych grup społecznych, do interesów aktorów zewnętrznych. Jest to proces narastający, ciągnący się od początków III RP, wzmacniany ciągłą medialną ojkofobią, polityką wstydu i zakompleksionym dążeniem do Zachodu, którego już dawno… nie ma.
Tak czy siak, ze społecznego nadania mandatu, czy z zewnętrznych sterowności Tusk jest, delikatnie mówiąc, oceniany jako niezbywalny walor, potrzebny do zewnętrznego zarządzania Polską. Chociaż wykonuje obecnie zadanie nie tylko samobójcze dla Polski ale i dla… własnej kariery. Moim zdaniem Tusk intencjonalnie doprowadza do bankructwa Polski, by – wzorem przykładu greckiego – przyjechała tu „trojka” z Brukseli i zaczęła ręcznie zarządzać Polską. Ot tak, by Najjaśniejsza nie szurała w procesie centralizacji Unii, oraz spełniała peryferyjne i uzupełniające role w stosunku do gospodarek „starego Zachodu”, a zwłaszcza Niemiec. Takie działanie to jednak podcinanie przez Tuska gałęzi, na której siedzi, bo jak wspomniana trojka tu przyjedzie, to żaden Tusk Brukseli czy Berlinowi nie będzie już potrzebny. Ale, wzorem poprzednich zachowań, Tusk zrobi swoje i Tusk będzie mógł odejść – odejść na jakąś sutą posadkę od gadania o niczym. Taka to perspektywa – czyli nie samobójstwo, ale synekurka po zrobieniu z Polską co trzeba.
Póki co Berlin poprzez Brukselę chce jednak spróbować Tuska ratować na następne wybory i stworzył mechanizm odsuwania na „po wyborach” w roku 2027 szczególnie bolesnych regulacji unijnych. Jedne są wstrzymywane, drugie przychodzą na po wyborach w 2027 trochę z przypadku. Tak czy siak wygląda na to, że – wracając do naszej metafory o slalomie, koledzy z Berlina i Brukseli będą w tym zjeździe Tuska likwidowali tyczki, by pojechał na krechę. Ale nie będą tych tyczek niszczyć – one nie znikną, tylko zostaną przesadzone na półmetek po wyborach. Wtedy się druga część zjazdu zagęści potwornie, bo dojdzie do kumulacji odkładanych tyczek. Odkładanych po to by Tuskowi dobrze było jechać do wyborów szybko na krechę, by nie sypał w oczy widzom śniegiem na zakrętach. Wszystko będzie przeniesione na po wyborach.
Warianty powyborcze
Wybory są więc półmetkiem tego wyścigu. Bo może dojść do zmiany narciarza. Jak zostanie Tusk i się zaplącze w lesie tyczek przełożonych to zrzuci wszystko na Unię. Trudno, taki mamy klimat, zwłaszcza jego akolici zrozumieją unijne wymogi, gdyż te są niekwestionowanym dogmatem w tej grupie elektoratu. Będzie więc i ciężko, i bez winy. No, inna sprawa jak na półmetku zmieni się zawodnik na nieakceptowalnego przez unio-berlińczyków. Wtedy ten las przełożonych tyczek i praktycznie żadne możliwości wyslalomowania tegoż będzie pokazywany jako nieudolność rządzących i to od pierwszego dnia ich władania. Ponieważ rzeczy odkładane spowodują, w dodatku w kumulacji, gwałtowne i katastrofalne pogorszenie poziomu życia Polaków, pojawią się medialnie wzmacniane i powtarzane przez samobójczych akolitów argumenty, że za Tuska było lepiej, a nowi nie potrafią rządzić.
Mamy więc sytuację fatalną, jaka następuje zawsze wtedy, kiedy zbieramy efekty priorytetów rządzących leżących poza obszarem interesów Polski. Kto by bowiem nie rządził, to będzie słabo. Nawet jak nowi rządzący wezmą się za ten bigos, to na wyniki trzeba będzie długo czekać, zaś koszty społeczne mogą być zaraz przekute w zawiedzione nadzieje na poziomie politycznym. Po prostu nie ma czego zazdrościć wszystkim aspirującym do władzy. No, oczywiście oprócz już rządzących, bo ich chęć przedłużenia „misji” w Polsce jest mieszanką kontynuowaniu „modelu biznesowego” eksploatacji resztek dobra publicznego i strachu przed poniesieniem za to konsekwencji już karnych.
Czyli – mamy przechlapane i trzeba o tym pamiętać i obywatelom, i nowym, może przyszłym rządzącym. Otrzymujemy kraj zdewastowany pod względem regulacyjnym, o źródłach prawa poza nami, ale także i fatalny stan finansów publicznych, z których bez potu i łez, ale da Bóg bez krwi nie da się tak łatwo kraju wyprowadzić na prostą. Będzie tak jak za czasów początku III RP, kiedy postkomuna tak rozbujała towarzystwo, że za koszty sprzątania po komunie, ukarano… sprzątających. Teraz też tak być może. Niemniej w obu wariantach – z Tuskiem czy bez – będzie ciężko.
Remanent bomb z opóźnionym zapłonem
Zrobiłem sobie remanent tego, co nas czeka na po wyborach. Nie chcę nawet tu wnikać, co zrobiono „pod Tuska”, odkładając dla Polski wejście w życie poszczególnych unijnych regulacji, by nie drażnić wyborczego misia przed największym świętem demokracji. To dość złożony proces, bo trzeba by było zajrzeć w czasy, kiedy dane regulacje się decydowały co do zakresu i dat, by zobaczyć ewentualne intencjonalne koincydencje. Tak czy siak jest tego sporo, z tego co wchodzi, ale Unia, jak to twór biurokratyczny, bombarduje nas i tak regulacjami, co jest charakterystyczne dla tworów socjalistycznych, zwłaszcza umoczonych w sosie globalistycznym.
To jasne, że Unia walczy tym samym z problemami, które sama tworzy, bo te mogą istnieć tylko w jej ustroju, co jest nie tylko trudem próżnym, ale i procederem, który się nie kończy. Popatrzmy więc na to, co się będzie działo po wyborach, bez względu na to kto je wygra. Skóra cierpnie, ale nie ma co się zakłamywać – lepsza prawda, która nas i tak czeka, niż kolorowanie buta, którego zaraz będziemy całować.
Pierwsze, bo to teraz tragicznie modne, to migracja. Mamy kwestię odłożoną „dla Donka”, tyle, że na początku roku 2027 trzeba będzie wystąpić o przedłużenie unijnej dyspensy i premier to zrobi, bo to będzie pracowało przez cały rok wyborczy dla jego fejmu obrońcy Ojczyzny. W tej unijnej dyspensie posiłkowano się dotąd „presją migracyjną” ze strony uciekinierów spod bomb z Ukrainy. Mały kłopot pojawia się tu na przyszłość w dwóch wariantach: że Unia odmówi przedłużania z tego powodu naszej dyspensy migracyjnej, bo tak zechce (a może zechcieć, bo jak Tusk wygra to i tak mu to nie zaszkodzi, a jak przegra to zaszkodzi, ale nowej władzy), albo drugi wariant – sam powód ustanie.
Może po prostu skończyć się wojna i zniknie pretekst „presji migracyjnej”, gdyż – i tak dęte – uzasadnienie „ucieczki spod bomb” się zdezaktualizuje. A taki wariant stawia nową/starą władzę przed wyborem – albo wpuszczamy po 30.000 pigmento-pozytywnego luda rocznie, albo płacimy kasę za zaniechanie objawów solidaryzmu w naprawianiu migracyjnych błędów Zachodu. Czy i który wariant wybierze którakolwiek z władz i tak wyjdzie gorzej – albo więcej nieintegracyjnych kultur na polskich ulicach, albo słone kary złożone na barki polskich podatników. Słabo.
Ekologia w służbie Unii
Będziemy mieli też reformę „starego” systemu ETS1. Od początku 2028 roku system wejdzie w kluczową fazę reformy dotychczasowego systemu handlu emisjami (obejmującego elektrownie, ciepłownie i ciężki przemysł). Zgodnie z reformą zlikwidowany zostanie mechanizm bezpłatnych przydziałów uprawnień CO₂ dla przemysłu. Po 2027 roku proces ten przyspieszy, co dla polskiego przemysłu hutniczego, chemicznego i nawozowego oznacza znaczny wzrost kosztów produkcji i konieczność szybkiej modernizacji. System ETS1 po 2027 roku w pełni obejmie wszystkie rejsy morskie wewnątrz UE oraz zaostrzy wyliczanie emisji dla sektora lotniczego, co przełoży się na wzrost cen biletów lotniczych i frachtu morskiego.
Do tego wejdzie Mechanizm CBAM (podatek od śladu węglowego na towary importowane spoza UE, np. ze stali, cementu, nawozów czy aluminium) przechodzi z fazy przejściowej w pełną fazę operacyjną. Importerzy wprowadzający te produkty na rynek UE będą musieli kupować specjalne certyfikaty CBAM. Rząd wybrany w 2027 roku będzie musiał zorganizować sprawne pobieranie opłat granicznych, aby chronić polskie firmy przed nieuczciwą konkurencją z krajów o niskich standardach ekologicznych. Jest to ekologiczny protekcjonizm, który podroży ceny konkurencyjnych produktów spoza UE.
Wchodzi też ETS2, to znaczy system, który nakłada opłaty za emisję CO₂ na dostawców paliw kopalnych (węgiel, gaz ziemny, olej opałowy, LPG, benzynę i olej napędowy). Opłaty te zostaną wliczone w ceny detaliczne dla konsumentów, co przełoży się na wzrost kosztów ogrzewania budynków oraz paliw na stacjach. System ma wejść na początku roku 2027, a więc oddziaływałby na ceny konsumenckie, co byłoby niekorzystne dla Tuska. Ale ten skorzysta pewnie z możliwości jakie dała w tym względzie i zawnioskuje o odroczenie wejścia tego podatku od początku 2028 roku, a więc po wyborach. Jest na to możliwość jeśli dany kraj powoła się na gwałtowny wzrost cen energii i Tusk może chcieć z tego skorzystać. Tak czy siak – na pewno po wyborach ETS2 wejdzie i jak tu wykazano, będzie bombą z opóźnionym zapłonem podłożoną pod ewentualne nowe rządy.
W roku 2027 rozpocznie się proces wdrażania dyrektywy budynkowej EPBD. Do końca 2027/2028 roku państwa członkowskie muszą stopniowo wprowadzać zakazy dotowania samodzielnych kotłów na paliwa kopalne (np. pieców gazowych) oraz wprowadzić nakaz instalacji urządzeń wykorzystujących energię słoneczną na budynkach publicznych i nowych obiektach. Idę o zakład, że Tusk będzie spowalniał ten proces, zwłaszcza, że jego koniec – przełom roku 2027/2028 – przypaść już może nowej władzy. Rok 2027 to również start procesu wdrażania dyrektywy CSDD, czyli rygorystyczne obowiązki w zakresie należytej staranności w łańcuchach dostaw dla największych firm (odpowiedzialność za ochronę środowiska i prawa człowieka u poddostawców). To także podroży końcowe ceny produktów i choć dotyczy to dużych firm po czym przestraszona Unia zrezygnowała – odłożyła? – wcześniejsze plan, bo w 2027 roku ta dyrektywa miała dotyczyć już małych i średnich firm, co wykończyłoby je (i chyba o to chodziło) w konkurencji z gigantami, których stać na tak kosztowne raportowanie i uwzględnianie w swych łańcuchach dostaw wyśrubowanych regulacji ekologicznych.
No i na koniec ekologicznych harców Unia Europejska przyjmie wiążący prawnie cel redukcji emisji gazów cieplarnianych na 2040 rok (propozycja Komisji Europejskiej zakłada cel na poziomie 90% w stosunku do roku 1990). Tak że pani minister z polskiego ministerstwa klimatu, która stachanowsko zarzekała się, że będziemy ambitnie dążyć do 90% reedukacji emisji – wykrakała. Główny ciężar negocjacji krajowego harmonogramu wygaszania bloków węglowych, rozwoju energetyki jądrowej oraz rozbudowy sieci elektroenergetycznych do tych wymogów spadnie na rząd w latach 2028–2030.
Budżetowe pułapki
Jakby tego było mało z tą Unią, to końcówka roku 2027 będzie poświęcona walce o budżet unijny na nową perspektywę w lata 2028-2034. Oznacza to konieczność sprawnego pilnowania polskich interesów w Brukseli, który będzie się odbywał w czasie dynamicznych zmian w polskich władzach. Potem trzeba będzie to wdrażać a polskim Sejmie, a cała sprawa nie jest łatwa, gdyż będzie to budżet ostro forsowany, głównie przez Niemcy, w stronę wdrożenia nowej struktury wydatkowania funduszy unijnych. Polski Sejm nowej kadencji będzie musiał uchwalić krajowe ustawy wdrażające nowe programy operacyjne, z większym naciskiem na obronność, innowacje i przemysł zrównoważony.
Jeśli chodzi o bomby z opóźnionym zapłonem pozostawione w polskim systemie, to należy zwrócić uwagę, że nowe rozdanie powyborcze wypadnie w 2027 roku w samym środeczku uchwalania budżetu na 2028 rok. Oznacza to duże boje i miotanie się, w przypadku zmiany ekipy, pomiędzy chęciami reformatorskimi i starymi rozwiązaniami poprzedniej ekipy wtopionymi w budżet na 2028 rok. Po prostu może nie być czasu by go zmienić i nowa ekipa będzie się męczyć z budżetem poprzedniej jak Koalicja Obywatelska z budżetem po PiS w 2023 roku. Należy podejrzewać, że wystąpi tu ochota do „zwalenia” (tak jak to zrobiła KO w 2023 roku) swoich win w pierwszym roku powyborczym na poprzednią ekipę, bo jakoby stary budżet wiązał reformatorskie plany nowych władców Polski. Oznacza to prawdopodobnie rok stracony na reformy nowej władzy, przy wygodnym wytłumaczeniu zaniechań.
Jak widać szykuje się po wyborach niezły Armagedon. Gdzieniegdzie pozostawiony przez poprzedni rząd „na wszelki wypadek”, gdzieniegdzie podłożony przez Unię w mechanizmie politycznej, czasowo ograniczonej, dyspensy, żeby pomóc reelekcji zwolennikom Tuska. W końcu wiele z tych regulacji, które utrudnią start każdemu rządowi po 2027 roku to po prostu kalendarz zalewu regulacji unijnych, głównie w realizacji szalonych dwóch agend: klimatycznej i migracyjnej. Po prostu te projekty zbiegają się w okresie przełomu lat 2027/2028, co generuje fatalnego pecha regulacyjnego, skutkującego obniżeniem poziomu życia Europejczyków oraz zniwelowania do zera poczucia bezpieczeństwa. Zwłaszcza w kwestii budżetu unijnego należy się spodziewać potężnej presji na militaryzację tego budżetu, co jeszcze bardziej pogorszy poziom życia na Starym Kontynencie i będzie wywoływać wielkie ciśnienie medialne, straszenie Putinem, by te ruchy budżetowe uzasadnić. Europa musi wymyśleć dla siebie powody obniżenia poziomu życia, inne niż własne przewiny, a tu Putin jest dobry na wszystko.
Trzy warianty
W sumie – człowiek może się ze zdziwieniem przyglądać, a właściwie dziwić po co te zażarte walki polityków, pretendentów do takiego bankruckiego dziedzictwa. Mamy tu kilka możliwych wariantów motywacji do walki o władzę. Tuski będą walczyły o kontynuację rozpoczętego projektu niszczenia potencjału Polski i tu, nawet jeśli wejdą poważne skutki wymienionych regulacji, zwłaszcza unijnych, to powtórzę – da się to wszystko „zwalić” na Unię, która – jak w piramidzie, tu nie finansowej, ale narracyjnej, zwali wszystko na Rosję. Da się więc to opowiedzieć, nawet wtedy, kiedy poglądy te będzie podziało nie więcej niż 30-35% Polaków, zwolenników Tuska. Wariant, w którym prawica obejmuje władzę ma dwie wersję – optymistyczną i pesymistyczną.
Zacznijmy od optymistycznej – nowa władza obejmuje stery, ściera się z wieloma odłożonymi bombami, po pierwsze – identyfikuje je zawczasu, reaguje na nie, jedne rozbraja, drugie odkłada, jeszcze inne akceptuje jako zło konieczne. Jakoś resoruje społeczne koszty ich zafunkcjonowania, naród wie co się dzieje, cierpliwie czeka, grymaszących w opozycji oskarża o hipokryzję, że sami sprowadzili na nas te nieszczęścia i jakoś z tego wychodzimy.
Wersja pesymistyczna wygląda tak – ugrupowania prawicy nie mają świadomości istnienia takich bomb, tym bardziej metod ich rozbrajania. Nic tu się nie dzieje, to znaczy, że łapiemy spadające talerze z brukselskiego stołu. Koszty życia lawinowo wzrastają, nowy rząd wskazuje na Unię, ale nic z tym nie robi. Do tego dochodzą, już nawet genetycznie wrodzone, kłopoty ze spoistością koalicji rządzącej. Brauna się zaprasza, potem wyprasza i tak w koło. Morawiecki „pojawi się i znika”, wszystko jest chwiejne, brakuje przywództwa. Koalicja jest niestabilna, a to oznacza, że ma minimalny zapał reformatorski. Pozostaje tylko walka o swoją popularkę poprzez dosypywanie socjalu, co warunkuje kierunek odwrotny od rozwojowego. Unia, delikatnie mówiąc, nie będzie nowym sprzyjać – co może włączyć szkodliwego zaraz po wyborach – włącza, nawet SAFE staje w polskim wykonaniu, gdyż od razu pojawią się zastrzeżenia co do polskiej praworządności.
Wychodzi na jedno – nawet jak wielu Polaków podskoczy ze szczęścia w dniu wyborczym, będzie to radość krótkotrwała, gdyż w tym samym dniu zaczną się poważne, wymienione tu wcześniej problemy. I to – wiele z nich – bez względu na to, kto będzie rządzić. Taki stan wskazuje na jedno – skoro będzie i tak po staremu, bez względu na wynik wyborczy, to możemy po tym stwierdzić niski i a właściwie niknący nasz stopień suwerenności. Gdyśmy byli suwerenni, to sami byśmy patrzyli na swoje plany rozwojowe i z nich wybierali kombinacje partii do ich realizacji.
My zaś widzimy, że i tak, i tak, będzie jak ma być. I jest to postanowione jak widać – gdzie indziej, poza naszym ustrojem. Centrum naszego sterowania jest poza naszym krajem, co właśnie możemy widzieć w tym momencie, kiedy w Polsce odbywają się wybory, od których mniej zależy niż się spodziewają i mają nadzieję wybierający, nawet najbardziej zaangażowani, Polacy.
„Zjednoczone Królestwo w obecnym kształcie jest niesprawiedliwe i na dłuższą metę niemożliwe do utrzymania” – nie tylko oświadczyli, ale także napisali we wspólnym memorandum Rhun ap Iorwerth, pierwszy minister Walii i lider Plaid Cymru, John Swinney, pierwszy minister Szkocji i lider Szkockiej Partii Narodowej, wspierani przez Michelle O’Neill, pierwszą minister Irlandii Północnej i wiceprzewodniczącą ogólno-irlandzkiej Sinn Féin oraz przywódczynię tej partii, Mary Lou McDonald, będącą liderką opozycji w Republice Irlandii. Porozumienie szybko zostało ochrzczone Przymierzem Celtyckim, a jego podpisanie 14. września w walijskim Cardiff na chwilę przywróciło zainteresowanie tzw. światowej opinii publicznej dla kwestii prognozowanego rozpadu UK. Tyle tylko, że pomimo deklaracji współdziałania głównonurtowych partii formalnie niepodległościowych Szkocji, Walii i Irlandii – brytyjska strategia wobec aspiracji tych krajów pozostaje niezmienna: dziel i… zarządzaj.
„Brytole wygrali”?
Różne są też strategie rozważane w Belfaście, Dublinie, Edynburgu i Cardiff. Sinn Féin w obu częściach Irlandii odwołuje się do zapisów Porozumienia Wielkopiątkowego z 1998 r., kończącego okres wojny domowej w okupowanej części Ulsteru. Na tej podstawie Irlandczycy sądzili, że mają prawo do referendum zjednoczeniowego, dodatkowo jeszcze wzmocnione Brexitem i zmianą stanu prawno-międzynarodowego UK. Stosowna procedura – w oczekiwaniu Sinn Fein – miałaby zostać dopełniona do roku 2030. Tyle tylko, że premier Andy Burnham zdążył już dać do zrozumienia, że jednoznaczne zdaniem strony irlandzkiej (nominalnie katolickiej) zapisy można interpretować jak się tylko Brytyjczykom podoba.
Porozumienie zostało zatem beztrosko zepchnięte ze stołu przy ewidentnym założeniu, że współczesny poziom inwigilacji, jak i nie tylko faktyczne, ale zwłaszcza mentalne rozbrojenie ludności Irlandii Północnej skutecznie zablokują wznowienie zbrojnej formy konfliktu. Zmarły przed kilkoma dniami legendarny snajper IRA, Billy Blue Kelly, który jeszcze w latach 80-tych zawierał w imieniu republikanów sojusz z pułkownikiem Kaddafim w opublikowanym pośmiertnie wywiadzie określił to krótko „Brytole wygrali”, przy okazji piętnując uśpienie północnoirlandzkiego ruchu irlandzkiego, którego tłuste koty pobudowały okazałe domy i z pełnymi kontami wkomponowały się w nowy establishment okupowanej części kraju.
Niemniej to właśnie Irlandia pozostaje głównym problemem (anty)celtyckiej układanki Londynu, przede wszystkim ze względu na międzypaństwowy charakter kwestii irlandzkiej, jak i stałą groźbę wmieszania się w nią Stanów Zjednoczonych. Swoim zwyczajem whiskey do ognia wlał bowiem sam Donald Trump rzucając niewinnie podczas wizyty w Republice Irlandzkiej 12. września 2026 r., że „wprawdzie nie chciałby sprawiać problemów”, ale „bardzo chciałby zobaczyć Irlandię zjednoczoną”. Wcześniej o „jedności irlandzko-amerykańskiej” mówił także Joe Biden i choć obaj zapewne największą sympatią darzą nie tyle tańczenie céilí i świętego Patryka, ale amerykańskie samoloty lądujące na lotnisku Shannon to jednak wciąż jest to znaczenie terenu, przekazujące Brytyjczykom wiadomość: uwaga, amerykański buldog też ma swoje interesy na Zielonej Wyspie!
Łańcuch energetyczny
Najprostsza dla Westminsteru wydaje się sytuacja w Walii, w której poparcie dla niepodległości sięga wprawdzie rekordowych 32 proc., jednak realnym celem dla Plaid Cymru pozostaje zwiększenie zakresu autonomii do poziomu przynajmniej szkockiego. Na to rząd Burnhama ma gotową odpowiedź – zaproponowaną już całemu UK dewolucję, czyli deklarowane przeniesienie decyzyjności w dół, do organów lokalnych, które skądinąd samorządy przypominają tylko w oczach bardzo zdeterminowanych badaczy analogii ustrojowych z Kontynentu. Walijczycy są też mamieni rzekomym wzrostem swojej pozycji ekonomicznej, mającej wynikać z roli jednego z dwóch (obok Szkocji) dostawców energii ze źródeł odnawialnych do Anglii. Tyle tylko, że jak wiedzą znawcy tematu – rynek energii słonecznej i wiatrowej jest rynkiem odbiorcy, a nie producenta. To odbiorca bowiem decyduje o cenie energii w sytuacji, gdy producent musi ją zrzucić w momentach szczytu i to Anglia dysponująca rezerwą mocy elektrowni jądrowych może utrzymywać stabilność systemu i uzupełniać pozaszczytowe braki u zielonych na siłę sąsiadów, leżącej na węglu Walii i bogatej w gaz ziemny i ropę Szkocji. Fakt, że i Plaid Cymru, i Szkocka Partia Narodowa idą w forpoczcie transformacji energetycznej tylko umacnia ekonomiczny łańcuch, na którym trzymane są narody teoretycznie i wąskim zakresie zarządzane przez te państwa. Prawdziwa niepodległość wynika bowiem z pozycji ekonomicznej, a ta m.in. od stopnia samowystarczalności energetycznej. Współcześnie jest to jeszcze bardziej widoczne niż kiedykolwiek.
Home Rule dla Szkocji
Dewolucja, tylko w wersji max – pozostaje także brytyjską ofertą dla Szkocji, gdzie ruch niepodległościowy pod kierunkiem SNP pracuje (?) na jałowym biegu, mnożąc kolejne deklaracje bez mocy prawnej, wciąż natomiast wahając się przed organizacją referendum de facto (bez zgody Westminsteru), za którym opowiada się nawet rosnąca część członków millenarystycznej Szkockiej Partii Narodowej. Skądinąd zresztą sam fakt, że pomysł taki jest rozważany, pomimo negatywnych doświadczeń katalońskiego głosowania w 2017 r., wskazuje, że mechanizm referendum deklaratywnego, poza systemem prawnym państwa, od którego ma nastąpić secesja – pozostaje uznanym rozwiązaniem politycznym także w zachodnich realiach ustrojowych i geopolitycznych.
Dalsze rozszerzenie autonomii, zwane publicystycznie Home Rule for Scotland (na wzór postulatu podnoszonego jeszcze w XIX wieku w kwestii irlandzkiej) mogłoby zapewne być odpowiedzią Londynu w sytuacji, gdyby przewaga zwolenników niepodległości wzrosła z obecnych 54 do powyżej 60 proc. Nawet krytycy stopniowej drogi do niepodległości Szkocji zauważają przy tym, że właśnie historyczny przykład irlandzki jest w tym zakresie interesujący, bowiem będący postulatem minimalistów niepodległościowych Home Rule był kilkakrotnie odrzucany przez brytyjski parlament, gdy zaś w końcu został zaakceptowany przez stronę brytyjską – sytuacja międzynarodowa i aktywność polityczna (a w propagandowym zakresie nawet zbrojna) samych Irlandczyków uczyniły z trudem poczyniony kompromis dalece niezadowalającym, co ostatecznie doprowadziło do niepodległości Irlandii (do której jednak nie doszłoby bez dyskretnego, ale zdecydowanego wsparcia USA). Tymczasem jednak zamiast dalszych ustępstw rząd brytyjski planuje raczej osłabienie szkockich przeciwników, dewolucja w przypadku szkockim oznaczać ma bowiem także decentralizację od Edynburga, w tym także wzmocnienie tych regionów, w których unioniści wciąż mogą liczyć na poparcie czy to farmerów z Aberdeenshire, czy też brytyjskich… imigrantów, przeprowadzających się masowo do pogranicznego pasa nomen omen Scottish Borders.
W poszukiwaniu sojuszników
Szkotom, podobnie jak i Irlandczykom – pozostaje zatem jeszcze jedna droga, zresztą również irlandzka, czyli szukanie poparcia międzynarodowego, przede wszystkim w Ameryce (co może być mentalnie trudne), ale także w kierunku dokładnie przeciwnym, czyli w… Chinach, co z kolei wymagałoby przełomu w postrzeganiu własnego kraju, jako specyficznej mieszanki prześlicznych wzgórz i dolin z wiecznie wietrznym i deszczowym zadupiem. Inaczej niż Irlandczycy Szkoci nie mają swojej licznej diaspory zorganizowanej politycznie (ani finansowo), w swej masie z góry też odrzucają ewentualne poparcie USA, gdyby miało przyjść ze strony administracji Donalda Trumpa(zresztą posiadacza ziemskiego w Szkocji), która jako bodaj jedyna za Atlantykiem mogłaby być zainteresowana w utemperowaniu perfidnego Albionu, który nad strategiczne partnerstwo z Waszyngtonem wybrał sojusz z globalistami i Unią Europejską. Tymczasem ceną za niewygodny sojusz amerykańsko-szkocki nie musiałoby być już nawet członkostwo Szkocji w NATO, jednak niemal na pewno byłby on obwarowany utrzymaniem amerykańskiej obecności wojskowej, także atomowej na terytorium Alby, co większości zwolenników niepodległości wydaje się być granicą nie do przekroczenia.
Opcja chińska mogłaby być w tej sytuacji znacznie atrakcyjniejsza, nie przynosząc za sobą dylematów etyczno-estetycznych. W istocie Szkocja już jest elementem amerykańsko-chińskiej rywalizacji o przejście północne, podobnie jak Kanada, Grenlandia, Islandia i Wyspy Owcze i Irlandia (kluczowa również jako atlantycki węzeł światłowodowy). Jeszcze rządy torysów rozpoczęły na szkockim wybrzeżu projekt tzw. wolnych portów, czyli wielkich stref wolnocłowych z infrastrukturą transportową, faktycznie wyłączonych spod szkockiej jurysdykcji. Projekt wywołał szeroką krytykę jako ograniczenie autonomii, jest też jednak odbierany jako operacja wyprzedzająca dla tradycyjnej chińskiej metody poszerzania wpływów inwestycjami infrastrukturalnymi i handlowymi właśnie w portach.
Choć więc oficjalna propaganda brytyjskich unionistów w każdym ruchu celtyckich niepodległościowców dopatruje się inspiracji Władymira Putina to nie Moskwa, ale Pekin ma znacznie więcej powodów, by interesować się ziemią Bravehearta i Bonnie Prince’a. We współczesnych wielkich grach równie istotne jest bowiem nie tylko samo posiadanie przyczółków i wpływów, ale także pilnowanie, by nie zdobył ich/utracił je ktoś inny. Gra o Szkocję może zatem być partią tego właśnie rodzaju nawet, jeśli uparci szkoccy górale upierają się przy własnej uroczej lokalności.
Pogrzeb czy wojna?
Z pogrzebem UK nie ma się zatem co spieszyć, a wieści o jego rychłej śmierci są nieco przesadzone. Prawdą jest, że Zjednoczone Królestwo to dziś chory człowiek Europy, rozrywany spóźnioną etnogenezą narodów celtyckich, zdewastowany fatalną (dla zwykłych mieszkańców) polityką imigracyjną i ekonomiczną (zwłaszcza w zakresie transformacji energetycznej), trawiony niekończącą się koniecznością spasania tasiemca City of London. A jednak potencjał finansowy i transformacyjny tego ostatniego ośrodka, jego zdolność do adaptacji, a także inspirowania kolejnych stadiów kapitalizmu wskazuje, że Brytania nie utraciła jeszcze wszystkich zdolności do obrony swego patologicznego systemu politycznego.
Zwłaszcza, że poza manipulacjami konstytucyjnymi Westminsterowi zawsze pozostaje instrument tyleż uniwersalny, co wypróbowany, a więc wojna, najlepiej światowa. To, że UK nie jest do niej w żadnej mierze militarnie przygotowane nie stanowi przy tym żadnej przeszkody – w końcu to również byłoby bardzo tradycyjne, a tradycja to wszak na Wyspach Brytyjskich rzecz święta. Najlepiej zaś Anglikom wojuje się, gdy pierwsi w walce giną inni.
«To jest druga Srebrenica» – głosi nagłówek głupiej, włoskiej gazety w odniesieniu do domniemanej masakry dokonanej przez Rosjan w Buczy na Ukrainie. Wśród wielu medialnych wrzasków masowej dezinformacji – embedded w NATO – prawdopodobnie właśnie ten jest najbardziej wierny rzeczywistości: otóż faktycznie, masakra w Srebrenicy jest historycznym fałszerstwem, które USA wykorzystały, aby zniszczyć Jugosławię, zbombardować Serbię, oskarżyć Miloszevicia i zagrabić Bałkany.
Po rozpowszechnieniu pogłosek, że na zdjęciach satelitarnych – oczywiście amerykańskich – widać masowe groby, pojawił się raport Czerwonego Krzyża (kolejnej gałęzi Sojuszu Atlantyckiego), według którego, w roku 1995 Serbowie bośniaccy zabili w Srebrenicy 8 000 ludzi: liczba ta wywodziła się z faktu, że Serbowie bośniaccy wzięli 3 000 jeńców, a 5 000 osób pozostawało poza ewidencją.
Potem okazało się, że kilka tysięcy osób wyjechało i znalazło schronienie zarówno w środkowej Bośni, jak i w samej Serbii, ale Czerwony Krzyż odpowiedział bezczelnie, że nie jest w stanie wykreślić nazwisk osób odnalezionych przy życiu z listy pięciu tysięcy zaginionych, ponieważ (sic!) “nie otrzymał ich nazwisk”.
Ostatecznie 8 000 osób znajdujących się w masowych grobach zredukowało się do 1 883, w tym tylko jednej kobiety, co było wynikiem trzyletnich walk, toteż prawie połowę zabitych stanowili Serbowie bośniaccy.
Aby usprawiedliwić ów sfabrykowany fałsz historyczny, stwierdzono, że tysiące ludzi wywieziono ciężarówkami-chłodniami i zakopano w miejscach utajnionych. Oczywiście nie ma najmniejszego dowodu na potwierdzenie tej tezy, ani w zeznaniach, ani w informacjach pochodzących z amerykańskich satelitów, które wykonywały osiem przelotów dziennie nad terenem działań wojennych.
Majstersztykiem hipokryzji i oszustwa jest to, że w trybie późniejszym, sam trybunał haski musiał wycofać się z owego oskarżenia z powodu braku dowodów, ale nie mogąc zamknąć sprawy w stosunku do tego, co stało się niepodważalnym dogmatem, wysunął tezę, która jest prawdziwą herezją prawniczą:Serbowie mieli nie dopuścić się pewnych zbrodni jedynie z obawy przed tym, że zostaną zdemaskowani.
Sąd posunął się do tego, że wymierzył karę za przestępstwo – w sposób oczywisty nie popełnione – jedynie ze względu na przyczyny, dla których nie-sprawca nie dopuścił się go.
Właściwie, jedynie zagadkowa śmierć, w odstępie sześciu dni, Miloszevicia i Babicia, dwóch głównych oskarżonych, uratowała twarz sądu i USA. Jak widać, barbarzyństwo prawne uprawiane przez opłaconych i stronniczych sędziów zaczęło się już kilka ładnych lat temu. Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że według Philipa Corwina, wysokiego rangą urzędnika ONZ, który prowadził dochodzenie w sprawie tamtych wydarzeń, prezydent Clinton wyraźnie zażądał od swojego bośniackiego odpowiednika Izetbegovicia “co najmniej pięciu tysięcy ofiar śmiertelnych”, aby móc rozpętać odwet na Serbach. Szkoda, że słów nie można przechowywać w lodówce, podobnie jak innych prezydenckich produktów ubocznych.https://edition.cnn.com/ALLPOLITICS/1998/02/09/time/cohen.html
Na przekór wszystkiemu, o masakrze w Srebrenicy wciąż mówi się tak, jakby wydarzyła się naprawdę, ponieważ każdy, kto interesuje się prawdą, nie spotyka się z zaprzeczeniem, lecz ze zgnieceniem: faktycznie, zbyt wiele by kosztowało odkrycie, że NATO wykorzystuje fałszywe masakry innych, by przeprowadzać prawdziwe na własną rękę. Ale jest to stara historia, wystarczy spojrzeć na to, co stało się w Syrii, gdzie winą za gaz użyty przez “umiarkowanych” terrorystów, przyjaciół USA, obarczono Asada. A teraz mamy do czynienia z martwymi mieszkańcami Buczy, rzekomo ofiarami Rosjan – których istnienie zostało sfilmowane dopiero cztery dni po opuszczeniu miasta przez Rosjan. Fakt, że zwłoki porzucone na ulicy wydają się mieć wiele dni, a nawet tygodni, nasuwa podejrzenie, że zostały wykopane.
Ponadto, fakt, że Ukraińcy po opuszczeniu miejscowości przez Rosjan przeprowadzili ostrzał armatni, sugeruje makabryczną inscenizację, taką jak ta w szpitalu w Mariupolu, gdzie naziści zabarykadowali się, aby osłonić się chorymi i kobietami w trakcie porodu. [Por.: Jak się produkuje przejmujące reportaże – kłamstwa. „Łowi momient!” Mariupol. md]
Teraz okazuje się, że zdjęcia, na których widać, jak świeżo upieczona matka jest przenoszona na noszach do karetki, to czysta kinematografia: na różnych kadrach widać, że nosze – które miały do pokonania zaledwie około dwudziestu metrów – były za każdym razem niesione przez inne osoby. Wybierzcie sobie lepszego reżysera. Nawet Jim Jatras, politolog i były doradca ds. polityki zagranicznej w Senacie USA, zauważył, że informacjom napływającym z Kijowa nie można ufać. Dodał, że dla Ukrainy bardziej opłacalne jest kontynuowanie działań propagandowych.
Faktem jest, że wojska rosyjskie wycofały się z Buczy 30 marca – na znak dobrej woli w związku z rundą rozmów pokojowych toczących się w Turcji, ale oczywiście są tacy, którzy absolutnie nie chcą słyszeć o pokoju. Rzecznik Ministerstwa Obrony Rosji Igor Konaszenkow powiedział, że nie jest zaskoczeniem, iż wszystkie tak zwane “dowody zbrodni” w Buczy pojawiły się dopiero po 4 dniach, kiedy do miasta przybyli funkcjonariusze SBU i przedstawiciele ukraińskiej telewizji.
Szczególnie znamienne jest to, że wszystkie ciała osób, których zdjęcia opublikował kijowski reżim, po co najmniej czterech dniach nie zesztywniały, nie mają charakterystycznych dla zwłok plam, a w ranach nie ma skrzepów krwi. Wszystko to niezbicie potwierdza, że zdjęcia i nagrania video z Buczy są kolejną produkcją kijowskiego reżimu dla zachodnich mass mediów, podobnie jak to miało miejsce w Mariupolu ze szpitalem położniczym, a także w innych miastach. https://ilsimplicissimus2.com/2022/04/04/e-come-sebrenica-30-anni-di-cinema-nato/