Chwila prawdy: Jak Zachód mierzy się z postępami militarnymi Rosji

Chwila prawdy: Zachód mierzy się z postępami militarnymi Rosji

[Umieszczam, przypominam jako przygotowanie do niedługo publikowanego tekstu. md]

przez Thierry’ego Meyssana voltairenet

Przez dwa lata my, Zachód, żyliśmy w micie, że rzucimy Rosję na kolana i wciągniemy Ukrainę do Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Osądzimy Władimira Putina i sprawimy, że Rosja zapłaci. Dziś ten mit zderza się z rzeczywistością: Moskwa dysponuje teraz niszczycielską bronią, niespotykaną na Zachodzie. Uniemożliwia ona jakąkolwiek nadzieję na zwycięstwo naszych koalicji. Będziemy musieli przyznać się do błędu. Nie chodzi o przepraszanie za błędy, ale o uwolnienie się od nich.

Sieć Voltaire | Paryż (Francja) |6 listopada 2025 r.

26 października prezydent Rosji Władimir Putin i jego szef sztabu Walerij Gierasimow ogłosili zakończenie projektu miniaturyzacji reaktora jądrowego i jego instalacji na pocisku rakietowym. Poinformowali o przeprowadzeniu testowego wystrzelenia pocisku 9M730 Buriewiestnik na dystansie 14 000 kilometrów. Unikalną cechą tego napędu jądrowego (a co za tym idzie, jej zasięg jest praktycznie nieograniczony) jest możliwość naprowadzania jej w taki sposób, aby omijała stanowiska przechwytujące. Według rosyjskich władz czyni to z niej pocisk nie do zatrzymania.

29 października prezydent Putin przeprowadził [tj. pewnie przyglądał się md] test torpedy Status-6 Poseidon, torpedy o napędzie jądrowym. W całym Związku Radzieckim euroazjatyccy badacze wojskowi wierzyli, że podwodne eksplozje jądrowe mogą wywołać potężne tsunami. Aby to osiągnąć, musieli być w stanie wystrzelić torpedy znacznie dalej niż było to możliwe w tamtym czasie, aby uniknąć kataklizmów, które planowali wywołać. Udało się to osiągnąć. Mega-tsunami mogłoby zdewastować miasta takie jak Waszyngton czy Nowy Jork, a nawet grupy morskie okrętów, takie jak amerykańskie lotniskowce. Torpeda Poseidon jest jednak znacznie dłuższa niż inne: ma 21 metrów. W związku z tym nie może być wystrzelona z gotowych okrętów podwodnych i wymaga dedykowanego statku do jej wystrzelenia. Fakt, że może operować pod wodą niemal bez końca, z nawiązką rekompensuje to ograniczenie. W każdym razie ta torpeda zapewnia Rosji możliwość przeprowadzenia drugiego uderzenia w przypadku ataku ze strony USA. Do tej pory ten, kto pierwszy przeprowadził atak nuklearny, miał gwarancję, że pozbawi wroga głównego środka odwetu.

Żadna broń nie jest w pełni ostateczna. Każda istnieje w kontinuum postępów technologicznych; każda jest zastępowana przez inną; i ostatecznie napotyka na skuteczne środki obrony lub czyhające na nią drapieżniki. Jednak na razie wydaje się, że nie ma odpowiedzi na tę broń, podobnie jak nie ma jej na rosyjskie pociski naddźwiękowe.

W ciągu około dwudziestu lat Rosja zdobyła mnóstwo nowej broni, która przewyższa wszystkie zachodnie technologie.

W książce *Under Our Eyes* wyjaśniłem, że Rosja zgodziła się przyjść Syrii z pomocą w 2012 roku, ale zaznaczyła tam swoją obecność dopiero pod koniec 2015 roku. Przez prawie trzy lata dążyła do opracowania nowej broni i przyjechała, by ją przetestować w Lewancie. Zauważyłem, że dysponuje ona ogromnymi możliwościami, znacznie przewyższającymi osiągnięcia Stanów Zjednoczonych w okresie zimnej wojny. Oczywiście, broń ta, będąca jedynie prototypami, była niezwykle rzadka, ale wszyscy już rozumieli, że dominacja Zachodu to nic więcej niż iluzja.

Na przykład Rosja posiadała zdolność do odłączania rozkazów NATO od własnej [natowskiej md] broni. Nie było to formą zagłuszania; broń po prostu przestała reagować na polecenia. Ponieważ niektórzy obserwatorzy wątpili w jego skuteczność, Rosja rozszerzyła ten system na całą Syrię. A ponieważ działał on w obszarze okrężnym, częściowo rozszerzyła go na dwa dni na Liban, Irak i Turcję. Żaden samolot cywilny nie mógł latać. Następnie Rosjanie rozmieścili tę broń w Kaliningradzie i na Morzu Czarnym.

Zachód testował również liczne rodzaje broni, takie jak taktyczna bomba atomowa, która później zniszczyła port w Bejrucie.

W 2018 roku, po zakończeniu wojny w Syrii, prezydent Władimir Putin przedstawił parlamentowi swój program zbrojeniowy  [ 1 ] . Program ten obejmował sześć zaawansowanych broni: rakiety Sarmat (które opuszczają atmosferę, krążą wokół Ziemi i wracają do atmosfery w dowolnym momencie) i Kinzhal (sztylet); wyrzutnie 9M730 Buriewiestnik i Status-6 Posejdon z napędem jądrowym; rakiety Avangard, które łączą cechy rakiet Sarmat i Kinzhal z dodatkową manewrowością; i wreszcie lasery przeciwrakietowe. Tylko te ostatnie nie są jeszcze ukończone.

To, co w latach 2010. było jedynie prototypami, stało się operacyjne i weszło do masowej produkcji w czasie wojny na Ukrainie.

Reakcja Zachodu była niemal niesłyszalna. Głos zabrał tylko prezydent USA Donald Trump. Żałował, że jego rosyjski odpowiednik uznał za stosowne ujawnić jego wyczyny, ponieważ w ten sposób na nowo rozpalił wyścig zbrojeń. Co więcej, ogłosił, że Stany Zjednoczone wznawiają próby nuklearne. Donald Trump nie mógł postąpić inaczej: potępiając wznowienie wyścigu zbrojeń w Rosji, tłumaczy, że badania wojskowe Pentagonu pozostają daleko w tyle i zapewnia o pokojowym nastawieniu Waszyngtonu. Zapowiedź wznowienia prób nuklearnych jest sposobem na zmianę punktu ciężkości, ponieważ żadna z nowych rosyjskich broni nie stanowi postępu w kategoriach nuklearnych, a jedynie w kategoriach wyrzutni bomb atomowych.

Twierdzenie, że zrobi to, aby utrzymać parytet z Rosją i Chinami, to bezczelne kłamstwo: Rosja nie przeprowadziła prób nuklearnych od 1990 roku, a Chiny od 1996 roku. Co więcej, odbudowa lub renowacja obiektów z czasów zimnej wojny, a tym samym rozpoczęcie tych prób, zajmie co najmniej dwa lata. Do tego czasu Stany Zjednoczone będą jedynie „papierowym tygrysem”.

Zbliżamy się do końca działań wojennych na Ukrainie. Armia rosyjska jest o krok od zdecydowanego zwycięstwa w Donbasie. Nie tylko zdobędzie Pokrowsk, ale także zada trzecią klęskę Białemu Führerowi, Andrijowi Biłeckiemu, którego 10 000 żołnierzy zostało okrążonych. Dowodził on podczas bitwy pod Mariupolem w Pułku Azow, będącym awangardą „integralnych nacjonalistów”. Dowodził również w bitwie pod Bachmutem, stojąc na czele 3. Brygady Szturmowej. Kierował również walkami w Donbasie w 3. Korpusie Armijnym. Jest mało prawdopodobne, aby Ukraińcy nadal podążali za nim po tej serii masakr i porażek.

Jednak głównym celem operacji specjalnej pozostaje eliminacja neonazistów. Rosja poinformowała również Stany Zjednoczone 20 października, że ​​nie zamierza ustąpić w kwestiach terytorialnych, redukcji liczebności ukraińskich sił zbrojnych ani gwarancji, że Ukraina nigdy nie przystąpi do NATO.

Wspaniałe marzenia UE zderzą się z rzeczywistością: może ona kontynuować tę wojnę jedynie zdradzając ideały, które rzekomo podtrzymuje. Co więcej, popadła już w złudzenia, udając ignorancję co do faktu, że rosyjska „operacja specjalna” nie jest wojną inwazyjną przeciwko Ukrainie, ale wdrażaniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa 2202. Przekonała samą siebie, że sprawi, że Rosja zapłaci za zbrodnie popełnione lub sprowokowane przez Zachód na Ukrainie i że będzie osądzać i skazywać Władimira Putina. Podobnie w latach 2010. przekonała samą siebie, że zmusi Syrię do kapitulacji i osądzi i skaże prezydenta Baszara al-Assada i całą Partię Baas  [ 2 ] .

To wszystko dobiega końca, w przeciwnym razie UE zostanie bezpośrednio wciągnięta w wojnę ze Słowianami, którą Wielka Brytania i Niemcy wywołały w 1933 roku [chodzi o dopuszczenie Hitlera do władzy. md] : II wojnę światową.

A armie UE, pozbawione arsenałów, nie mają szans na stawianie oporu dłużej niż dwa dni. Nie chodzi o chylenie czoła nowemu panu, Rosji, ale po prostu o przyznanie się do błędów, zanim będzie za późno.

Thierry Meyssan

O bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej

Kilka słów o bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej

Dodano: 2018-10-5 bibula [przypominam md]

Przedstawiamy poniżej tekst pisany z pozycji sedewakantystycznych, jakkolwiek nietrudno nie zgodzić się z podstawowym osądem oraz ukazaniem podobieństw prorokiń (fałszywych), których przesłania były potępione przez Święte Oficjum Kościoła katolickiego. Potępiono zarówno zjawy „Mateczki” jak i siostry Faustyny. Z tym, że ta ostatnia znalazła swych promotorów w kręgach posoborowych hierarchów i odwrócono wcześniejsze potępienia. Polecamy również Komentarz BIBUŁY dopisujący kilka faktów.

Warto jednocześnie przypomnieć, że pomimo tego iż nawet jeśli jakieś prywatne objawienia uznane zostały przez Kościół za autentyczne, to one „nie należą do depozytu wiary” (tak wyraźnie stwierdza KKK 67). Wobec tego katolik nie ma obowiązku wierzyć w te objawienia, a tym bardziej nie ma obowiązku wierzyć w te zjawiska, które były jednoznacznie odrzucone przez Kościół i uznane za fałszywe. A tak właśnie Kościół przedsoborowy, czyli nie dręczony szatańską wizją porozumienia się ze światem i nie wciągnięty w wir rewolucji masońsko-modernistycznej, wypowiadał się w stosunku co do objawień siostry Marii Franciszki Kozłowskiej oraz siostry Faustyny Kowalskiej. Co ciekawe oba te „objawienia” miały miejsce w tym samym mieście – co samo w sobie jest dziwnym zbiegiem okoliczności i nurtuje nawet uległych posoborowemu skrzywieniu teologów. W 1906 roku święty papież Pius X ogłosił antymariawicką encyklikę Tribus circiter i obłożył siostrzyczkę Kozłowską ekskomuniką. Co więcej, „mateczkę” objęła tzw. ekskomunika większa (zniesiona przez posoborowie), która oznaczała oprócz całkowitego wykluczenia z Kościoła również zakaz utrzymywania jakichkolwiek więzów towarzyskich z ekskomunikowaną osobą.

Podobnie wyglądała sytuacja z siostrzyczką Faustyną, której rzekome objawienia Kościół wyklął nie tylko jeden raz, ale dwa razy! Jednak w czasach posoborowej „odnowy” Paweł VI (pod wpływem polskiego młodego modernisty, kardynała Wojtyły), zniósł te zakazy i siostra Faustyna wraz z jej „objawieniami” stała się ikoną Nowego Kościoła. Dzisiaj jej kult jest symbolem posoborowego Kościoła a obrazy „zdobią” większą ilość kościołów niż innych świętych. Siostra Faustyna – ekskomunikowana przez Święte Oficjum nieskażonego Kościoła – została przez posoborowych hierarchów kanonizowana.

Red.

– – – – – ◊ – – – – –

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” – czyli słów kilka o bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej.

„Jak bowiem pomiędzy rzeczywistymi rzeczami nie sposób znaleźć takiej, która nie posiada w sobie jakiegoś dobra, tak niemożliwym jest trafić na wiedzę, która jest całkowicie fałszywa, bez jakiegokolwiek elementu prawdy…. Dlatego również nauczanie, które demony przekazują swoim prorokom, zawiera prawdy, które czynią je łatwiejszym do przyjęcia. Rozum bowiem pozwala się pozorami prawdy doprowadzić do fałszu, podobnie jak wola skłania się do złego, które ma pozory dobra” (Św. Tomasz z Akwinu, Sum.th. II-II, 172,6)

„Święte” siostry Feliksa (Maria Franciszka) Kozłowska i Maria Faustyna Kowalska

Wszyscy zapewne kojarzą najmniej chlubną historię w dziejach naszego Narodu, historię pewnej opętanej przez diabła zakonnicy i kilkunastu jej zwolenników – zbuntowanych przeciwko biskupom i Stolicy Apostolskiej kapłanów, na czele z x. Michałem Kowalskim, późniejszym „arcybiskupem”. Historię rzekomych „objawień” „Mateczki” Kozłowskiej, założycielki potępionego przez Papieża św. Piusa X w 1904 roku „zgromadzenia mariawitów”, czyli zwyczajnej heretyckiej i schizmatyckiej sekty, która niedługo później związała się ze starokatolikami, i od nich uzyskała nielegalną sukcesję. Sama Kozłowska była pierwszą kobietą ekskomunikowaną z imienia w dziejach Kościoła katolickiego, zaś przez swoją sektę została ogłoszona „świętą”, a przez niektóre jej odłamy wręcz „uosobieniem Ducha św.”. Same jednak rzekome „objawienia” wykazują niezwykłe podobieństwo do „objawień” s. Faustyny Kowalskiej, późniejszej „świętej” modernistycznego Neokościoła, czyli posoborowej sekty Novus Ordo, co przyznaje współczesny mariawita prof. Konrad Rudnicki. Posłannictwo Feliksy Kozłowskiej znane jest pod nazwą Dzieła Wielkiego Miłosierdzia. Faustyna nazywała siebie sekretarką Bożego Miłosierdzia. Fragment rozmowy z Konradem Rudnickim – „kapłanem” w Zgromadzeniu Mariawitów; ur. 1926 r., (za: portal www.ekumenizm.pl) :

Podobieństwo obu objawień jest bardzo ciekawym „zbiegiem okoliczności”. Mówiłem na ten temat obszerniej w referacie zamieszczonym w Zbiorze „Teologia Miłosierdzia Bożego”. Sprawa tożsamości objawień św. Marii Franciszki i św. Marii Faustyny wymaga bowiem dłuższego wyjaśnienia. Mówiąc krótko, a więc z konieczności upraszczając szczegóły, moim – i nie tylko moim – zdaniem mamy tu do czynienia z powtórzeniem tego samego objawienia – z tą różnicą, że objawienie dane naszej Założycielce wydaje się bardziej podstawowe. Zawiera bowiem ogólne zasady wcielania w życie Dzieła Miłosierdzia. Jeśli zatem ktoś chce realizować to dzieło w swoim życiu, to bez względu na to, kim jest i co jest jego szczegółowym powołaniem, ma w tym objawieniu wszystkie podstawowe dane jak realizować Boże wezwanie. Siostra Maria Faustyna otrzymała tymczasem objawienia o bardziej osobistym charakterze. Pan Jezus pokazuje jej, jak ona właśnie w swoim osobistym powołaniu ma kształtować swój los. Ponadto zapis Marii Franciszki zawiera tylko rzeczy istotne. Natomiast zapis Marii Faustyny przytacza wiele rzeczy pobocznych, na przykład objawienia fałszywe, które ona sama potem jako takie określa lub, o których dziś można powiedzieć, że były fałszywe. W stosunku do podstawowego objawienia danego Mateczce Kozłowskiej, objawienia Marii Faustyny mają charakter przykładowy.
Czyli s. Faustyna otrzymała objawienie dane wcześniej Mateczce Kozłowskiej, tyle że w wersji bardziej osobistej?
Nie wiem, czy Pan wie, że nie tylko ona. Po niej jeszcze szereg innych ludzi percypowało w poznaniu ponadzmysłowym Dzieło Miłosierdzia. Wszystkie te objawienia leżą w tej samej linii objawień, których początkiem był rok 1893. Są to – z wyjątkiem objawień Marii Faustyny – bardzo drobne fragmenty tego Dzieła Bożego, bardzo osobiste, jednostkowe aspekty Dzieła. Jest o tym mowa we wspomnianym moim referacie w książce „Teologia Miłosierdzia Bożego”
. (koniec cytatu)

Kościół Święty uznał jednak od początku „objawienia” „Mateczki” za urojenie i szatańskie mamienie, a mariawityzm za herezję. W 1906 roku Papież św. Pius X uroczyście potępił Feliksę Kozłowską oraz x. Michała Kowalskiego w Encyklice Tribus circiter. W powszechnej świadomości mariawityzm zapisał się dzięki wydarzeniom z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. Jego biskupi zaczęli wówczas udzielać kobietom „święceń” prezbiteratu i episkopatu, błogosławić małżeństwa pomiędzy księżmi a zakonnicami, pochwalać  – choć jak się wydaje tylko w teorii – poligamię. Najbardziej sławetne okazały się tzw. procesy mariawickie, gdy głowa sekty, Jan Maria Michał Kowalski, uczeń i następca „Mateczki”, wielokrotnie stawał przed sądem z oskarżenia o obrazę moralności i czyny lubieżne. Większość kompromitujących wydarzeń miała miejsce już po śmierci założycielki mariawityzmu, za rządów x. Kowalskiego. Odsunięcie go od władzy w 1935 r. i odwołanie części jego „reform” dało sposobność apologetom sekty – w tym także „katolickim” ekumenistom – do forsowania twierdzeń o rzekomej ortodoksyjności „oryginalnego” mariawityzmu, co oczywiście sprzeczne jest z jasnym orzecznictwem Kościoła, dekretami św. Inkwizycji i św. Piusa X.

Jak jednak widzimy, sami mariawici uznają „objawienia” dane s. Kowalskiej za „kontynuację” tych samych „objawień” danych wcześniej Kozłowskiej, i obie kobiety tytułują „świętymi”, które miały „osobistą relację z Jezusem”. Rzeczywiście podobieństw między tymi dwiema wizjami jest bardzo wiele, i rzeczywiście można je uznać za kontynuację, za to samo mamienie, które oczywiście nie pochodzi od Boga, jak chcieli by tego jego obrońcy, czy to z sekty mariawitów, czy z sekty novus ordo, tylko od złego ducha, który pod pozorem prawdy i „większej chwały Bożej”, wciska ludziom fałszywą naukę prowadzącą do wiecznego zatracenia. Uderzające podobieństwo „objawień” „Mateczki” i Faustyny może znaleźć swoje wytłumaczenie m.in. w tym, że „objawienia” Faustyny rozpoczęły się właśnie w czasie jej pobytu w Płocku i oddalonej od Płocka o 10 km Białej (lata 1930-1932). Pierwsza wizja „Jezusa Miłosiernego” i polecenie namalowania obrazu następuje 22 lutego 1931 roku. Faustyna była już wtedy w Płocku od niemal roku. Płock był główną siedzibą nowo powstałej sekty mariawitów [sic!]. Po śmierci „Mateczki” w roku 1920 władzę nad sektą mariawitów przejmuje x. Michał Kowalski, który podejmował kontrowersyjne reformy, takie jak liturgia w języku polskim, komunia w dwóch postaciach, zniesienie celibatu, „wyświęcanie” kapłanek. W roku 1922 wydane zostaje drukiem Dzieło wielkiego miłosierdzia. W Płocku musiało wrzeć na ten temat w środowiskach kościelnych. Teoretycznie Faustyna mogła więc przeczytać „objawienia” Feliksy Kozłowskiej i wpaść na pomysł małego plagiatu z uwzględnieniem „posłuszeństwa” wobec władz kościelnych, aby nie sprowadzić na siebie ekskomuniki. Nie była bowiem taka odważna jak Feliksa. Być może nie był to całkiem świadomy plagiat. Ale z pewnością mogła Faustyna zasugerować się pewnymi stwierdzeniami Dzieła. Pragnienie wielkości u „Mateczki” jest porównywalne z tym, którego doświadczała Faustyna. Poniżej kilka fragmentów z Dzienniczka Faustyny Kowalskiej: 

„…z żadną duszą nie łączę się tak ściśle i w ten sposób, jako z tobą…” (Dz. 587)

„…dlatego łączę się z tobą tak ściśle, jako z żadnem stworzeniem…” (Dz. 708 i 1546)

„…umiłowana perło Serca Mojego…” (Dz. 1061)

„…widzę miłość twoją tak czystą, więcej niźli Anielską…” (Dz. 1061)

„…ze względu na ciebie błogosławię świat…” (Dz. 1061)

Więcej cytatów z Dzienniczka, wraz z świetną ich analizą, można znaleźć w genialnym artykule „Kłamstwo Boże, czyli zjawy Faustyny Siostry Kowalskiej„, dostępnym na naszej stronie, pod tym linkiem. Czyż nie widać tu zaskakującego podobieństwa:

„…Ten jest węzeł mój małżeński z tobą na wieki…”

„…Tobie dam zwycięstwo i moc nad duchem nieczystym…”

„…Jeżeli każdy, kto chce, dostąpi mego Miłosierdzia, to ty dostąpiłaś w stopniu najwyższym – ty będziesz matką miłosierdzia…”

„…Po Najświętszej Pannie nikt tak nie wypełnił woli mojej, jak ty ją wypełnisz…” (Dzieło, s. 47)

„…Ze wszystkich łask, jakimi cię obdarzam, największą jest ta, że jak Najświętsza Panna wyjęta jest spod grzechu, tak ty wyjęta jesteś spod namiętności; tą drogą, jaką cię prowadzę, dotąd żadnej duszy nie prowadziłem, a podobieństwa swego szukaj w Najświętszej Pannie…”. 

Podobnie od namiętności uwolnił rzekomo „Jezus” także Faustynę! Od pewnego momentu była  ponoć wolna od pokus nieczystości, jak czytamy w Dzienniczku. Stała się Oblubienicą Jezusa i żadne pokusy już jej nie dręczyły… Próżno jest szukać innego takiego przykładu u prawdziwych Świętych mistyków Kościoła Katolickiego. Nietrudno się więc dziwić, że Watykan uznał te objawienia za herezje i halucynacje. Czy jednak nie widać, jak bardzo mogła być Dziełem zainspirowana Faustyna? Jeśli tzw. współcześni „katolicy” uznają jej Dzienniczek za autentyczne objawienia, coś tu się nie zgadza. Mamy tu tylko dwie opcje: albo obie „mistyczki” miały autentyczny kontakt z Jezusem, albo żadna z nich. Po tym co przeczytaliśmy wyżej, można mieć jednak absolutną wręcz pewność, że obie miały konszachty z diabłem… Wydaje się, że Feliksa nie poradziła sobie z misją obwieszczania światu „miłosierdzia”, dlatego „Jezus” szukał innej kandydatki i znalazł ją w osobie Faustyny. Czy jej misja się powiodła? Czego Kościół nie chciał przyjąć z rąk Feliksy, przyjął modernistyczny Neokościół z rąk Faustyny. Dlaczego? Może mania wielkości i pycha Feliksy były jednak większe niż Faustyny? Poza tym Feliksa chciała otwarcie być przewodniczką i nauczycielką kapłanów, przejawiała skłonności typowe dla guru, chcącego stworzyć swój kult (co jej się zresztą udało). Ambicje Faustyny co do świata zewnętrznego były skromniejsze: namalować obraz, założyć zgromadzenie i wprowadzić „Święto Miłosierdzia”. No i słynną „koronkę”…

„Mateczka” ułożyła „koronkę do Miłosierdzia Bożego”, zupełnie jak Faustyna. Teksty Feliksy wykazują podobieństwo do treści koronki Faustyny. Faustyna być może nawiązuje do treści przeczytanych u Feliksy. Pamiętamy zapewne, że w koronce Faustyny ofiaruje ona Ojcu Przedwiecznemu ciało i krew, duszę i bóstwo Jego Syna na przebłaganie za grzechy świata. Feliksie każe „Jezus” ofiarować Hostię (ulubione słówko Faustyny; „…kiedy przyjęłam Jezusa w Komunii Świętej, moje serce całą mocą zawołało: Jezu, przeistocz mnie w drugą Hostię!… i odpowiedział mi Pan: Jesteś żywą Hostią…” [Dz. 1826]) Ojcu Niebieskiemu „jako ofiarę błagalną za grzechy świata”. (Dzieło, s. 30) „Jezus” zapewnia Feliksę: „Ile razy w taki sposób ofiarujesz Mnie Ojcu Niebieskiemu, zawsze powstrzymasz sprawiedliwość i odwrócisz gniew Jego”. (Dzieło, s. 30) Wiemy z Dzienniczka, że „odwracanie gniewu” Boga było także priorytetem dla Faustyny. Co ciekawe, pewne słowa z koronki Faustyny są prawie dokładnym powtórzeniem słów z rekolekcji relacjonowanych przez x. Kowalskiego: rozpowszechniana przez mariawitów tzw. „Adoracja ubłagania” ma na celu przebłagać „Pana Jezusa” za nasze i całego świata grzechy dla dostąpienia miłosierdzia. Adoratorzy będą błagać „Zbawiciela”, żeby zmiłował się nad nami i nad całym światem. (Dzieło, s. 255) Faustyna pisze w swojej Koronce: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata” oraz „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Zadziwiająca zbieżność!

Dziś doskonale widzimy zgubne „owoce” tej „koronki” autorstwa Faustyny, i całego tego nowego, pseudo-katolickiego kultu. Całkowicie wyparła ona w posoborowym świecie tradycyjne nabożeństwa i dawne, katolickie formy pobożności. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa jest dziś praktycznie nie obecny. Z kościołów zniknęły obrazy (zastąpione najczęściej faustyniańskim obrazem „Jezu ufam Tobie„), nie odmawia się już litanii i tradycyjnych nabożeństw. Podobnie stało się z kultem Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny.  Koronka wyparła w znacznej mierze nawet Różaniec Święty. Na pielgrzymkach, pogrzebach, w parafiach generalnie prawie nie ma już różańca. Za to wszechobecne jest „Boże Miłosierdzie” Faustyny. Jest koronka, bo krótsza o połowę, modna i forsowana odgórnie. No i niestety, duma „narodowa” odgrywa też swoją rolę. Faustyna jednak to taka sama „chluba” Polski jak „Mateczka” Kozłowska. Faustyna była wpisana na Indexie Xiąg Zakazanych przez Papieża Piusa XII, a później dwukrotnie potępiona przez Święte Oficjum, dopiero „Papież Polak” – herezjarcha Karol Wojtyła ją „zrehabilitował”. Faustyna jest „świętą” posoborowia i trzeba być ślepym, aby nie widzieć zatrutych owoców posoborowia. Faustynę kochają i konserwatyści „novus ordo”, i pseudo „tradycjonaliści” (z FSSPX na czele, które w każdej kaplicy wiesza obraz „Jezu ufam Tobie„, i zaleca odmawianie „koronki”, w tym na bractwowych pielgrzymkach na Jasną Górę) i Bergoglio ps. „Franciszek” ze swoim homolobby. Proszę zobaczyć, że „Franciszek” nie poleca nigdy ani kultu NSPJ, ani kultu NPSM, ani innych nabożeństw. Ale faustyniańskie „miłosierdzie” idzie pełną parą. Stanowi ono bowiem jeden z głównych filarów posoborowej nowej religii. Religii która odrzuca katolickiego Boga (jak sam stwierdził pan Bergoglio), który jest po 1. Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze, oraz że 2. Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna (Główne Prawdy Wiary, Katechizm katolicki). Nowy „bóg” modernistów jest „bogiem” ślepym na ludzkie grzechy, którego miłosierdzie swym płaszczem zasłania bezgranicznie i bezwarunkowo każde zło, a więc zgodnie z tą nową doktryną, można wprost stwierdzić (jak wielu modernistów już uczyniło), że piekło jest puste, albo że po prostu „piekła nie ma”. Jest to największe możliwe zwycięstwo lucyfera!

Hipotetycznie, można się zastanowić, co by się stało z s. Kowalską gdyby modernistom nie udało się przejąć władzy nad widzialnymi strukturami Kościoła katolickiego w 1958 r. Gdyby w tymże roku wybrany został na konklawe np. kard. Siri, czy inny prawowierny katolicki purpurat, i został prawowitym Papieżem Kościoła katolickiego, to z pewnością potępiania dzienniczka s. Faustyny i jej fałszywego kultu, nikt by nigdy (a przynajmniej nie tak szybko) nie odwołał (dopiero 5 kwietnia 1978, na prośbę Karola Wojtyły odwołano Notyfikację zakazującą szerzenia kultu „miłosierdzia bożego” w formach pochodzących z „objawień” Faustyny). Czy gdyby Faustyna lub osoby z jej towarzystwa, jak np. x. Sopoćko, nie podporządkowały się tym jasnym zaleceniom i nakazom Stolicy Apostolskiej, to nie padła by kolejna ekskomunika, jak było w przypadku Kozłowskiej i x. Kowalskiego? Czy nie powstał by w wyniku tego kolejny „kościół” kolejnej „mateczki”? Są to oczywiście tylko spekulacje, ale jest możliwe, że tak by się ostatecznie stało. Patrząc na to z drugiej strony, wiemy że moderniści i masoni próbowali przejąć struktury kościelne już podczas konklawe w 1903 r., kiedy próbowali przepchnąć wybór kard. Rampolli, (cóż za podobieństwo nazwisk) najprawdopodobniej masona. Nie został wybrany z powodu zgłoszonego przez polskiego kardynała Jana Puzynę z Krakowa weta w imieniu cesarza Austrii Franciszka Józefa. W tym samym czasie w Rzymie przebywała Kozłowska wraz z jej zwolennikami… Czy to tylko przypadek, zbieg okoliczności? Czy gdyby wówczas wybrano liberała i masona, tak jak w 1958 r. wybrano Roncalliego, to czy ruch mariawitów odpadł by wówczas od Kościoła, czy stało by się podobnie jak z kultem Faustyny Kowalskiej, który z czasem, po 20 latach, został oficjalnie przez okupowany Rzym przyjęty i uznany za „katolicki”. Sytuacja jest wprost analogiczna. 

Na szczęście w 1903 roku Bóg dał nam wielkiego Papieża, największego niewątpliwie w XX stuleciu i jednego z największych w dziejach Kościoła – św. Piusa X, który imiennie potępił Kozłowską i jej zwolenników. Jest absolutnie pewne, że gdyby dziś żył Jego następca, to równie potępił by on, dokładnie za to samo, Faustynę Kowalską i jej fałszywy kult, nie mający nic wspólnego z prawdziwym Bożym miłosierdziem, które jest równoznaczne z Bożą sprawiedliwością! Módlmy się o rychły powrót Katolickiego Papieża, zwłaszcza teraz, w zbliżającą się, 60.tą rocznicę śmierci ostatniego katolickiego Papieża – tj. Piusa XII. Mamy Październik – miesiąc Różańca Świętego – módlmy się tak jak On…

Omnia ad maiorem Dei gloriam 
et Beatissimae Virginis Mariae honorem!

Michał Mikłaszewski,

3 X 2018, w św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Za: – Tenete Traditiones (3 października 2018)- [Org. tytuł: «”Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” – czyli słów kilka o bliźniaczych, fałszywych „objawieniach” ss. Feliksy Kozłowskiej i Faustyny Kowalskiej»]


KOMENTARZ BIBUŁY

Przypominamy stanowisko Redakcji BIBUŁY wyrażone w Komentarzu pod tekstem „W Łagiewnikach zaprezentowane zostały rękopisy listów świętej s. Faustyny Kowalskiej”. 
Tak jak pisaliśmy przed laty, nic się nie zmieniło… wątpliwości pozostały… nikt nie chce podjąć się dyskusji na tak ważny temat…

My pragnęlibyśmy aby wierni mogli wreszcie:

Dokumentacja medyczna

1. Zaznajomić się z dokumentacją medyczną przypadku ks. Ronalda Pytla z polskiej parafii Holy Rosary w Baltimore (gdzie był duszpasterzem w latach 1991-2003), którego to uzdrowienie posłużyło za ostateczny dowód w procesie kanonizacji siostry Faustyny, bowiem dostępne dane są bardziej słodkawymi opowiastkami zamiast rzetelnych dowodów lekarskich. Jak pisze sam ks. Pytel:

„16 listopada 1999 roku lekarze zaproszeni przez Kongregację ds. Świętych przegłosowali, że natychmiastowe uzdrowienie mojej bardzo uszkodzonej lewej komory serca nie jest medycznie wytłumaczalne. 9 grudnia watykańska komisja teologów potwierdziła, że jest to cud przypisywany wstawiennictwu bł. Siostry Faustyny Kowalskiej. Potem odbyła się komisja kardynałów, a 20 grudnia promulgacja dekretu o cudzie w obecności Ojca Świętego Jana Pawła II.”

Z tego opisu wynika, że „lekarze przegłosowali”, co oznacza, że prawdopodobnie miały miejsce zastrzeżenia uczestniczących w głosowaniu niektórych lekarzy, którzy głosowali przeciwko uznaniu przypadku ks. Pytla za cud, albo wstrzymali się od głosowania. Nie wiemy jak to było, zatem: czy możemy poznać dokumentację głosowania i zaznajomić się z opiniami tych bardziej wstrzemięźliwych lekarzy?

No i jak wytłumaczyć, że tak powolna machina jaką jest biurokracja watykańska – która potrafi mielić pewne sprawy całymi latami, a w przeszłosci w tak ważnych sprawach jak badania kanonizacycjne przeznaczać całe dziesięciolecia – z tak nieprawdopodobną werwą przypieczętowała „cud uzdrowienia”, że już w 16 roboczych dni (od 16 listopada do 9 grudnia) Watykan „potwierdził cud”, a po kolejnych siedmiu roboczych dniach ogłoszono promulgację cudu. Skąd to ekspresowe tempo? Czy może wynikało ono z tego, że na już zaplanowaną kanonizację należało szukać cudu? (W czasach Franciszka-Bergoglio już nie wysilają się i zatwierdzają kanonizacje bez wymaganego cudu…)

Swoją drogą, na krytyczną uwagę zasługuje historia ks. Pytla, który w pisanej przez przez siebie samego biografii wspomina: „Jako młody chłopak pamiętam jak widziałem obraz Miłosierdzia Bożego (Image of Devine Mercy) w naszej szkole, z napisem „Jezu, Ufam Tobie!”” Bardzo zastanawiające do jakiej to (katolickiej?) szkoły chodził przyszły ks. Pytel, w czasie kiedy te wizerunki „objawień” siostry Faustyny były zabronione przez Święte Oficjum? Cóż to za księża, zakonnicy prowadzili tę szkołę, która w jawny sposób sprzeciwiała się klarownym decyzjom Najwyższej Kongregacji Świętego Oficjum? Według świadectw, młody Ronald Pytel chodził do szkoły prowadzonej przy parafii Holy Rosary, która kilkadziesiąt lat później stała się mekką dla posoborowego fałszywego kultu.

I dalej: „Jednak dopiero w 1987 roku po raz pierwszy zapoznałem się z Koronką do Miłosierdzia Bożego, gdy byłem z pielgrzymką w Medjugorie.” Nie po raz pierwszy widzimy kolejne „owoce” szatańskich pseudo-objawień maryjnych w Medjugorie.

Samo „uzdrowienie” ks. Pytla – w parafii, gdzie był księdzem, a wcześniej gdzie wychował się; parafii którą 9 sierpnia 1978 roku wizytuje kard. Karol Wojtyła; parafii gdzie dokładnie w dniu watykańskiej beatyfikacji s. Faustyny miało miejsce – za sprawą ks. Pytla – drugie w archidiecezji nabożeństwo i odmówiona Koronka (pierwsze miało miejsce w katedrze Mary Our Queen w Baltimore, czyli sedesu kard. Keelara (judaizujący lewicowiec); parafii gdzie kard. Keeler ustanawia jako archidiecezjalne Sanktuarium Miłosierdzia Bożego; parafii którą po raz kolejny wizytuje w 1995 roku Jan Paweł II, no i na koniec w tak „przygotowanej” parafii po tym wszystkim wygodnie „przydarzył się cud” (sporo konicydencji…) – jest bardzo osobliwe z teologicznego punktu widzenia i na pewno nie jest ortodoksyjne. Jak opisuje to ks. Pytel:

5 października [1995 r.] obchodziliśmy całodzienne czuwanie przed Najświętszym Sakramentem z modlitwami, Koronką do Miłosierdzia Bożego, Różańcem i rozmowami o darze Miłosierdzia naszego Pana. Dzień zakończył się Mszą Świętą koncelebrowaną. Wszystko to było przygotowaniem do wizyty Ojca Świętego w Baltimore 8 października. Byłem celebransem tej Mszy. Mówiłem o zaufaniu i o tym jak czułem, że Pan dotyka mnie swoim miłosierdziem. Fizycznie czułem się i wyglądałem nieco lepiej. [Przypomnijmy, że ks. Pytel był po operacji serca. – Red.] Tego wieczoru grupa osób, które prowadzą posługę pod nazwą „Praca Naszego Ojca”, modliła się nade mną o dalsze uzdrowienie. Do modlitwy wezwano bł. Faustynę, a ja oddałem cześć pierwszorzędnej relikwii bł. Podczas modlitwy odpoczywałem w Duchu Świętym. Leżałem na podłodze przez około 15 minut. Byłem całkowicie przytomny i przebudzony, ale nie mogłem się ruszyć. Czułem się jak sparaliżowany, gdy posługa uzdrawiania i moi parafianie zgromadzili się wokół mnie i modlili się. Wieczorem zorientowałam się, że zapomniałem wziąć lekarstwa na serce. Wzięłem je około północy i zrelaksowałem się przed pójściem do łóżka. Przy głębokim wdechu zaczęłem odczuwać dyskomfort w klatce piersiowej.

Cóż to za posoborowa forma zbiorowej modlitwy, gdzie grupa parafian modli się o uzdrowienie leżącego plackiem na podłodze księdza przywołując jakiegoś „ducha świętego”? Znamy takie akty z repertuaru protestanckich sekt i nawiedzonych uzdrawiaczy, lecz nie są to rytuały katolickie i jako takie nie mogą przynosić dobrych owoców.

I dalej: „Do tego czasu nie miałem żadnych bólów w klatce piersiowej, poza tymi wynikającymi z nacięcia w klatce piersiowej po operacji. To było coś nowego. Czułem, że prawdopodobnie byłem tego dnia zbyt aktywny. Ból ten pojawiał się później codziennie, ale w pewnych okresach dnia był silniejszy. W następną niedzielę, kiedy Ojciec Święty odwiedził Baltimore, nasz autobus został zaparkowany 1,6 km od stadionu. Po Mszy św. w autobusie brakowało dwóch osób. Jedną osobą była moja mama. Pięć lub sześć razy biegałem między autobusem a stadionem szukając zaginionych osób. Nie odczuwałem żadnych trudności z oddychaniem, a był to bardzo ciepły październikowy dzień. Ból utrzymywał się każdego dnia i postanowiłem poświęcić trochę czasu na odosobnienie nad Oceanem. Będąc tam, zdałem sobie sprawę, że ból był najsilniejszy po zażyciu leków na serce. Następnego dnia nie brałem leków i nie było bólu.

Jak widzimy, po operacji serca ks. Pytel w stanie jakiejś ekstazy „biegał między autobusem a stadionem” pokonując z 17-19 kilometrów. Niezła kondycja po operacji, a swoją drogą właśnie taki wysiłek, taki ruch mógł być pomocny w autoregeneracji komórek. Nie jest chyba tajemnicą, że lekarze jak najszybciej po operacji każą pacjentowi wstać z łóżka i chodzić, a więc pooperacyjne bieganie mogło być pomocne organizmowi ks. Pytla.

Ponadto, nie próbujemy sugerować jakiemuś konsylium lekarskiemu czy „ekspertom” medycznym – bo ci i tak mają uszy zatkane i jako panaceum na choroby widzą jedynie farmaceutyki – ale doskonale znane są fakty, że pacjenci czują się dużo lepiej, również po operacjach, gdy przestają brać przepisane leki, które nie tylko bardzo często nie pomagają, lecz są zabójcze dla organizmu. (Zob. wpis o tym jak produkowane i nadzorowane są leki.) Być może i w tym przypadku mieliśmy do czynienia z regeneracją narządu i organizmu po zaprzestaniu brania szkodliwych substancji.

A jak po raz pierwszy zauważony został „cud” uzdrowienia komory serca ks. Pytla? Pisze on sam: „9 listopada [1995 r.] po raz kolejny odwiedziłem dr Fortuina na umówioną wizytę. Po wstępnym badaniu wykonano echokardiogram dopplerowski. Dr Fortuin obejrzał wyniki badania, a następnie wezwał mnie do swojego biura. Wpatrywał się we mnie w milczeniu przez coś, co wydawało się wiecznością, a potem przemówił. Według mojej najlepszej pamięci, to były jego dokładne słowa: „Ron, ktoś interweniował w twojej sprawie”. Zapytałem: „Co masz na myśli?”, a on odpowiedział: „Twoje serce jest w normie”. Zapytałem „Co?” A on powtórzył: „Twoje serce jest w normie”. Odpowiedziałem: „Cóż, doktor Green, chirurg, zasugerował, żeby zrobić echokardiogram, żeby sprawdzić, czy lewa komora serca się wzmacnia”, a doktor Fortuin powiedział: „Nie, nie… mówimy o normie. Nie byłem wcale optymistą co do twojego stanu. Nie potrafię tego wyjaśnić.” Kontynuował: „Nie ma pan żadnych ograniczeń, ma pan nie brać żadnych leków poza Coumadinem i zobaczymy się za rok”. Odpowiedziałem: „Za rok?”, a on na to: „Tak, za rok. Twoje serce jest w normie.”

Jakie rzewne są te historie, lecz jakże niespójne: czy rzeczywiście tak zachowuje się przyzwoity lekarz – a dr Fortuin był rzekomo w tamtym czasie sławą kardiologii – który po odkryciu niewyjaśnionego uzdrowienia serca każe przyjść pacjentowi… za rok??

Dr Fortuin powiedział też aby ks. Pytel zaprzestał stosowania jakichś niedookreślonych „tabletek w płynie” (fluid pills) oraz Zestril-u. Do skutków ubocznych stosowania Lizynoprylu (czyli Zestrilu jako ihibitora konwertazy angiotensyny) należą m.in: uciążliwy kaszel, niewydolność nerek, hiperkaliemia, obrzęk Quinckego, zaburzenia żołądkowo-jelitowe, męczliwość, znużenie, zaburzenia równowagi, zaburzenia snu, szum w uszach, bóle i zawroty głowy, kurcze mięśniowe, reakcje skórne, nadwrażliwość na światło, zaburzenia smaku, uczucie suchości w ustach, zaparcia, biegunki, zapalenie jamy ustnej i języka, wyciek z nosa, zapalenie oskrzeli, eozynofilowe zapalenie płuc, duszność, ginekomastia, zaburzenia czynności wątroby, zapalenie trzustki, fałszywie dodatni wynik testu na ANA, przyspieszenie OB, zapalenie stawów i mięśni, gorączka, zapalenie naczyń, eozynofilia, a w przypadku kaptoprylu neutropenia, białkomocz…. To niepełna lista działań niepożądanych Zestrilu. Nie należy się dziwić, że po zaprzestaniu stosowania tego „leku” pacjent mógł poczuć się lepiej.

Być może „dziwnym zbiegiem okoliczności” ks. Pytel, który – jak sam pisze – czuł się lepiej gdy nie brał przepisanego lekarstwa, dopomógł swemu sercu w autoregeneracji, po zaprzestaniu wprowadzania do swego organizmu trujących substancji. Oczywiście wzięcia pod uwagę takiej alternatywy ze strony konsylium lekarskiego – najczęściej złożonego z napęczniałych bufonów z wieloma tytułami naukowymi zdobytymi po przyswojeniu sobie wiedzy wykreowanej przez firmy farmaceutyczne – nie można liczyć.

Nieskrępowany, powszechny, pełny i szczegółowy dostęp (internetowy) do kopii wszystkich pism s. Faustyny

2. Zaznajomić się z oryginałem Dzienniczka siostry Faustyny oraz mieć pełny i nieskrępowany dostęp do pierwszego drukowanego wydania Dzienniczka. Niestety, wierni nie mają dostępu, żyjąc przecież w dobie internetowej, do tych dokumentów, poza kilkoma zdjęciami kilku kartek, kiedy to pozwolono z daleka zrobić zdjęcia podczas pierwszej publicznej prezentacji Dzienniczka. Nota bene dlaczego kazano czekać aż 18 lat od beatyfikacji i 11 lat od kanonizacji na pierwszą odsłonę skrawka rękopisów?!  Przecież przy skali propagowania przeżyć siostry Faustyny tego typu dokumenty powinny być od dawna – na długo przed jakimkolwiek procesem beatyfikacyjnym! – dostępne w każdej księgarni katolickiej, aby wierni sami mogli doświadczyć wielkości osoby mającej być błogosławioną czy świętą. Czy nie należy uznać takiego traktowania wiernych jako co najmniej lekceważące, jeśli nie świadczące o ukryciu jakichś faktów? 

Do tego należy dodać pytanie o prawa autorskie Dzienniczka siostry Faustyny. Zgodnie z międzynarodowymi konwencjami podpisanymi przez Polskę (np. Traktatem Światowej Organizacji Własności Intelektualnej o prawie autorskim), jak również prawami krajowymi, prawa autorskie wygasają po 70 latach od śmierci autora. Do dzisiaj jednak wszystkie wydania Dzienniczka opatrzone są notą 'Copyright by Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia’, a według oświadczenia s. Elżbiety Slepak, rzeczniczki Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, twierdzi ona że Zgromadzenie cały czas posiada prawa autorskie do Dzienniczka (informacja przekazana PAP w 2009 roku przez rzeczniczkę Zgromadzenia). Czy nie mamy do czynienia z uzurpacją i bezprawnym działaniem?

Konieczna dyskusja nad solidnością teologiczną zapisów s. Faustyny

3. Doczekać się rzetelnej dyskusji nad solidnością teologiczną wielu zapisów siostry Faustyny, bowiem niektóre co najmniej zahaczają o herezję, na co wskazują nawet posoborowi teologowie.

Nie dziwimy się, że kardynał Ottaviani, prefekt Świętego Oficjum umieścił Dzienniczek na Indeksie ksiąg zakazanych, którymi rzesze wiernych nie powinny być karmione i nie powinny czytać jako lektury kościelne, gdyż wprowadzają zamęt pojęciowy i oddalają od Boga. Nawet za pontyfikatu Jana XXIII Święta Kongregacja Świętego Oficjum wydała 19.XI.1958 r. następujący dekret:

„Przeżycia s. Faustyny ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia nie mają źródła nadprzyrodzonego. Wobec tego należy wycofać modlitwy i obrazki, pochodzące z tych rzekomych objawień. Święto Miłosierdzia nie powinno być ustanowione, a ks. M.Sopoćce należy udzielić najpoważniejszego upomnienia („gravissimum monitum”), by nie szerzył wiadomości o rzekomych objawieniach s. Faustyny.”

Zakaz ten powtórzono rok później, kiedy to Najwyższa Kongregacja Świętego Oficjum potępiła i zakazała propagowania nabożeństwo Miłosierdzia Bożego według form przedstawionych przez siostrę Faustynę i nakazała usunięcie wszelkich obrazów i pism:

Najwyższa Kongregacja Świętego Oficjum

Oświadczenie

Podaje się do wiadomości, że Najwyższa Kongregacja Świętego Oficjum, zbadawszy domniemane widzenia i objawienia siostry Faustyny Kowalskiej ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, zmarłej w 1938 roku nieopodal Krakowa, ustaliła to, co następuje:

1. należy zakazać rozpowszechniania obrazów i pism, które przedstawiają nabożeństwo Miłosierdzia Bożego podług form przedstawionych przez tęże siostrę Faustynę;

2. roztropności biskupów zostawia się obowiązek usunięcia wspomnianych obrazów, które przypadkiem mogłyby już być wystawione dla kultu.

Z pałacu Św. Oficjum, 6 marca 1959 roku.

Hugon O’Flaherty, Notariusz

Acta Apostolicae Sedis, tom 51 (1959), s. 271 (format PDF) [1] – w przypadku trudności z dotarciem do tego pliku PDF, link do strony głównej AAS – tutaj.

[1] Acta Apostolicae Sedis, tom 51 (1959), s. 271 – z języka włoskiego tłumaczył Pelagiusz z Asturii. Źródło: Pelagius Asturiensis

Zakaz ten obowiązywał w całym Kościele aż do momentu gdy pewien wpływowy – znany już ze skrajności modernistycznych podczas prac soborowych oraz rewolucyjnych zachowań – biskup z Polski o nazwisku Wojtyła rozpoczął w sprzyjącym posoborowym klimacie 1965 roku (dokładnie: 21 października 1965) usilne starania o zmianę statusu, na co przystał, równie modernistyczny papież Paweł VI. (Nota bene, ten sam który, jako biskup Montini sprawujący funkcję sekretarza Papieża Piusa XII, został z dnia na dzień pozbawiony tej funkcji i wyrzucony z Watykanu jako podejrzany o współpracę na rzecz Związku Sowieckiego; później jak wiele innych rzeczy, losy się odwróciły i został wybrany papieżem…) Zakaz publikacji Dzienniczka cofnięto na 4 miesiące przed śmiercią Pawła VI (publikacja w Acta Apostolicae Sedis), a na prośbę kard. Wojtyły odwołano – 5 kwietnia 1978 roku – Notyfikację zakazującą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w formach pochodzących z objawień siostry Faustyny. Dzisiaj naiwnym próbuje się wmówić, że przyczyną poprzednich zakazów były niedokładne tłumaczenia pism siostry Faustyny, natomiast późniejsze tłumaczenia przywróciły mądrość Watykanu i naprostowały na właściwe tory. Być może tak samo „naprostowały” jak i tysiące innych spraw, które w okresie przedsoborowym były przestarzałe i wymagały nowego, „świeżego” spojrzenia i „otwarcia się na świat”…

Zakaz szerzenia nowego kultu i związanych z nim zmian w kalendarzu kościelnym był do tamtej pory na tyle silny, że również i polscy hierarchowie wyrażali się negatywnie. Według siostry Faustyny objawienia Pana Jezusa przekazały żądanie ustanowienia w Kościele nowego święta – Święta Miłosierdzia Bożego, i umieszczenia go w kalendarzu w Oktawie Zmartwychwstania Pańskiego. Wizje te i rzekome żądania o umieszczenie nowego Święta w Białą Niedzielę były przyjęte niezwykle sceptycznie. I tak, w 1948 roku kardynał August Hlond wyraził negatywną opinię, a w trzy lata później powtórzył zakaz arcybiskup Romuald Jałbrzykowski. W 1953 roku wypowiedział się jasno Watykan uznając decyzją Świętego Oficjum, że nowego święta nie należy ustanawiać, a w 1958 roku Watykan zupełnie zamknął sprawę decydującym Dekretem (cytowanym powyżej).

Niestety, rewolucyjne zmiany posoborowe i zezwolenie na nowy kult otworzyły puszkę – albo wielką beczkę – Pandory teologicznych nieścisłości. Brak solidności teologicznej Dzienniczka siostry Faustyny do dzisiaj są problemem dla teologów. Sprawy te próbuje rozwikłać i usprawiedliwić np. ks. prof. Wincenty Granat czy też ks. prof. Czesław Bartnik pisząc na łamach półrocznika Towarzystwa Teologów Dogmatyów Teologia w Polsce (Nr 2,2 2008). Dla jasności przekazu oraz klarowności teologicznej ks. Bartnik proponuje zmianę obecnej formuły modlitwy Koronki do Miłosierdzia Bożego. Dziwne jednak, że tradycyjne modlitwy nie wymagają karkołomnych prób wyjaśniania i nie stwarzają takich dylematów.

A swoją drogą zadziwia, że w 6 tomach rękopisów Dzienniczka brak jakichkolwiek skreśleń czy korekt Autorki, co można wytłumaczyć, albo samym Bożym natchnieniem, albo… kunsztownym przepisaniem jakąś wprawniejszą ręką z oryginalnych rękopisów – o których istnieniu niestety nie wiemy, bo dostępu do biblioteki klauzurowej nie mamy. Jeśli jednak przyjmiemy to pierwsze, to dlaczego sam Bóg wprowadził na łamy Dzienniczka myśli i sentencje, które kłócą się z całą Tradycją i eklezjologią Kościoła?

Kiczowate obrazy

Równie tragicznie przedstawia się sprawa z cukierkowo-kiczowatym obrazem, którego nawet sam propagator nabożeństwa i spowiednik siostry Faustyny, ksiądz Michał Sopoćko powiedział, że „Ten obraz można zawiesić w salonie, jak to uczyniły SS. Karmelitanki w Częstochowie, ale nigdy w kościele.” Uwagi księdza Sopoćko dotyczyły pierwszej wersji obrazu, z 1934 roku, pędzla Eugeniusza Kazimirowskiego, natomiast znany nam dzisiaj i najbardziej rozpropagowany obraz – pędzla Adolfa Hyły – jest jeszcze bardziej kiczowaty i pasuje on jedynie do koszmarnej architektury kościelnej posoborowia, która tak dobrze reprezentowana jest przez nowe Sanktuarium w Łagiewnikach. 

Cenzura

Osobną kwestią jest czysta, politycznie poprawna cenzura posoborowa słów siostry Faustyny. Dla przykładu, dzisiejsze wydania Nowenny do Miłosierdzia Bożego, używają następujących słów rzekomo napisanych przez siostrę Faustynę:

„Dzień piąty
Dziś sprowadź Mi dusze braci odłączonych i zanurz ich w morzu miłosierdzia Mojego. W gorzkiej męce rozdzierali Mi ciało i Serce, to jest Kościół Mój. Kiedy wracają do jedności z Kościołem, goją się rany Moje i tym sposobem ulżą Mi w męce.”

W oryginale natomiast (co jest uwidocznione nawet w pierwszym polskim wydaniu z 1981 roku), siostra Faustyna pisała w tym miejscu:

Dziś sprowadź Mi dusze heretyków i odszczepieńców„.

Czy to jedyne ingerencje w prace siostry Faustyny? A może należałoby zbadać również – oczywiście po pełnym ich opublikowaniu – same tzw. rękopisy, czy czasami i tam, już na tym poziomie, nie doszło do jakichś „kosmetycznych” upiększeń.

Przyjdzie nam poczekać…

Najprawdopodobniej, na te i wiele, wiele innych pytań i wątpliwości przyjdzie nam poczekać aż nowe władze kościelne w nowej rzeczywistości odwrócą nadaną Kościołowi zgubną drogę, którą kroczy On od czasu soborowej rewolucji. Przyjdzie wtedy pora na rewizję wielu dekretów, nurtów i trendów oraz odwrócenie niektórych decyzji kanonizacyjnych. Na dzisiaj rada jest jedna: należy bardzo uważnie i nawet sceptycznie podchodzić do wszystkiego co jest usilnie promowane przez posoborowy Kościół (przede wszystkim Novus Ordo, ekumenizm, tzw. wolność religijna, kulty kontrowersyjnych postaci), i zarazem przylgnąć do tego wszystkiego czym dzisiejszy Kościół wzgardza, pomniejsza, a nawet zakazuje, a co stanowiło esencję życia i samego celu istnienia i działalności Kościoła przez całe wieki.

Redakcja BIBUŁY
2014-10-05, z uzupełnieniem 2023-04-16

O zabijaniu Rosjan

O zabijaniu Rosjan

Autorstwa Scotta Rittera

Szalona wizja niemieckiego dziennikarza nie wróży dobrze przyszłości tym, którzy ją przyjmą.

Niemiecki dziennikarz Michael Martens niedawno trafił na pierwsze strony gazet, gdy zapytał prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, jak Europa mogłaby pomóc Ukrainie w zabiciu kolejnych rosyjskich żołnierzy. Ostrzegam pana Martensa i wszystkich w Niemczech i Europie, którzy uważają takie żądanie za w jakiś sposób cnotliwe i wykonalne: Uważajcie, czego żądacie.

Michael Martens urodził się w 1973 roku w Hamburgu, wówczas części Niemiec Zachodnich. Hamburg był jednym z najważniejszych miast nazistowskich Niemiec i przypłacił ten status intensywnymi nalotami aliantów, w tym słynnym atakiem bomb zapalających na przełomie lipca i sierpnia 1943 roku, który pochłonął około 37 000 ofiar. Dziś Hamburg jest drugim co do wielkości miastem Niemiec po Berlinie. Pomnik św. Mikołaja upamiętnia zniszczenia spowodowane nalotami bombowymi na Hamburg, stanowiąc dobitne świadectwo zniszczeń dokonanych przez wojnę. W Hamburgu zachowało się również kilka schronów przeciwlotniczych z tamtej epoki, które dodatkowo przypominają o koszmarze wojny.

Martens pracuje obecnie jako korespondent bałkański dla niemieckiego tabloidu Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ) i w tej roli wziął udział w ubiegłą niedzielę w konferencji prasowej zwołanej z okazji wizyty prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Serbii. Martens zadał Zełenskiemu następujące pytanie: „Czy może pan powiedzieć nam, Europejczykom, jakie konkretne kroki możemy podjąć, aby pomóc panu zabić więcej Rosjan?”. Martens doprecyzował swoje pytanie, dodając: „Oczywiście więcej rosyjskich żołnierzy”, jakby pierwotny zamiar nie był wystarczająco jasny.

Pytanie Martensa wywołało uzasadnione oburzenie wśród ludzi o szerokich horyzontach. Jego redaktorzy w FAZ próbowali zdystansować się od pytania Martensa, deklarując w oświadczeniu opublikowanym po licznych apelach o jego dymisję: „Pytanie zostało sformułowane niejednoznacznie, co z przykrością stwierdzamy. Nie jest to zgodne ze stanowiskiem redakcyjnym Frankfurter Allgemeine Zeitung, że należy zabić jak najwięcej rosyjskich żołnierzy”. Redakcja FAZ utrzymywała natomiast, że prawdziwym problemem jest „w jaki sposób armia rosyjska mogłaby zostać poddana takiej presji kadrowej, która zmusiłaby Rosję do podjęcia negocjacji pokojowych”.

Sam Martens wyraził „zaskoczenie” publiczną krytyką swojego pytania, zauważając: „Poza światem Barbie, tak właśnie toczy się wojny” i dodał w dalszym komentarzu na temat kontrowersji: „Ponieważ aby zakończyć wojnę, ważne jest zabicie jak największej liczby rosyjskich żołnierzy”.

Martens to człowiek bez żadnego doświadczenia w walce ani w zabijaniu, które jej towarzyszy. Jego jedynym zetknięciem z czymś, co przypominałoby prawdziwą śmierć w wojsku, jest mit o Josefie Schulzu, niemieckim żołnierzu z 714. Dywizji Piechoty, który według legendy odmówił udziału w egzekucji 16 partyzantów 20 lipca 1941 roku w miejscowości Smederevska Palanka w Jugosławii. Za ten akt moralnej jasności sam Schulz został skazany na śmierć przez ten sam pluton egzekucyjny. Martens przyczynił się do utrwalenia tego mitu w swojej książce z 2011 roku pt. *W poszukiwaniu bohaterów: Historia żołnierza, który nie chciał zabijać*.

Historia ta była jednak kłamstwem; Schultz zginął już w walce z partyzantami dzień przed egzekucją. Sfabrykowany mit szlachetnego poświęcenia w obliczu zła otaczającego Schultza był propagowany przez tych, którzy dążyli do stworzenia i podtrzymania odpowiadającej mu mitologii szlachetnego niemieckiego żołnierza – żołnierza nie zaprogramowanego do zabijania, lecz stojącego przed straszliwym wyborem: albo wykonać okrutne rozkazy, albo stawić czoła pewnej śmierci.

Rehabilitacyjny charakter takich fikcji głęboko zakorzenił się w niemieckim DNA, choćby dlatego, że zbiorowa wina uczestników wojny za zbrodnie nazistowskich Niemiec stała się tak oczywista, że ​​Niemcy mogły się odbudować tylko wtedy, gdy dokonało się to na obrazie bohatera, który po prostu nie istniał, a biorąc pod uwagę fakt, że praktycznie całe Niemcy – a zwłaszcza Wehrmacht – były splamione grzechem zbrodni nazistowskich, w ogóle nie mogłyby istnieć.

Sam Martens musiał zmagać się z takimi demonami. Jest potomkiem dziadka, Hansa-Hermanna Martensa, który był nie tylko członkiem partii nazistowskiej, w której przed wojną pełnił funkcję prokuratora, ale także oficerem sztabu operacyjnego Wehrmachtu w czasie wojny, gdzie pełnił funkcję sędziego wojskowego i rzekomo skazywał niemieckich żołnierzy na śmierć za dezercję. Hans-Hermann pracował później jako prawnik i polityk w powojennych Niemczech Zachodnich – kolejny nazistowski zbrodniarz wojenny zrehabilitowany przez naród, który poddał się samo-narzuconej amnezji.

Ta amnezja trwała przez pokolenia do tego stopnia, że ​​Niemcy, tacy jak Michael Martens, „zapomnieli” o roli, jaką ich kraj odegrał nie tylko w dokonywaniu masowych mordów na narodzie rosyjskim, ale także w odrodzeniu i podtrzymywaniu złowrogiego ruchu Bandery – tej odrażającej ideologii zachodnioukraińskiej, tak ściśle związanej z korzeniami nazistowskimi, że Niemcy przemilczeli ją i zapomnieli.

W przeciwieństwie do Martensa, wiem co nieco o wojnie i koncepcji zabijania Rosjan. Od 1984 do 1988 roku spędzałem niemal każdą chwilę na kształceniu się w sztuce nowoczesnego konfliktu zbrojnego, koncentrując się wyłącznie na zagrożeniu ze strony Związku Radzieckiego (tj. Rosji). Studiowałem intensywnie rosyjską historię, kulturę, literaturę i język na poziomie uniwersyteckim, aby przygotować się do tej misji, która całkowicie mnie pochłonęła. Pomogła mi w tym propaganda Departamentu Obrony USA, który zaczął publikować coroczny raport o zagrożeniach zatytułowany „Sowiecka Potęga Wojskowa”. Publikacja ta była nie tylko lekturą obowiązkową, ale wybrana grupa „Myrmidonów”, takich jak ja, została również wysłana do Akademii Wywiadu Obronnego, aby wziąć udział w tygodniowym intensywnym programie – zgadliście – poświęconym „Sowieckiej Potędze Wojskowej”. Poprzez wykłady, briefingi, wycieczki i dyskusje zapoznaliśmy się z doktryną, strategią, ideologią i bronią, które razem stanowiły „Sowiecką Potęgę Wojskową”.

Ale te doświadczenia wpisywały się w kategorię „Dlaczego walczymy”, a nie „Jak walczymy”. Stało się to dla mnie jasne dopiero po przeniesieniu do Fleet Marine Force, a dokładniej do 5. Batalionu 11. Pułku Piechoty Morskiej – samobieżnej jednostki artylerii polowej, która służyła jako batalion bezpośredniego wsparcia wysuniętego dla 7. Brygady Amfibii Piechoty Morskiej, morskiego komponentu Sił Szybkiego Reagowania.

Kiedy przybyłem do batalionu, uświadomiłem sobie, że doktryna Korpusu Piechoty Morskiej dotycząca wsparcia ogniowego artylerii nie zmieniła się znacząco od czasów wojny w Wietnamie. Jeśli moje zanurzenie się w koncepcjach składających się na „sowiecką potęgę militarną” czegoś mnie nauczyło, to tego, że Sowieci cieszyli się ogromną przewagą artyleryjską, co oznaczało, że przegralibyśmy wojnę na wyniszczenie, gdybyśmy próbowali zaatakować ich w tradycyjny, liniowy sposób.

Jak młody porucznik bez doświadczenia bojowego i praktycznie zerowej znajomości zawiłości wojny może przekonać oficerów (i szeregowych) z dekadami doświadczenia w obu dziedzinach, że ich działania są nie tylko złe, ale że w razie starcia z radzieckim wrogiem będą ich kosztować życie? Ministerstwo Obrony opublikowało znakomitą, trzytomową serię – FM 100-2 – na temat Armii Radzieckiej, jej operacji, taktyki, doktryny i wyposażenia. Publikacje te były autorytatywnym źródłem jawnych informacji o radzieckich siłach lądowych i radzieckim modelu wojny połączonych rodzajów sił.

A jednak, mimo że były łatwo dostępne dla wszystkich żołnierzy piechoty morskiej, rzadko je czytano, a jeszcze rzadziej zwracano na nie uwagę.

Armia amerykańska miała tzw. OPFOR – „siły wroga” zorganizowane, wyszkolone i wyposażone do walki na wzór Sowietów – operujące z Narodowego Centrum Szkolenia (NTC) w Forcie Irwin, na północ od mojej bazy przy 29 Palms w Kalifornii. Armia amerykańska wysyłała rotacyjnie jednostki wielkości brygady do NTC, gdzie przechodziły serię ćwiczeń siłowych przeciwko dwóm pułkom OPFOR. Ćwiczenia zawsze kończyły się zmasowanym atakiem pancernym OPFOR, który niemal zawsze kończył się decydującą porażką uczestniczących sił armii amerykańskiej. Całe wydarzenie zostało zaprojektowane jako potężny sygnał ostrzegawczy dla uczestniczących jednostek – albo zaadaptować się do walki i pokonać sowiecką wojnę, albo zginąć.

Skontaktowałem się z OPFOR w Forcie Irwin i zorganizowałem obecność dowódcy mojego batalionu podczas ostatecznego ataku OPFOR na pozycje armii amerykańskiej. Efekt końcowy był dokładnie taki, jakiego się spodziewałem – OPFOR przeciął armię jak gorący nóż masło.

Zabijanie Rosjan – nawet symulowanych – wcale nie było łatwe.

Dowódca mojego batalionu odszedł ze świadomością, że jeśli wyruszymy na wojnę z zagrożeniem ze strony Związku Radzieckiego, opierając się na taktyce i technikach operacyjnych, w których byliśmy obecnie szkoleni, zostaniemy zniszczeni w podobny sposób.

Miałem praktycznie pełną swobodę w modyfikowaniu planu szkolenia batalionu i włączaniu bardziej realistycznych ćwiczeń, które kładły nacisk na strzelanie, przemieszczanie się i komunikację szybciej – znacznie szybciej – niż nasz radziecki wróg. Byliśmy jak Dawid walczący z Goliatem i musieliśmy zachować wystarczającą zwinność, aby uniknąć wpadnięcia w niszczycielską siłę ognia wroga, a jednocześnie być wystarczająco zręczni, aby użyć własnego ognia we właściwym czasie i miejscu, osłabiając wroga i umożliwiając jednostkom manewrowym Marynarki Wojennej wytropienie go i zniszczenie siłą ognia i manewrami.

Aby wesprzeć ćwiczenia, powołałem Grupę Kontroli Szkolenia Taktycznego i Ćwiczeń (TTECG) na szczeblu batalionu – w istocie system gier wojennych – który pozwolił mi opracowywać scenariusze, w których siły wroga stosowały doktrynalnie poprawne sowieckie taktyki i operacje. Korzystając z tego systemu TTECG, kierowałem batalionem w różnych ćwiczeniach, stosując coraz bardziej złożone scenariusze, mające na celu podkreślenie znaczenia manewrów i szybkości w walce z Rosjanami.

TTECG odniosła tak wielki sukces, że poproszono mnie o pomoc w szkoleniu innych jednostek morskich w 29 Palms, w tym batalionów piechoty i czołgów.

5/11 był batalionem zdolnym do użycia broni jądrowej, którego zadaniem było prowadzenie ognia artyleryjskiego z bronią jądrową za pomocą dział samobieżnych kalibru 155 mm i 203 mm. To czyniło nas głównym celem dla wszelkich napotkanych sił radzieckich. Aby lepiej przygotować się do walki z Rosjanami, utworzyłem własną jednostkę OPFOR, wzorowaną na radzieckich siłach specjalnych, Specnazie. Kiedy mój batalion wkroczył w teren, infiltrowałem moją jednostkę Specnazu w ich rejon działań, używając śmigłowców i pojazdów terenowych, a następnie namierzałem ich i eliminowałem. Zastawialiśmy zasadzki na baterie podczas ich natarcia, atakowaliśmy je w nocy, gdy zajmowały pozycje, i nękaliśmy przez całą operację. Krótko mówiąc, zabiliśmy o wiele więcej z nich, niż oni zabili nas.

Zabijanie Rosjan – nawet tych pozorowanych – nie było łatwym zadaniem.

Kiedy piechota morska przeprowadziła duże ćwiczenia na skalę dywizji w 29 Palms, powierzono mi zadanie przygotowania obrony w stylu radzieckim wspólnie z batalionem armii amerykańskiej z 7. Lekkiej Dywizji Piechoty, którą następnie zaatakowaliby piechota morska.

Stosując radzieckie taktyki i doktryny obronne, batalion ten zatrzymał piechotę morską w ich natarciu, zanim dotarli oni do wysuniętych pozycji obronnych.

Trzykrotnie instruktorzy przerywali ćwiczenia i przywracali do życia wszystkich „poległych” marines, aby scenariusz mógł zostać powtórzony. Za każdym razem rezultat był taki sam: atak marines został odparty, zanim jeszcze zdążył się rozpocząć.

Atak miał być pierwszym etapem trzyfazowego scenariusza, w którym marines mieli przełamać obronę i otoczyć radzieckich obrońców.

Ostatecznie dowódca generalny odwołał ćwiczenia i zebrał swój sztab, a także dowódców i sztabów podległych jednostek, aby udzielić im nagany za niezdolność do pokonania zagrożenia w stylu sowieckim. Wszyscy zostali odesłani do deski kreślarskiej, aby przemyśleli swoje podejście do szkolenia.

Dowódcy jednostek pancernych i piechoty, którzy korzystali z OPFOR TEECG w trakcie szkolenia, wielokrotnie próbowali przekonać sztaby pułków i dywizji, że ich proponowane plany nie powiodą się. Za każdym razem ich działania były odrzucane i kończyły się śmiercią.

Okazało się, że Rosjanie – nawet ci symulowani – byli całkiem dobrzy w zabijaniu marines.

Ale największe przebudzenie nastąpiło podczas odrębnych ćwiczeń dywizyjnych, podczas których mieliśmy za zadanie odeprzeć symulowaną inwazję sowiecką na Iran. Ostatecznie przeważające siły radzieckie przełamały linie obronne utworzone przez piechotę morską, a 11 maja otrzymał rozkaz wystrzelenia pocisku artyleryjskiego z głowicą nuklearną, aby powstrzymać sowieckie natarcie. Uczyniliśmy to, a następnie ćwiczenia nagle się zakończyły – Sowieci, zaatakowani bronią jądrową, odpowiedzieli przytłaczającym nuklearnym atakiem odwetowym, który zabił wszystkich.

Rosjanie – nawet ci symulowani – byli lepsi od nas w sianiu masowego zniszczenia.

Miałem to szczęście, że nigdy nie miałem okazji sprawdzić w praktyce mojej antyradzieckiej smykałki wojskowej. Zamiast tego zostałem wysłany do Związku Radzieckiego jako członek zespołu kontroli zbrojeń, którego zadaniem było wyeliminowanie tej samej broni, która zabiła nas podczas ćwiczeń w Iranie – pocisku rakietowego średniego zasięgu SS-20.

Ostatecznie nauczenie się pokojowego życia z Rosjanami okazało się o wiele bardziej sprzyjające życiu, wolności i dążeniu do szczęścia niż szkolenie mające na celu ich zabijanie.

Powinna to być uniwersalna lekcja na zawsze, taka, która zmotywuje przyszłe pokolenia do unikania pułapek związanych z wojną – zwłaszcza wojną z Rosją.

Michael Martens nie wziął sobie tej lekcji do serca, nawet po tym, jak czteroletni konflikt między Rosją a Ukrainą udowodnił, że próby zabijania Rosjan na polu bitwy nie dają żadnych rezultatów.

Lekcje, które Mongołowie, Szwedzi, Francuzi i Niemcy przyswoili już wcześniej.

Lekcję tę żołnierze piechoty morskiej odrobili już podczas symulowanych ćwiczeń w latach 80.

Według Martensa „nie ma nic »skandalicznego« w pytaniu, jak Europa może pomóc Ukrainie zabić więcej Rosjan. Właśnie tego potrzebujemy”.

Martens przygotowywał się na ten moment od miesięcy i poświęcił wiele czasu i wysiłku na napisanie eseju zatytułowanego „Zabijanie rosyjskich żołnierzy: Co musi zrobić Europa”.

Inspiracją dla Martensa do tego projektu był sir Fitzroy Hew Royle Maclean, 1. baronet, którego wspomnienia Eastern Approaches , w których szczegółowo opisuje swój czas spędzony z partyzantami Tito w Jugosławii, tak bardzo zainspirowały Martensa – tytuł eseju Martensa pochodzi z rozmowy Winstona Churchilla z Macleanem, w której powiedział mu, że jego zadaniem było po prostu „dowiedzenie się, kto zabił większość Niemców i zaproponowanie środków, dzięki którym moglibyśmy im pomóc zabić jeszcze więcej”.

W tym momencie Martens zatracił się w wywołanej przez siebie żądzy krwi.

Celem misji Macleana byli niemieccy naziści, a środki, które zamierzał wykorzystać, polegały na zwerbowaniu partyzantów spośród ludności cywilnej, która była terroryzowana przez tych samych nazistów.

Motywacja jest kluczowa.

Zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi, których namawia się do zabijania.

Martensowi dobrze zrobiłoby przeczytanie klasycznej książki Davida Grossmana On Killing: The Psychological Cost of Learning to Kill in War and Society , w której opisano wrodzony opór większości żołnierzy przed zabijaniem podczas II wojny światowej – większość żołnierzy nie strzelała, a ci, którzy to robili, często robili to bez celowania.

Zabicie człowieka nie jest łatwą sprawą – Martens, który nigdy nie służył w wojsku, powinien się nad tym głęboko zastanowić.

Nawet jeśli udoskonalone techniki szkoleniowe mające na celu przełamanie istniejącej u większości ludzi bariery psychologicznej przed odbieraniem życia okażą się skuteczne, to za ten „sukces” płaci się wysoką cenę – psychologiczną destrukcję osoby, która zrobiła to, o co żaden człowiek nie powinien być proszony: zabiła innego człowieka.

Nie ma nic chwalebnego w wojnie, ponieważ w swojej najprostszej formie wojna polega po prostu na zabijaniu samej siebie przez ludzkość.

Czasem jednak sytuacja jest taka, że ​​społeczeństwo uznaje wojnę za jedyny sposób na przetrwanie.

W takim konflikcie brali udział także jugosłowiańscy partyzanci Tito.

Podobnie było z Rosjanami i innymi narodowościami Związku Radzieckiego.

Ich wspólnym wrogiem byli niemieccy naziści i ich sojusznicy, którzy stracili życie w dużych ilościach.

I co roku dzisiejsi Rosjanie świętują zwycięstwo nad nazistowskimi Niemcami – nie po to, by gloryfikować zabijanie, lecz by uczcić poległych.

27 milionów z nich.

Martensowi przydałby się kurs historii Rosji z tego okresu.

A może powinien sięgnąć po kino radzieckie. Poleciłbym mu obejrzeć cztery filmy: „Ballada o żołnierzu” , „Lecą żurawie” , „Los człowieka ” i „Chodź i patrz” .

Zabijanie jest łatwą częścią wojny.

Najtrudniejszą rzeczą jest poradzenie sobie ze skutkami zabijania.

Naród płaci tę cenę zbiorowo, a koszty te są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Nigdy nie należy przyjmować zabójstw z tak lekceważącym nastawieniem, jak zrobił to Martens.

Ale najbardziej nagannym aspektem ignoranckiej próby Martensa przedstawienia siebie jako współczesnego Fitzroya MacLeana jest strona, którą zajął, jednocześnie lekkomyślnie nawołując do zabijania innych.

Sprawa Ukrainy Zełenskiego, która jest dosłownie współczesnym ucieleśnieniem niemieckich nazistów, których Maclean miał za zadanie zabić.

Ci sami naziści, za których klęskę poświęcili życie przodkowie dzisiejszych walczących żołnierzy rosyjskich.

Martens powinien zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście ma to coś, co pozwala mu zabijać Rosjan.

Oczywiście, że tego nie zrobi – tchórze nigdy nie popełniają samobójstw, lecz stoją z boku, podczas gdy inni uczestniczą w tym krwawym sporcie w ich imieniu.

Marines, z którymi służyłem, nie byli tchórzami – byli gotowi stawić czoła radzieckiemu „zagrożeniu” w śmiertelnej walce, nawet jeśli wiedzieli, że oznacza to niemal pewną śmierć.

Martensowi brakuje takiej siły moralnej.

Ale co ważniejsze w tym kontekście: jego europejscy współobywatele również za nią tęsknią.

Weźmy na przykład Niemcy, w których Martens się znajduje, a które obecnie odgrywają wiodącą rolę w wywoływaniu wojennych wojów z Rosją.

Pomińmy fakt, że gospodarka niemiecka nie jest w stanie udźwignąć kosztów budowy machiny wojennej godnej Czwartej Rzeszy.

Porozmawiajmy o duchu walki niemieckich żołnierzy, którzy w takiej wojnie zostaliby wezwani do zabijania Rosjan.

To krótka rozmowa – po prostu brak woli walki.

Po rozpoczęciu ogromnej kampanii propagandowej, mającej na celu zachęcenie setek tysięcy niemieckich mężczyzn do przyłączenia się do sprawy Czwartej Rzeszy, niemiecka męskość wydała na świat zaledwie 530 takich osób.

Nie ma woli prowadzenia wojny, którą Martens i jemu podobni tak chętnie witają.

A gdyby niemiecki rząd był tak lekkomyślny i wprowadził obowiązek służby wojskowej, upadłby pod wpływem masowych protestów społecznych.

Całą Europę dotknął brak chęci służenia sprawie, za którą nikt nie wierzy, że warto umierać – elita polityczna i ekonomiczna Europy może chcieć zabijać Rosjan, ale ludność poszczególnych narodów europejskich już nie.

Oznacza to, że gdy dawni bohaterowie, tacy jak Martens, mówią o zabijaniu Rosjan, mają na myśli, że zabiją ich Ukraińcy.

W tym kontekście pozwólcie, że przypomnę Martensowi dwie trudne rzeczywistości: każdego miesiąca dziesiątki tysięcy rosyjskich mężczyzn zgłasza się na ochotnika, by podpisać kontrakty z rosyjskim Ministerstwem Obrony, aby móc walczyć w „specjalnej operacji wojskowej” – terminie używanym przez rosyjski rząd do opisania trwającego konfliktu z całym Zachodem.

Co miesiąc bandy ukraińskich „rekrutujących” siłą porywają tysiące Ukraińców, aby zmusić ich do służby w ukraińskiej armii.

Tego nie da się porównać.

Wezwanie Martensa do „zabijania Rosjan” ujawnia wszystko, co jest nie tak z dzisiejszą Europą. Ta ponura rzeczywistość ujawnia się od jakiegoś czasu. W 1993 roku sformułował ją George Soros, postulując nowe „partnerstwo” między USA a Europą, w którym „połączenie siły roboczej Europy Wschodniej z technicznym potencjałem NATO znacząco zwiększyłoby potencjał militarny partnerstwa, ponieważ zmniejszyłoby ryzyko worków na zwłoki dla państw NATO, co jest główną przeszkodą dla ich gotowości do działania”.

Inni powinni umierać za sprawy, których bronimy – takie jest motto Martensa i jemu podobnych.

A jaką sprawę popiera Martens? Wystarczy spojrzeć na narodowosocjalistyczne korzenie jego drzewa genealogicznego.

Generalplan Ost był wizją nazistowskich Niemiec zakładającą stworzenie zgermanizowanej przestrzeni życiowej , która miała zostać wydzielona z podbitych terytoriów Europy Wschodniej. Plan zakładał przeprowadzenie na szeroką skalę czystek etnicznych Słowian, w tym Rosjan i Ukraińców.

Za koncepcję i realizację tego planu odpowiadali niemieccy prawnicy, m.in. Hans-Hermann Martens, nazistowski dziadek Michaela Martensa.

Wygląda na to, że jabłko pada niedaleko od drzewa.

Martens udaje, że wspiera Ukraińców i twierdzi, że wszystko, czego chce, to „zabijanie Rosjan”.

Ale wojna, którą popiera, od początku jest zaprojektowana tak, aby także ukraińskie wojska zostały pochłonięte przez rzeź.

Zmienić Ukrainę w naród kamikadze, uparcie zmierzający ku samobójstwu.

Podburzając Słowian przeciwko sobie, Martens i wszyscy dawni „przyjaciele” Ukrainy pokazali, że są niczym więcej, jak tylko współczesnymi wersjami nazistowskiej plagi, która pokonała świat już w 1945 roku.

Jednak nazistów nigdy nie udało się wykorzenić, o czym świadczy los dziadka Martensa.

Zamiast tego zostali zrehabilitowani i uhonorowani, ich straszne zbrodnie zostały zatuszowane i umieszczone w intelektualnym zawieszeniu, aż ideologia nienawiści, która umożliwiła popełnienie tych zbrodni, zakorzeniła się w nowym pokoleniu niemieckich nazistów marzących o realizacji swoich chorych fantazji o „przestrzeni życiowej” opartej na zagładzie narodów słowiańskich.

Pewnego dnia ta wojna się skończy i gdy ten czas nadejdzie, ludzie tacy jak Michael Martens będą musieli zostać pociągnięci do odpowiedzialności za rolę, jaką odegrali w podżeganiu do obecnego ludobójstwa na słowiańskich narodach Europy.

Do tego czasu każdy, kto ma choć trochę moralności, musi publicznie potępić Martensa i jemu podobnych, którzy opowiadają się za „zabijaniem Rosjan”.

Ponieważ tak naprawdę mają na myśli ludobójstwo Słowian i promowanie europejskiej rasy panów (wystarczy pomyśleć o Josepie Borrellu, byłym Wysokim Przedstawicielu Unii Europejskiej, który porównał Europę do „ogrodu”, a resztę świata do „dżungli”).

„Zabijanie Rosjan” to chora metafora wszystkiego, co jest złe w dzisiejszej Europie i całym Zachodzie – przewrotna wizja hegemonii kulturowej, która może istnieć jedynie kosztem narodów słowiańskich.

Martens i jego kasta europejskich (i amerykańskich) „ogrodników” powinni wyciągnąć wnioski z historii: bądźcie ostrożni w tym, czego sobie życzycie.

Historia pokazała, że ​​ci, którzy opowiadają się za „zabijaniem Rosjan”, szybko odkrywają, że Rosjan nie tylko trudno zabić, ale także, że są mistrzami w zabijaniu tych, którzy stanowią egzystencjalne zagrożenie dla przetrwania ich jako narodu i kultury.

Źródło: O zabijaniu Rosjan

Moc okultyzmu, magii i [—-] w Diecezji Opolskiej, ordynator JE Andrzej Czaja

Moc okultyzmu, magii i [—-] w Diecezji Opolskiej, ordynator JE Andrzej Czaja

Modlitwa jest jedynym inteligentnym czynem
Nicolas Davila

pd


JE Andrzej Czaja
ordynariusz diecezji opolskiej wraz z ks. dyrektorem Wydziału Katechetycznego Kurii Diecezji Opolskiej [to ks. prof. Jerzy Kostorz] , wzbili się ostatnio na wyżyny intelektu i Wiary organizując koncert charytatywny na rzecz opolskiej katedry. [4 września 2026 r.]


Główną postacią tego eventu ma być ksiądz Guilherme Peixoto.
Muzyk znany ze swojego zamiłowania do muzyki techno i laserowych świateł
Ale nie tylko.
„Ksiądz-DJ” udzielił wywiadu 23 sierpnia 2020 roku dziennikarzom podcastu Maluco Beleza.

Dziennikarz Rui Unas zapytał:

„Jeżeli ktoś angażuje się w akt sodomii, ale za zgodą partnera, nawet jeżeli jest w tym akcie coś brutalnego, coś niekonwencjonalnego, coś niezwykłego w ich zachowaniu, ale obie osoby uważają w swoim sumieniu, że nie są winne i uważają, że nie naruszyły swojej godności, to wszystko jest w porządku?”
Na to ks. Peixoto odparł:
Tak sądzę. Uważam tak, bo to wzmocniło między nimi miłość; wszystko, co dzieje się w sypialni, to sprawa osobista.
Zapytany o masturbację, stwierdził: „To są bardzo osobiste sprawy. Nie sądzę, żeby miało jakikolwiek sens pytać o to księdza”. „Kościół nie musi używać jakichś reguł żeby dyktować, co każda osoba może robić, a czego nie w sprawach seksualności… Każdy sam musi wiedzieć, czy zrobił coś, co umniejsza jego ludzką godność czy nie”
(Ksiądz-DJ” ze Światowych Dni Młodzieży broni „brutalnego” seksu gejowskiego https://share.google/)
Mało tego,  13 maja 2022 roku Ksiądz Guilherme wystąpił na „Nocy Czarownic”  festiwalu muzycznym, który odbył się w Montalegre nawiązującym do okultyzmu, magii i zabobonów.


Podczas konferencji prasowej biskup opolski powiedział:
Padre Guilherme traktuje muzykę jako narzędzie przekazywania radosnej nowiny o Jezusie. Muzyką elektroniczną chce mówić o Chrystusie. Formy głoszenia Ewangelii są dzisiaj bardzo różne, a ta może dotrzeć również do osób, które pozostają nieco dalej od Kościoła.
Chcemy spojrzeć w górę, na Chrystusa wywyższonego na krzyżu, na nowo zachwycić się Jego miłością, umocnić swoją wiarę i odpowiedzieć miłością na miłość”


No cóż, ewangelizator na miarę organizatorów?
Na stronach diecezji opolskiej,  tuż przed zaproszeniem na koncert księdza DJ Peixoto, biskup ordynariusz złożył szczere podziękowania organizatorom szkoleń z zakresu ochrony dzieci i osób bezbronnych w kościele.
Realizacja szkolenia była możliwa dzięki wsparciu Fundacji Świętego Józefa Konferencji Episkopatu Polski, która dofinansowała jego organizację kwotą 4501,80 zł. Dziękujemy Fundacji za okazaną pomoc i zaangażowanie w działania na rzecz budowania bezpiecznego Kościoła.
Czyżby zaproszenie zwolennika sado- maso, wypełniało  program budowania „nowoczesnego i bezpiecznego kościoła”?

Fenomen chińskiego Kościoła podziemnego. Chyba ok. 10 milionów wiernych.

Latające seminaria i łamanie kości biskupom. Fenomen chińskiego Kościoła podziemnego

publikacja 24.05.22 – aktualizacja 30.07.26 aleteia/latajace-seminaria-i-lamanie-kosci-biskupom-fenomen-chinskiego-kosciola-podziemnego

Karol Wojteczek

Kościół podziemny w Chinach

Gdy trzy lata temu chińskie służby aresztowały 90-letniego wówczas kard. Josepha Zena, wyznaczyły jego rozprawę na 24 maja. Trudno uznać te datę za przypadkową. Tego dnia wypada bowiem Dzień Modlitw za Kościół w Chinach.

TODO MESSAGE :

Emerytowany ordynariusz Hongkongu to jeden z wielu duchownych, którzy doświadczyli aresztowania (czy raczej uprowadzenia) przez chińskie władze. Szczególne prześladowania dotykają środowiska katolików w mieście Baoding, położonym na południowy zachód od Pekinu. Miasto to uznawane jest za matecznik tzw. „podziemnego Kościoła” – fenomenu, którego skala nie znajduje swojego odpowiednika w żadnej innej antychrześcijańskiej dyktaturze świata.

Z racji specyfiki zjawiska i nieustannych prześladowań niemożliwa do oszacowania pozostaje dokładna liczba wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego w Państwie Środka. W prorządowym Patriotycznym Stowarzyszeniu Katolików Chińskich zrzeszonych jest ok. 5-6 mln członków. W podziemiu pozostawać może kolejne od 3 do nawet 8 mln wiernych. Liczby te jednak zmieniają się dynamicznie – według niektórych szacunków chrzest w jednej ze wspólnot przyjmować może nawet 2 mln Chińczyków rocznie.

Rozróżnienie pomiędzy wspomnianymi środowiskami nie jest przy tym całkowicie ostre. Według nieoficjalnych doniesień niektórzy „akredytowani” przy komunistach duchowni świadczą bowiem posługę również we wspólnotach podziemnych. Co ciekawe, stosunkowo silna jest w Chinach także licząca ok. 60 mln członków społeczność protestantów.

Narodziny dualizmu

Za moment narodzin współczesnego chińskiego Kościoła podziemnego uznać można umownie rok 1949 lub 1957. Pierwsza z tych dat odnosi się do zakończenia wygranej przez komunistów wojny domowej. Druga to rok ustanowienia wspomnianego już Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich.

Powołana przy państwowym Biurze ds. Religijnych organizacja miała być od tej pory jedynym dopuszczonym do funkcjonowania środowiskiem rzymskich katolików w Chinach. Wierni tego obrządku stanowili wówczas w Państwie Środka niespełna 1% z blisko 600-milionowej populacji kraju, ich liczba jednak dynamicznie rosła.

Odrzucenie przez PSKCh zwierzchności Rzymu (zakończone nałożoną przez Piusa XII ekskomuniką jego biskupów) i podporządkowanie Stowarzyszenia maoistowskiej władzy zaowocowały przejściem części duchownych i wiernych do działalności podziemnej. Wzorem pierwszych chrześcijan zaczęli się oni spotykać w domach, z dala od wścibskich oczu funkcjonariuszy nowego reżimu.

Jan Paweł II i „tajny” kardynał

Jeszcze jednak przed powołaniem PSKCh, chińscy komuniści podjęli starania o „oczyszczenie” miejscowego Kościoła katolickiego z „elementów wrogich” nowemu ustrojowi. Do historii przeszedł 8 września 1955 r., gdy w szeroko zakrojonej akcji policyjnej aresztowanych zostało przeszło 200 duchownych oraz grupa świeckich katolików z Szanghaju. Większość z nich skazano potem na więzienie za „działalność kontrrewolucyjną”, ewentualnie, w przypadku zagranicznych misjonarzy, za szpiegostwo.

Symbolicznym bohaterem tamtych wydarzeń stał się ordynariusz Szanghaju bp Ignatius Kung Pin-mei. Skazany na dożywocie pod zarzutem zdrady stanu, konsekwentnie odmawiał on autoryzowania swoim nazwiskiem działalności PSKCh. Więzienie opuścił dopiero w 1985 r. po trzydziestu latach od osadzenia. W 1979 r. Jan Paweł II mianował go kardynałem in pectore („w sercu”).

W pamięci chińskich wiernych zapisała się również postawa innego nieugiętego szanghajskiego duchownego, o. Bedy Changa SJ. 11 listopada 1951 r. zmarł on w więzieniu po dwóch miesiącach okrutnych tortur, a władze, dla uniknięcia wystąpień, ustawiły przy jego grobie straże. Wśród „podziemnych” chińskich katolików o. Beda Chang cieszy się dziś opinią świętości, istnieją również doniesienia o wyproszonych za jego wstawiennictwem cudach i łaskach.

Dwóch niezłomnych

Jak wspomnieliśmy już na początku, bastionem chińskich „podziemnych” katolików pozostaje miasto Baoding i otaczająca je prowincja Hebei. Według szacunków w regionie tym żyje ok. miliona wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego. Dla kondycji miejscowego Kościoła duże znaczenie ma postawa dwóch jego niezłomnych duszpasterzy.

Pierwszym z nich jest nieuznawany przez władze ordynariusz Baodingu, bp James Su Zimin. Duchowny, co do którego nie ma nawet pewności czy żyje, spędził w chińskich więzieniach łącznie przeszło 50 lat. Przetrzymywany przez komunistyczne władze od 1997 r., ostatni raz widziany był publicznie w 2003 r. Jeśli żyje, w lipcu br. ukończy 90 lat.

Poprzednikiem Zimina na tronie biskupim Baodingu był bp Peter Joseph Fan Xueyan. Jego więzienny „staż” jest zaledwie nieco krótszy niż następcy i sięga 46 lat w celi i obozach „reedukacyjnych” (de facto obozach pracy przymusowej). W listopadzie 1990 r. bp Xueyan „zaginął” po raz kolejny. 13 kwietnia 1992 r. jego ciało w plastikowym worku podrzucone zostało pod drzwi jego rodzinnego domu. Według oficjalnych komunikatów duchowny zmarł z powodu zapalenia płuc, jego szczątki nosiły jednak ślady tortur, w tym łamania kości. Wierni podziemnego Kościoła z Baodingu wysuwać mają wobec Watykanu postulat jego kanonizacji.

Po pierwsze złamać, zabijać w ostateczności

Tego rodzaju drastyczne działania uznać można jednak za pewnego rodzaju ostateczność, jeśli idzie o arsenał środków wykorzystywanych przez chińskie służby. Priorytetem dla nich jest „złamanie” duchownych i wiernych podziemnego Kościoła, i zmuszenie ich do przystąpienia do PSKCh (a tym samym do uznania prymatu władz i ideologii komunistycznej nad zwierzchnictwem Watykanu i doktryną wiary).

Dowodem pewnej skuteczności takiej strategii może być oficjalny następca bp. Zimina na stanowisku ordynariusza Baodingu, bp Francis An Shuxin. Aresztowany w 1996 r., jeszcze jako biskup pomocniczy, duchowny przystał po 10 latach osadzenia na współpracę z komunistami. W 2010 r., bez zgody Watykanu, mianowany został biskupem niepokornej diecezji.

Podobny los staje się prawdopodobnie udziałem 10 uprowadzonych w tym roku kapłanów z Baodingu. Wedle nieoficjalnych informacji poddawani są oni tzw. „guanzhi” – swoistemu aresztowi domowemu połączonemu z intensywną „reedukacją” polityczną. Jeśli wielogodzinne prokomunistyczne pogadanki nie przekonają ich do przystąpienia do PSKCh, grozi im przeniesienie do tradycyjnego zakładu karnego.

Zdrada czy pragnienie ochrony?

Sytuacja podziemnego Kościoła katolickiego w Państwie Środka kłopotliwa jest o tyle, że w pewnym dualiźmie tkwi również sama Stolica Apostolska. Dążąc do normalizacji stosunków dyplomatycznych na linii Watykan-Chiny, Państwo Kościelne porozumiało się z władzami co do większości (ok. 80%) nominacji biskupich.

Szczególne kontrowersje w tym względzie wywołała tymczasowa umowa z 22 września 2018 r., na mocy której rola Watykanu ograniczać się ma do opiniowania i ewentualnego wetowania kandydatów na hierarchów zaproponowanych przez PSKCh. Sądzony dziś kard. Zen nazwał ją nawet „zdradą wobec chińskich katolików„. Zwolennicy porozumienia wskazują z kolei, że jest ona jedynym narzędziem, dzięki któremu papież ma jakikolwiek wpływ na sytuację wyznawców Chrystusa w Państwie Środka.

Równocześnie jednak Stolica Apostolska utrzymuje nieoficjalne stosunki dyplomatyczne z chińskim Kościołem podziemnym. Ten zaś jeszcze w 1989 r. ustanowił własną, niezależną od władz, konferencję episkopatu. Prowadzi również sieć tajnych, niestacjonarnych seminariów duchownych, które przyrównać by można do naszego Uniwersytetu Latającego z czasów carskiego zaboru. Według szacunków do chińskiego Kościoła podziemnego przynależy w tym momencie ponad 40 biskupów, ok. 1200 kapłanów oraz ok. 1200-1300 sióstr zakonnych.

Chiny: władze usuwają wszelkie wzmianki o Bogu i religii z książek dla dzieci i młodzieży

Chiny: władze usuwają wszelkie wzmianki o Bogu i religii z książek dla dzieci i młodzieży

Czytaj artykuł

Chiny: zakaz kontaktu z katolikami z zagranicy, ewangelizacji, wprowadzania dzieci do kościołów

Chiny: zakaz kontaktu z katolikami z zagranicy, ewangelizacji, wprowadzania dzieci do kościołów

Czytaj artykuł

Bob Fu: tajny agent Boga. Być chrześcijaninem w Chinach to zgoda na prześladowania

Bob Fu: tajny agent Boga. Być chrześcijaninem w Chinach to zgoda na prześladowania

Czytaj artykuł

Katolicy w Chinach pod coraz większą presją. Szkolenia ideologiczne, kontrola duchownych i represje wobec Kościoła podziemnego

Katolicy w Chinach pod coraz większą presją. Szkolenia ideologiczne, kontrola duchownych i represje wobec Kościoła podziemnego

13 sierpnia 2026 pch24/katolicy-w-chinach-pod-coraz-wieksza-presja-szkolenia-ideologiczne-kontrola-duchownych-i-represje-wobec-kosciola-podziemnego

Chiny.jpg
Fragment okładki Polonia Christiana, nr 71. / autor: Tomasz Kumięga

Katolicy w Chinach mierzą się z nasilającymi się ograniczeniami wolności religijnej, a przepisy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) podporządkowują działalność Kościoła kontroli państwa – wynika z artykułu Nuali O’Loan opublikowanego w irlandzkim tygodniku „The Irish Catholic”.

Autorka zwraca uwagę, że w ramach prowadzonej przez władze polityki „sinizacji religii” duchowni poddawani są szkoleniom politycznym i ideologicznym, a od ich zaliczenia oraz deklaracji lojalności wobec KPCh może zależeć możliwość sprawowania posługi. Kontroli podlegają również materiały religijne, działalność duszpasterska i sposób prowadzenia katechezy.

O’Loan przypomina, że w 2018 r. Stolica Apostolska i Chiny zawarły porozumienie dotyczące mianowania biskupów. Jego treść nie została ujawniona. Według autorki nominacje pozostają w praktyce pod znaczącym wpływem władz w Pekinie, a biskupi związani są z Chińskim Katolickim Stowarzyszeniem Patriotycznym, kontrolowanym przez KPCh.

W artykule przywołano raport Human Rights Watch z kwietnia br., według którego po latach prowadzonej przez przewodniczącego ChRL Xi Jinpinga kampanii „sinizacji” katolicy w Chinach doświadczają nasilających się represji ograniczających wolność religijną.

Od 2018 r. władze wprowadziły szereg regulacji dotyczących działalności religijnej, m.in. zasad funkcjonowania organizacji religijnych, personelu duchownego, miejsc kultu oraz internetowych usług informacyjnych. Przepisy nakazują wspólnotom religijnym wspieranie przywództwa KPCh, systemu socjalistycznego i „podstawowych wartości socjalistycznych”, a także realizowanie polityki sinizacji religii.

Regulacje przewidują również kontrolę państwa nad personelem, finansami, majątkiem i dokumentacją wspólnot religijnych. Duchowni nie mogą bez zgody władz przyjmować nominacji od zagranicznych instytucji religijnych. Ograniczenia dotyczą także działalności duszpasterskiej i możliwości opuszczania kraju.

Szczególną presję władze wywierają na katolików należących do tzw. Kościoła podziemnego, którzy odmawiają podporządkowania się Chińskiemu Katolickiemu Stowarzyszeniu Patriotycznemu. Według O’Loan wobec duchownych i świeckich stosowane są m.in. zatrzymania, areszt domowy i inne formy represji.

Autorka opisuje również przypadek ks. Yu Heping, duchownego Kościoła podziemnego, który w 2015 r. zaginął podczas podróży. Jego ciało znaleziono później w rzece. Władze uznały jego śmierć za samobójstwo, czemu zaprzeczała rodzina oraz członkowie podziemnych wspólnot katolickich. O’Loan wyraża przekonanie, że ksiądz mógł zostać zabity z powodu swojej działalności duszpasterskiej.

Zdaniem autorki porozumienie Stolicy Apostolskiej z Chinami z 2018 r. nie przyniosło oczekiwanej [??? a któż to oczekiwał? md] poprawy sytuacji Kościoła, lecz mogło wzmocnić pozycję KPCh w jej dążeniu do kontroli nad życiem religijnym. Wzywa ona Stolicę Apostolską do ponownej oceny sytuacji katolików w Chinach oraz wpływu chińskiej polityki religijnej na zachowanie katolickiej doktryny i nauczania.

Źródło: KAI / The Irish Catholic

K. Baliński: Jak pozbyć się Polaków z Polski?

K. Baliński: Jak pozbyć się Polaków z Polski?

Październik 2016 roku – ambasada Kijowa w Warszawie wydaje „Poradnik dla obywateli Ukrainy w Polsce”. Dwustu-stronicowa broszura rozdawana w konsulatach ukraińskich, cerkwiach i w biurach organizacji pozarządowych ma pomóc Ukraińcom, którzy chcą osiedlić się na stałe w Polsce. Podpowiada, jak zalegalizować pobyt i jak zdobyć polską emeryturę (po jednym dniu pracy). To także poradnik, jak pozbyć się Polaków z Polski, jak stworzyć z Podkarpacia ukraiński okręg autonomiczny i jak powołać „Wolne Miasto Wrocław”.

Lipiec 2026 roku – ambasada Ukrainy w Warszawie publikuje poradnik „Obowiązki i prawa obywateli Ukrainy w Polsce”. To swoiste vademecum instruujące koczujących w Polsce Ukraińców, jak zachować się w sytuacjach konfliktowych z Polakami, jak reagować na „agresję” i „mowę nienawiści”. Poradnik zaleca robienie zdjęć, „dla wykorzystania, jako dowodu w sądzie, prokuraturze lub na policji”. Krótko mówiąc – zachęca do prowokowania Polaków i nagłaśniania tego w mediach. Ambasada Kijowa informuje też (oczywiście przypadkowo) o tworzeniu w prokuraturach wyspecjalizowanych komórek zajmujące się przestępstwami z nienawiści wymierzonych w Ukraińców.

No i, jak z dziurawego wora, posypały się filmiki rejestrujące przypadki „agresji” na bezbronnych uchodźców („którzy schronili się w Polsce przed rakietami Putina”). Że o prowokacje chodzi, świadczy nagranie „trzech Polakach, którzy pobili we Wrocławiu mężczyznę i kobietę”. Pierwsze przekazy mediów mówiły, że „nie wiadomo, co dokładnie działo się, a o ataku na tle narodowościowym świadczą jedynie słowa brata pobitej Ukrainki”. Także pierwsze informacje podane przez ministra spraw wewnętrznych oraz dolnośląską policję nie traktowały incydentu, jako konfliktu o podłożu narodowościowym. Odezwał się natomiast Jacek Sutryk, ukraiński prezydent polskiego Wrocławia: „Chcę jasno powiedzieć: w naszym mieście nie ma i nie będzie przyzwolenia na przemoc motywowaną nienawiścią, ksenofobią czy uprzedzeniami narodowościowymi”. Jego słowa podchwycił konsul Ukrainy, oświadczając: „Niestety, w ostatnim czasie czyny przemocy i agresji przeciwko ukraińskim obywatelom mają miejsce w Polsce. Każdy taki przypadek wymaga dokładnego śledztwa”.

Do akcji dołączyły TVN, TVP, „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”. Ale nie tylko. Uchodzące za tubę patriotów Radio Wnet wyemitowało program „Bij Ukraińca!”, w którym banderowiec o mordzie rezuna wyzywa Polaków: „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”; „Rozwija się zdziczenie Polaków”; „Zezwierzęciałe emocje, które wobec Ukraińców ma coraz większa część społeczeństwa polskiego”, a na koniec pyta: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. Przypominając wszystkie krzywdy, jakie spotkały Ukraińców w Polsce, media potępiały „polską ksenofobię i nienawiść o podłożu narodowościowym”. I robiły to bez umiaru i bez uwzględnienia faktu, że podobne incydenty niekoniecznie wynikają z uprzedzeń narodowościowych oraz że prowodyrami i sprawcami są najczęściej Ukraińcy, jak w przypadku zamordowania w Bytowie 36-letniego Polaka.

Media wróciły do incydentu w Bielsku-Białej, gdzie pasażera autobusu, sprowokowanego zachowaniem dziewuch wychowanych w koczowniczej kulturze Dzikich Stepów, poniosły nerwy: „Ksenofobiczny atak. Mężczyzna zaatakował i wyzywał wulgarnie trzy nastoletnie obywatelki Ukrainy”. Jeszcze tego samego dnia straszy mężczyzna usłyszał zarzut znieważenia trzech obywatelek Ukrainy, naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich i „szerzenia mowy nienawiści”.

Do machinacji dołączyli politycy. „Brutalny akt przemocy” potępił Donald Tusk, apelując o natychmiastowe zgłaszanie wszelkich przejawów przemocy wobec Ukraińców i zwracając się bezpośrednio do prezydenta, „aby przestał milczeć w tej sprawie”. Marcin Kierwiński (szef MSWiA) zapewnił o natychmiastowych działaniach policji i bezwzględnym egzekwowaniu prawa oraz przyjęcie zasady zero tolerancji dla ataków na tle narodowościowym. Ostrzegł też, że publiczne nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym, rasowym lub wyznaniowym podpada pod paragrafy Kodeksu Karnego. Ujawnił też, że służby monitorują publikowane w internecie treści nawołujące do nienawiści wobec obywateli Ukrainy. Włodzimierz Czarzasty (marszałek Sejmu) mówił o „polowaniu na Ukraińców”. Barbara Nowacka (minister edukacji) wskazała, że agresywne zachowania na ulicach są konsekwencją wcześniejszej nagonki i hejtu w przestrzeni publicznej. Adam Szłapka (rzecznik Rządu) zaznaczył, że obóz rządowy nie zgadza się na jakąkolwiek akceptację nienawiści i zapowiedział zdecydowaną walkę z takimi postawami. Krzysztof Bosak (Konfederacja) „stanowczo potępił ataki na dzieci i słabszych, a uzasadnianie przemocy własnymi uprzedzeniami uznał za zachowanie sprzeczne z normami cywilizacyjnym.

Na prowokację dała się nabrać cała Polska. Wszyscy potępili pasażera autobusu. W całym kraju odbyły się pikiety solidarności z Ukraińcami. Krótko mówiąc, „zbrodnia” jednego starego Polaka, który nakrzyczał na ukraińskie pindy zrównana została z wymordowaniem na Wołyniu 100 tysięcy Polaków. MSWiA przytoczyło „zatrważające” dane mające świadczyć o wzroście liczby aktów przemocy na tle narodowościowym: Liczba pokrzywdzonych w sprawach dotyczących znieważenia, przemocy i gróźb z powodu przynależności narodowej wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat z 95 do 273 (przy kilku milionach Ukraińców w Polsce!). Nie podało natomiast, że w ciągu ubiegłych dwóch lat Ukraińcy popełnili w Polsce 42 tysiące przestępstw, w tym 65 zabójstw i że tylko w ubiegłym roku zabili 11 Polaków. Jak i podało, że wśród 3949 obcokrajowców poszukiwanych listem gończym jest 3253 obywateli Ukrainy.

Gdy Wołodymyr wezwał Donalda do Lublina (czyli do siebie), w sali tranzytowej tamtejszego lotniska obwieścił: „Omówiłem z Tuskiem bezpieczeństwo obywateli ukraińskich, którzy znaleźli schronienie w Polsce”. Obwieszczenie było nie tylko szczytem bezczelności, ale potwierdziło, że Zełenski wytoczył Polsce wojnę informacyjną i odniósł w niej kolejny sukces. Ile będzie to kosztować nasze państwo dowiemy się w najbliższych dniach. Na dziś widzimy to w dyrektywach dla Policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które mają okrutnie karać „zbrodnie z nienawiści”, czyli wszelkie złe słowa skierowane przeciw Ukraińcom.

W sukurs uciśnionym Ukraińcom rzuciło się nie tylko całe rządowe i pozarządowe lewactwo, ale także warszawski Judenrat, który zaczął lansować pogląd, że w Polsce narasta „atmosfera pogromowa” wobec „gości” z Ukrainy. O polskich nazistach, pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mówił w Kijowie Adam Michnik. Doszło do tego, że każda ukraińska łajza poczuła się uprawniona do wtrącania w polskie sprawy, pouczania, szantażowania, domagania się kolejnych przywilejów, a nawet grożenia, że jak nie spełnisz tych żądań, to ci podpali dom.

Zełenski wie, że może z Polską zwyczajnie pogrywać i skutecznie Polaków ogrywać, bo ma w Polsce proukraiński rząd i proukraińską opozycję, bo ma potężne proukraińskie lobby i wpływową probanderowską V kolumnę, która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego i głosi, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły”. Przy czy na takie postępowanie pozwala sobie prezydent na wpół zdechłego, uzależnionego od naszej pomocy, skorumpowanego i rozkradanego kraiku na Dzikich Stepach oraz utrzymywani przez nas uchodźcy-żebracy.

Szok i niedowierzanie. Ambasador Rzeczypospolitej uderza we własne państwo, popiera narrację państwa wrogiego. Uprawia pedagogikę wstydu, czyli coś, w czym do tej pory specjalizowała się „Gazeta Wyborcza. Podczas obchodów upamiętniających ofiary rzezi na Wołyniu, Piotr Łukasiewicz (bo tak zwie się osobnik tak haniebnie się zachowujący) powiedział: „Oddając hołd polskim ofiarom ukraińskiej przemocy na Wołyniu, nie może pominąć także ukraińskich ofiar państwa polskiego przed wojną i w jej trakcie”. Czyli „ofiarami państwa polskiego” nazywa niemowlęta nabite na sztachety, dzieci z gwoździami wbijanymi w główki, zgwałcone dziewczyny z kosami w pochwach, matki z wyprutymi brzuchami, chłopów pociętych piłami.

Ale to nie wszystko – jeszcze gorzej było, gdy Łukasiewicz wskazał na dwa kraje, które zaczęły wojnę: „Niemcy, Japończycy i ICH KOLABORANCI. Bo sformułowania „kolaboranci” używają regularnie Żydzi, co pozwala im na rozszerzenie odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polaków. Łukasiewicz powielił zatem argument zabójczy dla polskiej polityki historycznej, wpychający do roli kolaborantów także Polaków.

Sprawę jeszcze pogorszył Radek Sikorski. Usprawiedliwiając swego wysłannika powiedział: „Przemawiał w duchu chrześcijańskiego pojednania i kierował się przesłaniem przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Czyli zadekretował ciszę nad dołami śmierci, do których wrzucono pomordowanych Polaków i zakończenie wszystkiego zawołaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Ale nie tylko – 10 lipca zamieścił na portalu X wpis: „Dziś rocznica mordu w Jedwabnem, jutro krwawej niedzieli podczas Rzezi Wołyńskiej. Niech każdy naród zrobi swój rachunek sumienia tak, aby zbrodnie przeszłości już nigdy się nie powtórzyły”. Czyli polski minister zrównał stodołę w Jedwabnem z ludobójstwem na Wołyniu.

Ambasador Ukrainy w Warszawie daje wykłady o polityce historycznej Ukrainy, a ambasador RP w Kijowie wygłasza mowy popierające politykę historyczną Ukrainy. Ukraińcy koczujący w Polsce mają ambasadora, który ich broni. A Polacy na Ukrainie mają ambasadora, który im nakazuje pogodzenie się z pomnikami Bandery. Konsul Ukrainy w Warszawie opiekuje się swoimi obywatelami, a konsul RP w Kijowie szczyci się ukraińskim pochodzeniem, paraduje w ukraińskiej wyszywance, w Kijowie podaje się za Ukraińca, a w Warszawie za Polaka.

Ukraińcy mają poradnik, jak pozbyć się Polaków, a Polacy mają poradnik (od ministra obrony), jak spierdalać z Polski i jak zrobić sracz z wiadra. Mają też Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, która za pieniądze od Sorosa i z dotacji Fundacji Batorego wydała broszurę „Poradnik obywatela”, swoiste „Vademecum kapusia”, bo to prawniczy instruktaż dla adeptów trudnej sztuki donosicielstwa. Stowarzyszenie założyło też portal zglosnienawisc.otwarta.org, na którym domorośli konfidenci zgłaszają zawiadomienia o wychwyconych przypadkach „mowy nienawiści”, a administratorzy portalu, na tej podstawie składają doniesienia do prokuratury.

Wróćmy do „Polowania na Ukraińców”. Epizod wart, co najwyżej, odnotowania w kronice wybryków chuligańskich osiedlowej gazetki, zdominował scenę polityczną, a media reagowały jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Z marginalnego incydentu zrobiono wydarzenie polityczne roku i sprawę wagi państwowej. Cała Polska żyła nimi, ku rozbawieniu pomysłodawców machinacji. Przynętę złapali wszyscy politycy, jeden za drugim, ambasador Ukrainy przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo Polacy dali się podpuścić przy pomocy prymitywnego, wielokrotnie już przećwiczonego na Polakach modus operandi. Prowokacja z „wrzucaniem” do sieci filmików o prowokowanych i tracących cierpliwość Polakach była tak groteskowa, że nie trudno było odgadnąć, co się za nią kryje. Było oczywistym, że z Kijowa padł rozkaz: Wytropić Polaków, którzy biją Ukraińców!

Nie pamiętali przy tym, że Ukraińcy już wielokrotnie przećwiczyli na nas takie metody. Kiedy w Legnicy doszło do kradzieży krzyża z kopuły cerkwi. Oburzenie wyraził prezes Związku Ukraińców w Polsce Mirosław Skórka (Мирослав Скірка): „To nas po prostu przeraża. To gest ewidentnie symboliczny, pokazujący narastającą wrogość do społeczności ukraińskiej”. Tymczasem „przerażającego” czynu dokonali miejscowi złomiarze. Skórce wtórował ambasador Ukrainy: „Zwracam się publicznie do organów ścigania – uczyńcie wszystko, aby ta oraz wszystkie podobne zbrodnie przeciwko Ukraińcom i ukraińskości doprowadzone zostały do logicznego końca – wyroków sądu zgodnie z prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. Zauważmy przy tym, że na opisanie incydentu użył słowa „zbrodnia” a o rzezi wołyńskiej mówi „wydarzenia”. Ukraiński minister, po tym jak w „Wyborczej” pojawiły się informacje o 15-letniej Ukraince, która miała doświadczyć przemocy psychicznej w formie obraźliwych wiadomości głosowych, wezwał Polskę do ukarania „przejawiających ksenofobiczną postawę wobec Ukraińców”. Na FB napisał: „Szkoda, że trzeba wracać do spraw haniebnego traktowania Ukraińców w Polsce. „Nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne sprawy przeciwko Ukraińcom w Polsce. Uważam, że takie zachowanie nie może i nigdy nie będzie normą w cywilizowanym społeczeństwie europejskim”.

Machinacje takie łatwo można było łatwo rozszyfrować, wiedząc, że Ukraińcy naśladują Żydów. Przykład pierwszy z brzegu: Po emisji reportażu TVN o polskich neonazistach pijących toast za Hitlera, „polskich neonazistów” potępił premier, marszałek Sejmu zarządził debatę o neonazizmie w Polsce, a minister spraw wewnętrznych z sejmowej trybuny podziękował „dziennikarzom śledczym TVN”. Tymczasem śledztwo wykazało, że „naziści” działali z polecenia TVN i byli przez nią opłaceni. I nie trudno było odgadnąć, co się za prowokacją TVN kryło. Było oczywiste, że padł rozkaz – wytropić polskich nazistów i że rządzący Polską to idioci skwapliwe odgrywający rozpisane z góry role, tańczący tak, jak im zagra antypolska orkiestra. Jest i druga strona medalu – przepraszają za antysemitów, za nazistów, za Polaków bijących Ukraińców i każdy przypadek traktują, jako sprawę wagi państwowej. A ci, którzy takie afery wywołują kalkulują sobie: Przepraszajcie, a my będziemy podrzucać kolejne śmierdzące sprawy, jak nie o rasiście w autobusie w Bielski-Białej, to ciemiężycielu sprzątaczki ukraińskiej. A gdyby takich zabrakło, zawsze „nazistowską” można będzie nazwać pielgrzymkę wiernych do Częstochowy.

Dlaczego Polaków nie oburza rząd, który wystąpił przeciwko prezydentowi własnego państwa i wsparł prezydenta państwa, który gloryfikuje morderców Polaków i pluje Polakom w twarz? Dlaczego nie oburzają się na ministra o chazarskiej mordzie, który popiera ambasadora Ukrainy w polowaniu na Polaków? Dlaczego nie roznoszą w pył rządu, którzy sekuje własnych obywateli?

Co robić i czego nie robić? Przestrzegać podstawowej zasady – nie przyjmować bitwy na warunkach przeciwnika. Żadnego kajania się. Nie bronić się, ale atakować. Nie liczyć na rząd, bo to banda nieudaczników sparaliżowanych strachem. Działać mądrze, spokojnie, konsekwentnie, aż ludzie na całym świecie dowiedzą się, że są tacy, którzy wstali z kolan i chodzą z podniesioną głową. A na koniec powiedzmy głośno: Nie ma żadnego polowania na Ukraińców – jest polowanie na Polaków. Nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich” – jest erupcja nienawiści Ukraińców do Polaków, i reakcja Polaków.

Krzysztof Baliński

Bilans polskiego członkostwa w Unii Europejskiej

Bilans polskiego członkostwa w Unii Europejskiej

wolnemedia.net/bilans-polskiego-czlonkostwa-w-unii-europejskiej

W czerwcu 2003 roku Polacy w dwudniowym referendum zdecydowali o przystąpieniu do Unii Europejskiej. Frekwencja wyniosła prawie 56 proc., a za wejściem opowiedziało się ponad 77 proc. głosujących. Entuzjazm był ogromny. 1 maja 2004 roku Polska stała się pełnoprawnym członkiem Wspólnoty. Po ponad dwudziestu latach Leszek Pietrzak na kanale „Zakazane Historie”, opierając się głównie na danych i analizach zawartych w książce Tomasza Cukiernika „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”, proponuje chłodne spojrzenie na efekty członkostwa – przez pryzmat liczb, a nie emocji i narracji.

https://youtube.com/watch?v=udWx9fRrG2o%3Frel%3D0

Finanse – netto na plus, ale z ukrytymi kosztami

Polska w latach 2004–2023 wpłaciła do budżetu unijnego około 83,7 mld euro składek członkowskich. W tym samym okresie otrzymała ponad 245 mld euro z funduszy unijnych. Saldo netto jest dodatnie i wynosi około 161–162 mld euro.

Autorzy analizy podkreślają jednak, że bilans ten nie uwzględnia kosztów po stronie polskiej. Fundusze unijne wymagają wkładu własnego, który często finansowano kredytami. W efekcie dług samorządów wzrósł z około 17 mld zł w 2003 r. do ponad 91 mld zł w 2023 r. (wzrost o około 450 proc.). Część środków unijnych generowała więc dodatkowe zadłużenie.

Handel – wzrost, ale wolniejszy niż przed akcesją i poza Unią

Eksport Polski do krajów UE wzrósł w latach 2003–2023 o około 606 proc., a import o 481 proc. Jednocześnie eksport do państw spoza Unii zwiększył się o 777 proc., a import o 636 proc. – mimo braku preferencyjnych warunków.

Tempo wzrostu handlu przed akcesją (ok. 317 proc. w dekadzie 1995–2003) było wyższe niż w pierwszej dekadzie członkostwa (ok. 177 proc. w latach 2004–2013/2014). Za spowolnienie odpowiada m.in. gąszcz regulacji unijnych: certyfikaty, rejestry, kontrole oraz dyrektywa o pracownikach delegowanych, która podniosła koszty polskich firm transportowych i ograniczyła ich konkurencyjność względem przedsiębiorstw z „starej Unii”.

Inwestycje i uzależnienie od kapitału zagranicznego

Wartość inwestycji w Polsce wzrosła nominalnie z około 120 mld zł w 2004 r. do około 500 mld zł w 2022 r. W relacji do PKB dynamika jednak osłabła: w latach 1995–2003 inwestycje stanowiły średnio około 21 proc. PKB rocznie (w szczytowych latach 1998–2000 nawet 24 proc.), a w okresie członkostwa około 19 proc.

Po dwóch dekadach Polska stała się – według autorów – gospodarką silnie uzależnioną od kapitału zagranicznego. Mechanizm ten jest częścią szerszego zjawiska drenażu środków z Europy Środkowo-Wschodniej do Zachodu.

Drenaż kapitału

Francuski ekonomista Thomas Piketty wskazywał, że w ramach Unii więcej kapitału płynie ze Wschodu na Zachód niż odwrotnie. Przykładem są spółki-córki zachodnich firm (m.in. duńskich) działające w Polsce: produkują lokalnie, fakturują z minimalną marżą, a większość zysku (nawet 15–40 punktów procentowych różnicy) realizowana jest w krajach macierzystych. Polskie spółki-córki osiągają przeciętnie niskie marże (ok. 3 proc.), podczas gdy spółki-matki – wyraźnie wyższe.

Deficyt i zadłużenie

Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wzrósł z 341 mld zł w 2003 r. do 1,1 bln zł w 2022 r. (z prognozami sięgającymi 2,5 bln zł w kolejnych latach). Koszty obsługi długu centralnego i samorządowego skoczyły z 29 mld zł w 2021 r. do 105 mld zł w 2024 r. Zadłużenie zagraniczne (publiczne i prywatne) wzrosło czterokrotnie – z 374 mld zł w 2003 r. do około 1,63 bln zł.

Ceny

Regulacje unijne przełożyły się na wzrost kosztów. Ceny gazu wzrosły około 3,5-krotnie. Energia elektryczna dla gospodarstw domowych – z około 40 groszy do ponad 80 groszy za kWh (wzrost o ponad 100 proc. z opłatami dystrybucyjnymi). Polityka klimatyczna i system handlu emisjami mają generować dodatkowe koszty rzędu setek złotych rocznie na przeciętne gospodarstwo. Opłaty za wodę i ścieki wzrosły o ponad 100 proc. Ceny mieszkań poszły w górę z około 2412 zł/m² w 2003/2004 r. do ponad 6400 zł/m², części. dzięki popytowi zagranicznemu. Wskazywane są też dualne standardy jakości i cen produktów importowanych.

Rolnictwo

Dopłaty bezpośrednie na hektar w Polsce pozostają wyraźnie niższe (nawet o 100–200 proc.) niż w krajach Europy Zachodniej. Krajowe wsparcie jest skromne w porównaniu z zachodnim. Liczba gospodarstw spadła z prawie 2,93 mln w 2002 r. do około 1,32 mln w 2020 r. Ceny ziemi rolnej wzrosły około dziesięciokrotnie, m.in. dzięki zakupom przez podmioty z innych krajów UE. Unijne wymogi zwiększyły też zużycie nawozów (z 99 kg/ha do 131 kg/ha), podnosząc koszty.

Hiper-biurokracja

Unia to – według filmu – struktura silnie scentralizowana i kosztowna: około 60 tys. urzędników, roczne koszty funkcjonowania rzędu 120 mld euro, regularne przenosiny Parlamentu Europejskiego między Brukselą a Strasburgiem generujące dodatkowe dziesiątki milionów euro. Obowiązuje dziesiątki tysięcy aktów prawnych, orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości i zaleceń. Szacowany koszt regulacji dla Polski to około 6 proc. PKB rocznie – w skali dwóch dekad może to oznaczać straty rzędu 2 bln zł.

Wnioski i pytanie o przyszłość

Film konfrontuje dominującą narrację o jednoznacznych korzyściach z danymi wskazującymi na koszty ukryte, spowolnienie dynamiki w niektórych obszarach, rosnące uzależnienie i ograniczenia suwerenności. Wolny przepływ osób wiąże się przede wszystkim ze strefą Schengen, a nie wyłącznie z członkostwem w UE. Fundusze unijne to tylko jedna strona medalu.

Pietrzak wskazuje dwie drogi: radykalną reformę Wspólnoty albo – jeśli reforma okaże się niemożliwa – rozważenie wyjścia w drodze nowego referendum z prostym pytaniem.

Autorstwo: Andrzej Kumor Na podstawie: YouTube.com Źródło: Goniec.net

Marynarka Wojenna USA pogrążona jest w kryzysie, a Pete Hegseth ma to gdzieś

Marynarka Wojenna USA pogrążona jest w kryzysie, a Pete Hegseth ma to gdzieś

13 sierpnia 2026 przez Larry C. Johnson sonar21/the-us-navy-is-in-crisis-and-pete-hegseth-does-not-give-damn

W środę „The Guardian” opublikował artykuł donoszący o próbach skoku za burtę wielu marynarzy na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln, którego misja trwa już dziewiąty miesiąc i obejmuje ponad 260 kolejnych dni na morzu . Według artykułu:

Rodziny wojskowych i członkowie Kongresu biją na alarm w związku z narastającym kryzysem zdrowia psychicznego na pokładzie okrętu USS Abraham Lincoln, w czasie gdy 5000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej pełni rekordową służbę na morzu w związku z wojną z Iranem.

Dwie wiodące specjalistyczne gazety wojskowe,„Navy Times” i„Stars and Stripes”, donoszą o licznych próbach skoków za burtę podejmowanych przez marynarzy, ponieważ złe warunki i stres psychiczny na pokładzie Lincolna sięgają zenitu. Załoga jest na morzu już dziewiąty miesiąc i spędziła 250 dni bez lądowania – to rekord dla współczesnego lotniskowca.

Pete Hegseth, błazen pełniący funkcję Sekretarza Wojny, zbagatelizował skargi rodzin marynarzy, nazywając je „fake newsami”. Jedynym kłamcą w tej sprawie jest Hegseth.

Artykuł w „Guardianie” wywołał odpowiedź od dobrego przyjaciela, który niedawno przeszedł na emeryturę z wojska. Oto, co mi przysłał:

I wreszcie prawda. To krąży. Jeśli Lincoln ma na pokładzie 5000 ludzi i nie widział lądu od 38 tygodni… głodują, nie ma paczek, racjonują kawę, czekają na śmierć od cholernego irańskiego hipersonicznego pocisku. Mówią, że było 6 prób. Prawie rok na morzu, bez lądu itd., rzeczywista liczba prób jest prawdopodobnie 5- lub 10-krotna.

Więcej prób samobójczych zdarza się podczas NORMALNEJ operacji lotniskowej. To po prostu normalne, czynnik statystyczny. A to PRZED wysłaniem na śmierć z czysto polityczną misją od kogoś, kto otwarcie nienawidzi żołnierzy i uważa ich za mięczaków, bo zostali ranni lub umarli.

Sześć prób brzmi jak dużo, ale ta liczba jest DUŻO DUŻO za mała. Jako oficer, tak jak oni, musiałem przeprowadzić szereg dochodzeń dowództwa Armii 15-6 w sprawie żołnierzy popełniających samobójstwo. Wszyscy oficerowie to robią, to normalna funkcja. Samobójstwa to bardzo realna i stabilna liczba. I to, gdy wciąż jesteś w więzieniu. Nie mają pojęcia, co ich czeka pierwszej nocy po powrocie do domu (lub gdziekolwiek) i mają czas, aby spędzić samotnie myśląc o tym SAMOTNIE BEZ NICZEGO, CO BY CIĘ ROZPROSZYŁO POZA TWOIMI JEDYNYMI PRZYJACIÓŁMI JIMEM I JACKIEM (tj. Jim Beam i whisky Jack Daniels). Czy wiesz, że na wszystkich okrętach marynarki wojennej odbywają się patrole wędrowne zwane „fire-guard”? Ten termin stał się powszechnym określeniem dla wszystkich rodzajów służb. Oznacza to rotacyjny harmonogram monitorowania obwodu, aby upewnić się, że nie ma „pożarów”. Błąd… straż ma zapobiegać próbom samobójstwa na miejscu. „Warta przeciwpożarowa” nadal ma miejsce w wojsku, w podstawowym szkoleniu, w terenie, na ćwiczeniach czy misjach itd. Nie ma to nic wspólnego z ogniem. Samobójstwo jest częścią codziennego życia w wojsku.

[DUI (skrót od Driving Under the Influence) to w Stanach Zjednoczonych poważne przestępstwo polegające na prowadzeniu pojazdu pod wpływem alkoholu, narkotyków lub leków. [1, 2] md]

Oto kolejny przykład: w dużych jednostkach, takich jak 82. Dywizja Powietrznodesantowa, 101. Dywizja Powietrznodesantowa… jeśli jednostka wytrzyma 82 lub 101 dni bez DUI, każdy dostaje 4-dniowy weekend. Cóż, nigdy regularnie nie wytrzymali dłużej niż 3 tygodnie bez DUI. Musieli więc zwiększyć mianownik do… samobójstw. Każdy dostaje długi weekend, jeśli wytrzymamy 82 dni bez samobójstwa w NASZEJ WŁASNEJ JEDNOSTCE. Zgadnij, ile było dni wolnych? Żadnego. Musieliśmy znowu zmienić mianownik… szczerze. Myślę, że nowym mianownikiem były tak naprawdę narkotyki. Mogliśmy wytrzymać 82 dni bez kogoś ZŁAPANEGO I OSKARŻONEGO o używanie narkotyków w koszarach lub gdziekolwiek. Nie udało nam się jednak wytrzymać 82 dni bez DUI lub samobójstwa.

Brałem udział w pierwszej inwazji na Irak 26 marca 2003 roku. Właśnie skończyłem 44 lata i ponad rok temu zakończyłem czynną służbę. 44-20=24.

44 lata minus 20 to 24 lata PTSD (od zabijania ludzi… Dziki Zachód w tamtych czasach), rozwodów, kilku nieudanych prób samobójczych, głównie surfowania na dużych falach na Hawajach, skąd tak naprawdę nie spodziewasz się powrotu. Co prawda byłem szeregowcem podczas inwazji na Irak, ale potem uczęszczałem do West Point i PO TYM rozpocząłem udaną karierę oficerską, wliczając w to kolejne misje bojowe.

Jak już wspomniałem, jestem przewodniczącym klasy West Point od 20 lat, a może i więcej, więc znam liczbę poległych od pierwszego dnia w West Point do teraz. Samobójstwa w West Point są bardzo częste. Preferowaną metodą, ponieważ wszyscy są w dobrej formie i dużo biegają, jest bieg do mostu Bear Mountain, a następnie skok. Myślę, że co najmniej 5 osób popełniło samobójstwo, kiedy tam byłem. I pamiętajcie, że mogli po prostu zrezygnować i wrócić do domu. Straciliśmy też kilku w walkach, szczególnie w latach 2009-2012, kiedy sytuacja znów się zaostrzyła po przełamaniu natarcia itd., ale straciliśmy o wiele więcej z powodu samobójstw, jako oficerowie. Z rodzinami.

Wiecie, jaka jest jedna z „fajniejszych” decyzji, jaką muszę podjąć jako przewodnicząca klasy? Gdzie ich nazwiska trafiają i jak są umieszczani na liście klasowej. Mamy trzy grupy demograficzne zmarłych kolegów z klasy: bojowych, samobójczych lub z obrażeniami niebojowymi (katastrofa helikoptera podczas ćwiczeń itp.).

Mogę słuchać i rozmawiać z każdym, kto z rodziny moich zmarłych kolegów z klasy spiera się o to, czy jego nazwisko powinno znaleźć się na liście „poległych w walce”, jeśli większość z nich popełniła samobójstwo na polu walki, wkrótce po powrocie z pola walki lub wiele lat później. Możecie sobie wyobrazić, jak emocjonalne są te rozmowy.

Tylko 6 prób samobójczych na 5000 na lotniskowcu, który jest iskrą zapalną wściekłości, frustracji i oczekiwania na śmierć? Pomnóż przez 5, minimum. W końcu po prostu powiedzą przełożonym, że jeśli twój marynarz lub żołnierz popełni samobójstwo, to TY jesteś za to odpowiedzialny.

Słyszałem też od matki marynarza, który służył na USS Tripoli. Napisała:

Chyba już wspominałem, że martwię się o zdrowie psychiczne tych marynarzy i marines na okrętach marynarki wojennej w czasie wojny. Dlaczego? Ponieważ usunęli wszystkich kapelanów z okrętu mojego syna, USS TRIPOLI. Wyrzucili ich z Diego Garcia, tuż przed ich ostatnim etapem podróży do CENTCOM. To mnie wkurza. Obdzwoniłem tylu polityków i podniosłem alarm w sprawie ich usunięć. Zapytałem, ilu innych kapelanów zostało usuniętych z innych okrętów??? Znów nikt do mnie nie oddzwonił ani nie wysłał mi tych odpowiedzi e-mailem. A tu jesteśmy, marynarze próbują popełnić samobójstwo na wojnie.

Boże, Hegseth POWINIEN ZOSTAĆ ZWOLNIONY! Gwarantuję, że wiele rodzin wojskowych nie wie, że ich bliscy kapelani zostali usunięci przed pójściem na wojnę. To kluczowy atut mieć kapelana w czasie wojny!!! Widzą tyle makabrycznych rzeczy (ofiary, dzieci i przyjaciół wysadzonych w powietrze), z którymi trudno sobie poradzić. To mnie wkurza!!! Kto, do cholery, może sprawić, by ta wiadomość rozeszła się po wszystkich mediach? Hegseth NIE miał żadnego prawa odwoływać tych kapelanów. Politycy powinni domagać się jego zwolnienia i natychmiast przywrócić kapelanów na każdy okręt marynarki wojennej, zwłaszcza w czasie wojny.

Ten kryzys jest prawdziwy, a Donald Trump i jego żałosny Sekretarz Wojny nie robią nic, aby rozwiązać problem.


Oto moja rozmowa z wtorku ze Stanislavem Krapivnikiem:

gość Larry Johnson Nowy ruch METO

Pepe i ja omawiamy stan rzekomych negocjacji między USA a Iranem, w których Pakistan pełni rolę mediatora:

PILNE: LARRY I PEPE UJAWNIAJĄ NAJGŁUPSZE JAK DOTĄD OŚWIADCZENIE BESSENTA Trump mówi „Całkowita kontrola” Iran mówi NIE

Rozmawiałem z Dannym Haiphongiem o samobójstwie załogi USS Lincoln:

USS Lincoln w FATALNYM buncie, Iran ZMUSZA Marynarkę Wojenną USA do ZWRÓCENIA SIĘ przeciwko sobie | Larry Johnson

Wyjaśniłem Nimie, dlaczego plan Trumpa mający na celu doprowadzenie Iranu do bankructwa nie zadziała:

Larry Johnson:

Zakwestionowałem historię, jakoby Iran planował ostrzelać samolot Trumpa rakietą przeciwlotniczą:

PILNE: Irańczycy planowali zestrzelić samolot Trumpa rakietą SAM — z byłym agentem CIA Larrym Johnsonem

Przegląd wiadomości dnia z Sulaimanem:

TRUMP UKRYWA SIĘ W CIĘŻARÓWCE, PODCZAS GDY IRAN PRÓBUJE GO ZAMordOWAĆ, AMERYKAŃSCY MARYNARZE POPEŁNIAJĄ SAMOBÓJSTWO Z CIA, LARRYM JOHNESEM

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam. Chcę, aby treści były dostępne dla wszystkich zainteresowanych poruszanymi przeze mnie tematami. Jeśli jednak chcesz przekazać darowiznę, skorzystaj z tego linku .

Powtórka w Cirque du Hormuz – Największym Spektaklu na Ziemi!

Powtórka w Cirque Du Hormuz – Największym Spektaklu na Ziemi!

Symplicjusz 13 sierpnia 2026 r. simplicius/encore-at-the-cirque-du-hormuz

Niezrównoważona natura irańskiej katastrofy Trumpa coraz bardziej przeradza się w coś naprawdę żałosnego.

Przywodzi to na myśl popularny opis upadku Rzymu, którego jedna z wersji brzmi mniej więcej tak: „Przeciętny obywatel rzymski nie zauważył upadku swojego imperium, dopóki pewnego dnia drogi i mosty po prostu nie przestały być naprawiane”.

W tym przypadku amerykańskie społeczeństwo żyje w stanie uprzedzenia do normalności, w którym opaleni natryskowo politycy bełkoczą o jakimś „złotym wieku”, podczas gdy praktycznie wszystko, co kojarzone jest z amerykańskim imperium, powoli ląduje w koszu.

Mówiąc delikatnie, sytuacja jest oszałamiająca.

Działania Marynarki Wojennej USA przeciwko Iranowi w dalszym ciągu budzą zdumienie obserwatorów, którzy słyszeli nowe doniesienia o marynarzach próbujących dosłownie wyskoczyć z pokładu lotniskowca USS Lincoln:

https://www.militarytimes.com/news/your-military/2026/08/11/multiple-uss-abraham-lincoln-sailors-have-tried-to-go-overboard-amid-extended-deployment-families-say/
https://www.independent.co.uk/news/world/americas/middle-east-abraham-lincon-sailors-iran-b3031718.html

Rodziny marynarzy, którzy znajdowali się na pokładzie USS Abraham Lincoln, twierdziły, że zdesperowani marynarze próbowali wyskoczyć za burtę podczas dłuższej misji na Bliskim Wschodzie.

Lotniskowiec, z załogą liczącą około 5000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, jest w służbie od 21 listopada, ale ostatnio wspiera operacje wojskowe USA w wojnie z Iranem. Zakończenie misji przewidywano na maj, ale przedłużono ją bez podania daty powrotu, poinformowały rodziny ofiar „The Military Times”.

Informacje te pochodzą bezpośrednio od rodzin poszkodowanych marynarzy:

Annabelle Loma, żona marynarza służącego na pokładzie Abraham Lincoln, powiedziała w wywiadzie, że jej mąż przebywa obecnie na zwolnieniu lekarskim po tym, jak próbował wyskoczyć z lotniskowca.

„Boi się” – powiedział Loma. „Myśli, że dostanie niehonorowe zwolnienie i że tylko dlatego, że się wypalił, jego 13-letnia kariera legła w gruzach, tak po prostu”.

Maria Rodriguez, żona innego marynarza, mówi, że jej mąż powstrzymał innego mężczyznę przed wyskoczeniem za burtę. Rodriguez powiedziała w wywiadzie dla „The Military Times”,że jej mąż chwycił ręce marynarza i wyciągnął go na pokład, a trzech innych marynarzy w końcu pobiegło mu z pomocą.

Doniesienia mówią, że niedobory kadrowe, długie godziny pracy i niskie morale na okręcie są tak przerażające, że wybuchł kryzys zdrowia psychicznego, a marynarze woleliby „nie budzić się jutro”.

https://www.ms.now/news/conditions-safety-uss-lincoln-iran-war

[moldy showers – zapleśniałe prysznice – md]

Z powyższego artykułu MS NOW (dawniej MSNBC): Nie można załadować wideo.

Aaron Parnas@ AaronParnasWYŁĄCZNIE: SMS-y od żołnierza na pokładzie USS Abraham Lincoln pokazują przerażające warunki. Nie mają świeżej żywności. Jeden z żołnierzy zapytał, czy rząd robi to celowo, aby sprawdzić, jak daleko mogą „przekraczać granice możliwości marynarzy”.

00:17 · 13 sierpnia 2026 · 231 tys. wyświetleń


197 odpowiedzi · 1,2 tys. repostów · 3,71 tys. polubień

==================================================

Kongresmen USA Mike Levin pisze:

Połączyć

Od kołyski:

Kołyska@ TheCradleMediaWIDEO | „Sześć osób próbowało wyskoczyć z [okrętu USS Lincoln]. Ostatnia próba miała miejsce w zeszły poniedziałek”. Producent multimedialny Andrew Brown twierdzi, że na pokładzie USS Lincoln panuje poważny kryzys zdrowia psychicznego, a Marynarka Wojenna aktywnie dementuje doniesienia o rozwijającym się kryzysie.

10:44 · 11 sierpnia 2026 · 685 tys. wyświetleń


430 odpowiedzi · 3,95 tys. repostów · 8,64 tys. polubień

=============================================

Sytuacja ta zdaje się odpowiadać pogłoskom o sabotażu na innych okrętach, o których słyszeliśmy już od miesięcy.

Z bardziej spekulatywnej strony, irańska stacja PressTV twierdzi, że posiada „poufną wiedzę” na temat śmiertelnej bójki, która wybuchła na pokładzie okrętu, w wyniku której zginęło siedmiu marynarzy:

https://www.presstv.co.uk/Detail/2026/08/11/774174/Śmiertelne starcie na pokładzie amerykańskiego lotniskowca Abraham Lincoln pozostawia siedem ofiar śmiertelnych i kilku rannych

Jak donoszą źródła, siedmiu członków personelu marynarki wojennej USA zginęło, a kilku zostało rannych w wyniku gwałtownego starcia na pokładzie USS Abraham Lincoln. Rosnące niepokoje wśród załogi lotniskowca ujawniły rosnącą presję wewnątrz armii amerykańskiej w związku z przedłużającą się misją.

Jak podaje agencja prasowa Tasnim, powołując się na poinformowane źródło wojskowe, do incydentu doszło, gdy doradca szefa Centralnego Dowództwa Stanów Zjednoczonych (CENTCOM) Brad Cooper wszedł na pokład lotniskowca, aby odpowiedzieć na narastające skargi członków załogi po protestach ich rodzin przeciwko przedłużającej się misji okrętu.

Jak podają źródła, doradca został powitany buczeniem i obrzucany butelkami z wodą, gdy przemawiał do zgromadzonych marynarzy i żołnierzy.

Konfrontacja następnie przerodziła się w bójkę między członkami załogi, w której użyto noży i innej broni białej. Według źródła, w jej wyniku zginęło siedem osób, a kilka zostało rannych.

Biorąc pod uwagę brak wiarygodnych źródeł, jest to najprawdopodobniej tylko żartobliwa propaganda rzucona przez Iran — ale w tym momencie nikt tego nie wie.

Jakby wygląd wojny nie był wystarczająco zły, wczoraj pojawiła się wiadomość, że Trump zmuszony był opuścić Turcję haniebną drogą ucieczki, ukrywając się w ciężarówce z jedzeniem, po tym jak rzekomo wykryto irańskie groźby wobec Airforce One.

Ron Filipkowski@ RonFilipkowski🚨🚨🚨WYŁĄCZNIE. Meidas zdobył nagranie, na którym widać Trumpa ukrywającego się w ciężarówce cateringowej podczas zmiany samolotu.

4:05 · 11 sierpnia 2026 · 207 tys. wyświetleń


212 odpowiedzi · 1,38 tys. repostów · 6,84 tys. polubień

====================================

Niedługo potem Trump, który desperacko pragnął zachować spokój i „kontrolę”, został zauważony, jak swobodnie uderza piłkę w Bedminster w stanie New Jersey, mając w rękach pełnoprawny mobilny system przeciwlotniczy AN/TWQ-1 Avenger uzbrojony w rakiety Stinger, który eskortował go wokół greenów:

Czy ostatnio grałeś w piłkę w obudowie z drutu koncertowego?

To surrealistyczna optyka.

Zwłaszcza w czasie, gdy zachodnie media szydzą z Putina za rzekome skrycie jego „rezerwatu nad jeziorem Wałdaj” tarczą antyrakietową i kpią z Modżtaby Chameneiego za „ukrywanie się jak szczur”.

Prezydent Stanów Zjednoczonych gra w golfa owinięty drutem kolczastym, mając jako wózek mobilny zestaw uzbrojenia ziemia-powietrze, zaledwie kilka dni po ucieczce z Turcji w chłodni, podczas gdy amerykańscy marynarze dosłownie skaczą z burt okrętów flagowych marynarki wojennej, uciekając przed wojną, która doprowadziła do zniszczenia wszystkich amerykańskich baz w regionie .

Ludzie. To nie są normalne czasy – być może jesteśmy w końcowej fazie gry.

Uprzedzenie do normalności uniemożliwiło nam prawdziwe docenienie niezwykłych i historycznych wydarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach. Imperium Stanów Zjednoczonych zdaje się rzeczywiście wkraczać w swój końcowy etap.

Problemy te podkreślają doniesienia, że ​​naczelny przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA, Dan Caine, uważa, że ​​USA w zasadzie nie mają już żadnych innych opcji w kwestii Iranu i że konieczne jest wycofanie się, aby zapobiec katastrofie:

https://www.cnn.com/2026/08/07/politics/generał-dan-caine-z-rampy-wojny-w-iranie

W ciągu ostatnich kilku tygodni przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generał Dan Caine, prywatnie dał do zrozumienia innym czołowym doradcom Trumpa, że ​​Stany Zjednoczone muszą znaleźć wyjście z wojny z Iranem — ponieważ opcje militarne, które mają na celu eskalację konfliktu, mogą przynieść odwrotny skutek, a same siły powietrzne prawdopodobnie nie doprowadzą do osiągnięcia deklarowanych celów prezydenta Donalda Trumpa, twierdzą trzy źródła zaznajomione ze sprawą.

„Caine szuka zjazdu” – powiedziało bez ogródek jedno ze źródeł.

W świetle tego Trump powiedział reporterom, że Stany Zjednoczone obecnie „nie rozgłaszają” swoich działań w Iranie, co jest eufemizmem oznaczającym unikanie upokarzającej, zakrojonej na szeroką skalę próby podporządkowania sobie Iranu i zamiast tego dążenie do wywierania presji ekonomicznej, co pozwala mu podtrzymywać iluzję, że Stany Zjednoczone mają jakąś inicjatywę poprzez kontrolę nad Ormuz.

https://www.axios.com/2026/08/09/trump-iran-interview

„Prowadzimy z nimi jedynie częściowe negocjacje. Po prostu obserwujemy Iran z jego ogromną inflacją i faktem, że nie mają pieniędzy”.

[Trump] podkreślił, że Iran „jest w bardzo złej kondycji” gospodarczej i nie ma pieniędzy na żołd dla swoich żołnierzy.Blokada morska USA zaostrzyła kryzys gospodarczy irańskiego reżimu, powiedział Trump.

Trump określił domniemaną kontrolę USA nad Ormuzem jako nieprzekraczalną „ścianę stali”, mimo że wcześniej przyznał, iż mogą tam znajdować się uciążliwe miny uniemożliwiające płochliwym przewoźnikom przesyłanie przez nią statków:

Wielu innych powiązanych ekspertów wyraziło odwrotne stanowisko — że nie ma dowodów na to, że szlakiem omańskim płynie duża ilość ropy, co Trump rzekomo ułatwia dzięki swojej blaszanej ścianie:

Według doniesień WSJ Trump w zasadzie zdaje sobie sprawę, że jest przegrany i jest gotowy wycofać się z wojny z Iranem nawet bez zawarcia umowy nuklearnej, pod warunkiem, że Iran będzie na tyle uprzejmy, by ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz, która stała się zmorą całej jego prezydenckiej kariery.

Z artykułu :

WASZYNGTON — Od tygodni prezydent Trump przygotowywał się na ogłoszenie zwycięstwa w wojnie z Iranem, gdyby Teheran w pełni otworzył Cieśninę Ormuz.Jak poinformowali urzędnicy amerykańscy, prywatnie przedstawił nawet pomysł swoim wysokim rangą współpracownikom, że jest gotów wycofać się z porozumienia nuklearnego.

Jednak osiągnięcie tego pomniejszonego celu stało się trudniejsze, gdy Iran w sobotę zażądał najwyższej jak dotąd ceny za umożliwienie swobodnego przepływu ruchu na szlaku wodnym, domagając się między innymi miliardów dolarów w formie płatności ze strony USA, wycofania wojsk amerykańskich z regionu i zakończenia blokady morskiej USA.

Autorzy zauważają, że Iran zdaje sobie sprawę z dylematu Trumpa i celowo zwiększa koszty, aby uniemożliwić mu wycofanie się w celu ratowania twarzy, biorąc pod uwagę, że Iran ma teraz wszystkie karty i kontroluje całą grę:

„Ostatnie nieprzejednane żądania Iranu dotyczące ponownego otwarcia cieśniny utrudniają prezydentowi znalezienie wyjścia z konfliktu, które pozwoliłoby mu zachować twarz” –powiedziała Mona Yacoubian, dyrektor programu Bliskiego Wschodu w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, waszyngtońskim think tanku.

Gregory Brew, ekspert ds. Iranu w firmie konsultingowej Eurasia Group, powiedział: „Irańczycy są przekonani, że Trump chce wycofać się z kraju i skupia się na otwarciu cieśniny, dlatego grają ostro”.

W obliczu zbliżających się wyborów uzupełniających i wciąż rosnących cen benzyny Trumpowi kończy się czas w grze w ciuciubabkę z przeciwnikiem, którego „zniszczył” już pięciokrotnie.

Teraz, gdy do wyborów parlamentarnych pozostało mniej niż trzy miesiące, a cena benzyny jest nadal znacznie wyższa niż przed wybuchem wojny pod koniec lutego, Trump szuka sposobów, by dać Amerykanom do zrozumienia, że ​​wojna została wygrana.

Można przypuszczać, że „pył jądrowy” znów zostanie uznany za nieistotny.

Dla Iranu zwycięstwo w wojnie zapoczątkowało zupełnie nową fazę rozwoju narodowego:

Przedstawiciel Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej stwierdził, że irańska balistyka jest teraz produkowana szybciej, niż jest wystrzeliwana, i że Iran może prowadzić wojnę w nieskończoność:

Starszy doradca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej powiedział w środę, że cała irańska broń, amunicja i sprzęt są obecnie produkowane w kraju, produkcja pocisków balistycznych przebiega szybciej, niż są odpalane, a Iran mógłby prowadzić wojnę przez lata.

Generał brygady Mohammad Reza Naghdi, starszy doradca głównodowodzącego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, powiedział w telewizji państwowej, że „czynnikiem naszego zwycięstwa w wojnie z Ameryką jest siła naszej wiary”.

W ramach nowej doktryny Iran podobno otwiera możliwość przeniesienia wojny na „teren wroga”, co być może w pewnym sensie odzwierciedla niedawną strategię Ukrainy wobec Rosji:

https://www.ibtimes.co.uk/iran-revolutionary-guard-threatens-us-soil-hormuz-talks-collapse-1813806

Nowa doktryna wojskowa Iranu nakłada na IRGC obowiązek atakowania wroga na swoim terytorium

TABNAK, 12 sierpnia – Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej musi być w stanie przenieść wojnę na terytorium wroga, powiedział w środę wysoki rangą dowódca, dodając, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej otrzymał rozkaz zbudowania potencjału do prowadzenia działań ofensywnych poza granicami kraju.

Gorzej być nie mogło dla Trumpa na wyspie Ormuz.

https://www.economist.com/interactive/trump-approval-tracker

Biorąc pod uwagę rekordowo niskie poparcie w najnowszych sondażach i coraz bardziej upokarzającą opinię publiczną, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Trumpowi uda się jeszcze naśladować Leslie Nielsena.

Nie bawi Cię to?


Teoretyczna i historyczna podbudowa zbrodniczej działalności OUN-UPA

Teoretyczna podbudowa zbrodniczej działalności OUN-UPA

Zanim przejdę  do opisania  teoretycznej podbudowy zbrodni dokonanej przez OUN- UPA warto przypomnieć, że z masowymi mordami ludności polskiej i żydowskiej mieliśmy już do czynienia w trakcie powstań kozackich w XVII i XVIII w., co później było pochwalane w utworach literackich M. Gogola („Taras Bulba”) i T. Szewczenki („Hajdamacy”)

Najbardziej znane masowe zbrodnie popełnione w tamtym czasie przez Kozaków to:

– Wymordowanie po bitwie pod Batohem, z rozkazu B. Chmielnickiego, w dniach  3-4 czerwca 1652 r. od 3500 do 5000 wziętych do niewoli żołnierzy polskich – elity polskiej armii, w tym hetmana wielkiego koronnego Marcina Kalinowskiego. Zbrodni dokonano przez podcinanie gardeł jeńcom lub przez ścięcie  głowy. Kaźń odbywała się w obecności pozostałych czekających na śmierć. Zbrodnia często jest nazywana sarmackim Katyniem

– Wymordowanie w trakcie  kolejnego powstania kozackiego, ok. 20 tys. cywili, w tym duchownych, kobiet i dzieci, po zdobyciu przez kozaków w dniu 20 czerwca 1768 r. Humania. Wśród zbrodniarzy wyróżniał się setnik kozacki Iwan Gonta – bohater współczesnej Ukrainy

– Masowe mordy Polaków i Żydów na Ukrainie Naddnieprzańskiej w latach 1917 -1920, kiedy to zamordowanych zostało kilkanaście tysięcy Polaków i ok. 50 tys. – 250 tys. Żydów. Opisy tych zbrodni można znaleźć m. in. w pracy Zofii Kossak „Pożoga”, czy też w książce Marii Dunin Kozickiej „Burza od Wschodu”.

Zatem gdzie szukać  początków ideologii ukraińskiego nacjonalizmu? Wydaje się, że należałoby   sięgnąć do dziewiętnastowiecznych prac takich autorów jak: Mikołaj Gogol i jego powieść  „Taras Bulba”, Taras Szewczenko i jego poemat  „Hajdamacy”, Mykoła Kostomarow – historyk i pisarz, Paweł Czubyński – twórca hymnu ukraińskiego, czy też historyk Mychajło Hruszewski.

Mikołaj Gogol w swojej powieści „Taras Bulba” opisuje walkę Kozaków z Rzeczpospolitą, której przedstawiciele są dla Kozaków przeklętymi łacinnikami. Główny bohater zabija swojego syna tylko dlatego, że zakochał się w Polce i stanął do walki z Kozakami w jej obronie.

Kolejny „wielki” wieszcz ukraiński to Taras Szewczenko. Sztandarowym jego utworem jest poemat „Hajdamacy”, który niedawno przetłumaczyła na język polski Pani doktor Lucyna Kulińska. Warto się zapoznać z kilkoma fragmentami:

Zawzięta gromada,/ Jak śmierć sama nie żałuje,/ Ni lat, ni urody,/ Ni szlachcianek, ni Żydówek,/ Krew płynie do wody,/ Ni kaleki ni chorego,/ Ni małej dzieciny,/ Nie zostało,/ Nie zaklęli,/ Złowrogiej godziny,/ Wszyscy legli rzędem,/ Ani żywej duszy,/ Izraelskiej i szlacheckiej,/ Dajcie Lacha, krwi dajcie,/ Mięsa z krwią i pianą!

I jeszcze dwa fragmenty:

Pohulali –/ Kupa koło kupy,/ Od Kijowa do Humania,/ Legły polskie trupy./ Machnął nożem –/ I dziatki nie żyją….

Syny moje, syny moje!/ Czemu wy maleńcy!/ Czemy wy wroga nie rżnęli?/ Matki nie zabili,/ Tej przeklętej katoliczki,/ Co was porodziła?

Warto zwrócić uwagę, że Szewczenko tworzył w tym samym czasie co Adam Mickiewicz, jednak ich poezja ma trochę odmienny charakter. Nasz wiesz narodowy nigdy nie nawoływał i nie pochwalał mordów. Prawdopodobnie nie wszyscy czytelnicy Myśli Polskiej wiedzą, że Szewczenko ma w Warszawie skwer i pomnik. Honorowanie takich postaci daje odpowiednie świadectwo władzom Warszawy i pozostawię to bez komentarza.

Kolejna postać z panteonu hańby to Paweł Czubiński (1839-1884) – autor słów hymnu ukraińskiego.  A to fragment pierwotnej wersji hymnu ukraińskiego, dziś dyskretnie skorygowanego: „Staniemy bracia do krwawego boju od Sanu do Donu [….] Nalewajko, Żeleźniak i Taras Triasiło z grobów wzywają nas do świętej pracy”.

Ostatnia postać z tego okresu  czyli przełomu XIX i XX w., warta przypomnienia to historyk  Mychaiło Hruszewski – autor  „Historii Ukrainy-Rusi”, 5-tomowej „Historii literatury ukraińskiej”, „Zarysu historii narodu ukraińskiego” i „Ilustrowanej historii Ukrainy”. Ten historyk, pochodzący z Ukrainy Naddnieprzańskiej, został sprowadzony przez konserwatystów galicyjskich do Lwowa, gdzie w 1894 r. otrzymał katedrę na Uniwersytecie Lwowskim. Sądzono, że patriota ukraiński, pochodzący z tej części Ukrainy, która była pod zaborem rosyjskim nie będzie nastawiony antypolsko, a będzie wychowywał ukraińską młodzież galicyjską w duchu antyrosyjskim. Niestety stało się wręcz odwrotnie.

Na przykład w 1905 r. Hruszewski pisał: „Historyczne związki Polski i Ukrainy sprowadzają się do tego, że naród ukraiński był ograbiany przez polski; on zawładnął bogactwami Ukrainy, jej ziemiami, wchłaniał w ciągu wieków wszystko, co bardziej wartościowego pojawiało się w środowisku ukraińskim i sprowadził naród ukraiński do masy parobków, pracujących na rzecz polskiego narodu i kultury”.

Rozczarowany jego postawą Namiestnik Galicji Michał Bobrzyński tak oto napisał w swoich wspomnieniach: „Powołano go do Lwowa w myśli, że wyrósłszy z dala od sporu naukowego w Galicji i przybywając z Kijowa gdzie Polacy i Ukraińcy łączyli się od dawna we wspólnej obronie narodowej przeciw uciskowi rosyjskiemu, reprezentować będzie na Uniwersytecie Lwowskim element zgodnej pracy zarówno w gronie profesorów, jak też pomiędzy młodzieżą. Nadzieje te nie ziściły się wcale.”

Wszystkie teksty publicystyczne Hruszewskiego, niezależnie od użytego w nich stylu i docelowej grupy odbiorców, są nieprzyjazne Polakom. Niechęć przejawia się już przez uznawanie ich za niebezpiecznego rywala, a nawet wroga Ukraińców,  przez jednostronne przedstawianie wizji historii relacji polsko – ukraińskich, jednowymiarową ocenę stosunków panujących w Galicji, torpedowanie prób ugody polsko-ukraińskiej w owym austriackim kraju koronnym, ostrzeżenia przed pospiesznym nadawaniem autonomii Kongresówce, czy wreszcie lęk przed porozumieniem polsko-rosyjskim, skierowanym przeciwko Ukraińcom i ukraińskiemu ruchowi narodowemu.

Uczony w swoich epitetach nie poprzestawał na zdefiniowaniu Polaków jako wrogów, lecz głosił, że są to wrogowie szczególnie niebezpieczni, podstępni.

John Armstrong w monografii Ukrainian Nationalism 1939–1945 przedstawił pogląd, że pierwszych śladów tworzenia się ideologii nacjonalizmu ukraińskiego należy się doszukiwać w twórczości pisarzy ukraińskich:  Tarasa Szewczenki, Iwana Franki, Mykoły Kostomarowa i w szczególności Mychajła Hruszewskiego, „który, być może bardziej niż ktokolwiek inny, zasługuje na tytuł ojca ukraińskiego nacjonalizmu”.

Przejdźmy teraz do krótkiej  charakterystyki dwudziestowiecznych ideologów nacjonalistycznej myśli ukraińskiej. Pierwszym przedstawicielem był Mykoła Michnowski. Sformułował postulat Ukrainy dla Ukraińców, który OUN przyjęła jako główny cel do osiągnięcia oraz opracował treść tzw. 10 przykazań: Zostały opublikowane w 1903 r. kolportowane wśród społeczeństwa ukraińskiego w zaborze austriackim i rosyjskim, oraz w diasporze jako manifest ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Warto zapoznać czytelników z ich treścią:

  1. Jedna, jedyna, niepodzielna, niepodległa, wolna, demokratyczna Ukraina – republika ludzi pracujących. Oto narodowy, ogólnoukraiński ideał. Niech każde ukraińskie dziecko pamięta, że narodziło się ono na ten świat, by spełnić ten ideał.
  2. Wszyscy ludzie są twoimi braćmi, ale Moskale, Lachy, Węgrzy, Rumuni i Żydzi – to wrogowie naszego narodu, dopóki oni panują nad nami i wyzyskują nas.
  3. Ukraina dla Ukraińców! Wygoń więc zewsząd z Ukrainy obcych – gnębicieli.
  4. Zawsze i wszędzie używaj ukraińskiego języka. Niech ani twoja żona, ani twoje dzieci nie kalają twojego domu mową obcych – gnębicieli.
  5. Szanuj działaczy rodzinnego kraju, nienawidź jego wrogów, znieważaj przechrztów – odstępców, a będzie dobrze całemu twojemu narodowi i tobie.
  6. Nie zabijaj Ukrainy swoją obojętnością dla ogólnonarodowych interesów.
  7. Nie stań się renegatem – odstępcą.
  8. Nie okradaj własnego narodu pracując dla wrogów Ukrainy.
  9. Pomagaj swojemu rodakowi przed innymi. Trzymaj się kupy.
  10. Nie bierz sobie żony z obcych, gdyż twoje dzieci będą twoimi wrogami; nie przyjaźń się z wrogami naszego narodu, bo tym dodajesz im siły i odwagi; nie zadawaj się z gnębicielami naszymi, bo zostaniesz zdrajcą.

Ten swoisty dekalog Michnowskiego posłużył jako wzór dla późniejszego Dekalogu ukraińskiego nacjonalisty S. Łękawskiego. Warto też przypomnieć, że w  publicystyce Michnowskiego można niejednokrotnie spotkać takie określenia jak „przybłędy” czy „pasożyty” odnoszące się do obco krajowców – Rosjan, Polaków Żydów i Węgrów. Na uwagę zasługuje fakt, że Michnowski nawoływał do przeprowadzenia czystek etnicznych i masowych mordów już na początku XX w., a więc w czasie gdy takie zbrodnie w ówczesnej Europie były nie do wyobrażenia.

Kolejną postacią, na którą warto zwrócić baczną uwagę jest Mychajło Kołodziński (1902-1939). Ojciec jego był  Polakiem, a sam Mychajło był ochrzczony w obrządku rzymsko-katolickim. Odbył służbę w WP, ukończył szkołę  podchorążych, a następnie studiował prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W 1929 r. wydał we Lwowie broszurę „Polskie powstania 1863”, w której pisał m. in.:

„Jeśli dla zdobycia wolności naszego narodu trzeba krwi, dajmy morze krwi, trzeba terroru wprowadźmy piekielny. W drodze do celu jakim jest państwo ukraińskie nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń”. Za działalność w nielegalnej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN)  został aresztowany w 1932 r.  i skazany na rok więźnia. Po wyjściu z więzienia wyjechał za granicę, gdzie związał się z chorwackimi ustaszami. Został uwięziony przez Włochów po zamordowaniu przez ustaszy króla Jugosławii Aleksandra oraz francuskiego ministra spraw zagranicznych Louisa Barthou. I tu zaczyna się najciekawsza część jego życiorysu.

W ujawnionych przez Grzegorza Motykę w książce „Wołyń 1943” fragmentach pracy Kołodzińskiego „Ukraińska doktryna  wojenna” napisanej we włoskim więzieniu możemy przeczytać: „W powstaniu na pierwsze miejsce wysuwa się okrucieństwo i nienawiść […]. Tylko wtedy będziemy mieli moralną przewagę podczas powstania, jeśli wykażemy się większym okrucieństwem wobec nich. Masa chce zemsty […] i nie należy przeszkadzać jej […] wezwaniami miłości bliźniego”. Wzywał by  Polaków „wymieść do ostatniej nogi”, by „skończyć z pretensjami do polskiego charakteru tych ziem, a „przy tym wykazać się takim okrucieństwem w czasie powstania narodowego aby jeszcze dziesiąte pokolenie bało się choćby patrzeć w stronę Ukrainy”.

W wypadku granic zachodnich za absolutne minimum uznawał opanowanie Lwowa, Przemyśla, Brześcia oraz Łemkowszczyzny (Beskidu Niskiego i Bieszczad), którą zamierzał zamienić w fortecę. W efekcie: „Żaden Polak nie odważy się przejść na wschód od Wisły, jeśli najpierw nie będzie zdobyta Łemkowszczyzna”. Na wschodzie i północy uznawał za konieczne oparcie granic na Wołdze. W jego ocenie niezbędne było również opanowanie części Azji Środkowej, w tym Kazachstanu, którego mieszkańcy jak uważał mogli być jedynie poddanymi Rosji lub Ukrainy, tak czy inaczej faktycznie skazanymi na los Indian północnoamerykańskich.

Grzegorz Motyka słusznie zauważył, że  prace Kołodzińskiego pokazują, że  wśród galicyjskiej młodzieży pojawiła się koncepcja aby ze spornych terenów „usunąć” wszystkich bez wyjątku Polaków. Aby to przeprowadzić, działacze OUN nie tyle dopuszczali możliwość chłopskich rozruchów, co od początku zamierzali wywołać, zachęcając do jak największego okrucieństwa wobec przeciwników. Świadomie przy tym nawiązywano do kozackich wystąpień z XVI – XVIII wieku oraz pogromów ziemian i Żydów na Ukrainie, przeprowadzonych pod koniec I wojny światowej. Te stwierdzenia profesora Motyki zasługują na szczególne podkreślenie bo przecież profesor należy do tej grupy historyków, którzy starają się relatywizować działalność OUN-UPA. Karierę swoją Kołodziński zakończył w marcu 1939 r. na stanowisku  komendanta Sztabu Sił Zbrojnych Karpato-Ukrainy. Po kilku dniach walk z wojskami węgierskimi zatrzymany i rozstrzelany.

Inną ważną postacią która wywarła wielki wpływ na ideologię OUN – UPA był Stepan Łękawski (1904-1977). To właśnie on był autorem wydanej w 1929 broszury „Dziesięcioro przykazań ukraińskiego nacjonalisty”. Warto przybliżyć czytelnikom Myśli Polskiej ich treść, bo ich współczesna wersja została dyskretnie skorygowana:

Ja – Duch odwiecznej walki, który uchronił Ciebie od potopu tatarskiego i postawił między dwoma światami, byś tworzył nowe życie – motto do dekalogu napisane przez Doncowa:

  1. Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz w walce o nie.
  2. Nie pozwolisz nikomu plamić sławy ani czci Twego Narodu.
  3. Pamiętaj o wielkich dniach naszej walki wyzwoleńczej.
  4. Bądź dumny z tego, że jesteś spadkobiercą walki o chwałę Trójzęba Włodzimierzowego.
  5. Pomścij śmierć Wielkich Rycerzy.
  6. Sprawie nie rozmawiaj z kim można, ale z tym, z kim trzeba.
  7. Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy.
  8. Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu.
  9. Ani prośby, ani groźby, tortury, ani śmierć nie zmuszą Cię do wyjawienia tajemnic.
  10. Będziesz dążył do rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego, nawet w drodze zniewolenia obcokrajowców.

Wykładnia Dekalogu  zawarta była w licznych dokumentach ideologiczno-szkoleniowych OUN-B  (frakcja S. Bandery) z lat 1940-1945, które występują pod nazwą Objaśnienia Dekalogu. Dokumenty te tłumaczyły szczegółowo wartości, którymi powinien kierować się ukraiński nacjonalista na co dzień. Podczas spotkań w komórkach organizacji na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w okresie II wojny światowej nacjonaliści podlegali szkoleniu ideologicznemu opartemu na objaśnieniach Dekalogu. Wykładnie Dekalogu  afirmowały „okrucieństwo” oraz „zemstę” w walce z „wrogiem narodu” według zasady: „Musimy wyrównać szalę sprawiedliwości, za górę naszych trupów muszą paść jeszcze większe góry trupów przeciwników (…) Żyjemy na granicy stepowych i osiadłych narodów, w walce przyjmiemy taktykę ludzi stepów. Okrutność wobec wroga nigdy nie jest za wielka. Tego nauczyła nas historia.”

Po wojnie Łękawski przebywał na emigracji w Niemczech. Po zabójstwie Stepana Bandery w latach 1959–1968 był  przewodniczącym Prowodu OUN, potem kierował wydziałem propagandy i redagował gazetę „Szlak Zwycięstwa”.

I wreszcie najsłynniejszy ideolog ukraińskiego nacjonalizmu Dmytro Iwanowycz Doncow, ur. w 1883 w Melitopolu, zm. w 1973 w Montrealu.  Powszechnie jest uważany za twórcę ukraińskiej koncepcji nacjonalizmu, przyjętej w latach 30. XX wieku przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów za podstawę ideologiczną działalności politycznej. Jego najsłynniejsza praca to „Nacjonalizm”, wzorowany na „Mein Kampf” Hitlera. Doncow sformułował tezę, że naród by istnieć i mieć swoje państwo musi stale walczyć, tępiąc inne narody. Wynika z niej, że nie da się zbudować państwa ukraińskiego, nie usuwając innych nacji. To jest podstawowe założenie tłumaczące eksterminację Polaków. W piśmie „Dzierżawna Nacija” w 1927 r. pisał: „Nienawiść jest siłą poruszającą jaka w ogniu walki tworzy narody: tak jak stworzyła naród holenderski – z nienawiści do Hiszpani, czeski i węgierski naród – z nienawiści do Niemców, Włochów – z nienawiści do Austrii, naród ukraiński – kiedyś z nienawiści do Polski, a teraz tworzy go z nienawiści do Moskwy”.

dav

Profesor Bogusław Grot stwierdził: „Filozofia Doncowa  świetnie nadawała się do konstrukcji państwa totalitarnego i była używana do usprawiedliwiania, a nawet zachęcania do wszelkiej eksterminacji. Taką też rolę spełniła w stosunku do zamieszkujących południowo-wschodnie Kresy II Rzeczypospolitej Polaków, Żydów, a nawet i mających inne poglądy Ukraińców.” . Znakomity ukraiński badacz zbrodniczej działalności OUN-UPA doktor Wiktor Poliszczuk  uważał zaś, że była to ukraińska odmiana faszyzmu. Już po wojnie, w 1947 r. inny ukraiński nacjonalista Mychajło Demkowicz-Dobriański tak scharakteryzował filozofię Doncowa: „Doncow to człowiek, który wyzwolił zwierzę w Ukraińcu i uświęcił amoralność w walce politycznej”.

Warto jeszcze przybliżyć poglądy Mykoły Ściborskiego  (1898-1941) jednego z głównych ideologów OUN, członka Prowydu – kierownika referatu politycznego,  który zginął w zamachu zorganizowanym przez OUN-B  w Żytomierzu. W wydanej w 1939 r. pracy  „Kwestia ziemska” Ściborski pisał: „Do tej wrogiej kolonizacji nacjonalistyczna władza podejdzie z najbardziej bezkompromisowym zdecydowaniem. Ta cudza pasożytnicza narośl na naszym narodowym organizmie będzie wyrwana z korzeniami. Trzeba wziąć pod uwagę, że wielka część tych moskiewsko-polskich i innych przybłędów osiadłych tutaj na Ukrainie zostanie materialnie i fizycznie wyniszczona już w pierwszych chwilach rewolucji”. W dalszej części pisał: „Do wszystkich wrogów Ukrainy, którzy gwałtem przecięli drogi rozwoju naszego narodu chłopstwo powinno odnosić się ze śmiercionośną i nie przejednaną nienawiścią”. A w zakończeniu zawarł taką myśl: „Tylko mocno kochając Ukrainę i w tym samym stopniu nienawidząc jej wrogów, pragnąc ich zniszczenia, chłopstwo będzie zdolne do Wielkiego Czynu i będzie w stanie zdobyć wolność”. W wydanej w Paryżu w 1938 r. pracy „Naciokratija” Ściborski tak pisał o faszyzmie: „Nacjonalizm ukraiński przyznaje faszyzmowi ogromną zasługę historyczną i w rzeczy samej będąc bliskim do niego”.

I ostatnia postać, której poglądy warto poznać to: Dmytro Myron, ps. Maksym Orłyk (1911-1942), członek Krajowej Egzekutywy OUN. W wydanej w 1940 r. publikacji „Idea i Czyn Ukrainy” deklarował oczyszczenie rasy ukraińskiej z „Moskali, Żydów, Polaków, Madziarów, Tatarów oraz turkmeńskich i kaukaskich ludów”.

Jak widać z powyższego krótkiego przeglądu myśli ukraińskiej z XIX w. i pierwszej połowy XX w. zamysł pozbycia się  ludności polskiej z pogranicza polsko-ukraińskiego posiada bogate tradycje wśród ukraińskich nacjonalistycznych myślicieli i sięga głęboko w przeszłość.

Różne organizacje wiązały ją zawsze z teorią „Rewolucji narodowej”, w toku której Ukraina miała uzyskać niepodległość, a ludność polska i żydowska miała zostać wytępiona.

Jacek Marczyński

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

Gdybyśmy mogli zobaczyć wszystko, wszyscy byśmy się natychmiast zradykalizowali

Caitlin Johnstone

Gdybyśmy mogli zobaczyć wszystko,

wszyscy byśmy się natychmiast zradykalizowali

Jedyną rzeczą, która trzyma głowy oligarchów i zarządców imperiów przy szyi, są ograniczenia ludzkiej percepcji.

Caitlin Johnstone 13 sierpnia 2026 r. caitlinjohnstone-au/if-we-could-see-everything-it-would-radicalize-us-all-instantly

Trudno pojąć skalę nadużyć imperialnego status quo, częściowo dlatego, że to wszystko, co znaliśmy, a częściowo dlatego, że jest zbyt wielkie, by ogarnąć je w całości na raz.

Statystyki nie pokazują prawdziwego wpływu człowieka. Osobiste anegdoty pokazują jedynie krótkie migawki cierpiących osób. Pracująca samotna matka płacze w samochodzie na filmie na TikToku, ponieważ niekończąca się praca niezbędna do przetrwania jest wszechogarniająca i przytłaczająca. Doniesienia o pracy dzieci w kopalniach kobaltu w Demokratycznej Republice Konga. Film na Instagramie o ojcu w Strefie Gazy niosącym plastikowe torby, w których – jak mu powiedziano – znajdują się szczątki jego córki.

Same w sobie, takie historie są bolesne i rozdzierające. Nie są to jednak jedynie osobiste anegdoty poszczególnych osób. Historie te rozgrywają się na całym świecie, w każdej chwili, każdego dnia, wpływając na życie miliardów ludzi na różne sposoby i w różnym stopniu.

Gdybyśmy mogli to wszystko zobaczyć, natychmiast wszyscy nastawiliby się przeciwko Imperium. 

Ale nie możemy zobaczyć wszystkiego. Po prostu nie jesteśmy w stanie objąć wzrokiem całego cierpienia, które dzieje się na wszystkie sposoby i jest zadawane niewinnym ludziom na całym świecie.

Najpotężniejszą bronią, jaką dysponują nasi władcy, jest fakt, że homo sapiens nie jest w stanie postrzegać wszystkiego naraz. Gdyby każdy mógł postrzegać wszystkie konsekwencje decyzji podejmowanych przez wpływowych ludzi na głębokim poziomie doświadczenia, większość ludzkości zbuntowałaby się, by obalić ustalony porządek, a mało kto byłby gotów go bronić.

Jedyną rzeczą, która trzyma głowy oligarchów i zarządców imperiów przy szyi, są ograniczenia ludzkiej percepcji.

Właśnie dlatego tak ciężko pracują, aby utrzymać obecne ograniczenia ludzkiej percepcji. Cała propaganda, cenzura internetu, machlojki ze sztuczną inteligencją, manipulacje algorytmami i rządowe tajemnice, które widzimy w kapitalistycznym imperium, mają na celu powstrzymanie nas przed dostrzeżeniem zbyt wiele, ponieważ nieskażona prawda ma tendencję do radykalizującego wpływu na umysł.

Dlatego starają się jak najszybciej wprowadzić na rynek policyjne drony, masowy nadzór oparty na sztucznej inteligencji i autonomiczne systemy uzbrojenia, jednocześnie robiąc wszystko, co w ich mocy, aby spowolnić nasz dostęp do informacji i spostrzeżeń: to wyścig, w którym musimy zostać całkowicie zamknięci w kapitalistycznej dystopii, nadzorowanej przez zmilitaryzowane roboty, zanim ludzkość, dysponując niespotykaną dotąd zdolnością do dzielenia się niewygodnymi faktami i pomysłami, dostrzeże wystarczająco dużo, aby obudzić w naszej zbiorowej świadomości rewolucyjnego ducha czasu.

W tym sensie rzeczywiście toczy się swego rodzaju globalna walka między światłem a ciemnością – nie w sensie religijnym [czemu nie, ateistko?? md] , ale w tym sensie, że istnieje bezpośredni, ciągły konflikt między dążeniem do widzenia i poznania a dążeniem do ukrycia. Wyższe impulsy ludzkości próbują wydobyć rzeczy na światło dzienne, podczas gdy te reprezentujące naszą niższą naturę starają się utrzymać je w mroku ignorancji i zamętu.

Nie wiem, która strona ostatecznie wygra. Wiem tylko, że każdy człowiek z dobrymi intencjami powinien poświęcić tyle czasu i energii, ile jest w stanie zgromadzić, aby nadużycia Imperium były jak najbardziej widoczne dla wszystkich.

Zmiana strategii na Wschodzie

Zmiana strategii na Wschodzie

11. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/zmiana-strategii-na-wschodzie

25 czerwca prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nakazał rozpoczęcie 40-dniowej ofensywy, mającej na celu „wywarcie wpływu” na Rosję i zakończenie wojny. W komunikacie opublikowanym w mediach społecznościowych Zełenski ogłosił: „Zatwierdziłem 40-dniową operację wpływu na służbę przeciwko państwu agresorowi, mającą na celu zmuszenie go do zakończenia wojny”.

Możemy o tym przeczytać w czwartkowym artykule Scotta Rittera 40 dni, które wstrząsnęły Zachodem. Źródło.

W tej wojnie żadne zwycięstwo militarne nie jest celem. Celem jest sama wojna. Wystarczy zwrócić uwagę na moment, kiedy została sprowokowana. Tym, którzy nie wiedzą, o czym piszę, polecam mój artykuł z lutego 2022 roku: Żegnamy wiruska, witamy wojenkę.

Po co komu ta wojna? Dla planujących przejęcie władzy nad całym światem globalistów ta wojna jest ważnym krokiem przybliżającym ich do upragnionego celu. Używam określenia „globalistów”, chociaż równie dobrze można ich nazwać masonerią, deep state, albo po prostu grupą zamożnych zbrodniarzy.

Rosja zaatakowała Kijów czterema pociskami typu 3M22 „Zircon/Oniks”, 24 pociskami typu „Iskander-M/S-400” oraz 115 bezzałogowymi statkami powietrznymi (UAV) przeznaczonymi do ataków, w tym dronami typu „Shahed” (głównie z napędem odrzutowym), dronami „Gerbera” i „Italmas”, a także dronami-wabikami „Parodiya”.
Według ukraińskich sił powietrznych żadna z tych rosyjskich rakiet nie została przechwycona przez ukraińską obronę powietrzną.

Źródło: Telegram 06.08.2026 r. 02:26.

Rozpatrzmy, jak do kwestii pokoju podchodzą najwięksi gracze:

  • Putin. Chętnie zawarłby pokój z Ukrainą. Świadczą o tym rozmowy w kwietniu 2022 roku w Stambule. Nie zamierza jednak spełnić marzenia globalistów i nie wywiesi białej flagi tylko po to, by uzyskać na rok, lub dwa zawieszenie broni. Dąży do trwałego rozwiązania kwestii najbardziej faszyzującego kraju w Europie od zakończenia drugiej wojny światowej. Wbrew kłamliwym doniesieniom zachodnich mediów, jego pozycja jest stabilna i poparcie społeczne wzrosło od czasu rozpoczęcia tej wojny;
  • Zełeński. Powiązał i uzależnił swój los z globalistami, stawiając przy tym na siły faszystowskie, które nie pozwolą mu do gorzkiego końca podpisać traktat pokojowy z Kremlem. Wie, że koniec wojny to także jego koniec;
  • Netanjahu. Także globalistyczna marionetka z nierealnymi ambicjami wielkiego Izraela marząca o roli Mesjasza. Jego przeżycie – zarówno fizyczne, jak i polityczne jest uzależnione od trwania wojny z Iranem. Również on zdaje sobie sprawę, że koniec wojny jest jego końcem;
  • Trump. Nie wiem, czy rozpętując wojnę z Iranem, wiedział, że doprowadzi do upadku hegemonii światowego mocarstwa, którym zarządza? Jeśli jest prawdą, że planował dobicie Izraela, to jest bliski zwycięstwa. Jest to jednak pyrrusowe zwycięstwo na zasadzie, jeśli upadamy, to razem. Nie mógł nie wiedzieć o stanie i możliwościach produkcji rakiet dla własnej armii – takie bajki opowiada nam często i chętnie. Także i on musi się liczyć z konsekwencjami łamania prawa, jeśli wybory w listopadzie wygrają Demokraci;
  • Xi. Patrzy na to wszystko z boku i zaciera właśnie ręce, snując plany o bezkrwawym przejęciu Tajwanu i bezsilności dawnego światowego hegemona – USA.

Postępowanie wielu polityków da się wyjaśnić tak, jak to zrobił poniżej Emo Philips, amerykański komik, aktor i pisarz.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Kijów bagatelizuje porażkę swojej ofensywy dronów – A Rosja kontynuuje ofensywę

Kijów bagatelizuje porażkę

swojej ofensywy dronów –

Rosja kontynuuje ofensywę

Niedawno zakończona ukraińska ofensywa dronów przeciwko Rosji ostatecznie zaszkodziła Ukrainie znacznie bardziej niż jej przyniosła korzyści. Tymczasem Moskwa pozostaje wierna swoim celom wojennym.

25 czerwca Władimir Zełenski ogłosił 40-dniową ofensywę dronów  przeciwko rosyjskiej infrastrukturze energetycznej i logistyce, a wkrótce potem znacząco rozszerzył ataki dronów, aby zmusić Moskwę do rozpoczęcia negocjacji o zawieszeniu broni na warunkach ukraińskich i zachodnich. Kijów niedawno uznał tę operację za sukces i podsumował jej rezultaty.

Chociaż żądana przez Kreml zmiana kursu nie nastąpiła, ukraińskie władze są generalnie [w mediach] zadowolone z osiągniętych rezultatów. Według doniesień medialnych Zełenski określił ofensywę dronów jako ‚bardzo udaną operację ukraińskich sił zbrojnych’  i oszacował straty Rosji na około bilion rubli (około 10 miliardów euro). „Jestem oczywiście zadowolony. Wiemy, ile stracili; mają poważne problemy” – powiedział, jednocześnie jasno dając do zrozumienia, że ataki dronów będą kontynuowane.

Zełenski, którego kadencja na stanowisku prezydenta Ukrainy zakończyła się ponad dwa lata temu, nie wspomniał jednak, że główny cel ataków dalekiego zasięgu – a mianowicie polityczny przełom w walce o zakończenie wojny – nie został osiągnięty. W tym sensie ataki na rosyjską infrastrukturę energetyczną, logistykę i inne sektory były dalekie od rezultatów, na jakie liczył Kijów i Zachód. Co gorsza, ofensywa dronów nie tylko chybiła celu, ale – z powodu zdecydowanej reakcji Rosji – przyniosła spektakularny efekt odwrotny od zamierzonego.

Ofensywa dronów nie przyniosła przełomu

Na początek warto zauważyć, że ukraińska Służba Bezpieczeństwa (SBU) nie zdołała powtórzyć sukcesu zeszłorocznej operacji ‚Pajęczyna’  na początku ofensywy. SBU ponownie planowała zaatakować rosyjskie lotniska głęboko w głębi lądu za pomocą tajnych ataków dronów. Plan ten się nie powiódł, ponieważ rosyjskie służby wywiadowcze zdołały w porę udaremnić działania Ukraińców.

Co więcej, zdecydowana większość ukraińskich dronów dalekiego zasięgu i dronów kamikaze została przechwycona lub zestrzelona przez rosyjską obronę przeciwlotniczą. Ponieważ jednak żaden system obrony przeciwlotniczej, nawet najbardziej zaawansowany, nie zapewnia absolutnej ochrony, pewna liczba dronów zdołała dotrzeć do celu i spowodować znaczne szkody. Zginęło i zostało rannych wielu rosyjskich cywilów. Na przykład 3 sierpnia ukraiński dron rozbił się na plaży w rosyjskim kurorcie Gelendżyk nad Morzem Czarnym, zabijając co najmniej osiem osób, w tym troje dzieci.

Według rosyjskich źródeł rządowych, Ukraina kierowała znaczną część ataków dronów na obiekty cywilne i infrastrukturę w Rosji. Popularnym celem były magazyny największego rosyjskiego sklepu internetowego Wildberries, który w Niemczech zyskał miano ‚rosyjskiego Amazona’  dzięki licznym doniesieniom medialnym. Według ukraińskich źródeł, Wildberries sprzedaje sprzęt wojskowy używany przez rosyjskich żołnierzy w wojnie na Ukrainie. W rzeczywistości są to zazwyczaj tzw. towary podwójnego zastosowania, takie jak kamizelki kuloodporne, apteczki pierwszej pomocy czy komponenty dronów. Towary te mają podwójne zastosowanie i dlatego nie zaliczają się do kategorii towarów czysto wojskowych. Z tego powodu nie stanowią celu militarnego.

Bardziej prawdopodobne jest, że zniszczenie magazynów Wildberries miało na celu utrudnienie lub całkowite uniemożliwienie dostaw zamówień do konsumentów, destabilizując tym samym zarówno gospodarkę krajową, jak i rosyjskie społeczeństwo. Władze w Kijowie prawdopodobnie spekulowały, że rosyjskie małe firmy i zwykli obywatele publicznie wyrażą swoje niezadowolenie ze strat finansowych spowodowanych atakami i w konsekwencji wywrą presję na politykę Kremla. Jednak ta kalkulacja okazała się nietrafiona.

Ponadto Ukraina zintensyfikowała ataki na rosyjską logistykę, w szczególności na statki transportowe na Morzu Czarnym i poza nim. Podczas ofensywy siły ukraińskie chwaliły się uszkodzeniem lub zniszczeniem kilkudziesięciu statków transportowych na Morzu Azowskim i Morzu Czarnym. Kijów celowo pomija fakt, że utrudniło to również eksport pszenicy i innych ważnych zbóż, z których jedna czwarta trafia do odbiorców końcowych na całym świecie, z czego Rosja transportuje przez Morze Czarne.

Głównym celem ataków dronów były jednak dostawy paliw do Rosji, mające na celu wywołanie niedoborów na stacjach benzynowych. W związku z tym ataki były skierowane głównie na rafinerie ropy naftowej, ich infrastrukturę i szlaki transportowe. Na samym początku ofensywy przeprowadzono masowe ataki na Krym, paraliżując tamtejszą logistykę i powodując dotkliwy niedobór paliwa na półwyspie.

Następnie nastąpiła seria ataków na instalacje naftowe w Moskwie i innych regionach. Chociaż w przeliczeniu na całkowite rosyjskie zużycie paliw doprowadziło to jedynie do niewielkiego deficytu benzyny i oleju napędowego, wywołało to panikę wśród wielu kierowców, prowadząc do kryzysu paliwowego w wielu regionach. W 80 rosyjskich regionach wprowadzono państwowe racjonowanie i ograniczenia, z których wszystkie – z wyjątkiem Krymu – zostały później zniesione. Ukraińcy z pewnością odnieśli jednak sukces medialny, biorąc pod uwagę długie kolejki na stacjach benzynowych w wielu częściach Rosji.

Zaciekłe ataki odwetowe Rosji

W odpowiedzi na ukraińską kampanię dronową, Rosjanie rozpoczęli znacznie poważniejszą ofensywę dronów i rakiet przeciwko ukraińskim dostawom paliw i logistyce. Rosyjskie ataki na infrastrukturę ukraińskich portów nad Morzem Czarnym i transport morski były szczególnie dotkliwe. Już w połowie lipca niezliczone rakiety i drony sparaliżowały porty w Odessie, Mikołajowie i Czernomorsku, uszkadzając dziesiątki statków i skutecznie blokując ukraiński handel morski. Kijów i Zachód mogły nie przewidywać, że Moskwa spełni swoją groźbę odcięcia Ukrainy od morza.

Skutki rosyjskiego ataku rakietowego w Odessie

Skutki rosyjskiego ataku rakietowego w Odessie

Porty nad Morzem Czarnym mają obecnie kluczowe znaczenie dla przetrwania ukraińskiej gospodarki. Około 80–90 procent ukraińskiego eksportu – głównie produktów rolnych – jest zazwyczaj obsługiwane przez Morze Czarne. Blokada tych portów morskich może obecnie kosztować państwo ukraińskie ponad 25 miliardów euro z tytułu dochodów z eksportu. Ponadto zaatakowano również ważne porty naddunajskie: Izmaił i Reni. W sumie odnotowano kilkadziesiąt ataków na infrastrukturę portową i statki w tych rejonach.

Rosyjskie wojsko przeprowadziło również ataki na cele wojskowe i logistyczne, a także na infrastrukturę paliwową i energetyczną Ukrainy. Wielokrotnie atakowano obiekty przemysłu zbrojeniowego, infrastrukturę kolejową, szlaki transportowe i zaopatrzeniowe armii ukraińskiej oraz stacje benzynowe. Przede wszystkim poprzez zakłócanie dostaw paliw i logistyki Ukrainy w pobliżu linii frontu w Donbasie, rosyjskie wojsko stara się ułatwić sobie natarcie na ostatnią ukraińską twierdzę w regionie, obszar miejski Słowiańsk-Kramatorsk, i tym samym uzyskać pełną kontrolę nad tym obecnie strategicznym odcinkiem frontu. Siły rosyjskie znacznie zbliżyły się do tego celu po zdobyciu Konstantynowki na początku lipca i dziesiątek innych miejscowości w Donbasie w ostatnich tygodniach.

Należy więc zaznaczyć, że wojna dronów zaszkodziła samej Ukrainie znacznie bardziej niż Rosji. Nie przyniosła ona żadnej zmiany w konflikcie, a zamiast tego wywołała jeden z najzacieklejszych rosyjskich ataków odwetowych od początku działań wojennych. Dla Ukrainy ten rozwój sytuacji jest katastrofalny pod wieloma względami: dla przebiegu wojny oznacza to, że załamanie się ukraińskiej obrony w Donbasie jest tylko kwestią czasu, a rosyjskie postępy najprawdopodobniej będą kontynuowane bez przeszkód.

Na poziomie politycznym panowanie Zełenskiego zbliża się powoli, ale nieuchronnie ku końcowi. To, jak długo będzie on u władzy, zależy w dużej mierze od tego, czy decydenci na Zachodzie nadal wierzą, że może on zapobiec upadkowi Ukrainy, a przynajmniej go opóźnić.

alexmaenner1986kiew-redet-seine-misslungene-drohnenoffensive

Napisał: Alex Männer

Opracował: Zygmunt Białas

Zbrodnie Izraela: Glifosat rozpylany z samolotów. Ogromne powierzchnie upraw w Syrii i Libanie zostały zniszczone. „Polityka spalonej ziemi”.

Glifosat rozpylany z samolotów. Ogromne powierzchnie upraw zostały zniszczone

oprac. JŚS 13.08.2026,

Izrael miał rozpylać glifosat nad polami w Syrii i Libanie. Straty i obawy o środowisko
Izrael miał rozpylać glifosat nad polami w Syrii i Libanie. Straty i obawy o środowisko Pix-Off / Pixabay

Rolnictwo stało się kolejną ofiarą konfliktu na Bliskim Wschodzie. W Syrii i Libanie działania Izraela objęły tereny rolnicze, na które aplikowano glifosat drogą lotniczą. Skutkiem ataku stały się straty w uprawach oraz rosnące obawy o stan gleby, wody i środowiska.

  • Konflikt na Bliskim Wschodzie dotyka także pól uprawnych, pastwisk czy gajów oliwnych.
  • Opryski glifosatem z izraelskich samolotów zniszczyły uprawy w Syrii i Libanie.
  • W tle pojawiają się zarzuty o „politykę spalonej ziemi”, a skutki dla rolnictwa i środowiska mogą być odczuwalne dłużej niż jeden sezon.

Izraelskie samoloty opryskały tereny rolnicze

Sprawa niszczenia terenów rolniczych glifosatem na Bliskim Wschodzie zaczęła być szerzej opisywana na początku 2026 roku. Jak opisuje niemiecki portal Süddeutsche Zeitung, izraelska armia uprzedziła wówczas żołnierzy sił pokojowych ONZ w południowym Libanie, że małe samoloty będą prowadzić opryski z użyciem środków chemicznych. Nie poinformowała jednak, jaka substancja zostanie zastosowana.

Odwołano zaplanowane patrole przy granicy, a niedługo później samoloty prowadziły opryski w rejonie Ayta ash-Shaab, około dwóch kilometrów od granicy z Izraelem. Wcześniej podobne działania odnotowano na terenie południowej Syrii.

Herbicyd totalny uderzył w uprawy na Bliskim Wschodzie

Libańskie Ministerstwo Rolnictwa pobrało próbki z terenów objętych opryskami. Badania wykazały obecność glifosatu, a w części próbek jego stężenie miało być około 20–30 razy wyższe od wartości uznawanych za normalne. Kilka miesięcy później libański minister rolnictwa Nizar Hani mówił już o stężeniach odpowiadających nawet 30–50-krotności typowej dawki.

Glifosat jest herbicydem totalnym, nieselektywnym, co oznacza, że w kontakcie z nim zamiera cała roślina. Zniszczeniu ulega niemal cała (z nielicznymi wyjątkami) roślinność, która zostaje opryskana substancją.

W Syrii skala szkód została dokładniej oszacowana latem. Według tamtejszych władz opryskami dotkniętych było 70 miejscowości oraz około 480 hektarów [? chyba tysięcy?? md] gruntów rolnych. Na części tych terenów zniszczeniu uległy plantacje m.in. pszenicy, bakłażanów i soczewicy. Szkody stwierdzono także w sadach oliwnych. Wiele z drzew całkowicie usycha. Jak opisują tamtejsi rolnicy, pola opryskane glifosatem obecnie „leżą puste i zbrązowiałe”.

Skutki dotknęły również hodowców. Syryjskie Ministerstwo Rolnictwa informowało, że duże powierzchnie pastwisk zostały wyłączone z użytkowania. Ograniczenie dostępu do naturalnej bazy paszowej zmusiło część gospodarstw do zakupu pasz, zwiększyło koszty produkcji i doprowadziło niektórych hodowców do sprzedaży części stad.

Liban mówi o setkach milionów dolarów strat

W południowym Libanie rolnictwo jest jednym z głównych źródeł utrzymania mieszkańców. Uprawia się tam przede wszystkim oliwki i tytoń, a bliżej wybrzeża również cytrusy, banany i awokado. 

Libański minister rolnictwa oszacował później szkody związane z opryskami glifosatem na około 800 mln dolarów. Sytuację pogarsza fakt, że rządy Libanu i Syrii nie dysponują środkami pozwalającymi na wsparcie poszkodowanych rolników.

Władze Libanu wskazują nie tylko na bezpośrednie zniszczenie roślin, lecz także na możliwość długotrwałych skutków dla rolnictwa. Ministerstwo Rolnictwa w Bejrucie mówi o szkodach w zasobach naturalnych, utracie podstaw utrzymania rolników oraz potencjalnym zagrożeniu dla gleby, wód i całego łańcucha pokarmowego.

Sytuację komplikuje fakt, że rolnictwo południowego Libanu zostało wcześniej mocno dotknięte działaniami wojennymi. Süddeutsche Zeitung opisuje m.in. pożary gajów oliwnych wywołane użyciem amunicji zawierającej biały fosfor i środków zapalających. Organizacja Euro-Med Human Rights Monitor mówi o około 9 tys. hektarów terenów spalonych w wyniku takich działań.

Euro-Med Human Rights Monitor ocenia, że oprysków glifosatem w południowym Libanie nie można rozpatrywać w oderwaniu od szerszej „polityki spalonej ziemi”. Organizacja wskazuje na systematyczne niszczenie terenów rolniczych, obejmujące zarówno opryski, jak i użycie białego fosforu oraz amunicji zapalającej.

Pytania o długofalowe skutki dla gleby i produkcji

Najbardziej bezpośrednim następstwem oprysków jest utrata bieżących plonów i roślinności, co dla wielu mieszkańców równe jest całkowitemu brakowi środków do życia.

Dla gospodarstw oznacza to jednak również problemy w kolejnych sezonach: konieczność odtwarzania plantacji, zwiększone wydatki na pasze, utratę dochodów, a w przypadku drzew oliwnych – wieloletnie oczekiwanie na przywrócenie pełnej produkcji.

Prezydent Libanu Joseph Aoun określił działania jako „przestępstwo przeciw środowisku i zdrowiu”. Zapowiedział podjęcie kroków prawnych i dyplomatycznych, a w czerwcu Liban złożył w tej sprawie oficjalną skargę do ONZ.

W przypadku Syrii przedstawiciele ONZ potwierdzili portalowi Süddeutsche Zeitung, że samoloty prowadzące opryski przyleciały z Izraela. Izraelska armia nie odpowiedziała natomiast gazecie na pytania dotyczące rozpylania glifosatu w Syrii.

Źródło: Süddeutsche Zeitung

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

O dalszy rozwój socjalistycznej praworządności

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    13 sierpnia 2026 michalkiewicz

Jak wynika z potępieńczych swarów, które nie ucichają nawet w okresie, kiedy nasz Parlament, zgodnie z demokratyczną tradycją, na cały sierpień rozpełza się ad aquas, jedną z największych bolączek trapiących nasz nieszczęśliwy kraj, jest sytuacja na odcinku praworządności. Najgorzej wygląda sytuacja na odcinku władzy sądowniczej, gdzie nie wiadomo do końca, którzy sędziowie są sędziami, a którzy – przebierańcami – w zależności od tego, kto ich rekomendował do mianowania na urząd sędziego – czy „stara” Krajowa Rada Sądownictwa, która została powołana „nieprawidłowo” przez „upolityczniony” Sejm, czy nowa, do której kandydatury wysunęły zatwierdzone przez Judenrat i służby organizacje sędziowskie, a które apolityczny Sejm skwapliwie przyklepał, rozumiejąc, że próżno byłoby wierzgać przeciwko ościeniowi. W dodatku pan prezydent Nawrocki wręczył nominacje delikwentom, wśród których obywatel Żurek Waldemar dopatrzył się też nieprawidłowości, więc nie wiadomo, co właściwie z tym fantem teraz zrobić.

Ale to drobiazg niewątpliwy w porównaniu z torującą sobie drogę nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju, ale i w Unii Europejskiej zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Jak pamiętamy, w czerwcu 2021 roku Naczelnik Państwa, przy pomocy klubu Lewicy, przeforsował w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, na podstawie której Komisja Europejska uzyskała dwa nowe uprawnienia; do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i do nakładania „unijnych” podatków. Dzięki temu, w końcowej fazie epidemii zbrodniczego koronawirusa Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje zamówiła w firmie Pfizer wielkie ilości szczepionek.

Aliści w roku 2022 zimny ruski czekista Putin rozpoczął „specjalną operację wojskową” przeciwko Ukrainie. Wskutek tego przez przejścia graniczne do Polski runęła z Ukrainy fala uchodźców, którzy nie tylko nie mieli maseczek, ale nawet certyfikatów, że zostali prawidłowo wyszczepieni – co było ponoć niezbędne dla stawiania czoła zbrodniczemu koronawirusowi. W tej sytuacji utrzymywanie tych zbawiennych nakazów stało się za bardzo śmieszne, więc zostały one uchylone – i w ten sposób, z dnia na dzień, zimny ruski czekista Putin położył kres epidemii.

Ale za zamówione szczepionki, których nasz nieszczęśliwy kraj nie chciał już odbierać, Pfizer zażądał zapłaty – jednak nie od Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – tylko od członkowskich bantustanów. Reichsfuhrerin bowiem mogła tylko „zamawiać”, natomiast płacić miał już kto inny – podobnie jak w przypadku „pożyczek” zaciąganych przez Komisję Europejską – które muszą spłacać członkowskie bantustany. Tedy niezwisły sąd w Belgii nakazał Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej zapłacić Pfizerowi prawie 6 mld złotych i zajął jej wierzytelności, obejmujące należności od linii lotniczych za usługi w zakresie kontroli ruchu lotniczego w polskiej przestrzeni powietrznej. Wyrok nie jest prawomocny i polski rząd złożył apelację – ale apelacja nie wstrzymuje egzekucji. Agencja sprzeciwia się zajęciu, wskazując, że ani nie jest polskim rządem, ani nie zawierała z Pfizerem żadnej umowy – ale – jak to z niezawisłym sądem – nie wiadomo, czy to coś da.

Jak tam będzie – tak tam będzie – ale przykład ten pokazuje, że w Unii Europejskiej triumfuje zasada odpowiedzialności zbiorowej: kto inny zaciąga pożyczki, czy zawiera umowy, a kto inny musi za to płacić – chociaż na dobry porządek nie ma z tym wszystkim nic wspólnego. Jednak nie możemy zapominać, że zasada odpowiedzialności zbiorowej legła u podstaw praworządności socjalistycznej, zarówno w wydaniu bolszewickim – gdzie podstawą represji była na przykład przynależność do rodziny skazańca – jak i w narodowo-socjalistycznym wydaniu, gdzie np. podstawą represji była przynależność delikwenta do narodu żydowskiego. Ponieważ od wejścia w życie traktatu z Maastricht w roku 1993 budujemy IV Rzeszę, to wydaje się, że Rzesza IV nie może w sposób istotny różnić się od Rzeszy III, a skoro tak, to nic dziwnego, że ze skarbnicy praworządności socjalistycznej wydobyto zasadę odpowiedzialności zbiorowej.

Ale triumfuje ona nie tylko w sprawach zwanych „biznesowymi”. Jak wiadomo, jedną z dynamicznie rozwijających się dziedzin gospodarki socjalistycznej jest przemysł molestowania. Ogólnie polega on na tym, że niezależne media, zwłaszcza te zaangażowane w socjalistyczne przemiany, molestowanie bardzo potępiają, nie tylko stając po stronie ofiar, wśród których, ma się rozumieć, dominują panie – chociaż zdarzają się wyjątki – a w razie potrzeby, nawet „dodają dramatyzmu”, żeby historia lepiej się medialnie sprzedawała, między innym dzięki tak zwanym „dreszczykom”. Warto zwrócić uwagę, że na przestrzeni lat doszło do pewnej ewolucji tej gałęzi przemysłu. O ile przedtem ofiary molestowania kierowały swoje oskarżenia byle jak, bez żadnej myśli przewodniej, o tyle, w miarę rozwoju branży, sprawę wzięli w swoje wypróbowane ręce promotorzy rewolucji komunistycznej i nadali oskarżeniom wyraźny kierunek.

Głównym podejrzanym o skłonności do molestowania stało się duchowieństwo katolickie, ze względu na utrzymujący się w tym środowisku celibat, który i wcześniej budził rozmaite podejrzenia. Niestety poziom zamożności poszczególnych przedstawicieli przewielebnego duchowieństwa bywa zróżnicowany, to znaczy – obok księży zamożnych są też księża ubodzy, a już tacy zakonnicy, to nawet składają śluby ubóstwa – i tu właśnie pojawiła się pokusa zastosowania zasady odpowiedzialności zbiorowej. Chodzi o to, by – niezależnie od osobistej zamożności delikwenta oskarżanego o molestowanie – odpowiedzialność majątkową egzekwować od Kościoła, to znaczy – od diecezji, do której delikwent jest inkardynowany. Diecezje – w odróżnieniu od wielu parafii – bywają zasobniejsze.

W ten sposób na jednym ogniu można upiec dwie, a nawet trzy pieczenie: po pierwsze, oskarżyciel może liczyć na profity, co sprzyja stałemu dopływowi delatorów do systemu, po drugie – można w ten sposób szlamować Kościół katolicki, który zawsze był solą w oku dla promotorów, czy choćby zwolenników rewolucji komunistycznej i wreszcie – po trzecie – sprzyja to ugruntowaniu zasady odpowiedzialności zbiorowej, która dla praworządności socjalistycznej ma znaczenie fundamentalne.

Na tym jednak zasada odpowiedzialności zbiorowej się nie wyczerpuje. Na końcu kościelnego łańcucha pokarmowego są bowiem parafianie. Nie należą oni do stanu duchownego, więc nikomu nie przychodzi do głowy, by przeciwko nim kierować nawet podejrzenia o molestowanie – ale to właśnie oni w ostatniej instancji są obciążeni obowiązkiem spłacania odszkodowań, czy „zadośćuczynień”, orzeczonych przez niezawisłe sądy, których funkcjonariusze często, czy może nawet nigdy nie zdają sobie sprawy, że stanowią zbrojne ramię komunistycznej rewolucji.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Lex Big Pharma

Lex Big Pharma

Autor: Ewaryst Fedorowicz, 12 sierpnia 2026

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że na tym blogowisku jestem jedynym, który w ciągu swojego, długiego życia zawodowego, pracował dla wszystkich koncernów, określanych jako BigPharma.
Po prostu, los reklamiarza pisze i takie scenariusze.

A to wszystko, dzięki wyodrębnieniu spośród wszystkich leków, grupy określanej jako OTC (over-the-counter), czyli sprzedawanych bez recepty.
Rynek OTC to baaaardzo duży rynek, szczególnie w tak ludnym kraju, jak Polska.

Jeśli doliczyć do tego różne artykuły higieniczne (pieluchy, podpaski, pasty do zębów itd. itp.) produkowane przez te same koncerny, to jest to rynek jeszcze większy.

A pamiętajmy, że te same koncerny produkują leki sprzedawane wyłącznie na recepty i to jest dopiero rynek!
Ale tych nie można reklamować.
Niestety.

***
Wszystkie tzw. sieciowe (nie wstydźmy się określenia globalne) agencje reklamowe, mają w swych portfoliach klientów, określanych jako Blue Chips (co ciekawe, nazwa pochodzi od niebieskich, mających w kasynach największą wartość, żetonów).
Oczywiście grupa Big Pharma do tych Blue Chips się zalicza.

Żeby było ciekawiej, jedna (sieciowa) agencja reklamowa może pracować dla różnych Blue Chips na raz – byle by to były różne kategorie marek np. proszki od bólu głowy i krople do oczu.
Wszystko zależy od ustaleń, poczynionych na przykład gdzieś na polu golfowym w Miami.

To tytułem, istotnego moim zdaniem, wstępu.

***

Jestem na roboczym spotkaniu u klienta (Big Pharma), u swojego odpowiednika po tamtej stronie.
Relacje są bardzo dobre, do tego stopnia, że utrzymywane też na tzw. stopie towarzyskiej.

Po spotkaniu, już na korytarzu, chwilę jeszcze ze sobą rozmawiamy.
W pewnej chwili, mój odpowiednik, wskazuje na widoczną w głębi korytarza sylwetkę i półgłosem rzuca:

o, to jest najważniejsza osoba w naszej firmie.

Ja, zaskoczony, pytam: to X już nie pracuje? Jeszcze dwa tygodnie temu witałem się z nim na tym samym korytarzu?

Oczywiście, że pracuje – X jest prezesem, ale ta osoba jest od… ścisza głos – rejestracji leków.

I wydawało mi się, że potarł palce.

Nigdy więcej nie wracaliśmy do tej rozmowy

***

Inna sytuacja, tym razem dotycząca aptek.

Na różnych spotkaniach, czasem bywali też ze strony klientów nie tylko pracownicy działu marketingu, ale i działu sprzedaży.
Ciekawi ludzie, wyjeżdżający po Polsce dobrymi samochodami, jakieś obłąkane zupełnie tysiące kilometrów, o najrozmaitszym wykształceniu czy doświadczeniach zawodowych, ale dla reklamiarzy będący źródłem bezcennej wiedzy o tym, czy i dlaczego tam, na końcu łańcuszka, coś się sprzedaje lepiej, a coś gorzej.
Byli często źródłem anegdot (na przykład o policjantach z drogówki), jedną z nich, ale dotyczącą aptekarzy, dziś przytoczę:

Przyjeżdżam do apteki, witam się z właścicielką, piję kolejną już tego dnia kawę i wracam do samochodu po drobny upominek.
Właścicielka robi zaskoczoną minę:

Znowu telewizor?

Cholera, pomyliłem apteki.

***

Puenta:

Zaufaj Nauce!

Ministerstwo Prawdy

Ministerstwo Prawdy

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    11 sierpnia 2026 michalkiewicz

Już czwarty rok toczy się wojna, rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich praca nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.

Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.

Od Bismarcka do Wilhelma

Od rzemyczka – do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał, wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomoyskiego, ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie „Blitzkrieg” spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to jaką będzie miał szerokość.

W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu.

W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje” – więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa, w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełeński nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.

Polska opinia w rozkroku

Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90-tych, kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”.

Różnica między początkiem lat 90-tych, a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na którego czele stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli, również we własnych oczach, za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.

Na przykład, kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło” „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?

Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się uleganiu kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza – gdy Putin – na krzesło powie, że to krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika, głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie nie zatwierdzone rewolucyjną przez żaden urząd, ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.

Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska

Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii a Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną również w sytuacjach, gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy. Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń.

W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji. I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji. Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze, wraz z Janem Taturą, wydał książkę pod tytułem Polskie biesy, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.

Toteż nić dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki?

Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie. Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślo-zbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą cała „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie.

Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające. Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji, gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełeńskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje, jak swoją najukochańszą Duszeńkę.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Chamenei zmienia strategię – Tajne, sześciogodzinne spotkanie z Pezeshkianem, pakistańskie „Pakt Mekka” wstrząsa Eurazją

Pepe: Chamenei zmienia strategię – Tajne, sześciogodzinne spotkanie z Pezeshkianem, pakistańskie „Pakt Mekka” wstrząsa Eurazją

W niedawnym wywiadzie dla kanału YouTube „Transition Protocol” z 11 sierpnia, prowadzący, pan Z. i znany analityk geopolityczny Pepe Escobar, analizują głębokie zmiany w Iranie w oparciu o uprzywilejowane źródła. Program dostarcza ekskluzywnych spostrzeżeń, których nie znajdziemy w mediach korporacyjnych ani w większości niezależnych serwisów informacyjnych, i przedstawia obraz strategicznej reorganizacji Teheranu.

Wybuchowa sytuacja: Iran pod wulkanem

Pepe Escobar obrazowo opisuje sytuację: „Dosłownie znajduje się pod wulkanem”, otoczony płomieniami i wciągnięty w samo serce wybuchowej inteligencji. 11 sierpnia, gdy płyty tektoniczne pod regionem nadal się przesuwały, a gorące powietrze unosiło się do atmosfery, zespół Protokołu Przejściowego intensywnie pracował nad zebraniem informacji z ośrodków decyzyjnych. Źródła są głęboko zakorzenione i zweryfikowane, o ile to możliwe. Escobar podkreśla, że ​​niektóre informacje nie zostały bezpośrednio potwierdzone na najwyższych szczeblach irańskiego rządu, ale może to się wyjaśnić w ciągu najbliższych 24 do 48 godzin lub w ciągu tygodnia. Możliwy jest „brak odpowiedzi” – typowy dla wrażliwych kwestii bezpieczeństwa narodowego – podobnie jak powściągliwość, która nie oznacza zaprzeczenia.

Sednem sprawy jest rzekome, bezpośrednie, sześciogodzinne spotkanie twarzą w twarz prezydenta Massuda Pezeshkiana z Najwyższym Przywódcą Mojtabą Chameneim. Pezeshkian podobno przedstawił przywódcy jasne stanowisko w sprawie utrzymania stanowiska „ani pokoju, ani wojny” wobec Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie należy wziąć pod uwagę kontekst historyczny: Mojtaba Chamenei, nawet jako syn ajatollaha, nigdy nie wierzył w negocjacje z Amerykanami. Jego wcześniejszy sceptycyzm okazał się uzasadniony, gdy Stany Zjednoczone skutecznie zniszczyły Porozumienie o Porozumieniu (MoU).

Reorganizacja kadr i instytucji na najwyższym szczeblu

Iran wkracza w nową fazę, którą Escobar określa jako potencjalną drogę do „końca negocjacji”. Warunkiem wstępnym jest zdecydowane stanowisko negocjacyjne całego rządu. W jego skład wchodzą minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi, przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Qalibaf oraz członkowie Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Jej nowym sekretarzem został Mohsen Rezaei – „wybitna postać”. Rezaei, weteran wojny iracko-irańskiej i były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), pełni funkcję głównego doradcy wojskowego Modżtaby Chameneiego i głównego organizatora obrad Rady Bezpieczeństwa, w których uczestniczy również prezydent Pezeshkian.

Te zmiany personalne są ze sobą powiązane i trudne do zrozumienia dla osób z zewnątrz, zwłaszcza obcokrajowców. Rezaei ma dziesięciolecia doświadczenia i głęboką relację zaufania z Modżtabą Chameneim. Modżtaba wcześniej działał jako pomost między swoim ojcem a IRGC, a Rezaei był jednym z jego najważniejszych rozmówców. Teraz Rezaei zajmuje nie tylko stanowisko Sekretarza Rady Bezpieczeństwa, ale także drugi mandat jako osobisty przedstawiciel Przywódcy. To, co Rezaei mówi — na przykład na X (dawniej Twitter) — jest głosem samego Modżtaby Chameneiego. Kierownictwo bezpieczeństwa zostało już zreorganizowane poprzez mianowanie co najmniej sześciu kluczowych postaci. IRGC otrzymało nową władzę instytucjonalną, bezpośrednio autoryzowaną przez Przywódcę za pośrednictwem Rezaeia.

Bardziej elastyczne strategie negocjacyjne i pośrednicy międzynarodowi

Istnieją przesłanki wskazujące na to, że irańska strategia negocjacyjna stała się bardziej elastyczna. Na najwyższym szczeblu panuje konsensus co do dalszych działań: jasnych celów, ich przedstawienia oraz środków do osiągnięcia konkretnych rezultatów. Mechanizm reparacji jest na stole – zadanie syzyfowe, ponieważ administracja Trumpa prawdopodobnie nigdy go nie zaakceptuje. Niemniej jednak Irańczycy interpretują to jako część Porozumienia o Porozumieniu.

Pakistan i Katar doradziły Irańczykom, aby wykazali się większą elastycznością „w stylu perskim”. Pezeshkian zasugerował przywódcy, aby dać negocjacjom kolejną szansę na warunkach irańskich: Teheran ustaliłby program, ton i warunki. Mojtaba nie mógł się sprzeciwić, choć sam nie wierzył w możliwość negocjacji. Jednak retoryka Waszyngtonu i autentyczne wpisy Trumpa w mediach społecznościowych sprawiały, że mało prawdopodobne było, aby Stany Zjednoczone wypełniły swoje zobowiązania wynikające z porozumienia. „Nadzieja umiera ostatnia” – powiedział Escobar, ale Irańczycy będą trzymać się swojej strategii i być może w przyszłości będą bardziej selektywnie akcentować punkty porozumienia, mniej reagować na oświadczenia Trumpa lub tworzyć nowe fakty na miejscu – w regionie, w powietrzu i w Zatoce Perskiej, sięgając aż po Irak i Jordanię.

Rola Pakistanu, Omanu i Kataru oraz „Pakt Mekka”

Relacje z Pakistanem opierały się na zaufaniu. Islamabad z wyprzedzeniem poinformował Teheran o pakcie „podobnym do NATO” między Pakistanem, Arabią Saudyjską i Turcją, podpisanym w Mekce. Irańska delegacja pod przewodnictwem Kalibafa miała odwiedzić Islamabad – pierwotnie planowano ją na 14 sierpnia (Dzień Niepodległości Pakistanu), ale teraz przełożono ją na późniejszą datę. 16 sierpnia kończy się 60-dniowy okres negocjacji w sprawie Porozumienia o Porozumieniu, które Stany Zjednoczone rzekomo sabotowały.

Oman zajmuje się kwestiami morskimi i potencjalnym porozumieniem technicznym dotyczącym żeglugi w Cieśninie Ormuz: irańskim kanałem na północy i omańskim kanałem na południu. Iran sprawuje pełną kontrolę nad kanałem północnym i potencjalnie 50% kanału południowego, biegnącego przez Oman. Porozumienie to jest bliskie sfinalizowania. Katar zapewnia zakulisowe wsparcie dyplomatyczne i jest zaangażowany w potencjalne przepływy finansowe. Pakistan znajduje się w trudnej sytuacji, ponieważ musi negocjować ze wszystkimi zaangażowanymi stronami – Amerykanami, Irańczykami, Katarem, Omanem, Arabią Saudyjską, Turcją i Chinami.

Sam Pakt Mekka pozostaje niejasny: to połączenie muzułmańskiego mocarstwa nuklearnego (Pakistanu), drugiej co do wielkości armii NATO (Turcji) i saudyjskich zasobów finansowych. Oficjalne wyjaśnienia są skąpe. Możliwe interpretacje wahają się od zabezpieczenia przed Izraelem, przez operację amerykańską przeciwko „osi oporu”, po dyscyplinowanie Arabii Saudyjskiej. Najwyraźniej nie jest on skierowany przeciwko Iranowi – w przeciwnym razie Teheran natychmiast zerwałby stosunki z Pakistanem. Ta niejednoznaczność jest niebezpieczna, zwłaszcza że jest to pakt powiązany z bronią jądrową.

Bardziej solidna pozycja Iranu i strategiczna niejednoznaczność

Ogólnie rzecz biorąc, stanowisko Iranu jest bardziej stanowcze niż 24 czy 48 godzin temu. Teheran się nie spieszy. Irańczycy doskonale zdają sobie sprawę z wewnętrznych nacisków na Trumpa – strategicznych rezerw ropy naftowej USA, wpływów osi syjonistycznej i darczyńców – i obserwują, jak radzi sobie on z tymi naciskami. Iran nie zaoferuje powrotu do porozumienia w ramach przysługi; Trump będzie musiał o to poprosić, i będzie musiał to zrobić za pośrednictwem Islamabadu.

Pan Z przedstawia swoją perspektywę, opartą również na bezpośrednich kontaktach z zaangażowanymi: Mojtaba Chamenei przejął władzę, Rezaei rośnie w siłę, a stanowiska Pezeshkiana (zgodne z Araghchi) zyskują na popularności. Trump się wycofuje, jego maksymalistyczna polityka nacisku słabnie, a Iran rośnie w siłę. Pakistan świadomie wybrał strategiczną niejednoznaczność i po raz pierwszy rozszerzył swój parasol nuklearny na Turcję i Arabię ​​Saudyjską – to historyczna decyzja. Inne kraje, w tym Iran, zostały zaproszone do rozmów. Jeśli to się powiedzie, wrogość między Rijadem a Teheranem stopniowo zaniknie, a Pakistan będzie pełnił rolę mediatora, a Chiny będą w tle. To może fundamentalnie zmienić kolejne 50 lat w Eurazji.

Pan Z. przewiduje, że porozumienie może zostać osiągnięte w przyszłym tygodniu – strategiczna porażka i upokorzenie dla USA. Oczekuje się przybycia 21-osobowej delegacji z Teheranu, prawdopodobnie pod przewodnictwem Qalibafa i z mandatami Modżtaby i Rezaeia. Wszystko wskazuje na to, że coś zostało już uzgodnione, a do ustalenia pozostały jedynie ostateczne szczegóły.

Wniosek: Zmieniony zestaw zasad

Escobar i pan Z. przedstawiają obraz bardziej solidnego, spójnego irańskiego przywództwa, które dostosowuje się do reguł gry. Mediatorzy – Pakistan, Oman i Katar – kontynuowali swoje wysiłki, licząc na niewielką szansę. Sytuacja geopolityczna w Azji Zachodniej i poza nią wkracza w fazę większej strategicznej niejednoznaczności. Nadchodzące dni i tygodnie powinny pokazać, jak głęboka jest rzeczywista reorganizacja szachownicy.

Obaj analitycy podkreślają wstępny charakter niektórych aspektów i zachęcają globalną publiczność do kontynuowania debaty. Transition Protocol będzie nadal monitorować rozwój sytuacji.