WAŁY. Przy powodzi. MEM-y VIII. [uzup.]

===================================

————————————

—————————

——————————–

—————————–

——————————————-

————————–

—————————–

—————————————–

————————–

——————————–

Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

14.08.2026 Autor: Stanisław Michalkiewicz ministerstwo-prawdy

NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP
NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP

Już czwarty rok toczy się wojna rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „Majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO–Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich prac nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.

Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO– Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko- niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop– Mołotow.

I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „Majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.

Od Bismarcka do Wilhelma

Od rzemyczka do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomojskiego ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie Blitzkrieg spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to, jaką będzie miał szerokość.

W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu. W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje”, więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełenski nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.

Polska opinia w rozkroku

Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90., kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”. Różnica między początkiem lat 90. a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na czele którego stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli również we własnych oczach ujść za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.

Na przykład kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło: „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?

Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się ulegania kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza gdy Putin na krzesło powie krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie niezatwierdzone przez żaden urząd ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.

Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska

Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii z Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną, również w sytuacjach gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy.

Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym, mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń. W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji.

I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji.

Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze wraz z Janem Taturą wydał książkę pod tytułem „Polskie biesy”, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.

Nic dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki? Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie.

Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślozbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą całą „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie. Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające.

Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełenskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje jak swoją najukochańszą Duszeńkę.

Stanisław Michalkiewicz

KOLOS ZE WSI KONOTOPIE

KOLOS ZE WSI KONOTOPIE

Czyją postać ukazuje monumentalny posąg i dlaczego nie jest to przedstawienie Maryi Matki Bożej?

Jacek-Rafał Kudelski

Ubiegłoroczna prezentacja projektu budowy konotopskiego pomnika wywołała niekończącą się internetową dyskusję na temat potrzeby i zasadności realizacji tak niecodziennych projektów. Bo zaiste nie tak często i nie wszędzie powstają podobne dzieła sztuki, planowane z tak niezwykłym rozmachem i wykonane w imponującej skali.

Medialne doniesienia o realizacji figury Matki Bożej „większej niż świebodziński pomnik Jezusa Chrystusa” stały się przyczynkiem dla brutalnych, antykatolickich wypowiedzi i obraźliwych, rasistowskich ocen formułowanych w duchu agresywnego antypolonizmu.Tym, co w szczególny sposób ekscytuje większość komentatorów tego przedsięwzięcia są drugorzędne rozważania na temat niewłaściwego według nich rozporządzania środkami finansowymi przez fundatorów. Przywodzą one na myśl słowa jednego z uczniów pańskich: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? (J 12, 5).

Liczne są też dywagacje indywidualnych egzegetów Pisma Świętego na temat sakralnej sztuki związane z prawem mojżeszowym: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! (Wj 20, 4). Pierwsi jednym tchem wymieniają pilniejsze potrzeby oczekujących na wsparcie bliźnich, które należałoby zaspokoić niebagatelną kwotą 100 milionów złotych, desygnowanych na budowę statui, zaś ci drudzy to współcześni zwolennicy ikonoklazmu, sprzeciwiający się kultowi religijnych wizerunków. Według ich opinii budowa takiej figury to zwyczajne bałwochwalstwo.

W ferworze licznych dyskusji, prowadzonych na internetowych forach, osobom zainteresowanym tym intrygującym dziełem sztuki, umyka sprawa najważniejsza. Jest nią ustalenie, czyją postać owa tajemnicza rzeźba przedstawia i jaki jest cel budowy monumentu? Oczywiście w przestrzeni medialnej można z łatwością odnaleźć oficjalną odpowiedź na to zdawałoby się banalne pytanie. Jednak nie należy bezkrytycznie przyjmować tego, co w tej sprawie przekazują opinii publicznej dziennikarze, ponieważ mogą się mylić, a tym samym nieumyślnie wprowadzić swoich odbiorców w błąd.

Wykonany z betonu posąg przedstawia stojącą w hieratycznej postawie młodą kobietę z lekko pochyloną do przodu głową, opuszczonymi wzdłuż tułowia rękami i otwartymi dłońmi. Postać ubrana jest w długą suknię spiętą wąskim paskiem, podkreślającym kształt sylwetki, rozszerzającą się ku dołowi i zakrywającą stopy. Kobietę okrywa płaszcz zawiązany pod szyją wąskimi tasiemkami. Głowę figury okrywa, opadająca na plecy chusta ozdobiona podtrzymującą ją opaską z kolistych elementów, przypominającą bliskowschodni smed. Oblicze postaci nie posiada indywidualnych cech, a spokojny wyraz twarzy pozbawiony jest ekspresji. Zapewne największy na to wpływ ma sposób rzeźbiarskiego opracowania oczu.Podczas uroczystości wmurowania kamienia węgielnego, w miejscu budowy monumentu przedstawione zostały jego komputerowe wizualizacje i wykonany z metalu niewielkich rozmiarów odlew figury. Dziennikarze poinformowali opinię publiczną, że we wsi Konotopie wzniesiony zostanie ogromny pomnik Matki Bożej Bolesnej wzorowany na rzeźbie, która znajduje się w tamtejszej małej kaplicy.

Niestety medialna relacja nie jest zgodna z prawdą. Cudowna figura Matki Boskiej Bolesnej z Konotopia to pieta. Przedstawienie zgodne z dobrze znanym od XIV wieku chrześcijańskim typem ikonograficznym, w którym Matka Boża opłakuje śmierć Syna i trzyma na kolanach zdjęte z krzyża martwe ciało Jezusa Chrystusa. Już pierwsza prezentacja projektu konotopskiego monumentu była dużym zaskoczeniem dla każdego, kto zna tradycyjne, katolickie przedstawienia Maryi Matki Bożej. Bowiem wzorem dla ich formy są Tradycja, Pismo Święte i zatwierdzone przez Kościół objawienia. Ich treść jest związana z wcieleniem i zbawczą misją Jezusa Chrystusa od zwiastowania w Nazarecie do śmierci na Golgocie. Dlatego niemal wszystkie dopuszczone przez kościelne przepisy katolickie typy ikonograficzne to przedstawienia Maryi Matki Bożej z Jezusem Chrystusem.

Niewiasta z Apokalipsy św. Jana, Cudowny Medalik, brzemienna Matka Boża z Guadalupe, Matka Boża Ostrobramska lub Matka Boża Fatimska to nieliczne wyjątki, obwarowane bardzo szczegółowymi zasadami. Kościół precyzyjnie skodyfikował, jaka jest wymagana forma i treść przedstawienia, aby mogło ono zostać poświęcone i przeznaczone do kultu. Szczegółowe przepisy określają sposób przedstawienia fizjonomii i postaci Matki Bożej, rodzaju i koloru jej szat, atrybutów takich, jak Niepokalane Serce Maryi, nimb, królewska korona na głowie, wieniec z gwiazd, różaniec oraz wychodzące z dłoni promienie łask, a nade wszystko depczące węża stopy na ziemskim globie lub księżycu. Figura Maryi Matki Bożej stoi na kolumnie.

To proste zasady, które od najmłodszych lat zna każdy katolik, a w szczególności katolicki kapłan oraz artysta podejmujący się wykonania przeznaczonego do publicznego kultu wizerunku Niepokalanej. Symbolika oparta na dogmatach i ewangeliczna narracja od wieków stanowią fundament dla modlitwy i kontemplacji oraz mariologicznej katechezy.

Kiedy na konotopski monument spojrzymy z perspektywy formalnych wymogów ikonografii chrześcijańskiej oraz ideowego programu zawartych w nim treści, zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jest to przedstawienie Maryi Matki Bożej.

Odsłonięcie gigantycznego monumentu zbudowanego we wsi Konotopie zaprasza wszystkich oglądających to niecodzienne dzieło sztuki do oceny jego artystycznej wartości oraz zrozumienia zawartego w nim przesłania. Dzięki analizie porównawczej możemy stwierdzić, że nie jest to żaden znany w chrześcijaństwie maryjny typ ikonograficzny. Młoda kobieta stoi na koronie… Intrygujące jest to, że w identyfikacji tego przedstawienia nie pomoże nam wiedza ugruntowana na fundamencie naszej łacińskiej cywilizacji i europejskiej kultury. Tego nikt nie uczył w katechetycznych salkach, ani na uniwersyteckich wykładach.

Jest to dla katolika zupełnie obcy i niezrozumiały ezoteryczny kod. Skoro odbiorca ma przed sobą szyfr, to zapewne istnieje do niego klucz? Cyfrowy kod i nie chodzi tu o liczbę sto milionów. Miłośnikom sztuki z pomocą przychodzą lokalne i ogólnopolskie media. W jednym z wywiadów można usłyszeć intrygującą wiadomość: „monument był budowany jak piramida z 32 warstw betonu”. Dziesięć sefir i 22 łączące je kanały to 32 Ścieżki Mądrości. Rzeźba stoi na dwóch połączonych ze sobą kwadratach. Oktagon (korona jest jak Drzewo Życia) plus kobieta i coś jeszcze we wnętrzu to razem 10. „Monument ma 55 metrów wysokości i detronizuje Jezusa w Świebodzinie, który jest mniejszy”. W gematrii 55 to liczba o wyjątkowym znaczeniu. Dwie piątki. Suma cyfr od 1 do 10., liczba Małżonki-Oblubienicy, etc.

W 1755 roku według członków pewnej sekty miały miejsce ważne religijne wydarzenia. Tych liczb i cyfr jest znacznie więcej. Dziennikarze przekazują kolejną ekscytującą wiadomość: „monument wykonany z betonu przetrwa 300 lat”. Dlaczego nie 283 lub nie bez kozery 500? Ponieważ 300 lat to dla niektórych religii pewien zamknięty mesjanistyczny cykl, który ma swój ważny punkt w 2026 roku (notabene rok i liczba 26 też mają swoje symboliczne znaczenie). W takim razie coś zaczyna się teraz, a jak się zakończy za 300 lat tego się nie dowiemy.

W Wikipedii możemy sprawdzić, co wydarzyło się 300 lat temu. Otóż w 1726 roku urodził się Jakub Frank. Przez 13 lat przebywał w jasnogórskim klasztorze i tam opracował swoją mesjanistyczną doktrynę, w której przedstawił, kto według niego „jest uwięziony w wizerunku Matki Bożej”. Jego dzieł i Ksiąg Jakubowych nie czytałem i nie zamierzam.

Kolos ze wsi Konotopie to imaginowany portret jego córki Ewy Frank. To jest Szechina.

Jak się pani powodzi? Nie przelewa się? MEM-y VII.

Powtórka:

——————————————-

To SMIERDZI, chłopie…

———————————-

————————–

———————————————–

—————————————-

Anna Konieczyńska…

—————————————

———————————————-

——————————–

————————————————–

————————————-

—————————–


Newsweek: Morale załogi USS Abraham Lincoln

morale załogi USS Abraham Lincoln

(Fragment artykułu)

Annabelle Loma powiedziała, że jej mąż jest „wypalony” i próbował wyskoczyć za burtę z Lincolna podczas obecnego rozmieszczenia. „Boi się”, że może zostać niehonorowo zwolniony z wojska USA, powiedziała Navy Times.
Maria Rodriguez powiedziała, że w osobnym incydencie jej mąż, który również jest na lotniskowcu, wyciągnął na pokład towarzysza statku, przygotowując się do wyskoczenia za burtę.

W poniedziałek przedstawiciel Demokratów Mike Levin z Kalifornii powiedział w mediach społecznościowych, że marynarze na Lincoln nie mają podstawowych środków higieny, mają tylko dostęp do spleśniałych pryszniców i zepsutych toalet, a często nie mają ciepłej wody ani wystarczającej ilości jedzenia.
W oświadczeniu dla Newsweeka w środę wieczorem Levin wezwał do pełnego śledztwa.
„Kilkanaście rodzin opisało teraz, co ich marynarze i Marines wytrzymują na USS Abraham Lincoln: spleśniałe jedzenie, niedobory żywności, brak podstawowych zapasów, niskie morale i skrajne zmęczenie” – powiedział Levin.

„Ponad 5000 żołnierzy jest na morzu w dziewiątym miesiącu tego, co miało być siedmiomiesięcznym rozmieszczeniem, wszystko po to, by walczyć z Iranem, na co ustawodawcy nigdy nie zezwolili.
„Kiedy rodziny zabrały głos w kwietniu, Sekretarz Hegseth odrzucił to jako „fałszywe wiadomości”, ale ci członkowie służby nie okłamują osób, którzy ich kochają. Odpowiedzieli na najwyższe wezwanie i tak są traktowani? Wymaga to pełnego dochodzenia i należy to naprawić teraz.”

Większość rejsów lotniskowców trwa od sześciu do siedmiu miesięcy, chociaż w pewnych okolicznościach można je przedłużyć. Przez cały ten okres zwykle zawijają do portu w celu zatankowania i umożliwienia członkom załogi odpoczynku.
Lincoln jest na morzu przez prawie dziewięć miesięcy, z krótkim zawinięciem do bazy Guam w grudniu.
„Wyprtawy tej długości wywierają dużą presję na statek i jego załogę, co ma długoterminowy wpływ na personel, utrzymanie statku i cykl realizacji przyszłych akcji” – powiedział emerytowany wiceadmirał Marynarki Wojennej USA Robert Murrett, który jest obecnie profesorem praktyki administracji publicznej i Spraw Międzynarodowych na Uniwersytecie Syracuse.
„Marynarka Wojenna zwykle stara się unikać nadmiernie trwających okresów rozmieszczenia, takich jak ten, a Lincoln ma swego rodzaju nie do pozazdroszczenia zapis najnowszej historii w tej dziedzinie” – powiedział Newsweekowi.

newsweek/uss-abraham-lincoln-deployment-sailors-overboard-safety-concerns

Siedmiu członków marynarki wojennej USA zostało zabitych, a kilku innych rannych na pokładzie USS Abraham Lincoln.

mehrnews/Deadly-brawl-reported-aboard-USS-Abraham-Lincoln

Siedmiu członków marynarki wojennej USA zostało podobno zabitych, a kilku innych rannych w gwałtownym starciu na pokładzie USS Abraham Lincoln.

Wciąż narastające niepokoje wśród załogi lotniskowca ujawniły rosnącą presję wewnątrz armii amerykańskiej podczas długotrwałego rozmieszczenia.

Incydent wybuchł po tym, jak doradca szefa Centralnego Dowództwa USA (CENTCOM) Brad Cooper przyleciał na pokład lotniskowca, aby odpowiedzieć na rosnące skargi członków załogi po protestach ich rodzin w związku z przedłużającym się rozmieszczeniem statku, według Tasnim News Agency, powołując się na poinformowane źródło wojskowe.

Doradca został podobno przywitany z wygwizdaniem i rzucono w niego butelkami wody podczas jego przemówienia na zebraniu personelu.

Konfrontacja przerodziła się następnie w bójkę między członkami załogi z udziałem noży i innej broni ostrej, w wyniku której zginęło siedem osób, a kilku innych zostało rannych, według źródła.

Atmosfera na pokładzie lotniskowca pozostaje napięta i niespokojna, donosi Tasnim.

Abraham Lincoln jest w akcji od 263 dni i obecnie działa na Oceanie Indyjskim, gdzie jego podstawową misją jest egzekwowanie nielegalnej blokady morskiej przeciwko Iranowi.

Lotniskowiec spędził 208 kolejnych dni na morzu, co jest najdłuższym ciągłym rozmieszczeniem amerykańskiego lotniskowca w epoce nowożytnej, z wyjątkiem krótkiego postoju w Omanie w lipcu.

mehrnews/Deadly-brawl-reported-aboard-USS-Abraham-Lincoln

Koniecznie aresztować sędziego z Czeladzi. Złota Rybka… MEM-y V.

——————————————–

———————————————

—————————————————

—————————

—————————————-

——————————

————————-

——————————-

——————————————

—————————————————

———————————–

Nadchodzi termin zapłaty rachunku rzeźnika: Wyprawa wojskowa przekroczyła swoje możliwości. Samobójstwa żołnierzy USA

Nadchodzi termin zapłaty rachunku rzeźnika: wyprawa wojskowa przekroczyła swoje możliwości i przywódcy, którzy wciąż powtarzają, że wszystko jest w porządku

13 sierpnia 2026 przez Larry C. Johnson sonar/the-butchers-bill-comes-due-a-military-run-past-its-limits-and-the-leaders-who-keep-saying-everything-is-fine

Uwaga Larry’ego: W tym artykule omówiono samobójstwa. Żołnierze, weterani i członkowie rodzin w kryzysie mogą skontaktować się z linią kryzysową dla weteranów/wojska, dzwoniąc pod numer 988 i naciskając 1, wysyłając SMS-a pod numer 838255 lub odwiedzając stronę VeteransCrisisLine.net.

===============================================

Kiedy Sekretarz Armii nakazuje każdemu oficerowi i sierżantowi osobiście sprawdzać każdego żołnierza, każdego dnia, nie jest to rutynowy, świąteczny gest. To alarm.

I przez dziesięć miesięcy, odkąd Dan Driscoll wydał ten rozkaz, alarm dzwonił nieustannie – z lotniskowca na Morzu Arabskim, z tajnego dowództwa w Forcie Meade, z rodzin marynarzy, którzy nie mogą już uzyskać jednoznacznej odpowiedzi na temat tego, dlaczego ich dzieci są głodne. Historie docierają z różnych oddziałów i misji, ale składają się na jeden akt oskarżenia: amerykańskie wojsko jest wykorzystywane ponad siły swoich ludzi, a zbyt wielu jego dowódców zareagowało nie rozwiązując problemu, ale zaprzeczając jego istnieniu.

Zamówienie, które było przyjęciem

Zacznijmy od tego, co tak naprawdę przyznała notatka Driscolla z listopada 2025 roku. „W zeszłym roku straciliśmy 260 żołnierzy w wyniku samobójstw” – napisał. „Żołnierze nie otrzymują potrzebnej im pomocy”. Przeczytaj to jeszcze raz. Cywilny dowódca armii poinformował na piśmie całe siły, że istniejący system zapobiegania samobójstwom – lata odpraw, obowiązkowych szkoleń, kampanii uświadamiających i dedykowanych biur prewencji – nie dociera do osób, które go potrzebują. Jego rozwiązaniem było sięgnięcie po najbardziej podstawową ludzką interwencję: polecenie jednej osobie, aby dzwoniła do drugiej osoby raz dziennie i pytała, czy wszystko w porządku.

W tym instynkcie nie ma nic złego. Codzienne meldowanie się jest humanitarne, a Driscoll zasługuje na uznanie za to, że uczyniło je osobistym i obowiązkowym, a nie performatywnym. Ale odrzuć sentyment, a notatka stanie się wyznaniem. Dane Pentagonu pokazują, że wskaźniki samobójstw wśród żołnierzy w służbie czynnej rosły mniej więcej równomiernie od 2011 do 2023 roku, w wyniku kolejnych administracji i niezliczonych „inicjatyw prewencyjnych”. Kiedy rozwiązaniem dekady instytucjonalnej porażki jest nakazywanie jednostkom, aby ręcznie obserwowali się nawzajem, instytucja przyznaje, że jej systemy nie działają. Codzienne meldowanie się leczy objaw. Nie robi nic z warunkami, które spowodowały ranę – a te warunki miały się wkrótce pogorszyć.

Marynarka wojenna próbowała zignorować walkę o jedzenie

Do kwietnia 2026 roku obciążenie przeniosło się ze statystyk na tace z posiłkami. „USA Today” opublikował zdjęcia – wykonane przez rodziny żołnierzy na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln i okrętu szturmowego USS Tripoli – przedstawiające na wpół puste tace, małe porcje i szary kawałek przetworzonego mięsa. Marynarz podobno powiedział swojej matce, że załoga „je, kiedy może” i dzieli się jedzeniem równo, gdy ktoś dostaje więcej niż inni. Lincoln został wciągnięty w wojnę z Iranem i z trudem przechodzi misję, która miała trwać ponad 250 dni.

W tym miejscu odpowiedzialność przestaje być abstrakcyjna. Skonfrontowany ze zdjęciami i relacjami z pierwszej ręki, Sekretarz Wojny, Pete Hegseth, nie zlecił dochodzenia ani nie obiecał zbadania sprawy. Udał się do mediów społecznościowych i nazwał doniesienia „FAŁSZYWYMI WIADOMOŚCIAMI”. Ta reakcja jest schematem, który przewija się w całej tej historii: gdy pojawiają się dowody napięcia, odruchem z góry zbyt często jest atakowanie osoby, która je ujawniła, zamiast zbadania stanu rzeczy. Trudno rozwiązać problem, który publicznie ogłoszono jako nieistniejący – a zaprzeczenie Sekretarza Wojny wysyła jednoznaczny sygnał w dół łańcucha dowodzenia, wskazujący, jaką odpowiedź chce usłyszeć kierownictwo.

Fort Meade: gdzie tempo stało się zabójcze

Potem pojawił się najpoważniejszy sygnał, który nie zawierał fotografii. W sierpniu Bloomberg poinformował, że US Cyber ​​Command – jednostka broniąca amerykańskich sieci i prowadząca ofensywne operacje cybernetyczne – bada skupisko zgonów wśród swoich ludzi. Według wewnętrznej komunikacji, dokumentacji i wywiadów, z którymi zapoznał się serwis, aż pięć osób, które pracowały w dowództwie lub były z nim blisko związane, popełniło samobójstwo między początkiem czerwca a początkiem lipca 2026 roku. Koncentracja była na tyle nienormalna, że ​​Cyber ​​Command podobno powołało się na określenie Pentagonu jako „skupiska samobójstw”; kierownictwo potwierdziło trzy zgony w wewnętrznym e-mailu już w czerwcu.

Precyzja ma tu znaczenie i prowadzi do pociągnięcia do odpowiedzialności, a nie do jej odrzucenia. Urzędnicy nie ustalili wspólnej przyczyny, a nie ma publicznych dowodów łączących zgony poza momentem ich wystąpienia – nikt nie powinien sugerować inaczej. Jednak raporty ujawniają tło: siłę roboczą dotkniętą gwałtownym wzrostem obciążenia pracą spowodowanym konfliktami zagranicznymi, przede wszystkim wojną z Iranem, a zgony miały miejsce w jednym z najbardziej intensywnych okresów tej wojny. Cyber ​​Command podobno rozpoczęło osadzanie klinicystów zdrowia psychicznego w Fort Meade w maju – zanim opinia publiczna cokolwiek wiedziała – co sugeruje, że kierownictwo już wiedziało, że jego ludzie mają kłopoty.

To jest pytanie o odpowiedzialność w najostrzejszej postaci. Skoro dowódcy byli na tyle zaniepokojeni, że zdecydowali się na przeniesienie klinicystów wiosną, to kto odpowiadał za tempo operacyjne, które sprawiło, że ci klinicyści byli niezbędni? Wypalenie zawodowe w elitarnych jednostkach cybernetycznych nie jest kwestią pogody. Jest to wynik decyzji dotyczących misji, personelu i tempa – decyzji podejmowanych przez osoby z nazwiskami i stopniami. Komisja ds. Sił Zbrojnych Senatu podobno dyskutuje obecnie o zwiększeniu zasobów dla zdrowia psychicznego, a komisja Izby Reprezentantów uznała wzrost liczby samobójstw za „krytyczny problem”. Uwaga Kongresu jest mile widziana, ale pojawia się ona po zgonach, a nie przed nimi, a większa liczba doradców nie odpowiada na wcześniejsze pytanie, dlaczego dopuszczono do niekontrolowanego wzrostu obciążenia.

Lincoln , znowu – i ten sam odruch

O ile kwietniowy spór o żywność można było zbagatelizować jako jednorazowy problem z dostawami, o tyle sierpień usunął tę wymówkę. Portal MS Now donosił – powołując się na około tuzin członków rodzin i nagrania spotkań rodzin z dowództwem Marynarki Wojennej – że załoga Lincolna zmagała się z niedoborami żywności, długimi kolejkami po posiłki, zepsutymi toaletami, pleśnią w prysznicach, niedziałającymi pralkami, brakującymi mydłem i pastą do zębów oraz upadkiem morale po około 250 dniach na morzu. Doniesienia te wzbudziły obawy dotyczące bezpieczeństwa, a według niektórych relacji rodzinnych, na pokładzie załogi, wyczerpanej do szpiku kości, doszło do prób samobójczych.

I odruch instytucjonalny zadziałał. Rzecznik Piątej Floty przyznał, że 250-dniowy rozmieszczenie „jest wyzwaniem dla załogi i jej sprzętu”, ale nalegał, aby marynarze „pozostali odporni i gotowi”, a statek „w pełni zdolny do podołania wszystkim zadaniom misji”. Weryfikatorzy faktów nadal wymieniali elementy zarzutów jako będące w trakcie dochodzenia. Konkretne zarzuty nie zostały jeszcze rozstrzygnięte i uczciwe rozliczenie wymaga, aby to powiedzieć. Zwróć jednak uwagę na kształt odpowiedzi: nie „sprowadzamy tę załogę do domu”, nie „nie uzupełniliśmy zapasów”, ale zapewnienie, że misja nadal może zostać wykonana. To jest sygnał. Kiedy odruchowym priorytetem jest obrona gotowości, a nie gotowości istot ludzkich, dowiadujesz się dokładnie, czyje dobro leży u podstaw.

Kto jest odpowiedzialny

Nieuczciwe byłoby wrzucenie czterech sytuacji do jednego spisku, a równie nieuczciwe byłoby udawanie, że są to niepowiązane ze sobą zbiegi okoliczności, które przypadkowo wydarzyły się w tym samym roku w tej samej armii. Prawda jest strukturalna i ma swój adres.

Powszechnym czynnikiem przyspieszającym jest wojna z Iranem, która trwa już szósty miesiąc, nałożona na lata wysokiego tempa operacyjnego – a tempo operacyjne nie jest aktem bożym. To wybór polityczny dotyczący tego, ile misji przeprowadzić, jak długo utrzymywać lotniskowce w gotowości bojowej i jak mocno naciskać na cyber-siły, które nigdy nie pojawiają się na liście ofiar. Ktoś wybiera to tempo.

Powtarzającym się drugim wątkiem jest reakcja na dowody: sekretarz armii, który przynajmniej nazwał porażkę na piśmie, w zestawieniu z sekretarzem obrony, który nazwał relacje z pierwszej ręki „fake newsami”, oraz flotą, która odpowiedziała na zarzuty o rozbitą załogę zapewnieniami o zdolności do realizacji misji.

Wojsko, które nie potrafi przyznać, że jego ludzie się łamią, nie może ich chronić, ponieważ pierwszym krokiem w każdym programie prewencyjnym, jaki kiedykolwiek napisano, jest głośne przyznanie się do problemu.

Codzienne meldunki Driscolla, widziane z tego miejsca, wyglądają mniej jak świąteczny gest, a bardziej jak ciche wotum nieufności wobec wszystkiego, co znajduje się wyżej – przyznanie, że formalne systemy zawiodły i jedyne, co pozostało, to nadzorowanie przez jedną wyczerpaną osobę drugiej. To może uratować życie na marginesie. Powinno.

Ale to opaska uciskowa, a po nią sięga się, gdy instytucja odpowiedzialna za zapobieganie ranie już pozwoliła jej się otworzyć. Ludzie, którzy nadają tempo, którzy odcięli dostawy, którzy sięgnęli po „fałszywe wiadomości” zamiast śledztwa – to oni mają władzę, by faktycznie zatamować krwawienie. Jak dotąd zbyt wielu z nich upiera się, że nie ma krwi.


Jeśli Ty lub ktoś, kogo znasz, jest żołnierzem, weteranem lub członkiem rodziny wojskowego w kryzysie, linia kryzysowa dla weteranów/wojskowych jest dostępna 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu: zadzwoń pod numer 988, a następnie naciśnij 1, wyślij SMS pod numer 838255 lub odwiedź stronę VeteransCrisisLine.net. To drażliwy temat; zachęcamy osoby, które borykają się z problemami osobistymi, do kontaktu z tą linią lub innym zaufanym źródłem wsparcia.


Zakopać Skarb ! MEM-y IV.

——————————————-

——————————————–

—————————

————————————

———————————————-

—————————

——————————————-

————————————-

——————————————————–

Prekursor suwerenizmu. Andrzej Lepper.

Prekursor suwerenizmu

Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-prekursor-suwerenizmu

W ubiegłym tygodniu minęła kolejna, już piętnasta rocznica śmierci założyciela i lidera Samoobrony, Andrzeja Leppera. Okolicznościowe publikacje na jej temat koncentrowały się głownie na wątkach pobocznych jego działalności i wpływu, jaki niewątpliwie wywarł na nasze życie publiczne.

Warto jednak sięgnąć nieco głębiej i dokonać próby spojrzenia na rolę polskiego buntownika przeciwko neoliberalnej transformacji na tle szerszej panoramy polskiej debaty publicznej. Po pierwsze, Lepper był niewątpliwie zwolennikiem suwerenizacji polskiej polityki. Wiedział, że jest ona warunkiem uprawiania jakiejkolwiek polityki. Bez niej nie ma przecież mowy na przykład o rewizji stosunków własnościowych wykreowanych w naszym kraju po 1989 roku. Lepper utrzymywał, że te stosunki własnościowe można w dużym stopniu zmienić. Uznał, że gotowość do takich zmian wykażą jego partnerzy koalicyjni (przecież gwarantował to swoim popisem Jarosław Kaczyński, o którym być może lider Samoobrony nie miał wystarczającego rozeznania, pozostając głuchym na przestrogi bardziej doświadczonych polityków próbujących mu uświadomić, że prezes PiS był i pozostaje notorycznym oszustem i manipulantem). Lepper domagał się rzeczy na pierwszy rzut oka prostej: rewizji prywatyzacji lat 1990., czyli podjęcia próby odzyskania przynajmniej części polskiej własności i majątku narodowego. Odpowiednią procedurą miała zająć się specjalnie do tego powołana komisja, która badałaby każdy przypadek prywatyzacji z osobna. W przypadkach, w których okazywałoby się, że najczęściej zagraniczny nabywca danego zakładu pracy nie wywiązał się z przyjętych zobowiązań (na przykład odpowiednich inwestycji, badań rozwojowych czy utrzymania poziomu zatrudnienia), akt prywatyzacji byłby unieważniany, a dany podmiot wracałby we władanie Skarbu Państwa.

Lepper uwierzył również, że państwo suwerenne nie może pozwalać na pewne praktyki na swoim terytorium wojskom i służbom obcym. Dotyczyło to zarówno stacjonowania w naszym kraju żołnierzy amerykańskich, jak i działania ośrodków kontrolowanych przez obce wywiady bądź służby specjalne (takich, jak te na Mazurach, gdzie bezprawnie i przetrzymywano na naszym terytorium obywateli państw trzecich). Mówił zatem lider Samoobrony o konieczności wyrwania się Polski spod kurateli amerykańskiej.

Jednocześnie zwracał też uwagę na problem zadłużenia zagranicznego naszego kraju. Tu znów postulował suwerenność, czyli maksymalne ograniczenie naszej zależności od międzynarodowych, najczęściej po prostu zachodnich instytucji finansowych. Rozumiał doskonale, że zależność ta w praktyce uniemożliwia realizację jakichkolwiek działań prowadzących do samodzielnej polityki gospodarczej. Za liniami kredytowymi szedł bowiem polityczny dyktat, znany pod nazwą konsensusu waszyngtońskiego. Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy w zamian za udzielane nam wówczas wsparcie żądały otwarcie, m. in. wspomnianej już prywatyzacji, ale także deregulacji czy powolnej, rzeczywistej likwidacji usług publicznych.

Mówił zatem Lepper przez wszystkie lata swojej politycznej drogi o trzech suwerennościach: 1) gospodarczej; 2) polityczno-militarnej oraz 3) finansowej. Bez osiągnięcia każdej z nich nie ma mowy o prowadzeniu jakiejkolwiek polityki, bo ogranicza się ona do zarządzania, pozostawiającego jedynie skrajnie wąski margines modelowania określonych decyzji i adresowania ich do poszczególnych grup interesu. Polityka przeradza się w administrowanie nie swoimi zasobami.

Andrzej Lepper nawołujący do suwerenizacji wspomnianych trzech obszarów nie mógł być jeszcze świadkiem skrajnie daleko posuniętej utraty rządności władz polskich związanej z coraz bardziej żarłoczną ekspansją kompetencyjną Unii Europejskiej. Nie doczekał też czasów wykorzystywania polskiego terytorium do transferów broni na cudzą wojnę, ani bezpośrednich, publicznych i nieskrywanych ingerencji jednej z placówek dyplomatycznych w Warszawie w prawo tworzone w polskim parlamencie. Po jego śmierci zrobiło się zatem jeszcze gorzej.

To jednak on może zostać uznany za jednego z prekursorów polskiego suwerenizmu. A że oskarżano go o populizm? Żadna ujma. Kolejne ekipy rządzące reprezentowały bowiem i reprezentują interesy mniejszości (np. najzamożniejszych kompradorów i zarządców zatrudnionych przez obce korporacje, a z drugiej strony lobbystów hałaśliwych mniejszości kulturowych i obyczajowych). Ten aspekt jego dorobku w polskim życiu publicznym jakoś wielu z nas umyka. Niesłusznie.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Nie na próżno krążą te ciężarówki… MEM-y II.

——————————————

——————————–

———————————————

———————————-

———————————————-

——————————————–

——————————————-

————————————

———————————————

Jeb… Pomyli się i policzyli z łapówką. MEM-y I.

—————————————-

………………………..

————————————————

—————————————–

———————————————

——————————

————————

——————————————

——————————————–

USS Abraham Lincoln – po 250 dniach bez przepustek na ląd nerwy marynarzy są poza skrajem wytrzymałości

USS Abraham Lincoln – po 250 dniach bez przepustek na ląd nerwy marynarzy są na skraju wytrzymałości

USS Abraham Lincoln to jeden z najpotężniejszych okrętów wojennych na świecie i symbol amerykańskiej potęgi militarnej. Chociaż lotniskowiec od miesięcy jest wykorzystywany w wojnie z Iranem, na jego pokładzie najwyraźniej nastąpił kryzys, który nie ma nic wspólnego z pociskami rakietowymi ani myśliwcami: podobno członkowie załogi próbowali wyskoczyć za burtę, a krewni zgłaszają problemy psychiczne i katastrofalne warunki życia.

Lotniskowiec jest już dziewięć miesięcy na morzu. Na pokładzie znajduje się około 5000 marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej. Co szczególnie niezwykłe: według ‚The Guardian’  załoga spędziła 250 kolejnych dni na morzu, nie stawiając stopy na lądzie – to rekord dla współczesnego amerykańskiego lotniskowca. To, co pierwotnie miało być misją na Pacyfiku, było wielokrotnie przedłużane z powodu eskalacji konfliktu z Iranem. Lincoln uczestniczy w operacjach bojowych przeciwko Iranowi od pięciu miesięcy.

Krewni biją na alarm

Raporty z ‚Navy Times’  i ‚Stars and Stripes’  ujawniają, jak poważna stała się sytuacja. Według tych doniesień, członkowie załogi wielokrotnie próbowali wyskoczyć za burtę. Jedna z żon zgłosiła, że jej mąż po wielokrotnym przedłużaniu misji próbował wyskoczyć z okrętu. W innym przypadku członek załogi – rzekomo w ostatniej chwili – powstrzymał towarzysza przed wypadnięciem za burtę.

Podczas emocjonalnego spotkania z około 200 krewnymi i dowództwem Marynarki Wojennej USA w San Diego frustracja sięgnęła zenitu. Pewna kobieta opowiedziała o wiadomości od męża z tego samego dnia: miał on nadzieję, że nie obudzi się następnego ranka. Inny krewny oskarżył dowództwo Marynarki Wojennej o zniszczenie zaufania do armii i państwa.

Pleśń, zepsute toalety i brak porządnych posiłków

Wygląda jednak na to, że problemem jest nie tylko długość misji. Kongresmen Partii Demokratycznej Mike Levin opublikował drastyczny opis warunków na pokładzie: zatęchłe prysznice, zepsute toalety, pralnia nieczynna przez tygodnie, okresowy brak ciepłej wody oraz niedobory mydła, pasty do zębów i dezodorantu.

Podobno występowały również ogromne problemy z racjami żywnościowymi. Posiłek czasami składał się zaledwie z porcji ryżu i dwóch tortilli. To znacząco podważa wizerunek amerykańskiej przewagi militarnej. Waszyngton może utrzymywać lotniskowiec o napędzie atomowym z dala od wybrzeży wroga przez miesiące, wystrzeliwać myśliwce i wywierać presję militarną. Jednak kluczowego zasobu nie da się rozciągnąć w nieskończoność: odporności ludzi na pokładzie.

Wojna z Iranem zbiera swoje żniwo. Straty wojenne zazwyczaj mierzy się zestrzelonymi samolotami, zniszczonymi okrętami lub poległymi żołnierzami. Jednak wielomiesięczna, intensywna operacja wyniszcza siły zbrojne, nawet jeśli żaden wróg nie zatopi lotniskowca. USS Abraham Lincoln pokazuje, jak może wyglądać to zużycie. Misja jest przedłużana, urlopy na lądzie odwoływane, narastają problemy techniczne i higieniczne, a rodziny czekają miesiącami – podczas gdy załoga ma nadal funkcjonować.

Nawet amerykańscy ustawodawcy biją na alarm. Jason Crow, były żołnierz Rangersów, a obecnie kongresmen, który służył w Afganistanie i Iraku, ostrzega, że presja na żołnierzy i ich rodziny rośnie ‚z tygodnia na tydzień’. Jeden z najbardziej widocznych symboli amerykańskiej potęgi militarnej staje się w ten sposób symbolem innej rzeczywistości: lotniskowiec może być zaopatrywany w paliwo i broń niemal bez ograniczeń. Jego załoga niekoniecznie.

uncutnews.ch/selbstmordversuche-auf-us-flugzeugtraeger-nach-250-tagen-ohne-landgang-liegen-die-nerven-blank

** * * * * *

A tymczasem Donald Trump w swoim najnowszym wpisie opublikowanym w środę na Truth Social   powtarza dobrze znane twierdzenie (które prawdopodobnie będzie powtarzał aż do listopadowych wyborów uzupełniających) i twierdzi, że Stany Zjednoczone mają ‚pełną kontrolę’  nad Cieśniną Ormuz oraz że ‚myślę, że ją zachowamy’. Jest to również kolejne potwierdzenie tego, że opowiada się on za blokadą gospodarczą, ponieważ kampania militarna USA jest obecnie wstrzymana. Zakończył swój wpis swoim ‚chwała Allahowi!‚ (Tyler Durden)

Opracował: Zygmunt Białas

Trump mówi o „całkowitej kontroli”, Iran mówi NIE

Larry i Pepe demaskują najbardziej absurdalne twierdzenie Bessenta – Trump mówi o „całkowitej kontroli”, Iran mówi NIE

12 sierpnia 2026 roku niezależny kanał medialny Transition Protocol wyemitował dogłębną analizę obecnej sytuacji geopolitycznej. Prowadzący (pan Z) powitał dwóch stałych gości: Pepe Escobara (międzynarodowo uznanego reportera geopolitycznego) i Larry’ego Johnsona (doświadczonego analityka wojskowego). Rozmowa koncentrowała się wokół deklaracji Donalda Trumpa o „całkowitej kontroli” nad Cieśniną Ormuz, kontrowersyjnych wypowiedzi Scotta Bessenta, tzw. „umowy z Mekki” między Turcją, Pakistanem i Arabią Saudyjską oraz kwestii, czy i jak deeskalacja konfliktu z Iranem jest możliwa. Uczestnicy analizowali realia gospodarcze, wojskowe i dyplomatyczne wykraczające poza narrację zachodnich mediów.

Cieśnina Ormuz, „najgłupsze twierdzenie” Bessenta i utrata kontaktu Trumpa z rzeczywistością

Larry Johnson rozpoczął dyskusję od jasnego oświadczenia: Pomimo gróźb Donalda Trumpa i ciągłej dezinformacji ze strony jego administracji – zwłaszcza sekretarza skarbu Scotta Bessenta – wojna z Iranem została tymczasowo zawieszona. Trump najwyraźniej uważa, że ​​irańska gospodarka jest tak niestabilna, że ​​ciągła presja doprowadzi do jej załamania.

Właśnie w tym momencie Johnson przypuścił zjadliwy atak na Bessenta. Sekretarz Skarbu, jak powiedział, wygłosił jedno z „niezwykle głupich oświadczeń” w historii amerykańskiego sekretarza skarbu, twierdząc, że irańska kontrola nad Cieśniną Ormuz jest jedynie tymczasowa. Dodał, że zostaną zbudowane alternatywne rurociągi, co położy kres wpływom Iranu. Johnson odparł: „Stary, nie wiesz, że 25 procent światowego skroplonego gazu ziemnego (LNG) pochodzi z Zatoki Perskiej? To jest odcięcie. Od 30 do 40 procent światowego helu – kluczowego dla chipów komputerowych i dysków twardych – pochodzi stamtąd. Mocznik i siarka, kluczowe składniki nawozów i licznych procesów przemysłowych, stanowią od 30 do 35 procent globalnego zaopatrzenia. Żadnego z tych czterech surowców nie da się transportować rurociągami”.

Nawet gdyby ropa płynęła alternatywnymi szlakami, Cieśnina Ormuz pozostałaby pod pełną kontrolą Iranu. W ten sposób Iran zachowuje kluczową pozycję. Pogląd, że Iran jest izolowany i blokowany, jest absurdalny. Rosja, Chiny i Pakistan są teraz pełnoprawnymi partnerami handlowymi; północny szlak przez Morze Kaspijskie, połączenie wschód-zachód przez stary i nowy Jedwabny Szlak oraz szlaki przez porty pakistańskie są otwarte.

Później Johnson odczytał na głos niedawny wpis Donalda Trumpa na portalu Truth Social, który pojawił się około cztery godziny wcześniej: „USA mają całkowitą kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Myślę, że ją utrzymamy. Nasza blokada morska znana jest wszystkim jako „Mur ze Stali”, a Iran nic z tym nie może zrobić. Nie mają marynarki wojennej ani sił powietrznych. Pozostali żołnierze nie otrzymują wynagrodzenia. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej jest zdziesiątkowany i ucieka. Przywódcy są w najlepszym razie niepewni. Nie mają pieniędzy. Ich kraj jest skończony. Mają tylko fałszywe wiadomości i 300-procentową inflację, która stale rośnie. Iran to tylko słowa, a nic nie robi. Tyran Bliskiego Wschodu już nie istnieje. Chwała Allahowi, prezydencie Donaldzie J. Trumpie”.

Johnson bez ogródek nazwał ten wpis słowami Horses Ass (odpowiednik polskiego „dupek”, „jełop” lub „baran”) i zapytał: Czy Cieśnina Ormuz jest teraz zablokowana, czy otwarta? Jeśli jest zamknięta, to wina Stanów Zjednoczonych, a nie Iranu. Trump i Bessent ograniczali wszystko do ropy – fatalny błąd. Rzeczywiste niedobory LNG, helu, mocznika i siarki miały już znaczący negatywny wpływ na światową gospodarkę. Globalna recesja już trwała; oficjalne statystyki po prostu pozostawały w tyle. Kolejnym zagrożeniem była globalna depresja. Strategiczne Rezerwy Ropy Naftowej (SPR) były już prawie na wyczerpaniu. Działania Trumpa tylko pogłębiały kryzys.

Johnson zwrócił również uwagę na dotkliwe globalne niedobory nafty, paliwa lotniczego i oleju napędowego – około 20% dostaw jest zakłóconych od trzech do czterech miesięcy. Ceny rosną w Azji, Afryce i coraz bardziej w Ameryce Południowej. Niedobór nawozów wpływa na nadchodzący sezon siewu na półkuli południowej. Ponadto terminale naftowe i LNG, a także magazyny części zamiennych, zostały uszkodzone. Ze względów bezpieczeństwa ekipy konserwacyjne opuściły region. Nawet jeśli zostaną ponownie otwarte, szybka naprawa jest wątpliwa. Negocjacje to jedynie dodatek – prawdziwym zagrożeniem jest zbliżająca się katastrofa gospodarcza.

Umowa z Mekki – sesja zdjęciowa czy strategiczne odstraszanie?

Johnson ironicznie nazwał porozumienie między Turcją, Pakistanem i Arabią Saudyjską „Organizacją Traktatu Bliskowschodniego” (METO) – lub „MeToo”. Na papierze Turcja wnosi największą w regionie konwencjonalną armię, Pakistan mocarstwo nuklearne, a Arabia Saudyjska książeczkę czekową. Podpisanie umowy w Mekce, a nie w Rijadzie, było celowym wyborem, mającym na celu podkreślenie muzułmańskiego charakteru. Jednak motto „Atak na jednego to atak na wszystkich” okazało się już puste: powtarzające się ataki Ansar Allah (Huti) na Arabię ​​Saudyjską spotykały się z całkowitym milczeniem ze strony Turcji i Pakistanu.

Hakan Fidan, minister spraw zagranicznych Turcji, jasno dał do zrozumienia, że ​​Iran nie był celem ataku. Wszelkie potencjalne ataki na Izrael pozostały spekulacyjne. Jednocześnie Turcja zagroziła Rosji zamknięciem ukraińskich portów nad Morzem Czarnym – na co Rosja odpowiedziała, wskazując, że Turcja wcześniej milczała na temat ataków na rosyjskie statki. Johnson wątpił, aby Pakistan i Arabia Saudyjska poszły w ślady Turcji i wdały się w konflikt z Rosją.

Pepe Escobar, który właśnie był świadkiem zaćmienia Słońca w pobliżu swojego domu na francuskiej wsi, umieścił to wszystko w perspektywie kosmicznej: ludzkie znaczenie, jak argumentował, było znikome w porównaniu z takimi wydarzeniami. Nazwał porozumienie w sprawie Mekki zwykłą „sesją zdjęciową”, odbitą rzeczywistością niczym w Alicji po drugiej stronie lustra . Twierdził, że trzej przywódcy byli jedynie aktorami pomocniczymi w znacznie większym planie. Umma, jak twierdził, poparłaby takie porozumienie tylko wtedy, gdyby dotyczyło ono Gazy i Palestyny ​​– a nie „porozumienia sunnickiego na wzór NATO”.

Ani Turcja, ani Pakistan nie poświęciłyby swoich strategicznych interesów (odpowiednio powiązań z NATO i wiarygodności nuklearnej, a także roli mediatora) na rzecz Arabii Saudyjskiej, gdyby Rijad podjął dalsze działania przeciwko Jemenowi. Escobar postrzegał to raczej jako ostrzeżenie dla potencjalnego sojuszu „Imperium Chaosu/Kultu Śmierci” (Izrael i jego sojusznicy), który jego zdaniem ma na celu przede wszystkim Turcję. Umowa z pewnością nie jest wymierzona w Iran – Ankara rozmawiała z Teheranem przed jej podpisaniem. Niejednoznaczność Pakistanu jest interesująca z geopolitycznego punktu widzenia: umowę można interpretować jako rozszerzenie pakistańskiego parasola nuklearnego na Turcję i Arabię ​​Saudyjską. Nikt jednak nie zna pełnych implikacji. Escobar nazwał to „teatralnym odstraszaniem”.

Przywołał historyczną Wielką Grę i zdiagnozował nową: anglo-amerykańską elitę przeciwko trzem cywilizacyjnym narodom: Iranowi, Rosji i Chinom jednocześnie. Wracając do Cieśniny Ormuz: Mohsen Rezaei – obecnie Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i osobisty przedstawiciel Najwyższego Przywódcy ajatollaha Alego Chameneiego – jasno dał do zrozumienia w wywiadzie udzielonym przed nominacją: Cieśnina pozostanie zamknięta, dopóki Amerykanie nie zmienią swojego postępowania i nie wdrożą pięciu punktów Porozumienia. Escobar obszernie zacytował Rezaei: Irańczycy działają bardziej odpowiedzialnie niż USA i chcą zagwarantować bezpieczeństwo globalnego handlu. Dopóki USA będą stwarzać poczucie niepewności, cieśnina pozostanie zamknięta.

Escobar nie ma wyjścia. Spełnienie żądań Iranu (zwrot zamrożonych funduszy, zniesienie sankcji nałożonych dekadami) jest politycznie, geopolitycznie i imperialnie niemożliwe dla żadnej administracji USA. Zbliża się kolejna Wieczna Wojna.

Perspektywa pakistańska i kwestia nadziei

Pan Z przedstawił inną perspektywę, opartą na źródłach w Islamabadzie, biurze irańskiego Najwyższego Przywódcy oraz kontaktach między pakistańskimi władzami a Arabią Saudyjską i Turcją. Wzrost znaczenia Mohsena Rezaei jest postrzegany w Pakistanie jako istotny impuls dla relacji irańsko-pakistańskich. Wpływowy pakistański polityk Mohsin Naqvi (blisko spokrewniony z dowódcą wojskowym Asimem Munirem i powiązany z czołowym szyickim duchownym Allamą Naqvim) natychmiast odwiedził Rezaei. Oczekuje się przybycia irańskiej delegacji pod przewodnictwem Alego Larijaniego (drugiej najważniejszej osoby po Rezaei).

Według pana Z. postępy między Iranem, Pakistanem i Stanami Zjednoczonymi są celowo spowalniane, ponieważ „globalne lobby syjonistyczne” (nazywane przez uczestników „Kultem Śmierci”) aktywnie próbuje storpedować jakiekolwiek zbliżenie. Biuro J.D. Vance’a jest w to głęboko zaangażowane.

Ogłoszenie może nastąpić już w przyszłym tygodniu, po czym nastąpią pośrednie rozmowy z Pakistanem jako mediatorem i Katarem jako stroną wspierającą. Iran nie chce szybkiego porozumienia, lecz trwałego pokoju i jest gotowy wytrwać tak długo, jak będzie to konieczne. Porty i szlaki lądowe (Gwadar, lądowy, Beludżystan) są otwarte; Chiny w pełni popierają Iran. Porozumienie w Mekce jest głębsze, a strategiczna niejednoznaczność bardziej realna, niż mogłoby się wydawać z zewnątrz. Pan Z. wyraził większą nadzieję: porozumienie może zostać osiągnięte w najbliższych dniach.

Pepe Escobar i Larry Johnson pozostali sceptyczni. Escobar podkreślał, że wszystko, co powiedział Rezaei, nosiło piętno Najwyższego Przywódcy. Rezaei był teraz drugim najpotężniejszym człowiekiem w Iranie. Nawet najlepsi pakistańscy mediatorzy (wspierani przez Katar, Oman, a być może także Turcję i Chiny w tle) nie byli w stanie przekonać Amerykanów do zmiany postępowania. Trump był „całkowicie oderwany od rzeczywistości”. Zdezorganizowana administracja Trumpa, z niekompetentnym „Sekretarzem Wiecznych Wojen”, nie spełniłaby irańskich nakazów. Irańskie stanowisko w sprawie ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz nie było propozycjami negocjacyjnymi, lecz stanowczymi nakazami.

Johnson podkreślił, że dopóki Trump trzyma stery i wierzy w mit o załamaniu gospodarczym Iranu, nie widać szans na porozumienie. Szlaki handlowe z Pakistanem, Chinami i Rosją były szeroko otwarte – Iran nie był już tak odizolowany, jak dziesięć lat temu. Należy skupić się na tym, co faktycznie jest przedmiotem rozmów między Pakistanem a Stanami Zjednoczonymi. Obecnie wydawało się, że to Trump – a nie Vance – podejmuje decyzje.

Zakończenie rundy

Trio wyciągnęło nieco pesymistyczny wniosek. Konsekwencje ekonomiczne ciągłych zakłóceń w Cieśninie Ormuz – niedobory energii, nawozów i surowców krytycznych – groziły globalną katastrofą. Choć rozmowy mogły toczyć się za kulisami, przeszkody strukturalne pozostały ogromne. Pan Z. zapowiedział, że natychmiast poinformuje o wszelkich nowych wydarzeniach; w przeciwnym razie standardowy harmonogram będzie kontynuowany (Larry we wtorek, Pepe w środę, wszyscy trzej razem).

W tym szaleństwie jest metoda

W tym szaleństwie jest metoda

13. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/w-tym-szalenstwie-jest-metoda

OBWE – Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie powstała 1 stycznia 1995 r. Celem tej organizacji jest zapobieganie powstawaniu konfliktów w Europie. Francuski oficer rezerwy Benoît Paré służył na Ukrainie w ramach Specjalnej Misji Monitorującej OBWE w latach 2015-2022.

W opublikowanym we wtorek artykule: To, co widziałem na Ukrainie, nie jest tematem rozmów na Zachodzie, źródło, SWISSVOX pisze:

Francuz nie śledził wojny ze studia telewizyjnego. W latach 2015–2022 pracował dla Specjalnej Misji Monitorującej Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Stacjonował m.in. w Kijowie, Doniecku, Kramatorsku, Mariupolu i Ługańsku. Jako oficer rezerwy i były analityk armii francuskiej, posiadał również doświadczenie wojskowe zdobyte podczas poprzednich misji. To, co tam zobaczył, jak sam twierdzi, skłoniło go do napisania książki „Ce que j’ai vu en Ukraine” – „Co widziałem na Ukrainie”.

Sensacyjna informacja od obserwatora OBWE: Stronniczość i ślepe punkty, które podsycały konflikt w Donbasie.
Polska ścieżka dźwiękowa.

Wywiad z Benoîtem Parém i jego artykuł potwierdzają główną tezę mojego blogu. Mianowicie, że wszystkie ważniejsze konflikty na świecie zostały precyzyjnie zaplanowane i przeprowadzone z wojskową precyzją. Dotyczy to zarówno wojny biologicznej zwanej kowidozą, jak i wojny na Ukrainie, a także tej w Zatoce Perskiej.

Sceptykom zadam konkretne pytanie:

Jak jest możliwe, żeby praktycznie cały medialno-polityczny zachodni świat miał jedno i to samo fałszywe zdanie na temat: kto jest wrogiem (kowid, Putin czy władze Iranu) i w jaki sposób trzeba z nim walczyć? Czyżby tak spontanicznie zniknęła wcześniejsza, wielowarstwowa postawa kreatorów opinii publicznej?

Aby tego dokonać, potrzebne są olbrzymie pieniądze i militarna organizacja zajmująca się realizacją tego planu. Wymieniłem jedynie niewielką część dziedzin zaplanowanych przez ONZ w Agendzie 2030.

Ukraina zaproponowała, by część Donbasu nazwać „Donnyland” na cześć Trumpa.

Już Ukraina oficjalnie przeprosiła za „przypadkowy” atak na irański okręt na morzu Kaspijskim. Podobnie jak tutaj źle ocenili intencje Trumpa. Takie podlizywanie się prezydentowi USA przynosi czasem efekty, jednak nie jest w stanie uzupełnić braki w zaopatrzeniu w rakiety.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Od Gazy po Zachodni Brzeg

Od Gazy po Zachodni Brzeg

Opublikowano: 13.08.2026 wolnemedia/od-gazy-po-zachodni-brzeg

Od prawie dwóch lat pojawia się wiele publikacji na temat tego, co często mylnie określa się jako „konflikt izraelsko-palestyński”. Większość z nich podkreśla jego kolonialny wymiar i rzuca światło na stawkę obecnych rozgrywek na Bliskim Wschodzie. Niektóre z nich wskazują również na współodpowiedzialność Zachodu za agresję na Strefę Gazy lub rozprawiają się z mirażem „rozwiązania dwupaństwowego”.

7 listopada 2023 r., miesiąc po palestyńskich atakach na Izrael – podczas gdy zapowiedziany przez premiera Binjamina Netanjahu odwet z całą mocą uderzał w Strefę Gazy – Fayard, wydawca książki Le Nettoyage ethnique de la Palestine (2008) izraelskiego historyka Ilana Pappé (która ukazała się po raz pierwszy w 2006 r. w języku angielskim) postanowił wstrzymać sprzedaż książki pomimo wzrostu zainteresowania. Wydawnictwo Hachette, przejmowane właśnie przez ultraprawicowego miliardera Vincenta Bolloré, stwierdziło, że umowa z Oneworld, pierwotnym wydawcą książki, wygasła. Rzeczywisty powód tej decyzji był jednak związany raczej z zaangażowanym charakterem książki Pappégo, antysyjonistycznego intelektualisty i czołowej postaci izraelskich „nowych historyków”, których prace zdemontowały narodową narrację na temat powstania państwa Izrael (proklamowanego 14 maja 1948 r.). Książka, która w końcu została ponownie opublikowana przez La Fabrique [1], odnosi się do korzeni izraelsko-palestyńskiego „konfliktu” i kwestii uchodźców, a także kolonialnego wymiaru ruchu syjonistycznego (promującego od końca XIX w. projekt państwa żydowskiego w Palestynie).

W książce tej Pappé, opierając się na solidnych dowodach, obala izraelskie twierdzenie, jakoby exodus 800 tys. Palestyńczyków w 1948 r. (spośród ogólnej liczby 1,4 mln ówcześnie) wynikał z dobrowolnych wyjazdów, by uniknąć walk trwających podczas wojny między Izraelem a armiami arabskimi (15 maja 1948 r. – 20 lipca 1949 r.). W jego przekonaniu ta idea jest „mitem”, „czystą fabrykacją”, której celem jest przede wszystkim ukrycie odpowiedzialności Izraela za palestyńską „katastrofę” (Nakba). W rzeczywistości, wyjaśnia historyk, masowe wyjazdy były bezpośrednim rezultatem „systematycznego wypędzania Palestyńczyków z szerokich połaci kraju” oraz zniszczeń i okrucieństw popełnianych przez bojówki syjonistyczne w następstwie przegłosowania w ONZ (29 listopada 1947 r.) nierównego podziału Palestyny na dwa państwa, a później przez armię izraelską (utworzoną pod koniec maja 1948 r.) w celu zagwarantowania etnicznej jednorodności przydzielonego Żydom państwa i powiększenia jego terytorium.

Uporczywa obojętność

Korzystając z archiwów wojskowych i administracyjnych z pierwszej ręki oraz dzienników przywódców politycznych, a także dokumentów palestyńskich, wywiadów z ocalałymi czy naocznymi świadkami, Pappé opisuje „znaczną liczbę okrucieństw” popełnionych przez syjonistów wobec arabskich „autochtonów”: zbiorowe egzekucje, masakry na dużą skalę, bombardowanie wiosek, gwałty, grabieże, tworzenie „specjalnych obozów pracy” itp. Autor przedstawia, w jaki sposób „plan czystek etnicznych” („plan Dalet”) został sfinalizowany przez żydowskich przywódców 10 marca 1948 r., ponad dwa miesiące przed rozpoczęciem konfliktu izraelsko-arabskiego. Gdy rozpoczynała się wojna, „siłom żydowskim udało się już wypędzić przy użyciu przemocy prawie 250 tys. Palestyńczyków”, wyjaśnia historyk. Niespełna rok później około 60% palestyńskiej populacji przebywało w obozach dla uchodźców rozsianych po Zachodnim Brzegu, Strefie Gazy i krajach sąsiednich. Ze swojej strony Izrael podbił o jedną trzecią więcej terytorium niż przewidywał plan „podziału” ONZ i okupował 78% historycznej Palestyny (pozostałe 22% wpadły w jego ręce po wojnie w czerwcu 1967 r.).

Praca Pappégo, która opisuje okoliczności, w jakich powstał Izrael, podkreśla kolonialną i rasistowską naturę syjonizmu, który opowiada się za zastąpieniem rdzennej ludności inną, obcego pochodzenia. Ta czystka etniczna może opierać się jedynie na logice eksterminacji i „musi być zakotwiczona w naszej pamięci i naszej świadomości”, pisze historyk, „jako zbrodnia przeciwko ludzkości”. Dlatego wzywa do zmiany spojrzenia na formowanie się państwa izraelskiego, które nie dokonało się dzięki „wojnie o niepodległość”, zgodnie z ustalonym dyskursem, lecz w wyniku spustoszenia. „Paradygmat czystek etnicznych powinien zastąpić paradygmat wojny”, uznaje Pappé.

W przedmowie do nowego francuskiego wydania swojej książki historyk wskazuje, że pojęcie czystek etnicznych można również zastosować w odniesieniu do izraelskiej polityki prowadzonej od prawie 80 lat wobec Palestyńczyków z Izraela i terytoriów okupowanych – co sami określają jako „nieustającą Nakbę” – innymi słowy, że „nie wyszliśmy z tego historycznego momentu”. Potwierdzają to masowe wysiedlenia prowadzone w całym kraju, również we Wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu, aby „stworzyć nową rzeczywistość demograficzną w terenie” i wzmocnić judaizację całego regionu, „od rzeki Jordan aż do morza”, za pomocą nowych osiedli. Zachodni Brzeg (łącznie ze Wschodnią Jerozolimą), który obejmuje obszar 5 660 kilometrów kwadratowych, mieści obecnie prawie 300 izraelskich „osiedli” z 750 tys. osadników, wobec 3,3 mln Palestyńczyków.

Chociaż praktyki te są nielegalne w świetle prawa międzynarodowego, Tel Awiw może liczyć na „apatię” i „uporczywą obojętność” zachodnich przywódców politycznych i mediów. W ten sam sposób, kontynuuje Pappé, masakry dokonane przez izraelską armię w 1948 r. nie wywołały „żadnej reakcji ze strony tych – redaktorów naczelnych dzienników, urzędników ONZ czy szefów organizacji międzynarodowych – którzy doskonale wiedzieli, co się dzieje”. Zdaniem historyka „przesłanie społeczności międzynarodowej do Izraela było jasne: czystki etniczne w Palestynie – jakkolwiek nielegalne, niemoralne i nieludzkie – będą tolerowane”. Nawet dziś izraelski reżim wie doskonale, że dzięki wsparciu Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej może cieszyć się zupełną bezkarnością.

Bilans 17 lat blokady

Najnowsza książka Pappégo, napisana w świetle obecnej sytuacji w Palestynie, ma zadanie dydaktyczne [2]. Historyk poświęca jeden z rozdziałów na przedstawienie „moralnego, i politycznego kontekstu 7 października 2023 r.”. Według niego, ogień tlił się od dawna z powodu „bezlitosnego oblężenia nałożonego na Gazę od 17 lat”, wyniszczających wojen rozpętywanych w tym okresie przez Tel Awiw przeciwko enklawie, nie wspominając już o kwestii tysięcy palestyńskich więźniów politycznych w Izraelu, prowokacjach osadników na Esplanadzie Meczetów we Wschodniej Jerozolimie itp. Przypomina nam również, że Strefa Gazy, której w 1948 r. przybyło ponad 200 tys. Palestyńczyków [3], częściowo pochodzących z okolicznych wiosek, została stworzona przez Izrael jako „obszar wydzielony w celu przeprowadzenia czystek etnicznych w innych regionach historycznej Palestyny ”. To terytorium o powierzchni 365 kilometrów kwadratowych, które liczyło w przededniu 1948 r. 80 tys. mieszkańców (w tym 35 tys. w mieście Gaza), jest obecnie domem dla ponad 70% uchodźców i ich potomków.

Większość Gazańczyków, z których 65% ma poniżej 25 lat, dorastała w cieniu izraelskiej blokady wojskowej (lądowej, powietrznej i morskiej) nałożonej w 2007 r., której integralną częścią były liczne bombardowania. „Bojownicy Hamasu, którzy zaatakowali Izrael 7 października, podkreśla Pappé, byli w większości młodymi ludźmi, którzy nauczyli się języka przemocy pod bombami zrzucanymi na nich przez Izrael”. Według historyka, Tel Awiw wykorzystał ten atak „jako pretekst do zastosowania swej ludobójczej polityki” wobec ponad 2 milionów ludzi żyjących w więzieniu pod gołym niebem, jakim jest Gaza.

7 października nie spadł z nieba

Umieszczenie „w specyficznym kontekście historycznym” [4], wojny o unicestwienie, o której zadecydowano po ataku przeprowadzonym przez główne frakcje w Strefie Gazy pod przywództwem Hamasu, jest również celem zbiorowej pracy Deluge: Gaza and Israel from Crisis to Cataclysm. Książka ta, skupiająca prace 13 autorów palestyńskich, izraelskich i innych narodowości (naukowców, ekspertów, dziennikarzy itp.), jest jedną z pierwszych prac opublikowanych na ten temat w języku angielskim. Brytyjsko-izraelski historyk Avi Shlaïm, rozprawiając się z powszechną opinią, wskazuje, że atak 7 października 2023 r. „nie spadł z nieba”, ale wziął się z „nielegalnej i niezwykle brutalnej izraelskiej okupacji wojskowej terytoriów palestyńskich od czerwca 1967 r.” oraz „duszącej blokady ekonomicznej” (a w kolejnych latach całkowitego oblężenia) nałożonej na Gazę w 2006 r., po miażdżącym zwycięstwie Hamasu w wyborach parlamentarnych w styczniu tego roku odniesionym nad Fatahem, kierowanym przez prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa.

Wbrew narracji, że Hamas stawia sobie za cel zniszczenie Izraela, Shlaïm, palestyński naukowiec Khaled Hroub i brytyjski badacz Colter Louwerse przypominają w tej książce, że od czasu objęcia władzy, islamistyczny ruch wysyłał wiele sygnałów gotowości do kompromisu z Tel Awiwem: wielokrotnie wskazywał „że jest gotowy złagodzić swój program w celu osiągnięcia wynegocjowanego porozumienia” z Izraelczykami i „zaoferował im [w tym celu] trwały rozejm”. Jego przywódcy w pewien sposób uznali istnienie Izraela „akceptując rozwiązanie dwupaństwowe” (przynajmniej tymczasowo, przez kilka dekad), oparte na wycofaniu się Izraela do granic z 4 czerwca 1967 r. (sprzed wojny sześciodniowej). W marcu 2007 r., po miesiącach bojkotu rządu islamistycznego przez Tel Awiw i Zachód, opierającego się na założeniu, że Hamas miałby być „organizacją terrorystyczną”, ten ostatni utworzył gabinet jedności narodowej z Fatahem („umiarkowany rząd, złożony z technokratów zamiast polityków”), pomimo wzajemnej wrogości. Jednak wszystkie te gesty zostały odrzucone przez Izrael.

Strategia odrozwoju

Blokada i niszczycielskie działania prowadzone przeciwko Gazie po 2007 r. w odpowiedzi na wystrzeliwane stamtąd rakiety sprawiły, że ten przybrzeżny pas ziemi, będący i tak już najbiedniejszym palestyńskim terytorium, pogrążył się w głębokim kryzysie ekonomicznym. Amerykańska ekonomistka Sara Roy w tym samym dziele określiła całkowitą blokadę oraz niszczenie infrastruktury tego terytorium przez Izrael mianem ekonobójstwa, a jego częścią uznała zrzucanie na ONZ i organizacje humanitarne zadania zaspokojenia podstawowych potrzeb ludności (żywność, mieszkania, opieka zdrowotna, edukacja itd.). Jej zdaniem, strategia ta wpisuje się w izraelską politykę „odrozwoju” prowadzoną wobec Gazy. Koncept ten ukuła na określenie ogółu środków stosowanych przez Tel Awiw od 1967 r. w celu „pozbawienia gospodarki palestyńskiej jej zdolności produkcyjnych i jakichkolwiek możliwości znaczącego wzrostu strukturalnego, a także zamknięcia rynku wewnętrznego terytoriów okupowanych, aby uzależnić go od importu towarów izraelskich” [5]. To przedsięwzięcie gospodarczej i społecznej dekonstrukcji, które pogrążyło znaczną część mieszkańców tego terytorium w skrajnym ubóstwie i doprowadziło do bardzo wysokiego bezrobocia, bezpośrednio przyczyniło się do przekształcenia Gazy w beczkę prochu.

Jeśli ataki z 7 października 2023 r. nie wzięły się z niczego, lecz są produktem dziesięcioleci ucisku, to dlaczego Hamas wybrał właśnie ten moment na rozpoczęcie ataku i jakie były jego cele? W tej kwestii autorzy książki różnią się w swoich interpretacjach. Według Shlaïma, palestyńskie ataki zostały przeprowadzone głównie w celu udaremnienia, dokonującego się wówczas i promowanego przez Waszyngton, zbliżenia między Izraelem a Arabią Saudyjską, które miało włączyć Rijad do porozumień normalizacyjnych podpisanych w 2020 r. przez Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Bahrajn, Sudan i Maroko. Według Hrouba oraz holendersko-palestyńskiego analityka Mouina Rabbaniego, chodziło raczej o skłonienie Tel Awiwu do zakończenia blokady i oblężenia wojskowego, uwolnienia palestyńskich więźniów politycznych i powstrzymania profanacji świętych miejsc w Jerozolimie przez osadników, lecz również o zaangażowanie „osi oporu”, kierowanej przez Iran, w celu osłabienia Izraela i jego sojuszników w regionie. Podczas gdy uwolnienie tysięcy palestyńskich więźniów zostało uzyskane w zamian za uwolnienie izraelskich jeńców przetrzymywanych w enklawie od 7 października 2023 r. – inne cele nie zostały osiągnięte. Co gorsza, „wojna totalna”, rozpoczęta dzień po ataku przez Tel Awiw, przyniosła, przy całkowitej obojętności Zachodu, masakrę ludności na wielką skalę – unicestwienie 80% przybrzeżnego pasa i przymusowe wysiedlenie 90% jego ludności.

Nie jesteśmy liczbami

Jeden ze współautorów Deluge, Ahmed Alnaouq, napisał bardzo osobistą relację z codziennego życia pod blokadą i oblężeniem. Pochodzący z enklawy i od 2019 r. mieszkający w Londynie, palestyński dziennikarz stracił około 20 członków rodziny w izraelskim bombardowaniu domu jego rodziców w październiku 2023 r. (jeden z jego braci zginął już podczas wojny w 2014 r.). „Dla mnie i ocalałych członków mojej rodziny jest to wyjątkowa tragedia, mówi. Jest to również wyjątkowa tragedia dla świata. Ponieważ to, na co przymyka oczy w Strefie Gazy, od 2023 r. i wcześniej, jest plamą, której nigdy nie uda się wymazać”. Alnaouq jest także współzałożycielem – obok innego gazańskiego poety i nauczyciela Refaata Alareera (zabitego w grudniu 2023 r.) – kolektywu We Are Not Numbers (WANN, „Nie jesteśmy liczbami”), istniejącego od 2015 r.

Celem WANN jest oddanie głosu palestyńskiej młodzieży poprzez umożliwienie aspirującym pisarzom z Gazy, wspieranym przez profesjonalnych autorów, publikacji ich tekstów na stronie internetowej WANN. Ma to na celu udokumentowanie tragedii doświadczanej przez Palestyńczyków, lecz także „ich nadziei i pasji”, oraz walkę przeciwko odczłowieczaniu ich przez Izrael i zachodnie media. WANN zamieścił na swojej stronie internetowej zbiór tekstów wybranych spośród tysięcy opublikowanych w latach 2015-2024 [6]. Uszeregowane według roku powstania, dziesięć rozdziałów książki zawiera teksty w różnych formach (opowiadania, eseje, wiersze). Książkę otwierają i zamykają fragmenty słynnego już wiersza Refaata Alareera If I Must Die, (Jeśli muszę umrzeć) napisanego na krótko przed jego śmiercią: Jeśli muszę umrzeć, / Ty musisz żyć, / żeby opowiedzieć moją historię, / żeby sprzedać moje rzeczy, / kupić kawałek płótna / i trochę sznurka, / (…) Żeby gdzieś w Gazie dziecko, / patrzące w oczy niebiosom, / zobaczyło latawiec / i pomyślało przez chwilę, / że to anioł”.

Walka z odczłowieczaniem Palestyńczyków „poprzez opowiadanie o horrorze”, który muszą znosić i „poprzez obalanie argumentów uzasadniających ludobójstwo” jest również celem książki dziennikarki Meriem Laribi [7]. Od 7 października 2023 r. do 7 października 2024 r. prowadziła ona dziennik trwającej w Strefie Gazy wojny eksterminacyjnej. Opierająca się na różnych źródłach – informacjach dostarczanych przez palestyńskich korespondentów na miejscu oraz przez niezależne media w języku arabskim, angielskim, francuskim, w tym również izraelskie (jak strona internetowa +972 Magazine), raporty organizacji praw człowieka itp. – jej praca pomaga „poukładać puzzle tej tragedii”. Stosując „antykolonialistyczne” podejście i „nie-zachodni punkt widzenia”, Laribi obnaża współodpowiedzialną bierność „społeczności międzynarodowej” i manipulacje stronniczej prasy. „We Francji – pisze – większość dziennikarzy telewizyjnych pada plackiem przed francuskojęzycznym rzecznikiem izraelskiej armii, Olivierem Rafowiczem – małym, aroganckim, lecz niezbyt imponującym mężczyzną, którego można zobaczyć absolutnie wszędzie i w każdej chwili”. Autorka podkreśla fakt, że Izrael zakazuje dziennikarzom wjazdu do Gazy, żeby łatwiej było mu „ukryć masakrę”. Pisze, że „zachodnie media stosują się do tej cenzury i dokładają kolejną warstwę poprzez ignorowanie lub lekceważenie pracy gazańskich dziennikarzy, którzy w każdej chwili ryzykują własnym życiem (…). Gdyby nie oni, nie wiedzielibyśmy nic o tym, co dzieje się w Gazie. To lekceważenie dziennikarskiej profesji stawia ich w jeszcze większym niebezpieczeństwie, ponieważ izraelska armia czuje się uprawniona do ich eliminowania, co nie wywołuje najmniejszych sprzeciwów”.

Mapy widma i matryce kolonizacji

Obok książek historycznych i esejów opublikowanych w ostatnich miesiącach, pojawiło się wiele prac łączących mapy, ilustracje, kalendaria i dane liczbowe, które pozwalają stworzyć sobie obraz obecnej sytuacji i zrozumieć jej korzenie. Kilka z nich wyróżnia się oryginalnością przedstawionej dokumentacji i klarownością analiz. Na przykład praca autorstwa geografa-kartografa Philippe’a Rekacewicza i dziennikarza Dominique’a Vidala [8] – korzystając z bogatego materiału kartograficznego i często mało znanych archiwów, obaj autorzy postanowili „prześledzić półtora wieku bardzo burzliwej historii”. Książka, wzbogacona o kalendaria wydarzeń i ramki tematyczne, wyjaśnia, w jaki sposób Wielka Brytania wspierała syjonizm na początku XX w. i ideę stworzenia w Palestynie państwa żydowskiego – mającego stanowić wysunięty przyczółek Zachodu – w imię przede wszystkim swoich interesów geostrategicznych. Przedstawia również „mapy-widmo” z projektów pokojowych tworzonych w latach 2000., które pozostały tylko na papierze. Aby lepiej zrozumieć „matrycę okupacji” i paradygmat aneksji, pokazuje fragmentację Zachodniego Brzegu za pomocą rozległej sieci izraelskich osiedli, dróg przeznaczonych wyłącznie dla osadników i wojska, setek punktów kontrolnych, którymi usiane jest terytorium palestyńskie, „muru separacyjnego” itd. Wreszcie, przygląda się narzuconej judaizacji Wschodniej Jerozolimy dokonującej się w miarę radykalizacji kolejnych izraelskich rządów.

Zdecydowanie wart wspomnienia jest opublikowany pierwotnie w 2011 r. i wielokrotnie aktualizowany atlas emerytowanego profesora uniwersyteckiego Jeana-Paula Chagnollauda oraz badacza i wykładowcy z dziedziny geopolityki Pierre’a Blanca [9]. Przygląda się on drodze pokonanej przez Palestyńczyków od końca XIX w., czasów osmańskich, aż do ostatnich wydarzeń. Wspominają o „szoku 7 października”, jak również o podziałach dyplomatycznych wśród państw europejskich, „niezachwianym wsparciu” Waszyngtonu dla Izraela, a także dwulicowości państw arabskich wobec Palestyny od 1948 r. O ile walory edukacyjne tego dzieła są niezaprzeczalne, o tyle niektóre stwierdzenia wydają się dyskusyjne. Widać to na przykładzie „rozwiązania dwupaństwowego”, które autorzy uznają za „politycznie konieczne i materialnie możliwe”, wbrew kolonialnej rzeczywistości w terenie oraz odrzuceniu tej idei przez większość młodych Palestyńczyków.

Spojrzenia w przyszłość

W książce (Comprendre la Palestine), będącej owocem dziesięcioletnich badań, rysowniczka Alizée De Pin i badacz Xavier Guignard proponują dogłębny przegląd historii Palestyny – historii, jak piszą, „wywłaszczenia, walki, segregacji i suwerenności, która stała się niemożliwa” [10]. Dwójka autorów naświetla tak potrzebne – i rzadko analizowane dogłębnie – tematy jak: szczegółowe funkcjonowanie Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa („państwo z papieru” i „instrument kontrolowania Palestyńczyków na terytoriach okupowanych”), kwestia prawa do zbrojnego oporu, przejmowanie przez władze okupacyjne palestyńskich zasobów naturalnych (w tym warstw wodonośnych na Zachodnim Brzegu) na rzecz osadników, czy ruch więźniów zapoczątkowany w latach 1980. Główną wartością dodaną tej pracy jest wybór jako jej przewodniego tematu kwestii podziału Palestyny, narzuconego przez ONZ w 1947 r., odrzuconego wówczas przez Palestyńczyków, którzy opowiadali się za jednym państwem skupiającym Arabów i Żydów. Autorzy postanowili pokazać, w jaki sposób idea podziału Palestyny na dwa podmioty polityczne „pojawiła się, jeszcze zanim przekształciła się w mrzonkę”. W świetle obecnej sytuacji, uznają, że „rozwiązanie dwupaństwowe”, ta „prawdziwa mantra dyplomatyczna” społeczności międzynarodowej jest „ułudą”: „Separacja, której wymagałby podziała na dwa państwa, nigdy nie była równie niemożliwa, umacniając dominację” Izraela nad Palestyńczykami. Ich zdaniem „jedyną alternatywą jest kohabitacja” w ramach tego samego państwa „opierającego się na zasadzie całkowitej równości między wszystkimi obywatelami”.

Opinia ta jest sprzeczna z przemyśleniami wielu specjalistów zajmujących się „konfliktem” izraelsko-palestyńskim, w tym Jeana-Pierre’a Filiu, gorącego orędownika „rozwiązania dwupaństwowego”, z „demokratycznym i zdemilitaryzowanym” państwem palestyńskim mającym funkcjonować obok państwa izraelskiego. W swojej książce Comment la Palestine fut perdu [11] historyk wyjaśnia, że model ten stanowi „jedyny horyzont dla przyszłego współistnienia na tej samej ziemi dwóch narodów, i to na podstawie równowagi sił będących obecnie w przeważającej mierze po stronie Izraela”. Bez tych ram współistnienia – dodaje – „ten układ sił nie przyniesie państwu żydowskiemu ani bezpieczeństwa, ani stabilności”. Natomiast odwrotnie jest według Pappégo, który zgadza się ze stanowiskiem De Pina i Guignarda – jedynym sposobem na rozwiązanie problemu uchodźców i palestyńskiej mniejszości w Izraelu jest stworzenie „jednego demokratycznego państwa, w którym każdy, czy to Palestyńczyk, czy Izraelczyk, cieszyłby się równymi prawami i swobodą przemieszczania się na terenie całej historycznej Palestyny”.

W czasie, gdy umacnia się system apartheidu wprowadzony przez Izraelczyków, oraz gdy intensyfikują się działania na rzecz aneksji terytoriów okupowanych, bardziej niż kiedykolwiek konieczne jest zbadanie możliwości wyrwania się z kolonialnego paradygmatu nieodłącznie związanego z syjonizmem, tak, aby zbudować wspólne państwo i uniknąć pogrążenia regionu w jeszcze głębszym chaosie. Już w 2006 r., w wizjonerskim fragmencie w podsumowaniu swojej książki na temat czystek etnicznych w Palestynie, Pappé ostrzegał: „[Palestyńczycy] nigdy nie będą mogli stać się częścią syjonistycznego państwa i przestrzeni. Dlatego nadal będą walczyć. Miejmy nadzieję, że ich walka będzie pokojowa i zwycięska. Jeśli nie, stanie się desperacka i mściwa, i, jak cyklon, wciągnie nas wszystkich w ogromną i nieustającą burzę piaskową”. Dwie dekady później, słowa te wybrzmiewają z całą mocą.

Autorstwo: Olivier Pironet
Tłumaczenie: Ewa Cylwik
Źródło: Monde-Diplomatique

Przypisy

[1] Ilan Pappé, Le Nettoyage ethnique de la Palestine, tłum. z ang. Paul Chemla, La Fabrique, Paryż 2024.

[2] Ilan Pappé, A Very Short History of the Israel-Palestine Conflict, Oneworld Publications, Londyn 2024.

[3] Na temat historii Gazy od czasów starożytnych czyt. zwłaszcza Gerald Butt, Gaza, au carrefour de l’histoire (tłum. z ang. Christophe Oberlin), Erick Bonnier, Paryż 2011; oraz Jean-Pierre Filiu, Histoire de Gaza, Fayard, Paryż 2024 (wyd. I 2012).

[4] Avi Shlaïm, przedmowa do Jamie Stern-Weiner (red.), Deluge: Gaza and Israel from Crisis to Cataclysm, OR Books, Nowy Jork 2024.

[5] Por. Sara Roy, The Gaza Strip: The Political Economy of De-development, Institute for Palestine Studies, Waszyngton, 2016 (wyd. I 1995).

[6] Ahmed Alnaouq i Pam Bailey (pod red.), We Are Not Numbers: The Voices of Gaza’s Youth, Hutchinson Heinemann, Londyn 2025.

[7] Meriem Laribi, Ci-gît l’humanité. Gaza, le génocide et les médias, z przedmową Alaina Gresha, Éditions Critiques, Paryż 2025.

[8] Philippe Rekacewicz i Dominique Vidal, Palestine-Israël. Une histoire visuelle, Seuil, Paryż 2024.

[9] Pierre Blanc i Jean-Paul Chagnollaud, Atlas des Palestiniens. Itinéraire d’un peuple sans État, kartografia Madeleine Benoit-Guyod, Autrement, Paryż 2025 (wyd. IV).

[10] Alizée De Pin i Xavier Guignard, Comprendre la Palestine. Une enquête graphique, Les Arènes, Paryż 2025.

[11] Jean-Pierre Filiu, Comment la Palestine fut perdue. Et pourquoi Israël n’a pas gagné. Histoire d’un conflit (XIX e-XXIe siècle), Seuil, Paryż 2024.

Japonia: 桜咲く国 [akura saku kuni] – kraj, w którym kwitną wiśnie

Japonia: 桜咲く国 [akura saku kuni] – kraj, w którym kwitną wiśnie

Pielgrzymi podczas dorocznej pielgrzymki FSSPX do Akity

Japonia, nazywana również Krajem Wschodzącego Słońca, pozostaje jednym z najtrudniejszych terenów misyjnych dla Kościoła katolickiego. Katolicy stanowią tam mniej niż 0,5% społeczeństwa, a chrześcijaństwo pozostaje religią mniejszościową. Mimo to od kilkudziesięciu lat rozwija się tam apostolat Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, który stopniowo obejmuje kolejne środowiska wiernych przywiązanych do Tradycji katolickiej.

Historia apostolatu FSSPX w Japonii sięga jeszcze czasów abp. Marcela Lefebvre’a. Pierwsza Msza św. celebrowana przez kapłana Bractwa na ziemi japońskiej, została odprawiona przez ks. Ryszarda Williamsona FSSPX już w 1978 r. Kolejna celebracja była możliwa dopiero w 1985 r., co pokazuje, jak sporadyczna była wówczas obecność kapłanów Bractwa w tym kraju. Od 1987 r. kapłani Bractwa zaczęli przyjeżdżać z Australii kilka razy w roku, aby odprawiać Mszę św. i udzielać sakramentów nielicznej grupie wiernych.

Natomiast początki regularnego apostolatu przypadają na lata dziewięćdziesiąte. Dużą rolę odegrał wówczas ks. Nanasaki z Nagoi, wierny celebrans tradycyjnej Mszy. Przed swoją śmiercią zachęcił parafian do zwrócenia się do abp. Marcela Lefebvre’a z prośbą o przysłanie kapłanów Bractwa do Japonii. Prośba ta została wysłuchana i stała się początkiem systematycznej obecności FSSPX w tym kraju.

W czerwcu 1993 r. święcenia kapłańskie przyjął ks. Tomasz Onoda FSSPX. Od 1994 roku rozpoczęto regularne, comiesięczne odprawianie Mszy św. w Tokio i Osace, co zapoczątkowało stałą działalność misyjną Bractwa w Japonii. Przez wiele kolejnych lat to właśnie ks. Onoda był głównym filarem apostolatu. Początkowo regularnie przybywał z Filipin, aby udzielać sakramentów i opiekować się wiernymi rozsianymi po całym kraju. Dzięki jego wytrwałej pracy wspólnoty w Tokio i Osace mogły rozwijać się pomimo licznych trudności.

Owocem wytrwałej pracy apostolskiej w Japonii są kolejne rodziny, które dzięki Bożemu błogosławieństwu wzrastają w wierze

Przełomowym wydarzeniem było utworzenie na północ od Tokio w styczniu 2021 r. pierwszego przeoratu Bractwa w Japonii (Stella Matutina). Pisaliśmy o tym TU. Jego pierwszymi mieszkańcami zostali ks. Tomasz Onoda FSSPX i ks. Stefan Demornex FSSPX. Później ks. Demornexa zastąpił ks. Benedykt Wailliez FSSPX, a obecnie do apostolatu dołączył również ks. Iwo Fillebeen FSSPX. Otwarcie przeoratu zakończyło, trwający blisko trzy dekady, etap misji prowadzonej głównie przez kapłanów przybywających z zagranicy i zapewniło wiernym stałą opiekę duszpasterską.

Obecnie Bractwo prowadzi stałe ośrodki w Omiya koło Tokio oraz w Takatsuki niedaleko Osaki. Msza św. jest także regularnie odprawiana w Nagoi, a kapłani odwiedzają Sapporo i inne miasta, gdzie organizowane są nabożeństwa dla wiernych.

Wspólnota wiernych pozostaje niewielka. Około 120 osób uczestniczy regularnie w życiu kaplicy w Tokio, a około 60 w Osace. Mimo tej skromnej liczby, widoczne są konkretne owoce apostolatu. W ostatnich miesiącach zawarto dwa małżeństwa oraz udzielono jedenastu chrztów, w tym wielu osobom nowo nawróconym na wiarę katolicką.

https://youtube.com/watch?v=igDcOoczElc%3Ffeature%3Doembed

Działalność Bractwa obejmuje nie tylko regularne odprawianie Mszy św. (można ich wysłuchać na żywo na oficjalnym kanale ) i udzielanie sakramentów, ale także rekolekcje, katechezę, formację dzieci i młodzieży oraz pielgrzymki, w tym coroczną pielgrzymkę do sanktuarium w Akicie. Dla wielu Japończyków zetknięcie się z tradycyjną liturgią rzymską jest pierwszym spotkaniem z pełnią katolickiej Tradycji.

Historia apostolatu w Japonii pokazuje, że nawet na terenach, gdzie katolicy stanowią tak niewielki ułamek społeczeństwa, cierpliwa i wytrwała praca misyjna przynosi owoce. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X kontynuuje tam dzieło przekazywania Tradycji katolickiej, nawiązując do dziedzictwa św. Franciszka Ksawerego, św. Maksymiliana Marii Kolbego oraz japońskich męczenników, którzy przed wiekami oddali życie za wiarę.

W październiku 2025 roku polscy wierni odbyli pielgrzymkę do Japonii śladami św. Maksymiliana Marii Kolbego. Przewodniczył jej przełożony Dystryktu Polski – ks. Karol Stehlin FSSPX, a pielgrzymom towarzyszył również ks. Onoda. Miejsca związane z życiem św. Maksymiliana oraz działalnością Bractwa w Japonii można obejrzeć na kanale „Triumf Niepokalanej”.

Pielgrzymi podczas dorocznej pielgrzymki FSSPX do Akity
Owocem wytrwałej pracy apostolskiej w Japonii są kolejne rodziny, które dzięki Bożemu błogosławieństwu wzrastają w wierze

Źródło

O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego

O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego

magnapolonia/o-katolickich-zasadach-tolerancji-religijnej-wedlug-kard-ottavianiego

O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego

       Znana katolicka sentencja stanowi, że błąd nie ma żadnych praw, przede wszystkim zaś obiektywnie nie ma prawa istnieć. Jak bowiem stwierdził Pius XII, żadna władza publiczna nie ma kompetencji, aby komukolwiek wydać pozytywne upoważnienie do głoszenia czegoś, co sprzeciwia się prawdzie katolickiej[1]. W innym zaś miejscu wspomniany papież przypomina, że granicą wolności sumienia każdego człowieka jest prawdziwość Bożego Objawienia[2]. Jeśli tej ramy zabraknie, to – jak naucza Grzegorz XVI – owa wolność stanie się w istocie wolnością błądzenia, od której to nie ma bardziej nieszczęśliwej śmierci dla duszy[3]. Wprowadzenie takiej wolności w państwach było – jak potwierdza Pius VII – celem wolnomularstwa[4].

            Powyższe nie oznacza jednak, że katolickie władze publiczne mają bezwzględny obowiązek zawsze z całą surowością zwalczać każde przejawy fałszywego kultu. Faktem jest, że Pius XII w przemówieniu Ci Riesce (1953 r.) obwieszcza istnienie „obowiązku tłumienia błędu moralnego i religijnego”, także „przy pomocy praw cywilnych lub środków przymusu”[5]. Papież zaznacza jednak, że ten obowiązek nie jest dla rządu państwowego ostatecznym kryterium postępowania. Mogą bowiem istnieć racje praktyczne, które w określonych okolicznościach wskażą nam tolerancję jako roztropniejszy (lub nawet poniekąd nakazany) sposób postępowania.

            W niniejszym artykule zwięźle omówimy katolickie zasady odnoszące się do tolerancji religijnej, bazując przede wszystkim na spisanym po łacinie podręczniku Compendium iuris publici ecclesiastici, autorstwa Alfredo kard. Ottavianiego. Począwszy od 1928 roku, Ottaviani pracował w kurii rzymskiej, zaś od 1935 roku w stojącej na straży czystości doktryny Kongregacji Świętego Oficjum. Był ostatnim kardynałem, który faktycznie[6] stał na czele tego urzędu kurialnego, zastąpionego w 1966 roku Kongregacją Nauki Wiary. W okresie przed II Soborem Watykańskim wskazana pozycja książkowa uzyskała status referencyjnej, wyznaczając standardy nauczania w swojej dziedzinie. Używana była przede wszystkim jako podręcznik w rzymskich seminariach i na uniwersytetach papieskich. Pomocniczo będziemy korzystali również z innych podręczników.

Tolerancja a wolność religijna

            Wywód odnoszący się do relacji państwa o ustroju katolickim względem fałszywych religii odnajdziemy w części III podręcznika, dotyczącej stosunków między Kościołem a państwem. W artykule V, zatytułowanym „O tolerancji fałszywych kultów”, Kardynał przedstawia na wstępie definicję samej tolerancji. Przypomina, że oznacza ona cierpliwe znoszenie czegoś, co zasadniczo uważamy za złe, nam samym przeciwne lub uciążliwe. Nie wiąże się ona więc z aprobatą zjawiska, które jesteśmy zmuszeni w tych lub innych okolicznościach tolerować. Jak wskazuje Ottaviani, w odniesieniu do fałszywych religii, tolerancja dozwolona jest na zasadzie tzw. dopuszczenia komparatywnego (porównawczego). Oznacza to, że państwo musi zważyć, czy istnieją jakiegoś rodzaju racje praktyczne, które w danych okolicznościach wystarczająco usprawiedliwiają tolerowanie błędu religijnego. Sam fałszywy kult nie ma bowiem prawa do istnienia.

            Jednocześnie Autor kategorycznie przeciwstawia tak rozumianą tolerancję religijną rozporządzeniom prawnym, które przyznają wszystkim kultom pełnię wolności oraz równe prawa w sferze praktyk religijnych. Takie regulacje uważa za konsekwencję błędu, jakim jest fałszywa wolność sumienia. Cechuje ona państwa liberalne, które na tej samej płaszczyźnie stawiają religię katolicką z fałszywymi wyznaniami, zrównując tym samym prawdę z błędem. W takiej sytuacji nie mówimy o tolerancji, lecz o praktycznym indyferentyzmie państwa. Jest on, w ocenie Kardynała, w istocie swojej równy ateizmowi. Wynika to z faktu, że w tak postępującym państwie za zasadę nie jest uznawany ekskluzywizm katolicyzmu, lecz wolność kultu.

            Ottaviani stwierdza, że cechująca państwa liberalne wolność sumienia stanowi współdziałanie władz publicznych w szerzeniu błędu oraz ich udział w pomnażaniu niebezpieczeństw dla zbawienia dusz poddanych. Tymczasem tolerancja rozumiana po katolicku jest – jak podkreśla Autor – „cierpliwym znoszeniem zła w celu uniknięcia większych nieszczęść”. Nie może ona oznaczać przyznania innowiercom przez państwo istotowego prawa do błędu. Jeśli stosowana jest tolerancja, dzieje się to wyłącznie na mocy ludzkiego prawa pozytywnego, w drodze uzasadnionego wyjątku, gdyż fałszywe religie nie mają jakichkolwiek praw przyrodzonych.

Zakaz fałszywych kultów

            Przy zestawieniu liberalnej idei wolności sumienia z pojmowaną po katolicku tolerancją, najważniejszy jest więc punkt wyjścia. W pierwszym przypadku, jest nim domniemane „prawo” innowierców do praktykowania fałszywego kultu. Z kolei w drugim, obiektywny (choć dopuszczający praktyczne wyjątki) obowiązek zakazania przez państwo kultu niekatolickiego. Jak stwierdza kard. Ottaviani, „w normalnym stanie społeczeństwa katolickiego nie ma miejsca na tolerancję polityczną, lecz zachodzi ona wtedy i tylko wtedy, gdy istnieją racje, które tę tolerancję uzasadniają”. Tolerancja jest więc przykrym odstępstwem od ogólnej zasady, dopuszczalnym z przyczyn praktycznych, a nie automatyczną niemalże regułą. Autor podkreśla to tymi słowy:

„W płaszczyźnie bowiem zasad, które należy stosować za każdym razem, gdy można przywrócić prawidłowy stan rzeczy bez poważniejszych niedogodności dla państwa, nie ma nic bardziej oczywistego niż to, że na rządzących chrześcijanami, w społeczeństwie katolickim, ciąży obowiązek zakazania kultów heterodoksyjnych (niekatolickich).

Oznacza to, że choć „racje, które tę tolerancję uzasadniają” we współczesnych czasach pojawiają się częściej, niż to miało miejsce w przeszłości (co kard. Ottaviani odnotowuje), prawidłowym stanem rzeczy, do którego należy konsekwentnie dążyć, jest wykluczenie z państwa wszelkiego kultu niekatolickiego. Zatem „za każdym razem, gdy można przywrócić prawidłowy stan rzeczy bez poważniejszych niedogodności dla państwa”, na władzy publicznej „ciąży obowiązek zakazania” fałszywych religii.

W podobny sposób, co Ottaviani, kwestię tę ujmuje Louis kard. Billot SJ. W traktacie De Ecclesia Christi wśród zadań władzy publicznej wymienia „prawny i całkowity zakaz fałszywych kultów na terenie państwa”, gdy tylko jest to możliwe bez poważniejszych skutków ubocznych. Jak stwierdza, „samo dobro prawdziwej religii zachowuje się poprzez wykluczenie fałszywych religii”. Dodaje przy tym, że „zamykanie wstępu do państwa fałszywym religiom leży we władzy suwerena świeckiego”[7]. Analogicznie sprawę wykłada niemiecki teolog, ks. Anton Straub SJ, podkreślając iż w normalnych okolicznościach „Kościół per se nie może aprobować tolerancji politycznej, w ramach której władza państwowa nie powstrzymuje fałszywych religii przed szerzeniem się”[8].

Wśród racji, które nakładają na katolickie władze państwowe obowiązek zakazania kultu niekatolickiego, kard. Ottaviani wymienia argumenty należące zarówno do porządku doczesnego, jak i nadprzyrodzonego. Pisze o obowiązku społeczeństwa cywilnego do przyjęcia prawdziwej religii, obowiązku państwa do strzeżenia nie tylko materialnych dóbr obywateli, ale w pierwszej kolejności dóbr moralnych i duchowych, jak również o obowiązku wspierania i ochrony Kościoła, którym związane jest państwo chrześcijańskie na mocy pośredniego podporządkowania wymiaru doczesnego porządkowi duchowemu. Wreszcie, uznaje że zakaz fałszywych kultów jest użyteczny dla samego państwa „ponieważ popierając jedynie prawdziwą religię i zakazując fałszywych kultów, władca czy też państwo chroni pokój społeczny, który utrzymuje się dzięki jedności religijnej, oraz promuje moralność publiczną, dzięki której życie chrześcijańskie rozwija się w najwyższym stopniu”.

Z kolei ks. Franciszek Bączkowicz CM w swoim podręczniku (wydanie z 1957 roku) stwierdza, że „zezwolenie władzy świeckiej na istnienie różnych wyznań w obrębie państwa” należy zasadniczo potępić, jako że „każda władza świecka powinna popierać tylko prawdziwą religię, a usuwać wyznania fałszywe” oraz „nikt, więc także i państwo, nie ma przyczyniać się do rozszerzania błędów”. Autor powołuje się przy tym na encyklikę Leona XIII – Immortale Dei[9].

Dopuszczalność tolerancji

Kiedy więc dopuszczalna jest tolerancja fałszywych kultów przez państwo chrześcijańskie? Autor przedstawia tutaj racje praktyczne, odnoszące się do porządku publicznego, podpierając swój wywód nauką Leona XIII. Wymienia w tym miejscu przykłady, takie jak spodziewane niepokoje społeczne, w razie gdyby państwo podjęło taki sam w sobie słuszny krok, tj. zakazało religii niekatolickich. Jak już wspomniano, Ottaviani zaznacza, że należy uwzględnić, iż we współczesnych realiach tego typu okoliczności rzeczywiście występują częściej, niż to miało miejsce w przeszłości.

Jednocześnie, chcąc podkreślić, że nie jest to stan, który należy uznać za obiektywnie optymalny, Kardynał przywołuje w tym miejscu błędy potępione przez Syllabus papieża Piusa IX. Jak przypomina, w tym dokumencie napiętnowano takie stwierdzenia, jak: „W naszej epoce nie jest już użyteczne, by religia katolicka miała status jedynej religii państwowej, z wykluczeniem wszystkich innych wyznań” oraz „Chwalebne jest więc, że w pewnych krajach uważanych za katolickie ustawy zezwalają, by przybysze mogli tam sprawować publicznie swoje nabożeństwa”.

Jak stwierdza kard. Ottaviani:

            „(…) gdy zachodzą takie okoliczności, mając na uwadze dobro zarówno Kościoła, jak i państwa, mniejszym złem (lub mniejszym błędem) jest tolerowanie fałszywej religii niż jej nietolerowanie; władcy wolno wówczas pozwolić swoim [innowierczym] poddanym na wyznawanie religii odmiennej od prawdziwej i na praktykowanie fałszywego kultu”

            W swojej pracy Autor rozróżnia dwa stopnie takiej tolerancji, mianowicie: religię czysto tolerowaną (ut mere tolerata haberi) oraz uznaną (recepta), która oprócz samego zezwolenia na sprawowanie kultu otrzymuje od państwa także pewne prawa cywilne, np. do zarządzania własnymi dobrami i prowadzenia jakiegoś rodzaju działalności społecznej. Ottaviani uznaje, że „racja uniknięcia niezgody cywilnej może być tak wielka”, iż niekiedy nawet to może być dopuszczalne. Zaznacza, iż bywa tak, że innowiercy chronieni są przez umowy międzynarodowe, od których odstąpienie może wiązać się dla państwa z praktycznymi trudnościami. Jako przykład podaje, m. in. Polskę oraz mały traktat wersalski, chroniący mniejszości religijne i narodowe.

            W świetle Compendium iuris publici ecclesiastici, tolerancja wobec fałszywych religii jest więc pewnym ustępstwem ze strony państwa katolickiego. Tolerujemy, a więc z bólem znosimy, coś co uważamy za złe i wstrętne, albowiem chcemy w ten sposób uniknąć większego zła. Jednocześnie, kiedy to „bez poważniejszych niedogodności dla państwa” możliwe jest zakazanie fałszywych kultów, władza publiczna ma obowiązek tego rodzaju zakaz wdrożyć. W warstwie obiektywnej nie istnieje bowiem coś takiego, jak „prawo” innowiercy do praktykowania fałszywego kultu. Wyznawca fałszywej religii rzeczywiście może tkwić w nieprzezwyciężalnym błędzie, co zwalnia go z moralnej odpowiedzialności za tkwienie w fałszu. Fakt, że błądzący w dobrej wierze kroczy za swoim sumieniem, nie sprawia jednak, że sam czyn staje się obiektywnie dobry. Nie może więc taki czyn być w sferze obiektywnej źródłem jakiegokolwiek „prawa”.

            W innym uznanym rzymskim podręczniku autorstwa Camillo kard. Tarquini, w wydaniu z 1887 roku, czytamy że tolerancja przez państwo kultów innowierczych jest zasadniczo niedozwolona i to jest stan, który Autor uznaje za domyślny. Uzasadnia to w następujący sposób: „grzechem jest współdziałać z przesądami innowierców; tudzież ponieważ grzechem jest wystawiać katolików na niebezpieczeństwo zwiedzenia”. Aby możliwe było usprawiedliwienie tolerancji wobec fałszywych religii, „konieczne są te warunki, które są powszechnie przekazywane przez teologów do usprawiedliwienia współdziałania w grzechu innego człowieka, jak również do godziwego wystawienia się na okazję lub niebezpieczeństwo grzechu”. Wobec faktu, że – jak stwierdza kard. Tarquini – tolerancja jest co do zasady zabroniona, aby państwo mogło godziwie ją stosować powinno się uprzednio skonsultować z Najwyższym Pasterzem. W tym miejscu Autor odwołuje się do Syllabusa, przytaczając potępione tezy od 77 do 80, a więc m. in. następujący błąd: „W naszej epoce nie jest już użyteczne, by religia katolicka miała status jedynej religii państwowej, z wykluczeniem wszystkich innych wyznań”[10].

Podsumowanie

            W innych częściach omawianego rozdziału Compendium iuris publici ecclesiastici odnajdziemy zasady odnoszące się do przypadków szczegółowych. Dla przykładu, kard. Ottaviani omawia, na jakie ustępstwa w praktyce może się zgodzić Kościół, gdy religia katolicka w danym państwie nie stanowi wiary większości obywateli. Nie jest to jednak przedmiotem niniejszego artykułu, który to odnosi się do ogólnych zasad tolerancji religijnej w państwie o ustroju katolickim.

            W swojej pracy kard. Ottaviani odpowiada również na zarzut rzekomej hipokryzji, jako że Kościół w państwie katolickim dąży do ograniczenia, a w stanie idealnym wręcz zakazania fałszywych religii, zaś w państwie liberalnym domaga się dla siebie praw co najmniej takich samych, jak owe błędne kulty. Powołując się na kard. Billota Autor stwierdza, że takie stanowisko Kościoła jest w pełni spójne i logiczne. Skoro bowiem Kościół posiada przymioty wskazujące, że jest jedyną prawdziwą wiarą, nie może docelowo godzić się na traktowanie go tak samo, jak błędu. Jeśli tak czyni, to wyłącznie z konieczności. W ocenie Ottavianiego, gdyby Kościół w warstwie teoretycznej zaaprobował obowiązywanie w państwie zasady wolności religijnej, logicznie rzecz biorąc powinien przestać uważać się za jedyną prawdziwą religię.

            Jak widzimy, zasady przedstawione przez Alfredo kard. Ottavianiego stoją w rażącej sprzeczności z tym, czego władze kościelne nauczają obecnie, powołując się na deklarację Dignitatis humanae II Soboru Watykańskiego. Proklamuje ona „wolność od wszelkiego przymusu” w sprawach religijnych, obejmując nim również fałszywe kulty. Jako wyjątek od tej zasady przedstawia się kryterium „słusznych wymagań porządku publicznego”. O ile ono nie jest naruszone, także innowiercom ma rzekomo przysługiwać „prawo” do publicznego kultu i szerzenia swoich błędów w społeczeństwie. Nie byłoby więc możliwe ograniczanie ich działalności (nie mówiąc o zakazaniu) przez katolicką władzę publiczną z tego tylko powodu, że są fałszywe i stanowią zagrożenie dla zbawienia dusz innych obywateli. Takie ujęcie sprawy jest spójne ze światopoglądem wolnomularskim i liberalnym, który w świetle tradycyjnego Magisterium jest absolutnie niemożliwy do przyjęcia przez katolików.

Artykuł pt. O katolickich zasadach tolerancji religijnej według kard. Ottavianiego w zasadniczej części powstał na bazie następującego podręcznika:

Alfredo kard. Ottaviani, Compendium iuris publici ecclesiastici, Drukarnia Poliglotyczna (Watykańska), 1954, Imprimatur: Wikariat Państwa Watykańskiego, s. 304 – 314;

[1] Pius XII, Ci Riesce, Te Deum, Warszawa 2004, s. 10

[2] Pius XII, przemówienie Ecco che gia un anno, 6.10.1946, https://www.vatican.va/content/pius-xii/it/speeches/1946/documents/hf_p-xii_spe_19461006_roman-rota.html [dostęp: 11.08.2026]

[3] Grzegorz XVI, Mirari vos, Te Deum, Warszawa 2003, s. 14

[4] Pius VII, Ecclesiam a Jesu Christo, w: Encykliki o wolnomularstwie, Te Deum, Warszawa 2003, s. 34

[5] Pius XII, Ci Riesce…, dz. cyt., s. 12

[6] Aż do „reformy” Pawła VI formalnie na czele Kongregacji Świętego Oficjum stał osobiście papież

[7] Louis kard. Billot SJ, Tractatus De Ecclesia Christi. Tomus Secundus, Drukarnia i księgarnia Giachetti, Synowie i Spółka, 1910, Imprimatur: Alberto Lepidi OP Mistrz Świętego Pałacu Apostolskiego, Giuseppe Ceppetelli – Patriarcha Konstantynopola (łaciński), diecezja Prato, s. 106

[8] Ks. Antonius Straub SJ, Ecclesia Christi, Drukiem i nakładem Feliciana Raucha (L. Pustet), 1912, Imprimatur: Prowincja Austriacka Towarzystwa Jezusowego, diecezja Brixen w Tyrolu, s. 310

[9] Ks. Franciszek Bączkowicz CM, Prawo kanoniczne. Podręcznik dla duchowieństwa, Tom I, Wyd. Diecezjalne Św. Krzyża w Opolu, 1957, s. 159

[10] Camillo kard. Tarquini, Iuris Ecclesiastici Publici Institutiones. Drukarnia Poliglotyczna Świętej Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, 1887, Reimprimatur: Agostinho Bausa, z Zakonu Kaznodziejskiego, Mistrz Świętego Pałacu Apostolskiego, Giulio Lenti, Wiceregent, s. 67

Chwila prawdy: Jak Zachód mierzy się z postępami militarnymi Rosji

Chwila prawdy: Zachód mierzy się z postępami militarnymi Rosji

[Umieszczam, przypominam jako przygotowanie do niedługo publikowanego tekstu. md]

przez Thierry’ego Meyssana voltairenet

Przez dwa lata my, Zachód, żyliśmy w micie, że rzucimy Rosję na kolana i wciągniemy Ukrainę do Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego. Osądzimy Władimira Putina i sprawimy, że Rosja zapłaci. Dziś ten mit zderza się z rzeczywistością: Moskwa dysponuje teraz niszczycielską bronią, niespotykaną na Zachodzie. Uniemożliwia ona jakąkolwiek nadzieję na zwycięstwo naszych koalicji. Będziemy musieli przyznać się do błędu. Nie chodzi o przepraszanie za błędy, ale o uwolnienie się od nich.

Sieć Voltaire | Paryż (Francja) |6 listopada 2025 r.

26 października prezydent Rosji Władimir Putin i jego szef sztabu Walerij Gierasimow ogłosili zakończenie projektu miniaturyzacji reaktora jądrowego i jego instalacji na pocisku rakietowym. Poinformowali o przeprowadzeniu testowego wystrzelenia pocisku 9M730 Buriewiestnik na dystansie 14 000 kilometrów. Unikalną cechą tego napędu jądrowego (a co za tym idzie, jej zasięg jest praktycznie nieograniczony) jest możliwość naprowadzania jej w taki sposób, aby omijała stanowiska przechwytujące. Według rosyjskich władz czyni to z niej pocisk nie do zatrzymania.

29 października prezydent Putin przeprowadził [tj. pewnie przyglądał się md] test torpedy Status-6 Poseidon, torpedy o napędzie jądrowym. W całym Związku Radzieckim euroazjatyccy badacze wojskowi wierzyli, że podwodne eksplozje jądrowe mogą wywołać potężne tsunami. Aby to osiągnąć, musieli być w stanie wystrzelić torpedy znacznie dalej niż było to możliwe w tamtym czasie, aby uniknąć kataklizmów, które planowali wywołać. Udało się to osiągnąć. Mega-tsunami mogłoby zdewastować miasta takie jak Waszyngton czy Nowy Jork, a nawet grupy morskie okrętów, takie jak amerykańskie lotniskowce. Torpeda Poseidon jest jednak znacznie dłuższa niż inne: ma 21 metrów. W związku z tym nie może być wystrzelona z gotowych okrętów podwodnych i wymaga dedykowanego statku do jej wystrzelenia. Fakt, że może operować pod wodą niemal bez końca, z nawiązką rekompensuje to ograniczenie. W każdym razie ta torpeda zapewnia Rosji możliwość przeprowadzenia drugiego uderzenia w przypadku ataku ze strony USA. Do tej pory ten, kto pierwszy przeprowadził atak nuklearny, miał gwarancję, że pozbawi wroga głównego środka odwetu.

Żadna broń nie jest w pełni ostateczna. Każda istnieje w kontinuum postępów technologicznych; każda jest zastępowana przez inną; i ostatecznie napotyka na skuteczne środki obrony lub czyhające na nią drapieżniki. Jednak na razie wydaje się, że nie ma odpowiedzi na tę broń, podobnie jak nie ma jej na rosyjskie pociski naddźwiękowe.

W ciągu około dwudziestu lat Rosja zdobyła mnóstwo nowej broni, która przewyższa wszystkie zachodnie technologie.

W książce *Under Our Eyes* wyjaśniłem, że Rosja zgodziła się przyjść Syrii z pomocą w 2012 roku, ale zaznaczyła tam swoją obecność dopiero pod koniec 2015 roku. Przez prawie trzy lata dążyła do opracowania nowej broni i przyjechała, by ją przetestować w Lewancie. Zauważyłem, że dysponuje ona ogromnymi możliwościami, znacznie przewyższającymi osiągnięcia Stanów Zjednoczonych w okresie zimnej wojny. Oczywiście, broń ta, będąca jedynie prototypami, była niezwykle rzadka, ale wszyscy już rozumieli, że dominacja Zachodu to nic więcej niż iluzja.

Na przykład Rosja posiadała zdolność do odłączania rozkazów NATO od własnej [natowskiej md] broni. Nie było to formą zagłuszania; broń po prostu przestała reagować na polecenia. Ponieważ niektórzy obserwatorzy wątpili w jego skuteczność, Rosja rozszerzyła ten system na całą Syrię. A ponieważ działał on w obszarze okrężnym, częściowo rozszerzyła go na dwa dni na Liban, Irak i Turcję. Żaden samolot cywilny nie mógł latać. Następnie Rosjanie rozmieścili tę broń w Kaliningradzie i na Morzu Czarnym.

Zachód testował również liczne rodzaje broni, takie jak taktyczna bomba atomowa, która później zniszczyła port w Bejrucie.

W 2018 roku, po zakończeniu wojny w Syrii, prezydent Władimir Putin przedstawił parlamentowi swój program zbrojeniowy  [ 1 ] . Program ten obejmował sześć zaawansowanych broni: rakiety Sarmat (które opuszczają atmosferę, krążą wokół Ziemi i wracają do atmosfery w dowolnym momencie) i Kinzhal (sztylet); wyrzutnie 9M730 Buriewiestnik i Status-6 Posejdon z napędem jądrowym; rakiety Avangard, które łączą cechy rakiet Sarmat i Kinzhal z dodatkową manewrowością; i wreszcie lasery przeciwrakietowe. Tylko te ostatnie nie są jeszcze ukończone.

To, co w latach 2010. było jedynie prototypami, stało się operacyjne i weszło do masowej produkcji w czasie wojny na Ukrainie.

Reakcja Zachodu była niemal niesłyszalna. Głos zabrał tylko prezydent USA Donald Trump. Żałował, że jego rosyjski odpowiednik uznał za stosowne ujawnić jego wyczyny, ponieważ w ten sposób na nowo rozpalił wyścig zbrojeń. Co więcej, ogłosił, że Stany Zjednoczone wznawiają próby nuklearne. Donald Trump nie mógł postąpić inaczej: potępiając wznowienie wyścigu zbrojeń w Rosji, tłumaczy, że badania wojskowe Pentagonu pozostają daleko w tyle i zapewnia o pokojowym nastawieniu Waszyngtonu. Zapowiedź wznowienia prób nuklearnych jest sposobem na zmianę punktu ciężkości, ponieważ żadna z nowych rosyjskich broni nie stanowi postępu w kategoriach nuklearnych, a jedynie w kategoriach wyrzutni bomb atomowych.

Twierdzenie, że zrobi to, aby utrzymać parytet z Rosją i Chinami, to bezczelne kłamstwo: Rosja nie przeprowadziła prób nuklearnych od 1990 roku, a Chiny od 1996 roku. Co więcej, odbudowa lub renowacja obiektów z czasów zimnej wojny, a tym samym rozpoczęcie tych prób, zajmie co najmniej dwa lata. Do tego czasu Stany Zjednoczone będą jedynie „papierowym tygrysem”.

Zbliżamy się do końca działań wojennych na Ukrainie. Armia rosyjska jest o krok od zdecydowanego zwycięstwa w Donbasie. Nie tylko zdobędzie Pokrowsk, ale także zada trzecią klęskę Białemu Führerowi, Andrijowi Biłeckiemu, którego 10 000 żołnierzy zostało okrążonych. Dowodził on podczas bitwy pod Mariupolem w Pułku Azow, będącym awangardą „integralnych nacjonalistów”. Dowodził również w bitwie pod Bachmutem, stojąc na czele 3. Brygady Szturmowej. Kierował również walkami w Donbasie w 3. Korpusie Armijnym. Jest mało prawdopodobne, aby Ukraińcy nadal podążali za nim po tej serii masakr i porażek.

Jednak głównym celem operacji specjalnej pozostaje eliminacja neonazistów. Rosja poinformowała również Stany Zjednoczone 20 października, że ​​nie zamierza ustąpić w kwestiach terytorialnych, redukcji liczebności ukraińskich sił zbrojnych ani gwarancji, że Ukraina nigdy nie przystąpi do NATO.

Wspaniałe marzenia UE zderzą się z rzeczywistością: może ona kontynuować tę wojnę jedynie zdradzając ideały, które rzekomo podtrzymuje. Co więcej, popadła już w złudzenia, udając ignorancję co do faktu, że rosyjska „operacja specjalna” nie jest wojną inwazyjną przeciwko Ukrainie, ale wdrażaniem rezolucji Rady Bezpieczeństwa 2202. Przekonała samą siebie, że sprawi, że Rosja zapłaci za zbrodnie popełnione lub sprowokowane przez Zachód na Ukrainie i że będzie osądzać i skazywać Władimira Putina. Podobnie w latach 2010. przekonała samą siebie, że zmusi Syrię do kapitulacji i osądzi i skaże prezydenta Baszara al-Assada i całą Partię Baas  [ 2 ] .

To wszystko dobiega końca, w przeciwnym razie UE zostanie bezpośrednio wciągnięta w wojnę ze Słowianami, którą Wielka Brytania i Niemcy wywołały w 1933 roku [chodzi o dopuszczenie Hitlera do władzy. md] : II wojnę światową.

A armie UE, pozbawione arsenałów, nie mają szans na stawianie oporu dłużej niż dwa dni. Nie chodzi o chylenie czoła nowemu panu, Rosji, ale po prostu o przyznanie się do błędów, zanim będzie za późno.

Thierry Meyssan