Cz. I. Między zmianą systemu a państwem cywilizowanym

Wywiad Część 1:

Między zmianą systemu

a państwem cywilizowanym:

pogląd Dmitrija Trenina na temat

nowego globalnego klimatu

28 września 2026 Éva Péli nachdenkseiten

Podczas podróży do Moskwy Éva Péli rozmawiała z wieloma czołowymi politologami, dyplomatami, historykami i analitykami geopolitycznymi na temat fundamentalnej reorganizacji polityki światowej. W pierwszej części tego ekskluzywnego wywiadu Dmitrij Trenin , dyrektor Rosyjskiej Rady ds. Międzynarodowych (RIAC) i dyrektor naukowy Wyższej Szkoły Ekonomicznej (HSE), analizuje ideologiczne odejście Rosji od modelu zachodniego i wyjaśnia, dlaczego strategia Waszyngtonu ma na celu przede wszystkim trwałe osłabienie Moskwy.

Éva Péli: Panie Trenin, pańska praca analityczna jest dobrze znana i wysoko ceniona w niemieckich kręgach eksperckich, a mimo to główne niemieckie media systematycznie ignorują rosyjski punkt widzenia. Jednocześnie rosyjska opinia publiczna analizuje każde słowo niemieckich elit. Jak pan wyjaśni tę asymetryczną percepcję? I co to oznacza dla przyszłości jakiegokolwiek dialogu?

Dmitrij Trenin: To po prostu oznacza brak dialogu. W obecnych warunkach prawdziwy dialog między niemiecką elitą polityczną a przedstawicielami Rosji jest praktycznie niemożliwy. W najlepszym razie odbywa się on na poziomie jednostek, a po stronie niemieckiej zazwyczaj nie są to przedstawiciele elity rządzącej, lecz na przykład dziennikarze.

To fascynujące zjawisko, ponieważ wcześniej mieliśmy do czynienia z sytuacją dokładnie odwrotną: w Związku Radzieckim obowiązywał de facto zakaz prezentowania poglądów przeciwnika ideologicznego – czyli państw zachodnich – w całej ich rozciągłości. Ich stanowiska można było rozpatrywać jedynie przez pryzmat marksistowsko-leninowskiego światopoglądu i politycznych potrzeb radzieckiego kierownictwa.

Dziś mamy do czynienia z sytuacją dokładnie odwrotną. Choć prawdą jest, że nie trzeba już czytać prasy zachodniej bezpośrednio, niezwykle popularne programy telewizyjne, takie jak „60 Minutes”, oferują kompleksowy przegląd tego, co zachodnie media piszą w danym dniu.

Świadczy to z jednej strony o pewnej suwerenności i pewności rosyjskiego kierownictwa i elity, że argumenty naszych zachodnich przeciwników nie mogą mieć destrukcyjnego wpływu na kraj. Z drugiej jednak strony ujawnia wyczuwalny strach wśród niemieckich i zachodnich kręgów kierowniczych, że nieocenzurowana, pełna prezentacja rosyjskiego punktu widzenia może zostać uznana za niebezpieczną dezinformację. W porównaniu z sytuacją, powiedzmy, w 1976 roku, obie strony całkowicie zamieniły się rolami. W ciągu 50 lat relacje odwróciły się o całe 180 stopni.

W naszej wstępnej dyskusji opisał Pan Stany Zjednoczone nie jako neutralnego mediatora, lecz jako aktywną stronę konfliktu i podkreślił nieuchronność długotrwałej konfrontacji. Teraz odnosi się Pan jednocześnie do „specjalnej operacji dyplomatycznej” przeprowadzonej niedawno przez amerykańskich wysłanników Witkoffa i Kushnera w Moskwie i Kijowie.

Czy to nie sprzeczność? A może odzwierciedla ona dokładnie tę logikę, którą Pan nakreślił: niezmienną strategię, podczas gdy Waszyngton jedynie zmienia swoją taktykę?

Cóż, Stany Zjednoczone po prostu nie są mediatorem. Jednakże, będąc stroną tego konfliktu, mogą, właśnie w tej roli, prowadzić oficjalne rozmowy z przedstawicielami Rosji – negocjacje z USA są w istocie negocjacjami z przeciwnikiem. Ukraina jest jedynie instrumentem polityki amerykańsko-europejskiej i w żadnym wypadku nie działa jako niezależny aktor.

Amerykanie, nawiasem mówiąc, nawet nie nalegają na rolę mediatorów. Sekretarz stanu USA Marco Rubio jednoznacznie stwierdził, że Stany Zjednoczone nie są neutralne, ale zdecydowanie stoją po stronie Ukrainy itd. Nie oszukujmy się: negocjacje oczywiście można prowadzić za pośrednictwem neutralnego mediatora, ale można też negocjować bezpośrednio z przeciwnikiem – a w tym przypadku są to Stany Zjednoczone. Tak, Rosja jest przeciwnikiem, z którym prowadzi się negocjacje w trakcie wojny. Jest to dość powszechne i zdarzało się wielokrotnie w historii.

Przyjrzyjmy się celom Waszyngtonu: gdzie przebiega granica między pożądanym zawieszeniem broni a autentycznym, istotnym porozumieniem pokojowym? Jakie komunikaty przekazano podczas tej misji USA w Moskwie, które celowo przemilczano w Kijowie – i odwrotnie? Czy ta asymetryczna komunikacja wskazuje na to, że Waszyngton faktycznie chce rozwiązać konflikt, czy raczej go kontrolować?

Zakładam, że nadrzędnym celem administracji prezydenta USA Donalda Trumpa jest jak najszybsze zakończenie działań wojennych. Dałoby mu to możliwość zaprezentowania się jako tego, który zakończył wojnę – jako wybitnego dyplomatę i mediatora. Ma to dla niego ogromne znaczenie w polityce wewnętrznej, ponieważ jego dotychczasowe inicjatywy pokojowe przyniosły niewiele wymiernych rezultatów: wiele obiecał, ale niewiele zrealizował, ryzykując nowe kryzysy. Pilnie potrzebuje politycznego kompromisu.

Zatrzymanie wojny – a więc zawieszenie broni, a nie fundamentalne zakończenie konfliktu w sensie zajęcia się jego przyczynami – jest dla Trumpa całkowicie wystarczające. Dalsze kwestie, takie jak wyeliminowanie przyczyn konfliktu, nie interesują go zbytnio.

Oczywiście, Trump nie działa w próżni; istnieje aparat USA, administracja i tzw. Deep State. Dla nich Rosja pozostaje strategicznym przeciwnikiem, którego należy jeszcze bardziej osłabić, i konsekwentnie działają w oparciu o tę przesłankę. Nie potrzebują błogosławieństwa Trumpa za każdym razem. Dla samego Trumpa zaprzestanie działań wojennych jest zatem priorytetem, aby zabezpieczyć swoją pozycję polityczną w kraju. Jednak dla całego establishmentu USA głównym celem pozostaje powstrzymanie Rosji jako przeciwwagi dla hegemonii USA. Choć Rosja jest dopiero trzecią co do wielkości gospodarką świata pozazachodniego, jest niewątpliwie najbardziej aktywnym geopolitycznie aktorem. Moskwa posiada ogromne doświadczenie i możliwości działania, dlatego z perspektywy Waszyngtonu logiczne jest systematyczne osłabianie tych wpływów.

Sam uważa Pan, że samo zawieszenie broni jest wysoce ryzykowne, ponieważ dałoby Ukrainie jedynie czas na reorganizację wojskową i finansową. Jednocześnie bardzo ostro definiuje Pan minimalne warunki Rosji dla trwałego pokoju: masowe wycofanie wojsk, neutralność, demilitaryzacja, ochrona Kościoła i zmiana reżimu. Czy w tym kontekście istnieje jeszcze realne pole do kompromisu, czy też jakikolwiek krok poza te maksymalistyczne żądania jest, Pana zdaniem, równoznaczny z kapitulacją?

Cóż, to zależy wyłącznie od perspektywy. Jeśli przyjąć zachodnią interpretację – a przynajmniej tę, którą Zachód otwarcie komunikuje – że pierwotnym celem Rosji było rzekomo zajęcie całej Ukrainy, całkowite pozbawienie jej suwerenności i pełna aneksja kraju, to samo dalsze istnienie państwa ukraińskiego byłoby już ogromnym kompromisem. Oznaczałoby to, że państwo ukraińskie przetrwałoby w jakiejś formie, ale w zupełnie nowych warunkach. Jeśli chcesz to nazwać kompromisem, w porządku, można to tak postrzegać.

Ale szczerze mówiąc, nie odnoszę wrażenia, aby aktywna część Zachodu, która najzacieklej walczy z nami na Ukrainie – przede wszystkim część europejska – była choćby w najmniejszym stopniu gotowa zaakceptować ochronę naszych najistotniejszych interesów bezpieczeństwa. Dlatego jestem sceptyczny co do możliwości rozwiązania tego konfliktu przy stole negocjacyjnym. Szczegóły techniczne z pewnością można tam omówić, ale fundamentalne rozwiązanie musi ostatecznie zostać osiągnięte na miejscu, na polu bitwy.

To niewątpliwie tragiczne, bo każdy dzień pochłania tysiące ofiar i niszczy niezliczone życia. Jednak ze strony Kijowa i państw europejskich, które stoją za tym procederem, nie widzę nawet cienia chęci do dyskusji na temat warunków, które spełniałyby podstawowe wymogi bezpieczeństwa Moskwy.

Amerykanie z kolei wykazują pewną elastyczność i gotowość do kompromisu ze względu na wspomniane wcześniej wewnętrzne interesy polityczne. Europejczycy jednak tego nie robią, ponieważ ich własna logika polityczna nie ma w tym interesu. Wręcz przeciwnie, konflikt ten wydaje się w pewnym sensie korzystny dla Europy, a im dłużej trwa, tym lepiej wpisuje się w ich kalkulacje. Ukraina nie ma dla Europy żadnej wartości – jej mieszkańcy to w istocie ci sami Słowianie, którzy, choć obecnie są instrumentalizowani dla celów Zachodu, w gruncie rzeczy reprezentują tę samą sferę kulturową.

Po drugie, ich krwawa ofiara obejmuje również życie rosyjskich żołnierzy, co z europejskiej perspektywy przyczynia się do osłabienia Moskwy. Wątpię, czy ta strategia rzeczywiście przynosi Europie długoterminowe korzyści: osłabiając Rosję, jednocześnie odcina i destabilizuje cały region euroazjatycki kosztem przyszłości samej Europy.

Jeśli konfrontacja bloków stanie się trwałą globalną normą, co stanie się z wyzwaniami transnarodowymi, takimi jak ochrona klimatu, migracje i globalna współzależność gospodarcza? Czy postrzega Pan kraje BRICS lub Szanghajską Organizację Współpracy (SCO) jako realną, funkcjonującą alternatywę dla globalnej współpracy, czy też kryzysy te zostaną po prostu zaakceptowane jako nieuniknione straty uboczne w nowej logice bloków?

Wierzę, że jeśli chodzi o szeroki zakres kwestii środowiskowych – ponieważ klimat to ostatecznie tylko jeden aspekt, i to niezwykle upolityczniony – z pewnością nie musimy czekać na globalne mega-konferencje, aby wdrożyć konkretne środki ochrony środowiska. W naszym kraju stoimy przed ogromnymi wyzwaniami, takimi jak ekologiczna odnowa Arktyki, o której prezydent Putin mówił wiele lat temu. Niektóre rzeczy zostały już wdrożone, podczas gdy inne pozostają w tyle. Rozpoczęliśmy – choć z trudem – oczyszczanie Wołgi, a w Rosji jest wiele innych regionów, którym musimy nadać, i nadamy priorytet. Jednak absolutnie nie wymaga to globalnego porozumienia klimatycznego.

Uważam, że zawężanie całej debaty do czynnika klimatycznego jest wysoce zideologizowane i upolitycznione. Zmiany klimatyczne zawsze podlegają złożonym cyklom planetarnym. Przypomnijmy sobie małą epokę lodowcową w Europie XVI i XVII wieku, kiedy zimą można było jeździć na łyżwach po holenderskich kanałach – wówczas struktura przemysłowa, którą teraz chcemy przekształcić lub znieść, nie była nawet w przybliżeniu taka, jaką mamy. Problemy są zatem wieloaspektowe.

Ogólnie rzecz biorąc, odeszliśmy jednak od modelu globalizacji jako wymuszonej westernizacji. Z pewnością nadal żyjemy w świecie wzajemnych powiązań, gdzie wydarzenia globalne nie pozostawiają nas obojętnymi. Jednak politycznie i ideologicznie jesteśmy bardzo rozdrobnieni. Świat nie rozpadł się po prostu na kawałki, ale ma głębokie, niewątpliwe pęknięcia. Jeden z nich przebiega między Rosją a Zachodem, inny w relacjach Zachodu z Chinami, a istnieje cały szereg innych linii konfliktu.

Jak można to odnieść do krajów BRICS w tym kontekście? Niedawny szczyt zakończył się jednogłośnie przyjętą 140-punktową deklaracją – bez ani jednego słowa o Ukrainie. Jednocześnie uzgodniono konkretne kroki instytucjonalne: systemy rozliczeń w walutach krajowych, regulacje dotyczące sztucznej inteligencji oraz reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. Czy to jedynie biurokratyczna rutyna na pokaz, czy też prawdziwe fundamenty równoległej globalnej infrastruktury są tu tworzone?

To zarówno rutyna, jak i autentyczna alternatywa. Rutyna oznacza, że ​​kraje BRICS osiągnęły już ustalone parametry instytucjonalne, podążają jasno określoną ścieżką i realizują swoje priorytety strategiczne w sposób wzorowy.

Z drugiej strony, BRICS świadomie unikają tych newralgicznych pól minowych, gdzie istnieją głębokie sprzeczności między członkami – i nie dotyczy to bynajmniej kwestii Ukrainy. Weźmy na przykład złożone napięcia między Indiami a Chinami czy między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Ogromna siła BRICS tkwi właśnie w zarządzaniu tymi punktami spornymi: kwestie, w których możliwe jest osiągnięcie konsensusu i konstruktywna współpraca, są omawiane publicznie, a kontrowersje są starannie i dyskretnie omijane.

Te różnice niewątpliwie istnieją, ale omawia się je za zamkniętymi drzwiami, w sposób rzeczowy i rzeczowy. Jest to kluczowe, ponieważ zapobiega i pozwala uniknąć wewnętrznych podziałów, do których Zachód tak żarliwie dążył.

Przejdźmy do koncepcji „cywilizacji państwowej”, o której często Pan wspomina. Podkreśla Pan, że najważniejszym pytaniem dla Rosji nie jest to, gdzie Ukraina będzie za dwadzieścia lat, ale jak ten historyczny konflikt przekształci Rosję od wewnątrz. Co konkretnie musi się zmienić w trakcie tego procesu: konstytucja, struktura władzy elit, czy model gospodarczy? I gdzie Pan widzi cienką granicę między autentyczną transformacją a destrukcyjnym zerwaniem?

Wiadomo, że dla każdego państwa istotne jest ustalenie, jakie konkretne miejsce zajmuje ono na świecie i jaką rolę historyczną w nim odgrywa.

W epoce sowieckiej Rosja kreowała się na uniwersalną alternatywę dla kapitalizmu, wzór globalnego socjalizmu itd. To się nie udało. Po upadku ZSRR Rosja próbowała zdefiniować się jako nowa demokracja, która płynnie wkomponuje się w euroatlantycką przestrzeń bezpieczeństwa i stworzy „Wielką Europę od Lizbony do Władywostoku”. To również okazało się iluzją. W tym kontekście kraj stanął przed egzystencjalnym pytaniem: gdzie plasuje się w przyszłości? Moim zdaniem, koncepcja „cywilizacji państwowej” jest najprecyzyjniejszą i najtrafniejszą odpowiedzią.

Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że porzucamy zachodnią strukturę jednolitości – czy to kategoryzacji jako supermocarstwa, wielkiego mocarstwa, mocarstwa średniego, czy mocarstwa regionalnego. Po prostu odrzucamy tę hierarchiczną nomenklaturę. Nie twierdzimy, że jesteśmy jedynym supermocarstwem, choć uważamy się za wielkie mocarstwo – w tym sensie, że nikt z zewnątrz nie może nam dyktować warunków, co właśnie odróżnia nas od wszystkich innych kategorii mocarstw. Ale jesteśmy czymś znacznie więcej: historyczne Imperium Rosyjskie było wielkim mocarstwem w czysto europejskim kontekście.

Dziś ta rola jest dla nas nieaktualna, ponieważ w Europie nie ma już suwerennych mocarstw w klasycznym sensie; istnieje ponadnarodowa Unia Europejska i zbiór większych i mniejszych państw członkowskich.

Koncepcja cywilizacji daje nam możliwość dalszego rozwoju na naszym własnym, organicznie wyhodowanym fundamencie. Nie na importowanej, europejskiej bazie – próbowaliśmy tej drogi i doszliśmy do ślepego zaułka – ale na naszym własnym, unikalnym gruncie. W końcu, jako naród, spoglądamy wstecz na historię trwającą ponad tysiąc lat, w trakcie których ukształtowała się bardzo specyficzna matryca społeczna. Czy Zachodowi się to podoba, czy nie, jest to zjawisko historyczne.

Posiadamy własny światopogląd, który zasadniczo opiera się na tradycjach Kościoła prawosławnego, harmonijnie uzupełnionych duchowymi fundamentami trzech innych historycznych religii naszego kraju: islamu, buddyzmu i judaizmu. To nasza intelektualna baza. Nadal kontrolujemy rozległy obszar geograficzny i choć nasza populacja nie jest nieograniczona liczebnie, jest wystarczająco silna i żywotna, by utrzymać tę cywilizację niezależnie. Poprzez koncepcję cywilizacji państwowej dążymy do ustanowienia w tej części świata porządku, który jak najwierniej odpowiada naszym własnym ideałom duchowym i kulturowym.

Koncepcja cywilizacji państwowej nie jest zatem abstrakcyjną teorią, lecz precyzyjnym opisem naszej rzeczywistości. Pozwala nam rozwijać się pokojowo, bez konieczności prowadzenia agresywnych kampanii podbojowych.

Z typowo zachodniej perspektywy takie kategorie odruchowo wywołują panikę: dogmat demokracji parlamentarnej jest tam uważany za absolutną, uniwersalną normę. Jak można znaleźć wspólny język, skoro fundamentalne koncepcje polityczne wydają się tak fundamentalnie niekompatybilne?

Musimy po prostu nauczyć się na nowo rozmawiać ze sobą i akceptować różnice – tak jak staramy się to robić w dialogu z innymi wielkimi cywilizacjami. Nawiasem mówiąc, to właśnie jest sedno problemu Zachodu: w ciągu ostatnich kilku dekad przyzwyczaił się on do komunikowania się z resztą świata wyłącznie w swoim własnym, dyktatorskim języku i zmuszania wszystkich innych do dostosowania się do tego słownictwa. To zawsze dawało Zachodowi kolosalną przewagę w postaci wyłącznego arbitra tego, kto podporządkowuje się zachodniej koncepcji demokracji, a kto nie. Demokracja jest zatem zawsze tym, co Zachód rozpoznaje we własnym odbiciu.

Ta zrytualizowana retoryka na temat zachodniej demokracji jest, moim zdaniem, historycznie przestarzała. Mogła być spójna w latach 70., 80., a do pewnego stopnia nawet 90., ale od tego czasu zachodnia demokracja zdegenerowała się, stając się jedynie narzędziem manipulacji społecznej. To, co faktycznie istnieje dzisiaj, to przede wszystkim mechanizm kontrolowania ogromnych mas ludzkich.

Choć mamy partie polityczne, nie walczą one ze sobą na zasadzie całkowitego wykluczenia. Reprezentują one różne grupy interesów i ruchy społeczne obecne w kraju. Nie poświęcają jednak energii na walkę o władzę absolutną, ponieważ władza nie leży w kompetencjach partii – leży w systemie, na którego szczycie stoi historyczne ucieleśnienie władzy państwowej (dawniej car, potem sekretarz generalny KPZR, dziś prezydent). To właśnie tam, a nie w organach parlamentarnych, znajduje się prawdziwy rdzeń władzy.

Niemniej jednak, demokratyczne ciała funkcjonują jako niezbędne platformy konsolidacji i równoważenia interesów różnych grup społecznych. To zupełnie inna architektura władzy. A dla kraju takiego jak Rosja jest ona o wiele bardziej organiczna i funkcjonalna niż model czysto zachodni. Dla Zachodu stanowi to naturalne, fundamentalne odejście od jego zasad. Ponieważ jednak definiujemy się jako niezależna cywilizacja, oceniamy zachodnie struktury, ale ich nie narzucamy. Kluczowa różnica polega na tym, że tylko Zachód rości sobie wyłączne prawo do narzucania wszystkim swoich standardów jako uniwersalnych.

W pierwszej części Dmitrij Trenin przeanalizował fundamentalne ideologiczne wyobcowanie od Zachodu, reorientację Moskwy w postać cywilizacji państwowej oraz dynamikę globalną wykraczającą poza Waszyngton i BRICS.

W drugiej części skupiono się na polityce europejskiej, a zwłaszcza niemieckiej, a także na zbliżającym się ryzyku eskalacji. [zaraz umieszczę MD]

Przetłumaczone z języka rosyjskiego przez Évę Péli .

Tajny szczyt w Abu Zabi: Co kryje się za błyskawiczną wizytą Netanjahu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

Tajny szczyt w Abu Zabi: Co kryje się za błyskawiczną wizytą Netanjahu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

1 października 2026 r. przez dr. Petera F. Mayera tkp/der-geheime-gipfel-von-abu-dhabi-was-hinter-netanyahus-blitzbesuch-in-den-vae-steckt


W niedzielę 27 września 2026 roku prywatny samolot z Benjaminem Netanjahu wylądował w Abu Zabi. Bez konferencji prasowej, bez zdjęcia, bez wspólnego oświadczenia.

Premier Izraela spotkał się z szejkiem Mohammedem bin Zayedem na prawie cztery godziny – z przedstawicielami łącznie dziesięciu krajów. To, co oficjalnie przedstawiono jako „stosunki dwustronne i wyzwania regionalne”, było w rzeczywistości operacyjnym briefingiem na temat kontynuacji wojny z Iranem.

Palestyńsko-syryjski dziennikarz Laith Marouf podkreślił w swoim nagraniu wideo właśnie ten punkt : To, co miało miejsce w Abu Zabi, nie było szczytem suwerennych państw, lecz koordynacją osi wojennej, na której czele stały USA i Izrael, a pewna liczba reżimów arabskich została sprowadzona do roli zwykłych wykonawców rozkazów.

Fakty: Co jest potwierdzone, a co nie

Oficjalne potwierdzenie nastąpiło w dwóch etapach, co jest znaczące:

  • Najpierw państwowa agencja informacyjna WAM podała w poniedziałek, że bin Zayed „przyjął” Netanjahu – jest to pierwsze oficjalne potwierdzenie wizyty Netanjahu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
  • Niedługo później biuro Netanjahu również potwierdziło wizytę, a na liście delegacji znaleźli się: szef Mossadu Roman Gofman , szef Rady Bezpieczeństwa Narodowego Shmuel Ben Ezra , sekretarz generalny sił zbrojnych Guy Markizano , doradca ds. polityki zagranicznej Ophir Falk i jego żona Sara.

Zabranie ze sobą szefa Mossadu i dyrektora Rady Bezpieczeństwa Narodowego nie jest wizytą kurtuazyjną. To delegacja operacyjna.

  • Izraelska stacja telewizyjna Channel 14, powołując się na wysoko postawionego urzędnika z Emiratów Arabskich, poinformowała o dwupoziomowej strukturze: najpierw Netanjahu z bin Zayedem, następnie rozszerzona runda z przedstawicielami USA, Arabii Saudyjskiej, Maroka, Egiptu, Kuwejtu, Bahrajnu, Libii i Omanu – plus Izrael i ZEA, czyli dziesięć krajów.
  • Ynet i i24NEWS wspomniały również o Jordanii i podały, że spotkanie po stronie izraelskiej zorganizował Gofman, a bin Zayed zgodził się je poprowadzić.

Żaden z wyżej wymienionych krajów arabskich nie potwierdził swojego udziału. To typowa podwójna rezerwacja: publiczne zaprzeczanie, a prywatne siadanie przy stole.

Trasy lotów ujawniają więcej, niż jakikolwiek komunikat.

Izraelski raport All Israel News zawiera szczegół, który ma większą wagę niż wszelkie zaprzeczenia:

W czasie wizyty Netanjahu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich wylądowały samoloty: libijski rządowy, marokański samolot wojskowy, katarski samolot wojskowy i rządowy samolot Emiratów Arabskich z Rijadu.Źródło: All Israel News

Gazeta „Tehran Times” podchwyciła dokładnie tę kwestię: Netanjahu poleciał do Abu Zabi przez przestrzeń powietrzną Jordanii i Arabii Saudyjskiej – dwóch państw, które publicznie potępiają Izrael, ale po cichu otworzyły korytarz powietrzny.

Kolejny element układanki pasuje: włoski dziennik Il Foglio doniósł, że Saddam Haftar – syn ​​libijskiego generała Chalify Haftara – również przebywał w Abu Zabi i spotkał się z Netanjahu. Oficjalnie niepotwierdzone, ale pasuje do obrazu Zjednoczonych Emiratów Arabskich jako centrum regionalnej logistyki zastępczej.

Treść rozmów

Kanał 14 przedstawił najbardziej szczegółowy obraz z wnętrza. Według nich, chodziło o:

  1. Pogłębianie współpracy w zakresie bezpieczeństwa i wywiadu między Izraelem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi
  2. Utworzenie regionalnych ram obronnych przeciwko „wspólnym zagrożeniom”
  3. Plan działania przeciwko Iranowi i Huti
  4. Pomoc wywiadowcza i bezpieczeństwa dla Arabii Saudyjskiej
  5. Stopniowe formowanie się nowej koalicji regionalnej
  6. Szlak naftowy omijający Cieśninę Ormuz

Szczególnie wybuchowe: Według Kanału 14, Netanjahu przedstawił, jak sankcje i presja ekonomiczna osłabiły irański reżim, i wezwał uczestników do zapewnienia, że ​​pieniądze nie będą już przepływać przez ich terytorium do Teheranu. Omówiono również przygotowania do ewentualnego ataku na zakłady odsalania wody i infrastrukturę krytyczną w państwach Zatoki Perskiej – z Huti jako tematem przewodnim.

Pojawił się jednak rozdźwięk: Netanjahu chce kontynuować kampanię przeciwko Iranowi, podczas gdy bin Zajid uzależnia to od zapewnienia wystarczającej ochrony państwom Zatoki Perskiej. Według doniesień Arabia Saudyjska zwróciła się o pomoc do Izraela; Netanjahu nie wykluczył tego, ale postawił warunki.

A oto prawdziwy powód tego pośpiechu: w Izraelu 27 października odbędą się wybory . Wizyta miała miejsce dokładnie miesiąc wcześniej.

Kiedy i jak będzie trwała wojna? Dostępne źródła

Kilka niezależnych źródeł wskazuje na przedział czasowy po wyborach uzupełniających w USA, które odbędą się 3 listopada 2026 r.:

🔹 Wątek 1: Axios o możliwym zawieszeniu broni – i jego zakończeniu

„Jerusalem Post”, powołując się na Axios, doniósł , że USA i Iran mogą wznowić walki po wyborach uzupełniających. Katarscy mediatorzy próbowali w tym tygodniu osiągnąć przełom, ale żadna ze stron nie ustąpiła. Niektórzy amerykańscy urzędnicy poinformowali Axios, że Trump może nakazać wznowienie działań bojowych po wyborach uzupełniających.

Przedstawiciel Iranu Rezaei odpowiedział zdaniem, które dobrze podsumowuje sytuację:

„Trump utknął w bagnie, z którego nie może ani negocjować, ani walczyć”.

🔹 Pasmo 2: Polityka zagraniczna – cztery scenariusze eskalacji

30 września „Foreign Policy” przeanalizował opcje po wyborach. Do tego czasu kryzys energetyczny działał jak hamulec – w kwietniu zmusił Trumpa do wycofania się i podpisania Memorandum of Understanding, które później rozpadło się z powodu rozbieżnych interpretacji. Przedstawiono cztery scenariusze:

  • „Więcej epickiej furii”: Nowe, bardziej intensywne ataki na infrastrukturę wojskową, rakietową i energetyczną – prawdopodobnie we współpracy z Izraelem. Iran może ponownie odpowiedzieć na ataki na państwa Zatoki Perskiej.
  • „Finał sezonu”: Operacja sił specjalnych mająca na celu zabezpieczenie podziemnego magazynu wysoko wzbogaconego uranu – lub niespodziewany atak na terminale naftowe na wyspie Kharg.
  • „Gotówka na całość w gospodarce”: Agresywne sankcje wobec chińskich banków, rafinerii i portów, które kontynuują handel z Iranem. Sekretarz Skarbu Scott Bessent przyznał w sierpniu, że nadmierne egzekwowanie tych sankcji może zagrozić globalnemu systemowi finansowemu.
  • „Boots on the ground”: Wojska lądowe – najbardziej ryzykowny scenariusz. Iran jest cztery razy większy od Iraku i ma ponad 90 milionów mieszkańców. Szacunki wahają się od kilkuset tysięcy do miliona żołnierzy. Źródło: Foreign Policy

🔹 Wątek 3: Wojna z Iranem trwa już siedem miesięcy

„ Boston Globe” donosi , że wojna trwa już siedem miesięcy. Iran oficjalnie otrzymał odpowiedź USA na ofertę jej zakończenia. Araghchi zaproponował ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz w ciągu tygodnia, jeśli USA zniosą blokadę irańskich portów, uwolnią zamrożone aktywa i zawieszą sankcje naftowe. Trump publicznie odrzucił tę ofertę, ale mediatorzy kontynuowali pracę za kulisami. Sam Trump powiedział we wtorek, że wojna zakończy się „bardzo, bardzo szybko”, ale nie spodziewał się jej zakończenia przed wyborami uzupełniającymi.

🔹 Pasmo 4: Druga faza – podziemne stanowiska rakietowe

W marcu agencja Reuters, powołując się na źródła, donosiła, że ​​wojna Izraela z Iranem wkracza w drugą fazę: ataki na podziemne wyrzutnie rakiet balistycznych. Szacunki arsenału Iranu przed wojną wahały się od 2500 pocisków (według izraelskiego wojska) do około 6000 (według innych analityków).

🔹 Pasmo 5: Middle East Institute – „nieprzewidywalna nowa faza”

Już w lipcu MEI omawiało „nieprzewidywalną nową fazę” wojny: po 13 nocach intensywnych nalotów USA Trump gwałtownie przerwał bombardowania. Iran również wstrzymał ataki, ale zachował kontrolę nad Ormuzem. Ataki dronów w Arabii Saudyjskiej, Jordanii i Iraku pokazały, że krucha przerwa nie jest trwała. Huti otworzyli nowy front w Bab el-Mandab.

Prawdziwe przesłanie Abu Zabi

Czytając wszystkie te wątki razem, wyłania się spójny obraz:

  • Wojna się nie skończyła, ale została wstrzymana – a wstrzymanie jest spowodowane przede wszystkim polityką wewnętrzną w USA.
  • Najlepszy moment na eskalację nastąpi po 3 listopada.
  • Szczyt w Abu Zabi posłużył zorganizowaniu arabskiej flanki w tym zakresie: egzekwowanie sankcji, współpraca wywiadowcza, obrona powietrzna, szlaki energetyczne poza Ormuz.
  • Państwa Zatoki Perskiej nie są w tej sytuacji suwerennymi partnerami, lecz raczej poszukują ochrony – chcą izraelskiej obrony powietrznej, ponieważ nie ufają już Stanom Zjednoczonym. Kanał 14 cytuje stanowisko Arabów w następujący sposób: „Stany Zjednoczone nie są wiarygodne w dłuższej perspektywie; Izrael jest bardziej wiarygodnym partnerem”.

To właśnie jest kwestia, którą Marouf podkreśla w swoim nagraniu wideo: to, co jest sprzedawane jako „regionalna architektura bezpieczeństwa”, jest w rzeczywistości reorganizacją zależności – odejścia od Waszyngtonu jako jedynego gwaranta w stronę osi kierowanej przez Izrael i arabskich młodszych partnerów.

Czego nie wiemy

  • Żadne państwo arabskie nie potwierdziło swojego udziału. Lista dziesięciu krajów pochodzi z jednego źródła – anonimowego urzędnika z Emiratów Arabskich za pośrednictwem Kanału 14.
  • Agencja AP poinformowała, że ​​Netanjahu poprosił bin Zayeda o zaprzeczenie doniesieniom, jakoby ostrzegał go przed 7 października 2023 roku. W oficjalnym oświadczeniu nie pojawiło się żadne zaprzeczenie. Biuro Netanjahu nazwało doniesienia AP „fake newsami”.
  • Libijskie przywództwo (Haftar) nie zostało potwierdzone.
  • Wcześniejsza wizyta Netanjahu w marcu została początkowo uznana przez Zjednoczone Emiraty Arabskie za „całkowicie bezpodstawną” – ale później to potwierdzono. Kultura zaprzeczania w tym regionie jest powszechnie znana.

Wniosek

Szczyt w Abu Zabi nie był sygnałem pokoju. Był przygotowaniem do kolejnej rundy. Wojna z Iranem trwa od siedmiu miesięcy, negocjacje utknęły w martwym punkcie, a kluczowa data to 3 listopada 2026 roku. Po tym terminie Trump nie będzie już musiał stawiać czoła wewnętrznym przeszkodom politycznym – a państwa Zatoki Perskiej już zasygnalizowały gotowość do współpracy, jeśli środki bezpieczeństwa okażą się wystarczające.

Każdy, kto uważa, że ​​państwa takie jak Arabia Saudyjska, Egipt czy Zjednoczone Emiraty Arabskie działają suwerennie, nie rozumie tej struktury. Są zapraszane, konsultowane, proszone o pomoc – a potem muszą zapewnić: przestrzeń powietrzną, egzekwowanie sankcji, logistykę. To nie jest partnerstwo; są wasalami USA, z których niektóre to dawne brytyjskie twory kolonialne.

Pytanie nie brzmi, czy nastąpi następna faza, ale kiedy – i czy wówczas same państwa Zatoki Perskiej staną się polem bitwy, ponieważ Iran odpowie tam atakiem, tak jak to już zrobił.

Burkina Faso uruchomiła rafinerię złota. Dąży do samodzielności.

Burkina Faso uruchomiła rafinerię złota

30.09.2026 wolnemedia/burkina-faso-uruchomila-rafinerie-zlota

Burkina Faso uruchomiła pierwszą w swojej historii rafinerię złota. Nowy zakład RAFFINOR-BF ma umożliwić przetwarzanie wydobywanego w kraju kruszcu na miejscu, zamiast eksportowania go w postaci nieoczyszczonego surowca. Władze w Wagadugu przedstawiają inwestycję jako ważny krok w kierunku większej suwerenności gospodarczej i kontroli nad strategicznymi zasobami naturalnymi.

Uroczystego otwarcia rafinerii 28 września dokonał przywódca Burkiny Faso, kapitan Ibrahim Traoré. Zakład powstał na pięciohektarowym terenie w dzielnicy Ouaga 2000 w stolicy kraju. Budowa kosztowała ponad 11 miliardów franków CFA, czyli około 19 mln dolarów. Inwestycję sfinansowano ze środków państwowych oraz z udziałem krajowego sektora prywatnego. Prace rozpoczęły się w listopadzie 2023 roku.

Na pierwszym etapie rafineria będzie mogła przetwarzać około 164 ton złota rocznie. Docelowo jej zdolności produkcyjne mają wzrosnąć do 515 ton rocznie, co znacznie przekracza obecny poziom wydobycia w Burkinie Faso.

Zakład będzie oczyszczał złoto pochodzące zarówno z kopalń przemysłowych, jak i z wydobycia rzemieślniczego oraz półmechanicznego. Produktem końcowym mają być sztabki o czystości od 99,9 do 99,99 proc. Kompleks obejmuje odlewnię, laboratorium analityczne, zabezpieczone magazyny oraz warsztat jubilerski. Podczas inauguracji Ibrahim Traoré otrzymał pierwszą sztabkę złota w całości wyprodukowaną i oczyszczoną na terenie Burkina Faso.

„Nie chcemy już być tylko krajem, który wydobywa surowiec i wysyła go za granicę. Chcemy rafinować wszystkie nasze metale na miejscu i mieć cały proces u siebie” – powiedział podczas uroczystości Ibrahim Traoré.

Minister kopalń Yacouba Zabré Gouba określił otwarcie zakładu jako moment, w którym Burkina Faso „odbiera klucze do własnego domu”. Według władz kraj zamierza nie tylko wydobywać złoto, ale również samodzielnie je przetwarzać, certyfikować i wyceniać.

Burkina Faso należy do największych producentów złota w Afryce Subsaharyjskiej. W 2025 roku kraj wydobył około 94 ton tego surowca, przy czym znacząca część produkcji pochodziła z małych kopalń i wydobycia rzemieślniczego. Dotychczas większość nieprzetworzonego złota trafiała za granicę, gdzie powstawała największa część wartości dodanej.

Rząd liczy, że nowa inwestycja stworzy około 100 bezpośrednich miejsc pracy oraz ponad 5 tys. miejsc pracy pośrednio w sektorach powiązanych z rafinerią.

Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: Africa.BusinessInsider.com
Źródło: WolneMedia.net

Państwo na urlopie, kasta robi swoje

Państwo na urlopie, kasta robi swoje

29.09.2026 Tomasz Nowak nczas/panstwo-na-urlopie-kasta-robi-swoje

NCZAS.INFO | Lekarz to ma klawe życie... Obrazek ilustracyjny. Źródło: AI
NCZAS.INFO | Lekarz to ma klawe życie… Obrazek ilustracyjny. Źródło: AI

NFZ, NIL i ministerstwo zdrowia miały pilnować systemu. Dopilnowali głównie tego, żeby nikt nie wiedział, ile naprawdę kosztuje kitel podpięty do publicznej kasy.

Państwo polskie lubi opowiadać, że „nadzoruje” ochronę zdrowia. Ma Narodowy Fundusz Zdrowia, Ministerstwo Zdrowia, Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT), Naczelną Izbę Lekarską, sądy lekarskie, rzeczników odpowiedzialności zawodowej, prokuraturę i NIK. Na papierze wygląda to jak forteca. W praktyce ma ona otwartą bramę, wartownik śpi, a w skarbcu siedzi człowiek w kitlu, który sam sobie wystawia fakturę.

Tymczasem kolejki do specjalisty liczy się w miesiącach a nawet latach, szpitale toną w długach, a część lekarzy – często na kilku kontraktach naraz – rozlicza ze środków publicznych kwoty, o jakich przeciętny płatnik składki może pomarzyć. Gdy instytucje milczą, robotę państwa biorą na siebie obywatele, dziennikarze i kilka uporczywych kont na X-ie (dawny Twitter). To nie jest „hejt na medyków”. To smutna prawda o substytucie kontroli, której oficjalne organy od lat nie chcą albo nie umieją wykonać.

Miliony z publicznej kasy

ZarobkiLekarzy.pl [https://zarobkilekarzy.pl/ md] zrobiło w kilka miesięcy to, czego ministerstwo nie zrobiło przez dekadę: zebrało odpowiedzi urzędów, oświadczenia majątkowe lekarzy-radnych i dane z zapytań stowarzyszenia Watchdog Polska kierowane m.in. do szpitali.

I nagle okazało się, że król jest nie tyle nagi, ile bardzo dobrze opłacony. Ministerialny system nie sumuje wypłat jednego lekarza z wielu placówek. Dyrektor szpitala płaci fakturę i nie wie, ile ten sam człowiek bierze za ścianą, w powiecie obok i w prywatnej przychodni pod tym samym numerem PWZ. Państwo płaci. Państwo nie pyta. Państwo udaje, że to księgowość, nie polityka.

Udokumentowane rekordy mówią same za siebie. Ortopeda z Ciechanowa: ponad 316 tys. zł miesięcznie na kontrakcie. W Pile i Krakowie najlepiej rozliczający się pracownicy przekraczali 300 tys. zł miesięcznie! Neurochirurg z Lublina: ponad 216 tys. zł. W Koszalinie najlepiej opłacany lekarz zbliżył się do 2,6 mln zł rocznie; 17 medyków w jednej placówce przekroczyło milion. Z oświadczeń majątkowych lekarzy-radnych ZarobkiLekarzy.pl wyliczyło medianę dochodu z samej praktyki na około 916 tys. zł rocznie – przy rozrzucie od niespełna 582 tys. do 1,49 mln, a u części sam obrót sięgał 3,9 mln zł. To liczby jawne, tylko rozrzucone po dziesiątkach Biuletynów Informacji Publicznej, których nikt w ministerstwie nie sumuje.

Oficjalna statystyka AOTMiT uspokaja: powyżej 100 tys. zł miesięcznie na jednym kontrakcie jest 625 specjalistów, czyli 1,2 proc. rozliczających się w ten sposób oraz 49 etatowców. Mediana na kontrakcie wynosi 25,6 tys. zł brutto. Proszę się rozejść, problemu nie ma. Chyba że ktoś przypomni sobie drobiazg: to mediana z jednego podmiotu. Lekarz łączący trzy szpitale, dyżury i procent od procedury znika w statystyce szybciej niż pacjent w kolejce do endokrynologa.

Tomasz Sommer, redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!”, ujął to bez ogródek: „dopóki pierwszy lekarz-milioner nie pójdzie siedzieć, liczba milionerów w kitlach będzie rosnąć”. I dodał, że kolejne miliardy wrzucane do NFZ to produkcja kolejnych „Porszaków” i mieszkań. W 2021 r. Sommer alarmował, że lekarze kowidowi na lekko zarabiają 40–50 tys. zł miesięcznie, „a kompletnie sobie z pandemią nie radzą. Ich samorząd blokuje dyskusję naukową, a prominentni przedstawiciele zalecają lockdowny i maseczki. To patologia gorsza niż kasta sędziowska”. Od tamtej pory nakłady na pensje lekarzy wzrosły, a kolejki nie zniknęły.

Izba, która broni swoich

Gdy pada pytanie o odpowiedzialność lekarską, pada zaklęcie: „to zawód zaufania publicznego”. W praktyce oznacza to samorząd, który sam siebie sądzi. Sądy lekarskie są tak wyspecjalizowane i tak sformalizowane, że sędzia powszechny bez biegłego nie oceni nawet, czy procedura była zgodna ze sztuką. Biegłym zostaje kolega po fachu. Wynik bywa przewidywalny.

ZarobkiLekarzy.pl relacjonował jedną z komisji sejmowych dotyczących opieki zdrowotnej w Polsce: system budowano tak, by chronić lekarzy przed odpowiedzialnością. Lekarze nie chcą orzekać przeciwko kolegom ze szpitala, sędziowie – przeciwko kolegom od wódki.

NIL ma ustawowe umocowanie, status zawodu zaufania publicznego błyszczy w konstytucyjnym ornamencie, a prezes Łukasz Jankowski mówi bez ogródek: jeszcze żaden rząd nie wygrał z lekarzami.

Statystyki izb nie oszałamiają surowością. Skargi idą w setki i tysiące, kary w dziesiątki. Bywa, że izba uniewinnia, a sąd powszechny dopiero później wymierza karę.

NIL to nie jest samorząd w sensie rzemieślniczego cechu dbającego o jakość. To gildia z monopolem na licencje, limity przyjęć na studia medyczne i specjalizacje oraz recenzję własnych grzechów.

NFZ: kara, korekta, umorzenie, do widzenia

Narodowy Fundusz Zdrowia płaci za sprawozdanie z leczenia, nie za leczenie. Wpis w systemie staje się podstawą wypłaty. Pacjent rzadko sprawdza Internetowe Konto Pacjenta (IKP). A gdy sprawdzi, znajduje czasem wizytę u reumatologa, u którego nigdy nie był, protezę, której nie dostał, albo rehabilitację rozliczoną z NFZ, choć zapłacił prywatnie. Cud nad Wisłą? Nie. Publiczny płatnik, prywatna faktura, zbiorowa amnezja.

W 2024 r. do NFZ wpłynęło blisko 3,5 tys. zgłoszeń dotyczących rzekomo wykonanych świadczeń w IKP; ponad 1600 uznano za zasadne. W I kwartale 2026 r. 490 postępowań kontrolnych dało skutki finansowe na ponad 54 mln zł. Rekordowa kara w Rzeszowie za fikcyjne, droższe operacje to prawie 1,87 mln zł. Brzmi groźnie. Do momentu, w którym pojawia się magiczne słowo: „pomyłka”. Lekarz robi korektę, Fundusz kasuje pozycję i zapomina. To nie jest ryzyko więzienia. To zabawa w grę Monopoly, w której bankier podbiera z kasy i tłumaczy dziecku, że dopóki odda, wszystko gra.

Ten sam Fundusz, który nie umie zebrać pensji z pięciu faktur i przypisać je do jednego PESEL-u, dopuszcza do sytuacji, w których opuszczone szpitale stoją pełne sprzętu, a miłośnicy urbexu, czyli odkrywania i zwiedzania opuszczonych, często niedostępnych miejsc, kręcą tam filmiki. Tak było w Szpitalu Miejskim w Miastku. Twórcy internetowi weszli do placówki, która została zamknięta zaledwie kilka tygodni wcześniej (w sierpniu). Na opublikowanych nagraniach widać było pełne, warte miliony złotych wyposażenie gabinetów oraz sprzęt medyczny (w tym aparat RTG). Wywołało to burzę medialną, a władze szpitala zgłosiły sprawę na policję z powodu… włamania i zniszczenia mienia!

Sommer komentuje krótko: marnotrawstwo, które się w głowie nie mieści. Równolegle Tusk obiecuje kolejne 17 mld „dla pacjenta”. Pieniądze wpłyną, a lekarze kupią sobie kolejne mieszkania.

W coś trzeba inwestować

Jeśli nakłady na zdrowie rosną trzykrotnie od 2019 r., a dostępność świadczeń stoi w miejscu, pieniądze nie wyparowują. One zmieniają adres. Idą w aktywa. Lekarze stają się jedną z najaktywniejszych grup kupujących nieruchomości. Szpital może mieć 34 mld zł zobowiązań na wynagrodzenia – jak wskazuje ZarobkiLekarzy.pl – a jego gwiazda kontraktowa w tym samym czasie domyka kredyt na apartament, którego rata przekracza pensję programisty. Państwo tego nie łączy. Łączy to obywatel z arkuszem kalkulacyjnym.

Rynek mieszkaniowy jest tu lustrem. Publiczna renta z reglamentowanego zawodu, wypłacana ze składki, której nie można nie zapłacić, musi gdzieś osiąść. Jeśli nie w liczbie przyjętych pacjentów, to w metrażu. Deweloperuch.pl pokazuje ceny. ZarobkiLekarzy.pl pokazują źródło. Sommer pokazuje polityczny mechanizm: dosypać 17 miliardów „dla pacjenta” i udawać zdziwienie, że pod szpitalem przybyło kolejnych leasingów. Organ kontrolny, który nie potrafi połączyć tych warstw, nie kontroluje nic.

Reglamentacja podaży jest częścią interesu

Polska ma około 3,4–3,9 lekarza na 1000 mieszkańców przy unijnej średniej 4,2. Limity na uczelniach i miejscach specjalizacyjnych to nie „dbałość o jakość”. To bariera wejścia. Sommer mówi wprost: lekarze szantażują szpitale zdrowiem Polaków. Ktoś, kto potrafi powiedzieć „oddział stoi, dopóki nie będzie 350 zł za godzinę”, nie jest wolnym profesjonalistą na rynku. Jest udziałowcem monopolu opłacanego ze składki, której obywatel nie może nie zapłacić.

Państwo, które nie zna pensji własnego personelu

Do sierpnia 2026 r. AOTMiT zbierała dane zanonimizowane. Nie dało się przypisać etatu, kontraktu i dyżurów do jednej osoby. Minister nie wiedział, ile faktycznie zarabiają medycy. Dyrektorzy szpitali kazali dziennikarzom płacić tysiące za udostępnienie informacji publicznej o zarobkach lekarzy, bo sami rzekomo nie znali wypłat ludzi, którym podpisywali faktury i musieli te sprawy dopiero zbadać. Ustawa pozwalająca zbierać wynagrodzenia po PESEL i PWZ weszła w życie 5 sierpnia… Szpitale mają czas do końca listopada na zebranie danych. Wnioski z zebranych danych będą znane może w styczniu…

Równolegle resort zdrowia szykuje limity zarobków lekarzy: 240 zł za godzinę, wyjątkowo 360 zł, pułap około 76,8 tys. zł miesięcznie przy pracy na dwa etaty i odejście od „procentu od procedury”. Brzmi jak tama. Tama bez rejestru publicznego i bez kar za fikcyjne świadczenia to jednak tylko kolejny komunikat na konferencji prasowej. Środowisko już zapowiada, że „tylko złodziej albo idiota pracowałby za 240 zł/h”. To zdanie powinno wisieć nad każdym biurkiem w NFZ. Nie jako argument za podwyżką. Jako auto-denuncjacja modelu, w którym publiczny płatnik nie ma alternatywy.

Oddolna kontrola

Skoro organy śpią, zostaje obywatel. Po pierwsze: Internetowe Konto Pacjenta. Każdy, kto zapłacił składkę, ma prawo zobaczyć, czy nie „odbył” wizyty, której nie było. Przycisk „zgłoś nieprawidłowość” to dziś jedyny masowy audyt świadczeń. Po drugie: wnioski o dostęp do informacji publicznej. Po trzecie: oświadczenia majątkowe lekarzy-radnych, jedyne w miarę kompletne źródło dochodu z praktyki, bo mandat samorządowca wymusza jawność, której nie wymusza kitel. Po czwarte: agregatory takie jak ZarobkiLekarzy, które postulują oczywistość – jeden publiczny rejestr łącznych wypłat ze środków publicznych po numerze PWZ, bez prywatnego adresu i bez numeru konta, za to z sumą.

To jest kontrola oddolna w czystej postaci. Nie zastępuje rynku. Zastępuje państwo, które pozwoliło korporacji zawodowej i płatnikowi publicznemu grać w jednej drużynie przeciwko pacjentowi.

Dlatego oddolna kontrola nie jest fanaberią internetowych malkontentów. Jest protezą państwa. Protezą NIK-u, który nie sumuje zarobków tych samych lekarz z różnych źródeł. Protezą NFZ, który umarza skargi pacjentów na niezrealizowane, ale rozliczone świadczenia. Protezą NIL, która uniewinnia. Protezą ministerstwa, które do 2026 r. nie potrafiło powiedzieć, ile ten sam lekarz bierze z pięciu źródeł. Gdy aparat kontroli jest ślepy, obywatel ma obowiązek podać mu okulary. Albo zabrać mu portfel.

Pierwszy prawomocny wyrok dla lekarza za systematyczne drenowanie Funduszu zmieni sytuację skuteczniej niż setna „strategia onkologiczna”. Jawny rejestr po PWZ zmieni ją jeszcze wcześniej. Likwidacja monopolu izb na sądzenie swoich – również. Zwiększanie składki do 10 proc. PKB bez wymiany wiadra, z którego odpadło dno, da tylko tyle, że zamiast „Panamerek” pod szpitalem staną Lamborghini. To nie metafora, a matematyka socjalizmu stosowanego.

Państwo, które pozwala na wszystko ludziom wypłacającym sobie z publicznej kasy po trzysta tysięcy miesięcznie, a potem każe podatnikowi spokojnie czekać w kolejce, przestało być stróżem. Stało się wspólnikiem. A wspólnika nie prosi się o kolejną strategię. Wspólnika się rozlicza.

Sprawdźcie swoje IKP. Zanim kolejna „pomyłka” przejdzie w systemie na wasz koszt.

Koniec pewnej ery i ponure dziedzictwo – USA w końcu opuszczają Irak

Koniec pewnej ery i ponure dziedzictwo – USA w końcu opuszczają Irak

Symplicjusz simplicius/end-of-an-era-and-a-sordid-legacy

Najważniejszą wiadomością tygodnia było wycofanie ostatniego kontyngentu wojsk amerykańskich z Iraku, co oznaczało koniec długiej i bogatej historii okupacji USA. Oficjalnie oznacza to koniec operacji „Inherent Resolve”, która sama w sobie była kontynuacją operacji „Iracka Wolność”, zapoczątkowanej wojną w Iraku na początku 2003 roku.

CENTCOM: Dowództwo Centralne USA zakończyło 30 września uporządkowany wyjazd sił i sprzętu USA z bazy lotniczej w Irbilu, co oznaczało zakończenie misji operacji Inherent Resolve w Iraku.

@Suriyak@ SuriyakmapsSuriyakmaps

Wycofanie ostatniego sprzętu wojskowego z Bagdadu i ostatnich wojsk z bazy lotniczej Harir do Jordanii kończy 23-letnią obecność Stanów Zjednoczonych na ziemi irackiej. 🇮🇶🇺🇸 Iracka Rada Ministrów ogłosiła oficjalne święto publiczne we wszystkich instytucjach państwowych od…

18:57 · 30 września 2026 ·

https://www.aljazeera.com/news/2026/9/30/pentagon-mówi-że-wycofanie-wojsk-amerykańskich-z-Iraku-jest-zakończone

Doniesiono, że pozostała część grupy zadaniowej, której zadaniem jest zwalczanie ISIS, została przeniesiona z Irbilu w północnym Iraku do Jordanii:

Amerykańskie dowództwo wojskowe nadzorujące Bliski Wschód, CENTCOM, poinformowało, że grupa zadaniowa nadzorująca operacje przeciwko Państwu Islamskiemu została przeniesiona do Jordanii, a setki żołnierzy amerykańskich nadal stacjonują w Syrii.

Jak wynika z danych CENTCOM, przed wyjazdem wojsk w bazie w Irbilu stacjonowało łącznie 1500 żołnierzy amerykańskich i innych sił koalicyjnych.

W pewnym sensie jest to w tym momencie jedynie symboliczny krok, biorąc pod uwagę, że Stany Zjednoczone są nadal w pełni zakorzenione na Bliskim Wschodzie, posiadając bazy w całym regionie, więc wydarzenie to jest raczej kamieniem milowym dla Iraku i jego suwerenności narodowej, a nie doniosłym momentem geopolitycznym. Przywołuje ono koniec pewnej ery, politycznego i, śmiem twierdzić, duchowego ducha po 11 września, który zamyka kolejny z długiej serii krwawych rozdziałów amerykańskiego imperializmu.

Można nawet twierdzić, że Irak spełnił swoje zadanie. Jednym z prawdziwych powodów trwania fałszywej misji „Inherent Resolve” było wykorzystanie ISIS jako pretekstu do wojny z syryjskim Assadem. Wielokrotnie rozmawialiśmy o znaczeniu Syrii z wielu różnych perspektyw strategicznych:

1. Było to terytorium niezbędne Izraelowi, aby móc prowadzić strategiczne działania przeciwko Iranowi, a w przyszłości także Turcji.

2. Miało to istotne znaczenie dla kontrolowania wpływów Rosji w regionie, co jest dwuznacznym sposobem na powiedzenie, że powstrzymałoby to Rosję przed wzmocnieniem i uratowaniem Iranu przed dekonstrukcją, jaką oś syjo-amerykańska zaplanowała dla państwa perskiego.

3. Używając bardziej niejasnych terminów religijnych i eschatologicznych, konieczne było, aby Izrael ostatecznie zrealizował swój plan Wielkiego Izraela, żyjącej przestrzeni.

Wszystko to wpisuje się w szerszą i całościową teorię Heartlandu, o której możesz przeczytać tutaj:

Jak upadek ZSRR rozpętał neokonserwatywną gorączkę złota w sercu kraju

Symplicjusz·22 marca 2023

Jak upadek ZSRR rozpętał neokonserwatywną gorączkę złota w sercu kraju

Wiele osób zdaje sobie sprawę z różnorodnych, rozbieżnych wydarzeń geopolitycznych lat 90. i ich konsekwencji – od rozpadu ZSRR, po pojawienie się amerykańskiego ruchu neokonserwatywnego, który przyspieszył imperialistyczne działania militarne od końca XX do XXI wieku. Jednak niewielu dostrzega zasadniczy związek teleologiczny…

Przeczytaj całą historię

Teraz, gdy projekt obalenia Asada dobiegł końca, „Nieodłączna Determinacja” stała się zbędnym pozorem. Oczywiście, obecność wojsk amerykańskich w Iraku teoretycznie przyniosłaby korzyści w dalszej wojnie z Iranem, ale dowiedzieliśmy się, że umieszczenie wojsk w tak bliskim sąsiedztwie to prośba o śmierć, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że sam Irak roi się od proirańskich milicji; wojska amerykańskie byłyby tam w ciągłym niebezpieczeństwie.

W tym tygodniu widzieliśmy, jak Pentagon opublikował zaktualizowane dane dotyczące liczby rannych żołnierzy, które prawdopodobnie nadal przeczą prawdziwej sytuacji, którą widzimy jedynie w zarysie:

https://www.washingtonpost.com/national-security/2026/09/25/pentagon-quietly-adds-dozens-tally-troops-wounded-amid-iran-war

Trump ze swojej strony chełpliwie ogłosił wycofanie, co wydawało się próbą przypisania sobie politycznych zasług, gdy w rzeczywistości Biden i premier Iraku zawarli umowę o wycofaniu sił najpóźniej do 30 września 2026 r. w 2024 r., a to Trump w zasadzie „przeczekał czas” do ostatniej chwili:

Reszta jego tyrady jest równie kłamliwa, biorąc pod uwagę, że to Rosja złamała kręgosłup ISIS, a Trump nie miał nic wspólnego z „dziesiątkowaniem” tej grupy. Podobnie krytykuje Bidena za spowodowanie, że wielu Amerykanów zostało „ciężko rannych” podczas wycofania wojsk z Afganistanu, ale jednocześnie nie wydaje się podzielać tej samej troski o setki rannych w wojnie z Iranem, którą bezsensownie rozpoczął w imieniu Izraela.

Zobaczymy, jak przyszły prezydent powtarza tę samą sztuczkę o wycofaniu wojsk regionalnych, które są obecnie używane przeciwko Iranowi, i jak szaleństwa poprzedniej administracji doprowadziły do ​​bezsensownych ofiar śmiertelnych i rannych. Powtarzaj to do znudzenia: to jest amerykańska imperialistyczna samsara.

Tymczasem USA i Iran wciąż spierają się o to, kto kontroluje cieśninę i ile ropy dziennie faktycznie przez nią przepływa.

Kilka dni temu najbardziej uderzającym przykładem tego narastającego rozłamu było oświadczenie Iranu, który twierdził, że w ciągu jednego dnia zaatakował nie mniej niż 19 statków naruszających prawo. Fakt ten szybko zaprzeczyło dowództwo USA, które odpowiedziało, że nie zaatakowano ani jednego statku.

Narastające rozbieżności epistemologiczne tej „wojny paradoksów” o Cieśninę Schrödingera stały się teraz po prostu kwestią wiary, w zależności od tego, której ze stron wiary wyznajesz bardziej gorliwie.

Komu zaufać, Mosadowi czy Mosadowi?🤔

Prawda wydawała się być gdzieś pośrodku: istniały dowody na to, że kilka statków zostało trafionych, ani 19, ani zero.

Jednocześnie pojawiają się doniesienia, że ​​coraz więcej statków przemyka nocą szlakiem omańskim, obsługiwanym przez USA. Arabia Saudyjska donosi, że rurociąg Wschód-Zachód został już ponownie uruchomiony , choć doniesienia mówią o jego „częściowym” uruchomieniu, ponieważ trzy uszkodzone stacje pomp pozostają nieczynne. Powiązany artykuł w „New York Timesie” podaje, że przywrócono 3,5 miliona baryłek dziennie, z poprzednich około 5-7, prawdopodobnie dzięki nowemu, przekierowanemu rurociągowi o niższym przepływie.

Filmy takie jak ten poniżej dają nam wgląd w to, jak działają niektóre obejścia w regionie. Ta konkretna scena podobno pokazuje setki tankowców przesyłających ropę z Iraku przez Syrię na Morze Śródziemne, aby ominąć blokady Ormuz.

Wciąż pojawiają się twierdzenia, że ​​Iran „przegrywa” lub „przesadził”, ponieważ ropa naftowa nadal jest transportowana z regionu. Pamiętajmy, że Iran nie jest agresorem i nie rozpoczął wojny: jego celem jest jedynie przetrwanie napastnika, którego deklarowanymi celami są obalenie irańskiego rządu i kapitulacja całego państwa.

Jak więc Iran może „przegrywać”, skoro strona atakująca desperacko walczy już nie o osiągnięcie swoich pierwotnych celów, lecz o przywrócenie status quo ante bellum, czyli o otwarcie cieśniny i powrót do normalności gospodarczej? Innymi słowy: niezależnie od ilości ropy, jaka zdoła ominąć cieśninę, i tak jest to znacznie mniej niż przed wybuchem wojny, a Stany Zjednoczone są teraz zmuszone do stoczenia trudnej walki o przywrócenie sytuacji do stanu sprzed konfliktu.

Teraz sytuacja wróciła do normy: Trump, jak można było się spodziewać, czeka na koniec wyborów uzupełniających, aby wznowić bombardowania, podczas gdy Iran nie chce ustąpić ani na krok:

Czy może być większy impuls dla notowań w wyborach uzupełniających niż przytłaczająco zdecydowane zwycięstwo nad Iranem? Logika podpowiada zatem, że gdyby Trump naprawdę myślał, że może wygrać lub wyrządzić jakąś decydującą szkodę, zrobiłby to teraz i na fali triumfalizmu doprowadziłby do zwycięstwa w wyborach uzupełniających.

Zamiast tego zdaje sobie sprawę, że jakiekolwiek dalsze bombardowanie byłoby katastrofalną czarną dziurą błędnego przekonania o utopionych kosztach i pogodził się z odwlekaniem nieuniknionej katastrofy.

W nowym wywiadzie minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Araghchi odpowiedział na plan Trumpa dotyczący okresu po wyborach, wyjaśniając, że Iran jest gotowy nawet na scenariusz „apokalipsy” w wojnie z USA.

Dla Iranu konflikt ma oczywiście charakter egzystencjalny. Dla Trumpa to po prostu izraelskie ego.

Przywrócono 60% utraconych mocy produkcyjnych irańskich zakładów petrochemicznych, które zostały uszkodzone podczas wojny ze Stanami Zjednoczonymi i reżimem syjonistycznym.

Prezes irańskiego Narodowego Przedsiębiorstwa Petrochemicznego: Proces odbudowy przebiega pomyślnie w Asaluyeh i Mahshahr, dwóch głównych ośrodkach petrochemicznych. Podejmowane są wysiłki, aby przywrócić znaczną część utraconych mocy produkcyjnych do końca tego roku.

Odbudowa na Zachodzie zajęłaby 10 lat i kosztowała 50 miliardów dolarów.

Mapowanie AMK 🇳🇿@ AMK_Mapping_AMK_Mapping_

Po raz pierwszy od kilku miesięcy myśliwce irańskich sił powietrznych przeprowadziły dziś wieczorem patrole nad zachodnim Iranem, w pobliżu granicy z Irakiem. Wcześniej w tym roku patrolowały nocą, ale z nieznanych przyczyn przerwały je na kilka miesięcy. W przeciwieństwie do…

01:29 · 1 paź 2026 · 13 tys. wyświetleń

Oczywiście, człowiek, od którego Trump przyjmuje rozkazy, jest wygodnie przygotowany z nową partią „niezbitych dowodów”, które mają podsycać ogień podsycania wojny:

Najciekawsze w tym wątku nuklearnym jest to, że Trumpa właśnie zapytano, dlaczego Kim Dzong Un może mieć broń jądrową, a Iran nie. Odpowiedź Trumpa jest hipokrytyczna i wymijająca, jak na tamte czasy.

Według Trumpa, Korea Północna może posiadać broń nuklearną, ponieważ Kim różni się od irańskiego przywódcy. Ale jak to możliwe? Po pierwsze, Kim wielokrotnie otwarcie groził atakiem nuklearnym na USA, podczas gdy żaden irański przywódca tego nie zrobił. Po drugie, o którym irańskim przywódcy mówi? Jeśli wojna wybuchła, ponieważ Trump nie zgadzał się ze stanowiskiem konkretnego przywódcy w sprawie broni nuklearnej, to dlaczego wciąż trwa, skoro poprzedni irański przywódca zginął już w amerykańskich atakach? Sam Trump wielokrotnie twierdził, że nawet nie wie, kto rządzi Iranem.

W przeciwieństwie do Iranu, Korea Północna faktycznie posiada zarówno broń nuklearną, jak i nośniki [rakiety md] zdolne do dotarcia do USA, nie wspominając o przywódcy gotowym ich użyć. Wypowiedzi Trumpa to oczywiście tylko infantylne dygresje. Wszyscy wiemy , co się dzieje w Izraelu.

Teraz, gdy „koniec historii” sam w sobie stał się historią, a siły liberalnych krzyżowców zostały wyrzucone z ziem Ur i Niniwy, ile czasu, Twoim zdaniem, upłynie, zanim zostanie zorganizowana Trzecia Krucjata, aby powrócić i odzyskać utraconą chwałę? Około 2035 roku?

Czy Neo-Babilon doczeka się długo zapowiadanego upadku, zanim zdoła ponownie zaatakować Heartland?

Polskie nawozy azotowe na Ukrainę po 1247 zł/t. A dla nas – dochodzi do 3550 zł/t !!

Polski azot na Ukrainę po 1247 zł/t. Jak to możliwe?!

[Sprawdziłem: Mocznik: średnio 2486 zł/t (szeroki zakres 1720–3100). nawet ok. 3550 zł/t), głównie we wrześniu 2026 md]

Maria Chmal 30 września 2026 agroprofil/nawozy-azotowe-na-ukraine-po-1247-zl-t-w-kraju-nawet-5000-zl-jak-to-mozliwe

Kiedy w gospodarstwach liczyliśmy koszty azotu, polskie nawozy jechały na Ukrainę znacznie taniej. Tak wynika z danych, które w odpowiedzi na interpelację poselską przekazało Ministerstwo Rozwoju i Technologii. Hubert Ojdana, rolnik z Podlasia, przeanalizował je w materiale opublikowanym na Facebooku i domaga się wyjaśnień.

1247, 1435 i 1709 zł za tonę: średnie ceny eksportowe azotu

Dokument trafił do marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego. Średnie ceny eksportowe nawozów azotowych (CN 3102) na Ukrainę wyniosły według niego:

  • 2024 r.: ok. 1247 zł/t,
  • 2025 r.: niespełna 1435 zł/t,
  • I półrocze 2026 r.: nieco ponad 1709 zł/t.

W tym samym czasie ceny w kraju w najgorszych momentach dochodziły do 5000 zł za tonę. Ojdana przypomina Dorohusk, gdzie razem z innymi rolnikami stał na torach i patrzył na przejeżdżające transporty.

Gaz drogi dla nas, tańszy dla eksportu?

Ministerstwo tłumaczy sytuację na rynku m.in. cenami gazu dla przemysłu, kosztami paliw i transformacją energetyczną. Ojdana pyta o rzecz, której nikt mu nie wyjaśnił: jak ten sam gaz, użyty do nawozu na eksport, daje produkt tak wyraźnie tańszy niż ten sprzedawany w Polsce. Wprost domaga się objaśnienia mechanizmu.

CBAM i tajemnica handlowa zamiast konkretów

Według rolnika resort w odpowiedzi odsyła do unijnych procedur, CBAM i tajemnicy przedsiębiorstw, więc szczegółowych danych handlowych brak. Zagrożeniem dla autonomii strategicznej ma być tam wyłącznie import z krajów trzecich.

Z tych samych danych wynika, że Polska jest największym dostawcą nawozów na Ukrainę i pokrywa blisko jedną trzecią jej importowego zapotrzebowania. Ojdana uważa, że państwo nie chroni krajowych gospodarstw, a koszty ponoszą polscy producenci żywności.

Na co uważać, porównując te liczby

To średnie dla całej grupy CN 3102, zestawione z cenami krajowymi z okresów szczytu. Na różnicę mogą wpływać asortyment, terminy i warunki kontraktów. Bez szczegółów handlowych, których ministerstwo nie ujawnia, trudno ją w pełni ocenić. Właśnie o te szczegóły pyta Ojdana.

„Ostrzeżenia wojenne” w Europie sięgają zenitu

„Ostrzeżenia wojenne” w Europie sięgają zenitu

Rosja podobno będzie testować NATO za kilka miesięcy

Sekretarz generalny Mark Rutte ma szczególne ‚zasługi’ w tworzeniu atmosfery strachu

W Europie ton wobec Rosji staje się coraz ostrzejszy. Rządy i agencje wywiadowcze ostrzegają przed sabotażem, cyberatakami, dronami i możliwą bezpośrednią konfrontacją z NATO. Holenderski dziennikarz Karel Beckman postrzega to jako prawdziwą kampanię; w swoim niedawnym artykule dla ‚De Andere Krant’  pisze, że europejska propaganda wojenna osiągnęła już punkt wrzenia.

Szczególnie uderzająca jest jednoczesność ostrzeżeń. Z różnych stolic europejskich napływa niemal ten sam komunikat: Rosja już prowadzi ‚wojnę hybrydową’  przeciwko Europie, a społeczeństwo musi przygotować się na dalszą eskalację. Jako dowody przytaczają między innymi drona wyposażonego w ładunki wybuchowe na lotnisku w Lipsku, pożar w firmie elektronicznej w Polsce oraz niezidentyfikowanego drona nad Litwą.

Ale to właśnie jest sednem sprawy: nawet przypisanie takich incydentów Rosji jest czasami trudne lub nie jest jednoznacznie udowodnione. Karel Beckman zwraca uwagę, że nawet holenderskie media przyznają, że rosyjski udział w niektórych incydentach jest trudny do udowodnienia. Pomimo tej niepewności, ostrzeżenia są teraz jeszcze bardziej nasilone.

Według doniesień medialnych, trzech szefów europejskich wywiadów stwierdziło, że Rosja mogłaby przetestować NATO ‚w ciągu kilku miesięcy’  za pomocą mniejszych, być może hybrydowych ataków na terytorium NATO. Jako możliwe scenariusze wymienia się wzmożoną aktywność dronów, sabotaż, a nawet ograniczone działania na wschodniej flance NATO.

To tworzy niezwykły obraz: z jednej strony politycy i służby wywiadowcze wydają coraz pilniejsze ostrzeżenia o zbliżającym się zagrożeniu ze strony Rosji. Z drugiej strony, nadal nie jest jasne, kto faktycznie stoi za poszczególnymi incydentami. Beckman idzie więc o krok dalej. Interpretuje niemal jednoczesne ostrzeżenia jako kampanię polityczną. Jego zdaniem, ich moment nie jest przypadkowy: rządy europejskie znajdują się pod presją polityki wewnętrznej, a jednocześnie stoją w obliczu zbliżających się problemów gospodarczych i energetycznych.

Czy Europa rzeczywiście doświadcza zwiastunów rosyjskiego ataku, czy też społeczeństwo jest już psychologicznie przygotowane na znacznie większą konfrontację militarną? – Jedno jest pewne: język się zmienia. Ostrzeżenia przed Rosją stają się ostrzeżeniami przed potencjalną wojną. Odosobnione ataki dronów i sabotaże coraz częściej tworzą obraz trwającej ‚wojny hybrydowej’. Równocześnie rosną wydatki Europy na obronność, rozbudowywane są jej siły zbrojne, a społeczeństwo jest intensywniej przygotowywane na kryzysy i potencjalne scenariusze militarne.

Kluczowa różnica między ostrzeżeniem a propagandą tkwi jednak w dowodach. Zwłaszcza gdy z niewyjaśnionych incydentów wyciągane są dalekosiężne konsekwencje polityczne i militarne, dowody te muszą być szczególnie solidne.

uncutnews.ch/europas-kriegswarnungen-erreichen-den-siedepunkt-russland-soll-die-nato-schon-in-wenigen-monaten-testen

** * * * * *

ZB: Efektem tych szalbierczych działań jest utrzymywanie narodów w strachu i niepewności. Przyjmują one czasem drastyczne formy – czytamy w dzisiejszej prasie: „Szwecja przygotowuje swoje społeczeństwo do wojny nuklearnej: rząd wyjaśnia obecnie, jak przetrwać atak nuklearny”. I co mamy o tym myśleć? Jaką postawę przyjąć?

Pisze bloger @tsr:„Naiwność rządzących (te ewakuacje, plecaki, zapasy żywności) polega na tym, że oni naprawdę myślą, iż w ciągu 2-3 tygodni uda im się przywrócić funkcjonowanie wszystkiego. Mam złe wieści. Nie uda się. Nawet nie będą mieli możliwości hipnotyzowania tłumów wymachując łapami przed kamerami bo… nie będzie telewizji. W konsekwencji wszystkiego, przestałem się martwić. Raczej mam dobra zabawę obserwując tych klaunów i… ludzi , którzy im wierzą”.

Opracował: Zygmunt Białas

Arogancja zamiast dyplomacji

Arogancja zamiast dyplomacji

Tilo Gräser apolut/arroganz-statt-diplomatie

https://tube4.apolut.net/videos/embed/4bAoLjvwcuWby86Gj2Erhr

Spotkanie Wadefula i Ławrowa nie miało na celu zaprowadzenia pokoju, lecz udzielenie Rosji nauczki i uciszenie krytyków niemieckiej polityki.

Komentarz Tilo Gräsera .

Wiadomość z 26 września była zaskoczeniem: na marginesie 81. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow i jego niemiecki odpowiednik Johann Wadephul (CDU) spotkali się na rozmowach. Takiego spotkania nie było od wiosny 2022 roku. Wydawało się, że wraz z nadejściem jesieni nastała wiosna dyplomacji, a może nawet nowa „odwilż”. Sama data również była historyczna. Cztery lata wcześniej, tego samego dnia, wysadzono w powietrze trzy z czterech odcinków gazociągów Nord Stream 1 i 2, które dostarczały Niemcom tani gaz ziemny z Rosji.

Czy Wadephul, który przed objęciem urzędu określał Rosję mianem „wiecznego wroga ”, być może zrewidował swoje stanowisko w świetle obowiązków ministra spraw zagranicznych? Niektórzy ludzie stają na wysokości zadania lub rozwijają się w swoim urzędzie dzięki nowym spostrzeżeniom. Czy krytyka niemieckiej polityki zagranicznej – że całkowicie porzuciła ona dyplomację po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku i późniejszym „punkcie zwrotnym” ogłoszonym przez ówczesnego kanclerza Olafa Scholza (SPD) – została wysłuchana? I czy wielokrotnie wyrażana przez Moskwę gotowość do dyskusji na temat przyczyn wojny na Ukrainie i wspólnego zajęcia się nimi znalazła odzew w Berlinie?

Wszystko to i jeszcze więcej mogło się wydarzyć. Mógł to być początek wspólnych poszukiwań pokoju i zakończenia masowych zgonów i cierpień na Ukrainie, które Niemcy nadal masowo podsycają pieniędzmi i bronią. Jednak rzekomy główny dyplomata Republiki Federalnej Niemiec nie przedstawił ani konkretnych propozycji pokojowych dla Ukrainy, ani odpowiedzi na pakt o nieagresji dla Europy, który Ławrow zaproponował już kilka miesięcy wcześniej .

Wadephul przyniósł na spotkanie ze swoim rosyjskim odpowiednikiem jedynie notatkę, którą odczytał na głos. Podobno skłoniło to Ławrowa do stwierdzenia , że ​​Niemiec mógł po prostu do niego zadzwonić i przeczytać mu tekst. Po 20 minutach w Nowym Jorku doświadczony rosyjski dyplomata stwierdził zwięźle: „Biorąc pod uwagę codzienne publiczne oświadczenia Berlina, nie usłyszałem niczego innego”. Oficjalne oświadczenie rosyjskiego MSZ dotyczące spotkania było odpowiednio krótkie. Stwierdzono w nim, że omówiono stosunki dwustronne i sytuację na Ukrainie. W tych i innych kwestiach Wadephul powtórzył „stanowisko rządu niemieckiego, które zostało już kilkakrotnie publicznie wyrażone”.

„Przekaz podprogowy”

Ławrow powiedział niemieckiej agencji prasowej DPA , że strona niemiecka poprosiła o spotkanie „w ostatniej chwili” poprzedniego dnia. Dodał, że w rozmowie z niemieckim ministrem spraw zagranicznych odniósł wrażenie, „że krył się za tym pewien przekaz: przyszedłem do was, zlitowałem się nad wami”. Jednocześnie Wadephul najwyraźniej oczekiwał ustępstw ze strony Rosji w zamian za spotkanie, zarówno w sprawie Ukrainy, jak i żeglugi na Morzu Czarnym.

Oficjalnego oświadczenia Berlina w tej sprawie nie można znaleźć na stronie internetowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Niemiecki minister spraw zagranicznych najwyraźniej poczuł się jednak zobowiązany do udzielenia obszernych wyjaśnień niemieckim mediom. Krytykowany jest nie tylko w Niemczech, na przykład przez podżegacza wojennego Rodericha Kiesewettera, ale także w Polsce, nawet za brak merytorycznej treści rozmowy. Jeszcze w sobotę Wadephul twierdził w ZDF , że odbyła się „intensywna dyskusja”. Potwierdził również, że zrobił to, co niemiecka polityka zagraniczna robi wobec Rosji od lat: pouczał zamiast słuchać, wydawał dyrektywy zamiast omawiać propozycje, okraszone bezpodstawnymi oskarżeniami. Dokładne słowa Wadephula:

„Ważne było dla mnie, aby jasno powiedzieć, że Niemcy nie akceptują takich rzeczy jak atak dronów w Lipsku. Że to eskalacja, która jest niedopuszczalna. I wyraźnie ostrzegłem Rosję, żeby tego nie kontynuowała. Możemy się bronić, możemy stawić opór i zrobimy to”.

Wezwał również Ławrowa do deeskalacji sytuacji na Ukrainie i zezwolenia na eksport ukraińskiego zboża, w przeciwnym razie groziłby na przykład głód w Egipcie. Odnosząc się do nieoczekiwanego spotkania, Wadephul wyjaśnił, że „liczni koledzy prosili go o otwartość na rozmowy. Doradzali, że w pewnym momencie bezpośredni dialog będzie ponownie konieczny”. Dodał, że „nie chce też, abyśmy my, Europejczycy, pozostawili całą wymianę z Rosją Amerykanom”.

„Jasne oświadczenia”

Choć przedstawiciele USA, tacy jak Steve Witkoff i Jared Kushner, zdają się rozpoczynać rozmowy z Moskwą z konkretnymi propozycjami, strona niemiecka jak dotąd nie złożyła żadnego oświadczenia. Wadephul Ławrow jednak „wyraźnie oświadczył, że stoimy po stronie Ukrainy, że Ukraina jest w pełni wspierana i że Rosja będzie nadal wywierana presja ekonomiczna. Powtórzyłem to Ławrowowi i wezwałem go, aby w końcu był gotowy do rozmów”. To właśnie uchodzi obecnie w Berlinie za dyplomację. Nie brzmi to jak autentyczne pragnienie zakończenia wojny na Ukrainie w sposób, jakiego pragnie większość tamtejszych obywateli: pokojowymi środkami .

Zgodnie z oczekiwaniami, Berlin obwinia Moskwę za to, że do tego jeszcze nie doszło, ani razu nie kwestionując własnej roli w tej sytuacji. Wadephul zademonstrował to w swoim wywiadzie dla programu informacyjnego ARD „Tagesthemen” po spotkaniu z Ławrowem. Po oskarżeniach wobec Rosji i potwierdzeniu „niezachwianego” wsparcia Niemiec dla Ukrainy, stwierdził: „Nadal uważam, że słusznie rozmawiamy. To również zadanie ministerstw spraw zagranicznych, dyplomacji”. Nie uznał jednak założenia bezpośredniej rozmowy z Ławrowem za zmianę niemieckiej polityki zagranicznej, sprzeciwiając się tym, którzy doszukiwali się w spotkaniu zbyt wielu niuansów.

Z kolei swojemu rosyjskiemu odpowiednikowi wyjaśnił, że Berlin broni prawa międzynarodowego i stoi po stronie Ukrainy. Stwierdził, że prowadzenie rozmów jest jednym z podstawowych obowiązków ministra spraw zagranicznych – „nawet z rozmówcami, z którymi ma się fundamentalne różnice zdań”. Wydaje się, że nie dostrzegł, iż ton rozmowy nadal dyktuje wszystko, zwłaszcza w dyplomacji. Potwierdził jednak w ARD , że dla strony niemieckiej chodziło przede wszystkim o stworzenie widowiska.

„Wszystkim tym, którzy wciąż powtarzają, że Niemcy muszą negocjować, że Niemcy muszą rozmawiać z Rosją, odpowiadam teraz: Robimy to. I niestety, Rosja nie wykazuje obecnie chęci przyjęcia konstruktywnego stanowiska negocjacyjnego”.

Zrozumiała reakcja

W świetle tego reakcja Ławrowa jest całkowicie zrozumiała. Cóż innego mógłby zrobić z kolejnym dowodem na to, co dziennikarka Gabriele Krone-Schmalz od dawna określa jako jedną z przyczyn konfliktu : „Zachód nie traktuje Rosji poważnie”. Na swojej konferencji prasowej w Nowym Jorku w sobotę, krótko po spotkaniu z Wadephulem, Ławrow poinformował, że Wadephul „poprosił o spotkanie w ostatniej chwili (wczoraj lub przedwczoraj)”.

Mieliśmy dziś rano wolną chwilę przed przemówieniem w Zgromadzeniu Ogólnym. Nigdy nie odmawiamy słuchania naszych kolegów, nawet tych, którzy oskarżają Rosję o wszelkie grzechy główne. Prezydent Federacji Rosyjskiej W. W. Putin wielokrotnie udowadniał to swoim osobistym przykładem. Zawsze jesteśmy gotowi ich wysłuchać.

Ławrow oświadczył, że Wadephul, poproszony o wyjaśnienie swojej prośby, sporządził notatki i odczytał na głos tekst, „który po prostu powtarzał to, co Niemcy ogłaszają codziennie, publicznie i oficjalnie za pośrednictwem swoich przedstawicieli rządowych”. Stwierdził, że nie udało mu się z tego wyciągnąć niczego nowego. Jego zdaniem, przesłanie było w zasadzie następujące: „Przyszedł do nas, «zgodził się» nawiązać kontakt, a w zamian za taki gest dobrej woli musieliśmy pójść na ustępstwa na froncie ukraińskim i zapewnić porozumienie w sprawie regionu Morza Czarnego, aby tankowce i statki do przewozu ładunków suchych mogły tam bez przeszkód żeglować”.

Niemiecki minister spraw zagranicznych zwrócił w tym kontekście uwagę, że jego odpowiednicy z Indii, Egiptu i Turcji również kontaktowali się z Rosją w tej sprawie. Ławrow potwierdził to i odpowiedział: „Prosimy o podanie co najmniej jednego przypadku, w którym statki handlowe działające w ich interesie stały się celem rosyjskich ataków. To kończy dyskusję. Nie ma takich przypadków!”. Stwierdził, że wszystkie szkody wyrządzone żegludze handlowej były wynikiem ukraińskich ataków terrorystycznych, nie tylko na Morzu Czarnym, ale także na Morzu Kaspijskim.

Niemieckie zapominanie

Wadephul wysunął również oskarżenia, ponieważ w Lipsku znaleziono „jakiś rozbity bezzałogowy dron” i natychmiast stwierdzono, że „najprawdopodobniej” był to rosyjski. W związku z tym Berlin wydalił rosyjski konsulat generalny z Bonn, „mimo że konsulat ten między innymi zapewniał nasz udział w pracach organizacji międzynarodowych z siedzibą w Bonn”.

„Niemcy doskonale wiedzą, że w naszym Konsulacie Generalnym w Bonn pracowało kilku pracowników, którzy nie zajmowali się sprawami konsularnymi, lecz zapewniali udział Rosji w pracach tych organów międzynarodowych. Niemcy podpisały umowę o państwie przyjmującym dla każdej z tych instytucji, zobowiązując się do dołożenia wszelkich starań, aby zagwarantować sprawne funkcjonowanie sekretariatów i odpowiednie warunki dla przedstawicieli państw członkowskich w tych organach. Wydaje się, że o tym zapomnieli. Zapominają o wielu rzeczach, w tym o tym, że na terytorium byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej nie może absolutnie istnieć infrastruktura NATO. Wszystko to zostało zapomniane”.

Ławrow dodał, że „szczerze powiedział” swojemu niemieckiemu odpowiednikowi, że uważa, że ​​ma coś interesującego, coś nietypowego do powiedzenia. Dodał: „Mogli po prostu zadzwonić i powiedzieć: Przeczytajcie oficjalne oświadczenia”.

Ciekawostką spotkania w Nowym Jorku było to, że kopie raportu przedstawionego przez Rosję na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, dotyczącego ukraińskich i zachodnich fałszerstw dotyczących wydarzeń w Buczy wiosną 2022 roku, leżały na siedzeniach przedstawicieli Niemiec. Wadephul, ledwo zajmując miejsce, położył na nich swój notatnik, nie zaglądając do materiału. Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ, zwróciła na to uwagę na swoim kanale Telegram , między innymi . Niemiecki rząd uznał to za „próbę instrumentalnego wykorzystania spotkania do celów propagandowych”, donosił między innymi nadawca Deutschlandfunk . 

Na poniedziałkowej konferencji prasowej rządu w Berlinie pojawiło się wiele pytań dotyczących spotkania w Nowym Jorku. Josef Hinterseher, zastępca rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jasno dał do zrozumienia, że ​​spotkanie było raczej pokazowe niż próbą naprawy zerwanych stosunków dyplomatycznych. Określił je jako „uzasadnione fizyczne spotkanie w celu ponownego wyjaśnienia naszych stanowisk”. Stwierdził, że ustalono, „że nie ma różnicy między naszymi stanowiskami publicznymi a stanowiskami, które komunikujemy w dyskusjach”. Dodał, że jest to „zupełnie jasne”, podobnie jak stanowisko rządu niemieckiego wobec Rosji „pozostaje niezmienione”.

Niezmienione pozycje

Florian Warweg z „Ostdeutsche Allgemeine Zeitung” zapytał , czy Wadephul rozpoczął rozmowę z Ławrowem, wypowiadając się w 2025 roku, że Rosja „zawsze pozostanie dla nas wrogiem, niezależnie od tego, jak zakończy się wojna na Ukrainie”. Hinterseher początkowo odpowiedział: „Nasze stanowisko w tej sprawie pozostaje niezmienione”. Następnie wspomniał o wsparciu dla Ukrainy i presji gospodarczej na Rosję. Berlin jest jednak „zawsze gotowy do powrotu do konstruktywnych relacji z Rosją”, jeśli Moskwa poważnie myśli o zakończeniu wojny.

Kiedy Warweg zapytał, czy Wadephul żałował wówczas swojego oświadczenia, czy nadal je podtrzymuje, rzecznik wyjaśnił: Chodziło o okres przed objęciem przez niego urzędu. „Nie mogę się na ten temat wypowiadać”. Dziennikarz skomentował: „Odniesienie do okresu sprzed objęcia urzędu nie jest zbyt przekonujące, dopóki oświadczenie nie zostanie sprostowane”. W swoim artykule dodał, odnosząc się do antyrosyjskich fałszywych oświadczeń niemieckiego rządu i Bundeswehry:

Sprawa Wadephula dotyczy jego własnego, udokumentowanego słowa. To ułatwiłoby wyjaśnienie: czy to „nadal” obowiązuje? Każdy, kto chce negocjować z geopolitycznymi przeciwnikami, powinien przynajmniej móc stwierdzić, czy nadal postrzega ich jako wrogów na wieki.

Zmiana konfrontacyjnego, antyrosyjskiego kursu niemieckiego rządu nie jest obecnie widoczna. Jest to uważnie obserwowane w Moskwie, gdzie wydawane są ostrzeżenia przed konsekwencjami. Znany rosyjski politolog Dmitrij Trenin postrzega konfrontacyjną politykę Niemiec jako celową eskalację. W rozmowie z dziennikarką Évą Péli w Moskwie wyjaśnił:

Dla Europy, w tym dla niemieckich przywódców, ta wojna jest de facto korzyścią, błogosławieństwem. Niemcy same w sobie nie doznają żadnych fizycznych zniszczeń na swoim terytorium; nie ma bezpośrednich ofiar wśród ludności cywilnej. Konflikt ten można zatem wygodnie kontynuować z daleka – poświęcając ludność zagraniczną i jednocześnie stanowczo uniemożliwiając jej osiągnięcie porozumienia z Rosją.

Jeśli ten kurs będzie konsekwentnie utrzymywany, „punkt militarnego starcia między Rosją a państwami europejskimi jest nieunikniony”. A to oznacza otwartą wojnę. Jeśli do niej dojdzie, „to – jak już podkreślił Ławrow – będzie ona krótkotrwała” – ostrzegł Trenin. Nie oczekuje, że osoby odpowiedzialne zmienią kurs i powiedzą: „Nie, posunęliśmy się za daleko, musimy się zatrzymać”. Po prostu nie może sobie tego wyobrazić.

„Obecne władze Niemiec – od kanclerz po konglomeraty medialne takie jak Der

Spiegel– działają jak nasz zdeterminowany przeciwnik. Napędzają eskalację i celowo prowadzą do otwartego konfliktu. Ale doskonale rozumiemy, że układy polityczne mogą się zmieniać”.

Przypomniał wypowiedź radzieckiego przywódcy Józefa Stalina z lutego 1942 roku: „Hitlerzy przychodzą i odchodzą, ale naród niemiecki i państwo niemieckie pozostają”. Dodał: „Ta refleksja została zachowana w zbiorowej pamięci narodu rosyjskiego”. Oznacza to:

„Nawet gdyby sytuacja polityczna w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii uległa zasadniczej zmianie, być może nie od razu znów staniemy się bliskimi przyjaciółmi. Możemy jednak powrócić do całkowicie normalnego, twardego pragmatyzmu, uregulowanego handlu i wzajemnych wizyt”.

Narzędzie eugeniki

Narzędzie eugeniki

30. września 2026 Marek Wojcik world-scam/narzedzie-eugeniki

Domyślacie się zapewne, że tym narzędziem jest wojna. Istnieje wiele sposobów prowadzenia wojny.

  • Wojna psychologiczna. Poprzez propagandową indoktrynację tworzy z dowolnie wybranego narodu obraz wroga i porównuje się go do robaka niezasługującego na życie;
  • Wojna biologiczna. Najlepszym przykładem była plandemia przemianowanego na kowid wirusa;
  • Wojna chemiczna. Na przykład wprowadzenie iperytu (gaz musztardowy, 1917 r.): Substancja parząca i dusząca;
  • Wojna służb zdrowia, Wykorzystuje zapasy iperytu w mało skutecznej chemioterapii. Od 100 lat rośnie liczba ofiar pandemii raka;
  • Wojna cybernetyczna. Walka prowadzona w przestrzeni cyfrowej w celu paraliżowania infrastruktury krytycznej wroga;
  • Wojna geologiczna. Wykorzystuje technologię HAARP do wywoływania powodzi, wybuchów wulkanu i trzęsienia ziemi:
  • Wojna hybrydowa. Połączenie działań militarnych z dywersją, cyberatakami, presją ekonomiczną i dezinformacją;
  • Wojna konwencjonalna. Prowadzona przy użyciu tradycyjnych sił zbrojnych i broni konwencjonalnej;
  • Wojna atomowa. Będzie ostatnią wojną, gdyż po niej nie będzie już nikogo do prowadzenia żadnej wojny;
  • Wojna XXI wieku. Zawiera wszystkie wymienione rodzaje wojen, jest prowadzona przeciwko całemu światu. Jej wrogiem jest „przeludnienie”.

Pytanie: Co Rosja zrobiła Republice Federalnej Niemiec, co mogłoby uzasadniać sankcje i odmowę dialogu? Odpowiedź: Nic. Rosja nie zachowała się w żaden sposób nieuczciwie ani nawet agresywnie wobec Republiki Federalnej Niemiec.

Władimir Putin pragnie pokoju i współpracy z Niemcami. Friedrich Merz z kolei zainicjował największą w historii kraju inicjatywę mobilizacji wojskowej. Wszyscy wiedzą, że może mieć na myśli tylko jednego domniemanego wroga: Rosję. Dlaczego więc Merz chce tej wojny? Zostawiam wam teraz decyzję, czy Władimir Putin, czy Friedrich Merz cieszy się większą wiarygodnością. Kto jest odpowiedzialny za ten kryzys?

Cytat z niedzielnego artykułu na anderweltonline.com: Wojna jako broń przeciwko własnemu narodowi. Źródło.

Jeszcze ciągle słychać głosy: przecież to Rosja napadła bez powodu na niewinną Ukrainę! Słychać je przede wszystkim od ludzi, których wiedza o świecie dociera jedynie przez ekran telewizora. Oni nie potrafią inaczej i dlatego będą nadal bronić „zachodnich wartości”, czyli obłudy, zakłamania i korupcji.

Zostawmy więc zmanipulowanych swojemu losowi, skoro tak wybrali. Pójdą na beznadziejną wojnę, bo im sam Pan Bóg szepnął z nieba, że za ojczyznę — bić się trzeba (Julian Tuwim „Do prostego człowieka”), nie mając pojęcia, że oddają swoje życie dla oligarchów ukraińskich i skorumpowanych zachodnich polityków.

Przed każdą wojną prowadzona jest operacja psychologiczna mająca na celu przekonanie ludzi do konieczności niechcianej wojny. Zawsze stosowane są fałszywe doniesienia o „okrucieństwie” wymyślonego wroga.

Dla zwolenników wojny istnieje tylko jeden argument: nienawiść do całego narodu, którego wybrali sobie jako wroga. Wszystkie argumenty za wojną są temu podporządkowane. Jest to objaw braku percepcji — braku możliwości obiektywnej oceny sytuacji — opartego na jedynie emocjonalnym z wyłączeniem logiki sposobie traktowania wykreowanego przez taką postawę problemu.

W każdym, bez wyjątku narodzie są zarówno dranie, jak i wspaniali ludzie. Ponieważ te cechy w bardzo małym stopniu są zależne od pochodzenia, czy kultury całego narodu.

Jakiej znowu kultury! – zakrzykną podżegacze wojenni – robactwo nie posiada kultury! A czy człowiek o tak idiotycznych poglądach wie, czym właściwie jest ta kultura?

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Raport z kolebki żydowskiego klanu Rothschildów

Raport z kolebki żydowskiego klanu Rothschildów

Agnieszka Piwar 2026-09-26 piwar/raport-z-kolebki-zydowskiego-klanu-rothschildow

Prostytucja jest tu oficjalnie zalegalizowana i opodatkowana; narkomani – w ramach polityki redukcji szkód – dostają od władz medyczną heroinę; „społeczność” LGBT cieszy się przywilejami, rodowitych Niemców jak na lekarstwo, za to muzułmanów od zatrzęsienia. Największe zaskoczenie z Frankfurtu nad Menem? Totalny spokój i bezpieczeństwo podczas miejskich imprez, na które przychodzą tłumy kulturowo skrajnie różnych od siebie osób.

Równie zaskakująco wypada przylegający do Frankfurtu Offenbach – na mapie wyglądają jak jedna miejscowość. Offenbach nad Menem jest miastem w Niemczech z największym odsetkiem mieszkańców pochodzenia imigracyjnego lub obcokrajowców, zaś rdzennych Niemców pozostało tu niespełna 33 procent.

Jednocześnie, według statystyk, Offenbach jest najbezpieczniejszym miastem Hesji i czwartym pod tym względem w całych Niemczech. Zobaczyłam to bezpieczeństwo i spokój na własne oczy, które nieco szokują, po wcześniejszym wysłuchaniu przekazów medialnych z Polski o strasznych problemach Niemców z imigrantami.

Oba miasta – Frankfurt i Offenbach – łączy nie tylko rzeka Men, ale przede wszystkim dwie słynne żydowskie postacie, które diametralnie zmieniły losy świata, w tym Polski. Czy kiedykolwiek się spotkali i wspólnie knuli? Według oficjalnych informacji nie ma na to potwierdzenia. Jednak moim zdaniem jest coś na rzeczy, skoro pokrywają się daty i pewien modus operandi.

ZWROT W HISTORII ŚWIATA


W Offenbachu spędził ostatnie lata i dokończył żywota Jakub Frank (1726-1791) – założyciel i guru żydowskiej sekty frankistów. Jej członkowie podstępem przyjęli chrzest w Kościele katolickim w Polsce i po zmianie nazwisk przeniknęli do polskiej szlachty i duchowieństwa, dokonując swoistej podmiany polskich elit. Dzisiaj sterują Polską ich potomkowie.

Nad Menem twórca sekty prowadził wystawny, quasi-dworski tryb życia jako „Baron von Frank”. W Offenbachu dzierżawił Zamek Isenburski, gdzie otoczony tłumem wyznawców (i sponsorów) przybyłych z Europy Środkowej i Wschodniej, kontynuował działalność o charakterze mesjanistycznym.

Działalność Franka zdecydowanie wykroczyła poza granice Rzeczypospolitej. Niektórzy frankiści zaangażowali się w rewolucję francuską oraz radykalne nurty oświeceniowe i wolnomularskie w Europie Zachodniej, widząc w burzeniu starego ładu politycznego realizację mesjańskiego planu.

Z Frankfurtu wywodzi się Mayer Amschel Rothschild (1744–1812), nestor słynnej żydowskiej rodziny, która z kolei podmieniła elity na świecie. Po dokonaniu się rewolucji we Francji (1789–1799) Rothschild na zgliszczach zburzonego świata zaczął budować nowy porządek.

U szczytu możliwości i przy najbardziej sprzyjającej koniunkturze „ojciec finansów międzynarodowych” – jak go określił magazyn „Forbes” – posłał swoich pięciu synów w świat. Ekspansję rozpoczęli kolejno: Nathan Mayer (Londyn), Jacob (Paryż), Salomon (Wiedeń), Kalman (Neapol) i Amschel Mayer (Frankfurt nad Menem).

Od tamtej pory międzynarodowa finansjera nieprzerwanie sprawuje władzę nad ziemskim światem. Obecnie aż 190 państw jest poddanymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego główna siedziba znajduje się w Waszyngtonie. Dawniej imperiami rządzili cezarowie, królowie, sułtani itp. Współczesnymi władcami są właściciele banków, a ich namiestnikami i marionetkami – politycy, jakich znamy z telewizji.

WYMOWNA SYMBOLIKA

Według najnowszych danych dotyczących centrum finansowego Frankfurtu, opublikowanych w marcu 2026 roku przez Frankfurt Main Finance we współpracy z heskim Ministerstwem Gospodarki, Frankfurt pozostaje największym ośrodkiem bankowym w Niemczech. W 2025 roku w mieście siedzibę miały 54 instytucje bankowe, a ponadto działało 28 oddziałów zagranicznych banków, 55 innych placówek zagranicznych oraz 17 przedstawicielstw.

Liczba instytucji finansowych zarejestrowanych we Frankfurcie dla celów nadzoru bankowego wynosiła natomiast w kwietniu 2025 roku nieco ponad 330. Z kolei według danych Helaba w połowie 2025 roku frankfurcki sektor bankowy zatrudniał około 74 200 osób, a szeroko rozumiany sektor finansowy – obejmujący również m.in. ubezpieczenia, firmy inwestycyjne i zarządzanie funduszami – prawie 89 400 osób.

Siedziby związane z sektorem finansowym mieszczą się najczęściej w stalowo-szklanych drapaczach chmur, które – wraz z nieprzypadkową symboliką – współtworzą charakterystyczny krajobraz Frankfurtu.

Wystarczy wspomnieć dach wieżowca Trianon w kształcie odwróconej, trójściennej piramidy – symbolu w okultyzmie, ezoteryce i świętej geometrii, który oznacza m.in. zejście ducha w materię. Z kolei wieżowiec Messeturm ma na dachu potężną piramidę skierowaną w górę, zaś przed wejściem do budynku znajduje się charakterystyczny „Młotkujący człowiek” („Hammering Man”) – monumentalna, ruchoma rzeźba autorstwa Jonathana Borofsky’ego.



W masonerii piramida symbolizuje dążenie człowieka do doskonałości duchowej, mądrość oraz Wielkiego Architekta Wszechświata. Natomiast młot – który trzyma w ręce postać z rzeźby – to w wolnomularstwie symbol pracy, siły woli oraz władzy i porządku w loży.

Frankfurt ma niezwykle bogatą historię wolnomularską. Kluczowym punktem na mapie miasta jest założona w 1742 roku loża „Zur Einigkeit” (Pod Jednością), jedna z najstarszych i najważniejszych lóż w całych Niemczech. Jej zabytkowa siedziba, Logenhaus zur Einigkeit przy Kaiserstrasse, do dziś stanowi ważny punkt kulturalny miasta.

Najsłynniejszy i najbardziej znaczący mason pochodzący z Frankfurtu nad Menem to Johann Wolfgang von Goethe (1749–1832), niemiecki poeta uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela literatury niemieckiej, a także za jednego z najbardziej znaczących w skali światowej. Z jego rodzinnego domu uczyniono muzealną atrakcję dla turystów.

DROGA DO PROFANACJI

Przy tematyce muzeów warto na chwilę się zatrzymać, gdyż sztuka jest odzwierciedleniem duszy. We Frankfurcie nad Menem obiektów muzealnych jest około 60, jednak mnie szczególnie utkwiły dwa z nich, które odwiedziłam tego samego dnia, jedno po drugim.

Najpierw obejrzałam zbiory Städel Museum, nazwanego tak na cześć bankiera, który powołał obiekt. W jego wnętrzach znajdują się tysiące obrazów z wielu epok, w tym malarstwo religijne w sekcji Dawnych Mistrzów (Old Masters), obejmujące okres od XIV do XVIII wieku. Znajdują się tu arcydzieła takich malarzy jak Jan van Eyck, Sandro Botticelli, Rembrandt van Rijn czy Johannes Vermeer.

Moją uwagę przykuło to, że na niektórych płótnach postacie świętych, a nawet Syn Boży, są półnagie lub całkiem nagie. Przykładem jest „Madonna z Lukki” autorstwa niderlandzkiego malarza Jana van Eycka. Obraz, namalowany między 1435 a 1437 rokiem, ukazuje Dzieciątko Jezus zupełnie na golasa, zaś Maryja szeroko odsłania dekolt, wystawiając do karmienia obnażoną pierś.

Kolejnym przykładem jest obraz „Święty Hieronim”, namalowany w 1874 roku przez francuskiego artystę Jeana-Léona Gérôme’a. Przedstawia on świętego odpoczywającego w skalistej pustelni, w towarzystwie lwa. Dzieło robi ogromne wrażenie swoim realizmem, m.in. dokładnym odwzorowaniem budowy anatomicznej ciała. Problem w tym, że ciało świętego jest nagie, a genitalia przykrywa jedynie skrawek płótna.

Być może dla polskich odbiorców to nic strasznego, wszak sztuka katolicka od pewnego momentu często i celowo zaczęła pokazywać odsłonięte ciała świętych. Tymczasem w tradycji chrześcijańskiej na Wschodzie jest to niedopuszczalne świętokradztwo. Ikony prawosławne nie pokazują nagości, ponieważ ludzkie ciało jest świątynią Ducha Świętego.

W ten sposób przechodzę do drugiego punktu czyli frankfurckiego Muzeum Ikon, które mieści się w dawnym refektarzu klasztoru zakonów krzyżackich. Kolekcja prezentuje około 130 starannie wyselekcjonowanych prawosławnych ikon i przedmiotów liturgicznych z Rosji, Grecji, Rumunii, Egiptu, Syrii i Etiopii. Wizerunki świętych ukazują z godnością, w szatach całkowicie okrywających ciała.

Nawiązuję do tego nieprzypadkowo. W otoczeniu ikon odczuwa się bliskość Sacrum. Natomiast zachodnia sztuka zebrana m.in. we wspomnianym Städel Museum otwiera się na profanację. Ten kontrast szczególnie mocno uderza po zejściu do podziemi budynku, gdzie mieści się szokująca wystawa sztuki nowoczesnej. Wśród eksponatów krzyż – najważniejszy dla chrześcijan symbol – zmontowany z lepu na owady i zdechłych much.

Muzealne doświadczenia skłoniły mnie do pogłębienia refleksji, kiedy zobaczyłam na ulicach Frankfurtu uczestników parady LGBT. Wielu z nich bezwstydnie obnażyło swoje ciała, najczęściej oszpecone okropnymi tatuażami i szkaradnymi kolczykami. Zwykli mieszkańcy pozostali bierni wobec tego publicznego bezeceństwa, ociekającego wulgarną golizną.

Tymczasem badania opinii społecznej, w tym długofalowe analizy instytutu Pew Research Center, jednoznacznie wskazują, że w krajach z dominacją prawosławia opór wobec postulatów ruchu osób LGBT+ (w tym organizowania tzw. parad równości) jest statystycznie wyższy niż w krajach o tradycji katolickiej czy protestanckiej.

ZE SKRAJNOŚCI W SKRAJNOŚĆ

Masowe imprezy pod otwartym niebem to popularna rozrywka mieszkańców Frankfurtu. Niektóre z nich na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem normalnie. Dla przykładu, doroczna główna parada karnawałowa (Frankfurter Fastnachtszug) odbywa się tradycyjnie w niedzielę poprzedzającą Wielki Post. Jest kolorowo, gra muzyka, a do wesołego tłumu rzucane są tony cukierków. Brakuje tylko zadumy nad zbliżającym się postem, którego najwyraźniej nikt tu nie przestrzega.

W środku lata, w rejonie nabrzeża i Starego Miasta, odbywa się tradycyjny festyn ludowy nad Menem, z wesołym miasteczkiem, stoiskami z jedzeniem i napojami, koncertami oraz pokazem sztucznych ogni. Mainfest jest związany z Menem i wielowiekową tradycją frankfurckich rybaków. Rybołówstwo we Frankfurcie ma ponad tysiącletnią tradycję i jest najstarszym udokumentowanym cechem w mieście.

Pod koniec lata odbywa się Festiwal Nabrzeża Muzeów (Museumsuferfest), rozciągający się wzdłuż obu brzegów Menu. W ciągu dnia muzea organizują specjalne wystawy, oprowadzania, warsztaty i inne wydarzenia, a wieczorami odbywają się imprezy plenerowe, w tym liczne koncerty z szerokim wyborem muzyki.

Uwagę przykuwają stoiska gastronomiczne z tradycyjnymi specjałami licznych narodowości pochodzących z różnych kontynentów. Zapachy rozmaitych potraw przyćmiewa często charakterystyczna woń marihuany, którą można posiadać i palić na legalu, z czego najwyraźniej obficie korzystają mieszkańcy Niemiec.

Wbrew obiegowej opinii, liczni przybysze z islamskich krajów nie robią większych problemów, tylko grzecznie się dostosowali. Większość z nich po prostu woli korzystać z przywilejów gospodarczo rozwiniętego państwa, niż komplikować sobie życie angażowaniem się w ideologiczną działalność ekstremistycznych grup.

Plenerowe imprezy uświadamiają, jak bardzo różnorodne stały się Niemcy. W tłumie dominują osoby o śniadej karnacji; rodziny z dziećmi to najczęściej muzułmanie, zaś przedstawiciele narodu niemieckiego – często już siwogłowi – wydają się być w mniejszości. Wygląda na to, że kraj ten przy bierności samych Niemców został wynarodowiony i przekształcony w jakąś wielką międzynarodową korporację.

Taki model wypracowali przedstawiciele szkoły frankfurckiej – twórcy teorii krytycznej, tacy jak Max Horkheimer, Theodor W. Adorno czy Erich Fromm – którzy postrzegali tradycyjnie rozumiany naród oraz nacjonalizm jako jedną z głównych barier dla emancypacji i rozwoju ludzkości, ponieważ upatrywali w nich źródła autorytaryzmu, regresu społecznego oraz mechanizmu podziału utrudniającego globalną solidarność.

Według oficjalnej wersji ich perspektywa ukształtowała się pod wpływem doświadczeń wzrostu faszyzmu i nazizmu w Europie, z której wielu z nich musiało uciekać ze względu na swoje żydowskie pochodzenie.

W ten oto sposób Niemcy odrzuciły jedną skrajność na rzecz drugiej. W minionych dekadach niemieckie społeczeństwo przekształciło się w niezwykle tolerancyjne i otwarte na innych. To z kolei sprawiło, że niektórzy zaczęli mieć tego dosyć, stąd obserwowany w ostatnim czasie gwałtowny wzrost poparcia dla skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD).

Można odnieść wrażenie, że Niemcy nie potrafią być po prostu patriotami kochającymi ojczyznę – bez jednoczesnych uprzedzeń i niechęci wobec innych nacji albo, przeciwnie, bezmyślnej tolerancji wobec wszystkich, która usypia czujność przed utratą własnej narodowej tożsamości.

SYJONIŚCI ROZDAJĄ KARTY

Oficjalnie w Niemczech istnieje wolność wyrażania poglądów. Widziałam jak na głównym rynku przed frankfurckim ratuszem, pod flagami Izraela, protestowali syjoniści oburzeni skalą rzekomego antysemityzmu w Niemczech. Na popularnym deptaku cierpliwy Indianin godzinami grał na flecie, by przykuć uwagę do transparentów krytykujących agresję USA i NATO. Nieopodal grupa Irańczyków wyrażała poparcie dla Rezy Pahlawiego, marionetki CIA i Mossadu.

W centrum miasta regularnie zbiera się niewielka propalestyńska manifestacja – złożona w znacznej części ze Słowian – której atrakcją jest zdjęcie Benjamina Netanjahu, służące przechodniom jako wycieraczka do butów.

Od znajomych Palestyńczyków słyszałam natomiast, że kiedy ich rodacy organizują w Niemczech większe antyizraelskie protesty, wyrażające sprzeciw wobec ludobójstwa w Gazie, niemiecka policja najczęściej pałuje uczestników i rozpędza demonstracje.

Obecnym burmistrzem Frankfurtu Nad Menem jest Mike Josef (SPD), który urodził się w Syrii i oficjalnie pochodzi z chrześcijańskiej rodziny. Naiwny jest jednak ten, kto pomyślał, że potępił on izraelską okupację arabskiego ludu Palestyny. Włodarz Frankfurtu jest proizraelski w kwestii bezpieczeństwa Izraela, jego prawa do istnienia i ochrony mieszkańców Izraela.

Frankfurt nad Menem jest największym miastem kraju związkowego Hesji, ale jego stolica znajduje się w Wiesbaden. Tam też obraduje heski rząd, który przygotował w ostatnim czasie kontrowersyjną inicjatywę ustawodawczą. Zakłada ona wprowadzenie do niemieckiego kodeksu karnego nowego czynu zabronionego dotyczącego publicznego negowania prawa Izraela do istnienia oraz wzywania do likwidacji państwa Izrael.

10 lipca 2026 r. Bundesrat poparł projekt Hesji i skierował go do dalszej procedury legislacyjnej. 27 sierpnia projekt został formalnie przedłożony Bundestagowi jako druk nr 21/7733.

Jeśli ustawa zostanie uchwalona przez niemiecki parlament w obecnym brzmieniu, będzie można trafić za kratki za publiczne wypowiedzi, które zostaną uznane za negowanie prawa Izraela do istnienia lub wzywanie do likwidacji tego państwa.



Wygląda to na akcję syjonistycznego lobby, które szuka sposobu na zakneblowanie osób publicznie wyrażających następującą kwestię: „Syjoniści ukradli i zajęli ziemię Palestyńczyków. Izrael brutalnie okupuje Palestynę, dokonując zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. To bezprawie i cierpienie podbitego narodu musi się wreszcie skończyć”.

Trzeba przyznać, mają tupet!

Agnieszka Piwar

Lucyferyczny sojusz tronu z ołtarzem. O biskupach, którzy zdradzili Chrystusa i Polskę

Lucyferyczny sojusz tronu z ołtarzem. O biskupach, którzy zdradzili Chrystusa i Polskę

Autor: AlterCabrio, 29 września 2026

Kapłani, ja wracam się teraz do kapłanów, bo wiem, że oglądają nas niektórzy. Kapłani, nie łudźcie się. Nie łudźcie się. Zmuszą was do najpodlejszych rzeczy. Ci, którzy udają katolickich biskupów, którzy są oficerami obcych sił na Polskę, zmuszą was do najgorszych rzeczy, których sobie jeszcze nie wyobrażacie, bo to jest napisane w ich dokumentach. Ja je czytałem, one są jawne. Wy tego nie czytacie albo nie rozumiecie. Każą wam robić rzeczy tak podłe, tak ohydne, że lepiej, lepiej żebyście nie poszli w to. Będziecie musieli wy wszyscy dokonać wyboru albo udawać, że jesteście katolikami i robić rzeczy podłe i ohydne, mając nadzieję, że może coś uratujecie. Niczego nie uratujecie. Zmuszą was do zaprzaństwa, zmuszą was do lucyferyzmu.

◊

Gdyby biskupi głosili prawdę, to ludzie by za nimi poszli, a tak uciekają od nich. Dlatego kościoły pustoszeją, bo za biskupami idą też kapłani. Więc kościół pustoszeje. Ale to duża wina w tym jest złych pasterzy, którzy nie chcą mówić prawdy, tylko głoszą fałsz, kłamstwa i robią to świadomie.

◊

Lucyferyczny sojusz tronu z ołtarzem. O biskupach, którzy zdradzili Chrystusa i Polskę.

Dzisiaj jest program specjalny, ponieważ nagrywamy go we wtorek 29 września i dzisiaj będzie emitowany. Nagrywamy go o 11:59, a będzie emitowany za kilka godzin, jak najszybciej. Dlaczego tak? Dlatego, że pojawiły się te dokumenty Kościoła polskiego dotyczące uchodźców. Pojawiły się zaraz po zbrodni w Jarosławiu i warto na ten temat porozmawiać.

◊

Wspominane dokumenty [także w komentarzach]:

Tajny i jawny: dwa skandaliczne dokumenty Episkopatu o uchodźcach po morderstwie w Jarosławiu

*

Warto porównać:

Zabójstwo kapłana podczas Sakramentu Św. i postawa Episkopatu w tej sprawie

Rosyjski dron K5 ignoruje zagłuszanie sygnału. Nowy system nawigacji zmienia zasady gry

Rosyjski dron K5 ignoruje zagłuszanie sygnału. Nowy system nawigacji zmienia zasady gry

[Jak od tysiącleci: Wyścig miecza i tarczy. md]

zmianynaziemi/rosyjski-dron-k5-ignoruje-zagluszanie-sygnalu-nowy-system-nawigacji-zmienia-zasady-gry

Rosyjskie siły zaczęły stosować zmodyfikowaną wersję odrzutowego drona uderzeniowego Geran-5, oznaczaną jako Geran-5 K5. Według ukraińskich źródeł monitorujących oraz wypowiedzi rosyjskiego korespondenta wojennego aparat wyposażono w autonomiczny system nawigacji optycznej nazywany Susanin. Dzięki niemu dron ma być w stanie kontynuować lot nawet wtedy, gdy zagłuszony zostanie sygnał satelitarny lub utracone połączenie z operatorem. (en.defence-ua.com/weapon_and_tech/russia_equips_new_geran_5_dro…)

Rodzina Geran to rosyjska ewolucja irańskich dronów Shahed. Od wersji śmigłowych, przez pierwsze odrzutowe Geran-3, aż po Geran-4 i Geran-5, konstrukcja stale się zmieniała. Geran-5, używany bojowo od początku 2026 roku, jest już konstrukcją zbliżoną do małej pocisku manewrującego. Według ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) jego masa startowa wynosi około 850 kilogramów, prędkość przelotowa 450–600 km/h, a szacowany zasięg dochodzi do 950–1000 kilometrów. Głowica bojowa waży około 90 kilogramów. Napęd stanowi chiński silnik turboodrzutowy Telefly TF-TJ2000A. Dron może latać na pułapie do 6 kilometrów, choć w praktyce operacyjnej zwykle utrzymuje się niżej. (https://forsal.pl/swiat/bezpieczenstwo/artykuly/11320227,rosja-uderza-w…)

Nowa odmiana K5 ma zmieniony kadłub. Silnik przeniesiono do wnętrza konstrukcji, co zmniejsza opór aerodynamiczny i może poprawić prędkość oraz zasięg. Kluczową nowością jest jednak system Susanin. Działa on na zasadzie DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlation) – cyfrowego porównywania obrazów terenu. Kamera na pokładzie rejestruje rzeczywisty krajobraz pod maszyną, a komputer porównuje go z wcześniej wgranymi zdjęciami referencyjnymi, zazwyczaj satelitarnymi. Na tej podstawie korygowana jest pozycja i trasa lotu.

(https://united24media.com/war-in-ukraine/russia-reportedly-starts-using…)

To nie jest nowa technologia. Analogiczne rozwiązania stosowano wcześniej na rosyjskich pociskach manewrujących Ch-101 (system Otblesk-U) oraz na amerykańskich Tomahawkach. W przypadku Geran-5 K5 system ma pełnić rolę zapasową. Główna nawigacja nadal opiera się na odpornym na zagłuszanie module Kometa-M12 i układzie inercyjnym. Susanin ma pozwolić utrzymać kurs, gdy GPS i GLONASS zostaną zakłócone. (https://defence-ua.com/weapon_and_tech/chomu_novi_rosijski_geran_5_mozh…)

Dla ukraińskiej obrony przeciwlotniczej ma to konkretne znaczenie. Przez długi czas skuteczną metodą odchylania tanich dronów było zagłuszanie sygnału satelitarnego. Dron lecący wyłącznie po współrzędnych GPS mógł zejść z kursu, spaść lub ominąć cel. System optyczny sprawia, że ta taktyka traci część skuteczności. Maszyna „widzi” teren i porównuje go z mapą zapisaną w pamięci, więc nie musi stale polegać na satelitach ani na łączności z operatorem.

Nie oznacza to jednak, że dron stał się niewrażliwy. DSMAC ma istotne ograniczenia. Dokładność zależy od oświetlenia, pory roku, kąta padania słońca i długości cieni. System działa wyraźnie lepiej w dzień niż w nocy. Po zmroku, bez dodatkowego oświetlenia lub zaawansowanego przetwarzania obrazu, skuteczność spada. Precyzja jest też niższa niż w przypadku nawigacji satelitarnej, dlatego eksperci traktują Susanin jako system uzupełniający, a nie pełne zastępstwo GPS. (https://en.defence-ua.com/weapon_and_tech/russia_equips_new_geran_5_dro…)

Geran-5 i tak stanowi już większe wyzwanie niż starsze, wolne Geran-2. Wyższa prędkość skraca czas reakcji obrony, a konstrukcja zbliżona do pocisku manewrującego utrudnia identyfikację. Pojawiają się doniesienia, że nowsze warianty bywały mylone z innymi środkami uderzeniowymi. Jednocześnie Rosja zwiększa skalę produkcji maszyn odrzutowych. Szacunki mówią o tysiącach dronów miesięcznie w całym programie Geran, choć konkretne liczby dla samej wersji K5 pozostają niepotwierdzone.

Ewolucja tych aparatów pokazuje szerszy trend. Wojna na Ukrainie przyspieszyła rozwój tanich, masowo produkowanych środków uderzeniowych, które łączą cechy drona i pocisku manewrującego. Z jednej strony pojawiają się kamery, elementy sztucznej inteligencji, sieci mesh i odporniejsze anteny. Z drugiej – obrona musi stale dostosowywać zagłuszanie, systemy wykrywania i środki kinetyczne. Doradca prezydenta Ukrainy ds. technologii obronnych Serhij Beskrestnow („Flash”) wielokrotnie wskazywał, że ukraińska obrona powietrzna nie nadąża za tempem zmian po stronie rosyjskiej. (https://voennoedelo.com/en/posts/id20351-geran-5-k5-gets-optical-trajec…)

Informacje o Geran-5 K5 pochodzą głównie z kanałów monitorujących i relacji korespondentów. Oficjalne potwierdzenie ze strony ukraińskich służb wywiadowczych dotyczące dokładnego oznaczenia K5 i pełnej implementacji DSMAC na tej konkretnej wersji wciąż jest ostrożne. Część ustaleń opiera się na analizie wraków. To typowa sytuacja w wojnie technologicznej: nowe rozwiązania pojawiają się na polu walki szybciej, niż można je w pełni zweryfikować.

Niezależnie od ostatecznej skali wdrożenia, kierunek jest jasny. Rosja stara się uniezależnić tanie drony uderzeniowe od łatwo zagłuszanych sygnałów satelitarnych. Nawigacja optyczna nie rozwiązuje wszystkich problemów i działa gorzej w ciemności, ale podnosi próg skuteczności środków walki elektronicznej. Dla Ukrainy oznacza to konieczność dalszego rozwijania warstwowej obrony: radarów, środków kinetycznych, systemów optycznych i taktyk wykorzystujących ograniczenia kamer terenu.

Konflikt pokazuje, że tani, masowo produkowany dron z silnikiem odrzutowym i zapasową nawigacją wizyjną może zbliżyć się możliwościami do znacznie droższego pocisku manewrującego. To zmienia rachunek ekonomiczny obrony powietrznej i wymusza kolejne adaptacje po obu stronach. Geran-5 K5 jest kolejnym etapem tej spirali, a nie jej końcem.

Źródła:

https://militarnyi.com/en/news/russian-forces-begin-using…

https://www.theinteldrop.org/2026/09/28/russias-geran-5-g…

https://euromaidanpress.com/2026/09/28/russia-is-launchin…

https://ua.news/en/war-vs-rf/rosiia-viprobovuie-geran-5-z…

Zaszufladkowano do kategorii Wojna | Otagowano

Eskalacja między Rosją a NATO. Moskwa straszy atomem, Sojusz krytykuje

Eskalacja między

Rosją a NATO.

Moskwa straszy atomem,

Sojusz krytykuje

29 września 2026 pch/eskalacja-miedzy-rosja-a-nato-moskwa-straszy-atomem-sojusz-krytykuje

atom1.jpg
Fot. Pixabay

Kwatera Główna NATO odpowiedziała Rosji na groźby dotyczące użycia broni nuklearnej. Federacja Rosyjska stworzyła dokument skierowany do członków Sojuszu Północnoatlantyckiego, w którym przekonuje, że może użyć atomu w odpowiedzi na rzekomą izolację obwodu królewieckiego. 

Treść pisma opublikowała na platformie X ambasada Rosji w Brukseli. Rosja wyraziła w nim sprzeciw wobec tego, co uznaje za „prowokacyjne działania” NATO wobec obwodu królewieckiego.

„Rosja jest gotowa użyć całego swojego arsenału w celu obrony swojego terytorium, jeśli państwa NATO podejmą próbę odizolowania regionu kaliningradzkiego (królewieckiego – PAP) od reszty naszego kraju” – napisano w dokumencie, którego treść przytoczyła rosyjska ambasada.

Na ten dokument zareagowała we wtorek rzeczniczka NATO Allison Hart

– Stanowczo potępiamy groźby użycia siły, w tym wszelką nieodpowiedzialną retorykę nuklearną – poinformowała Hart cytowana przez AFP, potwierdzając, że Sojusz otrzymał rosyjski dokument i udzielił na niego odpowiedzi.

Obwód królewiecki, będący rosyjską eksklawą nad Morzem Bałtyckim, graniczy z Polską i Litwą. Terytorium to, przed II wojną światową należące do Niemiec, zostało w 1945 roku przejęte przez Związek Sowiecki.

Państwa NATO od dłuższego czasu sygnalizują wzrost zagrożeń hybrydowych ze strony Rosji i w związku z tym zwiększają obecność wojskową, szczególnie na wschodniej flance Sojuszu.

– Wykorzystywanie przez Rosję taktyk hybrydowych jest oznaką desperacji, ale nie powstrzyma nas przed dalszym wspieraniem Ukrainy – podkreśliła rzeczniczka NATO, cytowana przez AFP.

Źródło: PAP

Larry Johnson ostrzega: Wojna między Europą a Rosją jest „nieunikniona”.

Larry Johnson ostrzega: Wojna między Europą a Rosją jest „nieunikniona”.

Były analityk CIA Larry Johnson bije na alarm: jego zdaniem Europa i Rosja coraz szybciej zmierzają w kierunku bezpośredniej konfrontacji militarnej. „Myślę, że wojna z Europą jest nieunikniona” – powiedział Johnson w wywiadzie, odnosząc się do narastającej eskalacji między Moskwą a europejskimi państwami NATO.

Johnson nie twierdzi, że Rosja planuje atak w celu podboju Niemiec, Polski czy innych państw europejskich. Problemem jest raczej połączenie coraz ostrzejszej retoryki wojennej, zachodnich zbrojeń, dostaw broni i potencjalnych bezpośrednich działań przeciwko rosyjskim interesom. Po rozmowach z kilkoma rosyjskimi wojskowymi odniósł jednoznaczny wniosek: Moskwa coraz bardziej przygotowuje się na ewentualność, że konflikt z NATO ostatecznie rozszerzy się poza Ukrainę.

Dyplomacja nie prowadzi donikąd.

Jednocześnie słabnie zaufanie do negocjacji po stronie rosyjskiej. Johnson dostrzega wyraźne zaostrzenie stanowiska prezydenta Władimira Putina i ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa. Po Mińsku II i innych nieudanych próbach dyplomatycznych Moskwa jest coraz bardziej przekonana, że ​​porozumienia z Zachodem nie są trwałe.

Johnson przytacza jako przykład niedawną rozmowę Ławrowa z niemieckim ministrem spraw zagranicznych. Zamiast poważnie omówić wzajemne interesy bezpieczeństwa, strona niemiecka, jego zdaniem, w zasadzie powtórzyła znane żądania Rosji. Wniosek Johnsona: Rosyjskie kierownictwo jest coraz mniej przekonane o swojej zdolności do rozwiązania konfliktu drogą dyplomatyczną.

Niebezpieczna słabość Europy: przemysł

Johnson szczególnie stanowczo odrzuca pogląd, że Europa mogłaby mieć przewagę militarną nad Rosją wyłącznie dzięki większej produkcji gospodarczej. Jego zdaniem, decydujące znaczenie dla przedłużającej się wojny ma nie wartość giełdowa ani nominalny PKB, lecz fabryki, energia, surowce, żołnierze, pociski rakietowe, a przede wszystkim amunicja.

Rosja znacząco zwiększyła produkcję broni od 2022 roku. Z drugiej strony, Europa i Stany Zjednoczone przez dekady likwidowały lub przenosiły znaczną część swojej bazy przemysłowej na rynki zagraniczne. Gospodarki wojennej nie da się uruchomić po prostu dekretem rządowym.

Johnson uważa to za niebezpieczny błąd w ocenie sytuacji: Zachód od lat przedstawiał Rosję jako kraj gospodarczo zacofany i słaby militarnie – a teraz grozi, że uwierzy we własną propagandę.

Rosyjskie statki mogą być przyczyną

Johnson dostrzega potencjalną drogę do wojny na morzu. W Europie coraz głośniej mówi się o środkach przeciwko tzw. rosyjskiej „flotcie cieni”. Gdyby państwa europejskie zaczęły siłą przejmować rosyjskie okręty, Moskwa mogłaby, zdaniem Johnsona, uznać to za akt wojny.

Rosja mogłaby wówczas podjąć próbę odzyskania okrętów lub podjąć działania militarne przeciwko jednostkom zaangażowanym w takie działania. Sankcja mogłaby zatem w bardzo krótkim czasie przerodzić się w bezpośrednią konfrontację militarną.

Nikt nie wyjaśnia, jak ta wojna ma się zakończyć.

Dla Johnsona to właśnie sedno problemu europejskiej strategii. Politycy coraz częściej mówią o gotowości militarnej, zbrojeniach i ewentualnej konfrontacji militarnej z Rosją. Ale prawie nikt nie wyjaśnia, jak taka wojna miałaby się faktycznie odbyć – i przede wszystkim, jak by się zakończyła.

Czy europejscy żołnierze powinni okupować terytorium Rosji? Czy rakiety zostaną wystrzelone w kierunku rosyjskich miast? Jak zareaguje Moskwa? I co się stanie, jeśli jedna ze stron będzie bliska przegranej?

Johnson uważa, że ​​te pytania nie są do końca przemyślane i logicznie uzasadnione. Rosja posiada jeden z największych arsenałów nuklearnych na świecie. Bezpośrednia wojna NATO z Rosją nigdy nie byłaby zatem zwykłym konfliktem konwencjonalnym.

Kaliningrad jako niebezpieczny punkt zapalny

Johnson uważa rosyjską eksklawę Kaliningrad, położoną między Polską a Litwą, za obszar szczególnie narażony na konflikt. Na Zachodzie jest ona niekiedy postrzegana jako punkt wrażliwy Rosji, cel nacisków politycznych i militarnych.

Johnson uważa to za niezwykle niebezpieczne. Jeśli Moskwa odniesie wrażenie, że Kaliningrad może zostać militarnie odcięty lub zaatakowany, należy spodziewać się zmasowanej reakcji Rosji. W skrajnym przypadku rozważa nawet użycie taktycznej broni jądrowej. Taka jest ocena Johnsona – rozmowa nie dostarcza żadnych dowodów na to, że Rosja celowo planuje taki atak.

Prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi w błędnych obliczeniach.

Cała analiza Johnsona sprowadza się zatem do jednego: największym niebezpieczeństwem nie jest koniecznie świadoma decyzja o wywołaniu wielkiej wojny, lecz raczej wzajemne błędne kalkulacje.

Europa może sądzić, że Rosja będzie tolerować dalszą eskalację. Moskwa z kolei może dojść do wniosku, że dalsza bezczynność jedynie daje Europie czas na modernizację sił zbrojnych i przygotowanie się do przyszłej konfrontacji.

Johnson podtrzymuje więc ostatecznie swoją ponurą prognozę: coraz bardziej prawdopodobna staje się wojna na większą skalę – a jego zdaniem najniebezpieczniejszy front nie znajduje się w Zatoce Perskiej, lecz w Europie.

Ta wojna jeszcze nie jest rzeczywistością. Ale im dłużej dyplomacja będzie zastępowana przez zbrojenia, groźby i wzajemną nieufność, tym większe ryzyko, że pojedynczy incydent wystarczy, by przekształcić obecną wojnę zastępczą w bezpośrednią konfrontację między Rosją a europejskimi państwami NATO.

Arogancja upadającego imperium

Arogancja upadającego imperium

29. września 2026 Marek Wojcik world-scam/arogancja-upadajacego-imperium

…słynne oświadczenie Elona Muska po wspieranym przez USA zamachu stanu przeciwko Evo Moralesowi w Boliwii w 2019 roku: „Zrobimy zamach stanu, na kogokolwiek zechcemy! Pogódźcie się z tym”. Stany Zjednoczone mają długą tradycję ingerowania w suwerenne państwa – od Ameryki Łacińskiej po Bliski Wschód i Europę Wschodnią. Fakt, że urzędujący ambasador wyraził to tak otwarcie, pokazuje, jak mało szacunku pozostało dyplomatycznym pozorom.

Ta dygresja pochodzi z wczorajszego artykułu na tkp.at: Ambasador USA otwarcie grozi Grecji zmianą reżimu. Źródło.

Arogancja towarzyszy ludzkości przez całą jej historię. Nie jest to współczesny wynalazek, ale psychologicznie uzasadniony fenomen braku wiary we własną wartość. Arogant okazuje niczym nieuzasadnioną wyższość nad innymi ludźmi, oznajmia nieświadomie całemu światu, że ma kompleks niższości, który tłumi, poniżając inne grupy społeczne lub narodowe. Daje mu to chwilową poprawę samopoczucia, dzięki zagłuszaniu wątpliwości i sztucznie wykreowanego uczucia bycia kimś lepszym od innych.

Wartość człowieka nie jest mierzona w ilości pieniędzy na koncie bankowym, ale na tym, co może przekazać i w jaki sposób potrafi pomóc innym ludziom. Wielu myli tę pomoc z pseudofilantropią Billa Gatesa. Tylko że on pomaga jedynie własnemu ego i pomnaża swój majątek oparty na krzywdzie innych.

To nieklasyfikowane zdjęcie satelitarne opublikowane przez Stany Zjednoczone rzekomo przedstawia łódź, która 19 września 2026 r. stała się celem amerykańskiego ataku wojskowego na Morzu Karaibskim. Źródło.

To nie jest już tylko arogancja, kiedy amerykańskie wojsko zabija rybaków pod pretekstem walki z handlem narkotykowym. Chyba nie po to jest armia, żeby mordować niewinnych ludzi dla celów propagandy politycznej. Wyższy stopień arogancji jest po prostu zbrodnią. Żaden sąd nie obwieścił winy tych ludzi. Mamy jedynie gołosłowne zarzuty od stronniczych polityków.

Nowy porządek świata przewiduje nowy podział na strefy wpływów. Nie wiadomo czy upadające imperium USA w ogóle przetrwa te historyczne zmiany. Na pewno nie przetrwa tej nawałnicy amerykański dolar w dotychczasowej formie dominującej waluty światowej. Kanada, Grenladia, Ameryka Środkowa i Południowa są już praktycznie pod butem Stanów Zjednoczonych. Z jednym małym wyjątkiem: Kuba.

Kolejny przykład arogancji: „Myślę, że będę miał zaszczyt podbić Kubę” – powiedział 47. prezydent, pochylony nad biurkiem Resolute. „To nie byłoby złe. To byłby wielki zaszczyt. Mogę ją wyzwolić albo podbić, myślę, że mogę z nią zrobić, co zechcę” – powiedział. – wczorajszy artykuł na globalresearch.ca: Trump: Inwazja na Kubę będzie „wielkim zaszczytem”. Źródło.

18.09.2026 r. Kuba dotknięta siódmą w tym roku ogromną awarią zasilania. Jest to między innymi efekt amerykańskiej blokady gospodarczej.

Podobnie jak Tajwan zostanie wchłonięty przez Chińską Ludową Republikę, tak Kuba stanie się częścią amerykańskiego imperium lub jego kolonią. Nie muszę nikomu udowadniać, że nie wspieram ideologii komunistycznej, moja aktywna postawa przeciwko systemowi totalitarnemu w PRL o tym świadczy. Nikt mnie jednak nie przekona, że „pomoc” Trumpa w „wyzwoleniu” Kuby jest czymś dobrym. Już nieraz pomagali Korei, Wietnamowi, Chile, Panamie, Serbii, Somalii, Afganistanowi, Syrii czy Libii. Ten ostatni kraj do dzisiaj nie może dojść do siebie po takiej pomocy.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Nienawiść zła i… dobra

Nienawiść zła i… dobra

Olaf Swolkień

Nienawiść jest tylko wtedy siłą, jeśli działa, jeśli tworzy własne siły lub niszczy obce. Nienawiść, która niszczy siły własne, a obcym nic a nic nie szkodzi, jest właśnie samobójstwem narodowym” (Aleksander Bocheński „Dzieje głupoty w Polsce”)

„W niewoli uczuć” – to tytuł znakomitej powieści Williama Somerseta Maughama ukazującej katastrofy jakie może na nas sprowadzić zbyt łatwe i bezrozumne im uleganie. Jednak coraz częstsze karanie za przejawy, a de facto za same uczucia jakie ma miejsce zarówno w polskim kodeksie karnym (KK) jak i w praktyce sądowniczej oznacza prawdziwy przełom na drodze do państwa totalitarno – terapeutycznego, w którym KK ma służyć nie tylko karaniu czynów, ale także usuwaniu wad ludzkiej psychiki.

Słownik języka polskiego określa nienawiść jako „bardzo silne uczucie niechęci i wrogości wobec jakiejś osoby, któremu towarzyszyć może pragnienie, aby stało się jej coś złego.” W słowniku jest tematycznie zakwalifikowana do działu: „człowiek jako istota psychiczna” w odniesieniu do „relacji międzyludzkich”. Na stronach poświęconych zdrowiu psychicznemu czytamy zgodnie z własnym grzesznym doświadczeniem, że nienawiść jest naturalnym stanem i każdy człowiek w jakimś momencie jej doświadcza.

Jako przyczyny nienawiści często podawane są poczucie krzywdy lub zagrożenia, lęk, a także manipulacja polityczna. Nienawiść jawi się także jako utrwalone uczucie gniewu powodujące chęć zemsty za doznane lub urojone krzywdy. Bardzo często jest odpowiedzią na pogardę i lekceważenie. Na co dzień najczęstsza jest nienawiść wynikająca z poczucia własnej niższości wobec czyjejś wyższości, z powodu zawinionej przez Boga lub naturę różnicy, której nie da się zniwelować. Dlatego nienawiść uważana jest za uczucie wstydliwe, a nawet upokarzające. Artur Schopenhauer opisał mechanizm jej powstawania następująco: „jeśli ktoś stwierdza i odczuwa znaczną przewagę swego rozmówcy, wówczas w głębi ducha, nie zdając sobie z tego sprawy, wyciąga stąd wniosek, że tamten stwierdza i odczuwa w tymże stopniu jego własną niższość i duchową ograniczoność. Entymemat ten wzbudza w nim gwałtowną nienawiść, niechęć, animozję (…) Na dodatek natura pospolita burzy się na widok swego przeciwieństwa, skrytym zaś sprawcą tej rebelii jest zazdrość.”

„Klasowa” odmiana nienawiści opisywana jest często przez kresowych Polaków relacjonujących okrucieństwa oraz wandalizm bolszewików i Ukraińców po rewolucji październikowej, a jej symbolem żywcem obdarty ze skóry tytułowy „Koń na wzgórzu” z opowiadania Eugeniusza Małaczewskiego. Dlatego polscy członkowie klas wyższych pod okupacją sowiecką starali się upodobnić do proletariuszy lub czerni wyglądem, sposobem bycia, ale zdradzić mógł myślący, bardziej subtelny wyraz twarzy czy dłoń nie zniszczona pracą fizyczną.

Paleta przedstawionych tu odcieni nienawiści choć i tak niepełna dowodzi, że krucjata w jaką z takim zapałem zaangażował się minister Żurek, od samego początku zanurzona jest w mętnych głębinach niejasnych psychologicznych definicji, stopniowalnych i zmiennych stanów emocjonalnych, co sprawia, że finalnie z dużym prawdopodobieństwem dowiedzie prawdziwości twierdzenia Lao Tsy: „Gdy ktoś pełen ochoty do zmieniania świata, zabiera się do odnawiania go, łatwo okazuje się, że końca w tym nie widać.” Przypomnijmy więc sławetne wystąpienie polskiego ministra w czasie ukraińskiego święta narodowego: „Powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie razem z policją ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztu. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni.” Starszym słuchaczom zarówno wypowiedź jak i sama nieco groteskowa persona ministra Żurka z pewnością przywołały w tym momencie na myśl postać „młodej lekarki” z niezapomnianego cyklu audycji radiowych, w którym zbędne bądź kłopotliwe stany psychiczne bohaterka usuwała dźwięcznymi cięciami skalpela.

Motyw ważniejszy niż czyn

To co w wypowiedzi polityka KO zadziwia i niepokoi najbardziej to nieproporcjonalnie  duży nacisk położony nie na czyny, ale na motywację. W klasycznych kryminałach detektywi z reguły również szukają motywu, ale nie jako celu i zasadniczej zbrodni, tylko narzędzia pomagającego ustalić potencjalnego sprawcę czynu. Nienawiść motywująca do zemsty jest jednym z nich, to samo dotyczy innych przywar ludzkiej natury, wśród których na ważne miejsce wysuwa się chciwość.

W wypadku ministra Waldemara Żurka mamy jednak do czynienia z odwróceniem klasycznego policyjnego i prokuratorskiego toku myślenia, stosunkowo drobny i niegroźny czyn jakich mnóstwo spotykamy stale w codziennym życiu, który normalnie nie jest karany, służy szukaniu motywów i w praktyce to motywy, a nie czyn karane są niezwykle surowo. Chociaż tzw. niskie pobudki były od dawna jedną z okoliczności, które wpływają na wysokość kary, to jednak zasadniczo jej wysokość wyznaczał dotąd czyn, a nie motyw. W narracji polskiego ministra sprawiedliwości i całej armii jemu podobnych ochotniczych tropicieli grzesznych myśli jest odwrotnie. Z drugiej strony zabójstwo w afekcie jest kodeksowo karane łagodniej od zabójstwa dokonanego na zimno i z wyrachowaniem. Czy takim afektem może być uzasadniona nienawiść, czyli stan emocjonalnego wzburzenia postawą Ukraińców jako narodu i sposobu zachowania jego reprezentantów w konkretnych sytuacjach?

Praktyka realizowana przez podległych ministrowi prokuratorów i niezawisłe, ale chłonące ducha dziejów sędziny potwierdza przypuszczenia o mającej miejsce zasadniczej zmianie. Trenujący sztuki walki Ukrainiec, który na boisku w Suwałkach znienacka zaatakował i złamał polskiemu chłopcu oczodół jest póki co przez polski sąd rodzinny traktowany łagodniej niż jego ofiara, bo sprawca pobicia oskarżył ją już po pobiciu o wcześniejsze zachowania (słowne?) motywowane nienawiścią. Łamiąca zasady kulturalnego zachowania w środku publicznego transportu nastolatka prowokacyjnie nagrywająca starszego Pana jest traktowana jak ofiara dlatego, że Pan nieopatrznie zwrócił uwagę na jej narodowość. Za trzymanie nóg na oparciu siedzenia dostaje bezpłatny bilet, a Panu za mało eleganckie w formie zwrócenie uwagi grozi surowa kara.

W kodeksie karnym, jak pisze dr Grzegorz Maroń w artykule pod tytułem „Motywacja nienawiści”, jako okoliczność obciążająca w polskim kodeksie karnym i w ujęciu prawno – komparatystycznym” termin motywacja pojawia się ośmiokrotnie, z tego czterokrotnie w artykule 53. Nienawiść jako motywację szczególnie obciążającą i wpływającą na większy wymiar kary dodano do niego w 2022 r. Wcześniej pojęciem nienawiści zajmował się zarówno Sąd Najwyższy (SN) jak i Trybunał Konstytucyjny (TK). Szczególnie niepokojące jest postanowienie SN z 5 lutego 2007 r. w którym „nawoływanie do nienawiści” określił jako: „tego typu wypowiedzi, które wzbudzają uczucia silnej niechęci, złości, braku akceptacji, wręcz wrogości do poszczególnych osób lub całych grup społecznych czy wyznaniowych”. Zgodnie z tym fragmentem za nawoływanie do nienawiści może być uznane nawet opisywanie czy przypominanie zbrodni wymienionych podmiotów.

Czy informacja o sposobach w jaki Ukraińcy mordowali Polaków i wiedza o gloryfikowaniu przez Ukraińców zbrodniarzy odpowiedzialnych za tamto ludobójstwo nie wzbudza silnej niechęci? W tym samym czasie Konstytucja RP w artykule 54 stwierdza, że: 1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Mamy więc w tym wypadku ewidentny przykład wydawania przez SN uzasadnień i wyroków jawnie sprzecznych z Konstytucją. Informacje wzbudzające niechęć najwyraźniej stanowią zdaniem SN wyjątek, o którym Konstytucja zapomina.

Z dziejów walki z nienawiścią

Najczęściej wykorzystywane do tłumienia wolności słowa pod pretekstem walki z nienawiścią są artykuły 256 i 257 KK zawierające literalne odniesienie do tego uczucia. Zostały uchwalone w 1997 r. i w polskim prawie pojawiły się rok potem wraz z nowym KK. Głosowało przeciw przyjęciu nowego KK jedynie kilkunastu posłów prawicy, jednak ich krytyka dotyczyła głównie zniesienia kary śmierci. Któż bowiem ośmieliłby się bronić prawa do nienawiści? Nienawiść jest w tych artykułach limitowana, to znaczy karane jest nienawidzenie z pewnych określonych powodów i pewnych określonych grup. Parafrazując słowa piosenki Starszych Panów wynika z nich, że: „jeżeli nienawidzić bezkarnie, to lepiej indywidualnie”. Ilość rodzajów nienawiści podlegających szczególnie surowym karom w polskim prawie próbowano powiększyć w 2023 r. o kolejne grupy, ale Prezydent A. Duda uniemożliwił wprowadzenie rozszerzenia niedozwolonych rodzajów nienawiści o płeć, wiek i orientację seksualną wysyłając projekt zmian do TK.

Dlatego Minister Nowacka za nazwanie konserwatystów „dziadami” pod nienawistne paragrafy nie podpada. Liczba grup szczególnie chronionych przed przestępstwami motywowanymi nienawiścią jest różna w różnych krajach europejskich. Jak pisze G. Maroń „Kazuistyczność w tym względzie znamionująca coraz liczniejsze porządki prawne sprawia wrażenie swoistego „licytowania się”, który prawodawca stworzy wrażenie bardziej „postępowego”, „empatycznego” wobec ofiar czynów kryminalnych dyktowanych nienawiścią bądź dyskryminacją i jednocześnie „kategorycznego” wobec sprawców tych czynów.” Rozpiętość w ilości wskazanych przyczyn nienawiści zasługujących na szczególne traktowanie według podanego w artykule zestawienia waha się od 4 we Włoszech do ponad 30 w Belgii. W Luksemburgu karane jest nienawidzenie ze względu na „moralność”, w Norwegii na „sposób życia”, w Macedonii Północnej ze względu na „wykształcenie”, w Hiszpanii na „aporofobię” (lęk czy niechęć wobec osób biednych), w Belgii, Kosowie ze względu na „status ekonomiczny” itp. itd. Na pierwszy rzut oka zapisy te mają w pierwszej i bardziej powierzchownej fazie przejrzysty cel polityczny, koncentrując się jak to ma miejsce w III RP na karaniu za niechęć na „tle narodowościowym”.

Chodzi o karanie Polaków za „nienawiść” wobec napływających do naszego kraju milionów Ukraińców. Jednak podobnie jak współczesna medycyna rzadko szuka przyczyn, a częściej skupia się na zwalczaniu objawów, tak samo w wypadku „nienawiści” Polaków do Ukraińców karze się Polaków za objawy domniemanej nienawiści, ale nie łączy ich z przyczynami w rodzaju łamania zasad współżycia społecznego, nieuzasadnionych przywilejów emerytalnych i wielu innych działań odbieranych jako niesprawiedliwość i niewdzięczność, czy wreszcie z samego faktu napływu dużej ilości członków obcej i historycznie wrogiej narodowości.

Gdyby przenieść całą sytuację na poziom indywidualny moglibyśmy wyobrazić sobie dwóch sąsiadów. Dziadkowie jednego z nich przecięli piłą dziadka drugiego, babcię przed rozcięciem brzucha zgwałcili, a 3 letniej siostrzyczce przybili język do stołu i rozbili główkę siekierą. Wyobraźmy sobie, że sąsiad taki nie tylko nie pozwala pochować zamordowanych, których kości leżą w jego ogródku, ale mordercom wznosi kapliczki i uczy dzieci, że byli to bohaterowie. Czy drugi sąsiad – wnuk tamtych ofiar miałby powody, a nawet prawo do nienawiści, czy jego niechęć do goszczenia u siebie tamtego nie byłaby usprawiedliwiona, a czyny z niej wynikające traktowane jako działanie w afekcie? Jest oczywiste, że takie proste przeniesienie sytuacji jednostkowych na zbiorowe bywa niesprawiedliwe.

Tym niemniej uderzające jest, że politycy i sądy zupełnie pomijają te okoliczności i przypominają lekarzy ordynujących coraz to więcej coraz mocniejszych lekarstw nie zważając na skutki uboczne i reakcje alergiczne. Krytycy stosowania tak zwanej odpowiedzialności zbiorowej uważają, że jest ona niesłuszna z czysto moralnego punktu widzenia. Takiej argumentacji towarzyszy walka z tzw. stereotypami. Zgodnie z tym popularnym myślowym gotowcem nie ma czegoś takiego jak utrwalone przez pokolenia zbiorowe postawy czy narodowe charaktery ze specyficznymi zaletami i wadami. W rzeczywistości jest to walka nie ze stereotypami, ale ze statystykami i faktami, które statystyki opisują. W przypadku morderstw wynika z nich, że na Ukrainie popełnia się ich średnio 6 razy więcej niż w Polsce, to samo dotyczy korupcji czy wreszcie państwowego i aprobowanego społecznie kultu zbrodniarzy. Wszystko to mamy traktować jako nieistotne czy wręcz nieistniejące, zanegować generalnie zbiorowość jako nośnik osobnych obyczajów, etosów, kultur i zgodnie z ideologią multikulti uznać, że różnice mają nas z definicji ubogacać, a nie mogą niepokoić lub drażnić.

Nienawiść i moralność mają niejedno imię

Tendencja do walki z nienawiścią wszelkich typów ma też drugi, głębszy niż tylko polityczny poziom. Aby zrozumieć źródła odczuwanego dzisiaj niemal w każdym politycznym sporze moralnego wzburzenia warto sięgnąć do pracy Arnolda Gehlena „Moralność i hipertrofia moralności”, w której autor zwraca uwagę, że moralność ma różne oblicza i w odniesieniu do różnych podmiotów różne antropologiczne podstawy. Upraszczając; istnieje różnica między etosem rodziny i obyczaju, a etosem instytucji. Była ona dostrzegana już w starożytności czego przykładem jest przedstawiony przez Sofoklesa tragiczny konflikt Antygony i Kreona. W naszych czasach z uwagi na stosunkowy dobrobyt i bezpieczeństwo chwiejna równowaga między nimi została zachwiana. Stąd upadek klasycznych instytucji oraz silniejsza pozycja w życiu politycznym kobiet, które z natury kierując się etosem rodzinnym uważają tego typu moralność za jedyną i obowiązującą także w polityce. Mężczyźni ubiegający się w warunkach demokracji o głosy żeńskiego elektoratu, lub zyski ze sprzedanej czytelniczkom twórczości także ulegają „moralnej” presji.

Ilustracją tego zjawiska są programy publicystyczne prowadzone przez kobiety w stanie moralnego wzmożenia przesłuchujące „niemoralnych” mężczyzn. Oznacza to także podążanie za oświeceniowym mitem dobroludzizmu i wiary w możliwość stworzenia świata, w którym zgodnie z proroctwem Izajasza: „Wilk i baranek paść się będą razem; lew też będzie jadał słomę jak wół”. A. Schopenhauer wyśmiewał tę sprzeczną z doświadczeniem mrzonkę pisząc: „Augustynizm ze swoim dogmatem o grzechu pierworodnym i wnioskami jest (…) właściwym i czystym chrześcijaństwem. Pelagianizm natomiast usiłuje powrócić do płaskiego i prymitywnego optymizmu religii żydowskiej”.

W rezultacie podstawowym narzędziem politycznej argumentacji stosowanym przez wyznawców takich emocjonalno – intelektualnych węzłowisk staje się szantaż moralny, którym ocieka dzisiejsza publiczna debata. Z drugiej strony strach przed moralnym napiętnowaniem sprawił, że zniknął z niej smakowity dowcip, sarkazm i poczucie humoru. Ponieważ jednak rzeczywistość nie zawsze poddaje się słowom, efekt takiej polityki Gehlen opisuje następująco: „Kto dąży do „urzeczywistnienia„ idei, łatwo odczuje realne opory jako niemoralne, jako nierówności rzeczywistości, które należy zeszlifować gilotyną.”

Wielcy naprawiacze świata gdy zabrali się do praktyki szybko zdawali sobie z tego sprawę.  Gehlen przywołuje przykład Robespierre’a, który po początkowym okresie głoszenia etosu braterstwa „uznaje „bezgraniczną wspólnotę” głoszoną przez Anarchasisa Clootsa w czasach pierwszej wojny koalicyjnej za zagrożenie dla bezpieczeństwa  i w konsekwencji zmuszony jest go ściąć.” Podobną ewolucję wymusiła rzeczywistość na Stalinie. Dominacja oderwanego od rzeczywistości „rodzinnego” moralizatorstwa w jawnej debacie politycznej jest jedną z przyczyn wycofania się realnej władzy i polityki na tajne zaplecze do służb, głębokich państw, zamkniętych klubów i stowarzyszeń, gdzie można mówić jak jest, co się naprawdę czuje i myśli.

W takim klimacie emocjonalnego fałszu mnożą się zarówno spiski jak i wszechogarniająca podejrzliwość.  Minister Żurek i polscy tropiciele nienawiści także wpisują się w tym obszarze w długą tradycję politycznego realizmu. Walczą z nienawiścią, która szkodzi ich politycznym celom i jednocześnie niczym w „Roku 1984” Orwella nie tylko tolerują, ale organizują seanse nienawiści do tych, którzy tej wizji szkodzą. Jej obiektem może być Grzegorz Braun, pozbawiony serca wnuczek pragnący zabić babcię odmową przyjęcia eksperymentalnego zastrzyku, palący w piecu negacjonista klimatyczny, a przede wszystkim każdy nie podzielający nienawiści do symbolu arcyzła jakim jest Władimir Putin. Wedle obowiązującej narracji przewodzi on narodowi złożonemu z  barbarzyńców przypominających tolkienowskich orków, mordujących z zapałem dzieci, ciężarne kobiety i kradnących klozety. Nie znam przypadku by minister Żurek i polski wymiar sprawiedliwości ukarały jakikolwiek przejaw tak skierowanej nienawiści.

Dzieje się tak ponieważ nienawiść może być i często jest narzędziem, także politycznym. Jest bardzo silnym motywatorem do działania, dodaje odwagi, umacnia wolę, choć często zaślepia, to w pewnych sytuacjach wyostrza intelekt. Nienawiść odczuwali Polacy wobec Niemców w czasie okupacji, odczuwa ją żołnierz wobec przeciwnika i pomaga mu ona w znoszeniu trudów wojny. Nienawiść może przyczynić się do politycznego sukcesu jak w wypadku Ukraińców, którzy po wymordowaniu polskich sąsiadów przejęli ich ziemie, majątki, a terytorium włączyli do swojego kraju.

Znakomicie uchwyciła to w dramacie „Termidor” Stanisława Przybyszewska wkładając w usta obdarzonego chłodnym rozumem szefa policji Fouché słowa jakimi zwraca się do świetnego mówcy, ale porywczego  Talliena: „A wtedy ty, Tallien, wejdziesz na mównicę i całą swoją nienawiść do Roberspierre’a, cały strach i całą wściekłość rzucisz mu w twarz! Ja ze swoimi ludźmi obstawię drzwi”. Może być ona także motywatorem całego narodu do budowania siły, wyzbycia się osłabiających go wad by pokonać aktualnego czy odwiecznego wroga.

Do takiej nienawiści nawiązuje w motcie tego artykułu A. Bocheński. Z własnego życia zapamiętałem scenę, w której nienawidzący doktoranta recenzent osobiście odczytywał druzgocącą recenzję, a siedzący obok mnie koledzy ocenili, że nienawiść dodała jego dziełu przenikliwości. Sam po młodzieńczych oburzeniach z przymrużeniem oka, ale czasem z uwagą czytam krytyczne analizy własnej osobowości, traktując je jako autentyczną szansę na wyzbycie się wad. Bardzo ciekawe są pod tym względem trafne pseudonimy i analizy charakteru werbowanych opozycjonistów jakie sporządzali funkcjonariusze służby bezpieczeństwa. Polacy popełniają błąd oburzając się na nawet delikatną krytykę zamiast dostrzec w niej cenny i darmowy skarb.

Przykładem stosunek do Fiodora Dostojewskiego, który w „Braciach Karamazow” ukazał nas jako oszukujących w karty i żyjących z kobiet, deklamujących wzniosłe frazesy „panów szlachciców”. Czyż nie widzimy takich rozbieżności pomiędzy napuszoną retoryką, a podłą prozą małych czynów wokół siebie, w polityce dużej i małej, systemowej i antysystemowej? I czy nie warto byłoby się tym na serio zająć? To co w nienawiści złe, tak samo jak w innych niebezpiecznych uczuciach wymienionych w wielu etycznych systemach, to brak jej kierownictwa, wyrwanie się spod kontroli rozumu. Wtedy nienawiść staje się ślepa i autodestrukcyjna, ale tak samo jest ze ślepą miłością, chciwością i innymi emocjami. Zamiast walczyć z uczuciami przy pomocy paragrafów, lepiej budować cnoty pozwalające nad nimi panować i rozumnie sublimować. Pielęgnować cnotę umiaru, swego rodzaju obojętności i zmysł odważnego humoru.

W ostateczności zgodnie z tekstem pięknej pieśni Czesława Niemena pogodnie „dziwić się światu” i pracować nad „zniszczeniem nienawiści w sobie”. A jeżeli to się nie uda, wtedy przynajmniej wiedzieć kogo, kiedy, gdzie i jak nienawidzić, ale nigdy nie należy pozwolić by tego rodzaju uczucie niczym silny alkohol nad nami panowało. Natomiast umieszczanie takiego afektu w Kodeksie Karnym jest nie tylko politycznie motywowanym populizmem, traktowanym jako instrument do gnębienia politycznych przeciwników, ale przede wszystkim ośmieszającym powagę prawa i praworządności nonsensem.

Olaf Swolkień

Okno najwyższego ryzyka: Od 30 września do 3 listopada. Azja Zachodnia stoi na krawędzi pożaru.

Pod koniec września ma rozpętać się piekło.

Pepe Escobar

Okno najwyższego ryzyka: od 30 września do 3 listopada. Azja Zachodnia stoi na krawędzi pożaru.

Socjopatyczny prezydent Stanów Zjednoczonych całkowicie zignorował chińskie rozwiązanie mające na celu zakończenie dramatu z Iranem, które prezydent Xi Jinping osobiście przedstawił mu w Białym Domu w zeszły czwartek.

W istocie Xi powiedział Trumpowi, że wyjście jest tuż przed nim: powrót do często odrzucanego Memorandum of Understanding (MoU), które Trump podpisał, a następnie odrzucił. Chiny, jak powiedział Xi, są gotowe w pełni poprzeć taki powrót do dyplomacji.

Można było przewidzieć, że socjopata odrzucił nie tylko ofertę Xi, ale również irańską siedmiodniową propozycję stopniowego powrotu do negocjacji, którą minister spraw zagranicznych Araghchi przedstawił w Nowym Jorku.

Całą sprawę należy postrzegać jako chińsko-irańską propozycję: zestaw ostatecznych warunków starannie uzgodnionych przez Araghchiego i Wang Yi na dwóch kolejnych spotkaniach – najpierw w siedzibie BRICS w Nowym Delhi, a następnie w Pekinie.

Trump nie tylko odrzucił ofertę pokojową, ale także chwalił się – ku powszechnemu śmiechowi – że Stany Zjednoczone mają „całkowitą kontrolę” nad „Trump Street”.

Afront Trumpa poważnie rozgniewał zarówno Wang Yi, jak i prezydenta Xi. W kulturze azjatyckiej jest to równoznaczne z najgorszą formą utraty twarzy: odrzuceniem rekomendacji wydanej oficjalnie na najwyższym szczeblu rządowym.

Można się zatem spodziewać, że reakcja Chin będzie równie brutalna, jak kawałek jedwabiu nasączony trucizną. Pekin będzie teraz wspierał Teheran jeszcze bardziej zdecydowanie – i na więcej niż jeden sposób.

IRGC odpowiedziało dalszym zaostrzeniem blokady Cieśniny Ormuz. W ciągu 48 godzin Iran podpalił co najmniej 19 tankowców, które próbowały przepłynąć przez cieśninę bez przestrzegania procedur Marynarki Wojennej IRGC/PGSA – w tym opłat.

To doprowadziło do powstania w całej Azji Zachodniej popularnego żartu: Ktoś powinien powiedzieć Trumpowi, kto jest ojcem w cieśninie.

Teheran rozegrał swoje dyplomatyczne karty w Nowym Jorku z niezwykłą finezją. Nie tylko zmusił neo-Krezusa/neo-Kaligulę/Goldfingera do publicznego odrzucenia oferty pokojowej, ale także doprowadził do ogłoszenia ponownego ataku na Iran po wyborach parlamentarnych. To już zostało ustalone dla całej planety: socjopata jest całkowicie obojętny na lawinę nakładających się na siebie globalnych kryzysów gospodarczych, paliwowych i żywnościowych. W rzeczywistości jest ich przyczyną.

Do tego doszła nienaganna postawa prezydenta Pezeshkiana – nie tylko na podium ONZ, ale także podczas spotkania z czołowymi osobistościami amerykańskiego świata think tanków i redaktorami największych gazet w nowojorskim hotelu. Pezeshkian wygrał wojnę medialną w samym obozie wroga: to osiągnięcie, które przejdzie do historii.

Trump zamyka drzwi otwarte przez Teheran – ale zegar wciąż tyka.

Blokada Ormuz jest pełna dziur. Duża część ropy przepływa tankowcami saudyjskimi i irackimi – z tonami petrodolarów przechodzącymi z rąk do rąk. Nawet w korytarzu omańskim, teoretycznie kontrolowanym przez USA, kwitnie przemyt – irańska ropa trafia zarówno na nielicencjonowane, jak i oficjalne tankowce należące do petroszejków.

Nikt nie jest w stanie pokonać Persów w kwestii przemytu i strategii przetrwania po 47 latach sankcji. Wszystko to sprawia, że ​​odbiorcy energii w Chinach, Azji Południowo-Wschodniej, a nawet Korei Południowej, pozostają na pokładzie.

W tę środę mija 45-dniowy termin wyznaczony przez Teheran 16 sierpnia na zakończenie blokady morskiej Trumpa. W przeciwnym razie poniesiemy konsekwencje. Co ciekawe, 30 września to również termin wyznaczony przez Irakijczyków na ostateczne wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku.

Wszystko to zbiega się z niedawnym cztero- lub pięciodniowym terminem, który Mohsen Rezaee, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC) i de facto numer dwa w Iranie, wyznaczył Amerykanom na zakończenie blokady. Termin ten upływa w poniedziałek, czyli dzisiaj.

Krótko mówiąc: Podczas gdy Waszyngton zamknął drzwi otwarte przez Teheran, zegar Teheranu tykał. Nasz kanał, Transition Protocol, potwierdził, że kierownictwo polityczne i dowództwo Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) już zdecydowało, co będzie dalej.

Utrzymają swój kurs do środy. A jeśli nie uda się znaleźć rozwiązania opartego na warunkach, jakie prezydent Xi przedstawił Trumpowi w Gabinecie Owalnym, Teheran jest gotowy podjąć pięć zdecydowanych kroków:

  1. rozszerzyć pole bitwy poza Ormuz na Ocean Indyjski.
  2. Zastrzegać sobie prawo do ataku na każdy amerykański okręt wojenny, który będzie przestrzegał blokady.
  3. Współpracując z Ansarallah, rozszerzyliśmy blokadę Bab al-Mandab.
  4. Podjąć działania zapobiegawcze przeciwko rozbudowie sił militarnych, którą Iran uważa za zagrożenie.
  5. Ograniczyć ruch lotniczy w każdym kraju, który przyłączy się do blokady lotniczej.

Bez żadnych zahamowań. W najprawdziwszym tego słowa znaczeniu.

W tej chwili mamy więc złowieszcze ostrzeżenie dotyczące Oceanu Indyjskiego, potwierdzone zagrożenie dla wszystkich amerykańskich baz w przypadku ataku ze strony Waszyngtonu oraz ogłoszoną doktrynę ataku wyprzedzającego.

Czego jeszcze nie mamy, to rozkazu bezpośredniego ataku na amerykańskie statki.

W kwestii lotnictwa Iran będzie polegał na wzajemności, a nie na pociskach rakietowych.

Stanowisko władz Iranu w sprawie wtórnych sankcji USA wobec praktycznie każdego lotniska na świecie, które obsługuje irańskie loty, jest jasne:

„Jeśli nasze samoloty nie mogą wzbić się w powietrze, to wasze samoloty również nie będą w stanie tego zrobić”.

Oświadczył to Mohammad Mokhber, doradca Najwyższego Przywódcy. W sobotę Mohsen Rezaee powiedział, że Iran nie odpowie militarnie na zakaz, prowadzi negocjacje z zainteresowanymi krajami i ma „kilka opcji pozamilitarnych” dla niektórych lotnisk.

Oprócz głównych mocarstw, Chin i Rosji, inne państwa, m.in. Turcja, Malezja, Wietnam, Uzbekistan, Tadżykistan i Kazachstan, całkowicie ignorują imperialne oblężenie Persji przez siły powietrzne.

Następnie mamy wyjątkowy przypadek Iraku.

Iracki ruch oporu początkowo zadeklarował, że zaatakuje lotniska w państwach Rady Współpracy Zatoki Perskiej. Następnie kilku wysoko postawionych duchownych protestowało jednocześnie w Nadżafie i Karbali, podważając tym samym legitymację marionetkowego rządu w Bagdadzie.

Basra – stolica irackiego bogactwa naftowego – również została ogarnięta masowymi protestami z udziałem silnie uzbrojonych plemion szyickich Beduinów (z rozrzewnieniem wspominam je z początku XXI wieku). Jeden z ich szejków dał Bagdadowi 48 godzin na wycofanie się z amerykańskiej blokady Iranu. W rezultacie może ostatecznie zostać wprowadzony wyjątek dla lotów między Iranem a Nadżafem – głównie w celu transportu pielgrzymów.

Zegar irański i zegar amerykański: okno najwyższego ryzyka

Teraz przejdźmy do frontu Morza Czerwonego.

Ta żałosna „koalicja chętnych” – szefowie sztabów Arabii Saudyjskiej, Turcji i Pakistanu, którzy spotkali się w Rijadzie w zeszły piątek jako członkowie Sojuszu Obronnego Mekki – mogła przejść od pustych słów do próby zawarcia porozumień operacyjnych, nawet jeśli nie zapowiedzieli żadnych wspólnych ataków na Jemen.

Ansarallah nie drży w posadach. Wystrzelili drony w kierunku Rijadu i rakiety w kierunku Chamis Muszajt, opisując swoje działania jako „próbę” przed eskalacją na pełną skalę.

Poczekajcie na nadchodzącą burzę w Jemenie.

Jemen kipi gniewem po tym, jak Saudyjczycy zbombardowali zatłoczony targ w Taiz, zabijając lub raniąc co najmniej 50 osób, w tym kobiety i dzieci, według wstępnych szacunków. Atak musiał być wspierany przez bezpośrednie wsparcie wywiadowcze i nadzór wywiadowczy prowadzony przez CENTCOM i Kult Śmierci.

Według jemeńskich źródeł w Sanie, Ansarallah może być o krok od nałożenia embarga lotniczego na Arabię ​​Saudyjską. Rijad już pogrąża się w czarnej dziurze – wliczając w to przymusową cenzurę Google i zachodnich dostawców satelitarnych, a także dowody zniszczenia infrastruktury i obiektów naftowych w Rijadzie/Dżizanie/Abha/Nadżranie.

Oznacza to, że do końca tygodnia istnieje poważne prawdopodobieństwo poważnych działań Iranu i/lub grupy Ansarallah przeciwko jednostkom marynarki wojennej USA, szerszym szlakom żeglugowym lub saudyjskiej trasie omijającej Janbu.

Jednak najbardziej prawdopodobnym wynikiem pozostaje impas, w którym Teheran wyśle ​​sygnały 30 września, zamiast uderzyć.

Potwierdzony fakt: Okno czasowe między zegarem Iranu a zegarem Waszyngtonu – od 30 września do 3 listopada – jest obecnie oknem najwyższego ryzyka .

Prawdziwe arabskie centra cywilizacji kontra głupi poganiacze wielbłądów

I to prowadzi nas do kluczowego odkrycia od źródła, które było obecne podczas chińsko-pakistańsko-irańskiego spotkania na wysokim szczeblu. Źródło potwierdziło, że Wang Yi i pakistański minister spraw zagranicznych Ishaq Dar odbyli bezpośrednią, ściśle tajną rozmowę po wizycie Xi w USA.

Pekin porzucił Waszyngton i ponownie rozgrywa karty w Islamabadzie, otwarcie zlecając najwyższym szczeblom władzy powstrzymanie kryzysu. Pakistańczycy otrzymali polecenie interwencji zarówno u Trumpa, jak i MbS w imieniu Pekinu i Teheranu, zanim drabina eskalacji osiągnie punkt krytyczny w tym tygodniu.

Oznacza to, że przynajmniej Pakistan (w przypadku Turcji nikt tego nie wie) nie wesprze Arabii Saudyjskiej w rzekomo planowanej masowej ofensywie na Jemen.

Potwierdziło to inne wysoko postawione źródło w Islamabadzie. Rząd pakistański niewątpliwie obliczył, że próba ratowania nieuleczalnej dynastii Saudów pogrzebałaby rolę Pakistanu jako mediatora między Iranem a USA: byłaby ona równie martwa, jak nieistniejące Porozumienie z Islamabadu.

Nie sposób przecenić faktu, że Bagdad, Damaszek, Kair i Sana były przez wieki prawdziwymi centrami cywilizacji dla kosmopolitycznych Arabów sufickich. Nie ma to nic wspólnego z głupimi poganiaczami wielbłądów, którzy tworzą odrażający Dom Saudów.

Prowadzi nas to do dwóch najważniejszych imperatywów kategorycznych syndykatu Epsteina.

Chcą zniszczenia Persji – nuklearnego ludobójstwa, które socjopatyczny prezydent USA ogłosił na mównicy ONZ. Ma temu towarzyszyć zniszczenie arabskiej osi oporu – w Libanie, Iraku i Jemenie. A następnie zniszczenie głupich szejków naftowych z państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej, ponieważ nawet po wyeliminowaniu osi oporu nadal byliby zbyt bogaci, wpływowi i potencjalnie nieprzewidywalni.

Przywódca kultu śmierci w Azji Zachodniej pojawił się, potajemnie lecąc w niedzielę prywatnym samolotem do Abu Zabi, aby spotkać się z MbZ. Spędził cały dzień w Emiratach. Żadne informacje o spotkaniu nie zostały ujawnione. Miało to miejsce tuż po tym, jak przywódca kultu śmierci po raz kolejny demonizował Iran w ONZ.

Teraz jest już jasne, że Jemen i Persję należy postrzegać jako całość – dwa preferowane fronty zachodnioazjatyckiego teatru wojny. Zwróćcie uwagę na konsekwencje tego „tajnego” spotkania między Kultem Śmierci a arabskimi syjonistami.

Azja Zachodnia stoi na krawędzi całkowitego spalenia. [Zaraz zapłonie aż do nieba].,

Źródło: Do ​​końca września ma się rozpętać piekło

Na babski rozum

Joanna Zinkiewicz: Na babski rozum

Na mój babski rozum wychodzi, że jesteśmy oszukiwani. Nie daję wiary w to, że rządzący mówią nam prawdę, że chcą naszego dobra. Sposób w jaki jesteśmy straszeni rzekomo nadchodzącą rosyjską agresją, która spowoduje nieuniknione uczestnictwo Polski w wojnie, wywołuje we mnie szereg wątpliwości. 

Zapowiedź konieczności ucieczki z miejsca zamieszkania w siną dal, donikąd, z plecakiem ucieczkowym, promowanym przez ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, budzi negatywne wspomnienia z mojego dzieciństwa. 

Wspomnienia z wojny

Przypominają mi opowieść mojej śp. Mamy, Haliny Wójcikiewicz, która po zdaniu matury w 1939 roku, zamiast na studia medyczne, została wysiedlona z Gdyni przez Niemców. Kazano opuścić mieszkanie. Wyznaczono bardzo krótki termin do jego opuszczenia. Zakazano wywiezienia czegokolwiek z opuszczanego zagospodarowanego w pełni mieszkania. Jedynie wolno było wziąć ze sobą bagaż podręczny, mieszczący się w jednej niewielkiej walizce na całą rodzinę! Okupant żądał też pozostawienia klucza w drzwiach opuszczanego mieszkania. Za niezastosowanie się do tego niemieckiego żądania groziły poważne konsekwencje. 

Zapasy mirabelek i szczawiu 

W tym miejscu chciałabym zapytać pana ministra, czy mamy też zostawić klucz w drzwiach opuszczanego mieszkania? Czy przed jego opuszczeniem mamy zgromadzić w nim zapasy żywności, wody itd.? Śmieszą mnie przechwałki innego ministra, którego śmiech przypomina rżenie kopulującego osła, mówiącego, iż zgromadził już stosowne zapasy ryżu, soli, domowych przetworów sporządzonych z owoców, z posiadanego sadu i przydomowej grządki (zapewne zaprawy z mirabelek i szczawiu). Dopingował w ten sposób Polaków do podobnych przygotowań, gromadzenia żywności. 

Inwestorzy nie panikują 

Całe moje życie przemieszkałam początkowo w Gdyni, a z początkiem XXI wieku zamieszkałam w Gdańsku. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej zauważam w Trójmieście dynamiczny rozwój budownictwa. Budowane są całe osiedla apartamentowców, nowoczesne hotele i biurowce. Tajemnicą poliszynela jest to, że inwestorami są zachodnie firmy posiadające znaczący kapitał. Zadaję sobie pytanie, czy ci inwestorzy też wierzą w nadciągającą wojnę, skoro tu inwestują? Czy oni są jakimiś ryzykantami, których stać na budowanie w strefie potencjalnego konfliktu?

Myślę, że zachodni inwestorzy są ludźmi trzeźwo myślącymi, posiadającymi rozlegle kontakty. W tym kontakty z Mossadem i nie tylko z Mossadem. Inwestują na podstawie pewnych ustaleń z których wynika, że inwestycje w Trójmieście nie są inwestycjami w strefie ryzyka. Więc nie obawiają się, że z obwodu kaliningradzkiego nadlecą rakiety typu Iskander i zmiotą z powierzchni ziemi ich luksusowe hotele, apartamentowce itd., w których część z nich po przylocie z Bliskiego Wschodu zamieszka na stałe w Trójmieście. Do miejsca oddalonego od państwa okładanego irańskimi rakietami.

Troska o wybory

Skoro już jestem w bliskowschodnich klimatach, na babski rozum przekładam troskę o nas, Polaków, wyrażaną w obawach o wynik nadchodzących wyborów parlamentarnych w zbliżającym się 2027 roku. Troskę polegającą na ostrzeganiu nas Polaków przed Grzegorzem Braunem i jego Szerokim Frontem Gaśnicowym. Pierwszą osobą zatroskaną okazał się ambasador USA w Warszawie Thomas A. Rose. Drugą jest naczelny rabin RP, trzecią – Radosław Sikorski, no i oczywiście „Gazeta Wyborcza”! Ponadto komuniści ze Strajku.eu.

Procesy polityczne 

Polityka nie jest moją pasją, w TV co dzień oglądam prognozę pogody. Lubię program „Taniec z Gwiazdami”, wszystkie wersje popularnego formatu telewizyjnego „The Voice”, które skupiają się na uczestnikach w różnym wieku: The Voice of Poland, The Voice Senior i The Voice Kids.

Lecz na mój babski rozum, kobiety nie interesującej się przesadnie polityką, wywodzę, że skoro starsi bracia w wierze i komuniści przed kimś, przed czymś ostrzegają Polaków, to akurat należy zrobić odwrotnie, niż by sobie oni tego życzyli…

Tym bardziej, że w sukurs nam „życzliwych” przyszły tak zwane polskie sądy, w których odbywa się pokazowy proces polityczny Grzegorza Brauna, groteskowy kafkowski proces polityczny Mateusza Piskorskiego, a ostatnio „rękę sprawiedliwości” wyciągnięto po wybitnego polskiego intelektualistę Konrada Rękasa, przybyłego z emigracji do Polski, gdyż odważył się dołączyć do Szerokiego Frontu Gaśnicowego Grzegorza Brauna i wspiera go błyskotliwymi, porywającymi przemówieniami. 

Joanna Zinkiewicz

Amerykańskie plany ewakuacyjne. Do krajów Islamu.

Amerykańskie plany ewakuacyjne

neon24/amerykanskie-plany-ewakuacyjne

Dnia 27 września br. Blogerka Keren Gee z Florydy opublikowała na fb list następującej treści:

Drodzy Muzułmanie:
    Moja rodzina i ja postanowiliśmy przeprowadzić się z USA do kraju muzułmańskiego. Jeszcze nie wybraliśmy konkretnego państwa – wciąż porównujemy, gdzie oferują najlepszy pakiet świadczeń.
    Wszyscy moi sąsiedzi też chcą przyjechać. I sąsiedzi moich sąsiadów. I wszyscy ich przyjaciele. Oraz przyjaciele ich przyjaciół. Pojawimy się tam milionami, z walizkami i przekonaniem, że wszystko nam się należy.
    Jako liczna społeczność chrześcijańska będziemy potrzebować kilku drobnych zmian: prosimy o natychmiastowe rozpoczęcie budowy kościołów. Prawdziwych kościołów, z porządnymi, głośnymi dzwonami – takimi, które słychać aż na rynku.
    Będziemy też wymagać, aby wszyscy obchodzili Boże Narodzenie i by raz w roku zamykano niektóre ulice na czas naszych procesji. Możemy chcieć gromadzić się na modlitwę do naszego Wszechmogącego Boga na waszych ulicach, w parkach czy na trawnikach przy meczetach.
    Będziemy uciśnioną mniejszością, więc będziecie musieli wykazać się zrozumieniem i dostosować do naszego stylu życia. W każdym supermarkecie i sklepiku rzeźnika musi być dostępna prawdziwa wieprzowina: szynka, chorizo ​​i bekon. Czas więc, byście uruchomili wielkie farmy świń.

Przywozimy też wszystkie nasze psy, więc będziecie musieli zapewnić wybiegi dla psów i tolerować ich obecność – z uśmiechem – gdy będziemy je wyprowadzać przed waszymi meczetami.

Chcemy, aby nasze kobiety mogły bezpiecznie wychodzić same z domu, nosząc szorty i koszulki na ramiączkach. A kiedy jest ładna pogoda, my, mężczyźni, lubimy chodzić bez koszulek. Chcemy też pić alkohol, tańczyć i od czasu do czasu obstawiać wyścigi konne.
    Przy okazji: wasze święta religijne są nieco przesadzone; mogą urazić społeczność chrześcijańską, więc bylibyśmy wdzięczni, gdybyście dyskretnie je wyeliminowali. Dzięki.
W szkołach i miejscach pracy nasze dzieci i pracownicy muszą mieć prawo do noszenia dużych krzyży, odmawiania modlitw, jedzenia kanapek z szynką w stołówce i poznawania zasad chrześcijańskich bez narażania się na krytykę. Żądamy również kaplic lub sal modlitwy dla chrześcijan w każdym budynku oraz tłumaczy, ponieważ nie mamy zamiaru uczyć się języka arabskiego.
    Jeśli cokolwiek z tego zostanie odrzucone, prosimy o przesłanie listy adresów komisariatów policji, abyśmy mogli zgłosić Was za dyskryminację, chrystianofobię, rasizm i wszystko inne, co nam się nie spodoba.
    Jeszcze jedno: jeśli moje dzieci będą protestować lub spalą Waszą flagę z jakiegokolwiek powodu, prosimy o wyrozumiałość. Z pewnością udzielę im bardzo surowej reprymendy.
    I na koniec: wszyscy chcemy hojnych zasiłków, darmowych mieszkań, telefonów, darmowego jedzenia i kieszonkowego na czas naszej „integracji”, która potrwa przez trzy pokolenia. Praca jest oczywiście opcjonalna. Bądźcie dla nas cierpliwi – przyzwyczaicie się.
    Z góry dziękujemy za Waszą tolerancję i współczucie. W końcu różnorodność to nasza siła!
Z poważaniem,
Bardzo Rozsądny
Patriota Stanów Zjednoczonych Ameryki!