„Siewca śmierci” Poseł Kulesza z KORONAWIRUS-em, wariant OC43 czy 229E, w MASECZCE – w SEJMIE !!

8 grudnia Kulesza opublikował na Twitterze następujący wpis:

„Dzisiaj wyjątkowo w maseczce. Jestem chory i wszystko wskazuje na to, że to KORONAWIRUS, więc założyłem maseczkę. Nie wiem tylko który to wariant – OC43 czy 229E” – napisał. Dołączył zdjęcie, na którym widać, jak siedzi na sali plenarnej wśród innych posłów w maseczce.

Po wpisie w internecie rozpętała się prawdziwa burza. Gros osób zarzucało Kuleszy nieodpowiedzialność, głupotę, a ci bardziej wrażliwi nazywali go siewcą śmierci.

Niewielu zadało sobie jednak trud, by sprawdzić, o co chodzi z wariantami OC43 czy 229E. Koronawirusy istnieją z nami bowiem wiele dziesiątek lat (pierwsze odkryto w latach 60. XX wieku), a SARS-CoV-2, po którym ogłoszono trwającą pandemię, jest jednym z wielu. W przypadku posła nie chodziło o wirusa, o którym od niemal dwóch lat trąbią wszyscy na około.

Na trolling (żart) Kuleszy nabrało się wielu posłów (m.in. Maciej Gdula, Agnieszka Pomaska, Robert Biedroń), dziennikarzy (m.in. Samuel Perreira, Agnieszka Gozdyra) czy nawet lekarz Bartosz Fiałek, który podczas ogłoszonej pandemii stał się znany z telewizyjnych wystąpień. Niektórzy potem swoje wpisy usunęli.

Poseł Kulesza w swej akcji szedł w zaparte i początkowo nie zdradzał, że swą akcją chce pokazać bezmyślność sanitarnych przepisów. Sugerował natomiast, że ma maskę, więc przecież wszyscy powinni być bezpieczni.

Kulesza zakpił z sanitarystów, a oni to łyknęli. Poseł ujawnia kulisy i zdradza, jaki był cel akcji

OC43 i 229E nie ma oczywiście na liście chorób zakaźnych, a ich popularniejsza nazwa to po prostu przeziębienie. Kulesza później poinformował, że przed pojawieniem się w Sejmie wykonał test na COVID-19 i wynik był negatywny.

Kulesza wyjaśnia akcję z koronawirusami OC43 i 229E

Dzień później Kulesza wytłumaczył, jaki był cel akcji, którą wielu niewłaściwie odczytało.

„Czy będąc politykiem można trollować? A można, jak najbardziej, jeszcze jak. Pod warunkiem, że za trolligiem kryje się jakiś cel. Moim celem jest przebicie się w debacie publicznej z ważnym postulatem, zwrócenie uwagi na podnoszone argumenty i wykazanie braku wiedzy, hipokryzji czy zwykłego oderwania od rzeczywistości moich kontrdyskutantów” – napisał Kulesza.

Zdradził, że zasięg wpisu przekroczył milion wyświetleń.

„Celem było pokazanie, że politycy pouczający nas w kwestii pandemii, obostrzeń, lockdownu i przymusu szczepień nie mają nawet podstawowej wiedzy i nie wiedzą, że koronawirusy to nie tylko SARS-CoV-2 wywołujący covid-19, ale także np. HCoV-OC43 wywołujący zwykle przeziębienie” – tłumaczy Kulesza.

Liczba osób, która „złapała się” na żart przeszedł oczekiwania samego Kuleszy. Poza politykami wspomniał o dziennikarzach, a nawet epidemiologach (np. Rafał Halik nie odróżnił SARS-CoV-2 od OC43 i 229E, potem wpis usunął).

„Nie każdy musi znać się na koronawirusach, ale wypadałoby żeby politycy domagające się przymusu szczepień, obostrzeń i lockdownu mieli jakąkolwiek podstawową wiedzę w tym temacie – podsumował Kulesza.

Cały wpis, z linkami oraz screenami „skalpów” – w oryginale. MD

9 grudnia 2021 https://nczas.com/2021/12/09/kulesza-zakpil-z-sanitarystow-a-oni-to-lykneli-posel-ujawnia-kulisy-i-zdradza-jaki-byl-cel-akcji-foto

O mnie

Wyróżnione

Dotychczasowa wersja zachowała się w dużej części tu:  

https://web.archive.org/web/20211021004954/https://dakowski.pl/

A kontakt do mnie: dakowy@o2.pl

Tel: 501 044 516

fizyk , woJOWnik

Profesurę „belwederską” uzyskałem w 1997 r. za prace z fizyki jądrowej (rozszczepienie i zderzenia ciężkich jonów). Ok. 70-ciu prac naukowych recenzowanych, ciągle cytowanych. Większość z tak zwanej „listy filadelfijskiej”.
       W latach 1959 – ok. 1989 pracowałem w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku (mimo „wyrzucenia” z IBJ ok. 1983r). Osiem lat pracowałem jako fizyk za granicą (Dubna w ZSSR, Saclay i Orsay Francja, Darmstadt Niemcy). W latach 90-tych pracowałem na Uniwersytecie Warszawskim, w Państwowej Agencji Atomistyki, w Centralnym Urzędzie Planowania, Agencji Techniki i Technologii oraz w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach.
Obecnie (od 1995r.) wykładam na Akademii Podlaskiej w Siedlcach oraz mam tam Zakład Energii Odnawialnych. Od ok. 1985 r. buduję w Polsce Ruch Poszanowania Energii i Energetyki Użytkownika. Od 1990 r. jestem animatorem Grupy Poszanowania Energii. Byłem (1990) projektodawcą Agencji Poszanowania Energii podległej premierowi. Byłem w Radzie Programowej kwartalnika „Rurociągi”. Genug…
      W latach 80-tych pracowałem dla Wydawnictwa Krąg, potem (chyba od 1983r) z Andrzejem Urbańskim prowadziłem własne wydawnictwo podziemne „Wydawnictwo„. Wydaliśmy kilkadziesiąt pozycji z ekonomii i najnowszej historii, głównie dla młodych robotników oraz studentów.
Książki:
1) wraz z prof. Jerzym Przystawą „Via bank i FOZZ, o rabunku finansów Polski” (1992) [ciągle – już 13 lat – mamy cywilny proces sądowy za strony dawno zbankrutowanego Uniwersalu oraz ściganego międzynarodowym listem gończym skazanego w procesie karnym FOZZ Dariusza Tytusa Przywieczerskiego]. (proces skończył się naszym zwycięstwem w 2006r…)

2) wraz z prof. St. Wiąckowskim „O Energetyce – dla użytkowników oraz sceptyków” (2005 i 2007 ). Zawarliśmy tu też podstawy Poszanowania Energii i Energii Odnawialnych dla Polski.

              [Dodaję w 2019r: Ten dorobek jest starannie niszczony przez władze, proroków smogu i sługi UE i klimatystów.. ]

3)  Cztery tygodnie super- obniżki cen na moje książki – z okazji Bożego Narodzenia. [Tu o następnej książce]

 ===================

Patrz pod Książki!

    Żeglarz. Najlepszy żeglarz wśród fizyków jądrowych trzech ostatnich dekad XX wieku (w Polsce). Niestety – „w drugą stronę”  to nie działa…

Zaczynam pisać wspomnienia w dziale Społeczeństwo. Już czas…

=============================

W roku 2019 odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności, por.:

groteskowe Ministerstwo Klimatu ośmiesza rząd, a gwałci logikę

oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, por.:

Krzyżowanie komsomołek z małpą bonobo a „Zielony Ład” UE

———-

powstającej anty-cywilizacji  „laickiej” utrwala się tendencja anonimowości człowieka (osobnika), lekceważenia korzeni. A bez naszej znajomości przeszłości, też bez znajomości losów rodu, będzie łatwo z nas uczynić anonimowy tłum. Brońmy się. Zachęcajmy Starych do pisania pamiętników.

Poniższe drzewo genealogiczne zachęciło drugą, przedtem nam nieznaną gałąź rodu do spisania własnej Księgi Rodu. I przy tym poznaliśmy się. 

 Z historii rodzinnych:

  1. Mójdziad Piotr(zob. drzewo genealog.!)  ur. 1829r, brał udział w bitwach Powstania Wielkopolskiego 1848r. Nagrobek w Sannikach z napisem Weteran spod Wrześni i Miłosławia zniszczyli Niemcy w czasie II wojny światowej. Zbudowali z takich nagrobków mostek przez strugę. Ci mieli poczucie Historii! [i humoru]
  2. O nieostrożności Stryja Mikołaja mówił mi mój Ojciec:  Mikołaj pojechał do powstania styczniowego.. na ukochanej bułance!! Dopadli Go w nocy kozacy – i zarąbali. Unikaj w powstaniach bułanych koni, chłopcze!

Tenże dziad Piotr już chadzał dzierżawami. Głównie w Koronie, lecz czasem też w Wielkim Księstwie Litewskim. Jego druga żona, a moja babcia Klementyna była z domu Bajenkiewicz, z Litwy.

Ks. Aleksander Dakowski (1838-1914) był proboszczem w parafii Parzymiechy (między Wieluniem a Częstochową) w latach 1875-1914. Jego dziełem była rozbudowa tamtejszego kościoła – przebudowa nawy i dobudowanie wieży-dzwonnicy. Pozostał po tym napis z jego imieniem w pobliżu sklepienia nawy. Na cmentarzu parafialnym jest nagrobek ks. Aleksandra Dakowskiego. Można zobaczyć go (t.j. nagrobek) w zestawie fotografii na stronie www.parzymiechy.pl. Osobiście spotkałem się z zapisami w księgach parafialnych czynionymi odręcznie przez ks. Dakowskiego. Jedna z relacji pisemnych mówi zaś o tym, że był on w dobrej komitywie z hr. Potockimi, którzy od 1891 byli właścicielami dóbr parzymieskich.

           Pozdrowienia  Jarosław Jędrysiak z Chersonia (Ukraina)
zdjęcia nagrobka szukać pod Fotografie  – współczesne, dalej : pamiątki przeszłości (na dole)

===================

Matka  Franciszka z pomorskiego rodu Salamowiczów.  Mieli dużą stolarnię w Brodnicy (Strassburg). 

A babcia, „szefowa” stolarni, też Franciszka, w wieku dojrzałym mawiała: „Gęś to głupi ptak: na raz – za dużo, a na dwa za mało”.

W 1918-tym panna Frania, później moja Matka, jakoś dużo jeździła „w interesach” firmy. Chełmża, Grudziądz, Berlin, Poznań, Toruń. Woziła amunicję dla Powstania Wielkopolskiego. Jeszcze po 40-tu latach nie  mówiła, od kogo i dla kogo. „eech, zostawmy.... ” zbywała. 

Poniżej przytaczam wstęp z Księgi Rodu Dakowskich.   autor: Halina Dakowska

RYS HISTORYCZNY RODU

Herb Leszczyc czyli Bróg jest jednym z najstarszych herbów polskich. Nadany został przez Bolesława Chrobrego (Paprocki) . Pieczętował się nim wielkopolsko – kujawski ród Leszczyców, w Liber Beneficiorum zwany też Wyszami, w innych źródłach Brożynami od Broga. Długosz określa go, jako rdzennie polski.
W Herbarzu Rycerstwa W.X. Litewskiego zwanego Compendium, Leszczyc pojawia się także pod nazwą Laski.
Było kilka gałęzi tego rodu. Każda próbowała narzucić swój przydomek jako miano całego rodu (stąd Leszczyce, Brożyny, Laski, Kościelce itd.). Pieczętowało się nim ok. 70 rodzin.

Opis herbu.
Herbarze Piekocińskiego, Niesieckiego, Paprockiego i in. Podają w opisie herbu: … „Ma być w polu czerwonym, bróg żółty na czterech białych laskach czyli brożynach. W klejnocie pawi ogon, na nim bróg pochylony”…
Inne źródła podają inne barwy – „w polu czerwonym, bróg złoty, wsparty na czterech srebrnych żerdziach” (Kuligowski).
Najstarszy wizerunek herbu z 1343 zamieszczony jest na pieczęci Wojciecha wojewody brzeskiego. Kolejne wersje (ewolucje) herbu znajdują się w Herbarzu Arsenalskim w Muzeum XX Czartoryskich w Krakowie.

Historia Rodu.
Ród Leszczyców miał czasy swej świetności. Pieczętowali się nimi biskupi poznańscy (Gerward zm. 1177, Piotr zm. 1414); kasztelanowie poznańscy (Jarosz zm. 1232); kasztelanowie kaliscy (Jędrzej zm. 1190, Adam zm.1380). W czasach panowania Władysława Łokietka, biskup włocławski z rodu Leszczyców dwukrotnie posłował do papieża w Awinionie, (podczas drugiej wizyty zmarł i tam został pochowany).
Nazwiska szlacheckie w różnych aktach nie zawsze pisano jednakowo. Najstarsze źródła informacji o rodach lub ich poszczególnych członkach pochodzą z archiwów sądowych, dokumentów parafialnych etc. W różnych źródłach pojawiają się rozbieżności pisowni nazwiska DAKOWSKI lub DOKOWSKI, czy DAKOWO lub DOKÓW-. Wszystkie źródła są jednak zgodne, że chodzi o wieś w woj. poznańskim, pow. kościański zapewne więc chodzi w nich o tą samą rodzinę.
1. Najstarsze   z   dostępnych  źródeł  z   1389   (wg.   Herbarza   Bonieckiego)   przedstaw informacje o rodzinie D AKOWSKICH herbu Leszczyc z Dakowa w woj. poznańskim: „Florian i Jan świadczą w Poznaniu – 1389” „Florian – kanonik poznański” – 1399 „Gerward i Tworzan na sądach w Kościanie – 1394” „Dziedzice Dakowa – 1398: Wilk, Floryan, Jan i Grzymko (Leksz) „Piotr Szymon – rotmistrz królewski – 1612” (DW. 40)**

Ministerstwo Zdrowia znów odbiera Polakom szanse na leczenie amantadyną. Tego nie da się zrozumieć w kategoriach LOGIKI.

Ministerstwo Zdrowia, podobnie jak rok temu, postanowiło ograniczyć Polakom dostęp do amantadyny. Wszystko dzieje się w przeddzień ogłoszenia wyników badania klinicznego i po tym, gdy kolejne światowe ośrodki badawcze potwierdzają potencjał amantadyny w leczeniu Covid-19. To niezrozumiała decyzja. 

Czytaj także: Dziś już mogę to powiedzieć z całą pewnością: jestem ozdrowieńcem. Chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę, że leczyłam się … amantadyną

Ograniczamy dostępność amantadyny poza wskazaniami medycznymi do jej stosowania – powiedział PAP we środę rzecznik resortu zdrowia Andrusiewicz.

Resort Zdrowia opublikował obwieszczenie, z którego wynika, że od 10 grudnia ilość wydawanego na jednego pacjenta w aptece ogólnodostępnej lub punkcie aptecznym produktu leczniczego Viregyt-K (Amantadini hydrochloridum) zostanie ograniczona do nie więcej niż 3 opakowań po 50 kapsułek na 30 dni. Zaznaczono także, że Viregyt-K, może być ordynowany i wydawany wyłącznie w następujących wskazaniach objętych refundacją: choroba i zespół Parkinsona oraz dyskineza późna u osób dorosłych – leczenie. Ograniczenie nie dotyczy leku Amantix, także zawierającego amantadynę.

Rzecznik resortu pytany przez PAP o uzasadnienie tych działań wyjaśnił, że chodzi o ograniczenie dostępności amantadyny poza wskazaniami medycznymi do jej stosowania.

Chcemy w pełni zabezpieczyć produkt dla pacjentów ze wskazaniami, czyli chorobą Parkinsona i dyskinezą późną u osób dorosłych. Niestety w ostatnim czasie, zbyt dużo tego produktu było sprzedawane poza wskazaniami medycznymi – powiedział rzecznik MZ.

Podobną decyzję Ministerstwo Zdrowia wydało rok temu, po kilku miesiącach się z niej wycofano i lek znów stał się dostępny. Pewnie dlatego oficjalna sprzedaż amantadyny w 2021 roku już przekroczyła 400 tys. opakowań podczas gdy w całym roku 2019 w Polsce sprzedano łącznie niecałe 118 tys. opakowań tego leku. Ile opakowań medykamentu sprowadzono z zagranicy – dokładnie nie wiadomo. Na lek jest duży popyt, choć nie ma jeszcze wyniku badania klinicznego.

Jednak Polacy mają swoje własne badanie kliniczne, prowadzone w rodzinach, wśród znajomych i wysoki popyt na lek jest wynikiem tego badania. Decyzja ministerstwa zapadła tuż po kolejnych doniesieniach ze świata o możliwym potencjale amantadyny w leczeniu COVID-19 i w chwilę po tym, gdy prof. Rejdak zapowiedział w rozmowie z Wp.pl, że badania kliniczne nad skutecznością amantadyny w leczeniu COVID-19 zmierzają do finału.

Jak poinformował WP prof. Konrad Rejdak z Lublina, zespół wkrótce wykona wstępne analizy efektów leczenia u setki pacjentów, która wzięła udział w badaniu – donosiła Wp.pl.

Bardzo się cieszę, że badania nad amantadyną trwają i właśnie nasi partnerzy z międzynarodowego konsorcjum, w którym uczestniczymy, opublikowali wyniki swoich prac. W tym roku jest to już druga publikacja z Danii, która wykazała, że amantadyna i jej analogi hamują mechanizm zakażania komórek przez wirusa SARS-COV-2. Autorzy cytują naszą – pierwszą na świecie – publikację z opisem serii przypadków, wykazującą, że lek może wywierać działanie ochronne u pacjentów zakażonych wirusem – poinformował WP prof. Rejdak .

Chodzi o publikację czasopisma naukowego „Communications Biology”. Naukowcy z Danii, Niemiec i Grecji, napisali, że proponują amantadynę „jako nowy, tani, łatwo dostępny i skuteczny sposób leczenia COVID-19”. W badaniu laboratoryjnym wykazali, że amantadyna i heksametylenoamiloryd (HMA) „blokują aktywność kanału jonowego białka E z wirusa SARS-CoV-2 ”. Ma to wpływ na ograniczenie tworzenia się nowych komórek wirusa.

Czytaj także: Ministerstwo Zdrowia wreszcie zareagowało na fakt, że osoby zaszczepione także chorują na COVID-19!

Oburzenia decyzją Ministerstwa Zdrowia nie kryje Marcin Warchoł, wiceminister sprawiedliwości, który w niedawnym liście do ministra zdrowia Adama Niedzielskiego pisał: 

Dziś z niepokojem odbieram informacje, że te badania są blokowane. Część ośrodków naukowych nawet nie rozpoczęła rekrutacji pacjentów do badań, 13 z nich zrekrutowało zaledwie 8 proc. i tylko koordynujący badania Uniwersytet Medyczny w Katowicach zrekrutował pacjentów ponad plan.

Zapytałam wiceministra sprawiedliwości jak rozumie taką decyzję Ministerstwa Zdrowia:

To jest decyzja nieprzemyślana. Ten kto ją podejmował nie wziął pod uwagę, że według medialnych doniesień, w tym roku ponad 400 tys. Polaków skorzystało z amantadyny. Wielu z nich – tego nie przesądzam – ten lek mógł uratować zdrowie i życie. W świetle kolejnych badań, które potwierdzają możliwość skuteczności amantadyny w leczeniu COVID-19, to tym bardziej dziwi. Mamy badania i publikację Instytu Maxa Planca, mamy analizę z ekspertów z Uniwersytetu w Cambridge, którzy przestudiowali dokumentację medyczną 13 tys. seniorów leczonych na choroby Parkinsona i Alzheimera i badacze doszli do podobnych wniosków, jak prof. Rejdak w swojej pracy naukowej z kwietnia 2020. W obliczu tych faktów decyzja MZ jest zdumiewająca – mówi mi Marcin Warchoł.

Ministerstwo miało rok, żeby zabezpieczyć ten lek dla osób chorych na Parkinsona. Rok! Przecież urzędnicy doskonale widzieli, że lekarze ordynują lek poza wskazaniami, na co zresztą pozwoliło samo Mnisterstwo Zdrowia w piśmie wiceministra Macieja Miłkowskiego z 16 grudnia 2020. Wyrażono zgodę na stosowanie amantadyny poza wskazaniami rejestracyjnymi. I słusznie. Bo to lekarz bierze odpowiedzialność za zdrowie i życie pacjenta, na podstawie swojej wiedzy i doświadczenia. Liczba wypisanych recept świadczy o tym, że lekarze ze swojego uprawnienia skorzystali, świadczy także o tym, że Polacy widzą skuteczność leku, a ministerstwo zignorowało ten fakt. – dodał wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł.

Nie chciałbym być w skórze osoby, która podjęła taką decyzję, jeśli okaże się, że badanie kliniczne potwierdzi skuteczność i potencjał amantadyny w leczeniu COVID-19. Przecież dostęp do tego leku może ratować ludzkie zdrowie i życie. Nawet gdyby lek miał uratować tylko jedną osobę już byłoby warto, by pacjenci wciąż mieli do niego dostęp. Zwłaszcza, że umiera bardzo wielu Polaków. Życie jest bezcenne. Dlatego decyzję Ministerstwa Zdrowia przyjmuję ze zdumieniem. Jest ona nie do pogodzenia z interesem pacjentów. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem rzecznika MZ, że politycy nie powinni się zajmować leczeniem Polaków. Politycy mają obowiązek zajmować się bezpieczeństwem Polaków, a kwestią bezpieczeństwa jest zabezpieczenie aptek w lek, który może być skuteczny. Sprawą polityków jest też pilnowanie badań, które mają przesądzić o skuteczności lub nieskuteczności amantadyny w leczeniu COVID-19. Ale prawie pół miliona Polaków leczyło się tym lekiem mimo braku wyniku badań. Tymczasem cześć polskiego środowiska naukowego wydała wyrok na amantadynę przed ogłoszeniem wyników badań. Rolą ministra jest branie odpowiedzialność za bezpieczeństwo zdrowotne Polaków. Dlatego MZ powinno było zabezpieczyć odpowiednią ilość leku, tak by nie trzeba było wybierać czy leczyć pacjentów chorych na Parkinsona czy chorych na COVID-19. Zgadzam się z tym, co pani ostatnio napisała, że szczepienie to kamizelka kuloodporna. Nie jestem przeciw szczepieniom, szczepienia redukują ryzyko powikłań i redukują ryzyko śmierci. Nie można jednak, promując szczepienia, zapominać o leku, bo także zaszczepieni chorują – dodaje wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł.

Decyzja MZ dziwi tym bardziej, że już od sierpnia wiemy z pewnością, że amantadyna, wbrew histerii niektórych ekspertów, jest lekiem bezpiecznym. W badaniu klinicznym stwierdzono „bezpieczeństwo procedury”. Padł mit o toksyczności leku. 

Czytaj także:

Amantadyna jest bezpieczna. Są pierwsze wnioski z badania klinicznego nad lekiemh

Dorota Łosiewicz https://wpolityce.pl/polityka/577383-mz-znow-ogranicza-dostep-do-amantadyny-dlaczego

bielik:

p.Doroto,czy pani wie,że 12 z 17 osob Rady Med.,która za nic nie ponosi odpowiedzialności ma powiązania z firmami farmaceutycznymi,jak mówi poseł Siarkowska?https://www.youtube.com/watch?v=hGU51D0Ronc

@Rybak 

Przecież nie chodzi o zdrowie Polaków, tylko o wyszprycowanie ich jakimś świństwem. Może jakimiś nano czipami, a może jeszcze czymś innym. Przecież jasno widać przy tej okazji, że światem rządzi jakiś piekielny ośrodek, którego jakoś grzecznie słuchają wszystkie rządy. No a że ludzie umierają? Przecież piekielnicy już od dawna narzekają, że ludzi na świecie jest za dużo.

Wiadomo

To się da zrozumieć, jeśli weźmie sie pod uwagę jakim zagrożeniem dla pandemistów jest skuteczny lek. Kto po wyleczeniu pójdzie po n-tą dawkę eksperymentalnego preparatu będącego w stadium badań.

popcorn

Amantadyna daje niebezpieczną [dla decydentów- zbrodniarzy MD] pewność przejścia C-19 bez kichnięcia, a przynajmniej ograniczyłaby pandemie do poziomu lokalnego zatrucia. Kto wtedy miałby wykupić te miliardy szczepionek?

Dlaczego zamknięto cmentarze? KPRM. -Bareja by sikał na leżąco, bo by ze śmiechu na nogach się nie utrzymał.

Odtworzenie procesu myślowego jest niemożliwe

Sieć Obywatelska Watchdog Polska zapytała Kancelarię Premiera o powody decyzji o zamknięciu cmentarzy na Wszystkich Świętych w listopadzie 2020 roku.

Odpowiedź może zaskakiwać. [Czyżby?? Toż to są idioci do sześcianu. Ale bezczelni do wyższej potęgi. MD]

  • Dlaczego zamknięto cmentarze?

Kancelaria w odpowiedzi informuje, że „nie posiada listy ekspertów, których ustna opinia lub głos doradczy przyczynił się do podjęcia decyzji o zamknięciu cmentarzy w listopadzie 2020 r.”.

Dalej czytamy, że „odtworzenie procesu myślowego, który towarzyszył Prezesowi Rady Ministrów w podjęciu tej konkretnej decyzji oraz wskazanie, który głos doradczy był pomocny lub kluczowy w jej podjęciu, jest z praktycznego punktu widzenia niemożliwe i wymagałoby zainicjowania działań tworzących nowe informacje, które mogłyby później okazać się nierzetelne lub nieścisłe”.

Dowiadujemy się również, że „konsultacje nie miały charakteru formalnego i nie były protokołowane„.

https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/8310698,dlaczego-zamknieto-cmentarze.html

Zmiany na Ziemi” precyzują:

Konsultacje w tej sprawie nie miały charakteru formalnego i nie były protokołowane. Zasadnicze pytania, jakie należy w tym miejscu postawić brzmią: Jak wiele decyzji w związku z pandemią COVID-19 premier Morawiecki podejmował bez jakichkolwiek oznak konsultacji? Jak wielu decyzji nie jest on w stanie wytłumaczyć z perspektywy czasu? Czy to przypadkiem nie oznacza, że lockdowny i obostrzenia nie miały prawa się wydarzyć? Czy fakt, że szef rządu nie jest w stanie wytłumaczyć tego, co robił, nie wskazuje na ryzyko, że wszystko, co się działo i dzieje, jest wynikiem całego zespołu kompletnie nieprzemyślanych ruchów, które skomplikowały życie wszystkich Polaków?

Czy „polski” rząd na pewno wie, co robi?

AUSTRIA. Wielu lekarzy odmawia szprycowania w punktach szczepień.

Panie Profesorze !

Narody się bronią jak mogą przed nagonką i faszyzmem. Reakcje naturalne, nawet media głównego nurtu podają.

Tam przeczytałem:

https://www.meinbezirk.at/c-politik/aerzte-in-impfstrassen-haben-sicherheitsbedenken_a5054605

Oto tłumaczenie:

W Austrii obowiązkowe szczepienia przeciwkoronowe wejdą w życie w lutym. Wtedy będzie musiało zostać zaszczepionych więcej osób, które są sceptycznie lub negatywnie nastawione do szczepienia przeciwko koronawirusowi.

Ze względu na rosnące obawy o bezpieczeństwo, wielu lekarzy odmawia wykonania obowiązków w punktach szczepień, poinformowała w dzienniku stacja „Ö1” w czwartek.

Wzrost agresji.

Wbrew naukowym stwierdzeniom dotyczącym ich stosowania, wiele osób jest sceptycznie nastawionych do szczepień. Inni dostrzegają korzyści ze szczepień, ale sprzeciwiają się obowiązkowym szczepieniom. Zwiększa to agresję w tym kraju.

Stąd lekarze w punktach szczepień są coraz częściej obrażani i czasem nie chcą tam

już więcej pracować, podała w czwartek w dzienniku południowym stacja „Ö1”.

Groźne sytuacje z powodu przymusowych szczepień.

Ponieważ ludzie nie przychodzą już z własnej woli, odnotowano również znaczny wzrost agresywności wobec lekarzy. Jest nie do wytrzymania dla lekarzy poddawanie ludzi procedurze medycznej, której nie chcą, wyjaśnił pewien lekarz. Częściowo może z tego powodu także dojść do sytuacji niebezpiecznych, jak mówi lekarz.

Lekarzom drżą kolana po wykonaniu szczepienia na niektórych pacjentach i cieszą się, gdy takowi już wyjdą.

Pozdrawiam L.

Czy islam jest autentyczny?

Poniższy artykuł jest opracowaniem z dziedziny krytyki historycznej. W swoich zasadniczych tezach podważa on autentyczność islamskiej tra­dycji, stanowiąc nowe, inspirujące spojrzenie na fenomen rzekomej „reli­gii Mahometa”. Autor niniejszego studium, tradycyjny katolik i uczony, pragnął zachować anonimowość z powodów osobistych

Wprowadzenie

           Czy islam jest autentyczny? ?atwo po­stawić podobne pytanie, lecz odpo­wiedź na nie jest daleko trudniejsza i to nie tylko dlatego, że zależy od osoby, która jej udziela. Będzie to rzecz jasna uderzające dla czytelnika, gdyż problem wydaje się analogiczny do tych doty­czących judaizmu i katolicyzmu i jako taki zdaje się wykraczać poza sferę za­sadniczo subiektywnych odpowiedzi.

                        Jednakże pytanie o autentyczność isla­mu nie doczeka się obiektywnej odpo­wiedzi w poniższym artykule. Powo­dem takiego stanu rzeczy jest fakt, że islam jest jednocześnie rzeczywistością i iluzją – sprzecznością, która w trak­cie niniejszego studium ukaże swój pa­radoksalny charakter o olbrzymich kon­sekwencjach nie tylko dla Kościoła ka­tolickiego, lecz również dla każdego co szóstego mieszkańca ziemi nazywają­cego siebie muzułmaninem.

            W ubiegłych wiekach niektórzy żydow­scy teologowie uważali islam za juda­istyczną herezję, podobnie jak wiarę w Jezusa Chrystusa. Trzeba jednak po­wiedzieć, że niejednokrotnie żydostwo uważało za możliwą współpracę z mu­zułmanami, nie dopuszczając jednocze­śnie możliwości współpracy z chrześci­jaństwem. Pozostaje kwestią do dysku­sji, czy wynikało to z historycznych okoliczności i wyobrażeń, czy też może z uwarunkowań czysto psychologicz­nych – niemniej jednak istnieją podsta­wy do uznania a priori, że u samej isto­ty chrześcijaństwa znajduje się coś, cze­go strasznie obawiają się żydzi, a co nie występuje w islamie. Niektóre fakty przytoczone w niniejszym artykule mogą dodatkowo świadczyć na rzecz prawdziwości tego wyobrażenia.

           W Kościele katolickim teologowie tacy jak św. Tomasz z Akwinu oraz pisarze świeccy, jak Hilaire Belloc, uważali is­lam za herezję chrześcijańską. Zasko­czy to wielu czytelników, którzy zosta­li wychowani myśląc, że islam jest czymś całkiem odmiennym od wiary katolickiej, jednak wbrew pozorom pogląd o islamie jako herezji chrześci­jańskiej ma uzasadnienie. Przykładowo, Belloc pisze, że „mahometanizm był herezją: należy zdać sobie sprawę z tej fundamentalnej prawdy zanim pójdzie się dalej w rozważaniach. Rozpoczął się jako herezja, niejako nowa religia. Nie był pogańskim przeciwieństwem Ko­ścioła, całkowicie obcym wrogiem. Był wypaczeniem doktryny chrześcijań­skiej. Jego żywotność i długi okres trwa­nia szybko nadały mu zewnętrzne po­zory nowej religii. lecz jego współcze­śni, ci którzy byli świadkami jego poja­wienia się, jasno widzieli czym był na­prawdę – nie zaprzeczeniem, lecz do­stosowaniem i nadużyciem zasady chrześcijańskiej” (Wielkie herezje, 1938). Ks. Sheehan, arcybiskup Germii, w swo­jej Apologetyce i doktrynie katolickiej (1944) napisał o islamie: „Fragmenty objawionej prawdy zawarte w tej reli­gii zostały zaczerpnięte z judaizmu i chrześcijaństwa„. Innymi słowy, jeśli is­lam czerpie z obu tych doktryn, to jest pewna doza prawdy w stwierdzeniu, że jest on jednocześnie herezją żydowską i chrześcijańską.

Oficjalna wersja

Popatrzmy na to, co świat w ogólności, a muzułmanie w szczególności rozu­mieją pod pojęciem autentycznego is­lamu. Dowiadujemy się, że jest to nowa reli­gia założona przez proroka Mahome­ ta, urodzonego w 570 r. w Mekce w za­chodniej Arabii – dużym i ważnym cen­trum handlowym oraz miejscu pielgrzy­mek pogańskich religii. Pakistański au­tor Dilip Hiro mówi nam w swoim Is­lamskim fundamentalizmie (1988), że sło­wo „islam” oznacza ’poddanie się’ (woli Bożej – przyp. red. Zawsze Wierni). Profesor Edward Hulmes z uniwersyte­tów w Durham i Princeton twierdzi w swojej wydanej w 1986 r. przez To­warzystwo Prawdy Katolickiej ulotce pt. Mahomet, że „islam” znaczy tyle, co 'po­kój osiągany dzięki poddaniu się obja­wionej woli Bożej’. Twierdzi się, że Mahomet inspirowany przez Archanio­ła Gabriela napisał świętą księgę isla­mu, Qur’an (Koran), a księga ta, pełna subtelności, mądrości i wnikliwości sta­nowi jasny dowód proroczych zdolno­ści Mahometa, który jako człowiek nie­wykształcony – pasterz bądź kupiec ­nie umiał czytać ani pisać. Fakt, że Ko­ran jest napisany klasycznym arabskim i nie posiada żadnego wcześniejszego literackiego odpowiednika nadaje do­datkowej powagi stwierdzeniu, że Ma­homet był natchniony przez Boga. Mówi się, że poświęcił się on głosze­niu islamskiej doktryny wśród pogan z Mekki, lecz został wygnany i zmuszo­ny, aby szukać schronienia w Medynie (a właściwie w Jatribie, które to miasto nazwano później na jego cześć Madinat an-nabi czyli 'miastem proroka’ ­przyp. red. Zawsze Wierni); oba te miasta znajdują się w zachodniej czę­ści dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Jed­nakże nie ustawał, nawracając ludzi tu i tam dzięki sile swego słowa i przykła­du. Z uwagi na gwałtowny charakter ówczesnych społeczeństw, popadł w konflikt z otaczającymi go siłami po­gańskimi, a w roku 624 wygrał decydu­jącą bitwę pod Badrem. Kilka lat póź­niej Mekka przyjęła prawdę islamu, a Ka’ba, dom do tej pory mieszczący w sobie kamienne pogańskie bałwany (był tam święty kamień czczony w całej Arabii, który rzekomo Abraham otrzy­mał od anioła Gabriela – przyp. red. Za­wsze Wierni), przekształcił się w Dom Boży. Ka’ba stała się centrum islamskie­go świata, pierwszą świątynią, do któ­rej każdy muzułmanin musi udać się z pielgrzymką przynajmniej raz w życiu.

            Oto w skrócie odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Jest to standar­dowa informacja, którą znajdujemy w książkach napisanych przez katoli­ków, muzułmańskich duchownych, świeckich akademików i zachodnich is­lamologów. Jedyny problem związany z powyższym opisem da się zamknąć w jednym zdaniu: właściwie nic z tego nie jest prawdą! Dla wielu będzie to szokujące, ale to tylko dlatego, że przy­jęli na wiarę przekazywane im nie­sprawdzone informacje. W tym przy­padku sprawa ma się dokładnie tak samo, jak z przekonaniem wielu sobo­rowych katolików, że abp Lefebvre zo­stał ekskomunikowany jako schizmatyk – nie jest to coś, o czym przekonali się poprzez lekturę, badania czy analizy, lecz coś, co po prostu wzięli za prawdę tylko dlatego, że powtarzano im to z każdej strony jednym chórem. Jednak­że samo powtarzanie, czy to przez aka­demików, czy to przez ignorantów, nie jest probierzem prawdy. Dlatego też, aby dotrzeć do prawdy o islamie, aby odnaleźć prawdziwie obiektywny i hi­storyczny „klucz” do islamu, zamierza­my zbadać to zagadnienie bardziej wnikliwie. Nie mamy przy tym intencji atakowania lub znieważania muzułma­nów – oni również są stworzeniami Bo­żymi, uczynionymi na obraz i podobień­stwo Boże – towarzyszy nam jedynie ta intencja, aby przynieść światło, które roz­proszy panujący mrok, tak aby prawda mogła zajaśnieć i uwolnić tych, którzy są usposobieni do przyjęcia ?aski Bożej.

Pycha i uprzedzenie

We wczesnych latach osiemdziesiątych dr Maurice Bucaille opublikował książ­kę zatytułowaną Biblia. Koran i nauka: Święte Księgi w świetle współczesnej wie­dzy (w wydawnictwie Seghers z Pary­ża). W swojej pracy Bucaille z naciskiem podkreśla, że porównując chrześcijań­ską Biblię z Koranem działa w sposób czysto obiektywny. Przyrównuje się do chirurga uformowanego w duchu za­chodniego obiektywizmu naukowego. podkreślając jednocześnie. że nie miał sprecyzowanych wniosków już przed rozpoczęciem pracy. Niedługo po roz­poczęciu lektury czytelnik odkrywa. że jedynym celem książki jest ukazanie niższości Biblii w stosunku do Koranu. i to w imię „badania naukowego”. Na samym początku książki (s. 6) okazuje się. że „obecnie niemożliwe jest zaprze­czanie twierdzeniu. iż Biblia zawiera błędy naukowe”. Autor konkluduje. że Koran nie zawiera błędów naukowych i dlatego stanowi prawdziwe objawio­ne Słowo Boże.

Dla naszych rozważań równie istotne jest inne stwierdzenie autora: „Na Za­chodzie krytyczna analiza Pisma jest czymś stosunkowo nowym. Przez set­ki lat ludzie zadowalali się przyjmowa­niem Biblii taką. jaką jest. Najmniejsza krytyka wysuwana pod jej adresem była traktowana jako grzech” (ibidem. s. 16).

Wyczuwa się lekko kpiący ton w tym „naukowym” spojrzeniu na masy wie­rzące w biblijne „przesądy”. Rozprawa Bucaile jest napisana w duchu XVłłł i XIX-wiecznych racjonalistów „podwa­żających” Biblię – z tą różnicą. że uka­zuje się w wieku XX. Rzecz jasna. ze wspomnianych wywodów wynika po­średnio. że inaczej ma się rzecz z Kora­nem – ten został zweryfikowany i sprawdzony zgodnie z wymogami na­uki. Nie dajmy się zwieść. „Naukowe” podejście dr. Bucaille jest kłamstwem pierwszego rzędu, charakterystycznym dla tak wielu islamskich apologetów, czy to będących praktykującymi muzuł­manami, czy to nazywających siebie świeckimi i agnostykami!

            Oczywiście jest prawdą, że systema­tyczne krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu ze strony chrześcijan, znajdujące wyraz w wielu dyscyplinach takich jak krytyka tekstu, archeologia, epigrafia, historia, teologia, etc. – roz­poczęło się na początku bieżącego stu­lecia (niestety, fałszywe i kierowane pychą studium krytyczne stało się bro­nią modernistów stosowaną dla podwa­żania wiarygodności Biblii – przyp. red. „Angelus”). Natomiast pozostaje brutal­ną prawdą, że muzułmanie nawet nie rozpoczęli podobnych studiów w od­niesieniu do swoich ksiąg religijnych! I tak u o. (almela OP czytamy: „Muzuł­manie nigdy nie poddali krytyce swo­ich ksiąg religijnych. W ich mniemaniu uczyniwszy to, uczyniliby siebie winny­mi profanacji i świętokradztwa. Od momentu, kiedy jedna z ich ksiąg zo­stała uznana za objawioną przez Boga, niedopuszczalnym stało się jej zgłębia­nie przez historyczną myśl człowieka. My ze swej strony nie zwykliśmy pa­trzeć na sprawy w taki sposób – dla katolika niezrozumiałe jest założenie o rozdziale Bożej wiary od historycz­nego lub filozoficznego wnioskowania” (Islam: przedsięwzięcie żydowskie, 1961).

            Na wypadek gdyby ktoś pomyślał. że o. Calmel jest stronniczy, należy zwró­cić uwagę, że wielu zachodnich islam 0­logów, nie będących przyjaciółmi chrze­ścijaństwa, mówi dokładnie to samo. Powiedzieli to chociażby Regis Blache­re i Denise Masson. autorzy (nieuda­nych) prób spójnego tłumaczenia Ko­ranu. Masson pisze: „Historyczna i tek­stowa krytyka. oparta na epigrafii i ar­cheologii wciąż nie została zastosowa­na w odniesieniu do Koranu z wykorzy­staniem normalnych metod” (wstęp do jej tłumaczenia Koranu, Pleiade 1967). Gdy Denise Masson usiłowała zasuge­rować, że „niektóre wersy” Koranu są niejasne”, Najwyższa Rada Islamu, do której się zwróciła, zakazała jej rozpowszechniania podobnych sugestii.

            Gdy Jerozolimska Szkoła Biblijna roz­poczynała na początku obecnego stu­lecia krytyczne studium Starego i No­wego Testamentu, znalazło się również kilku uczonych, którzy podjęli badania nad tradycją islamską. Należy zdać so­bie sprawę, że obok Koranu istnieją trzy inne dzieła, które składają się na trady­cję islamską. Pierwszym z nich jest Ha­dith czyli Mowy proroka Mahometa, ze­brane dwieście lat po jego śmierci, co do których uważa się, że zostały po­świadczone przez towarzyszy i świad­ków proroka, którzy przekazali zawar­te w nich informacje z pokolenia na po­kolenie. Drugim jest Sunna, stanowią­ca właściwe islamowi prawodawstwo, trzecim zaś Sira Życie Mahometa (w islamie są jednak odłamy, które róż­nią się stosunkiem do tych źródeł ­przyp. red. Zawsze Wierni). Wszystkie trzy księgi miały być złożone – rzeko­mo przez Ibn Hisama żyjącego w dzie­wiątym wieku – w znaną współcześnie jedną całość. O człowieku tym wiemy bardzo niewiele lub prawie nic, oprócz tego, że również utrzymywał. iż infor­macje zawarte w Sira są autentyczne jako przekazane z pokolenia na poko­lenie przez towarzyszy i świadków proroka.

Odkrywanie prawdy

           Pierwszym człowiekiem, który zaczął odkrywać niepewny charakter źródeł is­lamu był o. Lammens, jezuita pracują­cy na Uniwersytecie Św. Józefa w Bej­rucie (Liban) na początku obecnego stu­lecia. Wykorzystując opracowania wie­lu uczonych, w tym de Weila z 1843 r. i Caetaniego z 1905 r. wykazał on, że naoczni świadkowie gwarantujący au­tentyczność ksiąg Hadith i Sira to czy­sta fikcja, a wspomniane księgi są ni­czym więcej, jak tylko parafrazami i upiększeniami twierdzeń zawartych w Koranie. O. Lammens pisze: ,Twier­dzenia zawarte w świętych pismach mu­zułmańskiej tradycji ani nie tworzą pra­wa, ani też nie są źródłem dalszych in­formacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu Hadith tworzy legendy, z zadowoleniem wymyśla imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełnia treścią koranicz­ne schematy” (Koran a Tradycja, 1910).

           Francuski mnich, br. Bruno Bonnet-Ey­mard, o którym wspomnimy jeszcze w dalszej części artykułu, w taki oto spo­sób streszcza stanowisko o. Lammen­sa: „Tradycja wyjaśnia Koran, a sam Ko­ran jest fundamentem tradycji”. Inny­mi słowy jest to błędne koło, którego nie są w stanie zauważyć „naukowe” rozprawy w rodzaju tej autorstwa Bu­caille.

            Czy o. Lammens nie był po prostu uprzedzonym księdzem? W odpowie­dzi możemy zacytować prof. Goldzihe­ra, Żyda, który w swoich Studiach ma­hometańskich (1989) pisze o „głęboko tendencyjnym charakterze islamskiej Tradycji”. Zaś w Kościelnym Słowniku Hi­storii i Geografii autorstwa Rene Aigra­ina (1924) pod hasłem „Arabia” czyta­my: „W takich okolicznościach nie moż­na już badać życia Mahometa przyjmu­jąc za podstawowe źródło księgę Sira, jak czyniło to wielu biografów proroka”.

            Caetani w swoim dziele Annali dell’Islam pisze między innymi: „W Tradycji nie odnajdujemy prawie niczego prawdzi­wego na temat Mahometa; wszystkie tradycyjne materiały jakie posiadamy możemy odrzucić jako apokryficzne”. Maxime Robinson w książce pt. Maho­met (1974) donosi, że „nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wąt­pienia z czasów Mahometa”. Nawet ci autorzy, którzy nie są w stanie odsunąć dzieł Sira i Hadith jako fikcyjnych (m.in. Gaudefroy-Demombynes, Noldeke i in­ni) nie czynią tego ze względu na nie­odparte dowody na historyczność tych ksiąg, lecz jedynie ze względu na alter­natywę, którą jest powrót do punktu wyjścia. Przykładowo, Noldeke stwierdza po prostu, że pozostawia na boku „ta­jemnice otaczające osobę Mahometa” (cyt. za O. Lammens, Koran a Tradycja).

            Nie da się przecenić pracy Lammensa, gdyż obraca ona w ruinę „islam”, który znaliśmy do tej pory – z chwilą, kiedy wyeliminujemy księgi Hadith i Sira nie ma ani jednego, pozytywnego źródła świadczącego o samym nawet istnieniu Mahometa! Nie do wiary, gdy weźmie się pod uwagę ogromne zbiory manu­skryptów, pergaminów, pomników, rzeźb, grobowców i dedykacji pocho­dzących z antycznego świata, które przetrwały do dnia dzisiejszego. Diłip Hiro mógł opisać Mahometa następu­jącymi słowami: „Wyrósł na krzepkie­go mężczyznę średniego wzrostu, o za­krzywionym nosie, dużych oczach, zmysłowych ustach i gęstych, lekko krę­conych włosach”. Jednakże bez księgi Sira nie ma niczego na poparcie tego skądinąd rozsądnego opisu. Rzadko się o tym słyszy, a czytelnik może sam wyrobić sobie zdanie na temat przy­czyn takiego stanu rzeczy. W żaden sposób nie umniejsza to jednak istnie­nia faktu (braku wiarygodnych źródełświadczących o autentyczności islamu – przyp. tłum.).

Głębsze poszukiwania

            O. Lammens nie ukazał nam całej drogi do prawdy. Rozpoczął jedynie pewien proces, który miafbyć podjęty i konty­nuowany 50 lat później przez domini­kanina o. Thery, piszącego pod pseu­donimem Hanna Zakarias.

            O. Thery był w swoich czasach słynnym mediewistą i cieszył się wielkim uzna­niem w środowisku naukowym. Uwa­żany jest za twórcę naukowej egzege­zy Koranu, chociaż nie czytał po arab­sku i hebrajsku, opierając się na różnych tłumaczeniach. Jego intuicja, która w dużym stopniu przyczyniła się do po­stępu w badaniach nad Koranem, wy­nikała ze zrozumienia tekstów i znajo­mości procesów ich powstawania. Pod­stawowy krytyczny wkład o. Thery w analizę Koranu stanowiła konkluzja jego dzieła pt. Ocena islamu (1957), we­dle której Koran wcale nie powstał w Arabii, a jego autorem był „erudyta spoza Arabii, twórca arabskiego języka religijnego„. Jest to bardzo istotne, gdyż według irackich „egzegetów” z dziewiątego stulecia fakt, że Kora nie miał żadnych wcześniejszych lite­rackich odpowiedników był sam w so­bie „cudem”. O. Thery będąc dalekim od uznania Koranu za bezużyteczny stwierdza fakt. że dzieło to posiada samo w sobie pewną rzeczywistą war­tość, której na próżno szukać w innych elementach islamskiej tradycji. W opra­cowaniu zatytułowanym Koran nie jest arabski (1957) o. Thery porównując tekst Koranu z księgą Sira dochodzi do wniosku, że ta ostatnia jest jedynie głupią dziecięcą paplaniną, której nie­równy tekst w zadziwiający sposób za­równo w poszczególnych elementach jak i całościowej wymowie odznacza się niespójnością, nieprawdopodobień­stwem i prymitywizmem legend z ży­cia Proroka”. Niech poniższy przykład zilustruje, co miał na myśli o. Thery. Otóż jak pokazał o. Lammens, wszyst­ko co znajduje się w [islamskiej] trady­cji zostało zaczerpnięte z Koranu i upiększone. I tak koraniczny tekst „wysyłamy wam światło” (będący w rze­czywistości niepoprawnym tłumacze­niem), został rozwinięty w księgach Sira i Hadith w taki sposób, że odnosi się tam bezpośrednio do samej postaci proroka. Dlatego według islamskiej tra­dycji Mahomet faktycznie wysyłał fale świetlne, będąc widocznym nawet w naj­głębszej ciemności. Światło jakie dawał miało być tak intensywne, że pozwalało odnaleźć w ciemności zagubioną igłę!

           O. Thery porównując Koran z hebraj­ską Biblią i rabinackim Midraszem do­chodzi do wniosku, że Koran był jedy­nie „Biblią dostosowaną do mentalno­ści Arabów„. Wyodrębnia przy tym jed­nakże pewną część. która dzięki zawar­tym w niej aluzjom do wydarzeń wspó­łczesnych autorowi Koranu nie daje się wyjaśnić w podobny sposób. Tę pozo­stałość o. Thery nazywa Aktami islamu (nazwa ma być analogią do Akt Apostol­skich), przedstawiając ją tym samym jako rodzaj dokumentacji rabinackich wysiłków podejmowanych w kierunku nawrócenia Arabów na judaizm………….. …….. 

Cho­ciaż o. Thery nie stworzył całkiem za­mkniętej, satysfakcjonującej teorii, po­sunął jednak do przodu studia nad isla­mem stwierdzając, że kluczem do dal­szych odkryć będzie systematyczne, naukowe tłumaczenie Koranu jako je­dynego pewnego dokumentu. Sądził przy tym. że Koran będzie wyjaśniał się sam, podobnie jak Biblia. Jednakże ję­zykowe braki o. Thery uniemożliwiły mu podjęcie się tego zadania. Ogromne zaawansowanie tego dzieła w czasach nam współczesnych zawdzię­czamy bratu Bruno Bonnet-Eymard. Jest on nie tylko zdolnym teologiem podej­mującym głębokie studia nad chrześci­jaństwem, judaizmem i islamem, lecz również utalentowanym językoznawcą władającym hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim.  ­

           Należy przede wszystkim zdać sobie sprawę, że to systematyczne tłumacze­nie Koranu jest tym bardziej koniecz­ne, że nikt do tej pory nie zdołał go dokonać w sposób satysfakcjonujący. Powód jest taki, że tłumacze zamiast trzymać się rzeczywistego znaczenia tekstu brali pod uwagę przede wszyst­kim jego „ogólnie przyjęty sens„. W rze­czywistości nie istnieje zgodne tłuma­czenie Koranu! Mogliśmy przyzwycza­ić się do zmian w uwypukleniu poszcze­gólnych zdań oraz do różnic frazeolo­gicznych istniejących pomiędzy różny­mi wydaniami Biblii, lecz nikt przy tym nie dyskutował o zasadniczym znacze­niu. W przypadku Koranu jest całkiem przeciwnie. Jeden pisarz będzie tłuma­czył dane wyrażenie w jeden sposób, drugi zrobi to zupełnie inaczej, a jeden i drugi będzie mówił o lukach w zna­czeniu, interpolacjach, poprawkach i adaptacjach w celu ukrycia zasadniczej bezużyteczności swego dzieła. O. de Nantes, przyjaciel br. Bruno, w następu­jący sposób podsumowuje podobne tłumaczenia: „Nonsens, fantastyczne wymysły, sprzeczności, niespójność, nie wspominając już o niezliczonych opusz­czeniach kłopotliwych słów i źle umiej­scowionych dodatkach – oto metoda tradycyjnego tłumaczenia od trzynastu stuleci”. I tak kiedy koraniczny tekst (sura III, w. 14) mówi jasno o „złocie i złocie oczyszczonym„, tłumacze w ro­dzaju Blachere i Masson piszą o „złocie i srebrze„, gdyż nie rozumieją odnie­sienia. Tworzą słowo „srebro”, które nie występuje w tekście, chociaż od­niesienie w oczywisty sposób zosta­ło zaczerpnięte z Psalmów – „Cenniej­sze niż złoto, niż złoto naj czystsze , a słodsze od miodu płynącego z pla­stra” (Ps 19, 11).

            Jest to przykład wymysłów, od których roi się w podobnych tłumaczeniach. Z kolei sprzeczności można wykazać na przykładzie słowa mitlayhim (sura III, w. 13). Według Blachere słowo to zna­czy tyle co ’w równej liczbie’, podczas gdy Masson podaje, że oznacza ono ’dwukrotnie większą liczbę’. Które z tłu­maczeń jest właściwe? Idąc dalej, ist­nieje problem dowolnego znaczenia, kiedy to temu samemu słowu przypi­suje się całkowicie odmienne znacze­nie w zależności od kontekstu, w któ­rym jest używane. I tak tekst (sura m, w. 25) zawiera słowo wuffiyat, tłumaczo­ne jako 'wiernie zachowywać przymie­rze’, podczas gdy gdzie indziej (sura II) to samo słowo ma znaczyć tyle co ’otrzymać sprawiedliwą nagrodę’.

            Ograniczone ramy niniejszego opraco­wania nie pozwalają w tej chwili na dal­sze rozważania – dość powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia ze swoistymi językowymi ruchomymi piaskami; z problemem który domaga się rozwią­zania zanim będzie możliwa jakakol­wiek poważna odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Oto historycz­ne zadanie, które stało i stoi przed br. Bruno. Do tej pory opublikował on trzy tomy tłumaczenia (około 1000 stron drobnym drukiem) i bardzo dogłębne­go wyjaśnienia pierwszych pięciu sur (rozdziałów) Koranu. Jego badania po­kazują, że Koran nie tylko nie jest nie­logiczną, pogmatwaną pracą teolo­giczną o wątpliwej wartości, jak moż­na było sądzić na podstawie dotych­czasowych tłumaczeń, lecz nawet można go uznać za kopalnię spójnych i interesujących informacji; dzieło prawdziwie uczonego człowieka. Cho­ciaż do przetłumaczenia pozostało następne 109 sur, prace br. Bruno zre­wolucjonizowały badania nad Kora­nem do tego stopnia, że można już powiedzieć, iż islam, jaki do tej pory znaliśmy, był fatalną pomyłką.

            Br. Bruno rozpoczyna od stwierdzenia: ,,O ile pozostaje niepewność co do po­chodzenia arabskiego rękopisu, o tyle jest niekwestionowanym faktem, że system alfabetyczny został ściśle usta­lony dla osiągnięcia tylko jednego celu: opublikowania Koranu„. Kontynuując br. Bruno stwierdza: „nasza egzegeza jasno wykaże, iż alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym prze­kształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski.”

            Tak więc intuicja o. Thery, według któ­rej autor Koranu miał być rabinem, mimo że nie znalazła jeszcze absolut­nego potwierdzenia, jednak w znaczą­cy sposób nie chybiła celu.  Jak przekonaliśmy się na początku ni­niejszego artykułu, słowo „islam” jest tradycyjnie tłumaczone jako ’poddanie się’. Według br. Bruno takie tłumacze­nie jest w oczywisty sposób błędne i ca­łkowicie niezwiązane z tekstem. He­brajski źródłosłów, slm, można również odnaleźć w aramejskim i oznacza po arabsku po prostu ’aslim, czyli ’dosko­nały’ – po aramejsku, hawei selim zna­czy tyle co: ’Bądź doskonały!. W swo­im czasie dowiemy się, dlaczego tak po­winno wyglądać właściwe tłumaczenie.

Historia i geografia

            Podążanie w ślad za całym tłumacze­niem br. Bruno nie jest rzecz jasna ce­lem niniejszego opracowania. Dlatego też musimy ograniczyć się do pobież­nego przeglądu tekstu, który ukaże prawdziwe znaczenie Koranu, jak rów­nież do spojrzenia na pewne słowa klu­czowe. Zanim jednak to uczynimy, mu­simy dokonać krótkiej powtórki z hi­storii, tak, aby czytelnik w pełni zrozu­miał znaczenie dokonanych odkryć.

            Po zburzeniu świątyni jerozolimskiej w r. 70, Żydzi ulegli rozproszeniu. Do­kąd się udali? Historycy tacy jak Torrey uważają, że wielu z nich poszło do Te­imy, oazy w południowej Palestynie, wierząc i żywiąc nadzieję, że pewnego dnia dane im będzie powrócić. To, co nie podlega dyskusji, to fakt, że Półwy­sep Arabski ma niezwykle długą histo­rię, która dopiero w dniu dzisiejszym jest odkrywana. a w której zasadniczą rolę odgrywali Żydzi. Dla tych, którzy wyobrażali sobie Arabię jedynie jako kilometry piasku, po których bez celu podróżowali na wielbłądach Arabowie, poniższe fakty będą zaskakujące.

            Otóż z zapisków pochodzących z 280 r. wiemy, ze mieszkańcy Sheby i Jemenu czcili Athar, czyli boginię Venus, jednak­że do 378 r. owo pogaństwo zanikło i zostało zastąpione monoteizmem, który wzywał „Pana nieba i ziemi„, okre­ślanego mianem „miłosiernego„. Od hi­storyków takich jak Jamme i Danielou wiemy, że południowa Arabia odgrywa­ła od końca czwartego wieku dominu­jącą rolę w historii Półwyspu Arabskie­go. Wiemy również, że Jemen był nie tylko krainą urodzajną i prosperującą, lecz również widownią rzeczywistych prób bezprecedensowej, całkowitej ju­daizacji.

            Naturalnie możemy zastanawiać się dla­czego i jak do tego doszło. Pierwszą rzeczą, z której należy zdać sobie spra­wę to fakt, że dzisiejszy judaizm od dawna już aktywnie nie poszukuje kon­wertytów; byłoby jednak błędem są­dzić, że tak było zawsze. U początków chrześcijaństwa żydostwo długo i za­wzięcie walczyło przeciwko chrześci­jańskim misjonarzom gdziekolwiek się oni pojawili, używając wszystkich do­stępnych metod, a wśród nich prób pozyskiwania ludzi dla judaizmu. Po drugie należy pamiętać, że judaizm roz­przestrzenił się łatwo na Półwyspie Arabskim z uwagi na to, że wśród Ara­bów powszechne było obrzezanie. Po trzecie wreszcie należy wiedzieć, że na terenach Himarytów (dzisiejszego Je­menu) było wielu Żydów – fakt ten zo­stał potwierdzony przez Filostorgiusza (greckiego historyka Kościoła, herety­ka – przyp. red. Zawsze Wierni),któ­ry donosi o napotkaniu w roku 356 ariańskiej misji kierowanej przez Teofi­la z Dibous. Od Filostorgiusza dowia­dujemy się, że podczas gdy większość populacji w owym czasie była pogań­ska, Teofil dokonywał wielkich najaz­dów, nawracając króla i budując wszę­dzie kościoły. Tego rodzaju doniesienia pokazują skalę ekspansji rzymskiej i chrześcijańskiej, lecz ukazują również, że ekspansja ta napotykała na dobrze utwierdzoną na tych terenach społecz­ność żydowską.

            W 378 r. król Jemenu zwrócił się prze­ciwko Imperium Rzymskiemu, sprzy­mierzając się z Imperium Perskim. Zmiana ta została przeprowadzona przy udziale Żydów, którzy stanowili jedyną intelektualną i społeczną elitę w kraju. Oznaczało to głęboki kryzys rzymskich wysiłków podejmowanych w kierunku kolonizacji półwyspu, a rów­nież niekorzystną aurę dla misjonar­skich wysiłków chrześcijan, gdyż Per­sowie byli dalecy od okazywania sym­patii wobec religii ich imperialnego ry­wala. W ten sposób od piątego wieku region zaczął już na zawsze zyskiwać perspektywę hebrajską.

            Od Jana z Efezu wiemy, że na początku szóstego stulecia wybuchła wojna po­między Aidogiem, księciem Etiopii a Di­mionem, królem Jemenu. Ten ostatni był bardzo wyraźnie pro-żydowski – do tego stopnia, że nakazał aresztować wszystkich rzymskich kupców, którzy przekroczyli granice Jemenu, z uwagi na rzymskie prześladowania Żydów. Niemniej jednak etiopski książę odniósł zwycięstwo, nawrócił się na chrześci­jaństwo i wszędzie zbudował kościoły. Ta chrześcijańska ekspansja została uznana przez społeczność żydowską za prowokację. Simon de Beth Arsham, perski biskup donosi, że ..Żydzi tybe­riadzcy (główna ówczesna szkoła ży­dowska) wysyłali swych kapłanów z ro­ku na rok i z sezonu na sezon, po to, aby prowokować kłopoty wśród chrze­ścijańskich Himarytów”. Ruchem anty­-etiopskim i anty-chrześcijańskim kiero­wał Żyd Du Nuwas, który szybko sprzy­mierzył się z Persami. Również i on zo­stał pokonany przez siły chrześcijań­skie. Z zapisków pochodzących z 618 r. dowiadujemy się, że król Jemenu był monofizyckim (ariańskim) chrześcijani­nem imieniem Abramus, a jego dedy­kacja, napisana stylizowaną na pismo arabskie kursywą brzmiała: „Z władzy, łaski i miłosierdzia Najmiłosierniejsze­go, jego Mesjasza i Ducha Świętego”.

            W północnej Arabii rozwinęła się inna sytuacja. Imperialny konflikt między Bizancjum i Persją zmusił pewne arab­skie plemiona do zjednoczenia – nie­które z nich opowiedziały się za pierw­szym, inne za drugim imperium. Wia­domo jednak, że Arabowie nawróceni na chrześcijaństwo nie pozostawali w Al-Hijaz, gdzie ma znajdować się współczesna Mekka, lecz emigrowali do Syrii, Palestyny i Egiptu. Negatywny wy­nik tego był taki, że do roku 582 AI­Hijaz jawiła się oczom całego świata już jako prowincja żydowska. Obfite lite­rackie i epigraficzne dowody na żydow­ską obecność w Al-Hijaz w pierwszych wiekach chrześcijaństwa można znaleźć np. w artykule Josepha Horowitza za­tytułowanym Arabia, opublikowanym w Encyclopedia Judaica w roku 1929.

            Francois Nau w swoim dziele pt. Chrze­ścijańscy Arabowie Mezopotamii i Syrii w siódmym i ósmym stuleciu (1933) pisze, że „na początku siódmego wieku wszy­scy Arabowie Mezopotamii i Syrii byli do pewnego stopnia chrześcijanami, przynajmniej jeśli chodzi o atmosferę życia. Wszędzie widziano jakichś pu­stelników i ascetów, wszyscy jadali w progach klasztorów, wszyscy byli obecni w sporach pomiędzy monofizy­tami i duofizytami„. O. Henri Charles w swoim Chrześcijaństwie wśród koczow­niczych Arabów z Limes i pustyni syryjsko­ mezopotamskiej w regionie Hegira (Le Roux, 1936) twierdzi. że „silna osobo­wość słynnego pustelnika św. Eutyche­sa naznaczyła początek bardzo owocnej misji, tak, że do roku 570 teryto­rium Gessanidów obfitowało w arab­skie, monofizyckie klasztory.

            Tak więc Półwysep Arabski był przez wieki nie tylko terenem działań wojen­nych, lecz również sceną walki teolo­gicznej: walki pomiędzy żydami i chrze­ścijanami oraz między rozmaitymi chrześcijańskimi, heretyckimi sektami nawróconych oraz nauczyli je czytać i pisać. Tak zwany klasyczny arabski nie jest wyjątkiem. Jego alfabet należy przy­pisać chrześcijanom, gdyż to właśnie u chrześcijańskich Arabów z Syrii znale­ziono najstarsze przykłady tego pisma”.

Miejsce i czas powstania oraz autorstwo Koranu

            Naszkicowawszy historyczne tło po­wstania Koranu, możemy teraz umie­ścić to dzieło wraz z jego przesłaniem w odpowiednim kontekście. Koran nie jest dziełem spontanicznym, objawie­niem spływającym z niebios; jest pracą o głębokich korzeniach, antycznym ro­dowodzie oraz „zacięciu” pasującym do tamtych czasów.

            Nawet po krótkim przejrzeniu Koranu można się przekonać, że postacią cen­tralną dla islamu jest Abraham, a już w początkowej modlitwie można zauważyć wyraźny brak „islamskiego ko­lorytu”: „W imię Boga Miłosiernego, Dawcy Miłosierdzia, chwała niech bę­dzie Bogu, Panu Wszechświata, Miło­siernemu i Dawcy Miłosierdzia! Wład­co w dniu sądu! Ciebie czcimy i u Cie­bie szukamy pomocy. Prowadź nas dro­gą prostą, drogą tych, którym sprzyjasz, drogą tych, którzy nie są przyczyną Twego gniewu; tych, którzy nie idą na zatracenie” (Koran w tłumaczeniu Tho­masa Ballantine Irvinga, Islamic Founda­tion, Anglia, 1979). Można z łatwością zauważyć, że w modlitwie powyższej nie ma nic specyficznie islamskiego. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka mo­głaby być modlitwą o rodowodzie za- ze równo żydowskim, jak i chrześcijańskim. Jeśli się nad tym zastanowić, to et z pewnością okaże się to dziwnym zjawiskiem w przypadku islamu, rzekomo nowej religii. Jednakże br. Bruno wykazał, że w rzeczywistości modlitwa ta jest m bardzo starą modlitwą żydowską o subtelnym nastawieniu anty-trynitarnym, a tłumaczenie Irvingajest nieścisłe i nie oddaje całej subtelności oraz finezji koranicznego oryginału. W miarę jak br. Bruno postępował naprzód w tłumaczeniu pierwszych dwóch sur Koranu, jaśniejszym stawał się właściwy temat tego dzieła oraz pojawiły się wskazówki co do autora Koranu i jego formacji.  

            Jest oczywistym, że autor Koranu, stanąwszy w obliczu gwałtownych, niekończących się konfliktów między żydami i chrześcijanami na terenie półwyspu, zmuszony był do refleksji nad przyczynami tak żałosnego końca owego sojuszu, jaki stanowiło przymierze z Bo­giem. Zauważa, że znakiem przymierza z Bogiem jest obrzezanie, a przymie­rze zostało zawarte z Abrahamem. Jed­nak zwraca również uwagę na to, że pierwszym synem Abrahama podda­nym obrzezaniu nie miał być Izaak, lecz Izmael, jego syn z niewolnicy Hagar. Przypomnijmy, że Bóg okazał swą moc wobec Abrahama dając syna Izaaka jego starej żonie, Sarze. Wiemy również, że wskutek nalegań Sary, Hagar i Izmael zostali odprawieni, a Izmael stał się oj­cem narodu arabskiego. W ten sposób zostało zawarte przymierze z Abraha­mem, który nie był ani żydem, ani chrześcijaninem, lecz poganinem któ­ry stał się „doskonały” – pierwszym mu­zułmaninem. Abraham i jego syn Izma­el zostali uczynieni „doskonałymi” ­muslimayn. Mieli oni poświęcić Bogu swych następców w celu uczynienia ich „narodem doskonałym” – muslimat. To wezwanie do doskonałości jest „spra­wiedliwością”, która stała się udziałem Abrahama i Izmaela (albowiem Bóg, według autora Koranu nigdy nie prze­stał wysłuchiwać modlitw Hagar i jej syna), a również Izaaka, Jakuba oraz wszystkich proroków bez różnicy, nie wyłączając Mojżesza i Jezusa. Innymi słowy, nie ma różnicy między Starym a Nowym Testamentem, gdyż według autora Pięcioksiąg żydów i Ewangelie chrześcijan zostały źle wykorzystane dla wprowadzenia podziału wśród Na­rodów Księgi. Żydzi odpadli od Prawa, a chrześcijanie wykrzywili proroctwo Jezusa uczyniwszy Bogiem zwykłego człowieka i w ten sposób popadli w apostazję. Ostatecznie autor Koranu wzywa do ponownego zjednoczenia Narodów Księgi. Bazuje przy tym na ra­sowej linii Żydów. istniejącej dzięki obrzezaniu, i dodaje do tego wezwa­nie do doskonałości pochodzące z Ewangelii. przez cały czas podkreśla­jąc. że zerwanie przymierza z Bogiem przez żydów i chrześcijan nie unieważ­nia przymierza zawartego z Abraha­mem i Izmaelem. Mamy tutaj do czynienia z inną wizją islamu, postrzeganego jako „wezwanie do doskonałości„. W pewnym sensie musimy zauważyć w tej teologicznej argumentacji odbłysk geniuszu autora Koranu; coś, co pasowało do burzliwej atmosfery teologicznej półwyspu. Br. Bruno stwierdza: „Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej re­ligii, lecz obalenie dwóch poprzednich – żydowskiej i chrześcijańskiej – po­przez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną «tradycją» (gi­blat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama”. Podczas gdy pierwsza sura Koranu jest bardzo stara i czysto ży­dowska, sury druga i trzeca koncentru­ją się odpowiednio na przypomnieniu ludziom wymagań żydowskiej Tory i chrześcijańskich Ewangelii. Dlatego też sura II kończy się modlitwą stwo­rzoną przez autora, Panie Nasz, Dawco Obrzezania, która sytuuje się po­między Yahweh żydów i Pater Noster chrześcijan.

Przywrócenie prawdy ­- po islamsku

           W jaki sposób, według autora Koranu, można odbudować prawdziwą religię Abrahama? Po prostu poprzez powrót do Jerozolimy, przez powrót do miej­sca, gdzie stoi dom Abrahama oraz przez zjednoczenie z prawdziwymi wyznawcami, potomstwem Izmaela. Tradycja mówi nam, że dom Abrahama ma się znajdować w ruinach Świątyni Jerozolimskiej, to zaś ze względu na to, że według przekazów świątynia miała być położona w tym miejscu na górze Moria, gdzie Abraham został wezwany do złożenia ofiary z Izaaka. Dom nosi nazwę Bakka, a najczystszą formą wier­ności przymierzu jest „pielgrzymka do domu” (hiju l’bayti) Bakka. Pielgrzymka przedstawiana jest jako nieograniczo­ne błogosławieństwo i „droga” do Boga. Autor Koranu silnie podkreślając jej konieczność atakuje tym samym żydów, którzy przed wiekami przerwali swą pielgrzymkę do ruin świątyni, a także chrześcijan, którzy zabronili jej w imię Ewangelii, gdyż to nie prawo lecz duch jest tym, który zbawia.

          Jednocześnie widzimy, że autor Kora­nu, mając nastawienie anty-chrześcijań­skie, nie postrzega wszystkich chrześci­jan w jednakowym świetle, ale czyni rozróżnienia. W surze III (w. 113) mówi o tych chrześcijanach, „którzy stoją re­cytując słowa Boże pośród nocy„, zaś w innym miejscu tej samej sury (w. 114) stwierdza: „mówią z łagodnością i po­zostają cisi, są dalecy wobec tego co poboczne i dobrowolnie oddają samych siebie. Są wśród tych, którzy cieszą się szczęściem”. Są to jasne odniesienia do mnichów-pustelników, a Airgrain pod hasłem „Arabia” w Kościelnym słowniku historii i geografii (1924) wspomina, że „mnisi, ze swoją siłą nawracania cieszyli się wysokim prestiżem wśród Arabów”. Tak więc nie powinno nikogo zaskaki­wać, że autor Koranu, człowiek wielkie­go intelektu i subtelności, również po­dziwiał chrześcijański fenomen, który bezpośrednio znał. Co więcej, br. Bru­no wykazuje, że autor dysponował im­ponującą wiedzą na temat kultury chrześcijańskiej, głęboko analizował Ewangelie i inne księgi chrześcijańskie­go Objawienia. Wszystko to znalazło swój wyraz w odniesieniach i precyzji koranicznego tekstu. Autor Koranu był erudytą pierwszej klasy.

           Celem autora i „wiernych” jest więc piel­grzymka i powrót do domu Abrahama (Bakka). IV i V sura Koranu koncentruje się na środkach wiodących do tego celu.

            Historia mówi nam, że Jerozolima upa­dła w 614 r., kiedy to armie cesarza Herakliusza z Bizancjum zostały zmiażdżone przez Persów. Krauss w swojej Historii żydowskiej donosi, że Żydzi z południowej Palestyny sprzy­mierzyli się z Persami – być może byli to Żydzi ze wspominanej przez Torreya oazy Teima; mogły to być również ban­dy arabskie. Po przybyciu do Jerozolimy Żydzi z wściekłością zwrócili się przeciwko ludowi chrześcijańskiemu i jego świątyniom, w tym naturalnie przeciwko Grobowi Pańskiemu. Zano­towano jednak, że z największą furią Żydzi uderzyli w kościół Matki Bożej, Nea, którego znaczenie podkreślimy jeszcze w dalszej części artykułu.

            Według Kraussa w 617 r. Żydzi „zażą­dali określonych praw do autonomii w Świętym Mieście”. Persowie już od trzech lat żyli w obecności chrześcijan z Jerozolimy i postrzegali ich jako ze wszech miar przychylnych i kompromi­sowych, toteż po pojawieniu się żydow­skich żądań autonomii doszli do wnio­sku, że miara się przebrała. Postanowi­li wygnać Żydów do Persji. Z pism hi­storyków takich jak Krauss i Graetz wynika, że jeszcze przedtem arabskie bandy zostały rozbite (przez Persów ­przyp. tłum.) na skutek zdrady Żydów, a sura III Koranu w tłumaczeniu br. Bru­no (w. 118-119, 122) zawiera skargi na zdradę i perfidię fałszywych braci, sy­nów Izraela.

Sura III Koranu traktuje o tej porażce Arabów; autor mówi tam o swojej „kal­warii”, lecz ostatecznie doprowadza własne rozważania Ewangelii do pozytywnego wniosku stwierdzając, że po­rażka ta nie jest klęska absolutną, lecz tylko oczyszczeniem. W tym miejscu pojawia się wspominany wcześniej hi­storyczny mit o bitwie pod Badrem.

            Badr jest obecnie małym miasteczkiem położonym na południowy zachód od Medyny, jednakże żadna z map staro­żytności nic nie mówi o jego istnieniu. Co więcej, słowo badr nie występuje w żadnym miejscu w Koranie – ani w surze Vłłł, w którym wszyscy po­przedni tłumacze uparcie wspominają o bitwie pod Badrem, ani w surze m, gdzie słowo bi-badrin jest nieprawidło­wo przetłumaczone jako ’pod Badrem’. W surze IV (w. 6) pokrewne słowo bi­daran jest właściwie przetłumaczone przez Blachere i Masson jako ’rozszcze­pienie’ lub ’rozproszenie’ i jest prostym zapożyczeniem z rabinistycznego, he­brajskiego słowa bidder, tzn. ’rozpra­szać’. Tak więc bi-badrin oznacza ’przez rozproszenie’ albo ’dzięki rozprosze­niu’. Islamolodzy tłumaczą to słowo jako 'Badr’, gdyż nie biorą pod uwagę ani całościowego, ani też częściowego znaczenia tekstu. Z drugiej strony, tłu­maczenie br. Bruno tworzy logiczną ca­łość. Autor Koranu mówi o „cudzie” ocalenia owych arabskich band „po­przez rozproszenie” spowodowane przez Persów w 617 r. Jest to jeden z wielu przykładów, kiedy to tekst za­chowuje jasny sens lingwistyczny i hi­storyczny, podczas gdy tłumacze wprowadzają jedynie zamieszanie i sprzeczności.

CZY prawdziwy „Mahomet” zechce ukazać swoje oblicze?

           Do tej pory ciągle mówiliśmy o „auto­rze Koranu” zamiast o Mahomecie, któ­remu wszędzie przypisywane jest au­torstwo tego dzieła. Dlaczego? Z pro­stego powodu: człowiek zwany Maho­metem nie napisał Koranu.

            Wspomnieliśmy powyżej, że jeśli odło­żyć na bok fantastyczne mity ksiąg Ha­dith i Sira, nie ma niezbitego dowodu na istnienie Mahometa. Jednakże histo­rycznie muzułmanie twierdzą, że w ko­ranicznym tekście autor sam nazywa siebie Mahometem, toteż nie może być żadnych wątpliwości co do jego tożsa­mości. Czy tak jest naprawdę?

            Oczywiście jest prawdą, że w Koranie autor czyni szereg odniesień do same­go siebie, nie mniej jednak daje się po­znać jako człowiek oszczędny, jeśli cho­dzi o szczegóły dotyczące swej własnej osoby. W surze III (w. 144) nazywa sie­bie muhammadun, a określenie to zo­stało wzięte przez wspomnianego wcześniej Ibn Hisama za rzeczywiste imię założyciela islamu. Br. Bruno twier­dzi, że zabieg taki nie ma uzasadnienia i podaje szczegółowe dowody. Cieka­we, że twierdzenie o nieistnieniu Ma­hometa nie spotkało się z prostym od­parciem ze strony ks. Michela Lagarde, który nie tylko sam jest ekspertem w tej dziedzinie, lecz również głęboko po­święcił się dla dialogu islamsko-chrze­ścijańskiego.

           Br. Bruno tłumaczy słowo muhammadun jako 'umiłowany’. Twierdzi, że jako ta­kie słowo to nie jest imieniem, lecz ty­tułem nadawanym jakiejś osobie – tro­chę tak, jakby powiedzieć np. o wła­snym dziecku „światło mego życia”, co rzecz jasna nie może być interpretowa­ne jako właściwe imię dziecka. Według br. Bruno słowo muhammadun pocho­dzi od słowa źródłowego hmd, które jest arabskim zapożyczeniem biblijne­go, źródłowego słowa hómad, czyli ’po­żądać’ lub ’pragnąć’. W surze l (w. 2) br. Bruno wykazał, że pokrewne słowo ’al hamdu oznacza miłość, jaką każdy po­winien żywić wobec „Boga, Pana wie­ków”. Z kolei południowo-arabskie za­pisy z Jamme zawierają słowo mhmd, używane na określenie 'Boga żydów’, tak więc oczywisty sens wyrażenia mu­hammadun sprowadza się do znaczenia 'ten, który jest przedmiotem miłości’ ­’umiłowany’ – najwyższe imię Boże. To zaś powinno wywołać w pamięci czy­telnika słowa Ewangelii: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodoba­nie, Jego słuchajcie” (Mt 17, 5). Nie jest to jedyny raz, kiedy Jezus jest nazywa­ny „umiłowanym(muhammadun) Boga. W relacji ze spotkania Naszego Pana ze św. Janem Chrzcicielem nad rzeką Jordan czytamy: „A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępu­jącego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie»” (Mt 3, 16-17). Koranicz­ny tekst nie wskazuje na to, jakoby au­tor przedstawiał się lub myślał o sobie jako o Bogu. W pierwszym rozdziale przedstawia raczej siebie i Naszego Pana Jezusa Chrystusa jako rasulun, czyli wy­rocznie, proroków; w obu przypadkach chodzi tu o ludzi, o „umiłowanych” Boga. W Księdze Proroka Daniela prorok na­zywany jest „człowiekiem upodoba­nym„, czyli is hamudót. Rzeczownik is znaczy 'człowiek’ i jest w biblijnym wyrażeniu zastąpiony arabskim przed­rostkiem „m” – czyli mhamudót, ’maho­met’. Dla tych z nas, którzy nie są uczo­nymi-lingwistami może się to wydać nieco skomplikowane, lecz dzięki odro­binie wytrwałości przekonamy się, że jest do doskonale zrozumiałe w okre­ślonym kontekście.

            Z tekstu Koranu w sposób oczywisty wynika, że autor znał pisma św. Pawła i wykorzystał je do osiągnięcia pożąda­nego przez siebie celu, to jest do przy­pisania Bożego przymierza synom Izmaela, ludowi doskonałemu, musliy­mat. Ks. de Nantes, kolega br. Bruno, idzie dalej – uważa on, że w całej l su­rze Koranu podobieństwa do Ewange­lii są tak bliskie i liczne, iż należy są­dzić, że intencją autora było nie tylko naśladowanie podejścia św. Pawła, lecz postawienie siebie w miejsce Chrystu­sa. Ten ostatni wniosek może nie by tak daleko idący, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. „Porażka” Chrystu­sa prowadząca na Kalwarię porówny­wana jest do „niepowodzenia” autora Koranu polegającego na niemożności dotarcia do „domu Bakka” w Jerozoli­mie w 614 r.Jego wierni zostali rozpro­szeni – oto jego „kalwaria”. Używa przy tym terminu qarhun, oznaczającego „kalwarię”, specjalnie dla podkreślenia paraleli. Daje jednak do zrozumienia, że „porażka” nie zdołała go zmusić do za­niechania realizacji wytyczonego celu.

            Spójrzmy teraz na słowo „Mekka„, o którym mówi się, że jest tłumacze­niem wyrazu Bakka. Od Hiro dowiadu­jemy się, że Mekka była miejscem uro­dzin Mahometa, centrum handlowym skupiającym około 5000 ludzi i miej­scem, w którym Mahomet rozpoczął swój apostolat. Pojawiają się tutaj dwa problemy: po pierwsze, słowo Mekka wcale nie występuje w Koranie. To ra­czej słowo Bakka pojawia się raz i jest błędnie tłumaczone jako Mekka. Po dru­gie, wszystkie mapy starożytności do­wodzą ponad wszelka wątpliwość, że miasto Mekka nie istniało w siódmym stuleciu. Znakomity kartograf XIX wie­ku, Vidal de la Blanche był ekspertem w dziedzinie wielkich szlaków handlo­wych starożytności. Wykorzystując Geo­grafię Ptolemeusza wykazał on, że Mek­ka nie istniała (w siódmym stuleciu ­przyp. tłum.). Nie kwestionują tego ani ks. Lagarde, który w 1990 r. w publika­cji Islamo Christiana dokonał przeglądu pierwszego tomu tłumaczenia Koranu autorstwa br. Bruno, ani nawet Blache­re. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę dążenie Blachere do promocji islamu kosztem chrześcijaństwa, jego świadec­two nabiera tu jeszcze większej warto­ści: „Bez wątpienia bizantyjscy pisarze dostarczyli nam cennych informacji na temat arabskich emirów panujących na stepach Syrii za przyzwoleniem cesarza. Dzięki tym autorom dysponujemy roz­sądnymi danymi na temat konfliktów wspomnianych emirów z ich babiloń­skimi odpowiednikami pozostającymi w służbie perskich Sasanidów. Możemy również ustalić religijną przynależność zarówno koczowniczych, jak i osiadłych arabskich plemion w Jordanii i ze ste­pów na zachód od Eufratu. Nawet tajem­niczy Jemen dostarcza nam strzępów in­formacji o swej przeszłości i pozwala nam zrozumieć obce trendy – niektóre z nich zawędrowały tu z Etiopii wspó­łistniejąc z jej prastarym pogaństwem. Lecz o kołysce islamu Al-Hijaz i o Mek­ce, jego świętym mieście, nie mamy nic ponad przykłady islamskich «kartogra­fów»” (Problem Mahometa, 1952).

           Innymi słowy, nie istnieje przed-islam­ska mapa świata, która wskazywałaby na istnienie Mekki. Próby wykazania, że Mekka istniała pod inną nazwą, Maco­raba, zawsze były czystymi spekulacja­mi, a na ich poparcie nie istniały poważ­ne dowody.

            Tak więc jeśli nie istnieje Mekka, jakie jest znaczenie słowa Bakka? Słowo to pojawia się tylko raz w całym tekście Koranu (sura III, w. 96), w tym samym rozdziale, który mówi o powrocie wier­nych do jerozolimy. W surze II (w. 125 i 127) autor mówi o domu – al bayt ­i przypisuje jego założenie Abrahamo­wi. Dlatego też jest absolutnie oczywi­ste, że „dom” znajduje się w Jerozolimie, a dokładnie wśród ruin Świątyni. Właśnie tak się składa, że słowo Bakka użyte jest w rozdziale w związku z do­mem, a może być jedynie odniesieniem do „doliny Baka”, która znajduje się na północ od doliny Hinnom i na zachód od Jerozolimy. W rzeczywistości znaczenie tego słowa jest tak jasne, że aż dziw bie­rze, dlaczego żaden z naukowych infor­matorów nie zasugerował go nawet jako jednej z możliwości. Ale to nie wszystko.

            Koran nie daje nam żadnego pojęcia co do położenia i układu Mekki, dostarcza za to szczegółowych informacji o Jerozolimie, co dodatkowo świadczy na korzyść faktu, że do tej pory zasadni­czy temat Koranu koncentruje się wo­kół powrotu do Jerozolimy, do tej ko­lebki przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i jego synem, Izmaelem.

W surze II, w. 158, autor używa termi­nu as-safii, który jest hebrajskim zapo­życzeniem słowa ha-sóphim, oznaczają­cego 'wartownię’. Tak się składa, że na północ od Jerozolimy znajduje się wzgórze połączone z Górą Oliwną, określane po grecku jako skopos. Moż­na znaleźć o nim wzmianki w literatu­rze rabinistycznej; jest to punkt, z któ­rego można obserwować Jerozolimę niczym z wartowni. Skopos oznacza po grecku ’wartownię’.

            Następnie, autor Koranu obiecując wiernym w surze IV w. 13 i gdzie in­dziej, że „wejdą do ogrodów – janna­ gdzie płyną podziemne rzeki -min tah­tiha” nie stosuje wcale figur literackich. Przeciwnie, dokładnie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy! W okresie bizantyjskim, obszar położo­ny na północny zachód od murów Jerozolimy był znany jako ..Ogrody”. Chrześcijanie mówiący po aramejsku określali je słowem Pordesaya. Grecy nazywali je Phordesa, a Żydzi Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczają ..raj”. Nie­trudno dostrzec uzasadnienie dla takiej nazwy. Jerozolima, położona na trud­nym terenie, zawsze narzekała na su­szę trwającą od maja aż do październi­ka. Sytuację pogarszał wiatr, przeważ­nie wschodni. W celu zapobieżenia tym problemom zbudowano podziemny system zbiorników, który łączył się z powierzchnią poprzez wąski wylot. Zbiorniki te napełniały się w okresie od listopada do marca dzięki ciągłym opadom deszczu i w ten sposób umoż­liwiały pomyślne zbiory. J. T. Milik w swojej książce Św. Tomasz z Phorde­sa pisze, że był to „kompletny, złożo­ny system irygacyjny”. Oto wasze „podziemne rzeki”,

                        Jeszcze inny przykład. Słowo „Gehen­na” pojawia się jednokrotnie w surze II, trzykrotnie w surze III i siedmiokrot­nie w surze IV. W języku arabskim sło­wo to brzmi jahannam i jest używane na określenie „doliny gniewu”. Gehen­na jest doliną położoną na południe od Jerozolimy, wychodzącą na zachód z doliny Baka. Było to opustoszałe pu­bliczne miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający śmieci. Ognie Gehenny są symbolem wiecznego po­tępienia, lub, jeśli ktoś woli, wieczne­go gniewu. Tekst jest szczególnie po­ruszający, gdyż przemieszczając się z doliny Baka w kierunku doliny Gehen­na podróżujemy z raju do piekła – fi­zyczna rzeczywistość ze składową teo­logiczną.

Ka’ba, Kawa’iba, Kubos

           Zajmijmy się w końcu problemem ka­miennej świątyni lub Domu Bożego zwanego Ka’ba, mającego znajdować się w środku meczetu w Mekce, a bę­dącego najważniejszym sanktuarium islamskiego świata. Ponieważ Mekka nie istniała w siódmym stuleciu. Musi­my zadać sobie pytanie co znaczyło sło­wo Ka’ba dla autora Koranu.

            Po raz pierwszy słowo to zostało użyte w surze IV, w. 6. Oznacza ono ’sześcian’ (kostkę) – po grecku kubos – i odnosi się do fundamentu kamiennego domu. Ks. Jomier w swoim artykule Ka’ba twierdzi, że wyraz ten pochodzi od „mniej więcej «sześciennej» formy tego sanktuarium”. Jego zdaniem „słowo to było już wcześniej używane na określe­nie specyficznych sanktuariów o tym samym kształcie„. Br. Bruno zdołał zi­dentyfikować dwa takie sanktuaria: pierwsze w Petrze, skąd autor Koranu wraz ze swymi wiernymi wyruszyli w drogę powrotną do Jerozolimy, dru­gie zaś u wrót samej Jerozolimy. Waż­ne jest, aby zwrócić uwagę, iż słowo Ka’ba pojawia się po raz czwarty i ostat­ni w surze LXXVIII, w. 33 w całkiem in­nym znaczeniu: 'dziewice’ – kawa’iba. Te dwa znaczenia są tak radykalnie od­mienne, że uzasadnionym będzie pyta­nie: czy Ka’ba to określenie 'domu’, czy też 'dziewicy’?

            Wiemy, że określenie Ka’ba było zwy­kle powiązane (w tekście Koranu ­przyp. tłum.) z promenadą (maqam) Abrahama, a zarówno jedno jak i dru­gie było związane z „domem” – ’al bay­ta. „Dom” jest Świątynią jerozolimską, a maqam to dziedziniec świątyni – czy­li, można powiedzieć, święta Skała Góry Moria. Dlatego też, jeśli chcemy zna­leźć rzeczywiste źródło określenia Ka­’ba, musimy znów zwrócić nasze spoj­rzenie w stronę Jerozolimy.

            Z homilii św. Germana z Konstantyno­pola (634-733), poświęconej zaśnięciu Matki Bożej i przeniesieniu jej ciała z domu w Świętym Syjonie do „gro­bowca” w Gethsemani dowiadujemy się, że po drodze znajduje się monu­ment znany w języku greckim jako Ku­bas. Św. German mówi: „Na szlaku or­szaku pogrzebowego prowadzącego w dół doliny Jozafata ma znajdować się monument w kształcie sześcianu… W centrum tego pomnika znajduje się czcigodna kolumna wzniesiona na pa­miątkę cudu uleczenia bezbożnego żyda„. Wiemy również o mnichu imie­niem Epifaniusz, który odbywając w siódmym stuleciu pielgrzymkę do Ziemi Świętej opisuje ten monument słowem tetrakiinin. Epifaniusz stwier­dza, że była to „sześcienna budowla z czterema kolumnami zwieńczona ko­pułą”. O. Daniel (1099-1185) jest nawet bardziej precyzyjny: ,,100 jardów od wrót miasta Jerozolimy) znajduje się miejsce, w którym Jofoniasz (najwyższy kapłan) próbował zrzucić ciało Matki Bożej niesionej przez apostołów na no­szach do Getsemani. Pojawił się anioł i mieczem odciął obie ręce Jofoniasza, które pozostały przytwierdzone do noszy”. O. Daniel dodaje: „Od tego miej­sca do grobowca Matki Bożej pozosta­je 200 jardów„. Pozwala to precyzyjnie usytuować monument położony u wschodnich wrót świętego miasta. Cud wspomniany przez św. Germana polegał na tym, że „bezbożny żyd” Jo­foniasz odzyskał swe ręce i nawrócił się do Kościoła katolickiego. W tej chwili zagadka jest już łatwa do rozwiązania.

            W celu zadośćuczynienia za atak na Matkę Bożą, chrześcijanie Jerozolimy wznieśli pomnik ku Jej czci. Najwyższy kapłan Jofoniasz przybył tam i został cudownie uzdrowiony. Jest prawdopo­dobne, że w siódmym stuleciu, w cza­sach Epifaniusza, muzułmanie ciągle żywili szacunek i cześć wobec tego świętego miejsca (kubas) poświęcone­go Dziewicy (ka’ba) i splamionego bez­bożnym działaniem Jofoniasza. W ten sposób widzimy, jak łatwo (na pozio­mie lingwistycznym – przyp. tłum.) sze­ścian mógł stać się dziewicą. Na obec­nym etapie badań hipoteza dobrego mnicha br. Bruno sprowadza się do tego, że muzułmanie wzięli Kubos za symbol domu Abrahama i przenieśli go (lub tylko jego podstawę) w inne miej­sce z nieznanych powodów. Oczywiście jest możliwe, że Ka’ba w Mekce ma zu­pełnie inne pochodzenie, nie mające związku z czymkolwiek, co występuje w Koranie.

                        Jedynym celem tego artykułu była pró­ba przekazania niektórych spektakular­nych odkryć dokonanych przede wszystkim przez br. Bruno – z nadzie­ją, że zachęcą one zainteresowanych do głębszych poszukiwań. Badania są da­lekie od ukończenia. Pozostaje do prze­tłumaczenia dalsze 109 sur, z których każda niesie ze sobą istotne, odkryw­cze informacje na temat początków i rozwoju islamu naszkicowanych przez autora Koranu. Z pewnością istotnych informacji dostarczą również eksperci zaangażowani w prace archeologiczne nad rozległym chrześcijańskim opac­twem odkrytym w piaskach Al Oosour (1990) datowanym aż na koniec szóste­go, a być może na siódmy wiek. To wszystko w przyszłości.

            Dzięki poważnej, autentycznej naukowej analizie, prawdziwość islamskiej tradycji spod znaku ksiąg Hadith i Sira została zakwestionowana. Można wy­kazać, że ani Mekka, ani Badr nie ist­niały w owych czasach, a wraz z tym wszystkie historie o proroctwach i mi­litarnych zwycięstwach Mahometa są jedynie jednym wielkim wymysłem. W rzeczywistości można wykazać, że postać taka nigdy nie istniała. Dzięki systematycznemu tłumaczeniu Koranu okazało się, że nawet samo znaczenie słowa „islam” zostało przekręcone. Tłu­maczenie ukazało za to podłoże teolo­giczne i historyczne, dzięki któremu możliwe było pojawienie się Koranu. Istotna rola, którą odegrała w tym teo­logiczno-historycznym rozwoju spo­łeczność żydowska, skierowała badaczy ku poszukiwaniom prawdziwej tożsa­mości autora Koranu, człowieka niewąt­pliwie o wyjątkowym talencie, energii i przenikliwości. W rzeczywistości ba­dania br. Bruno to inspirujące dzieło wskazujące na to, że islam jest faktem – gdyż islam wyłaniający się z Koranu rzeczywiście jest faktem. Jednocześnie jednak staje się coraz bardziej oczywi­stym, że islam dnia dzisiejszego jest ilu­zją, która tak naprawdę z wybitnym ge­niuszem autora Koranu ma wspólną je­dynie nazwę religii, bo nawet nie jego potężną księgę, którą rozumie opacz­nie. Oto sprzeczność stająca się para­doksem, o której wspomniano na po­czątku artykułu.

„The Angelus”, grudzień 1998. Tłumaczenie: Adam Branicki.[poniższy artykuł wzięty z dwumiesięcznika Zawsze Wierni, nr. 31, 1999. Tam też zobacz piękne ilustracje, których nie potrafię kopiować. MD]

Janczarzy, „styl życia” a KRUCJATY czyli głowy Rigby, Gordona i Konstantyna XI

U dziennikarzy portalu Fronda.pl, obcięta głowa dobosza Rigbiego, brytyjskiego żołnierza zarżniętego tępym rzeźnickim nożem na jednej z ulic Londynu (tępym, bo w końcu okazało się, że wyznawca miłującej pokój religii, który się tej zbrodni dopuścił, nie zdołał nieszczęsnego dobosza skutecznie zdekapitować) wywołała skojarzenie z obciętą i zatkniętą na palu głową brytyjskiego generała-majora Charlesa Gordona, poległego w 1885 r. podczas obrony Chartumu przed wojskami islamskich mahdystów. Skojarzenie słuszne, choć mam inne, jak mi się wydaje jeszcze trafniejsze.

Dziś mija 560 rocznica upadku Konstantynopola zdobytego przez sułtana i kalifa Mehmeda II – najwyższego wówczas religijnego przywódcę muzułmanów. To właśnie Mehmed kazał pozbawić głowy ciało cesarza Konstantyna XI Paleologa i osadzić ją na kolumnie na placu Augusteum, a później zakonserwowaną w miodzie obwozić po muzułmańskich dworach („Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, to uderzcie ich mieczem po szyi”, Koran 47,4). 

Islamska agresja była bezpośrednią przyczyną upadku Cesarstwa Wschodniego, ale najpewniej nie doszłoby do niego, gdyby nie przyczyny, których należy szukać w samym Bizancjum. Można je znakomicie opisać cytatem ze słów Chrystusa Pana, który mówił do faryzeuszów, że „dom, jeśliby przeciw sobie był rozdzielony, taki dom nie może się ostać” (Mk 3,25). I nie chodzi tylko o to, że historia bizantyjskiego dworu przypomina krwawą szekspirowską pięcioaktówkę Tytus Andronikus, o której znawcy teatru mówią, że gdyby miała akt szósty, to wówczas mordowano by już widzów w pierwszych rzędach.

Idzie również o rolę Zachodu, który w decydującej chwili nie kiwnął palcem w obronie Konstantynopola (choć nie należy zapominać o poświęceniu garstki śmiałków z Wenecji, Genui i Katalonii), a 250 lat wcześniej, w wyniku niesławnej IV krucjaty, doprowadził Bizancjum do upadku, z którego Cesarstwo już się nie podniosło. To wówczas rycerze z Zachodu zmienili cel swojej pielgrzymki, którym nie był już Grób Pański, ale groby cesarzy Bizancjum.

Różnica była taka, że Grób Pański był pusty, a groby cesarskie pełne kosztowności (od bizantyjskiego historyka Niketasa Choniatesa wiemy, że nie oszczędzono nawet grobu Justyniana Wielkiego, którego zwłoki ograbiono – na Zachodzie powiemy zwłoki, ale dla prawosławnych były to relikwie, bo Justynian, czego by o nim nie sądzić, czczony jest przez nich jako święty). 

Tymi, którzy jako pierwsi wdarli się do upadającego Drugiego Rzymu byli janczarzy – oddziały formowane z porwanych chrześcijańskich chłopców zmuszanych do przyjęcia islamu i wychowywanych na religijnych fanatyków gotowych zginąć w imię religii, która ich uciemiężyła.

Kim innym, jeśli nie współczesnym janczarem był morderca dobosza Rigbiego, Michael Adebolajo? Urodził się przecież w praktykującej chrześcijańskiej rodzinie w Wielkiej Brytanii. I to na Wyspach, a nie w Nigerii, skąd pochodzą jego rodzice, dostał się pod wpływ muzułmańskich imamów i jako nastolatek przeszedł na islam.

Brytania jest dziś przeżarta polityczną poprawnością (o czym świadczą kolejne aresztowania internautów dających upust swej bezsilnej złości) i tak finansowo zależna od kapitału spod znaku półksiężyca, jak Bizancjum było przeżarte korupcją, a w całej Europie Zachodniej nie ma dziś żadnej wspólnej idei, która byłaby w stanie zjednoczyć jej mieszkańców w walce przeciwko muzułmańskiemu zagrożeniu. „Będziemy bronić naszego stylu życia” – mówią politycy, ale przecież nikt nie będzie umierać za „styl życia”.

Jedyną receptą wydaje się poważne potraktowanie przez Europejczyków możliwości powrotu do ich chrześcijańskiej wiary. I tutaj ujawnia się kolejne podobieństwo do sytuacji Bizancjum. Kiedy szukając obrony dla swego kraju cesarz Konstantyn XI zawarł unię z Rzymem, wówczas usłyszał od swych wzburzonych poddanych, że „woleliby zobaczyć w środku miasta turecki turban, niż papieską tiarę”.

Wygląda więc na to, że historia się powtórzy, bo nie sądzę by Brytyjczycy byli w stanie powtórzyć nad Tamizą zwycięstwo lorda Kitchenera spod Omdurmanu, albo Polacy – zarówno na ci Wyspach, jak i ci na Kontynencie – potrafili dokonać dzieła podobnego temu, którego dokonał król Jana III (swoją drogą w tym roku mija również 330 rocznica Wiktorii Wiedeńskiej, kiedy to na jakiś czas – na jaki, to się dopiero okaże – powstrzymano islam w jego marszu przez Europę).

Cóż, muszę się pospieszyć ze zwiedzaniem angielskiej prowincji, zanim widoki zostaną zeszpecone przez wieże minaretów.

[dedykuję Polakom – mamy w Polsce Krucjaty Różańcowe ! MD]

Jacques Blutoir  Za: Pod mitrą – nie tylko kościelne safari (29.05.2013)

Jacques Blutoir 2013-05-30 http://www.bibula.com/?p=68618

Obfite nowe powołania duchowne

Bractwo Kapłańskie św. Piusa X posiada pięć seminariów na czterech kontynentach, przygotowujących młodych mężczyzn do kapłaństwa. Od 1969 r., kiedy to abp Marceli Lefebvre podjął się opieki nad kilkoma klerykami, by w kolejnym roku założyć Międzynarodowe Seminarium św. Piusa X w szwajcarskim Ecône, liczba kandydatur powoli lecz stabilnie rosła. W tym roku osiągnęła rekordowy pułap: oto do domów formacyjnych Bractwa zgłosiło się aż 117 kandydatów.

Wiosną 2021 r. do Seminarium Matki Bożej Współodkupicielki w La Reja w Argentynie przybyło 14 seminarzystów, sześciu przedseminarzystów i dwóch postulantów.

Przedseminarzyści w Dillwyn

Pozostałe seminaria otwierały swoje bramy dla nowych seminarzystów jesienią. Na początku września w Seminarium św. Tomasza z Akwinu w Dillwyn w Stanach Zjednoczonych 25 seminarzystów rozpoczęło rok duchowości, podczas gdy miesiąc później aż 36 młodych mężczyzn przybyło do przedseminarium. Z kolei nowicjat w Winona (mieszczący się w dawnym seminarium) powitał dwóch kandydatów na braci zakonnych.

Flavigny: nowi seminarzyści i postulanci

W sobotę 9 października do Seminarium św. Proboszcza z Ars we Flavigny we Francji wstąpiło 14 seminarzystów: siedmiu Francuzów, dwóch Włochów, dwóch Kenijczyków, jeden Luksemburczyk, jeden Polak i jeden Szwajcar. Ponadto pięciu Francuzów rozpoczęło postulat, aby sprawdzić swoje powołanie do życia zakonnego.

Nauka w seminarium rozpoczyna się od udziału w rekolekcjach ignacjańskich

Tego samego dnia Seminarium Najświętszego Serca Jezusowego w bawarskim Zaitzkofen przyjęło dziewięciu kandydatów: pięciu z Polski, trzech z terenu niemieckiego i jeden z Holandii. W kolejnych tygodniach ma do nich dołączyć jeszcze postulant z Bractwa św. Jozafata z Ukrainy, który latem 2022 r. otrzyma święcenia diakonatu oraz Australijczyk, który przeniesie się z Seminarium Krzyża Świętego w Goulburn. Niewiele wcześniej do grona postulantów zakonnych dołączyło dwu nowych braci (Niemiec i Szwajcar).

Oprócz tego 17 kandydatów przygotowuje się do rozpoczęcia nauki seminaryjnej w Zaitzkofen: 13 Polaków w przedseminariach w Polsce (w przeoratach w Warszawie i Gdyni), Węgier i Łotysz w Jaidhof (siedzibie dystryktu austriackiego), Duńczyk w Saarbrücken w Niemczech oraz Niemiec w Wangs w Szwajcarii.

Uczestnicy rekolekcji podczas porannej Mszy św.

We wszystkich seminariach duchownych Bractwa św. Piusa X do święceń kapłańskich przygotowuje się obecnie – nie licząc nowoprzyjętych – 268 kleryków.
Przytoczone wyżej liczby pokazują, że w czasach, kiedy seminaria diecezjalne i zakonne na całym świecie – także w Polsce – coraz bardziej pustoszeją, katolicka Tradycja jest żywa i rodzi dobre owoce. Te liczby dają nadzieję i dowodzą, że gorące modlitwy zostały wysłuchane; wołajmy zatem wytrwale: Panie, daj nam wielu świętych kapłanów! Panie, daj nam wiele świętych powołań zakonnych!

Źródła

Tagi:bracia FSSPXSeminarium Matki Bożej WspółodkupicielkiSeminarium Najświętszego Serca Pana JezusaSeminarium św. Proboszcza z ArsSeminarium św. Tomasza z Akwinu

Porodziła ich ladacznica. 

Szanowny Panie Profesorze,

Cieszę się, że i Pan i wraz Panem strona powracacie do zdrowia. 
W listopadzie i ja, zdaje się, przechodziłem wuhankę. Leczyłem się amantadyną, trzymając od publicznej służby zdrowia z daleka. 
Staram się nie używać wulgaryzmów, ale czytając decyzję o ograniczeniu dostępu do Viregytu K, najłagodniejsze określenie „tych panów” co tego zakazują, jakie mi się nasuwa  implikuje, że porodziła ich ladacznica. 
Przyznaję: głosowałem na PIS, widząc po drugiej stronie – jako alternatywę – zdradliwą mordę Tuska w otoczeniu „brukselczyków” i post-komuchów.

Ale jak mógłbym kiedykolwiek ponownie zagłosować na morderców?! 
Maski opadają, i tylko odruch niedowierzania może nas powstrzymać przed konstatacją faktu, że ONI naprawdę robią wszystko co w ich mocy, by nas zabić.

Kończę, bo tylko jeszcze dziś sprzedają Viregyt, może jeszcze rano uda się kupić?   

Życzę zdrowia, siły, wytrwałości i dziękuje za wszystko co Pan robi.      

PZ

Jak dobrze zarobić na pandemii. Świat zamarł w oczekiwaniu.

…na nowe informacje o wariancie omikron. Tymczasem tylko jeden sektor wydaje się zachwycony nową mutacją koronawirusa. Ceny akcji takich firm, jak Pfizer czy Moderna, wystrzeliły w górę. Firmy farmaceutyczne należą do największych wygranych pandemii. W ostatnich latach poniosły one największe wydatki na lobbing w swojej historii, ale to inwestycja o ogromnej stopie zwrotu.

O kulisach szczepionkowych negocjacji pisał ostatnio konserwatywny portal EUobserver.com, powołując się na śledztwo dziennikarzy zrzeszonych wokół projektu Investigate Europe. Portal ujawnił, że europejski zespół negocjacyjny, wśród których miały swoich przedstawicieli kraje członkowskie, w tym Polska, zakontraktował na kolejne lata 4,6 mld dawek szczepionek przeciw ­COVID-19 dla 448-milionowej populacji. Jak nietrudno obliczyć, to ponad 10 dawek na osobę.

Nieprzejrzyste negocjacje, wysokie ceny

Koncerny, wykorzystując kolejne fale pandemii, znacznie zawyżyły ceny swoich preparatów. Koncern Pfizer zażądał 19,5 euro za dawkę, podczas gdy jeszcze niedawno było to 15,5 euro, Moderna natomiast 25,5 dol. w miejsce 22,5 dol. wcześniej. Imperial College London podał, że produkcja preparatu mRNA to koszt 1,18 dol. Dzieje się to w atmosferze, o której mówili niedawno rodzimi specjaliści. Prof. Włodzimierz Gut przyznał, że firmom farmaceutycznym zależy na utrzymaniu wysokiego poziomu dziennych przypadków. Urzędnicy przyznają także, że zawyżane są statystyki zgonów, wlicza się w przypadki covidowe osoby, które umierają na choroby towarzyszące.

Ułatwia to koncernom negocjacje z administracją unijną. Konserwatywni eurodeputowani zwracają uwagę, że są to negocjacje dalekie od transparentności. Dziennikarze zauważyli, że jednym z negocjatorów po stronie szwedzkiej był Richard Bergström, związany jednocześnie z przemysłem farmaceutycznym, co jest jawnym konfliktem interesów. Bergström pracował bowiem wcześniej na kierowniczych stanowiskach w organizacjach lobbujących na rzecz wielkich koncernów farmaceutycznych, a obecnie posiada prywatną firmę pracującą dla analogicznych klientów w Europie i USA, m.in. dla grupy PhRMA, której członkami są m.in. AstraZeneca, Johnson & Johnson, Pfizer czy Sanofi.

Dziennikarze z ­Investigate Europe sugerują, że niejasne powiązania negocjatorów z przemysłem farmaceutycznym umożliwiły koncernom zajęcie uprzywilejowanej pozycji, aby załatwiać swoje interesy, maksymalizując zyski, kosztem europejskich podatników. Całość uzupełnia agresywna kampania PR w mediach, prowadzona przez rządy, a nawet zachęty finansowe skłaniające do określonych zachowań zdrowotnych.

Rekordowe wydatki na lobbing

Największe firmy farmaceutyczne notują w ostatnich latach rekordowe wydatki na lobbing w Unii Europejskiej oraz USA. Według Corporate Europe Observatory wydatki sektora na wywieranie wpływów na polityków i media wyniosły 36 mln euro. Sektor należy do najbardziej wpływowych w Brukseli. Działania w Europie nastawione były przede wszystkim na obronę monopolu własności intelektualnej.

Dotyczy to także szczepionek przeciwko COVID-19. Parlament Europejski wzywał do czasowego zniesienia patentu na preparaty używane w czasie pandemii. W tym roku odbyło się wiele debat i dyskusji na ten temat na wielu forach – nie tylko w Parlamencie Europejskim, ale także w Komisji Europejskiej czy w Światowej Organizacji Handlu. Wszystko po to, aby umożliwić biedniejszym krajom Południa dostęp do analogicznych preparatów jak w bogatych państwach. Jednak na tym się skończyło. Zarówno Komisja Europejska, jak i Rada UE zajęły stanowisko koncernów, a te nie zgodziły się na dobrowolne zawieszenie patentów na szczepionki z prostego powodu. Są one gwarancją gigantycznych, długoterminowych zysków dla zarządu, pracowników i udziałowców tych firm. Zdrowie publiczne oraz szerokie konsekwencje dla gospodarki schodzą na plan dalszy.

Europejska Federacja Przemysłów i Związków Farmaceutycznych (EFPIA) obroniła stanowisko sektora. Według danych EU Transparency Register ponad 40 największych firm farmaceutycznych oficjalnie wydaje na lobbing co najmniej 36 mln euro rocznie, zatrudniając 290 pełnoetatowych lobbystów. Rzesza innych wynajmowanych jest ad hoc lub nie jest rejestrowana. W pandemicznym roku wydatki na lobbing wzrosły o 20 proc., a w bieżącym będą jeszcze wyższe, negocjowane bowiem były kluczowe kontrakty. Według danych Corporate Europe Observatory oprócz stałych 34 dużych firm lobbystycznych wynajmowane są mniejsze firmy działające w poszczególnych obszarach tematycznych. Sam Pfizer wydaje rocznie ok. milion euro na takie działania, wynajmując czołowych konsultantów, takich jak Fleishman Hillard czy Porter Novelli. Obie firmy typu public affairs dostają grubo ponad milion euro rocznie od firm farmaceutycznych na swoje działania.

Lobbing w Unii Europejskiej i USA

Podobnie jest też w USA. Co prawda prezydent Joe Biden ponownie wezwał światowych przywódców do działań na rzecz zniesienia ochrony własności intelektualnej w przypadku szczepionek przeciw COVID-19, jednakże to głos wołającego na puszczy. Jest mało prawdopodobne, aby Światowa Organizacja Handlu zgodziła się na taki wyjątek. Koncerny obawiają się, że precedens otworzyłby drogę do uchylania patentów w przyszłości, a przecież nie po to wydają krocie na prawników i lobbystów.

W połowie listopada gigant AstraZeneca poinformował o podwyżkach cen swoich preparatów w 2022 r., wykorzystując koniunkturę. Według przewidywań COVID-19 przejdzie w fazę endemii i pozostanie z nami jeszcze przez kilka lat. Do tej pory AstraZeneca dostarczyła 1,5 mld dawek szczepionek, osiągając w pierwszych trzech kwartałach przychody rzędu 25,4 mld dol. Pfizer natomiast przewiduje 36 mld dol. zysku ze sprzedaży samych szczepionek w bieżącym roku. Ostatnio firma podwyższyła prognozy zysków o 7,5 proc. Z kolei Moderna zarobi w bieżącym roku 20 mld dol.

Te wyniki finansowe nie byłyby możliwe bez umiejętności zręcznego poruszania się po korytarzach Kapitolu. Portal Politico.com donosi, że firmy farmaceutyczne zatrudniają coraz więcej firm PR/PA do obsługi swoich zleceń w Waszyngtonie. Szczególnie poszukiwane są firmy lobbingowe zatrudniające byłych kongresmenów i pracowników kampanii politycznych w wyborach różnych szczebli, mających powiązania w Kongresie i w Białym Domu. Dla Pfizera pracują już m.in. Ogilvy Government Relations, Lincoln Policy Group, ­Empire Consulting Group czy BGR Government Affairs. Nowym kontrahentem jest TheGroup DC zatrudniający byłych sztabowców zwycięskiej kampanii Joego Bidena.

Koncerny bynajmniej nie kryją się z tym, że oprócz negocjacji i zmian prawnych dążą do wykreowania odpowiedniej atmosfery dla sprzedaży swoich produktów. Nad tym pracują tysiące ludzi, specjalistów z zakresu psychologii, mediów społecznościowych, producenci filmów, aktorzy, graficy, copywriterzy i specjaliści ds. marketingu. W ostatnim okresie koncerny rozbudowały także swoje zaplecze sprzedażowe związane z biznesem covidowym, przewidując, że kampanie odpornościowe będą się odbywać cyklicznie.

Autor jest założycielem i dyrektorem Instytutu Globalizacji (www.globalizacja.org)

https://niezalezna.pl/421910-jak-dobrze-zarobic-na-pandemii

Eskalacja

Jak wiadomo, za sprawą mściwego białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki, co to nie może Litwie i Polsce darować zabawy w mocarstwowość, w ramach której, na polecenie Naszego Najważniejszego Sojusznika, obydwa nasze nieszczęśliwe kraje lansowały panią Swietłanę Cichanouską na nowego białoruskiego prezydenta, na polsko-białoruskiej granicy mamy do czynienia z eskalacją naporu.

O ile pamiętam, termin: „eskalacja” pojawił się w czasie wojny w Wietnamie, gdzie Stany Zjednoczone systematycznie zwiększały swój kontyngent wojskowy. Poza – podobno – trzema milionami zabitych Wietnamczyków i kilkudziesięcioma tysiącami Amerykanów, wojna ta nie przyniosła nikomu żadnych korzyści. Amerykanie się wycofali, Wietnamczycy – oczywiście ci, którym nie udało się uciec – do dzisiaj liżą rany, przede wszystkim z powodu „czynnika pomarańczowego, o który mają do USA nieustające pretensje. W każdym razie – mieli je jeszcze w roku 2008, o czym mogłem przekonać się osobiście.

Co przyniesie eskalacja naporu egzotycznych turystów prezydenta Łukaszenki, których białoruskie wojsko pcha ku polskiej granicy? Trudno powiedzieć, bo póki co władze naszego nieszczęśliwego kraju nie zamierzają granicy poluzować, a z kolei Białorusy nie zamierzają wyrzec się mięsa armatniego, które sobie przygotowali. Ale żeby egzotyczne mięso armatnie spełniło swoje zadanie, musi być ku granicy popychane, a w tej sytuacji może nadejść moment, że dotychczasowe środki perswazyjne, których używają polscy żołnierze, mogą okazać się niewystarczające.

Co wtedy? Możliwości są dwie; albo wojsko przestanie granicy chronić, albo przeciwnie – przestanie się z egzotycznymi turystami ceregielić.

W pierwszym przypadku okazałoby się, że Łukaszenka bez jednego wystrzału zmusił do sromotnej kapitulacji jeden z ważnych, no – powiedzmy: mniej ważnych krajów NATO – co raczej nie przysporzyłoby prestiżu całemu Sojuszowi z jego politycznym kierownikiem na czele. W drugim przypadku użycie na granicy broni mogłoby wywołać klangor nie tylko ze strony naszych sojuszników, którzy skwapliwie wykorzystaliby okazję do pokazania całemu światu swego humanitaryzmu, jak i obywateli tubylczych, a zwłaszcza ze strony obywatelek o wrażliwym sercu, które już nie mogą wytrzymać, by nie przytulić egzotycznych turystów do swojej piersi.

Niesie to jednak za sobą pewne ryzyko, o czym możemy przekonać się choćby z nakręconego w 1961 roku filmu „Viridiana” Luisa Bunuela. Bohaterka po rozmaitych przejściach, których nie ma co tu przypominać, postanawia poświęcić się dla ubogich i w domu swego niedawno zmarłego wuja urządzić dla nich coś w rodzaju domu opieki. Wykorzystując jej nieobecność, ubodzy urządzają orgię, a kiedy wraca ona do domu, dwóch ucztujących żebraków, już w dobrym chmielu, rzuca się na nią w nadziei, że poświęci się dla nich do reszty.

Stąd dla żuka jest nauka”, żeby zbytnio nieszczęśliwych nie idealizować, bo prowadzi to do utraty kontaktu z rzeczywistością, a – jak pamiętamy z czasów pierwszej komuny – bywało to przyczyną politycznych przewrotów, z tym, że wtedy nazywało się to, iż partia utraciła więź z masami. Dlatego celebrytki, jeśli nawet egzotycznym współczują, to powinny pamiętać, że okazywanie im współczucia jest bezpieczne dopóty, dopóki egzotycznych oddziela od nich kordon ludzi mających karabiny. Gdyby tego kordonu nagle zabrakło, egzotyczni mogliby pokazać się celebrytkom od zupełnie nieoczekiwanej strony, ale wtedy byłoby już za późno na cokolwiek.

Ale, chociaż wojsko ma karabiny, to na razie powstrzymuje się od ich użycia. Nie wiadomo bowiem, co wtedy powiedziano by o nas w Paryżu, albo – co gorsza – w Berlinie, gdzie Polska i tak nie ma przecież najlepszej reputacji, między innymi za sprawą tubylczych folksdojczów, którzy wykorzystują każdą okazję, by nasz nieszczęśliwy kraj przez Naszą Złotą Panią obsmarować. Żeby tedy się zorientować, co Polsce wolno zrobić, a czego nie, pan premier Morawiecki odbył serię rekonesansowych podróży, buńczucznie w rządowej telewizji nazywanych „ofensywą dyplomatyczną”. Zwraca jednak uwagę okoliczność, że pan premier nie został przyjęty w Białym Domu przez prezydenta Józia Bidena, którego stanowisko w tej sprawie może być decydujące nie tylko dla Polski, ale i dla całego NATO.

Już to był niedobry sygnał, a tu jeszcze, na domiar złego, do Waszyngtonu pojedzie prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, żeby w Kongresie obsmarowywać Polskę z powodu niedostatku demokracji. Rzeczywiście; pan Trzaskowski przegrał wybory prezydenckie z panem Andrzejem Dudą, które – w odróżnieniu od posągowej Małgorzaty Kidawy Błońskiej, której Wielce Czcigodny poseł Pupka musiał scenicznym szeptem podpowiadać, co akurat myśli – miał podobno na pewniaka wygrać. W tej sytuacji od razu widać, że z demokracją w Polsce nie jest dobrze. Tak samo mówią Niemcy, więc kto wie, czy wizyta pana Trzaskowskiego w Kongresie Naszego Najważniejszego Sojusznika nie oznacza aby rozpoczęcia przygotowań do kolejnego przetasowania na tubylczej politycznej scenie.

Sytuacja byłaby podobna do tej z Casablanki, gdzie podczas konferencji każdy z aliantów prezentował „swojego” Francuza. Churchill – generała de Gaulle’a, a Roosevelt – generała Giraud. Wygląda na to, że faworyt Naszej Złotej Pani Donald Tusk, który z powodzeniem mógłby już uchodzić za niemieckiego owczarka, nie jest faworytem Antoniego Blinkena, którego sercu bliższy jest najwyraźniej pana Rafał Trzaskowski. Ale i pan Trzaskowski też przecież jeszcze nie wie, na co mu Nasz Najważniejszy Sojusznik pozwoli, bo w najgorszym razie może usłyszeć od niego: „wy Trzaskowski bardzo u nas uważajcie!

W tej sytuacji chyba jeszcze nie do końca wiemy, jak się zachowamy w sprawie granicy. Skoro tedy rządowi nie wolno niczego przedsięwziąć w sprawie Białorusi i jej egzotycznych gości, to kombinuje ofensywę przeciwko własnym obywatelom, za którymi przecież żadne potencje się nie ujmą, więc chyba jest bezpiecznie.

Na wszelki jednak wypadek Naczelnik Państwa, za pośrednictwem kierowniczki Sejmu pani Elżbiety Witek, chciałby przeprowadzić ofensywę przeciwko własnym obywatelom ponad politycznymi podziałami. Wróg już został wytypowany. To są obywatele niezaszczepieni, przeciwko którym zarówno rząd, jak i większość nieprzejednanej opozycji, mobilizuje tak zwane „zdrowe”, czyli zaszczepione siły. W tym celu obciążył nieprawomyślnych obywateli odpowiedzialnością za zgony „covidowe” i „nadmiarowe”, a uzasadnienia dostarczają członkowie Rady Medycznej, publikując mrożące krew w żyłach statystyki. Wskutek tego wśród „zdrowych sił” pojawia się coraz więcej ormowców, gotowych na wykonanie każdego rozkazu, z dołami z wapnem włącznie, bo przecież wiadomo, że zdrowie jest najważniejsze. Dlatego też PSL, które z wszystkiego potrafi szmal wydostać, uzależnia przyłączenie się do ofensywy od wypłacenia każdemu zaszczepionemu 600 złotych. Lewica próbuje je przelicytować, żądając bodajże 1000 złotych. Co PSL i Lewica będą z tego miały – tego na razie nie wiem – ale coś przecież będą musiały mieć, więc jeśli tylko pan minister Kościński poskromi węża w kieszeni, to tylko patrzeć, jak ofensywa ruszy, a kto wie – może też okaże się, że i z demokracją u nas nie jest aż tak źle, jak zamierza przedstawić Kongresowi pan Rafał Trzaskowski?

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  9 grudnia 2021

http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5083

Czyżby u władzy w Polsce byli jawni mordercy?? Ministerstwo „Zdrowia”: Ograniczamy dostępność amantadyny

Rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz przekazał dziś Polskiej Agencji Prasowej, że resort zdecydował się ograniczyć dostępność amantadyny. Chodzi o zabezpieczenie dostępności tego leku dla pacjentów ze wskazaniami do jego stosowania.

Z uwagi na brak leków przeznaczonych do leczenia COVID-19, od początku pandemii lekarze wykorzystywali w leczeniu preparaty skuteczne w zwalczaniu innych chorób wywoływanych przez wirusy. Jednym z takich leków jest amantadyna. Wielu lekarzy i pacjentów, którzy stosowali ten lek po zakażeniu koronawirusem przekonuje o skuteczności terapii. Choć wciąż trwają badania mające potwierdzić rzeczywistą skuteczność amantadyny, sięga po nią wiele osób zakażonych koronawirusem [pod opieką uczciwych lekarzy!! MD].

Dziś Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że od 10 grudnia ilość wydawanego na jednego pacjenta w aptece ogólnodostępnej lub punkcie aptecznym produktu leczniczego Viregyt-K (Amantadini hydrochloridum) zostanie ograniczona do nie więcej niż 3 opakowań po 50 kapsułek na 30 dni. Lek ma być wydawany wyłącznie chorym z zespołem Parkinsona i dyskinezą późną.

„Chcemy w pełni zabezpieczyć produkt dla pacjentów ze wskazaniami, czyli chorobą Parkinsona i dyskinezą późną u osób dorosłych. Niestety w ostatnim czasie, zbyt dużo tego produktu było sprzedawane poza wskazaniami medycznymi” – wyjaśnił rzecznik MZ.

[To nie potrafią zakupić tego SKUTECZNEGO a TANIEGO LEKU?? Wystarczy zresztą przecież, by nie przeszkadzali. Czy można to określić inaczej, niż ZBRODNIĄ?

Można kupić – na receptę od dowolnego lekarza – amanitix, który działa skutecznie, ale podobno [dr. Bodnar] trochę wolniej. Mirosław Dakowski]

kak/PAP

https://www.fronda.pl/a/ministerstwo-zdrowia-ograniczamy-dostepnosc-amantadyny,170753.html

Alergie, katary sienne, gorączka zmniejszają znacznie ryzyko kowida [ang.]

{dlatego wyłączyli takich z badań wstępnych ! – czyytaj w linku na dole tego tekstu.}

People with hay fever, rhinitis, atopic eczema and other allergic conditions had a lower risk for developing COVID-19, particularly if they also had asthma, according to a study published in Thorax.

Older age, male sex and other underlying conditions did not indicate an increased risk for developing COVID-19, the study also showed. But Asian ethnicity, obesity, household overcrowding, indoor socialization with other households, and people-facing roles in fields other than health and social care all were independently associated with higher susceptibility, the researchers found.

“There have been numerous studies investigating risk factors for severe COVID-19, such as risk factors for hospitalization, but there is a relative lack of population-based studies investigating risks for developing COVID-19 irrespective of severity,” Adrian R. Martineau, BMedSci, DTM&H, MRCP, PhD, FRSB, clinical professor of respiratory infection and immunity at Blizard Institute at Barts and The London School of Medicine and Dentistry, Queen Mary University of London, told Healio. Adrian R. Martineau

“Studies investigating the effects of diet, lifestyle, behavior, etc on risk for developing COVID-19 were lacking. We therefore launched COVIDENCE UK, which is an n = 20,000 population-based cohort study investigating these risks in the general U.K. population,” Martineau said.

Some risk factors for developing COVID-19 may differ from those that predispose patients to severe disease and the need for intensive care, according to a growing body of evidence, the researchers noted.

The researchers surveyed 14,348 adults (mean age, 59.4 years; 69.8% women; 94.9% white) in the United Kingdom about their age, household circumstances, job, lifestyle, weight, height, longstanding medical conditions, medication use, vaccination status, diet and supplement intake upon enrollment in the study and again in subsequent months.

Almost 3% of participants (n = 446) had at least one episode of confirmed SARS-CoV-2 infection determined by swab during 2,613,921 person-days of follow-up, and 32 were admitted to a hospital.

The researchers found independent associations between certain factors and increased odds of developing COVID-19. For example, people of Asian or Asian/British ethnicity were more than twice as likely to become infected as their white counterparts (adjusted OR = 2.28; 95% CI, 1.33-3.91).

“We found that associations between Asian ethnicity and increased risk for COVID-19 weren’t explained by any socio-economic factor or comorbidity that was studied,” Martineau said. “This was not explained by effects of housing, occupation, smoking, diet, BMI or underlying heart disease, diabetes or hypertension. Further research is therefore needed to understand the reasons for ethnic variation in susceptibility to, and severity of, COVID-19.”

Household overcrowding ( 2 people per bedroom, aOR = 2.04; 95% CI, 1.15-3.6), socializing with other households in the previous week (aOR = 1.31; 95% CI, 1.06-1.62), frontline occupation outside of health/social care (aOR = 1.49; 95% CI, 1.12-1.98) and the number of visits to indoor public places (P < .001) all were associated with higher odds of becoming infected. Elevated BMI also was associated with higher odds of infection (25 kg/m2-30 kg/m2, aOR = 1.5; 95% CI, 1.19-1.89; 30 kg/m2, aOR = 1.39; 95% CI, 1.06-1.84).

However, atopic diseases such as eczema/dermatitis and hay fever/allergic rhinitis were independently associated with 23% lower odds of developing the infection (aOR = 0.75; 95% CI, 0.59-0.97).

Participants with atopic disease and asthma had a 38% lower risk (aOR = 0.62; 95% CI, 0.41-0.93), which remained true even after the use of steroid inhalers was factored into the analysis, according to the researchers. However, researchers did not observe the reduced risk among those with nonatopic asthma (aOR = 0.88; 95% CI, 0.6-1.3).

“People who have allergic conditions such as hay fever, rhinitis and atopic eczema appear to have a lower risk for COVID-19, especially if they also have asthma,” Martineau said. “This may be due to their having lower expression of ACE-2, the receptor via which SARS-CoV-2 enters human cells.”

The researchers further found an association between the use of immunosuppressants and 53% reduced odds of infection (aOR = 0.47; 95% CI, 0.22-0.99), although this may reflect greater shielding from infection by these patients.

Age, sex, other medical conditions, diet and supplement use did not have any association with infection risk, the researchers wrote.

“Contrary to the findings of studies looking at risk factors for severe disease, older age, male sex, and other underlying conditions weren’t linked to a heightened risk for disease,” Martineau said.

The study shows that there is limited overlap between risk factors for developing COVID-19 and those for ICU admission and death, as reported in hospitalized cohorts, the researchers wrote.

“Our findings underline and reinforce the rationale for public health measures to control spread of infection, such as reduced social mixing during lockdown,” Martineau said.

The researchers intend to continue investigating the factors behind differences in COVID-19 risks.

“Understanding the reasons for ethnic differences in COVID-19 susceptibility is a major area of work, with our focus on vitamin D deficiency as a potential explanator,” Martineau said. “We have undertaken a clinical trial of vitamin D to prevent COVID-19 whose results should be reported early in 2022.”

For more information:

Adrian R. Martineau, BMedSci, DTM&H, MRCP, PhD, FRSB, can be reached at a.martineau@qmul.ac.uk December 01, 2021 https://www.healio.com/news/allergy-asthma/20211201/allergic-diseases-especially-paired-with-asthma-linked-to-lower-covid19-infection-risk

Reference:

  • Allergic conditions linked to lower COVID-19 infection risk. https://www.eurekalert.org/news-releases/936203. Published Nov. 30, 2021. Accessed Nov. 30, 2021.
  • Prosto o tym jest też tu: https://nypost.com/2021/12/03/allergic-people-have-lower-risk-of-getting-covid-19-study/

https://www.healio.com/news/allergy-asthma/20211201/allergic-diseases-especially-paired-with-asthma-linked-to-lower-covid19-infection-risk

Czemu tylu rzeźbiarzy, architektów i urbanistów promuje satanizm i bluźnierstwa masońskie?

Byłem, i dalej jestem poruszony tym jak wiele dzieł nazywanych dziełami sztuki z dziedziny rzeźby czy architektury czy nawet urbanizmu są jawnie inspirowane ideologią złego, ideologią szatana. Powinno nas też zadziwiać dlaczego ludzie kultury, katolicy, profesorowie teologii, biskupi, w tym przyszły papież, nie reagują na ewidentną agresję satanizmu wewnątrz Kościoła katolickiego.

Do tych krótkich rozważań, jako laika, skłoniła mnie rzeźba, jawnie bluźniercza, w kościele Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, na którą się zgadzali przez pół wieku wszyscy wielcy katolicy czy katolikami się mieniący. Wykonał tę rzeźbę znany socjalistyczny rzeźbiarz Jarnuszkiewicz, który równolegle do działalności promującej wielkie ideały i biusty Stalina, Minca, Bieruta i podobnych, zabrał się za tworzenie najpierw dzieł religijnych, z których bardzo szybko stoczył się do prostego satanizm.

Przed kilkunastu laty inny bardzo znany rzeźbiarz prof. Czesław Dźwigaj zrobił na zlecenie biskupa Pieronka zespół monumentalnych rzeźb, który nazywa się Golgota Beskidów, a jest to ewidentnie masońska szydercza droga krzyżowa.

Bardzo dużo o tym pisała pani Maria Kominek, są również filmy nakręcone z inicjatywy księdza Tadeusza Kiersztyna. Pani Kominek niestety szybko i niespodziewanie zmarła 23 września 2013 r.,[ s. Maria Katarzyna Kominek Ops, warto przeczytać: https://www.bibula.com/?p=70479 ].

Ksiądz Kiersztyn został zamordowany przez specjalnego tira, 22 sierpnia 2012 roku. W tym czasie że tak powiem modne było w Polsce mordowanie niewygodnych ludzi przy pomocy wzmocnionych samochodów ciężarowych, tirów. Takim przykładem było zamordowanie wtedy europosła Filipa Adwenta z rodziną a przy okazji ten kierowca jadącego z naprzeciwka tira [wzmocnionego i to był TIR jak zwykle potrzebny przy zderzeniach czołowych, z kierownicą z prawej strony]. Ten tir zamordował przy okazji parę osób jadących szosą przypadkiem za posłem i jego rodziną. A potem tenże kierowca żył sobie spokojnie w Górze Puławskiej nad Wisłą, wskazywano mi jego dom…

Artykuły z archiwum na temat Golgoty

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1297_46.php

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1626_46.php

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1730_46.php

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1771_80.php

===============

Innym ewidentnie satanistycznym rzeźbiarzem był Igor Mitoraj, który między innymi zaprojektował czy wykonał masońskie tak zwane „drzwi anielskie” w kościele jezuitów na Starym Mieście w Warszawie. Są to sprawy ujawnione, ale żadnej reakcji episkopatu Polski, biskupów nie znam.

Igor Mitoraj

Masońskie drzwi anielskie

Drzwi „anielskie”:

http://www.krajski.com.pl/718mkdrzwi.html

Są tu obrazki – bluźniercze, ale i estetycznie obrzydliwe.

Gdzie protesty?

================

A Jarosław Kaczyński i szyderstwa z Ofiar Zbrodni Smoleńskiej w postaci „schodów donikąd”?

Zadziwiające jest promowanie czy wybranie przez Jarosława Kaczyńskiego jakiegoś rzeźbiarza, nie chce mi się nawet szukać jego nazwiska, który przeniósł do postaci kamiennej rzeźby, pomnika, rysunek Papcia Chmiela, który w jednym z komiksów ukazał szympansa Tytusa, który naśmiewa się z rzeźby w postaci Schodów Donikąd. Wchodzą na nie kolejne ludziki i spadają a przepaść po drugiej stronie… Dokładnie ten projekt wykonał zaangażowany przez Jarosława Kaczyńskiego rzeźbiarz. Mogą go sobie państwo zobaczyć na byłym Hitler-Platzu, a teraz zdaje mi się Placu Zwycięstwa w Warszawie naprzeciw hotelu Forum.

Czy Papcio Chmiel dostał honorarium od p. Jarosława??

„Schody do NIKĄD” – Papcio Chmiel oskarżony o PLAGIAT? Pomysł i realizacja całości – TYTUS.

Schody donikąd

==================

Przed kilkunastu laty opisałem agresję masońskiego satanizmu w Fatimie, na miejscu objawień maryjnych. Szczegóły mogą państwo znaleźć w poniższym artykule, ale to, co tam się wyprawia przez przez następne lat kilkanaście przekracza daleko skandaliczne fakty, które widziałem i opisałem w tym artykule.

„… a ty zmiażdżysz mu piętę”. Ataki satanizmu w Fatimie.

Symboli masońsko- satanistycznych pełno w sanktuarium w Łagiewnikach – jedynie o tym wspominam.

==============

San Giovanni Rotondo czyli miasteczko, w którym żył, cierpiał i pracował święty obecnie padre Pio. Ku jego [jakby czci??] wystawiono tam kościół w kształcie olbrzymiego Ślimaka który jest ewidentnie dziełem satanistyczno- masońskim. Przed paru laty w wydawnictwie ANTYK Marcina Dybowskiego można było kupić album wskazujący najróżniejsze setki masońskich symboli w tej świątyni która formalnie została nazwana „ku czci Ojca Pio”.

San Giovanni Rotondo –

San Giovanni Rotondo – a gwałt masońskiego PAJĄKA i ŚLIMAKA

Dlaczego „kościół” w kształcie Spirali? „Zasada Stwórcza”, G.A.D.U.

============

Ledwo wspomnę o Auguście Rodin, którego wielkie satanistyczne dzieło, powielone zresztą i wystawiane w wielu miastach równocześnie, pod tytułem Brama Piekieł teraz oglądać można w Rzymie w Kwirynale czyli dawnej rezydencji papieży.

Brama Piekieł w Kwirynale, dawnej rezydencji papieży.

To Auguste Rodin, zaprzyjaźniony z satanistą Aleisterem Crowleyem.

=============

Urbaniści zaprojektowali i zbudowali Stolicę Szatana – Astana. Pamiętajmy, że poza miastem Astana jest wiele miast wybudowanych dla illuminati. Zdjęcia i filmy obrazujące świątynię szatana, jego masońskie pomniki, jednoznacznie czczące Wielkiego Budownika czyli właśnie diabła, jego ulicę czy Aleję mogą państwo zobaczyć w internecie.

====================

Jestem laikiem, nie teologiem. Ważne jest, byśmy się jednak dowiedzieli, jakie przyczyny skłaniają tak ogromny procent, czy też tak ogromną ilość rzeźbiarzy i architektów oraz urbanistów do wysługiwania się Złemu, szatanowi – ja tego nie wiem, nie rozumiem.

Zapewne jedną z podstawowych przyczyn jest to, że ktoś kto może wykonywać bez obrzydzenia ogromne ilości popiersi Bieruta, Minca czy Stalina, może również wykonywać kolejne różne figury, na przykład Ojca Świętego Jana Pawła II. Mówił mi człowiek, który pracował w warsztacie tego rzeźbiarza, że kiedyś do nich, młodych rzeźbiarzy przyszedł przedsiębiorca czyli zleceniodawca czyli Główny Rzeźbiarz i powiedział: Panowie, kończyć palenie, koniec przerwy. Przyszły dwa zamówienia na lolków. Mają być na stojąco. Do roboty chłopaki.

Więc jedną z przyczyn, dla której jest pęd do takiego działania, to chęć Wielkiego Wzbogacenia się. Inaczej nazywa się to Kult Mamona.

Jest jeszcze oczywiście coś ważniejszego, mianowicie na przykład w przypadku Igora Mitoraja możemy zobaczyć w internecie jego Tron Szatana z głową kozła, na którym Tronie sam chętnie siadywał i pozował. Jest to już zachłyśnięcie się samą ideologią szatana.

Czy ktoś z prawdziwych rzeźbiarzy, architektów i urbanistów mógłby skomentować moje powyższe laickie rozważania, dodając swoje doświadczenia tj. ludzi, którzy na pewno nie będą mieli możności zaprojektowania za honorarium czy to monumentalnej rzeźby [lub ich setki] czy też monumentalnego miasta.

Oczywiście proszę o artykuł pod pseudonimem, bo inaczej nie dostaniesz nawet zamówienia na projekt szaletu miejskiego.

Mirosław Dakowski

Covid-19: Coroners call for changes after highlighting avoidable deaths during pandemic

Coroners in England are demanding changes in a series of reports highlighting how the struggling healthcare system’s responses to the pressures of the covid-19 pandemic contributed to patients’ deaths.

Coroners are obliged to write a report recommending action in any cases where they believe that this is necessary to prevent future deaths. Reports now emerging suggest that factors in deaths during the pandemic include the move by GPs to telephone consultations, the requirement for vulnerable patients to attend hospital appointments alone, and the lack of safeguards for patients in care homes.

The replacement of in-person appointments by telephone consultations reduced GPs’ ability to pinpoint patients’ needs, the coroners said, and the absence of family members from consultations with vulnerable patients meant that clinicians were often unable to get a full picture of their needs.

The Yorkshire and Humber region saw an increased incidence of children with severe nutritional anaemia in 2020, resulting in two deaths. Maya Zab, who died aged 11 months, was one of the two. Language barriers had caused missed opportunities for primary carers to see Maya, but this was compounded by the pandemic, said Ian Pears, coroner. The “stay at home” message resulted in fewer one-to-one consultations and meant that healthcare professionals were unable to spot signs of her condition, while the limitation of social contact meant that other professionals and friends were unable to report concerns.

Maurice Leech, who was frail and elderly, had an accidental fall at his nursing home, but there was a delay in recognising that he had a fractured femur. He was reviewed by telephone by his GP but not examined because of covid restrictions. Alison Mutch, senior coroner for Greater Manchester South, said the evidence indicated that a physical examination would probably have resulted in his being referred back to hospital sooner.

“Very vulnerable and a poor historian,” she said, Leech was sent alone to hospital when, if support had been available, a more accurate picture of his needs would have helped staff to treat him and potentially identify that he should not be discharged back to the care home.

Care homes

A policy of reserving vaccines for hospital staff rather than for patients may have contributed to the death of Clive Rivers, who was being treated for a skin condition with immunomodulatory therapy. The consultant dermatologist treating him wanted him to be vaccinated, but it was not policy at that time to vaccinate patients, and Rivers contracted covid-19 in hospital while awaiting discharge. He deteriorated and died at home.

The patients who caught covid-19 in care homes included Anthony Slack, who had asbestos related pulmonary fibrosis and other health issues. The care home managers were unsure whether the virus was brought in by staff or by residents admitted from the community without testing. There was no risk assessment when admitting new residents, and staff were not clear about requirements for personal protective equipment (PPE) as a result of regular changes to guidance, said Mutch, who was also the coroner in Slack’s case and several others.

Another issue highlighted was the shortage of staff to monitor frail and vulnerable patients who had to be isolated in their rooms at care homes when suspected of having covid-19. Ruth Jones, who was prone to falls, fell while unobserved in self-isolation and had to be admitted to hospital. Her covid-19 test was negative, but she deteriorated and died of bronchopneumonia exacerbated by a fracture.

https://www.bmj.com/content/375/bmj.n3042

Polityka rządu jest absurdalna: Jest to cały czas gaszenie ognia przy pomocy benzyny.

To pierwszy przypadek w dziejach medycyny, gdzie winnym nieskuteczności lekarstwa jest osoba, która go nie stosuje

Paweł Lisicki podkreślił, że absurdy związane z Covidem są wytworem największej w dziejach kampanii medialnej.

– Niektórzy dziennikarze przestali być dziennikarzami, a zostali propagandystami – mówi publicysta.

Ministerstwo Zdrowia ogłosiło kolejne obostrzenia, mimo że kilka dni wcześniej szef resortu Adam Niedzielski przyznał, że nie są one skutecznym narzędziem w walce z epidemią. Zapowiedział też wprowadzenie obowiązku szczepień preparatem przeciwko COVID-19 dla trzech grup zawodowych w Polsce – medyków, nauczycieli oraz służb mundurowych. Miałby one obowiązywać od 1 marca 2022 roku.

Masowe szczepienia nieskuteczne

O rządowej polityce covidowej Krzysztof Skowroński rozmawiał w środę na antenie Radia Wnet z redaktorem naczelnym „Do Rzeczy” Pawłem Lisickim.

Publicysta zwrócił uwagę, że Niemcy, czy Austria, które wprowadzają radykalne restrykcje wobec własnych obywateli, nie są przecież obecnie państwami funkcjonującymi normalnie. Narasta tam kontrola władzy i rozniecanie strachu.

Lisicki po raz kolejny mówił też o nieskuteczności przedsięwziętych działań. – Czy liczba zachorowań na tego wirusa w tych państwach, które osiągnęły tak wysoki poziom zaszczepienia rzeczywiście spadła, pozostała taka sama, czy wzrosła?

Wystarczy sprawdzić w Google i mamy jasne dane.

Zatem polityka rządu jest w tym sensie absurdalna, że jest to cały czas gaszenie ognia przy pomocy benzyny. Prawda jest bardzo prosta – zastosowana metoda nie przyniosła skutków. Masowe szczepienia okazały się niepowodzeniem – powiedział Lisicki.

Gdybyśmy mieli do czynienia z rządem, który reprezentuje interesy obywateli wobec firm farmaceutycznych, to pierwszym i podstawowym obowiązkiem rządu powinno być wystąpienie do tych, którzy nam te szczepionki sprzedali z roszczeniami, ponieważ nie są one tak skuteczne, jak zapowiadano – ocenił.

Pomijanie niewygodnych tematów ws. COVID

– Widzimy, z jakimi manipulacjami mamy do czynienia, jeśli chodzi o wszystkie możliwe statystyki. Przecież jeszcze niedawno pokutowała teza, że tylko 1 proc. to są przypadki zgonów. Teraz już nawet Ministerstwo Zdrowia nie próbuje tej tezy powielać. Pomijam już, co to znaczy zgon covidowy, ponieważ jak wiemy, jest znacznie mniejsza grupa zgonów z powodu tego wirusa, i znacznie liczniejsza grupa, w której mamy do czynienia z tzw. chorobami współtowarzyszącymi – powiedział Lisicki. Jak dodał, powinna to być przecież dyskusja podstawowa, a temat jest omijany.

Przypomniał, że nawet wg. oficjalnych danych MZ w pełni zaszczepieni chorują i umierają. W Polsce to obecnie około 30 proc.

– Ludzie na ogół kierują się zdrowym rozsądkiem i są w stanie rozpoznać, co leży w ich interesie, a co nie. Mamy do czynienia z nieskutecznym lekarstwem. Odpowiedzialność za tą nieskuteczność jest systematycznie przerzucana na tych, którzy go nie biorą. To pierwszy przypadek w dziejach medycyny, gdzie winnym nieskuteczności lekarstwa jest osoba, która go nie stosuje. (…)

Co więcej, polski rząd występuje w roli pośrednika wpychającego ten towar wszystkim i wymuszającym przyjęcie tego towaru – powiedział publicysta.

Lisicki podkreślił, że warto patrzeć na efekty w innych państwach. – We Francji, Izraelu i poszczególnych państwach jest mowa o piątej fali. Państwa, które najbardziej zaangażowały się w promowanie tego rozwiązania, wprowadzają teraz najdalej idące, drastyczne ograniczenia i mamy uwierzyć, że to jest skuteczne? – pytał Lisicki.

https://dorzeczy.pl/opinie/236767/covid-lisicki-masowe-szczepienia-okazaly-sie-nieskuteczne.html

No Jab, No Food. Canadian Province to Ban Unvaccinated from Grocery Stores

People in New Brunswick, Canada are now required to show proof of full vaccination in public. Failure to provide proof of full vaccination will result in citizens being barred from entering grocery stores to buy food, True North reported.

This new provision was announced as part of the province’s “winter action plan,” which allows any business, including grocery stores, the right of denying entry to any unvaccinated food shopper. The new provision raises questions from the health experts regarding the need to impose such a plan as the province’s daily cases remain low.

Under a new provision announced by New Brunswick Health Minister Dorothy Shephard, grocery stores in the province are now allowed to turn away the shoppers who aren’t vaccinated against COVID.he provision gives grocery stores, malls and salons the option of either enforcing physical-distancing rules or requiring proof of vaccination to enter their establishments.

“With winter comes colder weather, shorter days, more time spent inside and increased opportunity for COVID-19 to spread,” Shephard said. “It is important we have a plan in place that ensures our healthcare system is not overwhelmed, but also considers the mental, physical and financial health of New Brunswickers.”

Shephard suggested that abiding by the new measures won’t be difficult.

Other new restrictions include limiting household gatherings to 20 people, capping outdoor gatherings at 50 people, and requiring unvaccinated people to avoid indoor gatherings – a lonely and potentially hungry Christmas for the unvaccinated. Masks are now also required in outdoor public places when physical distancing can’t be maintained.

Jim Hoft December 7, https://www.thegatewaypundit.com/2021/12/no-jab-no-food-canadian-province-imposes-new-regulations-ban-unvaccinated-grocery-stores/

Dzisiejsza eutanazja jest pomysłem ludzi zdrowych na ciele, lecz z chorą duszą


Eutanazja pochodzi od greckiego εὐθανασία – eu 'dobry’, 'łagodny’, thánatos 'śmierć’ i oznacza „dobrą śmierć”.
Słowo to zostało po raz pierwszy użyte około 300 lat przed Chrystusem. Poseidippos napisał wówczas następujące słowa: „Ze wszystkiego, co człowiek usiłuje wyprosić od bogów, nie życzy sobie niczego lepszego niż dobrej śmierci.”
Kartezjusz twierdził, że ci, co wzywają śmierci, chcą tak naprawdę pomocy w niesieniu brzemienia życia, którego bynajmniej nie chcą utracić.
Jan Paweł II w swojej encyklice „Evangelium Vitae” odrzucił eutanazję bezpośrednią, lecz oddzielił od niej decyzję o rezygnacji z „uporczywej terapii” („pewne zabiegi medyczne, które przestały być adekwatne do realnej sytuacji chorego, ponieważ nie są już współmierne do rezultatów, jakich można by oczekiwać, lub też są zbyt uciążliwe dla samego chorego i dla jego rodziny”). Taką decyzję o zaprzestaniu terapii, papież wyraźnie oddzielił od eutanazji i samobójstwa.

Dzisiejsza eutanazja jest pomysłem ludzi zdrowych, dla których cudze umieranie jest sytuacją kłopotliwą. Opiera się zaś na kłamstwie i pogardzie dla człowieka.

Zaczęło się to wraz z reformacją.
Marcin Luter
uważał, że upośledzone dziecko to massa carnis, czyli płód szatański bez duszy. Zabicie go nie było więc morderstwem.
Friedrich Nietzsche – ulubiony filozof Hitlera – był zdecydowanym zwolennikiem eutanazji. Uważał, że na świecie toczy się nieustająca walka chorych ze zdrowymi. Ci drudzy nie powinni mieć kontaktu z pierwszymi, których nalezy izolować, a już na pewno nie powinni degradować się do bycia ich lekarzami, czy pielęgniarkami. Według niego, chronicznie chorzy powinni być zachęcani do samobójstwa.
„Dla chorych, którzy mają nieprzyzwoitość żyć długo i nikczemnie wegetują” domagał się eutanazji .

Termin „prawo do śmierci” użyty został po raz pierwszy w 1920 r. przez niemieckich profesorów Karla Bindinga, specjalisty prawa kryminalnego i konstytucyjnego oraz psychiatry Alfreda Hoche. W publikacji pt „Zgoda na niszczenie bezwartościowego życia” przedstawili eutanazję jako miłosierną odpowiedź na prośby błagających o śmierć.
Likwidacja istot „niewartych życia” będących balastem dla Niemiec odbywała się więc w imię „wyższej moralności państwowej”. W maju 1939 roku powstał Komitet do spraw Naukowego Leczenia Ciężkich i Dziedzicznych Chorób, który ustalił program eutanazji dla dzieci i dorosłych. Początkowo uśmiercano przy pomocy zastrzyku z morfiny, skopolaminy i kwasu pruskiego. W 1940 roku zaczęto stosować tlenek węgla, zapewniający „najbardziej humanitarną formę śmierci”. W szpitalach dziecięcych nie posiadających pomieszczeń do zabijania czadem, głodzono pacjentów na śmierć.
Narodowi socjaliści przedstawiali eutanazję jako akt litości kończący niewyobrażalne cierpienia.

Ten sam slogan słyszymy teraz znowu, ale z ust lewaków europejskich.

W
latach 1939-1945 poddano w Trzeciej Rzeszy przymusowej eutanazji około 8000 dzieci i przynajmniej 90 000 dorosłych, wśród których byli głównie psychicznie chorzy i niepełnosprawni. Realizowano w ten sposób „uwalnianie społeczeństwa niemieckiego od życia niegodnego życia”. Liczby te dotyczą wyłącznie ludności rdzennie niemieckiej. Eutanazja praktykowana na terenach okupowanych miała o wiele większy zakres i była eksterminacją.


Zwykle zaczyna się od argumentów humanitarnych – że kiedy ktoś bardzo cierpi i sam prosi o uśmiercenie, to okrucieństwem jest tej prośby nie spełnić. Z chwilą jednak uzyskania bezkarności dla eutanazji, coraz częściej używane są dla jej usprawiedliwienia argumenty ekonomiczne; że społeczeństwa nie stać na utrzymywanie tak wielkiej liczby chorych i starych. A nawet argumenty eksterminacyjne: że przecież ktoś z demencją starczą to już nie człowiek, a dziecko z zespołem Downa to jeszcze nie człowiek i nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, kiedy się ich zabija. Rzekomo bowiem ratuje się ich przed „niegodnym życiem”.

Eutanazja jest obecnie zalegalizowana w Holandii (2002), Belgii, Luksemburgu (w tym chorych dzieci), Albanii, Japonii i amerykańskich stanach Teksas i Oregon, a do niedawna także w australijskim Terytorium Północnym. Ostatnio do krajów tych dołączył Izrael. W tym roku dołącza Hiszpania.
Albania była pierwszym krajem Europy który zalegalizował eutanazję – miało to miejsce w 1999 roku na mocy poprawki do ustawy o prawach osób nieuleczalnie chorych. Legalizuje ona każda formę czynnej eutanazji za zgodą pacjenta. Eutanazja bierna jest dopuszczalna po otrzymaniu zgody trzech członków rodziny osoby chorej

Szczególna forma dozwolonej eutanazji występuje w Szwajcarii, gdzie można przepisać lek nasenny w śmiertelnej dawce, jednak chory musi go przyjąć samodzielnie.


Premier Tusk w 2009 roku wezwał do debaty na tematy eutanazji. Proponowana ustawa o eutanazji miała wpłynąć na obniżkę kosztów leczenia, „konsumowanych” w większości przez terminalnie chorych.
Zaoszczędzone na eutanazji pieniądze PO pragnął przeznaczyć na finansowanie zapłodnień in vitro.

W związku z tym w październiku 2009 CBOS na zlecenie rządu przeprowadził sondaż w sprawie stosunku do eutanazji Polaków.
Zgodnie z sondażem 48% Polaków uważało, że lekarze powinni dokonywać eutanazji na życzenie cierpiącego.
Zdecydowanie najwyższy procent zwolenników był wśród młodziezy, ateistów oraz deklarujących przekonania lewicowe. Zwolennikami eutanazji stosunkowo częściej niż inni byli mieszkańcy miast powyżej 500 tys. ludności, czyli MWzDM,a w grupach społeczno-zawodowych – prywatni przedsiębiorcy, pracownicy usług, uczniowie i studenci oraz bezrobotni.
Za eutanazją głosowali przede wszystkim ludzie młodzi i zdrowi, dla których problem śmierci był problemem abstrakcyjnym, jako że ich nie dotyczył.
Zwolennikami eutanazji byli zwolennicy SLD (58 proc.) i PO (54 proc.). Przeciwnikami tego typu rozwiązania byli przede wszystkim potencjalni wyborcy PiS (67 proc.).
W badaniu CBOS zauważono ponadto, że określenie „eutanazja” ma wydźwięk zdecydowanie pejoratywny – gdy pytano o stosunek do eutanazji za pomocą tego właśnie pojęcia, liczba zwolenników okazała się zdecydowanie niższa niż wówczas, gdy w pytaniu o śmierć na życzenie nie pojawiło się to słowo, a pytano, czy lekarze powinni spełniać wolę cierpiących nieuleczalnie chorych.

Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze.
Istnieją więc już bojownicy o prawo do eutanazji zbijający na tym majątek.
W drugiej połowie lat 90 Australijczyk, Philip Nitschke. rozpoczął tę batalię. Mówił, że dobrowolna eutanazja powinna być dostępna nie tylko dla ludzi nieuleczalnie chorych, ale i dla osób starszych zmęczonych życiem. Lekarz zwany w swej ojczyźnie „Doctor Death”
jeździł po świecie i instruował ludzi, jak umrzeć szybko i bezboleśnie. Do 2009 był już w Wielkiej Brytanii, w Kanadzie i USA wraz ze sprzedawanym za 50$/ szt. pakietem do autoeutanazji – plastikowym pudełkiem z ampułkami nembutalu i ze strzykawką. Zestaw można było zamówić w kierowanej przez niego organizacji Exit International. Australijczyk był pierwszym lekarzem, który legalnie uśmiercił proszącego o ulżenie w cierpieniach pacjenta, wstrzykując mu mieszankę barbituranów. W 1997 r. wywalczył wprowadzenie prawa do eutanazji na Terytorium Północnym w Australii. Chorzy mogli tam korzystać ze sterowanego komputerowo dozownika z trucizną. Kiedy rząd federalny uchylił kontrowersyjne prawo, chciał wysłać na wody międzynarodowe „statek śmierci”, na którym można by bez łamania zakazów dokonywać eutanazji.

Podobnie energicznie poczyna sobie w Szwajcarii stowarzyszenie Dignitas oferujące płatną pomoc w samobójstwie. Ostatnio Szwajacaria próbowała zablokować ten proceder.
Poirytowany planami władz Szwajcarii szef stowarzyszenia Dignitas oświadczył, że wprowadzenie zakazu „turystyki śmierci” jest jak współudział w Holokauście.Swoją wypowiedzią Ludwig Mirelli nawiązał do wydarzeń, które miały miejsce podczas drugiej wojny światowej, kiedy to Szwajcaria zamknęła granicę przed Żydami, którzy szukali pomocy w tym kraju.
I skoro tak, szwajcarska firma propagująca „godną śmierć” otworzyła swą filię w Niemczech. Propagująca eutanazję instytucja od 1998 r. pomogła umrzeć 453 nieuleczalnie chorym ludziom. Ponad połowa z nich przyjechała z Niemiec.
– Zamierzamy przeforsować w Niemczech prawo pełnoletnich ludzi do samostanowienia o własnej śmierci, właśnie z tego kraju mamy najwięcej zgłoszeń – mówi Ludwig A. Minelli, założyciel Dignitasu, której slogan brzmi „Godne życie, godna śmierć”.


Wyniki holenderskich sondaży wskazują, że około 60 %. starszych osób boi się, że zostaną uśmierceni wbrew ich woli. Wielu chorych właśnie z powodu tego lęku decyduje się na wyjazd do szpitali niemieckich, gdzie eutanazja jest nielegalna. Nie bezpodstawnie, bo w 2001 roku holenderski raport dotyczący eutanazji wykazał, że około 1000 osób zostało zabitych przez lekarzy bez swojej wyraźnej prośby.
Mimo zalegalizowania eutanazji od 2002 roku ponad 90% osób żyjących w holenderskich domach opieki nie chce z niej nigdy skorzystać.
Wbrew opinii, że prośba o eutanazję wynika z choroby nieuleczalnej, jedynie 3,5 % ludzi umierających tam na raka jest zainteresowanych eutanazją.
Coraz częściej mówi się też w Holandii o eutanazji w stosunku do upośledzonych dzieci – w niektórych holenderskich szpitalach rodzice otrzymują od lekarzy bezpośrednie propozycje „pomocy” w uśmierceniu dziecka, które urodziło się z poważnymi dysfunkcjami.. Prawo do śmierci szybko staje się obowiązkiem śmierci.

Coraz więcej holenderskich lekarzy w szpitalach i domach opieki odmawia uśmiercania pacjentów. Lekarze odmawiają dokonywania eutanazji, bo sumienie nie pozwala im na te praktyki. Innych odstrasza skomplikowana procedura prawna. Lekarze mogą przeprowadzić eutanazję tylko wtedy, gdy pacjent jest nieuleczalnie chory, cierpi na ból nie do zniesienia i jest w stanie podjąć decyzję o odejściu w sposób świadomy, co wyklucza chorych psychicznie. Jeśli te warunki nie zostaną spełnione, lekarz może trafić do więzienia i stracić licencję.
W związku z tym Holenderskie Stowarzyszenie Dobrowolnej Eutanazji (NVVE) planuje otworzyć klinikę dla pacjentów, którym lekarze odmówili skrócenia życia.
 Klinika dokonywałaby eutanazji ponad tysiąca pacjentów rocznie cierpiących na demencję, choroby psychiczne lub inne przewlekłe schorzenia.
W nowej klinice na śmierć nie musieliby długo czekać. Każdy pacjent spędziłby nie więcej niż trzy dni w szpitalnym łóżku, zanim zostałby poddany eutanazji.

W 2009 roku w Holandii 2636 osób odeszło z tego świata z pomocą lekarzy. To o 13 % więcej niż rok wcześniej. „Ponieważ nie wszystkie szpitale zgłaszają przypadki eutanazji, prawdziwa liczba może być nawet pięciokrotnie wyższa. Statystyki wykazują także rosnącą liczbę przypadków tzw. powolnej eutanazji. Pacjent jest usypiany, nie otrzymuje płynów ani pokarmu, aż umrze z wycieńczenia. Według danych z ubiegłego roku umarło w ten sposób około 10 tysięcy pacjentów. Ponieważ praktyka ta nie jest uznawana za eutanazję, tylko za formę „opieki paliatywnej”, nie podlega obowiązkowi zgłoszenia do resortu zdrowia. Według sondażu przeprowadzonego przez Uniwersytet w Nijmegen w 2005 roku (jedyna ankieta na ten temat przeprowadzona wśród lekarzy) zdecydowana większość personelu medycznego przyznaje się do stosowania tej metody zamiast eutanazji. Przypadki zagładzania na śmierć osób nieprzytomnych są coraz częstsze. Ocenia się, że do 46 % zgonów w domach starców w Holandii następuje w wyniku tej praktyki.”
http://www.rp.pl/artykul/598046.html

Jakby tego było mało, organizacja holenderskich lekarzy i polityków „Z Własnej Woli” zbiera podpisy pod projektem ustawy, która ma zalegalizować pomoc w samobójstwie dla wszystkich osób, które mają więcej niż 70 lat. „Tydzień życia spełnionego”, taki tytuł nosi nowa kampania holenderskiego, pro – eutanazyjnego stowarzyszenia, którego celem ma być danie możliwości „ludzkiego” odejścia tym, którzy nie są chorzy.
Inicjatywa skierowana jest do osób, które swoje życie uznają za spełnione, a kampania jest reklamowana w mediach publicznych.

W Holandii, tym pierwszym europejskim kraju o zalegalizowanej eutanazji samobójstwo wspomagane przez lekarza przekształciło się w bezpośrednie zabijanie pacjenta przez lekarza. Eutanazja śmiertelnie chorych obecnie objęła również przewlekle chorych. Eutanazja z przyczyn fizycznych poszerzyła się o tzw. wskazania psychiatryczne. Dobrowolna eutanazja poszła o krok dalej, i dopuszcza się eutanazję bez zgody pacjenta.
W połowie października 2005 r. przedstawiono w holenderskim parlamencie wytyczne dotyczące eutanazji noworodków i niemowląt. Ich przyjęcie umożliwi uśmiercanie chorych dzieci w majestacie prawa.

Holenderskie media spodziewają się, że stworzony zostanie precedens, który pozwoli w przyszłości na eutanazję osób, które same nie są w stanie wyrazić swojej woli. Będzie to rozwiązanie o tyle paradoksalne, że definicja eutanazji mówi, iż jest to “aktywne pozbawienie człowieka życia na jego własną prośbę”.

Prześledzenie dziejów eutanazji w Holandii pokazuje, jak działa zasada “ruchomego horyzontu”. Najpierw nagłaśnia się jakiś niezwykle rzadki przypadek działania wbrew prawu i usprawiedliwia się go względami etycznymi. Później, stosując szantaż moralny i etykę sytuacyjną, robi się dla owego przypadku wyjątek w prawie, odstępując od karania. Następnie wyjątek ten rozrasta się (bo co nie jest karalne, jest dozwolone), aż w końcu staje się regułą. Wtedy historia się powtarza – nagłaśniany jest kolejny przypadek, robione są kolejne wyjątki, powstają nowe reguły, a w rezultacie horyzont prawny i moralny stale się zawęża.

Pierwszy raport na ten temat holenderskie ministerstwo zdrowia sporządziło w 1990 r. Wynikało z niego, że w Holandii w roku tym przeprowadzono 25 306 zabiegów eutanazji, z czego aż 14 691 przypadków stanowiły przypadki eutanazji bez wiedzy i zgody pacjenta, czyli tzw. kryptanazji.

Lekarze twierdzą, że kryptanazja nie jest wcale nadużyciem eutanazji, lecz jedynie jej logiczną konsekwencją: Ważna przyczyna, która sprawia, że dobrowolnej eutanazji musi towarzyszyć eutanazja niedobrowolna, leży w samej logice eutanazji. Kto wierzy i głosi, że pozbawienie człowieka życia, aby uwolnić go od cierpień, jest dobrodziejstwem, nie ma prawa pozbawić niektórych cierpiących tego dobrodziejstwa tylko dlatego, że nie są w stanie sami o to poprosić.

Istnienie procederu, który jest z jednej strony nielegalny, ale z drugiej – nie jest ścigany przez prawo – spowodowało zmiany w mentalności społecznej. Doszło do tego, że na początku lat 90-ych aż 77 % ankietowanych Holendrów popierało uśmiercenie pacjenta bez jego wiedzy i zgody.

Z ustawy przyjętej w 2002 r. nie do końca zadowolony był przewodniczący wspomnianej już organizacji NVVE, dr Rob Jonquiere. Prawo mówi bowiem, że prośba o eutanazję powinna być dobrowolna, świadoma i wielokrotnie powtarzana.
Zdaniem Jonquiere’a ustawa taka dyskryminuje osoby, które nie mogą same poprosić o eutanazję, zwłaszcza ludzi upośledzonych umysłowo i chore dzieci. Według niego należy rozszerzyć prawodawstwo także na te osoby – oczywiście bez ich wiedzy i zgody.

Gdyby prawo takie zostało uchwalone, byłoby tylko usankcjonowaniem istniejącej już praktyki. Przyczyną 40 proc. wszystkich zgonów osób chorych psychicznie w Holandii jest eutanazja, a właściwie kryptanazja. Podobnie rozpowszechnione stało się pozbawianie życia ciężko chorych dzieci.

„W 1987 r. Rada Zdrowia (organ doradczy rządu holenderskiego) wydała zalecenie, by prośba o eutanazję zgłoszona przez dziecko, które skończyło 12 lat, była przez lekarzy akceptowana, nawet jeżeli jego rodzice są temu przeciwni. Przeciwko zaleceniu temu zaprotestowała wspomniana już NVVE, twierdząc, że… jest to dyskryminacja dzieci poniżej 12-ego roku życia.

W 2002 r. grupa lekarzy z Groningen ogłosiła standardy wykonywania eutanazji na noworodkach. Zalecają one uzyskanie zgody rodziców na uśmiercenie dziecka oraz stwierdzenie przez lekarzy nieuleczalności choroby i niemożności złagodzenia bólu. To właśnie “protokół z Groningen” stał się podstawą najnowszej ofensywy legislacyjnej zwolenników eutanazji.

Prawo do eutanazji nie jest wcale – jak argumentują jego zwolennicy – prawem do decydowania o własnym życiu. Nie trzeba legalizować eutanazji, by móc decydować o swoim życiu. Ani samobójstwo, ani jego próba w żadnym państwie nie są karane. Istotą sporu nie jest więc prawo decydowania o swoim życiu, lecz o życiu innych. W rzeczywistości zalegalizowanie eutanazji to swoista licencja na zabijanie.”
http://www.bosko.pl/klopotnik/?art=928/

Na każde 5 osób, które umierają w Holandii, jedną zabija lekarz. Połowa pacjentów zabijana jest bez pytania ich o zdanie, czy też bez wiedzy ich rodzin.
Co ciekawe, w Holandii jedynie 5% pacjentów, którzy zażądali eutanazji podało ból jako przyczynę tej prośby. Główną przyczyną jest depresja. Istnieje cała lista czynników, które ją wywołują i podtrzymują — strach, niepokój, troska o finanse, lęk przed bólem. Osoby proszące o eutanazję czują się często niekochane, zmęczone życiem, pozbawione godności i nade wszystko – obawiają się zależności od innych.

Była holenderska minister zdrowia, Els Bort, która w 2001 r. doprowadziła do zalegalizowania eutanazji, teraz przyznaje, że był to błąd. Trzeba było skupić się na opiece paliatywnej.
W latach 1994-2002 to ona przedstawiła niesławny projekt ustawy legalizującej eutanazję, a kiedy projekt został przyjęty, Holandia stała się pierwszym na świecie krajem, który uznał za zgodne z prawem „zadanie śmierci osobie nieuleczalnie i terminalnie chorej umotywowane skróceniem jej cierpień”.

W 2008 r. holenderscy lekarze zgłosili do obowiązkowego rejestru 2 331 przypadków eutanazji, 400 przypadków samobójstwa wspomaganego oraz 550 tzw. zgonów bez zgody pacjenta (np. odłączenie od aparatury podtrzymującej życie na podstawie decyzji personelu medycznego).
Jednoczesnie zaś Holandia wciąż nie ma opieki paliatywnej.
Doprowadzono do dramatycznego niedoboru odpowiedniej opieki nad tymi, którzy są w fazie terminalnej choroby nowotworowej lub doświadczają przewlekłej, postępującej niepełnosprawności. Skoro nie ma odpowiedniej opieki, nie pozostaje nic innego jak zalegalizować eutanazję.
I tak w Holandii stale poszerza się krąg osób, które będzie można uśmiercić z mocy prawa…

W Kanadzie środowisko pro-eutanazyjne właśnie przedstawiło projekt legalizacji eutanazji i samobójstwa wspomaganego. Argumentację na rzecz zmian w prawie wzięto z Holandii.

Jarosław Gowin chce zaprowadzić w Polsce nowy porządek i przeforsować tzw. Testament życia, który niczym nie różni się od eutanazji, poza nazwą.

W majestacie prawa ludzie są masowo zabijani nie z własnej woli, ale w wyniku manipulacji, które stworzyłyby iluzję, iż dana osoba rzeczywiście wyraziła zgodę na własną śmierć.

Za PRL istniało hasło:”Emeryci, popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem”.
Teraz – w obliczu niewydolności służby zdrowia z jednej strony, a zapaścią systemu emerytalnego z drugiej – hasło wraca z siłą wodospadu.
W Europie w majestacie prawa trwa rzeź starych ludzi.

 Jak na razie ludzie powyżej 65 roku życia w Polsce stanowią 13% ludności naszego kraju. W pozostałych krajach Europy więcej – w Niemczech stanowią już 20% społeczeństwa, we Francji 17%. Żeby uzmysłowić sobie, jak niezwykle stare społeczeństwo stanowimy na świecie, trzeba wyjrzec poza nasz kontynent – w takim Afganistanie ludzie powyżej 65 roku życia to zaledwie 2% społeczeństwa.W dodatku liczba ich będzie stale rosnąć. Europa jest oazą dobrobytu i spokoju, a te czynniki sprzyjają osiąganiu zacnego wieku. Nie jest to jednak na rękę rządom lewaków, zdalnie sterowanych przez NWO, którzy tworzą UE. W dobie kryzysu wypłacanie emerytur, czy zapewnianie kosztownej opieki zdrowotnej – to kwoty, które woleliby przeznaczyć na własne fanaberie. Skoro jednak ludności nieprodukcyjnej nie da się masowo wysłać na skałę Tajgetes i strącić do morza – trzeba ten proceder jakoś wykonać w majestacie prawa. No i nazwać kłamliwie – dobrą śmiercią, eutanazją. ===============================

i dodaj, proszę, datę – 6 marca 2011. To już  ponad 10 lat temu  i sporo się od tego czasu zmieniło (na gorsze). Sigma