Komentarz Eleison nr DCCLXX (770)Biskup Ryszard Williamson
16 kwietnia 2022 https://fsspxr.wordpress.com/komentarze-eleison/
ZMARTWYCHWSTANIE W CYTATACH
Wiara jest jak tarcza, która zatrzymuje mnóstwo kłamstw. Z wiarą w Zmartwychwstanie nasza dusza unosi się ku niebu.
W czterech Ewangeliach Nowego Testamentu jest o wiele mniej fragmentów poświęconych Zmartwychwstaniu Naszego Pana niż Jego Męce, a to dlatego, że Męka była celem i punktem kulminacyjnym Jego Wcielenia. „Lecz mam być chrztem ochrzczon: a jakom jest ściśnion, aż się wykona!” (Łk 12, 50) – słowa te odnoszą się do Męki Pańskiej, bez której nie byłoby Zmartwychwstania. Przez swoje konanie Chrystus odniósł zwycięstwo nad śmiercią, a przez zmartwychwstanie ukazał to zwycięstwo. Przez swoje cierpienie pokonał zło i dokonał naszego Odkupienia. Przez swe Zmartwychwstanie ukazał ludziom dobro, które dla nich zdobył, i dopełnił naszego zbawienia. Tymczasem my, upadli ludzie, staramy się za wszelką cenę unikać cierpienia, choć chcielibyśmy korzystać z jego owoców. Dlatego Neo-Kościół zastępuje krucyfiksy nowymi wyobrażeniami ze Zmartwychwstałym. Ale przecież Ewangelie kładą nacisk na korzenie, bo bez nich nie możemy spodziewać się osiągnięcia owoców. Tym niemniej poniżej przedstawiam po jednym cytacie z każdej z czterech Ewangelii na temat Zmartwychwstania Naszego Pana.
Mt 28, 18, jedne z ostatnich słów Zbawiciela zapisanych przez św. Mateusza, które wypowiedział przed Wniebowstąpieniem: : Dana mi jest wszystka władza na niebie i na ziemi. Nie Mojżeszowi, Buddzie, Mahometowi, Marksowi czy jakiemukolwiek innemu przywódcy którejś z wielu fałszywych ludzkich religii. Chrystus w swej boskiej naturze ma już pełnię tej władzy. Skoro zaś ta władza została Mu „dana”, to mogła być dana w ludzkiej naturze. Tak zdumiewające twierdzenie może być albo nonsensem, albo prawdą. Gdyby jednak Chrystus tego nie oznajmił, byłby kłamcą, tak jak Jego wrogowie (por. J 8, 55). To właśnie ten Autorytet odróżnia prawdziwy Kościół katolicki od Neo-Kościoła i od wszystkich innych fałszywych wspólnot i religii na ziemi. Ten unikalny Autorytet pochodzi od samego Boga poprzez Jego Wikariusza na ziemi, Papieża Rzymskiego. Bóg musi przywrócić Papieża, aby odnowić Autorytet Kościoła.
Mk 16, 16, także słowa wypowiedziane przez Pana Jezusa tuż przed Wniebowstąpieniem: Kto uwierzy i ochrzci się, zbawion będzie, a kto nie uwierzy, będzie potępion. Oto kolejne zdumiewające twierdzenie, które byłoby nonsensem, gdyby nie było prawdą. A skoro jest prawdziwe, to cały ekumenizm po Soborze Watykańskim II, który opiera się na założeniu, że dusze mogą być zbawione poza Kościołem katolickim, jest nonsensem. Dusze mogą być zbawione przez Odkupiciela POMIMO fałszywych religii, ale nigdy PRZEZ religie niekatolickie. Twarde słowa? Pytanie nie brzmi jednak, czy są to twarde słowa, ale czy są one prawdziwe. Nigdy nie zbawię swojej duszy dzięki myśleniu życzeniowemu. A tym właśnie jest przekonywanie się, że mogę osiągnąć Chrystusowe niebo, ignorując Chrystusa i jedyny Kościół, który On założył, aby kontynuować swoje dzieło na ziemi po tym, kiedy sam wstąpi do nieba.
Łk 24, 25 słowa upomnienia skierowane przez Zmartwychwstałego Pana do uczniów zmierzających do Emaus: O głupi, a leniwego serca ku wierzeniu temu wszystkiemu, co powiedzieli prorocy. Izaż nie było potrzeba, aby to był cierpiał Chrystus i tak wszedł do chwały swojej? Mu ludzie nie chcemy zrozumieć, że cierpienie jest potrzebne. Tymczasem św. Tomasz z Akwinu wskazuje (III, Q. 69, art. 3) na trzy powody, dlaczego chrzest nie usuwa cierpienia z naszego ziemskiego życia: po pierwsze, aby chrześcijanie mogli włączyć się w Pasję Chrystusa; po drugie, aby musieli walczyć o zasłużenie na życie wieczne; po trzecie, aby życie chrześcijańskie nie okazało się jedynie metodą unikania ziemskich cierpień. Cierpienie ma swoją wartość.
J 20, 29 słowa wypowiedziane przez Zmartwychwstałego Pana, kiedy uleczył wątpiącego Apostoła Tomasza z jego niedowiarstwa pozwalając mu dotknąć ran po ukrzyżowaniu: Iżeś mię ujrzał, Tomaszu, uwierzyłeś: błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Bardzo często – dwa tysiące lat po tym, gdy Chrystus chodził po ziemi – jesteśmy kuszeni przez myśl, że gdybyśmy tylko mogli zobaczyć Go w ciele i żyć z Nim na co dzień, tak jak Jego Apostołowie, to o ileż łatwiej byłoby nam w Niego uwierzyć. Ale wtedy nasza wiara nie miałaby takiej samej wartości. Wiara w Niego pomimo tego, że nie mamy takich codziennych dowodów na wyciągnięcie ręki, jest o wiele bardziej zasługująca dla nieba, o czym przypomina św. Tomasz. Wierzyć w Boga to nie znaczy wierzyć w bzdury, wręcz przeciwnie, ale wierzyć w Niego tylko za pomocą „dowodów naukowych” oznacz pozbawienie naszej wiary tej ufności wobec Pana Boga, z której wynika znaczna część zasług i wartości naszej wiary. Kiedy zaś cierpimy, a pomimo to wierzymy, wówczas nasza wiara ma jeszcze większą wartość.
Co najmniej sześć amerykańskich ciężkich samolotów transportowych przyleciało do Polski w niedzielę – wynika z danych lotniczych.
Na podrzeszowskim lotnisku wylądowały dwa wojskowe samoloty transportowe US Air Force C-17A Globemaster mogące przewozić do 77,5 tony ładunku oraz samoloty Boeing 747 amerykańskich firm transportowych.
Odnotowano również przylot samolotu C-17A z Wielkiej Brytanii.
W piątek i sobotę do Rzeszowa przyleciały trzy samoloty C-17A Globemasters amerykańskich sił powietrznych.
21 kwietnia prezydent USA Joe Biden poinformował o przyznaniu Ukrainie nowego pakietu pomocy o wartości 800 mln USD , w ramach którego zostanie dostarczonych m.in. 121 taktycznych dronów szturmowych Phoenix Ghost oraz 72 haubice M777 155 mm i 144 tys. pocisków.
Pentagon poinformował w czwartek, że transfer broni dla Ukrainy do Europy z kontynentalnych Stanów Zjednoczonych rozpocznie się w ciągu najbliższych 24-48 godzin.
Wcześniej Stany Zjednoczone w ramach poprzedniego pakietu pomocy wojskowej dla Ukrainy przekazały już Europie do Europy 18 155-mm haubic i 40 tysięcy pocisków.
Według Pentagonu wszystkie 90 haubic dostarczonych na Ukrainę pozwoli Siłom Zbrojnym Ukrainy na utworzenie pięciu batalionów artylerii.
Według szacunków łączna kwota pomocy wojskowej Waszyngtonu dla Kijowa sięga obecnie 3,4 mld USD.
Dzisiaj stolicę Ukrainy odwiedzą sekretarz stanu USA Antony Blinken i szef Pentagonu Lloyd Austin. Tematem rozmów mają być dostawy niezbędnego Ukraińcom uzbrojenia.
Źródła: interfax/PAP
===============
Wszystko to widzą Rosjanie. Uprze4jmie nie niszczą w Polsce. Ale, zaraz po przewiezieniu przez granicę z Ukrainą pod plandeka jakiegoś pokojowego TIR-a – mogą zniszczyć. Wola jednak na razie poczekać, by np. w Jaworowie na poligonie pod Lwowem zebrało się sporo tego złomu – i instruktorzy – i wtedy uderzają punktowo. A Zełenski podnosi aj-waj, że zabijają „niewinne niemowlęta”… MD
Azovstal jest to ogromny kompleks przemysłowy, sfera hut, fabryki stali i wyrobów ze stali typu wojskowego, która mieści się poza Mariupolem. Jest tu podobieństwo do położenia Nowej Huty – poza Krakowem. Oczywiście Azovstal jest wielokrotnie większy od budowanych w latach 50 hut, nazwanych potem Nową Hutą, ale zasady planowania i budowy całości są podobne. Od wielu lat sam Azovstal jest własnością prywatną; formalnie można znaleźć że jest to firma międzynarodowa z siedzibą w Holandii, ale w rzeczywistości, według wiarygodnych plotek, jest to własność oligarchy – przepraszam, ale wczesnego bękarta któregoś z poprzednich prezydentów Ukrainy. [mail: Rinat Achmetow; obiecuje, że odbuduje na swój koszt cały Mariampol (bo taka jest stara nazwa tego miasta), ma poza tym fabryki i kopalnie w Donbasie. Syn Kuczmy]
Ponieważ same huty i stalownie planowane i budowane „za sojuza” fabryki wAzovstalu pracują, tj. pracowały dla wojska, to wczasach [uzasadnionej] obawy przed atakami jądrowymi, pod całym Azovstal i okolicą zaplanowano i zbudowano sieć, podobno sześciu kondygnacji pancernych bunkrów połączonych korytarzami w ten sposób, że w razie przerwania kontaktu z powierzchnią ziemi, na przykład po ataku jądrowym możliwe byłoby utrzymanie tam przy życiu i zdolności bojowej wielu tysięcy żołnierzy. Liczba ta szacowana jest na ponad 30000 ludzi. Są tam oczywiście również szpitale, kuchnie, ogromne zapasy nie tylko różnych rodzajów paliwa, ale również ogromne ilości jedzenia, woda dostarczana z studni głębinowych. Natomiast kłopot jest z dostarczaniem czystego powietrza; przewidziane również w swoim czasie [później unowocześnione] filtry powietrza wychodzą, część z nich daleko poza samym obszarem Azovstalu tak, by można było uzyskiwać czyste powietrze do przeżycia tych dziesiątków tysięcy ludzi.
Porównajmy: Nowa Huta była zbudowana na – wcześniej budowanych – bunkrach atomowych. Były i są dalej połączone między sobą ogromną ilością korytarzy i tuneli. Prawdą są opowieści robotników pracujących w Nowej Hucie, że gdy weszli do takich podziemi w jakiejś dzielnicy Nowej Huty, to po paru godzinach mogli wyjść i wychodzili w zupełnie innej dzielnicy. Te dane [sprawdzałem ostatnio] przez kręgi związane z Gazetą Wyborczą są ignorowane, a nawet obśmiewane [czemu?? ], jednak rzeczywiste świadectwa ludzi są nie do podważenia. Kto obecnie ma plany podziemnych bunkrów i tuneli pod Nową Hutą, nie wiem. Na pewno mają jakieś organizacje wojskowe.
Kto ma plany bunkrów podziemi i wszelkich połączeń pod miasteczkiem fabryk, głównie wojskowych, zwanym Azovstal, też nie wiemy, ale z całą pewnością takie plany, czy też te, według których było to budowane czy później rozbudowywane, musiały być w rękach oficerów GRU.Przy rozpadzie Związku Sowieckiego w 1989 ta część GRU, która pozostawała na terenach Rosji, z całą pewnością takie plany miała.
Mówię to w związku z tym, że obecnie siły pułków Azow[to są te pułki które zostały przez wiele państw uznane za grupy terrorystyczne, zwane przez świadomych a nieżyczliwych „bojówkarzami”, OUN itp] , które okupują podziemia Azovstalu, otóż grupy te mają połączenia ze światem zewnętrznym przy pomocy nie tylko internetu, telewizji, ale również zespołu podziemnych tuneli. Wychodzą one, ukryte, w różnych miejscach czy to pól czy lasków wokół Mariupola,a także w samym Mariupolu. Dlaczego tylko część z tych tuneli jest znana atakującym siłom rosyjskim nie wiem, ale z całą pewnością jest potwierdzone, że na niektóre wyjścia z tych tuneli atakujący, to znaczy strona rosyjska natykali się przypadkowo. Nie mogli tam wejść, więc pompowali wodę by, jak sądzili, zalać podziemia. Podobno również rzucano tam gaz usypiający czy jakiś inny gaz działający na organizm ludzki, ale skończyło się to niepowodzeniem, ponieważ od wewnątrz zamknięto pancerne bramy tego właśnie tunelu do bunkrów i dalej ani woda ani te gazy dalej się do środka nie przedostały. [Por. filmik na końcu]
Jest dla nas zagadką, dlaczego te plany, które z całą pewnością ma GRU w Rosji – nie są używane do – na przykład masowego wejścia wszystkimi wejściami do tuneli równocześnie lub do puszczenia wszystkimi tymi wyjściami do środka jakiegoś materiału szkodzącego, na przykład właśnie wody czy gazu usypiającego. Bunkry to nie są tak zwane „schrony przeciwatomowe”, oczywiście i tę rolę one miały pełnić, ale z całą pewnością oparły się również potwornym wielotonowymbombom burzącym, np. FAB3000[projektowane jeszcze w latach 30-tych zeszłego wieku, ulepszane i zbudowane ok 1950-go], które zostały spuszczone na przypuszczalne miejsca znajdowania się tych bunkrów przez lotnictwo rosyjskie w ostatnich tygodniach. Wojskowi rosyjscy martwią się, że nie mieli samolotów zdolnych do transportu bomb FAB 9000. Brrr…
Muszę dodać, że według oficerów, którzy znali te plany, że same bunkry są „dowcipnie” umieszczone, na przykład pod jakimś budynkiem wiejskim albo pod przedszkolem, żeby wiadomo było że uderzenie bomby w takie przedszkole – no to z przyczyn humanitarnych jest właściwie wykluczone czy ciężko uzasadnialne.
Przejdźmy do aktualnej sytuacji bojowej wokół Azovstal-i. W tych wielopiętrowych bunkrach i podziemiach pod miasteczkiem przemysłowym podobno kryje się rzędu 1000 bojowników z pułków Azow i „doradców”. Otoczeni przez wojska rosyjskie z wszystkich stron, jedyny kontakt ze światem zewnętrznym mają może przez jakieś pozostawione jeszcze tajne tunele, ale jest to wątpliwe. Natomiast komunikują się swobodnie przy pomocy internetu [Jak to możliwe???]. Dlaczego strona rosyjska nie spowodowała totalnego zagłuszania tych jednostek bojowych w Azovstali, nie rozumiemy.
Parę dni temu pełniący obowiązki ich dowódcy w dramatycznym wystąpieniu zażądał od prezydenta Ukrainy Żełenskiego – natychmiastowej interwencji, pomocy wojskowej. Żełenski odpowiedział w telewizji i radio, że wojska ukraińskie są w minimalnej odległości 120 km od Azovstali, więc interweniować nie mogą i nie będą mogły. Cała przestrzeń powietrzna wschodnich obszarów Ukrainy jest jednoznacznie pod kontrolą sił rosyjskich, więc jakiekolwiek desanty czy zrzucanie broni czy żywności są też wykluczone.
Putin, chyba jako rzecznik sztabu generalnego armii rosyjskiej, parę dni temu powtórzył – włożony w jego usta rozkaz sztabu, by wstrzymać operację bojowe przeciwko resztkom pułków Azow, ale w ten sposób, by – jak się wyraził –i mucha stamtąd swobodnie nie odleciała. Trochę zapewne przesadził, bo pojedynczy żołnierze przez któryś z tych nierozpoznanych jeszcze tuneli wyjściowych uciekali, ale zostali złapani. Wszyscy???
Natomiast od paru dni tak przy pomocy ulotek, jak i przy pomocy radia czy też megafonów, siły przebywające w bunkrach pod Azovstal są informowane, że mogą spokojnie wyjść, będą mieli zachowane życie, jeśli wyjdą z białą szmatą czyli poddadzą się. Ponieważ dowodzący tymi siłami Azow powtarza dramatyczne wołanie, że mogą się utrzymać najwyżej parę dni, to cóż prostszego byłoby dać kije z białymi szmatami, na początek wszystkim cywilom, kobietom czy dzieciom, żeby ci cywile mogli wyjść [jeśli oni tam rzeczywiście są, to do podziemi zostali zabrani].
Fakt że od kilku dni nie wypuszczono żadnych cywilów, płaczących kobiet z dziećmi przy piersi, spod ziemi, spod gruzu fabryk, świadczy, że ci cywile, te kobiety są tam przetrzymywani jako zakładnicy.
Według danych wywiadów w pułapce pod Azovstalą znajduje się również co najmniej kilkudziesięciu oficerów państw zachodnich, NATO, przypuszczalnie również oficerów polskich, którzy przedtem doradzali w wojnie przeciwko Rosji. Dla państw NATO to byłoby z kolei kompromitujące, gdyby ci oficerowie dostali się jako jeńcy w ręce armii rosyjskiej. Musieliby wtedy zeznawać o swoich zupełnie przecież nielegalnych działaniach w wojnie na Ukrainie. Czy zostaną oni tam wymordowani, jako kompromitujący, a jako katów ogłosi się wojska rosyjskie?
A ruskom na wymianę się też przydadzą, nie tylko do zeznań…
Spośród tych około 1000 bojowników czy żołnierzy ukraińskich, prywatnych pułków Azowi podobnych ugrupowań, fanatykami, którzy wolą tam zginąć, niż iść w niewolę do Rosjan, jest zapewne tylko kilku, może najwyżej kilkunastu dowódców. Cała reszta tych nieszczęsnych chłopców jest więc również zakładnikami jakiejś obłędnej ideologii. Oczekujemy z niepokojem jak ta sytuacja zostanie w najbliższych dniach rozwiązana, bo nie widać, najprawdopodobniej nie ma możliwości, żeby obecna sytuacja trwała dłużej niż kilka dni.
======================
mail:
Kompleks Azovstal 160 hektarów, ale 24 km obwodu. Miasto pod miastem; sześć poziomów, dawny schron przeciw–atomowy dla 40 000 ludzi. Modyfikowany od 2014 przez speców z NATO. Własna komunikacja podziemna itd .
Представители неонацистского полка «Азов» (*экстремистская группировка запрещенная в России) публикуют видео с откровенным пропагандистским налётом. На видео показано, как несколько человек в военной форме с нашивками «Азова»*, спускаются в подвал, причём один из этих лиц демонстративно на камеру заявляет, что «немного детям еды привезли». При этом видно, что с собой эти люди несут синий пакет, но содержимое его на камеру не демонстрируется. Лишь тот, кто снимает, говорит следующее:
Трошки привезли вам сладости. Трошки пособирали. Далее начинается, собственно говоря, та работа, ради которой сюжет и был затеян. Людям задают вопрос о том, где они находятся, какое сегодня число и в течение какого времени они в этом подвале находятся.
Опрошенные женщины и дети говорят о том, что находятся они на комбинате «Азовсталь» в Мариуполе, что еды и воды практически не осталось, что праздником для них является возможность пить горячий чай. И практически каждый из опрошенных говорит о необходимости предоставить «гуманитарный коридор». Причём говорят о коридоре для вывоза во Львов.
Если эти женщины и дети действительно находятся в бомбоубежище «Азовстали», то, исходя из видео, боевики «Азова» либо сознательно не сообщают им о том, что ежедневно с 14:00 до 16:00 открываются те самые гуманитарные коридоры, о которых они просят. Мало того, в любой момент из «Азовстали», как прекрасно известно теперь уже всему миру, можно выйти, подняв над собой белую ткань, определив тем самым свои намерения. Либо находящиеся в бомбоубежище прекрасно знают о такой возможности, но ими как живыми щитом продолжают пользоваться боевики «Азова». Есть ещё и третий вариант – когда многие из этих людей, зная о гуманитарных коридорах, просто боятся выйти наружу, так как от «защитников», которые приносят «трошки сладостей» можно ожидать и пули в спину, которую потом попытаются выдать за «военное преступление» бойцов ДНР или ВС РФ.
Как бы там ни было, но факт очевиден: «Азов» сам расписывается в том, что держит людей в заложниках, зная о предоставлении возможности выхода с территории комбината «Азовсталь». И это типичная террористическая деятельность, которую можно сколько угодно пытаться скрывать благими намерениями. Основная задача – выйти самим. Женщины и дети – как предмет откровенно грязного торга.
Мало того, это видео ставит и ряд вопросов: например, вопрос о том, если боевики приносят продукты гражданским лицам на «Азовстали», то почему несколько часов назад замкомандира экстремистского формирования С.Паламар в эфире британского канала (утверждал, что ведёт запись с мариупольского комбината) заявлял, что с мирными гражданами на «Азовстали» у него нет связи и он не знает, сколько людей находится в бомбоубежище?
Ещё вопрос о горящем ярком свете в подвалах, о заряженных телефонах как заявлено, «Азовстали» – при учёте того, что большинство кварталов Мариуполя обесточены. Опять же – если есть электричество и связь, то почему Паламар заявлял об отсутствии у него связи с гражданскими на территории предприятия?
Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc, a ani rozstrzygnięcia, ani końca nie widać. Trudno się temu dziwić w sytuacji, gdy na Ukrainie Rosja prowadzi wojnę z NATO. Wprawdzie NATO nie jest bezpośrednio zaangażowane w operacje wojskowe, ale, pod pretekstem samoobrony, dostarcza Ukrainie broń, amunicję i inne materiały wojenne za darmo, więc nie można tego nazwać zwyczajnym handlem.
Tylko do 27 lutego USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Polska Belgia, Czechy, Holandia, Grecja, Litwa, Łotwa, Estonia, Portugalia, Rumunia, Słowacja, dostarczyły tam różnego rodzaju broń ogromnej wartości. Tylko USA do 27 lutego przekazały Ukrainie broń za prawie 3 miliardy dolarów, a przecież to był dopiero początek. Polska, przez którą przechodzi większość tych dostaw, zachowuje się wzorowo, bo – jak zauważył rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych pan Łukasz Jasina – „jesteśmy tutaj sługami narodu ukraińskiego, jego próśb”. Ta deklaracja była niewątpliwie szczera, toteż nic dziwnego, że władze ukraińskie zachowują się wobec opieszałych państw NATO mocarstwowo, zapewne w przekonaniu, że tak będzie również po wojnie, a może nawet zawsze? Być może właśnie dlatego została tam przyjęta jeszcze w lipcu ubiegłego roku ustawa o „rdzennej ludności Ukrainy”, która co prawda – jak się wydaje – dotyczy przede wszystkim Krymu, ale można też będzie interpretować ją szerzej – jak zajdzie taka potrzeba.
Na razie jednak wojna trwa, więc mamy trzy możliwości.
Pierwsza – że Ukraina tę wojnę wygra. Za wygranie uważam wyparcie Rosji ze wszystkich części państwa ukraińskiego, łącznie z Krymem. W takiej sytuacji Ukraina stałaby się niewątpliwie rodzajem regionalnego mocarstwa tym bardziej, że niezależnie od wyniku wojny, napłyną tam kolejne miliardy nie tylko na armię, ale również – na odbudowę ze zniszczeń. Czy w tych kosztach partycypowałaby również Rosja? Prawdopodobnie, gdyby jej klęska była spektakularna, czego wykluczyć przecież nie można, zwłaszcza opierając się na komunikatach ukraińskiego Sztabu Generalnego czy wywiadu.
Druga możliwość jest taka, że Ukraina tej wojny nie wygra, ale też nie przegra. Wtedy Rosja zajmie wschodnią, uprzemysłowioną część Ukrainy, odetnie ją od Morza Czarnego, pozostawiając w gestii ukraińskich władz słabiej uprzemysłowioną część zachodnią – dlatego w takim przypadku nie można mówić o wojnie przegranej przez Ukrainę. Z polskiego punktu widzenia ta możliwość wydaje się najbardziej korzystna, bo nadal mielibyśmy na wschodzie niepodległą Ukrainę, w dodatku – trwale skonfliktowaną z Rosją – ale nie mocarstwową.
Wreszcie możliwość trzecia – że Ukraina tę wojnę przegra, to znaczy – Rosja zmusi ją do kapitulacji, to znaczy – zainstaluje tam „bratni” rząd i zawrze z nim układ o przyjaźni – jak ze zbuntowanymi republikami: doniecką i Ługańską. Najbardziej prawdopodobna wydaje się dziś możliwość druga, bo – jak pokazuje sytuacja na froncie – Rosja uzyskanie lądowego korytarza do Krymu ma już w zasięgu ręki, podobnie jak odcięcie Ukrainy od wybrzeża czarnomorskiego. W tej sytuacji to Rosja jest zainteresowana w jak najszybszym zakończeniu działań wojennych i zawarciu z Ukrainą pokoju, a przynajmniej rozejmu, w którym Ukraina tę zmianę swoich granic przyjęłaby do wiadomości, nawet bez formalnego uznania.
Musimy bowiem pamiętać, że i Rosja nie może zbytnio przeciągać struny, bo przecież na Ukrainie wojuje z NATO – co prawda do ostatniego Ukraińca, niemniej jednak. Doświadczenia II wojny światowej, w której starła się „rasa”, „masa” i „kasa” pokazują, że rozsądek nakazuje, by z „kasą” się liczyć.
Porzućcie marzenia
Wspominam o tym wszystkim dlatego, że wojna na Ukrainie rozpaliła wyobraźnię wielu polskich patriotów do tego stopnia, że własne marzenia zaczynają brać za rzeczywistość. Czy naprawdę, czy tylko w nadziei, że w ten sposób przypodobają się Naczelnikowi Państwa, który w nagrodę hojnie ich wyfutruje za pośrednictwem spółek Skarbu Państwa – o to mniejsza – chociaż wykluczyć tego nie można, choćby z powodu, że ma on skłonności do – jak to nazwał Aleksander Smolar na etapie, gdy panu red. Michnikowi wywietrzał już z głowy entuzjazm do prezydenta Lecha Kaczyńskiego – „postjagiellońskich mrzonek”. Te „mrzonki” polegają na przekonywaniu, że Rosję, która jest „niepoprawna, trzeba „zniszczyć”, a wtedy, w wytworzonej w ten sposób politycznej próżni, powstanie organizm przypominający Rzeczpospolitą Obojga Narodów, oczywiście z Polską, jako jej politycznym kierownikiem.
Jest to wizja wprawdzie piękna, ale chyba zbyt piękna, by była prawdziwa. Rzecz w tym, że od czasów mocarstwowej Rzeczypospolitej, we Wschodniej Europie trochę się zmieniło. W XIX wieku zaczęły kształtować się tam nacjonalizmy: ukraiński, litewski i nieco później – białoruski – które powstawały w opozycji do polskości – i tak już zostało. Czy tak zostało z powodu podjudzania tych nacjonalizmów przez Niemcy i Rosję w celu szachowania Polski, czy też złożyły się na to również antypolskie antagonizmy na tle socjalnym, o to mniejsza, bo ważniejsze jest to, że ani Ukraina, ani Białoruś, ani nawet Litwa nie chcą nawet słyszeć o poddaniu się polskiemu kierownictwu politycznemu.
Jeśli już widzą jakąś wspólnotę z Polską, to raczej na zasadzie sformułowanej właśnie przez rzecznika MSZ w Warszawie pana Jasinę, który – chociaż został za to ofuknięty – może mieć więcej oleju w głowie niż Naczelnik Państwa, a w każdym razie – więcej poczucia rzeczywistości. Warto w tym miejscu przypomnieć, że „postjagiellońskim mrzonkom” prezydenta Lecha Kaczyńskiego położył kres prezydent USA Barack Obama, dokonując 17 września 2009 roku słynnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, którego politycznym owocem było proklamowane 20 listopada 2010 w Lizbonie „strategiczne partnerstwo NATO-Rosja”, będące najważniejszym postanowieniem „porządku lizbońskiego”, którego kamieniem węgielnym był podział Europy w strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. I chociaż pod koniec 2013 roku prezydent Obama wysadził ten porządek w powietrze, z czego natychmiast skorzystała Rosja, by oskubać Ukrainę, to z „postjagiellońskich mrzonek” naszych Umiłowanych Przywódców pozostały jedynie kabotyńskie, lizusowskie okrzyki, jakie wydawali na kijowskim „majdanie” pod adresem Ukraińców.
Teraz było podobnie: „koncepcję” Naczelnika Państwa, by pod pretekstem uzbrojonej po zęby „misji pokojowej” NATO na Ukrainie wciągnąć Sojusz Atlantycki w „niszczenie Rosji”, zlikwidował prezydent Biden po wysłuchaniu opinii państw poważnych, a prezydent Zełeński, najwyraźniej przez kogoś oświecony, też się od „koncepcji” zdystansował się udając, że jej „nie rozumie”, chociaż zrozumiał w lot, a prawdziwe powody wyjaśnił już w następnym zdaniu: „Na szczęście albo niestety, to jest nasz kraj, a ja jestem prezydentem, więc to my będziemy decydowali, czy będą tu inne siły”.
On najwidoczniej też uważa, podobnie jak pan rzecznik MSZ Jasina, że Polska, jeśli już, to co najwyżej może być „sługą narodu ukraińskiego” oczywiście pojmowanego według kryteriów przewidzianych w ustawie „o rdzennej ludności Ukrainy”. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że znaczna część narodu ukraińskiego już przeniosła się do Polski, która właśnie służy mu, jak tylko może, poczytując to sobie za cnotę. Czy ten kubeł zimnej wody na Naczelnika podziałał – nie można wykluczyć, bo zaraz po fiasku „koncepcji” proklamował powrót do rozdziobywania katastrofy smoleńskiej. Przy jej pomocy „zniszczyć Rosji” się jednak nie da, ale oczywiście zaprzyjaźnione media będą nadal opływały w dostatki.
Nasz wybór
W tej sytuacji Polska ma dwa wyjścia: albo pozostać w Unii Europejskiej, to znaczy – pożegnać się już nawet nie z „postjagiellońskimi mrzonkami”, ale nawet z mrzonkami o niepodległości i zgodzić się na status niemieckiego landu w IV Rzeszy, albo podjąć próbę przyłączenia się do Stanów Zjednoczonych, jako kolejny stan tego państwa. To co prawda oznaczałoby również konieczność rezygnacji z mrzonek o niepodległości, ale – jak w swoim czasie mówił mi Guy Sorman – porównywać można tylko możliwości istniejące z istniejącymi. Zatem tak naprawdę stoimy przed alternatywą – czy zostać niemieckim landem, czy stanem USA. Jaka jest nasza sytuacja jako niemieckiego landu – to już mniej więcej wiemy na podstawie doświadczeń dotychczasowych – a ona może tylko się pogarszać w miarę, jak w Unii Europejskiej będzie narastał socjalizm, a presja na promocję sodomczyków i ekologizmu będzie narastała do poziomu paranoi.
Stany Zjednoczone od pewnego czasu pod tym względem lepiej nie wyglądają, ale tam pozycja prezydenta Bidena i Partii Komunis…, to znaczy pardon – oczywiście Partii Demokratycznej, nie jest taka znowu silna, by to się nie mogło zmienić, a ponadto – w odróżnieniu od Unii Europejskiej, panuje tam większy pluralizm prawny. Na przykład, mimo że w USA panuje zakaz poligamii, senat stanu Utah zdecydował, że w tym stanie nie jest ona przestępstwem, tylko wykroczeniem, za które grozi symboliczna grzywna, a jest to zaledwie wstęp do całkowitej legalizacji wielożeństwa. Zatem, chociaż administracja prezydenta Józia Bidena forsuje wszystkie możliwe zboczenia, być może udałoby się uchronić Polskę jako jeden ze stanów USA przed tą plagą?
Wprawdzie Polska leży daleko od Ameryki Północnej, ale Hawaje też leżą ponad 3500 kilometrów od zachodniego wybrzeża, czyli w odległości mniej więcej takiej jak Portugalia od Polski, więc niekoniecznie musiałoby to być przeszkodą tym bardziej, że Izrael, który wprawdzie formalnie nie jest stanem USA, przecież wywiera na politykę tego państwa znacznie większy wpływ niż np. Arizona, a leży od Ameryki jeszcze dalej. Odległość, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, nie powinna być problemem, zatem zajmijmy się potencjalnymi korzyściami takiej zmiany.
Co prawda musielibyśmy pożegnać się z mrzonkami o niepodległości, ale w Unii Europejskiej nie mamy żadnej innej alternatywy, co zostało postanowione w traktacie z Maastricht, który wszedł w życie w 1993 roku. W tej sytuacji opowieści o „Europie Ojczyzn”, to kolejna mrzonka, jeszcze większa od tych „postjagiellońskich”. Szkoda każdego słowa. Gdyby tedy Polska została kolejnym stanem USA, to nie musielibyśmy z trwogą i niepewnością myśleć o art. 5 traktatu waszyngtońskiego, bo on nie miałby tu nic do rzeczy, zaś ewentualny atak Rosji na Polskę byłby już uderzeniem na Stany Zjednoczone. Jak pamiętamy, nigdy nic takiego się nie zdarzyło, bo zgodnie z doktryną elastycznego reagowania i Rosja i USA konfrontują się ze sobą bezpośrednio, ale na przedpolach, np. na Ukrainie. W tej sytuacji Ameryka przestałaby promować w Polsce narwańców, na czym nasza scena polityczna mogłaby tylko skorzystać. Nie musielibyśmy też kombinować, za co uzbroić dodatkowe 200 tys. żołnierzy, o których chcemy powiększyć naszą niezwyciężoną armię, bo zatroszczyłyby się o to Stany Zjednoczone, nawet bez specjalnych próśb z naszej strony. Zresztą skoro już teraz pan prezydent Duda mówi o kilkunastu, a w porywie serca gorejącego – nawet o kilkudziesięciu tysiącach żołnierzy amerykańskich w Polsce, to gdyby było ich 300 tysięcy, wielkiej różnicy by nie było tym bardziej, że i tak i tak podlegaliby oni rozkazom z Waszyngtonu, natomiast rozkazom Warszawy mogłaby podlegać obrona terytorialna – jak w USA gwardia narodowa.
Po drugie jako stan USA musielibyśmy wystąpić z Unii Europejskiej, za co prawdopodobnie nie spotkałyby nas żadne konsekwencje, przynajmniej dopóty, dopóki wojska amerykańskie stacjonują w Niemczech. Nie byłoby łamania sobie głowy, czy przystępować, czy nie przystępować do unii walutowej, bo walutą naszą stałby się dolar. Nie muszę dodawać, że moglibyśmy w jednej chwili plunąć na wszystkie „wyroki” TSUE i nie przejmować się karami, jakie na nas nakłada, bo Ameryka zaraz pokazałaby mu ruski miesiąc. Niewiarygodne, ale dzięki przystąpieniu do USA, moglibyśmy przestać się obawiać nawet o roszczenia żydowskie. Żydzi w stosunku do USA żadnych roszczeń majątkowych nie wysuwają, kontentując się subwencją rządu amerykańskiego, którą – jak piszą uczeni politologowie w książce „Lobby izraelskie w USA” – zaraz pożyczają temu rządowi na wysoki procent. Wprawdzie Stany Zjednoczone przyjęły ustawę nr 447, ale przecież ani myślą zmieniać własnego prawa w taki sposób, w jaki sugerowały tam Polsce, więc również pod tym względem byłoby bezpiecznie.
Jedyną trudność, jaką widzę, to kwestie językowe, ale to rzecz mniejszej wagi, bo – po pierwsze – coraz więcej młodych ludzi używa cudzoziemskich słów, jak „hejt”, albo inne takie, po drugie – w Stanach Zjednoczonych też nie wszyscy mówią po angielsku, nawet przeciwnie – coraz więcej mieszkańców USA mówi językiem hiszpańskim i na przykład nawet na lotnisku w Chicago już kilka lat temu zauważyłem napisy w obydwu językach, chociaż przedtem były tylko po angielsku. No to dlaczego w naszym stanie język polski nie miałby być dominujący – oczywiście obok urzędowego angielskiego? Jak widzimy, chyba będziemy musieli zrewidować nasze dotychczasowe spojrzenie na to, co realne i to, co nierealne, bo ewentualny akces do USA jest chyba bardziej prawdopodobny, a przede wszystkim – bardziej realistyczny – niż „postjagiellońskie mrzonki” starzejącego się Naczelnika Państwa.
Pamiętam czasy, gdy telefon był użytecznym i cenionym urządzeniem. Rewolucja cyfrowa, jeden z najbardziej niefortunnych wynalazków ludzkości, sprawiła, że telefon stał się utrapieniem i zagrożeniem.
Telefon jest tak uciążliwy, że większość ludzi już nie odbiera, gdy on dzwoni, a nawet nie zadaje sobie trudu, by skonfigurować funkcję nagrywania wiadomości telefonicznych. Telefon jest tak uciążliwy, że wiele osób nie używa go nawet do dzwonienia. Zamiast tego wysyłają SMS-y, a na SMS-y tylko odpowiadają.
Dziewięćdziesiąt pięć procent telefonów, które odbieram, to oszustwa, telemarketing i robo-marketing. Telefon stwarza nieustanne utrudnienia. Nie odbieram i polegam na automatycznej sekretarce.
Nikt, do kogo dzwonię, też nie odbiera. Nawet firmy. Niedawno zadzwoniłem do medycznego centrum diagnostycznego, w którym wykonuje się badania w ramach corocznych badań kontrolnych, aby potwierdzić wizytę. Długie nagranie w dwóch językach wyjaśniło mi wszystko, czego nie musiałem wiedzieć, ale w końcu i tak nie można było się skontaktować z żadną żywą osobą w centrum diagnostycznym. Za to mogłem (musiałem) wejść do Internetu, utworzyć konto, uzyskać hasło i w końcu nawiązać jakiś kontakt. Innymi słowy, to, co wcześniej telefon załatwiał w 30 sekund, teraz zajmowało godzinę lub dwie na samo ustalenie sposobu zadania pytania. Robot po drugiej stronie nie powiedział, jak długo mam czekać na odpowiedź.
Wszyscy już pewnie zauważyli, że bez względu na to, czy dzwonimy do banku, firmy obsługującej karty kredytowe czy dostawcy mediów, połączenie z żywym człowiekiem jest najtrudniejszym i najbardziej frustrującym zadaniem w ciągu dnia. Każdy zauważył, że nagrany komunikat mówi, że „W tej chwili mamy do czynienia z nietypowym natężeniem połączeń. Czas oczekiwania wynosi 1 godzinę i 45 minut. Pozostań na linii lub zostaw numer zwrotny, a my oddzwonimy do Ciebie za około godzinę i 45 minut„.
Pamiętam czasy, gdy dzwoniąc do banku, zakładu energetycznego czy firmy obsługującej karty kredytowe, połączenie było odbierane już po trzecim dzwonku, a osoba, z którą się kontaktowano, potrafiła rozwiązać każdy problem lub pytanie.
Rewolucja cyfrowa umożliwiła firmom narzucenie klientom kosztów prowadzenia działalności. To Twój czas jest wykorzystywany na słuchanie nagranych wiadomości, które nie mają dla Ciebie żadnej wartości, i oczekiwanie na oddzwonienie. Często osoba oddzwaniająca nie jest przeszkolona w zakresie obsługi Twojego pytania, a Ty przechodzisz przez cały proces od nowa.
Rewolucja cyfrowa sprawiła, że telefon stał się urządzeniem, które rządy i korporacje wykorzystują do szpiegowania użytkowników. Prywatność to już przeszłość. Dziś jest ona nieznana, a samo słowo prawdopodobnie zniknie ze słownika. Telefony służą dziś jako komputery do ciągłego surfowania po Internecie. Twoje wizyty są rejestrowane, a ujawnione zainteresowania sprzedawane marketingowcom, a w razie podejrzeń alarmowane są władze. Niezależnie od tego, co ludzie robią – spacerują po plaży, siedzą w barze, jedzą w restauracji, prowadzą samochód, pracują zawodowo lub uczestniczą w spotkaniu – telefon jest wszechobecny, tak jak kciuk przewijający stronę. Jednak jego pierwotne zastosowanie – do komunikacji z drugim człowiekiem – jest już nieaktualne.
KOMENTARZ BIBUŁY: Zgadzamy się, że suma summarum „Rewolucja cyfrowa to jeden z najbardziej niefortunnych wynalazków ludzkości”. Mogłoby być inaczej, rozwój technologii cyfrowej mógłby przynieść niemal same korzyści, ale nie jest on neutralnym wytworem, bo rozwojowi nie przyświecają nobliwe idee pomocy człowiekowi. Komercyjny rozwój stał się narzędziem służącym ideologizacji życia społecznego; patologizacji (np. gry komputerowe); wyzwalaniu najniższych instynktów (np. pornografia) oraz ślepej pogoni za zyskami.
Ponadto, niemal każdy mógłby przywołać podobne do Autora doświadczenia z zetknięciem się z tymi zdobyczami technologicznymi zastosowanymi w sektorze państwowym czy bizensowym. Czekanie godzinami na połączenie, zupełna niemoc w załatwieniu podstawowych spraw administracyjnych, odsyłanie od jednego miejsca do drugiego – a wszystko tak zręcznie zaprogramowane aby nie pomóc, a utrudnić życie.
Weźmy przykład, któremu przygądaliśmy się z bliska: osoba próbuje złożyć dokumenty na otrzymanie emerytury. Sprawa pilna o tyle, że trzeba złożyć wniosek i stosowne dokumenty w odpowiednim przedziale czasowym. W USA załatwia się to w urzędzie Social Security (SS), który niestety od dwóch lat… jest całkowicie zamknięty. Żaden urząd SS – a jest ich 1200 w kraju – nie jest otwarty i wszystkie sprawy załatwiane mają być online oraz przez telefon. Online można niektóre sprawy rzeczywiście załatwić, choć najczęściej z wieloma trudnościami, ale można, natomiast gdy przychodzi sporna kwestia (a jest ich niezliczona ilość, bo przepisy są tak tworzone, aby rozwiązanie tych „spornych kwestii” dawać do roztrzygnięcia urzędnikowi) konieczna jest rozmowa telefoniczna. Dzwonimy więc pod wskazany numer, po labiryncie opcji (najpierw powitanie dwujęzyczne, potem wciśniej 1-3-6-4-7 ) można w końcu doczekać się możliwości wciśnięcia upragnionego zero, czyli połączenia z człowiekiem. Po kilkunastominutowym krążeniu i naciśnięciu na zero, uzyskujemy połączenie z… automatem, który mówi nam, że „z uwagi na zwiększoną liczbę połączeń, prosimy zadzwonić w innym terminie”. I tak od dwóch lat… z powodu „pandemii” i „szalejącego kowida”.
Należałoby przypomnieć, że urząd SS w tejże zdigitalizowanej Ameryce zatrudnia 60 tysięcy osób, a budżet roczny tej federalnej agecji wynosi 1,3 biliona dolarów (ang. trillion). Za tę kwotę można zafundować wysokie apanaże rządowym oficjelom, lecz nie można stworzyć normalnie funkcjonującego urzędu. Ale przecież o to właśnie chodzi, bo tak jest by design.
Jak informują rosyjskie źródła, USA planują w swojej bazie wojskowej w Ramstein (Niemcy) konferencję państw wspierających militarnie Ukrainę
Na najbliższy wtorek, 26 kwietnia USA zaprosiły do swojej bazy lotniczej w Ramstein ministrów orony państw zachodnich by wspólnie omówić kwestię udzielania pomocy wojskowej rządowi w Kijowie. W spotkaniu mają wziąć udział przedstawiciele ponad 20 państw, bo tyle w międzyczaie jest zaangażowane w dostarczanie pomocy wojskowej Ukrainie.. Jak wyjaśniło Ministerstwo Obrony USA, celem spotkania jest wypracowanie wspólnej długoterminowej (!) koordynacji w zakresie potrzeb wojskowych Ukrainy, „aby zapewnić poszanowanie suwerenności Ukrainy”. Na spotkaniu zostanie dokonana ocena sytuacji bojowej oraz zostaną przyjęte środki mające na celu wzmocnienie ukraińskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, również po zakończeniu operacji wojskowych. Spotkanie nie odbędzie się jednak w formacie NATO, lecz w szerszym gronie.
Według rzecznika Pentagonu Johna Kirby’ego, na Ukrainę odbywa się obecnie 8-10 lotów dziennie [najwyraźniej mowa jest tu o lotach wojskowych samolotów transportowych z Polski] dostarczających sprzęt wojskowy i broń. Według niego, mimo że sprzęt jest pochodzenia zachodniego, Siły Zbrojne Ukrainy dobrze radzą sobie z jego opanowaniem, m.in. dzięki temu, że proces szkolenia został zorganizowany poza granicami Ukrainy.
Ponad tydzień temu Władimir Putin powiedział, że Zachód, dostarczając systemy bojowe siłom zbrojnym, popycha rząd kijowski do rozlewu krwi. Ostrzegł, że transporty wojskowe będą przez armię rosyjską ostrzeliwane.
PS: W zeszły czwartek, 21 kwietnia ukraiński samolot transportowy An-26 spadł w północnej części obwodu zaporoskiego. Oficjalna wersja podawana przez stronę ukraińską głosi, że samolot zahaczył o linię energetyczną. Jak jednak widać na poniższym zdjęcou linie wysokiego napięcia w pobliżu miejsca wypadku są nienaruszone. Najprawdopodobniej było to samobójcze omyłkowe zestrzelenie z przenośnego systemu obrony powietrznej którym ukraińska obrona terytorialna dysponuje od niedawna.
Nie toczyła się żadna dyskusja. Nieoficjalnie wiele osób oczywiście mówiło, że to i tamto jest bez sensu, albo przesadzone. Były takie głosy. Ale oficjalnie wszystko było uładzone (…) To wszystko szło w kierunku takim, że jeszcze krok, jeszcze dwa i bylibyśmy w Chinach – mówi w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” dr Paweł Basiukiewicz.
Piotr Żak: Gdy ten numer trafi do rąk naszych czytelników miną dokładnie dwa tygodnie od przestawiania przez rząd covidowej wajchy. Nagle, z dnia na dzień, śmiercionośny wirus przestał panoszyć się w galeriach handlowych, a zastępy policjantów opuściły warszawskie metro, gdzie mundurowi regularnie polowali na bezmaseczkowców. Poza drobnymi wyjątkami nie trzeba już zasłaniać ust i nosa w pomieszczeniach zamkniętych, zniesiono obowiązek kierowania na izolację i kwarantannę z powodu COVID-19. Rząd zamiast nakazywać, obecnie tylko rekomenduje. Skąd ta nagła zmiana? Wirus przestraszył się Putina? Politycy poszli po rozum do głowy?
Dr Paweł Basiukiewicz: Nie wiem. Wierzę, że liczby – znane na pewno ministerstwu – zgonów poza szpitalnych, zgonów ponadwymiarowych, oraz realny bilans tej pandemii czyli zahamowanie dostępu do systemu ochrony zdrowia, a także stres w jaki wtrącono społeczeństwo, straty edukacyjne, wzrost częstości występowania chorób psychicznych u dzieci, prób samobójczych wśród najmłodszych, że to wszystko jednak dotarło do tych ludzi. Bardzo dobrze, że oni się z tego wycofali. Bardzo mnie to cieszy. Natomiast gdzieś w tym wszystkim, w narracji towarzyszącej temu wycofaniu się z obostrzeń, rozbrzmiewa taka fałszywa nuta, która każe się bać, że być może decydenci zechcą do restrykcji wrócić jak tylko będzie dużo zakażeń itp. Tymczasem wiemy, że wycofano się z obostrzeń w momencie, kiedy zakażeń i zgonów było więcej niż średnia z pandemii. A jak sobie na szybko policzyłem, średnia z pandemii to było około 7 tys. zakażeń i sto kilkanaście zgonów przypisanych do C19 na dobę (gdy minister Niedzielski, 24 marca, zapowiadał zniesienie restrykcji to informował o 8994 nowych przypadkach COVID – dop. red.)
To wszystko nie ma więc nic wspólnego z domniemaną ochroną przed wirusem. Mam więc nadzieję, że po prostu ktoś poszedł po rozum do głowy i zobaczył, że obostrzenia (właściwie: izolujące społecznie interwencje niefarmaceutyczne), powodują więcej szkód niż zysków…
Bardzo mnie cieszy ten optymizm. Chciałbym go w pełni podzielać. Niestety już przynajmniej raz żegnaliśmy covidowe restrykcje. Premier, w lipcu 2020 r., w Tomaszowie Lubelskim apelował o mobilizację podczas drugiej tury wyborów prezydenckich. – Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. To jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się go bać – przekonywał niecałe dwa lata temu, oczywiście bez maseczki na twarzy…
Ta zmiana jest inna. Wtedy to była tylko zmiana narracji, to było w zasadzie tylko jedno przemówienie. Teraz mamy realną zmianę w przepisach. W lipcu 2020 roku przepisy dotyczące izolacji, kwarantanny, testowania osób w szpitalach obowiązywały i były drakońskie. Należało się ich obawiać z nadejściem jesieni, kiedy było więcej infekcji, a przepisy multiplikowały szkody. W tej chwili zostały one wycofane. Nie ma kwarantanny, nie ma izolacji, nie ma testowania… Aczkolwiek przy tym ostatnim trzeba postawić cudzysłów. Po prostu NFZ zaprzestał refundowania testów PCR. Jednostki medyczne mogą je zlecać, ale muszą same za nie płacić. To są drogie testy. Wiadomo, że każdy dyrektor np. szpitala będzie się łapał za kieszeń. Natomiast 22 marca powstał dokument, opublikowany trochę później, ja na niego trafiłem 1 kwietnia, w którym napisano, że nie zaleca się testowania populacyjnego osób bezobjawowych. W dokumencie przekonywano, że istnieje bardzo duże ryzyko, że wśród testów pozytywnych, u osób bezobjawowych, będzie dużo wyników fałszywie pozytywnych; takich, które nam nieprawidłowo wskażą osobę zdrową jako chorą. To był dokument sygnowany przez Agencję Oceny Technologii Medycznej i Taryfikacji (AOTMiT). Jego autorem był m.in. prof. Horban. Publikacja została jednak wycofana ze strony NFZ. Obecnie można tam znaleźć informację o wycofaniu się z refundacji testów PCR, natomiast dokument, w którym to jest umotywowane zniknął. Wzbudził on dość dużo kontrowersji zwłaszcza po stronie tych, nazwijmy to, prących do zatrzymania transmisji wirusa za wszelką cenę.
Wiem, że dwóch profesorów aktywnych w mediach społecznościowych dość mocno protestowało z powodu ukazania się tego dokumentu. W stronach „Gazety Wyborczej” ukazał się nawet artykuł pt. „Blamaż rządowej agencji. Dostarczyła argumentów antyszczepionkowcom” (w otwarciu tekstu można przeczytać, że agencja „na podstawie wadliwych obliczeń wydała rekomendacje dla lekarzy. – To kompromitacja agencji i katastrofa dla systemu – uważają eksperci” – dop. red. Jeden z nich to Krzysztof Pyrć. -jakoś znalazłem… md]). Niemniej jednak AOTMiT w wydanym oświadczeniu w dniu 7 kwietnia ogłosiła, że nie zmienia merytorycznej treści zaleceń, przedstawiono poprawione obliczenia, z których nadal wynika, iż testów fałszywie pozytywnych jest bardzo dużo.
I bardzo dobrze.
Ciekawe jak długo autorzy raportu dochodzili do takich, a nie innych wniosków. Od jak dawna wiedzą, że testowanie PCR, w takie formie jak przyjęto, nie ma większego sensu?
To, że jest dużo testów fałszywie pozytywnych, to było wiadome od samego początku. Musiało być wiadomo. Nawet test o bardzo wysokiej swoistości, czyli bardzo dokładny, a test PCR można za taki uznać jeżeli jest właściwe wykonany i zrobiony właściwej osobie, stosowany bezmyślnie pokaże nam całą masę fałszywych wyników.
Proszę sobie wyobrazić, że nagle zacznie pan testować testem ciążowym samych facetów… Załóżmy, strzelam, że taki test ciążowy ma 95 proc. swoistości. Tzn. że po przetestowaniu 100 mężczyzn wykaże on 5 próbek dodatnich. Jeśli takim testem przetestujemy milion mężczyzn to test wykaże 50 tys. ciąż u mężczyzn… Do tego dochodzi jeszcze problem, że nawet test „prawdziwie dodatni” czyli pokazujący nam fragment wirusa nie identyfikuje trafnie osoby chorej i zakażającej, lecz może pokazać osobę, która chorowała 2 tygodnie temu albo zanieczyszczenie, które dostało się do próbki z zewnątrz, albo kogoś, kto ma po prostu przyklejony fragment wirusa do śluzówki, a to nie oznacza automatycznie zakażenia.
Można więc stwierdzić jednoznacznie, że masowe testowanie nie miało sensu. Jak należało więc testować, aby miało to sens?
Wszystko zależy o co nam chodzi. Zakładając, że mamy celowaną, skuteczną metodę leczenia to musimy testować osoby, które ze skutecznej metody leczenia skorzystają. W tym przypadku są to osoby chore, z objawami infekcji dodatkowo wysokiego ryzyka ciężkiego przebiegu (starsze, z obciążeniami). Co ciekawe, zgodnie z zaleceniami wspomnianego wcześniej dokumentu, właśnie takie osoby mają być testowane! Tak więc ten dokument był rewolucją!
Przy okazji obecnego resetu nie mogę nie zapytać co było największym błędem rządu w walce z COVID?
Maseczki, przymusowa izolacji i kwarantanny…?
Od razu muszę zastrzec, że to nie jest tak, że nasz rząd zrobił najwięcej błędów. Wszystkie rządy w krajach zachodu poszły dokładnie tą samą ścieżką. To, że my akurat przodujemy w zgonach ponadnormatywnych, moim zdaniem, wynika z tego, że mamy stosunkowo chorą populację oraz po prostu słabą służbę zdrowia, słabo zorganizowaną.
Największym błędem w świecie zachodu, było uznanie, że ten wirus jest tak śmiertelny jak ebola i musimy – walcząc z nim – skopiować reakcję Chin. Tak powiedział szef delegacji WHO do Chin, do Wuhan, w lutym 2020 roku! I faktycznie wzorowaliśmy się na Chinach. To był największy błąd! Wdrożyliśmy najbardziej drastyczne interwencje niefarmaceutyczne takie jak izolacje, kwarantanny, zamykanie przedsiębiorstw, zamykanie dzieci w domach…
Tymczasem w tej chwili jest już zalecenie, aby traktować COVID-19 jak inne infekcje dróg oddechowych.
Co to znaczy? Właśnie to, że nie ma kwarantanny, masowego testowania itp. Po prostu akceptujemy cyrkulowanie tego wirusa tak, jak akceptujemy cyrkulowanie wirusów przeziębienia czy grypy…
Były minister zdrowia Bartosz Arłukowicz oburzał się ostatnio w TOK FM, że w dokumencie datowanym na 6 kwietnia i rozsyłanym do NFZ, wnosi się o „zaprzestanie respektowania skierowań na rehabilitacje pokowidowe dla pacjentów, którzy przeszli COVID-19 i mają różne powikłania – oddechowe, neurologiczne, kardiologiczne”. Czy decyzja rządu oznacza, że nagłaśniane przez media informacje o powikłaniach też były przesadzone?
Tzw. zespół long covid jest zdecydowanie bardziej medialny niż rzeczywisty. Oczywiście istnieją powikłania pokowidowe, tak jak można i umrzeć na COVID-19. Natomiast informacje o powikłaniach są przesadzone. A to, że się NFZ wycofał z finansowania? Trudno to komentować. Być może ktoś tam policzył pieniądze i wyszło mu, że nas na to nie stać. Po prostu nie stać nas na finansowanie leczenia wszystkich możliwych chorób i terapii…
Media nagłaśniały, być może po to, aby zastraszyć innych, przypadki lekarzy, którzy pozwalali sobie na inną narrację na temat COVID-19 niż ta, która dominuje. Czy wciąż ściga się niepokornych medyków? Czy oni też mogą liczyć na „reset”? Ostatnio informował Pan na swoim profilu w serwisie Twitter o nieprawomocnym skazaniu p. dr Anny Marii Furmaniuk na 1 rok zawieszenia w prawie wykonywania zawodu.
Mogę mówić za siebie. Mam rozprawę pod koniec kwietnia przed sądem lekarskim. Rzecznik odpowiedzialności zawodowej domaga się dla mnie kary…
Dlaczego tak mało jest w środowisku lekarskim osób, które – tak jak Pan – odważnie polemizują z podaną z góry narracją? Czy toczyła się w ogóle jakaś dyskusja na temat metod walki z COVID-19?
Nie toczyła się żadna dyskusja. Nieoficjalnie wiele osób oczywiście mówiło, że to i tamto jest bez sensu, albo przesadzone. Były takie głosy. Ale oficjalnie wszystko było uładzone. Dyskusja w samorządzie, periodykach medycznych, czy mainstreamowych mediach to była rozmowa na temat jak skutecznie, jeszcze bardziej, dokręcić śrubę… Było to wręcz prześciganie się na to jak bardzo zamaseczkować społeczeństwo, może jeszcze na dłużej i szczelniej je zamknąć w domach, jeszcze więcej testów, testy w przedszkolach, szkołach – na szczęście te pomysły w Polsce nie znalazły podatnego gruntu, tak, jak np. w Niemczech. To wszystko szło w kierunku takim, że jeszcze krok, jeszcze dwa i bylibyśmy w Chinach.
Jak bardzo niegotowa jest Polska służba zdrowia na pomoc uchodźcom z Ukrainy? Czy system wytrzyma? Czy są planowane jakieś usprawnienia w tej materii?
Wiem jedynie o planach dopuszczenia lekarzy z Ukrainy do pracy w Polsce. I bardzo dobrze! Mamy mało lekarzy i zwłaszcza mało pielęgniarek.
Szanowny Panie, chociaż prowadziłam, wraz z innymi prawnikami Ordo Iuris, już dziesiątki spraw obrońców życia, to sądowe epopeje Pana Jana Bieniasa, Pana Adama Brawaty i dr. Bawera Aondo-Akaa poruszają nie tylko mnie, ale każdego, kto o nich usłyszy. Wiele razy pisaliśmy o procesach, w których doprowadzaliśmy do korzystnych orzeczeń dla polskich obrońców życia. Łącznie mamy już na koncie ponad 120 takich sukcesów – wraz z ostatnim wyrokiem Sądu Najwyższego, który ostatecznie potwierdził, że pro-liferzy mają pełne prawo do prezentowania publicznie prawdy na temat tego, czym jest aborcja. Niestety nawet po tym wyroku, nadal trwa proceder ścigania ich za działalność pro-life. Jeden z wrocławskich sędziów stwierdził nawet wprost, że Sąd Najwyższy nie jest dla niego „autorytetem”. W związku ze skalą naszej aktywności w tym zakresie, trudno jest jednak w przesyłanych do Pana mailach szczegółowo opisywać każdą ze spraw. Dlatego dziś chciałabym krótko opowiedzieć Panu o konkretnych ludziach, których bronimy przed prześladowaniem za to, że stają w obronie niewinnych i bezbronnych dzieci, zabijanych tam, gdzie powinny czuć się najbezpieczniej – w łonach swoich matek. Zapewne znana jest Panu Mary Wagner – kanadyjska działaczka pro-life, która spędziła łącznie prawie 6 lat swojego życia w więzieniu. Jej jedynym przewinieniem było wręczanie róż i rozmowa z kobietami, które chciały zabić swoje dziecko w kanadyjskich klinikach aborcyjnych. W trakcie jednego z jej licznych procesów, sędzia powiedział jej wprost: „Jeśli myślisz, że możesz dalej robić to, co robisz to się mylisz. Twój Bóg też się myli”. Mentorką Mary Wagner była Linda Gibbons, która spędziła w kanadyjskim więzieniu 11 lat za to, że stawała pod klinikami aborcyjnymi z wizerunkiem maleńkiego dziecka z łezką w oku i napisem: „Mamo, dlaczego? Mogę dać Ci tyle miłości.” To dzięki naszym adwokatom i zaangażowaniu naszych Darczyńców, w Polsce najgorsze prześladowania są wciąż powstrzymywane w dziesiątkach sądowych potyczek prawników Ordo Iuris z organami ścigania, proaborcyjnymi aktywistami i radykalnie lewicowymi samorządami. Nie znaczy to jednak, że polscy obrońcy życia mogą się czuć bezpiecznie. Także i w naszym kraju mamy do czynienia z cenzurą i prześladowaniem działaczy pro-life przez aborcjonistów, którzy chcą zakazać mówienia prawdy o tym, czym jest aborcja i jaka jest jej skala. Nasza pomoc obrońcom życia staje się zatem obroną wolności słowa dla każdego Polaka. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk Pro-liferzy wielokrotnie informowali o fizycznych atakach, których sprawcy rzucali kamieniami w organizatorów i uczestników antyaborcyjnych pikiet oraz próbowali niszczyć antyaborcyjne furgonetki, jeżdżące po ulicach polskich miast. W ostatnich latach mieliśmy do czynienia nie tylko z niszczeniem lusterek i szyb samochodów czy nawet ze spaleniem furgonetki, ale też z fizycznymi atakami na ich kierowców – wraz z najgłośniejszym z nich, gdy chuligani z Michałem Sz. pseudonim „Margot” na czele, pobili pro-lifera. Nagrania z kamer pokazały, że napastnicy mieli przy sobie nóż. Obrońca życia szykanowany przez sądy Najgorsze jest jednak to, że do prześladowania obrońców życia dochodzi także w niektórych polskich sądach. Jan Bienias – jeden z kierowców antyaborcyjnej furgonetki – odpowiada dziś przed sądem w kilkunastu sprawach jednocześnie. Zdarzało się, że jednego dnia musiał stawić się na rozprawie w Gorzowie Wielkopolskim, następnego dnia w Kielcach, a kilka dni później w Warszawie. Sędziowie szukają często wszelkich możliwych sposobów, by znaleźć przepis, na podstawie którego będą mogli go skazać. Wielokrotnie zdarzało się, że sąd zmieniał kwalifikację prawną czynu w trakcie procesu. W jednym z nich doszło nawet do tego, że z braku podstawy prawnej do ukarania działacza pro-life, skazano go na podstawie… uchwały rady miasta o zakazie używania nagłośnienia w pobliżu lokali gastronomicznych – pomimo tego, że furgonetka przejeżdżała przez miasto, a nie stała pod restauracją. W trakcie jednej z ostatnich rozpraw, by społecznie zdyskredytować i ośmieszyć środowisko pro-life, sąd skierował go nawet na badania psychiatryczne, które oczywiście niczego nie wykazały. Wielokrotnie sędziowie nie pozwalali na zadawanie pytań oskarżającym Pana Jana aborcjonistom, zezwalając jednocześnie na szczegółowe przesłuchiwanie pro-lifera. Przełomowe zwycięstwo przed Sądem Najwyższym Ofiarą podobnych prześladowań jest też dr Bawer Aondo-Akaa – obrońca życia, który pomimo swojej niepełnosprawności, regularnie stawia się na kolejnych rozprawach. Ostatnio zdarzyło się, że w trakcie jednej z nich, sędzia był tak agresywnie nastawiony do pro-liferów, że wręcz na niego krzyczał. Dr Bawer Aondo-Akaa nie ma wątpliwości, że to kolejny dowód na to, że sędziowie orzekają często na podstawie prywatnych poglądów na temat aborcji, a nie litery prawa. Zarówno polskie prawo, jak i orzecznictwo polskich sądów i międzynarodowych trybunałów, stoi bowiem jednoznacznie po stronie ludzkiego życia i wolności słowa. Niestety nadal zdarzają się sądy, które skazują pro-liferów za manifestowanie swoich poglądów w przestrzeni publicznej. Prawo do prezentowania publicznie skutków aborcji potwierdził w ubiegłym roku nawet Sąd Najwyższy. Ten przełomowy wyrok zapadł właśnie w sprawie reprezentowanego przez prawników Ordo Iuris dr. Bawera Aondo-Akaa, który został wcześniej skazany za prezentowanie plakatów, pokazujących skutki aborcji. Sędzia Rafał Malarski zgodził się z argumentacją naszych prawników, którzy zwracali uwagę na to, że nawet instytucje publiczne decydują się na używanie mocnych środków wyrazu, by wpłynąć na obywateli. Mowa tu choćby o drastycznych kampaniach prezentujących skutki wypadków samochodowych czy nałożonym przez instytucje UE obowiązku umieszczania na paczkach papierosów wywołujących obrzydzenie zdjęć, które pokazują skutki palenia tytoniu. Co ciekawe, polscy aborcjoniści, którzy występują przed sądami w sprawach przeciwko działaczom pro-life, byli przez nas pytani na jednym z procesów o to, czy kampanie antynikotynowe nie są dla nich równie szokujące co demonstracje obrońców życia. W odpowiedzi, zwolennicy aborcji stwierdzili, że… nigdy nie widzieli niczego takiego na paczce papierosów. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk Rozbijamy aborcyjny „układ wrocławski” Wspomniany wyrok Sądu Najwyższego powinien być ostatecznym zwycięstwem całego ruchu pro-life, a przede wszystkim zwycięstwem wolności słowa, bo to właśnie gwarantowana konstytucyjnie wolność wypowiedzi jest na szali w każdym z tych procesów. Jak się okazuje, nadal niektóre sądy ignorują autorytet orzeczenia Sądu Najwyższego. Czarnym punktem na mapie polskiego wymiaru sprawiedliwości jest Wrocław, gdzie z obrońcami życia walczy zarówno władza wykonawcza, jak i sądownicza. To właśnie tutaj prezydent miasta wypowiedział wojnę obrońcom życia. Adam Brawata został już 16 razy uznany winnym popełnienia wykroczenia przez wrocławskie sądy, które jako jedyne, tak konsekwentnie wyłamują się z przyjętej niemal w całej Polsce linii orzeczniczej. Jeden z sędziów wrocławskiego sądu okręgowego, skazując lokalnego pro-lifera już po wyroku Sądu Najwyższego, stwierdził w trakcie rozprawy, że on opiera się na innych autorytetach niż Sąd Najwyższy… W stolicy Dolnego Śląska wielokrotnie rozwiązywano bezpodstawnie legalne, zgłoszone wcześniej zgromadzenia. W trakcie jednej z manifestacji doszło nawet do tego, że strażnicy miejscy – wezwani przez aborcjonistów na miejsce legalnego, zgłoszonego uprzednio zgromadzenia – odłączyli demonstrującym kabel od mikrofonu.Prezydent Wrocławia Jacek Sutryk w swoich publicznych wypowiedziach nie tylko wprost mówi o tym, że zrobi wszystko, by zablokować antyaborcyjne demonstracje, ale też obraża pro-liferów. W jednym z opublikowanych w mediach społecznościowych filmów, zwraca się do organizatorów antyaborcyjnych manifestacji: „Moje drogie matołki”. Dzięki prawnikom Ordo Iuris, niekorzystna dla obrońców życia linia orzecznicza wrocławskich sądów została w ubiegłym tygodniu przełamana. Wrocławski sąd okręgowy uniewinnił Adama Brawatę za publiczne prezentowanie prawdy o aborcji. – Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, bo już zwątpiłem, że we Wrocławiu mogą zapadać sprawiedliwe wyroki. Mam nadzieję, że ten wyrok to przełom i pierwszy przebiśnieg, który będzie sygnałem do odrodzenia faktycznej wolności słowa we Wrocławiu – mówi uniewinniony Adam Brawata. Dzięki Panu obronimy wolność do pokazywania prawdy o aborcji Przełomowy wyrok Sądu Najwyższego oraz ostatni wyrok wrocławskiego sądu okręgowego, to wielkie sukcesy prawników Ordo Iuris, ale nasza walka o wolność do mówienia prawdy o aborcji nadal nie jest zakończona. Gdy piszę te słowa, dotarła do nas wiadomość o kolejnym skazaniu obrońcy życia. Znowu we Wrocławiu. Raz jeszcze staniemy w obronie wolności słowa, życia i prawdy. Nie mam wątpliwości, że musimy zapewnić wsparcie prawne obrońcom życia do samego końca. Gdyby nie nasi prawnicy, ludzie, którzy każdego dnia bezinteresownie bronią życia nienarodzonych dzieci, nie mogliby cieszyć się gwarancją bezpieczeństwa, którego nie mają działacze pro-life z krajów takich jak choćby wspomniana wcześniej Kanada. – Pomoc Ordo Iuris jest nieoceniona. Bez Waszego wsparcia czulibyśmy się jak ludzie, którzy wchodzą na K2 bez tlenu. Prawnicy Ordo Iuris są dla nas jak tlen w tej trudnej wspinaczce. Ja na pewno nie dałbym sobie bez Was rady – powiedział nam dr Bawer Aondo-Akaa.Bez ludzi takich jak Pan nasza skuteczna pomoc obrońcom życia nie byłaby możliwa.Ilość prowadzonych postępowań w ich obronie jest tak duża, że gdybyśmy chcieli na każdą z rozpraw wysyłać prawników Ordo Iuris, nie robilibyśmy dziś nic innego. W tej sytuacji musimy korzystać również z usług współpracujących z nami kancelarii. I choć część z nich świadczy tę pomoc pro bono, to za usługi większości zewnętrznych prawników musimy zapłacić. Z konkretnymi kosztami wiąże się też praca i podróże po całej Polsce prawników Ordo Iuris. Na każde postępowanie musimy więc wydać co najmniej 2 000, a często ponad 4 000 zł. A takich postępowań mamy, tylko w tej chwili, około 20.Dlatego bardzo Pana proszę o wsparcie Instytutu kwotą 50 zł, 80 zł, 130 zł lub dowolną inną, dzięki której będziemy mogli doprowadzić do końca wszystkie postępowania, w których reprezentujemy obrońców życia z całej Polski. Z wyrazami szacunku P.S. Stawką toczących się postępowań obrońców życia jest nie tylko wolność słowa czy wolność zgromadzeń, ale przede wszystkim życie konkretnych dzieci. Działacze pro-life często mówią o otrzymywanych świadectwach kobiet, które pod wpływem antyaborcyjnych wystaw i manifestacji, zmieniały swoje zdanie i decydowały się na urodzenie dziecka. Stawanie w obronie pro-liferów to zatem stawanie w obronie niewinnych, nienarodzonych dzieci, których obrona jest miarą naszej cywilizacji. Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris jest fundacją i prowadzi działalność tylko dzięki hojności swoich Darczyńców.
Lord Ponsonby: „Pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda” – czyli 10 zasad propagandy wojennej, które obowiązują do dziś.
Lord Arthur Ponsonby – pierwszy baron Ponsonby z Shulbrede (1871-1946) – był brytyjskim urzędnikiem państwowym, politykiem, pisarzem i pacyfistą. Opisał on zasady propagandy wojennej tuż po zakończeniu I wojny światowej.
Dziś widzimy, że te zasady szybko stworzyły pewien wzorcowy model, za pomocą którego steruje się masami ludzkimi.
Belgijska historyk Anne Morelli usystematyzowała i zaktualizowała opracowanie Ponsonby’ego w swoich „Principes élémentaires de propagande de guerre” („Elementarne zasady propagandy wojennej”) – w następujący sposób:
1. My nie chcemy wojny.
2. Odpowiedzialność za wojnę ponosi wyłącznie przeciwnik.
3. Mocodawcą przeciwnika jest diabeł.
4. My walczymy w słusznej sprawie.
5. Przeciwnik walczy używając nielegalnych broni.
6. Przeciwnik popełnia okrucieństwa umyślnie; my – nie popełnaiamy, co najwyżej przypadkowo.
7. Nasze straty są niewielkie – straty przeciwnika są ogromne.
8. Artyści i intelektualiści wspierają tylko naszą sprawę.
9. Nasza misja jest święta.
10. Każdy, kto wątpi w nasze raporty – jest zdrajcą.
28 marca 2022, do rejestru podejrzanych, śledczy wpisali następujących (aktualnych) ministrów:zdrowia – Roberto Speranza, spraw zagranicznych – Luigi Di Maio, spraw wewnętrznych – Luciana Lamorgese, obrony – Lorenzo Guerini, a także byłych ministrów: gospodarki – Roberto Gualtieri, sprawiedliwości – Alfonso Bonafede, infrastruktury i transportu – Paola De Micheli, edukacji – Lucia Azzolina oraz środowiska – Sergio Costa.
W związku z tym, połowa tzw. rządu «Conte bis» jest obecnie objęta śledztwem – oskarżona o czyny przestępcze związane z kryzysem «covidowym» oraz rozmaitymi lockdown’ami zarządzonymi we Włoszech.
Jak pisze Patrizia Floder Reitter na łamach gazety «La Verità» – “wśród zarzucanych przestępstw znajdują się zarówno uzurpacje władzy politycznej, jak i poważne nadużycie stanowiska, bezprawne pozbawienie wolności, a także spowodowanie alarmu, przemoc fizyczna, publikacja lub rozpowszechnianie fałszywych, przesadzonych lub tendencyjnych informacji zagrażających porządkowi publicznemu”. Są to oskarżenia bardzo poważne. Niesamowita lista działań – za które politycy będą musieli odpowiedzieć przed sądem oraz przed obywatelami – dotyczacych sposobu zarządzania tzw. «pandemią».
“Akt formalny jest konsekwencją skargi złożonej 12 marca 2021 przez grupę profesjonalistów, w tym lekarzy, prawników oraz funkcjonariusza Policji Finansowej (Guardia di Finanza), którzy zwrócili się do Prokuratury w Katanii – po zebraniu znacznej ilości dokumentacji przeciwko różnym politykom, uznanym za odpowiedzialnych za zarzucane im przestępstwa. Z Katanii skarga trafiła do Rzymu, gdzie, jak się wydaje, zgromadzono dossier zawierające setki aktów formalnych, przy pomocy których obywatele oraz stowarzyszenia z całych Włoch przekazały organom sądowym informacje mogące stanowić zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa” przez różnych ministrów objętych dochodzeniem.
Te, które zostały przedstawione w skardze z marca 2021 – prawie wszystkie zostały uwzględnione i są bardzo poważne. “Skarżący wnieśli o wszczęcie 33 dochodzeń i o ustalenie“wystąpienia wielu rodzajów fałszerstw, arbitralności w kwestii sprawowania przez rząd władzy politycznej przypisanej ustawowo parlamentowi, instrumentalizacji informacji fałszywych z naukowego i/lub sanitarnego i/lub epidemiologicznego punktu widzenia, tj. manipulowania w złej wierze informacjami prawdziwymi z naukowego punktu widzenia – w celu narzucenia opinii publicznej (a zatem również członkom parlamentu wybranym w wyborach […] – z konsekwentnym uszczerbkiem dla biernego prawa wyborczego w parlamencie […]) fałszywej narracji o pandemii, której celem jest zawężenie praw konstytucyjnych i politycznych obywateli”.
Skarga obciąża nie tylko ministrów, ale także “Waltera Ricciardi’ego (doradcy włoskiego ministra zdrowia) i jego obsesję na punkcie lockdown’ów”oraz czołowych wirusologów telewizyjnych, którzy od miesięcy nalegali na “narzucenie drastycznych środków izolacji społecznej”.Wśród postulowanych dochodzeń są te, które mają na celu poznanie “technicznych i naukowych kryteriów stosowanych podczas tworzenia krótko-, średnio- i długoterminowych prognoz opracowanych przez tzw. ekspertów” oraz naukowego uzasadnienia “decyzji o hospitalizacji, w okresie letnio-jesiennym roku 2020 na całym terytorium kraju, dużej liczby osób bezobjawowych – wyłącznie z powodu pozytywnego wyniku badania wymazu”.
Na koniec zażądano listy wszystkich osób, które przystąpiły do testu, “aby sprawdzić, czy liczba ta jest prawdziwa” – kiedy w ciągu 24 godzin ogłoszono rekordowy wzrost liczby wyników pozytywnych. Prosi się również o ustalenie, dlaczego krajowy urząd ds. zdrowia «stale, uparcie i zawzięcie marginalizuje prawie wszystkie metody leczenia – pogardliwie określając je jako “alternatywne”».
Skarżący domagają się również informacji,“kim są samozwańczy eksperci, którzy zasugerowali Ministerstwu Zdrowia, że noszenie masek oraz dystans społeczny powinny być nałożone również na uczniów, w momencie ponownego otwarcia szkół we wrześniu 2020 roku”.Czekamy na rozwój wypadków i mamy nadzieję, że sprawiedliwości stanie się zadość. Również dlatego, że kilku ministrów nadal pełni swoje funkcje – powiększając wyrządzone szkody. https://www.ilparagone.it/attualita/ministri-indagati-lockdown-emergenza-covid/
To understand the crisis inside the Church, one must first look at the processes that led to the present situation inside the Church. The roots of this crisis extend much farther back than the times of the Second Vatican Council. It can be seen in the appearance of Christian Socialism in the nineteenth century.
Indeed, the first manifestations of Christian Socialism came directly from the French Revolution and thus predated social Catholicism.
During the French Revolution, there were factions that, taking the motto of “liberty, equality, fraternity” to its ultimate consequences, adopted communist positions. The most prominent representative of this trend was François-Noël Babeuf, called Gracchus (1760—1797). “The French Revolution is nothing but the precursor of another revolution, one that will [be] greater, more solemn, and which will be the last.”
The First Step in a Process
“His idea,” says historian Pierre Gaxotte, “is that the Revolution had failed because it had not been carried out to the end. All the measures it had taken were good. . . But this was just a first step toward the ‘radical reform of property,’ that is, toward ‘the community of goods and works.’ Obviously, full collectivism would have been dictatorial.”
For those radical factions, one had to eliminate not only the king in the State but also the “king” in society—the employer—and the king in the family, that is, paternal authority. The clearly utopian dream of a perfectly egalitarian and free society without classes, property or the monogamous family loomed then on the horizon.
Fascination with this dream brought about the so-called utopian Socialism, represented in France by Claude Henri de Saint-Simon (1760—1825), Charles Fourier (1772—1837), Louis Blanc (1811—1882), Philippe Buchez (1796—1865), and Pierre Proudhon (1809—1865).
The Founder of a Revolutionary Catholicism
Buchez exerted a particularly significant influence on the left-wing of social Catholicism. Founder of the French Carbonari, Buchez converted to Catholicism in 1830 but did not abandon the socialist ideology. Alec Vidler explains: “He found in Christianity a faith that promised to realize the equality and brotherhood of men, and deliver them from the egoism that sets one against another.”
Buchez then became an apostle of revolutionary Christianity. With words that seem to come from the pen of a present-day liberation theologian, he proclaimed, “Christianity and revolution are the same thing. The Church’s only mistake is not to be revolutionary.”
Buchez’s influence went beyond social Catholicism, penetrating even the liberal Catholic current. Some of his disciples joined the Dominican Order, which had been restored in France by a close friend of his, Fr. Henri Lacordaire (1802—1861). This was the origin of the progressive wing in France’s Dominican community, which played a central role in the development of neo-modernist theology and eventually of liberation theology itself.
“Jesus of Nazareth, the Father of Socialism”
In the wake of the 1848 Revolution, a Christian socialist current arose in France, and many priests joined it. On April 29, 1849, a banquet of socialist priests was held in Paris with more than six hundred guests, including clergy and workers. There were many toasts to “Jesus of Nazareth, the father of Socialism.”
In the closing speech, a priest proclaimed, “Yes, citizens, I say this at the top of my voice, I am a republican socialist priest, one of those who are called red republicans; but also a Catholic priest. . . [Then turning to the working-men, he added:] We want your emancipation, we will no longer allow the exploitation of man by man.”
Interestingly, only three of the more than thirty priests present wore the cassock, while the remaining were in civilian clothes. Evidently, they wanted to emancipate themselves not only from employers but also from ecclesiastical rules, flaunting a revolutionary spirit even in the field of tendencies.
The Early Growth of Christian Socialism
If utopian Christian Socialism had no great following, at least in its public events, and remained a mere ideal on a distant horizon, that was not the fate of the Socialism born from the left of social Catholicism in the late nineteenth century. In France, they usually indicate as a watershed the Workers’ Conference held in Lyon in 1896; in Italy, it was the appearance in 1891 of the Fasci Democratici (Democratic Squads) inspired by Fr. Romolo Murri (1870—1944). Initially a minority, the socialists grew in importance to the point of controlling large sectors of social Catholicism.
However, the current never became a majority. The popes’ condemnations of Socialism were clear and found an echo among the faithful. On the other hand, the Christian socialists could not count yet on a theology that would give them a doctrinal basis. Forced to choose between fidelity to the Church and socialist commitment, many opted for the latter. Such was the case with Father Murri.
The Voice of Rome Addresses the Social Question
Although Pius IX had already addressed some aspects of the social question, the first great synthesis of Catholic social doctrine came from Leo XIII (1810, 1878—1903). The 1891 encyclical Rerum Novarum is rightly considered the cornerstone of the Church’s social teaching; it was the first to deal comprehensively with problems related to the “social question,” or the social upheaval caused by the Industrial Revolution.
It is interesting to note that Leo XIII started by denouncing the tendential aspects of the social question even before dealing with doctrinal ones. In fact, he blamed the ardent desire for novelty that, for a long time, began to agitate people and would naturally move from the political order to the socioeconomic one. He then condemns Socialism, calling it a false remedy and unacceptable solution.
In Defense of Private Property
While rejecting the abuses of unbridled capitalism, the pope clarifies that the Church approves some foundations of the market economy as derived from the natural order. On private property, he teaches:
There is no need to bring in the State. Man precedes the State and possesses, prior to the formation of any State, the right of providing for the substance of his body. . .
. . . Private ownership is in accordance with the law of nature. . .
The authority of the divine law adds its sanction, forbidding us in severest terms even to covet that which is another’s. . .
. . . Private ownership. . . is the natural right of man.
Christian Virtue is the Only Way to Attain Social Balance
The freedom to make employment contracts and own and manage business enterprises stems from this natural right. Leo XIII goes on to list, along with the rights arising from private property, those deriving from work as something inherent in the person that cannot be limited either by the employer or by the State, including the right to free association, all of it within a hierarchical design, that includes the need for social inequalities.
In addition to the precepts of justice, social relations must be inspired by charity; and since this field is outside the scope of the law, it follows that only with the practice of Christian virtue can one attain social balance.
In the encyclical Graves de communi, Leo XIII reiterates, “For, it is the opinion of some, and the error is already very common, that the social question is merely an economic one, whereas in point of fact it is, above all, a moral and religious matter, and for that reason must be settled by the principles of morality and according to the dictates of religion.”
The Catholic Left Distort Church Teaching
Unfortunately, sectors of social Catholicism read Pope Leo XIII’s encyclicals in a different light, starting a period of hermeneutic abuse that was clarified only in 1903 by Pope Saint Pius X with the motu proprio Fin dalla prima. Some people even claimed that Rerum Novarum was opposed to the “dark Syllabus Errorum” of Pius IX. Gabriele De Rosa writes:
Rerum Novarum destroyed many misgivings and resistance among intransigent Catholics, giving confidence to the most reckless generation of social Christians, to the Christian democratic current, which eventually outgrew the old guard. . .
All European Christian democratic currents received a boost from Rerum Novarum [and] felt comforted in their action, tending to prove that a priest, a militant Catholic, was not on the employer’s side.
Fr. Luigi Sturzo recalls how the publication of the encyclical Rerum Novarum aroused “great wonder. . . it seemed almost socialistic, and even the more liberal governments were in fear in their bourgeois soul; many churchmen also feared that new force united to the people.”
Thus, Christian Socialism gained momentum by distorting Catholic teaching. Its growth prepared the ground for the errors later found in liberation theology.
The above article is adapted from the book Liberation Theology: How Marxism Infiltrated the Catholic Church by Julio Loredo de Izcue. The author was born in Peru and has long studied the doctrines of liberation theology. He now lives in Rome, where he is a scholar, international speaker and the president of the Italian Society for the Defense of Tradition, Family and Property (TFP).
In this comprehensive review, Dr. Yeadon argues that all the main narratives about SARS-CoV-2 and imposed “measures” are lies.
Given the foregoing, it is no longer possible to view the last two years as well- intentioned errors.
Instead, the objectives of the perpetrators are most likely to be totalitarian control over the population by means of mandatory digital IDs and cashless central bank digital currencies (CBDCs).
In the first part of the article (The Covid Lies), Dr. Yeadon counters the 12 widespread Covid narratives with the following arguments:
The infection fatality rate of SARS-CoV-2 is 0.1 – 0.3%, which is not significantly different from some seasonal influenza epidemics.
Based on the peer-reviewed articles, at least 30 to 50% of the population has prior cross-immunity.
SARS-CoV-2 does discriminate. “The lethality of this virus, as is common with respiratory viruses, is 1000X less in young, healthy people than in elderly people with multiple comorbidities.”
Asymptomatic transmission is the “central conceptual deceit” used to “underscore almost every intrusion: masking, mass testing, lockdowns, border restrictions, school closures, even vaccine passports.”
PCR test is “the central operational deceit.”
Neither cloth nor surgical masks prevent respiratory virus transmission.
Lockdown is “epidemiologically irrelevant” and never works. “Only “stay home if you’re sick” works.“
“Covid-19 is the most treatable respiratory viral illness ever”. Safe and effective early treatments are available.
Based on the peer-reviewed articles, very few clinically significant reinfections of SARS-Cov-2 have ever been confirmed.
SARS-CoV-2 mutates slowly, and no variant is even close to escaping naturally-acquired immunity. However, there is the possibility that the so-called vaccines prevent the establishment of immune memory, leading to the repeated infections, which would be a form of acquired immune deficiency.
Safety is the top priority in a public health mass intervention, even more than effectiveness. “It was NEVER appropriate to attempt to “end the pandemic” with a novel technology vaccine.”
The four gene-based “vaccines” are toxic. The basic rules of selecting vaccine candidates are: 1) the agent has no inherent biological action (non-toxic); 2) the agent should be the genetically most stable part of the virus; 3) the agent should be most different from human proteins. Spike protein as the vaccine does not fit any of the above criteria.
In the second part of the article (How Much of the Covid-19 Narrative Was True? Additional Reflections), Dr. Yeadon further stresses his contention on the Covid-19 narratives on:
Unprecedented Pronouncements by the senior scientific and medical advisers, such as “Everyone is vulnerable.”
Instigating Fear
Using Mass Testing to Promote Fear
One Dominant Narrative
More Vaccine Lies
The Question of Motive
At the end of the article, Dr. Yeadon also provides a list of extra supplemental points to support his conclusions.
About the author:
Dr. Michael YEADON PhD was Formerly Vice President & Chief Scientific Officer Allergy & Respiratory at Pfizer Global R&D. He holds Joint Honours in Biochemistry and Toxicology and a PhD in Respiratory Pharmacology. He is an Independent Consultant and Co-founder & CEO of Ziarco Pharma Ltd.
Brytyjski premier Boris Johnson potwierdził, że ukraińscy żołnierze są szkoleni z obsługi przekazywanego im sprzętu również na terenie Wielkiej Brytanii. Przy okazji powiedział, że nauka obsługi sprzętu przeciwlotniczego odbywa się w Polsce. Ta wypowiedź zbulwersowała polskiego generała. – To kuszenie zła – skomentował Waldemar Skrzypczak, generał broni SZ RP w rezerwie.
Premier Wielkiej Brytanii poinformował, że ukraińscy żołnierze szkolą się zarówno w Polsce, jak i na Wyspach. Zdradził też, czego te szkolenia dotyczą.
Szkolenie ukraińskich żołnierzy w Polsce i Wielkiej Brytanii
– Mogę powiedzieć, że obecnie szkolimy Ukraińców w Polsce w zakresie użycia obrony przeciwlotniczej i w Wielkiej Brytanii w zakresie użycia pojazdów opancerzonych – ujawnił Boris Johnson w czasie pobytu w Indiach.
Rzecznik brytyjskiego premiera potwierdził później, że w Wielkiej Brytanii przebywa obecnie kilkudziesięciu Ukraińców, a stacja Sky News podała, powołując się na urzędnika rządowego, że w zeszłym tygodniu do Wielkiej Brytanii przybyło ponad 20 ukraińskich żołnierzy w celu przeszkolenia ich w zakresie obsługi 120 pojazdów wojskowych przekazywanych Ukrainie przez brytyjski rząd.
Poza szkoleniem na pojazdach opancerzonych, Mastiff, Wolfhound i Husky, Ukraińcy będą mieli okazję zobaczyć, jak używać ambulansu Samaritan oraz opancerzonych pojazdów rozpoznawczych Sultan i Samson.
– Takie wypowiedzi to kuszenie zła – nie ma wątpliwości gen. Waldemar Skrzypczak, który uczestniczył m.in. w misjach w Iraku. – Trudno sobie wyobrazić, że kiedy byliśmy na misjach za granicą, żeby któryś z polityków opowiadał o naszych planach czy szkoleniach w telewizji.
Generał Skrzypczak podkreśla, że takie wypowiedzi polityków są wyjątkowo nieodpowiedzialne i oddają pole wojskom Władimira Putina, które są doskonale poinformowane o zamierzeniach przeciwnika.
– Premier Wielkiej Brytanii ujawnia tajemnicę wojskową. Brzydkie słowa cisną się na usta… Szkolenie wojskowe to sprawy wojska, w takiej sytuacji tajne. Niech ten człowiek się ogranie i pomyśli, zanim powie takie rzeczy – mówi ze zdenerwowaniem gen. Skrzypczak.
I dodaje, że takie zachowanie może wywołać katastrofalne skutki.
– Pan premier może nie zdaje sobie z tego sprawy, ale takimi wypowiedziami naraża powodzenie całej operacji wojskowej, a także bezpieczeństwo żołnierzy – podkreśla Waldemar Skrzypczak.
==========================
[rzeczywiście, Rosjanie o tym piszą: https://topwar.ru/195381-polskij-general-britanskij-premer-razboltal-voennuju-tajnu.html
„Uchodźca z Kijowa powiedział, że nieznani ludzie w Warszawie proponowali mu zeznawać przed kamerą o zabijaniu mieszkańców Buczy przez rosyjskie wojsko w zamian za wyjazd do innych krajów UE, ale odmówił” – informuje kanał „Olej w Głowie” na „Telegramie”.
„Usadzą cię, będzie tam kamera, będzie tłumacz. Powiesz, że nie jesteś z Kijowa, ale że jesteś bezpośrednio z Buczy… Powiesz, że naziści przyjechali do Buczy, neonazistowscy Rosjanie, tam zaczęli bombardować wszystkich, zabili ich, zaczęli strzelać do cywilów w czoło, w tył głowy” – opowiada niewymieniony z imienia i nazwiska mężczyzna na nagraniu wideo opublikowanym pierwotnie w komunikatorze „Signal”. Opowieść mężczyzny brzmi bardzo prawdopodobnie, ale należy pamiętać, że trwa wojna propagandowa i weryfikacja informacji jest prawie niemożliwa. Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z opowieściami bez materiałów dowodowych.
Tymczasem Radio Wnet, idąc w ślady TVN, wyemitowało „Czerwoną kalinę” – hymn ukraińskich nazistów z UON-UPA, ludobójców Polaków. Jest to utwór porównywalny z pieśnią „Horst-Wessel-Lied” („Die Fahne Hoch”) – hymnem nazistowskiej SS z III Rzeszy.
Maciej Świrski, prezes Reduty Dobrego Imienia i przewodniczący Rady Nadzorczej PAP wystąpił na swoim twitterze z twierdzeniem, że za ludobójstwo na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej odpowiedzialni mogą być sowieci, a nie Ukraińcy.
Jak widać z powyższego wpisu Świrskiego, że jego złajdaczenie nie ma jak widać żadnych granic. Wydany mu przez rządzącą partię, od której jest całkowicie zależny, rozkaz przerzucić odpowiedzialność za ukraińskie ludobójstwo naszych rodaków na Wołyniu na Rosjan, którzy przez prawie rok bronili Polaków przed banderowcami, jest kolejną relatywizacją faktów historycznych, by w ten sposób na polecenie zaoceanicznych właścicieli PiS, zdjąć całkowicie odpowiedzialność za nią z Ukraińców i przerzucić na Rosjan, bo tego wymaga obecna mądrość etapu. Za coś takiego tzw. Reduta Dobrego Imienia winna być zdelegalizowana, a jej przewodniczący odpowiedzieć przed sądem za działalność antypolską.
A teraz przyjrzyjmy się bliżej skąd pan Świrski wziął swoje urojenia o sprawie inspiracji NKWD, dotyczącej ukraińskiego ludobójstwa dokonanego na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej w latach 1943 – 1945 z rzekomego podszeptu Moskwy. Nie jest to bowiem nowa sprawa, a już tym bardziej jakiś nowy trop, na który trafił pan Świrski z inspiracji swoich mocodawców z PiS, a ci z kolei z polecenia swoich nadzorców znad Potomacu. Opisał to bardzo szczegółowo Pan Bohdan Piętka w swoim artykule z lipca 2016 roku, zatytułowanym ,,Ludobójstwo na Wołyniu a partyzantka radziecka”. Pozwolę sobie zacytować cały, dłuższy fragment tego znakomitego opracowania, dotyczącego tej właśnie kwestii:
..11 lipca w programie TVP Info „Minęła dwudziesta” Antoni Macierewicz – wypowiadając się na temat ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego – powiedział, że „wrogiem, który rozpoczął, i który użył ukraińskich sił nacjonalistycznych do tej straszliwej zbrodni ludobójstwa jest Rosja. To tam jest źródło tego straszliwego nieszczęścia”. Wypowiedź Macierewicza stanowi część kampanii – prowadzonej przez środowiska proukraińskie w Polsce oraz probanderowskie na Ukrainie – zmierzającej do przerzucenia wbrew faktom historycznym odpowiedzialności za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie z nacjonalistów ukraińskich na ZSRR (Rosję). Operację tę zapoczątkował w 2008 roku Bronisław Komorowski. O ile jednak Komorowski powiedział wtedy, że ludobójstwa na Wołyniu dokonali „Sowieci”, to Macierewicz użył wprost słowa „Rosja”. Dowodzi to radykalizacji działań lobby ukraińskiego w Polsce w obliczu zacieśniania antyrosyjskiego sojuszu Polski z Ukrainą oraz coraz bardziej widocznej dezaprobaty społeczeństwa polskiego dla proukraińskiej polityki władz i gloryfikowania tradycji OUN-UPA na Ukrainie.
Wypowiedź Macierewicza spotkała się z radosnym przyjęciem w Kijowie. Oleg Miedwiediew, doradca prezydenta Poroszenki, określił zaprezentowaną przez polskiego ministra ocenę wydarzeń na Wołyniu w 1943 roku jako „nowy zwrot w polsko-ukraińskiej dyskusji. Mnie się podoba”[1]. Nie można się temu dziwić, ponieważ Macierewicz wpisał się swoją wypowiedzią wprost w politykę historyczną pomajdanowej Ukrainy, która gloryfikuje tzw. integralny nacjonalizm ukraiński jako rzekomy ruch niepodległościowy i neguje jego zbrodnie, przede wszystkim te popełnione na Polakach.
Przenoszenie odpowiedzialności za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie na ZSRR (Rosję) jest po pierwsze negacją tej zbrodni, a po drugie stanowi ordynarne kłamstwo, które nie ma jakiegokolwiek potwierdzenia w źródłach historycznych (z wyjątkiem tzw. archiwum Mykoły Łebedzia i „Litopysu UPA”). Temu, że zbrodnie UPA mogły być inspirowane przez Moskwę stanowczo zaprzeczył nawet Grzegorz Motyka, którego trudno posądzić o antyukraińskość. Zdaniem tego historyka „Sowieci pragnęli skonfliktować Polaków z Ukraińcami, ale nie ma żadnego dowodu, by chcieli doprowadzić do takiej rzezi. Nic mi nie wiadomo, żeby ich oddziały podszywając się pod UPA mordowały polską ludność. Nie ma żadnej wątpliwości, że to Kłym Sawur, dowódca UPA na Wołyniu, i Roman Szuchewycz oraz Centralny Prowyd OUN-B podejmowali decyzje o czystkach etnicznych na Polakach i że wszystko działo się według ich planu i scenariusza”[2].
Jaki zatem był stosunek „Sowietów” do tego co stało się na Wołyniu w roku 1943 i w roku następnym w Małopolsce Wschodniej?
Partyzantka radziecka na Wołyniu
Partyzantka radziecka była – obok Niemców, UPA i polskiej samoobrony – czwartym uczestnikiem dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się na Wołyniu w 1943 roku. Z jednej strony stała się świadkiem zagłady ludności polskiej przez OUN-UPA, a z drugiej uczestnikiem walk na tym terenie. Banderowcy od samego początku uznawali właśnie ją – a nie Niemców – za głównego wroga zewnętrznego. Cele strategiczne partyzantki radzieckiej na Wołyniu były zbieżne z celami prowadzonej przez ZSRR wojny z Niemcami. Określił je Stalin w rozkazie nr 00189, znanym pod nazwą „Zadania partyzantki”. Do najważniejszych z tych zadań należały: dywersja przeciw liniom komunikacyjnym wroga, rajdy na tyły wroga w celu przeprowadzenia działań bojowych na dużą skalę oraz wciągnięcie do działań partyzanckich jak największej liczby miejscowej ludności.
Zanim przystąpiono do realizacji tych celów na Wołyniu, wywiad radziecki dokonał rozpoznania nastrojów miejscowej ludności, ze szczególnym uwzględnieniem jej stosunku do Niemców. Zakładano, że głównym i jedynym wrogiem będą Niemcy. Inne formacje zbrojne – polskie i ukraińskie – traktowano jako potencjalnego sojusznika. Strona radziecka początkowo nie wiedziała w jakim kierunku pójdzie OUN-Bandery i tworzona przez nią UPA. Dlatego na początku marca 1943 roku w okolicach Łucka doszło do rozmów na tematy polityczne pomiędzy stroną radziecką a banderowcami, którzy wystąpili pod szyldem Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej (UHWR, formalnie utworzonej rok później). Podczas tego spotkania banderowcy oświadczyli, że ich głównym zadaniem jest budowa „samostijnej Ukrainy” i likwidacja Polaków oraz ostrzegli stronę radziecką, by nie kierowała swoich oddziałów na teren Ukrainy Zachodniej.
Epizod ten stał się później wygodnym pretekstem do snucia różnych spekulacji i teorii spiskowych przez epigonów OUN i UPA, dążących do zdjęcia z OUN-Bandery odpowiedzialności za zbrodnię ludobójstwa popełnioną na Polakach. Ilustracją tych tendencji jest m.in. znany artykuł Mirosława Czecha pt. „Jak Moskwa rozpętała piekło na Wołyniu”[3]. Powieleniem teorii o „sowieckiej prowokacji” bądź inspiracji ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego jest również wypowiedź ministra Antoniego Macierewicza w TVP Info. Wpisuje się ona w propagandę tych sił na Ukrainie i w diasporze ukraińskiej, które za swoje kluczowe zadanie uznały wybielenie OUN-UPA i negację banderowskich zbrodni.
Teoria o „sowieckiej prowokacji” ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego nie znajduje jednak żadnego potwierdzenia w źródłach – dokumentach i relacjach – oczywiście pomijając te, które spreparowała banderowska emigracja w Kanadzie i ukraiński IPN pod przewodnictwem Wołodymyra Wiatrowycza.
Tak prezentują się te arcy sensacyjne informacje, na których tropie jest kłamca i fałszerz historii, niejaki Świrski i jego Reduta Dobrego Imienia, zastanawiam się tylko czyjego? Sprowadza się to wyłącznie do tego, że jest to kolejna, jedna z wielu innych, znanych już wcześniej, ordynarnych prowokacji, mających zdjąć odium odpowiedzialności z rzeczywistych inspiratorów i wykonawców tego ludobójstwa na naszych rodakach i przerzucenie jej na tych, którzy zwalczali z całą mocą ukraińskie, nazistowskie podziemie z OUN – UPA i wspierali Polaków w obronie przed banderowskimi potworami.
A teraz przyjrzymy się niewygodnym faktom, których obecnie nie wolno ukazywać Polakom, jak radziecka partyzantka wspierała Polaków na Wołyniu, ratując swoją ofiarnością życie dziesiątek tysięcy Polaków, bez którego wsparcia tejże partyzantki, nikt z naszych rodaków, nie przetrwałby tej hekatomby zagłady, zgotowanej Polakom przez ukraińskich szowinistów spod znaku tryzuba.
Trzy zgrupowania sowieckiej partyzantki wraz ze zgrupowaniem AK i lokalna samoobrona, broniły Przebraża na Wołyniu od pierwszych dni rzezi Wołyńskiej, aż do nadejścia Armii Czerwonej w 1944. Prawie 12 miesięcy, dlatego banderowcy, nigdy nie zdobyli Przebraza. Wiele innych sowieckich zgrupowań wspierało obronę Polaków przed UPA na Wołyniu, zanim ktokolwiek tam usłyszał o Wołyńskiej Dywizji AK. Jeszcze raz zacytujmy pełen opis na ten temat ze znakomitego artykułu Pana Bohdana Piętki.
,,Pomoc radziecka dla polskiej samoobrony
Rozwój sytuacji na Wołyniu wymusił na stronie radzieckiej jeszcze bardziej przychylne stanowisko wobec tamtejszych Polaków niż pierwotnie zakładano. Okazało się bowiem, że oparciem dla partyzantki radzieckiej jest tylko część ludności ukraińskiej, a reszta sprzyja banderowcom i UPA. Dlatego w kwietniu 1943 roku KC WKP(b) i Centralny Sztab Ruchu Partyzanckiego wydały dyrektywę, która nakazywała dowódcom radzieckich zgrupowań partyzanckich na Wołyniu okazywanie Polakom wszelkiej pomocy przy organizacji oddziałów oraz wyposażaniu ich w broń i amunicję. W ten sposób rozpoczęto formowanie proradzieckiego polskiego ruchu partyzanckiego.
Najwięcej Polaków walczyło w Zgrupowaniu Rówieńskim pod dowództwem Wasilija Begmy (1906-1965). Obejmowało ono siedem oddziałów, z których dwa były uważane za polskie. W sierpniu 1943 roku zgrupowanie to liczyło 727 partyzantów, w tym około 100 Polaków. Ogólna liczba Polaków walczących po stronie radzieckiej na Wołyniu wyniosła w szczytowym momencie około 1800 ludzi. Ich najbardziej znanym dowódcą był Mikołaj Kunicki (1914-2001), Polak z okolic Kobrynia. W sierpniu 1943 roku Kunicki objął dowództwo Zjednoczonych Polskich Partyzantów im. Tadeusza Kościuszki na Wołyniu. Natomiast na początku 1944 roku został dowódcą polsko-radzieckiego Oddziału Partyzanckiego Brygad im. Stalina. Oddział ten wraz z oddziałem NOW-AK dowodzonym przez Franciszka Przysiężniaka wziął udział 14 czerwca 1944 roku w bitwie z wojskiem niemieckim na Porytowym Wzgórzu.
Oprócz przyjmowania w swoje szeregi Polaków partyzantka radziecka udzieliła pomocy polskiej samoobronie na Wołyniu. Największy zakres współpraca ta miała na północnym i wschodnim Wołyniu, gdzie działało najwięcej radzieckich oddziałów partyzanckich. Na 142 polskie samoobrony na Wołyniu siedem współpracowało z partyzantką radziecką. Były to: w powiecie kostopolskim Huta Stara (współpraca ze zgrupowaniem kpt. Iwana Szczytowa, później kpt. Kotlarowa), Peresieki, Rudnia Potasznia, Rudnia Stryj i Huta Stepańska, w powiecie łuckim Przebraże (współpraca z oddziałami Nikołaja Prokopiuka, Dmitrija Miedwiediewa i Anatolija Kowalenki) oraz w powiecie sarneńskim Staryk. Sama liczba siedmiu samoobron na 142 nie oddaje znaczenia i rozmiarów tej współpracy. Większość z polskich samoobron na Wołyniu liczyła bowiem 20-30 obrońców. Tylko dwie samoobrony – współpracujące z partyzantką radziecką Huta Stepańska i Przebraże – miały razem około 1000 obrońców i broniły przed UPA co najmniej 15 tys. ludności.
Upadek samoobrony w Hucie Stepańskiej (16-18 lipca 1943) został spowodowany tym, że nie udało się jej obrońcom stworzyć jednolitego dowództwa, a w decydującym momencie zostali też pozbawieni wsparcia oddziału radzieckiego, którym dowodził polski komunista Józef Sobiesiak, ps. „Maks” (1914-1971).
Sukcesem natomiast zakończyła się współpraca z partyzantką radziecką największej polskiej samoobrony na Wołyniu, która znajdowała się we wsi Przebraże w powiecie łuckim. Było w niej zgromadzonych w różnym czasie od 10 do 20 tys. polskich uchodźców i miejscowej ludności. Komendantem samoobrony był porucznik AK Henryk Cybulski, ps. „Wołyniak” (1910-1971). Ważną rolę w jej dowództwie odgrywał też były legionista Ludwik Malinowski, ps. „Lew” (1887-1962). Od samego początku z dowództwem obrony Przebraża współpracowały trzy radzieckie oddziały partyzanckie: Nikołaja Prokopiuka (1902-1975), Dmitrija Miedwiediewa (1898-1954) i Anatolija Kowalenki. Prokopiuk i Miedwiediew byli oficerami NKWD. Obrońcy Przebraża odparli trzy duże ataki UPA (5 lipca, 31 lipca i 30 sierpnia 1943 roku). Podczas największego z nich – 30 sierpnia – decydującej pomocy obrońcom udzielił oddział Nikołaja Prokopiuka. Współdziałanie polsko-radzieckie doprowadziło do całkowitego pogromu napastników z UPA, którzy stracili około 400 zabitych. Na dzisiejszej Ukrainie epigoni banderowców czczą upowców poległych w trzecim ataku na Przebraże jako bezbronnych ukraińskich cywili „zamordowanych przez polskich szowinistów i rosyjskich partyzantów”[5]. W 2015 roku taką właśnie uroczystość w Przebrażu (obecnie Hajowe) zorganizowali aktywiści neobanderowskiej partii „Swoboda” wraz z Kościołem grekokatolickim. Może następnym razem do tej hucpy przyłączy się minister Antoni Macierewicz?
Z oddziałem Prokopiuka samoobrona Przebraża współpracowała następnie w akcjach zaczepnych przeciw UPA, w tym w ataku na szkołę podoficerską UPA w Omelnie 5 października 1943 roku.
Płk. Nikołaj Prokopiuk (1902-1975), Ukrainiec, oficer NKWD i dowódca oddziału partyzanckiego, który aktywnie współpracował z polską samoobroną Przebraża. Fot. http://www.hrono.ru
Nie ulega wątpliwości, że współpraca polskiej samoobrony na Wołyniu z partyzantką radziecką zmniejszyła rozmiary eksterminacji ludności polskiej przez nacjonalistów ukraińskich. Ze strony radzieckiej współdziałanie z Polakami było podyktowane przez strategię pozyskiwania ludności cywilnej do walki z Niemcami na zapleczu frontu oraz działania OUN-UPA, które były skierowane nie tylko przeciw ludności polskiej, ale i wkraczającej na Wołyń partyzantce radzieckiej, i miały poparcie dużej części miejscowych Ukrainców. Trzecim czynnikiem, który doprowadził do współdziałania polsko-radzieckiego na Wołyniu była słabość tamtejszych struktur Polskiego Państwa Podziemnego i AK. Partyzanta radziecka, kierowana przez oficerów NKWD, miała jasne dyrektywy likwidacji tzw. „białych band”. Jednak w 1943 roku na Wołyniu AK była słaba, a polska samoobrona miała status niejasny. Cześć samoobron była podporządkowana AK, ale fakt ten ukrywano przed stroną radziecką. W ocenie radzieckich służb wywiadowczych Polacy walczący w samoobronach dawali gwarancję dalszej współpracy. Tak też się stało – członkowie samoobron w znacznej mierze zasilili później szeregi Istriebitielnych Batalionów oraz 1. Armii Wojska Polskiego.
Haniebne oskarżenie
Oskarżenie, które rzucił minister Macierwicz jest nie tylko oskarżeniem bezpodstawnym, nie mającym potwierdzenia w faktach historycznych, ale oskarżeniem haniebnym. Minister polskiego rządu stanął po stronie tych, którzy negują odpowiedzialność nacjonalistów ukraińskich za ludobójstwo wołyńsko-małopolskie oraz ich udział w tym ludobójstwie. Stanął po stronie tych, którzy to ludobójstwo do dzisiaj kontynuują w ramach jego pogenocydalnej fazy. Każde ludobójstwo ma trzy fazy: pregenocydalną, genocydalną i pogenocydalną. Faza trzecia – pogenocydalna – polega na zacieraniu śladów zbrodni i jej negacji. Rozpoczyna się najczęściej już na etapie fazy drugiej, czyli popełniania genocydu – poprzez usuwanie śladów zbrodni i przyjęcie specyficznego języka negującego zbrodnię („akcja antypolska” w wypadku Wołynia, „ostateczne rozwiązanie” w wypadku Żydów). Nie kończy się jednak wraz z dokonaniem genocydu. Faza pogenocydalna ludobójstwa jest dalej kontynuowana przez pseudonaukową publicystykę, która co najmniej relatywizuje odpowiedzialność sprawcy za zbrodnię, jeśli wprost jej nie zaprzecza.
W wypadku ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego do jego fazy pogenocydalnej należy zaliczyć bogatą działalność publicystyczną i pseudonaukową diaspory ukraińskiej (banderowskiej) w Kanadzie po 1945 roku oraz oficjalną politykę historyczną Ukrainy w latach 2005-2010 i po 2014 roku. Ta polityka jest albo bagatelizowana przez stronę polską, albo otwarcie przez nią wspierana. Tak należy widzieć nie tylko słowa ministra Macierewicza, ale także podsunięty kierownictwu PiS przez stronę ukraińską pomysł, by dzień pamięci o ofiarach OUN-UPA obchodzono w Polsce nie 11 lipca, ale 17 września.
Od początku rzezi Wołyńskiej największym polskim zgrupowaniem broniącym przed bandami UPA polskiej ludności Wołynia, była też Brygada Jeszcze Polska nie zginęła, pod dowództwem pułkownika Roberta Satanowskiego, po wojnie generała, a jeszcze później kierownik muzyczny Polskiego Radia w Gdańsku. W 1951 ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Łodzi i został dyrygentem Państwowej Filharmonii w Lublinie (1951–1954), następnie został kierownikiem artystycznym Państwowej Filharmonii w Bydgoszczy (1954–1958). Nie zaniedbując wykonywania klasycznych arcydzieł światowej literatury muzycznej, wprowadzał szereg cennych i interesujących pozycji repertuarowych.
Pułkownik Robert Satanowski, dowódca legendarnej Wołyńskiej Brygady -Jeszcze Polska nie zginęła, tutaj już jako światowej sławy dyrygent.
Działalność Zgrupowania skupiała się na terenie Wołynia. Oprócz walki z niemieckim okupantem Zgrupowanie chroniło polską ludność na tym terenie przed działalnością nacjonalistycznej partyzancki ukraińskiej spod znaku UPA (OUN–UPA).
Pierwszy oddział tego Zgrupowania powstał 8 lutego 1943 roku i liczył początkowo 37 partyzantów. Jego dowódcą został Satanowski, szefem sztabu – Wincenty Rożkowski, dowódcą zwiadu – Tadeusz Stański, a szefem ds. Prasy i Propagandy – Zofia Dróżdż-Satanowska. W tym czasie Oddział podlegał jeszcze zwierzchnictwu Żytomierskiego Zgrupowania Partyzantów. W związku z dużym napływem ochotników, od stycznia do marca 1944 r. w ramach zgrupowania „Jeszcze Polska nie zginęła” powstały nowe oddziały: im. Zawiszy Czarnego, Bartosza Głowackiego, Stefana Czarnieckiego oraz Jana Kilińskiego. W marcu nastąpił podział zgrupowania na dwie brygady: jedną pod dowództwem mjr Wincentego Rożkowskiego i drugą pod dowództwem płk Roberta Satanowskiego.[2] Jego stan liczebny sięgnął w szczytowym okresie ilości 1153 ludzi[3] i była to w tym czasie najsilniejsza formacja zbrojna złożona z Polaków na Wołyniu (27 Wołyńska Dywizja PiechotyAK znajdowała się w tym okresie jeszcze w stanie formowania).
Legendarny generał Sidor Kowpak
Osobną historią jest legendarny rajd przez Wołyń w 1943 roku dywizji partyzanckiej generała Sidora Kowpaka, którą to historię opisałem kilka lat temu w swoim artykule pt. (Nie)Warto rozmawiać, ukazującą, że dywizja Kowpaka stanowiła w pewnym momencie takie zagrożenie dla UPA, stanowiące realne widmo jej całkowitej zagłady.
Tak prezentują się fakty, w przeciwieństwie od urojeń zadaniowca Świrskiego, o których ten nigdy wam nie powie.
Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.
PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431
================================
mail:
To informacja od przyjaciela z Holandii, Konrada Ducha Kresow.
Groby ( cmentarze) na Wołyniu nie posprzątali Ukraińcy , to zrobili Polacy mieszkający tam, przymierzali się do tego już w zeszłym roku , prosili polską stronę o sfinansowanie sprzętu do sprzątania w okolicy cmentarzy. Dotyczy to tylko trzech cmentarzy.
Informacje te mam z pierwszej ręki z wczoraj od osoby, która ma kontakt z tymi Polakami którzy te trzy cmentarze posprzątali. Podkreślam ze prośba o sfinansowanie i planowanie posprzątania tych cmentarzy była już w zeszłym roku.
Żadni Ukraińcy nie posprzątali cmentarzy , tak jak to informują w „naszych” mediach.
Naomi Klein w swojej książce „Doktryna szoku” opisała metodę odsunięcia w niebyt i w niepamięć takich wartości jak demokracja czy państwo narodowe. Społeczeństwa wprawia się w stan lęku, przed terroryzmem, wojną lub zarazą. W sytuacji zagrożenia albo nawet tylko lęku przed możliwym zagrożeniem ludzie szukają ratunku. Szukają więc silnego przywódcy, który wybawi ich z opresji. Łatwiej godzą się na pozbawienie ich praw obywatelskich.
Nie protestujemy gdy na lotnisku obsługa wyrzuca do kosza buteleczkę z mlekiem przeznaczonym dla naszego niemowlęcia, bo boimy się terrorystów. Nie protestujemy gdy musimy paradować w filharmonii podczas koncertu w szmacie zasłaniającej twarz, bo boimy się epidemii. Najzabawniejsze jest gdy spotykają się całkowicie sprzeczne i jednakowo surowo egzekwowane obostrzenia. Na przykład we Francji w obawie przed islamskim terroryzmem zakazano zasłaniania twarzy szmatami zwanymi czador, nikab czy też burka. Mieszkające we Francji znajome licealistki narodowości polskiej (posiadające jednak francuskie obywatelstwo) poczuły się nagle muzułmankami i zadręczały szkołę awanturami o prawo do zakrywania twarzy.
Jest w tym pewna logika, jeżeli dziewczyna może z dnia na dzień poczuć się chłopcem i ma prawo wchodzić do męskiej ubikacji dlaczego nie mogłaby się nagle poczuć muzułmanką?
Po wybuchu „pandemii” gdy okazało się, że obowiązkowe jest zakrywanie twarzy, rozwścieczone nauczycielki egzekwowały przymus noszenia maseczki medycznej lub wręcz chirurgicznej nadal jednak zabraniając używania burki. Batalię przerwała dyrekcja gdy pewnego dnia kilka uczennic pojawiło się w szkole w wygrzebanych w piwnicy maskach przeciwgazowych z czasów I Wojny Światowej i jedna z nich wylądowała w szpitalu z objawami silnego niedotlenienia gdyż czegoś tam w masce nie przestawiła albo była ona zepsuta. Gdy rozpaczliwie machała rękami usiłując zedrzeć z twarzy gumowy ryj koledzy płakali ze śmiechu traktując to jako jej brawurowy aktorski popis.
Powstała podkultura maseczki traktowanej jako przekaz. W Warszawie widywałam maseczki zdobione nutkami na pięciolinii z kluczem wiolinowym, kwiatkami, kotkami, oraz z logo znanych firm (Naomi Klein jest autorką równie znakomitej książki „ No logo” ) albo z dowcipnymi hasłami. Aborcjonistki paradowały w maskach z czerwoną błyskawicą. W nieformalnym obiegu pojawiły się ostatnio maseczki ze znanym hasłem z Wyspy Węży ,które stało się zawołaniem nie tylko ukraińskich patriotów i międzynarodowej młodzieży szkolnej lecz przede wszystkim wyrafinowanych intelektualistów.
Ja też uległam zmysłowi zupełnie niestosownej w moim wieku zabawy i zeznając w sądzie jako świadek wezwana do nałożenia maski wyciągnęłam z torebki służbową maseczkę PTWK z galopującymi na zielonym tle wyścigowymi końmi. Zrobiłam błąd, zdumiona sędzia słuchała mnie niezbyt uważnie i będę zapewne musiała zeznawać ponownie. Dodam, że sędzia siedziała za szybą, w plastikowej przyłbicy, adwokaci byli w czarnych, przypominających przestępcze maskach, nikt nic nie słyszał, a cały proces stał się autentyczną choć niezamierzoną parodią. Bareja by tego nie wymyślił.
Wkrótce potem przyłbice zdelegalizowano. W związku z nowym straszakiem jakim jest ukraińska wojna zniesiono wszelkie obostrzenia i można przekraczać granicę bez szczepień, kwarantanny a nawet testów. Gorliwi, którzy zaszczepili się tylko dlatego, że planowali urlop na Hawajach albo w Turcji są teraz wściekli. Zostali z tą szczepionką jak Himilsbach z angielskim.
Wiele osób oburza, że cytuję i polecam Naomi Klein gdyż wywodzi się ona z lewicowej rodziny o żydowskich korzeniach. Wydaje mi się jednak, że gdy Urban mówi, że dwa i dwa jest cztery nie powinniśmy tylko dla zasady temu zaprzeczać. Podobnie gdy Naomi perfekcyjnie opisuje w jaki sposób wielkie korporacje rządzą światem. O uczciwości intelektualnej Naomi Klein świadczy fakt, że 1990 roku opublikowała w piśmie „The Varsity” artykuł zatytułowany „Victim do Victimizer”, będący reakcją na brutalną politykę Izraela w Strefie Gazy, który to artykuł wywołał wściekłość środowisk żydowskich. Podobno Naomi Klein nie jest również zadowolona, że uczyniono ją ikoną antyglobalizmu. Pisze to co myśli nie oglądając się na intelektualne kody i mody. A to naprawdę jest bardzo trudne.
Zawsze przestrzegano nas przed reakcjami tłumu, który potrafi w owczym pędzie zadeptać bliźnich na śmierć, który w czasach rewolucji francuskiej rozkoszował się oglądaniem okrutnych egzekucji, który zażądał od Piłata ukrzyżowania Chrystusa. Bezrefleksyjne reakcje stadne były zawsze obyczajem motłochu. Natomiast prawdziwi intelektualiści uważali, że poszukują prawdy wątpiąc we wszystko (mówiąc za Sokratesem „wiem, że nic nie wiem”) i że mają prawo a nawet obowiązek we wszystko wątpić.
Od dłuższego czasu rejestrujemy jednak zamianę ról. Obecnie intelektualiści mówią jednym głosem nawet w tak niejednoznacznych sprawach jak globalne ocieplenie czy przymusowe szczepienia i prześcigają się w reakcjach stadnych wykluczając ze swego grona tych którzy ośmielili się wątpić w obowiązujący paradygmat. Intelektualiści przejęli więc rolę społeczną motłochu a ludziom prostym pozostawili sceptycyzm, wnikliwość, umiar i rozsądek. Nic dziwnego że pewien młody raper nazwał grupę społeczną z której się podobno sam wywodzi pato-inteligencją. To pojęcie jest bliskie pojęciu „wykształciucha”, które wymyślił przed laty Aleksander Sołżenicyn (образованщина), a polski odpowiednik tego słowa zaproponował Roman Zimand. Oznaczało ono ludzi posiadających formalne wykształcenie, którzy nie podjęli jednak zadania służenia prawdzie. Faktycznie za czasów komunizmu czołowi intelektualiści służyli komunie a nie prawdzie -przeprowadzali egzegezę dzieł Marksa, pisali wiersze na cześć Stalina i popierali prześladowanie biskupa Kaczmarka. Tłumaczyli się potem pokąsaniem przez Hegla, strachem przed okrutną władzą, dobrymi intencjami. Czuli się ofiarami nawet gdy byli katami. Przypominamy to współczesnym ku przestrodze.
W związku z kontrolą dotyczącą zakupu respiratorów w 2020 r. NIK skierowała do prokuratury dwa zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez urzędników państwowych.
Jednym z nich jest były wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński, dziś rzucony na front walki z tzw. dezinformacją.
„W związku z kontrolą dotyczącą zakupu respiratorów w 2020 r., NIK skierowała do Prokuratury dwa zawiadomienia o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez wysokich urzędników państwowych. Jednym z nich jest Janusz Cieszyński. Sprawa jest rozwojowa” – podała NIK w piątek na Twitterze.
„Marian Banaś składa zawiadomienie do prokuratury w związku z odkupieniem przez Ministerstwo Zdrowia od KGHM zakupionych na zlecenie rządu w szczycie pierwszej fali pandemii respiratorów” – napisał w odpowiedzi pełnomocnik rządu ds. cyfryzacji Janusz Cieszyński. Według niego, jest to „kolejna odsłona wciągania NIK w osobistą vendettę prezesa Izby”.
Afera respiratorowa
Ministerstwo Zdrowia podpisało w kwietniu 2020 r. umowę na dostawę 1 tys. 241 respiratorów. Miała je dostarczyć firma E&K, założona przez Andrzeja I., który kiedyś handlował bronią i został wpisany na czarną listę ONZ.
Andrzej I. dostarczył tylko 200 respiratorów, na dodatek wadliwych (bez gwarancji producenta), i tyle go widziano. Za zakup sprzętu ze strony rządowej odpowiadał Janusz Cieszyński, ówczesny zastępca Łukasza Szumowskiego.
Sprawę wciąż bada prokuratura, ale nie może postawić I. zarzutów, bo handlarz bronią przepadł jak kamień w wodę. Prawdopodobnie od grudnia 2020 roku nie ma go w kraju. A wraz z nim „rozpłynęło” się kilkanaście milionów złotych.
Dr Zbigniew Hałat, lekarz epidemiolog oraz były wiceminister zdrowia, zmarł 17 kwietnia. Informacja o jego śmierci pojawiła się w mediach społecznościowych późnym wieczorem 22 kwietnia. Miał 72 lata.
„Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 17 kwietnia zmarł Zbigniew Hałat – mąż, ojciec, dziadek. Uroczystości pogrzebowe już się odbyły. Pogrążona w smutku rodzina” .
W latach 70. Zbigniew Hałat pracował w Afryce przy zwalczaniu ciężkich i występujących masowo epidemii chorób tropikalnych, zakażeń, a także zatruć. Na początku lat 90-tych XX wieku był wiceministrem zdrowia oraz Głównym Inspektorem Sanitarnym.
Po zakończeniu pracy w ministerstwie był prezesem wielu organizacji społecznych związanych ze zdrowiem, pisał felietony i pełnił rolę eksperta.
Był krytykiem działań WHO, a w czasie covidowym sprzeciwiał się pandemicznej polityce rządu i przymusowi szczepień.
Jestem zszokowana… Sprawa, o której chcę opowiedzieć, jest tak nieprawdopodobna, że nie uwierzyłabym, gdybym sama nie zobaczyła dokumentów…
Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej – realizując prośbę Ministerstwa Zdrowia – przysłało do Fundacji pismo z żądaniem wyjaśnień, dlaczego nie informujemy Ukrainek o możliwościach dokonania w Polsce aborcji. Solą w oku obu ministerstw okazały się ulotki „Polska chroni życie”, które zaprojektowaliśmy, aby docierać do obywatelek Ukrainy.
W piśmie upomniano nas, że „treść ulotki nie uwzględnia obowiązującego w Polsce stanu prawnego wynikającego z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, bo przecież są dwa przypadki, gdy można dziecko zabić…
Właśnie tak. Oba ministerstwa oczekują, że organizacja antyaborcyjna będzie informowała, które dzieci i w jakich sytuacjach można swobodnie zabijać. Sytuacja jest tym dziwniejsza, że Fundacja Życie i Rodzina jest jedną z ostatnich organizacji konserwatywnych, które nie są w żaden sposób zależne od rządu. Nie otrzymujemy grantów ani dotacji, funkcjonowanie Fundacji jest opłacane z dobrowolnych wpłat obywateli, którzy uważają, że nasza działalność jest dobra i słuszna. Czemu zatem mielibyśmy realizować politykę rządu? Zawsze stoimy na straży życia niezależnie od układów polityczno-biznesowych.
Jestem obrońcą życia. Nie będę brała udziału w informowaniu Ukrainek, kiedy i jak mogą sobie zabić dziecko. Nie będzie tego też robił nikt z Fundacji. Nie będziemy przygotowywać materiałów informacyjnych, jak zrobić aborcję, bo nie dzielimy dzieci na lepsze i gorsze, a prawo, które pozwala zabijać, uważamy za haniebne.Nawet jeśli aborcja jest w określonych sytuacjach dozwolona, w dalszym ciągu pozostaje zbrodnią. Jesteśmy wszyscy bardzo zdziwieni, że próbuje się nas nakłonić do informowania, na których dzieciach można dokonać zbrodni.
W odpowiedzi przekazanej ministerstwu jednoznacznie deklarujemy, że nie zmienimy treści przygotowanych ulotek i dalej będziemy ratować nienarodzone dzieci imigrantek. Sytuacja, gdy próbuje się nas nakłonić do działań, które mogą skutkować większą liczbą aborcji, jest nie do zaakceptowania, gdyż Fundacja została powołana do obrony życia, a nie do popularyzowania zabijania ludzi– nawet jeśli to zabójstwo jest legalne.
Ta zadziwiająca sytuacja zbiega się w czasie z informacjami o tym, że w Warszawie wyznaczono już specjalny szpital, który będzie zabijał ukraińskie dzieci, o ile ich matki złożą oświadczenie, że ciąża wzięła się z gwałtu. Jest absolutnie niemożliwe, aby w jakikolwiek sposób udowodnić, że nienarodzony maluszek faktycznie jest owocem czynu zabronionego. Ukraina jest pogrążona w chaosie, obywatelki tego kraju przekraczają granicę z Polską w pośpiechu i z pewnością trudno oczekiwać, że będą miały z sobą jakiekolwiek dokumenty potwierdzające, że gwałt faktycznie miał miejsce. Także polskie organy ścigania nie mają żadnej możliwości weryfikować, czy składane oświadczenia o ewentualnym gwałcie są zgodne z prawdą.
Jaki z tego wniosek?
Według wszelkiego prawdopodobieństwa warszawska placówka będzie zabijała dzieci na życzenie, o ile ich matka będzie narodowości ukraińskiej, przekroczyła granicę z Polską po 24 lutego br. oraz złożyła oświadczenie, że dziecko poczęło się z gwałtu.
Niewinne dzieci zostaną zabite, bo presja środowisk feministycznych spowodowała, że polscy decydenci ugięli się i stworzyli miejsce, gdzie będzie się mordować małych ludzi. Za naszą wschodnią granicą ukraińskie dzieci będą zabijane przez zbrodniarzy wojennych, a w naszym kraju takie same dzieci (tylko nieco młodsze) będą bestialsko mordowane przez aborterów. Co jest gorsze – ludobójstwowojenne czy aborcyjne? A może po prostu to dwie twarze tej samej odrażającej rzeczywistości!
Tego chcą feministki – zabijania jak największej liczby dzieci. Na to zgodziły się już władze Warszawy i dyrekcja niesławnego szpitala. Nazwa i adres szpitala pozostaje na razie tajemnicą. Aborterzy wyjaśnili w mediach, że obawiają się aktywności naszej Fundacji. Jeśli naprawdę uważają, że nie robią nic złego, to czemu chcą to robić po cichu…?
Dlatego korzystając z okazji, jaką jest wymiana pism pomiędzy Fundacją a ministerstwami, złożyliśmy do Ministra Zdrowia wniosek o udostępnienie informacji publicznej. Pytamy m.in.:
– ile dzieci obywatelek Ukrainy zostało abortowane po 24 lutego br. na podstawie przesłanki o czynie zabronionym,
– które szpitale dokonały morderstwa,
– na podstawie jakich dokumentów weryfikowano, że dzieci te faktycznie poczęły się z gwałtów.
Jeśli stwierdzimy, że nie było adekwatnych dokumentów, będziemy pisać zawiadomienia do Prokuratury, aby wszczęto śledztwo wobec personelu medycznego, który aborcję przeprowadził, oraz wobec urzędników odpowiedzialnych za dopuszczenie do takich aborcji.
Przy okazji zapytaliśmy także, czy oba ministerstwa – zarówno Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej jak i Ministerstwo Zdrowia – prowadzą w ostatnich tygodniach jakiekolwiek działania monitorujące w stosunku do organizacji feministycznych, które grasują pomiędzy Ukrainkami i oferują im aborcję, także tę nielegalną, wykonywaną domowymi sposobami.
Od końca lutego obserwujemy, że wiele grup feministycznych tłumaczy na ukraiński foldery lub posty w mediach społecznościowych i zachęca, aby abortować dzieci. Dziwnym trafem instytucje państwowe nie interesują się tymi działaniami, natomiast zgłaszają pretensję do akcji prowadzonych w obronie życia przez naszą Fundację!
Drogi Panie!
Walka o życie zaostrza się. Widzimy, że działania przeciw aborcji są potrzebne, jak mało kiedy. Dlatego chcemy wypuścić do druku kolejną partię ulotek „Polska chroni życie”. Nic w nich nie zmienimy, choćby aborcjoniści denerwowali się, że nie można pokazywać, jak wygląda aborcja, a organy rządowe upominały nas, że brakuje instrukcji, które dzieci można zabić.
Potrzebujemy Pana pomocy, aby pokryć koszt kolejnej partii materiałów, która niebawem pójdzie do druku.
Każde 1000 złotych, które uda się nam zebrać, umożliwi wydruk i rozdanie 20 000 ulotek. Czy może Pan nam pomóc w akcji? Wystarczy, że wpłaci Pan dowolną kwotę, którą uważa Pan za odpowiednią, aby ratować życie dzieci. Może to być np. 35, 70, 140 złotych lub każda inna suma, stosownie do Pańskiej decyzji.
Mam świadomość, że w tej chwili ścigamy się z aborterami, kto pierwszy dotrze do ukraińskich matek i kto przekona je, jaka naprawdę jest aborcja. Środowiska lewicy są na nas wściekłeza tę akcję. Urzędnicy państwowi zajmują się organizowaniem miejsc, gdzie można zabić dzieci. Kto ujmie się za nienarodzonymi, jeśli nie zrobimy tego my…?
Dlatego jeszcze raz bardzo Pana proszę o wsparcie finansowe. Nie damy się złamać i będziemy ratować dzieci wbrew oczekiwaniu, żebyśmy zeszli z obranej drogi. Potrzebujemy jednak Pana pomocy.
Mocno wierzę, że moja prośba do Pana spotka się z życzliwym przyjęciem…
Serdecznie Pana pozdrawiam!
Kaja Godek
Kaja Godek Inicjatywa #ZATRZYMAJABORCJĘ Inicjatywa #STOPLGBT Fundacja Życie i Rodzina zycierodzina.pl
PS – Wszelkie dane do przelewu znajdują się w stopce. Znajdzie Pan tam numer konta Fundacji, link do szybkich przelewów oraz do płatności kartami.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINATYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE