Jak kończą sataniści, „gwiazdy” nazistowskiego Azova

https://spiritolibero.neon24.info/post/168275,jak-koncza-gwiazdy-nazistowskiego-azova

Jarek Ruszkiewicz SL

Zasłynął brutalnymi torturami w wojsku, zniewagami wobec Boga i wyznawców religii i groźbami pod adresem rodziny głowy Czeczenii.

Satanista, handlarz narkotyków i nazista: co czeka Davida „chemika” Kasatkina, który zabijał schwytanych rosyjskich żołnierzy?
Zasłynął brutalnymi torturami w wojsku, zniewagami wobec wyznawców religii i groźbami pod adresem rodziny głowy Czeczenii. Jak żył i walczył?

Pod znakiem Bafometa
Porucznik Gwardii Narodowej Ukrainy, dowódca plutonu w „Azow” – 25-letni Dawid „Chemik” Kasatkin dał się poznać w pierwszych dniach „specjalnej operacji wojskowej”. Wśród przestępców okazał się najbardziej utytułowanym blogerem, gromadząc około 150 000 obserwujących na Instagramie, TikToku i Telegramie. Na swoich portalach społecznościowych Kasatkin publikował nagrania z morderstw, mieszał je z życiowymi refleksjami, rozmywał to wszystko czarnym humorem, a także flirtował z dziewczynami, zamieszczał relacje z klubów ze striptizem i obrażał wierzących.

Uwięziony w podziemiach huty żelaza i stali „ Azovstal ”, David Kasatkin początkowo emanował pewnością siebie. Napisał post, w którym obiecał zabić głowę Czeczenii i ukarać [w szczególny sposób – jego kobiety md] jego bliskich. Jednak 14 maja, zdając sobie sprawę, że niewola jest nieuchronna, naziści starannie oczyścili sieci społecznościowe z treści antyrosyjskich.
„W tej chwili nie mogę komentować polityki” – wyjaśnił swoim zwolennikom.



Kiedy Chemik opuścił „Azovstal”, by się poddać, rosyjskie wojsko natychmiast rozpoznało go po malowniczych tatuażach. Na stopach znajdują się bluźniercze wizerunki Chrystusa i Marii Dziewicy, pod którymi jest napisane „zabij wszystkich”. Na palcach widnieje napis „Czas zabijać”. Na jego rękach widnieją nazistowskie znaki i motto obozu koncentracyjnego Buchenwald „Jedem das Seine”. Głowa kozła diabła była ozdobą na całym jego plecach.
„To jest Bafomet – symbol mojej rodziny” – wyjaśnił ukraiński watażka.

Zbrodniarz wojenny
Brutalne zbrodnie chemika zdradzają jego tatuaże. Na przykład rysunek na kciuku Kasatkina był widziany w filmie, w którym przesłuchiwano rosyjskiego jeńca wojennego.
„Proszę, skończ ściemniać i powiedz mi” , głos chemika jest słyszany poza ekranem. Ręce rosyjskiego żołnierza były splecione za plecami a oczy zasłonięte taśmą klejącą. Następnie rosyjskie siły zbrojne odnajdą jego ciało w śmietniku. Biedak był brutalnie torturowany, zanim został zabity: całe jego ciało było pokryte guzami i siniakami.


David Kasatkin pojawia się także w sadystycznym filmie swojego towarzysza broni i podwładnego, członka „Azova” Nikolaya „Mr. Frostovika”. Pod żarliwym ukraińskim punkiem pokazywano tam codzienność plutonu Chemika przed blokadą i kapitulacją: plądrowanie, strzelanie z dachów nieopróżnionych budynków mieszkalnych, używanie cywilów jako żywych tarcz. Jest materiał filmowy, na którym wykończono rannego członka załogi czołgu L/DPR strzałem w brzuch, jego śmierć wywołała śmiech bojowników „Azowa”. 
Kasatkin nie znał litości nie tylko dla obcych, ale i dla swoich. Według rosyjskich funkcjonariuszy bezpieczeństwa, w marcu strzelił w plecy pułkownika Straży Przybrzeżnej UAF, który opuścił swoje stanowisko i szukał azylu w Rosji. A pod koniec kwietnia Chemik wbił kulę w głowę szeregowca ukraińskiego, który zamierzał się poddać, ale zgubił się w katakumbach „Azovstalu”.

Zgodnie z prawami ulicy
Sądząc po wpisach na portalach społecznościowych, David Kasatkin, podobnie jak jego młodszy brat i starsza siostra, byli wychowywani bez ojca, gruzińskiego pochodzenia. Ich matka Natalia nigdy nie wyszła za mąż. 
W 2013 roku Natalia Kasatkina była szczęśliwa, że ​​jej syn David zajął 3. miejsce w Donieckim Regionalnym Pucharze Boksu Tajskiego. A w 2016 roku pochwaliła się, że zdobył mistrzostwo Ukrainy w biathlonie bojowym.
Kasatkin spędził dzieciństwo na obrzeżach Mariupola w Chruszczowie przy Alei Metalurgów 119, mieszkanie 92. Jeszcze w szkole, jak sam przyznał, zaczął produkować i sprzedawać narkotyki, za co otrzymał przydomek „Chemik”. W tym samym czasie dołączył do radykalnych ultras z klubu piłkarskiego Szachtar i co tydzień walczył z rywalizującymi kibicami lub policją. Wszyscy jego przyjaciele byli neonazistami. Później Kasatkin wyznał subskrybentom, że był wojującym ateistą. Jednak jego tatuaże sugerują, że jest raczej satanistą.
W wieku 18 lat „chemik” wstąpił do wojska. W wieku 20 lat zaciągnął się do nacjonalistycznego batalionu „Azow”, aby wziąć udział w karnych operacjach przeciwko pokojowo nastawionym mieszkańcom Mariupola, którzy wspierali siły prorosyjskie. Dowódcy wyróżniali się gorliwością. Kasatkinowi przydzielono służbowe mieszkanie w Mariupolu przy Alei Budowniczych 56, mieszkanie 18, awansowano w randze i powierzono pluton. No i dawali też bonus – neonaziści wydawali pieniądze na markowe ubrania i rozrywki.
David Kasatkin regularnie odwiedzał bary ze striptizem i burdele. Na jednym ze zdjęć Chemik przytula lokalną modelkę porno. W Internecie jest mnóstwo jej erotycznych zdjęć i dziesiątki stron, z których poluje na bogatych mężczyzn.
W latach 2018-2021 Kasatkin był szkolony przez instruktorów NATO. Był z tego dumny, zrobił mnóstwo zdjęć z treningów i opatrzył je hashtagami #siły specjalne.
PS
Teraz Chemik jest w rękach rosyjskich sił bezpieczeństwa. Według niektórych doniesień został przewieziony do aresztu tymczasowego na Kaukazie Północnym, gdzie będzie czekał na proces za swoje brutalne zbrodnie.
Egor Perezhogin
Opracowanie wersji polskiej SpiritoLibero
Źródła z powodu szalejącej cenzury oczywiście do odwołania nie podaję.

====================

[przecież wystarczy wkleić w gugla Egor Perezhogin; Kasatkin, by wyskoczyło: https://www.stalkerzone.org/satanist-drug-dealer-nazi-what-awaits-david-chemist-kasatkin-who-killed-captured-russian-soldiers/ MD]

Kosmologowie: Stultorum infinitus est numerus…

ks. Jan Jenkins

[wykład z podstaw katechizmu.. Na przykładzie tekstu „Czy kosmita może być zbawiony?” ks. Michała Hellera MD]

====================

[Wersja ulepszona, z pięknymi zdjęciami tych uczonych durniów, m.inn. omawianego księdza profesora,  jest w n-rze sierpniowym ’09  „Zawsze wierni”. Warto do tych roczników sięgać. Nie starzeją się. MD]

=========================

Kilka miesięcy temu podczas naszej pierwszej lekcji katechizmu mówiliśmy o poważnych, praktycznych konsekwencjach jakie niesie za sobą błędna definicja wiary, o tym w jaki sposób definiowanie jej jako czysto „osobistych przekonań” prowadzi do zniszczenia porządku naturalnego oraz samego społeczeństwa. Błędne pojmowanie porządku nadprzyrodzonego prowadzi nieuchronnie do zniszczenia porządku naturalnego. Dziś przyjrzymy się odwrotnemu niebezpieczeństwu, wynikającemu z dostosowywania wiary do fałszywej nauki, czy raczej do tak zwanej nauki i zastanowimy się, dlaczego jest to niebezpieczne dla wiary, a nawet dla zdrowego rozsądku. Prawda jest ze swej natury integralna, dlatego zanegowanie jakiejkolwiek prawdy, naturalnej czy nadprzyrodzonej, ma konsekwencje niezwykle destrukcyjne.

Jako przykładem posłużymy się wywiadem, jakiego udzielił Arturowi Sporniakowi z „Tygodnika Powszechnego”, a zatytułowanym „Czy kosmita może być zbawiony?”[1]. Wywiad ten jest typowy dla zjawiska nazywanego dziś powszechnie nauką, a będącego w istocie jedynie science fiction.

Jak sugeruje tytuł, wywiad dotyczy możliwości istnienia życia na innych planetach, lub raczej tego czy jesteśmy „sami we wszechświecie” i pod jakim względem przyszłe spotkania z istotami pozaziemskimi mogłyby dla nas być interesujące. Prowadzący rozmowę ubolewa nad faktem, że teologia nie dopuszcza takiej możliwości i że teologia chrześcijańska nadal pozostaje uwięziona „w czasach przedkopernikańskich” [ciągle jeszcze tkwimy w czasach przedkopernikańskich].

Jakie mamy dowody na istnienie życia poza ziemią? Jakie mamy oznaki wskazujące na istnienie jakichś pozaziemskich istot rozumnych? Ks. Heller uczciwie odpowiada, że nie mamy żadnych, czy też raczej „nie wiemy”, czy byty takie istnieją, czy też nie. Niemniej jednak wysuwa argument, że – biorąc pod uwagę ogrom wszechświata – można mieć w tej kwestii wątpliwości. Ponieważ wszechświat jest taki wielki, gdzieś musi istnieć życie podobne do życia na ziemi. Biorąc pod uwagę, że istnieje tak wiele gwiazd i tak wiele planet, na których mogłoby istnieć życie, musi być gdzieś miejsce, w którym istnieje życie podobne do naszego.

Rzeczywiście wiemy, że wszechświat, który obserwujemy jest ogromny, wiemy to od czasów starożytnych. Hipparch, porównując promień krzywizny cienia ziemi z promieniem księżyca podczas jego zaćmienia i znając z obliczeń Eratostenesa wielkość ziemi, mógł wnioskować, że odległość do księżyca wynosi około czterystu tysięcy kilometrów[2]. Arystarch zaobserwował, że słońce jest bardzo odległe od ziemi, że odległość ta wynosi przynajmniej dwadzieścia razy tyle, co odległość z ziemi do księżyca, a prawdopodobnie więcej[3]. Same gwiazdy nie poruszały się i w różnych porach roku odległości pomiędzy nimi nie ulegały zmianie – muszą więc, wnioskował Arystoteles, być bardzo odległe. Rzeczywiście wiemy, że gwiazdy są od nas tak odległe, że musimy mierzyć odległości pomiędzy nimi a nami nie kilometrami, ale latami świetlnymi, czyli odległością jaką światło [299.793 km/s] przebywa w ciągu jednego roku [31.557.600 sekund], co daje 9.460.730.472.581 kilometrów. Odległość taką trudno nam sobie nawet wyobrazić. Światło i wszelkie fale elektromagnetyczne docierają do nas praktycznie natychmiast (możemy na przykład telefonować do kogoś znajdującego się na drugim końcu świata i rozmawiać z nim w czasie rzeczywistym), jednak światło potrzebuje całego roku, by pokonać tę odległość. Nawet więc, gdybyście byli w stanie połączyć się telefonicznie na tak wielką odległość, wasze „halo” byłoby słyszane dopiero po roku od jego wypowiedzenia.

Wszechświat jest rzeczywiście ogromny, a jednak w dużej mierze pusty. Najbliższa nam po słońcu gwiazda znajduje się w odległości 4.2 lat świetlnych, a zaledwie 2 tysiące gwiazd znajduje się w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt lat świetlnych od ziemi [większość z nich jest dla nas niewidoczna]. Z nich jedynie 35 podobnych jest do Słońca, a w okolicy żadnej z tych trzydziestu pięciu nie zaobserwowano jednak planet podobnych do ziemi. W promieniu stu lat świetlnych istnieje pięćset gwiazd podobnych do Słońca. Oczywiście wraz ze wzrostem promienia ilość tych gwiazd wzrasta, jednak możliwość kontaktu z jakimkolwiek rodzajem istot poza tą odległością praktycznie mówiąc nie istnieje.

Po pierwsze odległości te wykluczają jakąkolwiek podróż, nawet dla statków kosmicznych obsługiwanych w całości przez roboty. Najszybszy sztuczny satelita Helios 2[4] aby dotrzeć do najbliższej po słońcu gwiazdy musiałby lecieć 71 tysięcy lat, czyli ponad 10 razy dłużej niż udokumentowana historia ludzkości. Oczywiście żaden stworzony rękami ludzkimi obiekt, a tym bardziej skomplikowane urządzenie, nie przetrwałby tak długiego czasu.

Ponadto, gdyby nawet ktoś potrafiłby porozumieć się z takim statkiem, kiedy on dotrze on w okolice owej gwiazdy, każdy cykl komunikacji zająłby cztery lata, ponieważ tyle właśnie czasu zajęłoby każdemu sygnałowi z ziemi dotarcie do statku – co jest dość frustrujące nawet abstrahując od technicznych problemów takiego przedsięwzięcia.

Jednak prawa fizyki uniemożliwiłby taką komunikację z tego prostego powodu, że na świecie nie ma dostatecznie dużo energii, by wygenerować sygnał dostatecznie silny, aby ktokolwiek tam mógł go zauważyć. Podobnie jak światło waszej latarki pozwala wam widzieć tylko na określoną odległość, strumień energii fali świetlnej lub radiowej maleje odwrotnie proporcjonalnie do kwadratu odległości od jej źródła. Oznacza to, że w przypadku waszej latarki, by światło jej mogli dostrzec ludzie znajdujący się dwa razy dalej, potrzebowalibyście cztery razy więcej energii. Przekaźniki radiowe, nawet te o mocy milionów watów jak znajdujące się w Arabii Saudyjskiej, zapewniają odbiór w promieniu zaledwie kilkuset kilometrów, a nawet wówczas wysyłany przez nie sygnał zakłócany jest przez ziemską jonosferę. Nawet zakładając, że mielibyśmy sprzęt tysiąc razy czulszy niż posiadamy obecnie, aby poszukiwać obcych cywilizacji odległych o 100 lat świetlnych, która wysyła sygnały we wszystkich kierunkach, obcy musieliby posługiwać się transmiterem o mocy kilka tysięcy razy przekraczającej całą obecną moc wytwarzaną na ziemi[5]. Jedynym powodem, dla którego możemy widzieć gwiazdy tak od nas odległe jest fakt, że są one ogromnymi źródłami energii. Komunikacja za pomocą radia czy światła wymagałaby podobnej mocy.

[ks. dr. JJ nie wziął pod uwagę emisji wiązki spójnej, kierunkowej: taka wiązka nie zanika z odległością, musi być jednak wycelowana przez nadawcę. Ta uwaga nie zmienia całości myśli Autora./ MD] 

Trzeba też wziąć pod uwagę że gwiazdy te emitują wielką ilość fal świetlnych i radiowych, żaden sygnał nie mógłby więc rywalizować z zakłóceniami generowanymi przez gwiazdy, wokół których obracają się planety. By posłużyć się naszą analogią, to tak jakbyście usiłowali porozumieć się z kimś za pomocą latarki w samo południe, przy pełnym słońcu. Tak więc nawet jeśli ktoś potrafiłby odebrać sygnał w tak ograniczonym paśmie, trudno byłoby przebić się przez zakłócenia w tle. Nawet wasze komórki mają kłopot ze złapaniem sygnału, gdy zbliżacie się do linii wysokiego napięcia – trudności te na większych odległościach stają się prawdziwie astronomiczne. Energia wytwarzana przez słońce, a nawet ta jej część, która przenika atmosferę ziemską każdego dnia jest wielokrotnie większa, niż cała energia wytwarzana rocznie we wszystkich elektrowniach świata.

Tak więc, nawet zakładając hipotetycznie, że na innych planetach istnieje życie (co jest mało prawdopodobne) i że jest ono rozumne (co jest równie mało prawdopodobne) i że wynaleziono tam radio (równie mało prawdopodobne) możliwość nawiązania kontaktu z jego formami, czy nawet wykrycia ich jest ściśle mówiąc, żadna. Należy też pamiętać, że nawet w promieniu 100 lat świetlnych[6] istnieje jedynie około pięćset gwiazd, wokół których mogłyby ewentualnie istnieć planety podobne do ziemi, a przecież żadnej takiej planety nie zaobserwowano, rzeczywiste prawdopodobieństwo jakiegokolwiek kontaktu wynosi więc praktycznie zero.

Tak więc, powracając do wywiadu z ks. Hellerem, najbardziej zdumiewająca jest jego teza, iż powinniśmy rozważyć ponownie nasze koncepcje teologiczne w świetle ewentualnego kontaktu z obcymi. Zamiast badać to, co rzeczywiście istnieje, co możemy zaobserwować, powinniśmy poszerzyć nasze horyzonty  i myśleć „co by było, gdyby”. Rozważając możliwość kontaktu, powinniśmy przemyśleć raz jeszcze fundamentalne pojęcia, jak gdyby nasza teologia była „przestarzała”, „przedkopernikańska” i „geocentryczna”.

Na przykład, wedle ks. Hellera, teologowie mają tendencję do „absolutyzowania Wcielenia”, czyli podkreślania jego wyjątkowości. To samo dotyczy chrześcijańskiego zmysłu historii, która jest linearna, czyli dzieli się na czas przed i po Wcieleniu. Wedle ks. Hellera ewentualny kontakt z obcą cywilizacją zmieniłby nasz kulturowy kontekst, musimy więc zrewidować nasz punkt widzenia. Przyznaje co prawda, że Ojcowie Kościoła nie zajmowali się możliwością Wcielenia mającego miejsce gdzie indziej poza ziemią, stwierdza jednak: „Dzisiaj trzeba przynajmniej tę kwestię pozostawić otwartą”.

Jest to klasyczna technika, jaką posługują się z upodobaniem współcześni teologowie. Rozumowanie swe opierają na założeniu, że prawda uzależniona jest od kontekstu kulturowego, że historyczny i kulturowy kontekst w jakiś sposób determinuje prawdę. Tak więc prawda musi zostać rewidowana czy nawet należy ją celowo podawać w wątpliwość wraz z każdorazową zmianą kontekstu kulturowego. W ten sposób wiele prawd, czy nawet dogmatów wiary, musi pozostać „kwestiami otwartymi” ze względu na zmianę kontekstu kulturowego. Wedle ks. Hellera wymagana byłaby jedynie radykalna zmiana kontekstu i to nawet nie w sensie fizycznym, ale nawet czysto teoretycznym. Jak widzieliśmy przed chwilą, kontakt z obcą cywilizacją, nawet zakładając, że taka rzeczywiście istnieje (na co nie ma żadnych dowodów) byłby fizycznie niemożliwy. Mówimy tu o nowym kontekście kulturowym, który jest w tym przypadku czymś całkowicie teoretycznym, nie posiadającym żadnego oparcia w faktach a nawet praktycznie niemożliwym. Nawet ks. Heller przyznaje „Jedno wydaje się niemal pewne: kontakt z takimi istotami ma znikome prawdopodobieństwo”. A jednak owo znikome prawdopodobieństwo jest dla niego wystarczające, by przemyśleć na nowo wszystkie dogmaty chrześcijaństwa i pozostawić otwartą kwestię innego Wcielenia.

Gdy ktoś odchodzi od rzeczywistości w pogoni za teoriami, fikcyjnymi istotami, istniejącymi jedynie w wyobraźni, może zbłądzić bardzo daleko od prawdy. Jeszcze większe niebezpieczeństwo niesie za sobą jednak fundamentalna teza współczesnej teologii: że prawda zależy od kontekstu kulturowego. Jest dokładnie odwrotnie, to właśnie prawda jest ze swej definicji niezależna od wszelkiego konkretnego kontekstu. Fakt, że Ziemia obraca się wokół Słońca nie jest wynikiem jakiegoś nowego kontekstu kulturowego, taka jest po prostu rzeczywistość. Prawa fizyki, jak to przyznaje nawet autor wywiadu, są takie same wszędzie i dla każdego. Fundamentalną zasadą metody naukowej jest, że daną obserwację można powtórzyć i że te same przyczyny powodują te same skutki. Obserwacja nie zależy od „kontekstu kulturowego”, polega raczej na uznaniu rzeczywistości. Jeśli rodzaj ludzki jest niewolnikiem błędu, jest tak w znacznej mierze dlatego, że nie obserwuje on rzeczywistości dostatecznie ściśle, albo jak to ma miejsce w przypadku ks. Hellera, woli swe własne teorie od faktów.

Z pewnością kultura i cywilizacja zmieniają się wraz z czasem, często jest to jednak właśnie konsekwencją nowego odkrycia, a nie odwrotnie: pewne prawdy czy prawa natury raz odkryte mają wielki wpływ na cywilizację. Pomyślcie choćby o wynalezieniu elektryczności i wielkich zmianach jakie wywołało to odkrycie w ludzkim życiu. Jednak odwrotność tego nie jest prawdą. „Kontekst kulturowy” nie determinuje prawa powszechnego ani rozumienia przyczyn otaczających nas zjawisk. Natura ma irytujący zwyczaj bycia zdecydowanie niedemokratyczną: jest taka, jaka jest, niezależnie od tego, co mogliby na jej temat myśleć ludzie.

Jako przykład owego „kontekstu kulturowego” zmieniającego zasady teologiczne podaje ks. Heller odkrycie przez Kopernika że „nie jesteśmy centrum wszechświata”. Z pewnością kalumnią jest twierdzenie, że teologia, której przedmiotem jest przede wszystkim Bóg, w jakiś sposób utrzymywała wcześniej, iż to człowiek jest centrum wszechświata. Jak stwierdził bardzo jasno św. Tomasz z Akwinu, człowiek jest przedmiotem teologii jedynie o tyle, że jest on stworzony przez Boga i musi do Niego powrócić. To Bóg jest centrum teologii, a nawet jej właściwym przedmiotem. Nawet twierdzenie, że „człowiek jest szczytem stworzenia i najbliższą Bogu istotą” jest kompletnie fałszywe, aniołowie są o wiele doskonalsi i bardziej podobni do Boga, co wie każde uczące się katechizmu dziecko.

Ks. Heller twierdzi dalej, że ta koncepcja Kopernika sprowokowała reakcję, której skutkiem był mistycyzm niemiecki, „przywracający człowiekowi jego centralne miejsce we wszechświecie”. Powołuje się tu zwłaszcza na Jakuba Böhme, co nie jest najlepszym przykładem, gdyż Böhme nie reprezentował ani niemieckiego mistycyzmu, ani wierzeń luteranów, które zmodyfikował zgodnie ze swymi prywatnymi wizjami – bliższymi teozofii czy kabale niż teologii[7]. Skoro sami luteranie wygnali go  z jego rodzinnego miasta za głoszenie egzotycznych herezji, trudno twierdzić, że reprezentuje on myśl chrześcijańską, a tym bardziej katolicką.

Moglibyśmy również odpowiedzieć ks. Hellerowi, że sam Kopernik był katolickim kapłanem, który dzieło swe dedykował papieżowi Pawłowi III. System kopernikański opiera się na zasadzie, że w tym co dotyczy powszechnych praw natury nie ma żadnych szczególnych miejsc – „katolickość” czyli „powszechność” stosuje się również do samego stworzenia. Ziemia jako centrum wszechświata była właściwie koncepcją pogańską, a nie chrześcijańską. Słońce i księżyc nie są półbogami, wyłączonymi w jakiś sposób spod praw natury, ale elementami stworzenia jedynego prawdziwego Boga, podlegającymi tym samym prawom powszechnym. Wszystkie polemiki dotyczące teorii Kopernika muszą uwzględniać ponadto fakt, że Galileusz, nawet w opinii swych zwolenników, nie był człowiekiem uczciwym.

Widzimy więc, że ks. Heller zasadniczo myli się twierdząc, że chrześcijańska teologia jest „geocentryczna”. Jak na to wskazuje sama nazwa „chrześcijańska” jest ona raczej skupiona wokół Jezusa Chrystusa. W istocie jedynie bardzo rzadko Ojcowie Kościoła zajmowali się strukturą Układu Słonecznego i z reguły jedynie dla zilustrowania tego, co ich naprawdę interesowało: nauki naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Ksiądz Heller wolałby jednak, by teologia skoncentrowała się nie na Objawieniu czy nawet na prawie naturalnym, ale na „szerszym spojrzeniu” [Tymczasem przydałoby się nowe, szersze spojrzenie]. Spojrzenie to obejmuje istnienie na jakiejś odległej planecie istot rozumnych, które nie popadły w grzech pierworodny, posiadają lepiej rozwinięty intelekt i lepiej widzących różnicę między dobrem a złem, żyjących w przyjaźni ze swym Stwórcą i nie potrzebujących odkupienia. Heller ubolewa, że nie jesteśmy przygotowani do rozwinięcia naszych refleksji teologicznych z uwagi na ten nowy kontekst kulturowy. Oczywista odpowiedź na ten zarzut brzmi, że teologowie, podobnie jak inni naukowcy, zazwyczaj badają rzeczy, które rzeczywiście istnieją, które są realne, a nie zajmują się gdybaniem. Nie możecie na przykład znaleźć w podręcznikach teologii moralnej odpowiedzi na pytanie: czy grzechem jest posiadanie jednorożca – z tego prostego powodu, że jednorożce nie istnieją. Podobnie spekulowanie na temat obcych jest po prostu podejściem nienaukowym z tego prostego powodu, że nie ma żadnych dowodów na ich istnienie – należą oni raczej do dziedziny literatury niż historii.

Jeśli nawet niekiedy teologowie stawiali hipotetyczne pytania, takie jak: czy Słowo mogłoby przybrać ciało, gdyby nie było grzechu pierworodnego, czynili to jedynie dla zilustrowania zasad już udowodnionych, albo zakresu ich stosowania. Przypadku czysto hipotetycznego nie można nigdy traktować jako punktu wyjścia dla nowej tezy teologicznej, nie można też powołując się na niego nawoływać do podawania w wątpliwość zagadnień od dawna zdefiniowanych jako „kwestii otwartych” czy „szerszego punktu widzenia”, jak to czyni autor niniejszego wywiadu. Jest dokładnie przeciwnie, stosunek teologów do owych hipotetycznych kwestii pokazuje, w jaki sposób zasady te mogłyby być stosowane, ze szczególnym podkreśleniem ich niezmienności.

Dalsza część wywiadu dotyczy innej jeszcze kwestii: nieskończoności. Otóż ks. Heller twierdzi, że podobnie jak teologia musi być dostosowana do nowej i szerszej wizji, tak i sama koncepcja Boga musi zostać przemyślana wedle tych nowych postulatów. I podobnie jak błędnie pojmuje samą teologię, ks. Heller wypacza również samą naturę Boga. Wedle niego, musimy przemyśleć nasze określanie Boga jako „nieskończonego”, ponieważ obecnie wiemy znacznie więcej na temat nieskończoności, niż kiedykolwiek przedtem. Podczas, gdy do tej pory pojmowaliśmy nieskończoność jako coś negatywnego, coś, co nie ma końca, obecnie dzięki analizie matematycznej wiemy, że nieskończoność wchodzi w „inną skalę”. Istnieje nieskończenie wiele liczb rzeczywistych „większych”, niż nieskończona ilość liczb całkowitych. Możemy również mówić o skali nieskończoności, a stąd również o „nieskończonej liczbie nieskończoności”, którą moglibyśmy identyfikować z Bogiem. Podczas gdy do tej pory matematycy uważali, że nie może być czegoś takiego jak absolutna nieskończoność, dzięki współczesnym matematykom wiemy, że nie jest ona czymś niemożliwym.

Takie pomieszanie pomiędzy matematyką a metafizyką jest czymś powszechnym u ludzi, którzy nie posiadają gruntownej wiedzy w żadnej z tych dziedzin, nie musimy posiadać jednak wybitnej inteligencji, by wykazać absurdalność takiego pomieszania. Kiedy matematycy używają słowa „nieskończony” mają na myśli policzalność pewnego zbioru liczb, lub to, co nazywamy „mocą zbioru”. Stąd możemy mówić o różnych „skalach” nieskończoności w tym sensie, że dane zbiory liczb nie mogą zostać policzone przez inny zbiór liczb. Zainteresowanych odsyłam do krótkiego artykułu „A teraz coś nieskończenie lepszego”.

Jednak nie mamy nieskończonej ilość bogów, gdyż Bóg jest tylko jeden – istnieje tylko jeden Bóg, a nie nieskończona ich liczba. Kiedy mówimy, że Bóg jest „nieskończony”  mamy w rzeczywistości na myśli, że Bóg nie ma żadnych granic, że jest On obecny wszędzie, że jest wszechmocny. W istocie Bóg jest niepoliczalny, gdyż nie ma w Nim w ogóle wielkości – wielkość to coś właściwego rzeczom, które złożone są z pewnej ilości mniejszych elementów. W każdym przypadku, gdy możemy coś zmierzyć, rzecz ta istnieje w pewnej przestrzeni i jest w jakiś sposób ograniczona. Jednak Bóg jest wszędzie i jest absolutnie prosty, nie możemy Go więc zmierzyć, oprócz tego, że wiemy, iż jest On jedyny. Tak więc sam pomysł porównywania policzalnej nieskończoności do Jedynego Boga świadczy o błędnym rozumieniu zarówno samej idei matematycznej nieskończoności co i nieograniczonej mocy Boga.

Ks. Heller nie tylko okazuje się być bardzo kiepskim matematykiem, a jeszcze gorszym metafizykiem, pragnie też narzucić idei stworzenia rozmaite „paradoksy”,  związane z błędnym pojmowaniem przez niego nieskończoności. Mówi o współczesnej koncepcji nieskończonej liczby wszechświatów, o wszechświecie nieskończenie rozległym, oraz o możliwości istnienia nieskończonej liczby podobnych wszechświatów.

Pierwsza z tych koncepcji wydaje się być absurdalna, jej przyjęcie skutkowałoby ponadto pewnym kryzysem tożsamości. Jeśli wszechświat jest rzeczywiście nieskończenie rozległy oznacza to, że gdzieś w nim musi koniecznie istnieć identyczny układ atomów jak w Układzie Słonecznym, a nawet – idąc dalej tym tokiem rozumowania, musi istnieć nieskończona ich liczba. W ten sposób gdzieś we wszechświecie istniałaby bez wątpienia wierna kopia nas samych, co do ostatniego atomu, nie bylibyśmy więc już we wszechświecie jedyni w swoim rodzaju.

Zwolennikom tej koncepcji możemy po prostu odpowiedzieć że wszechświat, niezależnie od tego, jak jest wielki, ma pewien rozmiar. Samo istnienie czegoś oznacza, że rzecz ta ma pewien kształt i rozmiar– z samej definicji jest ograniczone – posiada pewną wielkość. Niezależnie od tego, jakie jest wielkie, wielkość tę nadal da się wyrazić liczbą  – nie jest ona nieskończona, zawsze może się zwiększyć. Tak więc już samo użycie słowa „wszechświat” implikuje, że jest on z konieczności ograniczony i posiada pewną wielkość. Nie wolno nigdy zapominać o fakcie, że fizyka udowodniła już dawno temu, iż wszechświat ma w istocie ograniczony rozmiar i że przypisywanie mu nieograniczonej  wielkości naruszałoby po prostu prawa termodynamiki. Niezależnie od tego, jak wielki mógłby być wszechświat, prawdopodobieństwo, że znajdziemy w nim dokładną kopię każdej jego części jest pod względem prawdopodobieństwa absurdem – trzeba pamiętać, że kwantowa teoria przenikania stanowczo wyklucza taką możliwość. Tak więc bezcenna tożsamość ks. Hellera pozostaje, dzięki Bogu, niezagrożona.

Drugi paradoks: nieskończonej liczby równoległych wszechświatów, jest w istocie jedynie wytworem wyobraźni pisarzy sciencie fiction. Jest to próba wyjaśnienia dlaczego świat jest taki a nie inny, bez wyciągania wniosku o konieczności istnienia Boga. Jak twierdzi autor, różne stany wszechświata opisane zostały w równaniach Einsteina, bazujących na pewnych fundamentalnych stałych. Rodzi to oczywiście pytanie: biorąc pod uwagę wszystkie możliwości, jakie jest prawdopodobieństwo, że rzeczy staną się takimi, jakimi w rzeczywistości są? Autor odpowiada: „Dokładnie miary zero. Zatem mimo naszego nieprawdopodobieństwa, jednak jesteśmy”. Jednak dla kogoś, kto odmawia uznania istnienia Boga, prawdopodobieństwo jego własnego istnienia jest naprawdę równe zeru. Zamiast potraktować ten argument jako jeden z najbardziej przekonujących dowodów na istnienie Stwórcy, który promulguje same prawa natury, człowiek taki rzuca się w mętne wody teorii, która jest nienaukowa i sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem.

Ponoć, za każdym razem, gdy wszechświat się zmienia, powstaje nieskończona liczba równoległych wszechświatów, w których urzeczywistniają się wszelkie możliwe prawdopodobieństwa. Szczególnie frustrujące jest w tej teorii to, że nie mamy absolutnie żadnego dowodu na jej poparcie i nigdy nie będziemy go mieli, ze względu na fakt, że wszystkie te równoległe wszechświaty są zamknięte w sobie, a wiec z definicji nie da się ich istnienia zaobserwować. Moglibyśmy co prawda żywić nadzieję, że w jednym z tych równoległych wszechświatach ks. Heller mógłby odzyskać rozum – gdyż już samo potraktowanie takiej teorii jako czegoś sensownego czy nawet rozważanie jej oznacza śmierć nauki, metody naukowej, a nawet zdrowego rozsądku. A jednak twierdzi się, że teologia musi w jakiś sposób „dostosować się” do tych nowych koncepcji.

Smutny przykład ks. Hellera ukazuje nam rozpacz współczesnego naukowca, odrzucającego w swej pysze istnienie Boga, naukowca, który widząc dzieło stworzenia decyduje się zamknąć swe oczy nie tylko na prawdę, ale również na cały dający się obserwować świat. Zatraciwszy z pola widzenia cel swego intelektu, którym jest poznanie Boga, kończy tracąc rozum.

Prowadzący wywiad zadaje na koniec ks. Hellerowi podchwytliwe pytanie: „Czy takie myślenie nie jest jednak niebezpieczne dla naszej wiary?”.  Heller odpowiada na to, że może się tak zdarzyć. Z pewnością jest to niebezpieczne dla każdego, kto zachował do tej pory zdrowy rozsądek. Gdy intelekt ulega destrukcji, akt wiary nie jest już możliwy, ponieważ wiara jest przede wszystkim zgodą rozumu. Nadprzyrodzoność jest ponad porządkiem naturalnym, buduje na nim. Wszystko, co jest doskonałe wymaga, by najpierw było niedoskonałe i nawet nasza wiara, choć przewyższa rozum, jest doskonale rozumna. Tak jak nie można oczekiwać, by ktoś potrafił budować samoloty nie znając praw aerodynamiki, tak również niemożliwym jest budowanie życia moralnego bez prawdziwego rozumienia ludzkiej natury i stworzenia. Wszelka prawda pochodzi od Boga, tak naturalna jak i nadprzyrodzona, nie wolno nam więc próbować ich rozdzielać. Rozdział taki prowadziłby w sposób nieunikniony do chaosu i zniszczenia obu porządków.

Tak więc, drodzy wierni, bądźmy bardzo ostrożni w stosunku do artykułów, posługujących się „naukową” terminologią nie będąc w najmniejszym stopniu naukowymi. Istnieje powiedzenie, że zdrowy rozsądek nigdy nie traci swych praw – i powinniśmy odwoływać się do niego zwłaszcza sytuacjach, gdy atakowany jest on przez takie właśnie idee, powinniśmy wówczas odwoływać się do tego, co możemy zaobserwować i co naprawdę wiemy. Nie pozwólcie, by uwodziły was słowa mające pozór prawdy, upewniajcie się, że rozumiecie co oznacza każde ze nich, zanim uwierzycie ich autorowi. Jak pisze św. Paweł, powinniśmy unikać „światowych nowości słów” (1Tym 6,20) i „wszystkiego (…) doświadczać, a co jest dobre, zachowywać” (1Tes 5,21).


[1] Czerwiec 2008 http://tygodnik.onet.pl/36,0,10717,czy_kosmita_moze_byc_zbawiony,artykul.html

[2] Imponujące osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że obecne obliczenia podają średnią odległość 384.400 km (405.000 km w apogeum)

[3] Obliczeń tych dokonano poprzez mierzenie kąta pomiędzy słońcem a księżycem w pierwszej jego kwarcie – co jest przedsięwzięciem niezwykle trudnym.. Jak obliczył, kąt ten wynosi około 87°. W rzeczywistości wynosi on 89°50’, co czyni słońce jeszcze bardziej odległym, około 345 razy dalszym niż odległość z ziemi do księżyca.

[4] Na orbicie słońca Helios 2 osiągnął 17 kwietnia 1976 roku prędkość 241.350 km/h. Najszybszemu skonstruowanemu przez człowieka obiektowi, statkowi kosmicznemu Voyager pokonanie odległości 4.2 lat świetlnych do najbliższej nam po słońcu gwiazdy zajęłoby 134.000 lat.

[5] http://www.vectorsite.net/taseti.html

[6] Jest to stosunkowo niewielka odległość, biorąc pod uwagę, że nasza galaktyka liczy wedle niektórych 100.000 lat świetlnych.

[7] Co ciekawe, w dziełach Jakuba Böhme dostrzec możemy idee, które odnajdujemy również w modernizmie: że Bóg bez dzieła stworzenia jest w jakiś sposób niekompletny, że wolna wola stanowi o godności osoby ludzkiej, oraz że wszechświat stale ewoluuje.

Prezydent Duda przyznaje publicznie -Polska jest rozbrojona

Polskie arsenały są puste, a jednostkom operacyjnym brakuje sprzętu wojskowego, co jest spowodowane dostawami broni na Ukrainę.

https://niemcy.neon24.info/post/168277,prezydent-duda-przyznaje-publicznie-polska-jest-rozbrojona

W dniu wczorajszym, 13 czerwca prezydent Andrzej Duda – cytuję z jego oficjalnej  strony: 
„…. wziął udział w odprawie kierowniczej kadry Ministerstwa Obrony Narodowej i Sił Zbrojnych RP. Jako Zwierzchnik Sił Zbrojnych RP przedstawił m.in. rekomendacje dotyczące wzmocnienia bezpieczeństwa państwa w kontekście wojny w (na-JMW) Ukrainie, współpracy sojuszniczej i Szczytu NATO w Madrycie. „
I dalej cytuję: 
„Odprawa rozliczeniowo–koordynacyjna kierowniczej kadry resortu obrony narodowej to najważniejsze coroczne (!!!)  przedsięwzięcie rozliczeniowo–zadaniowe. Ostatnia odprawa z udziałem Prezydenta RP odbyła się w 2019 r. (!!!) w Pałacu Prezydenckim w Warszawie.”
Wystąpienie Głowy Państwa  (do przeczytania tutaj)  było nie tylko, mimo  całej masy komplementów pod adresem rządu , ważne, ale przede wszystkim informatywne. Pan prezydent przyznał, że Polska jest wskutek gigantycznej pomocy Ukrainie kompletnie rozbrojona. Rząd bowiem przeznaczał na tę pomoc nie tylko ZAPASY sprzętu, broni i amunicji, ale wręcz przekazywał Ukrainie AKTUALNE uzbrojenie polskiej armii, co jest według mnie zdradą stanu.
Proszę samemu ocenić:
A.Duda: 
Udzielamy Ukrainie największej pomocy militarnej, jaką kiedykolwiek udzieliliśmy innemu państwu. Jesteśmy też głównym państwem przekazującym Ukrainie ciężkie uzbrojenie. Mówimy o setkach sztuk czołgów, wozów bojowych, artylerii, a także dronach, ręcznych wyrzutniach przeciwlotniczych, setkach tysięcy sztuk amunicji, części zamiennych i innego wyposażenia. To były bardzo potrzebne decyzje, decyzje, które szybko i bezpośrednio odpowiadały na prośby strony ukraińskiej i realnie wsparły ją na polu walki. 

Postawiło to przed ministrem obrony narodowej realne zadanie uzupełnienia stanów uzbrojenia. No cóż, proszę Państwa, takie są fakty.

Przekazaliśmy – krótko mówiąc – ze swojego. Nie przekazaliśmy [sprzętu] z magazynów, nie przekazaliśmy od kogoś innego, przekazaliśmy to, co mieliśmy, uważając, że jest to potrzebne

Dlatego podjęliśmy te – co tu kryć – bardzo trudne decyzje. To przecież są nie tylko kwestie naszego uzbrojenia, to także olbrzymie wydatki ze strony naszego państwa i olbrzymie poświęcenie. To – jak szacujemy – co najmniej miliard siedemset milionów dolarów w postaci samej tylko pomocy militarnej  (1 mld700 milionów dolarów! – przyp. JMW)”
I dalej prezydent Duda opowiada, jak rząd chce uzbroić bezbronną  armię, a jego szczerość chwyta za serce. Ma to jednak trwać latami;

Ale co jasne i co chyba naturalne, oczekujemy uzupełnienia tych braków, które powstały w naszych zasobach, także w ramach sojuszniczych mechanizmów wsparcia. Pan Minister mówił przed momentem o zakupach, które chcemy zrealizować. Tak, chcemy je zrealizować, ale realizacja tych zakupów potrwa. Uzupełnienie stanów uzbrojenia poprzez wyposażenie nas w nowy sprzęt, który dopiero zostanie wyprodukowany to są co najmniej miesiące, ale w dużej części lata. Potrzebujemy uzupełnień szybko. Dlatego ubiegamy się w tej chwili właściwie u wszystkich naszych sojuszników, zwłaszcza tych najpoważniejszych, o to, by przesłali nam sprzęt – przecież niekoniecznie nowy. Wręcz przeciwnie, przecież my przekazaliśmy sprzęt używany i także i używany sprzęt jesteśmy gotowi przyjąć, byle uzupełnić – przynajmniej w części – to, co utraciliśmy w sposób, który uznajemy za uzasadniony, jasny i oczywisty.”

Dowiadujemy się też, że chociaż agresja Rosji spadła na Ukrainę niespodziewanie, to już latami rząd Polski wspierał Ukrainę militarnie:
„Polskie wsparcie dla Ukrainy to też wieloletnia współpraca wojskowa, promująca zachodnie standardy w ukraińskiej armii. Polscy instruktorzy – wraz z instruktorami z USA, Wielki Brytanii i Kanady – pomogli wyszkolić tysiące ukraińskich żołnierzy. Od lat współpracujemy w ramach polsko– litewsko–ukraińskiej brygady z dowództwem w Lublinie. Było to wyrazem naszego wsparcia dla integracji Ukrainy ze strukturami transatlantyckimi, ale dziś widzimy, że pomoc ta budowała też zdolność armii ukraińskiej do skutecznego przeciwstawienia się agresji.  „
Wniosek końcowy? Polska pozbawiła się własnej obronności na rzecz Ukrainy. Stoi obecnie -mówiąc trywialnie – goła i wesoła. W razie agresji rosyjskiej zapewne pan prezydent Duda będzie prosił, by Rosjanie poczekali kilka lat na granicy, aż Polska uzupełni aktualne uzbrojenie o zużyty złom z zachodniej granicy albo nawet z samych USA. 
Dla mnie jest to zdrada stanu na najwyższym szczeblu.  Zdrada wobec polskiego społeczeństwa  i bezmyślne narażanie życia polskiej (obecnie bezbronnej) armii..
Absolutny skandal!
Zródło:prezydent.pl

40 milionów Vateuszka [ludzi Q!] w gotowości

Katarzyna Treter-Sierpińska 13 czerwiec, 2022 https://wprawo.pl/katarzyna-ts-40-milionow-w-gotowosci/

W poniedziałek (13.06.2022) premier Mateusz Morawiecki udał się do Myszkowa, gdzie wziął udział w uroczystości odsłonięcia muralu Jerzego Kurpińskiego ps. „Ponury” oraz otworzył pneumatyczną strzelnicę sportową. Wygłaszając przemówienie z tej okazji premier oświadczył: Jeżeli Rosji kiedykolwiek przyjdzie do głowy, aby zaatakować Polskę, to Kreml musi wiedzieć, że jest u nas 40 milionów Polaków gotowych, aby stanąć z bronią w ręku i bronić swojej Ojczyzny – oświadczył Morawiecki.

Po takim dictum trudno oprzeć się wrażeniu, że na czele polskiego rządu stoi człowiek, który stosuje zasadę „pleć pleciugo, byle długo”, przy czym plecie takie androny, że nie wiadomo już jak to traktować. Czy Morawiecki stracił kontakt z rzeczywistością, czy też robi sobie jaja wierząc, że „ciemny lud” i tak to kupi? Jedno jest pewne: to, co klepie premier zwyczajnie ośmiesza Polskę. Jeżeli Morawiecki odgraża się Rosji, powołując się na 40 milionów Polaków gotowych dać zbrojny opór Rosji, to reakcją Rosji muszą być salwy śmiechu. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że w Polsce jest ok. 38,5 milionów Polaków, czyli o półtora miliona mniej niż miałoby stawić ów opór w przypadku ataku. Co prawda polska diaspora liczy ok. 21 milionów, ale raczej nie należy oczekiwać, że dla Ojczyzny ratowania rzucą wszystko i przyjadą walczyć z Rosjanami. Pozostajemy więc przy 38,5 milionach, z których w wieku kwalifikującym do udziału w stawianiu oporu, czyli 20-65 lat, jest 25 milionów. Jeśli doliczymy nastolatki w wieku 15-19 lat to w sumie mamy trochę ponad 27 milionów. Z czego połowa to kobiety. A zatem opowiadając o 40 milionach Polaków „gotowych, aby stanąć z bronią w ręku” premier Morawiecki najwyraźniej ma na myśli również niemowlęta, dzieci w wieku szkolnym oraz seniorów. I to obu płci.

Oczywiście „dzieckiem w kolebce, kto łeb urwał Hydrze, ten młody zdusi Centaury”, ale nie jest to zjawisko powszechne. Można powiedzieć, że jest to zjawisko tak wyjątkowe, iż podołał mu jedynie Herakles, który w dziesiątym miesiącu życia udusił gołymi rękami dwa ogromne węże. Jeśli premier Morawiecki oczekuje, że polskie niemowlaki będą gołymi rękami dusić rosyjskich sołdatów, to chyba ma coś nie tak z głową. Co do stawiania oporu przez seniorów, Morawiecki najwyraźniej nasłuchał się ukraińskich opowiastek propagandowych i jako siłę bojową widzi staruszki rzucające słoikami ogórków w drony oraz serwujące nieprzyjacielowi zatrute pierożki.

Reasumując: premier Morawiecki będzie miał „40 milionów Polaków gotowych, aby stanąć z bronią w ręku”, jeśli wydrukuje ich sobie na drukarce 3D. Opowiadanie bajek na strzelnicy w Myszkowie nie zmieni sytuacji. A jeśli prezydent Putin przyjąłby tę samą metodę liczenia siły, to ma on 144 miliony Rosjan gotowych, aby zaatakować Polskę. I do tego ma bombę atomową.

Przejdźmy teraz do kolejnej kwestii, czyli umiejętności strzeleckich społeczeństwa polskiego. Według badania Maison and Partners dla Fundacji WEI z lutego 2022 roku, 62% dorosłych Polaków nie potrafi obsługiwać broni palnej. Pod względem liczby sztuk broni na mieszkańca jesteśmy na 166. miejscu na świecie. Na 100 Polaków przypada obecnie zaledwie jedna sztuka broni, podczas gdy w Czechach jest to 16 sztuk, w Niemczech – 30, w Finlandii i Szwajcarii 40, a w USA – 90. W sumie liczba posiadaczy broni w Polsce to ok. 170–180 tys. osób. Tak w praktyce wygląda te mityczne 40 milionów gotowych dawać zbrojny opór Rosji. Pytam się: czym? Nożami kuchennymi? Tłuczkami do mięsa? Czy Morawiecki nie zauważył, że czasy, gdy Dawid zabijał Goliata przy pomocy kamienia wyrzuconego z procy, już dawno minęły?

Kolejna kwestia to gotowość do walki. Według badania opublikowanego przez Fundację WEI, 66% dorosłych Polaków chce w razie wojny bronić Ojczyzny, z czego 49% ma na myśli działania niewymagające aktywnej walki, a 17% – walkę na froncie. To oznacza, że ok. 4 mln dorosłych Polaków w wieku 18–65 jest gotowych chwycić za broń. Przynajmniej deklaratywnie. Weryfikację tej liczby stanowiłyby faktyczne działania zbrojne. Ale nawet jeśli liczba ta nie ulegałby znaczącemu zmniejszeniu, to mówimy o czterech milionach gotowych do walki z bronią w ręku, a nie o 40 milionach. Rozumiem, że premier Morawiecki mógł przeszacować tę siłę, ale – na litość Boską – nie dziesięciokrotnie! Jeśli polska strategia obronna wygląda tak, jak opowieści Morawieckiego, to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Jest takie polskie powiedzenie, które niedawno cytował prezydent Andrzej Duda, czyli „nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz”. To powiedzenie idealnie pasuje do przemówienia premiera Morawieckiego wygłoszonego w Myszkowie z okazji otwarcia strzelnicy. Opowiadanie o 40 milionach Polaków gotowych do dawania oporu Rosji z bronią w ręku, to właśnie takie straszenie, którego straszony nie musi się bać, ale może je wyśmiać. Tym bardziej, że gdy Morawiecki pręży muskuły, których nie ma, Zachód przebiera nogami, żeby powrócić do biznesów z Rosją. I prędzej, czy później do tego dojdzie. Żadne buńczuczne przemówienia Dudy i Morawieckiego nie zmienią realiów, a te są takie, że Zachód jest gotów oddać Rosji część terytorium Ukrainy, żeby Putin „wyszedł z twarzą” i zakończył „operację wojskową”. Jeśli ktoś jest tym zaskoczony, niech przypomni sobie, jak nasi zachodni alianci wywiązali się z gwarancji sojuszniczych w 1939 roku i co zrobili w Teheranie w 1943 roku oraz w Jałcie w 1945 roku. W świetle tych ustaleń, które już w 1943 roku oddawały Polskę Stalinowi, Powstanie Warszawskie było nie tylko samobójstwem z militarnego punktu widzenia, ale również politycznym absurdem. Tym bardziej bolesnym, że alianci nie poinformowali polskiego rządu o ustaleniach teherańskich. Dlaczego? Dlatego, że ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii amerykańskiej utajniono postanowienia wielkiej trójki w kwestii polskiej. Polska została sprzedana i żadna ofiara krwi tego nie zmieniła.

Gdy dziś słyszę, jak premier Morawiecki potrząsa szabelką opowiadając o 40 milionach Polaków gotowych stanąć z bronią w ręku, to nóż mi się kieszeni otwiera. Psim obowiązkiem premiera Polski jest zadbać o to, żeby nie narażać życia Polaków. Tymczasem Morawiecki i cała ekipa rządząca zachowują się jakby chcieli wepchnąć Polskę w wojnę, w której nie mamy szans na wygraną. I do tego wmawiają Polakom, że jak nie rzucimy się na Rosję dziś, to Rosja rzuci się na nas jutro. Zapominają tylko dodać, że ich plan zakłada de facto wywołanie III wojny światowej. W takim wypadku Polska jest w strefie zgniotu, a Zachód nie będzie umierał za Warszawę. Pora przyjąć to w końcu do wiadomości.

========================

mail:

Pani KTS nie oglądała wypowiedzi PMM na żywo, bo gdyby oglądała, jej wpis byłby jeszcze ostrzejszy i jeszcze bardziej obnażający premiera RP. Otóż parę zdań przed owymi „40 milionami gotowymi do obrony” PMM był łaskaw powiedzieć, że rząd właśnie pracuje nad ustawą o warunkach dostępu do broni palnej! Czyli rząd pracuje nie nad powszechnym dostępem Polaków do broni palnej tylko o jakichś innych niż do tej pory ograniczeniach! Kiedy po chwili usłyszałam o tych 40 milionach .. pomyślałam: wariat, sklerotyk, czy kukła?

Boże Ciało. Franciszek chciał przenieść święto. Odwołał procesję. Każdy pretekst jest dlań dobry…

https://dorzeczy.pl/religia/312793/w-watykanie-odwolano-procesje-bozego-ciala-oto-powod.html

Między innymi z powodu złego stanu zdrowia papieża Franciszka w Watykanie odwołano procesję Bożego Ciała.

„Ze względu na ograniczenia nałożone na papieża w związku z bólem kolana i specyficzne potrzeby liturgiczne tej celebracji, w uroczystość Bożego Ciała nie zostaną odprawione Msza św. i procesja z błogosławieństwem eucharystycznym” – poinformowało Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej.

Problemy zdrowotne papieża

Pod koniec maja dziennikarka Franca Giansoldati na łamach włoskiego dziennika „Il Mattino” pisała o dwugodzinnej rozmowie Ojca Świętego z biskupami włoskimi w auli Pawła VI, podczas której papież miał tłumaczyć, że nie chciałby teraz ponownie trafić na salę operacyjną. Ból kolana i biodra ma nadzieję rozwiązać za pomocą serii zastrzyków i próbując zastosować się do zaleceń ortopedów.

Boże Ciało. Franciszek chciał przenieść święto

Boże Ciało jest tradycyjnym świętem dla Rzymu, które dawniej odbywało się w czwartki, z Mszą św. w bazylice św. Jana na Lateranie, procesją eucharystyczną przemierzającą Via Merulana i błogosławieństwem eucharystycznym przy bazylice Santa Maria Maggiore.

Papież Franciszek wielokrotnie domagał się przeniesienia jej w inne miejsca i na niedzielę, „aby zachęcić wiernych do udziału”. W 2018 r. celebrował ją w Ostii, w 2019 r. w parafii Santa Maria Consolatrice w Casal Bertone. Następnie w związku z ograniczeniami związanymi z pandemią 6 czerwca 2021 r. papież Franciszek odprawił Mszę św. przy ołtarzu katedry w Bazylice św. Piotra, przy ograniczonej liczbie wiernych.

Kilkanaście zdjęć ukazujących ukraińską rzeczywistość

Na podstawie artykułu Jacka Boki pt: Rezydentowi Dudzie do sztambucha.

http://kresywekrwi.blogspot.com/2022/06/rezydentowi-dudzie-do-sztambucha.html?m=0

na portalu 'KRESY WE KRWI” md.

Місто Львів не для польських nанів

=====

Місто Львів не для польських nанів

Jacek Boki – 11 Czerwiec 2022 r.

Gwałtowny wzrost sympatii dla OUN-UPA i Bandery wśród Ukraińców

Marek Trojan https://kresy.pl/wydarzenia/sondaz-gwaltowny-wzrost-sympatii-dla-oun-upa-i-bandery-wsrod-ukraincow/?swcfpc=1

Od 2010 skala poparcia dla OUN-UPA wśród Ukraińców wzrosła czterokrotnie, a od 2015 roku – dwukrotnie. Obecnie przekracza już 80 proc. w skali kraju. Lidera OUN, Stepana Banderę, pozytywnie

https://kresy.pl/wp-content/uploads/2020/01/Uroczysto%C5%9Bci-pod-pomnikiem-S.-Bandery-1-I-2019-r.-fot.-Zaxid.net_-970x542.jpg

ocenia 3/4 Ukraińców, dwa razy więcej, niż jeszcze kilka lat temu.

W tym tygodniu ukraińska agencja badań socjologicznych Rating Group opublikowała wyniki najnowszej, 10. edycji badania „Ideologiczne markery Ukrainy”. Dotyczy ono przede wszystkim stosunku Ukraińców do kwestii historycznych i pamięci, głównie XX wieku i czasów II wojny światowej.

Grupa Rating zaznacza, że tegoroczne badanie wykazało wyraźny wzrost pozytywnego stosunku do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Znacząco wzrósł odsetek Ukraińców, którzy uważają członków OUN-UPA za uczestników walki o państwową niepodległość Ukrainy. Obecnie, tego zdania jest 81 proc. badanych, a tylko 10 proc. nie zgadza się z tym. To oznacza, że od 2010 skala poparcia dla OUN-UPA wzrosła czterokrotnie, a od 2015 roku – dwukrotnie. Najwięcej zwolenników uznania upowców za uczestników walki o niepodległość Ukrainy odnotowano na zachodzie (89 proc.) i w centrum kraju (82 proc.).

Do „żołnierzy UPA” pozytywny stosunek ma 71 proc. ankietowanych Ukraińców, z czego 40 proc. – jednoznacznie pozytywny. Negatywnie odnosi się do nich 12 proc., w tym 7 proc. zdecydowanie. Najbardziej jest to widoczne na zachodniej Ukrainie (86 proc. pozytywnie, w tym 60 proc. zdecydowanie) i w centralnej części kraju (75 proc., w tym 41 proc. zdecydowanie), a także wśród ludności tylko ukraińskojęzycznej (80 proc.). Najmniejsze poparcie odnotowano na wschodzie i na południu Ukrainy, jednak nawet tam oceny pozytywne stanowią już wyraźnie powyżej 40 proc. Najwięcej osób krytycznie oceniających OUN-UPA odnotowano na wschodzie (28 proc., 17 zdecydowanie). Również wśród ludności rosyjsko języcznej oceny pozytywne przeważają nad negatywnymi (57 proc. do 28 proc.).

„W ostatnich latach daje się zauważyć pozytywna dynamika stosunku do ukraińskich postaci historycznych, wokół których jeszcze dekadę temu toczyły się w społeczeństwie gorące debaty” – zauważa Rating Group. Dotyczy to m.in. lidera OUN, Stepana Bandery. Obecnie, pozytywny stosunek do niego deklaruje 74 proc. Ukraińców, z czego 40 proc. ocenia go jednoznacznie pozytywnie. Negatywny stosunek ma do Bandery tylko 14 proc. badanych, w tym 8 proc. zdecydowanie. 4 proc. odpowiedziało, że nie wie o kogo chodzi, a 9 proc. miało problem z jednoznaczną odpowiedzią.

Dla porównania, w 2012 roku Stepana Banderę pozytywnie oceniało 22 proc. Ukraińców (58 proc. negatywnie), a w kwietniu 2014 roku – 31 proc. (48 proc. negatywnie). W latach 2016-2018 pozytywny stosunek Ukraińców do lidera OUN pozostawał zasadniczo na poziomie 35-36 proc., ale oceny negatywne spadały, do 34 proc. Później nastąpił gwałtowny wzrost poparcia.

Największą popularność Bandery odnotowano na zachodniej (89 proc.) i w środkowej Ukrainie (78 proc.), wśród młodych respondentów w wieku 18-35 lat (81 proc.) i wśród ludności tylko ukraińskojęzycznej (82 proc.). Nawet na południu i na wschodzie Ukrainy poparcie dla tej postaci przekracza odpowiednio 50 i 60 proc. Wśród ankietowanych rosyjskojęzycznych to 51 proc.

„Co ważne, pozytywny stosunek do ideologa ukraińskiego nacjonalizmu przeważa obecniew regionach południowo-wschodnich i wśród tych, którzy na co dzień mówią tylko po rosyjsku” – zaznacza Rating Group.

Przypomnijmy, że jeszcze w 2018 roku 45 proc. Ukraińców uważało OUN-UPA za bojowników o niepodległość Ukrainy, 51 proc. twierdziło, że w czasie II WŚ bronili ojczyzny, a 62 proc. popierało ustanowienie święta państwowego w dzień rocznicy powstania UPA. Wówczas badania te pokazywały jednak, że Ukraińcy z różnych części kraju byli wyraźnie podzieleni ws. oceny OUN-UPA.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, której przywódcą był Stepan Bandera (OUN-B), wraz z jej zbrojnym ramieniem – Ukraińską Powstańczą Armią odpowiada za ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w czasie II wojny światowej. W czasie rzezi wołyńskiej Bandera był przetrzymywany przez Niemców w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, w związku z czym kwestionowana jest jego odpowiedzialność za tę zbrodnię. Obrońcy Bandery nie biorą pod uwagę, że był on przetrzymywany w dobrych warunkach i utrzymywał stały kontakt ze swoją organizacją. Oprócz tego Bandera odpowiada za liczne zbrodnie swojego ugrupowania popełnione w czasie przebywania na wolności.

Rating Group / Kresy.pl

Interpol: Ukraina może stać się głównym rynkiem zbytu dla nielegalnej broni

Joanna M.Wiórkiewicz https://niemcy.neon24.info/post/168256,ockneli-sie-interpol-mowi-o-rozprzestrzenianiu-sie-ukrainskiej-broni-po-swiecie

Były szef japońskiego wywiadu gospodarczego Kazuhiko Fuji pisze w jednej z japońskich publikacji, że nadszedł czas, by ogłosić alarm, bo masowe dostawy broni na Ukrainę już teraz dostają się nielegalnymi kanałami w ręce terrorystów i przestępców na całym świecie. Z kolei Interpol stwierdził 1 czerwca, że Ukraina zamienia się w największy czarny rynek w skali międzynarodowej, na którym sprzedaje się broń dostarczaną przez Zachód. Przyczynia się do tego korupcja i całkowita bezsilność rządzących.

Państwa zachodnie dostarczają Ukrainie coraz więcej broni. Głównym sponsorem militaryzacji Kijowa jest Waszyngton. Oto tylko kilka danych.
Stany Zjednoczone dostarczyły już Ukrainie 1400 Stingerów i podpisały nowy kontrakt z amerykańskim gigantem obronnym Raytheon na wyprodukowanie i dostarczenie kolejnych 1468 MANPADS. Ponadto Stany Zjednoczone wysłały na Ukrainę 5 500 przenośnych pocisków przeciwpancernych Javelin, ponad 700 dronów kamikadze Switchblade, ponad 120 sztuk nowego bezzałogowego statku powietrznego Phoenix Ghost, 7 000 karabinów automatycznych i 50 milionów sztuk amunicji.

Taka wysokość pomocy wojskowej już teraz budzi niepokój w samych Stanach Zjednoczonych, gdzie pojawiły się obawy, że „zapasy broni USA stają się niewystarczające, aby zapewnić pełne wsparcie sojusznikom”. Ale Zachód powinien obawiać się nie tylko opróżnienia własnych arsenałów. Biorąc pod uwagę niemal całkowity brak kontroli władz w Kijowie nad tym, co dzieje się w całym kraju, a w szczególności w armii, część tej broni nieuchronnie trafi na czarny rynek. A stamtąd w ręce kryminalistów, ekstremistów i terrorystów.

Po upadku ZSRR Ukraina stała się światową bazą dla nielegalnego handlu bronią, zarówno produkcji sowieckiej, jak i zachodniej. Wprawdzie w okresie rosyjskich „operacji specjalnych” wielkość nielegalnej sprzedaży zmniejszyła się ze względu na potrzeby zbrojeniowe Kijowa, ale sytuacja może ulec zmianie. Ze względów bezpieczeństwa Ukraińcy sami potajemnie kupują broń strzelecką. Według najbardziej ostrożnych szacunków, tylko w ciągu ostatnich trzech miesięcy na czarnym rynku sprzedano nawet 300 000 sztuk broni.

Masowe dostawy zagranicznej broni na Ukrainę rozpoczęły się w 2019 roku i nasiliły się wraz z rozpoczęciem rosyjskiej „operacji”. Dostawy z USA odbywają się przez Polskę. Na granicy partie broni trafiają do pełnej dyspozycji ukraińskich wojskowych i nikt nie wie, jak faktycznie przebiega ich dystrybucja. Wysoki rangą urzędnik Departamentu Obrony USA przyznał niedawno, że „w miarę przedłużania się konfliktu kontrola zbrojeń na Ukrainie będzie zbliżać się do zera”.

Istnieje poważne ryzyko, że broń, którą państwa zachodnie dostarczyły Ukrainie, zwłaszcza broń strzelecka, szybko rozprzestrzeni się po całym świecie. Szczególnym zagrożeniem jest to, że absolutnie nie można wykluczyć, iż dostaną się one na masową skalę w ręce organizacji i reżimów radykalnych i terrorystycznych

– Zachodni eksperci wojskowi ostrzegają.

„Stingery” i „Javeliny” z tych partii, które dotarły na Ukrainę, już pojawiają się na europejskich i innych rynkach broni.

Historia zna wiele przykładów, gdy broń dostarczana s sojusznikom w różnych lokalnych konfliktach zbrojnych trafiała później w ręce przestępców i terrorystów na całym świecie. Taka sytuacja miała miejsce w Afganistanie po wycofaniu się wojsk sowieckich. Na początku 2010 r. broń dostarczona przez USA syryjskim rebeliantom w celu obalenia reżimu Assada trafiła w ręce irackich sunnickich bojowników. Jest bardzo prawdopodobne, że rozprzestrzenianie broni dostarczanej Ukrainie będzie przebiegać według tego samego scenariusza.

Wśród zagranicznych najemników zgromadzonych na Ukrainie są członkowie jawnych organizacji terrorystycznych. Stwarza to poważne zagrożenie rozprzestrzenienia się na świecie nowoczesnej broni high-tech.

W dniu 1 czerwca przedstawiciele Międzynarodowej Organizacji Policji Kryminalnej Interpol stwierdzili:Eksperci wojskowi nie wykluczają „pojawienia się na całym świecie całej klasy rabusiów banków, którzy będą wykorzystywać pociski Javelin do zastraszania i atakowania instytucji finansowych”. Będą to dokładnie te same pociski MIRV, które USA obecnie masowo przekazują Kijowowi bez żadnej dalszej kontroli.

Można się tylko modlić, by zachodnia pomoc wojskowa dla Ukrainy nie pogorszyła jeszcze bardziej ogólnego stanu bezpieczeństwa na świecie

 Kazuhiko Fuji jest raczej pesymistą.
Na podst.topwar

Stwórzmy własne relacje z Białorusią

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=134572

Ormianie obok Azerów, Rosjanie obok Polaków i Ukraińców, Żydzi obok Palestyńczyków – bez demonstrowania animozji. To niecodzienne zjawisko było mi dane zobaczyć podczas XIII Republikańskiego Festiwalu Kultur Narodowych w Grodnie. O wydarzeniu pierwszy raz usłyszałam kilka lat temu i od razu zapragnęłam poczuć jego klimat. Okazja trafiła się w tym roku.

Dzięki otwartości strony białoruskiej (akredytację prasową i wizę otrzymałam błyskawicznie), jako dziennikarka „Myśli Polskiej” mogłam pojechać do naszych wschodnich sąsiadów, by w dniach 3-5 czerwca A.D. 2022 uczestniczyć w imprezie, która – śmiem przypuszczać – nie ma sobie równych na całym świecie.

Wyprawie towarzyszyły mi początkowo pewne obawy, wszak ubiegłej jesieni napięcie między naszymi państwami sięgnęło zenitu. W pamięci miałam niepokojące obrazki z polsko-białoruskiej granicy, gdzie do Unii Europejskiej próbowali nielegalnie wedrzeć się migranci z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy wcześniej zostali wpuszczeni na Białoruś. Strona polska twardo wówczas broniła granicy Strefy Schengen. Stanęło na tym, że rząd RP wydał krocie z kieszeni polskich podatników, by postawić mur na granicy z Białorusią. Okazuje się, że to zupełnie niepotrzebna inwestycja. Migranci jakby wyparowali. Najprawdopodobniej większość z nich skorzystała z okazji i wślizgnęła się do UE, gdy Polska bez opamiętania zaczęła wpuszczać przybyszy z Ukrainy.

Do Grodna wyruszyłam bezpośrednim autobusem z Warszawy. Takie autobusy kursują codziennie w obie strony trzy razy na dobę. Koszt jednego biletu to ok. 140 zł. Przekroczenie granicy w obie strony odbyło się bez najmniejszych problemów. Nadstawiając ucha i przyglądając się współpasażerom odniosłam wrażenie, iż wśród licznych obywateli Białorusi byłam jedyną obywatelką Polski. Współtowarzysze podróży wyglądali na zwykłych pracowników czy studentów, którzy układają sobie życie między dwoma państwami. Podczas kontroli paszportowej podpatrzyłam, że niektórzy mieli kartę Polaka. Z okna autobusu dostrzegłam, że granicę przekraczało sporo samochodów osobowych, ale tylko nieliczne miały polskie rejestracje. Widziałam też wiele TIR-ów ustawionych w długiej kolejce, głównie z białoruskimi rejestracjami, ale też mołdawskimi czy kazachskimi.

Dotrzeć do źródeł

W Grodnie przywitał mnie Kazimierz Znajdziński, prezes miejscowego Domu Polskiego, należącego do Związku Polaków na Białorusi uznawanego przez stronę białoruską, co niestety oznacza, że nieuznawanego przez stronę polską. Ten straszny podział ma swoje smutne konsekwencje, ale o tym w dalszej części.

Pan Kazimierz dołożył wszelkich starań, aby mi pomóc. Jako że serwisy internetowe służące do rezerwacji zakwaterowania online blokują obecnie Białoruś, to szef Domu Polskiego osobiście się pofatygował, aby znaleźć dla mnie dogodny nocleg w centrum Grodna. Ponadto załatwił mi przepustkę „Gościa Festiwalu”, dzięki czemu miałam wejście do strefy dla VIP-ów oraz do woli korzystałam z degustacji lokalnych potraw i rozmaitych nalewek.

Festiwal Kultur Narodowych w Grodnie to wielkie święto nie tylko dla miejscowych. Pierwszego dnia imprezy z samego rana na grodzieńskiej starówce rozstawiono liczne stragany z wyrobami białoruskich artystów, rzemieślników i gospodyń. Kupcy zjechali z całego kraju. Rękodzieła i lokalne przysmaki zrobiły na mnie ogromne wrażenie – piękne obrazy i rzeźby, wyszywanki, lalki ubrane w ludowe stroje, oryginalna biżuteria i ceramika oraz pyszne, naturalne jedzenie i alkohol, po którym nie ma kaca. Wszystkiego było pod dostatkiem i w bardzo przystępnych cenach.

Oficjalne otwarcie Festiwalu nastąpiło w piątkowy wieczór. Najpierw przeszedł fantastyczny pochód z udziałem około 800 przedstawicieli 30 narodowości. Barwne stroje ludowe, tańce, okrzyki radości i śpiew – a wokół parady licznie zgromadzeni mieszkańcy akompaniujący temu niezwykłemu zjawisku. Potem przyszedł czas dla oficjeli z Mińska i Obwodu Grodzieńskiego, którzy z wielkiej sceny ustawionej na głównym placu miasta dokonali uroczystego otwarcia imprezy. I wreszcie rozpoczął się cudowny koncert, podczas którego utwierdziłam się w przekonaniu, że Białoruś szczęśliwie uchroniła się przed deprawacją płynącą z Zachodu.

Przyglądając się temu wszystkiemu w pamięci miałam Festiwal Eurowizji, którego tegoroczny finał odbył się dwa tygodnie wcześniej. Europejska impreza od lat kojarzy się z festiwalem żenady, gdzie prawdziwy talent artysty zdaje się mieć najmniejsze znaczenie. O wygranej decydują bowiem najczęściej czynniki ideologiczne. Dla przykładu, w ostatnich latach wygrywali: tzw. „kobieta z brodą”, transwestyta, czy wulgarny zespół którego męska część odziana była w wyuzdane damskie ciuchy a żeńska w garnitur.

Oczywiście decydują też czynniki polityczne. Oto bowiem w ostatnich latach Eurowizję wygrali aż trzy razy przedstawiciele Ukrainy. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pewna zbieżność wydarzeń. Otóż reprezentujący Ukrainę artyści pierwszą wygraną zaliczyli w roku wybuchu pomarańczowej rewolucji. Kolejne zwycięstwa przypadły wkrótce po tym, jak Ukraina zmieniła swoje oblicze w wyniku przewrotu na kijowskim Majdanie oraz kilka miesięcy po rozpoczęciu przez Rosję tzw. „specjalnej operacji wojskowej” na Ukrainie. Przypadek? Nie sądzę.

Należy przy tym odnotować, że w 2021 roku z Eurowizji została wykluczona Białoruś. Białorusini zgłosili wtedy piosenkę „Nauczę cię” zespołu Gałasy Zmiesta. Słowa utworu z nutką ironii nawiązywały do odpalonych przez zewnętrznych podżegaczy zamieszek, do jakich doszło na Białorusi w 2020 roku przy okazji wyborów prezydenckich. Nasuwa się z tego następujący wniosek. To państwo, gdzie Euromajdan skutecznie udało się odpalić zostało nagrodzone na Eurowizji zwycięstwem, zaś to państwo, które próbę przewrotu skutecznie odparło, zostało ukarane wyrzuceniem z konkursu.

Moim zdaniem Białorusini nie mają czego żałować. Eurowizja już lata temu sięgnęła dna, prezentując rozmaite zboczenia i deprawacje, co jedynie upokarza utalentowanych i szlachetnych artystów, którzy jakimś cudem zostaną dopuszczeni do tamtej sceny. Ponadto, narzucając określone trendy czołowy europejski konkurs muzyczny scala występujące w nim narody w jedną globalistyczną masę.

Tymczasem Festiwal w Grodnie promuje zgoła inne wartości. Zgodnie z założeniami organizatorów wielobarwne święto folkloru ma łączyć wszystkich szlachetną ideą dobra i pokoju, gorącym pragnieniem dzielenia się skarbami sztuki narodowej. Chodzi o to, by na nowo dotknąć najbardziej tajemniczych źródeł danej kultury. Kultura jest duszą narodu. I ja tę duchowość autentycznie tam poczułam.

Pod grodzieńską sceną podziwiałam piękno, wyjątkowość i odrębność każdego z występujących artystów. A wśród nich: Polacy, Rusini, Cyganie, Bałtowie, Żydzi, przybysze z Kaukazu, Azji Środkowej, Bliskiego Wschodu, Korei, Chin czy Indii. Wielu z nich od pokoleń mieszka na tamtych ziemiach, a niektórzy przyjechali na Białoruś studiować czy pracować. Festiwal w Grodnie to doskonała okazja, by wszyscy się poznali.

Wysłuchać Rodaków

Drugiego dnia festiwalu impreza przeniosła się na podwórka rozmieszczone w różnych zakątkach Grodna. Każdemu narodowi przydzielono poszczególny skrawek miasta. Polskie podwórko mieściło się w tym roku na placu przed Pałacem Kultury Włókienników. Na miejscu zastałam stoisko z literaturą, rękodzieła ludowej sztuki oraz suto zastawione stoły tradycyjnymi polskimi potrawami. W centralnej części ustawiono scenę, na której rozbrzmiewały ludowe pieśni i największe hity Maryli Rodowicz, zaś młodzież w wieku szkolnym recytowała polską poezję. Imprezę uświetniły polskie zespoły z Grodna, Lidy, Mińska, Iwieńca, Wołkowyska, Słonima i Ostrowca, gdzie działają polskie ośrodki.

Na polskim podwórku poznałam Aleksandra Songina, obecnego prezesa Związku Polaków na Białorusi, posła do Izby Reprezentantów Zgromadzenia Narodowego Białorusi. Jako że Songin nie współpracuje z zadymiarzami chcącymi obalić władze białoruskiego państwa, to władze w Polsce nie uznają legalności organizacji, której szefuje.

Prezes ZPB udzielając wypowiedzi do „Myśli Polskiej” opowiedział mi o kulisach grodzieńskiej imprezy. Jak przyznał, długo przygotowywali się do tego festiwalu. Współpracowali przy tym z ośrodkami i organizacjami specjalizującymi się w rozpowszechnianiu i tłumaczeniu polskiej kultury i języka. Podczas festiwalu zaprezentowano też bajki i kreskówki dla dzieci, gdyż – jak podkreślił mój rozmówca – bardzo ważnym jest, aby dzieci wspólnie z dorosłymi przebywały na tym festiwalu i przekazywały kulturę polską dalej.

Songin wspomniał ponadto o innych imprezach związanych z promowaniem polskiej kultury na Białorusi. Wymienił między innymi Kaziuki oraz konkursy ortografii polskiej i recytowania polskiej poezji.

Prezes ZPB zapewnił, że Polacy nie są uciskani na Białorusi i nikt nie zabrania pielęgnowania polskiej mowy, kultury oraz tradycji. Podkreślił, że wielu naszych rodaków zajmuje ważne stanowiska w administracji. Dla przykładu podał, że mer Grodna oraz obecny minister kultury są Polakami. Aleksander Songin zaznaczył, że sam nigdy nie odczuwał żadnych problemów z powodu bycia Polakiem.

Tymczasem miałam również okazję poznać innych Polaków, z którymi porozmawiałam już mniej oficjalnie. Podzielili się ze mną swoimi niepokojami. Otóż według nowo przyjętego prawa oświatowego w szkołach państwowych na Białorusi od roku szkolnego 2022/2023 nauczanie ma się odbywać tylko w językach urzędowych, tj. rosyjskim i białoruskim. Oznacza to de facto likwidację polskich szkół. Kiedy piszę ten tekst, ostateczna decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła. Jednak moi polscy rozmówcy z Białorusi są tym pomysłem przerażeni i w pełni podzielam ich obawy.

Nie ulega wątpliwości, że tego typu przymiarki białoruskich władz to konsekwencja agresywnej polityki Polski względem Białorusi. Tymczasem odbieranie możliwości nauczania przedmiotów szkolnych w języku polskim to woda na młyn dla wszelkiej maści podżegaczy znad Wisły, którzy z satysfakcją wykrzyczą: «A nie mówiliśmy!? Wyszło na nasze, białoruski reżim prześladuje Polaków!».

Tymczasem antybiałoruska polityka strony polskiej – i ewentualny odwet sprowokowanej strony białoruskiej – uderza przede wszystkim w zwykłych Polaków mieszkających na Białorusi, czyli w tych, którzy niczemu nie zawinili. To pokazuje, że władze w Polsce mają w głębokim poważaniu swoich Rodaków zza Bugu. Ich jedynym celem jest bowiem robienie na złość prezydentowi Łukaszence.

Łączność z Polakami

Wskutek destrukcyjnej polityki III RP przed laty doprowadzono do rozbicia Związku Polaków na Białorusi. Odszczepieńcy firmowani przez Andżelikę Borys kompletnie niczego dobrego nie osiągnęli, a jedynie pogłębili sztucznie wywołany podział. To wszystko sprawiło, że Polacy zrzeszeni w uznawanym przez białoruskie władze ZPB zostali niejako oderwani od Polski. Dla przykładu, wielu z nich nie może przyjechać do naszego państwa, gdyż uznaje się ich tutaj jako „Polaków od Łukaszenki”.

Nasze środowisko podjęło więc decyzję, że w najbliższym czasie założymy na Grodzieńszczyźnie oddział Klubu Myśli Polskiej. Pomysł ten spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem przedstawicieli Domu Polskiego w Grodnie.

Kolejnym dobrym krokiem byłoby ożywienie ruchu turystycznego między naszymi państwami. Przerażonych wizją dodatkowej fatygi z wyrabianiem sobie wizy, pragnę uspokoić, że tę barierę można ominąć wybierając się do Obwodu Grodzieńskiego. Wystarczy zgłosić się do firmy transportu turystycznego „Merapi” z siedzibą w Grodnie, która wystawi specjalne zaproszenie [kontakt: merapi.by]. Dokument upoważnia do bezwizowego przekroczenia granicy i pozwala przebywać w obwodzie do 15 dni. Niewielką opłatę za wystawienie zaproszenia (kilkanaście dolarów) uiszcza się po dotarciu do Grodna.

Niech jak najwięcej Polaków przyjeżdża na Grodzieńszczyznę, gdzie najliczniej mieszkają nasi Rodacy. Takie wizyty wzmocnią ich duchowo, a także gospodarczo. Przecież każda złotówka (rubel/euro/dolar) wydana w lokalnej restauracji czy hotelu, to prztyczek w wyrachowanych globalistów nakładających na Białoruś bezduszne sankcję. I wreszcie, tego typu wyprawy oddolnie poprawią relacje polsko-białoruskie, które podli politycy okrutnie usiłują zniszczyć. Zbudujmy więc własną dyplomację publiczną na przekór politykierom.

Mając już pewne doświadczenie w podróżach, mogę stanowczo stwierdzić, że Białoruś jest bardzo atrakcyjnym kierunkiem na wakacje. Na miejscu zastaną Państwo pięknie odrestaurowane zabytki, super atrakcyjne ceny, niesamowitą czystość, życzliwych ludzi, pyszne jedzenie, najtańsze paliwo w Europie oraz nieskażoną naturę. Ostatni dzień Festiwalu Kultur Narodowych spędziłam właśnie na łonie natury, a konkretnie nad Kanałem Augustowskim przy Śluzie Dąbrówka. W otoczeniu pięknej przyrody zastałam rodzinną atmosferę, ludową muzykę i tańce, smaczną kuchnię gospodyń wiejskich i wiele innych atrakcji. Odwiedzający to miejsce mogli wziąć w udział w spływach kajakowych czy rozmaitych konkursach połączonych z zabawą. Osobiście wybrałam rejs statkiem z zabierającymi dech widokami.

W najbliższych miesiącach na przyjezdnych czekają kolejne niezapomniane wrażenia. Już w lipcu impreza z okazji Dni Grodna. W drugiej połowie sierpnia Międzynarodowy Festiwal Folkloru pt. „Kanał Augustowski w Kulturze Trzech Narodów” łączący Białoruś, Litwę i Polskę. A we wrześniu kolejna edycja Republikańskiej Wielobranżowej Wystawy – Jarmark „Euroregion Niemen” oraz dożynki. A zatem, z czystym sumieniem polecam Grodzieńszczyznę na turystyczne wojaże.

Agnieszka Piwar

Reportaż ukazał się pierwotnie w „Myśli Polskiej”

Za: (nadesłany materiał Autorski) Dziękujemy!

Wesprzyj naszą działalność [Bibuła. md]

Rok 2027. Pamiętnik matki Polki.

[z internetu…]

Budzik zadzwonił o godz.3.00, wstałam, wzięłam łyk kawy z termosu którą zrobiłam wieczorem bo prąd dopiero włączają około 12-tej jak są pierwsze Wiadomości w TVP.

Ubrałam się, wzięłam Millę na smycz i szybko do lasu po chrust by zdążyć przed godzinami dla matek z dziećmi do lat 3 i kobietami w ciąży, które zaczynają się o 5.00, władza mówi, że o ciężarne i małe dzieci trzeba dbać  więc mogą chrust zebrać rano.

Miałyśmy szczęście, w nocy był wiatr leżało sporo gałązek, uzbierałyśmy zapas na 3 dni więc jutro trochę odeśpię.

Wróciłyśmy rozpaliłam w piecu, wczoraj padało, tak więc miałam nawet sporo wody, zrobiłam świeżą kawę i będzie na zupę.

Wracając nazbierałam liści szczawiu ktoś musiał nie zauważyć, więc będzie wyżerka zupa szczawiowa a jak starczy wody to jeszcze kompot z mirabelek zrobię które wczoraj mąż nazrywał jak jechał  z pracy tym najnowszym autem na chrust co dostaliśmy od Morawieckiego. 

Jak już ogarnę dom idę na autobus, niestety nie zawsze przyjedzie, jako gmina opozycyjna nie dostaliśmy najnowszych modeli na chrust tylko mamy starocie na węgiel no a z węglem wiecie jak jest.

Po drodze spotkałam sąsiadkę, mówi, że proboszcz nowa listę wywiesił na plebanii z grafikiem dla poszczególnych rodzin kiedy mają chrust przynosić i to tylko ten pierwszego gatunku bo jego gospodyni potem narzeka, że piec się zapycha.

Nie powiem co sobie pomyślałam bo słowa są niecenzuralne. Przyjechał autobus, w ostatniej chwili wpadłam do hali odlotów CPK Baranów by samolotem udać się do Radomia skąd mam prom do Poznania. Wracam z reguły z mężem bo prom łapie spore opóźnienie a przecież jeszcze muszę iść po drugą porcję chrustu by mieć trochę ciepłej wody do prania. 

Wieczorem przez godzinę mamy prąd, znów za sprawą TVP i wieczornych wiadomości w których dowiaduję się jak bardzo inni zazdroszczą mi takiego życia, co mam dzięki PiS bo za Tuska to nikt by mi nie zazdrościł. Zadzwoniłam jeszcze do sąsiadki rozmowa był kontrolowana więc zaczęłam oficjalnym powitaniem: Niech będzie pozdrowiony Jarosław zawsze dziewica… wymieniłyśmy grzeczności jak nam jest dobrze i że wszyscy nam zazdroszczą. 

Po 20 wyszłam jeszcze z Millą a potem już tylko umyć się w resztce deszczówki i spać bo jutro mam zbieranie chrustu dla proboszcza a chcę zdążyć przed godzinami dla matek z dziećmi do lat 3.

Frymarczenie suwerennością

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)  •  12 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5195

1 czerwca Komisja Europejska pozytywnie zaopiniowała Krajowy Plan Odbudowy dla Polski. Ten Krajowy Plan Odbudowy, podjęty z inicjatywy Unii Europejskiej, miał dostarczyć krajom członkowskim środków na odbudowę gospodarek, zdewastowanych na skutek działań rządów, które pod pretekstem epidemii, przejęły władzę dyktatorską, bez oglądania się na konstytucyjne dyrdymały i na ręczne sterowanie gospodarką przez biurokratów, co zawsze musi skończyć się źle.

Żeby jednak Unia mogła „wspierać” kraje członkowskie, trzeba było wyposażyć Komisję Europejską w dwie dodatkowe kompetencje, których przedtem nie miała: uprawnienie do zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii oraz prawo do nakładania „unijnych” podatków.

Jak pamiętamy, ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, która Komisję w te uprawnienia wyposażała, przeforsował płomienny obrońca suwerenności Polski, czyli klub parlamentarny Zjednoczonej Prawicy pod dyrekcją Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego przy pomocy klubu parlamentarnego Lewicy, reprezentującej obóz zdrady i zaprzaństwa. Komisja Europejska miała tedy się zapożyczyć u lichwiarzy, a potem przekazywać pieniądze już to w formie pożyczek, już to w formie subwencji członkowskim bantustanom,, które wskutek tego coraz bardziej przekształcałyby się w landy tysiącletniej Rzeszy.

Proces ten zaczął się stosunkowo wcześnie, bo już w 1993 roku, kiedy to wszedł w życie traktat z Maastricht, który w funkcjonowaniu Wspólnot Europejskich odchodził od formuły konfederacji, czyli związku państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego. W związku z tym, kiedy w czerwcu 2003 roku odbywało się u nas referendum akcesyjne, nie można było nie wiedzieć, do jakiej to Unii Polska jest przyłączana. Że Anschluss stręczył obóz zdrady i zaprzaństwa pod egidą Volksdeutsche Partei, to rzecz oczywista – ale warto przypomnieć, że w tym stręczycielstwie wziął udział również obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm pod egidą patriotów patentowanych, czyli Jarosława i Lecha Kaczyńskich.

1 maja 2004 roku Polska, podobnie jak inne bantustany Europy Środkowej, została do Unii przyłączona, co – nawiasem mówiąc – stworzyło polityczne warunki dla realizowania przez Niemcy projektu Mitteleuropa z roku 1915. Z kolei 13 grudnia 2007 roku Donald Tusk jako premier rządu, w towarzystwie Księcia-Małżonka, jako swego ministra spraw zagranicznych, podpisali traktat lizboński – jak się z oświadczenia samego premiera Tuska okazało – bez czytania. Poniekąd słusznie, bo po co tu jeszcze to czytać, jak wpierw przeczytali starsi i mądrzejsi i kazali podpisać?

1 kwietnia 2008 roku odbyło się w Sejmie głosowanie nad ustawą upoważniającą prezydenta do ratyfikowania tego traktatu, który amputował Polsce ogromny kawał suwerenności, a o rozmiarach tej amputacji dowiadujemy się stopniowo aż do dnia dzisiejszego. Posłowie obozu zdrady i zaprzaństwa wespół z płomiennymi dzierżawcami, prezydenta do ratyfikacji zgodnie upoważnili, w następstwie czego traktat ten został przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego ratyfikowany 10 października 2009 roku, a wszedł w życie 1 grudnia, proklamując Unię Europejską, jako odrębny podmiot prawa międzynarodowego.

Przypominam o tym wszystkim, żeby niczyje zasługi, w dziedzinie frymarczenia suwerennością, nie zostały zapomniane.

Jak pamiętamy, Niemcy już od stycznia 2016 roku rozpoczęły przeciwko Polsce wojnę hybrydową, najpierw w postaci „walki o demokrację”, a kiedy „ciamajdan” w grudniu 2016 roku spalił na panewce, od lutego 2017 roku rozpoczęły „walkę o praworządność” w naszym bantustanie, w której to batalii coraz większą rolę odgrywał szantaż finansowy, coraz szerzej wspierany nie tylko przez instytucje UE, nie tylko przez folksdojczów w Parlamencie Europejskim, ale i przez znaczną część tubylczych niezawisłych sędziów, którzy zdążyli się rozsmakować w całkowitej bezkarności. Taki sojusznik jest z punktu widzenia niemieckiego znacznie bardziej wartościowy, niż jakieś „Polskie Babcie”, czy pan Mateusz Kijowski, więc walka o praworządność nabierała rumieńców, aż wreszcie Niemcy odrzuciły wszelkie pozory i postawiły Polsce ultimatum, że jak nie będzie ich słuchała, to nie dostanie złamanego centa. Ponieważ nasi panowie gangsterzy liczyli na te unijne pieniądze, to pan prezydent Duda wywiesił białą flagę, a Sejm w specjalnej ustawie przyjął niemieckie ultimatum.

W tej sytuacji Komisja Europejska, „pozytywnie zaopiniowała” Krajowy Plan Odbudowy dla Polski, a tę radosną wieść przyjechała nam osobiście zakomunikować pani Ursula von der Layen. Zaznaczyła jednak, że Polska nie dostanie ani centa, dopóki nie zacznie wprowadzać w życie niemieckich żądań nie tylko w dziedzinie wymiaru sprawiedliwości, ale również w różnych dziedzinach odległych. Problem w tym, że – jak to bywa z szantażystami – ultymatywne żądania mogą być mnożone dotąd, aż wreszcie Berlin uzna, że przejął pełną kontrolę nad Warszawą. Może się tedy okazać, że wywieszenie białej flagi przez pana prezydenta Dudę nie jest końcem, a zaledwie początkiem wypłukiwania z Polski pozostałych jeszcze resztek suwerenności. Tak chyba kombinuje też Naczelnik Państwa, bo na ostatnim mitingu swojego gangu, filuternie zasugerował, by – jak tylko coś pójdzie nie tak – zwalać na Unię wszystko to, czego nie będzie można zwalić na Putina. Przy takim podejściu organizatorzy frymarczenia suwerennością Polski będą się prezentowali, jako niewinne ofiary obcej przemocy.

Nie trzeba było długo czekać na potwierdzenie tych obaw, bo niemal nazajutrz Guy Verhofstadt, krzykliwy belgijski arywista, nawiasem mówiąc, kawaler Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej z 2004 roku, wystąpił z wnioskiem o odwołanie pani Urszuli ze stanowiska przewodniczącej Komisji Europejskiej, właśnie z powodu zbytniej pobłażliwości wobec Polski i rozpoczął zbieranie podpisów. Jak tam będzie, tak tam będzie, ale wydaje się, że w tej sytuacji Komisja Europejska tak łatwo Polsce nie odpuści, więc jest prawie pewne, że pan prezydent Duda będzie musiał wywieszać kolejne białe flagi tym bardziej, że rozrzutność rządu „dobrej zmiany” postawiła Polskę na skraju katastrofy finansowej.

Na razie Polska została zobowiązana do realizacji 115 „kamieni milowych”, czyli przeprowadzenia około 300 przedsięwzięć – na początek w dziedzinie sądownictwa. Wśród pozostałych niektóre wydają się pożyteczne, przynajmniej na pierwszy rzut oka, np. zmniejszenie obciążeń regulacyjnych i administracyjnych dla przedsiębiorców, ale wiele innych oznacza konieczność realizowania rozmaitych wariackich pomysłów w zakresie ochrony „planety” przed złowrogim „klimatem”, albo pomysłów niebezpiecznych w zakresie totalnej inwigilacji. Jak Polska będzie grzeczna i wszystko w podskokach zrealizuje, to w nagrodę będzie mogła dostać niecałe 24 mld euro w formie grantów i 11,5 mld euro w formie pożyczek. Oczywiście wszystkiego nie da się zrobić natychmiast, więc rzecz jest rozłożona na lata. Tymczasem w roku 2027, kiedy to zakończy się okres obecnego budżetu UE, polska składka ma wynieść 6,8 mld euro stopniowo wzrastając z ponad 4 mld w roku 2020. Sumując te składki od roku 2022 do roku 2027, znaczy to, że nasi Umiłowani Przywódcy przefrymarczyli suwerenność tylko za około 4-5 mld euro. Znając ich nie wierzę, by zrobili to bezinteresownie, bo czyż z takiej sumy nie można wykroić sporo fortun na założenie starych rodzin?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Sprowadzenie do niedorzeczności

Izabela Brodacka

Senat Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu przegłosował kilka dni temu projekt „polityki równościowej i antydyskryminacyjnej”. W dokumencie przyjętym przez Senat stwierdzono, że zwracanie się do drugiej osoby zgodnie z jej płcią biologiczną jest formą molestowania. Odtąd wykładowcy poznańskiego uniwersytetu będą zmuszeni  w stosunku do osób z zaburzeniami tożsamości płciowej używać zaimków i określeń zgodnych subiektywnymi odczuciami tych osób.  Studenci i naukowcy, którzy się do tego nie zastosują staną przed komisją dyscyplinarną i będą odpowiadać za naruszanie zasad „równości i antydyskryminacji”. 

Przed komisją dyscyplinarną uczelni student mógł być dotąd postawiony gdy złapano go na sciąganiu na egzaminie, a  pracownik  dydaktyczny gdy dopuścił się czynu niegodnego wykładowcy lecz nie podlegającego penalizacji, na przykład pił ze studentami alkohol. Łatwo sobie wyobrazić złośliwych gorliwców, którzy będą prześladować wykładowców za naruszenie „zasad równości” tak jak za czasów stalinowskich tak zwani „pryszczaci” prześladowali profesorów Uniwersytetu Warszawskiego za naruszenie „zasad marksizmu”.  Choć termin  „pokolenie pryszczatych” odnosi  się w zasadzie do literatów można do nich zaliczyć również młodych filozofów takich jak Leszek Kołakowski  czy Roman Zimand. Zimand bardzo wstydził się tego etapu swego życia i wielokrotnie publicznie to powtarzał. Kołakowski szybko stał się guru kontraktowej opozycji  i mogliśmy tylko  z nabożeństwem śledzić jego długie i bolesne intelektualne rozstawanie się z marksizmem. Rzadko kto chce pamiętać, że w marcu 1950 Kołakowski był w gronie ośmiu studentów, członków PZPR, którzy wystąpili z listem otwartym atakującym Władysława Tatarkiewicza za dopuszczenie na prowadzonym przez niego seminarium do „politycznych wystąpień o charakterze wyraźnie wrogim socjalizmowi”. Tatarkiewicz wkrótce został zwolniony z pracy. 

W 1966 roku sam Kołakowski został usunięty z partii za „odchodzenie w nauczaniu od kanonu marksizmu” co jego wielbiciele potraktowali jako karę i domagali się ( o grozo)  przywrócenia go do PZPR. Można by stwierdzić, że: „kto mieczem wojuje ten od miecza ginie” ale Kołakowskiemu wyrzucenie z PZPR i represje za udział w wydarzeniach marcowych pomogły zamiast zaszkodzić. Zapoczątkowały jego międzynarodową karierę.

Wracając do UAM. Przeszło sześćdziesiąt osób spośród pracowników naukowych i dydaktycznych uczelni zaprotestowało przeciwko projektowi dyscyplinarnego ścigania za odstępstwa od ideologii gender wyrażając obawę, że wdrożenie projektu  „pogorszy realne warunki pracy naukowej i dydaktycznej na uczelni, w praktyce ograniczy wolność słowa i badań, a służyć będzie polityce niezgodnej z misją Uniwersytetu”. Reszta milczy z obawy przed postępowaniami dyscyplinarnymi, które mogą doprowadzić do utraty przez nich pracy. 

To co się obecnie dzieje jest jak w rosyjskim przysłowiu „i straszne i śmieszne”. Jeżeli płeć odczuwana nie ma wyraźnej definicji i jeżeli te odczucia mają prawo być zmieniane z dnia na dzień sterroryzowany tym profesor będzie się zwracał do studenta bezosobowo. Powie na przykład „ niech siada i wyjmie kartkę”, albo: „ niech podejdzie do tablicy”. Ja w każdym razie tak bym robiła. 

Jak za czasów stalinowskich ideologizacja dotyczy również najmłodszych. W czasach stalinowskich uczniowie byli zmuszani do składania przed  całą szkołą albo przed swoją klasą samokrytyki gdy zostali oskarżeni przez jakiegoś gorliwego młodocianego donosiciela. W tych czasach jako wzór osobowy przedstawiano Pawlika Morozowa, który w czasie kolektywizacji rolnictwa w ZSRR doniósł na swego ojca kułaka. 

Warszawskie liceum im. Jana III Sobieskiego przeznaczyło jedno z pomieszczeń na specjalną toaletę dla „osób niebinarnych, transpłciowych i nieokreślających się”. To nie tylko idiotyczne lecz wręcz niebezpieczne, a przede wszystkim nieestetyczne. 

W efekcie wprowadzenia takich genderowych toalet w amerykańskim stanie Wirginia, podający się za dziewczynę uczeń zgwałcił 15-letnią koleżankę. Oczywiście moglibyśmy przyjąć, że do takiej toalety będą wchodzić tylko osoby chętne, więc zgodnie z zasadą: „Volenti non fit iniuria” (chcącemu nie dzieje się krzywda) nie musimy się o nie troszczyć gdyby nie fakt, że zasada ta nie stosuje się do nieletnich. 

Najistotniejsze jest jednak, że troszcząc się o ewentualny dyskomfort osób z zaburzeniami identyfikacji płciowej naruszamy prawa i bezpieczeństwo innych osób. Dziewczynka, która spotka w toalecie rozebranego chłopaka ma prawo czuć się skrepowana lub wręcz molestowana płciowo. To zabawne, że lewactwo traktuje jako molestowanie seksualne banalny komplement skierowany pod adresem kobiety a nie chce tak traktować przymusu wspólnej toalety. Właśnie na tym polega problem, że przepisy chroniące rzekomo prześladowane czy dyskryminowane mniejszości faktycznie  dyskryminują większość albo inne grupy społeczne. Na przykład tak  zwane parytety czyli ustalanie procentowego udziału kobiet, inwalidów czy Afroamerykanów przy rekrutacji na studia i do  pracy dyskryminuje odpowiednio mężczyzn, białych, zdrowych. Jest więc też dyskryminacją tyle, że à rebours .  

Wszelkie przepisy wyrównawcze są poza tym sprzeczne z ideą wolnego rynku, która jest podstawą liberalnej demokracji. Jeżeli mamy prawo wybierać najlepszego  lekarza, czy fryzjera to może powinniśmy się zastanowić jak czuje się ten najgorszy? Może w trosce o  samopoczucie kiepskiego fryzjera powinniśmy zmuszać klientki do korzystania z jego usług? A może zwycięzcą maratonu powinna być osoba która przybiegnie ostatnia? 

Nie zamierzam twierdzić, że osoby z nieprawidłową identyfikacją płciową należy leczyć [sądzę, że powinno się zamykać w domu wariatów. To by szybko wyleczyło pacjenta. MD] . Ale nie można również wymagać abyśmy ulegali ich aberracjom i zwracali  się do nich w stosownej do ich rojeń formie.  Czy jeżeli ktoś uważa się za Napoleona powinniśmy zwracać się do niego sire? A jeżeli uważa się za Ramzesa powinniśmy padać przed nim na twarz? 

W matematyce taki sposób dowodzenia nazywa się sprowadzeniem do niedorzeczności. 

Ukraińska rzecznik praw obywatelskich kłamała w sprawie rosyjskich gwałtów

https://www.bibula.com/?p=134564

Była już ukraińska rzecznik praw obywatelskich Ludmiła Denisowa przyznała, że kłamała w sprawie rzekomych gwałtów na dzieciach popełnianych przez rosyjskich żołnierzy. Informacja, która zelektryzowała światowe media w Polsce przeszła niemal bez echa. Krótki tekst Tomasza Waleńskiego ukazał się co prawda dzisiaj na portalu WP.pl jednak szybko został stamtąd usunięty. Obecnie możemy obserwować jedynie jego ślady w internetowych wyszukiwarkach.

W mediach anglojęzycznych (i nie tylko) terror pro-ukraińskiej zmowy milczenia nie jest tak ścisły jak w Polsce. Możemy się stamtąd dowiedzieć, że była komisarz ds. praw człowieka Rady Najwyższej Ukrainy Ludmiła Denisowa przyznała, że ​​napisała nieprawdziwe wiadomości o okrucieństwach rosyjskich żołnierzy na Ukrainie.
„Kiedy przemawiałem we włoskim parlamencie w Komisji Spraw Międzynarodowych, słyszałem i widziałem takie zmęczenie sprawą Ukrainy. Mówiłam o strasznych rzeczach, żeby ich jakoś popchnąć, żeby podjęli decyzje, których potrzebuje Ukraina i naród ukraiński” – wyjaśniła swoją motywację Denisowa. – Może przesadziłem. Ale starałem się osiągnąć cel, jakim było przekonanie świata do dostarczenia broni i wywarcia presji na Rosję.”
To kolejny przykład oderwanej od faktów ukraińskiej propagandy bezrefleksyjnie powtórzonej przez polskie media.

Kilkanaście dni temu Ludmiła Denisowa została odwołana przez ukraiński parlament ze stanowiska komisarza ds. praw człowieka Rady Najwyższej Ukrainy. Za odwołaniem Denisowej zagłosowało 234 z 450 deputowanych.

/red/

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (11-06-2022)


KOMENTARZ BIBUŁY: Podajemy powyższą wiadomość jako przykład odsłaniający manipulację mass mediów i jako przestrogę przed braniem na poważnie wszelkich informacji płynących z głównych ścieków. W Polsce – TVPInfo, TVP, TVN, Polsat… wszystkie te media stanowią jednorodną tubę indoktrynacyjną, której słuchanie i oglądanie przyczynia się niewątpliwie do fizycznego upośledzenia płata czołowego mózgu.

Podobno, według opisów tenże płat odpowiada za: planowanie, myślenie, pamięć, wolę działania i podejmowanie decyzji, ocenę emocji i sytuacji, pamięć wyuczonych działań ruchowych, specyficzne schematy zachowań, wyrazy twarzy, przewidywanie konsekwencji działań, konformizm społeczny, takt uczucia błogostanu (układ nagrody), frustracji, lęku i napięcia. Zaś skutki uszkodzeń tego płata, to: trudności w koncentracji, niezdolność do spontanicznego myślenia, niestabilność emocjonalna, zmiany nastroju, zachowania agresywne.

Zatem, uszkodzenie tego obszaru podczas odbierania takowych bodźców telewizyjnych z pewnością przekłada się na: upośledzenie myślenia, zaburzenie oceny sytuacji, nadpobudliwość emocjonalną, specyficzne zachowania społeczne (np. noszenie maseczek, poddanie się wyszczepieniu, bezrefleksyjną miłość do wskazanego celu i agresywną nienawiść do innego wskazanego obiektu), uczucia lęku, frustracji, a nawet wyrazy twarzy (wystarczy obejrzeć „dziennikarzy” i „ekspertów”, aby tego dowieść). Ponadto, oglądanie wprawia w uczucie błogostanu, że „już wiem co o tym czy tamtym myśleć”, bo bez TVPInfo-TVNu-CNNu byłbym nieświadomy. A tak „wiem”, jak wygląda „wojna na Ukrainie”, „wiem jak chronić się przed kowidem”, „wiem kto jest wrogiem”, „wiem kogo mam kochać”.

Niestety, w tych trudnych czasach dzisiejszej Polski niemal zabrakło autorytetów i jedynie niszowe media internetowe są w stanie w skromnym wymiarze wypełnić tę lukę. Reszta, prowadzona jest przez profesjonalnych demagogów, cyników, prowokatorów, kabotynów i kryminalistów.


Wesprzyj naszą działalność [Bibuła. md]

Solidarna Polska przeciw Kamieniom Milowym rzucanym w Polskę.

Ziobro: Ostateczna treść nie była przedmiotem ustaleń z SP

———————–

[proszę czytelników o przesłanie mi oryginały wypowiedzi min. Ziobro. W cenzurowanej prasie nie znalazłem. Mirosław Dakowski]

11 czerwca. https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/8452408,ziobro-kpo-kamienie-milowe-solidarna-polska.html

Ostateczna treść „kamieni milowych” nie była przedmiotem ustaleń ani rządowych, ani politycznych z Solidarną Polską – oświadczył w sobotę lider partii, szef MS Zbigniew Ziobro. Solidarna Polska nie wszystkie kamienie milowe jest w stanie poprzeć, np. opodatkowania używania aut spalinowych – dodał.

W sobotę odbył się zarząd Solidarnej Polski w sprawie kamieni milowych i Krajowego Planu Odbudowy, po zakończeniu którego odbyła się konferencja prasowa przedstawicieli ugrupowania.

Lider Solidarnej Polski, szef MS Zbigniew Ziobro powiedział dziennikarzom, że zarząd podjął uchwałę w omawianej sprawie. Ostateczna treść tzw. kamieni milowych nie była przedmiotem ustaleń ani rządowych, ani politycznych z Solidarną Polską. W tym sensie nie czujemy się zobowiązani do realizacji tych wszystkich postanowień, które są tam zawarte bez wcześniejszej jej oceny, a ocenę będziemy dokonywać wyłącznie pod kątem interesu Polski i Polaków – mówił Ziobro.

Zaznaczy, że w kamieniach milowych znalazły się punkty mające charakter neutralny, ale są też i takie, które budzą zasadnicze wątpliwości. W tym kontekście wymienił opodatkowanie używania aut spalinowych.

Jest to droga do realizacji ostatniego szalonego żądania PE, aby te samochody zlikwidować z przestrzeni publicznej UE, w tym Polski – ocenił. Dodał, że Solidarna Polska nie jest w stanie poprzeć tego punktu, gdyż – zdaniem ugrupowania – uderzyłoby to w podstawowe interesy ekonomiczne milionów polskich rodzin.

Nie będziemy zgadzać się na tego typu ideologiczne szaleństwa, które będą uderzać w kieszenie Polaków – oświadczył.

Intronizacja. Szanse.

Intronizacja.

Ks. Wojciech Jędrzejowski 11 czerwca 2022

Intronizacja staje się tematem coraz bardziej aktualnym.

Co to jest? Skąd to się wzięło?

Chciałem to wyjaśnić w sposób zrozumiały dla normalnego człowieka, który zajęty swoją pracą, nie ma czasu na to, by zajmować się tymi sprawami.

Wiele rzeczy można wyjaśnić tylko przez podobieństwa, do wypadków, które już miały miejsce.

Zacznijmy od spraw dawnych powszechnie znanych.

Pan Bóg stworzył świat i puścił go w bieg według dwóch praw. Pierwsze to prawa przyrody dla wszystkich stworzeń i drugie to prawo moralne, czyli prawo Boże dla człowieka. Ponad to dał człowiekowi wolną wolę, czyli możliwość czynienia dobra lub zła, by mógł – czyniąc dobrze, zasłużyć na wieczną nagrodę. Pan Bóg nie przestał światem opiekować się, tylko podtrzymuje go w istnieniu. Nie przestał też opiekować się człowiekiem.
W wyjątkowych sytuacjach, gdy prawo Boże przestaje być przestrzegane, upomina za pośrednictwem wybranych przez siebie ludzi i wskazuje co należy czynić, by uniknąć nieszczęść (kary). Zwykle Pan Bóg daje dwie możliwości rozwiązania, czyli załatwienia problemów. Na pierwszym miejscu Pan Bóg stawia załatwienia w sposób religijny, Boży, bezbolesny i bardzo skuteczny. A drugi sposób jest równie skuteczny, ale bardzo bolesny. Ponieważ dał człowiekowi wolną wolę i uwzględnia ją, podjęcie decyzji w dużej mierze uzależnił od postępowania ludzi, wodza religijnego, lub całego narodu. Wyznaczył też czas, w którym religijne rozwiązanie ma być dokonane. Jest cierpliwy, czeka długo. Gdy w tym czasie religijne załatwienie sprawy nie zostaje wykonane, wówczas Pan Bóg dopuszcza to drugie, czyli bardzo bolesne. Aby to zrozumieć należy popatrzyć jak to się działo na przestrzeni dziejów.

Zacznijmy od wspomnienia czasu potopu. Mieszkańcy ziemi wiedzieli, że ich postępowanie nie jest najlepsze i mieli czas na poprawę swego życia. Noe budował arkę sto lat, czyli bardzo długo. Ludzie o tym wiedzieli. Poprawy nie było – przyszło to drugie, bolesne rozwiązanie: potop. Uratował się tylko Noe w swej arce.

Czasy Niniwy. Zapowiedź zniszczenia. Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa będzie zniszczona. Mieszkańcy natychmiast podjęli religijne rozwiązanie, pokutę. – I nie było walki, wzajemnego zabijania, niszczenia, burzenia. Niniwa została ocalona.

Czasy Sodomy i Gomory. Mieszkańcy przebrali miarę w czynieniu zła. Warunkiem ocalenia była nie wielka grupa ludzi uczciwych. Wystarczyłoby 10 osób, ale i tych zbrakło. – Nie było ratunku. Miasta zostały zniszczone. Lot z żoną mógł się ratować jedynie ucieczką.

A w nowszych czasach, gdy we Francji kwitł katolicyzm, władza była w rękach ludzi wierzących, ale już powstawały grupy niewierzących, nawołujące do odłączenia Kościoła od państwa, legalizacji rozwodów, zbliżały się czasy rewolucji. Król Francuski Ludwik XVI otrzymał polecenie, by oddać Francję w opiekę Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wówczas nastąpi rozwój Francji i Francja stanie się potęgą. To było religijne rozwiązanie. Jeśli tego nie zrobi, nastąpi rewolucja i prześladowanie katolików. Król francuski zbyt długo zwlekał! Nastała rewolucja, został pozbawiony władzy królewskiej. Dopiero jako zwykły obywatel oddał Francję w opiekę Sercu Pana Jezusa, ale już było za późno. Taki akt nie miał już żadnego znaczenia, więc przyszły krwawe prześladowania i inne nieszczęścia.

Czasy nam bliskie! Siostra Faustyna otrzymała polecenie, by szerzyć kult Miłosierdzia Bożego. Świat zbyt daleko odszedł od Boga, groził wybuch trzeciej wojny światowej już przy pomocy broni nuklearnej. Marszałkowie rosyjscy byli doskonałymi mistrzami wojennymi i mieli tak przygotowany atak, że Zachód nie miał szans obrony. Od wielkiej kary uchronić go mogło tylko Miłosierdzie Boże. Trzeba o nie prosić. Na szczęście nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego rozszerzyło się po całym świecie i sprawa została rozwiązana w sposób religijny. Pan Bóg okazał swe Miłosierdzie. Wojna nie wybuchła, a Związek Radziecki rozpadł się bez walki.

Jak to było możliwe? – Aby to osiągnąć, Pan Bóg, posłużył się tylko jednym człowiekiem, (Ryszardem Kuklińskim) który o stanie przygotowania radzieckiej armii poinformował kogo trzeba. Ci w odpowiedzi zrobili to co powinni. Gdy się o tym dowiedzieli marszałkowie radzieccy doszli do wniosku, że w takiej sytuacji wojna nie ma sensu. I atomowej wojny światowej nie było!

Należy też wspomnieć polecenie z Fatimy, „by papież w łączności z biskupami całego świata poświęcił Rosję w opieką Najświętsze Marii Panny, wówczas Rosja nawróci się i nastanie pokój” (na dłuższy czas). To jest rozwiązanie religijne. Jeśli papież tego nie zrobi, czyli czas rozwiązania bezskutecznie przeminie, wówczas nastąpi drugie rozwiązanie: Rosja rozszerzy swe błędy na cały świat, wywoła nowe wojny i prześladowanie Kościoła”.

Niestety żaden z papieży tego nie zrobił. Próbowali, oddać w opiekę Matce Bożej cały świat, ale zrobili to bez wymienienia Rosji, a to nie wystarczyło. – Rosyjskie czyli komunistyczne błędy rozszerzyły się na cały świat. Powstało ogólnoświatowe, coraz większe prześladowanie Kościoła.

Polecenie z Fatimy, Siostra Łucja, uzupełniła słowami: „Oni to zrobią, ale będzie za późno”.

Tego spóźnionego wydarzenia byliśmy wszyscy świadkami 25 marca 2022 roku. Biskupi całego świata [czyżby??? MD] , razem ze swymi wiernymi oddali Rosję i Ukrainę w opiekę Matce Najświętszej. Niestety! miesiąc wcześniej 24 II 2022 r. powstał konflikt na Ukrainie. Akt oddania Rosji w opieką Matce Najświętszej został dokonany za późno.

Jaki będzie dalszy bieg historii tego nikt nie wie! – Można się tylko domyślać na podstawie wizji jaką otrzymała Rozalia Celakówna.

W między czasie mamy kolejny polski wątek, gdy zbliżał się czas drugiej wojny światowej. Rozalia Celakówna otrzymała wizję tych nieszczęść. Tego kataklizmu można było uniknąć, ale trzeba było dokonać aktu religijnego. Konieczne było, aby przedstawiciel Biskupów polskich dokonał Intronizacji Chrystusa Króla, wówczas wojny nie będzie, czyli Niemcy nie napadaną na Polskę.

Z tą prośbą zwrócił się do kardynała Hlonda spowiednik Rozalii Celakówny, a także Ojcowie Paulini z Jasnej Góry. Gdy te prośby nie przyniosły skutku, Rozalia Celakówna dotarła do kardynała i prosiła o dokonanie Intronizacji bo: „Jeszcze dziś jest czas”! Kardynał prośby nie uwzględnił, Intronizacji nie dokonał. Religijne rozwiązanie zostało zlekceważone. Nastąpiło drugie, bolesne rozwiązanie. Niemcy napadli na Polskę i rozpoczęła się wojna światowa z rzezią milionów ludzi.

– Tu ukryta jest tajemnica. Na jakiej podstawie Rozalia mogła twierdzić, że jeszcze dziś jest czas? Dlaczego od tak drobnej rzeczy zależą tak ważne sprawy. Rozalia tych szczegółów nie znała, miała tylko wizję, ale wystarczyło spełnić warunki jakie we wizji polecono i wojny by nie było.

– Tę tajemnicę dużo później rozszyfrowali historycy i stwierdzili, że zwolennikiem wojny był tylko Adolf Hitler, który był przy władzy. Wszyscy generałowie niemieccy byli przeciwnikami rozpoczynania wojny, bo zdawali sobie sprawę z tego, że z całym światem Niemcy wojny nie wygrają, tylko poniosą sromotną klęskę.

– W tym czasie był przygotowywany zamach na Hitlera, by zlikwidować zwolennika wojny. – Gdyby była modlitwa (Intronizacja), a więc rozwiązanie religijne, zamach by się udał i do władzy doszliby zwolennicy pokoju. Ponieważ ten warunek z wizji nie został spełniony, brakło pomocy Bożej, zamach się nie udał i przy władzy utrzymali się zwolennicy wojny (1939 r.) Wkrótce na rozkaz Hitlera Niemcy napadli na Polskę i rozpoczęła się wojna światowa, czyli nastąpiła druga możliwość rozwiązania.

Historia się nie skończyła. Według wizji Rozalii Celakównej, przed nami jest kolejny kataklizm, Ponieważ religijnego aktu poświecenia Rosi i Ukrainy w opieką Matki Najświętszej dokonano, jak twierdzi Siostra Łucja za późno, należy przypuszczać że bieg historii nastąpi według drugiej wersji, czyli wielkich kataklizmów, zginie wiele narodów, a „ostoją się tylko te narody, które dokonają Intronizacji Chrystusa Króla w całym tego słowa znaczeniu”.

Polska jest w tym szczęśliwym położeniu, że starania o Intronizację rozpoczęte przez Rozalię Celakównę w 1937 roku, udało się przeprowadzić 19-stego listopada 2016 roku w Krakowie – Łagiewnikach w sposób przekraczający wszelkie potrzebne warunki konieczne do uznania ważności aktu Intronizacji Chrystusa jako Króla i Pana. W Łagiewnikach udział wzięło 50 biskupów, tysiąc księży, przedstawiciele władz państwowych na czele z Andrzejem Dudą, około 140 tysięcy wiernych. [Sądzę, że to jest interpretacja optymistyczna. MD]

Co to jest Intronizacja. To nie jest wprowadzanie Chrystusa na tron, nadawanie Chrystusowi władzy, bo Chrystus miał ją od samego początku: Sam powiedział: „Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi”. Intronizacja to jest przyjęcie władzy Chrystusa. i podporządkowanie się jej w każdej sytuacji, czyli w peł-ni tego słowa znaczeniu, albo inaczej: Intronizacja to przyjęcie Bożych przykazań
i podporządkowanie się im. To jest bardzo ważne dzisiaj, gdy wprowadza się prze-pisy prawne niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, propagujące różne zboczenia, więc nie zgodne z przykazaniami Bożymi. A nawet chce się wprowadzić jako obowiązu-jące „prawo do zabijania dzieci jeszcze nie narodzonych”.

Ponieważ mało krajów dokonało Intronizacji, a zło zapowiadane rozpoczęło się 24 lutego 2022 r. , należy nawoływać wszystkie katolickie narody, by na wzór Polski, jak najszybciej dokonały Intronizacji Chrystusa jako swojego Króla, bo czas jest krótki podobnie jak w Sodomie i Gomorze, gdy aniołowie w ostatniej chwili przed katastrofą chwycili Lota za ręce i wyprowadzili z miasta.

Ostatecznie splotły się ze sobą dwie wizje: Fatimska tycząca ofiarowania Rosji w opiekę Matki Bożej, o której Łucja powiedziała: „Oni to zrobią, ale będzie za późno”, splata się z wizją Rozalii Celakówny tyczącą Intronizacji: „Ostoją się tylko te narody, które dokonają Intronizacji”.

Wydaje się że Pan Bóg w swym Miłosierdziu bardzo wielu narodom daje szansę załatwienia zbliżających się kataklizmów w sposób religijny, łagodny, a może nawet bezbolesny.

W krajach, w których jeszcze nie padają bomby, należy na wzór Polski dokonać jak najszybciej Intronizacji. – Z Rozalią Celakówną można mówić: „Jeszcze dziś jest czas”.

– „Ostoją się tylko te narody, które dokonają Intronizacji”.

Ks. Wojciech Jędrzejowski

Ceny wzrosły rdr o kilkadziesiąt procent, takich jak olej, masło, mąka, cukier, mięsa, pieczywo czy makaron.

Jacek Wilk UJAWNIA prawdę o inflacji: „To nie jest kilkanaście procent”

https://nczas.com/2022/06/11/jacek-wilk-ujawnia-prawde-o-inflacji-to-nie-jest-kilkanascie-procent-video/
W piątek w Sejmie odbyła się konferencja prasowa Konfederacji poświęcona drożyźnie w Polsce. Podczas niej głos zabrał m.in. były poseł Jacek Wilk.

Oczywiście to jest temat numer jeden teraz dla Polaków i żadna inna sprawa, nawet próby różnych tematów zastępczych, wtłaczanych na siłę, nie przysłonią tego, że Polacy szybko biednieją, ponieważ bardzo szybko traci wartość polski złoty – powiedział Wilk.

Były poseł podkreślił, iż „problem jest o wiele, wiele większy niż to podają oficjalne statystyki, oficjalna propaganda rządowa”. – Z całą pewnością to nie jest kilkanaście procent, co wszyscy widzą w swoich portfelach, wszyscy widzą w swoich koszykach zakupowych – wskazał.

Wszyscy widzą to idąc po prostu do sklepu i kupując towary pierwszej potrzeby – powiedział Wilk i dodał, że „ta wiedza intuicyjna, ale też (…) wiedza powszechna dla wszystkich (…) znajduje swoje potwierdzenie w badaniach”.

Następnie polityk podał kilka przykładów produktów, których ceny wzrosły rdr o kilkadziesiąt procent, takich jak olej, masło, mąka, cukier, mięsa, pieczywo czy makaron.

„To pokazuje skalę inflacji”

To są właśnie artykuły pierwszej potrzeby, to jest żywność. To jest to, co każdy z nas musi kupować bez względu na wszystko inne.

To pokazuje skalę inflacji, a więc to nie jest kilkanaście procent. Dla przeciętnego Polaka to jest kilkadziesiąt procent wzrostu cen tych towarów, które musi kupować.

To jest skala drożyzny PiS wywołanej przez tę partię – podsumował Wilk.

MIAŻDŻĄCY raport NIK ws. „Czajki”

Trzaskowskiemu się to nie spodoba! MIAŻDŻĄCY raport NIK ws. „Czajki”

https://nczas.com/2022/06/11/trzaskowskiemu-sie-to-nie-spodoba-miazdzacy-raport-nik-ws-czajki/
Postępowanie MPWiK związane z projektowaniem, budową i eksploatacją kolektora podziemnego transportującego ścieki z części lewobrzeżnej Warszawy do oczyszczalni „Czajka”, nie zapewniło ciągłego i bezpiecznego dla środowiska przesyłu ścieków – oceniła NIK. Działania nadzorcze prezydenta stolicy uznała za niewystarczające.

Najwyższa Izba Kontroli (NIK) opublikowała raport dotyczący projektowania, budowy i eksploatacji kolektora podziemnego transportującego ścieki z lewobrzeżnej Warszawy do Oczyszczalni Ścieków Komunalnych „Czajka”. Ocenia on m.in. przyczyny awarii, do których doszło w 2019 i 2020 r.

Kontrolerzy NIK ocenili, że „postępowanie MPWiK związane z projektowaniem, budową i eksploatacją kolektora podziemnego transportującego ścieki z części lewobrzeżnej Warszawy do OŚK «Czajka», nie zapewniło ciągłego i bezpiecznego dla środowiska przesyłu ścieków, w tym wyeliminowania czynników zwiększających ryzyko wystąpienia awarii”.

W ocenie Izby „również działania nadzorcze Prezydenta m.st. Warszawy nad ww. zadaniami były niewystarczające”.

„Prezydent m.st. Warszawy nie wykorzystał wszystkich możliwych środków nadzoru właścicielskiego, a także uprawnień kontrolnych wynikających z zawartej umowy oraz z wydanej decyzji. Nie sprawował również skutecznego nadzoru nad prawidłowością postępowania administracyjnego zakończonego wydaniem DUŚ (Decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach zgody na realizację przedsięwzięcia – PAP) dla tej inwestycji” – czytamy w raporcie.

NIK wskazała, że „w MPWiK nierzetelnie monitorowano budowę przedmiotowego układu przesyłowego pod kątem zgodności z przepisami ustawy – Prawo budowalne, a ustanawiając inspektorów nadzoru inwestorskiego i Inżyniera Kontraktu nierzetelnie nadzorowano realizację przez nich zadań”.

„W efekcie, podczas realizacji układu przesyłowego ścieków do OŚK «Czajka», wprowadzono zmiany wykonawcze względem projektu budowlanego, które w ocenie powołanych przez NIK biegłych stworzyły warunki, które najprawdopodobniej doprowadziły do I awarii o znacznym zasięgu” – czytamy w raporcie.

Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie podejmowane w MPWiK działania związane z odbiorem kolektora transportującego ścieki do oczyszczalni „Czajka”. Zdaniem kontrolerów „w Spółce w sposób niedostateczny analizowano dokumentację stworzoną w ramach budowy oraz nierzetelnie zweryfikowano raport końcowy Inżyniera Kontraktu”.

„Działania podejmowane w MPWiK w celu zapewnienia prawidłowej i bezpiecznej eksploatacji kolektora transportującego ścieki do OŚK «Czajka» były niewystarczające, gdyż nie pozwalały na ocenę stanu faktycznego rurociągów w tunelu pod Wisłą” – napisała NIK.

Zgodnie z raportem „na negatywną ocenę zasługują działania MPWiK w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa osób znajdujących się w układzie przesyłowym pod Wisłą – w czasie zarówno I awarii, jak i II awarii – a także w okresie poprzedzającym I awarię”.

„W ten sam sposób należy ocenić niestosowanie się do obowiązujących przepisów w zakresie bezpieczeństwa w tunelu pod Wisłą – skutkujące narażeniem zdrowia lub życia ludzi tam przebywających” – dodano.

„Przykładem tego było podjęcie decyzji w czasie I awarii nitki A o wpuszczeniu do komory wejściowej i tunelu pracowników MPWiK i ekspertów z Politechniki Warszawskiej, nie mając wiedzy na temat przyczyn awarii i przy braku pewności, czy za chwilę nie nastąpi awaria pracującej w tym czasie nitki B, która – jak ustalono dopiero w trakcie kontroli NIK – już wtedy była nieszczelna” – wyjaśniła NIK.

Prezes NIK Marian Banaś zaakceptował informację o wynikach kontroli dotyczącej projektowania, budowy i eksploatacji kolektora podziemnego transportującego ścieki z lewobrzeżnej Warszawy do oczyszczalni ścieków „Czajka” 31 marca tego roku. Raport został opublikowany na stronach izby 8 czerwca.

Źródło: PAP