CIEMNA STRONA POZOSTANIE CIEMNA. Elon Musk.

2022-06-24 https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/ciemna-strona-pozostanie-ciemna,p1142463304

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl

Niewiarygodna jest naiwność, jaką wykazali się dziennikarze, kiedy na światło dzienne wydostała się wiadomość o chęci przejęcia komunikatora Twitter przez jednego z najbogatszych ludzi świata, 

Elona Muska, właściciela największej firmy przemysłu kosmicznego.

Pisząc o dziennikarskiej naiwności mam oczywiście na myśli dziennikarzy o rzekomo prawicowych poglądach, na co dzień walczących z dzisiejszą politpoprawnością i bożkami podsuwanymi nam do czczenia przez cynicznych „liderów”. Reszta bowiem, robi dokładnie i otwarcie to, czego od niej oczekują zleceniodawcy. A jednak, w cyklicznym wideo-komentarzu jednego z naszych czołowych dziennikarzy usłyszałem właśnie, że to dobry prognostyk, bo oznacza, iż Musk „stawia się” globalnemu establishmentowi. Dowiedziałem się też, że powinniśmy się cieszyć, ponieważ Elon Musk wchodząc ostatnio w otwarty spór z Billem Gates’em, dystansuje się od pozostałych przywódców Big Tech, a nawet będzie w nadchodzących wyborach sprzyjał Republikanom!

Otóż, zgodnie z tym, co pisałem w książce „TerraMar Utopia Elit”, właściciel firmy  Neuralink, która w nieodległej już przyszłości, planuje wszczepiać w nasze mózgi złącza komputerowe, nie kupuje komunikatora, „tylko dowody, masę różnych dowodów!”. A jego rzekoma przychylność dla przeciwników obecnej tyranii Demokratów, jest zwykłą grą na pokaz, w której to akurat jemu przypadła w udziale rola „dobrego policjanta”. Dlaczego akurat jemu? Ponieważ nie jest kojarzony z „ciemną stroną Mocy”, a przeciętny czytelnik, bądź widz, nie ma wiedzy na jego temat. Nie ma jej, bo żurnaliści albo milczą, albo mają nadzieję, że właśnie spełnia się ich „wizja” przejścia Mrocznego Jedi z wrogiego obozu na „stronę jasną”. Jednak, jak pisze o nich 

Wikipedia, „niewiele było przypadków, kiedy to głęboko zaprzedany Ciemnej Stronie Jedi zdołał z niej powrócić (…) zazwyczaj opuszczali obszary podlegające jurysdykcji Republiki, nierzadko stając się lokalnymi tyranami na planetach (…)”.

Musk, to jedno z tysięcy nowych nazwisk, które w roku 1066, dotarło do Anglii wraz z podbojem normańskim. Genealodzy, z tego czasu i miejsca wywodzą korzenie naszego kosmicznego geniusza, wymieniając pośród jego przodków właścicieli ziemskich, szeryfów, a nawet biskupa. 

Elon, co wielu może zaskoczyć, jest imieniem hebrajskim. Oznacza „dąb”. W Biblii można je znaleźć kilka razy, odnosi się do trzech różnych mężczyzn i jednego miasta.

Według Tory, kiedy 

Kanaan podzielono pomiędzy 12 plemion Izraela, miasto Elon przypisano plemieniu Dan, którego nazwę z kolei, tłumaczy się, jako „sędzia”, od דין (din), oznaczającego – sądzić lub rządzić. Jest to stary czasownik, który najczęściej opisuje naturalną zwierzchność osoby wyższej, czyli mądrzejszej, silniejszej lub starszej, w przeciwieństwie do władzy  sprawowanej przez formalny rząd, czyli politycznie faworyzowanych i mianowanych urzędników. Plemię Dana, jako jedyne, nie jest wymienione w księdze Apokalipsy, prawdopodobnie dlatego, że popadło w bałwochwalstwo. Jak czytamy w 

Wikipedii, „bałwochwalstwo, to grzech w religiach abrahamowych, polegający w podstawowym znaczeniu na oddawaniu czci wizerunkom bogów czy bóstw – bałwanom, idolom”.

Zarówno w tradycji żydowskiej (Testament Daniela), jak wczesnochrześcijańskiej (Ireneusz z Lyonu) twierdzono, iż antychryst będzie pochodził z pokolenia Dana. Tyle, jeśli chodzi o etymologię. [szczegóły -czytaj Syn Cienistej Strony. Andrzej Juliusz Sarwa https://ksiegarnia-armoryka.pl/Syn_Cienistej_Strony_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html ]

Elon Musk, jak podają encyklopedie, urodził się w r. 1971, w Pretorii i ma obywatelstwo południowoafrykańskie, kanadyjskie i amerykańskie. Aby uniknąć służby wojskowej, czmychnął z rodzinnej Południowej Afryki do Kanady, gdzie mieszkała rodzina jego matki. Pracował przy czyszczeniu kotłów w tartaku, w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie wytrzymał dwa lata, a następnie przeniósł się do Toronto, by rozpocząć pracę w banku, w dziale komputerowym. Po otrzymaniu stypendium, rozpoczął studia na amerykańskim uniwersytecie Pensylwanii, gdzie uzyskał tytuł licencjata w dziedzinie fizyki, po czym przeniósł się na uczelnię Stanford, którą porzucił po … dwóch dniach, żeby założyć firmę zajmującą się oprogramowaniem sieciowym.

Podobne rozterki i przygody z nauką były udziałem Jeffreya Epsteina, o czym można przeczytać w przywoływanej wcześniej książce mojego autorstwa.  Obaj dżentelmeni doskonale się zresztą znali. Celowo użyłem w tym zdaniu  eufemizmu na określenie obu tych osób oraz ich wzajemnych relacji. Nie łączyło ich bowiem żadne szlachectwo, a co najwyżej ta okoliczność, iż obaj nie musieli pracować, a energię poświęcali działaniom zmierzającym do zniewolenia innych. To członkowie tego samego, upiornego klubu, z tą tylko różnicą, że jednego z nich, zgodnie z nieobcym im kultem, złożono już w ofierze Molochowi

W działalności Muska największą rolę odgrywają dziś firmy  Tesla i 

SpaceX. Pierwsza słynie z produkcji samochodów elektrycznych. Ta druga stała się sławna w ostatnich miesiącach, z powodu widowiskowego wyniesienia w kosmos znacznych ilości satelitów. Czemu one służą? Łączności internetowej.

Starlink, to usługa umożliwiająca osobom posiadającym specjalne terminale, na połączenie z jednym z ponad 2400 satelitów, znajdujących się na niskiej orbicie okołoziemskiej. Terminale nie są powszechnie dostępne, a ich koszt nie pozwala na masowe użycie, co oznacza, że korzystającymi z nich są osoby i jednostki wyselekcjonowane, dla których łączność z Internetem jest kwestią żywotną. Satelity

Starlink służą przede wszystkim wywiadom z tzw. grupy Five Eyes (Australia, Kanada, Nowa Zelandia, Wielka Brytania, USA) i siłom wojskowym ich sojuszników, operującym za pomocą dronów.

Firma Muska wspierana jest przez układy i kontrakty rządowe od 20 lat, począwszy od pierwszych prób pozyskania dla „jego” pomysłów, możliwości wykorzystania rosyjskich rakiet, o co zabiegali w Moskwie amerykańscy oficjele już w r. 2002.  Wspiera ją zarówno CIA, jak i przemysł wojskowy USA. W r. 2006 Musk „wygrał” konkurs na współpracę z NASA w zakresie rozwoju technologii rakietowych, co dało mu kontrakt wart blisko 400 mln dol., a kiedy okazało się już w r. 2008, że SpaceX wszystko przejadł i spada po równi pochyłej, wymyślono dla niego kroplówkę w postaci zamówienia na kosmiczne usługi transportowe o wartości 1,6 mld dol.. Po kolejnych dwóch latach otrzymał też nisko-oprocentowaną pożyczkę (465 mln dol.) z  Departamentu Energii. W 2018, firmę Muska wybrała, dla wyniesienia na orbitę unowocześnionego systemu GPS, korporacja Lockheed Martin. Za tę usługę Musk pobrał 500 mln dol.. Jego firmy obsypywane są dotacjami i „zachętami” publicznymi, a wielomilionowe zamówienia na ekologiczne centra energetyczne składają u niego również poszczególne stany USA.

Sprzyja mu w tym oczywiście „walka z klimatem”, nie tylko zresztą w rodzimych Stanach Zjednoczonych. W jej ramach, rządy na całym świecie wprowadziły system kredytów dla pojazdów ekologicznych, zgodnie z którym określony procent produkcji każdej marki muszą stanowić pojazdy o zerowej emisji CO2. Tesla produkuje wyłącznie samochody elektryczne, więc z łatwością spełnia ten warunek, a pomimo tego, że nie jest nawet w pierwszej, światowej  dziesiątce producentów aut, to dzięki temu prostemu trikowi jest warta więcej, aniżeli wszyscy giganci z tej listy razem wzięci.

Elon Musk, którego dochody wzrosły w czasie „pandemii” kilkukrotnie, stojąc na podium najbogatszych ludzi globu, zapłacił w latach 2015-2018 podatki nie przekraczające łącznie sumy 70 tys. dol.! Ciężko przypuszczać, by w minionych dwóch latach cokolwiek się zmieniło na jego niekorzyść. Mistrzowskim osiągnięciem propagandowym jest oczywiście wykreowanie go na przedsiębiorcę prywatnego, niezależnego i do tego prawicowego. Jak widać, ten stereotyp dotarł także nad Wisłę, wspierając naiwne nadzieje o „walce na górze” w imię słusznej sprawy i lepszej przyszłości.

Felieton ukazał się w 25 numerze Warszawskiej Gazety.

Global Planned Financial Tsunami Has Just Begun

Global Planned Financial Tsunami Has Just Begun

F. William Engdahl
New Eastern Outlook
Tue, 21 Jun 2022 00:00 UTC

free food and coffee

Since the creation of the US Federal Reserve over a century ago, every major financial market collapse has been deliberately triggered for political motives by the central bank. The situation is no different today, as clearly the US Fed is acting with its interest rate weapon to crash what is the greatest speculative financial bubble in human history, a bubble it created. Global crash events always begin on the periphery, such as with the 1931 Austrian Creditanstalt or the Lehman Bros. failure in September 2008. The June 15 decision by the Fed to impose the largest single rate hike in almost 30 years as financial markets are already in a meltdown, now guarantees a global depression and worse.

The extent of the „cheap credit” bubble that the Fed, the ECB and Bank of Japan have engineered with buying up of bonds and maintaining unprecedented near-zero or even negative interest rates for now 14 years, is beyond imagination. Financial media cover it over with daily nonsense reporting , while the world economy is being readied, not for so-called „stagflation” or recession. What is coming now in the coming months, barring a dramatic policy reversal, is the worst economic depression in history to date.

Thank you, globalization and Davos.

Globalization

The political pressures behind globalization and the creation of the World Trade Organization out of the Bretton Woods GATT trade rules with the 1994 Marrakesh Agreement, ensured that the advanced industrial manufacturing of the West, most especially the USA, could flee offshore, „outsource” to create production in extreme low wage countries. No country offered more benefit in the late 1990s than China. China joined WHO in 2001 and from then on the capital flows into China manufacture from the West have been staggering. So too has been the buildup of China dollar debt. Now that global world financial structure based on record debt is all beginning to come apart.

When Washington deliberately allowed the September 2008 Lehman Bros financial collapse, the Chinese leadership responded with panic and commissioned unprecedented credit to local governments to build infrastructure. Some of it was partly useful, such as a network of high-speed railways. Some of it was plainly wasteful, such as construction of empty „ghost cities.” For the rest of the world, the unprecedented China demand for construction steel, coal, oil, copper and such was welcome, as fears of a global depression receded. But the actions by the US Fed and ECB after 2008, and of their respective governments, did nothing to address the systemic financial abuse of the world’s major private banks on Wall Street and Europe , as well as Hong Kong.

The August 1971 Nixon decision to decouple the US dollar, the world reserve currency, from gold, opened the floodgates to global money flows. Ever more permissive laws favoring uncontrolled financial speculation in the US and abroad were imposed at every turn, from Clinton’s repeal of Glass-Steagall at the behest of Wall Street in November 1999. That allowed creation of mega-banks so large that the government declared them „too big to fail.” That was a hoax, but the population believed it and bailed them out with hundreds of billions in taxpayer money.

Since the crisis of 2008 the Fed and other major global central banks have created unprecedented credit, so-called „helicopter money,” to bailout the major financial institutions. The health of the real economy was not a goal. In the case of the Fed, Bank of Japan, ECB and Bank of England, a combined $25 trillion was injected into the banking system via „quantitative easing” purchase of bonds, as well as dodgy assets like mortgage-backed securities over the past 14 years.

Quantitative madness

Here is where it began to go really bad. The largest Wall Street banks such as JP MorganChase, Wells Fargo, Citigroup or in London HSBC or Barclays, lent billions to their major corporate clients. The borrowers in turn used the liquidity, not to invest in new manufacturing or mining technology, but rather to inflate the value of their company stocks, so-called stock buy-backs, termed „maximizing shareholder value.”

BlackRock, Fidelity, banks and other investors loved the free ride. From the onset of Fed easing in 2008 to July 2020, some $5 trillions had been invested in such stock buybacks, creating the greatest stock market rally in history. Everything became financialized in the process.Corporations paid out $3.8 trillion in dividends in the period from 2010 to 2019. Companies like Tesla which had never earned a profit, became more valuable than Ford and GM combined. Cryptocurrencies such as Bitcoin reached market cap valuation over $1 trillion by late 2021. With Fed money flowing freely, banks and investment funds invested in high-risk, high profit areas like junk bonds or emerging market debt in places like Turkey, Indonesia or, yes, China.

The post-2008 era of Quantitative Easing and zero Fed interest rates led to absurd US Government debt expansion. Since January 2020 the Fed, Bank of England, European Central Bank and Bank of Japan have injected a combined $9 trillion in near zero rate credit into the world banking system. Since a Fed policy change in September 2019, it enabled Washington to increase public debt by a staggering $10 trillion in less than 3 years. Then the Fed again covertly bailed out Wall Street by buying $120 billion per month of US Treasury bonds and Mortgage-Backed Securities creating a huge bond bubble.

A reckless Biden Administration began doling out trillions in so-called stimulus money to combat needless lockdowns of the economy. US Federal debt went from a manageable 35% of GDP in 1980 to more than 129% of GDP today. Only the Fed Quantitative Easing, buying of trillions of US government and mortgage debt and the near zero rates made that possible. Now the Fed has begun to unwind that and withdraw liquidity from the economy with QT or tightening, plus rate hikes. This is deliberate. It is not about a stumbling Fed mis-judging inflation.

Energy drives the collapse

Sadly, the Fed and other central bankers lie. Raising interest rates is not to cure inflation. It is to force a global reset in control over the world’s assets, it’s wealth, whether real estate, farmland, commodity production, industry, even water. The Fed knows very well that Inflation is only beginning to rip across the global economy. What is unique is that now Green Energy mandates across the industrial world are driving this inflation crisis for the first time, something deliberately ignored by Washington or Brussels or Berlin.

The global shortages of fertilizers, soaring prices of natural gas, and grain supply losses from global draught or exploding costs of fertilizers and fuel or the war in Ukraine, guarantee that, at latest this September-October harvest time, we will undergo a global additional food and energy price explosion. Those shortages all are a result of deliberate policies.

Moreover, far worse inflation is certain, due to the pathological insistence of the world’s leading industrial economies led by the Biden Administration’s anti-hydrocarbon agenda. That agenda is typified by the astonishing nonsense of the US Energy Secretary stating, „buy E-autos instead” as the answer to exploding gasoline prices.

Similarly, the European Union has decided to phase out Russian oil and gas with no viable substitute as its leading economy, Germany, moves to shut its last nuclear reactor and close more coal plants. Germany and other EU economies as a result will see power blackouts this winter and natural gas prices will continue to soar. In the second week of June in Germany gas prices rose another 60% alone. Both the Green-controlled German government and the Green Agenda „Fit for 55” by the EU Commission continue to push unreliable and costly wind and solar at the expense of far cheaper and reliable hydrocarbons, insuring an unprecedented energy-led inflation.

Fed has pulled the plug

With the 0.75% Fed rate hike, largest in almost 30 years, and promise of more to come, the US central bank has now guaranteed a collapse of not merely the US debt bubble, but also much of the post-2008 global debt of $303 trillion. Rising interest rates after almost 15 years mean collapsing bond values. Bonds, not stocks, are the heart of the global financial system.

US mortgage rates have now doubled in just 5 months to above 6%, and home sales were already plunging before the latest rate hike. US corporations took on record debt owing to the years of ultra-low rates. Some 70% of that debt is rated just above „junk” status. That corporate non-financial debt totaled $9 trillion in 2006. Today it exceeds $18 trillion. Now a large number of those marginal companies will not be able to rollover the old debt with new, and bankruptcies will follow in coming months. The cosmetics giant Revlon just declared bankruptcy.

The highly-speculative, unregulated Crypto market, led by Bitcoin, is collapsing as investors realize there is no bailout there. Last November the Crypto world had a $3 trillion valuation. Today it is less than half, and with more collapse underway. Even before the latest Fed rate hike the stock value of the US megabanks had lost some $300 billion. Now with stock market further panic selling guaranteed as a global economic collapse grows, those banks are pre-programmed for a new severe bank crisis over the coming months.

As US economist Doug Noland recently noted,

„Today, there’s a massive „periphery” loaded with „subprime” junk bonds, leveraged loans, buy-now-pay-later, auto, credit card, housing, and solar securitizations, franchise loans, private Credit, crypto Credit, DeFi, and on and on. A massive infrastructure has evolved over this long cycle to spur consumption for tens of millions, while financing thousands of uneconomic enterprises. The „periphery” has become systemic like never before. And things have started to Break.”

The Federal Government will now find its interest cost of carrying a record $30 trillion in Federal debt far more costly. Unlike the 1930s Great Depression when Federal debt was near nothing, today the Government, especially since the Biden budget measures, is at the limits. The US is becoming a Third World economy. If the Fed no longer buys trillions of US debt, who will? China? Japan? Not likely.

Deleveraging the bubble

With the Fed now imposing a Quantitative Tightening, withdrawing tens of billions in bonds and other assets monthly, as well as raising key interest rates, financial markets have begun a deleveraging. It will likely be jerky, as key players like BlackRock and Fidelity seek to control the meltdown for their purposes. But the direction is clear.

By late last year investors had borrowed almost $1 trillion in margin debt to buy stocks. That was in a rising market. Now the opposite holds, and margin borrowers are forced to give more collateral or sell their stocks to avoid default. That feeds the coming meltdown. With collapse of both stocks and bonds in coming months, go the private retirement savings of tens of millions of Americans in programs like 401-k. Credit card auto loans and other consumer debt in the USA has ballooned in the past decade to a record $4.3 trillion at end of 2021. Now interest rates on that debt, especially credit card, will jump from an already high 16%. Defaults on those credit loans will skyrocket.

Outside the US what we will see now, as the Swiss National Bank, Bank of England and even ECB are forced to follow the Fed raising rates, is the global snowballing of defaults, bankruptcies, amid a soaring inflation which the central bank interest rates have no power to control. About 27% of global nonfinancial corporate debt is held by Chinese companies, estimated at $23 trillion. Another $32 trillion corporate debt is held by US and EU companies. Now China is in the midst of its worst economic crisis since 30 years and little sign of recovery. With the USA, China’s largest customer, going into an economic depression, China’s crisis can only worsen. That will not be good for the world economy.

Italy, with a national debt of $3.2 trillion, has a debt-to-GDP of 150%. Only ECB negative interest rates have kept that from exploding in a new banking crisis. Now that explosion is pre-programmed despite soothing words from Lagarde of the ECB. Japan, with a 260% debt level is the worst of all industrial nations, and is in a trap of zero rates with more than $7.5 trillion public debt. The yen is now falling seriously, and destabilizing all of Asia.

The heart of the world financial system, contrary to popular belief, is not stock markets. It is bond markets — government, corporate and agency bonds. This bond market has been losing value as inflation has soared and interest rates have risen since 2021 in the USA and EU. Globally this comprises some $250 trillion in asset value a sum that, with every fed interest rise, loses more value. The last time we had such a major reverse in bond values was forty years ago in the Paul Volcker era with 20% interest rates to „squeeze out inflation.”

As bond prices fall, the value of bank capital falls. The most exposed to such a loss of value are major French banks along with Deutsche Bank in the EU, along with the largest Japanese banks. US banks like JP MorganChase are believed to be only slightly less exposed to a major bond crash. Much of their risk is hidden in off-balance sheet derivatives and such. However, unlike in 2008, today central banks can’t rerun another decade of zero interest rates and QE. This time, as insiders like ex-Bank of England head Mark Carney noted three years ago, the crisis will be used to force the world to accept a new Central Bank Digital Currency, a world where all money will be centrally issued and controlled. This is also what Davos WEF people mean by their Great Reset. It will not be good.

A Global Planned Financial Tsunami Has Just Begun.

F. William Engdahl is strategic risk consultant and lecturer, he holds a degree in politics from Princeton University and is a best-selling author on oil and geopolitics, exclusively for the online magazine „New Eastern Outlook”.

Braun o „wymuszeniach żydowskich wobec Polaków”. UJAWNIŁ w sejmie niepokojące doniesienia n.t. uroszczeń.

https://nczas.com/2022/06/23/braun-o-wymuszeniach-zydowskich-wobec-polakow-ujawnil-niepokojace-doniesienia-video/
W czwartek 23 czerwca w Sejmie Rzeczypospolitej Polskiej poseł Konfederacji Grzegorz Braun złożył oświadczenie. Poruszył w nim m.in. kwestię ustawy 447 i żydowskich uroszczeń wobec Polaków.

– W trybie oświadczenia poselskiego chciałbym podyktować do protokołu, że (…) niepokoi mnie przybycie do Warszawy, po raz kolejny w tym sezonie, pana Davida Harrisa, szefa czegoś, co nazywa się Amerykańskim Komitetem Żydowskim – American Jewish Committee (AJC). Myślę, że pan Harris może być już powoli nazywany bywalcem. Relacje z nim, jak słyszę, jak przypominam sobie, utrzymują władze najwyższe Rzeczypospolitej Polskiej. Przez lata też jest on szermierzem interesu żydowskiego, działając głównie z drugiej strony globusa – wskazał Braun.

Poseł Konfederacji podkreślił, że „jak wiemy z doświadczeń historycznych” są to „sprawy bardzo poważne, bo potrącenie tej struny często wywołuje wilka z lasu”.

– Tak to bywa, że kiedy pytamy o te sprawy, to mówią nam, że to jest kurtuazja, dyplomacja, że właśnie nie należy tych wrażliwych spraw w stosunkach polsko-żydowskich psuć jakimiś krytycznymi uwagami, przesadną podejrzliwością. No ale potem, jak przychodzi co do czego, to wyjeżdżający np. na drugą stronę globusa oficjele warszawscy, prezydent belwederski, czy premier składają wręcz wizyty ad limina w siedzibach organizacji żydowskich w Stanach Zjednoczonych – dodał polityk.

Jak podkreślał poseł Konfederacji, mimo że nie chodzi o spotkania z głowami innych państw, to „jednak czasami zdaje się, że ogon merda psem i że są to sprawy być może najbardziej istotne dla przyszłości i dla majętności Polaków”.

I oczywiście wracam tutaj do kwestii aktu 447, tej niesławnej ustawy, deklaracji, legislatywy amerykańskiej, którą tutaj, z tej strony zwalczaliśmy, jak mogliśmy. Oczywiście chodzi o tzw. roszczenia, uroszczenia, czyli prawem kaduka wymuszane cesje majątkowe, po prostu żądanie pieniędzy – wskazał.

W dalszej części swojego wystąpienia Braun zaznaczył, że „rymuje mu się ta wizyta pana Harrisa z buńczucznym reklamowaniem przez, zdaje się, że ministra Sellina, asertywności, której nagły przypływ możemy obserwować w stosunkach z Żydami na odcinku Auschwitz-Birkenau – wycieczki, ochroniarze Mossadu z gnatami przylatujący do nas”. – I teraz rząd PiS-u reklamuje, że teraz już będzie bardzo asertywny. Lata to trwało, lepiej później niż wcale – skwitował.

Poseł Konfederacji odniósł się także do przywrócenia byłego ministra finansów Tadeusza Kościńskiego do rządu warszawskiego.

– Zadaję pytanie, które oczywiście pozostanie dziś wieczór retorycznym, czy nasadzenie pana Kościńskiego, wielki powrót Kościńskiego do rządu, akurat na tak wrażliwy odcinek, jak zbrojeniówka, zakupy zbrojeniowe, które – jak wiadomo – mogą być przykrywką dla dowolnych gabarytów transferów finansowych, czy nie ma czegoś wspólnego jedno z drugim, z trzecim. Akt 447, wojna na Ukrainie, wymuszenia żydowskie wobec Polaków, być może transmitowane na Ukrainę –powiedział.

– Moje jaskółki doniosły, że w Waszyngtonie ambasador Magierowski, zaangażował się, oczywiście w tajemnicy przed polską opinią publiczną, nie wiem czy jawnie dla całego rządu, w negocjowanie tej spłaty urojonych roszczeń żydowskich pod szantażem trwającym lata i że zostały one jakoś tam wstępnie wylicytowane na określoną sumę w miliardach ujawnił Grzegorz Braun.

Ekonomia wojenna Rosji czyli zamiana nieużytków rosyjskich na czarnoziem ukraiński – oraz import równoległy.

pink-panther http://pink-panther.szkolanawigatorow.pl/ekonomia-wojenna-rosji-czyli-zamiana-nieuzytkow-rosyjskich-na-czarnoziem-ukrainski-oraz-import-rownolegy

Dawno temu, kiedy  przodkowie obecnych liderów totalnej opozycji  stawiali za wzór polskim fashystom  Sowiecki Sojuz jako  modelowe  państwo przyszłości, krążyła wśród tutejszego ludu pracującego miast i wsi  taka anegdota: „Pytanie: Drogie radio Erewań, czy to prawda, że w Związku Radzieckim zboże rośnie tak jak słupy telegraficzne? Odpowiedź: Tak. To prawda.  A czasem nawet gęściej”.

Minęły lata i  okazało się, że zboże  w Rosyjskiej Federacji  nie rośnie „jak słupy telegraficzne a nawet gęściej” a przynajmniej nie rośnie na jednej trzeciej tzw. areału. Tam rośnie teraz – młody las. To znaczy: „areału” gruntów ornych statystyki rosyjskie wykazują 123 mln ha  a las rośnie już na ponad 40 mln.

O tym  niebywałym osiągnięciu  pana Putina i jego kolegów  winniśmy pamiętać, kiedy media donoszą, że  niezwyciężona armia radziecka  zajmuje się ostatnio na Ukrainie przejmowaniem  zboża  jak najbardziej ukraińskiego, zmagazynowanego w silosach na eksport  z portach Morza Czarnego. 

Armia Rosyjska zajmuje zapasy ukraińskiej pszenicy  (która ma swoich konkretnych właścicieli) a jakieś bliżej nieokreślone instytucje rosyjskie (bo przecież nie armia rosyjska) oferują ukraińską  pszenicę   na rynkach międzynarodowych. Na przykład Turcji, która ma długoterminowe kontrakty na import  pszenicy z Ukrainy. Egipt i Liban podobno odmówiły. Kradzionego nie kupują.

I tym sposobem dochodzimy do mało omawianego tematu , który może , choć nie musi, być jednym z powodów napaści Rosji na Ukrainę. 

Chodzi o to, że Federacja Rosyjska  po rozwiązaniu w roku 1991 kołchozów i wprowadzeniu  do rolnictwa wielkich latyfundiów nazywanych też agroholdingami jednocześnie doprowadziła, świadomie lub nie do  gigantycznej redukcji  uprawianych gruntów ornych ze 123 mln ha , które oficjalnie nadal wykazuje w statystykach.  

Ubytki lub inaczej redukcja   uprawnych gruntów ornych z 40 jednostek administracyjnych Federacji Rosyjskiej tj. obwodów i krajów z 65 ogółem , jakie dokonały się w wyniku polityki tego państwa pomiędzy rokiem 1990 (nie różniącym się zbytnio od roku 1959 czyli początków rządów Chruszczowa)  wyniosły łącznie 38,77 mln ha  z uprawianych w roku 1990 72,86 mln ha czyli 53,2%.

Przy tym w 26 najbardziej „poszkodowanych” obwodach i krajach północnej europejskiej części Federacji Rosyjskiej  pokazuje  dane raczej wstrząsające dla  człowieka znad Wisły: z 31,86 mln ha gruntów ornych uprawianych w roku 1990 w 2015 zostało 11,43 mln ha  czyli  ugorowanie objęło 20,43 mln ha tj. 64,1%. Niemal 2/3. 
W pozostałych 14 obwodach/krajach Federacji Rosyjskiej  objętych szacunkiem z 41,0 mln ha użytkowanych rolniczo gruntów ornych w 1990 roku – w 2015 pozostało 22,67 mln ha czyli  ubytek wyniósł 18,33 mln h tj. 44.7%.

Łącznie szacowana powierzchnia  powstałych w wyniku polityki państwa rosyjskiego nowych ugorów w 40 jednostkach administracyjnych wyniosła w okresie 1990-2015 38,77 mln ha tj. więcej niż cała powierzchnia gruntów  ornych Ukrainy, która wynosi 32,766 mln ha. 

Dla porównania,  powierzchnia gruntów ornych światowych gigantów rolnych to: Indie – 156,4 mln ha, USA- 152,3 mln ha, Chiny – 118,9 mln ha , Australia – 46,0 mln ha, Francja – 18,4 mln ha, Niemcy – 11,76 mln ha.
Nie zapominajmy  o naszym małym lecz dumnym imperium: powierzchnia gruntów ornych w Polsce wynosi  10,81 mln ha, co daje jej 27 miejsce na świecie tuż przed Rumunią, która ma 8,58 mln ha gruntów ornych. A  Białoruś, która karmi Moskwę – 5,68 mln ha.

Mit o  Federacji Rosyjskiej jako potędze światowej   w rolnictwie utrzymuje się dzięki  statystyce eksportu kilku produktów  rolnych: pszenicy , oleju słonecznikowego .
Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby  Federacja Rosyjska nie poszła na wojnę. I nie chodzi tu o możliwości wykarmienia sołdatów ale o bardzo ciekawe decyzje pana Putina podjęte w roku 2019.

Otóż 24 czerwca 2019 r. pojawiła się wiadomość o dekrecie pana Putina nr 293 o przedłużeniu zakazu importu produktów rolnych z krajów , które nałożyły na Rosję sankcje gospodarcze za zajęcie  Krymu i Donbasu w 2014 r. W ślad za tym dekretem w dniu 25 czerwca 2019 r. wydany został dekret nr 806 o aktualizacji listy krajów objętych zakazem eksportu DO Federacji Rosyjskiej produktów rolnych.

Oczywiście znajdują się na tej  liście jabłka z Polski. Co nie znaczy, że Rosja zaczęła na wielką skalę program  rozwoju sadów jabłoniowych. Rosja importuje jabłka i gruszki z Argentyny.

Dochodzimy  w  ten sposób do modelu gospodarczego Federacji Rosyjskiej. Model ten można w krótkich żołnierskich słowach scharakteryzować następująco: gospodarka oparta na wydobyciu i eksporcie kopalin głównie energetycznych,  priorytet na  hutnictwa, energetyki , przemysłu zbrojeniowego i maszynowego w oparciu o zachodnie technologie „a resztę się zaimportuje”.  Mało tego, że „się zaimportuje”: raczy się dać przywilej sprzedaży do Rosji. Jak się ładnie Rosję poprosi.

Czyli  import Federacji Rosyjskiej produktów przemysłów lżejszych (meble, tekstylia, przemysł spożywczy) był do 24 lutego 2022 r.  zarazem kijem i marchewką dla różnych krajów dalekich i bliskich. Z paroma wyjątkami, o czym przekonujemy się dzisiaj.

Taki model może funkcjonować  niemal bezkolizyjnie w warunkach pokojowych, natomiast w warunkach wojennych sprawy mogą  wyrwać się spod kontroli.

Już w pierwszych dniach inwazji Rosji na Ukrainę  dowiedzieliśmy się, że  rolnictwo rosyjskie w  bardzo dużym stopniu opiera się na imporcie. I nie chodzi jedynie o import maszyn rolniczych, ale przede wszystkim o nasiona  pszenicy i innych zbóż,  buraków cukrowych, słonecznika a nawet kartofli  sadzeniaków. 

Również w produkcji  drobiu i serów Rosja polegała w wielkim stopniu na imporcie. W przypadku drobiu chodziło o zarodki  w jajach do wyhodowania  kurczaków a w przypadku serów o tzw. podpuszczkę. Natomiast  hodowla bydła opiera się na , przepraszam za wyrażenie, na spermie zagranicznych byków.  Tak przynajmniej twierdzą specjaliści od rolnictwa rosyjskiego na emeryturze.

Produkcji własnych nasion, podobnie jak kur niosek i  byków  Rosja pozbyła się wraz z kołchozami. I żadnym ostrzeżeniem dla  kagiebistów przy władzy nie były  opłakane skutki dla rolnictwa sowieckiego  likwidacji  najbardziej  efektywnej części rolnictwa rosyjskiego (poza ziemiaństwem) czyli tzw. kułaków.  Bolszewicy wymordowali 5-6 mln najzdolniejszych rolników wraz z rodzinami a ich gospodarstwa poszły na zmarnowanie, bo „liderami postępu” na wsi zostały miejscowe obiboki, pijacy i złodzieje. 
Kosztowało to kilka –kilkanaście milionów ofiar głodu, ale rewolucjoniści, którzy się pracą zajmowali zasadniczo teoretycznie a w praktyce nią gardzili i się nią brzydzili, mieli tę katastrofę za nic.

Załamanie produkcji rolnej po tamtym eksperymencie nie zostało pokonane w wielu dziedzinach do 1989 r.  A gdzieś tam na prowincji straszą jeszcze porzucone domy czy młyny.

W roku 1990 kołchozy zostały zlikwidowane ale ziemia nie poszła automatycznie w ręce chłopów, ja obiecywał towarzysz Lenin, tylko zaczęły się z nią kontredanse, zakończone powstaniem nowego  zjawiska  gospodarczego i społecznego na rosyjskiej wsi tj.  latyfundiów o powierzchni niejednokrotnie200-tysięcy –  1  mln ha, dla niepoznaki zwanych „agroholdingami” i ich właścicieli w liczbie około 200. Klasa chłopska się nie odbudowała ale usiłuje przetrwać mimo braku poparcia rządu w Moskwie. No i pozostają „gospodarstwa przydomowe” znane z epoki kołchozów, które wówczas i teraz produkują  znakomitą większość żywności w Rosji. 

Agroholdingi zajmują się kilkoma monokulturami  i zajmują się budowaniem łańcuchów produkcyjno-handlowych „od ziemi-przez młyn/cukrownię – do sklepu”. Ale głównie zajmują się eksportem pszenicy i oleju słonecznikowego.  

Obecnie sytuacja jest taka, że Rosja  posiada wiodącą pozycję w produkcji  takich produktów rolnych i ogrodniczych jak (wg stanu na 2020 rok) :

– gryka (kasza gryczana) – 1 miejsce na świecie i produkcja 892,16

– burak cukrowy – 33,9 mln ton (USA – 30,5 mln ton, Niemcy – 28,6 mln ton, Francja – 26,2 mln, Polska 14,2 mln ton)

– pszenica – 3 miejsce – 85,9 mln ton (Chiny odpowiednio- 132,2 mln ton, Indie- 107,2 mln)

– ziemniaki – 4 miejsce – 22,39 mln ton ( Chiny – 90,3 mln ton, India – 48,5 mln ton, Ukraina – 22,5 mln ton, Polska na 9 miejscu – 7,48 mln ton), 10. Holandia – 6,0 mln ton

Do tych sukcesów można zaliczyć też produkcję oleju słonecznikowego: Rosja 2 miejsce na świecie – 4,063 mln ton , co dawało 27,67 kg na głowę ( Ukraina 1 miejsce – 4,4 mln ton i odpowiednio 104,1 kg na głowę), produkcję porzeczek i żyta ( w którym „ściga się” z Niemcami i Polską).

Produkcja zbóż czyli surowca dla chleba jest w Rosji zadowalająca, ale chleb trzeba czymś posmarować. Zwłaszcza w kraju z zimami trwającymi 6 i więcej miesięcy.

I z tym jest znacznie gorzej.

Produkcja mięsa wieprzowego : 1. Chiny – 54,98 mln ton, 2.USA – 11,94 mln ton, 3. Niemcy -4,96 mln ton, 4. Hiszpania – 4,53 mln ton, 5. Brazylia – 3,79 mln ton, 6. Rosja – 3,74 mln ton, 7. Francja – 2,17 mln ton , 8.Polska – 2,14 mln ton.

Produkcja wołowiny 1. USA – 12,22 mln ton, 2. Brazylia 9,9 mln ton, 3.Chiny – 6,46 mln ton, 4. Argentyna – 3,07 mln ton, 5.Indie  – 2,61 mln ton, 6. Australia – 2,2mln ton, 7. Polska – 1,93 mln ton, 8. Rosja – 1,61 mln ton

Mięso drobiowe (2018) : 1. USA- 22,3 mln ton, 2. Chiny -20,12 mln ton, 3. Brazylia – 15,5 mln ton, 4. Rosja – 4,54 mln ton, 5. Indie – 3,62 mln ton, 6. Meksyk – 3,38 mln ton, 7.Japonia – 2,25 mln ton, 8. Myanmar – 1,9 mln ton, 9. Francja – 1,79 mln ton, 10. Polska – 1,71 mln ton.

Produkcja mięsa ogółem 2018 : 1. Chiny – 88,2 mln ton, 2. USA – 46,8 mln ton, Brazylia – 29,3 mln ton,  4. Rosja – 10,6 mln ton, 5. Niemcy – 8,6 mln ton, 6.Indie – 7,5 mln ton, 7.Meksyk – 7,1 mln ton, 8. Hiszpania – 7,0 mln ton, 9. Argentyna – 5,9 mln ton, 10. Francja – 5,6 mln ton, 11. Wietnam – 5,2 mln ton, 12.Kanada – 4,9 mln ton, 13.Australia – 4,6 mln ton, 14. Polska – 4,5 mln ton

Produkcja mleka – 1. USA – 101,25 mln ton, 2.Indie – 87,8 mln ton, 3. Brazylia – 36,5 mln ton, 4.Chiny – 34,8 mln ton, 5. Niemcy – 33,2 mln ton, 6. Rosja – 32,0 mln ton, 7. Francja – 25,1 mln ton, 8.Nowa Zelandia – 21,9 mln ton, 9.Pakistan – 21,7 mln ton, 10. Turcja – 20,0 mln ton, 11.UK – 15,6 mln ton, 12. Polska – 14,8 mln ton, 13. Holandia – 14,5 mln ton

Produkcja masła  (2021 rok) : 1. Indie – 3.738 tys. ton, 2. USA – 846 tys. ton, 3.Pakistan – 726 tys. ton, 4.Nowa Zelandia – 472 tys. ton, 5. Niemcy – 441 tys. ton, 6.Francja – 405 tys. ton, 7. Rosja – 253 tys. ton, 8. Turcja – 211 tys. ton, 9. Polska – 181 tys. ton,10.  Irlandia – 166 tys.ton, 11.Iran – 165 tys. ton, 12. UK- 143 tys. ton

Produkcja sera  (2021): 1. USA – 5,58 mln ton, 2. Niemcy – 2,74 mln ton, 3.Francja – 1,89 mln ton, 4.Włochy – 1,25 mln ton, 5.Holandia – 772 tys. ton, 6.Polska – 744 tys. ton, 7. Rosja – 664 tys. ton, 8. Egipt- 628 tys. ton, 9.Czechy – 569 tys. ton, 10.Argentyna -559 tys. ton

Warto w tym miejsc u zaznaczyć, że  z produkcją sera są w Rosji raczej podstawowe problemy, albowiem  musi importować  tzw. podpuszczkę.


Podobnie jak importuje nasiona  słonecznika (50% upraw) niezbędne do produkcji oleju słonecznikowego, ok. 80-90% nasion pszenicy  i innych zbóż, 50% nasion buraka cukrowego oraz nawet ziemniaki sadzeniaki. A do hodowli kurczaków – zarodki, podobnie jak do pozyskania cielątek – spermę od zagranicznych byków.

Zaś wartość eksportu produktów rolnych Rosji w roku 2022 wyniosła 32,7 mld USD, gdy tymczasem wartość  eksportu rolniczego Polski  wyniosła 37 mld USD. Łał. To kto tu jest „imperium”?

Jak pokazują statystyki,  Rosja to w zasadzie producent rolny II ligi światowej.

Znacząca jej część  jest uzależniona  od strategicznego importu  surowców niezbędnych  w  produkcji rolnej .  Import  pochodzi głównie z państw obecnie ostro lobbujących za „pozwoleniem zachowania twarzy Putina” czyli z Niemiec i Francji.  Oraz ewentualnie Holandii. Które zarabiają na tym ładnych parę groszy.

I w ten sposób przechodzimy do tematu wojny i ekonomiki wojennej czyli do niemilitarnych środków mogących mieć wpływ na wyniki każdej wojny. Należą do nich nie tylko  paliwa, jak benzyna, której zabrakło Niemcom w ostatniej fazie wojny  czy  futra, których zabrakło Niemcom pod Moskwą i Stalingradem ale też żywność.  Polacy powinni pamiętać kolczykowanie  krów i świń w Generalnej Guberni i rekwizycje koni  oraz bydła „na front”.

Z książek pamiętamy, jak to  kontynent został zablokowany przez flotę brytyjską  w czasie I WW   i Niemcy głodowały. Głodowali też inni, jak na przykład Polacy,  ale głównie z powodu  rekwizycji  bydła i zapasów na zasiewy przez maszerujące wojska.

Tymczasem Rosja przyjęła za pewnik, że skoro ma zabezpieczony import  surowców do produkcji rolnej „z zaprzyjaźnionych krajów” a podstawowe produkty rolne jak „greczka, kapusta, ogórki, buraki  i ziemniaki” chłopi wyprodukują w ogródkach przydomowych i na działkach, to może się skupić na przemyśle zbrojeniowym, lotach w kosmos i wyrzucaniem kasy na futrowanie agentur w krajach „nieprzyjaznych” jak Polska .

A  rolnictwo przekształcić na wzór amerykański na pełnowymiarową branżę para-przemysłową  prowadzoną w latyfundiach będących w posiadaniu ok. 200 „zaprzyjaźnionych klanów”.  Co automatycznie oznaczało gigantyczną nadwyżkę rąk do pracy na wsi, której nikt nie zamierzał „zagospodarowywać” na miejscu.

Oligarchiczna władza Federacji Rosyjskiej, po rozwiązaniu kołchozów w roku 1990 NIE dała ziemi chłopom (jak obiecywał Lenin a nie dotrzymał żaden sekretarz KPZR)  i nie dała tymże chłopom tytułów własności do domków czy mieszkań, które zamieszkiwali. Nie wspierała też  przetwórstwa rolnego czyli produkcji  mleka, kur etc. prowadzonego przez lata w kołchozach.

Tak więc po „pierwszym rozkułaczaniu rolnictwa rosyjskiego”, które skutkowało przynajmniej czterema  falami głodu , połączonymi z  wyludnianiem całych prowincji,  od roku 1990 mamy do czynienia z „drugim rozkułaczaniem”, które spowodowało, iż do roku 2020 ze 150 tysięcy wsi rosyjskich , jakie istniały w roku 1990 – zniknęło 58 tysięcy wsi tj. 30 tysięcy  zostały wyludnione w 100% a 28 tysięcy ma w statystykach zapis, iż mieszka w nich „do 6 osób”.

W miejsce zlikwidowanych kołchozów  zaczęto tworzyć   tworzyć  latyfundia o powierzchni setek tysięcy hektarów  nastawione na monokulturę czyli  prowadzenie jednej lub kilku upraw przeznaczonych na eksport. Latyfundia z czasem zaczęły szybko obrastać w przetwórstwo i handel  detaliczny. Forma prawna tych przedsięwzięć o nazwie agroholdingi  (korporacyjne gospodarstwa rolne) to  głównie spółki akcyjne, spółki komandytowe i rolnicze spółdzielnie produkcyjne.

W roku 2021 a więc przed rozpoczęciem wojny  20 największych agroholdingów  zajmowało grunty rolne o łącznej powierzchni  8,3 mln ha, co odpowiada powierzchni gruntów ornych Rumunii (8,5 mln ha) i jest nieco mniejsze od łącznej powierzchni gruntów ornych Polski ( 10,8 mln ha).

Agroholdingi mają daleko idące wsparcie państwa, na czele z bezpośrenimi dotacjami oraz systemem prawnym, który na przykład NIE POZWALA ROLNIKOWI INDYWIDUALNEMU SPRZEDAWAĆ PŁODÓW ROLNYCH GDZIE INDZIEJ NIŻ PRZD FURTKĄ WŁASNEGO GOSPODARSTWA.

Próby sprzedawania kartofli  czy warzyw na chodnikach w miastach przez  właścicieli  działek przyzagrodowych  kończyły się bardzo wysokimi mandatami.

A próby odmowy odsprzedania swojego gospodarstwa rolnego  zainteresowanym agroholdingom skutkowały różnymi kontrolami administracyjnymi, które oczywiście stwierdzały różne niedociągnięcia , w wyniku czego na podstawie obowiązującego prawa – gospodarstwa te jako „niespełniające standardów’ były konfiskowane i  sprzedawane na aukcjach po dobrej cenie.

W przypadku  bardziej zdecydowanego oporu właścicieli gospodarstw rolnych do akcji wkraczały organizacje znane z praktycznie dwustuprocentowej skuteczności w perswazji. Właściciel dowiadywał się, co może się przydarzyć jego żonie, córce, wnukom i tak dalej.

Sprawy były opisywane w Internecie ale ostatni niezależny dziennikarz walczący o „ziemię dla chłopów” opublikował  w lipcu 2015 r.  artykuł  o tym, że „jedna czwarta ziemi rolnej  Rosji  zniknęła”  a w listopadzie tegoż roku miał w wieku lat  40 silny zawał w pociągu i nie dało się go odratować.

Największe trzy  agroholdingi  w 2021 to: MIratorg braci  Wiktora i Aleksandra  Linnik – 1.047 tysięcy ha,  Prodimex i Agricultura pana Igora Khudokormowa – 865 tysięcy ha i Agrocomplex pana Aleksandra Tkaczowa , byłego gubernatora Kraju Krasndarskiego  (2001-2015) i byłego ministra rolnictwa FR ( 2015-2018) – 653 tysiące ha. O którym pisze się najwięcej w kontekście korupcyjnym i nie tylko.

Wg opracowania państwa Zvi Lermana, Natalii Shagaida i Vassilya Ya Uzuna  pt.”Russian agroholdings and their role in agriculture” w roku 2016 było w Rosji łącznie około 1000 takich agroholdingów i zajmowały one  grunty orne o powierzchni  20,8 mln ha.  Resztę gruntów ornych  o powierzchni 62,5 mln ha miały zajmować tzw. „niezależne rolne przedsiębiorstwa”.

  Łącznie agroholdingi i owe „niezależne przedsiębiorstwa rolne” miały zajmować 83,3 mln ha.

A co z resztą gruntów rolnych Rosji?  Rosja wg szacunków Banku Światowego posiada  grunty rolne o powierzchni 123,12 mln ha , co daje jej trzecie miejsce na świecie po Indiach (156,46 mln ha)  i USA (152,25 mln ha).  

A tuż za Rosją są Chiny – 118,9 mln ha a dalej Brazylia – 80,97 mln ha. 

Otóż „brakujące” miliony hektarów gruntów ornych Federacji Rosyjskiej   o powierzchni szacunkowej  ok. 40 mln ha „odnalazły się” w zestawieniu pod tytułem „Redukcja gruntów ornych” pod hasłem „Rolnictwo w Rosji” u angielskiego docenta wikipedii.  

Przedstawiono 65 jednostek administracyjnych to jest obwodów i krajów w porządku od tych, które zanotowały największą utratę  gruntów ornych uprawianych w okresie od 1990 r. do 2015.

Pierwszych 26 jednostek administracyjnych   w 1990 r.  posiadało 31, 86 mln ha  obrabianych gruntów ornych a w 2015 – 11,43 mln ha. Oznacza to utratę dla produkcji rolniczej 20,43 mln ha czyli 64,1% obszaru rolniczego.

Na tej liście znalazły się  między innymi  takie obwody jak:

– smoleński    spadek z 1.570 tysięcy ha w 1990 r. do 400,2 tysięcy  w 2015 r.  ha czyli spadek -1.169,1 tysięcy ha to jest  – 74,5%,

– obwód pskowski  spadek z 1.034,4 tysięcy ha w 1990 r. do 245,3  w 2015 r.  czyli spadek – 798,7 tysięcy ha to jest –  76,7%,

– obwód twerski  spadek z 1.475,2 tysięcy ha w 1990 r. do 534,4 tysiące ha czyli spadek o 940,6 tysiące ha to jest  69,3%

– obwód  nowogrodzki  spadek z 567 tysięcy ha w 1990 r. do 178,5 tysięcy ha czyli spadek o 388,5 tysięcy ha to jest o 68,0%

– obwód moskiewski spadek z 1.249 tysięcy ha w 1990 r.  do 579 tysięcy ha czyli spadek o 670 tysięcy ha tj. o 53,6%

Kolejne  14 obwodów i krajów zajmowało 40.999 tysięcy ha w roku 1990 a zaledwie 22.665,5 tysięcy w roku 2015. Ubytek – 18.333,3 tysięcy ha tj.44,7%.

A nie oszacowaliśmy ubytków gruntów rolnych w  pozostałych obwodach i krajach. Można szacować, iż do roku 2015 w Rosji  ze 123 mln ha wykazywanych w oficjalnej statystyce gruntów ornych pozostało nie więcej niż 80 mln ha będących w użytkowaniu.  Pozostałe szacunkowe 43 mln ha zarosło lasem.  A nie był to koniec tego procesu.
Towarzyszyły mu  wyludnienie co najmniej 58 tysięcy wsi, dewastacja  budynków i infrastruktury, likwidacja  istniejących tam szkół, sklepów, przychodni, domów kultury a w końcu i dróg.

O tym zjawisku nie można  usłyszeć w oficjalnych mediach głównego nurtu Federacji Rosyjskiej a co najwyżej na niszowych portalach internetowych.

Państwo popiera całym swoim autorytetem i dotacjami  nowych „landlordów” czyli agroholdingi , natomiast  wieś rosyjska   a konkretnie  rolnicy indywidualni , którzy  bez dotacji i bez poparcia państwa usiłują prowadzić działalność  gospodarczą , jest wg  przewodniczącego organizacji  Federalna Rada Rolna (Federalny Siel-Sowiet) pan Omielnczenko – świadomie skazana przez władze na likwidację.

W tym miejscu można powiedzieć, że  zanikanie lub likwidacja rolnictwa w Federacji Rosyjskiej to żaden problem, skoro należy ona do liderów w zakresie wydobycia ropy i gazu, złota i diamentów, węgla i  rudy żelaza oraz ma jedne z największych na świecie : przemysł  maszynowy, hutnictwo i  przemysł zbrojeniowy.

Jednakże warto zwrócić uwagę na fakt, iż  władze Federacji Rosyjskiej i cały jej aparat propagandowy  szczególnie w latach poprzedzających inwazję na Ukrainę  uporczywie powoływały się na swoje związki  poniekąd cywilizacyjne z największymi potęgami świata starożytnego i wczesnego Średniowiecza czyli Rzymem starożytnym i Bizancjum .

Tymczasem te dwa państwa opierały swoją potęgę i bezpieczeństwo nie tylko na silnej armii oraz sprawnym systemie dróg, z których wiele istnieje do dzisiaj, ale przede wszystkim na znakomicie rozwiniętym rolnictwie.

Senatorowie, dowódcy wojskowi i sami cesarze starożytnego Rzymu bywali nie tylko właścicielami  latyfundiów ale wysokiej klasy specjalistami  w dziedzinie rolnictwa.

Jak mój ulubiony Marek Porcjusz Katon (Katon Starszy), który był autorem najstarszego zachowanego dzieła o rolnictwie „De agri cultura” (O gospodarstwie wiejskim). Katon przeszedł do historii jako senator, który kończył swoje mowy w senacie  wezwaniem:”… Ceterum censeo Carthaginam  delendam esse…” czyli „..A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć…”.  A  autorów dzieł o rolnictwie w starożytnym Rzymie było jeszcze kilku.

Innej myśli Katona Starszego, która przetrwała do naszych czasów czyli :…Złodzieje dobra prywatnego żywot spędzają w kajdanach, złodzieje dobra publicznego w złocie i purpurze…”  współcześni  myśliciele rosyjscy  nie przywołują.

No ale.

Wszystkie te myśli przyszły mi do głowy, kiedy  patrzyłam na informację, iż w obwodzie smoleńskim, który przez wieki nieprzerwanie, czy to w Wielkim Księstwie Litewskim, czy to w I Rzeczpospolitej, czy nawet w Imperium Rosyjskim  miał dobrze rozwinięte rolnictwo i gospodarkę leśną – w ostatnich 30 „nowi ruscy” porzucili na zmarnowanie jeden milion sto siedemdziesiąt tysięcy hektarów ziemi. Smoleńsk nie leży  poza kołem polarnym.

To samo dotyczy obwodu moskiewskiego, który otacza  stolicę państwa  aspirującego do roli imperium pierwszej wielkości.  Za czasów rządów  pana Putina pod samą stolicą państwa zarosło młodym lasem ponad 53% gruntów ornych.  W tej aglomeracji żyje ok. 20 mln ludzi. Wokół Moskwy winny ciągnąć się hektary warzyw pod folią i szklarnie, nie mówiąc o zbożu na chleb i bułki. 
Jak na ironię, w odmętach Internetów pojawiła się informacja, iż pod Moskwą  otwarto kompleks szklarni oczywiście „największy na świecie” – o powierzchni  166,71 ha.

Bo w Rosji wszystko jest najlepsze na świecie albo największe. Na przykład kompleks szklarni albo eksport pszenicy. To, że łączna powierzchnia szklarni w Rosji wynosi  zaledwie 3.200 ha , gdy tymczasem Holandia ma szklarnie o powierzchni 10.568 ha a Polska już w 2019 miała szklarnie o powierzchni 5.586 ha – nie ma znaczenia w świecie propagandy.
Najważniejsze jest  to, że Rosja ma „wielką kulturę rosyjską” i „największy kompleks szklarni pod Moskwą.

Obraz Rosji w propagandzie i obraz rzeczywisty Rosji  pozostają w drastycznej opozycji  wobec siebie.

Tak było w czasach Imperium Rosyjskiego, tak  było w czasach ZSRR i tak jest teraz.

Od czterech miesięcy na Rosję nałożone są bardzo silne sankcje gospodarcze. Państwa z nią sprzymierzone jawnie lub dyskretnie usiłują robić wszystko, aby przeżyła ona ten ciężki okres i doczekała, aż Ukraina podda się naciskom  i rozpoczynając rozmowy da pretekst do zniesienia sankcji.
W oczekiwaniu na ten szczęśliwy dzień media mniej czy bardziej  uzależnione od Rosji/Niemiec lub zwyczajnie zaczadzone starają się owe sankcje bagatelizować a ich skutki przemilczać.

A są one już w tej chwili bardzo poważne i jeśli Ukraina wytrzyma, to tego  lata a najpóźniej w  listopadzie / grudniu  2022 wg niezależnych specjalistów rosyjskich  zapowiada się  w Rosji prawdziwa katastrofa. 

Już teraz  czyli po czterech miesiącach sankcji  widać pierwsze skutki a lawina ruszyła.

Import już spadł do połowy i nie  z powodu antyimportowej produkcji pana Putina ale z powodu masowej odmowy współpracy z Rosją  indywidualnych przedsiębiorstw , które nie chcą być  oskarżane o wspieranie zbrodniczego reżymu. I nie chodzi tutaj o import dóbr luksusowych jak torebki od Prady po 25 tysięcy Euro od sztuki , ale komponenty do produkcji w bardzo wielu dziedzinach, zarówno strategicznych jak i pozornie mało znaczących.

Wartość  roczna  importu Federacji Rosyjskiej w ostatnich latach wahała się między 270 -345 mld USD.  Przyjmując  wielkość optymistyczną tj. 345 mld USD w skali roku otrzymujemy  za okres 4 miesięcy inwazji na Ukrainę i sankcji , przy przyjęciu spadku o 50% – wartość importu Rosji na poziomie 50-60 mld USD a nie 100-115 mld USD.

Spadek importu nie tylko  oznaczał, iż  produkcja w wielu dziedzinach  była prowadzona  na pół gwizdka na bazie dotychczasowych zapasów. Które właśnie się kończą. I powodują bardzo nerwowe poszukiwania kanałów tzw. importu równoległego czyli „kontrabandy”, jak nazwała to pani profesor Zubarewicz. Chodzi o półlegalny przemyt niedostępnych oficjalnie surowców i  komponentów do produkcji  poprzez kraje i firmy, które za określone korzyści są gotowe wesprzeć rosyjskiego niedźwiedzia.  Wg pani Zubarewicz „rosyjscy przedsiębiorcy są niesłychanie twórczy” w tym zakresie. Co mnie wcale nie dziwi, skoro większość owych „przedsiębiorców” to albo starzy kagiebiści, albo byli kryminaliści.

Panowie mogą sobie być nawet maksymalnie „twórczy” ale światowy system monitorowania nie śpi i przemyt może się odbywać w ilościach zdecydowanie zbyt małych aby w pełni zastąpić dotychczasowe jawne kontakty handlowe.  

Wg rosyjskiego Banku Centralnego 65% przedsiębiorstw Federacji Rosyjskiej  jest uzależnionych od importu do własnej produkcji. A wg oceny Gajdar Institute for Economic Policy   60% badanych przedsiębiorstw twierdziło, że nie ma w Rosji  zamienników zdolnych zastąpić surowce i części zamienne z importu stosowane w ich produkcji.

W dodatku ogromna nadwyżka  wartości eksportu nad importem dała nieoczekiwany efekt, który początkowo bardzo ucieszył  rosyjski Bank Centralny i propagandzistów:  rubel po upadku do 140 za dolara podciągnął się do 50-60 za dolara.  Powstał jednak problem.  Ten kurs jest bardzo  niekorzystny dla rosyjskiego eksportu a nie można go zbić. Jak mówi pani profesor Zubarewicz :” A ten rubel , zaraza, nie daje się obniżyć”.  

Jak wyglądają w konkretnych sytuacjach  skutki rozerwania więzi handlowych w imporcie pokazuje przypadek  pozornie mało znaczący:  zaczęły się braki opakowań do transportu i przechowywania mleka i innych napojów spożywczych z powodu braku  nadtlenku wodoru, który do tej pory dostarczał do Rosji francuski koncern. A teraz nie dostarcza.  W zasadzie jest jakiś jeden czy kilku producentów nadtlenku wodoru czyli starej dobrej wody utlenionej (jeśli stężenie wynosi 3%) w Rosji, ale chyba parametry nie są odpowiednie.  No i co zrobić z milionami ton mleka dziennie? Sprzedawać do baniek z beczkowozów?  Tak robili parę lat temu w Jałcie z kwasem chlebowym. 

Takich problemów są w tej chwili w gospodarce rosyjskiej dziesiątki tysięcy dziennie.

Innym  ważnym zjawiskiem  w gospodarce rosyjskiej jest  po przedłużającej się inwazji bez wskazania na zwycięzcę – narastające poczucie niepewności obywateli rosyjskich  co do przyszłości ich pracy i dochodów.

Ta niepewność już uderzyła w branżę kredytów  hipotecznych  kierowanych do branży deweloperskiej . Spadek popytu na kredyty mieszkaniowe wynosi 70%. 

Oznaczać  to może niedokończone budowy całych osiedli a raczej mega osiedli i upadłości firm deweloperskich oraz wstrzymanie całej branży.

W ślad za tym pojawił się  sygnał ze strony specjalistów z tej branży, że  problem mają producenci stali budowlanej , głównie słynna „Magnitka i jej koleżanki huty”, które liczyły jeszcze kilka tygodni temu, że  sankcje w eksporcie na stal odbiją sobie na rynku krajowym.
Mityczny „Chińczyk, który miał kupić wszystko czego nie kupiła Europa” w tej sprawie nie występuje, albowiem Chińczycy mają własną produkcję stali na pełnych obrotach a od Rosji potrzebują rudy żelaza i węgla koksującego. Czy jak to się nazywa.

O braku części  do produkcji samochodów i wagonów kolejowych mówi się już od kilku tygodni i firmy samochodowe są kolejno wygaszane. Podobnie jak cały przemysł maszynowy.

Chińczyk i Hindus kupują ropę owszem, ale z żądaniem zabójczych obniżek cen. A gdyby w listopadzie doszło  faktycznie do zatrzymania importu ropy z  Rosji przez Europę, to zapowiedziana „katastrofa” objawi się w całej okazałości.

W chwili rozpoczęcia inwazji na Ukrainę   procent obywateli Rosji żyjących poniżej granicy ubóstwa wynosił  około 10-15%. Oznaczało to grupę ludzi, którzy mieli poważne problemy z regulowaniem podstawowych rachunków w skali miesiąca: żywność, lekarstwa i czynsz.  Każde ekstra wydatki jak zimowe palto czy buty –załamywały budżet. 
 W chwili obecnej, po wzroście cen konsumpcyjnych ( głównie na żywność )  o 17% plus po zwiększeniu bezrobocia w branżach uderzonych przez sankcje i  pesymistyczną ocenę przyszłości przez konsumentów – segment prawdziwej biedy powiększy się w Rosji do 25%.

Jak sobie poradzi z tym „pan Putin” nie wiem, ale jak mówi szyderczo pod adresem tego ostatniego pan Arestowicz – „na pewno winna jest Polska”.

Pan Putin dopuścił do rozwalenia podstawowej dziedziny strategicznej w warunkach wojny – produkcji  żywności.  Doprowadził do tego w czasach pokoju, mając swoich obywateli za nic. Żarcie w Federacji Rosyjskiej nie zrobiło się lepsze niż w ZSRR,  za to zrobiło się droższe.

Zresztą  większość warzyw i owoców produkują obywatele Rosji w swoich przydomowych ogródkach.  Dwa lata temu  warzyw w Rosji ZABRAKŁO.  W dodatku w ramach „pełnego liberalizmu w gospodarce rosyjskiej” władze zakazują  rolnikom sprzedaży  płodów rolnych na własną rękę „na chodniku w mieście” a jedynie obok  własnej furtki na wsi czyli 200 km od miasta. Okładają ich mandatami bez miłosierdzia.

W tych warunkach zajęcie 35 mln hektarów czarnoziemu ukraińskiego i ofiarowanie  ukraińskich „agroholdingów” (są takie tylko na ogół mniejsze, średnio 15 tysięcy ha) swoim rosyjskim pupilom wydawało się zapewne panu Putinu świetnym pomysłem. Nie licząc tego, co jest na Ukrainie pod ziemią.

Ale na razie wszystko układa się inaczej, i nie jest wykluczone, że proroczy okaże się żart pewnego komentatora pod wykładem pani profesor Zubarewicz o bieżącej sytuacji gospodarczej Rosji   i jej perspektywach – następującej treści: „… Obywatele, rozejdźcie się „po barakam” ; projekt „Rasieja” – „zakrywajetsa”. (z

https://www.researchgate.net/figure/Redistribution-of-agricultural-land-2006-2016_tbl2_340579393
https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Agriculture_in_Russia?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc
https://themeformen.ru/pl/therapy-for-eczema/doch-aleksandra-tkacheva-peredozirovka-aleksandr-tkachev/
https://www-aljazeera-com.translate.goog/economy/2022/4/1/for-isolated-russia-replacing-key-imports-an-uphill-battle?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

Putin i cała ta sowiecka kagiebowsko-komunistyczna arystokracja urządziła   sobie  w Rosji  za wiedzą i zgodą i przy współudziale państw zachodnich takich jak Niemcy czy Francja – żerowisko. Żerowisko, w którym nie potrzeba do utrzymania sektora wojskowego i wydobycia surowców oraz kilku hut aż 140 mln gąb do wyżywienia. 

Żerowisko, w którym  przez 30 lat  nie wydano  grosza na remontowanie i modernizację  infrastruktury czy polepszenie warunków życia ludności. Za Uralem żyje już tylko 10 mln ludzi a może nawet i tyle nie.

I do tej listy „sukcesów”   pan Putin postanowił dodać „odbudowę  ZSRR jako III Rzymu”. Odbudować „na wartościach chrześcijańskich” oczywiście , które widać zwłaszcza w bazylice Sił Zbrojnych Armii Rosyjskiej w Kubince pod Moskwą.

https://www.researchgate.net/figure/Redistribution-of-agricultural-land-2006-2016_tbl2_340579393
https://en-m-wikipedia-org.translate.goog/wiki/Agriculture_in_Russia?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc
https://themeformen.ru/pl/therapy-for-eczema/doch-aleksandra-tkacheva-peredozirovka-aleksandr-tkachev/
https://www-aljazeera-com.translate.goog/economy/2022/4/1/for-isolated-russia-replacing-key-imports-an-uphill-battle?_x_tr_sl=en&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=sc

Analogie historyczne: Wietnam, Afganistan, Ukraina.

Stanisław Michalkiewicz 23 czerwca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5200

Kiedy przyglądamy się wojnie, jaką na Ukrainie Rosja prowadzi z Sojuszem Północnoatlantyckim oraz państwami zależnymi od USA, niepodobna powstrzymać się przed porównaniem jej do wojny wietnamskiej. Była ona ubocznym efektem dwóch doktryn; jednej sformułowanej przez prezydenta Dwighta Eisenhovera, pod nazwą „teorii domina”, a drugiej – sformułowanej przez sekretarza obrony w administracji prezydenta Kennedy’ego i Johnsona, Roberta McNamarę pod nazwą doktryny „elastycznego reagowania”. Teoria domina zakładała konieczność przeciwstawiania się ekspansji komunistycznej, zwłaszcza w krajach Trzeciego Świata, ze szczególnym uwzględnieniem Indochin, które stały się głównym terenem tej ekspansji po skomunizowaniu Chin. Klęska Francuzów pod Dien Bien Phu w roku 1954 była potwierdzeniem tej teorii, a w każdym razie – za takie potwierdzenie była uważana. [Wyjaśnię: Te łobuzy u władzy, nazywające się „politykami”, fałszują pojęcie „teoria”. Mianowicie teoria, w naukach ścisłych ma to sens, to „potwierdzona przez doświadczenie hipoteza”. Wszystko inne – to fantazje itp. MD]

Z kolei doktryna „elastycznego reagowania”, wychodziła z założenia, iż bezpośrednia konfrontacja militarna nuklearnych supermocarstw, grozi uruchomieniem „machiny Sądu Ostatecznego”, co oczywiście uniemożliwi osiągnięcie jakichkolwiek celów wojennych.

Tymczasem wojna – co zauważył pruski teoretyk wojskowości Karol von Clausewitz – jest tylko formą uprawiania polityki tyle, że innymi środkami – więc jeśli w jej następstwie nie można byłoby zrealizować już żadnego celu politycznego, nie miałaby ona żadnego sensu. Toteż Robert McNamara sformułował doktrynę „elastycznego reagowania”, której sens sprowadzał się do tego, by mocarstwa nuklearne powstrzymywały się nie tylko przed użyciem broni jądrowej, ale również – a może nawet przede wszystkim – przed atakowaniem terytorium przeciwnika, prowadząc działania wojenne na przedpolach, a więc terenach, które leżą możliwie blisko terytorium potencjalnego wroga i możliwie jak najdalej od terytorium własnego.

Wietnam, podobnie, jak dzisiaj Ukraina, stanowił świetne przedpole, toteż USA zastąpiły tam Francuzów tym chętniej, że w tamtych czasach popierały likwidowanie europejskich imperiów kolonialnych, by w dawnych koloniach usadowić się samemu. Początkowo zaangażowanie amerykańskie w Wietnamie było niewielkie, ale w miarę upływu czasu, a także w miarę przekształcania się tej wojny z operacji przeciwpartyzanckiej w konfrontację USA z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek, rosła również skala bezpośredniego zaangażowania amerykańskiego, które w kulminacyjnym momencie sięgnęło ponad pół miliona żołnierzy, nie tylko amerykańskich, ale również – australijskich i nowozelandzkich. Wojna trwała całe lata i wprawdzie pokojowe porozumienie podpisane zostało w roku 1973, ale mimo prowadzonej później „wietnamizacji”, to znaczy, wzmacniania przez Amerykanów armii Wietnamu Południowego w miarę wycofywania wojsk amerykańskich – co obiecał Ryszard Nixon – zakończyła się dopiero w roku 1975, kiedy to w kwietniu padł Sajgon.

Generalnie wojna wietnamska zakończyła się porażką USA, podobnie, jak „operacja pokojowa” w Afganistanie, co i w pierwszym, jak i drugim przypadku zaowocowało krwawą łaźnią, jaką w Wietnamie urządzili swoim rodakom komuniści, a w Afganistanie – talibowie.

Wojna na Ukrainie najwyraźniej przechodzi w fazę przewlekłą, podobnie, jak wojna wietnamska i chociaż NATO unika bezpośredniego zaangażowania militarnego, ograniczając się do finansowego, wywiadowczego i propagandowego, a przede wszystkim – wspierania Ukrainy dostawami broni i amunicji, to w miarę przedłużania się działań wojennych, w wielu państwach Sojuszu narasta obawa zarówno przed przedłużaniem się wojny, jak i zwiększającymi się kosztami wspierania Ukrainy, a w przypadku niektórych członków NATO, przede wszystkim Niemiec i Francji – również przed wykorzystaniem przez USA pretekstu w postaci tej wojny, do mocnego chwycenia całej Europy za twarz.

W Polsce i republikach bałtyckich okazywanie takiego zaniepokojenia, jest surowo zabronione, ale i tutaj pojawiły się pewne wątpliwości, zwłaszcza z powodu powstrzymania się zachodnich sojuszników przed zrekompensowaniem Polsce dostaw dla Ukrainy broni i amunicji na kwotę ponad 2 miliardów dolarów.

Rzecz w tym, że USA maja na Ukrainie całkiem inny interes, niż Europa. O ile bowiem w interesie Stanów Zjednoczonych jest to, by ta wojna, w której Rosja boryka się tam z całym NATO, trwała jak najdłużej, prowadząc do nadwątlenia rosyjskich zasobów i rosyjskiej pozycji, o tyle w interesie państw Europy Zachodniej jest zakończenie jej możliwie jak najszybciej w taki sposób, by – jak to ujął prezydent Macron – pozwolić Putinowi wyjść z twarzą. Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak oczekiwanie od Ukrainy, że pogodzi się z utratą 20 procent terytorium, a przede wszystkim – odcięciem od Morza Czarnego.

Prawdopodobnie z takim właśnie pomysłem przyjechali do Kijowa trzej pielgrzymi: francuski prezydent Macron, niemiecki kanclerz Scholz i włoski premier Dragi, którzy tę gorzką pigułkę podali prezydentowi Zełeńskiemu w opakowaniu w postaci oferty nadania Ukrainie statusu państwa „kandydującego” do Unii Europejskiej. Czy to kandydowanie zakończy się przyłączeniem Ukrainy do UE – to nie jest takie pewne, bo – jak podniosła Portugalia i Dania – gdyby nie wojna, nikt by poważnie o przyłączeniu Ukrainy do UE nie mówił, m.in. z uwagi na panującą tam korupcję i stan praworządności, który jest gorszy nawet od tego w Polsce.

Toteż kiedy wojna zakończy się pokojem – a, jak poucza historia, każda wojna kończy się pokojem – Ukraina, podobnie jak Mołdawia, prędko do Unii Europejskiej nie zostaną przyłączone. Oczywiście korupcja i stan praworządności są tu prawdopodobnie tylko pretekstem, bo tak naprawdę może chodzić o powrót do porządku lizbońskiego z listopada 2010 roku, której najważniejszym postanowieniem było proklamowanie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja. Jak pamiętamy, najtwardszym jądrem tego partnerstwa było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, które nawet i teraz chyba wytrzymuje wszystkie próby niszczące, bo kamieniem węgielnym tego z kolei partnerstwa, jest podział Europy na strefę rosyjską i strefę niemiecką. Polska oczywiście należy do strefy niemieckiej, co niedawno w sposób dotkliwy przypomniały nam władze Unii Europejskiej, to znaczy Niemcy, które ani myślą pogodzić się z utratą wpływów politycznych w „swojej” części Europy tym bardziej, że wykorzystując pretekst w postaci wojny na Ukrainie, podjęły decyzję o podniesieniu niemieckiej Bundeswehry na wyższy poziom, co można uważać za punkt wyjścia do utworzenia upragnionych europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, na czym Niemcom zawsze zależało.

Krótka smycz polskojęzycznych dziennikarzy.

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=134714

Pamiętają Państwo białoruskiego dziennikarza-opozycjonistę Ramana Pratasiewicza? Ileż to było lamentowania w mediach, po tym jak został aresztowany podczas „międzylądowania” w Mińsku.

Jednak chwilę później dziennikarze w Polsce nagle morda w kubeł. Dlaczego? Były redaktor naczelny kanału Nexta na Telegramie szybko zaczął sypać, że polskojęzyczne władze łożyły mnóstwo forsy [wydartej z kieszeni polskiego podatnika], na dywersyjną działalność w sąsiednim państwie Białoruś.

Tymczasem Pratasiewicz ostatecznie nieźle się ustawił po stronie białoruskiej. Najpierw zmienił poglądy. Nie jestem pewna czy szczerze, gdyż takie typy raczej poglądów nie mają. Obecnie wygląda to mniej więcej tak, że z jego perspektywy Białoruś nie jest już be, a Zachód przestał być cacy. W międzyczasie rzucił dziewczynę Sofię Sapiegę, obywatelkę Rosji, która wraz z nim została zgarnięta z lotniska. I wreszcie ożenił się w obywatelką Białorusi.

Niewykluczone, że władze Białorusi uratowały życie Pratasiewiczowi. Znając bowiem jego przeszłość, z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby nie tamto zatrzymanie na mińskim lotnisku, dalej wykonywałby on polecenia „polskich panów” i wzorem innych dywersantów z Białorusi zostałby znów najemnikiem. Być może Polacy wysłaliby go na Ukrainę, gdzie musiałby walczyć w interesie globalistów i korzennych oligarchów. I pewnie zginąłby tam w szeregach jakiegoś „Azowa” czy innego „Ajdaru”, w najlepszym wypadku trafiłby do rosyjskiej niewoli.

A jak się sprawy mają po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”?

Właśnie dopadli Juliana Assange’a. Ten australijski aktywista, sygnalista, dziennikarz i programista jest symbolem walki o wolność słowa w Internecie. Założyciel, rzecznik i redaktor naczelny demaskatorskiego portalu WikiLeaks, ujawnił między innymi największe przekręty globalistów i zbrodnie wojenne Stanów Zjednoczonych. Jego przykład dobitnie pokazuje, że demokracja i wolność słowa na Zachodzie nie istnieją.

Kilka dni temu brytyjski rząd zgodził się na ekstradycję Assange’a do Stanów Zjednoczonych, gdzie czeka go proces. Prokuratorzy w USA postawili 50-latkowi 17 zarzutów, za które łącznie grozi mu do 175 lat więzienia. W ostatnich latach trwało wielkie polowanie na Australijczyka, który musiał się ukrywać. W międzyczasie pojawiły się fałszywe oskarżenia o przestępstwa seksualne. Jego życie zostało zamienione w piekło.

Tymczasem polskojęzyczni dziennikarze jakoś nie okazują solidarności z australijskim dziennikarzem, który jest prześladowany na ujawnienie prawdy. Dlaczego tego nie robią? Ponieważ są przekupionymi obłudnikami.

Agnieszka Piwar

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (22-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/22/krotka-smycz-polskojezycznych-dziennikarzy/

Tadeusz Gołębiewski, ten od „1z10”. Twórca sieci hoteli.

Jeszcze milioner czy już bankrut? „Wstaję rano i [tego] nie wiem”.

[Nigdy nie byłem w hotelu Gołębiewski. Często za to oglądam „1z10”. Wielki szacunek dla tego przedsiębiorcy – i „spoczywaj w pokoju”. Takich tępią mafie – i socjaliści u władzy. M. Dakowski]

——————

https://finanse.wp.pl/jeszcze-milioner-czy-juz-bankrut-tadeusz-golebiewski-wstaje-rano-i-nie-wiem-6654458835151392a

– Wszystkie swoje obrazy w minionym roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł – wyjawia w rozmowie z Wirtualną Polską Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli. Mówi wprost: – Dziś decyzji o budowie hotelu w Pobierowie bym nie podjął.

We wtorek, 21 czerwca 2022 roku, zmarł Tadeusz Gołębiewski. Założyciel sieci luksusowych hoteli oraz fabryki słodyczy TAGO miał 79 lat.

Przypominamy wywiad, którego biznesmen udzielił WP Magazynowi 25 czerwca 2021 roku.

***

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Pomnik pan sobie buduje nad morzem?

Tadeusz Gołębiewski, twórca sieci hoteli Gołębiewski i firmy cukierniczej Tago: A jaki pomnik?! Tylko hotel.

(rozmawiamy na placu budowy hotelu w nadmorskim Pobierowie, a do rozmowy siadamy na styropianowych płytach, tuż obok jednego z wewnętrznych basenów, z widokiem na Bałtyk. Zanim Gołębiewski znajduje miejsce, zaczepia każdego napotkanego pracownika i pyta o robotę. Przez plac wędrujemy kilkanaście minut)

Chodzi pan w kółko po inwestycji i to wszystko sobie wyobraża? Tu będą baseny, tam będą leżaki, obok będą kasy, a za nimi szatnie? Tu sale konferencyjne, a tam pokoje?

Nikt takich szatni nie będzie mieć! Nikt w Polsce.

(mówi to, gdy akurat mijamy te pomieszczenia, a w zasadzie to wielką pustkę, gdzie szatnie kiedyś będą)

Nic nie muszę sobie wyobrażać, bo od miesięcy wiem, jak to będzie wyglądać – mam to w głowie, przed oczami. Płytki już dawno wybrałem. Materace i łóżka też już są gotowe, czekają na jednym z pięter. Cześć pokoi jest wytapetowana i gotowa do wyposażenia.

Co trzy tygodnie przylatuję tutaj i spędzam kilka dni. I tak chodzę po kilkanaście kilometrów, z dołu na górę, z góry na dół. Aż mnie nogi bolą. Niektórzy moi znajomi to się ze mnie śmieją, że sam wyglądam jak budowlaniec. A jak mam wyglądać na budowie? Jem w stołówce pracowniczej, śpię w hotelu pracowniczym, bo tak jest najwygodniej. Nie mam już zdrowia, żeby jeździć w kółko z hotelu na budowę i w drugą stronę. Wolę być na miejscu.

Tak wygląda budynek hotelu w Pobierowie. Przed płot budowy co chwilę podchodzą turyści Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ostatecznie jest pan przecież u siebie.

Jakby pan zgłodniał, to niech pan powie, pójdziemy do stołówki. Miejsce do spania też się znajdzie.

Przyjeżdża pan doglądać czy pośpieszać?

Jestem gospodarzem, muszę robić jedno i drugie.

Myślałem, że inwestor płaci i po prostu czeka na efekty. Nie musi sprawdzać, czy budowlańcy dobrze kładą pustaki lub jaką warstwę kleju mają.

Jak ma się portfel bez dna, to można tak funkcjonować. Można stworzyć zarząd, który to będzie prowadził, a inwestor w tym czasie może sobie odpoczywać na plaży i czekać miesiącami na efekty. Nie mam takiego komfortu. Muszę pilnować, muszę kontrolować, nie mogę wydawać na administrację, która zajmie się tym za mnie. Nie ma zarządu, jestem tylko ja. Chodzę i pytam.

W sumie na budowie pracuje teraz niespełna 300 osób, a było i 800. Robimy wolniej, bo nie ma pieniędzy. A jak nie ma pieniędzy, to musi pracować ograniczona liczba budowlańców. I dobrze mieć na to wszystko oko.

Żeby żaden grosik się nie zmarnował? Tego pan pilnuje?

Tak, tak, też! Banki w większości przez epidemię wstrzymały finansowanie inwestycji hotelarskich, więc działamy własnymi siłami. Co da się sfinansować, to finansujemy. Część materiałów była kupiona, część będzie później. Kiedyś.

Data otwarcia już jest?

W tej chwili trudno wyznaczyć jakikolwiek konkretny termin.

Po cichu nie marzy pan sobie, by to były przyszłe wakacje?

Nie, nie mam w tym zakresie żadnych marzeń. Otworzę, to otworzę, jak nie, to nie. Po co mam zakładać i się rozczarować? Miło jest spełnić swoje założenia, ale najgorzej jest się pomylić.

Nie miał pan myśli, że się wywróci na ten inwestycji? Przez epidemię wstrzymał pan budowę, reszta hoteli nie zarabiała.

No to co?

Jak to „no to co”?

A jakbym umarł na koronawirusa, albo ktokolwiek z mojej rodziny? To by była tragedia. Jak się biznes wywraca, to jaka to jest tragedia? Żadna, mówię panu. Przecież ja umiem pracować. Mam dwie ręce, żyję przecież tak jak każdy.

Jestem po studiach ekonomicznych, więc jakieś zajęcie na pewno by się dla mnie znalazło. „Emeryt-ekonomista z doświadczeniem szuka pracy” – tak bym o sobie napisał. Pewnie ktoś by się zainteresował moją wiedzą i umiejętnościami. A jak nie, to bym został po prostu na emeryturze. Płaciłem składki całe życie, to dziś Zakład Ubezpieczeń Społecznych coś mi tam wypłaca.

Pobierowo to pana największe biznesowe dziecko?

Pod względem skali tak.

Najdłużej wyczekiwane i ukochane?

W tej chwili przynoszące najwięcej problemów.

I jak każda poprzednia pana inwestycja – kontrowersyjne. Niektórzy powiedzą, że jest brzydki. Inni, że po prostu jest za duży i nie pasuje do otoczenia. Kolejni powiedzą, że lasy trzeba było wyciąć. A następni, że Tadeusz Gołębiewski po prostu powinien już skończyć swoją biznesową aktywność. ­­­

I co ja mogę odpowiedzieć na takie głosy?

Mogę zapytać, czy ładniejszy jest jeden hotel – taki jak mój – czy kolejne 200 różnokolorowych domków, a każdy wybudowany w innym stylu, które mogłyby powstać w tym miejscu? Co estetycznie jest lepsze? Ja powiem, że mój hotel. Inny powie, że te 200 pensjonatów. I tak możemy się kłócić.

To kwestia estetyki. A kwestia środowiska?

Przecież na tym terenie powstanie pięć razy więcej drzew niż zostało usuniętych pod budowę. A trzeba pamiętać, że tutaj nie było żadnego lasu, a teren wojskowy! Na nim było 40 budynków, różnej wielkości – to była jednostka wojskowa, która jeszcze nie tak dawno funkcjonowała.

Pojawią się drzewa, to pewne. Oczywiście wszystko powoli, bo jak mówiłem, chwilowo kwestie finansowe na to nie pozwalają. Sądzę jednak, że w pierwszej fazie pojawi się 2 tys. nowych roślin.

Obiecuje pan, że będzie więcej drzew, niż było?

To jest pewne. Nic nie muszę obiecywać.

Wie pan, w całym swoim życiu zasadziłem – na swoich inwestycjach, a wcześniej współpracując z lasami, blisko 40 tys. drzew. Ile drzew zasadziły osoby, które dziś krytykują tę inwestycję?

Te osoby są przekonane, że nie trzeba sadzić nowych i małych drzew, gdy mamy stare i rozwinięte.

Powtórzę to jeszcze raz – hotel w Pobierowie nie stoi w miejscu lasu, a w miejscu dawnej jednostki wojskowej, która była w pełni zabudowana, miała wewnętrzne drogi, baraki, inne budynki. Naprawdę, nie mówmy o tym, że tutaj był las, a Gołębiewski własnoręcznie go wykarczował, bo tak nie było. To były jakieś samosiejki, które raz były, raz ich nie było. Zresztą nie jest tajemnicą, jak wojsko traktuje własne tereny. Jak byłaby potrzeba, to też by wycięli wszystko.

Marny to argument, że ktoś inny też by teren wyczyścił.

Jak budujemy autostrady, to nie wycinamy drzew? Jak budujemy nowe tory, to nie wycinamy drzew? Niestety, ale rozwój ma swoją cenę. Grunt, by ją ograniczać lub po prostu naprawiać. A nowe nasadzenia taką naprawą są. Wiem, że ktoś powie, że to małe drzewka, a nie las. Wszystko jednak w swoim czasie.

A jakby pan pojechał do Pobierowa i gospodarzy innych hoteli zapytał o opinię na temat inwestycji? Pogoniliby?

A ja chętnie pojadę, często zresztą mnie zapraszają. Mieszkańcy Pobierowa w większości są zachwyceni tym, że pojawi się u nich nowy hotel, który będzie przyciągał turystów przez cały rok. W szczycie sezonu w każdej nadmorskiej budzie jest ruch. Gdy kończą się wakacje, to kończą się pieniądze.

Ludzie doskonale wiedzą, że duże hotele to miejsca organizacji konferencji, imprez, wydarzeń, które są rozłożone w czasie. My zarabiamy i oni zarabiają. Co to za biznes, który istnieje tylko dwa miesiące w roku? Jak się na takim utrzymać?

O ile ktokolwiek do nich przyjdzie, skoro pan chce oferować wszystko.

I naprawdę myśli pan, że nikt nie przejdzie się do miasteczka i nie zostawi tam pieniędzy? Zostawi. Do Pobierowa, w ten region, przyjeżdża w granicach 100 tys. osób w sezonie. Mieszkają wszędzie, gdzie się tylko da – w agroturystyce, pensjonatach, hotelikach, namiotach i na kempingach. I naprawdę 3 tys. miejsc, które będziemy oferować, wywraca wszystko? To jest nic.

3 tys. osób rozciągnięte w małych hotelach zmieściłoby się na 10 kilometrach nabrzeża. U nas jest to skoncentrowane, naprawdę można zadbać o czystość i ochronę środowiska.

Jako student podczas wakacji jeździłem na Mazury – mieszkałem oczywiście w namiocie. I nikt mi nie powie, że wtedy było czysto, a teraz jest gorzej. Ludzie rozbijali się wszędzie, z drzew robili sobie ogniska i zostawiali za sobą śmieci. Tak było. I od pierwszego dnia działalności hotelarskiej w Mikołajkach utrzymuję czystość na moim terenie. Porządkujemy, segregujemy, czyścimy.

Nie czuje się pan szkodnikiem? Wielu by tak pana nazwało.

Nie, nie czuję się szkodnikiem. Byłbym nim, gdybym wyciągnął ręce do państwa i powiedział: proszę mnie utrzymywać, proszę mi dać pieniądze, a ja będę sobie pił wódeczkę i leżał na kanapie. Gdybym w życiu nic nie robił, nic nie chciał robić i kazał innym mnie opłacać, to wtedy naprawdę czułbym się szkodnikiem.

Od kilkudziesięciu lat prowadzę własne firmy – jedną zajmującą się cukiernictwem (Tago – przyp. red.), drugą zajmującą się hotelarstwem. I naprawdę przez te wszystkie lata udowodniłem, że to jest wartość dodana. Oferuję nowe miejsca pracy, a jeszcze taka inwestycja to jest impuls dla rozwoju regionu. Bilans zysków i strat z działalności Tadeusza Gołębiewskiego moim zdaniem wskazuje na więcej zysków.

Wiem, że są tacy, którzy chętnie by mnie utopili w morzu. Albo w jeziorze.

Albo pozbyli się w górach. Tam też pan ma biznesy.

Zapominają jednak, że moje bankructwo to problem moich pracowników.

Fakty są jednak takie, że gdzie się Tadeusz Gołębiewski nie pojawi, tam pojawia się jakaś afera. W Karpaczu nadzór budowlany przekonywał, że wybudował pan zbyt wysoki budynek – o dwa pietra. Wyburzać pan nie musiał, bo zamienił piętra na szklany świetlik. Unikiem się udało.

Każdą krytykę przyjmuję z pokorą. Każda krytyka to wskazówka, że może coś powinienem był inaczej zrobić. Jeżeli urzędnicy i organy budowlane uznają, że gdzieś był błąd, to przyjmuję to do wiadomości, godzę się z tym. Muszą jednak mieć rację. Muszą udowodnić swoją rację. Ja nie mam problemu ze sprawami sądowymi. Jeżeli sąd rozstrzygnie, że coś zrobiłem źle, to przyjmę to do wiadomości. A jeżeli urzędnicy nie są w stanie wykazać, że coś zrobiłem źle, to jest to moja wina? Czy może potwierdzenie, że nie mieli słuszności?

A może po prostu jest pan cwaniakiem? Zawsze z urzędnikami się pan rozpycha, idzie pan na zwarcie. I ostatecznie wygrywa.

Cwaniakiem to pewnie każdego można nazwać, choć się nim nie czuję. A może jednak? (śmiech) Nie, raczej nie.

Nawet ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego pan denerwował – i minister chciał rozbiórki części hotelu. Rozbiórki nie było.

Były za to sprawy sądowe, były w przypadku innych inwestycji odwiedziny nadzoru budowlanego i nic. Może czas przyjąć, że Gołębiewski nie jest taki zły?

Lub państwo jest tak nieskuteczne.

Lub Gołębiewski nie jest taki zły.

Może to dziwić, ale od lat mam prostą zasadę – nie spotykam się z urzędnikami. Gdy jest kontrola podatkowa, mam od tego księgowość. Gdy jest inna, mam od tego dział prawny. Sam unikam takich spotkań jak ognia, by nie być posądzonym o jakiekolwiek układy. A czasami ktoś zapraszał na kawę. Albo na wódeczkę, bo i takie zaproszenia były. Odmawiałem.

Taki widok jest z dachu budynku Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Wielu zapraszało akurat na spotkanie przy alkoholu?

Lata temu na spotkanie, na wódeczkę, zapraszał mnie jeden z ministrów. Do spotkania nie doszło, a ten sam człowiek – już po latach – mi powiedział przy jakiejś okazji, że byłem jednym z niewielu dużych przedsiębiorców, który nigdy nie przyszedł do niego ze sprawą do załatwienia. Zawsze ktoś coś od niego chciał, a ja nie chciałem zupełnie nic. Nawet tej wódeczki czy tam kawy.

Już nawet nie pamiętam, czego miało dotyczyć to spotkanie. Mam prostą zasadę: z urzędnikami i politykami to mogę co najwyżej pogadać o pierdołach, a nie ważnych i biznesowych sprawach. Później będę się tłumaczył, że coś mi dali, załatwili, pomogli. Sam wypracowałem, bez nich.

A dużo spotkań o pierdołach przy wódeczce było?

Mam zdrowy organizm, jeżeli o to pan pyta.

A może pana problemem jest po prostu gigantomania? Od lat mówi się, że Gołębiewski ma manię wielkości, więc może czas się przyznać?

Jaka tam gigantomania… To jest spełnienie potrzeb klientów, czyli czysta kalkulacja biznesowa. Gdy buduje się mały obiekt, to można zaoferować niewiele atrakcji. Jeżeli chce się mieć masę atrakcji, to potrzebny jest duży obiekt, który to wszystko sfinansuje i utrzyma. Mały hotel nie utrzyma kilkunastu basenów w różnych rozmiarach, wodnych ślizgawek, plaży, basenów z ciepłą wodą morską i masaży. Po prostu to się nie spina finansowo. A tego właśnie oczekują Polacy – pełnej oferty, wielu atrakcji i najlepiej, by to wszystko było w jednym miejscu.

Nie jestem tutaj jednak żadnym wizjonerem albo wróżką. Tak to po prostu wygląda na całym świecie. I dlaczego w Polsce miałoby to wyglądać inaczej? Polacy chcą żyć i odpoczywać tak samo, jak robią to ich sąsiedzi. Nie oznacza to jednak, że nie są potrzebne małe i średnie hotele. Są, bo przecież klienci są różni. Nic mi jednak do tego, niech każdy prowadzi biznes tak, jak chce. Ja buduję akurat hotele duże.

I na tym kontrowersje się nie kończą. Były wójt gminy Rewal jest u pana dyrektorem budowanego hotelu. I niektórzy powiedzą, że w nagrodę, bo to za jego kadencji kupił pan te grunty.

Naprawdę? W nagrodę? Jeżeli ktoś sądzi, że praca w branży hotelarskiej jest fuchą marzeń, to się bardzo myli. Zapraszam, podzielimy się zadaniami.

Ten sam człowiek dziś musi się tłumaczyć z inwestycji poczynionych w gminie. I to tłumaczyć przed sądem, przy asyście prokuratora.

To, co dla pana jest minusem w CV, w moim odczuciu jest plusem.

Naprawdę? Pana dzisiejszy dyrektor hotelu zadłużył gminę Rewal na ponad 100 milionów złotych, a prokuratura sadza go na ławie oskarżonych. Wraz ze skarbnikami i pracownikami urzędu. I śledczy mówią tak: doprowadził do zagrożenia utraty płynności, było wiele nieprawidłowości. Gmina nie zbankrutowała, bo uratowała ją ogromna – warta 100 mln zł – rządowa pożyczka.

Naprawdę. Robert Skraburski jako wójt gminy inwestował i być może po prostu przeinwestował. Miał wizję i ją realizował. Być może za wiele chciał zrobić w jednym czasie, ale nie był żadnym łapówkarzem. To bzdury. A gmina wychodzi już na prostą, czyli szybko.

Potrzebny mi był w tej inwestycji człowiek, którego nie trzeba popychać, któremu nie trzeba pokazywać, jak działać i co ma robić. W tym układzie to ja jestem zabezpieczeniem przed nadmiernymi inwestycjami – ja wykładam pieniądze, ja ostatecznie decyduję. Jasno określiliśmy ramy współpracy.

O losie wójta zdecydowała ówczesna premier Beata Szydło. I powiedziała mu: do widzenia! Do gminy wprowadziła komisarza.

Każdy odpowiada za swoje wybory i decyzje. Jeżeli popełnię błąd, to za niego będę odpowiadał swoimi pieniędzmi.

A jeżeli ktoś powie, że znajomość Gołębiewskiego z byłym wójtem wygląda na łapówkarstwo?

A ma pan na to dowody? Jeżeli tak, to proszę je pokazać. Jeżeli nie, to nie ma o czym rozmawiać. Jeżeli popełnię błąd kadrowy, to ja za niego będę odpowiadał. Sam wybieram sobie współpracowników.

Przecież gdyby Gołębiewski popełnił jakikolwiek błąd prawny, dokonał jakiegokolwiek nadużycia, to by mnie rozszarpali. Wszyscy. I urzędnicy, i dziennikarze, i aktywiści.

Chętnych do pracy nie brakuje, więc wydaje mi się, że tak. Na budowie może 10 proc. pracowników to moi ludzie, reszta to osoby działające na rzecz podwykonawców.

[—–]

Wspólnie zdecydowaliśmy, że ruszymy z budową hotelu w Pobierowie, choć żona się nie zgadzała. Mówiła, że czas skończyć.

I co pan zrobił?

Zrobiliśmy głosowanie i przegrała.

Jaki był ostatni błąd Tadeusza Gołębiewskiego?

Nie budowałbym tego hotelu.

Tego, który pan przegłosował z żoną? W ogóle by pan go nie zaczął budować?

W ogóle. Leżałbym sobie dziś na Wyspach Kanaryjskich, pił zimne drinki i wydawał pieniądze na różne głupoty. Dziś myślę, że po tylu latach pracy po prostu mi się to należało – od samego siebie. Gdybym wiedział, jak będzie wyglądał ubiegły rok, to bym się tej inwestycji nie podjął. Gdybym wiedział, że czeka mnie 12 miesięcy nieustannej walki, to bym się tej inwestycji nie podjął. Nie wiedziałem.

Zawsze można zrezygnować. Sprzedać inwestycję, pójść na emeryturę.

W ciągu ostatniego roku spotkałem wielu takich, którzy mówili mi: Tadeusz, ja wciągam ciebie i twoją inwestycję w kilka minut, tyle mam pieniędzy, nawet przy sobie w portfelu. Takie to głupie gadanie i przechwałki małych, choć bogatych ludzi. Nie wiem, ile ofert odkupienia hoteli było poważnych, ile nie, bo żadnych nie rozpatrywałem. Mówiłem tylko „to kup!” i się głupie gadanie kończyło.

Większość osób nie potrafi powiedzieć sobie stop, koniec, dość. To łatwo przychodzi leniom, ale nie przedsiębiorcom. To sytuacja wymusza na nich koniec działalności: albo choroba, albo bankructwo, albo brak sił. W tej chwili mam siły, nie jestem bankrutem, więc działam.

Jak to jest możliwe, że ma pan dwa biznesy, całe życie zarabia i nie stworzył żadnej poduszki finansowej?

Jak to, na co wydaję pieniądze? Na kolejne inwestycje, na moje przedsiębiorstwa. Nie ma ludzi w Polsce, którzy byli przygotowani na rok bez biznesu, bez jakiejkolwiek działalności. I mało tego, taka poduszka nigdy wcześniej – i później – nie miałaby uzasadnienia. Po co zamrażać tak gigantyczne środki? W oczekiwaniu na pandemię? Tego nikt nie mógł przewidzieć.

Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach bogacza, milionera. Zawsze inwestowałem zarobione pieniądze. A to na hotele, a to na ich rozbudowę, a to na modernizację. Przecież żadna firma od pierwszego dnia nie jest taka, jak sobie jej właściciel ją wymarzył. To proces. I u mnie ten proces wciąż trwa.

A może jest pan zbyt łapczywy? Za wiele chce?

Zawsze chcę najlepiej, a nie więcej. Jeżeli chce się robić coś na wysokim poziomie, podbijać zagranicę, nie dawać się konkurencji, albo zagranicznym koncernom, trzeba robić lepiej, i lepiej, i lepiej.

[—-]

I tak właśnie pan myślał, zaczynając produkcję… wafli?

Od tego się zaczął Tadeusz Gołębiewski. Byłem na trzecim roku studiów w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dzisiejsza Szkoła Główna Handlowa – red.). I już wtedy wiedziałem, że muszę iść na swoje. Nie potrafiłem się rozpychać łokciami, a wtedy, by zyskiwać stanowiska i możliwości, trzeba było się nagimnastykować, uśmiechać do partii. To nie było dla mnie.

Mój ojciec był rolnikiem. Ja nie dopuszczałem myśli, że będę pracował jak on. Miałem za to wyuczony fach – cukiernictwo. Nie było mnie stać na narzędzia i maszyny, więc część zbudowałem przy okazji pracy u spawacza. Ja u niego dorabiałem, on mi pozwalał tworzyć. I tak powstały formy do wypieku wafli. Na bazie maszyn wyrzucanych przez przedwojenną fabrykę! Nie były najgorsze, dało się je uratować. I tak zaczęła się produkcja.

Wszystkiego w tych czasach brakowało, więc wafle zaczęły się rozchodzić na pniu. A były też jakościowo niezłe. I, co dla mnie ważne, tanie w produkcji. Przecież to tylko woda, soda i olej.

Jadłby pan dziś?

Pewnie. Były jednak mozolnie produkowane, a później musiałem je rozwozić rowerem. Szybko kupiłem sobie lepszy, żeby mi było wygodniej. A do wyrabiania masy używałem pralki Frani. Ktoś to jeszcze dziś ma?

Nie wiem, czy ma, ale Polacy na pewno pamiętają. A pan w niej wyrabiał ciasto?

Tak zaczynałem. Kilka lat później były andruty i rożki do lodów. I mogłem postawić prawdziwy zakład, a nie taką atrapę. Pieniądze trzeba inwestować. W Austrii znalazłem maszyny i nowe produkty. To były cukierki karmelowe i bezy. I chciałem je u siebie. Powoli, powoli ludzie poznawali Tago i Tadeusza Gołębiewskiego. Były momenty, że po towar w środku nocy przyjeżdżali. Byle mieć u siebie w sklepie!

A pana to cieszyło?

Jak cholera.

I pojawiły się pieniądze. Duże.

Nigdy tak na to nie patrzyłem. Inwestowałem, a jak było więcej, to odkładałem – kupowałem dolary i złoto. I tak sobie myślę, że bogatszy w życiu to nie byłem już chyba nigdy później. Nie wydawałem nic, bo się ukrywałem z tym. Bałem się, że PRL wszystko zabierze. Coś tam nawet zakopałem dla bezpieczeństwa, a pewnie już nigdy nie odnajdę. (śmiech)

Podróżowałem przynajmniej w tamtych latach. Tu Bułgaria, tu Rumunia, to nawet jakaś Grecja. I zamiast pod namiotem pierwszy raz spałem w hotelach.

Na zachodzie ludzie odpoczywali w innych warunkach, w innym świecie. Obiad? Na miejscu, a nie własnoręcznie gotowany. Mieli basen pod oknem zamiast wycieczki nad morze. Jak nie było pogody, to sobie szli na masaż. I poczułem, że przyjdzie czas na Polskę. System się zawali, Polacy będą zarabiać. Byłem gotowy. I w 1989 roku przyszła ustawa Wilczka – Polacy zaczęli handlować wszystkim, a ja wiedziałem, że czas ruszyć w nową stronę.

Źródło: WP, fot: Mateusz Ratajczak

Ziemi za darmo nikt nie oddawał.

Oj nie. W Giżycku mnie wyśmiali, w Mikołajkach musiałem swoje wychodzić. I wypić przy okazji, bo wtedy interesów bez alkoholu to się nie dało załatwiać.

Czyli jednak wódka z urzędnikiem była!

Ja piłem niewiele, a naczelnik sporo więcej. W efekcie zapominał o tym, co mu mówiłem. I tak w kółko. To była dla mnie lekcja. (śmiech)

W 1991 roku wystartowaliśmy w Mikołajkach: baseny, masaże i prawie 300 pokoi. Tylko klientów brakowało. Pojechałem do Niemiec, bo myślałem, że mnie Niemcy uratują. I uratowali! Na targi jeździłem i przekonywałem biura podróży, że tu w Polsce można dobrze odpocząć. Kiedyś to i 50 autokarów dziennie przyjeżdżało!

Nie tęsknię za nimi. Dziś mamy gości w większości z Polski, znają markę.

Autokary Niemców to jedno, ale tajemnicą nie jest, że w Mikołajkach to gangsterzy z Pruszkowa lubili się bawić. Lubili też luksus, a szukali go u pana.

Nie miałem świadomości, że to są bandyci.

Nie broili?

A to różnie. Dopóki nie wypili, to byli grzeczni. Najczęściej rozrabiali jacyś ochroniarze. Ale ja miałem swoich i to lepszych.

Lepszych?

Tak, zatrudniliśmy ochroniarzy z Rosji. Żadnych tam gangsterów, ale ludzi, którzy dużo widzieli i wiedzieli, jak zachować zimną krew, jak przekonać niegrzecznych do uspokojenia się. Raz nie upilnowali i jedna z pań postanowiła nogami grać na fortepianie. Rozwaliła. Panowie z Pruszkowa przeprosili, zapłacili. Lata 90. to były szalone czasy.

Czyli wiedział pan, jakich ma gości? I nie bał się?

Goście to goście. Większości rzeczy dowiedziałem się lata później. Nigdy interesów nie robiłem, wódki nie wypiłem, a i kawy też nie. Chcieli pieniądze pożyczać, gdy tylko dowiedzieli się, że jest gorsza sytuacja finansowa. A dość szybko się dowiedzieli. Ale nie pożyczyłem. Może i jest ze mnie prosty człowiek ze wsi, ale wiem, jak takie kredyty mogą się kończyć.

Helikopter pan sobie kupił. I do dziś wypominają.

Jak się ma firmy w całej Polsce i wszystkich chce się doglądać, to trzeba szukać oszczędności – czasowych. Dla mnie to jest jak samochód. Jest szybciej, łatwiej i wygodniej. Dziś zresztą nie wytrzymałbym zdrowotnie takich długich podróży. Z Karpacza do Mikołajek, z Mikołajek do Pobierowa? Musiałem mieć coś innego. Kiedyś latałem sam, dziś to już nie te lata.

Na coś wydaje pan pieniądze? Jakieś fanaberie? Samochody, egzotyczne wyjazdy?

Nie.

Sztuka?

Wszystkie obrazy, które posiadałem, w ostatnim roku wyprzedałem. A w kolekcji były i okazy po 400 tys. zł. Sprzedane, by ratować biznes. W kolekcji to i Wojciech Kossak był, ale też poszedł pod młotek. Obrazy sprzedane, złoto sprzedane. Obrączka mi tylko została.

Żona mogłaby się zdenerwować, gdyby pan sprzedał. Żadnych pasji?

Praca jest pasją!

A odpoczynek?

Odpoczywam przy pracy. Gorzej mi, gdy nie pracuję. Przez rok mało pracowałem i od razu podupadłem na zdrowiu.

Na salony się pan nie wybiera?

Nigdy. Jestem za stary, żeby się pchać na salony. I chyba na dobrą sprawę nie rozumiem tych celebrytów. Nie mam się czym popisywać. Coś mam, czegoś nie mam. Według mnie nie ma co podziwiać.

A jak przyjdzie kończyć działalność, bo zdrowie na więcej nie pozwoli?

To się skończę. Po prostu. Tadeusz Gołębiewski może kiedyś się skończyć.

Rodzina usłyszała już plan na taką ewentualność?

A po co? Wiedzą, jak prowadzić biznesy. Poradzą sobie.

Kilka lat temu byliśmy z całą rodziną w Dubaju. Chciałem trochę pobyć z nimi, a przy okazji sprawdzić, jak wyglądają najnowsze hotele. Dla inspiracji, trzeba podglądać światową konkurencję. Później mi wypominali, że to nie był żaden wyjazd, bo co dwa dni zmienialiśmy hotele. Myślałem, że sobie ze mnie żartują. Taka atrakcja! Tyle miejsc! Nie mają chyba większych pretensji, nie będą mi wypominać.

Minister Zdrowia ARESZTOWANY! Niestety – w Kirgizji. Ale za to samo…

22.06.2022 https://prawy.pl/120531-minister-zdrowia-aresztowany-sprawa-jest-powazna/

Ostatnio media poinformowały o aresztowaniu Ministra Zdrowia. Poszło o szczepionki przeciwko COVID-19.

Od czasu wybuchu wojny na Ukrainie temat koronawirusa i szczepionek nieco ucichł. Teraz jednak w mediach na ten temat zrobiło się trochę głośno z powodu aresztowania Ministra Zdrowia w Kirgistanie – Alymkadyra Beishenaliyeva. Poszło o szczepionki.

Według prokuratury Minister Zdrowia kupił aż o 2,5 miliona więcej szczepionek niż rzeczywiście potrzebowano. Spora część szczepionek straciła ważność i została zutylizowana. 

„Chociaż Kirgistan otrzymuje bezpłatne szczepionki na koronawirusa z Chin, Rosji, Azerbejdżanu, Kazachstanu i organizacji międzynarodowych, w 2021 r. kolejne 2 460 000 dawek szczepionek na koronawirusa zostało bezpodstawnie zakupionych od zagranicznych firmmożemy przeczytać w oświadczeniu prokuratury. 

62-letni Minister twierdzi jednak, że jest niewinny, a jego aresztowanie ma podłoże polityczne. Jak informują media Minister jest stronnikiem prezydenta Sadyra Dżaparowa. Prezydent rzekomo robił wszystko, aby 62-latek wypuszczony został z więzienia, jednak ostatecznie nie udało mu się pomóc Ministrowi. 

Trzaskowski zakazał modlitwy bo w sobotę 25 VI. na ulice wyjdą sataniści? „Każde dziecko ma prawo do seksualności.”

Bojówkarze, którzy dokonali napaści na naszych wolontariuszy, zostali specjalnie przeszkoleni z dokonywania aktów agresji w ramach warsztatów… sfinansowanych przez władze miasta Warszawa!

Mariusz Dzierżawski <pomagam@stopaborcji.pl

Szanowny Panie już w najbliższą sobotę odbędzie się w Warszawie największa w Polsce „parada równości” LGBT. Z tej okazji prezydent stolicy Rafał Trzaskowski zakazał naszej Fundacji organizowania procesji pokutnej za grzech sodomii na ulicach Warszawy w tym samym dniu. Gdy nam zabrania się modlić i ujawniać prawdę o deprawacji seksualnej dzieci, w „paradzie równości” oficjalnie wezmą udział członkowie… „Świątyni Szatana”! 
Co więcej, organizatorzy „parady” chwalą się tym, że uczestnikiem i promotorem warszawskiej „parady” był w przeszłości Volker Beck – niemiecki polityk, który domagał się legalizacji pedofilii! Większość naszego społeczeństwa w ogóle nie jest tego świadoma.
Warszawski Ratusz chce zakazać procesji
Na sobotę w godzinach 12:00-17:00 zaplanowaliśmy zgromadzenie w centrum Warszawy połączone z przemarszem ulicami miasta. Chcieliśmy zorganizować procesję pokutną w związku z publiczną promocją zgorszenia, połączoną z akcją informacyjną ostrzegającą Polaków przed tzw. „edukacją seksualną”. Trasa procesji nie koliduje z „paradą” LGBT, gdyż ma przejść innymi ulicami.
Dostaliśmy właśnie pismo od prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, w którym informuje on nas, że zakazał nam organizacji tego wydarzenia. Wie Pan dlaczego? Trzaskowski sugeruje, że nasza procesja stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia. Trudno chyba o bardziej absurdalny argument… Ewentualnymi agresorami mogliby być aktywiści cywilizacji śmierci. Dlaczego zatem to nam zakazuje się pokojowych zgromadzeń?
Skoro istnieje zagrożenie ze strony bandytów, to nimi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, a nie tolerować ich działalność Wolontariusze naszej Fundacji nieustannie doświadczają realnego zagrożenia dla życia i zdrowia ze strony aktywistów radykalnej lewicy. W Warszawie przemoc wobec nas jest szczególnie duża i nasila się od 2020 roku, kiedy to aktywiści LGBT napadli w centrum stolicy na naszą furgonetkę i pobili naszego kierowcę. W trakcie ataku agresorzy nakleili na masce naszego samochodu nalepkę z tęczowym logiem „parady równości”.
Co więcej, jak ustalili dziennikarze, bojówkarze, którzy dokonali napaści na naszych wolontariuszy, zostali specjalnie przeszkoleni z dokonywania aktów agresji w ramach warsztatów… sfinansowanych przez władze miasta Warszawa! W ostatnich latach w Warszawie kilkadziesiąt razy (!) niszczono furgonetki należące do naszej Fundacji. Dwie furgonetki spalono na ulicach stolicy, a pożary stanowiły zagrożenie dla postronnych osób. Wielokrotnie napadano na naszych wolontariuszy, zakłócano nasze zgromadzenia i grożono naszym działaczom. W związku z tym, Rafał Trzaskowski to nam zakazuje działalności i modlitwy na ulicach Warszawy. W tym samym czasie organizatorzy „parady równości” informują, że ulicami stolicy przejdą razem z nimi członkowie „Świątyni Szatana” – międzynarodowej organizacji satanistycznej… W ramach naszego zgromadzenia, planowanego na sobotę, chcieliśmy nie tylko modlić się, ale również ostrzegać Polaków przed ogromnym zagrożeniem.
Organizatorzy sobotniej „parady równości” publicznie chwalą się na swojej stronie internetowej tym, że uczestnikiem i promotorem warszawskiej „parady” był w przeszłości Volker Beck – niemiecki polityk z partii Zielonych, który domagał się legalizacji pedofilii. Beck postulował w latach 80 tych zniesienie kar za seks z dziećmi, gdyż, jego zdaniem: każde dziecko ma prawo do seksualności.”  Beck był również współautorem książki o „seksualności pedofilskiej”. W tym samym czasie jego partia oficjalnie dążyła do legalizacji pedofilii w Niemczech. W swoim programie Zieloni opowiadali się za legalizacją stosunków seksualnych między dziećmi a dorosłymi i pochwalali tzw. „pozytywną pedofilię”, czyli seks za obopólną zgodą dziecka i dorosłego. Volker Beck jako europoseł w 2005 roku wziął udział w warszawskiej „paradzie równości” LGBT. Było to wtedy jedno z pierwszych tego typu wydarzeń w Polsce.
Już kilkadziesiąt lat temu podjęto oficjalne próby legalizacji pedofilii, nie tylko w Niemczech ale także w innych krajach. To jeden z efektów rewolucji seksualnej, która rozwijała się wtedy na Zachodzie. Postulat ten, wyrażany wprost, trafiał jednak na słuszny opór opinii społecznej i nie udało się go przeforsować. Dlatego jego zwolennicy zmienili taktykę. Tematy związane z seksualnością człowieka stanowiły sferę intymną. Rewolucjoniści moralni postanowili to zmienić i zaczęli oswajać dzieci z seksem od najmłodszych lat.Chodzi o to, aby dzieci jak najwcześniej rozpoczynały współżycie i żeby seks był banalną częścią ich życia, tak jak zabawa czy jedzenie. W tym celu w kolejnych państwach zaczęto wprowadzać do szkół i przedszkoli tzw. „edukację seksualną”, za pomocą której rozbudza się dzieci seksualnie i uczy je, że mają „prawa seksualne”. Międzynarodowe wytyczne, mówiące jak powinny przebiegać zajęcia „edukacji seksualnej”, opracowała Światowa Organizacja Zdrowia WHO we współpracy z Ministerstwem Zdrowia Niemiec.
Wedle tych standardów, dzieci w wieku 0-4 lat powinny otrzymywać informacje na temat radości i przyjemności z masturbacji, a dzieci w wieku 6-9 lat powinny rozumieć w jaki sposób wyraża się zgodę na seks. Wszystko po to, aby dzieci w wieku 12-15 lat nauczyły się „umiejętności negocjowania i komunikowania się w celu uprawiania bezpiecznego i przyjemnego seksu.” Z kolei na każdym etapie takiej „edukacji”, już od noworodka (!), należy pozytywnie nastawiać dzieci do „różnych stylów życia” i „norm związanych z seksualnością, jednym z oficjalnych żądań politycznych warszawskiej „parady równości”, która odbędzie się w sobotę, jest wprowadzenie do polskich szkół i przedszkoli tzw. „edukacji seksualnej”. 
We wcześniejszej warszawskiej „paradzie”  brał udział promotor pedofilii Volker Beck, czego nie kryją jej organizatorzy. To jednak jeszcze nie wszystko. Byłym rzecznikiem prasowym warszawskiej „parady równości” jest aktywista LGBT Mariusz Drozdowicz, który publicznie stwierdził, że: ja, dla przykładu, jestem transem i pedofilem. I spoko, żyje mi się z tym całkiem fajnie (…) Nie zgadzam się na zakaz mówienia o pozytywnej pedofilii.” Wynika z tego, że były rzecznik „parady” chciałby, aby w Polsce swobodnie toczyła się dyskusja na temat tzw. „pozytywnej pedofilii”, czyli seksu z dzieckiem odbywającego się za jego zgodą. Drozdowski otwarcie przyznawał też, że jest fanem gejowskiej pornografii, którą kolekcjonuje. Wedle jego relacji, uwielbia „szczupłych, młodych chłopców”, a na Facebooku podawał się za „opiekuna młodych chłopców odwiedzających jeden z warszawskich klubów”. W internecie ze szczegółami opisuje swoje fantazje seksualne i liczne relacje homoseksualne. Podobne rzeczy dzieją się nie tylko w stolicy. Grupa Stonewall to organizacja lobby LGBT, która odpowiada za „edukację seksualną” dzieci i młodzieży w szkołach na terenie Poznania i Wielkopolski. Jakiś czas temu Stonewall wydała, za pieniądze z budżetu miasta (!), broszurę pt. „Poznań w kolorach tęczy”. Publikacja otwarcie opisuje… orgie homoseksualne z udziałem młodych, kilkunastoletnich chłopców, którym oddają się środowiska stojące za „edukacją” seksualną dzieci i młodzieży w Polsce. Grupa Stonewall jest również organizatorem „parady równości” w Poznaniu.
Te środowiska mogą bez przeszkód oswajać Polaków, w szczególności dzieci i młodzież, z rozwiązłością seksualną i domagać się wprowadzenia w naszym kraju „edukacji seksualnej”. W tym samym czasie nam zabrania się ostrzegania przed tym zjawiskiem. Nie zamierzamy się jednak ugiąć i poddać. Polacy muszą dowiedzieć się, na czym tak naprawdę polega „edukacja seksualna”forsowana przez aktywistów LGBT i czemu służą „parady równości” organizowane na ulicach naszych miast. Pod wpływem zmasowanej propagandy, która sączy się z niemal wszystkich największych mediów, większość naszych rodaków nie ma pojęcia o zagrożeniu.
Pomimo prześladowań, zamierzamy być obecni na ulicach Warszawy i innych miast Polski. Będziemy używać wszystkich dostępnych środków, aby nie dać się usunąć z przestrzeni publicznej. Pomimo tego, że przeciwko nam są media, sprzedajni politycy, organizacje międzynarodowe, obce ambasady (aż 46 ambasad wyraziło poparcie dla działań aktywistów LGBT w Polsce) i sataniści, będziemy dalej walczyć o nasze dzieci. Aby móc działań, potrzebujemy Pana pomocy w organizacji kolejnych, niezależnych akcji informacyjnych z użyciem furgonetek, lawet, billboardów, plakatów, megafonów i internetu. W ten sposób trafiamy do Polaków z ostrzeżeniem, szczególnie w tych miastach, przez które przechodzą „parady równości”. W najbliższym czasie będzie to Warszawa oraz Poznań, Bielsko-Biała, Kielce i Pruszków. Na organizację akcji potrzebujemy ok. 13 000 zł.
Wie Pan kto oprócz satanistów i aktywistów LGBT oficjalnie weźmie udział w warszawskiej paradzie równości? Przedstawiciele m.in. JP Morgan, Goldman Sachs, BNP Paribas, Credit Suisse, Nordea, Citi, Accenture, HP, Microsoft i Google – czyli największych na świecie korporacji bankowych, finansowych i technologicznych. 
Tego typu instytucje gwarantują gigantyczne finansowanie postępów cywilizacji śmierci. My nie możemy liczyć nawet na ułamek takiego wsparcia.
Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić organizację niezależnych akcji informacyjnych ostrzegających Polaków przed deprawacją seksualną ich dzieci. Możemy je prowadzić tylko dzięki stałemu i regularnemu wsparciu naszych Darczyńców. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Czy Ameryka się jeszcze podźwignie? Ideologie a demografia USA.

Szokujące informacje z USA! 22.06.2022 Jacek K. Matysiak Kalifornia, 2022/06/21

https://prawy.pl/120628-szokujace-informacje-z-usa-maja-taki-problem/

Amerykanie są coraz bardziej spolaryzowani, na tych gardzących tradycyjną Ameryką, dążących do nieznanej im komuny, globalnego resetu i na konserwatystów usiłujących ocalić, utrzymać konstytucyjną republikę. Malejące notowania prezydenta Bidena (39%) powodują, że trzymająca władzę lewica przed nadchodzącymi wyborami próbuje wygenerować szereg konfliktów (zagrożenie aborcji, genderyzmu,woke, rasizm, insurekcja), które zmotywowały by jej wyborców do licznego uczestnictwa w jesiennych wyborach. Wydaje się jednak, że sprawdzi się hasło byłego prezydenta Billa Clintona: “It’s the economy, stupid!”.

Nawet najbardziej zagubieni zauważyli, że cena benzyny wzrosła dwukrotnie, zgodnie z ekologicznym planem Bidena ograniczania wydobycia węgla, ropy i gazu. Szalejąca (najwyższa od 40 lat) inflacja pożera oszczędności i zarobki biedniejszej warstwy i uderza w biznesy klasy średniej. Giełda, która za prezydentury Trumpa zyskała $6.9 tryl. (po polsku bilionów), za prezydentury Bidena już (przez 16 miesięcy) straciła $11 tryl. (czyli bilionów) co uderzyło w inwestorów i ludzi odkładających na emeryturę.

I to ma być flagowy program Bidena: “Build back better!”, czyli jesienią zaktualizuje się hasło: “Ekonomia jest najważniejsza, głupcze!”…

Dobijający do 80-tki Biden słabo kojarzący, nawet kiedy czyta z telepromptera, zapadający często w drzemkę, zdołał obudzić złego ducha inflacji (oficjalnie 8,6%), ceny żywności podniosły się w stosunku rocznym o 12%, przeciętne ceny wynajmowania mieszkań skoczyły o 15% ($2,000.00 miesięcznie), giełda runęła w dół 21% . W Kalifornii cena galona benzyny (3,785 litra) wynosi między $6,00 i $7.00, przy przeciętnej krajowej powyżej $5,00, ostatnio napełniłem zbiornik za $128.00. Oblicza się, że przeciętna rodzina z powodu inflacji straci rocznie jeden miesiąc dochodu. Oficjalnie rząd Bidena za inflację, ceny paliw wini Putina, ale prawdą jest, że inflacja rozpoczęła swój marsz przed marszem Putina na Kijów. Jedynym wytłumaczeniem tej sytuacji jest konstatacja, że Biden specjalnie doprowadził do wywołania inflacji, aby obniżyć wartość dolara w związku z tworzonym w szalonym tempie zadłużeniem, aby móc to zadłużenie spłacać…

Wydaje się, że w odwróconym schemacie Lenina lewica swoją ekonomiczną polityką sama założy sobie zachłannie ideologiczny sznur na szyje i kopnie stołek w nadchodzących jesiennych uzupełniających wyborach.

Kiedy Republikanie przejmą obydwie izby Kongresu mogą przywrócić fokus na energetyczną samowystarczalność (Trump), poskromienie inflacji, poskromienie wydętych wydatków, zabezpieczenie południowej granicy, przywrócenie prawa rodziców nad dziećmi (Biden używa tu FBI), przegonienie genderystycznej propagandy ze szkół (drag queens) i zapobieżenie genderowej  kastracji dzieci. Ach, czego można się spodziewać po trzeciej kadencji Obamy (marksistowskie medium Biden), z szefem spraw Covidowych Faucim i bioetykiem Ezekiel Emmanuel (bratem “dead fish” mer Rahm, rodzina pochodzi z Polski, ojciec był bojownikiem Irgun), który uważa, że ludziom powyżej  75 roku życia nie należy się opieka medyczna. A wszystko to aby obniżyć społeczne koszty opieki i lepiej dbać o Matkę Ziemię. Istni cyrkowcy…

Jednak tytuł tekstu mówi coś innego, więc wracam do tematu. Niewątpliwie Ameryka, która zasłynęła jako etniczny tygiel, w którym mieszają się wszystkie możliwe rasy i co więcej grupy etniczne i religijne przechodzi wyraźny kryzys. W historii nie jest to coś nadzwyczajnego, kiedy następuje upadek wielkiego imperium po tym jak zapomniane i rozmyte zostały wartości, które go tworzyły. Wiadomo, że dzisiejsza Ameryka powstała na ziemi odebranej Indianom przez trzy europejskie potęgi, Anglię, Hiszpanię i Francję. Czyli rekapitulując, doszło do ogromnych ludnościowych zmian na północno amerykańskim kontynencie. Dziś bezwzględne koło zamachowe historii kolejnymi uderzeniami ponownie zmienia rasowy, religijny i etniczny obraz Ameryki, w której rej wiodły WASP, czyli praktycznie biali anglosascy protestanci. Tak zorganizowana Ameryka uratowała od niemieckiej hegemonii Europę w czasie I-szej,  II wojny światowej i zimnej wojny.  Po zwycięstwie stając się światowym hegemonem narzucającym światowej wymianie swoją walutę i kontrolującym cały oceaniczny i morski handel na świecie.

Nie wchodząc w szczegóły dziś mamy nieco inną sytuację z sięgającymi po światową dominację Chinami, odradzającą się Rosją i niszczoną przez wyalienowane ponadnarodowe elity Amerykę, która podlega pewnym niebezpiecznym odśrodkowym tendencjom, których celem jest jej destrukcja. 

Spróbujmy zwrócić uwagę na wewnętrzną sytuację w Ameryce na dzień dzisiejszy, kładąc nacisk na jej zmieniającą się demografię, która już ma i będzie miała swoje konsekwencje. Po pierwsze, podobnie jak to zauważamy w Europie, Japonii, czy Chinach amerykańskie społeczeństwo też się starzeje. W kategorii populacji wieku od 0 do 4 lat życia między rokiem 2010 i rokiem 2020 wskaźnik zmniejszył się z 6,5% na 5,9% populacji. Natomiast wskaźnik populacji 65 i starszych zwiększył się z 13,1% do 16,9%.

W 2020 r. biali (non-Hispanic) stanowili 59,7% mieszkańców Ameryki, w porównaniu z danymi z 2010 r. kiedy to stanowili 63,8% populacji (spadek o 4,1%). W tym samym czasie populacja mieszkańców pochodzenia latynoskiego wzrosła o 2,2%, czyli osiągnęła 18,6%.

Jeszcze w 1950 r. aż 90% populacji w USA stanowili biali. Każdego dnia populacja USA (ok. 333 mln mieszkańców)  zwiększa się o ponad 8,000 ludzi, prawie 90% z tego przyrostu stanowią ludzie “nie-biali”. Od 2011 r. rodzi się większość dzieci nie-białych (wtedy 50,4%). Dziecko rodzi się co 7 sekund, co daje ok. 12,343 urodzin dziennie. W grupie powyżej 65 roku życia zdecydowanie przeważają biali (78%). Codziennie rodzi się ok. 6,048 białych dzieci (49% wszystkich narodzin), jednocześnie dziennie umiera ok. 5,204 białych Amerykanów. Z kolei codziennie rodzi się 6,295 dzieci “nie-białych” (51% wszystkich urodzeń), a umiera jedynie 1,442, co niesamowicie wzmacnia wzrastający trend “nie-białych” mieszkańców.

Dodatkowo ok. 90% wszystkich nowych imigrantów stanowią ludzie “nie-biali”. Oczywiście trudno policzyć wszystkich imigrantów, szczególnie tych co przekraczają granicę nielegalnie i nie mają kontaktu ze służbą graniczną. Wiadomo, że dziennie przybywa 2,618 legalnych imigrantów zdecydowana większość z nich to “nie-biali”. Kiedy podsumujemy liczby urodzeń i śmierci osiągniemy dzienny wzrost liczby “nie-białych” Amerykanów o 7,261, oraz wzrost liczby białych jedynie o 1,053.

Ludzie “nie-biali” stanowią teraz ok. 37-40% populacji USA, co oznacza potrojenie plus ich liczby z 1965 r. (12%). Dwie najszybciej rosnące grupy to Latynosi i Azjaci. W 1965 r. Latynosi w USA liczyli ok. 9 mln, w 2013 r. liczyli już 54 mln! W tym samym czasie populacja amerykańskich Azjatów wzrosła z 2 mln, do ponad 18 mln…

Wśród 50 stanów najbardziej ludna jest Kalifornia (39,5 mln), następnie Teksas (29,2 mln) i Floryda (21,5 mln). Rządzona przez Demokratów Kalifornia odnotowała jednak ostatnio poważny spadek populacji uciekającej spod socjalistycznych rządów, np. San Francisco straciło ok. 20% mieszkańców, dlatego dotąd rosnące ceny domów zaczęły tam spadać. Powodem porzucania stanu jest nie tylko trudność prowadzenia biznesów i posiadania rodziny wśród sieci narastających biurokratycznych regulacji, ale również wzrastająca przestępczość, wciskany  edukacyjny genderyzm jak i szerząca się narkomania i niecywilizowane zachowania licznych bezdomnych.

Najwięcej Amerykanów przeprowadza się do rządzonych przez Republikanów stanów: Teksasu i Florydy, które mają dobrą biznesową atmosferę, jak i prawie brak covidowych obostrzeń. W ciągu dekady (2010, 2020) największy wzrost populacji odnotował Teksas, któremu przybyło aż 4,1 mln mieszkańców. Największy ubytek mieszkańców odnotował rządzony przez Demokratów stan Illinois, który w ciągu dekady opuściło aż 253,000 ludzi.

Rocznie populacja USA wzrasta przeciętnie o 0,6-0,7%. Największą grupę w populacji ciągle stanowią jeszcze biali:  196,8 mln (2020 r.). W ostatniej dekadzie największy wzrost odnotowali Latynosi z 50,7 mln (2010 r.), do 61,3 mln (2020 r.).

Jak widzimy z liczb biała populacja USA dość szybko się kurczy, ulega zmianie mozaika rasowa i etniczna, co w konsekwencji doprowadzi do zmiany priorytetów w amerykańskiej polityce tak wewnętrznej jak i międzynarodowej, ale to już nieco inny temat…

Kaczyński ma tak fatalna rękę do kadr, że nawet co do samego siebie się pomylił

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/kaczynski-ma-tak-fatalna-reke-do-kadr-ze-nawet-co-do-samego-siebie-sie-pomylil/

Kaczyński „rezygnuje ze służby dla Polski, żeby służyć partii” i to nie moje słowa, ale oficjalne stanowisko byłego „wicepremiera do spraw bezpieczeństwa”. Gdyby ktoś nie kojarzył, że taki wicepremier o tak dziwnym tytule, który specjalnie dla niego został stworzony, w ogóle istniał, to śpieszę poinformować, że istniał i nazywał się Jarosław Kaczyński.

Ostatni raz z powagi państwa w podobny sposób zakpił ten sam polityk Jarosław Kaczyński i sprawa również dotyczyła wicepremiera powołanego na siłę. Było to w 2006 roku, kiedy to najpierw prezes PiS zdecydował o dymisji śp. wicepremiera Andrzeja Leppera, uznając go za „człowieka o marnej reputacji”, a potem w nocy Lepper ponownie został powołany na to samo stanowisko. W tamtym czasie jeszcze jakoś dało się to usprawiedliwić, PiS nie miał żadnego wyboru i musiał się dogadywać z „ludźmi o marnej reputacji”, żeby utrzymać większość w sejmie.

W 2021 roku, gdy Jarosław Kaczyński obejmował stanowisko wicepremiera o egzotycznym tytule, nie istniała najmniejsza konieczność, aby taki ruch wykonywać. PiS miał większość i mógł w dowolny sposób zapewniać bezpieczeństwo państwa, bez tworzenia groteskowych stanowisk w rządzie. Stało się inaczej i nikt od początku nie krył po co ten cały cyrk został uruchomiony?!

Kaczyński miał być policjantem pilnującym, aby się Morawiecki z Ziobrą nie pozagryzali. Niczemu innemu to nie miało służyć, ale i to się Kaczyńskiemu kompletnie nie udało. W efekcie podał się do dymisji i ponownie, z pełną bezczelnością, podał partyjniackie powody swojej decyzji:

„To nie tak, że przeceniam swoją rolę, chodzi po prostu o to, że partia musi odzyskać werwę, bo zbliża się ten czas, który dla każdej partii politycznej na świecie jest najważniejszy. Wybory są po to, aby uzyskać dobry wynik wyborczy, a jeśli chodzi o PiS, to tym dobrym wynikiem wyborczym będzie ich wygranie i możliwość sprawowania władzy, oczywiście w koalicji Zjednoczonej Prawicy.”

Jestem pod wrażeniem politycznego realizmu, ale w treści tej krótkiej wypowiedzi zwiera się też definicja tego, co z się z człowiekiem i politykiem Kaczyńskim stało. Najkrócej mówiąc Jarosław Kaczyński upadł i nie sądzę, żeby się już podniósł. Zaledwie kilka zdań pokazuje, o co temu politykowi chodzi i co mu spędza sen z powiek. Kaczyński ma dwa priorytety: utrzymanie swojej pozycji w partii i wzmocnienie pozycji partii, by ta była zdolna do utrzymania władzy.

W zasadzie jest to kwintesencja polityki, jeśli się pozbędziemy wszelkich złudzeń i naiwności, ale przyznacie Szanowni Rodacy, że mimo wszystko robi wrażenie. Oto człowiek, który tysiące razy opowiadał o służeniu Polsce i zdobywaniu władzy po to, żeby Polskę zmieniać, zrezygnował z pracy dla Polski na zaszczytnym stanowisku wicepremiera i postanowił poświecić się partii, żeby ta zdobyła władzę dla samej władzy.

Choćbym nie wiem ile sentymentów i pozytywnych wspomnień zachował w pamięci, a były takie momenty, kiedy Kaczyńskiemu i PiS chciało się pomagać, to nie jestem w stanie obronić tego cynicznego i jednocześnie żałosnego zachowania.

Polityk zawsze bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, o Kaczyńskim od zawsze się mówiło, że jego największą wadą jest fatalna ręka do kadr. Dziś ten zarzut potwierdził się z całą mocą, bo trudno o bardziej dobitny obraz niż Kaczyński, który swoją postawą przyznaje, że pomylił się co do siebie samego.

Przykro się na to wszystko patrzy i chociaż cały przebieg „kariery” wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego przewidziałem od początku do końca, to nie czuję żadnej satysfakcji. Co jakiś czas Polska dostaje kolejną szansę od opatrzności albo w świeckiej wersji od losu, ale zazwyczaj są to krótkie chwile, po których niezmiennie się okazuje, że do polityków i partii to nasza ukochana Ojczyzna nie ma szczęścia. Miał Kaczyński do dyspozycji prawie wszystkie narzędzia, żeby Polska, była Polską, ostał mu się ino sznur, którym będzie odzyskiwał werwę partyjną.

Rząd przygotowuje sobie grunt pod szybkie, tanie i bezproblemowe wywłaszczenia.

RÓWNIE WAŻNE JAK PROTEST:

https://www.facebook.com/groups/NieDlaCPK/permalink/778692473494795/

Po cichutku, ale nie po malutku, rząd przygotowuje sobie grunt pod szybkie, tanie i bezproblemowe wywłaszczenia. Nie ogranicza się w tym też za bardzo – zmiany w ustawie o gospodarce nieruchomościami dotyczą wywłaszczeń nie tylko pod CPK i KDP, ale tak ogólnie, pod wszystkie cele publiczne.

Czyli jak ktoś w przyszłości będzie wywłaszczany pod cokolwiek – to już na znacznie gorszych warunkach.

Jest to kolejny krok (po ograniczeniu swobodnego obrotu ziemią rolną kilka lat temu) w konsekwentnym dążeniu do ograniczania konstytucyjnego prawa do własności w Polsce.

Na sejmowych stronach znajduje się gotowy, świeżutki projekt zmian w ustawie o gospodarce nieruchomościami. Dowiadujemy się z niego m.in. że:

Już na 100% likwidowana jest tzw. zasada korzyści stosowana do tej pory, będąca jedyną szansą na uzyskanie odszkodowania pozwalającego ułożyć sobie życie w innym miejscu. O tym, że rynkowa wartość nieruchomości (która ma być podstawą wyliczenia wysokości odszkodowania) na terenach, na których obrót nieruchomościami został praktycznie zamrożony, spada i będzie spadać wspominać już chyba nie trzeba… Tak po prostu jest, a spółka CPK zaciera ręce z radości.

W projekcie ustawy w zawiły sposób przedstawione są sposoby obliczania rozmaitych “bonusów” mających rzekomo zrekompensować utratę prawa do zasady korzyści. Niestety to zwykła zasłona dymna – oprócz rzadkich przypadków – odszkodowania będą zdecydowanie niższe. Zresztą nie kryje się z tym partia rządząca, z dumą przedstawiająca wyliczenia, pokazujące jak skarb państwa ma na tym spektakularnie “zaoszczędzić”.

Bardzo interesujący jest rozdział 2.5 uzasadnienia – „Zgodność zmian dot. wywłaszczenia z Konstytucją RP i Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności”. W rozdziale tym autor doskonale sam sobie przeczy przytaczając różne definicje słusznego odszkodowania gwarantowanego w Konstytucji RP. Zmiany wprowadzone do omawianej ustawy sprawiają, że proponowany sposób wyliczania odszkodowania za wywłaszczenie nie spełnia żadnej z tych definicji. Czyli jest niezgodny z Konstytucją RP. Ale kto by się tym przejmował…

Projekt zmian dotyczy również bezpośrednio ustawy o CPK z 2018r – wprowadzane zmiany dają spółce dość szeroką dowolność w ustalaniu wysokości odszkodowań…w górę! Daje to wspaniałe możliwości do spekulacji ziemią i wypłacania “wybrańcom” odszkodowań wyższych niż wyliczonych wg ustawy o gospodarce nieruchomościami. Kim będą wybrańcy, którzy skorzystają na tych zmianach? Czas pokaże…

Temat ten polecamy uwadze zaangażowanych w naszą sprawę posłów:

Dlaczego Polacy zgłupieli? Oto jeden z głównych powodów: Gwałt na pojęciach.

Dlaczego Polacy zgłupieli? Oto jeden z głównych powodów

Autor: CzarnaLimuzyna, 21 czerwca 2022

https://www.ekspedyt.org/wp-content/uploads/2017/10/Escher_optical-illusion.jpg

Od wielu lat namawiam do nazywania rzeczy po imieniu. Teoretycznie jest to możliwe, lecz do zastosowania tej zasady w praktyce potrzebna jest wiedza – znajomość CAŁEJ prawdy o danym zjawisku, idei lub wydarzeniu politycznym.

Fałszywe słowa, fałszywe nazwy zawierają w sobie truciznę, której połknięcie częściowo paraliżuje nam rozum. Odrobinkę. W przypadku połknięcia większej ilości kłamstw paraliżuje bardziej. Trudniej nam się myśli, trudniej dokonuje analiz, jesteśmy bardziej podatni na manipulacje, a kolejne trucizny zatruwają nam nie tylko rozum, ale serca i dusze.

Doskonałym przykładem fałszu jest nazwa instytucji politycznej zwanej Unią Europejską. Nazwa ta jest z pewnego istotnego punktu widzenia całkowicie fałszywa. Geograficznie jest to obszar położony na kontynencie europejskim, lecz pod innymi względami nazwa nie odpowiada prawdzie.

W 2017 roku „UE” ogłosiła oficjalnie, że aktualnie jej programową wytyczną jest i pozostanie ideologia komunistyczna. Trudno w to uwierzyć, ale większość ludzi nie wie tego do dzisiaj.

Z historii wiemy, że żadna odmiana komunizmu nie jest lepsza od nazizmu. Może natomiast być z nim skonfliktowana, często pozornie, zazwyczaj tylko w warstwie werbalnej.

Unia jest również organizacją faszystowską spełniającą klasyczną definicję w teorii oraz realizującą tę ideologię w praktyce. „Nic bez Unii, nic poza Unią, nic przeciwko Unii”.

Każda ideologia totalitarna zawiera w sobie domieszkę komunizmu, faszyzmu, a nawet nazizmu pojmowanego jako gwarantowana prawnie dominacja klas panujących – narodów, ras oraz grup uprzywilejowanych. W unii posteuropejskiej i nie tylko, wbrew plotkom, narodem obranym, obranym za przewodni nie są Eskimosi, lecz Żydzi. Niżej w hierarchii stoją kolorowi, a potem osobnicy odbiegający od normy.

Czy antyeuropejskie działania można nazwać europejskimi?

Bardzo często słyszymy sformułowanie „wartości europejskie”. Warto napisać czym są. W praktyce unia anty-europejska zajmuje się:

  • systematycznym odbieraniem wolności i innych podstawowych praw.
  • okradaniem obywateli z równoległym ograniczaniem prawa do dysponowania własnymi pieniędzmi /majątkiem/.
  • wspomaganiem procederu zabijania dzieci nienarodzonych na żądanie.
  • inwigilacją i cenzurą pod płaszczykiem bezpieczeństwa i poprawności – zgodności z neomarksistowskim standardem – tzw. praworządnością, której mają pilnować urzędnicy nowego prawa /sędziowie z unijnym certyfikatem/.
  • Zarządzaniem procesem niszczenia moralności i umiejętności logicznego myślenia poprzez finansowe wspieranie inicjatyw de-edukacyjnych –  ogłupiających  – demoralizujących, a w końcowym etapie różnych form depopulacji.
  • [ – Wydzieliłbym: nachalnym wciskaniem [to o wiele więcej, niż „promowanie”] zboczeń seksualnych, rozpusty, satanizmu. md]

Inne słowa i sformułowania… jest ich mnóstwo, lecz pozostawiam to pole wolnym dla Czytelników. Dopiszę tylko jedno w kontekście powyższego. “Zjednoczona prawica”. Fejkowa nazwa lewicowej, a co za tym idzie zdegenerowanej koterii, która swoją teoretyczną niezgodę i teoretyczny opór wobec unii okazuje w praktyce: na klęcząco lub pełzając. Podobny rozdźwięk pomiędzy teorią a praktyką występuje na każdym kroku. Wystarczy zacytować głównego Sromotnika (m.in. od sromoty), który powiedział niedawno:

Bez Śp. Lecha Kaczyńskiego nie moglibyśmy doprowadzić do tego, że dzisiaj Polska jest dużo sprawiedliwsza, silniejsza i lepsza. Broniona jest suwerenność, podmiotowość…

Cytat równie prawdziwy jak deklarowany “patriotyzm” i “prawicowość” członków tej antypolskiej w praktyce, formacji.

Najpoczytniejsza amerykańska gazeta „USA Today” – wycofała artykuły jawnie sfabrykowane.

https://www.bibula.com/?p=134686

Amerykański dziennik USA Today, notowany jako najbardziej poczytna gazeta w USA, usunęła w zeszłym tygodniu ze swojej strony internetowej 23 artykuły, po tym jak dochodzenie wykazało, że reporterka gazety, Gabriela Miranda sfabrykowała informacje.

Reporterka co prawda zrezygnowała z redakcji, gazeta po długim okresie ich eksponowania usunęła teksty, lecz z pewnością ich treść już zniekształciła myślenie o rzeczywistości i skrzywiła widzenie świata u czytelników.

USA Today jak wszystkie mainstreamowe gazety – to lewicowa gazeta informacyjna oraz partner Facebooka w programie tzw. sprawdzania faktów. Te „fact checker-y” przyczyniały się do rozpowszechniania fałszywych informacji, a niektóre z usuniętych artykułów promowały lewicową ideologię, atakowały wprowadzoną w Teksasie ustawę ograniczającą aborcję, krytykowały „antyszczepionkowców” oraz przedstawiały fałszywie wydarzenia na Ukrainie, powołując się na nieistniejących „świadków”.

„Audyt ujawnił, że niektóre cytowane osoby nie były powiązane z podawanymi organizacjami i wyglądały na sfabrykowane” [tj. wymyślone… md] – podała gazeta w oświadczeniu. „Istnienie innych cytowanych osób nie mogło być niezależnie zweryfikowane. Ponadto, niektóre historie zawierały cytaty, które powinny być przypisane innym osobom”.

Staramy się być dokładni i rzeczowi we wszystkich naszych treściach i ubolewamy nad tą sytuacją” – dodała gazeta USA Today, w swoich śmiesznych i obłudnych przeprosinach.

Gdyby bowiem nie staranne dziennikarstwo niezależnych mediów prowadzące śledztwo w sprawie tekstów publikowanych w USA Today, to do dziś czytelnicy byliby dalej wprowadzani w błąd. Szkoda, że śledztwo dotyczyło tylko jaskrawego przykładu jednej z reporterek gazety.

Usunięcie jawnie spreparowanych artykułów nie oznacza, że reszta publikacji, w tej i innych gazetach, opiera się na faktach bądź obiektywnie przedstawia rzeczywistość.

Oprac. www.bibula.com 2022-05-11 na podstawie LifesiteNews (Jun 20, 2022), New York Times (June 16, 2022)

Czy będziemy musieli się modlić do polakożerców Andrzeja Szeptyckiego i Andrija Bandery?

[Artykuł z 2017r., ale… niestety aktualny, więc przypominam. Mirosław Dakowski]

Greckokatolicki metropolita lwowski Andrzej Szeptycki znalazł się wśród ośmiorga sług Bożych, których dekrety o heroiczności cnót zatwierdził 16 lipca papież Franciszek.   — Oznacza to, że już wkrótce może on zostać zaliczony w poczet błogosławionych.  — Z kolei 27 lipca poinformowano, że za wstawiennictwem metropolity Szeptyckiego miał się dokonać cud. — Tego rodzaju wydarzenie w zasadzie bezpośrednio umożliwia beatyfikację, jednak musi to zostać zatwierdzone przez Watykan. / Kresy.pl (29 lipca 2015)

W latach 1900-1944 arcybiskupem grekokatolickim (ukraińskim) Lwowa był Andrzej Szeptycki – Polak-renegat i nieprzejednany wróg Polski i Polaków, współtwórca i ojciec duchowy nacjonalizmu ukraińskiego,

— człowiek, który po napadzie Niemiec na Związek Sowiecki 22 czerwca 1941 roku, w imieniu swoim i narodu ukraińskiego skierował do Hitlera własnoręcznie podpisaną deklarację chęci uczestnictwa w budowaniu „nowego porządku w Europie”, a po zdobyciu przez Wehrmacht Kijowa wysłał do Hitlera list z gratulacjami;

— później, — w 1943 roku   —  do  ukraińskiej Dywizji SS Galizien delegował 20 kapelanów greckokatolickich i nigdy nie potępił ludobójstwa ludności polskiej —  przez bandycką Ukraińską Powstańczą Armię, złożoną głównie z jego wiernych (Wikipedia).

Dlatego, kiedy Ukraińcy na emigracji rozpoczęli starania w Watykanie o wyniesienie   Szeptyckiego na ołtarze,   —  ówczesny prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński dwukrotnie,   w 1958 i 1962 roku zablokował w Watykanie jego proces beatyfikacji   — (Dwie twarze abp Szeptyckiego, wywiad z Andrzejem A. Ziębą „Rzeczpospolita” 29.11.2009).

Pisałem już w KWORUM o abp Andrzeju Szeptyckim („Abp Andrzej Szeptycki – patron renegatów i ludobójców?” 6.10.2012).

Jednak później znalazłem dwie dodatkowe informacje niepochlebnie świadczące o nim i jego współpracownikach.

Pierwsza to ta, że   — nie tylko reprezentantem arcybiskupa Andrija Szeptyckiego w rozmowach z niemiecką antypolską organizacją HAKATA w zaborze pruskim —  (o której wyjątkowo podłej antypolskiej działalności uczy się w szkole młodzież polska) — przed I wojną światową był ks. Włodzimierz Hanyckyj,  — ale także, i to na pewno   — z inicjatywy Szeptyckiego, zapoczątkował te kontakty i do końca był głównym łącznikiem (Stanisław Stroński Pierwsze lat dziesięć (1918-1928) Lwów 1928, str. 41-47).

A druga to ta, że — sekretarz arcybiskupa Szeptyckiego z okresu II wojny światowej,  —  ks. Josyp Kładoczny, który był konfidentem Gestapo, — pod koniec   1942   roku przybył do Warszawy z pełnomocnictwem od Szeptyckiego do nawiązania kontaktów z polskimi działaczami konspiracyjnymi.

Wszystkie   osoby, z którymi się kontaktował, zostały później aresztowane, — w tym Władysław Minkiewicz, M. Rettinger, redaktor „Czasu” Jan Moszyński i R. Żurowski oraz jego żona i córki.

Moszyński przesłał gryps z Pawiaka do rodziny, w którym podał, że — zadenuncjował ich wszystkich ks. Kładoczny (A. Kubasik, Arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego wizja ukraińskiego narodu, państwa i cerkwi, Lwów–Kraków 1999).

Te fakty rzucają dodatkowy cień na abpa Szeptyckiego.

Jeśli  nawet nie brał w tym wszystkim udziału, — co jest mało prawdopodobne, —  to   sam fakt, że w jego najbliższym otoczeniu byli kapłani, którzy zamiast służyć Bogu służyli szatanowi, — stawia Szeptyckiego w złym świetle.

To na pewno nie kandydat na ołtarze!

Ukraińcy i Ukraińska Cerkiew grekokatolicka — (jej poprawna nazwa powinna brzmieć Ukraińska Cerkiew Prawosławna Podległa Watykanowi, gdyż dzisiaj jest to wyznanie, obrzęd i tradycja czysto prawosławna) — nie dają za wygrane.

Prośbą i groźbą (szantażem) domagają się od Watykanu wyniesienia Szeptyckiego na ołtarze.

Watykan uległ tym nachalnym naciskom i  —  27 czerwca 2001 roku usłyszeliśmy słowa adresowane do Ukraińców: 

— „Jak moglibyśmy nie wspomnieć dalekowzrocznej i gruntownej działalności pasterskiej Sługi Bożego, metropolity Andrzeja Szeptyckiego, którego proces beatyfikacyjny posuwa się do przodu, i którego mamy nadzieję oglądać pewnego dnia w chwale świętych?”

[UWAGA! — To pontyfikat „Wielkiego Świętego JP II” — przyp. m.j]

Biskupi polscy, — z których większość jeśli nie wszyscy zapewne nie wiedzą kim był Szeptycki, tym razem nie protestują. — Co więcej, arcybiskup krakowski, kard. Stanisław Dziwisz wziął udział w zorganizowanej przez Ukraińców w 2009 roku konferencji ukraińsko-polskiej o „świętości” Szeptyckiego.

[Nieuki i nie-Polacy… nie wiedzą, nie wiedzą  (bo Polacy wiedzą) — i nie ma im kto powiedzieć …  —  jak ze Stalinem, taki był dobry i nic nie wiedział — przyp. m.j

Widać jednak, że sam Bóg czuwa, aby do tego nie doszło. — Bowiem kluczowymi momentami procesu beatyfikacyjnego są stwierdzenie heroiczności cnót Sługi Bożego oraz kanoniczne stwierdzenie, że za jego wstawiennictwem dokonał się co najmniej jeden cud. Lata lecą i lecą – to już 13 lat od zapowiedzi watykańskiej, a tego cudu jakoś nie ma i nie ma! Taki to był „sługa boży”! Watykan zdaje sobie bardzo dobrze sprawę z tego jak wielkie oburzenie na świecie wywoła komunikat zapowiadający beatyfikację Szeptyckiego.   — Bo prawdziwej historii Szeptyckiego nie jest dzisiaj w stanie zmienić nawet sam Bóg, bo wówczas przystał by być Bogiem.

[ cud to żaden problem … dzisiaj… właśnie się „zdarzył” … — zob. Andrzej Szeptycki znalazł się wśród ośmiorga sług Bożych, których dekrety o heroiczności cnót zatwierdził 16 lipca papież Franciszek.   — Oznacza to, że już wkrótce może on zostać zaliczony w poczet błogosławionych.  — Z kolei 27 lipca poinformowano, że za wstawiennictwem metropolity Szeptyckiego miał się dokonać cud. — Tego rodzaju wydarzenie w zasadzie bezpośrednio umożliwia beatyfikację, / Kresy.pl (29 lipca 2015)  — przyp. m.j

Bezczelność ukraińska i Ukraińskiej Cerkwi grekokatolickiej jest bezgraniczna.

Otóż w 2009 roku centrum kanonizacji Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej rozpoczęło starania w Watykanie także o  beatyfikację ks. Andrija Bandery (Tatiana Serwetnyk Błogosławiony Bandera? „Rzeczpospolita” 18.4.2009).

Andrij Bandera (1882-1941) to —  ojciec Stepana Bandery (1909-1959), który był terrorystą (takim prawdziwym), twórcą ukraińskiej nacjonalistycznej frakcji banderowskiej OUN-B, odpowiedzialnej za rzeź Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-45 (100 000 ofiar).

Tymczasem prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko 20 stycznia 2010 podpisał dekret którym Stepanowi Banderze nadano pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy.

— Stawia mu się pomniki (np. wielki we Lwowie, nazwa ulice jego imieniem, Poczta Ukraińska wypuściła znaczek pocztowy itd.).

Z biogramu opublikowanego w Wikipedii nie widać, aby Andrij Bandera zasłużył sobie na wyniesienie go na ołtarze.   — Bo aresztowanie go przez NKWD i śmierć w więzieniu to stanowczo za mało.

Takich męczenników było miliony i nikomu nie przychodzi do głowy wyniesienie ich na ołtarze.

A adwocatus diaboli nie będzie spał.

Wyciągnie, bo wyciągnąć to musi, że Andrij Bandera, z którego biogramu dowiadujemy się, że chociaż był księdzem, —  był także wściekłym nacjonalistą (co już samo w sobie jest grzechem!), wychował także swego syna na wściekłego nacjonalistę („niedaleko pada jabłko od jabłoni”).

Bo na to jakimi jesteśmy w życiu na duży wpływ wychowanie w rodzinie. Gorzej, ten syn stał się ludobójcą!!!

O co chodzi w tym wszystkim Ukraińcom i Ukraińskiej Cerkwi grekokatolickiej.

Chodzi tylko i wyłącznie o to, że ew.   — wyniesienie na ołtarze Andrija Bandery sprawi, że ich bohater narodowy Stepan Bandera znajdzie się w blasku chwały swego „świętego” ojca, że — świat zapomni o jego – ich ukochanego ponad wszystko pupilka – zbrodniach.

__________________

Marian Kałuski, Australia Kworum 2014/08/22

Polska zamierza zaakceptować kult Bandery

Witold Jurasz https://wiadomosci.onet.pl/swiat/polska-zamierza-zaakceptowac-kult-bandery-wczesniej-byl-gwaltowny-opor/qvtmc8k

Według informacji uzyskanych przez Onet z dwóch niezależnych źródeł w dyplomacji, władze Polski podjęły decyzję, żeby w relacjach z Ukrainą wyciszyć spór o gloryfikację Stepana Bandery i przestać przeciwko temu kultowi protestować. To mina podłożona pod stosunki polsko-ukraińskie.

Foto: Sergei Supinsky / AFP Demonstracja z okazji rocznicy urodzin Stepana Bandery, 1 stycznia 2022

Polska miałaby od tej chwili ograniczyć się do sprzeciwu wobec kultu naczelnego dowódcy Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) Romana Szuchewycza oraz dowódcy UPA na Wołyniu Dmytro Klaczkiwskiego ps. Kłym Sawur, bezpośrednio odpowiedzialnych za mordowanie Polaków

  • Rola Bandery różni się od tej dwójki tym, że Bandera w czasie rzezi na Wołyniu siedział w niemieckim obozie. Ponosi natomiast odpowiedzialność polityczną i moralną. Ale nie znaczy to, że Bandera nie ma polskiej krwi na rękach. Był na wolności, gdy OUN dokonał pogromów Żydów we Lwowie w 1941 r. Zamordowani wówczas Żydzi byli jednocześnie Polakami
  • Rząd PiS najpierw w 2015 r. sprowadził całokształt relacji polsko-ukraińskich do sprawy Bandery. Teraz popada w drugą skrajność, całkowicie ten problem odrzucając

Informacje Onetu wydaje się potwierdzać wywiad szefa Kancelarii premiera ministra Michała Dworczyka, który w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” zadaje pytanie „czy sami Ukraińcy będą potrafili uznać oczywiste dla nas czerwone linie i nie gloryfikować zbrodniarzy odpowiedzialnych bezpośrednio za mordowanie Polaków, takich jak np. Kłym Sawur?”

Żeby dobrze zrozumieć ten najbardziej kontrowersyjny element stosunków polsko-ukraińskich, trzeba przypomnieć kilka wydarzeń z II wojny światowej.

UPA i rzeź wołyńska

Ukraińska Powstańcza armia (UPA) była zbrojnym ramieniem banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (tzw. OUN-B). UPA w latach 1943-1944 przeprowadziła masową akcję eksterminacyjną Polaków zamieszkujących Wołyń oraz Galicję (Małopolskę) Wschodnią, czyli sąsiadujące z Wołyniem województwa lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie. Rzeź wołyńska (w potocznym tego słowa rozumieniu, bo obejmującą wszystkie ww. ziemie) pochłonęła od minimum 70 do nawet ponad 100 tys. ofiar. Dokładnej liczby zamordowanych nigdy nie ustalono, a pomiędzy historykami toczy się na ten temat spór.

Szerszym kontekstem dla Wołynia było złe traktowanie mniejszości ukraińskiej przez władze II Rzeczpospolitej. Ukraińcy byli w 20-leciu międzywojennymi obywatelami drugiej kategorii, choć stanowili ok. 15 proc. ogółu ludności, a w południowo-wschodnich województwach byli większością. Powyższe nijak nie może być jednak usprawiedliwieniem dla masowych mordów.

Działania UPA miały tymczasem charakter masowego ludobójstwa na Polakach. Mordowano cywilów, kobiety, dzieci, starców, wybijane były całe wsie. W niewyobrażalnie nieraz bestialski sposób.

To prawda, że polskie podziemie dokonało szeregu akcji odwetowych, w których również ginęli niewinni ludzie. Ale nie ma pomiędzy tymi działaniami znaku równości. Zbrodnie polskiego podziemia miały nieporównywalnie mniejszą skalę, były reakcją na działania UPA i przede wszystkim ich celem nie była eksterminacja całej ludności ukraińskiej.

Najtrudniejszy problem

Kwestia Rzezi Wołyńskiej jest i pozostaje najtrudniejszym zagadnieniem w relacjach polsko-ukraińskich i jest najeżona kluczowymi detalami.

W Ukrainie po pomarańczowej rewolucji rozwijany jest kult UPA. Wprawdzie chodzi w nim głównie o antysowieckie działania armii, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z kultem organizacji, która dopuściła się masowych mordów na Polakach.

Równocześnie trzeba też pamiętać, że kult ten nigdy nie przyjął masowego charakteru, a tzw. banderowcy (czy też politycy ukraińskiej skrajnej prawicy) nigdy nie dominowali w ukraińskiej polityce. W istocie nie odgrywali i nie odgrywają w niej żadnej większej roli.

Na dodatek prezydent Zełenski oraz kilku innych czołowych ukraińskich polityków mają żydowskie korzenie. To o tyle ważne w tej układance, że UPA mordowała także Żydów. Twierdzenie, że Ukraina jest państwem banderowskim (lub neonazistowskim), jest w takiej sytuacji absurdalne.

Swoje interesy ma też w tej sytuacji oczywiście Rosja, która próbuje usprawiedliwiać bandycką napaść na Ukrainę tym, że jest to państwo banderowsko-nazistowskie. Określenie to jest nieprawdziwe, ale utrudnia naszej dyplomacji jakiekolwiek podnoszenie kwestii gloryfikacji Bandery przez Ukraińców.

Za co odpowiada Bandera

Wydaje się, że z punktu widzenia nie tylko samej Polski, ale zwykłej prawdy historycznej nie da się zaakceptować pomników takich niewątpliwych zbrodniarzy jak wspomniani wyżej Szuchewycz czy też Kłym Sawur, którzy ponoszą bezpośrednią i niepodlegającą dyskusji odpowiedzialność za ludobójstwo dokonane na Polakach.

Sytuacja ze Stepanem Banderą jest bardziej skomplikowana. Bandera od 1941 do 1944 r. przebywał początkowo w niemieckim więzieniu, a następnie obozie koncentracyjnym (w wypadku tego ostatniego warunki, w których przebywał różniły się jednak zasadniczo od tych, które zazwyczaj kojarzymy z obozami koncentracyjnymi i przypominały bardziej komfortowy areszt). Pomiędzy historykami toczy się spór, czy Bandera w tym okresie miał kontakt ze swoją organizacją, a tym samym czy miał wpływ na eksterminację Polaków. Ale nawet jeśli nie miał, to ponosi za tę eksterminację polityczną i moralną odpowiedzialność. Dokonało jej w końcu zbrojne ramię założonej przez niego organizacji. Poza tym, Bandera zbrodni tej nigdy choćby jednym słowem nie potępił.

Mina pod relacjami z Ukrainą

Akceptacja przez polski rząd kultu Bandery jest błędem z kilku powodów.

Po pierwsze, kult Bandery prędzej czy później doprowadzi do zadrażnień w relacjach polsko-ukraińskich. Heroizacja Bandery to w istocie mina podłożona pod relacje polsko-ukraińskie. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że Rosjanie będą próbowali eksploatować ten temat. Nie ma też żadnych wątpliwości, że w samej Polsce również nie brak polityków i sił politycznych, które będą żywiły się tym zagadnieniem.

Po drugie, akceptacja kultu Bandery napędzać będzie antysemityzm w Polsce. Już teraz słychać głosy dobiegające ze skrajnej prawicy, że Polska przyjmując inne normy w stosunku do takich zbrodni, jak ta w Jedwabnem i inne dla zbrodni popełnianych na Polakach, w istocie pokazuje swój brak suwerenności. Od tego do opowieści o Żydach rządzących światem naprawdę niedaleko.

Po trzecie, wycofanie się Polski ze sprzeciwu w stosunku do heroizacji Bandery może zagrozić istotnej z punktu widzenia Polski kooperacji w tym zakresie z Izraelem, z którym polska dyplomacja działała wspólnie, sprzeciwiając się kultowi UPA. O ile bowiem można dyskutować na temat odpowiedzialności Bandery za masowe zbrodnie na Polakach, to już nie ma żadnej wątpliwości, że był on na wolności wtedy, kiedy doszło do dwóch kolejnych pogromów Żydów we Lwowie w czerwcu i lipcu 1941.

Pogromy te miały miejsce przy życzliwej postawie, a nawet za zachętą Niemców – na tej samej zasadzie, co dokonywane przez Polaków w tym samym dokładnie czasie pogromy Żydów na Podlasiu – ale nie zmienia to faktu, że ich organizatorami była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, na czele której stał Bandera, który zresztą mordowania Żydów również nigdy nie potępił.

Izrael kultu Bandery nigdy nie zaakceptuje. A trzeba pamiętać, że mordowani we Lwowie Żydzi byli jednocześnie Polakami. Bandera, ponosząc odpowiedzialność już za tę jedną zbrodnię, ma na rękach krew tak żydowską, jak i polską.

Kompromis moralny bez korzyści

Przede wszystkim jednak rezygnacja ze sprzeciwu wobec kultu Bandery jest przykładem kompromisu moralnego, którego w polityce zagranicznej nie należy podejmować. W dyplomacji robi się czasem rzeczy moralnie niesłuszne po to, by uzyskać coś innego i na tyle ważnego, że w bilansie zysków i strat owo ustępstwo moralne staje się nieistotne. Czasem charakter moralny mają zyski i tym samym ustępstwo moralne w jednej sprawie, kompensowane jest wygraną w innej.

W tym wypadku nic takiego nie ma miejsca. Polska słusznie popiera Ukrainę w jej wojnie z Rosją i powinna to robić dalej. Nie musi natomiast jednocześnie zmieniać stosunku do Bandery.

Oba nasze kraje potrzebują siebie nawzajem. Ukrainie zależy na Polsce z oczywistych względów. Ale także Polsce zależy na Ukrainie, bo w naszym interesie jest, aby Ukraina nie przegrała trwającej od ponad trzech miesięcy wojny.

To wszystko jednak nijak od naszego stosunku do Bandery nie zależy.

Zawsze ten sam błąd

Rządy PiS w 2015 r. zaczęły się od gwałtownego zaostrzenia relacji z Ukrainą na tle kultu Stepana Bandery i innych liderów UPA. W lutym 2017 r. Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” stwierdził, że „Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie”. W lipcu tego samego roku ówczesny szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski stwierdził, że Polska jest z powodu polityki historycznej Kijowa gotowa wręcz zawetować członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej.

Teraz PiS poszedł w drugą skrajność. Michał Dworczyk we wspomnianym wyżej wywiadzie dla „Sieci” tworzy fałszywą alternatywę. Oto Polska ma mieć rzekomo tylko dwie możliwości. Albo „postawić to (kult UPA – red.) jako warunek zaporowy, co może zablokować możliwości poważniejszej współpracy w przyszłości”, albo dla odmiany ograniczyć się do sprzeciwu jedynie wobec gloryfikacji Kłyma Sawura. Powyższy dylemat jest całkowicie fałszywy. Polska nie powinna i nie musi robić ani jednego, ani drugiego.

Patrząc na politykę zagraniczną PiS trudno nie odnieść wrażenia, że polega ona, nie tylko zresztą w tej sprawie, na płynnym przechodzeniu z jednej skrajności do drugiej. Takie działanie w polityce zagranicznej zawsze oznacza tylko jedno: niedojrzałość. Nieodpowiedzialną skrajnością i wyrazem niedojrzałości było uczynienie całokształtu relacji polsko-ukraińskich zakładnikiem Bandery. Równie nieodpowiedzialne i niedojrzałe jest całkowite zarzucenie problemu kultu tej postaci.

PiS, nie po raz pierwszy niestety pokazuje, że w polityce zagranicznej popełnia jeden i zawsze ten sam błąd. Najpierw licytuje tak wysoko jak się tylko da, a że zawsze przelicytowuje, to na końcu mówi pas i nie ugrywa niczego.

Greckokatolicki biskup błog. Grzegorz Chomyszyn – a Szeptycki i Bandera.

„Okazał się prorokiem” – wywiad z ks. prof. Stanisławem Nabywańcem

[Umieszczam w związku z informacjami (czerwiec 2022) o wymuszaniu „świętości” a-bpa Szeptyckiego i – w którejś cerkwi prawosławnej na Ukrainie – jakiegoś Bandery. MD]

Styczeń 2017 https://kresy.pl/wydarzenia/greckokatolicki-biskup-grzegorz-chomyszyn-okazal-sie-prorokiem-wywiad-z-ks-prof-stanislawem-nabywancem-2/

Z ks. prof. dr hab. Stanisławem Nabywańcem, kierownikiem Zakładu Historii Nowożytnej i Dziejów Kościoła Uniwersytetu Rzeszowskiego, rozmawia dr Adam Kulczycki.

– Jest Ksiądz Profesor po lekturze książki błogosławionego męczennika Grzegorza Chomyszyna „Dwa Królestwa”. Czym jest ta publikacja dla badaczy historii Kościoła?

– Lektura tej publikacji jest bardzo ciekawa ale nie tylko dlatego, że zaspokaja ona ciekawość. Jej wartość polega na tym, że jest ona swego rodzaju świadectwem świadka opisywanych czasów. Świadka nie przypadkowego, ale żywo zainteresowanego i dobrze poinformowanego o tym co wokół niego działo się. Jest to publikacja źródłowa. Biskup Chomyszyn nawiązał w swych wspomnieniach do św. Augustyna, który w swym dziele „De civitate Dei” wskazał na istnienie dwóch królestw. Królestwa Bożego i królestwa tego świata, królestwa opartego na ludzkiej przemyślności, ludzkich kalkulacjach i tym samym noszącym pietno ludzkiej niedoskonałości, ludzkich dramatów i tragedii.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Bł. bp Grzegorz Chomyszyn – niechciany ukraiński prorok

– Publikacja wywołała spore zamieszanie w środowisku Kościoła greckokatolickiego, gdyż ksiądz biskup Chomyszyn odnosi się w niej do wzrastającego agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego, który zaowocował między innymi okrutnym ludobójstwem na Wołyniu. Czy tego należało się spodziewać?

– Można powiedzieć, że greckokatolicki biskup Grzegorz Chomyszyn okazał się prorokiem. Prorokiem podobnym do biblijnego proroka Jeremiasza, który przestrzegał swego króla i swój naród przed zgubnymi skutkami postępowania swoich królów, przywódców Izraela i swego narodu. Jeremiasz wswej księdze zawarł napomnienia i groźby dla Izraelitów, zapowiedzi upadku państwa i niewoli, na skutek ich błędów i grzechów. Również biskup Chomyszyn starał się przestrzec przed zgubnymi i dramatycznymi skutkami szowinizmu ukraińskiego propagowanymi przez środowiska związane z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, realizujących ideologię Dymitra Doncowa, zawartą w wydanej w 1926 r. książce Nacjonalizm oraz w tzw. dekalogu ukraińskiego nacjonalisty,opracowanym przez studenta wydziału filozoficznego Stepana Łenkawskiego w 1929 r., do którego to „dekalogu” wstęp napisał Dmytro Doncow. Siódmy punkt „dekalogu” głosił: Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy.

W dalszej jego części Łenkawski apelował, by nienawiścią oraz podstępem przyjmować wrogów narodu ukraińskiego i rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego nawet drogą ujarzmienia cudzoziemców. To okrutny makiawelizm nakazujący realizować program nacjonalistów wszelkimi środkami. Tymi okrutnymi też. Takiego programu nie mógł zaakceptować katolicki biskup, który miał obowiązek zweryfikować ideologię nacjonalistów w świetle Ewangelii i Dekalogu. Stąd też sprzeciw Chomyszyna wobec nacjonalizmu. Poddał też krytyce postawę swego zwierzchnika duchowego, metropolitę Andrzeja Szeptyckiego. Trudno sobie wyobrazić, by wykształcony, obyty w świecie Szeptycki nie był w stanie właściwie rozpoznać, ocenić i podjąć właściwe kroki potępiające szowinizm ukraińskich nacjonalistów. Tymczasem pozwalał im działać pod swoim bokiem, jako że wynajmowali oni pomieszczenia na świętojurskim wzgórzu, w zabudowaniach należących do siedziby metropolity greckokatolickiego. Pozwoli Pan, że doniosę się tutaj do wydarzenia z ostatnich dni. Podczas spotkania autorskiego w siedzibie Wydawnictwa i księgarni Libra w Rzeszowie z okazji wydania publikacji książki ,,Cerkwie i ikony Łemkowszczyzny” zabrał głos greckokatolicki ksiądz, dr Miron Michajliszyn, zwracając się do mnie z nazwiska, wobec zgromadzonych tam kilkudziesięciu osób, mówiąc, że metropolita A. Szeptycki propagował modlitwę do Miłosierdzia Bożego, jeszcze wtedy, gdy była ona zakazana przez władzę kościelną. Chciał tym samym podkreślić rys miłosierdzia u Szeptyckiego, i pokazać miłosierne oblicze metropolity. Ponieważ słowa ks. Mirona odbiegały od tematyki spotkania, a także stan mówcy nie stwarzał okoliczności do podjęcia dialogu „na żywo”, stąd też chciałbym uczynić to tutaj. Księże Doktorze, nie wystarczyło modlić się do Miłosierdzia Bożego. Metropolita Szeptycki jako chrześcijanin, jako biskup i zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego powinien do modlitwy dołączyć także czyny miłosierdzia i wezwanie swego duchowieństwa i swych wiernych do miłosierdzia. Czy wzywał swych wyznawców i współrodaków z wyboru do okazania miłosierdzia polskim duchownym i wiernym Kościoła katolickiego, gdy atakowano ich w kościołach podczas niedzielnych Mszy św., gdy w bestialski sposób ich mordowano, niszczono ich mienie, zmuszano do ucieczki. Co uczynił z przypominającego gest miłosierdzia chrześcijańskiego, gdy płonęły polskie kościoły wypełnione modlącym się ludem Bożym, gdy mordowano bezbronnych, palono całe wsie, niszczono dobytek, szerzono terror? Wydany w listopadzie 1942 r. list „Ne ubij” (Nie zabijaj) był tak ogólny, że mógł być wydany w każdym innym momencie, by przypomnieć wiernym o obowiązku zachowania piątego przykazania. Metropolita nie nazwał zła po imieniu, nie wskazał sprawców, ani ofiar. Miał zatem rację biskup Chomyszyn poddając surowej krytyce pobłażliwość metropolity Szeptyckiego wobec ideologii i działań szowinistycznych ukraińskich nacjonalistów.

– Książka ukazała się m.in. pod redakcją księdza greckokatolickiego Ihora Pełechatyja, redaktora naczelnego pisma „Nowa Zorja”, który dekretem przełożonych został pozbawiony pełnionych funkcji. Jak Ksiądz Profesor ocenia te fakty?

– Ponieważ dekret ten wydany został po wydaniu „Dwu carstw”, można domyślać się, że w ten sposób dzisiejsza Cerkiew greckokatolicka na Ukrainie wyraziła dezaprobatę wobec wydania tej książki. Nie mogąc już powstrzymać ujawnienia prawdy, zastosowano ten środek wobec tego, kto tej prawdzie pozwolił ujrzeć światło dzienne. Należy wyrazić przekonanie, że rekurs ks. Ihora Pełhatego wniesiony do metropolity większego Kościoła greckokatolickiego spowoduje uchylenie dekretu metropolity stanisławowskiego (iwanofrankowskiego) przez najwyższego zwierzchnika Cerkwi katolickiej na Ukrainie.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: List otwarty ojca Ihora Pełehatego – redaktora i wydawcy wspomnień bł. Grzegorza Chomyszyna

– Ważnym aktorem w procesie wydania książki jest też dr hab. prof. KUL Włodzimierz Osadczy, dyrektor Ośrodka Badań Wschodnioeuropejskich – Centrum UCRAINICUM Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Wydawcą publikacji jest Ośrodek Badań Wschodnioeuropejskich – Centrum UCRAINICUM Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Klub Inteligencji Katolickiej w Lublinie. To stanowi poważny argument w rękach hierarchii greckokatolickiej, która zarzuca Kościołowi rzymskokatolickiemu wtrącanie się w sprawy Kościoła greckokatolickiego. Czy tak, to należy rozumieć?

– To Polaków, polskich księży i polskich wiernych Kościoła katolickiego w największej mierze dotknęło szaleństwo szowinizmu ukraińskiego w wykonaniu nacjonalistów ukraińskich, w większości wiernych Kościoła greckokatolickiego, dlatego Kościół katolicki w Polsce ma moralne prawo do ukazania prawdy o tym, co doprowadziło do ludobójstwa ludności polskiej na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej oraz w Bieszczadach i Beskidzie.

Czytaj również: Lwów: awantura na promocji pamiętników bpa Chomyszyna. Polski biskup obrzucony obelgami

– Co dobrego wynika z ukazania się publikacji błogosławionego męczennika Grzegorza Chomyszyna „Dwa Królestwa”?

– Ukazanie się wspomnień biskupa Chomyszyna wskazuje, że nie wszyscy Ukraińcy, nie wszyscy duchowni greckokatoliccy dali się omotać amokowi, szaleństwu nacjonalistycznego szowinizmu. Byli ludzie myślący, byli hierarchowie, duchowni i wierni, którzy ewangelię i prawo Boże dane na Synaju uważali za właściwy kierunek postępowania a nie nacjonalizm Doncowa czy tzw. dekalog Łenkawskiego. To pozwala sądzić, że i dzisiaj w narodzie ukraińskim i w Cerkwi greckokatolickiej wierność Ewangelii odniesie zwycięstwo nad wskrzeszaniem upiora szowinizmu w wydaniu Dmytra Doncowa, Stepana Bandery, Eugena Konowalca, Stepana Łenkawskiego, Romana Szuchewycza czy Andrija Melnyka. Publikacja książki „Dwa królestwa” pomoże zapewne wielu dokonać właściwego wyboru, opowiedzenia się za prawem miłości chrześcijańskiej.

– Dziękuję Księdzu Profesorowi za rozmowę.

Ks. dr hab. prof. UR Stanisław Nabywaniec [życiorys – w oryginale. MD]

Książka błogosławionego męczennika Grzegorza Chomyszyna „Dwa Królestwa” ukazała się pod redakcją ks. Ihora Pełechatyja, redaktora naczelnego pisma „Nowa Zorja”, i dr hab. prof. KUL Włodzimierza Osadczego.Wydawcą publikacji jest Ośrodek Badań Wschodnioeuropejskich – Centrum UCRAINICUM Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Klub Inteligencji Katolickiej w Lublinie. Praca „Dwa Królestwa” bł. bpa Grzegorza Chomyszyna jest źródłem dla badaczy historii Kościoła greckokatolickiego w pierwszej połowie XX w., a także życia społeczno-politycznego Ukraińców w Polsce. Przedstawia fakty i opinie autora nt. procesów zachodzących w tym środowisku, zawiera przemyślenia i rady hierarchy dotyczące nurtów religijnych, politycznych, światopoglądowych ścierających się w burzliwych latach emancypacji narodowej i odnajdywania się w nowych okolicznościach historycznych jego wiernych. „Dwa Królestwa” to pamiętniki duchownego, które przetrwały II wojnę światową i po wielu latach ujrzały światło dzienne. Były greckokatolicki biskup stanisławowski był zwolennikiem umacniania jedności kościoła unickiego z Rzymem i jednocześnie porozumienia między Polakami a Ukraińcami.

Kim był błogosławiony biskup Grzegorz Chomyszyn?

70 lat temu, 28 grudnia 1945 roku zmarł (w więzieniu NKWD) w Kijowie, w wieku 78 lat (ur. 25 III 1867), Bł. Grzegorz [Hrihoryj] Chomyszyn, biskup greckokatolicki, męczennik; w latach 1902-04 rektor seminarium duchownego we Lwowie, od 1904 ordynariusz stanisławowski; przyjmując specyfikę Cerkwi greckokatolickiej i upatrując jej misję w doprowadzeniu schizmatyków do jedności z Kościołem pod przewodnictwem papieża, starał się ograniczać separatyzm w obrzędowości oraz wpływy moskalofilstwa i prawosławia; zastąpił w liturgii słowo „prawosławny” [chrześcijanin] terminem „prawowierny”, popularyzował kult Najświętszego Sakramentu, święto Bożego Ciała i kult św. Jozafata Kuncewicza; wprowadził w diecezji obowiązkowy celibat księży; zwalczał szowinistyczny i zbrodniczy nacjonalizm ukraiński, popierał zaś Ukraińską Katolicką Partię Ludową (UKNP); współpracował też z konserwatystami i monarchistami polskimi (Jan Bobrzyński, „Nasza Przyszłość”); aresztowany po raz pierwszy przez NKWD w 1939 roku, lecz wówczas zwolniony, ponownie aresztowany w kwietniu 1945, zmarł w więzieniu łukianowskim; beatyfikowany (wraz z 28 innymi męczennikami greckokatolickimi) przez papieża Jana Pawła II 27 czerwca 2001 roku.

Polityka energetyczna rządu nabiera tempa. Pierwsze osiedle w Polsce bez ciepłej wody. Nie stać ich na węgiel. „Zielony Ład”.

https://nczas.com/2022/06/21/zaczyna-sie-pierwsze-osiedle-w-polsce-bez-cieplej-wody-nie-stac-ich-na-wegiel/
Polityka energetyczna rządu zbiera swoje żniwo. Pierwsze osiedle w Polsce straciło dostęp do ciepłej wody. Nie z powodu awarii, lecz drakońskich cen węgla.

Mieszkańcy bloków we wsi Turna na Mazowszu od poniedziałku nie mają ciepłej wody. Lokalna ciepłownia poinformowała, że skończyły się zapasy węgla, a na nowy – którego brakuje, w związku z czym ceny szaleją – nie ma pieniędzy.

W niedzielę wieczorem ostatni raz podgrzaliśmy wodę. Palacze poinformowali mnie, że zapasy się wyczerpały. Pilnie poszukujemy okazji zakupu węgla w umiarkowanej cenie, ale prawdopodobnie i tak będą musiały wzrosnąć opłaty, czyli miesięczne zaliczki za ciepłą wodę i ciepło – powiedziała WP Magdalena Zdunek, prezes spółdzielni mieszkaniowej TUR w Turnej.

Ceny węgla sięgają 3 tysiące złotych za tonę, a spółdzielni na niego po prostu nie stać. Na „kredyt” już brać nie można, bo spółdzielnia jest zadłużona, a dostawca odmówił dalszej współpracy, o ile nie zostaną uregulowane zaległości.

„Z żalem informujemy, że zapasy węgla na podgrzanie wody się wyczerpały. Dotychczasowy dostawca stanowczo odmówił dalszego dostarczania opału z uwagi na wysokie zadłużenie Spółdzielni. Brak wpłat za lokale i zbyt niska stawka za metr grzewczy, która pomimo ostrzeżeń i faktów zmieniających się cen nie została podniesiona – zmusza zarząd do wyłączenia piecy. Dalsze losy Spółdzielni w Waszych rękach” – taki komunikat mogą przeczytać na wywieszonych kartkach mieszkańcy bloków w Turnej.

Spółdzielnia zorganizuje zebranie z mieszkańcami i liczy, że ci zgodzą się na znaczną podwyżkę czynszu, by wróciła ciepła woda. Skoro takie problemy piętrzą się latem, to strach pomyśleć, co będzie działo się w sezonie jesienno-zimowym, gdy zapotrzebowanie na energię jest o wiele większe.

Z szacunków Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie wynika, że podwyżki cen sprzedaży w ciepłowniach mogą sięgnąć 60-80 proc. To pokłosie embarga na rosyjski węgiel. Polskiego brakuje, bo kolejne rządy od lat wygaszały jego wydobycie. Mimo, że Polska przecież „leży” na węglu. ”Zielony Ład”… md