Burza wokół propozycji „nowego podatku: Fundusz Ochrony Rolnictwa”. „To jawne okradanie ludzi”

Burza wokół propozycji „nowego podatku: Fundusz Ochrony Rolnictwa„. „To jawne okradanie ludzi”

Paweł Gospodarczyk podatki/burza

Fundusz Ochrony Rolnictwa to nowy pomysł rządu na wsparcie rolników, który budzi wielkie emocje. „Nagroda za głupie zarządzanie”, „okradanie ludzi” – to tylko niektóre komentarze. – Opłata na FOR zostanie przerzucona na konsumenta – mówi dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Fundusz Ochrony Rolnictwa (FOR) ma pomóc rolnikom, którzy muszą mierzyć się ze skutkami niewypłacalności firm nabywających ich produkty. Z pozoru rozwiązanie wydaje się atrakcyjne. Pieniądze gromadzone w funduszu mają pokryć straty, które producent poniósł z powodu bankructwa kontrahenta. Stanie się tak rzecz jasna pod warunkiem, że przedsiębiorca spełni określone kryterium.

Dlaczego w kontekście funduszu mówi się o „nowym podatku”? Co roku do FOR mają bowiem trafiać składki podmiotów, które zajmują się skupem, przechowywaniem lub przetwarzaniem produktów rolnych. Wysokość wpłat ma wynosić 0,25 proc. ceny netto wspomnianych towarów. Co oznacza, że rocznie do funduszu ma wpływać ok. 170 mln zł.

Już pod koniec lutegoproducenci żywności ostrzegali, że zmuszenie podmiotów do uiszczania wspomnianych wpłat, które branża nazywa wprost podatkiem, doprowadzi do wzrostu cen w sklepach.

Jednak zarzutów wobec nowego pomysłu rządu jest znacznie więcej. I płyną one z niemal każdej strony.

Fundusz Ochrony Rolnictwa jak rachunek bankowy

Jak czytamy w projekcie ustawy, FOR ma funkcjonować na podobnych zasadach co rachunek bankowy. Zgromadzone w nim pieniądze mają być wypłacane jako rekompensata dla rolników. Będzie nimi zarządzać Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa (KOWR).

Jeśli więc rolnik sprzeda swoje produkty, a nabywca mu nie zapłaci, rolnik otrzyma pomoc z FOR. Pod warunkiem że przedstawi dokument potwierdzający, że kontrahent jest niewypłacalny.

„KOWR przed przyznaniem rekompensaty ze środków Funduszu wystąpi do podmiotu, który jest niewypłacalny, o potwierdzenie braku wypłaty z tytułu należności za zbyte produkty rolne” – czytamy w projekcie ustawy, który obecnie jest na etapie konsultacji społecznych.

Ceny pójdą w górę? Branża alarmuje

Projekt złożony przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wywołał ogromne poruszenie, zwłaszcza wśród przedstawicieli sektora rolno-spożywczego.

W obecnych warunkach opłata na FOR zostanie przerzucona w całym łańcuchu produkcji i dostaw na finalnego konsumenta, co będzie dodatkowym impulsem inflacyjnym i finalnie obciąży budżety gospodarstw domowych – uważa Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Nawet samo ministerstwo przyznaje, że utworzenie FOR skutkować będzie podwyżką cen – jednak szacuje, że niewielką – o 0,06 proc. Producenci ostrzegają jednak, że produkty spożywcze staną się jeszcze droższe.

Dodatkowy wzrost kosztów wynikający z nowej opłaty osłabi też konkurencyjność przetwórców i rolników. – Opodatkowani zostaną ci nabywcy, którzy kupują polskie produkty rolne. W efekcie wzrośnie zainteresowanie tańszymi produktami rolnymi, nawet jeżeli tylko o 0,25 proc., z zagranicy – mówi w rozmowie z money.pl.

W dłuższej perspektywie opłata może wpłynąć na spadek wartości produkcji rolnej w Polsce.

Zbiorowa odpowiedzialność rolników

Nasz rozmówca zwraca uwagę na jeszcze jeden problem. W projekcie nie uwzględniono kosztów, jakie poniosą przedsiębiorcy w związku z koniecznością obsługi nowej składki. – Ministerstwo uwzględniło te koszty po stronie KOWR. W sumie będzie to ok. 4 mln zł przeznaczonych tylko na obsługę administracyjną. Za biurokrację będą musieli zapłacić zarówno rolnicy, jak i przetwórcy, a w konsekwencji polscy konsumenci – mówi Gantner.

Wątpliwości przedstawicieli branży budzi też kwestia odpowiedzialności zbiorowej. – Podmioty wywiązujące się ze swoich zobowiązań wobec rolników zostaną obciążone kosztami cudzych, nieudolnych, nierzadko celowych i patologicznych działań – mówi nasz rozmówca i dodaje, że to „drastycznie niesprawiedliwe”.

– Jedyną uwagą do tego projektu powinien być wniosek do resortu rolnictwa o zaprzestanie procedowania projektu – podsumowuje.

Mleczarze zabierają głos

Podobnymi wnioskami w rozmowie z money.pl dzieli się Agnieszka Maliszewska, dyrektor biura zarządu Polskiej Izby Mleka. Jak zaznacza, branża mleczarska będzie największym płatnikiem FOR. – Mowa o kwocie ok. 75-78 mln zł – wyjaśnia.

– W przypadku mleka to może niestety wyglądać tak, że spółdzielnia kupująca je od rolnika zapłaci 0,25 proc. w ramach wspomnianej opłaty, ale jeśli sprzeda jego część, czyli tzw. mleko przerzutowe, do innej spółdzielni, która też już zapłaciła ten podatek, to nagle z tych 0,25 proc. robi się 1 proc. – zwraca uwagę Maliszewska.

W jej opinii wiele spółdzielni, szczególnie tych mniejszych, może temu nie podołać.

To nie jest dobry czas na tego typu ustawy i to nie tylko zdaniem przetwórców, ale także rolników. Z tego, co słyszę, oni już powiedzieli temu projektowi kategoryczne „nie”, dlatego, że może on w piękny sposób zniszczyć sektor rolno-spożywczy w Polsce. Dobrze zarządzana spółdzielnia nie może pokutować za to, że nieudolny menadżer rozłożył na łopatki inną spółdzielnię – mówi nasza rozmówczyni.

Co o upadłościach mówią liczby

Rząd chce wesprzeć rolników, choć w obliczu danych z Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarcze, do których dotarła „Rzeczpospolita”, na usta ciśnie się pytanie, czy na pewno wybrał najlepsze rozwiązanie.

Jak czytamy, w 2022 roku upadłość zgłosiły trzy firmy zajmujące się sprzedażą hurtową zboża, tytoniu, nasion i pasz. Ponadto trzy firmy z tej branży poddano restrukturyzacji. „To wszystko w gronie blisko 5,2 tys. firm handlujących zbożem” – zaznacza „Rz”.

To jawne okradanie ludzi, którzy próbują coś zrobić dla produkcji rolnej w Polsce – nie kryje oburzenia przedstawicielka jednego ze skupów zboża na Lubelszczyźnie.

Sytuacja dotycząca cen zbóż jest dramatyczna, a dodatkowe obciążenie w postaci opłaty na FOR dobije producentów.

– Rzepak w ubiegłym roku o tej porze kosztował ponad 4 tys. zł za tonę, a dziś na cenniku mam wpisane 2,3 tys. zł. Rzepaku na rynku jest bardzo dużo, ale rolnicy magazynują go, bo sprzedaż za te pieniądze mija się z jakimkolwiek celem – tłumaczy. To samo dotyczy cen kukurydzy czy pszenicy.

Przygotowując artykuł, poprosiliśmy o komentarz Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Nawiązaliśmy do obaw, jakie ma branża rolno-spożywcza w związku z utworzeniem Funduszu Ochrony Rolnictwa.

Czekamy na odpowiedź.

Cud śliw kwitnących w grudniu. Zadziwiający fenomen w sanktuarium Bra koło Turynu. Ważne wyjątki. Ale w 2022 zakwitły !

Cud kwitnących tarnin w grudniu. Zadziwiający fenomen w sanktuarium Bra.

[na podst.: https://adonai.pl/cuda/?id=7 md]

W miejscowości Bra w diecezji turyńskiej znajduje się sanktuarium Matki Bożej. Od samego początku jego istnienia można zaobserwować zadziwiający fenomen kwitnięcia w końcu grudnia drzew dzikich śliwek. Chociaż w tym czasie jest tutaj śnieg i mróz, to kwitnięcie w środku zimy powtarza się każdego roku od przeszło 680 lat i stanowi niewytłumaczalną zagadkę dla nauki.

Drzewka „prunus spinosa” o kolczastych gałęziach, które rosną w tamtejszych okolicach, kwitną raz w roku wiosną. Przy łagodniejszym klimacie w marcu, przy surowszym w kwietniu. Zadziwiający wyjątek stanowi tylko grupa kilkunastu drzew tej samej odmiany, które rosną przy sanktuarium.

Zjawisko to jest skrupulatnie badane, m. inn. przez naukowców z Uniwersytetu Turyńskiego. Zaczęto je badać już od XVI wieku, ale do dnia dzisiejszego pozostaje ono zagadką.

Drzewka „prunus spinosa” przy Sanktuarium są idealnie takie same jak te, które rosną w tej samej miejscowości i okolicy. Naukowcy stwierdzili, że nie ma przyczyn geofizycznych, prądów cieplnych czy jakichś prądów elektromagnetycznych, których działanie mogłoby tłumaczyć to nadzwyczajne zimowe kwitnięcie. Rosną na tym samym rodzaju gleby i w dodatku na północnej stronie, gdzie ciepło i promienie słoneczne docierają w ograniczonych ilościach. Nie ma więc mikroklimatu, który sprzyjałby zaistnieniu tej przyrodniczej anomalii.

Jest to czytelny znak, który potwierdza autentyczność objawienia się Matki Bożej w tym miejscu 29 grudnia 1336 roku. Tego dnia wieczorem młodziutka mężatka Egidia Mathis, będąca w zaawansowanej ciąży, przebywała na peryferiach miejscowości Bra (prowincja Cuneo w diecezji turyńskiej). Kiedy przechodziła obok przydrożnej kapliczki Matki Bożej, dwóch młodych żołnierzy rzuciło się na nią z zamiarem dokonania gwałtu.

Egidia, w desperackim geście obrony, chwyciła się figurki Matki Bożej wzywając Jej pomocy. W tej – wydawałoby się – beznadziejnej sytuacji, nagle z figurki wytrysnął strumień niezwykle silnego światła, który oślepił agresorów i tak ich przestraszył, że w wielkiej panice uciekli z miejsca zdarzenia. Właśnie wtedy objawiła się Matka Boża pocieszając i uspakajając Egidię, że niebezpieczeństwo już minęło. Objawienie trwało kilka minut. Skutkiem ogromnych przeżyć Egidia, zaraz po skończonym objawieniu, urodziła przed kapliczką dziecko. Owinęła je w szal i z trudem udało się jej dotrzeć do najbliższego domostwa. Wieść o tym, co się wydarzyło, rozniosła się lotem błyskawicy. Pomimo późnej godziny, tłumy ludzi zebrały się w miejscu objawienia na modlitwie. Rosły tam drzewa dzikich śliwek, które w jednym momencie pokryty się białymi kwiatami, chociaż działo się to 29 grudnia, w środku mroźnej zimy.

Botanicy z Uniwersytetu Turyńskiego postanowili podjąć kolejną próbę wyjaśnienia tajemnicy dzikich śliw z Bra. Zdecydowali się przeprowadzić eksperyment. W miejscu objawienia zasadzili sadzonki Prunus spinosa L., które nie pochodziły z grupy drzew rosnących przy sanktuarium. Drzewa te nigdy nie zakwitły w grudniu, mimo, że były tego samego gatunku i rosły w tym samym miejscu.

Od tego czasu zjawisko to powtarza się w tym miejscu każdego roku i tego samego dnia – 29 grudnia.

Po kilku latach na miejscu objawień zostało zbudowane sanktuarium. W jego kronikach zostały odnotowane zastanawiające fakty. Czytamy w nich, że 29 grudnia 1877 r. drzewa wyjątkowo nie zakwitły. Pierwsze kwiaty pojawiły się dopiero 20 lutego 1878 r., a więc w dniu wyboru następcy papieża Piusa IX, Leona XIII.

Zadziwiające wyjątki

Kroniki miejskie wspominają tylko trzy wypadki, kiedy ta regularność została zaburzona. Pierwszy odnotowano w 1877 roku. Był to czas, kiedy w stanie krytycznym znajdował się Pius IX – papież, który w 1854 roku ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. 7 lutego papież zmarł, a 20 lutego kardynałowie podczas konklawe wybrali jego następcę, który przyjął imię Leona XIII. Tego właśnie dnia krzewy z niemal dwumiesięcznym opóźnieniem zakwitły. Poza tym wypadkiem tarnina nie zakwitła wcale tylko dwa razy – podczas zim poprzedzających pierwszą i drugą wojnę światowa. (1913/14 oraz 1938/39).

— Kiedy Całun Turyński był wystawiony na widok publiczny w 1898 roku, drzewa w sanktuarium w Bra kwitły przez cały czas ekspozycji — 3 miesiące. Podobna sytuacja powtórzyła się w 1978 roku, gdy przez kilka miesięcy Całun był udostępniony publiczności.


— Drzewa dzikich śliwek w sanktuarium w Bra zakwitły, gdy 23 listopada 1973 roku Całun Turyński po raz pierwszy pokazano w telewizji włoskiej.

Należy również zauważyć szczególny związek opisywanego zjawiska z Całunem Turyńskim, przechowywanym w tej samej diecezji, w katedrze turyńskiej. „Cudowne” drzewa sanktuarium kwitną od 29 grudnia przez dziesięć dni. Natomiast w 1898 r. kwitnienie, które zaczęło się jak zawsze 29 grudnia, przedłużyło się i trwało przez trzy miesiące, a więc przez cały czas publicznego wystawienia Całunu Turyńskiego. Właśnie wtedy fotograf Secondo Pia zrobił jego pierwszą fotografię i odkrył, że odbicie ciała Chrystusa jest negatywem fotograficznym.

Również 23 listopada 1973 r., kiedy Całun po raz pierwszy był prezentowany w telewizji, drzewa sanktuarium w Bra zakwitły właśnie w tym dniu, a nie jak zawsze 29 grudnia, i miały kwiaty przez całą zimę aż do wiosny. Podobna sytuacja powtórzyła się w 1978 r., kiedy Całun był publicznie wystawiony, i wśród milionów pielgrzymów był również arcybiskup krakowski ks. kard. Karol Wojtyła.

Kwitnące drzewa sanktuarium w Bra są znakiem wzywającym do nawrócenia, ale także symbolem wskazującym na Maryję, o której pisał już prorok Izajasz w słowach: „A wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzenia”. W średniowiecznej ikonografii, którą można oglądać na portalach katedr takich jak Notre-Dame w Paryżu czy w Chartres, „drzewo Jessego” jest pokryte kwiatami. Głęboki jest więc symbolizm, który łączy kwiaty z Maryją. Kwitnące zimą drzewa sanktuarium w Bra są czytelnym znakiem obecności i miłości Matki Bożej, która – jak pisze św. Grignion de Montfort – „jest Rajem ziemskim nowego Adama (Chrystusa), który wcielił się tam za pomocą Ducha Świętego by działać w Nim niepojęte cuda. Maryja jest owym wielkim i cudownym światem Boga, pełnym niewypowiedzianych piękności i skarbów; jest wspaniałością, w której Najwyższy ukrył, jakby we własnym łonie, Syna Swego Jedynego, a w Nim wszystko, co najdoskonalsze i najkosztowniejsze”.

Zatroskana o wieczny los wszystkich ludzi, Matka nasza – Maryja – chce zaprowadzić każdego człowieka do swojego Syna Jezusa Chrystusa, l dlatego daje nam liczne znaki swojego zatroskania i miłości, które równocześnie są wezwaniem do nawrócenia, czyli do pełnego zawierzenia Bogu. W różnych miejscach na kuli ziemskiej Maryja błaga nas: „Nawróćcie się, póki jeszcze jest czas! Nie porzucajcie Boga i wiary, bo największe niebezpieczeństwo dla ludzkości rodzi się z bezbożnictwa”.

Stefan Piotrowski

Publikacja za zgodą redakcji
Miłujcie się!, nr 5-8/1997

=========================================

È iniziata la fioritura nel pruneto della Madonna dei Fiori

Zakwitły też w 2022:

Żydzi z USA czy z UE? Ktoś niszczy nasz przemysł drzewny.

Żydzi z USA czy z UE?

Rzecznik LP: Ktoś niszczy nasz przemysł drzewny

kto-niszczy-nasz-przemysl-drzewny

Pozyskujemy rocznie ok. 40 mln m3 drewna, a przyrasta 60 mln m3. Dziś to Polska jest liderem gdy chodzi o meble w Europie. Przemysł drzewny w Polsce, to łakomy kąsek, nie dziwi więc, że nie brakuje tych, który chcieliby go zniszczyć – mówi w rozmowie z portalem w Polityce.pl Michał Gzowski, rzecznik prasowy Lasów Państwowych.

Portal w Polityce.pl: Głównym argumentem czwartkowego wyroku TSUE w sprawie naruszania przez Polskę – to warto przypomnieć – dyrektyw ptasiej i siedliskowej jest zarzut, że organizacje ochrony przyrody i inne podmioty nie mogą wpływać na Plany Urządzania Lasów (PUL). Tak rzeczywiście jest?

Michał Gzowski: Na każdym etapie tworzenia PUL, czyli przewidzianego do realizacji na 10 lat dokumentu, na podstawie którego prowadzi się na terenach Lasów Państwowych wszelkie prace gospodarcze, społeczeństwo może wnosić i wnosi uwagi oraz wnioski do PUL. Co ważne, konsultacje społeczne w tej sprawie były i są obowiązkowe, i zdecydowana większość – w zasadzie pominąwszy jedynie argumentację „nie, bo nie” – tych uwag i wniosków jest uwzględniana. A więc pierwszy etap kontroli następuje w momencie powstawania PUL.

TSUE wskazało, że wspomniane organizacje nie mają prawa kwestionowania przed sądem sporządzonych już PUL. I to nie jest prawda. Obecnie mamy do czynienia z całą masą spraw i wniosków, także tych kierowanych do sądów powszechnych, odnośnie np. zabezpieczenia przed wycinką konkretnych „wydzieleń” obszaru lasów. Tak więc kiedy TSUE wskazuje, że należy wprowadzić system, który w jakiś sposób można zaskarżyć i zwiększyć kontrolę społeczną nad lasami, domaga się tego, co już jest.

Zwolennicy wyroku zwracają jednak uwagę, że PUL jest dokumentem wew. Lasów Państwowych zajmujących się państwowym mieniem, nie muszących się w związku z tym w ogóle liczyć z wnoszonymi do PUL uwagami i wątpliwościami.

Tak stanowi prawo. Przypomnę jednak, że konsultacje są obowiązkowe, a Lasy Państwowe zawsze chciały i chcą konsultować kluczowe kwestie dotyczące gospodarowania polskimi lasami. I Nikt nie zamierza tego zmieniać. Co ciekawe – u ubiegłym roku powstało zarządzenie dyrektora generalnego, które dodatkowo zwiększą ilość konsultacji i kontroli społecznej w wydzielonych lasach, które pełnia szczególną funkcję społeczną. np. w okolicach dużych miast. W trakcie powstawania PUL-ów sami zapraszamy NGO-sy i samorządy bezpośrednio lub przez media do ich współtworzenia. Nie żyjemy obok społeczeństwa, ale w społeczeństwie, i robimy, co możemy, by ta współpraca była jak najściślejsza.

O co więc chodzi?

Z naszego punktu widzenia jest to wymierzona wprost próba zablokowania polskiego przemysłu drzewnego. Kiedy wprowadzimy systemowe zaskarżanie administracyjne PUL, w perspektywie kilku do kilkunastu lat możemy przestać prowadzić jakiekolwiek prace gospodarcze, pozyskiwać drewno. A przecież polscy przedsiębiorcy drzewni, meblarze czy inni, którzy na bazie drewna produkują swoje wyroby, są na rynkach światowych liderami. Dziś to Polska jest liderem gdy chodzi o meble w Europie. Przemysł drzewny w Polsce, to łakomy kąsek, nie dziwi więc, że nie brakuje tych, który chcieliby go zniszczyć.

My, jako leśnicy nie możemy na to pozwolić, ponieważ – z punktu widzenia interesu narodowego – jest to podejście nieodpowiedzialne. Polski przemysł drzewny to niemal 500 tys. miejsc pracy. To kilka procent naszego PKB i jedna z głównych gałęzi polskiej gospodarki. A widzimy, co dzieje się z Puszczą Białowieską po tym, jak włączyły się w sprawę Puszczy organy unijne. Dziś, przez to, że ulegliśmy pod wpływem emocji i trendów forsowanych przez ekologów, a nie słuchaliśmy merytorycznych opinii i twardych argumentów leśników, Puszcza Białowieska jest martwa.

W grę wchodzi chyba także samo prawo do autonomicznego decydowania przez Polskę o własnej polityce leśnej w skali kraju.

Choć są starania, by to zmienić, i wbrew temu, co postulują ruchy ekologiczne w Brukseli, nadal leśnictwo i zarządzanie nim w krajach członkowskich UE należy do ich wyłącznych kompetencji. Jak przypomina oświadczenie Ministerstwa Klimatu i Środowiska po wyroku TSUE, np.w Niemczech i Austrii w ogóle nie można skarżyć planów urządzania lasów do sądów.

Obecny wyrok TSUE to już kolejny strzał wymierzony w kierunku lasów państwowych i przemysł drzewny, w tym wypadku wymierzony w Polskę. Mamy nieodparte wrażenie, że chodzi o reprezentowanie obcych, a nie polskich interesów.

A więc nie w pierwszym rzędzie o ptaki i ich siedliska?

Przypomnijmy, że skarga, którą skierowała KE do TSUE mała dwa postulaty. Pierwszy z nich dotyczył właśnie standardów ochrony gatunkowej zwierząt i roślin. Ten postulat został zrealizowany już rok temu, kiedy przepis 14B ustawy o lasach, który budził wątpliwości ekologów, został uchylony zmieniając ustawę na zgodną z przepisami unijnymi. A więc w tej kwestii samo postępowanie TSUE było bezprzedmiotowe.

Powtórzę, istnieje realna kontrola społeczna nad lasami. I nie wiemy tak naprawdę, w jakim kierunku wyrok TSUE, który z naszego punktu widzenia jest bezzasadny, ma pójść. Teraz strona polska de facto oczekuje na kontakt ze strony Komisji Europejskiej, aby na temat jego treści rozmawiać.

Jakie na ogół były i są główne uwagi społeczne do PUL-ów?

Generalnie dotyczą one sposobu i miejsc prowadzenia prac gospodarskich, np. – mówiąc językiem fachowym – zmiany rębni zupełnej na częściową lub trzebieżę. Wspomniana argumentacja „nie bo nie”, lub „tak, bo tak”, mająca na celu zablokowanie lub wstrzymanie prac, bez sensownego i merytorycznego uzasadnienia – zdarza się nieporównanie rzadziej. Pamiętajmy, że PUL-e powstają zawsze – obok konsultacji społecznych – przy udziale fachowców: leśników z dużym doświadczeniem, profesorów akademickich itp. Te plany zawsze są merytorycznie bardzo dobrze uzasadnione.

Przypomnijmy, jak wygląda sytuacja: ile w Polsce jest lasów, ile się wycina, a ile sadzi?

Wszystkie statystyki wskazują na to, że lasy są w coraz lepszej kondycji. Dziś mamy porośnięte lasem ok. 30 proc. powierzchni Polski. Dla przykładu – w 1945 r. było to 20 proc. Przez kilkadziesiąt ostatnich lat dzięki pracy polskich leśników przybyło prawie 3 mln ha lasów. Co roku kupujemy pod zalesienie kolejne grunty. Dążymy do 33 proc. do 2050 roku.

Oczywiście także wycinamy – na surowiec lub np. by wybudować drogę. Standardem jest jednak u nas od zawsze, że żadna koniunktura nie wpływa na ilość pozyskiwanego surowca drzewnego. Wysokość pozyskania wynika natomiast z samych możliwości przyrodniczych lasów i ekosystemów leśnych. Panuje tu zasada, że pozyskujemy co najwyżej ¾ drewna, które przyrasta. I tak obecnie pozyskujemy rocznie ok. 40 mln m3 drewna, a przyrasta 60 mln m3.

Warto także wspomnieć, że zastępowalność starych lasów – nowymi jest wskazana choćby ze względu na fakt, że stare lasy nie wchłaniają tyle CO2, co nowe.

Najwięcej dwutlenku węgla pochłania las w okresie dojrzałości, czyli w wieku 60-80 lat. Lasy stare, co do których ekolodzy alarmują, że nie można ich wycinać, nie wchłaniają, ale emitują CO2. A najwięcej go emitują drzewa w fazie rozkładu.

Co powinno się z wyrokiem TSUE zrobić? Są głosy, by go po prostu zignorować. Warto dodać, że wyrok zapadł bez zaprezentowania zwyczajowo w takich sprawach opinii rzecznika generalnego TSUE, ani w ogóle bez żadnej rozprawy.

Nie chciałbym tego komentować. Z tego, co wiem, nie ma możliwości zaskarżenia wyroku TSUE. Jeśli się one pojawią, myślę, że Polska z nich skorzysta. To decyzja kierownictwa politycznego państwa. Z pewnością cała Polska oczekuje na wyjaśnienia ze strony KE, jak ona to widzi. Widzimy jasny sprzeciw polskich władz wobec prób zniszczenia polskiego przemysłu drzewnego – który jest naszą perełką w koronie i wizytówką Polski na świecie – i odbierania nam naszych kompetencji w zakresie zarządzania polskim leśnictwem.

Rozmawiał Radosław Molenda

Nicea albo śmierć! Rok 1097. Allah Akbar! Zofia Kossak.

Nicea albo śmierć! Rok 1097. Allah Akbar!

Zofia Kossak KRZYŻOWCY tom 2, str. 252, wyd. PAX 1983

[Oblężenie Nicei md]

Rozdział trzynasty Allah Akbar!

Szeroką przestrzeń zajmują wojska sułtana Kilidż-Arslana. Śpieszą się, płosząc po drodze stada onagro, czyli dzikich osłów, antylopy szablorogie i zające pustynne. Nadeszły szybkim pochodem nie tracąc ni chwili czasu. Zapał pędzi je jak płomień. Święta wojna! Święta wojna! Biada zuchwałym niewiernym, chwała wyznawcom Proroka!

    Idą w wielkiej sile. Samej jazdy jest dziesięć dżamatów, w każdym dża­macie po pięć segbat, a w każdym segbat blisko tysiąc ludzi. Gdy wypuszczą strzały, tworzy się ciemna chmura podobna lecącej szarańczy. Gdy wyciągną krzywe szable, błysk przelatuje ponad szeregami jak nagłe olśnienie pioru­na. Są tu wszystkie szczepy, wszystkie rody z Bitynii, Lidii, Frygii. Są też Arabowie z Nedżdu, czarni jak Murzyni i jaśniejsi od nich Arabowie ze szczęśliwej krainy Jemen, i Beduini z pustyni w białych albo czarnych chu­stach, objętych na głowie trzykrotną opaską. Śniadolicy, o sępich wydatnych rysach, podobni są z dala do kruków.

Przed sułtanem Kilidż-Arslanem niosą sułtański, siedmiokrotny mendżuk, to jest buńczuk, z ogonów kozowołów, oprawny w złoto, zwieńczo­ny złotym miesiącem. Przed emirami noszą mendżuk potrójny, koński, przed szeikiem pojedynczy. Bezpośrednim podwładnym szeika, nie posia­dającym prawa do buńczuka, jest aga. Adze podlegają czorbadżowie, czyli dziesiętnicy. Czorbadży, równie jak ordapasza lub wezyr, to wyrażenia tureckie przywleczone przez Seldżuków, niemiłe Arabom, przecie roz­powszechniające się coraz bardziej w świecie muzułmańskim.

Koń sułtana jest biały jak mleko, ale czarnej skóry, przeto gdy spotnieje, zdaje się maści stalowej. Ogon, jak śnieżny wodospad, spływa. aż do ziemi. Na zadzie nosi pięciokrotne święte znamię palców Mahometa. Rząd szcze­rozłoty. Napierśnik spięty brylantową gwiazdą. Choć nie tak bogato przy­strojone, wszystkie konie wokoło są piękne, lotne i cenne. Znają tylko stęp i galop. W galopie wyciągają się nad ziemią jak strzała puszczona z cięci­wy. Stanowią najwyższe ukochanie i dumę swych jeźdźców.

Dla rycerza Zachodu koń, horz, jest również rzeczą najważniejszą i pożądaną, stanowi dowód bogactwa, dostojeństwa i znaczenia. Lecz dla Araba jest czymś więcej jeszcze: najserdeczniejszym ukochaniem duszy. Za konia wojownik arabski odda żonę (to najłatwiej), synów, majątek i życie. Konia umiłował Prorok. Nie wzniósł się do siódmego nieba na grzbiecie wielbłąda ani na grzbiecie orła, ani na grzbiecie gazeli. Płomienny rumak Borak podleciał pod niebo jak chmura. Więc nic dziwnego, że każdy z wiernych żywi cześć i podziw dla konia.         .

Każdemu stoi w pamięci niedawne zdarzenie w plemieniu Nagli, gdy nieubłagani wrogowie ścigali jeźdźca, którego klacz pomykała niestrudze­nie, sadząc jak sarna przez rozpadliny i głazy. Ścigali go cały dzień, a ona nie ustawała. Jęli wołać: Stój! Jesteśmy przyjaciółmi! Pozwól nam ucało­wać czoło twojej dzielnej klaczy!

Więc stanął. Uczcili zwierzę. Wyrzekli sakramentalne: „Idź umyć nogi twojego wierzchowca i dopiero sam pij wodę” – po czym rozjechali się w pokoju.

Na czele każdego segbatu cwałuje brzękliwa muzyka na szałamajach podobnych francuskim obojom, fletach, tołumbasach, litaurach, dzwon­kach i brzękadłach. choć donośny dźwiękliwy jej zgiełk ginie w głośnej wrzawie. Nie śpiew to, lecz miarowe chóralne powtarzanie sur Koranu. Język arabski jest dźwięczny i dzwoniący. Zgłoski dżir, dżin i dżan bębnią w nim jak grad padający na pokrywę kotła. Ten dźwięk upaja, oszołamia. Każe zapomnieć o zmęczeniu, pragnieniu i głodzie. Swobodni ludzie pusty­ni miłują nade wszystko rym i rytm. Miłują je prawie na równi z wolnością i koniem. W uniesieniu nie potrafią mówić inaczej jak wierszem. Wierszem pełnym kwiecistych metafor pisane są urzędowe dokumenty kalifów z Bagdadu. Wierszem improwizują płaczki żale swe po zmarłych. W pieśniach, wierszach są zawarte stare kroniki arabskie. Największym zaszczytem jest posiadać w rodzinie poetę. I teraz w pochodzie powtarzają wielkim głosem rymowane sury, opiewające chwałę Allacha, co zalecił świętą wojnę.

…Pytał się anioł Gabriel Proroka: W czym leży istota wiary?

Odrzekł Mohammed: Wyznawać, że Allach jest jeden, a jam jego prorok, pil­nować godzin modlitwy, pościć miesiąc Ramadan i odbyć pielgrzymkę do Mekki.

…Zmarszczył brwi anioł Gabriel i zapytał wtóre: W czym leży istota wiary? Odrzekł Mohammed: Wyznawać. że Allach jest jeden, a jam jego prorok. Pro­wadzić wojnę świętą z niewiernymi, pilnować godzin modlitwy, pościć miesiąc Ramadan i pielgrzymować do Mekki…

Lecz anioł pyta po trzecie: W czym leży istota wiary? Odrzekł Mohammed: O, potężny Gabrielu! Wyznawać, że Allach jest jeden. a jam jego prorok, i prowa­dzić świętą wojnę z niewiernymi.

Wtedy rozchmurzył się anioł mówiąc: Przysięgam na noc nadchodzącą i zorzę, kiedy rozkwita. żeś sprawiedliwie odrzekł. Mohammedzie!…

Teraz wojownicy powtarzają śpiewnie powieść o rozkoszach raju. O lep­kich wdziękach czarnookich hurys, które ich powitają na lożach o złotym wezgłowiu. Na myśl o tym oczy płoną. Cudowna nagroda oczekuje ich niechybnie. Nic jej nie umknie, nic jej nie oddali, skoro wyszli na wojnę świętą, czyn, co jest Bogu najmilszy…

O biada. biada niewiernym, co przyszli niebacznie z daleka, wyzywając gniew dzieci Proroka! Poczują na karkach gniot ciężkiej stopy zwycięzców. Chyba… chyba że się upokorzą i uczczą Allacha…

W tym jednym razie z wrogów nienawistnych, pogardzonych, staliby się przyjaciółmi, nieomal pobratymcami. Dla muzułmanów nie istnieją różnice narodowości, języka albo barwy skóry. Jedna różnica to różnica wiary. Kto wiarę przyjął i pomaga ją szerzyć, jest bratem i współplemień­cem. Brat, który wiary doskonałej nie wyznaje, jest wrogiem. Obróć na niego co prędzej miecz, zanim cię Allach ukarze!

Niegdyś, przed świętym dniem Hidżry, Arabowie żyli jako inni ludzie, pożądając cudzego wielbłąda, konia lub dziewczyny… Lecz islam przeorał ich dusze i dziś każdy z tych wojowników pragnie najgorętszym, męskim pożądaniem jednego tylko: by cały świat uwierzył w Proroka.

Rudy tuman podnosi się spod kopyt końskich, przesłania pół nieba. Gdyby nie on, kto wie, czy rozognieni wojownicy nie dojrzeliby wśród chmur… otwartych dla nich wrót raju… I tak zda się im chwilami, że coś nieziemsko pięknego przebłyskuje pośród pyłu, niby zaklęty gród kolumno­wy Irem, widziadło zaczarowane, zwidujące się oczom zbłąkanych w pu­styni… I przeżywając zawczasu słodycze oczekującej nagrody przysięgają, że walczyć będą zawzięcie jak Szanfary, co położył sam jeden stu wrogów z plemienia synów Samana, że pozostaną wierni jak Ibn Samuaal, co dał zamęczyć syna w swoich oczach, lecz przyjaciela nie wydał –  zginął pięknie jak piewca wolnej pustyni, Antara…

Ruch gorączkowy panuje w chrześcijańskich obozach. Giermkowie już wiodą panom konie, podają do ręki kopie. Już rycerze stają w szyku obrzednim, zwanym płotem, szeregi za szeregami, drużyny za drużynami. Już się rozciągnęli ławą, z prawej mając miasto, z tyłu obwarowane obozy. Szeregi stoją głęboko. Od nadlatującej chmary pogan brzmi głośne, dźwięcz­ne la illah el Allah, Mohammed rasul Allah! – nad krzyżowcami polatuje twarde, zwięzłe: Bóg tak chce! Bóg tak chce!!

Wielkie pięści w żelaznej łuskowatej rękawicy dygocą z radości, obej­mując drzewce. Bitwa! Bitwa! Od dwóch lat upragnione, oczekiwane zmie­rzenie się z poganami nadchodzi nareszcie! Bóg tak chciał! Bóg ich wiódł! Bóg teraz pomoże zwyciężyć. Ustokrotni siłę każdego ramienia, uzbroi mocą. Bóg… Bóg…

Napięta siła wiary drży jednako nad oboma wojskami. Dwie wiary zderzą się jak dwa tarany, jak dwie chmury pełne burzy. Grom, który z te­go starcia wyleci, wstrząśnie ziemią. Posłyszy go cały świat.

…La ilah el Allah, Mohammed rasul Allah!

Bóg tak chce! Bóg tak chce!

Żelazną strugą starają się wbić chrześcijańscy rycerze w ciało armii muzułmańskiej. Rozepchnąć klinem na dwoje, stratować lśniących jedwa­biem jeźdźców i drobne, polotne ich konie. W części im się to udaje. Nie mogą Arabowie zdzierżyć straszliwego impetu natarcia. Lecz że ich takty­ka jest inna, nie płoszą się tym zbytecznie.

Dążeniem sułtana Kilidż-Arsla­na jest dać się nieprzyjacielowi, owszem, zanurzyć, zapędzić głęboko. Natenczas otoczyć, oderwać od trzonu wojska, obezwładnić gęstwą. Roz­bić stalowy klin nacierających na sto poszczególnych ognisk walki. Oślepić chmurą strzał. Pozorną ucieczką rozciągnąć w nieładzie hufce. Dopieroż rzucić do boju pozostałe wojska, stojące opodal, i przejść po brzuchach niewiernych. Że strzały odskakują od płatów pancernych, Saraceni usi­łują razić konie. Konie noszą wprawdzie żelazne napierśniki i takież przy­czółka, na zadach mają łuskowany kropierz, lecz muzułmanie mierzą w nie osłonione niczym brzuchy, w nogi. Gdy od lewego skrzydła z hukiem i szu­mem nadbiegają lotaryńscy, Godfryd na czele z mieczem wzniesionym do góry, nim dopadną szeregów nieprzyjaciela, boki Godfrydowego bachmata zjeżone są strzałami, że gniady źrebiec widzi się jak rumak skrzydlaty Bo­rak, co niósł Proroka do nieba. Dzielny koń przebiega tak parę staj, aż wali się nagle na nozdrza. Giermek pędem podprowadza księciu drugiego wierz­chowca. Podobnie zwalono już konie pod panami de la Hache, Baldwinem du Bourg i jednym z Salviac de Viel. Dosiadają zastępczych koni klnąc i wygrażając muzułmanom za tak zdradziecką modłę walki.

Na czele swoich drużyn Rajmund St Gilles walczy jak uosobiony żywioł boju, jak Keus, Płomień chodzący. Przy nim Ademar, biskup z Puy. Miecz w jednej dłoni, krzyż w drugiej. Wodze rzucone na łęk. Koń mądry, sam się powiedzie. Za biskupem Piotr, skulony, na poły przytomny. Nie chce się przyznać przed sobą samym, że zgiełk bitewny, który otaczającym ryce­rzom rozdyma nozdrza, upaja jak wino, jego przeraża, odbiera resztę od­wagi i sil. Patrząc na widomy jego lęk krzyczą ze śmiechem, by wracał do obozu, do bab. Ale Piotr nie chce wracać. Chce przełamać swą bojaźń i walczyć. Jeżeli zginie, tym lepiej.

Tuż przy nim Walter Bez Mienia. Ten się nie lęka. Biskup może rzucić wodze, modląc się i bijąc na przemiany, bo Walter nad nim czuwa. Nie dbając o siebie osłania przede wszystkim wodza. Straszliwy jego miecz tnie ludzi wpół, odrzuca z rozmachem precz głowy. Raz po raz czyni się luz wokoło biskupa. Niech patrzą inni rycerze, niech widzą, zali pogar­dzany bękart zasłużył na pas?!

Lecz komu tam w głowie patrzeć, gdy każdy sobą zajęty. De la Tour przebija kopią szóstego już przeciwnika, wywleka z siodła, unosi do góry, trzyma w powietrzu wbitego na drzewce i ciska z rozmachem bluzgające krwią ciało na szeregi wrogów. Bracia Salviac de Viel walczą ramię przy ramieniu, każdy bardziej baczny na drugiego niż na siebie. Jak żeńcy zboże, tak ścinają wrogów panowie de Foix, d’Armaillac, de Luz, de Beau­gency. Śląska gromada trzyma się w kupie, rąbie zaciekle niby drwale pu­szczę. Plunąwszy w garść walą z rozmachem mieczem od lewego, jak to­porem. Padają rdzy, których nie powstydziłby się sam pan de Melun. Zwołują się hasłem rodowym Nogodzice i Oświęty, Zawory i Nowiny.

Tylko Strzegonie walczą milcząc. Ich zawołania plemiennego godzi się używać jeno w śmiertelnej potrzebie, gdy znikąd nie masz ocalenia. Nie walczą przez to mniej mężnie. Choć w obczyźnie, oddaleni od Śląska bardziej niż którykolwiek z przeddziadów był oddalony, biją ochoczo jak pod Kruszwicą czy Kijowem. Miarowo i pewnie, na odlew i z góry. Bacząc, by nie dać się rozerwać i otoczyć, suną nieustępliwym szeregiem, giermków mając poza sobą.

Na jedną tylko chwilę ramiona ich słabną, to gdy z głębi, spośród pogan nadciągają wielbłądnicy. Pokraczne stworzenia pędzą, wyciągając długie szyje. Plaskają niekształtne rozpłaszczone kopyta, podobne zwojom bu­rego sukna. Szpetne złośliwe pyski plują na konie cuchnącą śliną.

– Dla Boga! – krzyczy Tarchała prawie z przerażeniem. Lecz drudzy uspokajają go żywo. Czyż nie widział już tych pokrak płowych w Bizancjum? Bydlę jak każde inne, z którego miecz juchę snadno wypuści… .

Młodzieńczą, dawno straconą siłę dłoni odzyskał stary Anzelm de Ribaumont, gdy ochrania ukochaną głowę Pawła Engelrama. Niech mło­dzianek walczy z szaloną nieopatrznością młodości. Stary czuwa nad nim pilnie.

Godfryd lotaryński bije się z twarzą uniesioną. natchnioną. nieziemską. Jak gdyby walczył z szatanem twarz w twarz. Między jednym ciosem a dru­gim spogląda w górę, spodziewając się ujrzeć tam współwalczącego w obło­kach archanioła Michała, wodza wojsk anielskich; świętego Jerzego, po­gromcę smoka Lewiatana lub świętego Teodora, Bożego żołnierza. Choć z natury niezbyt mocny, nie mogący równać się z siłaczami jak de Melun, Walter Bez Mienia albo de la Tour – w uniesieniu wali nie gorzej od nich. Gdy odrąbuje ramiona, przebija na wylot tułowia, zdaje mu się, że druz­goce Zło samo. Niech się rozpada w drzazgi, niech nigdy nie wstanie! I łagodny Godfryd z rozkoszą czuje pod kopytami trzeszczące kości po­walonych nieprzyjaciół.

Pięć godzin już wałczą bez przerwy w rozedrganym upałem powietrzu, żarze słonecznym tak srogim, że rozpalony pancerz parzy ciało przez kaf­tan skórzany, gdy wojska obu Robertów, Szczepana de Blois, Hugona i Boemunda, warujące po przeciwnej stronie grodu, dowiadują się dopiero o bitwie. Co duchu stają w szeregu, ruszają skoro w bój. Lecz droga nie­łatwa. Z jednej strony miasto, z drugiej własne obwarowane obozy, oparte o strome wzgórza, z zachodniej strony grodu nieobeszłe jezioro.

W wąskim przejściu pomiędzy murami grodu a częstokołem obozowym z kołów drew­nianych i ludzkich piszczeli, z bramy wschodniej wypada Ibrahim, syn emira Mudżahida, z trzema segbat przedniej jazdy. Zastawia drogę. Nie mogąc rozwinąć się ni przeciwnika ominąć, rycerze stracą na walkę z Ibra­himem czas dość długi, który wystarczy, być może, Kilidż-Arslanowi na przełamanie Lotaryńskich i Prowansalczyków.

Zawsze przytomny Boemund nie pcha się do walki, gdzie tylko pierwsze czwórki biją się, a reszta depcze sobie po piętach i klnie. Wyłazi samoje­den na jedną z rozpoczętych wież oblężniczych, niezdarny stos belek i drą­gów. Z tego podwyższenia ogarnia wzrokiem większą przestrzeń. Widzi, jak Flandryjczycy ścierają się z Ibrahimem, zatrzymując cały pochód. Z murów oblężeni miotają na nich kamienie, oszczepy, włócznie. Szyją chmurą strzał. Taka zabawa może trwać snadno do wieczora.

W oddali, z drugiej strony grodu, obłok kurzawy zdradza miejsce, gdzie toczy się walka. Upragniona bitwa rozgrywa się tam bez rycerstwa, stoją­cego tu bezczynnie!

Szybko Boemund schodzi z wieży, cofa swych ludzi, wydaje rozkazy. W mig rozwalają częstokół zasypując fosę. Pędzą w poprzek obozowiska sadząc przez sznury namiotów. Struchlałe niewiasty i pachołcy patrzą na nich w zadziwieniu.

Już obalają częstokół po przeciwnej stronie, wdzierają się na wzgórza, spuszczają stromym stokiem w dół i – na koniec droga wolna. Konie pędzą muskając brzuchami ziemię. Schylone w pól ucha kopie lśnią nie­cierpliwie. Już minęli Ibrahima. Czy uderzyć nań od tylu, czy lecieć, nie tracąc chwili, ku tamtym?

[—-]

Największy czas wesprzeć Rajmundowych, Godfrydowych, którym po sześciogodzinnym boju w spiekocie ramiona mdleją, tchu nie staje. Spod przyłbicy ściekają pot i krew. Wyschłe usta nie mogą wydobyć głosu. Gdybyż z rozpalonych niebios spadła kropla deszczu! Gdybyż kto dał kubek wody!

Ta myśl słaniających się z pragnienia i trudu rycerzy miałaż w sobie moc porozumiewawczą? Siedząca w namiocie Elwiry Florina podsuwa nie­śmiało. że może by zanieść wody walczącym rycerzom?.. Od rana tkwią na upale…

Elwira się waha, ale inne podchwytują. Blanka gotowa jest pobiec od razu. A dworki Elwiry aż ręce składają, by im również pozwolono. Więc dumna pani przystaje.

I już biegnie bezładna gromada kilkudziesięciu kobiet. z konwiami, stągwiami. kubkami i czerpakami. Porwane zapałem nie dbają o możli­we niebezpieczeństwo. Mogą je pogany ogarnąć. mogą dosięgnąć strzały z murów. Mniejsza o to. Dostoją swoim. Nie przyszły tutaj na próżno, nie są dla mężów zawadą. Choćby wypadło zginąć, czyż nie są wszystkie z dobrej krwi rycerskiej?

Już je ujrzeli walczący woje. Początkowo niechętne zdumienie przera­dza się szybko w radosne uznanie. Ciepła, mętna woda smakuje jak nektar. Spalone usta z rozkoszą cedzą ożywczą wilgoć. starając się zatrzymać ją w sobie jak najdłużej. Nie piją wiele. pomni, że tylu innych czeka. Parę łyków wystarczy. Z wdzięcznością patrzą na poczciwe białki, czując w so­bie rosnącą chęć najświetniejszego wykazania się w ich oczach. Hej, to już nie zdobywanie „twierdzy miłości” ani turniej na dziedzińcu, ani gonitwa do pierścienia! Niech widzą dobre dziewczęta, jak walczą ich rycerze, niech się podziwią! Spłonione dziewki, okrutnie rade ze swego pomysłu, nie kwapią się stąd odchodzić.

De la Tour wiedzie Rajmunda ogłuszonego silnym ciosem, co spełzł po szyszaku. Szłom wytrzymał, lecz grabiego zamroczyło. Zapominając o zwykłej dumie, Elwira śpieszy ku niemu z wodą, z dłońmi pragnącymi przynieść ulgę.

Dobra. dobra żono… bełkocze Rajmund na poły przytomny. Pierwszy raz ją taką widzi. Coś wiąże się pomiędzy nimi i rośnie, nie znane dotychczas. Bliższa wspólnota na dobro i zło.

Bitwa trwa nadal, nieustępliwa. Okrutna, zażarta. Normanowie, flandryjczycy przerąbali się nareszcie przez Ibrahimowych i walą z chrzęstem w bok wojsk muzułmańskich. Baczny na wszystko, stojący na wzgórzu sułtan wysyła przeciw nim ostatnie, nieczynne dotąd dżamaty. Ścierają się z Normanami w pędzie, przelatują skroś siebie, zawracają, by znowu uderzyć.

Równocześnie niebo, stojące dotąd nieruchomym, rozżarzonym słupem, poczyna drgać. rudzieć i szarzeć jak spłowiała ścierń. Z nagła po­rywa się wicher. Kręci tumanem kurzawy, oślepia, rozdyma burnusy jak żagle, ogony końskie jak żagwie, proporce jak napięte struny. Dmie od chrześcijan ku Arabom, z północy na południe. Wielbłądy chrapią i stękają. Konie cofają się. Allach doświadcza wiernych Iblis wspomaga giaurów!

Podobni sępom Beduini pierwsi zawracają konie. Za nimi reszta. Gdy hasło raz dane, daremnie grozi sułtan, daremnie szeicy zawodzą wspaniałe sury. W świście burzy nikt nie słyszy ich głosu, nawoływania. Nim jeździec zamyśli odwrót, koń sam się obraca z wiatrem. W żrącym rudym tumanie rycerze ścigają pierzchających. Zrozpaczony Ibrahim zabiera niedobitki swoich, zachodzi z boku, uderza na oślep, borykając się z wichurą. Zaled­wie się sczepił z fryzami, wpada nań z tyłu Szczepan de Blois ze swoimi ludźmi. Daremne męstwo. Oddział Ibrahima otoczony, ujęty w żelazne kleszcze. Nie ujdzie z niego ani żywa noga!

Elwira, Blanka, Fiorina, reszta kobiet. schwycona przez zawieruchę, zbłąkane, nie wiedzą, co począć, gdzie iść. W trwodze przypadły jak prze­piórki pod skałami. Ani marzyć o odnalezieniu drogi do obozu w gęstej oćmie walącej z nóg, zapierającej dech. Są same. Paziowie Elwiry, chwyci­wszy broń i konie zabitych, pognali za rycerstwem w swych kusych. cudac­kich strojach. Niech ich ukarzą za to, że rzucili wachlarz pani i pachnidło. Trudno. Nie mogli dłużej wydzierżyć!

Na pobojowisku siła trupów. Całe zwały. Ukazują się, to giną w prze­błyskach dnia, gdy na chwilę przerwie się obłok kurzawy. Leżą społem do­brzy rycerze, giermcy, ścierciały, pachołcy i poganie. Splątani razem w obję­ciu śmiertelnym, bo walczyli jeszcze na ziemi, do ostatniego tchu. Konie, wielbłądy leżą przewalone. Obok nich wyprute jelita w buchających parą lub zsiniałych, strupiałych już kręgach. Tu i ówdzie odrąbane głowy, ra­miona. Bezkształtne tułowia. Nad głowami skulonych ze strachu kobiet łomot skrzydeł. To sępy zleciały na skały. Będą tu czekać do rana. Zdobycz im już nie ucieknie. W swej sępiej mowie wychwalają świętą wojnę. Jaki­kolwiek jest jej wynik, one osiągają korzyść.

Niewidzialne za chmurą pyłu słońce zaszło i wiatr raptownie ucicha. Tak raptownie, że przyzwyczajone do przeciwstawiania się jego naporowi ciało chwieje się niby zapadając w próżnię. Pył powoli opada. Daleko, I w górze, ukazuje się chłodne seledynowe niebo, na którym za chwilę wzej­dzie czerwony miesiąc. Gdzieś tuż blisko skomlą żarłoczne szakale. Od leżących nieruchomo trupów idzie groza.

Ukryte w załomie skalnym kobiety nie śmią opuścić swojej kryjówki. Zresztą nie wiedzą, gdzie droga. W pustynnej zamieci odbiły się daleko od obozu, aż na drugą stronę grodu. Co począć teraz? Po upalnym żarze dnia chłód nocy przenika je aż do kości. I strach, strach…

  W oddali tętent kopyt. Kto nadjeżdża? Swój czy wróg? Ktoś wola. Wy­wołuje po imieniu. To swoi!

Tak, to Rajmund St. Gilles, z nim Swenon, d’Armaillac, de la Tour, de Foix, de Beaugency. Nie zastawszy niewiast w obozie szukają ich stro­pieni. Są czarni z trudu, zachrypli, lecz zadowoleni z boju.

– Tym chłystkom daruj – mówił Rajmund do Elwiry, która żali mu się na paziów – dobrze stawali, jak mi Bóg miły! Jużem im obiecał giermkowanie… Zwycięstwo jest wielkie, nie ma co gadać. I nasze, własne, bo Nor­many z Fryzami przyszły na sam koniec…

Butumitos, gad obrzydły, ani się pomknął z pomocą. Stał i czekał, co z nami… Poślem mu za to trzy tysiące, albo więcej, głów pogańskich. Niech widzi, jako wojujem… Resztę głów procami ciśnie się do grodu…

– Siła ich legło? – dopytują ciekawie niewiasty.

– Na oko więcej niźli sześć tysięcy… naszych także niemało… Siadajcie na koń, bo kawał drogi, a późno.

Podsadzają niewiasty na okryte kropierzami końskie zady. Każdy ry­cerz bierze jedną, a poniektóry dwie. Jedną z przodu na łęk, drugą z tyłu. Konie wprawdzie setnie znużone, ale stępa jakoś się dowloką.

[—-]

Miesiąc już się wytoczył wysoko na niebo. Już się wyzłocił z czerwieni. Ciche przed godziną pole zaczyna się ożywiać. Wśród zmarłych kręcą się żywi. Gromady sług obcinają głowy zmarłym. Śpieszą się, gdyż o świcie głowy mają być rzucone do miasta. Sprawnie to czynią i szybko, jakby je­sienią na polu obcinali z naci rzepę. Przerzucają się do siebie głowami ze śmiechem. Inni pchają je do wielkich skórzanych miechów i taszczą do obo­zu. Jeszcze inni zbierają broń, obdzierają ciała z przyodziewku, kłócąc się przy tym zawzięcie. Giermcy twierdzą, że po cięciu poznają rękę swego pana, przeto dana zdobycz do niego należy. Szakale ziewają wśród skał. Łatwiej żreć rozdziane trupy, ale przykro czekać.

[—-]

Emir Mudżahid, syn Dżubaira, siedzi w swym pałacu w sali zegarowej. Złoty krogulec upuszcza sześć złocistych kul, które toczą się z brzękiem po złocistej misie, gdy aga-szeik w otoczeniu muszyrów przynosi mu gło­wę Ibrahima rzuconą na wały. Tył czaszki zgnieciony procą, lecz twarz prawie nieruszona. Cienkie dumne rysy. Zawarte na wieki oczy. Odszedł chwalebnie, wzgardziwszy szatą długiego wieku. Ukochany jedynak, Ibrahim…

– Bism’ilah el rohman el rahim – mówi emir pewnym głosem – przez Boga miłosiernego i łaskawego, jestem szczęśliwy, że syn mój zginął w świę­tej wojnie, jestem ponad pojęcie szczęśliwy…

Obecni schylają głowy z uznaniem.

– Niechajcie mnie chwilę samego – prosi szczęśliwy emir półgłosem, jakby wstydliwie.

  Wychodzą z głębokim ukłonem, tylko głowa Ibrahima pozostaje, biała jak giezło na purpurowej chuście.

Emir Mudżahid ujmuje ją ostrożnie w ojcowskie dłonie. Fontanna cicho pluszcze. Na martwe lico poczynają padać sznurem lśniące krople… Z fon­tanny? Nie, to emir Mudżahid płacze starczymi, bezsilnymi łzami, niegodnymi pobożnego wyznawcy Koranu. Niech mu to Prorok wybaczy!

Dorylea 1097. STRZYGA  w akcji. Zofia Kossak.

Dorylea 1097. STRZYGA  w akcji.

Zofia Kossak KRZYŻOWCY tom 2, str. 15, wyd. PAX 1983

Kraj stawał się coraz bardziej pustynny, upał coraz cięższy. Spalony, równy step słał się nieskończenie, nie zdradzając nigdzie wody świeżością zieleni. Prowansalczycy i Normanowie wędrowali już trzy dni. Prowansal­czykom powiodło się lepiej, gdyż na szlaku swym napotkali dużą osadę Leuka o bogatych studniach i odnowili zapas wody w skórzanych przy­troczonych do siodła worach. Normanowie nie trafili na żadną wodę i trze­ciego dnia pochodu, wysączywszy ostatnie krople ciepłego, cuchnącego skórą płynu, szli słaniając się z gorąca i umęczenia.

Daleko na widnokręgu błękitniały góry. Widok ten dodawał sił. Ormia­nin przewodnik zapewniał Arnulda, kapelana normandzkiego Roberta, że z gór wypływa rzeka, która w górnym biegu zachowała niewątpliwie wodę. Będzie woda! Przed wieczorem będzie woda! Będzie cień, będzie pasza! Iść! Iść! Jakoż spopielałe od suszy, kamieniami zasłane łożysko stru­mienia, wzdłuż którego posuwali się od dwu dni, jęło ciemnieć i wilgotnieć. Spuszczone ze smyczy psy wybiegły naprzód. skomląc z uciechy i węsząc niedaleką wodę. Woda! Woda! Żwir na dnie suchego wadi stał się wyraźnie mokry. Piesi chwytali go w garść i przykładali z rozkoszą do ust i spieczonej twarzy. Porządek pochodu zupełnie prysł. Każdy wyrywał naprzód, jak mógł, by pierwszy dopaść nie zmąconej jeszcze wody. Góry były coraz bliższe.

Zowią je Dogorganhi lub Gorgoni, a tamte podle, Ozellis – objaśniał kapelana Ormianin. – Na ten potok poganie wołają Sareh-Su czyli Żółta Woda. Zasię dolinę, z której wypływa, mianują Dorylea. Jest i wieś tej sa­mej nazwy. Dorylea to po grecku, po pogańsku Ineu-Su, czyli Pieczary, bo w górach naokoło pełno jest pieczar, przez tutejsze demony zwane dżinami, wierconych. W jednych tutejsi grzebią zmarłych, w drugich sami mieszkają. Zobaczycie je, panie, stąd…

Spojrzeli obaj uważnie, przysłaniając oczy dłońmi. bo słońce zniżało się już ku zachodowi. Pieczar nie było widać. Zbocza gór pokrywał jedno­stajny, niski las.

– Dziwaczny jakiś bór… Chyba krze? – zauważył Arnuld i urwał spoj­rzawszy w osłupiałą twarz przewodnika.

– Tam las nie rośnie… – wybąkał tenże dygocząc.

– Więc cóż to jest?

– Nie wiem…

         – To wojsko! Saraceny! – zakrzyknął kapelan wytężywszy wzrok. ­

– Nie mylę się! Saraceny! Wasza Miłość– rzucił się ku Robertowi – trąbić do bitwy! Nieprzyjaciel tuż!

Saraceny ! Saraceny ! – okrzyk poszedł po szeregach. Zapanował nieopisany zamęt. Trąby ryczały chrapliwie, powiększając wrzawę. Ci, co się już napili, biegli stawać w szyku. Nad brzegiem rzeki utworzył się zator spragnionych ludzi i koni.

Nie godzi się zaczynać bitwy pod wieczór! Czekać rana! – wołają niektórzy. Iście, w ojczyźnie nikomu by na myśl nie przyszło walczyć pod noc, gdy za chwilę na Anioł Pański będą dzwonić. Lecz muzułmanie nie czekają, pragnąc wyzyskać panujące wśród Latyńców zamieszanie. Już się ruszyli ze wzgórz. Las ożył. Cała dolina i otaczające ją góry drgają, ruszają się, pokryte nieprzejrzanym mrowiem nieprzyjaciela. Jest ich moc nieprze­liczona, jak gdyby zeszli się tu z całej ziemi, jakby wyczarowały ich dżiny lub wyłoniły pieczary z wnętrzności gór. Gaj buńczuków ponad nimi.

Nad buńczukami okrzyk: Allah akbar! – rzucony przez trzysta tysięcy piersi.

         To Kilidż-Arslan zebrał cały islam i znalazłszy dogodne oparcie w gó­rach czeka tutaj. Żądny, by pomścić Niceę.

…La ilah el Allah. Mohammed rasul Allah!

         Już się ruszyli do natarcia, już spływają z gór, już się wywalają strumie­niem z wąwozów. Suną coraz szybciej jak górska lawina, rozlewają pstrym morzem. Morze wygina się sprawnie w tuk, w sierp, w kształt miesiąca ro­gami zwróconego ku wrogowi. Rogi stanowią wysunięte naprzód skrzydła, mające otoczyć i zdławić Latyńców.

O, nie tak skoro! Szybko ustawiają się trzy poszczególne człony armii, głęboko zebrane w szeregi, długą linią broniące dostępu. Pośrodku wysu­nięci nieco w przód. godząc wprost we wnękę muzułmańskiego miesiąca, stają Robert normandzki i Szczepan de Blois. Na prawo od nich Boemund z Tankredem. Na lewo Robert flandryjski ze Swenonem i grabią de Verman­dois. Już się związali, już szczęk broni, łoskot uderzanych mieczami tarczy niesie się ku górom, powraca odbity echem.

Z rycerzy mało który zdążył napoić konia, zaczerpnąć hełmem tak oczekiwanej wody. Nie pora myśleć o pragnieniu, gdy zmierzyć się trzeba z całą potęgą muzułmańską Wschodu. Będzie pora pić, gdy zwyciężą. Na­poją się wtedy do syta ci, co nie polegną.

Lecz nieznanym wyrokiem Doli przeznaczone zwycięstwo lub klęska nierychło jeszcze nastąpi. Prędki mrok już zaległ podgórze, schodzi na do­linę. Za chwilę ukaże się miesiąc. Bić się przy miesiącu niedobra to wróżba. I grzech. Ale cóż począć? Nikt boju nie zaprzestaje. Walczą w gęstniejącym cieniu, potem w zupełnej oćmie. Nareszcie nie mogąc odróżnić swoich od cudzych stają i stać będą nieruchomo do rana, nie schodząc z koni, nie je­dząc i nie pijąc, nie wypuszczając broni z ręki. Z pierwszym promieniem słońca opuszczą miecz wzniesiony z wieczora.

Sen nie ima się nikogo. Na rozkaz Boemunda (zaraz na początku bitwy Boemund objął nie pytany naczelne dowództwo i pozostali książęta poddali mu się bez oporu, wiedząc, że w rzutkości dowodzenia jeden Rajmund St. Gilles może się z nim zrównać), na rozkaz Boemunda zatem czeladź z pomocą pieszych utwierdza warowny obóz oparty o rzekę, mający za­bezpieczyć tyły armii. Wyprzężone wozy sczepiają łańcuchami poczwórnym szeregiem. W środku obozu umieści się niewiasty, dzieci, chorych, słabych, wszystko, co w boju może być zawadą.

Piorunem rozkazane, piorunem wykonane. Pędem zderzając się w ciemni, zajeżdżają wozy, duchem wyprzęgają konie. Ciury, woźnice, pachołki zwijają się jak w ukropie. Nim świt nadejdzie, poczwórny kwadrat wozów złączonych łańcuchami, powrozami w częstokół nie do zdobycia, obsa­dzony drugim murem szczytników i toporników, będzie gotowy. Namioty szlachetnych pań rozbite.

Bezsenna noc szybko mija w gorączce oczekiwania. Nasiąka srebrną bladością. Na lewo zza wzgórza wytryskują dwa długie jaskrawe promie­nie, jak owe, co zdobiły głowę Mojżesza, schodzącego z góry po rozmowie z Panem, za nimi nagle, niby wyplute z katapulty, wystrzela słońce czerwo­ną kulą, od razu palącą. Każdy kształt przybiera barwę fioletową, obrze­żoną płomienną otęczą.

Ave maris Stella! – intonują potężnym chórem rycerze.

 La ilah el Allah, Mohammed rasul Allah!

Gorze! Gorze! Niby na skinienie bitwa rozstępuje się na całej przestrzeni doliny, odbija echem o góry. Walka przybiera od razu największy impet, zaciekłość, zawziętość. Muzułmanie usiłują użyć zwykłej swej taktyki odciągnięcia nieprzyjaciela pozorną ucieczką, obskoczenia, okrążenia. Lecz Latyńcy już poznali pod Niceą te zdradzieckie sposoby pogańskie. Nie dają się unieść zapałowi i ciasno dzierżą szeregi. Nawet porywczy pan de Melon nie wyskakuje za pierzchającym rzekomo nieprzyjacielem. Pamiętają o tym, by nie dać rozerwać szyku, nie wysforować się w przód pod żadnym pozorem. Strzały świszczą, syczącą chmurą spowijające głowy nie są zbyt straszne, byle oczy dobrze osłonić; groźne dla sług, odskakują od pancerzy panów.

W ręcznym zaś spotkaniu twarzą w twarz Latyńcy mają przewagę dzięki swej strasznej sile. I stojąc nieruchomo w miejscu, walcząc jak gdyby w natchnieniu, uniesieniu. Rąbią niby drwale. Dziwni drwale, co nie posuwają się naprzód, jeno las sam podchodzi ku nim coraz nowym nieprzebytym gąszczem. Zasieki zwalonych ciał rosną. Jeżeli opiekuńcze cienie dziadów towarzyszyły rycerzom aż tutaj, radują się dzie­łu wnuków. Radują się święty Jerzy, święty Michał i święty Teodor, chwa­lebni rycerze niebiescy.

Męstwo Normanów nie mniej jest świetne jak mę­stwo Paryżan. Flandryjski spokój stanowi najwyższy wyraz uniesienia bojowego. Duńczycy nie zwykli oszczędzać życia ni siebie. Patrzą jasnymi oczami bez zmrużenia powiek na nieprzeliczoną ciżbę wrogów, otaczającą zewsząd tak, że potężna armia normandzka zdaje się być wśród nich wyspą zagubioną w morzu. Nie stoją o to. Śmierć- przyjaciółka rycerza. Pięknie, gdy ślubne łoże uściele na polu bitwy. Jedyna troska: zginąć walecznie i mężnie. O resztę niech się Bóg kłopocze.

Kiedyś, kiedyś po wiekach przemyślny rodzaj ludzki wynajdzie broń palną, straszliwe samopały, muszkiety, kolubryny, moździerze, armaty, działa szybkostrzelne, karabiny maszynowe, które kosić będą wroga bez wysiłku ze strony człowieka. Wojny staną się jeszcze krwawsze, a mniej utrudzające. Lecz walczący z zastępami Kilidż-Arslana rycerze nie wiedzą jeszcze nic o tych sposobach. Ognia greckiego, który rozegnałby dzikie plemiona pustyni, nie chcieli przyjąć od Bizantyńczyków, trzymając go za broń niegodną dobrych rycerzy.

Tysiące, tysiące trupów, leżących teraz zwałem dokoła nich, to wszystko robota ręczna. Nie podniesie się miecz bez naprężenia ramienia. Tarcza nie osłoni głowy przed ostrym dzirytem, jeżeli jej szybko lewa ręka nie przerzuci i nie wzniesie. Ani czekan rozwali czaszkę przeciwnika bez przegięcia całego tułowia i głębokiego wydechu. Ciągła praca wszystkich mięśni, ciągły wysiłek woli, przytomności, bystro­ści, uwagi. Na tym polega przecudowna gra rycerska, tak namiętnie ulu­biona, męska radość celnych sztychów, piorunowych cięć, młyńców chro­niących głowę świetlistą obręczą. Jeno że gry tej nie można dłużyć w nieskoń­czoność… Mięśnie największego nawet siłacza znają kres swej wytrzy­małości. Przyjdzie chwila, że ustaną, wypuszczając z zesztywniałych dłoni mlecz.

Na to liczy, tego się spodziewa sułtan Kilidż-Arslan. Podziwia wściekłe męstwo Franków, lecz ufny w swe trzykrotnie przeważające siły, oczekuje spokojnie końca rozprawy. Allah akbar! Niech będzie pochwalony Prorok, który doświadczywszy wpierw swych wiernych, dał im teraz sposobność tak pięknego boju! Błogosławione jego imię!

Pod Doryleą będzie pomszczo­na Nicea!

Kapelan Roberta z Normandii, Arnuld, który pierwszy wczoraj zoczył nieprzyjaciela, kręci się niespokojnie po obozie. Co tu gadać, położenie jest kiepskie. Nasi nie wydzierżą. Dość zastanowić się chwilę: wojska muzułmańskie  czekały wypoczęte w chłodzie. I teraz te, które nie biorą udziału w walce, stoją w cieniu wzgórz. Natomiast Latyńcy przyszli półżywi ze zmęczenia, wyczerpani trzydniowym pochodem bez wody. Zaledwie część zdołała napić się i napoić konie przed rozpoczęciem bitwy. Stali bez snu i pokarmu całą noc. Walka toczy się na otwartym polu, w pełnym żarze słonecznym, od którego serce mdleje. Jak długo w tych warunkach zdo­łają wytrzymać?

         Arnuld z trudem prześlizguje się między wozami, między szeregami pieszych i konnych. Chwyta swojego księcia za strzemię.

         – Może by się jakoś dało przemknąć ku Rajmundowi – mówi waha­jąco. – Niechby z tyłu uderzyli…

         Ubiłbym jak psa tego, co by chciał to zrobić – parska wściekle Krótkoudy. – O pomoc ich prosić? Dopieroż by się czwanili!

– Nie o pomoc, ale żeby łacniej zgnieść pogaństwo…

– Ubiję jak psa każdego, ubiję i ciebie. Strach cię już obleciał, co?

         Arnuld cofa się bez słowa, co nie oznacza zresztą, żeby zamiaru ponie­chał. Wraca do obozu. Pośrodku twierdzy, uczynionej z wozów ustawio­nych poczwórnym szeregiem, znajduje się niewielkie wzgórze, z którego można objąć niezgorzej pole bitwy. Gromada kobiet stoi tam patrząc z niepokojem.

 [—-]

 Arnuld rozważa. W najlepszym razie nasi wytrzy­mają do wieczora. W najlepszym razie… Nie ma chwili do stracenia… Ubi­ję jak psa mówił Robert.  A jużci! Giń sam. głupcze, jeśli chcesz. Inni chcą żyć. Nikt nie będzie na ciebie zważał… Jeno gdzie szukać tamtych? Jak daleko mogą być? Zwołuje czterech giermków spomiędzy bystrzejszych. Giermków, nie rycerzy. bo z tymi trzeba by kolejno stoczyć spór, godzi się czy nie przyzywać Prowansalczyków. Konie napoili z putni. Czterech pojedzie. on, Arnuld, piąty. I pięć koni zapasowych.

Mozolnie rozgradzają wozy, by wyprowadzić konie. Przechodzą przez pierścień pieszych. Woje nie czynią przeszkody. Znają kapelana. Że jest prawą ręką i głową księcia normandzkiego. Byle muzułmany nie spostrzegły odjeżdżających i nie puściły za nimi pościgu!

Nie spostrzegli widocznie albo nie mogą przebrać się przez rzekę. Dzie­sięć koni, pięciu jeźdźców mknie przez spalony step. W ich szybkości zba­wienie całej armii. Więc pędzić! Pędzić! Niechać konia, gdy ustanie, i prze­siąść się na drugiego… Znowu pędzić! Żywo! Żywo!

….Ale dokąd?

         Na świętego Maksencjusza, dokąd? Nie ma wszakże żadnej łączności.

Od trzech dni obie armie nic o sobie wzajemnie nie wiedzą. Tamci mogli się zatrzymać, mogli skręcić na wschód lub, przeciwnie, przyspieszyć po­chód i znajdować się już na południe od Dorylei… Któż zgadnie, czy są o pół dnia drogi, o dzień, czy o dwa?

Przeklinając głupotę baronów, Arnuld pędzi wprost na wschód. Byle szybciej, byle prędzej! I pędzą. Kopyta dudnią po stepie.

[—-]

Walka toczy się bez wytchnienia. Mijają minuty za minutami, każda odmierzona ciosem niechybnego miecza. Mijają godziny za godzinami, każda wydzwoniona szelestem krwi, łomoczącej w obolałą z utrudzenia czaszkę. Słońce nie tłumi ani na chwilę swego okrutnego blasku. Powietrze stoi rozżarzonym słupem. W zeschłych wargach sczerniały język przy­warł do suchego podniebienia.

– Stój, słońce! – wołał Jozue. – Śćmij się, słońce! – wołaliby raczej Latyńcy. – Niech straszna oślepiająca kula stoczy się w końcu na zachód. Niech sczerwienieje i zatonie w morzu! Niech nastaną chłód i mrok.

Ale minuty i godziny mijają powoli. Do wieczora wciąż daleko. Tylko zasieki z trupów wznoszą się coraz większe. Tylko coraz gęściej ubywa obrońców. Tylko coraz trudniej wznieść mdlejące ramię…

[—-]

Stanąwszy na wzgórzu nie trzeba być mężem wprawnym w ocenianiu boju, by poznać, że klęska Latyńców jest już prawie dokonana. Wprawdzie okrutne słońce chyli się na koniec w dół, spóźniona to jednak ulga. Opór rycerzy słabnie widomie. Podnoszą jeszcze ramiona i walczą, ale czynią to jak we śnie, na poły bezwiednymi ruchami. O jedno już im tylko chodzi: zginąć z mieczem w garści. Giną też coraz to liczniej. Muzułmanie nacierają coraz zapalczywiej. Las poczyna ogarniać drwali.

Bacznie zważający na wszystko sułtan Kilidż-Arslan uznaje porę za odpowiednią do ostatecznego natarcia. Cztery pułki, czyli dżamaty, ocze­kujące dotąd bezczynnie w wąwozie, ruszają pędem, zataczają koło, spada­ją jak sępy na osłabłe prawe skrzydło giaurów.

Allah akbar! Allah akbar! Już się przedarli przez jezdnych, już walczą z pieszymi, już rozrywają scze­pione łańcuchami wozy. Jeszcze parę minut a obóz będzie zdobyty, nieprzy­jaciel na tyłach rycerstwa.

[—-]

Rajmund St. Gilles pędzi wyprzedzając swoich o dobre kilkadziesiąt kroków. Raz po raz obraca się ku nim, ze złością i rozpaczą daje znaki dłonią, by śpieszyli, poganiali! Lezą jak żółwie, jak smoła, jak gówno! Prędzej, prędzej, jeszcze prędzej!

Oddział, który wiedzie, składa się z tysiąca ludzi. Wybrano doń co naj­lepsze, najściglejsze, najwytrwalsze konie. Jednakże porywczemu grabie­mu zdaje się, że ciągną jak woły. Reszta armii pod wodzą biskupa i God­fryda gna z nimi, lecz mimo wszelkich wysiłków nie nadąży wcześniej jak za kilka godzin.

…Prędzej, prędzej! Chrapią z wysilenia konie, jeźdźcom pot zalewa oczy. Śpieszą tak. jak śpieszyć tylko mogą prawi rycerze, dążący rycerzom na pomoc.

I w momencie. gdy muzułmanie na prawym skrzydle wdzierają się już zwycięsko do obozu, skąd uderzą na tył armii i rozgromią ją ostatecznie, z lewego Rajmund Sto Gilles wali się na nich jak orkan, jak wicher pustyni, jak piorun.

Naskoczył tak z nagła, z takim impetem i siłą, że przerywa pierścień jazdy muzułmańskiej, dociera do swoich, zawraca i znów uderza.

– Bóg tak chce! Śmiało, Normany! Tuluza! Tuluza!

Śmiało, Normany?! Im tego mówić nie trzeba. Jednakże ten okrzyk z ust współzawodników ocuca zmysły niby cięcie biczem, zajątrza pasję, porywa ciała do nadludzkiego wysiłku. Ciż sami, co przed chwilą omdle­wali półprzytomni, z zażartą furią rzucają się znów do walki, przez wyłom w wozach w ślad za Saracenami wpadają do obozu Normany i Swenon ze swoimi Duńczykami. Walczą zaciekle w wąskim okólniku, wypierają Saracenów, mordują ich, wyrzucają precz za wozy.

[—-]

Nadejście pomocy nie przesądziło jeszcze sprawy na korzyść krzyżowców. Saraceni nie myślą dać sobie wydrzeć zwycięstwa już osiągniętego. Ochłonęli z zaskoczenia, wywołanego nagłym wypadem Rajmunda, i nacierają zaciekle. Wieczór nadchodzi. Drugi wieczór nieprzerwanej bitwy. Według dobrych oby­czajów rycerskich walczący powinni teraz koniecznie zejść z pola na Anioł Pański. Ale nie ma komu dzwonić, nie ma dzwonów i nikt o Pozdrowieniu Anielskim nie pamięta. Nie ustąpią jedni ani drudzy. Zawziętość wzajemna doszła do kresu, gdzie nie masz innego wyjścia, jak zwycięstwo albo śmierć.

Lecz ciemność nie zdążyła jeszcze ogarnąć całkowicie ziemi, gdy z tę­tentem, szumem nadjeżdżają pierwsze oddziały lotaryńskie pod wodzą Godfryda i Baldwina. Zamieszanie rośnie. Porządek prysł. Oba wojska są przemieszane, splątane, mając nieprzyjaciela z przodu, z tyłu, z boków. W tej kotłowaninie trudno rozpoznać, gdzie swój, gdzie wróg. Latyńcy zwołują się swym zawołaniem rodowym, by się nie zgubić w ciżbie i mroku. Muzułmanie wzywają Allacha. Przeciwnicy spychają się w wąwozy, które zmieniają się w wądoły śmierci.

Nikt nikogo o życie nie prosi, nikt go ni­komu nie daruje. Walczą jeszcze, upadłszy na ziemię. Gaszą się wzajem jak świece. Miejscami sągi trupów są wielkie jak szańce, jak dawne mogiły wodzów. W tych mogiłach leżą splątani pospołu dobrzy rycerze i wierni wyznawcy Proroka. Konie żywych nie mogą się ruszać, nie tylko z utrudze­nia, lecz nie ma gdzie stąpnąć, nie ma gdzie nogi postawić. Wszędzie trupy. Ale walka nie ustaje. Teraz oświeca ją księżyc, obojętny świadek. Wyszedł zza gór, przystanął na szczycie, wyolbrzymił cieniem stosy zmarłych, za­grzał do oporu żywych. Poza walczącymi ludźmi w przyrodzie panuje ci­sza, śmiertelna cisza. Milczą szakale, hieny, milczy nocne ptactwo, nie za­szeleści wiatr. Miesiąc, gwiazdy, góry, step patrzą w milczeniu na straszli­we widowisko, na zmaganie się dwóch wiar…

Rycerze śląscy przygnali tutaj z pierwszym oddziałem Rajmunda St. Gilles i czynią śmiele z plugawcami na podziw innym narodom. W takich chwilach, gdy obcy patrzą z uznaniem na ich męstwo, sprawność, znajomość wojennego rzemiosła, Ślązacy czują nie znaną przedtem dumę z przy­należności do swego plemienia, krzepką radość, że są nie tylko równi. ale lepsi od zachodnich mądralów, a zarazem ten sam wieczny, gorzki żal, że przyszli tutaj garsteczką bez wodza, bez króla… Hej! Pokazaliby światu, co Polacy znaczą! Dziwiliby się Frankowie ich czynom, jak dziwił się dziad pana de Foix, patrząc na przewagi Chrobrowe…

Niejasne poczucie, że dźwigają na swych barkach cześć i zasługę całego narodu, podwaja, potraja siły, narzuca zgodność ruchów, doskonałe zgra­nie w walce. Jest ich dwunastu – walczą niby jeden. – Myślą zbiorowo, uzupełniają wzajem. I choć każdy z rycerzy zajęty jest dziś samym sobą, zresztą innych jak mężni tu nie ma i niełatwo się wyróżnić – jednak po ca­łej armii między Normany i Prowansalczyki pójdzie hyr o męstwie dobrych, polskich rycerzy.

Niełatwo jednak myśleć równocześnie o zdobyciu sławy i zachowaniu żywota. By zdobyć pierwsze, rycerze nie dbają o drugie. Wysunąwszy się zbyt śmiało naprzód, już są otoczeni, obskoczeni wokół. Mimo wysiłków zepchnięto ich w stronę wąwozu. Darmo rzucają się jak ryba w sieci, waląc na oślep straszliwymi ciosami. Na miejsce jednego zrąbanego wyrasta dziesięciu. Otoczeni są zewsząd. Już runął z konia Nogodzic. Ubit Lud­bor Oświęta. Bluzgając krwią chyli się na kark koński gadatliwy Nowina Tarchała. Nie miną i dwa pacierze, a zginie podobnie reszta…

Głowacz Strzegonia ogląda się na braci. Żywi jeszcze, jeszcze walczą. Twarze mają kamienne, policzki zapadłe ze zmęczenia, oczy skryte w cie­niu. Zginą tutaj wszyscy trzej, nie powróci żaden doma, do starego śląskie­go dworzyszcza, w poświęcane progi dziadów.

…Trzeba, by wrócił choć jeden – myśli Głowacz odpierając najeżdżają­cego nań napastnika o czarnej diabelskiej gębie.

…Żeby powrócił choć jeden… Więc cóż?.. Chyba wołać… Ją?… Na sa­mą myśl mróz chodzi po kościach… – Wołać ją? Tajemniczą opiekunkę rodu? Ojciec zwierzył mu przedśmiertnie, że trzeba ją wzywać, gdy grozi rodowi zagłada, jeno, który woła – ginie.

…Trzeba – myśli Głowacz – chwila jest taka, że trzeba.

         Zęby mu szczękają z trwogi, ale wołać do niego należy. On najstarszy.

Podniósł się w strzemionach, pojrzał. Dokoła jedno piekło. Ludzie char­czą, rzężą, wyją, skruszyli już miecze, topory, czekany, walczą ze sobą pazurami, chwytem pięści. Ale nie ustają. Jakby padło na nich zaklęcie. jakby mieli walczyć tak w nieskończoność. Z góry świeci srebrny miesiąc… Gdzieś daleko, nieopisanie daleko, jest puszcza rodzima i dom.

         – Kiej trzeba, to trzeba – Z nagłym postanowieniem Witosław Strzegonia, zwany Głowaczem, obraca się do swoich braci, Zbyluta i Imbrama:

         – Będę wołał! Spuścić przyłbice! Nie patrzeć!

         I przeraźliwym, nieswoim głosem, zadarłszy głowę ku niebu, krzyczy po trzykroć:

– Strzyga! Strzyga! Strzyga!

Nadleciała. Z gwizdem sunąc przez powietrze, spadła z nagła. Wśród pustyni azjatyckiej ujrzeli ją, upiorzycę słowiańską… Podwójny rząd zę­bów w licu trupim, szponiaste palce, śmiertelne szare radno, łysy czerep… Już siada na kark najbliższego poganina, wpija się zębami w ciało poprzez stal. Już na drugim, trzecim, czwartym… Już się mości wolna droga… Do­koła walczących pustka… Im zimny pot spływa z czoła. Ułomkami mieczów tłuką bez opamiętania, nie bacząc, że biją w próżnię. Jedna myśl: nie pod­nieść głowy, nie spojrzeć, nie zobaczyć jej ponownie…

Nie zobaczą. Już zniknęła. Może jej wcale nie było? W miejscu. gdzie bielało śmiertelne radno, ślizga się blask miesiąca. Może to zwid był tylko? Ależ nie, musiała być, bo któż by przechód wyrąbał?

Trupio bladzi z doznanego lęku i wrażenia, rycerze śląscy łączą się z Tu­luzanami. I walczą dalej. Lecz Głowacza dłoń osłabła. Jak gdyby nie stało mu siły, niemrawo podnosi i opuszcza miecz. Już dwa razy Zbylut zasłonił go przed niechybną śmiercią.  

         – Ostaw – mruczy Głowacz – ostaw, dyć ją wołałem, to mi już trze­ba zemrzeć…   

         I w tejże chwili, nie odparłszy w porę włóczni saraceńskiej, wali się cięż­ko na ziemię.

Gdy więcej niźli pięćdziesiąt tysięcy wojowników sułtana poległo śmier­cią najwaleczniejszych, ulubionych Prorokowi, gdy anioł Gabriel zaniósł ich dusze do raju, gdzie wśród zwisających powojów i rozłożystych akacyj, i wydłużonych cieni i owoców rozlicznych, i miękko usłanych wezgłowi, i dziewic, rówieśnic rozkosznych, zażywać będą rozkoszy, mężny sułtan Kilidż-Arslan struchlał i cofnął się w góry, niechając bogatego obozu peł­nego żywności, paszy i bogactwa.

Latyńcy zostali panami pola.

Natychmiast Rajmund z Tankredem, ani zrzucając przywartych do cia­ła pancerzy, przesadzili swoich ludzi na zdobyczne konie i pognali za uciekającymi w ślad. Konie były za drobne dla rosłych rycerzy, ale wypoczęte i ścigłe, umiejące poruszać się w górach. Szybko dopadli ostatnich szere­gów pogańskich i siedli im na karkach, przynaglając do coraz większego pośpiechu. Nie mógł uwierzyć sułtan, by go ścigali ci sami ludzie, co pół­torej doby walczyli, i sądząc, że Latyńcom nadeszły nowe, nieznane posił­ki, nie próbował oporu. Uchodził. Mrok głębokich wąwozów pochłonął jednych i drugich.

Na zalanej światłem dolinie, nad brzegiem rzeki. z której nareszcie każdy może pić, ile zechce, biskup składa dzięki Panu Niebieskich Zastępów, który im zwyciężyć pozwolił. Wszyscy zeszli z koni, chwieją się na sztywnych nogach, zrzucili szłomy z utrudzonych głów. Wodzowie podchodzą ku sobie wyciągając niezbrojne prawice. Zawierają ponowny sojusz, ponowny układ przyjaźni. Dziękują sobie wzajemnie. Prowansalczycy Normanom za to, że im uczynili zaszczyt i wezwali do uczestnictwa w tak chwalebnym boju; Normanowie Prowansalczykom za to, że przybyli i do zwycięstwa pomogli. Obie strony prześcigają się w dworności, zapewniają o trwałej przyjaźni, której nic, nic nie naruszy… Do najbliższego starcia.

Gdy rano nadejdzie, rozpocznie się obliczanie strat. Sroga godzina! Co najprzedniejszych rycerzy legło około dwudziestu tysięcy. Legli d’Armaillac i Sto Pierre de Luz, du Grai, Wilfryd Guillebaut, brat Omera, de Hauteville i Onufry de Monte Scabioso, siostrzeniec Boemundowy. Konon de Montai­gu ranny, a Godfryd nie ucierpiał wcale, jakby na potwierdzenie, że śmierć. stara zalotnica, ucieka przed tymi, którzy jej szukają. Legli węgierski żupan Geza Sukki de Szuba i towarzysz jego Gyor Bakócz, czterech rycerzy polskich i Raul de Beaugency. Ten trzymał się na uboczu samojeden. Znale­ziono go martwego, naszpikowanego strzałami jak święty Sebastian, bo, nic wiedzieć czemu, bez pancerza walczył. Podobnie i pasa od czasu swej niesławy nie nosił. Wkoło leżały zrąbane przez niego trupy. Chciano go zrazu rzucić między sługi pospólnie z nimi chowając, ale biskup się temu przeciwił i zarządził, aby dano nieszczęsnemu rycerzowi uczciwy, godny pochowek i przywrócono do czci. Włożono mu więc pancerz i pas przed złożeniem w ziemię.

Legli Bernard de Sto Valery. Eustachy de Terouenne, bracia Henryk i Godfryd de Hache, Gerard de Cherisi, Tomasz de Ferriere, Wigbert, kasztelan Lugdunu, Ludolf de Toumai, Dudon de Contz i niezliczone mnóstwo innych. A giermków, sług! Tych nikt nie zrachuje. Leżą pokotem jak snopy na polu, miejscami spiętrzeni w zwały. Nikt też oprócz lwów i hien nie będzie trudził się ich grzebaniem.

Tysiąc lat. Postępy postępu i dialogu. Zofia Kossak.

Tysiąc lat. Postępy postępu i dialogu. 

Zofia Kossak KRZYŻOWCY   tom 1, str. 68, wyd. PAX 1983

[Polscy rycerze patrzą na tłum w Clermont, skąd wyjdzie niebawem I Wyprawa Krzyżowa, rok 1097 . md]

….Żydzi w spiczastych czapkach, z obowiązkową żółtą łatą przyszytą na lewym ramieniu. Ci przesuwali się ostrożnie, przeprowadzani niechętnymi spojrzeniami. Byli pogardzani, a zarazem niezbędni jako użyczający pieniędzy. Co prawda, pieniądz ten był drogi. Prawnie wolno było pobierać czterdzieści sześć od sta rocznie, lecz zazwyczaj pobierano sześć­dziesiąt, a nierzadko sto.

Kościół zabraniał surowo tych praktyk, uważając za grzech śmiertelny wzbogacanie się bez pracy, dlatego pożyczaniem trud­nili się tylko Żydzi. Do niedawna pomagali im w tym Lombardczycy. Ci, jako dobrzy chrześcijanie, nie pobierali odsetek, natomiast naznaczali nieistotne, zbyt rychłe termina oddania, za każdy dzień opóźnienia dopi­sując wysokie sumy jako kary. Ten sposób zarobkowania ustał, odkąd bi­skup Gilbert obłożył zajmujących się nim klątwą, obłożył zaś dlatego, że, pożyczywszy wiosną pięćdziesiąt funtów srebra, ujrzał się po żniwach win­nym osiemdziesiąt funtów.

Teraz już Żydzi byli wyłącznymi dostawcami gotówki. Niewypłacalnych dłużników. twardym obyczajem ówczesnym, zaprzedawali w niewolę lub brali do siebie jako niewolników, co było naj­cięższą dolą. Pomimo to znajdowali zawsze licznych i natarczywych klien­tów.

============================

[Cóż się przez ten tysiąc lat zmieniło: Zadłużeni są już wszyscy, w tym wszystkie państwa. Procenty trochę niższe, ale z mocy praw egzekwowane. Długi rosną lawinowo.

Kościół surowo niczego nie zabrania, ale dostosowuje się do świata. Aggiornamento.

Kościół, tj. niektórzy biskupi, w tym biskup Rzymu, mówią o „wspólnym bogu” i potrzebie dialogu ze „starszym bratem”. Nie ma strojów „z obowiązkową żółtą łatą”, za to niewolnictwo coraz popularniejsze. Lombardy kwitną. MD]

Zofia Kossak: Uwagi o Żydach za okupacji.

Zofia Kossak: Uwagi o Żydach za okupacji. „Fundusz Konrada Żegoty”. 

 Zofia Kossak, „W Polsce podziemnej”, PAX 1999   

[List do Ireny Rybotyckiej] [Trossell, II 1954]

Irusiu moja najmilsza,

Boję się, że niniejsze uwagi o Żydach są spóźnione o sześć tygodni.

Twój Gibbs mógł zdążyć wykitować przez ten czas. Trudno. Nie dało się wcześniej, choć wciąż o tym pamiętałam. Jeżeli niepotrzebne – wyrzuć. Jeżeli jeszcze przydatne, wybierz z tego bigosu, co potrzebne. Piszę chaotycznie, w miarę jak mi te wspomnienia przychodzą do głowy. Żadnych dat się nie spodziewaj. Myślę, że znajdziesz je bez trudu gdzie indziej, choćby w książce Bora lub w książce Orwicza Europa nie odpowiada.

A zatem:

Tępienie Żydów odbywało się etapami. Czy te etapy były dyktowane chęcią oswojenia społeczeństwa polskiego i niemieckiego z potwornoś­cią zamysłu, czy sami hitlerowcy pomału dopiero dochodzili do ostatecznych konsekwencji swej rasistowskiej nienawiści – nie wiem. W każdym bądź razie, choć od razu od. [19]39 roku poczęto ustalać pochodzenia żydowskie i traktować Żydów pełnej, pół- czy ćwierć krwi jako obywateli drugiej klasy – nie było jeszcze bestialstwa. Żydom kazano nosić białą opaskę z gwiazdą syjońską na ramieniu i pędzono ich do robót. Gdy szli, obowiązani byli śpiewać. Jakiś volksdeutsch (zapewne) ułożył dla nich piosenkę:

„Pan Generał Rydz

Nie nauczył nas nic

A nasz Hitler złoty

Nauczył nas roboty” (sic!)

Dalszego ciągu nie pamiętam. To był oficjalny hymn tych drużyn roboczych. Nie interesowano się ich przekonaniami politycznymi. I w owych pierwszych miesiącach okupacji zdarzało się nieraz, iż ten lub I ów konspirator, chcąc bezpiecznie przemknąć się przez pilnie strzeżoną strefę, zakładał gwiazdę syjońską. To chroniło przed rewizją. Zdaje mi się, że w swej pogardzie dla Żydów Niemcy nie przypuszczali, by Aryjczyk mógł się za Żyda podawać.

Ten okres był krótki. Już pierwszej wiosny okupacyjnej wprowadzo­no zamknięcie gett. Trwało długo, chyba z rok, zanim opróżniono wszystkie polskie miasteczka z Żydów i upchano tych ostatnich w kilku wybranych miejscowościach. W Warszawie stanęły w poprzek ulic mury z drutem i szkłem na wierzchu, strzeżone przez Niemców. Roz­powiadano przejmujące zgrozą wiadomości o natłoczeniu panującym za tymi murami, o nędzy, głodzie, a zarazem zbytku bogatych.

To były dziwnie diabelskie sprawy. Ludzie marli z głodu na ulicach, a równo­cześnie czynne były niesłychanie wytworne lokale, domy gry, do których przyjeżdżali jako stała klientela- Niemcy. Nędza panująca w getcie nie była przesadą. Wystarczało zobaczyć dzieci żydowskie, które, sobie tylko wiadomymi przejściami, wymykały się poza obręb getta i żebrały. Straszno było patrzeć na te małe widma ciemnożółte, o skórze przyległej do kości, małe szkielety, u których głód zabijał strach. Polacy dawali im jedzenie, pieniądze, Niemcy spostrzegłszy takiego półtrupka mordowali je natychmiast.

Działy się potworne wypadki. Na Nowym Świecie oficer niemiecki złapał takiego chudzinę, sześcioletniego najwyżej, trzymając jak szczenię za kark podniósł drugą ręką pokrywę od kanału i wepchnął tam dziecko. Przechodnie patrzyli ze zgrozą. Ksiądz, który był świadkiem, zaczął błagać o litość nad dzieckiem. Oficer spojrzał na niego ze zdumieniem: „Jude!” – objaśnił informacyjnie, zatrzasnął klapę i poszedł spokojnie dalej.

Kiedy indziej na moście Kierbedzia. Niemiec spostrzegł Polaka dającego jałmużnę żydowskiemu głodomorowi, dziecku. Przyskoczył i rozkazał Polakowi wrzucić dziecko natychmiast do wody, inaczej on sam zastrzeli i Żydziaka, i niewczesnego jałmużnika. „Nic mu nie pomożesz – szydził – ja go zabiję tak czy tak. On nie ma prawa tu być. Ty albo możesz odejść, jeśli go utopisz, albo cię zastrzelę. Rachuję do trzech. Uwaga. Raz… Dwa…” Polak nie wytrzymał, załamał się, rzucił dzieciaka przez poręcz do rzeki. Niemiec poklepał go po ramieniu. Braver Kerl. Rozeszli się. W dwa dni potem Polak się powiesił. Nie mógł ani na chwilę zapomnieć momentu, w którym chude rączyny dziecka czepiały się go rozpaczliwie, a on je oderwał i cisnął.

Podobne obrazki można by opowiadać bez końca. Straszna również była dola Żydów poza gettem, tzn. tych, którym udało się uciec. Koczowali po lasach jak dzicy ludzie, przepłacając za żywność, ścigani przez policję. Zimą do jednego dworu przyszła para Żydów z lasu. We dworze tym był tartak, tartak został zarekwirowany przez Niemców i był przy nim posterunek niemiecki. To było przed Świętami Boż(ego) Nar(odzenia). Podoficer niemiecki dowodzący posterunkiem, katolik, odjeżdżał właśnie na świąteczny urlop i czuł się z tego powodu bardzo szczęśliwy. Przyszedł do dworu życzyć spokojnych Świąt i opowiedzieć o swojej rodzinie, dla której wiózł kiełbasę i gęś. Czekał tylko na przyjazd swojego zastępcy i denerwował się, że tamten się spóźnia.

Wtedy właśnie dano znać, że przyszło tych dwoje. Ojciec i córka. Inteligenci, z klasą. On stary, ona młoda i piękna. Zmarnowani nieprawdopodobnie, wymarznięci, obdarci. Po co przyszli? Zgłosili się dobrowolnie na posterunek, aby ich zastrzelono, bo już nie mają sił prowadzić takiego życia jak obecnie, jak od pół roku. Podoficer był zły o to, że przyszli, nie czuł się wcale w nastroju do strzelania Żydów. Poza tym okazało się, że nie ma już naboi. Naboje miał przywieźć ze sobą zastępca. Poszedł jakoś tę sprawę załatwić, a ci dwoje stali nieruchomo przed gankiem. Pani domu wyszła do nich. Namawiała, żeby uciekali, że przecież to szaleństwo… Powiedzieli, że nie chcą. „Gdyby była jakaś nadzieja… – powiadali. – Ale nadziei nie ma…”

I czekali. Podoficer posłał żołnierza na rowerze na sąsiedni poste­runek po naboje. Gdy żołnierz wrócił, podoficer wyprowadził skazań­ców za podwórze i zastrzelił ich oboje.

Zawsze mi się zdawało, że ten wypadek był bardziej przejmujący od innych, bo jakiejże sumy cierpień trzeba, cierpień, upokorzeń, poniewie­rki, by człowiek przyszedł sam prosząc: Zabijcie mnie.

I tego nie potrafię powiedzieć, kiedy zaczęto likwidować getta. Zapewne znacznie wcześniej, niż wieść o tych potwornościach buchnęła wśród społeczeństwa polskiego. Umarli nie wracają, dopiero kolejarze polscy podnieśli alarm. Od nich dowiedziano się o wagonach z warstwą wapna na podłodze, wagonach, w których ścisk był tak straszny, że na miejsce przeznaczenia dojeżdżały tylko zsiniałe trupy. Technikę tych transportów opisywałam w Z otchłani – była taka sama, czy chodziło o Oświęcim, czy Treblinkę, nie będę więc powtarzać. Trzymajmy się tego, co na zewnątrz.

Latem, chyba 1942 roku, organizacja katolicka Front Odrodzenia Polski, do której należałam, wydrukowała Protest przeciw temu, co czyniono z Żydami. [Napisała go Zofia Kossak . MD] A może to był 1941? Nie potrafię sobie przypo­mnieć, musiałabym pogadać z Haliną Czarnocką. Ponieważ byłam generalną maszyną do pisania wymienionej organizacji, więc i Protest ja redagowałam. Chodziło nam o podanie do wiadomości publicznej okropnych faktów, potępienie ich, zajęcie stanowiska. Protest został rozrzucony w dużej ilości po kraju (dotarł i do Londynu).

Po pewnym czasie zostałam wezwana do jednego z ministrów Delegatury Rządu, pseudonim Zawadzki, gdzie zastałam p. Alinę Zabielską (prawdziwe nazwisko Tytusowa Filipowiczowa, urocza, wspaniała kobieta). Ja reprezentowałam FOP, ona POD (a może PAD – Polska Organizacja Demokratyczna czy Polska Armia Demokratycz­na? Znów trzeba by zapytać Haliny).

Przed Zawadzkim leżał Protest. Aha, zapomniałam powiedzieć, że tuż po Proteście pisemko POD-u (czy PAD-u) gorąco przyklasnęło i zaznaczyło swą solidarność z nami. Zawadzki zapytał, czy jesteśmy gotowe poprzeć czynami powyższą wypowiedź. Odpowiedziałyśmy, że oczywiście, tak.

– Dobra – oznajmił. – Pieniądze dam, a wy ratujcie Żydów. Proszę o plan jak najprędzej.

Wyszłyśmy obie trochę kołowate. Ratujcie Żydów! Jak? Mnóstwo ludzi ratowało już na swoją własną rękę Ga też, ona też). Klasztory męskie i żeńskie już były pełne aż pękały, już w wielu domach uczono rzekomych członków rodziny wzgl[ędnie] lokatorów pacierza i znaku Krzyża, żeby się nie zasypali. Już w związku z tym było wiele ofiar, gdyż Niemcy w razie wykrycia Żydów mordowali wszystkich mieszkań­ców. Sądzili, że tym terrorem odstraszą ludzi od okazywania Żydom pomocy.

Rozumiałyśmy jednak obie, że to były krople w morzu, indywidualne wysiłki, a tu Rządowi chodzi o akcję mającą istotne znaczenie. O ilość. Myślałyśmy intensywnie. Dobrałyśmy paru pewnych i mądrych ludzi. Prawą ręką naszą stała się „Alicja”, wdowa po malarzu Wąsowiczu, z domu Rapaport, mądra, zacięta, ostrożna, no i osobiście zaintereso­wana. Przedstawicielem ze strony żydowskiej był „Mikołaj”, rodzo­niuteńki brat Bermana wielkorządcy reżimu. Pomału akcja rozwinęła się ogromnie, weszło do niej wielu ludzi i uratowano mnóstwo, tysiące Żydów. Akcja miała kryptonim „Fundusz Konrada Żegoty” (Fundusz Komitetu Żydowskiego).

Nie była to praca ani łatwa, ani wdzięczna. Ryzyko szalone. Żydzi są rasą nieodporną psychicznie, przedenerwowaną, załamywali się od razu. W razie schwytania „sypali” wszystkich, którzy im dali schronie­nie. Kiedyś pytałam jednego b. porządnego Żyda, czy w razie „wpadki” sypnąłby nas. Namyślił się nad odpowiedzią. Powtarzam, to był b. porządny i rozumny człowiek. Powiedział: „Proszę pani, ja bym nie chciał, ale jakby bardzo bili, to ja bym musiał”.

Otóż to. A Niemcy „bardzo” bili. Dużo ludzi zginęło w tej akcji. Sieć przeprowadzania Żydów w lasy czy do ustalonych punktów była zorganizowana wcale dobrze, najtrudniejszym zadaniem było prze­prowadzanie delikwenta czy delikwentki z jednego punktu na drugi. Myślę o Warszawie. Z powodu godziny policyjnej nie można było czekać zmroku. Nie można było jechać tramwajem, gdyż pominąwszy typ, ci biedacy zdradzali się swym nerwowym zachowaniem, panicznym strachem malującym się w oczach. Trzeba było prowadzić pojedynczo piechotą, usiłując rozmawiać o czymś tak interesującym, tak pochłaniającym czy sensacyjnym, żeby konwojowany „obiekt” zapominało strachu.

Pamiętam, jak kiedyś przeprowadzałam z Powiśla na Śniadeckich Żydówkę, Witold osobno na ten sam punkt prowadził jej męża, a Anna córkę, swoją rówieśnicę. Cała rodzina miała typ jaskrawo semicki, bijący w oczy. Boże, jakże się bałam o te moje dzieci! Patrzałam z okna, jak Witold wychodził, prowadząc przyjacielsko pod rękę skulonego niskiego Żyda, pochylał się nad nim jak śliczny anioł opiekuńczy, opowiadając „coś ogromnie ciekawego„. Potem Anna roześmiana, w podskokach, ciągnąc za rękę swoją niby koleżankę, słaniającą się ze strachu. Nigdy nie zapomnę tego okropnego uczucia lęku, tego poczucia, że własne najukochańsze dzieci narażam na śmierć prawie pewną. A z drugiej strony to przeświadczenie, że to przecież obowiązek. A potem ta radość szalona i wdzięczność Bogu, gdy po półtorej godzinie spotkaliśmy się na Powiślu cali i zdrowi, ze świadomością, że „podopie­czni” zostali szczęśliwie doprowadzeni, gdzie należy. [Anna i Witold to Jej dzieci. md]

Dodatkowe utrapienie stanowiło częste buntowanie się podopiecz­nych. Przyprowadziłaś ich na dany punkt, gdzie przewidziana była tylko jedna noc, nazajutrz mieli być przerzuceni dalej poza miasto. Lecz oni nie chcieli się ruszyć. Za nic. Powiadali, że tu zostaną, nie wyjdą. Gadaj tu z ludźmi na wpół obłąkanymi ze strachu. Poróżniłam się przy tej okazji z wielu przyjaciółmi, do których przyprowadziłam jakiegoś biedaka „tylko do jutra rano”. A biedak siedzi tydzień i nie ma sposobu go zabrać. Gorzej, gdy czekała już kolejka innych na ten sam punkt i psuła się cała technika przerzutu. Wyobraź sobie, że kiedyś musieliśmy zrobić fałszywy alarm, udać, że gestapo idzie, rzucając panikę na całą kamienicę, by tą wiadomością nakłonić takich opornych Żydów do wyruszenia z miejsca.

Nie mogę pominąć paru słów zachwytu nad żydowskimi dziećmi. Nie uwierzysz, jak są miłe, zdolne, inteligentne. Po prostu czarujące. Rozwijają się o tyle wcześniej od naszych dzieci, że dopiero poznawszy, człowiek rozumie przedwojenne badania pedagogów, że żydowska młodzież „demoralizuje” naszą. To jasne: Żydowska młodzież była już dojrzała płciowo, gdy nasze to były jeszcze dzieci. Różnica w poziomie rozwoju wynosi 4-5 lat.

Najwięcej ratowaliśmy dzieci. Wiele z nich trzymałam do chrztu. Nie zapomnę przedziwnie mądrego i miłego Marysia, faworyta sióstr służebniczek; Pawełka, ulubieńca urszulanek, i innych. Dzieci żydows­kie są z natury gorąco religijne. Chwytają wiarę jak dar oczekiwany. Przejmują się nią całym sercem. Oczywiście pierwszą fazą jest nadzieja, że katolicyzm ochroni je przed Niemcami. Potem przychodzi miłość do Boga bezinteresowna, prawdziwa. Po jedną z tych naszych „podopiecz­nych” zgłosiła się po wojnie bogata rodzina z Ameryki, wyznania mojżeszowego. I ta mała, która została w czasie okupacji zaadoptowana przez ubogą rodzinę polską – odmówiła zdecydowanie wyjazdu. Nie była już dzieckiem, miała piętnaście lat, mogła sama decydować, nikt na nią nie wpływał, rodzina naprawdę chciała, nalegała. Dziewczyna została.

Nie ulega wątpliwości, że to jest rasa intelektualna. Wyobraź sobie, prowadzę kiedyś na „punkt” taką dwunastoletnią Joasię. Idziemy z gęstymi minami, bo zima, więc już ciemno, choć jeszcze daleko do policyjnej godziny. Mała na pewno nigdy mnie nie widziała, nic o mnie nie słyszała. Zresztą ciemno. Coś jej opowiadam. Ona nagle pyta: „Czy pani przed wojną nie mówiła kiedyś przez radio?” Kłamię gładko, że nigdy. „Ej, może pani mówiła? Ja nie pamiętam co, ale ja pani głos słyszałam przez radio”… Zmieniłam temat.

Uważaliśmy dawniej, że większość nawróceń Żydów jest dyktowana snobizmem. Oczywiście był to sąd uproszczony. Mogli być tacy, ale na pewno nie wszyscy. W czasie okupacji miałam okazję poznać Żydów katolików, prawdziwych katolików. Wszystko to były pierwszorzędne typy. Zaczynając od ks. Pudra, tego samego, któremu głupia młodzież oenerowska robiła awantury przed wojną i ściągała z ambony (wstyd wspomnieć), a który dobrowolnie poszedł zamknąć się w getcie i tam zginął, od dwóch Natansonówien pełnych poświęcenia i heroizmu – aż do najskromniejszych przykładów.

Najmniej stosunkowo mogę Ci powiedzieć o powstaniu w getcie, gdyż terenem mojej pracy nie było wojsko. AK współdziałało jak najściślej z Bojową Organizacją Żydowską. Dostarczało broni, kierowników. Po szczegóły odsyłam Cię również do Haliny. Ja mogę opowiedzieć tylko, jak wyglądało w oczach cywila na zewnątrz. Wyglądało przerażająco. Ten pożar, którego nikt nie gasił, który płonął i płonął bez przerwy, tuż, o ścianę, napełniał grozą samym widokiem, Niemcy nie dopuszczali blisko. Tramwaje na Muranów nie chodziły. Na placu Zamkowym trzeba było przesiąść się na furmanki, które tam czekały, i dopiero przy Dworcu Gdańskim chwytać tramwaj, by jechać na Żoliborz.

Ale mimo straży ludzie podkradali się blisko. Słyszeli potworne wycia rozpaczy jednych, rozbestwienia drugich, głuszone przez huk pożaru i trzask walących się ścian. Moje łączniczki widziały, jak na balkon czwartego piętra domu, który płonął od dołu, wybiegła grupa ludzi. Małżeństwo, stara babka. Małżeństwo objęło się ramionami i skoczyło w dół w płomienie. Babka za nimi. Przed skokiem zamachnęła się i cisnęła w bok tłumoczek z pościelą, który upadł na pas ziemi nie objętej pożarem. Leżał. Nagle poruszył się… Ten tłumoczek się poruszył. Przyskoczył Niemiec i zaczął dziobać go bagnetem raz koło razu. Tłumoczek znieruchomiał, po chwili ziemia pod nim sczerwieniała…

Straszne robiły na nas wrażenie postacie bojowników żydowskich wychodzących z kanałów. Potem, gdy powstańcy warszawscy tak samo przechodzili i tak samo wyglądali, to wrażenie zbladło.

Czy jeszcze co więcej, Kochana? Cyfry znasz. Żydów było w Polsce ponad trzy miliony. Zostało przy życiu 40-50 tys. Ta resztka została przy życiu dlatego, że Polacy ją uratowali. W tym ratownictwie brały udział wszystkie warstwy społeczne i wszystkie organizacje.

Przepraszam za styl, chaos, niedostateczność relacji. Za opóźnienie już nie przepraszam. T o naprawdę pierwszy dzień, w którym mogło to być napisane.

Wysyłam to, nie czekając na napisanie listu w sprawie Jerozolimy.

Ściskam gorąco, mocno, Bogu polecam.

Z.K.S.

List został opublikowany przez córkę pisarki Annę Bugnon na łamach „Tygodnika Powszechnego” 1995, nr 16 pt. Umarli nie wracają….

===========================

mail: Nieścisłość: Do momentu „wyzwolenia” ukrywał się w Białołęce u sióstr Rodziny Maryi. Po wyzwoleniu udał się do Warszawy. 23 stycznia 1945 został potrącony przez sowiecki samochód, w wyniku czego 27 stycznia 1945 zmarł.

PORÓWNANIE: W Sejmie a w Izbie Gmin. Kto ma przywilej układania list wyborczych.

PORÓWNANIE: W Sejmie a w Izbie Gmin. Kto ma przywilej układania list wyborczych.

Wiadomości Westminsterskie (Nr 1), 06.09.2013 r.

Poprzedni raz premier brytyjski (Lord North) przegrał głosowanie co do użycia wojska… w 1782 r.

 ================================

Paweł Kawarski 6-09-2013 [z mego Archiwum – dla nas ciągle aktualne. MD]

Trudne o lepsze przykłady różnic funkcjonowania parlamentu systemu proporcjonalnego i większościowego niż reakcje władz partii koalicyjnych na wyniki dwóch głosowań, które ostatnio przeprowadzono, odpowiednio, w Sejmie i w Izbie Gmin.

Podczas lipcowych i sierpniowych głosowań nad forsowaną przez rząd nowelizacją ustawy o finansach publicznych, która ostatecznie zawiesiła na rok działanie 50-procentowego progu ostrożnościowego, trzej posłowie partii koalicyjnej (PO) Jarosław Gowin, John Godson i Jacek Żalek dwukrotnie złamali dyscyplinę klubową wstrzymując się od głosu (podczas głosowania nad wnioskiem SP i SLD o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu, a następnie podczas głosowania nad uchwaleniem nowelizacji).

Postawa posłów dysydentów spotkała się z gwałtowną reakcją władz i członków PO, którzy wzywali do ich ukarania. Zacytuję jedną wypowiedź rzecznika dyscypliny klubowej PO Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej Moja propozycja to zawieszenie (trzech posłów) na trzy miesiące. Nie był to ich pierwszy wybryk, tylko dość konsekwentne postępowanie według własnego widzimisię.

Sprawa znalazła finał w ostatnich dniach sierpnia. 27 sierpnia John Godson sam wystąpił z klubu parlamentarnego PO i z partii, natomiast 30 sierpnia klub PO ukarał Jarosława Gowina karą finansową w wysokości tysiąca złotych, a Jacek Żalek został zawieszony na trzy miesiące w prawach członka klubu. Kary te podsumował premier Donald Tusk: Decyzje klubu są absolutnie uzasadnione. W geście solidarności z posłem Żalkiem, J. Gowin zawiesił swoje członkostwo w klubie na trzy miesiące. [ten serial ma następstwa, ale nuuudne…MD]

==========================

Zestawmy te reakcje z postępowaniem władz partii konserwatywnej po przegranym głosowaniu nad wnioskiem o zatwierdzenie użycia wojska w Syrii, w sprawie mającej o wiele istotniejsze znaczenie. Premier zarządził powrót z urlopów, a proponowanej uchwale władze obu partii nadały najwyższy priorytet, tzw. three line whip.

29 sierpnia wieczorem wniosek koalicji został odrzucony większością głosów 285/272, dzięki głosowaniu przeciw wnioskowi, m.in., członków partii koalicji: 30 konserwatystów i 9 liberalnych demokratów (rebelianci). Z kolei dalszych 31 torysów i 14 demokratów z różnych powodów w ogóle nie wzięło udziału w głosowaniu, co oczywiście pomogło przeciwnikom interwencji zbrojnej. Wszyscy obecni posłowie Partii Pracy w liczbie 220 głosowali przeciw.

Prasa brytyjska podaje imienne wykazy rebeliantów wraz z nazwami ich okręgów wyborczych, dzięki czemu wyborcy łatwo mogą sprawdzić jak głosowali reprezentanci poszczególnych okręgów bez potrzeby przeszukiwania stron parlamentu w poszukiwaniu list głosowań.

Pomijając aktualny aspekt geopolityczny, wydarzenie to odnotowano w Wielkiej Brytanii jako historyczne – poprzedni raz premier brytyjski (Lord North) przegrał głosowanie co do użycia wojska w 1782 r., gdy parlament nie zgodził się na dalsze finansowanie wojny ze Stanami Zjednoczonymi, które ogłosiły niepodległość.

Porażce Davida Camerona nadaje się podobne znaczenie jak upadkowi rządku Chamberlaina w 1940 r. Posłowie opozycyjnej Partii Pracy tuż po głosowaniu wzywali Camerona do ustąpienia. Komentatorzy określili porażkę premiera jako poniżenie, wydarzenie bez precedensu w obecnych czasach i nadzwyczajny atak na autorytet premiera. Zresztą w ostatnim czasie to nie pierwszy raz gdy premier musi respektować partyjnych rebeliantów – pamiętać należy silną antyunijną torysowską frakcję, która zmusza premiera do dystansowania się od silnej integracji z UE, aż do złożenia obietnicy referendum w sprawie dalszego członkostwa.

Ale jak zachował się Cameron? Czy wzywał do ukarania rebeliantów?

W warunkach ordynacji większościowej, oczywiście jest to pytanie retoryczne. Wzywano do ukarania głównego whip’a, którym jest Sir George Young, poprzez pozbawienie go tej funkcji, za bałagan, w efekcie którego nawet dziesięciu ministrów rządu nie wzięło udziału w głosowaniu. Niektórzy posłowie koalicji nazywali rebeliantów zdrajcami, lecz ci nie wyrażali skruchy z powodu nieokazania lojalności partii.

Zachowanie posłów partii systemu proporcjonalnego jest spowodowane szczególnym instrumentem jaki jest do dyspozycji władz takiej partii – przywilejem układania list wyborczych. Z jednej strony utrzymanie dyscypliny partyjnej jest łatwe, a z drugiej – usłużni władzom posłowie nie zawahają się ukarać kolegów za działanie wbrew linii partyjnej.

Premier brytyjski nie dysponuje podobnym niemalże magicznym narzędziem, dzięki temu zasadniczo posłowie do Izby Gmin muszą się liczyć ze zdaniem swoich wyborców, a w tej sprawie – wyborcy brytyjscy są przeciwni kolejnej wojnie.

Postawa posłów może być powodowana do pewnego stopnia faktem czy poseł został wybrany dużą czy małą większością głosów. Trzech posłów, którzy przyczynili się do odrzucenia propozycji koalicji, pochodzi z okręgów o minimalnej różnicy głosów w stosunku do drugiego w kolejności – posłowie Labour z okręgów Oldham East & Saddleworth (różnica 103) oraz Hampstead & Kilburn (różnica 42) głosowali przeciw, poseł LD z okręgu Solihull (różnica 175) nie głosował. Posłowie Tory, którzy głosowali przeciw pochodzą z relatywnie bezpiecznych okręgów (różnice wynoszą kilka tysięcy głosów). Z kolei posłowie Tory głosujący za widocznie nie obawiali się utraty mandatów w kolejnych wyborach, nawet gdy wyborcy generalnie są przeciw agresji na Syrię.

Zestawienie powyższych dwóch wydarzeń doskonale ilustruje, że parlamentaryzm Polski i Wielkiej Brytanii dzieli przepaść, jeśli chodzi o wpływ władz partii czy wyborców na zachowanie posłów, niestety na korzyść tego drugiego, mając świadomość, że nawet w UK nie zawsze przedmiotowe zależności funkcjonują bez zarzutu.

Praworządność jest dobra na wszystko. Nie tylko “na ładną, niewinną panienkę” –

Praworządność jest dobra na wszystko. Nie tylko “na ładną, niewinną panienkę” –

Sędziowie się bisurmanią.

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia

Praworządność jest dobra na wszystko. Nie tylko “na ładną, niewinną panienkę” – bo wiadomo nie od dziś, że na praworządność można wabić nie tylko kobiety po przejściach, ale i niewinne panienki. Praworządność jest dobra jako pretekst do wojny hybrydowej, którą Niemcy prowadzą przeciwko Polsce od stycznia 2016 roku. Praworządność jest przydatna jako paliwo zastępcze w politycznej wojnie, jaką grupujący liczne stada autorytetów moralnych obóz zdrady i zaprzaństwa prowadzi przeciwko skupiającemu również liczne stada autorytetów moralnych obozowi “dobrej zmiany” – i tak dalej.

Ostatnio okazało się, że praworządność jest też znakomitym pretekstem do wałkonienia się za pieniądze Bogu ducha winnych podatników. Nawiasem mówiąc, wojnę hybrydową prowadzą Niemcy przeciwko Polsce również dzięki temu, że zarówno obóz “dobrej zmiany” jak i obóz zdrady i zaprzaństwa, na rozkaz Pana Naszego miłosiernego z Waszyngtonu, prowadzi nieubłaganą wojnę z zimnym ruskim czekistą, zbrodniarzem wojennym Putinem. Ponieważ wojna ta pochłania całą uwagę nie tylko naszych mężyków stanu, którzy narkotyzują się do nieprzytomności komplementami, że stoją na czele “supermocarstwa”, ale i niezależnych mediów głównego nurtu, to Niemcy bez ceregieli mogą zachodzić nas od tyłu i wymuszać na Polsce bezwarunkowe kapitulacje – oczywiście pod pretekstem krzewienia w naszym bantustanie praworządności ludowej. Ta walka o praworządność, rozpoczęta – jak pamiętamy – gospodarską wizytą w Warszawie Naszej Złotej Pani w lutym 2017 roku, trwa już tak długo, że środowiska najbardziej nią zainteresowane spostrzegły wreszcie, że nadaje się ona również do wałkonienia się nie tylko w majestacie prawa, ale również w aureoli poświęcenia dla Polski.

Jak wiadomo, sędziowie, którzy przez ostatnie 30 lat przyzwyczaili się do całkowitej bezkarności i uwolnili od wszelkiej zależności od konstytucyjnych organów państwa, które tylko im płaci, wykorzystują pretekst praworządności do uchylania się również od swoich obowiązków. Polega to m.in. na “testowaniu niezawisłości”, to znaczy – podważaniu legalności innych sędziów. Głównym ogniskiem tej epidemii, która zatacza coraz szersze kręgi, był dotychczas Sąd Najwyższy, w którym jedni sędziowie odmawiali orzekania w towarzystwie innych sędziów, tak zwanych “nielegalnych” – żeby przypadkiem  się nie strefić. Ponieważ pan prezydent Duda mianował co najmniej 3000 tych “nielegalnych” sędziów, więc rozszerzenie tej epidemii z Sądu Najwyższego na sądy drobniejszego płazu musi doprowadzić do całkowitej anarchii w wymiarze sprawiedliwości, na co liczy obóz zdrady i zaprzaństwa, realizujący nakazaną przez BND strategię “ulica i zagranica”.

Tak było w wieku XVIII, kiedy to organizm państwowy Rzeczypospolitej zżerała od środka agentura i tak jest teraz – bo co jak co, ale agentura ma się w Polsce świetnie. Zresztą nie tylko obóz zdrady i zaprzaństwa realizuje tę strategię. Na swój sposób realizuje ją również obóz “dobrej zmiany”, w czym obóz zdrady i zaprzaństwa mu pomaga, taktownie wstrzymując się od głosu podczas forsowania w Sejmie przywiezionej z Brukseli formuły bezwarunkowej kapitulacji Polski, którą postanowiono ubrać w postać nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym.  Okazuje się, że za pieniądze, a nawet za obietnicę ich wypłacenia, nie tylko Donald Tusk ze swoją trzódką, ale również Naczelnik Państwa ze swoją gotowi są zrobić wszystko – na widok czego Niemcy z pewnością zacierają ręce. Jak zauważył w “Głosie Pana” Stanisław Lem, “nawet konklawe można  doprowadzić do ludożerstwa, byle tylko postępować cierpliwie i metodycznie.” Tresura przynosi rezultaty.

Toteż kiedy pan prezydent Duda, który wcześniej się odgrażał, że będzie nieugięcie stał na nieubłaganym gruncie porządku konstytucyjnego i praworządności, zrobił unik, kierując uchwaloną zgodnie z formułą bezwarunkowej kapitulacji, nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym do Trybunału Konstytucyjnego, wiadomo było, że sprawa tam utknie na dobre. Chodzi o to, że – podobnie jak w Sądzie Najwyższym oraz sądach drobniejszego płazu – również w Trybunale Konstytucyjnym sędziowie się bisurmanią. Pretekstem jest pani Julia Przyłębska, a właściwie nie tyle ona, co kwestia, czy jest ona prezesem tego Trybunału, czy nie. Sześciu sędziów uważa, że nie jest, ale reszta – że jest. Problem polega na tym, że aby wydać wyrok, czy ustawa skierowana do Trybunału przed podpisaniem jej przez prezydenta, jest sprzeczna z konstytucją, czy nie, musi zebrać się Trybunał w pełnym składzie. Ale ktoś musi ten pełny skład zwołać, bo sam się on zwołać nie może. Posiedzenie w pełnym składzie zwołuje prezes  – i tu właśnie zaczyna się problem, bo sędziowie twierdzący iż pani Przyłębska nie jest prezesem, takie zwołanie olewają ciepłym moczem, uzasadniając swoją powściągliwość koniecznością przestrzegania prawa, bo wiadomo, że nie ma nic gorszego, jak złamane prawo. I tak się właśnie stało. Pani Przyłębska, podkręcana przez pana prezydenta Dudę, który wyrażał przekonanie, że Trybunał zajmie się oceną konstytucyjności noweli ustawy o Sądzie Najwyższym w podskokach, zwołała Zgromadzenie Ogólne “w trybie pilnym”, ale sędziowie “zbuntowani” napisali jej, że  zwołać, to ona sobie może tylko Zgromadzenie Ogólne “w celu przedstawienia kandydatów na prezesa Trybunału”. Tego jednak pani Przyłębska zrobić nie może, bo nie tylko część sędziów TK, ale i ona sama uważa się za prezesa, więc o żadnych”kandydatach”, którzy podobno aż przebierają nogami, żeby zasiąść na prezesowskim stolcu, nie chce w ogóle słyszeć. Jak widzimy, walka o praworządność w Trybunale Konstytucyjnym zaostrzyła się, niczym walka klasowa w miarę postępów socjalizmu – ale ubocznym jej skutkiem, jest bezczynność wszystkich sędziów TK. 

Dolce far niente – to rzecz bardzo miła, tym bardziej, jeżeli można się wałkonić walcząc o praworządność, a w dodatku regularnie inkasować szmalec od państwa no i korzystać z immunitetu. Każdy by tak chciał, ale oczywiście każdy tak nie może, bo najpierw musi zostać niezawisłym sędzią, a dopiero potem się wałkonić w obronie praworządności. Tymczasem żeby zostać niezawisłym sędzią, to ho, ho! – nie tylko trzeba zjeść beczkę soli z kim trzeba, ale czasami też materialnie go zainteresować. Dzięki temu wymiar sprawiedliwości może być przewidywalny, a wraz z nim – całe państwo.  Jeśli jednak sędziowie zaczynają się bisurmanić, to przewidywalność wymiaru sprawiedliwości na tym boleśnie cierpi i nawet smar w postaci korupcji, dzięki któremu machina państwowa jako-tako funkcjonuje, nie zawsze może w tej sytuacji pomóc. Obok plusów ujemnych ta sytuacja ma oczywiście swoje plusy dodatnie, choćby w postaci wydłużania się postępowań – w tym przypadku postępowania w sprawie bezwarunkowej kapitulacji państwa.

Przemieszali się, pozamieniali rolami i wzajemnie się uzupełniają.

Przemieszali się, pozamieniali rolami i wzajemnie się uzupełniają.

Matka Kurka kontrowersje

Jest taka instytucja, która nazywa się Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, w skrócie NCBiR. O istnieniu tej instytucji większość Polaków dowiedziało się dopiero parę dni temu, gdy zaczęły się afery z wielomilionowymi dotacjami dla 27-letnich pociotków prowadzących firmy krzak.

Potem sprawy nabrały jeszcze większego tempa, bo okazało się, że NCBiR pośrednio finansuje eksperymentalne hodowle robaków, o czym ostatnio jest bardzo głośno i nie wiem jak innych, ale mnie to niespecjalnie śmieszy. Dobrze, ale o co chodzi w związku z tym wszystkim? Już wyjaśniam, trzymając się ram tytułowej tezy.

Chodzi o to, że Jarosław Kaczyński biega po spotkaniach wyborczych i opowiada o wrzucaniu robaków na ruszt przez lewackich aktywistów, a także o korupcji w czasach Tuska. Obie informacje są prawdziwe, nawet do bólu prawdziwe, jednak dawno przestały mieć charakter jednostronny. PiS przez prawie 8 lat władzy zbliżył się do „postępu” i do „pierwszy milion trzeba ukraść”, jak nigdy wcześniej się nie zbliżał. Jeśli do tego dołożyć opery mydlane z cyklu „wstajemy z kolan”, to mamy patriotyczną i bogoojczyźnianą wersję PO. Gdzieś na Podkarpaciu dalej straszą LGBT i jednopłciowymi „małżeństwami”, ale w centralnej i wielkomiejskiej Polsce, coraz częściej słychać o naszym przywództwie w Europie. Tak postępowego PiS-u jeszcze świat nie widział i wszystko z jednego powodu – utrzymanie władzy. Odwieczny problem z pozyskiwaniem „elektoratu środka” sprawia, że po wyłączeniu obrazu i nałożeniu filtra na głos prelegenta ciężko odróżnić kto jest kim.

Tym bardziej jest o utrudnione, że nie tylko PiS zbliżył się do PO, ale Tusk wcielił się w rolę „lepszego Kaczyńskiego”.

Nie wiem ile jest bardziej śmiesznych, żenujących i kompletnie niewiarygodnych kadrów zarchiwizowanych na półkach kampanii wyborczych, ale mnie widok Tuska pocieszającego biednych ludzi, śmieszy i żenuje najbardziej. Ostatnia propozycja wprowadzenia kredytów mieszkaniowych na zerowym oprocentowaniu, to większy populizm niż trzy miliony mieszkań plus parking dla trzech milionów elektrycznych samochodów polskiej produkcji.

A to dopiero początek kampanii, można powiedzieć, że przymiarka. Co będzie na finiszu? Należy się spodziewać nie tylko darmowych mieszkań, ale dopłat dla obywateli, żeby chcieli się do tych mieszkań wprowadzić. PO jeszcze nigdy nie była tak socjalistyczna, jak PiS nie był postępowy. Pomieszały się chłopaki ze sobą i małpują od siebie „najlepsze” pomysły.

Teoretycznie taka urawniłowka wykuwa wolne miejsce dla trzeciej siły, w praktyce za trzecią siłę robi Hołownia z PSL-em i to w zasadzie koniec opowieści. Jedynie dla formalności dodam, że ta egzotyczna grupa biega po stacjach benzynowych i krzyczy, żeby benzynę „zrobić” za 5 złotych i ani grosza więcej.

Polityczne masło maślane na każdym kroku i odróżnić jednych od drugich można tylko po fryzurach. Do niedawna PiS był jedynym ugrupowaniem w Polsce, które miało program i to nie na papierze, ale naprawdę realny program, w dodatku wcielany w życie. Obojętnie co sądzić o reformie edukacji, sądownictwa, czy 500+, były to zapisy programowe i zostały w różnym stopniu zrealizowane.

Dziś o niczym takim mówić się nie da… Przepraszam, zapomniałem o „polskim ładzie”, który jest doskonałym podsumowaniem katastrofy programowej PiS, firmowanej przez Morawieckiego.

Zamiast jakiegokolwiek spójnego programu i chociażby zrębów wizji politycznej, mamy codzienną bieganinę za aktualnymi aferami i aferkami. Jak się pojawiły śnięte ryby w Odrze, to wszystkie partie nagle stały się wędkarzami. Gdy UE przegłosowała mąkę z robaków, to PiS i PO przerzucają się preferencjami smakowymi. Myślący mogą już teraz porzucić wszelka nadzieję i nabrać pewności, że ta kampania inaczej nie będzie wyglądała. Jeśli cokolwiek się zmieni to na gorsze i jeszcze głupsze, natomiast główne kierunki bezsensownych działań na pewno zostaną zachowane.

Nasza tajna broń. Najpierw jednak o linczu Żydów na św. Szczepanie.

Nasza tajna broń. Najpierw jednak o linczu Żydów na św. Szczepanie.

Stanisław Michalkiewicz  4 marca 2023 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5348

Kto by pomyślał, że pewne tradycje mogą utrzymywać się tak długo w zmieniającym się przecież świecie? Mam na myśli zwyczaj, o którym możemy przeczytać w „Dziejach Apostolskich”, a konkretnie – o linczu Żydów na św. Szczepanie. Jak pamiętamy, wystąpił on w dyspucie przeciwko „libertynom” i „aleksandryjczykom”, którzy jednak nie mogli przeciwstawić mu żadnych merytorycznych argumentów. I co wtedy zrobili? Podnieśli wrzask a dodatkowo „zatkali sobie uszy”, no a potem wywlekli św. Szczepana i go ukamienowali. Mimo, że każdego roku, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, ten fragment „Dziejów Apostolskich” odczytywany jest w kościołach, nie zniechęca to części postępowego duchowieństwa do „dialogu z judaizmem”, w ramach którego przewielebne duchowieństwo się Żydom podlizuje, a z kolei oni coraz natarczywiej nieubłaganym palcem wytykają mu rozmaite przywary. Już nie wystarcza im roztaczanie atmosfery podejrzeń wobec Jana Pawła II, bo ostatnio Judenrat „Gazety Wyborczej” zabrał się za kardynała Sapiehę – że „molestował kleryków” i w ogóle – biegał po Krakowie, jakby cierpiał na priapizm [nie znałem tego słowa, więc poszukałem: to długotrwały, bolesny wzwód członka. md]

Wprawdzie red. Michnik próbował coś tam perswadować, ale widocznie, skoro stary żydowski grandziarz finansowy płaci, to i wymaga. Najwyraźniej Sanhedryn uznał, że mniej wartościowy, tubylczy naród polski żadnych własnych, już nie powiem, że bohaterów, ale nawet wybitnych osobistości, mieć nie powinien, a tylko wpatrywać się w podsunięte, spiżowe postacie Tewje Bielskiego, „Józefa Różańskiego”, który tak naprawdę wabił się Józef Goldberg, no i innych, których nam Judenrat w porozumieniu z Sanhedrynem będzie tu lansował.

Ale mniejsza już o ten cały „dialog”, bo jest on znakomitym dowodem trafności spostrzeżenia Franciszka ks. de La Rochefoucauld, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. „Nasze grzechy, ciągle te same i nudne, zadomowiły się w nas” – śpiewał Stanisław Sojka.

Tymczasem właśnie okazało się, że obyczaj opisany w tym fragmencie „Dziejów Apostolskich” jest nadal żywy w zdominowanym przez Żydów środowisku „Gazety Wyborczej”. Niejaki Tomasz Nyczka napisał tam donos na poznańską księgarnię „Sursum Corda”, że sprzedawane są tam książki „ideologa Putina” Aleksandra Dugina. Nie bardzo wiadomo, o co konkretnie mu chodzi – czy o to, że w księgarni sprzedawane są książki, czy o to, że owszem – mogą być sprzedawane, ale tylko po uprzednim zatwierdzeniu przez Ministerstwo Prawdy?

Dla normalnego człowieka jest oczywiste, że w księgarniach sprzedawane są książki różnych autorów: tych, których poglądy się nam podobają, ale i tych, których poglądy nam się nie podobają. Skąd bowiem byśmy wiedzieli, że ich poglądy nam się podobają, albo nie podobają, gdybyśmy nie zapoznali się z nimi w książkach ich autorstwa? Zatem, żeby sobie wyrobić pogląd na czyjeś poglądy, niechby i poglądy „ideologa Putina”, musimy się z nimi najpierw zapoznać. A jak mielibyśmy się z nimi zapoznać, jeśli w żadnej księgarni nie moglibyśmy znaleźć książki jego autorstwa? Musielibyśmy wtedy zdawać się na recenzje z drugiej ręki, choćby z ręki niejakiego pana Tomasza Nyczki. No dobrze – ale skąd w takiej sytuacji pan Nyczka miałby znać poglądy Dugina? Być może nie musi on niczego znać, żeby pisać donosy; wystarczy, że dostanie taki rozkaz z Judenratu, albo ABW, które ostatnio zajmuje się nie tylko cenzurą, ale formułowaniem zatwierdzonych zbawiennych prawd, ale to jest zwyczajne, wrogie wszelkiej wolności totalniactwo, o które nie tylko Judenrat, ale całe skupione wokół niego środowisko mikrocefali, od zawsze podejrzewałem – jak się okazuje – nie bez słuszności. W tej sytuacji nie ma najmniejszego powodu, byśmy się przejmowali opiniami Judenratu, a już zwłaszcza – donosami niejakiego Tomasza Nyczki, bo ich działania skierowane są na to, by utrzymywać nas w nieświadomości prawdziwego stanu rzeczy.

Wprawdzie Pan Nasz po udanym wniebowstąpieniu na pokładzie samolotu Air Force One opuścił naszą prastarą ziemię, w związku z czym nie możemy się już radować w jego obecności, ale zostawił nam przykazania. Używam tego eklezjastycznego żargonu, by się dostroić do atmosfery religijnej egzaltacji, jaką na polecenie naszym mężyków stanu rozpętały niezależnie media głównego nurtu – zarówno rządowe, jak i nierządne – bo w takich sprawach idą one ręka w rękę ponad podziałami. Ale to już mija, więc wróćmy do przykazań Pana Naszego. Właściwie pozostawił on nam jedno przykazanie – że mianowicie musimy „pomagać Ukrainie”, bo Ukraina „musi zwyciężyć”. Skoro „musi”, skoro padł taki rozkaz, to nie ma rady, bo w przeciwnym razie prezydent Biden mógłby przegrać przyszłoroczne wybory prezydenckie. Wynika z tego wniosek, że wojna musi przeciągnąć się co najmniej do listopada 2024 roku, kiedy się wyjaśni, czy Józio Biden wygrał, czy przegrał. Będziemy zatem musieli „pomagać Ukrainie” jeszcze co najmniej przez dwa lata.

No dobrze – ale jak? Przecież już przekazaliśmy Ukrainie wszystko, cośmy mieli. Wprawdzie pan minister Błaszczak, wspomagany przez byłego ministra finansów, pana Kościńskiego, który teraz zajmuje się zakupami uzbrojenia w Kancelarii Premiera, kupuje wszystko na prawo i lewo, głównie w Korei Południowej i Ameryce, ale te zakupy dotrą do nas dopiero za jakiś czas, a tymczasem Ukrainie musimy pomagać już teraz, bo inaczej może nie wygrać i wtedy będzie katastrofa o zasięgu globalnym. W tej sytuacji nie ma rady – musimy uruchomić naszą tajną broń.

Mam tu na myśli formacje wyzwolonych kobiet. Nie chodzi mi o to, by pędzić je na ukraińską jatkę, bo tam nawet pan Paweł Kowal się nie kwapi, ale przecież wojna toczy się nie tylko na tamtym froncie. Oto niedawno na posiedzeniu Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE w Wiedniu doszło do awantury z powodu obecności tam delegacji rosyjskiej. Niektórzy wasale Stanów Zjednoczonych wyszli z sali w nadziei, że ich gest dostanie zauważony i doceniony gdzie trzeba, a inni, mniej skwapliwi, wprawdzie nie wyszli, ale rozwinęli ukraińskie flagi. To oczywiście bardzo ładnie, ale co z tego, skoro mimo to delegacja rosyjska nie tylko nie opuściła sali, ale nawet zabierała głos i to w dodatku dwukrotnie? Tymczasem gdyby tak na salę obrad Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE wtargnęła pani Marta Lempart na czele odpowiednio, przeszkolonych przez ABW aktywistek Strajku Kobiet i kazała delegacji rosyjskiej „wypierdalać”, bo jak nie, to nie tylko one wszystkie się rozbiorą do gołej skóry, ale jeszcze wezwą na pomoc „Babcię Kasię” i inne „Polskie Babcie”, żeby one też się rozebrały, to „któż widok ten opisać zdoła? Fiedin, Simonow, Szołochow? Ach któż w ogóle go wytrzyma?!” – pisze poeta.

Jestem pewien, że w obliczu tak poważnej zastawki rosyjska delegacja opuściłaby salę w podskokach. Tymczasem jak tylko wybuchła wojna na Ukrainie, to aktywność aktywistek Strajku Kobiet zmalała niemal do zera, a o ukraińskim „Femenie” w ogóle słuch zaginął, jak tylko z Ukrainy przeniosły się do Francji. Czy – jak to we Francji – przerzuciły się z branży rozrywkowej do branży usługowej, czy też przygotowują się tam do innych zadań – mniejsza o to. Rzecz w tym, że jeśli jest rozkaz, że Ukraina „musi” wygrać, to trzeba w tym celu uruchomić wszystkie rezerwy, łącznie z naszą tajną bronią, bo „tempus fugit, a czas ucieka”.

Wpuszczeni w kanał 

Izabela Brodacka Wpuszczeni w kanał 

4 marzec 2023

Tatrzańscy bywalcy, którzy nie uważają się za ceprów przyznając ceprom prawo do kontaktu z górami, chcą jednak ten kontakt maksymalnie ograniczyć. Jak twierdzą – dla dobra gór, żeby je ratować przed zaśmieceniem i zadeptaniem przez turystyczną stonkę. Tak naprawdę- żeby chronić swój elitarny stan posiadania. Bo przecież prawo do swobodnego poruszania się po Tatrach oprócz pracowników TPN, pracowników schronisk, strażników i  goprowców ma również elita gór czyli taternicy. W tym środowisku  popularne jest popieranie budowy w górach tak zwanych „ceprostad” żeby „skanalizować ruch turystyczny”.   Oznacza to -żeby wpuścić ruch turystyczny w kanał szerokich i wygodnych turystycznych ścieżek, po których można się od biedy poruszać nawet w tenisówkach czy w butach na obcasie czyli, jak to się brzydko mówi w środowisku taternickim, po których „można krowę przepędzić”. W Tatrach Słowackich ceprostrady umożliwiają podziwianie z bliska takich wybitnych szczytów jak choćby Gerlach czy Lodowy bez wchodzenia na sam szczyt. W Tatrach Polskich klasyczna ceprostrada to ścieżka z Morskiego Oka do doliny Pięciu Stawów Polskich przez Szpiglasową Przełęcz brutalnie przecinająca zbocza Miedzianego. Musimy sobie uświadomić, że w tym popieraniu budowy ceprostrad dla skanalizowania ruchu turystycznego zawarty jest spory ładunek pogardy taterników wobec zwykłych turystów. Demokratyczna zasada primi inter pares – „pierwsi wśród równych” sprowadza się do zasady „pierwsi – bo wśród nierównych”. Każde środowisko mające aspiracje do elitarności  wymusza przecież tę elitarność ograniczając dostęp do własnego grona oraz  kultywując symbole tej przynależności. W humorystycznej wersji – nie dlatego czujesz się lepszy bo zaliczyłeś Kazalnicę czy wariant R na Mnichu lecz dlatego, że aby poczuć się lepszym paradujesz po schronisku z karabinkami przy pasie. Z karabinkami przy pasie czujesz się uprawniony do ignorowania pytań turystów i przepychania się bez kolejki po piwo do bufetu.

Nie chodzi mi o to żeby opisywać głupie obyczaje głupich ludzi  w Morskim Oku czy w Murowańcu.

Chodzi o to, że kanalizowanie dążeń ludzkich jest teorią i praktyką każdej elity (w tym elity władzy) mającą na celu odgrodzenie się od motłochu czyli zapewnienie sobie tej elitarności właśnie przez odgrodzenie się, a nie przez własne osiągnięcia. Dla taterników z Morskiego Oka motłochem są liczni turyści, dla polityków motłochem są ich wyborcy czyli Wy właśnie drodzy Czytelnicy oraz  pisząca te słowa czyli ja sama. Turystów kieruje się na szeroką łatwą ścieżkę żeby nie pałętali się pod nogami w wyższych, piękniejszych, dostępnych tylko dla wybranych, partiach gór. Dążenia wyborców do udziału w decydowaniu o losie wspólnoty kanalizuje się przez dopuszczenie ich udziału w rytuale wyborczym. Ten rytuał to listek figowy demokracji, która nie jest jak wiadomo rządami większości lecz rządami mniejszości sprawowanymi tak, żeby większość sądziła, że to ona rządzi. Na przykład kluczowe dla naszego życia decyzje zapadały niedawno w Davosa my mamy zastanawiać się nad tym co i kiedy  powiedział Tusk zwany przez swą kłamliwość Pinokiem, czy Hołownia zwany dla swej urody laleczką Chucky, czy Trzaskowski, który sam się nazwał (excusez le mot) Dupiarzem. Pinokio, laleczka Chucky czy Dupiarz to wbrew pozorom postacie zupełnie bez znaczenia. Wszyscy są zwykłymi kukiełkami podrygującymi dla uciechy gawiedzi ( czyli nas wszystkich) na końcach sznurka. Ten prymitywny teatrzyk jest przeznaczony właśnie dla nas, a prawdziwa gra zachodzi też za kulisami, lecz zupełnie innego, większego teatru.

Na You Tube można sobie obejrzeć wystąpienie naszego prezydenta w Davos. Zarówno pan prezydent jak i inni uczestnicy spotkania są w doskonałych humorkach, żartują i przekomarzają się mówiąc o sprawach tak śmiertelnie poważnych jak choćby  pomoc udzielana ginącej Ukrainie. Doskonale wiedzą, że w tym teatrze też są tylko aktorami i nie tylko się z tym godzą lecz – jak widać- czują się w tej roli komfortowo.

Wracając do kanalizacji. Charytatywne potrzeby ludzi są kanalizowane przez imprezy podobne do tych jakie organizuje niejaki Owsiak. Zamiast zrobić herbatę chorej sąsiadce obywatel wrzuca kilka złotych do puszki i czuje się dobroczyńcą ludzkości. Potrzeby działalności społecznej kanalizują organizacje pozarządowe tak zwane NGO (non-government organization). Działacze tych organizacji mają w założeniu przejmować pewne trudne role demokratycznego państwa. Troszczyć się o środowisko naturalne, o bezdomne zwierzęta, bezdomnych ludzi, narkomanów i alkoholików.

Błąd założycielski powoduje że część z tych organizacji funkcjonuje jako pralnie pieniędzy, część specjalizuje się w wyłudzaniu dotacji państwowych , część bazuje na dobrowolnych zbiórkach. Za zebrane pieniądze teoretycznie rzecz biorąc powinni wykupywać skierowane do rzeźni konie, organizować kolonie dla dzieci z dysfunkcyjnych rodzin czy zajmować się poszukiwaniem nowych właścicieli dla bezdomnych psów. Bywa  jednak tak (choć oczywiście nie musi tak być), że koń dla którego zbierane są pieniądze dawno nie żyje, a pieski z chwytających za serce zdjęć dawno zostały dla ich własnego dobra uśpione.  

Najgroźniejsze bo zideologizowane są organizacje ekologiczne, które grawitują w kierunku terroryzmu ekologicznego. Tworzą one armię pożytecznych idiotów dla zielonego totalitaryzmu który szerzy się na świecie, a przede wszystkim w Europie. Ludzkość nie umie jak widać korzystać z historycznych lekcji. Po doświadczeniach dwudziestowiecznych totalitaryzmów pozwala wziąć się za gardło kolejnemu systemowi przemocy. Związek Radziecki zawalił się pod własnym ciężarem w konsekwencji centralnego zarządzania, wychwalanego przez całe lata przez budowniczych tego ustroju powszechnej szczęśliwości, ich akolitów i pożytecznych idiotów. Jako podstawową zaletę walącej się na naszych oczach, przeżartej korupcją UE pożyteczni idioci znowu wychwalają możliwość centralnego sterowania ludźmi, gospodarką oraz kulturą.

Znowu wpuszczają nas w kanał.

Zestawienie polskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy, stan na 03.03.2023 r.

Zestawienie polskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy, stan na 03.03.2023 r.

Raport oparty na wielu źródłach i konsultacjach. Zapraszamy do korzystania i udostępniania. W poniższym wątku szersze wyjaśnienie. [w oryg. MD]

Poza Kościołem nie ma zbawienia. Dogmat w świetle orzeczeń Stolicy Apostolskiej.

Poza Kościołem nie ma zbawienia. Dogmat w świetle orzeczeń Stolicy Apostolskiej.

  • Autor: Joseph Clifford Fenton [(1958)]. Ksiądz amerykański.

poza-kosciolem-nie-ma-zbawienia to-dogmat

———————————

Autor tej pracy jest przekonany, że publikacja jej usprawiedliwiona jest z trzech powodów:

1. Książka niniejsza przytacza — i to obszernie — wypowiedzi i definicje Stolicy Apostolskiej oraz soborów powszechnych na temat konieczności Kościoła do osiągnięcia zbawienia. Analizuje te deklaracje i przedstawia w sposób wyraźny doktryny w nich zawarte oraz wynikające z nich wnioski. Analizuje też sam dogmat — tak jak został on wyrażony i wyjaśniony przez Magisterium Kościoła — w świetle tego, co źródła Objawienia mają do powiedzenia o naturze Kościoła oraz o procesie zbawienia i uświęcenia. Jest więc w stanie wykazać że to, czego Kościół zawsze nauczał i co definiował w tej kwestii, pokrywa się dokładnie z tym, co Objawienie — to jest Pismo Święte i Tradycja — mówi o zbawieniu i nadprzyrodzonym Królestwie Bożym. Każdy, kto ma ogólne choćby pojęcie o tym, co napisano o owym dogmacie w niezwykle licznych publikacjach religijnych, jakie pojawiły się w naszych czasach, świadomy jest również faktu, że — w przytłaczającej większości przypadków — publikacje te ograniczają się niemal wyłącznie do dowodzenia i wyjaśniania, iż dogmat ten nie oznacza bynajmniej, że zbawieni mogą być wyłącznie formalni członkowie Kościoła katolickiego. Jest to oczywiście prawdą. Magisterium Kościoła, nauczając i broniąc tego dogmatu, podkreśla, że poza Kościołem katolickim nie można dostąpić zbawienia, a równocześnie — że ci, którzy umierają, nie zostawszy formalnie członkami Kościoła katolickiego, mogą osiągnąć wizję uszczęśliwiającą. Gdybyśmy jednak, ze wszystkich praktycznych powodów, ograniczyli nasze wyjaśnienie dogmatu do zapewnienia, że nie oznacza on, iż każdy kto umiera, nie będąc formalnym członkiem Kościoła katolickiego, musi być skazany na wieczne potępienie — jak to wydaje się czynić wielu współczesnych autorów zajmujących się tą kwestią — utracilibyśmy z oczu tajemnice miłosierdzia Bożego w porządku nadprzyrodzonym. Albowiem — o czym nie wolno nam nigdy zapominać — prawdy objawione o konieczności Kościoła katolickiego do osiągnięcia zbawienia wiecznego należą do porządku wielkich tajemnic nadprzyrodzonych. Należą do objawionej przez Boga doktryny o łasce, o procesie zbawienia, dziele Odkupienia oraz Trójcy Przenajświętszej. Dzięki wykazaniu, że nauczanie Magisterium zawarte jest w źródłach Objawienia w tym samym sensie, w jakim zostało ono zdefiniowane przez Kościół, będziemy w stanie uznać ten dogmat Kościoła za właściwy i autorytatywny wyraz objawionej tajemnicy.

2. Podczas pontyfikatu papieża Piusa XII o znaczeniu dogmatu, wedle którego poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia, mówiły trzy autorytatywne dokumenty ogłoszone przez Stolicę Apostolską. Dwoma z nich są encykliki: „Mystici Corporis Christi” z 29 czerwca 1943 roku oraz „Humani generis” z 12 sierpnia 1950 roku.

Trzecim jest list Świętego Oficjum „Suprema haec sacra” skierowany 8 sierpnia 1949 roku z polecenia Ojca Świętego do Najczcigodniejszego Arcybiskupa Bostonu. Część doktrynalna tego ostatniego dokumentu poświęcona jest w całości wyjaśnieniu wspomnianego dogmatu. Jest to najbardziej precyzyjna wypowiedź na temat tej doktryny, jaka kiedykolwiek pojawiła się w autorytatywnym dokumencie Magisterium Kościoła.

Wydaje się, iż istnieje pilna potrzeba publikacji, która przedstawiałaby i analizowała nauczanie zawarte w owych trzech ostatnich dokumentach Stolicy Apostolskiej. Tak więc, wobec braku jakiejkolwiek innej pozycji w języku angielskim poświęconej wyłącznie wyjaśnieniu tego elementu doktryny katolickiej, a powstałej po ogłoszeniu owych trzech dokumentów, mamy nadzieję, iż niniejsza praca w jakimś przynajmniej stopniu lukę tę wypełni.

3. W encyklice „Humani generis” obecny Ojciec Święty [Pius XII ] surowo zganił niektórych współczesnych autorów katolickich, ponieważ — jak pisał — „Inni sprowadzają do czczej formuły konieczność przynależenia do prawdziwego Kościoła, aby można zbawienie osiągnąć”. Wyjątkowość tej części doktryny katolickiej wynika z faktu, iż niewłaściwe jej przedstawianie lub interpretacja grożą właśnie sprowadzaniem jej do czczej formuły. Ponadto dziwaczne interpretacje tej doktryny, z jakimi spotkać się można w popularnej literaturze religijnej, są do pewnego stopnia możliwe do wytłumaczenia, biorąc pod uwagę zawiłą historię „tractatus de ecclesia” w ramach teologii scholastycznej. W książce niniejszej przedstawiam krótki zarys owej historii, sądzę bowiem, że dzięki znajomości różnych błędnych interpretacji dogmatu można lepiej zrozumieć i skuteczniej bronić prawdziwego nauczania Kościoła w tej kwestii.

Stany Zjednoczone i prawo Kalego

Stany Zjednoczone i prawo Kalego

wprawo.pl 2. III. 2023.

USA oskarżają Rosję o niesprowokowaną agresję. W zasadzie Rosja jest w Europie uważana za barbarzyńskiego agresora, który zagraża bezpieczeństwu „suwerennych państw wolnego świata”. Warto jednak zadać pytanie jak postąpiłyby Stany Zjednoczone, gdyby Rosja zachowywała się wobec w nich w taki sposób jak NATO wobec Rosji.

Odpowiedzi na to pytanie udzielił Amerykanin, który pracował w Kongresie USA Benjamin Abelow, który pisze:

Rozważając tu właśnie wydarzenia z trzydziestu lat, należy sobie zadać pytanie: Jak zareagowaliby przywódcy USA, gdyby sytuacja była odwrotna – powiedzmy, gdyby Rosja lub Chiny przeprowadziły podobne manewry w pobliżu terytorium USA? Na przykład, jak Waszyngton zareagowałby, gdyby Rosja zawarła sojusz wojskowy z Kanadą, a następnie ustawiła instalacje rakietowe 112 kilometrów od granicy USA? Co by się stało, gdyby Rosja wykorzystała te instalacje rakietowe do przeprowadzenia ćwiczeń niszczenia celów wojskowych w Ameryce? Czy amerykańscy przywódcy zaakceptowaliby słowne zapewnienia ze strony Rosji, że jej intencje nie są wrogie?

Oczywiście, że nie. Najprawdopodobniej byłoby tak, że amerykańscy wojskowi stratedzy i decydenci zwróciliby uwagę na potencjał ofensywny broni i ćwiczeń szkoleniowych, dostrzegliby w nich poważne zagrożenie i zlekceważyliby deklarowane rzekomo intencje. Mogliby zinterpretować ćwiczenia jako sygnał zbliżającego się rosyjskiego ataku. Stany Zjednoczone zażądałyby usunięcia rakiet, a gdyby to żądanie nie zostało natychmiast spełnione, mogłyby odpowiedzieć atakiem wyprzedzającym na instalacje rakietowe, co z kolei zapewne wywołałoby wojnę doprowadzając do termonuklearnej wymiany.

Co więcej, przywódcy USA, a z pewnością większość obywateli amerykańskich, przypisałoby Rosji moralną winę za wyprzedzający atak Ameryki, który traktowaliby jako konieczną samoobronę. (Benjamin Abelow, Jak Zachód wywołał wojnę na Ukrainie, Wrocław 2023, str. 47-48)

Można sobie mówić, że to gdybanie, które nic nie wnosi. Moim zdaniem warto wysilić szare komórki. Jeśli Rosja byłaby hegemonem i robiła to co teraz Stany Zjednoczone, to prawdopodobnie doszłoby do dużego konfliktu wojennego w pobliżu terytorium USA.

Punkt widzenia zależy jednak od punktu widzenia. Nikt nie przejmuje się argumentami drugiej strony, co więcej uważa się to za sianie propagandy i traktuje tak jak inkwizycja hiszpańska herezję. Można tak czynić, ale to droga prosto ku przepaści.

Celem każdego odpowiedzialnego człowieka jest dążenie do pokoju, a nie czynienie wszystkiego co tylko możliwe, żeby wojna eskalowała poza Ukrainę. Wojska ukraińskie koncentrują wojsko koło Naddniestrza. Jest to niewielki obszar autonomiczny pomiędzy Mołdawią i Ukrainą, który jest pod kontrolą Rosji. Nie jest to terytorium Ukrainy. Zagrożenie ze strony Naddniestrza dla Ukrainy jest praktycznie żadne. Stacjonuje tam około dwóch tysięcy żołnierzy rosyjskich.

Jedno jest pewne, jeżeli wojna przeniesie się poza terytorium Ukrainy, nieważne w jakim kierunku, czy wschodnim, czy zachodnim, to świat przegrał pokój i jesteśmy w przededniu globalnej konfrontacji.

Widmo krąży po III RP. Widmo Lenina!  Ordynacja „proporcjonalna” zdegenerowała partie.

Widmo krąży po III RP. Widmo Lenina! 

Ordynacja „proporcjonalna” degeneruje partie

…od NAS do NICH dotrze tylko to co ONI uznają za korzystne i słuszne

Janusz Sanocki, 15/04/2013 [z Archiwum. MD]

Partia nowego typu

Włodzimierzowi Leninowi partia nie była potrzebna do wysłuchania opinii ludu. Partia nowego typu miała być narzędziem przeprowadzenia rewolucji, przekształcenia społeczeństwa wg idei, które najlepiej znał on sam, w nieco mniejszym stopniu znali jego współpracownicy, a do których dopiero miała dorosnąć reszta.

Z tego przeświadczenia, że partia ma być przewodniczką społeczeństwa, a nie efektem oddolnego zapotrzebowania na idee i rozwiązania, wynikała struktura partii leninowskiej. Na samej górze – najbardziej świadoma grupka zawodowych rewolucjonistów, którzy jak prorocy prowadzą (szerszą) grupę wyznawców – masy partyjne. Masy nie są od dyskutowania,  są wojskiem, a ich zadanie to karne wykonywanie rozkazów góry.

Niżej w hierarchii znajdowała się  klasa robotnicza (klasa w sobie i klasa dla siebie) i wreszcie reszta pogan – burżuazja, mnisi, inteligencja – wszyscy których potem rewolucja i bolszewizm zmieli zostawiając stosy trupów.

Dla leninowskiej koncepcji konieczne było najpierw zbudowanie hierarchicznej, zdyscyplinowanej struktury, a następnie zapewnienie partii nowego typu monopolu i pełnego panowania. Nieuchronnie musiały się zatem pojawić środki dyscyplinujące – zarówno wobec własnych towarzyszy,  którzy nie rozumieli na czym w danej chwili polega generalna linia partii, jak i wobec tych innych, którzy mogli partii leninowskiej stworzyć konkurencję i zagrozić. Partia leninowska musiała wobec wrogów, jak swoich stosować więc terror, by niszczyć obcych i stale oczyszczać swoje szeregi. W końcu naturalna ewolucja doprowadza partię nowego typu do kultu jednostki – jedynowładztwa wodza. 

Niekomunistyczny leninizm PO-PiS

Wszystkie polskie partie polityczne mają charakter partii leninowskich. Nie tylko SLD. Również Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość są partiami leninowskiego typu. Bez leninowskiej ideologii, jednak struktura partii, reguły jej funkcjonowania, cele jakie sobie stawia i sposób w jaki są formułowane – stanowią przykład czegoś co można określić jako niekomunistyczny leninizm.

Platforma, w której czystki wewnętrzne doprowadziły do jedynowładztwa Donalda Tuska prowadzi ciemny polski lud do nowoczesnej Europy. PiS z Jarosławem Kaczyńskim natomiast musi nawrócić lemingi otumanione propagandą salonu, a zwłaszcza wyjaśnić przyczyny katastrofy smoleńskiej – bo to właśnie jest najważniejsze. 

I nie idzie tu o merytoryczną wagę takich zagadnień jak modernizacja czy Smoleńsk, ale o sposób formułowania ich w relacji: „partia – społeczeństwo.” W leninowskim modelu wiedza i narracja płyną do mas z góry. Masy czyli my, ogół obywateli, możemy jedynie przyjąć wytyczne, trzasnąć obcasami i wiernie je realizować.  

W podobny sposób narracja płynie z gór partyjnych SLD czy Ruchu Palikota.

W odwrotną stronę: od NAS do NICH dotrze tylko to co ONI uznają za korzystne i słuszne.  Stąd, w tak patologicznej strukturze systemu politycznego głuchego na potrzeby obywateli, pozbawionego w istocie społecznej kontroli nad swoim działaniem,  nie sposób rozwiązać żadnego z istotnych problemów. Ani służba zdrowia, ani sądownictwo, ani gospodarka nie mogą w istocie liczyć na poważne potraktowanie.

Cała pseudo-dyskusja to gra pozorów. Demagogia, w której kiedy partia jest w opozycji – może obiecać wszystko, a kiedy rządzi zawsze znajdzie usprawiedliwienie dla braku skuteczności. I tak jest z obu stron gorącego sporu: PiS – PO. 

Lekarstwo na leninizm: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze.

Leninowskie struktury polskich partii wytwarzają się na skutek stosowania w wyborach do Sejmu – najważniejszego organu polskiego systemu politycznego – tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej. Proporcjonalna ordynacja dając partyjnemu przywództwu (wodzowi) prawo do ustalania list wyborczych, a zwłaszcza kolejności kandydatów, daje bowiem w istocie w ręce partyjnych bonzów władzę decydowania o tym kto będzie posłem.

Czyni to w jawnej sprzeczności  z Konstytucją, która takiej delegacji dla partii nie przewiduje. Na wiele sposobów proporcjonalna (partyjna) ordynacja wyborcza łamie prawa obywatelskie w tym bierne prawo wyborcze. Ale coś za coś. Jeśli partyjni liderzy mają dostać przywilej wyznaczania posłów, to ktoś musiał tych praw być pozbawiony.

Oczywistym lekarstwem na patologiczne zjawisko, jakim jest partia nowego typu jest odebranie liderom i partiom przywilejów wyborczych i oddanie pełni praw obywatelom. Takie rozwiązanie jest tylko jedno – jest to wybór posłów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych i to w jednej turze (by nie zostawiać furtki leninowskiemu partyjniactwu).

Wprowadzenie systemu jednomandatowego od lat proponuje Ruch Obywatelski na rzecz JOW, a nieodmiennie zwalczają go wszystkie polskie partie. Nie ma w tym nic dziwnego leninowskie struktury muszą walczyć z obywatelską demokracją. Zawsze to przecież czyniły.

* Artykuł ukazał się w „Uważam Rze” 8.04.2013

Strach przed JOW-ami, to strach przed Narodem. Za co abonenci Telewizji Polskiej płacą pieniądze.

Strach przed JOW-ami, to strach przed Narodem. Za co abonenci Telewizji Polskiej płacą pieniądze.

To obywatele mają kontrolować polityków i media, a nie odwrotnie.

Tomasz J. Kaźmierski 8.11.2017. [z Archiwum. MD]

Ucieszyłem się bardzo, kiedy w minioną sobotę, 4 listopada br., zobaczyłem kamerę wrocławskiego oddziału Telewizji Polskiej w sali konferencyjnej Centrum Historii Zajezdnia. Odbywała się tam Konferencja Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW zorganizowana z okazji 5. rocznicy śmierci profesora Jerzego Przystawy, twórcy Ruchu i animatora idei JOW.

Ruch Obywatelski na rzecz JOW od 24 lat domaga się wybierania posłów do Sejmu w 460 jednomandatowych okręgach wyborczych z łatwą i równą dla wszystkich swobodą kandydowania.

Na konferencji uzasadniano szeroko ten postulat. Powód mojej radości na widok telewizyjnej kamery był oczywisty. Telewizja, to przecież najpotężniejsze, ze wszystkich rodzajów środków masowego przekazu, narzędzie edukacyjne. Dociera ona szybko do licznych rzesz odbiorców poprzez transmisję informacji w formie języka mówionego i obrazów.

Jest dobrze – myślałem – o konferencji dowiedzą się setki tysięcy mieszkańców Wrocławia.

Niestety, wyemitowany materiał nie był żadną transmisją informacji, tylko klasyczną dezinformacją.

[uprzejmy pan Profesor Kaźmierski tak nazywa BEZCZELNE KŁAMSTWO. M. Dakowski]

Wrocławska TVP3 powtórzyła te same uproszczone kłamstwa o JOW, które od lat płyną ze wszystkich czołowych polskich mediów. Sztuczka była typowa. Dwie popierające JOW wypowiedzi uczestniczących w konferencji działaczy samorządowych zmieszane zostały z treściami propagandowymi i banialukami niemającymi z konferencją nic wspólnego.

Nie pokazano nikogo z obecnych tam ekspertów Ruchu, nie mówiąc już o wyemitowaniu choćby jednego słowa z ich wypowiedzi.

Pokazano za to innego eksperta, którego na konferencji nie było i który powtórzył ostatnio wielokrotnie nagłaśniane w mediach gołosłowne twierdzenie, że JOW-y w większych gminach tworzą patologie.

Wygląda na to, że abonenci Telewizji Polskiej płacą pieniądze za to, że są poddawani systematycznej indoktrynacji i dezorientacji w interesie elit politycznych. Gruboskórna manipulacja wrocławskiej TVP 3 nie pozostawia cienia wątpliwości, że wadliwy sposób wybierania posłów do Sejmu, który nadaje niesłuszne przywileje partyjnym grupom interesu, trzeba jak najszybciej zmienić. To obywatele mają kontrolować polityków i media, a nie odwrotnie.

Co łączy trzy grupy: Akcja Wyborcza Solidarność, Platforma Obywatelska i Ruch Kukiza.

Co łączy: trzy grupy: Akcja Wyborcza Solidarność, Platforma Obywatelska i Ruch Kukiza.

Przystawa poruszył las birnamski.

 Ruch JOW – dziedzictwo Jerzego Przystawy

Tomasz J. Kaźmierski,

 1 listopada 2016 [z Archiwum. MD]

Mija czwarta rocznica śmierci Jerzego Przystawy, twórcy Obywatelskiego Ruchu na rzecz JOW, wielkiego patrioty, niezmordowanego działacza społecznego, charyzmatycznego przywódcy, jednoczącego ludzi z różnych środowisk w pracy na rzecz dobra wspólnego.

Profesor Przystawa pierwszy zauważył, że ordynacja wyborcza III RP to poważna wada ustrojowa, która uniemożliwia sprawne funkcjonowanie państwa. Już jesienią 1992 roku wniósł do polskiego życia publicznego postulat reformy prawa wyborczego w artykule Dwa warunki konieczne opublikowanym na łamach paryskiej „Kultury”:

Jedyną, moim zdaniem, ordynacją wyborczą stwarzającą szansę odblokowania społeczeństwa i zasadniczej zmiany „sceny politycznej” byłaby ordynacja wyborcza, którą posługują się zarówno najstarsze (Wielka Brytania), jak i największe demokracje świata (Indie, Kanada, Francja, USA), a więc ordynacja z jednomandatowymi okręgami wyborczymi.

Niedługo potem, na spotkaniu 28 stycznia 1993 roku we Wrocławiu, Profesor Przystawa zainicjował Obywatelski Ruch na rzecz JOW, wzorowany na włoskim ruchu Maggioritario. W marcu 1993 roku zmobilizował grupę 39 radnych Wrocławia, by skierowała do posłów i senatorów apel o wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych.

W tym samym artykule Dwa warunki konieczne profesor Jerzy Przystawa zwrócił też uwagę na związek między niską jakością polityków i opłakanym stanem polskiego szkolnictwa. Zmiana tego stanu rzeczy nie będzie możliwa, o ile Polska nie zainwestuje w kształcenie ludzi samodzielnie myślących, a tym wykształconym ludziom nie stworzy warunków tworzenia w kraju. Dzisiaj Polska jest krajem wymarzonym dla kombinatorów, handlarzy, spekulantów i gangsterów, natomiast cechuje ją systematyczny odpływ, ucieczka najzdolniejszej i najbardziej przedsiębiorczej młodzieży, pisał.

Nie tylko o tym pisał, ale działał. Rzucał na szalę własną karierę w celu zwrócenia uwagi na niską rangę zawodu nauczyciela i złą sytuację polskiej nauki. Nie przyjmował nadawanych mu odznaczeń oraz trzykrotnie odmawiał zgody na nadanie mu naukowego tytułu profesora.

Przypominajmy dzisiejszym posłom te zachowania profesora Przystawy, bo podobnie, z godnością i honorem, postępowało w przeszłości wielu przywódców naszego narodu oraz wielu posłów wysyłanych przez sejmiki ziemskie na sejmy walne w czasach I Rzeczypospolitej.

Dzisiaj w Polsce trudno jest znaleźć kogoś, kto nie słyszałby o Ruchu JOW profesora Jerzego Przystawy. Najlepszym dowodem, że rzesze Polaków chcą uzdrowienia ustroju Rzeczypospolitej i pełnej realizacji swoich praw wyborczych, jest podchwytywanie idei JOW przez różne sprytne grupy polityczne walczące o sejmowe stołki.

W historii III RP były już przynajmniej trzy takie grupy: Akcja Wyborcza Solidarność, Platforma Obywatelska i Ruch Kukiza. Wszystkie te grupy, jak już te upragnione głosy dostały i znalazły się w Sejmie, zachowały się dokładnie tak samo. Szybko zmieniały im się priorytety i zabierały się za wszystko, tylko nie JOW-y.

Jednak bądźmy spokojni. Profesor Przystawa poruszył las birnamski. Prędzej, czy później Ruch JOW nieuchronnie rozłoży się obozem na ulicy Wiejskiej, by przypomnieć niesfornym politykom, po co zostali tam posłani.

Dlaczego naprawa polskiego państwa wymaga zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu?

Dlaczego naprawa polskiego państwa wymaga zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu?

Jaka Konstytucja? Jaka ordynacja wyborcza? Jakie państwo? Jaka Polska?

Wojciech Błasiak [z Archiwum. 8.11.2017. MD]

W przypadku współczesnego państwa polskiego, jego naprawa, naprawa jego sposobu funkcjonowania, naprawa trwała i istotna, wymaga zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu. Jest to warunek konieczny i wyjściowy.

Ordynacja wyborcza a prawa wyborcze Polaków

Wynika to z faktu, że ordynacja wyborcza do rdzenia politycznego polskiej państwowości, jakim jest Sejm, decyduje o politycznej treści biernego i czynnego prawa wyborczego ponad 30 mln Polaków. Decyduje o tym, jaki polityczny wpływ na rdzeń polskiej państwowości ma ponad 30 mln dorosłych Polaków.

Treść polityczna biernego prawa wyborczego to realna możliwość kandydowania dla przedstawicieli grup i środowisk politycznych oraz realna zdolność do wymiany partyjnych grup politycznych w parlamencie. Polityczna treść czynnego prawa wyborczego to siła zależności posłów od wyborców oraz realna możliwość kontroli politycznej posłów przez wyborców.

W Polsce obowiązuje proporcjonalna ordynacja wyborcza w wyborach do Sejmu. Jej negatywna rolę w stanowieniu treści biernego i czynnego prawa wyborczego dla ponad 30 mln Polaków, a w konsekwencji polskiego państwa, można przedstawić konfrontując ją z drugim podstawowym rodzajem ordynacji wyborczej, jaką jest ordynacja większościowa oparta na regule jednomandatowych okręgów wyborczych, typu brytyjskiego.

Treść biernego i czynnego prawa wyborczego

Proporcjonalna ordynacja wyborcza istotnie ogranicza możliwość kandydowania obywateli, dzięki partyjnym listom wyborczym. Tworzy ona oligarchiczny system wyborczy. O realnej możliwości kandydowania ponad 30 mln Polaków, decyduje od kilkudziesięciu do kilkuset działaczy partii politycznych.

Od 26 lat ta ordynacja umożliwia w sposób istotny samo-selekcję partyjnych środowisk politycznych, a blokuje dostęp do sceny politycznej i nawy państwowej nowym potencjalnym elitom politycznym.

Ta proporcjonalna ordynacja równocześnie dzięki tymże partyjnym listom kandydatów, tworzy słabą zdolność do wymiany partyjnych grup władzy. Trudno jest w jej ramach „wyrzucić kiepskich” z Sejmu, by użyć określenia kanadyjskiego filozofa polityki Johna Pepalla. Ordynacja ta umożliwia istotną samoreprodukcję środowisk partyjnych grup władzy.

Większościowa ordynacja JOW daje istotnie pełne możliwości kandydowania wszystkim uprawnionym obywatelom. Równocześnie zasadniczo ogranicza rolę kierownictw partii politycznych w doborze kandydatów.

Ordynacja większościowa JOW tworzy równocześnie silną zdolność do wymiany partyjnych grup władzy politycznej. W jej ramach można względnie łatwo „wyrzucić kiepskich” z parlamentu.

Proporcjonalna ordynacja wyborcza tworzy słabą i pośrednią zależność posłów od wyborców oraz istotną trudność w ich kontroli.

Większościowa ordynacja JOW tworzy silną i bezpośrednią zależność posłów od wyborców oraz istotną możliwość ich politycznej kontroli.

Ordynacja wyborcza a kontekst socjopolityczny

Te wymienione właściwości obu ordynacji wyborczych są trwałe i stałe. Ale ich skutki i konsekwencje dla życia politycznego każdego kraju i sposobu funkcjonowania każdego państwa, zależą od kontekstu socjopolitycznego. Kontekst socjopolityczny to szeroko rozumiana sytuacja polityczna, z realnym układem sił politycznych w roli głównej, określona skutkami dynamiki społecznej i kulturowej. Ten sam rodzaj ordynacji wyborczej daje różne skutki i konsekwencje w różnych kontekstach socjopolitycznych.

(Odpowiadając w sierpniu 2015 roku na pytanie organizatorów Konferencji JOW, jakie byłyby skutki wprowadzenia niemieckiej spersonifikowanej ordynacji proporcjonalnej w wyborach do polskiego Sejmu, stwierdziłem, iż jej wprowadzenie w niczym nie poprawiłoby sposobu funkcjonowania polskiego państwa. Jednocześnie stwierdziłem, iż ta ordynacja w niczym nie przeszkadza w funkcjonowaniu sprawnego państwa niemieckiego, gdyż niemieckie elity polityczne są patriotyczne i kompetentne.

Dzisiaj już bym tego pod adresem państwa niemieckiego nie powiedział, gdyż zmienił się kontekst socjopolityczny, w którym niemiecka ordynacja proporcjonalna skutkuje wyjątkowo negatywnymi konsekwencjami dla Niemiec i całej Europy. A to za sprawą decyzji niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, której podtrzymywane przez ponad 2 lata decyzje otwarcia granic przed falami nielegalnej imigracji muzułmańskiej, wywołały jeden z najcięższych europejskich kryzysów politycznych w historii powojennej.

Gdyby w Niemczech obowiązywała większościowa ordynacja JOW typu brytyjskiego, kanclerz A. Merkel byłaby najprawdopodobniej szybko zmuszona do rezygnacji ze swej funkcji przez posłów własnej partii. Tak jak to się stało z premier Margaret Thatcher w 1990. Jak to opisywał Frederick Forsyth, posłowie konserwatywni zmusili ją do rezygnacji, gdyż uznali – „Ona nas się przestała słuchać”, i prowadziła politykę, której coraz bardziej zdecydowanie sprzeciwiali się ich wyborcy, co groziło ich reelekcji w kolejnych wyborach do Izby Gmin.)

Konteksty socjopolityczne się wszakże zmieniają, gdyż podlegają dynamice zmian społecznych i kulturowych, natomiast sposoby określania przez ordynacje wyborcze politycznych treści biernego i czynnego już nie. Są trwałe i stałe.

Partyjna oligarchia wyborcza III RP i jej skutki

We współczesnej Polsce mamy do czynienia z istotnie fasadową demokracją polityczną, która w swej socjopolitycznej treści jest partyjną oligarchią wyborczą. O składzie polskiego Sejmu w istocie decydują partyjne oligarchie. Dzięki tej ordynacji posłowie nie są bezpośrednio i silnie zależni od wyborców, stając się dzięki procedurze partyjnych list wyborczych bezpośrednio i silnie zależni od z reguły zoligarchizowanych władz partyjnych. W konsekwencji polscy posłowie w Sejmie bezpośrednio i silnie reprezentują władze swoich partii, od których są bezpośrednio zależni i którzy ich politycznie kontrolują.

Dlatego twierdzenie polskich i europejskich nauk politycznych o większej reprezentatywności posłów wybranych w ordynacji proporcjonalnej jest merytorycznie absurdalne. Jest to ideologiczny mit niemający nic wspólnego z naukową analizą rzeczywistości politycznej. Polscy posłowie wybierani w ordynacji proporcjonalnej reprezentują w Sejmie nade wszystko władze swoich partii, a nie wyborców, którzy na nich głosowali i którzy nie są w stanie kontrolować swoich posłów.

Brak bezpośredniej i silnej zależności posłów od wyborców, tworzy w polskim ustroju parlamentarno-gabinetowym szersze zjawisko braku silnej i trwałej zależności polskich polityków od szerokich grup i środowisk społecznych.

Ponieważ zaś o władzy wykonawczej w polskim państwie decydują partyjne grupy władzy politycznej tworzące rząd, skutkuje to w konsekwencji brakiem silnej zależności politycznej grup władzy państwowej i całych instytucji państwowych od polskiego społeczeństwa.

Utrzymywanie zaś stałe takiej sytuacji uruchamia silniejsze lub słabsze procesy socjopolityczne przekształcanie grup władzy administracyjnej i zarządzającej w państwie w biurokratyczne grupy władzy, które same zaczynają określać cel i sens działania swoich instytucji państwowych. Wówczas to ich grupowe interesy, aspiracje i ambicje decydują o celach i sensie funkcjonowania instytucji państwowych, a ostatecznych konsekwencjach całego państw. Jak dowodził tego Max Weber, każda administracja, nad którą nie panuje się politycznie czy ekonomicznie przekształca się w biurokratyczną grupę władzy, a „racjonalność biurokracji jako administracji, przekształca się w irracjonalność biurokracji jako grupy władzy”.

W konsekwencji tych procesów państwo staje się mniej lub bardziej luźną konfederacją instytucjonalnie istniejących grup władzy biurokratycznej. Aż wreszcie, tak jak w wypadku współczesnego państwa polskiego rządów okresu PO-PSL, „państwo istnieje teoretycznie”, jak to ujął współczesny nam uczestnik sprawowania w nim władzy.

„Miękkie” państwo III RP

Konsekwencją tych procesów jest istnienie państwa III RP jako charakterystycznego dla azjatyckich krajów postkolonialnych II połowy XX wieku, badanych przez szwedzkiego ekonomistę i socjologa Gunnara Myrdala, a nazwanego tzw. miękkim państwem.

To „miękkie” państwo III RP charakteryzują stale jego 4 właściwości:

1) niski stopień skuteczności i efektywności działania państwa, aż po trwałą niemożność rozwiązywania szczególnie trudnych i skomplikowanych problemów;
2) niski stopień praworządności i służebności publicznej władzy państwowej, aż po anarchię i samowolę poszczególnych służb tego państwa;
3) wysoki stopień korupcji politycznej i ekonomicznej, aż po kryminogenność i kryminalność praktyk w poszczególnych służbach państwa;
4) niska odporność na zewnętrzne presje międzynarodowe, aż po prowadzenie kompradorskich polityk w interesie obcych centrów politycznych i gospodarczych.

Socjopolityczne prawo Fredericka Forsytha

Ostatecznie bowiem w całym państwa działa socjopolityczne prawo, czy prawidłowość społeczna, którą nazwałem prawem Fredericka Forsytha i sformułowałem następująco:
Brak zależności bezpośredniej posłów od wyborców, a w konsekwencji słabość zależności, aż po jej brak, polityków i instytucji sprawujących władzę w państwie, od wyborców, obywateli i całego społeczeństwa, tworzy sytuację, dzięki której powstaje poczucie wyższości społecznej i politycznej u poszczególnych osób i grup społecznych sprawujących władzę, wobec tychże wyborców, obywateli i tegoż społeczeństwa. Utrzymywanie tego poczucia wyższości skutkuje tworzeniem postaw arogancji i poczucia bezkarności wobec otoczenia społecznego, co jest potwierdzane brakiem odpowiedzialności za swe działania.

Stałe i trwałe poczucie bezkarności i arogancji prowadzi do osłabiania praworządności praktyk państwowych, pogarszania sprawności i skuteczności działania oraz do korupcji.

Wynika to socjologicznego procesu internalizacji, czyli intersubiektywnego uwewnętrzniania obiektywnej społecznie sytuacji posiadania władzy nad ludźmi, przy braku kontroli jej posiadania i przy braku egzekwowania odpowiedzialności za jej posiadanie. Jest to proces intersubiektywnego uwewnętrzniania w strukturach osobowości obiektywnej społecznie sytuacji władzy stojącej ponad społeczeństwem, co tworzy i odtwarza poczucie wyższości z wszystkimi tego konsekwencjami.

Trwałość skutków prawidłowości społecznej

Jest to prawidłowość społeczna, która jako prawo społeczne, a nie przyrodnicze, działa tylko w masowej, a nie jednostkowej skali, w formie stałej, acz zmiennej w sile, tendencji, w zależności od jednostkowych i grupowych właściwości socjo-kulturowych i socjopolitycznych. Można oczywiście samoświadomą działalnością redukować jej siłę i skutki, ale ich nigdy nie likwidując. W dłuższej zaś perspektywie nawet taka samoświadoma redukcja okazuje się nieskuteczna.
Dlatego też proporcjonalna ordynacja wyborcza do Sejmu w polskim kontekście socjopolitycznym, ma i będzie miała decydujący wpływ na niską jakość funkcjonowania polskiego państwa. Bez zmiany tej ordynacji nie istnieje możliwość rozpoczęcia procesów trwałej i istotnej naprawy polskiego państwa.

Obecnym tego wyrazem jest fakt, iż po 2 latach prób naprawy polskiej państwowości, kluczowym sukcesem legitymizującym wręcz obecną władzę wykonawczą i ustawodawczą PiS, jest fakt, iż sama nie kradnie i nie pozwala okradać państwa nade wszystko z podatków. Trudno wszakże uznać to za trwałą i istotną naprawę polskiego państwa.

Tekst wystąpienia dra Wojciecha Błasiak na Konferencji Ruchu JOW w 5. rocznicę śmierci prof. Jerzego Przystawy „Reforma ustroju polskiego państwa. Jaka Konstytucja? Jaka ordynacja wyborcza? Jakie państwo? Jaka Polska?”

Fikcja biernego prawa wyborczego. Partyjna oligarchia wyborcza.

Fikcja biernego prawa wyborczego. Partyjna oligarchia wyborcza.

Wojciech Błasiak [z Archiwum. 26.02.2019. MD]

Właściwe wybory parlamentarne

Wczoraj kierownictwo partii Prawo i Sprawiedliwość przedstawiło publicznie nazwiska swoich kandydatów do Parlamentu Europejskiego w zbliżających się wyborach majowych, z miejsc na partyjnych listach wyborczych o numerach 1 i 2. Odbiło się to szerokim echem dziennikarskim wraz z komentarzami o kandydatach, prawie już pewnych zostania europosłami.

Nikomu jakoś nawet do głowy nie przyszło zapytać o to, jak to się ma do demokracji wyborczej? Dlaczego ten wybór numerów 1 i 2 jest tak ważny, jakby to były wręcz wybory do europarlamentu? I po co aż posiedzenia władz partii i klubu parlamentarnego, aby tego dokonać?

Fikcja biernego prawa wyborczego

Otóż to posiedzenie było posiedzeniem wyborczym, gdzie dokonały się pierwotnie właściwe wybory do europarlamentu. Będą jeszcze wtórne w maju, gdzie w zależności od fali poparcia tej partii i jej regionalnego zróżnicowania oraz indywidualnych korekt w głosowaniu na kandydatów, dokona się wybór ostateczny posłów PiS do Brukseli. To bowiem kierownictwo partii i klubu PiS, a nie wyborcy, dokonuje w sposób zasadniczy faktycznych wyborów europosłów. Tak jak dokona faktycznego wyboru posłów PiS do polskiego Sejmu.

Ustalanie bowiem kolejności nazwisk kandydatów na partyjnych listach wyborczych w wyborach w ordynacji proporcjonalnej, to zasadnicze określanie szans wyborczych kandydatów w takich wyborach. Po pierwsze więc, aby zostać posłem trzeba znaleźć się na partyjnej liście wyborczej. Nikt, kto się na takiej liście nie znajdzie, nie może znaleźć się w Sejmie czy Parlamencie Europejskim. Nie można po prostu zarejestrować się jako obywatel i wystartować jako kandydat do parlamentu. Mimo iż Konstytucja daje każdemu obywatelowi jego niezbywalne obywatelskie prawo polityczne bycia wybieranym, czyli bierne prawo wyborcze.

To prawo okazuje się fikcją, gdyż nie można z niego w Polsce skorzystać będąc obywatelem. Trzeba być zaakceptowanym przez władze partii kandydatem na partyjnej liście wyborczej. To jest sedno liberalnej demokracji wyborczej III Rzeczpospolitej Polskiej. To władze partii wybierają w rzeczywistości kandydatów do parlamentu. Bierne prawo wyborcze obywateli jest fikcją. I nikogo to nie obrusza i nie obchodzi, od Rzecznika Praw Obywatelskich poczynając, przez Państwową Komisję Wyborczą, a na uniwersyteckich polskich prawnikach, politologach i socjologach polityki kończąc.

Wyborcze „miejsca biorące”

Skąd takie znaczenie kolejności miejsc na partyjnej liście wyborczej? To znaczenie wynika z faktu, iż w głosowaniu na kilkanaście list partyjnych i co najmniej stu kilkudziesięciu kandydatów, nikt z wyborców nie zna kandydatów. Nawet z nazwiska, o poglądach i dokonaniach już nie wspominając.

Wyborca odszukuje więc listę wyborczą znanej mu jedynie z przekazów medialnych partii politycznej. Bierze ją do ręki i patrzy od góry na kilka pierwszych nazwisk spośród kilkunastu na niej zwykle umieszczonych. Potem przesuwa wzrokiem po liście i zwykle zatrzymuje się na ostatnim nazwisku. I tak dokonuje wyboru. Jeśli żadne nazwisko z niczym szczególnie pozytywnym mu się nie kojarzy, to zakreśla numer 1 na liście. Jeśli kojarzy mu się z czymś pozytywnym, to bierze pod uwagę jeszcze zwykle numery 2, 3, a nawet czasem 4, acz również i numer ostatni, gdyż zatrzymuje na nim wzrok.

To wszystko wynika z logiki patrzenia wyborcy na partyjną listę wyborczą i logiki dokonywania wyborów w ordynacji proporcjonalnej w Polsce. Ustalając więc kolejność nazwisk kandydatów na liście, a zwłaszcza tych z numerami 1, władze partii politycznych w Polsce dokonują zasadniczych właściwych wyborów do parlamentu. Określają kto może kandydować i z jakimi szansami. Określają nade wszystko „miejsca biorące”, jak się mówi w ich slangu partyjnym.

Fasadowa demokracja

Wyborcy w tej sytuacji sprowadzeni są zasadniczo do biernej roli głosujących, gdyż zasadniczego wyboru dokonali już za nich partyjni bossowie. Wyborcy wybierają bowiem tylko spośród tych, których już w procesie partyjnej selekcji wyborczej wybrano. Dlatego czynne prawo wyborcze jest w istocie fasadowe. Wybory parlamentarne są istotnie fasadowe, gdyż wybór jest zredukowany tylko do tych, których wybrały władze partii politycznych. Głosowanie wyborcze na już wybranych, zastępuje wybory parlamentarne spośród możliwych chętnych do kandydowania do parlamentu.

Dlatego pójdziemy w maju na wybory do Parlamentu Europejskiego, weźmiemy do ręki listę wyborczą partii Prawo i Sprawiedliwość i zdecydujemy, czy zakreślić 1 czy może wybierzemy między 1 a 2, a być może nawet 3. Reszty i tak nie znamy.

Dlatego w pewnie w październiku pójdziemy na wybory do polskiego parlamentu, weźmiemy do ręki partyjną listę kandydatów do Sejmu i zdecydujemy, czy zakreślić 1, czy może wybierzemy między 1 a 2, a być może nawet 3 i 4, czy nawet numerem ostatnim. Jeśli go znamy, a pewnie nie.

I potem będziemy się dziwić, jak taki dureń i oszust znalazł się w Sejmie. A o wyborze listy partyjnej zadecyduje obraz medialny partii i ich liderów, z wszystkimi jego zmanipulowanymi przekazami włącznie.

Partyjna oligarchia wyborcza

Dzięki temu żyjemy w ustroju politycznym partyjnej oligarchii wyborczej, a nie jak nam się wydaje i jak nam wmawiają wszelakie autorytety III Rzeczpospolitej, w ustroju politycznym parlamentarnej demokracji obywatelskiej. W tym ustroju oligarchii wyborczej w istocie bowiem nie jesteśmy obywatelami. Jesteśmy głosującymi na już wybranych nominatów partyjnych politycznymi tubylcami. Mamy swoje konstytucyjne prawa wyborcze, tak czynne, jak i bierne, ale nie możemy z nich skorzystać. Odbiera nam je proporcjonalna ordynacja wyborcza. Ba, sami nawet nie możemy w swoim podobno własnym kraju kandydować. Możemy tylko potulnie głosować na kandydatów już wybranych.

I można by drwić do woli z naszej roli tubylców, do jakiej zostaliśmy jako wyborcy sprowadzeni, gdyby nie tragiczne skutki tego proporcjonalnego sposobu wybierania dla polskiego państwa. Ta ordynacja stała się politycznym wehikułem czasu, który przenosi nam stale układ sił czasów „okrągłego stołu”, acz i czasów nam bliższych. W tej ordynacji nie da się wyrzucić hołoty politycznej z polskiego parlamentu, a w konsekwencji zrobić porządek w polskim państwie.

W tej ordynacji fakt ustalania list partyjnych i doboru przez kierownictwa partii swoich kandydatów jest samoreprodukcją środowisk politycznych. Ich samopowielaniem. Jest kluczowym mechanizmem negatywnej samoselekcji partyjnych grup władzy w Polsce. Z ich głupotą, bezideowością, prostactwem, sprzedajnością i skorumpowaniem.

I jeśli nie zmienimy tego sposobu selekcji polityków do najważniejszego organu władzy polskiego państwa, jakim jest Sejm, nie zrobimy nigdy w tym państwie porządku, a sami będziemy tu tylko politycznymi tubylcami, bez najważniejszych praw obywatelskich – biernego i czynnego prawa wyborczego.

21 lutego 2019