Jakiś czas temu rozpowszechniałem tu krótką książkę „Cud Słońca według Metody Naukowej” [Cs]. Jej myśl przewodnia była taka, że skoro główną metodą nauki jest testowanie hipotez przez istotne predykcje, to znaczy, że cud słońca z Fatimy z 1917 jest mocnym dowodem na nadprzyrodzone pochodzenie objawień fatimskich. Wolnomyśliciele różnej maści, tłumacząc to jako masowe halucynacje i omamy, postępują w sposób pseudonaukowy.
Pominąłem tam jednak wtedy bardzo istotny wątek. Mianowicie, jeśli się nie mylimy, jako katolicy wierzący w Fatimę, to nic w tej historii nie powinno być przypadkowe, także odniesienie do nauki i empiryzmu. Powinien być za tym Boży plan, dlaczego ten jeden z największych cudów w historii wydarzył się akurat tam, akurat wtedy, akurat w takich okolicznościach.
Dziś mam nadzieję zaproponować odpowiedź, do czego będzie mi potrzebny jeden z najważniejszych katolickich uczonych XX wieku, o. Stanley L. Jaki OSB i dzieło zwane tezą Jakiego-Duhema. Według tej tezy nauki przyrodnicze zaczęły się w późnym średniowieczu, dzięki katolickiej teologii. Z Objawienia odczytano, że racjonalny Stwórca, Bóg, stworzył wysoce uporządkowany świat, wydzielając przyrodę ożywioną i nieożywioną. Ta ostatnia zaś rządzi się ustalonymi prawami, które można porównać do mechanizmu, albo formuły matematycznej. Stąd też wzięło się, jak mówi Whitehead „niewymazywalne przekonanie, że każde zajście może być idealnie skorelowane z bezpośrednimi przyczynami, by stworzyć ogólną regułę”, co jest niezbędną podstawą rozumowania naukowego. Nowa nauka prędko wydała owoce, uczeni tacy jak bp Oresme, Buridan, bp Robert z Lincoln, Roger Bacon, Św. Albert Wielki wytworzyli istotne postępy w dynamice, optyce, kosmologii i metodologii nauk ([SL2], s. 220-242).
Jaki (w „Science and Creation” i „The Relevance of Physics”), pokazuje, że wszystkie cywilizacje pogańskie rozumowały o świecie zupełnie inaczej i sposób ten dusił wszelkie naukowe starania w zarodku. Typowa tendencja pogańska to uosobienie i ubóstwienie sił przyrody, zgodnie z jakąś politeistyczną mitologią, co dalej na ogół prowadzi do emanacyjnego panteizmu. W fizyce narzuca to z kolei organiczny, werbalny i odrzucający doświadczenie opis świata. By to zilustrować rozważmy przykład: obecnie słyszy się, że Grecy odkryli kulistość Ziemi w oparciu o np obserwację faz Księżyca przez Arystotelesa. Naprawdę jednak było nieco inaczej, wierzyli oni w kulistość Ziemi w oparciu o aprioryczny dogmat i to przy okazji pozwoliło im przyjmować empiryczne dowody, jeśli jakieś się trafiły i były zgodne z ich przekonaniami. Jeśli zaś fakty przeczyły teorii to „tym gorzej dla faktów” (jak powie godny następca tychże pogańskich mędrców Hegel) – nawet najmądrzejsi z nich wierzyli w różne rażąco błędne wyniki. Arystoteles uważał, że strzała z łuku jest ciągle popychana przez powietrze uderzane cięciwą, podczas gdy w rzeczywistości opór powietrza spowalnia strzałę. Uważał też, że woda ochładza się szybciej, jeśli ją podgrzejemy, podczas gdy jest odwrotnie. Ziemia miewała wzdęcia i dreszcze, a planety (dawniej gwiazdy wędrujące) były poruszane przez rodzaj boskich intelektów. Dla poganina to „boskie” niebiosa były uporządkowane i przewidywalne, otaczający świat był dużo bardziej chaotyczny. Stąd dalej prosta droga do wróżbiarstwa z gwiazd, cieszącego się w antyku wielką estymą i teorii wiecznych cykli, że cała historia świata i ludzkości powtarza się co kilkadziesiąt tysięcy lat, gdy tylko gwiazdy powracają do tej samej pozycji.
Przypomnijmy tu logikę nauki Lakatosa i Poppera [CM], gdzie hipoteza jest potwierdzona, lub nie jeśli są na jej poparcie sprawdzone, istotne predykcje. A program badawczy jest naukowy, jeśli gromadzi dowody z doświadczenia w dużych ilościach i tworzy nowe możliwości testowania. Albo jest nienaukowy, jeśli zmienia hipotezy nie dając sprawdzonych predykcji, albo zbywając werbalnie fakty których nie może przewidzieć.
Mając to na uwadze ponownie rozważmy całe współczesne badanie naukowe w fizyce, chemii, czy naukach stosowanych opiera się, na tym „niewymazywalnym przekonaniu” o przyczynowej logicznej strukturze praw natury, i z pewnością mamy to przekonanie ze średniowiecznej teologii o Stwórcy. Należy więc stwierdzić, że istnienie Boga zostało dowiedzione w sposób naukowy, jako najważniejszy program badawczy w historii ludzkości. Oczywiście jest to pośrednia obserwacja, ale tak normalnie się robi w naukach takich jak fizyka, czy chemia.
Z drugiej zaś strony starożytny panteizm to kopalnia pseudonauki, obdarzonej możliwościami obrony przed doświadczalną weryfikacją. Wszak panteiści wcale nie wymarli po rewolucji naukowej, mimo, że podstawowe przesłanki ich obrazu świata, zostały obalone. Jaki wskazuje na renesansowych neoplatoników, Goethego, Hegla, Schellinga, Engelsa, czy Nietzschego. Do tych pierwszych zalicza się słynny dzisiejszy „męczennik nauki”, hermetyczny okultysta Giordano Bruno. Interesującym przypadkiem jest też sprawa Galileusza, o której pisał w szczegółach postmodernistyczny filozof Paul Feyerabend [PM]. Zbadanie oryginalnych źródeł każe sądzić, że to Kościół stosował się w tej sprawie do wskazań naukowej logiki, podczas gdy Galileusz rozpowszechniał niepotwierdzoną i półobaloną hipotezę jako fundamentalną prawdę. Mnie tu zdumiewa, że potrydencki kościół był zaskakująco nowoczesny, jeśli chodzi o metodę empiryczną. Nie sposób tam mówić już o „arystoteleikach”.
Pojawiały się też inne opisy naukowego świata i nieuchronnie kończyły jako nienaukowe i niemożliwe do pogodzenia z rzeczywistością. Można tu zaliczyć pozytywizm, logiczny pozytywizm, filozofię mechaniczną.
2 Św. Pius X i motu proprio z 1910
Niezmiennie Duch Święty przemawia ustami Kościoła w sprawach wiary, przez co dokumenty Magisterium są dobrym miejscem by szukać odpowiedzi. Ja jej nie szukałem zbyt skrupulatnie, zostawiam to tym, którzy znają się na tym lepiej, chciałbym jednak polecić pewien szczególny przypadek. Papież, Św. Pius X, ogłosił w 1910 motu proprio Sacrorum Antistitum, 7 lat (!) przed Fatimą i niecałe 4 lata przed wybuchem Wielkiej Wojny. Jest to dokument szczególny, ze względu na formę, zwłaszcza zaś fragment, przysięgę, do składania której Pius X zmusił wszelkie osoby dzierżące intelektualny autorytet w Kościele, dołączoną do uroczystego wyznania wiary. Niektórzy teologowie utrzymywali, że motu proprio to powinno być przyjęte jako nauczanie nieomylne, np u nas bp Sokołowski w publikacji z 1916 [Pm].
Pozwolę sobie zacytować trzy ustępy, z których pierwszy tyczy się poznania Boga rozumem, drugi cudów i nadprzyrodzonego pochodzenia chrześcijaństwa, a trzeci założenia Kościoła Katolickiego przez Chrystusa i ustanowienia przez Niego papiestwa.
Najpierw wyznaję, że Boga, początek i koniec wszechrzeczy, można poznać w sposób pewny, a zatem i dowieść Jego istnienia, naturalnym światłem rozumu w oparciu o świat stworzony, to jest z widzialnych dzieł stworzenia, jako przyczynę przez skutki.
Po drugie: zewnętrzne dowody Objawienia, to jest fakty Boże, przede wszystkim zaś cuda i proroctwa, przyjmuję i uznaję za całkiem pewne oznaki Boskiego pochodzenia religii chrześcijańskiej i uważam je za najzupełniej odpowiednie dla umysłowości wszystkich czasów i ludzi, nie wyłączając ludzi współczesnych.
Po trzecie: mocno też wierzę że Kościół, stróż i nauczyciel słowa objawionego, został wprost i bezpośrednio założony przez samego prawdziwego i historycznego Chrystusa, kiedy pośród nas przebywał, i że tenże Kościół zbudowany jest na Piotrze, głowie hierarchii apostolskiej, i na jego następcach po wszystkie czasy.
2.1 Poznanie Boga ze świata stworzonego.
Pierwsza część, „Boga można poznać w sposób pewny”, „w oparciu o świat stworzony, z widzialnych dzieł stworzenia”, jest niezmiernie istotna. Mamy poznać Boga rozumem nie w oparciu o argument ontologiczny, czy argument metafizyczny (np Ente de Essentia Św. Tomasza), czy na drodze pozaracjonalnego poznania („basic belief”, uczucie religijne itd), ale „światłem rozumu”, jako przyczynę przez skutki, ze świata stworzonego.
Jeden tego rodzaju dowód to argument z projektu.
Świat biologiczny i naturalny pełen jest wyglądającej na zaplanowaną złożoności, skomplikowanych „maszyn” i ciągów przyczynowo skutkowych które nie mogły powstać przez przypadek. Wyczerpujące wyjaśnienie per analogiam, można znaleźć w starej „Apologetyce” ks. Bartynowskiego (w 1.3-1.4 [Ap], link w bibliografii).
Ja skupię się na wypisaniu szczegółów, co do tego, co wiadomo na ten temat współcześnie i zarazem jest przedmiotem zainteresowania uczonych.
– Niemożliwe jest by życie, w postaci pierwszych żyjących komórek powstało przez przypadek (problem abiogenezy).
– Wszechświat ma parametry fizyczne precyzyjnie dostrojone, do tego, by mogło istnieć życie.
– Nie istnieje naturalne wyjaśnienie biologicznej złożoności, a szczególnie ludzkiego rozumnego umysłu.
Drugi problem nazywa się precyzyjnym dostrojeniem i jest powszechnie znany w fizyce. Pierwszy problem można znaleźć w „Logic of Chance” (s. 386) E. Koonina [LC], znanego amerykańskiego biologa i genetyka (ateisty z resztą) a trzeci w artykule tegoż autora „Physical foundations of Biological Complexity” [PF]. W podobnym ujęciu problem abiogenezy podnosił o wiele wcześniej wybitny astrofizyk Fred Hoyle.
Notabene, bardziej wyrafinowani ateiści muszą w tych sprawach wierzyć w jakieś odpowiedzi. Wszystko to, co wskazuje na działanie Stwórcy jest zarazem praktycznie niemożliwe bez niego. Ściśle chodzi tu o rozbiegające wykładniczo nieprawdopodobieństwo. Jak to powiedział Hoyle, prędzej trąba powietrzna na złomowisku poskłada działający samolot, niż życie miałoby się zacząć przypadkiem. Jedno proponowane rozwiązania tego problemu (sam Hoyle był jednym ze współautorów) to założenie nieskończonego wszechświata, w czasie, lub przestrzeni. Wtedy dowolnie wielkie niemożliwości mogłyby się zadziać, na jednej z nieskończenie wielu planet. Niemniej, od kiedy wymyślona przez ks. Lemaitre teoria Wielkiego Wybuchu zebrała więcej dowodów, doktryna ta nie jest zbyt wiele warta, bo wedle naszej obecnej wiedzy wszechświat nieskończony nie jest. Co więcej, nie jest ona sobie w stanie poradzić z problemem fine tuningu, bo wieczny wszechświat ma tylko jeden zestaw parametrów.
Obecnie więc popularniejszy jest inny sposób, wynikły z hipotez zwanych teoriami superstrun. Przez 40 lat wśród tych hipotez niestrudzenie szukano jednej teorii wszystkich oddziaływać fundamentalnych, tzw. teorii wszystkiego, ale z punktu widzenia fizyki nie wskórano nic wartego uwagi. Dla argumentu z projektu teorie superstrun mają znaczenie ze zgoła innego powodu – badacze tychże teorii utrzymują, że musi istnieć wielka liczba różnych wszechświatów, co nazywa się Multiwersum (ang. Multiverse), a my, żyjemy w jednym, o dość przypadkowych własnościach.
Doktryna ta jest mocno atakowana za nienaukowość do kwadratu, bo Multiwersum wyjaśnia, dlaczego teoria strun nie ma żadnych predykcji, a z drugiej strony Multiwersum też nie da się przetestować, bo innych wszechświatów nie widać. Niemniej, pomimo tych problemów, doktryna ta jest przytaczana przez Koonina, Stengera („God: Failed Hypothesis”), czy Dawkinsa („God Delusion”) jako odpowiedź na argumenty z projektu. Chodzi tu o to, że jeśli istnieje wielka liczba wszechświatów, to dowolne niemożliwości mogły się zadziać w niektórych z nich. Równocześnie ludzie od teorii strun utrzymują, że może być ona uznana bez dowodów z doświadczenia. Oto dwa przykłady argumentów za tym (podał je R. Dawid, [Rd]):
– Nie ma innych alternatywnych teorii wszystkiego, mimo wytężonych poszukiwań.
– Podobne teorie fizyki cząstek elementarnych były skuteczne w przeszłości.
2.2 Teza Jakiego-Duhema jako argument teleologiczny.
Dodajmy teraz do tego nasza nową cegiełkę, jaką jest argument z projektu wynikający z tezy Jakiego-Duhema.
W oparciu o średniowieczny obraz Boga Stwórcy stworzono obraz świata zawierający matematyczne, przyczynowe, ustalone prawa natury. Obraz ten okazał się potwierdzony istotną predykcją i wielką liczbą wyników doświadczalnych, jako że znaleziono dużo takich praw i przetestowano je z wielką dokładnością, co doprowadziło do powstania nauki. Oto więc wiemy z doświadczenia, że Bóg katolicki istnieje.
Jest on trochę związany z argumentem z nieskończonego regresu Św. Tomasza. Anthony Flew [AF] odniósł go do praw natury, wskazując, że jeśli znajdziemy jakiś naturalny powód istnienia praw natury, to ten powód też będzie potrzebował wyjaśnienia. Oto nasz argument:
Wymieńmy parę obserwacji, które sprawiają, że przedstawiony argument jest bardzo istotny, i tworzy spójną całość z innymi argumentami z projektu.
Po pierwsze: nawet gdyby istniało inne wyjaśnienie tej sprawy, to dużo słabszy dowód nie może przeważyć dużo silniejszego. Ponieważ nasz dowód jest ustalony przez predykcję leżącą u podstaw większości znanych faktów naukowych, to druga strona musi dostarczyć równie dobrych, wielokrotnie powtórzonych istotnych predykcji. A to jest prawie na pewno niemożliwe.
Po drugie: ponieważ dowodem na istnienie Stwórcy jest przewidziana i potwierdzona postać praw natury, przyjęcie Multiwersum nic nie zmienia, Multiwersum nie jest żadnym rozwiązaniem tej kwestii dla ateistów. Podobnie z innymi tego rodzaju zabiegami jak wieczny wszechświat, czy nieskończony wszechświat – te dotyczą tylko niemożliwych zajść zlokalizowanych w czasie i przestrzeni, nie struktury wszechświata.
Po trzecie: Odpowiedź ateistów na inne argumenty teleologiczne opiera się na Multiwersum, i dalej na możliwości uzasadnienia istnienia Multiwersum. To z kolei Dawid opiera (m.i.) na fakcie, że nie ma innych alternatywnych kandydatów na teorię wszystkiego i na sukcesach podobnych teorii. Przyjmuje on tu następujące (ukryte) założenia. Że w ogóle powinna być jakaś teoria wszystkiego. Że istnieje rodzaj jednorodności praw natury. Że matematyczno-przyczynowy opis świata, co do zasady działa. Tak oto przyjął on wnioski z mojego argumentu, nie potrafiąc ich zapewne w żaden inny sposób udowodnić
W efekcie ateista by mieć odpowiedzi na tradycyjne argumenty z projektu, musi się odwołać do Multiwersum, albo czegoś podobnego. Jednocześnie próby uzasadnienia Multiwersum muszą przyznać rację argumentowi z tezy Jakiego-Duhema, więc tak uzupełniony argument z projektu jest nie do obalenia. Podobnie też można odpowiedzieć Kooninowi w [PF], który złożonośc biologiczną usiłuje tłumaczyć przez dość odległe analogie do zasady holograficznej i tuneli czasoprzestrzennych (inne hipotezy z fizyki matematycznej).
Na marginesie warto dodać, że Koonin poczynił tu dobrą obserwację, wskazując, że istotna złożoność biologiczna to tak naprawdę złożoność algorytmiczna (Kołmogorowa). Definicją jest tu najmniejsza długość programu komputerowego potrzebna, by wykonać daną czynność. Za przykład czegoś złożonego można założyć program robota, który musi przy użyciu zestawu narzędzi złożyć samochód.
Z drugiej strony zdolność tworzenia systemów złożonych w sensie Kołmogorowa bywa dziś uznawana za definicję inteligencji w środowiskach sztucznej inteligencji [JH]. Pytanie czy złożoność biologiczna jest przedmiotem inteligentnego projektu może wkrótce za tautologię ( oczywiście warto nad tą kwestią dokładniej pochylić przed wypowiedzeniem osądu.) Uważam więc, że można dowieść istnienia Boga w sposób pewny, rozumem, ze świata stworzonego.
„Gdy widzisz zegar słoneczny, albo klepsydrę wodną, widzisz, że wskazuje czas przez projekt, a nie przez przypadek. Jak więc możesz wyobrażać sobie, że we Wszechświecie nie ma celu i inteligencji, gdy zawiera on wszystko, wliczając w to te przyrządy i ich twórców?”
(Cyceron, De Natura Deorum)
2.3 Cuda i historia
Kolejne dwa punkty Papieża dotyczą cudów i historycznych początków Kościoła. Połączyłem je w jedno, bo skupię się głównie na cudach. Przysięga ta nazywa się przysięgą antymodernistyczną, od doktryny którą to tenże Pius X nazwał „sumą wszystkich herezji”. Nie będę jej tu przytaczał w całości, skupię się na modernistach jako „historykach” i skąd się moim zdaniem wzięli.
Musimy się cofnąć o 400 lat do momentu, gdy miało miejsce założenie protestantyzmu. Wszyscy reformatorowie natrafili na szereg problemów z zakresu teologii fundamentalnej swojej nowej wiary. Katolicy, jak Św. Franciszek Salezy [Lc], czy Sługa Boży Piotr Skarga wytykali im brak potwierdzenia wiary cudami, niemoralność, niezgodę w kwestii teologii, odwoływanie się do „niewidzialnego Kościoła” itd:
Skarga pisał w Żywocie Św. Ludgera:
„Niechże czytają, jaka wiara i od jakich ludzi od 600 lat do saskiej ziemi przyniesiona jest, a tą, którą niedawno (…) Luter przyniósł, a nie tylko jej cudami nie potwierdził, ale ją sprośnym żywotem pomazał, niech się słusznie brzydzą, bo nie jest to wiara Chrystusowa,”
Salezy w swojej polemice napisał [Lc]:
„Nikt nie powinien przypisywać sobie nadzwyczajnej misji, bez potwierdzenia jej cudami, bo, Boże uchowaj, gdzie byśmy byli, gdyby ten pretekst (…) był przyjęty bez dowodu? (…) Ariusz, Marcjon, Montanus, Messaliusz – czy nie mogliby być przyjęci do godności reformatorów (…).”
Reformatorowie nie wymyślili zadowalającej odpowiedzi. Kalwin w prefacji do swoich „Statutów Religii Chrześcijańskiej” pisze:
„Postępują nieuczciwie wymagając od nas cudów. Bo nie tworzymy nowej Ewangelii, tylko przechowujemy tą samą Ewangelię, której prawda jest potwierdzona cudami Jezusa Chrystusa i jego uczniów. Ale oni (katolicy) w porównaniu z nami mają dziwną moc, po dziś dzień nawet potwierdzają swoją wiarę ciągłymi cudami.”
Następcy przyjęli tą doktrynę bez większego komentarza, utrzymując, że cuda działy się za czasów Jezusa, ale nie później. Słaby punkt jej jest taki, że skoro coś nadzwyczajnego działo się dawno, a teraz się już nie dzieje, to łatwo sobie wyobrazić, że to jakiś fałsz czy błąd. Protestantyzm nie mógł zaadaptować katolickich cudów jako własne dowody, bo jednocześnie te dowody wskazują, że to katolicyzm jest prawdziwy. Musiał więc te dowody usunąć z widoku.
Myśl ta trafiła na podatny grunt po tragedii wojny 30-letniej. Jednym z najbardziej wyrafinowanych jej współautorów był Szkot, David Hume, jeden z najważniejszych przedstawicieli tak zwanego oświecenia. Napisał on argument przeciwko wierze w cuda. Według tego argumentu ([Cs] 5.8), możemy porównać ze sobą stopień wiary w świadectwo, do nieprawdopodobieństwa faktów, o których ono świadczy. Cud więc, z definicji wielki wyjątek w naturze, może być przyjęty tylko w oparciu o wyjątkowo dobre świadectwo. Wymienia on dalej kryteria takiego świadectwa, konkludując, że wiara w cuda wymaga iście cudownej głupoty: twierdzi, że ludzie z natury gonią za sensacją, że nigdy nie było dobrze potwierdzonego świadectwa wielu osób o cudzie, że w cuda obfitują głównie barbarzyńskie narody, albo też ciemni przodkowie narodów cywilizowanych itd.
W dość oczywisty sposób pisze on do protestantów, pokazując im współczesne cuda katolików w które oni nie wierzą, by podważyć starożytne cuda Apostołów. O tym, co z tego wynika dla katolików pisałem w szczegółach w ([Cs] 5.8) – to znaczy nic nie wynika. Jest duża różnica między wieloma cudami w każdym wieku, wliczając w to czasy obecne, a cudami tysiące lat temu (co więcej, Cud z Fatimy jak wskazałem, jest w stanie dobrze spełnić wszystkie jego kryteria).
Argument Hume’a tymczasem stał się logiczną podstawą studiów Pisma Św. (czy też innych pism chrześcijańskich) odrzucających a priori wszelki nadprzyrodzony ich charakter i lekką ręką podważających historie o cudach i zjawiskach nadnaturalnych jako fałszywe. Luki w narracji mogą być następnie zastępowane własnymi wymysłami. To właśnie jest jedną z najwazniejszych ideologicznych podstaw modernizmu.
Zauważmy tu jedną rzecz – Św. Pius X wymienia w takiej, a innej, kolejności po pierwsze argument na istnienie Boga z projektu, po drugie argument na nadprzyrodzone pochodzenie wiary z cudów, po trzecie historię Kościoła i papiestwa. Sądzę, że nie przez przypadek. Pierwszy punkt wzmacnia drugi bo bez obalenia go nie sposób założyć, że Boże interwencje są tak wyjątkowo nieprawdopodobne, by je odrzucać przeciwko dobrze potwierdzonemu świadectwu. A mając dwa pierwsze punkty ustalone, wiemy też z pewnością, że Zmartwychwstanie jest prawdziwe i założenie Kościoła przez Chrystusa jest prawdą. W świetle dwóch pierwszych punktów świadectwa Ewangelii nie świadczą o czymś nadzwyczajnym, tylko o tym, czego powinniśmy się spodziewać. Mamy z resztą na to i inne dowody, jak całun turyński. Moderniści jednak pominęli dwa pierwsze punkty, by zabrać się wyłącznie za historię, i to na ogół w sposób pełny pychy i zuchwalstwa, bo czcze spekulacje o tym, że 2500 lat temu było tak a tak, są przedstawiane szerszej publice jako „naukowe”.
Co się tyczy Fatimy, sądzę, że Cud Słońca wskazuje w osobliwy sposób właśnie na metodę naukową i przez to na powyższe rozumowanie. Właśnie logikę empiryczną musi poszarpać druga strona by utrzymywać po fakcie i przeciwko istotnej predykcji, że dziesiątki tysięcy osób naraz uległo sugestii. Moderniści nie mogą tu udawać, że argument Hume’a podważa ten cud, scjentyści, że nauka podważa religię, a protestanci, że cudów nie ma we współczesności. Ponadto, moim zdaniem, celem tej wskazówki jest wszystko to, co przedstawiliśmy wyżej. Prawdziwa nauka z jednej strony opiera się na uzasadnieniu przez istotne predykcje, a z drugiej jej początkiem jest katolicka teologia. Jedno i drugie wskazuje na Boga i tą drogą, wytyczoną w zarysie przez Piusa X, możemy dojść do poznania Go.
Drugą ważną sprawą w Fatimie są dwie wojny światowe, drugą miało zapowiedzieć „nieznane światło”, wielka burza magnetyczna z 25 stycznia 1938. Chcę zwrócić uwagę, że dla wojny również Teza Jakiego-Duhema ma wielkie znaczenie, bo tych samych myślicieli, których można zaliczyć do zwolenników dawno obalonego organicznego obrazu świata, można też znaleźć pośród inspiratorów Hitlera i bolszewików. Zalicza się tu Hegel, Engels, Nietzsche, zwykłe pogaństwo i okultyzm, od którego Hitler miał cały krąg specjalistów ([Rs] s. 244) i oparł o nie nową nazistowską religię, a także darwinizm w zastosowaniu do społeczeństwa ([Sny], s. 1-9). Być może warto by kiedyś porozmawiać o odpowiedzialności promotorów tego wszystkiego, gdy okazało się, że ideologie „podobnie jak komety mają ogony”.
Ciąg dalszy nastąpi.
K. Zawistowski
[SL1] Stanley L. Jaki „Relevance of Physics”, 1992, Scottish Academic Press
[SL2] Stanley L. Jaki „Science and Creation”, 1986, Scottish Academic Press
[LC] Eugene Koonin, „Logic of Chance”, 2012, FT Press.
[Ap] S. Bartynowski „Apologetyka Podręczna” (1.4 i 1.3), wg. wydania z 1948.
[Pm] Cz. Sokołowski, „Przysięga Antymodernistyczna. Studyum krytyczne” (s. 25), Warszawa 1916.
[Rd] „The Significance of Non-Empirical Confirmation in Fundamental Physics” Richard Dawid, Why Trust a Theory? Epistemology of ModernPhysics. Cambridge University Press. pp. 99-119 (2019)
[Rus] Bertrand Russel, „Problems of Philosophy”, 1912, London,
[JH] „A Formal Definition of Intelligence Based on an Intensional Variant of Algorithmic Complexity” JOSE HERNANDEZ-ORALLO
[Lc] Francis de Sales, „Catholic Controversy”, s. 19, 1909, London
[PM] Paul Feyerabend, „Przeciw Metodzie”, Aletheia
[CM] „Criticism and the Methodology of Scientific Research Programmes”, Imre Lakatos, Proceedings of the Aristotelian Society
[AF] Roy Varghese, Anthony Flew, „There is a God” , 2007
Nie jest kwestią przypadku to, że odszyfrowanie Całunu przez naukę przypada na epokę, w której antychrześcijańska postawa propaguje religijny panteon, religijny synkretyzm. Nasza osobista postawa wobec Całunu nie może być zimnym, niezobowiązującym spojrzeniem, jak gdyby to był jakiś nieistotny obiekt naukowych badań. Całun wprowadza nas w tajemnicę Boga, który oczekuje od nas konkretnej odpowiedzi na Jego zstąpienie między nas.
1. Pytania, do których skłania nas obraz utrwalony na Całunie
W czasach, gdy narody i kultury coraz bardziej zbliżają się do siebie, a nawet wydają się regularnie zderzać ze sobą, również w obszarze religii wciąż pojawiają się pytania, które od wieków powodowały zamieszanie, a „przeciętny chrześcijanin”, pozbawiony odpowiedniego przygotowania, często nie potrafi znaleźć na nie odpowiedzi:
1) czy to prawda, że Jezus umarł na krzyżu? A może przeżył ukrzyżowanie?; 2) czy Zmartwychwstanie faktycznie miało miejsce? A może wiara w Zmartwychwstanie nie opiera się na historycznym wydarzeniu, ale jest wynikiem wyobraźni apostołów?; 3) czy istnieją namacalne oznaki Bożego synostwa Chrystusa? A może Jezus był tylko pobożnym Żydem, czy wręcz żydowskim buntownikiem, który poniósł klęskę?
2. Othonia i sudarium
W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania pomocne mogą się okazać dwa przedmioty, wzmiankowane już przez św. Jana Ewangelistę w jego opisie pustego grobu (J 20, 3–8). We fragmencie tym jest mowa o płótnach (gr. othonia) i chuście (gr. sudarium). Już od dawna othonia, czyli płótna, łączy się z Całunem Turyńskim. Zaś z sudarium najnowsze badania identyfikują tzw. Sagrado Rostro (hiszp.) albo Santo Sudario (wł.), czyli z Chustą z Oviedo. Oba materiały zostały poddane dokładnym badaniom naukowym. Tworzą one nie dające się od siebie oddzielić, wzajemnie się uzupełniające relikwie, ukazujące naocznie i w niespodziewany sposób wydarzenia, które miały miejsce od Wielkiego Piątku do poranka Zmartwychwstania.
3. Opis Całunu
Całun, na którym zachował się obustronny obraz ciała poddanego torturom i ukrzyżowanego mężczyzny, już swoimi wymiarami – 4,42 na 1,13 metra – wskazuje na starożytną Palestynę jako miejsce swego powstania. Wymiary te odpowiadają bowiem starożytnym łokciom syryjskim (miara długości równa ok. 50 cm, zatem wymiary Całunu to 2 na 8 łokci syryjskich). Rozmieszczone w charakterystyczny sposób na powierzchni Całunu plamy po wodzie w kształcie rombów wskazują na to, że płótno nasączone było mieszaniną aloesu i mirry. Plamy te pochodzą przypuszczalnie z I wieku, kiedy to Całun, złożony w harmonijkę (prawdopodobnie na 52 części), przechowywany był w glinianym dzbanie, do którego widocznie dostała się woda.
4. Tkanina
Technika tkacka, za pomocą której wykonany został Całun, znana była już w starożytności. Jest to wzór jodełkowy z wiązaniem diagonalnym 3:1 (tzn. jeden wątek tkacki przechodzi nad trzema nitkami osnowy, a następnie pod jedną nitką osnowy; w kolejnym rzędzie całość zostaje przesunięta i powtórzona). Chodzi tu o bardzo kosztowną metodę tkacką, wytworzoną na obszarze syro-palestyńskim. Tak drogocennych tkanin normalnie nie używano do pochówku. Były one przeznaczone do celów liturgicznych oraz na szaty kapłańskie. Dzięki różnym, niezależnym próbom, Giulio Fanti zdołał udowodnić, że tkanina Całunu musi pochodzić z I wieku po Chr. Zastosował przy tym dwie metody. Po pierwsze, dwie alternatywne, chemiczne próby datowania Całunu, oparte na spektroskopii promieniowania elektromagnetycznego (Furierowska Spektroskopia Podczerwona, szczególna odmiana spektroskopii podczerwonej i spektroskopia Ramana. Metoda ta analizuje wzajemne oddziaływanie promieniowania elektromagnetycznego i materii, posługując się absorpcją promieniowania elektromagnetycznego, która powoduje zmianę energii rotacyjnej i drganiowej molekuł). Badania tymi dwiema metodami dały (z 95 proc. pewnością) następujące wyniki: a) pomiar Furiera/ATR (attenuated total reflection) – ok. 300 r. przed Chr. (przy marginesie błędu 400 lat); b) pomiar Ramana – ok. 200 r. przed Chr. (przy marginesie błędu 500 lat); c) połączenie wyników obu metod daje wynik zbieżny z okresem I wieku. Po drugie, wieloparametrowa, mechaniczna metoda datowania (przy zastosowaniu aparatu pomiarowego, skonstruowanego przez Fantiego specjalnie do tego celu). Uzyskany z 95 proc. pewnością wynik wskazuje na rok 372 po Chr., przy marginesie błędu 400 lat. Po zsumowaniu wyników poszczególnych metod uzyskujemy datę bliską latom 30–33 po Chr. Do tego dochodzą jeszcze niezależne od prób Fantiego badania Ray’a Rogersa, który na krótko przed swą śmiercią (2005) wykazał, że Całun Turyński nie zawiera waniliny, toteż może liczyć 2–3 tysiące lat. Także krosna, na których sporządzono lniane płótno Całunu, wskazują na jego orientalne pochodzenie, a dokładniej na starożytny Izrael. Między nitkami tkaniny odnaleziono bowiem ślady Gossypium herbaceum, odmiany bawełny, którą już w czasach przedchrześcijańskich uprawiano w Syrii i Palestynie. Bezpośrednio przed sporządzeniem tkaniny Całunu musiano więc na tych samych krosnach tkać bawełnę. W średniowieczu na Zachodzie bawełna nie była ani uprawiana, ani używana do sporządzania tkanin (poza Sycylią i mauretańską Hiszpanią). Ścisłe oddzielanie przędzy roślinnej od wełny zwierzęcej jest typowe dla obszaru żydowskiego, gdzie obowiązywał zakaz łączenia wełny zwierzęcej z lnem (shatnez): „Nie wdziejesz sukni utkanej naraz z wełny i lnu” (Pwt 22, 11).
5. Pas materiału doszyty już w czasach apostolskich?
Przy lewym brzegu Całunu widać pas materiału o splocie identycznym z tkaniną Całunu, przyszyty do niego szwem ślepym, charakterystycznym dla I wieku. Takie same szwy odnaleziono również na tkaninach z Masady. Powód, dla którego ten pas został doszyty do Całunu, prawdopodobnie już w czasach apostolskich, nie został dotąd wyjaśniony. Być może służył jako tałes (żydowska chusta modlitewna – przyp. red.) albo miał wycentrować obraz na Całunie.
6. Ślady nadpalenia
Po obu stronach obrazu ciała znajdują się charakterystyczne, ciemniejsze pasy, przerywane większymi dziurami o trójkątnym kształcie. Są to ślady pożaru z roku 1532, kiedy Całun przechowywany był w Chambéry we Francji. W 1534 roku wypalone dziury zostały ze czcią, na klęcząco, załatane przez klaryski lnianym płótnem. Łaty te zostały usunięte z Całunu w sierpniu 2002 roku. Podczas tych prac restauratorskich odpruto także stare, holenderskie lniane płótno, którym klaryski podszyły Całun dla wzmocnienia go. Także na wysokości lędźwi postaci z Całunu widać po obu stronach mniejsze, wypalone dziury, układające się w kształt litery „L”, zwane pokerholes. Zostały one już pod koniec XII wieku odwzorowane w „Kodeksie Prayego” (Budapeszt).
7. Autentyczna ofiara ukrzyżowania
Zdaniem wiodących etnologów, utrwalony na Całunie obraz przedstawia mężczyznę w wieku ok. od 30 do 45 lat. Mamy tu do czynienia z dokładnym pod względem anatomii odwzorowaniem ofiary ukrzyżowania, wykazującym zauważalne paralele do najbardziej znanej ofiary ukrzyżowania – Jezusa Chrystusa. Co najmniej od roku 1989 (rok po opublikowaniu wyników radiodatowania Całunu, które wywołały spore zamieszanie i zaniepokojenie) wiemy, że obraz ciała na Całunie nie mógł zostać wytworzony w sposób sztuczny, ale jest podobizną autentycznej ofiary ukrzyżowania. Pozostaje tylko wyjaśnić, kim był ten człowiek.
8. Ślady rzymskiego biczowania
Ciało jest z obu stron pokryte krwawymi ranami o kształcie małych hantli. Są to ślady rzymskiej kary biczowania, wymierzanej przy użyciu cieszącego się złą sławą narzędzia tortur o nazwie flagrum taxillatum – bicza z węzłami. Składał się on z rękojeści, do której przymocowane były dwa lub trzy skórzane rzemienie, zaopatrzone na końcach w podwójne metalowe kulki, tworzące kształt hantli; czasem używano także kostek ze stawu skokowego owiec (taxilli, czyli kostki). Z kierunku wymierzania uderzeń na plecach i na przedniej stronie ciała można wnioskować, że ofiara była biczowana na gołe ciało przez dwu siepaczy różnego wzrostu. Podczas wymierzania kary biczowany był przywiązany do słupa wysokości ok. 63 cm. Według tradycji, ta diorytowa kolumna znajduje się do dziś w kościele św. Praksedy w Rzymie. W przypadku żydowskiej kary biczowania liczba ciosów była ograniczona do czterdziestu bez jednego. U Rzymian jednak liczba uderzeń nie była ograniczona, z zastrzeżeniem, że biczowany miał przeżyć tortury. Mimo to w przypadku żołnierzy czy dezerterów stosowano biczowanie także jako karę śmierci. Jeśli biczowanie miało być karą wstępną przed ukrzyżowaniem, liczba ciosów nie mogła wynosić więcej niż 21. Biczowanie ofiary z Całunu nie odbywało się w czasie drogi na miejsce ukrzyżowania, kiedy skazany dźwigał na swych ramionach belkę krzyża. Świadczy o tym fakt, że pod rozległymi skaleczeniami, spowodowanymi przez belkę krzyża, znajdują się liczne rany po biczowaniu. Można stwierdzić ok. 124 uderzenia, które pozostawiły na ciele ok. 372 rany po biczowaniu (213 na plecach i 139 na przedniej stronie ciała mężczyzny z Całunu). Niektórzy specjaliści w zakresie medycyny sądowej są zdania, że spowodowana przez te bestialskie tortury ogromna utrata krwi, a co za tym idzie załamanie się układu krążenia, przyczyniły się znacząco do tego, że agonia Jezusa na krzyżu trwała tylko kilka godzin. W 2008 roku stwierdzono na Całunie ślady uderzeń rózgami (virgae) i rzemieniami z wołowej skóry (bucaedae), za pomocą których znęcano się nad ofiarą jeszcze przed biczowaniem. Wykryto również sińce i krwiaki na obszarze pokrytym ranami z biczowania, choć mechanizm ich przeniesienia na płótno Całunu pozostaje całkowicie niewyjaśniony.
9. Oblicze „pełne krwi i ran”
Przyglądając się twarzy mężczyzny z Całunu można stwierdzić, że był to pobożny Żyd z pierwszego wieku. Świadczy o tym pociągły kształt twarzy z wysoko umieszczonymi kośćmi policzkowymi, długim i wąskim nosem (zarówno na Całunie, jak i na Chuście z Oviedo ma on 8 cm), bliską proporcją rozstawu oczu do długości nosa (1:1,28), a przede wszystkim układ włosów, typowy dla pobożnego Żyda z I wieku. Na obrazie twarzy widać, że cztery payot (krańce) głowy nie były golone: broda, wąsy, pukle włosów po obu stronach twarzy i długie włosy spięte na karku. Zagadką pozostaje, w jaki sposób włosy mogły w pozycji leżącej opadać po obu stronach w taki sposób, w jaki są widoczne na Całunie. A może jest to wskazówka, dotycząca tożsamości człowieka z Całunu? Również fakt, że ani na twarzy, ani na reszcie ciała nie ma oznak rozkładu, stanowi dla badaczy niemałą zagadkę. Przy obficie krwawiących ranach proces rozkładu powinien zacząć się bardzo szybko. Na obrazie ciała powinny być widoczne ślady wydzielin towarzyszących rozkładowi, a w okolicy ust – kręgi po ulatniającym się amoniaku. Jednak nic z tego nie znajdujemy na Całunie. Co zatem stało się z ciałem, zanim uległo rozkładowi?
10. Ułożenie ciała typowe dla kapłana
O tym, że człowiek ten był nie tylko pobożnym Żydem, ale prawdopodobnie miał status kapłana, świadczą – zdaniem uczonych – skrzyżowane nad ciałem ręce, podobnie jak pełne szacunku ułożenie obnażonego ciała w ogóle przemawia za żydowskim pochodzeniem ofiary. Sama twarz jest całkowicie pokryta krwią i ranami. Komputerowy obraz twarzy pozwala dokładnie prześledzić poszczególne etapy męki. Na obu łukach brwiowych rozpoznać można ślady po uderzeniach. Być może były to uderzenia w twarz, a może rany te spowodowane zostały przez ciężkie upadki ofiary, niosącej na ramionach patibulum, czyli belkę poprzeczną krzyża, która kilkukrotnie, wskutek osłabienia, runęła całym ciężarem ciała na ziemię, nie pozwalając osłonić twarzy rękoma. Ponadto stwierdzić można naderwanie prawej powieki wraz z poważnym zranieniem prawego oka, któremu towarzyszy spory obrzęk i wypływ łez. Widoczny jest także obrzęk nosa, z nieco przekrzywionym czubkiem, być może złamanie kości nosowej w miejscu, gdzie łączy się ona z chrząstką, oraz linia sięgająca od prawej kości policzkowej, przez nos, do powieki lewego oka (być może ślad po uderzeniu kijem). Wreszcie dziurki obok nosa, być może pozostawione przez ołowiane kulki rzymskiego bicza, nierówne obrzęki obu policzków, a także obrzęk po lewej stronie podbródka, wraz z plamą wskazującą na wyszarpanie kawałka brody.
11. Kara za bluźnierstwo
Wyrwanie brody było jedną z kar za bluźnierstwo. Człowiek ten został więc skazany jako bluźnierca. W zasadzie za bluźnierstwo przewidziana była kara śmierci przez ukamienowanie, jednak pod namiestnictwem Poncjusza Piłata Żydzi nie mieli prawa wykonywania kary śmierci (ius gladii), dlatego przestępstwo religijne zostało przeinaczone i przedstawione jako przestępstwo o charakterze politycznym. Człowiek ten został więc skazany przez Rzymian jako przestępca polityczny – król żydowski. Także ta okoliczność pozostawiła ślady na jego twarzy. Znamienne jest, że wszystkie ślady krwi na twarzy spływają pionowo z góry, od włosów, w dół. Szczegół ten poświadcza, że ofiara przyjmowała krwawe tortury w pozycji stojącej. Liczne ślady krwi, płynącej z nosa i ust, pokrywają się ze śladami krwi, zachowanymi na sudarium, czyli Chuście z Oviedo (o wymiarach 85,5 na 52,6 cm). W lutym 2015 roku naukowcy z Hiszpańskiego Ośrodka Badań nad Całunem potwierdzili, że wyniki badań przeprowadzonych na Uniwersytecie w Murcii za pomocą mikroskopu petrograficznego, wykazały zgodność Całunu Turyńskiego z Chustą z Oviedo.
Jak wspomniano na początku, tkanina ta została znaleziona w grobie i jest od IX wieku przechowywana w Oviedo w Asturii (północna Hiszpania) jako jedna z najbardziej drogocennych relikwii chrześcijaństwa. Jeszcze w 614 roku jest wzmiankowana w Jerozolimie. Następnie, wskutek zajęcia Jerozolimy przez Persów, Chusta rozpoczyna długą wędrówkę, aż wreszcie – według świadectwa źródeł historycznych – najpóźniej w VIII wieku trafia do Hiszpanii. Na podstawie znajdujących się na sudarium plam, można dokładnie odtworzyć przebieg wydarzeń, jakie miały miejsce między śmiercią a złożeniem do grobu, 14 dnia miesiąca Nisan roku 30.
12. Ukoronowany cierniem „król żydowski”
Widoczne na Całunie charakterystyczne ślady krwi, układające się w kształt litery „epsilon” (albo odwróconej cyfry 3), spowodowane zostały uszkodzeniem żyły twarzowej, podczas gdy ślady krwi, przypominające kształtem cyfrę 1, zawierają krew tętniczą. Cała tylna część głowy pokryta jest licznymi śladami krwi, wskazującymi na rany kłute. Pochodzą one prawdopodobnie z gałązek dwukolczaka śródziemnomorskiego (Paliurus Spina Christi), głożyny ciernia Chrystusa (Zizyphus Spina Christi), bądź Gundelia Tournefortii, której pyłki znajdują się także na Chuście z Oviedo, a także Ramnus lycioides, o cierniach sięgających do 3,5 cm długości. Wszystkie te krwawe rany na czole i z tyłu głowy pozwalają na postawienie wniosku, że ofiara była rytualnie wyszydzana. Jako król żydowski człowiek ten został ukoronowany koroną z cierni, według orientalnego zwyczaju przypominającą kształtem czepek, i wydany na pośmiewisko żołdactwa. Być może obręcz z sitowia, czczona do dziś w Paryżu w katedrze Notre Dame jako korona cierniowa[1], pochodzi z wieńca splecionego z sitowia, mającego za zadanie przytrzymywać ów cierniowy czepek na głowie ofiary. Ta domniemana korona cierniowa została wraz z innymi relikwiami przywieziona do Paryża w roku 1239 przez świętego króla Ludwika IX, i była tam aż do rewolucji francuskiej przechowywana w specjalnie do tego celu wzniesionej na wzór bizantyjski Sainte Chapelle.
13. INRI
W 1997 roku francuscy inżynierowie doszukali się na obliczu z Całunu fragmentów napisu, pozwalających na wyciągnięcie wniosków dotyczących tożsamości tego człowieka i sposobu, w jaki pozbawiono go życia. Ponieważ fragmenty te zgadzają się z napisem na tabliczce Krzyża Świętego przechowywanej w Rzymie w kościele Świętego Krzyża Jerozolimskiego, pozwala to na przypuszczenie, że widoczna na Całunie osoba pochodziła z Izraela i żyła w I wieku. Z drugiej jednak strony, te fragmenty napisu, mające przedstawiać coś w rodzaju zezwolenia na pochówek, są odrzucane przez niektórych naukowców jako złudzenie optyczne.
14. Droga na Golgotę
Nieopodal Paryża, w Argenteuil, przechowuje się szatę znaną jako „Tunika z Argenteuil”, którą wedle tradycji Jezus miał mieć na sobie, kiedy dźwigał krzyż na Golgotę. Szata ta jest utkana w całości, dokładnie tak, jak tunika arcykapłana (tunica inconsutile). Plamy krwi na Tunice z Argenteuil zostały porównane z widocznymi na Całunie ranami na ramionach i plecach. Okazało się, że są one zbieżne i potwierdzają, że ofiara dźwigała samo patibulum (belkę poprzeczną) krzyża. Ślady ziemi w obszarze lewego kolana, prawej pięty, na ramionach i policzkach, a także na czubku nosa, również pozwalają na przypuszczenie, że ofiara, idąc boso na Golgotę, wielokrotnie upadała. Wspomniane ślady ziemi zawierają aragonit, stront i żelazo, których obecność stwierdzono w ziemi na Golgocie.
15. Ukrzyżowanie
Obraz na Całunie pod względem anatomicznym ukazuje realistycznie i w jednoznaczny sposób ofiarę ukrzyżowania. Świadczą o tym rany na nadgarstkach, niewidoczne kciuki, cofnięte do wnętrza dłoni wskutek naruszenia nerwu pośrodkowego (nervus medianus), a także widoczne na przedramionach ślady krwi, biegnące pod zmiennymi kątami (różnica przypuszczalnie wynosi tylko 10 stopni). Pozornie nazbyt długie ramiona wskazują na poważne uszkodzenie splotów ramiennych (plexus brachialis) i samych barków, spowodowane być może wstrząsem wywołanym przy upadku przez ciężką belkę poprzeczną krzyża. Stawy barkowe zdają się być wyłamane, ścięgna zerwane. W każdym razie Całun pokazuje, że po złożeniu do grobu dłonie, mimo stężenia pośmiertnego ramion, pozostały skrzyżowane nad ciałem, choć nie były związane (!). W normalnym przypadku ramiona musiałyby opaść po obu stronach tułowia. Niektórzy badacze uważają ponadto, że Jezus, wisząc na krzyżu, mógł się podciągać tylko na lewym ramieniu, ponieważ prawy bark zdaje się być zbyt mocno naruszony.
Wskazują na to również wyciągnięte palce prawej dłoni i zaciśnięte palce lewej. Każde podciągnięcie się, każde poruszenie, musiało – poza trudnością we wzięciu oddechu – wywoływać ogromne cierpienie. Aby męki skazanego nie doprowadziły do zbyt szybkiej śmierci, także jego stopy przybito gwoździami, jak to widać z obficie krwawiącej rany na podeszwie prawej stopy. Obie stopy, lewa ponad prawą, zostały najwyraźniej przybite jednym gwoździem ciesielskim (po jednym autentycznym gwoździu z Krzyża Świętego, przechowuje się do dziś w kościele Świętego Krzyża Jerozolimskiego w Rzymie i w kościele Santa Maria della Scala w Sienie). Niektórzy eksperci w zakresie medycyny sądowej (zwłaszcza z Hiszpańskiego Ośrodka Badań nad Całunem) uważają jednak, że w podeszwie prawej stopy doszukać się można dwóch ran po gwoździach, ponieważ przybicie za pomocą jednego tylko gwoździa doprowadziłoby, ze względu na ciężar wiszącego ciała, do wyrwania tkanek w stopach.
16. Przebicie serca
W przypadku egzekucji żydowskich, śmierć skazanego musiała zostać stwierdzona przed zachodem słońca. Dlatego ofiarom łamano nogi, aby przyspieszyć zgon. Całun pokazuje jednak w sposób jednoznaczny, że na tej ofierze ukrzyżowania nie wykonano crurifragium (złamania goleni), lecz śmierć została potwierdzona przez transverberatio (przebicie serca). Całun pozwala także stwierdzić, że nie był to akt miłosierdzia nad konającym, a jedynie dowód na to, że skazany już nie żył, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (J 19, 33–37). Dźgnięcie, wykonane rzymską lancea, przeszło między piątym a szóstym żebrem. Rozchodzące się na boki brzegi rany oraz wypływ zebranej wcześniej, gęstniejącej już krwi i surowicy wskazują, że moment śmierci poprzedził przebicie serca: w przeciwnym bowiem razie brzegi rany zbiegłyby się po wyjęciu ostrza. Rana w boku, widoczna na Całunie, oraz nie dająca się wyjaśnić czynnościami oddechowymi, zawierająca krew mieszanina płynów przesiękowych z płuc, stwierdzona w obszarze ust i nosa na Chuście z Oviedo, dają jednoznaczną odpowiedź na pytanie, czy Jezus rzeczywiście umarł na krzyżu i był martwy w chwili złożenia do grobu, obalając tym samym wszystkie argumenty teorii „pozornej śmierci”.
17. W jaki sposób umiera ukrzyżowany?
Na ogół śmierć ukrzyżowanego następowała wskutek całkowitego wyczerpania, połączonego z trudnością złapania oddechu, po trwającej kilka dni bolesnej agonii. O tym jednak, że śmierć Jezusa nastąpiła stosunkowo szybko, świadczą – zdaniem niektórych badaczy – zarówno majestatyczny, pełen powagi wyraz twarzy, jak i obfite wytryśnięcie krwi z rany w boku, przy czym krew i osocze wypłynęły oddzielone (Ewangelia wg św. Jana 19, 36 mówi o krwi i wodzie). Według lekarza Luigi Malantrucco, chodzi tu o krew, która zebrała się w osierdziu na skutek pęknięcia serca. Musiało ono nastąpić jako konsekwencja wcześniejszego o wiele godzin zawału serca, który mogło wywołać u Jezusa skrajne fizyczno–psychiczne obciążenie organizmu w Ogrójcu. Gwałtowne rozciągnięcie osierdzia powoduje uczucie silnego bólu pod mostkiem, zwykle wymuszającego głośny krzyk, bezpośrednio po którym następuje śmierć (dokładnie ta sama sytuacja opisana jest u św. Mateusza – Mt 27, 50 i św. Marka – Mk 15, 37). Ten szybki zgon, następujący przy pełnej świadomości i skrajnym fizycznym wycieńczeniu, pociąga za sobą natychmiastowy proces stężenia pośmiertnego, którego oznaki widoczne są na Całunie. Jezus skonał o godzinie trzeciej po południu – tej samej, o której zarzynano baranki na święto Paschy. Krew, która spływała podczas ich uboju, była przeznaczona do obrzędu oczyszczenia. Także Jezus, i to od samego początku, był określany mianem prawdziwego Baranka paschalnego. Jednak Jego oczyszczająca krew, która przy pęknięciu serca zebrała się w osierdziu, wylała się na zewnątrz dopiero po otwarciu boku włócznią. W swym trzytomowym dziele teologicznym Jezus z Nazaretu Ojciec Święty Benedykt XVI zauważa, że w języku aramejskim wyraz talia może oznaczać zarówno „baranka”, jak i „sługę”. Jezus więc jest zarówno Barankiem Bożym, jak i Sługą Pańskim.
18. Krew, która „nie ujrzała skażenia”
Ślady krwi pozostawione na Całunie Turyńskim, Chuście z Oviedo i Tunice z Argenteuil zostały poddane wnikliwym analizom chemicznym i badaniom z zakresu medycyny sądowej. We wszystkich trzech przypadkach mamy do czynienia w sposób jednoznaczny z krwią ludzką, należącą do mężczyzny i mającą stosunkowo rzadką w Europie grupę AB. Do tej samej grupy należy krew Hostii z Lanciano, która w VIII wieku w cudowny sposób zamieniła się w żywą tkankę mięśnia sercowego.
Krew Całunu jest jasnoczerwonej barwy i stosownie do tego zawiera wysokie stężenie bilirubiny (czyli żółtawego środka barwiącego, syntezowanego w wątrobie, diagnozowanego u pacjentów z wewnętrznymi krwotokami). W 2008 roku Carlo Goldoni, doktor medycyny, patolog kliniczny, odkrył jednak, że stara krew barwi się na jasnoczerwono pod wpływem intensywnego promieniowania UV. Nawet po śmierci krew wykazuje szczególną właściwość. Stanowi w pewnym sensie „wizytówkę” ofiary widocznej na Całunie. Podobnie jak twarz i całe ciało, również jej krew „nie ujrzała skażenia” (Ps 16, 10 nn). W trakcie dokładnych analiz biegli medycyny sądowej mogli stwierdzić w krwi tego zmarłego początek procesu fibrynolizy. Proces ten jednak został zatrzymany po ok. 36 godzinach przez jakieś niezwykłe i nie dające się powtórzyć wydarzenie, tak że ślady krwi są na Całunie doskonale widoczne. Jest to krew, która najpierw skrzepła, a następnie na powrót odzyskała swą konsystencję i nasączyła nitki tkaniny tak, że miejscami jest widoczna na odwrotnej stronie (przy czym otaczające skrzepy krwi kręgi surowicy fluoryzują lekko pod wpływem promieniowania UV). Badacze zupełnie nie są w stanie wyjaśnić, w jaki sposób kontakt ciała z tkaniną mógł zostać przerwany tak, że jednocześnie ślady krwi pozostały nienaruszone, a tkanina Całunu nie została uszkodzona.
19. Obraz pełen tajemnic
Charakterystyczne jest, że krew przesączyła materiał Całunu do głębi, podczas gdy obraz ciała nigdy nie wniknął w głąb tkaniny. Obraz ten zresztą znajduje się jedynie na tej stronie Całunu, która stykała się z ciałem. Na stronie odwrotnej jest niewidoczny, z wyjątkiem kilku miejsc w obszarze twarzy i dłoni, gdzie stwierdzić można zjawisko obustronnego zabarwienia powierzchniowego (tzn. zabarwienie, widoczne na wewnętrznej i zewnętrznej stronie Całunu, nie wniknęło do wnętrza tkaniny). Zabarwienie dotyczy tylko zewnętrznych ścian komórkowych, tzn. całego obszaru epidermy (primary cell wall) poszczególnych włókien (2–5 z ok. 70–200 w jednej nitce tkaniny). Natomiast wnętrze włókien, a także wolna przestrzeń pomiędzy nimi, nie wykazują zabarwienia. Głębokość zabarwienia epidermy wynosi 0,2 mikrona (dwie dziesięciotysięczne milimetra). Obraz ciała na Całunie okazuje się zatem dziełem niezwykle delikatnym. Gołym okiem, bez mikroskopu, człowiek nie jest w stanie uzyskać tak płytkiego, ręcznego wybarwienia. Hipoteza sfabrykowania Całunu przez średniowiecznego fałszerza zostaje więc sprowadzona do absurdu. Zauważmy bowiem, że aż po dzień dzisiejszy wszystkie próby podrobienia Całunu nie powiodły się, zwłaszcza ze względu na te mikroskopijne detale.
Ponieważ pod odciśniętymi śladami krwi nie ma obrazu ciała, zatem tkanina musiała zetknąć się z krwią przed jego powstaniem. Ślady krwi, znajdujące się poza obrazem ciała, np. na lewym łokciu (w fotograficznym negatywie jest to prawy łokieć) dowodzą, że Całun spoczywał na trójwymiarowym, prawdziwym ciele, a ślady krwi powstały przez rzeczywisty kontakt z ranami. Mimo to tylna strona obrazu ciała wygląda tak, jak gdyby ciężar spoczywającego ciała wcale na nią nie oddziaływał.
Dla nauki w jej obecnym stanie rozwoju pozostaje rzeczą całkowicie niewyjaśnioną, w jaki sposób na Całunie, który owijał ciało, mógł się znaleźć obraz, przedstawiający ciało bez zniekształcenia proporcji, jakby we frontalnym odbiciu lustrzanym albo w fotograficznym portrecie.
20. „Stosownie do żydowskiego sposobu grzebania”
Znajdujące się na Całunie ślady krwi potwierdzają słowa św. Jana Ewangelisty (J 19, 40), że Jezus został pogrzebany „stosownie do żydowskiego zwyczaju grzebania”. Całun pokazuje bowiem, że nie miał miejsca obrzęd taharah, czyli obmycie ciała po śmierci. Czynność ta była zakazana, gdy zmarły: a) zmarł śmiercią gwałtowną, której towarzyszyło rozlanie krwi. Tej krwi nie wolno było obmywać, ponieważ w żydowskim rozumieniu stanowi ona siedlisko duszy, życia i świętości; b) został skazany z powodu przestępstwa religijnego; c) został wydalony ze społeczności żydowskiej; d) zginął z rąk pogan. Wszystkie te kryteria, zabraniające taharah, zgadzają się z sytuacją Jezusa. Ciało zostało złożone w grobowcu, w którym jeszcze nikt nie był pochowany, tak aby nikt nie stał się nieczysty z powodu nieobmytych zwłok. Użycie kosztownej lnianej tkaniny wskazuje na żydowski pochówek sprzed roku 70. W zwykłym przypadku nie przysługiwało to jednak skazanym przestępcom. Ciała skazańców, na których wykonano karę śmierci, rozkładały się na osobnym miejscu. Po upływie roku, gdy pozostały z nich już tylko kości, karę uznano za zakończoną – wówczas można było zebrać kości do ossuarium i przekazać rodzinie. Liturgiczne „czyste płótno” (Mt 27, 59) przypomina czysto lnianą szatę, zakładaną przez arcykapłana na święto Jom Kippur. Nadzwyczaj duża ilość aloesu i mirry wskazuje natomiast na pochówek królewski. Jezus został więc pochowany jak król i najwyższy kapłan (por. Ps 110). Fakt, że pobożne niewiasty chciały w Wielkanocny poranek namaścić ciało i tym samym zakończyć obrzędy pogrzebowe, należy rozumieć w ten sposób, że miały zamiar – zgodnie ze zwyczajem żydowskim – wylewać na owinięte Całunem ciało wonne olejki. Zwykle też grobowców nie zamykano, ani nie pieczętowano, ale pozostawiano przynajmniej na pewien czas otwarte, tak aby można było rozlewać wonności nad niszą grobową. W przypadku Jezusa, zapieczętowanie grobowca było środkiem ostrożności, przedsięwziętym przez Piłata po to, aby apostołowie nie mogli wykraść ciała.
21. Droga Całunu przez historię – odkrycie pyłków i śladów roślin
Nie znamy dokładnie wszystkich etapów jaką Całun przebył na przestrzeni wieków z Jerozolimy przez Edessę w Turcji, Konstantynopol, Ateny, być może Akkę, Cypr, Ray–sur–Saône pod Besançon i Lirey, gdzie przypuszczalnie w 1355 roku został po raz pierwszy w Europie wystawiony na widok publiczny przez rodzinę Geoffroy’a z Charny. Wskazówką są dla nas odkryte na Całunie pyłki roślin, występujących wzdłuż tej drogi. Znaleziono na nim jednak nie tylko pyłki, lecz także odciski roślin. Jednym z pierwszych badaczy, który odkrył na Całunie zarys złocienia wieńcowego, był Oswald Scheuermann, który już w latach 80. opublikował sensacyjne wyjaśnienie powstania obrazu na Całunie. Izraelscy naukowcy, jak Avinoam Danin i Uri Baruch, znaleźli odciski roślin, które razem występują tylko w okolicach Jerozolimy: parolistu (zygophyllum), parolistu krzaczastego (zygophyllum dumosum), czystka kreteńskiego (cistus creticus) i Gundelia tournefortii. Stwierdzono pyłki 28 gatunków roślin, kwitnących tylko w marcu i kwietniu. Zatem również pyłki i odciski roślin na Całunie świadczą o jego orientalnym pochodzeniu (mimo tych odkryć, faktyczne istnienie odcisków roślin jest kwestionowane przez część naukowców).
22. Monety odciśnięte na powiekach zmarłego; data ukrzyżowania
Na początku lat 80. Francis Filas odkrył na prawej powiece człowieka z Całunu odcisk dilepton lituus – monety z czasów Poncjusza Piłata. Została ona wybita z charakterystycznym błędem, który cechuje monety będące w obiegu w Jerozolimie w latach 29 i 30. Dopiero w roku 1996 profesorowie Baima Bollone i Nello Ballossino dopatrzyli się odpowiednika na lewym oku, a dokładniej odciśniętego na lewym łuku brwiowym lepton simpulum – monety również pochodzącej z czasów namiestnictwa Poncjusza Piłata, która także była w obiegu w latach 29–30. Potwierdzałoby to obliczenia badaczy, które ustaliły datę ukrzyżowania na 7 kwietnia 30 roku, a datę Zmartwychwstania na wczesny ranek 9 kwietnia (jednak istnienie odcisków monet również jest kwestionowane przez część uczonych).
23. „Oblicze Jego zajaśniało jak słońce” (Mt 17, 2)
W jaki sposób mogło jednak dojść do odciśnięcia się monet na tkaninie w tak krótkim czasie? Normalnie jest to możliwe tylko pod wpływem intensywnej eksplozji energii, silnego wyładowania elektromagnetycznego. Wskazuje na to również trójwymiarowość obrazu ciała na Całunie. Pewnym naukowcom udało się na podstawie zróżnicowania jasności obrazu ustalić odległość między ciałem a tkaniną i na podstawie tych danych odtworzyć rzeźbę ciała. Wysoka rozdzielczość optyczna, dokładne oddanie rysów twarzy oraz odporność obrazu na działanie wilgoci i wysokiej temperatury, także wskazują na to, że powstał on przez krótkie, intensywne, bliżej nie wyjaśnione promieniowanie. Ponadto na obrazie ciała widoczne są także te miejsca, w których ciało nie stykało się z tkaniną (np. kostki czy wewnętrzna strona kolan). Obraz wygląda więc jak ortogonalna (pionowa) projekcja leżącego ciała ku górze i ku dołowi jednocześnie, która musiała zostać wywołana przez nieznane źródło energii, znajdujące się w samym ciele. Niektórzy badacze wskazują na jednorazowe, nie dające się powtórzyć wydarzenie, które zatrzymało również proces fibrinolizy: wilgotne jeszcze płótno Całunu musiało zostać poddane działaniu zupełnie niewyjaśnionego, pochodzącego z samego ciała wyładowania energii. Oswald Scheuermann uważa, że musiał to być rodzaj wyładowania koronowego (corona discharge), występującego w warunkach naturalnych tylko przy uderzeniach pioruna, ponieważ na brzegach odcisków monet stwierdzono ślady wyładowań iskrowych. Za wyładowaniem koronowym przemawia również zjawisko obustronnego, powierzchniowego zabarwienia tkaniny, wyraźnie widoczne na płótnie Całunu. Chodzi tu o wydarzenie, które spowodowało jednocześnie zniknięcie ciała i powstanie jego obrazu na tkaninie. Prawosławny teolog Olivier Clément mówi wręcz o podobnym do błyskawicy „spaleniu Baranka Paschalnego” (por. Wj 12, 10). Giulio Fanti jest zdania, że do wytworzenia takiego obrazu, jaki widzimy na Całunie, potrzebne było olbrzymie wyładowanie elektromagnetyczne o napięciu 300 tys. voltów, trwające 0,3 milisekundy. To mniej więcej tyle, co 50 piorunów jednocześnie, do tego w zamkniętym grobowcu!
24. Ukośne suppedaneum na prawosławnych krzyżach
Pionowy rozbłysk ciała w górę i w dół powoduje wrażenie, że lewa noga jest krótsza, ponieważ jest skrzyżowana nad prawą. To perspektywiczne skrócenie zostało zinterpretowane przez artystów bizantyjskich jako wada ciała, tak że w kręgach prawosławnych sądzono, że Jezus musiał utykać. Stąd ukośne suppedaneum, czyli podpórka pod nogi, na prawosławnych krzyżach i na ikonach, a także przedstawienia Dzieciątka Jezus z przekrzywioną lub zdeformowaną stópką.
25. „Fotografia” nie ręką ludzką wykonana
Od czasu gdy fotograf-amator Secondo Pia dokonał „przypadkiem” odkrycia, że obraz na Całunie, uważany przez niemal 2000 lat za wierną, „nie ręką ludzką uczynioną” podobiznę Chrystusa, w rzeczywistości jest też czymś w rodzaju negatywu, i dopiero metodą fotograficzną można uzyskać pozytyw, wśród naukowców panuje spór dotyczący powstania tego zagadkowego obrazu. Ta trwająca do dziś i prowadzona często w bardzo polemiczny sposób kontrowersja była być może jedną z przyczyn, dla których przedstawiciele Kościoła woleli pozwolić na coraz mocniejsze wyrażanie sceptycyzmu i wątpliwości, niż zająć jasne i pozytywne stanowisko w sprawie autentyczności Całunu.
26. Wykradzenie ciała czy jego tajemnicze zniknięcie?
Można stwierdzić w sposób jednoznaczny i obiektywny, że ciało nie zostało rękoma wydobyte z całunu przez odwinięcie albo oderwanie. Musiało w tajemniczy sposób „zniknąć” z Całunu. Niektórzy badacze mówią o „dematerializacji” ciała, bądź też, że ciało stało się „mechanicznie transparentne”. Stanowi to wyraźną wskazówkę co do tożsamości mężczyzny z Całunu. Wbrew wszelkim niedowiarkom dowodzi to bowiem, że mógł to być tylko Jezus z Nazaretu, o którym – jako jedynym w całej historii ludzkości – przekazano takie informacje. Zbieżność widocznych na Całunie kolejnych etapów męki z relacją Ewangelii nie dowodzi jeszcze, że człowiek z Całunu to Jezus z Nazaretu. Świadectwa te mogłyby również pasować do jakiegoś innego, anonimowego ukrzyżowanego. Tylko tajemnicze zniknięcie ciała z Całunu przed uleganiem procesowi rozkładu, bez naruszenia tkanki płótna i śladów krwi, wskazuje w jednoznaczny sposób na Tego, o którym – jako jedynym ze wszystkich ludzi wszystkich czasów – takie zdarzenie przekazano.
27. Identyfikacja ciała
Już w 1993 roku pracujący dla CIELT (Międzynarodowy Ośrodek Badań nad Całunem Turyńskim) naukowiec Arnaud-Aaron Upinsky jako pierwszy odkrył, kim koniecznie musi być człowiek z Całunu. Zastosował przy tym te same procedury badawcze, które stosuje się w kryminalistyce do zidentyfikowania nieznanych ciał. Wynik dokonanej przez niego identyfikacji potwierdzony został przez podwójny system ekspertów. Rezultat badań Upinsky’ego daje pewność większą niż dowolny wynik wszystkich rachunków prawdopodobieństwa, które osiągając stopień prawdopodobieństwa równy 1:200 miliardów, gwarantują już quasi–pewność. Ponadto G. Fanti udowodnił swoimi obliczeniami, że wszystkie przedstawienia Chrystusa w sztuce, przynajmniej od VII wieku, musiały być wzorowane na Całunie Turyńskim. Prawdopodobieństwo wynosi tu 1:7 miliardów (0,0000000000000007!). Oznacza to, że wszystkie znane nam przedstawienia Chrystusa przynajmniej od VII wieku bazują na jednolitym wzorcu, mianowicie na Całunie Turyńskim, „podobiźnie nie ręką ludzką uczynionej” – a nie odwrotnie, tzn. Całun nie został sfabrykowany w średniowieczu w oparciu o wzorce bizantyjskie. Ta hipoteza, podtrzymywana przez niektórych przeciwników autentyczności Całunu, jest zupełnie absurdalna. Poza tym, gdyby grób Chrystusa nie był pusty, jak to utrzymują dziś niektórzy teolodzy, i Jego ciało zostało zawinięte w Całun, to nie mielibyśmy dziś żadnego Całunu, gdyż uległby on rozkładowi wraz z ciałem i najpóźniej po upływie roku zostałby spalony. W ten sposób także teoria „wykradzionego ciała”, która już od czasów apostolskich aż do dziś wywoływała zamieszanie i skłaniała do odrzucenia chrześcijaństwa, została sprowadzona do absurdu. Coraz więcej uczonych, takich jak O. Scheuermann, Arnaud–Aaron Supinsky, G. Fanti, Emanuela Marinelli, Alessandro Malantrucco, Yves Saillant, Gilbert Lavoie i wiele innych, widzi w tym nie dającym się powtórzyć wydarzeniu z poranka Wielkanocnego wyraźne odniesienie do Zmartwychwstania, które akurat obecnie jest przez niektórych teologów poddawane w wątpliwość. Lekarz amerykański G. Lavoie osobiście podjął rozmaite próby osiągnięcia metodą fotograficzną efektu zbliżonego do widocznego Całunie. Doszedł jednak do wniosku, że obraz na Całunie musi być zdjęciem powstałym w chwili Zmartwychwstania i wykracza poza nasze pojęcie o czasie i przestrzeni. Frontalny obraz, podobny do lustrzanego odbicia, pozwala na wniosek, że w momencie jego powstania płótno musiało leżeć płasko, choć było owinięte wokół ciała. Jest to zagadka, która pozostaje niewyjaśniona przez naukę. Poza tym układ włosów jest typowy dla człowieka w postawie stojącej: w postawie leżącej musiałyby bowiem opadać inaczej.
28. Cielesne Zmartwychwstanie
Dla umysłowości żydowskiej powstanie z martwych w sensie innym niż cielesny byłoby zupełnie nie do pomyślenia i apostołom szybko dowiedziono by oszustwa. Dlatego, aby podkreślić cielesny aspekt Zmartwychwstania, relacje ewangeliczne opowiadające o wydarzeniach, które nastąpiły po Zmartwychwstaniu, kładą szczególny nacisk na wspólne posiłki apostołów ze Zmartwychwstałym (Łk 24, 41–13; J 21, 9–10 nn). Gdyby Zmartwychwstanie nie było rzeczywistym wydarzeniem historycznym, chrześcijaństwo prędko by upadło i zostało zapomniane, a może w ogóle nie byłoby chrześcijaństwa. Nasza wiara opiera się jednak na jedynym w swoim rodzaju wydarzeniu historycznym, potwierdzonym przez namacalne dowody. Płótna pokazują bowiem, że to, co o męce i Zmartwychwstaniu Chrystusa mówią Ewangelie, faktycznie miało miejsce. Stanowią one potwierdzenie niezmiennych prawd Pisma św. i Tradycji apostolskiej. Wskazują wyraźnie na historyczną wiarygodność Ewangelii i są dla nas cenną pomocą w dyskusji z ludźmi stojącymi z dala od wiary i myślącymi inaczej.
29. Jezus Chrystus: Baranek Boży – Syn Boży
Badania nad Całunem rzucają także nowe światło na kwestię Bożego synostwa Jezusa. Całun jednoznacznie pokazuje, że tajemnicze wyładowanie energii, które doprowadziło do powstania obrazu, musiało wyjść z samego ciała. W przeciwnym razie nie mielibyśmy do czynienia z obrazem obustronnym, w którym przednia i tylna strona ciała wykazują ten sam stopień jasności. Wniosek ten potwierdziły wyniki różnych badań, prowadzonych przez Giovannę de Liso po trzęsieniu ziemi w Torre Pellice, w Piemoncie. Poddawała ona rozmaite, zawinięte w lniane płótno przedmioty (martwy wąż, metalowy klucz, plastikowa miska, liść) krótkiemu i intensywnemu promieniowaniu radonowemu. Płótno zostało wcześniej nasączone mieszaniną aloesu i mirry, a następnie, wraz z przedmiotami, umieszczone w radioaktywnej, zawierającej gnejs i żelazo szczelinie skalnej na czas od 3 do 48 godzin. Efekt jest podobny do obrazu na Całunie, z tym że w przypadku źródła energii pochodzącego z zewnątrz nie udało się uzyskać obustronnego obrazu o jednakowej jasności. Tylko jedna połowa płótna była wewnątrz zabarwiona na brązowo, podczas gdy na drugiej widoczne były białe kontury, przypominające negatyw. Przedmioty owinięte płótnem, rzecz jasna, nie zniknęły. Wewnętrzna strona górnej części tkaniny wykazuje trójwymiarowy efekt. Obustronne, powierzchowne zabarwienie (na wewnętrznej i zewnętrznej stronie materiału) można stwierdzić tylko miejscami. Brak jednak bocznego widoku przedmiotów. Jest to cecha charakterystyczna dla wyładowania koronowego. Łamliwość zabarwionych nitek tkaniny jest ta sama, co nitek niezabarwionych, podczas gdy na Całunie nitki zabarwione są znacznie bardziej kruche od pozostałych. Jednak żaden śmiertelny człowiek nie może wskrzesić sam siebie, bo nikt prócz Boga nie jest Panem życia i śmierci. Nawet jeśli człowiek w swej pysze posuwa się do tego, że „bawiąc się” życiem, zuchwale chce być jak Bóg (a jest to pradawna pokusa człowieka, o której mowa w Rdz 3, 5), to jednak nie jesteśmy w stanie dać sami sobie życia: ani przed narodzeniem, ani po śmierci. To życie możemy sobie jedynie odebrać. Ukryte w Całunie informacje świadczą więc o prawdziwie boskiej naturze Ukrzyżowanego – Syna Bożego, który dla nas stał się człowiekiem; Pana, któremu „dana jest wszelka władza na niebie i na ziemi” (Mt 28,18). Wierzącemu, zdumionemu obserwatorowi Całun pokazuje także prawdziwie boską pokorę „Baranka Bożego”, „Sługi Pańskiego”, „Dobrego Pasterza, który życie swoje oddaje za owce swoje” (J 10, 11–15). On jest „Wiernym i Prawdziwym”, o którym mówi Apokalipsa (19, 11), który nas nie opuszcza i zawsze jest gotowy odnowić swe przymierze z nami, jak o tym przypominają słowa introitu na święto Najświętszego Serca Jezusowego: „Zamysły Jego Serca z pokolenia na pokolenie, aby wyrwać ich dusze od śmierci i żywić ich w czasie głodu”.
30. Wcielenie – kluczowe świadectwo Całunu
Wydaje się, że nie jest zgoła kwestią przypadku, że odszyfrowanie Całunu przez naukę przypada na epokę, w której subtelnie antychrześcijańska postawa propaguje religijny panteon, religijny synkretyzm. Jeśli wszystkim religiom przyzna się równy status (a zwłaszcza religiom monoteistycznym, jak to postulował Lessing w swoim dramacie Nathan der Weise), co wtedy stanie się z Prawdą? Co z wyjątkowością Chrystusa? Co z niepowtarzalnością zbawczej Ofiary? Dlatego nasza osobista postawa wobec Całunu nie może być zimnym, niezobowiązującym spojrzeniem, jak gdyby to był jakikolwiek, interesujący tylko z naukowego punktu widzenia obiekt badań. Całun wprowadza nas w tajemnicę Boga, który oczekuje od nas konkretnej odpowiedzi na Jego zstąpienie między nas: „Hańba złamała moje serce i sił mi zabrakło, na współczującego czekałem, ale go nie było, i na pocieszających, lecz ich nie znalazłem” (Ps 69, 21–22). Właśnie wiara we wszechmoc Bożą, w cuda, a zwłaszcza w cud Zmartwychwstania, jest tym, co poddaje się dziś w wątpliwość na wielu uniwersytetach. Zmartwychwstanie jest sprowadzane do prostej opowieści o „duchowym doświadczeniu”. Jeśli jednak nie wolno już wierzyć w cud Zmartwychwstania, to jak wierzyć w cud Przeistoczenia i realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie? Jak już wspomniano, nasza wiara stoi bądź upada w związku z wiarą w rzeczywiste, cielesne Zmartwychwstanie (por. 1 Kor 15, 17). Wbrew opinii niektórych teologów, Całun z pewnością porusza kwestię Wcielenia Boga. Przez wieki wielu ludzi sądziło, że Bóg (o ile w ogóle istnieje) nie może wkroczyć w bieg historii i przyjąć ludzkiej natury. Co najmniej od czasów humanizmu to właśnie ludzki duch stanowi absolutny punkt odniesienia, a ludzki rozum – miarę wszechrzeczy. Tymczasem wspomniane wcześniej, nieznane wyładowanie energii, które spowodowało powstanie obrazu na Całunie, jest – zdaniem Sebastiano Rodante – wyraźną wskazówką, że ten człowiek nie był zwykłym śmiertelnikiem: „Zjawiska paranormalne, np. u guru, występują tylko za ich życia. Jednak zmarły nigdy jeszcze nie wytwarzał promieniowania”.
31. Znak Jonasza
W jaki sposób Jezus potwierdza, że rzeczywiście jest Synem Bożym, za którego się podaje? Właśnie przez cud znaku Jonasza (Mt 12, 38 nn). Jest to cud Jego Zmartwychwstania, udokumentowany przez Całun. W Ewangelii wg św. Jana (J 5, 21) czytamy: „Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce”; i dalej (5, 26): „Podobnie jak Ojciec ma życie w sobie, tak również dał Synowi: mieć życie w sobie samym”; i wreszcie to kluczowe miejsce (10, 17–18): „Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca”. Można tu przytoczyć także (J 2,19–21): „«Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo» […]On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc Zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus”. Już na początku XX wieku niektórzy uczeni (jak Yves Delage i Paul Vignon) zwrócili uwagę na fakt, że postawa odrzucająca autentyczność Całunu odnosi się raczej do widocznej na nim osoby, niż do samego płótna. Gdyby chodziło nie o Jezusa, ale o jakąś inną postać z epoki starożytnej, bez zastrzeżeń uznano by autentyczność Całunu. Mierzy się więc dwiema różnymi miarami i odrzuca autentyczność Całunu, ponieważ w rzeczywistości odrzuca się samego Chrystusa, który sam o sobie powiedział, że „po to przyszedł na świat, aby dać świadectwo Prawdzie” (J 18, 37) i że Sam jest Prawdą (J 14, 6). Jednak ta Prawda, ucieleśniona w Osobie spowitej krwawym płaszczem, ujawnia „jakby mieczem” (Ap 19, 9) wszelką dwuznaczność i wszelkie zamroczenie, które od wieków usiłuje ogarnąć nasze myśli i czyny. Niektórzy uczeni są zdania, że jeśli Całun Turyński jest rzeczywiście Całunem Chrystusa, to trzeba by przemyśleć i napisać na nowo całe wieki nauki o Biblii. Świadectwo Całunu obala bowiem teorie niektórych egzegetów, począwszy od Reimarusa, przez Renana, Straussa, Loisy’ego („Ojca modernizmu”), Bultmanna, Ranke-Heinemann, aż do Künga, Dirnbecka i innych.
32. Etos świata przeciw zbawczej Ofierze
Czyż nie jest zdradą, dokonaną na jedyności i Boskości Chrystusa, że pod płaszczykiem pacyfistycznego, powszechnego etosu światowego, pomija się, relatywizuje i odmawia Chrystusowi i Jego zbawczej Ofierze jedynego i wyłącznego charakteru? Dąży się do stworzenia wspólnego, powszechnego etosu światowego, opartego na najmniejszym wspólnym mianowniku, z pominięciem wagi dogmatów i restrykcyjnej, bardzo wymagającej moralności. Usiłuje się ukształtować etykę dostosowaną do wymogów współczesności, obchodzącą się bez nadprzyrodzonych, transcendentnych wartości. Współczesne antychrześcijaństwo definiuje się zatem jako starannie przygotowany ruch, który głosi, że Jezus nie jest „jedynym Zbawicielem”, ani Jednorodzonym Synem Bożym. Już w 1928 roku na Konwencie Wielkiej Loży Francji padły słowa: „Naszymi zwinnymi rękami uprzędźmy całun, który pewnego dnia spowije zwłoki wszystkich religii”. Właśnie na ten czas klęski i duchowego głodu Boża Opatrzność zachowała dla nas Całun Turyński, który pośród wszechobecnej antychrześcijańskiej postawy ma nas umocnić w wierze, być znakiem nadziei na zwycięstwo Zbawiciela i bezcenną pomocą w rozpaleniu na nowo miłości do Zbawiciela w nas samych i w naszych bliźnich. W wielu papieskich dokumentach czytamy wyraźnie, że z przyjściem Jezusa Chrystusa, Zbawiciela, Bóg ustanowił Kościół dla zbawienia wszystkich ludzi (por. Dz 17, 30–31). Ta prawda wiary wyklucza ową mentalność indyferentyzmu, która przepojona jest religijnym relatywizmem, prowadzącym do wniosku, że wszystkie religie mają tę samą, jednakową wartość. Dlatego Kościół musi nieustannie głosić, że Chrystus jest „Drogą, Prawdą i Życiem” (J 14, 6), że w Chrystusie ludzie znajdują pełnię życia religijnego, i że Bóg w Nim wszystko pojednał ze Sobą. Prawda, którą jest Chrystus, jawi się z konieczności jako autorytet powszechny. Nawet jeśli w innych religiach znajdują się pewne „nasiona” Logosu, to jednak pełne, uniwersalne i ostateczne Objawienie Boże zawiera się tylko w wierze chrześcijańskiej. Kościół ma więc konstytucyjny obowiązek niesienia Ewangelii wszystkim narodom.
33. Kult Świętego Oblicza. Fascynacja, jaką wzbudza widok Najświętszego Oblicza Chrystusa, ma swą najgłębszą przyczynę w słowach samego Jezusa:
„Kto mnie zobaczył, zobaczył i Ojca” (J 14, 9). Odkryć Oblicze Chrystusa to odkryć Oblicze Ojca i w nim się zagubić. Od końca XIX stulecia, epoki pozytywizmu i liberalnego nurtu „badania życia Jezusa” (David Friedrich Strauß, Ernest Renan), od Piusa IX do Franciszka wszyscy papieże nie tylko byli przekonani o prawdziwości Całunu, ale także wielokrotnie zachęcali wiernych zwłaszcza do oddawania czci Najświętszemu Obliczu w duchu zadośćuczynienia za zniewagi okazywane Najświętszemu Sakramentowi.
17 kwietnia 1958 roku Ojciec Święty Pius XII ustanowił wtorek przed Środą Popielcową świętem Najświętszego Oblicza, z poprzedzającą je nowenną. Kult Najświętszego Oblicza istniał zawsze, ale szczególnie w XIX i XX wieku oddane Bogu dusze mogły się przekonać, że cześć dla Najświętszego Oblicza jest jednym z najsilniejszych środków wynagradzających za bluźnierstwa i rozmaite zniewagi wobec Najświętszego Sakramentu, oraz doskonałą pomocą w osiągnięciu głębokiej relacji ze Zbawicielem. Tymi obdarzonymi licznymi łaskami duszami, rozpowszechniającymi w XIX wieku szczególne nabożeństwo do Najświętszego Oblicza, jako przedłużenie nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego, byli: Marie de St. Pierre de Tours, ks. Auguste– Marie Cohen, ks. Julian Eymard (założyciel Kongregacji Czci Najświętszego Sakramentu), Léon Dupont, a zwłaszcza św. Teresa z Lisieux (która zresztą nosiła imię Thérèse de l’Enfant Jésus et de la Sainte Face – Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza). Dla św. Tereski cześć dla Najświętszego Oblicza była „kluczem do skarbca Pana Boga”. Jedno spojrzenie na Najświętsze Oblicze dawało jej siłę, by mężnie rezygnować z własnej woli. Ułożyła ona także hymn ku czci Najświętszego Oblicza. Spośród żyjących w XX stuleciu wymienić można s. Marię Pię Mastena (zm. 1951) oraz Marię Pierina z Mediolanu (zm. 1945). Siostra Maria Pia Mastena była założycielką Instytutu Sióstr od Najświętszego Oblicza. Jest to dzieło, którego celem jest zadośćuczynienie, a jego członkinie w każdy czwartek wieczorem w sposób szczególny rozpamiętują mękę i konanie Chrystusa.
34. Zadośćuczynienie za zniewagi Najświętszego Sakramentu
W jednym ze swoich widzeń Maria Pierina z Mediolanu otrzymała od samego Chrystusa zadanie zadośćuczynienia za bluźnierstwa i za upadek dusz Bogu poświęconych. Kult Najświętszego Oblicza miał przy tym uzupełniać kult Najświętszego Serca Jezusowego i ożywić go na nowo. Mając 12 lat, M. Pierina usłyszała w czasie adoracji krzyża w Wielki Piątek wewnętrzny głos, który kazał jej ucałować Oblicze Zbawiciela, aby przez to zadośćuczynić za zdradziecki pocałunek Judasza. Zatapianie się w pełnym cierpienia Obliczu Jezusa było jej drogą, wiodącą do jeszcze głębszego wniknięcia w Serce Zbawiciela. Kontemplacja Najświętszego Oblicza była bodźcem, który pobudzał ją do zadośćuczynienia za zniewagi, jakie Jezus musiał znosić w swoim Najświętszym Obliczu, i jakie do dziś znosi w Najświętszym Sakramencie. W poświęcony Najświętszemu Sercu piątek Wielkiego Postu roku 1936, podczas nocnego czuwania Maria usłyszała wyraźne życzenie Zbawiciela: „Chcę, aby moje Oblicze, wyrażające najgłębsze cierpienie i miłość mego Serca, było bardziej czczone. Ten, kto rozważa moje Oblicze, przynosi mi pocieszenie”, i nieco później: „Dusze, które rozważają moje Oblicze, uczestniczą w moim cierpieniu i zostaną pobudzone do miłości i do zadośćuczynienia. To właśnie jest prawdziwe nabożeństwo do mego Najświętszego Serca”. A w maju 1938 roku: „Rozważaj moje Oblicze, a wnikniesz w ogrom cierpień mego Serca”. 21 listopada 1938 roku, podczas nocnego czuwania:
„Oddałem swe Serce jako widzialny znak mojej wielkiej miłości do ludzi. Oddaję też swe Oblicze, jako widzialny znak mojego bólu, spowodowanego grzechami ludzi”. Wreszcie 10 lipca 1941 roku: „Czy chcesz uczestniczyć w moim konaniu w Getsemani, jako zadośćuczynienie za grzechy tych, których najbardziej ukochałem, i za odrzucenie, jakiego doświadczam ze strony tak wielu dusz poświęconych Bogu?”.
35. Święte Oblicze a ewangelizacja
Dzięki kontemplacji Najświętszego Oblicza także i my możemy uczcić samo centrum osoby Jezusa – Jego Boskie, miłujące Serce. W rozważaniu Najświętszego Oblicza Chrystus wychodzi nam naprzeciw, aby napełnić nas swą miłością i Duchem Świętym. Miłość ta przynagla nas do złożenia świadectwa, do apostolatu, do pójścia za Jezusem. Wyposażeni z jednej strony w umiłowanie Najświętszego Oblicza, z drugiej zaś w poznanie, jakie dają badania nad Całunem, możemy i powinniśmy odważyć się na trudną, często pozornie nie dającą nadziei na powodzenie ewangelizację, której wielokrotnie domagali się papieże XX stulecia. Nawiązując do ewangelicznej przypowieści o talentach (Mt 25, 14 nn), możemy powiedzieć, że powierzony został nam skarb, który teraz mamy jako zadanie pomnożyć.
============================
Jeremiah Johnston: Shroud of Turin, Dead Sea Scrolls, & Attempts to Hide Historical Proof of Jesus
Objawienia Matki Bożej w Quito w 16/17 wieku Mariannie Berriochoa – za XX wiek.
W chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.
Na przełomie XV i XVI wieku żyła w Quito, w Ekwadorze pewna zakonnica hiszpańska, której mało znane, ale niezwykłe życie ma związek z naszymi czasami. Matka Marianna Jesus Torres y Berriochoa była mniszką koncepcjonistką, która zdecydowała się wziąć na swoje ramiona niewyobrażalne cierpienia, by zadośćuczynić za grzechy XX wieku.
Pewnego dnia 1582 roku młoda zakonnica modliła się przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy klasztoru sióstr koncepcjonistek w mieście Quito. Nagle usłyszała przerażający grzmot. Po chwili prawie w całej kaplicy zapadły ciemności. Tylko główny ołtarz pozostał oświetlony. Siostra ujrzała otwarte tabernakulum i wyłaniającego się z niego ukrzyżowanego Pana Jezusa. Obok Zbawiciela stali, jak na Golgocie: Najświętsza Maryja Panna, św. Jan Ewangelista i św. Maria Magdalena. Pan Jezus bardzo cierpiał.
Zakonnica usłyszała głos: – To jest kara dla XX wieku. Wówczas jej oczom ukazały się trzy miecze, unoszące się nad głową Zbawiciela z napisem na pierwszym z nich: „Będą karać herezje”, na drugim – „Będą karać bluźnierstwa” i na trzecim – „Będą karać grzechy nieczystości”. Potem Matka Boża zwróciła się do młodej mniszki tymi słowami: – Moja córko, czy chcesz poświęcić się za ludzi, którzy dopuszczą się tych grzechów w XX wieku?
– Tak, jestem gotowa – odpowiedziała. I w tym samym momencie trzy miecze przebiły jej serce. Siostra Marianna padła martwa, doznając wcześniej ogromnej męki…
* * *
Przełożona zakonu, a także inne mniszki zaniepokojone nieobecnością siostry Marianny zaczęły jej szukać. Odnalazły ją, a właściwie jej zimne ciało w kaplicy. Siostry przeniosły je do celi, położyły na łóżku i natychmiast wezwały lekarza Don Sancho oraz braci franciszkanów, którzy w sposób szczególny byli związani z klasztorem. Lekarz potwierdził zgon młodziutkiej koncepcjonistki. Siostry rozpoczęły przygotowania do pogrzebu. Do drzwi klasztoru zaczęli dobijać się liczni mieszkańcy Quito, którzy po raz ostatni chcieli ujrzeć ciało ich ukochanej dobrodziejki. Siostra Marianna, mimo młodego wieku, słynęła bowiem już wtedy z niezwykłej świętości, dobroci oraz cudów.
Tymczasem, po przebiciu serca trzema mieczami, Marianna znalazła się przed obliczem Boskim. Bóg, nie znajdując w całym jej życiu żadnej niegodziwości, zwrócił się do niej tymi słowami: – Przyjdź do Mnie ukochana córko i odbierz wieniec, który ci przygotowałem u zarania świata.
Jednocześnie, w tym samym czasie na ziemi trwały modlitwy sióstr, ojców franciszkanów oraz zwykłych ludzi, którzy zawodzili z powodu śmierci młodziutkiej mniszki. Wzdychając i płacząc, prosili Boga, aby przywrócił do życia ich „ukochanego anioła” i obrończynię przed siłami zła.
Chcąc się przychylić do tych modlitw płynących z ziemi, Chrystus przedstawił Mariannie dwie korony: jedną niebywałej piękności i drugą – z lilii przeplataną cierniami. Następnie kazał jej dokonać wyboru, przypominając, że ta pierwsza oznacza, iż pozostanie już na zawsze w chwale niebieskiej, a druga – że wróci na ziemię, by na nowo cierpieć. Siostra Marianna poprosiła Pana Jezusa, by to On dokonał za nią wyboru. Zbawiciel jednak odmówił. Wtedy przemówiła Matka Boża: – Opuściłam chwałę niebieską i wróciłam na ziemię, by chronić moje dzieci. Chcę, żebyś mnie naśladowała i wróciła na ziemię, bo twoja obecność tam jest niezbędna dla dobra mojego zakonu.
Matka Boża przepowiedziała również, że jeśli zabraknie osób, które tak jak ona poświęcą się dla zadośćuczynienia za grzechy XX wieku, wówczas Quito spotka straszna tragedia. Słysząc to, pokorna dziewica zgodziła się wrócić na ziemię i stała się ofiarą przebłagalną za grzechy herezji, bezbożności i nieczystości naszych czasów.
Zatem Bóg wrócił zakonnicę mieszkańcom Quito…
* * *
W nocy 17 września 1588 r. Marianna otrzymała stygmaty. Po tym zdarzeniu straszliwe chorowała i przez pięć miesięcy nie ruszała się z łóżka. W tym czasie kusił ją szatan, który wmawiał jej, że wszystko, co robi, nie ma sensu, że jej życie to jedno wielkie oszustwo. Krążył wokół jej łóżka, przybierając postać ohydnego węża, którego widziała już wcześniej podczas burzy, jaka się rozpętała na oceanie, gdy płynęła na statku z Hiszpanii do Ekwadoru. Pewnej nocy, nie mogąc już udźwignąć tej męki, zwróciła się o pomoc do Matki Bożej, by jej ulżyła w cierpieniu. Przez krótką chwilę mogła odetchnąć, podziwiając Piękną Panią…
W Wielką Sobotę 1589 r. – po straszliwych mękach, jakie siostra Marianna przechodziła w Wielki Piątek, gdy Bóg ukazał jej wizję herezji i nadużyć, które miały drążyć Kościół w naszych czasach – siostry ponownie wystawiły jej ciało w trumnie, przekonane, że odeszła do Pana. Jednak już następnego ranka siostra Marianna z woli Bożej znowu powróciła do życia, by dalej móc cierpieć dla Niego.
* * *
Życie mniszki pełne było niezwykłych wizji i zdarzeń. W 1589 r. została matką przełożoną klasztoru. Ale i tutaj borykała się z wieloma trudnościami.
2 lutego 1594 r. matka Marianna, modląc się długo w kaplicy chóralnej, ujrzała Piękną Panią, która kazała się tytułować Matką Bożą Dobrego Zdarzenia. Na lewej ręce trzymała Dzieciątko Jezus, a w prawej – pastorał wykonany z próby złota niespotykanej na ziemi. Matka Boża Dobrego Zdarzenia (Nuestra Seńora del Buen Suceso) wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie, przepowiadając, że klasztor poświęcony Jej Niepokalanemu Poczęciu będzie chciał zniszczyć za wszelką cenę szatan, ale mu się to nie uda. Przepowiedziała bunty sióstr i wiele nieszczęść XX wieku, a także gwałtowną śmierć katolickiego prezydenta Ekwadoru, który miał poświęcić kraj Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Pocieszała Mariannę, mówiąc jej, jak bardzo podobają się Panu Jezusowi cierpienia znoszone za grzechy XX wieku i zapewniała ją, że nigdy nie straci odwagi.
Matka Boża miała powiedzieć, że w XIX wieku Ekwadorem będzie rządził prawdziwie chrześcijański prezydent i że zginie on śmiercią męczeńską na tym samym placu, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Prezydent miał poświęcić republikę Ekwadoru Najświętszemu Sercu Jej Syna i dzięki temu poświęceniu przez wiele lat w kraju miała być zachowana wiara.
Przepowiednia Matki Bożej sprawdziła się co do joty. W 1859 r. prezydentem Ekwadoru został Gabriel Garcia Moreno. Człowiek niezwykle odważny, błyskotliwy i szczerze kochający Boga. W ciągu kilku lat swojego urzędowania wprowadził ważne reformy, które podniosły ten kraj pod każdym względem: moralnym, edukacyjnym, gospodarczym. Dokonał również publicznego aktu poświęcenia Ekwadoru Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. W czasie drugiej kadencji prezydent Moreno brał udział w procesji, która szła ulicami Quito w Wielki Piątek. Niósł ogromny drewniany krzyż. Wówczas to loża masońska podjęła decyzję o zamordowaniu katolickiego prezydenta. Gabriel Garcia Moreno zginął 6 sierpnia 1875 r., gdy wracał z Mszy św. do pałacu prezydenckiego. Zabójcy dopadli go na placu centralnym, gdzie znajduje się klasztor koncepcjonistek. Zanim wydał ostatnie tchnienie, zanurzył palec w swojej krwi i napisał na ziemi: „Dios no muere!” – „Bóg nie umiera!”. W tym samym czasie na obrazie z wizerunkiem Matki Bożej Dobrego Zdarzenia, znajdującym się w katedrze w Quito, pojawiły się łzy.
Matka Boża Dobrego Zdarzenia wielokrotnie ukazywała się siostrze Mariannie i przepowiadała dzieje XIX oraz XX wieku. Mówiła o bolesnym zepsuciu obyczajów, zniszczeniu niewinności dzieci i cnotliwości kobiet, panowaniu masońskich praw, o profanacjach, bluźnierstwach, o kryzysie Kościoła i duchowieństwa, jednocześnie zapowiadając, że w chwilach najgorszego zamętu, kiedy ludziom będzie się wydawało, że zło triumfuje, wtedy wybije Moja godzina: zdetronizuję pysznego, przeklętego szatana, zetrę go pod moimi stopami i zrzucę w przepaść piekielną. W ten sposób Kościół oraz ten kraj uwolniony zostanie na końcu od jego okrutnej tyranii.
Powiedziała także siostrze Mariannie, że dopiero po trzech wiekach od jej śmierci objawienia te będą na nowo odkryte, a nabożeństwo do Niej, zwłaszcza w XX wieku będzie cudownie owocować w sferze duchowej i doczesnej, kiedy zepsucie obyczajów będzie prawie powszechne, a cenne światło wiary niemal zgaśnie.
Matka Marianna po przeżyciu pięciu lat straszliwych mąk dla wyzwolenia duszy zbuntowanej zakonnicy, które znosiła z anielskim posłuszeństwem, zmarła opatrzona świętymi sakramentami w 1635 r.
W 1906 r. podczas remontu klasztoru odnaleziono trumnę z jej ciałem, które było nienaruszone. Agnieszka Stelmach Artykuł z PzM 51 marzec/kwiecień 2010
Today, the Feast of Our Lady of Good Success, I want to share something that struck me to the core.
Because this week’s video isn’t just “interesting.”
No — it’s prophetic. Urgent. And very personal.
For this episode, I explored the remarkable revelations given by Our Lady of Good Success to Mother Mariana de Jesus Torres, a Conceptionist nun in Quito, Ecuador, during the late 1500s and early 1600s.
Her body remains incorrupt to this day, and her writings received approval from the bishop of Quito.
To watch the Prophecy Our Lady Gave for Our Times, click this link:
And yet — this prophecy is not meant to make us despair.
It’s meant to wake us up, strengthen our souls, and remind us that Our Lady knows exactly what we’re living through.
She revealed them to prepare us—and to remind us that God will never abandon His Church, even when everything seems lost, as it often does today.
Something about these prophecies reminds me of Our Lady’s message at Fatima: pray, make reparation, defend the Church and stay close to Mary.
„Innocence will scarcely be found in children or modesty in women.”
A mysterious prophecy made several centuries ago predicted the entire crisis of the 21st century. All of the rampant impurity and the attacks on marriage and children’s innocence that you see all around you are described in detail in this prophecy. It is nothing short of miraculous! Keep watching, and I will tell you all about it…. ========================================
After you watch the video, we invite you to become a Child of Mary. By joining this group of devotees to Our Lady, you financially assist us in spreading Our Lady’s Fatima message and helping save souls. To say thank you, we will send you a beautiful lapel pin, Holy Mass will be offered for you every day, your name will be displayed on the Child of Mary Recognition Plaque, and you will receive a bi-monthly subscription to Crusade Magazine.
Grota w Lourdes to miejsce osiemnastu objawień Matki Bożej św. Bernadecie w 1858 roku.
Mała jaskinia Massabielle, położona w odległej francuskiej wiosce, stała się jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych katolików na świecie. Wierni przybywają tu z całego globu, aby modlić się przed figurą Matki Bożej. Wierni inspirują się tym miejscem, tworząc własne groty na jej cześć.
Cudowne źródło w liberalnej Francji
Grota w Lourdes jest znana przede wszystkim dzięki licznym uzdrowieniom, które miały miejsce przy cudownym źródle przepływającym przez Massabielle. Matka Boża wezwała tu do pokuty i potwierdziła swój tytuł Niepokalanego Poczęcia.
Cuda te wydarzyły się w czasach, gdy idee oświeceniowe i liberalne przenikały Europę. Wśród nich szczególnie wpływowy był scjentyzm – przekonanie, że wiedzę można zdobyć wyłącznie przez odkrycia naukowe, a wiara jest czymś drugorzędnym. Zwolennicy takich idei wyśmiewali religię i traktowali wierzących jak osoby oderwane od rzeczywistości.
Matka Boża nie pozostawiła tych ataków bez odpowiedzi. Cuda dokonane za jej wstawiennictwem sprawiły, że sceptycy religijni zostali zdyskredytowani. Ich badania, eksperymenty i filozofie nie były w stanie wytłumaczyć niezwykłych wydarzeń w Massabielle.
Poniżej przedstawiamy trzy cuda, które dowiodły, że scjentyzm nie potrafi wytłumaczyć interwencji Boga – jeden z nich dotyczył nawet liberalnego cesarza Francji, Napoleona III.
1. Louis-Justin Bouhort
W styczniu 1862 roku do Lourdes przybył Louis-Justin Bouhort, chłopiec w wieku poniżej dwóch lat, którego lekarze uznali za przypadek beznadziejny. Kalectwo od urodzenia i słaby stan fizyczny sprawiały, że szanse na przeżycie były minimalne.
Jego matka, gorliwa katoliczka, nie poddała się. Gdy lekarze ostrzegali, że dziecko może żyć tylko kilka godzin, zabrała je do Massabielle – mimo że publiczne odwiedziny były wtedy zabronione. Gapie krzyczeli, próbując powstrzymać ją przed „zabiciem dziecka” poprzez zanurzenie go w lodowatej wodzie. Nie zważała na to i zanurzyła chłopca w lodowatej wodzie na piętnaście minut. Po wyjęciu z wody ciało dziecka było sztywne i sine. Matka jednak zabrała go do domu, przekonana, że Matka Boża uzdrowiła jej dziecko.
Po przybyciu do domu nadal można było wyczuć słabe bicie serca. Lekarze obawiali się, że akt wiary matki mógł zabić dziecko, ale ona pozostawała niewzruszona w swoich przekonaniach. Następnego dnia chłopiec obudził się całkowicie zdrowy. Jego powrót do zdrowia był szybki i pełny. Wbrew wcześniejszym diagnozom lekarzy Justin był w stanie chodzić, co od urodzenia uważano za niemożliwe.
Lekarze doszli do wniosku, że przyczyną wyleczenia była „wszechmoc Boga”, a nie medyczne leczenie.
2. Francis Pascal
Wyleczenie czteroletniego Francisa Pascala było kolejnym dobrze udokumentowanym i niezwykłym przypadkiem.
W 1937 roku chłopiec zachorował na ciężką postać zapalenia opon mózgowych. W wyniku choroby miał gorączkę 40°C, co doprowadziło do ślepoty i paraliżu.
Mimo opieki licznych lekarzy stan chłopca nie poprawiał się. Jeden z nich, dr Darde, zapewnił mu stałą opiekę, ale gdy objawy utrzymywały się w kolejnym roku, uznał przypadek za beznadziejny i zawiesił dalsze leczenie. Zdesperowani rodzice postanowili zabrać dziecko do Lourdes i modlić się, aby Matka Boża uczyniła to, czego nie potrafiła medycyna.
Przy cudownym źródle matka zanurzyła swoje bezradne dziecko w wodzie, modląc się gorąco do Matki Bożej. Chłopiec krzyczał, co wzbudziło obawy, że zimna woda mogła wywołać drgawki. Dziecko przeżyło szok, ale nie nastąpiło natychmiastowe wyleczenie. Następnego dnia matka powtórzyła próbę, jednak poprawy nadal nie było.
Myśląc, że jej wysiłki poszły na marne, zabrała chłopca z powrotem do szpitala. Jednak jej modlitwy nie pozostały bez odpowiedzi. W ciągu kilku minut Francis zaczął mówić, rozpoznawał otoczenie, wskazywał przedmioty – zarówno jego ślepota, jak i paraliż ustąpiły. Radosna matka pobiegła do szpitala, gdzie lekarze potwierdzili całkowite wyleczenie dziecka.
Dr Darde był zaskoczony, widząc, że dziecko, które było bliskie śmierci, nie tylko żyje, ale także chodzi. W liście do Biura Medycznego w Lourdes napisał, że „z medycznego punktu widzenia nie można wytłumaczyć takiego wyniku”.
Rodzina Pascala zaufała Matce Bożej, której moc nie zna ograniczeń medycyny.
3. Książę cesarski Ludwik Napoleon
Być może najbardziej znaną osobą, która skorzystała z cudownych wód Lourdes, był członek rodziny cesarskiej Francji – Ludwik Napoleon.
Napoleon Bonaparte promował liberalizm wszędzie, gdzie rządził, a jego potomkowie kontynuowali to dziedzictwo. Rząd francuski za panowania Napoleona III (1852–1870) stał się znany jako „liberalne imperium”.
Wkrótce po objawieniach dwuletni książę Ludwik Napoleon zachorował na gruźlicę – chorobę często kończącą się śmiercią w tamtych czasach. Podczas gdy ojciec szukał najlepszych lekarzy, matka zwróciła się do Lourdes. Wysłała guwernantkę Ludwika Napoleona, Madame Bruat, aby przywiozła wodę z cudownego źródła Massabielle.
Było to zabronione. Guwernantka była jednak zdecydowana wykonać powierzone jej zadanie. Zignorowała znaki i bariery i uklękła w modlitwie przed grotą, błagając Matkę Bożą o pomoc w wyzdrowieniu dziecka. Podczas modlitwy podszedł do niej strażnik i poinformował ją, że za jawne złamanie prawa zostanie postawiona przed sądem karnym. Zapytana o imię, odpowiedziała: „żona admirała Bruata i guwernantka Jego Wysokości, księcia cesarskiego”.
Słysząc to, strażnik próbował wycofać zarzuty, ale wierna guwernantka nalegała, aby stanąć przed sądem wraz z innymi ofiarami niesprawiedliwego rozporządzenia. Kiedy stanęła przed trybunałem, zapłaciła grzywny za wszystkich zatrzymanych za modlitwę w Massabielle.
Po tym incydencie guwernantka powróciła i podarowała cesarzowej wodę z Lourdes, która uratowała księcia imperialnego przed gruźlicą. Ten akt Boży zmusił Napoleona III do wydania rozkazu ponownego otwarcia Massabielle dla wiernych we Francji.
Chociaż cud ten nie nawrócił cesarza, położył kres liberalnym represjom wobec groty Matki Bożej.
Boska odpowiedź na liberalizm
Objawienia w Lourdes były odpowiedzią Nieba na błędy tamtych czasów. Kiedy liberalizm próbował podporządkować Kościół katolicki nauce i rozsądkowi, Matka Boża z Lourdes dokonała „nierozsądnych” cudów, które przeczyły nauce i utwierdziły wielu w wierze. Antykatolickie idee, które wyrosły z oświecenia i liberalizmu, przynoszą dziś owoce.
Pseudonauka jest wykorzystywana do aprobowania strasznych grzechów, takich jak aborcja, „małżeństwa” osób tej samej płci, „transpłciowość” i eutanazja. Błędy te są bezpośrednim atakiem na Kościół ustanowiony przez Boga. Matka Boża odpowiedziała na te ataki wieloma cudownymi interwencjami w Lourdes, które były sprzeczne z duchem i fałszywymi ideami tamtych czasów.
Duch św. Bernadetty
Święta Bernadetta pokazała nam, że nawet mały wysiłek w zaufaniu Bogu może przynieść wielkie owoce. Kiedy kopała w ziemi, aby odkryć strumień w Lourdes, zignorowała drwiny tłumu i w pełni zaufała słowom Matki Bożej. Źródło, które odkryła, uzdrowiło tysiące ludzi i stało się miejscem, w którym moc Boża ujawnia się po dziś dzień.
Dziś katolicy muszą wykazać się podobną wiarą i ufnością wobec Boga, stawiając czoła liberalnym doktrynom, które podważają autorytet Kościoła. Nawet najdrobniejsze działania, w pełnym zaufaniu do Matki Bożej, mogą przyczynić się do zwycięstwa prawdy i uzdrowienia w społeczeństwie.
[Tam warto zaglądać, szukać. Tu wersja ze zdjęciami, wtedy nie potrafiłem. M. Dakowski]
===============================
Nie wolno wyśmiewać się ze świętości…
W 1956 roku młoda piękna komsomołka Zoja z przyjaciółmi spotykała Nowy Rok. Chłopak Zoi spóźniał się i Zoja, nie doczekawszy się jego, postanowiła tańczyć ze Świętym Mikołajem Cudotwórcą: zdjęła ze ściany ikonę i zaczęła z nią tańczyć.
Na ostrzeżenia koleżanek, aby nie bluźniła, odpowiedziała: „Jeśli jest Bóg, to niech mnie ukarze!”. I nagle zastygła, jakby skamieniała i wrosła w podłogę z ikoną w rękach. Nie można było jej ruszyć z miejsca, ikony z rąk nie można było wyjąć, nie było widać żadnych zewnętrznych znaków życia. W okolicy serca było słychać ledwo wyczuwalny stuk. O wydarzeniu szybko dowiedziało się całe miasto, milicja bała się podchodzić do skamieniałej Zoi, lekarze nie mogli jej pomóc, kiedy usiłowali zrobić zastrzyk, to igły się łamały. Skamieniała Zoja stała przez 128 dni…
Co to było? Cud, czy kara Boża? … Zapewne i cud i kara…
SKAMIENIAŁA ZOJA (ros. – Стояние Зои). Opisy naocznych świadków cudu w Samarze
A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia z nieba. I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność. Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli. (Księga Rodzaju 19: 24-26)
W 1956 roku, gdy Chruszczow był u władzy, wydarzyło się zdarzenie, które wstrząsnęło całym prawosławnym światem, słynne „Skamieniałe stanie Zoi” (ros. – „Зоино стояние”). Przypomnijmy krótko o tym cudzie, który wydarzył się w Samarze (wtedy – w Kujbyszewie).
Pracownica fabryki rur, niejaka Zoja, postanowiła wraz z przyjaciółmi powitać Nowy Rok. Jej wierząca matka była przeciwna zabawom w poście Bożonarodzeniowym, ale córka nie posłuchała. Wszyscy się zebrali, ale chłopaka Zoi, Mikołaja, nie było, gdzieś się zapodział, spóźniał się. Grała muzyka, młodzi tańczyli; tylko Zoja nie miała pary.
Obrażona na swego chłopaka, zdjęła ze ściany ikonę Świętego Mikołaja*/ i powiedziała: „Jeśli nie ma mojego Mikołaja, to zatańczę ze Świętym Mikołajem”. Na perswazję przyjaciółki, aby tego nie robiła, odpowiedziała wyzywająco: „Jeśli istnieje Bóg, niech mnie ukarze!” I z tymi słowami krążyła w kółko. Na trzecim okrążeniu pokój nagle wypełnił hałas, pojawił się wicher, błyskawicą błysnęło oślepiające światło, a wszyscy wybiegli ze strachu. Tylko Zoja została z przyciśniętą do piersi ikoną Świętego – skamieniała, zimna jak marmur. Nie można było jej poruszyć z miejsca, nogi jej jakby zrosły się z podłogą. Wobec braku zewnętrznych oznak życia, Zoja jednak żyła: jej serce biło. Od tego czasu nie mogła ani pić, ani jeść. Lekarze czynili wszelkie możliwe wysiłki, ale nie mogli jej ożywić. Wiadomość o incydencie szybko rozeszła się po mieście, wielu przyszło zobaczyć „skamieniałą Zoję”.
Ale po jakimś czasie władze miasta opamiętały się: dojścia do domu zostały zablokowane, a do pilnowania wyznaczono oddział milicjantów. Przyjezdnym i ciekawskim odpowiadano, że nie ma tu żadnego cudu i nic się nie wydarzyło. Pilnujący domu nocami słyszeli krzyki Zoi: „Mamo! Módl się! W grzechach giniemy! Módl się!” Badanie medyczne potwierdziło, że bicie serca dziewczyny nie ustało, pomimo skamieniałości tkanek (nie udało się nawet zrobić zastrzyku: igły łamały się).
Zaproszeni kapłani, po odmówieniu modlitw, nie mogli wyjąć ikony z jej zastygłych rąk. Ale w święto Narodzenia Chrystusa przyszedł Ojciec Serafim (Tiapoczkin, wtedy jeszcze Ojciec Dimitrij), odsłużył nabożeństwo ze święceniem wody i poświęcił cały pokój. Następnie wziął ikonę z rąk Zoi i powiedział: „Teraz musimy czekać na znak w Wielki Dzień”.
Przed Świętem Zwiastowania NMP (ros. – Благовещения) pewien pobożny staruszek poprosił strażników, aby go przepuścili. Odmówiono mu. Pojawił się on również następnego dnia, ale i kolejna zmiana go nie przepuściła. Za trzecim razem, w dniu Zwiastowania NMP, straże go nie zatrzymały. Strażnicy słyszeli tylko, jak staruszek mówił do Zoi: „Nie masz już dość stania?” Minął jakiś czas, ale staruszek nie wychodził. Kiedy zajrzeli do pokoju, nie znaleźli go tam. Wszyscy świadkowie zdarzenia byli przekonani, że objawił się sam Święty Mikołaj.
Zoja stała przez 4 miesiące (128 dni), aż do Wielkanocy, która w tamtym roku była 23 kwietnia (6 maja zgodnie z nowym stylem). W noc przed Jasnym Zmartwychwstaniem Chrystusa Zoja głośno wołała: „Módlcie się! Przerażające, ziemia płonie! Cały świat ginie w grzechach! Módlcie się!”
Od tego czasu zaczęła ożywać, w mięśniach pojawiła się miękkość, żywotność. Położono ją do łóżka, ale wciąż wołała i prosiła wszystkich, aby modlili się za świat, który ginie w grzechach, za ziemię płonącą w niegodziwościach. – Jak żyłaś? – pytano ją. – Kto cię karmił? – Gołębie, gołębie mnie karmiły – odpowiadała Zoja.
*/
Mikołaj z Miry, Święty Mikołaj (gr. Άγιος Νικόλαος, łac. Sanctus Nicolaus), znany również jako Mikołaj z Bari – świętykatolicki i prawosławny. Najstarsze o nim przekazy pochodzą z VI wieku. Według średniowiecznej hagiografii żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem Miry w Licji, wsławił się cudami oraz pomocą biednym i potrzebującym. Przez wieki był jednym z najbardziej czczonych świętych na Zachodzie i Wschodzie. Największe jego sanktuarium znajduje się we włoskim Bari. Współcześnie baśniowa postać wzorowana na świętym Mikołaju jest wykorzystywana w kulturze masowejprzy okazji świąt Bożego Narodzenia.
Sobór Watykański II zarządził rewizję kultu świętych w Kościele katolickim. Powołano komisję złożoną z teologów i historyków, która miała zaproponować usunięcie świąt tych postaci, których istnienia nie sposób było udowodnić. Zakwestionowała ona historyczność Mikołaja, co wywołało ożywioną dyskusję, w której znaczna część hierarchii i wiernych stanęła w obronie kultu świętego. Papież Paweł VI zdecydował się na rozwiązanie kompromisowe. W opublikowanym w 1969 roku Calendarium Romanum zniósł on święto 6 grudnia i postanowił, że tego dnia będzie obchodzone tzw. wspomnienie dowolne. Z kalendarza usunięto również średniowieczne teksty hagiograficzne poświęcone Mikołajowi, pozostawiając krótką notatkę opartą na Stratelatis z VI wieku. W motu prioprio Mysterii Paschalis Paweł VI uzasadnił: aby wprowadzić w życie postanowienia Soboru Powszechnego, usunięto z kalendarza ogólnego imiona niektórych świętych; zezwolono, aby wspomnienia pewnych świętych obchodzono według uznania i aby przywrócono ich kult, ograniczony do ich własnych krajów. Św. Mikołaj jest patronem: Albanii, Grecji, Rosji, Aberdeen, Antwerpii, Bari, Berlina, Bydgoszczy, Chrzanowa, Elbląga, Głogowa, Miry, Moskwy, Nowogrodu…
W kalendarzach w Polsce w dniu 6 grudnia jest zapis jako wspomnienie o Św. Mikołaju.
===========
Dzięki modlitwom św. Mikołaja Pan Bóg zlitował się nad nią, przyjął jej skruchę i przebaczył jej grzechy. Wszystko, co się wydarzyło, poraziło mieszkańców Kujbyszewa i jego okolic tak, że wielu ludzi nawróciło się ku wierze. Spieszyli do cerkwi ze skruchą, nie ochrzczeni się chrzcili, ci, którzy nie nosili krzyża, zaczęli go nosić – dla proszących nie było wystarczająco dużo krzyży. Kiedy po latach Archimandrytę Serafima (Tiapoczkina) pytano o jego spotkanie z Zoją, on zawsze unikał odpowiedzi. Przypomina protojerej Anatolij Litwinko, duchowny z Diecezji Samarskiej: „Spytałem ojca Serafima:
”Ojczulku, czy to ty wziąłeś ikonę z rąk Zoi?” Pokornie skłonił głowę. I po jego milczeniu zrozumiałem: on.” Ojczulek ukrył to ze względu na swoją pokorę. Również i władze mogłyby rozpocząć ponownie prześladowania jego ze względu na duży napływ pielgrzymów, chcących uczcić cudowną ikonę Świętego Mikołaja, która zawsze była w świątyni, gdzie służył ojciec Serafim.
Z biegiem czasu władze zażądały usunięcia ikony, ukrycia jej przed ludźmi i została ona przeniesiona do ołtarza. Ostatnio prasa masowa ponownie zainteresowała się tą sprawą. Oto fragmenty z publikacji w „Komsomolskiej Prawdzie”: Wielu wierzącym w Samarze znana jest emerytka Anna Iwanowna Fidotowa.„W tamtych czasach w pobliżu domu Zoi byłam dwa razy” – mówi Anna Iwanowna – „przyjeżdżałam z daleka. Ale dom był otoczony przez milicję. I wtedy postanowiłam zapytać o wszystko jakiegoś milicjanta ze straży. Wkrótce jeden z nich – bardzo młody – wyszedł z bramy. Poszłam za nim i zatrzymałam go:„Proszę powiedzieć, czy to prawda, że Zoja stoi?” On odpowiedział: „Pyta Pani dokładnie tak, jak moja żona. Ale nic nie powiem, a lepiej niech Pani zobaczy sama …” Zdjął czapkę z głowy i pokazał swoje zupełnie siwe włosy: „Widzi Pani?! To jest bardziej prawdziwe niż słowa. Przecież składaliśmy przyrzeczenie, nam nie wolno o tym mówić. Ale gdyby tylko Pani wiedziała, jak strasznie było mi patrzeć na tę skamieniałą dziewczynę!”
Całkiem niedawno pewien człowiek opowiedział coś nowego o cudzie z Samary. Okazał się nim szanowany w Samarze przeor (ros. – настоятель) Cerkwi Św. Zofii kapłan Witalij Kałasznikow: „Anna Pawłowna Kalasznikowa – ciotka mojej matki – w 1956 roku, pracowała w Kujbyszewie jako lekarz ”pierwszej pomocy” (w karetce pogotowia). Tamtego dnia rano przyjechała do naszego domu i powiedziała: „Wy tutaj śpicie, a miasto już dawno na nogach!” I opowiedziała o skamieniałej dziewczynie. Przyznała się (chociaż podpisała zobowiązanie), że właśnie teraz była w tym domu na wezwanie. Widziała zastygłą Zoję. Widziała ikonę Świętego Mikołaja w jej rękach. Próbowała zrobić nieszczęsnej zastrzyk, ale igły zginały się, pękały i dlatego nie mogła zrobić zastrzyku. Wszyscy byli zszokowani jej opowiadaniem. Anna Pawłowna Kalasznikowa pracowała jako lekarz w karetce pogotowia jeszcze przez wiele kolejnych lat. Zmarła w 1996 roku. Zdążyłem jeszcze na krótko przed jej śmiercią udzielić jej Sakramentu Chorych (Ostatniego Namaszczenia). Obecnie żyje jeszcze wielu z tych, którym opowiedziała o wydarzeniu z tego pierwszego dnia nowego roku.”
Walentyna Nikołajewna M. (Biełgorod) wspomina: „Przyjechałam do Ojca Serafima. Zatrzymałam się na noc w domu Marii Romanownej, gdzie zebrało się wielu przyjezdnych. Spać było ciasno, w pokoju duszno. Dwaj młodzi mężczyźni wstali i wyszli na dwór, na świeże powietrze, a za nimi i ja. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że są z Kujbyszewa i uczą się w seminarium duchownym. Zacząłem ich wypytywać o stojącą Zoję. Kiedy to się stało, oni byli dziećmi. To właśnie ten cud doprowadził ich do wiary w Boga. Teraz przyjeżdżają do Ojca Serafima, po zostaniu jego duchowymi dziećmi. Twierdzili, że to właśnie Ojciec Serafim wziął ikonę z rąk Zoi. … Po nabożeństwie, starosta cerkwi matuszka Jekatierina Łuczina (po postrzyżynach mniszka Serafima) pyta: „Czy uczciłaś (przyłożyłaś się, ucałowałaś) cudowną ikonę Świętego Mikołaja?” Mówię do niej: „Tak”. A ona nie przestaje: „Do jakiej?” Wskazuję na wielką ikonę Św. Mikołaja – pod ścianą. A ona mówi:„Trzeba przyłożyć się – ucałować tę, która leży na anałoju (pulpicie). To ją nasz Ojczulek wziął ją od Zoi. Tylko nikomu nie opowiadaj, ponieważ nam zabronili o tym mówić. Ojczulka znowu mogą aresztować.”
Duchowe dzieci Starca zaświadczały, że z Kujbyszewa przyjeżdżała wierząca kobieta i gdy zobaczyła O. Serafima, to rozpoznała w nim tego kapłana, który wziął z rąk Zoi ikonę Św. Mikołaja. I, widocznie nie przypadkowo po błogosławieństwu Ojca Serafima w rakitnieńskiej świątyni przy ikonie Św. Mikołaja i Ukrzyżowania Zbawiciela (na Kalwarii) oto już trzydzieści pięć lat płoną lampy nieugaszone. Jelizawieta Konstantinowna Fofanowa, duchowa córka Starca pewnego razu zapytała Ojca: „Ojcze Serafimie, czy to Ojciec wziął ikonę od Zoi.?” Odpowiedział jej: „Dlaczego chcesz to wiedzieć? Nie pytaj mnie więcej o tym.” Inna bliska duchowa córka zapytała Ojca Serafima: „Ojcze, czy to Ty byłeś w Kujbyszewie i wziąłeś ikonę z rąk Zoi, dokonując cudu?” Starzec odpowiedział: „Moje dziecko, Bóg czyni cuda, a my, niegodni, otrzymujemy według naszych modlitw”.
Ze wspomnień Aleksandry Iwanownej A. : „W piątym tygodniu Wielkiego Postu w 1982 r. przybyłam do Rakitnoje. Odważyłam się zapytać: „Ojczulku, a gdzie jest ikona św. Mikołaja, którą wziąłeś od Zoi?” Spojrzał na mnie surowo. Zapadła cisza. Dlaczego przypomniałam właśnie o ikonie? W Kujbyszewie mieszkali moi krewni – na tej samej ulicy, co Zoja. Kiedy to się stało, miałam czternaście lat. Żeby ludzie nie gromadzili się w pobliżu domu, wieczorami oświetlenie było wyłączane. Krzyki Zoji przerażały wszystkich. Młody milicjant stojący na posterunku od tego wszystkiego osiwiał. Moi krewni, będąc naocznymi świadkami tego wydarzenia, stali się wierzącymi i zaczęli uczęszczać do świątyni. Cud „Skamieniałej Zoi” i wszystko, co jej się przydarzyło, został głęboko wryty w moją świadomość. Po surowym spojrzeniu O. Serafima przeszyła mnie myśl: „Ach, biada mi, biada”. Nagle Ojczulek powiedział: „Ikona leżała w świątyni na anałoju (pulpicie), a teraz znajduje się w ołtarzu (w ikonostasie). Były takie czasy, kiedy kazano ją usuwać. I dodał: „Jesteś pierwszą osobą, której to mówię”. Dwa tygodnie później Ojczulek zmarł.”
Oto co opowiedziała Klaudia Gieorgijewna Pietrunienkowa z Sankt-Petersburga, duchowa córka metropolity Nikołaja (Jaruszewicza): „Kiedy się wydarzył cud „Skamieniałej Zoi” (ros. – „Зоино стояние”), zapytałam władykę, czy był on w Kujbyszewie i czy widział Zoję. Władyka odpowiedział: „Byłem tam, modliłem się, ale ikony od Zoi nie wziąłem, – to jeszcze nie był ten czas. A ikonę wziął Ojciec Serafim (wówczas jeszcze Ojciec Dimitrij (pol.- Demetriusz).” Krótko przed śmiercią Ojca Serafima byłam w Rakitnoje. W świątyni, u góry, na prawo od tronu, widziałam ikonę św. Mikołaja w ozdobnej oprawie. Podczas rozmowy z ojcem Serafimem w jego celi zapytałam: „Ojczulku, czy u was na ołtarzu jest ikona Świętego Mikołaja – ta sama, którą miała Zoja?” „Tak,” – odpowiedział. O Zoi więcej już nie rozmawialiśmy.”
O wydarzeniach w Kujbyszewie opowiada protojerej (archiprezbiter) Andriej Andriejewicz Sawin, który był wtedy sekretarzem Samarskiej administracji diecezjalnej: „To się wydarzyło, kiedy biskupem był Jeronim (pol. – Hieronim). Rano zobaczyłem grupę ludzi, stojących w pobliżu tego domu. A wieczorem tłum się powiększył do tysiąca ludzi. Wystawione zostały posterunki. Ale ludzi początkowo nie ruszano – najwyraźniej wpływ miało pierwsze zamieszanie. To później zaczęto rozpędzać wszystkich. Ze zwykłego powodu: „Zakłócanie spokoju mieszkańców, ruchu pojazdów.” Ale tłum jednak wciąż rósł jak na drożdżach. Wielu przybywało nawet z okolicznych wiosek. Te dni były bardzo napięte. Ludzie naturalnie oczekiwali od nas wyjaśnień, ale żaden kapłan nie podchodził blisko do tego domu. Bali się. Wtedy wszyscy chodziliśmy po „cienkiej kładce”. Kapłani byli wtedy „na rejestracji” – zatwierdzani i odwoływani byli przez komisarza do spraw religijnych z komitetu wykonawczego partii. W każdej chwili każdy mógł zostać bez pracy i środków do życia. A tutaj taki wspaniały powód, aby załatwić z nami rachunki! Wkrótce wśród wierzących poszła plotka, że Zoi grzech przebaczono i zostanie ona wskrzeszona w dniu Świętej Paschy (pol. – Wielkanocy). Ludzie czekali, mieli nadzieję. Oddziały członków Komsomołu krążyły już na całego po mieście. Głośno „demaskowali”, zapewniając, że byli w domu i nic nie widzieli. Wszystko to tylko dodawało paliwa do ognia, więc nawet ci, którzy naprawdę nie wierzyli w cud, zaczęli w końcu wątpić: „Prawdopodobnie jednak ludowa wieść ma rację, choć nie we wszystkim; w domu przy ulicy Czkałowa jednak coś dziwnego się wydarzyło – nie ma wątpliwości!”
Arcybiskup Samarski i Syzrański Jewsiewij (pol. – Euzebiusz) jakby podsumowuje różne opinie na temat tego, co się stało: ”Świadkami tego cudu było wielu ludzi. Dowiedziałem się o tym w 1957 roku podczas studiów w seminarium. Nie było żadnych wątpliwości: to największy cud! W czasach, gdy wiara była prześladowana i wyśmiewana przez bezbożnych władców, ten przypadek cudownej manifestacji Boskiej mocy stał się sensacją. I nie tylko dla mieszkańców Samary. Cud z Zoją stał się lekcją dla wielu. Przecież do świętości należy odnosić się z czcią. To jest lekcja i dla ateistów: możesz nie wierzyć, ale nie dotykaj świętej rzeczy, w przeciwnym razie przyjdzie kara! Gdyby niewierząca Zoja nie dotykała świętej ikony, to nic by się nie stało. Było wiele podobnych cudów: kiedy bezbożni dotykali świętości, to byli rażeni, karani. Affonij w Jerozolimie przy pochówku Matki Bożej chciał przewrócić Jej trumnę i na oczach wszystkich Anioł Pański odciął mu ręce. Znane są przypadki, gdy człowiek zrzucał dzwon na ziemię, to wraz z dzwonem sam spadał na dół. Tak, w owych czasach ludzie bardzo potrzebowali cudu. Ale cuda są wtedy, gdy są potrzebne ludziom, kiedy Pan zdecyduje o tym”.
Po zabraniu ikony z rąk Zoi Ojciec Serafim (dawny Dimitrij – Tiapoczkin) został oczerniony, sfabrykowano na niego nową sprawę (o homoseksualizm – pederastię; odsiedział 3 lata w więzieniu – A.L.), a biskupa Jeronima (pol. – Hieronima) pozbawiono kierownictwa Diecezją Kujbyszewską.
Oto co w 1989 roku opowiadał przeor (ros. – igumen) Herman, mnich Optiny (w latach 50-tych służył w Soborze Katedralnym w Kujbyszewie): „Czego nie widziałem, o tym mówić nie będę, ale co wiem, to powiem. Ulicę otoczyli kordonem milicji, pobrano podpisy o nie rozgłaszaniu. Do przeora soboru zadzwonił pełnomocnik ds. religii i poprosił o ogłoszenie z ambony w najbliższą niedzielę, że żadnego cudu nie ma. Ojciec przeor odpowiedział: „Pozwól mi, abym pojechał popatrzeć i powiedział ludziom, to, co widziałem”. Pełnomocnik zastanawiał się przez chwilę i obiecał, że wkrótce oddzwoni. Powtórny dzwonek rozległ się po godzinie i przeorowi powiedziano, że nic ogłaszać nie trzeba. Ponieważ ludzie mieli dużo do powiedzenia na ten temat, to nawet lokalne gazety sowieckie nie mogły pominąć milczeniem tego cudu i próbowały przedstawić go jako „oszustwo kapłanów – popów”. Wkrótce po tym incydencie ojciec Serafim otrzymał trzy lata”.
Nie wolno było mu mówić o wzięciu ikony z rąk Zoi i po odbyciu wyroku wysłano go do służby w odległej wiosce Diecezji Dniepropietrowskiej, a następnie przeniesiono do wsi Michajłowskoje.
POSŁOWIE
Prasa sowiecka nie mogła milczeć o tym incydencie: odpowiadając na listy do redakcji pewien uczony potwierdził, że, rzeczywiście, wydarzenie z Zoją nie jest fikcją, ale jest przypadkiem tężca, jeszcze nieznanego nauce.
Ale po pierwsze, przy tężcu nie ma takiej kamiennej sztywności i lekarze zawsze mogą zrobić zastrzyk pacjentowi;
po drugie, przy tężcu pacjent może być przenoszony z miejsca na miejsce i leży, a tutaj stoi i
po trzecie, sam tężec nie nawraca człowieka do Boga i nie daje objawienia z góry, a przy Zoi nie tylko tysiące ludzi nawróciło się do wiary w Boga, ale swoją wiarę poświadczyły czynami: chrzcili się i zaczęli żyć po chrześcijańsku. Oczywistym jest, że to nie tężec był tego przyczyną, ale działanie samego Boga, Który przez cuda umacnia wiarę, aby uwolnić ludzi od grzechów i od kary za grzechy.
Co było dalej?
Do dziś w prasie rosyjskiej toczy się „dyskusja” o prawdziwości cudu. Prasa ateistyczna neguje i wyśmiewa to wydarzenie z 1956 roku. Hierarchia cerkiewna odnosi się do wydarzenia raczej z rezerwą. Nakręcono na temat skamieniałej Zoi filmy dokumentalne i film fabularny. W 2012 roku przy ulicy Czkałowa postawiono pomnik – kapliczkę ku czci Świętego Mikołaja Cudotwórcy. 12 maja 2014 roku dom ten spłonął. Niektóre media zamieściły wersje o podpaleniu. Całkiem możliwe.
Napis: Objawienie Świętego Mikołaja, Arcybiskupa Mir Likijskich, Cudotwórcy, na miejscu cudownego wydarzenia dot. Skamieniałej Zoi w styczniu 1956 roku
Znak na pamiątkę opisanego wydarzenia, postawiony przy ulicy Czkałowa, przedstawia rzeźbę Świętego Mikołaja Cudotwórcy, stojącego w ażurowej arce. Wbrew tytułowi nazwanego pomnika wizerunku Zoi w tej rzeźbiarskiej kompozycji nie ma. Imię jej jest tylko wspomniane na tabliczce, przymocowanej do podstawy arki.
Dalsze losy Zoi.
O dalszych losach Zoi Karnauchowej opowiadają ludzie różnie. Jedni uważają, że po trzech dniach od wskrzeszenia Zoja zmarła, inni są przekonani, że zmarła w szpitalu psychiatrycznym, a trzeci święcie wierzą w to, że Zoja przez długi czas żyła w monasterze i została skrycie pochowana w Ławrze Świętej Trójcy i Św. Sergiusza (ros. – в Троице-Сергиевой лавре).
Dzisiejsze media obfitują w nagłówki zawierające słowo „niesamowite”. W ten sposób wydawcy chcąc przyciągnąć widza – i często im się udaje. Jednak to, co reklamowane jest jako niesamowite, często okazuje się zwykłą tanią sensacją lub rzeczą zupełnie niewartą uwagi. Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, na kawałku meksykańskiego ubrania – tilmy – jest naprawdę niesamowity. Naprawdę niesamowity! Zobacz dlaczego.
1. To niemożliwe, by człowiek mógł go odtworzyć!
Tilma – wykonana głównie z włókien kaktusowych, była zazwyczaj bardzo słabej jakości i miała szorstką powierzchnię, co utrudniało jej noszenie, a tym bardziej utrudniało namalowanie na niej trwałego obrazu.
Niemniej jednak, obraz Matki Bożej powstał i istnieje do dziś, a naukowcy, którzy go badali twierdzą, że w czasie gdy powstawał nie znano techniki stosowanej do obróbki powierzchni. Powierzchnia, na której znajduje się obraz w dotyku przypomina jedwab, podczas gdy niewykorzystana część tilmy pozostaje gruba i chropowata.
Co więcej, eksperci od fotografii w podczerwieni studiujący tilmę pod koniec lat 70. XX wieku, stwierdzili, że nie można tam zobaczyć pociągnięć pędzlem, tak jakby obraz był „nakładany” na powierzchnię jednorazowo.
Phillip Callahan, biofizyk z Uniwersytetu Florydy odkrył, że różnice w fakturze i zabarwieniu, które powodują, że skóra Matki Bożej wygląda inaczej z bliska i z daleka, są niemożliwe do odtworzenia! Taka technika byłaby czymś niemożliwym do zrealizowania przez ludzi. Często zjawisko to występuje w przyrodzie, w barwie piór ptaków i łusek motylkowych, albo jaskrawo kolorowych chrząszczy. Mówiąc precyzyjnie, chodzi o to, że gdy powoli oddalamy wzrok od obrazu, na odległość mierzoną w milimetrach, gdzie pigment i rzeźba powierzchni mieszają się ze sobą, wydaje się, jakby warstwa farby… unosiła się nad materiałem.
To, wraz z nieco zmieniającymi się kolorami w zależności od kąta, pod jakim patrzymy na obraz, i fakt, że farby użyte do stworzenia obrazu nie zawierają elementów odzwierzęcych czy mineralnych (a przecież syntetyczne barwniki nie istniały w 1531 roku), dostarcza nam wielu powodów do zdumienia!
To po prostu niesamowite.
2. Ludzie mówią, że to tylko obraz, ale tilma przeżył ich wszystkich, nie tracąc na jakości
Jedną z najczęściej powtarzanych przez sceptyków rzeczy, jest sugestia, że wizerunek musi być jakimś rodzajem fałszerstwa. Jednak po każdej próbie odtworzenia obrazu, podczas gdy oryginał nigdy nie wydaje się blaknąć, duplikaty uległy pogorszeniu w krótkim czasie.
Miguel Cabrera, artysta z połowy XVIII wieku, wykonał trzy z najbardziej znanych kopii – jedną dla arcybiskupa, jedną dla papieża, jedną dla siebie. Napisał kiedyś o trudnościach w odtworzeniu obrazu nawet na najlepszych powierzchniach: „Wierzę, że najbardziej utalentowany i ostrożny malarz, gdyby chciał wykonać kopię tego świętego obrazu na płótnie o tak złej jakości, przyznałby wreszcie po wielkich bólach, że mu się to nie udało. Można to wyraźnie sprawdzić w licznych egzemplarzach, które zostały wykonane z wykorzystaniem lakieru, na starannie przygotowanych płótnach, przy użyciu tylko jednego medium, oleju, który oferuje największe udogodnienia”.
Adolfo Orozco, fizyk z Narodowego Uniwersytetu Meksykańskiego, mówił w 2009 roku o niezwykłej warstwie ochronnej tilmy, którą najłatwiej dostrzec porównując ją do jej licznych kopii.
Jeden z egzemplarzy, wykonany w 1789 roku, został namalowany na podobnej powierzchni przy użyciu najlepszych dostępnych wówczas technik, a następnie zamknięty za szkłem i przechowywany obok właściwej tilmy. Po namalowaniu wyglądał pięknie, ale nie minęło osiem lat, a gorący i wilgotny klimat Meksyku spowodował, że duplikat zaczął zanikać i strzępić się. Wkrótce został wyrzucony.
Jednak, jak powiedział Orozco, żadne naukowe wytłumaczenie tego nie jest możliwe, ponieważ „oryginalna tilma była wystawiona na działanie promieni podczerwonych i ultrafioletowych przez około 116 lat i pozbawiona jakiejkolwiek ochrony, otrzymując całą podczerwień i promieniowanie ultrafioletowe z dziesiątek tysięcy świec w jej pobliżu i wystawiona na działanie wilgotnego i słonego powietrza wokół świątyni”.
To niesamowite!
3. Tilma wykazała cechy zaskakująco podobne do… ludzkiego ciała
W 1979 roku, gdy Callahan, biofizyk z Florydy, analizował tilmę przy użyciu podczerwieni, odkrył również, że tilma utrzymuje stałą temperaturę około 37 stopni Celsjusza, taką samą jak temperatura ciała żywego człowieka.
Kiedy Carlos Fernandez del Castillo, meksykański ginekolog, zbadał tilmę, po raz pierwszy zauważył namalowany tam czteropłatkowy kwiat nad tym, co było łonem Maryi. Kwiat, nazwany przez Azteków Nahui Ollin, był symbolem słońca i symbolem pełni.
Po dalszych badaniach Castillo doszedł do wniosku, że wymiary ciała Matki Bożej na obrazie to wymiary ciała matki spodziewającej się porodu w niedługim czasie. 9 grudnia, dzień odsłonięcia, to zaledwie dwa tygodnie od Bożego Narodzenia.
Jednym z najczęstszych atrybutów i najczęściej badanych fragmentów obrazu są oczy Dziewicy.
Kiedy Jose Aste Tonsmann, peruwiański okulista, przeprowadził badanie, jednym z jego testów było zbadanie oczu narysowanych na tilmie przy powiększeniu 2.500 razy. Dzięki obrazom powiększonych oczu, naukowiec zidentyfikował obraz aż 13… osób w obu oczach.
Być może jest to coś w rodzaju fotografii tamtej chwili, w której Juan Diego rozwinął tilmę przed arcybiskupem.
To jest niesamowite!
4. Wydaje się, że tilma jest praktycznie niezniszczalna
Na przestrzeni wieków dwa wydarzenia mogły zaszkodzić tilmie, jedno w 1785 roku i jedno w 1921 roku.
W 1785 r. robotnik oczyszczał szklaną obudowę obrazu i przypadkowo rozlał na dużą część obrazu silny rozpuszczalnik – kwas azotowy.
Obraz i reszta tilmy, która powinna była zostać rozpuszczona niemal natychmiast po rozlaniu, podobno samoistnie, odrestaurowały się w ciągu następnych 30 dni i pozostają nienaruszone do dnia dzisiejszego, poza małymi plamami.
W 1921 roku szalony antyklerykał ukrył bombę zawierającą 29 lasek dynamitu w garnku z różami i umieścił ją przed obrazem wewnątrz bazyliki na Guadalupe. Kiedy bomba wybuchła, rozbiła się marmurowa szyna ołtarzowa i okna. Zniszczeniu uległ też potężny mosiężny krucyfiks. Ale tilma i jej szklana obudowa pozostały nienaruszone.
Francuski pisarz Emil Zola, który był ateistą i mistrzem loży masońskiej, a także głównym reprezentantem pozytywizmu w literaturze, przeżył wielki duchowy wstrząs, gdy został cudownie uzdrowiony. Dopiero wtedy pojednał się z Bogiem i zerwał wszelkie więzy łączące go z masonerią.
Dominujące we Francji i Europie antykatolickie środki masowego przekazu wmawiały opinii publicznej, że Lourdes jest miejscem fanatyzmu religijnego i oszustwa inspirowanego przez katolicki kler. Wrogowie Kościoła katolickiego uciekali się do najbardziej nikczemnych sposobów, z fałszowaniem faktów i dokumentów włącznie, aby ośmieszyć i zdyskredytować objawienia Matki Bożej w Lourdes. Wielka liczba nawróceń i cudownych uzdrowień, które od czasu objawień nieustannie się tam dokonują, jest nadzwyczajnym sposobem przemawiania Boga do zagubionych ludzi. Do nawrócenia nie wystarczy samo zobaczenie cudu, ale konieczne jest szczere szukanie prawdy oraz uczciwość intelektualna. Ludzie złej woli, którzy „przez nieprawość nakładają prawdzie pęta” (Rz 1,18), opacznie interpretują cudowne znaki.
Emil Zola w Lourdes – świadek uzdrowień Smutnym tego przykładem jest słynny pisarz Emil Zola, który był ateistą i mistrzem loży masońskiej, a także główną postacią pozytywizmu we francuskiej literaturze. 20 sierpnia 1892 r. E. Zola przyjechał do Lourdes pociągiem wiozącym chorych z Paryża. Wśród nich były dwie kobiety w ostatnim stadium gruźlicy: Marie Lebranche i Marie Lermarchand. Przyjechały prosić o cud uzdrowienia. Zola natomiast przybył do Lourdes z zamiarem zebrania materiałów do książki, która miała zdemaskować „oszustwa katolickiego kleru”.
Stojąc przed grotą objawień w tłumie pielgrzymów, pisarz był świadkiem niesamowitego wydarzenia. Otóż na jego oczach obie umierające na gruźlicę Marie zostały w jednym momencie cudownie uzdrowione. Widząc oczywisty fakt całkowitego uzdrowienia dwóch bliskich śmierci kobiet, E. Zola zareagował w sposób szokujący. W swojej książce Lourdes zanegował nie tylko fakt cudownego uzdrowienia kobiet, ale posunął się także do absurdalnego kłamstwa, pisząc, że jedna z nich zmarła, chociaż w rzeczywistości mieszkała w Paryżu i cieszyła się wyśmienitym zdrowiem. Pisarz jednak chciał za wszelką cenę uwiarygodnić swoje kłamstwo, dlatego osobiście udał się do tej kobiety i oferując jej dużą sumę pieniędzy, nakłaniał ją, aby przeprowadziła się do Belgii. Pragnął w ten sposób pozbyć się niewygodnego świadka, który mógłby zdemaskować fałsz zawarty w jego publikacji. Chociaż wielokrotnie zostały wykazane ewidentne kłamstwa E. Zoli w jego książce o Lourdes, on jednak nigdy na te zarzuty nie odpowiedział.
Nawrócenie Emila Zoli W 1895 r. ukazał się w „Civilta Catolica” artykuł pt. Owoce kalumnii Zoli, w którym autor pisał o pewnym paradoksie. Podobnie jak szatan, który wbrew sobie w ostateczności przyczynia się do oddawania chwały Bogu w świecie, tak samo masoneria poprzez Zolę przyczyniła się do zwiększenia kultu Matki Bożej w Lourdes. Po ukazaniu się książki E. Zoli o ludzkich objawieniach zaczęli tam tłumnie przyjeżdżać korespondenci i dziennikarze; było wśród nich wielu niewierzących, cyników i kpiarzy.
Dopiero będąc w Lourdes, wszyscy oni poznawali fakty i przekonywali się o oczywistości cudów, które często działy się na ich oczach. Odjeżdżali nawróceni, świadomi ogromu tajemnicy miłości Boga.
Również Emil Zola doświadczył cudu swojego nawrócenia. Stało to się kilka lat po napisaniu przez niego oszczerczej książki o Lourdes. Otóż w 1896 r. pisarz doznał otwartego złamania nogi; pomimo intensywnego leczenia rana w jego nodze stale się powiększała i groziła mu amputacja kończyny. W Wigilię Zola miał sen, że jest w kościele i śpiewa kolędę przed obrazem Madonny z Dzieciątkiem. Kiedy się obudził, usłyszał, że jego żona śpiewała tę samą kolędę. Wtedy pisarz poprosił ją, aby poszła do kościoła, zapaliła tam świecę w jego imieniu i pomodliła się przed obrazem Matki Bożej. Po tej modlitwie noga Zoli została cudownie uzdrowiona. Był to dla niego wielki duchowy wstrząs. Pisarz natychmiast pojednał się z Bogiem w sakramencie pokuty, zaczął się codziennie modlić oraz uczestniczyć w Eucharystii. Napisał także oświadczenie, w którym stwierdził, że przez ostatnie 30 lat żył w wielkim błędzie.
Zerwał z masonerią Zola zerwał wszelkie więzy łączące go z masonerią i ostrzegał przed wielkim duchowym zagrożeniem, jakie niesie ze sobą jej nauczanie oraz walka z Kościołem katolickim. Pisarz wyraził również szczery żal i wielką skruchę za wszelkie zło, które popełnił w czasie swej działalności w loży masońskiej. Zwrócił się z prośbą do papieża Leona XIII o przebaczenie wielkiego zła, które wyrządził ludziom, wprowadzając ich na drogę grzechu przez swoje antykościelne publikacje i wystąpienia.
Nawrócenie laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny – prof. Alexisa Carrela. Kilka lat po nawróceniu Emila Zoli w Lourdes miało miejsce nawrócenie laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny – prof. Carrela. Przyjechał on do Lourdes jako ateista w 1903 r. razem ze swoją pacjentką Marią Ferrand, umierającą na gruźlicę otrzewnej.
W czasie błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przed grotą Matki Bożej na jego oczach Maria Ferrand została cudownie uzdrowiona. Wydarzenie to było momentem przełomowym w życiu Carrela: zrozumiał, że Bóg jest poza wszelkim naukowym poznaniem i zrozumieniem. Pojął także, iż jedyną drogą prowadzącą do Niego jest modlitwa, sakramenty pokuty i Eucharystii oraz życie zgodne z Dekalogiem i Ewangelią.
Noblista pisał: „Przedzierając się przez mroki rozumu, dochodzi się do Niego tęsknotą i miłością. Dopiero wtedy staje się możliwe doświadczenie miłości Boga, które jest podobne do przeżyć artystów i zakochanych”. Od momentu nawrócenia najważniejszym celem życia dla A. Carrela było bezgraniczne zaufanie Bogu oraz pełnienie Jego Woli. Środowisko uniwersyteckie w Lyonie nie mogło się pogodzić z faktem, że naukowiec stał się głęboko wierzącym katolikiem. Przełożeni zagrozili mu zwolnieniem z pracy, jeżeli nie zmieni swoich poglądów.
Carrel pozostał jednak nieugięty. Wyjechał do Nowego Jorku, gdzie w Instytucie Rockefellera otworzyła się przed nim droga kariery naukowej, ukoronowana przyznaniem mu Nagrody Nobla w 1912 r. Emil Zola zobaczył w Lourdes cud uzdrowienia i nie uwierzył. Nawrócił się dopiero kilka lat później, kiedy na samym sobie doświadczył działania Bożej wszechmocy. Natomiast Alexis Carrel odczytał w cudzie uzdrowienia swojej pacjentki wezwanie samego Boga, aby w akcie pokornej wiary przyjąć dar Jego miłości. Cuda są czytelnymi znakami Bożego miłosierdzia tylko dla ludzi dobrej woli, którzy szczerze szukają prawdy.
Święta Edyta Stein, która porzuciła ateizm po lekturze biografii św. Teresy Wielkiej, napisała: „Bóg każdego prowadzi jego własną drogą; jedni dochodzą do celu prędzej i łatwiej, inni później i trudniej. Wszystko, co możemy uczynić, jest drobnostką w porównaniu z tym, co otrzymujemy. Ale to niewiele musimy sami zrobić. Przede wszystkim wytrwale modlić się o poznanie właściwej drogi; kiedy się ją dostrzeże, iść bez oporów za natchnieniem łaski. Kto tak postępuje i trwa cierpliwie, nie może powiedzieć, że jego wysiłki są daremne. Nie trzeba tylko wyznaczać Bogu terminów”.
Ferdynand Bulonne, czyli Święty Antoni z Padwy, zalicza się do największych cudotwórców w historii Kościoła. Liczba cudów, do jakich się przyczynił jest imponująca. „Jeśli cudów szukasz, idź do Antoniego! Wszelkich łask dowody odbierzesz od niego” – śpiewamy w pieśni będącej przeróbką średniowiecznego responsorium ku czci tego świętego. Nie ma na świecie katolika, który – poszukując zguby – chociażby raz się do niego nie zwrócił o pomoc.
Nazywamy go powszechnie Antonim z Padwy, ale nie był wcale Włochem, lecz Portugalczykiem. Przyszedł na świat w Lizbonie i już w młodości wstąpił do Kanoników Regularnych Świętego Augustyna. Przebywał w Lizbonie, a następnie w Coimbrze. Został teologiem, a w 1219 roku przyjął święcenia kapłańskie. W 1220 roku był świadkiem pogrzebu pięciu franciszkanów zamordowanych przez mahometan w Maroko. Wstrząśnięty tym wydarzeniem wstąpił do franciszkanów i w misjonarskim zapale próbował udać się do Afryki. Bóg miał jednak wobec niego inne plany. Po spotkaniu ze Świętym Franciszkiem wiodący do tej pory pustelnicze życie Antoni został generalnym kaznodzieją zakonu (a potem także prowincjałem). Kazania Antoniego – głoszone w całych Włoszech, a także we Francji – zaczęły przyciągać tłumy słuchaczy. Mając niewątpliwy oratorski talent, a do tego fenomenalną pamięć, stał się rychło najznamienitszym kaznodzieją Kościoła, pokornym i charyzmatycznym misjonarzem, mającym dar docierania do ludzkich serc. I cudotwórcą…
Zasłuchane ryby
Na jego kazania spieszyli wszyscy. W Padwie gromadził ogromne, kilkudziesięciotysięczne tłumy. Wystarczyła wieść, że się pojawi i będzie je głosił, a nawykli do wygód rycerze i szlachcianki – jak pisał średniowieczny kronikarz – „wstawszy o północy, usiłowali ubiec się wzajemnie, i zapaliwszy pochodnie, z pośpiechem dążyli na miejsce, gdzie miał przemawiać”. Nie wszędzie jednak było tak różowo. Pewnego roku – jak głosi legenda – franciszkanin przybył do Rimini nad Adriatykiem. Rybackie miasto było centrum szerzącej się wówczas herezji katarów. Nie tylko nikt nie chciał tu słuchać jego kazań, ale – co więcej – szydzono z niego.
Ludzie nie chcieli go słuchać, więc Antoni znalazł innych słuchaczy… Udał się na brzeg morza i zaczął mówić. „Słuchajcie słowa Bożego, ryby morskie i rzeczne, bowiem heretycy niewierni nie chcą go słuchać” – zaczął i… nagle gładka tafla morza zaczęła się marszczyć i bulgotać. Z Adriatyku wyłoniło się mnóstwo rybich pyszczków. Rybki zastygły w bezruchu, chciwie łowiąc każde słowo wypowiadane przez złotoustego kaznodzieję. Odpłynęły dopiero wtedy, gdy ten skończył i je pobłogosławił. Katarzy – którzy to widzieli – nie mogli w to uwierzyć.
Mulica uczciła swego Stwórcę
Heretyccy katarzy i pokrewni im albigensi oprócz potępiania świata materialnego i ludzkiej płciowości odrzucali również sakramenty Kościoła. Szła za tym oczywiście niewiara w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. W Tuluzie jeden z butnych katarów (prawdopodobnie Bononillus) wyzwał Antoniego na swoisty „teologiczno-zoologiczny” pojedynek. Twierdził, że konsekrowana Hostia to zwykły chleb, a nie Ciało Chrystusa, i chciał dowieść franciszkaninowi, że niczym się ona nie różni od zwykłego pożywienia. Tę kwestię miała rozstrzygnąć mulica. „Jeśli wygłodniałe zwierzę pominie obrok, a pośpieszy oddać hołd swemu Bogu, to prawdziwie uwierzę wiarą katolicką” – oświadczył katar. Przez trzy dni zwierzę nie dostawało nic do jedzenia, by – jak sądził heretyk – tym łacniej i z większym apetytem rzucić się na podaną paszę, ignorując Najświętszy Sakrament. Antoni liczył jednak, że Bóg dopomoże mu wykazać, że tak się jednak nie stanie i nawet zwierzę uszanuje Ciało swego Pana i Stwórcy. Prosząc Boga o wsparcie, spędził ten czas na modlitwie i pokucie. Nadszedł dzień próby. Wygłodniałą mulicę wyprowadzono ze stajni i postawiono pomiędzy żłobem pełnym paszy a Antonim – trzymającym w dłoniach Ciało Chrystusa. „Mocą i imieniem Stworzyciela twojego, którego – mimo że jestem niegodny – trzymam w rękach, mówię ci, o istoto zwierzęca, i nakazuję, byś szybko pokornie przyszedłszy, oddała Mu należną cześć, ażeby z tego złość heretycka łatwo poznała, że wszelkie stworzenie podlega swemu stwórcy, którego godność kapłańska trzyma w rękach na ołtarzu” – przemówił do bydlęcia Antoni. I choć heretyk usilnie nakłaniał wygłodzone zwierzę do jedzenia obroku, mulica zignorowała jego zachęty, podeszła do Antoniego, spojrzała na Przenajświętszy Sakrament, skłoniła łeb i… uklękła. Zdziwiony takim obrotem sprawy heretyk uznał swoją porażkę i nawrócił się.
Nie był to bynajmniej jedyny cud i znak zdziałany przez Antoniego wobec odstępców. Udało mu się nawrócić tak wielu z nich, że kronikarze nadali mu miano „młota na heretyków”.
Krewki penitent
Kazania głoszone przez Antoniego – jak to kazania – nie były zwykłymi popisami krasomówstwa. Nie to miały na celu. Ich zadaniem było prowadzenie ludzi do Boga – skłanianie ich do nawrócenia. I tak się działo. Antoni był w tym niedoścignionym mistrzem. Po każdym swoim wystąpieniu zbierał obfite żniwo w postaci spowiedzi. Radował się tym niezmiernie, ale radość ta okupiona była ogromnymi wyrzeczeniami. Bywało bowiem, że spędzał w konfesjonale całe dnie, nie jedząc i nie pijąc.
A spowiednikiem był także nie lada – potrafił bowiem czytać w ludzkich sercach i prorokować. Bywało, że przemawiał do ludzkich sumień z taką siłą, że musiał później… uzdrawiać swoich penitentów. Pewnego razu spowiadał się u niego młody Leonard z Padwy. – Kopnąłem swoją matkę, a ta upadła na ziemię – wyznał. – Stopa, która uderza ojca lub matkę, zasługuje, by ją obcięto! – wykrzyknął oburzony franciszkanin. Porywczy Leonard wrócił do domu i w akcie pokuty… obciął sobie stopę. Antoniemu nie o to jednak chodziło. Nie chciał przecież okaleczać młodzieńca, ale wstrząsnąć jego sumieniem. Usłyszawszy o tym, co się stało, franciszkanin udał się do jego domu, przyłożył obciętą stopę do nogi, nakreślił na niej znak krzyża i stopa natychmiast przyrosła do kikuta. A pewnie i sam Antoni zrozumiał wtedy, że powinien nieco ostrożniej podchodzić do swoich penitentów.
Mało tego. „Kiedy jeszcze święty żył na ziemi, niektórzy przychodzili do braci i twierdzili z całym przekonaniem, że także im śpiącym w swych łóżkach, w środku nocy ukazywał się błogosławiony ojciec, mówiąc: «Wstawaj, Marcinie! Wstawaj, Agnieszko! I idź do takiego a takiego brata lub kapłana i wyznaj mu ten a ten grzech, w takim czasie i w takim miejscu przez ciebie popełniony», którego nikt nie znał, tylko Bóg. I tak, tą drogą, wiele grzechów ukrytych zostało w sakramentalnej spowiedzi odpuszczonych”1 – czytamy w Benignitas– jednym z najstarszych żywotów świętego.
Serce wśród monet
Kościół tamtych czasów zdecydowanie potępiał ludzi żerujących na ludzkiej biedzie – zdzierców pożyczających na wysoki procent. Także Antoni zażarcie zwalczał wszelkiej maści lichwiarzy. „Bogactwa to kolce, które kłują i ranią do krwi; przebiegli lichwiarze to drapieżne bestie, które łupią i pożerają” – grzmiał w jednym z kazań. „Kiedy pewnego dnia święty wygłaszał kazanie, wśród ludności rozeszła się wieść o nagłej śmierci cieszącego się złą sławą lichwiarza. Antoni, widząc poruszenie tłumu i słysząc szepty, zapytał, co się stało. Dowiedziawszy się zaś, zadrżał i zawołał: spójrzcie, jak sprawdziło się słowo Boże, które ostrzega: gdzie jest twój skarb, tam jest i serce twoje. Otwórzcie jego skrzynie, a znajdziecie wśród pieniędzy jego serce! Otwarto zwłoki złoczyńcy, lecz na próżno, gdyż nie było w nich serca, które odnaleziono wśród ukochanych monet w jego kufrze”2 – napisał w biografii świętego Vergilio Gamboso. W taki to niezwykły sposób Pan Bóg „wizualizował” nauki swojego wiernego sługi.
„On jest moim ojcem”
Dokonując cudów, które można by nazwać… „cudami społecznymi”, padewski franciszkanin troszczył się także o dobro życia rodzinnego i społecznego. Pewien człowiek z Ferrary nie chciał uznać za swoje niemowlęcia, które niedawno urodziła jego żona. Podejrzewając żonę o niewierność, uważał, że maleństwo nie jest jego dzieckiem. W czasach, kiedy nie było jeszcze badań genetycznych, tylko cud mógł skłonić go do uznania, że się mylił. I taki cud się zdarzył. Wezwany na pomoc Antoni stanął przed niemowlęciem i… wezwał je do wyznania prawdy. „Poprzysięgam cię, w imię Jezusa Chrystusa, powiedz mi głośno, tak żeby wszyscy słyszeli, kto jest twoim ojcem” – rozkazał. I niemowlę… przemówiło. „On jest moim ojcem” – powiedziało, spoglądając na zaskoczonego mężczyznę.
Poskromienie tyrana
Za podobny „cud społeczny” uznać możemy także odważne wystąpienie Antoniego przeciwko krwawemu tyranowi Werony Ezzelino da Romano. Ponoć niegodziwiec mający na sumieniu wiele ludzkich istnień „skarcony (…) słowami męża Bożego, zaniechał wszelkiej srogości, stał się bardzo łagodnym barankiem i zawiesiwszy sobie wnet sznur na szyję, rzuciwszy się na ziemię wobec męża Bożego, pokornie wyznał swoją winę, przyrzekając naprawić wszelkie zło wyrządzone, według jego życzenia”. Tyran opowiadał później, że widział „boski płomień” wychodzący z twarzy Antoniego, który tak bardzo go przeraził, że na jego straszny widok myślał, że zaraz spadnie w piekielne czeluści.
Nieboszczyk przemówił
Zdarzało się, że Antoni za pomocą cudów pomagał także własnej rodzinie, a konkretnie swojemu ojcu Marcinowi. Zdarzyło się bowiem pewnego dnia, że przed lizbońską katedrą zabito młodego arystokratę. Jego zwłoki znaleziono w ogrodzie Marcina. Podrzucił je tam morderca, ale – jak można się było spodziewać – o zabójstwo oskarżono Bogu ducha winnego właściciela posesji. Niewinnego Marcina osadzono w więzieniu. Antoni mieszkający wówczas w Padwie w cudowny sposób się o tym dowiedział. Natychmiast wyruszył na ratunek. Jak to franciszkanin, poszedł… pieszo. Miał do przebycia – bagatela! – ponad 2200 km (Google Maps wyliczyły, że piechur potrzebowałby na to… 463 godzin). Ale dla Boga – jeśli tylko chce komuś pomóc – nie ma rzeczy niemożliwych. Po przebyciu zaledwie kilku kilometrów Antoni nagle i ku własnemu zaskoczeniu – znalazł się… na rozprawie w Lizbonie. Stanąwszy przed wysokim sądem, oświadczył, że jego ojciec jest niewinny. No tak, ale takie oświadczenie to jednak tylko słowa. Antoni był wprawdzie duchownym, ale jako syn oskarżonego nie miał zbyt wielkiej siły przekonywania. Nie dowierzano mu. Potrzebne były mocne dowody, jakieś niezbite alibi. „Sam zamordowany zaświadczy o prawdzie moich słów!” – stwierdził franciszkanin. Dziwna to była mowa, no ale zakonnik cieszył się już wtedy opinią cudotwórcy, zaintrygowany sędzia – pewnie w licznym towarzystwie ciekawskich – udał się zatem na cmentarz. Grobowiec zamordowanego otwarto, a Antoni… wezwał nieboszczyka do złożenia zeznań. Możemy sobie wyobrazić ogromne zdziwienie obserwujących to ludzi, kiedy nagle trup uniósł się, usiadł i… zaświadczył o niewinności oskarżonego. Po złożeniu świadectwa zamordowany poprosił Antoniego o uwolnienie z ekskomuniki, którą został objęty, a kiedy takie ułaskawienie otrzymał, znów zapadł w wiekuisty sen. Zaskoczony sędzia – a może sędziowie – chcieli, żeby Antoni wyjawił im, kto był winien tej zbrodni. Byli przekonani, że dobrze to wie, i oczekiwali dalszych wyjaśnień. Spotkali się jednak ze zdecydowaną odmową. „Przyszedłem, żeby oczyścić niewinnego, a nie demaskować winnych” – miał powiedzieć zakonnik. Później okazało się coś jeszcze dziwniejszego. Ustalono, że Antoniego nie było w Padwie zaledwie przez dwie noce i jeden dzień. Zakonnicy nie mieli wątpliwości: w grę mogła wchodzić jedynie bilokacja – niezwykły dar, dzięki któremu człowiek może być jednocześnie w dwóch różnych miejscach.
W dwóch miejscach naraz
O tym, że Antoni otrzymał od Boga zdolność bilokacji, świadczył także inny cud. We francuskim mieście Montpellier Antoni wygłaszał właśnie kazanie, gdy nagle przypomniał sobie, że czegoś zaniedbał. Dokładnie o tej porze powinien być wśród swoich współbraci i śpiewać „Alleluja” na mszy świętej konwentualnej. Zmartwił się bardzo, bo nikomu nie zlecił zastępstwa. I wtedy – świadomie czy nie – przerwał na chwilę kazanie, nakrywszy głowę kapturem, schylił się nad pulpitem i… w jednej chwili znalazł się tam, gdzie być powinien. Zakonnicy widzieli go śpiewającego w chórze braci. Kiedy wypełnił swój obowiązek, podniósł głowę i jak gdyby nigdy nic dokończył wygłaszane kazanie.
Uzdrowienia i wskrzeszenia
Wśród wielu przypisywanych Antoniemu cudów było oczywiście wiele uzdrowień. Do najbardziej spektakularnych należało uzdrowienie cierpiącej na bezwład nóg i padaczkę trzy –, a może czteroletniej Padovany. Pewnego razu Antoni spotkał na swej drodze człowieka, który niósł ją na rękach. Ojciec dziecka – bo to właśnie on ją dźwigał – dobrze wiedział, z kim ma do czynienia. Ze łzami w oczach zaczął błagać franciszkanina, żeby pobłogosławił jego córeczkę. Widząc jego prostą, silną, pełną nadziei wiarę, Antoni spełnił jego prośbę. Mężczyzna wrócił z Padovaną do domu, postawił ją na ziemi, a ta… stanęła. Co więcej – od chwili spotkania z Antonim nie doznała już ani jednego ataku padaczki.
Oprócz uzdrowień z cielesnych niedomagań, kalectwa i rozmaitych chorób Antoni – mocą Bożą – dokonywał również wskrzeszeń. Opisywano m.in., jak wskrzesił utopioną w beczce dziewczynkę, ożywił dziecko zmarłe podczas snu, uzdrowił chłopca paralityka.
Z malutkim Jezuskiem
Jeden z ostatnich cudów za sprawą padewskiego franciszkanina zdarzył się pod koniec jego życia, kiedy przebywał on w swojej celi na posesji hrabiego Tiso w Camposampiero pod Padwą. Pewnego dnia przechodzący obok celi hrabia zauważył wydobywającą się stamtąd dziwną jasność. Zajrzał do wnętrza i zobaczył niezwykłą scenę. Pogrążony w ekstatycznej kontemplacji zakonnik tulił w ramionach „dziecię niezrównanej piękności, przepełnione radością i szczęściem”. Dzieciątkiem tym był oczywiście maleńki Jezus. Antoni doszedłszy do siebie po ekstazie, zakazał hrabiemu mówić o tym wydarzeniu. Dopiero po jego śmierci arystokrata poczuł się zwolniony ze złożonej wtedy obietnicy. Motyw ten stał się potem bardzo popularny w sztuce.
Cuda przy grobie
Ogromna liczba zdziałanych przez Antoniego cudów może dziwić nas jeszcze z innego względu. Antoni żył bowiem zaledwie 36 lat. Faktem jest też, że po jego śmierci fala cudów jeszcze się wzmogła.
Za pierwszy cud wyproszony przy grobie Antoniego uznaje się uzdrowienie Cunizzy. Od roku kobieta cierpiała na skutek guza, który wytworzył się jej na ramieniu. Na dodatek – przykurczona – mogła chodzić jedynie z pomocą kul. W dniu pogrzebu uklękła przy grobie zmarłego franciszkanina i zatopiła się w modlitwie. Po chwili poczuła, że guz zniknął. Mało tego – wstała i… wyprostowała się, a kule przestały już być jej potrzebne. Płacząc z radości, poszła do domu, dziękując Bogu i Antoniemu.
Od tej pory upowszechniła się też praktyka pielgrzymowania do jego grobu. Wielu, dotykając grobowej płyty i żarliwie się modląc, odzyskało zdrowie. Już w kilka miesięcy po śmierci Antoniego zgłoszono papieżowi 53 cuda.
Biorąc te wszystkie cuda pod uwagę, już 30 maja 1232 roku – niespełna rok po śmierci w Spoleto, papież Grzegorz IX kanonizował Antoniego. W 1263 roku uroczyście odkopano ciało świętego. Znaleziono wówczas jego nienaruszony język. Obecny przy tym późniejszy Święty Bonawentura kazał umieścić go w osobnym relikwiarzu, w którym znajduje się do dziś. W 1946 roku papież Pius XII ogłosił Antoniego Doktorem Kościoła z tytułem „doktora ewangelicznego”.
Minęło już ponad 800 lat od chwili jego urodzin, a święty nadal nie przestaje nas wspierać i wysłuchiwać naszych próśb. Przed grobem „Il Santo” w bazylice w Padwie nadal modli się około 5 milionów osób rocznie. Wiele zostaje wysłuchanych.
Wskrzeszony Parrisio
Wśród licznych cudów zdarzały się także te największe: wskrzeszenia. Pewnego razu w Lizbonie mały Parrisio, nie mówiąc nic rodzicom, wybrał się z innymi chłopcami, by popływać łódką. Niestety, niedługo po wypłynięciu rozpętała się burza. Łódź przewróciła się. Starsi chłopcy zdołali dopłynąć do brzegu, Parrisio nie umiał jednak pływać i poszedł pod wodę. Wnet na brzeg przybiegła zaalarmowana matka. Zrozpaczona kobieta błagała rybaków, by pospieszyli na ratunek.
Mężczyznom udało się wyłowić chłopca, ale, niestety, reanimacja na nic się zdała – był już martwy. Matka Parrisia nie dała jednak za wygraną – w tragicznej chwili zaczęła się modlić do Boga za wstawiennictwem Świętego Antoniego. Obiecała, że jeśli chłopiec ożyje, nakłoni go, by wstąpił do franciszkanów. Tak bardzo zaufała świętemu, że kiedy następnego dnia chciano pochować chłopca, nie pozwoliła tego uczynić. Dobrze zrobiła, bo trzeciego dnia nieustannej modlitwy chłopiec nagle i niespodziewanie powrócił do życia. Obudził się, jakby tylko spał. Kiedy dorósł – zgodnie z obietnicą matki – został franciszkaninem.
Uczciwy znalazca
Świętego Antoniego nazywa się dziś powszechnie „świętym od zgub”. Katolicy na całym świecie proszą go bowiem o pomoc, kiedy zgubią jakąś rzecz. Skąd wzięło się jednak przekonanie o nadzwyczajnych zdolnościach świętego w odnajdywaniu zagubionych przedmiotów? Opowiada się na ten temat dwie historie. Jedni wiążą to z cudem, który wydarzył się we francuskim Montpellier. Zdarzyło się bowiem pewnego dnia, że młody zakonnik uciekł z klasztoru, zabierając ze sobą księgę służącą Antoniemu do nauczania. Ponoć jakaś piekielna zjawa zastąpiła mu wówczas drogę i pokrzyżowała jego niecne plany. Skruszony franciszkanin powrócił do klasztoru i oddał książkę.
Inni źródeł tej tradycji upatrują w cudzie, który wydarzył się w Portugalii już po śmierci świętego. Pewien strudzony pracą wielki czciciel Świętego Antoniego z miasteczka Alcácer do Sal zapragnął odświeżyć się w studni. Zanim jednak zanurzył dłonie w chłodnej wodzie, zdjął z palca złoty pierścień i położył go na ocembrowaniu. Kiedy po umyciu się chciał włożyć go z powrotem, cennego przedmiotu już tam nie było. Kiedy poszukiwania spełzły na niczym, mężczyzna zwrócił się w modlitwie do Świętego Antoniego, by pomógł mu odnaleźć zgubę. Kilka miesięcy później, kiedy we wspomnienie świętego mężczyzna modlił się w kościele, podszedł do niego jeden z jego służących i… podał mu zagubiony pierścień. Okazało się, że odnalazł go, kiedy wyciągał wiadro ze studni. Pierścień przyczepił się do kija, którego do tego celu używał.
Chleb dla ubogich
Antoni patronuje ubogim. Powszechną katolicką tradycją jest tzw. chleb Świętego Antoniego. Do niedawana nie było kościoła, w którym nie znajdowałaby się jego figura z nieodłączną skarbonką, do której wrzucano datki na ów „chleb” – będący niczym innym jak materialną pomocą dla ubogich. Legenda głosi, że ma to związek ze wskrzeszeniem małego chłopca – 20-miesięcznego Tommasina, który bawiąc się w kuchni, wpadł do wielkiego gara z wrzącą wodą. Wyłowiony z niego przez matkę nie dawał najmniejszych oznak życia. Zrozpaczona kobieta poprosiła wtedy o pomoc Świętego Antoniego. Obiecała, że jeśli przywróci jej synka do życia, ofiaruje mu tyle chleba (lub pszenicy), ile dziecko ważyło. Dziecko cudem ożyło, a matka spełniła swoją obietnicę. I tak właśnie narodziła się praktyka przekazywania ubogim chleba – a dziś ofiarowywania pieniędzy na pomoc dla nich – jako formy wdzięczności za łaski otrzymane za wstawiennictwem Świętego Antoniego.
Święty od panien
Antoni – podobnie jak Święty Mikołaj – ma pod swoją opieką również panny na wydaniu. Wiele z nich od wieków aż do dziś prosi go o pomoc w znalezieniu dobrego męża. Zdarzyło się kiedyś, że pewna wysoko urodzona, ale niezamożna włoska panienka nakłaniana była przez swoją matkę do znalezienia sobie majętnego kochanka, który pomógłby finansowo całej zubożałej rodzinie. Pobożnej dziewczynie nie w smak było jednak niemoralne – ale pewnie idące z duchem czasu – polecenie rodzicielki. Udała się pod figurkę czczonego przez siebie Świętego Antoniego, prosząc Boga, by za jego przyczyną pomógł jej wybrnąć z trudnej sytuacji. I nagle posąg Świętego Antoniego… ożył i wyciągając do dziewczęcia rękę, wręczył jej skrawek papieru z zapisanym na nim poleceniem: „Idź do najbogatszego kupca w miasteczku i powiedz mu, żeby dał ci tyle złota, ile waży ten papier”. Dziewczyna skwapliwie spełniła polecenie. Kupiec, śmiejąc się, zapewnił, że spełni tę prośbę. „No przecież ileż ważyć może taki karteluszek” – pomyślał pewnie. Położył kartkę na wadze i oniemiał. Papier okazał się ciężki jak ołów. Po zważaniu karteczki kupiec przypomniał sobie wtedy, że przecież dokładnie tyle złota obiecał Świętemu Antoniemu na pozłocenie jego ołtarza. Sęk w tym, że nigdy tej obietnicy nie spełnił. Zawstydzony bez wahania wręczył dziewczynie pokaźną ilość złota. W tak przedziwny sposób panna zyskała posag i mogła wyjść za mąż za tego, do kogo skłaniało się jej serce. A święty pewnie dobrze wiedział, co robi, bo wybranek okazał się nie tylko dobrym, lecz także niebiednym człowiekiem.
Nie tylko Padwa
Święty Antoni jest też znany z wielu objawień. Wiele sanktuariów na całym świecie powstało w miejscach, w których – w cudowny sposób – ukazywał się wiernym. Tak było między innymi w leżącej w Polsce niewielkiej miejscowości Radecznica koło Zamościa. „Jam jest Antoni Święty, mam to z woli Najwyższego Pana, abym tobie opowiedział, iż na tym miejscu Chwała Boga Najwyższego odprawiać się będzie – oświadczył tam ŚwiętyAntoni Szymonowi Tkaczowi 8 maja 1664 roku. I zapewnił, że przez niego „chorzy, ślepi, chromi i różnymi dolegliwościami utrapieni znajdować i otrzymywać będą pociechy swoje, chorzy zdrowie, ślepi widok, chromi chód, zgoła wszyscy uciekający się na to miejsce bez zysku łaski nie pójdą”. Podczas objawienia padewski święty pobłogosławił również wodę ze źródełka tryskającego na zboczu wzgórza. Ludzie wierzą do dziś, że woda ta ma cudowne właściwości. Niewielka Radecznica niemal natychmiast po objawieniach zasłynęła cudami i łaskami i słynie z nich do dziś.
Wyprowadził mnie za druty…
Właśnie z radecznickim sanktuarium związane jest świadectwo o tym, że Święty Antoni nigdy nie zostawia swoich czcicieli bez pomocy. Doświadczył tego w czasie II wojny światowej Polak Władysław Wypych, nieżyjący już mieszkaniec wsi Podborcze, leżącej niespełna pięć kilometrów od Radecznicy.
W uroczystość świętych Piotra i Pawła 23-letni Władysław poszedł do spowiedzi, a następnego dnia wybrał się w odwiedziny do ojca, który wraz z innymi pięcioma mężczyznami pracował przy obróbce drewna.
Nagle zajęci pracą robotnicy spostrzegli nadlatujące nisko niemieckie samoloty. Za samolotami drogą nadciągało wojsko. Mężczyźni doszli do wniosku, że trzeba wziąć nogi za pas. – Najlepiej byłoby schować się w domu, baliśmy się jednak, że go podpalą3 – opowiadał pan Władysław. Ustalili, że trzeba iść w pole. – Uciekłem w zboże, ale mnie dostrzegli. Pognali za mną miedzami, strzelając z karabinów maszynowych. Kulki gwizdały mi nad głową, strącały kłosy zboża.
Pan Władysław uciekł na pole lnu i właśnie tam go schwytano, a potem razem z czwórką innych nieszczęśników pognano do wsi – do Czarnego Stoku. – Eskortowało nas trzech żołnierzy, popychając karabinami – relacjonował po latach mężczyzna. – Przygnali nas na wygon, tam gdzie stoi remiza. Kazali stanąć w rowie. Podeszła do mnie wówczas moja ośmioletnia siostra. Nie odgonili jej. Podała mi różaniec. Wziąłem ten różaniec i zacząłem się modlić. „Moje życie się kończy” – pomyślałem.
Od śmierci uratował ich pewien człowiek, który wytłumaczył Niemcom, że to nie bandyci, ale młodzi chłopcy zbierający tytoń, a uciekali, bo się bali.
Baliśmy się, że pojedziemy do obozu koncentracyjnego na Majdanku, tymczasem pojechaliśmy do obozu w Zwierzyńcu.
W Zwierzyńcu wpędzili aresztantów za druty, a potem do baraków.
W domu wszyscy bardzo się o mnie niepokoili. Żona poszła do Radecznicy dać na mszę w mojej intencji. Tej nocy miałem kolejny sen. Śniłem, że przyszedł do mnie za druty Święty Antoni. Obudził mnie. „Wstawaj, ubierz się i chodź ze mną” – powiedział. Wyprowadził mnie za druty, przez bramę w las, kazał iść do domu i zniknął. Rano wstałem i pomodliłem się. Zacząłem rozmyślać nad tym swoim snem.
Pan Władysław postanowił wtedy, że ucieknie i razem z drugim chłopakiem podszedł do bramy, przy której stał żołnierz. – Zobaczyliśmy, że furman wiezie beczkę, jadąc po wodę do rzeki. Uczepiliśmy się tej beczki. Kiedy wydostaliśmy się już za pierwsze druty, beczka pojechała w stronę rzeki, a my ruszyliśmy w prawo. Żołnierz poszedł za nami. W pewnym momencie na szosie rozległy się strzały. Żołnierz zszedł ze stanowiska obserwacyjnego i poszedł zobaczyć, co się dzieje. Szybko podszedłem do drutów. Skoczyłem przez druty i pobiegłem w las. Kolega za mną. Przebiegliśmy może ze 200 metrów i stanęliśmy. Byliśmy osłabieni i głodni, ale wolni.
Myślę, że to Święty Antoni mnie wyprowadził, że pomógł mi poprzez ten sen. Święty Antoni był u mnie tamtej nocy. Mocno w to wierzę – podsumował.
(BRUNNER Emmanuel, Manu25, CC BY-SA 3.0 , via Wikimedia Commons)
To już 72. cud za przyczyną Matki Bożej w Lourdes uznany przez Kościół. Uzdrowienie zostało potwierdzone jako cudowne przez biskupa Vincenzo Carmine Orofino, bowiem to na terenie jego diecezji mieszka uzdrowiona kobieta.
W 2004 r. u Antonietty Raco stwierdzono rzadką chorobę nerwowo-mięśniową – stwardnienie zanikowe boczne. W konsekwencji choroby mięśnie Włoszki zaczęły się stopniowo osłabiać. Kobieta miała również ostre migreny i trudności z chodzeniem.
W 2009 r. Antonietta udała się do sanktuarium Matki Bożej w Lourdes. Miejsce to jest znane z cudownego źródełka, które wykopała św. Bernadeta Soubirous na polecenie Maryi. W czasie pielgrzymki Antonietta napiła się wody ze źródełka i obmyła się nią. Jak sama przyznaje, była w stanie chodzić na nowo i doznała „niezwykle dobrego samopoczucia”. Jeszcze w tym samym roku lekarze potwierdzili u niej ustąpienie objawów choroby.
W 2010 roku kobieta zgłosiła swoje uzdrowienie do sanktuarium w Lourdes. Po kilkunastu latach dogłębnej analizy, specjalna komisja medyczna badająca możliwe uzdrowienia za sprawą Matki Bożej w Lourdes ogłosiła, że Antonietta Raco została „uzdrowiona ze stwardnienia zanikowego bocznego (…) w sposób nieoczekiwany, całkowity, trwały i niewytłumaczalny wiedzą medyczną”.
Cud został oficjalnie ogłoszony 16 kwietnia przez biskupa Vincenzo Carmine Orofino – ordynariusza diecezji Tursi-Lagonegro we Włoszech, na terenie której mieszka uzdrowiona kobieta.
W czasie II wojny światowej sanktuarium licheńskie zajęli Niemcy, „naziści”, by utworzyć na jego terenie obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend. Co ciekawe, do obozu nie zostali wcale przywiezieni niemieccy chłopcy z terenów III Rzeszy, ale trafili do niego młodzieńcy z mieszkających w tych rejonach od lat rodzin o niemieckich korzeniach.
Chłopcy ci nie znali nawet niemieckiego, bo w ich domach nie używało się już tego języka. Mieli nauczyć się go w trakcie szkolenia. Zresztą w licheńskim obozie mieli też uczyć się strzelać mając przed sobą tarcze w postaci zagrabionych ze świątyni świętych obrazów i figur.
Chłopcom urządzono wspólną sypialnię w murach kościoła Św. Doroty i po pewnym czasie zaczęli oni donosić przełożonym, że nocami widują w kościele tajemniczą białą niewiastę i takiegoż staruszka wyglądającego na pasterza.
Przełożeni uspokajali chłopców i zapewniali, że są bezpieczni, ale niepokój wśród ich wychowanków rósł. Młodzi przeczuwali, że ich obecność w sanktuarium i świętokradcze ćwiczenia nie podobają się Bogu.
Przełożeni zaczęli planować likwidację obozu i przeniesienie go.
Jednak w lipcu 1944 roku, wychowawczyni z obozu, funkcjonariuszka SS Berta Bauer, postanowiła udowodnić młodym, że Boga nie ma i raz na zawsze zamknąć temat „zjaw”, jak to określała. Zebrała wszystkich wokół jednego z krucyfiksów i oddała kilkanaście strzałów do figurki ukrzyżowanego Chrystusa. W jej ślady poszło też kilku wychowanków. „Zobaczcie, nic się nie dzieje! Bóg nas nie karze, bo Go po prostu nie ma!” – wołała.
Kilka godzin później otrzymała (być może w nagrodę?) urlop. Miejscowy rolnik odwoził ją do Konina na pociąg. Nagle pojawił się samolot, z którego oddano strzały. Berta Bauer zmarła na miejscu. Woźnicy nic się nie stało. Okazało się, że strzały padły w te fragmenty ciała Bauer, które kilka godzin wcześniej za jej przyczyną podziurawiły figurkę Ukrzyżowanego. W obozie Hitlerjugend wybuchła panika, której nikt już nie usiłował nawet tłumić. Obóz rozwiązano.
A rozstrzelany Chrystus nawiedzany jest co dnia przez rzesze licheńskich pielgrzymów.
Częstochowa 1944-1945 W styczniu 1945 r. marszałek Iwan Koniew, prowadząc Armię Czerwoną na Berlin, zatrzymał się pod Częstochową, by przegrupować wojska. Zajął kwaterę i przy stole zasłanym mapami opracowywał plany strategiczne. Wtem pojawiła się przed nim kobieta, ubrana na czarno, w czarnym szalu na głowie, i zwróciła się do niego po rosyjsku: Idź i natychmiast rozpocznij ofensywę na Częstochowę! Powiedziawszy to, wyszła.Koniew, mocno zaskoczony, wybiegi z kwatery i pytał żołnierzy trzymających wartę: „Gdzie jest ta kobieta, która była u mnie?”. Lecz ci odpowiedzieli: „Nie było tu żadnej kobiety!”. Marszałek Koniew, powróciwszy do kwatery, nie namyślając się wiele, cofnął poprzedni rozkaz, a wydał nowy, nakazujący natychmiastowy wymarsz na Częstochowę.16 stycznia 1945 r. wojska Frontu Ukraińskiego pod rozkazami marszałka Koniewa zdobyły miasto bez jednego wystrzału! Atak był tak gwałtowny, że hitlerowcy nie zdążyli zburzyć miasta. Jeden z braci paulinów wspominał: Ta godzina wyzwolenia przyszła nagle… […] A Niemcy na Jasnej Górze nic absolutnie nie wiedzieli, że radzieckie wojska już tu są. Jak się dowiedzieli, […] powstała straszna panika. […] zakonnicy wszyscy się modlili; była akurat godzina modłów i byliśmy w kaplicy. […] Jeden z naszych zakonników poszedł pytać się, co oni teraz będą robić. Ten komendant odpowiedział, że on w takim wypadku ma rozkaz, pod karą śmierci, spalić Jasną Górę, jak się będzie stąd wycofywał. Klasztor był w pogotowiu. Wszyscy, którzy się tu schronili i zakonnicy, nikt nie spał wtedy. Ja byłem wyznaczony na obserwatora. […] Przed godziną 23 Niemcy wytoczyli na dziedziniec klasztorny osiem beczek z benzyną. I te beczki ustawili szeregiem, odkorkowali i tak to wszystko się lalo. Jednocześnie tam gdzie Arsenał, była wywleczona ogromna sterta kocy, też zlana benzyną. A na wprost, gdzie taka mozaika ułożona z kamieni, to zastopowali ciężarowe auto, naładowane wybuchowymi materiałami i wszystko to zlali benzyną. Ale znów rozległy się jakieś detonacje i oni uciekli. Tylko częściowo to podpalili.” (…) 24 stycznia marszałek Iwan Koniew w otoczeniu sztabu oficerów wkroczył do jasnogórskiego sanktuarium. Stanąwszy przed obrazem Matki Bożej, powiedział: „Это ОНА сегодня была у меня ! [ To Ona tego dnia była u mnie! ] Pociągnął ręką dwa razy po twarzy, zdjął czapkę, pokłonił się nisko i wyszedł. A za nim sztab. Oficerowie byli poważnie zaniepokojeni zachowaniem Koniewa i jego zadziwiającą wypowiedzią. Myśleli, że marszałek zwariował! Wreszcie ośmielili się zapytać, dlaczego powiedział coś tak dziwnego. Koniew wyjaśnił: Tak, jak na tym obrazie, wyglądała kobieta, która dala mi tak stanowcze polecenie, że innej myśli już nie miałem, jak tylko tę, aby natychmiast rozkazać ofensywę na Częstochowę!
Podczas II wojny światowej w kościele św. Doroty w Licheniu hitlerowcy urządzili szkołę dla chłopców z Hitlerjugend. Młodych Niemców zaprawiano – w okrucieństwie. Kiedy w lipcu 1944 roku chłopcy zaczęli się skarżyć swojej wychowawczyni Bercie Bauer, że w kościele „coś ich straszy” wymierzyła ona z pistoletu i strzeliła do krucyfiksu.„Gdyby Bóg istniał, powinien natychmiast mnie ukarać” – powiedziała. Kilka godzin później, kiedy jechała na stację kolejową do Konina, przelatujący samolot – prawdopodobnie niemiecki, ostrzelał jej wóz. Berta Bauer zginęła na miejscu.
Kule trafiły ją dokładnie w te same miejsca na ciele, w których znajdują się otwory po kulach na krucyfiksie.
Kaplica Świętego Krzyża mieści się w podziemiu kościoła Matki Bożej Częstochowskiej na terenie Sanktuarium Licheńskiego, gdzie odbiera cześć obraz Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski. Jej powierzamy siebie i wszystkie sprawy naszej Ojczyzny
Tu, nad ołtarzem, znajduje się ten niewielki krucyfiks, – widnieje na nim 13 śladów po kulach.
Wiele osób jeździ i pielgrzymuje po całym świecie, a tymczasem… cudze chwalicie a swego nie znacie…
=======================
mail:
Miejscowi mówią, że miała rany dokładnie w tych miejscach, gdzie ugodziła Chrystusa w krucyfiksie.
Na terenie sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu Starym znajduje się kaplica Krzyża Świętego, w którym adorowany jest krucyfiks, do którego podczas wojny strzelała Berta Bauer. Warto poznać historię tego wydarzenia.
Berta Bauer była wychowawczynią nazistowskich chłopców, która cechować się miała szczególnym okrucieństwem. Kiedy Podczas II wojny światowej Niemcy urządzili w licheńskim sanktuarium ośrodek szkoleniowy młodzieży Hitlerjugend Bauer zajmowała się w nim indoktrynacją.
W lipcu 1944 Bauer zebrała wychowanków przed kaplicą cmentarną i kilkakrotnie strzeliła do wiszącego tam krucyfiksu. Wypowiedziała przy tym słowa: „Gdyby Bóg istniał, powinien natychmiast mnie ukarać”. Zaledwie kilka godzin później zginęła, kiedy wóz, którym jechała do Konina, został ostrzelany przez samolot. Podobno umierając, bardzo cierpiała.
14 września br. w święto Podwyższenia Krzyża Licheńskie Sanktuarium postanowiło dołączyć duchowo do akcji „Polska pod krzyżem”. W ramach apelu maryjnego o 21-szej wierni, którzy tego dnia zebrali się bardzo licznie, szli w procesji za tym krzyżem, do którego strzelała Bauer.
Było to symboliczne pokazanie, że każdy kto walczy z krzyżem, przegrywa.
Jak głosi łacińskie przysłowie: Stat crux dum volvitur orbis – Krzyż stoi, podczas gdy świat się obraca. Ideologie przemijają, ale orędzie Chrystusa pozostaje żywe i skuteczne.
=======================
mail:
Miejscowi mówią, że miała rany dokładnie w tych miejscach, gdzie ugodziła Chrystusa w krucyfiksie.
Vincent, 18-miesięczny chłopiec z USA, w pełni wyzdrowiał po 52 minutach spędzonych bez pulsu – wynik ten jest związany z modlitwami o wstawiennictwo kardynała George’a Pella.
Chłopiec wpadł do basenu i został reanimowany po prawie godzinie bez oznak życia. Przez kilka dni pozostawał w śpiączce, ale w końcu zaczął samodzielnie oddychać.
Lekarze wypisali go ze szpitala w Phoenix bez uszkodzeń mózgu – co jeden z nich określił jako „naukową niemożliwość”.
Ks. Joseph Hamilton, były sekretarz kardynała Pella, modlił się podczas hospitalizacji Vincenta do swojego byłego mentora i wierzy, że wyzdrowienie było cudowne: „Mocno wierzę, że kardynał Pell wstawił się za nim”.
NIEZWYKŁA HISTORIA OŚMIU JEZUITÓW OCALAŁYCH z Hiroszimy[DWA opisy tego zdarzenia, czy cudu. Pierwszy z „Przymierza z Maryją”, nr. 41, drugi z książki „Jezuici”. Nawet tych, którzy nie chcą czytać „o cudach” proszę o przeczytanie II części MD] ———————————- Przeżyli wybuch bomby atomowej, która zniszczyła wszystko dookoła. W jaki sposób można wytłumaczyć to niezwykłe wydarzenie? Jest 6 sierpnia 1945 r. Amerykański bombowiec B-29 krąży po błękitnym niebie nad japońskim miastem Hiroszima. Niczego niespodziewający się mieszkańcy ledwie spoglądają z ziemi na samolot, nieświadomi tego, że ma on śmiercionośny ładunek, z którego siły rażenia tak naprawdę nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy. Ładunek, którego moc miała być właśnie na nich wypróbowana. Zrzucona bomba w mgnieniu oka zmiotła miasto z powierzchni ziemi. Domy rozpadły się, a ludzie zwyczajnie wyparowali. Ogromna kula ognia wzniosła się ku niebu, a potworna fala rozgrzanego gazu rozniosła zgliszcza w promieniu kilkunastu kilometrów. Pośród mieszkańców Hiroszimy był jezuita ojciec Hubert Schiffer. Rankiem 6 sierpnia 1945 r. po odprawionej Mszy św. właśnie zabierał się do śniadania. Kiedy zanurzył łyżeczkę w świeżej połówce grejpfruta, coś nagle błysnęło. Początkowo duchowny pomyślał, że pewnie eksplodował tankowiec w porcie. W końcu Hiroszima była głównym portem, w którym japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Potem, jak powiedział ojciec Schiffer: – Nagle potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy. Gdy ojciec znalazł się na ziemi i otworzył oczy, zdał sobie sprawę, że wokół jego domu nie ma nic. Wszystko zostało zniszczone. Tymczasem on miał zaledwie niewielkie zadrapania z tyłu szyi. Nieliczna wspólnota, licząca ośmiu jezuitów, do której należał ojciec Schiffer, mieszkała w domu blisko kościoła parafialnego, oddalonego jedynie o osiem budynków od centrum wybuchu. W tym czasie, kiedy Hiroszima była pustoszona przez bombę atomową, wszyscy jezuici zdołali uciec nietknięci, podczas gdy każda inna osoba znajdująca się w odległości do półtora kilometra od centrum wybuchu natychmiast umierała. Dom, w którym mieszkali katoliccy duchowni, stał na swoim miejscu, podczas gdy wszystkie inne budynki rozpadły się niczym domki z kart. W czasie, kiedy to się zdarzyło, ojciec Schiffer miał 30 lat. Ten jezuita nie tylko przeżył, ale cieszył się również dobrym zdrowiem przez następne 33 lata. W jaki sposób kapłan i pozostali misjonarze mogli przeżyć wybuch atomowy, który spowodował śmierć wszystkich innych w promieniu dziesięciu kilometrów od epicentrum wybuchu, a katoliccy duchowni byli oddaleni od niego zaledwie o jeden kilometr? Jest to absolutnie niewytłumaczalne z naukowego punktu widzenia. Interesującym faktem może się okazać to, że ta grupa była szczególnie oddana przesłaniu fatimskiemu. Jezuici „żyli” nim. Codziennie odmawiali różaniec i czynili pokutę. Co ciekawe, historia powtórzyła się kilka dni później w Nagasaki, drugim japońskim mieście dotkniętym wybuchem bomby atomowej. Zarówno w Hiroszimie, jak i Nagasaki jedynymi, którzy ocaleli, byli duchowni katoliccy. Jeszcze więcej budynków zostało zniszczonych. Jednak w obu przypadkach ocalały prawie nietknięte domy misjonarzy. Wszyscy inni znajdujący się w odległości trzy razy większej od miejsca wybuchu, aniżeli ci duchowni, zginęli natychmiast. Według praw fizyki jezuici – nawet jeśli udało im się jakimś cudem przeżyć – powinni byli zginąć w ciągu kilku minut w następstwie promieniowania. Tymczasem tak się nie stało… Po kapitulacji Japończyków amerykańscy lekarze powiedzieli ojcu Schifferowi, że jego ciało wkrótce zacznie się rozkładać w następstwie promieniowania. Ku wielkiemu zdziwieniu medyków ciało ojca Huberta nie tylko nie zaczęło się psuć, ale przez 33 lata nie wykazywało najmniejszych oznak napromieniowania ani żadnych innych skutków ubocznych spowodowanych wybuchem bomby jądrowej. Naukowcy przebadali grupę jezuitów 200 razy w ciągu następnych 30 lat i nie stwierdzili u nich nigdy żadnych skutków ubocznych. Czy mógł to być szczęśliwy traf? Czy konstruktorzy bomby mogli ją tak zbudować, aby nie zabijała amerykańskich obywateli? Nie ma takiej możliwości, by bomba atomowa skonstruowana z uranu 235 pozostawiła nietknięty niewielki obszar, podczas gdy wszystko dookoła znikało z powierzchni ziemi. Jezuici doskonale zdawali sobie sprawę z tego, kto był „sprawcą” tego cudu. Mówili: – Jesteśmy przekonani, że przeżyliśmy, ponieważ żyliśmy przesłaniem fatimskim. Żyliśmy i codziennie głośno odmawialiśmy różaniec w naszym domu. Ojciec Schiffer był przekonany, że ocalał dzięki opiece Matki Bożej, która uchroniła go od wszystkich negatywnych konsekwencji wybuchu bomby atomowej. Świeccy naukowcy nie dają wiary tym tłumaczeniom. Są przekonani, że musi istnieć jakieś inne „prawdziwe” wyjaśnienie tej zagadki. Tymczasem minęło ponad 60 lat od zdarzenia [w 2025 już 80 lat… md] i do tej pory nie są w stanie wytłumaczyć tego zjawiska. Z naukowego punktu widzenia to, co się przytrafiło tym jezuitom w Hiroszimie, wciąż przekracza wszelkie prawa fizyki. Trzeba przyznać, że musiała tam być obecna inna siła, której moc była w stanie przemienić energię i materię tak, by były one znośne dla ludzi. A to już przekracza nasze wyobrażenie. Dr Stephen Rinehart z Departamentu Obrony USA, ceniony na całym świecie ekspert w dziedzinie wybuchów jądrowych, tak to skomentował: Błyskawiczna kalkulacja pokazuje, że w odległości jednego kilometra od wybuchu dominuje temperatura od dwóch i pół do trzech tysięcy stopni Celsjusza, a fala ciepła uderza z prędkością dźwięku napierając z ciśnieniem większym niż 600 psi (1 psi to około 69 hektopaskali – przyp. red.). Jeśli jezuici znajdujący się w obrębie jednego kilometra od epicentrum wybuchu byli poza plazmą bomby atomowej, ich siedziba powinna być ponad wszelką wątpliwość zniszczona. Konstrukcje żelbetowe, jak i z cegły – z których zwykle zbudowane są centra handlowe – ulegają zniszczeniu w wyniku nacisku 3 psi. Takie ciśnienie powoduje uszkodzenie słuchu i wypadanie okien. Przy 10 psi uszkodzeniu ulegają płuca oraz serce. Z kolei ciśnienie rzędu 20 psi rozsadza kończyny. Głowa eksploduje przy ciśnieniu 40 psi i takiego naporu ciśnienia nikt nie jest w stanie przeżyć, gdyż czaszka zostaje zwyczajnie rozsadzona. Wszystkie bawełniane ubrania zapalają się w temperaturze około 200 stopni Celsjusza, a płuca wyparowują w ciągu minuty od wciągnięcia tak gorącego powietrza. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt nie powinien zostać przy życiu w odległości jednego kilometra. Ani w odległości dziesięć razy większej – dziesięć do piętnastu kilometrów od epicentrum wybuchu. Widziałem, jak rozpadały się ceglane ściany szkoły podstawowej. Sądzę, że zaledwie kilka osób, które nie uległy całkowitemu spaleniu, przeżyło. Ale umarły one w ciągu następnych piętnastu lat z powodu raka. Rekonesans zdjęć panoramicznego widoku z epicentrum wybuchu, gdzie znajdował się kiedyś szpital Shima Hospital, w pobliżu domu jezuitów, ujawnił, że pozostały dwa budynki nietknięte. Sądzę nawet, że w budynkach widoczne były okna. Jednym z nich był kościół oddalony kilkaset metrów od pierwszego budynku, którego ściany wciąż stały, jedynie zniknął dach. Departament Obrony nigdy oficjalnie nie skomentował tego wydarzenia i przypuszczam, że to było sklasyfikowane, ale nigdy nie poruszane w literaturze przedmiotu. Sądzę, że jest możliwe, iż jezuici zostali poproszeni o to, aby nigdy nie wypowiadali się na ten temat. Dla Boga, który stworzył materię i energię, to kwestia woli. Działanie praw, które rządzą tymi zjawiskami, zostało zwyczajnie zawieszone. To, co się stało w Hiroszimie i Nagasaki, przytrafiło się także w dawnych czasach wiernym sługom Boga: Szadrakowi. Meszakowi i Abed-Nedze, o czym mówi księga Daniela (3. 19-24): Na to wpadł Nabuchodonozor w gniew, a wyraz jego twarzy zmienił się w stosunku do Szadraka, Meszaka i Abed-Nega. Wydał rozkaz, by rozpalono piec siedem razy bardziej, niż było trzeba. Mężom zaś najsilniejszym spośród swego wojska polecił związać Szadraka, Meszaka i Abed-Nega i wrzucić ich do rozpalonego pieca. Związano więc tych mężów w ich płaszczach, obuwiu, tiarach i ubraniach i wrzucono do rozpalonego pieca. Ponieważ rozkaz króla był stanowczy, a piec nadmiernie rozpalony, płomień ognia zabił tych mężów, którzy wrzucili Szadraka, Meszaka i Abed-Nega. Trzej zaś mężowie, Szadrak, Meszak, Abed-Nega, wpadli związani do środka rozpalonego pieca. I chodzili wśród płomieni wychwalając Boga i błogosławiąc Pana. Oprac. AS ============================================== [A oto, jak tę sprawę opisał o. Malachi Martin, jezuita, we wspaniałej książce „Jezuici” (Exter, Gdańsk 1994, str. 353 i nast. MD] ….Czterdzieści trzy sekundy później, na wysokości 5.760 metrów powyżej poziomu ziemi Little Boy eksplodował kulą ognia o blasku jaśniejszym niż tysiąc słońc. Od tej chwili Hiroshima przybrała dla Pedro Arrupe nowe oblicze. Stała się krwawym przykładem tego, co może zrujnować bezbożne społeczeństwo; stała się żywym obrazem – akwafortą nakreśloną bólem i cierpieniem – tego, co może osiągnąć zachodnie zepsucie; stała się patetycznym komentarzem do niemożności zrozumienia przez Zachód tak całkowicie odmiennej myśli japońskiej. „Tego sierpniowego poranka, piętnaście i pół minuty po godzinie ósmej, wszystkie okna w rezydencji Arrupe w Nagatsuka pękły pod wpływem fali uderzeniowej, a niebo wypełniło się blaskiem, który później opisał jako „przygniatający i niosący zgubę”. Do czasu gdy, w trzydzieści minut po eksplozji, odważył się wraz z pozostałymi jezuitami wychylić z domu, burza ognia niesiona przez wiejący z prędkością ponad sześćdziesięciu kilometrów na godzinę wiatr otoczyła Hiroshimę. W chwili, gdy wysyłał pierwszą ekipę ratunkową na przedmieścia Hiroshimy – była to pierwsza ekipa medyczna w mieście, choć skromnie wyposażona – zaczął padać błotnisty, lepki, radioaktywny deszcz, przemieniając ciepło powietrza w przepełniający grozą chłód. Tego wieczoru dotarł do domu zakonnego w Nagatsuka jeden z ocalałych po eksplozji – student teologii wysłany przez innego jezuitę, ojca Wilhelma Kleinsorge, któremu w jakiś sposób udało się przeżyć. Od niego Arrupe uzyskał pierwszą relację z wydarzeń. W kolejnych tygodniach, w czasie gdy z innymi członkami zakonu przemierzali zgliszcza niczym anioły miłosierdzia, miał okazję ujrzeć to wszystko na własne oczy. Tom Ferebee starał się wycelować swą bombę tak, by spadła na Aioi, most w kształcie litery T łączący brzegi rzek Honkawa i Motoyasu. Lecz Little Boy wybrał na miejsce swej nuklearnej śmierci nie ten właśnie most, lecz podwórze szpitala Shimii, 140 metrów na południe od wejścia do świątyni Gokoku i tuż obok dziedzińca koszar wojskowych Churgoku. Niemal 80.000 osób zginęło na miejscu w centrum wybuchu. Kolejne 120.000 umierało. Spośród 90.000 budynków, 62.000 zostało zrównanych z ziemią. Sześćdziesięciu ze stu pięćdziesięciu lekarzy w Hiroshimie zginęło, większość pozostałych była ranna i umierająca. Z 1.780 pielęgniarek 1.654 zginęło lub odniosło śmiertelne obrażenia. Urządzenia szpitalne i zasoby Hiroshimy zostały zniszczone. A rząd japoński przez pierwsze dwie doby powstrzymywał się od wszelkiej reakcji. Arrupe widział okaleczone ciała i zniszczone budynki. Podczas wielu tygodni ciężkiej pracy, w rozmowach z hibakusha– „dotkniętymi przez eksplozję” ocalałymi -słyszał z ich ust opisy, w które trudno było uwierzyć, a w ich ciałach widział ślady pozostawione przez genshi bakudan – ,,niezwykłą małą bombę”, jak przerażona ludność Japonii określała Little Boy’a . Może wydawać się to zaskakującym, lecz pierwszą reakcją Arrupe na otaczające go przerażające obrazy – widok skóry odchodzącej płatami, niczym wosk, z ramion, nóg, czy z tułowia, przypominającej nieregularne łaty i strzępy gnijącej materii; głowy bez twarzy; poparzenia; szczególny bliznowiec występujący pod skórą; tysiące trupów; smród zgnilizny – nie był wybuch nienawiści do wojny. Tak jak wielokrotnie wspominał, odczuwał oczywiście przerażenie na widok ludzkiego cierpienia. Lecz nie mniejsze przerażenie przepełniało go wówczas, gdy jako jeden z niewielu przedstawicieli kultury Zachodu był, następnego ranka po zrzuceniu Little Boy, świadkiem śmiertelnego pobicia amerykańskiego pilota. Amerykanin, ocalały z katastrofy B-29 nazwanego LonesomeLady, został przez jednego z widzów opisany jako „najprzystojniejszy młodzieniec, jakiego kiedykolwiek widziałem”, „o blond włosach, zielonych oczach, białej, gładkiej niczym wosk skórze, silnie umięśniony i wyglądający potężnie niczym lew„. Japończycy przywiązali chłopca do pala na moście Aioi i przypięli doń kartkę ze słowami: „Uderz tego amerykańskiego żołnierza zanim przejdziesz”. W swym upokorzeniu, cierpieniu i klęsce, przechodzący mieszkańcy Hiroshimy spałowali i wreszcie ukamienowali umierającego chłopca. W nozdrzach Arrupe znacznie potężniejszy niż straszny smród rozkładających się ciał umarłych i umierających był „elektryczny zapach” jonizacji wydzielający się po wybuchu bomby. Nowa potęga, która z taką łatwością, w ciągu kilku zaledwie sekund, zamieniła wyasfaltowane ulice w bezkształtną masę, upiekła ziemniaki wciąż jeszcze rosnące w ziemi, wypaliła dynie wciąż wiszące na gałęziach, przemieniła piękne miasto w pełne gruzów cmentarzysko, była dla Arrupe znacznie istotniejszą zapowiedzią nieszczęścia, niż gnijące ciała czy ukamienowanie. Dwadzieścia pięć lat później, gdy poszukiwał przymiotnika najpełniej oddającego potęgę Chrystusa, użył określenia „super-atomowy„. Wraz z pojawieniem się Little Boy’a rozpoczęła się według słów Arrupe „nowa epoka wyłaniająca się z tworzenia nowego technologicznego humanizmu” emanującego z bezbożnych kręgów i centrów władzy Zachodu. Dostrzegł także „pojawienie się nowego rodzaju ludzi„. Do końca swego życia Pedro Arrupe nie utracił poczucia zdumienia z powodu tych nowych narodzin. „Hiroshima” – jak zwykł mówić – „nie odnosi się do momentu w czasie. Jest związana z wiecznością”. W katastrofie tej zauważył coś jeszcze. Przekonał się, jak wiele warci byli Japończycy. Widział ich wytrzymałość, nieposkromioną odwagę, widział jak odporna jest ich kultura. Bomby mogły niszczyć ich miasta, to prawda. Jednak zachodnia myśl, która stworzyła te bomby nie była w stanie zniszczyć ich umysłów. Ta właściwość Japończyków, rodzaj duchowego nastawienia, była dla Arrupe czymś specyficznym. Właśnie ta „nieprzepuszczalność, niemożność dotarcia” – irredenta w klasycznym tego słowa znaczeniu – wywarła naft takie wrażenie. Ze swej strony, Japończycy nigdy nie zapomnieli Arrupe niezmordowanych wysiłków w niesieniu pomocy, z jaką przyszedł dotkniętej uderzeniem Hiroshimie. Na zawsze pozostało w ich pamięci, że to właśnie jego ekipa jako pierwsza, w kilka zaledwie godzin po wybuchu Little Boy’a, przyszła na ratunek miastu. Zadziwiającym zrządzeniem losu pomoc niesiona miastu, do którego został wysłany, by znaleźć zapomnienie, spowodowała że po raz pierwszy znalazł się w świetle jupiterów. Japończycy wystosowali publiczne podziękowania Arrupe i zakonowi. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie ich wysiłki w niesieniu pomocy dotkniętemu kataklizmem miastu zaowocowały powojennym sukcesem jezuitów w Japonii. W czasie dwudziestu lat spędzonych w Japonii po 1945 roku jako wice-prowincjałowi wszystkich jezuitów w tym kraju – Arrupe traktowany był jako pewnego rodzaju znakomitość […]
Znany badacz cudownych uzdrowień w Lourdes, prof. medycyny Auguste Vallet twierdzi, że “medycyna nie zna takiej choroby, z której w Lourdes nie dokonałoby się w niewytłumaczalny dla nauki sposób, dobrze udokumentowane cudowne uzdrowienie”.
Dla wielu ludzi Lourdes i inne sanktuaria pozostają bardzo czytelnym znakiem Bożego działania. W ten sposób kochający Bóg apeluje do ludzkich serc z prośbą o nawrócenie, o otwarcie się na tajemnicę Jego Miłości. Niestety są jednak ludzie, których cuda te nie przekonują, ponieważ ich zdaniem nie są tak spektakularne i oczywiste, aby swoją oczywistością niejako zmusiły wszystkich do ich przyjęcia. Wszyscy sceptycy i różnej maści agnostycy i ateiści stawiają zarzut zawarty w pytaniu: dlaczego w Lourdes nikomu nie odrosła amputowana ręka czy noga? Według nich tylko wtedy daliby się przekonać. Tak argumentował swój brak wiary między innymi słynny pisarz Emil Zola, który chociaż był naocznym świadkiem cudownego uzdrowienia dwóch umierających kobiet to jednak nie uwierzył. Co więcej, napisał paszkwil zaprzeczający oczywistym faktom.
Trzeba tutaj jednak odnotować bardzo dobrze udokumentowany historyczny fakt, oficjalnie przez władze Kościelne uznanego cudu odzyskania amputowanej nogi po trzech latach od jej odcięcia. Ten niezwykły fakt miał miejsce 27.04.1641 r. w Saragossie w Sanktuarium Matki Bożej “Virgen del Pilar”. Trzeba tutaj mocno podkreślić, że jest to jeden z nielicznych historycznych faktów, które zostały bardzo precyzyjnie udokumentowane i co do jego autentyczności nie może być wątpliwości. Znany jest historykom jako “el milagro de Calanda”. Bardzo rygorystyczne badania historyczne stwierdzają, że młodzieniec Miguel-Juan Pellicer z miejscowości Calanda miał amputowaną poniżej kolana prawą nogę, która została pogrzebana na cmentarzu szpitala w Saragossie. Trzy lata po amputacji, po gorącej modlitwie do Matki Bożej, w nocy, w sposób niewytłumaczalny odcięta [i gdzieś tam przed laty zakopana… MD] noga została na nowo połączona z kikutem. Ten niezwykły cud odbił się głośnym echem w całej chrześcijańskiej Europie XVII w., ale i w XVIII prowokował nieudane próby jego kwestionowania ze strony racjonalistów Oświecenia.
Wracając do cudownych uzdrowień w Lourdes, warto tutaj przypomnieć jedno z nich, najbardziej szokujące lekarzy i obserwatorów. 16.02.1867r. Piotr de Rudder pracował jako robotnik u hrabiego du Bus de Ghisignies w Jabbecke (Belgia). Właśnie tego dnia upadło na jego lewą nogę ścinane drzewo i potrzaskało kości na liczne odłamki, co uniemożliwiało zrośnięcie. Na koszt hrabiego opiekowało się Piotrem po kolei kilkunastu lekarzy, jednak noga się nie goiła, tylko pokryła się zgangrenowanymi tkankami i ropiejącymi przetokami. Wszyscy lekarze, łącznie z profesorem Thiriart, chirurgiem dworu królewskiego, stwierdzili konieczność amputacji.
Chory jednak z uporem, pomimo strasznych cierpień, nie zgadzał się na odcięcie nogi. W tym też okresie w Oostacker pod Gandawą zbudowano kaplicę i grotę na cześć objawień Matki Bożej w Lourdes. Grota stała się sławna w Belgii, gdyż miały tam miejsce cudowne uzdrowienia. De Rudder postanowił udać się do Oostacker, by uprosić dla siebie cudowne uzdrowienie. 5 kwietnia 1875 r. poprosił żonę swego pracodawcy, panią du Bus, o pieniądze na podróż. Hrabina ogląda chorą nogę i notuje w dzienniczku: “De Rudder odwinął bandaże nasiąknięte ropą i krwią, czuć było nieznośny fetor. Widać było, jak oba końce złamanych kości wystawały z ran”.
7 kwietnia 1875 r. w towarzystwie żony udaje się do groty Oostacker. Złożono Piotra przed grotą, gdzie napił się wody ze źródła i siedząc przed figurą Matki Bożej żarliwie zaczął się modlić, prosząc o odpuszczenie grzechów i łaskę uzdrowienia. Nagle Piotr doznał dziwnego wstrząsu, odrzucił kule przeszedł kilka kroków, klęknął u stóp figury Niepokalanej i zawołał: Boże, jestem uzdrowiony! Jego żona z wrażenia zemdlała. Wszyscy obecni na widok tego, co się wydarzyło, z płaczem cisnęli się wokół cudownie uzdrowionego. Zdziwienie i płacz szybko przeszły w radość religijnego uniesienia. Spontanicznie uformowała się procesja z uzdrowionym Piotrem na czele, która kilkakrotnie obeszła grotę, śpiewając pieśni religijne. Później został przebadany przez komisję lekarską. Okazuje się, że noga w jednym momencie została całkowicie uzdrowiona, bandaże same opadły, złamane kości, piszczel i kość strzałkowa, same się zrosty, chociaż brakowało 6 cm kości, zniszczonych przez zgorzel w ciągu długich lat choroby, rany się zabliźniły. Dla wszystkich lekarzy, którzy leczyli Piotra, było oczywiste, że zdarzył się nieprawdopodobny cud. Kto dokonał tego dzieła? Naukowiec dr Le Bec napisał, że dla utworzenia fragmentu kości, który nagle zastąpił ubytek piszczelą i kości strzałkowej u połamanej nogi Ruddera, trzeba było 5 g wapnia. W organizmie chorego nie było tej ilości wapnia w stanie wolnym.
Skąd się więc ono wzięło?
Wszyscy lekarze, którzy leczyli Ruddera, po zbadaniu uzdrowionej nogi nawrócili się. Również hrabia du Bus, senator antyklerykalnej, masońskiej partii, zadeklarowany i walczący z Kościołem mason-ateista, kiedy zobaczył Ruddera wracającego w pełni zdrowia z pielgrzymki, nawrócił się. Powiedział wtedy do żony: “Nigdy nie wierzyłem w cuda. Lecz jeżeli de Rudder został uzdrowiony, to jest to prawdziwy cud. W ten cud ja wierzę”.
Czy jest możliwe, aby 6 cm brakującej kości w jednym momencie wzięło się z niczego?
Oczywiście, że cud ten jest mniej spektakularny od tego, który miał miejsce w Saragossie, ale również w Oostacker dokonało się stworzenie z niczego brakujących kości i ciała.
9 kwietnia dr Affenaer, lekarz Piotra de Rudder, ze łzami w oczach powiedział: “Jest pan uzdrowiony, Pańska noga jest nogą dziecka nowo narodzonego. Tego, czego nie potrafiła uczynić medycyna, mogła dokonać Maryja”.
Dr Van Hoestenbergke ze Stalhille, znany ateista, z pokorą pochylił czoło przed wszechmocą Boga. W czasopiśmie: “Revue des Ouestions Scientifigues” razem z dr Royer i dr Deschamps, opisał cud z naukową dokładnością, stwierdzając, że nie można tego uzdrowienia wyjaśnić siłami natury.
To cudowne wydarzenie badała specjalna komisja złożona z 22 lekarzy, katolików; innowierców i ateistów. Uzdrowienie to było przedmiotem licznych badań, również w Holandii, Anglii, Niemczech, Włoszech. W r.1892 dr Hoestenberghe napisał do dr Boissaire: “Bytem niewierzącym, ale cud Piotra de Rudder otworzył mi oczy”. Przed cudem rodzinna wieś Piotra słynęła z niewiary i złych obyczajów. Po uzdrowieniu ludzie się nawrócili i wszyscy zaczęli chodzić do kościoła.
Piotr Rudder zmarł 22.03.1892r. Siedem lat później dr Van Hoestenberghe z ekshumowanego ciała Ruddera wyjmuje piszczele i kości strzałkowe i daje ostateczny dowód podwójnego złamania i uzdrowienia. Dr Diday, który wcześniej bluźnit przeciw świętości Lourdes, a potem stał się jej obrońcą, napisał: “Jeżeli ręka była Boża, to jednak ślad, który zostawiła, jest na wskroś ludzki”.
Jack Traynor, brytyjski marynarz Royal Navy, który podczas I wojny światowej doznał ciężkich ran, został przez diagnozy lekarzy „skazany” na rychłą śmierć. Jednak dzięki głębokiej wierze doświadczył niezwykłego uzdrowienia we francuskim Lourdes. Historia została opisana w 1944 roku przez ojca Patricka O’Connora, irlandzkiego kapłana z Towarzystwa Misyjnego świętego Kolumbana. Kilka dni temu, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, arcybiskup Liverpoolu Malcolm McMahon ogłosił, że przypadek Traynora został oficjalnie uznany 71. cudem przypisywanym wstawiennictwu Matki Bożej z Lourdes.
Ojciec O’Connor w swojej książce I Knew a Miracle: The Story of John Traynor, Miraculously Healed at Lourdesopisał spotkanie z marynarzem Royal Navy podczas 10-godzinnej podróży pociągiem do Lourdes 10 września 1937 roku. Żołnierz opowiedział mu wówczas o swoim uzdrowieniu w 1923 roku. Wydarzenie miało miejsce w Lourdes i było następstwem poważnych ran odniesionych podczas wojny.
Kapłan przedstawił swego rozmówcę jako „masywnego mężczyznę” o wzroście 5’5” (około 165 cm), „o silnej, rumianej twarzy”. Zgodnie z opisem biograficznym, gdyby nie cudowne uzdrowienie, Traynor powinien być sparaliżowany, cierpieć na epilepsję, mieć liczne otwarte rany, zniekształconą, bezużyteczną prawą rękę oraz poważne uszkodzenie czaszki.
Marynarz był człowiekiem o „męskiej wierze i głębokiej pobożności”. Pomimo niewybitnego formalnego wykształcenia odznaczał się „jasnym umysłem wzbogaconym wiarą” oraz „wielką uczciwością życiową”. Był skromny, ale jednocześnie okazał się „nieustraszonym i bojowym katolikiem”, co wywarło wpływ na jego szczególne miejsce w historii cudownych uzdrowień związanych z Lourdes.
Z prostotą opowiadał o cudzie, którego doświadczył w miejscu objawienia Niepokalanego Poczęcia świętej Bernadecie Soubirous w 1858 roku. Ojciec O’Connor nie tylko spisał relację i przesłał ją do korekty samemu bohaterowi. Zapoznał się również z oficjalnymi raportami sporządzonymi przez lekarzy, którzy badali uzdrowionego. Przeszukał także archiwa ówczesnych gazet, aby potwierdzić wiarygodność tej opowieści. O cudownym uzdrowieniu informował m.in. „Journal de la Grotte” w grudniu 1926 roku.
Jack Traynor urodził się w Liverpoolu w 1883 roku. Jego matka, pochodząca z Irlandii, była gorliwą katoliczką, ale zmarła, gdy syn był jeszcze dzieckiem. „Jego wiara, przywiązanie do Mszy Świętej i Komunii – które przyjmował codziennie, co w tamtych czasach było rzadkością – oraz jego zaufanie do Maryi pozostały z nim jako owocne wspomnienie i trwały przykład” – napisał ojciec O’Connor.
Na początku I wojny światowej Traynor wstąpił do armii. Podczas jednej z bitew ucierpiał od artyleryjskich odłamków i stracił przytomność na pięć tygodni. W 1915 roku został wysłany do sił ekspedycyjnych operujących w Egipcie i rejonie Cieśniny Dardanelskiej. Wziął udział w lądowaniu na Gallipoli.
Podczas szarży na bagnety 8 maja 1915 roku został trafiony czternastoma kulami z karabinu maszynowego w głowę, klatkę piersiową i ramię. Odesłano go na leczenie do Aleksandrii w Egipcie, gdzie przeszedł trzy operacje w ciągu kilku miesięcy. W ich trakcie próbowano zszyć uszkodzone nerwy w prawym ramieniu. Lekarze zaproponowali amputację ręki, ale Traynor zdecydowanie odmówił. Wkrótce zaczął doświadczać ataków epilepsji. W 1916 roku przeprowadzono czwartą operację, która również zakończyła się niepowodzeniem.
Po wypisaniu ze szpitala Jack Traynor otrzymał 100-procentową rentę z powodu „trwałej i całkowitej niepełnosprawności”. W 1920 roku przeszedł kolejną operację, tym razem czaszki, mającą na celu leczenie padaczki. W wyniku zabiegu pozostawiono mu otwartą ranę o średnicy około dwóch centymetrów, którą przykryto srebrną płytką. Traynor codziennie doświadczał trzech ataków epilepsji i zmagał się z częściowym paraliżem nóg. Po powrocie do Liverpoolu poruszał się na wózku inwalidzkim.
Osiem lat po lądowaniu na Gallipoli, dziesięciu lekarzy, którzy go leczyli, zgodnie potwierdziło, że był „całkowicie i nieuleczalnie chory, niezdolny do pracy”. Ojciec O’Connor opisał go jako „prawdziwy wrak człowieka”. 24 lipca 1923 roku Traynor miał zostać przyjęty do szpitala Mossley Hill dla nieuleczalnie chorych, jednak dowiedziawszy się o organizowanej pielgrzymce do Lourdes, zdecydował, że zrobi wszystko, by wziąć w niej udział.
By sfinansować podróż, wykorzystał oszczędności odłożone na „szczególny wypadek”. Sprzedał też część swojego mienia, a jego żona zastawiła biżuterię. Wielu odradzało mu ten pomysł, obawiając się, że nie przetrwa trudów podróży. Tylko małżonka i „jeden lub dwóch krewnych” wspierali go, choć nawet oni uważali, że „postradał zmysły”.
Podróż rzeczywiście była wyczerpująca. Traynor czuł się bardzo źle, trzykrotnie próbowano przewieźć go do szpitala. Gdy w niedzielę 22 lipca 1923 roku dotarł do Lourdes, w jego opiekę zaangażowały się dwie protestanckie siostry z Liverpoolu, które przypadkiem przebywały w sanktuarium.
Po przybyciu Traynor był w stanie krytycznym. „Pewna kobieta napisała do jego żony, że nie ma dla niego żadnej nadziei i że zostanie pochowany w Lourdes” – zanotował ojciec O’Connor. Mimo tego chory marynarz został dziewięciokrotnie zanurzony w wodzie ze źródła w grocie. Uczestniczył również w nabożeństwach dla chorych.
Następnego dnia doznał silnego ataku epilepsji, co skłoniło wolontariuszy do odmowy ponownego zanurzenia go w basenach. Ostatecznie jednak ustąpili. Ku zdziwieniu wszystkich, ataki epilepsji nagle całkowicie ustąpiły.
We wtorek 24 lipca Traynor został po raz pierwszy zbadany przez lekarzy w sanktuarium. Ci szczegółowo opisali jego dotychczasowe dolegliwości oraz wydarzenia z pielgrzymki do Lourdes, stanowiące początek jego niezwykłego uzdrowienia.
W środę 25 lipca Jack Traynor „wydawał się być w tak złym stanie jak zawsze”. Świadomy, że w piątek 27 lipca planowana jest jego podróż powrotna, wydał ostatnie szylingi na zakup religijnych pamiątek dla żony i dzieci. Tego dnia udał się ponownie do łaźni w sanktuarium. „Kiedy byłem w łaźni, moje sparaliżowane nogi zaczęły się gwałtownie trząść” – relacjonował później. Wolontariusze, opiekujący się chorymi, obawiali się, że to kolejny atak padaczkowy. „Miałem trudności ze wstaniem, czując jednak, że mogę to zrobić bez problemu” – opisywał.
Po wyjściu z łaźni ponownie umieszczono go na wózku inwalidzkim i zabrano na procesję Najświętszego Sakramentu. Podczas celebry kardynał Louis Henri Joseph Luçon, arcybiskup Reims, niósł monstrancję. „Pobłogosławił dwóch chorych przede mną, podszedł do mnie, uczynił znak krzyża monstrancją i przeszedł dalej. Właśnie wtedy, gdy odszedł, zdałem sobie sprawę, że zaszła we mnie wielka zmiana. Moja prawa ręka, która była martwa od 1915 roku, zaczęła się gwałtownie trząść. Zerwałem bandaże i przeżegnałem się po raz pierwszy od lat” – wspominał Traynor. „Nie poczułem nagłego bólu, nie miałem również żadnej wizji. Po prostu zrozumiałem, że wydarzyło się coś doniosłego” – dodał.
Następnie udał się do byłej lecznicy, w której dziś znajdują się biura Szpitala Matki Bożej z Lourdes. Tam udowodnił, że jest w stanie przejść siedem kroków. Lekarze, którzy go badali, stwierdzili, że „odzyskał świadomą władzę w nogach” i może chodzić, choć z trudem. Wczesnym rankiem następnego dnia Traynor „ostatnim tchnieniem” otworzył oczy, wyskoczył z łóżka, uklęknął na podłodze, aby dokończyć Różaniec, a następnie wybiegł do drzwi. Boso, ubrany jedynie w piżamę, udał się do groty Massabielle, by podziękować Dziewicy Maryi za uzdrowienie. „Wiedziałem tylko, że muszę Jej podziękować i że grota jest właściwym miejscem, aby to zrobić” – opowiadał później.
Przed figurą Ukoronowanej Matki Bożej na Placu Różańcowym Traynor, pamiętając nauki swojej matki, złożył szczególną ofiarę. „Nie miałem pieniędzy, ponieważ wydałem ostatnie szylingi na różańce i medaliki dla żony i dzieci. Klęcząc tam przed Matką Bożą, postanowiłem rzucić palenie” – wspominał.
Traynor odnotował, że choć był świadomy otrzymania wielkiej łaski, w tamtej chwili nie przypomniał sobie wszystkich swoich wcześniejszych dolegliwości. Następnie dowiedział się, że ksiądz, który odradzał mu udział w pielgrzymce, chciał się z nim spotkać w swoim hotelu. Duchowny, widząc jego stan, zapytał, czy czuje się dobrze. „Powiedziałem, że czuję się dobrze, dziękuję, i że mam nadzieję, że on też. Rozpłakał się” – relacjonował Traynor.
W piątek 27 lipca lekarze ponownie go przebadali i stwierdzili, że jego prawa ręka oraz nogi całkowicie wyzdrowiały. Otwór w czaszce znacząco się zmniejszył, a ataki padaczkowe ustały zupełnie. Zaskoczyło ich również, że rany, które wcześniej opatrzono bandażami, zagoiły się, kiedy Traynor powrócił z groty. O dziewiątej rano mężczyzna wsiadł do pociągu powrotnego do Liverpoolu. W trakcie podróży odwiedził go arcybiskup Keating, prosząc o błogosławieństwo i rozmawiając z nim o cudownym uzdrowieniu.
Wieści o wydarzeniach w Lourdes dotarły do Liverpoolu, więc doradzono Traynorowi, by poinformował o swoim stanie żonę. „Nie chciałem robić zamieszania telegramem, więc wysłałem wiadomość: Czuję się lepiej – Jack” – wyjaśniał. Adresatka informacji, nieświadoma uzdrowienia, zakładała, że jej mąż wciąż jest w „zrujnowanym stanie”, zwłaszcza iż wcześniej dotarła do niej wieść o jego prawdopodobnej śmierci w Lourdes. Na stacji w Liverpoolu Traynora powitały tłumy, które musiała uspokajać policja. Po powrocie do domu, jak relacjonował, „nie potrafił opisać radości żony i dzieci”.
W kolejnych latach marynarz wrócił do pracy przy transporcie węgla, bez trudu podnosząc 200-funtowe worki. Trójka jego dzieci urodziła się już po uzdrowieniu w 1923 roku, a jednej z córek nadano imię Bernadette na cześć wizjonerki z Lourdes.
Uzdrowienie wpłynęło także na innych – dwie protestanckie siostry, które opiekowały się Traynorem w Lourdes, nawróciły się na katolicyzm, podobnie jak kilku członków jego rodziny i anglikański pastor.
Jack Traynor aż do swojej śmierci w 1943 roku, w przededniu uroczystości Niepokalanego Poczęcia, regularnie pielgrzymował do Lourdes. Ministerstwo ds. Emerytur Wojennych nigdy nie cofnęło mu renty inwalidzkiej, przyznanej dożywotnio.