Pomimo wojny popyt na samochody z segmentu premium oraz indywidualne numery rejestracyjne jest na Ukrainie rekordowy; jedną z głównych grup nabywców byli w ostatnich miesiącach urzędnicy państwowi – poinformował portal Ukrainska Prawda.
W artykule „+Jamesowie Bondowie+ naszych czasów” Ukrainska Prawda przytoczyła dane dotyczące rekordowego popytu. Jak podkreślono w publikacji, jej tytuł wziął się stąd, że hitem wśród numerów rejestracyjnych jest kombinacja cyfr 0007.
„W czasie wojny Ukraińcy chcą przemieszczać się elegancko. Wraz z rosnącym popytem na luksusowe samochody, tablice rejestracyjne +VIP+ stały się atrybutem prestiżu” – zauważył portal.
Dane ukraińskich instytucji wskazują, że w sierpniu i październiku 2023 roku rejestrowano ponad 800 importowanych (nowych lub używanych) samochodów z indywidualnymi tablicami rejestracyjnymi VIP. Najpopularniejsze są te zawierające kombinację czterech identycznych cyfr, wśród których niekwestionowanym liderem jest „7777”. Prawie tysiąc samochodów zarejestrowanych w ciągu ostatnich pięciu lat jeździ obecnie z takimi tablicami rejestracyjnymi.
Niestandardowe tablice rejestracyjne kosztują. Podczas rejestracji pojazdu wszystkie dokumenty związane z uzyskaniem zwykłej tablicy będą kosztować do 600 hrywien (około 67 zł). Jeżeli właściciel chce mieć znaki rejestracyjne z czterema identycznymi cyframi, oficjalnie musi zapłacić 30 tys. hrywien (około 3,4 tys. zł). Tyle samo trzeba wydać na kombinacje cyfr od „0001” do „0009”.
Jednak uzyskanie takich numerów nie zawsze jest łatwe. Przez długi czas ukraińskie MSW nie oferowało oficjalnie tablic z możliwymi kombinacjami, wstrzymując najbardziej pożądane kombinacje w celu stworzenia sztucznego popytu. Spowodowało to, że pośrednicy oferowali „prestiżowe” tablice rejestracyjne za 3-4 tys. dolarów. W 2019 roku wartość czarnego rynku handlu tablicami rejestracyjnymi oceniano na 100 mln hrywien (około 11,2 mln zł).
Pod koniec 2021 roku MSW ukróciło ten proceder, uruchamiając internetowy system sprawdzania dostępnych tablic rejestracyjnych w czasie rzeczywistym. W 2023 roku popyt na rejestracje „VIP” jest największy w historii, pomimo spadku sprzedaży nowych samochodów o połowę w porównaniu do roku 2021.
Wśród najpopularniejszych tablic rejestracyjnych w 2023 roku znalazły się kombinacje z siódemkami, w tym „0007”. „Widocznie ich właściciele identyfikują się z Jamesem Bondem. (…) Od stycznia do października na Ukrainie zarejestrowano 145 takich +agentów+, czyli o 150 proc. więcej, niż w analogicznym okresie 2021 roku” – zauważyła Ukrainska Prawda.
Drugim najpopularniejszym numerem jest 9999 (123 wydane komplety tablic w porównaniu do 80 w 2021 roku). Popularnością cieszą się też takie kombinacje, jak 7777, 0001, 8888.
Ukrainska Prawda zwróciła też uwagę, że choć sprzedaż nowych samochodów na Ukrainie spadła, to wzrósł popyt na samochody klasy premium. Najczęściej kupowanym autem jest w obecnie BMW X, które w najprostszej wersji kosztuje 4 mln hrywien (około 460 tys. zł).
Wiele śledztw dziennikarskich wykazało, że luksusowe samochody często kupowali w ostatnich miesiącach urzędnicy państwowi i ich krewni – czytamy na łamach Ukrainskiej Prawdy. Autorzy publikacji zasugerowali, że było to prawdopodobnie związane z tym, że urzędnicy ograniczali się w poprzednich latach z zakupami luksusowych dóbr, ponieważ do ubiegłego roku musieli składać deklaracje majątkowe. Obowiązek ten został wówczas zniesiony, a następnie przywrócony ponownie w październiku 2023 roku.
Jak zaznaczały w ostatnich miesiącach ukraińskie media, wiele danych wskazuje na to, że poziom korupcji jest obecnie najwyższy od czasu proklamowania niepodległości przez Ukrainę w 1991 roku.
W kluczową fazę wchodzi prowadzona przez Watykan swoista czystka wobec biskupów, którzy głoszą niezmienne zasady wiary katolickiej, wbrew głoszonemu ustami wpływowych hierarchów relatywizmowi i wbrew zwodniczym rojeniom o „płynnej doktrynie”. Odwołanie z urzędu biskupa Josepha Stricklanda to czarny dzień dla Kościoła katolickiego. Pisze o tym dobitnie w swoim oświadczeniu biskup Athanasius Schneider z Astany. Portal PCh24.pl publikuje oficjalne polskie tłumaczenie dokumentu.
***
„Zadaniem, które bez wątpienia pociągnie dziś za sobą ciężkie prześladowania, jest uważne strzeżenie tradycji Ojców”.
To właśnie te słowa św. Bazylego (List 243) mogą najlepiej zobrazować usunięcie z urzędu biskupa diecezji Tyler w Teksasie w USA, Jego Ekscelencji Józefa E. Stricklanda. Zdjęcie z urzędu biskupa Józefa E. Stricklanda stanowi czarny dzień dla Kościoła katolickiego naszych czasów. Jesteśmy świadkami rażącej niesprawiedliwości wobec biskupa, który wypełniał swój obowiązek, głosząc i otwarcie broniąc niezmienną katolicką wiarę i moralność oraz promując świętość liturgii, zwłaszcza za sprawą odwiecznego rytu Mszy. Nawet zadeklarowani przeciwnicy tego biskupa-wyznawcy rozumieją, że wniesione przeciwko niemu oskarżenia są tak naprawdę bezpodstawne i nieproporcjonalne; że zostały użyte jako dobry pretekst do uciszenia niewygodnego, profetycznego głosu wewnątrz Kościoła.
Biskupi padają dziś ofiarą tego samego losu, co w czasach kryzysu ariańskiego w IV wieku, kiedy usuwano ich z urzędów i skazywano na wygnanie tylko dlatego, że nieustraszenie głosili katolicką wiarę.
Jednocześnie Stolica Apostolska w żaden sposób nie karze ani nie utrudnia działalności tym biskupom, którzy otwarcie wspierają herezje, nadużycia liturgiczne, ideologię gender i zachęcają swoich księży do błogosławienia par homoseksualnych.
Biskup Strickland przejdzie do historii prawdopodobnie jako „Atanazy Kościoła w Stanach Zjednoczonych”, choć – inaczej niż św. Atanazy – nie jest prześladowany przez władzę świecką, ale przez samego papieża, jakkolwiek byłoby to niewiarygodne. Wydaje się, że w kluczową fazę weszła właśnie – trwająca już od pewnego czasu – swoista czystka biskupów, którzy są wierni wobec niezmiennej katolickiej wiary i dyscypliny apostolskiej.
Niech ofiara, o jaką nasz Pan poprosił biskupa Stricklanda, przyniesie wiele duchowych owoców, zarówno doczesnych jak i wiecznych. Wraz z innymi wiernymi biskupami, którzy są proszeni o rezygnację, którzy są spychani na margines albo będą następni w kolejce, biskup Strickland powinien z pełną szczerością powiedzieć papieżowi Franciszkowi: „Ojcze Święty, dlaczego nas prześladujesz i w nas uderzasz? Staraliśmy się czynić to, o co prosili nas wszyscy święci papieże. Z braterską miłością ofiarujemy to prześladowanie i wygnanie za zbawienie Twojej duszy i dla dobra świętego Kościoła rzymskiego. Zaprawdę, Ojcze Święty, jesteśmy Twoimi najlepszymi przyjaciółmi!”.
+ Athanasius Schneider, biskup pomocniczy w Archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie
================================
mail:
Mam taką prośbę [do red. Pawła Chmielewskiego] :
Prawdzic 15 listopad 2023
Bardzo dziękuję panu Pawłowi Chmielewskiemu za wielki wkład w obronę odwiecznego dziedzictwa Kościoła katolickiego i… I dlatego proszę o nie używanie tytułu „Ojciec święty” wobec człowieka pełniącego obowiązki Papieża, a który działa na rzecz rozmycia doktryny i praktyki Kościoła Chrystusowego. *** Tytułowanie Papież lub Franciszek jest wystarczające, Panie Pawle!
Do wygrania z rewolucją trzeba mieć stosowną strategię/e, taktykę/i i narzędzia (w tym słownictwo)!
Należy rozważyć… Należałoby pojechać do Watykanu w 10.000 (z każdego kraju, rotacyjnie) i stać tak wołając: wypie**alać (albo jakoś grzeczniej), aż ta masońska klika wyniesie się.
Napływ migrantów. / foto: screen YouTube: TVP Info
17 łodzi z ponad 800 migrantami dotarło we wtorek na włoską wyspę Lampedusa, co oznacza wyraźne nasilenie się ich napływu z brzegów Afryki. Łodzie wypłynęły z Tunezji i Libii, gdzie działają gangi przemytników ludzi.
Agencja Ansa podała za miejscowymi służbami, że przed północą z wtorku na środę na wyspę przybyło 187 migrantów, których na swój pokład z trzech łodzi zabrała jednostka patrolowa Straży Przybrzeżnej.
Służby porządkowe zostały postawione w stan najwyższej gotowości, gdy w ciągu niespełna trzech godzin przypłynęło 12 łodzi.
Wśród przybyszów są obywatele Gambii, Gwinei, Wybrzeża Kości Słoniowej, Somalii, Egiptu, Mali i Bangladeszu.
Zauważa się, że tak intensywny napływ migrantów nie jest typowy dla tej pory roku. Sprzyjają mu natomiast dobre warunki na morzu.
Ten rok będzie jednym z rekordowych pod względem fali migracyjnej. Od 1 stycznia przypłynęło do Włoch ponad 140 tysięcy ludzi.
Izraelska armia w Strefie Gazy. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: x/IDF
Dziennik „NRC” opublikował poufny dokument ambasady Holandii w Tel Awiwie, z której wynika, że izraelska armia używa „nieproporcjonalnej siły” i zamierza celowo spowodować „ogromne zniszczenia infrastruktury i ośrodków cywilnych” w Strefie Gazy.
„Izrael celowo atakuje infrastrukturę cywilną, taką jak mosty, drogi i kompleksy mieszkalne, co wyjaśnia dużą liczbę ofiar śmiertelnych w Gazie i stanowi naruszenie traktatów międzynarodowych i praw wojennych”. Między innymi takie sformułowanie zostało zawarte w ujawnionej notatce.
Jednocześnie w materiale pojawia się stwierdzenie, iż w jednym z izraelskich scenariuszy „Gazy bez Hamasu” jest przekazanie kontroli siłom międzynarodowym, które mogłyby się składać z krajów arabskich, w tym Arabii Saudyjskiej i Kataru.
Notatkę sporządził holenderski attaché ds. obrony, który wraz z zespołem intensywnie monitoruje sytuację w okolicach Gazy. Według raportu izraelskie kierownictwo polityczne i wojskowe nie ma jasnej strategii, a izraelskie pragnienie ostatecznego rozprawienia się z Hamasem jest „celem wojskowym, który jest praktycznie niemożliwy do osiągnięcia”.
„Ustalenia zawarte w poufnym raporcie stoją w jaskrawym kontraście z publicznymi oświadczeniami armii izraelskiej z ostatnich tygodni, która twierdzi, że robi wszystko, co w jej mocy, aby zapobiec śmierci cywilów w Palestynie” – czytamy w „NRC”.
Z materiału wynika, że izraelska armia używa „tak ogromnej siły”, aby ograniczyć własne straty i pokazać Iranowi i jego sojusznikom, takim jak Hezbollah, że „nie cofnie się przed niczym”.
W notatce zarzuca się także holenderskiemu rządowi, że jest świadomy „bezwzględnego podejścia Izraela”, a mimo to go nie potępia. W odpowiedzi niderlandzki MSZ stwierdził, iż „nie każdy dokument wewnętrzny należy postrzegać jako zalecenie polityczne”.
Tymczasem większość ugrupowań parlamentarnych, w tym tworzących rząd premiera Marka Ruttego, domaga się zwołania pilnej debaty w izbie niższej parlamentu (Tweede kamer) w sprawie sytuacji w Strefie Gazy po ujawnieniu notatki – poinformował we wtorek poseł partii D66 Sjoerd Sjoerdsma.
Rząd izraelski twierdzi, że demografia i zachowanie ciągłości pokoleń są dla niego najważniejsze, w związku z czym “kwestie etyczne odkłada na później”. Dlatego też zmieniono prawo i pozwolono pobierać spermę od Żydów poległych w walkach z Hamasem.
Żydzi pobierają spermę od zabitych żołnierzy. Według doniesień zagranicznych mediów Ministerstwo Zdrowia Izraela pozwala rodzinom na pobranie nasienia od mężczyzn, którzy zginęli w czasie trwającej od października wojny z Hamasem. Dotychczas na pośmiertne pobranie spermy od zmarłego trzeba było mieć nakaz sądowy. Obowiązek ten, choć nie zostało to oficjalnie ogłoszone, miał zostać tymczasowo zniesiony.
-Rodzina i dzieci są priorytetem dla Izraelczyków, co jest jednym z powodów, dla których kraj ten jest uznawany za jednego z pionierów w dziedzinie medycyny reprodukcyjnej – mówi cytowana przez “Münchner Merkur” dr Noga Fuchs Weizman, specjalistka ds. płodności z Tel Awiwu.
Według “Los Angeles Times” w ciągu miesiąca pobrano już nasienie od 33 mężczyzn. Czterech z nich było cywilami, pozostali – żołnierzami. Ministerstwo rekomenduje, by zabieg przeprowadzać przed pochówkiem zmarłego – najlepiej w ciągu 24 godzin od śmierci. W tym celu utworzono nawet specjalną jednostkę, czynną całą dobę, która współpracuje z Siłami Obronnymi Izraela i czterema szpitalami posiadającymi banki spermy.
Proces ten umożliwia pobranie i zamrożenie nasienia zmarłej osoby w celu jego późniejszego wykorzystania w przyszłości. – Nawet plemnik, który nie jest ruchliwy, może być żywy. Wiemy, jak go poruszyć po rozmrożeniu – podkreśla dr Yuval Or, ordynator izraelskiej kliniki.
Izraelskie Siły „Obronne” podały w minionym tygodniu, że od 7 października zginęło co najmniej 1400 osób.
NASZ KOMENTARZ: Warto przypomnieć, że w przypadku ekshumacji w Jedwabnem Żydzi twierdzili, że nie wolno przenosić zwłok z miejsca na miejsce, bo to rzekomo ich profanacja. W powyższym przypadku dają sobie prawo do majstrowania przy genitaliach zmarłych. Na tym właśnie polega etyka sytuacyjna. Zresztą sami stwierdzili, że etykę “zawieszają”.
Osobą zaatakowaną przez niedźwiedzia w Bieszczadach jest ekoaktywista, który w swoim mniemaniu sprawdzał, czy leśnicy nie zakłócają spokoju zwierzęcia. Tymczasem sam zakłócił spokój niedźwiedzia i teraz z licznymi obrażeniami leży w szpitalu.
Do ataku niedźwiedzia doszło w okolicach dawnej wsi Hulskie w Bieszczadach 12 listopada. Początkowo w eter poszedł komunikat, że zaatakowany został turysta.
Akcja ratunkowa trwała trzy godziny, a uczestniczyli w niej licznie GOPR-owcy i strażacy. Ze względu na trudny teren do poszkodowanego nie można było dojechać ani quadem, ani wózkiem transportowym. Ranny mężczyzna był niesiony na rękach.
54-letni mężczyzna trafił do szpitala. – Odniósł rany szarpane i kąsane twarzoczaszki, a także ramienia oraz pleców. Został chirurgicznie zaopatrzony. Jest przytomny i w logicznym kontakcie. Rokowania są dobre – mówiła Aneta Zwarig ze szpitala w Krośnie.
Atak niedźwiedzia. To aktywiści zakłócili spokój zwierzęcia
Nowe informacje na temat incydentu z niedźwiedziem przekazało Nadleśnictwo Lutowiska. Okazało się, że spokój niedźwiedzia zakłócił aktywista, który pojawił się tam, by sprawdzić, czy spokój niedźwiedzia nie jest zakłócany. To nie jest żart.
Jak wyjaśniają leśnicy, w okolicy gawry od maja prowadzono prace hodowlane, ale nie zbliżano się do samej gawry. To jednak nie podobało się aktywistom. Słali oni różne pisma o konieczności utworzenia strefy ochronnej wokół miejsca gawrowania niedźwiedzia.
Nadleśnictwo Lutowiska prace wstrzymało wraz z końcem października. „Powieszono fotopułapkę, która miała monitorować okolicę gawry” – czytamy.
Trwała procedura tworzenia wspomnianej strefy, o czym -zdaniem leśników – aktywiści doskonale wiedzieli. Mimo to postanowili pojawić się w tym miejscu, by sprawdzić, czy leśników tam nie ma. Zapuścili się za daleko. Wtedy niedźwiedź zaatakował.
„Niestety, w niedzielny wieczór 12 listopada naruszyli spokój gawrującego zwierza, prowokując dramatyczną sytuację, której stali się uczestnikami. Podkreślam fakt, że skoro sami składali wniosek o utworzenie strefy, winni zachować reguły, jakie wynikają z tej sytuacji” – pisze Nadleśnictwo Lutowiska.
Aktywista Łukasz Synowiecki z Inicjatywy Dzikie Karpaty, który towarzyszył poszkodowanemu koledze, a więc także naruszył reguły i zakłócił spokój niedźwiedzia, portalowi nowiny24.pl przesłał oświadczenie. Można je skrócić następująco: aktywiści chcieli dobrze, ale popełnili błąd.
„Niestety, nie dochowaliśmy należytego bezpieczeństwa i stąd atak niedźwiedzia. Bogatsi o to trudne doświadczenie, prosimy jeszcze raz – potraktujmy sprawę ochrony niedźwiedzi na poważnie. Nie wchodźmy im w drogę, twórzmy strefy ochronne w miejscach ich bytowania do których nie będą wchodzić ludzie, w tym ani leśnicy ani aktywiści, edukujmy o zagrożeniu” – oto fragment oświadczenia Synowieckiego.
Niejakie poruszenie i zdziwienie wywołało u wielu wystąpienie pana Donalda Tuska z okazji 11 listopada. Tym, co to spowodowało, był fakt przywołania przez niego pojęcia „naród”. Zadeklarował on: „Naród jest świętością do której każdy z nas ma prawa i nikt nigdy nie może tego prawa nas pozbawić”. Potem jest jeszcze bardziej wzniośle: „My, wielki Naród polski, świętujemy rzecz najważniejszą, niepodległą Rzeczypospolitą”.
To dziwne słowa w ustach polityka o nastawieniu liberalnym, w której to ideologii miejsca na uznanie znaczenia narodu, jak i na działanie w interesie narodu, obecnie nie ma. I nie jest to żadne odkrycie, ani jakaś niepewna teza, a tylko konstatacja oczywistości. Skoro jednak ktoś taki jak pan Tusk, przy okazji święta, odwołuje się do narodu polskiego i nazywa go wielkim i świętym, to można podejrzewać, że chodzić mu może o jakąś polityczną korzyść i tym bardziej należy mieć się na baczności. Na początek sprawdziłem, czy w sposób podobnie nabożny traktuje sprawę polskiego narodu statut partii, której pan Tusk jest przywódcą. I tu okazuje się, że w statucie Platformy Obywatelskiej, na 31 stronach tekstu, słowo „naród” w ogóle nie występuje, ani razu. To powoduje, że, dla mnie, Tusk nie jest jednak wiarygodny w tych swoich świątecznych deklaracjach o wielkim narodzie polskim.
Czy jednak takie odniesienie do Narodu powinno się w statucie legalnej partii politycznej znaleźć. Moim zdaniem tak, gdyż Konstytucja RP w artykule czwartym jasno stwierdza: 1.Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2.Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. Skoro zatem władza należy do Narodu, to wszyscy, którzy chcą ją sprawować, także partie polityczne, mogą to czynić tylko w imieniu tego Narodu, co powinno w jakiś sposób być wskazane w statucie partii. Są oczywiście w dzisiejszej Polsce partie, których statuty takie odniesienia do Narodu zawierają. Jest to Prawo i Sprawiedliwość oraz Polskie Stronnictwo Ludowe. Natomiast w statucie Platformy Obywatelskiej i Polski 2050 Szymona Hołowni, takich odniesień nie ma. I nie jest to zapewne przypadek.
Dlaczego zatem pan Tusk postanowił, przy święcie, opowiadać te rzeczy o Narodzie, czym pewnie mocno zdziwił, a może i zgorszył, nawet wielu swoich zwolenników, mających liberalne i lewicowe poglądy? Może przypomniała mu się historia Henryka IV, który, by zostać królem Francji, zmienił kiedyś nawet wiarę, dowcipnie przy tym to komentując: „Paryż wart jest mszy” (Paris vaut bien une messe).
Czyżby teraz rządy w Warszawie też były warte, dla Tuska, tego by jakoś, przynajmniej deklaratywnie, zmodyfikować polityczne poglądy? Aby opisać ten przypadek nie trzeba też uciekać się do przykładu francuskiego króla Henryka IV; wystarczy przytoczyć stare polskie przysłowie: „ubrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni.” To się też całkiem niedawno nazywało „mądrością etapu” i polegało na tym, że, przynajmniej na początku, trzeba było ukrywać rzeczywiste intencje aby zdezorientować i oszukać przeciwnika, którego zamierzano ostatecznie zniszczyć. Dlatego w 1947 roku, towarzysz Bierut szedł obok prymasa Hlonda w procesji Bożego Ciała.
Także w relacjach z sąsiadami były próby cynicznego wykorzystania przez zaborców polskiego patriotyzmu dla realizacji własnych celów. Takim najbardziej znanym przykładem, który Wojciech Kossak przedstawił na obrazie „ Jeszcze Polska nie zginęła – Gravelotte 1870”, jest wyjątkowo podły sposób motywowania przez Prusaków żołnierzy z Wielkopolski, których wysłano na wojnę z Francją. Pruska orkiestra wojskowa grała im, podczas straceńczego szturmu na francuskie pozycje, Mazurka Dąbrowskiego.
Mając takie doświadczenia historyczne, my w Polsce nie jesteśmy skłonni przyjmować za dobrą monetę jakiś szumnych patriotycznych deklaracji czynionych przez osoby, które wcześniej znane były z tego, że polskość uznawały na nienormalność. Być może pan Tusk się faktycznie zmienił i teraz to już w adoracji świętego i wielkiego Narodu chce przebić nawet Ruch Narodowy, ale ja pozostanę co do tego sceptyczny i tego nie kupuję.
“To jest bydle, nie człowiek, pies, a nie polityk”.
Taką bezlitosną ocenę wystawił swego czasu pewien, aktualny poseł KO [Michał Kołodziejczak.. md] . Komu? Hołowni.
Właśnie jesteśmy świadkami pierwszego politycznego targu Konfederacji, która zawierając niepisany pakt z „trzecią drogą do przepaści” zagłosowała na Hołownię współmianując go „Marszałkiem Sejmu”. Co zyskała Konfederacja?
Podczas głosowania tylko jeden poseł zachował się zgodnie z moimi oczekiwaniami i był nim Berkowicz, który zagłosował przeciw Witek i przeciw Hołowni.
Bosak za Hołownię
Bosak za Hołownię? Czy można to jakoś obronić? Czy traktowanie Sejmu jako zbiorowiska gorszego sortu błaznów, idiotów i cynicznych hochsztaplerów złagodzi ocenę? Niewykluczone, że taka właśnie będzie wykładnia w kuluarach Konfederacji. “Taka jest polityka”. Targ przy stoliku, który miał zostać wywrócony.
Nowo mianowany Hołownia jakiś czas temu zasłynął swoją osobistą wizją Sądu Ostatecznego podczas którego ludzie mają być sądzeni przez… świnie. Uściślając – będą to zmartwychwstałe świnie, które zostały zjedzone przez ludzi. Nowa Eschatologia przypadła do gustu wegetarianom na całym świecie, a nawet i dalej. Mam na myśli również wegetarianów niepraktykujących, próbujących od pewnego czasu wprowadzić do swojego jadłospisu robaki. Nie jest łatwo. Te zbierane z podłoża lub ze śmietnika nie mają atestu, lecz hodowane i mielone na mączkę mają mieć systematycznie polepszaną jakość.
Nowo mianowany zapowiedział już „śniadania z marszałkiem”, ciekawe z jakim menu? “Dołownia”, tak go nazywam, dał się poznać jako wyznawca i praktyk logiki wielowartościowej, optując za koniecznością likwidacji gotówki, stwierdzając za jakiś czas, że jest temu przeciwny, co nie oznacza, że tego nie popiera, rekomendując jej ostateczną likwidację.
Jak widać, na terenie Polin działa skutecznie fabryka produktów politycznych o mechanizmie klocków lego dostosowanym do percepcji tubylców. Klasyk nazwałby takie zjawisko “struganiem z banana” lub uruchomieniem kolejnej marionetki. Ku chwale Ojczyzny bez granic.
Як ви збираєтеся підтримувати національні та етнічні меншини у Польщі?
Як я написав у програмі «Новий президент. Бачення та конкретні кроки президентства», основою своєї політики я хочу зробити діалог та суспільну солідарність. Це стосується також діалогу з представниками національних меншин. Я переконаний, що Польща – це велика країна, у якій ми всі помістимося. Ми не мусимо в усьому погоджуватися, але повинні говорити одне з одним, вислуховувати аргументи усіх сторін. Можливо, залишаться питання, які нам не вдасться вирішити одразу, але це не має знеохотити нас до спільної зустрічі. Єдність не означає однорідність – це об’єднане різноманіття. І таке об’єднане різноманіття я хотів би зробити основою мого президентства.
2. Чи, на вашу думку, варто створювати меншинні культурні інституції? Чи ви би підтримали організації, які багато років намагаються створити осередки, що дали би можливість стабільного розвитку культури та ідентичності, наприклад, завдяки гарантованому бюджету і умовам, у яких уже не буде необхідності будувати діяльність лише на ґрантовій системі?
Спосіб розподілу бюджетних коштів наразі залишає бажати кращого. Незрозумілим є величезне фінансування одних інституцій за рахунок інших, які фактично приреченні на небуття. Президент повинен взяти слово у цьому питанні, хоч і відомо, що це слово не є вирішальним щодо бюджету. Проте треба мати на увазі, що культурна спадщина національних меншин збагачує культурну спадщину всієї країни та робить її значно цікавішою – що корисно і для тих людей, які не належать до меншинних середовищ.
3. Чи національні меншини повинні мати своїх представників у польському парламенті?
Нинішній спосіб участі в роботі парламенту у випадку меншин я вважаю правильним. Я відкритий до того, аби вислухати позиції представників цих середовищ та пропозиції рішень у цій справі.
3. Чи ви підтримали або ініціювали би зміни у польському виборчому законодавстві, які би створили таку можливість (наприклад, куріальну систему)?
Насамперед варто зосередитися на створенні форми постійної комунікації між національними меншинами та владою на всіх рівнях, наприклад, за зразком Спільної комісії уряди та місцевого самоврядування. Також варто подбати про те, аби парламентська комісія національних та етнічних меншин давала членам цих громад більше можливостей представляти свої проблеми для обговорення у парламенті.
4. Чи Сейм РП повинен засудити депортацію українців у рамках акції «Вісла» та визнати її комуністичним злочином? Чи ви підтримали або ініціювали би законодавчі рішення, які би дозволили повернути виселеним українцями їхні землі або, якщо це неможливо, – виплатити компенсації?
Акцію «Вісла» неодноразово засуджували представники польської влади: Сенат, президенти Александр Квасневський та Лех Качинський. Дуже погано, що нинішня влада не засудила акцію також у 2017 році на її 70-ту річницю. Для мене немає проблеми в тому, аби зло назвати злом, а застосування колективної відповідальності та насильства за ознакою національності – це завжди зло. Співпраця польського та українського народів мусить спиратися на правду, яка стосується також негативних моментів у наших відносинах. У 2018 році Верховний суд присудив відшкодування людині, виселеній у рамках акції «Вісла». Я вважаю, що вирішення таких справ через суд – це найкращий спосіб.
5. В останні роки в Польщі було знищено багато українських місць пам’яті. Як, на вашу думку, можна уникнути таких ситуацій у майбутньому?
Я вважаю, що польська влада повинна рішуче засуджувати будь-які акти вандалізму, особливо щодо поховань. Незалежно від того, чиї це поховання. Нам необхідна емпатична співпраця влади (на державному та місцевому рівнях) і представників національної меншини, а також – освітні заходи. У моїй освітній програмі є пункт, що стосується антидискримінаційного навчання. Я наголошую також на важливій ролі багатокультурності та поваги у суспільному житті. Двері моєї адміністрації завжди будуть відчинені для представників меншин.
6. Як слід вирішити питання українських нелегальних місць пам’яті в Польщі та польських – в Україні?
За допомогою тісної співпраці експертних комісій, до яких входили би юристи, історики та представники місцевого самоврядування.
7. Що було би пріоритетом вашої закордонної політики щодо України?
Гарні відносини з Україною є ключовими для нашої безпеки, вони мають також надзвичайно важливий людський вимір. На мою думку, необхідно створити польсько-український Інститут суспільного та історичного діалогу – спеціальний осередок, який займатиметься зв’язками між нашими суспільствами та вирішенням польсько-українських історичних суперечок. Роз’яснення історії важливе, але воно не може домінувати у наших відносинах. Роль президента в контактах з Україною традиційно є дуже важливою, а здатність влади обох держав до співпраці має підтримувати гарні відносини між народами.
8. У Польщі працює та навчається дедалі більше українських громадян. Як ви оцінюєте цей процес та польську політику інтеграції цієї спільноти?
Варто згадати, що останнім часом ця кількість зменшилася приблизно на 150-200 тисяч унаслідок пандемії коронавірусу – дуже б
гато людей через відсутність роботи та доходів були змушені повернутися в Україну. Ми невдовзі відчуємо це, коли у сільському господарстві чи у сфері громадського харчування почне бракувати робочих рук. На жаль, нам, полякам, як господарям, що повинні заохочувати іноземних працівників до інтеграції, ще далеко до ідеалу. У нашій країні немає цілісної міграційної політики. Існують ініціативи місцевої влади, але центральний уряд не робить нічого для підтримки процесу інтеграції іноземців у Польщі. У цьому питанні не допомагають також деякі заяви політиків ПіС на тему міграції.
9. Чи повинні, на вашу думку, іноземці з-поза ЄС, зокрема громадяни України, отримати в Польщі виборчі права на місцевому рівні?
Цю концепцію варто розглянути в контексті всіх людей, які виконують законодавчо визначену вимогу реальної приналежності до певної спільноти місцевого самоврядування (ґміни чи повіту), тобто ця ґміна чи повіт є для них реальним центром активної життєвої діяльності.
10.Чи вважаєте ви, що злочини, скоєні на ґрунті ненависті, зокрема з огляду на національність, останніми роками у Польщі почастішали та вимагають більшої уваги з боку держави? Чи як президент ви би засуджували публічно такі злочини та використання мови ненависті?
На жаль, у нас немає доступу до точних статистик на цю тему. З даних ОБСЄ випливає, що у 2016-2017 роках майже кожен п’ятий український громадянин, що проживав у Польщі, стикався з насильством на ґрунті ненависті. Про переважну більшість цих інцидентів не повідомляють відповідним службам. А якщо іноземець вирішує заявити про такий випадок, трапляється, що справу відкривають не за фактом злочину на ґрунті ненависті, а за фактом звичайного хуліганства, і, буває, потім швидко закривають.
З огляду на наявні у Польщі випадки насильства, скоєного на ґрунті ненависті, я вважаю, що необхідно якнайшвидше запровадити нову міграційну політику. Нам потрібен документ, який базуватиметься на ґрунтовних джерелах інформації про міграційні тенденції у Польщі, а не на емоціях та ненависті до окремих національних та релігійних груп. Важливо забезпечити основні права мігрантів і мігранток у нашій країні; також треба, аби держава, базуючись на міжнародних конвенціях прав людини, поважала права не лише тих іноземців, що шукають роботу, а й тих, які втікають від воєн та переслідувань. Окрім цього, влада повинна реагувати на випадки торгівлі людьми чи використання іноземних працівників.
Як президент я збираюся відкрито протистояти будь-яким формам дискримінації у нашій країні. Я хочу долучити до дискусії щодо реального втілення солідарності людей, що самі стикалися зі стигматизацією та виключенням. Уповноважений у справах стигматизованих осіб, якого я призначу, буде в режимі реального часу відстежувати регуляції та зустрічатися з людьми, маргіналізованими з огляду на їхній майновий статус, відсутність даху над головою, вік, наявність інвалідності, віру, якої вони притримуються, та етнічне походження. Сила спільноти вимірюється ситуацією її найслабших членів і членкинь.
„Już był w ogródku, już witał się z gąską…” Tak zaczyna się bajka Adama Mickiewicza o Lisie, który „już witał się z gąską”, a tymczasem wpadł do studni. „Inny zwierz na pewno załamałby łapy i bił się w chrapy, wołając gromu, ażeby go dobił” – ale nie Lis. Ujrzawszy Kozła, który mu się przyglądał, zaczął udawać, że pije wodę i głośno zachwalać jej niebywałe zalety. Kozioł, wzburzony możliwością, że Lis wypije mu całą tę wspaniałą wodę, postanowił go ze studni przegonić. W tym celu skoczył do niej, a Lis natychmiast wskoczył mu na grzbiet i ze studni się wydostał.
To prawie prefiguracja tegorocznych wyborów parlamentarnych w naszym nieszczęśliwym kraju. Wyposzczona po ośmiu latach opozycja, do której dołączyła Trzecia Noga, przypomina Kozła, który chciałby sam wypić całą wodę ze studni, podczas gdy Naczelnik Państwa, co to wygrał, ale przegrał, kombinuje, jakby tu wykorzystać koźle namiętności dla własnej korzyści. A wbrew pozorom, tych możliwości jest całkiem sporo.
Najprzód pan prezydent Andrzej Duda. Puszcza on mimo uszu nawet surowe rozkazy „Babci Kasi”, co to demonstrując przez Pałacem Namiestnikowskim, kazała mu natychmiast zwołać nowowybrany Sejm. Tymczasem pan prezydent postanowił wykorzystać cały 30-dniowy termin, jaki wyznacza konstytucja, wobec czego pierwsze posiedzenie Sejmu odbędzie się nie wcześniej jak 13 listopada. Posłowie będą składali ślubowania, chociaż nie wiadomo, czy wszyscy – na przykład pan mecenas Roman Giertych. Został wprawdzie wybrany, ale mandatu jeszcze nie otrzymał, bo ten uzyskuje się właśnie dopiero po złożeniu ślubowania. Wtedy też nabywa się immunitet. Na razie tedy pan mecenas nie ma immunitetu, w związku z tym, nie jest wykluczone, że kiedy tylko przekroczy granicę naszego nieszczęśliwego kraju, zaraz zostanie zatrzymany przez prokuraturę w związku z „nowymi zarzutami”, które mu postawiła. W dodatku, jeśli obrotny prokurator dogada się z jakimś rządowym sędzią, na którego dybią dzisiaj wszyscy płomienni szermierze praworządności i miłośnicy konstytucji z Kukuńkiem na czele, to od razu przysoli mu 3 miesiące aresztu wydobywczego. Tym razem prokurator na pewno będzie pilnował, by pan mecenas nie odwrócił się do niego tyłem, bo – jak wiemy w orzeczenia niezawisłego sądu nierządnego – zarzuty skutecznie można delikwentowi przedstawić tylko od przodu, a od tyłu – nie. Jeśli tak by się stało, to pan mecenas może nie złożyć ślubowania, a wtedy na jego miejsce wskoczy następny na liście wybrańców narodu i z upragnionym immunitetem trzeba będzie się pożegnać. Słowem – cały pogrzeb na nic.
Potem pan prezydent powierzy komuś od Naczelnika Państwa misję tworzenia rządu. Ten jegomość ma 14 dni na przeprowadzenie „rozmów programowych”, które w tym sezonie politycznym sprowadzają się do kwestii, do której nogawki zostanie przełożona Trzecia Noga. Od tego bowiem zależy, czy przedstawiony przez jegomościa rząd uzyska votum zaufania, czy nie. Jeśli nie – to pan prezydent nie będzie miał innego wyjścia, jak powierzyć misję tworzenia rządu Sejmowi, a jeśli Trzecią Nogę uda się przełożyć do nogawki Volksdeutsche Partei, to pan prezydent nie będzie miał innego wyjścia, jak ten rząd zaprzysiąc.
Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że to już koniec paroksyzmów. Wszystko bowiem może rozstrzygnąć się w całkiem innych kategoriach, a to z uwagi na art. 101 konstytucji, za którą płomienni szermierze praworządności z Kukuńkiem na czele bez wahania oddaliby życie. Ten artykuł stanowi, że „ważność wyborów (…) stwierdza Sąd Najwyższy”. Stwierdza – albo i nie stwierdza. Dotychczas zawsze stwierdzał, chociaż protestów wyborczych za każdym razem było co niemiara. Ale zawsze Sąd Najwyższy stwierdzał, że nawet jeśli protest był uzasadniony, to nie miał on wpływu na wynik wyborów. Dlaczego nie miał? Tajemnica to wielka i skazani jesteśmy na domysły. Ja na przykład domyślam się, że do sędziów, albo przynajmniej do Pierwszego Prezesa SN, przychodził ktoś starszy i mądrzejszy i mówił tak: wiecie, rozumiecie prezesie; te wszystkie protesty nie mogły mieć wpływu na wynik wyborów, nieprawdaż? W przeciwnym razie świat mógłby się zawalić, a z wami, prezesie, byłaby brzydka sprawa. Dzięki temu nasza demokracja funkcjonowała bez zarzutu.
Teraz jednak może być inaczej. Nie dlatego, że tegoroczne protesty są bardziej uzasadnione, niż tamte poprzednie, tylko dlatego, że z obfitości serca usta niektórych wybrańców narodu zaczynają nieprzytomnie chlapać, jak to będą przywracali praworządność w „wolnych sądach”, dusząc „sędziów dublerów” gołymi rękami. Tak się akurat składa, że w Sądzie Najwyższym tych sędziów zwanych przez Judenrat „Gazety Wyborczej” , za którym powtarzają postępaccy mikrocefale, „dublerami”, uzbierało się przez ostatnie 8 lat całkiem sporo. Skoro nawet my, biedni felietoniści, słyszymy te pogróżki dobiegające z czeluści świątyń demokracji, to niezawiśli sędziowie nie tylko też je słyszą, ale nawet mogą wyciągać na ich podstawie wnioski. Na przykład – jak wy tak, to my tak – co w przełożeniu na język ludzki oznaczałoby odmowę zatwierdzenia wyborów. I co w tej sytuacji uczyniłaby Volksdeutsche Partei ze stronnictwami sojuszniczymi?
Jej sytuacja byłaby trudna, dlatego, że nie mogłaby tym razem powoływać się na konstytucję, która po to zawiera art. 101, żeby w naszej demokracji niczego nie chybiało, żeby była ona, niczym żona Cezara – bez zarzutu. Z tymi żonami, nawiasem mówiąc, rozmaicie bywało. Na przykład żoną cesarza Klaudiusza była Messalina, słynąca z urządzania orgii, podczas których – jak podaje Swetoniusz Trankwillus – wyrażała żal, iż natura nie dała jej większych otworów w piersiach, by mogła wypróbować również takie dreszczyki.
Na takie dictum Sądu Najwyższego nie mógłby chyba też powiedzieć złego słowa Sąd Ostateczny IV Rzeszy w Luksemburgu – a poza tym zanim by ktoś tam naskarżył, zanim tamtejsi przebierańcy by się namówili, to upłynęłoby sporo czasu, w którym Naczelnik Państwa rządziłby sobie naszym nieszczęśliwym krajem, jak gdyby nigdy nic, ogołacając go z konfitur władzy. W takiej sytuacji do głosu mogłyby dojść emocje tym bardziej, że i BND mogłaby zacząć w tym kierunku ekscytować nie tylko naszych Umiłowanych Przywódców „demokratów”, ale również zadaniowaną przez siebie wywiadowczo, a nawet dywersyjnie część ukraińskiej diaspory – żeby urządziła w naszym nieszczęśliwym kraju powtórkę z wołynki. W tak sprzyjających okolicznościach przyrody pan prezydent nie miałby innego wyjścia, jak ogłosić stan wyjątkowy, podczas którego, jak wiadomo, nie można skrócić kadencji Sejmu – oczywiście starego, bo ten nowy byłby nieważny – i tak dalej. Jak widzimy, do powitania z gąską może być znacznie dalej, niż się wielu wydaje – i dlatego z demokracją niepodobna się nudzić.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Kosmiczna hipokryzja partii PIS oraz małość duchowa (brak odwagi, charakteru i formatu intelektualnego) JK oraz kompletna amoralność jego wybrańca (MM) doprowadziły nas na wyspę… Ventotene. Prawie nikt z wierzących w PIS tego nie przyzna. Ludzie nie lubią aż tak się mylić…
No cóż… PIS to żadna prawica, to ZP (Zjawa Prawicowa). Sugestywna. Profesjonalna zjawa (s y m u l a k r u m). MM to doskonały anestezjolog. Anestezjolog, który dokładnie wie, kto robi w Europie tę operację na państwach narodowych i jak temu komuś zrobić dobrze uchodząc przed swoimi za Konrada Wallenroda. Prezes zajęty bagnem jatek i walk partyjnych nie ma czasu wiedzieć, co się w ogóle dzieje na świecie ani dlaczego tak się dzieje. A poza tym związany jest wiarą w historyczną wielkość swego brata jako herolda traktatu lizbońskiego. Sytuacja bez wyjścia. Klasyczna tragedia na kanwie syndromu sztokholmskiego. UE tłucze J. Kaczyńskiego czym popadnie i gdzie popadnie a on ją kocha miłością dozgonną. Relacja car-bojarzy schodzi niżej, aż pod strzechy. Tzn. tak jak UE tłucze Polskę i J. Kaczyńskiego, tak sam Kaczyński tłucze i poniża swoich wyznawców. Sprzecznościami, absurdami, mrzonkami i pustym biadoleniem. To jakiś dziwny węzeł psychologiczny: kłębowisko zaspokajania niezdrowych potrzeb w szacie pobożnego patriotyzmu. Monstrum.
Spójrzmy teraz na bardziej systematyczny bilans “nierządów” ostatniego takiego tria (JK, AD, MM) autorstwa prof. Piotrowskiego:
“Wywiad można obejrzeć powyżej, dla leniwszych poniżej transkrypcja z wypowiedzi prof. Piotrowskiego:
– Warto zapytać czy my tę niepodległość jeszcze właściwie mamy – zaczyna prowadzący, wprowadzając temat.
Zaletą dla sympatyków PiS musi być z pewnością druga minuta materiału, kiedy przed kamerą zwróconą w kierunku rozmówcy, a więc prof. Piotrowskiego, przedefilował jego kot, którego polityk i naukowiec z uśmiechem przesunął, a przecież prezes PiS znany jest z sympatii do kota właśnie. Można nawet powiedzieć, że ma kota, jak wielu innych.
Przedmiotem rozmowy jest projekt zmian w traktatach europejskich, dotyczący ok 60 obszarów. – Czy mamy się czego obawiać? – pyta prowadzący
– Obawy są poważne, ale z drugiej strony droga do ich wprowadzenia jest bardzo daleka. Są to propozycje jednej z 20 komisji parlamentu europejskiego, komisji spraw konstytucyjnych.
Z drugiej strony propozycje zmian zawarte w dokumencie wypracowanym przez komisję są popierane przez większość Parlamentu Europejskiego, bo przez 5 z siedmiu grup parlamentarzystów. Dokument z jednej strony odwołuje się do Traktatu z Lizbony, a w drugim akapicie, do manifestu z Ventotene. To drugie odwołanie jest o tyle istotne, że autorami tego manifestu było trzech intelektualistów: Spinelli, Rosssi i Colorni, antyfaszystów a jednocześnie socjalistów włoskich. Swój manifest opracowali w 1941 w czasie pobytu w więzieniu na wyspie Ventotene.
Socjaliści – antyfaszyści włoscy, zapisali tam – cytat za wikipedią:
“konieczność stworzenia solidnego europejskiego państwa ponadnarodowego jako jedynego tworu zdolnego przeciwstawić się zapędom imperialnym pojedynczych państw narodowych. Według jego autorów unia państw europejskich stanowiła jedyne realne antidotum na triumfujący nacjonalizm epoki faszystowskiej. Nowa władza winna być wyłoniona w wyborach powszechnych i zastąpić państwa narodowe w następujących dziedzinach: finanse, polityka zagraniczna, polityka gospodarcza, obronność. ”
Naturalną była perspektywa socjalistów włoskich w 1941 roku, we Włoszech Mussoliniego. Byli socjalistami, a więc z definicji mieli nastawienie międzynarodowe i antynarodowe. Byli przeciw faszystom, eksploatującym narodowe i nacjonalistyczne sentymenty i nastawienia. Państwa narodowe, toczą ze sobą wojny, brak państw narodowych, to w ich perspektywie – brak wojny, która wówczas niszczyła Europę.
– Spinelli, pisał, że europejska rewolucja musi być socjalistyczna i proponował likwidację państw narodowych – tłumaczy prof Piotrowski. – A do Spinellego odwołują się obecnie wszyscy w UE, także obecne propozycje zmian traktatowych.
Propozycje zmian traktatów UE to 267 poprawek, zmierzających do likwidacji jednomyślności w wielu (czy wszystkich?) obszarach UE i przeniesieniu punktu ciężkości na instytucje, agendy unijne. Element ideologii postępu zawarty jest w propozycji, by we wszystkich dokumentach traktatowych UE, pojęcie równości kobiet i mężczyzn zastąpić pojęciem “równości płci”. Płci obecne w UE jest bodajże 56 – informuje prof. Piotrowski.
– Te zmiany traktatów popierają kanclerz Niemiec i prezydent Francji, a także – co jest niebagatelną sprawą – szefowa Unii Europejskiej Ursula Von der Leyen. Należy przypomnieć, że wszyscy europosłowie za nią głosowali. Także europosłowie Prawa i Sprawiedliwości.
– Ale żeby zlikwidować jednomyślność w Unii, potrzebna jest ta ostatnia, ostateczna jednomyślność. Czyli wszystkie państwa UE muszą się zgodzić. W tej chwili 13 państw unijnych sygnalizuje, że tego tekstu nie poprze, w tym odchodzący rządu PiSu, ale to trzeba jednak zauważyć, że Mateusz Morawiecki jako premier Polski godził się na w s z y s t k o.
– Najpierw zapowiadał, że się nie zgodzi, a potem na wszystko się godził. W związku z tym zachodziło by domniemanie, że również na te zmiany Morawiecki by się zgodził. Bo zgodził się na: Ursulę von der Leyen, zgodził się na całą Komisję Europejską, zgodził się na Fit for 55 [ tzw. zielony ład ], zgodził się na likwidację wszystkich polskich kopalń, zgodził się na europejską strategię gender i zgodził się na piramidę finansową nazywaną KPO, na który to płacimy, a nie dostajemy nic. Dlatego też i na to by się zgodził.
– Paradoksalnie uważam, że większe niebezpieczeństwo przyjęcia tych zmian traktatowych byłoby za rządów PiSu, bo jak powiedziałem Mateusz Morawiecki godził się na wszystko, a pomimo tego, że Donald Tusk jest w samym centrum tego mainstreamu, no to w kraju będzie miał koalicjantów, myślę tu o PSLu, który już zapowiedział, że takich zmian nie poprze.
– Dla establishmentu unijnego, paradoksalnie rzecz ujmując i może tu niektórych nawet zadziwię, ale dla pani Ursuli von der Leyen i całego stablishmentu unijnego, to bardziej wygodnym partnerem był i jest jeszcze Mateusz Morawiecki. Dlaczego? Gdyż Mateusz Morawiecki jako premier Polski zobowiązał się do wszystkiego, wszystko podpisał, wszystkie cyrografy. I to KPO, 750 mld Euro, bez podpisu Morawieckiego, von der Leyen nie mogłaby dysponować tą kwotą. I Morawieckiemu, co ważniejszej Polsce i Polakom, nie daje się nic. Natomiast tutaj, Tuskowi, no coś jednak trzeba będzie dać. Myślę, że jest wiele furtek aby uzyskać jakieś fundusze i sądzę, że o to będzie zabiegał Donald Tusk jako przyszły premier jak zostanie wybrany.
– Ja pisowcom podpowiadałem już od dawna, co trzeba zrobić, żeby natychmiast to odblokować. Idzie o likwidację Izby Dyscylinarnej Sądu Najwyższego. I politycy czy pseudopolitycy PiSu poszli błędną drogą. Moim zdaniem niektórzy to ferajna bezrefleksyjnych dyletantów, a część z nich, na czele z Mateuszem Morawieckim, którego Grzegorz Braun nazywa szachrajem, czyni to cynicznie, po prostu cynicznie.
– Co trzeba było zrobić [żeby odblokować środki z KPO]? Nie reformować Izby, nie nadawać jej jakichś nowych prerogatyw, nazw, coś zmieniać, czy jak inni mówią gmerać. Trzeba było po prostu tę Izbę zlikwidować. Na tydzień przynajmniej. Wysłać notę, że ona jest zlikwidowana i wtedy von der Leyen nie ma ruchu. Trzeba by było odblokować te pieniądze, bo Izba jest zlikwidowana. A tydzień czy dwa później, można było sobie powołać nową.
– Gdzie jest wola, tam jest rozwiązania – jak mówią Anglicy. Ze strony Morawieckiego – moim zdaniem – żadnej woli nie było. Jak będzie wola ze strony Tuska, no to coś dostanie. Ale uczulam na terminy.
– Warto przypomnieć – wtrąca prowadzący – że my chyba spłacamy już ten dług, którego nie zobaczyliśmy.
– My spłacamy dług za Niemcy, za Francję – odpowiada dalej prof. Piotrowski – za Holandię… Z punktu widzenia Brukseli trudno było sobie wyobrazić większego frajera w cudzysłowie, niż Mateusz Morawiecki. Zostawiam tu cudzysłów, bo moim zdaniem on gra po drugiej stronie i on był najwygodniejszy dla Unii Europejskiej. Nie łudźmy się, Tusk ma tam oczywiście swoje układy, ale jemu coś trzeba będzie dać i jemu w sensie Polsce. Zobaczymy jak to załatwi.
Prowadzący: – Ciekawe też jest czy Prawo i Sprawiedliwość przyłoży rękę do realizacji tych kamieni milowych, które samo podpisywało. Na przykład podatek od aut spalinowych. Możemy sobie chyba wyobrazić taką konstelację polityczną, gdzie Prawo i Sprawiedliwość będzie bohatersko broniło Polaków przed warunkami wynegocjowanymi przez Mateusza Morawieckiego.
– Władza Prawa i Sprawiedliwości osadzała się i osadza na dwóch filarach: na kłamstwie i na przekupstwie. Czyli mogli przekupować media, dziennikarzy, aby utrwalać swoją narrację, ale w chwili gdy odejdą od władzy no to te pieniądze się skończą. No i pozostanie im kłamstwo. Czyli będą brnęli w tę narrację, której nie da się już podtrzymać za pomocą pieniędzy… A tam [wśród kamieni milowych] są takie kwiatki, co nas dotknie najbardziej, czyli de facto: opodatkowanie normalnych aut, a docelowo likwidacja tego typu aut. A jeszcze jest zapis, że dostaniemy dotację na kolej, no ale trzeba będzie opodatkować drogi szybkiego ruchu i autostrady, które w tej chwili nie są płatne. Np. z Rzeszowa do Warszawy przez Lublin można pojechać szybką drogą bezpłatną. Aby uzyskać pieniądze z KPO trzeba będzie wprowadzić opłaty. No to PiS oczywiście okłamuje i okłamywał Polaków, bo przed wyborami zapowiedział, że autostrady będą bezpłatne, a z drugiej strony podpisuje, że te które są bezpłatne, będą płatne. Więc myślę, że tutaj się zaplątał w swoich kłamstwach. I tak to bywa, że jak już raz zacznie się kłamać, to później jest problem, żeby to wszystko odkręcić.
– Jak ludzie zobaczą do czego zobowiązał się Mateusz Morawiecki na blisko 500 stronach.Zobowiązywał się, tam bodajże strona 91, 92, do tej równości płci wszędzie. A w wypadku, gdyby ktoś zarzucił nam, że ta równość płci, nie jest jest przestrzegana… to można tam te środki cofnąć. To spadnie na następców, a śledząc poczynania pijarowe PiSu to oni będą mówić, że to nie oni, to Platforma.
Prowadzący: Czy można wyjść z Unii?
– No tak, ale Mateusz Morawiecki i większość sejmowa w tym pisowcy przegłosowali w polskim Sejmie decyzję Rady z 14 grudnia 2020 w sprawie zasobów własnych UE, w której zobowiązaliśmy się płacić, spłacać tę pożyczkę [chodzi o środki KPO] czyli zostaliśmy wplątani w tę pożyczkę, do 31 grudnia 2058 roku [to jest maksymalna data najpóźniejsza]. Więc czy w Unii Europejskiej będziemy, czy z niej wyjdziemy, to rząd PiSu tak nas urządził, że jesteśmy uwikłani finansowo w spłaty do 2058 roku.
– Przypomnę jeszcze artykuł 2 ustęp 4, gdzie w tej perspektywie finansowej Mateusz Morawiecki zgodził się na Radzie Europejskiej, a posłowie PiSu nad tym głosowali, że obniża się składkę członkowską do 2027 roku pięciu krajom, w tym Niemcom rocznie 3 mld 671 mln, co w perspektywie budżetu siedmioletniego daje obniżkę 25 mld 697 mln Euro. I ostatnie zdanie z tego akapitu: Te obniżki są finansowane przez wszystkie państwa członkowskie [ w tym Rzeczpospolitą ].
– Czyli, gdybyśmy zdecydowali o wyjściu z UE w przyszłym roku od 1 stycznia, to i tak będziemy płacić za Niemcy, za Danię i będziemy płacić za zaciągniętą pożyczkę, z której nie mamy nic, do końca grudnia 2058 roku.”
W tegorocznym Marszu Niepodległości uczestniczyła skromna delegacja polskiej mniejszości wybrana do Sejmu III RP. Hasłami Konfederacji Korony Polskiej były m.in. Stop USraelizacji Polskiej Racji Stanu i Nie dla Eurokołchozu.
Zareagował pieklący się od pewnego czasu w mediach społecznościowych, Yakov Livne – ambasador państwa powstałego w Palestynie.
CzarnaLimuzyna 13 listopada 2023 godz. 20:18Mam inne zdanie, niż ks. Isakowicz- Zaleski. Moim zdaniem amb. Israela doskonale wie, że może pozwolić sobie na bezczelne uwagi, właśnie dlatego, że mamy III RP -PRL bis.W innym kraju, być może już dawno byłby wyrzucony z hukiem. “PRL bis” nie ma ambasadora u Żydów w Palestynie. W PRL bis, w prożydowskiej stacji na temat Marszu Niepodległości produkowała się Ukrainka, mówiąc, że nie podoba się jej, że używamy słowa “naród”.Media gadzinowe już rozpoczęły odpowiednią narracje mającą oddzielić politycznie uległych Polaków od narodowców. Proszę zwrócić uwagę na powtarzające się słowo “narodowcy”
Najpierw zabił własne dziecko i psa, potem poszedł nad staw, pobił się sam ze sobą, dźgnął się nożem, potem stwierdził, że się zastrzeli, a na koniec utopi w stawie w taki sposób, żeby 1000 chłopa go nie znalazło przez dwa tygodnie. A policja oczywiście wszystko potwierdza.
O co tu chodzi, bo średnio inteligentny człowiek czuje smród na odległość. Podobnie dziwnie wygląda rozszerzone samobójstwo żołnierza Formozy z przed kilku tygodni. Po zabiciu własnego dziecka i psa zamyka się w łazience i kilkukrotnie dźga się nożem. Warto przypomnieć, że obaj żołnierze pracowali w tym samym miejscu, czyli w porcie Marynarki Wojennej w Gdyni.
Czy to możliwe, że ktoś chciał ich uciszyć, bo wiedzieli za dużo? Jeśli tak to czemu miało służyć zabicie dzieci? Przecież mogli spowodować im „nieszczęśliwy wypadek”.
Dzieci to bardzo czuły punkt. Myślę, że ta zbrodnia miała na celu uciszenie tych ludzi, ale także zastraszenie innych, którzy też mogą dużo wiedzieć. Pikanterii dodaje fakt, że policja zachowuje się tak, jakby współpracowała z zabójcami i nie próbowała wykryć prawdziwych sprawców tych strasznych zbrodni. To uciszy innych, bo zrozumieją że na policji pomocy nie znajdą. Ale to akurat nie dziwi. Tak samo policja zachowywała się przy zabójstwie Leppera, gen. Petelickiego, Berdychowskiego i jeszcze kilku innych „samobójców”.
I tak oto – z żołnierzy policja zrobiła morderców. Ja tego nie kupuję. Ilu żołnierzy wróciło z wojen w Afganistanie i Iraku z PTSD [to Zespół Stresu Pourazowego md] i jakoś nikt o takich zbrodniach nie słyszał. A przecież często żołnierze wracali z tych wojen w ciężkim stanie psychicznym. Na serio – dwóm żołnierzom służącym w tym samym miejscu nagle bez powodu odbija i obaj dokonują podobnej zbrodni? A policja nie potrafi połączyć dwóch kropek? Mają ludzi za idiotów czy sami są idiotami?
Niektórzy policjanci bardzo przejęli się, że wypłynęło zdjęcie zwłok Borysa w internecie. I bardzo dobrze, że są ludzie którzy nie zamiatają spraw pod dywan i patrzą policji na ręce. Człowiek który zrobił to zdjęcie pokrzyżował plany zabójcom i teraz będą stawać na głowie, żeby dorobić historię do tej szopki, która im nie wyszła za bardzo.
A jaka jest prawda i o co tu chodzi raczej się nie dowiemy. Na pewno nie od policji. Już w necie pojawiają się teorie spiskowe, że do portu w Gdyni przybyła jakaś broń biologiczna [czy odpady jądrowe md] . Czas pokaże, bo na pewno będziemy jeszcze świadkami ciekawych wydarzeń.
To wszystko śmierdzi na kilometr. Co łączy te straszne zbrodnie? Obaj „sprawcy” byli żołnierzami służącymi w porcie w Gdyni. Obaj dokonali strasznej zbrodni, zabijając własne dziecko i psa. W pierwszym przypadku „sprawca” popełnił samobójstwo, które jest przynajmniej dziwne… sam pociął się nożem.
W drugiej zbrodni „sprawca” uciekł z miejsca zbrodni po to, żeby wskoczyć do zbiornika wodnego.
No może i jest to możliwe, ale bardziej prawdopodobne jest to, że stwierdził, że ze złamanym nosem czy też innymi śladami walki dziwnie będzie to samobójstwo wyglądało. Nikt raczej nie uwierzy że walczył z 6 latkiem?
Co mógł wiedzieć starszy szeregowy? Wbrew pozorom bardzo dużo. Wystarczy sprawdzić kogo woził? Dowódcę? Kierowca dowódcy to jeden z najbardziej poinformowanych ludzi. Wygląda na to, że czasy seryjnych samobójców wracają.
Kto zabił Borysa? Wszystko wskazuje na to, że policja mataczy w sprawie. Codziennie byliśmy zasypywani informacjami, o jego spektakularnych ucieczkach z obławy. Podobno widział go śmigłowiec po czym „zapadł się pod ziemię”, goniło go dwóch żandarmów, a nawet dopadł pies, szóstego dnia spłoszony został ze swojej kryjówki, której zdjęcie krążyło w internecie.
Tak policja, poprzez media, tworzyła obraz nieuchwytnego, świetnie przygotowanego zabójcy własnego dziecka. To wszystko od początku się nie kleiło. I nagle po tych niesamowitych ucieczkach Borysowi się znudziło i postanowił się utopić? Coś jednak zabójcom nie wyszło. Ten super przygotowany do ukrywania się w lesie żołnierz został wyłowiony ze stawu w cienkich dresach ortalionowych. Serio? Być może codziennie rano, między ucieczkami przed tysiącami policjantów, chodził na poranny jogging?
Ja tego nie kupuję……
=======================
mail:
TO portal trojmiasto.pl opublikował zdjęcia zwłok Grzegorza Borysa. Bez żadnego retuszu czy zakrywania nieprzyjemnych widoków. Zwłoki były w stosunkowo dobrym stanie, co dziwi, jeśli przyjąć wersję, że 44-latek zmarł krótko po śmierci jego syna.
Ponadto Borys miał na sobie dres i adidasy, co kłóci się z wcześniejszymi medialnymi przeciekami, jakoby służby miały do czynienia z komandosem świetnie przystosowanym i przygotowanym do przetrwania w lesie.
Działacz kresowy idzie do więzienia za prawdę o Rzezi Wołyńskiej
Andrzej Łukawski – 70-letni działacz kresowy i organizator Marszu Pamięci o Ofiarach ukraińskiego Ludobójstwa – idzie do więzienia. To efekt wniosku złożonego przez Związek Ukraińców w Polsce.
Działacz kresowy idzie do więzienia za prawdę o Rzezi Wołyńskiej.
W 2019 roku Andrzej Łukawski, redaktor naczelny Kresowego Serwisu Informacyjnego oraz organizator Marszu Pamięci o Ofiarach ukraińskiego Ludobójstwa w Warszawie, został oskarżony o szerzenie nienawiści.
Prokuratorem prowadzącym jego sprawę był Maciej Młynarczyk z Prokuratury Rejonowej Praga-Północ, znanego m.in. z nękania ocalałych z kresowego ludobójstwa i współpracy z tzw. OMZRiK, założonym przez przestępcę Rafała Gawła.
Powodem wszczęcia sprawy były zamieszone przez Łukawskiego na Facebooku komentarze, m.in. “bandersyny”, “swołocz banderowska”, “dzicz stepowa”. Prokurator sugerował mu, że powinien “przeprosić i wyrazić skruchę”, by być łagodniej traktowanym – poinformował Andrzej Łukawski w rozmowie z portalem Kresy.pl.
Andrzej Łukawski został ostatecznie skazany m.in. za słowa “znajdzie się kij na banderowski ryj”. W kwietniu 2021 mężczyzna usłyszał wyrok 7 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata oraz karę grzywny w wysokości 2 tysięcy złotych (w pierwszej instancji wydano wyrok 8 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata).
Sąd zobowiązał go dodatkowo do “zaniechania publikowania w Internecie wypowiedzi “znieważających i zawierających treści dyskryminujące z uwagi na przynależność narodową i etniczną” oraz przeczytania książki autorstwa Witolda Szabłowskiego pt. ‘Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia’”.
Pierwsze działania zmierzające do odwieszenia wyroku, którego zawieszenie powinno się skończyć na początku przyszłego roku, wykonał kurator sądowy, twierdząc, że Andrzej Łukawski nie przeczytał książki Szabłowskiego. Sąd oddalił jednak jego wniosek.
Następnie Związek Ukraińców w Polsce złożył do sądu wniosek “o rozważenie zarządzenia wykonania kary” pozbawienia wolności oraz zobowiązanie mężczyzny do “powstrzymania się od korzystania i zamieszczania wpisów w serwisie internetowym Facebook”. W sierpniu 2023 Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa rozpatrzył wniosek pozytywnie i odwiesił wyrok, a w październiku br. Sąd Okręgowy w Warszawie utrzymał wyrok w mocy.
W przesłanym portalowi Kresy.pl uzasadnieniu stwierdzono, że Andrzej Łukawski nie przeczytał wspomnianej wcześniej książki, a także nadal używał we wpisach na Facebooku określeń “nachodźcy” i “banderyzacja”. Zdaniem sądu wyrok w zawieszeniu nie spowodował “pozytywnej zmiany”. Sąd stwierdził, że podeszły wiek mężczyzny oraz fakt leczenia onkologicznego nie stanowią powodów do zaniechania odwieszenia wyroku.
W efekcie 70-latek trafi na 7 miesięcy do więzienia. Poniżej prezentujemy treść orzeczenia sądowego w tej sprawie.
============================
mail RW:
Zatem Bandera i banderowcy są już pod opieka „polskiego” prawa.
(Flaga ZSRR, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Flickr, Brian Carson)
W Moskwie przeprowadzono 8 listopada konferencję naukową poświęconą setnej rocznicy procesu wytoczonego duchowieństwu katolickiemu w Związku Sowieckim. Odbył się on w dniach 21-26 marca 1923 a sądzono na nim księży katolickich z ówczesnego Piotrogrodu (późniejszego Leningradu). Zakończył się skazaniem ks. Konstantego Butkiewicza na karę śmierci, a abp. Jana Cieplaka i 12 innych kapłanów na różne kary pozbawienia wolności.
Konferencję otworzył arcybiskup archidiecezji Matki Bożej w Moskwie Paweł Pezzi, witając przybyłych dyplomatów polskich oraz przedstawicieli wspólnot religijnych. Mówiąc o rozprawach z 1923, które zapoczątkowały masowe represje przeciw katolikom rosyjskim, hierarcha zauważył, iż proces ten „wniósł coś całkowicie podstępnego, chytrego, diabelskiego, przedstawiając sprawę tak, gdyby oskarżonych prześladowano nie za wiarę, ale za działalność antysowiecką”. I dziś, gdy „chrześcijaństwo przeżywa trudne chwile, gdy usiłuje się je wykluczyć z życia społeczeństwa”, refleksja nad tamtymi wydarzeniami „może być bodźcem dla naszego świadectwa” – powiedział mówca.
Ambasador Polski w Rosji Krzysztof Krajewski powiedział, witając uczestników, że „wiara nas jednoczy, bez niej nie ma przyszłości”. Przypomniał, iż większość sądzonych sto lat temu księży katolickich stanowili Polacy, których oskarżano o działalność kontrrewolucyjną, zaznaczył jednak, że „stali się oni ofiarami prześladowań z powodu swojej wiary”. Dyplomata zaznaczył, że 30 października złożył kwiaty pod tablicą pamiątkową z nazwiskami represjonowanych katolików w krypcie moskiewskiej katedry pw. Niepokalanego Poczęcia NMP. Dodał również, iż w czasie swych podróży po Rosji zawsze przekonuje członków miejscowych stowarzyszeń polskich do poznawania dziejów represji wymierzonych w wierzących w XX wieku, do przekazywania tej wiedzy dzieciom oraz do „pokazywania, że chrześcijaństwo jest religią pokoju”.
Pierwszy referat Moskiewski proces sądowy 1923 roku nad duchowieństwem katolickim w ocenie urzędów sowieckich przedstawiła dr Jewgienija Tokariewa z Rosyjskiej Akademii Nauk (RAN). Na podstawie analizy dokumentów dotyczących tej sprawy stwierdziła, iż sądownictwo sowieckie było dalekie od norm prawnych a decyzje o uznaniu winy podejmowały różne resorty, które „nie zawsze mówiły jednym głosem”. Prelegentka zauważyła, że karę śmierci DLA ks. Butkiewicza i abp. Cieplaka narzuciło sądowi Biuro Polityczne KC Rosyjskiej Partii Komunistycznej (bolszewików), ale nie zgadzali się z tym ówczesny ludowy komisarz spraw zagranicznych Gieorgij Cziczerin i inny dyplomata Wacław Worowski, zatroskani o dobry wizerunek Rosji Sowieckiej na arenie międzynarodowej. Obawiali się też reakcji światowej, zwłaszcza Watykanu, który w owym czasie pomagał głodującym w Rosji. „Nie ma potrzeby płodzić męczenników” – mawiał Worowski. Przeciwny był też prokurator Krylenko, za co otrzymał ostre upomnienie od Biura Politycznego. Zdaniem Tokariewej polemiki te wywołały na Zachodzie pogląd o słabości władzy sowieckiej i odsuwały w czasie jej uznanie międzynarodowej. Ostatecznie na karę śmierci skazano i rozstrzelano tylko ks. Butkiewicza.
Inny historyk Aleksandr Biegłow z RAN nakreślił kościelno-polityczny kontekst tamtego procesu, który toczył sie w okresie ogałacania przez władze świątyń, także katolickich, z kosztowności pod pretekstem pomocy dla głodujących. Według mówcy a kampania ta, przeciw której ostro protestował m.in. ówczesny patriarcha Tichon, stała się kluczową w tworzeniu strategii władzy dążącej do zniszczenia wspólnot religijnych i postawa ta była aktualna przez następnych 20 lat.
O życiu katolików Piotrogrodu w latach dwudziestych opowiedziała dr nauk historycznych Walentina Biełkowska z Sankt-Petersburga. W 1917 w mieście tym było 30 kościołów i kaplic, w których posługiwało ponad 50 kapłanów, a w sumie w Rosji żyło wówczas 1,6 mln katolików. Ale już na początku 1919 rozpoczęły się aresztowania, zakazy sprawowania Mszy i nabożeństw, zamykano kościoły. Prelegentka szczegółowo przedstawiła działalność metropolity mohylowskiego abp. Edwarda von Roopa, wydalonego z Rosji Sowieckiej oraz sprzeciw katolików wobec rozgrabiania świątyń, aktywne popieranie swych duszpasterzy prezez parafian i działalność bp. Antoniego Maleckiego.
„Zajmowanie”, a w gruncie rzeczy rozkradanie i dewastowanie świątyń było również tematem referatu historyczki Anastasiii Miedwiediewej, także z Sankt-Petersburga. Zwróciła ona uwagę, że wierni bronili przede wszystkim sakralnej przestrzeni kościołów przed zbezczeszczeniem ich przez bolszewików, a mniej występowali przeciw samej grabieży. Prowadziło to w efekcie do opieczętowywania, a następnie zamykania świątyń.
Inny historyk Aleksandr Sielicki z Uniwersytetu w Kubaniu i przewodniczący Polskiego Ośrodka Narodowo-Kulturalnego w Krasnodarze, autor wielu opracowań nt. dziejów Polaków na tym terenie, opowiedział o tamtejszych parafiach katolickich, w większości złożonych z Polaków, w latach dwudziestych. Wskazał na bliską i zgodną współpracę katolików łacińskich i ormiańskich i zauważył, że katolicy byli nawet wśród miejscowych Kozaków. Wspomniał również, iż w obronie prześladowanych katolików wystąpiła nawet rodzona siostra Feliksa Dzierżyńskiego.
Czołowy historyk katolicyzmu w Rosji dr Aleksiej Judin mówił o Maurice Conradim (1896-1947) – białym oficerze rosyjskim, który w 1923 zastrzelił w Lozannie wspomnianego W. Worowskiego. Gdy w Szwajcarii rozpoczął się jego proces, emigracja rosyjska starała się przekształcić rozprawę w akt oskarżenia bolszewików, a do obrony Conradiego próbowano namówić wydalonych z Rosji w 1922 dwóch katolików, którzy jednak odmówili podjęcia się tego zadania, głównie z obawy o sytuację swych współwyznawców w Rosji. Nie uchroniło ich to jednak od wzmożenia ich prześladowań.
Po konferencji jej uczestnicy zeszli do znajdującego się w krypcie katedry Muzeum Rzymskokatolickiej Archidiecezji Matki Bożej w Moskiwe, gdzie otwarto wystawę poświęconą represjonowanym ponad sto lat temu katolikom rosyjskim.
Proces w sali byłego Zgromadzenia Szlacheckiego w Moskwie odbywał się w dniach 21-26 marca 1923. Oskarżonym zarzucano tworzenie antysowieckiej organizacji kontrrewolucyjnej w celu przeciwstawiania się dekretowi o rozdziale Kościoła od państwa i instrukcji o trybie wcielenia w życie tego postanowienia. 31 marca ogłoszono wyrok i tego samego dnia rozstrzelano dziekana petersburskiego, proboszcza parafii św. Katarzyny ks. Konstantego Butkiewicza, podczas gdy zwierzchnik Kościoła łacińskiego w Rosji abp Jan Cieplak, egzarcha katolików rosyjskich obrządku bizantyńskiego o. Leonid Fiodorow i dalszych 11 kapłanów otrzymali kary więzienia różnej liczby lat.
Doktor Richter był oczywiście bohaterem w świecie nauki. W swoim małym, karygodnym eksperymencie ustalił jednak, że przynajmniej szczury były w stanie wydatkować energię tak, aby utrzymywać się przy życiu, jeśli wprowadzono je (fałszywie) w przekonanie, że w pewnym momencie zostaną uratowane, tj. ich wysiłki, aby pozostać przy życiu, mogłyby trwać niemal w nieskończoność, jeśli wierzyłyby, że te wysiłki się opłacą.
W czasach, gdy w Stanach Zjednoczonych prawie wszystko robiono w imię nauki (obecnie już nie bardzo, teraz wszystko robi się w imię pieniędzy), dr Curt Richter, znany fizjolog i behawiorysta, przeprowadzał swoje przełomowe [seminal] eksperymenty na szczurach. Swój najsłynniejszy eksperyment przedstawił gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa.
Testy te miały na celu odkrycie wpływu rozpaczy i beznadziei na przeżywalność szczurów.
Jak wiadomo, życzliwy naukowiec umieścił swoje ukochane szczury w wiadrach z wodą i zaczął mierzyć czas ich szalonego pływania. Bo widzisz, szczury wierzyły, że utoną, i robiły, co mogły, aby ocalić swoje żałosne życie.
Nie zdawały sobie sprawy, że dobry lekarz ma delikatną duszę i uratuje ich przed wodną śmiercią. Ale tego nie zrobił. Przynajmniej nie na początku. Wiele szczurów spotkało swojego stwórcę po około 15 minutach daremnego machania łapkami.
Następna tura szczurów okazała się mieć więcej szczęścia, choć niektórzy powiedzieliby, że pecha. Tych żałosnych osobników obserwowano aż do wskazanego momentu wyczerpania, lecz w ostatniej chwili wyłowiono z wody, delikatnie osuszono i odstawiono by odpoczęły. Ocalały.
To na pewno cud. I co za ulga.
Po krótkiej dawce odpoczynku szczury wrzucono z powrotem do wiader, które to ostatecznie okazały się ich wodnym grobem – ale nie w określonym powyżej 15-minutowym czasie wyczerpania, ale po dosyć imponujących i zadziwiających SZEŚĆDZIESIĘCIU GODZINACH! Och, cuda nad cudami, jak to możliwe, że te maleńkie stworzenia mogły przedłużyć ulotną energię potrzebną do pozostania przy życiu przez tak długi czas?
Nadzieja! Nadzieja, powiadasz? Tak, to była nadzieja.
Uratowano je już wcześniej, zatem z całą pewnością zostaną uratowane ponownie! Miały niekwestionowane zaufanie do doktora Curta i wiedziały, że w ostatniej chwili wybawi ich od pewnej śmierci. Ale on tego nie zrobił. Nie. Dobry lekarz chciał zobaczyć, jak długo ta nadzieja ich utrzyma. Jak długo ten promyk wiary w dobroć człowieka może świecić w sercach i mięśniach najbiedniejszych z biednych zwierzątek.
Ale ten wybawiciel nigdy nie przybył i po około 60 godzinach (plus minus kilka minut) wszystkie w końcu poddały się. Po upływie 60 godzin z pewnością niektóre stworzenia zostały usunięte z wiadra ze względów humanitarnych. A może i nie. Uczy to wiary, nieprawdaż? Cóż, przynajmniej wiary w ludzi. Trudno powiedzieć, czy szczury są świadome miłosierdzia Bożego. Może one wszystkie popijają teraz margaritę w szczurzym raju. Kto wie.
Doktor Richter był oczywiście bohaterem w świecie nauki. W swoim małym, karygodnym eksperymencie ustalił jednak, że przynajmniej szczury były w stanie wydatkować energię tak, aby utrzymywać się przy życiu, jeśli wprowadzono je (fałszywie) w przekonanie, że w pewnym momencie zostaną uratowane, tj. ich wysiłki, aby pozostać przy życiu, mogłyby trwać niemal w nieskończoność, jeśli wierzyłyby, że te wysiłki się opłacą.
Psychologowie często przytaczają ten eksperyment jako dowód na siłę nadziei. Okazuje się, że nasza perspektywa może być niezwykle potężna. Kiedy mamy nadzieję, że nasza sytuacja jest przejściowa i możliwa jest zmiana, potrafimy dokonywać niezwykłych wyczynów. Nadzieja może być czynnikiem, który zmienia wynik z naprawdę złego na naprawdę dobry, przynajmniej w przypadku szczurów.
Zastanawiam się, czy dr Richter chciał (przynajmniej w tajemnicy) przeprowadzić swój eksperyment na ludziach, ale nie miał tego szczęścia, aby znaleźć się w środku Niemiec 10 lat wcześniej. Naziści z pewnością chętnie by się zgodzili.
Czy to jedyna rzecz, jaką odkrył? Nie sądzę. Odkrył także, że jeśli dasz zwierzęciu trochę luzu, to znaczy, jeśli na chwilę przestaniesz je torturować, a potem sprawisz, że pomyśli, że uratowałeś sytuację, możesz wrócić do torturowania ich, a one będą to znosić dalej – ochoczo – dopóki nie padną martwe.
Przypomina mi się eksperyment BF Skinnera z gołębiami. Chociaż nie mogę znaleźć dokumentacji dotyczącej tego konkretnego eksperymentu, który zamierzam opisać, jestem całkiem pewien, że tak właśnie się działo, chociaż biorąc pod uwagę mój obecny wątpliwy stan umysłu, całkiem możliwe, że to wymyśliłem.
Wygląda to tak (a przynajmniej tak mi się wydaje):
Doktor Skinner podawał swoim małym pierzastym przyjaciołom ziarna kukurydzy (lub inny przysmak, który uwielbiają gołębie) za każdym razem, gdy stworzenia dziobały dźwignię. Po dłuższym czasie prania mózgów gołębiom, aby uwierzyły, że dziobanie dźwigni w cudowny sposób daje smaczny kąsek, Skinner przestał go podawać. Gołębie nadal dziobały.
Po pewnej liczbie dziobnięć zmęczyły się i znudziły, i doszły do wniosku, że może dziobanie dźwigni po prostu nie wywołuje żadnych cudów. Następnie, w odpowiednim momencie, Skinner zaczął dostarczać kukurydzę w odpowiedzi na dziobanie niemal na granicy wyczerpania. (Zwykle tuż przed tym, gdy zazwyczaj przestawały dziobać. Widzisz, doszedł do tego wszystkiego, robiąc skrupulatne notatki i wiedział dokładnie, kiedy nastąpi ostatnie dziobanie, zanim ptaki się poddadzą. Był dobrym naukowcem).
Potem znowu odcinał kukurydzę, gdy biednym ptakom wydawało się, że już się zorientowały. Znów dziobały przez jakiś czas, a stary Skinner znów zaczynał podrzucać kukurydzę, gdy tylko miały się poddać. Po kilku rundach tej zabawy w dziobanie i kukurydzę, gołębie już nigdy nie zaprzestawały dziobania. Nigdy. Chociaż kukurydza już nigdy się nie pojawiła, dziobały, dziobały i dziobały.
I TO JEST NADZIEJA!
Połącz te dwa eksperymenty razem, a otrzymasz coś interesującego. Nie nazywajmy tego „nadzieją”, ale raczej „zaufaniem”… a tak naprawdę to dziwnym rodzajem zaufania.
Szczury zaufały Richterowi, że uratuje je po długim czasie machania łapkami w wodzie. Co zrobił za pierwszym razem, tuż przed tym, gdy był pewien, że umrą. Skinner „uratował” swoje gołębie w ten sam sposób, ale nie za tak wysoką cenę. Ptaki przeżyły, choć były w dziwnym stanie psychozy. Nigdy się nie poddały. A gdyby szczurów Richtera nie dopadło zmęczenie, one też by się nigdy nie poddały.
Jaki to ma związek z dniem dzisiejszym? Cóż, zastanów się. Kiedy zaczęła się wielka panika związana z covid, nasz łaskawy rząd powiedział nam, że wszyscy na pewno umrzemy, jeśli nie będziemy kontynuować pływania i dziobać dźwigni. W ramach eksperymentu covidowego przeszliśmy przez różne zawirowania – lockdowny, dystans społeczny, zakaz zgromadzeń, odwołane śluby, pogrzeby, nabożeństwa, zamknięte firmy – dziobanie, dziobanie, dziobanie, ale bez kukurydzy. A kiedy pojawiła się szczepionka, było jeszcze więcej pływania i dziobania.
Aż tu nagle zostaliśmy uratowani! To wszystko się opłaciło! Sypnęło kukurydzą i wyciągnięto nas z wiadra. Covid się skończył, lato było przyjemne, ciepłe (no nie, wrzało [boiling], nieprawdaż? Ach, to już inna historia… przepraszam.) Wszystko wróciło do normy.
Ile czasu upłynie, zanim wrzucą nas z powrotem do wiadra? Zacznijcie pływać, ludzie, ale nie martwcie się, znowu będziemy uratowani! Dobrzy lekarze mają dobre serca. Na pewno zostaniemy uratowani.
Piątka z psychologii czyli jak nas kontrolują Świat to zagmatwane miejsce. Ludzie robią rzeczy, które nie mają żadnego sensu, myślą o rzeczach, które nie są poparte faktami, znoszą rzeczy, których nie muszą znosić, i zaciekle atakują tych, […]
Chrystianizacja ziem polskich, zapoczątkowana chrztem księcia Polan Mieszka I, przebiegała dynamicznie. Jednak, jak wszędzie, wiara rodziła się z krwi męczenników.
Światło z Monte Cassino
Zakon benedyktynów, założony w roku 529 przez św. Benedykta z Nursji, jedna z najstarszych wspólnot monastycznych świata Zachodu, odegrał ogromną rolę w nawracaniu Europy, w tym Polski.
Z klasztornego wzgórza na Monte Cassino zdawała się promieniować siła, przemieniająca kraje i narody. W czasach Mieszka I i Bolesława Chrobrego to właśnie benedyktyńscy misjonarze, pochodzący przede wszystkim z Czech i Węgier, krzewili wśród elit i ludu naukę Chrystusa. To ze wspólnot benedyktynów rekrutowali się pierwsi polscy biskupi – Jordan i Unger. Benedyktynami byli: św. Wojciech, który chwalebny żywot uwieńczył męczeńską śmiercią w Prusach, jego przyrodni brat Radzim Gaudenty – pierwszy arcybiskup gnieźnieński, św. Bruno z Kwerfurtu – autor dzieł literackich poświęconych Polsce, zamordowany przez pogańskich Jaćwingów, czy też św. Andrzej Świerad, pustelnik.
Zapotrzebowanie na misjonarzy było ogromne, tym bardziej, że światło Ewangelii należało ponieść dalej, między pogańskie ludy graniczące z państwem Piastów. Dlatego w roku 1000, podczas zjazdu gnieźnieńskiego, książę Bolesław Chrobry goszczący cesarza Ottona III (przybyłego tu z pielgrzymką do grobu św. Wojciecha), zwrócił się z usilną prośbą o przysłanie nowych zakonników. Cesarz, po głębokim namyśle, powierzył realizację zadania swemu krewniakowi, biskupowi Brunonowi z Kwerfurtu, który mnisi habit przywdział na wieść o śmierci św. Wojciecha. Ten postanowił skierować do słowiańskiego kraju dwóch benedyktynów z klasztoru pustelniczego we włoskim Pereum opodal Rawenny, wychowanków św. Romualda.
Boska Kohorta
Pod koniec 1001 roku z Italii wyruszyło dwóch eremitów, Benedykt i Jan.
Pierwszy był młodym mężczyzną, niespełna trzydziestoletnim, który spędził prawie połowę swego życia za murami klasztorów i pustelni. Musiał być człowiekiem pełnym energii, obdarzonym zdolnościami przywódczymi i organizatorskimi, bowiem wyznaczono go na wodza „Boskiej Kohorty”, udającej się z misją do dalekiej Polski.
Jego towarzysz Jan był dwakroć starszy. Lata przeżyte w surowych warunkach poorały głębokimi bruzdami jego oblicze, dodatkowo oszpecone śladami po przebytej ospie. Na domiar wszystkiego był niewidomy na jedno oko. Jednakże pomimo tej ułomności oraz wieku, jak na owe czasy mocno zaawansowanego, brat Jan trzymał się krzepko, słynął z wielkiej wytrwałości. We wspólnocie wyróżniał się ogromną wiedzą i kulturą, a wrodzona łagodność łatwo zjednywała mu serca otoczenia.
Obaj zakonnicy opanowali podstawy mowy Polan. Na drogę zostali zaopatrzeni w księgi i przedmioty liturgiczne. Podążali najpewniej szlakiem alpejskim, przez Weronę, Trydent, Bolzano, Augsburg, Ratyzbonę, Pragę, Wrocław, by wreszcie w Poznaniu stanąć przed obliczem księcia Bolesława. Ten powitał ich serdecznie, z wrodzoną sobie hojnością zapewniając wszelkie wsparcie w przedsięwzięciu.
Pustelnia
Bolesław wyznaczył mnichom miejsce osiedlenia, „tam, gdzie piękny las nadawał się na samotnię”.
Ponieważ spisujący potem dzieje misji św. Bruno z Kwerfurtu nie podał dokładnego miejsca usytuowania pustelni, dzisiaj historycy łamią sobie głowy nad jej lokalizacją. Wielu opowiada się za okolicami Międzyrzecza (obok wsi Święty Wojciech lub też na terenie obecnej Winnicy), swoich zwolenników posiadają Kaźmierz pod Szamotułami, Kazimierz Biskupi oraz Trzemeszno. Wiadomo, że erem otaczały gęste lasy, choć w pobliżu usytuowana była wieś, której mieszkańców książę Bolesław zobowiązał do wspierania zakonników, w tym do ich aprowizacji. Na zabudowania pustelni składał się drewniany kościół oraz kilka małych chatek. Teren otoczony był płotem. Ogrodzenie zabezpieczały dodatkowo kolczaste rośliny, co stanowiło obronę raczej przed dzikimi zwierzętami, bo z okoliczną ludnością stosunki układały się znakomicie.
Obsada misji szybko powiększyła się. Do Benedykta i Jana dołączyli nowicjusze „z kraju i mowy słowiańskiej”. Byli to Izaak, młodzieniec mniej więcej dwudziestopięcioletni, wraz z młodszym bratem Mateuszem. Niewiele o nich wiadomo, poza tym, że musieli pochodzić z bardzo religijnej familii – ich dwie siostry były mniszkami w klasztorze w Gnieźnie. W eremie znalazł się też Krystyn, młody człowiek (możliwe, że nastolatek) z ludu, któremu wyznaczono rolę sługi i kucharza, a potem brata-laika. Wkrótce do wspólnoty dołączył jeszcze jeden misjonarz, włoski zakonnik Barnaba.
Zakonnicy prowadzili surowy żywot wedle wskazań świętych Benedykta i Romualda. Jednakże modlitwy i posty nie wypełniały im całego życia. Uznanie wśród miejscowych zdobyło im propagowanie nowych sposobów karczowania lasów i uprawy roli. Nabożeństwa odprawiane w pustelni przyciągały coraz większą rzeszę wiernych.
W roku 1003 Benedykt postanowił wydelegować jednego z braci do Rzymu, na rozmowy z biskupem Brunonem. Zapewne zamierzał złożyć mu sprawozdanie z dotychczasowych działań oraz ustalić kierunki dalszej pracy misyjnej. Książę Bolesław podarował eremitom 10 funtów srebra jako pokrycie kosztów podróży, zakonnicy jednak, wierni nakazowi praktykowania ubóstwa, postanowili odesłać tak hojny dar i zorganizować podróż własnym sumptem. Benedykt wybrał do tej misji brata Barnabę. Tą decyzją ocalił mu życie.
Przyjacielu, po co przyszedłeś…?
10 listopada 1003 roku wieczorem w pustelni odprawiono modły „w świętą wigilię szczodrobliwego i łaskawego Marcina”. Niestety, w tym samym czasie w okolicy przebywała grupa ludzi, która nie myślała o modlitwie.
Jak później napisał św. Brunon, relacjonując owo zdarzenie, „człowiek książęcy, który przedtem im usługiwał, wraz z innymi złymi chrześcijanami, podpiwszy sobie dla dodania animuszu, postanowili zabić eremitów i zrabować im srebro, o którego zwrocie dla księcia nie wiedzieli”.
Napastnicy dotarli do pustelni około północy. Bez trudu sforsowali ogrodzenie i wdarli się do chat, trzymając w dłoniach miecze i pochodnie.
Św. Brunon po latach rozmawiał ze zbrodniarzami i zostawił nam przejmujący opis tragedii. Kiedy zbóje obudzili eremitów, zapadła chwila milczenia. W końcu brat Jan, który najlepiej znał język miejscowych, zapytał ze zwykłą sobie uprzejmością:
– Przyjacielu, po co przyszedłeś i czego nowego chcą ci uzbrojeni ludzie?
Zrazu zbójcy usiłowali przedstawiać się jako wysłannicy księcia Bolesława, przybyli z nakazem uwięzienia mnichów. Pustelnicy odrzucili te słowa jako kłamliwe. W końcu napastnicy otwarcie wyznali, po co przyszli, nie ukrywając zamiaru popełnienia mordu. Wówczas Jan wyrzekł spokojnie:
– Niech Bóg was wspomaga i nas!
Zaraz po tych słowach pustelnik runął na ziemię, dwukrotnie ugodzony mieczem. Drugi zginął Benedykt, któremu brzeszczot napastnika rozpłatał głowę. Trzeciego dopadli Izaaka, zadając mu w pośpiechu wiele ran, podczas gdy on zdołał pobłogosławić morderców. Mateusz wybiegł w celi, podążając w stronę kościoła. Nie zdążył wszakże przemierzyć dziedzińca, bo przeszyły go zaraz oszczepy. Był jeszcze Krystyn, który nie sprzedał łatwo żywota. Młodzieniec porwał za drąg i jął wymierzać ciosy bandytom. Tych było jednak zbyt wielu. Ostatni eremita oddał życie w walce.
Napastnicy splądrowali zabudowania, ale oczywiście nie znaleźli kosztowności. Musieli zadowolić się drogocennym ornatem, darem cesarza Ottona III. Pocięli ornat na kawałki, po czym oddalili się, uprzednio podpaliwszy kościół. Po ich odejściu ogień samoistnie wygasł.
Wojownik Krystyn i sieroctwo Barnaby
Rankiem pustelnię odwiedzili chłopi, przybyli na zapowiedzianą uroczystość ku czci św. Marcina. Ze zgrozą odkryli zwłoki pięciu zamordowanych.
Powiadomiony o sprawie biskup Unger niezwłocznie przybył na miejsce zbrodni. Po dokonaniu oględzin nakazał pochować męczenników pod podłogą ich kościoła. We wspólnej mogile, choć w czterech trumnach spoczęli: Benedykt, Jan, Izaak i Mateusz. Przez pewien czas trumny pozostały otwarte, dzięki czemu zadziwieni świadkowie mogli stwierdzić, iż zwłoki nie ulegały rozkładowi.
Krystyna, jako poległego w walce, zrazu pogrzebano w osobnym grobie na terenie samotni. W owym czasie, w przedkrucjatowym Kościele, tu i ówdzie trwały jeszcze spory, czy padłych w boju wojowników Chrystusa godzi się traktować na równi z męczennikami idącymi na śmierć z pokorą. Po jakimś czasie ulewne deszcze odsłoniły płytką krystynową mogiłę. Oczom wiernych ukazały się jego zwłoki, nienaruszone podobnie jak ciała jego zakonnych braci. Ostatecznie Krystyn spoczął wśród swych towarzyszy, w bratniej kwaterze. W przyszłości zostanie obwołany patronem polskiego rycerstwa.
Lud żegnał płaczem pomordowanych, jako prawdziwych przyjaciół, których życie brutalnie przerwano. Jednakowoż wśród tej żałości znalazły się łzy szczególne, płynące wprost z wnętrza rozdartej duszy. Brat Barnaba niewiele dni po tragedii powrócił do pustelni ze swych rzymskich wojaży. Wstrząśnięty śmiercią ludzi mu tak bliskich, zazdrościł im przecie – chciałoby się rzec: „tak po ludzku” – szczególnym rodzajem bezgrzesznej, chrześcijańskiej zazdrości. Owóż brat Barnaba, zwyczajnie po chrześcijańsku, zazdrościł swym braciom męczeńskiego skonu.
Jak pięknie napisał o nim ks. Piotr Pękalski, Barnaba „[…] dowiedziawszy się o męczeństwie swej braci, ze ściśnionym sercem rzewnie płacząc, bardzo żałował, że sobie na to nie zasłużył, aby się był stał razem z bracią swą uczestnikiem palmy męczeńskiej. Skoro powrócił z Gniezna na pustynię, widząc swych towarzyszów życia zakonnego, w ich celach rozmaitym katuszy rodzajem srogo umęczonych, ciężko narzekał, że on tylko sam jeden w smutnym zostawiony sieroctwie, gdy bracia jego już stanęli przed oblicznością Bożą z wieńcem męczeńskim. Na tej samej pustyni wystawił dla siebie nową celkę, i w niej z całą pustelnika ścisłością żyjąc jeszcze czas niejaki, świętobliwie pełen zasługi i cnoty, zasnął słodko w Panu Zbawicielu swoim”.
Sprawiedliwość
Zarządzony pościg szybko doprowadził do ujęcia zbójców, koczujących w okolicznych lasach.
Pojmanych, zakutych w łańcuchy, zaprowadzono przed oblicze księcia Bolesława, ten zaś skazał ich na śmierć głodową. Wtedy wszakże zgłosił się młody zakonnik, Andrzej, zaświadczając, iż doznał wstrząsającej wizji. Jak stwierdził, ukazali mu się męczennicy, Benedykt i Jan, prosząc o darowanie życia ich mordercom. A były to czasy, gdy mistyczne objawienia traktowano wyżej od prawniczego paragrafiarstwa… Więźniów oszczędzono, przekazując ich klasztorowi na dożywotnią służbę, aby ciężką pracą odpokutowali popełnioną zbrodnię.
Jak podają źródła, zbójami kierowała przyziemna żądza zysku, chęć zagarnięcia rzekomych skarbów, których zakonnicy wcale nie posiadali. Dzisiaj można usłyszeć „teorie spiskowe”, wedle których za napadem na pustelnię miał rzekomo stać najstarszy syn Chrobrego, Bezprym (który podówczas liczył sobie ledwo 16 wiosen), bądź że atak zorganizował król Niemiec (późniejszy cesarz) Henryk II, skonfliktowany z księciem Bolesławem. Póki co, nie odnaleziono jednoznacznych dowodów na poparcie takich tez.
Drogowskazy
W roku 1004 biskup Unger wraz z ocalałym bratem Barnabą stanęli przed obliczem papieża Jana XVIII, zdając mu relację z dramatu.
Biskup Rzymu zaliczył zamordowanych w poczet świętych męczenników Kościoła. Ich kult szybko rozpowszechnił się w Polsce, a z czasem dotarł również do Czech, na Morawy, do Niemiec i Włoch. Kult Pięciu Braci Męczenników został urzędowo zatwierdzony w roku 1508 przez papieża Juliusza II. Trzej eremici: Izaak, Mateusz i Krystyn byli pierwszymi w dziejach Kościoła kanonizowanymi świętymi urodzonymi na ziemiach polskich.
***
W postawie Pięciu Braci możemy odkryć wiele dróg prowadzących do świętości. Modlitwa, asceza, samodoskonalenie duchowe towarzyszyły ciężkiej pracy na rzecz dobra ogółu. Bezbrzeżna dobroć i szlachetność Izaaka błogosławiącego swoich oprawców nie stała w sprzeczności z dzielnością Krystyna, próbującego siłą odeprzeć intruzów nachodzących świątynię. Wszystko to było bowiem naśladownictwem Chrystusa. Wszystko pochodziło z jednego ożywczego źródła, które tysiąc lat wcześniej wytrysnęło w dalekiej Galilei.
Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn. Poznaj Pierwszych Męczenników Polskich
„Pierwsi męczennicy Polscy to – obok św. Wojciecha – najstarsi świadkowie Chrystusa na ziemi polskiej” – mówił 2 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II w Gorzowie Wielkopolskim przed kościołem Pierwszych Męczenników Polskich. Co o nich wiemy?
Wiedzę o pierwszych pustelnikach w naszej ojczyźnie, którzy zginęli śmiercią męczeńską, a ofiarę ze swojego życia położyli u fundamentów polskiej państwowości, czerpiemy z trzech źródeł: Kroniki św. Bruna z Kwerfurtu, Żywotu św. Piotra Damianiego i czeskiej Kroniki Kosmasa. Choć śmierć tych pięciu świętych mężczyzn datowana jest na 1003 r. znamy ich imiona. Wiemy też, że Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn żyli i działali na zachodnich ziemiach Polski za czasów panowania Bolesława Chrobrego. Tradycja Kościoła nazywa ich Braćmi Polskimi, mimo, że byli wśród nich także cudzoziemcy. Dwóch mnichów, Benedykt i Jan, przybyło do Polski z Italii z misją zaszczepienia w młodym, chrześcijańskim kraju reguły życia św. Benedykta. Mateusz, Izaak i Krystyn byli pochodzenia słowiańskiego, najprawdopodobniej polskiego. Mieszkali w eremach i przedstawiali się jako benedyktyni żyjący według surowej reguły św. Romulada.
Z Italii do Polski
Benedykt urodził się ok. 970-975 r. w Italii, w Benewencie. Pochodził z zamożnej, bardzo religijnej rodziny. Wolą rodziców było, aby syn został duchownym. Tak się stało, jednak wystawny styl życia ówczesnego duchowieństwa rozczarował młodego chłopaka i wkrótce przeniósł się do benedyktyńskiego opactwa Świętego Zbawiciela, słynącego z surowej reguły i ascetycznego życia. Po kilku latach otrzymał zgodę przełożonych na zamieszkanie w pustelni.
Jan był starszy od Benedykta, urodził się ok. 940 r. w Wenecji, również w zamożnej rodzinie. Dość szybko podjął decyzję o życiu pustelniczym. Poznał św. Romulada i zamieszkał w eremie na zboczu góry Monte Cassino. To właśnie tu przyjął Benedykta, który szukał nowej formy życia pustelniczego. Ci dwaj dołączyli do Romulada i wkrótce w trójkę udali się do Rzymu na spotkanie z cesarzem Ottonem III. Z uwagi na to, że prawdopodobnie już na zjeździe gnieźnieńskim w 1000 r. zapadła decyzja o sprowadzeniu zakonników do Polski, cesarz Otton III szukał wśród mnichów kandydatów do tej trudnej misji. Po spotkaniu w Rzymie wybrał Benedykta i Jana. Gdy wyruszali w drogę do nieznanego kraju, Jan miał już ponad 60 lat. Ale podjęli wyzwanie. Zabrali ze sobą szaty, w tym ornat od cesarza i naczynia liturgiczne. Szli prawdopodobnie z Rzymu, przez Weronę, Augsburg, Ratyzbonę i Pragę. Być może zatrzymali się w Poznaniu. Dokładne miejsce, do którego przybyli i gdzie założyli klasztor, nie jest znane. Podaje się trzy hipotetyczne adresy: wieś Święty Wojciech na zachód od Poznania, Kazimierz pod Szamotułami i Kazimierz Biskupi.
Mówić, że Chrystus żyje
Od razu po przybyciu do Polski utworzyli klasztor, pustelniczy, bez żadnych wygód. Zbudowali drewniany kościół i kilka niedużych chatek, które pełniły rolę eremów. Mieli jeden, najważniejszy cel: głosić Chrystusa, mówić o nim ludziom, których kraj od 966 r. uczył się chrześcijaństwa. Mimo życia pustelniczego, mnisi podejmowali misje chrystianizacyjne. Pracowali wśród pogańskich plemion Wieletów i Pomorzan. Ich obecność i świadectwo wkrótce obudziła w miejscowych pragnienie prowadzenia podobnego życia. I tak do eremu dołączyli wkrótce rodzeni bracia Izaak i Mateusz a po nich Krystyn. Do pomocy przybył jeszcze jeden mnich z Italii – Barnaba. Dni wypełniała mnichom praca, modlitwa i głoszenie Chrystusa. Do 1003 r. misje chrystianizacyjne przebiegały pokojowo, w spotkaniach z pogańskimi plemionami nie stosowano ani przymusu, ani tym bardziej przemocy. Po śmierci Ottona III jego następca, Henryk II Święty, chciał szybkich efektów na dużą skalę i wydał rozkaz o siłowym, przymusowym „nawracaniu” pogan. Ta decyzja obudziła wrogość, misjonarze coraz częściej doświadczali niechęci pogan, a na niektórych terenach jawnej wrogości.
Noc męczeństwa
Dramat rozegrał się 10 listopada 1003 r. W czasie wieczornych modlitw do pustelni braci wtargnęli uzbrojeni mężczyźni. Okłamali mnichów, że wysłał ich Bolesław Chrobry. Żądali wydania ukrywanych w klasztorze kosztowności, ale gdy niczego w biednych chatkach nie znaleźni zabili bezbronnych mnichów. Najpierw zginął Jan, sędziwy już pustelnik z Wenecji, po nim Benedykt – ten, który nieustannie szukał coraz trudniejszej reguły życia. Przed drewnianym kościółkiem mężczyźni zamordowali Izaaka, Mateusza i Krystyna. Po zabójstwach zdemolowali klasztor i ukradli ornat, podarowany mnichom przez Ottona III. Uciekli. Ciała męczenników odnaleźli ludzie, którzy następnego dnia przyszli do kościoła na Mszę świętą. Już 12 listopada w miejscu męczeństwa zjawił się biskup Unger z Poznania. Braci pochowano 13 listopada w klasztornym kościele. Rok później, dzięki staraniom biskupa Ungera, Pięciu Braci Męczenników zostało ogłoszonych świętymi.
Mateusz, Izaak i Krystyn to pierwsi w dziejach Kościoła kanonizowani święci pochodzący z Polski. Warto pamiętać, że św. Wojciech, który jest pierwszym polskim męczennikiem i został ogłoszony świętym w 999 r., pochodził z Czech. Pierwszymi świętymi urodzonymi w Polsce są właśnie ci trzej z pięciu Pierwszych Męczenników Polskich.
***
„Boże, Ty uświęciłeś początki wiary w narodzie polskim krwią świętych męczenników Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna; wspomóż swoją łaską naszą słabość, abyśmy naśladując męczenników, którzy nie wahali się umrzeć za Ciebie, odważnie wyznawali Cię naszym życiem” – fragment z modlitwy odmawianej w dniu liturgicznego wspomnienia Pierwszych Męczenników Polskich.
Jak zawsze 13. dnia miesiąca – o godz. 18 w wałbrzyskiej kolegiacie p.w. Św. Aniołów Stróżów będzie sprawowana Msza św. w intencji Ojczyzny, poprzedzona czuwaniem Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę, które będzie trwało od godz. 15 do nabożeństwa wspominkowego o godz. 17:30.
Nasze czuwanie – jak zawsze w listopadzie – będzie miało związek głównie ze Świętem Niepodległości, a także z jutrzejszą 400. rocznicą męczeństwa św. Jozafata Kuncewicza, którego można nazwać protagonistą albo nawet patronem zjednoczenia Słowiańszczyzny w Chrystusie.
Teraz, gdy już widać, jakiemu celowi służy idąca z Zachodu rewolucja sodomska i czemu służył oszczerczy atak na największego z rodu Polaków, gdy źródłem „praworządności” w Europie ma się stać genderowa Konwencja Stambulska, a do władzy w Polsce wracają politycy, którzy z góry zapowiadają oddanie walkowerem istotnych atrybutów naszej suwerenności, jak choćby nasza narodowa waluta, wolność nasza i innych narodów może być ocalona tylko w imię Maryi.
Św. Jan Paweł II w Gnieźnie w obecności 7 prezydentów państw Europy wołał: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. Agenturalno-korupcyjny układ rządzący Unią Europejską mówi: „Nie będzie jedności Europy, dopóki nie wymusimy na państwach członkowskich uległości metodą finansowego szantażu”…
Główną przyczyną utraty suwerenności są mury wrogości będące królestwem szatana, ojca kłamstwa. To one sprawiają, że ludzie przestają sobie ufać i nie przyjmują prawdy, za to łatwo ulegają medialnej manipulacji. Pan Jezus powiedział: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Dlatego oprócz stałej intencji: „O Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu”, modlić się będziemy o tryumf prawdy w naszym życiu publicznym, a przez wstawiennictwo św. Jozafata Kuncewicza modlić się będziemy o tryumf Niepokalanego Matki Bożej Fatimskiej i krwi Krzyża historii nad władzą zbudowaną na propagandzie kłamstwa, o zburzenie murów wrogości w Polsce, w Słowiańszczyźnie i w całej Europie, oraz o zjednoczoną Europę Ducha oddychającą obydwoma płucami: Zachodu i Wschodu, przez miłość wszystkich Słowian do słowiańskiego Papieża, Męża naznaczonego w misterium 13 maja, który dał się poznać jako przepowiedziany namiestnik wolności na ziemi widomy, przez ustawienie na świeczniku jego profetyzmu oraz przez maryjne zjednoczenie narodów, na którego czele – wedle proroctwa Prymasa Hlonda – ma stanąć Polska. Niechaj hasło powstańców listopadowych: „W imię Boga za naszą i waszą wolność” stanie się hasłem do złączenia narodów świętym łańcuchem Różańca świętego!