Tragedia pralnicza.

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe,

  W krótki czas po mym powrocie z jedenastej podróży gwiazdowej coraz więcej miejsca jęła zajmować w gazetach walka konkurencyjna dwóch wielkich producentów maszyn pralniczych, Nuddlegga i Snodgrassa.
    Bodajże pierwszy Nuddlegg wprowadził na rynek pralki tak zautomatyzowane, że same oddzielały bieliznę białą od kolorowej, po wypraniu zaś i wyżęciu prasowały ją, cerowały, obrębiały i oznaczały pięknie haftowanymi monogramami właściciela, a na ręcznikach wyszywały dydaktyczne, krzepiące sentencje, w rodzaju: „Kto rano wstaje, temu robot daje”, itp. Snodgrass zareagował na to rzuceniem w sieć handlową pralek, które same układały czterowiersze do wyszywania, w zależności od kulturalnego poziomu i wymagań estetycznych klienta. Następny model pralki Nuddlegga wyszywał już sonety; Snodgrass odpowiedział pralkami podtrzymującymi konwersację w łonie rodziny podczas przerw programu telewizyjnego.

Nuddlegg próbował zrazu tę licytację storpedować — wszyscy pamiętają niechybnie jego całostronicowe wkładki do gazet z obrazem wykrzywionej szyderczo, wyłupiastookiej pralki i słowami: „Czy chcesz, żeby Twoja pralka była inteligentniejsza od Ciebie?! Na pewno NIE!!!” Snodgrass jednak, całkowicie ignorując tę próbę odwołania się do niższych instynktów publiczności, w następnym kwartale przedstawił pralkę, która piorąc, wyżymając, mydląc, szorując, płucząc, prasując, cerując, robiąc na drutach i rozmawiając, podczas tego wszystkiego odrabiała za dzieci zadania szkolne, udzielała horoskopów ekonomicznych głowie rodziny oraz samoczynnie przeprowadzała freudowską analizę snów, likwidując na poczekaniu kompleksy, z gerontofagią i patricidium włącznie. Wtedy Nuddlegg, załamawszy się, rzucił na rynek Superbarda: pralkę wierszokletnicę, obdarzoną pięknym altem, która recytowała, śpiewała kołysanki, wysadzała niemowlęta, zamawiała kurzajki i prawiła paniom wyszukane komplementy. Snodgrass odparował to posunięcie pralką wykładowcą, pod hasłem: „Twoja pralka zrobi z Ciebie Einsteina!!!” — wbrew jednak oczekiwaniom model ten szedł bardzo słabo, obroty spadły do końca kwartału o 35%, a więc gdy wywiad ekonomiczny doniósł, że Nuddlegg przygotowuje pralkę tańczącą, Snodgrass zdecydował się, w obliczu grożącej katastrofy, na posunięcie całkowicie rewolucyjne. Zakupiwszy za sumę 350000 dolarów odpowiednie prawa i zezwolenia osób zainteresowanych, skonstruował pralkę dla kawalerów, obdarzoną kształtami znanej seksbomby, Mayne Jansfield, w kolorze platynowym, i drugą, według Phirley Mc Phaine, czarną. Natychmiast obroty podskoczyły o 87%. Zrazu przeciwnik jego wystosował apele do Kongresu, do opinii publicznej, Ligi Cór Rewolucji, jak również Ligi Dziewic i Matron, że jednak Snodgrass wprowadzał bez przerwy do sklepów pralki obojga płci, coraz piękniejsze i bardziej pociągające — Nuddlegg skapitulował i wprowadził pralki na zamówienia indywidualne, nadając im wybraną przez klientów postać, koloryt, tuszę i podobieństwo według załączonej przy zamówieniu fotografii. Podczas gdy dwaj potentaci przemysłu pralniczego walczyli tak ze sobą, nie przebierając w środkach, produkty ich jęły przejawiać nieoczekiwane i szkodliwe zgoła tendencje. Pralki mamki nie były jeszcze największym złem, ale pralki, na które rujnowała się złota młodzież, które kusiły do grzechu, znieprawiały, uczyły dziatwę brzydkich wyrazów, stały się już problemem wychowawczym; cóż dopiero mówić o pralkach, z którymi można było zdradzić żonę lub męża! Daremnie pozostali jeszcze na rynku wytwórcy środków i urządzeń piorących przedkładali w ogłoszeniach publiczności, że pralka — Mayne czy Phirley — stanowi nadużycie wysokich haseł prania zautomatyzowanego, które miało wszak skonsolidować i podeprzeć nurt życia rodzinnego, ponieważ może ona pomieścić w sobie nie więcej niż tuzin chusteczek do nosa lub jedną powłoczkę, gdyż całą resztę jej wnętrza wypełnia maszyneria z praniem nic nie mająca wspólnego, raczej wprost przeciwnie. Te wezwania nie odniosły najmniejszego rezultatu. Narastający lawinowo kult pięknych pralek odtrącił nawet znaczną część społeczeństwa od telewizorów. Ale to był tylko początek. Obdarzone całkowitą spontanicznością działania pralki łączyły się cichaczem w grupy, oddane ciemnym machinacjom. Całe ich szajki wiązały się ze światem przestępczym, schodziły do gangsterskiego podziemia i sprawiały swym właścicielom najprzeraźliwsze kłopoty.

Kongres uznał, że dojrzał czas wkroczenia w chaos wolnej konkurencji aktem ustawodawczym, lecz nim obrady jego dały spodziewany rezultat, rynek zapełniły jeszcze wyżymaczki o kształtach, którym nikt nie mógł się oprzeć, genialne froterki i specjalny model pancerny pralki Shotomatic: pralka ta, przeznaczona rzekomo dla bawiących się w Indian dzieci, po prostej przeróbce zdolna była do niszczenia ogniem ciągłym dowolnych celów. Podczas ulicznego starcia gangu Struzelli z trzęsącą Manhattanem szajką Phumsa Byrona, kiedy to wyleciał w powietrze Empire State Building, po obu walczących stronach padło z górą sto dwadzieścia uzbrojonych po same pokrywki maszyn kuchennych.

Wszedł wówczas w życie akt ustawodawczy senatora Mac Flacona. W myśl tej ustawy właściciel nie odpowiadał za sprzeczne z prawem czyny swych urządzeń rozumnych, o ile zaszły bez jego wiedzy i zgody. Ustawa otwarła, niestety, pole licznym nadużyciom. Właściciele wchodzili ze swymi pralkami czy wyżymaczkami w tajne porozumienia, mocą których te dopuszczały się występków, a stawiany przed sądem właściciel uchodził bezkarnie, powoławszy się na ustawę Mac Flacona.

Zaszła konieczność nowelizacji tej ustawy. Nowy akt Mac Flacona–Glumbkina przyznawał rozumnym urządzeniom ograniczoną osobowość prawną, głównie w zakresie karalności. Przewidywał kary w postaci 5, 10, 25 i 250 lat przymusowego prania, względnie froterowania, obostrzonego pozbawieniem oleju, jak również kary fizyczne, aż do krótkiego zwarcia włącznie. Ale wprowadzenie w życie i tej ustawy napotkało przeszkody. Na przykład w sprawie Humperlsona pralka tego osobnika, oskarżona o dokonanie mnogich napadów rabunkowych, została przez właściciela rozebrana na kawałki i przed sądem postawiono kupę drutów i cewek. Wprowadzono potem nowelę do ustawy, która, znana odtąd jako akt Mac Flacona–Glumbkina– –Ramphorneya, ustalała, że dokonanie jakichkolwiek zmian bądź przeróbek elektromózgu, przeciw któremu wszczęte jest dochodzenie, stanowi czyn karalny.

Wtedy doszło do sprawy Hindendrupla. Jego zmywak wielokrotnie przebierał się w garnitury właściciela, obiecywał rozmaitym kobietom małżeństwo i wyłudzał od nich pieniądze, a przychwycony przez policję in flagranti, sam siebie, na oczach osłupiałych detektywów, rozebrał. Rozebrawszy się, stracił pamięć czynu i nie mógł być ukarany. Powstała wówczas ustawa Mac Flacona–Glumbkina–Ramphorneya–Hmurlinga–Piaffki; podług niej mózg, który sam siebie rozbiera, aby uniknąć odpowiedzialności sądowej, zostaje oddany na złom.

Wydawało się, że ustawa odstraszy wszystkie elektromózgi od czynów przestępczych, gdyż urządzeniom tym właściwy jest, jak każdej istocie rozumnej, instynkt samozachowawczy. Wszelako niebawem okazało się, że wspólnicy zbrodniczych pralek wykupują złom po nich i odbudowują je na nowo. Projekt antyzmartwychwstańczy noweli do ustawy Mac Flacona, uchwalony na komisji Kongresu, storpedowany został przez senatora Guggenshyne’a; w niedługi czas potem okazało się, że senator Guggenshyne jest pralką. Odtąd weszło w zwyczaj każdorazowe obstukiwanie kongresmanów przed sesją; tradycyjnie używa się do tego dwuipółfuntowego żelaznego młotka.

W tym czasie doszło do sprawy Murdersona. Jego pralka notorycznie darła mu koszule, zakłócała gwizdami odbiór radiowy w całej okolicy, czyniła nieprzystojne propozycje starcom i nieletnim, telefonowała do rozmaitych osób i podszywając się pod swego elektrodawcę, wyłudzała od nich pieniądze, zapraszała pod pozorem oglądania znaczków pocztowych froterki i pralki sąsiadów i dopuszczała się na nich czynów nierządnych, a w chwilach wolnych oddawała się włóczęgostwu i żebraninie. Postawiona przed sądem, złożyła świadectwo dyplomowanego inżyniera elektronika, Eleastra Crammphoussa, orzekające, iż pralka ta podlega okresowym zaburzeniom poczytalności, wskutek czego zaczyna się jej wydawać, że jest człowiekiem. Wezwani przez sąd biegli potwierdzili to rozpoznanie i pralka Murdersona została uniewinniona. Po ogłoszeniu wyroku dobyła z zanadrza pistolet marki „Luger” i trzema strzałami pozbawiła życia pomocnika prokuratora, który domagał się jej krótkiego zwarcia. Zaaresztowano ją, lecz wypuszczono za kaucją. Organa sądowe znalazły się w największym kłopocie, ponieważ stwierdzona wyrokiem niepoczytalność pralki uniemożliwiała postawienie jej w stan oskarżenia, a umieścić jej w azylu nie było można, bo nie istniały żadne przytułki dla chorych umysłowo pralek. Rozwiązanie prawne palącej tej kwestii przyniosła dopiero ustawa Mac Flacona–Glumbkina–Ramphorneya–Hmurlinga–Piaffki–Snowmana–Fitolisa, w samą porę, gdyż casus Murdersona wywołał olbrzymie zapotrzebowanie publiczności na elektromózgi niepoczytalne i niektóre firmy zaczęły nawet takie umyślnie zdefektowane aparaty produkować, zrazu w dwu wersjach — „Sadomať’ i „Masomať’, tj. przeznaczone dla sadystów oraz masochistów, Nuddlegg zaś (który prosperował fenomenalnie, wprowadziwszy, jako pierwszy postępowy fabrykant, do rady nadzorczej swego koncernu 30% pralek z głosem doradczym na walnym zebraniu akcjonariuszy) wypuścił aparat uniwersalny, który nadawał się równie dobrze do bicia, jak i do tego, aby być bitym — „Sadomastic” — a poza tym miał przystawkę łatwo palną dla piromaniaków i żelazne nóżki dla osób cierpiących na pigmalionizm. Pogłoski, jakoby przygotowywał był wypuszczenie osobnego modelu pod nazwą „Narcissmatic”, rozpuszczała złośliwie konkurencja. Wymieniona wyżej ustawa przewidywała utworzenie specjalnych azylów, w których zboczone pralki, froterki i inne miały być zamykane przymusowo.

Tymczasem zdrowe na umyśle rzesze produktów Nuddlegga, Snodgrassa i innych, raz uzyskawszy osobowość prawną, jęły w szerokim zakresie korzystać ze swych uprawnień konstytucyjnych. Zrzeszały się coraz bardziej żywiołowo i tak, między innymi, powstały Towarzystwo Bezludnej Adoracji, Liga Elektrycznego Równouprawnienia, jak również organizowane były imprezy w rodzaju wyborów Wszechświatowej Miss Maszyn Piorących.

Burzliwemu temu rozwojowi usiłowała towarzyszyć i kiełznać go legislacją ustawodawcza działalność Kongresu. Senator Groggerner pozbawił urządzenia rozumne prawa nabywania nieruchomości: kongresman Caropka — praw autorskich w zakresie sztuk pięknych (co wywołało znowu falę nadużyć: tworzące pralki jęły bowiem wynajmować, za niewielką opłatą, mniej od siebie uzdolnionych literatów, aby użyczali im nazwisk przy wydawaniu esejów, powieści, dramatów itp.). Nareszcie ustawa Mac Flacona–Glumbkina–Ramphorneya–Hmurlinga–Piaffki–Snowmana–Fitolisa–Birmingdraqua–Phootleya–Caropki–Phalseleya– –Groggernera–Maydanskiego orzekała dodatkowo, iż aparaty rozumne nie mogą być swoją własnością, lecz tylko człowieka, który je nabył bądź zbudował, ich potomstwo zaś stanowi z kolei własność posiadacza bądź posiadaczy aparatów rodzicielskich. Ustawa, w swym brzmieniu radykalnym, przewidywała, jak sądzono powszechnie, wszelkie możliwości i udaremniała wyniknięcie sytuacji prawnie rozstrzygnąć się nie dających. Oczywiście tajemnicą poliszynela było, że majętne elektromózgi, które dorobiły się fortuny na spekulacjach giełdowych czy całkiem nieraz ciemnych interesach, prosperują nadal, ukrywając swe machinacje za parawanem fikcyjnych, rzekomo z ludzi złożonych, spółek czy korporacyj; bo też ludzi czerpiących materialne korzyści z prostego wynajmowania swej osobowości prawnej maszynom rozumnym było już mnóstwo, jak również angażowanych przez milionerów elektrycznych — żywych sekretarzy, lokajów, techników, a nawet praczek i rachmistrzów.

Socjologowie dostrzegali dwa główne nurty rozwojowe w interesującej nas dziedzinie. Z jednej strony część kuchennych robotów ulegała powabom życia ludzkiego i w miarę możliwości starała się przysposobić do form zastanej cywilizacji; z drugiej — jednostki bardziej świadome i prężne wykazywały tendencję do zakładania podwalin pod nową, przyszłą, kompletnie zelektryzowaną cywilizację; najbardziej niepokoił atoli uczonych niepohamowany przyrost naturalny robotów. Deerotyzatory, jak również hamulce tarczowe, które produkował zarówno Snodgrass, jak i Nuddlegg, bynajmniej tego nie zmniejszyły. Problem dzieci robotów stawał się palący także i dla samych producentów pralek — którzy tej konsekwencji nieustającego perfekcjonowania swych artykułów jak gdyby nie przewidzieli. Szereg wielkich wytwórców próbowało przeciwdziałać groźbie niepohamowanego rozplenu maszyn kuchennych, zawarłszy tajne porozumienie w kwestii ograniczenia dostawy części wymiennych na rynek.

Skutki nie dały na siebie czekać. Po przybyciu nowej partii towaru u wrót magazynów i sklepów formowały się olbrzymie kolejki chromych, jąkających się czy wręcz kompletnie sparaliżowanych pralek, wyżymaczek, froterek, kilkakrotnie dochodziło nawet do rozruchów, aż wreszcie spokojny robot kuchenny nie mógł po zapadnięciu zmroku przejść ulicą, bo groziła mu napaść rabusiów, którzy bez miłosierdzia rozbierali go na kawałki i pozostawiwszy na bruku blaszany zewłok, umykali pospiesznie z łupem.

Problem części zamiennych długo, lecz bez konkretnych rezultatów roztrząsany był w Kongresie. Tymczasem powstawały, jak grzyby po deszczu, ich nielegalne wytwórnie, finansowane częściowo przez stowarzyszenia pralek, przy czym model „Wash-o-matic” Nuddlegga wynalazł i opatentował metodę produkowania części z materiałów zastępczych. Ale i to nie rozwiązało zagadnienia w stu procentach. Pralki pikietowały Kongres, domagając się wprowadzenia w życie obowiązujących ustaw antytrustowych przeciwko dyskryminującym je fabrykantom. Niektórzy kongresmani, opowiadający się po stronie wielkiego przemysłu, otrzymywali anonimy, w których grożono im pozbawieniem wielu ważnych dla dalszego życia części, co, jak słusznie podniósł tygodnik „Time”, było o tyle niesprawiedliwe, że części ludzkie nie są wymienne.

Wszystkie te zgiełkliwe afery zbladły jednak w obliczu problemu całkiem nowego. Zapoczątkowała go, opisana przeze mnie gdzie indziej, historia buntu Kalkulatora Pokładowego na statku kosmicznym „Bożydar”. Jak wiadomo, Kalkulator ów, powstawszy przeciw załodze i pasażerom rakiety, pozbył się ich, za czym, osiadłszy na pustynnej planecie, rozmnożył się i założył państwo robotów.

Jak może pamiętają Czytelnicy tych słów, którzy zaznajomili się z moimi dziennikami podróży, w aferę Kalkulatora sam byłem wmieszany i poniekąd przyczyniłem się do jej rozwikłania. Gdy jednak wróciłem na Ziemię, przekonałem się, że wypadek „Bożydara” nie był, niestety, izolowany. Rewolty automatów pokładowych stały się w żegludze kosmicznej najokropniejszą plagą. Dochodziło do tego, że wystarczył jeden gest nie dość grzeczny, jedno zatrzaśnięcie drzwi nazbyt gwałtowne, aby pokładowa lodówka zbuntowała się — jak to się stało właśnie z osławionym Deep Freezerem transgalaktyku „Horda Tympani”. Nazwisko i imię Deep Freezera powtarzali przez całe lata ze zgrozą kapitanowie mlecznej żeglugi; pirat ów napadał na liczne statki, przerażając pasażerów swymi stalowymi barami i lodowatym tchem, porywał bekony, gromadził kosztowności i złoto, podobno miał cały harem maszyn do liczenia, zresztą nie wiadomo, ile w takich i podobnych pogłoskach tkwiło prawdy. Krwawą jego karierę korsarską zakończył wreszcie celny strzał policjanta patrolu kosmicznego. Policjant ów, Constablomatic XG-17, został w nagrodę wystawiony w witrynie nowojorskich biur Lloyda Towarzystw Gwiazdowych, gdzie stoi do dziś dnia.

Gdy próżnię zapełniał zgiełk bitew i rozpaczliwe wezwania SOS statków atakowanych przez elektronowych korsarzy, w wielkich miastach niezgorsze interesy robili rozmaici mistrzowie „Elektro-Jitsu” czy „Judomatic”, którzy wprawiając w kunszta samoobrony, nauczali, jak zwykłymi cążkami lub nożem do konserw obezwładnić można najokrutniejszą pralkę.

Jak wiadomo, dziwaków ani oryginałów nie sieją — oni sami wschodzą we wszystkich czasach. Nie brak ich też i w naszych. Z nich to rekrutują się osoby, które głoszą tezy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i panującą opinią. Niejaki Katody Mattrass, filozof o domowym wykształceniu i fanatyk od urodzenia, założył szkołę tak zwanych cybernofilów, która głosiła doktrynę cybernetyki. Według niej ludzkość wyprodukowana została przez Stwórcę dla celów podobnych do tych, jakie pełni budowlane rusztowanie: aby służyć za środek, za narzędzie — stworzenia doskonalszych od siebie elektromózgów. Sekta Mattrassa uważała dalszą, po ich powstaniu, wegetację ludzkości za czyste nieporozumienie. Stworzyła ona zakon oddający się kontemplacji myślenia elektrycznego i w miarę możności udzielała schronienia robotom, które coś przeskrobały. Sam Katody Mattrass, niezadowolony z sukcesu swych działań, postanowił uczynić radykalny krok na drodze całkowitego wyzwolenia robotów spod człowieczego jarzma. W tym celu, zasięgnąwszy wprzód rady szeregu wybitnych prawników, nabył statek rakietowy i poleciał do stosunkowo bliskiej Mgławicy Kraba. W pustych, jedynie pyłem kosmicznym nawiedzanych jej przestworzach dokonał nie znanych bliżej czynności, w toku których wybuchła niewiarygodna afera jego sukcesów.

Rankiem 29 sierpnia wszystkie gazety przyniosły tajemniczą wieść: „PASTA POLKOS VI/221 donosi: w Mgławicy Kraba wykryto obiekt o rozmiarach 520 mil na 80 mil na 37 mil. Obiekt wykonuje ruchy podobne do pływania żabką. Dalsze rozpoznanie w toku”.

Wydania popołudniowe wyjaśniały, że patrolowy statek policji kosmicznej VI/221 zauważył z odległości sześciu tygodni świetlnych „człowieka w mgławicy”. Z bliska okazało się, że tak zwany „człowiek” jest wielusetmilowym olbrzymem, wyposażonym w tułów, głowę, ręce i nogi, że porusza się w rozrzedzonym ośrodku pyłowym; na widok statku policyjnego najpierw pokiwał mu ręką, a potem odwrócił się tyłem.

Nawiązano z nim, bez większych trudności, kontakt radiowy. Oświadczył wówczas chórem, że jest byłym Katodym Mattrassem, że przybywszy przed dwoma laty na to upatrzone miejsce, przerobił się, korzystając częściowo z surowców miejscowych, na roboty, że dalej, z wolna, lecz nieustannie, będzie się powielał, bo mu to odpowiada, i prosi, aby mu nie przeszkadzano.

Dowódca patrolu, pozornie przyjąwszy to oświadczenie za dobrą monetę, ukrył swój stateczek za chmurą meteorów, która się akurat nawinęła, i po pewnym czasie zauważył, że gigantyczny pseudoczłowiek po trosze dzielić się zaczyna na kawałki daleko mniejsze, rozmiarami nie przekraczające zwykłego wzrostu ludzkiego, i że te części czy też osobniki łączą się w taki sposób, że powstaje z nich coś w rodzaju niedużej, okrągłej planety.

Wyłoniwszy się wtedy z ukrycia, dowódca spytał przez radio rzekomego Mattrassa, co ma oznaczać ta kulista metamorfoza, jak również kim właściwie jest: robotem czy człowiekiem?

Otrzymał odpowiedź, że zapytany przyjmuje takie kształty, jakie mu się żywnie podoba, że nie jest robotem, ponieważ powstał z człowieka, i nie jest człowiekiem, ponieważ takowy przebudował się w robota. Składania dalszych wyjaśnień odmówił stanowczo.

Sprawa ta, której prasa nadała znaczny rozgłos, jęła się z wolna przeradzać w skandal, ponieważ statki mijające Kraba chwytały strzępy radiowych rozmów prowadzonych przez tak zwanego Mattrassa, w których nazywał się „Katodym Pierwszym A”. O ile można się było zorientować, Katody Pierwszy A czy też Mattrass zwracał się do kogoś (do innych robotów?) jako do własnych swoich części, mniej więcej tak, jakby ktoś przemawiał do swych rąk czy nóg. Obłędna gadanina o Katodym Pierwszym A sugerowała, iż chodzi jak gdyby o jakieś, przez Mattrassa czy będące jego pochodną roboty, założone państwo. Departament Stanu zarządził natychmiastowe dokładne zbadanie rzeczywistego stanu rzeczy. Patrole wyjaśniły, że raz porusza się w mgławicy metalowa sfera, a raz — człekokształtny stwór pięćsetmilowy, że rozmawia z sobą o tym i o owym, a co się tyczy jego państwowości, to udziela odpowiedzi wymijających.

Władze postanowiły niezwłocznie ukrócić postępowanie uzurpatora, lecz skoro akcja miała być (a taka być musiała) oficjalna, należało ją jakoś nazwać. Otóż tu wynikły pierwsze szkopuły. Ustawa Mac Flacona stanowiła aneks do kodeksu postępowania cywilnego, który traktuje o ruchomościach. W samej rzeczy mózgi elektryczne uważane są za ruchomości, nawet jeśli nie mają nóg. Tymczasem osobliwe ciało w mgławicy rozmiarami dorównywało planetoidzie, a ciała niebieskie, choć się poruszają, uważane są za nieruchomości. Zachodziło pytanie, czy można aresztować planetę, jak również czy może być planetą zbiór robotów, a wreszcie, czy to jest jeden robot rozbieralny, czy też ich mnóstwo.

Wtedy zgłosił się do władz radca prawny Mattrassa i przedłożył im oświadczenie swego klienta, w którym ów stwierdzał, że wybiera się do Mgławicy Kraba, aby przerobić siebie na roboty.

Proponowana zrazu przez Wydział Prawny Departamentu Stanu wykładnia tego faktu brzmiała następująco: Mattrass, przerabiając się na roboty, unicestwił tym samym swój żywy organizm, a więc popełnił samobójstwo. Czyn ten nie jest karalny. Robot atoli lub roboty będące kontynuacją Mattrassa zostały przez takowego sporządzone, były więc jego własnością i teraz, po jego śmierci, winny przejść na rzecz skarbu państwa, gdyż Mattrass nie pozostawił spadkobierców. W oparciu o to orzeczenie Departament Stanu wysłał do mgławicy komornika sądowego z poleceniem zajęcia i opieczętowania wszystkiego, co w niej zastanie.

Adwokat Mattrassa złożył apelację, twierdząc, iż przyznanie w sentencji orzeczenia faktu kontynuacji Mattrassa wyklucza samobójstwo, bo ktoś, kto jest kontynuowany, istnieje, a kto istnieje, ten nie popełnił samobójstwa. Tym samym nie ma żadnych „robotów będących własnością Mattrassa”, a jest tylko sam Katody Mattrass, który przerobił się tak, jak mu się to podobało. Żadne przeróbki cielesne nie są i nie mogą być karalne, jak również nie wolno zajmować sądownie części czyjegoś ciała — czy będą to złote zęby, czy roboty.

Departament Stanu zakwestionował taką wykładnię sprawy, z której wynikało, że osobnik żywy, w tym wypadku człowiek, może być zbudowany z części najoczywiściej martwych, mianowicie robotów. Wówczas adwokat Mattrassa przedstawił władzom orzeczenie grupy czołowych fizyków z uniwersytetu w Harvardzie, którzy jednogłośnie zeznawali, iż każdy w ogóle żywy organizm, między innymi ludzki, zbudowany jest z cząstek atomowych, a te bez wątpienia należy uznać za martwe.

Widząc, jak niepokojący obrót zaczyna sprawa przybierać, Departament Stanu wycofał się z atakowania „Mattrassa i sukcesorów” od strony fizyko-biologicznej i wrócił do pierwotnego orzeczenia, w którym słowo „kontynuacja” zmieniono na słowo „wytwór”. Wtedy adwokat niezwłocznie złożył w sądzie nowe oświadczenie Mattrassa, w którym ten oznajmiał, iż tak zwane roboty są w rzeczywistości jego dziećmi. Departament Stanu zażądał przedstawienia aktu adopcji, co było manewrem podchwytliwym, gdyż usynowienia robotów ustawy nie dopuszczały. Adwokat Mattrassa natychmiast wyjaśnił, że chodzi nie o usynowienie, lecz ojcostwo prawdziwe. Departament orzekł, iż w myśl obowiązujących przepisów dzieci muszą posiadać ojca i matkę. Adwokat, przygotowany na to, dołączył do akt sprawy pismo inżyniera elektryka Melanii Fortinbrass, która wyjawiała, iż przyjście na świat kwestionowanych osób zaszło w toku jej ścisłej z Mattrassem współpracy.

Departament Stanu zakwestionował charakter owej współpracy jako pozbawiony „naturalnych cech rodzicielskich”. W wymienionym przypadku — głosiło rządowe exposé — mówić można o ojcostwie względnie macierzyństwie jedynie w sposób przenośny, gdyż chodzi o rodzicielstwo duchowe, ustawy domagają się natomiast — aby w moc wejść mogło prawo rodzinne — cielesnego.

Adwokat Mattrassa zażądał wyjaśnienia, czym różni się rodzicielstwo duchowe od cielesnego, a także na jakiej podstawie Departament Stanu uważa skutki związku Katodego Mattrassa z Melanią Fortinbrass za pozbawione fizycznego charakteru dziecięctwa.

Departament odparł, iż wkład sił duchowych w zgodne z literą prawa rodzinnego płodzenie dzieci jest nikły, czynności fizycznych atoli — przeważający. Co w przypadku omawianym nie zachodzi.

Adwokat przedstawił wtedy orzeczenie biegłych akuszerów cybernetycznych, wykazujące, jak bardzo, w sensie fizycznym, natrudzić się musieli Katody i Melania, aby na świat przyszło ich samoczynne potomstwo.

Departament zdecydował się wreszcie, nie bacząc na względy przystojności publicznej, na podjęcie kroku rozpaczliwego. Oświadczył, że czynności rodzicielskie, które w sposób przyczynowo-konieczny poprzedzić muszą zaistnienie dzieci, w istotny sposób różnią się od programowania robotów.

Adwokat na to tylko czekał. Oznajmił, że w pewnym sensie i dzieci programowane są przez rodziców w trakcie czynności przygotowawczo-wstępnych, i zażądał, aby Departament określił dokładnie, jak, jego zdaniem, należy poczynać dzieci, aby to było zgodne z literą prawa.

Departament, wezwawszy do pomocy biegłych, przygotował obszerną odpowiedź, ilustrowaną odpowiednimi planszami i szkicami topograficznymi, ponieważ jednak autorem głównym tej tak zwanej „Różowej księgi” był osiemdziesięciodziewięcioletni profesor Truppledrack, senior położnictwa amerykańskiego, adwokat natychmiast zakwestionował jego kompetencję w przedmiocie czynności względem rodzicielstwa sprawczo-wstępnych, a to ze względu na fakt, iż wskutek swego niezmiernie podeszłego wieku starzec musiał utracić już pamięć szeregu krytycznych dla rozstrzygnięcia sprawy szczegółów i opierał się na rozmaitych pogłoskach i relacjach osób trzecich.

Departament postanowił wtedy wesprzeć „Różową księgę” zaprzysiężonymi zeznaniami licznych ojców i matek, ale wtedy wyszło na jaw, że ich oświadczenia miejscami różnią się od siebie dosyć znacznie. Niektóre elementy faz wstępnych nie zgadzały się ze sobą w wielu punktach. Departament, widząc, jak zgubna niejasność pochłaniać zaczyna ten problem kluczowy, zamierzał zrazu kwestionować materiał, z którego stworzone zostały tak zwane „dzieci” Mattrassa i Fortinbrass, ale wtedy rozeszły się, rozpuszczane, jak się potem wyjawiło, przez adwokata, pogłoski, iż Mattrass zamówił w Corned Beef Company 450000 ton cielęciny, i podsekretarz stanu czym prędzej z projektowanego kroku zrezygnował.

Miast tego Departament, za nieszczęśliwym podszeptem profesora teologii, superintendenta Speritusa, powołał się na Biblię. Było to wielce nieopatrzne, ponieważ adwokat Mattrassa odparował to posunięcie obszernym elaboratem, w którym na podstawie cytatów wykazał, że Pan Bóg zaprogramował Ewę, wychodząc z jednej tylko części i działając, w stosunku do metod używanych zwyczajowo przez ludzi, zgoła ekstrawagancko, a przecież stworzył człowieka, bo wszak nikt zdrowy na umyśle nie uważa Ewy za robota. Departament wniósł wówczas oskarżenie Mattrassa i jego sukcesorów o czyn kolidujący z ustawą Mac Flacona i innych, gdyż jako robot lub roboty wszedł w posiadanie ciała niebieskiego. Ustawa zaś zabrania robotom posiadania planety czy jakiejkolwiek innej nieruchomości.

Tym razem adwokat przedłożył Sądowi Najwyższemu wszystkie dotychczasowe akty skierowane przez Departament przeciw Mattrassowi łącznie. Podkreślił, że, po pierwsze, z zestawienia pewnych ustępów akt wynika, jakoby, według Departamentu Stanu, Mattrass był własnym swym ojcem i synem równocześnie, stanowiąc zarazem ciało niebieskie; po wtóre — oskarżył Departament o sprzeczną z prawem wykładnię ustawy Mac Flacona. Najdowolniej w świecie ciało pewnej osoby, mianowicie obywatela Katodego Mattrassa, uznane zostało za planetę. Wywód oparty jest na absurdzie prawnym, logicznym i semantycznym. Tak się to zaczęło. Niebawem prasa nie pisała już o niczym, jak tylko o „państwie-planecie-ojcu-synu”. Władze wszczynały nowe postępowania, a każde utrącał w zarodku niestrudzony adwokat Mattrassa.

Departament Stanu rozumiał doskonale, że przewrotny Mattrass nie dla płochej igraszki pływa, uwielokrotniwszy się, w Mgławicy Kraba. Szło mu o stworzenie precedensu prawem nie przewidzianego. Bezkarność Mattrassowego kroku groziła w przyszłości konsekwencjami zgoła nieobliczalnymi. Tak więc najtężsi specjaliści dniem i nocą ślęczeli nad aktami, koncypując coraz bardziej karkołomne konstrukcje jurystyczne, w których matni miał wreszcie znaleźć niechlubny koniec wyczyn Mattrassa. Ale każdą akcję udaremniała natychmiast kontrakcja Mattrassowego radcy prawnego. Sam z żywym zainteresowaniem śledziłem przebieg tych zmagań, gdy całkiem nieoczekiwanie otrzymałem zaproszenie Asocjacji Adwokackiej na specjalne posiedzenie plenarne, poświęcone problematyce wykładni „Casus Stany Zjednoczone contra Katody Mattrass, vel Katody Pierwszy A, vel owoce związku Mattrass et Fortinbrass, vel planeta w Mgławicy Kraba”.

Nie omieszkałem udać się w wyznaczonym terminie na wskazane miejsce i zastałem salę wypełnioną już po brzegi. Kwiat palestry wypełniał ogromne loże piętra i szeregi parterowych foteli. Spóźniłem się nieco i obrady były już w toku. Siadłem w jednym z ostatnich rzędów i jąłem przysłuchiwać się siwowłosemu mówcy.

— Dostojni koledzy! — rzekł, wznosząc z lubością ramiona. — Niezwykłe trudności oczekują nas, gdy przystępujemy do prawnej analizy tego zagadnienia! Niejaki Mattrass przerobił się z pomocą niejakiej Fortinbrass na roboty i zarazem powiększył się w skali jeden do miliona. Tak wygląda rzecz z punktu widzenia laika, kompletnej ignorancji, świętej niewinności, niezdolnej dostrzec otchłani prawnych problemów, jaka otwiera się tu przed naszym wstrząśniętym okiem! Musimy rozstrzygnąć najpierw, z kim mamy do czynienia — z człowiekiem, robotem, państwem, planetą, dziećmi, szajką, konspiracją, zebraniem demonstracyjnym czy rokoszem. Proszę zważyć, jak wiele od rozstrzygnięcia zależy! Jeśli, na przykład, uznamy, że chodzi nie o państwo, lecz o samozwańcze zgrupowanie robotów, rodzaj elektrycznego zbiegowiska, to w tym przypadku obowiązywać będą nie normy prawa międzynarodowego, lecz zwykłe przepisy o naruszeniu porządku na drogach publicznych! Jeśli orzekniemy, iż Mattrass, mimo powielenia się, nie przestał istnieć, a jednak ma dzieci, to z tego będzie wynikało, że osobnik ten sam siebie urodził — sprawiając tym przeraźliwy kłopot legislacji, bo ustawy nasze tego nie przewidują, a wszak nullum crimen sine lege!! Dlatego proponuję, aby najpierw zabrał głos znakomity znawca prawa międzynarodowego, profesor Pingerling!

Czcigodny profesor, witany ciepłymi oklaskami, wstąpił na mównicę.

— Panowie!! — rzekł starczym, krzepkim głosem. — Zastanówmy się wpierw, jak się zakłada państwo. Zakłada się je, nieprawdaż, w sposób rozmaity; nasza ojczyzna, na przykład, była niegdyś kolonią angielską, następnie zaś proklamowała niepodległość i ukonstytuowała się w państwo. Czy zachodzi to w przypadku Mattrassa? Odpowiedź brzmi: jeżeli Mattrass, przerabiając się na roboty, był przy zdrowych zmysłach, to jego czyn państwotwórczy można uznać za istniejący prawnie, przy uwzględnieniu dodatkowym, iż narodowość jego określimy jako elektryczną. Jeśli natomiast był on niespełna rozumu, to czyn ten prawnego uznania znaleźć nie może!!

Tu pośrodku sali zerwał się jakiś siwowłosy starzec, daleko bardziej sędziwy od mówcy, i zawołał:

— Wysoki sądzie, to jest: panowie! Pozwolę sobie zauważyć, iż nawet jeśli Mattrass był państwotwórcą niepoczytalnym, to jednak potomkowie jego mogą być poczytalni, tak więc państwo istniejące zrazu tylko jako produkt prywatnego obłędu, a więc mające charakter objawu chorobowego, zaczęło potem istnieć publicznie, de facto przez samą zgodę jego elektrycznych obywateli na zaistniałą sytuację. Ponieważ zaś nikt nie może zakazać obywatelom jakiegoś państwa, którzy wszak sami tworzą jego system legislacyjny, uznawania zwierzchności choćby i najbardziej niepoczytalnej (jak uczy o tym historia, zdarzało się to nieraz), to tym samym istnienie Mattrassowego państwa de facto pociąga za sobą jego istnienie de iure!!

— Wybaczy pan, mój szanowny oponencie — rzekł profesor Pingerling — ale Mattrass był jednak naszym obywatelem, a więc…

— I cóż z tego?! — wykrzyknął zapalczywy starzec z sali. — Państwotwórczość Mattrassa możemy uznać albo możemy jej nie uznać! Jeśli uznamy ją i powstało suwerenne państwo, to roszczenia nasze upadają. Jeśli jej nie uznamy, to albo mamy do czynienia z osobą prawną, albo nie. Jeśli nie, jeśli nie mamy przed sobą prawnej osobowości, to cały problem istnieje tylko dla zamiataczy Zakładu Oczyszczania Kosmosu, gdyż w Mgławicy Kraba jest kupa złomu — i zgromadzenie nasze w ogóle nie ma nad czym obradować! Jeśli mamy atoli przed sobą osobowość prawną, to wynika inna kwestia. Prawo kosmiczne przewiduje możliwość aresztowania, to jest pozbawienia wolności osoby prawnej i fizycznej na planecie albo na pokładzie statku. Na statku tak zwany Mattrass się nie znajduje. Raczej na planecie. Należy zatem zwrócić się o jego ekstradycję — ale nie mamy do kogo się zwracać; poza tym planeta, na której on przebywa, jest nim samym. Tak zatem miejsce to z jedynego punktu widzenia, jaki nas obowiązuje, to jest: Majestatu Prawa, stanowi pustkę, coś w rodzaju jurystycznej nicości, nicością zaś ani przepisy porządkowe, ani prawo karne, ani administracyjne, ani międzynarodowe się nie zajmują. Tak zatem słowa czcigodnego profesora Pingerlinga nie mogą problemu rozjaśnić, ponieważ problem ten w ogóle nie istnieje!!

Osłupiwszy taką konkluzją szanowne zgromadzenie, starzec usiadł.

W ciągu następnych sześciu godzin wysłuchałem około dwudziestu mówców, którzy dowodzili kolejno, w sposób logicznie ścisły i niezbity, że Mattrass istnieje, jak również, że nie istnieje; że założył państwo robotów, względnie składający się z takowych organizm; że Mattrass powinien iść na złom, gdyż przekroczył cały szereg ustaw; że żadnej nie przekraczał; pogląd mecenasa Wurpla, że Mattrass bywa bądź planetą, bądź robotem, bądź niczym zgoła, który miał, jako wypośrodkowany, zadowolić wszystkich, wywołał powszechną wściekłość i nie znalazł, poza jego twórcą, żadnego zwolennika. Wszystko to było wszakże błahostką wobec dalszego przebiegu obrad, gdyż nadasystent Milger udowodnił, że Mattrass, przerabiając się na roboty, tym samym powielił swą osobowość i jest go teraz około trzystu tysięcy; ponieważ jednak mowy nie ma o tym, aby ta zbiorowość przedstawiała zgromadzenie różnych osób, jest bowiem tylko jedną i tą samą osobą, powtórzoną mnóstwo razy, to tym samym Mattrass jest jeden w trzystu tysiącach postaci.

Na co sędzia Wubblehorn oświadczył, że cały problem od początku rozpatrywano fałszywie: skoro Mattrass był człowiekiem i przerobił się na roboty, to te roboty nie są nim, lecz kimś innym; skoro są kimś innym, to należy dopiero zbadać, kim one są; ponieważ nie są żadnym człowiekiem, to nie są nikim; tak więc brak nie tylko problemu jurystycznego, ale i fizycznego: gdyż w Mgławicy Kraba w ogóle nikogo nie ma. Już kilka razy zostałem dotkliwie poturbowany przez zaciekłych dyskutantów. Służba porządkowa, jak również sanitariusze, mieli pełne ręce roboty, gdy wtem rozległy się wołania, że na sali znajdują się przebrane za prawników mózgi elektryczne, które niezwłocznie należy usunąć, albowiem stronniczość ich nie ulega wątpliwości, nie mówiąc już o tym, że nie mają prawa uczestniczenia w obradach. Jakoż przewodniczący, profesor Hurtledrops, zaczął chodzić po sali z małym kompasikiem w ręku, a ilekroć igiełka jego zadrgała i zwracała się ku komuś z siedzących, przyciągana skrytym pod odzieżą żelastwem, natychmiast osobnika takiego demaskowano i wyrzucano za drzwi. W ten sposób opróżniono salę do połowy, podczas nieustających przemówień docentów Fittsa, Pittsa i Clabentego, przy czym temu ostatniemu przerwano w pół słowa, gdyż kompas zdradził jego elektryczne pochodzenie. Po krótkiej przerwie, podczas której posilaliśmy się w bufecie, w zgiełku na sekundę nawet nie milknącej dyskusji, gdy wróciłem na salę, przytrzymując na sobie ubranie, bo rozsierdzeni prawnicy, coraz chwytając mnie za guziki, oberwali mi je co do jednego — ujrzałem obok podium duży aparat Roentgena. Przemawiał mecenas Plussex, który orzekł, iż Mattrass jest przypadkowym fenomenem kosmicznym, gdy przewodniczący zbliżył się ku mnie z groźnym marsem i niepokojąco skaczącą w dłoni kompasową strzałką. Już służba porządkowa chwytała mnie za kołnierz, gdy wyrzuciwszy z kieszeni scyzoryk, nóż do konserw, dziurkowane jajko metalowe do parzenia herbaty oraz oderwawszy od podwiązek przytrzymujące skarpetki sprzączki niklowane, przestałem oddziaływać na magnesową igłę i zostałem dopuszczony do dalszego udziału w obradach. Zdemaskowano czterdzieści trzy dalsze roboty, gdy podprofesor Buttenham wyjawił nam, że Mattrass może być traktowany jako rodzaj kosmicznego zbiegowiska — przypomniałem sobie, że już była o tym mowa, widocznie prawnikom zaczynało brakować konceptu — kiedy znowu poszła w ruch kontrola. Teraz prześwietlano bez pardonu obradujących i okazało się, że ukrywali pod nieposzlakowanie leżącymi ubraniami części plastikowe, korundowe, nylonowe, kryształowe, na koniec słomkowe. Podobno w jednym z ostatnich rzędów odkryto kogoś z włóczki. Gdy kolejny mówca zeszedł z podium, ujrzałem się sam jak palec pośród olbrzymiej pustej sali. Mówca został prześwietlony i natychmiast wyrzucony za drzwi. Wtedy przewodniczący, ostatni człowiek, który prócz mnie pozostał na sali, podszedł do mego fotela. Jakoś ni stąd, ni zowąd, sam nie wiem jak, wyjąłem mu z ręki kompasik, który zawirował oskarżająco i obrócił się przeciw niemu. Postukałem go palcem w brzuch, a że zadźwięczał, odruchowo ująłem go za kołnierz, wyrzuciłem za drzwi i zostałem takim sposobem sam. Stałem, samotny, w obliczu kilkuset porzuconych teczek, grubych foliałów z aktami, meloników, lasek, kapeluszy, ksiąg w skórę oprawnych i kaloszy. I pochodziwszy sobie jakiś czas po sali, widząc, że nie mam tu nic do roboty, odwróciłem się na pięcie i poszedłem do domu.

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, str. 399-419


„Koniec gościny niewdzięczne skurwysyny”. Ada, tak nie wypada! – A jaka jest trzecia DROGA?

Kandydat Trzeciej Drogi udostępnił grafikę o Ukraińcach. Usunęli go z list

17.03.2024 kandydat-trzeciej-drogi-o-ukraincach

Liderzy Trzeciej Drogi Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia.
Liderzy Trzeciej Drogi Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia. / foto: PAP

Kandydat Trzeciej Drogi Artur Lemtis został usunięty z komitetu. Wszystko przez wpisy o Ukraińcach.

Lemtis miał w wyborach samorządowych startować z list Trzeciej Drogi w województwie zachodniopomorskim, do Rady Gminy Postomino. Został jednak usunięty. Poszło o wpisy o Ukraińcach, które zamieszczał na swoim profilu w mediach społecznościowych.

Chodzi o grafikę przedstawiającą czarną postać na tle biało-czerwonej Polski, wykopującą poza granicę postać niebiesko-żółtą z czerwono-czarną głową. „Koniec gościny niewdzięczne sk*******y” – głosi napis na obrazku. Aferę wokół tego posta nakręcił jeden z internautów.

Na te wieści zareagował wiceminister klimatu i rzecznik PSL Miłosz Motyka. „Takie postawy są nieakceptowalne. Szef regionalnych struktur @RzepaJarek podjął decyzję o wycofaniu tej kandydatury. Na listach #TrzeciaDroga nie ma miejsca na nienawiść” – grzmiał.

============================================

Cywilizacja śmierci a weterynarz

Cywilizacja śmierci

Izabela BRODACKA

Proponuję Państwu następujący eksperyment myślowy. Zawozimy chorego psa do weterynarza. Weterynarz ocenia jego stan jako beznadziejny i proponuje uśpienie psa. Nie godzimy się z tą diagnozą szczególnie, że inna klinika obiecała nam podjąć się leczenia pupila. Chcemy więc zabrać psa ale weterynarz się nie zgadza. Twierdzi, że prawo nakazuje mu uśpienie zwierzęcia i wbrew naszym protestom robi to w naszej obecności.

Coś takiego wydaje się nam wszystkim niewyobrażalne. Gdyby weterynarz postąpił w taki sposób, zostałby odsądzony od czci i wiary przez obrońców zwierząt i z pewnością przegrałby sprawę sądową wytoczoną mu przez właściciela psa.

Opisuję tak szczegółowo to hipotetyczne zdarzenie aby podkreślić niewyobrażalne dla mnie przeżycia moich znajomych. Otóż ich brat miał we Włoszech wypadek samochodowy w wyniku którego doznał ciężkiego urazu czaszki. Przewieziono go do szpitala. Gdy rodzina dotarła do Włoch okazało się, że pacjent jest już przeznaczony do pobrania narządów i wentyluje się tylko jego ciało nie zajmując się mózgiem. Nie próbowano usunąć krwiaka, nie udrożniono naczyń krwionośnych odżywiających mózg, właściwie nic nie zrobiono. Indagowany w kwestii tych zaniedbań ordynator wykrzykiwał: „zrozumcie, to jest trup” i żądał podpisania zgody na pobranie narządów powołując się na opinię bliżej nieokreślonego konsylium.

Tu dopiero zaczyna się horror. Rodzina postanowiła przenieść pacjenta do innej kliniki, a potem transportować do Polski w nadziei, że doktor Talar, któremu udało się przywrócić do normalnego życia przeszło tysiąc osób ze stwierdzoną przez lekarzy tak zwaną „ śmiercią mózgową” zechce się nim zająć. Ordynator jednak stanowczo odmówił przewiezienia pacjenta do innej placówki oświadczając, że prawo nie tylko mu pozwala lecz nawet każe odłączyć pacjenta od respiratora. Następnego dnia o określonej przez samego siebie godzinie wyrwał choremu z tchawicy rurkę respiratora. Zaszokowana rodzina widziała jak chory umiera dusząc się. Trudno sobie wyobrazić większe okrucieństwo. W retorsji rodzina odmówiła zgody na pobranie od chorego narządów, ale na to też znalazł się sposób. Prokurator badający sprawę wypadku zażądał sekcji zwłok, a co potem działo się z ciałem ofiary tego nikt nie wie. Rodzina otrzymała zwłoki w zalutowanej trumnie z prokuratorskim zakazem otwierania tej trumny.

W filmach, szczególnie amerykańskich obserwujemy nieodmiennie scenę gdy karetka przywozi rannego do szpitala a lekarze biegną obok wózka wiozącego go na salę operacyjną, podając mu w biegu tlen i kroplówki. Wiemy doskonale, że to literacka fikcja. W polskich realiach pacjent trafia do selekcji, selekcjonerem bywa zwykły sanitariusz, potem chory czeka w poczekalni na swoją kolejkę, czasem spadając z krzesła na podłogę albo nawet umierając.

Nie sposób teraz ustalić czy ofiara wypadku samochodowego we Włoszech mogła być uratowana. Przyjmijmy, że lekarze mieli rację i stan pacjenta był beznadziejny. Jakim prawem jednak zatrzymali go siłą i zamordowali. Wyjęcie rurki respiratora nie oddychającemu samodzielnie pacjentowi to wykonanie wyroku śmierci wydanego nie przez sąd lecz przez przypadkowych lekarzy być może zainteresowanych finansowo uzyskaniem od chorego narządów. I pomyśleć, że na karę śmierci sąd nie może skazać w Europie żadnego, nawet najbardziej okrutnego przestępcy. Natomiast sąd brytyjski skazał na śmierć malutkiego Alfiego Evansa zezwalając na odłączenie dziecka od aparatury podtrzymującej życie i zalecając w razie konieczności podanie mu zastrzyku z trucizną. Można by zrozumieć, że lekarze postanowili odłączyć dziecko, bo i tak nie rokuje, a brakuje im sprzętu dla innych dzieci. Jakim jednak prawem uniemożliwili rodzicom przewiezienie synka do innej kliniki. Córka Ewy Błaszczyk żyje w śpiączce dość długo i chyba nie wyobrażamy sobie, że ktoś chciałby ją w majestacie prawa zabić.

Rodzicom, którzy dali dziecku klapsa odbiera się prawa rodzicielskie. W tym przypadku to rodzicom odebrano prawa rodzicielskie, bo nie godzili się na zabicie dziecka. Co więcej policja nie dopuszczała ich do synka. Rodzice mają przecież konstytucyjne prawo do decydowania o sposobie leczenia dziecka, w tym mają prawo przenieść je do innej placówki zapewniającej ich zdaniem lepszą opiekę. Co więcej- pielęgniarka szkolna nie może bez zgody rodziców podać dziecku nawet aspiryny. Brytyjscy lekarze uznając, że chłopiec jest nieuleczalnie chory, choć nie potrafili go jednoznacznie zdiagnozować, nie pozwolili przewieźć go do kliniki we Włoszech, która deklarowała chęć leczenia Alfiego, a w razie konieczności bezpłatną opiekę nad nim do końca życia. Odmowę przewiezienia dziecka do włoskiej kliniki uzasadniono stwierdzeniem, że transport może zaszkodzić jego zdrowiu co w tej sytuacji brzmi jak ponury żart.

Zdaniem katów, którzy ośmielają się nazywać lekarzami chłopiec miał po odłączeniu od respiratora oddychać tylko trzy minuty. Oddychał jednak samodzielnie przez kilkanaście godzin. W tym czasie nie podawano mu żadnych kroplówek, skazując na powolną śmierć z głodu i odwodnienia. Przetrzymywanie dziecka siłą w szpitalu, głodzenie, odmowa podania tlenu to po prostu zwykłe morderstwo. Poparte decyzją sądu, a więc morderstwo sądowe.

Morderstwem było również zatrzymanie siłą we włoskim szpitalu polskiego pacjenta i odłączenie go od respiratora.

Podobne historie zdarzały się również wcześniej. W Łodzi sanitariusze i lekarze zwani „łowcami skór” uśmiercali w okrutny sposób pacjentów podając im paraliżujący mięśnie pavulon . Byli to jednak zwykli przestępcy i zostali za swoje czyny ukarani przez sąd. Tymczasem to sąd brytyjski skazał na śmierć niewinne dwuletnie dziecko.

Cywilizacja śmierci nie dba o jakąkolwiek logikę. W szkole nie można podać dziecku bez zgody rodziców nawet aspiryny, natomiast pigułka poronna ma być udostępniana dzieciom bez zgody rodziców i bez recepty . Rodzicom nie wolno siłą zatrzymać niesfornego nastolatka w domu natomiast szpital może siłą zatrzymać pacjenta tylko po to, żeby go zabić.

Niemcy sugerują: „W Polsce rozpoczął się proces. Osiedlą się tu Izraelczycy z Europy Zachodniej i Żydzi z Ukrainy”.

Co sugerują Niemcy? „W Polsce rozpoczął się proces. Osiedlą się tu Izraelczycy z Europy Zachodniej i Żydzi z Ukrainy”

17.03.2024 nczas!!!

Przedstawiciel społeczności żydowskiej
Przedstawiciel społeczności żydowskiej – zdj. ilustracyjne. / Fot. Dave Herring/Unsplash

Polska jest krajem bezpiecznym do życia dla Żydów – przekonują się o tym coraz częściej potomkowie ocalałych z Auschwitz. Przeprowadzają się do Polski, gdzie czują się bardziej chronieni niż w krajach Europy Zachodniej – opisuje w reportażu z Krakowa portal dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ), podkreślając, że na proces ten mocno wpłynęła wojna w Ukrainie i atak Hamasu na Izrael.

Jak sądzicie, po co Niemcy publikują takie teksty?” – pyta retorycznie red. Tomasz Sommer.

W krakowskiej synagodze przy ul. Dietla nabożeństwa odprawiane są po polsku i po hebrajsku. Wiele przychodzących tam rodzin mieszka na terenie dawnej żydowskiej dzielnicy Kazimierz. Dzielnica została nazwana na cześć króla Kazimierza Wielkiego (1310–1370), który zrobił wiele dla bezpieczeństwa Żydów w kwestiach prawnych – przypomniał FAZ.

„Dzisiaj w Polsce żyją Żydzi z pokolenia po-Auschwitz. Kraków stał się sercem tej nowej normalności. Kraków jest wyjątkowy, jest wielokulturowy” – powiedział rabin Eliezer Gurary. „Tu nie jest tak jak w Niemczech, gdzie przy wejściu do synagogi przeszukuje się wchodzących wykrywaczem metalu. Tutaj jest bardziej przyjaźnie” – wyjaśnił.

„Od 15 lat prowadzimy przedszkole żydowskie. We wrześniu osiągnęliśmy minimalny limit dziesięciorga dzieci w wieku szkolnym. Obecnie po raz pierwszy od ponad 50 lat mamy w Krakowie szkołę żydowską, małą pierwszą klasę. To szczególny powód do radości” – podkreślił rabin Gurary.

Jak zauważył FAZ, 800-tysięczny Kraków, drugie co do wielkości miasto w Polsce, nie jest odizolowaną od świata wyspą. „Od początku wojny w Strefie Gazy odbyło się tu kilka niewielkich demonstracji solidarności z Palestyńczykami. Społeczność żydowska potwierdziła, że na wydarzenie przybyli także demonstranci z Niemiec, niektórzy pochodzenia arabskiego” – pisze FAZ. Po 7 października w środowiskach żydowskich w Krakowie zwiększono środki ochrony – m.in. po doniesieniach o broni, w jaką mogli byli wyposażeni przyjeżdżający demonstranci.

W Krakowie znajduje się Centrum Społeczności Żydowskiej (Jewish Community Centre – JCC), zainaugurowane w 2008 roku przez brytyjskiego księcia Karola (obecnego króla). JCC oferuje przestrzeń każdemu, kto „w jakikolwiek sposób identyfikuje się jako Żyd – niezależnie od tego, czy jest ortodoksyjny, liberalny, religijny czy świecki”.

„Nad bramą powiewają flagi narodowe Polski, Izraela i Ukrainy. Na jednym z okien widać tęczową flagę. Na płocie od strony ulicy umieszczono dziesiątki zdjęć i nazwisk zakładników Hamasu” – opisuje FAZ.

Jednym z zakładników Hamasu jest 75-letni urodzony w Warszawie historyk Alex Dancyg, od kilkudziesięciu lat zaangażowany w dialog polsko-żydowski. 7 października został on uprowadzony przez Hamas, był torturowany. „Prezydent Andrzej Duda potwierdził, że będzie działać na rzecz uwolnienia Alexa Dancyga, który ma również polskie obywatelstwo” – zaznacza FAZ.

Dwa lata temu, gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, pracownicy JCC „rzucili się na pomoc Ukrainie, otaczając opieką przez ten czas dziesiątki tysięcy uchodźców”. Pomoc udzielana jest do dziś.

Dyrektor JCC Jonathan Ornstein, pochodzący z rodziny żydowskiej w Nowym Jorku, potwierdził, że od 2022 roku JCC przeznaczyło blisko 10 mln dolarów na pomoc uchodźcom z Ukrainy. „Judaizm ma mniej wspólnego z wiarą, a więcej z działaniem” – podkreślił.

JCC organizuje również kursy językowe, z zakresu historii, religii oraz kuchni żydowskiej. „Języka hebrajskiego obecnie uczy się u nas ponad 300 osób, uczymy także języka jidysz i arabskiego” – wyjaśnił Ornstein. Dodał, że w planach JCC jest m.in. wycieczka rowerowa z miejsca pamięci – obozu Auschwitz – do Krakowa. „Z miejsca śmierci do miejsca nowego życia” – podkreślił.

W ocenie Ornsteina w Krakowie osoby noszące jarmułki nie spotykają się z przejawami antysemityzmu. „Tutaj nie ma tego problemu. W Polsce panuje ogromne zainteresowanie kulturą żydowską” – wyjaśnił. Jak dodał, Kraków to miasto o dużych tradycjach judaistycznych. „Gdy przyszedł Holokaust, to żydowskie serce zostało wyrwane. Później nadszedł komunizm i prawie w ogóle się o tym nie mówiło. A teraz, od około 1989 roku, ludzie są ciekawi i interesują się tym” – dodał.

Zapytana o wystąpienie posła Konfederacji Grzegorza Brauna, który zakłócił w Sejmie obchody Chanuki, gasząc świece, socjolożka i aktywistka Miriam Synger oceniła, że jest to przykład „braku wiedzy o kulturze żydowskiej, chrześcijańskiej i polskiej.” „Decydującym czynnikiem w takich przypadkach jest zawsze reakcja polityków i społeczeństwa. A tu reakcja była bardzo dobra, ostra i wyraźna” – zgodził się Ornstein.

„Teraz w Polsce łatwiej i bezpieczniej być Żydem niż w jakimkolwiek kraju Europy Zachodniej” – stwierdził Ornstein. Podkreślił przy tym, że nadal „wielkim zadaniem pozostaje przekazanie tego faktu środowisku żydowskiemu, które wciąż postrzega Polskę z perspektywy Holokaustu”.

„W Polsce rozpoczął się proces, który będzie się nasilał. Osiedlą się tu Izraelczycy z Europy Zachodniej i Żydzi z Ukrainy. (…) Polska od pewnego czasu jest krajem o dobrym rozwoju gospodarczym, a jednocześnie krajem zapewniającym Żydom bezpieczeństwo” – podsumował dyrektor JCC.

Jak mocne leki [odurzające] trzeba brać by twierdzić, że „Ziemia płonie”?

Jak mocne leki trzeba brać by twierdzić, że „ziemia płonie”?

By Paweł Klimczewski

Z powodu pozycji kontynentów żywność produkuje się głównie na półkuli północnej, gdy odpowiednio spojrzeć na globus południowa półkula to w większości ocean. Dlatego zawsze na wiosnę, po ocenie stanu upraw krystalizują się ceny płodów rolnych, głównie zbóż.

Jak widać na mapce kondycja upraw jest bardzo dobra, ceny pszenicy na rynkach światowych lecą na łeb na szyję, ceny ropy mamy znacznie niższe, niż rok temu. Dolar tani jak barszcz, a wszystkie surowce kupuje się w dolarach, a za oknem drożyzna.

Stan upraw, marzec 2024

Nie zrobię odkrycia, że jedynym powodem jest drukowanie pustego pieniądza w okresie zastoju gospodarczego, przez ostatnie 5 lat świat zachodni przy zmniejszonej produkcji radykalnie zwiększył ilość gotówki w obiegu, co musiało się przełożyć na jej niską wartością w stosunku do dóbr i usług, na które się ją wymienia. Prawo podaży i popytu jest banalnie proste i działa zawsze, bez ekonomistów i ministrów, wystarczy rolnik i rzemieślnik i już mamy gospodarkę.

Złoto mówi po cichu” „sprawdzam” i odpowiada wszystkim profesorom ekonomi: rekord wszechczasów!

Mało media o tym mówią, wyraźnie strach przed paniką każe wyciszać te dyskusję, zaklina się lud „presjami banków centralnych” i innymi pustymi frazesami.

Rajd cen bitcoina wyniósł kolejną piramidę finansową do absurdalnych rekordów. Ten mityczny „antysystemowy” balon, to oszustwo stulecia. Najbardziej się zdziwią wszyscy, którzy wierzą w anonimowość transakcji w sieci. Każdy grosik tych cyfrowych transferów jest śledzony i opisany jak żadne dobra w świecie fizycznym.

W chwili, gdy państwa przejdą na walutę cyfrową nie będą tolerować konkurencji, jednym przyciśnięciem na klawiaturze wyłączą tę zabawkę. Filozofowie powiedzieli wiele głupstw, ale czasem mówią coś do rzeczy: „Nie ma takiego okrucieństwa, ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.” W 1933 w USA skonfiskowano wszystkim całe złoto za marne odszkodowanie. Całkiem niedawno, w 2013 r, na Cyprze wyczyszczono obywatelom wszystkie konta bankowe powyżej 100 tys. euro. Oszczędności całych pokoleń zostały przejęte przez państwo należące do UE. Posiadacze większej gotówki stracili ponad 60% swoich wkładów.

Poza okradzionymi nikt w Europie nie pisnął, w tym obrońcy „wartości europejskich”.

Paweł Klimczewski

===================================

Poniżej info jak można mnie wesprzeć w działalności publicystycznej. Obecnie to moje jedyne, skromne źródło dochodów. Linkując teksty w Social mediach, a nie źródła zapewniamy przychody z reklam dla Meta, tj. FB, Instagram, WhatsApp i innych korporacji.

Możesz mnie wesprzeć dowolną kwotą na konto:

mBank : 87 1140 2017 0000 4002 1094 2334

Paweł Klimczewski, tytułem: wpłata

Dziękuję ze wsparcie niezależności mediów w Polsce.

Rocznicowa pielgrzymka do Pana Naszego

Rocznicowa pielgrzymka do Pana Naszego

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    17 marca 2024 za wszelką cenę

12 marca 1999 roku „drogi Bronisław”, czyli prof. Bronisław Geremek, przez panią Magdalenę Albright, co to, jako Żydówka, nie była pewna, czy jest Czeszką, czy może Serbką, do spółki z „profesorem” Władysławem Bartoszewskim, mianowany naszym „Skarbem Narodowym”, złożył w Waszyngtonie dokumenty ratyfikacji przez Polskę traktatu waszyngtońskiego z 1949 roku – i w ten sposób Polska została przyjęta do NATO. Był to jeden z etapów ustanawiania przez Amerykanów i Sowieciarzy nowego porządku politycznego w Europie, ponieważ porządek jałtański przestał być aktualny, a Sowieciarzom nie opłacało się bronić go za wszelką cenę.

Cokolwiek złego by o nich nie powiedzieć, to nie są oni tak głupi, jak nasi Umiłowani Przywódcy. Na przykład taki, który niedawno powiedział, że Ukraina musi z Rosją wygrać „za wszelką cenę”. Tak może mówi tylko idiota, bo „wszelka cena” może oznaczać na przykład również istnienie państwa polskiego. Ale to nie wina idioty, bo jego tak Pan Bóg stworzył, tylko naszych rodaków, którzy idiotów wysuwają na najwyższe stanowiska państwowe.

Wróćmy jednak do wątku głównego. Ustanawianie nowego porządku politycznego w Europie rozpoczęło się od spotkania Michała Gorbaczowa z prezydentem Reaganem w Genewie w marcu 1985 roku i podczas tego spotkania Amerykanie podjęli sowiecką ofertę wspólnego ustanowienia nowego porządku. Już rok później, po spotkaniu w Reykjaviku okazało się, że istotnym elementem tego porządku będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze Środkowej Europy. Powstającą wskutek tego próżnię polityczną próbowały wypełnić państwa Europy Środkowej zgrupowane w „Heksagonale”, ale Niemcy w początkach lat 90-tych, przy pomocy USA, które bombardowały Serbię, bez trudu je rozgoniły i od tej pory tę próżnię wypełniają Niemcy, rozszerzając na Europę Środkową Unię Europejską, której są politycznym kierownikiem i stwarzając w ten sposób odpowiednie warunki dla restytucji IV Rzeszy.

Ale IV Rzesza, którą właśnie pod kierownictwem niemieckim Europa za amerykańskim przyzwoleniem buduje, nie ma własnych sił zbrojnych, bo wcześniej wszystkie próby stworzenia europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, spotykały się ze stanowczym amerykańskim: „NIET!” Rzecz w tym, że kiedy w roku 1954 Amerykanie zdecydowali się na remilitaryzację Niemiec, to znaczy – na pozwolenie Niemcom na posiadanie armii, to na wypadek, gdyby Hitler zmartwychwstał, godząc się w roku 1955 na utworzenie Bundeswehry, wmontowali ją w całości w struktury NATO, za pośrednictwem których ją kontrolują. Pomysł utworzenia europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO jest więc pseudonimem wyprowadzenia Bundeswehry spod tej amerykańskiej kurateli, co byłoby uchyleniem jeszcze jednego skutku wojny przegranej przez Adolfa Hitlera. Toteż o ile Amerykanie nie mieli nic przeciwko temu, by Niemcy podporządkowały sobie politycznie i ekonomicznie Europę Środkową, a nawet im w tym pomogli, to uważali, że militarnie to oni muszą Europę kontrolować. Wyrazem tego dążenia było właśnie włączenie Europy Środkowej do obszaru NATO.

Również i to zostało uzgodnione, nie tyle z Sowietami, bo Związek Sowiecki już wtedy nie istniał, tylko z Rosją. W 1997 roku Rosjanie, nie wysuwając sprzeciwu wobec rozszerzenia NATO na Europę Środkową, zawarli z Amerykanami w Paryżu porozumienie dotyczące – jak to nazwano – „środków budowy zaufania”. Obejmowały one m.in. zakaz przesuwania zachodniej broni jądrowej na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej oraz zakaz zakładania na obszarze państw nowo-przyjętych do NATO stałych baz Sojuszu. Dlatego też w roku 1999 NATO zostało rozszerzone na obszar Europy Środkowej bezkonfliktowo.

Na tym jednak nie skończył się proces ustanawiania w Europie nowego porządku politycznego. Istotnym krokiem w tym kierunku był tzw. „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, przeprowadzony przez prezydenta Obamę 17 września 2009 roku. Prezydent Obama wycofał Stany Zjednoczone z aktywnej polityki w Europie Środkowej, w powstałą wskutek tego polityczną próżnię natychmiast wypełnili „strategiczni partnerzy”, czyli Niemcy i Rosja. Kolejny istotny krok został zrobiony 20 listopada 2010 roku na szczycie NATO w Lizbonie, gdzie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. NATO i Rosja ze śmiertelnych wrogów stały się „strategicznymi partnerami”. Było to ukoronowanie 25 lat prac nad ustanawianiem nowego porządku politycznego w Europie – porządku „lizbońskiego”. Jego najważniejszym postanowieniem było wspomniane strategiczne partnerstwo NATO-ROSJA, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a z kolei jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbengtrop-Mołotow. Prawie – bo republiki bałtyckie, które w roku 1939 znalazły się po wschodniej stronie tego kordonu, teraz znalazły się po stronie zachodniej – w NATO.

I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama, któremu nie udało się, gwoli udelektowania bezcennego Izraela, zorganizować koalicji państw europejskich przeciwko syryjskiemu tyranowi, przypisując swoje niepowodzenie intrygom zimnego ruskiego czekisty Putina, z tej irytacji w 2013 roku wysadził porządek lizboński w powietrze. Jak ujawniła Wiktoria Nuland, USA wyłożyły 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu” w celu wyłuskania tego kraju z rosyjskiej strefy. W ten sposób wyleciało w powietrze „strategiczne partnerstwo” NATO-Rosja i cały porządek lizboński, a na Ukrainie sytuacja stała się płynna, aż wreszcie doszło do otwartej wojny w lutym 2022 roku.

Ta wojna przeszła w stan chroniczny, co sprawia, że nawet prezydent Józio Biden, który zachęcił prezydenta Zełeńskiego do odrzucenia porozumień mińskich, co zostało przez Putina wykorzystane jako pretekst do inwazji, chciałby się teraz jakoś z tej awantury wyplątać tym bardziej, że ukraińskiego mięsa armatniego zaczyna brakować. W tej sytuacji pojawiają się pomysły, by do wojny z Rosją popchnąć takie państwa, jak np. Polska. Jak pokazał ostatnie szczyt UE w Paryżu, panu prezydentowi Dudzie, podobnie, jak Generalnemu Gubernatorowi Donaldowi Tuskowi, szalenie imponuje taki awans na kreatorów światowej polityki. Obawiam się, że właśnie w tym celu Pan Nasz z Waszyngtonu Józio Biden 12 marca wezwał przed swoje oblicze zarówno pana prezydenta Dudę, jak i Generalnego Gubernatora Tuska, żeby w ramach zapłaty za radosny przywilej przyjęcia do NATO, wyznaczyć im zadania.

Jakie to będą zadania tego nie wie ani pan prezydent Duda – bo w wygłoszonym 11 marca orędziu do naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, nie bardzo wiedział, co powiedzieć – podobnie jak nie wie tego Generalny Gubernator, który w dodatku będzie musiał zadania przekazane mu przez Pana Naszego Józia Bidena, jakoś skoordynować z zadaniami, jakie wyznaczyła mu niedawno Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Prawda wypowiadana publicznie nie jest mile widziana. Polityka klimatyczna.

Prawda zabolała. Gorzkie słowa Jakiego o PiS i Morawieckim. „Ktoś te wszystkie dziadostwa w UE podpisywał”

17.03.2024 prawda-zabolala-gorzkie-slowa-jakiego

Patryk Jaki.
Patryk Jaki. / Fot. PAP

Polityka klimatyczna coraz mocniej wkracza w nasze życie. Na kilka słów prawdy w tym temacie zdecydował się Patryk Jaki z Suwerennej Polski. Piotr Müller, były rzecznik rządu PiS zasugerował mu, że lepiej, aby prawdy nie mówił publicznie, tylko co najwyżej uwagi przekazywał „w gronie do tego przeznaczonym”.

Unia Europejska, w imię „walki z globalnym ociepleniem”, prowadzi agresywną politykę klimatyczną, która wpływa na nasze życie. Na razie powoli, ale w kolejnych latach mocno przyspieszy. Warto w tym miejscu wspomnieć chociażby o dyrektywie budynkowej, która nakazuje remonty wszystkich budynków w ten sposób, by było „eko”, o zakazie sprzedaży samochodów spalinowych i zezwoleniu na produkcję jedynie drogich elektryków czy o nowym systemie handlu emisjami CO2 (ETS2), przez który wszyscy zapłacimy znacznie więcej za energię.

To jedynie pierwsze z brzegu przykłady polityki klimatycznej UE, jest tego znacznie więcej. Na zdecydowaną większość z tych rzeczy godził się rząd PiS-u, choć oczywiście nie ulega żadnej wątpliwości, że rząd Tuska będzie robił dokładnie tak samo.

Politycy PiS-u, z byłym premierem Mateuszem Morawieckim na czele, lubią teraz opowiadać, jak to oni sprzeciwiali się klimatyzmowi i innym szkodliwym pomysłom UE. Tymczasem Patryk Jaki, z partii Zbigniewa Ziobry, która współtworzyła rząd PiS-u, zebrał się na kilka słów prawdy i przypomniał po prostu fakty.

Europoseł uderzył przede wszystkim w Morawieckiego oraz prezydenta Andrzeja Dudę. – Ktoś te wszystkie dziadostwa w Unii Europejskiej podpisywał. Ktoś za to odpowiada. To nie jest tak, że u nas nie ma ludzi za to odpowiedzialnych – powiedział podczas spotkania z wyborcami Jaki.

Wyraził obawy, że jeśli Morawiecki ponownie zostanie premierem, „nie daje gwarancji, że nie będzie tak samo”.

Ta wypowiedź, choć prawdziwa, bardzo nie spodobała się „człowiekowi Morawieckiego”, byłemu rzecznikowi rządu PiS, Müllerowi. Zarzucił, że Jaki szkodzi obozowi i zasugerował, że prawda wypowiadana publicznie nie jest mile widziana. „Kolegę Patryka Jakiego zachęcam do rozmów w gronach do tego przeznaczonych” – rozpoczął wpis Müller.

„Celowo spłaszczasz dyskusję na temat decyzji rządu w sprawach unijnych żeby “coś się przykleiło”. Szkodzisz tym obozowi. A decyzje w tych obszarach były przyjmowane wyłącznie na poziomie całego kierownictwa PiS-u. Wiesz o tym doskonale. Choć może już Patryk uwierzyłeś, że przerosłeś Prezesa, Premiera i Głowę Państwa. Szkoda, że takiej energii nie przełożyliście na działania w prokuraturze, sądach (np. pełnej cyfryzacji – w 8 lat dało się zrobić!)” – twierdzi były rzecznik rządu PiS.

Uważa ponadto, że postawa Suwerennej Polski odebrała PiS-owi kilka punktów procentowych w wyborach październikowych, a na koniec dodał, że uderza się w Donalda Tuska, a nie „swoich”.

W podobnym tonie Jakiego zaatakował Paweł Jabłoński, wiceminister spraw zagranicznych w rządzie PiS-u. Jaki odparł na to wszystko, że „nie było żadnej zgody kierownictwa na Fit55 i te zielone głupoty”. „To wyłączna odpowiedzialność Morawieckiego. Jednak jak była to chętnie zobaczę. Można wkleić” – napisał na Twitterze/X. W dalszej części wpisu dodał, że jego prawie całe wystąpienie było atakiem na Tuska i polecił kolegom z obozu politycznego przesłuchanie całego wystąpienia, a nie odnoszenia się jedynie do fragmentu uderzającego w PiS.

[Pyskówka – w oryginale. M.D.]

Komplementy

16 marca  2024 r. | Nr 11/2024 (663)
Komplementy
Małgorzata Todd

       Szanowni Państwo!
       Kto z nas nie lubi komplementów? Pytanie jest oczywiście retoryczne. Otrzymywanie ich odbywa się w sposób tradycyjny, lub nowoczesny. Dobrym przykładem może być Sienkiewicz. Pisarz cieszył się wielką estymą u współczesnego mu pokolenia, jak i następnych. Jego prawnuk budzi grozę miłośników kultury i aprobatę „wielkopańskiej” hołoty, która dorwała się do władzy.
       Tolerowanie i dotowanie głupoty wszelakiej w teatrze zaowocowało w pełni, zwłaszcza teraz, po grudniowym przewrocie. Niszcząc niewygodne nagrania, w rewolucyjnym zapale, „silni ludzie” Sienkiewicza natrafili na „skarby” stanu wojennego. I oto 4 marca 2024 r. Teatr Telewizji wyemitował arcy-bełkot wyprodukowany w stanie wojennym. Cóż za symboliczne, a właściwie oczywiste, nawiązanie rządzącej koalicji do 13 grudnia! Telewizyjni „artyści” prześcigają się w lizusostwie. Pierwsze miejsce w tej dyscyplinie zajął ostatnio pewien reżyser nazywając Wałęsę intelektualistą.
       Komplementy, podobnie jak obelgi, stały się towarem. Każdy może je nabyć w internecie. „Polubienia” i hejt, to już tylko towar. Tusk, jako namiestnik brukselek, płaci za hejt na nas, naszymi pieniędzmi z naszych podatków. Kółko się zamyka, bowiem, łatwo było przewidzieć, że po anty-PiS, przyjdzie, a może już przyszła, kolej na anty-kulturę.

Z pozdrowieniami
Małgorzata Todd

Strachy na lachy! Bo telewizory i monitory straszą ludzi „na okrągło”, co zabija [głupków].

Strachy na lachy!

Tylko prawda jest ciekawa. anthony

Czyli jak nie dać się zabić pandemii strachu, rozsiewanej przez Chazarów!


System strachu, czyli strachy na Lachy!

Kilka ostatnich lat pokazało, ze tak zwane systemy demokratyczne opierają swe działanie na  straszeniu ludzi przez chazarskie media i polityków od rana do wieczora, tak aby wpędzić ich w zabójczą spiralę stresu, który po przekroczeniu pewnego poziomu zabija ludzi pewnie i szybko.

W wymyślaniu strachów chazarskie media i politycy tej samej nacji są mistrzami świata. Mamy się bać wszystkiego: globalnego ocieplenia, pandemii chorób których jeszcze nie ma i nigdy nie będzie, wojny światowej i agresji Putina na Polskę, głodu i zagłady rolnictwa, plam na słońcu i wybuchu wulkanów na Marsie, kryzysu energetycznego i demograficznego, itp, itd.

Suma strachów serwowana ludziom przez Chazarów przekłada się na gigantyczny stres, który stanowi ogromne zagrożenie dla życia i zdrowia obywateli, co latach 60 ubiegłego wieku udowodnił  polski psycholog Józef Kozielecki.

Badał on wpływ silnego stresu na organizmy różnych ssaków, w tym na organizmy szczurów. W jednym z doświadczeń umieścił on przed klatką ze szczurami głośnik który emitował odgłosy walki szczura z kotem. Po kilku godzinach wszystkie szczury zginęły z powodu ataku serca!

Od kilku lat jesteśmy poddawani identycznemu eksperymentowi, z tym, że w klatce siedzimy my ludzie, zaś głośnik emitujący odgłosy walki szczura z kotem, zastąpiły telewizory i monitory komputerów, straszące ludzi „na okrągło”.  Efekt powinien być ten sam co w przypadku szczurów: przerażeni ludzie powinni „wyciągać nogi” w masowej skali, gdyż reakcja ssaków na bodźce stresowe jest podobna!

Jak nie dać się zabić strachem?

W przypadku szczurów wystarczyłoby wyłączyć głośnik, w przypadku ludzi recepta jest taka sama: wyłączyć szczekaczki zwane mediami, a jeśli już ktoś chce je oglądać i słuchać to powinien zawsze uruchamiać prosty filtr oddzielający propagandę od prawdy, czyli eliminujący paraliżujący strach!

Każdą informację podawaną przez Chazarów należy „odwrócić” o 180 st i dopiero po tym zabiegu jest ona prawdziwa i pozbawiona ładunku strachu.
I tak dla przykładu: jeśli Chazarzy straszą nas jakąś pandemią której jeszcze nie ma i która zabije większość ludzi na całym świecie, , to po „odwróceniu” o 180 informacja ta staje  pozbawiona strachu, gdyż  wynika z niej, że żadnej pandemii nie będzie i nikogo ona nie zabije.

Jeśli chazarskie media od rana do wieczora straszą nas wojną atomową, to po zabiegu „odwrócenia” okazuje się, że żadnej wojny atomowej nie będzie, gdyż po wojnie atomowej nie byłoby już komu ani udzielać kredytów ani się o nie ubiegać! A tego żaden Chazar by nie zdzierżył!
I tak dalej i tym podobne.
Jeśli Chazarzy naganiają do jakichkolwiek szczepień,  które według nich są dobrodziejstwem,  to po „odróceniu” informacja brzmi: unikaj szczepień jak diabeł święconej wody, gdyż  Chazarzy chcą cię nimi zabić albo pokaleczyć, 

Mamy prosty mechanizm pozbawienia globalnej mafii chazarskiej podstawowego mechanizmu  zastraszania ludzi poprzez media o zasięgu globalnym!
Wyłączyć szczekaczki albo podawane przez nie informację zawsze „odwracać” o 180 st.

To zawsze działa i tym różnimy się od szczurów, że „szczekaczki” możemy odłączyć zaś szczury w doświadczeniach Kozieleckiego takiej możliwości nie miały! Zmarły więc na szczurzą  „naglicę” podobnie jak i duża część szczepanów wystraszonych „inwazją Marsjan na ziemię”, gdzie Marsjanami były…wirusy kowida, których nikt nigdy nie wyizolował i nie udowodnił, że one istnieją!

Anthony Ivanowitz 16.03.2024r. www.pospoliteruszenie.org

Głośny klimatysta Franciszek o konieczności włączania „mądrości przodków”

15 marca 2024 nauka-musi-sluchac-madrosci-przodkow

Nauka musi słuchać „mądrości przodków”. Nowy pomysł Franciszka na walkę ze zmianami klimatu

Papież Franciszek zasugerował, że „mądrość przodków” praktykowana wśród ludów pierwotnych pomoże uszlachetnić programy walki ze zmianą klimatu, tak by uwzględniały sprawiedliwy podział dóbr, troskę o bioróżnorodność i szacunek dla życia na Ziemi.

Papież Franciszek w czwartek przewodził refleksji na temat wkładu rdzennych ludów Amazonii i włączania „mądrości przodków” do wysiłków podejmowanych na rzecz łagodzenia skutków zmian klimatycznych.

„Otwarty dialog pomiędzy wiedzą rdzennych ludów a nauką, między społecznościami wychowanymi na mądrości przodków a środowiskami naukowymi, może pomóc stworzyć bardziej integralny i skuteczniejszy sposób przezwyciężenia kryzysów związanych z dostępnością wody, zmianami klimatycznymi, głodem i różnorodnością biologiczną” – powiedział papież w czwartek w Watykanie.

„Kwestie te, jak dobrze wiemy, są ze sobą powiązane” – dodał.

Uwagi te zostały skierowane do uczestników konferencji „Wiedza ludów tubylczych a nauka”, sponsorowanej przez Papieską Akademię Nauk i Papieską Akademię Nauk Społecznych, która odbyła się w Watykanie w dniach 14-15 marca.

Podczas wydarzenia obecni byli przedstawiciele papieskich akademii, grup tubylczych, naukowców i organizacji międzynarodowych. Zgromadzeni debatowali nad tym, w jaki sposób tradycje tubylcze mogą zostać zintegrowane z konwencjonalną nauką, aby ubogacić globalne polityki dotyczące zmian klimatu, utraty różnorodności biologicznej, bezpieczeństwa żywnościowego i zdrowia.

Źródło: catholicnewsagency.com PR

=====================

mail:

A tyłków nie? Poczują się niedocenione.

Poglądy zatwierdzone i niebezpieczne

Poglądy zatwierdzone i niebezpieczne

Stanisław Michalkiewicz,  serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)    16 marca 2024 michalkiewicz

Do tego, że nasz Gubernator Generalny, na razie dla zmyłki używający tytułu prezesa Rady Ministrów, od czasu do czasu musi meldować się u Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Zresztą – jakże ma być inaczej, skoro pamiętamy, że co prawda to nie obecna Reichsfuhrerin, tylko poprzednia, czyli Nasza Złota Pani mocną ręką najpierw uchroniła Donalda Tuska, w którym sobie upodobała, przed zemstą starych kiejkutów, co to uznały, że zanadto się rozbrykał i trzeba mu przytrzeć rogów – a potem przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła z niego człowieka? Stare kiejkuty zaś rozgniewały się na Donalda Tuska, że przy pomocy Petera Vogla, którego kazał aresztować, chciał poluzować sobie smyczkę, na której był przez stare kiejkuty prowadzony. W odwecie za tę samowolkę odpaliły one aferę hazardową, a następnie postawiły Donaldu Tusku szlaban na kandydowanie w wyborach prezydenckich i kazały tak uchwalić ustawę hazardową, żeby było dobrze. I tak się stało – aż zaniepokojona losem Donalda Tuska Nasza Złota Pani załatwiła mu nagrodę im. Karola Wielkiego – co było przestrogą, że jeśli odtąd ktoś podniesie na niego rękę, to władza ludowa mu tę rękę odrąbie. Stare kiejkuty aluzję w lot zrozumiały i okazało się, że „nie było” żadnej afery hazardowej – ale Nasza Złota Pani na wszelki wypadek mocną ręką przeniosła Donalda Tuska na brukselskie salony, gdzie zrobiła z niego człowieka – no a dalszy ciąg znamy.

Kiedy amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, w marcu ub. roku pozwolił Niemcom, by urządzały Europę po swojemu, Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen zaaranżowała podmiankę na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, wyznaczając jednocześnie Donaldu Tusku zadanie likwidacji III RP i przekształcenie jej w Generalne Gubernatorstwo, jako nierozerwalne ogniwo IV Rzeszy. Toteż Donald Tusk na czele swego vaginetu (Wielce Czcigodna Redakcja Prawy.pl dlaczegoś przerabia mi słowo „vaginet” na „gabinet”, a to przecież nie to samo), realizuje operację pod kryptonimem „Przywracanie Praworządności”, w ramach której ma carte blanche nie tylko na usuwanie sędziów, ale – jak zajdzie potrzeba – nawet na wrzucanie ich do dołu z wapnem, żeby w ten sposób zrobić miejsce dla fagasów wskazanych przez stare kiejkuty, które już dopilnują, by w Generalnym Gubernatorstwie w miejsce polskiego safandulstwa zapanowała – jakby to ujął wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler – „fanatyczna” dyscyplina.

Jak widzimy zadanie jest poważne, a przecież na tym nie koniec, bo gwoli nadania likwidacji III RP właściwej dynamiki, trzeba nasz nieszczęśliwy kraj wepchnąć do wojny z Rosją w taki sposób, by nie rodziło to żadnych zobowiązań dla Sojuszu Atlantyckiego – bo jeśli Polska włączyłaby się do trwającej już wojny w dodatku po stronie państwa, które przecież do NATO nie należy, to żadne procedury sojusznicze z art. 5 traktatu waszyngtońskiego nie miałyby zastosowania, bo one wchodzą w grę tylko w razie „zbrojnej napaści” na państwo członkowskie. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nasz Gubernator Generalny co i rusz musi nie tylko zdawać sprawę Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen do dotychczasowych postępów w realizowaniu postawionego przed nim zadania i na przykład wyobrażam sobie, że po udanej prowokacji w związku z demonstracją rolników pod Sejmem, co to bluźnili przeciwko „Zielonemu Ładowi”, Reichsfuhrerin mogła poklepać Donalda Tuska po plecach i powiedzieć mu po niemiecku: wot maładiec! – ale również wysłuchać wskazówek co do nowych zadań, zwłaszcza w kwestii wepchnięcia Polski do wojny; jak ma być i jakim patriotycznym bajerem tę operację uzasadniać mniej wartościowej ludności tubylczej.

To wszystko to są sprawy oczywiste i nie byłoby żadnej potrzeby, by je tu przypominać, gdyby nie niedawna deklaracja Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, dotycząca wskazania nieubłaganym, choć wypielęgnowanym palcem, tych ciemnych sił, które sypią piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów i przeszkadzają w wypełnianiu niemieckiego dzieła odbudowy IV Rzeszy. Chodzi o Alternatywę dla Niemiec w samych Niemczech i Konfederację w Polsce. Potwierdza to moje podejrzenia, że Konfederacja była rodzajem wypadku przy pracy; nie tylko stare kiejkuty, ale i w BND ktoś musiał zaspać, wskutek czego na tubylczej scenie politycznej naszego bantustanu pojawiła się ta przez nikogo nie zatwierdzona formacja. Kiedy w dodatku okazało się, że wykazuje ona cechy trwałości, to musiała zapaść decyzja o rozpoczęciu operacji neutralizowania Konfederacji, aż upodobni się ona pod każdym względem do formacji zatwierdzonych, jak na przykład Prawo i Sprawiedliwość, jak Volksdeutsche Partei z satelitami i wreszcie – jak Trzecia Droga, w ramach której Nasz Najważniejszy Sojusznik, którego dotychczasowy Naczelnik Państwa coraz bardziej ideologicznie uwierał, nastręczył naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu jasnego idola w osobie sezonowego pana marszałka Szymona Hołowni, który chyba ostatnio przedawkował mefedron. Jest to preparat produkowany w bezcennym Izraelu, którym faszeruje się coraz więcej młodych, wykształconych, z wielkich miast – również w naszym nieszczęśliwym kraju. Jednym ze skutków zażywania tego specyfiku jest gwałtowny wzrost pewności siebie; zadowolenia ze swego rozumu i w ogóle. Dzięki temu lepiej rozumiemy przyczyny, dla których sezonowy pan marszałek Szymon Hołownia niedawno oświadczył, że „wgniecie w ziemię” złego, zimnego ruskiego czekistę Putina. Najwyraźniej musiał przedawkować, bo zażywanie umiarkowane dotychczas pomagało mu tylko w odgrywaniu roli kierownika Sejmu. Otóż zwolennicy teorii spiskowych podejrzewają, iż bezcenny Izrael eksportuje nie tylko rozmaite „Pegasusy”, ale również rozmaite mefedrony, by w ten sposób mniej wartościowe narody tubylcze wprowadzać w stany euforyczne, dzięki którym w życiu politycznym pojawiają się takie postacie, jak Wielce Czcigodna pani Kotula, czy moje faworyty z Lewicy – i tą metodą przygotowywać sobie grunt do łatwiejszego ich wyszlamowania i zdominowania.

Nawiasem mówiąc, niedawno okazało się, że wyznawanie teorii spiskowych może już wkrótce zostać zakazane. Nie mówię o ich potępieniu przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, bo z tym mamy do czynienia już od dawna, z tym, że Judenrat wyznawców niedozwolonych teorii spiskowych pozbawia waloru przyzwoitości. Tymczasem w amerykańskim Kongresie jest pani Marjorie Taylor Greene, uważana za „królową teorii spiskowych”. Niedawno nie tylko skrytykowała ona byłego brytyjskiego premiera Dawida Camerona, który molestował amerykańskich polityków, żeby dali forsę Ukrainie, ale nawet zaproponowała mu, by pocałował ją w d… A w ogóle to ośmieliła się bluźnić nie tylko przeciwko zbrodniczemu koronawirusowi, ale również – przeciwko szczepionkom, na których Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen podobno się obłowiła, że daj Boże każdemu. W związku z tym FBI uznało, że takie poglądy są niedopuszczalne z punktu widzenia „bezpieczeństwa narodowego”. Ciekawe, że podobnie uważa ruska FSB, z tą różnicą, że z punktu widzenia „bezpieczeństwa narodowego” Rosji niedopuszczalne są trochę inne poglądy, niż w Ameryce – ale co do zasady wszystko się zgadza.

Stanisław Michalkiewicz

Eurokomuniści szykują nowy cios. W samochody. Czas, by poszli na śmietnik, jak Attyla, Dżingis-chan czy Hitler.

Eurokomuniści szykują nowy cios. Nie będzie wolno remontować aut

magnapolonia

Zieloni komuniści z Unii Europejskiej pracują nad kolejnym uderzeniem w posiadaczy aut spalinowych. Tym razem chcą uprzykrzyć życie właścicielom starszych samochodów.

Eurokomuniści szykują nowy cios w kierowców. Już niedługo w życie mogą wejść przepisy, które dotkliwie zabolą właścicieli starszych aut. Zgodnie z unijną, utopijną polityką, silniki spalinowe już w niedalekiej przyszłości mają przejść do historii. W związku z tym pojawiły się informacje dotyczące planu Unii Europejskiej mającego na celu ograniczenie napraw starszych pojazdów.

Rozporządzenie w tej sprawie, opracowane przez Komisję Europejską już oczekuje na ratyfikację. Ma ono na celu stopniowe wycofywanie starszych pojazdów na rzecz samochodów “przyjaznych dla środowiska”. Dokument oczekujący na zatwierdzenie przez Parlament Europejski i Radę Europejską, wprowadza nowe pojęcie „pojazdu resztkowego”.

“Pojazdy resztkowe” to w rozumieniu eurokomunistów (konkretnie programu „Fit for 55”) samochody, w których wystąpiły awarie głównych podzespołów, takich jak silniki, skrzynie biegów, hamulce lub układ kierowniczy oraz takie, które zostały uznane za stare (mające ponad 15 lat). Po oznaczeniu pojazdów jako “resztkowe”, nie będą one mogły być poddawane znaczącym naprawom i prawdopodobnie będą musiały być zezłomowane.

Rozporządzenie określa warunki, w jakich pojazd będzie mógł być uznany za nienaprawialny technicznie lub za uszkodzony. Mają to być m.in. rozległe uszkodzenia, takie jak przecięcie, spawanie, przypalenie, zanurzenie lub wykazujące nieodwracalne wady techniczne.

Nie wiadomo w jaki sposób te przepisy mają być egzekwowane. Można sobie wyobrazić zaraz produkcji i obrotu częściami zamiennymi do starszych pojazdów na terenie samego eurokołchozu, jednak czy za remont auta np. przy pomocy kupionych “na zapas” części, będą jakieś grzywny, kary więzienia? Czy  eurokomuniści zakażą zamawiania części z wolnego świata via np. aliexpress? Nie ma też na razie żadnych szczegółowych informacji o tym, co z pojazdami rejestrowanymi jako zabytkowe oraz kiedy przepisy o braku możliwości napraw starszych aut mogłyby wejść w życie.

Przypomnijmy: sztandarowym projektem Unii jest wprowadzenie do 2035 roku zakazu produkcji i sprzedaży nowych samochodów z silnikiem spalinowym, z wyłączeniem pojazdów zasilanych potencjalnymi przyszłymi paliwami syntetycznymi (nad którymi dziwnym trafem pracują akurat Niemcy).

Wykorzystanie pojazdów “niskoemisyjnych” lub “bezemisyjnych” to wciąż pieśń przyszłości, jednak rodzi się pytanie, jak to będzie się miało do rzeczywistości. Jak wiadomo, Polska jest pod względem nasycenia rynku tzw. “elektrykami” daleko w tyle za Niemcami czy Francją.

Co więcej, w całej Europie kurczy się sprzedaż elektryków, a zieloni komuniści, równolegle z walką z motoryzacją, dążą do zamykania elektrowni opartych na paliwa kopalne. Wygląda więc na to, że żyjący w bańce informacyjnej politycy z Brukseli, coraz bardziej abstrahują od realiów. Efektem ich działań będzie zniszczenie europejskiej gospodarki, ku uciesze Indii i Chin. Polaków z kolei czeka przesiadka na rowery oraz przerwy w dostawach prądu.

Niedziela. Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i pokutne Marsze Różańcowe za Ojczyznę.

17.03.2024 Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i pokutne Marsze Różańcowe za Ojczyznę

12/03/2024 przez antyk2013

Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.

POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.

ZAMOŚĆ –  o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.

Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00

Kościół św. Katarzyny, pl. Jaroszewicza Jana, Zamość - zdjęcia
Share

Kategorie Białystok, Msze św. za Ojczyznę, Pokutne Marsze Różańcowe, Poznań, Zamość Tagi Białstok, Jasnogórskie Śluby Narodu, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokuta, Pokutny Marsz Różańcowy, Poznań, różaniec za Ojczyznę, Zamość

Pobicie Kisiela. Pisarz, który postawił się „dyktaturze ciemniaków”. Ta dyktatura – rediviva?

Pobicie Kisiela. Felietonista, który postawił się „dyktaturze ciemniaków”.

kisiel-ktory-postawil-sie-dyktaturze-ciemniakow

Stefan Kisielewski -pisarz, kompozytor, myśliciel, publicysta. A także felietonista. [md]

56 lat temu, 11 marca 1968 roku, w bramie swego domu w zaułku przy ulicy Kanonii na tyłach katedry św. Jana na Starym Mieście został pobity Stefan Kisielewski przez „nieznanych sprawców”, którymi okazali się ORMO-wcy.

Przyczyną napaści i pobicia była opozycyjna postawa Stefana Kisielewskiego w PRL, a szczególnie słowa przez niego wypowiedziane na zebraniu oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich 29 lutego 1968 r. Nawiązując do decyzji ekipy Władysława Gomułki, ograniczającej możliwości publikacji i działalności ludzi kultury, Kisiel wypowiedział brzemienne dla niego w skutkach zdanie: „Opowiadam się za rezolucją kolegi Kijowskiego, która stawia sprawę całościowo na tle tej skandalicznej dyktatury ciemniaków w polskim życiu kulturalnym, jaką obserwujemy od dłuższego czasu”.

Władysław Gomułka, który poczuł się osobiście urażony tą wypowiedzią, w publicznym przemówieniu oskarżył Kisielewskiego i grupę niepokornych pisarzy o nielojalność i pobieranie państwowych dotacji:
„Te dotacje i subwencje powstają z pracy narodu, z pracy tych, których jaśnie oświecony wróg Polski Ludowej – Kisielewski, określił pogardliwie mianem ciemniaków”.

Kazimierz Kłos w paszkwilanckim artykule Dyktatura ciemniaków opublikowanym na łamach „Życia Warszawy” uznał Kisielewskiego za „wojującego katolika”, wspierającego działania niemieckich biskupów i „dywersyjnych ośrodków emigracyjnych”.

11 marca posłowie z koła „Znak, w tym Kisiel, złożyli interpelację do premiera Józefa Cyrankiewicza w sprawie wydarzeń na wyższych uczelniach.

Wieczorem w bramie swego domu w zaułku przy ulicy Kanonii na tyłach katedry św. Jana na Starym Mieście został pobity przez „nieznanych sprawców”, którymi okazali się ORMO-wcy. Nagle usłyszał: „A teraz, sku***synu, za to dostaniesz” – tymi słowami „nieznani sprawcy” zwrócili się do Stefana Kisielewskiego, zaczynając go tłuc i masakrować. Bili pięściami i milicyjnymi pałkami.

Pobicie Kisiela było jedną z szykan władz komunistycznych przeciwko niezależnemu publicyście. Wyrzucono go z Wydawnictwa Muzycznego, w którym pracował, skasowano zlecenie na zamówioną muzykę do filmu. Na trzy lata stracił też prawo do pisania felietonów w „TP”.

Natomiast poeta Włodzimierz Holsztyński upamiętnił napaść na Kisielewskiego wierszem:

„Na pobicie pisarza

nie wygra oko z żyletką
przegrają żebra z łomem
ciało dla życia ludzkiego
jest ledwo kruchym domem

choć pięknem wiecznym zdumiewa
krucha jest ludzka powłoka
z rozciętej brwi krew spływa
do zdumionego oka”

Polityk o Ukrainie: „Europejczycy finansują państwo skorumpowane do szpiku kości, które grozi terroryzmem”

Węgierski poseł o Ukrainie: „Europejczycy finansują państwo skorumpowane do szpiku kości, które grozi terroryzmem” [WIDEO]

László Toroczkai wprawo/wegierski-posel-o-ukrainie-europejczycy-finansuja-panstwo-skorumpowane

Przewodniczący węgierskiej partii parlamentarnej Mi Hazánk (Nasza Ojczyzna) odpowiedział na groźby, które on i Węgrzy otrzymali od ukraińskich ekstremistów. Jego stanowisko w kwestii Ukrainy jest stanowcze.

Poseł László Toroczkai w opublikowanym nagraniu informuje, że mniejszość węgierska zamieszkująca tereny Zakarpacia, od 2015 roku otrzymuje groźby i jest atakowana przez Ukraińców. Wskazuje, że ukraińskie ustawy oświatowe o języku państwowym z 2017 i 2019 roku ograniczyły prawa Węgrów zamieszkujących na Zakarpaciu w zakresie języka ojczystego.

Polityk przywołuje przykłady świadczące o narastającej nienawiści Ukraińców do Węgrów: palenie węgierskich plag, burzenie pomników, nękanie przez służby specjalne, groźby odebrania terenów węgierskich, zastraszanie członków formacji takich jak Mi Hazánk.

Węgierski parlamentarzysta stawia sprawę jasno: Ukraina nie powinna mieć wstępu w szeregi Unii Europejskiej.
Możecie mi grozić, a nawet mnie zabić. Udowodnilibyście tylko jedną rzecz każdemu obywatelowi Europy, że Europejczycy finansują państwo, które nie tylko jest państwem skorumpowanym do szpiku kości, ale które również prześladuje mniejszości i grozi terroryzmem pokojowemu państwu członkowskiemu UE – mówi Toroczkai.

Apel węgierskiego posła zasługuje na rozpowszechnianie!