Archiwum autora: Mirosław Dakowski
Ukraina zwycięska!! Zielona Góra. Kilkunastu Ukraińców pobiło czterech chłopców, ale Polaków.
Zielona Góra. Kilkunastu Ukraińców pobiło czterech nowosolan. 17-latek musi być operowany
1 września 2024 poscigi.pl/zielona-gora-kilkunastu-ukraincow-pobilo-czterech-nowosolan-17-latek-musi-byc-operowany

Do pobicia doszło na zielonogórskim deptaku przy Stodole. – Syn musi być operowany. Ma połamany nos i szczękę – mówi ojciec pobitego 17-latka. Drugi 17-latek ma pękniętą błonę bębenkową i nie słyszy na jedno ucho. Sprawa pobicie został juz zgłoszona policji.
Wszystko wydarzyło się w środę, 28 sierpnia. W Stodole na kebabie było czterech chłopaków z Nowej Soli. – Kiedy jedli podszedł do nich młody Ukrainiec. Powiedział, że jego zdaniem patrzą na niego krzywo – mówi ojciec pobitego 17-latka. Na tym się jednak nie skończyło.
Kiedy chłopcy wyszli ze Stodoły tam już czekała duża grupa Ukraińców. Do Ukraińców, którzy byli na kebabie, dojechały jeszcze dwa auta. – W sumie było ich tam około 15 – mówi ojciec pobitego nowosolanina. Ukraińcy zaatakowali nowosolan.
Chłopcy próbowali się bronić, ale nie mieli żadnych szans. Na pomoc ruszył jakiś przypadkowy mężczyzna. – Został jednak bardzo mocno uderzony i upadł na ziemię – mówi ojciec 17-latka. Na pomoc mu ruszyły inne osoby.
czytaj też – Bulwersujące sceny w szpitalu w Zielonej Górze. Pijany Ukrainiec nasikał na dokumentację pacjentów
Po pobiciu Ukraińcy się rozbiegli. Pobici chłopcy pojechali do szpitala w Nowej Soli. – Syn ma połamany nos oraz złamaną szczękę – mówi ojciec 17-latka. Nos musi być operowany. Zabieg jest planowany na wtorek, 3 września, w zielonogórskim szpitalu. Poważniej sytuacja wygląda ze złamaną szczęką, która także musi być operowana. – Lekarze ze szpital w Poznaniu powiedzieli nam, że złamanie jest niefortunne. Obawiają się, że podczas operacji może dojść do uszkodzenia nerwów twarzy – mówi ojciec pobitego chłopaka. Na ta chwilę złamana szczęka został zadrutowana.
czytaj też – Naćpany kokainą Ukrainiec z nożem rzucił się na funkcjonariusza z Zielonej Góry. Wcześniej padły strzały (ZDJĘCIA)
Drugi 17-latek doznał pęknięcia błony bębenkowej. Nie słyszy na jedno ucho. Pozostali są dotkliwe pobici.
– Sprawę zgłosiliśmy policji w Nowej Soli. Powiedzieli, że zostanie ona przekazana zielonogórskiej policji – mówi ojciec 17-latka. Dodaje, że poważne pobicie zgłosi również w zielonogórskiej prokuraturze.
W Gietrzwałdzie rozstrzygnęła o losach świata siła bezsilnych [Maryja]
Grzegorz Braun: W Gietrzwałdzie rozstrzygnęła o losach świata siła bezsilnych
Przez Agnieszka Piwar 2024-09-01 piwar.info/grzegorz-braun-w-gietrzwaldzie-rozstrzygnela-o-losach-swiata-sila-bezsilnych
Agnieszka Piwar: W trakcie oglądana dokumentu „Gietrzwałd 1877. Wojna Światów”, przemknęła mi taka myśl, że jeśli Pana najnowszy film dotrze do odpowiednich osób, to może powstrzymać wybuch III wojny światowej, która wisi na włosku. Po prostu dopatrzyłam się wielu analogii do obecnych czasów.
Wtedy też miała wybuchnąć wojna wszystkich ze wszystkimi, ale z konkretnego powodu do niej nie doszło.
Grzegorz Braun: – Cieszę się, że te analogie są na tyle mocne i w filmie uwidocznione, że to natychmiast wywołuje taki – przeze mnie oczekiwany, wytęskniony – odzew. Chciałbym, żeby ten film był tak odbierany. Jednak proszę zwrócić uwagę, że jeśli Gietrzwałd w roku 1877 okazał się czarnym łabędziem polityki globalnej, wielkiej gry mocarstw i po prostu udaremnił realizację scenariusza eskalacji wojennej, to nie stało się tak dlatego, że przesłanie Gietrzwałdu dotarło w sposób skonkretyzowany do jakichś mężów stanu, królów, cesarzy, marszałków, generałów, sułtanów. Nic takiego się nie wydarzyło.
Sytuacja w tamtym roku miała już charakter tak wielowątkowej, zawikłanej, wielo-wektorowo nawarstwionej i wielostronnie prowadzonej operacji politycznej, dyplomatycznej – z akcentem coraz mocniejszym na rozwiązania militarne, wojenne – że tej sytuacji, tak zapętlonej, nie dawało się już rozwikłać.
Nie dawało się już wprowadzić rozwiązania pokojowego – które by wszystkich satysfakcjonowało – w trybie dyplomacji, negocjacji, decyzji politycznych i militarnych.
Dlaczego?
– Ponieważ została już uruchomiona logika eskalacji, która w sposób nieodzowny i nieodwracalny dyktowała pewne działania, nawet nie politykom tylko marszałkom i generałom. Z tej ścieżki nie było już odwrotu. I musiało zdarzyć się coś takiego jak Gietrzwałd.
Co zmieniło bieg wydarzeń…
– Nie chciałbym tu za wiele zdradzać, bo chciałbym Państwa gościć na kolejnych projekcjach mojego filmu. Jednak w sposób bynajmniej nie li tylko mistyczny, duchowy, religijny, ale w sposób bardzo praktyczny, militarny, geostrategiczny, a nawet i na poziomie techniki wojskowej, gietrzwałdzki game changer – czarny łabędź – pokrzyżował ten plan. Mam nadzieję, że to z filmu wynika. Naród polski i inne narody zastały uratowane przed zagładą wojenną.
Zmierzając do Gietrzwałdu ze wszystkich stron, z ziem wszystkich trzech zaborów, a nawet i z emigracji, naród polski – w sposób nieuświadomiony wtedy – oszczędził sobie koszmaru wojennego, który bardzo realnie groził i który widzimy jako pewien scenariusz alternatywny w wojnie na Bałkanach, która się wtedy toczy.
W Gietrzwałdzie rozstrzygnęła o losach Polski i świata siła bezsilnych. Nastąpiła tam wielka mobilizacja narodu. Na szczęście nie została ona zutylizowana w eskalacji wojennej i nie została skanalizowana w kolejnej prowokacji powstańczej.
Gietrzwałd w centrum opowieści, ale opowiada o zdarzeniach, które rozgrywają się na szerszej mapie, na mapie wielkiej gry imperiów. Ta wielka gra to jest termin fachowy, którego używa i historiografia anglosaska, i historiografia rosyjska, ale akurat polska historiografia w najmniejszym stopniu. Można nawet powiedzieć, że jeszcze niedostatecznie zaznajomiła się z tym terminem. A szkoda, wielka szkoda, dlatego że to jest istotny, kluczowy kontekst naszych nieszczęść, wojen, kolejnych prowokacji powstańczych w XVIII, XIX i XX wieku.
Na premierze prasowej powiedział Pan, że polscy historycy uważają ten okres za nudny.
– Po prostu w tym czasie nie dzieje się nic interesującego. Prawdę mówiąc polska historiografia ciągle funkcjonuje w tym paradygmacie od powstania do powstania, od rewolucji do wojny – a więc między rokiem 1863, a rokiem 1905, ulubionym przez historiografię o nastawieniu lewackim.
Tymczasem powinniśmy dowartościować rok 1877, skupiając na tym okresie większą uwagę. Bo to jest właśnie ten czas, kiedy naród polski odbudowuje się, odbudowuje swoją substancję i rośnie demograficznie. Na blisko cztery dekady zapada cisza na morzu i trwa pauza strategiczna – nieprzerwana, mimo prowokatorskich wysiłków w 1877 roku. Dzięki temu podwaja się liczba Polaków i możemy w ogóle stanąć w tych blokach startowych do niepodległości. I mimo zniszczeń pierwszej wojny światowej, mogliśmy po tę niepodległość sięgnąć.
Niesamowite, że o tak istotnym aspekcie nie uczono nas w szkołach…
– Tylko Stach Wokulski w pierwszym rozdziale „Lalki” wraca do Warszawy właśnie z tej wojny bałkańskiej, gdzie razem z kupcem Suzinem robili dobre interesy dorabiając się na dostawach dla wojska. Jednak w „Lalce” ta wojna jest synonimem czegoś kompletnie oderwanego od sprawy polskiej, to się dzieje za górami za lasami, daleko w Bułgarii. Nawet Bolesław Prus – tak przenikliwy przecież obserwator sceny politycznej i tak doskonale pojmujący mechanizmy życia politycznego, czego świadectwem jest chociażby wiwisekcja władzy w „Faraonie” – nawet on, wraz z całą polską inteligencją tamtej epoki nie dostrzegł Gietrzwałdu. Po prostu tego nie zauważył.
Jak można nie zauważyć słonia w menażerii? Jak można nie zauważyć tego, że w ciągu paru tygodni setki tysięcy naszych rodaków zmierzają do tego jednego punktu na mapie? To fenomenalne i my już więcej tego błędu – jakim było przeoczenie Gietrzwałdu – nie powtarzajmy.
Przecież ta historia ma swój ciąg dalszy. Jeśli lekceważy się takie rzeczy, to potem następuje chociażby zawłaszczenie zwycięstwa 1920 roku. Cud nad Wisłą zostaje przywłaszczony przez elitę piłsudczykowską, zarówno w wymiarze militarnym jak i świeckim. Rola generała Rozwadowskiego zostaje wymazana przez propagandę zwycięskiego obozu sanacji. Podobnie jak też i fenomen obecności Najświętszej Marii Panny na polach bitew tej wojny, czego światkami – o paradoksie – są bolszewicy, których w kategoriach fizykalnych trudne do ujęcia zjawiska, wprawiają w różnych miejscach w panikę latem tamtego roku.
To zostaje zawłaszczone. A ponieważ Pan Bóg szanuje wolną wolę, to w 1939 roku ta sama elita zostaje sam na sam z przeciwnikiem z obu stron. No ale to już jest taki pewien skrót myślowy.
Kto w filmie wypowiada się o historii z 1877 roku i dokąd dotarła ekipa filmowa?
– W moim filmie występują eksperci rosyjsko, angielsko, bułgarsto, turecko i niemieckojęzyczni. To historycy, badacze różnych dziedzin. Zdjęcia realizowane były już przed laty w kilku krajach europejskich, a nawet poza Europą, bo dotarliśmy na przyczółek Azji do Stambułu – dawniej Konstantynopola – oraz do Gwatemali, gdzie zmarła w opinii świętości młodsza z dwóch z wizjonerek gietrzwałdzkich.
Produkcja filmu przeciągnęła się aż o sześć lat, co wynikało z pewnych trudności jakich przysporzył nam czas walki z mniemaną pandemią. Po prostu zdjęcia zagraniczne nie mogły odbyć się w terminach wcześniej założonych. Ale też produkcja niewątpliwie wydłużyła się z powodu pewnych zobowiązań, których nabawiliśmy się wspólnie z producentem Włodzimierzem Skalikiem, dziś posłem na Sejm RP.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z jednej strony w filmie mogły znaleźć się pewne szczegóły, pewne klocki do tej układanki, które udało mi się znaleźć dopiero w ostatnich kwartałach, już w czasie montażu filmu. Z drugiej strony myślę, że film (co skądinąd nie powinno cieszyć, ale dokument powinien na tym zyskać) radykalnie zaktualizował się, przez zmieniający się – niestety w negatywnym sensie – kontekst międzynarodowy. Analogie sytuacji z roku 1877, analogie do współczesności, myślę że dla każdego świadomego odbiorcy będą aż nadto czytelne.
Jeszcze à propos analogii. W filmie zostało odnotowane używanie Polaków jako pionków w grze. Jaką ma Pan radę dla naszych rodaków w tej kwestii? Na co Polacy muszą szczególnie zwracać uwagę, żeby nie dać się tak rozgrywać?
– Myślę, że na dobry początek warto odrobić lekcję Gietrzwałdu. Problemem jest, jak wówczas, zrewolucjonizowanie elit. Elita narodowa polska w drugiej połowie XIX wieku była już do tego stopnia zaczadzona własną propagandą, ideologią demokratyczną, rewolucyjną, że niestety pełne pokrycie w rzeczywistości mała diagnoza postawiona w listach wymienianych między Marksem i Engelsem: „Na Polaków zawsze możemy liczyć”.
Wiedzieli co mówią, bo dla zwycięstwa rewolucji światowej potrzebna jest wojna światowa, a do jej rozpętania potrzebna jest jakaś dobra podpałka. Jak na podpałkę patrzyli na Polaków właśnie Marks z Engelsem i rewolucyjności. Tak samo patrzyli na nas wielcy imperialiści, mężowie stanu, szefowie sztabów i lichwiarze z kantorów bankowych, które jak zawsze traktowały wojnę i rewolucję jako okazję do spekulacji i dobrych interesów.
Co robić, żeby nas po raz kolejny nie posadzono na te same lewe sanki? Też się o to pytam i nie znajduję lepszej dzisiaj rady, niż gruntowne odrobienie lekcji historycznej na czele z lekcją Gietrzwałdu.
W moim odczuciu film ma przekaz antywojenny. W końcu dzięki wydarzeniom w Gietrzwałdzie nie doszło do Wielkiej Wojny, co ocaliło nasz naród. Jednak na pokazie prasowym powiedział Pan, że „Gietrzwałd to nie jest wezwanie do kapitulacji”. W takim razie, jeżeli nie kapitulacja, to co?
– Przepraszam za drastyczne sformułowanie, ale wojna też jest dla ludzi. Matka Boża nie jest pacyfistką bynajmniej, tylko jest – jako hetmanka narodu i wojska polskiego – dobrym wodzem, a więc rozważnym. W roku 1877 przez Gietrzwałd zrealizowana została przecież kardynalna zasada sztuki wojennej: nie przyjmować bitwy w czasie i miejscu wyznaczonym przez przeciwnika. Tylko i aż tyle.
W 1920 roku to już zupełnie inna para kaloszy. Właśnie na tej fali wychodzącej z Gietrzwałdu, przez Różaniec, przez odnowę rodzin, odnowę narodu dokonał się wcześniej cud demograficzny. Polaków przybyło, z blisko 10 milionów zrobiło się nas dwakroć tyle. Niepodległość w roku 1918 była do ugrania i wojna w roku 1920 była do wygrania, tylko dlatego, że wcześniej dokonał się ten cud.
Pytanie, czy obecnie nas stać na wydatki energetyczne na poziomie wojennym. Ja jestem zdania, że w żadnym wypadku nie wolno nam dzisiaj prowadzić narodu polskiego na wojnę, ponieważ naród polski nie wróci z tej wojny w jednym kawałku. Państwo polskie nie przetrwa wojny w kształcie integralnym. Dlatego dzisiejszą naszą sytuację traktuję jako bardzo silnie analogiczną do sytuacji z roku 1877.
Naprawdę warto do Gietrzwałdu wrócić, po to, żeby sprawę polską we wszystkich jej wymiarach na nowo przemyśleć, być może wyjść znowu na prostą i otworzyć jakiś nowy rozdział polskiej historii. Mam głębokie przekonanie, że naszym obowiązkiem, wyzwaniem – któremu obyśmy sprostali – jest rocznica 2027 roku.
Chciałbym, żeby ten film, w jakikolwiek najskromniejszy sposób, przyczyniał się do przygotowania się przez polskich patriotów na 150. rocznicę Gietrzwałdu, która oby obchodzona była godnie. Oby ten film nie pozostał jedynym, oby pojawiły się inne książki i opracowania, a może i scenariusze filmowe, teatralne i kompozycje muzyczne. Wszystko jest do przeorania.
Jeśli chodzi o historiografię, to na podstawie moich skromnych doświadczeń badawczych, gotów jestem założyć się z każdym, że w archiwach Berlina, Londynu, Moskwy, Wiednia i Rzymu, a może nawet Waszyngtonu, są raporty i dokumenty, po które nikt do tej pory nie sięgnął, które nigdy do tej pory nie były nawet przeglądane przez historyków, a które właśnie mogą rzucić nowe światło na historię tamtego roku.
Dlaczego jest Pan o tym przekonany?
– Dlatego, że wiem, że poważne państwa nie mają najmniejszego problemu w utajnianiu dokumentacji historycznej na kolejne stulecia. Ot, choćby zaledwie paręnaście lat temu ukazała się bardzo istotna książka brytyjskiej autorski, oparta na dokumentach, na tajnej korespondencji agentów brytyjskich doby napoleońskiej. Równo dwieście lat te rzeczy były zamknięte w archiwum i po dwóch stuleciach proszę bardzo – jest bomba. Na przykład sprawa spisku na życie cara Pawła I. Spisku, jak się okazuje, od początku do końca zaaranżowanego przez ambasadora brytyjskiego w Petersburgu.
Przez dwieście lat historiografia nie znała tych dokumentów. Ba, nawet dzisiaj jeszcze rosyjscy historycy – w tym ci, z którymi miałem okazję rozmawiać na użytek tego filmu – traktują tę sprawę jak należącą do jakiejś teorii spiskowej, ponieważ właśnie stosunkowo świeże publikacje brytyjskie nie zostały przez nich jeszcze przyswojone. I myślę, że tak samo jest z rokiem 1877.
Jakbym miał takie możliwości, to nawet bym wystąpił z jakimś stypendium dla badacza, który wgryzie się w ten rok 1877 i dorzuci coś, co wzbogaci naszą widzę i rozszerzy zasób archiwalny. Myślę, że na podstawie białego wywiadu sporo jeszcze można by wyciągnąć z kwerendy prasowej, którą ja jakoś tam wstępnie podjąłem i ciekawe rzeczy znalazłem. Drobne elementy układanki pojawiają się w filmie, wyciągnięte właśnie z gazet tamtej epoki.
Gdyby znalazł się ktoś, np. na emigracji, kto zadałby sobie trud przewertowania prasy polskiej z USA z tamtych czasów, to czyż nie byłoby to piękne ofiarowanie na tę 150. rocznicę? Taki opis w postaci przyczynków historycznych, relacji właśnie z wyjazdów, pielgrzymek polskich emigrantów, którzy jeszcze latem 1877 zdążyli jakimś cudem – bez Facebooka, bez telefonu komórkowego – powziąć wiedzę o tym, co się dzieje w Gietrzwałdzie. Ale też zdążyli poczuć wolę bożą i razem ze swoim proboszczem wsiąść na parostatek do Europy i po wielkich trudach dotrzeć do Gietrzwałdu. To jest wszystko fenomen nieopisany.
Taka sensacyjna historia, a tymczasem zauważyłam, że na pokazach prasowych nie było dziennikarzy głównego nurtu. Dlaczego?
– Wolne żarty pani redaktor. Myśmy przecież z Włodzimierzem Skalikiem bardzo poważnie i solidnie wywiązali się z naszych obowiązków wobec mediów i wszystkich o tym poinformowaliśmy. Zaczęliśmy od konferencji prasowej w siedzibie Polskiej Agencji Prasowej. Wszystkie media dostały informację o tym, że właśnie zrealizowaliśmy prace nad filmem i zapraszamy na pokazy.
Ciekawa rzecz, bo kiedy wcześniej trwały prace nad filmem, niektórzy nie wahali się insynuować, że to pic na wodę fotomontaż i ten film może w ogóle nigdy nie powstanie; że jakieś tam podejrzane tropy ruskiej agentury prowadzą do Moskwy. Pojawiały się nawet w druku, w prasie głównego ścieku, bardzo skonkretyzowane insynuacje defraudacji pieniędzy pochodzących ze zbiórki publicznej. I nikogo z tych – którzy wczesnej tak właśnie realizowali swoją misję dziennikarką – nie widziałem ani na konferencji prasowej, ani na pokazach dla dziennikarzy.
Skoro jest bojkot największych mediów, to jak chcecie dotrzeć z filmem do ludzi?
– Już dotarliśmy, dlatego że z pierwszych paru tuzinów pokazów zaplanowanych w różnych miastach Polski, część będzie już niedostępnych dla publiczności, ponieważ wyczerpał się limit miejsc. To jest dla nas wielka otucha i wspaniała nagroda, że na miesiąc przed tymi pokazami, w niektórych miastach zarezerwowane już zostały ostatnie miejsca.
Zapraszam na stronę gietrzwald1877.pl zakładka pokazy. Szukajcie tam Państwo pokazów już zaplanowanych, a może ktoś z Was zechce inicjować kolejne projekcje. Prosimy o rezerwowanie miejsc właśnie za pośrednictwem systemu, chociaż pokazy nie są biletowane i film będzie pokazywany nieodpłatnie.
Przy okazji dziękuję – i jeszcze nie raz zdążę podziękować – naszym fundatorom. Ten film został ufundowany przez 2085 naszych rodaków. Nikt kto nie miał takiej ochoty i woli nie został zmuszony do tego, żeby w takiej produkcji uczestniczyć za pośrednictwem jakichś instytucji państwowych. Z tego też jestem dumny.
Do zobaczenia na pokazach. Zapraszam! I do zobaczenia w Gietrzwałdzie, możliwie licznie, najpóźniej w roku 2027.
Dziękuję za rozmowę.
Niemcy od lat prowadzą masowo na Ukrainie ekshumacje żołnierzy Wehrmachtu i SS. Anty-polska Ukraina.
Niemcy od lat prowadzą masowo na Ukrainie ekshumacje żołnierzy Wehrmachtu i SS
Andrzej Kumor August 7, 2023 goniec/niemcy-od-lat-prowadza-masowo-na-ukrainie-ekshumacje-zolnierzy-wehrmachtu-i-ss
Tylko w ubiegłym roku na Ukrainie ekshumowano szczątki 816 niemieckich żołnierzy poległych w II wojnie światowej, a ukraińskie władze nadal odmawiają ekshumacji pomordowanych na Wołyniu Polaków.
Niemiecki Związek Ludowy Opieki nad Grobami Wojennymi zdołał w ubiegłym roku wydobyć na Ukrainie szczątki 816 poległych Niemców z czasów II wojny światowej – informował w kwietniu portal Deutsche Welle. Ekshumacje były prowadzone także podczas [obecnej md] wojny – zwracały uwagę niemieckie media.
Niemiecki Związek Ludowy Opieki nad Grobami Wojennymi zdołał w ubiegłym roku wydobyć szczątki 816 poległych Niemców z czasów II wojny światowej – sprawców hitlerowskiej inwazji na Ukrainę, która wówczas należała do Związku Radzieckiego. Było to o połowę mniej niż w poprzednich latach, ale działo się to w środku nowej wojny. – czytamy w DW.
Niemiecki Związek Ludowy Opieki nad Grobami Wojennymi powstał jeszcze w Republice Weimarskiej – pierwszym demokratycznym państwie na ziemi niemieckiej – po I wojnie światowej. Początkowo w celu odnalezienia i pochowania zmarłych w bitwach pod Verdun i Ypres. Po II wojnie światowej stowarzyszenie kontynuowało swoją działalność najpierw w zachodnich Niemczech, a później w sąsiednich krajach Europy Zachodniej. Po upadku żelaznej kurtyny Związek rozszerzył działalność na kraje Europy Środkowej i Wschodniej oraz byłego Związku Radzieckiego – przede wszystkim na Polskę, Białoruś i Ukrainę, ale także na samą Rosję.
Miejsca, w których znaleziono kości, są sprawdzane z informacjami z niemieckiego Archiwum Federalnego. Potem szczątki są chowane na różnych cmentarzach Niemieckiego Związku Ludowego Opieki nad Grobami Wojennymi w całej Europie i często w obecności krewnych z Niemiec – także na Ukrainie.
Anton Drobowycz, szef Ukraińskiego IPN oświadczył w czerwcu, że dopóki strona polska nie odnowi obiektu ku czci OUN-UPA na Górze Monastyrz i nie zacznie odnawiać innych obiektów tego typu w Polsce, nie będzie zgody na poszukiwania i ekshumacje szczątków pomordowanych Polaków.
[oryginalne wypowiedzi – oczyw. w oryginale. md]
Argentyna chce, aby każdy, kto postrzega siebie tak, jak postrzega, nie wymagał, aby inni musieli to uznawać”. Zboczeńcy wyją.
Argentyna pod rządami Milei staje po stronie zdrowego rozsądku
2.09.2024 argentyna-po-stronie-zdrowego-rozsadku

Argentyński minister sprawiedliwości Mariano Cuneo Libarona stał się celem propagandy środowisk LGBT na całym świecie. Libarona podczas obrad komisji parlamentarnej ds. równego traktowania płci, oświadczył, że jest przeciwko „subiektywnym wynalazkom” w rodzaju „różnorodności tożsamości seksualnych”.
„Odrzucamy różnorodność tożsamości seksualnych, które nie odpowiadają zasadom biologii i są subiektywnymi wymysłami” – powiedział Mariano Cuneo Libarona, czym ściągnął na siebie gniew lewicowych i „tęczowych” środowisk.
Minister wyjaśniając politykę rządu prawicowego prezydenta Javiera Milei, oświadczył: „dla nas wartością jest rodzina, która jest podstawą społeczeństwa i edukacja”. Libarona skrytykował także „hipokryzję” i „oszustwa” organizacji feministycznych i „tęczowych”.
Javier Milei, sprawujący władzę od grudnia 2023 roku, nie przejmuje się zbytnio propagandą „różnorodności płci” i feminizmu. Uważa te kwestie za rodzaj budowania przez lewicę swojego „politycznego kapitału”. Milei między innymi rozwiązał Ministerstwo ds. Kobiet, utworzony w 1995 roku Instytut Walki z Dyskryminacjami, a także zakazał używania „języka inkluzywnego” w wojsku i administracji państwowej.
Jego minister sprawiedliwości był w parlamencie ostro atakowany przez opozycję. „Masz obowiązek stosowania prawa” – grzmiała Carla Carizzo z rzekomo centroprawicowej UCR, a homoseksualny poseł Maximiliano Ferraro z opozycyjnej i podobno centrowej Koalicji Obywatelskiej (sic!) dodał, że Argentyna jest „chora”.
Opozycja ma tu wsparcie międzynarodowe. Słynna i użyteczna wobec lewicy organizacja Amnesty International natychmiast potępiła ministra, który „promuje przemoc i nienawiść wobec różnorodności”. Podobnie argentyńska Federacja LGBT+, czy lewicowe środowiska uniwersyteckie. Kontynent inny, ale metody działania te same.
Opozycja idzie dość daleko. Deputowany Partii Socjalistycznej i aktywista LGBT Esteban Paulon wezwał nawet do dymisji ministra. W obronie Libarona stanął jednak prezydent Milei. Jego rzecznik Manuel Adorni, oświadczył, że „Argentyna nie wprowadza żadnej dyskryminacji, ale prezydent chce, aby każdy, kto postrzega siebie tak, jak postrzega, nie wymagał zarazem, aby inni musieli to uznawać”.
Opowiadanie zamiast rządzenia
Opowiadanie zamiast rządzenia
| 31 sierpnia, 2024r. wpis nr 1292 Jerzy Karwelis Dziś będzie o post-polityce i o tym jak się opowiada zamiast rządzić. No, bo przyszły na nas czasy, które powodują, że jednocześnie większość ludzi jest zanurzona w polityce, dodajmy – na poziomie medialnej propedeutyki, pławi się w tym sosie, a równolegle polityka, tak wszechobecna, przynajmniej w jej zewnętrznych przejawach, dla widowni staje się jakimś serialem brazylijskim, i to w coraz gorszym stylu. Brazylijski serial Tak, serial to chyba dobre porównanie. Scenarzyści sceny politycznej muszą codziennie przygotować kolejne ciekawostki w odcinkach, by się toto nie opatrzyło, role są znane, od dawna obsadzone, wiadomo kto jest zły, a kto piękny. W tym sosie, dla utrzymania zaciekawienia poddaje się postaci różnym perypetiom, gdzie tylko mają potwierdzić swoje poprawne obsadzenie w roli. Tak właśnie mamy z polityką. I tak samo jak seriale, tak i ta pokowidowa polityka ma nam zastąpić prawdziwe życie, wywołać suflowane podniety, byśmy się zajmowali sztucznym światem, nie widząc realnego. Kiedyś moja koleżanka posiadająca matkę w dolnośląskim Lubinie opowiedziała o swojej z nią rozmowie, kiedy skarżyła się własnej marce na choroby, które ją wtedy dopadły. Matka powiedziała: to są problemy? Baśka z „Klanu”, ta to ma dopiero problemy. Rak z przerzutami, mąż ją rzucił, dzieci się odsunęły, a tym mi tu z jakąś trzustką wyjeżdżasz, wstyd! I tak jest z nami, to znaczy – z większością. Mijają nas rzeczy naprawdę ważne, tracimy szanse na budowanie relacji z innymi, czy choćby z przyrodą, ganiani fantasmagoriami podsuwanymi nam co dzień. Mającymi dowodzić nam, że powinniśmy się interesować, bo inaczej nie będziemy już nawet w tym sprawczy (tego nas pozbawił chyba wszystkich kowid), ale by wiedzieć co się wokół nas dzieje. No dobrze, ale co mamy z tą suflowaną wiedzą zrobić? To proste – jesteśmy trenowani w faktycznej bierności, by nas przygotować na jeden akt – wyborczy. To temu wszystko służy, żadnej tam podmiotowości. Oczywiste są argumenty tożsamościowe, to znaczy medialnie jesteśmy trenowani do przynależności do grupy, która ma się nam wydawać aspiracyjna i nobilitująca. Musimy znać jej – jak najbardziej bieżące – sprawy a także, jak najbardziej ogłoszone – autorytety. Musimy zaglądać co chwila do naszych bańkowych mediów, by dowiedzieć się jaki jest aktualny zestaw dowodów na poprawne obsadzenie w rolach Czarnych Ludów i światłych idoli. To jest ważniejsze, informacje z dnia to tylko pretekst do tych samych dowodów, mieszany, by się widz nie znudził, czy też nie zorientował. Z tym drugim to już rzadziej. Bańki medialne tłumaczące nam świat stają się bańkami towarzyskimi, transportują do nas aktualne kody i hasła rozpoznawcze, które ostatnio zbiły się w jedno hasło, źródło wszystkiego: ***** ***. Już kiedyś o tym pisałem, ale spotkania bańkowiczów nie służą żadnej wymianie informacji – aktualny zestaw zna każdy członek i niczego się nie można dowiedzieć. Takie spotkania służą tylko wspomnianemu potwierdzeniu swej przynależności, są rytuałem deklaracji, powtarzalnym obrządkiem. I dzieje się tak w obu plemionach. Wojna uwstecznia Naiwni widzą w tej naprzemienności pewną nadzieję na sublimację polskiej polityki. Uważają oni, że jak jedno plemię przegra (a któreś musi), to czekając w poczekalni władzy na lepszy fart – wyciągnie wnioski z porażki. Nic podobnego – po pierwsze, i widać to w III RP coraz wyraźniej, w tym względzie mało jest samorefleksji. To nie my winni, tylko oni – kłamcy, oszuści, uwodzący wyborców. Ale – zauważcie – poziom refleksji znowu nie wychodzi poza błędy w narracji i nie ma nic wspólnego z jakością rządzenia państwem czy dowożenia obietnic. Właśnie – skąd się to bierze, że obecnie, czego jesteśmy świadkami w czasach „uśmiechniętej Polski”, politycy mogą coś obiecać i bezczelnie, w biały dzień nie spełnić obietnicy złożonej wyborcom? Dzieje się tak z kilku powodów, przede wszystkim: plemienności. Tak, wiemy, że nie dowozisz obietnic, ale też wiemy, że nas kokietowałeś na tej randce. I tak zostałeś przez wcześniej nas wybrany i te twoje obietnice były by przyciągnąć wahających się. Nam możesz bezkarnie nawijać makaron na uszy, ale jak kłamiesz, to dla innych, tych, których trzeba oczarować, choćby i łgarstwem, po to by na naszym weselu ośmiu gwiazdek było jak najwięcej ludzi. Problem polega na tym, że tak myślą wszyscy w danym plemieniu, czyli godzą się na kłamstwa liderów dla innych, których… nie ma. A co można w polityce, w której wyborca abdykuje od wymagania od polityka dowożenia obietnic? W takiej polityce można proszę Państwa wszystko. Można nie tylko gadać co się chce, ale i robić co się chce, a właściwie – nie robić nic. Nic oprócz opowiadania o tym jak się rządzi oczywiście. I mamy zaklęty krąg, który dziś wiruje jak koło w klatce chomika. Narracja napędza kolejną narrację, im szybciej popyla chomik przekazu, tym następny skok narracyjny musi być natychmiastowy i bardziej eskalujący. Chomik pędzi, męczy się, ma złudne poczucie dziania się, ba – wpływu, bo może przecież zwolnić. Zwolnić? ależ gdzież tam – jest jak Unia Europejska, która tłumaczyła swoje gnanie w przepaść, że jest z nią jak z jazdą na rowerze, czyli musi pedałować, bo im bardziej zwalnia tym większe ma kłopoty z utrzymaniem równowagi. Jak się strzyże owieczki, to im się śpiewa bajeczki A więc żyjemy w świecie serwowanych nam narracji. Ostatnio wpływowa dziennikarka „Gazety Wyborczej” zwróciła się do premiera, żeby wymyślił i przedstawił Polakom jakąś porywającą narrację, bo tego brakuje. To bardzo ciekawy przypadek z tą Wyborczą. Po pierwsze – widać wydatnie i są na to coraz częstsze dowody, że gazeta ta, jak i inne media wspierające tę opcję polityczną, staje się forpocztą politycznych zdarzeń. Tu się już nie komentuje i relacjonuje zdarzeń. Nie tylko się je zapowiada, wręcz wywołuje, ale steruje się sceną polityczną mówiąc politykom co mają robić. A więc pełne zaangażowanie. Ostatnio Wyborcza jednak traci cierpliwość, bo dochodzi do obrazy majestatu – Tusk się nie słucha. A to pech, bo to jedyna nadzieja białych, znaczy się – czerwonych. I nawet jak się myli, to nie można go bardziej dociskać, bo nie kopie się jedynego przewodnika po wąskiej ścieżce postępactwa.Po drugie – teza dziennikarki z Wyborczej pokazuje ten cały układ postpolityki. Nic o rządzeniu, nic o jakości państwa, budżecie, poziomie cen i życia. To było zarezerwowane na czasy PiS-u. Teraz, kiedy odzyskano władzę trzeba dbać wyłącznie o jej utrzymanie. Wyłącznie, a więc i za cenę państwa. A więc nic o sprawach dla Polaków istotnych, tylko błagania by wymyśleć jakąś bajeczkę, która zajmie lud w bańce, gdyby już paliwo ośmiu gwiazdek miało się wypalić. Po pierwsze – dla wielu ono się nie wypali nigdy, po drugie – to dowodzi dziwnej sytuacji postpolityki. Tego przeskoku nie rozumieją ci, którzy uważają, że jak ludziom za Tuska będzie materialnie spadać, to uśmiech zniknie z ust tej części Polski. Nic podobnego. W czasach postpolityki, a właściwie postpostępactwa wydarzył się ciekawy fenomen. Wychodzi na to, że Marks nie miał racji uważając, że byt kształtuje świadomość, co się wykłada w naszym przypadku, że jak poziom życia spadnie, to się lud ruszy. Tak bywało może i wiek temu, ale nie teraz. Teraz wygrywa Gramsci, który twierdził, że nad bytem materialnym stoi jednak świadomość. To znaczy, że – znowu w naszym przypadku – wspierający koalicję 13 grudnia mniej zwracają uwagę na spadający poziom swego życia w uśmiechniętej Polsce, ale bardziej cenią rządzących za dostarczanie im rozrywki duchowej polegającej na spełnieniu jedynej dowożonej obietnicy Tuska – ***** ***. Za tę cenę są w stanie odwrócić głowę od realiów i zadowalać się emocjonalnymi poruszeniami antypisowskiej rekonkwisty. I tego dostarcza swoim obecna władza i media. Wymiana oczekiwań i dowożenia jest w tym wypadku równoważna, zwłaszcza, że spełnia się wywoływane przez lata oczekiwania. Nie jest tak w sposób zero-jedynkowy. To znaczy, że jest gdzieś granica materialnej degradacji, która nie da się zatrzeć najlepszą nawet propagandą. Jak pisał Lem, nie da się najeść ułudą kotleta. Tak, jest gdzieś ta granica, ale w dzisiejszych czasach mocno się ona przesunęła. Po pierwsze jesteśmy zasobniejsi i na utrzymanie podstaw przeżycia można się już łatwiej wyrobić. Ale tu wchodzi diabełek nie sumy dóbr, tylko ich porównania. Ludzie nie robią rewolucji jak nie mają co do ust włożyć. Robią wtedy, jak czują, że im się, niesprawiedliwie, pogorszyło. A tu można takie odczucie wywołać z różnych poziomów, wcale nie poziomu podstaw egzystencji. Ot, wystarczy zabrać tylko jakiś przywilej i jest kłopot. 800-? Przeprowadźmy pewne ćwiczenie. Powiedzmy, że Tusk zabiera 800+. Jak zareagują jego wyborcy? Czy uznają to za ujęcie im z budżetu, niespełnienie obietnic, czy – jak im się to dobrze wytłumaczy – ocenią ten krok jako konieczne cięcia po złodziejskim PiS-ie, bo w kasie nie staje? Co przeważy? Portfel czy ***** ***? Tu akurat odpowiedź padła, odkąd szef pracowni IBRiS wskazał, po dokładnym przebadaniu motywacji wyborców nowej władzy, że ci ludzie widzieli dobrodziejstwa pisowskiego rozdawnictwa, ale nie mogli PiS-owi wybaczyć, że zrównuje on tym ich z pisowskim plebsem, dając plebsowi środki na aspirowanie do ich – pseudoelit – poziomu. Zaludnia ich, elit, plaże, doprowadza do kupowania podobnych samochodów i spotykania się z plebsem w tych samych sklepach i szkołach. Ta frakcja, decydująca o wyniku wyborów, z chęcią by widziała nawet odcięcie ich samych od takiego 800+, byleby razem z plebsem. Bo plebsu nie będzie stać, a za PiS-u było, zaś elita sobie poradzi. A więc za łeb i na swoje miejsce.Z takim podejściem można się zgodzić na trwałe obniżenie swego poziomu życia, byleby za tę cenę móc widzieć pohańbienie wrogów swoich. Przyznacie państwo, że to dowodzi, że jednak świadomość kształtuje byt, że można w swym zacietrzewieniu przetrwać materialną degradację. Ale nie do końca – jest na bank, jak pisał Lem, jakaś granica rozminięcia się rzeczywistości realnej i wirtualnej, poza którą liczy się już tylko chlebek, nie zaś propaganda, że – choć go brakuje – to jest on posmarowany masełkiem, a jak już go rzeczywiście zabraknie, to dlatego, że wrogowie podkradli. I tu – jak uważają optymiści – człowiek oszukany budzi się. Pewnie i tak, ale jest jeden kłopot. Taka nierzeczywistość, gadania, zamiast rządzenia prowadzi do upadku państwa. Im dłużej odwlekany jest taki bilans, tym gorzej dla Polski. Uważam, że poziom, w którym jakiś tam lud ma się przebudzić jest tak niski, koszty trzeźwienia tak duże, że będą już ciężkie do spłacenia. Po drugie – kto się ma obudzić, jak naród plemienny? Któreś z plemion musiałoby się przyznać do błędu. W innej wersji grozi nam bowiem rekonkwista plemienia obecnie przegranego. Czyli powrót do starej dwójpolówki, tyle, że w formie zaostrzonej. Bo po ostatnich wyczynach Tuska jasne jest, że złamano fundamentalną zasadę III RP „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”, została ona trwale zarzucona i jak PiS dojdzie do władzy, to będzie rympał co najmniej na poziomie bodnarowskim. Czy Polska od tego dozna wzmocnienia? Gdzieżby!Po trzecie, o czym mówiłem już wiele razy wcześniej, władza nie taka głupia. I to każda w III RP. Przecież oni jeszcze więcej o nas wiedzą, niż my. Jak się rządzi nie za pomocą państwa tylko narracji, to trzeba dużo wiedzieć o odbiorcach, bo to oni są podmiotem rządzenia, nie kraj. Ja się w wersji „przebudzenia” obawiam powtórki z Okrągłego Stołu. Czyli zainicjowania przez stary układ pozorów zmiany, przesilenia, by w sposób kontrolowany zmienić tak dużo, by wszystko zostało po staremu. Dowody takich działań mamy na co dzień – wystarczy tylko przeanalizować „spontaniczność” ataku ludu na pałac prezydencki w Brazylii czy trumpowców na Kapitol. Obecnie władza patrzy naprzód i sama sobie organizuje takie przeczyszczające (głównie narracyjnie) akcje pod publiczkę. Jaki protest? No, dobra – niech będzie, że naród nawet ten tuskowy, jak głód zajrzy (a zajrzy nieprędko) do chatki rybaka to się weźmie i ruszy. A w jakichż to zorganizowanych formach? Gdzie jest polska alternatywa dla plemiennej dwójpolówki III RP? Ja nic nie widzę – są partie jednorazowe, służące do utrzymania się układu, który trwa od Okrągłego Stołu i zmienia się tylko w obsadzie stanowisk a i to tylko wtedy jak ktoś umrze. Nic nowego. Nie ma żadnej „trzeciej drogi”, to znaczy jest i widać czemu służy. Ja widzę w publicystyce oczekiwania, ba – marzenia o przyjściu „kogoś nowego”, „spoza układu”, wyraziciela nadziei tych, którzy się zorientowali, że ta prokurowana wojna polsko-polska uwstecznia nasz kraj. Wypatruje się przyjścia jakiegoś nieznanego zbawiciela. Nieznanego, bo media znają tylko tych z plemiennej polityki, w związku z tym każdy kogo znają już gdzieś tam w tym układzie jest.A jak jest takie zapotrzebowanie, to się organizuje dowóz takowego. Ja bym na miejscu „układu” tak zrobił. Zaserwowałbym kolejną nadzieję na zmianę. Przecież co wybory mamy takich bohaterów jednego sezonu. Reprezentują oni nadzieje na zmianę, potem – jak się załapią – przyłączają się i tak do któregoś z plemion. I nadzieje innej drogi okazują się płonne i ruch protestu może się rozejść do domów. Bo zobaczmy – po stronie kontestującej obecny naprzemienny układ mamy kompletny rozgardiasz. Tysiące inicjatyw, setki niekooperatywnych liderów, kłótnie o to ilu Tusków zmieści się na główce unijnej szpilki, wypominanie sobie zachowań dziadków na emigracji czy w Powstaniu. I żałosne, samo-kompromitujące się próby zaistnienia w kolejnych wyborach. A więc nie masz nadzieje, trzeba się gdzieś przyłączyć, do któregoś z plemion.Mamy więc dwie drogi. Powolnego gnicia w objęciach narracji oraz nadzieję na oczyszczający protest. O pierwszej mówiliśmy, zaś druga wersja, oprócz ewentualnej erupcji ulicznego niezadowolenia, nie rodzi nadziei na organizacyjną i ideową kontynuację. Prędzej już, że pod jakąś postacią nam to „ogranie” stary układ. Co więc robić? Jako, że nie widzę jakichś ruchów do zjednoczonej samoorganizacji poza układem plemiennym, to raczej doradzałbym… organicznikowski pozytywizm. Budowanie siebie i własnego otoczenia. Już samo „nie danie się zwariować” w dzisiejszych to czyn heroiczny. Niestety, odwlekana przez społeczną bierność, zmiana na lepsze może trwać tyle, że szkody będą gdzieniegdzie nieodwracalne. Ale trudno. Wychodzi, że trzeba mocno walnąć w dno, by przysypiający się jakoś przebudzili. Nie pierwszy to raz w historii Polski. Niektórzy czekali – jak w rozbiorach – 123 lata na tę okazję, a jak widać po dzisiejszych czasach – wnioski nie bardzo zostały wyciągnięte. Układ domknięty Dziś mamy mizerię. Układ zdaje się domknięty, brakuje tylko prezydenta i będzie już całość. Jak PiS to miał to nie tak szalał na swoją stronę, jak to zrobi uśmiechnięta (coraz bardziej przez zęby) Polska. I wszystkim marzycielom o alternatywie plemiennej warto pokazać ten moment. Mamy najłatwiejsze do wypromowania nowej postaci wybory, jakimi jest elekcja prezydenta. A prezydent spoza dwójpolówki byłby pierwszym krokiem do naprawy Rzeczpospolitej. I co po tej stronie alternatywnej? Nic. Żadnej postaci, ruchu, działania, alternatywy programowej. Wszystko rozegra się na podziale plemiennym i spekulacjach na kogo przerzuci swoje głosy w drugiej turze Konfederacja. Żałość. Ale, w tym ustroju, dostajemy co chcemy. Scena polityczna jest obrazem polskiego społeczeństwa i nie ma co zwalać wszystkiego na chorą ordynację, system finansowania partii i kodeks wyborczy.W mediach króluje już jeden, sterylny przekaz. Za jedyną alternatywę robi znowu przekaz a la Kurski, co tylko jest ciągłym przypominaniem dlaczego PiS przegrał, i że się niczego nie nauczyli. Ośmiogwiazdkowcy siedzą przed ekranami i już ósmy miesiąc nie gadają o państwie, tylko o tym, jaki ten PiS straszny był. Tam był! Jest! Poukrywany po instytucjach wymaga ciągłego tropienia, jest jak kułak sypiący piach w tryby nowego, skryty, zawzięty, podstępny. Trzeba go więc tropić, bo bez tego nam będzie zawsze źle szło. Formacja, która palcem wciąż wskazywała na przyszłość siedzi w przeszłości po szyję. Maszeruje wciąż patrząc w tył i wcale nie idzie do przodu, tylko się cofa. Jest w permanentnej narracji wyborczej, a tu krajem trzeba rządzić. A jak już dojdzie do konfrontacji jakichś poglądów, to z tamtej strony słychać już tylko ***** ***. I tak sobie tu gadamy o pszczołach. Nie o Polsce. Świat się kręci A świat ucieka. I przed sobą, i przed nami. A my tu ciągle w sporach, żeby chociaż o Polsce, ale gdzie tam! O kontrasygnacie neosędzi, kartach kredytowych szefa komitetu olimpijskiego, kto ukradł na granicy 6 litrów benzyny i czy Tusk znowu się wściekł. Żyjemy w malignie i przebudzenie nie będzie okazją do odnowy, ale raczej będzie już po herbacie, na tyle, że zostanie nam tylko kac. A więc wracajmy do siebie. Dbajmy o najbliższych, własne zdrowie, wiedząc, że nasza systemowa sprawczość to tylko pozory. Mamy jej tyle, ile sami sobie wywalczymy – nikt nie stoi na straży naszych praw, tym bardziej „społeczeństwo obywatelskie”. Trzeba dawać świadectwo, to prawda, ale świat został tak urządzony przez naszą bierność, że dzieje się bez nas. A nabieranie się na codzienne pozory aktywności, to tylko ersatz naszego zaangażowania. Wiemy coraz bardziej że nic nie możemy, w czym utwierdza nas całe otoczenie, media, znajomi, politycy. A to, że czynią to w oparach pozoru naszej podmiotowości, to już kolejna diabelska sztuczka walca postępu. Napisał Jerzy Karwelis Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”. |
IHR. Te poprawki dają WHO uprawnienia do ogłaszania stanów wyjątkowych, obowiązkowych szczepień, zakazów podróży oraz zwiększenia nadzoru nad tobą .
Nasze zwycięstwo w walce z Traktatatem Pandemicznym podczas Światowego Zgromadzenia Zdrowia w maju, tego roku, było świadectwem naszej siły.
Jednak WHO, w ostatniej chwili, ominęło zasady i procedury, aby przeforsować zestaw nowych, budzących poważne obawy poprawek do Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych (IHR), które WHO uzna za przyjęte przez Polskę już za 10 miesięcy!
Te poprawki dają WHO uprawnienia do ogłaszania stanów wyjątkowych, wprowadzania obowiązkowych szczepień, nakładania zakazów podróży oraz zwiększenia nadzoru nad Tobą i Twoją rodziną.
CitizenGO mobilizuje się, aby zmusić rząd do wycofania się z tych poprawek IHR.
Nasze wspólne działania pokazały, że razem możemy osiągnąć znaczący wpływ. Dlatego teraz proszę Cię, abyś stanął do walki jeszcze silniejszy, aby chronić swoje prawa i wolności przed tymi opresyjnymi środkami.
Wycofanie się z IHR ochroni suwerenność narodową Polski oraz nasze osobiste wolności. Twoje wsparcie jest kluczowe w tej walce.
Dziękuję za Twoje niezłomne wsparcie w tej kluczowej walce o wolność.
Sebastian Lukomski i cały zespół CitizenGO
Jeśli chcecie być czekistami, zdejmijcie rękawiczki. Stalin. Maskirowka VI.




Sunday Strip: Ask Not What Your Country Can Do for You
Sunday Strip: Ask Not What Your Country Can Do for You.
Never forget what the State can and will do when its power is challenged.

Robert W Malone MD, MS Sep 01, 2024


This new Kennedy campaign ad just came my way, it is so powerful – that I had to share it here.
To find and share on Twitter, click on this link.













A recent headline (true story):

The forces of Western hegemony are scared folks.
They can’t control the people, and they don’t like it very much.
I am afraid Brazil is just the tip of the iceberg.



Because who doesn’t like black bears?
https://www.youtube-nocookie.com/embed/5xufYmNy9mc?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0
Everyone has to have a boss.

(2006 GMC LBZ Duramax/Allison Dually flatbed, over 250K miles and still strong. Made in USA. Just unloaded a couple tons of hay.)

Fundamental principle of PsyWar.
Wystarczy jedna opinia lekarza – nawet psychiatry, by wydać wyrok śmierci na nienarodzone dziecko !! — nawet przez teleporadę!
==========================
Skandal! Rząd premiera Donalda Tuska po raz kolejny łamie prawo i depcze Konstytucję! Tym razem celem ich brutalnych działań stały się nienarodzone dzieci – bezbronne, niewinne istoty, które nie mają głosu w tej okrutnej walce.
====================================
„Blanka Bąkiewicz, CitizenGO” <petycje@citizengo.org>
Jestem zdruzgotana tym co się właśnie wydarzyło!
Bezprawne wytyczne Donalda Tuska: zagrożone życie tysięcy nienarodzonych dzieci! |
Premier, Donald Tusk bezwstydnie depcze konstytucyjne prawa i nasze najświętsze wartości, w desperackiej próbie wprowadzenia aborcji do Polski za wszelką cenę!
Po upokarzającej klęsce w Parlamencie, gdzie jego haniebne próby zmiany prawa aborcyjnego zostały odrzucone, teraz ucieka się do nieuczciwych i bezprawnych metod.
Wszystko, by żądające krwi aborcjonistki były zadowolone, że mogą “legalnie” i za publiczne pieniądze zabijać własne dzieci.
Dlatego właśnie w piątek Premier, wraz z Minister Zdrowia Izabelą Leszczyną i Ministrem Sprawiedliwości Adamem Bodnarem, ogłosili skandaliczne wytyczne, które mają na celu obejście prawa i stworzenie możliwości do przeprowadzania aborcji pod pretekstem przesłanki zdrowotnej, nawet tej psychicznej.
Swoimi wytycznymi zmuszają lekarzy i szpitale do zabijania niewinnych nienarodzonych dzieci, wszystko wbrew obowiązującemu prawu!
Wystarczy jedna opinia lekarza specjalisty – nawet psychiatry, by w jednej chwili wydać wyrok śmierci na nienarodzone dziecko. To otwiera drzwi do bezkarnego zabijania nienarodzonych dzieci pod pozorem dbałości o zdrowie psychiczne matki!
To nie tylko niemoralne, to jest nielegalne!
Jednak obecny rząd nie przejmuje się tym – próbując wymusić posłuszeństwo groźbami ścigania i karania lekarzy oraz szpitali.
To działanie to bezprawie i hańba, które nie mają prawa istnieć w cywilizowanym państwie.
Wedle wytycznych lekarze nie mają mieć prawa odmówić aborcji a ci, którzy odmówią, są zagrożeni konsekwencjami prawnymi, bardzo wysokimi grzywnami bądź po prostu rozwiązaniem kontraktu z NFZ!
Ministerstwo zdrowia również odbiera lekarzom prawo do powołania się na klauzulę sumienia. To nic innego jak tyrania rządu.
To jawna próba wprowadzenia aborcji na życzenie pod przykrywką troski o zdrowie matki.
Jako, że przesłanka zdrowotna nie ma ustalonego górnego limitu w ustawie – do aborcji będzie mogło dojść nawet w późnych etapach ciąży, kiedy dziecko jest już w pełni rozwinięte i zdolne do życia poza łonem matki.
W zeszłym roku ponad 400 dzieci zostało zabitych w Polsce na podstawie rzekomego zagrożenia zdrowia psychicznego matki.
Teraz Tusk i jego ministrowie chcą, aby to stało się normą, umożliwiając aborcję aż do dziewiątego miesiąca ciąży!
Psychiatrzy, z których wielu jest związanych z lobby aborcyjnym, są gotowi wydawać takie zaświadczenia na poczekaniu — nawet przez teleporadę!
To szaleństwo! Życie może zostać zakończone na podstawie kilku minut rozmowy przez telefon.
Nie możemy na to pozwolić!
Nie możemy pozwolić na to, by rząd premiera Donalda Tuska zepchnął nasz kraj w moralną przepaść, gdzie życie ludzkie i wolność sumienia nie mają żadnej wartości.
Prawda jest taka, że Donald Tusk wie, iż przegrał bitwę w Sejmie. Nie zdołał zdobyć poparcia potrzebnego do zmiany prawa, więc teraz nagina zasady, nadużywa swojej władzy i próbuje narzucić aborcję Polsce siłą.
Ale wytyczne ministerialne nie są prawem!
Nie mają one żadnej mocy prawnej – jedynym źródłem prawa w Polsce są Konstytucja i ustawy, które zapewniają ochronę życia dla każdego.
Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie orzekał, że wszelkie wyjątki od tej ochrony muszą być ściśle interpretowane.
Mimo to obecny rząd jest zdeterminowany, by forsować swoje bezprawne plany, grożąc naszym lekarzom, szpitalom i przede wszystkim bezbronnym polskim nienarodzonym dzieciom!
Agencja ONZ CEDAW, która rzekomo broni praw kobiet – podpierając się skandaliczną opinią WHO – naciskała ostatnio na Polskę, aby uznano tutaj aborcję za „podstawowe prawo”.
Nic więc w tym dziwnego, że Donald Tusk, jak zawsze tchórzliwy i skłonny do ulegania presji wszelkich zagranicznych przedstawicieli, po raz kolejny zdradza Polki i Polaków.
Żarty się skończyły. Nie możemy pozwolić, aby ta desperacka, haniebna i niezgodna z prawem próba odniosła sukces.
Potrzebuję Twojej pomocy w tej walce!
Życie niewinnych dzieci, nasze prawa i nasza Konstytucja muszą być chronione za wszelką cenę. Razem musimy stanąć w obronie, wyrazić sprzeciw i domagać się, by nasz rząd respektował rządy prawa i świętość życia.
Ale wiedz jedno — to walka o coś więcej niż jedną ustawę. To walka o duszę naszego narodu, o przyszłość, jaką zostawimy naszym dzieciom.
Jeśli teraz się nie zjednoczymy i nie podejmiemy zdecydowanych działań, oni po prostu przejadą po nas, łamiąc prawo i depcząc wartości, które są dla nas Polaków najcenniejsze.
Dlatego w tym przełomowym momencie w historii naszej Ojczyzny, Twoje zaangażowanie i wsparcie jest bardziej kluczowe niż kiedykolwiek.
Wierzę, że razem możemy stanąć w obronie najbardziej zagrożonych, a zarazem najbardziej bezbronnych istot w społeczeństwie– nienarodzonych dzieci oraz wartości, które definiują nas jako ludzi.
Każdy podpis to krok w kierunku ochrony niewinnych istot, które nie mają swojego głosu, by się bronić. Twoje zaangażowanie może uratować przyszłość tych dzieci i dać nadzieję na lepsze jutro. Proszę, podpisz petycję i dołącz do tej wspólnej walki o to, co najcenniejsze. Razem możemy dokonać wielkich rzeczy.
Dziękuję z całego serca za Twoje wsparcie i zaangażowanie. To dzięki takim osobom, jak Ty możemy wspólnie dokonywać realnych zmian. Razem mamy siłę, by bronić tego, co najważniejsze.
Blanka Bąkiewicz z całym zespołem CitizenGO
PS: Pamiętaj, że liczy się każdy głos. Udostępnij petycję swoim znajomym i bliskim – razem możemy zdziałać jeszcze więcej! Dziękuję, że jesteś częścią tej ważnej inicjatywy.
Więcej informacji:
Zmiana prawa aborcyjnego mało realna, ale pomóc mają oficjalne wytyczne
https://www.prawo.pl/zdrowie/wytyczne-w-sprawie-aborcji-dla-lekarzy-i-szpitali,528798.html
Wytyczne dla szpitali i prokuratury w sprawie aborcji
https://www.gov.pl/web/premier/wytyczne-dla-szpitali-i-prokuratury-w-sprawie-aborcji
Konieczne gruntowne odrobienie lekcji 1 września
Świat się skończył. Gruntowne odrobienie lekcji 1 września
1.09.2024 Grzegorz Braun gruntowne-odrobienie-lekcji-1-wrzesnia

Szczęść Boże,
1 września w moim pokoleniu z mocno już nieaktualnym PESEL-em, data tak mocna, że bywały czasy, że może najmocniejsza w rocznym kalendarzu pamięci historycznej Polaków, bo też w życiu mojej rodziny, jak i wszystkich polskich rodzin, czasów moich dziadków, pradziadków, wszystko się liczyło przed 1 września 1939 i po 1 września 1939. Świat się skończył.
Przez dłuższy czas zdawało się, że ta data podwójnie przechodzi do historii, że staje się to data upamiętniająca, odnosząca się do czegoś, co odeszło do przeszłości. W ostatnich dekadach, w ostatnich latach, dylemat, dramat i tragedia dziejowa 1 września zdaje się na powrót aktualizować. Zdaje się i jest to poczucie coraz bardziej z każdym rokiem dojmujące, że możliwa jest powtórka z historii. I w związku z tym życzę moim rodakom – to proste – by się to nigdy nie wydarzyło. Co? No tu potrzebne jest gruntowniejsze odrobienie lekcji 1 września.
Myślę, że punkt pierwszy, który warto sobie wypisać na tablicy: nie od tego jest polityka i nie do tego służą, nie do tego są nam potrzebni przywódcy, mężowie stanu, by wprowadzali naród w uliczkę jednokierunkową, po to, żeby potem elokwentnie tłumaczyć, dlaczego się inaczej nie dało. Nie od tego jest rząd, ministrowie, parlamenty, żeby stwarzać sytuacje bez-alternatywne, a potem w pamiętnikach pisanych w Londynie czy Waszyngtonie objaśniać, dlaczego nie było alternatywy.
Polityka jest od tego, żeby mnożyć rozwiązania, żeby stwarzać opcje alternatywne, po to, żeby zachowywać swobodę decydowania o własnym losie, o losie narodu. 1 września 1939 roku wydarzyło się coś, co było rezultatem bezalternatywizmu w polityce. A wydarzyło się coś, co było kolejnym w naszej historii przyzwoleniem na zarządzanie losami Polaków przez naszych na przykład bezalternatywnych, a nielojalnych, nieuczciwych, fałszywych sojuszników. Zostaliśmy posadzeni na lewe sanki i oby nigdy więcej.
Druga lekcja, którą tak sam sobie przepowiadam, bo nieustannie prowadzę jakieś autokorepetycje z historii, (…) taka, że polityka nie jest od tego, żeby poobrażać sobie, jak to mówią ludzie, wszystkie sklepy przy własnej ulicy. Polityka nie do tego powinna służyć, by ostatecznie usytuować państwo, naród między młotem a kowadłem. A w 1939 roku to był nie tylko niemiecki młot i sowieckie kowadło. Przypominam, że zostaliśmy napadnięci przez cztery podmioty prawa międzynarodowego. Była to jeszcze Słowacja, o paradoksie – wtedy na krótko niepodległa, choć może nie w pełni suwerenna. I było jeszcze, uwaga, wolne miasto Gdańsk. Wolne miasto Gdańsk było czwartym państwem, jeśli państwem jest podmiot prawa międzynarodowego, które dokonało zbrojnej napaści na Rzeczpospolitą Polską i można powiedzieć, że się elita i zbrojne bojówki tego wolnego miasta Gdańska wyrywały, paliły do tej roboty i w ogóle mieli oni takie ambicje, że to poradzą sobie na Westerplatte, zanim nadejdą walne siły, zanim Wehrmacht dotrze do Gdańska, to już flaga III Rzeszy powiewać będzie nad polską placówką na półwyspie Westerplatte.
To się nie stało, ale faktem była zbrojna napaść. Jaka z tego lekcja?
Szanowni Państwo, mamy dzisiaj, jak wtedy, wrogów zewnętrznych i uwaga, mamy hodowanych pracowicie wrogów wewnętrznych. W 1939 roku Rzeczpospolita Polska i jej siły zbrojne, aparat państwowy, administracyjny, policyjny, to wszystko stało się obiektem napaści, nie tylko ze strony państw, ale także ze strony bojówek, ze strony jaczejek zorganizowanych, które wypowiedziały lojalność państwu polskiemu, nawet jeśli nie było podmiotu, wobec którego chciałyby być lojalne. Mam na myśli i ukraińskich banderowców, którzy napadali i mordowali Polaków mundurowych i cywilów właśnie już od 1 września 1939 roku. Mam na myśli komunistyczne bandy, które działały na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej, a były inspirowane z zachodnich republik Związku Sowieckiego i były ich działania koordynowane przez Komintern i przez odpowiednie agendy armii sowieckiej. Żydzi wypowiedzieli lojalność państwu polskiemu. Właściwie trudno powiedzieć wypowiedzieli, bo o tej lojalności nigdy nie mogło być mowy poza jakimiś wyjątkami potwierdzającymi regułę. To były piąte kolumny działające w Polsce, nie tylko niemiecka piąta kolumna działała i można powiedzieć, że niemiecka z tego wszystkiego pewnie najmniejszy miał zasięg działania
I o tym wszystkim warto pamiętać.
1 września, warto o tym wspomnieć, no dlatego, że dzisiaj w Polsce, powiedziałem, hodowane są takie jaczejki, hodowane są zorganizowane formy zorganizowanej, jawnie, publicznie deklarowanej nielojalności wobec państwa polskiego. Jakieś kampusy, to przecież są zjazdy już nie Polaków lojalnych, ale eurokołchoźników, którzy najwyraźniej nie pragną być członkami suwerennego narodu Polaków, wolnych Polaków na własnym terytorium, podlegającym jurysdykcji wyłącznie najjaśniejszej Rzeczpospolitej Polskiej. I z tego trzeba wyciągać wnioski. Piątą kolumnę warto zwalczać zawczasu, warto rzeczy nazywać po imieniu.
Trzecia lekcja z 1 września na 1 września 1939 roku na rocznicę. Ta lekcja, której sam sobie udzielam. Szanowni Państwo, elita, elita sanacyjna, elita, która poprowadziła Polskę na wojnę wrześniową, to była elita, która z wyboru chciała być sama. Sama wobec tych wyzwań i wobec tych skrajnych zagrożeń. Sama bez pomocy nie tylko ludzkiej, ale i boskiej. To jest elita, która zawłaszczyła zwycięstwo, zawłaszczyła cud nad Wisłą w roku 1920. Dziś nie zrobię dygresji szerszej na ten temat, mówiłem o tym szereg razy. W roku 1920 nie tylko determinacja walczących, nie tylko żarliwa modlitwa cywilów, nie tylko wysiłek zbrojny, i wysiłek intelektualny na przykład polskich kryptologów, ale także cuda się zdarzyły, co zaświadczają zeznania bolszewików, którzy ulegli Mocom, których oni sami nie byli w stanie opisać w kategoriach fizykalnych. To osobna historia, są na ten temat jakieś publikacje niedostatecznie liczne, ale wracam do 1 września.
Po roku 1920 elita piłsudczykowska wybrała monopol na zwycięstwo 1920 roku i sobie to zwycięstwo przypisała. Uczynił to Piłsudski kosztem generałów, których zapakował potem do więzienia – generał Rozwadowski i inne ofiary siepaczy sanacyjnych – zwycięstwo roku 1920 zostało zawłaszczone. No i skoro tak, we wrześniu 1939 roku to wojsko z takimi wodzami i to państwo z takimi przywódcami zostało na swoim. Pan Bóg nikogo nie uszczęśliwia na siłę. Pan Bóg dał nam wolną wolę i szanuje, swoich decyzji i nie cofa, nie uszczęśliwia nas na siłę. No więc, jeśli jakąś lekcję możemy wyciągnąć, to byłaby to ta lekcja, która się streszcza w najdosłowniejszym rozumieniu tej mądrości potocznej, ludowej, jak trwoga to do Boga. Mnie osobiście, nie będę tego taił, trwoga ogarnia na co dzień, kiedy słucham podżegaczy wojennych, kiedy słucham tych mężów, mężyków i żon stanu, którzy z Warszawy przemawiając jakby dopominali się o kolejną lekcję wojny, którą pytanie, czy sami chcą pobrać, czy chcą tylko przymusić do pobierania tej lekcji naród polski po tylu wcześniejszych, tragicznych doświadczeniach.
A więc z jednej strony uważajmy na przyjaciół, uważajmy na sojuszników. Chroń nas Boże od nielojalnych sojuszników, bo z wrogami przecież jakoś zawsze sobie poradzimy sami. Uważajmy na piątą kolumnę, która butnie i bezczelnie deklaruje całkiem otwarcie, to jest właściwie zaleta tej sytuacji, że otwarcie, bez niedomówień deklaruje rozbrat z takimi kategoriami jak suwerenność, niepodległość, narodowość, polski patriotyzm.
No i nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z tej okazji, by wezwać państwa do Gietrzwałdu. Do Gietrzwałdu przez zbliżającą się już w perspektywie trzyletniej rocznicę 150. tamtych i tajemniczych, i niezwykłych, i pięknych wydarzeń z roku 1877. Starajmy się wejść na tamtą gietrzwałdzką ścieżkę po to, by nie podążyć ku przepaści tej, która otworzyła się przed narodem polskim i 1, i 17 września 1939 roku. To mówię do Państwa w dzień pogodny, późno-letni, ja, przedstawiciel pokolenia urodzonych zaledwie 20 lat po tamtej wojnie światowej: od polityków oczekujcie nie tylko obietnic tego, co tam zrobią, co zagwarantują, do czego się zobowiążą. Od polityków oczekujcie Państwo także tej gwarancji, że są rzeczy, których na pewno nie zrobią. Których na pewno nie zrobią, niezależnie od tego, jakie mody, jakie doraźne koniunktury, czy naciski polityczne, by zaistniały.
W moim pojęciu, w moich przekonaniach, na moim horyzoncie myślenia politycznego wojna, której sprowadzenia na nasze terytorium sami byśmy pożądali, nie jest instrumentem, który by należał do instrumentarium polskiej polityki. Nie jestem pacyfistą, ale dziś pod koniec sierpnia 2024 roku uważam, że wszystko będzie lepsze od opcji wojennej. Przypominam, że właśnie pod koniec sierpnia 1939 papież Pius XII tak pięknie mówił do świata, ale ze szczególnym uwzględnieniem Polaków, w swoim przemówieniu radiowym nic nie będzie stracone przez pokój. Wszystko może być stracone przez wojnę. Ta diagnoza i dziś pozostaje w mocy.
Artykuł stanowi zapis nagrania udostępnionego przez Grzegorza Brauna. Tytuł nadała redakcja.
Czy uda się rozwikłać matactwa Imperium Kłamstwa
Rozwikłać matactwa ZIK
ZIK (Zachodnie Imperium Kłamstwa) i jego „filozofia”
| DR IGNACY NOWOPOLSKI SEP 1 |
Wojna na Ukrainie, której Moskwa nie była gotowa toczyć, myśląc o ograniczeniu się do możliwie najłagodniejszej operacji wojskowo-politycznej mającej na celu zmianę wrogiego reżimu w kraju, z wyjątkiem Donbasu, stała się największym konfliktem zbrojnym w historii Europa po II wojnie światowej. Z potencjałem wciągnięcia świata w trzecią wojnę światową i zniszczenie nuklearne.
Bardzo istotne są różnice w podejściu do wojny ukraińskiej pomiędzy poszczególnymi krajami, nawet w obrębie tego samego bloku. Rządy zawsze wiedzą więcej niż ich obywatele. Cokolwiek piszą gazety, władze wszystkich krajów, z wyjątkiem kilku całkowicie „zielonych drani”, w pełni rozumieją, co się dzieje: Rosja próbuje wstać z kolan i stać się całkowicie suwerennym krajem, z którego opinią należy się liczyć ze względu na prawo i interesy narodowe, a także na sferę wpływów poza jego granicami.
Na Zachodzie często przytacza się liczbę 55, gdy mówimy o liczbie krajów wspierających Ukrainę. Mówimy o wiodących krajach zachodnich z Japonią i Koreą Południową oraz ich wasalami. Do tego zaliczyć trzeba także Turcję, która prowadzi własną politykę na Ukrainie i buduje obecnie flotę dla Kijowa. Prowadząc wojnę zastępczą z Rosją, przywódcy tej grupy, przede wszystkim Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, doskonale rozumieją, co dzieje się na Ukrainie i wokół niej, o co Rosja walczy i dlaczego może to dawać „zły” przykład innym.
Ich zadaniem jest zatem osiągnięcie takiego „pokoju”, aby ze wszystkich stron wyraźnie wyglądał jako porażka Rosji, tak aby nikt nigdzie nie nabrał zwyczaju rzucać wyzwania Zachodowi. Oczekują także destabilizacji Rosji, zmiany reżimu, a następnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, zniszczenia kraju, aby bezpośrednio przejąć w posiadanie jego ogromne zasoby.
Jednak tą imponującą grupą krajów rządzą Waszyngton i Londyn, których interesy nie we wszystkim są zbieżne . Nie ma dużej różnicy między Stanami Zjednoczonymi z demokratami w Białym Domu a Londynem, skąd sprawuje się operacyjne przywództwo reżimu Zełenskiego. Do końca roku nie będzie między nimi poważnych sporów. W związku z listopadowymi wyborami w Stanach, amerykańskiej administracji potrzebny jest obraz, że jej kijowscy podopieczni mają się dobrze, a pieniądze włożone do ich kieszeni w Waszyngtonie i Kijowie nie idą na marne.
Ale po wyborach, jeśli Demokraci je przegrają, nie będzie wcześniejszej jednomyślności między Waszyngtonem (Trumpa/Vance’a/Kennedy)i Londynem w sprawie Ukrainy. Ponieważ Stany Zjednoczone Trumpa będą próbowały zawrzeć porozumienie z Rosją, aby skupić się na Chinach, pozostawiając Kijów pod opieką Europejczyków.
Dla Amerykanów – nawet dla Demokratów! — Ukraina już „strzeliła”. Przy pomocy Kijowa Stany Zjednoczone pokłóciły Europę z Rosją. Główny konkurent, Gazprom, został usunięty z europejskiego rynku energii. Wysokie ceny gazu sprawiły, że europejski przemysł, skupiony przede wszystkim w Niemczech, stał się nierentowny. Amerykanie ożywili NATO, zmuszając Europejczyków do większych wydatków na potrzeby wojskowe, zamiast pasożytować na Ameryce w tym zakresie.
Stany wciągnęły do kontrolowanego przez siebie sojuszu dwa zaawansowane technologicznie i strategicznie położone kraje, Szwecję, a zwłaszcza Finlandię. Zarabiali na dostarczaniu Europejczykom amerykańskiej broni i będą to robić nadal w przyszłości. Amerykanie nie potrzebują tak bardzo samej Ukrainy, jeśli jednocześnie Rosja znajdzie się w uścisku Chin.
Ale Wielka Brytania ma nieco inne plany . Londyn stara się przy pomocy Kijowa realizować swój projekt geopolityczny Global Britain, który, aby przyrósł zyski, potrzebuje większego terytorium i liczby ludności.
Ukraina i państwa członkowskie UE w Europie Wschodniej obawiają się, że Rosja może się w tym projekcie przydać. To strach przed Rosją popycha ich w objęcia Brytanii w czasie, gdy ameryka koncentruje się na Chinach, do których Brytyjczycy nie mają takiego samego antagonizmu jak stany zjednoczone, ponieważ nie konkurują z nimi.
Ponadto Londyn jest jeszcze bardziej zainteresowany zmianą reżimu w Rosji na „liberalny” niż Waszyngton. Ale do tego Brytyjczycy na Ukrainie potrzebują zwycięstwa, „pokoju” na najbardziej upokarzających dla Rosji warunkach: wycofania wojsk, kapitulacji terytoriów, odszkodowań itp.
Czynnik Trumpa
To może się nie zdarzyć za Trumpa. Oczywiście nowy prezydent stanów, zaniepokojony chińskim zagrożeniem, będzie się targował, ale prawdopodobne jest, że zgodzi się na „zamrożenie” konfliktu, przynajmniej na LBS. Jednocześnie większość krajów sponsorujących Ukrainę będzie oczywiście wspierać Waszyngton. A co będzie gdy będą musieli opuścić ukraińską flagę wiszącą nad Ministerstwem Obrony w Londynie, kto zrekompensuje Brytyjczykom ich ogromne inwestycje w nieudaną klęskę Rosji?
Sami Europejczycy nie będą w stanie długo utrzymać Ukrainy na powierzchni. Niemcy, którzy w nią najwięcej zainwestowali i poczuli się urażeni przez Ukraińców za rzekome podkopywanie Nord Streamów, zaczęli się tym męczyć, a ludzie byli już oburzeni – „ukrainizm” w Niemczech należy już do przeszłości . Francuzi bardziej PR-ują niż pomagają, Włosi boją się pogorszenia. Polacy, którzy dobrze rozumieją, że kiedy w Ukraińskich Siłach Zbrojnych zabraknie pary, zostaną pchnięci na wojnę z Rosją, która ma w swoim arsenale wiele śmiercionośnych rzeczy, nie przetrwają więc długo.
Jedynym ratunkiem dla Polski byłoby usunięcie agenturalnego reżimu w Warszawie i zastąpienie go AUTENTYCZNIE narodową, suwerenną władzą. Jednakże na obecnym “poziomie świadomości narodowej”, porównywalnej ze świadomością Buszmenów, szans na to praktycznie nie ma.
Donald Trump: „Dobrą rzeczą jest dogadać się z Rosją i Koreą Północną”
Donald Trump: „Dobrą rzeczą jest dogadać się z Rosją i Koreą Północną”
https://thepeoplesvoice.tv/donald-trump-getting-along-with-north-korea-russia-is-a-good-thing/
| DR IGNACY NOWOPOLSKI SEP 1 |

Były prezydent USA Donald Trump argumentował, że pozytywne zaangażowanie i „dogadywanie się” z Rosją i Koreą Północną byłoby „ dobrą rzeczą” .
Wypowiedzi Trumpa były odpowiedzią na oskarżenia Kamali Harris. Podczas przemówienia z okazji przyjęcia nominacji Demokratów w Chicago w zeszłym tygodniu, skrytykowała ona Trumpa za jego relacje z północnokoreańskim przywódcą, twierdząc, że nie będzie „przytulać się do tyranów i dyktatorów takich jak Kim Dzong Un, którzy kibicują Trumpowi”.
W przemówieniu wygłoszonym w piątek na wiecu wyborczym w Pensylwanii kandydat Partii Republikańskiej chwalił się swoimi wysiłkami dyplomatycznymi mającymi na celu naprawienie stosunków Waszyngtonu z Pjongjangiem, nawiązując do spotkania z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem w 2019 r. w strefie zdemilitaryzowanej oddzielającej obie Koree.
„Dogadywałem się z Kim Dzong Unem z Korei Północnej. Pamiętajcie, że przeszedłem… jako pierwsza osoba, która kiedykolwiek przeszła z tego kraju” –twierdził Trump.
„Przyjrzeliśmy się również jego zdolnościom nuklearnym. Są bardzo znaczące” –dodał. „Wiesz, dogadywanie się to dobra rzecz. To nie jest zła rzecz”.
„Dogadywanie się” z Moskwą również nie jest „złą rzeczą”, powiedział Trump. Następnie ostro skrytykował obecną administrację, twierdząc, że prezydent Joe Biden ma bardzo niskie IQ „a może teraz w ogóle go nie ma”, ponieważ „całkowicie stracił rozum”.
Dogadywanie się z Rosją jest dobre, nie złe. Pamiętaj, dogadywanie się z tymi ludźmi jest mądre.
Kandydat Partii Republikańskiej powtórzył swoje twierdzenie, że „to, co dzieje się teraz w stosunkach z Rosją, nie wydarzyłoby się”, gdyby nadal piastował urząd.
Ilu najemników amerykańskich, polskich, innych zginęło na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie?
Amerykańskie „pomyłki” w polskim wydaniu…
Posted by Marucha w dniu 2024-09-01 marucha/amerykanskie-pomylki-w-polskim-wydaniu
Oficjalnie nikt nie zadaje pytań o liczbę żołnierzy amerykańskich bezpośrednio zaangażowanych w oba gorące konflikty. Tym ciekawsze są publiczne rozważania o liczbie tych, którzy już zginęli.
Poza propagandą chętnie przytacza się sukcesy, a porażka zasługuje na milczenie. Morris Clayton w swojej telewizji Redacted zaapelował do Amerykanów o nadsyłanie informacji o bliskich, którzy wyjechali jako żołnierze na Bliski Wschód, albo są na Ukrainie.
>https://yewtu.be/watch?v=5iIbanfah-E
Ciekawe wątki poruszył w jego programie autor czterech książek krytycznych o bezcelowości „wtykania nosa w cudze sprawy” administracji amerykańskiej ściśle współpracującej z Pentagonem.
Michael Scheuer – autor publikacji na ten temat, ma za sobą 22 lata pracy w administracji rządowej będąc zarazem pracownikiem służb wywiadu. Wywiad wyszukuje, analizuje źródła, by po wyciągnięciu wniosków przekazać rządowi do oceny i podjęcia decyzji. Jego książka „Imperial Hubris – Dlaczego Zachód Przegrywa Wojny?” nie doczekała się rangi bestselerowej. Będąc naocznym świadkiem wojny w Afganistanie, autor widział fiasko operacji nazwanej antyterrorystyczną. Przyczyna każdej przegranej tkwi w nieudolności dyplomacji amerykańskiej.
Nazywani dyplomatami, najczęściej nie mają pojęcia o podstawach funkcjonowania innych kręgów kulturowych. To, co zaoferowali po 1945 roku innym państwom, to przekupstwo z dużą domieszką arogancji. Wystarczyło, by nie wygrać żadnej wojny. Jak niedostosowani, nie zdradzają chęci przyswojenia, czym jest cywilizacja, myląc ją z rozwojem technologii podporządkowanej celom militarnym. W szczegółach M. Scheuer tak ujmuje swoje doświadczenia.
„W Afganistanie byliśmy przez 20 lat. Po incydencie 9/11 należało zamknąć granice, bo tak ryzykownej operacji nie dałoby się powtórzyć. W jednej z książek napisałem, by ludzie zrozumieli, że cokolwiek robimy w Afganistanie, czy Iraku będzie bezcelowe, jeżeli nie zostaną zamknięte granice.
Dzisiaj widać to najwyraźniej. Destabilizacja Iraku, Jemenu, Syrii, Somalii, Sudanu, Hondurasu, Nikaragui przez USA częściowo skutkuje falami napływających migrantów. Tylko skrajny idiota nie bierze pod uwagę, że członkowie Al-Kaidy, ISIS znajdują się wśród nich; do tego jeszcze ludzie wywiadu irańskiego, chińskiego, rosyjskiego i każdego innego wrogiego nam. Otwarte granice sprzyjają napływowi osób nam wrogich.
Największy hałas robi się wokół Chińczyków, tymczasem znajdujemy się w „zupie” przygotowanej na własne życzenie we własnym domu. Poparciem dla polityki Izraela przecięliśmy wszelkie związki ze światem islamu.
Nie wymaga gigantycznej sprawności umysłowej, by zdać sobie sprawę ze skutków otwarcia granic. Znane jest powszechnie powiedzenie „gdzie nie ma granic tam nie ma państwa”. Nikt przecież nie wie, kto dokładnie znalazł się u nas, ilu i jaką bronią dysponują. Do USA napływa broń przez Meksyk. Jeśli straż graniczna nie jest w stanie kontrolować którejkolwiek z granic, to rząd nie funkcjonuje na miarę powierzonej mu odpowiedzialności”.
Podobnie jak w Ameryce, do Polski napływają Azjaci, Afrykanie i Ukraińcy, organizując się w jednorodne środowiska. Ukraińcy kupują nieruchomości na wynajem, co pozwala im mieć kontrolę nad tym, z kim chcą utrzymywać kontakty, tworzyć przedsiębiorstwa transportowo-spedycyjne i handlowe. Centra dużych miast przejęte są przez zorganizowany proceder narkotykowy, rozrywkowo-nieobyczajny. Przy nim zawsze pokątnie radził sobie handel bronią, bo przecież wymuszanie „należności za transakcje” musi działać jak w urzędzie skarbowym – bezwzględnie.
Są już duże polskie miasta przypominające zagrożenia nowojorskie, gdzie po zmierzchu rządzi wytatuowana ferajna z rozwydrzonymi dziewczynami. Klubowe rozróby, pobicia do nieprzytomności dzieją się w bliskim sąsiedztwie komisariatów policji i siedzib urzędów władz miejskich. Przyzwolenie poprzez przymykanie oczu wskazuje na udział władzy w korzyściach. Dawne scenariusze filmowe o włoskich gangach są realnym udziałem mieszkańców, którzy nie zdołali wyprowadzić się ze śródmiejskich apartamentów w porę.
W ocenie amerykańskich realiów Michael Scheuer uważa, że trzeba byłoby mieć Chińczyków, Irańczyków i innych za głupców, gdyby nie skorzystali z tak łatwej możliwości wprowadzenia swoich ludzi na teren nieprzyjaciela, który nie przestaje odgrażać się wojną czy bombardowaniem – w przypadku Iranu. Zrządzeniem wyłącznie natury Ameryka ma tylko dwóch potężnych sojuszników – oceany Spokojny i Atlantyk.
W okresie zrównoważenia sił Wschód-Zachód nikomu nie przychodziła do głowy myśl o próbie ataku z morza. Al-Kaida nie podpłynęła do brzegów Ameryki pontonami, by jej zagrozić. Dzisiejsi nieznani przybysze do Europy (wszyscy w zbliżonym wieku poborowych) przypływają, przylatują samolotami, mając konkretne adresy, gdzie są zagospodarowywani, by niebawem sprowadzać kolejnych. Potyczki przy płocie granicznym są kosztownym spektaklem dla odwrócenia uwagi od postępującej lawinowo destabilizacji demograficznej i kulturowej dużych aglomeracji miast europejskich.
Rozwój wydarzeń na Bliskim Wschodzie nasilił nastroje antyamerykańskie. Od Kabulu po Tel Awiw znaleźliby się chętni do wzięcia odwetu za lata okupacyjnej eksploatacji. W żadnych mediach nie ma miejsca na politykę międzynarodową, bo dominuje propaganda prowojenna, która wynika z całkowitego i bezkrytycznego podporządkowania się celom administracji amerykańskiej.
Scheuer zauważa żenującą zgodność tamtejszych partii, które kupione przez AIPAC poparcie dla Izraela, akcentują na konwencjach obecnością izraelskich flag. Dla obywateli jest to przejaw żenującej wasalizacji władzy, bo im dużo bardziej doskwiera irracjonalne finansowanie tych wojen i dozbrajanie obu państw prowadzących je – Izraela i Ukrainy.
Dyskrecja śmierci
Nieznanym, czy trzymanym w dyskrecji zjawiskiem jest bezpośredni udział żołnierzy polskich i amerykańskich w tych odległych regionach.
Na swoim blogu, M. Scheuer porusza temat wiarygodności uczestnictwa Amerykanów i przypadki ich śmierci. Analizując na swój sposób sytuację, Scheuer stawia trudne pytania.
„Oczywiście, że są w Gazie, tak jak siły NATO działają na Ukrainie, oni też tam są. Od samego początku tej wojny słyszymy o rozmaitych tajnych spotkaniach dużej liczby oficerów NATO w Kijowie – prawdopodobnie w bezpiecznych bunkrach podziemnych, ale jak wiemy, Rosjanie wiedzą o dwóch, trzech, może czterech z nich. Nie ma o tym najmniejszej wzmianki w prasie zachodniej, że któryś z bunkrów został ostrzelany, a tym bardziej o tym, że ktoś zginął. [Rosjanie wysyłają rakiety precyzyjnie sterowane, z bombami głęboko penetrującymi. Było parę takich ataków na centrum najemników w Jaworowie.md] Wspominał o tym MacGregor już od samego początku mówiąc o Izraelu, że nasze jednostki specjalne są tam zaangażowane. Jest ich wielu i szereg przypadków o ich zabiciu zostało potwierdzonych, przede wszystkim przez nieprzyjaciela. Poza tym, przez własne źródła, jakie ma MacGregor.
Uczestnictwa w dwóch wojnach nie da się zaprzeczyć, więc należy przyjąć, że są ranni, zabici i okaleczeni. Dlaczego więc nie ma informacji o tym? Co z ich rodzicami, żonami, siostrami, czy ich także nie poinformowano, albo zmuszono do milczenia? Odpowiedzi nie znam, ale nie jestem durniem, by wierzyć, że Amerykanie nie giną w tych wojnach, bo to szaleństwo.
Sam rząd potwierdza ataki Iranu na ośrodki amerykańskie w Iraku. Nie znamy przyczyn, ale też nigdy nie dowiedzieliśmy się, kto zginął, był ranny. Czyżby nie było żadnej uroczystości w Arlington? (Największy cmentarz wojskowy w USA). Jaką korzyść ma państwo ukrywające takie dane wypaczając obraz rzeczywistości przemilczaniem.
Jest niewiarygodne, żeby w dwóch wojnach udało się uniknąć jakichkolwiek ofiar. Nikt nie zaprzeczył wiadomości o zaatakowaniu przez Houtis lotniskowca Dwight Eisenhower (22 czerwca b.r.). Natychmiast po incydencie lotniskowiec opuścił rejon Morza Czerwonego w Cieśninie Bab-el Mandeb, obierając kurs na Morze Śródziemne. Ten manewr dowodził skuteczności wykonanego przez Houtis zadania.
Ciekawym byłby powód milczenia o układzie, jaki rząd zawarł z rodzinami żołnierzy , czy wystarczyło powiedzieć, że stracili życie tylko na jakichś ćwiczeniach.
Przeciętny człowiek nie zastanawia się nad tak odległymi od niego problemami. Pozostaje najistotniejszy fakt: wojnę wypowiedzieć może jedynie Kongres jako wyraziciel woli narodu. Jeśli dokonuje tego sam prezydent, jest to niezgodne z konstytucją. Po każdej przegranej wojnie Ameryka zostawia zdewastowane miejsce bez skrupułów.
Regułą jest – jak długo Ameryka świetnie prosperuje, nie brata się z nikim. Jednak w trudnym okresie swoją koniunkturę poprawia cudzym kosztem. Prowokacjami, zamachami kreuje się przeciwnika, usprawiedliwiając nieskończoną wojnę z terroryzmem. Żaden zacny przywódca utożsamiający się z interesem państwa i wyborców nie zaangażuje się w tak przestępczy proceder, dając dowód reprezentowania autentycznego wolego świata, a nie rządzonego przez zdemoralizowane zakresem władzy służby i wojsko” – kończy swoją wypowiedź M. Scheuer.
Identycznie w Polsce – nie sam marszałek Sejmu, ministrowie obrony, czy spraw zagranicznych, ani premier, lecz cały parlament, każdy z posłów imiennie musiałby wypowiedzieć się za, lub przeciw udziałowi Polski w wojnie.
Skandalem jest głosowanie nad „przyznaniem pomocy Ukrainie”, bo oznacza to głosowanie za udziałem i kontynuacją wojny, która grozi nam utratą terenu w prowokacyjnych roszczeniach Ukraińców. Pomijam oskarżenia o podżeganie i pomocnictwo w ludobójstwie przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, za które znów przyjdzie nam płacić.
Do tej pory mamy do czynienia z indywidualnie zawłaszczonymi kompetencjami ministrów, którzy pozwalają na grabież militariów, a ich karkołomnie niebezpieczne wypowiedzi dowodzą, że na wzór amerykański jesteśmy jakoby zgodnie wspierającymi wojenny proceder bez wypowiedzenia wojny!
Opracowanie: Jola Na podstawie: YouTube.com https://wolnemedia.net
Szczepienia przeciwko HPV. Mity medyczne kontra fakty.
Ratujmy nasze dzieci
28 sierpnia 2024 Autor: dr hab. n. med. Dorota Sienkiewicz psnlin.pl/ratujmy-nasze-dzieci,szczepienia-przeciwko-hpv-mity-medyczne-kontra-fakty
Szczepienia przeciwko HPV. Mity medyczne kontra fakty.

List otwarty do Ministra Zdrowia, czyli cała prawda o szczepieniach HPV
Australijskie statystyki wskazują, że liczba zachorowań na raka szyjki macicy od rozpoczęcia programu szczepień w 2006-2018 r. nie tylko nie spadła, ale nawet nieznacznie wzrosła. Liczba nowych przypadków raka szyjki macicy na 100 000 kobiet (wskaźnik standaryzowany wiekowo do populacji australijskiej) w 2006 r. wynosiła 6,8, a w 2018 r. po wieloletnich szczepieniach dziewcząt australijskich wynosiła 7,3.
„List do Ministra Zdrowia, Pana doktora Adama Niedzielskiego, to swoiste podsumowanie tego, co najistotniejsze, ale ukrywane w kwestii szczepień anty HPV od momentu ich wprowadzenia w 2007 roku. Ponadto pokazuje, jak wielka jest skala celowej dezinformacji polskiego społeczeństwa w kwestii szczepień anty HPV, a także kulisy tego procederu. Nie wiem, czy Pan Minister lub ktokolwiek z posłów przeczyta ten list i nie mam żadnych oczekiwań względem tego. Wszystko, co robię, również ten list, jest przede wszystkim dla pacjentów i dla wszystkich, uczciwych ludzi, którzy chcą poznać całą, obiektywną prawdę dotyczącą szczepień anty HPV. Ponadto list ten ma po prostu być w przestrzeni publicznej, by w momencie, gdy szczepienia okażą się nieskuteczne, stanowić dowód nieuczciwego postępowania dzisiejszych propagatorów szczepień anty HPV. W momencie fiaska tych szczepień, ich wszystkie medialne wypowiedzi, a być może i dokumenty, które tworzyli, znikną, tak jak zniknęły ich wypowiedzi i dokumenty z okresu wprowadzania tych szczepień na rynek. A wówczas podstawią Wam oni pod nos nieliczne publikacje naukowe, w których sami przedstawiali lub uznawali poglądy, że szczepienia będzie można „rozliczyć” dopiero za kilkadziesiąt lat, udowadniając tym samym, że przecież zawsze przestrzegali społeczeństwo przed możliwością niepowodzenia szczepień anty HPV w zapobieganiu rakowi szyjki macicy i/lub innych nowotworów HPV zależnych. Ci, którzy dzisiaj Was oszukują, że dzięki szczepieniom raka szyjki macicy w wielu krajach już nie ma, za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat będą Was przekonywać, że nigdy tak nie twierdzili”.

Pobierz grafikę i uświadom znajomych#mce_temp_url#
Pełny list dr. Jacka Madeja (lekarza, ginekologa, który całe swoje życie zawodowe zajmuje się nowotworami dolnego odcinka narządu płciowego u kobiet, ze szczególnym uwzględnieniem raka szyjki macicy) do Ministra Zdrowia z 2021 r. można przeczytać na stronie: https://kolposkopia.com/ list-otwarty-do-ministra-zdrowia-czyli- -cala-prawda-o-szczepieniach-hpv/ lub na stronie PSNLiN
Wszystkie leki wiążą się z ryzykiem wystąpienia działań niepożądanych. Konwencjonalne terapie lekowe mają na celu leczenie istniejących, często poważnych chorób. Szczepionki stanowią szczególną kategorię leków, gdyż podawane są dzieciom zdrowym i dotyczą chorób zakaźnych możliwych do uniknięcia. Dlatego bezpieczeństwo szczepień jest rygorystycznym kryterium, a bilans korzyści i strat musi być każdorazowo wnikliwie przeanalizowany i tylko niewielki poziom ryzyka wystąpienia działań niepożądanych jest możliwy do zaakceptowania. Podkreśliła to również w 2002 roku Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA).
Ponadto etyka medyczna wymaga, aby szczepienia były przeprowadzane za pełną i świadomą zgodą uczestnika lub jego opiekuna, stąd jest konieczność obiektywnego ujawnienia znanych lub przewidywalnych korzyści i zagrożeń związanych ze szczepieniem. Tymczasem sposób, w jaki szczepionki przeciwko HPV (wirusowi brodawczaka ludzkiego) są promowane, wskazuje, że takie informacje nie są przekazywane w oparciu o najlepszą dostępną wiedzę. Podczas gdy światowe autorytety medyczne twierdzą, że szczepionki przeciwko HPV są ważnym narzędziem profilaktyki raka szyjki macicy, badania kliniczne nie wykazują dowodów na to, że szczepienia przeciwko HPV mogą chronić przed tym nowotworem.
Podobnie, wbrew twierdzeniom, że rak szyjki macicy jest drugim, najczęściej występującym nowotworem u kobiet na świecie, istniejące dane pokazują, że dotyczy to tylko krajów rozwijających. W świecie zachodnim rak szyjki macicy jest rzadką chorobą o wskaźnikach śmiertelności (1.4-2.3/100 000 kobiet), które są kilkakrotnie niższe niż wskaźnik zgłaszanych poważnych działań niepożądanych (w tym zgonów) po szczepieniu przeciwko HPV.
A w Polsce? Aktualnie na stronie Ministerstwa Zdrowia czytamy informację: „HPV (Human Papilloma Virus) odpowiada za zachorowania na raka szyjki macicy, a także inne choroby nowotworowe. Przed zakażeniem HPV może uchronić szczepionka. Szczepienie jest najskuteczniejsze, jeśli nastąpi przed potencjalnym narażeniem na zakażenie HPV, do którego dochodzi głównie drogą kontaktów seksualnych. Dlatego powszechne programy szczepień przeciw HPV najczęściej wskazują na dziewczynki i chłopców w wieku 12-13 lat. W Polsce w powszechnym programie szczepień przeciw HPV bezpłatnie dostępne są 2 szczepionki: 2-walentna szczepionka Cervarix i 9-walentna szczepionka Gardasil 9. Wskazania do szczepień, oparto na udowodnionej skuteczności szczepień u kobiet w wieku 15-25 lat oraz wykazaniu immunogenności u dziewcząt i kobiet w wieku 9-25 lat. UWAGA! Aby poprawić skuteczność programu, rozpoczęliśmy pracę nad zwiększeniem dostępności do szczepień w POZ i uproszczeniem zasad realizacji programu dla świadczeniodawców”
Ze strony MZ można się także dowiedzieć o Kampanii społecznej pt. „Planuję Długie Życie” – HPV, można również znaleźć grafikę skierowaną do dzieci i młodzieży, która w sposób radośnie obrazkowy, jednocześnie strasząc zachorowaniem na raka, zachęca do szczepień przeciw HPV.
Więc? Oto kilka faktów na temat zakażeń HPV i szczepionek: Dr Lucija Tomljenovic w artykule z 2013 r. pt. „Polityka szczepień przeciwko wirusowi brodawczaka ludzkiego (HPV) a medycyna oparta na dowodach: czy są ze sobą sprzeczne?” stwierdza, że nie ma istotnych danych wskazujących, że Gardasil lub Cervarix mogą zapobiegać jakiemukolwiek rodzajowi raka szyjki macicy, ponieważ zastosowany okres testowy był zbyt krótki, aby ocenić długoterminowe korzyści ze szczepienia przeciwko HPV. Najdłuższe dane z badań II fazy dla szczepionek Gardasil i Cervarix wynoszą odpowiednio 5 i 8,4 roku, podczas gdy rozwój inwazyjnego raka szyjki macicy trwa 20-40 lat od momentu zakażenia HPV. Obie szczepionki są jednak wysoce skuteczne w zapobieganiu przetrwałym zakażeniom HPV-16/18 i związanej z nimi śródnabłonkowej neoplazji szyjki macicy u 2/3 młodych kobiet, które nie były zakażone HPV w momencie pierwszego szczepienia. Niemniej jednak, chociaż rak szyjki macicy może być spowodowany trwałą ekspozycją na 15 ze 100 istniejących wirusów HPV poprzez kontakty seksualne, nawet trwałe infekcje HPV wywołane przez wirusy HPV „wysokiego ryzyka” zwykle nie prowadzą do natychmiastowych zmian przedrakowych, nie mówiąc już o raku szyjki macicy w dłuższej perspektywie. Wiadomo bowiem, że aż 90% zakażeń HPV ustępuje samoistnie w ciągu 2 lat, a spośród tych, które nie ustępują, tylko niewielki odsetek może rozwinąć się w raka w ciągu kolejnych 20-40 lat. Co więcej, dane z badań pokazują, że nawet wyższe stopnie zmian mogą z czasem ustąpić lub ustabilizować się. W związku z tym, przy braku długoterminowych danych obserwacyjnych, nie można stwierdzić, czy szczepionki przeciwko HPV mogą rzeczywiście zapobiegać niektórym nowotworom szyjki macicy, czy tylko je opóźniać. Ponadto żadna z dwóch szczepionek nie jest w stanie usunąć istniejących zakażeń HPV-16/18 ani zapobiec ich postępowi. Według FDA „uważa się, że zapobieganie zmianom przedrakowym szyjki macicy z dużym prawdopodobieństwem prowadzi do zapobiegania tym nowotworom”. Wydaje się więc, że nawet FDA przyznaje, że długoterminowe korzyści ze szczepień przeciwko HPV opierają się na założeniach, a nie na solidnych danych badawczych.
W innym artykule dr L. Tomljenovic z zespołem przedstawiła wyniki analizy wykonanych badań przed- i policencyjnych szczepionek przeciwko HPV w celu oceny dowodów na ich skuteczność i bezpieczeństwo. Stwierdzono, że badania te były niewłaściwie opracowane i niekompletne. Ponadto były to badania sfinansowane i przeprowadzone przez producentów szczepionki. Nie potwierdziły one także, że szczepionka przeciwko HPV zapobiegła choć jednemu przypadkowi raka szyjki macicy lub śmierci z powodu tego nowotworu. Natomiast skuteczne w zapobieganiu rakom szyjki macicy są badania cytologiczne. Około 90% zgonów z powodu tego nowotworu występuje w krajach rozwijających się, w których nie realizuje się programów rutynowych badań cytologicznych.
W Polsce, jako przykład skuteczności i bezpieczeństwa szczepionek przeciw HPV w walce z rakiem szyjki macicy przy pomocy zakrojonego na szeroką skalę programu szczepień przeciw HPV wśród dziewcząt, stawia się Australię. Tymczasem oficjalne australijskie statystyki wskazują, że liczba zachorowań na raka szyjki macicy od rozpoczęcia programu szczepień w 2006-2018 r. nie tylko nie spadła, ale nawet nieznacznie wzrosła. Liczba nowych przypadków raka szyjki macicy na 100 000 kobiet (wskaźnik standaryzowany wiekowo do populacji australijskiej) w 2006 r. wynosiła 6,8, a w 2018 r. po wieloletnich szczepieniach dziewcząt australijskich wynosiła 7,3.
Bezpieczeństwo
Od 2006 do 2012 r. amerykański system rejestrujący poszczepienne działania nie pożądane VAERS – Vaccine Adverse Events Reporting System otrzymał łącznie 20 663 zgłoszeń NOP (niepożądanych odczynów poszczepiennych) po szczepionkach HPV, z których 8% było poważnych (1592), w tym wystąpiły 73 zgony, 348 NOP było zagrażających życiu, a 581 zdarzeń spowodowało trwałą niesprawność.
Warto zauważyć, że w porównaniu ze wszystkimi innymi szczepionkami podawanymi kobietom w wieku od 6 do 29 lat (grupa docelowa dla szczepionek HPV) w okresie po dopuszczeniu do obrotu w latach 2006-2012, same szczepionki Gardasil i Cervarix były związane z ponad 60% wszystkich reakcji zagrażających życiu; 82% przypadków trwałej niepełnosprawności u kobiet w wieku poniżej 30 lat również przypisano szczepionkom HPV. Łącznie, lista poważnych działań niepożądanych związanych ze szczepieniami przeciwko HPV w USA, Wielkiej Brytanii, Australii, Holandii, Francji i Irlandii obejmuje: zgony, drgawki, paraliż, parestezje, choroby demielinizacyjne ośrodkowego układu nerwowego (tj. stwardnienie rozsiane i ostre rozsiane zapalenie mózgu i rdzenia), poprzeczne zapalenie rdzenia, porażenie twarzy, Zespół Guillain-Barre, zespół przewlekłego zmęczenia, anafilaksja, choroby autoimmunologiczne (toczeń rumieniowaty układowy), zakrzepica żył głębokich, zatorowość płucna, zapalenie trzustki, zaburzenia widzenia i samoistne poronienia. Średni czas wystąpienia objawów niepożądanych wyniósł: 6 dni w przypadku zapalenia naczyń, 19 dni w przypadku tocznia, 55 dni – zapalenia stawów. Szczególnie niepokojące jest to, że amerykańska organizacja VAERS otrzymała 438 zgłoszeń nieprawidłowych wymazów cytologicznych, 143 zgłoszenia dysplazji szyjki macicy i 16 zgłoszeń raka szyjki macicy związanych ze szczepieniem przeciwko HPV. Analiza danych brytyjskiej Agencji Regulacyjnej ds. Leków i Produktów Opieki Zdrowotnej (MHRA) dotyczących bezpieczeństwa szczepionek pokazuje, że mogą istnieć uzasadnione powody do niepokoju. Na przykład całkowita liczba NOP zgłoszonych dla szczepionki Cervarix wydaje się 24-104 razy wyższa niż liczba zgłoszona dla innych szczepionek w brytyjskim harmonogramie szczepień.
Japońscy naukowcy przebadali 40 nastoletnich dziewcząt z objawami neurologicznymi po szczepieniu przeciwko HPV w postaci: bólów i zawrotów głowy, zmęczenia, bólów i osłabienia kończyn, uczucia zimna w nogach, zaburzenia menstruacji, trudności z utrzymaniem pionowej postawy ciała (nietolerancja ortostatyczna), omdleń, drgawek, zaburzeń chodu, astenii, osłabienia pamięci, koncentracji i trudności w uczeniu się. W badaniach mikroskopowych stwierdzono zmiany patologiczne w bezmielinowych włóknach nerwowych w skórze tych pacjentek. Do bazy WHO dotychczas zgłoszono ponad 124 000 potencjalnych skutków ubocznych szczepionek przeciwko HPV.
Na stronie Polskiego Stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców (https://psnlin.pl) zamieszczony jest film dokumentalny, pokazujący dramat duńskich dziewcząt okaleczonych szczepionkami przeciwko HPV.
Podsumowując, szczepienia przeciwko HPV są obecnie realizowane w ponad 100 krajach na całym świecie szczepionkami zatwierdzonymi w oparciu o nieprawidłowo przeprowadzone, sponsorowane przez producentów szczepionek badania kliniczne, które mają niewiele wspólnego z medycyną opartą na dowodach (Evidence Based Medicine). Podczas gdy dzieci/nastolatki nie są narażone na ryzyko śmierci z powodu raka szyjki macicy, natomiast są narażone na ryzyko śmierci i trwałych, upośledzających zdrowie chorób autoimmunologicznych lub neurodegeneracyjnych po szczepionkach, które do tej pory nie zapobiegły ani jednemu przypadkowi raka szyjki macicy, nie mówiąc już o śmierci z powodu tego nowotworu i mają tylko teoretyczny potencjał zapobiegania temu nowotworowi – chorobie, która może rozwinąć się 20-40 lat po ekspozycji na HPV i której można zapobiegać poprzez regularne wykonywanie badań cytologicznych
Bibliografia:
1. https://kolposkopia.com/list-otwarty-doministra-zdrowia-czyli-cala-prawda-oszczepieniach-hpv/
2. Food and Drug Administration (FDA), Workshop on non-clinical safety evaluation of preventative vaccines: Recent advances and regulatory considerations. 2002 [cited 2011 May 30], Available from:http://www.fda.gov/downloads/ biologicsbloodvaccines/newsevents/ workshopsmeetingsconferences/ transcriptsminutes/ucm054459.pdf
3. https://www.tandfonline.com/doi/full/10.31 09/07853890.2011.645353 L. Tomljenovic, C. A. Shaw, Human papillomavirus (HPV) vaccine policy and evidence-based medicine: Are they at odds?, Annals of Medicine, Vol. 45, 2013
4. https://www.gov.pl/web/zdrowie/hpv
5. L. Tomljenovic, J. P. Spinosa, C. A. Shaw, Human papillomavirus vaccines (HPV) as an option for preventing cervical malignancies, (How) Effective and safe?, Bentham Science, Volume 19, Issue 8, 2013
6. N. Z. Miller, Szczepienia. Przegląd ważnych badań. Streszczenie 400 artykułów naukowych dla rodziców i badaczy, Vivante, 2016
7. https://www.aihw.gov.au/ getmedia/5c42bc77-589b-42ef-9bbdfd91890e4920/aihw-can-149-NCSP-2022. pdf.aspx
9. D. A. Geier, M. R. Geier, A case-control study of quadrivalent human papillomavirus vaccine-associated autoimmune adverse events, Clin Rheumatol, 34 (7), 2015.
10. M. Gatto, N. Agmon-Levin i in., Human papillomavirus vaccine and systemic lupus erythematosus, Clin Rheumatol, 32 (9), 2013.
11. L. Tomljenovic, C. A. Shaw, Death after quadrivalent human papillomavirus (HPV) vaccination: causal or coincidental?, Pharmaceut reg affairs, S12, 2012.
12. M. Martínez-Lavín, Hypothesis: Human papillomavirus vaccination syndrome – small fiber neuropathy and dysautonomia could be its underlying pathogenesis, Clin Rheumatol, 34 (7), 2015.
13. L. Brinth, A. C. Theibel i in., Suspected side effects to the quadrivalent human papilloma vaccine, Dan Med J, 62 (4), 2015.
14. D. T. Little, H. R. Ward, Adolescent premature ovarian insufficiency following human papillomavirus vaccination: a case series seen in general practice, Journal of investigative medicine high impact case reports, 2 (4), 2014.
15. T. Kinoshita, R. T. Abe i in., Peripheral sympathetic nerve dysfunction in adolescent japanese girls following immunization with the human papillomavirus vaccine, Intern med 53 (19), 2014.
Dr hab. n. med. Dorota Sienkiewicz
Prezes Polskiego Stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców
Ratujcie własne dzieci. Chcą szczepić nawet chłopców na „raka szyjki macicy”
Ratujcie własne dzieci anthony 1 września 2024,
Myślenie podstawowe; Tylko prawda jest ciekawa
Prawie milion polskich dzieci zagrożonych jest śmiertelnie toksyczną „szczepionką” na HPV
W ramach rozszerzania programu szczepień przeciwko HPV (czyli trucia dzieci najbardziej toksyczną szczepionką na rynku), resort zdrowia planuje, by od 1 września program szczepień objął dzieci w wieku 9 – 10 lat.
Dzięki temu, będą mogły one przyjąć bezpłatnie szczepionkę. Resort zdrowie szacuje populację dzieci w wieku 10 lat na 384 tys., a dzieci w wieku 9 lat na 404 tys. W zeszłym tygodniu, wiceminister zdrowia Marek Kos na posiedzeniu sejmowej komisji zdrowia, zwrócił uwagę, że dołączenie tej grupy dzieci do programu, spowoduje duży wzrost zapotrzebowania na szczepionki. Dodał jednak, że Agencja Oceny Technologii Medycznych szacuje, że zaszczepi się maksymalnie 43 proc. populacji objętej programem.
W każdej szkole ma powstać gabinet szczepień w którym ludobójcy zwani medykami będą wpuszczać do ciał dzieci bardzo niebezpieczne dla zdrowia i życia preparat o udowodnionym naukowo braku skuteczności w zapobieganiu rakowi szyjki macicy, zaś powodujący dewastację zdrowia dzieci.
Australijskie statystyki wskazują, że liczba zachorowań na raka szyjki macicy od rozpoczęcia programu szczepień w 2006-2018 r. nie spadła, ale wzrosła. Liczba nowych przypadków raka szyjki macicy na 100 000 kobiet (wskaźnik standaryzowany wiekowo do populacji australijskiej) w 2006 r. wynosiła 6,8, a w 2018 r. po wieloletnich szczepieniach dziewcząt australijskich wynosiła 7,3.
W świecie zachodnim rak szyjki macicy jest rzadką chorobą o wskaźnikach śmiertelności (1.4-2.3/100 000 kobiet), które są kilkakrotnie niższe niż wskaźnik zgłaszanych poważnych działań niepożądanych (w tym zgonów) po szczepieniu przeciwko HPV. (więcej na ten temat w artykule dr nauk medycznych Doroty Sienkiewicz, tutaj: Szczepienia przeciwko HPV. Mity medyczne kontra fakty.
Skoro szczepionka przeciwko HPV nie zapobiega zachorowaniom na raka szyjki macicy, lecz przeciwnie: wzmaga zachorowania na co wskazują doświadczenia australijskie, to dlaczego polscy szarlatani „od szczepień” chcą zatruć polskie dzieci?
Odpowiedź jest oczywista: bo zostali skorumpowani przez producentów szczepionek! Media podają, że firmy farmaceutyczne wypłaciły polskim medykom i „naukowcom” pół miliarda złotych tylko w ciągu jednego roku. Szczególnie obficie futrowany jest kasą firm farmaceutycznych Paweł Grzesiowski, szef GIS, którego opłacają następujące koncerny:
Baxter, GSK, Novartis, MSD, Aventis Pasteur, Pfizer, Wyeth i Solvay. (Informacje na ten temat są dostępne publicznie, choćby pod linkiem: https://onlinelibrary.wiley.com/doi
Grzesiowski motywowany finansowo przez wymienione koncerny uwija się jak w ukropie, aby zapewnić rynek zbytu dla toksycznych produktów, licząc na nieświadomość rodziców których może zwieść fakt, że szczepień dokonuje się w szkołach, z czego mogą oni wyciągnąć wniosek, że szczepionki muszą być „skuteczne i bezpieczne”, skoro propagują je władze państwowe!
Apeluję do rodziców: nie dajcie się oszukać dilerom firm farmaceutycznych którzy opanowali stanowiska rządowe. Oni walczą o prowizje dla siebie od sprzedaży zabójczych preparatów, los waszych dzieci jest im zupełnie obojętny!
Każdy z Was który da się oszukać i zaszczepi własne dziecko, nieświadomie stanie się jego katem! Dziecko zostanie dozgonnie okaleczone, albo zginie!
Koniecznie przeczytajcie artykuł dr Doroty Sienkiewicz, w podanym wyżej linku. Jest on kopalnią wiedzy na temat ludobójczego preparatu zwanego szczepionką na HPV!
Anthony Ivanowitz 01.09.2024r. www.pospoliteruszenie.org
Iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka. Czyżby „Polska przyszłości”?
Ambitny program się załamuje
Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 1 września 2024 michalkiewicz
Jeśli ktokolwiek jeszcze miał wątpliwości, czy Volksdeutsche Partei Donalda Tuska i jej działacze („iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka” – zastanawiał się poeta), ma jakiś pomysł na państwo, to po ostatnim Campusie „Polska przyszłości”, musiał się ich wyzbyć. Jak wskazuje nazwa tej cyklicznej imprezy, organizowanej przez prezydenta Warszawy, pana Rafała Trzaskowskiego za pieniądze Fundacji Adenauera, ambicją organizatorów jest ukazanie jakiejś wizji przyszłości Polski. Nawiasem mówiąc, ta Fundacja Adenauera, to rodzaj listka figowego – a jak głosi popularna opinia, nie ma większego rozczarowania, kiedy po uchyleniu listka figowego, zobaczy się pod spodem figę. Chodzi o to, że według sprawozdania finansowego tej Fundacji, 95 procent środków, którymi ona dysponuje i przeznacza między innymi na finansowanie spędów urządzanych przez pana prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, pochodzi z subwencji rządu Republiki Federalnej Niemiec. Oczywiście na pieniądzach nie jest napisane, że pochodzą z niemieckiej centrali wywiadowczej BND – ale też nie jest napisane, że stamtąd nie pochodzą – więc wszystko jest możliwe. Nie to jest jednak najbardziej istotne, chociaż warto się zastanowić i nad tym, dlaczego rząd RFN drenuje swoich podatników, żeby panu prezydentowi Trzaskowskiemu sfinansować te wszystkie „campusy”, ale na razie rzućmy na to zasłonę litości.
Chodzi bowiem o to, że na tym całym Campusie został zaprezentowany prawdziwy program vaginetu Donalda Tuska. Zebrana tam młodzież przedstawiła bowiem prawdziwy program rządu w postaci piosenki, w której jak refren powtarzała się fraza, żeby „J…ć PiS!” Z jednej strony jest to program bardzo uproszczony, z którego w dodatku nie wynikają żadne widocznie korzyści dla polskiego państwa, ale z drugiej – nie można powiedzieć, żeby był to program mało ambitny. Rzecz w tym, że PiS to całkiem spora partia, licząca wiele tysięcy, a z sympatykami może nawet wiele milionów członków. Żeby tedy wszystkich wy….ć, trzeba się bardzo postarać – a nie wiadomo, czy młodzi ludzie, którzy pod batutą pana ministra Nitrasa dali wyraz swoim pragnieniom, przypadkiem nie przeceniają swoich w tym zakresie możliwości. Ciekawe, czy przed Campusem skonsultowali się z jakimiś doświadczonymi jebakami, czy też po staremu tylko mierzą siły na zamiary?
Nie jest to wcale takie oczywiste, bo już wcześniej z podobnym programem wystąpiła pani profesor Inga Iwasiów, nauczająca na Uniwersytecie Szczecińskim swoich studentów literatury. Habilitowała się ona z prozy Leopolda Tyrmanda, który w „Dzienniku 1954” rzeczywiście opisywał różne bliskie spotkania III stopnia z damami i to nie tylko wprowadzanymi przezeń w tak zwane „życie” panienkami, ale również – z damami doświadczonymi, w rodzaju pani Nuny, z którymi skrupulatnie przestrzegał form towarzyskich: „pani pozwoli” – i tak dalej. Jakie są praktyczne doświadczenia w tej dziedzinie pani prof. Ingi Iwasiów – tego, ma się rozumieć, nie wiem – ale na podstawie fotografii wykonanej przez panią Agatę Zbylut odnoszę wrażenie, że te sprawy zna ona raczej z literatury. Nic więc dziwnego, że formułuje programy polityczne trudno wykonalne, które ludzie młodzi – jak to młodzi – traktują jako propozycje do realizacji.
W tej sytuacji hasło rzucone przez młodzież zwabioną na Campus „Polska Przyszłości” przez pana prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i pana ministra Nitrasa spotkało się z rozmaitymi wątpliwościami, a nawet z krytyką. Bardzo możliwe, że pod wpływem tych krytycznych głosów zarówno pan Trzaskowski, jak i pan minister Nitras trochę się zreflektowali i oceniając bardziej realistycznie swoje możliwości, zaczęli się z tego ambitnego programu wycofywać. Czym innym jest bowiem penetrowanie torebek damskich, pozostawionych przez posłanki na sali plenarnej Sejmu – z czego w swoim czasie zasłynął pan Sławomir Nitras – a czym innym – peneracja w sensie dosłownym, a ramach bliskich spotkań III stopnia, w dodatku nie tylko z damami, ale i z działaczami PiS, co to z niejednego rozporka wyglądali.
Tymczasem, ku powszechnemu zaskoczeniu, Donald Tusk wcale się od tego ambitnego programu nie odciął, chociaż i on skomentował tę inicjatywę wymijająco, cytując piosenkę Jerzego Stuhra, że „śpiewać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej”, a w ogóle to „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Ciekawe, skąd Donald Tusk może wiedzieć takie rzeczy, skoro wcześniej nie było słychać, żeby – w odróżnieniu od pana Stefana Niesiołowskiego, któremu fałszywe pogłoski przypisywały jakieś korupcyjne doświadczenia z damami („A Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą i romans ma z tkaczką z Pabianic” – głosił mową wiązaną dedykowany właśnie jemu poemat „Pan Karol i Kostuś”, autorstwa Janusza Szpotańskiego) – był bohaterem jakichś skandali obyczajowych. Finansowe, w rodzaju Amber Gold, to przecież zupełnie co innego.
Jaka w tej sytuacji będzie „Polska Przyszłości” – tego nie wiemy – bo widać, że ambitny program Volksdeutsche Partei na naszych oczach się właśnie załamuje i kto wie, czy w tej sytuacji Donald Tusk nie zostanie upokorzony przez samą Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen, która może upodobać sobie w kimś bardziej jednak jurnym, niechby nawet i w panu ministrze Nitrasie, który przynajmniej dobrze chciał? Ja wiem, że byłaby to ilustracja porzekadła, że „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, ale któż może przewidzieć, co zrobi rozczarowana kobieta?
Jak pisał Karol Olgierd Borhardt, jeśli ktoś chce przez życie przejść spokojnie, to powinien unikać irytowania trojga osób: kobiety, kucharza i człowieka z nożem. Tymczasem w obliczu rozporządzenia feministry od edukacji w vaginecie Donalda Tuska, Wielce Czcigodnej Barbary Nowackiej, od nowego roku szkolnego liczba lekcji religii w rządowych szkołach ma się radykalnie zmniejszyć, co podcina finansowe podstawy egzystencji nie tylko świeckich katechetów, ale i wielu księży z niewielkich parafii *), których głównym źródłem dochodu jest pensja nauczycielska.
W związku z tym Episkopat zwrócił się o pani prezes SN Manowskiej, by wniosła stosowną skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Chodzi o to, że w myśl konkordatu, wszelkie zmiany w zakresie nauczania religii powinny dokonywać się w porozumieniu obydwu stron to znaczy – strony rządowej i kościelnej. Pani feministra Nowacka swoje rozporządzenie wydała bez jakiegokolwiek porozumienia, w poza tym – ma ono rangę niższą niż konkordat, który – jako umowa międzynarodowa – ma rangę ustawy. Pani Nowacka buńczucznie lekceważy te pogróżki i stwierdza, że „Episkopat wyje za kasą” – ale ciekawe, z jakiego klucza będzie ćwierkać, kiedy ktoś na oczach całej Polski, a nawet – całej Europy – ściągnie jej desusy?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
*) MD: To podcina głównie normalne, katolickie wychowanie dzieci. Daje więc szansœ różnym zboczeńcom na ich deprawację.
Odtajniono: Poufne dokumenty firmy Pfizer ujawniają, że szczepionki mRNA to „amerykański system broni”
Poufne dokumenty FOIA firmy Pfizer ujawniają, że szczepionki mRNA to „amerykański system broni”
https://thepeoplesvoice.tv/confidential-pfizer-foia-documents-admit-mrna-vaccines-are-us-weapons-system/
| DR IGNACY NOWOPOLSKI SEP 1 |
Szokujące dokumenty firmy Pfizer, uzyskane na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej (FOIA), ujawniły, że gigant Big Pharma starał się przez 75 lat zataić publikację szkodliwych informacji o skutkach ubocznych szczepionek, ponieważ ujawnienie tych informacji „utrudniłoby stosowanie najnowocześniejszej technologii w amerykańskim systemie uzbrojenia”.
Ze względu na wnioski FOIA firma Pfizer została zmuszona do opublikowania „Poufnego raportu” zatytułowanego „5.3.6 SKUMULOWANA ANALIZA RAPORTÓW O NIEPOŻĄDANYCH ZDARZENIACH PO UDZIELENIU AUTORYZACJI DOTYCZĄCYCH PF-07302048 (BNT162B2) OTRZYMANYCH DO 28 LUTEGO 2021 R.”
Pełny raport, zawierający szokujące informacje, jest dostępny tutaj .
Szczepionka mRNA została wprowadzona w połowie grudnia 2020 r. Zaledwie dwa miesiące później, w lutym 2021 r., „Pfizer otrzymał już ponad 1200 zgłoszeń zgonów rzekomo spowodowanych przez szczepionkę i dziesiątki tysięcy zgłoszonych zdarzeń niepożądanych”
Pfizer wiedział, że ich szczepionka zabija bezprecedensową liczbę osób, ale odmówił zaprzestania dystrybucji lub stosowania.
Co gorsza, Pizer chciał zablokować publikację tych raportów. Stanowi to umyślne masowe morderstwo i zbrodnie przeciwko ludzkości.
Jednak w dokumencie udostępnionym na mocy ustawy FOIA pojawiły się nowe informacje, które wzbudziły zdziwienie badaczy.
Szczególne zaniepokojenie budzi sposób kodowania dokumentów stosowany przez Archiwum Narodowe.
Jak wyjaśnia Narodowe Archiwa, „Odtajnione dokumenty zazwyczaj zawierają redakcje, które wskazują części zawierające informacje nieudostępniane publicznie. Każda redakcja będzie powiązana z kodem redakcji, który podaje powód, dla którego informacja nie może zostać ujawniona”.
W całym dokumencie firmy Pfizer znajdziemy zmiany zakodowane jako „( B) (4) ”.
.1.1. Przegląd ogólny
Szacuje się, że od otrzymania pierwszego tymczasowego zezwolenia na dostawy awaryjne w dniu 1 grudnia 2020 r. do 28 lutego 2021 r. na całym świecie wysłano około (B) (4) dawek szczepionki BNT162b2.PFIZER: 5.3.6 SKUMULOWANA ANALIZA RAPORTÓW O NIEPOŻĄDANYCH DZIAŁANIACH PO UDZIELENIU POZWOLENIA NA DOPUSZCZENIE
DO OBROTU PF-07302048 (BNT162B2) OTRZYMANYCH DO 28.02.2021
Strona kodowania redakcyjnego Narodowego Archiwum definiuje kod redakcyjny (B) (4) jako:
3.3 (b) (4) Ujawniać informacje, które mogłyby utrudnić zastosowanie najnowocześniejszej technologii w amerykańskim systemie uzbrojenia
Informacja, że rząd uważa szczepionki mRNA za część „systemu uzbrojenia”, dodatkowo wzmacnia dowody przedstawione przez pracowników z Big Pharmy, którzy twierdzą, że szczepionki mRNA są „bronią biologiczną” mającą na celu wyniszczenie ludzkości.
Według Roberta F. Kennedy’ego Jr. szczepionki mRNA zostały opracowane przez armię amerykańską na wiele lat przed pandemią, a firmy Pfizer i Moderna otrzymały zapłatę za to, aby sprawiały wrażenie, że szczepionka pochodzi od przemysłu farmaceutycznego.
Msza „ekologiczna” zamiast Mszy Wszechczasów? Święty Pius V i bulla „Quo primum”
Msza „ekologiczna” zamiast Mszy Wszechczasów? Święty Pius V i bulla „Quo primum” msza-ekologiczna-zamiast-mszy-wszechczasow

Na jedenasty odcinek cyklu papieskiego PCh24.pl zapraszają prof. Marek Kornat i Tomasz D. Kolanek.
Kliknij TUTAJ i zobacz wszystkie opublikowane w tej serii rozmowy
Szanowny Panie profesorze, spotykamy się dzisiaj, aby porozmawiać o bulli św. Piusa V „Quo primum” wydanej w 1570 roku, w której papież promulgował pierwszy Mszał obejmujący całość liturgii, tzw. Mszał Rzymski. Dlaczego dopiero w 1570 roku Kościół katolicki doczekał się inicjatywy, która usystematyzowała czy też skodyfikowała Mszę Świętą?
Bulla „Quo primum” usystematyzowała Mszę Świętą pod względem jurydycznym, formalnym. Skodyfikowała zasady celebrowania Mszy Świętej, czyli najważniejszej publicznej modlitwy Kościoła, bo liturgia, o czym należy nieustannie przypominać w dzisiejszych czasach jest właśnie publiczną modlitwą Kościoła. Oczywiście to nie był pierwszy mszał w historii Kościoła, tylko doszło do ustanowienia mszału dla diecezji (i metropolii) rzymskiej (z którego celebruje papież) dla całego Kościoła, o ile w takich czy innych jego prowincjach nie zachowały się lokalne ryty mogące się wylegitymować dwustuletnią tradycją. Jednym z takich rytów jest np. ryt ambrozjański w metropolii mediolańskiej.
Jak do roku 1570 była sprawowana Msza Święta? Czy w każdej części świata, gdzie tylko znajdował się kościół wyglądała ona tak samo? A może w Paryżu Msza Święta była sprawowana inaczej niż na przykład w Berlinie, czy na ziemiach polskich?
Na typ polegała wielkość postanowień św. Piusa V, aby usunąć dowolność i rozbieżności. Msza więc powinna być taka sama w Paryżu jak i Krakowie, w Ameryce i w Azji. Jeden mszał, jeden język. W Kościele Katolickim od najdawniejszych czasów obowiązywał jednak uprawniony pluralizm rytów liturgicznych, co nie jest przejawem samowoli. Mamy więc ryty wschodnie jak choćby koptyjski, chaldejski czy ormiański, a na Zachodzie choćby ryt ambrozjański, czy lyoński. Ten równouprawniony pluralizm dopuszczający pewne (niewielkie) rozbieżności w formie celebrowania Mszy Świętej nie zaprzeczał zasadzie lex orandi, lex credendi, a więc „jak się modlimy, tak wierzymy”.
Czym wymienione przez Pana profesora ryty różniły się od rytu rzymskiego?
Można podać parę przykładów. W rycie ambrozjańskim mamy np. sześcio- a nie czterotygodniowy adwent. Adwentowe nabożeństwo wotywne o Najświętszej Maryi Pannie, czyli roraty, zna tylko Kościół w Polsce i na Węgrzech. Nie ma go np. we Francji. Msza o świcie w Niedzielę Wielkanocną, zwana rezurekcją nie jest znana szerzej na świecie tak jak w Polsce i krajach niemieckich (Austria, Bawaria). Dla Stolicy Apostolskiej było to wszystko uprawnioną różnorodnością.
Problem pojawił się w związku z rewolucją reformacyjną. Niestety w 1517 roku wybuchła ona i pod potężnym, coraz bardziej narastającym ciśnieniem herezji i błędu zaczęły wchodzić do liturgii złe obyczaje lub tak zwane dodatki zaciemniające istotę Mszy, wprowadzające rozmaite i niepotrzebne uzupełnienia. To się dzieje oddolnie w wielu diecezjach. Różne dodatkowe modlitwy, dodatkowe obrzędy i zwyczaje, które były „wdrażane” do Mszy Świętej w niemal całym Kościele na Zachodzie Europy, zyskały sobie prawo miejsca. Na Soborze Trydenckim, jak wiadomo, Kościół przeszedł do kontrofensywy – i to w wielkim stylu. Nie mógł więc nie odnieść się do tak wielkiego zagadnienia jak liturgia.
Co ma Pan na myśli?
Przede wszystkim zapadła decyzja ojców o zdefiniowaniu Mszy Świętej na nowo. Dokonano jej na historycznej i wiekopomnej XXII sesji Soboru w 1562 roku, kiedy to uszczegółowiono, sprecyzowano i zdefiniowano naukę o Eucharystii jako przebłagalnej ofierze, będącej Sakramentem Ołtarza. To jest sprawa fundamentalna. Sobór Trydencki powierzył papieżowi, biskupowi Rzymu skodyfikowanie Mszału poprzez przejrzenie lub rozpatrzenie przepisów i norm liturgicznych. To bardzo ważne. Opracowywanie mszy na nowo byłoby naonczas zresztą niemożliwe nawet do pomyślenia. Chodziło o SKODYFIKOWANIE obrzędów! Mszał istniał – jako mszał rzymski. Msza Święta – zdaniem ojców Soboru – wymagała korektur uporządkowujących obrzędy. Nic więcej nie wchodziło w rachubę.
Sprawa kluczowa. Otóż na Soborze Trydenckim przyjęto zasadę, że podstawą kodyfikacji będzie Mszał dla diecezji rzymskiej. Uważano bowiem, że przez to „Święty Kościół Rzymski” jaśniał będzie jako „Matka i Nauczycielka wszystkich innych Kościołów”, jak pisze św. Pius V.
Tam zresztą – czyli na dwór papieski – nie mógł się przedostać żaden błąd heretycki, bo papież z definicji strzeże depozytu wiary. Mogły się one przedostać do obrzędów w Niemczech, w Austrii, we Francji, w Hiszpanii, nawet w Polsce, ale nie w diecezji rzymskiej. Św. Pius V wolę Soboru wykonał. Trzeba wspomnieć, iż Mszał Rzymski z 1570 r. ma w swojej bulli promulgującej Quo Primum klauzulę „Sacro Concilio aprobante”, czyli „za zgodą Świętego Soboru”.
Nie powstawała więc żadna „Msza trydencka”, co sugeruje pośrednio, że podczas Soboru Trydenckiego stworzono jakąś nową na liturgię, którą niektórzy dzisiaj uważają za „starą”. Tak nie było. Dokonano wprawdzie pewnych zmian w Mszale, ale były one bardzo skromne, żeby nie powiedzieć kosmetyczne. Nie ma więc podstaw do twierdzeń, jakie można przeczytać w gazetach liberalnych, że na Soborze Trydenckim stworzono Mszę Świętą, która rzekomo przez wieki ewoluowała. Jest to po prostu chore i absurdalne. Jest natomiast bezsporne, że nową mszę stworzono na Soborze Watykańskim II.
Czy mógłby Pan nakreślić definicję dogmatyczną Eucharystii, którą przyjęli ojcowie XXII sesji Soboru Trydenckiego?
Definicja ta zawiera wspaniałe, fenomenalne stwierdzenia – że Msza Święta jest to ofiara nowego i wiecznego Przymierza, w której Boski Zbawiciel i Pan Jezus Chrystus na Ołtarzu Krzyża bezkrwawo ofiaruje się Swojemu Boskiemu Ojcu, co Kościół odnawia i powtarza w bezkrwawej ofierze, którą prezbiter w osobie Chrystusa sprawuje za żywych i umarłych dla zbawienia dusz.
W czasie wymiany zdań, która ponoć przydarzyła się podczas XXII sesji Soboru Trydenckiego, o czym pisał w swoich książkach niedawno zmarły wybitny historyk francuski Jean Delumeau, miały paść głosy pytające czy należy trzymać się pojęcia Mszy Świętej jako ofiary. Jeden z biskupów włoskich miał na to odpowiedzieć, że nawet poganie mają ofiary i to oni je składają. Jeśli my katolicy uznamy, że jej nie mamy – będzie to już koniec Kościoła Katolickiego. W auli soborowej zawrzało. Ostatecznie niemal jednogłośnie zgodzono się, że Msza Święta jest ofiarą. Nie żadną ucztą, nie żadnym zgromadzeniem czy spotkaniem, tylko ofiarą. Ofiarą Krzyża odnawianą bezkrwawo, bo przecież krwawa ofiara była tylko jedna – na Golgocie. Wolą Soboru było wreszcie uwypuklenie, że Msza Święta jako publiczna modlitwa Kościoła stanowi centrum życia katolickiego. Obok ofiarnego charakteru ma ona charakter przebłagalny za grzechy, gdyż Chrystus Pan sprawuje urząd rzecznika ludzi wobec swego Ojca w niebie.
Poza tą definicją Sobór rozstrzygnął jeszcze kilka innych spraw o wielkiej wadze. Między innymi twardo i stanowczo obroniono wówczas msze prywatne kapłana. Trzeba pamiętać, że z mocy święceń każdy kapłan ma obowiązek codziennie sprawować Mszę Świętą z wyjątkiem Wielkiego Piątku, kiedy to Kościół Katolicki od zawsze wstrzymuje się od sprawowania Najświętszej Ofiary. Ojcowie Soborowi zdecydowali, że te Msze są tak samo ważne jak i te sprawowane dla ludu. W ten sposób sprzeciwiono się oskarżeniom reformatorów, którzy twierdzili, że Missae sine populo („Msze bez ludu”) są niepotrzebne czy też nawet nieważne.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na kwestię języka. Sobór Trydencki postanowił rzecz, która potem posłużyła rewolucji dokonanej po Soborze Watykańskim II, czyli 400 lat później. Sobór nie postanowił, że język łaciński jest jedynym językiem, którym należy sprawować Mszę Świętą, tylko zalecił możliwość wprowadzenia języka narodowego na usilne życzenie wiernych. Tutaj powstaje pytanie: jak to rozumieć? Czy Kanon Rzymski można również przełożyć z łaciny na języki narodowe? Moim zdaniem nie ma ku temu podstaw, ale niestety nie napisano tego wprost w tekście soborowym.
Jak więc powinniśmy to interpretować?
Prawdopodobnie tak, że na usilne życzenie wiernych ojcowie soborowi upoważnili papieża, aby pozwolił czytać Epistołę i Ewangelię w języku narodowym, ewentualnie modlitwę Pater noster („Ojcze nasz”) przed Komunią Świętą również można by odmówić w języku narodowym. I tyle. Kanon zostaje po łacinie.
Po Soborze, mimo tego przepisu Stolica Apostolska zabroniła udzielania takiej zgody. Zatamowano więc próbę aplikacji języków narodowych. Utrzymano łacinę i koniec. Jeszcze jedna sprawa: w czasie Soboru Trydenckiego padały stwierdzenia ze strony protestantów oraz tych katolików, którzy domagali się zmian, aby Kanon Rzymski od słów Te igitur clementissime Pater do słów doksologii końcowej Ofiary Eucharystycznej odmawiać głośno. Ci, którzy się tego domagali twierdzili, że jest to niezbędne, aby tworzyła się wspólnota kapłana z wiernymi, czyli antycypowali argumenty, które padły po Soborze Watykańskim II. Pius V kategorycznie sprzeciwił się temu uznając, że ta modlitwa musi być odmawiana w ciszy, ponieważ w tym czasie wierni powinni kontemplować tajemnicę Eucharystii.
Dodam tylko, że ciche odmawianie Kanonu Rzymskiego ma swoje ogromne zalety. Bywało jednak w polskiej praktyce tak, że wierni nie mieli książeczek, z których mogliby czytać tę modlitwę. W tym czasie więc organista śpiewał pieśni o Eucharystii ale i maryjne (np. w maju), a kapłan recytował modlitwy wstawiennicze po przeistoczeniu. Należy również podkreślić, że Sobór Trydencki potępił tych, którzy domagali się bezwzględnego odprawiania Mszy zawsze z Kanonem odmawianym głośno i zawsze w języku narodowym. Padły tu słowa anatemy.
Sobór Trydencki zezwolił jednak na odprawianie Mszy Świętej w rytach, które miały co najmniej 200 lat. Dlaczego?
Zebrała się komisja, którą powołał jeszcze papież Pius IV – wielki papież dyplomata, który przygotował politycznie warunki dokończenia Soboru. Uznała ona, że nie wolno naruszyć fundamentalnej zasady, która mówi o uprawnionym pluralizmie rytów liturgicznych, w związku z czym drobne odstępstwa są dopuszczone. Ponieważ jednak trucizna herezji mogła się przedostać do Kościoła zdecydowano, że wszystkie dodatki, jakie w ostatnich 200 latach zostały wprowadzone do celebracji Mszy Świętej należy usunąć. W ten sposób uznano, że Mszał Rzymski, z którego celebruje papież, a którego edycja typiczna była dostępna z 1470 roku, w więc tuż po wynalezieniu przez Gutenberga druku. Ten Mszał wzięła komisja i rozciągnęła na cały Kościół na Zachodzie. Ryty wschodnie zostały nietknięte. Tak zresztą to pozostało.
Pod koniec średniowiecza, wprawdzie z chwalebnych intencji, ale niezwykle, a nawet przesadnie rozrósł się śpiew sekwencyjny przed Ewangelią. W różnych częściach Europy Zachodniej ten śpiew sekwencyjny spowodował, że w roku liturgicznym było wykonywane do siedemdziesięciu sekwencji. Komisja, która pracowała z polecenia św. Piusa V postanowiła to usunąć i zostawić tylko pięć sekwencji, które są arcydziełami teologii, literatury i muzyki, mianowicie: na Wielkanoc sekwencję Victimae paschali laudes christiani; w uroczystość Zesłania Ducha Świętego Veni Sancte Spiritus; w uroczystość Bożego Ciała Lauda Sion Salvatorem. Do tego dochodzą jeszcze dwie sekwencje żałobne na święto Matki Bożej Bolesnej, czyli Stabat Mater Dolorosa oraz z Mszy pogrzebowej i żałobnej Dies irae. Dokonano poza tym niewielkich korektur graduału (psalmów) oraz oracji mszalnych. To właściwie wszystko. Niczego więcej nie zmieniano. Nie było tak, że komisja coś wykreślała, coś dopisywała, coś zmieniała – wedle życzeń wywołanych impulsem chwili.
Krąży taka opowieść, która chyba nie jest tylko anegdotą, mianowicie: gdy pracowała komisja po Soborze Watykańskim II i kreowała nową Mszę jeden z jej członków miał powiedzieć: „Chyba trochę za dużo rzeczy wyrzuciliśmy. Ludzie to źle przyjmą”. W odpowiedzi usłyszał od innego: „Zawsze coś można dodać”. Kardynał Ratzinger, później Benedykt XVI, mówił wprost, że po Soborze Watykańskim II Msza Święta została stworzona na nowo za biurkiem, co w moim odczuciu najlepiej oddaje to, co się stało kilkadziesiąt lat temu.
W czasach św. Piusa V niczego takiego nie było! Postanowiono, że Kanon Rzymski jest nietykalny i nie wolno nic do niego dodać ani nic usunąć. Jest wolny od błędu. Jeśli ktokolwiek twierdziłby, że jest inaczej – anathema sit!
Ale przez następne stulecia do Mszału Rzymskiego wprowadzano zmiany. Dokonywano ich również przed II Soborem Watykańskim? Na czym one polegały? Dlaczego papieża się na nie decydowali? Czy wprowadzając zmiany nie doszło do naruszenia bądź złamania zapisów bulli św. Piusa V?
Przede wszystkim były to zmiany arcy-kosmetyczne. Bulla Quo primum wydana w 1570 roku przez św. Piusa V była przedmiotem ingerencji jeszcze czterech papieży. A byli to Klemens VIII pod koniec XVI w., Urban VIII w pierwszej połowie XVII wieku oraz św. Pius X na początku XX wieku. Kościół – można tak powiedzieć – wiernie strzegł Mszału św. Piusa V jako wielkiego dzieła i największego skarbu.
Urban VIII zmodyfikował graduał. Czwartą, kluczową zmianą przeprowadził Jan XXIII. Jej przedmiotem było już naruszenie Kanonu Rzymskiego, bo na życzenie licznych biskupów dodano do niego zaraz po Najświętszej Dziewicy imię Jej Oblubieńca – św. Józefa. Należy dodać, że od momentu, kiedy kult św. Józefa silnie się rozwinął w Kościele pod koniec XIX wieku. Leon XIII był pierwszym adresatem petycji w tej sprawie. Odpowiedział jednak, że mimo iż cel jest chwalebny, to nie może go spełnić, ponieważ Kanon Rzymski ma być na wieki ten sam – bez zmian. Podobnej odpowiedzi udzielił Pius XII. Kiedy jednak petycja trafiła do Jana XXIII ten powiedział, że jak najbardziej może to zrobić i tak też uczynił. Była to ostatnia tego typu interwencja przed Soborem Watykańskim II jeśli o Kanon chodzi. Oczywiście Jan XXIII zmieniał jeszcze choćby upraszczając rubryki (choćby znosząc ryt półzdwojony). Skreślał niektóre święta. Znosił wigilie. Usunął dotychczasową modlitwę za Żydów w Wielki Piątek. Ale to wszystko nie ugodziło w korpus Mszy św. tak aby dać ludziom nowe obrzędy.
Patrząc na niektóre współczesne Msze Święte widzimy jednak totalną dowolność i de facto promocję tego, co Sobór Trydencki uznał za dodatki heretyckie…
Powiem tak: uważam oczywiście, że nowa Msza Święta jest ważna, ale jeśli dochodzi w czasie jej sprawowania do nadużyć, to przynosi więcej szkód niż pożytku… Niekiedy nadużycia mogą godzić w sakramentalną ważność obrzędów. To jednak występuje nie u nas, ale głównie na Zachodzie, gdzie ciśnienie liberalizmu pozostaje bardzo silne. Oczywiście jeżeli by się zdarzyło, że prezbiter, który celebruje nie wierzy np. w zmartwychwstanie Chrystusa to nie może z pewnością mieć intencji konsekrowania, czyli czynienia tego, co Kościół zawsze czynił. Albo jeżeli by było tak, że celebrans nie wyznaje wiary w transsubstancjację, czyli przeistoczenie, też można wnosić, że nie ma intencji. I sprawuje nieważnie. Jeżeli wreszcie sprawowana jest msza np. w tzw. wspólnotach charyzmatycznych bez jakiegokolwiek poszanowania Najświętszego Sakramentu to zachodzi tu jeszcze i zbezczeszczenie największej świętości.
Ten podział, jaki się wytworzył i zakorzenił w świadomości wiernych: nowa Msza i stara Msza. A nie po prostu Msza Święta? To samo tyczy się stwierdzenia Msza Trydencka. Wielu nie zdaje sobie sprawy, na co zwracał Pan już uwagę, że Msza Święta była sprawowana wiele wieków przed Soborem Trydenckim…
Msza Święta wyrosła ewolucyjnie. Niektóre zmiany możemy prześledzić. Przecież św. Piotr musiał sprawować Mszę i wszystko wskazuje na to, że czynił to w języku greckim. Najprawdopodobniej już wtedy mieliśmy do czynienia z elementami Kanonu Rzymskiego. Kanon – uczy Kościół – odzwierciedla wiernie nauką apostołów. Nakaz śpiewania Gloria czyli uroczystego hymnu pochwalnego ku czci Trójcy Przenajświętszej we mszach uroczystych nakazał papież Symmach, o który w niniejszym cyklu rozmawialiśmy. Modlitwy wstawiennicze dodawano potem, tak jak podział roku liturgicznego. Tu wielkie zasługi położył Grzegorz Wlk., o którym też mówiliśmy. Oczywiście opracowując nowe oficjum ku czci danego świętego, którego kanonizowano, wprowadzano nową kolektę, sekretę, postkomunię i tak dalej. Nie ma w tym niczego dziwnego. To naturalny rozwój. I wolno powiedzieć, że prowadził przez stulecia Kościół Duch Święty.
Dlaczego dzisiaj sformułowanie Msza Wszechczasów jest dzisiaj tak mocno krytykowane? Dlaczego pojawiają się wśród modernistów głosy zabraniające używania takiej nazwy?
Jeżeli stworzono nową Mszę, to aby ją narzucić wiernym, trzeba było wyeliminować Mszę wcześniejszą i zabronić jej sprawowania. Porównanie mszy „starej” z „nową” nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, która wyraża doskonale największą tajemnicę wiary.
Ale Panie profesorze, rozmawiałem na ten temat z moim tatą i moją babcią, którzy całe życie należą do parafii św. Michała Archanioła w Chabielicach. Dowiedziałem się, że w momencie wejścia w życie nowej Mszy proboszczem parafii był ks. Piotr Siczek, który mimo zmian odprawiał tylko Mszę Wszechczasów, ponieważ mówił wprost: na takiej Mszy zostałem wychowany, tylko taką Mszę umiem sprawować i nie mogę zostawić parafian w tych niepewnych czasach, aby jechać kilkadziesiąt kilometrów, aby uczyć się, jak odprawiać nową Mszę…
Takich kapłanów z pewnością było bardzo wielu. Tak na przykład w mojej parafii na przykład św. Wawrzyńca w Goszczy pod Krakowem dopiero w 1989 roku do kościoła wstawiono stół. Wcześniej był tam normalny ołtarz. Tego typu odstępstwa od narzuconych nowych form pobożności były oczywiście jakoś tolerowane przez władze Kościoła mniej lub bardziej. Raczej po cichu.
Ale do czasu…
Tak, do czasu. To wszystko prędzej czy później zostało zmienione. W Warszawie przecież jeszcze za kard. Wyszyńskiego był normalny ołtarz w kościele katedralnym, który za jego następcy na urzęzie prymasa Józefa Glempa został rozebrany i postawiono tam stolec biskupi. Krótko mówiąc: tego typu zmiany były wytworem „ducha soboru” i większość z nich została dokonana bardzo często spontanicznie i znienacka. Niekiedy podstępem. Myślę, że warto tutaj dodać jeden szczegół, mianowicie katolicy świeccy w Wielkiej Brytanii zdobyli się na gest dużej wagi, mianowicie stworzyli listę, na której podpisało się mnóstwo intelektualistów by prosić Pawła VI o specjalny indult, jakim była zgoda na odprawianie nadal Mszy Wszechczasów. Paweł VI, co ciekawe, zgodził się na to. Stąd w Wielkiej Brytanii nie jest trudno znaleźć Kościół, w którym sprawuje się taką właśnie liturgię. Niestety, kiedy dowiedzieli się o tym katolicy we Francji, a konkretnie zwolennicy ruchu oporu katolickiego, którzy napisali identyczną petycję, tyle że dotyczącą właśnie Francji, to Paweł VI kategorycznie odmówił. Uznał, że dość już stwarzania wyjątków.
Dlaczego?
Odpowiedź nie jest trudna. Żeby nie rozszerzać indultu, bo w takiej sytuacji jego rewolucyjna reforma zostałaby obalona.
Ale chodzi przecież o centrum życia Kościoła! O Mszę Świętą!
Nie wątpię, że Paweł VI wierzył w skuteczność Mszy Świętej i w to wszystko, co Kościół czyni ją sprawując, ale jak widać reforma była ważniejsza… W 1972 roku na audiencji generalnej Paweł VI powiedział, że wzywa wszystkich kapłanów, aby z takim samym zapałem sprawowali nową Mszę jak sprawowali dotychczas Mszę Wszechczasów. Oczywiście było to pium desiderium.
Św. Pius V opatrzył jednak wieczystym indultem Mszę w bulli „Quo primum” orzekając mocno i stanowczo, że niech się nikt nie waży jej uchylić lub zmieniać. Jeśli by ktoś to uczynił, to jest to niebyłe i nieważne. Wielkie znaczenie, moim zdaniem, ma formuła sanacyjna bulli. Głosi zaś ona, że „nikomu nie wolno naruszyć lub nierozważnie zmienić tego tekstu Naszego zezwolenia, ustanowienia, nakazania, polecenia, skierowania, przyznania, indultu, deklaracji, woli, dekretu i zakazu”. Kto to uczyni – ściąga na siebie gniew Boga Wszechmogącego. Słowa te mają kolosalne znaczenie, ponieważ oznaczają jednoznaczne poparcie moralne (i rozgrzeszenie) dla tych wszystkich, którzy domagają się sprawowania Mszy Wszechczasów obecnie. Był to wielki gest wielkiego papieża wobec przyszłych pokoleń – obdarzenie ich wielkim, niewzruszonym dobrodziejstwem Mszy Wszechczasów.
Dlaczego Msza Wszechczasów jest nazywana „nadzwyczajną formą rytu rzymskiego”? Moim zdaniem „nadzwyczajną formą rytu rzymskiego” jest „nowa Msza”, zaś Msza Wszechczasów – która jest z katolikami od początku istnienia Kościoła – powinna być nazywana „zwykłą, normalną formą rytu rzymskiego”…
Tak powinno być, ale papież Benedykt XVI – natrafiając na gigantyczny opór w swoich staraniach o uwolnienie Mszy – musiał z tego jakoś wybrnąć. Zafundował więc Kościołowi koegzystencję dwóch rytów. To jest sytuacja bez precedensu. Ale chciał Mszę uwolnić, a nowej nie mógł znieść nakazując biskupom i prezbiterom porzucenie mszału z 1969 r. To zresztą nie byłoby skuteczne. Zapewne nie byłoby wykonane.
Dlaczego dzisiaj należy dostać zgodę na możliwość odprawiania Mszy Wszechczasów? Co Watykan chce w ten sposób osiągnąć?
Formalnie do wprowadzenia dekretu Traditionis custodes nie trzeba było na to żadnej zgody – ani ordynariusza miejsca, ani Watykanu. Każdy kapłan miał prawo dokonać wyboru zgodnie z motu proprio Summorum Pontificum Benedykta XVI, które było wspaniałym prezentem dla wiernych. Problem polega na tym, że w praktyce episkopaty niemiecki a najwyraźniej jego śladem też polski zawęziły interpretację Summorum Pontificum w sposób krańcowy. Odprawienie Mszy „trydenckiej” publicznie wymagało ujawnienia się grupy wiernych, która poprosi musi o zgodę biskupa (ordynariusza miejsca), ten zaś poruczy to konkretnemu duszpasterzowi. Oczywiście obowiązuje zasada opcji przy celebrowaniu przez kapłana prywatnych Mszy św. Tak oto każdy kapłan mógł odprawić, z którego Mszału chce. Miało to kolosalne znaczenie, ale ocena skuteczności Summarum Potificum w zakresie uzdrowienia Kościoła nie może być jednoznacznie optymistyczna. Dalej nie ustawały restrykcje i powtarzane bywało to samo zgrane hasło o „rozbijaniu jedności” za sprawą powrotu do tego co było przed rewolucją soborową. I tak przyszło Traditionis custodes, które powraca do wymogu zgody ordynariusza miejsca.
Dlaczego „powrót do tego co było przed rewolucją soborową” w ocenie progresistów, modernistów i wszelkiej maści liberałów jest niemożliwy? Przecież na zdrowy rozum nie byłoby takiego zamieszania, takich podziałów, takich niekończących się sporów, gdyby pozwolono środowiskom tradycji i wiernym chcącym uczestniczyć we Mszy Wszechczasów, że tak powiem „żyć własnym życiem”. A tak wraz z kolejnymi represjami w stosunku do nich mamy do czynienia z coraz głębszymi podziałami i rozbijaniem tzw. jedności, o którą rzekomo „postępowi” katolicy walczą…
Ci wszyscy, którzy dokonali rewolucji, albo wierzą w sens tej rewolucji – bronią jej zdobyczy i zakazują powrotu do tego co było przed nią. To oczywiste, ponieważ taka jest logika rewolucji. Nie ma mowy o żadnych ustępstwach i kroku wstecz. Tak było przez wieki, tak jest i obecnie.
Wielokrotnie podkreślał Pan w naszych rozmowach, że Mszy Świętej „nie tworzy się za biurkiem”, jednak nasi Czytelnicy zwracali uwagę, że w taki właśnie sposób – za biurkiem – powstała tzw. nowa Msza po II Soborze Watykańskim…
Tak było. Usuwano na ogromną skalę treści będące w mszale. Zmieniono ofertorium. Dano nowe czytania. Wymyślono nowe tzw. modlitwy eucharystyczne. Nakazano ustawić stoły. Potem zezwolono na komunię na rękę. Narzucono koncelebrę.
Rozmawiałem z wieloma kapłanami na temat zmian liturgicznych po II Soborze Watykańskim. Wielu z nich podkreślało, że na pewno na plus należy zaliczyć możliwość sprawowania Mszy Świętej w językach narodowych. Niestety wielu z nich tutaj zakończyło wymienianie „plusów”. Czy wyobraża Pan sobie Mszę Wszechczasów sprawowaną nie po łacinie, tylko po polsku?
Powiem wprost, gdyby tylko zmieniono język liturgii, ale już nie wprowadzono tych wielkim innowacji i skróceń – nie byłoby tak źle. Ale na języku rewolucja się nie zatrzymała.
Ja jednak nie uważam, że łacina jest przeszkodą w czasach, kiedy nie ma analfabetów. Mamy ogromną ilość ludzi pseudo-wykształconych, wypuszczanych przez pseudo-uczelnie, ale jednak nie analfabetów.
Na marginesie: lewicowy rząd w Polsce obecnej przekształca szkoły w fabryki analfabetów, ale to temat na inną dyskusję.
Skoro doszło do sytuacji, że nie ma analfabetów (jak dotychczas) – to każdy może przeczytać sobie w mszaliku jaka jest treść kolekty, czy introitu. Nie powinien narzekać. Ja zresztą nie słyszałem, aby w Kościele przed rokiem 1962 gdzieś pisano petycje czy urządzano manifestacje, aby wymusić porzucenie łaciny.
Notabene łacina ma potężny wpływ na kulturę człowieka. Człowiek, który nie kojarzy z tego języka ani słowa, nie wie co znaczą słowa Sursum corda! na frontonie bazyliki św. Krzyża w Warszawie. Nie rozumie co znaczą słowa modlitwy maryjnej Sub Tuum praesidium. Z niczym mu się nie będzie kojarzyć tytuł noweli Żeromskiego „Ponad śnieg bielszym się stanę”. Itd.
I jeszcze jedno. Wstrząsające i wspaniałe wrażenie robi np. taka uroczystość w Rzymie jaką była uroczysta proklamacja dogmatu o Wniebowzięciu Najśw. Maryi Panny 1 listopada 1950 r. Olbrzymie tłumy śpiewały najpierw litanię loretańską po łacinie przy procesji obrazu „Salus Populi Romani” z Santa Maria Maggiore na Plac Św. Piotra. Potem kiedy Najwyższy Kapłan opuszczał to miejsce – Salve Regina. To byli ludzie z całego świata. Łączył ich w modlitwie jeden język. Nikt mi nie przetłumaczy, że to nie było bardzo ważne. Dzisiaj oczywiście już niemożliwe.
Dlaczego zdecydowano, że Ołtarz ma zostać zastąpiony stołem?
Jest to skopiowane z protestanckich koncepcji sprawowania tzw. pamiątki Pana, co powinna sprawować (czy nawet celebrować) wspólnota. Musi więc ona gromadzić się wokół stołu. Problem ten jest logiczny i jasny. Tyle tylko, że liturgia to adoracja Stwórcy a nie manifestacja samozadowolenia ludzi.
Dlaczego na „nowej Mszy” kapłan prawie zawsze stoi plecami do Tabernakulum, w którym ukryty jest Najświętszy Sakrament? Podkreślam „prawie zawsze”, ponieważ sam uczestniczyłem w „nowych” Mszach Świętych, w których kapłan stał plecami do wiernych i odprawiał nowy ryt „po trydencku”. Czemu jednak miała służyć ta zmiana?
Ustawienie stołu zakłóciło przestrzeń sakralną, jaką jest prezbiterium. Celebrans nie może zachowywać się inaczej, jak stać za stołem, a więc tyłem do tabernakulum. Problemu o który Pan pyta – nie da się rozwiązać, jeżeli przyjmiemy, że ustawienie stołu ma pozostać jako innowacja nienaruszalna. A takie jest z pewnością przekonanie władz Kościoła dzisiaj.
Niestety coraz częściej można spotkać się z głosami, że „nowa Msza” jest nieważna; że to żadna Msza, tylko jakaś protestancka herezja; że nie dochodzi podczas jej sprawowania do Przeistoczenia etc. Jakie jest Pana zdanie w tej kwestii?
Jest nieważna, jeśli naruszona została materia lub forma sakramentu. To Kościół mówił zawsze. Jest też nieważna, kiedy celebrans nie ma intencji, o czym już mówiłem. Jeżeli wyłania się ksiądz, który mówi wyraźnie, że zmartwychwstanie dokonało się nie jako fakt historyczny tylko przeżycie duchowe apostołów to musimy przyjąć, że najpewniej jest o człowiek niewierzący. Jeżeli jego ordynariusz przynajmniej go nie suspenduje, to znaczy że pozwala mu sprawować sakramenty (zapewne nieważnie). Taką sytuację mamy wówczas ponad wszelką wątpliwość. Zresztą – nadmienię – wyłonił się w Polsce ksiądz, który napisał obszerną książkę, z której jasno wynika, że nie wierzy w zmartwychwstanie. Nie będę wymieniał nazwisk. Ale reklamuje go „Tygodnik Powszechny”. Chce ten człowiek notabene uzyskać nawet habilitacje, ale przy trzech negatywnych recenzjach w przewodzie chyba mu się to na razie nie uda…
Czy w pierwszych latach obowiązywania w Kościele „nowej Mszy” mieliśmy do czynienia z taką ilością różnych nadużyć, a nawet profanacji i bluźnierstw, jak mamy do czynienia obecnie? Przecież praktycznie nie ma dnia, żebyśmy nie mogli znaleźć informacji o kolejnych kapłanach, którzy z Mszy Świętej robią jakiś show, jakiś event, jakieś dziwne zgromadzenie, w którym nie chodzi o oddanie czci Panu Bogu, tylko o dobrą zabawę…
W Polsce na pewno nie. Bronił kultu Wielki Prymas. Na Zachodzie – tak. Obecnie – po krótkim interludium papieża Ratzingera – występuje niewątpliwie przyzwolenie dla takich innowacji o jakich Pan mówi. One się nasilają. Stłumienie tego jawi się zgoła niemożliwe. Na pewno zaś nie jest do wyobrażenia bez stosowania przez Stolicę Apostolską (i ordynariuszy) sankcji karnych dla winnych nadużyć. No, ale skoro np. metropolita wiedeński odważył się usprawiedliwiać nikczemną profanację Ostatniej Wieczerzy przez tzw. kochających inaczej przy otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Paryżu – to czego tu oczekiwać?
Coraz częściej słyszymy głosy, że Watykan dąży do całkowitego zakazu sprawowania Mszy Wszechczasów. Jeśli tak się stanie, to co będzie to oznaczać dla Kościoła i dla wiernych? Zapytam wprost: czy może czekać nas nowa wielka schizma?
Jeżeli to nastąpi – będzie zwieńczeniem rewolucji, która trwa. Ale moim zdaniem nie zdoła to stłumić pragnienia licznych ludzi, aby się uświęcać i żyć dla Boga. To nie będzie możliwe, nawet kiedy wzmogą się prześladowania. Rozłamy są możliwe. Nie wiemy oczywiście na jaką skalę przybrać mogą postać jawną i formalną. Bo to że są faktycznie – nie ulega wątpliwości.
Wraz z pomysłami całkowitego zakazu sprawowania Mszy Wszechczasów pojawiają się pomysły stworzenia nowych rytów, np. rytu ekologicznego. Czy oznacza to, że czeka nas kolejna rewolucja liturgiczna?
Tak. Wiem o tym. Słyszałem, że główny motyw tzw. mszy ekologicznej to ceremonia wnoszenia ziemi w jakieś donicy, czy miednicy do świątyni, aby za tę ziemię Bogu podziękować. No cóż. Nie mam zwyczaju obracać wielkich problemów w żarty, ale może skończymy tę rozmowę żartobliwie. A skoro tak, to doradzałbym tym, którzy tę maskaradę przygotowują, aby wykorzystali jeszcze tak ważne symbole historyczne jak sierp i młotek. Sierp to przecież symbol rolnictwa, młotek to godło klasy robotniczej. Cóż więcej potrzeba…
Bóg zapłać za rozmowę.
Tomasz D. Kolanek
Komuniści z UE chcą uczyć dzieci zabaw w drag queen. DragTivism.
Komuniści z UE chcą uczyć dzieci zabaw w drag queen
komunisci-z-ue-chca-uczyc-dzieci-zabaw-w-drag-queen

Unia Europejska finansuje warsztaty dla nastolatków, podczas których poznają oni tajniki bycia tzw. drag queen. Drag queen to zboczeni/chorzy psychicznie dorośli mężczyźni, którzy przebierają się za kobiety, by odgrywać scenki i erotyczne show przed dziećmi.
Komuniści z UE chcą uczyć dzieci zabaw w drag queen. DragTivism jr to program istniejący w ramach unijnego Erasmus+. Został skierowany do młodych osób, które nie skończyły jeszcze 18 lat. W jego ramach, w dniach 1–10 września w Gironie w Hiszpanii odbędą się warsztaty, na których młodzi ludzie będą poznawać tajniki “zawodu” drag queen.
DragTivism jr otrzymał dofinansowanie z Unii Europejskiej o wartości 35 730 euro. Zgodnie z opisem imprezy, uczestnicy warsztatów będą próbowali „odkryć swoje alter ego”. Chodzi oczywiście o nawiązanie do neołysenkistowskiej koncepcji płynnej płci. Poza tym będą się także uczyć o „historii queer i tożsamości płciowej”.
Organizatorzy twierdzą, że wydarzenie to okazja, która daje „rówieśnikom z różnych krajów możliwość zbadania ekspresji płci jako formy sztuki, ale także formy aktywizmu”.
Konserwatyści i katolicy z całej Europy skrytykowali projekt za angażowanie nieletnich w wydarzenia o treściach o charakterze seksualnym. Premier Włoch Giorgia Meloni wezwała Komisję Europejską do zatrzymania projektu DragTivism Jr, aby “zapobiec wykorzystywaniu europejskich funduszy publicznych do finansowania projektów, które ryzykują narażeniem młodych ludzi na ideologię płciową i aktywizm LGBTQI+”.
Z kolei stowarzyszenie Citizengo uruchomiło internetową petycję do Komisji Europejskiej w celu natychmiastowego zablokowania wydarzenia. Według stowarzyszenia, celem tych finansowanych ze środków europejskich obozów letnich jest seksualizacja dzieci.
Na stronie Citizengo znajduje się ponadto informacja, że ostatni występ uczestników obozu w ramach tego projektu, który odbył się na początku tego roku, obejmował performance skąpo ubranego 16-latka tańczącego na scenie baru dla gejów, wykonującego seksualne ruchy. Dołączyła do niego dziewczyna ubrana jedynie w bieliznę i taśmę na sutkach.