Kombinacja operacyjna abewiaków

Kombinacja operacyjna abewiaków

Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia”   3 czerwca 2025 michalkiewicz

Jest tajemnicą poliszynela, że demokracja, zwłaszcza w formie kierowanej, pozbawiona jest nawet krzty autentyczności. Inaczej zresztą w epoce inwigilacji totalnej być chyba nie może, bo po cóż by wprowadzać totalną inwigilację, z ministerstwami „cyfryzacji”, gdyby na samym końcu suwerenowie zaczęli dokazywać po swojemu, wybierając sobie prezydentów według swego uznania? To by się nie trzymało kupy, a skoro się trzyma, to nieomylny to znak, iż ta cała demokracja, zwłaszcza w modelu kierowanym, to tylko takie widowisko, żeby suwerenów utrzymać w przeświadczeniu, że nie są oni żadnym „nawozem historii” tylko właśnie – suwerenami. Snop światła rzucił na tę kwestię klasyk demokracji Józef Stalin, formułując spiżowe tezy, że ważniejsze od tego, kto głosuje, jest to, kto liczy głosy, a wiadomo, że głosy liczą „kadry”, co to „decydują o wszystkim”, a już zwłaszcza o najważniejszym – czyli przedstawieniu suwerenom jedynie słusznej alternatywy, w ramach której mogą sobie wybierać, ile tylko dusza zapragnie. A kiedy alternatywa jest jedynie słuszna? Wtedy, gdy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane.

I oto właśnie zostaliśmy przed taką alternatywą postawieni, z jednej strony przez obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego. Komu tam oni podlegają w hierarchii – tajemnica to wielka, chociaż może nie aż tak wielka, bo wiadomo, że obywatel Tusk Donald podlega Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, co to naznaczyła go nam na tubylczego premiera w służbie IV Rzeszy, a z kolei Naczelnik Państwa też nakazał swoim pretorianom w Parlamencie Europejskim głosować za Reichsfuhrerin Urszulą Wodęleje, a dwójkę eurodeputowanych, panią Kruk i pana Krasnodębskiego, którzy siedzieli obok siebie i głosowali przeciwko Urszuli – kazał rozsadzić. Dobrze, że nie postawił ich do kąta, ani nie kazał klęczeć za karę na grochu – ale wszystko przecież dopiero przed nami. Kto w hierarchii stoi wyżej nad Urszulą Wodęleje – tajemnica to wielka i nieprzenikniona, dzięki czemu bajer o autentyczności naszej młodej demokracji jakoś się zaszczepia – a jak się zaszczepia, to czemuż by z niego rezygnować?

Zdarzają się jednak momenty, gdy szydlak wychodzi w worka i agenturalna podszewka demokracji na krótką chwilę wychodzi na światło dzienne. Tak właśnie zdarzyło się w końcówce kampanii prezydenckiej. Najwyraźniej Reichsfuhrerin musiała obtarabanić obywatela Tuska Donalda, że dopuścił do sytuacji, w której w pierwszej turze różnica między obywatelem Trzaskowskim Rafałem, z pierwszorzędnymi korzeniami jerozolimskimi i bezpieczniackimi, a obywatelem Nawrockim Karolem, który takich korzeni nie ma, nie przekroczyła jednego procenta. Wiecie, rozumiecie, Tusk; myśmy się chyba co do was pomylili, więc dajemy wam ostatnią szansę; albo obywatel Trzaskowski wygra, albo będzie z wami brzydka sprawa. Taka poważna zastawka musiała obywatela Tuska Donalda wprawić w panikę, bo jakże inaczej wytłumaczyć taką partaninę z ubecką prowokacją?

A prowokacja zaczęła się od tego, że dwaj funkcjonariusze Propaganda Abteilung z niemieckiego portalu „Onet” puścili bąka w postaci artykułu, z którego wynikało, że obywatel Nawrocki Karol u progu swej oszałamiającej kariery sprowadzał do Grand Hotelu w Sopocie panienki. Jako na swoich informatorów powoływali się na nieposzlakowanych prawdziejów, którzy atoli pragną pozostać anonimowi – no bo – właściwie co? Przecież ani Donaldu Tusku, ani Tomaszu Siemoniaku, ani Adamu Bodnaru chyba nie przyszłoby do łbów, żeby ich za tę przysługę prześladować? Tę potrzebę anonimowości tłumaczę sobie inaczej. Oficerowie ABW wezwali swoich konfidentów – trójmiejskich alfonsów i powiedzieli im tak: wiecie, rozumiecie, alfonsi – przypomnijcie sobie, że Nawrocki sprowadzał do Grandu panienki – bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa. No to oni natychmiast to sobie „przypomnieli”, a wtedy dostali gotowca z rozkazem wykucia go na blachę, żeby żaden się nie zająknął przed niezawisłym sądem. W tym momencie włączył się obywatel Tusk Donald, który o wszystkim dowiedział się od niejakiego pana Jacka, co to w Trójmieście podobno cieszy się reputacją tuskowego szwagra i w ogóle – autorytetu moralnego – no i zażądał od obywatela Nawrockiego Karola, żeby natychmiast wytoczył funkcjonariuszom Propaganda Abteilung z „Onetu” proces w trybie wyborczym.

Bo tak naprawdę chodziło o to, że jak obywatel Nawrocki wpadnie w tę samołówkę, to się ugotuje we własnym sosie. Sęk w tym, że w 2020 roku niezawisły warszawski Sąd Okręgowy, na którym najwyraźniej bezpieczniacy mogą polegać, wydał salomonowy wyrok, że publikacja prasowa, nawet szkalująca kandydata, nie jest „materiałem wyborczym”. W tej sytuacji wyborczy pozew obywatela Nawrockiego zostałby oddalony tym bardziej, że byłbym zdziwiony, gdyby bodnarowcy z góry nie wylosowali już do tej sprawy odpowiedniego sędziego, na przykład członka „Iustitii”, bądź „Themis”, na których bezpieka może polegać, jak na Zawiszy. I jak tylko pozew obywatela Nawrockiego zostałby oddalony, stado autorytetów moralnych zawyłoby jednym głosem – oczywiście według klucza podanego przez Judenrat, który – kierując się względami rasowymi i pragmatyką bezpieczniacką – od początku stoi na nieubłaganym gruncie poparcia dla obywatela Trzaskowskiego Rafała.

Tymczasem jakaś dobra dusza – może socjal-rewolucjoniści-maksymaliści pułkownika Trusiewicza – dała obywatelu Nawrockiemu Karolu cynk, żeby z trybu wyborczego nie korzystał, tylko pozwał i oskarżył obydwu funkcjonariuszy w normalnym trybie. Wśród autorytetów moralnych rozległ się jęk zawodu – że w takim razie sprawa będzie toczyła się latami, więc cała kombinacja operacyjna Abewiaków wzięła w łeb. Co po takiej fuszerce zrobi teraz z obywatelem Tuskiem Donaldem Reichsfuhrein Urszula Wodęleje – tego jeszcze nie wiemy – ale na pewno mu przypomni, skąd wyrastają mu nogi. Kto wie, czy w ramach „rekonstrukcji rządu” nie będzie podmianki na stanowisku premiera – na przykład na Księcia-Małżonka, któremu tego jeszcze brakowało w CV takiej godności, podobnie jak stanowiska prezydenta w jakimś bantustanie. Ale gdyby orka nie była aż tak głęboka, to i tak vaginessy narobią pisku na całą Polskę, jak surowa ręka zacznie je odrywać od korytek w przytulnym vaginecie, gdzie mogły sobie moczyć w melasie swoje otwory gębowe i inne.

Takie były zabawy, spory w one lata”, kiedy obywatel Tusk Donald razem z Naczelnikiem Państwa, obywatelem Kaczyńskim Jarosławem, pogrywali z suwerenami w durnia.

Stanisław Michalkiewicz

Karol Nawrocki: zwyciężyliśmy mimo hejtu, jaki wylewał się na mnie i moją rodzinę

Karol Nawrocki:

zwyciężyliśmy mimo hejtu, jaki

wylewał się na mnie i moją rodzinę

pch24.pl/karol-nawrocki-zwyciezylismy-mimo-hejtu

(fot. PAP/Marcin Obara)

Możecie być pewni, że jako głowa państwa nie odpuszczę żadnej z ważnych dla Polski i Polaków spraw. Będę Państwa godnie reprezentować na arenie międzynarodowej, pilnując podmiotowego traktowania Polski – zapewnił Karol Nawrocki w pierwszym wpisie w mediach społecznościowych po wygranych wyborach.

„Za nami ciężka i momentami brutalna kampania wyborcza. Państwa głosy sprawiły, że zostałem wybrany na urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. To wielka odpowiedzialność i zobowiązanie. Przyjmuję tę decyzję z pokorą oraz szacunkiem” – oznajmił kandydat wpierany przez PiS.

„Czułem, że jesteście ze mną, mimo wielu manipulacji i fali hejtu, jaki wylewał się na mnie oraz moją Rodzinę” – przyznał.

Prezydent-elekt podkreślił, że chce żyć w „bezpiecznym, silnym gospodarczo kraju, który dba o najsłabszych”, liczy się w relacjach międzynarodowych, europejskich i transatlantyckich. Kraju, który dba „o swoją wielowiekową tradycję oraz szanującym historię”.

„Dam z siebie wszystko, by sprostać Państwa oczekiwaniom. Możecie być pewni, że jako głowa państwa nie odpuszczę żadnej z ważnych dla Polski i Polaków spraw. Będę Państwa godnie reprezentować na arenie międzynarodowej, pilnując podmiotowego traktowania Polski” – zapewnił.

Źródło: X PR

Niemiec pyta: Czy krzywoprzysiężca Merz prowokuje wojnę nuklearną?

Czy krzywoprzysiężca Merz prowokuje wojnę nuklearną?

Polityka zachodnia cierpi na niebezpieczną utratę kontaktu z rzeczywistością, co wydaje się najbardziej widoczne w przypadku kanclerza Niemiec. Eksperci ostrzegają przed konsekwencjami.

Komentarz Tilo Gräsera. https://apolut.net/provoziert-amtseid-brecher-merz-atomkrieg-von-tilo-graser/

Kanclerz Friedrich Merz (CDU) najwyraźniej złamał przysięgę urzędową, która zobowiązuje go do zapobiegania krzywdzie narodu niemieckiego, wkrótce po objęciu urzędu – jak wielokrotnie zapowiadał przed wyborami 23 lutego tego roku. Przed objęciem urzędu 6 maja wielokrotnie powtarzał, że chce dostarczyć Ukrainie pociski manewrujące „Taurus”. Jego poprzednik, Olaf Scholz (SPD), odmówił tego, ponieważ broń ta, o zasięgu około 500 kilometrów, mogła przeniknąć głęboko na terytorium Rosji, nawet do Moskwy.

Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby nadal wspierać Ukrainę. Oznacza to również, że nie będziemy już nakładać żadnych ograniczeń zasięgu na broń, którą dostarczamy. Ukraina może teraz również bronić się, atakując pozycje wojskowe w Rosji”.

Merz oświadczył to samo kilka godzin wcześniej na „Europaforum 2025” nadawcy telewizyjnego WDR, o czym w poniedziałek donosił Berliner Zeitung (BLZ).

Kanclerz powiedział tam między innymi, że nie ma ograniczeń zasięgu na broń zachodnią używaną przez Ukrainę przeciwko Rosji, ani z Niemiec, ani z Wielkiej Brytanii, Francji, ani USA. Fałszywie twierdził również, że zasadniczą różnicą w stosunku do Rosji jest to, że Ukraina nie atakuje celów cywilnych. [sic !!! md]

Podczas wydarzenia Kanclerz oświadczył również, że spotkał się z brytyjskim premierem Keirem Starmerem, prezydentem Francji Emmanuelem Macronem i polskim premierem Donaldem Tuskiem w Kijowie 10 maja. Rezultatem spotkania było:

Nie ma już żadnych ograniczeń zasięgu broni dostarczanej Ukrainie. Ani przez Brytyjczyków, ani przez Francuzów, ani przez nas, ani przez Amerykanów”.

Merz obwinił Rosję o eskalację, oskarżając Moskwę o to, że nie ugięła się pod ultimatum wydanym przez niego, Macrona i Starmera w Kijowie i nie zgodziła się na 30-dniowe bezwarunkowe zawieszenie broni. Pokazało to, że prezydent Rosji Putin „uważa oferty rozmów za słabość”. Kanclerz stwierdził również, że Zachód wyczerpał już „wszystkie środki dyplomatyczne”.

Ignorowanie i ukrywanie

Zrobiono wszystko, co możliwe, z wyjątkiem ostatecznego rozwiązania, jakim było „wywieszenie białej flagi, poddanie się i pozostawienie kraju Rosji”, aby „nawiązać dialog z Putinem i Rosją – jak dotąd bez powodzenia”.

Tak Kanclerz opisał niepowodzenie swoich wysiłków, by wywrzeć presję na Rosję groźbami. Jednocześnie pokazał, że Zachód, a zwłaszcza wiodące mocarstwa w UE, w tym Wielka Brytania, nie są zainteresowane prawdziwym zakończeniem wojny na Ukrainie i rozwiązaniem podstawowych problemów.

Według BLZ wicekanclerz Lars Klingbeil (SPD) zaprzeczył wrażeniu, że rząd niemiecki zmienia kurs w sprawie projektu „Taurus”. „Jeśli chodzi o zakres, chciałbym powiedzieć, że nie ma nowego porozumienia wykraczającego poza to, co zrobił poprzedni rząd” – wyjaśnił Klingbeil, zapytany na konferencji prasowej w Berlinie. Według gazety rząd niemiecki ogłosił dopiero w połowie maja, że ​​w przyszłości będzie podawał mniej szczegółowe informacje na temat niemieckich dostaw broni na Ukrainę.

Rzecznik rządu Stefan Kornelius zwrócił w poniedziałek uwagę na chęć Kanclerza „mniej omawiania poszczególnych systemów uzbrojenia”. Kornelius podobno powiedział również, że „nie będziemy dalej komentować” żadnych planów dostarczenia pocisków manewrujących „Taurus”. Niemcy zapewniają Ukrainie wsparcie militarne, a to obejmuje „kwestię ognia dalekiego zasięgu”, „oznaczającą pociski manewrujące o określonym zasięgu”, powiedział rzecznik. Jednak rząd niemiecki „nie ujawni szczegółów tego wsparcia”.

Rosyjskie kierownictwo wielokrotnie ostrzegało przed konsekwencjami, jeśli Niemcy dostarczą Ukrainie broń dalekiego zasięgu. W poniedziałek Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy prezydenta Rosji Władimira Putina, oświadczył, według portalu internetowego RT DE:

Jeśli takie decyzje faktycznie zapadły, to bezpośrednio przeczą naszym wysiłkom na rzecz osiągnięcia porozumienia i rozwiązania politycznego. Jeśli ta decyzja faktycznie zapadła, jest ona dość niebezpieczna”.

Rosyjscy politycy wielokrotnie ostrzegali przed taką decyzją, która może doprowadzić do bezpośredniej wojny między Rosją a Niemcami. Pozwolenie na użycie pocisków Taurus przeciwko Rosji byłoby aktem samobójczym”, powiedział między innymi Alexej Drobinin, analityk rosyjskiego MSZ, wyjaśnił w wywiadzie opublikowanym przez NachDenkSeiten. Uderzenie tymi pociskami w rosyjskie obiekty (…) będzie postrzegane jako bezpośredni udział Niemiec w działaniach wojennych u boku reżimu w Kijowie, ze wszystkimi tego konsekwencjami” — ostrzegała w połowie kwietnia rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, według gazety BLZ.

Ostrzeżenia i brak zainteresowania

Erich Vad, były generał Bundeswehry i doradca byłej kanclerz Angeli Merkel (CDU), wyjaśnił w marcu 2024 r. dla Berliner Zeitung:

Z niemieckiej perspektywy krótkoterminowa dostawa Taurusa i związane z nią zapewnienie żołnierzy zdolnych do obsługi systemu uzbrojenia wyraźnie stanowiłyby udział w wojnie”.

Dzięki Taurusowi można zniszczyć Kreml, a tym samym rosyjską siedzibę rządu” — powiedział były generał, który pracuje jako konsultant ds. zarządzania. Taka dostawa „byłaby również doskonałą okazją dla jastrzębi w Rosji”, których poglądy zostałyby przez to usprawiedliwione. W swojej książce „Ernstfall für Deutschland”, opublikowanej pod koniec 2024 r., Vad opisuje, w jaki sposób Niemcy są atakowane przez Rosję – w odpowiedzi na fakt, że nowy rząd niemiecki mógł przekazać Kijowowi dalekosiężne pociski manewrujące „Taurus” do ataków na cele rosyjskie.

Ale siły wojenne w Niemczech i UE zdominowanej przez Niemcy, w tym ponownie angażująca się Wielka Brytania, ignorują wszelkie ostrzeżenia przed dalszą eskalacją. Ignorują również gotowość Moskwy do negocjacji zakończenia wojny i rozwiązania kryzysu na Ukrainie. Zamiast tego nieustannie wydają nierealne ultimatum, które Moskwa przewidywalnie odrzuca.

Czyniąc to, demonstrują przede wszystkim, że nie mają żadnego interesu w zakończeniu wojny na Ukrainie. Zamiast tego chcą to kontynuować, ponieważ nie zrezygnowali z celu powalenia Rosji na kolana – aż do ostatniego Ukraińca. Ignorują prosty fakt, że jeszcze nie osiągnęli tego wcześnie ogłoszonego celu.

Najwyraźniej Merz był w stanie osiągnąć porozumienie z Trumpem, który wcześniej sprzeciwiał się sankcjom i zwiększeniu pomocy wojskowej dla Ukrainy, że USA przyjmą twardą postawę Berlina, Paryża i Londynu”.

To właśnie napisał w poniedziałek na swoim kanale Telegram (https://t.me/AleksandrRar/248?ref=apolut.net ) ekspert ds. Rosji Alexander Rahr odnośnie oświadczeń Merza. Zachód najwyraźniej chce zmobilizować wszystkie pozostałe rezerwy, pieniądze, broń, siły i zdolności, aby powstrzymać dalsze postępy Rosji na Ukrainie, powiedział ekspert. Ostrzegł:

Niestety, to zbliża cały świat do konfliktu nuklearnego, ponieważ Rosja oczywiście na tym nie poprzestanie”.

Możliwe dostawy „Taurusa” na Ukrainę „fundamentalnie” zmienią sytuację, zauważył również Rahr. Zwrócił uwagę, że kanclerz Merz zawsze podkreśla, że ​​kiedy dzwoni do USA, rozmawia jednocześnie z Trumpem i członkami Kongresu USA. To pokazuje, że „istnieją inne drogi w Waszyngtonie, aby osiągnąć pożądane cele”, omijając Biały Dom i Trumpa.

Nadzieje i irytacje

Chociaż SPD, która jest częścią rządu, sprzeciwia się dostarczeniu pocisków manewrujących do Kijowa, dodał, że politycy zachodni, a zwłaszcza niemieccy, są „nieustannie pod wpływem 'obrazów’ malowanych przez media”. Pociski balistyczne wystrzelone z Rosji przeciwko Ukrainie wywołały odpowiednie emocje wśród zachodnich elit, a Merz na to reaguje. „Każda strona, Rosja i Unia Europejska, będzie teraz próbowała pozyskać Trumpa” — szacuje Rahr.

Pozostaje mieć nadzieję, że Stambuł 2.0 zostanie wznowiony i że nie dojdzie do strasznej eskalacji konfliktu, z użyciem broni zupełnie innej jakości”.

Jak donosił między innymi Berliner Zeitung, kanclerz Merz tego samego dnia na konferencji prasowej w Turku w Finlandii z premierem Finlandii Petterim Orpo uściślił swoje wypowiedzi. Według doniesień Merz powiedział, że dzień wcześniej w Berlinie „opisał coś, co dzieje się od miesięcy, a mianowicie, że Ukraina ma prawo używać otrzymanej broni, nawet poza własnymi granicami, przeciwko celom wojskowym na terytorium Rosji”. Było to konieczne, wyjaśnił kanclerz, dodając:

Pod tym względem Ukraina słusznie znalazła się w sytuacji, w której może się naprawdę bronić przed rosyjską agresją od dłuższego czasu”.

Według gazety, obecnie trwają spekulacje, czy ograniczenie zasięgu broni zachodniej w użyciu zostało już dawno zniesione. Gazeta pisze:

„Co dokładnie miał na myśli, gdy Merz ogłosił w poniedziałek zmianę kursu niemieckiej polityki wobec Ukrainy

Być może tylko sam kanclerz wie, co się działo. Zbliżająca się wizyta prezydenta Ukrainy w Berlinie może przynieść jasność; według doniesień Der Spiegel, Wołodymyr Zełenski jest spodziewany w środę.

Porażka i utrata rzeczywistości

Francuski socjolog i historyk Emmanuel Todd wyjaśnił w wywiadzie opublikowanym 22 maja przez szwajcarską gazetę Die Weltwoche po pobycie w stolicy Rosji:

Zachód przegrał wojnę; w Moskiwie nie ma po niej nawet śladu ”.

USA nie zdołały „pokonać Rosji z pomocą armii ukraińskiej”. Dlatego rozpoczęła się wojna handlowa z Chinami, ale Pekin wygrał ją w bardzo krótkim czasie. Martwi się porażką Zachodu, z powodu której najbardziej cierpią kraje europejskie. Todd, który niedawno opublikował książkę na ten temat, potwierdza, że ​​Zachód stracił „wszelkie połączenie z rzeczywistością”. Odnośnie Europy w formie UE stwierdza:

Europa jest restrukturyzowana pod amerykańskim nadzorem. Kraje europejskie przegrały wojnę, ale jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy”.

Widzi „samobójcze pragnienie” w woli polityków w Londynie, Paryżu, Berlinie i Warszawie, aby kontynuować wojnę na Ukrainie. Jest to również widoczne w antyrosyjskich sankcjach, które najbardziej szkodzą samej Europie. Znajduje się ona na „złej drodze do samozniszczenia”. Europejscy politycy są „marionetkami Ukraińców i Amerykanów w tej wojnie, ale jeszcze nie zdali sobie sprawy, że jest przegrana”.

Dostarczają broń i płacą, ale nie biorą udziału w prowadzeniu wojny. Marzą o kontynuowaniu wojny. Europa jeszcze nie doświadczyła apokalipsy”.

Z perspektywy Todda Rosja straciła wszelkie zaufanie do Zachodu i uważa negocjacje z Trumpem za jeszcze bardziej niemożliwe niż z jego poprzednikiem, Josephem Bidenem. Chce osiągnąć swoje cele i zapłacił wysoką cenę za tę wojnę, tracąc wielu żołnierzy. Putin, jak powiedział, musi zagwarantować bezpieczeństwo swojego kraju, co skłoniłoby armię rosyjską do podboju dalszych terytoriów Ukrainy, w tym tych na lewym brzegu Dniepru i Odessy.

Krokodyle łzy i nieodpowiedzialność

Socjolog wskazuje również, że USA są odpowiedzialne za wojnę na Ukrainie. Teraz próbują zakończyć wojnę, przegrawszy ją. Podkreśla:

Krokodyle łzy Trumpa są szczególnie nieprzyjemne, jego skargi na okropności wojny i liczne ofiary śmiertelne po obu stronach. Pomyślcie tylko o bombach, które sprzedaje Izraelowi, które w pierwszej kolejności umożliwiają rzeź w Gazie”.

Zachowanie europejskich szefów rządów, jak twierdzi, jest komiczne w świetle przegranej wojny:

Grożą sankcjami i wydają jedno ultimatum za drugim – nie mając armii, która mogłaby nadać ich słowom jakąkolwiek wagę. Niektórzy nie są nawet w stanie bronić swoich interesów w kraju. Na przykład sabotaż Nord Stream udowodnił, że Niemcy są ponownie krajem okupowanym”.

Niemcy utraciły niepodległość, mówi Todd, który stwierdza również, że Ramstein, z największą amerykańską bazą lotniczą w Europie, jest prawdziwą stolicą kraju.

Wyjaśnia dalej, że ogłoszenie Merza o modernizacji Bundeswehry, aby stała się największą konwencjonalną armią, „osiągnęło nowy wymiar historycznej nieodpowiedzialności”. W przeciwieństwie do Francji i Wielkiej Brytanii oraz dzięki zależności gospodarczej wschodnich sąsiadów, Niemcy mają „ogromny potencjał przemysłowy, który pozwala Merzowi osiągnąć ten cel”.

W opinii Todda Niemcy zadecydują o kwestii wojny lub pokoju w Europie. Przejście od Scholza do rusofobicznego podżegacza wojennego Merza zmienia wiele rzeczy — „psychologicznie i geopolitycznie”. Socjolog uważa, że ​​współcześni nie wydają się pojmować historycznego i moralnego znaczenia intencji obecnego kanclerza, by dostarczyć „Taurusa” Ukrainie. Wyjaśnia:

Jestem za wybaczeniem historycznych zbrodni, ale nie zapomnieniem. Niemcy są odpowiedzialne za śmierć 25 milionów Rosjan w II wojnie światowej. A teraz chcą ponownie podjąć działania militarne przeciwko Rosji. To jest niewyobrażalne. Co jest nie tak z Niemcami?

Utrata znaczenia i przygotowanie do wojny

Ostrzega również przed możliwą niemiecką przewagą militarną w Europie w obliczu „centralistycznej Europy z Niemcami jako centrum władzy”, która chce zbudować najsilniejszą armię w Europie. I ostrzega przed scenariuszem grozy:

Remilitaryzacja i militaryzacja Niemiec w zdominowanej przez nie Europie stanowi zagrożenie dla Rosji. W tym przypadku rosyjska doktryna wzywa do użycia taktycznej broni jądrowej. Wtedy mamy powtórkę II wojny światowej”.

To, co szwajcarski ekspert ds. wojskowości i bezpieczeństwa Ralph Bosshard mówi o wypowiedziach Merza, pozostaje godne uwagi. Bosshard powiedział we wtorek RT DE, że „Zachodni Europejczycy chcą za wszelką cenę uniemożliwić Zełenskiemu przystąpienie do negocjacji z pozycji słabości”. Fakt, że Ukraińcy nawet udali się do Stambułu na negocjacje, był sygnałem ostrzegawczym dla Europejczyków i pokazał spadek znaczenia dyplomacji UE w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Ekspert widzi chęć ze strony Niemiec, aby przetestować pociski manewrujące „Taurus” w realistycznych warunkach, póki jest to jeszcze możliwe. Dla niego wydarzenia wyglądają jak „próba generalna przed kolejną europejską wojną z Rosją”.

Chodzi o przetestowanie możliwości kompleksowego uderzenia bronią strategiczną przeciwko Rosji w „wojnie zemsty [za przegraną Adolfa? md] , która jest już przygotowywana”.

Bosshard ostrzega, że ​​Zachodni Europejczycy są „dosłownie w niekorzystnej sytuacji” w porównaniu z Rosją, jeśli chodzi o broń strategiczną. Dlatego też „nie powinni zbyt forsować swoich gier daleko”.

Jego zdaniem Merz chce teraz przedstawić się jako „silny człowiek”, ponieważ nie można oczekiwać żadnych nowych pomysłów wojskowych ze strony Wielkiej Brytanii i Francji. Ekspert podsumowuje:

Całe to gadanie o dostawach broni i pociskach manewrujących to nic więcej niż próba ukrycia europejskiej słabości. I to nie sprowadzi Europejczyków z powrotem do dźwigni, które przyspieszą proces pokojowy”.

Tilo Gräser

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 28 maja 2025 roku na stronie : https://apolut.net/provoziert-amtseid-brecher-merz-atomkrieg-von-tilo-graser/

Bestialski atak Izraela. Kilkadziesiąt osób zginęło przy centrum dystrybucji żywności

Bestialski atak Izraela.

Kilkadziesiąt osób zginęło

przy centrum dystrybucji żywności

3.06.2025 nczas/bestialski-atak-izraela-kilkadziesiat-osob-zginelo-przy-centrum-dystrybucji-zywnosci

Izrael. Flaga.
Flaga Izraela. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

24 Palestyńczyków zginęło we wtorek w ostrzale izraelskim przy centrum dystrybucji żywności w Rafah, mieście położonym na południu Strefy Gazy, przy granicy z Egiptem – poinformował resort zdrowia palestyńskiego terytorium. Dyrektor pobliskiego szpitala Nasera dodał, że rannych zostało 37 osób – przekazał portal stacji BBC.

Izraelska armia powiadomiła, że do „incydentu” doszło około pół kilometra od punktu dystrybucji pomocy. Wyjaśniła, że żołnierze, po oddaniu strzałów ostrzegawczych, otworzyli ogień w kierunku grupy podejrzanych osób, zmierzających w kierunku sił zbrojnych i „stwarzających zagrożenie” dla żołnierzy.

Jak przypomniał portal Times of Israel, do punktów dystrybucji żywności wytyczono bezpieczne korytarze. Jednak osoby, które zostały ostrzelane, miały rzekomo zboczyć z ustalonej trasy i zbliżać się do izraelskich wojskowych.

Dowództwo Sił Obronnych Izraela poinformowało, że wszczęło dochodzenie w sprawie incydentu.

Wspierana przez USA i Izrael Fundacja Humanitarna dla Gazy, odpowiadająca obecnie za dystrybucję pomocy humanitarnej, zapewniła, że samo rozdzielanie żywności przebiegło bez zakłóceń, ponieważ rozprowadzono łącznie ponad 20 tys. paczek. Zaapelowała do cywilów o „przemieszczanie się do punktów dystrybucji wyłącznie bezpiecznymi korytarzami”.

Cztery najważniejsze błędy przegranych

Cztery najważniejsze błędy przegranych

02.06.2025 https://www.tysol.pl/a141477-cztery-najwazniejsze-bledy-przegranych

Szliśmy wczoraj spać z „sondażowym prezydentem” Trzaskowskim, a obudziliśmy się z prawdziwym prezydentem Nawrockim.

Donald Tusk i Rafał Trzaskowski Cztery najważniejsze błędy przegranych

Donald Tusk i Rafał Trzaskowski

Naród jest podzielony. Kampania wyborcza była brudna jak nigdy wcześniej. Różnica w liczbie głosów jest niewielka. Jednak ostatecznie liczy się to, że w Pałacu Prezydenckim zamieszka na pięć długich lat konserwatysta, antyglobalista i wolnościowiec.

Strona, która przegrała prezydenckie wybory, popełniła serię błędów, które zapewniły zwycięstwo Karolowi Nawrockiemu. Cztery z nich przesądziły – moim zdaniem – o ostatecznym rezultacie.

1. Już się sprawdził jako przegrywający

Po pierwsze, Platforma Obywatelska wystawiła kandydata, który już raz spektakularnie przegrał wybory. Od kiedy to wielka przegrana jest dobrą rekomendacją do ponownego kandydowania na to samo stanowisko? Jeżeli Rafał Trzaskowski nie potrafił wygrać w roku 2020 z Andrzejem Dudą, który walczył o drugą kadencję (czyli był w sytuacji polityka z „obciążeniem”), to dlaczego miałby wygrać z kimś nowym w polityce?

2. Wysoki funkcjonariusz partyjny nie mógł wygrać


Po drugie, Donald Tusk popełnił koszmarny błąd wystawiając jako kandydata wiceprzewodniczącego Platformy Obywatelskiej, który automatycznie ucieleśniał wszystkie niedotrzymane obietnice tej partii, wszystkie niezrealizowane „konkrety na pierwsze sto dni”. Wystawiając swojego partyjnego zastępcę, zrobił z wyborów referendum popularności swojego rządu, który jest nieudolny, koalicyjnie rozłazi się w szwach i stracił poparcie u wyborców. Jarosław Kaczyński okazał się tu mądrzejszy od Tuska. Jego kandydat, Nawrocki nie był – w opozycji do Trzaskowskiego –  partyjnym funkcjonariuszem. To bardzo pomogło. Najwyraźniej dla prezesa PiS było oczywiste, że odpowiednicy Trzaskowskiego, czyli np. Mariusz Błaszczak czy Ryszard Terlecki mieliby znacznie trudniej w pojedynku z Trzaskowskim.

3. Pomówienia miały odwrotny skutek

Decydującym stał się jednak trzeci błąd. Było nim wylanie na Karola Nawrockiego gigantycznego kubła nieczystości – oskarżeń niepopartych twardymi dowodami, insynuacji, potwarzy, pomówień. Rozpętano igrzyska nienawiści. I tu nastąpiło coś nieoczekiwanego. Te oskarżenia budowały – zaskakująco – obraz Karola Nawrockiego całkiem niezgodny z intencjami oskarżycieli.  Wizerunek człowieka, który wychował się na blokowisku, był zafascynowany twardym sportem (boks), miał kontakty ze środowiskiem kibiców (udział w „ustawkach”), otarł się niebezpieczeństwa środowiskowe, ale pokonał zagrożenia, ukończył studia, zrobił doktorat, założył rodzinę, sprawdził się znakomicie w pracy zawodowej. Czyli został „przetestowany” przez życie i zdecydowanie „wyszedł na ludzi”, „znalazł właściwą drogę”. Planowana dyskredytacja kandydata nie tylko nie powiodła się na zamierzoną skalę, ale uświadomiła tym wyborcom, którzy nie łykają bezkrytycznie pomówień, że mają do czynienia z człowiekiem nie z gabinetu lub zza biurka, ale z normalnego świata. Człowiekiem, który w życiu  doszedł – własnym wysiłkiem – do znakomitych rezultatów. W podświadomości Polaków mogło to nawet rezonować wspomnieniem literackiego archetypu Kmicica – sienkiewiczowskiego bohatera, który z młodzieńczego awanturnika wyszedł na prostą. Zwłaszcza, że jego oponent mógł – swoją „ogładą” i kosmopolityzmem – przypominać postać Bogusława Radziwiłła.

3. Tusk pękł

Czwartym błędem – przysłowiową „kropką nad i” – było mocne włączenie się do kampanii (na jej ostatnim etapie) Donalda Tuska. Kulminacją było jego histeryczne wystąpienie u Bogdana Rymanowskiego, które całkowicie wymknęło mu się spod kontroli. Uświadomiło ono wyborcom, że wybór Trzaskowskiego na prezydenta byłby oddaniem pełni władzy w ręce człowieka, którym kierują potężne, złe emocje. Tusk nie wytrzymał nerwowo przedwyborczego ciśnienia. Pękł. Myślę, że ten incydent był medialnie ważniejszy niż niesławne wręczanie ziemniaków w DPS, czy nieudolne próby schwytania Zorro w Tarnowie.

Kto w euforii po „zwycięstwie” Dupiarza? Bilewicz dziękował rebe Szmulejowi, Hartman ogłaszał wygraną z gangiem PiS…

2 czerwca 2025

Bilewicz dziękował rebe Szmulejowi, Hartman

ogłaszał wygraną z gangiem PiS…

Za chwilę zrzedły im miny

– tak jak Trzaskowskiemu

https://pch24.pl/bilewicz-dziekowal-rebe-szmulejowi-hartman-oglaszal-wygrana-z-gangiem-pis-za-chwile-zrzedly-im-miny-tak-jak-i-trzaskowskiemu

(PAP/Paweł Supernak )

Kiedy w niedzielę o 21:00 ogłoszono zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego, wielu ludzi z jego środowiska nie kryło szaleńczego wręcz entuzjazmu. Już dwie godziny później brzydko się te reakcje zestarzały…

„Ten pałac nie dla gangsterów! Bitwa z gangiem Kaczyńskiego wygrana! Niech żyje Polska!” – ogłosił na „X” Jan Hartman.

„Wielki sukces Rafała Trzaskowskiego. Wielki sukces Donalda Tuska. Wielkie ukłony przed Radoslawem Sikorskim. Pokazał patriotyzm, charakter i styl. Cała Polska naprzód” – napisał Tomasz Lis.

„Fajnie, oby Rafał wygrał, ale tak czy siak te wyniki to jest dramat kochani. W jakim miejscu jesteśmy jako społeczeństwo? Co będzie dalej?” – pytali dramatycznym tonem prowadzący antypisowskie konto „Osiem Gwiazd” na X.

Michał Bilewicz próbował z kolei straszyć antysemityzmem, sugerując, że Karol Nawrocki przegrał z powodu swojego spotkania z amerykańskim Żydem, rabinem Szmulejem.

„Jeśli okaże się, że rabi Szmuli Boteach załatwił nam liberalnego prezydenta, to atmosfera może się zrobić nieco jak w 1922” – pisał.

Znany politolog Rafał Chwedoruk w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” ogłaszał z kolei, że wygrana Rafała Trzaskowskiego jest dość pewna. Zapytany o 21:00, czy coś już wiemy, odparł: „Wiemy. Myślę, że już raczej niewiele może się zmienić”.

Najbardziej żenujące są jednak reakcje samego Rafała Trzaskowskiego, który przejdzie do historii jako „prezydent dwóch godzin”; na konwencji wyborczej kandydat KO ogłosił swoje zwycięstwo i dziękował wszystkim za poparcie tak, jakby rzeczywiście wygrał…

Panie Prezydencie, żadnych ukłonów w stronę liberalizmu! Niech rządzi jedna zasada: pełna wierność Bogu i Kościołowi

Panie Prezydencie,

żadnych ukłonów w stronę liberalizmu!

Niech rządzi jedna zasada:

pełna wierność Bogu i Kościołowi

Paweł Chmielewski prezydencie-zadnych-uklonow-w-strone-liberalizmu-pelna-wiernosc-bogu-i-kosciolowi

(PAP/Marcin Obara )

Karol Nawrocki został prezydentem w ogromnej mierze dzięki głosom tych, którzy kategorycznie odrzucają lewicową agendę rewolucyjną. Jego zwycięstwa nie byłoby bez mocnego zaangażowania konserwatywnych katolików – i bez wyraźnego ustawienia się Rafała Trzaskowskiego w roli eksponenta ideologii aborcyjnej i tęczowej. To powinno mieć swoje poważne konsekwencje. Karol Nawrocki jest wezwany do prezydentury wiernej wobec Boga i Kościoła świętego. 

Karol Nawrocki zadeklarował w kampanii wyborczej bardzo wyraźnie: jest za ochroną życia ludzkiego od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Odrzucił jakiekolwiek możliwości ułatwiania zabijania dzieci nienarodzonych.

Więcej, sprzeciwił się też bluźnierczej procedurze in vitro. W debacie z Rafałem Trzaskowskim, na oczach milionów Polaków, zapytany przez swojego przeciwnika o in vitro powiedział, że nie będzie wspierać tego barbarzyństwa.

Tak powiedział – i wygrał. To jasny znak, że Polacy są w stanie zaakceptować prezydenta, który w jasny sposób odrzuca zamach na ludzkie życie. Nie trzeba popierać ani aborcji, ani nawet in vitro by odnieść w Polsce sukces polityczny. Wręcz przeciwnie, można oba te zbrodnicze rozwiązania otwarcie skrytykować i zasłużyć na sympatię polskich obywateli.

Do tego trzeba oczywiście dodać odrzucenie przez Karola Nawrockiego ideologii LGBT, krytykę Zielonego Ładu czy „Piątki dla zwierząt”. Kandydat popierany przez PiS w swoich wystąpieniach potrafił się odcinać od tych lewicowych błędów – i wygrał.

Płynie z tego zarówno ważna lekcja, jak i konkretne zobowiązanie.

Prawica w Polsce nie musi podążać drogą zachodnioeuropejskiej chadecji. Frakcja PiS, która od dłuższego czasu uśmiecha się do liberalnej zgnilizny moralnej, powinna albo stracić na znaczeniu – albo po prostu uzdrowić własne stanowisko. Chodzi o takich ludzi, jak Mateusz Morawiecki, który nie tylko firmował ugodową politykę europejską, ale który twierdził też, że w 2023 roku PiS przegrało z powodu ochrony życia – i który w tym samym roku głosował za haniebną ustawą o finansowaniu in vitro z budżetu, podpisaną później przez prezydenta Andrzeja Dudę. Trzeba sobie uświadomić, że polityka skłaniania głowy przed antykatolicką rewolucją jest polityką nie tylko moralnie błędną – bo to dla wielu działaczy partyjnych nie ma pewnie większego znaczenia – ale po prostu nieskuteczną. Większość Polaków nie jest zainteresowana zwiększeniem swobody zabijania chorych dzieci albo możliwością mrożenia ludzkich zarodków. Ludzie chcą po prostu wolnej Ojczyzny, niezależnej od dyktatu lewicowych ośrodków zewnętrznych – a to oznacza Ojczyznę zbudowaną na naturalnym porządku. Taki porządek daje wyłącznie Kościół katolicki – dlatego prawica w Polsce musi przyjąć właśnie naukę katolicką za wykładnię tego, co dozwolone, a co zakazane, bez żadnych zawahań. Oby tak się rzeczywiście stało i także w kampanii parlamentarnej 2027 roku nie było w ugrupowaniach prawicowych ludzi, którzy będą łączyć patriotyzm z aborcjonizmem.

Polacy wybrali Karola Nawrockiego, żeby powstrzymać pogorszenie spraw w kraju, które byłoby oczywiste po zwycięstwie Rafała Trzaskowskiego. Nowy prezydent nie może jednak zadowalać się utrzymaniem status quo, które odziedziczył po Andrzeju Dudzie. Powinien aktywnie bronić prawa do życia od początku do naturalnej śmierci. Dotyczy to dziś kilku bardzo konkretnych spraw.

Po pierwsze, powinien podjąć próbę zatrzymania mordowania dzieci nienarodzonych na zaświadczenie od psychiatry. Prezydent jest strażnikiem ładu konstytucyjnego, a obecna praktyka – zainicjowana przez resort zdrowia pod koniec rządów PiS, a znacząco rozbudowana za rządów KO – w oczywisty sposób w ten ład godzi. Jest nieprawdopodobne, by Karol Nawrocki mógł doprowadzić do całkowitego zakazu aborcji w Polsce; może jednak wymuszać na rządzie Donalda Tuska odejście od linii, którą przyjęto po niesławnej konferencji prasowej Donalda Tuska, Adama Bodnara i Izabeli Leszczyny, kiedy zapowiedziano niemal całkowitą bezkarność dla tych, którzy w imię ideologii aborcyjnej będą łamać prawo i dzieci uśmiercać. Oprócz zabijania dzieci zastrzykiem w serce, jak czyni to Gizela Jagielska w Oleśnicy, tuż pod Sejmem funkcjonuje od kilku miesięcy punkt aborcyjny. Władze państwa odmówiły zajęcia się tym miejscem i pozwalają mu swobodnie działać. Karol Nawrocki powinien podjąć wszelkie starania, by ta obrzydliwość została jak najszybciej zamknięta. W wolnej Polsce nie ma miejsca na działalność ludzi, którzy – tuż pod Sejmem! – z pogwałceniem prawa Bożego i stanowionego pomagają uśmiercać małych Polaków.

Nowy prezydent powinien zająć się również kwestią in vitro. Niestety, w związku z fatalną decyzją Andrzeja Dudy z grudnia 2024 roku, ta procedura jest finansowana z budżetu publicznego. Karol Nawrocki zapowiedział w kampanii wyborczej, że nie będzie z tym walczyć, jakkolwiek nie zamierza in vitro również wspierać. Do walki nie ma też dziś szczególnych narzędzi – ale może uczynić temat in vitro ważnym elementem rozmów, które będzie prowadzić z politykami prawicy, przygotowującymi Polskę do wyborów w roku 2027. Jeżeli uda się wówczas odsunąć Koalicję Obywatelską od władzy, prezydent Nawrocki powinien stać się liderem, który razem z nową prawicową większością uporządkuje sprawę tzw. sztucznego zapłodnienia, po prostu raz na zawsze kończąc z jakimkolwiek państwowym wsparciem dla tego procederu. Nie może dopuścić, by w tej sprawie dominujący stał się głos lewoskrętnej części PiS – albo też powinien skutecznie tę część namówić do porzucenia dotychczasowego stanowiska.

Wreszcie Karol Nawrocki powinien bezwzględnie stać na straży polskiej suwerenności. Prezydent Andrzej Duda starał się to robić, ale – nie da się ukryć – kilkukrotnie występował z bardzo złymi inicjatywami. To przede wszystkim propozycja wpisania członkostwa Polski w Unii Europejskiej do konstytucji. Rzecz była PR-owo zrozumiała w kontekście ówczesnych ataków na PiS, oskarżane o chęć nagłego wyprowadzenia Polski z UE, niemniej jednak jej realizacja miałaby po prostu fatalne konsekwencje. Karol Nawrocki nie może pozwalać sobie na takie błędy: został wybrany przez „suwerenistów” po to, żeby Polska pod jego rządami nie straciła nic z samowładzy, ba, żeby – w miarę możliwości – jeszcze jej zakres poszerzyła.

To samo dotyczy Ukrainy. Andrzej Duda realizował politykę zdecydowanego wsparcia tego państwa. Nie chcę oceniać słuszności tej linii, bo kwestia dotyczy wielu szczegółowych spraw, dla których właściwej oceny potrzeba byłoby mieć dostęp do znacznie bardziej wiarygodnych źródeł niż te, które dostępne są publicznie. Można jednak obiektywnie stwierdzić, że od strony symbolicznej w polityce ustępującego prezydenta wątek zespolenia polskiego interesu z interesem ukraińskim wybrzmiał zbyt mocno. To w odbiorze publicznym zaciemniło nieco podstawową przecież prawdę: żadne państwa nie mają tożsamego interesu, w tym Polska i Ukraina. Karol Nawrocki deklarował, że będzie wobec Kijowa bardziej krytyczny, niż jego poprzednik. Dziś to już oczywiście dalece łatwiejsze, niż w 2022 roku – ale można mieć nadzieję, że nowemu prezydentowi będzie w ogóle przyświecać zasada bardziej dobitnego akcentowania prymatu polskiego interesu narodowego.

Słowem, od Karola Nawrockiego trzeba oczekiwać tylko jednego: pełnienia urzędu prezydenta RP w duchu autentycznej prawicy, bez żadnych ukłonów w stronę świata liberalnego. Może to za dwa lata pomóc w sukcesie konserwatystów w wyborach parlamentarnych, a przede wszystkim – pozwoli nowemu prezydentowi sprawować władzę z honorem nie tylko w oczach opinii publicznej, ale przede wszystkim w obliczu samego Boga. Pan Bóg, któremu Karol Nawrocki chce służyć – jak sam deklarował – jest Bogiem prawdy, a nie zgniłego kompromisu.

Paweł Chmielewski

„oni” nie chcą, żebyś to czytał, więc oni umieścili to na pierwszej stronie….Wyciek z laboratorium…

Wyciek z laboratorium czyli ‘A nie mówiłem?’

———————————–

„oni” nie chcą, żebyś to czytał, więc oni umieścili to na pierwszej stronie….

=================================

Autor: AlterCabrio , 2 czerwca 2025

„Teoria wycieku laboratoryjnego przeszła już długą drogę od ledwie marginalnego pomysłu do akceptowalnej alternatywy, ale w 2025 roku spodziewamy się, że przejdzie do fazy końcowej i stanie się poglądem większości.”

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Wyciek z laboratorium czyli ‘A nie mówiłem?’

W styczniu, w ramach naszego cyklu „Prognozy na rok 2025”, napisałem, że rok 2025 będzie rokiem ujawnienia wycieku laboratoryjnego i że teoria wycieku laboratoryjnego (LLT) stanie się „prawie oficjalnie prawdziwa” do końca roku:

„Teoria wycieku laboratoryjnego przeszła już długą drogę od ledwie marginalnego pomysłu do akceptowalnej alternatywy, ale w 2025 roku spodziewamy się, że przejdzie do fazy końcowej i stanie się poglądem większości.”

Niecałe dziesięć dni po opublikowaniu tego artykułu CIA oficjalnie potwierdziła pochodzenie przecieku z laboratorium.

W marcu „New York Times” ubolewał nad faktem, że wszyscy „zostaliśmy strasznie wprowadzeni w błąd co do wydarzenia, które zmieniło nasze życie”.

W kwietniu Biały Dom Trumpa dodał do swojej oficjalnej strony internetowej TO:

W zeszłym tygodniu zastępca dyrektora FBI oświadczył w wywiadzie, że FBI prowadzi dochodzenie w sprawie potencjalnego „zatuszowania” pochodzenia covid-19.

W artykule w „New York Times” pojawia się pytanie Dlaczego tak wiele osób jest pewnych, że covid wyciekł z laboratorium?”, w którym zauważa się, że „szala się przechyla” w sprawie teorii wycieku z laboratorium i argumentuje się – zasadniczo – że teoria LLT może być prawdziwa, ale udawanie, że tak nie było w 2020r., było jedynym sposobem na zapobiegnięcie wzrostowi nastrojów antychińskich.

Wczoraj The Telegraph opublikował tekst:

„Czas na prawdę. Oto dokument o covid, którego nie chcą, żebyś przeczytał – Wszystkie dowody na wyciek z laboratorium w Wuhan, odpowiednio poukładane”

Dokładnie tak, „oni” nie chcą, żebyś to czytał, więc oni umieścili to na pierwszej stronie The Telegraph. To trochę jak zorganizowanie „filmowi, którego nie chcą, żebyś oglądał” efektownej premiery w Londynie.

Cztery dni temu „Miami Herald” poinformował, że 57% Amerykanów uważa obecnie, że LLT jest prawdą. Jest to prawdopodobnie tak samo wiarygodne, jak jakikolwiek inny sondaż opinii publicznej – czyli całkowicie niewiarygodne – ale jest zabawne, ponieważ przewidzieliśmy…

„w 2025 roku spodziewamy się, że [Lab Leak Theory] wykona ostatni krok, stając się poglądem większości. To pogląd większości, nie konsensus. Mówimy o kultywowanym podziale 55-45. Ponieważ argument o naturalnym kontra laboratoryjnym wycieku jest zbyt cenny, aby kiedykolwiek się zakończyć.”

…OK, pomyliłem się o 2%, ale argument jest prawdziwy.

Tak czy inaczej, zrealizujemy teraz ten kupon „A nie mówiłem?”.

Tak naprawdę, niech to będą dwa kupony „a nie mówiłem”. Bo, cóż, pamiętacie, co mówiłem w zeszłym tygodniu o covidzie?

„Widzicie, jak we wszystkim, chodzi o zrównoważenie szali. Nie ma już jednej narracji, zamiast tego machina skupia się na równym rozdzielaniu fałszywej nadziei i bodźca do wściekłości po obu stronach w każdej kwestii”.

Cóż, tak jak The Telegraph promuje badanie, które „udowadnia”, że covid pochodzi z laboratorium, tak South China Morning Post promuje inne badanie, które „udowadnia”, że tak nie jest.

Wybierz swoją stronę. Wybierz swój dowód. I tak w kółko.

_________________

OffG’s Lab Leak “I Told You So”, Kit Knightly, Jun 2, 2025

Fascynująca psychologia wincyjów

Łukasz Warzecha: fascynująca psychologia wincyjów

Łukasz Warzecha

(fot. Radek Jaworski / Forum)

Wielu komentatorów zwróciło już na to uwagę, ale ja czuję się wręcz w obowiązku o tym napisać i oddać zasługi środowisku, które ogromnie przysłużyło się wygranej Karola Nawrockiego. Czuję się w obowiązku, ponieważ to ja przed wyborami stworzyłem nazwę tej specyficznej grupy: wincyje – od hasztagu #wincyj.

Kim są wincyje? Piszę to nie w czasie przeszłym, lecz teraźniejszym, jako że wincyje nie zniknęli, oni tu są, mają się świetnie i właśnie w różny sposób przeżywają traumę. Oto jeden z przypadków.

Na Facebooku ma konto znana aktorka, pani Joanna Trzepiecińska. Trzeba przyznać, że odtwórczyni jednej z głównych ról w kiedyś kultowej „Sztuce kochania” Jacka Bromskiego z 1989 r. (obok śp. Piotra Machalicy) nie obrzyguje i nie obrzuca błotem. Doceńmy to. Ona jest zatroskana.

Pani Trzepiecińska wstawiła grafikę, pokazującą – według tytułu – „wyborców Karola Nawrockiego” z podziałem na wykształcenie i napisała: „Jako »wykształciuchy« mamy wiele do zrobienia… Edukować, edukować…”.

Szczególnie zabawne jest przy tym, że grafika jest absurdalna. Pokazane na wykresie procenty czterech poziomów wykształcenia dają razem… 234,6 proc. Można się jedynie domyślać, że ma to pokazywać, jaki odsetek osób z prawem głosu z danym wykształceniem wsparł kandydata PiS (choć źródło danych jest niewiadome). Jednak umieszczanie takiego wykresu z takim tytułem przy jednoczesnym apelu o edukowanie jest, by tak rzec, z lekka kompromitujące.

Pozwoliłem sobie do pani Trzepiecińskiej napisać:

Szanowna Pani, czy Pani zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie rozpoczęła Pani pracę na rzecz kolejnego zwycięstwa obozu, który Pani próbuje zwalczać? Przecież ta opowieść „oni tak głosują, bo są prymitywni i niewykształceni”, to ta sama stała opowieść GW, trwająca od 30 lat. Widać doskonale, że ona nie działa i jest nieprawdziwa, a wy dalej swoje… No, ale chcącemu krzywda się nie dzieje.

Dostałem odpowiedź świadczącą o tym, że jednak moje uwagi nie zostały zrozumiane:

Pan się myli. Ja nikogo nie zwalczam. Ja tylko z połową naszych obywateli w wyborze prezydenta się nie zgadzam. Ale to nie znaczy, że mam się komuś podlizywać i rezygnować z własnych poglądów i wiary w to, że edukacja rozszerza horyzonty. Podkreślam – własnych poglądów. Nie partyjnych. Ten podział jest wykreowany na rzecz zarządzania masami. W rzeczywistości linie podziałów, to linie wpływów i interesów, talentów, kultury i smaku…Doskonale Pan o tym wie…

Przekładając z elitarnego na nasze: hołota źle zagłosowała, bo jest niewyedukowana, ale zamiast się na nią wkurzać, trzeba ją nauczać, a wtedy zagłosuje tak jak my, bo nasze głosowanie wynika właśnie z faktu, że jesteśmy lepiej wykształceni. No i jeszcze z tego, że mamy inny smak, talenty i kulturę.

Znów podkreślę: to jest wincyj wyjątkowo łagodny i pozbawiony w zasadzie agresji. To nie jest nawet wincyj na poziomie pani Krystyny Jandy, która napisała wprost, że się wstydzi. Nie jest to oczywiście także wincyj na poziomie „dziennikarza” Tomasza Kisielewicza (publikującego jako „Wiejski”), który w niedzielę o 21.00 napisał: „Skurwysyn przegrał”, po czym po kilkunastu godzinach się poprawił: „Skurwysyn jednak wygrał”.

Wincyje są z mojego punktu widzenia swoistym fenomenem nie tylko socjologicznym, ale też intelektualnym i psychologicznym. Zadziwiająca jest całkowita odporność tej grupy na racjonalną kalkulację, dotyczącą skutków ich wypowiedzi. Wydawałoby się, że nawet najbardziej oporna na edukację – skoro już trzymamy się nomenklatury pani Trzepiecińskiej – osoba zorientowałaby się po dekadach ćwiczenia tego samego (jako że efekt pojawia się co najmniej od 2005 r.), że uparte trzymanie się narracji o ciemnych, prymitywnych masach, głosujących na uwielbianych przez siebie groźnych nazioli, daje efekty odwrotne od zamierzonych.

Gdyby wincyje byli pragmatyczni i gdyby byli zdolni do kontrolowania swoich emocji, zaczęliby się wstrzymywać od ogłaszania tego poglądu przy każdej możliwej okazji. Oni jednak, mimo apeli co przytomniejszych przedstawicieli lewej strony, takich jak Grzegorz Sroczyński czy Piotr Pacewicz, nie są w stanie, co każe sądzić, że mamy tutaj do czynienia z jakimś głęboko zaszytym w warstwie emocjonalnej wewnętrznym przymusem. A tego już w kategoriach racjonalnych pojąć się nie da.

Widziałem w poniedziałek powyborczy w TVP pana Borysa Budkę. Zapytany o powody tego, że na pana Nawrockiego głosowała przeważający odsetek młodych (w grupie do 40. roku życia miał większość), był w stanie jedynie wydukać, że „to szczególnie niepokojące”. Faktycznie, z punktu widzenia formacji pana Budki – nie sposób się nie zgodzić. To jednak oczywiście nie tłumaczy przyczyny.

Co do niej, można postawić hipotezę, że widzimy obraz młodszych pokoleń uodparniających się na „pedagogikę wstydu”, uprawianą przez państwa Bilewicza, Trzepiecińską, Holland, Michnika, Hartmana, Lisa i wielu, wielu innych. To jest zasadnicza zmiana socjologiczna, której źródła należy upatrywać między innymi w całkowicie przez obecny obóz rządzący zlekceważonym bogaceniu się, swobodzie podróżowania i idącym za tym coraz mniej bałwochwalczym stosunkiem do „Zachodu”.

To właśnie ów mityczny Zachód był zawsze narzędziem wmawiania Polakom kompleksów, które miały owocować głosowaniem zgodnie ze wskazaniem „mądrzejszych”. To cały czas jest skuteczne wobec ogromnej przecież grupy wyborców, ale ta skuteczność wyraźnie spada. Smaganie Polaków nagłówkami z zachodnich mediów, mówiącymi o wygranej „nationalist candidate”, robi wrażenie na coraz mniejszej części.

Zjawisko wincyjów powinien z całą pewnością gruntowanie przestudiować jakiś dobry socjolog i psycholog społeczny – mogłaby z tego wyjść fascynująca opowieść naukowa. Na razie jednak sztab pana Nawrockiego może być wdzięczny Opatrzności, że wincyje tak bardzo się w tej kampanii uaktywnili – bez nich na pewno kandydatowi PiS byłoby znacznie trudniej wygrać.

Łukasz Warzecha

Ukrainy Zabawa z ogniem

Scott Ritter: Zabawa z ogniem

Źródło: https://scottritter.substack.com/p/playing-with-fire

DR IGNACY NOWOPOLSKI JUN 2

Operacja Pajęczyna Ukrainy przekroczyła próg, jeśli chodzi o wywołanie rosyjskiej odpowiedzi nuklearnej. To, jak Rosja i Stany Zjednoczone zareagują, może zadecydować o losie świata.

W 2012 roku prezydent Rosji Władimir Putin oświadczył, że „broń jądrowa pozostaje najważniejszą gwarancją suwerenności i integralności terytorialnej Rosji oraz odgrywa kluczową rolę w utrzymaniu równowagi i stabilności regionalnej”.

W międzyczasie zachodni analitycy i obserwatorzy oskarżyli Rosję i jej przywódców o nieodpowiedzialne powoływanie się na groźbę użycia broni jądrowej jako formę „potrząsania szabelką” – strategiczny blef mający na celu ukrycie operacyjnych i taktycznych niedociągnięć rosyjskiego potencjału militarnego.

W 2020 r. Rosja po raz pierwszy opublikowała niejawną wersję swojej doktryny nuklearnej. W dokumencie zatytułowanym „Podstawowe zasady polityki państwowej Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania nuklearnego” stwierdzono, że Rosja „zastrzega sobie prawo do użycia broni jądrowej”, gdy Moskwa działa „w odpowiedzi na użycie broni jądrowej i innych rodzajów broni masowego rażenia przeciwko niej i/lub jej sojusznikom, a także w przypadku agresji na Federację Rosyjską przy użyciu broni konwencjonalnej, gdy samo istnienie państwa jest zagrożone”. W dokumencie stwierdzono również, że Rosja zastrzega sobie prawo do użycia broni jądrowej w przypadku „ataku [przeciwnika] na krytyczne obiekty rządowe lub wojskowe Federacji Rosyjskiej, którego zakłócenie podważyłoby działania reagowania sił jądrowych”.

W 2024 roku Władimir Putin nakazał zaktualizowanie rosyjskiej doktryny nuklearnej, aby uwzględnić skomplikowane realia geopolityczne, które wyłoniły się w wyniku trwającej Specjalnej Operacji Wojskowej (SMO) na Ukrainie, gdzie konflikt przerodził się w wojnę zastępczą między kolektywnym Zachodem (NATO i USA) a Rosją.

Nowa doktryna głosiła, że ​​broń jądrowa będzie dozwolona do użycia w przypadku „agresji na Federację Rosyjską i (lub) jej sojuszników przez jakiekolwiek państwo nieposiadające broni jądrowej przy udziale lub wsparciu państwa posiadającego broń jądrową, co jest uważane za ich wspólny atak”.

Rosyjski arsenał nuklearny zostałby również wykorzystany w przypadku „działań przeciwnika mających wpływ na elementy krytycznie ważnej infrastruktury państwowej lub wojskowej Federacji Rosyjskiej, których unieruchomienie zakłóciłoby działania reagowania sił nuklearnych”.

Zagrożenia nie musiały przybierać formy broni jądrowej. W rzeczywistości nowa doktryna 2024 wyraźnie stwierdzała, że ​​Rosja może odpowiedzieć bronią jądrową na każdą agresję przeciwko Rosji obejmującą „użycie broni konwencjonalnej, która stwarza krytyczne zagrożenie dla jej suwerenności i (lub) integralności terytorialnej”.

Operacja Spiderweb, szeroko zakrojony atak na krytyczną rosyjską infrastrukturę wojskową bezpośrednio związany ze strategicznym odstraszaniem nuklearnym Rosji za pomocą bezzałogowych dronów, wyraźnie przekroczył czerwone linie Rosji, jeśli chodzi o wywołanie odwetu nuklearnego i/lub wyprzedzającego uderzenia nuklearnego w celu zapobieżenia kolejnym atakom. Ukraińska SBU, pod osobistym kierownictwem swojego szefa, Wasyla Malyuka, wzięła na siebie odpowiedzialność za atak.

Operacja Spiderweb to tajny atak bezpośredni na krytyczną rosyjską infrastrukturę wojskową i zdolności bezpośrednio związane ze strategicznymi zdolnościami odstraszania nuklearnego Rosji. Co najmniej trzy lotniska zostały zaatakowane przy użyciu dronów FPV działających z tyłu cywilnych ciężarówek Kamaz, które zostały przekształcone w wyrzutnie dronów. Lotnisko Diagilevo w Riazaniu, lotnisko Belaya w Irkucku i lotnisko Olenya w Murmańsku, na których stacjonują bombowce strategiczne Tu-95 i Tu-22 oraz samoloty wczesnego ostrzegania A-50, zostały zaatakowane, w wyniku czego wiele samolotów zostało zniszczonych i/lub poważnie uszkodzonych.

Byłoby to porównywalne do ataku dronów przeprowadzonego przez wrogiego gracza na bombowce B-52H amerykańskich sił powietrznych stacjonujące w bazie lotniczej Minot w Dakocie Północnej i bazie lotniczej Barksdale w Luizjanie, a także bombowce B-2 stacjonujące w bazie lotniczej Whiteman w Missouri.

Termin operacji „Pajęczyna” został wyraźnie dobrany tak, aby zakłócić rozmowy pokojowe zaplanowane na 2 czerwca w Stambule.

Przede wszystkim należy zrozumieć, że Ukraina nie może poważnie przygotować się do merytorycznych rozmów pokojowych, planując i przeprowadzając operację taką jak Operacja Pajęczyna. Choć SBU mogła przeprowadzić ten atak, nie mógł się on wydarzyć bez wiedzy i zgody prezydenta Ukrainy lub ministra obrony.

Co więcej, atak ten nie mógłby się odbyć bez zgody europejskich partnerów Ukrainy, w szczególności Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, które wszystkie prowadziły bezpośrednie konsultacje z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim na kilka dni i tygodni przed przeprowadzeniem operacji „Pajęczyna”.

Europa zachęca Ukraińców, by byli postrzegani jako aktywni zwolennicy procesu pokojowego w Stambule, mając na uwadze, że jeśli rozmowy zakończą się fiaskiem, winą zostanie obarczona Rosja, a nie Ukraina. Dzięki temu Europa będzie mogła łatwiej udzielać Ukrainie wsparcia militarnego i finansowego.

Wydaje się, że ważną rolę odgrywają również aktorzy ze Stanów Zjednoczonych — senator Lyndsay Graham, republikanka z Karoliny Południowej, i Richard Blumenthal, demokrata z Connecticut, wspólnie odbyli wizytę na Ukrainie w zeszłym tygodniu, gdzie ściśle koordynowali działania z ukraińskim rządem w sprawie nowego pakietu sankcji gospodarczych związanych z gotowością Rosji do zaakceptowania warunków pokojowych opartych na 30-dniowym zawieszeniu broni — jednym z głównych żądań Ukrainy.

Operacja Spiderweb wydaje się być skoordynowanym wysiłkiem mającym na celu wycofanie Rosji z rozmów w Stambule, albo poprzez sprowokowanie rosyjskiego odwetu, który zapewniłby Ukrainie pretekst do pozostania w kraju (oraz pretekst dla Grahama i Blumenthala do uchwalenia ustawodawstwa dotyczącego sankcji), albo poprzez sprowokowanie Rosji do wycofania się z rozmów, gdy będzie rozważać swoje opcje dalszego postępowania, co również spowodowałoby nałożenie sankcji na Grahama i Blumenthala.

Nie wiadomo, w jakim stopniu prezydent Trump, który naciskał na pomyślne przeprowadzenie rozmów pokojowych między Rosją a Ukrainą, wiedział o działaniach Ukrainy, w tym o tym, czy wcześniej je popierał (Trump najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z faktu, że Ukraina zaatakowała prezydenta Rosji Putina za pomocą dronów podczas niedawnej podróży do Kurska).

Nie wiadomo jeszcze, jak Rosja zareaguje na tę ostatnią akcję Ukrainy; ataki dronów na rosyjskie bazy wojskowe nastąpiły tuż po co najmniej dwóch ukraińskich atakach na rosyjskie linie kolejowe, w wyniku których doszło do poważnych uszkodzeń lokomotyw i wagonów pasażerskich, a także zginęły i zostały ranne dziesiątki cywilów.

Ale to jest jasne: Ukraina nie mogłaby przeprowadzić operacji Spiderweb bez politycznej zgody i pomocy operacyjnej swoich zachodnich sojuszników. Amerykańskie i brytyjskie służby wywiadowcze szkoliły ukraińskie siły specjalne w działaniach partyzanckich i niekonwencjonalnych, a uważa się, że poprzednie ukraińskie ataki na krytyczną infrastrukturę rosyjską (most krymski i bazę lotniczą Engelsa) były przeprowadzane przy pomocy wywiadu amerykańskiego i brytyjskiego w fazie planowania i realizacji. Rzeczywiście, zarówno ataki na most krymski, jak i na bazę lotniczą Engelsa były postrzegane jako wyzwalacze wydania przez Rosję modyfikacji doktryny nuklearnej z 2024 r.

Rosja w przeszłości odpowiadała na prowokacje ze strony Ukrainy i jej zachodnich sojuszników mieszaniną cierpliwości i determinacji.

Wielu zinterpretowało tę postawę jako oznakę słabości, co mogło mieć wpływ na decyzję Ukrainy i jej zachodnich sojuszników o przeprowadzeniu tak prowokacyjnej operacji w przededniu kluczowych rozmów pokojowych.

To, w jakim stopniu Rosja będzie w stanie nadal zachowywać ten sam poziom powściągliwości, co w przeszłości, zostanie wystawione na próbę przez samą naturę ataku — masowe użycie broni konwencjonalnej, która uderzyła w rosyjskie strategiczne siły odstraszania nuklearnego i spowodowała szkody.

Nie trzeba się zbytnio wysilać, by wyobrazić sobie, że taktyka ta będzie w przyszłości wykorzystywana do pozbawiania Rosji strategicznych zasobów nuklearnych (samolotów i rakiet) oraz przywództwa (atak na Putina w Kursku podkreśla to zagrożenie).

Jeśli Ukraina jest w stanie rozmieścić ciężarówki Kamaz w pobliżu rosyjskich baz lotniczych o znaczeniu strategicznym, może w ten sposób przeciwdziałać bazom rosyjskim, w których stacjonują mobilne rosyjskie siły rakietowe.

Fakt, że Ukraina zdecydowała się na taki atak, pokazuje również, w jakim stopniu zachodnie służby wywiadowcze badają grunt pod kątem przyszłego konfliktu z Rosją – konfliktu, do którego, jak twierdzą członkowie NATO i UE, aktywnie się przygotowują.

Dotarliśmy do egzystencjalnego rozdroża w SMO.

W opinii Rosji granice, które uznała za konieczne do określenia w kontekście ewentualnego użycia broni jądrowej, zostały rażąco naruszone nie tylko przez Ukrainę, ale i jej zachodnich sojuszników.

Prezydent Trump, który twierdził, że popiera proces pokojowy między Rosją a Ukrainą, musi teraz podjąć decyzję, jakie stanowisko zajmą Stany Zjednoczone w obliczu tych wydarzeń.

Jego sekretarz stanu, Marco Rubio, przyznał, że za poprzedniej administracji Joe Bidena Stany Zjednoczone były zaangażowane w wojnę zastępczą z Rosją. Specjalny wysłannik Trumpa na Ukrainę, Keith Kellogg, niedawno przyznał to samo w odniesieniu do NATO.

Krótko mówiąc, kontynuując wspieranie Ukrainy, zarówno USA, jak i NATO stały się aktywnymi uczestnikami konfliktu, który obecnie przekroczył już próg użycia broni jądrowej.

Stany Zjednoczone i cały świat stoją na krawędzi nuklearnego Armagedonu, który sami wywołamy.

Albo odrzucimy politykę, która doprowadziła nas do tego punktu, albo zaakceptujemy konsekwencje naszych działań i zapłacimy cenę.

Nie możemy żyć w świecie, w którym nasza przyszłość zależy od cierpliwości i opanowania rosyjskiego przywódcy w obliczu prowokacji, za które sami jesteśmy odpowiedzialni.

To Ukraina, a nie Rosja, stanowi egzystencjalne zagrożenie dla ludzkości.

To NATO, a nie Rosja, jest odpowiedzialne za zachęcanie Ukrainy do tak lekkomyślnego zachowania.

Podobnie jest ze Stanami Zjednoczonymi. Sprzeczne oświadczenia amerykańskich decydentów politycznych dotyczące Rosji zapewniają Ukrainie i jej sojusznikom z NATO polityczną osłonę do planowania i przeprowadzania operacji takich jak Operation Spiderweb.

Senatorów Grahama i Blumenthala należy oskarżyć o podżeganie do buntu, jeżeli ich interwencja na Ukrainie miała na celu celowe sabotowanie procesu pokojowego, który zdaniem prezydenta Trumpa stanowi kluczowy element jego wizji przyszłego bezpieczeństwa narodowego USA.

Jednak to sam Trump musi zdecydować o losie świata.

W najbliższych godzinach bez wątpienia usłyszymy od prezydenta Rosji, jak Rosja odpowie na tę egzystencjalną prowokację.

Trump również musi odpowiedzieć.

Nakazując Grahamowi i Blumenthalowi oraz ich zwolennikom wycofanie się z sankcji wobec Rosji.

Nakazując NATO i UE zaprzestania udzielania Ukrainie wsparcia wojskowego i finansowego.

I opowiadając się po którejś ze stron w SMO.

Wybierz Ukrainę i wywołaj wojnę nuklearną.

Wybierz Rosję i uratuj świat.

Scott Ritter jest byłym oficerem wywiadu piechoty morskiej z dużym doświadczeniem w kontroli zbrojeń i rozbrojeniu oraz ekspertem w zakresie stosunków USA-Rosja. Jego prace można znaleźć na ScottRitter.com. Jest autorem kilku książek, w tym najnowszej Highway to Hell: The Armageddon Chronicles, 2014-2025 , opublikowanej przez Clarity Press.

Kto wygrał wybory

Obraz tytułowy: Wojciech Kossak, Bitwa pod Kircholmem,

Druga, rozstrzygająca tura wyborów prezydenckich w Polsce już za nami. Siłom unijno-globalnym nie udało się osadzić swojego kandydata na urzędzie, w odróżnieniu od Rumunii, gdzie ta operacja się udała.

Frekwencja była wysoka – 71,63%, na Karola Nawrockiego głos oddało 50,89% głosujących, na Rafała Trzaskowskiego 49,11%, tak przynajmniej twierdzi PKW.

W większości dużych miast wygrał kandydat unijny, na prowincji – kandydat narodowy. Świadczy to o rozkładzie elektoratów, z czego można wyciągać ciekawe wnioski.

Oddanie głosu na kandydata UE przez mieszkańców Polski wymaga dogłębnego oderwania od rzeczywistości lub złej woli. Skojarzenie tego z rozkładem elektoratów wskazuje, że duże miasta zasiedlone są przez przeważający elektorat unijny, składający się z dwóch głównych grup. Grupa pierwsza, liczniejsza to ludzie zaczadzeni medialną propagandą, odklejeni od prawdziwego życia. Grupa druga to ludzie przekupieni, zatrudnieni przez rozrośniętą do groteski administrację i osadzone w Polsce zagraniczne korporacje, kolonizujące polską ziemię i gospodarkę. Ludzie z tej drugiej grupy czerpią bezpośrednie korzyści z generalnej grabieży polskiej własności.

Obie grupy żyją w wielkomiejskiej bańce, sztucznie stworzonym świecie, finansowanym przez pracę zwykłych ludzi z prowincji. Widać teraz wyraźnie, dlaczego wszystko w Polsce musi być takie drogie i skomplikowane – prowincja zwykłych ludzi musi swoim życiem i pracą sfinansować funkcjonowanie pasożytniczej armii wielkomiejskich sybarytów, tworzonej przez biurwy, aparatczyków i innych darmozjadów. O ile grupę zaczadzonych można odzyskać dla narodu w dość prosty sposób – poprzez przejęcie mainstreamowych mediów, o tyle z drugą grupą – armią pasożytów sprawa jest trudniejsza, trzeba ich bowiem oderwać od koryta i stworzyć warunki do uczciwej pracy. Ponieważ ich życie jest na co dzień lekkie, łatwe i przyjemne, będą oni bronić swojego pasożytniczego sposobu życia jak niepodległości.

Tak właśnie globaliści korumpują narody, wybierając sobie grupy ludzi, kuszonych pseudoedukacją i sztucznie tworzonymi etatami pozornej gospodarki. Skorumpowana część narodu przestaje być narodem, stając się nienarodem i antynarodem, tocząc swoje życie prostytucyjne, zdradzając interes narodowy dla możliwości życia w otoczeniu światowych butików, sieciowych kawiarni i udzielających drogich kredytów globalnych banków. Zadanie odzyskania tej grupy dla narodu będzie jednym z największych wyzwań dla władzy ozdrowieńczej, odnawiającej naród i państwo.

Polskie wybory prezydenckie ’2025 były bitwą w wojnie, która toczy się o przetrwanie narodu i państwa polskiego. Bitwa ta miała dwie fazy (dwie tury) i dwa cele taktyczne.

Cel pierwszy to niedopuszczenie do wygranej sił globalno-unijnych, symbolizowanych przez Rafała Trzaskowskiego. Cel drugi to niedopuszczenie do wygranej pseudopatriotycznej kamaryli, oficjalnie narodowej, lecz w istocie realizującej te same cele, co grupa globalno-unijna.

Pierwszy cel udało się z pewnością osiągnąć, wróg został pobity, choć nie pokonany. Cel drugi jest trudniejszy do rozpoznania, bowiem kamaryla posługuje się dezinformacją, ukrywając swoje prawdziwe intencje. Wielu patriotów wahało się, czy zagłosować na Karola Nawrockiego, pamiętając rządy tzw. zjednoczonej prawicy i jej oddanie unijno-globalnej polityce.

Przed pierwszą fazą bitwy (I tura) nie było jeszcze przesądzone, pod jakimi sztandarami kandydat patriotyczny ruszy do drugiej fazy bitwy (II tury). Wyniki pierwszej tury określiły jednak to, co będzie działo się w turze drugiej. O ile sympatie nienarodu i antynarodu ułożyły się przewidywalnie, wspierając jednoznacznie lewactwo, o tyle sympatie narodu rozłożyły się pomiędzy trzech kandydatów: Grzegorza Brauna, Sławomira Mentzena i Karola Nawrockiego. Żaden z nich sam nie mógł pokonać sił wroga. Pojawiło się ryzyko tego, co często działo się między ugrupowaniami prawicy: walki między sobą, zamiast walki z wrogiem ich wszystkich. Wcześniejsze bratobójcze walki pokazały, że źródła tej wzajemnej agresji są dwa: egoistyczne dążenia liderów i ich otoczenia oraz machinacje sił spoza Polski, używających służb i mediów. Istniało poważne ryzyko, że tym razem również zrealizuje się scenariusz skłócania sił patriotycznych, pisany przez wrogów Polski.

Pokonanie zjednoczonych sił antypolskich wymagało co najmniej powstrzymania się od wzajemnych walk wodzów patriotycznych. Było to trudne zadanie, głównie przez obciążenie, jakim dla Nawrockiego była pamięć patriotów o niedawnych rządach PiS. Patrioci, popierający Brauna i Mentzena obawiali się, że jeśli zagłosują na Nawrockiego, powróci polityka Wielkiej Morawy i Dudusia Gryzipiórka.

Dodatkową potencjalną linią konfliktu była kontrowersja między Konfederacją Mentzena i Koroną Brauna. Istniało więc ryzyko, że zamiast stoczyć główną bitwę z wojskami pruskimi, armie patriotów stoczą trzy mniejsze potyczki między sobą: Braun z Mentzenem, Braun z Nawrockim, Nawrocki z Mentzenem. Stało się jednak inaczej. Główni wodzowie sił polskich powstrzymali się od bezpośredniego atakowania siebie nawzajem. Nowej dynamiki wyborczej walki nadała dywersja harcowników Stanowskiego, pokazując, gdzie znajdują się główne siły wroga. Marazm prawicy, związany z brakiem uznania przez obóz PiS własnych win przełamał Braun, niespodziewanie formując niezbyt liczne, ale bitne, karne i świetnie dowodzone oddziały husarii. Kolejną dywersję wśród zasobu mobilizacyjnego lewactwa przeprowadził Mentzen, wyciągając rzesze młodych wyborców z oparów lewackich mitów.

Po pierwszej fazie bitwy obie armie stały naprzeciw siebie, obmyślając taktykę głównego starcia II tury. Wojska pruskie nie miały możliwości elastycznego działania, zużywając w pierwszej fazie bitwy większość odwodów. Poza tym sposób wyszkolenia, przyjęta sztywna taktyka i zajęta pozycja taktyczna nie dawały prusakom możliwości manewru. Mogli tylko liczyć na wsparcie zagranicznych agentów, przewagę informacyjną polskojęzycznych mediów i wilcze doły podczas liczenia głosów. To bardzo duże wsparcie, jednak okazało się niewystarczające.

Siły polskie zachowały manewrowość, korzystając z możliwości wojny szarpanej dzięki niezależnym mediom, niekontrolowanym przez wroga. Istotnym wsparciem sił polskich okazał się główny przeciwnik strategiczny sił pruskich, potężny sojusznik zza oceanu. Przysłał on siły ekspedycyjne, które dokonały skutecznej dywersji informacyjnej. Siły pruskie popełniły zaś szereg taktycznych błędów, kierując się nadmierną pewnością siebie i zbyt małą świadomością sytuacyjną pola walki.

Decydującą rolę w drugiej fazie bitwy odegrała jednak postawa armii Brauna i Mentzena. Przed głównym starciem, pomiędzy turami artyleria koronna Brauna skutecznie ostrzelała pozycje sił pruskich. Przygotowanie artyleryjskie spowodowało pewne straty w pruskich szeregach, jednak główny cel ostrzału był inny. Chodziło o wskazanie głównym siłom, dowodzonym przez Nawrockiego, wspieranym przez Mentzena, jaki jest strategiczny cel bitwy i jakie ładunki powodują największe straty wśród prusaków. Interwencja wojsk Brauna sprawiła, że zarówno Nawrocki, jak i Mentzen, widząc skuteczność strategii Brauna i możliwości rozbudowy jego sił w przyszłości, musieli przyjąć narzucone przez niego cele zmagań. Główne ich siły wzniosły więc chorągwie niepodległości, i pod tymi znakami stanęły do decydującej walki. Tuż przed starciem było więc widać, że polscy wodzowie nie będą walczyć ze sobą, wciąż jednak nie było pewne, czy razem ruszą na pruskie regimenty.

Pierwszy zdecydował się Mentzen, stwierdzając, że głównym wrogiem jego wojsk są siły Trzaskowskiego. Dawało to głównym siłom polskim dużą nadzieję na wspólną szarżę z wojskiem Mentzena. Decydujące znaczenie dla przebiegu głównego starcia odegrała jednak husaria Brauna. Jednoznaczna deklaracja poparcia Nawrockiego przez Brauna wlała nową nadzieję w serca polskich wojowników. Teraz już nikt nie miał wątpliwości, skoro Braun staje do walki z prusami u boku Nawrockiego, nikt nie powinien stać z boku, biernie czekając na wynik bitwy. Szarża husarii, wyprowadzona przez hetmana wielkiego koronnego Grzegorza Brauna była więc uderzeniem przełamującym, które utorowało drogę w sam środek pruskich szyków głównym siłom polskim, jak pod Kircholmem.

Bitwa była zacięta, a jej losy wahały się do ostatniej chwili. Morale prusaków zostało w decydującej chwili osłabione przez rozpaczliwą próbę odsieczy gubernatora Tuskiego, który próbował ośmieszyć wodza Nawrockiego w oczach własnych żołnierzy, a także przez niefortunną próbę egzekucji Batmana, schwytanego przez bodnarskich.

To, zamiast osłabić morale wojsk polskich, tylko rozwścieczyło polskich wiarusów. Z okrzykiem bojowym „tylko nie Trzaskowski” i „uwolnić Batmana” ruszyli na skonfundowanych prusaków. Tuż po zamknięciu lokali wydawało się przez chwilę, że górą są prusy. Wznieśli wówczas okrzyki triumfalne, pewni zwycięstwa. Podobnie, jak Krzyżacy pod Grunwaldem, szykowali już wozy z kajdanami na ujętych polskich oficerów. Przedwczesny był jednak ich triumf, siły polskie wyszły na tyły prusaków i uderzyły na ich tabory. Gdy jeszcze trwało poczucie zwycięstwa w pruskich szeregach, głównemu wodzowi ich armii doniesiono o faktycznym przebiegu bitwy, po czym oddalił się on spiesznie z placu boju, zostawiając swe wojska, jak Antoniusz pod Akcjum.

Zwyciężyli Polacy z południowego wschodu Polski. Głownie wieś i prowincja. Piękne mapy. [już poprawione]

bardzo fajne źródło – interaktywny skrypt: https://polandelects.com

Porównajmy wyniki z gmin – z tymi „zintegrowanymi”.

Mielibyśmy w sejmie o wiele większe szanse, gdyby nie ta obłędna ordynacja pseudo-proporcjonalna, która uzależnia posła od „prezesa”, nie zaś od swych wyborców. Nawet przy wyborze prezydenta to widać. MD

=====================================

Mapa z uwzględnieniem gmin:

Mapa z uwzględnieniem powiatów:

Mapa z uwzględnieniem województw:

Jak głosowały duże miasta?

Moja rodzinna gmina – KZ.

======================================

Na Nawrockiego zdecydowanie chętniej głosowali mieszkańcy wsi.

Na prowincji bezpartyjny kandydat PiS uzyskał ponad 64 proc. głosów, podczas gdy w miastach zaledwie 43,17 proc.

Szczególnie niski był wynik Nawrockiego w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców, gdzie zdobył 36,51 proc. głosów. Zwyciężył natomiast w gminach i miastach do 20 tys. mieszkańców.

SŁOWO O BŁOGOSŁAWIONYM SADOKU – PRZEORZE i CZTERDZIESTU OŚMIU DOMINIKAŃSKIEJ BRACI w SANDOMIERZU PRZEZ TATARÓW OKRUTNIE POMORDOWANYCH

Dziś, 2 czerwca, Błogosławionych Męczenników Sandomierskich, warto o nich przypomnieć. To święto jakby dubeltowe, bo zarówno bł. Sadoka i Męczenników Dominikańskich, jak i bł. Męczenników Sandomierskich, mieszkańców miasta. 

Dziś to wszystko poszło w zapomnienie, jak i lwia część naszej ojczystej tradycji… przykre… smutne

======================================

Andrzej Sarwa

SŁOWO O BŁOGOSŁAWIONYM SADOKU-PRZEORZE I CZTERDZIESTU OŚMIU DOMINIKAŃSKIEJ BRACI W SANDOMIERZU PRZEZ TATARÓW OKRUTNIE POMORDOWANYCH
Dzień wstał mroźny i rześki. Poza oknem celi przeora Sadoka, na tle białosiwego nieba, oświetlonego od wschodu szkarłatnozłocistą poświatą, rysowały się konary rozłożystej lipy, oprószonej świeżo spadłym śniegiem.

Do uszu zakonnika dobiegł głos sygnaturki zwołującej mieszkańców świętojakubskiego klasztoru na poranną mszę.

— Ech, inaczej było przed laty! — pomyślał przeor, przywołując w pamięci dni młodości. — Inaczej, gdym jako nieopierzony młodzik udał się był, anno Domini 1221, na kapitułę do Bolonii. Ileż zapału i ileż radości, ileż wdzięczności, gdy Ojciec Dominik posłał mnie i brata Pawła szczepić Zakon Kaznodziejski w ziemi węgierskiej i nieść światłość Panachrystusowej Ewangelii, Prawdy nie znającym Kumanom.

Spojrzał w okno napełniające się coraz większym blaskiem. Dzień się zaczął na dobre i całkiem widno się już zrobiło, mimo iż niebo jęły zasnuwać na nowo ciężkie śniegowe chmury, z których rychło poczęły bezszelestnie osypywać się grube i ciężkie płatki śniegowe, sfruwając przez niczym nie osłonięty otwór i osiadając na posadzce ułożonej z czerwonej cegły, kładzionej na sztorc ściśle jedna obok drugiej.

Przeor podszedł ku oknu i założył je szczelnie sosnową ramą obciągniętą błonami ze świńskich pęcherzy. Wstrząsnął nim dreszcz, bowiem ziąb ciągnący z dworu przejął niemłode już ciało, wnikając — zda się — aż do samych trzewi. Opuściwszy celę, wędrując niespiesznie tonącym w półmroku klasztornym korytarzem, kierował się ku kościołowi, jednocześnie rozmyślając o minionych dniach, miesiącach, latach…

Oto w umyśle pojawiły się obrazy przeszłości.

Znów był złotoustym kaznodzieją, przyciągającym tłumy pogan, znów polewał wodą nisko pochylone głowy nowo nawróconych, wymawiając sakramentalne słowa formuły chrzcielnej.

Wspominał dzień największego swojego triumfu, gdy do owczarni Jezusowej przywiódł, i obmył z grzechów, książąt tamtej ziemi: Bruchusa i Bembrocha z rodzinami i dworem.

Ale oto napłynęło wspomnienie inne, wspomnienie rzezi, jaką Kumanom urządzili Tatarzy… Przed oczyma stawały mu ciała porżniętych dominikanów: Pawła i współbraci, leżące w kałużach parującej na chłodzie krwi, której ciemnopąsowa powierzchnia ścinała się, marszcząc przy tym lekko.

Jego Pan Chrystus ocalił… Jego ocalił… Czemuż? Czyż nie prosił wówczas, o koronę męczeńską także i dla siebie? Czyż nie pragnął ofiarować życia na ołtarzu Pana? Dla Pana i za Pana?

Trzeba było potem opuścić ziemię Kumanów, bo nie miał już komu głosić Królestwa Bożego. Wrócił do ojczyzny, osiadł w sandomierskim, świętojakubskim klasztorze, wiodąc żywot cichy i skromny, budując Państwo Najwyższego inaczej zgoła niż tam, w odległej krainie, budując je codzienną mrówczą pracą, budując słowem głoszonym z kazalnicy, budując przykładem świątobliwego żywota, ale bez tak ciężkiej walki o dusze, które wcześniej przemocą wydzierać musiał ze szponów Szatana.

Sadok przyzwyczajony był do bojowania przez te długie lata, więc skoro przyszło zamieszkać w Sandomierzu, czuł, że powoli gnuśnieje. Mniej tu było sposobności, iżby wykorzystać całe bogactwo, całą siłę charakteru.

Tak, miał poczucie, iż gnuśnieje i bolał nad owym srodze. Jednocześnie zaś tęskniąc za minionym, choć minione to także był trud i udręczenie, i sen na twardej ziemi, i chłód, i niejednokrotnie pusty brzuch…

Nie buntował się przecież. Wiedział, iż taka jest wola Jezusowa, że skoro go tu przysłał, że sprawił, iż został przeorem, taki a nie inny zamysł miał wobec swego sługi, zatem sługa wolę Bożą musi wypełniać z pokorą…

* * *

Wciąż daleki myślami od sandomierskiej powszedniości nakładał w zakrystii humerał, albę, stułę — oznakę kapłaństwa, ornat i manipularz.

Szczupły, wysoki, o żółtawej niezdrowej cerze, kleryk Medardus ukląkł na stopniach ołtarza, podczas gdy Sadok uniósłszy w górę rozłożone ręce szeptał modlitwy mszalne…

Dzień zimowy, pochmurny dzień, niczym nie różnił się od tylu innych. jakie w cichej, acz wytrwałej, wytężonej pracy w upływał w sandomierskim, świętojakubskim klasztorze.

Śnieg bez ustanku grubymi płatkami bezszelestnie osypywał się z obłoków na ziemię, wszystko wokół szczelnie okrywając niepokalaną białością. Przed wieczorem wypogodziło się i nawet na widnokręgu pojawiło się nieco słonecznego poblasku, który zresztą zaraz umknął przed gęstym mrokiem. Sadok posłyszawszy, iż w grodzie uczynił się jakiś wielki ruch, wszedłszy do klasztornego ogrodu rozlokowanego na łagodnym skłonie Świętojakubskiego Wzgórza, spoglądał na sąsiednie — Zamkowe. Widział tak rycerzy, jak i pachołków, przebiegających spiesznie wąskie grodowe uliczki.

“ — I cóż to się wydarzyło, że gród przypomina mrowisko, które niebaczny przechodzień roztrącił stopą?” — pomyślał zakonnik.

Postał jeszcze chwilę, a potem udał się — jak to miał we zwyczaju — do kościoła, by adorować i cześć oddawać Panu Jezusowi ukrytemu w Eucharystycznym Chlebie. Nikły, żółtawy poblask kaganka ledwie oświetlał tabernakulum i niewielki krąg posadzki tuż u stopni ołtarzowych.

Ukląkł przeor, a skrzyżowawszy ręce na piersiach i nisko pochyliwszy głowę, pełnym żarliwości szeptem wypowiadał słowa modlitw.

Długo musiał tak tkwić nieporuszony, skoro w kolanach i plecach zgiętych w pałąk — mimo iż przecież nawykłych do nabożnych ćwiczeń — poczuł ból i zmęczenie. I oto naraz posłyszał odgłos kroków odbijających się echem od nagich ceglanych ścian korytarza prowadzącego do kościoła ku celom klasztornym.

Podniósł głowę i bacznie wpatrywał się w mrok, skąd po kilku chwilach wysunęła się postać ojca Piotra, furtiana, dzierżącego w wyciągniętej przed siebie i uniesionej dłoni, długą smolną szczypę płonącego łuczywa. Za furtianem szedł jeszcze ktoś, ciężko stawiając stopy. Przeor natężył wzrok. Był to Piotr z Krępy, kasztelan sandomierski. Podźwignął się tedy z kolan leciwy przeor Sadok, a zbliżywszy, się do przybysza, zapytał:

— I cóż to cię sprowadza do mnie, o tak późnej porze, panie kasztelanie?

— Dzisiaj przed wieczorem, świątobliwy ojcze, doszły nas wieści, iż Tatarzy, idą na Sandomierz… A miasto prawie bezbronne. Nie masz zbrojnych, prócz garstki rycerzy, bo reszta przy księciu panu, w Krakowie… — A zatem?… — zapytał przeor Sadok.

— Cóż… Będziemy bronić grodu. Bez walki go nie poddamy… Wezmą go Tatarzy siłą, wola boska, ale nikt nie powie, żeśmy nie próbowali…

— A miasto? — znów zapytał przeor, spoglądając Krępie prosto w oczy. Ten opuścił głowę na piersi i wyszeptał:

— Miasta bronić nie będziemy długo… Bo i kim? Kim, skoro ludzi niedosyt…

Krępa uniósł głowę i patrząc przeorowi prosto w oczy, dodał:

— Wiesz ojcze, co owo oznacza… Klasztoru także bronić nie będziemy…

* * *

Sadok klęczał przed Ukrzyżowanym. Zaczerwienionymi z bezsenności oczyma wpatrywał się w Twarz Cierpiącego. Złocisto—szkarłatne refleksy płonącego łuczywa igrały po surowych murach, po owej Twarzy, sprawiając pozór życia w wyrzezanym z ciemnego drewna Zbawicielu.

Poza oknem był mrok. I w kątach celi też czaił się mrok. A wpośród mroku słychać było oddech Kusiciela:

— Uchodź, uchodź czym prędzej… Oddech układał się w słowa.

— Uchodź, uchodź czym prędzej… Czy warto tak głupio skończyć? Oddech potężniał, niczym fala wiosennej powodzi uderzająca o ściany domostw wzniesionych na wiślanym brzegu.

— I jakiż sens dać gardło? Jaki sens? Ileż jeszcze — żywy — mógłbyś zdziałać w świecie? Umrzeć nietrudno… Głupio umrzeć łatwo… Umrzeć z sensem, to sztuka nie lada!…

A Chrystus Pan na Krzyżu w nieustającej męce Golgoty zakrył oczy powiekami. Twarz zastygła w boleści konania… Chciał Sadok odczytać radę z owej Twarzy, przecież daleka mu była teraz… Jakże daleka… Jak jeszcze nigdy w życiu…

— Nie zostawiaj mnie, Panie, w rozterce! — Sadok uniósł ręce w błagalnym geście — Nic zostawiaj samemu sobie! czemuż wydajesz mnie na pokuszenie? Czemuż nie chronisz, czemu nie osłaniasz?

Ale Jezus uparcie milczał. Tylko twarz wykrzywiła się w skurczu niesłychanej boleści. Jego udręka i pohańbienie sięgały krawędzi piekieł — na odkupienie wszystkich bez wyjątku przewin. Na obmycie wszelkiego brudu, na starcie każdego występku…

— Zbierz braci. Skoro świt nadejdzie… zbierz braci. Uchodźcie póki jeszcze można. Komuż pomoże to, iż dacie głowy? Komu?

Jezus na Krzyżu już nie cierpiał. Twarz wygładziła się. Wpółotwarte usta zastygły w bezruchu. Skonał.

* * *

Przeor odwrócił się od ołtarza. Jeszcze tylko jedno zdanie miał wyrzec: “— Ite missa est” — “Idźcie, msza skończona”, a bracia poczną wychodzić z kościoła.

Zawahał się. Poruszył wargami raz i drugi, ale nie wydobył z nich głosu. Aż wreszcie się przemógł, by rzec:

— Wiecie bracia, że za dzień — dwa przybędą Tatarzy. Wiecie, że nie ma rycerstwa w Sandomierzu… Ot, garstka… Tyle tylko, by obsadzić grodowe wały… Miasta nikt nie będzie bronił… A jak miasta, to i klasztoru… Któż z was chce, może odejść… Poszukać bezpiecznego schowu… Nie mam prawa przymuszać nikogo, iżby pozostał… Nie wolno mi cudzym szafować żywotem…

Bracia stojąc w dwuszeregu w pośrodku świątyni milczeli, nisko pochylając głowy. Ale oto ciszę przerwał głośny szept jednego z kleryków:

— A ty, ojcze?… A ty co uczynisz?…

— Ja?…

— Sadok zawahał się przez moment, Jeszcze skądś — nie wiedzieć skąd — wnikając wprost do mózgu doszedł go głos Kusiciela:

“— Uchodź!”

— Ja?… — powtórzył — Zostaję… Zostaję, bom nie po to stawał się Panachrstusowym żołnierzem, by stchórzyć, gdy nadejdzie czas próby… Bo nie godzi się pasterzowi owiec, porzucać je, lecz do końca trwać przy nich, nawet gdy wie, iż nie będzie mógł ich ochronić przed stadem wilków… Bo nie godzi się umykać tym, którzy są tu postawieni na straży chrześcijaństwa!… Przecież… Przecież wiedziałem… Zawsze to wiedziałem, iż kiedyś przecie nadejdzie taki dzień, w którym Pan zażąda mojego życia…

I nikt już nie wyrzekł ni jednego słowa. Mnisi jęli się rozchodzić, każdy do, swoich zajęć.

* * *

Następny dzień wstał pogodny i rześki. Słońce powoli wspinało się po nieboskłonie, niezbyt ostry mróz delikatnie szczypał w policzki i płatki uszu świątobliwego przeora Sadoka, który, skoro świt udał się do ogrodu i błądząc jego alejkami, zapatrzony w cud rodzącego się dnia, odmawiał pacierze, w oczekiwaniu na głos sygnaturki, która — jak zwykle — miała oto za czas jakiś wezwać na wspólne modły wszystkich braci do kościoła.

Śnieg chrzęścił pod stopami zakonnika, a gawrony, które licznym stadem obsiadły jabłoniowe i morelowe drzewa rosnące po obydwu stronach alejki, spoglądały nań ciekawie, przekrzywiając głowy, nie podrywając się do lotu, nawet gdy mnich zbliżał się do nich. Widać czuły, czarniawe ptaszyska, iż nic im nie zagraża ze strony owego człowieka.

Naraz — wrzask przeciągły i dziki wydobywający się z tysiąca piersi, uderzył w niebo. Gawrony wylęknione wzbiły się do góry i jęły krążyć ponad miastem, kracząc doniośle i przeciągle.

Oto Tatarzy — przeprawiwszy się nocą po lodzie przez zamarzniętą Wisłę — podeszli już pod same obwałowania i teraz wrzaskiem próbowali przestraszyć obrońców. A zaraz potem przypuścili atak. Najpierw jeden, potem drugi, dziesiąty… Każdy z nich odbijał się od wałów, niczym fala morska od stromizny wyniosłego brzegu. Oto bowiem, tak rycerstwo, jak też i sami łyczkowie dzielnie bronili miasta przed pogańską szarańczą.

Gdy zmrok spłynął na ziemię. walka ustała, aby zarówno wojownicy tatarscy, jak i obrońcy Sandomierza mogli odpocząć, opatrzyć rany, pogrzebać zabitych. Noc przyniosła też sny — jednym miłe i kojące, innym przerażające koszmary…

Pogoda, jak na zamówienie najeźdźców, utrzymywała się od chwili rozpoczęcia oblężenia wspaniała. Słońce nisko wiszące ponad widnokręgiem, przegnało precz śniegowe chmury. Leciutki mrozik utwardził ścieżki.

2 lutego 1260 roku, gdy Mongołowie, skoro świt, przypuścili następny atak, wiadomym było, iż miasto dłużej nie będzie mogło się opierać. Dominikanie, nie mniej uznojeni od walczących, którym przez wszystkie te dnie i noce opatrywali rany, przyrządzali gorące posiłki, dysponowali na śmierć i kopali mogiły, prawie przestali myśleć, co się stanie, skoro poganie sforsują wały i wedrą się do środka. Ot, po prostu, nazbyt wiele ciężkiej prać nie pozostawiało czasu na rozpamiętywanie tego, co miało już rychło nadejść.

Tymczasem — tak jak każdego ranka — rozdzwoniła się sygnaturka, wzywająca mnichów na poranną mszę. Jęli tedy zewsząd — z klasztoru i z wałów — schodzić się do kościoła, a skoro już każdy zajął swoje miejsce, wyszedł z zakrystii, przyodziany w szaty liturgiczne, w asyście dwu diakonów — Stefana i Mojżesza — leciwy przeor Sadok.

Nim zbliżył się do ołtarzowych stopni, podszedł wpierw ku ciężkiemu pulpitowi, wyrobionemu z jednego kloca dębu, a wyrzezanemu zmyślnie w kształt ludzkiej postaci. Na pulpicie spoczywała księga Martyrologium. Otwarł ją i odszukawszy odpowiednią stronicę, pochylił się, aby — jak zwyczaj kazał — odczytać, któregoż to z męczenników Pańskich czci Kościół Święty tego właśnie dnia. Spojrzał na kartkę i osłupiał: oto na pergaminie jarzyły się pozłocistym blaskiem kunsztowne — nieziemską ręką wymalowane — litery układające się w zdanie.

Bezskutecznie próbował wydobyć głos z zaciśniętego bolesnym skurczem gardła. Bezgłośnie tedy poruszał ustami. Zaniepokojeni mnisi spoglądali to na niego, to na siebie nawzajem, nie rozumiejąc, cóż wydarzyć się mogło.

Wreszcie przeor skinął na diakona Stefana, a gdy młodzieniec się zbliżył, odsunąwszy się od pulpitu, wychrypiał:

— Ty czytaj…

Spojrzał Stefan w rozwartą księgę i zdumienie pomieszane z lękiem odmalowało się na jego twarzy. Mimo jednak, iż drżeć począł na całym ciele, a pot perlisty zrosił mu czoło, zebrał się w sobie i głosem niepewnym, lecz wystarczająco donośnym, aby wszyscy posłyszeć go mogli, przeczytał:

“— Dziś błogosławionego Sadoka, przeora, i czterdziestu ośmiu dominikańskich braci, w Sandomierzu przez Tatarów okrutnie pomordowanych.”

Gdy Stefan skończył czytać zgroza ogarnęła mnichów. Spoglądali na siebie przerażonymi oczyma. Oto bowiem żaden z nich ani przypuszczał, iż w tym kościele, od tego pulpitu paść mogą słowa dotyczące jego samego. Takie słowa… A przecież padły…

Sadok, uniósłszy dłonie ku górze, rzekł:

— Ach, bracia, nie lękać, lecz cieszyć się nam trzeba. Bo wielka to łaska korona męczeńska — i nie każdy może na nią zasłużyć. Myśmy przecie zasłużyli. Bowiem żaden z nas nic stchórzył… Żaden nie uciekł z Sandomierza, opuszczając Panachrystusową owczarnię…

I nie powiedziawszy już nic więcej, zbliżył się do stopni ołtarza, by rozpocząć sprawowanie Najświętszej Liturgii.

— In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Amen. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

— Introibo ad altare dei. — Przystąpię do ołtarza bożego — rzekł.

— Ad Deum qui letificat iuventutem meam — Do Boga, który uweselił młodść moją — odpowiedział nowicjusz, który mu ministrantował.

I odprawiała się ta msza, jak tyle innych przed nią, jakby nic się nic wydarzyło, jakby poza drzwiami nie szalała bitwa, jakby Pan nie dał cudownego znaku… Skoro przeor uniósł patenę z hostią i kielich z winem na ofiarowanie, rumor straszny uczynił się przed świątynią, a Tatarzy jęli rąbać solidne drzwi dębowe, nabijane brązowymi ćwiekami, prowadzące do kościoła Świętego Apostoła Jakuba.

A gdy Sadok wyrzekł słowa przeistoczenia: Hoc est enim Corpus meum — To jest bowiem Ciało moje. — Hic est enim calix Sanguinis mei… — To jest bowiem kielich Krwi mojej… — a białą hostię uniósł wysoko ponad głowę, gdy ministrant zadzwonił na podniesienie, z trzaskiem pękła jedna zawiasa.

Tuż po komunii zaś, pękła druga, a rozwścieczeni, ochlapani krwią pomordowanych mieszczan żołdacy tatarscy wpadli do świątyni.

A stało się to tuż po tym, jak celebrans, odwróciwszy się od ołtarza, wyrzekł: — Ite missa est! — Idźcie, msza skończona.

Dominikanie stali w dwuszeregu w pośrodku świątyni. Przez małe, wąskie okienka wpadały pozłociste smugi światła, pachniało kadzidlanym dymem. Dostojnie było i uroczyście. Toteż Tatarzy miast od razu uderzyć na mnichów, zatrzymali się w pobliżu drzwi, zbici w gromadkę, zaskoczeni ich przedziwnym spokojem.

Pewnie inaczej by było, gdyby dominikanie poczęli uciekać, krzyczeć, żebrać litości. Ale oni stali z twarzami wzniesionymi ku górze, jakby wypatrując nadejścia kogoś ze sfery gwiazd.

I oto naraz subdiakon Mojżesz, asystujący przeorowi Sadokowi, skrzyżowawszy ręce na piersi, zaintonował pieśń za umarłych:

— Salve Regina… Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia…

Natychmiast pozostali podjęli pieśń, która z mocą wybuchła z wszystkich piersi, odbijając się pogłosem od belkowanego świątynnego stropu i surowych czewonych, ceglanych ścian.

A wówczas — jakby czar spadł z Tatarów. Oto jeden z wojowników zdjął giętki łuk z pleców, nałożył na cięciwę pierzastą strzałę i wypuścił ją ze świstem w pierś najbliżej stojącego mnicha. Ów pochylił się gwałtownie do przodu, by zaraz paść na kolana, a wreszcie osunąć się na szare, piaskowcowe pyty posadzki. Wokół leżącego jęła się zbierać krew wypływająca z piersi. Parująca na zimnie rozlewała się w coraz większą i większą ciemnopąsową kałużę.

Karol de Prevot, Męczeństwo sandomierskich dominikanów

źródło ilustracji:http://www.swietyjakub.republika.pl/meczennicy.htm

Wyciągnęli wojownicy zakrzywione szable i z okrzykiem bojowym, z wyciem, rzucili się ku śpiewającym. I siekli ich dotąd, aż ostatni upadł, aż śpiew zamilkł, aż nastała cisza…

A jeden z mnichów, który jeszcze podczas sprawowania Świętej Liturgii chyłkiem opuścił szereg i skrył się na chórze, albowiem przeląkł się śmierci, skoro zobaczył współbraci swoich okrutnie pomordowanych, zawstydził się swego tchórzostwa, zszedł z chóru i uklęknąwszy przy zwłokach, jął za zabitych odmawiać pacierze.

Gdy dostrzegli go Tatarzy, przepełnieni wściekłością, rozsiekli go szablami. I nie ocalał nikt spośród sandomierskich dominikanów…

A gdy Tatarzy objuczeni łupami opuścili kościół i klasztor, oto aniołowie niebiescy przybyli z gałęźmi palmowymi, aby dusze pomordowanych zaprowadzić przed oblicze Pańskie, iżby za wierność mogli odebrać wiekuistą nagrodę w Raju.

A imiona owych Męczenników były te:

Błogosławiony Sadok, przeor. Błogosławiony Paweł, wikary. Błogosławiony Malachiasz, kaznodzieja. Błogosławiony Piotr, furtian. Błogosławiony Jędrzej, jałmużnik. Błogosławiony Jakub, mistrz nuwicjatu. Błogosławiony Abel, syndyk. Błogosławiony Szymon, penitencjarz. Błogosławiony Klemens. Błogosławiony Barnabasz. Błogosławiony Eliasz. Błogosławiony Bartłomiej. Błogosławiony Łukasz. Błogosławiony Mateusz. Błogosławiony Jan. Błogosławiony Barnabasz II. Błogosławiony Filip. Błogosławiony Joachim, diakon. Błogosławiony Józef, diakon. Błogosławiony Stefan, diakon. Błogosławiony Tadeusz, subdiakon. Błogosławiony Mojżesz. subdiakon. Błogosławiony Abraham, subdiakon. Błogosławiony Bazyli, subdiakon. Błogosławiony Dawid, kleryk. Błogosławiony Aaron, kleryk. Błogosławiony Benedykt, kleryk. Błogosławiony Onufry, kleryk, Błogosławiony Dominik, kleryk. Błogosławiony Michał, kleryk. Błogosławiony Maciej, kleryk. Błogosławiony Maurus, kleryk. Błogosławiony Tymoteusz, kleryk. Błogosławiony Gordian, kleryk. Błogosławiony Felicjan, kleryk. Błogosławiony Marek, kleryk. Błogosławiony Jan, kleryk. Błogosławiony Gerwazy, kleryk. Błogosławiony Krzysztof. kleryk. Błogosławiony Donatus, kleryk. Błogosławiony Medardus, kleryk. Błogosławiony Walenty, kleryk. Błogosławiony Dawid, nowicjusz. Błogosławiony Makary, nowicjusz. Błogosławiony Rafał, nowicjusz. Błogosławiony Izajasz, nowicjusz. Błogosławiony Cyryl, laiczek. Błogosławiony Hieronim, laiczek. Błogosławiony Tomasz, organista.

Te oto imiona w swoim dziele MATKA ŚWIĘTYCH POLSKA, w Krakowie roku Pańskiego 1767 tłoczonym, podał O. Floryan Jaroszewicz, kapłan zakonu Ś.O. Franciszka. reformat, z sandomierskiego konwentu Ś. Józefa. Kościół Rzymski Katolicki męczenników owych wyniósł na ołtarze, a ich święto wyznaczył na dzień 2. czerwca.

Andrzej Sarwa

———–

P.S. Dziś na dachu sandomierskiego kościoła św. Jakuba rosną brzozy, ściany prezbiterium popękane, wnętrze… brak słów… można więc już bezpiecznie chwalić Czyngis-chana i jego spadkobierców, bo o tamtych wydarzeniach jakoś nie chce się już pamiętać...

==============================

mail: