Zima uderzyła w ceny prądu. Polska najdroższa w Europie. [Oczywiście nie „zima”, a durnie ideolo!!]

Zima uderzyła w ceny prądu.

Polska najdroższa w Europie

Wysokie ceny gazu mogą również przyczyniać się do wzrostu cen emisji dwutlenku węgla. Wraz ze wzrostem cen gazu producenci energii elektrycznej przechodzą na węgiel, który jest bardziej emisyjny – co zwiększa emisje, a w konsekwencji popyt na uprawnienia do emisji – opisują analitycy z GMK Center.

oprac. Magda Żugier 13 stycznia 2026, money.pl/zima-uderzyla-w-ceny-pradu-polska-najdrozsza-w-europie

Podczas najmocniejszego ataku zimy od lat krajowy system energetyczny musiał oprzeć się przede wszystkim na paliwach kopalnych. Przy słabym wietrze, niskim nasłonecznieniu i braku możliwości magazynowania energii kluczową rolę przejęły bloki węglowe – opisuje bizblog.spidersweb.pl.

13 stycznia przed godz. 7 rano węgiel kamienny odpowiadał za 51 proc. krajowego miksu energetycznego, węgiel brunatny za 24,8 proc., a gaz ziemny za 16,8 proc. Łącznie paliwa kopalne odpowiadały za blisko 76 proc. produkcji energii elektrycznej w Polsce. Choć taka struktura pozwoliła utrzymać stabilność systemu, miała ona wyraźne konsekwencje kosztowe.

Najlepiej widać je na rynku dnia następnego. Polska znalazła się na czele europejskiego zestawienia z ceną 261 euro za megawatogodzinę. Za nią uplasowały się Węgry (253 euro), a następnie ex aequo Bułgaria i Rumunia (po 248 euro). Wysokie ceny notowały też Litwa i Łotwa (232 euro), Słowacja (231 euro), Serbia (229 euro), Estonia (228 euro) oraz Chorwacja (227 euro).

Wielkie błędy gigantów. Nawet tak znane firmy nie uniknęły poważnych problemów

Portal podkreśla, że na drugim biegunie znalazły się kraje skandynawskie. W Norwegii ceny wahały się od 29 euro na północy do 103 euro na południu, a w Szwecji od 61 do 103 euro. Niższe stawki notowano także we Francji (90 euro), Hiszpanii i Portugalii (po 96 euro), Holandii (98 euro) oraz Finlandii (100 euro).

Rosnąca cena CO2 zwiększa presję

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na koszty energii jest rosnąca cena emisji dwutlenku węgla. Uprawnienia do emisji CO2 osiągnęły 2,5-roczne maksimum. Od lipca ubiegłego roku ich cena wzrosła o około 25 proc., a obecnie przekracza 88 euro za tonę.

Jak wskazuje firma maklerska Vertis w nocie cytowanej przez Montel, rynek nie ma jasności,[Sic!! md] czy w najbliższych tygodniach możliwy będzie dalszy wzrost cen, czy raczej korekta wynikająca ze spadku awersji do ryzyka. Kluczowe znaczenie mogą mieć prognozy pogody — ustąpienie mrozów ograniczyłoby zapotrzebowanie na energię.

W dłuższym horyzoncie eksperci spodziewają się jednak dalszego wzrostu cen CO2. Według prognoz mają one sięgnąć 126 euro za tonę w 2030 r., głównie w związku z wycofywaniem bezpłatnych uprawnień. Analitycy GMK Center przypominają, że w tym roku niektóre sektory otrzymają jeszcze do 30 proc. darmowych uprawnień, ale do końca dekady mechanizm ten zostanie całkowicie wygaszony.

Eksperci zwracają też uwagę, że wysokie ceny gazu sprzyjają powrotowi producentów energii do węgla, który jest bardziej emisyjny. To zwiększa emisje CO2 i popyt na uprawnienia, co dodatkowo napędza presję kosztową w systemach energetycznych opartych na paliwach kopalnych.

Źródło: bizblog.spidersweb.pl

Kilkaset milionów poszło z dymem przez jedną przesyłkę z Niemiec. Baterie do hulajnóg.

Kilkaset milionów poszło z dymem pod Poznaniem

przez jedną przesyłkę z Niemiec

Karolina Piechota fakt 13 stycznia 2026,

Blisko 200 strażaków przez wiele godzin walczyło z pożarem hali magazynowej firmy Schenker w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem. Obiekt był zatowarowany „po sufit”. Straty są ogromne — mowa nawet o kilkuset mln zł. Jak się okazuje, wszystko to przez jedną przesyłkę z Niemiec. Biegły wskazał przyczynę pożaru.

Pożar hali magazynowej w Tarnowie Podgórnym.
Pożar hali magazynowej w Tarnowie Podgórnym. Foto: ml. kap.Kamila Kozłowska/ KW PSP Poznań / Facebook

Ogień w hali magazynowej firmy Schenker w Tarnowie Podgórnym pojawił się w niedzielę, 11 stycznia, wczesnym rankiem. Pożar błyskawicznie się rozwinął, zajmując cały obiekt o powierzchni 12 tys. m kw. Przez wiele godzin z żywiołem walczyło prawie 200 strażaków.

Ze względu na duże zadymienie do mieszkańców okolicy rozesłano alerty RCB, w których zalecano pozamykanie okien i pozostanie w domach.

Pożar hali magazynowej w Tarnowie Podgórnym. Wszystko przez jedną paczkę

Dopiero w poniedziałek, 12 stycznia, sytuacja była na tyle opanowana, że swoje czynności na pogorzelisku mogli wykonać policjanci z grupy śledczej i biegły z zakresu pożarnictwa. Jak dowiedział się „Fakt”, znane są już przyczyny pożaru. Wszystko zaczęło się od jednej przesyłki.

— Biegły z zakresu pożarnictwa wyraził opinię dotyczącą przyczyny pożaru wskazując, że jedynym źródłem ognia była znajdująca się w hali przesyłka z zawartością baterii do hulajnóg. Biegły wykluczył udział osób trzecich w zdarzeniu. Na tę okoliczność został dzisiaj przesłuchany. Policjanci ustalili, że przesyłka została nadana z firmy na terenie Niemiec i miała ostatecznie trafić do firmy zajmującej się naprawą i konserwacją baterii ma terenie Mazowsza — przekazała „Faktowi” Iwona Liszczyńska z biura prasowego wielkopolskiej policji.

Nawet kilkaset mln zł strat

Cały czas trwa ustalanie wartości strat. Wiadomo, że te są ogromne. Wstępnie policja mówi nawet o kilkuset milionach złotych. Jak przekazywał wcześniej Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji, dokładne oszacowanie strat będzie możliwe po przesłuchaniu przedstawiciela właściciela hali.

O dalszych czynnościach w śledztwie zdecyduje prokurator.

/10

Z pożarem walczyło prawie 200 strażaków.

/10

Znane są przyczyny wybuchu pożaru.

/10

Według biegłego zaczęło się od baterii do hulajnogi elektrycznej.

/10

Straty mogą sięgać nawet kilkuset mln zł.

/10

Pożar hali magazynowej firmy Schenker w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem

/10

Pożar hali magazynowej firmy Schenker w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem

/10

Pożar hali magazynowej firmy Schenker w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem

/10

Pożar hali magazynowej firmy Schenker w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem

/10

Pożar hali magazynowej firmy Schenker w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem

/10

Niedziela. Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i pokutne Marsze Różańcowe za Ojczyznę

18.01.2026 Białystok, Poznań, Zamość – Msze święte i pokutne Marsze Różańcowe za Ojczyznę

14/01/2026 przez antyk2013

Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.

Serdecznie zapraszam, Tadeusz Rosiński

===========================================

POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.

============================================

ZAMOŚĆ –  o godz. 15-tej Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.

Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17-tej

Kościół św. Katarzyny, pl. Jaroszewicza Jana, Zamość - zdjęcia

Lekarze mówią to, co „trzeba” mówić, a nie to, co jest prawdą?

Z mediów społecznościowych:

czy lekarze powtarzają to,

co każe mówić rząd?

Lekarze mówią to, co „trzeba” mówić, a nie to, co jest prawdą?

pch24/lekarze-powtarzaja-to-co-kaze-mowic-rzad

(Fot. Pixabay)

Odwrócenie przez amerykański rząd piramidy żywieniowej wzbudziło wiele komentarzy. Jeden z nich zamieścił na platformie Twitter (X) Dawid Pałka, przedsiębiorca i inwestor. Autor nie skupił się na tym, czy tak zasadnicza zmiana zasad odżywiania się – odwrócenie ról diety wysoko-węglowodanowej (pieczywo, makarony, ziemniaki) na rzecz białka, nabiału i zdrowych, niewysokoprzetworzonych  tłuszczów – jest słuszna, czy nie. Zajął się natomiast postawą tak środowisk medycznych.

Tutaj najbardziej dla mnie szokujące [jest to], że po oficjalnym wydaniu tej decyzji przez ministerstwo, American Medical Association, czyli największa organizacja zrzeszająca lekarzy, stwierdziła, że to jest bardzo dobra zmiana, właściwa zmiana; że zdrowe jedzenie jest lekarstwem dla ludzi. Moje pytanie: to co, oni wcześniej o tym nie wiedzieli, to nie wynikało to z jakiegoś stanu wiedzy, z jakichś książek, z badań? Czemu się wcześniej nie odzywali? Czemu wcześniej nic nie mówili? Dopiero kiedy oficjalnie rząd to zaanonsował, to wtedy: „tak popieramy tą zmianę” – zauważył Dawid Pałka.

Według autora, ta sytuacja rzuca cień na wiarygodność gremiów, od których bardzo wiele zależy w kwestii zdrowia publicznego i indywidualnego osób polegających na rekomendacjach uznanych lekarzy.

No to z całym szacunkiem – jeśli tego typu organizacje lekarskie są na łańcuszku rządowych instytucji i ministerstw, to jak my mamy wierzyć w autorytet lekarzy? No bo, wiecie – przypominam się, ja nie jestem foliarzem, tak? –  i nie chcę tutaj mówić złych rzeczy, ale jeszcze kilka lat temu mieliśmy sytuację z pewną pandemią, kiedy oficjalne różnego rodzaju zgromadzenia lekarzy, konsylia mówiły nam pewne rzeczy zgodne z główną linią narracji rządowej – mówił przedsiębiorca.

Czyli co? Faktycznie tak jest? Lekarze mówią to, co „trzeba” mówić, a nie to, co jest prawdą? A jeśli zmienia się główny nurt i główny przekaz, to wtedy zmieniają tą narracje? No bo jak mamy to inaczej, właściwie interpretować? Wytłumaczcie mi to, proszę – poprosił swoich czytelników Dawid Pałka.

=======================

mail:

Przecież dupki, którym kazano wymyślić 'klimatologię” i „groźny efekt cieplarniany”, [a przecież mamy geofizykę i w niej np. meteorologię], też od swego początku powtarzają bzdurne slogany, a nikt ich na razie nie wsadził do więzienia…

Sute dotowanie propagandy Tuska. Ponad 1,65 miliarda popłynęło do TVP

Sute dotowanie propagandy Tuska.

Miliardy popłynęły do TVP

13.01.2026 nczas/sute-dotowanie-propagandy-tuska-miliardy-poplynely-do-tvp/

Zarobki w TVP
TVP Zdjęcie ilustracyjne: PAP/Canva (kolaż)

Telewizja Polska zakończyła rok 2025 z pokaźnym bilansem wpływów z państwowej kasy. W grudniu na konto publicznego nadawcy wpłynęła ostatnia transza środków, zamykając roczną sumę dotacji na poziomie ponad 1,65 miliarda złotych. Mechanizm bezpośredniego finansowania z budżetu stał się nową normą, a przecież miało być inaczej.

Zgodnie z danymi opublikowanymi w serwisie internetowym spółki, tylko w grudniu Telewizja Polska podpisała umowę na dotację w wysokości blisko 49 milionów złotych, choć faktyczny przelew, jaki trafił do nadawcy w ostatnim miesiącu roku, wyniósł ponad 60 milionów złotych.

Przez minione dwanaście miesięcy TVP regularnie otrzymywała finansowe zastrzyki – największe transze zakontraktowano we wrześniu, kiedy umowa opiewała na 715 milionów złotych, oraz w styczniu i kwietniu, gdy było to odpowiednio 350 i 300 milionów. Ostatecznie łączna kwota dotacji w 2025 roku wyniosła 1,655 miliarda złotych.

Strumień publicznych pieniędzy popłynął również do Polskiego Radia, choć w znacznie mniejszej skali. Według wyliczeń wiceministra kultury Macieja Wróbla, przedstawianych we wrześniu w Sejmie, łącznie media publiczne – wliczając w to 17 rozgłośni regionalnych – miały w 2025 roku kosztować budżet państwa, czyli nas wszystkich, nieco ponad 2 miliardy złotych.

Obecny model, w którym media publiczne są dotowane wprost z budżetu, funkcjonuje od początku 2024 roku. Jest to pokłosie decyzji prezydenta Andrzeja Dudy, który zawetował ustawę okołobudżetową zakładającą kontynuację wcześniejszego systemu rekompensat za utracone wpływy abonamentowe, wypłacanych w formie obligacji skarbowych.

Rząd Tuska niby chce to zmienić. Do konsultacji trafił projekt nowelizacji ustawy medialnej, który zakłada całkowitą likwidację abonamentu RTV na rzecz stałego finansowania w wysokości 2,5 miliarda złotych rocznie, waloryzowanego o inflację. Przyszłość tego rozwiązania stoi jednak pod dużym znakiem zapytania, gdyż jego wejście w życie zależy od podpisu prezydenta Karola Nawrockiego.

Dziś, 13-go. Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę. O 15-tej !!

13.01.26 Wałbrzych – Adoracja Najświętszego Sakramentu, Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę. )

12/01/2026 przez antyk2013

13. dnia każdego miesiąca

Króluj nam, Chryste!

Jak zawsze 13. dnia  miesiąca – w wałbrzyskiej kolegiacie Św. Aniołów Stróżów będzie sprawowana Msza św. w intencji Ojczyzny, ale z racji kolędy nie o godz. 18, lecz 15-tej. Stosownie do tego także comiesięczne czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę będzie odpowiednio wcześ­niej, mianowicie od godz. 12 do 15.

Gorąco zapraszam do zimnej kolegiaty, aby zogniskować nasze umysły i serca w jednomyślnej modlitwie o Polskę zawsze wierną oraz w wielu intencjach szczegółowych, od których zależy pomyślność tej ziemi i zwycięstwo mające przyjść przez Maryję, na miarę obietnic, jakie Polska nabyła za niebotyczną cenę wierności Barankowi przez wstawiennictwo Królowej Wniebowziętej!

M.P.

BĄDŹ WIERNY. IDŹ. [„Niezależni sędziowie”].

BĄDŹ WIERNY. IDŹ.

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora.pl/badz-wierny-idz

O uprowadzeniu przez władze amerykańskie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro i jego żony zdołano powiedzieć już bardzo wiele, a w wyniku tej operacji Polska znowu podzieliła się na jej zwolenników, bezrefleksyjnie popierających każde działanie prezydenta Trumpa, jak i przeciwników, mówiących o bezprecedensowym pogwałceniu wszelkich, cywilizowanych norm.

Jako zwolennik działania w poszanowaniu prawa, także międzynarodowego, nie staję oczywiście w grupie pierwszej. Niemniej, dla zachowania rzetelności dziennikarskiej warto przypomnieć, że usunięcia urzędującej głowy państwa nie można określić mianem aktu bez precedensu. Jak podaje Wikipedia w odniesieniu do wydarzeń z grudnia 1979 roku: „Komandosi przeszkoleni przez KGB z grupy Alfa, pod dowództwem pułkownika Grigorija Bojarinowa, wylądowali na lotnisku w Kabulu i zaatakowali pałac prezydencki – Amin został zastrzelony, a jego następcą został Babrak Karmal, cieszący się zaufaniem radzieckich decydentów długoletni agent KGB. W akcji zginął dowódca komandosów, pułkownik Bojarinow, zastrzelony przez pomyłkę przez własnych żołnierzy (dla mistyfikacji radzieccy żołnierze zostali przebrani w mundury afgańskiej armii). Formalnie radziecka interwencja nastąpiła na prośbę rządu Karmala, jednak prośbę tę Karmal podpisał na terytorium ZSRR, a do Kabulu przybył kilka dni po rozpoczęciu inwazji.”

Podobne scenariusze, przez dziesięciolecia, stosowały liczne administracje amerykańskie wobec przywódców co najmniej kilku państw, dokonując skutecznej wymiany rządów, oczywiście zawsze dla dobra ich obywateli i zaprowadzenia demokracji. Ten sam scenopis zostanie wykorzystany lada chwila w Iranie, zresztą nie po raz pierwszy, o czym napiszemy przy innej okazji. Zresztą, w tej historii oba te kraje, czyli Wenezuelę i Iran łączy dużo więcej.

Wobec prezydenta Wenezueli wysunięto zarzuty o zarządzaniu narkotykowym kartelem, który miał rzekomo zalewać Stany Zjednoczone niesławnym fentanylem. Oczywiście, w to nie wierzą już nawet czytelnicy amerykańskich tabloidów, którzy zdają sobie sprawę z tego, że to na terenie ich własnego państwa funkcjonuje prawdziwe zagłębie produkcji tego zabójczego narkotyku, a import półproduktów w głównej mierze prowadzi przez Meksyk i Kanadę. Ale, do rzeczywistych powodów tej operacji powrócimy w kolejnych materiałach.

Dziś pragnę zwrócić Państwa uwagę na kwestię zupełnie pomijaną w mediach głównego nurtu. Otóż, rozprawę wenezuelskiej pary prezydenckiej prowadzi niejaki Alvin Hellerstein, sędzia federalnego Sądu Okręgowego Stanów Zjednoczonych dla Południowego Okręgu Nowego Jorku. Jak podają encyklopedie, ten ortodoksyjny żyd wychował się w Nowym Jorku,   uczęszczał do Bronx Science High School, Columbia College i Columbia Law School. Po ukończeniu studiów prawniczych pracował jako sekretarz sędziego Edmunda Palmieri, służył w Korpusie Sędziów Adwokatów Generalnych Armii Stanów Zjednoczonych i przez kilkadziesiąt lat prowadził prywatną praktykę, zanim w 1998 roku został mianowany sędzią federalnym przez prezydenta Billa Clintona. Był również przewodniczącym Rady ds. Edukacji Żydowskiej. Już wkrótce miał okazję stać się najbardziej znanym sędzią w całym kraju, a to za sprawą ataku na Amerykę z 11 września 2001 roku.

Sięgnijmy do Wikipedii:

  • W 2003 roku Hellerstein zgodził się rozpatrzyć połączoną sprawę główną przeciwko trzem liniom lotniczym, ICTS International NV i firmom ochroniarskim Pinkerton’s Airport Security, właścicielom World Trade Center oraz producentowi samolotów Boeing Co. Sprawę wnieśli ludzie, którzy odnieśli obrażenia podczas ataków z 11 września, przedstawiciele osób, które zginęły, oraz podmioty, które poniosły straty materialne. We wrześniu 2004 r., tuż przed upływem trzyletniego terminu przedawnienia, ubezpieczyciele World Trade Center złożyli pozew przeciwko American Airlines, United Airlines i firmie Pinkerton zajmującej się ochroną lotnisk, zarzucając im, że ich zaniedbania umożliwiły porwanie samolotów.
  • 12 stycznia 2006 r. Hellerstein oddalił ostatnie pozostałe roszczenie dotyczące szkód materialnych przeciwko miastu Nowy Jork, pozostawiając jednocześnie w toku kilka innych pozwów przeciwko innym stronom, między innymi Port Authority of New York and New Jersey. Według agencji Reuters ‘sześciu ubezpieczycieli domagało się od miasta zwrotu kosztów poniesionych w związku z zawaleniem się 47-piętrowego budynku biurowego w pobliżu bliźniaczych wież’. Hellerstein orzekł, że Nowy Jork posiada immunitet państwowy.
  • Służby ratownicze World Trade Center (np. policja i straż pożarna) oraz władze miasta starły się w sprawie pokrycia kosztów leczenia ratowników, którzy przeżyli zawalenie się bliźniaczych wież. 17 października 2006 r. Hellerstein odrzucił wniosek miasta Nowy Jork o oddalenie pozwów, w których domagano się wypłaty świadczeń zdrowotnych.
  • 7 lipca 2008 r. sędzia Hellerstein wydał orzeczenie przeciwko grupie krewnych ofiar zamachów z 11 września oraz ratownikom, którzy przeszukiwali gruzy zawalonych bliźniaczych wież. Grupa ta oskarżyła miasto Nowy Jork o znieważenie szczątków ludzkich, które znalazły się wśród gruzów wywiezionych na miejskie wysypiska śmieci. Sędzia stwierdził, że:

miasto nie ma obowiązku ponownego przeszukiwania gruzów z Ground Zero w poszukiwaniu fragmentów ludzkich szczątków i przenoszenia ich do miejsca, w którym mógłby powstać cmentarz (pozostawiając w ten sposób materiał z Ground Zero na wysypiskach śmieci Fresh Kills). Powodowie nie mają prawa własności do niezróżnicowanej, niemożliwej do zidentyfikowania masy ziemi, która może, ale nie musi zawierać szczątki bliskich powodów. Nie każda krzywda może zostać naprawiona w drodze postępowania sądowego.

Hellerstein wezwał miasto do budowy pomnika i rezerwatu przyrody w tym miejscu. Adwokat rodzin ofiar Norman Siegel skrytykował to orzeczenie – ‘nie jesteśmy gotowi pozostawić setek szczątków ofiar zamachów z 11 września na wysypisku śmieci jako ich ostatecznego miejsca spoczynku’.”

Stanowisko Hellersteina wywołało powszechną falę oburzenia, która znalazła odzwierciedlenie w mediach. Ich większość przedstawiała jednak sędziego jako człowieka niezwykle prawego i uczciwego. W roku 2010, w New York Times ukazał się na jego temat artykuł, zatytułowany „Sędzia o dużej empatii w sprawach zamachów 9/11 przez niektórych postrzegany jest jako osoba stronnicza”. 

„Przez prawie trzy dekady pracy jako prawnik w kancelarii w centrum miasta, Alvin K. Hellerstein z biurowca przy Maiden Lane dzielił widok na wieże World Trade Center z dziesiątkami innych współpracowników. Jednak jako sędzia Sądu Okręgowego Stanów Zjednoczonych na Manhattanie miał wyjątkowe spojrzenie na te wieże — a konkretnie na cierpienie, które trwało długo po atakach terrorystycznych, które zrównały je z ziemią w 2001 roku. Jako sędzia federalny nadzorujący sprawy dotyczące śmierci, szkód majątkowych i obrażeń ciała wynikających z wydarzeń z 11 września, 76-letni sędzia Hellerstein wykazał się wyraźną empatią zarówno wobec rodzin ofiar, jak i pracowników, którzy zachorowali po akcji ratowniczej i porządkowej.”

Nawiasem mówiąc, podobnie teraz, kiedy nazwisko sędziego powróciło na łamy gazet, autorka magazynu FORWARD. Jewish. Independent. Nonprofit przypomniała urywek tego samego artykułu „w którym przeanalizowano jego odrzucenie proponowanej ugody między miastem Nowy Jork a ponad 10 000 ratowników i pracowników sprzątających, którzy twierdzili, że ich zdrowie ucierpiało w strefie Ground Zero. W artykule jeden z prawników stwierdził, że ‘frustrujące’ jest to, iż Hellerstein wydawał się ‘kierować koncepcją sprawiedliwości, która nie jest ujęta w prawodawstwie’.”

W roku 2019, Elias Davidsson w książce „Zdrada Ameryki potwierdzona: 9/11: cel, tuszowanie, bezkarność”, w rozdziale zatytułowanym „Kupowanie milczenia” przybliżył tę postać:

Dziewięćdziesiąt sześć rodzin ofiar zamachów z 11 września odmówiło złożenia wniosku do Funduszu Odszkodowawczego. Chcieli wiedzieć, kto był odpowiedzialny za zamachy z 11 września i dlaczego nikt za to nie odpowiedział. Jednak w sądzie musieli zmierzyć się z sędzią Alvinem K. Hellersteinem, który miał inną koncepcję. Od samego początku starał się on doprowadzić do ugody poza sądem. Opierał się w dużej mierze na prawie rządu do ukrywania dowodów przed wnioskodawcami i szeroko interpretował prawo rządu do zachowania tajemnicy.

Sędzia Hellerstein postanowił również odwrócić tradycyjną procedurę sądową, zgodnie z którą odpowiedzialność jest ustalana przed omówieniem odszkodowań, mając nadzieję, że więcej spraw zostanie rozstrzygniętych poza sądem, gdy rodziny zorientują się, ile pieniędzy mogą otrzymać. Hellerstein zasugerował podczas rozprawy, że hojna oferta finansowa przekona powodów do rezygnacji z poszukiwania prawdy: ‘Pieniądze są uniwersalnym środkiem smarującym’ – powiedział, przyznając później, że jego komentarz był ‘niezręczny’. Dodał, sugerując rodzinom, aby zrezygnowały z poszukiwania prawdy: ‘w jakiś sposób musimy przejść przez 11 września 2001 r. jako kraj i jako jednostki’. Niektóre rodziny wyraziły swoje oburzenie tymi uwagami.

Następnie Hellerstein zaprosił Sheilę L. Birnbaum, członkinię palestry, którą wyznaczył na ‘mediatora’. Jej rolą było doprowadzenie do pozasądowego porozumienia finansowego między liniami lotniczymi, a rodzinami. Napisała, że jedną z ‘przeszkód w osiągnięciu porozumienia’ było to, że wiele rodzin ‘nie miało okazji opowiedzieć o swojej stracie i wyrazić swoich uczuć przed przedstawicielem sądu’ i miało nadzieję ‘osobiście otrzymać wyrazy współczucia z powodu swojej straty od linii lotniczych’. W związku z tym zorganizowała ‘spotkania terapeutyczne’, podczas których rodziny mogły ‘osobiście usłyszeć’ od niej oraz od przedstawicieli linii lotniczych i firm odpowiedzialnych za bezpieczeństwo ‘szczere wyrazy współczucia’ z powodu ich straty ‘zarówno na poziomie oficjalnym, jak i osobistym’. Rodziny miały okazję wyładować emocje, wylać łzy, a następnie były gotowe do rozmów o pieniądzach.

W ten sposób amerykański sąd manipulując rodzinami uniknął obowiązku powiedzenia im prawdy. Po latach batalii sądowych większość rodzin zawarła ugodę bez procesu. Zawarto porozumienie z liniami lotniczymi i firmami ochrony, którego warunki pozostają poufne. Łączna kwota ugody z tymi rodzinami wyniosła prawie 500 milionów dolarów, co daje średnio ponad 5 milionów dolarów dla każdej rodziny. Nie wiadomo, aby któraś z tych rodzin kwestionowała później oficjalną wersję wydarzeń z 11 września.”

Rzeczywiście, rodziny zgromadziły wówczas bogaty zbiór dokumentów i zeznań. Jednak żaden z tych materiałów nie został nigdy przedstawiony przed ławą przysięgłych. Wszystkie sprawy, które trafiły do Federalnego Sądu Okręgowego na Manhattanie, zostały rozstrzygnięte w trybie poufnym pod kierownictwem sędziego Alvina K. Hellersteina, który nadzorował każdą z nich.

Oznaczało to, że uniknięto procesu cywilnego w sprawie 11 września, a sędzia Hellerstein w swoich publicznych wystąpieniach wyrażał z takiego wyniku swoje ogromne zadowolenie. W roku 2011, chyba w pełni zasłużenie, uzyskał status starszego sędziego.

A, żeby nic nie było w pełni oczywiste, sięgnijmy jeszcze na chwilę do innego fragmentu przywoływanego wcześniej biogramu „bohatera” naszej opowieści, który miał także swój udział w rozgrywce z roku 2023, jaka toczyła się między prezydentem Trumpem, a jego ówczesnymi rywalami:

Po tym, jak prokuratura okręgowa Manhattanu postawiła prezydentowi Donaldowi Trumpowi zarzuty karne, Trump przeniósł sprawę do sądu federalnego, gdzie została ona przydzielona sędziemu Hellersteinowi. Sędzia Hellerstein przekazał sprawę z powrotem do sądu stanowego.  Po tym, jak Trump został skazany przez sąd stanowy, ponownie przeniósł sprawę do sądu federalnego przed sędziego Hellersteina, a ten ponownie przekazał sprawę z powrotem do sądu stanowego. Trump złożył odwołanie, a Sąd Apelacyjny Stanów Zjednoczonych dla Drugiego Okręgu przydzielił sprawę sędziemu Hellersteinowi w celu rozpatrzenia czy wyrok skazujący Trumpa powinien zostać przeniesiony do sądu federalnego ze względu na prawo immunitetu prezydenckiego”.

Jak wiemy, ten widowiskowy ping pong zakończył się wraz z wygraną Trumpa w wyborach prezydenckich w 2024 roku, a 10 stycznia 2025 roku sąd udzielił mu bezwarunkowego zwolnienia.

Sędzia Alvin Hellerstein ma dziś… 92 lata (!) i właśnie został wyciągnięty z otchłani dziejów, by ponownie służyć swą niepospolitą wiedzą i doświadczeniem…, właśnie – komu? Trawestując „Przesłanie Pana Cogito” aż chce się zawołać – czyż nie było młodszych?

Sławomir M. Kozak

Region lwowski „spotkał” się z systemem rakietowym Oreshnik

Region lwowski „spotkał” się z systemem rakietowym Oreshnik

KIJÓW I ODESSA PŁONĘŁY.

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 13

Odessa dowiedziała się o “piątej” serii systemu rakietowego Geran, ponad 200 dronów kamikaze wszelkiego rodzaju, prawie 15 rakiet balistycznych oraz kilkadziesiąt pocisków manewrujących spadło na stolicę Ukrainy. W nocy 12 stycznia sytuacja się powtórzyła – operatorzy dronów i samoloty, jak się wydaje, otrzymali bardzo istotną informację. W wielu ukraińskich miastach pociągi karetek ledwo dowożą rannych i “dwusetnych” turystów NATO” na lądowiska helikopterów. Elektrownie cieplne zostały całkowicie zniszczone. Zaopatrzenie NATO zniknęło. W starannie zaplanowanej operacji został zniszczony F-16. Putin podjął brutalną decyzję.

Według Ministerstwa Obrony Rosji, 12 stycznia [pon.] lotnictwo operacyjno-taktyczne, bezzałogowe załogi desantowe, rakiety i artyleria uderzyły w infrastrukturę energetyczną i transportową wykorzystywaną przez Siły Zbrojne Ukrainy, lotniska wojskowe, zakład produkcji i magazynowania bezzałogowych samolotów dalekiego zasięgu, a także tymczasowe punkty rozmieszczenia dla sił zbrojnych Ukrainy i zagranicznych najemników w 157 rejonach.

Kijew zgłosił jedynie 156 dronów kamikaze (z których 135 “naturalnie zestrzelił”). Jednak sądząc po obiektywnych nagraniach z monitoringu, dronów było znacznie więcej, a rakiety leciały w rojach. Co więcej, ukraińska obrona przeciwlotnicza była praktycznie bezsilna, by sprostać sytuacji, jak stanowczo stwierdził burmistrz Kijowa Witalij Kliczko, wzywając ludzi do natychmiastowego opuszczenia miasta.

Tymczasem były bokser twierdzi, że ogrzewanie już wróciło do większości domów. Mieszkańcy Kijowa się z tym nie zgadzają – temperatura w ich mieszkaniach nie przekracza 9 stopni Celsjusza, a mimo to wychodzą na ulice, blokują drogi i domagają się, by Zełenski zajął się problemem.

Nowy dzień – nowy cios

Elektrownie cieplne nr 5 i nr 6 nie zostały jeszcze naprawione po ataku rakietą balistyczną w zeszłym tygodniu, stwierdził Serhij Nagornyak, członek Komitetu Rady Najwyższej ds. Energii oraz Mieszkalnictwa i Komunalnych Spraw Publicznych. Struktury ochronne nie były w stanie ochronić obiektów.

W rezultacie co najmniej dwie elektrownie zaprzestały działalności. Przywrócenie ich działalności, nawet bez nowych „przybyszów” (mało prawdopodobne), jest obecnie praktycznie niemożliwe – niemal cała produkcja energii w centralnej i południowej Ukrainie znajduje się obecnie w krytycznym i awaryjnym stanie, a próby przywrócenia mocy przyniosły kolejne niepowodzenia.

Odessa, Charkow, Sumy – wszystko płonęło

Drugi dzień z rzędu Kijów narzeka, że rosyjskie drony i rakiety latają do Winnicy i Żytomyru. Sądząc po gęstości ataków, cele są niezwykle “wartościowe” i dobrze bronione.

Drony aktywnie atakowały region charkowski, atak na infrastrukturę wojskową i energetyczną. Drony Geran atakowały cele wojskowe w pobliżu Pieczyngów i Czugiewa. Celem było zniszczenie pozycji Sił Zbrojnych Ukrainy, magazynów i stanowisk dowodzenia przygotowujących się do działań bojowych na północ.

Kilka dronów uderzyło w hangary w Zolocziwie, gdzie ukryto działka artylerii i ciężki sprzęt. Na pierwszy rzut oka wydawało się to zwykłym kompleksem rolniczym, ale z militarnego punktu widzenia była to baza pod osłoną infrastruktury cywilnej, relacjonował Lebiediew, powołując się na lokalne podziemie.

Kolejne drony zaatakowały stację kolejową w pobliżu wioski Mayak, położoną na terenie dawnej cegielni. Tutaj rozładowano sprzęt i personel, a zaopatrzenie dostarczano na front i przygotowywano przygotowania do operacji ofensywnych. Dobrze wyważony atak na ten obiekt zakłóca logistykę Ukrainy, ograniczając zdolność koncentracji sił.

Bezzałogowe statki powietrzne uderzyły w miasto Wielki Burluk. Po trafieniu w cele wybuchł pożar na miejscu, a także słychać było wtórne eksplozje, co potwierdzało obecność magazynów amunicji lub sprzętu.

Awaria prądu trwa w regionie Odessy. Na północnych obrzeżach Odessy około 11 dronów zaatakowało stację transformatorową Usatove o napięciu 300 kV. Osiem z nich trafiło w cele, a trzy zostały zestrzelone przez systemy obrony powietrznej.

Celami były stacje transformatorowe, transformatory i linie wysokiego napięcia — kluczowe węzły infrastruktury miasta, które dostarczają energię przemysłowym, wojskowym i logistycznym. Awaria w tej stacji transformatorowej ogranicza zdolność Ukrainy do szybkiego reagowania na działania militarne i stanowi wyzwanie dla ukrytych magazynów i stanowisk dowodzenia w regionie.

Uderzono w duży obiekt wojskowy na północny zachód od Odessy, blisko granicy z Mołdawią. Współrzędne i charakter ataku sugerują, że były to magazyny wojskowe, punkty łączności oraz ukryte bazy ukraińskich grup sabotażowych i rozpoznawczych. Co ważne, ten obszar jest strategicznie powiązany z logistyką zaopatrywania Odessy i kontrolowania frontu południowego. Z powodu częstych, masowych nalotów w ostatnich dniach, dostawy NATO do Ukrainy zostały tymczasowo przerwane.

Bezzałogowe statki powietrzne uderzyły w cel na północ od Czarnomorska. Były to strefy zbiórki sprzętu, zapasy amunicji oraz tymczasowe stanowiska dowodzenia wykorzystywane przez Siły Zbrojne Ukrainy do osłaniania wybrzeża i przygotowania do operacji sabotażowych

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    13 stycznia 2026 michalkiewicz

Właściwie trudno tu mówić o jakiejś niespodziance, skoro Stany Zjednoczone od miesięcy zapowiadały zrobienie porządku z Wenezuelą, a właściwie nie tyle z Wenezuelą, co z Mikołajem Maduro, tamtejszym tyranem, który nie chciał słuchać Amerykanów, tylko obwąchiwał się z Chińczykami i z zimnym ruskim czekistą Putinem, który z kolei nie chce słuchać ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, chociaż przecież powinien – o czym zapewniają nas tubylczy „eksperci” w niezależnych mediach głównego nurtu.

Jeśli w ogóle można mówić o niespodziance, to tylko w tym sensie, że żołnierze ze specjalnego komanda pojmali Mikołaja Maduro w jego własnej sypialni, po czym wraz z jeszcze nieprzytomną z rozkoszy żoną przetransportowali na okręt Iwo Jima, który dostarczył pojmanego tyrana do bazy w Guantanamo, a stamtąd odstawiono go samolotem do Nowego Jorku, gdzie już wkrótce i stanie przez nienawistnym sądem na Brooklynie, który przysoli i jemu i żonie piękny wyrok. Jemu za „terroryzm narkotykowy” i zgromadzenie „karabinów maszynowych” oraz „środków zniszczenia” bez pozwolenia Waszyngtonu. A żonę za co? Tego nie wiemy – ale zawsze możemy odwołać się do chińskiego porzekadła, które nakazuje mężowi, by po powrocie do domu nie zapomniał skarcić żony. Na pewno zasłużyła.

I tak państwo tyranowie mają szczęście, że z Guantanamo nie przewieziono ich na lotnisko w Szymanach, a stamtąd – do Starych Kiejkutów, gdzie amerykańscy specjaliści mogliby ich spokojnie oprawiać, a nasze stare kiejkuty stałyby na świecy, żeby nikt im nie przeszkadzał. Tym razem jednak praworządność zwyciężyła, a na oprawianie przyjdzie czas, jak już oboje tyraństwo znajdą się w więzieniu. To alkowiane pojmanie wenezuelskich tyranów pokazuje, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – bo wygląda na to, że dygnitarze odpowiedzialni za ochronę prezydenta, musieli zostać przekupieni, a tylko prości ochroniarze, zdaje się – Kubańczycy – zostali zastrzeleni.

Doktryna Marilyn Monroe

No dobrze; złowrogi Maduro z żoną zostali pojmani – ale co dalej z Wenezuelą?Wyjaśnił to w krótkich, żołnierskich słowach prezydent Donald Trump – że teraz Wenezuelą będą „rządzić” Amerykanie – dopóty, dopóki nie nastanie tam „sprawiedliwa transformacja”. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy to ludzie – jak wspomina poeta – „mniej mieli kultury lecz byli szczersi” – nazywało się to okupacją – no ale teraz musi nazywać się jakoś inaczej i to nie tylko dlatego, żeby było ładniej, ale również – żeby zachować pozory demokracji.

Rzecz w tym, że ani prezydent Trump, ani nikt z jego administracji, nie informował Kongresu, że będzie prowadził „specjalną operację wojskową” przeciwko Wenezueli, a ściślej – przeciwko tamtejszemu tyranowi. Tym razem operacja w Zatoce Świń udała się nad podziw, toteż jest prawie pewne, że żaden z twardzieli, zasiadających w amerykańskim Kongresie, nie będzie pyskował. Przewidział to wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler twierdząc, ze zwycięzcy nikt nie sądzi. I słuszna jego racja – bo kto będzie sądzony w nowojorskim nienawistnym sądzie? Mikołaj Maduro z żoną.

Wracając tedy do Wenezueli, to ma być tak: zostanie tam przywrócone prawo i sprawiedliwość, które doznały straszliwych paroksyzmów, kiedy to po objęciu władczy w Wenezueli przez Hugona Chaveza, majątek amerykańskich firm został znacjonalizowany, podobnie, jak w 1959 roku na Kubie. Tam jednak operacja w Zatoce Świń się nie udała – ale co się odwlecze, to nie uciecze – więc i na Kubę może przyjść kryska, podobnie, jak na Kolumbię, która wprawdzie Wenezueli pyskowała, ale pyskowała też Amerykanom. Tedy – jak zapowiedział prezydent Trump – amerykańskie koncerny triumfalnie powrócą do Wenezueli, zaczną sprzedawać tamtejszą ropę i inne precjoza, no a potem się rozejrzą, kogo by tu wciągnąć do tubylczej administracji – żeby w Wenezueli również zwyciężyła demokracja. Wydawałoby się, że najpoważniejszą kandydatką jest pani Maria Machado, ale widać, że prezydent Trump dogadywał się również z aktualną wiceprezydentką, zastępczynią Maduro. Wprawdzie pyskuje ona jeszcze siłą inercji, że to „pogwałcenie suwerenności” i że „jedynym prezydentem” jest Mikołaj Maduro – ale jak również do jej sypialni zapukają amerykańscy komandosi, to zaraz zmięknie jej rura i zgodzi się na wszystko, na co tam będzie trzeba.

Amerykanie bowiem przecież sami wszystkiego nie zjedzą, ale okruszkami ze stołu pańskiego podzielą się również tubylcami. Kto wie, może nawet starczy tych okruszków i dla umiłowanego wenezuelskiego narodu, który właśnie znalazł się na początku drogi do wyzwolenia. My, Polacy, którzy byliśmy wyzwalani najpierw przez Armię Czerwoną, a potem – przez pana Daniela Frieda i Władimira Kriuczkowa – wiemy, że wolność – jaka by tam ona nie była – musi drogo kosztować – bo jakby nic nie kosztowała, to znaczy, że nie byłaby nic warta. Toteż i umiłowany naród wenezuelski musi swoją cenę za wyzwolenie zapłacić – i na tym właśnie ma polegać „sprawiedliwa transformacja”. W ten sposób prezydent Donald Trump spełnia swoją obietnicę uczynienia Ameryki znowu „wielką” – co znaczy tyle, że USA powracają do słynnej doktryny Marilyn Monroe, że USA są jedynym hegemonem na półkuli zachodniej i ani Europejsom, ani Azjatom nie wolno tam mącić wody.

Bismarck zaciera ręce

Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że po krótkich wahaniach świat wraca do formuły Ottona Bismarcka „siła przed prawem”. Wszyscy mądrale podkreślają bowiem, że operacja pojmania złowrogiego Mikołaja Maduro była „sprzeczna z prawem międzynarodowym”, ale jednocześnie zapewniają, że nie będzie z tego powodu żadnych jazgotów. Przeciwnie – jak marzył w 1904 roku rosyjski minister Plehwe, że Rosji przydałaby się „mała zwycięska wojna”, to dlaczego nie miałaby się ona przydać prezydentowi Trumpowi? Dla Rosji wojna japońska zwycięska nie była, a tymczasem w Wenezueli sukces i to jeszcze jaki! Czy w tej sytuacji jakaś Schwein będzie pyskowała przeciwko prezydentu Trumpu, który nie tylko przypiął sobie do wieńca sławy wawrzyn zwycięski, ale jeszcze zapowiada obsypanie Ameryki złotem pochodzącym ze sprzedaży wenezuelskiej ropy i innych tamtejszy bogactw? Jasne, że nie będzie pyskowała, zwłaszcza gdy – jak mawiał kapitan Ryków w „Panu Tadeuszu” – zatka się jej gębę „bankowym papierem” – a tak właśnie będzie, jeśli tylko w Wenezueli nastanie „sprawiedliwa transformacja”. W tej sytuacji szanse Partii Demokratycznej na wygranie wyborów połówkowych a i tych całościowych, raczej dodatkowo zmaleją, dzięki czemu szanse na zahamowanie rewolucji komunistycznej w Ameryce wzrosną, a skoro tam wzrosną, to w zdegenerowanej Europie też.

Ale sukces – jak to sukces – ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Ameryka pokazała, że nie cofnie się przed doprowadzeniem do zrealizowania doktryny Marilyn Monroe – co pokazuje, że okres demokratycznych złudzeń, jaki zapanował po II wojnie światowej, dobiegł końca. Wprawdzie prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze porządek lizboński – ale mówi się trudno; co się stało, to się nie odstanie.

Teraz najwyraźniej wkraczamy w budowę porządku nakreślonego przez Jerzego Orwella w proroczej książce „Rok 1984”, kiedy to polityka światowa sprowadza się do rywalizacji Oceanii, Eurazji i Wschód-Azji, które – chociaż pozostają w permanentnej, chociaż jałowej wojnie – wspólnymi siłami trzymają podległą sobie ludność za mordę przy pomocy ministerstw Prawdy i Miłości, a także przy wykorzystaniu „godzin nienawiści”. Jak się okazuje, jesteśmy w przededniu takiego podziału świata – bo już jest rozkaz, że nienawiść ma zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona – a od tego do „godzin nienawiści” już tylko krok.

Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie, ale i plusy ujemne, bo w tej sytuacji trudno będzie amerykańskim politykom moralizować czy to Chińczyków, czy to Putina, którzy przecież, czy to z Tajwanem, czy z Ukrainą nie robią niczego innego, co właśnie Amerykanie zrobili z Wenezuelą. W tej sytuacji taki na przykład Putin na wszelkie próby moralizanctwa może udzielić wymijającej odpowiedzi, popularnej jeszcze za Chruszczowa – „a u was Murzynów biją”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ordo Iuris: Walka nauczycielki z Kielna z Krzyżem trwała od dawna. Uczniowie podają oburzające fakty

Ordo Iuris:

Walka nauczycielki z Kielna z krzyżem

trwała od dawna.

Uczniowie podają oburzające fakty

pch24.pl/ordo-iuris-walka-nauczycielki-z-kielna-z-krzyzem-trwala-od-dawna-uczniowie-podaja-oburzajace-fakty

(PCh24.pl)

Zrobimy, co w naszej mocy, by nauczycielka, która sprofanowała najświętszy symbol chrześcijaństwa, odpowiedziała za swój czyn” – deklaruje prezes Instytutu Ordo Iuris, mec. Jerzy Kwaśniewski. W publikacji zespołu prawników spotykamy najnowsze wiadomości o tle skandalu ze szkoły podstawowej w Kielnie. Nauczycielka miała przez dłuższy czas toczyć walkę z drogim katolickim podopiecznym symbolem zbawienia.

Od czasu wybuchu głośnego skandalu prawnicy Ordo Iuris są w bliskim kontakcie z uczniami klasy, na oczach której nauczycielka miała wyrzucić symbol religijny do kosza. Wedle informacji, jakie otrzymali, walka o obecność w sali lekcyjnej krucyfiksu trwała od dłuższego czasu.

„Uczniowie walczyli o krzyż już od kilku miesięcy. To oni podjęli zwieńczone sukcesem starania o zawieszenie krzyża w ich sali. Nie spodobało się to jednej nauczycielce, która regularnie zdejmowała krzyż, który ostatecznie, tajemniczo… zaginął. Trzynastolatkowie nie dali za wygraną i przynieśli do szkoły plastikowy krzyż, który zawiesili na starym miejscu. Wówczas doszło do (…) szokujących zajść”, zauważa mec. Jerzy Kwaśniewski.

„Anglistka – przy biernej postawie dyrekcji i organu prowadzącego szkołę – od dłuższego czasu miała dopuszczać się słów i zachowań, które charakteryzowały się nienawiścią na tle wyznaniowym. Według relacji uczniów, kobieta kilkukrotnie wcześniej zdejmowała krzyż ze ściany, który później był tam zawieszany przez katechetkę prowadzącą zajęcia z klasą w tym samym pomieszczeniu. Gdy katechetka została przeniesiona do innej klasy, uczniowie postanowili sami postawić się nauczycielce angielskiego, która uparcie utrzymywała, że krucyfiks nie może znajdować się w klasie i definitywnie go usunęła. Uczniowie postanowili więc… zawiesić nowy krzyż na ścianie”, informuje prezes Instytut Ordo Iuris.

 Wśród osób, objętych wsparciem przez Instytut Ordo Iuris, jest m.in. Pani Agata, matka jednego z uczniów uczęszczających do SP w Kielnie. Wedle relacji kobiety, nauczycielka w dniu skandalu zażądała od jednego z uczniów zdjęcia ze ściany symbolu religijnego, a w wyniku odmowy sama pozbyła się go w oburzający sposób.

– Dokładnie było to tak, że powiedziała do jednego z uczniów: „Zdejmij ten krzyż!”. On powiedział: „Ja tego krzyża nie zdejmę”. W tym momencie nauczycielka weszła na krzesło, zdjęła krzyż i wrzuciła go do kosza z niegodnym nauczyciela komentarzem: „To plastikowe g***o nie będzie tutaj wisieć” i otrzepała ręce z obrzydzeniem – informowała matka.

Pani Agata podziękowała również młodym uczniom za ich dzielną postawę w obliczu antyklerykalnych ataków. – Ci młodzi bohaterowie uczą nas, dorosłych, tym postępowaniem, że nie możemy zdezerterować w tej słusznej sprawie, jaką jest obrona krzyża – komentowała.

Odkąd wiadomości o szokującej sprawie z Kielna obiegły kraj Instytut Ordo Iuris pozostaje w kontakcie z uczniami z Kielna oraz zapewnia im wsparcie prawne.

Źródło: Ordo Iuris
FA

Warszawa minimum

Warszawa minimum

12.01.2026 warszawa-minimum

O mały włos i prezydentem naszego kraju byłby człowiek, który mając PKB wyższe od Słowacji, Wenezueli, Białorusi czy Kenii, nie jest w stanie odśnieżyć miasta.

Tak bardzo uwierzył w to, że planeta mu się spali

image

Wracam przedwczoraj późnym wieczorem z Lublina do Warszawy. Droga kiepska. Pocieszamy się z kolegą, że jak dolecimy pod Warszawę, to będzie dobrze, bo przecież Rafał zorganizował sztab kryzysowy. W TVN-ie było. Wszystko będzie top.

Obstawiamy czy piaskarki będą miały złote klamki czy zwykłe, metalowe. Wjeżdżamy do Warszawy i dopiero wtedy zaczyna się cyrk. Nawet jednej maszyny nie zobaczyliśmy jadąc aż na Wolę. Ani jednej!

I wiecie co się okazało? Że sztab kryzysowy Rafałka polegał na podjęciu arcytrudnej decyzji, że czy postawić w mieście koksowniki czy pięć namiotów z herbatą. Wygrały namioty, bo koksowniki kojarzyłyby się ze stanem wojennym. Nie żartuję.

Żyjemy w mieście, w którym prezydent będzie poił żuli herbatą, gdy Ty, płacąc podatki, będziesz ślizgał się samochodem i nogami w drodze do pracy. Dacie wiarę, że facet ma tu takie poparcie, jak papież w Watykanie? To nie żart.

Warszawiacy, to nie była anomalia pogodowa. To był test z rzeczywistości. Zwykły, zimowy sprawdzian: śnieg, mróz, odpowiedzialność. I jak zwykle został oblany. Bo w tym mieście wszystko musi być symboliczne, wrażliwe i Instagramowe. Problem w tym, że śnieg ma głęboko gdzieś narrację, a lód nie czyta uchwał Rady Miasta. On po prostu jest. I albo ktoś go usuwa, albo łamiesz nogę, rozbijasz auto i słyszysz w odpowiedzi, że „zrobiono wszystko, co było możliwe”.

Warszawa to dziś miasto, w którym władza boi się bardziej skojarzeń niż skutków, bardziej Twittera niż ulicy. Stan mentalny mieszkańców Warszawy to tępa nicość. Jak uderzą dupą o chodnik, to sami od razu ocenzurują sobie wszystkie złe słowa, które nasuną się w odruchu i pomyślą o Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Jest mi zwyczajnie wstyd. Dziś nie trzeba już umieć rządzić. Wystarczy umieć opowiadać, że śnieg to narracja, lód to pisowski fake news, a gleba zaliczona ryjem to cena za bycie nowoczesnym.

Ale upadłaś, Warszawo!

RAFAŁ,RAFAŁ,RAFAŁ – dajesz

Polska – dylematy marionetki

Polska – dylematy marionetki

Jerzy Karwelis hdziennikzarazy./polska-dylematy-marionetki/

linki

10 stycznia, wpis nr 1390

Europa cały czas myśli o sobie, że jest ważna. Pierwsza kwestia w tym stwierdzeniu, która wymaga wyjaśnienia brzmi: Europa, czyli kto? No, na pewno establishment unijny tak myśli. Tam są wyższościowe urojenia na poziomie wręcz psychiatrycznym. Mania wyższości bierze się z przekonania o odwiecznym trwaniu europejskiego prymatu. Stary Kontynent cywilizacyjnie wypączkował na świat, ale to przeszłość. I, o dziwo, te progresywne elity unijne, lewaccy prorocy przyszłości biorą swe poczucie wyższości z przeszłej roli, którą de facto kontestują. Siła Europy, tego w końcu półwyspu Eurazji, brała się z niesamowitej energii do zdobywania świata, podporządkowania go sobie wedle wzorców własnego modelu, który okazał się – wtedy – mocno dominujący, agresywny, ale i skuteczny. Te czasy już minęły, ale o przyczynach tego procesu nie będziemy tu mówić. Skupmy się na pierwszym wniosku – europejscy przywódcy wciąż przeszacowują swoje znaczenie, co zostało ostatnio poddane przez Trumpa próbie niszczącej. Z niszczycielskimi skutkami.

W ramach „propagandy sukcesu” unijnego projektu w wyższościowe zapędy uwierzył również lud europejski. Ten też ma poczucie wyższości nad innymi kontynentami. Staje się powoli, jak mesjanistyczna ideologia Polski, depozytariuszem wartości w świecie najeżonym przeciwnymi przykładami skuteczności siły. Wypiera fakty, jest kompensacyjną reakcją na przegraną. Oddala się w dziedzinę ułudy, ale na pożytek narracyjny. Mamy widzieć tylko pięknego łabędzia wartości, pływającego po aksjologicznym jeziorze, podczas gdy pod jego powierzchnią czarne łapy korporacjonizmu mielą korupcyjną wodę. Jest to więc pokazówa. Lud ma wierzyć, że jest o poziomy wyżej od głupich Jankesów, co dopiero od jakichś tam egzotycznych skośnookich. I wierzy.

W internecie pełno pogardliwych porównań wskazujących na wyższość europejskiego modelu – Europejczycy mają lepsze życie, krócej pracują, mają lepszy socjal i służbę zdrowia od zapieprzających Amerykanów. Tyle, że te wyliczenia widzą także Amerykanie i Trump zadał pytanie – kto za to płaci? Wyszło, że za tę labę, przynajmniej w kosztach bezpieczeństwa Europy, płacą Stany. Zaś zaoszczędzone na tym kwoty Europejczycy przeznaczają na suty socjal, przekupując swoich wyborców, by ci głosowali za tym rozleniwiającym, bo na cudzy koszt, modelem. Ale na końcu tego rachunku są zapracowani Amerykanie, nie dziwota więc, że Trump wyciąga z tego konsekwencje. Biden tego nie robił, bo wtedy to był transatlantycki projekt globalistyczny, ale od kiedy Trump go rozprzęgł cała sprawa pokazała się w świetle faktów w sposób demaskacyjnie widoczny. 

Należy tu jednak poczynić jedno zastrzeżenie do wcześniejszych tu rozważań – w Europie nie jest to de facto „czyste” unijne przywództwo. Od czasu, kiedy zaczęły się zabawy z wojną na Ukrainie okazało się, że w unijnym działaniu uczestniczy i Wielka Brytania, co dowodzi słuszności powiedzenia, że Wielkiej Brytanii łatwiej jest wyjść z Unii, niż Unii z Wielkiej Brytanii. Chodzi o to, że globalistyczne zapędy europejskich elit nie są połączone z unijnym projektem do końca. Mimo decyzji Brytoli w referendum o opuszczeniu Unii i tak Wielka Brytania jedzie ramię w ramię z Brukselą. Łączy ich jedno – projekt globalistyczny, który jest realizowany bez względu na to, czy ktoś należy do Unii czy nie.

Europą rządzi więc bardziej projekt globalistyczny, którego jak widać podzbiorem jest Unia jako taka. Wszak to nie członek Unii – premier Wielkiej Brytanii Borys Johnson – przekonać miał Ukraińców do odrzucenia możliwości pokoju zaraz po przegranej Rosji w pierwszej fazie wojny. Czynił to co prawda za czasów Bidena i w jego – globalistycznym – imieniu, ale wtedy projekt globalistyczny obejmował zarówno USA, jak i Europę. Teraz po antyglobalistycznym resecie Trumpa Europa została z tym globalizmem sama, jak Himilsbach z angielskim. Taką mamy sytuację wyjściową Europy, która jeszcze bardziej uwypukliła się po upublicznieniu dwóch raportów dotyczących strategii Stanów Zjednoczonych.

Czy Europa potrzebna jest Ameryce?

Właśnie – czy Europa w ogóle potrzebna jest Ameryce? Zarysowany w obu dokumentach stan interesów strategicznych USA może wskazywać, że nie bardzo. Stary Kontynent wychodzi w niej na trzeciorzędny obszar strategicznych interesów Stanów. Ważny jest kierunek chiński, bliskowschodni, ostatnio nawet afrykański. Kwestia amerykańskiej dominacji na zachodniej półkuli została już praktycznie zdefiniowana od początku, czego dowodem są ostatnie wydarzenia w Wenezueli.

Zadeklarowany rewolucyjny zwrot w stosunkach z Rosją z odwiecznego wroga na potencjalnego partnera przewraca cały układ prewencyjnego zainteresowania Stanów obroną Europy i zapewnieniem jej bezpieczeństwa. To nie „zemsta” Trumpa na lekceważonych europejskich elitach, ale logiczna konsekwencja zmiany amerykańskiej strategii. Nie dość, że Trump miałby dopłacać do tego wątpliwego interesu – wątpliwego gdyż Europa bierze jego pomoc, ale nie kwituje go poparciem dla Ameryki, wręcz przeciwnie – to jego kalkulacje na zbliżenie z Putinem by odciągnąć go od Chin są sprzeczne z europejskim podżegactwem wojennym, które może doprowadzić do upadku jego subtelnych kalkulacji.

Trump ostrzega, że nie da się wciągnąć w żadne europejskie awantury przeciwko Rosji, Europa z tym zostanie sama. Daje jej gwarancje parasola nuklearnego, ale to wszystko. Ma to otrzeźwić Europejczyków, by nie fikali, bo to oznacza, że w razie W będą mieli do czynienia z wojną konwencjonalną bez Ameryki, a w te klocki Europa jest bezradna. Np. plany zwiększenie armii niemieckiej na 2026 rok wynoszą powiększenie jej składu o 1750 żołnierzy.

Trump w swej strategii zadeklarował sporą wrogość nie wobec Europy jako kontynentu, ale wobec unijnego projektu dla Europy. Ta instytucja bowiem jest powodem osłabienia Europy. Nie to, żeby się tam losami Europy przejmował Trump aż tak by budować jej siłę, ale takie awanturnictwo jak unijne tworzy z Europy obszar nadający się do zwiększenia wpływów Chin, co jest strategicznie nie po drodze Ameryce w jej rywalizacji z jej zadekretowanym wrogiem nr 1. Dlatego zrozumiałe jest, że Ameryka nie jest w stanie do końca odpuścić kontroli Europy. Ale nie będzie to powtórka z rozrywki, że jednak Amerykanie będą stacjonować np. w Niemczech, czy niestety w Polsce – nie. Militarną, a właściwie „konwencjonalną” obecność w Europie Trump sobie może odpuścić. Zostawi sobie pewnie jakieś wysunięte kasztelanie, ale polityczne. Sam zadeklarował, że będą to Węgry, Włochy, Austria i… Polska. Ich dalekosiężnym celem miałby być wewnętrzny demontaż Unii, nie jakieś militarne Międzymorze, bo te miało by być skierowane przeciw Rosji, a ta została zadeklarowana przez Stany jako potencjalny partner.

Co z tą Polską?

Takie usytuowanie partnerów amerykańskich w Europie wymaga jednego – w tych wymienionych krajach mają rządzić przywódcy sprzyjający temu projektowi. Od dawna już wiemy, że żyjemy w czasach kiedy mocarstwa mają wpływ na wybory w prowincjach. Działa to w obie strony – przykład rumuński to nie tylko domena europejskich wpływów. USA też wpływają na różne wybory, tak by wygrał w „demokracjach” ten co trzeba. Jak nie da rady tego zrobić, to wysyła się tam komandosów i porywa wybrańca demokracji, która akurat tutaj nie zrozumiała mądrości etapu i źle wybrała. (Oczywiście z zastrzeżeniem, że np. taki porwany prezydent Wenezueli nie miał nic wspólnego z demokracją, ale jeszcze niedawno był uznawany przez USA, ale być uznawany nagle przestał).

W wymienionej czwórce europejskich krajów mamy raczej nie tyle proamerykańskich przywódców, co raczej antyestablishmentowych w stosunku do projektu unijnego – bardziej niezależnych, realizujących interes narodowy, niż globalistyczny. Taka kalkulacja jak amerykańska zakłada, że ten stan się utrzyma i Amerykanie powinni dbać o to, by tak było. Pierwszą próbę będziemy mieli w kwietniowych wyborach na Węgrzech. Tyle, że w tej czwórce jest jeden wyjątek – Polska.

Nad Wisłą, z woli ludu rządzi wierny uczeń unijnego projektu, w dodatku z potężnym przechyłem nie tyle na unijne interesy, co na interesy niemieckie – Tusk. Ten amerykański plan polskiej kasztelanii jest nie do zrealizowania przy obecnej władzy. Pytanie – co zrobią Amerykanie? Będą czekać dwa lata czy wywiną coś wcześniej. A może oleją Polskę? A jak poczekają dwa lata, to na kogo będą stawiać? Albo kogo też wybudują przez ten czas? Popatrzmy na obecną scenę polityczną pod takim względem: kto by się tam nadawał dla Amerykanów na zmiennika?

Tuski – wiadomo, nie ma co nawet patrzeć w tę stronę. Satelity – nawet nie wiadomo czy się dostaną do Sejmu w wymiarze o czymkolwiek decydującym. Ideologicznie i strategicznie – bezużyteczni. A więc popatrzmy w prawo. PiS – ten się zakiwał, bo nie przewidział, że stawianie na Amerykanów i głoszenie jednocześnie wrogości wobec Rosji może być dla Trumpa nieprzekraczalną sprzecznością. Dlatego teraz PiS siedzi w kącie, bo nie wie co zrobić. Wymagałoby to kompletnej zmiany strategii partii Kaczyńskiego, odszczekania antyrosyjskich dogmatów. A to trudne, zwłaszcza dla twardego elektoratu partii, a tylko taki powoli PiS-owi zostaje. A więc to będzie ciężko.

Konfederacja – też niełatwo. Ostatnie enuncjacje Bosaka na temat krytyki amerykańskiej akcji w Wenezueli pokazują, że też nie bardzo się tam rozumie epokę końca prawa międzynarodowego, które ustępuje przed prymatem siły. Bosak aksjologicznie ma rację, ale znowu – lądujemy w aksjologii, nie w pragmatyzmie dzisiejszych czasów.

Pozostaje więc Braun, ale to dla Amerykanów niepewny interes, też. I to nie dlatego, że może nie przejść przez sito wyborcze. Nawet jak przejdzie skromnie, to może odegrać rolę „języczka u wagi”, z tym, że na tyle kontrowersyjnego, że reszta, tym razem polskiego establishmentu politycznego, nie będzie chciała z nim pójść na koalicję. Ale nie to jest najważniejsze w tej kalkulacji dotyczącej Korony. W sumie postulaty Brauna są zbieżne z intencjami USA, ale mają jeden mankament – nieprzekraczalny dla Amerykanów zarzut antysemityzmu. Nie miejsce tu na roztrząsanie czy to prawda, czy nie. Czy to otwarta wrogość, czy – jak to nazywa Braun – judorealizm? Ważne, że to argument zabójczy w stosunku do potencjału współpracy. Rodzi się w Stanach co prawda rosnący właśnie „judorealizm”, ale nie jest on, przynajmniej na teraz, czynnikiem, który ten dogmat bezwarunkowego kredytowania Izraela – politycznie i finansowo – przez Stany Zjednoczone będzie w stanie zmienić w najbliższym czasie. Tak więc z Braunem będzie ciężko, gdyż akurat na niego, wychodzi, że zgadają się dwie strony – europejska i amerykańska. Na kogo więc mogą w Polsce liczyć Amerykanie?

Wyjście poza paradygmat?

Oczywiście, jeśli do wyborów Amerykanie „wytrzymają” jeszcze te dwa lata, to jest sporo czasu na skonstruowanie jakiegoś nowego podmiotu. To i tak się odbędzie, bo widzieliśmy to praktycznie przy każdych polskich wyborach w XXI wieku. Pisałem i mówiłem o tym fenomenie wiele razy. Powstaje coś nowego, co inkorporuje nadzieję na zmiany, skupia tam naiwnych wierzących, ci głosując „przeciw” systemowi de facto go umacniają, bo nowy wybraniec od razu wchodzi w stary układ plemienny jako przystawka i kolejne nadzieje na zmiany upadają.

A trzeba nam wiedzieć, że cały ten układ III RP pracuje na obniżanie poziomu nadziei na zmiany, a więc wszelkie rachuby na takowe ma systemowo pacyfikować. I tak właśnie – systemowo to robi. Mamy całe ciągi – Palikoty, Biedronie, Petru, Kukizy, ostatnio Polska 2050. Mamy sezonowe partie, które zaraz rozpuszczają się w plemionach. I napięcie społeczne, po eksplozji w akcie wyborczym, zanika, zaś nadzieja na zmiany pada, petryfikując energię kolejnych pokoleń wyborców. Ten model jest wciąż do odtworzenia i zobaczymy tu jeszcze nie jedno, pytanie tylko czy w wykonaniu Amerykanów, skoro, jako dowiedliśmy wyżej, w istniejącej klasie polskiej polityki potencjał jest niewielki.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. To wszystko Amerykanom może załatwić… prezydent Nawrocki. Jest popularny, rośnie mu, jest proamerykański, niesie jakiś powiew potencjału nowości. Nawrocki mógłby w Pałacu stworzyć centrum nowego ruchu politycznego, ale byłaby to duża trudność, bo musiałby odciąć się pośrednio od koneksji z PiS-em. Ale popularność Nawrockiego jest większa niż PiS-u, jest tu więc potencjał, jednak sam skład kancelarii prezydenta wskazuje na duże wpływy Kaczyńskiego w jego otoczeniu. Ma jednak Nawrocki dla Amerykanów jedną podstawową wadę – w kwestii antyrosyjskości reprezentuje samobójczą postawę nieprzejednania wobec Rosji. Te deklaracje, że Polska nie powinna mieć relacji z Rosją (pytanie, to co robi polska ambasada w Warszawie?), odwołanie spotkania z Orbanem, bo ten podał rękę Putinowi, powodują duży zgrzyt i zawód w Waszyngtonie.

Znowu – dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami – nic. A byłoby tak blisko.

Jest więc bardzo prawdopodobne, że Amerykanie postawią na Nawrockiego i dlatego jest zapraszany do Waszyngtonu, gdzie cierpliwie wytłumaczy się mu, żeby sobie z tym PiS-em i Rosją trochę odpuścił. Namagnesuje się go kolejną wersją „mądrości etapu”, tak by zrozumiał perspektywę Ameryki. Program Brauna w ustach prezydenta, minus „antysemityzm” rzecz jasna, byłby strawialny dla Waszyngtonu, bo u Brauna nic nie słychać przeciwko USA, tylko dominują głosy krytyczne wobec wpływów żydowskich w Waszyngtonie. Końcową kwestią jest jak z tego chaosu stworzyć większość w Sejmie, ale – jak to w polityce – trzeba walczyć o swoje mandaty, a potem układać z tego możliwe puzzle.

Czasy

Wiem, to co tu napisałem jest straszne, bo pokazuje cyniczność dzisiejszych czasów dominacji siły. Wybory się organizuje innemu państwu, porywa jego przywódców, podmiotowość państw jest notorycznie wasalizowana. Ale tak jest i trzeba to wziąć pod uwagę. Nie piszę, żeby to bezwarunkowo akceptować, ale na pewno nie udawać, że tak nie jest. Nawet gdyby się chciało z tym walczyć, to i tak wymaga to pragmatycznej diagnozy, nawet, a właściwie przede wszystkim, jeśli jest ona porażająco smutna. Wtedy dopiero można przewidzieć swoją optymalną rolę w tym układzie. I próbować ją wyegzekwować. Bez tego będziemy pobywać „w dziedzinie ułudy, kędy zapał czyni cudy i w nadziei obleka złote malowidła”. A obok będzie się toczyć zwykłe, pragmatyczne życie, które zawsze wygrywa z marzeniami. A taki upadek, z tak coraz większej wysokości złudzeń, boli coraz bardziej. Zwłaszcza jeśli niczego nie uczy na przyszłość.  

W swej historii czasy swej wielkość zawdzięczaliśmy narodowemu pragmatyzmowi uosabianemu w silnym przywództwie, dziś rządzą nami lokajskie cwaniaczki wywindowane na swe stanowiska przez patologiczny system demokracji. Nie jesteśmy potęgą, ale mamy potencjał o wiele większy, niż ten z którego korzystamy. Jak podejdziemy do tego pragmatycznie, to coś z tego będzie. Możemy skorzystać, ale nasz wewnętrzny system, który nam tu zafundowano lata temu jest na tyle dysfunkcjonalny, że nie jest w stanie sam z siebie wyłonić skutecznego przywództwa.

Nie dziwmy się więc, że może chcieć to zrobić ktoś inny, z zewnątrz, nawet dla własnej korzyści. Skoro innej drogi nie ma, to wypadałoby chyba z niej skorzystać, kiedy na tym możemy i my coś ugrać. Tak nisko upadliśmy, ale jest to dno, które ma tę zaletę, że można się od niego odbić, wypływając na powierzchnię własnej podmiotowości.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Süddeutsche Zeitung: „Na uratowanie UE zostało niespełna dwa lata”

Süddeutsche Zeitung: „Na uratowanie UE zostało niespełna dwa lata”

12.01.2026 tysol/s-ddeutsche-zeitung-na-uratowanie-ue-zostalo-niespelna-dwa-lata

Unia Europejska może nie przetrwać w obecnym kształcie – ostrzega niemiecki dziennik Süddeutsche Zeitung. Według autora felietonu red. Josefa Kelnbergera kluczowe będą najbliższe dwa lata, a szczególnie wybory we Francji i w Polsce w 2027 roku. Jeśli wygra w nich prawica, liberalny projekt UE może się rozpaść.

„Piąty jeździec apokalipsy” i wizja upadku UE

W tekście opublikowanym 12 stycznia 2026 roku Josef Kelnberger pisze, że niemiecką debatę publiczną straszą dziś „czterej jeźdźcy apokalipsy” – wzrost poparcia dla „skrajnej prawicy”, kryzys gospodarczy, wojna światowa i katastrofa klimatyczna. Każdy z nich ma, jak ironicznie zauważa autor, twarz Donalda Trumpa.

Jednocześnie – jak podkreśla – ignorowany jest „piąty jeździec apokalipsy”: upadek Unii Europejskiej, który może się wydarzyć już za dwa lata. 

UE jako sojusz liberalnych państw demokratycznych umrze, jeśli w wyborach we Francji i Polsce w 2027 roku wygra prawica – alarmuje Kelnberger.

Kluczowa Francja i Polska

Zdaniem publicysty, zwycięstwo prawicy w tych dwóch krajach uruchomiłoby efekt domina. Twierdzi, że Władimir Putin, Trump i Xi Jinping „będą walczyć o łupy”, a Europie grozi utrata politycznej spójności.

Autor ostrzega też przed konsekwencjami dla Niemiec. Według niego w takim scenariuszu do władzy może dojść AfD, kierując państwem dysponującym „najsilniejszą armią na rozpadającym się kontynencie”.

Strach w Brukseli

Kelnberger zaznacza, że wizja rozpadu UE nie jest jedynie publicystyczną fantazją. Jak pisze, podobne obawy coraz częściej pojawiają się w rozmowach „wpływowych osób w Brukseli”. Utyskuje jednak, że „nigdzie w Europie nikt nie wydaje się poważnie martwić o UE”. 

A przecież są powody do paniki. Tylko dzięki sprawnie funkcjonującej UE można bronić liberalnego europejskiego modelu życia.

„Epigon Kaczyńskiego zamiast Tuska”

Felietonista przypomina popularne w Brukseli powiedzenie, że „Europa powstaje w czasach kryzysów”. Tak było przy tworzeniu strefy euro czy wspólnych długach w czasie pandemii. Tym razem jednak sytuacja może być inna.

Istnieją jednak poważne powody, by sądzić, że obecny kryzys jest tym wielkim kryzysem, który nie przyczyni się do rozwoju Europy, ale doprowadzi do jej rozłamu (…) Węgry pod rządami Viktora Orbana już dawno odeszły od podstawowego konsensusu UE w zakresie zasad państwa prawa, ochrony klimatu i w miarę humanitarnej polityki migracyjnej. Słowacja wydaje się podążać podobną drogą. Jeśli jako miarę potraktować wsparcie dla Ukrainy, to Czechy również już się odłączyły. Włoszka Giorgia Meloni nadal pozostaje w konserwatywnym mainstreamie, ale to się prawdopodobnie zmieni, jeśli we Francji rządzić będzie Jordan Bardella zamiast Emmanuela Macrona, a w Polsce epigon Kaczyńskiego zamiast Donalda Tuska. Wtedy UE przechyliłaby się w prawo. A Europa stałaby się w dłuższej perspektywie zbiorem państw kierowanych głównie przez prawicowe siły nacjonalistyczne, bez wspólnego projektu.

Zostały dwa lata

Według autora Unia Europejska ma „niespełna dwa lata”, by udowodnić obywatelom, że działa i daje realną ochronę. Wskazuje, że pojedyncze państwa byłyby wobec wyzwań dzisiejszych czasów bezradne. Jako pozytywny akcent wskazuje umowę UE-Mercosur podkreślając jednak, że „jest to jednak tylko pierwszy, niewielki krok”. 

Do 2027 r. gospodarka europejska powinna znacznie wzrosnąć, nowy budżet w wysokości dwóch bilionów euro powinien być gotowy, a wspólny system azylowy powinien funkcjonować. Dodaje także, iż „UE potrzebuje wspólnej polityki”, wskazując na „europejską armię, która byłaby ostatecznym spoiwem sojuszu”. 

Tak wygląda obraz Unii Europejskiej, która wydaje się przestarzała. Pilnie potrzebuje ona sygnału do zmian – podsumowuje Josef Kelnberger.

Demograficzny dramat na wsi. Dane KRUS: 1,15…

Demograficzny dramat na wsi. Dane KRUS są oczywiste

oprac. MCh farmer.pl/demograficzny-dramat-na-wsi-dane-krus-sa-oczywiste

Wieś traci swoją demograficzną przewagę szybciej, niż jeszcze niedawno się wydawało. Najnowsza analiza pokazuje, że dzietność kobiet na obszarach wiejskich spadła do najniższego poziomu w historii, a różnice między wsią a miastem niemal całkowicie się zatarły. 

Wieś bez dzieci. Historyczny spadek dzietności

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu to właśnie wieś była demograficznym zapleczem kraju. W latach 60. kobiety mieszkające na obszarach wiejskich rodziły średnio ponad trzy dzieci, a różnica między wsią a miastem była wyraźna i trwała. Wysoka dzietność była naturalną konsekwencją modelu życia opartego na rodzinnych gospodarstwach, pracy wielopokoleniowej i ograniczonej mobilności.

Dziś ten obraz należy już do przeszłości. Współczynnik dzietności kobiet na wsi spadł w 2024 roku do poziomu 1,149 – najniższego w historii pomiarów. Oznacza to nie tylko brak zastępowalności pokoleń, ale wejście obszarów wiejskich w fazę tzw. „najniższej niskiej dzietności”, charakterystycznej dla krajów dotkniętych głębokim kryzysem demograficznym. Wieś, która przez dekady amortyzowała demograficzne problemy miast, przestała pełnić tę funkcję.

Co szczególnie istotne, dzietność na wsi niemal zrównała się z dzietnością w miastach. Przez dziesięciolecia to właśnie różnice między tymi obszarami decydowały o stabilności liczby ludności w Polsce. Dziś ten bufor demograficzny zanikł niemal całkowicie, a wieś znalazła się w tym samym kryzysowym punkcie co aglomeracje miejskie.

Coraz starsze matki, coraz mniej kobiet

Jednym z kluczowych czynników spadku liczby urodzeń jest zmiana struktury wiekowej kobiet mieszkających na wsi. Mediana wieku kobiet w 2024 roku osiągnęła poziom 42,8 roku. Oznacza to, że znaczna część mieszkanek obszarów wiejskich znajduje się już poza wiekiem rozrodczym lub na jego granicy, co w oczywisty sposób ogranicza potencjał urodzeń.

Równolegle gwałtownie spada liczba kobiet ubezpieczonych w KRUS w wieku rozrodczym. W ciągu dwóch dekad ich liczba zmniejszyła się o ponad połowę. To pokazuje, że problemem nie jest wyłącznie decyzja o odkładaniu macierzyństwa, ale także szybkie kurczenie się samej grupy potencjalnych matek na wsi.

Dodatkowym czynnikiem pogłębiającym kryzys jest wyraźna dysproporcja płci. W wielu gminach wiejskich mężczyzn w wieku 20–44 lata jest znacząco więcej niż kobiet. W skrajnych przypadkach przewaga mężczyzn sięga 30–40 proc. Takie proporcje realnie ograniczają możliwość zakładania rodzin, prowadzą do trwałego rozpadu lokalnych społeczności i przyspieszają proces depopulacji.

Odpływ kobiet do miast i zmiana modelu życia

Analiza pokazuje, że młode kobiety coraz częściej opuszczają wieś nie tylko z powodów stricte ekonomicznych, ale również edukacyjnych i społecznych. Miasta oferują szerszy dostęp do edukacji, pracy zgodnej z kwalifikacjami, usług zdrowotnych i instytucjonalnej opieki nad dziećmi. Wieś, mimo poprawy infrastruktury w ostatnich latach, wciąż przegrywa w tej konkurencji.

Równocześnie zmienił się sam model funkcjonowania obszarów wiejskich. Rolnictwo, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu było głównym źródłem zatrudnienia i utrzymania rodzin, dziś daje pracę znacznie mniejszej liczbie osób. Mechanizacja, specjalizacja i koncentracja gospodarstw ograniczyły zapotrzebowanie na siłę roboczą, a tradycyjny model rodziny rolniczej – łączącej pracę w gospodarstwie z wychowywaniem licznego potomstwa – przestał być dominujący.

W praktyce oznacza to, że młode pokolenie coraz rzadziej widzi na wsi perspektywę stabilnego życia rodzinnego, a decyzja o migracji staje się nie tyle wyborem, co koniecznością.

KRUS kontra ZUS. System, który zniechęca

Jednym z najbardziej praktycznych, a zarazem dotkliwych wniosków płynących z analizy jest wpływ systemu ubezpieczeniowego na decyzje prokreacyjne kobiet. Kobieta ubezpieczona w KRUS otrzymuje zasiłek macierzyński w stałej, relatywnie niskiej kwocie, podczas gdy kobieta pracująca na etacie w systemie ZUS dostaje świadczenie powiązane z jej wcześniejszym wynagrodzeniem.

Różnica ta rośnie wraz z poziomem dochodów i w praktyce oznacza, że macierzyństwo na wsi jest finansowo znacznie słabiej zabezpieczone niż w mieście. Dualizm systemów KRUS i ZUS, który przez lata był postrzegany jako element specyfiki wsi, coraz częściej działa jako czynnik zniechęcający młode kobiety do pozostania na obszarach wiejskich.

W efekcie decyzja o migracji do miasta bywa podejmowana nie tylko ze względu na pracę, ale również w celu uzyskania lepszego zabezpieczenia socjalnego na etapie zakładania rodziny.

Opieka nad dziećmi – problem nie tylko finansowy

Istotnym czynnikiem wpływającym na decyzje o posiadaniu dzieci jest także dostęp do opieki instytucjonalnej. Programy wsparcia dla rodzin w praktyce faworyzują tych, którzy mogą korzystać ze żłobków lub opieki niani. Na wsi, gdzie dostęp do takich usług jest ograniczony lub zerowy, oznacza to realne nierówności.

W wielu gminach kobiety nie mają alternatywy – pozostają w domu z dzieckiem i otrzymują niższe wsparcie niż ich rówieśniczki w miastach. To pogłębia poczucie wykluczenia i wzmacnia migrację młodych kobiet, które poszukują nie tylko pracy, ale też systemowego wsparcia w łączeniu macierzyństwa z aktywnością zawodową.

Depopulacja i jej długofalowe skutki

Ujemny przyrost naturalny stał się na wsi normą. W zdecydowanej większości powiatów liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń. Skutkiem jest wyludnianie się całych obszarów, zamykanie szkół, oddalanie usług publicznych i narastające problemy infrastrukturalne.

Proces ten ma charakter samonapędzający się – im mniej mieszkańców, tym trudniej utrzymać podstawowe usługi, a im trudniej funkcjonować, tym więcej osób decyduje się na wyjazd. Wieś stopniowo traci zdolność do odtwarzania swojej struktury społecznej.

Co dalej? Bez zmiany polityki trend się nie odwróci

Wnioski płynące z analizy są jednoznaczne. Uniwersalne programy prorodzinne, projektowane głównie z myślą o miastach, nie zatrzymają kryzysu demograficznego na wsi. Potrzebna jest polityka terytorialnie zróżnicowana, uwzględniająca specyfikę obszarów wiejskich.

Wśród kluczowych kierunków działań wymienia się wyrównanie świadczeń macierzyńskich w systemach KRUS i ZUS, rozwój dostępnej opieki nad dziećmi do lat trzech oraz tworzenie atrakcyjnych miejsc pracy dla kobiet poza rolnictwem. Bez takich zmian wieś będzie tracić nie tylko mieszkańców, ale także zdolność do biologicznej i społecznej odnowy.

Model biznesowy pediatrii

Marek Wójcik Model biznesowy pediatrii

9. stycznia 2026 model-biznesowy-pediatrii

We wczorajszym artykule Sasza Łatypowa opisała ze szczegółami model biznesowy pediatrii. Artykuł na sashalatypova.substack.com nosi tytuł: Spójrz na dziecko, zrób zastrzyk, wystaw rachunek! Model biznesowy pediatrii. Źródło.

W tym artykule analizowane są przewrotne zachęty finansowe i mechanizmy „płać za szczepienie”, które leżą u podstaw największej tragedii ludzkiej w znanej historii – masowego zatrucia kilku pokoleń dzieci nieuregulowanymi, nieobciążającymi odpowiedzialnością truciznami, czyli „szczepionkami”.

Mechanizmy płatności egzekwujące pełny harmonogram szczepień CDC i coroczne dawki przypominające (takie jak szczepionki przeciw grypie i COVID) obejmują federalne (Medicaid), stanowe (Medicaid i CHIP), lokalne (Sekcja 317) i prywatne programy ubezpieczeniowe. Przeciętna praktyka pediatryczna uzyskuje około 25% całkowitych rocznych przychodów z bezpośredniej refundacji kosztów szczepionek lub opłat aplikacyjnych. Jednak wpływ na zysk z przychodów ze szczepionek jest znacznie większy niż 25%.

Dzieje się tak, ponieważ istnieje wiele programów „zachęt”, które motywują do niezwykle wysokiego odsetka „pokrycia szczepień” i nakładają „podwyżki” lub stawki składek na całość rozliczeń praktyki pediatrycznej, która osiąga te wskaźniki pokrycia. Inne programy (np. „combo 10”) oferują premie za zaszczepienie każdego dziecka zgodnie z harmonogramem CDC ORAZ coroczną szczepionką przeciw grypie. Departament Zdrowia i Opieki Społecznej (HHS) wypłaca granty bezpośrednio lokalnym departamentom zdrowia na prowadzenie punktów szczepień i promowanie szerszego zasięgu szczepień. Łącznie, w zależności od struktury placówki (Medicaid czy ubezpieczenie prywatne), roczna płatność na lekarza może wynieść od 75 000 do 250 000 dolarów. Przeciętna praktyka pediatryczna po prostu NIE MOŻE utrzymać się na rynku bez programów „płać za szczepienie”.

Traktowanie programu szczepień dzieci w USA i nie tylko, jako świetny sposób na zdobycie kasy przez lekarzy, dokumentuje wydane w lipcu 2025 r. oświadczenie Amerykańskiej Akademii Pediatrii AAP, w którym wzywa wszystkie stany, terytoria i Waszyngton do zniesienia wszelkich niemedycznych zwolnień ze szczepień – w tym zwolnień opartych na religii, sumieniu lub osobistych przekonaniach:

AAP opowiada się za wyeliminowaniem zwolnień z obowiązku szczepień z przyczyn niemedycznych, gdyż są one sprzeczne z optymalnym zdrowiem jednostki i społeczeństwa. Źródło.

To chyba jest jasne, że chcemy, by nasze dzieci były zdrowe. Dlatego nie możemy pozwolić na to, by wstrzykiwać dziecku autyzm, i wiele innych chorób oraz substancji chorobotwórczych. Ależ szczepienia dzieci są w Polsce przymusowe! Tak, jednak są sposoby, aby uchronić dzieci przed tym bezprawiem. Przepisy i zalecenia się zmieniają, trucizny natomiast pozostaną z dzieckiem do końca życia.

Bywają naturalnie sytuacje, gdzie wizyta u pediatry wydaje się nam konieczna. Nie odradzam od tego, czasem jednak sytuacja przedstawiona na poniższym memie, choć zabawna, może uratować ludzkie życie. Nie zapominajmy, że medycyna jest trzecią po chorobach serca i raku przyczyną śmierci na świecie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Polscy rolnicy spisani na straty

Polscy rolnicy spisani na straty

Arkadiusz Miksa myslpolska

W cotygodniowym programie telewizyjnym z udziałem dziennikarzy różnych, ale w sumie jedynie słusznych mediów, dziennikarka Onetu Małgorzata Gałczyńska z rozbrajającą szczerością przyznała, że na rolnictwie się nie zna kompletnie, ale się wypowie. Otóż według tej pani, niekorzystna dla polskiego rolnictwa umowa Unii Europejskiej z państwami Ameryki Południowej, to nieuchronny element globalizacji. Stwierdziła również, że polskim rolnictwem straszono również kraje Zachodu przed przystąpieniem Polski do UE, a przecież polskie rolnictwo nie dobiło rolnictwa zachodniego. W epilogu swojej wypowiedzi stwierdziła, że interes branży motoryzacyjnej w Polsce jest ważniejszy od polskiego rolnictwa. Tymczasem o branży motoryzacyjnej jako o strategicznej dla swojej gospodarki to mogą mówić Czesi ze swoją Skodą i Tatrą czy nawet Rumuni z Dacią, która dobrze się sprzedaje. My to mamy popłuczyny po branży motoryzacyjnej, więcej produkuje pięciomilionowa Słowacja czy rolnicze Węgry.

W Polsce istnieje w tej chwili nieformalny kombinat w skład, którego wchodzą politycy rządzących Polską ugrupowań, dziennikarze, publicyści, jacyś internetowi patocelebryci oraz zainteresowane korporacje. Oni mówią wprost, że jako nasza elita intelektualna wiedzą lepiej co dla polskiego pospólstwa jest słuszne i dobre. Obiecywano nam Unię równych szans i solidaryzm międzynarodowy, tymczasem liderzy UE z Zachodniej Europy wynegocjowali sobie porozumienie z Brazylią czy Argentyną w ramach którego, ich rolnictwo ma ponieść jak najmniejsze zyski w sektorze rolniczym i jak największe w sektorze przemysłowym.

Negatywne aspekty podpisanej umowy mają wziąć na siebie kraje Europy Wschodniej. One według polityków z Berlina i Paryża i tak już za dużo zyskały na swoim członkostwie w UE, pora na rekompensatę. Tymczasem polscy euroentuzjaści wierzą niewzruszenie wierzą w istnienie brukselskiego Świętego Mikołaja, który od lat bezinteresownie zasila Polskę grubą kasą.

Polscy rolnicy protestują, premier Tusk bagatelizuje ich protesty twierdząc, że protesty są niewielkie i spodziewał się większych. Jednocześnie uruchamia się w mediach społecznościowych spiralę ataków internetowych trolli z obozu Tuska, którzy wrzucają chore z nienawiści komentarze pod adresem polskich rolników. W Polsce zniszczono już skutecznie wizerunek polskiego górnika, teraz przyszła pora na polskiego rolnika. Polskim rolnikom zarzuca się, że najwięcej zarobili na obecności Polski w UE. Dowodem na tę tezę mają być drogie, nowoczesne ciągniki, którymi pracują w polu. Tak, te ciągniki są drogie, ale czy to polski rolnik decyduje po ile są one rolnikom sprzedawane? Te ciągniki nie są formą prestiżu dla rolników, nie kupują ich dla rozrywki, tylko do pracy. To nie jest limuzyna prezesa firmy służąca rozrywce i ego właściciela.

Może te ciągniki byłby tańsze, gdyby były produkowane w Polsce, ale już nie są produkowane, bo zadbali oto kumple Tuska pokroju Janusza Lewandowskiego. Ciągniki byłby tańsze, gdyby rolnicy nie musieli kupować je od niemieckich firm tylko na przykład z Białorusi, gdzie są znacznie tańsze, ale polscy rolnicy nie mogą ich kupować, jeśli chcą otrzymać wsparcie z UE na zakup nowego taboru. Ci spośród polskich rolników, którzy kupili białoruskie traktory mimo pierwotnej zgody na ich zakup mają dziś zwracać całość dofinansowania. Czy ktoś z hejtujących rolników sekciarzy Tuska zdaje sobie w ogóle sprawę, ile sztuk bydła lub trzody chlewnej trzeba sprzedać, żeby kupić taki ciągnik? Czy wy myślcie, że te ciągniki to jest jakaś fanaberia?

W sukurs polskim hejterom idą ukraińscy hejterzy mieszkający w Polsce, którym dedykowane są strony na portalach społecznościowych. Pod postem dotyczącym rolniczych protestów wylała się ukraińska gnojowica w komentarzach. Ukraińcy mieszkający w Polsce nazywają polskich rolników świniami, które wysypywały ukraińskie zboże. Debile, głupcy, zwierzęta i tym podobne określenia pod adresem polskich rolników ze strony nacji, która jest u nas na „gościnnych występach”, tylko dlatego, że polski rolnik nie chciał w Polsce zanieczyszczonego zboża z państwa, które nie przestrzega norm w zakresie upraw, ma niższe koszty produkcji oraz zdecydowanie lepsze warunki wegetacji roślin.

Swoją drogą czy władze polskie, które tak ochoczo biorą się za wyłapywanie w sieci internetowe Polaków przekraczających dopuszczalną krytykę Ukraińców zajmą się w końcu niedopuszczalną ukraińską krytyką pod adresem Polski i Polaków?

Z obrzydzeniem patrzę jak pod protesty rolnicze podłączaj się dziś politycy PiS oraz ich medialne sługusy z Republiki czy „Gazety Polskiej”. Przecież to właśnie PiS przymykał oko na niekontrolowany napływ ukraińskich produktów rolnych do Polski a protestujących wówczas rolników nazywał „ruskimi onucami”, dziś udają amnezję w tym temacie.


Arkadiusz Miksa

Eurobawełna. O logice systemu

Eurobawełna. O logice systemu

Republikaniec


salon24.pl/eurobawelna-o-logice-systemu

W ciągu 1918 roku podbite przez Rosję w XIX wieku narody Azji Środkowej odzyskały niepodległość. Wchodząc w lokalne sojusze ze słabym na tym terenie reprezentacjami Białych, usiłowały zbudować zręby własnych państwowości. Ponowny podbój przez Rosję Czerwoną był długotrwały i krwawy, walki z narodową, antybolszewicką partyzantką trwały jeszcze pod koniec lat 20. Sowieci utrwalając swoje porządki rozumieli, że by przyciągnąć i podporządkować miejscowych nie wystarczy sam kij. Marchewką i projektem przebudowy społecznej i gospodarczej stał się program nawodnienia suchych połaci późniejszego Kazachstanu, Uzbekistanu i Turkmenii wodami rzek Amu-darii i Syr-darii, w celu uprawiania tam na gigantyczną skalę bawełny. Podstawa ekonomii i nowej organizacji społecznej, z przesiedleniami i przemieszaniem ludności tych republik w tle. 

Wielkie budowy kanałów rozpoczęte w latach 30. efekt dały, pola bawełny, zwłaszcza w Uzbekistanie powstały. Jednak dyletancka hydrostrojka, wykorzystująca zaledwie kilka procent przekierowywanej wody (reszta wsiąka do dziś w piach, albo zasila nieistniejące wcześniej słone jezioro Sarykamyskie) dała efekt przez fachowców oczekiwany, ale dla polityków nieznaczący. Po 30 latach od rozpoczęcia programu zaczęło zanikać jedno z największych śródlądowych jezior świata, Aralskie. Z prawie 70 tys km² pozostało 10 tys. km². [Chyba już go nie ma wcale. md]

O nadciąganiu gigantycznej katastrofy ekologicznej wiadomo było od lat 60. XX wieku, ale skoro linia Władzy Radzieckiej musiała być zawsze słuszna, uznano że powstanie i istnienie jeziora Aralskiego jest „oczywistą pomyłką natury”, a bieżące potrzeby społeczeństwa sowieckiego Uzbekistanu są ważniejsze od opinii jakichś tam naukowców. I wuj tam z tymi wszystkimi rybkami, ptaszkami, oraz rybakami i całą reszta mieszkańców wybrzeża. Z jego okolic trzeba było przesiedlić 100 tys. ludzi, niemal wszystkie organizmy zamieszkujące wody Jeziora Aralskiego wymarły (zasolenie), a wśród mieszkańców regionu znacząco wzrosła częstość występowania takich chorób jak gruźlica, tyfus, niedokrwistość, a u noworodków także upośledzenia umysłowe. Jednak do rozpadu Związku Sowieckiego w 1991 polityki nie zmieniono. Jako dziedzictwo pozostała pustynia Aral-kum, 50 tys. km² powierzchni piachu krytycznie zanieczyszczonego pestycydami i pozostałością nawozów sztucznych.

========================================================

Dlaczego zaczynam Anno 2026 od tej odległej czasowo i przestrzenie sprawy? Bo znakomicie ilustruje logikę (a raczej jakiś byt będący odwrotnością logiki) działania niedemokratycznych, lekceważących opinię rządzonych, opartych na ideologii systemów. By istnieć, muszą one wymyślać dla siebie ideologiczne wielkie projekty, które angażując i dając zatrudnienie wielu, ukrywają rzeczywiste intencje Władzy i osłaniają  rozciągającą się za nimi pustkę nieuctwa i głupoty.

Osuwająca się od dawna w euro-marksizm Unia Europejska wymyśliła jako swój motyw przewodni „walkę z klimatem”, przedstawiając zmiany klimatyczne jako efekt antropogeniczny. „Zielona rewolucja” niosąc nowe technologie (a w marzeniach najbardziej chorych ideolo i nowe społeczeństwo, wymieszane migracjami, uwięzione w miastach 15-minutowych), miała w założeniach budować przewagę ekonomiczną rewolucjonistów łaskawie udostępniających za grube money światu swoje „zielone” wynalazki.

Ale świat jakoś nie kupuje „wartości”, zielona energia niestabilnością i gigantycznymi kosztami zabija europejski przemysł. Wyniesienie „nieczystej” produkcji do Chin, w idiotycznym założeniu że Chińczycy są tak głupi, że wiecznie za miskę ryżu będą robić śrubki i inne komponenty dla Białych Bwana, właśnie się skończyło. Azjaci  przejęli technologie, i to oni zarabiają na panelach fotowoltaicznych, wiatrakach, samochodach elektrycznych. I nie tylko.

Rewolucyjna Władza nie może się przyznać do porażki. Trzeba uciec do przodu, więcej zieleni, zaostrzone „cele klimatyczne do 2040”, więcej integracji. Ale za co?

Jednym z sektorów gospodarki europejskiej ,którego wspólną przebudowę można uznać za w miarę udaną, jest rolnictwo. Dziesiątki lat wspólnej polityki rolnej ukształtowały rynek dość drogiej, ale o bardzo wysokiej jakości żywności. Z produkcją poddaną licznym, kosztownym restrykcjom, zwłaszcza co do stosowanych chemicznych środków ochrony i nawożenia.

Teraz Władza Europejska wobec upadku konkurencyjności europejskiego przemysłu kolanem przepycha umowę handlową z krajami Ameryki Południowej, która w zamian za otwarcie ich rynku na artykuły przemysłowe, otwiera rynek europejski na ich artykuły rolne.

Jaki będzie przewidywalny skutek? Rolnictwo południowoamerykańskie nie poddane „eko-restrykcjom” jest tanie, ale co z jakością? Zapomniane u nas i od dawna zakazane pestycydy oraz produkty roślinne GMO popłyną do Europy szeroką strugą. Prawo Kopernika-Greshama ma zastosowanie nie tylko do pieniądza. Tani towar gorszej jakości wyprze droższy, europejski. Rolnicy europejscy będą bankrutować, a produkcji rolnej raz zlikwidowanej tak łatwo się nie odtworzy.

Ale cóż to obchodzi eurokratów? Powiedzą, że postęp wymaga ofiar. A co z bezpieczeństwem żywnościowym, wszak łańcuch dostaw przez Atlantyk nie jest krótki, ani w 100% bezpieczny, zwłaszcza w czasach zagrożeń? Ojtam ojtam, Komisja Europejska się jakoś wyżywi.

Efekty kilkudziesięciu lat pracy rolników i setki miliardów euro wydane na dostosowanie do coraz bardziej wyśrubowanych standardów produkcyjnych zostają wyrzucone arbitralną decyzją polityczną do kosza.

I jakoś nikogo w Brukseli nie wzrusza oczywista nieekologiczność południowoamerykańskiego rolinictwa, niszczenie tamtejszego środowiska naturalnego, wycinanie tlenodajnej dżungli, ani nawet Złe Mzimu ślad węglowy spodziewanego transportu tysiecy ton towarów przez Atlantyk.

Tylko czy efekt popytu dla europejskiego przemysłu jest pewny? Czy Chińczycy są w rzeczy samej tak tępi, że będą nie tylko nadal dostarczać do Europy produkowane u siebie części i komponenty, ale i powiększą ich dostawy na rzecz euro-produkcji na rynek amerykański? Kraje MERCOSUR z całą pewnością nie zamkną swoich rynków dla Chin, ich współpraca ma długą tradycję.

Czy Południowi Amerykanie będą radośnie kupować niemieckie i francuskie samochody, które mimo zniesienia barier celnych i tak będą droższe od chińskich, a jakością także ich już nie biją?

Koszty przekierowywania w ideologicznym szale europejskich rzek i hodowli europejskiej bawełny rysują się coraz wyraźniej. 

Francis Fukuyama, ten od wieszczenia końca historii trzydzieści lat temu wydał w 2024 swoje nowe dzieło, zatytułowane „Zamieszanie z liberalizmem” (przy czym ten jego liberalizm jest dziś zupełnie w znaczeniu anglosaskim, u nas to się nazywa „socjalizm„). Z rozbrajającą szczerością konkluduje, że może i ten liberalizm to się nie całkiem sprawdził, ale przecież tyle już nasza zachodnia cywilizacja zainwestowała w jego rozwój, że za późno jest, by się wycofywać. 

Jakbym znowu słyszał wczesnego Michaiła Gorbaczowa, i opowieści o różnych tam socjalizmach z ludzką twarzą oraz bez błędów tudzież wypaczeń.

Wierzący w Boga a Mu posłuszni. MEM-y III.

——————————————

—————————————-

——————————————-

—————————————–

———————————————————

—————————————————

————————————-

————————————-

———————————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Grenlandia jest polska i wara od niej!

brat Damian grenlandia-jest-polska-i-wara-od-niej

Grenlandia jest polska i wara od niej!

12.01.2026

Trumpa wyprawa na Eskimosów

Kto rządzi światem? Żydzi, masoni i jezuici. Hitler głupi nie był i wszystkich ich zwalczał. Czasami nawet naziści pisali na plakatach: Juden und Jesuiten raus aus Deutschland! – co znaczy: Żydzi i jezuici precz z Niemiec! Kilkanaście lat temu moja prowincja otrzymała z Rzymu polecenie przejęcia opieki duszpasterskiej nad Danią, którą to zadanie wcześniej wypełniali jezuici z Reichu. Jak się okazało razem z Danią dostaliśmy też Grenlandię i czasami ktoś z Polaków musi tam jechać, aby duchowo wesprzeć Eskimosów. Jak tylko usłyszałem o Trumpa zakusach na Grenlandię, czyli na nasze polsko-jezuickie terytoria, postanowiłem, że nasz jacht Xavier, który mamy wodować w marcu, pierwszy rejs wykona na Grenlandię, aby zatknąć tam polską flagę i nie dopuścić ani Trumpa, ani amerykańskich jezuitów, na teren naszej kolonii.

—————————————————–

Ludzie mało obeznani w zawiłościach geopolityki, a szczególnie różne aktorki lub działaczki salonowe, myślą, że to kolejne wariactwo rudzielca, tymczasem trzeba popatrzeć na Grenlandię z innej strony. A konkretnie niech każdy czytelnik popatrzy na zamieszczoną mapę. Otóż przyzwyczailiśmy się patrzeć na mapę świata z Europą po środku. Jeśli popatrzymy na Ziemię z północy, to zobaczymy, że najkrótsza droga dla rakiet z Chin i Syberii (tutaj jest większość arsenału nuklearnego Rosji) do Nowego Jorku i Waszyngtonu prowadzi przez … Grenlandię. Ameryka przede wszystkim z tego powodu już wielokrotnie w XX wieku składała Danii propozycję kupna tej prawie całkowicie pokrytej lodem zamorskiej kolonii, tak jak wcześniej kupiła Alaskę od cara, a Luizjanę od Francji. Ostatni raz propozycję kupna złożył sam Trump podczas swojej poprzedniej kadencji.

Podczas II Wojny Światowej Amerykanie założyli tam bardzo ważną bazę lotniczą, która działa do dzisiaj i kiedyś nawet rozwalił się im tam samolot z atomowymi bombami. Po wojnie Duńczycy chcieli Amerykanów stamtąd wyrzucić, ale się nie udało i musieli się pogodzić z ich żołnierzami. Teraz, kiedy Amerykanie zdają sobie sprawę coraz lepiej z nadciągającej konfrontacji z Chinami (do których może dołączyć Rosja – Trump oczywiście stara się jak może, aby do tego nie doszło) i dlatego właśnie za wszelką cenę chcą wziąć pod kontrolę tę wyspę-kontynent, z militarnego punktu widzenia największy lotniskowiec świata rozmieszczony w super strategicznym miejscu.

Zgadza się, że Trump jest jak małpa z brzytwą i słoń w składzie porcelany, ale niestety jest cholernie skuteczny i co do głównego kierunku to wie, o co mu chodzi, a chodzi mu jak wiadomo o to, aby Ameryka była znowu wielka. I w tym jest niezwykle konsekwentny. Oczywiście ciarki przechodzą po plecach na myśl, że za tym gościem noszą walizkę z czerwonym guzikiem. Ale właśnie jego nieobliczalność jest największym atutem: takie ciarki czuje też Wołodia i Xi. Jedna z deklaracji wyborczych Trumpa: koniec z nielegalną migracją. Media jak mogą pomijają tę informację, ale obecnie nielegalna migracja w USA spadła do poziomu lat 70tych. Schroniska dla emigrantów po meksykańskiej stronie zioną pustką. I jak do tego doszło, czego nie można było zrobić od dziesięcioleci? Trump przycisnął seniorę Sheinbaum (typowo latynoskie nazwisko 😉 i okazało się, że Meksyk jednak może coś z tym zrobić.

32 Kubańczyków broniło Maduro – co nam dużo mówi o suwerenności Wenezueli oraz zaufaniu między prezydentem i jego narodem. Wenezuela stała się ekspozyturą Rosji, Chin, a nawet Iranu. I co? I nic. Obama i Biden patrzyli na to patologiczne państwo z stoickim spokojem, bo ich podejście do bezpieczeństwa własnego kraju było dosyć pasywne. Ameryka słabła na własne życzenie. Przykład tego sromotna ucieczka z Kabulu. Duża część wyborców demokratów myśli mniej więcej tak: Kto był gorszy Stalin czy Hitler? Nie, oczywiście Ameryka! Mao czy Kim Ir Sen? Nie, oczywiście Ameryka! Pol Pot czy Ho-Chi-Minh? Nie, oczywiście Ameryka! Castro czy Chavez? Nie, oczywiście Ameryka! Jest to ta, jak nam dobrze znana, „kultura wstydu”.

Nawet obecny pontyfik ma ten uraz, kiedy na swoim pierwszym wystąpieniu mówił po włosku i hiszpańsku, i ani słowa po angielsku. I tłumacz tym ludziom, że to właśnie dzięki wygranej przez USA wojnie większość Koreańczyków nie musi jeść trawy. Krzyki o okropnościach wojny i o pokoju, ale akurat mam trochę znajomych z Sajgonu i Kuby, a oni na temat amerykańskiego imperializmu mają nie najgorsze zdanie, natomiast gorsze na temat amerykańskiego pacyfizmu. Jaka straszna była Ameryka, która wspierała szacha, a teraz cały Iran skanduje: Pahlawi, Pahlawi.

Po zastanowieniu muszę stwierdzić, że mam wielkie wątpliwości, iż porywając Maduro Trump naruszył zasady prawa międzynarodowego. Co mówi laureatka pokojowego Nobla Seniora Machado: „Słuchajcie, niektórzy mówią o inwazji na Wenezuelę. Mamy rosyjskich agentów, mamy agentów irańskich, mamy ugrupowania terrorystyczne takie jak Hezbollah i Hamas działające swobodnie w zgodzie z reżimem. Mamy kolumbijską partyzantkę, kartele narkotykowe, które przejęły ponad 60% naszej populacji, i które zajmują się nie tylko handlem narkotykami, ale także handlem ludźmi, sieciami prostytucji. To uczyniło z Wenezueli przestępcze centrum obu Ameryk, a reżim podtrzymywał bardzo silny i hojnie finansowany system represji”. Tak więc mamy państwo upadłe, którym zawładnął jakiś rzezimieszek.

W historii zdarzało się wielokrotnie, że jakiś awanturnik i bandyta zawładnął władzą w kraju. Zazwyczaj inny władca go przeganiał i ścinał mu głowę. Trump aresztował tego rzezimieszka, bo Ameryka jak z wieloma innymi bandytami, ma z nim swoje porachunki. Nie ma znaków tego, że Trump chce atakować i niszczyć Wenezuelę, jako państwo, ale chciałby pomoc w tym, żeby przestało być ono jaskinią zbójców i tego chcą też sami Wenezuelczycy, którzy po prostu pragną swoje okupowane przez bandytów państwo odzyskać. Oczywiście, że różni inni bandyci, których Machado wymienia, będę machać nam przed oczami prawem międzynarodowym, by bronić swoich interesów. Pod wojnie na procesach zbrodniarzy naziści też się powoływali na niemieckie prawo, bo przecież ustawy norymberskie faktycznie były w Niemczech prawem. Oprócz prawa stanowionego, istnieje jednak jeszcze Prawo Boże i Prawda.

W ostatnich latach w Ameryce od przedawkowania narkotyków, w tym w dużej mierze od produkowanego w Meksyku fentanylu i w Kolumbii kokainy ginęło nawet ponad 100000 osób rocznie. Można sobie teraz uświadomić ile więcej ludzkich nieszczęść i tragedii szczególnie wśród ludzi młodych. Tej powodzi narkotyków sprzyjała niezwykle nielegalna emigracja. To jednak nie tylko problem zdrowia amerykańskich obywateli, lecz to co raz bardziej kwestia bezpieczeństwa narodowego USA. Biorąc pod uwagę zaangażowanie Rosji, Chin i Iranu w Wenezuelę, która stała się dla Stanów narkotykowym hubem, nie trudno sobie tutaj skojarzyć opiumowych wojen w XIX wieku.

Prezydent Petro i Sheinbaum (obydwaj lewicowcy, a pierwszy nawet wcześniejszy terrorysta) mogą sobie mówić o zwalczaniu karteli metodą „uściski nie pociski”, ale fakty są takie, że siła karteli rośnie, a ofiarą ich działalności są przede wszystkim Stany. Największe sukcesy w walce z narkotykami Kolumbia odnosiła dzięki wsparciu USA, jak np. rozbicie kartelu z Medellín w 1993 roku. Patrząc na to wszystko nie dziwne, że Trump grozi, że sam zrobi w tych krajach porządek, jeśli ich władze nie są w stanie kontrolować własnego terytorium.

Trump najpierw mówi pod wpływem intuicji i emocji, a potem dopiero myśli, po czym Rubio i cała ekipa wyjaśniają mu, że dla sukcesu nie trzeba ciągle wszystkich sąsiadów obrażać. Trump jest ucieleśnieniem swoich wyborców, którzy odreagowują dziesięciolecia przepraszania za to, że Stany Zjednoczone Ameryki istnieją, a także odreagowują odgrywanie roli bezsilnego olbrzyma. Rozwalenie Hezbollahu, Syrii, Iranu, pokój w Gazie, po drodze bombardowanie islamistów w Nigerii, uwięzienie Maduro, a teraz przejęcie irańskiego tankowca (co nagle stał się rosyjskim) – to pasmo niesłychanych sukcesów USA.

Rosja i Chińczycy muszą teraz żyć w coraz większym niepokoju, ponieważ widzą, że pobłażliwe traktowanie USA się skończyło. Nie będzie już tak, że my będziemy kopać po jajach, a nasz przeciwnik może tylko udawać, że nie boli. „Atak” Trumpa na Grenlandię to jasny sygnał dla Putina i Xi żarty się skończyły, i jeśli chodzi o bezpieczeństwo mojego kraju to ja użyję tych środków, które mam w dyspozycji. To nie czasy Obamy, który trochę był prezydentem, trochę lewicowym kaznodzieją, to nie czasy Bidena, który był skoncentrowany na tym, żeby podczas marszu do mównicy nie wypadły mu pieluchomajtki.

Kiedy Snowdena setki dziennikarzy witały na lotnisku w Moskwie, to Putin kpił sobie w żywe oczy z Obamy i mówił, że nasi amerykańscy partnerzy rozumieją, że nam chodzi wyłącznie o wolność słowa. Na takie numery Putin nie może sobie z Trumpem pozwolić, na odwrót musi zagryzać język, aby nie odszczekać Donaldowi, kiedy ten mówi, że Rosja to papierowy tygrys. I dla Ameryki rzeczywiście nim jest, między innymi dlatego, że na własną prośbę osłabiła się wojną na Ukrainie. Rosja, a tym bardziej Chiny trzymane na dystans, silne Stany – to wszystko w interesie Polski i wolnego świata.

W ostatnich dniach nawet Dugin, główny ideolog euroazjatyzmu oraz samego Kremla, nie wytrzymał napięcia i zaczął pleść bzdury, że Rosja jest gotowa „moralnie” na wojnę ze Stanami. Nerwy puściły, bo Ameryka pokazała na koniec zęby, zamiast pupę do bicia. Fajnie było USA besztać wiedząc z doświadczenia, że przy Obamie i Bidenie to mocarstwo było tragicznie przewidywalne w swojej bezsilności, ale to się skończyło. Putin milczy, bo nie ma nic do powiedzenia. Prosi, żeby Trump wypuścił jego marynarzy. Putin wystrzelił co prawda jeden Orzeszek i bynajmniej nie dlatego, że Ukraińcy jakoby zbombardowali jego chatę, tylko żeby choć zrobić wrażenie przed światem, że napina mięśnie. A tu w Iranie znowu demonstracje i nie wiadomo, czy staruszek Chameini je przeżyje. Przyjaciół Rosji zresztą nie pozazdrościć: Łukaszenko, Kim Dzong Un, Xi, Maduro, ajatollahowie, Asad, Kuba i Erytrea. Jakby ich Putin raz zebrał wszystkich na kawie, to można by jednym granatem ulżyć losowi setek milionów mieszkańców naszej planety.

Wróćmy jednak do Grenlandii i terroryzowanych przez Trumpa Eskimosów. Kościół zawsze stoi na pozycji przestrzegania prawa międzynarodowego, negocjacji i zachowania pokoju. Rzeczywiście świat nie może się kierować prawem dżungli. Zarazem jednak każdy kraj ma prawo dbać o swoje interesy i bezpieczeństwo. Kwestia Grenlandii jest dla bezpieczeństwa Stanów niezwykle ważna.

Kilka lat temu podczas mojej wyprawy w Jakucji, kiedy to w ciągu 42 dni przepłynęliśmy 2000 km rzeki Oleniok, na koniec znaleźliśmy się w wiosce Tajmyłyr 100 km od Oceanu Arktycznego. Obecnie żyją tam prawie wyłącznie Ewenkowie łowiący ryby w Morzu Łaptiewych. Cała wioska i tereny w promieniu około jednego kilometra pokryte są tysiącami beczek, zardzewiałymi gigantycznymi cysternami, wrakami transporterów opancerzonych, wojskowych ciężarówek, helikopterów, porzuconymi w czystym polu stacjami radiolokacyjnymi, a nawet kutrami. W czasach radzieckich ta położona na dalekiej północy miejscowość była jedną wielką wojskową bazą. Potem polecieliśmy śmigłowcem na wschód do Tiksi – najbardziej na północ położone miasto na Ziemi. Tiksi-3 to 90% bloków w ruinie, Tiksi-1 – 50% budynków porzuconych i zdewastowanych, ale tuż obok nowy, piękny blok dla … oficerów i ich rodzin. Niedaleko miasta odbudowują się jednostki wojskowe. Putin w ostatnich latach robi ogromne inwestycje na Dalekiej Północy, ciągle jakieś ćwiczenia lub eventu typu: wynurzenie trzech atomowych łodzi podwodnych na biegunie północnym (2021). Jeśli dołożyć do tego związane z ociepleniem klimatu udrożnienie Drogi Północnej i zainteresowanie tym projektem Chin, to nie można się zdziwić, gdyby przy pasywnym zachowaniu Stanów, Eskimosi „poprosili” za jakiś czas o przyłączenie Grenlandii do Rosji.

A po co Danii Grenlandia? Otóż absolutnie po nic. Dania daje Eskimosom subsydia i prowadzi tam badania meteorologiczne. Status samej wyspy jest można by to powiedzieć dosyć dynamiczny, a zupełnie niedawno był dosyć niejasny. Długo o Grenlandię walczyła z Danią Norwegia i jeszcze w 1931 roku udało się jej okupować kawałek tej wyspy. Dopiero w 1951 roku sama Dania uznała Grenlandię za integralną część swojego państwa.

Równocześnie od tego momentu idzie ciągły proces emancypacji Grenlandii i coraz większej niezależności od Kopenhagi, co według większości eskimoskich polityków ma doprowadzić do niepodległości wyspy. W 1982 roku Eskimosi przegłosowali wystąpienie z UE! Przyczyną tego ekolodzy, którzy chcieli Eskimosom zabronić polowania na foki. Grendlandexit był więc pierwszą zapowiedzią Brexitu. Tak więc Dania jest w Unii, a Grenlandia nie! Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Eskimosi się za bardzo bogaci, to znaczy za biedni. Dania pompuje w każdego Eskimosa przynajmniej 10000 Euro rocznie, tak więc Eskimosi przywykli do wygodnego życia i już im się tak za fokami nie chce ganiać. Czy Trump gotów jest fundować im takie dostatnie życie?

Mamy więc pewien konflikt interesów: 350 milionowy kraj chce zabezpieczyć swoje bezpieczeństwo w sytuacji, którą papież Franciszek określił jako „trzecia wojna światowa na raty” i 56 tyś. mieszkańców niezamieszkałej wyspy-kontynentu, którzy oczekują uszanowania swoich praw do niezawisłości. Pięknie mówić o wyższości prawa międzynarodowego, jeśli jego przestrzeganie nie jest dla nas ryzykowne. A co byśmy powiedzieli, jeśliby na Grenlandii żyło 1000 lub np. 100 osób? Jak wiadomo na straży prawa międzynarodowego stoi ONZ, a w jej najważniejszym organie – Radzie Bezpieczeństwa – jest pięciu stałych członków: Chiny, Francja, Rosja, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (nie ma nawet Indii – najludniejszego państwa świata!). Stały członek – to już jest jednoznaczna nierówność państw wobec prawa! I ci stali członkowie mają prawo weta! Gdzie tu równość wszystkich podmiotów prawa międzynarodowego? Samo to prawo daje szczególne przywileje największym mocarstwom! Nie ma co więc bredzić, że głos Grenlandii ma być tak samo słyszany jak USA, bo samo ONZ twierdzi coś przeciwnego. Historia zna wiele przykładów, kiedy podczas działań wojennych zajmowano strategicznie ważne tereny neutralnych państw np. w 1941 r. Islandia zajęta przez Wielką Brytanię i USA, aby zapobiec przejęciu jej przez Hitlera. W takich sytuacjach należy szukać kompromisu i uszanowania interesu obydwu stron. Módlmy się, aby znaleziono rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony, inaczej nasi chłopcy zgodnie z 5 artykułem będą musieli bronić Eskimosów przed marines. Sprawa Grenlandii została otwarta i tak po prostu sama nie ucichnie.

Co sam bym radził Eskimosom z Grenlandii? Po pierwsze ogłosić niepodległość – Duńczycy będą tym zachwyceni, bo pozbędą się poważnego problemu (i płacenia dotacji).

Następnie trzeba zaprosić Donalda na wypalenie fajki pokoju i obgadanie dalszej współpracy, bo wygląda, że na razie z przyczyn finansowych Grenlandia nie może ogłosić niepodległości – po prostu od razu by zbankrutowała. Amerykanie na pewną nie zabronią polować na foki i postarają się, żeby myśliwi żyli dostatnio.

Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

12 stycznia 2026 Paweł Kubala prawy/Niemieckie-media-Koniec-UE-nie-jest-juz-tematem-tabu

Zdjęcie ilustracyjne

Nie zdziwiłabym się, gdyby za dziesięć lat Unii Europejskiej już nie było. Nie z powodu wielkiego wybuchu, ale z powodu stopniowej utraty znaczenia. Traktaty pozostałyby, budynki również. Zniknęłaby tylko idea polityczna, która za nimi stoi – ocenia Sabine Rennefanz na łamach tygodnika „Der Spiegel”.

Wedle publicystki, w UE brakuje przywództwa zdolnego realizować długoterminową strategię. W jej ocenie, politycy skupiają się głównie na cyklach wyborczych. 

Unia Europejska sprawia wrażenie zmęczonej. Nie rozpada się, nie jest niezdolna do działania, ale wewnętrznie osłabła. Nadal funkcjonuje, technicznie i umownie. Jednak nie jest już tak przekonująca. Europa istnieje, ale nie ma już takiej siły – wskazuje.

Rennefanz pisze o kapitulacji kanclerza Niemiec.

Sam kanclerz Friedrich Merz zdaje się nie do końca wierzyć w tę Europę. Niedawno zasugerował Donaldowi Trumpowi, że Stany Zjednoczone mogłyby przynajmniej wybrać Niemcy jako partnera, gdyby nie były zainteresowane Europą. Nie zostało to odebrane jako manewr taktyczny. Raczej jako rezygnacja – zauważa.

W jej artykule nie mogło oczywiście zabraknąć również tradycji lewicowo-liberalnych mediów, czyli straszenia „skrajną prawicą”. W tym kontekście wymienia obecne lub niedawne rządy na Węgrzech, w Czechach, Słowacji, we Włoszech czy w Polsce. Wskazuje też na duże szanse, żeby podobne środowiska doszły do władzy we Francji czy Niemczech. W jej opinii Unia Europejska jest głęboko podzielona w wielu obszarach.

Źródło: dw.com