Prof. Anna Raźny: Czy jest możliwy dialog z Rosją?

Prof. Anna Raźny: Czy jest możliwy dialog z Rosją?

Po pytaniu sformułowanym w tytule należy postawić związane z nim następne:

Czy o dialog z Rosją można pytać teraz, kiedy na Ukrainie nadal trwa wojna kolektywnego Zachodu – USA, Unii Europejskiej, a nade wszystko NATO – z Rosją? Kiedy Polska – zamykając rosyjski konsulat w Gdańsku, ostatni w naszym kraju – sprowadza do zera stosunki dyplomatyczne Warszawy z Moskwą? Kiedy nie wiemy, jaka będzie po tej wojnie nowa mapa Ukrainy, a zatem i Europy, a także – co nie jest wykluczone – Polski?


Właśnie teraz, gdy trwająca na Ukrainie wojna przyspiesza utrwalenie zaistniałego nowego, wielobiegunowego porządku świata, należy te pytania eksponować i szukać na nie odpowiedzi. Należy poddać ocenie obecne stosunki polsko-rosyjskie i zarysować perspektywę przyszłych – powojennych. Każdy kształt tej perspektywy jest niemożliwy bez uwzględnienia rusofobii, która od euromajdanu kijowskiego w 2014 roku opanowała polskie umysły nie tylko w sferze polityki, ale również nauki, kultury, życia społecznego, a nawet religii. Rusofobiczna postawa Polski ma wymiar nie tylko polityczny, ale również cywilizacyjno-kulturowy, psychologiczny, moralny.

Zarysowanie perspektywy dialogu z Rosją musi uwzględniać przezwyciężenie polskiej rusofobii nie tylko w świadomości elit, ale również większości społeczeństwa, poddawanego od lat manipulacyjnej propagandzie antyrosyjskiej. Pytanie o dialog jest pytaniem o możliwość przezwyciężenia najgroźniejszego w rusofobii nastawienia do Rosji i Rosjan – nienawiści, odmawiającej im prawa do istnienia. Tylko afirmacja istnienia – odwzajemnionego ze strony rosyjskiej – może stać się fundamentem naszych wzajemnych pokojowych relacji. Bez pokojowego współistnienia nie może być mowy o dialogu otwierającym pole współpracy. Współistnienie i współpraca zakładają wypracowanie przestrzeni wzajemności.

Owo wypracowanie wymaga przyjęcia przez obie strony dialogu uniwersalnych kryteriów porozumienia. Kryteria polityczne u swej genezy zakładają trudne do przezwyciężenia różnice wynikające z odmiennych geopolitycznych uwarunkowań Polski i Rosji. Łatwiejsze do obustronnej akceptacji są kryteria ekonomiczno-gospodarcze. Te jednak ulegają presji zmiennych napięć wolnorynkowych i dynamiki niekompatybilnych bloków politycznych. Nie mogą wiec stanowić trwałej gwarancji harmonijnego współistnienia, a tym bardziej owocnej dla obu stron współpracy. Jedyne, co łączy Polskę i Rosję, to wartości chrześcijańskie, wspólne dla obu cywilizacji, które ukształtowały nasze narody. Niezależnie bowiem od różniących nas konfesji na poziomie teologicznym oraz dogmatycznym – w obydwu stanowią one ten sam fundament moralny. Zarówno w łacińskiej – z której wyrósł nasz naród, jak i bizantyjskiej, która zbudowała rosyjską tożsamość. W przypadku tej drugiej pomijam czynnik turański, który jako stygmatyzujący ślad po niewoli mongolskiej zaburzał bizantyjskie, wschodnio-chrześcijańskie dziedzictwo Rosji. Obecnie jest on całkowicie marginalny i jako taki nie determinuje jej antropologicznego i aksjologicznego – ściślej – etycznego oblicza. [Ależ skądże! Ogrom na rola plemion wyznających islam, czy oligarchów żydowskich i /lub anty-łacińskich, razem to koło-obłęd, mieszanka cywilizacyj, nie cywilizacja bizantyńska. md]

Po upadku komunizmu i rozpadzie Związku Radzieckiego Rosja stała się bowiem opoką cywilizacji wschodnio-chrześcijańskiej – czego świadectwem jest jej konstytucja – z odwołaniem do Boga – i ustawodawstwo rugujące z jej przestrzeni antychrześcijańską ideologię genderyzmu i wybijające zęby skrajnemu ekologizmowi. Rosyjskie ustawodawstwo chroni zdecydowanie chrześcijan i chrześcijańskie wartości w powiązaniu z wartościami konserwatywnymi – z modelem tradycyjnej rodziny nie obejmującym jej patchworkowej odmiany, z tradycyjnym małżeństwem kobiety i mężczyzny, wykluczającym tzw. małżeństwa homoseksualne, z zakazem w kulturze, życiu politycznym (np. w programach partii politycznych), życiu społecznym, czy wreszcie w oświacie treści genderowych. W tych sferach współczesnej Rosji nie ma powiązań z turańskim wektorem cywilizacyjnym.

Również w tych regionach, w których dominuje ludność innego wyznania – np. islamskiego – czego przykładem jest Czeczenia – obowiązuje ta sama co w Moskwie konstytucja i te same ustawy. Jeśli jeszcze uwzględnimy triumfalne po upadku komunizmu odrodzenie chrześcijaństwa nie tylko na poziomie eklezjologicznym, ale również kulturowym i społecznym: seminaria, szkolnictwo, architektura, muzyka, film – gdzie nie ma szans na turańskie wątki i tzw. wartości Zachodu, nade wszystko Unii Europejskiej – koncepcja Feliksa Konecznego o bizantyńsko-turańskim kształcie cywilizacyjnym Rosji upada [życzeniowe poglądy… md] . Ślad turański jest bowiem widoczny jedynie w sposobie sprawowania władzy. Ten zaś sposób możemy przypisać każdemu autokratycznemu prezydentowi, np. Donaldowi Trumpowi.

Teza o odrodzeniu chrześcijaństwa i umocnieniu chrześcijańskiej cywilizacji we współczesnej Rosji nie jest rusofilskim fejkiem Jest faktem potwierdzonym przez dokumenty ustawodawcze, praktykę polityczną, społeczną, oświatową, kulturową Federacji Rosyjskiej. Wiedza Polaków na ten temat jest znikoma. Prawda o chrześcijańskiej współczesnej Rosji została bowiem wyrugowana z rusofobicznego polskiego przekazu. Ten, na który skazane jest polskie społeczeństwo, jest nie tylko fałszywy, ale również demoniczny, ukazujący Rosję jako szatańskie imperium zła.

Jego celem jest umocnienie strachu przed Rosją i przekształcenie go w nienawiść do wszystkiego, co rosyjskie. Ten obraz Rosji konieczny był polskim władzom i wspierającym je elitom w uzyskania akceptacji Polaków dla zaangażowania naszego państwa w wojnie z Rosją na Ukrainie. Fałszywy przekaz o tej wojnie – w której jakoby Ukraina broni naszej suwerenności – umocnił polską rusofobię i pogłębił wszystko to, co nas dzieli – przeciwstawne powiązania geopolityczne i idące za nimi gospodarczo-ekonomiczne, kulturowe, religijne…

Skutecznie natomiast ukrył wszystko to, co nas łączy: nie tylko chrześcijańskie wartości moralne, ale również te idee, które dla historii i geopolityki minionych epok obu narodów miały znaczenie eschatologiczno -metafizyczne i religijne. Dla polskiego była to romantyczna idea Polska Chrystusem narodów, zaś dla rosyjskiego idea Moskwy III Rzymu. Niezależnie od religijnego i politycznego znaczenia tych idei i epok, które je zrodziły, obydwie miały wymiar cywilizacyjno-kulturowy. Adam Mickiewicz w charakterystycznej dla epoki romantyzmu idei posłannictwa Polski widział taką właśnie jej rolę w po-napoleonowskiej Europie, zagrożonej ideami antychrześcijańskiej rewolucji. Cierpienie Polski pod zaborami miało stanowić catharsis dla zagrożonych narodów. Z kolei idea Moskwy III Rzymu – zrodzona z troski o losy chrześcijaństwa wschodniego po upadku Konstantynopola w 1453 roku – miała zminimalizować negatywne dla chrześcijaństwa wschodniego konsekwencje ostatecznego upadku cesarstwa wschodnio-rzymskiego, przejęcie przez Turków Konstantynopola i panowania nad wschodnim basenem Morza Śródziemnego, co otwierało imperium osmańskiemu drogę do podboju Europy. Podboju powstrzymanego dopiero w 1683 roku dzięki zwycięstwu króla polskiego Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

Obydwie te idee były i nadal są świadectwem potencjału mesjanistycznego obydwu narodów. Potencjału realnego, nie zaś utopijnego. Realnego, jak realna jest siła wskazywanych przez te idee wartości łączących naród polski czy rosyjski dla ich obrony. Te mesjanistyczne idee trzeba odczytać na nowo i wykorzystać we wspólnej walce z tymi, którzy doprowadzili do upadku chrześcijańską cywilizację Zachodu, zamieniając ją na cywilizację globalistyczno-liberalno- transatlantycką – współistniejącą jedynie z przejawami tej pierwszej. Taka mieszanka – jak każda mieszanka cywilizacyjna według Konecznego – jest trująca. I taka mieszanka zapanowała w Polsce. [tak md]

Niezależnie od jej zaistnienia, wciąż jest możliwy, a obecnie wręcz konieczny, dialog Polski z Rosją w formie wspólnej obrony wartości chrześcijańskich i konserwatywnych – wyrugowanych z przestrzeni cywilizacyjno-kulturowej dawnego cesarstwa zachodnio-rzymskiego. Jeśli dzięki obecności Rosji w Syrii ocalała ostatnia większa w tym kraju – związana w dziejach Kościoła ze św. Pawłem – enklawa chrześcijańska z centrum w Damaszku, to dlaczego mielibyśmy wykluczyć możliwość współpracy z Rosją w obronie przedstawionych wyżej wartości.

Wykluczyć – co jest w tym wypadku najistotniejsze – należy jej obecność militarną w Europie i Polsce. Wskazana natomiast byłaby gwarancja takiej współpracy w nowej doktrynie bezpieczeństwa europejskiego, uwzględniającej również bezpieczeństwo Rosji. To jest realna perspektywa wspólnego działania. I takie doświadczenie europejsko-rosyjskie, obejmujące również Polskę jako członka NATO mamy za sobą. To doświadczenie przyniosła powstała w 2002 roku Rada NATO-Rosja jako forum dialogu ukierunkowanego na współpracę w kwestiach bezpieczeństwa między państwami członkowskimi Sojuszu Północno-Atlantyckiego i Rosją. Oczywiście, tym bardziej jest realna taka współpraca w ramach stosunków dwustronnych między Polską i Rosją, niezależnie od przynależności do przeciwstawnych bloków militarnych, których wojenne starcie na Ukrainie dobiega końca. Rosja jest nawet lepiej od Polski przygotowana do takiej współpracy, ponieważ nie dopuściła do zapanowania w jej przestrzeni takiej toksycznej mieszanki cywilizacyjnej, jaka zawładnęła Zachodem z Polską włącznie. [Oj, dopuściła.. Może nie tej, ale równie toksycznej md]

To jest kusząca perspektywa nie tylko dla Rosji, która poczyniła już wiele w tym zakresie, ale również dla Polski, która nie chce uznać jej obecnych zasług w walce o respektowanie chrześcijańskich wartości etycznych i kulturowych w świecie poddanym globalnej westernizacji, narzucającej współczesnej ludzkości degradujące ją dwie ideologie: genderyzmu i skrajnego ekologizmu. Rosja je wykluczyła ze swojej przestrzeni cywilizacyjno-kulturowej, Polska je natomiast toleruje, a tym samym włącza do swej przestrzeni – pod hasłami fałszywych praw człowieka i fałszywej demokracji, zrównującej to co zdrowe z chorym, to, co zgodne z bytem z tym, co go neguje.

Pomimo już bardzo istotnych świadectw naszego uczestnictwa w mieszance cywilizacyjnej Zachodu doszło jednak do bardzo ważnego wydarzenia otwierającego realny dialog i realną współpracę Polski z Rosją na poziomie cywilizacyjno-kulturowym. Być może tylko dlatego, że nad tym wydarzeniem rozpostarty był parasol ochronny w postaci Rady NATO-Rosja – zlikwidowany w 2022 roku przez wybuch wojny na Ukrainie.

Tym wydarzeniem było podpisanie w Warszawie 17 sierpnia 2012 roku przez ks. arcybiskupa Józefa Michalika i patriarchę Wszechrusi Cyryla apelu o pojednanie narodów polskiego i rosyjskiego. Niestety nie uzyskał on należnego rozgłosu nie tylko w sferze politycznej i społecznej, ale także religijnej i kulturowej – zarówno w Polsce, jak i w Rosji. Nie wzbudził również zainteresowania badaczy tych nauk humanistycznych i społecznych, które tego typu dokumenty i fakty czynią przedmiotem analiz i interpretacji: religioznawstwa, socjologii, kulturoznawstwa, filologii, aksjologii, politologii, stosunków międzynarodowych.

Podejrzewać można, iż postawa obojętności wobec tego przesłania była rezultatem wciąż głębokich wzajemnych uprzedzeń i kultywowanych stereotypów, nie poddających się myśleniu według wartości. Z drugiej strony to świadome przemilczenie historycznego dokumentu ukształtował koniunkturalizm badawczy i moda na anty-aksjologiczny i anty-epistemologiczny postmodernizm. Popularny także wówczas w Rosji. Natomiast obojętność wobec tego wydarzenia – dokumentu decydenckich centrów religijnych, kulturowych, a nade wszystko politycznych w samej Polsce wynikała prawdopodobnie z zaawansowanych przygotowań Zachodu i jego zbrojnego ramienia jakim jest NATO do wojny z Rosją na terenie Ukrainy.

Z punktu widzenia historii kultury – obejmującej także historię Kościoła Katolickiego w Polsce, historię Cerkwi w Rosji i dzieje ekumenizmu po Soborze Watykańskim II – przesłanie jest wydarzeniem o charakterze fenomenu. Nie ma bowiem przesłanek genealogicznych, nazywanych niekiedy prześmiewczo archeologią wydarzenia. Nie posiada również odbicia w narracjach innych faktów dopełniających jego wymiar. Już pobieżna lektura przesłania skłania do konkluzji, iż mamy do czynienia z próbą przełamania konfliktogennego paradygmatu cywilizacyjnego: Polska – Rosja, ujmowanego w kategoriach napięć między łacinizmem a bizantynizmem i turanem.

Głęboki sens przesłania i jego znaczenie historyczne uwidaczniają się w perspektywie antropologiczno-religijnej oraz antropologiczno-kulturowej. W obu tych perspektywach badawczych pierwszorzędną rolę odgrywa kryterium aksjologiczne, pozwalające określić rolę wartości chrześcijańskich jako wartości uniwersalnych, kształtujących postawy nie tylko pojedynczych osób, ale również społeczeństw i narodów. One też wpływają na charakter kultur narodowych i budowaną na nich cywilizację.
Przesłanie o pojednanie narodów polskiego – rosyjskiego jest świadectwem wciąż żywego jeszcze trwania Polski w cywilizacji łacińskiej – aczkolwiek już nie na każdym jej poziomie – oraz triumfalnego powrotu Rosji do chrześcijaństwa.


Otwarcie na dialog i pojednanie było do tej pory stałą daną cywilizacji łacińskiej, natomiast słabą stroną cywilizacji bizantyjskiej. Można więc mówić o triumfalnym odrodzeniu cywilizacji wschodniego chrześcijaństwa na gruncie rosyjskim – bo wzbogaconego o ten właśnie nowy, nie tylko ekumeniczny, ale również cywilizacyjno-kulturowy dialog. Dokument zapowiada wspólną walkę z negatywną antropologią i dehumanizującą cywilizacją Zachodu oraz współdziałanie w obronie chrześcijańskich wartości. Kulturowe znaczenie tego dokumentu wyraża się w kluczowych jego słowach i pojęciach:
– Dziedzictwo chrześcijańskie Wschodu i Zachodu
– Duchowe oblicze i kultura naszych narodów
– Braterski dialog
– Przebaczenie krzywd i niesprawiedliwości odrzucające zemstę, zakładające jednak pamięć o nich
– Niezakłamana prawda historyczna
– Trwałe pojednanie jako fundament pokojowej przyszłości – mogące się dokonać „jedynie w oparciu o pełną prawdę o naszej wspólnej przeszłości”

Każde z tych pojęć i słów –kluczy jest emanacją chrześcijańskich wartościach moralnych, religijnych i kulturowych. Zakończenie przesłania zawiera ich umocnienie poprzez powtórzenie w innym kontekście i innej formie – politycznej i społecznej.
Apelujemy do wszystkich, którzy pragną dobra trwałego pokoju oraz szczęśliwej przyszłości: do polityków, działaczy społecznych, ludzi nauki, kultury i sztuki, wierzących i niewierzących, do przedstawicieli kościołów – stale podejmujcie wysiłki na rzecz rozwijania dialogu, wspierajcie to, co umożliwia odbudowanie wzajemnego zaufania zbliża ludzi do siebie oraz pozwala budować wolną od przemocy i wojen pokojowa przyszłość naszych krajów i narodów”.

Przesłanie jest przekroczeniem różnic kulturowych i cywilizacyjnych, jest rzeczywistą transgresją, nie zaś jej symulacją czy też dysymulacją, o których mówi Jean Baudrillard1. Wyrasta z historycznej i kulturowej rzeczywistości obu narodów, rzeczywistości obecnej i przyszłej, dotyczy ich obecnej kondycji i rysuje kształt przyszłej. Nie jest symulakrem budującym hiperrzeczywistość utopii. Nie ma tu również zwycięstwa jednej cywilizacji nad drugą, ponieważ przekroczenie ich granic dokonuje się w sferze wartości, nie zaś systemów i budowanego w ich ramach prawa. Podstawowe pojęcia i słowa kluczowe mają charakter odwołania do wartości duchowych, religijnych, kulturowych. Na ich gruncie przesłanie rysuje perspektywę budowania nowej świadomości obu narodów we wzajemnych relacjach, wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu godności każdej osoby i jednocześnie obu narodów.

Przesłanie jest już dokumentem historycznym i trzeba tak na niego spojrzeć. Jego realizacja jest nie tylko poddawana wątpliwościom, ale wręcza odrzucana w ramach trwającej wojny na Ukrainie. Nie zamyka jednak ani powrotu do wzajemnego zaufania, ani tym bardziej nie przekreśla jego uniwersalnych znaczeń.

Sam dokument, a także obecny kształt cywilizacyjny Polski i Rosji zmusza natomiast badaczy kultury do ponownego przemyślenia i rozwinięcia poglądów Feliksa Konecznego. Zwłaszcza tych, które dotyczą tzw. kołobędu Rosji i łacińskości Polski. Z jednej strony mamy bowiem liczne świadectwa wprowadzania do życia społecznego i politycznego, edukacji i ustawodawstwa w Rosji wysokich wartości tzw. konserwatywnych wpisanych w cywilizację łacińską. Z drugiej uczestnictwo Polski w strukturach i podmiotach politycznych Zachodu negujących te właśnie wartości i samą cywilizację łacińską, czego świadectwem jest Traktat Lizboński.

Pytanie o aktualność dokumentu jest truizmem. Jak nigdy do tej pory, jest on bardzo aktualny właśnie teraz – u schyłku wojny na Ukrainie. Faza przygotowań do jego odnowienia powinna się już rozpoczynać i powinna obejmować wszystkie etapy odrzucenia przesłania. Kryzys relacji Polska-Rosja nie jest bowiem kryzysem wartości chrześcijańskich, które wraz z wartościami konserwatywnymi nadal mają udział w kształtowaniu świadomości współczesnych Polaków. Natomiast w Rosji stanowią niezbywalną determinantę kultury i życia społecznego. One też mogą stanowić podstawę dialogu między Polską i Rosją. Mają bowiem charakter wartości uniwersalnych, kształtujących zarówno cywilizację łacińską – do której zaliczana jest Polska – jak i bizantyjsko-turańską, do której zaliczana jest Rosja.

W relacjach polsko-rosyjskich wartości chrześcijańskie jako wartości uniwersalne – moralne, kulturowe i religijne – były zawsze obecne. Nie odgrywały jednak roli najważniejszych i w największym stopniu determinujących charakter tych relacji. Rolę taką od czasów umacniania i poszerzania państwa moskiewskiego zaczęły spełniać wartości polityczne, ekonomiczne, witalne. One też zdecydowały o cywilizacyjnych różnicach między Polską i Rosją, zarówno przedrewolucyjną, jak i porewolucyjną – radziecką.


Po upadku komunizmu w paradygmacie cywilizacyjnym polsko-rosyjskim nastąpiły zmiany nieoczekiwane i nieprzewidziane przez teoretyków cywilizacji łacińskiej – m.in. przez Feliksa Konecznego. Stępiło się ostrze różnic cywilizacyjnych między Polską i Rosją, gdy ta druga po rozpadzie Związku Radzieckiego wróciła do chrześcijaństwa. Przesłanie o pojednanie polsko-rosyjskie jest wyjątkowym świadectwem tego powrotu. Zapowiada wspólną walkę z negatywną antropologią i dehumanizującą cywilizacją Zachodu oraz współdziałanie w obronie chrześcijańskich wartości. Ten właśnie kierunek rozwoju cywilizacyjnego Rosji powinien być dla Polski zachętą do dialogu, który zaowocuje wspólną walką w obronie naszego dziedzictwa duchowego.

Przesłanie nabiera nowego znaczenia w momencie, gdy rusofobia w Polsce osiągnęła punkt kulminacyjny w ramach trwającej ponad cztery lata na Ukrainie wojny Zachodu – USA, UE, NATO – z Rosją. Dla Polaków drogą osiągnięcia w niej pokoju jest przezwyciężenie – z jednej strony rusofobii jako imperatywu prowojennego, militaryzującego jednocześnie wszelkie relacje Warszawy zarówno z Kijowem, jak i z Moskwą.

Z drugiej strony jest również drogą do przezwyciężenie sztucznej ukrainofilii, uniemożliwiającej obiektywną ocenę nazistowskiego oblicza współczesnej Ukrainy. Impulsem dla przezwyciężenia tych dwóch negatywnych aspektów polskiej mentalności – także polityki -niech będzie istotna w wymiarze geopolitycznym niedawna wizyta szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie, świadcząca o otwarciu Waszyngtonu na dialog z Federacją Rosyjską. Natomiast na poziomie cywilizacyjno-kulturowym impulsem dla naszego otwarcia na Rosję winna być jednoczesna w niej wizyta wysłannika Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, arcybiskupa Paula Gallaghera, określona w serwisie informacyjnym Watykanu „Vatican News” mianem „misji pokoju i dialogu”.

prof. dr hab. Anna Raźny

Prof. dr hab. Anna Józefa Raźny (ur. 2 lutego 1944 roku w Batowicach) jest jednym z najwybitniejszych rosjoznawców i politologów. Przez wiele lat była związana naukowo z Uniwersytetem Jagiellońskim (UJ), gdzie pełniła m.in. funkcję dyrektora Instytutu Rosji i Europy Wschodniej. Jest członkiem Rady Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego.

Tekst przemówienia na zjazd Klubów Myśli Polskiej w Garcynie.

Epstein twarzą Zachodu

Epstein twarzą Zachodu

Prof. Anna Raźny

Tzw. afera Epsteina nie jest żadnym tematem zastępczym. To świadectwo epoki, w której władzę, pieniądze i sławę zdobywa się dzięki uczestnictwu – biernemu bądź czynnemu – w pedofilii, przestępstwach seksualnych, handlu ludźmi.

W zeznaniach jego ofiar jest również mowa o praktykach satanistycznych i kanibalizmie. Dokumenty afery to ponure świadectwo upadku moralnego Zachodu, który pod przywództwem USA dążył w ramach globalnej westernizacji do narzucenia braku norm moralnych całej ludzkości. Epstein jest twarzą zdechrystianizowanego, zdemoralizowanego i ostatecznie zdehumanizowanego kolektywnego Zachodu ostatnich dziesięcioleci. Zdehumanizowanego, gdyż  odrzucenie wszelkich norm moralnych jest transgresją w dół w hierarchii istnień, przekraczaniem, które nie uszlachetnia, nie doskonali, nie umacnia duchowo. Jest drogą ku zezwierzęceniu. [Biedne zwierzątka.. Nie mogą protestować. Ja czynię to w ich imieniu. md]

Udokumentowane przez grupę przestępczą Epsteina praktyki dowodzą, iż  świadomie prowokowała ona i umożliwiała przekraczanie norm moralnych przez jej prominentnych gości i klientów ze świata polityki, biznesu, nauki, kultury, sztuki. – Znamienne bowiem jest, iż wśród nich nie ma szarych obywateli, pozbawionych kontaktów z wielkim światem. – Wszystko po to, aby poprzez uczestniczących w aferze przedstawicieli najważniejszych dziedzin życia na Zachodzie mieć wpływ na dalszy ich rozwój – z jednej strony, natomiast z drugiej – narzucić odrzucenie norm moralnych szarej masie jego społeczeństw i tym sposobem sprawować nad nimi władzę. Demoralizacja została bowiem wpisana w program rewolucji kulturalnej jako jej najważniejszy punkt, zmieniający dogłębnie zachodnią cywilizację.

Dokumentowanie działalności Epsteina miało na celu fabrykowanie kompromatów na związane z nim wpływowe osoby i zamierzone ich szantażowanie w realizacji  różnych celów – od czysto politycznych po cywilizacyjno-kulturowe.

W tym punkcie pojawia się pytanie: kto określał owe cele i za czyim pośrednictwem? Częściowa odpowiedź jest zawarta w już opublikowanych dokumentach, wskazujących na służby specjalne, pośród których wymieniany jest Mosad.

Dla politologów i socjologów równie ważne jest pytanie: czy inne służby – nade wszystko amerykańskie – nie wiedziały o przestępczej działalności siatki Epsteina? CIA i FBI? Jeśli służby Stanów Zjednoczonych nie wiedziały, to mamy do czynienia ze spektakularnym świadectwem słabości amerykańskiego państwa. Jeśli wiedziały i tę wiedzę utajniały, mamy do czynienia ze świadomym uczestnictwem tych służb w osłabianiu USA. Natomiast dla badacza problematyki antropologicznej i cywilizacyjno-kulturowej istotne są w dokumentacji Epsteina świadectwa przekraczania norm moralnych i związanych z nimi wszystkich innych norm aksjologicznych jako sposobu bycia elit. Jako współczesny amoralny modus vivendi całego Zachodu, upowszechniany pod patronatem jego liderów  nie tylko w polityce – poprzez wiodące ideologie – ale nade wszystko w kulturze, nauce, edukacji.

Nie ma już elit

Ujawniony w aktach Epsteina mechanizm kreowania władzy w tych sferach poprzez sieć – z jednej strony znajomości i różnych form wpływu, z drugiej – poprzez szantaż i kompromaty – nie istniał samodzielnie. Był ściśle powiązany z mechanizmem kryminalnej działalności tego przestępcy. Kierowanie procesem zdobywania czy też utrzymania władzy w ścisłym powiązaniu z przekraczaniem norm moralnych – od przestępstw po zbrodnie – nie jest niczym nowym. Zwłaszcza, gdy ich przekraczanie wpisane jest  w ideologiczny fundament przemian cywilizacyjno-kulturowych Zachodu.

Takim przypadkiem jest  dokumentacja Epsteina. Nie można jej rozpatrywać w wymiarze wyłącznie polityczno-prawnym. O wiele ważniejszy jest jej wymiar antropologiczny – widoczny na poziomie  cywilizacyjno-kulturowym. Miliony stron tej dokumentacji to zderzenie nowoczesnych technologii zapisu z upadkiem moralnym Zachodu na obecnym etapie rewolucji kulturalnej – dehumanizacji ludzkości. Wiodącą rolę w tym procesie odegrały elity. Ich liderzy w sferze polityki, biznesu, nauki, kultury mają w dokumentacji amoralne twarze – korzystają z usług przestępcy, aby się  nurzać w rozpuście, robić karierę, pogrążyć konkurencję, otrzymać pieniądze na tajne programy naukowe, etc.

Niektórzy korzystali jedynie z umocowań Epsteina w służbach specjalnych i kontaktów ze środowiskami decydenckimi, aby osiągnąć cel niemożliwy do zrealizowania na gruncie obowiązującego prawa – poprzez spisek, który pojawia się w ujawnianych aktach w różnorodnych formach. Jego najdobitniejszym przykładem było planowane zniszczenie – z pomocą siatki Epsteina – papieża Franciszka. Zaproponował je temu przestępcy Steve Bannon, bliski współpracownik Donalda Trumpa z pierwszej kampanii wyborczej i współtwórca MAGA. „Zniszczymy (papieża) Franciszka” – pisał Bannon do Epsteina w czerwcu 2019 roku, określając ówczesnego ojca świętego jako osobę „godną pogardy” i namawiając do ataku na nią przywódcę włoskiej prawicy Matteo Salviniego [i].

[Zostawiam te dziwaczne rozważania o Franciszku. Zadziwiają mnie jednak. Nie będę polemizował… md]

W tym samym materiale (www.polsatnews.pl/2026002-14) cytowana jest trafna ocena współpracy Bannona z Epsteinem w sprawie głowy Kościoła Katolickiego, przedstawiona przez watykanistę. Można ją uznać za jeden z głównych celów przestępczej działalności najgłośniejszego amerykańskiego wip-sutenera: „Ksiądz Antonio Spadaro, urzędnik watykański i bliski współpracownik papieża Franciszka, powiedział CNN, że zachowanie Bannona świadczy o chęci połączenia ‘władzy duchowej z władzą polityczną dla osiągnięcia strategicznych celów’”. Chodzi tu nie tylko o władzę nad Watykanem, ale również o władzę nad całym światem. Nadal, niestety, nie mamy pewności, o czyją władzę chodzi. [Czyżby?? Pani nie chce wymienić ich Pana, Szatana?? md]

Z punktu widzenia cywilizacyjno-kulturowego najistotniejsza na tym styku dwóch rodzajów władzy jest ta, która dotyczy ducha. Gdyby taki  rząd dusz po amerykańsku – zapośredniczony przez przestępcę – był planem odrodzenia duchowego i zarazem moralnego ludzkości, mógłby stanowić pewną formę usprawiedliwienia człowieka Trumpa.

Okazało się jednak, że w tej formie antywatykańskiego spisku szło czołowemu amerykańskiemu konserwatyście tylko o zwycięstwa polityczne jego partii. Co więcej, ani Bannon, ani żaden przedstawiciel amerykańskiej elity nie ma zamiaru kajać się przed swoim narodem, przepraszać za kontakty z przestępcą, domagać ukarania jego wspólników. W szoku są jedynie uczciwi, przeciętni ludzie, nad którymi skompromitowane elity nadal panują i z szatańską pychą demonstrują swoją nietykalną amoralność. Materiały Epsteina pozwalają sformułować tezę, iż elity te stały się – paradoksalnie – awangardą upadku Zachodu, zapoczątkowanego już na pierwszym etapie rewolucji kulturalnej 1968 roku.

Nihil novi sub sole

Amoralność jako podstawową zasadę europejskiej rewolucji odczytał genialnie już w XIX wieku Fiodor Dostojewski w Biesach (1872). Pisarz pokazał ideę rewolucyjną jako produkt zachodniej cywilizacji, który pochłonął umysły ówczesnej inteligencji rosyjskiej i pchnął ją na bezdroża nie tylko polityki i kultury, ale również antropologii i aksjologii. Przedstawiony w powieści nosiciel tej idei Piotr Wierchowieński mówi otwarcie, na czym będzie polegał przewrót w Rosji: na chaosie i wszechogarniającym zepsuciu moralnym. Ten dziewiętnastowieczny rosyjski zwolennik zachodnich idei jest literackim archetypem wszystkich późniejszych rewolucjonistów. Dostojewski jak nikt inny potrafił uchwycić istotę ich mentalności: obłędną fascynację złem. Oni wzniecają wielkie rewolucje po to, aby się upajać ich destrukcyjną siłą.

Przede wszystkim – wykrzykuje Wierchowieński w amoku – będziemy szerzyć zamęt. Przenikniemy w lud. Czy pan wie, że już teraz jesteśmy strasznie silni? Nasi ludzie – to nie tylko ci, którzy rżną i podpalają, nie tylko ci, którzy strzelają czy gryzą. (…) Nauczyciel, który wraz z dziećmi drwi z ich Boga i z ich kołyski – jest nasz. Adwokat, który broni wykształconego zabójcy, powołując się na to, że tamten, stojąc wyżej intelektualnie  od ofiary, musiał zabić, gdyż potrzebował pieniędzy – także nasz. Sztubacy, którzy zabijają chłopa, aby poznać wrażenia zabójcy – są nasi. Przysięgli, którzy uniewinniają zbrodniarzy – nasi. Prokurator, który drży przed sądem, czy nie spadnie nań zarzut braku liberalizmu – nasz, nasz. Administratorzy, literaci, o, naszych jest dużo, strasznie dużo, chociaż sami oni o tym nie wiedzą” [ii].

Ukazany rewolucjonista upaja się szczególną formą totalnego zniszczenia moralnego – rozpustą. „Teraz – kusi Stawrogina, duchowego nauczyciela tytułowych biesów – niezbędne są ze dwa pokolenia rozpusty. Niesłychanej rozpusty, najpodlejszej, która robi z człowieka plugawą, tchórzliwą, okrutną, samolubną istotę. To jest niezbędne. I potrzeba świeżej krwi, aby się człowiek przyzwyczaił” [iii]. Ten obraz rewolucji zamyka odsłona będąca szyderstwem nie tylko z dobra i sprawiedliwości, ale również z prawdy. Na czele przewrotu ma bowiem stanąć najbardziej zdemoralizowany bohater powieści, jakim jest właśnie Stawrogin. Aby lud mu uwierzył i poszedł za nim, rewolucjoniści puszczą pogłoskę, że jest on cudownie pojawiającym się Iwanem Carewiczem – mitycznym bohaterem rosyjskich baśni, dokonującym heroicznych czynów w imię wielkiego dobra.

Przedstawiony 154 lata temu w powieści rosyjskiego pisarza antydekalog rewolucyjnej świadomości jako jej antychrześcijańska determinanta – jawi się w XXI wieku jako aktualny ideowy i aksjologiczny fundament rewolucji kulturalnej. Uległ jedynie rozwinięciu i swego rodzaju „udoskonaleniu” na bazie rozwoju cywilizacyjnego i postępu naukowo-technologicznego. Promowane w kulturze od czasów renesansu przekraczanie chrześcijańskich norm moralnych było stałym impulsem myślenia rewolucyjnego. Drogę tej promocji amoralności  łatwo odtworzyć, sięgając do historii literatur europejskich – rosyjska, na swoje szczęście nie miała w tym wypadku żadnego znaczącego udziału.

Od Decamerona do J. Epsteina

Temat przekraczania obowiązujących w określonej epoce norm moralnych jest stałą daną  literatury światowej od jej zarania. W kulturze Zachodu nabiera szczególnego znaczenia, gdy staje się programowym elementem przemian cywilizacyjnych. Tak było w przypadku Decamerona Giovanniego Boccaccio – powstałego w połowie XIV wieku zbioru 100. nowel, umieszczonego w  1559 roku w Indeksie ksiąg zakazanych.(Indeks librorum prohibitorum). Dlaczego? Ponieważ te opowieści dziesięciorga „szlachetnie urodzonych” mieszkańców (pań i panów) Florencji – chroniących się przed dżumą na wsi – zawierają wątki erotyczne stanowiące tabu w epoce średniowiecza, m.in. zmysłową miłość pozamałżeńską. „Szlachetne urodzeni”, zabijając w ten sposób nudę kwarantanny, odsłaniają jednocześnie mroki swej moralności.

W innej sytuacji nie zdobyliby się na takie opowieści, bo wiedzą o istnieniu czerwonych  linii w obowiązującym wówczas kodeksie moralnym, mają świadomość grzechu i zgorszenia. Tę świadomość ma nade wszystko Boccaccio, który wymyślił dla swoich narratorów kwarantannę, izolującą ich od ludzi. Pierwszy na gruncie literatury krok w odejściu od obowiązujących norm moralnych został już jednak uczyniony. Decameron okrzyknięto zwiastunem nowej epoki – renesansu, który maksymę rzymskiego dramatopisarza Terencjusza „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce” uczynił hasłem ponadczasowym.

Niestety, to właśnie hasło otwarło kulturową puszkę Pandory. Stało się bowiem zaczynem degrengolady renesansowego humanizmu, który rozpoczął długie dzieje tolerancji dla różnych wynaturzeń erotyczno-seksualnych człowieka, skazując go tym samym na chaos moralny i powrót pod tym względem do epoki pogaństwa.

Kolejnym wybuchem z tej puszki była twórczość Donatiena A. F. de Sade, występującego w historii kultury jako Markiz de Sade. Ten skandalista, kryminalista, rewolucjonista, filozof libertynizmu i nade wszystko pisarz drugiej połowy XVIII i początku XIX wieku epatował w swojej twórczości przestępstwami seksualnymi, które łączył z okrucieństwem – noszącym pochodzącą od niego nazwę sadyzmu. Najbardziej reprezentatywne dla jego poglądów są dwie pozycje: Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu oraz Justyna, czyli nieszczęścia cnoty – będące swego rodzaju katalogiem zboczeń seksualnych i jednocześnie credo amoralizmu, sprowadzającego się do negacji Boga, moralności i wszelkich wyższych wartości.

Jego twórczość literacką i libertyńską filozofię można ująć wspólnym mianownikiem: w służbie rewolucji. Nade wszystko francuskiej 1789 roku, która pokazała nie tylko swoje amoralne, ale również antychrześcijańskie oblicze. Sam Markiz de Sade wziął w niej bezpośredni udział jako sekretarz Maksymiliana Robespierre’a. Jego twórczość odegrała na tym polu o wiele większą rolę: ukształtowała amoralną mentalność, bez której idea rewolucji nie znalazłaby swojego urzeczywistnienia.

Co łączy Epsteina z Markizem de Sade? Bardzo wiele: obaj byli skandalistami, przestępcami, kryminalistami. Obaj przyczynili się do zwycięstwa rewolucji swoich czasów poprzez utrwalanie czy wręcz narzucanie amoralizmu jako fundamentu rewolucyjnych zmian w cywilizacji Zachodu. Różni ich jedynie forma zapisu demoralizującej działalności. Francuski pisarz posługuje się literackimi formami. Amerykański wip-sutener, nazywany eufemistycznie finansistą, zostawił „surowy” zapis, nade wszystko elektroniczny, stanowiący materiał faktograficzny dla ewentualnych różnorodnych literackich ujęć. Ponadto dla ukrycia zbrodniczej działalności używał szyfrów, o których Markiz nawet nie myślał.

Afera Epsteina i jej dokumentacja to punkt zwrotny w cywilizacji Zachodu. Istotne jest, kto i jak rozstrzygnie o jego przyszłości w tym wymiarze. Współczesną politykę zachodnią, a także kulturę, naukę, edukację zdeterminowała bowiem koncepcja tzw. tolerancji represywnej, będącej de facto formą bezwzględnego zwalczania wszelkiej prawicy i wszelkich konserwatyzmów. Jedynie te bowiem mogą domagać się ujawnienia wszystkich aspektów afery i ukarania wszystkich wspólników jej organizatora, nade wszystko utajnionych jego zleceniodawców. Chronić ich będzie wymyślona –m.in. dla takich sytuacji – przez niemiecko-amerykańskiego filozofa i socjologa żydowskiego pochodzenia – Herberta Marcuse owa tolerancja represywna.

Ten marksista szkoły frankfurckiej – głównie okresu tzw. zachodnio-europejskiego – guru rewolty 1968 roku,  nadal uważany jest za ideologa nowej lewicy, która patronuje obecnemu etapowi rewolucji kulturowej, narzucającej współczesnemu człowiekowi amoralizm i kształtującej jego antychrześcijańską mentalność. Uznanie eseju Marcuse’go Tolerancja represywna (1965) przez ideologów trwającej rewolucji za podstawowy punkt ich programu polityczno-społecznego nadaje im specyficzny immunitet przed odpowiedzialnością – m.in. prawną – za dehumanizacyjną działalność w sferze cywilizacyjno-kulturowej. Marcuse z myślą o obronie czy wręcz uprzywilejowaniu takiej działalności pisał swój „represywny” manifest.

„Wyzwalająca tolerancja (tolerancja represywna) – pisał – oznaczałaby zatem nietolerancję wobec prawicy i tolerancję dla ruchów lewicowych. Jeśli chodzi o zakres tej tolerancji i nietolerancji, musiałaby się ona rozciągnąć zarówno na płaszczyznę działania, jak i też dyskusji i propagandy, na słowa i czyny (…) Brak tolerancji dla ruchów reakcyjnych, zanim jeszcze staną się one aktywne, nietolerancja skierowana również przeciw myśleniu, poglądom i słowom (przede wszystkim nietolerancja wobec konserwatystów i politycznej prawicy)” [iv].

Niestety, zniewolona fałszywym mitem Ameryki konserwatywna prawica na razie nie znajduje dość odwagi ani w USA, ani w Europie, a tym bardziej w proamerykańskiej Polsce, aby podjąć walkę z elitą, która działała w różnych sferach naszej rzeczywistości pod wpływem Epsteina i jego utajnionych promotorów. Dlatego tkwimy nadal w trującej mieszance cywilizacyjnej – zanikającej chrześcijańskiej i dominującej nad nią antychrześcijańskiej.

Prof. Anna Raźny

[i] https://www.polsatnews.pkl/wiadomosc/2026-02-14/bannon-korespondowal-z-epsteinem-obale-papieza-franciszka/

[ii] F. Dostojewski, Biesy, tłum. Z. Zagórski i Z. Podgórzec, PIW, Warszawa 1977, s. 410-411.

[iii] Tamże, s. 411.

[iv] https://wiedzaspoleczna.pl/tolerancja-represywna-herbert-marcuse/

Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2026)