
——————————————–

————————————————————————————–

———————————————————-

———————————————-

——————————————————————


———————————————————-


——————————————–

————————————————————————————–

———————————————————-

———————————————-

——————————————————————


———————————————————-

9.03.2026 Leszek Szymowski
Ukraińskie gangi zdominowały polskie podziemie przestępcze. Służby specjalne i policja nie radzą sobie z ich działalnością.
36 zlikwidowanych laboratoriów narkotykowych, setki przeszukań i tony zabezpieczonych substancji – taki jest wynik wielkiej polsko-ukraińskiej akcji policyjnej wymierzonej w zorganizowaną przestępczość. W czwartek, 19 lutego, Centralne Biuro Śledcze Policji znienacka zaatakowało ponad 500 adresów, gdzie według śledztwa miały się znajdować fabryki narkotykowe.
Znaleziono 36 laboratoriów i 74 magazyny do przechowywania zakazanych substancji. Znaleziono ponad 20 tys. litrów prekursorów do produkcji narkotyków syntetycznych, ponad 220 kg alfa-PVP, ponad 150 kg amfetaminy, ponad 65 kg mefedronu w formie kryształu oraz 350 litrów w postaci płynnej, 47 kg marihuany, ponad 5 tys. tabletek MDMA i ponad 2 tys. tabletek ecstasy oraz 7 kg metaamfetaminy. To jedna z największych akcji w historii polskiej policji, ale zaledwie wierzchołek góry lodowej.
W lipcu na biurka oficerów Biura Wywiadu Kryminalnego i Centralnego Biura Śledczego Policji trafił alarmujący raport amerykańskiej DEA (Drug Enforcement Agency – Agencja Zwalczania Przestępczości Narkotykowej). Wynikało z niego, że DEA zaobserwowała niepokojący trend współpracy ukraińskich gangsterów z meksykańskimi kartelami narkotykowymi. DEA opiera raport głównie na meldunkach tzw. „Confidential Source”, czyli tajnych informatorów uplasowanych w strukturach przestępczych (odpowiednik polskich Osobowych Źródeł Informacji). Dokument opisuje zjawisko polegające na tym, że gangsterzy z Ukrainy kupują dziesiątki kilogramów meksykańskich narkotyków, głównie fenatylu, marihuany i heroiny.
Wszystko po to, aby sprzedawać z dużym zyskiem na rynku europejskim. Raport DEA wskazuje dwa polskie miasta jako dotknięte już tym zjawiskiem. Są to Kraków i Wrocław. Zdaniem analityków amerykańskich tam właśnie ukraińskie gangi działają z największą siłą. I tam rozpoczyna się nowy, przestępczy proceder – sprzedaż fentanylu. Fentanyl – lek pochodzenia opoidalnego (tzn. wytwarzany z opium) pomaga uśmierzać ból. W Polsce wszystkie leki zawierające fentanyl sprzedawane są na receptę.
W 2020 roku w Stanach Zjednoczonych zaczęła się prawdziwa epidemia uzależnień od fentanylu. Przyczyną była popularność tego syntetyku w procesach medycznych. Jako substancja pomagająca uśmierzyć nawet najsilniejszy ból, fentanyl był wykorzystywany w terapiach medycznych i w lekach. Jednak zgodnie z prawem można było go stosować wyłącznie za zgodą lekarza i wyłącznie w szpitalach, a każde zastosowanie musiało być udokumentowane. Fentanyl miał jednak zasadniczą wadę – uzależniał 18 razy szybciej niż heroina (dotychczas uznawana za najsilniejszy narkotyk).
To spowodowało, że pacjenci w USA już po oficjalnych terapiach wychodzili w pełni uzależnieni od syntetyku. I zaczynali go szukać na własną rękę. Uzależnieni od fentanylu Amerykanie stawiali się klientami dostawców narkotyku.
Tyle że u oficjalnych producentów, zaopatrujących apteki i szpitale, regulowanych przez przepisy federalne, nie mogli kupić dla siebie leku poza systemem. To zapotrzebowanie zaczęły zaspokajać meksykańskie kartele – główni producenci opium i fentanylu. Od 2020 roku narkotyk z meksykańskich pól szlakami przemytu przez granicę do Tekasu, przez tajne, podziemne tunele mafii, zaczęły płynąć dziesiątki kilogramów narkotyku. Konsekwencje były tragiczne. Jak wynika ze statystyk amerykańskiego Departamentu Zdrowia (odpowiednik naszego Ministerstwa Zdrowia), w latach 2020–2021 wskutek przedawkowania fentanylu zmarło w USA 129 tys. osób. Liczba tych, którzy kupowali u przemytników, nie jest znana.
Efekty popularności fentanylu były tak straszne, że sprawą postanowił się zająć sam prezydent USA. 15 karteli trafiło na listę organizacji terrorystycznych, w tym sześć karteli meksykańskich, w tym osławiony Sinaloa. Następnego dnia Pentagon wysłał drony i samoloty szpiegowskie, aby patrolowały granicę z Meksykiem i identyfikowały wszystkich przemytników. Sam Donald Trump zapowiedział, że do ścigania narkotykowych gangsterów wyśle wojsko. 3 marca Trump ogłosił cła na Kanadę i Meksyk, przy czym nie ukrywał, że cła na ten drugi kraj są konsekwencją nieudolnej polityki walki z kartelami.
Ta decyzja uderzyła w meksykańską gospodarkę, dla której eksport do USA jest istotnym źródłem przychodu. Stało się to akurat w czasie, kiedy nowa prezydent kraju Claudia Scheinbaum zapowiedziała dążenie do poprawy stosunków bilateralnych z USA. Chcąc pokazać, że to nie słowa a czyny, Scheinbaum wysłała wojsko najpierw do pacyfikowania mafii, a potem na granicę z USA. W ramach akcji wojskowych, spłonęło kilka ważnych plantacji narkotykowych, a kilkudziesięciu gangsterów trafiło do więzień. W konsekwencji kartele straciły główny rynek zbytu – Stany Zjednoczone. Dla kontynuowania miliardowych interesów trzeba więc było znaleźć nowy kierunek. I właśnie, jak wynika z cytowanego raportu DEA, stała się nim Europa.
Skąd jednak nagle partnerem dla meksykańskich karteli stały się ukraińskie gangi?
Raport DEA wskazuje na trzy przyczyny. Po pierwsze te środowiska – podobnie jak Meksykanie – są bardzo hermetyczne, a przez to trudne do rozpracowania dla policji i służb. Po drugie są brutalne i zdeterminowane, przez co zyskują coraz poważniejszą pozycję w europejskim świecie przestępczym, spychając do drugiej ligi grupy przestępcze składające się z obywateli państw Starego Kontynentu. Po trzecie wreszcie gangi ukraińskie mają do swojej dyspozycji ogromne środki finansowe.
W tym kontekście raport DEA wspomina o tym, że amerykańska administracja w czasach Joe Bidena nie była w stanie skontrolować wsparcia finansowego dla walczącej Ukrainy. Choć kraj stawiający opór agresywnej Rosji wsparto setkami miliardów dolarów, nie wiadomo, co dokładnie stało się z tymi pieniędzmi. Dofinansowywaną zachodnimi pieniędzmi Ukrainą wstrząsały liczne skandale korupcyjne – np. liczne przypadki zakupów drogich willi przez kijowskich dostojników. Wiele wskazuje na to, że pieniądze przeznaczone na pomoc dla walczącej Ukrainy w części zostały rozkradzione i trafiły m.in. do gangsterów. Nie wiadomo również, co działo się z bronią i amunicją dostarczaną na front, bo nie ewidencjonowano jej faktycznego wykorzystania. Za to od 2022 roku policje w całej Europie zabezpieczają u gangsterów broń i amunicję, która oficjalnie powinna być na froncie w Donbasie. Ukraińscy gangsterzy mają broń i potężne pieniądze i apetyty na wielkie, przestępcze biznesy. Meksykańscy bossowie mają gigantyczne zasoby narkotyków i zablokowany główny dotychczasowy kanał zbytu, czyli rynek USA za to potrzebują pieniędzy i broni. Stwarza to więc pole do wspólnych interesów.
Jest jednak jeszcze jedna przyczyna. To ułomność prawa w państwach europejskich, w tym w Polsce. „Polskie przepisy karne przewidują za handel narkotykami sankcję do 20 lat więzienia” – mówi dr Mateusz Mickiewicz – warszawski prawnik specjalizujący się w sprawach karnych. – „Taki maksymalny wyrok grozi niezależnie od tego, czy sprawca próbuje zarobić, sprzedając tonę czy 10 gramów narkotyku. To wprost zachęca przestępcę, który sprzedaje zakazane substancje do tego, by sprzedawał jak największe ilości”. Ale nie tylko to. Adwokat Mickiewicz ze swojej sądowej praktyki wskazuje również na drugi problem: coraz bardziej przeciążone sądy i coraz większe problemy kadrowe policji.
„Poważne sprawy o międzynarodowy handel narkotykami liczą setki tomów i ciągną się latami” – mówi adwokat. – „W tym czasie wielu cudzoziemskich gangsterów trzeba zwalniać z aresztów. Oni mimo sądowych zakazów wyjeżdżają z Polski, co dodatkowo przedłuża postępowania. A borykająca się z coraz większymi brakami ludzi i sprzętu, polska policja i prokuratura, ma coraz więcej zadań w zakresie zwalczania zorganizowanej przestępczości i coraz trudniej jej się z tych zadań wywiązywać”.
Kilka miesięcy temu, ujawniając rozwijającą się przestępczość ukraińskich gangów, pisaliśmy, że rozbijanie mafii czeczeńskich i ukraińskich, będzie największym wyzwaniem dla Centralnego Biura Śledczego Policji. I właśnie to wyzwanie się zaczęło.

———————————————–

——————————

——————————————-

———————————————————————-

—————————————————————

———————————————————————–

Dwója za nieznajomość ortografii: wierzenia pisze się małą literą..
========================

Date: 8 marzo 2026 Author: Uczta Baltazara https://
=======================================================
Bettino Craxi, lider Włoskiej Partii Socjalistycznej (PSI) i premier Włoch w latach 1983–1987 https://it.wikipedia.org/wiki/Bettino_Craxi, wszedł w ostry konflikt z administracją Ronalda Reagana za swoją niezależną politykę śródziemnomorską. Dwa kluczowe wydarzenia z lat 1985–1986 stały się symbolem owej konfrontacji i – według licznych poszlak – przyczyną długofalowej amerykańskiej zemsty.
Incydent w Sigonelli (1985)
Po porwaniu statku „Achille Lauro” przez palestyńskich terrorystów (zabito amerykańskiego pasażera), siły USA przechwyciły sprawców na pokładzie egipskiego samolotu i chciały ich przetransportować do Ameryki. Craxi odmówił ekstradycji, twierdząc, że przestępstwo popełniono na włoskim statku, więc jurysdykcja należy do Włoch. Doszło do bezpośredniej konfrontacji na bazie NATO w Sigonelli: włoskie siły (karabinierzy i VAM) zablokowały amerykańskim komandosom Delta Force dostęp do samolotu. Craxi publicznie oświadczył, że Włochy nie będą „wasalami” i że „jeśli myślą, że mnie podepczą, złamię im kości – Włochy muszą być autonomiczne”.
Incydent zakończył się kompromisem, ale zniszczył zaufanie Waszyngtonu. Craxi stał się dla Amerykanów „człowiekiem, który powiedział im »nie«”.
babylonianempire/sigonella-85-ostatnie-randka-wloch-z-niepodlegloscia
Ostrzeżenie Gheddafi’ego (rok 1986)
Kilka miesięcy później, w kwietniu 1986 r., Craxi posunął się jeszcze dalej. Gdy Reagan przygotowywał operację „El Dorado Canyon” (bombardowanie Libii po zamachu w berlińskiej dyskotece La Belle) wikipedia/Operation_El_Dorado_Canyon, włoski premier osobiście ostrzegł libijskiego dyktatora Muammara Kaddafiego. Dzięki temu Gheddafi uniknął śmierci (choć zginęła jego adoptowana córka Hanna). Fakt ten potwierdzili później libijski minister spraw zagranicznych Abdel Rahman Shalgham oraz Giulio Andreotti. Była to jawna demonstracja przyjaźni Craxi z reżimem libijskim i kolejny policzek dla USA, które właśnie żądały solidarności NATO.
……….
Noc, podczas której Bettino Craxi ostrzegł Gheddafiego
W przeddzień 14 kwietnia 1986 roku szef włoskiego rządu Bettino Craxi poinformował libijskiego przywódcę Muammara Gheddafiego, że amerykański bombardowanie Trypolisu jest nieuchronne. Wczoraj (to artykuł archiwalny z roku 2008) przypomniał o tym libijski minister spraw zagranicznych Mohammed Abdel-Rahman Shalgam podczas konferencji zorganizowanej przez włoskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Pałacu Farnesina z okazji niedawno podpisanego traktatu o przyjaźni włosko-libijskiej.
„Nie sądzę, że zdradzam tajemnicę, jeśli powiem, że Włochy poinformowały nas dzień wcześniej, że dojdzie do amerykańskiej agresji przeciwko Libii” – powiedział Shalgam, który doskonale pamięta te wydarzenia, ponieważ wówczas był ambasadorem Libii we Włoszech.
Atak amerykańskiego lotnictwa rzeczywiście miał miejsce w nocy z 14 na 15 kwietnia 1986 roku. Został on zarządzony przez ówczesnego prezydenta USA Ronalda Reagana w odwecie za zamach z 5 kwietnia w berlińskiej dyskotece „La Belle”, popularnej wśród amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Niemczech (wówczas jeszcze podzielonych murem). Zamach spowodował śmierć 3 osób i ranił 250.
Odpowiedzialnością obarczono agentów libijskich, a odwet przybrał formę „precyzyjnego” ataku: bombowce F-111 wystartowały z baz w Lakenheath i Upper Heyford w Wielkiej Brytanii i zbombardowały w Trypolisie niektóre instalacje wojskowe, koszary Bab el Azizia, rezydencję samego Gheddafiego oraz niektóre dzielnice cywilne.
Jednocześnie inne samoloty należące do VI Floty (stacjonującej na Morzu Śródziemnym, z dowództwem we Włoszech) zbombardowały koszary i bazę wojskową w Bengazi. Cały atak trwał zaledwie 12 minut; zginęło około dwudziestu osób, w tym adoptowana córka pułkownika Gheddafiego – mała dziewczynka.
Były to czasy, gdy włoskie rządy pozwalały sobie na gesty autonomii wobec sojusznika zza Atlantyku. Już wcześniej wiedzieliśmy, że rząd włoski nie udzielił Stanom Zjednoczonym prawa przelotu nad terytorium Włoch w celu przeprowadzenia ataku na Libię (żaden inny rząd europejski poza Wielką Brytanią Margaret Thatcher nie wyraził na to zgody). Teraz dowiadujemy się, że rząd Craxi poszedł jeszcze dalej i wykorzystał dostępne kanały, by ostrzec libijskiego przywódcę o zbliżającym się ataku.
„Stany Zjednoczone wykorzystały bazę na Lampedusie, ale zrobiły to wbrew woli rządu włoskiego, ponieważ Rzym był przeciwny użyciu przestrzeni powietrznej i morskiej do agresji” – dodał minister Shalgam. „O wszystkim zostałem osobiście poinformowany”.
Słowa libijskiego ministra znalazły liczne potwierdzenia. Przede wszystkim ze strony Giulio Andreottiego, ówczesnego ministra spraw zagranicznych Włoch: obecny na konferencji we włoskim ministerstwie spraw zagranicznych, potwierdził, że rząd włoski ostrzegł Libię. Określił on nalot na Trypolis i Bengazi w 1986 roku jako „inicjatywę całkowicie niewłaściwą, błąd o charakterze międzynarodowym”.
Margherita Boniver, wówczas odpowiedzialna za sprawy zagraniczne we Włoskiej Partii Socjalistycznej Bettina Craxi’ego, również potwierdza: Włochy nie tylko odmówiły prawa przelotu, ale wykorzystały wszystkie dostępne kanały, by ostrzec Gheddafiego. To właśnie była słynna noc, podczas której Amerykanom zabroniono lądowania w bazie NATO w Comiso na Sycylii.
Ostrzeżenie najprawdopodobniej uratowało życie pułkownikowi – owej nocy nie dał się zaskoczyć w swojej rezydencji: być może chodziło o minuty – dodaje senator SDI, Cesare Marini, który – jak twierdzi – od dawna wiedział, w jaki sposób Włochom udało się „zapobiec zamordowaniu Gheddafiego” (wspominał o tym już w 2003 roku podczas posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych i Obrony Senatu).
………………..
Dwa powyżej opisane tj. gesty – obrona suwerenności w Sigonelli i uratowanie Kaddafiego – stworzyły trwały motyw zemsty.
Jak pisano później: „Celem był Bettino Craxi, człowiek, który w Sigonelli odważył się powiedzieć Amerykanom »nie«”.
…………………………..
Operacja «Mani Pulite» (1992–1994) – „ukryta reżyseria” USA?
W lutym 1992 r. wybuchła największa w powojennych Włoszech afera korupcyjna – operacja „Mani Pulite” (Czyste Ręce) prowadzona przez mediolański zespół prokuratorów pod wodzą prokuratora Antonia Di Pietro. W ciągu dwóch lat upadła cała I Republika: rozpadły się chadecja (DC), socjaliści Craxi’ego i inne partie rządzące od 1945 r.
Craxi został skazany za korupcję, stracił immunitet parlamentarny i w 1994 r. uciekł do Tunezji (Hammamet), gdzie zmarł w 2000 r. w przekonaniu, że padł ofiarą politycznej zemsty.
Na podstawie ujawnionych dokumentów i zeznań wielu źródeł wskazuje, że za kulisami stała amerykańska „reżyseria”:
Syn Bettino Craxi’ego, Bobo Craxi, mówił wprost o „niepokojącym splocie między mediolańskim pool’em prokuratorów a konsulatem amerykańskiego sojusznika” i domagał się komisji śledczej. Córka, Stefania Craxi stwierdzała: „prawda powoli wychodzi na jaw”.
Podsumowanie – dlaczego „amerykańska reżyseria” jest bardzo prawdopodobna?
Nie ma „dymiącego rewolwera” (ostatecznego dowodu), ale poszlaki są liczne i spójne: wcześniejsze konflikty, tj. ten w Sigonelli i ten związany z ostrzeżeniem Kaddafiego, wiedza amerykańskich dyplomatów o dochodzeniu z wyprzedzeniem, bliskie kontakty prokuratora Di Pietro z USA, rezygnacja Waszyngtonu z obrony sojuszników, a wreszcie ucieczka Craxi’ego właśnie do Tunezji – kraju zaprzyjaźnionego z Gheddafim. Operacja Mani Pulite nie tylko zniszczyła Craxi’ego, ale otworzyła drogę do prywatyzacji włoskiego majątku na warunkach korzystnych dla zachodnich (w tym amerykańskich) kapitałów.
Jak podsumował jeden z komentatorów: „Bez udziału czynników międzynarodowych nie da się obalić całej klasy rządzącej i zdestabilizować kraju”. Zemsta za Sigonellę i za ostrzeżenie dla Kaddafiego przyszła z opóźnieniem – ale była miażdżąca. To nie przypadek, lecz logiczna konsekwencja polityki suwerenności, za którą Bettino Craxi zapłacił życiem i śmiercią na wygnaniu w tunezyjskim Hammamet.
………………
Cofnijmy się jeszcze do roku 1980…
Katastrofa nad Usticą: Bettino Craxi ostrzega Muammara Kadafiego
Katastrofa lotnicza nad wyspą Usticą, która miała miejsce 27 czerwca 1980 roku, pozostaje jedną z największych zagadek w historii włoskiej awiacji. Samolot DC-9 linii Itavia, lecący z Bolonii do Palermo, eksplodował w powietrzu, powodując śmierć wszystkich 81 osób na pokładzie.
Przez lata pojawiały się liczne teorie spiskowe, w tym ta, że katastrofa była wynikiem pomyłki podczas próby zestrzelenia samolotu libijskiego przywódcy Muammara Kadafiego. W kontekście owych wydarzeń kluczową rolę miało odegrać ostrzeżenie ze strony ówczesnego premiera Włoch, Bettino Craxiego.
Według relacji Giuliano Amato, byłego premiera Włoch, w wywiadzie udzielonym w 2023 roku, katastrofa nad Usticą była spowodowana francuskim pociskiem, który miał trafić w samolot Kadafiego. Plan zakładał, że libijski przywódca zostanie zestrzelony w ramach operacji wojskowej, jednak Craxi, dowiedziawszy się o tym, ostrzegł Kadafiego, co pozwoliło mu na uniknięcie zagrożenia. W rezultacie, pocisk trafił w cywilny samolot Itavia, mylnie wzięty za samolot przywódcy libijskiego.
Amato wezwał także prezydenta Francji Emmanuela Macrona do przeprosin za ową tragedię, podkreślając, że Francja powinna wziąć odpowiedzialność za incydent, który miał miejsce w kontekście napiętych relacji międzynarodowych w rejonie Morza Śródziemnego w tamtym czasie.
…………….
Cały FILM: “Hammamet”: .raiplay.it/video/2021/09/Hammamet
it.wikipedia.org/wiki/Hammamet_(film)
wikipedia.org/wiki/Hammamet_(film)
INFO: Opracowanie AI na podstawie tekstów:
ilmessaggero.it/politica/craxi_film_figli_favino_news_marcello_sorgi_libro
tempi.it/dove-voleva-arrivare-il-nostro-eroe-di-pietro/ https://ilmanifesto.it
repubblica.it/fiori_ustica_missile_francese_contro_gheddafi_giuliano_amato_intervista
…………………….
babylonianempire/o-tym-jak-wygladal-proceder-gnojenia-wspolczesnych-wloch-1
https://babylonianempire/o-tym-jak-wygladal-proceder-gnojenia-wspolczesnych-wloch-2
babylonianempire/o-katastrofie-wloskiego-dc-9-itavia

—————————-

————————————————-

——————————————-

————————————————-

———————————————————————————-

————————————————————–

———————————————————————


Do niedawna tzw. demokracje liberalne na czele z USA prowadziły jawną i bezczelną krucjatę ideologiczną. Kto nie odpowiadał ich wzorcom i praktykom ustrojowym, mentalnym, obyczajowym – musiał być usunięty, a przynajmniej napiętnowany jako oczywiste zło.
Sypały się przewroty, zamachy, nagonki, sankcje, a w razie wyższej konieczności czyli głębszego strachu przed „zarazą” ideową – wojny prewencyjne. Narzucano „właściwe” rządy, tj. marionetkowe, skundlone, uległe, a najlepiej – korupcyjne. Za pomocą rozmaitych manewrów i kampanii ogłupiających osiągano trwałą degenerację obyczajową i triumf dewiacji wszelkich kategorii. Skuteczności tego pseudo-porządku upadłościowego pilnowała i pilnuje „tolerancja represywna” w stylu Marcusego.
W ostatnim czasie system przemocy globalnej został udoskonalony. Nadal obowiązuje ideologia degeneracyjna (szczególnie w Eurokołchozie), ale amerykański hegemon światowy w dobie Trumpa przyjął prostszą procedurę. Kto występuje przeciw interesom USA w skali globalnej lub Izraela w skali regionalnej (kryterium zagrożenia jest czysto uznaniowe) podlega wojennej likwidacji. Apelacji się nie uwzględnia. Stosowane jest agresja jawna, nawet bez opakowania w jakikolwiek sensowny pretekst. Sprawcy łamią z premedytacją wszelkie normy prawa międzynarodowego.
Trump zilustrował kilkakrotnie, jakimi metodami należy wprowadzić ten ład przemocy. W Wenezueli postanowił zniewolić kraj „tanimi” środkami: poprzez bandyckie porwanie prezydenta Nicolasa Maduro, a następnie opanowanie złóż i rafinerii nafty, czyli podstawowego źródła dochodu.
Motywy ideologiczne zostały na razie pod kocem. Najeźdźcy formalnie nie naruszyli poprzedniego ustroju (rodzimego socjalizmu wprowadzonego przez Zjednoczoną Socjalistyczną Partię Wenezueli PSUC od 1999 r.) i utrzymali praktycznie cały poprzedni aparat administracyjny. Jednak warunki postawione przez agresora: potulność i uległość rządu wenezuelskiego wobec Waszyngtonu oraz oddanie bogactwa narodowego w pacht koncernom USA oczywiście niweczą sens przetrwania poprzedniego systemu. Jest to neokolonializm w formie krystalicznej. Lud wenezuelski dlatego uparcie popierał Chaveza i Maduro przez 27 lat, bo wprowadzając państwowy monopol w przemyśle naftowym kierowali większość zysków na cele opieki społecznej, powszechnego zatrudniania i taniej edukacji. Tę politykę torpedowały kolejne sankcje i blokady USA, ale jednak trwała. Skoro obecnie nafta znalazła się w szponach agresora, rządy PSUC nie mają uzasadnienia. Przewiduję bunty biednych i głodnych, oczywiście daremne.
W wariancie brutalniejszym (Iran) złamanie oporu mężnego narodu i państwa wymaga dłuższej wojny ludobójczej. Cel ten sam: stworzenie władz marionetkowych o właściwym (dla agresorów) obliczu ustrojowym i przejęcie kolejnych bogactw naftowych. USA zupełnie jawnie zagarniają wszelkie możliwe zasoby energetyczne na świecie. W ordynarnej propagandzie ważne miejsce zajmuje odpowiednia nomenklatura. „Specjalna operacja wojskowa” Rosji na Ukrainie nazywana jest przez Zachód „zbrodniczą wojną”, a zbrodnicza wojna wywołana przez USA oraz Izrael w Iranie określana jest jako „operacja” lub „interwencja”. Orwellowskie ministerium prawdy działa bez zarzutu. Masy poddanych, pardon – obywateli „wolnego świata” przełkną każdą brednię.
Kompletny blamaż ONZ w obliczu tych jawnych agresji pozwolił Trumpowi na utworzenie podręcznej atrapy w postaci Rady Pokoju (?). Zgłosiły tam akces państwa o bardzo zróżnicowanych ustrojach oraz interesach. Wszystkie przypuszczają, że pod peleryną USA będzie bezpieczniej, a może nawet uda się coś zarobić. Np. bohatersko broniące niepodległości od 2010 r. Węgry Victora Orbána znalazły się tam dlatego, że administracja Trumpa na złość UE wsparła Fidesz także w perspektywie najbliższych wyborów. Moją uwagę wzbudziła obecność Alijewa z Azerbejdżanu i Paszyniana z Armenii. Kilkakrotnie pisałem o Armenii w „Myśli Polskiej” w ubiegłym roku. Jest to świetny przykład, czego można się spodziewać po Radzie Pokoju. Trump pyszni się wymuszeniem w 2025 r. „historycznego” pojednania między Armenią a Azerbejdżanem. Komentowałem to wydarzenie.
Polega ono na całkowitej kapitulacji Armenii pokonanej przez spółkę turecko-azerską. Musiała się zrzec praw do stratowanego wojną Arcachu (Górskiego Karabachu). Nie wolno jej przypomnieć o losie okręgu Nachiczewania, gdzie Azerowie wyczyścili nawet groby Ormian [sic]. Mało tego. Armenia akceptowała eksterytorialną de facto szosę nad Araksem na linii Azerbejdżan-Turcja, która odcina ją od dotąd życzliwego Iranu. Oto pokój w stylu Trumpa. Za to USA dostaną spory udział w nafcie Azerbejdżanu i swobodę w eksploatacji gospodarczej Armenii.
Najazdy na słabsze i mniejsze państwa będą zjawiskiem trwałym. Za uległością polityczną pójdzie zniewolenie gospodarcze. Rządy marionetkowe i neokolonialne szybko wyzbędą się iluzji, że parasol ochronny USA będzie wieczny. Nadejdzie gorzkie rozczarowanie. Liczne wydarzenia z XX w., o których pisałem kiedyś obszerniej, dowodzą, że Amerykanie porzucali nawet najwierniejszych protegowanych z zimną konsekwencją. Upartym miłośnikom sojuszy z USA dedykuję odnowę pamięci o losach wielu krajów w Indochinach, Chinach i Ameryce Łacińskiej. A jak zachowały się Stany Zjednoczone wobec arcy-wiernego prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka w 2011 r.? Typowo. Jedna zasada będzie obowiązywać stale: kto chce być po prostu inny i niezależny, nawet jeśli nikomu nie zagraża – zostanie zgładzony.
Tadeusz M. Trajdos Emerytowany profesor IH PAN

—————————————-

——————————————————————

————————————————–

———————————————

—————————————————————————-

——————————————————————

————————————————————————————-

chyba już wszystko do mnie dotarło. Zrozumiałem niemal, co Pan Bóg mi ukazuje, abym wyzbył się tego najbardziej niszczącego mnie grzechu – pychy, która przenikała mnie od urodzenia, spleciona ze mną na poziomie komórkowym, jak trucizna w krwi. Przez lata buntowałem się przeciwko temu, co było niesprawiedliwością wobec mnie, moja krzywdą, obiektywnie. Ale teraz widzę, że ten bunt był tylko przedłużeniem mojej pychy, która pchała mnie ku zgubie.
Muszę się poddać woli Bożej. Inaczej, jako buntownik, zginę. Przyjąłem wreszcie z pokorą to, jak się do mnie odnoszą, jak wyśmiewają, jak mną pogardzają, i co na mnie wymuszono, a co Pan Bóg dopuścił, by mnie ocalić. Przyjmuję to wszystko co tak bolało, co boli.
A ponadto powstrzymuję się odtąd od wszystkich czynności wynikających ze święceń: od Mszy, spowiedzi, błogosławieństw. Niech się dzieje wola Nieba. Pojąłem, że ta pycha musi zgasnąć, jak knot w lampie, abym mógł uratować swoją duszę przed wiecznym potępieniem.
W czymś na kształt wizji – na wpół jawy, na wpół snu, wczoraj nad ranem – zobaczyłem, co mnie czeka, gdybym umarł w tym stanie. Przekazano mi, że nie czeka mnie potępienie, ale nieprawdopodobnie ciężki czyściec.
Nie był to ogień ani ciemna otchłań w sensie fizycznym. To było coś znacznie gorszego: absolutna, dusząca pustka wewnętrzna. Poczucie, że każde moje słowo, każdy gest, każda myśl z tych lat buntu wraca do mnie jak echo w nieskończonej, pustej sali. Żal tak głęboki, że palił od środka, jakby ktoś powoli rozrywał mi sumienie na strzępy. Najgorsze było to, że wiedziałem: to ja sam to sobie zgotowałem.
Żadnych diabelskich widziadeł, żadnych krzyków – tylko ja sam, skazany na wieczną konfrontację z tym, kim naprawdę byłem. Samotność tak całkowita, że nawet Bóg wydawał się oddalony o nieskończoność, mimo że była pewność, że kiedyś będę z Nim.
To nie mogło pochodzić od złego ducha, bo ten by pokazał mi piekło i wzbudził we mnie rozpacz. A tu był tylko ból. Raczej Anioł Stróż lub dusze czyśćcowe, do których od lat mam szczególne nabożeństwo, pozwoliły mi na chwilę dotknąć tej rzeczywistości, abym się mocniej, poważniej wziął za siebie.
Modlę się za Ciebie i proszę, byś ty modlił się za mnie.
Z Bogiem
a
8.03.2026 kgobisz/obrazki-z-wystawy

—————————————

—————————————-

——————————————————-

———————————————————————————————

—————————————————–

—————————————————————

9.03.2026 nczas/dramatyczny-spadek-wydobycia-ropy-w-krajach-zatoki-perskiej-scenariusz-kryzysu
Gwałtowne spadki notowań otworzyły poniedziałkową sesję na azjatyckich parkietach w reakcji na eskalację wojny USA i Izraela z Iranem. Indeksy w Tokio i Seulu tąpnęły o kilka procent, a ceny ropy naftowej poszybowały w górę o około 30 proc. – do 119 dolarów za baryłkę.
Panika inwestorów najmocniej uderzyła w giełdę japońską, gdzie kluczowy indeks Nikkei 225 runął o 7 proc. W Korei Południowej wskaźnik KOSPI zniżkował o niemal 6 proc. Skala wyprzedaży akcji była tak duża, że w Seulu już po kilku minutach handlu władze giełdy musiały uruchomić awaryjne procedury bezpieczeństwa i tymczasowo wstrzymać obrót, by ostudzić emocje na rynku. Spadki odnotowano również w Australii, gdzie indeks ASX 200 stracił blisko 4 proc. W Chinach indeks CSI 300 zniżkował 2 proc., a szanghajski SCI poszedł w dół ok. 1,5 proc. Hongkoński Hang Seng na otwarciu stracił 3 proc.
Ceny ropy osiągnęły w poniedziałek rano poziomy nienotowane od lipca 2022 roku. Amerykańska WTI wystrzeliła w pewnym momencie o ponad 30 proc., osiągając poziom 119,43 USD za baryłkę. Z kolei Brent podrożała o 27,54 proc., do 118,22 USD za baryłkę.

Skok cen to efekt ataków na infrastrukturę energetyczną oraz mianowania Modżtaby Chameneia, syna zabitego w amerykańsko-izraelskich atakach ajatollaha Alego Chameneia, na stanowisko najwyższego przywódcy Iranu. Według analityków rynek odebrał to jako sygnał kontynuacji twardego kursu Teheranu.
Blokada cieśniny Ormuz przez Iran wprowadzona w ubiegłym tygodniu nadal paraliżuje transport ropy – Irak i Kuwejt już ograniczyły wydobycie, a Arabia Saudyjska może wkrótce pójść w ich ślady.
„Ceny wzrosły dziś rano w związku z doniesieniami, że bliskowschodni producenci ograniczają wydobycie z powodu szybkiego zapełniania się magazynów” – ocenił Daniel Hynes, starszy strateg ds. surowców w ANZ. Ekspert ostrzegł, że konieczność zamykania szybów naftowych w Zatoce Perskiej może opóźnić powrót podaży na rynki nawet po ewentualnym wygaszeniu konfliktu.
Asia Nikkei zwraca uwagę, że japoński koncern rafineryjny Idemitsu Kosan, jeden z kluczowych graczy na tamtejszym rynku paliw, ostrzegł kontrahentów przed koniecznością wstrzymania produkcji etylenu z powodu braku surowca niezbędnego do wyrobu tworzyw sztucznych, co grozi przerwaniem dostaw dla przemysłu motoryzacyjnego i elektronicznego.
O możliwym scenariuszu kryzysu pisaliśmy wczoraj (zobacz nczas./dramatyczny-spadek-wydobycia-ropy-w-krajach-zatoki-perskiej-scenariusz-kryzysu j) i wygląda na to, że właśnie zaczął on się realizować.
Źródło:PAP, nczas.info
08.03.2026 21:45 tysolburza-po-decyzji-brauna-ambasador-usa-w-polsce-reaguje
Grzegorz Braun odwiedził ambasadę Iranu w Warszawie i wpisał się do księgi kondolencyjnej po śmierci Alego Chameneiego. Decyzja szefa Konfederacji Korony Polskiej spotkała się z ostrą krytyką ambasadora USA w Polsce.

Thomas Rose / fot. Przemysław Keler/ prezydent.pl
W piątek 6 marca 2026 r. Grzegorz Braun odwiedził ambasadę Iranu w Warszawie, gdzie złożył wpis do księgi kondolencyjnej w związku ze śmiercią najwyższego przywódcy tego kraju Alego Chameneiego. Irański przywódca zginął 28 lutego 2026 r. po amerykańsko-izraelskich atakach.
Konfederacja Korony Polskiej opublikowała w mediach społecznościowych zdjęcia oraz nagrania z wizyty Grzegorza Brauna w ambasadzie Iranu w Warszawie.
Do wizyty Brauna w ambasadzie Iranu odniósł się w mediach społecznościowych ambasador USA w Polsce Thomas Rose. Amerykański dyplomata w ostry sposób skrytykował nagranie ukazujące piątkowe zdarzenie. Nazwał je „obrzydliwym”.
„Ameryka i Donald Trump nie zapomną, kto jest ich przyjacielem, a co ważniejsze, kto nim nie jest” – napisał Rose.
ndz., 08/03/2026 – 21:21zmianynaziemi/iranskie-wiadomosci-tekstowe-trafily-do-milionow-izraelczykow-opuszczajcie-kraj
W niedzielę 8 marca 2026 roku mieszkańcy Izraela otrzymali nietypowe wiadomości SMS od nieznanego nadawcy. Treść komunikatu była wyjątkowo dramatyczna: „Ostatnie amerykańskie systemy radarowe w regionie zostały zniszczone. Liderzy waszego rządu kłamią wam. Opuszczajcie kraj. Pociski są w drodze. Żadne schronienie nie zapewni bezpieczeństwa”. Wiadomość została podpisana przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.
Według doniesień izraelskich mediów i tureckiej gazety Yeni Şafak, wiadomość dotarła do milionów telefonów komórkowych na terenie całego Izraela. Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa potwierdzili, że nadawca wykorzystał luki w izraelskich sieciach telekomunikacyjnych lub zastosował metody hakerskie porównywalne z tymi, których wcześniej izraelski Mossad używał przeciwko Iranowi.
Warto przypomnieć, że w 2025 roku izraelski wywiad zhakował irańską aplikację i wysyłał ostrzeżenia do irańskich dowódców wojskowych, by opuścili kraj lub zginęli. Teraz role się odwróciły.
Reakcje w mediach społecznościowych okazały się podzielone. Posty informujące o wiadomościach zgromadziły tysiące polubień i setki udostępnień. Niektórzy komentatorzy wyrazili poparcie dla Iranu, nazywając Izrael „rakiem ludzkości” i sugerując mieszkańcom, by nie uciekali. Inni określili wiadomość jako „głupią irańską propagandę”. Część użytkowników zauważyła, że zniszczenie radarów uniemożliwia Izraelowi wczesne ostrzeganie przed atakami, co może wyjaśniać brak syren alarmowych w niektórych przypadkach.
Ta akcja psychologiczna wpisuje się w szerszy konflikt, który wybuchł [sam tak sobie „wybuchł?? md] na początku marca 2026 roku. Wszystko zaczęło się od serii ataków izraelsko-amerykańskich na irańskie instalacje nuklearne i wojskowe. Prezydent USA Donald Trump, który powrócił do Białego Domu po wyborach w 2024 roku, uzasadniał te działania koniecznością powstrzymania irańskiego programu jądrowego.
Iran odpowiedział serią kontrataków, koncentrując się na infrastrukturze wojskowej sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie Zatoki Perskiej. Jak informował „Wall Street Journal”, irańskie siły atakowały systemy radarowe stanowiące podstawę amerykańskiej obrony przeciwrakietowej. Uderzenia miały na celu „oślepienie” przeciwnika i uniemożliwienie wczesnego wykrywania nadlatujących pocisków i dronów.
Jednym z kluczowych celów irańskich ataków był system radarowy AN/TPY-2, będący integralną częścią baterii przeciwrakietowej THAAD rozmieszczonej w Jordanii. Zdjęcia satelitarne opublikowane przez CNN pokazują, że radar w bazie Muwaffaq Salti Air Base został całkowicie zniszczony w pierwszych dniach konfliktu. Wartość tego sprzętu szacowana jest na około 300 milionów dolarów. [oj więcej…. AI : niemal pół miliarda dolarów. md] Podobne uderzenia dotknęły instalacje w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej.
Kolejnym poważnym ciosem było zniszczenie największego amerykańskiego radaru w Zatoce Perskiej – AN/FPS-132 stacjonującego w Katarze. Irańskie media, w tym Tehran Times, podały, że radar o zasięgu 5000 kilometrów, służący do śledzenia pocisków balistycznych, został całkowicie zniszczony w precyzyjnym uderzeniu rakietowym. IRGC potwierdziło to w oficjalnym oświadczeniu, podkreślając, że atak był odpowiedzią na agresję USA i Izraela. Katarskie władze również potwierdziły zniszczenia. Koszt tego radaru przekraczał miliard dolarów, a jego utrata oznacza poważne zakłócenia w zdolnościach wczesnego ostrzegania przed atakami.
Według analiz ekspertów, Iran użył precyzyjnych hipersonicznych pocisków manewrujących, które ominęły obronę powietrzną, demonstrując zaawansowane zdolności technologiczne. Ataki były częścią szerszej strategii mającej na celu osłabienie zintegrowanej sieci obrony powietrznej Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników w regionie.
Strategia Iranu wydaje się skupiać na asymetrycznej wojnie. Zamiast bezpośrednich konfrontacji z przeważającymi siłami USA i Izraela, Teheran celuje w słabe punkty, takie jak systemy radarowe i komunikacyjne. To podejście przypomina taktyki stosowane w poprzednich konfliktach, ale teraz wsparte nowoczesną technologią dronów i pocisków hipersonicznych.
Międzynarodowe media podkreślają eskalację konfliktu. Associated Press donosi o intensywnych izraelskich nalotach na Teheran i Bejrut. Stany Zjednoczone zatopiły irański okręt wojenny na Oceanie Indyjskim, a Iran ostrzega przed zniszczeniem infrastruktury wojskowej i ekonomicznej w całym regionie. Prezydent Trump zapowiedział, że bombardowania „dramatycznie wzrosną”.
Eksperci obawiają się, że konflikt może objąć więcej państw, w tym Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie już zniszczono kluczowe instalacje radarowe.
Wysyłanie wiadomości SMS do cywilów to nie tylko psychologiczna wojna, ale także próba siania paniki i podważanie zaufania do rządu izraelskiego. W kontekście zniszczonych radarów o wartości miliardów dolarów Iran demonstruje, że jest w stanie uderzać precyzyjnie i skutecznie. To może zachęcić inne grupy, jak Hezbollah czy rebelianci Huti, do podobnych działań.
Wiadomość z 8 marca 2026 roku stanowi kulminację tygodni eskalacji. Zniszczenie amerykańskich radarów to nie tylko militarny sukces, ale także symboliczny cios w hegemonię USA na Bliskim Wschodzie. Czy doprowadzi to do szerszej wojny, czas pokaże, ale już teraz region stoi na krawędzi. Międzynarodowa społeczność wzywa do deeskalacji, lecz głosy te giną w huku eksplozji.
Źródła:
iranwire.com/en/news/ran-warns-citizens-a…
facebook.com/mangi.last.percy.2025/posts/isra…
jpost.com/israel-news/defense-news/article-88…
Thomas Röper anti-spiegel.ru/teil-3-das-problem-der-usa-mit-raketen/
Anti-Spiegel 8 marca 2026
Czy Trump niszczy hegemonię USA?
Część 3: Problem rakietowy USA
Stany Zjednoczone nie są przygotowane na długą wojnę, ponieważ mają poważny problem z liczbą posiadanych rakiet. Dlatego plan administracji Trumpa zakładał pokonanie Iranu szybkim „uderzeniem dekapitacyjnym”.
Odkąd ten plan się nie powiódł, armia amerykańska boryka się z wieloma problemami.

W ciągu ostatniego tygodnia wielokrotnie powtarzałem w wywiadach i w programie „Tacheles”, że to, czy USA, czy Iran wygra wojnę, zależy od tego, komu pierwszemu skończą się rakiety. Choć Stany Zjednoczone, z ich gigantycznym budżetem wojskowym uważane są za niemal niezwyciężone, nie jest to prawdą. W ostatnich latach Stany Zjednoczone stały się zbyt pewne siebie i dlatego polegały na niezwykle drogich systemach uzbrojenia, które charakteryzują się również bardzo długim czasem produkcji i są trudne w utrzymaniu.
Opłaciło się to amerykańskim producentom broni, gwarantując im ogromne zyski. Teraz jednak mści się to w wojnie przeciwko Iranowi, który skupił się na masowej produkcji tańszej broni.
Stany Zjednoczone mają szczególnie poważny problem z obroną powietrzną, ponieważ od 2022 roku wraz ze swoimi sojusznikami dostarczyły Ukrainie tak duże ilości rakiet Patriot, że państwa europejskie otwarcie przyznają, że w swoich arsenałach mają jedynie absolutne minimum rakiet Patriot do obrony. A amerykańskie magazyny nie są już „zapełnione po brzegi”. Sytuacja nie jest dużo lepsza w przypadku innych amerykańskich systemów obrony powietrznej.
Do tego dochodzi widmo niedoboru pocisków manewrujących Tomahawk.
Aby zrozumieć problem, musimy przyjrzeć się liczbom, ponieważ najlepiej strzeżona tajemnica amerykańskiej potęgi militarnej nigdy tak naprawdę nie była tajemnicą; można ją znaleźć całkiem otwarcie w komunikatach prasowych Lockheed Martin, w budżecie USA i raportach wyspecjalizowanych ośrodków analitycznych, takich jak CSIS.
THAAD
THAAD to najdroższy system obrony powietrznej w USA, a jednocześnie uważany za najlepszy. Został opracowany do przechwytywania pocisków balistycznych krótkiego i średniego zasięgu, a także, w pewnym stopniu, międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Na świecie działa tylko osiem baterii THAAD, ale podobno tylko siedem jest aktywnych.
Standardowy protokół przewiduje wystrzelenie dwóch pocisków przechwytujących na każdy cel. Bateria składająca się z 48 pocisków wyczerpuje się zatem po zestrzeleniu 24 celów, a koszt każdego pocisku THAAD wynosi około 13 milionów dolarów.
Stany Zjednoczone produkują 96 pocisków przechwytujących THAAD rocznie. To osiem miesięcznie, czyli zaledwie dwa tygodniowo.
W pierwszym tygodniu wojny Iran wystrzelił ponad 500 pocisków balistycznych. Pojedynczy irański atak rakietowy mógłby zniszczyć całą roczną produkcję USA w ciągu kilku minut. Podczas 12-dniowej wojny z Iranem w czerwcu 2025 roku zużyto około 150 pocisków przechwytujących, co stanowiło 28 procent światowego zapasu i ponad półtoraroczną produkcję.
Chociaż nie wszystkie 500 pocisków balistycznych wystrzelonych przez Iran zostało przechwyconych przez THAAD, liczba ta ilustruje problem, z jakim borykają się Stany Zjednoczone, zwłaszcza że – jak zobaczymy – sytuacja z innymi systemami obrony powietrznej jest również niepewna.
Problem „oczu”
Problemem nie są jednak tylko pociski, ale także „oczy”, czyli radary. Radary AN/TPY-2 systemu THAAD to cud techniki, kosztujące 500 milionów dolarów każdy. Ich naprawa jest trudna. Według dostępnych informacji radar w Jordanii jest uszkodzony, co skłoniło rząd niemiecki do rozważenia wysłania baterii Patriot do Jordanii, z uwagi na stacjonowanie tam wojsk niemieckich. Radar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest zniszczony.
Co więcej, uszkodzony został kluczowy radar wczesnego ostrzegania w Katarze, wyceniony na 1,1 miliarda dolarów. Radar ten był w stanie bardzo wcześnie wykryć wystrzelenie pocisków, pomagając obronie przeciwlotniczej przygotować się na nadlatujące pociski irańskie. Jednak obecnie radar wydaje się niesprawny.
Produkcja nowych radarów tego typu zajmuje lata, a naprawy są również skomplikowane i czasochłonne.
Ogólnie rzecz biorąc, awaria radaru nie tylko zmniejsza zasięg, ale także tworzy „luki geometryczne” w strefach obrony przeciwlotniczej, umożliwiając falom uderzeniowym przedostanie się przez nie z powodu niewykrycia (lub zbyt późnego wykrycia).
Fizyka jest silniejsza niż pieniądze.
Od dawna wskazuję, że zachodni przemysł zbrojeniowy ma problem. Na Zachodzie przywykliśmy do myślenia, że wszystko można rozwiązać pieniędzmi. Widać to po gigantycznym budżecie, jaki Pentagon wydaje corocznie, a także w dyskusjach w Europie o celu 5% PKB na obronność i wysiłkach UE na rzecz szybkiej modernizacji potencjału wojskowego.
Problem polega jednak na tym, że wielu rzeczy potrzebnych do modernizacji nie da się po prostu kupić „w locie”.
Niedobór pocisków THAAD skłonił firmę Lockheed Martin do ogłoszenia w komunikacie prasowym 29 stycznia, że podpisała z Pentagonem umowę o czterokrotnym zwiększeniu produkcji pocisków THAAD z 96 do 400 sztuk rocznie. W tym celu ma powstać nowy zakład produkcyjny w Arkansas. Będzie on jednak w pełni operacyjny dopiero za siedem lat, do 2033 roku.
Innymi słowy, na razie nie rozwiązuje to obecnego problemu.
Problemem nie są pieniądze; Problemem są prawa fizyki i łańcuchy dostaw. Silniki rakietowe na paliwo stałe THAAD są również wykorzystywane w pociskach ziemia-powietrze PAC-3 (Patriot), SM-3 i PrSM, a silniki do THAAD są w tej samej kolejce produkcyjnej co te.
Kolejnym problemem są głowice naprowadzające. Obecnie dla całej branży produkuje się maksymalnie 500 sztuk rocznie.
Rezultatem są długie czasy oczekiwania, o których czasami dyskutuje się w niemieckich mediach, na przykład przy zamawianiu nowych systemów Patriot dla niemieckich sił zbrojnych. Zamówiony dziś pocisk przechwytujący ma zostać dostarczony około 2030 roku.
Zbyt wielu przeciwników
Przez dekady Stany Zjednoczone opierały swoją przewagę militarną na takim stopniu, że nikt nie odważyłby się rzucić im wyzwania w wojnie konwencjonalnej. Jednak od 2022 roku Stany Zjednoczone i inne kraje zachodnie zaczęły dostarczać Ukrainie ogromne ilości pocisków Patriot. Patriot jest głównym „koniem roboczym” amerykańskiego systemu obrony powietrznej.
Teraz Stany Zjednoczone nagle stoją w obliczu co najmniej trzech stref konfliktu: Europy, gdzie Zachód prowadzi wojnę z Rosją na Ukrainie; Bliskiego Wschodu, gdzie Stany Zjednoczone bombardowały Huti i obecnie prowadzą wojnę z Iranem; oraz Azji, gdzie zbliża się konfrontacja z Chinami o Tajwan i, szerzej, o dominację regionalną.
Ale Stany Zjednoczone nie przygotowały się, tworząc oddzielne zapasy wystarczającej ilości broni dla każdej strefy konfliktu. Zamiast tego zapasy Pentagonu są scentralizowane, co oznacza, że Stany Zjednoczone wykorzystują cały swój arsenał na wszystkie konflikty. To wystarczało na jeden poważny konflikt. Ale teraz, z Ukrainą i Iranem, są już dwa – i nikt nie wie, co stanie się z Chinami i Tajwanem.
Jeśli USA przeniosą rakiety Patriot z Europy na Bliski Wschód, wschodnia flanka NATO pozostanie bez ochrony. Jeśli wycofają rakiety Aegis z Japonii lub pociski THAAD z Korei Południowej, dla Pekinu otworzy się okno możliwości.
Liczy się już nie „potęga wirtualna”, czyli kwoty w budżecie wojskowym, ale „potęga realna”, czyli ilość dostępnej broni i przede wszystkim maszyn dostępnych w fabrykach.
Obecnie pojawiają się doniesienia, że USA chcą przenieść systemy obrony powietrznej THAAD z Korei Południowej na Bliski Wschód, ponieważ najwyraźniej po prostu nie docenili Iranu.
Ale każdy pocisk wystrzelony dziś w irański cel jutro będzie nieosiągalny dla Tajwanu, Guamu lub Korei Południowej. Chiny oczywiście bardzo uważnie obserwują gwałtowne wyczerpywanie się amerykańskich arsenałów.
Problem polega na tym, że wojna z Iranem trwa tylko od około siedmiu dni, podczas gdy rozszerzenie produkcji pocisków THAAD zajmie 2555 dni.
Wielkie wojny to zawsze bitwy na wyniszczenie, wojny o materiały. Tak było w czasie I wojny światowej, ale także II wojny światowej, kiedy Niemcy – wspierane, dobrowolnie lub nie, przez gospodarkę wojenną całej Europy – przegrały wojnę nie tylko z powodu jej rozmiarów i woli oporu Związku Radzieckiego, ale także dlatego, że stanęły w obliczu potęgi przemysłowej trzech supermocarstw: USA, Związku Radzieckiego i Imperium Brytyjskiego.
Nie jest zatem niczym nowym, że o losach wielkich wojen często decyduje logistyka. Zgodnie z prawami matematyki, USA jak dotąd przegrywały w tej dziedzinie, ponieważ polegały na niezwykle drogich systemach uzbrojenia, trudnych w utrzymaniu i naprawie, podczas gdy ich przeciwnicy wybierali tańsze, łatwiejsze w utrzymaniu i szybko wymienialne systemy uzbrojenia.
Dotyczy to nie tylko Iranu, ale także Rosji, która produkuje znacznie więcej broni i amunicji niż cały Zachód razem wzięty. Podczas gdy zachodnia propaganda twierdzi, że Rosja stoi na krawędzi militarnej klęski na Ukrainie, w rzeczywistości, pomimo strat poniesionych w wojnie, ma ona obecnie na przykład o tysiąc czołgów więcej w zapasach niż przed wojną.
Skoro wiemy, że rezerwy THAAD topnieją jak śnieg na słońcu, musimy przyjrzeć temu, czym Pentagon próbuje wypełnić luki w obronie powietrznej.
Możliwe alternatywy
Po pierwsze, mamy Patriota z pociskami PAC-3, konia roboczego amerykańskiej i zachodniej obrony powietrznej. To ostatnia linia obrony, a na świecie istnieje znacznie więcej systemów Patriot niż systemów THAAD, a jego produkcja jest lepiej zorganizowana.
Problem polega jednak na tym, jak wspomniano, że PAC-3 i THAAD wykorzystują te same rakiety na paliwo stałe. Drastyczne zwiększenie produkcji Patriotów w celu szybkiego uzupełnienia niedoborów THAAD przypomina próbę upieczenia dwóch różnych ciast z jednym workiem mąki. Wybór jednego systemu automatycznie spowalnia produkcję drugiego.
Stany Zjednoczone dysponują również pociskami Aegis i SM-3/SM-6, które chronią amerykańskie okręty wojenne, a ich wyrzutnie MK-41 mogą być również rozmieszczone na lądzie. Ta rodzina pocisków stanowi jedyną poważną alternatywę dla THAAD pod względem skuteczności. Pentagon mógłby zatem wysłać niszczyciele do Zatoki Perskiej lub zainstalować wyrzutnie MK-41 na lądzie (Aegis Ashore).
Problem polega jednak na tym, że pocisk SM-3 kosztuje od 12 do 25 milionów dolarów. Geografia również odgrywa rolę, ponieważ Marynarka Wojenna USA nie może „pożyczać” swoich pocisków siłom lądowym w nieskończoność, nie narażając swoich grup lotniskowców na Pacyfiku na bezbronność wobec Chin.
Stany Zjednoczone dysponują również systemem David’s Sling, izraelskim systemem, którego skuteczność plasuje się pomiędzy Patriotem a THAAD i który sprawdził się już w walce z pociskami balistycznymi.
Problemem są jednak ograniczone zdolności produkcyjne Izraela. W przypadku poważnej wojny Izrael potrzebuje każdego pocisku przechwytującego i jest zależny od dodatkowych dostaw pocisków ziemia-powietrze z USA. Nadzieja, że Izrael zniweluje powstającą lukę w globalnej obronie powietrznej sił zbrojnych USA, byłaby zatem iluzją.
Znaczenie strat w wojnie z Iranem
Po nieudanym ataku dekapitacyjnym na Iran, pierwsze dni wojny pokazały, że Iran był w stanie atakować bazy amerykańskie na całym Bliskim Wschodzie, a także infrastrukturę naftową i gazową krajów, które umożliwiają Stanom Zjednoczonym walkę z Iranem z ich terytorium, praktycznie bez przeszkód.
Stany Zjednoczone zaprzeczają poważnym stratom i twierdzą, że nie poniosły praktycznie żadnych strat, ale zdjęcia ze specjalistycznych satelitów zdolnych do wykrywania pożarów pokazały nagły wybuch pożarów w bazach amerykańskich na całym Bliskim Wschodzie oraz w infrastrukturze naftowej i gazowej krajów arabskich. Co więcej, fakt, że ważny amerykański szpital wojskowy w Landstuhl w Niemczech nagle przeniósł wszystkich pacjentów cywilnych do innych szpitali i priorytetowo potraktował zbiórki krwi, powinien być kolejnym dowodem na to, że sytuacja w Iranie jest dla USA znacznie gorsza niż donoszą zachodnie media.
Stany Zjednoczone zaprzeczają poważnym stratom i twierdzą, że nie poniosły prawie żadnych strat, ale zdjęcia ze specjalistycznych satelitów zdolnych do wykrywania pożarów pokazały, jak liczne pożary nagle wybuchły w bazach amerykańskich na całym Bliskim Wschodzie oraz w infrastrukturze naftowej i gazowej krajów arabskich. W związku z tym, po kilku dniach walk, USA musiały zmienić strategię i zamiast pocisków (nadlatujących irańskich pocisków) zaatakowały „strzelców” (irańskie wyrzutnie). Zaatakowały one irańskie wyrzutnie rakiet, co spowodowało, że Iran jest teraz w stanie wystrzeliwać mniej pocisków dziennie.
Nie wynika to z niedoboru irańskich pocisków, ale raczej z niedoboru (mobilnych) wyrzutni. Fakt, że USA nie były jeszcze w stanie poważnie uszkodzić irańskich zapasów, jest widoczny w utrzymującej się wysokiej intensywności irańskich ataków dronów.
Pocisk manewrujący Tomahawk
Na dodatek Stany Zjednoczone borykają się z problemem pocisków manewrujących Tomahawk, które jak wiadomo odgrywają kluczową rolę w amerykańskich atakach na inne kraje. Problem jest tu bardzo podobny do tego z pociskami ziemia-powietrze.
Według publicznie dostępnych informacji, Stany Zjednoczone posiadają około 4000 pocisków Tomahawk, wystrzeliwanych głównie z okrętów. USA wystrzeliły ponad 135 z nich przeciwko Huti w Jemenie. W 2025 roku doszło również do ataków Tomahawk na Nigerię.
Dokładna liczba pocisków Tomahawk użytych w wojnie z Iranem nie jest znana. Amerykańskie okręty wojenne wystrzeliły pociski Tomahawk w cele irańskie, a amerykańskie wojska lądowe użyły systemu rakietowego HIMARS, z którego wiele zostało również dostarczonych Ukrainie.
Przed rozpoczęciem wojny z Iranem Stany Zjednoczone zgromadziły znaczącą obecność wojskową na Bliskim Wschodzie, w tym 13 niszczycieli Marynarki Wojennej. Gdyby wszystkie pociski znajdowały się w zasięgu, mogłyby wystrzelić od 150 do 250 pocisków Tomahawk, według analizy think tanku Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych. Gdyby w atak zaangażowano również jeden z czterech okrętów podwodnych typu Ohio przebudowanych na wyrzutnie pocisków manewrujących, mogłyby zostać wystrzelone dodatkowe 154 Tomahawki. Nie jest jasne, czy taki okręt podwodny brał udział w atakach.
W najgorszym przypadku oznaczałoby to, że Stany Zjednoczone wystrzeliłyby 400 pocisków Tomahawk – 10 procent swojego globalnego arsenału – w ciągu zaledwie jednego tygodnia wojny z Iranem.
W przypadku pocisków Tomahawk jest podobnie jak z systemem obrony powietrznej: produkcja nowych zajmuje bardzo dużo czasu. Firma RTX Corporation, która produkuje pociski Tomahawk, ogłosiła niedawno podpisanie umowy z Pentagonem na zwiększenie rocznej produkcji Tomahawków z obecnych 90-100 do ponad 1000 sztuk w ramach wieloletniego programu.
Również w tym przypadku, zanim ta decyzja odniesie zauważalny skutek, miną lata, podczas gdy Stany Zjednoczone szybko wyczerpują swoje zapasy Tomahawków.
Czy Chiny pomagają Iranowi?
Jak wspomniano, Chiny bardzo uważnie obserwują to wszystko.
Ponieważ Iran jest dla Chin bardzo ważnym dostawcą ropy, kluczowe jest zrozumienie, że wojna USA z Iranem jest w rzeczywistości przede wszystkim wojną z chińską gospodarką. Jeśli Stany Zjednoczone przejmą kontrolę nad Iranem i będą mogły kierować jego eksportem ropy, Chiny albo otrzymają mniej ropy, albo będą musiały za nią znacznie więcej zapłacić. Rosnące ceny energii wpływają na gospodarkę, czego Europa doświadcza obecnie w związku z de-industrializacją.
Ponieważ Iran jest dla Chin bardzo ważnym dostawcą ropy, ważne jest zrozumienie, że wojna USA z Iranem jest w rzeczywistości przede wszystkim wojną z chińską gospodarką. Właśnie na tym polega strategia bezpieczeństwa Trumpa: Stany Zjednoczone chcą „rzucić wyzwanie” Chinom gospodarczo, ale w miarę możliwości uniknąć wojny z Chinami. Biorąc pod uwagę uszczuplone arsenały USA, nie jest to zaskakujące, ponieważ Stany Zjednoczone nie mogłyby powtórzyć scenariusza z Ukrainą w przypadku przejęcia Tajwanu przez Chiny i wymusić na Chinach kosztownej wojny zastępczej, zalewając Tajwan bronią. USA już teraz nie mają niezbędnej broni, a wojna z Iranem dodatkowo zaostrza ten problem.
Pekin jest zatem naturalnie zadowolony, gdy USA wystrzeliwują swoją amunicję na Bliskim Wschodzie, a wcześniej na Ukrainie, ponieważ każdy wystrzelony tam amerykański pocisk to o jeden pocisk mniej, którego USA mogłyby użyć w potencjalnej wojnie o Tajwan.
Według doniesień chińskie samoloty transportowe ponownie latają do Iranu. Może spróbujemy zgadnąć, co przewożą…
Wojna USA i Izraela z Iranem zmienia globalną architekturę energetyczną, podnosi ceny węglowodorów i grozi kolejnym szokiem cenowym dla Europy.

Rosja ogłosiła plany przekierowywania dostaw gazu z Europy do Chin, Indii, Tajlandii i Filipin. Wicepremier FR Aleksander Nowak potwierdził, że negocjacje są w toku. Jednocześnie trzy tankowce LNG zmieniły już trasy, opuszczając europejskie porty i kierując się do azjatyckich klientów, którzy płacą obecnie znacznie wyższe ceny spotowe.
W zachodnich mediach ruch ten jest często przedstawiany jako rodzaj politycznej kary ze strony Rosji wobec Europy. Rzeczywistość jednak opiera się na znacznie prostszym, a jednocześnie bardziej surowym mechanizmie: Rosja podąża za cenami rynkowymi. A te przesunęły się znacząco na wschód w wyniku niedawnej eskalacji na Bliskim Wschodzie. Przyczyną tego jest wojna z Iranem, a w szczególności amerykańskie naloty, które wstrząsnęły rynkami energii w ciągu kilku dni.
W lutym cena europejskiego gazu TTF wynosiła około 35 euro za megawatogodzinę. Do 6 marca cena ustabilizowała się już na poziomie 52,81 euro – wzrost o około 50 procent w ciągu miesiąca. Jednocześnie w Azji gwałtownie wzrosły ceny LNG, które byłoby sprzedawane po długoterminowych cenach kontraktowych w Europie. Teraz może być przedmiotem obrotu w Azji z ogromnymi premiami kryzysowymi – sytuacja ta miała miejsce ostatnio podczas kryzysu energetycznego w 2022 roku.
Zmiany strukturalne wzmacniają ten efekt. Rosja dostarczyła do Europy około 13,8 miliona ton LNG w 2025 roku. Jednocześnie Unia Europejska zdecydowała o stopniowym ograniczaniu importu rosyjskiego gazu. Krótkoterminowe kontrakty na LNG zostaną zakazane od końca kwietnia. Całkowity zakaz importu rosyjskiego LNG ma wejść w życie do końca roku, a od 2027 roku dostawy będą realizowane wyłącznie za pośrednictwem gazociągów.
Moskwa nie reaguje na tę politykę oporem, lecz wykorzystuje ją strategicznie. Każda dostawa LNG przekierowana do Azji przed wejściem w życie tych zakazów może zostać przekształcona w długoterminowe kontrakty z klientami spoza Europy.

2 grudnia ub.r. ruszył do Chin wielki gazowy rurociąg Siła Syberii
Ta sytuacja zbiega się z nadzwyczajnym ciągiem jednoczesnych kryzysów energetycznych. Katar został zmuszony do ogłoszenia stanu siły wyższej po ataku dronów na terminal LNG w Ras Laffan 2 marca. Spowodowało to przerwanie około 20% globalnych dostaw LNG. Jednocześnie azjatyccy i europejscy nabywcy konkurują obecnie o każdy dostępny ładunek w zbiornikach drogą morską. Cieśnina Ormuz jest skutecznie zablokowana z powodu wycofania się z ubezpieczeń i eskalacji działań wojennych. W tych okolicznościach Rosja pozostaje jedynym dużym eksporterem energii, którego łańcuchy dostaw nie przechodzą ani przez Zatokę Perską, ani przez Cieśninę Ormuz. To sprawia, że Rosja jest obecnie jedynym producentem zdolnym do zaopatrywania rynków azjatyckich bez konieczności transportu LNG przez strefę działań wojennych.
To, czy ta sytuacja została strategicznie zaplanowana, nie ma ostatecznie znaczenia. Strukturalny stan rynków automatycznie wywołuje ten efekt. Każdy dolar, o który cena ropy Brent wzrośnie powyżej 70 dolarów, przynosi Rosji około miliarda dolarów dodatkowych dochodów państwa rocznie. Obecne premie spot na LNG dodatkowo wzmacniają ten efekt. Wojna z Iranem staje się zatem jednym z najbardziej dochodowych wydarzeń dla rosyjskiego budżetu państwa od czasu szoku cenowego z 2022 roku – a Moskwa nie musiała wystrzelić ani jednego pocisku, aby to osiągnąć.
Kolejny sygnał nadszedł z Waszyngtonu 6 marca. Departament Skarbu USA przyznał 30-dniowe zwolnienie, umożliwiające Indiom kontynuowanie bezpośrednich zakupów rosyjskiej ropy naftowej. Decyzja ta ostatecznie potwierdza to, co rynki energetyczne już zauważyły: w obliczu niepewnych dostaw z regionu Zatoki Perskiej i częściowego niewywiązywania się Kataru z dostaw, rosyjska energia nie jest już surowcem objętym sankcjami. Obecnie jest to po prostu jedyna niezawodna alternatywa.
Europa znajduje się w paradoksalnej sytuacji. Ceny gazu rosną o około 50 procent, wywołane wojną, której Europa nie rozpoczęła ani nie jest w stanie kontrolować geograficznie. Jednocześnie dostawy, na które Europa wcześniej politycznie nie chciała się zgodzić, są teraz przebijane przez azjatyckich nabywców. Tankowce LNG płynące na wschód transportują rosyjski gaz tam, gdzie płaci się najwyższą cenę. Azja – z silniejszymi finansami publicznymi i pilniejszym zapotrzebowaniem na energię – prawie zawsze przebije Europę w tych aukcjach. Rosja nie instrumentalizuje w tym przypadku energii. Robi to sama wojna.
Konsekwencje dla Europy mogą być znaczące. Jeśli dostawy LNG będą coraz częściej przekierowywane do Azji, a jednocześnie eksport energii z Zatoki Perskiej zostanie zakłócony lub stanie się niepewny z powodu wojny z Iranem, kolejny potężny szok cenowy zagrozi europejskim rynkom gazu i energii elektrycznej. Azjatyccy nabywcy już teraz konkurują z Europą o każdy dostępny ładunek w zbiorniku i często są skłonni zapłacić znacznie wyższe ceny. Mogłoby to doprowadzić do trwałego przeniesienia dostaw, które wcześniej trafiały do Europy, na rynki azjatyckie, gdzie podpisywane są długoterminowe kontrakty. Dla europejskiego przemysłu oznaczałoby to dalszą utratę taniej energii – wraz ze wzrostem kosztów produkcji, rosnącą presją inflacyjną i przyspieszoną deindustrializacją w niektórych państwach UE.
Opracował: Zygmunt Białas
Agnieszka Piwar 2024-03-08 piwar/w-dzien-kobiet-przypominam-jak-z-dziwki-zrobiono-idolke

Często trafiam w mediach społecznościowych na narzekania mężczyzn pod adresem kobiet. W ich mniemaniu współczesne kobiety to najczęściej wyuzdane, wulgarne, roszczeniowe materialistki i skupione na sobie egoistki. Faktycznie, coś jest na rzeczy. Sęk w tym, że w znacznym stopniu to faceci do tego doprowadzili.
To będzie mroczna opowieść z tragicznym finałem. Iście szatański podstęp, w którym całkowicie odwrócono pojęcia. Niegdyś Kopciuszek był synonimem skromnej niewiasty, której pokora, dobroć oraz ciężka i uczciwa praca zostały nagrodzone.
Współczesna „opowieść o Kopciuszku”, to historia prostytutki. Sprzedawanie własnego ciała bardzo się jej opłaciło, bo spotkała wymarzonego „księcia z bajki”.
Upadły świat zakpił z monarchii. „Królowe” i „księżniczki” to obecnie agresywne, nafaszerowane botoksem karykatury, z napompowanymi ustami, sztucznymi piersiami i ciałem oszpeconym tatuażami. Na domiar złego wyszydzono chrześcijaństwo. Przykładem jest perwersyjna piosenkarka Madonna (imię zaczerpnięte od Matki Bożej), która wielokrotnie profanowała symbole religijne czy określanie wynaturzonych postaw ikonami.
PRETTY WOMAN
Szkodliwość słynnego filmu z 1990 roku jest porażająca. Jeszcze bardziej szokuje bierność opinii publicznej na skandaliczny obraz. Za sukcesem „Pretty Woman” (dosłowne tłumaczenie: piękna kobieta) poszedł konkretny przekaz do młodych dziewcząt: sprzedawanie własnego ciała nie jest wcale takie złe, a nawet bardzo się opłaca.
Chodziłam do podstawówki, kiedy filmowa opowieść o prostytutce trafiła z USA do Polski. Wiele moich szkolnych koleżanek (które wówczas były dziećmi) piały z zachwytu po seansie. Ta dziewczyna, która zachwycała się najmocniej, w dorosłym życiu upadła najniżej i skończyła najgorzej. Obecnie produkcję można obejrzeć m.in. na platformie Netflix, gdzie wskazano przedział wiekowy od 13 lat.
Czego dowiadują się z filmu trzynastolatki? Przekaz jest bardzo wyraźny. Prostytutka Vivian (Julia Roberts) jest sympatyczna, bystra i ma czarujący uśmiech. W liceum miała całkiem dobre oceny, ale nieszczęśliwie się zakochiwała, co niejako pokomplikowało jej życie. Z pracy kelnerki i parkingowej nie starczało na czynsz wynajmowanej klitki – co jest dość dziwne, wszak akcja dzieje się w zamożnej Ameryce. By jakoś wiązać koniec z końcem zaczęła więc sprzedawać swoje ciało przy Alei Gwiazd w Los Angeles.
Któregoś dnia bogaty, elegancki i przystojny biznesmen Edward (Richard Gere) zgubił się na ulicach Hollywood. Vivian, licząc na niezły zarobek, podeszła do jego samochodu i zaproponowała pomoc. Za wskazanie drogi dostała 20 dolarów, za wspólną noc 300 dolarów, a za bycie „damą do towarzystwa” przez następny tydzień kilka tysięcy plus ekstra premię na kupienie sobie eleganckich ubrań.
Po prostu była tak urocza, że Edward – mimo, iż nie tego planował – pod wpływem impulsu zaprosił ją do swojego apartamentu w luksusowym hotelu. Pracownicy hotelu też ulegli wdziękowi prostytutki z ulicy. Windziarz hotelowy zerkał na Vivian jak zaczarowany, a dyrektor osobiście uczył ją poprawnego posługiwania się sztućcami w wytwornej restauracji.
Jedynie pracownice ekskluzywnego butiku – ukazane jako wredne jędze – nie raczyły być miłe dla prostytutki. Nie chciały jej obsłużyć, gdy weszła do sklepu w stroju ulicznicy. Kiedy poskarżyła się Edwardowi, ten bardzo się wzburzył. Na otarcie łez zabrał Vivian do innego sklepu i zapłacił krocie, by wszyscy pracownicy, z kierownikiem włącznie, podlizywali się jej na całego i ubrali jak damę.
W stroju damy towarzyszyła Edwardowi na meczu polo, gdzie zebrała się miejscowa elita. Znajomy biznesmena i zarazem jego prawnik węszył spisek, sugerując, że Vivian jest szpiegiem konkurencyjnej firmy. Chcąc uspokoić wspólnika, Edward mu wyznał, że jest ona zwykłą dziwką wziętą z ulicy. Prawnik podjarał się tym faktem i zaczął składać prostytutce dwuznaczne propozycje, co ją bardzo oburzyło.
Po powrocie do apartamentu, zdenerwowana kobieta wygarnęła swojemu sponsorowi, że nikt tak jej wcześniej nie upokorzył. Edward jej przypomniał, że przecież jest dziwką, więc niech się nie dziwi, że ludzie tak ją traktują. Vivian się wściekła za nazwanie sprawy po imieniu, strzeliła focha, spakowała manatki i wybiegła z apartamentu. Biznesmen zrozumiał, że ma ona swoją dumę, poleciał za nią, przeprosił i udobruchał. Kolejny raz wylądowali w łóżku i… zakochali się w sobie.
Fabuła kończy się „happy endem”. Edward wyznaje Vivian miłość i deklaruje wspólną przyszłość aż do grobowej deski. W międzyczasie, pod wpływem prostytutki biznesmen przechodzi pozytywną przemianę. Z wyrachowanego gracza – który kupował w całości upadające firmy, a następnie sprzedawał w częściach dla własnego zysku – zamienił się w wrażliwca, który postanowił jednak ratować przedsiębiorstwa w kryzysie.
Perfidia twórców filmu polega na tym, że jest odwrotnością bajek z morałem. „Pretty Woman” reklamowano w mediach jako współczesną wersję „Kopciuszka”. Tymczasem w klasycznej bajce wynagradza się dobro, cnotę i pokorę, a tutaj nagroda trafiła do kobiety, która sprzedawała swoje ciało. Co więcej, prostytutkę – a więc z racji wykonywanej profesji kobietę moralnie upadłą – ukazano jako niezwykle pozytywną postać.
Filmowa opowieść o prostytutce stała się wielkim hitem. Produkcja zarobiła fortunę i zdobyła fanów na całym świecie. Aktorzy odtwarzający główne role uzyskiwali status czołowych gwiazd przemysłu filmowego, dzięki czemu do dziś dostają milionowe gaże. Za zagranie prostytutki Julia Robert otrzymała nagrodę Złotego Globa dla najlepszej aktorki oraz nominację do Oskara.
Film zyskał miano kultowej komedii romantycznej i nadal cieszy się popularnością jako „klasyk” w swoim gatunku. Uważam, że twórcy „Pretty Women” – reżyser, scenarzysta i producenci to mężczyźni (sic!) – w znacznym stopniu przyczynili się do problemu społecznego, który w późniejszych latach opisały takie polskie filmy jak „Galerianki” czy „Dziewczyny z Dubaju”. Obie fabuły opowiadają o współczesnych formach prostytucji. Motorem napędowym do sprzedawania swojego ciała jest pragnienie posiadania drogich ciuchów i luksusowego życia.
Co znamienne, krytycznie o amerykańskim hicie wypowiedziała się Irena Dawid-Olczyk, prezes Fundacji La Strada, walczącej z handlem ludźmi i wspierającej jego ofiary. Kobieta w gorzkich słowach zwróciła się do samego Richarda Gere’a. Aktor w 2019 roku odwiedził Polskę, gdzie dyskutował o… obronie praw człowieka. Od szefowej La Strady usłyszał o negatywnym wpływie filmu „Pretty Woman” na wybory młodych kobiet, które głęboko wierzą, że prostytucja to droga do sukcesu.
Na portalu filmweb.pl, pod tytułem „Pretty Woman”, jedna z forumowiczek napisała wymowny komentarz: „Zauważyliście, że tak jak tamtejsze prostytutki ubiera się dziś prawie każda dziewczyna?”.
BURDELMAMA KRÓLOWĄ
W XXI wieku lansowanie negatywnych wzorców rozkręciło się na całego, niestety także na polskim podwórku. Wystarczy wspomnieć telewizyjny reality show „Królowe życia”. Program nadawany na antenie stacji TTV w latach 2016-2022 pokazywał kulisy życia osób, które niczego sensownego sobą nie reprezentowały, ale z racji kontrowersyjności potrafiły napędzić oglądalność.
Program najmocniej wylansował Dagmarę Kaźmierską. Czym sobie „zasłużyła”, by pokazywać ją w telewizji? Od 2005 prowadziła agencję towarzyską. W 2009 została skazana prawomocnym wyrokiem na cztery lata pozbawienia wolności za działanie w zorganizowanej grupie przestępczej, stręczycielstwo, sutenerstwo i zmuszanie młodych kobiet do prostytucji, ostatecznie spędzając w więzieniu 14 miesięcy.
Obecnie Kaźmierska jest rozchwytywaną celebrytką. Występuje w filmach, pisze książki, pozuje na ściankach, udziela wywiadów, a ostatnio wzięła udział w popularnym „Tańcu z gwiazdami” na antenie telewizji Polsat. Kreowana jest na sympatyczną i równą babkę po przejściach, która ma twardy charakter, robi co chce i mówi co myśli. Przeglądając komentarze pod nagraniami i artykułami o „królowej życia” przecieram oczy ze zdziwienia – Kaźmierska jest uwielbiana.
Należy odnotować, że producentem i reżyserem programu, który wylansował burdelmamę do rangi autorytetu dla młodych Polek, jest oczywiście mężczyzna – Piotr Wąsiński.
Moda na określanie upadłych kobiet jako „królowe” przyszła do Polski ze Stanów Zjednoczonych. Prekursorką jest kontrowersyjna i wyuzdana piosenkarka Madonna, którą przed laty okrzyknięto „królową popu”. Jej młodsza wersja Britney Spears zyskała miano „księżniczki popu” i jest uważana za ikonę popkultury schyłku XX wieku. U szczytu popularności kobiety wystąpiły na wspólnym koncercie, który podkręciły lesbijskim pocałunkiem.
Britney początkowo lansowana była jako niewinna i spokojna dziewczyna. Zaczynała od występów w programie dla dzieci Klub Myszki Miki. Tam poznała przyszłego chłopaka Justina Timberlake’a. Jako nastolatkowie zostali parą, przy czym Spears deklarowała w mediach zachowanie dziewictwa do ślubu.
Po latach wydała książkę pt. „Kobieta, którą jestem”. W autobiografii przyznała, że jednak uprawiali seks, a także zaszła w ciążę. Britney chciała urodzić dziecko, ale Justin zmusił ją do aborcji. Timberlake i tak potem od niej odszedł, po czym skupił się na rozwinięciu własnej muzycznej kariery.
Tymczasem „księżniczka popu” rzuciła się w wir romansów, a następnie przeszła załamanie nerwowe, czego efektem było m.in. ogolenie sobie głowy na łyso czy nałożenie przez sąd ubezwłasnowolnienia. I wreszcie, toksyczny wpływ na piosenkarkę wywarł jej ojciec Jamie Spears, który sprawował nad dorosłą córką kuratelę i był oskarżany o życie na jej koszt.
Co znamienne, wczesna Britney stała się wzorem dla wielu znanych piosenkarek. Do inspiracji twórczością i wizerunkiem Spears przyznały się Lana Del Rey, Lady Gaga, Miley Cyrus, Victoria Justice, Pixie Lott, Selena Gomez, Fergie czy Girls’ Generation.
Na polskiej scenie muzycznej też mamy naśladowczynię amerykańskiej piosenkarki. Dorota Rabczewska ps. Doda nie ukrywała, że jej idolką była właśnie Britney Spears. Jednak polska piosenkarka w kreowaniu własnego stylu poszła nieco dalej.
Doda od początku budowała swoją karierę na wizerunku skandalistki. Poddała się operacji powiększenia biustu. Pozowała nago do magazynów „dla panów” [porno jest dla seksoholików, nie „panów”md] . Wdawała się w pyskówki, a nawet bójki z innymi celebrytami. Miewała też problemy z prawem, zarzuty prokuratorskie, a nawet wyrok sądu za obrazę uczuć religijnych.
W 2011 roku, podczas spotkania z fanami, którym podpisywała najnowszą płynę, Doda miała ze sobą długopis w kształcie sztucznego penisa. Na oczach fotoreporterów i fanów (w tym nieletnich) wsadziła go sobie do ust, imitując stosunek oralny. Co znamienne, do tak wulgarnej osoby przylgnęło medialne określenie: „Królowa jest tylko jedna”, które sama zresztą wylansowała.
Tymczasem pojawiły się w Polsce kolejne celebrytki, pragnące dosiąść tronu. Wśród nich Karolina Derpieńska, szerzej znana jako amerykańsko brzmiąca Caroline Derpienski. Samozwańczo określiła się jako „dolarsowa królowa”. Zasłynęła z tego, że w polskojęzycznych mediach opowiada o bajecznie bogatym życiu, jakie zapewnia jej znacznie starszy kochanek – miliarder z Miami.
O miano królowej zawalczyły też uczestniczki programu TVN7 pt. „Królowa przetrwania”. Scenariusz zrealizowano w tajlandzkiej dżungli, gdzie zaproszono 12 kobiet (najczęściej sztucznych, wypełnionych botoksem, wytatuowanych, etc.) znanych z Internetu i programów telewizyjnych typu reality. Panie zasłynęły w Polsce z robienia wokół siebie szumu i patologicznych zachowań, na których zbudowały karierę.
Dla przykładu Marta Linkiewicz, która wątpliwą popularność zdobyła w 2015 roku. Jako nastolatka wybrała się z koleżanką na koncert amerykańskich reperów z grupy Rae Sremmurd, a następnie chwaliła się w mediach społecznościowych, że uprawiała z nimi seks grupowy. „Z tym się jebałam, a temu ciągnęłam” – wyznała przyszła celebrytka.
Obecnie Linkiewicz jest jedną z gwiazd Fame MMA, polskiej federacji (i największej w Europie) organizującej gale typu freak show fight. Impreza polega na tym, że uczestnicy – w tym celebryci, youtuberzy, raperzy, influencerzy – stają na ringu i walczą przy dużym zakresie dozwolonych technik. Wydarzeniom towarzyszą „konferencje”, podczas których uczestnicy wzajemnie się obrażają i obrzucają wulgarnymi wyzwiskami. Sporą popularnością cieszą się oczywiście pyskówki kobiet.
Federacja posiada łącznie czterech właścicieli, samych mężczyzn – Wojciecha Golę (współzałożyciel), Michała Barona, Krzysztofa Rozparę (były prezes) oraz Rafała Pasternaka (prezes). Panowie na walkach żądnych sławy (i zdesperowanych?) osób zbijają majątek.
Do patocelebrytów dołączyła Marianna Schreiber. Mowa o żonie polityka Łukasza Schreibera, która znudzona życiem postanowiła rozpędzić własną karierę, oczywiście jadąc na nazwisku męża. Kobieta zasłynęła z tego, że jako żona ministra w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, wystąpiła w programie „Top Model” (nadawanym w nielubianej przez PiS stacji TVN), gdzie obnażyła swoje ciało. Z programu dość szybko odpadła, ale zabrylowała na ściankach i plotkarskich portalach.
To jej nie wystarczało, więc ona również zaczęła tłuc się z innymi kobietami. Dołączyła do federacji Clout MMA. Odniosła w tym nawet pewien sukces, bo tak obiła przeciwniczkę, że wygrała już jakąś walkę. W ramach rozpoczęcia kariery na ringu, Marianna Schreiber wystąpiła na gali federacji w pozłacanej koronie.
To mężczyźni doprowadzili do tego, aby lansować tego typu wzorce kobiety. Zrobili to głównie dla pieniędzy, ale też dlatego, by leczyć swoje zakompleksione ego, poprzez uwłaczanie godności płci przeciwnej. Szkoda, że w tym upadłym świecie zabrakło prawdziwych bohaterów i nikt nie rozprawił się z tą straszną demoralizacją.
Agnieszka Piwar
Fot.: kadr z filmu „Pretty Woman”
8/03/2026 zmianynaziemi.pl/wojna-z-iranem-jest-coraz-czesciej-przedstawiana-jako-religijna-misja

[ do jakiego boga on – i oni – się modlą? md]
====================================
Konflikt z Iranem coraz wyraźniej nabiera charakteru religijnego w przekazie amerykańskich i izraelskich przywódców.
Według organizacji broniących wolności religijnej w armii USA, setki żołnierzy zgłosiły, że ich przełożeni przedstawiają wojnę jako element biblijnych proroctw końca czasów.
Od początku marca bieżącego roku, gdy wojska amerykańskie i izraelskie przeprowadziły zmasowane ataki na Iran, retoryka religijna stała się stałym elementem wypowiedzi oficjeli obu krajów. Przedstawiciele administracji Trumpa oraz izraelscy politycy zaczęli explicite łączyć działania wojenne z teologiczną narracją o końcu czasów.
Organizacja Military Religious Freedom Foundation, monitorująca nadużycia religijne w amerykańskich siłach zbrojnych, poinformowała o otrzymaniu licznych skarg od żołnierzy. Według doniesień, dowódcy mówili podwładnym, że wojna z Iranem ma „wywołać Armagedon”, czyli biblijną bitwę końca czasów. Niektórzy przełożeni określali prezydenta Donalda Trumpa jako osobę „namaszczoną przez Boga” do przeprowadzenia tego konfliktu.
Eksperci zwracają uwagę, że takie formułowania nie są przypadkowe. Jak wyjaśnił w rozmowie z Al Jazeera analityk Abusharif, religijny język służy mobilizacji wewnętrznych grup wyborczych. W Stanach Zjednoczonych istnieje znaczący segment społeczeństwa, głównie ewangelikalni protestanci i chrześcijańscy syjoniści, którzy postrzegają konflikty na Bliskim Wschodzie przez pryzmat religijnych proroctw.
Chrześcijański syjonizm to ruch, który łączy poparcie dla państwa Izrael z przekonaniem o spełnianiu się biblijnych proroctw. Jego zwolennicy wierzą, że odrodzenie Izraela jako państwa w 1948 roku było zapowiedzią końca czasów. W tej teologicznej wizji Iran zajmuje szczególne miejsce jako jeden z głównych przeciwników, którego upadek ma przyspieszyć powtórne przyjście Chrystusa.
Wpływ tego środowiska na amerykańską politykę jest znaczący. Senator Ted Cruz publicznie wyraził poparcie dla działań Izraelu przeciwko Iranowi, łącząc je z szerszą narracją o zagrożeniu ze strony reżimu w Tehranie. Wielu republikańskich polityków aktywnie zabiega o głosy ewangelikalnych wyborców, dla których wsparcie dla Izraela stanowi element wiary.
Sekretarz obrony Pete Hegseth, podczas konferencji prasowej w Pentagonie na początku marca, odrzucił porównania tej wojny do wcześniejszych konfliktów, które prezydent Trump określał jako nieskończone. Jednak według relacji dziennikarskich, dziesiątki amerykańskich dowódców rozumieją atak na Iran jako bitwę mesjańską, mającą przyspieszyć powrót Jezusa Chrystusa.
Sytuacja budzi niepokój zarówno wśród prawników, jak i przedstawicieli innych wyznań chrześcijańskich. Krytycy zwracają uwagę, że mieszanie religii z polityką wojenną narusza zasadę rozdziału Kościoła od państwa. Organizacje broniące wolności sumienia wskazują, że tego rodzaju retoryka tworzy toksyczne środowisko dla żołnierzy niewierzących lub wyznających inne religie.
Również przedstawiciele innych Kościołów chrześcijańskich dystansują się od tej narracji. Katolicy i przedstawiciele głównych denominacji protestanckich krytykują utożsamianie polityki izraelskiej z wolą Bożą. W ich ocenie propaganda wojenna wykorzystuje wiarę do legitymizacji przemocy, co stoi w sprzeczności z uniwersalnym przesłaniem Ewangelii o pokoju.
Wśród samych Irańczyków na wygnaniu wojna wywołuje mieszane uczucia. Jak stwierdziła Bibi Sakine, katoliczka z Iranu mieszkająca w Anglii, przed rewolucją islamską chrześcijanie mogli swobodnie wyznawać swoją wiarę. Obecny konflikt, choć prowadzony przez kraje zachodnie, budzi obawy o przyszłość wszystkich mieszkańców regionu.
Analitycy podkreślają, że religijne ramowanie konfliktu służy przede wszystkim celom politycznym. Wzmacnia poparcie wewnętrzne, ale jednocześnie komplikuje dyplomatyczne próby zakończenia walki. Historyczne doświadczenia pokazują, że narracje o świętej wojnie trudno wycofać, gdy raz zostaną uruchomione.
Wojna trwa, a w amerykańskich kościołach płomień entuzjazmu nie gaśnie. Niezależnie od rzeczywistych intencji przywódców, miliony wiernych interpretują wydarzenia jako potwierdzenie ich teologicznych przekonań. Ocena, ile w tym rzeczywistej wiary, a ile politycznej kalkulacji, pozostanie przedmiotem dyskusji przez długie lata.
Źródła:
.facebook.com/AlAraby.en/posts/the-war-in-iran…
com/news/2026/3/4/why-are-the-us-an…
hartfordinternational.edu/news-events
theintercept.com/iran-war-end-times-ch…

————————————–

—————————————————–

—————————————————-

———————————————————–

——————————————————————-

——————————————–


—————————————————–

—————————————

—————————————

——————————————-

—————————————————-

——————————————————

——————————————————-

Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto) 8 marca 2026
Trudno się dziwić, że skoro całym światem wstrząsnęła amerykańsko-izraelska napaść na Iran, opatrzona pretensjonalnym, kabotyńskim kryptonimem „Epicka furia”, to musiało się to przełożyć również na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju. Przymiotnik „epicka” oznacza coś nadzwyczajnego, czy nawet – heroicznego. Tymczasem w izraelsko-amerykańskiej napaści na Iran niczego heroicznego, ani nawet nadzwyczajnego nie ma. Przeciwnie – jest to zwyczajny napad rabunkowy, jakich tysiące dokonują się codziennie w rozmaitych ciemnych zaułkach miast. Rabunkowego charakteru tej napaści nie zmienia bowiem kontekst, nazwijmy to, „ideowy”.
Chodzi mi oczywiście o ideę „Wielkiego Izraela”, z którą „czuje się związany” premier izraelskiego rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu. Ma ona bardzo stary rodowód, bo sformułowana została we biblijnej Księdze Rodzaju, a obecnie jest już bardzo zaawansowana w realizacji. W myśl tej idei, terytoria leżące między Nilem a Eufratem mają stanowić obszar Wielkiego Izraela.
Jak widzimy, wszystkie państwa leżące na tym obszarze zostały już politycznie obezwładnione z inicjatywy Izraela, który wykorzystał w tym celu potęgę osiłka w postaci Stanów Zjednoczonych i teraz, w następnym etapie, trzeba będzie je tylko okupować i inkorporować do Izraela. Na przeszkodzie realizacji tego etapu stał tylko złowrogi Iran, więc Izrael wykorzystał dorobek swego agenta w USA, niejakiego Epsteina, by zmłotować prezydenta Donalda Trumpa do napaści na ten kraj, najwyraźniej dając mu do zrozumienia, że w przeciwnym razie wyjdą na jaw rozmaite śmierdzące dmuchy.
W charakterze marchewki występuje oczywiście irańska ropa, na której prezydent Trump chciałby położyć rękę, jak to się stało w przypadku Wenezueli. To jest ten „heroiczny” charakter napaści. Jakie wnioski może z tego wyciągnąć świat? Po pierwsze – że wracamy do bismarckowskiej doktryny „siła przed prawem”. Wystarczy uzbroić się w „ponaddźwiękowe dzidy, kobaltowe proce”, żeby z „heroiczną furią” obrabować każdego, kto się akurat nawinie. W takim razie potencjalne ofiary mają dwie możliwości – albo zgodzić się na płacenie haraczu gangsterom, albo też zaopatrzyć się w „ponaddźwiękowe dzidy i atomowe proce” – bo są one w stanie ostudzić „epicką furię” każdego gieroja. Pokazuje to przykład Korei Północnej, której ani Izrael, ani Amerykańscy twardziele nie zaczepiają. Nie chciałbym tam, co prawda, mieszkać, ale nie da się ukryć, że Korea Północna jest państwem suwerennym, które nie kuca ani przed Żydami, ani przed amerykańskimi twardzielami.
Nasza chata, naturalnie z kraja, więc Książę-Małżonek wyraził „solidarność” – ale nie z napadniętym Iranem, tylko z „naszymi sojusznikami”, czyli emiratami arabskimi znad Zatoki Perskiej, które Iran w odwecie zaczął ostrzeliwać swoimi „ponaddźwiękowymi dzidami”. Nie obyło się oczywiście bez zasmrodzenia smrodkiem dydaktycznym, żeby uchronić wyznawców Volksdeutssche Partei oraz Prawa i Sprawiedliwości przed dysonansem poznawczym. O ile bowiem Rosja z powodu „napaści” na Ukrainę, została przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, ponad podziałami potępiona – o tyle nie ma u nas nikogo, kto by się odważył potępić sprawców „epickiej furii”.
Przyczynę wskazuje rewolucyjna teoria, według której wojny, podobnie jak walki o pokój, dzielą się na „sprawiedliwe” i „niesprawiedliwe”. Sprawiedliwą jest wojna, ewentualnie „epicka furia”, którą prowadzimy my, a w ostateczności – nasi sojusznikowie – przeciwko krajom ukazanym nieubłaganym palcem, jako „nieprzyjacielskie”. Natomiast wojna lub walka o pokój, jaką prowadziliby nasi nieprzyjaciele przeciwko nam, albo naszym, niechby nawet przymusowym, sojusznikom, jest oczywiście „niesprawiedliwa”. Zgodnie tedy z dialektyką marksistowską, ta sama wojna może być sprawiedliwa i niesprawiedliwa jednocześnie.
Tedy w ramach rewolucyjnej teorii, pojawiają się u nas teorie odpryskowe, w myśl dyrektywy Klucznika Gerwazego: „Gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego”. Tedy pan prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski wystąpił z teorią, że „Epicka furia” tak naprawdę ma na celu „osłabienie Rosji”, a jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj – to godzi w złowrogiego Grzegorza Brauna. Jak twierdził książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, nie ma to jak teolog – „i oświeci i uspokoi”. Ale w ostatnich czasach nie tylko teologia stała się dyscypliną akademicką. Obok studiów genderowych, dyscypliną akademicką jest również politologia – no i widzimy, że też nie pozostaje w tyle.
A skoro już o teologii mowa, to właśnie 1 marca została ogłoszona wiadomość, iż na podstawie dekretu Episkopatu Polski, w naszym nieszczęśliwym kraju zostały ustanowione finansowe kary kościelne za rozmaite myślozbrodnie. Górna granica została na razie ustalona na poziomie prawie 100 tys. złotych – ale z pewnością nie jest o ostatnie słowo. Znacznie ciekawsze są delikty, za które może być wymierzona finansowa kara, Są to między innymi „herezja”, „schizma”, czy „apostazja”. O co tu może chodzić?
Pewne światło na tę sprawę rzuca deklaracja J. Em. Grzegorza kardynała Rysia, że myślozbrodnią, a więc rodzajem „herezji” może być antysemityzm. Dotychczas antysemitnikom wiele rzeczy uchodziło płazem – ale teraz system został uszczelniony. Jak nie ze strony nienawistnego sądu państwowego, to ze strony trybunału kościelnego na myślozbrodniarza spadnie finansowa kara – oczywiście w maksymalnie dopuszczalnym wymiarze. Jak to będzie wyglądało w praktyce, kto będzie te należności ściągał? To nie jest jasne, bo wiadomo tylko, kto karę może wymierzyć – ale nie wiadomo, kto ją z delikwenta ściągnie. Czy Urząd Skarbowy, komornik sądowy, czy jeszcze ktoś inny? W przypadku antysemityzmu sprawa wydaje się stosunkowo prosta. Penitent podczas spowiedzi przyznaje, że wie, iż nie lubią go Żydowie, no to i on nie lubi Żydów. Znaczy – antysemitnik. Tedy spowiednik może mu przysolić karę w maksymalnej wysokości – ale pod absolucją. W takiej sytuacji ukarany zaniesie forsę w zębach, bo inaczej pójdzie do piekła i cały czas będzie bolało.
No dobrze – ale co będzie w przypadku „apostazji”? Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłem się nadziwić tym, którzy dokonują urzędowej apostazji. Skoro przestali wierzyć w Stwórcę Wszechświata, to z jakiego powodu żądają, by delegaci Pana Boga na Polskę wydali im stosowną bumagę? Ale to jest jedna z tajemnic natury ludzkiej, o której pisał św. Jan Maria Vianney, dziwując się, dlaczego ludzie nagminnie dopuszczają się jednego z głównych grzechów, mianowicie zazdrości, chociaż – w odróżnieniu od pozostałych grzechów głównych – nie dostarcza on grzesznikowi ani chwili przyjemności, tylko od początku – same udręki? W tej sytuacji jedynym wyjaśnieniem karalności apostazji mogą być przygotowania do wprowadzenia w Polsce podatku kościelnego. W przypadku apostazji delikwent wprawdzie podatku kościelnego już by nie płacił, ale za to musiałby zapłacić, dajmy na to, 100 tys. złotych za akt apostazji. Kto wie, czy w tych warunkach będzie się ona w ogóle opłacała, bo podatek kościelny może być skalkulowany znacznie przystępniej. Coś takiego mogła wymyślić kanclerska głowa – albo handlowa.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

————————————–

———————————————-

——————————-

————————————-

—————————————————-

——————————————————

———————————————–

———————————————-