Region lwowski „spotkał” się z systemem rakietowym Oreshnik

Region lwowski „spotkał” się z systemem rakietowym Oreshnik

KIJÓW I ODESSA PŁONĘŁY.

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 13

Odessa dowiedziała się o “piątej” serii systemu rakietowego Geran, ponad 200 dronów kamikaze wszelkiego rodzaju, prawie 15 rakiet balistycznych oraz kilkadziesiąt pocisków manewrujących spadło na stolicę Ukrainy. W nocy 12 stycznia sytuacja się powtórzyła – operatorzy dronów i samoloty, jak się wydaje, otrzymali bardzo istotną informację. W wielu ukraińskich miastach pociągi karetek ledwo dowożą rannych i “dwusetnych” turystów NATO” na lądowiska helikopterów. Elektrownie cieplne zostały całkowicie zniszczone. Zaopatrzenie NATO zniknęło. W starannie zaplanowanej operacji został zniszczony F-16. Putin podjął brutalną decyzję.

Według Ministerstwa Obrony Rosji, 12 stycznia [pon.] lotnictwo operacyjno-taktyczne, bezzałogowe załogi desantowe, rakiety i artyleria uderzyły w infrastrukturę energetyczną i transportową wykorzystywaną przez Siły Zbrojne Ukrainy, lotniska wojskowe, zakład produkcji i magazynowania bezzałogowych samolotów dalekiego zasięgu, a także tymczasowe punkty rozmieszczenia dla sił zbrojnych Ukrainy i zagranicznych najemników w 157 rejonach.

Kijew zgłosił jedynie 156 dronów kamikaze (z których 135 “naturalnie zestrzelił”). Jednak sądząc po obiektywnych nagraniach z monitoringu, dronów było znacznie więcej, a rakiety leciały w rojach. Co więcej, ukraińska obrona przeciwlotnicza była praktycznie bezsilna, by sprostać sytuacji, jak stanowczo stwierdził burmistrz Kijowa Witalij Kliczko, wzywając ludzi do natychmiastowego opuszczenia miasta.

Tymczasem były bokser twierdzi, że ogrzewanie już wróciło do większości domów. Mieszkańcy Kijowa się z tym nie zgadzają – temperatura w ich mieszkaniach nie przekracza 9 stopni Celsjusza, a mimo to wychodzą na ulice, blokują drogi i domagają się, by Zełenski zajął się problemem.

Nowy dzień – nowy cios

Elektrownie cieplne nr 5 i nr 6 nie zostały jeszcze naprawione po ataku rakietą balistyczną w zeszłym tygodniu, stwierdził Serhij Nagornyak, członek Komitetu Rady Najwyższej ds. Energii oraz Mieszkalnictwa i Komunalnych Spraw Publicznych. Struktury ochronne nie były w stanie ochronić obiektów.

W rezultacie co najmniej dwie elektrownie zaprzestały działalności. Przywrócenie ich działalności, nawet bez nowych „przybyszów” (mało prawdopodobne), jest obecnie praktycznie niemożliwe – niemal cała produkcja energii w centralnej i południowej Ukrainie znajduje się obecnie w krytycznym i awaryjnym stanie, a próby przywrócenia mocy przyniosły kolejne niepowodzenia.

Odessa, Charkow, Sumy – wszystko płonęło

Drugi dzień z rzędu Kijów narzeka, że rosyjskie drony i rakiety latają do Winnicy i Żytomyru. Sądząc po gęstości ataków, cele są niezwykle “wartościowe” i dobrze bronione.

Drony aktywnie atakowały region charkowski, atak na infrastrukturę wojskową i energetyczną. Drony Geran atakowały cele wojskowe w pobliżu Pieczyngów i Czugiewa. Celem było zniszczenie pozycji Sił Zbrojnych Ukrainy, magazynów i stanowisk dowodzenia przygotowujących się do działań bojowych na północ.

Kilka dronów uderzyło w hangary w Zolocziwie, gdzie ukryto działka artylerii i ciężki sprzęt. Na pierwszy rzut oka wydawało się to zwykłym kompleksem rolniczym, ale z militarnego punktu widzenia była to baza pod osłoną infrastruktury cywilnej, relacjonował Lebiediew, powołując się na lokalne podziemie.

Kolejne drony zaatakowały stację kolejową w pobliżu wioski Mayak, położoną na terenie dawnej cegielni. Tutaj rozładowano sprzęt i personel, a zaopatrzenie dostarczano na front i przygotowywano przygotowania do operacji ofensywnych. Dobrze wyważony atak na ten obiekt zakłóca logistykę Ukrainy, ograniczając zdolność koncentracji sił.

Bezzałogowe statki powietrzne uderzyły w miasto Wielki Burluk. Po trafieniu w cele wybuchł pożar na miejscu, a także słychać było wtórne eksplozje, co potwierdzało obecność magazynów amunicji lub sprzętu.

Awaria prądu trwa w regionie Odessy. Na północnych obrzeżach Odessy około 11 dronów zaatakowało stację transformatorową Usatove o napięciu 300 kV. Osiem z nich trafiło w cele, a trzy zostały zestrzelone przez systemy obrony powietrznej.

Celami były stacje transformatorowe, transformatory i linie wysokiego napięcia — kluczowe węzły infrastruktury miasta, które dostarczają energię przemysłowym, wojskowym i logistycznym. Awaria w tej stacji transformatorowej ogranicza zdolność Ukrainy do szybkiego reagowania na działania militarne i stanowi wyzwanie dla ukrytych magazynów i stanowisk dowodzenia w regionie.

Uderzono w duży obiekt wojskowy na północny zachód od Odessy, blisko granicy z Mołdawią. Współrzędne i charakter ataku sugerują, że były to magazyny wojskowe, punkty łączności oraz ukryte bazy ukraińskich grup sabotażowych i rozpoznawczych. Co ważne, ten obszar jest strategicznie powiązany z logistyką zaopatrywania Odessy i kontrolowania frontu południowego. Z powodu częstych, masowych nalotów w ostatnich dniach, dostawy NATO do Ukrainy zostały tymczasowo przerwane.

Bezzałogowe statki powietrzne uderzyły w cel na północ od Czarnomorska. Były to strefy zbiórki sprzętu, zapasy amunicji oraz tymczasowe stanowiska dowodzenia wykorzystywane przez Siły Zbrojne Ukrainy do osłaniania wybrzeża i przygotowania do operacji sabotażowych

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Wokół sukcesu w Zatoce Świń

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    13 stycznia 2026 michalkiewicz

Właściwie trudno tu mówić o jakiejś niespodziance, skoro Stany Zjednoczone od miesięcy zapowiadały zrobienie porządku z Wenezuelą, a właściwie nie tyle z Wenezuelą, co z Mikołajem Maduro, tamtejszym tyranem, który nie chciał słuchać Amerykanów, tylko obwąchiwał się z Chińczykami i z zimnym ruskim czekistą Putinem, który z kolei nie chce słuchać ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, chociaż przecież powinien – o czym zapewniają nas tubylczy „eksperci” w niezależnych mediach głównego nurtu.

Jeśli w ogóle można mówić o niespodziance, to tylko w tym sensie, że żołnierze ze specjalnego komanda pojmali Mikołaja Maduro w jego własnej sypialni, po czym wraz z jeszcze nieprzytomną z rozkoszy żoną przetransportowali na okręt Iwo Jima, który dostarczył pojmanego tyrana do bazy w Guantanamo, a stamtąd odstawiono go samolotem do Nowego Jorku, gdzie już wkrótce i stanie przez nienawistnym sądem na Brooklynie, który przysoli i jemu i żonie piękny wyrok. Jemu za „terroryzm narkotykowy” i zgromadzenie „karabinów maszynowych” oraz „środków zniszczenia” bez pozwolenia Waszyngtonu. A żonę za co? Tego nie wiemy – ale zawsze możemy odwołać się do chińskiego porzekadła, które nakazuje mężowi, by po powrocie do domu nie zapomniał skarcić żony. Na pewno zasłużyła.

I tak państwo tyranowie mają szczęście, że z Guantanamo nie przewieziono ich na lotnisko w Szymanach, a stamtąd – do Starych Kiejkutów, gdzie amerykańscy specjaliści mogliby ich spokojnie oprawiać, a nasze stare kiejkuty stałyby na świecy, żeby nikt im nie przeszkadzał. Tym razem jednak praworządność zwyciężyła, a na oprawianie przyjdzie czas, jak już oboje tyraństwo znajdą się w więzieniu. To alkowiane pojmanie wenezuelskich tyranów pokazuje, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem – bo wygląda na to, że dygnitarze odpowiedzialni za ochronę prezydenta, musieli zostać przekupieni, a tylko prości ochroniarze, zdaje się – Kubańczycy – zostali zastrzeleni.

Doktryna Marilyn Monroe

No dobrze; złowrogi Maduro z żoną zostali pojmani – ale co dalej z Wenezuelą?Wyjaśnił to w krótkich, żołnierskich słowach prezydent Donald Trump – że teraz Wenezuelą będą „rządzić” Amerykanie – dopóty, dopóki nie nastanie tam „sprawiedliwa transformacja”. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy to ludzie – jak wspomina poeta – „mniej mieli kultury lecz byli szczersi” – nazywało się to okupacją – no ale teraz musi nazywać się jakoś inaczej i to nie tylko dlatego, żeby było ładniej, ale również – żeby zachować pozory demokracji.

Rzecz w tym, że ani prezydent Trump, ani nikt z jego administracji, nie informował Kongresu, że będzie prowadził „specjalną operację wojskową” przeciwko Wenezueli, a ściślej – przeciwko tamtejszemu tyranowi. Tym razem operacja w Zatoce Świń udała się nad podziw, toteż jest prawie pewne, że żaden z twardzieli, zasiadających w amerykańskim Kongresie, nie będzie pyskował. Przewidział to wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler twierdząc, ze zwycięzcy nikt nie sądzi. I słuszna jego racja – bo kto będzie sądzony w nowojorskim nienawistnym sądzie? Mikołaj Maduro z żoną.

Wracając tedy do Wenezueli, to ma być tak: zostanie tam przywrócone prawo i sprawiedliwość, które doznały straszliwych paroksyzmów, kiedy to po objęciu władczy w Wenezueli przez Hugona Chaveza, majątek amerykańskich firm został znacjonalizowany, podobnie, jak w 1959 roku na Kubie. Tam jednak operacja w Zatoce Świń się nie udała – ale co się odwlecze, to nie uciecze – więc i na Kubę może przyjść kryska, podobnie, jak na Kolumbię, która wprawdzie Wenezueli pyskowała, ale pyskowała też Amerykanom. Tedy – jak zapowiedział prezydent Trump – amerykańskie koncerny triumfalnie powrócą do Wenezueli, zaczną sprzedawać tamtejszą ropę i inne precjoza, no a potem się rozejrzą, kogo by tu wciągnąć do tubylczej administracji – żeby w Wenezueli również zwyciężyła demokracja. Wydawałoby się, że najpoważniejszą kandydatką jest pani Maria Machado, ale widać, że prezydent Trump dogadywał się również z aktualną wiceprezydentką, zastępczynią Maduro. Wprawdzie pyskuje ona jeszcze siłą inercji, że to „pogwałcenie suwerenności” i że „jedynym prezydentem” jest Mikołaj Maduro – ale jak również do jej sypialni zapukają amerykańscy komandosi, to zaraz zmięknie jej rura i zgodzi się na wszystko, na co tam będzie trzeba.

Amerykanie bowiem przecież sami wszystkiego nie zjedzą, ale okruszkami ze stołu pańskiego podzielą się również tubylcami. Kto wie, może nawet starczy tych okruszków i dla umiłowanego wenezuelskiego narodu, który właśnie znalazł się na początku drogi do wyzwolenia. My, Polacy, którzy byliśmy wyzwalani najpierw przez Armię Czerwoną, a potem – przez pana Daniela Frieda i Władimira Kriuczkowa – wiemy, że wolność – jaka by tam ona nie była – musi drogo kosztować – bo jakby nic nie kosztowała, to znaczy, że nie byłaby nic warta. Toteż i umiłowany naród wenezuelski musi swoją cenę za wyzwolenie zapłacić – i na tym właśnie ma polegać „sprawiedliwa transformacja”. W ten sposób prezydent Donald Trump spełnia swoją obietnicę uczynienia Ameryki znowu „wielką” – co znaczy tyle, że USA powracają do słynnej doktryny Marilyn Monroe, że USA są jedynym hegemonem na półkuli zachodniej i ani Europejsom, ani Azjatom nie wolno tam mącić wody.

Bismarck zaciera ręce

Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że po krótkich wahaniach świat wraca do formuły Ottona Bismarcka „siła przed prawem”. Wszyscy mądrale podkreślają bowiem, że operacja pojmania złowrogiego Mikołaja Maduro była „sprzeczna z prawem międzynarodowym”, ale jednocześnie zapewniają, że nie będzie z tego powodu żadnych jazgotów. Przeciwnie – jak marzył w 1904 roku rosyjski minister Plehwe, że Rosji przydałaby się „mała zwycięska wojna”, to dlaczego nie miałaby się ona przydać prezydentowi Trumpowi? Dla Rosji wojna japońska zwycięska nie była, a tymczasem w Wenezueli sukces i to jeszcze jaki! Czy w tej sytuacji jakaś Schwein będzie pyskowała przeciwko prezydentu Trumpu, który nie tylko przypiął sobie do wieńca sławy wawrzyn zwycięski, ale jeszcze zapowiada obsypanie Ameryki złotem pochodzącym ze sprzedaży wenezuelskiej ropy i innych tamtejszy bogactw? Jasne, że nie będzie pyskowała, zwłaszcza gdy – jak mawiał kapitan Ryków w „Panu Tadeuszu” – zatka się jej gębę „bankowym papierem” – a tak właśnie będzie, jeśli tylko w Wenezueli nastanie „sprawiedliwa transformacja”. W tej sytuacji szanse Partii Demokratycznej na wygranie wyborów połówkowych a i tych całościowych, raczej dodatkowo zmaleją, dzięki czemu szanse na zahamowanie rewolucji komunistycznej w Ameryce wzrosną, a skoro tam wzrosną, to w zdegenerowanej Europie też.

Ale sukces – jak to sukces – ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Ameryka pokazała, że nie cofnie się przed doprowadzeniem do zrealizowania doktryny Marilyn Monroe – co pokazuje, że okres demokratycznych złudzeń, jaki zapanował po II wojnie światowej, dobiegł końca. Wprawdzie prezydent Obama w 2014 roku lekkomyślnie wysadził w powietrze porządek lizboński – ale mówi się trudno; co się stało, to się nie odstanie.

Teraz najwyraźniej wkraczamy w budowę porządku nakreślonego przez Jerzego Orwella w proroczej książce „Rok 1984”, kiedy to polityka światowa sprowadza się do rywalizacji Oceanii, Eurazji i Wschód-Azji, które – chociaż pozostają w permanentnej, chociaż jałowej wojnie – wspólnymi siłami trzymają podległą sobie ludność za mordę przy pomocy ministerstw Prawdy i Miłości, a także przy wykorzystaniu „godzin nienawiści”. Jak się okazuje, jesteśmy w przededniu takiego podziału świata – bo już jest rozkaz, że nienawiść ma zostać powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona – a od tego do „godzin nienawiści” już tylko krok.

Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie, ale i plusy ujemne, bo w tej sytuacji trudno będzie amerykańskim politykom moralizować czy to Chińczyków, czy to Putina, którzy przecież, czy to z Tajwanem, czy z Ukrainą nie robią niczego innego, co właśnie Amerykanie zrobili z Wenezuelą. W tej sytuacji taki na przykład Putin na wszelkie próby moralizanctwa może udzielić wymijającej odpowiedzi, popularnej jeszcze za Chruszczowa – „a u was Murzynów biją”.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ordo Iuris: Walka nauczycielki z Kielna z Krzyżem trwała od dawna. Uczniowie podają oburzające fakty

Ordo Iuris:

Walka nauczycielki z Kielna z krzyżem

trwała od dawna.

Uczniowie podają oburzające fakty

pch24.pl/ordo-iuris-walka-nauczycielki-z-kielna-z-krzyzem-trwala-od-dawna-uczniowie-podaja-oburzajace-fakty

(PCh24.pl)

Zrobimy, co w naszej mocy, by nauczycielka, która sprofanowała najświętszy symbol chrześcijaństwa, odpowiedziała za swój czyn” – deklaruje prezes Instytutu Ordo Iuris, mec. Jerzy Kwaśniewski. W publikacji zespołu prawników spotykamy najnowsze wiadomości o tle skandalu ze szkoły podstawowej w Kielnie. Nauczycielka miała przez dłuższy czas toczyć walkę z drogim katolickim podopiecznym symbolem zbawienia.

Od czasu wybuchu głośnego skandalu prawnicy Ordo Iuris są w bliskim kontakcie z uczniami klasy, na oczach której nauczycielka miała wyrzucić symbol religijny do kosza. Wedle informacji, jakie otrzymali, walka o obecność w sali lekcyjnej krucyfiksu trwała od dłuższego czasu.

„Uczniowie walczyli o krzyż już od kilku miesięcy. To oni podjęli zwieńczone sukcesem starania o zawieszenie krzyża w ich sali. Nie spodobało się to jednej nauczycielce, która regularnie zdejmowała krzyż, który ostatecznie, tajemniczo… zaginął. Trzynastolatkowie nie dali za wygraną i przynieśli do szkoły plastikowy krzyż, który zawiesili na starym miejscu. Wówczas doszło do (…) szokujących zajść”, zauważa mec. Jerzy Kwaśniewski.

„Anglistka – przy biernej postawie dyrekcji i organu prowadzącego szkołę – od dłuższego czasu miała dopuszczać się słów i zachowań, które charakteryzowały się nienawiścią na tle wyznaniowym. Według relacji uczniów, kobieta kilkukrotnie wcześniej zdejmowała krzyż ze ściany, który później był tam zawieszany przez katechetkę prowadzącą zajęcia z klasą w tym samym pomieszczeniu. Gdy katechetka została przeniesiona do innej klasy, uczniowie postanowili sami postawić się nauczycielce angielskiego, która uparcie utrzymywała, że krucyfiks nie może znajdować się w klasie i definitywnie go usunęła. Uczniowie postanowili więc… zawiesić nowy krzyż na ścianie”, informuje prezes Instytut Ordo Iuris.

 Wśród osób, objętych wsparciem przez Instytut Ordo Iuris, jest m.in. Pani Agata, matka jednego z uczniów uczęszczających do SP w Kielnie. Wedle relacji kobiety, nauczycielka w dniu skandalu zażądała od jednego z uczniów zdjęcia ze ściany symbolu religijnego, a w wyniku odmowy sama pozbyła się go w oburzający sposób.

– Dokładnie było to tak, że powiedziała do jednego z uczniów: „Zdejmij ten krzyż!”. On powiedział: „Ja tego krzyża nie zdejmę”. W tym momencie nauczycielka weszła na krzesło, zdjęła krzyż i wrzuciła go do kosza z niegodnym nauczyciela komentarzem: „To plastikowe g***o nie będzie tutaj wisieć” i otrzepała ręce z obrzydzeniem – informowała matka.

Pani Agata podziękowała również młodym uczniom za ich dzielną postawę w obliczu antyklerykalnych ataków. – Ci młodzi bohaterowie uczą nas, dorosłych, tym postępowaniem, że nie możemy zdezerterować w tej słusznej sprawie, jaką jest obrona krzyża – komentowała.

Odkąd wiadomości o szokującej sprawie z Kielna obiegły kraj Instytut Ordo Iuris pozostaje w kontakcie z uczniami z Kielna oraz zapewnia im wsparcie prawne.

Źródło: Ordo Iuris
FA

Warszawa minimum

Warszawa minimum

12.01.2026 warszawa-minimum

O mały włos i prezydentem naszego kraju byłby człowiek, który mając PKB wyższe od Słowacji, Wenezueli, Białorusi czy Kenii, nie jest w stanie odśnieżyć miasta.

Tak bardzo uwierzył w to, że planeta mu się spali

image

Wracam przedwczoraj późnym wieczorem z Lublina do Warszawy. Droga kiepska. Pocieszamy się z kolegą, że jak dolecimy pod Warszawę, to będzie dobrze, bo przecież Rafał zorganizował sztab kryzysowy. W TVN-ie było. Wszystko będzie top.

Obstawiamy czy piaskarki będą miały złote klamki czy zwykłe, metalowe. Wjeżdżamy do Warszawy i dopiero wtedy zaczyna się cyrk. Nawet jednej maszyny nie zobaczyliśmy jadąc aż na Wolę. Ani jednej!

I wiecie co się okazało? Że sztab kryzysowy Rafałka polegał na podjęciu arcytrudnej decyzji, że czy postawić w mieście koksowniki czy pięć namiotów z herbatą. Wygrały namioty, bo koksowniki kojarzyłyby się ze stanem wojennym. Nie żartuję.

Żyjemy w mieście, w którym prezydent będzie poił żuli herbatą, gdy Ty, płacąc podatki, będziesz ślizgał się samochodem i nogami w drodze do pracy. Dacie wiarę, że facet ma tu takie poparcie, jak papież w Watykanie? To nie żart.

Warszawiacy, to nie była anomalia pogodowa. To był test z rzeczywistości. Zwykły, zimowy sprawdzian: śnieg, mróz, odpowiedzialność. I jak zwykle został oblany. Bo w tym mieście wszystko musi być symboliczne, wrażliwe i Instagramowe. Problem w tym, że śnieg ma głęboko gdzieś narrację, a lód nie czyta uchwał Rady Miasta. On po prostu jest. I albo ktoś go usuwa, albo łamiesz nogę, rozbijasz auto i słyszysz w odpowiedzi, że „zrobiono wszystko, co było możliwe”.

Warszawa to dziś miasto, w którym władza boi się bardziej skojarzeń niż skutków, bardziej Twittera niż ulicy. Stan mentalny mieszkańców Warszawy to tępa nicość. Jak uderzą dupą o chodnik, to sami od razu ocenzurują sobie wszystkie złe słowa, które nasuną się w odruchu i pomyślą o Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Jest mi zwyczajnie wstyd. Dziś nie trzeba już umieć rządzić. Wystarczy umieć opowiadać, że śnieg to narracja, lód to pisowski fake news, a gleba zaliczona ryjem to cena za bycie nowoczesnym.

Ale upadłaś, Warszawo!

RAFAŁ,RAFAŁ,RAFAŁ – dajesz

Polska – dylematy marionetki

Polska – dylematy marionetki

Jerzy Karwelis hdziennikzarazy./polska-dylematy-marionetki/

linki

10 stycznia, wpis nr 1390

Europa cały czas myśli o sobie, że jest ważna. Pierwsza kwestia w tym stwierdzeniu, która wymaga wyjaśnienia brzmi: Europa, czyli kto? No, na pewno establishment unijny tak myśli. Tam są wyższościowe urojenia na poziomie wręcz psychiatrycznym. Mania wyższości bierze się z przekonania o odwiecznym trwaniu europejskiego prymatu. Stary Kontynent cywilizacyjnie wypączkował na świat, ale to przeszłość. I, o dziwo, te progresywne elity unijne, lewaccy prorocy przyszłości biorą swe poczucie wyższości z przeszłej roli, którą de facto kontestują. Siła Europy, tego w końcu półwyspu Eurazji, brała się z niesamowitej energii do zdobywania świata, podporządkowania go sobie wedle wzorców własnego modelu, który okazał się – wtedy – mocno dominujący, agresywny, ale i skuteczny. Te czasy już minęły, ale o przyczynach tego procesu nie będziemy tu mówić. Skupmy się na pierwszym wniosku – europejscy przywódcy wciąż przeszacowują swoje znaczenie, co zostało ostatnio poddane przez Trumpa próbie niszczącej. Z niszczycielskimi skutkami.

W ramach „propagandy sukcesu” unijnego projektu w wyższościowe zapędy uwierzył również lud europejski. Ten też ma poczucie wyższości nad innymi kontynentami. Staje się powoli, jak mesjanistyczna ideologia Polski, depozytariuszem wartości w świecie najeżonym przeciwnymi przykładami skuteczności siły. Wypiera fakty, jest kompensacyjną reakcją na przegraną. Oddala się w dziedzinę ułudy, ale na pożytek narracyjny. Mamy widzieć tylko pięknego łabędzia wartości, pływającego po aksjologicznym jeziorze, podczas gdy pod jego powierzchnią czarne łapy korporacjonizmu mielą korupcyjną wodę. Jest to więc pokazówa. Lud ma wierzyć, że jest o poziomy wyżej od głupich Jankesów, co dopiero od jakichś tam egzotycznych skośnookich. I wierzy.

W internecie pełno pogardliwych porównań wskazujących na wyższość europejskiego modelu – Europejczycy mają lepsze życie, krócej pracują, mają lepszy socjal i służbę zdrowia od zapieprzających Amerykanów. Tyle, że te wyliczenia widzą także Amerykanie i Trump zadał pytanie – kto za to płaci? Wyszło, że za tę labę, przynajmniej w kosztach bezpieczeństwa Europy, płacą Stany. Zaś zaoszczędzone na tym kwoty Europejczycy przeznaczają na suty socjal, przekupując swoich wyborców, by ci głosowali za tym rozleniwiającym, bo na cudzy koszt, modelem. Ale na końcu tego rachunku są zapracowani Amerykanie, nie dziwota więc, że Trump wyciąga z tego konsekwencje. Biden tego nie robił, bo wtedy to był transatlantycki projekt globalistyczny, ale od kiedy Trump go rozprzęgł cała sprawa pokazała się w świetle faktów w sposób demaskacyjnie widoczny. 

Należy tu jednak poczynić jedno zastrzeżenie do wcześniejszych tu rozważań – w Europie nie jest to de facto „czyste” unijne przywództwo. Od czasu, kiedy zaczęły się zabawy z wojną na Ukrainie okazało się, że w unijnym działaniu uczestniczy i Wielka Brytania, co dowodzi słuszności powiedzenia, że Wielkiej Brytanii łatwiej jest wyjść z Unii, niż Unii z Wielkiej Brytanii. Chodzi o to, że globalistyczne zapędy europejskich elit nie są połączone z unijnym projektem do końca. Mimo decyzji Brytoli w referendum o opuszczeniu Unii i tak Wielka Brytania jedzie ramię w ramię z Brukselą. Łączy ich jedno – projekt globalistyczny, który jest realizowany bez względu na to, czy ktoś należy do Unii czy nie.

Europą rządzi więc bardziej projekt globalistyczny, którego jak widać podzbiorem jest Unia jako taka. Wszak to nie członek Unii – premier Wielkiej Brytanii Borys Johnson – przekonać miał Ukraińców do odrzucenia możliwości pokoju zaraz po przegranej Rosji w pierwszej fazie wojny. Czynił to co prawda za czasów Bidena i w jego – globalistycznym – imieniu, ale wtedy projekt globalistyczny obejmował zarówno USA, jak i Europę. Teraz po antyglobalistycznym resecie Trumpa Europa została z tym globalizmem sama, jak Himilsbach z angielskim. Taką mamy sytuację wyjściową Europy, która jeszcze bardziej uwypukliła się po upublicznieniu dwóch raportów dotyczących strategii Stanów Zjednoczonych.

Czy Europa potrzebna jest Ameryce?

Właśnie – czy Europa w ogóle potrzebna jest Ameryce? Zarysowany w obu dokumentach stan interesów strategicznych USA może wskazywać, że nie bardzo. Stary Kontynent wychodzi w niej na trzeciorzędny obszar strategicznych interesów Stanów. Ważny jest kierunek chiński, bliskowschodni, ostatnio nawet afrykański. Kwestia amerykańskiej dominacji na zachodniej półkuli została już praktycznie zdefiniowana od początku, czego dowodem są ostatnie wydarzenia w Wenezueli.

Zadeklarowany rewolucyjny zwrot w stosunkach z Rosją z odwiecznego wroga na potencjalnego partnera przewraca cały układ prewencyjnego zainteresowania Stanów obroną Europy i zapewnieniem jej bezpieczeństwa. To nie „zemsta” Trumpa na lekceważonych europejskich elitach, ale logiczna konsekwencja zmiany amerykańskiej strategii. Nie dość, że Trump miałby dopłacać do tego wątpliwego interesu – wątpliwego gdyż Europa bierze jego pomoc, ale nie kwituje go poparciem dla Ameryki, wręcz przeciwnie – to jego kalkulacje na zbliżenie z Putinem by odciągnąć go od Chin są sprzeczne z europejskim podżegactwem wojennym, które może doprowadzić do upadku jego subtelnych kalkulacji.

Trump ostrzega, że nie da się wciągnąć w żadne europejskie awantury przeciwko Rosji, Europa z tym zostanie sama. Daje jej gwarancje parasola nuklearnego, ale to wszystko. Ma to otrzeźwić Europejczyków, by nie fikali, bo to oznacza, że w razie W będą mieli do czynienia z wojną konwencjonalną bez Ameryki, a w te klocki Europa jest bezradna. Np. plany zwiększenie armii niemieckiej na 2026 rok wynoszą powiększenie jej składu o 1750 żołnierzy.

Trump w swej strategii zadeklarował sporą wrogość nie wobec Europy jako kontynentu, ale wobec unijnego projektu dla Europy. Ta instytucja bowiem jest powodem osłabienia Europy. Nie to, żeby się tam losami Europy przejmował Trump aż tak by budować jej siłę, ale takie awanturnictwo jak unijne tworzy z Europy obszar nadający się do zwiększenia wpływów Chin, co jest strategicznie nie po drodze Ameryce w jej rywalizacji z jej zadekretowanym wrogiem nr 1. Dlatego zrozumiałe jest, że Ameryka nie jest w stanie do końca odpuścić kontroli Europy. Ale nie będzie to powtórka z rozrywki, że jednak Amerykanie będą stacjonować np. w Niemczech, czy niestety w Polsce – nie. Militarną, a właściwie „konwencjonalną” obecność w Europie Trump sobie może odpuścić. Zostawi sobie pewnie jakieś wysunięte kasztelanie, ale polityczne. Sam zadeklarował, że będą to Węgry, Włochy, Austria i… Polska. Ich dalekosiężnym celem miałby być wewnętrzny demontaż Unii, nie jakieś militarne Międzymorze, bo te miało by być skierowane przeciw Rosji, a ta została zadeklarowana przez Stany jako potencjalny partner.

Co z tą Polską?

Takie usytuowanie partnerów amerykańskich w Europie wymaga jednego – w tych wymienionych krajach mają rządzić przywódcy sprzyjający temu projektowi. Od dawna już wiemy, że żyjemy w czasach kiedy mocarstwa mają wpływ na wybory w prowincjach. Działa to w obie strony – przykład rumuński to nie tylko domena europejskich wpływów. USA też wpływają na różne wybory, tak by wygrał w „demokracjach” ten co trzeba. Jak nie da rady tego zrobić, to wysyła się tam komandosów i porywa wybrańca demokracji, która akurat tutaj nie zrozumiała mądrości etapu i źle wybrała. (Oczywiście z zastrzeżeniem, że np. taki porwany prezydent Wenezueli nie miał nic wspólnego z demokracją, ale jeszcze niedawno był uznawany przez USA, ale być uznawany nagle przestał).

W wymienionej czwórce europejskich krajów mamy raczej nie tyle proamerykańskich przywódców, co raczej antyestablishmentowych w stosunku do projektu unijnego – bardziej niezależnych, realizujących interes narodowy, niż globalistyczny. Taka kalkulacja jak amerykańska zakłada, że ten stan się utrzyma i Amerykanie powinni dbać o to, by tak było. Pierwszą próbę będziemy mieli w kwietniowych wyborach na Węgrzech. Tyle, że w tej czwórce jest jeden wyjątek – Polska.

Nad Wisłą, z woli ludu rządzi wierny uczeń unijnego projektu, w dodatku z potężnym przechyłem nie tyle na unijne interesy, co na interesy niemieckie – Tusk. Ten amerykański plan polskiej kasztelanii jest nie do zrealizowania przy obecnej władzy. Pytanie – co zrobią Amerykanie? Będą czekać dwa lata czy wywiną coś wcześniej. A może oleją Polskę? A jak poczekają dwa lata, to na kogo będą stawiać? Albo kogo też wybudują przez ten czas? Popatrzmy na obecną scenę polityczną pod takim względem: kto by się tam nadawał dla Amerykanów na zmiennika?

Tuski – wiadomo, nie ma co nawet patrzeć w tę stronę. Satelity – nawet nie wiadomo czy się dostaną do Sejmu w wymiarze o czymkolwiek decydującym. Ideologicznie i strategicznie – bezużyteczni. A więc popatrzmy w prawo. PiS – ten się zakiwał, bo nie przewidział, że stawianie na Amerykanów i głoszenie jednocześnie wrogości wobec Rosji może być dla Trumpa nieprzekraczalną sprzecznością. Dlatego teraz PiS siedzi w kącie, bo nie wie co zrobić. Wymagałoby to kompletnej zmiany strategii partii Kaczyńskiego, odszczekania antyrosyjskich dogmatów. A to trudne, zwłaszcza dla twardego elektoratu partii, a tylko taki powoli PiS-owi zostaje. A więc to będzie ciężko.

Konfederacja – też niełatwo. Ostatnie enuncjacje Bosaka na temat krytyki amerykańskiej akcji w Wenezueli pokazują, że też nie bardzo się tam rozumie epokę końca prawa międzynarodowego, które ustępuje przed prymatem siły. Bosak aksjologicznie ma rację, ale znowu – lądujemy w aksjologii, nie w pragmatyzmie dzisiejszych czasów.

Pozostaje więc Braun, ale to dla Amerykanów niepewny interes, też. I to nie dlatego, że może nie przejść przez sito wyborcze. Nawet jak przejdzie skromnie, to może odegrać rolę „języczka u wagi”, z tym, że na tyle kontrowersyjnego, że reszta, tym razem polskiego establishmentu politycznego, nie będzie chciała z nim pójść na koalicję. Ale nie to jest najważniejsze w tej kalkulacji dotyczącej Korony. W sumie postulaty Brauna są zbieżne z intencjami USA, ale mają jeden mankament – nieprzekraczalny dla Amerykanów zarzut antysemityzmu. Nie miejsce tu na roztrząsanie czy to prawda, czy nie. Czy to otwarta wrogość, czy – jak to nazywa Braun – judorealizm? Ważne, że to argument zabójczy w stosunku do potencjału współpracy. Rodzi się w Stanach co prawda rosnący właśnie „judorealizm”, ale nie jest on, przynajmniej na teraz, czynnikiem, który ten dogmat bezwarunkowego kredytowania Izraela – politycznie i finansowo – przez Stany Zjednoczone będzie w stanie zmienić w najbliższym czasie. Tak więc z Braunem będzie ciężko, gdyż akurat na niego, wychodzi, że zgadają się dwie strony – europejska i amerykańska. Na kogo więc mogą w Polsce liczyć Amerykanie?

Wyjście poza paradygmat?

Oczywiście, jeśli do wyborów Amerykanie „wytrzymają” jeszcze te dwa lata, to jest sporo czasu na skonstruowanie jakiegoś nowego podmiotu. To i tak się odbędzie, bo widzieliśmy to praktycznie przy każdych polskich wyborach w XXI wieku. Pisałem i mówiłem o tym fenomenie wiele razy. Powstaje coś nowego, co inkorporuje nadzieję na zmiany, skupia tam naiwnych wierzących, ci głosując „przeciw” systemowi de facto go umacniają, bo nowy wybraniec od razu wchodzi w stary układ plemienny jako przystawka i kolejne nadzieje na zmiany upadają.

A trzeba nam wiedzieć, że cały ten układ III RP pracuje na obniżanie poziomu nadziei na zmiany, a więc wszelkie rachuby na takowe ma systemowo pacyfikować. I tak właśnie – systemowo to robi. Mamy całe ciągi – Palikoty, Biedronie, Petru, Kukizy, ostatnio Polska 2050. Mamy sezonowe partie, które zaraz rozpuszczają się w plemionach. I napięcie społeczne, po eksplozji w akcie wyborczym, zanika, zaś nadzieja na zmiany pada, petryfikując energię kolejnych pokoleń wyborców. Ten model jest wciąż do odtworzenia i zobaczymy tu jeszcze nie jedno, pytanie tylko czy w wykonaniu Amerykanów, skoro, jako dowiedliśmy wyżej, w istniejącej klasie polskiej polityki potencjał jest niewielki.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. To wszystko Amerykanom może załatwić… prezydent Nawrocki. Jest popularny, rośnie mu, jest proamerykański, niesie jakiś powiew potencjału nowości. Nawrocki mógłby w Pałacu stworzyć centrum nowego ruchu politycznego, ale byłaby to duża trudność, bo musiałby odciąć się pośrednio od koneksji z PiS-em. Ale popularność Nawrockiego jest większa niż PiS-u, jest tu więc potencjał, jednak sam skład kancelarii prezydenta wskazuje na duże wpływy Kaczyńskiego w jego otoczeniu. Ma jednak Nawrocki dla Amerykanów jedną podstawową wadę – w kwestii antyrosyjskości reprezentuje samobójczą postawę nieprzejednania wobec Rosji. Te deklaracje, że Polska nie powinna mieć relacji z Rosją (pytanie, to co robi polska ambasada w Warszawie?), odwołanie spotkania z Orbanem, bo ten podał rękę Putinowi, powodują duży zgrzyt i zawód w Waszyngtonie.

Znowu – dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami – nic. A byłoby tak blisko.

Jest więc bardzo prawdopodobne, że Amerykanie postawią na Nawrockiego i dlatego jest zapraszany do Waszyngtonu, gdzie cierpliwie wytłumaczy się mu, żeby sobie z tym PiS-em i Rosją trochę odpuścił. Namagnesuje się go kolejną wersją „mądrości etapu”, tak by zrozumiał perspektywę Ameryki. Program Brauna w ustach prezydenta, minus „antysemityzm” rzecz jasna, byłby strawialny dla Waszyngtonu, bo u Brauna nic nie słychać przeciwko USA, tylko dominują głosy krytyczne wobec wpływów żydowskich w Waszyngtonie. Końcową kwestią jest jak z tego chaosu stworzyć większość w Sejmie, ale – jak to w polityce – trzeba walczyć o swoje mandaty, a potem układać z tego możliwe puzzle.

Czasy

Wiem, to co tu napisałem jest straszne, bo pokazuje cyniczność dzisiejszych czasów dominacji siły. Wybory się organizuje innemu państwu, porywa jego przywódców, podmiotowość państw jest notorycznie wasalizowana. Ale tak jest i trzeba to wziąć pod uwagę. Nie piszę, żeby to bezwarunkowo akceptować, ale na pewno nie udawać, że tak nie jest. Nawet gdyby się chciało z tym walczyć, to i tak wymaga to pragmatycznej diagnozy, nawet, a właściwie przede wszystkim, jeśli jest ona porażająco smutna. Wtedy dopiero można przewidzieć swoją optymalną rolę w tym układzie. I próbować ją wyegzekwować. Bez tego będziemy pobywać „w dziedzinie ułudy, kędy zapał czyni cudy i w nadziei obleka złote malowidła”. A obok będzie się toczyć zwykłe, pragmatyczne życie, które zawsze wygrywa z marzeniami. A taki upadek, z tak coraz większej wysokości złudzeń, boli coraz bardziej. Zwłaszcza jeśli niczego nie uczy na przyszłość.  

W swej historii czasy swej wielkość zawdzięczaliśmy narodowemu pragmatyzmowi uosabianemu w silnym przywództwie, dziś rządzą nami lokajskie cwaniaczki wywindowane na swe stanowiska przez patologiczny system demokracji. Nie jesteśmy potęgą, ale mamy potencjał o wiele większy, niż ten z którego korzystamy. Jak podejdziemy do tego pragmatycznie, to coś z tego będzie. Możemy skorzystać, ale nasz wewnętrzny system, który nam tu zafundowano lata temu jest na tyle dysfunkcjonalny, że nie jest w stanie sam z siebie wyłonić skutecznego przywództwa.

Nie dziwmy się więc, że może chcieć to zrobić ktoś inny, z zewnątrz, nawet dla własnej korzyści. Skoro innej drogi nie ma, to wypadałoby chyba z niej skorzystać, kiedy na tym możemy i my coś ugrać. Tak nisko upadliśmy, ale jest to dno, które ma tę zaletę, że można się od niego odbić, wypływając na powierzchnię własnej podmiotowości.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Süddeutsche Zeitung: „Na uratowanie UE zostało niespełna dwa lata”

Süddeutsche Zeitung: „Na uratowanie UE zostało niespełna dwa lata”

12.01.2026 tysol/s-ddeutsche-zeitung-na-uratowanie-ue-zostalo-niespelna-dwa-lata

Unia Europejska może nie przetrwać w obecnym kształcie – ostrzega niemiecki dziennik Süddeutsche Zeitung. Według autora felietonu red. Josefa Kelnbergera kluczowe będą najbliższe dwa lata, a szczególnie wybory we Francji i w Polsce w 2027 roku. Jeśli wygra w nich prawica, liberalny projekt UE może się rozpaść.

„Piąty jeździec apokalipsy” i wizja upadku UE

W tekście opublikowanym 12 stycznia 2026 roku Josef Kelnberger pisze, że niemiecką debatę publiczną straszą dziś „czterej jeźdźcy apokalipsy” – wzrost poparcia dla „skrajnej prawicy”, kryzys gospodarczy, wojna światowa i katastrofa klimatyczna. Każdy z nich ma, jak ironicznie zauważa autor, twarz Donalda Trumpa.

Jednocześnie – jak podkreśla – ignorowany jest „piąty jeździec apokalipsy”: upadek Unii Europejskiej, który może się wydarzyć już za dwa lata. 

UE jako sojusz liberalnych państw demokratycznych umrze, jeśli w wyborach we Francji i Polsce w 2027 roku wygra prawica – alarmuje Kelnberger.

Kluczowa Francja i Polska

Zdaniem publicysty, zwycięstwo prawicy w tych dwóch krajach uruchomiłoby efekt domina. Twierdzi, że Władimir Putin, Trump i Xi Jinping „będą walczyć o łupy”, a Europie grozi utrata politycznej spójności.

Autor ostrzega też przed konsekwencjami dla Niemiec. Według niego w takim scenariuszu do władzy może dojść AfD, kierując państwem dysponującym „najsilniejszą armią na rozpadającym się kontynencie”.

Strach w Brukseli

Kelnberger zaznacza, że wizja rozpadu UE nie jest jedynie publicystyczną fantazją. Jak pisze, podobne obawy coraz częściej pojawiają się w rozmowach „wpływowych osób w Brukseli”. Utyskuje jednak, że „nigdzie w Europie nikt nie wydaje się poważnie martwić o UE”. 

A przecież są powody do paniki. Tylko dzięki sprawnie funkcjonującej UE można bronić liberalnego europejskiego modelu życia.

„Epigon Kaczyńskiego zamiast Tuska”

Felietonista przypomina popularne w Brukseli powiedzenie, że „Europa powstaje w czasach kryzysów”. Tak było przy tworzeniu strefy euro czy wspólnych długach w czasie pandemii. Tym razem jednak sytuacja może być inna.

Istnieją jednak poważne powody, by sądzić, że obecny kryzys jest tym wielkim kryzysem, który nie przyczyni się do rozwoju Europy, ale doprowadzi do jej rozłamu (…) Węgry pod rządami Viktora Orbana już dawno odeszły od podstawowego konsensusu UE w zakresie zasad państwa prawa, ochrony klimatu i w miarę humanitarnej polityki migracyjnej. Słowacja wydaje się podążać podobną drogą. Jeśli jako miarę potraktować wsparcie dla Ukrainy, to Czechy również już się odłączyły. Włoszka Giorgia Meloni nadal pozostaje w konserwatywnym mainstreamie, ale to się prawdopodobnie zmieni, jeśli we Francji rządzić będzie Jordan Bardella zamiast Emmanuela Macrona, a w Polsce epigon Kaczyńskiego zamiast Donalda Tuska. Wtedy UE przechyliłaby się w prawo. A Europa stałaby się w dłuższej perspektywie zbiorem państw kierowanych głównie przez prawicowe siły nacjonalistyczne, bez wspólnego projektu.

Zostały dwa lata

Według autora Unia Europejska ma „niespełna dwa lata”, by udowodnić obywatelom, że działa i daje realną ochronę. Wskazuje, że pojedyncze państwa byłyby wobec wyzwań dzisiejszych czasów bezradne. Jako pozytywny akcent wskazuje umowę UE-Mercosur podkreślając jednak, że „jest to jednak tylko pierwszy, niewielki krok”. 

Do 2027 r. gospodarka europejska powinna znacznie wzrosnąć, nowy budżet w wysokości dwóch bilionów euro powinien być gotowy, a wspólny system azylowy powinien funkcjonować. Dodaje także, iż „UE potrzebuje wspólnej polityki”, wskazując na „europejską armię, która byłaby ostatecznym spoiwem sojuszu”. 

Tak wygląda obraz Unii Europejskiej, która wydaje się przestarzała. Pilnie potrzebuje ona sygnału do zmian – podsumowuje Josef Kelnberger.

Demograficzny dramat na wsi. Dane KRUS: 1,15…

Demograficzny dramat na wsi. Dane KRUS są oczywiste

oprac. MCh farmer.pl/demograficzny-dramat-na-wsi-dane-krus-sa-oczywiste

Wieś traci swoją demograficzną przewagę szybciej, niż jeszcze niedawno się wydawało. Najnowsza analiza pokazuje, że dzietność kobiet na obszarach wiejskich spadła do najniższego poziomu w historii, a różnice między wsią a miastem niemal całkowicie się zatarły. 

Wieś bez dzieci. Historyczny spadek dzietności

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu to właśnie wieś była demograficznym zapleczem kraju. W latach 60. kobiety mieszkające na obszarach wiejskich rodziły średnio ponad trzy dzieci, a różnica między wsią a miastem była wyraźna i trwała. Wysoka dzietność była naturalną konsekwencją modelu życia opartego na rodzinnych gospodarstwach, pracy wielopokoleniowej i ograniczonej mobilności.

Dziś ten obraz należy już do przeszłości. Współczynnik dzietności kobiet na wsi spadł w 2024 roku do poziomu 1,149 – najniższego w historii pomiarów. Oznacza to nie tylko brak zastępowalności pokoleń, ale wejście obszarów wiejskich w fazę tzw. „najniższej niskiej dzietności”, charakterystycznej dla krajów dotkniętych głębokim kryzysem demograficznym. Wieś, która przez dekady amortyzowała demograficzne problemy miast, przestała pełnić tę funkcję.

Co szczególnie istotne, dzietność na wsi niemal zrównała się z dzietnością w miastach. Przez dziesięciolecia to właśnie różnice między tymi obszarami decydowały o stabilności liczby ludności w Polsce. Dziś ten bufor demograficzny zanikł niemal całkowicie, a wieś znalazła się w tym samym kryzysowym punkcie co aglomeracje miejskie.

Coraz starsze matki, coraz mniej kobiet

Jednym z kluczowych czynników spadku liczby urodzeń jest zmiana struktury wiekowej kobiet mieszkających na wsi. Mediana wieku kobiet w 2024 roku osiągnęła poziom 42,8 roku. Oznacza to, że znaczna część mieszkanek obszarów wiejskich znajduje się już poza wiekiem rozrodczym lub na jego granicy, co w oczywisty sposób ogranicza potencjał urodzeń.

Równolegle gwałtownie spada liczba kobiet ubezpieczonych w KRUS w wieku rozrodczym. W ciągu dwóch dekad ich liczba zmniejszyła się o ponad połowę. To pokazuje, że problemem nie jest wyłącznie decyzja o odkładaniu macierzyństwa, ale także szybkie kurczenie się samej grupy potencjalnych matek na wsi.

Dodatkowym czynnikiem pogłębiającym kryzys jest wyraźna dysproporcja płci. W wielu gminach wiejskich mężczyzn w wieku 20–44 lata jest znacząco więcej niż kobiet. W skrajnych przypadkach przewaga mężczyzn sięga 30–40 proc. Takie proporcje realnie ograniczają możliwość zakładania rodzin, prowadzą do trwałego rozpadu lokalnych społeczności i przyspieszają proces depopulacji.

Odpływ kobiet do miast i zmiana modelu życia

Analiza pokazuje, że młode kobiety coraz częściej opuszczają wieś nie tylko z powodów stricte ekonomicznych, ale również edukacyjnych i społecznych. Miasta oferują szerszy dostęp do edukacji, pracy zgodnej z kwalifikacjami, usług zdrowotnych i instytucjonalnej opieki nad dziećmi. Wieś, mimo poprawy infrastruktury w ostatnich latach, wciąż przegrywa w tej konkurencji.

Równocześnie zmienił się sam model funkcjonowania obszarów wiejskich. Rolnictwo, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu było głównym źródłem zatrudnienia i utrzymania rodzin, dziś daje pracę znacznie mniejszej liczbie osób. Mechanizacja, specjalizacja i koncentracja gospodarstw ograniczyły zapotrzebowanie na siłę roboczą, a tradycyjny model rodziny rolniczej – łączącej pracę w gospodarstwie z wychowywaniem licznego potomstwa – przestał być dominujący.

W praktyce oznacza to, że młode pokolenie coraz rzadziej widzi na wsi perspektywę stabilnego życia rodzinnego, a decyzja o migracji staje się nie tyle wyborem, co koniecznością.

KRUS kontra ZUS. System, który zniechęca

Jednym z najbardziej praktycznych, a zarazem dotkliwych wniosków płynących z analizy jest wpływ systemu ubezpieczeniowego na decyzje prokreacyjne kobiet. Kobieta ubezpieczona w KRUS otrzymuje zasiłek macierzyński w stałej, relatywnie niskiej kwocie, podczas gdy kobieta pracująca na etacie w systemie ZUS dostaje świadczenie powiązane z jej wcześniejszym wynagrodzeniem.

Różnica ta rośnie wraz z poziomem dochodów i w praktyce oznacza, że macierzyństwo na wsi jest finansowo znacznie słabiej zabezpieczone niż w mieście. Dualizm systemów KRUS i ZUS, który przez lata był postrzegany jako element specyfiki wsi, coraz częściej działa jako czynnik zniechęcający młode kobiety do pozostania na obszarach wiejskich.

W efekcie decyzja o migracji do miasta bywa podejmowana nie tylko ze względu na pracę, ale również w celu uzyskania lepszego zabezpieczenia socjalnego na etapie zakładania rodziny.

Opieka nad dziećmi – problem nie tylko finansowy

Istotnym czynnikiem wpływającym na decyzje o posiadaniu dzieci jest także dostęp do opieki instytucjonalnej. Programy wsparcia dla rodzin w praktyce faworyzują tych, którzy mogą korzystać ze żłobków lub opieki niani. Na wsi, gdzie dostęp do takich usług jest ograniczony lub zerowy, oznacza to realne nierówności.

W wielu gminach kobiety nie mają alternatywy – pozostają w domu z dzieckiem i otrzymują niższe wsparcie niż ich rówieśniczki w miastach. To pogłębia poczucie wykluczenia i wzmacnia migrację młodych kobiet, które poszukują nie tylko pracy, ale też systemowego wsparcia w łączeniu macierzyństwa z aktywnością zawodową.

Depopulacja i jej długofalowe skutki

Ujemny przyrost naturalny stał się na wsi normą. W zdecydowanej większości powiatów liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń. Skutkiem jest wyludnianie się całych obszarów, zamykanie szkół, oddalanie usług publicznych i narastające problemy infrastrukturalne.

Proces ten ma charakter samonapędzający się – im mniej mieszkańców, tym trudniej utrzymać podstawowe usługi, a im trudniej funkcjonować, tym więcej osób decyduje się na wyjazd. Wieś stopniowo traci zdolność do odtwarzania swojej struktury społecznej.

Co dalej? Bez zmiany polityki trend się nie odwróci

Wnioski płynące z analizy są jednoznaczne. Uniwersalne programy prorodzinne, projektowane głównie z myślą o miastach, nie zatrzymają kryzysu demograficznego na wsi. Potrzebna jest polityka terytorialnie zróżnicowana, uwzględniająca specyfikę obszarów wiejskich.

Wśród kluczowych kierunków działań wymienia się wyrównanie świadczeń macierzyńskich w systemach KRUS i ZUS, rozwój dostępnej opieki nad dziećmi do lat trzech oraz tworzenie atrakcyjnych miejsc pracy dla kobiet poza rolnictwem. Bez takich zmian wieś będzie tracić nie tylko mieszkańców, ale także zdolność do biologicznej i społecznej odnowy.

Model biznesowy pediatrii

Marek Wójcik Model biznesowy pediatrii

9. stycznia 2026 model-biznesowy-pediatrii

We wczorajszym artykule Sasza Łatypowa opisała ze szczegółami model biznesowy pediatrii. Artykuł na sashalatypova.substack.com nosi tytuł: Spójrz na dziecko, zrób zastrzyk, wystaw rachunek! Model biznesowy pediatrii. Źródło.

W tym artykule analizowane są przewrotne zachęty finansowe i mechanizmy „płać za szczepienie”, które leżą u podstaw największej tragedii ludzkiej w znanej historii – masowego zatrucia kilku pokoleń dzieci nieuregulowanymi, nieobciążającymi odpowiedzialnością truciznami, czyli „szczepionkami”.

Mechanizmy płatności egzekwujące pełny harmonogram szczepień CDC i coroczne dawki przypominające (takie jak szczepionki przeciw grypie i COVID) obejmują federalne (Medicaid), stanowe (Medicaid i CHIP), lokalne (Sekcja 317) i prywatne programy ubezpieczeniowe. Przeciętna praktyka pediatryczna uzyskuje około 25% całkowitych rocznych przychodów z bezpośredniej refundacji kosztów szczepionek lub opłat aplikacyjnych. Jednak wpływ na zysk z przychodów ze szczepionek jest znacznie większy niż 25%.

Dzieje się tak, ponieważ istnieje wiele programów „zachęt”, które motywują do niezwykle wysokiego odsetka „pokrycia szczepień” i nakładają „podwyżki” lub stawki składek na całość rozliczeń praktyki pediatrycznej, która osiąga te wskaźniki pokrycia. Inne programy (np. „combo 10”) oferują premie za zaszczepienie każdego dziecka zgodnie z harmonogramem CDC ORAZ coroczną szczepionką przeciw grypie. Departament Zdrowia i Opieki Społecznej (HHS) wypłaca granty bezpośrednio lokalnym departamentom zdrowia na prowadzenie punktów szczepień i promowanie szerszego zasięgu szczepień. Łącznie, w zależności od struktury placówki (Medicaid czy ubezpieczenie prywatne), roczna płatność na lekarza może wynieść od 75 000 do 250 000 dolarów. Przeciętna praktyka pediatryczna po prostu NIE MOŻE utrzymać się na rynku bez programów „płać za szczepienie”.

Traktowanie programu szczepień dzieci w USA i nie tylko, jako świetny sposób na zdobycie kasy przez lekarzy, dokumentuje wydane w lipcu 2025 r. oświadczenie Amerykańskiej Akademii Pediatrii AAP, w którym wzywa wszystkie stany, terytoria i Waszyngton do zniesienia wszelkich niemedycznych zwolnień ze szczepień – w tym zwolnień opartych na religii, sumieniu lub osobistych przekonaniach:

AAP opowiada się za wyeliminowaniem zwolnień z obowiązku szczepień z przyczyn niemedycznych, gdyż są one sprzeczne z optymalnym zdrowiem jednostki i społeczeństwa. Źródło.

To chyba jest jasne, że chcemy, by nasze dzieci były zdrowe. Dlatego nie możemy pozwolić na to, by wstrzykiwać dziecku autyzm, i wiele innych chorób oraz substancji chorobotwórczych. Ależ szczepienia dzieci są w Polsce przymusowe! Tak, jednak są sposoby, aby uchronić dzieci przed tym bezprawiem. Przepisy i zalecenia się zmieniają, trucizny natomiast pozostaną z dzieckiem do końca życia.

Bywają naturalnie sytuacje, gdzie wizyta u pediatry wydaje się nam konieczna. Nie odradzam od tego, czasem jednak sytuacja przedstawiona na poniższym memie, choć zabawna, może uratować ludzkie życie. Nie zapominajmy, że medycyna jest trzecią po chorobach serca i raku przyczyną śmierci na świecie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Polscy rolnicy spisani na straty

Polscy rolnicy spisani na straty

Arkadiusz Miksa myslpolska

W cotygodniowym programie telewizyjnym z udziałem dziennikarzy różnych, ale w sumie jedynie słusznych mediów, dziennikarka Onetu Małgorzata Gałczyńska z rozbrajającą szczerością przyznała, że na rolnictwie się nie zna kompletnie, ale się wypowie. Otóż według tej pani, niekorzystna dla polskiego rolnictwa umowa Unii Europejskiej z państwami Ameryki Południowej, to nieuchronny element globalizacji. Stwierdziła również, że polskim rolnictwem straszono również kraje Zachodu przed przystąpieniem Polski do UE, a przecież polskie rolnictwo nie dobiło rolnictwa zachodniego. W epilogu swojej wypowiedzi stwierdziła, że interes branży motoryzacyjnej w Polsce jest ważniejszy od polskiego rolnictwa. Tymczasem o branży motoryzacyjnej jako o strategicznej dla swojej gospodarki to mogą mówić Czesi ze swoją Skodą i Tatrą czy nawet Rumuni z Dacią, która dobrze się sprzedaje. My to mamy popłuczyny po branży motoryzacyjnej, więcej produkuje pięciomilionowa Słowacja czy rolnicze Węgry.

W Polsce istnieje w tej chwili nieformalny kombinat w skład, którego wchodzą politycy rządzących Polską ugrupowań, dziennikarze, publicyści, jacyś internetowi patocelebryci oraz zainteresowane korporacje. Oni mówią wprost, że jako nasza elita intelektualna wiedzą lepiej co dla polskiego pospólstwa jest słuszne i dobre. Obiecywano nam Unię równych szans i solidaryzm międzynarodowy, tymczasem liderzy UE z Zachodniej Europy wynegocjowali sobie porozumienie z Brazylią czy Argentyną w ramach którego, ich rolnictwo ma ponieść jak najmniejsze zyski w sektorze rolniczym i jak największe w sektorze przemysłowym.

Negatywne aspekty podpisanej umowy mają wziąć na siebie kraje Europy Wschodniej. One według polityków z Berlina i Paryża i tak już za dużo zyskały na swoim członkostwie w UE, pora na rekompensatę. Tymczasem polscy euroentuzjaści wierzą niewzruszenie wierzą w istnienie brukselskiego Świętego Mikołaja, który od lat bezinteresownie zasila Polskę grubą kasą.

Polscy rolnicy protestują, premier Tusk bagatelizuje ich protesty twierdząc, że protesty są niewielkie i spodziewał się większych. Jednocześnie uruchamia się w mediach społecznościowych spiralę ataków internetowych trolli z obozu Tuska, którzy wrzucają chore z nienawiści komentarze pod adresem polskich rolników. W Polsce zniszczono już skutecznie wizerunek polskiego górnika, teraz przyszła pora na polskiego rolnika. Polskim rolnikom zarzuca się, że najwięcej zarobili na obecności Polski w UE. Dowodem na tę tezę mają być drogie, nowoczesne ciągniki, którymi pracują w polu. Tak, te ciągniki są drogie, ale czy to polski rolnik decyduje po ile są one rolnikom sprzedawane? Te ciągniki nie są formą prestiżu dla rolników, nie kupują ich dla rozrywki, tylko do pracy. To nie jest limuzyna prezesa firmy służąca rozrywce i ego właściciela.

Może te ciągniki byłby tańsze, gdyby były produkowane w Polsce, ale już nie są produkowane, bo zadbali oto kumple Tuska pokroju Janusza Lewandowskiego. Ciągniki byłby tańsze, gdyby rolnicy nie musieli kupować je od niemieckich firm tylko na przykład z Białorusi, gdzie są znacznie tańsze, ale polscy rolnicy nie mogą ich kupować, jeśli chcą otrzymać wsparcie z UE na zakup nowego taboru. Ci spośród polskich rolników, którzy kupili białoruskie traktory mimo pierwotnej zgody na ich zakup mają dziś zwracać całość dofinansowania. Czy ktoś z hejtujących rolników sekciarzy Tuska zdaje sobie w ogóle sprawę, ile sztuk bydła lub trzody chlewnej trzeba sprzedać, żeby kupić taki ciągnik? Czy wy myślcie, że te ciągniki to jest jakaś fanaberia?

W sukurs polskim hejterom idą ukraińscy hejterzy mieszkający w Polsce, którym dedykowane są strony na portalach społecznościowych. Pod postem dotyczącym rolniczych protestów wylała się ukraińska gnojowica w komentarzach. Ukraińcy mieszkający w Polsce nazywają polskich rolników świniami, które wysypywały ukraińskie zboże. Debile, głupcy, zwierzęta i tym podobne określenia pod adresem polskich rolników ze strony nacji, która jest u nas na „gościnnych występach”, tylko dlatego, że polski rolnik nie chciał w Polsce zanieczyszczonego zboża z państwa, które nie przestrzega norm w zakresie upraw, ma niższe koszty produkcji oraz zdecydowanie lepsze warunki wegetacji roślin.

Swoją drogą czy władze polskie, które tak ochoczo biorą się za wyłapywanie w sieci internetowe Polaków przekraczających dopuszczalną krytykę Ukraińców zajmą się w końcu niedopuszczalną ukraińską krytyką pod adresem Polski i Polaków?

Z obrzydzeniem patrzę jak pod protesty rolnicze podłączaj się dziś politycy PiS oraz ich medialne sługusy z Republiki czy „Gazety Polskiej”. Przecież to właśnie PiS przymykał oko na niekontrolowany napływ ukraińskich produktów rolnych do Polski a protestujących wówczas rolników nazywał „ruskimi onucami”, dziś udają amnezję w tym temacie.


Arkadiusz Miksa

Eurobawełna. O logice systemu

Eurobawełna. O logice systemu

Republikaniec


salon24.pl/eurobawelna-o-logice-systemu

W ciągu 1918 roku podbite przez Rosję w XIX wieku narody Azji Środkowej odzyskały niepodległość. Wchodząc w lokalne sojusze ze słabym na tym terenie reprezentacjami Białych, usiłowały zbudować zręby własnych państwowości. Ponowny podbój przez Rosję Czerwoną był długotrwały i krwawy, walki z narodową, antybolszewicką partyzantką trwały jeszcze pod koniec lat 20. Sowieci utrwalając swoje porządki rozumieli, że by przyciągnąć i podporządkować miejscowych nie wystarczy sam kij. Marchewką i projektem przebudowy społecznej i gospodarczej stał się program nawodnienia suchych połaci późniejszego Kazachstanu, Uzbekistanu i Turkmenii wodami rzek Amu-darii i Syr-darii, w celu uprawiania tam na gigantyczną skalę bawełny. Podstawa ekonomii i nowej organizacji społecznej, z przesiedleniami i przemieszaniem ludności tych republik w tle. 

Wielkie budowy kanałów rozpoczęte w latach 30. efekt dały, pola bawełny, zwłaszcza w Uzbekistanie powstały. Jednak dyletancka hydrostrojka, wykorzystująca zaledwie kilka procent przekierowywanej wody (reszta wsiąka do dziś w piach, albo zasila nieistniejące wcześniej słone jezioro Sarykamyskie) dała efekt przez fachowców oczekiwany, ale dla polityków nieznaczący. Po 30 latach od rozpoczęcia programu zaczęło zanikać jedno z największych śródlądowych jezior świata, Aralskie. Z prawie 70 tys km² pozostało 10 tys. km². [Chyba już go nie ma wcale. md]

O nadciąganiu gigantycznej katastrofy ekologicznej wiadomo było od lat 60. XX wieku, ale skoro linia Władzy Radzieckiej musiała być zawsze słuszna, uznano że powstanie i istnienie jeziora Aralskiego jest „oczywistą pomyłką natury”, a bieżące potrzeby społeczeństwa sowieckiego Uzbekistanu są ważniejsze od opinii jakichś tam naukowców. I wuj tam z tymi wszystkimi rybkami, ptaszkami, oraz rybakami i całą reszta mieszkańców wybrzeża. Z jego okolic trzeba było przesiedlić 100 tys. ludzi, niemal wszystkie organizmy zamieszkujące wody Jeziora Aralskiego wymarły (zasolenie), a wśród mieszkańców regionu znacząco wzrosła częstość występowania takich chorób jak gruźlica, tyfus, niedokrwistość, a u noworodków także upośledzenia umysłowe. Jednak do rozpadu Związku Sowieckiego w 1991 polityki nie zmieniono. Jako dziedzictwo pozostała pustynia Aral-kum, 50 tys. km² powierzchni piachu krytycznie zanieczyszczonego pestycydami i pozostałością nawozów sztucznych.

========================================================

Dlaczego zaczynam Anno 2026 od tej odległej czasowo i przestrzenie sprawy? Bo znakomicie ilustruje logikę (a raczej jakiś byt będący odwrotnością logiki) działania niedemokratycznych, lekceważących opinię rządzonych, opartych na ideologii systemów. By istnieć, muszą one wymyślać dla siebie ideologiczne wielkie projekty, które angażując i dając zatrudnienie wielu, ukrywają rzeczywiste intencje Władzy i osłaniają  rozciągającą się za nimi pustkę nieuctwa i głupoty.

Osuwająca się od dawna w euro-marksizm Unia Europejska wymyśliła jako swój motyw przewodni „walkę z klimatem”, przedstawiając zmiany klimatyczne jako efekt antropogeniczny. „Zielona rewolucja” niosąc nowe technologie (a w marzeniach najbardziej chorych ideolo i nowe społeczeństwo, wymieszane migracjami, uwięzione w miastach 15-minutowych), miała w założeniach budować przewagę ekonomiczną rewolucjonistów łaskawie udostępniających za grube money światu swoje „zielone” wynalazki.

Ale świat jakoś nie kupuje „wartości”, zielona energia niestabilnością i gigantycznymi kosztami zabija europejski przemysł. Wyniesienie „nieczystej” produkcji do Chin, w idiotycznym założeniu że Chińczycy są tak głupi, że wiecznie za miskę ryżu będą robić śrubki i inne komponenty dla Białych Bwana, właśnie się skończyło. Azjaci  przejęli technologie, i to oni zarabiają na panelach fotowoltaicznych, wiatrakach, samochodach elektrycznych. I nie tylko.

Rewolucyjna Władza nie może się przyznać do porażki. Trzeba uciec do przodu, więcej zieleni, zaostrzone „cele klimatyczne do 2040”, więcej integracji. Ale za co?

Jednym z sektorów gospodarki europejskiej ,którego wspólną przebudowę można uznać za w miarę udaną, jest rolnictwo. Dziesiątki lat wspólnej polityki rolnej ukształtowały rynek dość drogiej, ale o bardzo wysokiej jakości żywności. Z produkcją poddaną licznym, kosztownym restrykcjom, zwłaszcza co do stosowanych chemicznych środków ochrony i nawożenia.

Teraz Władza Europejska wobec upadku konkurencyjności europejskiego przemysłu kolanem przepycha umowę handlową z krajami Ameryki Południowej, która w zamian za otwarcie ich rynku na artykuły przemysłowe, otwiera rynek europejski na ich artykuły rolne.

Jaki będzie przewidywalny skutek? Rolnictwo południowoamerykańskie nie poddane „eko-restrykcjom” jest tanie, ale co z jakością? Zapomniane u nas i od dawna zakazane pestycydy oraz produkty roślinne GMO popłyną do Europy szeroką strugą. Prawo Kopernika-Greshama ma zastosowanie nie tylko do pieniądza. Tani towar gorszej jakości wyprze droższy, europejski. Rolnicy europejscy będą bankrutować, a produkcji rolnej raz zlikwidowanej tak łatwo się nie odtworzy.

Ale cóż to obchodzi eurokratów? Powiedzą, że postęp wymaga ofiar. A co z bezpieczeństwem żywnościowym, wszak łańcuch dostaw przez Atlantyk nie jest krótki, ani w 100% bezpieczny, zwłaszcza w czasach zagrożeń? Ojtam ojtam, Komisja Europejska się jakoś wyżywi.

Efekty kilkudziesięciu lat pracy rolników i setki miliardów euro wydane na dostosowanie do coraz bardziej wyśrubowanych standardów produkcyjnych zostają wyrzucone arbitralną decyzją polityczną do kosza.

I jakoś nikogo w Brukseli nie wzrusza oczywista nieekologiczność południowoamerykańskiego rolinictwa, niszczenie tamtejszego środowiska naturalnego, wycinanie tlenodajnej dżungli, ani nawet Złe Mzimu ślad węglowy spodziewanego transportu tysiecy ton towarów przez Atlantyk.

Tylko czy efekt popytu dla europejskiego przemysłu jest pewny? Czy Chińczycy są w rzeczy samej tak tępi, że będą nie tylko nadal dostarczać do Europy produkowane u siebie części i komponenty, ale i powiększą ich dostawy na rzecz euro-produkcji na rynek amerykański? Kraje MERCOSUR z całą pewnością nie zamkną swoich rynków dla Chin, ich współpraca ma długą tradycję.

Czy Południowi Amerykanie będą radośnie kupować niemieckie i francuskie samochody, które mimo zniesienia barier celnych i tak będą droższe od chińskich, a jakością także ich już nie biją?

Koszty przekierowywania w ideologicznym szale europejskich rzek i hodowli europejskiej bawełny rysują się coraz wyraźniej. 

Francis Fukuyama, ten od wieszczenia końca historii trzydzieści lat temu wydał w 2024 swoje nowe dzieło, zatytułowane „Zamieszanie z liberalizmem” (przy czym ten jego liberalizm jest dziś zupełnie w znaczeniu anglosaskim, u nas to się nazywa „socjalizm„). Z rozbrajającą szczerością konkluduje, że może i ten liberalizm to się nie całkiem sprawdził, ale przecież tyle już nasza zachodnia cywilizacja zainwestowała w jego rozwój, że za późno jest, by się wycofywać. 

Jakbym znowu słyszał wczesnego Michaiła Gorbaczowa, i opowieści o różnych tam socjalizmach z ludzką twarzą oraz bez błędów tudzież wypaczeń.

Wierzący w Boga a Mu posłuszni. MEM-y III.

——————————————

—————————————-

——————————————-

—————————————–

———————————————————

—————————————————

————————————-

————————————-

———————————————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Grenlandia jest polska i wara od niej!

brat Damian grenlandia-jest-polska-i-wara-od-niej

Grenlandia jest polska i wara od niej!

12.01.2026

Trumpa wyprawa na Eskimosów

Kto rządzi światem? Żydzi, masoni i jezuici. Hitler głupi nie był i wszystkich ich zwalczał. Czasami nawet naziści pisali na plakatach: Juden und Jesuiten raus aus Deutschland! – co znaczy: Żydzi i jezuici precz z Niemiec! Kilkanaście lat temu moja prowincja otrzymała z Rzymu polecenie przejęcia opieki duszpasterskiej nad Danią, którą to zadanie wcześniej wypełniali jezuici z Reichu. Jak się okazało razem z Danią dostaliśmy też Grenlandię i czasami ktoś z Polaków musi tam jechać, aby duchowo wesprzeć Eskimosów. Jak tylko usłyszałem o Trumpa zakusach na Grenlandię, czyli na nasze polsko-jezuickie terytoria, postanowiłem, że nasz jacht Xavier, który mamy wodować w marcu, pierwszy rejs wykona na Grenlandię, aby zatknąć tam polską flagę i nie dopuścić ani Trumpa, ani amerykańskich jezuitów, na teren naszej kolonii.

—————————————————–

Ludzie mało obeznani w zawiłościach geopolityki, a szczególnie różne aktorki lub działaczki salonowe, myślą, że to kolejne wariactwo rudzielca, tymczasem trzeba popatrzeć na Grenlandię z innej strony. A konkretnie niech każdy czytelnik popatrzy na zamieszczoną mapę. Otóż przyzwyczailiśmy się patrzeć na mapę świata z Europą po środku. Jeśli popatrzymy na Ziemię z północy, to zobaczymy, że najkrótsza droga dla rakiet z Chin i Syberii (tutaj jest większość arsenału nuklearnego Rosji) do Nowego Jorku i Waszyngtonu prowadzi przez … Grenlandię. Ameryka przede wszystkim z tego powodu już wielokrotnie w XX wieku składała Danii propozycję kupna tej prawie całkowicie pokrytej lodem zamorskiej kolonii, tak jak wcześniej kupiła Alaskę od cara, a Luizjanę od Francji. Ostatni raz propozycję kupna złożył sam Trump podczas swojej poprzedniej kadencji.

Podczas II Wojny Światowej Amerykanie założyli tam bardzo ważną bazę lotniczą, która działa do dzisiaj i kiedyś nawet rozwalił się im tam samolot z atomowymi bombami. Po wojnie Duńczycy chcieli Amerykanów stamtąd wyrzucić, ale się nie udało i musieli się pogodzić z ich żołnierzami. Teraz, kiedy Amerykanie zdają sobie sprawę coraz lepiej z nadciągającej konfrontacji z Chinami (do których może dołączyć Rosja – Trump oczywiście stara się jak może, aby do tego nie doszło) i dlatego właśnie za wszelką cenę chcą wziąć pod kontrolę tę wyspę-kontynent, z militarnego punktu widzenia największy lotniskowiec świata rozmieszczony w super strategicznym miejscu.

Zgadza się, że Trump jest jak małpa z brzytwą i słoń w składzie porcelany, ale niestety jest cholernie skuteczny i co do głównego kierunku to wie, o co mu chodzi, a chodzi mu jak wiadomo o to, aby Ameryka była znowu wielka. I w tym jest niezwykle konsekwentny. Oczywiście ciarki przechodzą po plecach na myśl, że za tym gościem noszą walizkę z czerwonym guzikiem. Ale właśnie jego nieobliczalność jest największym atutem: takie ciarki czuje też Wołodia i Xi. Jedna z deklaracji wyborczych Trumpa: koniec z nielegalną migracją. Media jak mogą pomijają tę informację, ale obecnie nielegalna migracja w USA spadła do poziomu lat 70tych. Schroniska dla emigrantów po meksykańskiej stronie zioną pustką. I jak do tego doszło, czego nie można było zrobić od dziesięcioleci? Trump przycisnął seniorę Sheinbaum (typowo latynoskie nazwisko 😉 i okazało się, że Meksyk jednak może coś z tym zrobić.

32 Kubańczyków broniło Maduro – co nam dużo mówi o suwerenności Wenezueli oraz zaufaniu między prezydentem i jego narodem. Wenezuela stała się ekspozyturą Rosji, Chin, a nawet Iranu. I co? I nic. Obama i Biden patrzyli na to patologiczne państwo z stoickim spokojem, bo ich podejście do bezpieczeństwa własnego kraju było dosyć pasywne. Ameryka słabła na własne życzenie. Przykład tego sromotna ucieczka z Kabulu. Duża część wyborców demokratów myśli mniej więcej tak: Kto był gorszy Stalin czy Hitler? Nie, oczywiście Ameryka! Mao czy Kim Ir Sen? Nie, oczywiście Ameryka! Pol Pot czy Ho-Chi-Minh? Nie, oczywiście Ameryka! Castro czy Chavez? Nie, oczywiście Ameryka! Jest to ta, jak nam dobrze znana, „kultura wstydu”.

Nawet obecny pontyfik ma ten uraz, kiedy na swoim pierwszym wystąpieniu mówił po włosku i hiszpańsku, i ani słowa po angielsku. I tłumacz tym ludziom, że to właśnie dzięki wygranej przez USA wojnie większość Koreańczyków nie musi jeść trawy. Krzyki o okropnościach wojny i o pokoju, ale akurat mam trochę znajomych z Sajgonu i Kuby, a oni na temat amerykańskiego imperializmu mają nie najgorsze zdanie, natomiast gorsze na temat amerykańskiego pacyfizmu. Jaka straszna była Ameryka, która wspierała szacha, a teraz cały Iran skanduje: Pahlawi, Pahlawi.

Po zastanowieniu muszę stwierdzić, że mam wielkie wątpliwości, iż porywając Maduro Trump naruszył zasady prawa międzynarodowego. Co mówi laureatka pokojowego Nobla Seniora Machado: „Słuchajcie, niektórzy mówią o inwazji na Wenezuelę. Mamy rosyjskich agentów, mamy agentów irańskich, mamy ugrupowania terrorystyczne takie jak Hezbollah i Hamas działające swobodnie w zgodzie z reżimem. Mamy kolumbijską partyzantkę, kartele narkotykowe, które przejęły ponad 60% naszej populacji, i które zajmują się nie tylko handlem narkotykami, ale także handlem ludźmi, sieciami prostytucji. To uczyniło z Wenezueli przestępcze centrum obu Ameryk, a reżim podtrzymywał bardzo silny i hojnie finansowany system represji”. Tak więc mamy państwo upadłe, którym zawładnął jakiś rzezimieszek.

W historii zdarzało się wielokrotnie, że jakiś awanturnik i bandyta zawładnął władzą w kraju. Zazwyczaj inny władca go przeganiał i ścinał mu głowę. Trump aresztował tego rzezimieszka, bo Ameryka jak z wieloma innymi bandytami, ma z nim swoje porachunki. Nie ma znaków tego, że Trump chce atakować i niszczyć Wenezuelę, jako państwo, ale chciałby pomoc w tym, żeby przestało być ono jaskinią zbójców i tego chcą też sami Wenezuelczycy, którzy po prostu pragną swoje okupowane przez bandytów państwo odzyskać. Oczywiście, że różni inni bandyci, których Machado wymienia, będę machać nam przed oczami prawem międzynarodowym, by bronić swoich interesów. Pod wojnie na procesach zbrodniarzy naziści też się powoływali na niemieckie prawo, bo przecież ustawy norymberskie faktycznie były w Niemczech prawem. Oprócz prawa stanowionego, istnieje jednak jeszcze Prawo Boże i Prawda.

W ostatnich latach w Ameryce od przedawkowania narkotyków, w tym w dużej mierze od produkowanego w Meksyku fentanylu i w Kolumbii kokainy ginęło nawet ponad 100000 osób rocznie. Można sobie teraz uświadomić ile więcej ludzkich nieszczęść i tragedii szczególnie wśród ludzi młodych. Tej powodzi narkotyków sprzyjała niezwykle nielegalna emigracja. To jednak nie tylko problem zdrowia amerykańskich obywateli, lecz to co raz bardziej kwestia bezpieczeństwa narodowego USA. Biorąc pod uwagę zaangażowanie Rosji, Chin i Iranu w Wenezuelę, która stała się dla Stanów narkotykowym hubem, nie trudno sobie tutaj skojarzyć opiumowych wojen w XIX wieku.

Prezydent Petro i Sheinbaum (obydwaj lewicowcy, a pierwszy nawet wcześniejszy terrorysta) mogą sobie mówić o zwalczaniu karteli metodą „uściski nie pociski”, ale fakty są takie, że siła karteli rośnie, a ofiarą ich działalności są przede wszystkim Stany. Największe sukcesy w walce z narkotykami Kolumbia odnosiła dzięki wsparciu USA, jak np. rozbicie kartelu z Medellín w 1993 roku. Patrząc na to wszystko nie dziwne, że Trump grozi, że sam zrobi w tych krajach porządek, jeśli ich władze nie są w stanie kontrolować własnego terytorium.

Trump najpierw mówi pod wpływem intuicji i emocji, a potem dopiero myśli, po czym Rubio i cała ekipa wyjaśniają mu, że dla sukcesu nie trzeba ciągle wszystkich sąsiadów obrażać. Trump jest ucieleśnieniem swoich wyborców, którzy odreagowują dziesięciolecia przepraszania za to, że Stany Zjednoczone Ameryki istnieją, a także odreagowują odgrywanie roli bezsilnego olbrzyma. Rozwalenie Hezbollahu, Syrii, Iranu, pokój w Gazie, po drodze bombardowanie islamistów w Nigerii, uwięzienie Maduro, a teraz przejęcie irańskiego tankowca (co nagle stał się rosyjskim) – to pasmo niesłychanych sukcesów USA.

Rosja i Chińczycy muszą teraz żyć w coraz większym niepokoju, ponieważ widzą, że pobłażliwe traktowanie USA się skończyło. Nie będzie już tak, że my będziemy kopać po jajach, a nasz przeciwnik może tylko udawać, że nie boli. „Atak” Trumpa na Grenlandię to jasny sygnał dla Putina i Xi żarty się skończyły, i jeśli chodzi o bezpieczeństwo mojego kraju to ja użyję tych środków, które mam w dyspozycji. To nie czasy Obamy, który trochę był prezydentem, trochę lewicowym kaznodzieją, to nie czasy Bidena, który był skoncentrowany na tym, żeby podczas marszu do mównicy nie wypadły mu pieluchomajtki.

Kiedy Snowdena setki dziennikarzy witały na lotnisku w Moskwie, to Putin kpił sobie w żywe oczy z Obamy i mówił, że nasi amerykańscy partnerzy rozumieją, że nam chodzi wyłącznie o wolność słowa. Na takie numery Putin nie może sobie z Trumpem pozwolić, na odwrót musi zagryzać język, aby nie odszczekać Donaldowi, kiedy ten mówi, że Rosja to papierowy tygrys. I dla Ameryki rzeczywiście nim jest, między innymi dlatego, że na własną prośbę osłabiła się wojną na Ukrainie. Rosja, a tym bardziej Chiny trzymane na dystans, silne Stany – to wszystko w interesie Polski i wolnego świata.

W ostatnich dniach nawet Dugin, główny ideolog euroazjatyzmu oraz samego Kremla, nie wytrzymał napięcia i zaczął pleść bzdury, że Rosja jest gotowa „moralnie” na wojnę ze Stanami. Nerwy puściły, bo Ameryka pokazała na koniec zęby, zamiast pupę do bicia. Fajnie było USA besztać wiedząc z doświadczenia, że przy Obamie i Bidenie to mocarstwo było tragicznie przewidywalne w swojej bezsilności, ale to się skończyło. Putin milczy, bo nie ma nic do powiedzenia. Prosi, żeby Trump wypuścił jego marynarzy. Putin wystrzelił co prawda jeden Orzeszek i bynajmniej nie dlatego, że Ukraińcy jakoby zbombardowali jego chatę, tylko żeby choć zrobić wrażenie przed światem, że napina mięśnie. A tu w Iranie znowu demonstracje i nie wiadomo, czy staruszek Chameini je przeżyje. Przyjaciół Rosji zresztą nie pozazdrościć: Łukaszenko, Kim Dzong Un, Xi, Maduro, ajatollahowie, Asad, Kuba i Erytrea. Jakby ich Putin raz zebrał wszystkich na kawie, to można by jednym granatem ulżyć losowi setek milionów mieszkańców naszej planety.

Wróćmy jednak do Grenlandii i terroryzowanych przez Trumpa Eskimosów. Kościół zawsze stoi na pozycji przestrzegania prawa międzynarodowego, negocjacji i zachowania pokoju. Rzeczywiście świat nie może się kierować prawem dżungli. Zarazem jednak każdy kraj ma prawo dbać o swoje interesy i bezpieczeństwo. Kwestia Grenlandii jest dla bezpieczeństwa Stanów niezwykle ważna.

Kilka lat temu podczas mojej wyprawy w Jakucji, kiedy to w ciągu 42 dni przepłynęliśmy 2000 km rzeki Oleniok, na koniec znaleźliśmy się w wiosce Tajmyłyr 100 km od Oceanu Arktycznego. Obecnie żyją tam prawie wyłącznie Ewenkowie łowiący ryby w Morzu Łaptiewych. Cała wioska i tereny w promieniu około jednego kilometra pokryte są tysiącami beczek, zardzewiałymi gigantycznymi cysternami, wrakami transporterów opancerzonych, wojskowych ciężarówek, helikopterów, porzuconymi w czystym polu stacjami radiolokacyjnymi, a nawet kutrami. W czasach radzieckich ta położona na dalekiej północy miejscowość była jedną wielką wojskową bazą. Potem polecieliśmy śmigłowcem na wschód do Tiksi – najbardziej na północ położone miasto na Ziemi. Tiksi-3 to 90% bloków w ruinie, Tiksi-1 – 50% budynków porzuconych i zdewastowanych, ale tuż obok nowy, piękny blok dla … oficerów i ich rodzin. Niedaleko miasta odbudowują się jednostki wojskowe. Putin w ostatnich latach robi ogromne inwestycje na Dalekiej Północy, ciągle jakieś ćwiczenia lub eventu typu: wynurzenie trzech atomowych łodzi podwodnych na biegunie północnym (2021). Jeśli dołożyć do tego związane z ociepleniem klimatu udrożnienie Drogi Północnej i zainteresowanie tym projektem Chin, to nie można się zdziwić, gdyby przy pasywnym zachowaniu Stanów, Eskimosi „poprosili” za jakiś czas o przyłączenie Grenlandii do Rosji.

A po co Danii Grenlandia? Otóż absolutnie po nic. Dania daje Eskimosom subsydia i prowadzi tam badania meteorologiczne. Status samej wyspy jest można by to powiedzieć dosyć dynamiczny, a zupełnie niedawno był dosyć niejasny. Długo o Grenlandię walczyła z Danią Norwegia i jeszcze w 1931 roku udało się jej okupować kawałek tej wyspy. Dopiero w 1951 roku sama Dania uznała Grenlandię za integralną część swojego państwa.

Równocześnie od tego momentu idzie ciągły proces emancypacji Grenlandii i coraz większej niezależności od Kopenhagi, co według większości eskimoskich polityków ma doprowadzić do niepodległości wyspy. W 1982 roku Eskimosi przegłosowali wystąpienie z UE! Przyczyną tego ekolodzy, którzy chcieli Eskimosom zabronić polowania na foki. Grendlandexit był więc pierwszą zapowiedzią Brexitu. Tak więc Dania jest w Unii, a Grenlandia nie! Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Eskimosi się za bardzo bogaci, to znaczy za biedni. Dania pompuje w każdego Eskimosa przynajmniej 10000 Euro rocznie, tak więc Eskimosi przywykli do wygodnego życia i już im się tak za fokami nie chce ganiać. Czy Trump gotów jest fundować im takie dostatnie życie?

Mamy więc pewien konflikt interesów: 350 milionowy kraj chce zabezpieczyć swoje bezpieczeństwo w sytuacji, którą papież Franciszek określił jako „trzecia wojna światowa na raty” i 56 tyś. mieszkańców niezamieszkałej wyspy-kontynentu, którzy oczekują uszanowania swoich praw do niezawisłości. Pięknie mówić o wyższości prawa międzynarodowego, jeśli jego przestrzeganie nie jest dla nas ryzykowne. A co byśmy powiedzieli, jeśliby na Grenlandii żyło 1000 lub np. 100 osób? Jak wiadomo na straży prawa międzynarodowego stoi ONZ, a w jej najważniejszym organie – Radzie Bezpieczeństwa – jest pięciu stałych członków: Chiny, Francja, Rosja, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (nie ma nawet Indii – najludniejszego państwa świata!). Stały członek – to już jest jednoznaczna nierówność państw wobec prawa! I ci stali członkowie mają prawo weta! Gdzie tu równość wszystkich podmiotów prawa międzynarodowego? Samo to prawo daje szczególne przywileje największym mocarstwom! Nie ma co więc bredzić, że głos Grenlandii ma być tak samo słyszany jak USA, bo samo ONZ twierdzi coś przeciwnego. Historia zna wiele przykładów, kiedy podczas działań wojennych zajmowano strategicznie ważne tereny neutralnych państw np. w 1941 r. Islandia zajęta przez Wielką Brytanię i USA, aby zapobiec przejęciu jej przez Hitlera. W takich sytuacjach należy szukać kompromisu i uszanowania interesu obydwu stron. Módlmy się, aby znaleziono rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony, inaczej nasi chłopcy zgodnie z 5 artykułem będą musieli bronić Eskimosów przed marines. Sprawa Grenlandii została otwarta i tak po prostu sama nie ucichnie.

Co sam bym radził Eskimosom z Grenlandii? Po pierwsze ogłosić niepodległość – Duńczycy będą tym zachwyceni, bo pozbędą się poważnego problemu (i płacenia dotacji).

Następnie trzeba zaprosić Donalda na wypalenie fajki pokoju i obgadanie dalszej współpracy, bo wygląda, że na razie z przyczyn finansowych Grenlandia nie może ogłosić niepodległości – po prostu od razu by zbankrutowała. Amerykanie na pewną nie zabronią polować na foki i postarają się, żeby myśliwi żyli dostatnio.

Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

12 stycznia 2026 Paweł Kubala prawy/Niemieckie-media-Koniec-UE-nie-jest-juz-tematem-tabu

Zdjęcie ilustracyjne

Nie zdziwiłabym się, gdyby za dziesięć lat Unii Europejskiej już nie było. Nie z powodu wielkiego wybuchu, ale z powodu stopniowej utraty znaczenia. Traktaty pozostałyby, budynki również. Zniknęłaby tylko idea polityczna, która za nimi stoi – ocenia Sabine Rennefanz na łamach tygodnika „Der Spiegel”.

Wedle publicystki, w UE brakuje przywództwa zdolnego realizować długoterminową strategię. W jej ocenie, politycy skupiają się głównie na cyklach wyborczych. 

Unia Europejska sprawia wrażenie zmęczonej. Nie rozpada się, nie jest niezdolna do działania, ale wewnętrznie osłabła. Nadal funkcjonuje, technicznie i umownie. Jednak nie jest już tak przekonująca. Europa istnieje, ale nie ma już takiej siły – wskazuje.

Rennefanz pisze o kapitulacji kanclerza Niemiec.

Sam kanclerz Friedrich Merz zdaje się nie do końca wierzyć w tę Europę. Niedawno zasugerował Donaldowi Trumpowi, że Stany Zjednoczone mogłyby przynajmniej wybrać Niemcy jako partnera, gdyby nie były zainteresowane Europą. Nie zostało to odebrane jako manewr taktyczny. Raczej jako rezygnacja – zauważa.

W jej artykule nie mogło oczywiście zabraknąć również tradycji lewicowo-liberalnych mediów, czyli straszenia „skrajną prawicą”. W tym kontekście wymienia obecne lub niedawne rządy na Węgrzech, w Czechach, Słowacji, we Włoszech czy w Polsce. Wskazuje też na duże szanse, żeby podobne środowiska doszły do władzy we Francji czy Niemczech. W jej opinii Unia Europejska jest głęboko podzielona w wielu obszarach.

Źródło: dw.com

Guten Tag. Dostaliśmy zgłoszenie… MEM-y I

————————-

—————————————————————-

Armia NATO na Grenlandii

===================================

————————————-

Chyży pirat

—————————————

————————————————————–

———————————————–

———————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Dlaczego Pekin nie robi nic, by powstrzymać Trumpa w Wenezueli?

Dlaczego Pekin nie robi nic,

by powstrzymać Trumpa w Wenezueli?

freede.tech/falsche-frage-warum-tun-peking

Dlaczego Pekin, ze wszystkimi swoimi ogromnymi inwestycjami w Wenezueli, nie robi nic, aby powstrzymać tam Amerykanów? Jest to obecnie szeroko dyskutowany temat wśród wenezuelskich zwolenników.

Większość ludzi tłumaczy to pozornie wiarygodną odpowiedzią: Chiny nie chcą ryzykować wojny nuklearnej z USA. Inni twierdzą, że Chiny po prostu boją się konfrontacji z USA, którą Pekin przegra. W istocie wielu czuje się usprawiedliwionych zachowaniem Pekinu w kryzysie wenezuelskim, wierząc, że Chiny są papierowym tygrysem, a lśniąca broń, którą chińskie wojsko prezentuje na międzynarodowych wystawach, jest w rzeczywistości bezsilna wobec broni amerykańskiej.

Obie odpowiedzi na pytanie, dlaczego Chiny ‚nie robią nic’, to nonsens, który ostatecznie schlebia amerykańskim fantazjom o potędze. Chiny powstrzymują się od konfrontacji militarnej z USA w Wenezueli, ponieważ w wojnie po drugiej stronie globu – na historycznym podwórku Ameryki – nie miałyby szans na zwycięstwo z czysto logistycznych powodów. Nawet gdyby tak nie było, taka operacja po drugiej stronie globu nie ma strategicznego sensu dla Pekinu. Pekin nie ma na Karaibach grup uderzeniowych lotniskowców, baz logistycznych ani kontrolowanych sojuszy regionalnych.

Chińskie siły zbrojne są rozmieszczone w Azji Wschodniej: bronią jej wybrzeży, wyzwalają Tajwan, zabezpieczają szlaki morskie i dominują nad przyległymi obszarami morskimi. To nie tchórzostwo. To geografia. Tak jak Amerykanie zdali sobie teraz sprawę, że nie mają szans na zwycięstwo z równie silnym przeciwnikiem, jakim jest Rosja, na swoim własnym podwórku, na Ukrainie.

Co więcej, potęga Chin opiera się na innym systemie wartości niż neokolonialny kolektywny Zachód, a zwłaszcza imperialna Ameryka, która najwyraźniej nie może istnieć bez niekończących się wojen. Z kolei potęga Chin nie opiera się na interwencjach wojskowych za granicą ani zmianach reżimów w innych krajach w celu eksploatacji.

Siła i wpływy Chin…

… opierają się na budowie portów, pożyczkach infrastrukturalnych i obopólnie lukratywnych kontraktach energetycznych. Pod tym względem Wenezuela była dobrym partnerem dla Chin – dostawcą ropy naftowej poza kontrolą USA, głosem sprzeciwiającym się sankcjom USA – ale Wenezuela wciąż nie przedstawia dla Chin wystarczającej wartości, by uzasadnić narażanie na szwank jej globalnego handlu, łańcuchów dostaw czy kluczowych interesów.

Chiny jednak jednoznacznie potępiają powrót USA do bezwzględnych zachowań kolonialnych, gdzie potężni imperialiści biorą, co im się podoba. Zamiast angażować się w kosztowny konflikt zbrojny z USA, Chiny ponoszą gorzką odpowiedzialność za Wenezuelę, restrukturyzują swoje zadłużenie i szukają nowych dostawców ropy. Nie angażują się w kosztowny konflikt zbrojny z USA, którego Pekin nie może wygra. Chiny nie palą szachownicy tylko po to, by uratować jedną figurę.

Jeśli kiedykolwiek dojdzie do konfliktu zbrojnego między Chinami a USA, stanie się to na polu bitwy wybranym przez Pekin, gdzie USA nie mają żadnych szans. Zatem początkowe pytanie – a mianowicie, dlaczego Chiny – i dotyczy to również Rosji – nie interweniowały przeciwko amerykańskim szantażom i porywaczom w Wenezueli – jest całkowicie błędne. Prawidłowe pytanie brzmiałoby, dlaczego wenezuelskie wojsko nie walczyło, dlaczego nad Caracas nie zestrzelono ani jednego amerykańskiego śmigłowca, mimo że wenezuelska obrona powietrzna dysponuje wysoce skutecznymi rosyjskimi systemami, takimi jak S-300.

Powolne śmigłowce są również łatwym łupem dla rosyjskich ręcznych, odpalanych z ramienia pocisków przeciwlotniczych Strieła. Dlaczego nie odpalono ani jednej Streli? To nieuchronnie prowadzi do wniosku, że Rosja i Chiny nie będą w stanie chronić swoich partnerów dostarczaną przez siebie bronią, jeśli wenezuelskie wojsko nie będzie walczyć z USA.

W związku z tym narastają dowody na korupcję na najwyższych szczeblach rządu Maduro, na to, że Maduro został sprzedany Amerykanom, a kilku czołowych wenezuelskich wojskowych i urzędników państwowych z dnia na dzień w Caracas wzbogaciło się na dolarowych milionach, a willa w Miami była tylko bonusem.

Kolejne pytanie, praktycznie nieobecne w debacie publicznej, przynajmniej na Zachodzie, brzmi: dlaczego USA atakują Wenezuelę właśnie teraz i w tak niewiarygodny sposób, stawiając Grenlandii i Danii skandaliczne żądania, a jednocześnie grożąc zamachem politycznym i religijnym przywódcom Iranu, w tym ajatollahowi Chamenei?

Czy te lekkomyślne polityczne awantury Waszyngtonu świadczą o pewnym siebie i opanowanym supermocarstwie? Czy to dowód wielkiej mądrości politycznej, że niszczymy suwerenność i międzynarodowe normy prawne, których Waszyngton tak niedawno przysiągł przestrzegać? Czy to znak przywództwa i solidarności w ramach NATO, gdy Waszyngton grozi sojuszniczemu wasalowi w sprawie nieruchomości w Arktyce?

To raczej ostatnie tchnienia hegemona, coraz bardziej osaczonego przez własne niepowodzenia, a jednocześnie obwiniającego innych za problemy, które sam sobie wyrządził; którego dominacja dolara na rynkach walutowych chyli się ku upadkowi, którego dawna kontrola nad coraz bardziej zdywersyfikowanymi globalnymi rynkami energii legła w gruzach, a którego miękka siła na globalnym Południu wyparowała. Zamiast tego kraje Południa szukają bezpieczeństwa i po cichu dystansują się od nieprzewidywalnego tyrana na arenie międzynarodowej. Chiny nie muszą oddawać ani jednego strzału, aby nadal zyskiwać na znaczeniu – po prostu budują kolejne alternatywy dla podupadającego hegemona i jego wasali z UE.

Waszyngton desperacko eskaluje więc swoje działania tam, gdzie wierzy, że wciąż może to zrobić: na własnej półkuli, w strategicznych wąskich gardłach i wobec symbolicznie opornych państw, takich jak Wenezuela i Iran. To nie siła! To panika. Umierające imperia zawsze uciekają się do przemocy. Przekształcają swoją walutę, sądy i politykę fiskalną w broń i próbują zrekompensować utratę miękkiej siły za pomocą wojskowych sił specjalnych, aby odzyskać utracone wpływy polityczne i gospodarcze.

Stany Zjednoczone nie są już hegemonem, za jakiego wciąż uważa je wielu członków waszyngtońskiego establishmentu. Gospodarka USA jest coraz bardziej wydrążona, wewnętrzna legitymacja amerykańskiego przywództwa kruszy się od lat, a nieustanna amerykańska machina wojenna przekształca chaos w kraju i za granicą w maszynkę do zarabiania pieniędzy dla tych na samym szczycie, kosztem ludności. Nie należy jednak zapominać, że Stany Zjednoczone nadal mogą wywierać miażdżącą siłę, ale tylko w regionach takich jak półkula zachodnia i część Arktyki.

Chiny, z drugiej strony, pomimo wszystkich sprzeczności, nadal utrzymują stabilność systemową, zapewniają swojej ludności stale rosnący dobrobyt i rozwijają globalne relacje gospodarcze i handlowe. Jednocześnie legitymacja przywódców politycznych w Pekinie i wśród ludzi pozostaje niepodważalna, a wszystko to bez ciągłych zagranicznych awantur i wojen, bez których system amerykański najwyraźniej nie może już istnieć. Chiny budują zamiast bombardować. Czekają zamiast marnować zasoby. To właśnie ta cierpliwość tak naprawdę przeraża jastrzębi w Waszyngtonie. To prawdziwa siła Chin, której Waszyngton nie jest w stanie odtworzyć.

Chiny są regionalną potęgą militarną o globalnym zasięgu gospodarczym. Wzrosły dzięki fabrykom, a nie placówkom wojskowym. Oferują pożyczki rozwojowe, a nie pociski manewrujące. Ich siła ma charakter strukturalny: industrializacja przede wszystkim, dyplomacja infrastrukturalna, długoterminowe kontrakty i asymetryczne retorsje w innych miejscach. Absorbują straty dziś, aby zapewnić sobie przyszłość. Chiny nie muszą zdobywać Wenezueli, Grenlandii ani Iranu na polu bitwy. Muszą po prostu nadal podważać jednobiegunowy ‚porządek’  USA – jeden port, jedna pożyczka, jeden alternatywny system płatności za drugim.

To nie jest symetryczna rywalizacja mocarstw. Ta wielobiegunowość oznacza nierówne, asymetryczne centra władzy o różnych horyzontach czasowych i zróżnicowanym poziomie tolerancji ryzyka. O historii nie zadecydują efektowne operacje specjalne, takie jak ta w Wenezueli, ale to, który system utrzyma się bez załamania. Stany Zjednoczone nie zdają tego testu. Chiny już go zdały.

freede.tech/falsche-frage-warum-tun-peking

Napisał: Rainer Rupp

** * * * * *

„O historii nie zadecydują efektowne operacje specjalne, takie jak ta w Wenezueli, ale to, który system utrzyma się bez załamania. Stany Zjednoczone nie zdają tego testu. Chiny już go zdały”. – I będzie to omówione w jednej lub dwóch następnych wpisach.

Opracował: Zygmunt Białas

7 stycznia 1949 roku został zamordowany Jan Rodowicz ps. Anoda.

wpolityce.pl/7-stycznia-zostal-zamordowany-janek-rodowicz-anoda

7 stycznia 1949 roku został zamordowany Jan Rodowicz ps. Anoda, 26 letni porucznik Armii Krajowej, harcerz, żołnierz Szarych Szeregów, organizator i uczestnik wielu działań bojowych, m.in. słynnej Akcji pod Arsenałem. „Zanim padłeś, jeszcze ziemie przeżegnałeś ręką / Czy to była kula, synku, czy to serce pękło …”

Brawurowe akcje

Walczył w Powstaniu Warszawskim, konstruował broń, działał wszechstronnie razem ze swoimi kolegami z Liceum Batorego, słynnej drużyny harcerskiej „Pomarańczarni”, z późniejszymi legendarnymi żołnierzami AK: Tadeuszem Zawadzkim, Aleksandrem Dawidowskim i Jankiem Bytnarem. W akcji pod Arsenałem skutecznie i brawurowo wykonał główne zadanie akcji – zatrzymanie furgonetki z Jankiem Bytnarem, dowodził sekcją „butelki”. To on wywiózł z pola walki ciężko rannego Alka Dawidowskiego. Za swą postawę pod Arsenałem odznaczony został Krzyżem Walecznych. Następowały kolejne akcje Grup Szturmowych, w których „Anoda” zawsze imponował spokojem i odwagą: 27 V 1943 r. akcja „Choran” – zdobycia materiałów wybuchowych, 20 V 1943 r. akcja pod Celestynowem – uwolnienia 50 więźniów przewożonych z Lublina do Oświęcimia. W okresie czerwiec-lipiec 1943 r. Janek Rodowicz uczestniczył w przygotowaniach do akcji uwolnienia więźniów pod Jaktorowem, a 20 sierpnia tego roku w likwidacji posterunku policji granicznej w Sieczychach i można by tak długo wymieniać niesamowite dokonania bojowe tego wówczas 20letniego chłopaka.

Aresztowanie w wigilię Bożego Narodzenia

Tajni ubeccy oprawcy przyszli po niego w Wigilię, 24 grudnia 1948 roku, gdy matka Zofia Rodowicz, z d. Bortnowska, siostra generała Władysława Bortnowskiego, walecznego dowódcy z 1920 i 1939 r., rozkładała opłatek na świątecznym stole. Ojciec, Kazimierz Rodowicz, inżynier i profesora Politechniki Warszawskiej, polski patriota, więziony w Rosji, stał jak skamieniały, wiedział co robią ubecy na służbie Moskwy. Zabrali Janka na ul. Koszykową do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (bezpieczeństwa – jak to cynicznie brzmi) i tam w zaledwie kilka dni okrutnego śledztwa, pod kierownictwem naczelnika wydziału IV, pułkownika Urzędu Bezpieczeństwa Witolda Herera *), zamordowali słynnego „Anodę”, niezwykle walecznego, zdolnego młodego Polaka, tak bardzo potrzebnego Ojczyźnie. Rodzice stracili tak swoich wszystkich synów, bo wcześniej w czasie walk w Powstaniu Warszawskim ranny został starszy brat Janka, Zygmunt, przedwojenny zawodowy oficer i zmarł w szpitalu na Powiślu 30 sierpnia 1944 roku, miał zaledwie 28 lat.

„Nie sposób zrozumieć dziejów Polski, jeśli się nie przyłoży do nich tego jednego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus” – mówił do nas Jan Paweł II w czasie znamiennej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny w 1979 roku na Placu Zwycięstwa w Warszawie.

Bezkarność zbrodniarzy

My dzisiaj też musimy przykładać do naszego życia kryteria tamtych chłopców i dziewcząt, zamordowanych, ale niezwyciężonych. Ubeckim oprawcom nie przeszkadzało, że Janek Rodowicz był odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy i dwukrotnie Krzyżem Walecznych, nic dla nich nie miało i nie ma znaczenia, podepczą i zniszczą każdą świętość dla swoich, obrzydliwych, zdradzieckich interesów. Nikt nigdy nie osądził tamtych zbrodniarzy, kolaborantów, agentów, tajnych współpracowników, którzy dzisiaj nawet nie kryją się ze swoją przeszłością, a wręcz przeciwnie, głośno protestują przeciwko zrównaniu ich wysokich emerytur, bo nadal czują się bezkarni. A ich następne pokolenia wychowane na ubecki wzór, sięgają po największe uprzywilejowania i gardzą nami, zwykłymi Polakami.

Janek Rodowicz „Anoda” po wojnie walczył o prawdę, prowadził akcje propagandowe skierowane przeciwko komunistycznym rządom, rozpoznawał urzędy bezpieczeństwa publicznego, więzienia, ostrzegał dawnych żołnierzy podziemia, ukrył część broni. Zajął się z ocalałymi żołnierzami Batalionu „Zośka” ekshumacją i pogrzebami na Cmentarzu Powązkowskim poległych towarzyszy broni, tworzył pierwsze kwatery powstańcze.

Niezwykła osobowość „Anody”

Na czym polegała niezwykłość osobowości Anody? Janek z domu, szkoły i harcerstwa wyniósł poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Poczucie obowiązku było motorem do nauki i coraz lepszego wykorzystywania swoich talentów, ale gdy przyszedł czas wojny do bezwzględnej walki z wrogiem. Poczucie odpowiedzialności przejawiało się w perfekcyjnym przygotowywaniu akcji bojowych, ale też w trosce o podwładnych i kolegów, którym pomagał również po wojnie. Niezłomność zasad, pracowitość i konsekwencja działania, tworzyła warunki sukcesu i realizowania planów, mimo niesprawnej lewej ręki po akcji „Wilanów” na posterunek żandarmerii niemieckiej. Był wszechstronnie uzdolniony – pisał wiersze, komponował piosenki, a także wspaniale rysował szkice, detale architektoniczne i karykatury. Pełen humoru zawsze był duszą towarzystwa, bo nadawał każdemu spotkaniu niezwykle sympatyczny, zdawałoby się beztroski, żartobliwy nastrój. Podziwiany przez młodszych kolegów, nie stwarzał sztucznego dystansu.

„Pogodny, uśmiechnięty, gładko uczesany, znakomity rysownik i świetny projektant, był lubianym chyba przez wszystkich. Janek tryskał życiem. Z głową pełną pomysłów, zawsze był pierwszy do pracy, do pomocy, a także do żartów i studenckich figli. I cieszył się życiem. Snuł rozległe plany, chciał skończyć jak najprędzej studia i budować, rysować i projektować. Marzył o odbudowie Warszawy, o pracy dla Polski” – wspominał Jan Suzin, jego kolega z Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej.

23-letni poeta Józef Szczepański ps. „Ziutek” pisał w ostatniej chwili na barykadzie powstańczej Warszawy, zanim padł od kuli wroga:

Alejami z paradą, będziem szli defiladą

W wolną Polskę co wstała z naszej krwi …

Walczyli, oddawali życie, marzyli o pięknej, sprawiedliwej, niepodległej Polsce.

Nie zatrzeć pamięci

Janek Rodowicz „Anoda” jest absolutnie wyjątkową postacią w naszych najnowszych dziejach i zasługuje na szczególną pamięć. Mimo młodego wieku miał za sobą całą listę dokonań zarówno w walce z wrogami Polski, ale też jako uczeń, potem student Politechniki dwóch kierunków – Elektrycznego i Architektury. Wybitnie uzdolniony, a przy tym koleżeński, aktywny, pełen pomysłów, które z powodzeniem realizował, uwielbiany przez kolegów i przełożonych, wielki miłośnik Polski i Polaków. „Często powtarzał – ja po prostu tak zwyczajnie kocham Polskę – my dziewczyny byłyśmy zazdrosne o tę jego miłość, bardzo nam się podobał i każda zabiegała o jego względy” – wspominała w moim filmie jego koleżanka z roku, potem wybitna architekt, Grażyna Jonkajtys. Podkreślała z dumą, że studiowała razem z Jankiem Rodowiczem, przytaczała fakty, wspominała o nim jako o kimś najważniejszym wśród braci studenckiej tamtych lat i potem ten ogromny żal i strach jednocześnie, gdy dowiedzieli się, że został aresztowany przez UB, spodziewali się najgorszego, ale wierzyli, że przecież kogoś takiego jak Janek nie zamordują, bo jest bardzo Polsce potrzebny, a tyle już przeszedł i dał radę. Wspominała jak wyjechali na plener do Kazimierza w czasie studiów, Janek wszystkim pomagał szkicować, konsultował ich projekty, młodość, radość, kąpaliśmy się w Wiśle, Janek nie kąpał się, siedział na brzegu, na pytanie dlaczego się nie kąpie, odpowiedział – cały jestem posiekany szrapnelami, gdybym się rozebrał nie jedlibyście obiadu. Ten chłopak, niezwykły bohater, który tyle wycierpiał, został tak brutalnie zamordowany i pozbawiony wszelkiej możliwości obrony.

Świadkowie w procesie Adama Humera, jednego z szefów aparatu terroru zeznawali jak okrutnie był torturowany zaraz po aresztowaniu, w  niespełna dwa tygodnie wykończyli 26-letniego bohaterskiego chłopaka zaprawionego w walce w czasie całej okupacji i Powstania Warszawskiego. Barbarzyńcom na służbie Moskwy nie chodziło tylko o to żeby zabić, ale przede wszystkim sponiewierać, odebrać najwyższą godność i honor bohaterskiemu, niezłomnemu Polakowi, do tego jeszcze tak wybitnie uzdolnionemu, który był bardzo potrzebny Polsce po latach okupacji. Zamordowali tak tysiące najwartościowszych Polaków, patriotów, zrujnowali życia całych rodzin, inaczej wyglądałaby Polska dzisiaj, gdyby nie to ogromne, trudne do wyobrażenia tamto barbarzyństwo.

kolejne pokolenia komunistów

Gdy wszystkie te fakty zestawia się i próbuje odpowiedzieć, gdzie są granice ludzkiego bestialstwa, jeszcze jedno pytanie przychodzi nam dzisiaj zadać. Jak to się stało, że po 36 latach od 1989 roku, kolejne pokolenia komunistów piastują najwyższe urzędy w państwie polskim, a całe zastępy ubeków ujawniają się i domagają wysokich emerytur, nie widząc w tym nic złego! W tym kontekście przypominają mi się słowa wykładowcy na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, docenta Michała Szulczewskiego, należącego do establishmentu partyjnego PRL-u, które powiedział po zmianach w 1989 roku: „Tacy jak my dzisiaj powinniśmy przywdziać kaptury pokutne i od kruchty cieszyć się, że nas nie aresztują, bo czekają nas więzienia”. Wtedy jeszcze wszyscy wierzyli w prawdziwą dekomunizację i rozliczenie tych, którzy niszczyli Polskę i mordowali Polaków.

Zachęcam Państwa do obejrzenia filmu dokumentalnego „Humer i inni”, filmu dla mnie szczególnego, pod wieloma względami…
https://youtu.be/zFOiGQ27iqI

Publikacja dostępna na stronie: wpolityce.pl/7-stycznia-zostal-zamordowany-janek-rodowicz-anoda

=================================================

Witolda Herera *)

To Wiktor Herer, żydowski oprawca bohaterów. Po 1989 został „doradcą Solidarności”. Zapraszano go , m. inn. do Instytutu Badań Jądrowych Świerk z wykładami o ekonomii. Mam koło siebie na półce jego książkę z dedykacją ” Zderzenia z barierami rozwoju”. MD

Hans Küng jako przewodnik papieża Franciszka

Hans Küng jako przewodnik papieża Franciszka

Paweł Chmielewski pch24.pl/hans-kung-jako-przewodnik-papieza-franciszka

(Oprac. PCh24.pl)

Nie byłoby rewolucji Franciszka gdyby nie dzieło Hansa Künga – szwajcarskiego teologa, krytyka wielu dogmatów, ukaranego przez Stolicę Apostolską za błędy w nauczaniu. Papież Jorge Mario Bergoglio czytał jego książki – i postanowił chyba zrealizować zawarte w nich postulaty.

Rok 2025 wśród wielu niezwykle istotnych wydarzeń zaznaczył się zwłaszcza jednym, o fundamentalnym znaczeniu: zakończeniem rewolucyjnego pontyfikatu papieża Franciszka. Kościół katolicki przechodzi od 1962 roku przez rozmaite wstrząsy, ale pomimo wszystko nic nie równało się z chaosem, jaki wywołały działania ostatniego Pontyfeksa. Przez cały okres jego rządów katolicy zastanawiali się, co tak naprawdę chce osiągnąć Argentyńczyk na tronie św. Piotra; innymi słowy – czy działa spontanicznie, kierując się ugruntowanymi przekonaniami lub własnymi impulsami? A może jednak realizuje konkretny plan, ściśle określoną agendę, wyznaczoną przez jakieś nietransparentne gremium kościelne albo polityczne?

Agenda rewolucji

Sam Franciszek uchylił swego czasu rąbka tajemnicy, przyznając w jednym z wywiadów, że tego, co robi, nie wymyślił bynajmniej sam. Powołał się na spotkania kardynałów poprzedzające konklawe w 2013 roku, mówiąc, że uważnie wsłuchiwał się w padające tam postulaty i postanowił je punkt po punkcie zrealizować. W tych słowach nie ma oczywiście żadnej sensacji: spotkanie poprzedzające konklawe właśnie służą właśnie temu, by kardynałowie mogli przedstawić swoją wizję zmian w Kościele za nowego pontyfikatu. Zwykle na takich spotkaniach padają jednak z gruntu przeciwstawne propozycje, co odzwierciedla głębokie podziały w Kościele pomiędzy – umownie mówiąc – frakcją konserwatywną a frakcją progresywną. Nie da się realizować wszystkiego – coś trzeba wybrać. Franciszkowi było zdecydowanie bliżej do frakcji progresywnej, stąd należy uznać, że realizował właśnie jej agendę. Czy chodziłoby zatem tylko o bardzo ogólnie rozumiany plan, raczej zestaw chaotycznych postulatów padających w rozmowach, które Franciszek zapamiętał a potem wdrażał w życie?

Niekoniecznie. Z pomocą w lepszym zrozumieniu charakteru agendy reformistycznej Jorge Mario Bergoglio przychodzi zmarły 6 kwietnia 2021 roku szwajcarski teolog z niemieckiej Tybingi, Hans Küng.

Dzieło Hansa Künga

Urodzony w 1928 roku w Sursee nieopodal Lucerny, w 1954 roku otrzymał święcenia kapłańskie i rozpoczął posługę w diecezji Bazylei. Poświęcił się teologii i na tym polu zrobił błyskawiczną karierę. W 1960 roku został profesorem teologii fundamentalnej w Tybindze, głównym centrum niemieckiej myśli reformistycznej. Pracował jako teologiczny doradca („peritus”) na II Soborze Watykańskim. Pomimo młodego wieku zyskał tak dużą popularność, że w 1965 roku na prywatnej audiencji przyjął go papież Paweł VI, prosząc o bardziej umiarkowane formułowanie postulatów. Küng od początku nie krył inklinacji progresywnych, które z czasem coraz bardziej  się zaostrzały. W 1970 roku opublikował książkę poświęconą nieomylności papieskiej, ostro krytykując dogmat ogłoszony na I Soborze Watykańskim („Nieomylny?”, niem. „Unfehlbar?”). Ostatecznie w 1979 roku Konferencja Episkopatu Niemiec odebrała mu misję kanoniczną, czyli oficjalne uprawnienie do nauczania teologii, nie bez nacisku ze strony Kurii Rzymskiej.

Pomimo tych sankcji, Uniwersytet w Tybindze nie zwolnił Künga – stworzył dla niego specjalne stanowisko, które pozwalało mu kontynuować pracę teologiczną, jakkolwiek w formule oficjalnie ekumenicznej, a nie katolickiej. Szwajcarsko-niemiecki myśliciel nie porzucił nigdy obranej przez siebie ścieżki kwestionowania nauki Kościoła, w kolejnych latach podważając wiele klasycznych elementów katolickiej doktryny. Krytykował nawet kolejne dogmaty, na przykład o niepokalanym poczęciu albo wniebowzięciu Matki Bożej. Stał się prawdziwą gwiazdą – jego książki rozchodziły się w gigantycznych nakładach i były tłumaczone na wiele języków. Jorge Mario Bergoglio uczył się w Niemczech języka niemieckiego i pisał pracę o niemieckim teologu Romano Guardinim w połowie lat 80. Pozycja Künga jako pomnikowego awangardzisty ruchu progresywnego była już wówczas dobrze ugruntowana. Prestiżowe niemieckie wydawnictwo Herder uczciło jego dorobek przygotowaniem ponad 20 tomowego wydania dzieł wszystkich teologa, ukazującym się od 2015 roku.

Przesyłka dla papieża

W styczniu 2011 roku Hans Küng opublikował książkę pt. „Czy Kościół da się jeszcze uratować?” (niem. „Ist die Kirche noch zu retten?”). Rozumiał ją jako swój być może ostatni głos w debacie o reformie katolicyzmu. Praca napisana w typowym dla Künga niezwykle żywiołowym stylu, piękną niemczyzną, obok części krytycznej zawierała również część postulatywną: szesnaście konkretnych punktów, które zdaniem autora należy zrealizować, żeby ocalić misję Kościoła w XXI wieku. Praca powstała w czasie, w którym perspektywy dla ruchu progresywnego wydawały się bardzo nikłe. Od kilku lat trwał pontyfikat papieża Benedykta XVI, nastawionego krytycznie do postulatów liberalnych. Hans Küng należał do jego najzagorzalszych krytyków. Miało to podłoże osobiste: znali się z czasów II Soboru Watykańskiego, ale ich drogi rozeszły się pod koniec lat 60. Jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary kardynał Józef Ratzinger mógł dokonać rehabilitacji Künga i przywrócić mu możliwość nauczania jako katolicki teolog, ale nigdy tego nie zrobił. Już jako papież, Benedykt XVI zaprosił Szwajcara do Castel Gandolfo. Kilkugodzinna rozmowa nie przyniosła żadnego przełomu, obaj pozostali na swoich pozycjach.

Kiedy Küng dowiedział się w marcu 2013 roku, że nowym Pontifeksem został Argentyńczyk Jorge Mario Bergoglio, był według swoich własnych słów bardzo zadowolony. Wprawdzie nie znał wcześniej kardynała z Buenos Aires, ale przewidywał, że jako Latynos i jezuita Bergoglio będzie sprawował władzę papieską w zupełnie innym stylu, niż Karol Wojtyła i Józef Ratzinger. Postanowił mu w tym pomóc. Wysłał do Franciszka dwie swoje książki: „W co wierzę” (niem. „Was ich glaube”) z 1985 roku oraz właśnie „Czy Kościół da się jeszcze uratować?”. Papież Franciszek w pierwszych latach swojego pontyfikatu był zafascynowany progresywną teologią. Czytał teksty kardynała Waltera Kaspera, którego publicznie wychwalał; odwoływał się do bardzo bliskiego myśli niemieckiej kardynała Carlo Marii Martiniego. Dlatego Hans Küng mógł mieć jakąś nadzieję, że nowy papież nie zignoruje jego przesyłki.

„Umiłowany bracie”

Franciszek rzeczywiście jej nie zignorował. Przyjął książki Hansa Künga z wdzięcznością i wysłał do niego prywatny list. „Było dla mnie radosnym zaskoczeniem, kiedy otrzymałem od Franciszka odręcznie napisany, braterski list. Dziękował mi i poinformował mnie, że z przyjemnością przeczyta książki. To była dla mnie jakby nieformalna rehabilitacja” – powiedział Küng w jednym z wywiadów. Nota bene, nie był to wcale koniec ich wzajemnych kontaktów. W 2016 roku Szwajcar napisał do Franciszka list, w którym prosił go o rozpoczęcie dyskusji na temat papieskiej nieomylności – w duchu jego pracy „Nieomylny?” z 1970 roku. Ojciec Święty nie pozostawił tego bez reakcji: napisał list, rozpoczynając go od słów „Umiłowany bracie”. Treści papieskiego listu Hans Küng nie ujawnił, ale zapewnił, że był utrzymany w ciepłym i otwartym tonie.

Wracam jednak do książki „Czy Kościół da się jeszcze uratować?” z 2011 roku. Wszystko wskazuje na to, że papież Franciszek nie rzucał słów na wiatr, zapewniając Hansa Künga o swoim zamiarze lektury jego prac. Kiedy czyta się dziś tę książkę, mając w pamięci cały, już zamknięty pontyfikat Jorge Mario Bergoglia, po prostu automatycznie narzuca się myśl: Franciszek rzeczywiście to czytał, więcej, czytał i postanowił podjąć próbę realizacji zawartych w niej postulatów. Nie mogę opisać tutaj wszystkich paraleli, ale zwrócę uwagę na najbardziej uderzające.

Idee Künga, wykonanie Franciszka

Zerwanie z „Inkwizycją”

Hans Küng domagał się gruntownej przebudowy Kongregacji Nauki Wiary, tak, aby urząd ten ostatecznie zerwał z dziedzictwem Inkwizycji, zaprzestając śledzenia i karania nieprawomyślnych teologów. Dokładnie to zrobił papież Franciszek. Najpierw usunął z Kongregacji kardynała Gerharda Müllera, wiernego tradycyjnemu rozumieniu roli tego urzędu. Następnie zastąpił go bardziej centrowym kardynałem Luisem Ladarią. Wreszcie zrealizował cel ostateczny w latach 2022 i 2023. Kongregacja Nauki Wiary stała się Dykasterią i straciła swoją dotychczasową pozycję: spadła na drugie miejsce wśród innych kongregacji/dykasterii, ustępując nowej Dykasterii ds. Ewangelizacji. Następnie jej prefektem papież wyznaczył bliskiego sobie Argentyńczyka Victora Manuela Fernándeza i napisał publicznie dostępny list, w którym ściśle określił jego zadania: Fernández nie ma sprawdzać prawowierności teologów, ale umacniać różnorodność doktrynalną w Kościele.

Kuria Rzymska i finanse

Reforma Kurii Rzymskiej oraz watykańskich finansów to jedne z głównych pomysłów przedstawionych w książce. Hans Küng chciał, żeby Kuria Rzymska przestała być aparatem władzy „samym dla siebie”, ale zaczęła służyć Kościołom lokalnym. W kwestii finansów domagał się transparencji i poddania Watykanu ścisłej kontroli niezależnych podmiotów. Franciszek zajął się obiema tymi dziedzinami: w 2022 roku przebudował Kurię konstytucję „Praedicate evangelium”, pozwalając świeckim na piastowanie urzędu prefekta i poważnie ograniczając zakres władzy kardynałów kurialnych. Z finansami zdziałał relatywnie niewiele, pomimo prób: ich uzdrowienie powierzył kardynałowi George’owi Pellowi, którego misja zakończyła się fiaskiem. Pell, fałszywie oskarżony, trafił do więzienia w Australii, dzięki finansowanej z Rzymu operacji dyfamacyjnej. Został uniewinniony, ale zmarł nagle podczas rutynowej operacji – jego zwłoki trafiły do Australii ze złamanym nosem, co stanowi prosty podpis rzymskiej mafii. Watykańska pralnia pieniędzy okazała się silniejsza niż reformatorzy.

Koniec „represji”

W kolejnym punkcie swojej agendy Küng oczekiwał „zaprzestania wszystkich form represji”, precyzując ten postulat w kilku konkretach: – wolność dla grup dysydenckich; – wolność dla teologów wyzwolenia; – wolność dla kobiet, które domagają się święceń kapłańskich; – wolność dla nieortodoksyjnych teologów moralnych. Papież Franciszek zrealizował wszystkie te postulaty. Wspierał ruchy o. Jamesa Martina czy s. Jeannine Gramick w USA; rehabilitował teologię wyzwolenia w osobie ks. Leonardo Boffa; dopuścił dyskusję o kapłaństwie kobiet i rozmawiał z kobietami, które tego oczekują; dał pełną swobodę formułowania postulatów zmiany teologii moralnej, częściowo zresztą te postulaty realizując.

Prawo kanoniczne

Dalej, teolog z Tybingi przedstawił wizję reformy prawa kościelnego w duchu odejścia od sankcji i „klerykalnej władzy”. Franciszek nie zrealizował tego zadania, ale je rozpoczął: w 2023 roku utworzył specjalną watykańską komisję, która opracowuje gruntowną reformę prawa kanonicznego w duchu synodalnym.

Celibat

W kolejnym punkcie Hans Küng apelował o dopuszczenie zawierania małżeństwa przez księży i biskupów. Tu również Franciszek „zawiódł”, jakkolwiek niecałkowicie: w 2019 roku zorganizował Synod Amazoński, na którym postulat poluzowania obowiązku celibatu był głównym tematem. Publicznie mówił, że rozważa takie rozwiązanie, przynajmniej lokalnie, powołując się na książkę progresywnego niemieckiego teologa i biskupa, Fritza Lobingera. Na początku 2020 roku przeciwko zmianom wypowiedział się jednak Benedykt XVI z pozycji „emerytowanego papieża”. Franciszka ta interwencja bardzo rozsierdziła – zwolnił nawet z pracy ówczesnego sekretarza Domu Świętej Marty, abp. Georga Gänsweina, jednocześnie prywatnego sekretarza Benedykta. Zmian w celibacie jednak nie wprowadził: wyglądało na to, że nie chce wywoływać otwartego konfliktu ze swoim poprzednikiem.

Nowa rola kobiet

Następnie Küng postulował dopuszczenie kobiet do kapłaństwa. Franciszek krytycznie oceniał ten postulat, niemniej jednak całkowicie zmienił dotychczasowy modus operandi Watykanu. Wcześniej źle oceniano jakąkolwiek dyskusję na ten temat. Papież na nią pozwolił, więcej – sam ją prowokował, powołując kolejne watykańskie komisje ds. zbadania ewentualności dopuszczenia kobiet do sakramentalnego diakonatu. W chwili jego śmierci sprawa nie była zamknięta – dyskusja cały czas trwała, ożywiona przez Synod o Synodalności.

Protestanci do Komunii

Szwajcar oczekiwał też dopuszczenia protestantów do Komunii świętej, a katolików do udziału w protestanckiej Wieczerzy. W 2018 roku Franciszek zgodził się na propozycję niemieckich biskupów, by dopuścić do Eucharystii tych protestantów, którzy żyją w związku małżeńskim z katolikami. Publicznie przekonywał, że w takich sytuacjach trzeba podejmować po prostu własną decyzję sumienia, nie bacząc aż tak bardzo na kościelne przepisy. Niektórzy kurialiści próbowali protestować, czynił to zwłaszcza prefekt Dykasterii ds. Ekumenizmu kardynał Kurt Koch. Franciszek nie wyciągał z tego jednak żadnych konsekwencji. Nie zmienił oficjalnie nauczania, ale pozwalał, by na poziomie lokalnym interkomunia z protestantami stała się faktem.

Antykoncepcja i aborcja

Wreszcie tybiński teolog proponował nową ocenę antykoncepcji oraz aborcji. W tej pierwszej sprawie postulował daleko idącą dopuszczalność, w drugiej – różnicowanie. Według Künga nie ma jasności, kiedy płód staje się człowiekiem – jego zdaniem o człowieczeństwie płodu można mówić dopiero wtedy, kiedy wykształca się mózg. W przypadku antykoncepcji Franciszek zasadniczo milczał: w ogóle nie przypominał o katolickim zakazie tej praktyki. Wprost przeciwnie, pozwalał, by Papieska Akademia Życia pod kierunkiem abp. Vincenzo Paglii opracowywała teologiczne uzasadnienie dopuszczalności antykoncepcji. Ostatecznie żadnego rozstrzygnięcia nie przedstawił, pozostawiając tę sprawę Procesowi Synodalnemu. W zdecydowany sposób odszedł jednak od pryncypialności swoich poprzedników, którzy antykoncepcje wielokrotnie potępiali. Gdy idzie o aborcję, Franciszek był krytyczny – podobnie zresztą jak Hans Küng. Przestał jednak traktować sprawę aborcji priorytetowo. Stało się to widoczne zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie papież otwarcie wspierał Demokratów z Joe Bidenem na czele, pomimo jego jawnej proaborcyjności.

Reinterpretacja prymatu

Paraleli między działalnością papieża Franciszka a postulatami Hansa Künga jest oczywiście więcej, niż wynikałoby to tylko z książki „Ist die Kirche noch zu retten?”. Wracam teraz do wymiany listów z 2016 roku dotyczącej nieomylności papieskiej. Hans Küng zapewniał, że papież ciepło przyjął jego prośbę rozpoczęcia dyskusji na ten temat. Sądzę, że mówił prawdę.

W 2021 roku papież rozpoczął Synod o Synodalności, a jednym z głównych jego tematów stało się ponowne przemyślenie sposobu sprawowania prymatu biskupa Rzymu – w duchu synodalnym. W 2024 roku Dykasteria ds. Ekumenizmu opublikowała z kolei obszerny raport dotyczący możliwych zmian w rozumieniu dogmatu o nieomylności papieskiej. Hans Küng byłby z tego zadowolony, gdyby tych chwil dożył.

Weltethos

Inna wielka sprawa to dialog międzyreligijny. W 1990 roku szwajcarski myśliciel opublikował książkę „Projekt Weltethos”, gdzie zaproponował wypracowanie ogólnoświatowego etosu na gruncie porozumienia wielkich religii, przede wszystkim chrześcijaństwa, judaizmu, islamu, buddyzmu, hinduizmu. Papież Franciszek bardzo konsekwentnie realizował tę wizję. W 2019 roku podpisał deklarację z Abu Zhabi, która stanowiła przełożenie myśli Künga na praktykę – wspólne oświadczenie przywódcy Kościoła katolickiego i jednego z najważniejszych nauczycieli świata islamu, która miała stać się fundamentem współpracy etycznej na rzecz lepszego społeczeństwa. W 2020 roku opublikował encyklikę „Fratelli tutti” o powszechnym braterstwie, gdzie opisał charytatywny wymiar chrześcijaństwa, proponując szeroką kooperację wszystkim ludziom „dobrej woli”, niezależnie od ich wyznania – na bazie ich własnych tradycji religijnych i kulturowych. Hans Küng cierpiał już wówczas na zbyt poważną chorobę, by móc się do tego publicznie odnieść; ale założona przezeń Fundacja Etosu Światowego (Stiftung Weltethos) gorąco chwaliła „Fratelli tutti” jako dokument realizujący przesłanie teologa z Tybingi.

Autorytety

Każdy papież ma jakiś autorytet, jakby głównego przewodnika pontyfikatu. Dla Pawła VI był to może Jacques Maritain, dla Jana Pawła II Henry de Lubac, dla Benedykta XVI Romano Guardini. W przypadku papieża Franciszka za jednego z najważniejszych można uznać właśnie otwarcie heterodoksyjnego Hansa Künga. Nie przeczy to w żaden sposób temu, że Jorge Mario Bergoglio sam definiował swoje działania jako realizację woli kardynałów ze spotkań poprzedzających konklawe. Postępowa część purpuratów nie jest przecież intelektualnie całkowicie niezależna. Wprost przeciwnie, to często ludzie o wielkim wpływie w kościelnej polityce, ale intelektualnie raczej odtwórczy. W kręgu Franciszka wielu było Niemców, wielu teologów wyzwolenia – ich myślenie silnie korespondowało z tym, co pisał w swoich książkach właśnie Hans Küng. To, co Jorge Mario Bergoglio przeczytał w jego pracach, mogło stanowić niejako ideową podbudowę agendy prezentowanej przez progresywnych kardynałów.

Ciekawe, czy skrajnie reformistyczna spuścizna Künga pozostanie żywa również za pontyfikatu papieża Leona XIV.

Paweł Chmielewski

Finansjera, Fabianie i faszyści

Finansjera, Fabianie i faszyści

Autor: Financiers, Fabians and Fascists, Paul Cudenec, September 13, 2025

AlterCabrio, 11 stycznia 2026

„Pomimo wszystkich różnic, bolszewizm i faszyzm mają dwie wspólne, wybitne cechy. Oba podkreślają podstawową potrzebę świadomego planowania przyszłości w skali całego kraju”.

Ale potem napisał: „Czy nam się to podoba, czy nie – a wielu będzie się to bardzo nie podobało – indywidualny producent i rolnik będzie zmuszony przez wydarzenia do poddania się daleko idącym zmianom w poglądach i metodach.”

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Finansiści, fabianie i faszyści

W moim artykule z kwietnia 2025r. pt. „The Big Plan and the Great Gaslighting” przyjrzałem się organizacji Political and Economic Planning (PEP), think tankowi promującemu „modernizację” w Wielkiej Brytanii w latach 30. XX wieku. [1]

Od momentu założenia PEP prezesem był Israel Moses Sieff („Baron” Sieff), syjonistyczny biznesmen stojący za siecią detaliczną Marks & Spencer (obecnie znaną jako M&S).

Dzięki blogerowi Escapekey udało mi się przejrzeć dokument z 1933r. wydany w imieniu Sieffa, który – jak zauważa mój kolega badacz – jest bardzo trudny do odnalezienia. [2]

Wersja, do której się odnoszę, została włączona do akt Kongresu USA na prośbę Louisa Thomasa McFaddena, republikańskiego członka Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych w latach 1915–1935.

McFadden był niewątpliwie ciekawą postacią. Bankier z zawodu, obserwował od wewnątrz korupcję w świecie finansów i stał się zagorzałym krytykiem Systemu Rezerwy Federalnej.

Zauważył, że „to zostało stworzone i było obsługiwane przez żydowskie interesy bankowe, które spiskowały w celu uzyskania kontroli ekonomicznej nad Stanami Zjednoczonymi” – co oczywiście w wypaczonym świecie Wikipedii sprowadza się do „antysemickich teorii spiskowych”. [3]

We współczesnym społeczeństwie, w którym wszystko jest na opak, wskazywanie na kryminalny spisek z udziałem narodu żydowskiego lub na zbrodnicze ludobójstwo dokonane przez państwo syjonistyczne jest automatycznie uznawane za przejaw „antysemityzmu”.

Prawda kryjąca się za oskarżeniem nie jest nawet brana pod uwagę, a moralna rzeczywistość sytuacji zostaje odwrócona tak, aby przedstawić przestępcę jako ofiarę, a osobę ujawniającą przestępstwo jako złoczyńcę.

Ogłoszony „zhańbionym” McFadden (na zdjęciu) stracił miejsce na rzecz Demokraty w wyborach w 1934 roku i zmarł na „zakrzepicę wieńcową” podczas wizyty w Nowym Jorku dwa lata później, w wieku 60 lat. [4]

Przedstawiając dokument Sieffa Kongresowi USA 8 czerwca 1934r., McFadden ostrzegał przed „dobrze zorganizowanym planem kontroli świata… piekielnym spiskiem mającym na celu zniewolenie i dominację nad wolnymi narodami Ziemi”. [5]

Powiedział: „Jesteśmy u progu nowoczesnego i makiawelicznego systemu feudalnego, stworzonego i kontrolowanego przez grupę międzynarodowych uzurpatorów”.

McFadden zwrócił uwagę Kongresu w szczególności na rolę Bernarda M. Barucha (1870–1965), „żydowskiego finansisty, spekulanta giełdowego, polityka i doradcy prezydenckiego”. [6]

Baruch był czołowym graczem w syjonistyczno-satanistycznej mafii imperialistycznej ZIM i, jak widzę, był przyjacielem Winstona Churchilla i co najmniej jednego członka rodziny Rothschildów. [7]

McFadden powiedział: „Od czasu naszego przystąpienia do Wielkiej Wojny Światowej nie było administracji, w której Bernard M. Baruch nie byłby głównym doradcą politycznym, ekonomicznym i finansowym, a każda administracja, która go słuchała, wpędzała nas coraz głębiej w chaos finansowy, a dziś działamy w oparciu o jego największy eksperyment – ​​gospodarkę planową oraz kontrolę przemysłu i rolnictwa”.

Dodał, że zaraz po I wojnie światowej Baruch (na zdjęciu) stawił się przed specjalną komisją kongresową „i zeznał tam, że miał praktycznie całkowitą kontrolę nad zasobami narodu amerykańskiego podczas wojny”.

Sam Baruch powiedział komisji: „Prawdopodobnie miałem większą władzę niż jakikolwiek inny człowiek na tej wojnie; niewątpliwie jest to prawda”.

Nawiązując do Ustawy o Narodowej Odbudowie Przemysłu z 1933 roku, będącej częścią tzw. „Nowego Ładu” prezydenta Franklina D. Roosevelta, McFadden powiedział: „Wymagało to 15 lat ciężkiej pracy ze strony pana Barucha i jego współpracowników, aby narzucić tę ustawę narodowi amerykańskiemu, i dopiero dzięki zmaganiom i okresowi wielkich nacisków udało mu się to zrobić”.

„Wprowadzając różne kodeksy dotyczące przemysłu i rolnictwa w całym kraju, starali się zmusić, zastraszyć i przeforsować podmioty gospodarcze tego kraju do zawierania umów prywatnych, aby uzyskać możliwość żądania od podmiotów gospodarczych kraju realizacji ich życzeń bez względu na Konstytucję.”

„Prawnicy nowego ładu nie mają teraz żadnych oporów, by stanąć przed sądem i twierdzić, że zwykli obywatele mogą zrzec się swoich praw konstytucyjnych.”

„Właśnie za pomocą tej metody naruszali granice państwowe i ingerowali w najbardziej prywatne sprawy naszych obywateli.”

„Na przykład tą metodą drobni detaliści w kraju zostaną wyparci z rynku, a wprowadzona zostanie kontrola nad sieciami sklepów, tak jak próbują to zrobić w Anglii.”

Wyjaśniając swoim przedstawicielom, że Sieff był dyrektorem sieci sklepów Marks & Spencer, McFadden dodał: „Przedsiębiorstwo to ogłosiło 40-procentową dywidendę w 1933r. i było to możliwe dzięki temu, że zajmowało się niemal wyłącznie importem z ZSRR, co pozwoliło mu sprzedawać produkty po niższych cenach niż ugruntowani brytyjscy konkurenci”.

Opisał PEP Sieffa jako „oddział Towarzystwa Fabiańskiego” i powiedział: „Dotarła do mnie ciekawa w tym kontekście informacja, z której wynika, że ​​grupa Fabiańska ma bliskie powiązania z nowojorskim stowarzyszeniem zajmującym się polityką zagraniczną.”

„To stowarzyszenie zajmujące się polityką zagraniczną było w dużej mierze sponsorowane przez nieżyjącego już Paula M. Warburga i cieszyło się szczególną uwagą i wsparciem Bernarda M. Barucha i Felixa M. Frankfurtera”.

„Około 3 miesiące po uchwaleniu przez Stany Zjednoczone Ustawy o Krajowym Odnowieniu Przemysłu, gdy członkowie jego komitetu wezwali Israela Mosesa Sieffa do wykazania się większą aktywnością, powiedział: „Przez jakiś czas działajmy powoli i poczekajmy, aż zobaczymy, jak nasz plan sprawdzi się w Ameryce”.

„W ciągu ostatnich kilku miesięcy Bernard M. Baruch, Felix Frankfurter i nowojorski prawnik żydowski Samuel T. Untermyer odbyli kilka wizyt w Europie i spędzili tam sporo czasu.”

„Istnieją uzasadnione przesłanki, że kontaktowali się tam z członkami brytyjskiej grupy Fabiańskiej i znają ich plany.”

„Ten sam system, w nieco dostosowanej formie, został wprowadzony do kodeksu w Stanach Zjednoczonych, a żelazna ręka kontroli nad światem szybko zamyka się nad amerykańskim rolnictwem, pracą i przemysłem”.

Co więc dokładnie zostało powiedziane w dokumencie Wolność i Planowanie, noszącym nazwisko Sieffa?

W najlepszym stylu przemysłowo-kapitalistycznym chwalono się „coraz większymi triumfami nad naturą”, twierdząc, że „te triumfy zostały osiągnięte dzięki coraz szerszemu i śmielszemu stosowaniu zasady podziału pracy”. [8]

Ale Sieff (lub jego ghostwriter) ostrzegał także, odnosząc się do ówczesnego kryzysu gospodarczego: „Na horyzoncie widać światową dezorganizację, głód, zarazę i zatopienie naszej cywilizacji”.

Wywnioskował z „irytującej frustracji naszych wysiłków” że „na chwilę obecną ludzki intelekt wydaje się bankrutem”.

W obliczu tego, powiedział, konieczny jest „zakrojony na szeroką skalę plan reorganizacji kraju”.

I nie miała to być jakaś drobna reforma: „Nie ma sensu zaprzeczać, że przynajmniej niektóre zmiany, które są niezbędne, gdy świadome planowanie przyszłości obejmuje obszar produkcji, mają charakter rewolucyjny”.

Sieff (na zdjęciu) miał na myśli nic innego, jak tylko „całkowitą przebudowę naszego życia narodowego na wzór nowych potrzeb XX wieku”.

Proponując przebudowę („building back better”) przypominającą metody stosowane przez ZSRR, z którym prowadził tak zyskowne interesy, wezwał do powołania „narodowej komisji planowania”.

Wsparciem dla tego rozwiązania miałyby być „krajowa rada ds. rolnictwa, krajowa rada ds. przemysłu, krajowa rada ds. górnictwa węglowego, krajowa rada ds. transportu itd., wszystkie te organy ustawowe miałyby znaczne uprawnienia samorządowe, w tym uprawnienia do stosowania przymusu w obrębie prowincji, której dotyczą”.

Jak to zawsze bywa w przypadku programu „modernizacji”, nieustannie wdrażanego przez naszych przemysłowo-finansowych władców, tradycyjne sposoby i swobody musiałyby zostać zmiecione.

Sieff ostrzegał: „Rozwój zorganizowanego systemu dystrybucji mleka musi, co jest pewne, prowadzić do głębokiej zmiany tradycyjnego indywidualizmu w podejściu hodowców bydła mlecznego. I tak będzie w innych gałęziach przemysłu…”

Człowiek stojący za Marks & Spencer dodał: „Metody sprzedaży detalicznej rzeczywiście nie mogą pozostać całkowicie niezmienione w obliczu potrzeb XX wieku.”

„Sklepy wielobranżowe i sieci handlowe już teraz wprowadzają znaczące zmiany. Nie można pozwolić, aby marnotrawstwo generowane przez ponad 500 000 sklepów detalicznych – 1 sklep na 20 gospodarstw domowych – nadal blokowało przepływ towarów od producenta do konsumenta”.

Sieff nie ukrywał ostatecznego celu tego planu centralizacji.

Napisał: „Mimo że zorganizowane są na zasadach użyteczności publicznej i mają przywileje monopolistyczne, wielkie korporacje przemysłowe posiadające koncesję znajdą dużo miejsca na energię i inicjatywę w realizacji swojego podstawowego zadania, jakim jest łączenie maksymalnej wydajności z minimalnymi kosztami produkcji”.

Połączenie maksymalnej wydajności z minimalnymi kosztami produkcji. Cóż za szlachetna wizja!

Nic więc dziwnego, że w rozdziale zatytułowanym „Motyw zysku” twierdził: „Utrwalanie doktryn równościowych nie jest częścią naszego planu”.

Jego plany nie ograniczały się wyłącznie do Wielkiej Brytanii, lecz obejmowały też szerszym spojrzeniem inne kraje.

Sieff napisał: „Samo Zjednoczone Królestwo jest zdecydowanie za małe, aby stanowić odpowiednią jednostkę gospodarczą do planowania. Gospodarka planowa dla Wielkiej Brytanii oznacza kolejny krok w kierunku planowanej imperialnej rodziny gospodarczej”.

Rodzina, tak, oczywiście. Żadnych śladów kolonialnej eksploatacji!

Dodał: „Stabilizacja siły nabywczej pieniądza wymaga działań nie tylko w obrębie Imperium, ale także w takich krajach jak Argentyna i Skandynawia, które należą do „sterlingarii”, obszaru, w którym brytyjski funt szterling jest niezaprzeczalnie środkiem wymiany”.

Od dawna wskazuję, że Imperium Brytyjskie, przemianowane na Wspólnotę Narodów [Commonwealth], stanowiło pierwotną podstawę dążeń ZIM do stworzenia rządu globalnego.

Potwierdzając to, Sieff podkreślił: „Cel światowej współpracy międzynarodowej nigdy nie może być stracony z oczu, a każdą okazję należy wykorzystać, aby go przybliżyć”.

„Konstytucyjny rozwój Imperium Brytyjskiego może rzeczywiście stanowić model bardziej odpowiedni do dostosowania się do potrzeb współpracy międzynarodowej niż jakikolwiek inny istniejący obecnie”.

„Jedynym konkurencyjnym światowym systemem politycznym i gospodarczym, który wysuwa porównywalne roszczenia, jest Związek Republik Radzieckich”.

Hmmm…

Sieff miał również w planach masową grabież ziemi.

Napisał: „Wydaje się nieuniknionym wnioskiem, że zarówno w dziedzinie planowania przestrzennego miast i wsi, jak i w planowaniu rolnictwa (lub obszarów wiejskich) czy organizacji przemysłu, nie da się osiągnąć rozsądnego postępu bez drastycznych uprawnień do wykupywania indywidualnych właścicieli ziemi”.

Przewidział „przeniesienie własności dużych areałów ziemi, niekoniecznie całej ziemi w kraju, ale na pewno dużej jej części, w ręce proponowanych korporacji statutowych i podmiotów świadczących usługi publiczne, a także powiernictw ziemskich”.

Sieff uważał również, że Brytyjczycy nie powinni mieć kontroli nad swoimi pieniędzmi – „istnieją rzeczywiste trudności w pozostawieniu im całkowitej swobody w inwestowaniu oszczędności w dowolny sposób”.

Przewidywał, że kontrola zostanie sprawowana poprzez „rozszerzenie systemu ubezpieczeń” i centralizację systemu bankowego.

Sieff okrzyknął Bank Anglii „wiodącym przykładem korporacji użyteczności publicznej, której misją jest świadczenie usług publicznych”.

Twierdził on: „Logicznym zakończeniem procesu fuzji, który zredukował liczbę największych banków akcyjnych do pięciu, byłoby najwyraźniej połączenie ich wszystkich w jeden i przyznanie im pewnych przywilejów monopolistycznych w zamian za przekształcenie się w prawdziwą korporację użyteczności publicznej”.

Nie można pozwolić, aby struktury demokratyczne utrudniały funkcjonowanie odgórne tego, co Klaus Schwab z ZIM niedawno nazwał „zręcznym zarządzaniem”. [9]

Sieff napisał: „W aparacie rządowym nastąpią znaczące zmiany”. „Decentralizacja uprawnień organów ustawowych będzie istotną cechą nowego porządku”. „Parlament i gabinet zostaną zwolnione z części swoich obecnych obowiązków”.

Wszystko to oczywiście doprowadziłoby do poważnego ataku na wolność narodu brytyjskiego, co Sieff w swoich podstępnych sformułowaniach częściowo przyznawał, a czemu częściowo zaprzeczał.

Pytał: „Czy to prawda, że ​​potrzebujemy większej władzy rządu i znacznego ograniczenia wolności?”

Choć było jasne, że tego naprawdę chciał, zastosował zwykłą technikę inwersji, aby zasugerować, że to „dryfująca” niechęć ze strony Brytyjczyków do przyłączenia się do jego autorytarnego planu będzie prawdziwym zagrożeniem dla ich wolności!

„W głębi duszy czujemy, że jeśli będziemy dalej dryfować, grozi nam niebezpieczeństwo utraty zarówno wolności, jak i dobrobytu materialnego”.

Sieff faktycznie przyznał, że jego projekt jest podobny do projektów reżimów totalitarnych: „Pomimo wszystkich różnic, bolszewizm i faszyzm mają dwie wspólne, wybitne cechy. Oba podkreślają podstawową potrzebę świadomego planowania przyszłości w skali całego kraju”.

Ale potem napisał: „Czy nam się to podoba, czy nie – a wielu będzie się to bardzo nie podobało – indywidualny producent i rolnik będzie zmuszony przez wydarzenia do poddania się daleko idącym zmianom w poglądach i metodach.”

„Niebezpieczeństwo polega na tym, że stawiając im opór, ponieważ uważa je za naruszenie tego, co nazywa swoją wolnością, pogorszy sytuację jego i społeczności.”

„Opór prawdopodobnie będzie na rękę tym, którzy twierdzą, że majstrowanie przy tym jest bezużyteczne, a pełnokrwisty socjalizm i komunizm to jedyne lekarstwo. Albo może pokusić się o flirt z ideami faszystowskimi.”

„W obu przypadkach traci on swoją upragnioną wolność i jest bardzo prawdopodobne, że zarówno faszyzm, jak i komunizm byłyby jedynie krótkimi etapami na drodze do barbarzyństwa”.

Sieff argumentował zatem, że opieranie się autorytaryzmowi i obrona wolności – lub tego, co my „nazywamy” wolnością, używając jego terminologii – w jakiś sposób prowadzi do komunizmu, faszyzmu i „barbarzyństwa”!

Dla mnie brzmi to jak groźba – jeśli Brytyjczycy nie zgodzą się dobrowolnie na plan centralizacji i wywłaszczenia przedstawiony przez ZIM, to będą musieli zostać poddani brutalnej dyscyplinie otwarcie totalitarnego reżimu.

To prowadzi mnie do fascynującej informacji przekazanej Kongresowi USA przez McFaddena w 1934r., a mianowicie, że pod koniec 1932r. jednym z ostatnich rekrutów PEP Sieffa był nikt inny, jak tylko „Sir” Oswald Mosley (na zdjęciu), „przewodniczący nowego Brytyjskiego Związku Faszystów”.

Z Wikipedii wynika, że ​​były polityk Partii Pracy Mosley i jego żona Cynthia „byli oddanymi członkami towarzystwa Fabiańskiego w latach dwudziestych i na początku lat trzydziestych” – co wyjaśniałoby jego drogę do PEP. [10]

Niektórym czytelnikom może wydawać się dziwne, że faszystowski przywódca znany ze swojej antyżydowskiej retoryki dołączył do grupy doradczej kierowanej przez syjonistę.

Jednak przyjrzenie się planowi Mosleya ujawnia, że ​​był on dziwnie podobny do planu Sieffa.

W książce z 1997 roku wydanej przez Oxford University Press naukowiec Daniel Ritschel wyjaśnia, w jaki sposób „kampania Mosleya na rzecz jego samozwańczej polityki ‘planowania narodowego’, najpierw w Partii Pracy w 1930 roku, a następnie na platformie jego Nowej Partii w 1931 roku, była pierwszą próbą umieszczenia planowania w programie działań na szczeblu krajowym”. [11]

Mosley nawet specjalnie uprzedził użycie przez Sieffa w 1933r. słów „dryfować” i „drastyczny”, gdy ostrzegał w 1930r. o potrzebie „zapewnienia pewnego porozumienia wśród wielu osób, które z rosnącym niepokojem obserwują powolne dryfowanie narodu ku katastrofie i są gotowe na drastyczne środki, aby stawić czoła niebezpieczeństwu”. [12]

Dwa lata przed publikacją książki Sieffa pt. „Planowanie i Wolność” Mosley założył Nową Partię, publikując książkę „A National Policy”.

W przedmowie wezwano do podjęcia programu „narodowego wysiłku w celu stawienia czoła sytuacji nadzwyczajnej, z którą się mierzymy” i wyrażono nadzieję, że „wywoła on reakcję, która nada nowy impuls brytyjskiej polityce”. [13]

Ritschel wyjaśnia, że ​​przesłanie Mosleya dotyczące modernizacji zostało po raz pierwszy przedstawione w formie „Propozycji z Birmingham” na konferencji Niezależnej Partii Pracy (ILP) w 1925r. i odczytane przez niego jako broszura „Rewolucja przez rozum” na letniej szkole ILP pod koniec tego samego roku. [14]

Już sam tytuł „Rewolucja przez rozum” przypomina mi naukowe myślenie, którego początki sięgają XVII wieku, kiedy to Niewidzialne Kolegium [Invisible College] promowało je po raz pierwszy, a następnie katastrofalny program „zmian” przemysłowo-imperialnych. [15]

W 1929 roku sam Mosley chwalił się swoim „naukowym i surowym praktycznym credo”, które opierało się na „naukowej interwencji państwa”. [16]

W lipcu 1931r. Mosley wzywał do wprowadzenia systematycznej organizacji planistycznej, która miałaby być prowadzona za pośrednictwem nowej struktury „Zarządów Towarowych” [Commodity Boards] we wszystkich głównych sektorach przemysłu. Miałoby to na celu reorganizację każdej branży w to, co nazywał „wielką, wysoce scentralizowaną organizacją”. [17]

Znowu bardzo podobny plan, który wkrótce miał przedstawić prezes PEP Sieff.

Ritschel zauważa, że ​​proponowana przez Mosleya Narodowa Organizacja Planowania Gospodarczego „niewątpliwie implikowała gospodarkę sterowaną centralnie, prowadzoną pod bezpośrednim nadzorem państwa”. [18]

Planowanie, rozwój i modernizacja stanowią nikczemną trójcę imperializmu przemysłowego.

Ritschel twierdzi: „Mosley przedstawił planowanie jako rozwiązanie kryzysu gospodarczego i szeroką podstawę porozumienia politycznego wśród „nowoczesnych umysłów” w kraju”. [19]

Podobnie jak Sieff, Mosley patrzył dalej niż tylko na Wielką Brytanię i w 1930 roku zajął stanowisko, że „połączenie rynku brytyjskiego i imperialnego może zapewnić trwałą podstawę dla zamkniętej i samowystarczalnej jednostki gospodarczej”. [20]

Zaintrygowała mnie informacja, że ​​w czasopiśmie ILP „New Leader” z 1930r. Mosley rzekomo domagał się „brytyjskiego odpowiednika rosyjskiego ‘Gosplanu’”, co idealnie współgrało z podziwem Sieffa dla sowieckiego reżimu ZIM. [21]

Gosplan, Państwowy Komitet Planowania, był agencją odpowiedzialną za centralne planowanie gospodarcze w ZSRR, a jego głównym zadaniem było tworzenie i administrowanie osławionymi pięcioletnimi planami zwiększającymi produkcję. [22]

Jednak na tych samych łamach Mosley chwalił amerykański przemysł i jego „niesamowite osiągnięcia w zakresie produkcji masowej”. [23]

Podobnie jak w przypadku Sieffa, liczył się tylko wynik końcowy.

Gdy koledzy Mosleya z ILP zostali przez niego wezwani do zapomnienia o „najważniejszych sprawach” i skupienia się na „realizmie”, [24] coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że „niezależnie od powierzchownych paraleli z polityką socjalistyczną, Mosley dążył jedynie do „stabilizacji” lub „wzmocnienia” kapitalizmu”. [25]

Wspólny grunt systemu radzieckiego i tego proponowanego przez Mosleya i Sieffa – czy moglibyśmy ich nazwać M&S? – został dobrze uchwycony w opisie platformy Nowej Partii, który Harold Nicolson nazwał „kapitalizmem państwowym”. [26]

John Strachey opisał, jak on i inni początkowo nie byli w stanie pojąć, co jego kolega polityczny miał na myśli, mówiąc o „państwie korporacyjnym”.

„Im więcej jednak Mosley o tym mówił, tym bardziej wydawało się to zadziwiająco podobne do kapitalizmu: a raczej wydawało się kapitalizmem pomniejszonym o wszystko, co robotnicy wywalczyli w ciągu ostatniego stulecia walki. Nasze wątpliwości rosły i rosły”. [27]

Strachey napisał dalej, że pseudoetyka „planowania” to nic innego jak sztuczka: „eleganckie intelektualne przebranie” dla „kapitalizmu monopolistycznego”. [28]

Mosley, Sieff czy Schwab nie mogli pozwolić, aby uciążliwe struktury demokratyczne stanęły na drodze rządów państwa korporacyjnego.

W manifeście jego Nowej Partii zapowiedziano utworzenie „Gabinetu Nadzwyczajnego” składającego się z pięciu ministrów, którym powierzono by „uprawnienia do realizacji polityki nadzwyczajnej”. [29]

Mosley postrzegał Parlament jako „raj dla obstrukcjonistów”, którego „przestarzała i nieudolna” procedura legislacyjna wydawała się zaprojektowana „w wyraźnym celu zapobiegania działaniom”. [30]

Celem było przekształcenie parlamentu z „miejsca rozmów w miejsce zgromadzeń biznesowych”. [31]

Innymi słowy, chciał totalitarnego państwa korporacyjnego, odrzucającego demokrację i służącego interesom wielkiego biznesu i finansjery.

Ta linia myślenia wkrótce doprowadziła Mosleya do otwartego przyjęcia faszyzmu, który Ritschel opisuje jako „uosobienie współczesnego autorytaryzmu”. [32]

Autor wyjaśnia: „W październikowych [1931] wyborach powszechnych Nowa Partia prowadziła kampanię, opierając się na platformie swojego „Nowego Planu” i państwa korporacyjnego.

„Na pytanie: »Czy jesteśmy faszystami?«, [czasopismo] Action odpowiedziało, że są »doskonale przygotowani do studiowania metod i ideałów« tego »nowoczesnego ruchu«. Dwa miesiące później odpowiedź brzmiała »szczerze tak«”. [33]

W październiku 1932 roku Mosley założył Brytyjską Unię Faszystów i w tym samym miesiącu opublikował jej program w czasopiśmie „The Greater Britain”. [34]

Była to bardzo podobna wizja, którą Sieff przedstawił w książce Wolność i Planowanie w następnym roku.

Jak wyjaśnia Ritschel, propozycje BUF dotyczące „planowania krajowego” zakładały „strukturę reprezentatywną korporacji przemysłowych podlegających jurysdykcji centralnej korporacji krajowej”. [35]

„Parlament korporacyjny”, wybierany na podstawie prawa wyborczego, miał bezpośrednio odzwierciedlać interesy ekonomiczne społeczności, umożliwiając w ten sposób Westminsterowi stanie się prawdziwie „funkcjonalnym” przedstawicielem społeczeństwa planowego”. [36]

„Jednak rządowi faszystowskiemu miała zostać przyznana «absolutna władza działania»”. [37]

Nie przeprowadziłem wystarczających badań na temat Mosleya, aby jednoznacznie stwierdzić, że pracował dla ZIM.

Nie zdziwiłoby mnie to jednak, biorąc pod uwagę, że wiemy, iż Benito Mussolini i Adolf Hitler byli finansowani przez fasady ZIM na Wall Street i że, jak udowodnili Jim Macgregor i John O’Dowd, ten drugi został w rzeczywistości przygotowany i doprowadzony do władzy przez ZIM. [38]

Zauważam krótką wzmiankę w dziennikach byłego szefa MI5 Guya Liddella o 40 000 funtów rzekomo zapłaconych Mosleyowi przez Rothschildów w 1937 roku za zorganizowanie uwolnienia jednego z członków ich rodziny gdzieś „na kontynencie” – prawdopodobnie w Belgii, ponieważ w sprawę byli zaangażowani „reksiści”. [39]

Nie mogę też nie zauważyć, że powojenny program Mosleya i jego Ruchu Związkowego, wzywający do zjednoczonej Europy napędzanej imperialną eksploatacją Afryki, był, być może przypadkowo, bardzo zbieżny z programem Rothschildów. [40]

Mosley zawsze był zbyt blisko związany z brytyjskim establishmentem (od dawna o orientacji syjonistycznej) jak na kogoś, kto podawał się za jego największego przeciwnika.

Jego polityczne manewry około 1930 roku przyciągnęły zainteresowanie Davida Lloyda George’a, znanego uczestnika potwornego planu ZIM, mającego na celu wywołanie i przedłużenie I wojny światowej [41], a także Winstona Churchilla, przyjaciela Barucha, który odegrał podobną rolę w II wojnie światowej. [41]

Mosley otrzymał wsparcie od żydowskiego polityka Leslie Hore-Belisha (na zdjęciu), liberalnego ministra, który później odniósł „ogromny sukces w modernizacji brytyjskiego systemu drogowego”. [42]

Innym wczesnym fanem był Henry Mond („Baron” Melchett), polityk, przemysłowiec i finansista, który był dyrektorem Imperial Chemical Industries (ICI), Mond Nickel Company i Barclays Bank.

Mond był „zwolennikiem syjonizmu”, który „opowiadał się za ewakuacją Żydów z Niemiec do Palestyny”, przewodniczył Jewish Agency for Palestine ​​i „interesował się żydowską organizacją młodzieżową Maccabi”. [43]

Ritschel dodaje, że baronowie prasowi, lordowie Beaverbrook i Rothermere, również zaoferowali Mosleyowi swoje poparcie, „proponując utworzenie wspólnego komitetu z Partią Imperium”. [44]

Mosley zmarł w 1980 roku, po 30 latach dobrowolnego wygnania we Francji, w czasie gdy brytyjskie media jednomyślnie potępiały ugrupowania polityczne takie jak Front Narodowy, często piętnowane jako „faszystowskie”, a nie po prostu nacjonalistyczne.

Jednakże nekrologi, które opublikowali, dotyczące prawdziwego faszysty, który sam siebie tak określał, były przepełnione podziwem dla tego „dynamicznego i hojnego” przywódcy, tak „współczującego i humanitarnego” – jak zacytowano w piosence z satyrycznego programu telewizyjnego Not the Nine O’clock News, którą starsi czytelnicy mogą dobrze pamiętać. [45]

I co u licha mamy sądzić o fakcie, że wnuk faszystowskiego przywódcy, Louis Mosley, jest dziś szefem Palantir w Wielkiej Brytanii, globalnego giganta technologicznego powiązanego z Izraelem, który jest gotowy przejąć NHS i zamienić Wielką Brytanię w cyfrowy obóz więzienny przy entuzjastycznej współpracy członka Fabian Society i poplecznika Rothschildów, Keira Starmera? [46]

______________

Financiers, Fabians and Fascists, Paul Cudenec, September 13, 2025

=============================================================

Bibliografia:

[1] Paul Cudenec, ‘The Big Plan and the Great Gaslighting’, https://winteroak.org.uk/2025/04/09/the-big-plan-and-the-great-gaslighting/
[2] https://escapekey.substack.com/p/freedom-and-planning
[3] https://en.wikipedia.org/wiki/Louis_T._McFadden
[4] https://en.wikipedia.org/wiki/Charles_E._Dietrich
[5] https://www.congress.gov/73/crecb/1934/06/08/GPO-CRECB-1934-pt10-v78-6-2.pdf
[6] https://en-academic.com/dic.nsf/enwiki/36549#
[7] https://winstonchurchill.hillsdale.edu/great-contemporaries-bernard-baruch/
https://www.jta.org/archive/baruch-and-rothschild-sail
[8] Ibid.
[9] Klaus Schwab with Nicholas Davis, Shaping the Future of the Fourth Industrial Revolution: A Guide to Building a Better World (Geneva: WEF, 2018), e-book, 82%, cit. Paul Cudenec, Fascism rebranded: exposing the Great Reset (2021), p. 226. https://winteroak.org.uk/wp-content/uploads/2023/09/fascism-rebranded23web.pdf
Paul Cudenec, The Global Gang Running Our World and Ruining Our Lives (2025), pp. 321-29
https://winteroak.org.uk/wp-content/uploads/2025/03/the-global-gang-web.pdf
[10] https://en.wikipedia.org/wiki/Oswald_Mosley
[11] https://academic.oup.com/book/11683/chapter-abstract/160629924
[12] The Times, December 8, 1930, cit. Daniel Ritschel, The Politics of Planning: The Debate on Economic Planning in Britain in the 1930s (Oxford: Oxford University Press, 1997), p. 2.
https://vdoc.pub/documents/the-politics-of-planning-the-debate-on-economic-planning-in-britain-in-the-1930s-1vsbbmefq68g
[13] A National Policy: An Account of the Emergency Programme Advanced by Sir Oswald Mosley (1931), cit. Ritschel, p. 2.
[13] A National Policy: An Account of the Emergency Programme Advanced by Sir Oswald Mosley (1931), cit. Ritschel, p. 2.
[14] Ritschel, p. 9.
[15] Paul Cudenec, ‘The Invisible College and the plan for our enslavement’. https://winteroak.org.uk/2025/08/11/the-invisible-college-and-the-plan-for-our-enslavement/
[16] ‘We Socialists and Our Creed’, Daily Express, (February 19 1929), cit. Ritschel, p. 16.
[17] Ritschel, p. 15.
[18] Ritschel, p. 15.
[19] Oswald Mosley, ‘Why We Left the Old Parties’ (1931), p. 3, Ritschel, p. 18.
[20] Ritschel, p. 12.
[21] Ritschel p. 21.
[22] https://en.wikipedia.org/wiki/Gosplan
[23] Mosley, ‘Is America a Capitalist Triumph?’, New Leader (April 2 1926), p. 3, cit. Ritschel, p. 10.
[24] Oswald Mosley, Revolution by Reason, p. 28; Ealing Gazette, (April 14 1923), cited in Skidelsky, Oswald Mosley (1975) p. 126, cit. Ritschel, p. 16.
[25] Birmingham Town Crier (July 10 1925), cit. Ritschel, p. 16.
[26] Nicolson Diary, September 27 1931, cit. Ritschel, p. 17.
[27] John Strachey, The Menace of Fascism (1933), p. 163, cit. Ritschel, p. 37.
[28] John Strachey, The Coming Struggle for Power (New York, 1935), pp. 242–47, cit. Ritschel, p. 38.
[29] A National Policy, pp. 19–22, cit. Ritschel, p. 15.
[30] A National Policy, pp. 45–47, cit. Ritschel, p. 22.
[31] Report of the 30th Annual Conference of the Labour Party (1930), p. 202, cit. Ritschel, p. 22.
[32] Ritschel, p. 22.
[33] ‘Action Looks at Life’, Action (October 8 1931), p. 4. Mosley, ‘Have we a Policy?’, Action (December 24 1931), pp. 1-2, cit. Ritschel, p. 38.
[34] Ritschel, p. 38.
[35] Ritschel, p. 39.
[36] Oswald Mosley, The Greater Britain, pp. 32–35, cit. Ritschel, p. 39.
[37] Ibid, p. 21, cit. Ritschel, p. 39.
[38] See Fascism Rebranded and Paul Cudenec, ‘Adolf Hitler and the zio-imperialist mafia’, https://winteroak.org.uk/2025/05/08/adolf-hitler-and-the-zio-imperialist-mafia/
[39] The Guy Liddell Diaries Volume I: 1939-1942: MI5’s Director of Counter-Espionage in World War II, entry for April 8 1942, p. 242.
[40] https://en.wikipedia.org/wiki/Union_Movement
Paul Cudenec, Enemies of the People, https://winteroak.org.uk/wp-content/uploads/2024/09/enemiesofthepeopleol.pdf
[41] Ritschel, p. 6. Paul Cudenec, ‘A crime against humanity’, https://winteroak.org.uk/2022/10/14/a-crime-against-humanity-the-great-reset-of-1914-1918/
[42] Ritschel, p. 6.
https://en.wikipedia.org/wiki/Leslie_Hore-Belisha
[43] Ritschel, p. 6. https://en.wikipedia.org/wiki/Henry_Mond,_2nd_Baron_Melchett
[44] Ritschel, p. 6.
[45] https://archive.org/details/not-the-nine-o-clock-news-s-3x-e-7-8-december-1980
[46] https://corporatewatch.org/palantir-in-the-uk/
https://www.politicshome.com/news/article/palantir-boss-interview-keir-starmer-gets-ai
See Cudenec, The Global Gang Running Our World and Ruining Our Lives.

Krakivs’ki Visti” (Krakauer Nachrichten – Ukrainische Tageszeitung). Korzenie Freeland – kanadyjskiej doradczyni Zełenskiego.

Ukraińskie korzenie Freeland – kanadyjskiej doradczyni

Stanisław Koczot wpolityce.pl/ukrainskie-korzenie-freeland-kanadyjskiej-doradczyni


Chrystia Freeland, była wicepremier Kanady, została doradczynią ds. rozwoju gospodarczego Ukrainy. Będzie pomagać przy reformach i odbudowie kraju po wojnie. Freeland ma bogatą przeszłość polityczną, a także skomplikowaną historię rodzinną. Jej ukraiński dziadek współpracował z Niemcami w okupowanym Krakowie.

Nominację Chrystii Freeland ogłosił prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. W wydanym w poniedziałek oświadczeniu chwalił jej profesjonalizm i doświadczenie w przyciąganiu inwestycji zagranicznych i w przeprowadzaniu reform gospodarczych, jednak nie podał szczegółów dotyczących jej roli na Ukrainie.

Po ogłoszeniu nominacji, głos zabrała sama Freeland. „Następne pole bitwy to ekonomia” – mówiła doradczyni Zelełenskiego, cytowana przez „The New York Times”. „Ukraina ma szansę przeznaczyć odwagę, patriotyzm i ducha przedsiębiorczości, które wykazała przez cztery lata wojny, na równie istotną misję odnowy gospodarczej”.

Kryptonim „Frida”

Według „The New York Times”, decyzja Zełenskiego jest pierwszą podczas wojny nominacją znanego zachodniego polityka na stanowisko rządowe. Dziennik przypomina, że Chrystia Freeland była zastępcą premiera Justina Trudeau, pełniła w jego rządzie, a także w administracji premiera Marka Carney’a, funkcje ministerialne, a podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa negocjowała ze Stanami Zjednoczonymi reformę Północnoamerykańskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (North American Free Trade Agreement). Prowadziła wówczas rozmowy z Jaredem Kushnerem, zięciem Trumpa, który obecnie uczestniczy w negocjacjach pokojowych na Ukrainie. Redakcja „NYT” nazywa Freeland „orędowniczką Ukrainy oraz zachodniej pomocy krajowi toczącemu wojnę z Rosją, która uważa, że wsparcie dla tego kraju jest potrzebne, by powstrzymać ryzyko rosyjskiej ekspansji dalej na zachód w Europie”.

Chrystia Freeland jest żoną Grahama Bowleya, reportera pracującego w “The New York Times”. Sama zresztą przez dłuższy czas, zanim rozpoczęła karierę polityczną, do 2013 roku, była dziennikarką. Podczas studiów w Kijowie w latach 1988–1989, gdzie trafiła w ramach wymiany ze swoja uczelnią – Uniwersytetem Harvarda – nawiązała współpracę z Billem Kellerem z „The New York Times”, razem dokumentowali komunistyczną zbrodnię w Bykowni, współpracowała z ukraińskimi działaczami, dostarczała im sprzęt i pieniądze. Była na tyle aktywna, że KGB nadało jej kryptonim ”Frida”, obserwowała ją i podsłuchiwało, a radzieckie gazety atakowały Freeland jako cudzoziemkę mieszającą się w sprawy wewnętrzne Związku Radzieckiego. Po zmianie ustroju, pracowała na Ukrainie jako korespondentka w prestiżowych redakcjach „Financial Times”, „The Washington Post” i „The Economist”. Jest autorka książek o Rosji, dobrze zna historię regionu, a także Ukrainy.

W domu mówili po ukraińsku

Jej zainteresowanie Ukrainą i wschodem Europy ma głębokie korzenie rodzinne. Urodziła się w 1968 roku w Peace River w północno-zachodniej Albercie w Kanadzie, matka – Halyna Chomiak – była Ukrainką, trzecim dzieckiem Aleksandry i Mychajła Chomiaka (później anglicyzowanego na Michael Chomiak), Ukraińców, którzy poznali się i pobrali w Krakowie, po wojnie trafili do obozu dla przesiedleńców w Bad Wörishofen w Niemczech, a następnie, w 1948 roku, wyjechali do Kanady.

Donalda Freelanda, swojego przyszłego męża, Halyna Chomiak poznała podczas studiów prawniczych na University of Alberta. Urodziły się im dwie córki – Chrystia i dwa lata później Natalka. Rozwiedli się w 1978 roku. Halyna Chomiak była wziętą prawniczką, a także aktywistką promującą feminizm i prawa kobiet. Intensywnie pracowała na rzecz ukraińskiej diaspory. Jak pisze „The Alberta Women’s Memory Project”, założyła Peace River Ukrainian Society, współtworzyła Canadian Institute of Ukrainian Studies na Uniwersytecie Alberty, pełniła funkcję przedstawicielki w Ukraińskim Komitecie Kanadyjskim. Pomagała także w założeniu Hromada Housing Co-op w Old Strathcona – historycznej dzielnicy w Edmonton, gdzie przez pewien czas mieszkała wraz ze swoimi córkami, które wychowywała na dwujęzyczne i zachęcała do prowadzenia domu mówiącego po ukraińsku. Portal nazwał ją „ukraińską socjalistyczną feministką”. W 1992 roku, już w niepodległej Ukrainie, na prośbę ówczesnego prezydenta Leonida Krawczuka, została dyrektorem wykonawczym organizacji non-profit – Ukraińskiej Fundacji Prawnej. Według „The Alberta Women’s Memory Project”, pomagała przy tworzeniu Konstytucji Ukrainy, Kodeksu Postępowania Cywilnego i Karnego, Ukraińskiego Centrum Praw Człowieka. Zmarła w 2007 roku.

Zaproszenie do SS-Galizien

To tylko część ukraińskich korzeni doradczyni prezydenta Zełeńskiego. Ciekawa przeszłość, ale niechętnie przez nią wspominana, wiąże się z jej dziadkiem ze strony matki i ojcem Halyny Chomiak – Mychajłem Chomiakiem. Urodził się w 1905 roku we wsi Stroniatyn, ukończył gimnazjum we Lwowie, dyplom prawniczy otrzymał na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Po wybuchu wojny osiedlił się w Krakowie, w roku 1940 został mianowany przez Niemców redaktorem naczelnym ukraińskiej gazety „Krakivs’ki Visti” (Krakauer Nachrichten – Ukrainische Tageszeitung). Funkcje tę pełnił do końca wydawania gazety, czyli do 1945 roku. Dziennik, według badań historyków, uprawiał nazistowską propagandę, publikował antyżydowskie i antypolskie artykuły. Na jego łamach ukazywały się ogłoszenia wzywające do wstąpienia do SS-Galizien.

Polacy na emigracji w Londynie, a także podziemie w kraju, mieli pełną świadomość ukraińskiej aktywności wydawniczej i prasowej. Rząd na uchodźctwie był szczegółowo informowany o  politycznie motywowanych artykułach w „Krakivs’ki Visti”, zwłaszcza, że gazeta prezentowała linię Ukraińskiego Komitetu Centralnego (UTsK) – oficjalnej organizacji Ukraińców jawnie kolaborującej z Niemcami. UTsK powstał w Krakowie w oparciu o jedną z dwóch frakcji OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów) – OUN-M, czyli melnykowców. Byli oni mniej radykalni od drugiej frakcji – banderowców. Na powstanie UTsK zgodził się gubernator Hans Frank (według niektórych historyków, organizacja powstała nie za zgodą, ale na żądanie Niemców).

Polski rząd na emigracji i podziemie postrzegały twórcę UTsK, Wołodymyra Kubiiowicza, jako czołowego ukraińskiego kolaboranta w Generalnym Gubernatorstwie, który był wykorzystywany przez Niemców do pogłębiania polsko-ukraińskich antagonizmów w nadziei na uzyskanie autonomii Ukrainy. Jak pisze Paweł Markiewicz w “The Ukrainian Central Committee, 1940-1945: A Case of Collaboration in Nazi-Occupied Poland”, jego jawnie proniemieckie stanowisko uznano za zdradę. Markiewicz cytuje jeden z raportów, według którego „Kubiiowycz zaliczał do ‘ukraińskiego terytorium etnograficznego’ wszystkie polskie tereny, na których mieszkała choćby minimalna ukraińska lub rusińska mniejszość. W ten sposób [jego] wyobrażone ‘ukraińskie terytorium etnograficzne’ sięgało praktycznie Białegostoku, Warszawy i Krakowa.

Polski epizod UTsK, „Kraiński Visti” i Mychayły Chomiaka skończył się w 1945, kiedy cała ekipa wraz z Niemcami uciekła na Zachód. Zmarł w 1984 roku.

Cień przeszłości

Jego historia wypłynęła w 2017 roku, kiedy wnuczka Chomiaka, Chrystia Freeland, została kanadyjską minister spraw zagranicznych. Informacje o niechlubnej przeszłości dziadka pojawiły się w zachodnich mediach, a ponieważ wypłynęły w czasie wzmożonej aktywności politycznej Freeland, wiązano je z aktywnością rosyjskiego wywiadu, który chciał zaszkodzić kanadyjskiej polityk. Sama Freeland twierdziła, że nie znała przeszłości swojego dziadka. Podczas konferencji prasowej w marcu 2017, na pytanie o działalność Mychayły Chomiaka w okupowanej Polsce, odpowiedziała, że po stronie rosyjskiej podejmowano próby destabilizacji zachodnich demokracji, i nie powinno dziwić, jeśli te same działania zostały użyte przeciwko Kanadzie.

Tymczasem – jak pisał w tym czasie „Globe and Mail” – minister spraw zagranicznych Chrystia Freeland wiedziała od ponad dwóch dekad, że jej ukraiński dziadek ze strony matki był redaktorem naczelnym nazistowskiej gazety”. „Ottawa Citizen” przypomniał notatkę, znajdującą się w Archiwach Akt Ukrainy przechowywanych przez Prowincję Alberta, w której pojawia się informacja o pracy Chomiaka w gazecie „Krakivski Visti”.

Cień niechlubnej przeszłości pojawił się po raz kolejny stosunkowo niedawno, 22 września 2023, kiedy podczas wizyty Wołodymyra Zełenskiego w Kanadzie, został uhonorowany w Izbie Gmin Jarosław Hunka, były żołnierz Dywizji SS Galizia.

Hunka otrzymał dwie owacje na stojąco, a bijącym brawo był m.in. premier Kanady Justin Trudeau, i wicepremier, Christia Freeland. „Morning Star” nazwał widok wiwatujących posłów i uśmiechniętych przedstawicieli rządu „przerażającym”.

Incydent z Hunką zakończył się międzynarodowym skandalem, przeprosinami rządu i dymisją szefa Izby Gmin. Uhonorowanie Hunki Chrystia Freeland nazwała „strasznym błędem”.

Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/swiat/750098-ukrainskie-korzenie-freeland-kanadyjskiej-doradczyni