Dzień czwarty.
Proces Grzegorza Brauna. Dzień czwarty.
PROCES GRZEGORZA BRAUNA. DZIEŃ CZWARTY/
Autor: Jacek Frankowski
PROCES GRZEGORZA BRAUNA. DZIEŃ CZWARTY/
Autor: Jacek Frankowski
| Głos obrońców życia musi dziś wybrzmieć! Przechodzę na stronę Marszu dla Życia i Rodziny w Krakowie! Szanowni Państwo, w ostatnim czasie dotarły do nas niepokojące informacje ze świata. Organy ONZ wprost zażądały od platform internetowych cenzurowania treści pro-life – twierdząc, że poglądy broniące życia nienarodzonych stanowią… „dezinformację”. Tak. Przekonanie, że każde ludzkie życie zasługuje na ochronę, ma być traktowane jak fałszywa wiadomość i usuwane z przestrzeni publicznej. Specjalny Program ONZ ds. Badań nad Reprodukcją Człowieka (HRP), działający przy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), uważa, że poglądy pro-life ograniczają dostęp do tzw. zdrowia oraz praw seksualnych i reprodukcyjnych. To nie jest daleka polityka. To realne zagrożenie dla każdego z nas – dla rodziców, którzy chcą mówić dzieciom prawdę o życiu, dla wspólnot, które od lat działają na rzecz rodzin, dla wszystkich, którzy wierzą, że głos sumienia ma prawo wybrzmieć. Głos pro-life jest nazywany niebezpiecznym – właśnie dlatego musimy go podnosić głośniej niż kiedykolwiek!Odpowiedzią na tego rodzaju próby usunięcia treści obrońców życia jest świadectwo. Odpowiedzią jest coroczny Marsz dla Życia i Rodziny. Właśnie dlatego z tym większą determinacją przygotowujemy XII Marsz dla Życia i Rodziny w Krakowie – wstępnie planowany na 21 czerwca br. (data może zostać przesunięta). Każdego roku Marsz gromadzi tysiące ludzi: rodziny z dziećmi, młodzież, seniorów, wspólnoty parafialne, organizacje społeczne i zagranicznych gości. Wspólny, radosny pochód ulicami Krakowa jest dowodem na to, że głos pro-life żyje – i że żadna instytucja na świecie nie jest w stanie go wygasić, dopóki są ludzie gotowi za nim stanąć. W tym roku to świadectwo nabiera szczególnego znaczenia. Kiedy ci, którzy powinni chronić wolność słowa, stają się jej cenzorami – wychodzenie na ulice staje się czymś więcej niż tradycją. Staje się aktem odwagi. Zapraszamy do odwiedzenia strony Marszu: https://akcje.piotrskarga.pl/marsz-dla-zycia-krakow/ Znajdą tam Państwo relacje z poprzednich edycji, aktualności o przygotowaniach oraz możliwość włączenia się w organizację tegorocznego wydarzenia.Czas mija szybciej, niż się wydaje – potrzebujemy Państwa pomocy już teraz!Wiemy, że do czerwca jeszcze kilka miesięcy. Ale organizacja wydarzenia na taką skalę to ogromne przedsięwzięcie, które zaczyna się na długo przed dniem wydarzenia. Już teraz trwają prace nad:zapewnieniem odpowiedniego nagłośnienia i pojazdów technicznych,materiałami informacyjnymi i upominkami dla uczestników,promocją medialną i obecnością w internecie,pełnym zabezpieczeniem logistycznym i organizacyjnym. Nie ukrywamy, każdy z tych elementów wymaga środków – i każde wsparcie, które otrzymamy dziś, pozwala nam działać spokojnie i planować XII edycję święta życia z rozmachem, zamiast „gasić pożary” w ostatniej chwili. Po tygodniu zbiórki udało nam się zebrać niecałe 5 700 złotych. Przed nami jednak jeszcze dużo pracy. Aby to wydarzenie mogło odbyć się hucznie i bezpiecznie, do zebrania mamy jeszcze niecałe 95 000 złotych.Dlatego, jeśli mają Państwo taką chęć i możliwość, serdecznie prosimy o wsparcie organizacji XII Marszu. Kwotę wsparcia wybierają Państwo. Wspieram organizację XII edycji Marszu! Dziękujemy za Państwa życzliwość i wszelkie zaangażowanie w to wydarzenie.Będziemy informować Państwa o postępach przygotowań, haśle tegorocznej edycji oraz ostatecznym terminie wydarzenia. Mamy głęboką nadzieję, że spotkamy się na ulicach Krakowa – i razem damy świadectwo temu, co naprawdę ważne, a tym samym nie pozwolimy na cenzurę wolności słowa za życiem! Pozdrawiamy i do usłyszenia!Marsz dla Życia i Rodziny w Krakowie Zapraszamy na stronę Marszu! |
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 22 marca 2026 michalkiewicz
Po zawetowaniu przez pana prezydenta Karola Nawrockiego ustawy o SAFE, obywatel Tusk Donald oskarżył go o „zdradę”, której „historia” mu nie zapomni – a niezależnie od tego, na pana prezydenta runęła lawina gorzkich słów krytyki, których nie szczędzi mu nie tylko środowisko związane bezpośrednio z vaginetem obywatela Tuska Donalda, ale również – mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, a dla których krynicą mądrości etapu jest oczywiście Judenrat „Gazety Wyborczej”, będący – wprawdzie niekonstytucyjnym, ale bardzo wpływowym ośrodkiem władzy w naszym bantustanie – a także wyższe kręgi naszej niezwyciężonej armii, która najwyraźniej już otrząsnęła z siebie odium po stanie wojennym z 1981 roku i szykuje się do nowego zadania – trzymania za twarz mniej wartościowego narodu tubylczego, tym razem nie w ramach PRL-u, a w ramach Generalnego Gubernatorstwa – bo taki mniej więcej status przewidują dla Naszego nieszczęśliwego kraju Niemcy w IV Rzeszy.
Klangor podnoszony przez wspomniane środowiska został uzupełniony deklaracją rzecznika Komisji Europejskiej Tomasza Regniera. Przypomniał on, że plan udzielenia Polsce pożyczki SAFE został przez Komisję Europejską zatwierdzony w iście stachanowskim tempie – chociaż taktownie już powstrzymał się od wychlapania, że najpierw został przez nią zasuflowany vaginetowi w Warszawie – no a teraz – powiada – „musimy go zrealizować”, żeby tam nie wiem co.
Toteż vaginet obywatela Tuska Donalda błyskawicznie podjął uchwałę w postaci tzw. „Planu B”, przewidującego, iż Polska tak czy owak pożyczkę weźmie – również bez ustawowego upoważnienia. Wprawdzie pan prof. Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego ostrzega, iż byłoby to złamanie konstytucji – ale kto by się w vaginecie przejmował takimi drobiazgami, skoro rozkaz przyjęcia pożyczki wyszedł od samej Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, która musiała i Donaldu Tusku i Księciu-Małżonku zagrozić, że jeśli będą się wahać („Pan się waha” – jak powiedział pijak do przypadkowo napotkanego w parku wisielca), to ona przypomni, skąd wyrastają im nogi.
Tedy niezależnie od jazgotu w niezależnych mediach głównego nurtu, z których prawie nie wychodzi Wielce Czcigodny Krzysztof Gawkowski, mający w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę ministra od cyfryzacji, a z którym kojarzy mi się fragment „Refleksji z nieudanych rekolekcji paryskich” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego („A w tłumie wciąż te same twarze – oszusta i potępionego”) – w ostatnią niedzielę wyciągnięty przez BND z naftaliny Komitet Obrony Demokracji skrzyknął na protestacyjną demonstrację przez Pałacem Namiestnikowskim w Warszawie podobno aż 10 tys. osób.
Ciekawe ilu uczestników tej demonstracji jest konfidentami, jak nie starych kiejkutów, to bezpośrednio – niemieckiej BND, ilu emerytowanymi i czynnymi bezpieczniakami, którzy dostali służbowe polecenia, a ilu – durniami, którzy myślą, że to wszystko naprawdę?. Nie jest też jasne, kto personalnie w imieniu KOD firmował tę demonstrację – bo media nie wspomniały, by pojawił się tam pan Mateusz Kijowski – w swoim czasie idol tubylczej demokracji, ale w międzyczasie trochę zaśmierdziały.
Okazało się poza tym, że Judenrat „Gazety Wyborczej”, jak to się mówi – „dotarł” – do informacji, że ta cała pożyczka SAFE, to tylko taki początek, rodzaj fundamentu, na bazie którego nasz nieszczęśliwy kraj w ciągu najbliższych 10 lat będzie musiał dodatkowo pożyczyć na udelektowanie naszej niezwyciężonej armii jeszcze co najmniej 800 miliardów złotych. Razem ze 180 miliardami, przewidzianymi w ramach SAFE byłby to już okrągły bilion, czyli tysiąc miliardów. Nieomylny to znak, że pomysłodawcy tej operacji musieli uznać, iż Generalna Gubernia, przynajmniej pod pewnym względem, powinna przypominać Prusy.
W XVIII wieku mawiano bowiem, że wszystkie państwa mają armie, a tylko Prusy są wyjątkiem – bo tam armia ma państwo. Ponieważ nasz nieszczęśliwy kraj wprawdzie coraz bardziej upodabnia się do Rzeczypospolitej sprzed III rozbioru, ale Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie zamierza tylko na tym poprzestać i robi wszystko, by Generalna Gubernia przynajmniej pod tym względem dostąpiła germanizacji, to znaczy – upodobniła się do Prus. Naszej niezwyciężonej armii tylko w to graj – bo wiadomo, że najważniejszą rzeczą jest dosłużyć do emerytury, na której dopiero zaczyna się prawdziwe życie – a komu się służy, to rzecz wtórna, bo tak czy owak komuś służyć trzeba.
Uskrzydlony tak szerokim poparciem zarówno płomiennych obrońców demokracji, jak i mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, Judenratu i wierchuszki naszej niezwyciężonej, obywatel Tusk eskalował swoje zarzuty. Stwierdził mianowicie, że cała awantura z wetem pana prezydenta Nawrockiego jest wstępem do „polexitu”, w związku z czym, on „zrobi wszystko” żeby do tego nie dopuścić. Z obfitości serca usta mówią, więc w końcu dowiedzieliśmy się, o co chodzi naprawdę. Bo naprawdę chodzi o to, by Polska przepoczwarzyła się w Generalną Gubernię i to na wieki, a przynajmniej – aż do końca istnienia IV Rzeszy. Zadłużanie państwa, jak nie pod takim, to pod owakim pozorem, jest znakomitą metodą osiągnięcia tego celu.
Przykładem niemieckich wysiłków do podporządkowania sobie Europy Środkowej, jest nie tylko Polska – ale ostatnio – również Węgry. W pierwszej połowie kwietnia mają odbyć się tam wybory, które – wszystko na to wskazuje – przybiorą postać plebiscytu między premierem Wiktorem Orbanem, a jego konkurentem Piotrem Magyarem, ongiś współpracownikiem Orbana, ale teraz – prawdopodobnie obarczonym przez Niemcy zadaniem przejęcia steru państwa węgierskiego, by również z Węgier uczynić Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy. Tedy w ostatnią niedzielę (”ta ostatnia niedziela…”) odbył się w Budapeszcie pojedynek na demonstracje. Wiktor Orban twierdzi, że demonstracja jego zwolenników była liczniejsza, podczas gdy Piotr Magyar twierdzi, że było odwrotnie. Widać, że – podobnie jak to się dzieje z naszym nieszczęśliwym krajem – z jednej strony duszą Niemcy, a z drugiej – Ukraina, której prezydent niedawno pogroził Wiktorowi Orbanowi, że poda jego adres ukraińskim rezunom.
Tymczasem obywatel Żurek Waldemar postawił prezydentowi Nawrockiemu „ultimatum”, że jeśli nie odbierze ślubowania od wybranych niedawno przez Sejm sześciu kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, to on zastosuje „Plan B”. Ponieważ do zrealizowania pogróżek postawienia prezydenta Nawrockiego przed Trybunałem Stanu, obywatelu Tusku Donaldu brakuje co najmniej 30 głosów członków Zgromadzenia Narodowego, czyli Sejmu i Senatu razem wziętych, to obywatel Żurek Waldemar najwyraźniej zamierza powtórzyć metodę „na rympał”, której użył w przypadku Prokuratury Krajowej.
Jak pamiętamy, grupa „silnych ludzi” wprowadziła faworytów obywatela Żurka Waldemara do gmachu Prokuratury Krajowej, skąd pozostałych prokuratorów wyrzuciła. W rezultacie podczas kolejnej odsłony procesu Grzegorza Brauna, prokurator zażądał wyłączenia jawności rozprawy pod kuriozalnym pretekstem, że jest ona „relacjonowana”. Jest to kolejny dowód, że walka o praworządność, która zatacza coraz szersze kręgi, siłą rzeczy wkroczyła już w rejony psychiatryczne – ale stachanowskie tempo, w jakim ten proces się odbywa pokazuje, iż obywatel Żurek dostał zadanie, by scenę polityczną naszego bantustanu przed nadchodzącymi w przyszłym roku wyborami uporządkować – oczywiście na swoim odcinku.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
| DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 22 |
Niedawne randomizowane badanie przeprowadzone przez badaczy z Nigerii wykazało, że tylko 3% uczestników uzyskało wyniki powyżej zachodniej średniej 100. Mediana IQ wszystkich uczestników wynosiła 69. Ponad 50% osób testowanych uzyskało wynik poniżej 70 punktów.
Na drugim końcu spektrum “uzdolnione” IQ wynosi 130 lub więcej; Tylko 2% całej populacji ludzkiej należy do tej kategorii. To prawie 30 punktów procentowych powyżej najwyższych wyników w nigeryjskim badaniu.
IQ mierzy zdolności poznawcze, a niekoniecznie wszystkie formy inteligencji. Mimo to jest to być może najlepszy sposób, jaki mamy, by dokładnie przewidzieć szybkość myślenia, rozpoznawanie wzorców i ogólny sukces w szkolnictwie wyższym (przede wszystkim w dziedzinach STEM). IQ zmienia się bardzo niewiele z czasem i wiekiem, a postęp w nauce rzadko prowadzi do wzrostu (w najlepszym przypadku może 5-10 punktów).
Jak wspomniano, niższe IQ zwykle wiąże się z wyższym ryzykiem przestępczości i impulsywnej przemocy. To nie jest czynnik, który można po prostu zignorować dla liberalnej cnoty. Zbyt niebezpieczne, by z tego szydzić.
To nie znaczy, że wszyscy ludzie o niskim IQ są niebezpiecznymi przestępcami lub że nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z pewnością potrafi. Problemem są średnie wartości i ryzyko. Czy warto ryzykować masową imigrację ze znanych krajów o niskim IQ w krajach trzeciego świata, biorąc pod uwagę rosnące ryzyko przestępczości?
Logiczna odpowiedź brzmi: nie, oczywiście, że nie. Nie ma absolutnie nic do zyskania.
Idealnie byłoby, gdyby kraje zachodnie szukały najlepszych z każdego potencjalnego źródła imigracji. Można to mierzyć na wiele sposobów, a lojalność i chęć integracji są na szczycie listy. Mimo to warto też brać pod uwagę IQ. Nie ma praktycznego usprawiedliwienia, by to odrzucić, są tylko ideologiczne wymówki.
pch24.pl/mocny-komentarz-do-listu-kep

(Oprac. PCh24.pl)
Wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak, prof. Jacek Bartyzel oraz filozof dr Paweł Milcarek skrytykowali treść listu Episkopatu dotyczącego Żydów. Wskazują, że jest to „list nieszczęśliwy”, który zawiera „jawną i oczywistą herezję”.
Krzysztof Bosak zwrócił uwagę, że pisanie listu w 40. rocznicę odwiedzenia synagogi przez papieża nie jest istotnym wydarzeniem. Wyraził zdziwienie, że trzeba ten dzień dziś upamiętniać. Zwrócił uwagę, że ten gest sprzed 40 lat niczego nam nie przyniósł. Bosak dodał, że biskupi milczą na temat wojny izraelsko-amerykańsko-irańskiej co jest „znamienne i odmienne od episkopatów innych krajów”.
W liście Episkopatu Polski przywołano również pojęcie antysemityzmu, które zostało określone jako „deficyt miłości”.
„Dyskutowanie o antysemityzmie, judaizmie czy „religii żydowskiej” bez zdefiniowania pojęć jest nonsensem. Jest tworzeniem bełkotu — zdań bez treści. Jest wiele wzajemnie wykluczających się odmian judaizmu i wiele wzajemnie wykluczających się definicji i praktyk klasyfikowania antysemityzmu. Jak można udawać nauczanie niczego w istocie nie ucząc? Wyczuwam brak przywiązania do logiki klasycznej i precyzyjnego formułowania myśli, czyli smrodek toksycznego intelektualnie postmodernizmu” – wskazał Krzysztof Bosak.
„Resztki nadziei zniknęły”
Bardzo mocno na list polskich biskupów zareagował prof. Jacek Bartyzel. Znany filozof idzie daleko w krytyce listu Episkopatu mówiąc, że „resztki nadziei zniknęły”. Wskazuje, że dokument zawiera „jawną i oczywistą herezję, iż istnieje kategoria osób – a mianowicie wyznających judaizm Żydów – które mogą uzyskać zbawienie bez przyjęcia Chrystusa, uznania Go za Mesjasza i Zbawiciela, będącego jedyną Drogą do Boga, i jeszcze przewrotnego uzasadnienia tej herezji „tajemnicą Bożą”.
Prof. Jacek Bartyzel w swoim wpisie zwraca uwagę na pojęcie antysemityzmu, które przez biskupów miałoby być określane „deficytem miłości”. To sformułowanie uznaje za „pospolite brednie”, które „się same kompromitują w kontekście politycznym izraelskich zbrodni wojennych”.
„Nadto jeszcze w tekście pada oskarżenie Kościoła nauczającego, że przez 1500 lat głosił jakoby błędną naukę na temat żydów – co jeśli byłoby prawdą, oznaczałoby, że Kościół nie jest nieomylny w swoim dogmatycznym nauczaniu, a więc stanowi to właściwie kolejną herezję” – wskazuje filozof.
Na koniec podkreślił, że nie zamierza skorzystać z sugestii i zaproszenia biskupów do odwiedzenia synagogi. „W takim razie to my, zwykli laici, którzy zachowali sensus catholicus, musimy powiedzieć: non possumus! Nie możemy słuchać waszej kacerskiej mowy, nie będziemy podążać za nią. Nie będziemy odwiedzać synagog, bo synagoga, która odrzuciła Chrystusa jest Synagogą Szatana” – skwitował.
„List nieszczęśliwy”
List Episkopatu w 40. rocznicę odwiedzin synagogi przez Jana Pawła II skomentował i skrytykował również dr Paweł Milcarek. Stwierdził, że to „list nieszczęśliwy”, zawierający gorszące fragmenty.
„List tworzący swoją konstrukcję na jednostronnych wyrażeniach wyjętych z przemówienia papieskiego w synagodze. Najbardziej niepotrzebny i gorszący jest w nim wrzucony na końcu tego listu fragmencik z dość drugorzędnego opracowania jednej z watykańskich komisji – w swoim najprostszym sensie sprzeczny z deklaracją Dominus Iesus i z Lumen gentium. Wstyd, że biskupi zechcieli sygnować dokument tak w sumie mylący i, biorąc pod uwagę spodziewany odbiór, oszukańczy – zapewne dlatego, że nikt z nich nie był rzeczą na tyle zainteresowany, żeby zobaczyć, że nie jest to po prostu słuszne ostrzeżenie przed antysemityzmem, lecz zachęta do zlekceważenia Ewangelii” – wskazał filozof.
Dr Paweł Milcarek w swoim komentarzu zwrócił uwagę na brak zainteresowania prawdą, a jedynie tym, „jak nas zobaczą”.
„Mści się jedna z podstawowych wad naszego czasu: brak zainteresowania prawdą, a zainteresowanie tylko tym „jak nas zobaczą” oraz reaktywność czysto polityczna. Sądzę bowiem, że biskupi puścili ten list, zredagowany przez jakiegoś eksperta oburzonego niedawną dyskusją na temat wybrania Żydów – ponieważ zostali zmotywowani rzeczywistym wzrostem nastrojów antyżydowskich. Chcąc jakoś się odnieść do tych nastrojów, zgodzili się na zły list. Jakby byli teologicznymi analfabetami” – ocenił dr Milcarek.
Źródło: Facebook, X.com WMa
==============================

Zmasowana krytyka filosemickiego listu Konferencji Episkopatu Polski. Komentatorzy wskazują na poważny błąd w przedstawionym przez polskich biskupów rozumowaniu.
KEP wykorzystał do publikacji filosemickiego i wprowadzającego chaos listu wizytę Jana Pawła II w II w rzymskiej Synagodze Większej. Rocznica wizyty przypada 13 kwietnia.
List nie porusza w ogóle kwestii żydowskiego ludobójstwa na Palestyńczykach w Strefie Gazy, agresywnej i ekspansjonistycznej polityki państwa czy też skrajnie antychrześcijańskiej tresury swoich obywateli przez rząd w Tel Awiwie. Zamiast tego przekonuje, że niezdefiniowany precyzyjnie „antysemityzm” ma być grzechem.
Polscy biskupi ponadto zakrzywiają doktrynę Kościoła i to nawet w kwestiach posoborowych. Jak twierdzą biskupi, rzekomo Żydzi mają być dalej „narodem wybranym”, wbrew stwierdzeniu przez Kościół, że to właśnie rzymski katolicyzm i jego wierni są „Nowym Izraelem”.
Więcej o tym przeczytacie w artykule poniżej:
nczas/polscy-biskupi-zwariowali-czy-przyjeli-judaizm-juedeofilski-list-zaprzeczajacy-nauce-kosciola
Do listu KEP odniósł się krótko lider KKP Grzegorz Braun. Wytknął tchórzliwym biskupom polskim kolejny błąd w ich skandalicznym rozumowaniu.
„Kluczową NIEPRAWDĄ, która służy inicjatorom zwodzicielskiego i siejącego zamęt listu KEP za punkt wyjścia do ich manipulacji historią i soteriologią, jest z gruntu fałszywe utożsamienie judaizmu Talmudu z judaizmem Najświętszej Rodziny – a otóż taka tożsamość nie zachodzi i chwała Bogu nigdy nie zachodziła, cokolwiek by na ten temat zechciał wmawiać sobie i innym JE Ryś w owczej skórze” – napisał na X Grzegorz Braun.
Także prezes Ordo Iuris Jerzy Kwaśniewski skrytykował zachowanie biskupów.
„Połajanie, składające się z niezwykle starannie wyłuskanych cytatów, publikowane w najgorszym momencie. Zaś ostatni akapit to instrumentalizacja inwokacji NMP. Przykre. Osobiście smutne” – ocenił.
Z kolei Marek Skalski z „Najwyższego Czasu!” krótko stwierdził, że „księża nie powinni odczytywać treści tego listu”, niezależnie od tego, jakie konsekwencji by im groziły.
„Panowie z @EpiskopatNews zabrali głos w trwającej od dekad rzezi ludności Bliskiego Wschodu. Wyczuwam ogromna wieź z wyznawcami Jezusa” – skomentował ironicznie Rafał Otoka-Frąckiewicz.
Krystian Kratiuk z pch24.pl opublikował na X krótki artykuł, w którym stwierdził, że „biskupi nie dość, że postanowili wysłać nas do synagog, to w dodatku powtarzają zdumiewające słowa o tym, że wyznawcy judaizmu idą drogą zbawienia bez Chrystusa”.
„I że jest to możliwe w jakiś 'tajemniczy’ sposób. List ukazał się właśnie na stronie KEP. Kończy się następującym akapitem: <<Pamiętając, że zawsze modlimy się za nich w liturgii wielkopiątkowej, prosząc Boga, aby lud, który On jako pierwszy nabył na własność, 'wzrastał w wierności Jego przymierzu’ i mógł 'osiągnąć pełnię odkupienia’. Bo 'nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą>>. List nie jest podpisany przez jednego, konkretnego biskupa, ale przez cały episkopat. To szczególnie dojmujące. Doprawdy nie było nikogo, kto by wstał i zapytał – co wy robicie?” – podkreślił.
Następnie napisał o „smutku wynikającym z tego, że nikt z następców apostołów w Polsce nie zaprotestował”.
„Głębokiego smutku, z którym trudno sobie poradzić, wynikającego – proszę wybaczyć, ale takie jest moje przeświadczenie – z ciosu w serce Chrystusa, ciosu w serce Tego, który powiedział o sobie, że nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przez Niego, który JEST Drogą, Prawdą i Życiem. Biskupi piszą o deficycie miłości – owszem, zauważam tu olbrzymi deficyt miłości tak do Chrystusa jak i do wyznawców judaizmu. Oto wyklucza się z Serca Jezusowego naród, do którego On przyszedł” – czytamy dalej.
„Najlepsze jest to, że niezgadzających się z teologicznymi wnioskami wynikającymi z tego listu, zrazu łatwo będzie wrzucić do worka antysemitów – tak ten list jest przecież skonstruowany. W dodatku zostaje on opublikowany w wyjątkowym czasie – i nie myślę nawet o Wielkim Poście, ale o skomplikowanej sytuacji międzynarodowej, gorąco komentowanej także w Polsce. Wiemy, że istnieją poważne i głębokie podziały wśród samych Żydów — od zwolenników syjonizmu po jego zdecydowanych krytyków, zarówno wśród intelektualistów, jak i części ortodoksyjnych Żydów, co sprawia, że osobom spoza tej wspólnoty trudno właściwie uchwycić złożoność problemu. Brak świadomości tych różnic wśród wielu Polaków prowadzi do uproszczeń, w których wszyscy Żydzi są traktowani jako jednolita grupa utożsamiana z biblijnym Izraelem, co stanowi istotne zafałszowanie rzeczywistości. Nie uwzględnia się przy tym wyraźnych rozróżnień między Żydami epoki Starego Przymierza, współczesnymi nurtami judaizmu oraz państwem Izrael jako konkretnym podmiotem politycznym, co w konsekwencji może potęgować nieporozumienia i kontrowersje” – stwierdził Kratiuk.
„W tej sytuacji uważam, że list KEP — mimo prawdopodobnie dobrych intencji, które ciężko mi jednak zrozumieć — może w praktyce przynieść zupełnie odwrotny od zamierzonego skutek w stosunku Polaków do przedstawicieli tamtego narodu. Strasznie to wszystko smutne” – ocenił.
===========================
mail:
Do diaska z takim epidiaskopem
=========================================

22/03/2026 zmianynaziemi/claude-od-anthropic-wybiera-cele-w-systemie-palantir-ai-decyduje-gdzie-spadaja
Wojna z Iranem weszła w fazę, której historia jeszcze nie widziała. Podczas gdy tradycyjne media skupiają się na eksplozjach nad Tehranem, prawdziwa rewolucja dzieje się w cyfrowych centrach dowodzenia. Sztuczna inteligencja nie wspiera już tylko żołnierzy – sama decyduje o tym, co zniszczyć.
System Maven Smart System, stworzony przez Palantir Technologies we współpracy z firmą Anthropic i jej modelem Claude, stał się centralnym narzędziem amerykańskich sił zbrojnych. W ciągu pierwszych 24 godzin operacji o kryptonimie Epic Fury zniszczono około 1000 celów. W pierwszych tygodniach kampanii liczba ta przekroczyła 5500.
Jedna niewielka jednostka, licząca zaledwie 20 osób, wykonuje pracę, którą dawniej musiałoby wykonywać 2000 analityków.
Maven łączy dane z 179 różnych źródeł – satelitów, dronów, radarów, sensorów, raportów wywiadowczych, lokalizacji telefonów komórkowych, ruchu internetowego i wiadomości tekstowych. Algorytm automatycznie identyfikuje pojazdy wojskowe, budynki, składy broni i liderów, tworząc listę priorytetów uderzeń. Człowiek nadal podpisuje się pod decyzją, ale cała analiza – ta wymagająca tysięcy godzin pracy – dzieje się w sekundy.
Craig Jones, ekspert ds. współczesnej wojny, nie ma wątpliwości: taki system redukuje ogromną ilość pracy ludzkiej do kilku sekund. Automatyzacja decyzji o celach otwiera jednak całą gamę problemów prawnych, etycznych i politycznych.
Kontrowersje budzi przypadek szkoły dla dziewcząt w południowym Iranie. W ataku zginęło ponad 170 osób, głównie dzieci. Obiekt był oznaczony w systemie jako kompleks wojskowy. Sztuczna inteligencja nie rozpoznała cywilnego charakteru budynku – rankiem dziewczynki właśnie do niego wchodziły. Pentagon prowadzi w tej sprawie dochodzenie.
Eksperci zwracają uwagę na zjawisko automatycznego uprzedzenia. Pod presją czasu ludzie mają tendencję do bezrefleksyjnego akceptowania sugestii algorytmów. Tymczasem dokładność modeli generatywnych bywa niepokojąco niska – w niektórych testach sięga zaledwie 25-30 procent. Błędy wynikają z ogromnych zbiorów danych, które łatwo mogą zostać zmanipulowane lub skażone dezinformacją.
Relacje między Departamentem Obrony a firmą Anthropic są napięte. Pentagon określił Anthropic mianem „ryzyka łańcucha dostaw”, co sugeruje dążenie do uniezależnienia się od zewnętrznych dostawców technologii. Same przedsiębiorstwa technologiczne również dystansują się od bezpośredniego udziału w operacjach. Mimo to ich algorytmy działają na pierwszej linii.
Konflikty zbrojne w Gazie i Libanie pokazały, że podobne systemy nie są wynalazkiem amerykańskim. Izrael używał programów Habsora czy Lavender, które zwiększały liczbę celów z kilku do dziesiątek dziennie. To, co testowano na Bliskim Wschodzie, staje się wzorcem dla przyszłych operacji – również wobec Chin czy Rosji.
Organizacje międzynarodowe biją na alarm. ONZ ostrzega przed stronniczością algorytmów, brakiem odpowiedzialności i ryzykiem eskalacji. Sztuczna inteligencja nie zna moralnych hamulców – nie waha się, nie rozważa proporcjonalności szkód cywilnych. Badania symulacyjne pokazują, że modele AI w scenariuszach kryzysów nuklearnych eskalują konflikty w 95 procent przypadków.
Krytycy mówią o fabryce masowych zabójstw, gdzie odpowiedzialność się rozmywa. Czy błąd leży po stronie algorytmu, danych czy dowódcy? Palantir zapewnia, że oprogramowanie nigdy nie podejmuje śmiertelnych decyzji samodzielnie – człowiek zawsze pozostaje w pętli. W praktyce jednak łańcuch decyzyjny kurczy się tak bardzo, że nadzór staje się iluzoryczny.
Strategicznie Maven daje Amerykanom przewagę: szybsze reagowanie, dominacja informacyjna, mniejsze ryzyko dla własnego personelu. Eksperci nazywają to trzecią rewolucją offsetową po broni nuklearnej i technologii stealth. Ale cena może być wysoka – normalizacja wojny algorytmicznej, w której maszyny wybierają cele, a ludzie stają się jedynie formalnym punktem zatwierdzenia.
Wojna algorytmów nie ogranicza się do jednego gracza. Kraje autorytarne [?? md] ównież rozwijają podobne systemy, co grozi globalnym wyścigiem zbrojeń napędzanym sztuczną inteligencją. Firmy takie jak Palantir zarabiają na kontraktach warte ponad miliard dolarów, podczas gdy społeczeństwa tracą kontrolę nad decyzjami o wojnie.
Przekroczyliśmy granicę, za którą algorytm na dużą skalę buduje listę celów w aktywnym konflikcie zbrojnym. Pytanie nie brzmi już, czy maszyny będą uczestniczyć w wyborze celów, ale czy uda nam się utrzymać człowieka jako prawdziwe sumienie każdej operacji – nie jako pieczątkę, lecz jako ostatnią barierę przed masową destrukcją.
===================================
Źródła:
https://www.bloomberg.com/news/features/2026-03-12/iran-w…
https://www.the-independent.com/news/world/americas/proje…

—————————

——————————————————————

———————————————-

———————————-

———————————————-

————————————-

———————————————–

———————————————-

„Resztki nadziei zniknęły, skandaliczny list Episkopatu został oficjalnie zamieszczony na stronie KEP” – napisał prof. Jacek Bartyzel. Filozof zdecydowanie skrytykował inicjatywę polskich biskupów, którzy zachęcają w nim m.in. do odwiedzenia synagogi. Prof. Bartyzel radykalnie jednak odrzuca tę możliwość.
Z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w synagodze, Episkopat Polski przygotował list do odczytania w niedzielę 22 marca. Jego treść wywołała konsternację i krytykę wielu intelektualistów, pracowników akademickich czy katolickich publicystów. Bardzo mocnych słów w swoim komentarzu użył prof. Jacek Bartyzel z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Znany filozof idzie daleko w krytyce listu Episkopatu mówiąc, że „resztki nadziei zniknęły”. Wskazuje, że dokument zawiera „jawną i oczywistą herezję, iż istnieje kategoria osób – a mianowicie wyznających judaizm żydów – które mogą uzyskać zbawienie bez przyjęcia Chrystusa, uznania Go za Mesjasza i Zbawiciela, będącego jedyną Drogą do Boga, i jeszcze przewrotnego uzasadnienia tej herezji „tajemnicą Bożą”.
Prof. Jacek Bartyzel w swoim wpisie zwraca uwagę na pojęcie antysemityzmu, które przez biskupów miałoby być określane „deficytem miłości”. To sformułowanie uznaje za „pospolite brednie”, które „się same kompromitują w kontekście politycznym izraelskich zbrodni wojennych”.
„Nadto jeszcze w tekście pada oskarżenie Kościoła nauczającego, że przez 1500 lat głosił jakoby błędną naukę na temat żydów – co jeśli byłoby prawdą, oznaczałoby, że Kościół nie jest nieomylny w swoim dogmatycznym nauczaniu, a więc stanowi to właściwie kolejną herezję” – wskazuje filozof.
„Grozę tego listu wzmaga ból, że zabrakło, jak widać, w KEP, choćby jednego prawowiernego biskupa, który uderzył w stół i powiedział: dosyć, nie wolno nam zdradzić Chrystusa! Domyślamy się oczywiście kto był inspiratorem i autorem tego haniebnego dokumentu, sprzecznego nawet z powoływanymi deklaracjami SV2. Ale żeby nie znalazł się choćby jeden odważny, kiedy nie grozi przecież za to nawet żadne męczeństwo!” – zdecydowanie skomentował prof. Jacek Bartyzel.
Na koniec podkreślił, że nie zamierza skorzystać z sugestii i zaproszenia biskupów do odwiedzenia synagogi. „W takim razie to my, zwykli laici, którzy zachowali sensus catholicus, musimy powiedzieć: non possumus! Nie możemy słuchać waszej kacerskiej mowy, nie będziemy podążać za nią. Nie będziemy odwiedzać synagog, bo synagoga, która odrzuciła Chrystusa jest Synagogą Szatana” – skwitował.
Źródło: Facebook
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis dziennikzarazy/czy-jest-jakies-wyjscie-na-nowa-polske

22 marca, wpis nr 1400
Dziś małe święto: tysiąc czterysta wpisów do tej pory. A miałem pisać pamiętniczek z dwóch tygodni kwarantanny…
Zeszło się, c’nie?
Mamy różny poziom dyskusji o polityce w Polsce. Króluje bieżączka, codzienna nawalanka plemiennych wzmożeń na poziomie newsów dnia i dziennych przekazów. Pojawiają się dłuższe wątki, ale te są ciągnione wyłącznie w celach eskalowania podziału Polaków na dwa szczekające na siebie stada. Wszystko temu służy, byśmy się kłócili, gdyż walcząc ze sobą na dole nie spoglądamy wzwyż, nie widzimy, że to wszystko idzie z góry: do nas na dół dzielący syf podszczuwania, do nich na górę – nasza bezradność owinięta w podatki. Ale to nasz chleb codzienny, czerstwy i coraz bardziej gorzki.
Drugi poziom to komentariat bardziej zaawansowany – to w nim pojawiają się wątki mechanizmów partyjnych, politycznego grzebania w prawie, unijnych wrzutek regulacyjnych. Tu króluje odczytywanie niepisanych, acz wdrażanych planów. Codziennie liczy się głosy, rozpatruje frakcje, znów przelicza się głosy. Takie taktyczne przesuwanie figurek po szachownicy demokracji przedstawicielskiej. Ważny motyw w tym wymiarze pojawia się po prawej stronie tej niepowszechnej medialnej debaty. Lewa dzisiaj, jak to mówi Bartosiak, poleruje berło rządzących i oprócz tropienia pisizmu nie masz tam żadnej myśli państwowej.
Błędy genetyczne
Wartościowa część tego prawicowego wątku odkrywa kolejną warstwę III RP, jej zaklęte w ustroju błędy genetyczne, które my widzimy coraz częściej w formie politycznych patologii, nie do końca identyfikując ich źródeł. A więc roztrząsa się zaklęte w naszej konstytucji wady i błędy, w końcu stare i podrdzewiałe trybiki, które kiedyś pracowały, choćby i na korzyść wyłącznie elitarnej warstwy kliki. Teraz, kiedy czasy się mocno zmieniły, zacinają się, trzęsą, łamią. Maszyna polskiego ustroju przeżywa konwulsje, zaś lud suwerenny widzi tylko przemalowane co kadencję obudowy, zaś wstrząsy tłumaczy mu się tym, że owszem – konstrukcja jest zacna – tylko poprzednicy ją popsuli. No, jest jeszcze Putin, winny za wszystko.

Mówię tu o pewnym publicznym trendzie do naprawy Rzeczpospolitej. Ma on dwa przejawy, ale jedną fatalną dominantę. Ten zbiór wspólny polega na tym, że właściwie cała III RP wciąż zajmuje się głównie… poprawianiem samej siebie. To tak jakby sam ustrój wiedział, że jest źródłem własnych kłopotów. Przecież cała ta biegunka legislacyjna – pomijając wsad dostosowawczy naszego prawa do unijnych dyrektyw – to są poprawki do istniejących ustaw. W sumie każda zmieniająca się ekipa zaczyna grzebać w ustawach od nowa, zamiast realizować jednolitą politykę wzrostu. Ta zmienność podejścia to nawet nie inne poglądy społeczno-gospodarcze kolejnych ekip, to by było jeszcze nieźle. Gros ustaw to zamiana, zawrócenie redystrybucyjnych strumieni środków publicznych w te strony społeczne, które akurat dana ekipa polityczna uzna za korzystne dla siebie pod względem wyborczym. Nie ma to nic wspólnego z dobrem państwa, tylko chodzi o to, by – właśnie jego kosztem, a właściwie kosztem jego rozwoju – kontynuować pobywanie w promieniach władzy, w tym wypadku dla samej władzy. O wątku agenturalnym, czyli czynieniu prawa i polityki dla realizacji cudzych interesów nie wspomnę, gdyż to sprawa oczywista.
Poprawianie III RP w permanencji
Ale nie po to zacząłem ten tekst, by głosić tu takie komunały. Mamy wysyp prób, widać, że często pozornych, naprawy kraju, ale służą one jednak taktycznym celom politycznym, są więc zasłoną dymną, która ma przysłonić nicnierobienie. III RP jest powoli jak socjalizm – walczy dzielnie z problemami, które sama tworzy poprzez system, na którym się opiera. I mamy do czynienia z pierwszym przejawem troski o Polskę: chodzi o kolejne – co kadencja – próby deregulacji. Praktycznie każda ekipa to obiecuje (oczywiście przed wyborami), zwłaszcza kieruje ten postulat wobec dyżurnych przedsiębiorców, których zaraz po wyborach w tej kwestii… zdradza. A to Palikoty stają na pryzmie papierów z regulacjami, a to powołuje się kolejne komisje do tropienia przerostów administracji, które same wkrótce stają się… jej przejawem. Kolejne podejścia w tym względzie, szczególnie dla przedsiębiorców, stają się już taką udręką, że niektórzy wolą, żeby nic nie deregulować, bo z tego tylko kłopoty.

Dyżurnym przykładem takich prób daremnych, a właściwie kontrproduktywnych, był Polski Ład, który miał wprowadzić porządek, stał się zaś gwoździem do trumny przedsiębiorców, a zwłaszcza PiS-u, który wydał to cudo na świat. Przedsiębiorcy znaleźli się w sytuacji jak ze słynnej bajki, kiedy „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. Tak bardzo się wszyscy starali im pomóc, że wyszło z tego nieszczęście. Ale to był przykład politycznego podejścia do samozreformowania w końcu własnych regulacji, co prawda dziedziczonych z pokolenia na pokolenie polskiej plemiennej sztafety, ale będącej produktem markowym III RP.
Przypadek prezesa Brzoski
Ale mamy też różne próby niepolitycznego podejścia do tematu poprawienia Polski poprzez deregulacje – są to liczne inicjatywy, czy to samych przedsiębiorców, jakichś organizacji, nawet stowarzyszeń pracodawców, ale te są bardziej reaktywne i najczęściej ograniczają się do krytyki jakiejś jednej wyizolowanej regulacji. Nie mają więc nic wspólnego z systemem, zaś ich łatanie na łacie utrwala tylko system polskiej dziurawej kapoty. Ostatnio mieliśmy do czynienia z dużą próbą deregulacyjną, którą zapoczątkowała przygoda biznesmena Brzoski (ten od InPostowych paczkomatów) z premierem Tuskiem. Wyszedł z tego niezły projekt, dużo fajnych pomysłów, zgrabnie zebranych i skonsultowanych. I co? I nic.
Większość tu zacznie utyskiwać, że to była podpucha ze strony Tuska, który miał wrobić biznes w propozycje deregulacyjne. Zamiast sam się zająć tymi sprawami, to pod publiczkę powiedział – marudzicie, marudzicie, to wreszcie coś sami zaproponujcie. I stało się – Tusk dostał niezłą pakę pomysłów i… nic z tym nie zrobił. (Może to był ruch przekuty przez Brzoskę na zdobycie sztandaru przewodnictwa polskiemu biznesowi i założenie – również z przygotowaną w tym trybie paczką postulatów przedsiębiorców – ruchu politycznego, który wystartuje w tych wyborach). A więc po zwyczajowej klapie pomysłów na deregulacje odbitych przez rządzących wszyscy się rzucili na gęganie – no tak, jak zwykle nie dało się. Ale nie tu jest pogrzebany pies polskiego przekleństwa niemożności.

Głównym problemem jest „łatkowatość” podejścia. W ustawie o czymś tam, w paragrafie 3, ustęp 2 wystarczy dodać „i wynosi 16%”, w innym rozporządzeniu wykreślić słowo „podstawę liczy się od średniej krajowej” i będzie dobrze. Poważnie? Będzie dobrze od takiego łatania? Nie może być! Takie łatanie oddala nas od myślenia o tym czy w ogóle ten prawie już 40-letni płaszcz Najjaśniejszej w ogóle został dobrze skrojony od początku, a już w szczególności czy nie sparciał do tej pory, po takim czasie, czy przypadkiem nie pasuje już do polskiej geopolitycznej pogody? Nie – my będziemy łatać na łacie, podszywać stary rękaw nową podszewką. A że wieje przez ten płaszcz coraz bardziej, to napychamy szpary zwitkami pożyczonych pieniędzy i gazetami narracji. Tak dalej to nie pojedzie.
Analizy ale czy remedia?
Drugim aspektem troski o naprawę Polski jest coraz częściej szukanie właśnie dobrego kroju dla Polski na nowe czasy. Coraz częściej mówi się o systemie, ustroju i – też coraz częściej – o jego zmianie w sposób generalny, czyli zahacza się o kwestię konstytucji. I jest to racja z kilku powodów: po pierwsze jeśli traktować konstytucję jako instrukcję obsługi, a właściwie rozwoju potencjału naszego kraju i zamieszkujących go rodaków, to za mało o tym mówimy. Owszem – jako się rzekło w rozwiniętym, a więc nieczęstym komentariacie, wskazuje się na nasze życiowe konsekwencje błędów ustrojowych zawartych w konstytucji, ale jest to tylko (konieczny) początek, analiza przed remediami, których nam wciąż brakuje.

Po drugie Polacy nie potrafią rozmawiać o konstytucji. Owszem potrafią nią wymachiwać z taktycznych inspiracji rządzących. Taktycznych, gdyż na przykład w przypadku kiedy Tuski były w opozycji, to czytali ją dzieciom do snu i biedakom uwięzionym w tramwajach, zaś jak się towarzystwo dorwało do władzy, to niedawna bohaterka ich odniesień ustrojowych stała się momentalnie lekturą przeszkadzającą, którą poddano interpretacji „tak jak ją rozumiemy”. Jeżeli są jakieś głosy jak i gdzie jest niedobra ta nasza ustawa zasadnicza, tak w ogóle nie ma dyskusji na temat jak miałaby być ona lepsza i w których obszarach.
Polacy też nie rozmawiają o konstytucji z jednego naczelnego powodu – nasza ustawa ustaw pasuje bowiem całemu systemowi politycznemu, gdyż to dzięki jej regulacjom ten system jest taki jaki jest i może być tak słaby jakościowo i ludzko, a jednocześnie dochodzić do władzy i utrzymywać się przy niej. Dlatego konstytucja RP należy nie tyle do jednego z elementów POPiS-u, ale jest jego fundamentem. To jej zawdzięczają swoje przewagi dwa plemiona, to ona wytycza to zagrodzone pole, na którym odbywa się już tylko walka które z dwóch plemion wygra. Dlatego POPiS, ale i praktycznie cała klasa polityczna będzie tej konstytucji bronić jak kiedyś Jaruzel socjalizmu, czyli jak niepodległości.
Duda referendalny
Było parę nieśmiałych podejść do konstytucji, ale należy wskazać, że o skromnym wymiarze takich prób świadczy to, że najpoważniejszą była inicjatywa konstytucyjna prezydenta Dudy, co świadczy o tym, że jeśli to była próba najpoważniejsza, to cały interes jest nic nie wart. Prezydent Duda zaproponował dziwny proces dochodzenia do zmian w konstytucji: ogłosił referendum konsultacyjne, nie zaś referendum zmieniające konstytucję. Po prostu miano się zapytać, i to wariantowo, o różne pryncypia, niestety w większości tu nie nadające się do konstytucji. No bo co ma konstytucja do pytań typu: „Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponadtysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?”, czy „Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem szczególnego wsparcia dla rodziny, polegającego na wprowadzeniu zasady nienaruszalności praw nabytych (takich jak świadczenia „500+”)?”.

Inicjatywa Dudy okazała się kapiszonem i chyba dobrze, że nie doszło do tego referendum, bo temat byłby spalony i obecnie zamknięty. Myślę, że ten pomysł jednak Dudzie utopił… PiS, gdyż jest to formacja jak najbardziej żyjąca z konstytucyjnych patologii, z zapisem o ordynacji proporcjonalnej w wyborach włącznie. Duda chciał się zapytać narodu w którą stronę ma pójść myślenie o zmianach konstytucji. Ale – właśnie – zabrakło tam pytań zasadniczych, bo ustrojowych. Skupiono się na przynależności do NATO czy Unii oraz gwarancjach pozycji rodziny czy choćby… roli w niej ojca. Projekt więc poległ, zaś swym poziomem mocno i na długo spłycił poziom dyskusji o ustawie zasadniczej. Mało tego – zaproponował jakąś dziwną formułę, gdzie znowu, tak jak w roku przyjęcia konstytucji w referendum, będziemy mieli tylko jeden projekt konstytucji, napisany przez polityków w ramach referendalnych konsultacji.
Jak można zmienić konstytucję?
Z tych nielicznych, którzy jeszcze rozprawiają o zmianie konstytucji (głównie jako się rzekło – dziennikarze) większość snuje dramatyczne scenariusze imposybilizmu. Żeby zmienić konstytucję – tak straszą lud – trzeba osiągnąć niemożliwy poziom konsensusu walczących ze sobą plemion. I to w obu przypadkach, to znaczy wtedy, kiedy miałaby to zrobić sama klasa polityczna reprezentowana w parlamencie, a także gdyby chciano zmienić konstytcuję w ramach referendum stanowiącego. Zmiana Konstytucji RP na nową w Polsce wymaga przeprowadzenia rygorystycznej procedury opisanej w art. 235, która obejmuje uchwalenie ustawy konstytucyjnej przez Sejm (większością 2/3) i Senat (większością bezwzględną). Projekt mogą zgłosić: 1/5 posłów, Senat lub Prezydent. A więc biorąc pod uwagę takie ostre wymogi zgody uważa się ten pomysł za niemożliwy, albo wręcz przeciwnie – nakazujący pełną mobilizację do zdobycia wręcz orbanowskich większości w obu izbach.
Ale drugą drogą, często zapominaną, acz o wiele łatwiejszą do osiągnięcia celu jest ścieżka prezydenckiego referendum konsultacyjnego w oparciu o art. 125 konstytucji. Wcale nie trzeba znokautować innych w wyborach, na mandatowy wynik których nałożony jest wypaczający filtr ordynacji wg. D’Hondta. W referendum, jak to w referendum, odwołujemy się do pojedynczych głosów mas liczonych wprost. Cały proces wygląda inaczej niż proces referendum konstytucyjnego. Referendum konstytucyjne jest decydujące, ale zamieszanie w niego Sejmu powoduje niemożność osiągnięcia progu 2/3 zgody i nie będzie nad czym „referendować”. Trzeba wrócić do przypalonego przez Dudę referendum konsultacyjnego.

Ma ono kilka wad i klika zalet. Co do wad – nie jest stanowiące, nie musi być uwzględnione przez ciała przedstawicielskie. Ale jeżeli naród się gremialnie opowie za konkretną zmianą, to może się tak stać, że cała klasa polityczna będzie się bała przeciwstawić woli ludu. Odpowiedź ludu musi być więc konkretna nie zaś ogólnikowa, bo jak się niekonkretami zajmą politycy, to przerobią każdą wolę ludu na swoje kopyto. Na pewno taki referendalny ruch konstytucyjny musiałby przeformułować postrzeganie priorytetów politycznych przez wyborców na skalę systemową, a więc warto tu zmienić paradygmaty myślenia ludu na rzeczywiste. Samo określenie pytań referendalnych byłoby poważnym pretekstem do konkretnej debaty nad analizą i przyszłością kraju. Pojawić by się mogły nowe struktury, idące w poprzek plemienności podziałów sceny politycznej, objawiliby się może nowi liderzy, może zaczątki nowych, tłumionych, acz potencjalnych elit. Byłby jakichś ruch i to konkretny, nie kolejne narzekanie, ale rzeczowe remedia dla kraju. I jeśli wyszedłby z tego dobry pakiet, to nawet gdyby III RP go olała politycznie, to stanowiłby on znakomity zaczyn konkretyzacji postulatów politycznych na przyszłe wybory.
Gracze zmiany
Ruch z referendum konsultacyjnym wymaga zaangażowania i zgody prezydenta oraz Senatu RP. A to ustawia już z góry i graczy, i teren walki politycznej. Dla prezydenta Nawrockiego byłby to egzamin z tego, czy jest bytem samodzielnym politycznie, czy będzie w kwestii dyskursu konstytucyjnego hamulcowym, gdyż – jako się rzekło – dla systemu III RP, a więc i dla PiS, obecna konstytucja jest gwarantem trwania tego dysfunkcyjnego układu politycznej dwójpolówki. Sztandar konstytucji mógłby zostać podjęty przez prezydenta i okazałoby się, czy to w ogóle jakiś ośrodek polityczny. Poza tym to prezydent mógłby być przekazicielem w górę energii do zmian, organizacyjnie pochodzących spoza dużego pałacu. Otworzyłoby to drogę do pozytywnej i konstruktywnej presji na prezydenta, by podjął ten pomysł i inicjatywę. Ustrojowo jest do tego niezbędny.
Drugim graczem potrzebnym do tego ruchu jest Senat, najwyraźniej przez PiS odpuszczany. I nie dziwota, jak człowiek sobie przypomni jego ustrojowe źródła w III RP. Senat to dziecko Okrągłego Stołu, zaproponowane przez Kwaśniewskiego jako otarcie łez dla wtedy opozycji solidarnościowej, która miała być tylko 35% kwiatkiem do kożucha rządzących w Sejmie komunistów. Kwaśniewski zaproponował więc powołanie Senatu, gdzie wybory nie będą limitowane i tam się mogą solidaruchy odkuć. I odkuły się, biorąc w 1989 roku 99% miejsc w Senacie, co pokazuje gdzie wtedy była umiejscowiona narodowa popularka. Ale Kwaśniewski dając szanse na Senat od razu się zabezpieczył – Senat mógł dawać poprawki do ustaw Sejmu, ale izba niższa i tak mogła zwykłą większością je unieważnić, co miało wtedy chronić komunistyczną większość w Sejmie. A więc Senat był na tamte czas taktyczny, zaś i wtedy, i teraz jest bezzębnym SENATORIUM, izbą choć wyższą, to nie mającą nic dogadania.
Ale fakt jego umieszczenia jako ważnego gracza w referendum każe się nad nim pochylić. I nagle w takim scenariuszu staje się ważnym na tyle, że można o niego zabiegać. PiS kiedy miał przez pierwszą kadencję po 2015 roku i Sejm, i Senat nic z nim nie zrobił, tylko używał go do przepychania ustaw w dwa dni. Ale jak Senat utracił w kadencji kolejnej to uznał, że jedyne co mu może wraży Senat zrobić przy pisowskiej większości w Sejmie, to tylko opóźniać proces legislacyjny, a więc była to strata tylko tempa. Widać to podejście w PiS-ie i teraz, kiedy powoli godzi się na przegraną w Senacie, będzie z tego, jak wylicza Marcin Palade, z 15 mandatów na 100.

Poniżej: mapka senackich okręgów dla PiS

Wszystkie grafiki za Marcin Palade Statystycznie.
Ale Senat można byłoby odbić, tylko trzeba byłoby zrobić to samo, co strona przeciwna – zrobić pakt senacki, ale prawacki. Ale coś się PiS-owi do tego nie spieszy, co jest kolejnym dowodem, że partia Kaczyńskiego nie umie w koalicje. Jest to też słaby prognostyk na koalicje sejmowe. I, o dziwo, na pakt senacki Kaczyńskiego namawiają obie Konfederacje, zaś PiS nie chce. A pakt senacki to wymarzony projekt dla Nawrockiego, który w ten sposób „oddałby” przysługę 3 milionom konfederatów, którym zawdzięcza swoje prezydenckie zwycięstwo. Wydaje się – ja wiąż jestem jednak optymistą, pytanie czy niepoprawnym -, że PiS zmądrzeje, kiedy już porzuci nadzieje na to, że premier in spe, czyli profesor Czarnek miałby doprowadzić do powstrzymania przepływu pisowców do Brauna. Wtedy można udać, że to inicjatywa Nawrockiego, chyba, że i jego przekona ambasador amerykańsko-izraelski, że nie wolno siadać z Braunem, nawet do chanukowej wieczerzy.
Ruch konstytucyjny
Moim zdaniem kwestia konstytucji będzie papierkiem lakmusowym dla prawdziwych intencji całej klasy politycznej. Szczególnie dla określenia „współczynnika antysystemowości” w każdej z partii. Można będzie się naocznie przekonać kto broni gnijącego systemu opartego na tej konstytucji. Zweryfikuje się też postawa Konfederacji Mentzena i Bosaka, gdyż trzeba będzie konkretnie odnieść się do rzeczywistej antystemowości, w znaczeniu systemu jako pookrągłostołowej III RP. Najprościej ma tu Korona Brauna, gdyż to ona będzie depozytariuszem tej weryfikującej wszystkich antysystemowości. Patrząc się na program Korony, to jest on mocno zaawansowany na poziomie ustrojowym. Wygląda jak piękny obraz przy plakatowych propozycjach konkurentów, licytantów na rozdawnictwo.
Instrukcja obsługi naszego potencjału wzrostów wymaga zmiany zasadniczej. Napisana na inne czasy, na inny potencjał, taktyczna w dodatku rozmyta kompetencyjnie konstytucja nie daje nam szans na rozwój. Wszystkie postulaty łatania a la Brzoska tylko mumifikują ten układ. W końcu dochodzą do poziomu implementacyjnego i tu wchodzi na pełnej petardzie III RP, która nie pozwoli na inne niż kosmetyczne zmiany. Postulat nowej konstytucji ułożyłby cały scenariusz działań politycznych, zweryfikowałby obecną scenę, wyzwoliłby, mam nadzieję, że istniejące, potencjały energii Polaków i przeniósłby dyskurs o Polsce w obszary pragmatycznej racjonalności. W końcu wszystkie dobre pomysły na Polskę kończą się na progu implementacji sprawczości, co wskazuje na słuszność postulatu Brauna, że żeby się ziściły choćby i najlepsze pomysły na Najjaśniejszą to „trzeba odzyskać niepodległość”. Zdobycie nowej konstytucji może więc stać się i drogą, i celem do wykonania tego szczytnego zadania prawdziwej naprawy Najjaśniejszej.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
Janusz Cieszyński opublikował listę porodówek zamkniętych od lipca 2025 roku. Wpis pojawił się po słowach premiera Donalda Tuska dot. sytuacji w Lesku w woj. podkarpackim.
==================================================
Poseł PiS Janusz Cieszyński opublikował w sobotę wpis, w którym odniósł się do medialnej burzy wokół słów Donalda Tuska o porodówce w Lesku w woj. podkarpackim. Przypomnijmy, że w piątek na antenie TVN24 Tusk zapytany o sprawę porodówki w Lesku zarzekał się, że nie jest zamknięta. Jak ujawniono, porodówka w Lesku nie tylko zniknęła z początkiem 2026 r., ale szpital nie planuje nawet utworzenia tzw. pokoju narodzin.
„Warto mieć pod ręką garść faktów. A fakty są takie, że za zgodą wojewodów z rządu Donalda Tuska od lipca 2025 zamknięto lub zawieszono oddziały położnicze/neonatologiczne w 39 szpitalach (25 zamkniętych na stałe, 14 zawieszonych)” – napisał na platformie X Janusz Cieszyński.
Polityk PiS przedstawił listę zamkniętych oddziałów położniczych od lipca 2025 roku.
Zamknięte na stałe — 25 szpitali:
Lipiec 2025: Pyskowice (Szpital Powiatowy Gliwicki — oddz. gin-poł + neo + trakt porodowy), Olkusz (Nowy Szpital — oddz. gin-poł + neo), Krynica-Zdrój (oddz. ginekologii i położnictwa), Żory (oddz. noworodków)
Sierpień 2025: Szczebrzeszyn (oddz. ginekologiczny), Przeworsk (oddz. położniczo-ginekologiczny + neo)
Wrzesień 2025: Gostyń (oddz. położniczo-ginekologiczny + neo), Nowy Tomyśl (oddz. położniczo-ginekologiczny + neo), Głowno (oddz. neonatologii + sala porodowa)
Październik 2025: Bielsko-Biała / Szpital Św. Łukasza (oddz. ginekologiczny)
Listopad 2025: Bielsk Podlaski (oddz. neonatologii), Bydgoszcz / Szpital Jurasza (pododdz. intensywnej opieki neonatologicznej), Choszczno (sala porodowa), Jarocin (oddz. noworodkowy)
Grudzień 2025: Bielsko-Biała / Esculap (oddz. poł-gin + neo + zespół porodowy), Leżajsk (oddz. gin-poł + neo), Lesko (oddz. poł-gin + neo), Dąbrowa Tarnowska (oddz. gin-poł + neo), Miastko (oddz. poł-gin + neo + sala porodowa), Kętrzyn (oddz. ginekologii planowej)
Styczeń 2026: Łańcut (oddz. gin-poł + neo + oddz. ginekologiczny), Radzyń Podlaski (oddz. gin-poł), Turek (oddz. gin-poł + neo)
Luty 2026: Siemianowice Śląskie (oddz. neo + sale porodowe), Katowice / Tommed (oddz. gin-poł)
– czytamy we wpisie.
Z powodów finansowych od 1 stycznia 2026 r. oddział ginekologiczno-położniczy w Lesku w woj. podkarpackim został zamknięty. Warto podkreślić, że funkcjonowanie porodówki, mimo protestów, było zawieszone już do lipca 2025 r. Wcześniej zamknięto takie oddziały w dwóch innych bieszczadzkich szpitalach: w Sanoku i Ustrzykach Dolnych.
Jak tłumaczyło w ubiegłym roku ministerstwo zdrowia, utrzymywanie jednego punktu porodowego w regionie o tak niskiej liczbie porodów jest ekonomicznie nieopłacalne.
Na oficjalnej stronie Szpitala Powiatowego w Lesku w zakładce „oddziały” wymienione są obecnie: oddział anestezjologii i intensywnej terapii, szpitalny oddział ratunkowy, oddział dziecięcy, oddział rehabilitacji z pododdziałem neurologicznym, oddział chorób wewnętrznych oraz oddział chirurgii ogólnej z pododdziałem ortopedycznym. Na liście nie ma oddziału ginekologiczno-położniczego, czyli tzw. porodówki.
Oddział ginekologiczno-położniczy widniał na stronie internetowej szpitala jeszcze 17 października 2025 r.
Autor: pokutujący łotr, 22 marca 2026
Doskonała zwięzła analiza sytuacji na froncie i na zapleczu wojny usraelsko-irańskiej. Pułkownik Douglas McGregor, jak zawsze z precyzją i chłodem zawodowego żołnierza, przeprowadza wiwisekcję nieudolności, głupoty, próżności i pozoranctwa “elit Epsteina” rządzących dziś USA, wespół z ich zbójeckimi szefami w Tel Aviwie. Ta szajka, po totalnej kompromitacji czterodniowego blitzkriegu, wymyślonego przez tych bywalców Wyspy Rozkoszy, nie ma dziś żadnego racjonalnego planu jak ciągnąć tę krwawą awanturę inaczej, niż pchając narody w III Wojnę Światową wobec odważnej i bezwzględnej reakcji świetnie uzbrojonego Iranu. Nie maja oni innego pomysłu, jak tylko bombardować, bombardować, choćby celem były już tylko ewakuowane wcześniej w głąb Iranu opustoszałe fabryki i osiedla i choćby miliardy dolarów dziennie wyrzucane w błoto na te nieistotne cele, nie rujnowały przede wszystkim amerykańskiej gospodarki.
Taka obłąkana polityka prowadzi naczelną do niedawna gospodarkę świata do bankructwa i izolacji od głównych dzisiaj graczy, Chin i Rosji. Zwłaszcza, wobec ewidentnych głupot wygłaszanych do tego prawie co dzień przez “głównego w Białym Domu” (tak się teraz mówi na Trumpa, jego nazwisko już nie przechodzi dziennikarzom przez gardło) i “wojennych sukcesów” amerykańsko-izraelskiego gangu podżegaczy, otrąbianych prze kamerami z zapalczywością godną mów podpitego teścia na weselu, przez szefa obrony USA i amatora mocnych trunków, Petera Hegsetha.
Całość przypomina coraz bardziej słynne zdanie kończące poemat T.S. Eliota “Wydrążeni ludzie”: I tak się właśnie kończy świat, nie hukiem ale skomleniem.
This is the way the world ends not with a bang but a whimper
Podał: AlterCabrio , 20 marca 2026
−∗−
Jan Pospieszalski mówi o tym, na podstawie czego lekarze będą decydować o naszym życiu lub śmierci.
◊
Koniecznie należy porównać:
Nowe przepisy o “terapii daremnej” wywołują niepokój pacjentów
Jeżeli sądzicie, że konstytucja gwarantuje równy dostęp obywateli do służby zdrowia, to mam dla Was złą wiadomość. Już nie! Obecnie lekarz – nawet jednoosobowo internista z SOR – może zdecydować […]
______
Śmierć ubrana w medyczny uniform czyli jak doszło do sfałszowania pojęcia terapii daremnej
______
Polski naród jest prowadzony do unicestwienia
______
Więcej: terapia daremna
22.03.2026 nczas/polscy-biskupi-zwariowali-czy-przyjeli-judaizm-juedeofilski-list-zaprzeczajacy-nauce-kosciola/

Polscy biskupi albo stracili rozum, albo przeszli na judaizm. Nie można znaleźć innego wyjaśnienia na list Komisji Episkopatu Polski, który zostanie odczytany w niedzielę w polskich kościołach.
„13 kwietnia br. minie czterdzieści lat od dnia, gdy biskup Rzymu, następca św. Piotra, po raz pierwszy od czasów apostolskich przekroczył próg żydowskiego domu modlitwy” – piszą polscy biskupi w Liście Konferencji Episkopatu Polski z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej.
Wg katolickich publicystów i komentatorów list KEP jest skrajnie judeofilski i zaprzecza nauce Kościoła katolickiego.
Paweł Chmielewski, publicysta katolicki, w komentarzu na profilu X podsumowuje to „dzieło” biskupów tak:
„List KEP szokuje. Nie wiem, jak go pogodzić z nauczaniem Kościoła katolickiego. Nawet II Sobór Watykański jest przeciwko treści listu. Choćby konstytucja „Lumen gentium” wyraźnie mówi, że to Kościół jest Nowym Izraelem.
List KEP głosi, jakoby Izrael był nadal narodem wybranym, imputuje błędy nauczaniu Kościoła, które głoszono przez 1500 lat… Jestem ciekawy, w jaki sposób ideologicznie prosemicka frakcja w KEP przeforsowała ten skandaliczny dokument.
Jego publikacja jest jednak kamieniem milowym. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by w liście KEP były tak ewidentne sprzeczności względem nauki Kościoła. To niewytłumaczalne bez odwołania do ideologii. O tym skandalu będą pisać podręczniki historii Kościoła. Niestety, nie będą to rozdziały poświęcone ortodoksji.”
W kolejnym wpisie Chmielewski dodaje:
„Kardynał Grzegorz Ryś już wiele tygodni temu zapowiadał, że powstanie taki list. Wszystko, co jest w nim obecne, było już wcześniej obecne w jego wypowiedziach.
Byłem wtedy na konferencji prasowej. Kardynał mówił, że planował pozyskać Stolicę Apostolską do ogólnoświatowych obchodów 40. lecia odwiedzi Jana Pawła II w synagodze, centrum tych obchodów miałoby być w Polsce.
Wydaje się, że Stolica Apostolska nie przychyliła się do planów kardynała. List jednak powstał. Jego treść jest doktrynalna skandaliczna. Przeczy „Lumen gentium”, przeczy nawet „Nostra aetate”, kluczowym dla tej kwestii dokumentom II Soboru Watykańskiego.
Proszę też zwrócić uwagę na kontekst: środek wojny w Iranie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak biskupi mogli tego nie wziąć pod uwagę. Zaplanowali publikację listu na ten temat… i przeprowadzili plan, nie bacząc na to, że kontekst międzynarodowy jest skrajnie niewygodny. To się nazywa „rozeznanie”, nie ma co!”
Redaktor naczelny „Najwyższego CZASu!” Tomasz Sommer także nie kryje oburzenia.
„W kontekście skandalicznego listu episkopatu, który ma być odczytany w kościołach w niedzielę (jeśli rzeczywiście będzie odczytany) warto bez końca przypominać relację św. Pawła z 1 Listu do Tesaloniczan: ’15 Żydzi zabili Pana Jezusa i proroków, i nas także prześladowali. A nie podobają się oni Bogu i sprzeciwiają się wszystkim ludziom. 16 Zabraniają nam przemawiać do pogan celem zbawienia ich; tak dopełniają zawsze miary swych grzechów. Ale przyszedł na nich ostateczny gniew Boży9.’ Coś trzeba dodawać na ten temat?” – napisał Sommer na X.
W kolejnym wpisie Sommer dodał:
„Czyli jednak to prawda: polscy biskupi wysyłają katolików do synagog i twierdzą, że możliwe jest zbawienie bez Chrystusa i jutro to ogłoszą w kościołach. W przeddzień Wielkanocy. Nabieram podejrzenia, że to wszystko przebierańcy.”
List skomentował także Paweł Lisicki, katolicki publicysta i redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”.
Lisicki wskazał, że polski Episkopat formułuje list, którego głównym celem ma być „walka z antysemityzmem”, a to jest narzędzie, „którym lobby izraelskie i lobby chrześcijańskich syjonistów posługuje się jak maczugą”.
– Tą maczugą bije po głowie wszystkich tych, którzy krytykują obecną politykę Izraela. Brutalna prawda jest taka, że kto dzisiaj w Stanach Zjednoczonych krytykuje politykę Izraela, kto krytykuje tą agresywną ideologię syjonistyczną, natychmiast jest oskarżany o antysemityzm. (…) Polski episkopat nagle włącza się do tej operacji i okazuje się, że on też będzie walczył z antysemityzmem, czyli włącza się de facto w najbardziej dziwaczną, najbardziej nieodpowiedzialną kampanię propagandową, jaką sobie można było wyobrazić – mówi Lisicki.
Publicysta odniósł się do fragmentu listu, który mówi, że Żydzi są nadal narodem wybranym.
– Zdaniem autorów tego listu, przez 1500 lat Kościół się mylił. Mylili się papieże, doktorzy, święci, nauczyciele, wszyscy się mylili. Wszyscy kształtowali błędne postawy, wszyscy nauczali błędów, wszyscy nauczali nienawiści, wszyscy nauczali antysemityzmu. Gdybym ja chciał być na miejscu autorów tego listu i tak uważał jak oni uważają, że przez półtora tysiąca lat Kościół tkwił w błędzie, to nie mógłbym uczciwie uważać siebie za katolika – powiedział Paweł Lisicki.
– To jest nieprawda. To jest jawne, bezczelne, wręcz skandaliczne zaprzeczenie jasnym i wyraźnym naukom nie tylko całej tradycji Kościoła, ale wyraźnym naukom zawartym w Nowym Testamencie. Otóż jedynym narodem wybranym, o którym wie i słyszał Nowy Testament i o tym nauczali wyraźnie apostołowie, są w oczywisty sposób wyznawcy Chrystusa, czyli Kościół, czyli ciało mistyczne Chrystusa – mówił Lisicki podsumowując herezje listu biskupów.
Cały komentarz Pawła Lisickiego można obejrzeć:
List KEP w całości można przeczytać TUTAJ.
Wysłane przez: Marucha w dniu 2026-03-21 marucha/planowa-produkcja-analfabetow-szokujace
[Szokujące – chyba dla totalnie odklejonych od rzeczywistości indywiduów… – admin]
Czy na świecie mamy do czynienia z systemem „celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci, planowej produkcji półanalfabetów sterowalnych emocjonalnie i likwidacji elity intelektualnej”? Taka teza pojawia się w popularnym wpisie opublikowanym w serwisie społecznościowym X.
Jak zwraca uwagę jego autor, Krzysztof Szczawiński, „od ok. 2012–2015 we wszystkich krajach Zachodu obserwujemy spadek umiejętności matematycznych, spadek rozumienia tekstu, spadek myślenia logicznego”.
To pierwsza generacja, która będzie mniej lotna od swoich rodziców – zwraca uwagę.
Zjawisko to najmocniej uwidoczniło się w USA, Kanadzie, UK, Francji, Niemczech, Skandynawii, z kolei nie obejmuje państw Azji Wschodniej (Chiny, Korea, Japonia, Singapur).
To jest efekt zmian systemowych w edukacji – uważa Szczawiński.
Zmiany te mają obejmować m.in. dostosowywanie poziomu edukacji do najsłabszych uczniów, a nie najsilniejszych, degradację programów nauczania.
W matematyce: mniej dowodów, algebry, geometrii, mniej logiki formalnej, a więcej „kontekstów życiowych”…W językach: mniej analizy tekstu, gramatyki, składni, a więcej „interpretacji emocjonalnej” – wylicza Szczawiński.
Zauważa, że kosztem logiki, precyzji, dyscypliny i rygoru intelektualnego dominuje w edukacji empatia, wrażliwość, komunikacja, współpraca, inkluzywność, czy samoocena. [czyli sralizm-mazgalizm – admin]
Coraz większy odsetek absolwentów nie rozumie dłuższych tekstów, nie potrafi logicznie argumentować, nie potrafi rozwiązywać problemów, myśli narracyjnie, nie analitycznie. W UE 30–45% młodych dorosłych to funkcjonalny analfabetyzm… To nie „wyzwanie edukacyjne”, tylko katastrofa cywilizacyjna – stwierdza.
Zdaniem Szczawińskiego takie działania mają być podejmowane nieprzypadkowo.
Społeczeństwo inteligentne, logiczne, zdolne do abstrakcji, jest trudne do kontroli narracyjnej. Społeczeństwo poznawczo słabe, emocjonalne, reaktywne, jest idealne do zarządzania strachem, winą i moralnym szantażem. Dlatego produkcja głupoty jest racjonalną strategią władzy miękkiej – podkreśla.
Informacje o spadku wyników, na które powołuje się Szczawiński, można było rzeczywiście w ostatnich latach odnaleźć w fachowych raportach. Choćby w ramach programu międzynarodowej oceny uczniów (lepiej znanego jako PISA) w 2022 r. odnotowano „bezprecedensowy spadek wyników” we wszystkich regionach OECD. W porównaniu z wcześniejszą edycją z 2018 r. średni wynik w czytaniu spadł o 10 punktów, a w matematyce o prawie 15 punktów. Spadek wyników z matematyki był szczególnie widoczny w krajach takich jak Niemcy, Islandia, Holandia, Norwegia i Polska, które odnotowały spadek o 25 punktów lub więcej, jak podało OECD.
Jako jeden z istotnych czynników podawano wówczas pandemię COVID-19 i jej wpływ na naukę, ale już wówczas wskazywano, że to tylko część przyczyny, ponieważ spadki wyników z matematyki i nauk ścisłych były widoczne już przed 2018 r.
„COVID prawdopodobnie odegrał pewną rolę, ale nie przeceniłbym jej” – powiedział w 2022 roku dyrektor ds. edukacji OECD Andreas Schleicher. „Istnieją podstawowe czynniki strukturalne, które są znacznie bardziej prawdopodobne jako trwałe cechy naszych systemów edukacyjnych, które decydenci powinni naprawdę potraktować poważnie”. [Nie COVID, do k… nędzy, ale sposób jego „zwalczania”!!! – admin]
Na te problemy zwracał uwagę też w swoim artykule z 2024 roku prof. Enrico Colombatto z Uniwersytetu w Turynie.
Główne pytanie wynikające z wyników badania PISA dotyczy jakości i charakterystyki dzisiejszych systemów edukacyjnych, zwłaszcza w świecie zachodnim. Do końca lat 60. XX wieku powszechnie uważano, że edukacja powinna wyposażać młodych ludzi w odpowiednią wiedzę z zakresu języka i literatury, historii, geografii, matematyki i nauk ścisłych. (…) Nacisk kładziono na umiejętności poznawcze (czyli przyswajanie systematycznej wiedzy), umiejętności ilościowe, zdolność rozwiązywania problemów oraz abstrakcyjne i logiczne rozumowanie. Obecnie takie systemy oceniania są uważane za dyskryminujące, upokarzające i wywołujące stres – zauważył.
Włoski naukowiec ocenił, że zmiany, jakie dokonano we współczesnej edukacji, doprowadziły do pogorszenia jej jakości.
Pewną rolę odegrał również szybki postęp technologiczny. Z jednej strony technologia zwiększa wydajność pracy, a rozszerzone możliwości kształcenia rekompensowały braki w umiejętnościach. Z drugiej jednak strony uczniowie używają smartfonów i laptopów do celów niezwiązanych z nauką podczas zajęć i łatwo się rozpraszają, wykonując zadania szkolne. Wciągający świat zaawansowanych technologicznie gadżetów wydaje się utrudniać młodemu pokoleniu koncentrację, zapamiętywanie, robienie notatek, opracowywanie fragmentarycznej wiedzy oraz samodzielne rozwijanie krytycznego myślenia i umiejętności językowych – dodał.
Źródło: x.com, weforum.org, gisreportsonline.co
https://prawy.pl/
Krzysztof Szczawinski @Kristof_Poland Kristof_Poland/status
Wybraliście temat ideologii równościowej jako systemu celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci, planowej produkcji półanalfabetów sterowalnych emocjonalnie i likwidacji elity intelektualnej.
1. Twardy fakt: masowy spadek kompetencji poznawczych
Wyniki PISA, TIMSS i PIRLS są jednoznaczne: Od ok. 2012–2015 we wszystkich krajach Zachodu obserwujemy spadek umiejętności matematycznych, spadek rozumienia tekstu, spadek myślenia logicznego. Najsilniej w USA, Kanadzie, UK, Francji, Niemczech, Skandynawii. To pierwsza generacja, która będzie mniej lotna od swoich rodziców.
Spadki nie dotyczą Azji Wschodniej (Chiny, Korea, Japonia, Singapur), czyli nie jest to zjawisko biologiczne ani technologiczne. To jest efekt zmian systemowych w edukacji.
2. Mechanizm – jak realnie obniża się poziom – Likwidacja selekcji: znoszenie progów, znoszenie egzaminów selekcyjnych, znoszenie szkół elitarnych, integracja klas bez względu na poziom
Efekt: tempo nauczania dostosowuje się do najsłabszych, nawet nie tyle przez ideologię, co z konieczności… – Degradacja programów nauczania
W matematyce: mniej dowodów, algebry, geometrii, mniej logiki formalnej, a więcej „kontekstów życiowych”…
W językach: mniej analizy tekstu, gramatyki, składni, a więcej „interpretacji emocjonalnej” Efekt: rozwój narracyjno-emocjonalny zamiast poznawczego.
– Zastąpienie wiedzy „kompetencjami miękkimi”
W dokumentach programowych dominują: empatia, wrażliwość, komunikacja, współpraca, inkluzywność, samoocena
Kosztem: logiki, precyzji, dyscypliny i rygoru intelektualnego Efekt: szkoła tresuje emocje, nie rozwija umysłu.
– Zakaz frustracji poznawczej: „nie wolno stresować dzieci” nie wolno stawiać wysokich wymagań nie wolno porównywać nie wolno oceniać ostro
Tylko że bez frustracji poznawczej trudno o rozwój poznawczy. Mózg rozwija się w wysiłku, nie w komforcie.
3. Inflacja ocen = realny spadek poziomu
W USA, UK, Francji, Polsce, od lat 90-ych średnie oceny systematycznie rosną, realne kompetencje systematycznie spadają. To znaczy że system statystycznie kłamie, żeby maskować degenerację.
4. Efekt: produkcja półanalfabetów funkcjonalnych
Coraz większy odsetek absolwentów nie rozumie dłuższych tekstów, nie potrafi logicznie argumentować, nie potrafi rozwiązywać problemów, myśli narracyjnie, nie analitycznie. W UE 30–45% młodych dorosłych to funkcjonalny analfabetyzm… To nie „wyzwanie edukacyjne”, tylko katastrofa cywilizacyjna.
5. Dlaczego ideologia równościowa MUSI niszczyć elity
Bo: elity ujawniają nierówności biologiczne. nierówności biologiczne obalają dogmat równości a dogmat równości jest fundamentem tej ideologii
Więc system musi zlikwidować elity, żeby zachować spójność narracyjną. Czyli: niszczenie elitarnych liceów zwijanie klas matematycznych walka z „przeładowanymi programami” demonizowanie ambicji
6. Przykłady systemowe Finlandia – Ikona „równościowej edukacji”
Efekt po 20 latach: jeden z największych spadków PISA w Europie, regres matematyczny regres czytelniczy, paniczne reformy cofające wcześniejsze zmiany .
USA – No Child Left Behind → Every Student Succeeds Act
Hasło: nikt nie może zostać z tyłu Efekt: cały system został cofnięty do poziomu najsłabszych. Rezultat: załamanie matematyki katastrofa czytania eksplozja ADHD, leków, terapii
UK – likwidacja grammar schools
7. Dlaczego to nie jest błąd, tylko logika systemu
Społeczeństwo inteligentne, logiczne, zdolne do abstrakcji, jest trudne do kontroli narracyjnej. Społeczeństwo poznawczo słabe, emocjonalne, reaktywne, jest idealne do zarządzania strachem, winą i moralnym szantażem. Dlatego produkcja głupoty jest racjonalną strategią władzy miękkiej.
8. Likwidacja elity to konieczność cywilizacyjna nowego systemu
Elity widzą dalej, rozumieją procesy, wykrywają manipulację i burzą narracje Dlatego muszą zostać rozmyte, zdegradowane, lub wchłonięte i rozproszone. Efekt: cywilizacja bez mózgu strategicznego.
21/03/2026 zmianynaziem/swiat-bez-helu-jak-iranskie-rakiety-moga-zatrzymac-sztuczna-inteligencje-i-medycyne
19 marca 2026 roku przejdzie do historii jako dzień, w którym globalny wyścig technologiczny uderzył w niewidzialną ścianę. Nad ranem światowe agencje informacyjne podały wiadomość o zmasowanym ataku irańskich dronów i rakiet balistycznych na Ras Laffan – gigantyczny kompleks przemysłowy w Katarze. Choć pierwsze doniesienia skupiały się na zagrożeniu dla dostaw gazu ziemnego, prawdziwy wstrząs wywołała informacja o całkowitym wstrzymaniu produkcji helu.
W jednej chwili z globalnego rynku wyparowała jedna trzecia podaży tego pierwiastka, bez którego nowoczesna cywilizacja nie jest w stanie funkcjonować. To nie był pierwszy incydent w tym regionie, ponieważ niepokoje trwały od początku marca, jednak nocny atak z 18 na 19 marca okazał się decydujący, niszcząc kluczową infrastrukturę i zmuszając giganta QatarEnergy do ogłoszenia stanu siły wyższej.
Hel to surowiec paradoksalny. Choć jest drugim najczęściej występującym pierwiastkiem we wszechświecie, na Ziemi stanowi zasób skrajnie rzadki i nieodnawialny. Nie można go wytworzyć syntetycznie w laboratorium. Powstaje on przez miliony lat w wyniku powolnego rozpadu radioaktywnego [alfa] pierwiastków w skorupie ziemskiej, gromadząc się w tych samych niszach geologicznych co gaz ziemny.
Gdy zostanie uwolniony do atmosfery, nie pozostaje w niej, lecz unosi się przez kolejne warstwy powietrza, aż ostatecznie ucieka w przestrzeń kosmiczną. Każdy litr helu, który wypuszczamy z urodzinowego balonu, jest stracony dla planety na zawsze. Eksperci od lat ostrzegali, że marnowanie tego gazu na rozrywkę to luksus, na który nas nie stać, jednak dopiero marcowy kryzys uświadomił opinii publicznej, jak głęboko hel jest zakorzeniony w fundamentach technologii.
Katar w ostatnich latach wyrósł na helowe imperium. W 2025 roku kraj ten odpowiadał za około 30–36 proc. światowej produkcji, dostarczając 63 miliony metrów sześciennych tego gazu. System produkcji helu jest nierozerwalnie związany z procesem skraplania gazu ziemnego (LNG). Hel odzyskuje się jako produkt uboczny podczas schładzania metanu do ekstremalnie niskich temperatur.
Atak na Ras Laffan uszkodził dwa z 14 kluczowych ciągów technologicznych oraz instalacje GTL, co według wstępnych szacunków przełoży się na 17 proc. spadku zdolności eksportowych LNG w perspektywie najbliższych 3–5 lat. Dla rynku helu oznacza to jednak katastrofę o znacznie większej skali. Straty finansowe Kataru szacuje się na 20 miliardów dolarów rocznie, ale dla reszty świata koszty mogą być niemożliwe do udźwignięcia w pieniądzu.
Najmocniejszy cios spadł na sektor wysokich technologii, a konkretnie na produkcję półprzewodników. Korea Południowa, będąca sercem światowej elektroniki, importuje z Kataru niemal 65 proc. zapotrzebowania na hel. Giganci tacy jak Samsung i SK Hynix wykorzystują ten gaz w najbardziej krytycznych procesach produkcji pamięci DRAM i HBM, które są niezbędne do działania akceleratorów sztucznej inteligencji.
Hel pełni funkcję chłodziwa dla płytek krzemowych, jest nośnikiem w procesach trawienia i osadzania warstw atomowych, a także elementem niezbędnym w litografii ekstremalnego ultrafioletu (EUV). Bez stabilnych dostaw helu, precyzyjne maszyny produkcyjne muszą zostać zatrzymane. Zapasy w koreańskich fabrykach wystarczą na maksymalnie 3 miesiące. Jeśli produkcja w Katarze nie zostanie przywrócona, światowy łańcuch dostaw AI, od serwerów chmurowych po procesory w smartfonach, po prostu stanie w miejscu.
Równie dramatyczna sytuacja panuje w medycynie. Na całym świecie pracuje ponad 14 tysięcy aparatów do rezonansu magnetycznego (MRI). Ich działanie opiera się na nadprzewodzących magnesach, które muszą być stale zanurzone w ciekłym helu, aby utrzymać temperaturę bliską zeru absolutnemu. Bez tego chłodzenia magnesy tracą swoje właściwości, co prowadzi do trwałego uszkodzenia aparatury.
Eksperci od polityki zdrowotnej, biją na alarm: helu nie da się zastąpić niczym innym, a jego brak w szpitalach oznacza odwołane badania diagnostyczne, opóźnienia w wykrywaniu nowotworów i paraliż nowoczesnej neurologii. W krajach rozwijających się, które nie posiadają rozbudowanych systemów recyklingu gazów technicznych, pierwsze skanery MRI mogą przestać działać już za kilka tygodni.
Kryzys uderza także w marzenia o podboju kosmosu i wielką naukę. Hel jest niezbędny w przemyśle rakietowym do utrzymywania odpowiedniego ciśnienia w zbiornikach paliwa oraz do oczyszczania układów napędowych przed startem. Bez niego rakiety SpaceX, NASA czy europejskiej Ariane nie opuszczą wyrzutni. Podobne problemy ma CERN w Genewie, gdzie największy na świecie akcelerator cząstek wymaga setek ton helu do chłodzenia swoich systemów. Nawet produkcja światłowodów, spawanie specjalistyczne czy systemy poduszek powietrznych w samochodach zależą od tego jednego, ulotnego gazu.
Obecnie ceny helu na rynku spotowym podwoiły się w zaledwie kilka dni, a kontrakty terminowe osiągają rekordowe pułapy 2000 dolarów za tysiąc stóp sześciennych. Rezerwy federalne USA, które przez dekady stanowiły światowy bufor bezpieczeństwa, są na wyczerpaniu po latach prywatyzacji i wyprzedaży. Inni producenci, tacy jak Algieria, Rosja czy Kanada, nie są w stanie zwiększyć wydobycia z dnia na dzień, by załatać lukę po Katarze.
To brutalna lekcja geopolityki: jeden precyzyjny atak w Zatoce Perskiej obnażył kruchość globalnego systemu opartego na jedynym źródle kluczowego surowca. Świat musi teraz drastycznie zmienić podejście do helu – wprowadzić całkowity zakaz jego używania w celach rozrywkowych, zainwestować w technologie recyklingu w każdym szpitalu i fabryce oraz przyspieszyć poszukiwania nowych złóż. W przeciwnym razie rok 2026 zapamiętamy jako moment, w którym nowoczesność zaczęła tracić swój blask z powodu braku najprostszego gazu we wszechświecie.
Źródła:
https://www.thenationalnews.com/business/2026/03/18/iran-…
https://www.cnbc.com/2026/03/19/the-iran-war-is-threateni…
https://www.reuters.com/business/energy/helium-prices-soa…
https://www.gasworld.com/story/damage-to-qatar-lng-trains…

Kilka dni temu prominentny Republikanin i zadeklarowany sojusznik Trumpa Ted Cruz udostępnił artykuł, którego autor porównouje katolików do „pasożytów” i przekonuje o konieczności ograniczenia procesji Bożego Ciała w Stanach Zjednoczonych. Portal LifeSite News zauważa, że za wzmorzeniem agresji ze strony chrześcijańskich syjonistów stoi przekonanie, że tradycyjni katolicy zdobywają coraz większy wpływ na politykę wewnętrzną kraju.
„Pod hasłem „Chrystus Królem” coraz więcej katolików zaczyna dostrzegać, że nie muszą nawiązywać współpracy z ewangelicznymi protestantami i innymi grupami, aby osiągnąć swoje cele” – zauważa Stephen Kokx na łamach amerykańsko-kanadyjskiego portalu.
Autor nawiązuje do niedawnego zgromadzenia politycznego „Katolicy dla katolików” w Waszyngtonie, które ocenił jako „akt sprzeciwu wobec trwającego od dziesięcioleci pro-syjonistycznego sojuszu politycznego, który zbyt długo traktował katolików jak swój podnóżek”.
Administracja Trumpa, zdominowana przez obóz ewangelikalnych chrześcijan ma coraz większy problem z katolikami wśród ruchu MAGA. Katolicy, zwłaszcza wywodzący się ze środowisk przywiązanych do Tradycji otwarcie sprzeciwiają się ingerencji lobby żydowskiego w wewnętrzną politykę USA. Nie podzielają teologicznego uzasadnienia dla bezwzględnego wspierania polityki Izraela, który zdominował przekaz chrześcijańskich syjonistów.
Najgłośniejszym przedstawicielem tego ruchu jest konwertytka z protestantyzmu Candace Owens, influencerka zwolniona z konserwatywnej platformy Daily Wire za swój sprzeciw wobec usprawiedliwiania działań IDF w Strefie Gazy. Influecerka zdobyła w ostatnim czasie rekordową publiczność, sięgającą ponad 7 mln subskrybcji w serwisie YouTube, stając się jednym z wiodących prawicowych głosów w amerykańskim i światowym internecie. Głośnym skandalem odbiło się również wykluczenie z Komisji ds. Wolności Religijnej byłej miss Kalifornii Carrie Prejean-Boller, za sprzeciw wobec presji, jaką na katolików wywierają zwolennicy pro-izraelskiej polityki.
Wzrastająca popularność obozu „antysyjonistycznego”, z przewodnią rolą tradycyjnych katolików zwróciła uwagę czołowych zwolenników sojuszu z Izraelem. Oprócz wspomnianego już Teda Cruza, głos w sprawie zabrali m.in. James Lindsay oraz Eric Metaxas. Komentatorzy przekonują, że w Stanach Zjednoczonych nie może obowiązywać idea integralizmu wyrażona w encyklice Piusa XI „Quas Primas” o społecznym panowaniu Jezusa Chrystusa.
„Gdy ludzie uznają, zarówno w życiu prywatnym, jak i publicznym, że Chrystus jest Królem, społeczeństwo w końcu otrzyma wielkie błogosławieństwa prawdziwej wolności, uporządkowanej dyscypliny, pokoju i harmonii” – pisał papież w 1925 r.
„Metaxas i jego sojusznicy zamierzają wywierać presję na katolików na arenie politycznej, by potępili bardziej „radykalnych” członków Kościoła. Wydaje się, że ma to na celu stworzenie Cruzowi – który bez wątpienia wystartuje w wyborach prezydenckich w 2028 roku jako kandydat syjonistów – argumentu pozwalającego na podział elektoratu w starciu z JD Vance’em [katolickim konwertytą – red.]” – zauważa Kokx.
Mimo wzrastającej presji, „konserwatywni i tradycyjnie nastawieni katolicy w Stanach Zjednoczonych zaczynają zdawać sobie sprawę ze swojej siły politycznej” – przekonuje publicysta. „Zaczynają dostrzegać, że nie muszą nawiązywać współpracy z ewangelickimi protestantami i innymi grupami, aby osiągnąć swoje cele” – dodaje.
„Co więcej, wyraźnie mają już dość wpływu, jaki grupy żydowskie, takie jak AIPAC, i ich ewangeliczni syjonistyczni poplecznicy wywierają na politykę Stanów Zjednoczonych, ponieważ skutkuje to wywieraniem presji na katolików, aby powstrzymali się od nauczania prawd wiary” – podkreśla Kokx.
„Pod hasłem „Chrystus Królem” coraz więcej katolików zaczyna dostrzegać, że muszą odciąć się od dominującej koalicji politycznej prawicy i stworzyć coś nowego” – dodaje, przekonując, że na naszych oczach wyłania się obraz przyszłego, prawicowego i katolickiego ruchu zdolnego kształtować politykę wewnętrzną Stanów Zjednoczonych.
Źródło: lifesitenews.com / własne PCh24.pl
PR
Paweł Chmielewski pch24.pl/list-kep-zaskakuje-przeciez-to-kosciol-jest-nowym-izraelem

Izrael jest nadal narodem wybranym, nauczanie Kościoła przez półtora tysiąca lat przyczyniło się do nienawiści, chrześcijan i Żydów łączy nadzieja mesjańska… W środku wojny z Iranem Episkopat publikuje list na temat Żydów i antysemityzmu. O co tu chodzi?
Dialog z Żydami? Ale… dlaczego
W polskich kościołach odczytano list KEP z okazji 40. rocznicy wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej. Do tej wizyty doszło 13 kwietnia 1986 roku. To wydarzenie niewątpliwie ważne z perspektywy dialogu katolicko-żydowskiego – pozytywne czy negatywne, to inna sprawa; ale ważne.
Nie wiem jednak, dlaczego miałoby specjalnie interesować akurat nas, Polaków. Żydów w naszym kraju nie ma zbyt wielu, a dialog z wyznawcami judaizmu stanowi jakiś kompletny margines, który interesuje tylko wąskie grono zawodowych dialogistów albo niektórych intelektualistów. Dla absolutnej większości polskich wiernych relacja z judaizmem jest rzeczą czysto abstrakcyjną i kompletnie obojętną.
Owszem, czyta się Stary Testament – to przecież zwykły element liturgii. Uczymy się o historii starożytnego Izraela, bo to część naszej kultury duchowej. Staramy się zrozumieć świat duchowy i intelektualny starożytnych Izraelitów, bo to pozwala nam odczytać lepiej nauczanie naszego Pana Jezusa Chrystusa.
Jednak dialog ze współczesnymi wyznawcami judaizmu? To nie jest rzecz, która może interesować Polaków. Zajmują się tym może chrześcijanie w Ziemi Świętej, o ile jeszcze jacyś tam zostali – państwo Izrael nie jest do nich nastawione szczególnie przychylnie. Z perspektywy polskich chrześcijan, powtórzę to raz jeszcze, dialog z judaizmem to kompletny margines, któremu – wydawałoby się – nie warto poświęcać większej uwagi. Mamy dużo znacznie poważniejszych i bardziej palących problemów.
Wojny Izraela
A jednak episkopat zdecydował się na przygotowanie listu poświęconego właśnie Żydom. No, dobrze, niechby… Tylko dlaczego akurat teraz? 40. rocznica wizyty Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej to jest „jakaś rocznica”, ale została kompletnie przykryta przez wydarzenia międzynarodowe. W październiku 2023 roku wybuchła krwawa wojna między Izraelem a Hamasem, w której na skutek działań izraelskich zginęły dziesiątki tysięcy palestyńskich cywili, w tym mnóstwo dzieci. Bezmiar cierpienia ludności cywilnej był jeszcze do niedawna tematem numer jeden w światowej prasie. Protestowali przeciwko temu również duchowni – w tym łaciński patriarcha Jerozolimy, kardynał Pierbattista Pizzaballa czy papieże, Franciszek i Leon XIV. Nawet ci Polacy, którzy mają na ogół pozytywne nastawienie do judaizmu i Żydów, nie kryli swojego oburzenia. Czymś innym jest przecież uprawniona walka z terroryzmem Hamasu, a czymś innym masakrowanie ludności cywilnej…
Teraz przyszła kolejna tragedia: wojna z Iranem. Izrael i Stany Zjednoczone napadły na Islamską Republikę. Pomimo obrzydliwości reżimu ajatollahów w Teheranie nie da się zaprzeczyć, że to właśnie Izrael i USA są stroną agresywną. W bombardowaniach są też ofiary cywilne – na czele z niewinnymi dziewczynkami, które zginęły ataku na szkołę na samym początku tej wojny. Uwaga całego świata znowu skupiła się na Bliskim Wschodzie i tak jak poprzednio, krytyka wobec polityki Izraela jest powszechna. Każdy rozumie, że Izrael, jak wszystkie inne państwa, ma swoje interesy i chce bronić swojej suwerenności. Kiedy dzieje się to jednak z rażącym pogwałceniem prawa międzynarodowego i z wywołaniem ogólnoświatowego kryzysu – trudno o sympatię do Tel Awiwu.
Publikowanie listu episkopatu poświęconego Żydom właśnie w tym kontekście jest dlatego przedsięwzięciem z natury ryzykownym, by nie rzec wątpliwym. Nader łatwo przekroczyć cienką granicę, która sprawi, że episkopat zacznie jawić się w oczach wiernych jako gremium wspierające izraelską politykę.
Antysemityzm… a co z syjonizmem?
Czy ta granica została przekroczona? List, który odczytano w kościołach, musi budzić zdumienie większości katolików. Z niezwykłą ostrością potępia się w nim antysemityzm. Dobrze, ale dlaczego ani słowem nie wspomina się o ideologii agresywnego syjonizmu, która kieruje rządem Izraela i wieloma politykami w USA, prowadząc do wszczynania kolejnych krwawych wojen? Jeżeli w dzisiejszym kontekście chce się zachować obiektywizm, to nie można patrzeć na Żydów wyłącznie jako na ofiary przemocy. Tak mogło być w latach 1933-1945, kiedy starał się ich wygubić pogański reżim III Rzeszy. W XXI wieku Żydzi nadal padają ofiarami antysemityzmu, ale polityka żydowskiego państwa nie jest polityką ofiar – bywa polityką agresywnych, cynicznych i brutalnych napastników. W liście episkopatu nie ma jednak o tym ani słowa. Wydaje się, jakby to właśnie antysemityzm był jedynym problemem związanym z Żydami. Tak nie jest!
Żydzi są podzieleni, a list tego nie dostrzega
Co bardzo istotne, list pomija też niezwykle istotny aspekt: podziałów między Żydami. Wśród współczesnych Żydów są skrajni syjoniści, ale są też tacy, którzy syjonizm ostro krytykują. Do tej grupy należy choćby znany na całym świecie profesor Jeffrey Sachs, człowiek, który od dawna krytykuje politykę Izraela jako absolutnie niedopuszczalną. Sachs nie jest religijnym Żydem, ale również wśród Żydów religijnych są podziały. Część z Żydów ortodoksyjnych to zagorzali przeciwnicy syjonizmu, którzy uważają poczynania władz Izraela za sprzeczne z wolą Boga.
List Episkopatu w ogóle Żydów nie różnicuje. Nie uwzględnia podziałów światopoglądowych, traktując tych ludzi jako jakieś zwarte plemię, z perspektywy czysto etnicznej. Taka perspektywa nie jest właściwa dla Kościoła katolickiego i zarazem nie jest adekwatna do rzeczywistości. W efekcie tylko pogłębia zamieszanie i kontrowersje wokół sprawy izraelskiej. Może być tak, że choć list ma pewnie szlachetne intencje, to paradoksalnie tylko zaszkodzi relacjom chrześcijańsko-żydowskim, bo przyczyni się do umacniania fałszywego obrazu Żydów wśród chrześcijan.
Doktryna…
Jeszcze poważniejszy problem dotyczy doktryny. Treść listu budzi pod tym względem wręcz zdziwienie. Czytamy na przykład, że istnieje „konieczność odczytywania nauki Jezusa i Jego uczniów w perspektywie żydowskiej, w kontekście żywej tradycji Izraela”, którą to „konieczność” miałaby „potwierdzić Stolica Apostolska”. List odwołuje się tutaj do dokumentu „Bo dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne”, który w 2015 roku ogłosiła, jak pisze dokument, „Komisja Stolicy Apostolskiej ds. Relacji Religijnych z Judaizmem”.
To bardzo ciekawa atrybucja, bo komisja, o której mowa, działa tak właściwie przy Dykasterii ds. Promowania Jedności Chrześcijan – jest zatem jedną z jednostek działających wewnątrz jednego z urzędów Kurii Rzymskiej. Stąd ma pewien autorytet, ale nie jest to autorytet zbyt duży, w żadnej mierze nie jest porównywalny z autorytetem oficjalnych dokumentów soborów czy papieży.
W samym dokumencie czytamy zresztą, co następuje: „Nie można zrozumieć nauczania Jezusa lub Jego uczniów jeśli nie umiejscawia się go w perspektywie żydowskiej w kontekście żywej tradycji Izraela”. Trudno nie zgodzić się z tym zdaniem. Jednak czymś innym jest „niemożność zrozumienia”, a czymś innym „konieczność odczytywania”. Fraza użyta w liście jest o wiele mocniejsza. Przez nieobecność kontekstu całego dokumentu może też sugerować, że „żywa tradycja Izraela” to również… współczesny judaizm. To prowadziłoby do myśli, jakoby trzeba było pytać współczesnych rabinów o to, czego nauczał Pan Jezus…
Następnie list oskarża… nauczanie Kościoła katolickiego o sianie nienawiści. Odwołując się do jednego z wystąpień Jana Pawła II list mówi o przeciwstawieniu się postawie, która przedstawia Żydów jako „odrzuconych albo przeklętych”. List głosi dalej: „Przez ponad półtora tysiąca lat treści te, obecne w katolickim nauczaniu i błędnej interpretacji Pisma Świętego, kształtowały postawy chrześcijan, przyczyniając się do nienawiści, prześladowań i manifestacji antysemityzmu”. Oczywiście jest prawdą, że w nauczaniu ludzi Kościoła mogła i rzeczywiście była obecna przesada czy błędy – ale zdanie sugeruje, że nie chodzi o poszczególnych ludzi Kościoła, tylko o katolicką Tradycję. Co miałoby konkretnie zawierać te błędy, tego nie wiadomo – ale odwołajmy się do szerszego kontekstu. Kardynał Grzegorz Ryś często krytykuje na przykład dawną formułę liturgii wielkopiątkowej. Prawdopodobnie i tutaj o to chodzi: to katolicka liturgia (sic!) miałaby zawierać błędy…
Na tym nie koniec. Dalej list twierdzi: „Żydzi są nadal umiłowani przez Boga, który wezwał ich nieodwołalnym powołaniem. Bóg bowiem, wierny swym obietnicom, nie odwołał Pierwszego Przymierza. Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”.
Jest oczywiste, że Żydzi są umiłowani przez Boga, bo Bóg miłuje wszystkich ludzi. Jest prawdą, że Bóg nie odwołał Pierwszego Przymierza; Bóg przecież niczego nie odwołuje. Dawne przymierze po prostu wypełniło się w Chrystusie. Dlatego nasz Pan mógł mówić i rzeczywiście mówił o „nowym” przymierzu. To właśnie Kościół jest Ludem Nowego Przymierza. Twierdzenie, ze „Izrael pozostaje nadal narodem wybranym”, nie wydaje się, delikatnie mówiąc, teologicznie rzetelne. Przecież zgodnie z nauczaniem Kościoła to właśnie Kościół jest Nowym Izraelem… Jak pisał niedawno biblista, prof. Waldemar Rakocy CM, „wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie”.
W tym sensie, owszem, Izrael jest narodem wybranym – ale ten Izrael to Nowy Izrael, czyli Kościół – a nie obywatele państwa Izrael czy wyznawcy judaizmu, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa jako Mesjasza. W cytowanych słowach listu można wręcz dopatrywać się sugestii jakiejś „równoległej” drogi do zbawienia, tak, jakby Żydzi właściwie nie potrzebowali Chrystusa.
Warto przypomnieć, że jasno pisze o tym konstytucja II Soboru Watykańskiego „Lumen gentium”. W rozdziale II pt. „Lud Boży” w paragrafie 9 wyraźnie mówi się, że Kościół katolicki jest „nowym Izraelem”, który Chrystus nabył za cenę swojej krwi. Konstytucja przypomina, że Bóg powołał zgromadzenie wierzących w Chrystusa, a Kościół przekracza wszystkie czasy i granice ludów. Tu nie ma perspektywy etnicznej, jest tylko perspektywa wiary.
W liście przywołuje się też słowa Jana Pawła II, według którego trwanie Izraela jest „faktem nadprzyrodzonym”. Niezależnie od tego, jaka była intencja tych słów papieża Wojtyły, nie da się zaprzeczyć, że przywoływanie ich właśnie dziś, w środku wojny irańskiej, może budzić skrajne emocje wiernych. Państwo żydowskie, które chce być reprezentacją narodu Izraelskiego, prowadzi brutalne bombardowania, a polscy katolicy słyszą w kościołach na Mszy świętej, że „trwanie Izraela jest faktem nadprzyrodzonym”?
Dalej w liście słyszymy o „więzach łączących Żydów i chrześcijan”. List definiuje je następująco: „Cześć dla Słowa Bożego, modlitwa i liturgia, a także mesjańska nadzieja przyszłości. Bo «gdy lud Boży Starego i Nowego Przymierza rozważa przyszłość, zmierza on – nawet jeśli wychodzi z dwu różnych punktów widzenia – ku analogicznym celom: przybyciu lub powrotowi Mesjasza»”.
Cześć dla Słowa Bożego, modlitwa, liturgia? Jest tu, oczywiście, wspólnota historyczna – ale chrześcijanie czytają Słowo Boże i sprawują liturgię w kluczu Chrystusowym. Bez Chrystusa nie ma naturalnie żadnej wspólnoty z żydowską liturgią czy interpretacją Pisma. Modlimy się też jako chrześcijanie słowami, których nauczył nas Zbawiciel. Tu znowu nie ma wspólnoty… Jak tłumaczył cytowany wcześniej ks. prof. Rakocy, „Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie”.
Wreszcie: mesjańska nadzieja przyszłości, podana jako zmierzanie do „analogicznych celów”. Jednak chrześcijanie czekają na powtórne przyjście Chrystusa, a Żydzi czekają na pierwsze przyjście mesjasza, który ex definitione musi być fałszywym mesjaszem. Ponownie, tu nie ma żadnej analogii. To raczej antyteza!
W jakim celu?
Wracam jeszcze raz do pytania postawionego na początku. W jakim celu publikowany jest ten list? Czy Polacy nie mają dziś innych problemów? Czy nie szerzy się demoralizacja, antykoncepcja, zło w rządach? W środku Wielkiego Postu wszyscy katolicy przygotowują się na Triduum Paschalne.
Zamiast otrzymywać od pasterzy wsparcie w drodze pokornego nawrócenia, słyszymy w kościołach list, który wzbudza skrajne emocje, w sposób nieuchronny dotyka drażliwych kwestii politycznych, a teologicznie jest po prostu głęboko wątpliwy. Wszystko po to, by uczcić rocznicę, która z perspektywy faktycznego życia Kościoła w Polsce nie jest w żaden sposób istotna…
Kościół katolicki potrzebuje dialogu z Żydami, ale dialogu opartego na prawdzie, którą wyraża katolickie nauczanie. Jeżeli rzetelną teologię zaczną zastępować ideowe założenia, to nie przysłuży się to nikomu. Co więcej, w obecnym kontekście politycznym dialog katolicko-żydowski musi być prowadzony ze szczególną ostrożnością, a również tego w tym liście ewidentnie zabrakło.
Paweł Chmielewski
, 22 marca 2026
Krystian Kratiuk opublikowane na X
A więc to nie był fejk, to nie był żart. Biskupi nie dość, że postanowili wysłać nas do synagog, to w dodatku powtarzają zdumiewające słowa o tym, że wyznawcy judaizmu idą drogą zbawienia bez Chrystusa. I że jest to możliwe w jakiś „tajemniczy” sposób. List ukazał się właśnie na stronie KEP.
Kończy się następującym akapitem: <<Pamiętając, że zawsze modlimy się za nich w liturgii wielkopiątkowej, prosząc Boga, aby lud, który On jako pierwszy nabył na własność, „wzrastał w wierności Jego przymierzu” i mógł „osiągnąć pełnię odkupienia”. Bo „nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego zbawienia, ale jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą>>.
=============================
md; A przecież taka jest modlitwa Wielkiego Piątku:
Oremus et pro perfidis Iudaeis: ut Deus et Dominus noster auferat velamen de cordibus eorum; ut et ipsi agnoscant Iesum Christum, Dominum nostrum.
=================================================
List nie jest podpisany przez jednego, konkretnego biskupa, ale przez cały episkopat. To szczególnie dojmujące. Doprawdy nie było nikogo, kto by wstał i zapytał – co wy robicie?
Gdy pojawiły się pierwsze przecieki o treści tego listu, wielu z was w mediach społecznościowych, a także Paweł Lisicki na swoim kanale YT, mówiło już o herezji, namawianiu do apostazji, skandalu, hańbie itp. Ja jednak napiszę o czymś innym: o towarzyszącym mi w tej chwili dojmującym, przerażającym smutku. Smutku wynikającym z tego, że nikt z następców apostołów w Polsce nie zaprotestował. Głębokiego smutku, z którym trudno sobie poradzić, wynikającego – proszę wybaczyć, ale takie jest moje przeświadczenie – z ciosu w serce Chrystusa, ciosu w serce Tego, który powiedział o sobie, że nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przez Niego, który JEST Drogą, Prawdą i Życiem. Biskupi piszą o deficycie miłości – owszem, zauważam tu olbrzymi deficyt miłości tak do Chrystusa jak i do wyznawców judaizmu. Oto wyklucza się z Serca Jezusowego naród, do którego On przyszedł.
Od lat niektórzy pragną ustanowienia innej drogi zbawienia dla żydów – tak jakby Chrystus nie był potrzebny do zbawienia każdemu bez wyjątku człowiekowi na świecie. Zamyka się tym samym dusze i serca tak wielu ludzi na miłość Chrystusa, na to, że On na nich czeka, że oto On stoi u ich drzwi i kołacze, a jeśli kto posłyszy Jego głos i drzwi otworzy, On wejdzie do niego i będzie z nim wieczerzał. To doprawdy smutne.
Szerzej nie będę się do tego odnosił, zamiast tego polecę państwu tekst Pawła Chmielewskiego o tym liście – już dostępny na naszej stronie, linkuję w komentarzu. Podobnie jak tekst Ojca Profesora Rakocego, napisany kilka tygodni temu, a dementujący informacje o tym, jakoby do wniosku o dwóch oddzielnych drogach zbawienia nauczał Sobór Watykański II. Również linkuję w komentarzu – zobaczcie jak długą drogę przebyła egzegeza soborowych dokumentów. Nie dalej jak w czwartek rozmawiałem o tym z o. Janem Strumiłowskim – pierwsze 25 minut programu jest właśnie o tym. Też wrzucam linka.
Najlepsze jest to, że niezgadzających się z teologicznymi wnioskami wynikającymi z tego listu, zrazu łatwo będzie wrzucić do worka antysemitów – tak ten list jest przecież skonstruowany. W dodatku zostaje on opublikowany w wyjątkowym czasie – i nie myślę nawet o Wielkim Poście, ale o skomplikowanej sytuacji międzynarodowej, gorąco komentowanej także w Polsce. Wiemy, że istnieją poważne i głębokie podziały wśród samych Żydów — od zwolenników syjonizmu po jego zdecydowanych krytyków, zarówno wśród intelektualistów, jak i części ortodoksyjnych Żydów, co sprawia, że osobom spoza tej wspólnoty trudno właściwie uchwycić złożoność problemu. Brak świadomości tych różnic wśród wielu Polaków prowadzi do uproszczeń, w których wszyscy Żydzi są traktowani jako jednolita grupa utożsamiana z biblijnym Izraelem, co stanowi istotne zafałszowanie rzeczywistości. Nie uwzględnia się przy tym wyraźnych rozróżnień między Żydami epoki Starego Przymierza, współczesnymi nurtami judaizmu oraz państwem Izrael jako konkretnym podmiotem politycznym, co w konsekwencji może potęgować nieporozumienia i kontrowersje.
W tej sytuacji uważam, że list KEP — mimo prawdopodobnie dobrych intencji, które ciężko mi jednak zrozumieć — może w praktyce przynieść zupełnie odwrotny od zamierzonego skutek w stosunku Polaków do przedstawicieli tamtego narodu.
Strasznie to wszystko smutne.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami.
@PaChmielewski
List KEP szokuje. Nie wiem, jak go pogodzić z nauczaniem Kościoła katolickiego.
Nawet II Sobór Watykański jest przeciwko treści listu. Choćby konstytucja “Lumen gentium” wyraźnie mówi, że to Kościół jest Nowym Izraelem.
List KEP głosi, jakoby Izrael był nadal narodem wybranym, imputuje błędy nauczaniu Kościoła, które głoszono przez 1500 lat… Jestem ciekawy, w jaki sposób ideologicznie prosemicka frakcja w KEP przeforsowała ten skandaliczny dokument.
Jego publikacja jest jednak kamieniem milowym. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by w liście KEP były tak ewidentne sprzeczności względem nauki Kościoła.
To niewytłumaczalne bez odwołania do ideologii.
O tym skandalu będą pisać podręczniki historii Kościoła.
Niestety, nie będą to rozdziały poświęcone ortodoksji. Szczegóły – w PCh24 w tekście pt. “List KEP zaskakuje. Przecież to Kościół jest nowym Izraelem”