Jest zimno – bo jest ciepło!

Jest zimno – bo jest ciepło!

3 lutego 2026 Autor: Stanisław Michalkiewicz prawy.pl/Michalkiewicz-Jest-zimno-bo-jest-cieplo-FELIETON

Nie ma to, jak posłuchać fachowca – i oświeci i uspokoi. Kilka dni temu obejrzałem sobie rozmowę, jaką przeprowadził pan red. Jarosław Gugała ze specjalistką od walki ze zbrodniczym klimatem.

Jak wiadomo, ludzkość, pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, walczy ze zbrodniczym klimatem, który złośliwie się ociepla, co grozi spłonięciem “planety”, przeciwko czemu jeszcze niedawno protestowali przedstawiciele “Ostatniego Pokolenia”, którzy w tym celu przyklejali się do jezdni i czekali, aż policja ich odklei, a następnie zawiezie na rozmowę z obywatelem Tuskiem Donaldem, który ukoi ich lęki i powie, jak zapobiec ostatecznej katastrofie.

Teraz “Ostatniego Pokolenia” jakoś na jezdniach nie widać. Pewnie czeka, aż zaistnieją dogodniejsze warunki do protestowania, no bo jakże protestować w taki mróz? Przewidziała to jeszcze za głębokiej komuny szansonistka, wyśpiewując: “W taki mróz, w taki mróz, to nie pora na wyznania w taki mróz. W taki mróz!. W taki mróz, w taki mróz, przestań mówić, już zabraniam w taki mróz.” W piosence chodziło o wyznania miłośne – a cóż dopiero, gdyby ktoś chciał w taki mróz ocalać “planetę” przed ostateczną katastrofą?

Wróćmy jednak do specjalistki, która zasypała pana red. Jarosława Gugałę potokiem słów, a wobec tej lawiny nawet on, chociaż przecież z niejednego komina wygartywał, wydawał się bezradny. Również i ja, chociaż tylko słuchałem, nie bardzo rozumiałem, co właściwie specjalistka pragnie przekazać telewizyjnej publiczności. Trudność polegała na tym, że z jednej strony musiała podtrzymywać dogmat o globalnym ociepleniu, bo “zdecydowana większość” uchwaliła, że w nie wierzy – ale z drugiej strony – taki mróz i to nie tylko u nas, ale nawet w Ameryce!?

Gdyby mróz był tylko u nas, no to sprawa byłaby względnie prosta. Można by wszystko zwalić na Putina, że dmucha na zimne w ramach klimatycznej, kremlowskiej dywersji – ale skoro fala mrozów nawiedziła Amerykę, to sprawa oczywiście szalenie się komplikuje. Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż po głębszym zastanowieniu, wydestylowałem z potoku słów pani specjalistki sens, który sprowadzał się do wyjaśnienia, że jest zimno, bo jest ciepło.

Ten przypadek podobny jest do opisanej przez Antoniego Słonimskiego postaci Mieczysława Limanowskiego, który wprawdzie w kołach teatralnych “uchodził za stuprocentowego dyletanta”, ale to nie przeszkadzało np. Juliuszowi Osterwie w poddawaniu się jego osobliwym interpretacjom. Oto pewnego razu na tak zwanej “czytanej” próbie sztuki w “Reducie” Limanowski wyjaśniał znaczenie spotkanego w tekście słowa “krowa”. – No cóż – powiedział – krowa, to znaczy mleko, mleko, to znaczy matka, no a matka, to znaczy ziemia. W tym miejscu sekretarka zwróciła uwagę, że “krowa”, to pomyłka, bo tak naprawdę w tekście sztuki było słowo “królowa”. Ale Limanowski spokojnie interpretował dalej: no cóż, królowa, to znaczy matka, matka, to znaczy mleko, a mleko, to znaczy ziemia. Takiemu nie dasz rady! – posumował obecny na próbie Słonimski.

Bardzo możliwe, że z tych właśnie powodów prezydent Donald Trump nie zostawił suchej nitki na specjalistach od walki ze złowrogim klimatem, twierdząc, że to “oszustwo”, albo coś w tym rodzaju.

Więc chociaż spotkał nas, jak to zwyczajnie bywało za komuny, jeden z czterech kataklizmów, jakie regularnie nawiedzały nasz nieszczęśliwy kraj (wiosna, lato, jesień i zima), to przecież są i dobre wiadomości. Już nie mówię o wyjaśnieniu, że jest zimno, bo jest ciepło – bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień – ale o informacji o prawomocnym zakończeniu “polskiego wątku” sprawy pana Sławomira Nowaka.

Został on mianowicie uniewinniony ze wszystkich fałszywych zarzutów, dzięki czemu obywatel Tusk Donald będzie mógł teraz obwozić go po wiecach Volksdeutsche Partei, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak wygląda człowiek niewinny. Takie rzeczy nie są u nas spotykane zbyt często, ale teraz, skoro pan Nowak uzyskał od niezawisłego sądu prawomocny certyfikat niewinności, to trzeba to chyba wykorzystać w działalności politycznej, bo – jak mówi poeta – “nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych”.

Wprawdzie ukraiński wątek sprawy pana Nowaka nie został chyba jeszcze prawomocnie wyjaśniony – ale jestem pewien, że obywatel Tusk Donald, podczas swojej najnowszej pielgrzymki do Kijowa i tę sprawę załatwi z wyrozumiałym prezydentem Zełeńskim, na którym podobno psy wiesza piękna ongiś Julia Tymoszenko – obecnie w areszcie wydobywczym pod zarzutami korupcyjnymi. Gdyby obywatelu Tusku Donaldu zabrakło w tej rozmowie argumentów na korzyść pana Nowaka, to w czynie społecznym przypominam fragment “Posłania do narodów Europy Wschodniej” uchwalonego przez Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku: “głęboko czujemy wspólnotę naszych losów”. Jestem pewien, że prezydent Zełeński słysząc te słowa, wspomni nie tylko na piękną ongiś Julię Tymoszenko, ale i na Timura Mindycza, a przede wszystkim – na Andrzeja Jermaka, który gdzieś przepadł bez śladu na froncie wschodnim. [uś.. chyba jednak cichutko wyparował do ojczyzny -izrael.. md]

Tymczasem fala mrozów przyczyniła się również do wzbogacenia rewolucyjnej teorii. Oto w Jaroszowej Woli w powiecie piaseczyńskim, wykoleiło się osiem cystern z olejem napędowym. Pociąg jechał ze Szczecina do Chełma, co świadczy o tym, że olej napędowy musiał zostać załadowany w szczecińskim porcie. A skąd się tam znalazł? To tajemnica, której chyba nikomu wyjawić nie wolno, bo po zdemaskowaniu rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej obywatel Tusk Donald zobligował obywateli do wzmożonej czujności, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zacznie wykrywać ruskich szpiegów pod każdym krzakiem, tak jak do tej pory wykrywał antysemitników i nienawistników – a nienawistne sądy już czekają, żeby sypnąć im piękne wyroki i w ten sposób wyrównać proporcje między skazanymi a uniewinnionymi.

A przecież na Ośrodku świat się nie kończy, więc obywatele wezwani do wzmożonej czujności, też będą chcieli się wykazać. Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo przecież chodzi o wzbogacenie rewolucyjnej teorii, która dopiero później zostanie przełożona na rewolucyjną praktykę. Otóż przy okazji tej katastrofy wyjaśniło się, że jej przyczyną była “dywersja klimatyczna”. Najwyraźniej służby, mimo intensywnych – w co nie wątpię – poszukiwań, nie natrafiły w okolicach torowiska ani na paszporty “obywateli Ukrainy” w służbie Putina, ani na inne ślady prowadzące po nitce do kłębka, więc nie było innej rady, jak wzbogacić rewolucyjną teorię o nowy rodzaj dywersji – dywersję klimatyczną.

Nie da się ukryć, że ten wynalazek rzuca nowe światło na świętą sprawę walki ze złowrogim klimatem, który najwyraźniej poczuł się przez ludzkość przyparty do muru i zaczął walczyć z ludzkością.

Stanisław Michalkiewicz

KINGS: Zatruta żywność oznacza chore społeczeństwa

KINGS: Zatruta żywność oznacza chore społeczeństwa

kings-zatruta-zywnosc-oznacza-chore-spoleczenstwa

Liczba chorób cywilizacyjnych, zwłaszcza metabolicznych, nowotworowych gwałtownie rośnie. Mamy naprawdę chore społeczeństwa, i to nie tylko w Polsce. Na całym świecie obserwuje się ten efekt toksycznej żywności. Bezpieczeństwo żywnościowe jest silnie związane z bezpieczeństwem zdrowotnym – mówiła w trakcie Kongresu Inicjatyw Naukowych, Gospodarczych i Samorządowych (KINGS) doktor inżynier Jolanta Domańska z Katedry Chemii Rolnej i Środowiskowej lubelskiego Uniwersytetu Przyrodniczego.

Panelistka zwróciła uwagę, że bezpieczeństwo surowców i produktów roślinnych zaczyna się na etapie produkcji rolnej, czyli na żyznych, bezpiecznych, niezanieczyszczonych glebach. Chemizacja za pomocą nawozów naturalnych i sztucznych z jednej strony podnosi plony, zaś z drugiej – jej nadmiar powoduje złe skutki. Zbyt dużo dodatków azotowych przyczynia się do powstawania w roślinach niezwiązanych w białko związków azotu, szkodliwych dla ludzi i zwierząt.

Nadmiernie stosowane nawozy mogą się też przyczyniać do rozprzestrzeniania biogenów w ekosystemach, zagrażając zbiornikom i ciekom wodnym. Z kolei pestycydy, oprócz oddziaływania na patogeny, w niezamierzony przez rolnika sposób niszczą mikroorganizmy znajdujące się w glebie. To zaś wpływa na utratę żyzności ziemi, ze względu na pogarszającą się jakość materii organicznej.

Pod wpływem nawozów zmienia się też odczyn gleby. Niektóre nawozy azotowe zakwaszają ją, co wpływa na łatwą absorpcję toksyn, w tym metali ciężkich. Zanieczyszczenia później akumulują się w organizmach ludzi i zwierząt. Człowiek, będąc na szczycie piramidy pokarmowej może gromadzić ich najwięcej.

Widzimy w tej chwili, że liczba chorób cywilizacyjnych, zwłaszcza metabolicznych, nowotworowych gwałtownie rośnie. Mamy naprawdę chore społeczeństwa, i to nie tylko w Polsce. Na całym świecie obserwuje się ten efekt toksycznej żywności. Bezpieczeństwo żywnościowe jest silnie związane z bezpieczeństwem zdrowotnym – podkreśliła dr Domańska.

Wielkotowarowe, przemysłowe gospodarstwa, które zdominowały światową produkcję artykułów spożywczych, stosują na ogromną skalę chemię i pestycydy. Nawet autorzy raportów międzynarodowych – chociaż z zasady sprzyjają branży Big Food – przyznają, że tego rodzaju produkty przyczyniają się do zjawiska tak zwanego ukrytego głodu (hidden hunger bądź silent hunger). Cierpią na niego, według oficjalnych szacunków globalistów, nawet 2 miliardy ludzi.

Chodzi o stan wywołany konsumowaniem produktów wprawdzie określanych jako spożywcze, jednak ubogich w prozdrowotne składniki mineralne, przeciwutleniacze. Brakuje w nich żelaza, cynku, jodu, witamin A czy B12.

To jest żywność genetycznie zmodyfikowana, do wytwarzania której stosuje się agresywną chemię, pestycydy, Roundup. Ta żywność na pewno nie będzie prozdrowotna – zapewniała dr Domańska.

O walorach naszego jedzenia decydują: produkcja, gleba – w tym jej żyzność – oraz dystrybucja. Trwałość produktów sprowadzanych na przykład z innych kontynentów bądź trzymanych przez szereg dni na sklepowych półkach czy w magazynach, zależy od uprzedniego nafaszerowania ich chemią. Jednak to, co sprzyja sprzedawcom dbającym głównie o własne zyski, nie musi być i w tym przypadku nie jest korzystne dla konsumentów.

W ocenie dr Domańskiej, gremia naukowe i międzynarodowe nie proponują niczego sensownego w kwestii zaradzenia „ukrytemu głodowi”. Zalecają jedynie suplementowanie, czyli chemiczną odpowiedź na nadmiar chemii i niedobór odżywczych składników, które powinny być naturalnie obecne w naszej codziennej diecie, tak jak miało to miejsce jeszcze kilka dekad temu.

Bardzo ważne jest, żeby nasze polskie gospodarstwa były zróżnicowane, również pod względem obszarowym. Te najmniejsze dają szansę na największą bioróżnorodność. Najmniejsze, średnie mogą współistnieć również z gospodarstwami wielkotowarowymi. To wcale się nie wyklucza. Jednak tutaj potrzebne są rozwiązania zmierzające do tego, by te najmniejsze również mogły produkować. Ta kwestia powinna być rozwiązywana na poziomach różnych politycznych i innych – mówiła panelistka.

„Czysta” energia też niszczy ziemie uprawne

Dr Domańska, która naukowo zajmuje się między innymi tematem zanieczyszczania ekosystemów, poświęciła kilka chwil kwestii coraz powszechniej instalowanych w naszym kraju wiatraków i paneli fotowoltaicznych. Ich wpływ na środowisko następuje na różnych etapach i nie dotyczy tylko niszczenia krajobrazu.

Ponieważ tego typu instalacje wznoszone są w określonej odległości od zabudowań, już na wstępie inwestycji powstają osobne drogi dojazdowe. Wymaga to fragmentacji terenu, co już narusza ekosystemy.

Do budowy potrzebna jest ogromna ilość betonu. Przy eksploatacji zużywany jest olej do silników i skrzydeł. Niejednokrotnie następuje więc zanieczyszczenie gleby substancjami ropopochodnymi. Dochodzi tez do pożarów i uwalniania toksycznych substancji. Śmigła zbudowane są z bardzo trwałych tworzyw polimerowych, dodatkowo wzmacnianych szkłem, różnego rodzaju włóknami, bazaltem. Te elementy praktycznie nie podlegają degradacji. Są po kilkunastu latach eksploatowania zakopywane w ziemi.

Natomiast do wytwarzania paneli fotowoltaicznych używa się pierwiastków śladowych, występujących w bardzo małych ilościach. Ich wydobycie wymaga wykonania wielu przekopów, a przygotowanie do użycia – procesów chemicznych, których odpady również naruszają środowisko. – Nie można mówić, że jest to tylko czysta energia – podsumowała dr Domańska.

Not. RoM

USA – wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła

USA – wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła

Autor: It’s Time To Accept That Civil War 2.0 Has Already Started, Brandon Smith, February 2, 2026

podał: AlterCabrio , 4 lutego 2026

Wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła, w formie dobrze finansowanego, skrajnie lewicowego powstania, podobnego do tego, które miało miejsce w Rosji w 1917 roku. Brak reakcji konserwatystów był raczej mało imponujący i jestem tu, aby ostrzec: zbliżamy się do punktu, z którego nie ma powrotu.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Czas zaakceptować, że wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła

W lipcu 1917 roku, gdy w Europie szalała I wojna światowa, rosyjski Piotrogród zmagał się ze szczególnym niepokojem w postaci zakrojonej na szeroką skalę rebelii bolszewickiej. Do miasta wkroczyło z całego kraju nawet 500 000 protestujących, agitatorów i prowokatorów, wielu z nich uzbrojonych. Opanowali oni duże połacie metropolii, porwali prywatne pojazdy i skonfiskowali prywatne budynki.

Niektórzy radzieccy przywódcy, w tym Włodzimierz Lenin, nazwali to wydarzenie „przedwczesnym” i nie poparli go publicznie, co mogło być celową próbą uniknięcia bezpośredniej reakcji. Oficjalne historyczne wyjaśnienie jest takie, że powstanie nabrało własnego życia, ale scena była już przygotowana, a komunistyczni agitatorzy osiągnęli dokładnie to, czego chcieli, czego wymagała ich strategia:

Ofiara z ludzi.

Starcia z władzami doprowadziły do ​​śmierci setek protestujących i kilku ofiar wśród policjantów. Władze rosyjskie wysłały siły zbrojne do regionu, aby aresztować bolszewickich przywódców, a ruch musiał się wycofać. Ostatecznie jednak główny cel powstańców został osiągnięty. Niezależnie od tego, czy działania były spontaniczne, czy zaplanowane, celem metodologii komunistycznej jest zawsze wywołanie przemocy ze strony rządu, która następnie może zostać wykorzystana do wywołania społecznego współczucia i wzmocnienia rewolucji.

Większość „normalsów” nie musi przyłączać się do rewolucji, wystarczy ich przekonać, by trzymali się z daleka. I właśnie to w dużej mierze wydarzyło się kilka miesięcy później, w październiku 1917 roku, kiedy rozpoczął się czerwony terror. Nastąpiło pięć lat wojny domowej.

Komuniści, którzy od dawna twierdzili, że są niewinnymi ofiarami carskiego „imperializmu”, rozpoczęli serię morderstw, gdy tylko umocnili swoją władzę polityczną. Ich ideologiczni przeciwnicy byli systematycznie łapani i eliminowani. Nie ma dokładnych danych na temat liczby zabójstw, ponieważ zniszczono dokumentację, ale szacunki wskazują, że rewolucjoniści i tajna policja aresztowali i rozstrzelali około miliona dysydentów politycznych w pierwszych latach rządów komunistycznych.

To ludobójstwo blednie jednak w porównaniu z 10 milionami ofiar rosyjskiej wojny domowej. Nie wspominając o uwięzieniu i masowym mordowaniu milionów chrześcijan przez reżim ateistyczny w ciągu następnych kilkudziesięciu lat.

Historia rzadko się „powtarza”, ale nasza współczesna dynamika polityczna brzmi dość znajomo. Wiele taktyk stosowanych przez lewicowców w Rosji na początku XX wieku jest dziś stosowanych w USA. W rzeczywistości twierdzę, że są one niemal identyczne i że rewolucja w stylu bolszewickim ma miejsce właśnie teraz.

Co ciekawe, bolszewicy stanowili niewielką mniejszość w rosyjskim społeczeństwie. W szczytowym okresie, w 1917 roku, liczyli zaledwie 400 000 „oficjalnych” członków.

[MD: Sprawdziłem:

Luty/marzec 1917 → ~24 000

Kwiecień 1917 → ~80 000

Czerwiec/lipiec 1917 → ~150 000–200 000

Koniec lipca 1917 (VI Zjazd) → ~240 000

Październik 1917 → ~350 000 (niekiedy podaje się nawet 400–450 tys.)
===================================================================

Politycznie popierało ich około 23% społeczeństwa [to chyba też propagandowo przesadzone md] , ale to wciąż niewielki ruch w porównaniu ze 150 milionami rosyjskich obywateli, którzy z trudem prowadzili codzienne życie.

Gdyby rosyjscy konserwatyści (nacjonaliści, chrześcijanie i obrońcy praw własności prywatnej) zbuntowali się i podjęli masowe działania, by powstrzymać bolszewików na początku 1917 roku, ich społeczeństwo mogłoby uniknąć masowych mordów, które spadły na nie od 1918 roku. Być może nie popierali ówczesnych rządów, ale komunistyczna alternatywa była o wiele gorsza.

Zamiast tego konserwatyści czekali, aż agenci Czeka staną u ich progu, a wtedy było już za późno na skuteczną walkę. Jak przygnębiająco zauważył Aleksandr Sołżenicyn w swojej książce „Archipelag Gułag”, większość Rosjan sprzeciwiła się sowieckiej władzy, ale nie miała odwagi chwycić za broń, gdy było to najbardziej potrzebne. W ten sposób będący w mniejszości bojowi komuniści byli w stanie zdominować naród liczący setki milionów. Jak ostrzegał Sołżenicyn:

„Nie kochaliśmy wystarczająco wolności. A co gorsza – nie zdawaliśmy sobie sprawy z prawdziwej sytuacji… Zasłużyliśmy absolutnie na wszystko, co wydarzyło się później”.

Komuniści oczywiście nie osiągnęli takiego sukcesu sami. Jak opisał to uczony Antony Sutton, przedstawiając obszerne dowody w swojej książce „Wall Street And The Bolshevik Revolution”, cieszyli się wsparciem finansowym i logistycznym różnych globalnych elit (od Rockefellerów, przez Morganów, po Harrimanów) w trakcie rewolucji i po dojściu do władzy.

Cel? Stworzenie modelu ateistycznego i relatywistycznego państwa autorytarnego. Systemu, który globaliści zamierzają kiedyś wykorzystać do przejęcia władzy nad całym światem. Ich plan w dużej mierze opiera się na braku działania ze strony patriotów. To może być słabość, ale lewacy mają powody, by ostatnio czuć się ośmieleni.

Wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła, w formie dobrze finansowanego, skrajnie lewicowego powstania, podobnego do tego, które miało miejsce w Rosji w 1917 roku. Brak reakcji konserwatystów był raczej mało imponujący i jestem tu, aby ostrzec: zbliżamy się do punktu, z którego nie ma powrotu.

Aktywiści są finansowani przez gigantyczną grę pozorów organizacji pozarządowych, ukrytych za innymi organizacjami pozarządowymi. Koordynują swoje działania za pośrednictwem ukrytych serwerów Discord. Otrzymują rozkazy i wymieniają się informacjami w terenie za pośrednictwem szyfrowanych czatów Signal. Są szkoleni w agitacji i destabilizacji poprzez anonimowe spotkania online prowadzone przez tajnych koordynatorów aktywistów. Dopuścili się brutalnych ataków na agentów ICE setki, jeśli nie tysiące razy, i niewielu z nich kiedykolwiek zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To nie jest zachowanie oddolnego ruchu protestacyjnego, to zachowanie armii tajnych agentów ze specjalnymi zabezpieczeniami.

Ważne jest, aby zrozumieć, że „protesty” są w rzeczywistości ściśle skoordynowaną kampanią partyzancką – nie są to szczerzy obywatele korzystający ze swoich praw obywatelskich. Na razie ich deklarowaną motywacją jest powstrzymanie deportacji nielegalnych imigrantów, ale to tylko pretekst do ich powstania. Gdyby ICE zaprzestało działań jutro, opłacani aktywiści po prostu wymyśliliby kolejny pretekst do rozbicia kraju. Ułagodzenie ich niczego nie da.

To wrodzy bojownicy, którzy próbują zapewnić sobie dominację i zwiększyć swoją liczebność poprzez zwracanie na siebie uwagi. Ich celem jest zniszczenie świata zachodniego. Nie można na to pozwolić.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby zamknięcie wrogich organizacji pozarządowych przez rząd, jednak instytucje te są chronione przez osobowość prawną i mają takie same prawa konstytucyjne jak poszczególni obywatele. Proces dochodzenia i ścigania ich zajmuje czas – czas, którego nie mamy.

Nawet gdyby Trump wykorzystał ustawę Insurrection Act [1807r., ustawa federalna, która pozwala głowie państwa na użycie wojska i federalizację Gwardii Narodowej na terytorium kraju -AC] i wysłał wojsko, nie ma wystarczającej liczby żołnierzy, aby zamknąć więcej niż kilka amerykańskich miast. Ci, którzy liczą na to, że stan wojenny rozwiąże problem, oszukują samych siebie. W konsekwencji lewicowcy mogą zyskać większe poparcie: stan wojenny byłby dla reszty świata dowodem na to, że administracja jest rzeczywiście „faszystowska”.

Przebieg wojny nie będzie zależał od interwencji rządu, więc nie wstrzymujcie oddechu w oczekiwaniu na skuteczne egzekwowanie prawa. Prawda jest taka, że ​​większość aresztowań aktywistów i tak kończy się ich powrotem na ulicę. Ich aparat wsparcia musi zostać trwale usunięty, albo ONI SAMI muszą zostać trwale usunięci z tego równania.

O wszystkim zadecydują zwykli konserwatyści. Jeśli zorganizują się licznie, jeśli stworzą mechanizm finansowania umożliwiający szybkie przemieszczanie ludzi i zaopatrzenia po kraju, i jeśli opracują odpowiednie wytyczne dotyczące przywództwa i szkolenia, to istnieje szansa na pokój, po prostu prezentując potężny środek odstraszający. Jeśli nie, przynajmniej będą dostępne środki do stłumienia rebelii.

Jeśli konserwatyści zostaną w domu i odmówią ochrony jakiegokolwiek skrawka terytorium za swoją bramą, stracą wszystko. To nieuniknione. Strona, która chce wygrać, zawsze będzie miała przewagę nad stroną, która „chce po prostu by zostawiono ich w spokoju”.

Protesty będą się rozprzestrzeniać na inne miasta, podobnie jak ostatnio w Minneapolis. Organizacje pozarządowe będą próbowały sprowokować kolejne przypadki śmierci aktywistów z rąk agentów federalnych. Im bardziej społeczeństwo nie będzie kontrolowało aktywistów, tym bardziej będą się ośmielać i tym bardziej będą się oni liczyć w przekonaniu, że stanowią większość.

Jeśli protesty utkną w martwym punkcie, ale organizacje nie zostaną zmiażdżone, aktywiści powrócą do zamachów i ataków terrorystycznych w stylu Weather Underground, dopóki nie zdemoralizują społeczeństwa i nie odzyskają sił. Wniosek? Jeśli lewica polityczna naprawdę nie zacznie się BAĆ konsekwencji, to nie zaprzestanie, dopóki nie przeprowadzi własnej czystki „Czerwonego Terroru”.

Efektem końcowym nie będzie „bałkanizacja”. Pomysł ten mógł się sprawdzić podczas pandemii, ale na tym etapie jest już za późno na ‘rozwód’ w całym kraju. Lewicowcy nigdy nie pozwolą konserwatystom żyć w pokoju w stanach republikańskich. Pozwolenie, by miasta Demokratów rządziły całymi stanami, w których przeważają hrabstwa republikańskie, jedynie legitymizowałoby postępowych ekstremistów i zaszkodziłoby sprawie konserwatystów. Ta walka toczy się o cały kraj, a nie o jego fragmenty.

Nie będzie to też wojna „frakcji”. To bzdura w stylu teorii SHTF preppersów. Granice nie mogłyby być bardziej wyraźne. „Fałszywy paradygmat lewicy/prawicy” to martwy relikt ery Rona Paula. Już nie istnieje, przynajmniej nie w odniesieniu do podstawy piramidy. Zdecydowana większość postępowców i Demokratów popiera ekstremizm „przebudzonych” [woke]. Popierają czystkę. Są lojalnymi żołnierzami globalizmu. Jedność z nimi oznacza zniewolenie.

Lewicowcy, globaliści i ich sojusznicy nie będą rozróżniać między MAGA, libertarianami a centrystami. Ostatecznie potraktują każdego jako wroga zasługującego na eliminację. Nie będą też dzielić i walczyć w zwarciu, jak przewidują niektórzy konserwatyści, przynajmniej dopóki najpierw nas się nie pozbędą.

Ostatecznie los Stanów Zjednoczonych i cywilizacji zachodniej spoczywa na kruchych barkach ruchu konserwatywnego, który ma środki do walki, ale niekoniecznie wolę. Wiecznie czekają na idealny scenariusz rodem z Hollywood, w którym będą mogli bronić się z czystym sumieniem w uczciwej walce, będąc ewidentnym i niezaprzeczalnym tym „dobrym facetem”. Wiecznie czekają na idealny moment, by się zbuntować – moment, który nigdy nie nadejdzie.

Patrioci również planowali i trenowali przez dekady pod pretekstem, że konserwatyści będą powstańcami, a nie kontrrewoltą. Kontrrewolta jest o wiele trudniejsza i wymaga znacznie większych zasobów. Ale wiecie co? Nie zawsze wybieracie wojny, w których walczycie. Czasami wojna wybiera was i musicie się dostosować.

Z pewnością są osoby, które zrobią, co w ich mocy. Ja będę wśród nich, podobnie jak wielu moich znajomych. Ale wielkim pytaniem, wielką niewiadomą, nieprzewidywalnym czynnikiem jest to, czy przeciętni Amerykanie masowo wyjdą z domów i dadzą jasny sygnał, że nie będą dłużej tolerować chaosu.

_________________

It’s Time To Accept That Civil War 2.0 Has Already Started, Brandon Smith, February 2, 2026

Więcej: Brandon Smith

Bezpieczeństwo jako kłamstwo, czyli podstawy kontroli cyfrowej

Bezpieczeństwo jako kłamstwo, czyli podstawy kontroli cyfrowej

Autorstwo: Phil Broq
Polskie opracowanie: Jarek Ruszkiewicz

podał: AlterCabrio, 4 lutego 2026

Tożsamość cyfrowa, daleka od prostego narzędzia ochrony, jest niczym innym jak koniem trojańskim, skrywanym w najszlachetniejszych intencjach, ale zaprojektowanym w celu przekształcenia Internetu w rozległy system masowego nadzoru. Weryfikacja wieku, biometria, „zaufani” prywatni pośrednicy… Wszystkie te mechanizmy nie mają na celu ochrony dziecka, lecz śledzenie, monitorowanie i rejestrowanie. Za pomocą tego sztucznego zabezpieczenia, celem jest tak naprawdę wolność słowa, możliwość krytyki i nieszablonowego myślenia. Cel jest jasny: poddać kontroli każde słowo, każdy komentarz, każdą opinię. Państwo bowiem nie boi się seksualizacji w Internecie ani nawet przemocy. Przede wszystkim boi się sprzeciwu, krytyki i swobodnej wymiany myśli. Jeśli dziecko może zmienić płeć bez zgody rodziców, ale musi okazać dokument tożsamości, aby opublikować wiadomość w Internecie, hipokryzja staje się rażąca. Kontrola tożsamości cyfrowej wcale nie chroni, ponieważ jest bronią mającą na celu ograniczenie wolności słowa.

Bezpieczeństwo jako kłamstwo, czyli podstawy kontroli cyfrowej

Tożsamość cyfrowa nie jest środkiem ochronnym. Jest środkiem kontroli. Przedstawiana jako prosta weryfikacja wieku, w rzeczywistości stanowi historyczne zerwanie, w którym po raz pierwszy w historii dostęp do cyfrowego dyskursu publicznego jest uzależniony od potwierdzonej, trwałej i możliwej do śledzenia tożsamości. To nie szczegół techniczny. To zmiana reżimu! Państwo rości sobie prawo do kształtowania sumień od najmłodszych lat, ale żąda dokumentów, by krytykować swoje wybory.

Argument o ochronie dzieci służy tu jako tarcza moralna. Pozwala na przyspieszenie transformacji, której nikt otwarcie nie zaakceptowałby, wraz ze stopniowym odchodzeniem od anonimowości jako normalnego warunku wolności słowa. Kto odważyłby się temu sprzeciwić, skoro mowa o dzieciach? To właśnie ten emocjonalny szantaż sprawia, że ​​manewr ten jest skuteczny – i głęboko nieuczciwy. Tożsamość cyfrowa ma bowiem na celu przywrócenie kontroli tam, gdzie władza ją utraciła. Nie po to, by lepiej rządzić, ale by ograniczyć przestrzeń do wypowiedzi. Chroniona jest nie prawda, lecz oficjalna wersja wydarzeń.

Rząd panikuje

Przeżywamy przełomowy moment, w którym władza przestaje rządzić za zgodą, a zaczyna rządzić za pomocą ukrytego przymusu. Ten moment nigdy nie jest proklamowany, lecz skrywa się za technokratycznym żargonem, ozdabia się wygodnymi cnotami moralnymi, wywołuje sztuczne stany wyjątkowe, by narzucać to, co nieakceptowalne, a przede wszystkim bez debaty. Tożsamość cyfrowa wyłania się właśnie w tym momencie. Nie jest to ani modernizacja administracyjna, ani neutralna innowacja, lecz brutalny akt polityczny, oznaka władzy, która nie może dłużej tolerować wolności słowa, ponieważ ta wolność ją demaskuje, ujawnia jej kłamstwa i demaskuje jej nadużycia. Współczesna władza nie boi się przemocy, nienawiści, ani nawet błędu… boi się inteligencji zbiorowej. Boi się łączenia faktów, pamięci cyfrowej, zdolności obywateli do porównywania narracji, demaskowania oficjalnych sprawozdań, udowadniania niespójności. Internet nie jest już przestrzenią rozrywki; stał się niekontrolowaną areną polityczną. I właśnie dlatego musi zostać zdyscyplinowany, oswojony i zneutralizowany.

Argument o ochronie jako zasłonie dymnej

Ciągle nam się powtarza, że ​​to wszystko „służy ochronie”. Aby chronić dzieci, chronić społeczeństwo, chronić zdrowie, chronić demokrację… Ale za tym nic nieznaczącym słowem, za tą pseudo cnotą kryje się kłamstwo równie okrutne, co systematyczne. Bo „chronić” to w rzeczywistości nic więcej niż semantyczna zasłona dymna, fasada skrywająca nieustanną ekspansję tyrańskiej kontroli technokracji, która stała się niekontrolowana. Słowo to nie oznacza już konkretnych działań w obliczu zagrożenia, lecz przewrotne uzasadnienie masowej inwigilacji w sytuacjach, gdy państwo nie wywiązuje się ze swoich podstawowych obowiązków.

Spójrzmy na fakty, a nie na retorykę. Emmanuel Macron zapowiada zakaz korzystania z mediów społecznościowych dla osób poniżej 15. roku życia, jednocześnie pozwalając tym samym młodym ludziom na swobodną zmianę płci bez zgody rodziców i kosztem ubezpieczeń społecznych. To są priorytety rządu, który deklaruje ochronę, ale w rzeczywistości pozwala na rozpad rodzin i cierpienie dzieci w niedofinansowanych i nadużywających instytucjach. Kiedy państwo twierdzi, że chroni, odbierając dzieci rodzinom w imię ich bezpieczeństwa, żałośnie zawodzi w zagwarantowaniu tego właśnie bezpieczeństwa. Przemoc, nadużycia, prostytucja, zaginięcia… Wszystko jest udokumentowane, wszystko jest znane, wszystko jest zgłaszane, ale zasoby, by je chronić, nie istnieją. Tam, gdzie ochrona wymagałaby politycznej odwagi i zasobów ludzkich, państwo odwraca wzrok i ucieka się do szarady bezpieczeństwa całkowicie oderwanej od rzeczywistości.

Edukacja seksualna jest narzędziem manipulacji

Od masturbacji w wieku 4 lat, przez fellatio [ sprawdziłem : to podobno „robić loda” md] w wieku 6 lat, po sodomię w wieku 9 lat – wszystko jest na miejscu, aby przygotować młodych ludzi do świata, w którym seksualność nie będzie już sprawą intymną, lecz normą narzucaną przez alienującą machinę edukacyjną. Państwo nie dąży do edukacji, lecz do warunkowania. Przygotowuje młodych ludzi do akceptacji, normalizacji, podporządkowania, jednocześnie przedstawiając cyfrową anonimowość jako zagrożenie, które należy wykorzenić. Nie chodzi tu o edukację, ale o podstępną manipulację całego pokolenia.

Wbrew oficjalnym oświadczeniom, w tym systemie nie ma prawdziwej ochrony dla dzieci; jedynie jej pozory. Nigdy wcześniej dzieci nie były tak narażone, tak bezbronne, tak poddawane siłom pozostającym poza ich kontrolą. Struktury mające je chronić są sparaliżowane, kontrole zawodzą, raporty są ignorowane, a odpowiedzialność rozmywa się w tchórzliwej biurokracji. Państwo jest słabe wobec potężnych – upadających instytucji, sieci przestępczych, drapieżników, interesów ekonomicznych – ale bezwzględne wobec bezbronnych, których monitoruje, kategoryzuje i przymusza pod pozorem ochrony. Zamiast chronić rzeczywiste środowiska – rodziny w potrzebie, domy zastępcze, szkoły – przenosi przemoc do sfery cyfrowej, gdzie dziecko staje się danymi, profilem, celem statystycznym. Państwo twierdzi, że chroni dzieci, śledząc ich tożsamość, podczas gdy w rzeczywistości jeszcze bardziej je naraża, centralizując ich informacje, czyniąc je podatnymi na eksploatację, hakowanie i łatwe do nadużycia. Takie zarządzanie nie chroni dzieci; czyni je bardziej bezbronnymi. Nie zwalcza prawdziwych zagrożeń; Omija je, aby lepiej je kontrolować. A pod pretekstem bezpieczeństwa buduje świat, w którym dzieci nie są ani bronione, ani wysłuchiwane, lecz jedynie administrowane.

Tożsamość cyfrowa to koń trojański

Tożsamość cyfrowa, daleka od prostego narzędzia ochrony, jest niczym innym jak koniem trojańskim, skrywanym w najszlachetniejszych intencjach, ale zaprojektowanym w celu przekształcenia Internetu w rozległy system masowego nadzoru. Weryfikacja wieku, biometria, „zaufani” prywatni pośrednicy… Wszystkie te mechanizmy nie mają na celu ochrony dziecka, lecz śledzenie, monitorowanie i rejestrowanie. Za pomocą tego sztucznego zabezpieczenia, celem jest tak naprawdę wolność słowa, możliwość krytyki i nieszablonowego myślenia. Cel jest jasny: poddać kontroli każde słowo, każdy komentarz, każdą opinię. Państwo bowiem nie boi się seksualizacji w Internecie ani nawet przemocy. Przede wszystkim boi się sprzeciwu, krytyki i swobodnej wymiany myśli. Jeśli dziecko może zmienić płeć bez zgody rodziców, ale musi okazać dokument tożsamości, aby opublikować wiadomość w Internecie, hipokryzja staje się rażąca. Kontrola tożsamości cyfrowej wcale nie chroni, ponieważ jest bronią mającą na celu ograniczenie wolności słowa.

Państwo bezsilne i tyrańskie

Wczoraj skanowaliśmy kod QR, żeby wejść do kawiarni. Dziś chodzi o to, żeby opublikować post w mediach społecznościowych. Jutro będzie to po to, żeby zaistnieć społecznie. To, co miało być tymczasowe, stało się strukturalne. To, co miało być celem ataków, stało się uniwersalne. To, co miało być problemem zdrowotnym, stało się polityczne. Przemoc domowa, nadużycia w instytucjach opieki nad dziećmi i wszelkiego rodzaju wykroczenia pozostają niewidoczne, i w dużej mierze bezkarne. Ale gdy tylko odważysz się podnieść głos sprzeciwu, gdy tylko komentarz został uznany za niepokojący, państwo rozpościera cyfrowe armie, aby cenzurować, śledzić i karać. Sprzeczność jest rażąca! Państwo jest bezsilne tam, gdzie powinno zapewnić bezpieczeństwo, ale staje się tyranem tam, gdzie może monitorować. Anonimowość nie jest zagrożeniem; jest istotą sprzeciwu. Ale właśnie tego państwo nie może tolerować.

Bruksela i cenzura pod płaszczykiem demokracji

Tyrańska technokracja w Brukseli, spanikowana w obliczu narastających protestów społecznych, wdraża coraz bardziej rygorystyczne mechanizmy kontroli. Tożsamość cyfrowa to nie tylko narzędzie; to broń! Broń służąca do kneblowania mowy, zamykania myśli w klatkach, zniewalania wolności pod płaszczykiem demokracji.

Tożsamość cyfrowa nie jest zatem odpowiedzią na konkretne zagrożenie, lecz raczej infrastrukturą, fundamentem, bazą zaprojektowaną tak, by z czasem można ją było rozbudowywać, przekierowywać i poddawać recyklingowi. Wczoraj uzasadniano ją pretekstem zdrowia publicznego. Dziś kryje się za moralnością publiczną. Jutro może przekształcić się w polityczne narzędzie całkowitej kontroli. Legalna, prawdziwie demokratyczna władza nie musi wiedzieć, kto mówi, ani tropić tożsamości kryjącej się za każdym słowem. Nie boi się anonimowości. Władza demokratyczna szanuje nieporządek, nieprzewidywalność wolności słowa, ponieważ wie, że siła prawdziwej debaty tkwi w niepewności. Ale kiedy państwo woli śledzić zamiast przekonywać, identyfikować zamiast reagować, warunkować zamiast debatować, przestaje chronić demokrację. Chroni własne wpływy!

Niewidzialne więzienie

Tożsamość cyfrowa nie gwarantuje bezpieczeństwa; jest niewidzialnym więzieniem. Gdy tylko każde słowo zostanie namierzone i powiązane z daną osobą, obywatele cenzurują się. Przewidują karę, ograniczają swoje wypowiedzi i porzucają złożoność myśli, by dostosować się do normy. Najgroźniejszą formą kontroli nie jest ta, która uderza, ale ta, która kształtuje umysły. Przekształca debatę w wąski korytarz, sprzeciw w niewidzialne przestępstwo, a pamięć zbiorową w monitorowaną bazę danych. Państwo nie jest już podmiotem ochrony ani perswazji. Stało się strażnikiem. Strażnikiem umysłu, zanim jeszcze stanie się strażnikiem ciał.

Koniec wolności

To nie koniec przemocy ani nienawiści; to koniec wolności słowa, ujawniania prawdy. To nie koniec zagrożeń w Internecie; to koniec demokratycznej nieprzewidywalności. Dzieci są narażone, instytucjonalna ochrona nie istnieje, ale machina kontroli mowy pracuje pełną parą. Każdy obywatel jest podejrzany. Każde słowo staje się kompromitujące. Każda myśl musi zostać zalegalizowana. Pytanie nie brzmi: „Czy masz coś do ukrycia?”. Pytanie brzmi: „Jak daleko pozwolisz, zanim będziesz musiał poprosić o pozwolenie na głośne myślenie?”.

Tam, gdzie dane papierowe narzucały materialne przeszkody, opóźnienia i ograniczenia fizyczne, które utrudniały masowe gromadzenie danych i czyniły je kosztownymi, dane cyfrowe są teraz dostępne na cztery wiatry. Scentralizowane, połączone i przechowywane zdalnie, stają się natychmiast dostępne dla każdego, kto wie, jak sforsować cyfrowe drzwi – hakerów, cyberprzestępczych mafii, obcych mocarstw czy złośliwych instytucji. To, co kiedyś wymagało czasu, zasobów i ryzyka, jest teraz realizowane na masową skalę, po cichu, za pomocą kilku linijek kodu. Digitalizacja nie wzmocniła bezpieczeństwa; wyeliminowała tarcia, zniosła bariery i przekształciła każdego obywatela w potencjalny cel. A państwo, niezdolne do ochrony danych, których gromadzenia domaga się coraz więcej, nadal twierdzi, że to ciągłe ujawnienie jest postępem. To nie modernizacja; to zorganizowane ujawnienie.

A zatem NIE!

Tożsamość cyfrowa to nie postęp, lecz początek staczania się w stronę totalitaryzmu. Nie mówimy już o ochronie danych, lecz o jawnej grabieży. Od agencji zatrudnienia po Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, od banku pocztowego po Narodowy Fundusz Zdrowia – żadne z naszych danych osobowych nie są już bezpieczne. A jednak mamy wierzyć, że ta digitalizacja i wszechobecna kontrola tożsamości to rozwiązanie wszystkich naszych problemów, panaceum XXI wieku.

Prawda jest jednak taka, że ​​jest to milczący akt oskarżenia ze strony państwa wobec obywateli. To wypowiedzenie wojny pamięci, krytyce, wolności. Technologia cyfrowa niczego nie chroni; podporządkowuje sobie wszystko. Ujawnia kruchość władzy, która, niezdolna do wypełniania swoich podstawowych funkcji, decyduje się na rządzenie poprzez kontrolę, zanim jeszcze spróbuje przekonać. Bo raz uwięzieni w tym cyfrowym kaftanie bezpieczeństwa, jednostki nie mają już żadnego środka odwoławczego. Ich głosy są śledzone, ich tożsamość sprowadzana do liczb, ich myśli ograniczane do tego, co wolno im mówić. Nie chodzi tu o ochronę, ale o zniewolenie. Nie chodzi o umacnianie wolności, lecz o jej uwięzienie. Ta siła, niezdolna do ochrony, woli rządzić poprzez neutralizowanie umysłu, zanim odważy się zaatakować samą ludzkość.

___________________

Autorstwo: Phil Broq
Polskie opracowanie: Jarek Ruszkiewicz

Ilustracja: BrianAJackson (pl.DepositpPotos.com)
Źródło zagraniczne: Jevousauraisprevenu.blogspot.com

Źródło polskie: WolneMedia.net

Więcej: digital ID

Niedziela: Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

8.02.2026 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

4/02/2026 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

==================================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Jedzmy brokuły. Smaczne i zdrowe. Dr. Malone zachęca.

Well Being: Broccoli, A True Superfood

and why you should eat more of it. A lot more of it.

DR. ROBERT W. MALONE FEB 4

We have all heard the phrase “eat your greens.” Well, it turns out that some greens are healthier than others. Probably at the top of the list as the healthiest produce you can eat is broccoli.

Broccoli’s reputation as a cancer-fighting food isn’t based on vague “antioxidant” claims, but on a few very specific compounds and how the body uses them. The most important one is sulforaphane. Interestingly, broccoli doesn’t store sulforaphane in ready-to-use form. Instead, it contains a natural compound called glucoraphanin, which converts to sulforaphane when broccoli is chopped, chewed, or sprouted. That change happens with the help of a natural enzyme found in raw broccoli, and it’s especially active in young broccoli sprouts.

Once sulforaphane is formed, it works less like a vitamin and more like a signal. It switches on the body’s own cleanup and defense systems, helping cells neutralize and clear out potentially harmful substances before they can damage DNA. Rather than chasing damage after it happens, sulforaphane helps the body stay ahead of the problem, which is why it has attracted so much attention in cancer prevention research.

Sulforaphane also appears to help keep cell growth in check. In studies, it has been shown to slow down the growth of abnormal cells and, in some cases, help trigger the natural process that tells damaged cells to shut themselves down. Notably, it tends to place more stress on unhealthy cells than on normal ones. Researchers have also found that it can influence how genes are turned on and off, helping cells that have gone off course behave more normally again.

Beyond sulforaphane, broccoli contains other helpful plant compounds. Some support healthy hormone balance – like DIM, which is why cruciferous vegetables are often studied in relation to breast and prostate health.

Broccoli also provides vitamins and minerals that support immune function and DNA repair. These nutrients play supporting roles, but together they help explain why broccoli, and especially broccoli sprouts, consistently show up as standout foods in long-term health research.

In short, broccoli’s cancer-fighting reputation is grounded in biochemistry, not myth. It does not “kill cancer” outright, but it supports detoxification, epigenetic regulation, hormonal balance, and cellular self-repair in ways that plausibly reduce cancer risk over time. It is food functioning less like a vitamin pill and more like a biological signal, nudging the body toward resilience rather than reacting after damage is done.

Organic

I know people get tired of hearing that they should buy organic produce. But here’s the thing about growing broccoli: everything, every plant-loving insect loves some broccoli. As a gardener, I have never had a broccoli crop that wasn’t attacked by aphids. No matter what region of the country we lived in. Due to insect pressure, broccoli often receives multiple insecticide applications each season, sometimes weekly during periods of high pest pressure. These can include synthetic pyrethroids, neonicotinoids, spinosad, and diamides.

Broccoli consistently ranks in the middle to upper tier for insecticide residues among vegetables. It is not as residue-heavy as strawberries or leafy greens like spinach, but when tested for residue, it has more insecticide residue than root crops or fruits with thick peels.

In contrast, broccoli sprouts almost never show pesticide, herbicide, or insecticide residues in monitoring data. They are grown indoors, harvested quickly, and avoid the entire insect-control cycle. From both a nutritional and residue-exposure standpoint, sprouts concentrate the benefits while largely skipping the downsides. However, finding broccoli sprouts being sold in a conventional grocery store can be problematic, to say the least.

Cooking

Cooking broccoli doesn’t destroy its healthy compounds so much as it changes how well your body can use them. The key protective compound, sulforaphane, is made from a precursor called glucoraphanin, which is fairly heat-stable. Light steaming preserves most of it, and even roasting or stir-frying doesn’t do much damage. Boiling is the main problem because glucoraphanin can simply leach into the cooking water. What cooking reliably destroys is the enzyme needed to convert glucoraphanin into sulforaphane. So cooked broccoli may still contain the raw materials, but much less of the finished, beneficial compound.

This same issue shows up in supplements. Most broccoli seed extract supplements don’t contain sulforaphane itself, but rather glucoraphanin from broccoli seeds. Some supplements rely on gut bacteria to do the conversion, which works well for some people and poorly for others. 

Higher-quality products often include a natural enzyme source, such as mustard seed, to improve conversion reliability. When a label talks about “sulforaphane potential,” it usually means the precursor, not sulforaphane itself. 

The key thing in mustard seed that boosts bioavailability is myrosinase.

Myrosinase is a natural plant enzyme that acts like a switch. On its own, broccoli (and broccoli supplements) mostly contains a precursorcompound, not the finished, protective one people care about. Myrosinase is what flips that precursor into its active form. Raw mustard seed happens to be one of the richest, most reliable sources of active myrosinase, and unlike broccoli’s enzyme, it survives storage and processing surprisingly well.

So broccoli seed extract or naturally sourced glucoraphanin supplements also need to contain Myrosinase, often derived from mustard seeds.

Above is the particular brand that Robert and I take (this is not a paid product endorsement), but a warning – broccoli seed extract isn’t cheap. The product is third-party tested:

  • 3rd Party Contents Certified: This product has been third-party tested and certified to verify what’s in the package matches what’s on the label

Although glucoraphanin can be made in a lab, it’s too complex and expensive to produce for everyday supplements. Nearly all consumer products use plant-derived extracts instead. In real life, the limiting factor isn’t how much glucoraphanin you consume, but whether it gets converted. Cooked broccoli can still help when paired with foods like mustard or raw cruciferous vegetables, while supplements vary widely in how well they address this conversion step. Raw broccoli sprouts naturally solve this problem by providing both pieces together. 

Grow your own Broccoli Sprouts

Broccoli sprouts get so much attention because of their high concentration of glucoraphanin. Young sprouts can contain tens of times more glucoraphanin than mature broccoli heads, making them an unusually dense dietary source of sulforaphane potential.

Growing broccoli sprouts at home is surprisingly simple, and the payoff is outsized.

Above are some of the types of sprouting jars available on Amazon. 

A note on sprouting jars. For years, we have had a favorite sprouting system that features a tower setup, where water is poured into the top and drains into the other chambers. This allows the young sprouts to get plenty of aeration and prevents overcrowding. A similar stainless steel model is now available (top left photo), and since our decade-old sprouting system is plastic, we have just ordered one. 

How to sprout:

Sprouting broccoli is a great thing to do in the winter, as it is all done indoors and requires no special tools. Start with good organic seeds, which are readily available and modestly priced online. Start by soaking one to two tablespoons of organic broccoli sprouting seeds, which are easily obtained online, in a wide-mouth mason jar, covering them with cool water and letting them sit for six to twelve hours. Overnight works perfectly. 

After soaking, drain the water completely, rinse the seeds with fresh cool water, and drain again. The easiest option at this point is to use a sprouting jar or setup, but if you don’t have one, a wide-mouthd mason jar will do. Just set the jar at a slight angle in a bowl so excess moisture can escape. This balance of moisture and airflow is key; sprouts want hydration, not stagnation.

Over the next three to five days, rinse and drain the seeds two to three times daily, keeping the jar in a dark, cool spot such as a kitchen cabinet. During this short window, the seeds undergo a dramatic transformation. As they sprout, broccoli seeds generate exceptionally high levels of sulforaphane, a sulfur-containing compound linked in the research literature to cellular detoxification, reduced inflammation, improved insulin sensitivity, and activation of the body’s own antioxidant defenses. Gram for gram, young broccoli sprouts can contain many times more sulforaphane than mature broccoli heads, making them one of the most nutrient-dense foods you can grow on a countertop.

Around day four or five, you can move the jar into indirect sunlight for a few hours if you’d like the sprouts to green up and develop chlorophyll. This step isn’t strictly necessary for nutrition, but it does add color and a fresher flavor. The sprouts are ready to harvest once they reach about an inch in length and have tiny green leaves. Give them a final rinse, drain thoroughly, and dry them gently on paper towels before storing. Once harvested, broccoli sprouts keep well in a sealed container in the refrigerator for up to five days. 

Broccoli sprouts are best eaten raw or added to foods after cooking, since heat can reduce their benefits. They can be sprinkled onto eggs, salads, soups, grain bowls, or sandwiches, much like a fresh herb or garnish. Pairing them with a little fat, such as olive oil or eggs, and even a small amount of mustard or mustard seed can help your body make better use of their protective compounds.

Grown this way, they deliver fresh enzymes, bioavailable micronutrients, and potent phytonutrients with almost no effort, no soil, and no special equipment; a rare example of food that is both humble and genuinely powerful.

To nie szczury doprowadziły brytyjską firmę informatyczną do bankructwa – lecz zielony obłęd…

Szczury doprowadziły brytyjską firmę do bankructwa

magnapolonia/szczury-doprowadzily-brytyjska-firme-do-bankructwa/

Historia angielskiej firmy G.Network brzmi jak potencjalny mem z internetu, ale właśnie w tak absurdalny sposób – poprzez masowe uszkodzenia kabli spowodowane przez szczury – jeden z ambitniejszych brytyjskich operatorów światłowodowych został postawiony na skraj upadku. Prawdziwą przyczyną krachu, jest jednak zaufanie pseudoekologii.

==========================================================

Szczury doprowadziły brytyjską firmę do bankructwa. G.Network, operator szerokopasmowego internetu skoncentrowany na aglomeracji londyńskiej, od kilku lat budował własną sieć światłowodową. Firma deklarowała, że jej światłowody i infrastruktura są zaprojektowane zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju – m.in. poprzez wykorzystanie tzw. „biodegradowalnych” osłon kabli, wykonanych na bazie materiałów roślinnych, takich jak soja i kukurydza.

Problem polegał na tym, że te osłony – zamiast chronić sieć przed czynnikami środowiskowymi – stały się… pożywieniem dla miejskich gryzoni. Szczury, które od lat żyją w londyńskich tunelach i kanałach, okazały się wrażliwe na zapach i strukturę biodegradowalnych komponentów. Krótko mówiąc: zaczęły systematycznie obgryzać osłony kabli, doprowadzając do ich masowych uszkodzeń.

Operator już wcześniej borykał się z dużym zadłużeniem – jego bilans wykazywał około 300 mln funtów długu, a liczba aktywnych abonentów oscylowała wokół 25 tysięcy klientów. W realiach jednego z najdroższych rynków europejskich był to model, który nie był w stanie samodzielnie utrzymać kosztownej infrastruktury.

W obliczu narastających problemów i kosztów napraw infrastruktury firma została postawiona w stan administracji, co w brytyjskim prawie odpowiada procedurze zbliżonej do bankructwa. Ostatnią nadzieją dla G.Network miało być przejęcie aktywów przez konkurencyjnego operatora – firmę Community Fibre. Jednak po wstępnej analizie technicznej potencjalny nabywca zrezygnował z transakcji. Głównym powodem było odkrycie, że sieć została poważnie uszkodzona przez szczury, a zatem jej naprawa wymagałaby ogromnych nakładów.

Szef Community Fibre przyznał w rozmowie z „The Telegraph”, że problem ze zjadanymi kablami był poważniejszy, niż początkowo się wydawało, a naprawa całej infrastruktury byłaby zbyt kosztowna i logistycznie skomplikowana. Dodatkowo sieć G.Network była w wielu miejscach prowadzona pod jezdniami zamiast pod chodnikami, co zwiększało koszty i utrudniało dostęp do kabli. Każda naprawa oznaczała konieczność zamykania pasów ruchu, generowania korków i negocjacji z władzami lokalnymi – co tylko potęgowało koszty i czyniło projekt jeszcze mniej atrakcyjnym dla inwestorów.

Upadek G.Network stał się dla wielu branżowych obserwatorów lekcją złożoności projektów infrastrukturalnych: ekologiczne podejście – choć pożądane – musi uwzględniać realne warunki środowiskowe i miejskie. Materiały biodegradowalne, które pod kątem marketingowym wydają się korzystne, w praktyce okazały się podatne na zniszczenia, które ostatecznie przewyższyły korzyści ekologiczne. Przyszłość G.Network pozostaje niepewna, a zadanie naprawy sieci – jeżeli w ogóle możliwe – stoi przed nowymi potencjalnymi nabywcami jako poważne wyzwanie.

NASZ KOMENTARZ: Tak się kończy zaufanie pseudo-ekologii. O tym samym przekonał się już niejeden właściciel „elektryka”, którego pojazd dokonał samozapłonu, stojąc zgaszony w garażu.

Sukces nakrętek: Na Kubie historyczny rekord zimna

Oblicza globalnego ocielenia. Rekord zimna na tropikalnej wyspie

3.02.2026 nczas/oblicza-globalnego-ocielenia-rekord-zimna-na-tropikalnej-wyspie/

NCZAS.INFO | Kuba. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay
| Kuba.

Na Kubie odnotowano we wtorek o świcie 0 st. C, co jest najniższą temperaturą w historii tego karaibskiego kraju – poinformował Kubański Instytut Meteorologiczny. Rekordowe „zimno” stwierdzono w zachodniej prowincji Matanzas, niedaleko stolicy – Hawany.

„Stacja meteorologiczna Indio Hatuey zarejestrowała temperaturę 0 stopni Celsjusza, czyli punktu zamarzania, co zdarzyło się po raz pierwszy na terytorium Kuby i jest rekordem kraju” – poinformowali kubańscy meteorologowie na Facebooku.

Poprzedni rekord najniższej temperatury na Kubie został ustanowiony w 1996 roku w sąsiedniej prowincji Mayabeque i wynosił 0,6 st. C.

We wtorek nad ranem lokalne Centrum Meteorologiczne prowincji Matanzas potwierdziło obecność szronu na uprawach w rejonie Indio Hatuey.

Kuba prowadzi zapisy meteorologiczne od połowy XIX wieku, chociaż najbardziej wiarygodne dane pojawiły się w drugiej połowie XX wieku. Według kubańskich meteorologów nietypowy spadek temperatur na tej tropikalnej wyspie jest spowodowany nadejściem bardzo intensywnego chłodnego frontu znad Ameryki Północnej, który przyniósł masę polarnego powietrza w okolice Karaibów.

Czemu ciągłe przemilczanie Zbrodni w Ponarach??

Dlaczego prezydent Nawrocki nie złożył w niedzielę wieńca w Ponarach?

Autor: Ewaryst Fedorowicz , 31 stycznia 2026

Dlaczego prezydent Nawrocki nie złożył w niedzielę wieńca w Ponarach?

Już odpowiadam: bo mu nie wolno.


Gdyby mu wolno było – to by złożył, wszak nie tylko historykiem jest, który dokładnie wie, że niezłożenie wieńca w Ponarach jest odwróceniem się ….plecami (staram się być uprzejmym) do prawdy, ale i polskim patriotą, który wie, że takie ominięcie szerokim łukiem Ponar, jest w najgorszym, antypolskim stylu.

Ale, jak wspomniałem, skoro mu nie wolno – to nie złożył i nie złoży.
Zresztą, taka to, magdalenkowa, prezydencka tradycja.

Nie złożył Wałęsa, bo wiadomo kto zacz, nie złożył Kwaśniewski – co oczywiste, nie złożył Kaczyński – bo brat też by nie złożył,
Złożył Duda – i za to należy mu się uznanie.
Że zapomniałem o Komorowskim ?
Ja stary jestem, ale pamięć mam wciąż dobrą: otóż Komorowski ponoć złożył, bo tam jego stryj spoczywa, ale złożył jako marszałek sejmu.
Ot – zaskoczenie, czyż nie?

***
Co to takiego te Ponary?
Jak by tu odpowiedzieć krótko i zrozumiale zarazem?

To taka wileńska Piaśnica.
Co, nie wiecie co to Piaśnica?
No tak.
To inaczej: to takie wileńskie Palmiry.
Znów za trudne?

A jak powiem, że to taki wileński Katyń?
Ufff… tu chyba ktoś (jeszcze) jarzy.
Tak, to taki wileński Katyń.

Tylko, że w tym wileńskim Katyniu, nie ma imponującego cmentarza, a skromny pomnik ufundowany przez wileńskich Polaków jeszcze w 1990  roku, zaś rząd RP, przez ponad 30 lat  wysilił się na płyty, z wyrytymi nazwiskami ułamka polskich ofiar, rozstrzelanych nad tymi dołami śmierci, po bestialskich śledztwach.


Nie ma też napisu, kto te tysiące Polaków wymordował.

No i tu ja zaczynam rozumieć wszystkich post-magdalenkowych prezydentów, że im tych wieńców składać w Ponarach – nie wolno.

Otóż, mordercami tysięcy wileńskich Polaków, byli Litwini.

Z ludobójczej formacji Ypatingas Burys, wysługującej się Niemcom.

Wileńscy Polacy nadali tym, budzącym grozę i siejącym śmierć litewskim ludobójcom, nazwę „strzelcy ponarscy”

***
I jeszcze jedno: 38 milionowa, powstała z kolan Polska, przez 37 lat nie pofatygowała się, żeby ustalić liczbę pomordowanych tam przez Litwinów, wileńskich  Polaków.

Według różnych źródeł, Litwini zamordowali w Ponarach:

1/ kilkanaście tysięcy niewinnych Polaków, prawdopodobnie około 20 tys.

2/Liczbę ofiar wśród Polaków szacuje się na 8 tysięcy.

3/ znamy tożsamość jedynie 406 ofiar narodowości polskiej
i liczbę 1020 zamordowanych Polaków (to akurat z okupacyjnej depeszy polskiego państwa podziemnego do Londynu
rozmowa z dr hab. dr hab. Moniką Tomkiewicz z Biura Badań Historycznych IPN,

4/ Szacuje się, że wśród ofiar było od kilku do kilkunastu tysięcy Polaków, (AI)

***

Tu wrócę do Palmir, gdzie Niemcy rozstrzelali prawie 2000 Polaków:

nawet jeśli Litwini rozstrzelali w Ponarach 1200 Polaków (co jest informacją oczywiście niepełną), to przy porównaniu przedwojennych populacji Warszawy (1 350 000) i Wilna (200 tys.) daje obraz skali tej, litewskiej zbrodni.

Ujmę to tak: przez (niedawnych) 8 długich lat rządów nowogrodzkich, zawodowych patriotów, IPN, za którym ponoć stało Państwo Polskie, gdyby chciał, ustaliłby w sposób maksymalnie precyzyjny, ilu Polaków zamordowali Litwini.

Bo dla tak potężnej instytucji, będącej (jak teraz słychać przy okazji obcięcia jej przez Tuska budżetu) oczkiem w głowie Nowogrodzkiej, wysłanie do Wilna, z mandatem Państwa Polskiego, grupy naukowców, którzy, wyposażeni we wszelkie potrzebne pełnomocnictwa i  środki, dokonaliby kompleksowej kwerendy we wszelkich, dostępnych archiwach, to nic trudnego.

Trzeba tylko było chcieć.
No właśnie.

***

Otóż, prezydentów mamy, jakich mamy i lepszych mieć nie będziemy.
Bo nie.
Ale są jeszcze nad Wisłą –  Zwykli Polacy (dużą literą piszę, bo tak).

I co w kwestii Ponar robią Zwykli Polacy?

Przed wyjazdem do Wilna, kupują biało-czerwoną wstążkę.

Całą dłuuugą rolkę, żeby jeszcze na wiele polskich
grobów wystarczyło.
I znicze – takie czerwone, z białym orłem, w koronie

Potem jadą do Ponar, gdzie na pomniku zawiązują wstążkę (o nożyczkach nie zapomnieć!), zapalają znicze, pomodlą się, podumają.

|
To właśnie ta długa, wąska wstążka

I dalej, na kolejne, polskie cmentarze i cmentarzyki na Wileńszczyźnie pojadą.

A ponieważ, do prezydenta Nawrockiego jakiś tam cień sympatii mają (w końcu przynajmniej nie jakiś, za przeproszeniem, szpagatowy inteligent, a kawał chłopa), to tak sobie myślą, żeby przy następnym wyjeździe na Wileńszczyznę, złożyć tam wiązankę (no przecież w Wilnie da radę kupić) do której przyczepią, przywiezioną z Polski szarfę, z napisem:

„W zastępstwie Prezydenta RP – Zwykli Polacy”

PS
Należy się wytłumaczenie, dlaczego prezydentowi Nawrockiemu złożyć wieńca w Ponarach nie było (i nie będzie) wolno:

Trumna Giedrojcia mu zabroniła.

bronislawkomorowski.org/korsarz-mial-misje-wpadl-zasadzke-rodzina-poprosila-o-pomoc-zyda-ak/

ponary.pl/zbrodnia-w-ponarach

gdansk.pl/wiadomosci/Gdansk-upamietnil-ofiary-zbrodni-ponarskiej-Naiwnie-myslelismy-ze-wojna-nie-wroci-do-Europy

/archiwum.ipn.gov.pl/pl/publikacje/ksiazki/12515,Zbrodnia-w-Ponarach

Piekielni Laburzyści chcą, żeby angielska wieś była „mniej biała”. Chodzi o dobre samopoczucie muzułmanów

Laburzyści chcą, żeby angielska wieś była „mniej biała”. Chodzi o dobre samopoczucie muzułmanów

Joanna Grabarczyk


niezalezna.pl/swiat/laburzysci-chca-zeby-angielska-wies-byla-mniej-biala-chodzi-o-dobre-samopoczucie-muzulmanow

Chyba na podstawie: express.co.uk/ountryside-be-made-less-white

Wewnętrzne raporty brytyjskiego Ministerstwa Środowiska, Żywności i Spraw Wsi donoszą, że brytyjska wieś zagrożona jest staniem się obszarem „nieistotnym” w coraz bardziej multikulturowym społeczeństwie. Tradycyjne brytyjskie puby, serwujące alkohol i wieprzowinę, a także powszechnie hodowane na wsi psy to m. in. te elementy, które sprawiły, że muzułmanie czują się na wsi „niemile widziani”.

Dlatego też departament zarządzany obecnie przez Partię Pracy zabrał się za opracowanie planów, mających rozwiązać ten problem. Recepta jest prosta: uczynić wieś „mniej białą” i odzwierciedlającą „wielokulturową rzeczywistość”.

Zakusy, by zabrać się za brytyjskie obszary wiejskie, nie są niczym nowym. Już w 2019 roku  Ministerstwo Środowiska, Żywności i Spraw Wsi zamówiło obszerny przegląd, dotyczący wykorzystania obszarów krajobrazowych i wiejskich w Wielkiej Brytanii. 

Wiele społeczności we współczesnej Wielkiej Brytanii czuje, że obszary krajobrazowe nie mają dla nich żadnego znaczenia. Zarówno czarnoskórzy, Azjaci, mniejszości etniczne, jak i biali postrzegają tereny wiejskie jako środowisko w dużej mierze „białe”. Jeśli dzisiaj jest to prawdą, to podział ten będzie się tylko pogłębiał wraz ze zmianami społecznymi. Nasza wieś skończy jako nierelewantny odnośnie kraju, który obecnie istnieje

– głosił dokument autorstwa Juliana Glovera pt. „Landscape Review”.

To niejedyna zamówiona przez departament spraw wsi ekspertyza. Raportów było więcej. W 2022 roku przeprowadzono także badanie „Poprawa etnicznego zróżnicowania odwiedzających angielskie obszary chronione”, kosztujące ok. 125 tys. euro, którego wyniki kazały urzędnikom ponownie pochylić się nad wiejską Anglią, zdominowaną przez „białą klasę średnią” i pozbawioną wystarczającej liczby przedstawicieli mniejszości etnicznych, którzy unikali wsi jako „przestrzeni wykluczających, rasistowskich i niebezpiecznych”. O jakie przejawy rasizmu i wykluczenia chodzi?

Jedna osoba opowiedziała, jak spotykała się z dociekliwymi spojrzeniami i komentarzami, gdy była na wsi: „Patrzcie, Azjata w lesie”. Zespół doświadczył tego osobiście, odwiedzając rodziny czarnoskóre i należące do mniejszości etnicznych, i musiał przerywać filmowanie, aby zminimalizować spojrzenia przechodniów

Raport z 2022 roku doprecyzował, że „nierówności w zakresie świadczeń dawały poczucie, że potrzeby mniejszości etnicznych nie były brane pod uwagę, co utrudniało uczestnictwo” w spędzaniu czasu na wsi przez przedstawicieli mniejszości etnicznych i wyznaniowych.

Przykładami był brak (…) odpowiednich kulturowo świadczeń, takich jak opcje dietetyczne i miejsca do modlitwy

– stwierdzał raport.

Teraz urzędnicy zarządzający obszarami wiejskimi – czyli rady lokalne oraz administratorzy Obszarów Krajobrazu Narodowego – mają za zadanie opracować strategie mające na celu realizację celów ogólnokrajowej kampanii na rzecz różnorodności.

Wszyscy płacimy za krajobrazy narodowe z naszych podatków, a mimo to czasami podczas naszych wizyt mieliśmy wrażenie, że parki narodowe to ekskluzywny klub, w którym większość stanowią biali i klasa średnia

– stwierdzili badacze, wykonujący pracę dla Ministerstwa Środowiska, Żywności i Spraw Wsi w jednym z wewnętrznych dokumentów.

Psy na łańcuch, pub bez alkoholu, kiełbasy i bekonu?

Do działań zobowiązali się włodarze m.in. Chilterns, Cotswold czy  Malvern Hills. Zespół z Chilterns zaproponował działania, mające przyciągnąć na wieś więcej muzułmanów, szczególnie z pobliskiego Luton. Zabiegi te mają obejmować zatrudnienie bardziej zróżnicowanego personelu, wydawanie materiałów marketingowych, uwzględniających w swojej warstwie wizualnej ludzi widocznie reprezentujących mniejszości etniczne i napisane w „językach społeczności”.

W ramach zamówionych badań odnotowano również, że psy mieszkające na wsi powinny podlegać ściślejszej kontroli, gdyż niektóre z mniejszości boją się ich. Chodzi tu głównie o muzułmanów, dla których są to zwierzęta uznawane za nieczyste – podobnie jak świnie. Wspominany wcześniej raport z 2022 roku wprost mówił o konflikcie wartości wyznawanych przez rdzenną ludność i przybyszów.

Obszary objęte ochroną krajobrazową były ściśle związane z „tradycyjnymi” pubami, które mają ograniczony wybór jedzenia i są skierowane do osób utożsamiających się z kulturą picia alkoholu. W związku z tym muzułmanie z grupy pakistańsko-bangladeskiej stwierdzili, że przyczyniało się to do poczucia bycia niemile widzianym

Zespół z Malvern Hills posunął się do jeszcze dalej idących i osobliwie brzmiących stwierdzeń.

Wiele mniejszości nie ma żadnego kontaktu z naturą w Wielkiej Brytanii, ponieważ ich rodzice i dziadkowie nie czuli się na tyle bezpiecznie, by ich zabrać, lub mieli inne zmartwienia związane z przetrwaniem(…). Podczas gdy większość białych użytkowników języka angielskiego ceni sobie samotność i kontemplacyjne aktywności, jakie zapewnia wieś, osoby należące do mniejszości etnicznych preferują raczej towarzystwo (rodzinę, przyjaciół, szkołę)

– zdiagnozowali sytuację urzędnicy z Malvern Hills.

Ich receptą na uczynienie swojego obszaru „mniej białym” jest dotarcie do osób lub społeczności o chronionych cechach, takich jak osoby, dla których angielski nie jest pierwszym językiem”.

Tradycja przeszkodą dla różnorodności

Ministerstwo koordynujące ten ogólnonarodowy plan „odbielenia” brytyjskiej wsi zapewnia, że nie ma on nic wspólnego z ideologią, zaś główną motywacją dla jego wprowadzenia jest upowszechnienie dostępu do zasobów krajobrazowych dla wszystkich mieszkańców Anglii. Krytycy upierają się jednak, że podjęte przez ministerstwo działania noszą znamiona inżynierii społecznej, która stopniowo zmieni postrzeganie wiejskiej Anglii i wpisanych w nią tradycyjnych elementów: wiejskich pubów i odwiecznych krajobrazów, w coś, co będzie trzeba poświęcić w imię różnorodności.

Jak młody Niemiec może wykręcić się od poboru

Wyobraź sobie, że jest wojna…

Autor: Friedrich Fellrocker Artykuł ukazał się 3 lutego 2026 roku na stronie : apolut.net/stell-dir-vor-es-ist-krieg-von-friedrich-fellrocker

W czasach przedwojennych młodym ludziom zaleca się zapoznanie z formalnościami dotyczącymi odmowy służby wojskowej ze względu na przekonania i uświadomienie sobie pułapek związanych z tą procedurą.

Pobór do wojska, służba wojskowa, a być może wkrótce faktyczne zaangażowanie bojowe – dla starszego pokolenia z nas to raczej teoretyczne debaty. Wielu jest oburzonych, ale może rozkoszować się kojącym poczuciem, że nie są osobiście dotknięci. W przeciwieństwie do młodych ludzi, którzy teraz otrzymują kwestionariusz dotyczący ich stosunku do Bundeswehry (niemieckich federalnych sił zbrojnych) jako swego rodzaju prezent powitalny od państwa po osiągnięciu dorosłości.

Na szczęście, pomimo masowej propagandy, mentalne przygotowanie młodzieży do wojny nie jest jeszcze tak powszechne. Mogą jednak spotkać się z represjami ze strony władz, a nawet z poborem, jak w okresie powojennym, jeśli „wystarczająco” młodych mężczyzn i kobiet nie zgłosi się do koszar. Ponieważ nie każdy chce uciekać z kraju, aby uniknąć służby wojskowej lub trafić do więzienia za swoje sumienie, pojawia się dziś trudne pytanie: jak wyrwać się ze szponów klasy politycznej, która coraz bardziej przekształca się w środowisko dalekie od pokoju, pozostając jednocześnie w zgodzie z prawem?

Niniejszy artykuł zawiera praktyczne wskazówki oparte na informacjach od prawników. Kolejnym punktem ciężkości jest analiza metod stosowanych do przechwytywania jednostek poprzez wcześniej obowiązkowy ustny „test sumienia” oraz opracowanie kontrstrategii. Ponadto, ujawnione zostają przyczyny wojny oraz motywy faktycznych podżegaczy wojennych i spekulantów, którzy kryją się za propagandową retoryką.

Punkt widzenia Friedricha Fellrockera.

W Niemczech i UE ogłoszono „punkt zwrotny”: nie jesteśmy jeszcze w stanie wojny z Rosją, ale nie jesteśmy już też w stanie pokoju, a przynajmniej tak twierdzi kanclerz. Dlatego, według ministra obrony, musimy bezwzględnie osiągnąć „gotowość do wojny” do 2030 roku. Putin z pewnością jest na tyle uprzejmy, że czeka, aż będziemy gotowi nas zaatakować, prawda? Aby zapewnić pół biliona euro w „funduszach specjalnych” – czyli długu – na zbrojenia, złamano obietnice wyborcze, a nawet zmieniono konstytucję.

Propagandowa militaryzacja społeczeństwa nie kończy się nawet na szkołach, które są atakowane przez Bundeswehrę (niemieckie siły zbrojne) w celach rekrutacyjnych. Dobra wiadomość: nie jesteśmy bezbronni. „Jeśli Bundeswehra wkroczy do szkół, to my, rodzice, powinniśmy tam być i powiedzieć im: Halo, musicie z nami porozmawiać! Bo to, o czym mówicie, znacie tylko z gier wideo. Drodzy żołnierze, nigdy nie byliście na froncie!” (1). A nagrane wywiady z ciężko rannymi weteranami mogłyby dać niepewnym siebie uczniom bardziej realistyczny obraz wojny. Szkolny strajk przeciwko poborowi pokazał przynajmniej, że wielu uczniów nie chce w nim uczestniczyć.

Jednak najważniejszym środkiem oporu dla jednostek jest sprzeciw sumienia. Ponieważ w przypadku „scenariusza obrony” wszyscy mężczyźni w wieku od 18 do 60 lat, nawet ci uznani za niezdolnych do służby wojskowej, mogą zostać powołani do wojska, problem ten dotyczy nie tylko 18-latków.

Sprzeciw sumienia – prosta procedura

Po pierwsze: termin „wniosek o sprzeciw sumienia” jest nieco mylący, ponieważ w rzeczywistości jest to osobiste oświadczenie o zamiarze odmowy służby z bronią, do którego państwo wymaga prawidłowej formy prawnej i wiarygodnego uzasadnienia. Co istotne, odpowiedniego formularza wniosku nie można znaleźć na żadnej oficjalnej stronie internetowej. Ta prawdopodobnie celowa luka została teraz wypełniona dzięki prywatnej inicjatywie: prawnika, Markus Bönig i jego zespół opracowali narzędzie oparte na sztucznej inteligencji, www.kriegsdienstblocker.de , które pozwala każdemu użytkownikowi bezpłatnie i łatwo utworzyć własny formularz sprzeciwu sumienia w ciągu piętnastu minut. Poniżej podsumowałem kilka ważnych punktów dotyczących tego i dalszej procedury (2):

W Kriegsdienstblocker (blokada służby wojennej) wymagane są wszystkie informacje niezbędne do złożenia sprzeciwu sumienia. Dostępnych jest kilka gotowych przykładów uzasadnienia. Należy je wiarygodnie uzupełnić własnymi słowami, dodając indywidualne argumenty, ponieważ jest to osobista decyzja sumienia, a zatem samo skopiowanie gotowych szablonów jest niewystarczające.

Dlatego jeszcze lepiej jest sformułować całe uzasadnienie w formie krótkiego tekstu, koncentrując się w miarę możliwości na jednym uzasadnieniu, korzystając z gotowych przykładów lub argumentów przedstawionych w dalszej części artykułu.

Zarysy powinny być traktowane wyłącznie jako sugestie.

Cały dokument jest następnie przekształcany w spersonalizowany list za pomocą sztucznej inteligencji i umieszczany w ramach prawnych – z odniesieniami do odpowiednich paragrafów. Wystarczy go wydrukować i podpisać – a wniosek jest kompletny. Należy dołączyć krótkie CV, a cały wniosek należy przesłać do właściwego centrum kariery Niemieckich Sił Zbrojnych (dawniej: okręgowego biura rekrutacji wojskowej).

Ważne: Niezbędne jest posiadanie wiarygodnej dokumentacji prawnej potwierdzającej, że wniosek został wysłany do właściwego adresata i kiedy tam dotarł. Dlatego dopuszcza się wyłącznie przesyłki polecone. Przesyłka polecona z potwierdzeniem odbioru może nie być wystarczająca, ponieważ tylko doręczyciel potwierdzi jej odbiór. Podpisane potwierdzenie odbioru tylko przez agenta pocztowego lub pracownika urzędu eliminuje możliwość ubiegania się o odszkodowanie za zaginięcie w transporcie. Dlatego warto zainwestować dodatkowe 30 centów w standardową przesyłkę poleconą (dawniej zwaną przesyłką poleconą z potwierdzeniem odbioru adresata ).

Również ważne: Wniosek o odmowę służby wojskowej z powodów sumienia zawiesza służbę wojskową tylko wtedy, gdy zostanie złożony przed otrzymaniem wezwania do poboru. Jeśli wniosek zostanie złożony później, możesz zostać powołany do wojska do czasu podjęcia ostatecznej decyzji. Dlatego najlepiej zacząć wcześniej niż później – wniosek o odmowę służby wojskowej ze względu na przekonania można złożyć już w wieku 17,5 roku.

Odebranie i przekazanie wniosku o odmowę służby wojskowej ze względu na przekonania należy potwierdzić pisemnie w ciągu czterech tygodni; w przeciwnym razie należy podjąć dalsze kroki. Często kontrowersyjna odpowiedź Bundeswehry brzmi: Tak, ale najpierw wniosek o powołanie do wojska, a potem wniosek, ponieważ to eliminowałoby zawieszenie. Jednak wspomniany wcześniej, wstępnie sformułowany formularz wniosku już odrzuca powołanie do wojska, ponieważ po złożeniu odmowy służby wojskowej ze względu na przekonania nie ma ku temu powodu, ponieważ w przeciwnym razie pośrednio stałbyś się częścią machiny wojennej. Nawet w tej sytuacji kriegsdienstblocker.de oferuje pomoc, sporządzając bezpłatną pisemną odpowiedź o odmowie powołania do wojska i wyznaczając czterotygodniowy termin, grożąc wszczęciem postępowania sądowego za bezczynność przed właściwym sądem administracyjnym. Sąd administracyjny przychyliłby się do tego wniosku bez konieczności reprezentacji prawnej, a jednorazowy koszt w wysokości 114 euro w opłatach sądowych powinien być znikomy w porównaniu z ryzykiem związanym ze służbą wojskową.

Obecnie powinno to zazwyczaj rozstrzygać wszystkie kwestie do czasu wydania ostatecznej decyzji. Jednak nie zawsze było to takie proste. Przed zawieszeniem obowiązkowej służby wojskowej badanie i ocena motywów osobistych osoby odmawiającej służby wojskowej z powodów sumienia (wówczas zwanej „Wehrdienstverweigerer”, czyli „osobą odmawiającą służby wojskowej z powodów sumienia”) były obowiązkowe – z przerwami w latach 1977/78 i 1983–2003, a od 1983 r. tylko dla osób już powołanych do wojska i byłych żołnierzy. Należy się spodziewać, że po przywróceniu poboru kryteria takiego „przesłuchania w sprawie odmowy służby wojskowej z powodów sumienia” zostaną ponownie zaostrzone, aby rozwiązać lub przynajmniej zmniejszyć przewidywany niedobór nowych rekrutów, wynikający również z tymczasowego, dobrowolnego charakteru służby. Prawdopodobnie stosowane będą „sprawdzone” struktury i procedury, dlatego analiza doświadczeń osób, które odmówiły służby wojskowej z powodów sumienia, może być pomocna dla przyszłych.

Pułapka „przesłuchania w sprawie sprzeciwu sumienia”

Chociaż obecnie obowiązująca wersja ustawy o sprzeciwie sumienia (KDVG) z 9 sierpnia 2003 r. zasadniczo zwalnia z obowiązku przeprowadzenia ustnego przesłuchania, pisemne uzasadnienie sprzeciwu sumienia powinno być nadal bardzo wiarygodne. Dlatego warto przynajmniej zapoznać się z możliwymi liniami rozumowania i argumentacji strony przeciwnej. Są one szczególnie widoczne w ustnych przesłuchaniach w sprawie sprzeciwu sumienia, stosowanych do 1983 r.: na początku osoba badana mogła wyjaśnić, że i dlaczego nie może pogodzić zabijania innych ludzi ze swoim sumieniem. Następnie musiała odpowiadać na pytania komisji egzaminacyjnej, zazwyczaj składającej się z funkcjonariusza i kilku cywilów. Pytano ją, jak zachowałaby się w hipotetycznych sytuacjach ekstremalnych. Wyraźnym zamiarem było postawienie osoby odmawiającej służby wojskowej z powodów sumienia, a raczej powodów, dla których to zrobiła, w trudnej sytuacji. Tę metodę zilustrujemy teraz przykładem.

Szczególnie popularnym pytaniem w tamtym czasie było to, co zrobiłaby osoba odmawiająca służby wojskowej z powodów sumienia, gdyby jej dziewczyna, żona lub matka zostały zaatakowane, a ona mogłaby je uratować jedynie za pomocą potencjalnie śmiercionośnej siły. Zazwyczaj stawiało go to w trudnej sytuacji: gdyby nie interweniował, komisja mogłaby zakwestionować wiarygodność jego zeznań – z wyjątkiem przypadków uzasadnienia ściśle religijnego lub przynależności do zdecydowanie pacyfistycznej wspólnoty religijnej. Pewien dobrowolny odmawiający służby wojskowej z powodów sumienia powiedział mi wówczas, że w takich przypadkach praktycznie zaakceptowałby wyłącznie względy religijne.

Jeśli jednak osoba badana interweniowała, aby uratować kogoś szczególnie bliskiego, nawet jeśli oznaczało to pogodzenie się ze śmiercią napastnika, śledczy mieli okazję zakwestionować integralność jej przekonań dotyczących fundamentalnego odrzucenia zabijania. Stwierdzenie etyczne „Nie chcę zabijać” staje się podatne na atak, gdy tylko powołuje się na wyjątek od bezwzględnego zakazu zabijania. Jeśli osoba odmawiająca służby wojskowej z powodów sumienia jest gotowa zabić napastnika, aby chronić swoją dziewczynę/żonę/matkę, dlaczego nie mogłaby tego zrobić również w celu ochrony innych osób mniej jej bliskich, takich jak rodzeństwo, przyjaciele, sąsiedzi, krewni itd.? I dlaczego nie miałaby tego zrobić również w celu ochrony większej części swojej społeczności lub wspólnego losu, takiej jak miasto, naród czy stan? Dopiero dość późno „sądy ustaliły, że gotowość do działania w samoobronie i udzielenia pomocy w nagłych wypadkach nie może być interpretowana na niekorzyść wnioskodawcy i nie umniejsza wiarygodności osoby odmawiającej służby wojskowej z powodów sumienia” (3). Jednak do tego czasu wiele osób odmawiających służby wojskowej z powodów sumienia, których wnioski odrzucono, stosując tę ​​linię rozumowania, zostało już zmuszonych do służby wojskowej.

Zasadniczo zarówno ustawodawstwo, jak i orzecznictwo można dostosować do nowych okoliczności i wymagań. Dlatego sensowne jest wcześniejsze rozważenie dalszych linii argumentacji, aby być o krok do przodu, choć oczywiście nie da się dokładnie przewidzieć, jakie manewry państwo może zastosować w przyszłości, aby utrudnić odmowę służby wojskowej ze względu na sumienie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Alternatywne, spójne podejście musi przede wszystkim złagodzić dylemat wyjątków od tego, co w istocie jest bezwzględnym zakazem zabijania, z punktu widzenia etyki przekonań, aby nie tylko odeprzeć argumenty przeciwko niemu, nawet w nowych ramach prawnych, ale także uczynić takie ataki jak najbardziej bezcelowymi.

Myślenie i argumentowanie nie z punktu widzenia etyki przekonań, lecz etyki odpowiedzialności

Podejściem kontrastującym z etyką przekonań jest etyka odpowiedzialności. Etyka przekonań opiera się na subiektywnych, często emocjonalnych postawach, które są zawsze absolutne i nie dopuszczają wyjątków. Wynikające z tego stanowisko osobiste lub zbiorowe jest trudne do zakwestionowania i dlatego nie wykazuje realnego zainteresowania rozważeniem konsekwencji.

W przeciwieństwie do tego, etyka odpowiedzialności rozpatruje kwestie faktyczne i problemy w sposób bardziej racjonalny i formułuje niuanse w oparciu o konkretne sytuacje. Nie tylko poszukuje ona realnych rozwiązań, ale także dąży do ciągłej refleksji nad własnymi postawami i działaniami w świetle wynikających z nich konsekwencji oraz kwestionowania ich słuszności (4).

Zastosujmy teraz etyczne podejście do odpowiedzialności do sytuacji lub problemu „rachunku sumienia”. Punktem wyjścia dla tych rozważań może być bezwzględna natura współczesnej wojny od czasów II wojny światowej, pomimo wszelkich regulacji międzynarodowych. W praktycznie wszystkich późniejszych wojnach – zwłaszcza tych z wiodącym udziałem krajów zachodnich, takich jak Korea i Wietnam, a później Afganistan, Irak, Somalia, Libia i Syria, by wymienić tylko kilka – największy odsetek ofiar wojny stanowili niezaangażowani, czyli niewinni cywile – średnio około 90 procent tzw. „strat ubocznych”.

„Ciekawostka”, że w wojnie na Ukrainie stosunek liczby zabitych do ofiar cywilnych jest dokładnie odwrotny ze względu na rosyjską metodę prowadzenia tej wojny, powinna być w tym kontekście pomijana, ponieważ mogłaby przynieść odwrotny skutek.

„ Na podstawie tych faktów można łatwo uniknąć pułapki argumentacyjnej selektywnego pacyfizmu: jeśli nie mogę usprawiedliwić ani pogodzić się z własnym sumieniem w udziale w wojnie, w której wiem już, że na podstawie doświadczenia, aby wyeliminować jednego „winnego” bojownika wroga, muszę zaakceptować dziewięć niewinnych ofiar, to popularne wcześniej podchwytliwe pytanie, czy nie broniłbym mojej dziewczyny/żony/matki, nawet ze śmiertelnymi konsekwencjami dla napastnika, również staje się nieistotne.

Argument ten jest daremny. Dotknięty zostałby jedynie bezpośrednio „winny” agresor, a nie niezaangażowani, niewinni świadkowie, a kwestia indywidualnej winy osoby wykonującej rozkaz nie wymaga rozpatrywania. Co więcej, brak ochrony słabszych ofiar przed atakami można postrzegać jako brak udzielenia pomocy; dobór środków musi być adekwatny do konkretnej sytuacji i okoliczności, w razie potrzeby nawet obejmujący kontrprzemoc, ale najlepiej bez niedopuszczalnych „strat ubocznych”. Nie trzeba nawet być pacyfistą – sam nigdy nim nie byłem – aby argumentować w „teście sumienia” na podstawie praktycznie niepodważalnej odpowiedzialności etycznej.

Otóż każdy musi się spodziewać, że strona przeciwna w końcu wymyśli hipotetyczne sytuacje, które doprowadzą do podchwytliwego pytania o to, jaki rodzaj lub zakres strat ubocznych byłby nadal akceptowalny lub zgodny z własnym sumieniem. Z jednej strony fikcyjne przypadki przytoczone w tym celu mogą być tak arbitralnie skonstruowane, że trudno je sobie wyobrazić w rzeczywistości. Jeśli ten zarzut jest niewystarczający, należy konsekwentnie kontynuować dotychczasowy tok rozumowania oparty na etyce odpowiedzialności, posługując się podanym przykładem. W razie wątpliwości należy poprosić o wystarczająco dużo czasu na refleksję przed udzieleniem odpowiedzi, co może zająć kilka dni lub tygodni, ponieważ przed udzieleniem uczciwej odpowiedzi należy najpierw rozważyć własne zachowanie w tej hipotetycznej sytuacji, w szczególności w odniesieniu do własnej odpowiedzialności i wszystkich wynikających z niej konsekwencji. Etyka przekonań prowokowałaby lub przynajmniej dopuszczała spontaniczne odpowiedzi, podczas gdy wiarygodna argumentacja oparta na etyce odpowiedzialności wymaga gruntownej refleksji.

Ustawa Zasadnicza nie przewiduje możliwości całkowitego sprzeciwu sumienia. Jednakże możliwości argumentacyjne w tym kierunku mogłyby obecnie sięgać dalej niż w etyce przekonań, która koncentruje się głównie na odmowie służby wojskowej. Z drugiej strony, argument etyki odpowiedzialności, uwzględniający konsekwencje, mógłby odrzucić jakąkolwiek formę udziału w wojnie lub jej wspierania, w tym również służbę medyczną na froncie itd. Jedynie utrzymanie infrastruktury cywilnej, zaopatrzenie ludności cywilnej, a prawdopodobnie także opieka medyczna i leczenie rannych żołnierzy w kraju, byłyby w tym kontekście bezsprzecznie etycznie uzasadnionymi obowiązkami.

Nawiasem mówiąc, w odniesieniu do bezwzględnego unikania ofiar wśród niewinnych cywilów, oświadczenie wydane przez Federalny Trybunał Konstytucyjny (BVG) w kontekście ataków z 11 września idzie jeszcze dalej, o ile wiem: O ile pamiętam, na przykład samolot pasażerski nie mógłby zostać zestrzelony w przypadku porwania przez terrorystów, nawet jeśli groziłoby mu zderzenie z elektrownią jądrową, ponieważ życie poszkodowanych pasażerów nie podlegałoby ważeniu odszkodowań, a liczba ofiar nie mogłaby być równoważona. Nawet aby zapobiec zagrożeniu życia i zdrowia wielu tysięcy ludzi w wyniku zniszczenia elektrowni jądrowej, nie można było zaakceptować pewnej śmierci niewinnych pasażerów.

Jednakże, czy BVG, w obecnym składzie, rozpatrywałaby kwestię celowo przyjętych strat ubocznych w razie wojny z taką samą konsekwencją na korzyść niewinnych świadków, to osobna kwestia.

Zablokowanie pozornych dróg ucieczki

Niemiecka Ustawa Zasadnicza przewiduje pobór wyłącznie dla mężczyzn. Wprowadzenie Ustawy o samostanowieniu przyznaje teraz każdemu, niezależnie od cech biologicznych, prawo do zarejestrowania dowolnej płci innej niż poprzednia, zgodnie z orientacją seksualną. Jednak to prawo cywilne, które jest rygorystycznie egzekwowane w życiu codziennym, nie ma zastosowania do Niemieckich Sił Zbrojnych (Bundeswehry): w przypadku służby wojskowej nie tylko każdy biologiczny mężczyzna jest uważany za mężczyznę, ale nawet mężczyźni trans-płciowi, którzy przeszli już operację zmiany płci, są rejestrowani jako pierwotnie mężczyźni podczas poboru. Wykorzystanie lub nadużycie Ustawy o samostanowieniu, w zależności od interpretacji, nie zapewniłoby zatem ochrony przed poborem.

Bundeswehra – podobnie jak inne instytucje państwowe – nie chce w swoich szeregach ekstremistów politycznych, a zwłaszcza „ekstremistów prawicowych”. Niektórzy młodzi mężczyźni mogą rozważać wstąpienie do partii rzekomo prawicowo-ekstremistycznej, aby uniknąć służby wojskowej. Może to jednak mieć nie tylko negatywne konsekwencje zawodowe, ale także prawdopodobnie nie przyniesie zamierzonego celu w dłuższej perspektywie. Wiele partii początkowo uważanych za ekstremistyczne przesunęło się w stronę centrum i przeciętności, gdy tylko znalazły się w zasięgu władzy. Dlatego to rzekomo proste wyjście dla tych, którzy nie chcą odbyć służby wojskowej, byłoby jedynie kolejnym iluzorycznym rozwiązaniem.

Odnosząc się do nadziei na zwolnienie ze służby wojskowej z powodu problemów zdrowotnych, należy pamiętać, że kryteria poboru do wojska zawsze były traktowane stosunkowo elastycznie, gdy zachodziła potrzeba dostosowania ich do wymagań kadrowych. Zwolnienie ze służby nie daje gwarancji uniknięcia poboru w czasie wojny. A nawet jeśli nikt się tego nie spodziewa w Niemczech: praktyka „biznesizacji” nowych rekrutów na Ukrainie pokazuje, jak ekstremalne mogą być kryteria i metody poboru, gdy stale potrzeba mięsa armatniego.

W Niemczech odmowa służby wojskowej ze względu na sumienie, konsekwentnie podtrzymywana w toku rozumowania, pozostaje najbardziej obiecującą drogą.

W mgle propagandowych kłamstw

Kłamstwa mające na celu ukrycie władzy i interesów finansowych nie są niczym nowym. Już 7 kwietnia 1888 roku ówczesny kanclerz Otto von Bismarck powiedział o zachowaniu europejskich mocarstw kolonialnych, a zwłaszcza Imperium Brytyjskiego: „Ludzkość, pokój i wolność są zawsze ich pretekstem, gdy nie może nimi być chrześcijaństwo i szerzenie błogosławieństwa i cywilizacji wśród dzikusów i półbarbarzyńców”. Oprócz tuszowania własnych motywów, tradycyjnie demonizuje się przeciwnika lub wroga: Wilhelm II,jeszcze w 1913 roku czczony przez prasę międzynarodową jako „Cesarz Pokoju” , został oczerniony w prasie zachodniej jako krwiożerczy i żądny podbojów „król Hunów” już w 1914 roku, po wybuchu I wojny światowej.

Motywy Cesarstwa Niemieckiego są nie tylko upiększane, ale i oczerniane. Emocjonalnie manipulująca dehumanizacja wrogich żołnierzy poprzez sfabrykowane historie o okrucieństwach jest również klasyką: podczas I wojny światowej niemieckie siły okupacyjne w Belgii były przedstawiane przez wrogą prasę propagandową jako krwiożerczy sadyści, którzy bagnetami rozcinali brzuchy ciężarnych kobiet i mordowali dzieci. Operacje pod fałszywą flagą, mające na celu usprawiedliwienie własnych wojen agresywnych, również istniały od zawsze. Rzekomy polski atak na niemiecką stację radiową Gliwice w 1939 roku jako usprawiedliwienie hitlerowskiej inwazji na Polskę to tylko jeden z przykładów.

Podobnie skonstruowane kłamstwa propagandowe są również znane z czasów współczesnych. Oczywiście, dla wielu naszych „wykwalifikowanych dziennikarzy” nieproporcjonalna masakra w Strefie Gazy jest po prostu uzasadnioną samoobroną Izraela, a zachodnie demokracje i „wartości” są bronione przed Rosją przez nikogo innego, jak najbardziej skorumpowane państwo w Europie. „Autokrata” Putin, demokratycznie wybrany przez zdecydowaną większość Rosjan, rzekomo chce nas szantażować rosyjskim gazem, w swej żądzy władzy odbić terytoria byłego Związku Radzieckiego i po podbiciu Ukrainy najechać Europę Zachodnią. Nieważne, że Rosja zawsze wywiązywała się ze wszystkich kontraktów na dostawy, a prezydent Rosji cierpliwie oferuje współpracę dla obopólnych korzyści, podkreślając, że nie jest zainteresowany podbojem krajów zachodnich. Jako dobry Europejczyk, po prostu nie możesz ufać Rosjanom, prawda?

Znanymi kontynuatorami dwóch powyższych przykładów są kłamstwo o reaktorze z pierwszej wojny w Iraku i kłamstwo o broni masowego rażenia, użyte do uzasadnienia drugiej wojny w Iraku.

Niektóre rzeczy zdają się nigdy nie zmieniać: agresor zawsze deklaruje szlachetne motywy swoich działań, a przeciwnik jest zawsze demonizowany. My zawsze jesteśmy dobrzy, przeciwnicy zawsze źli. W końcu łatwiej zdobyć poparcie większości społeczeństwa, gdy wbija się im do głowy emocjonalne przesłania. I nieustannie powtarzana propaganda zdaje się przynosić pożądany skutek, przynajmniej chwilowo. „Jeśli powiesz wielkie kłamstwo i będziesz je powtarzać wystarczająco często, ludzie w końcu w nie uwierzą” – powiedział (rzekomo) Joseph Goebbels, ówczesny minister propagandy Rzeszy, uznany ekspert w tej dziedzinie.

Ale jakie są przyczyny wojen? Jakie motywy kryją się za kłamstwami propagandowymi, a raczej, czyje interesy są najskuteczniej realizowane? Jaka jest rzeczywista dynamika władzy w elitach?

W „autokratycznych dyktaturach”, takich jak Rosja i Chiny, rządy najwyraźniej kontrolują swoich oligarchów. Jednak w globalistyczno -kapitalistycznych „demokracjach” typu zachodniego politycy i ich partie ewidentnie uzależnili się od dobrej woli i pieniędzy bankierów, oligarchów i dyrektorów korporacji z ich „wysokiej jakości mediami”. Czyje interesy wywierają zatem najsilniejszy wpływ na politykę?

Jak zauważył już Frank Zappa: „Polityka to dział rozrywki w kompleksie militarno-przemysłowym”. Do tego należy dodać Wielkie Pieniądze, Wielkie Farmacje i Wielkie Technologie jako kolejne dominujące obszary zainteresowania naszych superbogatych oligarchów. Przepraszam, politycznie poprawne określenia to oczywiście „inwestorzy”, „filantropi” lub coś podobnego. Były niemiecki minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer powiedział z niezwykłą szczerością w telewizyjnym programie „Pelzig unterhält sich” 20 maja 2010 roku: „Ci, którzy decydują, nie są wybierani; a ci, którzy są wybierani, nie decydują”. Zgadza się, tak właśnie działa nasz system.

To również nic nowego. Przyczyny ekonomiczne i finansowe zawsze były kluczową siłą napędową konfliktów. Powstanie Cesarstwa Niemieckiego z jego rozwijającą się gospodarką było postrzegane przez ówczesną dominującą potęgę morską i handlową, Wielką Brytanię, jako konkurencyjne zagrożenie dla jej własnej hegemonii gospodarczej, a tym samym dla jej bogactwa, co było główną przyczyną późniejszej wojny światowej.

Stany Zjednoczone przystąpiły do ​​I wojny światowej dopiero w 1916 roku, gdy wojska niemieckie zdawały się być gotowe do zdobycia przewagi. Stany Zjednoczone zostały wciągnięte w tę wojnę – naturalnie, z odpowiednią retoryką propagandową, jak wspomniano powyżej – przez wielkich amerykańskich bankierów, których instytucje pożyczyły ogromne sumy krajom alianckim w Europie w formie pożyczek wojennych, które musiałyby umorzyć w przypadku zwycięstwa Niemiec. Chodziło, i nadal chodzi, o interesy finansowe.

Widzimy więc:

Każda wojna to wojna bankierów (lub inwestorów).

Wojny od dawnej przeszłości do dziś pokazują, jak prawdziwe jest to powiedzenie. Weźmy na przykład dwie wojny w Iraku, które ostatecznie dotyczyły kontroli nad krajem posiadającym ogromne złoża ropy naftowej. Albo, jak ujął to artysta kabaretowy Volker Pispers:

Zawsze chodzi o prawa górnicze, nigdy o prawa człowieka. Pamiętaj o tym!”

Oczywiście, zachodnie, a zwłaszcza amerykańskie, korporacje czerpały korzyści z tych dwóch wojen na wiele sposobów: w trakcie wojny, uzbrajając i zaopatrując własnych żołnierzy, co naturalnie kontynuowano przez cały okres okupacji; a po wojnie, odbudowując zniszczoną infrastrukturę – wszystko to finansowane iracką ropą po preferencyjnych cenach, na czym firmy naftowe czerpały ogromne zyski. Banki i instytucje finansowe były silnie zaangażowane jako pożyczkodawcy i inwestorzy, zapewniając sobie również znaczny zwrot z inwestycji.

Wbrew oficjalnej narracji, sytuacja w wojnie na Ukrainie nie jest zupełnie inna: głównym celem zamachu stanu na Majdanie w 2014 roku było zapewnienie członkostwa w NATO i UE dla całej Ukrainy. Jednak w tle kraj ten miał wiele do zaoferowania zachodnim inwestorom: żyzne czarnoziemy, duże złoża surowców, takich jak lit i pierwiastki ziem rzadkich, i wiele innych.

Dodatkowym efektem było osłabienie gospodarcze Rosji, mające na celu zasianie niezadowolenia w kraju i ostatecznie doprowadzenie do zmiany reżimu, a także większego „otwarcia” kraju na tanią eksploatację jego ogromnych zasobów naturalnych przez zachodnie korporacje. Miało to zostać osiągnięte dzięki chętnej Ukrainie, silnie uzbrojonej od 2014 roku na wypadek potencjalnego konfliktu zbrojnego z dużym sąsiadem. Przeważająco rosyjskojęzyczna ludność na wschodzie kraju od 2014 roku spotykała się z narastającymi represjami ze strony radykalnego, nacjonalistycznego rządu centralnego w Kijowie, który dążył do wykorzenienia wszystkiego, co rosyjskie, w tym języka, kultury i religii. Zrozumiałe jest, że pięć tamtejszych regionów ogłosiło secesję po referendach – które oczywiście nie zostały uznane przez Zachód – i przyłączyło się do Rosji.

Zachód zręcznie ignoruje tło tego konfliktu: około 14 000 ofiar śmiertelnych wśród cywilów, potwierdzonych przez ONZ, w wyniku ataków nacjonalistycznych milicji ukraińskich w tych czterech regionach w latach 2014–2021.

Oczywiście Rosja czuje się zobowiązana do ochrony etnicznych Rosjan we wschodniej Ukrainie. Jednak pomimo licznych wcześniejszych prowokacji, to prawdopodobnie dopiero niekwestionowane żądanie prezydenta Ukrainy Zełenskiego, wysunięte na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa na początku 2022 roku, dotyczące rozmieszczenia broni jądrowej i natychmiastowego członkostwa w NATO, doprowadziło do „niesprowokowanej rosyjskiej wojny agresywnej”, na którą Zachód natychmiast zareagował dobrze przygotowanymi „sankcjami”. Od tego czasu liczba pakietów wzrosła do 20.

Jedyny problem polega na tym, że pakiety sankcji zaszkodziły rosyjskiej gospodarce w znacznie mniejszym stopniu niż sankcje w krajach UE, zwłaszcza w Niemczech. Niestety, armia rosyjska wyciągnęła wnioski ze swoich początkowych błędów i skutecznie wypiera wojska ukraińskie. A szczególnie niefortunne jest to, że ukraińskie złoża mineralne, tak pożądane przez zachodnie korporacje i inwestorów, znajdują się w regionie Donbasu, który jest roszczony i okupowany przez Rosję!

To właśnie dlatego hasło „Rosja musi przegrać tę wojnę!”, które dzięki rosyjskim sukcesom zostało nieco złagodzone do „Rosja nie może wygrać tej wojny!”. Bo jeśli Rosja wygra tę wojnę, zachodnie korporacje będą musiały umorzyć swoje miliardy zainwestowane już na Ukrainie, a to jest oczywiście całkowicie niedopuszczalne. Aby zapobiec tej katastrofie, BlackRock i jemu podobni, wraz z podległymi im politykami, są gotowi pozwolić, aby ta wojna zastępcza trwała „tak długo, jak będzie to konieczne” (5), jeśli to konieczne, aż zginie ostatni Ukrainiec, a być może nawet ostatni Europejczyk. Co więcej, kontynuowanie wojny generuje również stałe zyski dla producentów broni i ich akcjonariuszy. Ten ogólny obraz to rzeczywistość, która jest zaciemniana przez głośną propagandę.

Pamiętajcie: „Nie ten, kto pierwszy chwyta za broń, podżega do zła, ale ten, kto je wymusza” (Nicolo Machiavelli).

Drogie dzieci, teraz powiem wam coś jeszcze: Rosjanin wcale nie jest zły, a on nie chce nam zrobić krzywdy! Chce po prostu być traktowany z szacunkiem, jak równy z równym, w pokoju, z uwzględnieniem jego interesów, a najlepiej prowadzić z nami pokojową wymianę handlową – tak jak robi to z większością krajów na świecie – dla obopólnych korzyści. Fakt, że Rosja, jako supermocarstwo nuklearne, nie może tolerować członkostwa Ukrainy w NATO i rozmieszczenia rakiet nuklearnych 500 km od jej stolicy, znajduje również odzwierciedlenie w zachowaniu Stanów Zjednoczonych podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku.

Ale czy Rosja rzeczywiście od czasu rozpadu Związku Radzieckiego rozszerzała się na zachód, aż do granic NATO? Dlaczego Rosja miałaby chcieć wiązać się z coraz bardziej dysfunkcyjnymi krajami Europy Zachodniej, które były i nadal są pogrążane w ruinie przez politykę motywowaną ideologicznie? Rosja posiada ogromne terytoria i wszystkie zasoby naturalne, które tak bardzo pragną zdobyć zachodni oligarchowie/inwestorzy i ich politycy. Jest najbardziej samowystarczalnym krajem na świecie, a w dużej części słabo zaludnionym. Rosja nie potrzebuje naszych terytoriów. Jednak pomimo cierpliwości, jaką okazali jej przywódcy, nie będzie tolerować wszystkiego z naszej strony.

Nadszedł czas.

Werble wojenne rozbrzmiewają coraz głośniej: prezydent Francji Emmanuel Macron kilka miesięcy temu nakazał, aby szpitale we Francji priorytetowo traktowały leczenie rannych odniesionych w czasie wojny. W dokumencie strategicznym niemieckich sił zbrojnych „Plan Operacyjny Niemcy” stwierdza się, że Niemcy, jako logistyczne centrum kolejnej wojny, muszą ponownie nauczyć się wykonywać amputacje i leczyć okaleczonych żołnierzy na pierwszej linii frontu. Jednak największym zmartwieniem wydaje się być to, jak zastąpić przewidywane 1000 ofiar dziennie nowymi żołnierzami, aby utrzymać siłę bojową. Dalsze przykłady eskalacji propagandy wokół przygotowań do wojny można znaleźć na stronie german-foreign-policy.de (7).

Podżegacz wojenny Roderich Kiesewetter chciałby teraz ogłosić stan wyjątkowy, którego prawdopodobnym efektem ubocznym byłoby uniemożliwienie przeprowadzania wyborów w trakcie stanu wyjątkowego i zakazanie wszelkich „zakłóceń” w niemieckich siłach zbrojnych. Jednakże poniższe sytuacje mogą być szczególnie kontrowersyjne i trudne:

W przypadku wojny podstawowe prawo do odmowy służby wojskowej ze względu na sumienie mogłoby zostać zawieszone, zgodnie z kontrowersyjnym orzeczeniem Federalnego Trybunału Sprawiedliwości (BGH) z marca 2025 r. Nie jest do tego wymagana nowelizacja konstytucji (6). Stan napięcia to tylko ostatni etap przed tzw. stanem obronnym. Chociaż odmowa służby wojskowej ze względu na sumienie byłaby zasadniczo możliwa nawet po tym orzeczeniu, co się stanie, jeśli stan obronny zostanie ogłoszony wkrótce potem, a wiele wniosków o odmowę służby wojskowej ze względu na sumienie pozostanie nierozpatrzonych lub niekompletnych?

Zgodnie z obowiązującym prawem, jeśli wniosek zostanie złożony w terminie i przed otrzymaniem zawiadomienia o powołaniu do wojska, powołanie osoby odmawiającej służby wojskowej ze względu na sumienie zostaje zawieszone do czasu podjęcia decyzji. Czy jednak można mieć pewność, że tak pozostanie w przypadku rzeczywistego stanu wyjątkowego?

Czy podżegający do wojny przywódcy, tacy jak kanclerz i przewodnicząca Komisji Europejskiej, byliby gotowi wysłać własne dzieci lub wnuki na front wschodni w przypadku wojny? To prawdopodobnie oznaczałoby raczej zamarznięcie piekła. Elity chcą zgarniać zyski – a za to pospólstwo ma wyginąć. „Dywidendy rosną, proletariat upada” – powiedziała Róża Luksemburg o wojnie. Albo, jak ujął to Wolter: „Ci, którzy rozpoczynają wojny, rzadko muszą w nich walczyć”. A kiedy celebryci lojalni wobec systemu, tacy jak Campino, Robert Habeck, biskup Ernst-Wilhelm Gohl i inni, publicznie ogłaszają, w celu podniesienia morale, że nie będą już odmawiać służby wojskowej – co powstrzymuje ich przed wycofaniem się z odmowy i zgłoszeniem się na ochotnika?

Każdy, kto wypowiada się przeciwko wojnie z Rosją, a nawet potępia sprzeczności i podwójne standardy w zachodniej społeczności giełdowej, jest coraz częściej etykietowany wrogimi określeniami, zniesławiany, cenzurowany, a czasem nawet karany z powodu braku merytorycznych kontrargumentów. Bo tylko kłamstwa potrzebują wsparcia państwa, ale prawda obroni się sama, jak trafnie ujął to Peter Hahne.

† … Nie dajcie się zwieść! Nie dajcie się zastraszyć bezpodstawnym obelgom ani naciskać pustymi hasłami, takimi jak walka o „nasze” (zauważcie zaimek dzierżawczy!) wartości, takie jak demokracja i wolność (czyja?). Egon Bahr już zauważył:

Kiedy polityk zaczyna prawić morały o „wartościach” zamiast mówić o swoich interesach, najwyższy czas opuścić salę”.

Każdy, kto nie chce poświęcić się jako żołnierz pierwszej linii w beznadziejnej wojnie w interesie kapitału i elit, powinien to zrobić teraz, a nie później.

Ważne jest, aby działać szybko, aby uzyskać potwierdzenie odmowy służby wojskowej ze względu na sumienie i uniknąć niepotrzebnych opóźnień. Biorąc pod uwagę napięcia polityczne, sprawy mogą toczyć się bardzo szybko – szybciej, niż sądy i władze mogą lub chcą pracować. Wraz ze wzrostem zapotrzebowania na mięso armatnie, nie tylko wymogi dotyczące poboru staną się mniej rygorystyczne, ale kryteria dotyczące odmowy służby wojskowej ze względu na sumienie, zwłaszcza rachunek sumienia, staną się bardziej rygorystyczne, nie wspominając o możliwości – choć kontrowersyjnej prawnie – zawieszenia podstawowego prawa do odmowy służby wojskowej ze względu na sumienie w przypadku wojny. Oczywiście, w razie potrzeby, każdy w wieku od 18 do 60 lat może zostać powołany do wojska, nawet ci, którzy zostali uznani za niezdolnych do służby.

Mniejsza liczba żołnierzy gotowych do walki mogłaby znacząco przyczynić się do pokojowego potencjału ojczyzny. Ale czy warto również osobiście odmówić udziału w wojennym szaleństwie? Posłuchajmy raz jeszcze niezłomnego Kayvana Soufi-Siavasha:

Jeśli musisz pracować dla państwa (w razie wojny), to rób to w szpitalu, bo i tak tam trafisz jako żołnierz; równie dobrze możesz tam pójść już teraz!” (8)

Dodam: Zwłaszcza jeśli nie chcesz wracać z frontu w trumnie czy worku na zwłoki.

===============================

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 3 lutego 2026 roku na stronie : apolut.net/stell-dir-vor-es-ist-krieg-von-friedrich-fellrocker

Źródła :

(1) https://www.apolut.net/der-kommentar-9-wenn-die-usa-auf-europas-aufmupfige-schauen-von-kayvan-soufi-siavash  ab Minute 13.55

(2) https://www.youtube.com/watch?v=7nptagSqJBs  besonders ab Minute 7.00

(3) Zitiert aus Wikipedia-Artikel „Kriegsdienstverweigerung in Deutschland“, „Kritik“

(4) Wer ein gutes Buch über Verantwortungsethik lesen möchte, dem sei „Das Prinzip Verantwortung“ von Hans Jonas empfohlen.

(5) Vgl. dazu den ehemaligen Seleskyj-Berater Oleksej Arestovich über die EU-Strategie: https://tkp.at/2026/01/02/ex-selenskyj-berater-das-ist-der-weitere-eu-kriegsplan/

(6) https://www.german-foreign-policy.com/news/detail/10241 der letzte Abschnitt „Die Front ist überall“

(7) https://verfassungsblog.de/kriegsdienstverweigerung-kriegsfall-bundesgerichtshof/  Das Urteil bezog sich wohl auf einen ukrainischen Bürger, weshalb ich die rechtliche Einschätzung der Autorin teile. Trotzdem könnte sich das BVG für ein abschließendes Urteil ggf. viel Zeit nehmen, sofern es ein Verfahren gegen dieses Urteil des BGH überhaupt zulassen würde. Mindestens bis dahin könnten sich andere Gerichte auf das Urteil des BGH beziehen.

(8) https://www.apolut.net/der-kommentar-9-wenn-die-usa-auf-europas-aufmupfige-schauen-von-kayvan-soufi-siavash / ab Minute 12.25

+++

Parszywe źródła Unii Europejskiej…

Parszywe źródła Unii Europejskiej…

krzysztofjaw krzystofjawparszywe-zrodla-unii-europejskiej

W swoim niedawnym tekście zatytułowanym: „Polexit! Uciekajmy z UE i to najszybciej jak tylko się da!” [1] stwierdziłem, że „”tak naprawdę ta budowa Jednego Sfederalizowanego i Scentralizowanego Państwa Europa była prowadzona „krok po kroczku” i niejako „w ukryciu”. Dopiero bowiem 1 marca 2017 roku KE „odkryła karty” i formalnie w tzw. „Białej księdze w sprawie przyszłości UE” jednoznacznie wymieniła tylko jedno źródło ideowe jej dalszego rozwoju – napisany w duchu ideologii marksistowskiej Manifest z Ventotene. Jego autorzy zakładają federalizację i centralizację Europy, niezależnie od woli mieszkańców kontynentu”” [2].

Jakże symptomatyczne jest to totalitarne określenie „niezależnie od woli mieszkańców kontynentu” i jakże podobne do określenia twórcy ideowego nazizmu i komunizmu Karola Marksa: „Klasy i rasy, które są zbyt słabe, żeby opanować nowe warunki życia, muszą zniknąć…”.

Parszywe i niosące śmierć dla ludzkości: nazizm i komunizm miały jednych marksistowskich ojców i jedne były narodowym socjalizmem a drugie klasowym socjalizmem. I w takich socjalistycznych, lewackich łepetynach rodziły się a-naturalne idee wiecznej beznarodowej szczęśliwości w postaci jakichś wielkich państwowych unii jak ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich)

czy III Rzesza Niemiecka a obecnie UE czyli Związek Socjalistycznych Republik Europejskich.

O podobnej do dzisiejszej UE nie marzyli tylko wskazani przeze mnie postkomunistyczni i marksistowscy autorzy Manifestu z Ventotene: Altiero Spinelli i Ernesto Rossi „ideowo wspierani” przez marksistowsko-neoheglowską tzw. Szkołę Frankfurcką, ale o wiele wcześniej także sam socjalistyczny pragmatysta Adolf Hitler czy jego propagandysta Joseph Goebbels:

Ciekawe, prawda?

I tak sobie myślę, że to właśnie pragmatyczni Niemcy realizują marzenia m.in. nazistowskich, niemieckich przywódców i dziś na zgliszczach krajów europejskich i więdnącej Unii Europejskiej budują swoją IV Rzeszę Niemiecką a tak naprawdę tę Rzeszę zaczęli budować zaraz po II Wojnie Światowej.

Smutna to konstatacja, ale jak ktoś tego nie zauważa jest politycznym ślepcem.

„Niemieccy politycy w niemal nieskrywany sposób dążą do centralizacji Unii Europejskiej pod niemieckim kierownictwem (…).

Niemiecki polityk Manfred Weber, szef Europejskiej Partii Ludowej (EPL/EPP) – największej obecnie grupy w Parlamencie Europejskim, aktywnie promuje silniejszą, bardziej zintegrowaną UE, która zmniejsza zależność od USA.

Weber w obliczu zagrożeń postuluje zwiększenie niezależności i skuteczności UE, w tym poprzez utworzenie europejskiego dowództwa wojskowego, co ma zapewnić większą suwerenność europejską.

Jego wizja obejmuje silniejsze Niemcy w kontekście zjednoczonej Europy (…) M. Weber np. chce, żeby stanowiska przewodniczącego Komisji Europejskiej i przewodniczącego Rady Europejskiej zostały połączone (…) „Politico” zapytało, czy Weber będzie kandydował na stanowisko przyszłego „prezydenta Europy”. Polityk nie wykluczył takiego scenariusza, zaznaczając, że nie odpowie teraz na to pytanie (…)

Weber przypomniał też wielokrotnie wygłaszane przez zwolenników centralizacji Unii opinie, że państwa członkowskie powinny przejść na głosowanie większością kwalifikowaną w kwestiach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, zamiast głosowania jednomyślnego. Żądanie to pojawia się od kilku lat, ponieważ niektórzy szefowie rządów, m.in. Viktor Orbán na Węgrzech i Robert Fico na Słowacji, nie słuchają się Brukseli, co mainstreamowe media nazywają sprzeciwem wobec dalszej „integracji europejskiej” [3].

„Niemcy realizują plan politycznego opanowania Europy. Z niezrozumiałych dla mnie powodów Polacy w większości nie są w stanie tego zrozumieć – mówi Magdalena Ziętek-Wielomska (…) Polska we wspomnianych planach ma być prowincją europejskiego imperium – język polski, polskojęzyczne urzędy, biało-czerwone flagi, ale najważniejsze decyzje polityczne nie będą zapadać w Warszawie. – Chodzi o to, że mamy nie mieć tożsamości narodowej, mamy zadowolić się statusem mieszkańców imperium, które będzie zarządzane przez określone centrum” [4].

Ku Państwa zastanowieniu, przebudzeniu i pamięci o tysiącletniej Polsce oraz o tym kto zawsze był naszym wrogiem i że nie uda się zbudować IV Rzeszy Niemieckiej bez zniszczenia naszego narodu!

[1] krzysztofjaw./polexit-uciekajmy-z-ue-i-to-najszybciej

[2] osrodekanaliz.pl/altiero-spinelli-ernesto-rossi-manifest-z-ventotene– polecam lekturę tego komunistycznego bełkotu,

[3] dorzeczy.pl/opinie/centralizacja-ue-niemiec-weber-zglosil-szokujace-zadanie.html

[4] dorzeczy.pl/plan-niemiec-zietek-wielomska-polska-prowincja-imperium.html

Rudy flecista z Hameln

Rudy flecista z Hameln

Eksperyment filadelfijski rudy-krol-szczurow

Zapewne każdy słyszał tą bajkę, albo słyszał o bajce, w której szczurołap dzięki magicznemu fletowi wyprowadza szczury z miasta – tytułowego Hameln i topi je w rzece. Z pewnością nie muszę także podpowiadać do kogo w postaci owego rudego szczurołapa, albo flecisty – nawiązuję. Także owe szczury bardzo przypominają niegdysiejsze lemingi, z tą różnicą, że lemingi same dawały na główkę w przepaść, a owe szczury z Hameln, uczyniły to oczarowane muzyką z fletu. Generalnie jednak analogie podobne i tylko rudy szczurołap się pojawia z magicznym fletem. 

Na razie rzeki nie widać. Muzyka z fletu nadal tumani i zwodzi, każąc wierzyć szczurom, że tylko one są godne owego marszu ku unijnej przyszłości i tylko one mają prawo czuć się owymi wybranymi, dziedziczącym miano elit oraz prawo do nachapania się ciałem Ojczyzny, bowiem już tylko do tego, według rudego flecisty, ona się nadaje w nadchodzącym bezojczyźnianym świecie! Rzeki jeszcze nie widać, ale szczury zbliżają się do niej nieustannie, a w falach owej rzeki już czekają na nich śniadzi, muzułmańscy lekarze i inżynierowie z maczetami w rękach, różne ETeSy grabiące ich zasoby, czeka monetarna niewola, komunikacyjne wykluczenie, upadek państwa i korporacyjna niewola dająca wolność od pasa w dół, a odbierająca wolność najważniejszą, odbierająca Boga, Honor i Ojczyznę! Na samym zaś końcu czeka  wojna do której szczurołap ich nie przygotował i nie przygotuje. Czeka upadek i śmierć!

Jednak nie tylko szczury – unijczycy i ojkofobi idą w tym marszu śmierci. Idą w nim także porządni ludzie, którzy nie potrafią postawić się fleciście. Uwikłani w codziennej życie, rozhartowani  długim okresem pokoju i lewacką narracją o końcu historii, ciągnący  za sobą kule hedonizmu z dzieciakami, które sami zaprogramowali jedynie na branie, nie potrafią zachować się jak prawdziwi obywatele. Nie umieją się przeciwstawić, ubrudzić sobie rąk oporem i determinacją aby pozbyć się owego kierownika fletu, ciągnącego nas wszystkich, cały naród do zagłady!

EPSTEIN I JEGO WYSPY SZCZĘŚLIWE

EPSTEIN I JEGO WYSPY SZCZĘŚLIWE

oficyna-aurora.pl/aktualnosci/epstein-i-jego-wyspy-szczesliwe

Sławomir M. Kozak

Ujawnienie tzw. akt Epsteina wywołało globalne poruszenie i nawet w Polsce cieszą się one znacznym zainteresowaniem. Póki co, udostępniono 3,5 miliona stron, ale to nie wszystko, bo w odwodzie czekają kolejne, ponad 2 miliony. Z nimi, być może, będzie się już mierzył następca obecnego prezydenta USA. Żądni sensacji wertują je w poszukiwaniu polskich nazwisk, powstają już nawet na ten temat memy. A przecież wystarczy kupić książkę „TerraMar utopia elit”, w której już w 2022 roku opisałem to, co dziś zajmuje tłumy. Przybliżyłem w niej główne postaci tego wieloletniego przedsięwzięcia, jakim było pozyskiwanie haków na głównych macherów światowej polityki i gospodarki. Epstein, niczym współczesny flecista (sic!) z Hameln, nie tylko w prosty sposób podtopił w ten sposób dzisiejsze szczury, ale wyprowadził też na skraj przepaści liczne zastępy dzieci. I nie mówię tu wyłącznie o wykorzystywanych przez lata nieletnich, ale o całej rzeszy ludzi ogłupionych usypiającą muzyką lewackiej odmiany demokracji, w której wystarczy pozyskać grupkę dla zniewolenia mas. W mojej książce Czytelnik znajdzie przynajmniej jedno polskie nazwisko i nie będzie ono miało nic wspólnego z … (!) tenisem.

Jednak, w tym miejscu przywołam urywek rozdziału „Wyspy szczęśliwe”:

Little St. James, to otoczony błękitem karaibskich wód 30-hektarowy kawałek ziemi, który można sobie obejrzeć w dostępnych nadal zasobach internetowych. Esptein kupił go za niecałe 8 milionów dolarów, w roku 2022 wysepkę wystawiono na sprzedaż już za 125 milionów. W 1997 roku, na wyspie znajdował się dom główny, trzy domki dla gości, domek dozorcy, prywatny system odsalania wody, lądowisko dla helikopterów i dok. Ponadto na wyspie znajduje się budynek w kształcie pudełka z niebieskimi paskami, który początkowo był zwieńczony złotą kopułą. Oficjalnie, miał się w nim znaleźć pawilon muzyczny, ale intrygujący wygląd sugerować może, że miał to być rodzaj osobliwej świątyni. Pierwotny budynek na planach miał kształt ośmiokąta, przekrój prostokątny i posiadał dwa boczne pomieszczenia wystające z zewnętrznych ścian. Był on także znacznie niższy w perspektywie, a kopuła wychodziła z ośmiokąta na dachy bocznych budynków. Budynek, który ostatecznie powstał, jest wyższy od planowanego i ma kształt sześcianu. Wiele osób mówi o tym, że pod wyspą zlokalizowana jest sieć tuneli, na niektórych fotografiach widoczne są nawet, niezbyt rzucające się w oczy, wejścia do nich. Jest to bardzo prawdopodobne, tym bardziej w świetle podejrzeń o wykorzystywanie przez właściciela do podróży na wyspę nie tylko statków powietrznych, ale też łodzi podwodnej.

Na wyspie bywały, w okresie jej użytkowania, setki młodych dziewcząt i bogatych, wpływowych znajomych pedofilskiej pary. Spośród osób znanych, wysepkę odwiedził z pewnością Stephen HawkingDavid Gross, czy Lisa Randall. Widzimy wyraźnie, że w życiu Epsteina, ważną rolę odgrywały znajomości z naukowcami różnych branż, przeważnie jednak podobali mu się ci, którzy mieli dokonania w dziedzinach związanych z wpływem na ludzkie życie, a wręcz podejrzewać można, iż chodziło mu chyba o życie wieczne. Dotyczy to zresztą pozostałych miliarderów w jego otoczeniu, z których ci młodsi, jak Branson, czy Musk, eksperymentowali z neurochirurgią, tworzeniem biologicznych robotów i podróżami kosmicznymi, a starsi, jak Gates, skupiali się na badaniach dotyczących ludzkiego DNA, eliminowaniu osobników starych i słabych. Wiele źródeł informuje, wbrew sprzeciwom zainteresowanego, o częstych wizytach w tym pięknym zakątku u gościnnego Epsteina, w latach 2002 – 2005, Billa Clintona. Niejaki Jes Staley, bankier pracujący przez 34 lata w J.P. Morgan, bywał także częstym jego gościem. W roku 2021, na fali licznych doniesień medialnych o tej zażyłości, Staley zrezygnował z zarządzania brytyjską firmą Barclays. Ponoć na tej właśnie wyspie, David Copperfield oświadczył się Claudii Schiffer. To jedyny taki romantyczny akcent owej „wyspy orgii”. Możliwe, że powołany do życia, jako tak zwany „fakt medialny”, dla odwrócenia uwagi opinii publicznej i rozjaśnienia mroków spowijających tę posiadłość. 

Z pewnością bywała tam najbardziej znana z ofiar seksualnych nadużyć Epsteina, Virginia Roberts, która później zmieniła nazwisko i podczas procesu sądowego występowała już jako Virginia Giuffre. Ghislaine Maxwell dostrzegła nastolatkę w klubie Donalda Trumpa, Mar-a-Lago, gdzie pracował jej ojciec i „zatrudniła” ją u Epsteina. W czasie pobytu na wyspie, dziewczyna spotkała tam Clintona. Virginia zeznała również, że w roku 2001, kiedy miała 17 lat, zmuszono ją trzykrotnie do spotkania z księciem Andrzejem, który ją w czasie tych wizyt gwałcił. Skoro jesteśmy przy wyspach, to warto tu wspomnieć o jeszcze jednej, mało rozpoznanej, koncepcji naszej globalistycznej „elity”. Nazwali ją „Projektem 10 wysp”. Co prawda, objętych nim wysp jest ponoć 26, ważne, że w sprawę zaangażowała się administracja Clintona, a później Obamy, długo wcześniej, zanim schwabski dewiant biegający po plaży w damskiej bieliźnie, zdołał opublikować swoje rojenia o czwartej rewolucji, zrównoważonym rozwoju i tym podobne brednie.

Zaczęto lokować na wyspach karaibskich, panele fotowoltaiczne, wiatraki i instalacje odsalające wodę morską, by wspomóc ich społeczności w dostępie do prądu i czystej wody. Zielona rewolucja na wyspach. Z założenia, mająca wesprzeć ich zdolności turystyczne. Idea szczytna, ale po pierwsze, nie do zrealizowania jednorazowo na tych terenach, z powodu częstych i niezwykle silnych huraganów, które te konstrukcje po prostu obracają w niwecz. Naturalnie, daje to, praktycznie dożywotnią, okazję do ich odbudowywania. Po drugie, programem pomocowym objęto wyspy według specjalnego klucza, który różnicuje je pod względem zaangażowania ich przywódców w projekty, narzucane przez USA, a dotyczące pełnej kooperacji w zakresie walki w handlu żywym towarem, narkotykami i bronią. Rzecz wygląda, z pozoru, na logiczną i nacechowaną dbałością o wspólny interes, z tym, że z jakichś powodów, społeczność tych wysp nie pali się do tego pomysłu. I nic dziwnego, skoro od roku 1999, handel tego typu nie maleje, a wręcz rośnie. Wyspy, zwłaszcza te, o których mowa, od wieków były punktami przerzutowymi dla różnego rodzaju gangów i nic się w tym zakresie nie zmieniło do dziś.

Tyle, że obecnie odbywa się to pod przykrywką pomocy humanitarnej, walki z rejonami zagrożonymi ubóstwem, rozwojem turystyki, budową zielonego ładu. Ogromne firmy kładą pomiędzy wyspami podwodne przewody i kable światłowodowe, mające zapewniać energię i łączność z Florydą, budują hotele, a nadal ta, doskonalsza komunikacja i internetowe bazy danych, nie pozwalają sprawniej poszukiwać osób zaginionych, które znikają z coraz piękniejszych, hotelowych pokoi. Rośnie gigantyczna liczba przedsiębiorstw z sektora publicznego i prywatnego, pieniądze zarabiają dobrze znani nam inwestorzy, jak Bill GatesJeff BezosGeorge SorosRichard BransonReid HoffmanMark Zuckerberg i reszta „globalnych liderów”. Oni też kupują te wyspy i kompleksy turystyczne, w których wypoczywają ich wierni piewcy, czyli dziennikarze, wydawcy, aktorzy, politycy. Z kolei, firmy sprzedające swoje „zielone” rozwiązania technologiczne, wspierają kolejne administracje podczas każdych wyborów i biznes kręci się, jak dobrze naoliwiona maszyna. A ludzie nadal giną, wzrasta liczba przypadków pracy niewolniczej, dzieci wykorzystywane są do koszmarnych celów. 

Bill Gates, poza hektarami ziemi rolnej w Stanach, ma wyspę Buguye, największą w republice Belize. To w jego hotelach na Karaibach oddają się uciechom życia Meryl Streep, czy Justin Trudeau. Wspólnie z saudyjskim księciem Bin Talal, mają zresztą sto kilkadziesiąt (!) hoteli na całym świecie. Branson kupił wyspę Necker na Karaibach, ale też wyspę Moskito, a nawet australijską Makepeace i połacie ziemi w Afryce. Epstein zdążył kupić tylko dwie, bo oprócz Little Saint James, kupił sąsiednią, Great Saint James, a z wyspy Saint Thomas, kilkukilometrowym, podwodnym kablem, zasilił je w prąd.

Liderzy sekty NXIVM, o której piszę na kolejnych stronach, kupili wyspę Wakaya, niedaleko Fiji. Tych przykładów można by mnożyć, z tym, że brakuje stron w tym opracowaniu, a gazety, radio i telewizja, wolą nas zarzucać drugorzędnymi, bezpieczniejszymi tematami, bo „młodzi liderzy” pomniejszego płazu, płaszcząc się przed większymi okazami „elity”, wolą byśmy się nie denerwowali, skoro i tak życie zatruli nam pandemią i niemal perfekcyjnie Wells’owską, bo przecież w oryginale przez dwóch, różnych Wells’ów, przy użyciu innych technik przedstawioną, „wojną światów”.

Sławomir M. Kozak

jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się – https://buycoffee.to/s.m.kozak 

 Zapraszam też do zaglądania na portal Reduta.tv

Obrazki z wystawy. Na odtajnionych listach Epsteina znaleziono nazwisko Jaroslawa Kaczynskiego.

Obrazki z wystawy

3.02.2026

Na pierwszy ogień afera Epsteina:

image

Podsyłam świętemu Donkowi dowód w sprawie:

==========================================

Każdy fajnopolak potwierdzi

image

======================================

Na przykład tacy jak osoba na poniższym obrazku:

image

==================================

image

Na powyższym widać jak inteligentna farma PV chroni się przed spowodowanym przez globalne ocieplenie  mrozem.

Taka mała przypominajka o tym co tabliczki dla fejk-fotek montował.

=====================================================

image

—————————————————————-

Postęp i euro-nowoczesność stawia nowe wyzwania:

image
image

Wsteczniactwu fajnopolactwo mówi nie!

O, takiemu wsteczniactwu np:
image

Autor: k.gobisz

Elektryczny TIR do Irkucka

Elektryczny TIR do Irkucka


elektryczny-tir-do-irkucka

Elektryczny TIR rusza nocą przez Suwalszczyznę, bo tak wyszło w strategii transformacji, a strategia — jak wiadomo — ma pierwszeństwo przed termometrem.

Jest minus dwadzieścia dziewięć stopni, ale to tylko liczba, a liczby da się reinterpretować, zwłaszcza gdy siedzi się w Warszawie, Brukseli albo w ciepłym studiu telewizyjnym. Kierowca zakłada trzeci polar i słucha, jak komputer pokładowy informuje go, że zasięg wynosi sto kilometrów, o ile nie będzie oddychał, nie włączy ogrzewania i nie pomyśli o przyszłości. Bateria przechodzi w stan kontemplacji, bo lit, podobnie jak elektorat, w niskich temperaturach traci entuzjazm.

Plan zakładał jazdę „na Irkuck”, bo Irkuck w dokumentach zawsze wygląda dobrze — daleko, ambitnie, bezpiecznie i kozacko. Po dziewięćdziesięciu kilometrach TIR staje, żeby się zastanowić, czy bardziej chce ratować planetę, czy kierowcę.

Ładowarka jest nowa, dofinansowana, z tabliczką informacyjną i wstęgą przeciętą w zeszłym roku. Nie działa, bo kabel jest twardszy niż linia partyjna, a ekran wyświetla komunikat, który powinien wisieć nad połową inwestycji publicznych: „warunki nieprzewidziane”. Oczywiście nikt nie przewidział zimy w północno-wschodniej Polsce, bo w prezentacji była wiosna.

Obok przejeżdża stary diesel, kopci, warczy i jedzie dalej, co czyni go wrogiem postępu i zagrożeniem dla demokracji. Kierowca diesla macha ręką, nie z pogardy, tylko z litości, bo wie, że za kwadrans będzie na stacji, a elektryczny kolega wciąż będzie aktualizował oprogramowanie odpowiedzialne za nadzieję. Później w telewizji ktoś powie, że to incydent, że to przejściowe, że w Norwegii jeżdżą i jakoś żyją, tylko zapomni dodać, że Norwegowie mają prąd, pieniądze i zdrowy rozsądek, a Suwalszczyzna ma mróz i tabelkę w Excelu, która właśnie się nie zgadza.

Elektryczny TIR do Irkucka nie dojedzie, ale osiągnie coś znacznie ważniejszego — stanie się symbolem. Symbolem tego, że transformację najlepiej wdraża się nocą, na mrozie i z dala od autorów pomysłu. Że ideologia ma lepszy zasięg niż bateria, a moralna przewaga grzeje tylko tych, którzy nie muszą stać na poboczu przy minus trzydziestu. Irkuck poczeka, planeta też sobie poradzi, a kierowca zapamięta tę noc na długo. Diesel natomiast, wbrew strategiom, wizjom i konferencjom, po prostu jedzie dalej.

Ustawa 447: Bilans niesprawiedliwości. Dlaczego ofiara nie może płacić za sprawcę?

Ustawa 447: Bilans niesprawiedliwości. Dlaczego ofiara nie może płacić za sprawcę?

Ustawa 447: Bilans Niesprawiedliwości – Kto naprawdę powinien płacić? Czy ofiara może być zmuszona do płacenia za zbrodnie swojego oprawcy? W naszym najnowszym raporcie rozbijamy mity narosłe wokół Ustawy 447 i roszczeń do mienia bezspadkowego. Odsłaniamy kulisy geopolitycznej gry, w której Polska – państwo zniszczone i pozbawione reparacji – jest stawiana pod pręgierzem, podczas gdy…

WawelDom.pl

2 lutego, 2026

10–15 minut

#Act447, #Compensation, #DeutscheVerantwortung, #Deutschland, #Entschädigung, #Erinnerun, #Geopolitics, #Geopolitik, #Geopolityka, #Gerechtigkeit, #GermanCrimes, #Germany, #Geschichte, #Gesetz447, #HeirlessProperty, #Historia, #HistoricalTruth, #HistorischeWahrheit, #History, #Holocaust, #Holokaust, #IIWojnaŚwiatowa, #InternationalLaw, #Israel, #Izrael, #JüdischesEigentum, #JewishClaims, #JUSTAct, #Justice, #MienieBezspadkowe, #Niemcy, #Odszkodowania, #Pamięć, #Poland, #Polen, #Politik, #PolitykaZagraniczna, #Polska, #PrawdaHistoryczna, #PrawoMiędzynarodowe, #RelacjePolskoŻydowskie, #Reparacje, #Reparationen, #Reparations, #Restitution, #Sprawiedliwość, #Stop447, #StopAct447, #Ustawa447, #Warsaw, #Warschau, #Warszawa, #Wiedergutmachung, #WWII, #ZweiterWeltkrieg, #אמתהיסטורית, #ארהב, #גאופוליטיקה, #גרמניה, #היסטוריה, #השבתרכוש, #ורשה, #זיכרון, #חוק447, #יהדותפולין, #יחסיםבינלאומיים, #ישראל, #מלחמתהעולםהשנייה, #פוליטיקה, #פולין, #פיצויים, #צדק, #רכושיהודי, #שואה, #תביעות

Wstęp: Anatomia politycznej burzy

W maju 2018 roku, gdy prezydent USA Donald Trump podpisał ustawę S.447, znaną jako Justice for Uncompensated Survivors Today (JUST) Act, w polskiej przestrzeni publicznej wybuchła burza. Temat, zarezerwowany dotąd dla wąskiego grona ekspertów od restytucji, stał się paliwem dla politycznych emocji. Ustawa, potocznie nazywana „ustawą 447”, obrosła mitami: jedni widzieli w niej narzędzie mające doprowadzić do bankructwa Polski, drudzy – dowód na międzynarodowe zobowiązania RP.

W niniejszym opracowaniu oddzielam fakty od fikcji. Celem jest wszechstronna ocena roszczeń majątkowych w kontekście polskiego prawa, historii II RP i powojennych realiów geopolitycznych. Kluczowe tezy tego artykułu opierają się na twierdzeniu, że ciężar moralny i finansowy za Holokaust spoczywa na sprawcy – Niemczech, a Polska, jako ofiara, nie może być obciążana kosztami zbrodni popełnionych na jej obywatelach przez obce mocarstwo.


Część I: Ustawa 447 – Czym jest, a czym nie jest?

Aby zrozumieć skalę nieporozumień, należy zacząć od literalnej treści dokumentu. Ustawa JUST z 2017 roku jest wewnętrznym aktem prawnym Kongresu USA. Jej celem jest zobligowanie Departamentu Stanu do przygotowania raportu o postępach 46 państw w realizacji postanowień tzw. Deklaracji Terezińskiej z 2009 roku.

Natura prawna dokumentu

Należy z całą stanowczością podkreślić: Ustawa 447 nie jest źródłem prawa w Polsce. Nie jest ratyfikowaną umową międzynarodową ani traktatem. Z punktu widzenia polskiego porządku konstytucyjnego, nie nakłada ona na państwo polskie żadnych zobowiązań finansowych. Nie istnieje mechanizm prawny, w którym sąd w Warszawie wydałby wyrok na podstawie ustawy Kongresu USA.

Zagrożenie płynące z Ustawy 447 ma charakter polityczny i dyplomatyczny, a nie prawny. Raport Departamentu Stanu może służyć jako narzędzie nacisku w relacjach dwustronnych, wpływając na wizerunek Polski, ale nie tworzy roszczenia egzekwowalnego.


Część II: Podmiotowość prawna – Kto ma prawo się upominać?

Fundamentalnym pytaniem prawnym jest legitymacja stron. Kto może żądać zwrotu mienia? Tutaj dochodzimy do sedna sporu o „mienie bezspadkowe”.

1. Spadkobiercy indywidualni

Polskie prawo cywilne stoi na straży prawa własności. Jeśli żyje spadkobierca (dziecko, wnuk, prawnuk) dawnego właściciela i potrafi to udowodnić przed sądem – ma prawo odzyskać majątek lub odszkodowanie. Jest to ścieżka trudna, ale w pełni zgodna z prawem. Narodowość czy wyznanie spadkobiercy nie mają tu znaczenia – liczy się tytuł prawny.

2. Organizacje żydowskie i mienie bezspadkowe

Tu pojawia się największy konflikt. Organizacje takie jak WJRO (Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego) roszczą sobie prawo do majątku po ofiarach Holokaustu, które nie pozostawiły żadnych spadkobierców. Argumentują one, że mienie to powinno służyć społeczności ocalałych. Jednakże w świetle prawa rzymskiego, na którym opiera się cała Europa kontynentalna (w tym Polska), mienie bez dziedziców (tzw. kaduk) przechodzi na rzecz Skarbu Państwa.

Zasada ta obowiązuje w Polsce, Niemczech, Francji czy USA. Żadna prywatna organizacja – niezależnie od tego, jak szlachetne ma cele – nie staje się automatycznie spadkobiercą po osobach zmarłych bezpotomnie tylko na podstawie kryterium etnicznego. Uznanie roszczeń organizacji żydowskich do mienia bezspadkowego wymagałoby zmiany polskiego prawa i wprowadzenia precedensu dziedziczenia „rasowego” lub „plemiennego”, co jest sprzeczne z zasadami demokratycznego państwa prawa.

3. Państwo Izrael

Izrael powstał w 1948 roku. II Rzeczpospolita przestała istnieć de facto w 1939, a de iure jej ciągłość zachował Rząd na Uchodźstwie, a następnie III RP. Izrael nie jest sukcesorem prawnym II RP. Obywatele polscy wyznania mojżeszowego, którzy zginęli w Holokauście, nie byli obywatelami Izraela. Dlatego Izrael może występować jedynie politycznie, jako obrońca diaspory, ale nie posiada legitymacji procesowej do mienia obywateli polskich.


Część III: Mit „Obcego” – Status obywatelski Żydów w II RP

Częstym argumentem w debacie internetowej jest podważanie polskości przedwojennych Żydów.

Czy Żydzi byli Polakami?

W sensie prawno-ustrojowym: Tak, absolutnie. Żydzi mieszkający na ziemiach II Rzeczypospolitej posiadali polskie obywatelstwo. Wynikały z tego konkretne obowiązki i prawa:

  • Podatki: Mit, że Żydzi nie płacili podatków, jest fałszem. Podlegali tym samym rygorom skarbowym co etniczni Polacy. Wpływy podatkowe od kupców i przedsiębiorców żydowskich stanowiły istotną część budżetu państwa.
  • Służba wojskowa: W 1939 roku w szeregach Wojska Polskiego walczyło ok. 120 tysięcy żydowskich żołnierzy. Tysiące z nich poległo w obronie Polski przed Niemcami. Ich krew wsiąkła w tę samą ziemię, co krew etnicznych Polaków.
  • Język i tożsamość: Choć w spisie z 1931 r. wielu deklarowało jidysz, młode pokolenie lat 30. było w dużej mierze dwujęzyczne.

Oznacza to, że państwo polskie jest spadkobiercą mienia swoich obywateli – niezależnie od tego, czy modlili się w kościele, cerkwi czy synagodze. Wykluczanie Żydów ze wspólnoty obywatelskiej pośmiertnie jest działaniem ahistorycznym.


Część IV: Problemy dowodowe – Księgi wieczyste i zgliszcza

Krytycy roszczeń słusznie pytają: „Gdzie są dowody?”. Proces dowodzenia własności po 80 latach jest koszmarem prawnym.

  1. Zniszczenie ksiąg: Wiele ksiąg wieczystych i aktów notarialnych spłonęło, zwłaszcza w Warszawie (Archiwum Akt Dawnych).
  2. Fałszerstwa: W chaosie powojennym dochodziło do przejmowania mienia na podstawie fałszywych świadków.
  3. Brak ciągłości: Wymóg udowodnienia ciągłości prawnej od 1939 roku do dziś jest dla wielu nie do przeskoczenia.

Czy księgi są prawdziwe? Te, które ocalały – tak, są dokumentami urzędowymi. Jednak ich brak w wielu przypadkach uniemożliwia weryfikację roszczeń, co w świetle prawa działa na korzyść obecnego posiadacza (często Skarbu Państwa lub miasta).


Część V: Fizyczna destrukcja – Wojna, która unicestwiła przedmiot roszczeń

Nawet gdyby rozstrzygnąć kwestie prawne, pozostaje argument materialny: ogrom zniszczeń. W dyskusji o „kamienicach” zapomina się, że budynki te w 1945 roku w większości nie istniały.

Według szacunków z 2022 roku (Raport o stratach wojennych), ponad 80% zabudowy Warszawy uległo zniszczeniu. W przypadku mienia prywatnego wskaźnik ten sięgał 90%.

  • Większość roszczeń dotyczy więc gruntu, a nie budynków, ponieważ budynki zostały zrównane z ziemią przez Niemców.
  • To, co stoi dzisiaj w Warszawie, zostało odbudowane wysiłkiem całego narodu polskiego, w tym z funduszy społecznych (SFOS).
  • Oddawanie dzisiaj odbudowanej kamienicy spadkobiercom właściciela, który posiadał jedynie zrujnowaną parcelę, rodzi pytanie o tzw. bezpodstawne wzbogacenie.

Część VI: Reparacje niemieckie – Dysproporcja i niesprawiedliwość (Kluczowy Argument)

To jest najważniejszy punkt, który musi wybrzmieć w każdej dyskusji międzynarodowej. Źródłem problemu nie jest polska niechęć do zwrotu, ale niemiecka odmowa zapłaty Polsce, przy jednoczesnym zaspokojeniu roszczeń żydowskich.

Asymetria zadośćuczynienia

  1. Polska: W 1953 roku rząd PRL (pod przymusem ZSRR) zrzekł się reparacji od NRD. Niemcy do dziś wykorzystują ten argument, by nie płacić Polsce za straty wyceniane na ponad 6 bilionów złotych. Polska nie otrzymała odszkodowań za zniszczoną Warszawę, za spalone wsie, za pracę niewolniczą milionów Polaków.
  2. Środowiska Żydowskie: W 1952 roku RFN podpisała Umowę Luksemburską z Izraelem i Claims Conference.
    • Niemcy wypłaciły Izraelowi i organizacjom żydowskim miliardy marek.
    • Do 2018 roku łączne wypłaty niemieckie na rzecz ofiar Holokaustu wyniosły ok. 86,8 miliardów dolarów.

Wnioski z dysproporcji

Mamy do czynienia z sytuacją kuriozalną:

  • Sprawca (Niemcy): Zapłacił ofiarom żydowskim, ale nie zapłacił ofierze państwowej (Polsce).
  • Ofiara (Polska): Jest naciskana, by płacić innej grupie ofiar (organizacjom żydowskim), mimo że sama nie otrzymała rekompensaty za te same zniszczenia.

Logicznym i moralnym rozwiązaniem jest uznanie, że roszczenia majątkowe za mienie utracone w wyniku niemieckiej agresji powinny być kierowane do Berlina. Jeśli Niemcy zniszczyli dom w Warszawie, to Niemcy powinni za niego zapłacić właścicielowi (Żydowi lub Polakowi). Domaganie się, by Polska (która ten dom odbudowała) płaciła za jego zniszczenie przez Niemców, jest odwróceniem ról ofiary i sprawcy.

Co więcej, środki już wypłacone przez Niemcy Izraelowi i Claims Conference powinny być zaliczone na poczet globalnych roszczeń. Nie może być mowy o podwójnym odszkodowaniu za to samo mienie.


Część VII: Straty ludnościowe – Wspólna trauma

Dyskurs publiczny na Zachodzie często sprowadza II wojnę światową do Holokaustu. Należy przypominać pełne proporcje strat.

Polska straciła ok. 6 milionów obywateli.

  • ~3 miliony to polscy Żydzi (ofiary Holokaustu).
  • ~3 miliony to etniczni Polacy i inne narodowości.

Holokaust był zbrodnią wyjątkową, zaplanowaną na całkowitą eksterminację narodu żydowskiego. Jednak odbywał się on na terenie Polski, która równolegle traciła swoje elity, inteligencję i zwykłych obywateli w łapankach, egzekucjach ulicznych i obozach (Auschwitz był miejscem kaźni również Polaków). Dlatego mówienie o roszczeniach tylko jednej grupy ofiar, przy pomijaniu strat drugiej grupy (która często pomagała pierwszej), budzi w Polsce poczucie głębokiej niesprawiedliwości.

Część VIII: Problem reprezentacji – Czy Izrael miał prawo do odszkodowań za obywateli polskich?

W debacie o reparacjach często umyka fakt fundamentalny dla prawa międzynarodowego: w momencie wybuchu II wojny światowej państwo Izrael nie istniało. Powstało ono dopiero w 1948 roku, trzy lata po zakończeniu wojny. Rodzi to potężny dylemat prawny: na jakiej podstawie nowy byt państwowy mógł rościć sobie prawa do odszkodowań za krzywdy wyrządzone obywatelom innego suwerennego państwa – w tym przypadku II Rzeczypospolitej?

1. Konstrukcja prawna Umowy Luksemburskiej (1952) Podstawą prawną transferu środków z Niemiec do Izraela była tzw. Umowa Luksemburska (Wiedergutmachung). Z punktu widzenia klasycznego prawa międzynarodowego, była ona ewenementem. Niemcy (RFN) zgodziły się wypłacić odszkodowania państwu, z którym nie były w stanie wojny (bo Izrael nie istniał), za ofiary, które nie były obywatelami tego państwa. Izrael, reprezentowany przez premiera Dawida Ben Guriona, przyjął doktrynę, że jest jedynym spadkobiercą i opiekunem narodu żydowskiego jako całości. Argumentowano to koniecznością sfinansowania „absorpcji” (przyjęcia) setek tysięcy ocalałych, którzy przybyli do Palestyny. Jednakże wliczenie w tę kalkulację majątku i cierpienia milionów Żydów, którzy zginęli w Polsce i nigdy do Izraela nie dotarli, jest z perspektywy polskiego interesu stanu nadużyciem.

2. Zawłaszczenie podmiotowości ofiar Ofiary Holokaustu w Polsce były obywatelami Rzeczypospolitej. Ich paszporty były polskie, ich majątki podlegały polskiemu prawu hipotecznemu, a ich ochrona prawna (jakkolwiek nieskuteczna w obliczu okupacji) leżała w gestii państwa polskiego. Gdy RFN przekazywała miliardy marek Izraelowi w imieniu „narodu żydowskiego”, dokonała w istocie eksterytorializacji ofiar. Wyjęto je pośmiertnie spod jurysdykcji państw ich urodzenia (Polski, Węgier, Holandii) i przypisano do Izraela. Dla Polski ma to kapitalne znaczenie: Niemcy „kupiły sobie” powrót do społeczności międzynarodowej, płacąc Izraelowi walutą wygenerowaną na cierpieniu obywateli polskich. W efekcie, dzisiejsze roszczenia organizacji żydowskich wobec Polski można uznać za próbę „drugiego inkasowania” należności. Skoro Izrael (i organizacje partnerskie jak Claims Conference) przyjął gigantyczne sumy jako „spadkobierca ofiar”, to on przejął na siebie ciężar zaspokojenia roszczeń indywidualnych. Domaganie się teraz od Polski zwrotu mienia bezspadkowego jest próbą przerzucenia kosztów tej transakcji na ofiarę agresji.

3. Pominięcie Żelaznej Kurtyny Należy pamiętać o kontekście geopolitycznym. W latach 50. Polska, zniewolona przez Sowietów, nie mogła skutecznie upomnieć się o swoich obywateli pochodzenia żydowskiego na arenie międzynarodowej. Zachód i Izrael, ignorując prawa PRL (jako państwa niedemokratycznego, ale prawnie istniejącego), zawarły porozumienie ponad głowami Polaków. Dziś, w wolnej Polsce, musimy głośno pytać: czy tamte pieniądze, wypłacone za „polskich Żydów”, nie zamknęły tematu roszczeń? Z logicznego i moralnego punktu widzenia – tak.

Część IX: Moralny upadek i paradoks ofiary – Pieniądze z reparacji a tragedia Palestyny

Wkraczamy tu na grunt niezwykle bolesny, ale konieczny do pełnego obrazu sprawiedliwości dziejowej. Pytanie o to, co stało się z pieniędzmi wypłaconymi przez Niemcy w ramach zadośćuczynienia (Wiedergutmachung), prowadzi do współczesnych tragedii na Bliskim Wschodzie.

1. Transformacja ofiary w sprawcę? Niemieckie marki, a później euro, stały się fundamentem budowy nowoczesnego państwa Izrael – jego infrastruktury, przemysłu, ale także potęgi militarnej. Istnieje zatem bezpośredni ciąg przyczynowo-skutkowy między pieniędzmi wypłaconymi za Zagładę a uzbrojeniem armii, która dziś prowadzi działania w Strefie Gazy. Dla wielu obserwatorów, w tym historyków i etyków, rodzi to przerażający paradoks. Środki, które miały być symbolem pokuty za ludobójstwo, zasilają machinę wojenną, oskarżaną przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości i organizacje humanitarne o działania o znamionach ludobójstwa wobec Palestyńczyków. Czy fakt, że potomkowie ofiar gett warszawskiego czy łódzkiego bombardują dziś zamknięte dzielnice Gazy (często porównywane przez krytyków do „wielkiego getta”), nie jest tragicznym chichotem historii?

2. Syndrom „Nadczłowieka” (Übermensch) a pamięć ofiar

W filozofii politycznej pojawia się pojęcie „moralnego immunitetu”. Trauma Holokaustu bywa wykorzystywana jako tarcza, która ma chronić państwo Izrael przed wszelką krytyką. Narracja jest prosta: „My, naród ofiar, który przeszedł piekło, mamy prawo do wszystkiego, by przetrwać”. To niebezpieczne zjawisko psychologii społecznej. Może prowadzić do postawy wyższościowej, w której cierpienie własnego narodu wynosi się ponad cierpienie innych, a prawo do obrony usprawiedliwia zbrodnie wojenne. Jeśli pieniądze z reparacji posłużyły do zbudowania poczucia bezkarności i siły, która miażdży cywilów w Palestynie, to czy nie mamy do czynienia z zaprzeczeniem lekcji płynącej z Auschwitz?

Hasło „Nigdy Więcej” (Never Again) powinno znaczyć „Nigdy Więcej dla Nikogo”. Jeśli jednak w praktyce oznacza ono „Nigdy Więcej dla Nas, ale inni mogą cierpieć dla naszego bezpieczeństwa”, to jest to zdrada pamięci ofiar Holokaustu. Ofiary te ginęły w imię ideologii rasistowskiej, która dzieliła ludzi na „nadludzi” i „podludzi”. Jeśli państwo mieniące się ich spadkobiercą stosuje segregację, odpowiedzialność zbiorową i niszczenie infrastruktury cywilnej, to mimowolnie wchodzi w buty oprawców sprzed lat.

3. Niemiecka wina a palestyńska krew W tym kontekście rola Niemiec jest dwuznaczna. Niemcy, w imię „Racji Stanu” (Staatsräson), bezwarunkowo wspierają Izrael, dostarczając broń i fundusze, traktując to jako formę odkupienia win za Holokaust. Jednakże, jeśli ta broń zabija palestyńskie dzieci, to niemiecka „pokuta” odbywa się kosztem trzeciej, niewinnej grupy ludzi – Palestyńczyków. Polska perspektywa pozwala dostrzec ten fałsz wyraźniej. My wiemy, czym jest okupacja, wysiedlenia i niszczenie miast. Dlatego polska wrażliwość powinna odrzucać narrację, w której bycie ofiarą w przeszłości daje mandat do bycia oprawcą w teraźniejszości. Pamięć o 6 milionach zamordowanych (w tym 3 milionach polskich Żydów) domaga się sprawiedliwości i pokoju, a nie finansowania kolejnych wojen z funduszy reparacyjnych.

Część X: Synteza – Ku nowej definicji sprawiedliwości

Analiza ta prowadzi do wniosków, które wykraczają poza suchą literę prawa. Spór o ustawę 447, roszczenia majątkowe i reparacje to w istocie spór o prawdę historyczną i moralną hierarchię wartości.

  1. Prawo a nie przywilej: Roszczenia majątkowe muszą opierać się na twardych dowodach i prawie spadkowym, a nie na etnicznym prawie plemiennym. Polska, jako państwo prawa, nie może tworzyć przywilejów dla jednej grupy ofiar kosztem innej.
  2. Ostateczność rozliczeń: Niemcy, wypłacając gigantyczne sumy Izraelowi za „obywateli polskich pochodzenia żydowskiego”, w sensie moralnym i ekonomicznym zamknęły drogę do roszczeń wobec Polski. Polska nie może płacić drugi raz za to, za co Niemcy już zapłaciły samozwańczemu reprezentantowi ofiar.
  3. Ostrzeżenie z historii: Losy funduszy reparacyjnych pokazują, że pieniądze nie zawsze leczą rany – czasem finansują nową krzywdę. Wykorzystywanie pamięci o Zagładzie do usprawiedliwiania polityki przemocy w Palestynie jest największą obrazą dla tych, którzy spłonęli w krematoriach.

Polska, jako kraj, który nie otrzymał reparacji i został zdradzony geopolitycznie po wojnie (Jałta), nie ma ani prawnych, ani moralnych, ani ekonomicznych przesłanek, by spłacać rachunki za zbrodnie nazistowskich Niemiec. Sprawiedliwość wymaga, by sprawca płacił ofierze. Ale sprawiedliwość wymaga też, by ofiara nie stawała się nowym sprawcą. W tym skomplikowanym trójkącie (Niemcy-Izrael-Polska), to Warszawa ma czyste sumienie, nie Berlin i nie Tel Awiw. I to jest nasz najsilniejszy kapitał, którego nie wolno nam zmarnować pod presją jakiejkolwiek ustawy czy dyplomacji.

Dość szczerze o szaleństwie klimatycznym

Dr Chocian mocno o szaleństwie klimatycznym

wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

„Żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry. Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają” – punktował w programie Telewizji wPolsce24 dr Grzegorz Chocian, ekspert z zakresu ochrony środowiska i przyrody.

Dr Grzegorz Chocian nie zostawił suchej nitki na polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

Zobaczmy, jak jest zbudowana piramida potrzeb Maslowa. Otóż podstawą jest właśnie ciepło i wyżywienie. Mamy nie zamarznąć i mamy mieć co jeść. To jest ta podstawa egzystencjalna. Dopiero wyżej są te potrzeby inne, związane z rozwojem, z twórczością, samorealizacją.

Przecież w tej chwili dokonuje się na społeczeństwach Europy Zachodniej – generalnie Unii Europejskiej oszalałej klimatycznie – powrót do sytuacji, w której mamy przestać myśleć o samorozwoju, o jakichś wartościach wyższych, tylko mamy się skupić na przetrwaniu, wyłącznie na przetrwaniu

Surowa ocena

Zdaniem eksperta ludzie są zastraszani i oszukiwani.

Najpierw jesteśmy wystraszeni, zastanawiamy się, co to będzie i przychodzą do nas od razu sprawni sprzedawcy, mówią: „to jest ci potrzebne, to ci damy, a tu jeszcze damy dotację na to, koniecznie to kup”. Więc żeśmy porzucali kopciuchy, poniekąd dobrze, bo akurat to najbardziej nam szkodziło, ale przeszliśmy na piece gazowe. Okazało się, gaz jest niedobry, kiedy rurociąg wystrzelił. Teraz okazuje się, być może będzie odbudowany, znowu gaz będzie dobry.

Przez moment pompy ciepła były świetne. Okazuje się, że pompy ciepła teraz zużywają dużo energii elektrycznej i nie działają — wskazał.

Po prostu jesteśmy omamiani ciągle przez bardzo sprytnych sprzedawców, którzy mają do tego celu jeszcze lepszych narratorów, którzy właśnie mówią, że „planeta nam spłonie, a ty Kowalski dokładasz się do tego, że wszyscy zginiemy, powinieneś się wstydzić, to jest grzech ekologiczny”

— stwierdził.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM:
https://youtu.be/ogtaNh1-J1s

Publikacja dostępna na stronie: wpolityce.pl/mocno-o-szalenstwie-klimatycznym

Dlaczego Polacy-katolicy tak kochają Boże Narodzenie?

Dlaczego Polacy tak kochają Boże Narodzenie?

Piotr Relich hpch24.pl/dlaczego-polacy-tak-kochaja-boze-narodzenie


Pamiętam smutek na twarzy mojej córki, kiedy powiedziałem jej, że okres Bożego Narodzenia kiedyś się skończy. I choć pewnie jej myśli objawiały wówczas dziecięcą tęsknotę za choinką, prezentami, Świętym Mikołajem i całym świątecznym sztafażem, miałem głębokie przekonanie, że to raptem czteroletnie dziecko wchodzi w okres żałoby. Poczucia straty czegoś tak pięknego i radosnego, czego raz doświadczywszy nie chce się wypuścić z rąk.

Mała dziewczynka musiała pogodzić się z myślą, że wkrótce zniknie stajenka, żłóbek i Dzieciątko Jezus. Przystrojona choinka nie będzie już rozświetlać zimowych wieczorów, a kolędy i pastorałki – słyszane w naszym domu niemal codziennie – w końcu ustąpią bardziej „świeckiej” muzyce.

Z tego wszystkiego sam zacząłem zastanawiać się nad źródłem tego powszechnego, bo wcale nie zarezerwowanego wyłącznie dla dzieci zjawiska. Co sprawia, że tak ciężko rozstać się z Bożym Narodzeniem? Dlaczego w Polsce śpiewamy kolędy do 2 lutego, mimo że bożonarodzeniowy okres liturgiczny kończy się już Niedzielą Chrztu Pańskiego?

Niestety, zwyczajowe wyjaśnienia – „polska tradycja”, „spotkania w gronie rodzinnym”, „atmosfera życzliwości”, „magia świąt”…nie próbują wytłumaczyć dlaczego tak kochamy ten okres. Nawet uzasadnienia natury duchowej – radość z narodzenia Zbawiciela, który przyszedł „wyrwać nas z królestwa śmierci” – choć oczywiście prawdziwe, nie dawały pełni satysfakcji. Przecież w innych krajach chrześcijańskich również celebruje się Boże Narodzenie, ale nigdzie nie smakuje ono tak jak tutaj.

Zakazane święta

Taki, dajmy na to, amerykański katolik, 24 grudnia wraca do domu, zjada skromną wieczerzę wigilijną i kładzie się spać w oczekiwaniu na św. Mikołaja. Następnego dnia świętuje Boże Narodzenie, ale niezbyt hucznie, gdyż następnego dnia trzeba wstawać do pracy. Potem jeszcze tylko Sylwester i to w zasadzie koniec atrakcji. Na początku nowego roku podjazdy przed domami straszą kikutami choinek, a świąteczna magia momentalnie rozbija się w zderzeniu z koniecznością dalszego „robienia pieniędzy”.

Chyba, że akurat trafimy na dom Polaków; przystrojony jeszcze jakiś czas będzie odróżniał się od innych. To właśnie w tym czasie emigranci najbardziej tęsknią za Pasterką, Jasełkami, świętem Trzech Króli, czy kolędami i pastorałkami, których w naszym kraju mamy prawdziwe bogactwo.

Tak drastycznej różnicy nie da się jednak wytłumaczyć wyłącznie kulturą konsumpcyjną czy statystykami spadających praktyk religijnych. Nie można oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o znacznie głębszy proces, mający swoje źródło w stopniowej utracie sensu i właściwego rozumienia tych dni. Bardzo ciekawą perspektywę zarysowuje historyk Kościoła, ks. prof. Józef Naumowicz, ujawniając w jakim stopniu do degradacji obchodów Bożego Narodzenia przyczyniła się w przeszłości rewolucja protestancka.

Autor książki „Narodziny Bożego Narodzenia” przypomina, że w XVI wieku pojawiały się zakazy obchodów świąt Bożego Narodzenia, wydawane szczególnie przez radykalne wyznania protestanckie: najpierw przez hugenotów, a później przez purytan, którzy zdobyli większość w parlamencie angielskim i wprowadzili państwowy zakaz obchodów Bożego Narodzenia. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych oraz w Szkocji za sprawą prezbiterian. Radykalni protestanci uważali, że nie jest to święto biblijne, a zatem musi mieć korzenie… pogańskie.

Dopiero przybycie w XIX w. do USA większej liczby Polaków, Słowaków czy Irlandczyków, a więc katolików, zmieniło postrzeganie Bożego Narodzenia w oczach protestantów. Wówczas przekonali się, że to święto spełnia bardzo ważną rolę rodzinną i społeczną. W wyniku kontaktu z pogardliwie określanymi „papistami”, w protestantyzmie w połowie XIX wieku powstał nurt świąt domowych, czyli domowego celebrowania świąt – wówczas uznano, że Boże Narodzenie, które świętuje się wspólnie, wnosi do życia społecznego pokój i pojednanie.

Hymn na cześć radości

W Kościele katolickim wręcz przeciwnie; zasada „wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie!” (1 Tes 5, 1) doprowadziła do inkulturacji wielu elementów świata pogańskiego. Odnajdując w niektórych rytuałach pierwotny sens, Kościół w swojej mądrości wykorzystywał je do głoszenia nauk Chrystusa zrozumiałym kodem kulturowym.

Stąd np. umiejscowienie obchodów Bożego Narodzenia w okolicach przesilenia zimowego, celebrowanego w starożytności jako zwycięstwo życia nad śmiercią i symbol niegasnącej nadziei w okresie najciemniejszego mroku. To również przyjęcie choinki – pogańskiego Drzewa Życia i osi świata (axis mundi), które w chrześcijaństwie nawiązuje do historii zbawienia rodzaju ludzkiego. Grzech popełniony pod rajskim drzewem, został odkupiony ofiarą na Drzewie Krzyża. Również same kolędy mają rodowód pogański. Śpiewane w Rzymie jako calendae, wyrażały radość z okazji nadejścia Nowego Roku, kiedy to składano życzenia i wręczano sobie prezenty.

Dzisiejszą atmosferę pełną ciepła, troski i wrażliwości, nadał Bożemu Narodzeniu już św. Franciszek. Biedaczyna z Asyżu dla lepszego przeżycia tajemnicy Wcielenia, zapoczątkował tradycję bożonarodzeniowych szopek oraz wystawiania jasełek. Dla św. Franciszka Boże Narodzenie było świętem nad świętami, bo wtedy Bóg stawszy się dziecięciem zawisł u piersi ludzkich. Chciał, by w tym dniu bogaci karmili ubogich, zwierzęta miały więcej obroku niż zwykle i nie obowiązywał post od pokarmów mięsnych. Wszystko po to, by ludzie jeszcze mocniej odczuli radość z faktu, że Bóg w swej nieskończonej dobroci stał się człowiekiem, by odkupić z grzechu całą ludzkość.

Ale dla Franciszka nie chodziło wyłącznie o wspomnienie tych wspaniałych wydarzeń. Nie mniej istotny pozostawał eucharystyczny charakter Bożego Narodzenia, przez który tajemnica Wcielenia stawała się faktem, uobecniającym się każdego dnia na ołtarzu. Nie bez powodu na fresku w Greccio, gdzie po raz pierwszy w historii wystawiono jasełka, widzimy Dzieciątko Jezus w żłóbku, a powyżej kielich na ołtarzu. Ten kluczowy element wiary, z pełną świadomością „wycięła” trzy wieki później rewolucja protestancka, już wtedy powodując odarcie Bożego Narodzenia z jego pierwotnego sensu.

Tymczasem radość z jaką św. Franciszek celebrował narodziny Zbawiciela udziela się również nam, żyjącym osiem wieków później. Nic więc dziwnego, że tam gdzie trwał Kościół, z nabożnością świętowano Boże Narodzenie, chcąc przedłużać ten cudowny czas niemal w nieskończoność. Bo gdy ludzie prawdziwie łączą się z Chrystusem, tam – parafrazując św. Jana – radość Jego jest w nas i radość nasza jest pełna.

Piotr Relich

Chichot Eichmanna. Niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Chichot Eichmanna.

Witold Gadowski:

niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Witold Gadowski


niezalezna.a/chichot-eichmanna-witold-gadowski-niegrzeczni-beda-zajadac-chrzaszcze

Umowa UE z krajami Mercosuru służy jedynie podbudowaniu gospodarki niemieckiej i to w sposób ekstensywny, kosztem rolniczych sektorów gospodarek innych krajów – pisze Witold Gadowski w „Gazecie Polskiej”.

Grzegorz Wierzchołowski – niezalezna.pl
Chichot Eichmanna. Witold Gadowski: niegrzeczni będą zajadać chrząszcze

Jeżeli twój sąsiad ma dziesięciokrotnie więcej pola niż ty, to trudno ci z nim konkurować, chyba że masz lepszą technologię. Jeżeli jednak wszystkie technologie sprzedał mu inny sąsiad, to właściwie nie masz szans. Na dodatek obszarnik nie stosuje żadnych reguł, bo ma układy, a sąsiad, który mu sprzedał technologie, zawarł z nim teraz układ, że będą wymieniali maszyny za plony i całkowicie cię zaduszą… To niezbyt wysublimowana alegoria tego, jak dla europejskiego rolnictwa (a w szczególności polskiego) będzie działać umowa z krajami gospodarczego sojuszu Mercosur. Zdajmy sobie sprawę z prostego faktu – już szwindle związane ze sprowadzaniem produkowanych przez wielkie agroholdingi produktów rolnych z Ukrainy pokazały, że w Polsce nie istnieje żaden realny system zapewniania konsumentom bezpieczeństwa żywności. Jeżeli dodamy do tego fakt, że gospodarki południowoamerykańskie nie stosują zdrowotnych norm żywności obowiązujących w Europie, to rodzi się najprostsze pytanie: komu to wszystko służy?

Odpowiedź – jak w początkowej opowiastce – jednoznacznie wskazuje na egoistyczny interes gospodarki niemieckiej, która już zapewniła sobie korzystny system wymiany z krajami Mercosuru, przewidujący barterową wymianę: maszyny za żywność. Dodajmy, że dystrybutorem tej żywności na całą Europę będą niemieckie firmy, z niewielkim udziałem francuskich i włoskich central, dopuszczonych do tego na zasadzie podziału łupów. 

Ktoś żachnie się i powie: co pan opowiada, przecież na naszych granicach obowiązują normy kontroli jakości produktów spożywczych, których pilnują specjalne służby, a szczególnie inspekcja weterynaryjna. Sęk w tym, że statki wypełnione tańszymi wobec naszych produktami z krajów Ameryki Południowej będą zawijać do portów w Portugalii lub Hiszpanii, ostatecznie w Niemczech, a do nas będą wjeżdżać na papierach europejskiej odprawy. O ile w Porcie Gdynia mamy odpowiednie służby, o tyle już na drogowych i kolejowych przejściach granicznych nasze możliwości kontrolne są o wiele mniejsze. 

Praktycznie nie wiadomo więc, jaką żywność będą nam sprzedawały zagraniczne sieci wielkopowierzchniowego handlu, które skolonizowały nasz rodzimy handel. Produkty przywiezione będą tańsze niż plony naszych rolników, a więc wygrają konkurencję cenową i tym sposobem doprowadzą do plajty naszych producentów. Za kilka lat nasi hodowcy, plantatorzy będą już ewenementem. Wtedy wreszcie osiągnięty zostanie bolszewicki raj dystrybucjonizmu: to urzędnicy zaczną decydować o przydziałach żywności i o tym, jakiej jakości pożywienie i komu się należy.

Niegrzeczni będą zajadać chrząszcze i najgorsze produkty, które w trzytygodniowych rejsach będą przypływać z Ameryki Południowej. Najbardziej zasłużeni będą mogli żywić się bardziej wykwintnie i bardziej zdrowo. Kartki na cukier, mięso i alkohol oferowali nam okupanci hitlerowscy i komunistyczni. Tak więc pozbawianie nas możliwości produkcji własnej żywności wiąże się ze ściśle zaprogramowanym sterowaniem dystrybucją żywności, co rodzi możliwość wzrostu władzy urzędników systemu.

Nawet bez przewidywania totalitarnego rozwoju kontroli nad źródłami żywności można zauważyć, że mechanizmy wolnorynkowe sprawią, że droższa żywność krajowa – produkowana z zastosowaniem wysokich standardów – będzie przegrywać konkurencję z gorszą i trującą żywnością z obszarów, gdzie nie stosuje się odpowiednich standardów jakościowych. Umowa UE z krajami Mercosuru służy jedynie podbudowaniu gospodarki niemieckiej i to sposób ekstensywny, kosztem rolniczych sektorów gospodarek innych krajów.

Jak Państwo widzą, nie wspomniałem tu o nazistowskich korzeniach rolnych fortun paragwajskich, argentyńskich, urugwajskich i brazylijskich