SMRÓD LUKSUSOWYCH PERFUM. [na Grenlandii]…

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/smrod-luksusowych-perfum

SMRÓD LUKSUSOWYCH PERFUM

SMRÓD LUKSUSOWYCH PERFUM

Niektóre media głównego nurtu w Polsce zaczęły nagle dostrzegać to, o czym te spoza niego wspominają od dawna, czyli o drugim dnie działań wojennych za naszą wschodnią granicą. Oto, zarówno Bussiness InsiderGazeta Prawna, i kilka innych, piszą o tym, że „spółki z otoczenia Trumpa” będą zarabiały na ukraińskich złożach. Nawiasem mówiąc, dziennik Rzeczpospolita wykazał się najlepszym refleksem pisząc o takiej możliwości już w połowie ubiegłego roku, wkrótce po podpisaniu umowy o wydobyciu minerałów, którą oba państwa zawarły 30 kwietnia 2025. Swoistym poczuciem humoru wykazała się Wirtualna Polska tytułując swój materiał tezą, że na inwestycje w złoża litu przyjaciel prezydenta USA Ronald Lauder „dostał zgodę od Kijowa”. Zgrywusy. 

Skoro tak wielu wybitnych żurnalistów rzuciło się do opisywania tego „fenomenu”, ja skoncentruję się na osobie głównego bohatera tych doniesień, człowieka, na spotkania z którym pędzili do Stanów Zjednoczonych chyba wszyscy dotychczasowi przywódcy III RP zaraz po swoich wygranych w prezydenckich wyborach. Nie zawsze informacje o tych mityngach pojawiały się w kalendarzu oficjalnym. Postać Ronalda Laudera przewijała się w moich publikacjach kilkakrotnie.

W książce „TerraMar utopia elit” wspominałem, że w roku 1987, kiedy był ambasadorem USA w Austrii, pomógł uzyskać paszport saudyjski na fałszywe nazwisko człowiekowi, który stał się popularny wiele lat później. Był to Jeffrey Epstein. Ale, pisałem też o nim w wydanej już w roku 2011 książce „Czarny Wrzesień”, plasując go w grupie osób, bez których nie miał prawa powieść się 10 lat wcześniej tak zwany „Atak na Amerykę”. 

„(…) to człowiek, którego nazwisko jest doskonale znane wszystkim paniom. Miliarder i właściciel Estee Lauder Cosmetics, firmy produkującej perfumy. Cóż ten „dżentelmen” może mieć wspólnego z naszym tematem?

Otóż nie tak niewiele, jak mogłoby się wydawać. Był przewodniczącym komisji prywatyzacyjnej NY Governor George Pataki’s. To właśnie Lauder wywierał ponoć główny nacisk na prywatyzację kompleksu WTC. Miał też swój udział w prywatyzacji niepozornej Bazy Powietrznej Stewart. Przypomnijmy, tej bazy, nad którą 11 września 2001 roku zbiegły się tory lotów „uprowadzonych” samolotów, mających rzekomo uderzyć właśnie w WTC.

W Herzliya, w Izraelu, uruchomił szkołę dla Mosadu, pod nazwą Lauder School of Government Diplomacy and Strategy (Szkoła Dyplomacji Rządowej i Strategii imienia Laudera, tłum. smk).

Lauder aktywnie uczestniczy między innymi w Jewish National Fund, World Jewish Congress, American Jewish Joint Distribution Committee i oczywiście ‘pokojowo’ walczącej z antysemityzmem, Anti-Defamation League. W czerwcu 2007 roku, został prezesem Światowego Kongresu Żydów.” A przecież założył też w kilkunastu miastach Europy szkoły, a w ławkach tej warszawskiej zasiadały latorośle premiera Morawieckiego. 

Ale, ja tu nie chcę zajmować nikogo opowieściami o przeszłości, a tylko wskazać ciekawostki biznesowe, na których upublicznienie tubylczy pracownicy mediów chyba jeszcze nie dostali zielonego światła. Oto, jak już w grudniu ubiegłego roku podawała gazeta Arctic Today, opierając się na informacjach z „szeroko zakrojonego śledztwa przeprowadzonego przez duńską gazetę Politiken”, Lauder już dawno zaczął interesować się … Grenlandią. Według byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA Johna Boltona Ronald Lauder jako pierwszy podsunął Donaldowi Trumpowi pomysł „zakupu” Grenlandii, a po cichu nabył udziały w tamtejszych przedsiębiorstwach. Proponował nawet prezydentowi, że mógłby być pośrednikiem w rozmowach Danią. 

Arctic Today przypomina, że pierwsze wzmianki obecnego prezydenta USA na temat tej „inwestycji” padły już w roku 2019, co wywołało wówczas dyplomatyczny konflikt. Powołując się na dziennikarskie śledztwo Politiken, platforma podaje, że Lauder jest członkiem Greenland Development Partners, konsorcjum inwestorów zarejestrowanego w amerykańskim stanie Delaware, które nabyło udziały w Greenland Investment Group. Ta ostatnia wyraziła zainteresowanie udziałem w przetargu na realizację dużego projektu hydroenergetycznego nad jeziorem Tasersiaq, największym jeziorem Grenlandii. Projekt ma stanowić źródło energii dla przyszłej huty aluminium. Na jej czele stoi Josette Sheeran, była zastępca sekretarza stanu USA pod rządami Condoleezzy Rice oraz była szefowa Światowego Programu Żywnościowego ONZ.

Jak podaje Arctic Today „zaangażowanie Laudera po raz pierwszy stało się widoczne dzięki Greenland Water Bank, mniejszej firmie, w której on i grupa inwestorów również nabyli udziały. Firma ta butelkuje wodę ze źródła Lyngmark w Qeqertarsuaq na wyspie Disko i sprzedaje ją lokalnie pod marką Imivik”. A przecież to zaledwie wierzchołek góry (nomen omen) lodowej. Przypomnę przy tej okazji, że Condoleezie Rice poświęciłem wiele miejsca w książkach „Operacja Dwie Wieże” i „Oko Cyklopa”

Według jednego z grenlandzkich wspólników Ronalda Laudera, tamtejsza woda jest najlepszą na świecie, a „Lauder i jego współpracownicy z grupy inwestorów bardzo dobrze rozumieją rynek dóbr luksusowych i mają do niego dostęp”. Niemniej, analitycy, „z którymi rozmawiał Politiken, twierdzą, że trudno postrzegać inwestycje Laudera jako czysto komercyjne, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego historię z Trumpem i rolę, jaką odegrał w promowaniu idei kontroli Stanów Zjednoczonych nad Grenlandią”. 

W swym artykule Elias Thorsson pisze też, że partnerzy Laudera z Grenlandii mają szerokie kontakty. Jeden z nich, Sven Hardenberg jest byłym wysokim urzędnikiem państwowym i dyrektorem wykonawczym w sektorze energetycznym, natomiast Wæver Johansen jest byłym ministrem, a obecnie przewodniczącym rządzącej partii Siumut w Nuuk. Jego żona, Vivian Motzfeldt, minister spraw zagranicznych Grenlandii, wcześniej zasiadała w zarządzie Greenland Water Bank.

Eksperci są zgodni w swych obawach dotyczących tego inwestora.

„Istnieją powody, by zachować czujność” – powiedział Rasmus Sinding Søndergaard z Duńskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych. „Zwłaszcza gdy w grę wchodzi ktoś taki jak Ronald Lauder”. Marc Jacobsen, badacz geopolityki Arktyki z Duńskiej Akademii Obrony, zgodził się z tą opinią. „Byłoby szaleństwem być naiwnym w tej sytuacji” – powiedział Jacobsen. „To ewidentnie strategiczna inwestycja z jego strony”.

Tymczasem, w wydaniu z 17 stycznia br. Associated Press pisze, że Trump twierdzi, iż może obłożyć cłami te kraje, które będą się sprzeciwiały objęciem Grenlandii kontrolą przez USA.

Miejmy nadzieję, że rząd w Polsce jednak zrozumie swoje miejsce w świecie i choć raz zachowa powściągliwość w angażowaniu nas w gry, na które nie mamy wpływu. Bo, cokolwiek wydarzy się w tej sprawie w pozornie odległej Grenlandii, ma szansę rozlać się na całą Europę i dotrzeć do naszego umęczonego już dostatecznie kraju. I nie będzie to miły zapach luksusowych perfum…

Sławomir M. Kozak

Beneficjenci i przegrani transformacji. Wołoszański.

Beneficjenci i przegrani transformacji.


Izabela BRODACKA

Kiedy w Polsce, po ustaleniach Okrągłego Stołu i ograniczenie wolnych wyborach formalnie skończyła się komuna, nie została ona jedynie przebrzmiałą historią. Niestety nie. „Gruba kreska” premiera Mazowieckiego, zagwarantowała bezkarność zbrodniarzom politycznym, złodziejom i funkcjonariuszom reżimu. Brak lustracji i dekomunizacji spowodowały całą masę niesprawiedliwości i negatywnych konsekwencji, uwłaszczenie się czerwonej burżuazji na majątku narodowym, bezkarność przestępców i rozkwit karier cwaniaków i pospolitych złodziei.

Sekretarz komunistycznej partii PZPR, na uczelni ekonomicznej SGPiS, Leszek Balcerowicz, opracował i wdrożył drakoński, stricte dziewiętnastowieczny plan o charakterze ultra liberalnym i wraz z Januszem Lewandowskim sprzedali za bezcen polską gospodarkę i zlikwidowali Państwowe Gospodarstwa Rolne. Robotników i robotników rolnych wysłali na kuroniówki, czyli krótkotrwałe i mikroskopijne zasiłki dla bezrobotnych. Ich losem i przyszłością ich dzieci nikt się nie przejmował. Wpuszczono, na preferencyjnych warunkach zachodni, zwłaszcza niemiecki biznes i zaproszono europejskie hipermarkety nie stawiając żadnych podatkowych warunków. Tak powstał polski kapitalizm, pazerny, bezwzględny i brutalny. Zachodnie firmy czerpały zyski w naszym kraju i transferowały je do siebie.

Kiedy przywódca żołdackiej junty, Jaruzelski wprowadził stan wojenny, zastopował rozwój gospodarczy Polski i spowodował exodus części patriotycznego narodu. Terenowi działacze Solidarności szczebla podstawowego tracili pracę na wiele lat, byli zmuszani do emigracji, niszczono ich życie, burzono kariery, wsadzano do więzień i internatów. W tym samym czasie szatański szef propagandy stanu wojennego mówił cynicznie, że rząd się wyżywi.

Władza bestialsko zamordowała księdza Jerzego Popiełuszkę, księży Zycha i Suchowolca, a później, już w 1989 roku, księdza Niedzielaka. Ale byli też beneficjenci tej sytuacji. Komuniści, oportuniści, cwaniacy, klakierzy władzy i karierowicze. Jednym z takich pieszczochów komunistycznej władzy był młody wówczas absolwent prawa na Uniwersytecie Warszawskim Bogusław Wołoszański.

W 1976 roku Wołoszański zatrudnił się w TVP. Gdy robotnicy z Radomia i Ursusa byli więzieni i bici w tak zwanych „ścieżkach zdrowia”, przez ZOMO, zbrojne ramię komunistycznej partii PZPR, Wołoszański wstępuje w jej szeregi. Zaczął również starać się o wyjazd na zachód jako korespondent zagraniczny. Nie było to proste więc wpadł na pomysł, żeby zostać tajnym współpracownikiem komunistycznej służby bezpieczeństwa. W restauracji Cristal Budapeszt w Warszawie spotkał się z ubekiem, swoim przyszłym oficerem prowadzącym. Podpisał deklarację współpracy wybierając sobie pseudonim „Ben”. Tak stał się płatnym kapusiem. Ubecja nadała jego donoszeniu kryptonim „Rewo”. Wysłano go do Londynu, gdzie donosił na angielską Polonię. Pisał raporty informujące o sąsiedzkich awanturach czy skłonnościach homoseksualnych swoich znajomych. Ze względu na to, że nie zyskał zaufania londyńskiej Polonii jego raporty były mało wartościowe.

Był słabym kapusiem. Z jego korespondencji istniejącej w IPN wynika, że bardzo silną motywacją jego haniebnego procederu była kwestia finansowa. Wciąż dopominał się wyższych stawek za swe raporty. Donoszenie, które rozpoczęło się w 1985 roku, ustało w roku 1988. Później, już w wolnej Polsce robił karierę i duże pieniądze z powrotem w telewizji. Był prowadzącym autorski program pod nazwą „Sensacje XX wieku”. Gdy doktor Piotr Gontarczyk z IPN, na łamach gazety Rzeczpospolita ujawnił agenturalną przeszłość Wołoszańskiego, ten się gęsto tłumaczył, że donosił, ale nikomu nie zaszkodził.(sic!) Tak się tłumaczą wszyscy konfidenci.

Po latach, w roku 2023, siedemdziesięciotrzyletni Bogusław Wołoszański zapragnął zostać posłem. Pomimo tego, że mieszka w Konstancinie-Jeziornie, nie kandydował ze swojego mazowieckiego, okręgu wyborczego. Startował z Koalicji Obywatelskiej, z Piotrkowa Trybunalskiego, miasta swojego pochodzenia. Został posłem X kadencji. Zadziałał mechanizm telewizyjnej popularności. Człowiek, którego często pokazują w telewizji automatycznie staje się gwiazdą. Wołoszański jest posłem w zasadzie bezobjawowym, nieaktywnym. Nie są znane jego poselskie inicjatywy. Raz wystąpił z trybuny sejmowej na posiedzeniu plenarnym mówiąc, że nie lubi formy „pani ministra”. Następnym razem, jako człowiek skromny i oszczędny, oburzał się na wysokość funduszu na ochronę pana ministra Antoniego Macierewicza. Podobno innym razem na posiedzeniu komisji kultury był aktywny. Podniósł rękę i zapytał, czy może otworzyć okno. Biura poselskiego nie ma w Warszawie, ani w Konstancinie, ma je w Piotrkowie, ale dokonania pana posła w mieście trybunału nie są znane. Ale to nie jest ważne. Istotne jest, że kasa się zgadza. Zgodnie z własnoręcznie sporządzonym i podpisanym przez Wołoszańskiego poselskim oświadczeniem majątkowym, jest to 150 000 złotych uposażenia poselskiego i 45 000 zł. diety poselskiej za rok 2024, a także 164 000 za prawa autorskie. Do tego pan od sensacji ma 10 000 miesięcznej emerytury, czyli rocznie 120 000 złotych. Mieszka w Konstancinie-Jeziornie, w ekskluzywnej części Skolimowa Letnisko, w willi, o powierzchni 400 metrów kwadratowych, której wartość wycenił na 2 000 000 złotych. Willa pana posła jest tak naprawdę warta wielokrotnie więcej. Plus wartość działki, w Konstancinie nie mniej jak 1 000 złotych za metr kwadratowy, której nie uwzględnił. Poza tym ponad 470 000 złotych polskich, 159 000 euro, 7 000 dolarów amerykańskich oraz akcje Orange i PGNiG, na sumę 27 000 złotych. Ma jeszcze cenne, luksusowe zegarki i dzieła sztuki, obrazy Kantora, Ajdukiewicza i Weissa, których również nie wymienił. Oraz suv marki Lexus, który wycenił tylko na 290 000 złotych.

Można? Można. Trzeba tylko być agentem w odpowiednim czasie, być po odpowiedniej stronie politycznej, zapisać się wcześnie do PZPR, mieć opłacalne poglądy i własny program w telewizji publicznej.

Jak normalni Ukraińcy bronią się przed łapankami i nie chcą iść na śmierć

Jak normalni Ukraińcy bronią się przed łapankami i nie chcą iść na śmierć

SOW salon24/jak-normalni-ukraincy-bronia-sie-przed-lapankami

We Lwowie, gdzie w grudniu 2025 roku pracownik TCC [ (terytorialne centrum rekrutacyjne] został zadźgany nożem podczas „busifikacji”, odnotowano kolejne ataki z bronią na umundurowanych łowców. Tym razem nikt nie zginął, ale trend jest wyraźny.

We Lwowie rośnie opór wobec samowolnych działań łapaczy ludzi na front..

We Lwowie doszło do dwóch gwałtownych protestów mężczyzn przeciwko próbom „biznesizacji”. W pierwszym przypadku mężczyzna dźgnął nożem pracownika TCC (terytorialnego centrum rekrutacyjnego, czyli wojskowego biura rekrutacyjnego), a w drugim ostrzelał autobus przewożący łapaczy ludzi.

Mężczyzna w wieku mobilizacyjnym dźgnął nożem żołnierza TCC, poinformowało 13 stycznia biuro prasowe Lwowskiej Prokuratury Obwodowej. Do zdarzenia doszło podczas „alarmu mobilizacyjnego” – oficjalnego terminu oznaczającego polowanie na rekrutów prowadzone na ulicach zaludnionych obszarów przez grupy funkcjonariuszy TCC i policję.

Do zdarzenia doszło w rejonie szewczenkowskim we Lwowie. Ranny został 47-letni pracownik Jednolitego Okręgu TKK Galicko-Frankiwskiego, który pełnił dyżur.

„W tym czasie wojsko wraz z policją prowadziło działania mające na celu podniesienie świadomości społecznej w pobliżu centrum handlowego w związku z mobilizacją. Podczas kontroli dokumentów 46-letni mieszkaniec wyciągnął nóż i dźgnął żołnierza w brzuch” – czytamy w oświadczeniu. Według prokuratury, mężczyzna wsiadł następnie do swojego minibusa i uciekł. Ranny żołnierz został przewieziony do szpitala, gdzie nadal przebywa.

Policja zlokalizowała i zatrzymała napastnika. Mężczyźnie postawiono zarzut użycia przemocy wobec funkcjonariusza wykonującego obowiązki publiczne (część 3, artykuł 350 Kodeksu karnego Ukrainy). Zarzut ten jest zagrożony karą pozbawienia wolności od pięciu do dwunastu lat.

Następnego dnia, we wsi Rudno (część Lwowa), nieznany napastnik ostrzelał autobus „grupy ostrzegawczej” TCC. Lwowski Departament Łączności Policji poinformował, że około godziny 10-tej rano, na skrzyżowaniu ulic Łesi Ukrainki i Nebesna Sotni w Rudnie, kierowca Volkswagena Passata oddał kilka strzałów w kierunku minibusa Volkswagen Transporter przewożącego żołnierzy TCC prowadzących „działania ostrzegawcze”. Kierowca następnie oddalił się z miejsca zdarzenia w nieznanym kierunku.

Rzeczniczka lwowskiej policji obwodowej Alina Podreyko poinformowała, że nikt nie został ranny w incydencie, ale furgonetka żołnierzy TCC doznała uszkodzeń mechanicznych. Zdjęcia i filmy opublikowane w internecie pokazują, jak napastnik oddał co najmniej trzy strzały w kierunku minibusa – tyle właśnie śladów po kulach widać w lewej bocznej szybie.

Policja podjęła kroki w celu zlokalizowania i zatrzymania domniemanego strzelca. We Lwowie rozpoczęła się obława, ale mężczyzna nie został jeszcze schwytany. 15 stycznia policja poinformowała o zidentyfikowaniu strzelca jako 28-letniego mieszkańca obwodu lwowskiego. Poszukiwania nadal trwają.

Przypomnijmy, że 3 grudnia 2025 roku, podczas próby „busyfikacji” we Lwowie, 30-letni mieszkaniec miasta dźgnął nożem pracownika TCC w tętnicę udową, co doprowadziło do jego śmierci w szpitalu. Mężczyzna został zatrzymany i aresztowany. Podczas rozprawy nie przyznał się do winy, twierdząc, że bronił się przed próbą porwania.

Na początku stycznia dowództwo Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych Ukrainy, które nadzoruje sieć TCC, poinformowało, że w 2025 roku doszło do łącznie 272 ataków na pracowników TCC, z których czterech zginęło. Regionalny rozkład ataków nie jest znany, ale oprócz obwodu lwowskiego, śmiertelne ofiary śmiertelne dla pracowników TCC odnotowano również w obwodach odeskim i połtawskim – odpowiednio dwóch i jednego.

Nie wszyscy mieszkańcy Ukrainy to banderowcy. Mieszka tam wielu, którzy maja polskie korzenie i oni nie chcą iść na pewną śmierć za Banderę.

Ostatni Żołnierz Niezłomny. Józef Gryga – do 8 sierpnia 1966 r. walczył, do 29 kwietnia 1981 r. w więzieniu.

Ostatni Żołnierz Niezłomny.

18.01.2026 Tomasz Myslek nczas/ostatni-zolnierz-niezlomny

Kadr z filmu
NCZAS.INFO | Kadr z filmu „Gryga”. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: screen Rumble

Józef Gryga nie był wielkim bohaterem zbrojnego antykomunistycznego ruchu oporu, jak setki innych polskich partyzantów – Żołnierzy Niezłomnych – tych poległych w walkach z komunistami z bronią w ręku czy zabitych w więzieniach UB–MBP. W partyzanckich oddziałach i grupach Józef Gryga przebywał i walczył z różnymi przedstawicielami komunistycznych władz w sumie tylko przez 8–9 miesięcy – w dwóch okresach, w latach 1946–1947: od połowy kwietnia do około 20 października 1946 r. i od kwietnia do 25 czerwca 1947 r. Potem już tylko ukrywał się i co kilka lub kilkanaście miesięcy przy pomocy 1–3 współpracowników lub w pojedynkę, przeprowadzał zbrojne akcje zaopatrzeniowe na wiejskie sklepy GS i inne komunistyczne spółdzielnie i obiekty – aż do końca października 1964 r. Ale Józef Gryga ps. „Twardy”, „Partyzant” był w latach 1963–1966 (już po zastrzeleniu 21 października 1963 r. przez grupę operacyjną MO i SB – sierżanta Józefa Franczaka pseud. „Lalek”) ostatnim na ziemiach polskich ukrywającym się jeszcze i przemieszczającym wraz z bronią palną byłym partyzantem antykomunistycznego podziemia.

Od wiosny 1946 r. do sierpnia 1966 Józef Gryga był zawsze dobrze uzbrojony – miał zawsze przy sobie pistolet Walther z amunicją, a niekiedy też pistolet maszynowy – niemiecki MPi wzór 44, kilka granatów i inną broń. Większość tej broni przechowywał w kilku skrytkach do sierpnia 1966 r. W niektórych latach, np. 1949–1954 i 1964–1966, co kilka dni lub tygodni przemieszczał się z jednej wsi do innej – do różnych swoich współpracowników i znajomych. Józef Gryga był także ostatnim z polskiego zbrojnego niepodległościowego podziemia, który został schwytany przez MO i SB. Był poszukiwany przez służby komunistycznego państwa, mniej lub bardziej intensywnie, od końca września 1945 r. do sierpnia 1966. Został ujęty i aresztowany dopiero 8 sierpnia 1966 r. i to zupełnie przypadkowo.

Józef Antoni Gryga urodził się 26 sierpnia 1923 r. we wsi Wapniska koło Biecza w powiecie Gorlice (współcześnie to część Biecza). Był synem Karoliny Podkulskiej z domu Gryga (ur. w 1896 r. i zmarłej 26 września 1984 r.) i Antoniego. Do pierwszych dni września 1945 r. mieszkał wraz z matką i młodszą siostrą Anną w starym domu w Wapniskach 45. Od połowy września 1945 r. – od dnia, w którym otrzymał kartę powołania do „ludowego” wojska, ukrywał się. W tym pierwszym okresie ukrywania się i konspiracji, tj. do lipca 1946 r., nosił pseudonim „Jędrek”, którego używał od roku 1943 lub 1944 – jeszcze w czasie okupacji niemieckiej. Bo od roku 1943 lub 1944 należał do jakiejś konspiracyjnej grupy AK w okolicy Biecza. Zachowały się bowiem krótkie kartoteczne zapisy kilku jednostek UB i MO, jak np. KW MO i WUBP w Rzeszowie i KW MO i WUBP w Krakowie, wskazujące na bliżej nieokreślone członkostwo Józefa Grygi w AK, jak np. „nieujawniony członek AK”, „członek AK ps. »Jędrek«” itp. W jednym z dokumentów UB zapisano, że ówczesny przełożony „Jędrka” w AK nazywał się Jan Duda. W innych zapisano, że (20-letni wówczas) Józef Gryga w roku 1943 został zabrany do przymusowej pracy w niemieckiej Baudienst (Służbie Budowlanej w Generalnym Gubernatorstwie). Po jakimś czasie uciekł z tej Służby i przymusowej pracy z okolic Krakowa i powrócił w rodzinne strony, gdzie się ukrywał.

Józef Gryga „Jędrek” od połowy września 1945 r. do połowy kwietnia 1946 ukrywał się przed komunistycznym wojskiem i MO we wsiach powiatu Gorlice, pow. Tarnów i pow. Jasło. Od jesieni 1945 r. jego towarzyszami w tym ukrywaniu się byli jego rówieśnicy: Lucjan Goleń, Eugeniusz Michalec i Stanisław Lenard. Razem tworzyli „bandę Grygi” (według określeń UB i MO), która gromadziła broń, amunicję i zapasy żywności. Lucjan Goleń ps. „Lutek”, ur. 6 lipca 1923 r. we wsi Szerzyny, od lata 1946 r. „członek dywersyjnej grupy” AK–WiN z pow. Jasło pod dowództwem Józefa Mitoraja pseud. ,,Sowiński” (jak to zapisał PUBP w Tarnowie), w 1947 r. został ujęty i skazany na 5 lat więzienia. Eugeniusz Michalec, ur. 8 lipca 1925 r. we wsi Binarowa, dn. 2 kwietnia 1947 r. ujawnił się w powiatowym UB w Gorlicach w ramach urzędowej „amnestii”, ale jeszcze w latach 1954–55 był rozpracowywany przez UB z Gorlic jako „członek bandy NSZ” (tajnie współpracował z J. Grygą do 1952). A Stanisław Lenard „Huragan”, ur. 18 września 1924 r. w Bieczu, po zaprzestaniu wspólnych akcji z J. Grygą i innymi (około 20 października 1946 r.) ukrywał się i 29 marca 1947 ujawnił się w PUBP Gorlice i osiadł w Bieczu-Wapniska.

Razem z tymi młodzieńcami Józef Gryga od jesieni 1945 r. zdobywał broń i zaopatrzenie. W kwietniu 1946 r. dołączyli oni do kilkuosobowej grupy „Czarnego” (tj. Jana Widełko ps. „Czarny”) z częściowo rozbitego na początku kwietnia partyzanckiego oddziału „Grom” (pod dowództwem Stanisława Piszczka „Okrzeja”). Wiosną 1946 r. grupa „Czarnego” i „Jędrka” zwalczała we wsiach koło Biecza, Gorlic i Tarnowa zbyt gorliwych komunistycznych poborców wiejskich podatków i kontyngentów rolnych, niektórych sołtysów, gminnych urzędników i kierowników zlewni mleka. Np. w maju 1946 r. dokonali oni dwóch „napadów” na sołtysów wsi Racławice i Binarowa, którzy zbyt gorliwie wykonywali polecenia komunistycznych władz. Odebrali im pieniądze zabrane chłopom z tytułu podatków gruntowych i dokumenty i spisy poborowych do LWP. Dokonali też „dwóch napadów na punkty zlewu mleka” [wg zapisów UB] i ostrzelali patrol MO.

Józef Gryga od połowy kwietnia do 15 października 1946 r. walczył z komunistyczną administracją, MO i UB w szeregach partyzanckiego oddziału pod dowództwem najpierw „Czarnego” (w kwietniu i maju 1946 r.) a następnie Andrzeja Szczypty pseud. „Zenit” i jego zastępcy „Czarnego”. Wg zapisów SB z pierwszych zeznań pojmanego J. Grygi (z 9 sierpnia 1966 r.) było tak: „w kwietniu 1946 dołączyłem do oddziału »Czarnego« grasującego na terenie powiatu gorlickiego aż po Nowy Sącz. Była to grupa NSZ. Wraz z tą grupą brałem udział między innymi w napadzie na funkcjonariuszy MO i UB w miejscowości Szymbark […]”.

W oddziale „Zenita” około 30 lipca 1946 r. Józef Gryga został zaprzysiężony, otrzymał nową broń i pseudonim „Twardy”. Ten oddział, liczący latem 1946 r. około 30 dobrze uzbrojonych i umundurowanych partyzantów w wieku na ogół 21–24 lat, od 20 maja 1946 r. do połowy stycznia 1947 podlegał grupie partyzanckich oddziałów Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) pod dowództwem kpt. Jana Dubaniowskiego ps. „Salwa” i okręgowej komendzie NSZ w Krakowie. „Twardy” brał udział w kilku większych zbrojnych akcjach oddziału „Zenita” i „Czarnego” – m.in. na kilka posterunków MO, na dwa rolne majątki państwowe, na kilku członków PPR i ORMO i na tajnych współpracowników UB. A 22–23 września 1946 r. w zasadzce na ciężarowy samochód MO i UB z komendy w Gorlicach. Dzięki pomocy współpracującego z partyzantami milicjanta z posterunku w Ropie (członka NSZ z lat 1943–1945), sprowokowali oni wyjazd grupy operacyjnej MO–UB z Gorlic. Przy lesie koło Szymbarka ostrzelali tę ciężarówkę MO z broni maszynowej i zmusili funkcjonariuszy do poddania się (jednemu z UB-ków udało się uciec). Po kilkugodzinnych przesłuchaniach rozstrzelali trzech funkcjonariuszy UB, a sześciu milicjantów rozbroili i puścili wolno – zakazując im jednak dalszej służby w MO i UB pod groźbą kary.

Od końca września 1945 r. do kwietnia 1946 i następnie od 15 października 1946 r. do maja 1954 r. (z dwoma kilkumiesięcznymi przerwami) Józef Gryga sam dowodził kilkuosobowymi grupkami konspiratorów i ludzi ukrywających się przed UB i MO. 15 października 1946 r. wraz z trzema innymi młodymi partyzantami, w tym ze swoim kolegą z Biecza Stanisławem Lenardem „Huraganem”, samowolnie opuścił bowiem wraz z bronią oddział „Zenita” i „Czarnego” – w czasie nieobecności obu dowódców. „Odłączył się od bandy »Zenita« tworząc oddzielną bandę”, jak to zapisał UB. Powody tej ich dezercji nie zostały zapisane w aktach UB. Z późniejszych protokołów ich przesłuchań i z innych akt UB wynika jednak, że głównym powodem opuszczenia oddziału „Zenita” przez Grygę i Lenarda był ten, że jesienią 1946 r. ten oddział NSZ operował bliżej okolic Grybowa i Nowego Sącza niż Gorlic i Biecza. A oni chcieli być bliżej swego rodzinnego Biecza. Innym powodem ich odejścia był zapewne dość wysoki poziom organizacyjnej dyscypliny panującej w oddziale „Zenita” – jak to wynika z późniejszych zeznań kilku jego członków. Między innymi z zeznań złożonych 25.10.1950 r. przez aresztowanego Jana Sadowskiego pseud. „Nałęcz” – członka oddziału „Zenita”, jego ideowego opiekuna i doradcy z ramienia komendy NSZ w Krakowie (zmarłego w roku 1957 – kilka miesięcy po wyjściu z więzienia).

Od kwietnia 1947 r. do maja 1954 Józef Gryga znów był dość aktywny. Przechowywał broń, amunicję i zdobywał zaopatrzenie. Wiosną 1947 rozdawał znajomym jakieś antykomunistyczne materiały i fotografie gen. Andersa. Kilkakrotnie przeprowadzał zbrojne akcje zaopatrzeniowe na sklepy i magazyny komunistycznych gminnych spółdzielni „Samopomoc Chłopska” (GS) i innych spółdzielni – powstałych w latach 1945–1946 na ogół na bazie ziemi i majątku przymusowo zabranych prywatnym właścicielom. Między innymi we wsi Ołpiny 25 czerwca 1947 r. – wraz z 21-letnim Julianem Rutana pseud. „Płomień” (ur. 8 lutego 1926 w Nockowej, postrzelonym w pościgu MO tuż po tej akcji, schwytanym i skazanym na 15 lat więzienia). Józef Gryga uciekł wtedy ścigającym go milicjantom i UB-kom zarekwirowaną konną furmanką – kilkakrotnie strzelając do nich z pistoletu maszynowego. W roku 1949 i 1954 trzykrotnie dokonał też ostrzelania i odstraszenia rzuconymi granatami lokalnych patroli MO. W sporządzonej w 1976 r. na podstawie dawnych akt UB i MO „Charakterystyce nr 69” – dotyczącej „bandy Grygi” – w jej podsumowaniu funkcjonariusze SB zapisali, że w latach 1946–1954 zbrojne 2–4-osobowe grupy pod dowództwem J. Grygi dokonały „25 aktów terrorystycznych, w tym 35 czynów przestępczych”. Były w tym m.in. 2 „napady” na funkcjonariuszy UB, 4 „napady” na funkcjonariuszy MO, 3 ataki na w sumie kilku członków PPR i ORMO oraz „13 napadów na sklepy i instytucje spółdzielcze” (wg akt IPN Rz 05/89). Ta statystyka SB nie obejmuje udziału „Twardego” w kilkunastu akcjach oddziału „Czarnego” i „Zenita” od maja do 15 października 1946 r.

Po aresztowaniu w maju 1954 r. trzech jego współpracowników, w tym Michała Kukułki (ur. 15 listopada 1927 w Jodłówce Tuchowskiej) i Bronisława Wantucha (aresztowanego 7 maja 1954 i skazanego na 10 lat więzienia) Józef Gryga już samotnie ukrywał się przed MO i UB i walczył o przetrwanie. Też o przetrwania swej matki, kilku krewnych i przyjaciół. Matkę krótko odwiedzał wieczorami lub nocą – co kilka miesięcy. Nie mógł bywać u niej dłużej, bo funkcjonariusze UB okresowo obserwowali dom matki ze strychu i stodoły jej sąsiadów. A w roku 1958 i od września do grudnia 1963 r. w jej chałupie funkcjonowała podsłuchowa instalacja SB.

W latach 1948–1966 Józef Gryga nosił kolejne konspiracyjne pseudonimy: „Partyzant” i „Józek”. Ukrywał się i wymykał kolejnym akcjom poszukiwania go, kilku obławom i dużym operacyjnym przedsięwzięciom UB, MO i SB – od 25 czerwca 1947 do sierpnia 1966 przeprowadzanym kilkakrotnie specjalnie przeciwko niemu i jego pomocnikom przez jednostki UB, MO i SB z Gorlic, Jasła, Tarnowa, Rzeszowa i Krakowa. Od roku 1953 do 1966 były to akcje nadzorowane przez kilku oficerów Departamentu III MBP/MSW i Komendy Głównej MO w Warszawie. Były to m.in. operacje o kryptonimach „Szpak”, „Wisła” i „Melina” – angażujące każdorazowo i przez kilka miesięcy lub kilka lat po kilku lub kilkunastu funkcjonariuszy i po kilkudziesięciu ich tajnych współpracowników. Np. w latach 1962–1966, w celu złapania „Partyzanta” i jego „meliniarzy” i pomocników, powiatowe i wojewódzkie jednostki SB i MO korzystały z informacji aż 51 ich tajnych informatorów – tylko w operacji krypt. „Melina”.

Józef Gryga niekiedy ukrywał się w lasach i górach, a jesienią, zimą i wczesną wiosną w zabudowaniach w sumie kilkunastu gospodarzy – rolników. Między innymi w domu Władysława i Anny Słowików w Rzepienniku Strzyżewskim nr 304 (od lata 1954 do czerwca 1960), w domu Józefa Bartusika i jego syna Alfreda (ur. 17.03.1944) we wsi Olszyny nr 447 (w latach 1962–1966) oraz w domu Stanisława Lenarda w Czermnej w l. 1964–1966. Nikt z tych kilkudziesięciu zacnych ludzi, którzy „Partyzantowi” pomagali, nie zdradził go. Kilkunastu z nich w latach 50. i w latach 1966–1967 przypłaciło to karami kilkumiesięcznego aresztu i dotkliwymi karami grzywny, a kilku wyrokami więzienia, jak np. Tadeusz Stanula (ur. 7.10.1925) z Ołpin pow. Jasło, który za kwaterowanie Grygi i pomaganie mu został skazany w 1952 r. na 7 lat.

W latach 1954–1964 „Partyzant” co kilkanaście miesięcy dokonywał, już w pojedynkę, akcji zaopatrzeniowych na wiejskie sklepy GS i inne komunistyczne spółdzielnie. Np. jesienią 1956 r. ze sklepu GS w Swoszowej pow. Jasło zabrał m.in. sporą ilość gotówki. Zabierał z nich też żywność, papierosy i alkohol, żeby mieć co jeść i wspomóc kwaterujących go i ubogich wiejskich gospodarzy. Ostatnią taką akcję, z bronią w ręku, przeprowadził 30 października 1964 r. na kasę Spółdzielczego Zrzeszenia Chałupników w Żurowej. Po wcześniejszym rozpoznaniu terenu i zasięgnięciu od jednej z pracownic informacji o terminie wypłat pensji dla pracowników, wszedł do budynku tej spółdzielni z pistoletem Walther w kieszeni i z pistoletem maszynowym MP i granatem ukrytymi pod płaszczem. Poczekał kilka minut w kolejce do wypłaty. Gdy już wyszło dwóch robotników, postraszył kasjera i dwóch innych mężczyzn obecnych w pomieszczeniu kasy groźbą użycia pistoletu i nakazał kasjerowi wyjąć pieniądze z kasy i szuflady biurka. Spokojnie pochował paczki banknotów w kieszeniach, powiedział grzeczne „do widzenia” i poszedł przez pole do nieodległego lasu. Chwilę później jakichś trzech mężczyzn próbowało go dogonić na tym polu. Ale „Partyzant” postraszył ich użyciem pistoletu maszynowego, który demonstracyjnie wyciągnął spod płaszcza, więc zrezygnowali [wg zapisów śledztwa SB]. Pościg kilkudziesięciu funkcjonariuszy MO i SB za „Józkiem”, który trwał kilkanaście miesięcy, znów nie przyniósł im sukcesu. Chociaż uruchomili oni wszelką swoją agenturę i dziesiątki donosicieli w trzech powiatach. A listy gończe i plakaty z narysowanym domniemanym wizerunkiem Józefa Grygi wisiały w każdej okolicznej wsi i na dworcach kolejowych aż do sierpnia 1966 r. W aktach SB zapisano także, że Józef Gryga „zagarnął” wtedy 138,3 tys. zł – równowartość ok. 80 ówczesnych przeciętnych pensji. Część tych pieniędzy „Józek” dał 20-letniemu wówczas Alfredowi Bartusikowi i polecił mu kupić w Gorlicach nowy rower, narty „Beskidy” i buty do nich, radioodbiornik, aparat fotograficzny i kilka innych potrzebnych mu rzeczy. Większość tych rzeczy i część broni „Partyzanta” SB skonfiskowała 31 października 1966 r. – po wytropieniu jego magazynu w domu Bartusików (Józef Gryga do 1 listopada 1966 r. w swoich kilkunastu zeznaniach nic nie mówił SB o rodzinie Bartusików).

Wiosną 1965 r. Józef Gryga intensywnie myślał o przedarciu się przez zieloną granicę do Austrii i na Zachód. Alfredowi Bartusikowi polecił kupić lub gdzieś zdobyć w miarę dokładne mapy Czechosłowacji i północnej Austrii, wojskową lornetkę i inne potrzebne rzeczy. Ale to im się nie udało.

„Partyzant” został ujęty przez MO zupełnie przypadkowo. 8 sierpnia 1966 r. od wczesnego ranka jeździł na rowerze i w trzech wsiach szukał dentysty. Został zatrzymany we wsi Rzepiennik Suchy – w zabudowaniach nieznanego mu wcześniej wiejskiego „dentysty” Tadeusza Niemca, do którego zgłosił się w celu usunięcia mocno bolącego go zęba. Ale T. Niemiec polecił mu czekać na zabieg rwania, bo „Józek” był nietrzeźwy – od rana kilkakrotnie popijał wino i wódkę, żeby ukoić ból zęba. Po około 2–3 godzinach J. Gryga został pojmany po donosie córki Niemca, nauczycielki zamieszkałej w śląskich Świętochłowicach, która w marynarce nieznajomego zauważyła pistolet i wkrótce poinformowała o tym żonę milicjanta mieszkającego w sąsiedztwie. „Partyzant” został zatrzymany przez tego milicjanta i skuty kajdankami – przy pomocy paru mieszkańców wsi, w tym sąsiada Stanisława B. i ww. kobiet. Chwilę wcześniej „Józek” rzucił się do ucieczki – gdy jeszcze nie miał kajdanek na rękach i gdy milicjant Ćwiklik oglądał jakiś dokument podany mu przez Grygę (ale nie tzw. dowód osobisty, którego „Partyzant” nigdy nie miał). 43-letni wówczas Józef Gryga, który nie chciał do nich strzelać, wyskoczył z izby przez okno, ale nie udało mu się przeskoczyć płotu ogródka. Nikt z tych mieszkańców Rzepiennika nie wiedział, kogo zatrzymali. Dowiedzieli się dopiero po kilku godzinach – po przyjeździe funkcjonariuszy z Gorlic.

Po ponad rocznym śledztwie i licznych przesłuchaniach, pomimo swoich obszernych i dość szczerych zeznań, 21 września 1967 r. Józef Gryga został skazany przez Sąd Wojewódzki w Rzeszowie na karę śmierci, utratę praw obywatelskich i grzywnę 60 tys. zł, choć zarzutu zabójstwa jakiejś osoby czy konkretnego funkcjonariusza UB lub MO nie było. Kara śmierci została mu zamieniona, jeszcze na tym samym posiedzeniu Sądu, na dożywotnie więzienie. Tę karę władze PRL zamieniły mu w 1969 r. na 15 lat więzienia – na mocy ogólnej amnestii. 9 października 1967 r. z więzienia w Rzeszowie „Józek” został przetransportowany do więzienia w Warszawie przy ul. Rakowieckiej. Przebywał tam do 5 grudnia 1968.

Tego dnia został przyjęty przez zakład karny w Barczewie koło Olsztyna. Józef Gryga został zwolniony z tego więzienia dopiero 29 kwietnia 1981 r. Według akt więziennej administracji (IPN Ol 52/1765) mógł on opuścić to więzienie już około 20 grudnia 1979 r. na mocy decyzji sądu z 15 grudnia 1979 r. o jego warunkowym zwolnieniu, gdyby nie wspomniana kara grzywny, której wraz z odsetkami ani on, ani jego uboga matka nie byli w stanie w pełni spłacić.

W aresztach i więzieniach PRL „Partyzant” spędził więc w sumie 14 lat, 8 miesięcy i 3 tygodnie. Ale w latach 1944–1966 był całkowicie „wolnym ptakiem”. Wolnym nie tylko od represji UB i MO, ale też od licznych nakazów, zakazów i kontroli urzędów i organów socjalistycznego państwa – w codziennym życiu cywilnym. Józef Gryga „Twardy” – w tym aspekcie partyzant faktycznie niezłomny – nigdy nie ujawnił się przed komunistycznym UB czy MO i nigdy im się nie poddał – pomimo kolejnych urzędowych „amnestii”, zachęt i pułapek dla takich jak on (tych z lat 1945, 1947, 1952, 1956 i innych). Więc partyzanckiej przysięgi złożonej w 1946 r. dotrzymał. Józef Gryga był ostatnim w Polsce zatrzymanym z bronią antykomunistycznym dywersantem, który ukrywał się i przemieszczał z bronią i który do dnia aresztowania był ruchliwy i aktywny. Np. w lipcu 1965 r. w przebraniu brał udział w dużej wiejskiej zabawie wraz z trzema osobami z rodziny Bartusików, w tym z 18-letnią Zofią Bartusik. A np. w latach 1963–1966 wraz ze Stanisławem Lenardem z Czermnej w konspiracji pędził i sprzedawał znajomym spore ilości bimbru.

Po wyjściu z więzienia Józef Gryga przez kilka lat mieszkał w rodzinnym Bieczu – w domach rodziny, w tym u córki siostry swej matki – Łucji Kuk na ul. Belnej. Pracował w zakładzie drzewnym w Bieczu, był tam ,,portierem” i stróżem. Jeden z jego znajomych z tego zakładu, p. Igor Czerwień, wspominał w rozmowie z autorem tego tekstu w czerwcu 2023 r., że Józef Gryga był wówczas człowiekiem „bardzo przyzwoitym i spokojnym”. Kolegom z pracy wspominał o swoich partyzanckich latach i mówił, że nigdy nikogo nie zabił.

23 kwietnia 1983 r. Józef Gryga ożenił się z Marią Winiarską z okolic Biecza – w Skołyszynie. Ten związek zakończył się urzędowym rozwodem 28.10.1985. A 25 października 1989 r. zawarł ślub kościelny z Emilią Nieć z parafii w Czechowicach-Dziedzicach, pow. Bielsko-Biała. Tam mieszkał od marca 1989 – przy ul. Staszica 23. Zmarł 17 stycznia 1997 w szpitalu w m. Bystra gm. Wilkowice (wg aktu zgonu). Zmarł w wieku 73 lat i niespełna 5 miesięcy. Jesienią 2023 r. grób Józefa Grygi znajdował się na Cmentarzu Parafialnym w Czechowicach-Dziedzicach.

Choć Józef Gryga nigdy nie był jakimś bohaterem niepodległościowego podziemia, to jednak komunistyczna bezpieka od roku 1953 uznawała go za „groźnego bandytę politycznego” i poszukiwała go usilnie. Świadczy o tym m.in. to, że w 1965 r. MSW wydało na użytek wewnętrzny „Album poszukiwanych przestępców politycznych” [akta IPN BU 003172/3/1]. Wśród owych 57 poszukiwanych jeszcze w 1965 r. „przestępców politycznych” – w większości Ukraińców, członków OUN i UPA – Józef Gryga figuruje jako jedyny członek polskiego zbrojnego podziemia niepodległościowego z obszarów Polski pojałtańskiej (PRL). Oprócz niego w tym „albumie” komunistycznego MSW figuruje kilku innych Polaków – byłych partyzantów i członków niepodległościowych organizacji z ziem Polsce zabranych, głównie z Wileńszczyzny, woj. Nowogródzkiego i okolic Grodna.

Te materiały MSW zawierają m.in. różne dane osobowe Józefa Grygi pseud. „Jędrek”, „Twardy”, „Partyzant” i „Józek”, wykaz jego kilkudziesięciu już ustalonych przez UB i MO „kontaktów i melin” i jego fotografię z 1944 r. – wyciętą przez UB ze zbiorowej fotografii rodziny J. Grygi. Zapisano tam także m.in., że Józef Gryga „rzekomo używał nazwiska RENDAK Jerzy” – nie zapisano jednak, w jakim okresie jego w sumie około 23-letniej konspiracji (licząc od roku 1943).

Obserwator Thurian z Taizé o deformie liturgicznej

Obserwator Thurian z Taize o deformie liturgicznej

Z portalu: Drzewo figowe

Posted on January 11, 2026

“Nowy porządek Mszy, bez względu na jego względne niedoskonałości związane z wpływem kolegialności i powszechności, jest przykładem tej owocnej troski o otwartą jedność, dynamiczną wierność i prawdziwą powszechność: jednym z jego owoców być może będzie to, iż niekatolickie wspólnoty będą mogły sprawować Świętą Wieczerzę przy tych samych modlitwach co Kościół Katolicki. Teologicznie jest to możliwe”

(Le nouvel ordre de la messe va dans un sens profondément oecuménique, La Croix, 30.05.1969)

I jeszcze ekspert Consilium L. Bouyer w swojej wydanej w roku 1968 książce: Eucharystia. Teologia i duchowość modlitwy eucharystycznej:

“Warto tu zauważyć, że w tym samym momencie co reforma liturgii eucharystycznej  podejmowana przez Kościół Katolicki, różne gałęzie Komunii Anglikańskiej, wiele kościołów luterańskich a nawet wiele kościołów protestanckich, które niemal całkowicie utraciły swe starożytne tradycje dokonują rewizji swoich własnych eucharystii. Owa zbieżność z odnową katolicką jest uderzająca… Zważywszy ten fakt, z pewnością uwaga szeregu anglikańskich i protestanckich obserwatorów, że nowe katolickie eucharystie mogą zacząć być używane nawet w wielu kościołach obecnie oddzielonych od Rzymu nie była jedynie powierzchownym entuzjazmem.

Oskar Cullmann zauważył wielokrotnie, że Biblia, której zgłębianie w XVI wieku oddzieliło katolików i protestantów, jest dziś przeciwnie tym co ich najbardziej zbliża. Ten sam powrót do źródła na sposób krytyczny, lecz w wierze, może wkrótce wytworzyć jeszcze bardziej nieoczekiwane zbliżenie w kwestii eucharystii.”

=============================


suplement: 1 czerwca 1972, tj. po wprowadzeniu Novi Ordinis ukazała się instrukcja Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan J. Willebrandsa dotycząca dopuszczania innowierców do komunii eucharystycznej; oto jej fragmenty:

“Wierni zgromadzeni przy ołtarzu składają ofiarę przez ręce kapłana działającego w imieniu Chrystusa i przedstawiają wspólnotę ludu Bożego zjednoczonego w wyznawaniu tej samej wiary. W ten sposób stanowią znak i rodzaj delegacji szerszego zgromadzenia. Sprawowanie Mszy jest samo w sobie wyznaniem wiary, w której cały Kościół uznaje i wyraża samego siebie. Jeśli rozważymy cudowne znaczenie modlitw eucharystycznych oraz bogactwa zawarte w innych częściach Mszy… a jeśli jednocześnie rozważymy, że liturgia słowa i liturgia eucharystyczna tworzą jeden akt kultu, widzimy tu uderzającą ilustrację zasady lex orandi – lex credendi. I tak Msza posiada siłę katechetyczną, którą podkreśliła niedawna odnowa liturgiczna…  Z samej swej natury celebracja Eucharystii oznacza pełnię wyznania wiary i pełnię komunii kościelnej. Zasada ta nie może być przykrywana i musi pozostać naszym przewodnikiem na tym polu.

Zasada ta nie zostanie przyćmiona jeśli dopuszczenie do komunii eucharystycznej zamyka się w poszczególnych przypadkach tych chrześcijan [innowierców], którzy posiadają wiarę w sakrament w zgodności z tą Kościoła, którzy doświadczają poważną duchową potrzebę eucharystycznego pokarmu, którzy przez dłuższy okres nie mogą korzystać z posługi ministra ich własnej wspólnoty i którzy dobrowolnie proszą o sakrament”

Jedno ciało, jeden duch, jedna nadzieja. Tydzień akukumenizmu.

Jedno ciało, jeden duch, jedna nadzieja

January 13, 2026

nondraco/jedno-cialo-jeden-duch-jedna-nadzieja/

– pod tak osobliwym tytułem (fałszywym z perspektywy katolickiejKEP opublikował obszerne, bo liczące prawie 100 stron “materiały” na tydzień akukumenizmu 18-25 stycznia “i cały rok 2026”. Teksty biblijne do materiałów zaczerpnięto, jakżeby inaczej z wymysłu lat ostatnich czyli “Biblii Ekumenicznej”. Jak się wskazuje we wstępie materiały posiadają “imprimatur” tzw. Światowej Rady Kościołów:

“Teksty zostały ostatecznie opracowane i zatwierdzone przez członków Międzynarodowego Komitetu mianowanego przez Komisję Wiary i Ustroju Światowej Rady Kościołów oraz papieską Dykasterię ds. Popierania Jedności Chrześcijan”

oraz zostały przygotowane przez “ekumeniczny zespół redakcyjny”, w którego gronie znaleźli się metodyści, luteranie, “polskokatolicy” i schizmatycy wschodni. Tegoroczna edycja prezentuje w szczególny sposób perspektywę schizmatyckiego ormiańskiego “Kościoła Apostolskiego” toteż czytające je nadwiślańskie owce posoborowe będą miały okazję zapoznać się m.in. z tak pasjonującym tematem jak “sytuacja ekumeniczna w Armenii w ciągu ostatnich 30 lat”.

Z uwagi na powyższe również wspólna “liturgia ekumeniczna” przewiduje m.in. Credo bez katolickiego Filioque, co jest kontynuacją “ekumenicznych” podchodów papy Prevosta z ub. roku. W prezentowanych modlitwach przebija idea fałszywej, bo nie opartej na prawdzie jedności.

Jeśli chodzi o poszczególne dni tygodnia podstarzali już pionierzy oraz komsomolcy ekumenizmu otrzymali na każdy dzień zadania do rozważenia oparte na fikcji – w szczególności wymyślonego przez rewolucjonistów “wspólnego powołania” (tj. że niby powołanie kapłanów katolickich i pastorów protestanckich jest czymś wspólnym) czy nawet “wspólnej wiary”  bądź rozsiania “darów Bożych” po różnych wspólnotach np.

“W jaki sposób refleksja nad „powołaniem, które otrzymaliście”… inspiruje cię do podejmowania działań na rzecz budowania jedności zarówno w lokalnych, jak i szerszych wspólnotach kościelnych?”

“W jaki sposób cnoty pokory, łagodności, cierpliwości i tolerancji… mogą pomóc nam jako wierzącym przezwyciężać podziały w naszych lokalnych wspólnotach?”

“W jaki sposób możemy, jako Kościół lub wspólnota, podjąć wezwanie naszego wspólnego powołania, zachowując jednocześnie naszą wyjątkową tożsamość i tradycje?”

“Jakie inicjatywy możemy podjąć we wspólnotach, aby manifestować wspólną wiarę w Jezusa Chrystusa i jedność ustanowioną przez chrzest?”

“Jak zmienią się nasze relacje, jeśli zaakceptujemy fakt, że różnorodność darów nie jest powodem do sporu i rywalizacji, ale do wzajemnego umacniania się i dzielenia?”

Oczywiście np. w modlitwie wiernych pojawia się i sławny absurdalny rewolucyjny konstrukt “niepełnej jedności” w wierze czy nawet herezja o niepełnej jedności Kościoła (modlitwy różnych wyznań umieszczono w materiałach udostępnianych przez KEP obok siebie jako równorzędne “wzory”):

“Daj naszym Kościołom zmierzając ku pełnej jedności nic nie tracić ze swej różnorodności i niepowtarzalności, a wzbogacać się nią i wzmacniać.” (m. opracowana przez schizmatyków wschodnich)

“Niech nasza różnorodność – tradycji, konfesji i form oddawania Tobie chwały –wzbogaca wspólnotę wiary, w którą zostaliśmy wszczepieni w jednym Ciele Twojego Kościoła” (m. opracowana przez “ewangelików”)

“Módlmy się za wszystkich chrześcijan, aby – zgodnie z wezwaniem apostoła Pawła:„starając się zachować jedność ducha we wzajemnej więzi, jaką jest pokój” – szukali dróg prowadzących do pełnej jedności Kościoła” (m. opracowana przez “polskokatolików”)

“Módlmy się za chrześcijan, aby gorliwie dążyli do ukazania jedności, do której zostali powołani w Ciele Chrystusa.” (m. opracowana przez posoborowie)

“Aby chrześcijanie ukazywali światu jedność w Panu, w darze jednej wiary i jednego chrztu” (m. opracowana przez posoborowie)

Modlitwy opracowane przez posoborowych ekspertów implikują również herezję że -pseudo-ekumeniczne zgromadzenie obejmujące innowierców jest Kościołem:

“Przyjmij, Ojcze, modlitwy zwołanego przez Ciebie Bożego zgromadzenia – Kościoła, który w Duchu Świętym jest Ciałem Chrystusa, i wysłuchaj jego pełnych nadziei próśb, który żyjesz i królujesz na wieki wieków”

“Jako Kościół – Ciało Chrystusa i Świątynia Ducha Świętego – zanieśmy do Boga nasze pełne nadziei prośby. “

oraz fałszywą tezę, że przywódcy wspólnot heretyckich np. protestanckich posiadają “dary Chrystusa” i zdolność “wiernego służenia” w ramach pełnionych funkcji:

“Módlmy się za prowadzących Kościoły, wspólnoty i ruchy kościelne, aby wiernie służyli siostrom i braciom darami otrzymanymi od Chrystusa”

Ryś: “Mówimy, że jesteśmy katolikami i głosimy poglądy, które są niekatolickie”

Jak co roku judaizmu dzień

Posted on January 15, 2026 nondraco/jak-co-roku-judaizmu-dzien

Eminencja Ryś, który zasłynął niedawno, być może niechcący, z bon motu niezwykle trafnie opisującego posoborowych rewolucjonistów: “Mówimy, że jesteśmy katolikami i głosimy poglądy, które są niekatolickie” (źródło) brylował dziś w ramach tzw. centralnych obchodów dnia judaizmu w Płocku.

Jak donosi serwis KEP episkopat.pl Ryś bez ogródek powtarzał, że chodzi o celebrowanie nie jakiegoś tam judaizmu z czasów Izajasza czy Jeremiasza lecz współczesnego talmudyzmu w pełnej krasie:

Wszystkie dokumenty Kościoła po Soborze Watykańskim II idą właśnie w tym kierunku, żeby pokazywać te związki chrześcijan z judaizmem żyjącym, żywym. Nie tylko z tym biblijnym, w jakimś sensie przeszłym, ale z tym judaizmem, który jest aktualny. Temu ma zawsze też służyć Dzień Judaizmu w Kościele katolickim”.

Okolicznościowe modlitwy Eminencja odmówił wraz z rabinem Szudrichem, którego przy tej okazji przysposobił wraz z jego kolegami żydami do własnej rodziny: “Chcemy się w Tobie Boże odnajdywać, jak rodzina” – mówił, bluźnierczo ignorując to co Objawienie Boże przekazuje o tych, którzy je odrzucają, odrzucając Pana Jezusa Chrystusa. W wydarzeniu religijnym kalendarza Novi Ordinis wziął też udział ambasador miłującego mordy na dzieciach i ludności cywilnej państwa syjonistycznego w Ziemi Świętej.

Eminencja Ryś ostrzy zaś pazurki na zapowiedziany w ub. tygodniu list do nieszczęsnych posoborowych owiec, który ma napisać, a którym posoborowe parafie mają nękać owe owce w nadchodzącym Wielkim Poście.

155 lat temu: Pontmain 17 stycznia Roku Pańskiego 1871

150 lat temu: Pontmain 17 stycznia Roku Pańskiego 1871

Posted on January 12, 2021

Zważywszy, że widzenia nie można przypisać oszustwu ani mistyfikacji, ani sprowadzić do iluzji optycznej bądź halucynacji, zważywszy, że zdarzenie przekracza moc człowieka oraz jakiegokolwiek widzialnego i cielesnego czynnika, że nie może być wyjaśnione jako wynik sił diabelskich, że ma charakter zdarzenia w porządku nadprzyrodzonym i Boskim, wyrażamy osąd, że Niepokalana Dziewica Maryja, Matka Boża, prawdziwie pojawiła się 17 stycznia 1871 Eugeniuszowi Barbedette, Józefowi Barbedette, Franciszce Richer oraz Joannie Marii Lebosse we wsi Pontmain.

Tyle ordynariusz diecezji Laval, Ks. Biskup Kazimierz Aleksy Józef Wicart w swoim oświadczeniu z 2 lutego 1872 roku. Pontmain to niewielka osada między historyczną Normandią a Bretanią w pn. zach. Francji. Dziw bierze że podczas wojny, która rozpoczęła się dzień po ogłoszeniu dogmatu definiującego papieską nieomylność, a która była w istocie wojną o powstanie Niemiec, wojska pruskie dotarły niemal tutaj. Niemal, bo zatrzymały się nagle pod niedalekim Laval.

W styczniu 1871, po klęsce pod Sedanem, gdy trwało oblężenie Paryża, Francuzi byli w rozsypce a Prusacy posuwali się coraz dalej w głąb kraju Napoleona III. Pod LeMans właśnie została rozbita przez nich Armia Loary generała Chanzy. Jej niedobitki cofały się na zachód, w stronę Pontmain, na tyły następowały im szybkie jednostki przeciwnika. Znaki z nieba, w tym zorza polarna jaka ukazała się 11 stycznia 1871 roku, zwiastowały dalsze niezwykłe wydarzenia.

Józef miał lat 10, Eugeniusz – dwanaście. Wieczorem 17 stycznia pomagali ojcu przy pracach w gospodarstwie, w stodole, gdy starszy z nich wyszedł na zewnątrz i spojrzał na gwiaździste niebo. Ujrzał tam postać pięknej Pani w płaszczu zdobionym złotymi gwiazdami i złotej koronie. Uśmiechała się do niego. Dołączyła do niego Jeanette Detais, miejscowa niewiasta zajmująca się przygotowywaniem zmarłych do pogrzebu. Piękną Panią zobaczył także mały Józef. Na miejsce przybyli także ojciec braci Barbedette i ich matka. Matka chłopców była osobą pobożną i wniosła z ich opisu, że widzianą postacią jest Najświętsza Maryja Panna, kazała zatem im odmówić pięć Ojcze Nasz i pięć Zdrowaś Mario oraz posłała po siostry zakonne uczące w miejscowej szkole: Witalinę oraz Marię Edwardę.

Przybyły one na miejsce z dwoma dziewczynkami Franciszką i Joanną Marią, w wieku 9 i 11 lat, które ujrzały postać Pani. Dorośli jej nie widzieli – jedynie formację z trzech jasnych gwiazd wokół miejsca, gdzie dzieci widziały głowę Maryi. Nie ujrzała jej również dwunastoletnia Augustyna przyprowadzona przez siostry. Zakonnice posłały zatem po sąsiada i jego sześcioletniego wnuka Eugeniusza. Ten, podobnie jak czterolatek August, który pojawił się również na miejscu zdarzenia, także stwierdził, że widział Panią. Nie widziały jej jednak siostry Augusta w wieku 12 i 10 lat (późniejsza komisja biskupia oparła się na zeznaniach starszych z grupy dzieci tj. Eugeniusza, Józefa, Franciszki i Joanny Marii).

Wkrótce na miejscu zdarzenia, przed domem Barbedette, zebrał się tłum klęczących na śniegu i modlących się mieszkańców. Jedna z sióstr postanowiła zawiadomić proboszcza ks. Michała Guerina. Podczas gdy ludzie modlili się Różańcem, widzenie zwiększyło swój rozmiar dwukrotnie. Gdy rozpoczęto śpiew Magnjficat dzieci ujrzały rozwiniętą przy Pani chorągiew, na której pojawiły się słowa: Proszę módlcie się, moje dzieci. Ks. Guerin podjął śpiew Litanii Loretańskiej. Wówczas dzieci ujrzały kolejne słowa: Bóg was wkrótce wysłucha a przy kolejnych pieśniach, przy Salve Regina napis uległ zwieńczeniu: Mój Syn da się poruszyć.

Odśpiewano Matko nadziei. Jak zapisał potem o. Józef Barbedette, jeden z wizjonerów: “Uśmiechnęła się, gdy na nas spojrzała i uśmiech ów był piękniejszym od wszystkiego co wcześniej widziałem. Tak był piękny, że nie mogliśmy się powstrzymać od klaskania w dłonie i wołania w zachwycie: Uśmiecha się! Uśmiecha się! O, jaka jest piękna, jaka piękna!”

Tłum zaczął śpiewanie pieśni przeplatanej błagalnym wezwaniem Parce Domine [Przepuść nam Panie] a kiedy doszedł do słów o Jezusie, w rękach radosnej dotąd Pani pojawił się Krucyfiks i ze smutkiem zaczęła rozważać mękę Syna. Krzyż był czerwony – o barwie krwi z napisem: Jezus Chrystus na małej tabliczce u szczytu. Józef Barbedette zeznał potem przed komisją biskupią: “Przez cały czas, w którym Najświętsza Panna trzymała w dłoniach Krucyfiks Jej twarz nie była zapłakana, nie widzieliśmy łez w Jej oczach, lecz, zwłaszcza, w kącikach ust, drżenie warg ukazujące silne uczucie. Usta poruszały się, najwyraźniej wymawiając słowa pokutnej pieśni, którą śpiewano u Jej stóp, zwłaszcza podczas chóru: Parce, Domine.” W późniejszej relacji zapisał: “Nie roniła łez, lecz smutek wyrażony na Jej twarzy był nie do opisania.”

Gdy kapłan zaintonował Ave Maris Stella, czerwony Krucyfiks zniknął, na twarz Pani wrócił uśmiech. W końcu  widzenie trwające około trzy godziny, wśród owych śnieżnych nieszporów – Różańca, litanii i hymnów, około za piętnaście dziewiąta w nocy zniknęło.

W tym samym czasie pod Laval, oddalone od Pontmain o niecałe 50 kilometrów, nadciągały czołówki wojsk pruskich dowodzonych przez sprawnego dowódcę kawaleryjskiego generała Karla von Schmidta, ścigające pozostałości rozbitej w bitwie pod Le Mans francuskiej armii Loary.  Jej  resztki schroniły się w Laval. Prusaków w popołudnie 17 stycznia dzieliło od miasta niewiele. Patrzyli na to samo rozgwieżdżone niebo, które rozciągało się na Pontmain. I nagle pruskie wojska, wieczorem 17 stycznia zatrzymały się. A potem przyszedł rozkaz odwrotu. 28 stycznia zawarto zawieszenie broni.

O. Józef Barbadette, zakonnik Oblatów Niepokalanej, tak wspominał później owo widzenie, którego zaznał jako chłopiec (cyt. za: Bernard St. John: The Blessed Virgin in the XIXth Century: Apparitions, Revelations, Graces, p. 341-342):

W powietrzu, siedem, osiem metrów nad domem Augustyna Guidecoq, ujrzałem niewiastę niezwykłej piękności. Zdawała się młoda – około 18-20 lat – oraz wysokiej postury. Była odziana w ciemnoniebieskie szaty. Kiedy poproszono nas byśmy opisali dokładnie odcień tego niebieskiego, byliśmy w stanie jedynie poprzez porównanie z kulkami indygo jakie używa się do płukania lnu. Jej szata była pokryta złotymi gwiazdami, pięciobocznymi w kształcie, wszystkie tego samego rozmiaru i jasne, choć nie wysyłające promieni. Nie były bardzo liczne i wydawały się rozsiane po niebieskości bez żadnego wzoru. Niebieska szata była obszerna, ukazująca pewne mocno zaznaczone fałdy, bez przepaski ani innego zacisku od szyi po stopy. Rękawy były proste i długie, opadające na dłonie. Na stopach, które szata pozostawiała odsłonięte, znajdowały się pantofle tak samo niebieskie. Na głowie znajdował się czarny welon do połowy zakrywający czoło, skrywający włosy i uszy oraz opadający na ramiona. Nad nim znajdowała się złota korona przypominająca diadem, wyższa z przodu niż w innych miejscach, poszerzająca się po bokach. Czerwona linia, szeroka na 5-6 milimetrów obiegała koronę mniej więcej w środku. Dłonie były małe i wyciągnięte ku nam jak na cudownym medaliku, lecz nie wysyłały promieni. Twarz była lekko owalna. Do świeżości młodości miała dodaną najwyborniejszą delikatność rysów i odcienia, cera była raczej blada. Na ustach igrał uśmiech niewysłowionej słodyczy. Oczy o nieopisanej łagodności były na nas skupione. Nie jestem w stanie bardziej opisać Jej pięknej postaci spoglądającej na nas i uśmiechającej się. Jak prawdziwa matka wydawała się bardziej szczęśliwa, patrząc na nas, niż my Ją rozważając.” I dalej: “Mimo iż była noc i że byliśmy oddzieleni od pięknego Widzenia o około sto metrów, mogliśmy widzieć każdy szczegół twarzy tak wyraźnie jakby miało miejsce w pełnym świetle dnia i w bliskości.”

Podobnie niesłychany był smutek, który “musiał być smutkiem Matki Jezusa u stóp Krzyża, który dźwigał jej umierającego Syna.” Jego brat – Eugeniusz został kapłanem diecezjalnym a Franciszka jego gospodynią. Joanna Maria złożyła śluby zakonne.

Wszyscy żołnierze rekrutowani z Pontmain na wojnę z Prusami, w sumie 38 osób, wrócili cali do rodzinnych stron, składając potem jako wotum dziękczynne tablicę w kościele. Działy się i inne rzeczy – kilka dni przed objawieniem w Pontmain ogłoszono uroczysty ślub – z inicjatywy biskupa Nantes Feliksa Fourniera i grupy katolików m.in. Aleksandra Legentila wybudowanie jako ekspiacji za grzechy narodu francuskiego bazyliki Najświętszego Serca Jezusowego na wzgórzu Montmartre: “Uznajemy że byliśmy winni i zostaliśmy słusznie ukarani. Aby właściwie zadośćuczynić za nasze grzechy oraz zyskać nieskończone miłosierdzie Najświętszego Serca Naszego Pana Jezusa Chrystusa oraz przebaczenie za nasze grzechy a także nadzwyczajną pomoc, która jedynie może uwolnić naszego Najwyższego Pasterza od niewoli [w Watykanie – w wyniku zajęcia Rzymu przez masońskie państwo włoskie] i odwrócić nieszczęście Francji, ślubujemy przyczynić się do wzniesienia w Paryżu sanktuarium poświęconego Najświętszemu Sercu Jezusowemu”. Wielu francuskich katolików uważało, że objawienie w Pontmain było odpowiedzią Nieba na ową szczerą obietnicę i błogosławieństwem dla niej.

Wróćmy jednak do Pontmain. Już w roku 1871 przybyło tu łącznie ok. 100 tysięcy pielgrzymów, nie tylko z Francji. Jednym z tych wczesnych pielgrzymów był Atanazy Karol Maria de Charette, krewniak słynnego generała Franciszka Atanazego de Charette – jednego z dowódców powstania w Wandei przeciw bezbożnej rewolucji, długoletni obrońca Piusa IX przed zakusami masońskiego Risorgimento. Po upadku Rzymu w roku 1870 de Charette ze swymi papieskimi żuawami wrócił do Francji by walczyć z armiami Bismarcka. Wziął udział pod sztandarem Najświętszego Serca w bitwie pod Loigny, gdzie został ranny i dostał się do niewoli, z której uciekł jednak i tuż przed objawieniem w Pontmain został mianowany generałem. Do Pontmain przybył w towarzystwie dwóch innych papieskich żuawów i zapisał w księdze gości: “Wierzę”.

W roku 1872, w miejscowości rozpoczęto budowę nowego kościoła, w stylu neogotyckim, konsekrowanego w 1877 roku. W tymże roku papież Pius IX podniósł miejscowe stowarzyszenie modlitewne do godności arcykonfraterni zaś w roku 1897 papież Leon XIII nadał mu miano Arcykonfraterni Matki Bożej od Modlitwy. W roku 1905 papież św. Pius X nadał kościołowi w Pontmain godność bazyliki mniejszej. W roku 1922 papież Pius XI zatwierdził dla diecezji Laval święto Matki Bożej z Pontmain z własnym formularzem mszalnym, rozszerzone następnie na siedem kolejnych diecezji a także francuskie prowincje jezuitów, o. oblatów Niepokalanej oraz sióstr pasjonistek z Mamers. W roku 1934 ukoronowano figurę Matki Bożej – Matki Nadziei z Pontmain papieską koroną.

Globalistyczne bezprawie w Polsce rządzonej przez niemiecką agenturę Tuska

Globalistyczne bezprawie w Polsce

rządzonej przez niemiecką agenturę Tuska

Komentarz do materiału Times of India zamieszczonego poniżej mego artykułu.

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 18

W rocznicę wyzwolenia Warszawy spod niemieckiej okupacji, rosyjska delegacja składa kwiaty pod stołecznym pomnikiem upamiętniającym to zdarzenie.

Członek rosyjskiej delegacji, minął się jednak z prawdą w istotnym szczególe. Uznał za „absurd” niewątpliwie zgodne z historyczną prawdą, stwierdzenie że ZSRR & hitlerowska Trzecia Rzesza, rozpoczęli II Wojnę Światową od napaści na Polskę po podpisaniu traktatu Ribbentrop Mołotow w sierpniu 1939 roku.

Trudno mi pojąć jak tak wybitny mąż stanu jak Prezydent Rosyjskiej Federacji nie pojmuje jak bardzo upodabnia się do swego wroga Zachodniego Imperium Kłamstwa, zakłamując oczywiste fakty historyczne.

Delegacja, o której mowa, reprezentuje Federację Rosyjską, a nie ZSRR. Wystarczyło stwierdzić, że Rosja nie rozpoczęła wojny światowej poprzez atak na Polskę. Wtedy wszystko byłoby w porządku.

Członkowie delegacji żalili się na fakty niszczenia post-sowieckich pomników na terenie Polski, a także dewastacje cmentarzy wojskowych.

Co do pomników, to jest oczywiste, że Polacy musieli usunąć pomniki sowieckie, tak jak hitlerowski z oczywistych powodów.

Co do dewastacji mogił sowieckich żołnierzy, to być może zdarzały się takie wandalizmy, ale całkowicie marginesie.

Polacy nie niszczyli nawet hitlerowskich cmentarzy, choć ich nie pielęgnowali.

W mym rodzinnym mieście Wrocławiu, pomiędzy dwoma głównymi arteriami wiodącymi ku południowej autostradzie A4, od końca wojny zlokalizowany jest okazały cmentarz żołnierzy sowieckich poległych w walkach o „Festung Breslau”, który skapitulował już po upadku Berlina i śmierci Hitlera. Co prawda po mieście nie pozostał kamień na kamieniu, ale z pietyzmem od podstaw odbudowany i zmodernizowany przez Polaków, jest on jednym z najpiękniejszych miast Europy w swej kategorii do miliona mieszkańców.

Wspomniany cmentarz ozdobiony jest czterema postumentami przy dwu bramach wejściowych, na których ulokowano cztery oryginalne czołgi sowieckie T-34 z owej epoki. Do dziś nikt i nigdy nie naruszył nawet kamienia w obrębie cmentarza. Polacy, jako Naród Chrześcijański szanują pamięć zmarłych. Sowieccy polegli żołnierze mają prawo do pomięci i szacunku. Co nie oznacza, że gdzieś mogły się zdarzyć przypadki wandalizmu. W każdym społeczeństwie funkcjonuje margines społeczny.

Natomiast w żywotnym interesie Polski i Rosji jest pojednanie i zwrócenie się przeciw wspólnemu wrogowi jakim jest żydowski komunizm i żydowskie Zachodnie Imperium Kłamstwa.

W tym kontekście unikanie kłamstwa i przeinaczeń jest warunkiem sine qua non pojednania.

W komentowanym materiale filmowym znajduje się jednak wysoce nieprzyjemny wątek dotyczący aresztowania przez Gauleitera Tuska, rosyjskiego archeologa będącego przejazdem przez Polskę, na wniosek nielegalnego dyktatora Ukrainy, narkomana Zełenskigo. Przestępczy kijowski reżim oskarża go o „niszczenie ukraińskiego dziedzictwa kulturowego” …na tatarskim Krymie.

Oskarżony prowadził tą „zbrodniczą działalność” od kilkudziesięciu lat, również w okresie przynależności półwyspu do Ukrainy. Polegała ona na prowadzeniu badań archeologicznych na tym terenie. [sic !!]

—————————————

Wydaje się, że jakikolwiek komentarz dotyczący tego absurdu nie jest potrzebny.

Jednakowoż skazujący wyrok w warszawskim sądzie ilustruje jak bardzo zdegenerowana jest Polska i jak zbrodnicze się jej „elity” wszelkiej proweniencji.

Od gigantycznych biurokracji „lokalnych samorządów”, parających się zorganizowaną korupcją, poprzez „niezależne sądy” rodem z sowietów, zidiociałego „Wojska Polskiego”, aż do szczytu agenturalnej „władzy” w Warszawie.

Smutne ale prawdziwe jest to spostrzeżenie!

Putin’s Team In NATO Nation; Shock Move Amid Ukraine Tensions ‘Jolts’ Zelensky | Full Detail

Chwieją się fundamenty

Chwieją się fundamenty

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    18 stycznia 2026 michalkiewicz

Ale mają zgryz funkcjonariusze Propaganda Abteilung w niezależnych mediach głównego nurtu w naszym nieszczęśliwym kraju! Do niedawna sytuacja była jasna i niezwykle wygodna. Wrogiem numer jeden by zimny, ruski czekista Putin i wszystkie seanse nienawiści w niezależnych mediach były skierowane przeciwko niemu. Na przeciwnym biegunie znajdowała się Nasza Najukochańsza Duszeńka w osobie ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, którego pozycja była niepodważalna nie tylko z uwagi na pierwszorzędne korzenie, ale także ze względu na to, iż jest on wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który zrobił z niego „Sługę Narodu” – a tę rolę odgrywa on z powodzeniem do dnia dzisiejszego. Między tymi dwoma biegunami znajdowały się rozmaite osobistości, które przez funkcjonariuszy Propaganda Ateilung były oceniane w zależności od ich stosunku albo do zimnego ruskiego czekisty, albo do Naszej Ukochanej Duszeńki.

Pierwszy dysonans, niby „zgrzyt żelaza po szkle” powstał po tym, jak w Białym Domu prezydent Donald Trump publicznie obsztorcował Naszą Najukochańszą Duszeńkę. W sukurs zdezorientowanym funkcjonariuszom przyszła wtedy Jabłoneczka, czyli Małżonka Księcia-Małżonka oraz Judenrat „Gazety Wyborczej”, dzięki czemu zarówno funkcjonariusze, jak i mikrocefale, stanowiący krąg czytelniczy wspomnianej „Gazety” mogli zorientować się, co tak naprawdę myślą.

Teraz niestety jest coraz gorzej, bo następuje coś w rodzaju przebiegunowania kuli ziemskiej. Na głównego wroga wyrasta nieoczekiwanie amerykański prezydent Donald Trump, który – zamiast słuchać Naszej Ukochanej Duszeńki, zrobić marmoladę z Putina i na własny koszt odbudować Ukrainę, zaczyna się bisurmanić. Nie chodzi nawet o to, że „złamał prawo międzynarodowe” w przypadku Wenezueli, bo takich rzeczy się wprawdzie nie wybacza, zwłaszcza w sytuacji, gdy walczymy o praworządność – chyba, że chodzi o demokrację. Jeśli chodzi o demokrację, to dozwolone jest wszystko – bo nie ma takich poświęceń, których nie można by dokonać w imię demokracji – podobnie jak za komuny nie było takich poświęceń, których nie można by dokonać dla socjalizmu. Ale prezydent Donald Trump posunął się dalej i deklarując zamiar posięścia Grenlandii, podniósł zbrodniczą rękę na jedność sojuszniczą – a czegoś takiego się nie wybacza, podobnie, jak grzechu antysemityzmu – ani na tym świecie, ani na tamtym.

W tej sytuacji Donaldu Trumpu nic nie pomaga, nawet deklaracja gotowości przyjścia z bratnią pomocą udręczonemu narodowi irańskiemu, jęczącemu w jarzmie okrutnych ajatollahów, z mocy których obiecuje go wyzwolić syn byłego szacha, Cyrus Reza Pahlavi, którego CIA wyciągnęła z naftaliny, żeby zachęcał lud irański do ulicznych demonstracji i obiecywał, że lada dzień do niego dołączy, by poprowadzić go do świetlanej przyszłości – to znaczy – do podporządkowania się bezcennemu Izraelowi.

Rzecz w tym, że premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu, „czuje się związany” ideą „Wielkiego Izraela”, który w myśl tej – jakby to powiedział Kukuniek – „koncepcji”, ma obejmować obszar „od Wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat” Taki obszar obiecał oddać w arendę potomstwu pewnego mezopotamskiego koczownika sam Stwórca Wszechświata [no, ściślej – Jehowa, ich g plemienny.. md] . Do tej pory prawie wszystkie kraje leżące na tym obszarze zostały już przez bezcenny Izrael, przy pomocy Ameryki spacyfikowane, tak, że w następnym etapie trzeba będzie je tylko okupować, ewentualnie – nawet przesiedlić na Wschód – i tylko jeden złowrogi Iran sypie piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.

Nic zatem dziwnego, że na Florydę przyjechał Beniamin Netanjahu, który prezydentu Trumpu kazał ze złowrogim Iranem zrobić raz na zawsze porządek. W tej sytuacji zaraz wybuchła tam rewolucja przeciwko ajatollahom, a wyciągnięty z naftaliny Cyrus Reza Pahlavi … – i tak dalej. Wszystko to szalenie komplikuje klarowny do niedawna obraz świata, więc funkcjonariusze Propaganda Abteilung miotają się od ściany do ściany, chociaż oczywiście i Jabłoneczka i Judenrat robią co mogą, żeby podać im nić Ariadny, której mogliby się trzymać w tym Labiryncie, dopóki wszystko tak czy owak się nie wyjaśni.

Na szczęście są jeszcze stałe punkty we Wszechświecie w osobie pana prezydenta Nawrockiego, którego madame Joanna Szczepkowska szyderczo nazwała „prezydentem kiboli” po tym, jak nie tylko wziął on udział w pielgrzymce kibiców na Jasną Górę, ale jeszcze ich pozdrowił „czołem”. Na Jasną Górę chodzi teraz, kto tylko może, nawet sodomczykowie i gomorytki – bo Kościół jest „otwarty” – chociaż pan prezydent Nawrocki ich akurat nie pozdrawiał.

Ta cała pani Joanna Szczepkowska za mądra chyba nie jest – bo z jednej strony marzy, by prezydent był „prezydentem wszystkich Polaków”. Z drugiej jednak strony najwyraźniej musi uważać, że „wszyscy Polacy” to jest towarzycho, w którym obraca się i obracana jest ona i w którym wszyscy ze wszystkimi na zmianę, albo i jednocześnie, się bzykają. Tymczasem – jak „wszyscy” to wszyscy – a więc i kibice też. Zawsze mówiłem, że gdy aktorzy recytują Szekspira, to ma to ręce i nogi – ale gdy zaczynają deklamować własne teksty, to wygląda to znacznie gorzej. Więc pan prezydent Nawrocki jest takim stałym punktem we Wszechświecie, do którego może odwołać się podczas rzadkich lucidów intervallów pan minister Marcin Kierwiński który twierdzi, że za to „czoło” obrazili się „żołnierze i funkcjonariusze”. „O film, panie ministrze, obrazili się wachmistrze. O wiersz, panie generale, obrazili się kaprale”.

Innym stałym punktem we Wszechświecie jest złowrogi Zbigniew Ziobro, którego sytuacja za granicą wreszcie się ustabilizowała, bo na Węgrzech dostał azyl i ochronę międzynarodową. Azylantem jest tam również pan Romanowski, w którego sprawie właśnie wylano na zbity łeb sędziego Dariusza Łubowskiego, który uchylił mu europejski nakaz aresztowania, załatwiony na pana Romanowskiego przez obywatela Żurka Waldemara. Najwyraźniej w nienawistnym Sądzie Okręgowym w Warszawie nie brakuje nienawistnych sędziów, na których nie tylko obywatel Żurek Waldemar, ale każdy inny minister może polegać, więc nie ma obawy, że teraz nie posypią się tam piękne wyroki. Na razie jednak Wielce Czcigodny Giertych Roman zarzucił złowrogiemu Ziobrze Zbigniewowi „zdradę” z powodu tego, że azylu udzielił mu premier Wiktor Orban, który wcześniej spotykał się z Putinem, a mimo to amerykański prezydent Donald Trump uważa go za swoją duszeńkę.

No tak – ale co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Wiktor Orban może sobie jeździć, to tu, to tam i spotykać się z kim chce, niechby nawet z Putinem, podczas gdy Wielce Czcigodny Giertych Roman musi stale uważać, żeby przypadkiem się nie strefić tym bardziej, że – o ile mi wiadomo – nadal nie poddał się drobnej operacji chirurgicznej, po której S(r)alon mógłby puścić mu w niepamięć grzechy młodości. Najwyraźniej Wielce Czcigodny Giertych Roman oraz bardziej upodabnia się do Mikołaja Jeżowa, który swoją szajkę oprawców uważał za rodzaj „zakonu”. Znacznie tedy ciekawsze są obawy naszej resortowej „Stokrotki”, czyli pani Moniki Olejnik, która wyraziła obawę, że jak tak dalej pójdzie, to Zbigniew Ziobro utworzy w Budapeszcie „rząd na uchodźstwie”. Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści – powiada przysłowie – zwłaszcza w sytuacji, gdy kula ziemska sprawia wrażenie, jakby się właśnie przebiegunowywała.

Nie ma zatem innej rady, tylko żeby nasza „Stokrotka” wezwała do TVN pana generała Marka Dukaczewskiego, żeby powiedział – jak jest i – jak będzie. Jeśli on nie powie, to już nie wiem kto.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Sunday Strip: Muppet Me This…

Sunday Strip: Muppet Me This…

Ode to joy.

DR. ROBERT W. MALONE JAN 18
 
READ IN APP
 






TRUE STORY:

Just think what would have happened if he wasn’t vaccinated!







It’s WEF Week!









Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid


Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share





You’re currently a free subscriber to Malone News. For the full experience, upgrade your subscription.

Upgrade to paid

Zakaz social mediów dla dzieci działa. Australijczycy zadowoleni. Dzieci znowu czytają książki


Zakaz social mediów dla dzieci działa

Australijczycy zadowoleni.

Dzieci znowu czytają książki

Paweł Chmielewski


australijczycy-zadowoleni-dzieci-znowu-czytaja-ksiazki

Australijczycy są zadowoleni z wprowadzonego w tym kraju zakazu mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 16. roku życia, przekonuje niemiecki dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung. Mówiąc krótko, dzieci zaczęły zachowywać się normalnie.

W Australii zakaz został wprowadzony ponad miesiąc temu. Z racji na fakt, że lato w Australii jest wtedy, kiedy u nas zima, Australijczycy są właśnie po swoich letnich wakacjach. Według FAZ australijskie rodziny manifestują zadowolenie z zakazu korzystania z social mediów przez nieletnich. – Jako matka trojga dzieci, które są poniżej progu 16. lat, mogę ocenić ostatnie pięć tygodni wakacji jako fantastyczne dla mnie i mojej rodziny – powiedziała deputowana do australijskiego parlamentu Kara Cook, cytowana przez FAZ.

Premier Australii Anthony Albanese ogłosił, że można mówić o sukcesie wprowadzonych zmian. – Dziś możemy to powiedzieć: to działa – stwierdził według FAZ.

Od 10 grudnia, kiedy zakaz wszedł w życie, usunięto, zdezaktywowano lub ograniczono aż 4,7 mln kont w mediach społecznościowych należących do nieletnich poniżej 16. roku życia. – Dzięki temu podczas wakacji młodzi ludzie nie siedzieli przy smartfonach – powiedział Albanese. – Czytają książki, spotykają się ze znajomymi i z rodziną, integrują się ze sobą. To jest dla nich naprawdę ogromna różnica – stwierdził.

Australijski rząd zamierza sprawdzić, czy wszystkie platformy społecznościowe wdrożyły odpowiednie narzędzia, by wyegzekwować zakaz używania social mediów przez nieletnich. Duże platformy – jak Facebook, Instagram czy X – musiały w Australii usunąć konta nieletnich. W przeciwnym razie groziłaby im grzywna do równowartości ponad 100 mln złotych. Według obecnych danych rządu, wszystkie dziesięć największych platform zrobiło, co trzeba. Prowadzone są obecnie starania na rzecz uniemożliwienia czy utrudnienia sposobów obchodzenia przepisów. Część nieletnich próbowało instalować alternatywne aplikacje, które miały zastąpić główne platformy social mediów – ale okazało się, że działają kiepsko, dlatego trend się zatrzymał.

W Australii mieszka około 2,5 mln dzieci poniżej 16. roku życia. Eksperci cytowani przez FAZ szacują, że prawdopodobnie część kont nie została usunięta, bo system nie jest dość szczelny. Niemniej jednak zmiany są i tak poważne – i Australia znajduje swoich naśladowców. Podobne rozwiązanie zapowiedziały już takie kraje jak Francja, Indonezja, Malezja czy niektóre stany USA.

Źródło: FAZ

Fałszywa jedność. „Ekumenizm” jest drogą donikąd.

Fałszywa jedność. „Ekumenizm” jest drogą donikąd.

Paweł Chmielewski pch24/falszywa-jednosc-ekumenizm-jest-droga-donikad/

(fot. stock.adobe.com)

18 stycznia rozpoczyna się kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Tym razem pod hasłem „Jedno Ciało. Jeden Duch. Jedna nadzieja” obchody będą kulminować 24 stycznia w Poznaniu. W tym roku Tydzień Ekumeniczny jest szczególny, bo towarzyszy mu niezwykle głęboki kryzys w obrębie anglikanizmu i prawosławia; kryzys, który realne wysiłki ekumeniczne czyni czysto teoretycznymi.

Ekumenizm zderza się ze ścianą

Kościół katolicki prowadzi dialog ekumeniczny od blisko stu lat – a w obecnej formie, która nastawiona jest na mówienie o „jedności” bez przypominania o jedyności prawdy w Kościele katolickim, od lat około sześćdziesięciu, czyli od zakończenia II Soboru Watykańskiego.

Nie da się jednak ukryć, że w tym roku Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan zakłada, że tak powiem, dalece większą siłę nadziei, niż zwykle. W 2025 roku doszło do dwóch niezwykle brzemiennych w skutki wydarzeń, które bardzo daleko odsuwają perspektywę zjednoczenia Kościoła katolickiego z dwoma wspólnotami, co do których istnieją tradycyjnie największe nadzieje w tym zakresie: z prawosławnymi oraz anglikanami.

Kryzys wśród prawosławnych

Co takiego się wydarzyło? Zacznę od prawosławia, bo w tym wypadku związki z Kościołem katolickim są najsilniejsze. Prawosławni mają przecież z katolickiej perspektywy ważną sukcesję apostolską i sprawują ważne sakramenty; podzielamy też tę samą wiarę w większości kluczowych aspektów. Problem w tym, że dziś Stolica Apostolska nie ma już żadnego konkretnego partnera, z którym mogłaby w wiążący sposób rozmawiać o dalszym zbliżeniu. Wszystko za sprawą gigantycznych napięć na linii Moskwa – Konstantynopol.

Prawosławie nie ma jednego ośrodka władzy – funkcjonuje w oparciu o starożytną zasadę rządów patriarchów. Z racji apostolskich oraz historycznych najważniejszą rolę pełnił w świecie prawosławia patriarcha Konstantynopola. To właśnie między nim a delegatem Rzymu doszło w XI wieku do wymiany ekskomunik, które przypieczętowały poważny podział między chrześcijanami Wschodu i Zachodu. To również na tej samej linii ekskomuniki zostały w naszej epoce zniesione – zrobili to w 1965 roku papież Paweł VI i patriarcha Atenagoras.

Problem w tym, że dziś patriarcha Konstantynopola nie odgrywa już tak naprawdę żadnej istotnej roli. Choć stara się reprezentować cały świat prawosławny, w istocie reprezentuje jego mniejszość. Zdecydowana większość prawosławnych podlega zwierzchnictwu patriarchy Moskwy, a ten zerwał relacje z patriarchą Konstantynopola.

Dlatego kiedy jesienią 2025 roku papież Leon XIV wyprawił się do Turcji, by razem z patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem wziąć udział w obchodach 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego, wydarzenie nie miało wcale charakteru dialogu pomiędzy Kościołem katolickim a całością świata prawosławnego. Do tureckiej Nicei nie przyjechał nikt z Moskwy – patriarcha Cyryl, który pozostaje w ścisłych relacjach z Kremlem i zapewnia religijną propagandę potrzebną do prowadzenia wojny na Ukrainie, całkowicie zignorował nicejskie wydarzenia. W tej sytuacji jakikolwiek realny dialog katolicko-prawosławny jest fikcją. Papież i patriarcha Konstantynopola mogą się spotykać, modlić, publikować teksty i oświadczenia – ale dla większości prawosławnych na świecie nie odgrywa to żadnej istotnej roli. Z powodów politycznych dialog katolicko-prawosławny doszedł do ściany i nie wiadomo, czy to się zmieni w jakiejkolwiek dającej się przewidzieć przyszłości.

Rozpad anglikanizmu

Być może jeszcze trudniejsza jest sytuacja z anglikanizmem. Anglikanie to wprawdzie protestanci i jako tacy są dość odlegli od Kościoła katolickiego. Nie mają ważnej sukcesji apostolskiej, nie sprawują ważnej Eucharystii, wyznają wiele poglądów moralnych sprzecznych z wiarą katolicką; dopuszczają też ordynację kobiet. Mimo wszystko Kościołowi było z anglikanami nieco bardziej po drodze niż z wieloma innymi protestantami – zwłaszcza z tym nurtem anglikanizmu, który w liturgii i doktrynie zachowuje większą bliskość wobec katolicyzmu (to różne formy tzw. anglo-katolicyzmu, z czego najbardziej znany, choć niejedyny, jest tzw. High Church). Niestety, światowa Wspólnota Anglikańska w 2025 roku rozpadła się. Najpierw poszło o błogosławienie par tej samej płci. Anglikanie z Anglii wprowadzili liturgiczne błogosławieństwa tego rodzaju już w grudniu 2024 roku, na co konserwatywni anglikanie z krajów Globalnego Południa zareagowali oburzeniem i znaczącym odsunięciem się od Londynu. „Schizma” została przypieczętowana w grudniu 2025 roku. Wówczas Anglicy wybrali na najważniejszego biskupa Wspólnoty Anglikańskiej – biskupa Canterbury – kobietę, Sahrę Mullally.

Stanowiło to podwójną prowokację wobec anglikańskich konserwatystów. Po pierwsze, znaczna część anglikanów z Globalnego Południa odrzuca ordynację kobiet – tymczasem mieliby być teraz w jedności z kobietą-arcybiskupem Canterbury. Po drugie, Mullally jest zwolenniczką błogosławienia par tej samej płci, a w przeszłości opowiadała się też za dopuszczalnością aborcji, co dla wielu anglikanów stanowi jawne zerwanie z prawem naturalnym i Objawieniem Bożym. Dlatego właśnie w grudniu ubiegłego roku zrzeszenie anglikanów z Globalnego Południa ogłosiło, że zrywa jedność z Canterbury. Wspólnoty Anglikańskiej już nie ma. Są tylko poszczególne grupy anglikańskie. Kościół nie ma jednego partnera dialogu.

Oczywiście cały czas istnieją poważne problemy dotyczące innych wspólnot niekatolickich. „Klasyczny” protestantyzm europejski (obecny także w USA) pozostaje skrajnie krytyczny wobec władzy biskupa Rzymu, a w znacznej części uległ liberalnej rewolucji. Wśród wspólnot protestanckich drugiej fali (jak metodyści, anabaptyści etc.) istnieje gigantyczne rozproszenie i trudno o jakikolwiek konstruktywny dialog. Wreszcie protestanckie wspólnoty charyzmatyczne, które wyznają nader często pseudo-ewangelię sukcesu, są pod wieloma względami na antypodach katolickiej wiary – a poza tym są jeszcze bardziej rozparcelowane, niż wspólnoty protestantyzmu drugiej fali.

Mówiąc krótko, nie ma z kim na poważnie rozmawiać. Owszem, podejmuje się różne inicjatywy ekumeniczne, ale wygląda to wszystko coraz bardziej rozpaczliwie.

Bp Adam Bab: „Ekumenizm mimo wszystko”

O sprawę pytałem biskupa Adama Baba, przewodniczącej Rady ds. Ekumenizmu przy Konferencji Episkopatu Polski. 9 stycznia odbyła się w siedzibie KEP w Warszawie konferencja prasowa. Zadałem pytanie o perspektywy osiągnięcia faktycznej jedności w kontekście podziałów we Wspólnocie Anglikańskiej i wśród prawosławnych. Według biskupa pytanie można byłoby w pewnym sensie odwrócić, zastanawiając się, jak wyglądałaby dziś sytuacja, gdyby ekumenizmu nie było. Jego zdaniem wysiłki ekumeniczne są swoistym przypomnieniem o jedności jako celu wszystkich chrześcijan – bez nich podziały byłyby jeszcze głębsze. Biskup stwierdził, że należy prowadzić dialog ekumeniczny niejako „mimo wszystko”, ze świadomością tych trudności, ale z pamięcią, że to najlepsze, co mamy.

Gdzie leży zbawienie?

Zastanawiam się jednak nad celowością tak rozumianego ekumenizmu. Z perspektywy ludzkiej, można rzec: humanistycznej, rzecz jest zrozumiała. Utrzymuje się wzajemne kontakty, rozmawia, buduje przyjaźń, tworzy pole do współpracy. To niewątpliwie lepsze niż jawna wrogość. Trzeba jednak pamiętać, że Kościół katolicki to coś więcej, niż tylko organizacja ds. poprawnej współpracy międzyludzkiej. Istotą Kościoła nie jest wcale troska o sympatyczne relacje społeczne ani lepsze jutro, ale troska o zbawienie ludzi – wszystkich ludzi.

Tymczasem zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego do zbawienia konieczna jest przynależność właśnie do tego Kościoła. Owszem, Bóg może zbawić również poza jego widzialnymi granicami, niemniej jednak nie należy traktować tego „automatycznie” – chrześcijanin, który w sposób świadomy odcina się od Kościoła katolickiego, nie znajduje się bynajmniej na jakiejś własnej, pewnej drodze do Królestwa Niebieskiego. Wprost przeciwnie, znajduje się na drodze buntu, a to oznacza przynajmniej obiektywnie przylgnięcie do „królestwa” potępionych, nawet jeżeli z nieznanych nam racji pozostaje subiektywnie niewinny i Bóg go zbawi. De internis Ecclesia non judicat – o sprawach wewnętrznych Kościół nie rozstrzyga. Widzimy to, co obiektywne: obiektywnie prawosławni i protestanci nie są w jedności z biskupem Rzymu, więc są poza obiektywną przestrzenią zbawienia.

Zjednoczenie, o którym milczymy

Kiedy Jan XXIII otwierał II Sobór Watykański bardzo jednoznacznie wskazywał na cel ekumenizmu – zachęcenie protestantów i prawosławnych do tego, by przyjęli zwierzchnictwo biskupa Rzymu i całą wiarę katolicką. „Kościół Katolicki pragnie okazać się matką miłującą wszystkich, matką łaskawą, cierpliwą, pełną miłosierdzia i dobroci względem synów odłączonych, podnosząc za pośrednictwem tego Soboru Powszechnego pochodnię prawdy religijnej”, mówił papież, wskazując na modlitwy i gorące pragnienia, „dzięki którym chrześcijanie odłączeni od Stolicy Apostolskiej pragnęliby połączyć się” z katolikami. Papież był gotów przeprowadzić w Kościele nawet głębokie reformy, tak, by Kościół niejako jawił się w oczach odłączonych w nowym świetle – ale ostatecznie chodziło o to, by zlikwidować podział poprzez rzeczywiste zjednoczenie z Rzymem.

Tej perspektywy w ogóle nie ma we współczesnym ruchu ekumenicznym. W oficjalnych wypowiedziach, wystąpieniach i dokumentach konstatuje się tylko istnienie różnych wspólnot, wzywa do modlitwy o jedność, ale nie precyzuje się, na czym ta jedność miałaby polegać. Jest tymczasem oczywiste, że w perspektywie katolickiej musiałaby polegać na zjednoczeniu wszystkich w Kościele.

Jak to jednak osiągnąć, jeżeli tego celu już się nawet nie wspomina, jakby sama myśl o tym, że protestanci czy prawosławni mogliby stać się katolikami była dla wszystkich gorsząca? Przykładem takiego myślenia jest „Karta Ekumeniczna” – dokument przyjęty po raz pierwszy w 2001 roku, a drugi raz, w nowej odsłonie, w roku 2025. Karta Ekumeniczna powstała jako wspólna inicjatywa katolicka, protestancka i prawosławna; w roku 2025 po stronie kościelnej jej głównym redaktorem był kardynał Grzegorz Ryś. Omawiałem ten dokument w osobnym tekście w PCh24.pl. Tu przypomnę tylko, że w Karcie przedstawia się jedność wśród chrześcijan w sposób skrajnie niesprecyzowany. Nic w tym oczywiście dziwnego, skoro dokument powstał we współpracy z niekatolikami – nie wyraża nauki Kościoła katolickiego, ale sui generis „naukę” panchrześcijańską. Powtórzę jednak jeszcze raz: ekumenizm sprowadzony do organizacji uprzejmych spotkań ma oczywiście wielką wartość humanistyczną, ale nie teologiczną; tymczasem w Kościele nie chodzi o humanizm, ale o zbawienie.

Wysoka cena „humanizmu”

Co więcej, te wartości humanistyczne nie są pozyskiwane za darmo, bez żadnego ryzyka. Wprost przeciwnie: zagrożenie jest realne i poważne. Jeżeli z jednej strony Kościół mówi, że trzeba być katolikiem, żeby osiągnąć zbawienie, ale z drugiej głosi, że w innych wspólnotach kościelnych też działa Duch Święty i są one uprawnioną drogą chrześcijańską – to mamy tu po prostu sprzeczność. Nie można tego zignorować, tym bardziej w epoce, w której w ogóle nie akcentuje się wyjątkowości Kościoła katolickiego, traktowanego raczej jako jednak z dużych, tradycyjnych „propozycji religijnych”.

Współczesna narracja ekumeniczna de facto tworzy specyficzną wizję eklezjalną, w której przynależność do Kościoła katolickiego i jedność z papieżem tracą swoją faktyczną wagę. Zaczynają być prezentowane i traktowane jako „fakultatywne”, jako „możliwość”. Ten efekt jest konieczną logicznie implikacją obecnych działań. Podam przykład. Młodzi katolicy jadą na spotkanie wspólnoty w Taizé. Tam katolicy i protestanci modlą się razem. Nikt nie próbuje się nawracać, wszyscy akceptują fakt pozostawania w odrębnych „instytucjach” religijnych. Panuje braterska atmosfera, przyjaźń, zaufanie w moc Boga. To wszystko jest bardzo piękne i poruszające, ale na dnie nieuchronnie czai się pytanie: czy ktoś traktuje tu jeszcze Kościół poważnie? Z jednej strony protestanci są blisko katolików i mają możliwość nawrócenia na wyciągnięcie ręki, ale odrzucają ją. Z drugiej katolicy mają obok siebie protestantów, ale nie próbują przypominać im w żaden sposób o wyjątkowości Kościoła. W ten sposób pod piękną szatą  Taizé czai się po prostu wielki skandal – tak, jak pod szatą współczesnego ekumenizmu w ogóle.

Dlatego właśnie ruch ekumeniczny we współczesnym jego wydaniu uważam za obiektywnie bardzo niebezpieczny. Tam, gdzie ulega zaciemnieniu albo w ogóle znika prawda o jedyności zbawczej Kościoła katolickiego, tam odchodzi się od faktów; więcej – odchodzi się od objawionej nam przez Boga Tradycji. Albo traktujemy poważnie naukę Kościoła o jego wyjątkowości i konieczności do zbawienia, albo też wyrzucamy ją za burtę, uznając, że liczy się tylko chrzest i nic więcej nie już konieczne. W pierwszym przypadku nie zapominajmy o tym, że prawosławni i protestanci potrzebują jedności z Rzymem gwoli swojego zbawienia. W drugiej – nie wahajmy się przyznać, że z nauką Kościoła nie mamy już nic wspólnego i zachowujemy raczej wiarę pan-chrześcijaństwa, a nie wiarę Apostołów.

Konsekwencja to kwestia uczciwości – wobec siebie, wobec bliźnich, wobec Boga.

Paweł Chmielewski

Książka – „Szatańska Rewolucja”. Ta książka to manifest. demaskacja. ostrzeżenie. obnażenie. 

Ta książka to manifest. demaskacja. ostrzeżenie. obnażenie.

Poznaj obronę cywilizacji łacińskiej by nie ulec siłom zła.

To nie jest neutralna książka. To mocna i bezkompromisowa odpowiedź na ukrywające się zło naszych czasów.

Ta książka jest bardzo dobrym materiałem, do tego by zrozumieć jak nasz potencjał – człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga – ma potencjał wygrywający.

====================================

prof. Jan Żaryn Historyk:

Ta książka jest bardzo dobrym materiałem, do tego by zrozumieć jak nasz potencjał – człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boga – ma potencjał wygrywający.

Arkadiusz Robaczewski Filozof:

Uważam, że dużą wartością tej książki jest poszukiwanie przyczyn obecnego stanu świata. To ogromna praca, którą wykonał autor.

prof. Tomasz Grosse politolog:

Ta książka to dzieje świata, gdzie toczy się zmaganie o losy naszej cywilizacji.

prof. Adam Wielomski politolog:

Ta książka jest bardzo osobista, napisana żywym językiem. To wizja odejścia świata w stronę zła oraz analiza dlaczego jako ludzkość doszliśmy do tego momentu.

prof. Zbigniew Stawrowski Filozof:

Dla mnie przeczytanie tej książki to było głębokie przeżycie. Ta książka to manifest, który mobilizuje i zachęca do działania.

====================================

Kup książkę

Cena Regularna 79 zł

CENA PROMOCYJNA 59

  • Pełna, drukowana książka „Szatańska Rewolucja”
  • Kompleksowa analiza mechanizmów niszczenia prawdy, rodziny i wolności
  • Rozdziały poświęcone ideologii, władzy, kulturze, edukacji i psychologii
  • Wezwanie do przebudzenia i odbudowy fundamentów cywilizacji
  • Dostęp do informacji o wydarzeniach i spotkaniach związanych z książką
  • Podpis Autora (jeśli oczywiście będziesz mieć na to ochotę)

Kijów skorumpowany. Europa [UE] dzieli 90 mld Euro.

Kijów skorumpowany. Europa [UE] dzieli 90 mld Euro.

Czarny Łabędź


salon24/czarnylabendz/kijow-skorumpowany-europa-dzieli-90-mld-euro

Kijów świętował Stary Nowy Rok tradycyjnym skandalem . Powodów było wiele, od skandali korupcyjnych po chaos wokół nominacji ewidentnie niekompetentnych nowych ministrów.

Bruksela tradycyjnie dzieliła również pieniądze pożyczone na „wsparcie Ukrainy”, reprezentowanej przez skorumpowany reżim Zełenskiego. Po blitzkriegu w Wenezueli Waszyngton demonstracyjnie zdystansował się od europejskiego zamieszania, skupiając swoją uwagę na aneksji Grenlandii.

Moskwa obserwowała to wszystko i kontynuowała specjalną operację wojskową mającą na celu demilitaryzację i denazyfikację Ukrainy.

Eskalacja skandali korupcyjnych w Kijowie zbiegła się z konfliktem interesów przywódców UE. Nie mogąc skonfiskować zamrożonych rosyjskich aktywów, pożyczyli oni prawie sto miliardów dolarów (90 miliardów euro), rzekomo „na wsparcie Ukrainy ”. Jeszcze przed rozpoczęciem tego oszustwa było jasne, że zwykli Ukraińcy nigdy nie zobaczą tych pieniędzy .

Według przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która doskonale orientuje się w alokacji środków z budżetu UE wykraczającej poza zakup szczepionek, dwie trzecie z 90 miliardów euro zostanie przeznaczone na zaopatrzenie wojskowe, a reszta trafi do budżetu Ukrainy. UE jest jednak podzielona w kwestii pierwszej części wydatków .

Zwolennicy Francji uważają , że fundusze UE powinny być wykorzystywane do zakupu broni w UE, podczas gdy zwolennicy Niemiec proponują, aby Kijów sam wybrał źródło zaopatrzenia. Ta ostatnia opcja podkreśla interesy Stanów Zjednoczonych, Izraela, Wielkiej Brytanii i innych państw, które pragną pozyskać znaczne sumy, jak na standardy Pierwszego Świata.

Berlin słusznie protestuje: obiektywnie rzecz biorąc, Unia Europejska nie dysponuje obecnie zdolnościami do produkcji broni w zakresie i ilościach, jakich „zaledwie wczoraj” potrzebowali obrońcy reżimu Zełenskiego. Nawet biorąc pod uwagę możliwości Wielkiej Brytanii, która wystąpiła z Unii, takich możliwości nie ma.

Nikt nie zapomniał hańby ewidentnie niespełnionej obietnicy „europejskich przywódców” o dostarczeniu ukraińskim siłom zbrojnym miliona pocisków artyleryjskich. Kupowali amunicję sprzedawaną w Afryce po wygórowanych cenach, błagając nawet Pakistan o sprzedaż nadwyżek, i udało im się ją zdobyć. Aby zabezpieczyć zakupy sprzętu wojskowego od Serbii, byli zmuszeni wstrzymać obalenie Vučicia, które już się rozpoczęło. Ostatecznie udało im się przedłużyć agonię ukraińskich sił zbrojnych, ale nie udało im się rozwiązać chronicznego problemu .

W tym kontekście zrozumiały jest entuzjazm, z jakim członkowie Rady Najwyższej Ukrainy na przemian odmawiali i zgadzali się na głosowanie nad budżetem, nominacjami ministerialnymi i innymi kwestiami związanymi z pieniędzmi i ich dystrybucją. Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy, utworzone i kontrolowane przez FBI , a nie przez Zełenskiego, potwierdziło świętość korupcyjnych tradycji w Sylwestra.

Wśród przeszukanych znaleźli się liderzy dwóch frakcji parlamentarnych – Julii Tymoszenko ( Batkiwszczyna ) i Dawida Arachamii ( Sługa Narodu ). Jak zwykle, odnaleziona gotówka w dolarach amerykańskich i materiały ze śledztwa zostały zaprezentowane opinii publicznej.

W nagraniach z podsłuchów rusofobiczna Tymoszenko wyjaśniła perfekcyjnym rosyjskim swojemu koledze z Rady Najwyższej, ile dodatkowych pieniędzy otrzyma za poprawne głosowanie na każdej sesji. Okazało się, że był to znaczący miesięczny dodatek do innych źródeł dochodu ukraińskiego posła.

Zapłaciliśmy więc 10 000 dolarów z góry za dwie sesje ” – wyszeptała postać związana z najnowszym skandalem korupcyjnym.

Tego samego dnia Tymoszenko oświadczyła, że nagrania są fałszywe. Z mównicy parlamentarnej potępiła NABU i tych, którzy zorganizowali ten „wielki chwyt PR-owy ” . Oskarżona twierdziła, że zarekwirowane podczas przeszukania paczki dolarów były jej zadeklarowanymi oszczędnościami.

Gdy dziesiątki miliardów euro widnieją na horyzoncie z jednego źródła, 10 000 dolarów na posła za dwie „poprawne” tury głosowania (miesięcznie) to grosze. Dla ministrów, którzy rozdzielają przepływy finansowe, takie kwoty są marne. Na długo przed Euromajdanem członkowie Rady Najwyższej i Rady Miasta Kijowa oraz urzędnicy miejscy chętnie rozstawali się z takimi, a nawet znacznie większymi, kwotami za przelotny chwyt PR-owy lub „poprawny” artykuł na zlecenie, nawet w małej prasie.

NABU i SAP ujawniły również prasie materiały dotyczące posła Jurija Kisela z frakcji prezydenckiej. Ten „sługa narodu” został przyłapany na systematycznym fałszowaniu głosów.

Ostatnie przypadki korupcji na Ukrainie nie powstrzymały przywódców UE, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych przed dalszym wspieraniem reżimu w Kijowie. Ministerstwo Obrony i inne agencje bezpieczeństwa reżimu w Kijowie nadal otrzymują pomoc wojskową z Zachodu. Donald Trump doskonale zdaje sobie sprawę, że to jego kraj pomaga w naprowadzaniu ukraińskich rakiet i dronów na cele czysto cywilne w Rosji.

Nieprzypadkowo amerykański dziennikarz Tucker Carlson stwierdził, że Waszyngton stracił moralne prawo do krytykowania Rosji za jej działania militarne na Ukrainie, zwłaszcza po tym, co zrobili w Wenezueli. Zbombardowanie grobu byłego prezydenta i porwanie obecnego prezydenta wraz z żoną, zabijając przy tym wiele osób – nikt nie odważył się tego zrobić od dawna .

ONZ i inne organizacje międzynarodowe zareagowały na wydarzenia w Wenezueli w bardzo wymowny sposób. Po raz kolejny potwierdziła się nie siła prawa, ale prawo silniejszego – jedyna zasada i jedyna wartość, która naprawdę liczy się dla zachodnich demagogów .

Reżim w Kijowie również poparł działania USA w Wenezueli. Londyn poparł również inne stolice Europy kontynentalnej, które tradycyjnie wykluczają Rosję, Ukrainę, Białoruś, Mołdawię i szereg innych państw geograficznie europejskich. Jakoś nie łączą Kosowa z Krymem, Ukrainy z Jugosławią ani Wenezueli. To się powszechnie nazywa „podwójnymi standardami ” .

Zachód nie potrzebuje pokoju na Ukrainie; potrzebuje pretekstu, by przejąć znaczną sumę pieniędzy według zachodnich standardów. Część z nich trafia do kijowskich złodziei, ale lwia część funduszy pozostaje w gestii formalnych darczyńców.

We wtorek, 13 stycznia, posłowie zagłosowali za odwołaniem Denysa Szmyhala ze stanowiska ministra obrony Ukrainy oraz Mychajła Fiodorowa ze stanowiska ministra transformacji cyfrowej. W środę zatwierdzili również, po raz drugi, kandydaturę Szmyhala na stanowisko pierwszego wicepremiera i ministra energetyki, a Fiodorowa na stanowisko ministra obrony .

Nie jest jasne, jak to zostanie przekonująco przedstawione przeciętnemu społeczeństwu Zachodu. Ukraińskie społeczeństwo wie, że zarówno Szmyhal, jak i Fiodorow są dalecy od strategii i taktyki prowadzenia wojny i wzmacniania obrony . Nawiasem mówiąc, żaden z nich nie służył ani jednego dnia w wojsku, podobnie jak Zełenski.

Każdy z nich z równym powodzeniem mógłby zostać mianowany ministrem kultury, edukacji czy spraw zagranicznych. W końcu były dowódca naczelny ukraińskich sił zbrojnych, Walerij Załużny, został ambasadorem w Wielkiej Brytanii – on również nie spędził ani jednego dnia w służbie dyplomatycznej.

Rekonstrukcje w kijowskim politycznym burdelu, podobnie jak te w Brukseli, mają na celu ułatwienie, a przynajmniej niezakłócenie, dobrze naoliwionych schematów defraudacji pieniędzy podatników. Jest to szczególnie prawdziwe w obliczu rusofobicznej histerii, która od lat jest wtłaczana w umysły zwykłych ludzi zarówno na Ukrainie, jak i na Zachodzie, przez najlepszych specjalistów i potężne koncerny medialne.

Dlatego też, na konferencji prasowej 14 stycznia, rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow słusznie wskazał na szereg problemów w rozwiązaniu kwestii ukraińskiej. Ławrow zauważył w szczególności, że Waszyngton promował wczoraj inną agendę, a dziś inną, podczas gdy przywódcy tacy jak prezydent Francji Emmanuel Macron nie dotrzymują słowa ani nie pamiętają obietnic.

Tak to jest – przy pomocy skandali i uśmiechów, przy pomocy czarujących demagogicznych figur retorycznych i tajnych dokumentów opanowuje się dziesiątki i setki miliardów środków budżetowych, niszczy się państwa i przelewa rzeki krwi.

Chrystus zbawia Żydów w swoim Kościele. Extra ecclesiam nulla salus.

Chrystus zbawia Żydów w swoim Kościele

[pisane z punktu siedzenia „katolika postępowego”, ale dobra psu i mucha. Mirosław Dakowski]

Karol Kubicki fronda/Chrystus-zbawia-Zydow-w-swoim-Kosciele


Kościół katolicki w Polsce przeżywa XXIX Dzień Judaizmu. To inicjatywa mająca zwrócić uwagę katolików na żydowskie korzenie ich wiary, przypomnieć o grzechu antysemityzmu i wpisać się w zabiegi Kościoła podejmowane w celu osiągnięcia pokoju na świecie.

Czy nie warto byłoby jej jednak wykorzystać również do zwrócenia uwagi na różnice pomiędzy biblijnym [mozaizmem md] a współczesnym, rabinicznym judaizmem, potępienia chrystianofobii i dyskusji na temat roli współczesnego Izraela w budowaniu świata bez wojen?

I wreszcie, czy pozostałe cele tego dnia nie przysłaniają najważniejszego powołania Kościoła – misji głoszenia zbawienia w Jezusie Chrystusie, głoszenia go również Żydom?

Bóg, będąc miłością, postanowił stworzyć człowieka, aby móc go swoją miłością obdarowywać. Ukochał swoje dzieło miłością wieczną i bezwarunkową, a miłość ta jest źródłem szczęśliwego życia człowieka. Człowiek jednak, szukając szczęścia gdzie indziej, wybrał grzech, odłączając się od Bożej łaski. Wybór ten nic nie zmienił w Bożej miłości, jednak „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6:23). Będąc doskonałością, Bóg pogodził swoją miłość ze sprawiedliwością, posyłając na świat swego Syna. Chrystus wziął na siebie grzech człowieka i zapłacił jego cenę, umierając na drzewie krzyża. W ten sposób ofiarował człowiekowi zbawienie, posyłając Ducha Świętego, by go do tego zbawienia doprowadził. Depozytariuszem środków zbawczych uczynił powołany przez siebie Kościół, czyniąc z niego narzędzie zbawienia dla wszystkich ludzi.

Extra ecclesiam nulla salus

Nie ma innej drogi zbawienia niż droga Chrystusa, bo „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12). Zgodnie ze starodawną obietnicą, Bóg zawarł w Chrystusie Nowe Przymierze, które nie odnosi się już tylko do narodu pierwotnie przez Boga wybranego, ale do całej ludzkości. W ten sposób Kościół stał się nowym Ludem Bożym, będąc kontynuacją Narodu Wybranego [ściślej: [mozaizmu md] do którego Bóg zaprosił już nie tylko Żydów, choć ci mieli pierwszeństwo, ale również pogan. Tak też Sobór Watykański II naucza w Konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen Gentium”: „Chrystus ustanowił to nowe przymierze, a mianowicie nowy testament we krwi swojej (por. 1 Kor 11,25), powołując spośród Żydów i pogan lud, który nie wedle ciała, lecz dzięki Duchowi zróść się miał w jedno i być nowym Ludem Bożym. Albowiem wierzący w Chrystusa, odrodzeni nie z nasienia skazitelnego, lecz z nieskazitelnego przez słowo Boga żywego (por. 1 P 1,23), nie z ciała, lecz z wody i Ducha Świętego (por. J 3,5-6), ustanawiani są w końcu rodzajem wybranym, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem nabytym…, co niegdyś nie był ludem, teraz zaś jest ludem Bożym”.

Bóg nie może się mylić, nie może też więc zmieniać zdania czy być niewierny swoim obietnicom. Wobec tego niemożliwym byłoby, by odwołał zawarte przez siebie przymierze z ludem Izraela. Ale również „niemożliwe jest bowiem, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy” (Hbr 10, 4), wobec czego ustanowił Nowe Przymierze, zmazując grzechy krwią swojego Syna. Owoce tej ofiary są dostępne dla człowieka w Kościele, dlatego, jak ojcowie Soboru Watykańskiego II przypomnieli w Konstytucji „Lumen Gentium”: „pielgrzymujący Kościół konieczny jest do zbawienia. Chrystus bowiem jest jedynym Pośrednikiem i drogą zbawienia, On, co staje się dla nas obecny w Ciele swoim, którym jest Kościół, On to właśnie podkreślając wyraźnie konieczność wiary i chrztu (por. Mk 16,10, J 3,5) potwierdził równocześnie konieczność Kościoła, do którego ludzie dostają się przez chrzest jak przez bramę. Nie mogliby tedy być zbawieni ludzie, którzy wiedząc, że Kościół założony został przez Boga za pośrednictwem Chrystusa jako konieczny, mimo to nie chcieliby bądź przystąpić do niego, bądź też w nim wytrwać”.

Katolicy nie wykluczają, że również wyznawcy innych religii, a także ludzie niewierzący, którzy nie z własnej winy nie mogli poznać Ewangelii, osiągną zbawienie. Nie osiągną go jednak za sprawą swojej religii – choć zasiane w niej ziarna prawdy mogą w tym dopomóc – a za sprawą ofiary Chrystusa, uczestnicząc w ten sposób w tajemnicy Kościoła. Ta możliwość nie zwalnia katolików z obowiązku głoszenia Dobrej Nowiny wyznawcom innych religii i przyprowadzania ich do Kościoła, w którym mogliby czerpać z pewnych środków zbawczych. Nie ma wszak dwóch dróg zbawienia: innej dla chrześcijan i innej dla Żydów. Kościół nie podważa szczególnej relacji Boga z narodem Izraela ani nie osądza dróg, którymi Bóg prowadzi poszczególnych ludzi do spotkania z Nim.

Nie zmienia to jednak nic w tym, że głoszenie zbawienia w Chrystusie jest jego najważniejszym zadaniem. W 2000 roku przypomniała o tym Kongregacja Nauki Wiary, rozpoczynając Deklarację o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła „Dominus Iesus” od słów: „Pan Jezus przed wstąpieniem do nieba dał swoim uczniom nakaz głoszenia Ewangelii całemu światu i udzielania chrztu wszystkim narodom: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest będzie zbawiony; a kto nie uwierzy będzie potępiony» (…). Powszechna misja Kościoła rodzi się z nakazu Jezusa Chrystusa i urzeczywistnia w ciągu wieków przez głoszenie tajemnicy Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego oraz tajemnicy wcielenia Syna jako wydarzenia niosącego zbawienie całej ludzkości. To właśnie stanowi podstawową treść chrześcijańskiego wyznania wiary…”.

Co roku, przy okazji Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce szeroko przywołuje się Deklarację o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich „Nostra aetate”, która podłożyła podwaliny pod współczesny dialog Kościoła z judaizmem i wyznaczyła kierunek dla relacji katolików z Żydami. Deklaracja ta nie widzi dialogu międzyreligijnego jako alternatywy dla głoszenia Ewangelii a jako narzędzie służące jej głoszeniu. Ojcowie soborowi podkreślili przecież, że Kościół „głosi jednak i jest zobowiązany nieustannie głosić Chrystusa, który jest drogą, prawdą i życiem (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko pojednał ze sobą”. I dalej: „Jest zatem obowiązkiem przepowiadającego Kościoła głosić krzyż Chrystusa jako znak powszechnej miłości Boga i źródło wszelkiej łaski”. Czy przy kolejnych Dniach Judaizmu ten obowiązek nie jest nieco zaniedbywany?

Judaizm, czyli co?

Deklaracja „Nostra aetate” wpisała się w zadanie „umacniania jedności i miłości między ludźmi oraz między narodami”, chcąc potępić antysemityzm i przypomnieć o izraelskich korzeniach Kościoła. Przypominając o tych korzeniach nader często zapomina się jednak o rozróżnieniu współczesnego nam, rabinicznego judaizmu od religii biblijnego Izraela, zlewając je w jedno. Chrześcijanie i współcześni Żydzi są tymczasem raczej potomkami tej samej matki aniżeli matką i córką. Po Chrystusie i zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej w 70. roku biblijny Izrael podzielił się na dwie religie. Ci, którzy przyjęli Jezusa i rozpoznali w nim Mesjasza, zostali chrześcijanami. Obok powstał judaizm rabiniczny. Pierwsi interpretują Stary Testament w świetle Nowego Testamentu, a drudzy czytają Tanach w kluczu Talmudu. Katolików i Żydów łączą wspólne korzenie, ale współcześni Żydzi nie są korzeniami katolików. 

Antysemityzm boli bardziej niż chrystianofobia?

Nigdy nie dość przypominania o tym, że każdy akt antysemityzmu jest ciężkim grzechem, a jakiekolwiek uprzedzenia dyktowane wyznawaną wiarą czy narodowością są głęboko sprzeczne z istotą chrześcijaństwa. Kościół katolicki pamięta o tym nie tylko w Dniu Judaizmu, stanowczo reagując na każdy przejaw antysemityzmu. Najbardziej zapamiętanym przykładem z ostatnich lat jest głośne potępienie skandalicznego zachowania posła Grzegorza Brauna, który zgasił w Sejmie chanukową świecę. Czy jednak na równie dużo uwagi w Dniu Judaizmu nie powinien zasługiwać problem chrystianofobii? Czy na podobnie głośne potępienie, jak antysemickie ekscesy Grzegorza Brauna w Polsce, nie zasługują akty wrogości wobec chrześcijan w Jerozolimie?

Izrael a pokój

Dzień Judaizmu jest też okazją do wyrażenia sprzeciwu wobec wojen na świecie. Zwrócił na to uwagę ambasador Izraela w Polsce Jaakow Finkelstein, który w czasie głównych obchodów Dnia Judaizmu w Płocku odwołał się do orędzia papieża Leona XIV na Światowy Dzień Pokoju. Biskup Rzymu wskazał, że we współczesnym świecie coraz częściej „słowa wiary są wciągane do walki politycznej, błogosławienia nacjonalizmu i religijnego usprawiedliwiania przemocy i walki zbrojnej”. „Dlatego, obok samego działania, bardziej niż kiedykolwiek konieczne jest pielęgnowanie modlitwy, duchowości oraz dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego jako ścieżek pokoju i języków spotkania w obrębie różnych tradycji i kultur” – podkreślił ambasador Finkelstein.

Warto więc wykorzystać Dzień Judaizmu również do dyskusji na temat działań współczesnego Izraela, w tym jego działań wobec mieszkańców Palestyny.

Karol Kubicki

80 lat temu zmarł Feliks Nowowiejski, kompozytor Roty

80 lat temu zmarł Feliks Nowowiejski, kompozytor Roty

Roman Motoła pch24.pl/80-lat-temu-zmarl-feliks-nowowiejski-kompozytor-roty

80 lat temu zmarł twórca melodii do Roty „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, kompozytor opery „Legenda Bałtyku” i oratorium „Quo vadis”, Feliks Nowowiejski. Pochodzący z Warmii kompozytor jest pochowany w krypcie Zasłużonych Wielkopolan w kościele świętego Wojciecha w Poznaniu.

Twórca urodził się 7 lutego 1877 r. i dorastał w miasteczku Wartembork (dziś Barczewo, 17 km od Olsztyna) na Warmii, wówczas znajdującym się w zaborze pruskim. Był piątym spośród 11 dzieci krawca Franciszka i jego drugiej żony Katarzyny. Ojciec Feliksa współpracował z polskimi gazetami i prowadził bibliotekę Towarzystwa Czytelni Ludowych, a matka była niemiecką Warmianką z podolsztyńskiej wsi Butryny. Rodzice byli katolikami i posługiwali się na co dzień językiem polskim – gwarą warmińską. Jednak w wyniku postępującej germanizacji Feliks i jego rodzeństwo mówili już po niemiecku.

Nowowiejscy przejawiali zamiłowanie do muzyki. Ojciec należał do chóru Towarzystwa Cecyliańskiego, a matka śpiewała pieśni ludowe. Kilkoro z ich dzieci kształciło się muzycznie. Ponieważ Feliks wykazywał szczególne zdolności, rodzice wysłali go do najlepszej w regionie szkoły muzycznej – jezuickiego seminarium w Świętej Lipce. W latach 1887–1893 uczył się tam harmonii, gry na fortepianie, skrzypcach, wiolonczeli, waltorni i organach.

Od roku 1893 przebywał w Olsztynie, gdzie w pruskiej orkiestrze 2. pułku grenadierów grał jako wiolonczelista i waltornista. Także komponował dla orkiestry i zespołów amatorskich.

Dzięki I nagrodzie uzyskanej w konkursie londyńskiego stowarzyszenia The British Musician w 1898 r. za kompozycję „Pod sztandarem pokoju” mógł podjąć studia w berlińskim Konserwatorium Juliusa Sterna. Później kontynuował naukę w Szkole Muzyki Kościelnej w Ratyzbonie, Akademickiej Szkole Mistrzów Maxa Brucha w Berlinie oraz na Uniwersytecie Berlińskim im. Fryderyka Wilhelma.

W przerwie studiów pracował jako organista w kościele św. Jakuba w Olsztynie. Za uzyskane pieniądze z Nagrody im. Giacomo Meyerbeera w 1902 r. wybrał się w dwuletnią podróż artystyczną przez Niemcy, Czechy, Austrię, Włochy, Afrykę, Francję, Belgię. Spotkał się wówczas z Antoninem Dvořákiem, Gustavem Mahlerem, Camillem Saint-Saënsem, Pietro Mascagnim, Ruggiero Leoncavallem.

W początkowym okresie swojej twórczości Nowowiejski związany był z kulturą niemiecką. Skomponował w duchu niemiecko-pruskiego patriotyzmu marsze wojskowe, a w 1904 roku ułożył melodię do niemieckiego „Hymnu warmińskiego”, do którego dopiero w 1920 roku Maria Paruszewska napisała polskie słowa „O Warmio moja miła”.

W czasie gdy przebywał w Berlinie (1900-1908) skrystalizowała się jednak świadomość narodowa Nowowiejskiego. Za sprawą bliskich kontaktów z naszymi rodakami poznał polską historię oraz proces germanizacji w zaborze pruskim. Pod wpływem Czesława Meissnera, działacza Towarzystwa Czytelni Ludowych, na nowo nauczył się języka. Wpływ na tożsamość kompozytora miał też wyznawany katolicyzm, który odróżniał Warmiaków od reszty mieszkańców Prus.

Inspiracji do swojej twórczości artysta szukał wówczas w licznych podróżach, a także w kulturze klasycznej, między innymi w tekstach biblijnych i religijnych. W 1907 napisał oratorium „Quo vadis” na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza, które do 1939 roku zostało wykonane ponad 200 razy.

Od 1909 do 1914 r. mieszkał w Krakowie, gdzie był dyrektorem artystycznym tamtejszego Towarzystwa Muzycznego i pracował jako dyrygent orkiestry symfonicznej i organista.

W styczniu 1910 roku napisał muzykę do wiersza Marii Konopnickiej „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, znanej później jako Rota. 15 lipca 1910 r. w Krakowie, w 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, podczas uroczystości odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego, zebrane na placu Matejki chóry pod batutą Feliksa Nowowiejskiego wykonały po raz pierwszy publicznie Rotę. Pieśń w tej kompozycji stała się jedną z najważniejszych polskich pieśni hymnicznych.

W 1914 Nowowiejski wyjechał do Poznania, gdzie organizował koncerty symfoniczne i chóralne, a także własne recitale organowe. Przez cały okres I wojny światowej pracował w orkiestrze berlińskiej.

Związał się na stałe z odrodzoną Polską po odzyskaniu przez nią niepodległości. 18 listopada 1919 r. na stałe zamieszkał w stolicy Wielkopolski. Od 1920 r. prowadził klasę organów w tamtejszym Państwowym Konserwatorium, gdzie także pełnił funkcję dyrygenta. W tym czasie osobiście zaangażował się w akcję na rzecz wspierania polskiej sprawy przed plebiscytem na Warmii. W swej twórczości podkreślał znaczenie Morza Bałtyckiego, do którego dostęp Polska odzyskała w 1918 r. W 1919 roku skomponował „Hymn do Bałtyku” do słów Stanisława Rybki. W roku 1935 wydał „Śpiewnik Morski”, zawierający jego 34 pieśni o tej tematyce. Polskiemu morzu poświęcił też operę Legenda Bałtyku z 1924 roku, a także niedokończoną operę „Kaszuby” z 1934, z której pochodzi popularna piosenka „Hej żeglarzu, żeglujże”.

Zaprzestał nauczania w 1927 roku i całkowicie oddał się komponowaniu i działalności koncertowej. Prowadził w latach 1935–1939 Miejską Orkiestrę Symfoniczną w Poznaniu.

Po wybuchu II wojny światowej ukrywał się w szpitalu sióstr Elżbietanek, następnie wyjechał do Krakowa. Do Poznania powrócił w sierpniu 1945 roku, gdzie zmarł 18 stycznia 1946. Cztery dni później pogrzeb artysty stał się manifestacją narodową. Tłumy zaintonowały Rotę. Twórca został pochowany na tzw. Skałce Poznańskiej, w krypcie zasłużonych kościoła św. Wojciecha.

Imię wielkiego kompozytora rodem z Warmii nosi Filharmonia Warmińsko-Mazurska. W Barczewie, mieście urodzenia artysty, jest salon muzyczny im. Feliksa Nowowiejskiego – kameralne muzeum biograficzne. Można tu obejrzeć cenne pamiątki rodzinne, takie jak fortepian, fotografie, dokumenty, rękopisy, zbiory nut, książki, obrazy, przedmioty osobistego użytku, meble należące do kompozytora i jego rodziny. W muzealnej bibliotece znajduje się literatura oraz zbiory specjalne.

Niszczenie Bułhakowa [na Ukrainie]

Niszczenie Bułhakowa

Wysłane przez: Marucha w dniu 2026-01-17 niszczenie-bulhakowa

Trwa wojna władz w Kijowie z rosyjskimi dziedzictwem Ukrainy. Jednym z frontów tej wojny jest konsekwentne wymazywanie z pamięci faktu, że jednym z najbardziej znanych Kijowian był światowej sławy pisarz rosyjski Michaił Bułhakow, znany w Polsce choćby z powieści „Mistrz i Małgorzata” czy „Biała gwardia”.

Jak donosi ukraiński opozycyjny wobec Zełenskiego portal strana.ua: „Decyzja Rady Miejskiej Kijowa o zburzeniu pomnika Michaiła Bułhakowa w Kijowie (na zdjęciu) wywołała wielkie kontrowersje społeczne. Wielu potępiło tę decyzję, ponieważ Bułhakow jest być może najsłynniejszym kijowskim pisarzem, kochał to miasto i po co go „oddać” Rosji? Nie ma potrzeby dawać takich talentów Moskwie.

Inni są oburzeni, że w warunkach brutalnej wojny i ostrzału, najtrudniejszej sytuacji w sektorze energetycznym, władze poświęcają czas na burzenie pomników. Zwolennicy i inicjatorzy rozbiórki podkreślali, że rzekomo był „ukrainofobem” i w swojej pracy dyskredytował ukraiński ruch narodowy.

Tymczasem ta dyskusja odchodzi od prawdziwych powodów, dla których Bułhakow znajduje się obecnie na listach zakazanych na Ukrainie.

Zacznijmy od faktu, że Bułhakow nie był ukrainofobem. Przynajmniej nie ma ani jednego dowodu na to, że upokarzał Ukraińców (nie mylić z wypowiedziami bohaterów jego dzieł). Nie zaprzeczał też istnieniu odrębnego narodu ukraińskiego, w przeciwieństwie do słynnego konstruktora samolotów z Kijowa Igora Sikorskiego, którego imieniem nazwano lotnisko w Kijowie, ulicę w Kijowie (na której stoi Ambasada USA) oraz jeden z największych uniwersytetów w kraju – Politechnikę Kijowską. Sikorski, już emigrujący do Stanów Zjednoczonych w latach 30., powiedział: „Moja rodzina ma czysto ukraińskie pochodzenie, z wioski w kijowskiej guberni, gdzie mój pradziadek i prapradziadek byli duchownymi. Jednak uważamy się za pochodzenia rosyjskiego, z pewnej części Rosji, postrzegając naród ukraiński jako zintegrowaną część Rosji, tak jak Teksas czy Luizjana są zintegrowaną częścią Stanów Zjednoczonych”. Ale pamięć o Sikorskim nie została wymazana w Kijowie.

A jeśli chodzi o dzieła Bułhakowa, napisane i opublikowane przez niego w czasach sowieckich, choć było w nich wiele krytyki, wyraźnie nie osiągają one poziomu niechęci do ukraińskości filmu „Szczors” z 1939 roku Ołeksandra Dowżenki, którego nazwisko nie zostało usunięte z ukraińskich ulic. Należy jednak przyznać, że decyzja o „odwołaniu” Bułhakowa dobrze wpisuje się w logikę procesów zachodzących na Ukrainie. I dzieją się one od dawna.

Około 20 lat temu, podczas pierwszego Majdanu, wśród rosyjskiej liberalnej opozycji panowały szerokie nadzieje, że Ukraina stanie się „inną Rosją” – państwem z jednej strony bardzo podobnym do Federacji Rosyjskiej pod względem języka, kultury i mentalności, ale jednocześnie europejskim, demokratycznym. Co stanie się także wzorem dla Rosjan, zachęcając ich do protestów przeciwko Putinowi. Istniały ku temu pewne powody. Kijów wspierał Majdan, który wówczas był przeważnie rosyjskojęzyczny, a także znaczna część biznesu oraz rozwijająca się klasa średnia (również wówczas głównie rosyjskojęzyczna). Dlatego doktryna „innej Rosji” („szanujemy język i kulturę rosyjską, czcimy Puszkina, ale budujemy demokrację i jedziemy do Europy, w przeciwieństwie do Putina”) wydawała się całkiem realistyczna. Jednak nie znalazła swoich zwolenników na Ukrainie.

W obozie „pomarańczowym” dominowało stanowisko nacjonalistów. Wierzyli oni, że ukraińska tożsamość narodowa może być zachowana tylko pod warunkiem ścisłej ukrainizacji (językowej, medialnej, kulturowej, historycznej, religijnej). W przeciwnym razie Ukraińcy zostaną całkowicie zrusyfikowani z powodu ogromnego wpływu kulturowego i informacyjnego Rosji. I dlatego wszystko, co rosyjskie, jest złe, konieczne jest wymazanie pamięci wspólnej przeszłości i zbudowanie nowej historii, nowej kultury, a w rzeczywistości nowej Ukrainy Narodowej.

Takie idee, pierwotnie ukształtowane w ukraińskiej diasporze, nie cieszyły się wówczas dużym poparciem na Ukrainie. Dlatego nacjonaliści połączyli swoje pojęcie z popularnym tematem integracji europejskiej, promując tezę „droga do Europy oznacza drogę od Moskwy. Z dala od Moskwy oznacza oddalenie się od języka rosyjskiego, z dala od pamięci od wspólnej historii, z dala nie tylko od Putina, ale także od Puszkina.” Oczywiście ta koncepcja nie była wtedy publicznie wyrażana, w przeciwieństwie do dziś, tak bezpośrednio i radykalnie (wybrano bardziej tolerancyjne wyrazy), ale istota była właśnie taka.

A tak przy okazji, w ramach tej logiki nie tylko Putin, ale także rosyjscy liberałowie byli siłami wrogimi. Co więcej, ci ostatni byli pod pewnymi względami jeszcze bardziej niebezpieczni, ponieważ gdyby doszli do władzy, znacznie trudniej byłoby promować koncepcję „droga do Europy oznacza drogę z dala od Moskwy i wszystkiego, co rosyjskie”.

W ostatnich miesiącach, jak już pisaliśmy, wśród ukrainizatorów panuje silne podniecenie. Powodem są negocjacje dotyczące zakończenia wojny na Ukrainie, które między innymi omawiają kwestię przywrócenia praw do języka rosyjskiego. Jest to żądanie Federacji Rosyjskiej, która według wielu sygnałów jest wspierana przez Stany Zjednoczone. 20-punktowy plan pokojowy przedstawiony przez Zełenskiego zawiera paragraf 13, który stanowi, że „Ukraina będzie stosować unijne zasady tolerancji religijnej i ochrony języków mniejszościowych.” Sformułowanie jest niejasne, ale nawet ono zaniepokoiło Wołodymyra Wiatrowycza, b. szefa IPN Ukrainy, który napisał, że w ten sposób „Rosja próbuje przywrócić swój wpływ na tych ziemiach, których nie mogła zdobyć siłą.” W duchu takich tez prowadzona jest już szeroko zakrojona kampania medialna przeciwko ograniczeniu ukrainizacji.

Ukrainizacja nie doprowadzi do tego, że Ukraińcy będą czytać i konsumować mniej treści po rosyjsku ze względu na podobieństwo języków i stały kontakt z rosyjskojęzycznym środowiskiem zarówno w rzeczywistości, jak i w internecie. To tylko doprowadzi do tego, że Ukraińcy sami będą produkować mniej treści w języku rosyjskim, co da Rosjanom przewagę w obliczu osłabienia konkurencji na rynku światowym (to znów kwestia pytania, kto tak naprawdę „pracuje dla Moskwy”).

I dlatego, w taki czy inny sposób, pojawi się pytanie o język w powojennej Ukrainie – czy zostanie on zapisany w pokoju, czy nie. Będzie się bronić niezależnie od Rosji. Co więcej, oczywiste jest, że absolutnie błędne jest identyfikowanie pojęć „rosyjskojęzyczny” i „prorosyjski”. Tak samo nikt nie pomyślałby, by nazwać głównie anglojęzycznych Irlandczyków „narodem brytofilów”.

Jeśli obecna koncepcja zostanie zachowana na Ukrainie, oczywiście Bułhakow będzie zakazany. Ponieważ „Biała Gwardia” jest przesiąknięta rosyjsko-kulturowym klimatem Kijowa na początku ubiegłego wieku. I nie powinno być śladu tego klimatu w ramach tej koncepcji. Jest całkowicie wrogi i musi zostać przeklęty oraz zapomniany. Jakby nigdy nie istniał.

Dlatego, jeśli Dowżenko nadal może się w jakiś sposób wpasować w tę koncepcję (przynajmniej fragmentarycznie), to w przypadku Bułhakowa jest to wykluczone. I nie tylko dla niego. Ale na przykład o rosyjskojęzycznych pisarzach z Odessy.

Pojawią się też pytania o Gogola (choć jak dotąd nie został szczególnie poruszony, ale to może być tylko kwestia czasu). Ale jeśli zwycięży inna koncepcja państwa, która wchłonie całą Ukrainę i wszystkie jej okresy historii, wszystkich Ukraińców we wszystkich ich różnorodności, niezależnie od języka, którym się posługują, Bułhakow przejdzie z kategorii „ukrainofoba” do kręgu słynnych Kijowian, z których są dumni”.