Dla genetyków było oczywiste: wada letalna, taką ciążę należy zakończyć. Pomogło nam hospicjum perinatalne

proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo

Niedawno natrafiłem na poruszające świadectwo rodziców Blanki, które swego czasu wyemitowała Telewizja Trwam i pomyślałem, że warto, aby Państwo także je poznali. Świadectwo to bardzo dobrze ilustruje, jak istotną rolę pełnią hospicja perinatalne i jak bardzo potrzeba, aby lekarze informowali rodziców dzieci z wadami letalnymi o ich funkcjonowaniu.

Przypominam o naszej petycji do Minister Zdrowia dotyczącej zobligowania lekarzy, aby tak postępowali: proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo

Bardzo prosimy o udostępnienie tej petycji, a tych, którzy jeszcze jej nie podpisali – o nadrobienie tego. 

==============================

Świadectwo rodziców Blanki:

„Podczas badania USG lekarz poinformował nas, że dziecko ma rozległy rozszczep podniebienia i wargi oraz prawdopodobnie wadę serca polegającą na jego nieprawidłowym położeniu w klatce piersiowej. Powiedział, że musi skierować nas do kolejnego ośrodka. Jednocześnie mieliśmy w tej sytuacji ogromne szczęście, ponieważ pan doktor polecił nam konkretną osobę — panią docent Dangel, która pracuje w przychodni USG na Agatowej. Okazało się, że jest to przychodnia działająca przy hospicjum perinatalnym. Nie mieliśmy pojęcia, czym jest hospicjum — do tej pory kojarzyliśmy je wyłącznie z dziećmi chorymi na raka.

Pani docent potwierdziła nieprawidłowości, które wcześniej stwierdził lekarz i zaproponowała przeprowadzenie badań prenatalnych.

Kiedy wykonaliśmy badania prenatalne i okazało się, że nasza córeczka ma nieuleczalną wadę genetyczną, lekarze genetycy poinformowali nas, że musimy podjąć decyzję, czy chcemy przerwać ciążę, czy ją kontynuować. Był to dla nas ogromny szok.

Dodatkowo byliśmy ponaglani, ponieważ był to już dwudziesty tydzień ciąży i na podjęcie decyzji pozostawało bardzo niewiele czasu.

Nie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że nie rozważaliśmy takiej możliwości, mimo że jesteśmy wierzącymi katolikami. Przez kilka dni żyliśmy w ogromnej rozterce, zwłaszcza że genetycy nas ponaglali — dla nich sprawa była oczywista: wada letalna, taką ciążę należy zakończyć.

Bardzo pomogło nam wtedy hospicjum. Szczególnie poruszyły mnie słowa, które pani docent Dangel wypowiedziała podczas badania USG: że nie wszystkie te dzieci umierają natychmiast po porodzie, bo są to dzieci, które również potrzebują szansy. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak poważne jest to schorzenie. Nawet jeśli wiemy, że wada jest nieuleczalna, nie wiemy, w jakiej kondycji dziecko się urodzi ani jak długo będzie żyło. To dało mi bardzo dużo do myślenia.

W tym czasie pojechaliśmy do naszych rodziców na uroczystości Bożego Ciała. Uczestniczyliśmy w procesji i nieustannie zastanawialiśmy się, czy to wszystko ma sens. W drodze powrotnej do domu byliśmy świadkami zdarzenia drogowego i pomogliśmy wezwać karetkę. Dwóch chłopców przewróciło się na motorowerze. Wtedy pojawiła się myśl, że ratujemy komuś życie, a sami chcemy odebrać życie własnemu dziecku… Jechaliśmy prosto do szpitala, aby podjąć tę decyzję. Zadzwoniliśmy do hospicjum, a gdy usłyszeli, że jedziemy położyć się na oddziale, poprosili, abyśmy natychmiast przyjechali do nich.

Psycholog z hospicjum usiadła z nami, rozmawiała, opowiadała o rodzinach, którymi się opiekują, o tym, jak wygląda ich praca. Wyjaśniła, że troszczą się nie tylko o chore dziecko, lecz także o całą rodzinę — każdego jej członka. Potrzebowaliśmy takiej iskry, która wyrwie nas z tego zamkniętego kręgu — nadziei, że istnieje miejsce i ludzie, którzy nam pomogą i że nie zostaniemy sami. Po spotkaniu z panią psycholog przestaliśmy myśleć o przerwaniu ciąży.

(…)

Bałam się, jak zareaguję w chwili narodzin mojej córeczki, kiedy ją zobaczę — z wszystkimi wadami, które miała, a rozszczep był znaczny. Ciąża była bardzo trudna emocjonalnie, pozbawiona radości i zachwytu.

Obawiałam się, jaka będzie moja reakcja, czy pokocham to dziecko, czy je przyjmę. Wszystkie obawy zniknęły jednak natychmiast w chwili, gdy ją przytuliłam.

Moment porodu był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Byłam bardzo zaskoczona, ponieważ przeżyłam go równie wspaniale jak poród mojego syna. To był niezwykle wzniosły moment. A uczucie, kiedy położono mi ją na brzuchu, było czymś najpiękniejszym, co można sobie wyobrazić. To było moje dziecko.

Blanka przebywała w szpitalu nieco ponad dwa tygodnie. Po miesiącu w domu pojawiły się problemy z oddychaniem i jedzeniem — były to już symptomy świadczące o tym, że w jej organizmie dzieje się coś niedobrego.

Blanka żyła tylko trzy miesiące. Rozpoznaliśmy moment, w którym zdecydowała się odejść. Odeszła w atmosferze bliskości i spokoju. Byliśmy przy niej, była pogodna, zasnęła na moich rękach.

Dla mnie, jako matki, najważniejsze było to, że to było moje dziecko. Niezależnie od tego, jak bardzo było chore, dałam mu szansę poczuć moją miłość. Dałam mu szansę przyjść na świat. Nie odebrałam mu tej szansy. Zdarza się przecież, że o chorobie dziecka dowiadujemy się nie w trakcie ciąży, lecz później. Czym to się więc różni? W zasadzie tylko tym, że nadejdzie moment porodu. Dziecko już żyje we mnie, dlatego nie mam prawa pozbawić go życia.”

— mówiła mama Blanki w reportażu Telewizji Trwam.

Historia ta dobitnie ukazuje z jak skrajnie odmiennymi postawami można spotkać się w środowisku medycznym oraz jak istotne jest skierowanie do miejsca, w którym można uzyskać pomoc. Dlatego jeszcze raz zachęcam do podpisania i udostępnienia apelu do Minister Zdrowia o zobligowanie lekarzy do informowania matek dzieci z rozpoznaną wadą letalną o możliwości skorzystania z pomocy hospicjum perinatalnego oraz do wystawiania skierowań do takich placówek.
\Pozdrawiam serdecznie
Zbigniew Kaliszuk
Fundacja Grupa Proelio proelio.pl/petycje/lekarze-powinni-informowac-o-dzialalnosci-hospicjo

Wielki Kapitał nie przetrwa bez niewolników

Wielki Kapitał nie przetrwa bez niewolników

Jan Żbik salon24/wielki-kapital-nie-przetrwa-bez-niewolnikow


Niewolnictwo istnieje, ale w wersji nowoczesnej jako „słodkie niewolnictwo” – jesteśmy zakładnikami banków, korporacji i polityków. Zadłużają nas, wywłaszczają i posyłają na śmierć! Czynią to w sposób wyrafinowany, głosząc paradoksalnie, że to dla naszego dobra i bezpieczeństwa.

Struktura świata, którą można nazwać Wielkim Kapitałem – globalnym systemem finansowym, korporacyjnym i bankowym – trwa wyłącznie dzięki istnieniu człowieka zredukowanego do funkcji użytkowej. Innymi słowy, potrzebuje niewolnika. Nie w sensie antycznym, lecz nowoczesnym: pozbawionego realnej własności, zakorzenienia, tożsamości i transcendencji.

Żyjemy w świecie, w którym proces ograniczania ludzkiej autonomii nie ma charakteru przypadkowego. Jego mechanizmy są ekonomiczne i polityczne, a zarazem kulturowe. Aby jednostkę uczynić zależną, należy podkopać materialne podstawy jej niezależności. Kluczowe jest zniszczenie lub przejęcie środków produkcji – fabryk, kopalń, stoczni, warsztatów – wszystkiego, co umożliwia samodzielne wytwarzanie dóbr. Człowiek, który nie produkuje, lecz wyłącznie konsumuje, staje się podatny na kontrolę.

Drugim krokiem jest uzależnienie społeczeństwa od scentralizowanych źródeł żywności i dóbr pierwszej potrzeby. Gdy produkcja zostaje skorporatyzowana, a handel zawłaszczony przez wielkie sieci, jednostka traci możliwość wyboru opartego na lokalności i samowystarczalności. W konsekwencji wspólnota ekonomiczna zostaje rozbita, a jej miejsce zajmuje relacja klient–korporacja.

Kolejny etap to ograniczenie własności. Własność prywatna – rozumiana nie jako abstrakcyjny tytuł prawny, lecz jako realne dysponowanie zasobami – jest fundamentem wolności. Człowiek posiadający ziemię, warsztat czy choćby oszczędności w gotówce nie jest całkowicie zależny od systemu. Nadmierne opodatkowanie, reglamentacja, inflacyjne osłabianie pieniądza czy eliminacja gotówki prowadzą do sytuacji, w której kontrola nad zasobami przechodzi w ręce scentralizowanych instytucji finansowych. Wirtualizacja pieniądza oznacza pełną transparentność obywatela wobec systemu, przy jednoczesnej nieprzejrzystości systemu wobec obywatela.

Jednak ekonomia to tylko połowa procesu. Niewolnik doskonały nie posiada silnych więzi. Dlatego osłabieniu ulega tradycyjna rodzina jako podstawowa wspólnota solidarności i przekazu wartości. Rodzina tworzy sieć wsparcia, która ogranicza zależność od państwa i rynku. Jej erozja zwiększa atomizację jednostek, a atomizacja sprzyja sterowalności.

Podobny los spotyka kulturę i religię. Kultura wysoka, zakorzeniona w tradycji, buduje tożsamość i wprowadza hierarchię wartości. Religia natomiast wskazuje na porządek wyższy niż ekonomiczny. Jeżeli człowiek uznaje, że istnieje autorytet przekraczający władzę pieniądza, staje się wobec niej krytyczny. Z tego powodu sekularyzacja, relatywizm i redukcja kultury do rozrywki nie są zjawiskami neutralnymi. W miejsce transcendencji pojawia się konsumpcja, a w miejsce wspólnoty – spektakl medialny.

Demoralizacja nie musi oznaczać jawnej deprawacji; wystarczy przesunięcie akcentów. Jeśli prokreacja staje się anachronizmem, a odpowiedzialność długofalowa zostaje zastąpiona natychmiastową przyjemnością, społeczeństwo traci orientację przyszłościową. Człowiek skupiony wyłącznie na teraźniejszości nie buduje trwałych struktur – ani rodzinnych, ani narodowych. Staje się mobilnym, wymiennym elementem rynku pracy.

W tym kontekście warto przywołać analizę kapitalizmu przedstawioną w „Kapitał” Karola Marksa. Marks dostrzegał, że kapitał istnieje wyłącznie poprzez wyzysk pracy najemnej. Różnica między jego diagnozą a omawianą tu tezą polega na rozszerzeniu pola eksploatacji: nie chodzi już tylko o wartość dodatkową wytwarzaną w fabryce, lecz o całokształt życia człowieka – jego czas wolny, dane, uwagę, relacje społeczne. Współczesny system finansowy nie ogranicza się do produkcji; kolonizuje sferę kultury i świadomości.

Dlaczego zniewolenie jest warunkiem trwania Wielkiego Kapitału? Ponieważ kapitał, aby się pomnażać, potrzebuje przewidywalności i kontroli. Wolny człowiek – posiadający własność, rodzinę, kulturę, religię i ojczyznę – jest bytem zakorzenionym. Ma lojalności, które nie podlegają rachunkowi zysków i strat. Może odmówić, może wycofać się, może tworzyć alternatywne struktury. Niewolnik natomiast nie ma dokąd wrócić ani czego bronić. Jego tożsamość jest płynna, a zależność – całkowita.

Doskonały niewolnik nie posiada więc rodziny, bo rodzina daje oparcie. Nie ma własności, bo własność daje niezależność. Nie ma kultury ani religii, bo one dają sens wykraczający poza konsumpcję. Nie ma ojczyzny, bo ojczyzna rodzi solidarność i gotowość do sprzeciwu wobec zewnętrznej dominacji.

Jeżeli przyjmiemy tę perspektywę, to obserwowane przemiany – ekonomiczne, obyczajowe i technologiczne – można interpretować jako etapy przekształcania obywatela w zarządzalny zasób. Nie chodzi o pojedyncze decyzje polityczne, lecz o systemową logikę: koncentracja kapitału wymaga koncentracji władzy, a koncentracja władzy wymaga redukcji podmiotowości.

W tym sensie pytanie nie brzmi, czy Wielki Kapitał potrzebuje niewolników, lecz czy społeczeństwa są gotowe zrezygnować z fundamentów swojej wolności w imię wygody, bezpieczeństwa i pozornej stabilności. Filozoficzny spór dotyczy więc nie tylko ekonomii, ale antropologii: kim jest człowiek – autonomicznym podmiotem czy funkcją systemu? Odpowiedź na to pytanie zdecyduje, czy pozostanie obywatelem, czy stanie się zasobem.

Niewolnictwo istnieje, ale w wersji nowoczesnej jako „słodkie niewolnictwo” – jesteśmy zakładnikami banków, korporacji i polityków. Zadłużają nas, wywłaszczają i posyłają na śmierć! Czynią to w sposób wyrafinowany, głosząc paradoksalnie, że to dla naszego dobra i bezpieczeństwa.

Struktura świata, którą można nazwać Wielkim Kapitałem – globalnym systemem finansowym, korporacyjnym i bankowym – trwa wyłącznie dzięki istnieniu człowieka zredukowanego do funkcji użytkowej. Innymi słowy, potrzebuje niewolnika. Nie w sensie antycznym, lecz nowoczesnym: pozbawionego realnej własności, zakorzenienia, tożsamości i transcendencji.

Żyjemy w świecie, w którym proces ograniczania ludzkiej autonomii nie ma charakteru przypadkowego. Jego mechanizmy są ekonomiczne i polityczne, a zarazem kulturowe. Aby jednostkę uczynić zależną, należy podkopać materialne podstawy jej niezależności. Kluczowe jest zniszczenie lub przejęcie środków produkcji – fabryk, kopalń, stoczni, warsztatów – wszystkiego, co umożliwia samodzielne wytwarzanie dóbr. Człowiek, który nie produkuje, lecz wyłącznie konsumuje, staje się podatny na kontrolę.

Drugim krokiem jest uzależnienie społeczeństwa od scentralizowanych źródeł żywności i dóbr pierwszej potrzeby. Gdy produkcja zostaje skorporatyzowana, a handel zawłaszczony przez wielkie sieci, jednostka traci możliwość wyboru opartego na lokalności i samowystarczalności. W konsekwencji wspólnota ekonomiczna zostaje rozbita, a jej miejsce zajmuje relacja klient–korporacja.

Kolejny etap to ograniczenie własności. Własność prywatna – rozumiana nie jako abstrakcyjny tytuł prawny, lecz jako realne dysponowanie zasobami – jest fundamentem wolności. Człowiek posiadający ziemię, warsztat czy choćby oszczędności w gotówce nie jest całkowicie zależny od systemu. Nadmierne opodatkowanie, reglamentacja, inflacyjne osłabianie pieniądza czy eliminacja gotówki prowadzą do sytuacji, w której kontrola nad zasobami przechodzi w ręce scentralizowanych instytucji finansowych. Wirtualizacja pieniądza oznacza pełną transparentność obywatela wobec systemu, przy jednoczesnej nieprzejrzystości systemu wobec obywatela.

Jednak ekonomia to tylko połowa procesu. Niewolnik doskonały nie posiada silnych więzi. Dlatego osłabieniu ulega tradycyjna rodzina jako podstawowa wspólnota solidarności i przekazu wartości. Rodzina tworzy sieć wsparcia, która ogranicza zależność od państwa i rynku. Jej erozja zwiększa atomizację jednostek, a atomizacja sprzyja sterowalności.

Podobny los spotyka kulturę i religię. Kultura wysoka, zakorzeniona w tradycji, buduje tożsamość i wprowadza hierarchię wartości. Religia natomiast wskazuje na porządek wyższy niż ekonomiczny. Jeżeli człowiek uznaje, że istnieje autorytet przekraczający władzę pieniądza, staje się wobec niej krytyczny. Z tego powodu sekularyzacja, relatywizm i redukcja kultury do rozrywki nie są zjawiskami neutralnymi. W miejsce transcendencji pojawia się konsumpcja, a w miejsce wspólnoty – spektakl medialny.

Demoralizacja nie musi oznaczać jawnej deprawacji; wystarczy przesunięcie akcentów. Jeśli prokreacja staje się anachronizmem, a odpowiedzialność długofalowa zostaje zastąpiona natychmiastową przyjemnością, społeczeństwo traci orientację przyszłościową. Człowiek skupiony wyłącznie na teraźniejszości nie buduje trwałych struktur – ani rodzinnych, ani narodowych. Staje się mobilnym, wymiennym elementem rynku pracy.

W tym kontekście warto przywołać analizę kapitalizmu przedstawioną w „Kapitał” Karola Marksa. Marks dostrzegał, że kapitał istnieje wyłącznie poprzez wyzysk pracy najemnej. Różnica między jego diagnozą a omawianą tu tezą polega na rozszerzeniu pola eksploatacji: nie chodzi już tylko o wartość dodatkową wytwarzaną w fabryce, lecz o całokształt życia człowieka – jego czas wolny, dane, uwagę, relacje społeczne. Współczesny system finansowy nie ogranicza się do produkcji; kolonizuje sferę kultury i świadomości.

Dlaczego zniewolenie jest warunkiem trwania Wielkiego Kapitału? Ponieważ kapitał, aby się pomnażać, potrzebuje przewidywalności i kontroli. Wolny człowiek – posiadający własność, rodzinę, kulturę, religię i ojczyznę – jest bytem zakorzenionym. Ma lojalności, które nie podlegają rachunkowi zysków i strat. Może odmówić, może wycofać się, może tworzyć alternatywne struktury. Niewolnik natomiast nie ma dokąd wrócić ani czego bronić. Jego tożsamość jest płynna, a zależność – całkowita.

Doskonały niewolnik nie posiada więc rodziny, bo rodzina daje oparcie. Nie ma własności, bo własność daje niezależność. Nie ma kultury ani religii, bo one dają sens wykraczający poza konsumpcję. Nie ma ojczyzny, bo ojczyzna rodzi solidarność i gotowość do sprzeciwu wobec zewnętrznej dominacji.

Jeżeli przyjmiemy tę perspektywę, to obserwowane przemiany – ekonomiczne, obyczajowe i technologiczne – można interpretować jako etapy przekształcania obywatela w zarządzalny zasób. Nie chodzi o pojedyncze decyzje polityczne, lecz o systemową logikę: koncentracja kapitału wymaga koncentracji władzy, a koncentracja władzy wymaga redukcji podmiotowości.

W tym sensie pytanie nie brzmi, czy Wielki Kapitał potrzebuje niewolników, lecz czy społeczeństwa są gotowe zrezygnować z fundamentów swojej wolności w imię wygody, bezpieczeństwa i pozornej stabilności. Filozoficzny spór dotyczy więc nie tylko ekonomii, ale antropologii: kim jest człowiek – autonomicznym podmiotem czy funkcją systemu? Odpowiedź na to pytanie zdecyduje, czy pozostanie obywatelem, czy stanie się zasobem.

Jan Żbik

Żydowski szariat: Globalny spisek „praw Noego”, część II.

Żydowski szariat: Globalny spisek praw Noego, część II.

Jeśli myślałeś, że Sharia jest zła,

to jeszcze nic nie widziałeś.

Jewish Shariah: The Global Conspiracy of the Noahide Laws, Part II

dropbox Paul Craig Roberts

Przez prawie pięćdziesiąt lat się działo coś niezwykłego. Pojawiło się publiczne prawo, całkiem bez kontroli. Co byś pomyślał, gdyby Kongres formalnie uhonorował przywódcę rabinicznego za promowanie uniwersalnego kodeksu prawnego wyciągniętego z prawa talmudycznego, a później osadzonego język w ustawie federalnej, deklarując te zasady moralnego fundamentu cywilizacji?

Dlaczego prezydenci obu partii wielokrotnie to potwierdzali i dlaczego przywódcy ewangeliczni nigdy poważnie nie badają implikacji jurysdykcyjnych?

W ten weekend Top Shelf Preserve wyciągnie te nici. Pyta, kto definiuje powszechne prawo moralne dla narodów, w jaki sposób ramy te osiągnęły ponadpartyjne uznanie instytucjonalne, a dlaczego prawie nikt nie ostrzegał przed teologicznym drobnym drukiem [fine print md]. Pełne dochodzenie jest dostępne wyłącznie dla subskrybentów I2I Premium

=============================================

W marcu 1983 roku prezydent Ronald Reagan stanął w Gabinecie Owalnym obok wiceprezydenta George’a H.W. Busha. Przed nimi leżał ozdobny, ceremonialny zwój. Przez cały dzień, podczas trzech oddzielnych ceremonii na Kapitolu, każdy członek Senatu i Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych złożył swój podpis na dokumencie. „Narodowy Zwój Honoru” uhonorował 81. urodziny rabina Menachema Mendla Schneersona, świętując jego „wizję i duchowe przywództwo światowe” oraz propagowanie Siedmiu Praw Noachidzkich jako uniwersalnych zasad moralnych dla całej ludzkości.

Podobnie jak chrześcijaństwo naucza, że cała flora i fauna Boża zostały stworzone, aby służyć ludzkości, Scneerson nauczał, że poganie istnieją wyłącznie po to, by służyć Żydom. Sneerson twierdził: „Cała rzeczywistość nie-Żyda to tylko marność. Jest napisane: »A obcy będą strzec i paść twoje trzody« (Izajasz 61,5). Całe stworzenie pogan istnieje tylko ze względu na Żydów”. 

Przy tysiącach odrębnych okazji Schneerson wprost twierdził, że nie-Żydzi są z natury bliżsi zwierzętom niż Żydom. 

Wracając do „Zwoju Honoru” Schneersona, podpisał go każdy członek Kongresu.  Każdy… jeden. W tym samym roku Reagan osobiście napisał do Schneersona, chwaląc „historyczną tradycję wartości i zasad etycznych, które stanowiły fundament społeczeństwa od zarania cywilizacji, kiedy znane były jako Siedem Praw Noachidzkich, przekazanych przez Boga Mojżeszowi na Górze Synaj”. [??? a co z dziesięciu Przykazaniami md??

Reagan nie chwalił Dziesięciu Przykazań ani Prawa Naturalnego zakorzenionego w teologii chrześcijańskiej. Popierał talmudyczne prawo rabiniczne.

Osiem lat później, w 1991 roku, Kongres uchwalił, a prezydent George H.W. Bush podpisał ustawę publiczną nr 102-14, formalnie deklarując, że Stany Zjednoczone zostały „oparte na Siedmiu Uniwersalnych Prawach Noego” i że te talmudyczne zasady „stanowiły fundament społeczeństwa od zarania cywilizacji”.

W ten sposób rząd USA oficjalnie przyjął ewidentnie fałszywą narrację historyczną i włączył ją do ustawy federalnej jako ustalony fakt. Ameryka przecież nie została zbudowana na prawie talmudycznym.

Podczas gdy „Amerykanie z Fox News” latami krzyczeli o pochodzeniu szariatu, rzeczywiste, obce ramy religijne zyskały w Ameryce większą władzę instytucjonalną niż islam. Ramy te wyraźnie nauczają, że dusze nie-Żydów są ontologicznie niższe od dusz Żydów i istnieją ostatecznie po to, by służyć Żydom. A ewangeliccy strażnicy nie tylko milczeli. Wielu aktywnie pomagało w ich promowaniu. 

CZYM SĄ PRAWA NOACHIDÓW?

Siedem Praw Noachidzkich nie pochodzi z Biblii. Pochodzą z Talmudu Babilońskiego, a konkretnie z Traktatów Sanhedryn 56a-60a, wyprowadzonych z rabinicznej egzegezy Księgi Rodzaju 2:16.

Siedem przykazań to: zakaz bałwochwalstwa, zakaz bluźnierstwa, zakaz zabójstwa, zakaz kradzieży, zakaz niemoralności seksualnej, zakaz spożywania mięsa wyrwanego z żywego zwierzęcia oraz obowiązek ustanowienia sądów.

Na pierwszy rzut oka wydają się one podstawowymi zasadami etyki cywilizacyjnej. Nie zabijaj, nie kradnij, ustanawiaj prawo i porządek. Kto mógłby się temu sprzeciwić? 

Oto, czego ewangeliccy strażnicy nie powiedzą ci nawet w drobnym druku.

Kara śmierci, o której nigdy nie słyszałeś.

Z samego Talmudu, Sanhedrynu 57a, pochodzi następujące stwierdzenie: „Noachida [poganin], który przekroczy te siedem przykazań, zostanie stracony przez ścięcie”. Jest to autentyczne, skodyfikowane prawo talmudyczne. Majmonides sformalizował je w swoim autorytatywnym kodeksie prawnym z XII wieku, Miszne Tora, w rozdziale zatytułowanym Hilchot Melachim 9:14. Nigdy nie zostało ono uchylone ani zrewidowane przez autorytety rabiniczne. Talmud określa ścięcie głowy jako metodę egzekucji nie-Żydów, którzy naruszają przykazania Noachidów, a średniowieczny konsensus rabiniczny potwierdził to stanowisko.

Różnica w egzekwowaniu, która ujawnia hierarchię. Te same fragmenty Talmudu, które ustanawiają te prawa, stanowią również, że są one egzekwowane wobec nie-Żydów surowiej niż analogiczne prawa żydowskie wobec Żydów. Według Sanhedrynu 57a i Encyklopedii Talmudit, nie-Żyd ponosi odpowiedzialność za bluźnierstwo „nawet z jednym z boskich atrybutów”, podczas gdy Żyd ponosi odpowiedzialność za bluźnierstwo tylko wtedy, gdy wymawia w całości Niewypowiedziane Imię. 

Nie-Żyd ponosi odpowiedzialność za aborcję płodu, podczas gdy Żyd nie ponosi odpowiedzialności w tych samych okolicznościach. Goj odpowiada za kradzież „nawet mniejszą niż [grosz]”, podczas gdy prawo żydowskie wymaga kradzieży o określonej minimalnej wartości, aby ponieść odpowiedzialność.

Standardy proceduralne również się różnią. Goj może zostać skazany i stracony na podstawie zeznań jednego świadka, podczas gdy prawo żydowskie wymaga dwóch świadków w sprawach zagrożonych karą śmierci.

Goj nie wymaga ostrzeżenia przed egzekucją, podczas gdy prawo żydowskie wymaga, aby oskarżony został ostrzeżony bezpośrednio przed popełnieniem czynu i potwierdził otrzymanie ostrzeżenia. Talmud ustanawia dwupoziomowy system prawny z jednym zestawem standardów dla Żydów i bardziej surowym dla wszystkich innych.

Kto decyduje, co stanowi bałwochwalstwo? Nie ty decydujesz, czy twój kult stanowi bałwochwalstwo. Twój kościół nie decyduje. Twoja tradycja teologiczna nie decyduje. To autorytety rabiniczne podejmują tę decyzję.

Historycznie rzecz biorąc, wiele z nich orzekało, że chrześcijański kult trynitarny stanowi bałwochwalstwo na mocy pierwszego prawa Noachidów.

Średniowieczny autorytet Majmonides uważał chrześcijaństwo za problematyczne z punktu widzenia ścisłego monoteizmu. W ramach surowych ram noachidzkich, egzekwowanych przez sądy rabiniczne, ortodoksyjne chrześcijaństwo trynitarne mogło zostać uznane za naruszenie kary śmierci. Czcisz Jezusa jako Boga, a autorytety rabiniczne mogłyby orzec, że narusza to zakaz bałwochwalstwa. Przewidzianą karą jest śmierć przez ścięcie. 

To nie jest teoria spiskowa. To proste orzecznictwo talmudyczne, skodyfikowane przez autorytatywne źródła rabiniczne. Tymczasem większość Amerykanów nie ma pojęcia, że przez prawie pięćdziesiąt lat zorganizowana kampania zapewniła bezprecedensowe instytucjonalne uznanie prawa talmudycznego na najwyższych szczeblach amerykańskiego rządu. Operacja była systematyczna, dobrze finansowana i zadziwiająco skuteczna.

Operacja Dostępu do Białego Domu

Rabin Abraham Shemtov był stałym ambasadorem Schneersona w Waszyngtonie od lat 70. do 90-tych. XX wieku. Nie był okazjonalnym gościem, lecz stałym uczestnikiem. Jego rola była wyraźnie rozumiana w kręgach Chabadu jako „ambasadora Rebbego w Białym Domu”.

 Shemtov regularnie przewodził delegacjom Chabadu, spotykając się z urzędującymi prezydentami, i utrzymywał osobiste relacje z każdym prezydentem, od Richarda Nixona po Billa Clintona. W 1984 roku prezydent Reagan mianował go członkiem Narodowej Rady Doradczej ds. Edukacji Dorosłych. Z powodzeniem lobbował w Kongresie za uchwaleniem corocznych rezolucji „Dnia Edukacji USA” i zapewnił Schneersonowi Złoty Medal Kongresu w 1995 roku, czyniąc Schneersona pierwszym przywódcą religijnym, który kiedykolwiek otrzymał to wyróżnienie.

Nie była to okazjonalna kurtuazja międzywyznaniowa. Był to zinstytucjonalizowany dostęp na najwyższych szczeblach władzy, konsekwentnie utrzymywany przez dekady przez obie administracje, zarówno republikańską, jak i demokratyczną. Każdy prezydent od Jimmy’ego Cartera w 1978 roku wydawał coroczne proklamacje z okazji „Dnia Edukacji USA” ku czci Schneersona. Clinton chwalił program Noachidów. George W. Bush uhonorował spuściznę Schneersona. Obama wydawał proklamacje niezmiennie. Trump entuzjastycznie popierał tę tradycję. Biden to podtrzymał. 

Przez prawie pół wieku władza wykonawcza promowała talmudyczne prawo rabiniczne jako fundament moralny Ameryki, przy dwupartyjnym poparciu, a establishment ewangelicki nie zareagował.

Instytut Kodeksu Noachidów posiada oficjalny status konsultacyjny przy Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ. Upoważnia to organizację do udziału w posiedzeniach ONZ, do występowania na forach ONZ oraz do składania pisemnych oświadczeń organom ONZ. W listopadzie 2015 roku, w tym samym roku, w którym ONZ przyjęła Agendę 2030, Instytut zorganizował w siedzibie ONZ szczyt zatytułowany „Mobilizacja etyki kulturowej i religijnej na rzecz Agendy 2030”. Szczyt zgromadził przedstawicieli ONZ, przywódców religijnych różnych wyznań oraz przedstawicieli rządów, aby omówić integrację etyki religijnej z globalnymi celami rozwoju.

Ronald Perelman, mający miliardy dolarów i prezes MacAndrews & Forbes Holdings, jest osobistym uczniem rabina Abrahama Shemtova.

Schneerson osobiście nazywał Perelmana „swoim partnerem” w działalności charytatywnej. Perelman pełni funkcję krajowego przewodniczącego Amerykańskich Przyjaciół Lubawicz i jest głównym dobroczyńcą finansowym spraw Chabadu. Oto miliarder i finansista z wewnętrznego kręgu ruchu, który skutecznie lobbował na rzecz Prawa Publicznego 102-14. Udokumentowałeś dostęp instytucjonalny przez pięć dekad. Posiadasz status konsultacyjny ONZ. Masz proklamacje prezydenckie od każdej administracji. Śledź pieniądze, dostęp i pozycjonowanie instytucjonalne, a zobaczysz, że to głęboko, głęboko tkwi w globalnym aparacie władzy. 

TEOLOGICZNA TRUCIZNA

Jak wspomniano powyżej, człowiek, który otrzymał wszystkie te rządowe zaszczyty, którego nauki były chwalone przez prezydentów i zapisane w prawie federalnym, nauczał wyraźnie, że nie-Żydzi posiadają fundamentalnie niższe dusze i istnieją ostatecznie po to, by służyć Żydom. 

To jest fundamentalna teologia Chabadu. Tanja jest fundamentalnym tekstem chasydyzmu Chabadu, napisanym w 1796 roku przez założyciela ruchu. Schneerson nauczał na podstawie tego tekstu przez całe życie i nigdy mu nie zaprzeczył. 

Tanja naucza, że Żydzi posiadają dwie dusze: duszę zwierzęcą, jak wszyscy ludzie, oraz duszę boską, określaną jako „rzeczywisty fragment Boskości”. Poganie posiadają tylko jedną duszę, duszę zwierzęcą, i nawet ta dusza jest „z natury mniej święta niż ludzka dusza Żyda”. Tanja wyraźnie stwierdza o duszach pogan: „nie zawierają one żadnego dobra”. [To samo w Polsce głosi otwarcie Engelking, dawna kochanka Boniego. md]

Dalej czytamy: „Dusze narodów pogańskich pochodzą z trzech nieczystych kelipotów [skorup duchowej nieczystości]”. Z tomu Likkutei Sichos, zbioru wykładów Schneersona, pochodzą następujące bezpośrednie cytaty: „Różnica między Żydem a nie-Żydem wynika z powszechnego zwrotu: »Rozróżniajmy«. Mamy tu do czynienia z sytuacją całkowicie odmiennych gatunków.

1 428

Ciało osoby żydowskiej jest zupełnie innej jakości niż ciała wszystkich narodów świata”. I dalej: „Cała rzeczywistość nie-Żyda jest tylko marnością. „Całe stworzenie nie-Żyda jest tylko dla Żydów” (niektóre z nich wskazałem w Części 1 w zeszłym tygodniu). Nawet dobre uczynki nie-Żydów są podejrzane w tym kontekście. Stanowisko talmudyczne, potwierdzone w nauczaniu Chabadu, głosi, że „wszelka dobroczynność uczyniona przez nie-Żydów służy jedynie powiększeniu ich pychy”.

Nie-Żydzi nie mogą czynić prawdziwie dobrych uczynków, ponieważ ich dusze pochodzą z nieczystości. Nie jest to nauka jakiegoś marginalnego ekstremisty, którego Chabad odrzucił. Jest to teologia człowieka, który otrzymał podpisy wszystkich członków Kongresu na Narodowym Zwoju Honoru z 1983 roku, Złoty Medal Kongresu, coroczne proklamacje prezydenckie przez prawie pięćdziesiąt lat, pochwały Reagana jako przykład „wiecznej ważności” oraz federalne uznanie poprzez Ustawę Publiczną 102-14 podpisaną przez Busha.

A ewangelicy nie powiedzieli ani słowa. Ewangelicy (jak Mike Huckabee (na zdjęciu poniżej) współpracowali z Chabadem w inicjatywach międzywyznaniowych, a przywódcy ewangelikalni uczestniczyli w wydarzeniach z okazji Dnia Edukacji, a uczelnie chrześcijańskie gościły prelegentów Chabadu. Ci sami ochroniarze, którzy napisali czterdzieści artykułów o teologii islamskiej, nigdy nie ostrzegli swoich ludzi, że czczą przywódcę religijnego, który nauczał, że dusze pogan są z natury niższe i istnieją po to, by służyć Żydom.

obraz.png

Jak wyjaśniłem w Części I, wielu wyznawców Chabadu wierzy, że Schneerson jest Mesjaszem, nawet po jego śmierci w 1994 roku. Niektórzy uważają, że tak naprawdę nie umarł, lecz „zniknął” i pozostaje fizycznie obecny, lecz niewidzialny. Inni wierzą, że umarł, ale zmartwychwstanie. 

Artykuł w Haaretz z 2007 roku udokumentował wyznawców Chabadu, którzy wierzą, że Schneerson jest wcielonym Bogiem. Jeden z nich wyjaśniał: „Rebe jest połączeniem Boga i człowieka. Rebe jest Bogiem, ale jest też fizyczny”. 

Żółte banery w całym Izraelu do dziś głoszą: „Niech żyje Rebe Król Mesjasz na wieki”.

DLACZEGO JEST GORSZE NIŻ SZARIA

Ewangeliccy przywódcy spędzili dekady ostrzegając przed szariatem. Napisali książki o pełzającym szariacie, uchwalili antyszariatowe ustawodawstwo na szczeblu stanowym i zebrali fundusze na to zagrożenie. 

Prawo noachidzkie zyskało jednak w Stanach Zjednoczonych pozycję instytucjonalną, jakiej szariat nigdy nie zdołał osiągnąć, i pod kilkoma istotnymi względami stanowi jeszcze bardziej podstępne zagrożenie dla cywilizacji zachodniej. Szariat nie ma oficjalnego poparcia ze strony rządu USA. Spotyka się z aktywnym sprzeciwem prawnym; wiele stanów uchwaliło ustawy antyszariatowe, świadomość społeczna jest wysoka, a instytucje ewangelickie jednolicie się mu sprzeciwiają.

 Prawo noachidzkie uzyskało jednomyślne uznanie Kongresu na mocy dokumentu z 1983 roku podpisanego przez wszystkich członków i ustawy publicznej 102-14 z 1991 roku, proklamacji prezydenckich wydawanych corocznie przez prawie pięćdziesiąt lat przez każdą administrację, statusu konsultacyjnego ONZ, udokumentowanego dostępu do Białego Domu przez dekady, wsparcia finansowego miliarderów i zerowego sprzeciwu ewangelików. Strażnicy milczeli, podczas gdy wielu aktywnie uczestniczyło w obchodach Dnia Edukacji. Przejęcie instytucjonalne już nastąpiło.

Harmonia międzyreligijna. 

Oszustwo jest gorsze niż przejrzysty podbój, ponieważ przynajmniej w przypadku szariatu wiesz, z czym się mierzysz. Zgodnie z szariatem konwertyci osiągają pełną równość. Arab i muzułmanin z Nigerii stoją na równi przed prawem islamskim. System jest religijny, a nie rasowy

Prawo Noachidów opiera się na teologii duszy rasowej, zgodnie z którą Żydzi posiadają dusze boskie, a poganie jedynie dusze zwierzęce, skażone nieczystością. 

Nie można tego zmienić poprzez konwersję. Nawet poganie, którzy przechodzą na judaizm, są rozumiani w kategoriach kabalistycznych jako posiadający dusze pogańskie, które należy „dostosować”. Nie ma drogi do równości. System ustanawia stałą hierarchię opartą na urodzeniu, łącząc prawo religijne z determinizmem biologicznym.

Szariat ma wysokie standardy dowodowe dotyczące kary śmierci i szeroką ochronę proceduralną. Prawo Noachidów, skodyfikowane w Talmudzie, nakłada surowsze kary na pogan za identyczne czyny. Zgodnie z szariatem, interpretacja odbywa się w społecznościach muzułmańskich, gdzie islamscy uczeni debatują i rozwijają prawo. Zgodnie z prawem Noachidów, jedynie autorytety rabinackie mogą interpretować prawa obowiązujące nie-Żydów. Nie-Żydzi nie mają głosu. 

Szariat przyznaje chrześcijanom status „Ludu Księgi”. Chrześcijanie żyją jako dhimmi pod rządami islamu, które są podporządkowane i niesprawiedliwe, ale mogą praktykować chrześcijaństwo. Prawo Noachidów wtłacza chrześcijaństwo w kategorie talmudyczne.

 Twoja wiara jest albo akceptowalna, jeśli autorytety rabinackie przyznają wyjątek, albo jest bałwochwalstwem karanym śmiercią. Nie możesz powoływać się na autorytet Chrystusa. Otrzymujesz status, jaki przyznaje ci rabiniczna interpretacja.

Zwolennicy szariatu są szczerzy i mówią: „Zastąp swój system naszym”. Zwolennicy Noachidów twierdzą, że „twój system zawsze był nasz, po prostu o tym nie wiedziałeś”.

Prawo Publiczne 102-14 głosi, że Ameryka została „założona na” Siedmiu Prawach Noachidów. Jest to ewidentnie fałszywe. Cywilizacja zachodnia rozwinęła się z filozofii grecko-rzymskiej, teologii chrześcijańskiej i oświeceniowej teorii politycznej. Jednak twierdzenie to jest obecnie ujęte w prawie federalnym. Historyczna narracja została przepisana. To nie podbój, ale coś gorszego: twierdzenie, że podbój już się dokonał, a ty tego nie zauważyłeś.

NIEZGODNOŚĆ CYWILIZACYJNA.

Sedno konfliktu teologicznego polega na tym, że klasyczne chrześcijaństwo protestanckie naucza, że narody odpowiadają bezpośrednio przed Chrystusem. Wielki Nakaz Misyjny posyła uczniów do wszystkich narodów, aby nauczali je przestrzegać wszystkiego, co nakazał Chrystus. Chrystus ma pełnię władzy w niebie i na ziemi. 

Teologia noachicka naucza, że narody odpowiadają zgodnie z rabiniczną interpretacją Tory. Poganie są związani prawami ustanowionymi za pośrednictwem żydowskich kategorii przymierza. Autorytety rabiniczne definiują, co stanowi naruszenie.

To fundamentalny spór o suwerenność.

Kto ma prawo definiować uniwersalne prawo moralne? Chrystus czy rabini? Teologia chrześcijańska czy jurysprudencja talmudyczna? Nie można zaakceptować zarówno autorytetu Chrystusa, jak i równoległego systemu prawnego opartego na przymierzu, który pomija Chrystusa, by związać narody jurysdykcją rabiniczną. Kiedy moralne fundamenty twojej cywilizacji zostaną zredefiniowane jako zawsze talmudyczne, kiedy Kongres je ogłosi, kiedy prezydenci je proklamują, kiedy zostaną osadzone w prawie federalnym, nie masz do czynienia z hipotetycznym przyszłym zagrożeniem, lecz z dokonanym podbojem ideologicznym. Wielka Ewa*) szeroko mówi o pochodzeniu szariatu, ostrzega przed wpływami islamu, bije na alarm o zagrożeniach dla wolności religijnej i organizuje polityczny opór wobec obcych religijnych systemów prawnych.

*) „Big Eva” (skrót od Big Evangelicalism – „Wielki Ewangelikalizm”)
————————————————–

Ale jeśli chodzi o prawo Noachidów, otrzymujesz ciszę. Nie dostajesz żadnych artykułów od The Gospel Coalition analizujących prawo publiczne 102-14, żadnych rezolucji ERLC sprzeciwiających się federalnemu uznaniu prawa talmudycznego i żadnych felietonów Russella Moore’a ostrzegających kongregacje. Zamiast tego mamy pozytywny udział, ewangelikalnych przywódców obecnych na obchodach Dnia Edukacji, partnerstwa międzyreligijne z Chabadem i profesorów seminariów chwalących moralne przywództwo Schneersona. Strażnicy uznali, że krytyka czegokolwiek związanego z żydowskim przywództwem religijnym równa się antysemityzmowi. Filosemityzm stał się akceptowalną formą religijnej kapitulacji.

Ci sami przywódcy, którzy krzyczeli o uzyskaniu przez organizację islamską statusu konsultacyjnego ONZ, milczeli, gdy osiągnęła go organizacja noachicka. Kiedy ktoś dokumentuje instytucjonalne przejęcie i problemy teologiczne, strażnicy odpowiadają samym oskarżeniem: jesteś antysemitą, skoro w ogóle podnosisz te kwestie.

Oskarżenie działa jak klisza zamykająca myśl, która ucisza dociekania, zanim rozpocznie się analiza. Tak właśnie wygląda kontrolowana opozycja. Pasterze, którzy powinni bić na alarm, zamiast tego współpracują z tym, czemu rzekomo sprzeciwiają się w innych kontekstach. Podczas gdy teoretycy spiskowi gonią za fantazjami o gilotynach szariatu, urzędnicy rządowi USA podpisują się pod systemem prawnym fałszywej religii, która – ironicznie rzecz biorąc – obejmuje faktyczną dekapitację.

Pytanie nie brzmi, czy prawo Noachidów zostanie wdrożone jutro poprzez jakąś dramatyczną transformację. Pytanie brzmi, dlaczego zagraniczny religijny system prawny, który naucza o ontologicznej niższości nie-Żydów, zyskał większą legitymację instytucjonalną w USA niż jakikolwiek inny, podczas gdy ewangelikanie nie tylko milczeli, ale aktywnie uczestniczyli.

===========================================

Czytasz tę analizę, ponieważ niewielu innych ją opublikuje. My dokonaliśmy innego wyboru. Dlatego subskrybujesz I2I. To udokumentowana, dobitna analiza, której strażnicy zdecydowali, że ich odbiorcy nie powinni widzieć. Zasługujesz na to, by wiedzieć, co popierali twoi przywódcy, twierdząc, że bronią cywilizacji chrześcijańskiej.

Siedem przykazań Noachidów rządzi Ameryką [światem???]

Prawa Noachidów

Prawa Noachidów

Paul Craig Roberts  paulcraigroberts.org/the-noahide-laws

Czy słyszałeś kiedyś o Prawach Noachidów?   Prawdopodobnie nie. Oto one: dropbox.com/Feb-14.pdf

Nie, nie są one antysemicką teorią spiskową. Można je znaleźć w HJ Res 104, wspólnej rezolucji przyjętej przez Izbę Reprezentantów i Senat, a następnie podpisanej przez prezydenta George’a W. Busha, nadającej jej status prawa publicznego.  Wspomniany powyżej artykuł stwierdza, że ustawa ta podporządkowuje Amerykanów prawu żydowskiemu, które traktuje nie-Żydów z pogardą.

Według cytowanego powyżej artykułu, w żydowskich doktrynach rabina Menachema Schneersona, zwolennika HJ Res 104, nie-Żydzi są gorsi od Żydów i istnieją tylko po to, by im służyć. Nie-Żydzi mają jedynie dusze zwierzęce, w przeciwieństwie do dusz żydowskich, które „mają w sobie prawdziwy fragment Boskości”.

Autor artykułu dostrzega cywilizacyjną niezgodność między prawami Noachidów, zatwierdzonymi przez rząd USA, a chrześcijaństwem:

„Główny konflikt teologiczny między chrześcijaństwem a judaizmem jest następujący: klasyczne chrześcijaństwo protestanckie naucza, że narody odpowiadają bezpośrednio przed Chrystusem. Wielki Nakaz Misyjny posyła uczniów do wszystkich narodów, aby nauczali je przestrzegać wszystkiego, co nakazał Chrystus. Chrystus ma wszelką władzę w niebie i na ziemi.

Teologia noachicka naucza, że narody odpowiadają zgodnie z rabiniczną interpretacją Tory. Poganie są związani prawami ustanowionymi za pośrednictwem żydowskich kategorii przymierza. Autorytety rabini definiują, co stanowi naruszenie. (Tyle w kwestii historycznego mitu „wartości judeochrześcijańskich”).

„To fundamentalny spór o suwerenność. Kto ma prawo definiować uniwersalne prawo moralne? Chrystus czy rabini? Teologia chrześcijańska czy jurysprudencja talmudyczna? Nie można akceptować zarówno autorytetu Chrystusa, jak i równoległego systemu prawnego opartego na przymierzu, który pomija Chrystusa, by związać narody jurysdykcją rabiniczną. Kiedy moralne podstawy waszej cywilizacji zostaną zredefiniowane jako zawsze talmudyczne, kiedy Kongres je ogłosi, kiedy prezydenci je proklamują, kiedy zostaną osadzone w prawie federalnym, nie mamy do czynienia z hipotetycznym przyszłym zagrożeniem, lecz z dokonanym podbojem ideologicznym ”. dropbox.com/scl/fi/lr3uiu4482uvit2op3ifb/Feb-14

Zafascynowany twierdzeniami zawartymi w artykule, zbadałem prawa Noachidów. Istnieją, podobnie jak wspólna rezolucja Kongresu je popierająca, podobnie jak ich poparcie ze strony prezydentów Cartera, Reagana, obu Bushów, Clintona, Obamy, Bidena, a z pewnością także Trumpa, ponieważ lobby izraelskie wymaga rezolucji popierającej te prawa co roku.

Oto niektóre informacje uzyskane w wyniku moich badań:

Ustawa publiczna 102-14 (HJ Res. 104), uchwalona 20 marca 1991 r. i ustanowiona 26 marca 1991 r. „Dniem Edukacji USA”. Podpisana przez prezydenta George’a H.W. Busha, ta wspólna rezolucja uznała wagę wartości etycznych, w szczególności odwołując się do Siedmiu Praw Noachidzkich jako fundamentu cywilizacji, a jednocześnie oddając hołd wysiłkom edukacyjnym rabina Menachema Mendla Schneersona.

Rząd Stanów Zjednoczonych pod rządami prezydentów Reagana, Busha i Clintona stworzył, posługując się eufemizmem edukacji (na przykład Wspólna Rezolucja Izby Reprezentantów nr 173 i Ustawa Publiczna nr 102-14), podwaliny pod ustanowienie talmudycznych „sądów sprawiedliwości”, którymi mieli zarządzać uczniowie następcy Szneura Zalmana w Chabadzie, rabina Menachema Mendla Schneersona. rublev-museum.livejournal.com

Ustawa publiczna 102-14 pierwotnie była rezolucją HJ Res 104, wspólną rezolucją przyjętą przez Izbę Reprezentantów i Senat, a następnie podpisaną przez Prezydenta, co nadało jej status prawa publicznego . Wspólne rezolucje mogą stać się prawem publicznym po ich uchwaleniu, mając taką samą moc prawną jak ustawy. Określenie „prawo publiczne” potwierdza ich formalne uchwalenie. Rozbieżności wynikają z niezrozumienia procesów legislacyjnych lub terminologii. Zapoznanie się z oficjalnymi dokumentami Kongresu lub stronami internetowymi rządów pozwala na wyjaśnienie statusu i historii legislacyjnej ustawy. justanswer.com/5th-legal-opinion-needed-please-text-public-law

Czy Prawa Noachidów zostały uznane przez jakiekolwiek rządy? Przykazania Noachidów są uznawane przez przywódców w wielu krajach.   asknoah.org/have-the-noahide-laws-been-recognized-by-any-governments   

Uniwersalność tych zasad i ich globalne znaczenie zostały uznane w 1982 r. przez prezydenta Ronalda Reagana, gdy mówił o „wiecznej ważności Siedmiu Praw Noachidzkich [jako] kodeksu moralnego dla nas wszystkich, bez względu na wiarę religijną” (Proklamacja z okazji Narodowego Dnia Refleksji, 4 kwietnia 1982 r.).

Siedem lat później, w 1989 roku, prezydent George H.W. Bush nie tylko ogłosił, że te „wartości biblijne stanowią fundament cywilizowanego społeczeństwa”, ale także uznał, że „społeczeństwo, które ich nie uznaje lub nie przestrzega, nie może przetrwać”.

Zrozumiał, że te „zasady moralnego i etycznego postępowania, które stanowiły podstawę wszystkich cywilizacji, pochodzą częściowo z wielowiekowych Siedmiu Praw Noachidzkich”. I przy okazji zauważył ich pochodzenie: „Prawa Noachidzkie to w rzeczywistości siedem przykazań danych człowiekowi przez Boga, zapisanych w Starym Testamencie…” (Proklamacja 5956 – Dzień Edukacji, USA 1989 i 1990, 102 Stat. 3016, 14 kwietnia 1989 r.)

Zarówno Senat, jak i Izba Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych w 1991 roku, jednomyślnie i ponadpartyjnie, uznały, że ta „historyczna tradycja wartości i zasad etycznych… na których zbudowano nasz wielki Naród… stanowiła fundament społeczeństwa od zarania cywilizacji, kiedy znana była jako Siedem Praw Noachidzkich”. Kongres Stanów Zjednoczonych zrozumiał, że „najnowsze osłabienie tych zasad… doprowadziło do kryzysów, które nękają i zagrażają strukturze cywilizowanego społeczeństwa”. W związku z tym ostrzegali nas, że „bez tych wartości i zasad etycznych gmach cywilizacji stoi w poważnym niebezpieczeństwie powrotu do chaosu”. (Public Law 102-14, 102d Congress, 1. sesja, HJ Res. 104)

Inni światowi przywódcy przyłączyli się do apelu o dalsze przestrzeganie i znajomość tych praw. Na przykład Herman Van Rompuy, prezydent Unii Europejskiej, napisał (w lipcu 2014 r.), że dąży do większego „rozpowszechniania uniwersalnych wartości znanych jako Prawa Noachidów”, a generał dywizji Michael Jeffery, gubernator generalny Australii, ubolewając w liście z 2008 r. nad rozpadem rodzin oraz nadużywaniem narkotyków i alkoholu we współczesnym społeczeństwie, napisał, że wierzy, iż przestrzeganie fundamentalnych wartości Praw Noachidów może być antidotum na te bolączki społeczne. Wystarczy spojrzeć na spustoszenie, w którym żyjemy dzisiaj, aby uznać słuszność tych prawdziwych twierdzeń.

===========================

Komentarze PCR:

Dla mnie nie jest jasne, czy prawa Noachidów są niezależne od poglądów ich pomysłodawców na temat wyższości Żydów.

Wydaje się oczywiste, że wiele rządów USA uznało, że Stany Zjednoczone zostały zbudowane na fundamencie praw żydowskich. Czy te administracje prezydenckie rozumiały, co podpisują, czy też żydowscy sponsorzy kampanii twierdzili, że podpisanie tej petycji   przyniesie im ogromne żydowskie wsparcie finansowe i wiarygodny żydowski głos?   Czy reprezentacja syjonistyczna – neokonserwatyści z podwójnym obywatelstwem z administracji Reagana, Busha i innych – wykorzystała propagandę, że Izrael jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie i wiernym sojusznikiem Ameryki, aby zmusić Kongres i amerykańskich prezydentów do uchwalenia prawa, które implikuje moralne rządy Izraela nad Ameryką?

Czy Kongres i prezydenci USA oświadczyli, że Ameryka opiera się na prawie żydowskim, które definiuje nie-Żydów jako sługi Izraela? Jeśli tak, to czy nasi prezydenci zostali w to wmanewrowani, nie rozumiejąc tego?

Pytanie, które pozostaje, brzmi: czy religijne deklaracje, niezależnie od ich źródła, mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Czy musimy się martwić, jak religia w naszych czasach niewiary religijnej wystawia nas na dominację i ucisk ze strony Żydów?   Czy Żydzi w ogóle potrzebują wiary religijnej, by nami rządzić, skoro mają Holokaust, starannie pielęgnowany status ofiary i niewiarygodną moc swoich pieniędzy, by finansować amerykańskie kampanie polityczne, które decydują o tym, kto zasiada w Kongresie i Białym Domu?

Czy religia, podobnie jak wszystko inne, nie została wyparta przez siłę pieniędzy?

W XII wieku Alain z Lille oświadczył: „Teraz nie liczy się Cezar, liczy się tylko pieniądz”. 

Czyż nie tak wygląda nasza sytuacja dzisiaj?

Co się stało w Rzeszowie? Czy Konstytucja działa w majtkach?

Co się stało w Rzeszowie?

Stronazycia.

Groźny wyrok zapadł w ostatnich dniach w Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie. Sąd nakazał szkole zwracanie się do ucznia żeńskim imieniem „Wiktoria”, gdyż młody chłopak uważał się za dziewczynę.

Sąd w swojej argumentacji wskazał na art. 30 Konstytucji RP, który gwarantuję ochronę godności człowieka. Proszę zwrócić uwagę na absurdalność tej logiki – zakłada ona, że godność ucznia została naruszona, gdyż został on nazwany… swoim własnym imieniem.

Sąd, ulegając presji radykalnej ideologii, zarzucił dyrekcji i nauczycielom „uporczywe misgenderowanie”, co w nowomowie aktywistów oznacza po prostu nazywanie człowieka jego imieniem, i zobowiązał szkołę do przeprosin oraz pokrycia kosztów procesu.

Na tym właśnie polega istota ideologii LGBT, która wdziera się do polskich szkół, polskiego systemu prawnego i sądownictwa – na zaprzeczeniu podstawowym, biologicznym faktom na temat tego, kim jest człowiek.

Chcę wesprzeć działania Fundacji ostrzegające Polaków przed tą ideologią

Ideologia ta usiłuje wmówić społeczeństwu, że prawda obiektywna nie istnieje, a rzeczywistość zależy wyłącznie od subiektywnych odczuć. Jeśli chłopak czuje się dziewczyną – wszyscy mają udawać, że nią jest. Jeśli ktoś czuje się „osobą niebinarną” – wszyscy mamy łamać zasady zdrowego rozsądku i języka polskiego, by nie urazić jego „tożsamości” (a raczej jej braku…).

To systemowe kłamstwo prowadzi do destabilizacji psychiki, zwłaszcza u ludzi młodych, oraz do utraty sensu życia. Tożsamość płciowa jest elementem tożsamości człowieka w ogóle. Skoro młody człowiek odrywa się od swojej biologicznej natury, to skąd ma wiedzieć kim jest?

Wprowadzanie chaosu w sferę płciowości niszczy fundamenty osobowości. Stąd właśnie bierze się tak duża liczba samobójstw, prób samobójczych i okaleczeń w środowisku osób identyfikujących się z LGBT. To nie „brak akceptacji” zabija nastolatki, ale kłamstwo, w którym każe się im żyć.

To, co stało się w Rzeszowie, ma znaczenie dla każdego rodzica i nauczyciela w całej Polsce. Wyrok stanie się wzorem postępowania dla szkół obawiających się drogi procesowej w podobnych sytuacjach. Dyrektorzy, chcąc uniknąć kosztownych procesów i nagonki medialnej, będą niejako przymuszani zwracać się do uczniów tak jak ci tego sobie zażyczą pod wpływem ideologii LGBT.

Mechanizm tego działania jest następujący:

Aktywiści LGBT za pomocą mediów społecznościowych (Facebook, Tik-Tok, Instagram, Youtube itp.) destabilizują psychikę uczniów, promując modę na „transpłciowość” i namawiają młodzież do aktywizmu. Zaczadzeni ideologią LGBT uczniowie otrzymują profesjonalną pomoc prawną od organizacji LGBT, które dzięki milionowym dotacjom otrzymywanym od wielkich korporacji, ambasad zachodnich państw i Unii Europejskiej, wynajmują drogie kancelarie prawne. Ich cel jest prosty: na drodze prawnej i sądowej zastraszać lokalne społeczności.

O tym, jak ten mechanizm terroru działa w praktyce, przekonał się niedawno młody wolontariusz naszej Fundacji, Samuel. Jak informowaliśmy w styczniu, Samuel był prześladowany w swoim liceum tylko za to, że zwrócił uwagę na absurdalną sytuację. Jeden z uczniów jego szkoły chodził po korytarzu w psiej obroży na szyi, do czego zachęcają aktywiści LGBT na tzw. „paradach równości”. W sprawie Samuela zostało zorganizowane specjalne zebranie na szkolnym korytarzu z udziałem wielu uczniów i nauczyciela. Jak relacjonuje Samuel:

„Padło do mnie pytanie o mój pogląd na temat ubioru w szkole. Odpowiedziałem, że nie rozumiem, dlaczego pewien uczeń chodzi po szkole z obrożą na szyi, co może kojarzyć się ze zwierzęceniem oraz tzw. paradami równości, gdzie aktywiści LGBT przebierają się w skórzane stroje psów. W odpowiedzi nauczycielka podeszła do mnie na środek z tym uczniem mającym obrożę na szyi i spytała się mnie, co mi się nie podoba w jego ubiorze. Odpowiedziałem, że obroża. Nauczycielka powiedziała, że ona nie ma nic przeciwko takiemu ubiorowi i nawet jeśli ten uczeń przyszedłby w całości przebrany za psa do szkoły, to jej by to nie przeszkadzało.”

Sytuacja ze szkoły Samuela oraz szkoły w Rzeszowie może się powtórzyć w każdej szkole w Polsce. Wyrok sądu w Rzeszowie daje paliwo kolejnym osobom do tego, aby dochodzić ideologicznych i deprawacyjnych żądań na drodze prawnej.

Co robić, aby się przed tym bronić?

Najważniejsza jest świadomość rodziców, którzy powinni wiedzieć co się dzieje i podejmować osobistą reakcję w swoim środowisku lokalnym. Rodzice muszą patrzeć dyrekcjom szkół na ręce, muszą interweniować, gdy w szkole ich dziecka pojawiają się aktywiści lub gdy szkoła ulega presji poprawności politycznej. Rodzice, nauczyciele oraz inne rodziny powinny też wspierać się nawzajem w wychowaniu i tworzyć środowiska wolne od ideologii.

Nasza Fundacja działa każdego dnia, aby tę świadomość kształtować. Pomagamy również rodzicom, którzy się do nas zgłaszają w obszarach takich jak:

– wybór właściwej szkoły dla dziecka,

– przejście na edukację domową,

– używanie smartfonów i elektroniki przez dzieci.

Pomagamy także rodzinom, których dzieci padły ofiarą ideologii LGBT – radzimy, kontaktujemy z ekspertami (godnymi zaufania kapłanami i psychologami).

Tworzymy również środowiska lokalne. W najbliższym czasie nasze publiczne akcje informacyjne i różańce odbędą się w kilkudziesięciu miastach Polski. Harmonogram i lokalizacje akcji można znaleźć na naszej stronie. Każdy może wziąć udział w tych akcjach i poznać na nich inne osoby ze swojej miejscowości, które myślą podobnie. Dzięki temu można wspierać się wzajemnie i pomagać sobie.

Jeżeli uważasz, że to co robimy jest słuszne, wesprzyj te działania. Nasza Fundacja nie ma wsparcia od wielkich korporacji i międzynarodowych koncernów. My możemy liczyć tylko na ludzi dobrej woli.

. PLN

. PLN

Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667

Fundacja Pro – Prawo do życia,
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22,
05-800 Pruszków

Dla przelewów zagranicznych:
IBAN PL79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Kod BIC Swift: INGBPLPW

Prosimy o podanie w tytule wpłaty także adresu e-mail.

====================================

mail:

Sąd niby powołał się na konstytucję, a nie zrobił podstawowej rzeczy NIE USTALIŁ STANU FAKTYCZNEGO. Miał delikwenta przed sobą, więc powinien go wziąć w ustronne miejsce i sprawdzić co ma w gaciach/majkach. Dopiero potem orzekać.


Konstytucja o ile wiem nie działa w majtkach! Nie wiem, czy jest jakiś paragraf, który określa jak się powinno ustalać płeć dziecka. Czy wielotysięczna historia ludzi to za mało wobec psycholi, którzy zakładają takie sprawy jak ta w Rzeszowie? 
Pozdrawiam

Alina

MON chciało szkolić żołnierzy z genderyzmu. Obśmiano i oprotestowano. Wycofali.

MON chciało szkolić żołnierzy z genderyzmu.

Było to możliwe przez decyzję z czasów PiS.

Resort Kosiniaka-Kamysza wydał komunikat

18.02.2026 nczas/mon-chcialo-szkolic-zolnierzy-z-genderyzmu

Szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz i LGBT. Obrazek ilustracyjny. Źródło: PAP/pixabay
NCZAS.INFO | Szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz i LGBT. Obrazek ilustracyjny.

MON poinformowało o wycofaniu z programu szkoleń uzupełniających na ten rok tematykę genderową. To zasługa nagłośnienia medialnego.

„Blask Online” poinformował w poniedziałek, że żołnierze mają przejść szkolenie zatytułowane „Prawa człowieka i perspektywa gender w operacjach wojskowych”.

To wywołało sprzeciw wielu wojskowych. Jeden z żołnierzy powiedział anonimowo portalowi, że „nie ma to nic wspólnego z codzienną służbą”.

Po nagłośnieniu sprawy idiotyzm został odwołany.

„Szanowni Państwo, informujemy, że temat szkolenia uzupełniającego dot. gender na 2026 r. został zaproponowany przez Przewodniczącą Rady do Spraw Wojskowej Służby Kobiet i zatwierdzony przez Departament Kadr MON. Decyzją Ministra Obrony Narodowej punkt ten został wycofany z programu szkoleń uzupełniających na 2026 rok” – napisano w komunikacie MON.

„Przypominamy, że szkolenia takie mogą być organizowane na podstawie decyzji poprzedniego Ministra Obrony Narodowej – DECYZJA Nr 95/MON MINISTRA OBRONY NARODOWEJ z dnia 9 lipca 2020 r. w sprawie Metodyki szkolenia żołnierzy z przedmiotów 'Kształcenie obywatelskie’ oraz 'Profilaktyka i dyscyplina wojskowa’ (Dz.Urz.MON.2020.114 z dnia 14 lipca 2020 r.)” – podkreślono.

Latem 2020 roku szefem MON był Mariusz Błaszczak z PiS.

Dziś usłyszeliśmy, że w wojsku będą gender wprowadzać. Nie można poddawać się takim szantażom ludzi nierozumnych, którzy prowadzą do tego, żeby wypchnąć Stany Zjednoczone z Europy – skomentował Błaszczak, unikając meritum sprawy.

Sąd zmusza szkołę do kłamstwa


Fundacja Pro-Prawo do ŻyciaDzień dobry Panie Mirosławie.
Piszę do Pana, aby poinformować, że sąd w Rzeszowie prawomocnie nakazał szkole zwracanie się do chłopca żeńskim imieniem „Wiktoria”, gdyż uczeń uważa się za dziewczyną Co więcej, Sąd uznał, że nazywanie ucznia zgodnie z jego płcią to rzekome naruszenie godności człowieka, a szkołę zmuszono do przeprosin.

To niebezpieczny precedens, który otwiera drogę działaniom przeciwko szkołom w całej Polsce. Czy dyrektorzy i nauczyciele będą teraz zmuszani do uznawania ideologicznych absurdów?

W tekście na naszej stronie opisujemy kulisy tej sprawy oraz przypominamy historię naszego młodego wolontariusza Samuela, który spotkał się z podobną presją w swojej szkole: → Przeczytaj tekst na naszej stronie
Sprawa z Rzeszowa może teraz stać się wzorem dla aktywistów w szkołach na terenie całej Polski. Rodzice i nauczyciele powinni być świadomi tej sytuacji, aby móc odpowiednio reagować.

Dlatego zachęcam do przeczytania krótkiego tekstu, w którym wyjaśniamy również, co nasza Fundacja robi w tej sprawie i jakie działania podejmujemy w obronie uczniów i ich rodzin. Z wyrazami szacunku, 
Mariusz DzierżawskiPodpis e-maila: Mariusz Dzierżawski, członek zarządu Fundacji Pro-Prawo do Życia
Fundacja Pro – Prawo do życiaKRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Co oznacza Środa Popielcowa i dlaczego popiół?

Co oznacza Środa Popielcowa i dlaczego popiół?

Co oznacza Środa Popielcowa i dlaczego popiół?

polskakatolicka/co-oznacza-sroda-popielcowa-i-dlaczego-popiol

Wielki Post zaczynamy od posypania głów popiołem.

Środa Popielcowa nazywana jest również Popielcem lub Wstępną Środą. To dzień, kiedy w Kościele katolickim rozpoczyna się 40-dniowy okres Wielkiego Postu.

Zwyczaj posypywania głowy popiołem w naszej wierze katolickiej ma bogatą historię, głębokie znaczenie i bogatą symbolikę.

Zwyczaj ten zapoczątkowany został już we wczesnym średniowieczu, kiedy to skruszeni grzesznicy publiczni poddawali się czterdziestodniowej pokucie. Biskup błogosławił pokutne włosiennice oraz popiół, który – zgodnie z biblijną tradycją pokutną – wysypywano na ich głowy.

Z czasem wszyscy chrześcijanie, zarówno grzesznicy publiczni, jak i prywatni, zapragnęli skorzystać z tej praktyki. W 1091 r. papież Urban II wprowadził ten zwyczaj jako obowiązujący w całym Kościele.

Środa Popielcowa jest pierwszym dniem okresu Wielkiego Postu, symbolizującym czterdzieści dni postu Chrystusa na pustyni. Przypada na czterdzieści sześć dni przed Wielkanocą, dlatego jest to święto ruchome — można je obchodzić od 4 lutego do 10 marca.

Popiół nałożony na czoło, wykonany z palm z Niedzieli Palmowej poprzedniego roku, jest błogosławiony, nasycany kadzidłem i nawilżany odrobiną wody święconej lub oleju jako środka wiążącego. Tak przygotowany popiół jest uznawany za sakramentalium.

Popiół jako sakramentalia

Chociaż sakramentalia nie udzielają łaski tak jak sakramenty, to są pewnym podobieństwem sakramentów, ponieważ są widzialnymi, dotykalnymi i słyszalnymi znakami, które pomagają przygotować nasze dusze do przyjęcia łaski.

I tak na przykład, kiedy wchodzimy do kościoła, zanurzamy palec w wodzie święconej i czynimy znak krzyża, korzystamy z sakramentu, wody święconej, aby wprowadzić się w stan modlitwy. Przy odpowiednim skupieniu i krótkiej modlitwie skruchy, woda święcona może nawet odpuścić grzech powszedni.

Kościół katolicki jest pełen sakramentaliów, świętych przedmiotów, słów i rytuałów, które możemy zobaczyć, dotknąć i usłyszeć, aby pomóc przekazać naszemu duchowi postawę otwartości na Łaskę.

Popiół używany w Środę Popielcową, któremu towarzyszą słowa 

„Pamiętaj: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” oraz „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, 

wprowadza nas w stan pokuty i pokory, który jest postawą potrzebną do owocnego, pełnego Łaski Wielkiego Postu.

Przetłumaczony artykuł pochodzi ze strony www.americaneedsfatima.org

Reiner Fuellmich, Wybór terapeutyczny i cena wolności słowa

Reiner Fuellmich, Wybór terapeutyczny i cena wolności słowa

Autor: ICIC Law / Seba Terribilini

Reiner Fuellmich, Therapeutic Choice and the Price of Speech 

W relacjach rozpowszechnianych przez jego zwolenników, dr Reiner Fuellmich jest przedstawiany jako znany niemiecki prawnik, który w dobie COVID-19 wykorzystał swoją reputację eksperta od prawa konsumenckiego jako publiczną krucjatę – najbardziej widocznym przykładem jest „Komitet Śledczy ds. Koronawirusa”, platforma do przeprowadzania długich wywiadów, w której uczestniczyli naukowcy, lekarze, prawnicy i dysydenci z wielu krajów.

Ta widoczność stała się początkiem jego prawnego koszmaru. Sprawa, jak opisują media wspierające, nie jest przedstawiana jako rutynowy wewnętrzny spór, lecz jako zderzenie władzy politycznej z prawnikiem, który nie przestawał zadawać pytań. Główne zarzuty wobec niego, określane różnie jako nadużycie zaufania lub defraudacja funduszy, są przedstawione jako formalna podstawa zatrzymania.

Jego obrońcy twierdzą jednak, że ważniejszym problemem jest jego rola w kwestionowaniu oficjalnych narracji na temat pandemii, i opisują jego ściganie i zatrzymanie jako prześladowanie polityczne, a nie sprawę dotyczącą tego, co normalnie uznawano by za oskarżenia białych kołnierzyków.


Dr Reiner Fuellmich jest znany i szanowany na całym świecie za swoją pracę jako prawnik specjalizujący się w prawach konsumenta oraz za wygrane w ważnych procesach sądowych przeciwko korporacjom takim jak Volkswagen, Kühne & Nagel i Deutsche Bank. Był jednym z pierwszych, którzy dostrzegli, że środki podjęte w związku z COVID-19 są zbrodniami przeciwko ludzkości i wraz z trzema innymi prawnikami postanowił powołać Komitet Śledczy ds. Koronawirusa, aby zbadać działania rządów, instytucji publicznych i środowiska medycznego podczas tzw. „pandemii”.

Dzięki wyjątkowym wysiłkom śledczym i konsultacjom z ponad 150 naukowcami i ekspertami z całego świata, a także licznymi sygnalistami z firmy Pfizer, WHO, CDC i ONZ, zebrał on istotne dowody na to, co nazwał „największą zbrodnią przeciwko ludzkości, jaką kiedykolwiek popełniono”.

-Dr Robert Malone

Aby zapoznać się ze szczegółami przypadku Reinera, przeczytaj całą historię dr. Reinera Fuellmicha.

Niezależnie od tego, jaką etykietę zastosujemy, scenariusz jest teraz znany każdemu śledzącemu przypadki sprzeciwu w krajach Zachodu po 2020 roku: osoba publiczna staje się kontrowersyjna; uruchamia się mechanizm prawny; areszt tymczasowy wydłuża się; dostęp do komunikacji zawęża się; a osoba w centrum upiera się, że sam proces jest karą. Zwolennicy podkreślają warunki odosobnienia, długość i strukturę postępowania oraz szerszy kontekst, w którym Niemcy – i szerzej Europa – traktowały pewne formy sprzeciwu wobec medycyny i polityki jako coś bliższego zagrożeniu niż debacie.

Dlatego właśnie słyszeliście tę nazwę. A teraz o tym, co zmieniło się po ostatniej dużej aktualizacji, którą wielu z was zobaczyło w połowie 2025 roku.

Po 19 sierpnia 2025 r.: próby uciszenia, nowe oświadczenia i coraz liczniejszy chór

W październiku 2025 roku rozeszło się oświadczenie przypisywane Fuellmichowi, opisujące drastyczne zaostrzenie ograniczeń w jego możliwościach komunikacji. Według tego raportu, jego dostęp do telefonu został ograniczony do „dwóch połączeń po 20 minut tygodniowo”, z monitoringiem, a także podobno zabroniono mu podawania nazwisk osób powiązanych ze sprawą.

W tym samym transkrypcie Fuellmich przedstawił ograniczenia jako próbę pozbawienia go głosu w życiu publicznym. Jedno zdanie brzmi jak uderzenie młotkiem:

„Nie będę mógł już wydawać żadnych oświadczeń…”

Następnie przypisał naciski konkretnym podmiotom, zarzucając im współpracę między oskarżycielką a prokuraturą. Według jego słów (według transkrypcji) twierdził, że prokurator „napisał do tego więzienia, żeby mnie uciszyć” i że więzienie „musi wykonywać rozkazy”.

Jeśli intencja była cicha, nie okazała się skuteczna.

Do stycznia 2026 r. w kanałach wsparcia Fuellmich ponownie zaczęły krążyć dodatkowe  aktualizacje „poczty głosowej” , przedstawiane jako wiadomości „przed uciszeniem” – tytuł, który, celowo lub nie, czyta się jak ostrzeżenie na kurczącej się przestrzeni dla sprzeciwu.

Mniej więcej w tym samym okresie pojawiło się „nowe oświadczenie” przypisywane Fuellmichowi, utrzymane w tonie zarówno buntowniczym, jak i znużonym. Dwa zdania w szczególności oddają postawę człowieka, który wierzy, że otaczająca go machina ma na celu przełamanie wytrzymałości:

„Próba uciszenia mnie i nas wszystkich nie powiodła się”.

„Będziemy kontynuować.”

W międzyczasie poparcie dla Fuellmich skonsolidowało się w postaci odrębnego medialnego dzieła: składanki wideo „FREE REINER FUELLMICH” wyprodukowanej przez filmowca Philippe Carillo i Sebę Terribiliniego.

Lista uczestników ma znaczenie – nie dlatego, że sława coś udowadnia, ale dlatego, że sygnalizuje, jak Fuellmich stał się symbolem w szerszym ekosystemie wolności medycznej. Opublikowana lista uczestników obejmuje arcybiskupa Carlo Marię Viganò, senatora Queensland Malcolma Robertsa, Calina Georgescu, Mary Holland, Bryana Ardisa, Sucharita Bhakdiego, Andrew Bridgena, Paula Craiga Robertsa, Petera Koeniga, Celię Farber, Grega Reese’a i Johna O’Looneya – i wielu innych.

Innymi słowy: cokolwiek by nie myśleć o tezie Fuellmicha na temat okresu COVID, jego zwolennicy nie traktują jej jako sprawy lokalnego sądu niemieckiego. Traktują ją jako test dla zagwarantowanych praw demokracji.

Rdzeń koncepcyjny: wybór terapeutyczny, mowa i zdrowie wolnych społeczeństw

Zacznij od najprostszego ciągu logicznego – bo najprostsze ciągi są często najtrudniejsze do złamania.

A) Zwolennicy Fuellmicha twierdzą, że został zatrzymany, ponieważ walczył o wolność wyboru terapii.


W ich ujęciu sprawa jest następstwem jego nacisku na to, aby pacjenci i lekarze mieli możliwość rozważenia ryzyka, korzyści, niepewności i pojawiających się dowodów – bez scentralizowanego organu kryminalizującego odstępstwa.

Określenie „wybór terapeutyczny” brzmi klinicznie, wręcz biurokratycznie. Ale w istocie chodzi o wolność rozumowania w czasie rzeczywistym: o leczenie człowieka na oczach pacjenta, kierując się profesjonalną oceną, świadomą zgodą oraz „nauką i sumieniem” (by zapożyczyć stare europejskie sformułowanie). W praktyce ta wolność zależy od czegoś jeszcze bardziej podstawowego.

B) Wybór terapii jest nierozerwalnie związany z wolnością słowa.
Jeśli lekarze nie mogą otwarcie mówić o obserwacjach klinicznych, zdarzeniach niepożądanych, wczesnych hipotezach czy alternatywnych protokołach – jeśli nie mogą krytykować polityki bez profesjonalnego odwetu – wówczas „wybór” staje się mirażem. Nie można wybrać tego, o czym nie wolno mówić.

To nie jest abstrakcyjny punkt. W lutym 2025 roku, na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, wiceprezydent USA J.D. Vance wyraźnie ostrzegł, że wolność słowa w Europie jest „w odwrocie”, wskazując na rosnącą potrzebę kontrolowania dyskursu pod hasłem „pilnowania dezinformacji”.

To, czy ktoś zgadza się z jego poglądami politycznymi, nie ma tu znaczenia. Związek koncepcyjny jest bezpośredni: gdy mowa się zawęża, debata kliniczna się zawęża; gdy debata kliniczna się zawęża, wybór terapeutyczny zamienia się w nakaz.

Dlatego zwolennicy Fuellmicha interpretują jego ograniczenia komunikacyjne – monitorowanie rozmów, ograniczenia w zakresie podawania nazwisk urzędników, ostrzeżenia o „zakazach dalszych oświadczeń” – jako coś więcej niż administrację więzienną. Odczytują to jako nowoczesną europejską metodę „zabezpieczania” wypowiedzi w celu ochrony demokracji: nie należy z nią dyskutować – wystarczy ograniczyć ją do dwóch dwudziestominutowych okienek tygodniowo.

C) Argument „zdrowia” wykracza poza medycynę, obejmując politykę żywnościową.
Przesłanie Fuellmicha (i szerszy ekosystem wokół niego) wielokrotnie podkreślało, że długoterminowa odporność to nie tylko protokoły awaryjne i leki. Chodzi również o zdrowie metaboliczne i żywieniowe – profilaktykę, zdolność do samoleczenia oraz redukcję obciążenia chorobami przewlekłymi poprzez lepszą politykę żywieniową i edukację.

Jedno ze streszczeń sesji (RWM – link nie działa w pełni w USA) z jego platformy wywiadów wyraźnie podkreśla „profilaktykę i samoleczenie” poprzez „ukierunkowane odżywianie”, w tym „inicjowanie ketolizy” jako przykład strategii metabolicznej.

Nie trzeba romantyzować tego zjawiska, żeby dostrzec sedno sprawy: populacje z mniejszą liczbą przewlekłych chorób metabolicznych są mniej podatne na kryzysy; systemy, w których panuje otwarta debata, szybciej dokonują korekt; a społeczeństwa, które traktują odmienność poglądów jako patologię, z czasem stają się kruche – ponieważ tracą zdolność do samonaprawy, która jest podstawowym mechanizmem funkcjonowania demokracji.

Dokąd to prowadzi: MAHA, MEHA i sprawa zwana „Reiner”

W Stanach Zjednoczonych hasło „Make America Healthy Again” (MAHA) stało się skrótem dla szeroko zakrojonego ponownego skupienia się na zdrowiu metabolicznym, jakości żywności, profilaktyce chorób przewlekłych i sceptycyzmie wobec przejętych instytucji. Równoległy nurt w Europie, „MEHA”, „Make Europe Healthy Again”, miałby zaczynać się od tych samych trzech filarów:

1. zdrowsza dieta i polityka stawiająca na pierwszym miejscu profilaktykę,

2. wolność terapeutyczna oparta na świadomej zgodzie i osądzie klinicznym,

3. i podstawa, która sprawia, że pierwsze dwa są realne: wolność słowa.

W tym kontekście Fuellmich staje się kimś więcej niż oskarżonym. Staje się symbolem tego, co się dzieje, gdy społeczeństwo traktuje jawne śledztwo jako działalność wywrotową. A symbole mają znaczenie – nie dlatego, że zastępują dowody, ale dlatego, że pokazują, gdzie leżą linie podziału.

Zakończmy zatem kwestią ludzką, przedstawioną wprost.

Fuellmich jest człowiekiem, który zaryzykował i stracił swoją wolność, stabilność ekonomiczną i karierę, aby bronić podstawowych wolności: słowa, sumienia i prawa do wyboru metod leczenia, w warunkach, które określa jako karne i nacechowane politycznie.

Stany Zjednoczone, z ich architekturą konstytucyjną opartą na enumeratywnie określonych prawach, nie powinny uchylać się od takiego testu. Przejrzysty monitoring, uwaga opinii publicznej i pryncypialne naleganie na należyty proces to nie „zagraniczna ingerencja”. To właśnie są one winne sobie nawzajem wolne społeczeństwa – zwłaszcza gdy głos jest spychany w cień, jedna monitorowana rozmowa telefoniczna na raz.


Prevost i dwie pannice przy ołtarzu. Reklama adidasów?

Prevost i dwie pannice przy ołtarzu

Date: 17 febbraio 2026Author: Uczta Baltazara 2 Commenti

W niedzielę 15 lutego 2026, miała miejsce pierwsza Msza Święta odprawiona przez Prevosta w rzymskiej parafii; odbyła się w kościele Santa Maria Regina Pacis w nadmorskiej dzielnicy Ostia vaticannews/papa-leone-xiv-visita-parrocchia-ostia-messa-regina-pacis

W uroczystości uczestniczyły dwie ministrantki – przynajmniej jedna z nich nosiła trampki marki Adidas.

===============================================

Christopher Hale @ChristopherHale

For the first time during his pontificate, Leo XIV is being served by an altar girl. I’m a big fan of the Adidas sneakers she chose to wear for the occasion.

1,1 mln wyświetlenia

Mirosław Dakowski

Christopher Hale @ChristopherHale

I think this is great chance for an @Adidas @Pontifex collaboration.

Zdjęcie

Christopher Hale

====================================

===========================================================

============================

————————————-

Przypomnijmy, że akceptacja dziewcząt w prezbiterium jest etapem na drodze do realizacji jednego z największych marzeń synodalnych heretyków: święceń kapłańskich dla kobiet.

Jest zimno – bo jest ciepło!

Jest zimno – bo jest ciepło!

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl)    17 lutego 2026 michalkiewicz

Nie ma to, jak posłuchać fachowca – i oświeci i uspokoi. Kilka dni temu obejrzałem sobie rozmowę, jaką przeprowadził pan red. Jarosław Gugała ze specjalistką od walki ze zbrodniczym klimatem. Jak wiadomo, ludzkość, pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, walczy ze zbrodniczym klimatem, który złośliwie się ociepla, co grozi spłonięciem „planety”, przeciwko czemu jeszcze niedawno protestowali przedstawiciele „Ostatniego Pokolenia”, którzy w tym celu przyklejali się do jezdni i czekali, aż policja ich odklei, a następnie zawiezie na rozmowę z obywatelem Tuskiem Donaldem, który ukoi ich lęki i powie, jak zapobiec ostatecznej katastrofie.

Teraz „Ostatniego Pokolenia” jakoś na jezdniach nie widać. Pewnie czeka, aż zaistnieją dogodniejsze warunki do protestowania, no bo jakże protestować w taki mróz? Przewidziała to jeszcze za głębokiej komuny szansonistka, wyśpiewując: „W taki mróz, w taki mróz, to nie pora na wyznania w taki mróz. W taki mróz!. W taki mróz, w taki mróz, przestań mówić, już zabraniam w taki mróz.” W piosence chodziło o wyznania miłosne – a cóż dopiero, gdyby ktoś chciał w taki mróz ocalać „planetę” przed ostateczną katastrofą?

Wróćmy jednak do specjalistki, która zasypała pana red. Jarosława Gugałę potokiem słów, a wobec tej lawiny nawet on, chociaż przecież z niejednego komina wygartywał, wydawał się bezradny. Również i ja, chociaż tylko słuchałem, nie bardzo rozumiałem, co właściwie specjalistka pragnie przekazać telewizyjnej publiczności. Trudność polegała na tym, że z jednej strony musiała podtrzymywać dogmat o globalnym ociepleniu, bo „zdecydowana większość” uchwaliła, że w nie wierzy – ale z drugiej strony – taki mróz i to nie tylko u nas, ale nawet w Ameryce!? Gdyby mróz był tylko u nas, no to sprawa byłaby względnie prosta. Można by wszystko zwalić na Putina, że dmucha na zimne w ramach klimatycznej, kremlowskiej dywersji – ale skoro fala mrozów nawiedziła Amerykę, to sprawa oczywiście szalenie się komplikuje. Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż po głębszym zastanowieniu, wydestylowałem z potoku słów pani specjalistki sens, który sprowadzał się do wyjaśnienia, że jest zimno, bo jest ciepło.

Ten przypadek podobny jest do opisanej przez Antoniego Słonimskiego postaci Mieczysława Limanowskiego, który wprawdzie w kołach teatralnych „uchodził za stuprocentowego dyletanta”, ale to nie przeszkadzało np. Juliuszowi Osterwie w poddawaniu się jego osobliwym interpretacjom. Oto pewnego razu na tak zwanej „czytanej” próbie sztuki w „Reducie” Limanowski wyjaśniał znaczenie spotkanego w tekście słowa „krowa”. – No cóż – powiedział – krowa, to znaczy mleko, mleko, to znaczy matka, no a matka, to znaczy ziemia. W tym miejscu sekretarka zwróciła uwagę, że „krowa”, to pomyłka, bo tak naprawdę w tekście sztuki było słowo „królowa”. Ale Limanowski spokojnie interpretował dalej: no cóż, królowa, to znaczy matka, matka, to znaczy mleko, a mleko, to znaczy ziemia. Takiemu nie dasz rady! – posumował obecny na próbie Słonimski. Bardzo możliwe, że z tych właśnie powodów prezydent Donald Trump nie zostawił suchej nitki na specjalistach od walki ze złowrogim klimatem, twierdząc, że to „oszustwo”, albo coś w tym rodzaju.

Więc chociaż spotkał nas, jak to zwyczajnie bywało za komuny, jeden z czterech kataklizmów, jakie regularnie nawiedzały nasz nieszczęśliwy kraj (wiosna, lato, jesień i zima), to przecież są i dobre wiadomości. Już nie mówię o wyjaśnieniu, że jest zimno, bo jest ciepło – bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień – ale o informacji o prawomocnym zakończeniu „polskiego wątku” sprawy pana Sławomira Nowaka. Został on mianowicie uniewinniony ze wszystkich fałszywych zarzutów, dzięki czemu obywatel Tusk Donald będzie mógł teraz obwozić go po wiecach Volksdeutsche Partei, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak wygląda człowiek niewinny.

Takie rzeczy nie są u nas spotykane zbyt często, ale teraz, skoro pan Nowak uzyskał od niezawisłego sądu prawomocny certyfikat niewinności, to trzeba to chyba wykorzystać w działalności politycznej, bo – jak mówi poeta – „nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych”. Wprawdzie ukraiński wątek sprawy pana Nowaka nie został chyba jeszcze prawomocnie wyjaśniony – ale jestem pewien, że obywatel Tusk Donald, podczas swojej najnowszej pielgrzymki do Kijowa i tę sprawę załatwi z wyrozumiałym prezydentem Zełeńskim, na którym podobno psy wiesza piękna ongiś Julia Tymoszenko – obecnie w areszcie wydobywczym pod zarzutami korupcyjnymi.

Gdyby obywatelu Tusku Donaldu zabrakło w tej rozmowie argumentów na korzyść pana Nowaka, to w czynie społecznym przypominam fragment „Posłania do narodów Europy Wschodniej” uchwalonego przez Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku: „głęboko czujemy wspólnotę naszych losów”. Jestem pewien, że prezydent Zełeński słysząc te słowa, wspomni nie tylko na piękną ongiś Julię Tymoszenko, ale i na Timura Mindycza, a przede wszystkim – na Andrzeja Jermaka, który gdzieś przepadł bez śladu na froncie wschodnim.

Tymczasem fala mrozów przyczyniła się również do wzbogacenia rewolucyjnej teorii. Oto w Jaroszowej Woli w powiecie piaseczyńskim, wykoleiło się osiem cystern z olejem napędowym. Pociąg jechał ze Szczecina do Chełma, co świadczy o tym, że olej napędowy musiał zostać załadowany w szczecińskim porcie. A skąd się tam znalazł? To tajemnica, której chyba nikomu wyjawić nie wolno, bo po zdemaskowaniu rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej obywatel Tusk Donald zobligował obywateli do wzmożonej czujności, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zacznie wykrywać ruskich szpiegów pod każdym krzakiem, tak jak do tej pory wykrywał antysemitników i nienawistników – a nienawistne sądy już czekają, żeby sypnąć im piękne wyroki i w ten sposób wyrównać proporcje między skazanymi a uniewinnionymi.

A przecież na Ośrodku świat się nie kończy, więc obywatele wezwani do wzmożonej czujności, też będą chcieli się wykazać. Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo przecież chodzi o wzbogacenie rewolucyjnej teorii, która dopiero później zostanie przełożona na rewolucyjną praktykę. Otóż przy okazji tej katastrofy wyjaśniło się, że jej przyczyną była „dywersja klimatyczna”. Najwyraźniej służby, mimo intensywnych – w co nie wątpię – poszukiwań, nie natrafiły w okolicach torowiska ani na paszporty „obywateli Ukrainy” w służbie Putina, ani na inne ślady prowadzące po nitce do kłębka, więc nie było innej rady, jak wzbogacić rewolucyjną teorię o nowy rodzaj dywersji – dywersję klimatyczną.

Nie da się ukryć, że ten wynalazek rzuca nowe światło na świętą sprawę walki ze złowrogim klimatem, który najwyraźniej poczuł się przez ludzkość przyparty do muru i zaczął walczyć z ludzkością.

Stanisław Michalkiewicz

Rozpoczyna się Wielki Post – czas nawrócenia i pokuty

Rozpoczyna się Wielki Post – czas nawrócenia i pokuty

pch24.pl/rozpoczyna-sie-wielki-post-czas-nawrocenia-i-pokuty

Wielki Post to czas czterdziestodniowego przygotowania do najważniejszej chrześcijańskiej uroczystości – Wielkanocy, czyli Świąt Paschalnych. Okres ten rozpoczyna Środa Popielcowa, natomiast kończy liturgia Mszy Wieczerzy Pańskiej sprawowana w Wielki Czwartek, w tym roku obchodzony 2 kwietnia. W orędziu na tegoroczny Wielki Post papież Leon XIV zachęca: „Zacznijmy rozbrajać nasz język, rezygnując z ostrych słów, pochopnych osądów, mówienia źle o nieobecnych, którzy nie mogą się bronić, oraz unikając oszczerstw”.

W Środę Popielcową, na znak żałoby i pokuty, głowy wiernych obecnych na Eucharystii zostaną posypane popiołem. Popiół ten, powinien pochodzić z zeszłorocznych palm poświęconych w Niedzielę Palmową. Należy pamiętać, że tego dnia obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post ścisły (można spożyć trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden do syta). Reguła dotycząca wstrzemięźliwości dotyczy wiernych powyżej 14. roku życia, a post ścisły, osoby pełnoletnie, aż do 60. roku życia.

Chociaż w tym dniu nie ma natomiast obowiązku uczestniczenia we Mszy św., Kościół zaleca jednak udział w liturgii, ze względu na pokutny charakter dnia rozpoczynającego Wielki Post. Obrzędowi posypania głów popiołem towarzyszą słowa: „Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz”.

Wielki Post jest przede wszystkim czasem pokuty i nawrócenia. Wspominając słowa Chrystusa, Kościół na ten okres przypomina trzy drogi przybliżenia się do Boga: post, jałmużnę i modlitwę.

W Piśmie Świętym liczba 40, stanowi wyraz pewnej dłuższej całości, czasu przeznaczonego na jakieś konkretne zadanie człowieka lub zbawcze działanie Boga. W Wielkim Poście Kościół odczytuje i przeżywa nie tylko czterdzieści dni spędzonych przez Jezusa na pustyni na modlitwie i poście przed rozpoczęciem Jego publicznej misji, ale i trzy inne wielkie wydarzenia biblijne: czterdzieści dni powszechnego potopu, po których Bóg zawarł przymierze z Noem; czterdzieści lat pielgrzymowania Izraela po pustyni ku ziemi obiecanej; czterdzieści dni przebywania Mojżesza na Górze Synaj, gdzie otrzymał on od Jahwe tablice Dekalogu.

W tym czasie dominującym kolorem szat liturgicznych jest fiolet, oprócz czwartej niedzieli (jeśli jest taki zwyczaj w danej parafii), kiedy kapłani przywdziewają róż, oraz niedzieli Męki Pańskiej (zwanej Palmową), gdy zakładają szaty czerwone.

Liturgia w Wielkim Poście jest wyciszona – podczas Eucharystii nie śpiewa się hymnu „Chwała na wysokości Bogu” (z wyjątkiem przypadających w Wielkim Poście uroczystości, np. św. Józefa – 19 marca, czy Zwiastowania Pańskiego – 25 marca) oraz aklamacji „Alleluja”, którą zastępuje „Chwała Tobie, Królu wieków” albo „Chwała Tobie, Słowo Boże”. Inaczej wygląda także Liturgia Godzin – nie odczytuje się hymnu „Ciebie, Boga, wysławiamy”, opuszcza się także zawołanie „Alleluja”.

Ołtarze nie są w tym czasie ozdabiane kwiatami. W wielu kościołach obowiązuje zwyczaj ustawiania krzyża, by wierni mogli ucałować rany Chrystusa.

Wyjątkowym dniem, w którym nie obowiązują wymienione zastrzeżenia, jest Niedziela Laetare (łac. „Wesel się”), przypadająca w IV Niedzielę Wielkiego Postu.

Okresy i dni pokuty są w Kościele katolickim specjalnym czasem ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi, m.in. poprzez inicjowanie dzieł charytatywnych i misyjnych. W czasie Wielkiego Postu wierni mają powstrzymywać się od uczestnictwa w zabawach. To czas medytacji nad Męką Chrystusa, czemu służą specjalne wielkopostne nabożeństwa, np. Droga Krzyżowa, czy Gorzkie żale.

Zalecany jest też udział w rekolekcjach, pomagających dobrze przeżyć czas przygotowania do Paschy. Rekolekcje (łac. recolligere – zbierać na nowo) – to kilkudniowy okres poświęcony odnowie duchowej poprzez modlitwę, konferencje oraz spowiedź, by znowu zbierać – w głowie i w sercu – bogactwo chrześcijańskiej wiary. Nauki te mogą być otwarte lub zamknięte. Pierwsze to typowe rekolekcje parafialne w Kościele, które trwają zwykle cztery dni, wliczając niedzielę. W tym czasie głoszone są specjalne rekolekcyjne kazania; zazwyczaj jest także okazja do spowiedzi. Rekolekcje zamknięte, czyli wyjazdowe, są trochę dłuższe i odbywają się zwykle w ośrodkach rekolekcyjnych. Wierni, którzy nie mogą uczestniczyć w nich fizycznie mogą wykorzystać możliwość, którą dają środki masowego przekazu: rekolekcje radiowe, internetowe, czy na Facebooku.

Wielki Post jest także okresem przygotowania katechumenów do chrztu. Każda niedziela wprowadza w kolejne tajemnice wiary, a na Wielkanoc podczas Wigilii Paschalnej udzielany jest chrzest.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przygotowanie do świąt Zmartwychwstania trwało tylko czterdzieści godzin. W późniejszym czasie przygotowania zabierały cały tydzień, aż wreszcie około V w. czas ten wydłużył się. Po raz pierwszy o poście trwającym czterdzieści dni wspomina św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r.

Wielki Post kończy się w Wielki Czwartek, kiedy to katolicy rozpoczną obchody Triduum Paschalnego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Niedziela Wielkanocna przypada w tym roku 4 kwietnia.

W Orędziu na tegoroczny Wielki Post, papież Leon XIV wskazuje, że post to nie tylko wstrzemięźliwość od pokarmów, lecz ćwiczenie się w porządkowaniu pragnień i uczenie się odpowiedzialności za bliźnich. „Zacznijmy rozbrajać nasz język, rezygnując z ostrych słów, pochopnych osądów, mówienia źle o nieobecnych, którzy nie mogą się bronić, oraz unikając oszczerstw” – zachęca papież w orędziu zatytułowanym: „Słuchać i pościć. Wielki Post jako czas nawrócenia”.

Starajmy się nauczyć się ważyć słowa i pielęgnować uprzejmość: w rodzinie, wśród przyjaciół, w miejscach pracy, w mediach społecznościowych, w debatach politycznych, w środkach przekazu, we wspólnotach chrześcijańskich. Wtedy wiele słów nienawiści ustąpi miejsca słowom nadziei i pokoju” – apeluje Leon XIV.

Źródło: KAI

Wielkopostna asceza. Czyli po co i jak się umartwiać?

Wielkopostna asceza. Czyli po co i jak się umartwiać?

Adrian Fyda pch24.pl/wielkopostna-asceza-czyli-po-co-i-jak-sie-umartwiac/

(PCh24.pl)

Rozpoczynamy dziś Wielki Post – czas w którym podejmujemy umartwienia, post, odmawiamy sobie różnych przyjemności. Ktoś mógłby jednak zapytać: po co to wszystko? Dlaczego dziś mamy zjeść tylko jeden posiłek do syta? Po co mamy rezygnować z rzeczy, które dają nam trochę przyjemności wśród trudów codziennego życia? Oczywiście jedną motywacją jest fakt, że sam Chrystus dał nam przykład czterdziestodniowego postu. Ale są jeszcze inne powody.

Nauka samodyscypliny

W czasie dojrzewania i dorosłości człowiek uczy się samodyscypliny. Wcześniej to głównie rodzice decydowali o tym, co można jeść, kiedy kłaść się spać, wstawać czy jak spędzać wolny czas. Teraz jednak sam zaczyna dokonywać tych wyborów. Dorosłość oznacza, że wiele rzeczy jest dozwolonych, przynajmniej prawnie. Jeśli ktoś chce spać do południa albo jeść niezdrową żywność – może to robić, ale poniesie również konsekwencje swoich decyzji. Nie wstając na czas, można stracić pracę; jedząc zbyt dużo cukru, pogorszyć swoje zdrowie. Przykłady można by tu mnożyć.

Dlatego człowiek potrzebuje wyrobić w sobie dobre nawyki, a doskonałą okazją ku temu jest Wielki Post. To czas, w którym możemy podjąć postanowienia z miłości do Boga, a jednocześnie uczyć się samodyscypliny. To choćby szansa, by wyrobić w sobie nawyk kładzenia się spać o rozsądnej porze, co z kolei sprawia, że rano wstaje się łatwiej. Podobnie jest z innymi nawykami: ograniczanie niezdrowych przekąsek, praca nad swoimi wadami itp. – wszystko to przynosi realne korzyści w życiu. A rezygnacja z niepotrzebnych czynności, takich jak oglądanie filmów czy przeglądanie mediów społecznościowych, daje więcej czasu na obowiązki, modlitwę czy bliskich.

Trzymanie ciała w ryzach

Samodyscyplina wiąże się również z umiejętnością trzymania ciała w ryzach. Każdy doświadcza bowiem sytuacji, w których rozum zderza się z pożądaniami ciała. Rozum nakazuje powstrzymanie się od zjedzenia czegoś niezdrowego lub od poddania się przyjemnościom, ale na skutek słabości człowiek często ulega pokusie, a potem tego żałuje.

Umartwienia pomagają przezwyciężać takie sytuacje, ucząc ciało słyszeć „nie”. Dlatego kierownicy duchowni zalecają – nie tylko w Wielkim Poście – podejmowanie choćby drobnych wyrzeczeń. Rezygnacja z czegoś do jedzenia, zimny prysznic zamiast ciepłego, przesunięcie sprawdzenia mediów społecznościowych na później – w każdej takiej decyzji mówimy ciału „nie” lub chociaż „nie teraz”. Powtarzanie takich czynności, choć może sprawiać chwilowy dyskomfort, przynosi nagrodę w przyszłości. Nauka panowania nad ciałem wzmacnia naszą wolę, gdy pojawiają się pokusy.

Do umartwiania ciała zachęca nas również Ewangelia. Kiedy Apostołowie zapytali Chrystusa, dlaczego nie mogli wyrzucić pewnego rodzaju złego ducha, On im odpowiedział: „Ten rodzaj można wyrzucić tylko modlitwą i postem” (Mk 9,28). Z kolei św. Franciszek Salezy tak pisał we „Wprowadzeniu do życia duchowego”:

Post nie tylko wznosi umysł, ujarzmia ciało, umacnia dobroć i przynosi nagrodę niebieską, lecz także uczy panowania nad łakomstwem oraz poddawania zmysłowych pożądań i całego ciała prawu ducha. Nawet jeśli możemy uczynić niewiele, nieprzyjaciel lęka się tych, o których wie, że potrafią pościć.

Zdrowie

Portal healthline.com zebrał publikacje naukowe dowodzące różne korzystne efekty postu dla zdrowia. Okazuje się, że post wspomaga kontrolę poziomu cukru we krwi, ogranicza stany zapalne, korzystnie wpływa na ciśnienie krwi, chroniąc jednocześnie serce; pomaga także w utrzymaniu odpowiedniej masy ciała oraz może zapobiegać nowotworom. Zatem podejmując post – zarówno ilościowy, jak i jakościowy – nie tylko wykształcamy dobre nawyki i trzymamy ciało w ryzach, ale również dbamy o swoje zdrowie fizyczne.

Jakie umartwianie najlepiej wybrać?

Przewodnicy duchowi podkreślają, że najlepsze umartwienia to te, które Bóg nam zsyła – czyli codzienne obowiązki i przeciwności, które nas napotykają. Dla matki może to być cierpliwe znoszenie trudów rodzicielstwa, dla kapłana – odmówienie Brewiarza pomimo zmęczenia. To także cierpliwe znoszenie chorób, trudności w pracy czy w rodzinie. Takie naturalne wyzwania są często bardziej wartościowe duchowo niż wymyślone surowe posty i uczą nas posłuszeństwa woli Bożej.

Dobrowolne umartwienia nie powinny szkodzić zdrowiu ani przeszkadzać w wypełnianiu obowiązków. Post ma sens tylko w granicach zdrowego rozsądku. Zbyt ciężkie postanowienia mogą sprawiać pozorne poczucie spełnienia, podczas gdy Bóg pragnie przede wszystkim naszej wierności i codziennej współpracy z Jego planem – jak mówi Pierwsza Księga Samuela: „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sam 15,22). Św. Franciszek Salezy tak pisał o zbyt ciężkich pokutach:

Nie pochwalam długich i nadmiernych postów, zwłaszcza u ludzi młodych. Doświadczenie nauczyło mnie, że gdy źrebię zbyt się zmęczy, schodzi z drogi; podobnie młodzi, osłabieni przesadnym postem, łatwo popadają w pobłażanie sobie. Jeleń nie biegnie dobrze ani wtedy, gdy jest zbyt tłusty, ani gdy zbyt chudy – i tak samo my jesteśmy narażeni na pokusy zarówno przy nadmiarze jedzenia, jak i przy jego niedostatku. W jednym przypadku ciało staje się ospałe, w drugim – przygnębione; i jak nie możemy go znieść w pierwszym, tak ono nie zniesie nas w drugim. Brak umiaru w poście, umartwieniach i surowości uczynił wielu ludzi niezdolnymi do dzieł miłosierdzia w najlepszych latach życia, jak stało się to ze św. Bernardem, który żałował swej nadmiernej surowości. Kto na początku źle obchodzi się z ciałem, na końcu musi je nadmiernie rozpieszczać. Rozsądniej jest traktować je roztropnie, stosownie do pracy i powołania. (…) Jeśli twoja praca jest konieczna lub pożyteczna dla chwały Bożej, wolałbym, abyś znosiła zmęczenie pracy, a nie postu.

Asceza to nie tylko cielesne wyrzeczenia

Podejmowane umartwienia nie muszą mieć wyłącznie wymiaru cielesnego. Mogą bowiem dotyczyć myśli, słów czy cierpliwego znoszenia trudnych sytuacji. Osoba, która grzeszy myślą lub marnuje czas na niepotrzebne rozmyślania, może podjąć ćwiczenie nad kierowaniem myśli ku dobremu, a kto zmaga się z wielomówstwem lub obmową, może powstrzymać się od pewnych słów. Cennym wielkopostnym ćwiczeniem jest również cierpliwe znoszenie uszczypliwości innych, a może nawet pojednanie się z kimś pokłóconym.

Zbliżanie się do Boga

Każda forma podejmowanej ascezy przybliża nas do Pana Boga. Najważniejsze jest jednak, aby cierpienie wynikające z wyrzeczenia połączyć z cierpieniem Chrystusa na krzyżu i ofiarować je Ojcu Niebieskiemu. W ten sposób upodabniamy się do cierpiącego Zbawiciela. Jeśli wyrzeczenie dokonuje się w łasce uświęcającej i z miłości do Boga, staje się aktem zasługującym – takim, który zbliża nas do Niego i wspiera naszą drogę ku wieczności. O konieczności ascezy naucza także Katechizm:

Droga do doskonałości wiedzie przez Krzyż. Nie ma świętości bez wyrzeczenia i bez walki duchowej. Postęp duchowy zakłada ascezę i umartwienie, które prowadzą stopniowo do życia w pokoju i radości błogosławieństw (KKK 2015).

Wielkopostne postanowienie każdy wybiera sam. Musi być dostosowane do stanu życia, kondycji zdrowotnej oraz własnych słabości i grzechów. Nie chodzi o to, by na 40 dni odmówić sobie słodyczy, a potem powrócić do nich. Celem jest raczej zmiana życia na lepsze – tak, aby dobry nawyk czy wolność od konkretnego grzechu pozostała z nami także po Wielkanocy.

Adrian Fyda

Kilka słów o programie finansowym SAFE

Kilka słów o programie finansowym SAFE

Rumunia przynajmniej nie udaje, że „europejska solidarność” to coś więcej niż dobrze opakowany biznes. Bukareszt wyłożył kawę na ławę: oto 21 programów finansowanych z SAFE, oto kwoty, oto konkretne systemy. Bez mgły, bez marketingowej waty, bez patriotycznych uniesień przykrywających faktury wystawiane w euro.

A rachunek? Płacimy wspólnie. Zarabiają głównie Niemcy.

W domenie lądowej nie ma sentymentów – są twarde kontrakty. 139 transporterów Piranha V od General Dynamics European Land Systems za ponad 761 mln euro. Do tego 198 bojowych wozów piechoty nowej generacji za niemal 3 mld euro. Ponad 1370 ciężarówek logistycznych. Zintegrowane stanowiska dowodzenia OPL. Setki wyrzutni i prawie tysiąc pocisków do przenośnych zestawów przeciwlotniczych.

A wisienka na torcie? Systemy Rheinmetall: SKYNEX (476 mln euro) i Skyranger 35 (330 mln euro). Nowoczesne, skuteczne, drogie – i niemieckie.

To już nie jest tylko modernizacja armii. To jest transfer środków w ramach „europejskiego mechanizmu”, który w praktyce pompuje miliardy do przemysłu zbrojeniowego naszych zachodnich sąsiadów. I nie chodzi o to, że sprzęt jest zły. Chodzi o to, że ktoś na tym systemowo wygrywa.

W domenie morskiej – dwa kolejne systemy przeciwlotnicze bliskiego zasięgu Millennium od Rheinmetall, okręty patrolowe za 700 mln euro, jednostki do współpracy z nurkami. Znowu: konkret, liczby, producenci.

Powietrze? Potraktowane po macoszemu. Bo SAFE nie jest od budowania pełnoskalowych sił powietrznych. SAFE jest od tego, by europejski przemysł – głównie zachodni – miał zyski.

Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak coś innego.

Rumunia – drugi największy beneficjent SAFE (ok. 16 mld euro) – opublikowała listę projektów. 10 programów krajowych, 11 międzynarodowych. Wiemy, na co idą pieniądze. Wiemy, kto produkuje. Wiemy, kto zarobi.

A Polska? Cisza. Niedopowiedzenia. Ogólniki.

I tu jest sedno problemu.

Nie chodzi o to, że Rumunia kupuje niemieckie systemy. Każde państwo ma prawo kupować najlepsze dostępne rozwiązania. Chodzi o to, że mechanizm finansowy, który w założeniu miał wzmacniać wspólne bezpieczeństwo, w praktyce cementuje dominację kilku największych graczy przemysłowych.

SAFE staje się narzędziem redystrybucji środków z peryferii do centrum. Z podatników Europy Środkowo-Wschodniej do koncernów z Niemiec i kilku innych państw „starej Unii”.

Europejska solidarność czy europejski rachunek zysków?

Można oczywiście powiedzieć: takie są realia rynku. Niemcy mają rozwinięty przemysł, więc sprzedają. Ale jeśli wspólne kredyty mają finansować głównie zamówienia u największych, to przestajemy mówić o solidarności, a zaczynamy o strukturalnej przewadze.

Rumunia przynajmniej nie udaje, że jest inaczej. Pokazała liczby. Pokazała beneficjentów. Pokazała, że SAFE to nie abstrakcyjny „fundusz bezpieczeństwa”, tylko bardzo konkretne miliardy płynące do bardzo konkretnych firm.

I może właśnie dlatego ta transparentność boli bardziej niż same kontrakty.

Bo kiedy patrzymy na te 16 miliardów euro, widzimy coś więcej niż modernizację rumuńskiej armii. Widzimy mapę przepływu pieniędzy w Europie. I widzimy, kto w tej układance rozdaje karty.

I teraz najważniejsze pytanie, którego wielu woli nie zadawać:

Czy ktoś jeszcze naprawdę wierzy, że w Polsce będzie inaczej???

Bo spójrzmy uczciwie na mechanizm, a nie na hasła.

Jeśli SAFE działa według tej samej logiki w całej Unii – wspólny kredyt, wspólne ramy, preferencja dla projektów „europejskich”, czyli w praktyce realizowanych przez największe zachodnie koncerny – to dlaczego akurat w Warszawie miałby nagle nastąpić cud gospodarczy?

Czy nagle okaże się, że:

miliardy euro zostaną w polskim przemyśle?

polskie zakłady staną się głównym integratorem systemów?

technologie będą transferowane, a nie tylko montowane?

łańcuch dostaw przesunie się nad Wisłę?

Naprawdę?

Rumunia przynajmniej nie owija w bawełnę. Widzimy wprost: Rheinmetall, GDELS, zachodni dostawcy, zachodnie technologie, zachodnie marże. My też znamy ten schemat. Licencja, montownia, offset w folderze reklamowym i „strategiczne partnerstwo”, które kończy się na śrubokręcie.

Jeśli Polska wejdzie w SAFE na tych samych zasadach, to efekt będzie bardzo podobny. Duże zamówienia trafią tam, gdzie są gotowe produkty, certyfikacje, polityczne wpływy i kapitał. A kto to ma? Berlin, Paryż, Madryt – nie Radom, nie Stalowa Wola, nie Gliwice jako pełnoprawni właściciele technologii.

Oczywiście, ktoś powie: „ale przecież bezpieczeństwo nie ma ceny”. To prawda. Tyle że suwerenność przemysłowa też jej nie ma – a bez niej bezpieczeństwo zawsze będzie częściowo zależne od czyjejś fabryki, czyjejś decyzji eksportowej, czyjejś polityki.

SAFE w obecnym kształcie wygląda bardziej jak mechanizm stabilizacji zachodniego przemysłu obronnego niż realna próba wyrównania potencjałów w całej UE.

Więc jeszcze raz:

czy ktoś naprawdę sądzi, że w Polsce będzie inaczej?

Bo jeśli nie zmienią się zasady gry, zmienią się tylko numery kontraktów. Beneficjenci pozostaną ci sami.

Za stronę fb – Dariusza Piechaczka

Jeśli zapomnimy o nich… Rada Pokoju a mord Palestyńczyków.

Jeśli zapomnimy o nich…

Czym jest założona przez amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Rada Pokoju, już wiadomo. Wiadomo także, kto ją podpisał w szwajcarskim kurorcie i kto został do niej jeszcze zaproszony.

Niejasne jednak pozostają nadal jej cele, co budzi poważne kontrowersje na poziomie geopolitycznym, podobnie jak jednostronny charakter jej powołania – przez amerykańskiego prezydenta. W tej jednej informacji kryją się dwie przesłanki dla oczywistej konkluzji. Powołanie Rady przez jednego prezydenta i stojące za nim jedno państwo, a także poddanie jej kontroli przez tego  jednego prezydenta i to jedno państwo pozwala z pełnym przekonaniem stwierdzić, że będzie ona służyć interesom Waszyngtonu i ewentualnie jego wybranym sojusznikom. Którym – już wiadomo.

Pokusa złej sławy

W kontekście zaproszenia do jej składu, jakie otrzymał od Donalda Trumpa prezydent Nawrocki, musimy zapytać, czy wejście do Rady będzie służyć interesom Polski. Zdania polityków są w tej sprawie podzielone i choć głosowanie nad nią w sejmie nie jest nawet zapowiedziane, z góry możemy przypuszczać, że większość – formalnie bądź nieformalnie, symbolicznie – zgodzi się na udział Polski w tej Radzie. Amerykano-filia, na którą zapadły po 1989 roku nie tylko środowiska polityczne, ale również ogół Polaków, jest bowiem  chorobą skomplikowaną, trudną do wyleczenia poprzez zwykłą terapię patriotyczną. Polska amerykanofilia wyrosła bowiem nie tylko na fałszywym micie Ameryki jako imperium dobra i na  iluzji naszego bezpieczeństwa w wasalnym sojuszu z Waszyngtonem, ale również na rusofobii, która przybrała kształt rasistowskiej nienawiści do Rosji i Rosjan. To nie tylko program polityczny, fenomen psychologiczno-socjologiczny, ale również postawa moralna.

Ci, którzy zachłysnęli się z zachwytu nad zaproszeniem polskiego prezydenta do Rady, są odporni na argumenty logiczne i odwołania do nowego porządku globalnego – klubu mocarstw, wśród których USA nie mają już hegemonicznego znaczenia. Również ci, którym przeszkadza w Radzie jedynie obecność prezydentów: Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki – tkwią mentalnie w epoce zimnej wojny i nie są w stanie zauważyć, że Polska nie ma możliwości, aby izolować ich na arenie międzynarodowej. I jedni i drudzy odrywają polską politykę od nowej rzeczywistości geopolitycznej i nowego porządku globalnego. Jeszcze nie przyjęli do wiadomości, że podział na dwa antagonistyczne światy Wschód-Zachód został zastąpiony przez klub mocarstw, w którym uwielbiana przez nich Ameryka jest tylko jednym z członków, a hegemonem pozostaje tylko w zniewolonym umyśle Polaków. Z uporem maniaka podtrzymują sztucznie ten mit Ameryki i nie wyciągają żadnych wniosków z podporządkowania naszych interesów jej interesom.

Nie podsumowaliśmy jeszcze strat, wynikłych z naszego uczestnictwa w prewencyjnych wojnach USA w Afganistanie i na Bliskim Wschodzie, jeszcze nikt w Warszawie nawet nie myśli o wystawieniu Kijowowi i Waszyngtonowie polskiego rachunku za nasz udział w wojnie na Ukrainie, a już wielu widzi nas w Trumpowskiej Radzie. Wielu też – z J. Kaczyńskim na czele – nie pytając o zdanie polskich podatników, gotowych jest zainwestować osławiony miliard dolarów za uczestnictwo w jej gronie. Jednym słowem: straciliśmy przy Ameryce, tracimy i tracić będziemy. Nie tylko politycznie i finansowo, ale również moralnie i kulturowo-cywilizacyjnie.

Te ostatnie straty są szczególnie bolesne, bo zapisywane na niechlubnych kartach historii i w sumieniu ducha narodu, które podpowiada nawrócenie i zadośćuczynienie. Uczestnictwo w Radzie obciąży nas jeszcze bardziej. Aby tego uniknąć wystarczy, że uświadomimy sobie jej stosunek do Strefy Gazy oraz do Palestyńczyków, a także dotychczasową wobec nich politykę D. Trumpa.

Po pierwsze: naród palestyński

Zarówno ojciec-założyciel Rady, jak i stojący za jego plecami premier Izraela B. Netanjahu robią wszystko, aby świat zapomniał o tragedii prawowitych właścicieli Strefy Gazy – o narodzie palestyńskim. Robią wszystko, abyśmy już nie pamiętali o ludobójstwie dokonanym i dokonywanym nadal na tym narodzie przez Izrael, o wywłaszczeniach i przesiedleniach jego ludności przez izraelską armię, o wyburzeniach palestyńskich osiedli i miast, o ucieczce ich mieszkańców przed armią najeźdźców, o zmuszeniu do życia w namiotach – również w zimie – przez kolejne lata,  o odcięciu od pomocy humanitarnej i skazaniu na śmierć głodową, która dotknęła tysięcy mieszkańców tej palestyńskiej enklawy. Program Rady Pokoju nic nie mówi o tych męczennikach XXI wieku – ofiarach amerykańsko-izraelskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Wiele natomiast mówi o przekształceniu wybrzeża Strefy Gazy w nowoczesną „Riwierę Bliskiego Wschodu”, na której kształt i powstanie Palestyńczycy nie mają żadnego wpływu. Gotową jej  wizję, nie konsultowaną ze stroną palestyńską, przedstawił w Davos zięć Trumpa Jared Kuschner.

Czy wizja tego drugiego Dubaju ma przesłonić światu obraz piekła, jakie zgotowała Palestyńczykom amerykańsko-izraelska polityka w ich ojczyźnie? Czy przekształcenie Strefy Gazy – współczesnego palestyńskiego getta – w kurort ma w ostateczności wywłaszczyć ich z prawa do własnej ziemi i zapewnić krociowe dochody ze zbudowanych apartamentów  amerykańskim i izraelskim firmom deweloperskim?. Kto zasiedli tych 180 luksusowych wieżowców pokazywanych w Davos?

Takie pytania rodzi w odbiorcy komunikatów politycznych przymus aksjologiczny, nade wszystko moralny, który budzi w człowieku szczególną więź solidarności z narodem eksterminowanym, szykanowanym, poniżanym. To jest ten przymus moralny, który nie pozwala uśpić naszych sumień. Genialnie wyraził go Adam Mickiewicz w scenie pierwszej trzeciej części Dziadów w wystąpieniu Jana Sobolewskiego, który przedstawia swoim więziennym towarzyszom widzianą w czasie powrotu z przesłuchania wywózkę na Sybir polskich studentów. „Jeśli zapomnę o Nich, Ty Boże na Niebie, Zapomnij o mnie!”.

To ponadwiekowe i ponadkulturowe świadectwo solidarności z ofiarami polityki unicestwiania słabszych, biedniejszych, niewinnych – w imię uzurpowanej władzy nad nimi i resztą świata, egoistycznych, nieetycznych interesów oraz rodzących je mocy zła. To ponadczasowy apel i zarazem mistyczno-metafizyczna suplikacja dotycząca współcześnie  eksterminowanych Palestyńczyków i naszego do nich stosunku.

Po drugie: państwo palestyńskie

25 stycznia b.r. przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie miała miejsce manifestacja pod hasłem „Nigdy więcej dla nikogo” – dedykowana nie tylko prezydentowi Nawrockiemu, ale również wszystkim Polakom; niestety, przemilczana przez media głównego nurtu. Jej organizatorzy – na czele z działającą w Polsce propalestyńską organizacją Global Movement To Gaza – domagali się respektowana prawa międzynarodowego i ukarania sprawców ludobójstwa dokonanego na mieszkańcach Strefy Gazy.

W tym celu przypomnieli tragiczną śmierć sześcioletniej Palestynki Hind Rajab – jednego z 20 tysięcy dzieci zabitych w Strefie – i pokazali replikę samochodu, w którym zginęła wraz ze swoją całą rodziną. Nawiązano zarazem do nominowanego  do Oscara filmu Głos Hind Rajab przedstawiającego los tej małej męczennicy palestyńskiej jako świadectwo ludobójstwa naszych czasów, dokonywanego przy pomocy najnowszych technologii, pod osłoną kultury eksterminacji utworzonej – jak to przedstawia Paweł Mościcki w swojej książce Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji – przez kolektywny Zachód dla amerykańsko-izraelskich interesów.

Przypomnijmy: Hind Rajab zginęła – uwięziona z zabitymi członkami swej rodziny w ostrzelanym przez izraelskich żołnierzy aucie – błagając przez 3 godziny o pomoc. Pomoc nie nadeszła, ponieważ zabici zostali również ratownicy, którzy mogli to dziecko uratować.

Czy polscy politycy, promujący uczestnictwo polskiego prezydenta w Trumpowskiej Radzie Pokoju odrzucają Mickiewiczowski apel o solidarność z ofiarami nieludzkiej polityki? Czy wybierają solidarność z katami tych ofiar i popierają ich eksterminacyjną  politykę? Jeśli tak, to nie mają prawa powoływać się na polską rację stanu. Polska racja stanu nigdy bowiem nie była niemoralna.

Tymczasem sytuacja w palestyńskiej enklawie jest wciąż tragiczna. Opublikowany 29 stycznia b.r. na stronie msn.com/pl [i] reportaż przebywającego w niej Łukasza Dynowskiego może budzić jedynie oburzenie z powodu trwającego nadal ludobójstwa, ostrzałów ludności cywilnej, bombardowań resztek zabudowań, przesuwania przez izraelską armię żółtej linii. „Plan pokojowy – pisze reporter – ogłoszony w październiku 2025 przez amerykańskiego prezydenta, nie zatamował rozlewu krwi, sprawił tylko, że konflikt gotuje się na wolnym ogniu”.

I uzupełnia to spostrzeżenie konkretnymi danymi, przemilczanymi w mediach głównego nurtu, również  katolickich. Przypomina, że amerykańsko-izraelski plan pokojowy podzielił Strefę Gazy na dwie nierówne części, uwidocznione przez tzw. żółtą linię. Mniejszą (47 proc. terytorium) wyznaczono dla Palestyńczyków, większą (53 proc.) – dla wojsk Izraela. Ta druga wciąż jest poszerzana. Z reportażu dowiadujemy się, że: „Wojsko miało się stopniowo wycofywać i oddawać okupowane tereny Palestyńczykom. Póki co jednak ruch odbywa się w kierunku odwrotnym – żółta linia jest przesuwana w głąb enklawy, w niektórych miejscach nawet o kilkaset metrów”.

Jeszcze bardziej porażające dane dotyczą kolejnych ofiar trwającego ludobójstwa. „Odkąd – czytamy – 10 października  weszło w życie zawieszenie broni, zginęło 500 Palestyńczyków, a ponad 1,3 tys. zostało rannych (w sumie od początku wojny śmierć poniosło co najmniej 71 tys. osób, w tym 20 tys. dzieci)”. Promowana przez USA izraelska eksterminacja narodu palestyńskiego trwa, pomimo powołanej 22 stycznia b.r. przez amerykańskiego prezydenta Rady Pokoju. Jej tragiczne żniwo powiększają ofiary zimy, spędzanej przez wielu mieszkańców enklawy w namiotach. Gdy temperatura spada do ok. 5 stopni  Celsjusza, a ponadto pojawiają się ulewy i silny wiatr – ludzie umierają z wychłodzenia.

„W ubiegłym tygodniu – notuje reporter – z wychłodzenia zmarła 3-miesięczna dziewczynka – już dziesiąte dziecko, którego śmierć spowodowała hipotermia”. Ponadto mieszkańców tego nowego typu getta dotyka ciągle głód. Mówią o tym koczownicy z namiotów: „Tysiące ludzi dalej cierpią z powodu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Pomoc nie dociera do wszystkich. Poza tym mieszkańców nie stać na zakup jedzenia. Infrastruktura została zniszczona, ludzie stracili źródło dochodu – relacjonuje Al-Sabbah. Abusalama dodaje, że ceny jedzenia są bardzo wysokie i większość ludzi nie ma wystarczających środków, aby zaspokoić swoje potrzeby. – Ceny powoli spadają, ale to Izrael ciągle kontroluje ilość, jakość i rodzaj żywności, która dociera do Gazy –stwierdził”.

Czy doradcy prezydenta Nawrockiego wiedzą coś na ten temat? Czy też słuchają i czytają jedynie polskich amerykano-filów spod znaku Trumpa – pracujących na złą sławę Polski?

Jeszcze jeden głos

Przytoczne świadectwa i relacje ze Strefy Gazy mówią jedno: od ubiegłorocznego zawieszenia broni oraz od  zaistnienia Rady Pokoju sytuacja narodu palestyńskiego nie tylko się nie poprawiła, ale przeciwnie – pogorszyła. Wymienione wydarzenia nie odjęły Palestyńczykom cierpień, ale je powiększyły. Ponadto odebrały szansę nas zaistnienie własnego państwa – z mocno zarysowanymi na geopolitycznej mapie granicami, z własnymi władzami. Żadne inne państwo i żadna rada nie poprawi bowiem ich losu.

Głusi i ślepi na tę prawdę trumpiści znad Wisły chcieliby znieczulić do końca nasze sumienia i wracają do archaicznych w nowym porządku świata transatlantyckich haseł – o roli USA w zapewnieniu Polsce bezpieczeństwa  wobec „rosyjskiego zagrożenia”. Warto więc postawić im pytanie: jakie bezpieczeństwo zapewniła Ameryka nie tylko Palestyńczykom, ale również innym narodom na kontrolowanym przez Waszyngton Bliskim Wschodzie – Irakijczykom, Libańczykom, Libijczykom, Syryjczykom?  Jakie bezpieczeństwo zapewniła Ukraińcom, chcąc wciągnąć ich kraj do NATO i przejąć kontrolę nad ich metalami ziem rzadkich?

Polskim amerykano-filom, którzy jeszcze do niedawna usiłowali wbić Polakom do głowy absurdalną tezę o istnieniu nieistniejącej cywilizacji judeochrześcijańskiej, warto dedykować jeszcze jeden głos ze Strefy Gazy. To błaganie palestyńskich chrześcijan o ratunek przed „terroryzmem izraelskich osadników”. Problem przedstawił na początku lutego b.r. nczasinfo.pl [ii] – powołując się na materiał lifesitenews.com.

Jest to bardzo ważne wypełnienie wielkiej luki w wiedzy Polaków na temat barbarzyńskiego rugowania chrześcijaństwa nie tylko z obszaru Bliskiego Wschodu, ale również z samej Ziemi Świętej. <Palestyńscy przywódcy chrześcijańscy – czytamy – wystosowali apel do chrześcijan na całym świecie, by „wypełnili swoją moralną, duchową i etyczną odpowiedzialność” i udzielili natychmiastowej pomocy chrześcijanom w Palestynie z powodu „narastającej kampanii ataków terrorystycznych izraelskich osadników na ich starożytne społeczności”.

Wyższy Prezydencki Komitet ds. Kościołów w Palestynie prosi o „stałą presję międzynarodową w celu zapewnienia skutecznej ochrony palestyńskiej ludności cywilnej, w tym chrześcijanom”>. Przytoczony fragment publikacji nie wymaga żadnego komentarza, podobnie jak zawarte w niej dane tamtejszego Komitetu Kościelnego, według których „nielegalni terroryści-osadnicy przeprowadzili ponad 4723 ataki tylko w 2025 roku, a także 720 dodatkowych ataków z bezpośrednim udziałem (izraelskich) sił okupacyjnych’”.

To – jak podkreślają chrześcijanie z Ziemi Świętej – polityka nie tylko eksterminacji, ale również „wymazywanie dawnej obecności Palestyńczyków na ich uznanych przez społeczność międzynarodową terytoriach”.

Dlaczego Polska

Dlaczego Trump zaproponował polskiemu prezydentowi i zarazem Polsce członkostwo w Radzie Pokoju? Wiemy wszyscy jedno: na pewno nie dlatego, że jesteśmy silnym podmiotem na arenie międzynarodowej – bo nim nie jesteśmy.

Możemy natomiast zaryzykować tezę, iż dlatego, że polski prezydent jest katolikiem, a Polska katolickim krajem. Jesteśmy widziani w Radzie Pokoju jako ci, którzy mieliby legitymizować w przestrzeni katolickiego uniwersum zaprezentowany w Davos „projekt inwestycyjny” dla Strefy Gazy. Protestanckich syjonistów – o ich roli w amerykańskiej polityce wiele razy pisał redaktor Paweł Lisicki – reprezentuje sam prezydent Trump. Potrzebni są mu jeszcze do kompletu katoliccy syjoniści.

[i] https://www.msn.com/pl-pl/wiadomości/other/rosnący-strach, 3.02.2026.

[ii] Palestyńscy chrześcijanie błagają o pomoc „przeciwko terroryzmowi” żydowskich osadników – lifesitenews.cpm/nczas.info; 3.02.2026.

Prof. Anna Raźny Myśl Polska, nr 7-8 (15-22.02.2026)

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie,

które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają

Rafał Drzewiecki 11 maja 2021, forsal/dzieci-pierdoly-hodujemy-zombie-ktore-nie-wiedza-kim-sa-i-dokad-zmierzaja

Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.

Laptop w szkole
ShutterStock

Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności.

Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.

– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”.

Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.

Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.

Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło.

Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.

„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.

Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.

Jaka jest kondycja dzieci i młodzieży w Polsce?

Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7.

O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.

– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistyczno-społecznego w Sopocie.

Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.

>>> Czytaj też: Pacyfiści? Wysadźmy ich [Motofelieton Łukasza Bąka]

Czy warto być supermanem?

Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie.

Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.

Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.

Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.

Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.

Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę.

Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa.

Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.

Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.

– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.

– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.

Być to być widzianym

Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.

Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.

Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące „naukowych” prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.

Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.

Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Joanna Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.

Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.

Jak pokonać bezradność?

Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.

– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.

Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność.

– Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle.

Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.

Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.

Wychowujemy pierdoły, bo nie wyciągamy wniosków

[Jak każdy artykuł – oceniam przed umieszczeniem. Tu – raczej częściej zgadzam się z cytatami podanymi kursywa. la obecnych rodziców – ważna polemika. Ale poczytajcie artykuł krytykowany… MD]

================================================

Blog Ojciec by Kamil Nowak

Wychowujemy pierdoły, bo nie wyciągamy wniosków

Przez BlogOjciec 2015-09-07

Czyli mój komentarz do tragicznego artykułu. [czemu „tragiczny”?? MD]

Czy dzieci to pierdoły?

Przeczytałem właśnie artykuł pt. „Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają”, o tym jak to obecne dzieci mają dwie lewe ręce, bo są „chowane pod kloszem”. I jak to kiedyś było dobrze, bo jak chłopak dostał wpierdziel od silniejszego kolegi, to się mu mówiło, żeby się nie mazgaił i był mężczyzną. I jak to było cudownie, że nie było zakazów, bo można było skakać na główkę w niebezpiecznych miejscach i nikomu nic się nie stało (no przynajmniej autor artykułu nikogo takiego nie zna, a że jest (przynajmniej w swoim mniemaniu) największym na świecie autorytetem w tej kwestii, to nie ma co dyskutować). I im bardziej się zagłębiam w ten artykuł, tym więcej absurdów widzę, a jednocześnie zauważam mnóstwo osób, które się tą idiotyczną grafomanią zachwycają. Dlatego postanowiłem rozłożyć to na czynniki dwie najważniejsze rzeczy: dlaczego autor się myli i dlaczego tak bardzo.

Cały artykuł do którego się odnoszę znajduje się tutaj. Ja oczywiście nie twierdzę, że wszystkie dzieci takie są jak ja to poniżej opisuję. Po prostu nie zgadzam się na twierdzenie autora, że WSZYSTKIE dzieci obecnie są takimi pierdołami, za jakie autor je uważa, bo to jest zwyczajnie nieprawdziwe.

Obozy przetrwania czy obozy luksusu?

Najpierw mamy porównanie obecnych obozów, z obozami, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. Jak to kiedyś był survival, a teraz mamy wszystko podane na gotowo.  Tu jednak niewiele mogę skomentować, bo to nijak wina rodziców, a kwestia wymogów sanepidu. Dlatego lecimy dalej:

„– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.”

Moja córka była w tym roku na czterech kilkudniowych obozach/wyjazdach. I to prawda, że miała ze sobą telefon, ale dzwoniła może ze dwa razy, bo miała lepsze rzeczy do robienia. Bo świetnie się bawiła, chodząc po lasach czy pływając w morzy. A na zdecydowanej większości takich wyjazdów, jest zakaz zabierania tabletów, a telefony dzieci dostają na 15-30 minut dziennie, więc może wystarczy wybrać odpowiednie obozy?

A co do matek, które skarżyły się na tragiczne warunki higieniczne na obozach. Mój pięciolatek był w ubiegłym roku na kolonii (bez rodziców – patologia, nie?) i wrócił brudny jak nigdy, bo zawsze jak się myli, to on już spał. Przeżył? Przeżył. Wrócił? Wrócił. I był szczęśliwy jak nigdy w życiu.

Dzieci lasu

„[Były harcmistrz] Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki.”

Nie wiem o jakich dzieciach on mówi, ale moje dzieci i jagody i grzyby w lesie zbierają. Tak, ten czteroletni też. A pająki to raz hodowali za oknem, bo chcieli, żeby im komary zjadały. Zresztą całkiem sensowny plan, trzeba przyznać.

Chorobliwe dzieci

„Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.”

Mam trójkę dzieci i jedyny antybiotyk jaki mój syn dostał, jak sobie rozciął kolano i wdało się zakażenie. A rozciął je łażąc po drzewie. To tak w kwestii braku ruchu.

Bo bicie jest podstawą wychowania

„Nikt mu [harcmistrzowi] nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś.”

I prawidłowo, że nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo lekcje powinny odrabiać dzieci. Tutaj całkowicie popieram Natalię. Jednak bicie za błędy ortograficzne dziecka z dysORTOgrafią (dysgrafia jest wtedy, gdy brzydko piszemy – następnym razem polecam autorowi sprawdzić o czym pisze), jest jak bicie głuchego dziecka, żeby lepiej słyszało. Zwyczajnie głupie i nieodpowiedzialne.

Ryzykowaliśmy życiem i było świetnie

„Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił.”

Uwielbiam to. Uwielbiam podawanie jednego przykładu i tworzenie z tego reguły. W takim razie polecam autorowi, tudzież harcmistrzowi zagranie w rosyjską ruletkę kilkadziesiąt razy. Ja zagrałem raz i przeżyłem, więc strachu nie ma, prawda? Zresztą innym przykładem są pasy bezpieczeństwa, których dawniej nie stosowano, a teraz to w ogóle wymyślają jakieś cuda z fotelikami i innymi niepotrzebnymi rzeczami. Na co to komu? My tego nie mieliśmy i było super!

Być mężczyzną, to brzmi dumnie

„Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks.”

O ile jak najbardziej popieram ideę zapisania dziecka na boks po takiej sytuacji (czy inną sztukę walki), o tyle pisałem już jak naprawdę działają słowa „bądź mężczyzną”. Niestety statystyki są nieubłagane i aż dziewięciu mężczyzn w Polsce każdego dnia popełnia samobójstwo. Koniecznie chcemy zwiększyć tą ilość?

Pokolenie gnijących niedorajdów

„W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.”

Dokładnie tak jest. Tylko, że autor zupełnie zapomina, że Ci wszyscy nieudacznicy i te wszystkie życiowe niedorajdy, wychowały się w rodzinach, które postępowały DOKŁADNIE tak, jak radzi autor. To właśnie podążanie za radami takich pseudopsychologów, którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym jak się rozwija dziecięcy mózg, doprowadziło do obecnej patologii i czterdziestoletnich dzieci żyjących na garnuszku rodziców.

Sprawność ruchowa

„30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie.”

Tutaj następuje przybliżenie tego, jak to we wszystkim obecna młodzież jest gorsza. Prawdopodobnie te statystyki nie kłamią, bo śmieciowe jedzenie i uzależnienie od ekranu, zbiera swoje żniwo. Ale to jeszcze nie znaczy, że każde dziecko obecnie jest mniej sprawne, niż dzieci 30 lat temu i że ogólnie mamy usiąść i płakać. Moje dzieci spędzają na zewnątrz tyle samo czasu co ja w ich wieku, a i zabawy mają podobne, więc nie rozpaczałbym zbyt mocno.

Świat jednorazówek

„Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.”

To już w ogóle jest oderwane od Polskiej rzeczywistości. U nas naprawia się wszystko, nawet to, co lepiej by było wyrzucić i za grosze kupić nowe. Niemniej rozumiem manipulacyjną próbę wciśnięcia tego eksperymentu – pasował do tezy, więc kto by się przejmował rzetelnością dziennikarską.

Wadliwa edukacja

Później następuje narzekanie na obecną edukacje, które akurat jest całkiem trafne, bo rzeczywiście często tak jest, że uczymy dzieci nieżyciowych umiejętności, skupiając się na kolejnych nieprzydatnych dyplomach. Jednak po raz kolejny, nie można za to winić rodziców, co próbuje zrobić autor, tylko system edukacji, którego program nauczania jest zupełnie niedostosowany do wymagań współczesnego świata (a powinien być już przygotowany do wymagań świata dopiero nadchodzącego). Niestety autor po raz nasty w artykule, na podstawie dobrych założeń, wyciąga zupełnie nietrafione wnioski i sugeruje, że ma to związek z tym, że ciągle chwalimy dzieci, a nie krytykujemy ich. Dlaczego takie podejście jest błędne i pisałem o tym w tekście Pięć słów, które wszystkie dzieci chcą usłyszeć.

Ból to najlepszy nauczyciel

„Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.”

Czyli aby nauczyć dzieci życia, mam ryzykować ich zdrowiem? I życiem? Mam nie zakładać dziecku kasku, żeby przy wypadku rozwaliło sobie głowę i wylądowało na pogotowiu? Wtedy dopiero się nauczy? Bo dzieci to są skończone debile, które nie rozumieją jak się do nich mówi? Ból to najlepszy nauczyciel? Który to mamy? XIX wiek? A może w ogóle średniowiecze? Czy naprawdę takie zacofane umysły jeszcze istnieją? Przecież głoszenie takich twierdzeń powinno być karane, bo to jest wręcz nawoływanie do ryzykowania życiem osoby od nas zależnej.

Zresztą czy gdy mamy kask, to uderzenie przy wypadku nie boli? Polecam zatem panu autorowi sprawdzenie tej tezy. Najlepiej z rozbiegu. Może też się coś wówczas poprzestawia i wskoczy na właściwe miejsca.

Zakazy i nakazy

„– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie.”

Bardzo prawidłowe wnioski. Dlatego też nie powinniśmy dzieciom nakazywać uczenia się ortografii pod groźbą, jak to sugeruje autor (i sam sobie w tym miejscu zaprzecza). Bo one się muszą w większości same nauczyć co mogą, a czego nie mogą robić. My możemy im ewentualnie doradzać, tłumaczyć i czasami postawić wyraźną granicę, aby uchronić je przed oczywistym niebezpieczeństwem. Jednak musimy też pamiętać, że dzięki temu, że dziecko mając siedem lat, spadnie z drzewa, to mając tych lat naście, nie zrobi sobie większej krzywdy. Więc jak najbardziej popieram brak zakazów i nakazów, poza tymi, które chronią przed utratą życia lub zdrowia („oczywiście kochanie, idź pobiegać sobie po autostradzie. W końcu masz już trzy lata”)

Rodzic helikopter

„I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.”

Z tym fragmentem nie pozostaje zrobić nic innego jak całkowicie się zgodzić. Jednak ponownie – obecne pokolenie, które bywa tak wychowywane (i z którym to wychowaniem ja osobiście też się nie zgadzam) nie ma jeszcze 30 czy 40 lat. To pokolenie, które mieszka z rodzicami, to najczęściej są dzieci, które były wychowywane, jak wspomniałem już wcześniej, zgodnie z wszystkimi radami autora i właśnie dlatego nie radzą sobie w życiu. Bo rodzice swoim podejściem, które wymagało od dzieci ciągłego posłuszeństwa, odebrali im całą pewność siebie potrzebną do samodzielnego egzystowania.

Chwalenie czy niechwalenie?

„W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.”

I po raz kolejny: tak, ciągłe chwalenie jest złe. Tak samo jak ciągłe krytykowanie. To docenianie ciężkiej pracy, jest tym, co powinniśmy robić. Cały akapit jest bardzo dobry, a ja o odkryciach psycholog Carol Dweck pisałem już w tekście Dlaczego niektóre dzieci się starają, a inne rezygnują?

Wychowywanie bezstresowe (bo żaden tekst o wychowaniu nie jest pełny bez tego)

„Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.”

Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że głupiutki nastolatek, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy, może uważać, że istnieją tylko dwa rodzaje wychowania – wychowanie przemocą (czyli tradycyjne) i wychowanie bezstresowe (czyli brak wychowania). Ale poważny amerykański psycholog społeczny? To wzbudza pusty śmiech i tylko dodatkowo pokazuje totalną ignorancję autora oraz zupełną nieznajomość tematu, który postanowił skomentować. Wstyd, panie autorze. Wstyd. Polecam wyszukać frazy takiej jak Rodzicielstwo Bliskości, Pozytywne Rodzicielstwo oraz Porozumienie Bez Przemocy.

Wychowanie bez stresu ciąg dalszy

„Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące naukowych prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.”

Pokażcie mi te badania. Proszę, przestańcie się już ośmieszać i mi je pokażcie. Błagam. Najlepiej jakieś oparte o nasze polskie społeczeństwo. Nie trzymajcie nas dalej w niepewności.

„Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.”

Szok i niedowierzanie. Naprawdę nie dało się tego przewidzieć? Przecież to nie jest fizyka kwantowa.

Społeczeństwo ma problemy. Jaka jest przyczyna?

„Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu.”

Przerażające wyniki, ale jednak nietrafione przyczyny. Bo to nie tylko bezstresowe wychowanie jest odpowiedzialne, ale przede wszystkim kary cielesne (przypominam, że ponad 60% Polaków je stosuje, a dwadzieścia, trzydzieści lat temu, ta wartość była jeszcze większa). Szczególnie, że jak wspomniałem, u nas w Polsce wychowanie bezstresowe nigdy nie było popularne, więc przypisywanie mu jakichkolwiek efektów, jest zwykłym błędem.

„Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy.”

I jak pokazują badania, to też jest bezpośredni efekt stosowania przemocy wobec dzieci (kliknij tutaj). Tak, przemocy – tego cudownego leku, który autor próbuje nam sprzedać i który miałby rozwiązać wszystkie nasze wychowawcze problemy. To właśnie przemoc wzmacnia kompleksy, zaburzenia lękowe, depresje, manie i uzależnienia. To jej musimy za to podziękować. Tym niewinnym klapsom i strzałom, wymierzonym „dydaktycznie” przez rodziców.

Polecam też tekst czy naprawdę wyrośliśmy na porządnych ludzi?

Czy więc naprawdę wychowujemy pierdoły?

Z samą tezą artykułu nie potrafię się nie zgodzić, bo jest ona prawdziwa. Tak, to prawda. Wychowujemy pierdoły. Częściowo przynajmniej. Jednak nie dzieje się tak dlatego, że wychowujemy dzieci bezstresowo, bo jako kraj, nigdy się tego nie nauczyliśmy (na całe szczęście!). Jest wręcz przeciwnie. Wychowujemy „pierdoły”, bo nasze dzieci wychowywane są w ogromnym stresie.

Wychowujemy dzieci, które boją się bawić swoimi zabawkami, bo ojciec je złoi, jak coś zepsują. Dzieci, które boją się głośniej odezwać, bo matka na nie nawrzeszczy, że przecież miały siedzieć cicho, bo ją głowa boli. Dzieci, które boją się zadać jakiekolwiek pytanie o świecie, bo rodzice je wyśmieją, że przecież takich durnych pytań nie powinno zadawać. Dzieci, które boją się nawet zapytać czy mogą wyjść do toalety. Dzieci, które nie kończąc nawet podstawówki, mają już pełny bagaż chorób psychicznych we wczesnym stadium i które będą później leczyć całe życie.

Niestety, to nie jest najgorsze

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że się nie uczymy na błędach. Widzimy, że zawiedliśmy jako rodzice i to na wielu różnych płaszczyznach, ale nie potrafimy znaleźć winy w sobie. Słyszymy o wychowaniu bezstresowym, które zdobyło popularność w USA i zwalamy winę na to, bo przecież my jesteśmy kurwa nieomylni. Omnipotentni psia mać. Gdybyśmy potrafili jednak spojrzeć krytycznie na siebie, dostrzeglibyśmy, że prawdziwym błędem i prawdziwą porażką był każdy kolejny wymierzony klaps. Ciągnący się przez lata i nieopanowany wrzask. To są prawdziwe błędy, które doprowadziły do społeczeństwa pierdół, w jakim obecnie tkwimy, jak określa to autor. Do społeczeństwa pełnego przemocy i kompleksów. I najgorsze jest to, że nie byłyby to błędy, gdybyśmy wyciągnęli chociaż raz wnioski i powiedzieli sobie, że będziemy się starać być lepszymi. Jednak my jesteśmy na to zbyt wspaniali, prawda? Zbyt doskonali. Zbyt genialni. W końcu przeczytaliśmy bzdurny artykuł, który potwierdził tylko nasze zacofanie i nasze uprzedzenia, więc jesteśmy rozgrzeszeni.

Nic bardziej mylnego

Niestety każdy nasz błąd wpływa na nasze dzieci. I to one za kilka, kilkanaście lat, będą przez każdy taki błąd cierpieć. Teraz więc każdy z nas musi sobie zadać pytanie: czy chcemy, aby nasze dzieci dołączyły do tych wszystkich wychowanych klapsem i tych wszystkich wychowanych bezstresowo (bo w efekcie obydwa te rodzaje wychowania prowadzą do wykształcenia w pewien sposób ludzi, którzy na takim czy innym polu mogą sobie nie radzić)? Czy chcemy, aby nasze dzieci dołączyły do tych wszystkich, które już teraz leczą się u psychologów? Mają depresję? Są uzależnione od narkotyków lub alkoholu?

Czy może jesteśmy ponad to i zamierzamy wybrać bardziej wartościową, choć trudniejszą drogę?

To jedno pytanie, może wpłynąć na całe życie naszych dzieci.

I może warto się też zapytać: jeśli wybierzemy niewłaściwie, to czy będziemy w stanie żyć z samym sobą, wiedząc, że nasze dziecko cierpi przez nas? Lub że przez nasze dziecko cierpią inni?

I na koniec, polecam jeszcze ten cytat:

„Nie, nie daje klapsów swojemu dziecku. Tak, dyscyplinuję je. Tak, uczę je odróżniać dobro od zła. Nie, moje dziecko nie rządzi w domu. Tak, mam granice i oczekiwania. Nie zakładaj, że jestem uległy, bo nie biję mojego dziecka. Nie wychowuję niezdyscyplinowanego bachora. Wychowuję człowieka, który wybiera dobro, bo jest dobre, a nie dlatego, że boi się oberwać jeśli zrobi inaczej.”

Prawa do zdjęcia należą do Stephanie.

Niedziela, Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

22.02.2026 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

18/02/2026 przez antyk2013

Zapraszamy 22 lutego do Siedlec w niedzielę na 112 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Świętą w katedrze siedleckiej, która rozpocznie się o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło

Reiner Fuellmich, Therapeutic Choice and the Price of Speech

Reiner Fuellmich, Therapeutic Choice and the Price of Speech 

A short refresher for readers new to the case

DR. ROBERT W. MALONE FEB 17
 
READ IN APP
 

By: ICIC Law / Seba Terribilini

In the accounts circulated by his supporters, Dr. Reiner Fuellmich is cast as a high-profile German attorney who turned his consumer-law reputation into a public crusade during the COVID era – most visibly through the “Corona Investigative Committee,” a long-form interview platform that hosted scientists, physicians, lawyers, and dissidents from multiple countries.

That visibility became the beginning of his legal nightmare. The case, as described in supportive reporting, is not framed as a routine internal dispute but as a collision between political power and a lawyer who would not stop asking questions. The core allegations against him, variously described as breach of trust or embezzlement related to funds, are presented as the formal basis for detention. 

His advocates, however, argue that the deeper issue is his role in challenging official pandemic narratives, and they describe his prosecution and detention as political persecution rather than a case involving what would normally be considered white-collar accusations.

Dr. Reiner Fuellmich is recognized and respected internationally for his work as a consumer rights lawyer and for winning major lawsuits against corporations like Volkswagen, Kühne & Nagel, and Deutsche Bank. He was among the first to see that the COVID measures were crimes against humanity and decided, along with three other lawyers, to form the Corona Investigative Committee to investigate the actions of governments, public institutions, and the medical community during the so-called “pandemic.” 

Thanks to his exceptional investigative efforts and consultations with more than 150 scientists and experts worldwide, as well as numerous whistleblowers from Pfizer, the WHO, the CDC, and the UN, he gathered substantial evidence of what he calls “the biggest crime ever perpetrated against humanity.”

-Dr. Robert Malone

For an overview of Reiner’s case, please read the full story of Dr. Reiner Fuellmich.

Whatever label one applies, the storyline is now familiar to anyone tracking dissent cases in the post-2020 West: a public figure becomes controversial; a legal mechanism activates; pre-trial detention stretches; access to communication narrows; and the person at the center insists the process itself is the punishment. Supporters emphasize conditions of confinement, the length and structure of proceedings, and the broader context in which Germany—and Europe more generally—has treated certain forms of medical and policy dissent as something closer to a threat than a debate.

That is the “why you’ve heard the name.” Now to what changed after the last major update many of you saw in mid-2025.

After August 19, 2025: silencing attempts, new statements, and a widening chorus

In October 2025, a statement attributed to Fuellmich circulated describing sharply tightened restrictions on his ability to communicate. According to that report, his telephone access was reduced to “two calls of 20 minutes, per week,” with monitoring, and he was reportedly barred from naming people connected to his case.

In the same transcript, Fuellmich framed the restrictions as an attempt to cut off his public voice. One line lands like a gavel strike:

“I will not be able to issue any further statements…”

He then attributed the pressure to specific actors, alleging coordination between his accuser and the prosecution. In his words (as transcribed), he claimed that a prosecutor “wrote to this prison to shut me up” and that the prison “ha[s] to follow orders.”

If the intent was quiet, it did not hold.

By January 2026, additional “voice mail” updates were again circulating in Fuellmich-support channels, framed as messages “before being silenced” – a title that, intentionally or not, reads like a warning label on a shrinking space for dissent.

Around the same period, a “new statement” attributed to Fuellmich appeared under his name, striking a tone that is both defiant and weary. Two sentences, in particular, capture the posture of a man who believes the machinery around him is designed to break endurance:

“The attempt at shutting me and all of us up has failed.”

“We will continue.”

Meanwhile, support for Fuellmich consolidated into a media artifact of its own: a “FREE REINER FUELLMICH” compilation video produced by filmmaker Philippe Carillo and Seba Terribilini.

The roster matters – not because fame proves a case, but because it signals how Fuellmich has become a symbol inside the wider medical-freedom ecosystem. The published list of participants includes Archbishop Carlo Maria Viganò, Queensland Senator Malcolm Roberts, Calin Georgescu, Mary Holland, Bryan Ardis, Sucharit Bhakdi, Andrew Bridgen, Paul Craig Roberts, Peter Koenig, Celia Farber, Greg Reese and John O’Looney – among many others.

In other words: whatever one thinks of Fuellmich’s thesis about the COVID period, his supporters are not treating this as a local German court matter. They are treating it as a test case for the enshrined rights of a democracy.

The conceptual core: therapeutic choice, speech, and the health of free societies

Start with the simplest chain of logic – because the simplest chains are often the hardest to break.

A) Fuellmich’s supporters argue he was detained because he fought for freedom of therapeutic choice.

In their framing, the case is downstream from his insistence that patients and physicians must be allowed to weigh risk, benefit, uncertainty, and emerging evidence – without a centralized authority criminalizing deviation.

The phrase “therapeutic choice” sounds clinical, even bureaucratic. But it is essentially the freedom to reason in real time: to treat a human being in front of you using professional judgment, informed consent, and “science and conscience” (to borrow the old European phrasing). In practice, that freedom depends on something even more basic.

B) Therapeutic choice is inseparable from freedom of speech.
If doctors cannot speak openly about clinical observations, adverse events, early hypotheses, or alternative protocols—if they cannot criticize policy without professional retaliation – then “choice” becomes a mirage. You can’t choose what you’re not allowed to talk about.

This is not an abstract point. In February 2025, at the Munich Security Conference, U.S. Vice President J.D. Vance explicitly warned that free speech in Europe was “in retreat,” pointing to a growing appetite for controlling discourse under the banner of policing “misinformation.”

Whether one agrees with his politics is beside the point here. The conceptual link is direct: when speech narrows, clinical debate narrows; when clinical debate narrows, therapeutic choice collapses into mandate.

That is why Fuellmich’s supporters read his communications restrictions – monitored calls, limits on naming officials, warnings about “no further statements” – as more than prison administration. They read it as the modern European method for making speech “safe” in order to protect democracy: don’t argue with it – just reduce it to two twenty-minute windows per week.

C) The “health” argument expands beyond medicine into food policy.
Fuellmich’s messaging (and the wider ecosystem around him) has repeatedly emphasized that long-term resilience is not only about emergency protocols and pharmaceuticals. It is also about metabolic and nutritional health—prevention, self-healing capacity, and reducing chronic disease burden through better dietary policy and education.

One session summary (RWM – the link isn’t entirely functional in the USA ) from his interview platform explicitly highlights “prevention and self-healing” through “targeted nutrition,” including “initiating ketolysis” as an example of metabolic strategy.

You don’t have to romanticize this to see the through line: populations with fewer chronic metabolic diseases are less vulnerable in crises; systems with open debate correct faster; and societies that treat dissent as a pathology eventually become fragile – because they lose the ability to self-correct, a fundamental mechanism for working democracies.

Where this leads: MAHA, MEHA, and the case called “Reiner”

In the U.S., “Make America Healthy Again” (MAHA) has become shorthand for a broad re-centering on metabolic health, food quality, chronic disease prevention, and skepticism toward captured institutions. A parallel current in Europe “MEHA”, “Make Europe Healthy Again” – would begin with the same three pillars:

1. healthier diet and prevention-first policy,

2. therapeutic freedom grounded in informed consent and clinical judgment,

3. and the bedrock that makes the first two real: freedom of speech.

In that framework, Fuellmich becomes more than a defendant. He becomes a symbol of what happens when a society treats open inquiry as subversion. And symbols matter -not because they replace evidence, but because they show where the fault lines are.

So, let’s end with the human point, stated plainly.

Fuellmich’s is a standard-bearer who has risked and lost his freedom, economic stability and career to defend fundamental liberties: speech, conscience, and medical choice, under conditions they describe as punitive and politically charged.

The United States, with its constitutional architecture built around enumerated rights, should not look away from such a test. Transparent monitoring, public attention, and principled insistence on due process are not “foreign interference.” They are what free societies owe one another – especially when a voice is being pushed toward silence, one monitored phone call at a time

Court drawings courtesy of Kerstin Heusinger, BAM News.

/ICIC.law, February 2026

Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share

Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid

Ukrainoza i rusofobia

Ukrainoza i rusofobia

piko


salon24/ukrainoza-i-rusofobia

Na początek warto odpowiedzieć na pytanie czym jest Ukraina i co wynika dla nas z jej istnienia?

Ukraina jest państwem, które powstało dopiero w roku 1918, wcześniej był lud rusiński (małorusy), kozacy. Zostało powołane przez Austriaków i Niemców, i był to od początku nacjonalistyczny projekt antypolski i antyrosyjski.

Z Rusinami mieliśmy zawsze „zadry” – Powstanie Chmielnickiego, rzezie – Koliszczyzna, no i to co miało miejsce na Wołyniu i Małopolsce.

Rzeź Wołyńska i poprzednie były inspirowane z zewnątrz – różokrzyżowy, masoni. Sposób mordowania Polaków miał coś w sobie z krwawej ofiary rytualnej, coś demonicznego.

Ukraina pojawiła się drugi raz w strukturach Związku Sowieckiego jako republika. Na początku Stalin za pomocą hołodomoru wymordował sporą część obywateli tej republiki. Po śmierci Stalina skończył się jawny terror, nastał Chruszczow (Ukrainiec), który nawet podarował republice ukraińskiej Krym.

W 1991 po rozpadzie sowietów pojawia się państwo ukraińskie i Polska jako jedna z pierwszych je uznała. Zapewne w myśl Giedrojciowego paradygmatu, że będzie buforem przed Rosją. A to był i jest błąd. Zacytuję Dmowskiego, którego opinia sprzed prawie 100 lat jest nadal zadziwiająco aktualna.

Niepodległa Ukraina byłaby państwem, w którym dominowałyby wpływy niemieckie. Tak by było nie tylko dlatego, że dzisiaj działacze ukraińscy konspirują z Niemcami i mają ich poparcie; i nie tylko dlatego, że o tym marzą Niemcy i że mają na obszarze ukraińskim Niemców i Żydów, którzy byliby dla nich oparciem; ale także, i to przede wszystkim, dlatego, że całkowite zrealizowanie programu ukraińskiego kosztem Rosji, Polski i Rumunii, ma naturalnego, najpewniejszego protektora w Niemczech i musi Ukraińców wiązać z nimi. Polska przy istnieniu państwa ukraińskiego, znalazłaby się między Niemcami a sferą wpływów niemieckich, można powiedzieć, niemieckim protektoratem. Nie ma potrzeby unaoczniać, jakby wtedy wyglądała.

Wreszcie, jak to wyżej powiedzieliśmy, zbudowana dziś wielka Ukraina nie byłaby w swych kierowniczych żywiołach tak bardzo ukraińska i nie przedstawiałaby na wewnątrz stosunków zdrowych. To byłby naprawdę wrzód na ciele Europy, którego sąsiedztwo byłoby dla nas fatalne. 

Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczy¬cić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii.

Dla narodu, zwłaszcza dla narodu jak nasz młodego, który musi się jeszcze wychować do swych przeznaczeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny. 

Z tych wszystkich względów program niepodległej Ukrainy nie może liczyć na to, żeby Polska za nim stanęła, a tym mniej, żeby zań krew przelewała. I to polska opinia publiczna już dziś bardzo dobrze rozumie. 

Wybór fragmentów z tekstu z 1930 roku. Źródło: Archiwum MSWiA, sygn. K-458.

Dziś polska opinia publiczna w kwestiach związanych z Ukrainą, w odróżnieniu od opinii z czasów IIRP, nic nie rozumie albo niewiele za sprawą zdradzieckich popisowych „elit” i ogólnego otępienia, częściowo spowodowanego mediami.

Za Jelcyna była umowa Rosji z kolektywnym zachodem, że Ukraina zostanie w sferze rosyjskiej a Polska i Pribałtika zostanie po przeciwnej stronie. Proces powstawania nowego porządku dosyć szczegółowo opisałem tu:

salon24/u/piko/krotka-historia-relacji-rosja-ukraina-z-usa

salon24/piko/rosja-ukraina-polska-usa-a-w-tle-rozne-porzadki-europejskie

W skrócie – na przełomie 2013/2014 USA i spółka sfinansowały  pucz zwany euromajdanem a potem kontynuowały budowę struktur wojskowych i wywiadowczych. Rosja nie czekała co dalej się stanie tylko zadziałała jak Machiavelli napisał w „Księciu”:

Rzymianie [Rosja] nie pozwalali na dojrzewanie niebezpieczeństwom przez uchylanie się od wojny”.

Postąpiła brutalnie, co można zrozumieć, nie koniecznie akceptować. 

Dlaczego tak się sprawy potoczyły

Na początku należy zdać sobie sprawę, że polityka państwa zależy od tego, która ze ścierających się grup „posiadających władzę” uzyska dominację. Nie mylić konstytucyjnych władz z taką grupą.

Za Bidena (i nie tylko), który był kukiełką popuszczającą w spodnie, globaliści-sataniści poprzez deep state mieli wpływ na kluczowe decyzje USA. Cały eurokołchoz również był – i jeszcze jest – ekspozyturą globalistów więc podsycanie konfliktu Rosja – Ukraina szło pełną parą.

Celów takiej polityki było kilka:

– osłabienie Rosji konfliktem (sankcje, wysiłek wojenny, straty wizerunkowe),

– wciągnięcie Ukrainy w obszar NATO (z Gruzją się nie udało),

– blokada Chińskiego jedwabnego szlaku.

Po objęciu prezydentury przez Trumpa pomysł wciągnięcia Ukrainy do NATO raczej upadł, reszta celów jest aktualna ale za pieniądze europejskie. 

Dla nas długofalowy skutek angażowania się w konflikt Rosja – Ukraina to pojawienie się dużej diaspory ukraińskiej z wieloma przywilejami ekonomicznymi a w przyszłości być może politycznymi. Z państwa mono etnicznego stajemy się multikulti (Rusini i inni) ze zmienionym etnosem. Dodatkowo rozbrajamy się i pogrążamy finansowo na rzecz wrogiego nam państwa ukraińskiego. W niezbyt odległej przyszłości zapewne są plany aby Polska znalazła się w grupie „chętnych” i dostarczyła swoich obywateli jako mięso armatnie do walki w nie swoich interesach.

Żeby do tego doszło to „elity” III RP intensywnie, za pomocą merdiów, pracują nad utrzymaniem obywateli w stanie daleko posuniętej rusofobii strasząc „ruskim mirem”, atakiem zbrojnym i ruską działalnością agenturalną ze szczególną rola KKP. 

Jak się może sytuacja rozwinąć?

Widzę dwa scenariusze, jeden gorszy od drugiego:

1.    Ukraina po stratach terytorialnych jest przyjęta do Unii Europejskiej. Niemcy przy pomocy Ukraińców odzyskują ziemie „odzyskane” a Ukraińcy przy poparciu Niemców dostają rekompensatę w postaci południowo-wschodnich ziem Polski.

2.    Rosja wygrywa wojnę, staje na obecnej linii frontu i wasalizuje Ukrainę. Pytanie – jak się zachowają Ukraińcy w Polsce? Jak nam podziękują?