W relacjach rozpowszechnianych przez jego zwolenników, dr Reiner Fuellmich jest przedstawiany jako znany niemiecki prawnik, który w dobie COVID-19 wykorzystał swoją reputację eksperta od prawa konsumenckiego jako publiczną krucjatę – najbardziej widocznym przykładem jest „Komitet Śledczy ds. Koronawirusa”, platforma do przeprowadzania długich wywiadów, w której uczestniczyli naukowcy, lekarze, prawnicy i dysydenci z wielu krajów.
Ta widoczność stała się początkiem jego prawnego koszmaru. Sprawa, jak opisują media wspierające, nie jest przedstawiana jako rutynowy wewnętrzny spór, lecz jako zderzenie władzy politycznej z prawnikiem, który nie przestawał zadawać pytań. Główne zarzuty wobec niego, określane różnie jako nadużycie zaufania lub defraudacja funduszy, są przedstawione jako formalna podstawa zatrzymania.
Jego obrońcy twierdzą jednak, że ważniejszym problemem jest jego rola w kwestionowaniu oficjalnych narracji na temat pandemii, i opisują jego ściganie i zatrzymanie jako prześladowanie polityczne, a nie sprawę dotyczącą tego, co normalnie uznawano by za oskarżenia białych kołnierzyków.
Dr Reiner Fuellmich jest znany i szanowany na całym świecie za swoją pracę jako prawnik specjalizujący się w prawach konsumenta oraz za wygrane w ważnych procesach sądowych przeciwko korporacjom takim jak Volkswagen, Kühne & Nagel i Deutsche Bank. Był jednym z pierwszych, którzy dostrzegli, że środki podjęte w związku z COVID-19 są zbrodniami przeciwko ludzkości i wraz z trzema innymi prawnikami postanowił powołać Komitet Śledczy ds. Koronawirusa, aby zbadać działania rządów, instytucji publicznych i środowiska medycznego podczas tzw. „pandemii”.
Dzięki wyjątkowym wysiłkom śledczym i konsultacjom z ponad 150 naukowcami i ekspertami z całego świata, a także licznymi sygnalistami z firmy Pfizer, WHO, CDC i ONZ, zebrał on istotne dowody na to, co nazwał „największą zbrodnią przeciwko ludzkości, jaką kiedykolwiek popełniono”.
Niezależnie od tego, jaką etykietę zastosujemy, scenariusz jest teraz znany każdemu śledzącemu przypadki sprzeciwu w krajach Zachodu po 2020 roku: osoba publiczna staje się kontrowersyjna; uruchamia się mechanizm prawny; areszt tymczasowy wydłuża się; dostęp do komunikacji zawęża się; a osoba w centrum upiera się, że sam proces jest karą. Zwolennicy podkreślają warunki odosobnienia, długość i strukturę postępowania oraz szerszy kontekst, w którym Niemcy – i szerzej Europa – traktowały pewne formy sprzeciwu wobec medycyny i polityki jako coś bliższego zagrożeniu niż debacie.
Dlatego właśnie słyszeliście tę nazwę. A teraz o tym, co zmieniło się po ostatniej dużej aktualizacji, którą wielu z was zobaczyło w połowie 2025 roku.
Po 19 sierpnia 2025 r.: próby uciszenia, nowe oświadczenia i coraz liczniejszy chór
W październiku 2025 roku rozeszło się oświadczenie przypisywane Fuellmichowi, opisujące drastyczne zaostrzenie ograniczeń w jego możliwościach komunikacji. Według tego raportu, jego dostęp do telefonu został ograniczony do „dwóch połączeń po 20 minut tygodniowo”, z monitoringiem, a także podobno zabroniono mu podawania nazwisk osób powiązanych ze sprawą.
W tym samym transkrypcie Fuellmich przedstawił ograniczenia jako próbę pozbawienia go głosu w życiu publicznym. Jedno zdanie brzmi jak uderzenie młotkiem:
„Nie będę mógł już wydawać żadnych oświadczeń…”
Następnie przypisał naciski konkretnym podmiotom, zarzucając im współpracę między oskarżycielką a prokuraturą. Według jego słów (według transkrypcji) twierdził, że prokurator „napisał do tego więzienia, żeby mnie uciszyć” i że więzienie „musi wykonywać rozkazy”.
Jeśli intencja była cicha, nie okazała się skuteczna.
Do stycznia 2026 r. w kanałach wsparcia Fuellmich ponownie zaczęły krążyć dodatkowe aktualizacje „poczty głosowej” , przedstawiane jako wiadomości „przed uciszeniem” – tytuł, który, celowo lub nie, czyta się jak ostrzeżenie na kurczącej się przestrzeni dla sprzeciwu.
Mniej więcej w tym samym okresie pojawiło się „nowe oświadczenie” przypisywane Fuellmichowi, utrzymane w tonie zarówno buntowniczym, jak i znużonym. Dwa zdania w szczególności oddają postawę człowieka, który wierzy, że otaczająca go machina ma na celu przełamanie wytrzymałości:
„Próba uciszenia mnie i nas wszystkich nie powiodła się”.
„Będziemy kontynuować.”
W międzyczasie poparcie dla Fuellmich skonsolidowało się w postaci odrębnego medialnego dzieła: składanki wideo „FREE REINER FUELLMICH” wyprodukowanej przez filmowca Philippe Carillo i Sebę Terribiliniego.
Lista uczestników ma znaczenie – nie dlatego, że sława coś udowadnia, ale dlatego, że sygnalizuje, jak Fuellmich stał się symbolem w szerszym ekosystemie wolności medycznej. Opublikowana lista uczestników obejmuje arcybiskupa Carlo Marię Viganò, senatora Queensland Malcolma Robertsa, Calina Georgescu, Mary Holland, Bryana Ardisa, Sucharita Bhakdiego, Andrew Bridgena, Paula Craiga Robertsa, Petera Koeniga, Celię Farber, Grega Reese’a i Johna O’Looneya – i wielu innych.
Innymi słowy: cokolwiek by nie myśleć o tezie Fuellmicha na temat okresu COVID, jego zwolennicy nie traktują jej jako sprawy lokalnego sądu niemieckiego. Traktują ją jako test dla zagwarantowanych praw demokracji.
Rdzeń koncepcyjny: wybór terapeutyczny, mowa i zdrowie wolnych społeczeństw
Zacznij od najprostszego ciągu logicznego – bo najprostsze ciągi są często najtrudniejsze do złamania.
A) Zwolennicy Fuellmicha twierdzą, że został zatrzymany, ponieważ walczył o wolność wyboru terapii.
W ich ujęciu sprawa jest następstwem jego nacisku na to, aby pacjenci i lekarze mieli możliwość rozważenia ryzyka, korzyści, niepewności i pojawiających się dowodów – bez scentralizowanego organu kryminalizującego odstępstwa.
Określenie „wybór terapeutyczny” brzmi klinicznie, wręcz biurokratycznie. Ale w istocie chodzi o wolność rozumowania w czasie rzeczywistym: o leczenie człowieka na oczach pacjenta, kierując się profesjonalną oceną, świadomą zgodą oraz „nauką i sumieniem” (by zapożyczyć stare europejskie sformułowanie). W praktyce ta wolność zależy od czegoś jeszcze bardziej podstawowego.
B) Wybór terapii jest nierozerwalnie związany z wolnością słowa. Jeśli lekarze nie mogą otwarcie mówić o obserwacjach klinicznych, zdarzeniach niepożądanych, wczesnych hipotezach czy alternatywnych protokołach – jeśli nie mogą krytykować polityki bez profesjonalnego odwetu – wówczas „wybór” staje się mirażem. Nie można wybrać tego, o czym nie wolno mówić.
To, czy ktoś zgadza się z jego poglądami politycznymi, nie ma tu znaczenia. Związek koncepcyjny jest bezpośredni: gdy mowa się zawęża, debata kliniczna się zawęża; gdy debata kliniczna się zawęża, wybór terapeutyczny zamienia się w nakaz.
Dlatego zwolennicy Fuellmicha interpretują jego ograniczenia komunikacyjne – monitorowanie rozmów, ograniczenia w zakresie podawania nazwisk urzędników, ostrzeżenia o „zakazach dalszych oświadczeń” – jako coś więcej niż administrację więzienną. Odczytują to jako nowoczesną europejską metodę „zabezpieczania” wypowiedzi w celu ochrony demokracji: nie należy z nią dyskutować – wystarczy ograniczyć ją do dwóch dwudziestominutowych okienek tygodniowo.
C) Argument „zdrowia” wykracza poza medycynę, obejmując politykę żywnościową. Przesłanie Fuellmicha (i szerszy ekosystem wokół niego) wielokrotnie podkreślało, że długoterminowa odporność to nie tylko protokoły awaryjne i leki. Chodzi również o zdrowie metaboliczne i żywieniowe – profilaktykę, zdolność do samoleczenia oraz redukcję obciążenia chorobami przewlekłymi poprzez lepszą politykę żywieniową i edukację.
Jedno ze streszczeń sesji (RWM – link nie działa w pełni w USA) z jego platformy wywiadów wyraźnie podkreśla „profilaktykę i samoleczenie” poprzez „ukierunkowane odżywianie”, w tym „inicjowanie ketolizy” jako przykład strategii metabolicznej.
Nie trzeba romantyzować tego zjawiska, żeby dostrzec sedno sprawy: populacje z mniejszą liczbą przewlekłych chorób metabolicznych są mniej podatne na kryzysy; systemy, w których panuje otwarta debata, szybciej dokonują korekt; a społeczeństwa, które traktują odmienność poglądów jako patologię, z czasem stają się kruche – ponieważ tracą zdolność do samonaprawy, która jest podstawowym mechanizmem funkcjonowania demokracji.
Dokąd to prowadzi: MAHA, MEHA i sprawa zwana „Reiner”
W Stanach Zjednoczonych hasło „Make America Healthy Again” (MAHA) stało się skrótem dla szeroko zakrojonego ponownego skupienia się na zdrowiu metabolicznym, jakości żywności, profilaktyce chorób przewlekłych i sceptycyzmie wobec przejętych instytucji. Równoległy nurt w Europie, „MEHA”, „Make Europe Healthy Again”, miałby zaczynać się od tych samych trzech filarów:
1. zdrowsza dieta i polityka stawiająca na pierwszym miejscu profilaktykę,
2. wolność terapeutyczna oparta na świadomej zgodzie i osądzie klinicznym,
3. i podstawa, która sprawia, że pierwsze dwa są realne: wolność słowa.
W tym kontekście Fuellmich staje się kimś więcej niż oskarżonym. Staje się symbolem tego, co się dzieje, gdy społeczeństwo traktuje jawne śledztwo jako działalność wywrotową. A symbole mają znaczenie – nie dlatego, że zastępują dowody, ale dlatego, że pokazują, gdzie leżą linie podziału.
Zakończmy zatem kwestią ludzką, przedstawioną wprost.
Fuellmich jest człowiekiem, który zaryzykował i stracił swoją wolność, stabilność ekonomiczną i karierę, aby bronić podstawowych wolności: słowa, sumienia i prawa do wyboru metod leczenia, w warunkach, które określa jako karne i nacechowane politycznie.
Stany Zjednoczone, z ich architekturą konstytucyjną opartą na enumeratywnie określonych prawach, nie powinny uchylać się od takiego testu. Przejrzysty monitoring, uwaga opinii publicznej i pryncypialne naleganie na należyty proces to nie „zagraniczna ingerencja”. To właśnie są one winne sobie nawzajem wolne społeczeństwa – zwłaszcza gdy głos jest spychany w cień, jedna monitorowana rozmowa telefoniczna na raz.
For the first time during his pontificate, Leo XIV is being served by an altar girl. I’m a big fan of the Adidas sneakers she chose to wear for the occasion.
Przypomnijmy, że akceptacja dziewcząt w prezbiterium jest etapem na drodze do realizacji jednego z największych marzeń synodalnych heretyków: święceń kapłańskich dla kobiet.
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl) • 17 lutego 2026 michalkiewicz
Nie ma to, jak posłuchać fachowca – i oświeci i uspokoi. Kilka dni temu obejrzałem sobie rozmowę, jaką przeprowadził pan red. Jarosław Gugała ze specjalistką od walki ze zbrodniczym klimatem. Jak wiadomo, ludzkość, pod przewodnictwem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, walczy ze zbrodniczym klimatem, który złośliwie się ociepla, co grozi spłonięciem „planety”, przeciwko czemu jeszcze niedawno protestowali przedstawiciele „Ostatniego Pokolenia”, którzy w tym celu przyklejali się do jezdni i czekali, aż policja ich odklei, a następnie zawiezie na rozmowę z obywatelem Tuskiem Donaldem, który ukoi ich lęki i powie, jak zapobiec ostatecznej katastrofie.
Teraz „Ostatniego Pokolenia” jakoś na jezdniach nie widać. Pewnie czeka, aż zaistnieją dogodniejsze warunki do protestowania, no bo jakże protestować w taki mróz? Przewidziała to jeszcze za głębokiej komuny szansonistka, wyśpiewując: „W taki mróz, w taki mróz, to nie pora na wyznania w taki mróz. W taki mróz!. W taki mróz, w taki mróz, przestań mówić, już zabraniam w taki mróz.” W piosence chodziło o wyznania miłosne – a cóż dopiero, gdyby ktoś chciał w taki mróz ocalać „planetę” przed ostateczną katastrofą?
Wróćmy jednak do specjalistki, która zasypała pana red. Jarosława Gugałę potokiem słów, a wobec tej lawiny nawet on, chociaż przecież z niejednego komina wygartywał, wydawał się bezradny. Również i ja, chociaż tylko słuchałem, nie bardzo rozumiałem, co właściwie specjalistka pragnie przekazać telewizyjnej publiczności. Trudność polegała na tym, że z jednej strony musiała podtrzymywać dogmat o globalnym ociepleniu, bo „zdecydowana większość” uchwaliła, że w nie wierzy – ale z drugiej strony – taki mróz i to nie tylko u nas, ale nawet w Ameryce!? Gdyby mróz był tylko u nas, no to sprawa byłaby względnie prosta. Można by wszystko zwalić na Putina, że dmucha na zimne w ramach klimatycznej, kremlowskiej dywersji – ale skoro fala mrozów nawiedziła Amerykę, to sprawa oczywiście szalenie się komplikuje. Ale w naszym fachu nie ma strachu, toteż po głębszym zastanowieniu, wydestylowałem z potoku słów pani specjalistki sens, który sprowadzał się do wyjaśnienia, że jest zimno, bo jest ciepło.
Ten przypadek podobny jest do opisanej przez Antoniego Słonimskiego postaci Mieczysława Limanowskiego, który wprawdzie w kołach teatralnych „uchodził za stuprocentowego dyletanta”, ale to nie przeszkadzało np. Juliuszowi Osterwie w poddawaniu się jego osobliwym interpretacjom. Oto pewnego razu na tak zwanej „czytanej” próbie sztuki w „Reducie” Limanowski wyjaśniał znaczenie spotkanego w tekście słowa „krowa”. – No cóż – powiedział – krowa, to znaczy mleko, mleko, to znaczy matka, no a matka, to znaczy ziemia. W tym miejscu sekretarka zwróciła uwagę, że „krowa”, to pomyłka, bo tak naprawdę w tekście sztuki było słowo „królowa”. Ale Limanowski spokojnie interpretował dalej: no cóż, królowa, to znaczy matka, matka, to znaczy mleko, a mleko, to znaczy ziemia. Takiemu nie dasz rady! – posumował obecny na próbie Słonimski. Bardzo możliwe, że z tych właśnie powodów prezydent Donald Trump nie zostawił suchej nitki na specjalistach od walki ze złowrogim klimatem, twierdząc, że to „oszustwo”, albo coś w tym rodzaju.
Więc chociaż spotkał nas, jak to zwyczajnie bywało za komuny, jeden z czterech kataklizmów, jakie regularnie nawiedzały nasz nieszczęśliwy kraj (wiosna, lato, jesień i zima), to przecież są i dobre wiadomości. Już nie mówię o wyjaśnieniu, że jest zimno, bo jest ciepło – bo przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień – ale o informacji o prawomocnym zakończeniu „polskiego wątku” sprawy pana Sławomira Nowaka. Został on mianowicie uniewinniony ze wszystkich fałszywych zarzutów, dzięki czemu obywatel Tusk Donald będzie mógł teraz obwozić go po wiecach Volksdeutsche Partei, żeby każdy mógł sobie obejrzeć, jak wygląda człowiek niewinny.
Takie rzeczy nie są u nas spotykane zbyt często, ale teraz, skoro pan Nowak uzyskał od niezawisłego sądu prawomocny certyfikat niewinności, to trzeba to chyba wykorzystać w działalności politycznej, bo – jak mówi poeta – „nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych”. Wprawdzie ukraiński wątek sprawy pana Nowaka nie został chyba jeszcze prawomocnie wyjaśniony – ale jestem pewien, że obywatel Tusk Donald, podczas swojej najnowszej pielgrzymki do Kijowa i tę sprawę załatwi z wyrozumiałym prezydentem Zełeńskim, na którym podobno psy wiesza piękna ongiś Julia Tymoszenko – obecnie w areszcie wydobywczym pod zarzutami korupcyjnymi.
Gdyby obywatelu Tusku Donaldu zabrakło w tej rozmowie argumentów na korzyść pana Nowaka, to w czynie społecznym przypominam fragment „Posłania do narodów Europy Wschodniej” uchwalonego przez Zjazd Solidarności jesienią 1981 roku: „głęboko czujemy wspólnotę naszych losów”. Jestem pewien, że prezydent Zełeński słysząc te słowa, wspomni nie tylko na piękną ongiś Julię Tymoszenko, ale i na Timura Mindycza, a przede wszystkim – na Andrzeja Jermaka, który gdzieś przepadł bez śladu na froncie wschodnim.
Tymczasem fala mrozów przyczyniła się również do wzbogacenia rewolucyjnej teorii. Oto w Jaroszowej Woli w powiecie piaseczyńskim, wykoleiło się osiem cystern z olejem napędowym. Pociąg jechał ze Szczecina do Chełma, co świadczy o tym, że olej napędowy musiał zostać załadowany w szczecińskim porcie. A skąd się tam znalazł? To tajemnica, której chyba nikomu wyjawić nie wolno, bo po zdemaskowaniu rosyjskiego szpiega w Ministerstwie Obrony Narodowej obywatel Tusk Donald zobligował obywateli do wzmożonej czujności, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zacznie wykrywać ruskich szpiegów pod każdym krzakiem, tak jak do tej pory wykrywał antysemitników i nienawistników – a nienawistne sądy już czekają, żeby sypnąć im piękne wyroki i w ten sposób wyrównać proporcje między skazanymi a uniewinnionymi.
A przecież na Ośrodku świat się nie kończy, więc obywatele wezwani do wzmożonej czujności, też będą chcieli się wykazać. Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo przecież chodzi o wzbogacenie rewolucyjnej teorii, która dopiero później zostanie przełożona na rewolucyjną praktykę. Otóż przy okazji tej katastrofy wyjaśniło się, że jej przyczyną była „dywersja klimatyczna”. Najwyraźniej służby, mimo intensywnych – w co nie wątpię – poszukiwań, nie natrafiły w okolicach torowiska ani na paszporty „obywateli Ukrainy” w służbie Putina, ani na inne ślady prowadzące po nitce do kłębka, więc nie było innej rady, jak wzbogacić rewolucyjną teorię o nowy rodzaj dywersji – dywersję klimatyczną.
Nie da się ukryć, że ten wynalazek rzuca nowe światło na świętą sprawę walki ze złowrogim klimatem, który najwyraźniej poczuł się przez ludzkość przyparty do muru i zaczął walczyć z ludzkością.
Wielki Post to czas czterdziestodniowego przygotowania do najważniejszej chrześcijańskiej uroczystości – Wielkanocy, czyli Świąt Paschalnych. Okres ten rozpoczyna Środa Popielcowa, natomiast kończy liturgia Mszy Wieczerzy Pańskiej sprawowana w Wielki Czwartek, w tym roku obchodzony 2 kwietnia. W orędziu na tegoroczny Wielki Post papież Leon XIV zachęca: „Zacznijmy rozbrajać nasz język, rezygnując z ostrych słów, pochopnych osądów, mówienia źle o nieobecnych, którzy nie mogą się bronić, oraz unikając oszczerstw”.
W Środę Popielcową, na znak żałoby i pokuty, głowy wiernych obecnych na Eucharystii zostaną posypane popiołem. Popiół ten, powinien pochodzić z zeszłorocznych palm poświęconych w Niedzielę Palmową. Należy pamiętać, że tego dnia obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post ścisły (można spożyć trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden do syta). Reguła dotycząca wstrzemięźliwości dotyczy wiernych powyżej 14. roku życia, a post ścisły, osoby pełnoletnie, aż do 60. roku życia.
Chociaż w tym dniu nie ma natomiast obowiązku uczestniczenia we Mszy św., Kościół zaleca jednak udział w liturgii, ze względu na pokutny charakter dnia rozpoczynającego Wielki Post. Obrzędowi posypania głów popiołem towarzyszą słowa: „Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz”.
Wielki Post jest przede wszystkim czasem pokuty i nawrócenia. Wspominając słowa Chrystusa, Kościół na ten okres przypomina trzy drogi przybliżenia się do Boga: post, jałmużnę i modlitwę.
W Piśmie Świętym liczba 40, stanowi wyraz pewnej dłuższej całości, czasu przeznaczonego na jakieś konkretne zadanie człowieka lub zbawcze działanie Boga. W Wielkim Poście Kościół odczytuje i przeżywa nie tylko czterdzieści dni spędzonych przez Jezusa na pustyni na modlitwie i poście przed rozpoczęciem Jego publicznej misji, ale i trzy inne wielkie wydarzenia biblijne: czterdzieści dni powszechnego potopu, po których Bóg zawarł przymierze z Noem; czterdzieści lat pielgrzymowania Izraela po pustyni ku ziemi obiecanej; czterdzieści dni przebywania Mojżesza na Górze Synaj, gdzie otrzymał on od Jahwe tablice Dekalogu.
W tym czasie dominującym kolorem szat liturgicznych jest fiolet, oprócz czwartej niedzieli (jeśli jest taki zwyczaj w danej parafii), kiedy kapłani przywdziewają róż, oraz niedzieli Męki Pańskiej (zwanej Palmową), gdy zakładają szaty czerwone.
Liturgia w Wielkim Poście jest wyciszona – podczas Eucharystii nie śpiewa się hymnu „Chwała na wysokości Bogu” (z wyjątkiem przypadających w Wielkim Poście uroczystości, np. św. Józefa – 19 marca, czy Zwiastowania Pańskiego – 25 marca) oraz aklamacji „Alleluja”, którą zastępuje „Chwała Tobie, Królu wieków” albo „Chwała Tobie, Słowo Boże”. Inaczej wygląda także Liturgia Godzin – nie odczytuje się hymnu „Ciebie, Boga, wysławiamy”, opuszcza się także zawołanie „Alleluja”.
Ołtarze nie są w tym czasie ozdabiane kwiatami. W wielu kościołach obowiązuje zwyczaj ustawiania krzyża, by wierni mogli ucałować rany Chrystusa.
Wyjątkowym dniem, w którym nie obowiązują wymienione zastrzeżenia, jest Niedziela Laetare (łac. „Wesel się”), przypadająca w IV Niedzielę Wielkiego Postu.
Okresy i dni pokuty są w Kościele katolickim specjalnym czasem ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi, m.in. poprzez inicjowanie dzieł charytatywnych i misyjnych. W czasie Wielkiego Postu wierni mają powstrzymywać się od uczestnictwa w zabawach. To czas medytacji nad Męką Chrystusa, czemu służą specjalne wielkopostne nabożeństwa, np. Droga Krzyżowa, czy Gorzkie żale.
Zalecany jest też udział w rekolekcjach, pomagających dobrze przeżyć czas przygotowania do Paschy. Rekolekcje (łac. recolligere – zbierać na nowo) – to kilkudniowy okres poświęcony odnowie duchowej poprzez modlitwę, konferencje oraz spowiedź, by znowu zbierać – w głowie i w sercu – bogactwo chrześcijańskiej wiary. Nauki te mogą być otwarte lub zamknięte. Pierwsze to typowe rekolekcje parafialne w Kościele, które trwają zwykle cztery dni, wliczając niedzielę. W tym czasie głoszone są specjalne rekolekcyjne kazania; zazwyczaj jest także okazja do spowiedzi. Rekolekcje zamknięte, czyli wyjazdowe, są trochę dłuższe i odbywają się zwykle w ośrodkach rekolekcyjnych. Wierni, którzy nie mogą uczestniczyć w nich fizycznie mogą wykorzystać możliwość, którą dają środki masowego przekazu: rekolekcje radiowe, internetowe, czy na Facebooku.
Wielki Post jest także okresem przygotowania katechumenów do chrztu. Każda niedziela wprowadza w kolejne tajemnice wiary, a na Wielkanoc podczas Wigilii Paschalnej udzielany jest chrzest.
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przygotowanie do świąt Zmartwychwstania trwało tylko czterdzieści godzin. W późniejszym czasie przygotowania zabierały cały tydzień, aż wreszcie około V w. czas ten wydłużył się. Po raz pierwszy o poście trwającym czterdzieści dni wspomina św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r.
Wielki Post kończy się w Wielki Czwartek, kiedy to katolicy rozpoczną obchody Triduum Paschalnego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Niedziela Wielkanocna przypada w tym roku 4 kwietnia.
W Orędziu na tegoroczny Wielki Post, papież Leon XIV wskazuje, że post to nie tylko wstrzemięźliwość od pokarmów, lecz ćwiczenie się w porządkowaniu pragnień i uczenie się odpowiedzialności za bliźnich. „Zacznijmy rozbrajać nasz język, rezygnując z ostrych słów, pochopnych osądów, mówienia źle o nieobecnych, którzy nie mogą się bronić, oraz unikając oszczerstw” – zachęca papież w orędziu zatytułowanym: „Słuchać i pościć. Wielki Post jako czas nawrócenia”.
„Starajmy się nauczyć się ważyć słowa i pielęgnować uprzejmość: w rodzinie, wśród przyjaciół, w miejscach pracy, w mediach społecznościowych, w debatach politycznych, w środkach przekazu, we wspólnotach chrześcijańskich. Wtedy wiele słów nienawiści ustąpi miejsca słowom nadziei i pokoju” – apeluje Leon XIV.
Rozpoczynamy dziś Wielki Post – czas w którym podejmujemy umartwienia, post, odmawiamy sobie różnych przyjemności. Ktoś mógłby jednak zapytać: po co to wszystko? Dlaczego dziś mamy zjeść tylko jeden posiłek do syta? Po co mamy rezygnować z rzeczy, które dają nam trochę przyjemności wśród trudów codziennego życia? Oczywiście jedną motywacją jest fakt, że sam Chrystus dał nam przykład czterdziestodniowego postu. Ale są jeszcze inne powody.
Nauka samodyscypliny
W czasie dojrzewania i dorosłości człowiek uczy się samodyscypliny. Wcześniej to głównie rodzice decydowali o tym, co można jeść, kiedy kłaść się spać, wstawać czy jak spędzać wolny czas. Teraz jednak sam zaczyna dokonywać tych wyborów. Dorosłość oznacza, że wiele rzeczy jest dozwolonych, przynajmniej prawnie. Jeśli ktoś chce spać do południa albo jeść niezdrową żywność – może to robić, ale poniesie również konsekwencje swoich decyzji. Nie wstając na czas, można stracić pracę; jedząc zbyt dużo cukru, pogorszyć swoje zdrowie. Przykłady można by tu mnożyć.
Dlatego człowiek potrzebuje wyrobić w sobie dobre nawyki, a doskonałą okazją ku temu jest Wielki Post. To czas, w którym możemy podjąć postanowienia z miłości do Boga, a jednocześnie uczyć się samodyscypliny. To choćby szansa, by wyrobić w sobie nawyk kładzenia się spać o rozsądnej porze, co z kolei sprawia, że rano wstaje się łatwiej. Podobnie jest z innymi nawykami: ograniczanie niezdrowych przekąsek, praca nad swoimi wadami itp. – wszystko to przynosi realne korzyści w życiu. A rezygnacja z niepotrzebnych czynności, takich jak oglądanie filmów czy przeglądanie mediów społecznościowych, daje więcej czasu na obowiązki, modlitwę czy bliskich.
Trzymanie ciała w ryzach
Samodyscyplina wiąże się również z umiejętnością trzymania ciała w ryzach. Każdy doświadcza bowiem sytuacji, w których rozum zderza się z pożądaniami ciała. Rozum nakazuje powstrzymanie się od zjedzenia czegoś niezdrowego lub od poddania się przyjemnościom, ale na skutek słabości człowiek często ulega pokusie, a potem tego żałuje.
Umartwienia pomagają przezwyciężać takie sytuacje, ucząc ciało słyszeć „nie”. Dlatego kierownicy duchowni zalecają – nie tylko w Wielkim Poście – podejmowanie choćby drobnych wyrzeczeń. Rezygnacja z czegoś do jedzenia, zimny prysznic zamiast ciepłego, przesunięcie sprawdzenia mediów społecznościowych na później – w każdej takiej decyzji mówimy ciału „nie” lub chociaż „nie teraz”. Powtarzanie takich czynności, choć może sprawiać chwilowy dyskomfort, przynosi nagrodę w przyszłości. Nauka panowania nad ciałem wzmacnia naszą wolę, gdy pojawiają się pokusy.
Do umartwiania ciała zachęca nas również Ewangelia. Kiedy Apostołowie zapytali Chrystusa, dlaczego nie mogli wyrzucić pewnego rodzaju złego ducha, On im odpowiedział: „Ten rodzaj można wyrzucić tylko modlitwą i postem” (Mk 9,28). Z kolei św. Franciszek Salezy tak pisał we „Wprowadzeniu do życia duchowego”:
Post nie tylko wznosi umysł, ujarzmia ciało, umacnia dobroć i przynosi nagrodę niebieską, lecz także uczy panowania nad łakomstwem oraz poddawania zmysłowych pożądań i całego ciała prawu ducha. Nawet jeśli możemy uczynić niewiele, nieprzyjaciel lęka się tych, o których wie, że potrafią pościć.
Zdrowie
Portal healthline.com zebrał publikacje naukowe dowodzące różne korzystne efekty postu dla zdrowia. Okazuje się, że post wspomaga kontrolę poziomu cukru we krwi, ogranicza stany zapalne, korzystnie wpływa na ciśnienie krwi, chroniąc jednocześnie serce; pomaga także w utrzymaniu odpowiedniej masy ciała oraz może zapobiegać nowotworom. Zatem podejmując post – zarówno ilościowy, jak i jakościowy – nie tylko wykształcamy dobre nawyki i trzymamy ciało w ryzach, ale również dbamy o swoje zdrowie fizyczne.
Jakie umartwianie najlepiej wybrać?
Przewodnicy duchowi podkreślają, że najlepsze umartwienia to te, które Bóg nam zsyła – czyli codzienne obowiązki i przeciwności, które nas napotykają. Dla matki może to być cierpliwe znoszenie trudów rodzicielstwa, dla kapłana – odmówienie Brewiarza pomimo zmęczenia. To także cierpliwe znoszenie chorób, trudności w pracy czy w rodzinie. Takie naturalne wyzwania są często bardziej wartościowe duchowo niż wymyślone surowe posty i uczą nas posłuszeństwa woli Bożej.
Dobrowolne umartwienia nie powinny szkodzić zdrowiu ani przeszkadzać w wypełnianiu obowiązków. Post ma sens tylko w granicach zdrowego rozsądku. Zbyt ciężkie postanowienia mogą sprawiać pozorne poczucie spełnienia, podczas gdy Bóg pragnie przede wszystkim naszej wierności i codziennej współpracy z Jego planem – jak mówi Pierwsza Księga Samuela: „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sam 15,22). Św. Franciszek Salezy tak pisał o zbyt ciężkich pokutach:
Nie pochwalam długich i nadmiernych postów, zwłaszcza u ludzi młodych. Doświadczenie nauczyło mnie, że gdy źrebię zbyt się zmęczy, schodzi z drogi; podobnie młodzi, osłabieni przesadnym postem, łatwo popadają w pobłażanie sobie. Jeleń nie biegnie dobrze ani wtedy, gdy jest zbyt tłusty, ani gdy zbyt chudy – i tak samo my jesteśmy narażeni na pokusy zarówno przy nadmiarze jedzenia, jak i przy jego niedostatku. W jednym przypadku ciało staje się ospałe, w drugim – przygnębione; i jak nie możemy go znieść w pierwszym, tak ono nie zniesie nas w drugim. Brak umiaru w poście, umartwieniach i surowości uczynił wielu ludzi niezdolnymi do dzieł miłosierdzia w najlepszych latach życia, jak stało się to ze św. Bernardem, który żałował swej nadmiernej surowości. Kto na początku źle obchodzi się z ciałem, na końcu musi je nadmiernie rozpieszczać. Rozsądniej jest traktować je roztropnie, stosownie do pracy i powołania. (…) Jeśli twoja praca jest konieczna lub pożyteczna dla chwały Bożej, wolałbym, abyś znosiła zmęczenie pracy, a nie postu.
Asceza to nie tylko cielesne wyrzeczenia
Podejmowane umartwienia nie muszą mieć wyłącznie wymiaru cielesnego. Mogą bowiem dotyczyć myśli, słów czy cierpliwego znoszenia trudnych sytuacji. Osoba, która grzeszy myślą lub marnuje czas na niepotrzebne rozmyślania, może podjąć ćwiczenie nad kierowaniem myśli ku dobremu, a kto zmaga się z wielomówstwem lub obmową, może powstrzymać się od pewnych słów. Cennym wielkopostnym ćwiczeniem jest również cierpliwe znoszenie uszczypliwości innych, a może nawet pojednanie się z kimś pokłóconym.
Zbliżanie się do Boga
Każda forma podejmowanej ascezy przybliża nas do Pana Boga. Najważniejsze jest jednak, aby cierpienie wynikające z wyrzeczenia połączyć z cierpieniem Chrystusa na krzyżu i ofiarować je Ojcu Niebieskiemu. W ten sposób upodabniamy się do cierpiącego Zbawiciela. Jeśli wyrzeczenie dokonuje się w łasce uświęcającej i z miłości do Boga, staje się aktem zasługującym – takim, który zbliża nas do Niego i wspiera naszą drogę ku wieczności. O konieczności ascezy naucza także Katechizm:
Droga do doskonałości wiedzie przez Krzyż. Nie ma świętości bez wyrzeczenia i bez walki duchowej. Postęp duchowy zakłada ascezę i umartwienie, które prowadzą stopniowo do życia w pokoju i radości błogosławieństw (KKK 2015).
Wielkopostne postanowienie każdy wybiera sam. Musi być dostosowane do stanu życia, kondycji zdrowotnej oraz własnych słabości i grzechów. Nie chodzi o to, by na 40 dni odmówić sobie słodyczy, a potem powrócić do nich. Celem jest raczej zmiana życia na lepsze – tak, aby dobry nawyk czy wolność od konkretnego grzechu pozostała z nami także po Wielkanocy.
Rumunia przynajmniej nie udaje, że „europejska solidarność” to coś więcej niż dobrze opakowany biznes. Bukareszt wyłożył kawę na ławę: oto 21 programów finansowanych z SAFE, oto kwoty, oto konkretne systemy. Bez mgły, bez marketingowej waty, bez patriotycznych uniesień przykrywających faktury wystawiane w euro.
A rachunek? Płacimy wspólnie. Zarabiają głównie Niemcy.
W domenie lądowej nie ma sentymentów – są twarde kontrakty. 139 transporterów Piranha V od General Dynamics European Land Systems za ponad 761 mln euro. Do tego 198 bojowych wozów piechoty nowej generacji za niemal 3 mld euro. Ponad 1370 ciężarówek logistycznych. Zintegrowane stanowiska dowodzenia OPL. Setki wyrzutni i prawie tysiąc pocisków do przenośnych zestawów przeciwlotniczych.
A wisienka na torcie? Systemy Rheinmetall: SKYNEX (476 mln euro) i Skyranger 35 (330 mln euro). Nowoczesne, skuteczne, drogie – i niemieckie.
To już nie jest tylko modernizacja armii. To jest transfer środków w ramach „europejskiego mechanizmu”, który w praktyce pompuje miliardy do przemysłu zbrojeniowego naszych zachodnich sąsiadów. I nie chodzi o to, że sprzęt jest zły. Chodzi o to, że ktoś na tym systemowo wygrywa.
W domenie morskiej – dwa kolejne systemy przeciwlotnicze bliskiego zasięgu Millennium od Rheinmetall, okręty patrolowe za 700 mln euro, jednostki do współpracy z nurkami. Znowu: konkret, liczby, producenci.
Powietrze? Potraktowane po macoszemu. Bo SAFE nie jest od budowania pełnoskalowych sił powietrznych. SAFE jest od tego, by europejski przemysł – głównie zachodni – miał zyski.
Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak coś innego.
Rumunia – drugi największy beneficjent SAFE (ok. 16 mld euro) – opublikowała listę projektów. 10 programów krajowych, 11 międzynarodowych. Wiemy, na co idą pieniądze. Wiemy, kto produkuje. Wiemy, kto zarobi.
A Polska? Cisza. Niedopowiedzenia. Ogólniki.
I tu jest sedno problemu.
Nie chodzi o to, że Rumunia kupuje niemieckie systemy. Każde państwo ma prawo kupować najlepsze dostępne rozwiązania. Chodzi o to, że mechanizm finansowy, który w założeniu miał wzmacniać wspólne bezpieczeństwo, w praktyce cementuje dominację kilku największych graczy przemysłowych.
SAFE staje się narzędziem redystrybucji środków z peryferii do centrum. Z podatników Europy Środkowo-Wschodniej do koncernów z Niemiec i kilku innych państw „starej Unii”.
Europejska solidarność czy europejski rachunek zysków?
Można oczywiście powiedzieć: takie są realia rynku. Niemcy mają rozwinięty przemysł, więc sprzedają. Ale jeśli wspólne kredyty mają finansować głównie zamówienia u największych, to przestajemy mówić o solidarności, a zaczynamy o strukturalnej przewadze.
Rumunia przynajmniej nie udaje, że jest inaczej. Pokazała liczby. Pokazała beneficjentów. Pokazała, że SAFE to nie abstrakcyjny „fundusz bezpieczeństwa”, tylko bardzo konkretne miliardy płynące do bardzo konkretnych firm.
I może właśnie dlatego ta transparentność boli bardziej niż same kontrakty.
Bo kiedy patrzymy na te 16 miliardów euro, widzimy coś więcej niż modernizację rumuńskiej armii. Widzimy mapę przepływu pieniędzy w Europie. I widzimy, kto w tej układance rozdaje karty.
I teraz najważniejsze pytanie, którego wielu woli nie zadawać:
Czy ktoś jeszcze naprawdę wierzy, że w Polsce będzie inaczej???
Bo spójrzmy uczciwie na mechanizm, a nie na hasła.
Jeśli SAFE działa według tej samej logiki w całej Unii – wspólny kredyt, wspólne ramy, preferencja dla projektów „europejskich”, czyli w praktyce realizowanych przez największe zachodnie koncerny – to dlaczego akurat w Warszawie miałby nagle nastąpić cud gospodarczy?
Czy nagle okaże się, że:
miliardy euro zostaną w polskim przemyśle?
polskie zakłady staną się głównym integratorem systemów?
technologie będą transferowane, a nie tylko montowane?
łańcuch dostaw przesunie się nad Wisłę?
Naprawdę?
Rumunia przynajmniej nie owija w bawełnę. Widzimy wprost: Rheinmetall, GDELS, zachodni dostawcy, zachodnie technologie, zachodnie marże. My też znamy ten schemat. Licencja, montownia, offset w folderze reklamowym i „strategiczne partnerstwo”, które kończy się na śrubokręcie.
Jeśli Polska wejdzie w SAFE na tych samych zasadach, to efekt będzie bardzo podobny. Duże zamówienia trafią tam, gdzie są gotowe produkty, certyfikacje, polityczne wpływy i kapitał. A kto to ma? Berlin, Paryż, Madryt – nie Radom, nie Stalowa Wola, nie Gliwice jako pełnoprawni właściciele technologii.
Oczywiście, ktoś powie: „ale przecież bezpieczeństwo nie ma ceny”. To prawda. Tyle że suwerenność przemysłowa też jej nie ma – a bez niej bezpieczeństwo zawsze będzie częściowo zależne od czyjejś fabryki, czyjejś decyzji eksportowej, czyjejś polityki.
SAFE w obecnym kształcie wygląda bardziej jak mechanizm stabilizacji zachodniego przemysłu obronnego niż realna próba wyrównania potencjałów w całej UE.
Więc jeszcze raz:
czy ktoś naprawdę sądzi, że w Polsce będzie inaczej?
Bo jeśli nie zmienią się zasady gry, zmienią się tylko numery kontraktów. Beneficjenci pozostaną ci sami.
Czym jest założona przez amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Rada Pokoju, już wiadomo. Wiadomo także, kto ją podpisał w szwajcarskim kurorcie i kto został do niej jeszcze zaproszony.
Niejasne jednak pozostają nadal jej cele, co budzi poważne kontrowersje na poziomie geopolitycznym, podobnie jak jednostronny charakter jej powołania – przez amerykańskiego prezydenta. W tej jednej informacji kryją się dwie przesłanki dla oczywistej konkluzji. Powołanie Rady przez jednego prezydenta i stojące za nim jedno państwo, a także poddanie jej kontroli przez tego jednego prezydenta i to jedno państwo pozwala z pełnym przekonaniem stwierdzić, że będzie ona służyć interesom Waszyngtonu i ewentualnie jego wybranym sojusznikom. Którym – już wiadomo.
Pokusa złej sławy
W kontekście zaproszenia do jej składu, jakie otrzymał od Donalda Trumpa prezydent Nawrocki, musimy zapytać, czy wejście do Rady będzie służyć interesom Polski. Zdania polityków są w tej sprawie podzielone i choć głosowanie nad nią w sejmie nie jest nawet zapowiedziane, z góry możemy przypuszczać, że większość – formalnie bądź nieformalnie, symbolicznie – zgodzi się na udział Polski w tej Radzie. Amerykano-filia, na którą zapadły po 1989 roku nie tylko środowiska polityczne, ale również ogół Polaków, jest bowiem chorobą skomplikowaną, trudną do wyleczenia poprzez zwykłą terapię patriotyczną. Polska amerykanofilia wyrosła bowiem nie tylko na fałszywym micie Ameryki jako imperium dobra i na iluzji naszego bezpieczeństwa w wasalnym sojuszu z Waszyngtonem, ale również na rusofobii, która przybrała kształt rasistowskiej nienawiści do Rosji i Rosjan. To nie tylko program polityczny, fenomen psychologiczno-socjologiczny, ale również postawa moralna.
Ci, którzy zachłysnęli się z zachwytu nad zaproszeniem polskiego prezydenta do Rady, są odporni na argumenty logiczne i odwołania do nowego porządku globalnego – klubu mocarstw, wśród których USA nie mają już hegemonicznego znaczenia. Również ci, którym przeszkadza w Radzie jedynie obecność prezydentów: Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki – tkwią mentalnie w epoce zimnej wojny i nie są w stanie zauważyć, że Polska nie ma możliwości, aby izolować ich na arenie międzynarodowej. I jedni i drudzy odrywają polską politykę od nowej rzeczywistości geopolitycznej i nowego porządku globalnego. Jeszcze nie przyjęli do wiadomości, że podział na dwa antagonistyczne światy Wschód-Zachód został zastąpiony przez klub mocarstw, w którym uwielbiana przez nich Ameryka jest tylko jednym z członków, a hegemonem pozostaje tylko w zniewolonym umyśle Polaków. Z uporem maniaka podtrzymują sztucznie ten mit Ameryki i nie wyciągają żadnych wniosków z podporządkowania naszych interesów jej interesom.
Nie podsumowaliśmy jeszcze strat, wynikłych z naszego uczestnictwa w prewencyjnych wojnach USA w Afganistanie i na Bliskim Wschodzie, jeszcze nikt w Warszawie nawet nie myśli o wystawieniu Kijowowi i Waszyngtonowie polskiego rachunku za nasz udział w wojnie na Ukrainie, a już wielu widzi nas w Trumpowskiej Radzie. Wielu też – z J. Kaczyńskim na czele – nie pytając o zdanie polskich podatników, gotowych jest zainwestować osławiony miliard dolarów za uczestnictwo w jej gronie. Jednym słowem: straciliśmy przy Ameryce, tracimy i tracić będziemy. Nie tylko politycznie i finansowo, ale również moralnie i kulturowo-cywilizacyjnie.
Te ostatnie straty są szczególnie bolesne, bo zapisywane na niechlubnych kartach historii i w sumieniu ducha narodu, które podpowiada nawrócenie i zadośćuczynienie. Uczestnictwo w Radzie obciąży nas jeszcze bardziej. Aby tego uniknąć wystarczy, że uświadomimy sobie jej stosunek do Strefy Gazy oraz do Palestyńczyków, a także dotychczasową wobec nich politykę D. Trumpa.
Po pierwsze: naród palestyński
Zarówno ojciec-założyciel Rady, jak i stojący za jego plecami premier Izraela B. Netanjahu robią wszystko, aby świat zapomniał o tragedii prawowitych właścicieli Strefy Gazy – o narodzie palestyńskim. Robią wszystko, abyśmy już nie pamiętali o ludobójstwie dokonanym i dokonywanym nadal na tym narodzie przez Izrael, o wywłaszczeniach i przesiedleniach jego ludności przez izraelską armię, o wyburzeniach palestyńskich osiedli i miast, o ucieczce ich mieszkańców przed armią najeźdźców, o zmuszeniu do życia w namiotach – również w zimie – przez kolejne lata, o odcięciu od pomocy humanitarnej i skazaniu na śmierć głodową, która dotknęła tysięcy mieszkańców tej palestyńskiej enklawy. Program Rady Pokoju nic nie mówi o tych męczennikach XXI wieku – ofiarach amerykańsko-izraelskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Wiele natomiast mówi o przekształceniu wybrzeża Strefy Gazy w nowoczesną „Riwierę Bliskiego Wschodu”, na której kształt i powstanie Palestyńczycy nie mają żadnego wpływu. Gotową jej wizję, nie konsultowaną ze stroną palestyńską, przedstawił w Davos zięć Trumpa Jared Kuschner.
Czy wizja tego drugiego Dubaju ma przesłonić światu obraz piekła, jakie zgotowała Palestyńczykom amerykańsko-izraelska polityka w ich ojczyźnie? Czy przekształcenie Strefy Gazy – współczesnego palestyńskiego getta – w kurort ma w ostateczności wywłaszczyć ich z prawa do własnej ziemi i zapewnić krociowe dochody ze zbudowanych apartamentów amerykańskim i izraelskim firmom deweloperskim?. Kto zasiedli tych 180 luksusowych wieżowców pokazywanych w Davos?
Takie pytania rodzi w odbiorcy komunikatów politycznych przymus aksjologiczny, nade wszystko moralny, który budzi w człowieku szczególną więź solidarności z narodem eksterminowanym, szykanowanym, poniżanym. To jest ten przymus moralny, który nie pozwala uśpić naszych sumień. Genialnie wyraził go Adam Mickiewicz w scenie pierwszej trzeciej części Dziadów w wystąpieniu Jana Sobolewskiego, który przedstawia swoim więziennym towarzyszom widzianą w czasie powrotu z przesłuchania wywózkę na Sybir polskich studentów. „Jeśli zapomnę o Nich, Ty Boże na Niebie, Zapomnij o mnie!”.
To ponadwiekowe i ponadkulturowe świadectwo solidarności z ofiarami polityki unicestwiania słabszych, biedniejszych, niewinnych – w imię uzurpowanej władzy nad nimi i resztą świata, egoistycznych, nieetycznych interesów oraz rodzących je mocy zła. To ponadczasowy apel i zarazem mistyczno-metafizyczna suplikacja dotycząca współcześnie eksterminowanych Palestyńczyków i naszego do nich stosunku.
Po drugie: państwo palestyńskie
25 stycznia b.r. przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie miała miejsce manifestacja pod hasłem „Nigdy więcej dla nikogo” – dedykowana nie tylko prezydentowi Nawrockiemu, ale również wszystkim Polakom; niestety, przemilczana przez media głównego nurtu. Jej organizatorzy – na czele z działającą w Polsce propalestyńską organizacją Global Movement To Gaza – domagali się respektowana prawa międzynarodowego i ukarania sprawców ludobójstwa dokonanego na mieszkańcach Strefy Gazy.
W tym celu przypomnieli tragiczną śmierć sześcioletniej Palestynki Hind Rajab – jednego z 20 tysięcy dzieci zabitych w Strefie – i pokazali replikę samochodu, w którym zginęła wraz ze swoją całą rodziną. Nawiązano zarazem do nominowanego do Oscara filmu Głos Hind Rajab przedstawiającego los tej małej męczennicy palestyńskiej jako świadectwo ludobójstwa naszych czasów, dokonywanego przy pomocy najnowszych technologii, pod osłoną kultury eksterminacji utworzonej – jak to przedstawia Paweł Mościcki w swojej książce Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji – przez kolektywny Zachód dla amerykańsko-izraelskich interesów.
Przypomnijmy: Hind Rajab zginęła – uwięziona z zabitymi członkami swej rodziny w ostrzelanym przez izraelskich żołnierzy aucie – błagając przez 3 godziny o pomoc. Pomoc nie nadeszła, ponieważ zabici zostali również ratownicy, którzy mogli to dziecko uratować.
Czy polscy politycy, promujący uczestnictwo polskiego prezydenta w Trumpowskiej Radzie Pokoju odrzucają Mickiewiczowski apel o solidarność z ofiarami nieludzkiej polityki? Czy wybierają solidarność z katami tych ofiar i popierają ich eksterminacyjną politykę? Jeśli tak, to nie mają prawa powoływać się na polską rację stanu. Polska racja stanu nigdy bowiem nie była niemoralna.
Tymczasem sytuacja w palestyńskiej enklawie jest wciąż tragiczna. Opublikowany 29 stycznia b.r. na stronie msn.com/pl [i] reportaż przebywającego w niej Łukasza Dynowskiego może budzić jedynie oburzenie z powodu trwającego nadal ludobójstwa, ostrzałów ludności cywilnej, bombardowań resztek zabudowań, przesuwania przez izraelską armię żółtej linii. „Plan pokojowy – pisze reporter – ogłoszony w październiku 2025 przez amerykańskiego prezydenta, nie zatamował rozlewu krwi, sprawił tylko, że konflikt gotuje się na wolnym ogniu”.
I uzupełnia to spostrzeżenie konkretnymi danymi, przemilczanymi w mediach głównego nurtu, również katolickich. Przypomina, że amerykańsko-izraelski plan pokojowy podzielił Strefę Gazy na dwie nierówne części, uwidocznione przez tzw. żółtą linię. Mniejszą (47 proc. terytorium) wyznaczono dla Palestyńczyków, większą (53 proc.) – dla wojsk Izraela. Ta druga wciąż jest poszerzana. Z reportażu dowiadujemy się, że: „Wojsko miało się stopniowo wycofywać i oddawać okupowane tereny Palestyńczykom. Póki co jednak ruch odbywa się w kierunku odwrotnym – żółta linia jest przesuwana w głąb enklawy, w niektórych miejscach nawet o kilkaset metrów”.
Jeszcze bardziej porażające dane dotyczą kolejnych ofiar trwającego ludobójstwa. „Odkąd – czytamy – 10 października weszło w życie zawieszenie broni, zginęło 500 Palestyńczyków, a ponad 1,3 tys. zostało rannych (w sumie od początku wojny śmierć poniosło co najmniej 71 tys. osób, w tym 20 tys. dzieci)”. Promowana przez USA izraelska eksterminacja narodu palestyńskiego trwa, pomimo powołanej 22 stycznia b.r. przez amerykańskiego prezydenta Rady Pokoju. Jej tragiczne żniwo powiększają ofiary zimy, spędzanej przez wielu mieszkańców enklawy w namiotach. Gdy temperatura spada do ok. 5 stopni Celsjusza, a ponadto pojawiają się ulewy i silny wiatr – ludzie umierają z wychłodzenia.
„W ubiegłym tygodniu – notuje reporter – z wychłodzenia zmarła 3-miesięczna dziewczynka – już dziesiąte dziecko, którego śmierć spowodowała hipotermia”. Ponadto mieszkańców tego nowego typu getta dotyka ciągle głód. Mówią o tym koczownicy z namiotów: „Tysiące ludzi dalej cierpią z powodu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Pomoc nie dociera do wszystkich. Poza tym mieszkańców nie stać na zakup jedzenia. Infrastruktura została zniszczona, ludzie stracili źródło dochodu – relacjonuje Al-Sabbah. Abusalama dodaje, że ceny jedzenia są bardzo wysokie i większość ludzi nie ma wystarczających środków, aby zaspokoić swoje potrzeby. – Ceny powoli spadają, ale to Izrael ciągle kontroluje ilość, jakość i rodzaj żywności, która dociera do Gazy –stwierdził”.
Czy doradcy prezydenta Nawrockiego wiedzą coś na ten temat? Czy też słuchają i czytają jedynie polskich amerykano-filów spod znaku Trumpa – pracujących na złą sławę Polski?
Jeszcze jeden głos
Przytoczne świadectwa i relacje ze Strefy Gazy mówią jedno: od ubiegłorocznego zawieszenia broni oraz od zaistnienia Rady Pokoju sytuacja narodu palestyńskiego nie tylko się nie poprawiła, ale przeciwnie – pogorszyła. Wymienione wydarzenia nie odjęły Palestyńczykom cierpień, ale je powiększyły. Ponadto odebrały szansę nas zaistnienie własnego państwa – z mocno zarysowanymi na geopolitycznej mapie granicami, z własnymi władzami. Żadne inne państwo i żadna rada nie poprawi bowiem ich losu.
Głusi i ślepi na tę prawdę trumpiści znad Wisły chcieliby znieczulić do końca nasze sumienia i wracają do archaicznych w nowym porządku świata transatlantyckich haseł – o roli USA w zapewnieniu Polsce bezpieczeństwa wobec „rosyjskiego zagrożenia”. Warto więc postawić im pytanie: jakie bezpieczeństwo zapewniła Ameryka nie tylko Palestyńczykom, ale również innym narodom na kontrolowanym przez Waszyngton Bliskim Wschodzie – Irakijczykom, Libańczykom, Libijczykom, Syryjczykom? Jakie bezpieczeństwo zapewniła Ukraińcom, chcąc wciągnąć ich kraj do NATO i przejąć kontrolę nad ich metalami ziem rzadkich?
Polskim amerykano-filom, którzy jeszcze do niedawna usiłowali wbić Polakom do głowy absurdalną tezę o istnieniu nieistniejącej cywilizacji judeochrześcijańskiej, warto dedykować jeszcze jeden głos ze Strefy Gazy. To błaganie palestyńskich chrześcijan o ratunek przed „terroryzmem izraelskich osadników”. Problem przedstawił na początku lutego b.r. nczasinfo.pl [ii] – powołując się na materiał lifesitenews.com.
Jest to bardzo ważne wypełnienie wielkiej luki w wiedzy Polaków na temat barbarzyńskiego rugowania chrześcijaństwa nie tylko z obszaru Bliskiego Wschodu, ale również z samej Ziemi Świętej. <Palestyńscy przywódcy chrześcijańscy – czytamy – wystosowali apel do chrześcijan na całym świecie, by „wypełnili swoją moralną, duchową i etyczną odpowiedzialność” i udzielili natychmiastowej pomocy chrześcijanom w Palestynie z powodu „narastającej kampanii ataków terrorystycznych izraelskich osadników na ich starożytne społeczności”.
Wyższy Prezydencki Komitet ds. Kościołów w Palestynie prosi o „stałą presję międzynarodową w celu zapewnienia skutecznej ochrony palestyńskiej ludności cywilnej, w tym chrześcijanom”>. Przytoczony fragment publikacji nie wymaga żadnego komentarza, podobnie jak zawarte w niej dane tamtejszego Komitetu Kościelnego, według których „nielegalni terroryści-osadnicy przeprowadzili ponad 4723 ataki tylko w 2025 roku, a także 720 dodatkowych ataków z bezpośrednim udziałem (izraelskich) sił okupacyjnych’”.
To – jak podkreślają chrześcijanie z Ziemi Świętej – polityka nie tylko eksterminacji, ale również „wymazywanie dawnej obecności Palestyńczyków na ich uznanych przez społeczność międzynarodową terytoriach”.
Dlaczego Polska
Dlaczego Trump zaproponował polskiemu prezydentowi i zarazem Polsce członkostwo w Radzie Pokoju? Wiemy wszyscy jedno: na pewno nie dlatego, że jesteśmy silnym podmiotem na arenie międzynarodowej – bo nim nie jesteśmy.
Możemy natomiast zaryzykować tezę, iż dlatego, że polski prezydent jest katolikiem, a Polska katolickim krajem. Jesteśmy widziani w Radzie Pokoju jako ci, którzy mieliby legitymizować w przestrzeni katolickiego uniwersum zaprezentowany w Davos „projekt inwestycyjny” dla Strefy Gazy. Protestanckich syjonistów – o ich roli w amerykańskiej polityce wiele razy pisał redaktor Paweł Lisicki – reprezentuje sam prezydent Trump. Potrzebni są mu jeszcze do kompletu katoliccy syjoniści.
Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych.
ShutterStock
„Witam, czy wasze dzieci były na obozie harcerskim? Wszystko OK, tylko przerażają mnie te namioty w środku lasu. A co w sytuacji, jak jest burza?” – pyta Beata na internetowym forum pod hasłem „Obóz harcerski”. „Namioty namiotami. Moje dziecko zraziło się w zeszłym roku brakiem higieny. Syf, brud, kąpiele sporadyczne, wróciła totalnie brudna” – odpowiada jej Zofia. Tę bezradność rodziców i dzieci potęgują obecne przepisy. Rok temu sanepid chciał zamknąć obóz harcerski koło Ustki, bo nie było tam elektryczności.
Dwa lata temu w Bieszczadach kazano organizatorom obozu survivalowego pociągnąć rurami wodę z ujęcia oddalonego o trzy kilometry. W sumie trudno się więc dziwić, że w styczniu tego roku wychowawca zimowiska koło Karpacza zorganizował zamiast ogniska „świecznisko” w świetlicy, bo na zewnątrz było minus 10 stopni i dzieciaki poskarżyły się rodzicom, że nie chcą marznąć, a ci zagrozili opiekunowi interwencją w kuratorium, jeśli nie odwoła „niebezpiecznej zabawy”.
– Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”.
Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości. Woli pozostać anonimowy, bo dorabia, choć tylko okazjonalnie i nieharcersko, na letnich obozach dla młodzieży.
– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.
Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki. Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba. Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.
Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś. Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło.
Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.
– Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks – opowiada.
„Kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak nas należy »dobrze« wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – takie wspomnienia w internecie młodzi czytają dziś jak bajkę o żelaznym wilku.
Ale dwie lewe ręce mają nie tylko najmłodsi. W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.
Jaka jest kondycja dzieci i młodzieży w Polsce?
Naukowcy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie od wielu lat badają kondycję fizyczną polskiej młodzieży. Ich wnioski są zatrważające: 30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie. Uczniowie szkół podstawowych z miejsca skakali w dal 129 cm, dzisiaj skoczą najwyżej metr. 600 m przebiegali dawniej średnio w 3 minuty i 5 sekund, teraz wloką się 40 sekund wolniej. Ale prawdziwy dramat widać w sile – kiedy nie było jeszcze internetu, uczeń potrafił w zwisie wytrzymać 17 sekund, teraz zaledwie 7.
O załamaniu sportowych wyników mówią też trenerzy – mimo specjalistycznych planów wysiłkowych, nowoczesnego sprzętu i odzieży, ogólnodostępnych siłowni czy placów do ćwiczeń osiągnięcia sportowe są – delikatnie mówiąc – mizerne. I to mimo że sport uprawia dziś dwa razy więcej osób niż 20–30 lat temu. Tyle że to ćwiczenia tylko do pierwszego potu. Psycholodzy mówią o syndromie nadmiaru możliwości i wynikającego z tego braku wytrwałości. Młodzi rezygnują z doskonalenia się w danej dziedzinie, jeśli tylko napotkają pierwszą trudność. Od razu próbują nowych rzeczy. W konsekwencji mamy mnóstwo nowych dyscyplin, hobby czy możliwości spędzania wolnego czasu. Wszystko to jednak robią po łebkach, żeby tylko zaliczyć, żeby się pokazać na słitfoci w portalu społecznościowym. To powierzchowne próbowanie wszystkiego oznacza, że tak naprawdę nie potrafią niczego.
– Dziś żyjemy w świecie panoptykonu, o którym mówił Michel Foucault, więzienia, w którym wszyscy wszystkich obserwują. Dążymy więc do tego, by się pokazać z jak najlepszej strony. Cokolwiek zaczynamy robić, robimy już nie tyle dla siebie, co dla poklasku, dla pokazania innym. Nie biegamy już dla zdrowia, dla kondycji, tylko żeby pokonywać kolejne dystanse, bić kolejne rekordy, które od razu wrzucamy do internetu. Podobnie jak jazda na rowerze czy ćwiczenia w siłowni. Jednak ten imperatyw ciągłego zdobywania sukcesu powoduje, że zawsze jesteśmy przegrani. Bo jeśli tylko na tym budujemy system własnej wartości, wystarczy drobne potknięcie, żeby ta cała psychologiczna konstrukcja się zawaliła. I wtedy stajemy się bezradni – tłumaczy psycholog Małgorzata Osowiecka z SWPS Uniwersytetu Humanistyczno-społecznego w Sopocie.
Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.
Dla tego jednak, kto sądzi, że taka życiowa postawa pierdoły to domena osób niezbyt lotnych, kubłem zimnej wody niech będą słowa prof. Jonathana Droriego, który podczas konferencji naukowej TED (Technology, Entertainment and Design) w Kalifornii, organizowanej przez amerykańską organizację non profit Sapling Foundation, opowiedział o eksperymencie przeprowadzonym kilka lat temu w Instytucie Technologicznym w Massachusetts (MIT), uważanym za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie.
Naukowcy odwiedzili świeżo upieczonych inżynierów z MIT i zapytali, czy można zapalić żarówkę za pomocą baterii i drutu. – Zapytaliśmy: umiecie to zrobić? Powiedzieli, że to niemożliwe. I nie wyśmiewam tu Amerykanów. Tak samo jest w Imperial College w Londynie – opowiadał rozbawionym słuchaczom prof. Drori.
Lecz to śmiech przez łzy, bo to przecież ci młodzi ludzie niebawem przejmą, a nawet już przejmują stery rządów, gospodarek, bo to oni zaczynają decydować o kierunkach rozwoju świata. Tymczasem dochowaliśmy się, i nadal tak wychowujemy, rzeszy wydmuszek nasączonych wiedzą, z której nie potrafią skorzystać, o skorupkach tak słabych, że pękają od pierwszego niepowodzenia, ba – od niepochlebnej opinii czy krytyki. Inżynierowie z MIT z pewnością doskonale poradzą sobie z odczytaniem schematów silników rakietowych, ale mają problemy z wyzwaniami codziennego życia.
Już ponad 10 lat temu historyk literatury, eseista, profesor Uniwersytetu Gdańskiego Stefan Chwin alarmował, że błędem współczesnego modelu wychowawczego jest tyrania optymizmu, tyrania udawania, że wszystko będzie OK – tylko się starajcie i uczcie pilnie. Że wystarczy wiara, iż wszyscy mogą wszystko, że wystarczy chcieć, by móc. Jednak takie głosy rozsądku przegrały z przekonaniem, iż wszyscy są równi i mają takie same szanse, a szczęśliwy człowiek to człowiek sukcesu. – Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce – wskazuje prof. Joanna Moczydłowska z Politechniki Białostockiej.
Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie. – Ludzie są po prostu różni. Jedni mają temperament flegmatyczny, inni choleryczny. To są cechy wrodzone, niezależne od oddziaływania rodziny, szkoły czy pracodawcy. To właśnie geny decydują, dlaczego tak rozbieżne potrafią być ścieżki kariery rodzeństwa, które wychowywane było w jednym domu, w tych samych warunkach, które miało taki sam start i potencjalne możliwości środowiskowe – tłumaczy prof. Moczydłowska.
Zdolnej, inteligentnej młodzieży nie przybędzie dlatego, że udało się wmówić młodym ludziom, że mogą sięgnąć po nieosiągalne. 20 lat temu do szkół z maturą szło najwyżej 30 proc. uczniów po podstawówce. Dziś wskaźnik ten sięgnął prawie 90 proc. Na rynku pojawiła się więc armia z dyplomami, niestety zbyt często bez zdolności, umiejętności i pasji. – Wielu ludziom robimy tym krzywdę.
Tej nadprodukcji magistrów rynek nie przyjmuje, rodzi się za to frustracja z niespełnienia oczekiwań, którymi ładuje się ich od najmłodszych lat. Jeśli kibol, który się spełnia, ćwicząc z ciężarkami, pozostanie w dorosłym życiu na swoim poziomie i w swoim otoczeniu, będzie żył w zgodzie z samym sobą, to z punktu widzenia psychologii jest dla wszystkich korzystne. Jeśli ulegnie ułudzie i pójdzie na studia, którym intelektualnie nie jest w stanie sprostać, będzie to groźne dla jego psychiki i otoczenia, na którym może wyładować swoją późniejszą frustrację – zauważa.
Społeczeństwo zachłysnęło się – jak to nazywają specjaliści – amerykanizacją oczekiwań, że każdy może wszystko, i napakowaniem energią do nieustannego odkrywania w sobie supermena. Sęk w tym, że imperatyw wzlatywania ponad poziomy nie ma poduszki bezpieczeństwa. W dzisiejszym świecie jest tylko jeden cel: osiągnięcie sukcesu, ale nie ma porażki. Jest tylko pochwała, ale nie ma krytyki. Jest tylko rozwiązywanie problemów, ale nie ma problemów.
Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.
– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie. Dlatego nawet najbardziej agresywne reklamy społeczne przedstawiające skutki zażywania dopalaczy nie będą skuteczne, bo zadziała tu mechanizm obronny – nie damy sobie rady z taką hardkorową informacją, więc musimy ją odrzucić. I młodzi niemający własnych fatalnych doświadczeń taki przekaz odrzucają – zaznacza psycholog Małgorzata Osowiecka.
– I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.
Być to być widzianym
Szklany klosz, pod którym chowamy nasze dzieci, nie wystawiając ich na trudy życia i ryzyko porażki, powoduje, że zatracają umiejętności krytycznego postrzegania rzeczywistości. W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.
Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.
Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące „naukowych” prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.
Ograniczono, wręcz zlikwidowano krytykę, stawiając na piedestale pochwałę. Agresję dorastającej młodzieży odczytywano zaś jako próbę gwałtownego uzupełniania niskiej samooceny. Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.
Przeżywamy kryzys wartości – zaznacza prof. Joanna Moczydłowska. – Kiedyś oddzielało się „być” od „mieć”, jakość życia od jego poziomu. 20 lat rozpasania konsumpcjonizmu sprawiło, że dzisiaj zrównaliśmy te pojęcia. Nie tylko „być” utożsamia się z „mieć”, ale „być” oznacza być widzianym. Stąd tak gwałtowny wzrost popularności wszelkich talent show, stąd powiedzenie, że jak cię nie ma na Facebooku, to nie istniejesz. Stąd miarą wartości człowieka stały się internetowe lajki, a wzorem sukcesu życiowego kariera celebryty – wylicza psycholog.
Młodzi napompowani fantazjami, że są mądrzy, zdolni, wyjątkowi, karmią swoje ego pochwałami – ze strony rodziny, nauczycieli i głównie świata wirtualnego – oraz zarozumialstwem, uznając to za siłę, a skromność za słabość. Potem lądują na kasie w supermarkecie i trudno im to zaakceptować. Ale nawet ci, którzy mają szczęście i trafiają do lepszych z pozoru prac, zderzają się z trudnymi do pokonania różnicami pokoleniowymi. – Różnice między pokoleniami zawsze istniały, ale teraz to jest przepaść. To są już wrogie plemiona. Gdy młody człowiek trafia do firmy, jej szef ma co najmniej 40 lat. A z reguły więcej. I pojawia się trudność nawet na poziomie podstawowej komunikacji. Oni używają innego języka, te same słowa mają dla nich inne znaczenie. A co dopiero mówić o różnicach w aspiracjach, mentalności, postawach życiowych, kulturze – wskazuje psycholog z Politechniki Białostockiej.
Jak pokonać bezradność?
Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu. Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.
– Wzrost postaw roszczeniowych idzie w parze z wyuczoną bezradnością. Jedni biorą pastylki, inni ukrywają ją za drogim ciuchem, autem czy gadżetem. Lęk i bezsilność przykrywają tysiącami znajomych na portalach społecznościowych i kolekcjonowaniem lajków dla każdego swojego działania. Jeszcze inni korzystają z usług coachingu, gdzie płacą za odkrywanie ich własnego ja. To patologia – podsumowuje prof. Moczydłowska.
Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność.
– Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce. Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle.
Efekty już zresztą widać. Chłopcy zaczynają się gubić, nie rozumieją swoich predyspozycji, nie znają potencjału. To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.
Dodaje, że gdy swoich studentów poprosiła o podanie trzech cech, które są mocnymi i słabymi stronami ich osobowości, w większości nie potrafili tego zrobić. – A jak nie wiesz, dokąd idziesz, to nie wiesz, gdzie dojdziesz – konkluduje.
[Jak każdy artykuł – oceniam przed umieszczeniem. Tu – raczej częściej zgadzam się z cytatami podanymi kursywa. la obecnych rodziców – ważna polemika. Ale poczytajcie artykuł krytykowany… MD]
Czyli mój komentarz do tragicznego artykułu. [czemu „tragiczny”?? MD]
Czy dzieci to pierdoły?
Przeczytałem właśnie artykuł pt. „Dzieci pierdoły. Hodujemy zombie, które nie wiedzą kim są i dokąd zmierzają”, o tym jak to obecne dzieci mają dwie lewe ręce, bo są „chowane pod kloszem”. I jak to kiedyś było dobrze, bo jak chłopak dostał wpierdziel od silniejszego kolegi, to się mu mówiło, żeby się nie mazgaił i był mężczyzną. I jak to było cudownie, że nie było zakazów, bo można było skakać na główkę w niebezpiecznych miejscach i nikomu nic się nie stało (no przynajmniej autor artykułu nikogo takiego nie zna, a że jest (przynajmniej w swoim mniemaniu) największym na świecie autorytetem w tej kwestii, to nie ma co dyskutować). I im bardziej się zagłębiam w ten artykuł, tym więcej absurdów widzę, a jednocześnie zauważam mnóstwo osób, które się tą idiotyczną grafomanią zachwycają. Dlatego postanowiłem rozłożyć to na czynniki dwie najważniejsze rzeczy: dlaczego autor się myli i dlaczego tak bardzo.
Cały artykuł do którego się odnoszę znajduje się tutaj. Ja oczywiście nie twierdzę, że wszystkie dzieci takie są jak ja to poniżej opisuję. Po prostu nie zgadzam się na twierdzenie autora, że WSZYSTKIE dzieci obecnie są takimi pierdołami, za jakie autor je uważa, bo to jest zwyczajnie nieprawdziwe.
Obozy przetrwania czy obozy luksusu?
Najpierw mamy porównanie obecnych obozów, z obozami, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu. Jak to kiedyś był survival, a teraz mamy wszystko podane na gotowo. Tu jednak niewiele mogę skomentować, bo to nijak wina rodziców, a kwestia wymogów sanepidu. Dlatego lecimy dalej:
„– Przyjeżdżają takie potworki przekonane o swojej wyjątkowości, mądrości i zaradności, a wrzeszczą w panice, jak zobaczą osę czy komara. Na byle uwagę wychowawcy od razu dzwonią do mam i tatusiów ze skargą, a ci z pretensjami do nas. Cholera mnie bierze, ale cóż poradzić, klient nasz pan. No to robię im ognisko w pokoju na ekranach ich tabletów, bo dym z płonących szczap gryzłby ich w oczy – tłumaczy.”
Moja córka była w tym roku na czterech kilkudniowych obozach/wyjazdach. I to prawda, że miała ze sobą telefon, ale dzwoniła może ze dwa razy, bo miała lepsze rzeczy do robienia. Bo świetnie się bawiła, chodząc po lasach czy pływając w morzy. A na zdecydowanej większości takich wyjazdów, jest zakaz zabierania tabletów, a telefony dzieci dostają na 15-30 minut dziennie, więc może wystarczy wybrać odpowiednie obozy?
A co do matek, które skarżyły się na tragiczne warunki higieniczne na obozach. Mój pięciolatek był w ubiegłym roku na kolonii (bez rodziców – patologia, nie?) i wrócił brudny jak nigdy, bo zawsze jak się myli, to on już spał. Przeżył? Przeżył. Wrócił? Wrócił. I był szczęśliwy jak nigdy w życiu.
Dzieci lasu
„[Były harcmistrz] Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. Teraz jest psychoza, więc na wszelki wypadek dzieci do lasu nie wysyła się w ogóle, dlatego przerażają je pająki, komary czy osy, a z grzybów znają tylko pieczarki.”
Nie wiem o jakich dzieciach on mówi, ale moje dzieci i jagody i grzyby w lesie zbierają. Tak, ten czteroletni też. A pająki to raz hodowali za oknem, bo chcieli, żeby im komary zjadały. Zresztą całkiem sensowny plan, trzeba przyznać.
Chorobliwe dzieci
„Dziś na lekki ból gardła dzieciaki dostają antybiotyki, a po złamaniu palca zwolnienie na cały rok z WF.”
Mam trójkę dzieci i jedyny antybiotyk jaki mój syn dostał, jak sobie rozciął kolano i wdało się zakażenie. A rozciął je łażąc po drzewie. To tak w kwestii braku ruchu.
Bo bicie jest podstawą wychowania
„Nikt mu [harcmistrzowi] nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś.”
I prawidłowo, że nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo lekcje powinny odrabiać dzieci. Tutaj całkowicie popieram Natalię. Jednak bicie za błędy ortograficzne dziecka z dysORTOgrafią (dysgrafia jest wtedy, gdy brzydko piszemy – następnym razem polecam autorowi sprawdzić o czym pisze), jest jak bicie głuchego dziecka, żeby lepiej słyszało. Zwyczajnie głupie i nieodpowiedzialne.
Ryzykowaliśmy życiem i było świetnie
„Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił.”
Uwielbiam to. Uwielbiam podawanie jednego przykładu i tworzenie z tego reguły. W takim razie polecam autorowi, tudzież harcmistrzowi zagranie w rosyjską ruletkę kilkadziesiąt razy. Ja zagrałem raz i przeżyłem, więc strachu nie ma, prawda? Zresztą innym przykładem są pasy bezpieczeństwa, których dawniej nie stosowano, a teraz to w ogóle wymyślają jakieś cuda z fotelikami i innymi niepotrzebnymi rzeczami. Na co to komu? My tego nie mieliśmy i było super!
Być mężczyzną, to brzmi dumnie
„Gdy dostałem manto od silniejszego zabijaki z podwórka i wróciłem zapłakany do domu, ojciec powiedział, żebym się nie mazgaił, bo mężczyzna musi stawiać czoła przemocy. Siłą. Czasami przegram, czasami wygram, ale takie jest życie. A następnego dnia pojechaliśmy do klubu sportowego, gdzie zapisał mnie na boks.”
O ile jak najbardziej popieram ideę zapisania dziecka na boks po takiej sytuacji (czy inną sztukę walki), o tyle pisałem już jak naprawdę działają słowa „bądź mężczyzną”. Niestety statystyki są nieubłagane i aż dziewięciu mężczyzn w Polsce każdego dnia popełnia samobójstwo. Koniecznie chcemy zwiększyć tą ilość?
Pokolenie gnijących niedorajdów
„W domach gniją całe pokolenia niedorajdów, włącznie z trzydziestolatkami, przekonanymi, że guzika w koszuli nie da się przyszyć bez certyfikatu krojczego. I nie jest to pusta konstatacja autora tego tekstu w myśl przekonania każdego dorosłego, że „za moich czasów młodzież była bardziej zaradna”, tylko wyniki naukowych analiz. Gdziekolwiek spojrzeć, jest gorzej, niż było.”
Dokładnie tak jest. Tylko, że autor zupełnie zapomina, że Ci wszyscy nieudacznicy i te wszystkie życiowe niedorajdy, wychowały się w rodzinach, które postępowały DOKŁADNIE tak, jak radzi autor. To właśnie podążanie za radami takich pseudopsychologów, którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym jak się rozwija dziecięcy mózg, doprowadziło do obecnej patologii i czterdziestoletnich dzieci żyjących na garnuszku rodziców.
Sprawność ruchowa
„30 lat temu dzieciaki były znacznie bardziej sprawne niż ich rówieśnicy obecnie.”
Tutaj następuje przybliżenie tego, jak to we wszystkim obecna młodzież jest gorsza. Prawdopodobnie te statystyki nie kłamią, bo śmieciowe jedzenie i uzależnienie od ekranu, zbiera swoje żniwo. Ale to jeszcze nie znaczy, że każde dziecko obecnie jest mniej sprawne, niż dzieci 30 lat temu i że ogólnie mamy usiąść i płakać. Moje dzieci spędzają na zewnątrz tyle samo czasu co ja w ich wieku, a i zabawy mają podobne, więc nie rozpaczałbym zbyt mocno.
Świat jednorazówek
„Podczas zeszłorocznych wykładów w The Royal Institution w Londynie prof. Danielle George z Uniwersytetu w Manchesterze przedstawiła badania, z których wynika, że młodzi, ale już dorośli ludzie stali się uzależnieni od gotowych rozwiązań technologicznych oferowanych przez rynek. W przypadku domowej awarii nawet nie próbują sami naprawić zepsutego kontaktu czy przerwanego kabla odkurzacza. Ba, większość z nich uważa, że urządzenia „po prostu działają”, i nie ma pojęcia, co robić, jak się coś z nimi stanie. Najczęstszymi rozwiązaniami są wezwanie na pomoc specjalistycznej firmy albo wymiana niedziałającego urządzenia na nowe. Kto bogatemu zabroni, ale problem polega na tym, że pytani przez badaczy, czy pomyśleli o naprawie, przylutowaniu zerwanego kabelka, nie zdawali sobie nawet sprawy, że tak można. Pochłonął ich świat jednorazówek.”
To już w ogóle jest oderwane od Polskiej rzeczywistości. U nas naprawia się wszystko, nawet to, co lepiej by było wyrzucić i za grosze kupić nowe. Niemniej rozumiem manipulacyjną próbę wciśnięcia tego eksperymentu – pasował do tezy, więc kto by się przejmował rzetelnością dziennikarską.
Wadliwa edukacja
Później następuje narzekanie na obecną edukacje, które akurat jest całkiem trafne, bo rzeczywiście często tak jest, że uczymy dzieci nieżyciowych umiejętności, skupiając się na kolejnych nieprzydatnych dyplomach. Jednak po raz kolejny, nie można za to winić rodziców, co próbuje zrobić autor, tylko system edukacji, którego program nauczania jest zupełnie niedostosowany do wymagań współczesnego świata (a powinien być już przygotowany do wymagań świata dopiero nadchodzącego). Niestety autor po raz nasty w artykule, na podstawie dobrych założeń, wyciąga zupełnie nietrafione wnioski i sugeruje, że ma to związek z tym, że ciągle chwalimy dzieci, a nie krytykujemy ich. Dlaczego takie podejście jest błędne i pisałem o tym w tekście Pięć słów, które wszystkie dzieci chcą usłyszeć.
Ból to najlepszy nauczyciel
„Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel. Ale nie zaboli w ogóle, bo są środki ochronne. A jeśli Jaś się nie nauczy, że prędkość na rowerze plus nieuwaga są groźne i mogą wywołać ból, Jan nie zrozumie, że szybkość auta plus nieuwaga oznacza już śmierć.”
Czyli aby nauczyć dzieci życia, mam ryzykować ich zdrowiem? I życiem? Mam nie zakładać dziecku kasku, żeby przy wypadku rozwaliło sobie głowę i wylądowało na pogotowiu? Wtedy dopiero się nauczy? Bo dzieci to są skończone debile, które nie rozumieją jak się do nich mówi? Ból to najlepszy nauczyciel? Który to mamy? XIX wiek? A może w ogóle średniowiecze? Czy naprawdę takie zacofane umysły jeszcze istnieją? Przecież głoszenie takich twierdzeń powinno być karane, bo to jest wręcz nawoływanie do ryzykowania życiem osoby od nas zależnej.
Zresztą czy gdy mamy kask, to uderzenie przy wypadku nie boli? Polecam zatem panu autorowi sprawdzenie tej tezy. Najlepiej z rozbiegu. Może też się coś wówczas poprzestawia i wskoczy na właściwe miejsca.
Zakazy i nakazy
„– Mnożenie zakazów i nakazów sprawia, że młodzi ludzie nie potrafią sami sobie wyznaczać granic. Nie rozumieją konsekwencji swoich czynów, nie mają kontroli nad swoim zachowaniem i postępują bezrefleksyjnie.”
Bardzo prawidłowe wnioski. Dlatego też nie powinniśmy dzieciom nakazywać uczenia się ortografii pod groźbą, jak to sugeruje autor (i sam sobie w tym miejscu zaprzecza). Bo one się muszą w większości same nauczyć co mogą, a czego nie mogą robić. My możemy im ewentualnie doradzać, tłumaczyć i czasami postawić wyraźną granicę, aby uchronić je przed oczywistym niebezpieczeństwem. Jednak musimy też pamiętać, że dzięki temu, że dziecko mając siedem lat, spadnie z drzewa, to mając tych lat naście, nie zrobi sobie większej krzywdy. Więc jak najbardziej popieram brak zakazów i nakazów, poza tymi, które chronią przed utratą życia lub zdrowia („oczywiście kochanie, idź pobiegać sobie po autostradzie. W końcu masz już trzy lata”)
Rodzic helikopter
„I do tego ta nieustająca nadopiekuńczość. Ostatnie badania wskazują, że już 43 proc. Polaków mieszka razem z rodzicami, a w wielu przypadkach powodem nie są wcale problemy finansowe. Tak czują się bezpieczniej, wolą pozostać pod rodzicielskim parasolem. Gdy byli mali, rodzice mówili: nie biegaj, bo się wywrócisz i stłuczesz kolano, do szkoły nosili za nich ciężkie tornistry, a teraz mówią: nie pracuj, masz jeszcze czas, my ci pomożemy. Takie ograniczanie samodzielności u dorosłego człowieka to dramat, bo on nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych. Rezygnuje z podejmowania wyzwań w imię trwania w sferze komfortu – przestrzega prof. Joanna Moczydłowska.”
Z tym fragmentem nie pozostaje zrobić nic innego jak całkowicie się zgodzić. Jednak ponownie – obecne pokolenie, które bywa tak wychowywane (i z którym to wychowaniem ja osobiście też się nie zgadzam) nie ma jeszcze 30 czy 40 lat. To pokolenie, które mieszka z rodzicami, to najczęściej są dzieci, które były wychowywane, jak wspomniałem już wcześniej, zgodnie z wszystkimi radami autora i właśnie dlatego nie radzą sobie w życiu. Bo rodzice swoim podejściem, które wymagało od dzieci ciągłego posłuszeństwa, odebrali im całą pewność siebie potrzebną do samodzielnego egzystowania.
Chwalenie czy niechwalenie?
„W USA według sondażu przeprowadzonego przez Columbia University aż 85 proc. rodziców wierzy, że trzeba wmawiać dzieciom, iż są inteligentne, i chwalić je na każdym kroku. Tymczasem – jak przekonuje psycholog Carol Dweck – to błąd wychowawczy. Przez 10 lat badała osiągnięcia uczniów kilkunastu szkół w Nowym Jorku. Z jej eksperymentów i analiz wynika, że dzieci, które po udanym rozwiązaniu testu były chwalone za mądrość i zdolności, szybciej osiadały na laurach i unikały kolejnych wyzwań, niż te, u których doceniano wysiłek i ciężką pracę w osiągnięcia sukcesu. Te „mądre z natury” bały się porażki przy trudniejszych zadaniach, bo podważałaby one ich wysoką samoocenę. Nie chciały się przekonać, że jednak nie są tak inteligentne, jak uważa otoczenie. A jak już podejmowały ryzyko i skończyło się to niepowodzeniem, rezygnowały z dalszych prób, by nie pogłębiać poczucia przegranej. Te zaś, których sukces był skomentowany jako efekt ciężkiej pracy, dużo chętniej sięgały po bardziej skomplikowane zadania, a niepowodzenie tylko motywowało je do dalszej pracy.”
I po raz kolejny: tak, ciągłe chwalenie jest złe. Tak samo jak ciągłe krytykowanie. To docenianie ciężkiej pracy, jest tym, co powinniśmy robić. Cały akapit jest bardzo dobry, a ja o odkryciach psycholog Carol Dweck pisałem już w tekście Dlaczego niektóre dzieci się starają, a inne rezygnują?
Wychowywanie bezstresowe (bo żaden tekst o wychowaniu nie jest pełny bez tego)
„Amerykański psycholog społeczny, prof. Roy F. Baumeister z Uniwersytetu Stanowego Florydy, mówi wprost, że bezstresowe wychowanie prowadzi do spadku motywacji. Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów. Zaś sztuczne wzmacnianie u dzieci poczucia własnej wartości i puste pochwały powodują, że gdy dorastają, nie radzą sobie nawet z niewielkimi porażkami. Utożsamiają je z własnymi słabościami – przecież wszyscy są ponoć równi i każdego stać na wszystko – czują się oszukani i odreagowują niepowodzenia agresją.”
Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że głupiutki nastolatek, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy, może uważać, że istnieją tylko dwa rodzaje wychowania – wychowanie przemocą (czyli tradycyjne) i wychowanie bezstresowe (czyli brak wychowania). Ale poważny amerykański psycholog społeczny? To wzbudza pusty śmiech i tylko dodatkowo pokazuje totalną ignorancję autora oraz zupełną nieznajomość tematu, który postanowił skomentować. Wstyd, panie autorze. Wstyd. Polecam wyszukać frazy takiej jak Rodzicielstwo Bliskości, Pozytywne Rodzicielstwo oraz Porozumienie Bez Przemocy.
Wychowanie bez stresu ciąg dalszy
„Przez ostatnie lata – kontynuuje prof. Baumeister – tysiące naukowych prac rozwodziły się w samych superlatywach nad pozytywnymi skutkami wychowywania bez stresu, budowania w młodych poczucia własnej wartości i wysokiej samooceny, traktowanych jako lekarstwo na całe zło dojrzewania.”
Pokażcie mi te badania. Proszę, przestańcie się już ośmieszać i mi je pokażcie. Błagam. Najlepiej jakieś oparte o nasze polskie społeczeństwo. Nie trzymajcie nas dalej w niepewności.
„Tymczasem dzisiaj okazuje się, że jest odwrotnie. Przez te lata wyhodowaliśmy „praise junkie”, uzależnionych od pochwał, którzy w zderzeniu z rzeczywistością nie umieją sobie z tym poradzić i reagują agresją z powodu zbyt wysokiego mniemania o sobie. – Ta konkluzja to największe rozczarowanie nauki w mojej karierze – przyznaje profesor Baumeister.”
Szok i niedowierzanie. Naprawdę nie dało się tego przewidzieć? Przecież to nie jest fizyka kwantowa.
Społeczeństwo ma problemy. Jaka jest przyczyna?
„Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu.”
Przerażające wyniki, ale jednak nietrafione przyczyny. Bo to nie tylko bezstresowe wychowanie jest odpowiedzialne, ale przede wszystkim kary cielesne (przypominam, że ponad 60% Polaków je stosuje, a dwadzieścia, trzydzieści lat temu, ta wartość była jeszcze większa). Szczególnie, że jak wspomniałem, u nas w Polsce wychowanie bezstresowe nigdy nie było popularne, więc przypisywanie mu jakichkolwiek efektów, jest zwykłym błędem.
„Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy.”
I jak pokazują badania, to też jest bezpośredni efekt stosowania przemocy wobec dzieci (kliknij tutaj). Tak, przemocy – tego cudownego leku, który autor próbuje nam sprzedać i który miałby rozwiązać wszystkie nasze wychowawcze problemy. To właśnie przemoc wzmacnia kompleksy, zaburzenia lękowe, depresje, manie i uzależnienia. To jej musimy za to podziękować. Tym niewinnym klapsom i strzałom, wymierzonym „dydaktycznie” przez rodziców.
Z samą tezą artykułu nie potrafię się nie zgodzić, bo jest ona prawdziwa. Tak, to prawda. Wychowujemy pierdoły. Częściowo przynajmniej. Jednak nie dzieje się tak dlatego, że wychowujemy dzieci bezstresowo, bo jako kraj, nigdy się tego nie nauczyliśmy (na całe szczęście!). Jest wręcz przeciwnie. Wychowujemy „pierdoły”, bo nasze dzieci wychowywane są w ogromnym stresie.
Wychowujemy dzieci, które boją się bawić swoimi zabawkami, bo ojciec je złoi, jak coś zepsują. Dzieci, które boją się głośniej odezwać, bo matka na nie nawrzeszczy, że przecież miały siedzieć cicho, bo ją głowa boli. Dzieci, które boją się zadać jakiekolwiek pytanie o świecie, bo rodzice je wyśmieją, że przecież takich durnych pytań nie powinno zadawać. Dzieci, które boją się nawet zapytać czy mogą wyjść do toalety. Dzieci, które nie kończąc nawet podstawówki, mają już pełny bagaż chorób psychicznych we wczesnym stadium i które będą później leczyć całe życie.
Niestety, to nie jest najgorsze
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że się nie uczymy na błędach. Widzimy, że zawiedliśmy jako rodzice i to na wielu różnych płaszczyznach, ale nie potrafimy znaleźć winy w sobie. Słyszymy o wychowaniu bezstresowym, które zdobyło popularność w USA i zwalamy winę na to, bo przecież my jesteśmy kurwa nieomylni. Omnipotentni psia mać. Gdybyśmy potrafili jednak spojrzeć krytycznie na siebie, dostrzeglibyśmy, że prawdziwym błędem i prawdziwą porażką był każdy kolejny wymierzony klaps. Ciągnący się przez lata i nieopanowany wrzask. To są prawdziwe błędy, które doprowadziły do społeczeństwa pierdół, w jakim obecnie tkwimy, jak określa to autor. Do społeczeństwa pełnego przemocy i kompleksów. I najgorsze jest to, że nie byłyby to błędy, gdybyśmy wyciągnęli chociaż raz wnioski i powiedzieli sobie, że będziemy się starać być lepszymi. Jednak my jesteśmy na to zbyt wspaniali, prawda? Zbyt doskonali. Zbyt genialni. W końcu przeczytaliśmy bzdurny artykuł, który potwierdził tylko nasze zacofanie i nasze uprzedzenia, więc jesteśmy rozgrzeszeni.
Nic bardziej mylnego
Niestety każdy nasz błąd wpływa na nasze dzieci. I to one za kilka, kilkanaście lat, będą przez każdy taki błąd cierpieć. Teraz więc każdy z nas musi sobie zadać pytanie: czy chcemy, aby nasze dzieci dołączyły do tych wszystkich wychowanych klapsem i tych wszystkich wychowanych bezstresowo (bo w efekcie obydwa te rodzaje wychowania prowadzą do wykształcenia w pewien sposób ludzi, którzy na takim czy innym polu mogą sobie nie radzić)? Czy chcemy, aby nasze dzieci dołączyły do tych wszystkich, które już teraz leczą się u psychologów? Mają depresję? Są uzależnione od narkotyków lub alkoholu?
Czy może jesteśmy ponad to i zamierzamy wybrać bardziej wartościową, choć trudniejszą drogę?
To jedno pytanie, może wpłynąć na całe życie naszych dzieci.
I może warto się też zapytać: jeśli wybierzemy niewłaściwie, to czy będziemy w stanie żyć z samym sobą, wiedząc, że nasze dziecko cierpi przez nas? Lub że przez nasze dziecko cierpią inni?
I na koniec, polecam jeszcze ten cytat:
„Nie, nie daje klapsów swojemu dziecku. Tak, dyscyplinuję je. Tak, uczę je odróżniać dobro od zła. Nie, moje dziecko nie rządzi w domu. Tak, mam granice i oczekiwania. Nie zakładaj, że jestem uległy, bo nie biję mojego dziecka. Nie wychowuję niezdyscyplinowanego bachora. Wychowuję człowieka, który wybiera dobro, bo jest dobre, a nie dlatego, że boi się oberwać jeśli zrobi inaczej.”
Zapraszamy 22 lutego do Siedlec w niedzielę na 112 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Świętą w katedrze siedleckiej, która rozpocznie się o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
In the accounts circulated by his supporters, Dr. Reiner Fuellmich is cast as a high-profile German attorney who turned his consumer-law reputation into a public crusade during the COVID era – most visibly through the “Corona Investigative Committee,” a long-form interview platform that hosted scientists, physicians, lawyers, and dissidents from multiple countries.
That visibility became the beginning of his legal nightmare. The case, as described in supportive reporting, is not framed as a routine internal dispute but as a collision between political power and a lawyer who would not stop asking questions. The core allegations against him, variously described as breach of trust or embezzlement related to funds, are presented as the formal basis for detention.
His advocates, however, argue that the deeper issue is his role in challenging official pandemic narratives, and they describe his prosecution and detention as political persecution rather than a case involving what would normally be considered white-collar accusations.
Dr. Reiner Fuellmich is recognized and respected internationally for his work as a consumer rights lawyer and for winning major lawsuits against corporations like Volkswagen, Kühne & Nagel, and Deutsche Bank. He was among the first to see that the COVID measures were crimes against humanity and decided, along with three other lawyers, to form the Corona Investigative Committee to investigate the actions of governments, public institutions, and the medical community during the so-called “pandemic.”
Thanks to his exceptional investigative efforts and consultations with more than 150 scientists and experts worldwide, as well as numerous whistleblowers from Pfizer, the WHO, the CDC, and the UN, he gathered substantial evidence of what he calls “the biggest crime ever perpetrated against humanity.”
Whatever label one applies, the storyline is now familiar to anyone tracking dissent cases in the post-2020 West: a public figure becomes controversial; a legal mechanism activates; pre-trial detention stretches; access to communication narrows; and the person at the center insists the process itself is the punishment. Supporters emphasize conditions of confinement, the length and structure of proceedings, and the broader context in which Germany—and Europe more generally—has treated certain forms of medical and policy dissent as something closer to a threat than a debate.
That is the “why you’ve heard the name.” Now to what changed after the last major update many of you saw in mid-2025.
After August 19, 2025: silencing attempts, new statements, and a widening chorus
In October 2025, a statement attributed to Fuellmich circulated describing sharply tightened restrictions on his ability to communicate. According to that report, his telephone access was reduced to “two calls of 20 minutes, per week,” with monitoring, and he was reportedly barred from naming people connected to his case.
In the same transcript, Fuellmich framed the restrictions as an attempt to cut off his public voice. One line lands like a gavel strike:
“I will not be able to issue any further statements…”
He then attributed the pressure to specific actors, alleging coordination between his accuser and the prosecution. In his words (as transcribed), he claimed that a prosecutor “wrote to this prison to shut me up” and that the prison “ha[s] to follow orders.”
If the intent was quiet, it did not hold.
By January 2026, additional “voice mail” updates were again circulating in Fuellmich-support channels, framed as messages “before being silenced” – a title that, intentionally or not, reads like a warning label on a shrinking space for dissent.
Around the same period, a “new statement” attributed to Fuellmich appeared under his name, striking a tone that is both defiant and weary. Two sentences, in particular, capture the posture of a man who believes the machinery around him is designed to break endurance:
“The attempt at shutting me and all of us up has failed.”
“We will continue.”
Meanwhile, support for Fuellmich consolidated into a media artifact of its own: a “FREE REINER FUELLMICH” compilation video produced by filmmaker Philippe Carillo and Seba Terribilini.
The roster matters – not because fame proves a case, but because it signals how Fuellmich has become a symbol inside the wider medical-freedom ecosystem. The published list of participants includes Archbishop Carlo Maria Viganò, Queensland Senator Malcolm Roberts, Calin Georgescu, Mary Holland, Bryan Ardis, Sucharit Bhakdi, Andrew Bridgen, Paul Craig Roberts, Peter Koenig, Celia Farber, Greg Reese and John O’Looney – among many others.
In other words: whatever one thinks of Fuellmich’s thesis about the COVID period, his supporters are not treating this as a local German court matter. They are treating it as a test case for the enshrined rights of a democracy.
The conceptual core: therapeutic choice, speech, and the health of free societies
Start with the simplest chain of logic – because the simplest chains are often the hardest to break.
A) Fuellmich’s supporters argue he was detained because he fought for freedom of therapeutic choice.
In their framing, the case is downstream from his insistence that patients and physicians must be allowed to weigh risk, benefit, uncertainty, and emerging evidence – without a centralized authority criminalizing deviation.
The phrase “therapeutic choice” sounds clinical, even bureaucratic. But it is essentially the freedom to reason in real time: to treat a human being in front of you using professional judgment, informed consent, and “science and conscience” (to borrow the old European phrasing). In practice, that freedom depends on something even more basic.
B) Therapeutic choice is inseparable from freedom of speech. If doctors cannot speak openly about clinical observations, adverse events, early hypotheses, or alternative protocols—if they cannot criticize policy without professional retaliation – then “choice” becomes a mirage. You can’t choose what you’re not allowed to talk about.
Whether one agrees with his politics is beside the point here. The conceptual link is direct: when speech narrows, clinical debate narrows; when clinical debate narrows, therapeutic choice collapses into mandate.
That is why Fuellmich’s supporters read his communications restrictions – monitored calls, limits on naming officials, warnings about “no further statements” – as more than prison administration. They read it as the modern European method for making speech “safe” in order to protect democracy: don’t argue with it – just reduce it to two twenty-minute windows per week.
C) The “health” argument expands beyond medicine into food policy. Fuellmich’s messaging (and the wider ecosystem around him) has repeatedly emphasized that long-term resilience is not only about emergency protocols and pharmaceuticals. It is also about metabolic and nutritional health—prevention, self-healing capacity, and reducing chronic disease burden through better dietary policy and education.
One session summary (RWM – the link isn’t entirely functional in the USA ) from his interview platform explicitly highlights “prevention and self-healing” through “targeted nutrition,” including “initiating ketolysis” as an example of metabolic strategy.
You don’t have to romanticize this to see the through line: populations with fewer chronic metabolic diseases are less vulnerable in crises; systems with open debate correct faster; and societies that treat dissent as a pathology eventually become fragile – because they lose the ability to self-correct, a fundamental mechanism for working democracies.
Where this leads: MAHA, MEHA, and the case called “Reiner”
In the U.S., “Make America Healthy Again” (MAHA) has become shorthand for a broad re-centering on metabolic health, food quality, chronic disease prevention, and skepticism toward captured institutions. A parallel current in Europe “MEHA”, “Make Europe Healthy Again” – would begin with the same three pillars:
1. healthier diet and prevention-first policy,
2. therapeutic freedom grounded in informed consent and clinical judgment,
3. and the bedrock that makes the first two real: freedom of speech.
In that framework, Fuellmich becomes more than a defendant. He becomes a symbol of what happens when a society treats open inquiry as subversion. And symbols matter -not because they replace evidence, but because they show where the fault lines are.
So, let’s end with the human point, stated plainly.
Fuellmich’s is a standard-bearer who has risked and lost his freedom, economic stability and career to defend fundamental liberties: speech, conscience, and medical choice, under conditions they describe as punitive and politically charged.
The United States, with its constitutional architecture built around enumerated rights, should not look away from such a test. Transparent monitoring, public attention, and principled insistence on due process are not “foreign interference.” They are what free societies owe one another – especially when a voice is being pushed toward silence, one monitored phone call at a time
Court drawings courtesy of Kerstin Heusinger, BAM News.
/ICIC.law, February 2026
Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.
Na początek warto odpowiedzieć na pytanie czym jest Ukraina i co wynika dla nas z jej istnienia?
Ukraina jest państwem, które powstało dopiero w roku 1918, wcześniej był lud rusiński (małorusy), kozacy. Zostało powołane przez Austriaków i Niemców, i był to od początku nacjonalistyczny projekt antypolski i antyrosyjski.
Z Rusinami mieliśmy zawsze „zadry” – Powstanie Chmielnickiego, rzezie – Koliszczyzna, no i to co miało miejsce na Wołyniu i Małopolsce.
Rzeź Wołyńska i poprzednie były inspirowane z zewnątrz – różokrzyżowy, masoni. Sposób mordowania Polaków miał coś w sobie z krwawej ofiary rytualnej, coś demonicznego.
Ukraina pojawiła się drugi raz w strukturach Związku Sowieckiego jako republika. Na początku Stalin za pomocą hołodomoru wymordował sporą część obywateli tej republiki. Po śmierci Stalina skończył się jawny terror, nastał Chruszczow (Ukrainiec), który nawet podarował republice ukraińskiej Krym.
W 1991 po rozpadzie sowietów pojawia się państwo ukraińskie i Polska jako jedna z pierwszych je uznała. Zapewne w myśl Giedrojciowego paradygmatu, że będzie buforem przed Rosją. A to był i jest błąd. Zacytuję Dmowskiego, którego opinia sprzed prawie 100 lat jest nadal zadziwiająco aktualna.
Niepodległa Ukraina byłaby państwem, w którym dominowałyby wpływy niemieckie. Tak by było nie tylko dlatego, że dzisiaj działacze ukraińscy konspirują z Niemcami i mają ich poparcie; i nie tylko dlatego, że o tym marzą Niemcy i że mają na obszarze ukraińskim Niemców i Żydów, którzy byliby dla nich oparciem; ale także, i to przede wszystkim, dlatego, że całkowite zrealizowanie programu ukraińskiego kosztem Rosji, Polski i Rumunii, ma naturalnego, najpewniejszego protektora w Niemczech i musi Ukraińców wiązać z nimi. Polska przy istnieniu państwa ukraińskiego, znalazłaby się między Niemcami a sferą wpływów niemieckich, można powiedzieć, niemieckim protektoratem. Nie ma potrzeby unaoczniać, jakby wtedy wyglądała.
Wreszcie, jak to wyżej powiedzieliśmy, zbudowana dziś wielka Ukraina nie byłaby w swych kierowniczych żywiołach tak bardzo ukraińska i nie przedstawiałaby na wewnątrz stosunków zdrowych. To byłby naprawdę wrzód na ciele Europy, którego sąsiedztwo byłoby dla nas fatalne.
Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczy¬cić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii.
Dla narodu, zwłaszcza dla narodu jak nasz młodego, który musi się jeszcze wychować do swych przeznaczeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny.
Z tych wszystkich względów program niepodległej Ukrainy nie może liczyć na to, żeby Polska za nim stanęła, a tym mniej, żeby zań krew przelewała. I to polska opinia publiczna już dziś bardzo dobrze rozumie.
Wybór fragmentów z tekstu z 1930 roku. Źródło: Archiwum MSWiA, sygn. K-458.
Dziś polska opinia publiczna w kwestiach związanych z Ukrainą, w odróżnieniu od opinii z czasów IIRP, nic nie rozumie albo niewiele za sprawą zdradzieckich popisowych „elit” i ogólnego otępienia, częściowo spowodowanego mediami.
Za Jelcyna była umowa Rosji z kolektywnym zachodem, że Ukraina zostanie w sferze rosyjskiej a Polska i Pribałtika zostanie po przeciwnej stronie. Proces powstawania nowego porządku dosyć szczegółowo opisałem tu:
W skrócie – na przełomie 2013/2014 USA i spółka sfinansowały pucz zwany euromajdanem a potem kontynuowały budowę struktur wojskowych i wywiadowczych. Rosja nie czekała co dalej się stanie tylko zadziałała jak Machiavelli napisał w „Księciu”:
„Rzymianie [Rosja] nie pozwalali na dojrzewanie niebezpieczeństwom przez uchylanie się od wojny”.
Postąpiła brutalnie, co można zrozumieć, nie koniecznie akceptować.
Dlaczego tak się sprawy potoczyły
Na początku należy zdać sobie sprawę, że polityka państwa zależy od tego, która ze ścierających się grup „posiadających władzę” uzyska dominację. Nie mylić konstytucyjnych władz z taką grupą.
Za Bidena (i nie tylko), który był kukiełką popuszczającą w spodnie, globaliści-sataniści poprzez deep state mieli wpływ na kluczowe decyzje USA. Cały eurokołchoz również był – i jeszcze jest – ekspozyturą globalistów więc podsycanie konfliktu Rosja – Ukraina szło pełną parą.
Celów takiej polityki było kilka:
– osłabienie Rosji konfliktem (sankcje, wysiłek wojenny, straty wizerunkowe),
– wciągnięcie Ukrainy w obszar NATO (z Gruzją się nie udało),
– blokada Chińskiego jedwabnego szlaku.
Po objęciu prezydentury przez Trumpa pomysł wciągnięcia Ukrainy do NATO raczej upadł, reszta celów jest aktualna ale za pieniądze europejskie.
Dla nas długofalowy skutek angażowania się w konflikt Rosja – Ukraina to pojawienie się dużej diaspory ukraińskiej z wieloma przywilejami ekonomicznymi a w przyszłości być może politycznymi. Z państwa mono etnicznego stajemy się multikulti (Rusini i inni) ze zmienionym etnosem. Dodatkowo rozbrajamy się i pogrążamy finansowo na rzecz wrogiego nam państwa ukraińskiego. W niezbyt odległej przyszłości zapewne są plany aby Polska znalazła się w grupie „chętnych” i dostarczyła swoich obywateli jako mięso armatnie do walki w nie swoich interesach.
Żeby do tego doszło to „elity” III RP intensywnie, za pomocą merdiów, pracują nad utrzymaniem obywateli w stanie daleko posuniętej rusofobii strasząc „ruskim mirem”, atakiem zbrojnym i ruską działalnością agenturalną ze szczególną rola KKP.
Jak się może sytuacja rozwinąć?
Widzę dwa scenariusze, jeden gorszy od drugiego:
1. Ukraina po stratach terytorialnych jest przyjęta do Unii Europejskiej. Niemcy przy pomocy Ukraińców odzyskują ziemie „odzyskane” a Ukraińcy przy poparciu Niemców dostają rekompensatę w postaci południowo-wschodnich ziem Polski.
2. Rosja wygrywa wojnę, staje na obecnej linii frontu i wasalizuje Ukrainę. Pytanie – jak się zachowają Ukraińcy w Polsce? Jak nam podziękują?
Wraz z głupieniem społeczeństwa głupieją również dzieci. Jak się okazuje, na jaw wychodzi u nich nieznajomość totalnie najprostszych rzeczy, jak odczytanie godziny z tarczowego zegara, używanie gotówki czy szczoteczki do zębów. Nauczyciele oceniają, że wynika to z jednej strony z braku zainteresowania dzieckiem rodziców, a z drugiej z powodu dawania dzieciom smartfonów z dostępem do Internetu i pozostawianiu ich z nimi całymi godzinami.
Radio ZET opisało szeroko zjawisko braku najbardziej podstawowych umiejętności wśród dzieci. Redakcja pytała nauczycieli o to, czego dzieci nie potrafią, choć wydawałoby się, że już powinny umieć.
Uwagi dotyczą głównie dzieci z klas 1-3, ale w toku rozmów wyszło, że także starszych.
– Zegarek. Wielu uczniów nie potrafi odczytać godziny z zegarka analogowego – powiedział Adam Ejnik, nauczyciel polskiego w SP nr 1 w Żurominie.
Potwierdziła to dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie Dorota Kuchta. W tej szkole dyrektor zlikwidowała cztery lata temu dzwonki. Na korytarzach i w klasach zawieszono typowe zegary tarczowe.
– Przez pierwsze dwa lata nie było problemów, ale w zeszłym roku szkolnym przyszło takie pokolenie do klas pierwszych, które nie potrafiło już sobie z tym poradzić. Nie rozumie takiej formy zegarka. Zresztą trzy czwarte dzieci nie posiada zegarków, a pozostałe mają smartwatche – powiedziała Kuchta.
Powieszono więc obok zegary elektroniczne.
– Dzieci muszą wiedzieć, kiedy iść do klasy, żeby nie spóźnić się na lekcję. Ale nie zdejmujemy tych zwykłych, bo znajomość tarczy zegarowej jest chociażby jednym z wymogów egzaminacyjnych – podkreśliła.
Problem jest także ze szczoteczkami do zębów. Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej z woj. świętokrzyskiego, pani Katarzyna zabiera pierwszoklasistów po przerwie obiadowej, by umyły zęby. Ma ich nauczyć tego nawyku.
– Poprosiłam, żeby rodzice dali im zwykłe, jednorazowe szczoteczki. Ale okazało się, że niektórzy uczniowie nie wiedzieli, jak z nich skorzystać. Szukali przycisku, żeby włączyć je jak elektryczną – powiedziała.
Wskazała też na problem, który zauważyła poza klasą. Dziecko próbowało czytać lub przeglądać książkę. Zamiast odwrócić stronę, próbowało „przewinąć” ją palcem po stronie, jakby to był tablet.
– Albo gdy oglądało bajkę w telewizji, krzyczało „zablokuj”. Nie rozumiało, że to nie bajka z YouTube’a, gdzie można w każdej chwili cofnąć, zatrzymać czy przewinąć wideo – podkreśliła.
Z kolei nauczyciel angielskiego, Grzegorz ujrzał, jak szóstoklasiści nie umieli wydać reszty z papierowych pieniędzy. Nie znali w ogóle nominałów i nie potrafili rozliczyć pieniędzy.
– Teraz płacimy komórką, kartą, zegarkiem, ostatnio obrączką. Dzieci nie mają więc styczności z papierowymi pieniędzmi – powiedział Grzegorz.
Podobnie jest z mapami i atlasami samochodowymi. Pani Anna, nauczycielka geografii i przyrody w woj. świętokrzyskim oceniła, że dzieci w życiu nie trzymały papierowej mapy w rękach, więc nie mogą umieć ich wykorzystywać. W szkole mają z nimi styczność, ale głównie jest to używane na zasadzie nauki podziału administracyjnego Polski.
– Nie brakuje mi dzieci w klasie, które były w Tajlandii, w Egipcie, zjeździły pół Europy, ale nie były w Tatrach, nie widziały Bałtyku – powiedziała pani Anna.
Dotyczy to również starszych dzieci. Pan Grzegorz wspomina kolegę, który przyjmował na praktyki młodzież z technikum z klas technik elektryk.
– Był przerażony tym, że nie wiedzieli, jak płynie prąd. Dla nich to powinna być podstawa – podkreślił.
Dyrektor Dorota Kuchta zwraca uwagę na podstawowe umiejętności życiowe. Wskazuje na przyszycie guzika, zacerowanie dziury czy użycie maszyny do szycia.
– Uczennica kiedyś opowiadała mi, że gdy miała ugotować jajko na miękko, szukała w Internecie, jak to zrobić i ile czasu na to potrzeba – powiedziała pani Anna.
Dyrektor największe zdziwienie wywołało to, że uczniowie jednej z jej klas nie mieli pojęcia, jak rośnie marchewka i nie rozróżniały warzyw.
– Nie wymagałam wiedzy, jak rośnie ananas, czy jak wygląda batat, ale według niektórych warzywa mamy z Lidla czy Biedronki – podkreśliła.
Chodzi tutaj o dzieci w większości z terenów wiejskich.
– To skoro one takich rzeczy nie wiedzą, a mają to pod nosem, to jaki jest stan wiedzy uczniów z aglomeracji? – zapytała.
Wspomniała też na ujrzany wcześniej materiał na TikToku. Znajdowało się tam zdjęcie krowy z przypiętą jednorazową rękawiczką. Nalane było do niej mleko, a dzieci doiły rękawiczkę.
– Wysłałam to nawet dziewczynom z przedszkola, gdyby rozmawiały o tym z dziećmi, może im się przyda – powiedziała dyrektor i dodała, że stwierdzenia, iż „mleko jest z Biedronki, a nie od krowy”, to już nie tylko internetowy mem.
Zdaniem dyrektor, dzisiejsze rodziny nie dają dzieciom żadnych obowiązków, poza chodzeniem do szkoły. Warto dodać, że przy tym oczekują, że faktycznie szkoła wychowa dziecko, a nie je wytresuje.
– Brakuje tego, by dziecko było częścią rodzinnej wspólnoty, że ma zanieść talerze do zlewu, potrafi je umyć ręcznie, posprzątać swój pokój. Dziś dzieci są w większości wypadków z tego zwalniane – zauważyła Kuchta i wskazuje, że przez to nie mają praktycznych umiejętności ani wiedzy. Bo to dzięki wykonywaniu codziennych czynności tę wiedzę zdobywamy.
– Jeśli dziecku pozwolimy wstawić zmywarkę, to będzie wiedziało, że do niej trzeba najpierw włożyć tabletkę, a do pralki wsypać proszek do prania. To nie są oczywistości dla dzieci. Zresztą odpowiednie wstawienie talerza do zmywarki to też jest umiejętność – podkreśliła.
Trochę mniej tragiczne, ale jednak, jest komunikowanie się w teoretycznie tym samym języku. – Niedawno powiedziałem, że ktoś wyskoczył jak filip z konopi. Nikt nie wiedział, o co mi chodzi i co to za filip. A kiedyś na zająca mówiono filip i od tego pochodzi ten związek frazeologiczny – powiedział Adam Ejnik.
Dodał, że od kilku lat biblijne i mitologiczne związki frazeologiczne są dla uczniów nieznanymi definicjami, których muszą się wyuczyć na pamięć.
– Język się zmienia, wiele jest słów, które odeszły do lamusa – podkreślił polonista.
Dyrektor Kuchta oceniła, że lektury z dawnych czasów, ale też z ubiegłego wieku, są dla dzieci „enigmatyczne”. Kochanowski „nie wchodzi”, a Mickiewicza tłumaczy się z polskiego „na nasze”.
– Jak omawiam „Świteziankę”, muszę wyjaśniać wszystko: Dlaczego jakiś strzelec chodził dookoła jeziora, co to jest bór, mimo że pojęcie to pojawia się na przyrodzie – powiedziała Kuchta.
Z kolei przy przypowieści o siewcy musi opowiedzieć dzieciom historię kultury. Kilkanaście lat temu był to całkowicie zrozumiały dla dzieci kod kulturowy.
– Kiedyś pewne symbole, znaczenia były wokół nas, więc to przychodziło naturalnie. Teraz trzeba pokazywać od nowa symbolikę, bo dzieci żyją w popkulturze – wyjaśniła.
Natomiast obecny program tresury, formalnie zwany podstawą programową, opiera się głównie na tekstach historycznych.
– I dobrze, gdzieś te teksty muszą się pojawić, bo to nasze dziedzictwo kulturowe, ale musimy kombinować, jak to przekazać – oceniła.
Jak przekonuje, 20 lat temu pracowało się ze słowem, a dzisiaj pracuje z obrazem, który ma być „niezbędny” dla obecnego młodego pokolenia. Nawet Radio ZET zauważa, że przez to „kuleje myślenie metaforyczne”. Ponadto dzieci znają coraz mniej baśni, gdzie świat inaczej przedstawiano. A jeśli już nawet takowy znają, to przedstawia się go za pomocą obrazów, co niszczy rozwój wyobraźni.
„Z drugiej strony nauczyciele zgadzają się z tym, że młodsze pokolenia funkcjonują w świecie i warunkach, jakie stworzyli im starsi. To dorośli zabierają im młotki i miotły z rąk, a dają telefony – dziecko samo sobie ich nie kupiło. To rodzice wolą posprzątać za dziecko zabawki, zająć się ogródkiem, bo tak będzie szybciej, lepiej. W końcu to dorośli jadąc pociągiem czy tramwajem, włączają dzieciom bajki, zamiast opowiadać, co jest za oknem. To nie kosztuje tak wiele wysiłku” – czytamy na radiozet.pl.
– Nasze dzieci żyją w cyfrowym świecie, trzeba być więc przewodnikiem po dawnym świecie – oceniła dyrektor Kuchta.
Broń soniczna, miotacze z gazem łzawiącym, kilkadziesiąt radiowozów, oddziały umundurowane i „tajniacy” – tak wyglądała akcja policyjna przed szpitalem na gdańskiej Zaspie, gdzie odbył się Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. Szli na nas jak na przestępców.
Dodajmy do tego pięciu urzędników, których Prezydent Miasta Aleksandra Dulkiewicz wysłała, aby pod byle pretekstem rozwiązali zgromadzenie prolife.
A także nieodpowiedzialne ruchy zarządu szpitala: zamknęli cały parking wokół wejścia – tak, że chorzy musieli parkować kilkaset metrów dalej i iść do wejścia po chodniku – oblodzonym i nieodśnieżonym. Za to na miejscach postojowych stały radiowozy – niektóre z nich miały zamontowane urządzenia LRAD (Long Range Acoustic Device).
Czym jest LRAD? Jest to broń soniczna – kierunkowy emiter dźwięku o bardzo dużym natężeniu (do ok. 150–160 dB), wykorzystywany do odstraszania (np. piratów morskich) oraz do kontroli tłumu. Emitowany przez niego dźwięk – o bardzo wysokim poziomie ciśnienia akustycznego – może powodować ból, dezorientację, a nawet trwałe uszkodzenie słuchu. W polskim prawie LRAD nie jest dopuszczony jako broń, a jednak Policja jest wyposażona w takie urządzenia – oficjalnie na potrzeby… „komunikacji” z tłumem. Aż strach pomyśleć, jaka miałaby to być komunikacja…
Część policjantów miała też na plecach kanistry i miotacze z gazem łzawiącym – stali w pełnej gotowości, gdy ludzie zaczynali powoli gromadzić się na Różaniec.
Z takim wyposażeniem Policja oczekiwała na publiczną modlitwę pod abortorium.
Szanowny Panie,
W niedzielę na Zaspie atmosfera była niezwykle napięta. Pomiędzy modlącymi się ludźmi nieustannie kursowali urzędnicy z UM Gdańsk. Nieopodal głośno manifestowała partia Razem oraz pomorski oddział KOD. Im urzędnicy nie robili żadnych problemów. Gdy zaczęliśmy modlitwę, a proaborcyjne zgromadzenie zaczęło nas zakrzykiwać, urzędnicy wyglądali na zadowolonych. Natomiast obrońcom życia kazali się uciszyć.
Zarząd szpitala wydał oświadczenie: są niezadowoleni, że przywołujemy historię II Wojny Światowej – czasu, gdy aborcja dla Polek była sposobem na ograniczanie liczebności narodów podbitych, a SS-mani w obozach zabijali ludzi zastrzykami w serce.
Aborterzy z Zaspy chyba właśnie zrozumieli, że stosowane przez nich metody są bliźniaczo podobne do tego, czego Polacy już doświadczyli – na bolesnych kartach swojej historii.
Właśnie dlatego pokazujemy zdjęcia z aborcji, a pokazany przez nas pierwszy raz baner z Czesią Kwoką i dziećmi z Zaspy – zrobił piorunujące wrażenie.
Niestety muszę się też z Panem podzielić złą wiadomością: nie mogłam zamówić 15 takich banerów, na razie zamówiłam zaledwie 11, a do tego po takie banery zgłosiły się kolejne oddziały terenowe i w sumie muszę dokupić zaległe 4, plus kolejne 7, czyli w sumie 11 sztuk. To 4400 złotych kosztów (1 kosztuje 400 złotych).
Dlatego szukam 44 osób, które wpłacą 100 złotych, aby móc zrobić to zamówienie.
Czy może Pan być jedną z nich? Czy mogę Pana prosić o wpłatę 100 złotych?
Fundacja Życie i Rodzina
Numer konta:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW
A jeśli może Pan przekazać 400 zł i sfinansować cały baner, będzie to ogromna pomoc.
Bardzo proszę o wsparcie tych działań, bo sytuacja jest krytyczna.
Jesteśmy otoczeni przez nieprzyjaciół życia – policję, zarządców szpitali, urzędników. Wszyscy chcą, abyśmy przestali pokazywać prawdę o aborcji. A naszą jedyną bronią – jest właśnie Prawda.
Ponieśmy tę prawdę do Gdańska i do innych miast w Polsce.
PS – W niedzielę na Zaspie byłam zaniepokojona tym, co widzę. Zdaję sobie sprawę, że wobec tak wielkiej nienawiści do życia – musimy odpowiedzieć Miłością i Prawdą.
Dlatego proszę o pomoc finansową – by kontynuować akcje w obronie życia dzieci. W chwili, gdy czyta Pan tę wiadomość, ja intensywnie myślę, czy odpowie Pan na moją prośbę?
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Do niedawna wydawało się, że ta kwestia, kto potencjalnie może zajść w ciążę, jest oczywista dla wszystkich, a szczególnie dla dużych dziewczynek i chłopców. Jednak w ostatnich latach, głównie za sprawą rozpowszechniających się lewicowych i liberalnych ideologii, zaczęły tu narastać kontrowersje i sprawą zajmuje się nawet Europarlament, który stara się to rozstrzygnąć w formie głosowania. W ciągu niecałych dwóch miesięcy, odbyły się dwa głosowania w Parlamencie Unii Europejskiej i zapadły w nich przeciwstawne rozstrzygnięcia. W obu przypadkach chodziło o dodanie do dokumentów, nad którymi obradowano, poprawek, które stwierdzały, że jedynie biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę.
W pierwszym przypadku głosowano nad poprawkami do rezolucji tzw. europejskiej inicjatywy obywatelskiej pt. „Mój głos, mój wybór: za bezpieczną i dostępną aborcją”. Na wniosek grupy ECR przeprowadzono w dniu 17 grudnia głosowanie nad poprawką nr. 7, która wprowadzała zapis o treści: „mając na uwadze, że tylko biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę i rodzić dzieci”. Wynik głosowania nad tą poprawką był następujący: 320 głosów „za”, 269 „przeciw” i 39 wstrzymujących się.
Poprawka przeszła, gdyż 51 proc. eurodeputowanych ją poparło. Mamy też, w tym przypadku, imienny wykaz głosujących i możemy sobie sprawdzić kto jak głosował. Raczej nie dziwi, że przeciw tej poprawce byli panowie Biedroń i Śmiszek, ale zaskakiwać może, że wśród wstrzymujących się była większość polskich eurodeputowanych z grupy EPP, czyli tych z KO i PSL-u. Oznacza to, że mieli chyba wątpliwości co do tego, czy tylko „biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę i rodzić dzieci”. Czyżby ci, co na nich w Polsce głosowali też mieli trudności w ustaleniu tego kto może urodzić dzieci?
Po upływie niecałych dwóch miesięcy, w dniu 12 lutego 2026 roku, w PE znowu głosowano taką poprawkę, tym razem chodziło o Zalecenia dla Rady w sprawie priorytetów UE na 70. sesję Komisji ONZ ds. Statusu Kobiet. Podobnie jak poprzednio, zgłoszono poprawkę o dodanie do rezolucji zapisu: „mając na uwadze, że tylko biologiczne kobiety mogą zajść w ciążę”. Tym razem jednak wyniki głosowania, w tej samej sprawie, były diametralnie odmienne niż w pierwszym opisanym przypadku. „Za” głosowało 200 deputowanych, „przeciw” – 233, zaś wstrzymujących się było 107 deputowanych.
Widać, że w czasie kilku tylko tygodni, jakie dzieliły te dwa głosowania, aż 120 deputowanych straciło przekonanie co do tego, że tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę. Cóż takiego ich spotkało, że zmienili pogląd co do tak zasadniczej sprawy? Czego szczególnego doświadczyli – jakiego olśnienia?
Zdarzały się w historii takie przypadki, że konkretne osoby wyrażały przekonanie, że nie tylko kobiety mogą być w ciąży. Takim, który mogę przytoczyć, jest dotyczący nie byle kogo tylko pruskiego feldmarszałka Gebharda Leberechta von Blüchera, który był najbardziej utytułowaną i znaną postacią w prusko-niemieckich dziejach, porównywalną tylko z Paulem von Hindenburgiem. Otóż podczas kampanii w roku 1814, dowodząc pruskimi wojskami przeciwko Napoleonowi, doznał on załamania nerwowego, zaczął mieć urojenia i uważać, że jest w ciąży ze słoniem, w który to stan wprowadził go Francuz.
W tamtych czasach wielu uważało Blüchera za osobę niezrównoważoną, bądź wprost za wariata, ale dziś, w świetle tego jakie to prawdy, i z jakim wynikiem, przegłosowuje Europarlament, trzeba by uznać go za zupełnie normalnego, a nawet wprost za wyprzedzającego swoją epokę prekursora.
NCZAS.INFO | Wojciech Balczun. / Foto: screen YouTube/Radio ZET
Minister aktywów państwowych Wojciech Balczun dostał od jednego z internautów niewygodne pytanie dotyczące Ukrainy. Szef MAP nie chciał odpowiedzieć wprost. Zasłaniał się Rosją.
– Kto i ile płaci za dostawę prądu na Ukrainę? Ile to kosztuje spółki Skarbu Państwa, np. za rok 2025 i 2024? – pytał jeden z internautów, cytowany przez Bogdana Rymanowskiego.
– Ja odpowiem na to pytanie w ten sposób: to, że Ukraina walczy, broni swojej niepodległości – nikt nie ma wątpliwości, że broni też niepodległości naszej i naszej swobody, naszego sukcesu, który osiągamy – twierdził Balczun.
– Żyjemy w złotym wieku, mamy najlepszy moment w naszej historii, nigdy nie było tak, żeby wszystkie warstwy społeczne, oczywiście zawsze będą tacy, którzy będą niezadowoleni, ale w tak równomierny sposób korzystały z tego wielkiego sukcesu. Naszym obowiązkiem jest pomagać Ukrainie i robimy to konsekwentnie, robimy to na różnych polach – przekonywał.
– Mamy tam aktywne nasze firmy, udzielamy pomocy humanitarnej, udzielamy pomocy militarnej, nie wystawiamy za to rachunków. Udzielamy pomocy również energetycznej, bo jak okazało się, mamy do czynienia z ekstremalnie trudną i ciężką zimą, również u nas po latach, odzwyczailiśmy się od takich zim, a Rosja wykorzystuje to do walki ze społeczeństwem – mówił dalej polityk.
– To wszystko prawda [??? md] , ale czy Pana zdaniem to nie powinno być transparentne, przejrzyste? Czyli, jeżeli ktoś pyta, kto i ile płaci, to powinna paść odpowiedź – wtrącił Rymanowski.
– Nie wiem, czy to jest akurat jakiś temat, który wzbudza tak wielkie emocje, zwłaszcza że musimy patrzeć też na to, że wszystko, co pada w przestrzeni publicznej u nas jest też bardzo mocno weryfikowane i analizowane przez naszego wroga, czyli Rosję – odparł Balczun.
Słuchacz: Kto i ile płaci za dostawę prądu na Ukrainę?
Minister aktywów państwowych: Ukraina broni też naszej niepodległości… Naszym obowiązkiem jest pomaganie Ukrainie pic.twitter.com/band9VSqTp
Mam przekonanie graniczące z pewnością, że ujawnienie akt Epsteina to tylko listek figowy dla rządzącej elity. Pokazano skalę jej degeneracji, ale prawdziwe źródło choroby toczącej Amerykę wciąż jest tajemnicą poliszynela. A szansa na jej złamanie jest tym mniejsza, że problem dotyczy nie tylko kliki polityczno-biznesowej, ale… większości Amerykanów.
Wielkie poruszenie. W Europie politycy tracą stołki za to, że trzydzieści lat temu odebrali telefon od Epsteina. W Ameryce – dziwnym trafem, poza gadaniem, nic się nie dzieje. I, jak sądzę, nic się nie stanie. Bo żeby wyciągnąć jakiekolwiek realne konsekwencje, trzeba by najpierw odważnie wyznać, skąd wzięło się seksualne imperium zbrodni Jeffreya Epsteina…
Epstein dzieckiem rewolucji seksualnej
Pedofilski kingpin, który skupił wokół siebie całą elitę władzy i wielkiego biznesu w USA i na świecie, nie jest wypaczeniem ani nadużyciem – on jest logiczną konsekwencją porzucenia tradycyjnych zasad moralnych przez społeczeństwo stoczone rewolucją seksualną. Kiedy elity podnoszą lament i zastanawiają się, jak uniknąć w przyszłości takiego okropieństwa, należy z całym naciskiem podkreślić: Epstein musiał się wydarzyć. I wydarzy się znowu, jeżeli świat będzie prześlepiał się na przyczynę tej choroby.
Jeszcze do niedawna politycy ponosili pewną odpowiedzialność za skandale obyczajowe. Bill Clinton za romans ze stażystką prawie stracił urząd (Izba Reprezentantów przegłosowała wotum nieufności, lecz Senat go uniewinnił), za Obamy szef CIA, gen. David Petraeus, podał się do dymisji po tym, jak wyszło, że rozmawiał o poufnych sprawach państwowych ze swoją kochanką (asystentką), a z najnowszych wiadomości – jeden z kluczowych popleczników Trumpa Matt Geatz, który był już nominowany na prokuratora generalnego, zrezygnował z polityki po ogłoszeniu skandalu seksualnego z jego udziałem, choć nigdy tego skandalu nie udowodniono, a on sam był wschodzącą gwiazdą młodej konserwatywnej sceny politycznej.
Natomiast historycznie, istnieją różne wspomnienia – nawet z okresu tuż po rewolucji 1968 roku – wedle których Ameryka była niegdyś bardziej pruderyjna niż Europa. Taki pogląd wyraża nawet Arnold Schwarzenegger w swojej autobiografii (pisząc, że gdy przyjechał w 1968 roku do Stanów, było mu trudniej niż w Europie o seks bez zobowiązań), a w obrazkach z XIX-wiecznej Ameryki napotykamy świadectwo śląskiej rodziny, której córki pracowały w polu w jednym z amerykańskich stanów i były uważane za „wyuzdane”, ponieważ nosiły spódnice odsłaniające kostki.
Problem polega na tym, że powierzchowna moralność protestancka – pozbawiona prawdziwej, rozumnej i wspartej przez łaskę, cnoty – musiała popadać w tego typu zewnętrzną przesadę. Jest to cecha amerykańskich protestantów w ogóle i to o niej pisał Leon XIII piętnując w encyklice Testem benevolentiae zjawisko tak zwanego amerykanizmu. Zresztą, sama rewolucja – jak poświadcza jej znakomity badacz Pitirim Sorokin – przetoczyła się już w latach pięćdziesiątych. Rok 1968 to tylko upowszechnienie tej rewolucji w masowych środkach przekazu (czego cezurą jest zniesienie w Hollywood Kodeksu Haysa, a więc dokumentu, który określał ścisłe ramy moralności publicznej – wykluczały one umieszczanie w filmach treści nieobyczajnych i antyreligijnych).
Wracając zaś do Schwarzeneggera, gdy czytałem jego autobiografię (tak, to mój idol z dzieciństwa), z gorzkim uśmiechem konstatowałem naiwność tego wzoru współczesnego człowieka sukcesu. Otóż, przed ślubem oddawał się on w najlepsze [najgorsze?? md] przygodom erotycznym bez żadnych zahamowań moralnych. Nagle pojawia się u niego wielkie zdziwienie, gdy nie udało mu się dochować wierności małżeńskiej, co było swoistą tragedią rodzinną i skandalem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że oboje z żoną będąc katolikami, po ślubie kościelnym i z czwórką dzieci, rozeszli się z powodu „wpadki” Arnolda z latynoską sprzątaczką. Jest to naiwność typowa dla liberalnego świata, któremu wydaje się, że można sobie folgować, po czym, gdy podejmiemy decyzję o małżeństwie, to w cudowny sposób wszystko się odmieni.
Jakże inny jest wzorzec klasycznej – greckiej, skupionej na cnocie – mądrości i klasycznego wychowania. Jakże inaczej katolik pojmuje zasadę bonum facere, malum vitare! W pierwszym lepszym podręczniku do życia duchowego przeczytamy, że elementem kształtowania charakteru jest ćwiczenie się w powściągliwości i taki właśnie jest sens czystości przedmałżeńskiej. Skoro mamy dochować przysięgi, wychować dzieci, pomagać przy wnukach, słowem – wytrwać w wierności i stworzyć prawdziwą rodzinę – to musimy najpierw wykazać się samozaparciem! Nie ma innej opcji. Naiwnością jest dziwienie się, że potem coś „nie poszło”. Rozumieli to nawet rozumni poganie. Nie rozumie tego współczesna kultura amerykańska.
A skoro o kulturze amerykańskiej mowa, przypomina mi się scena z „Czasu Apokalipsy”, gdzie żołnierze otrzymują w ramach „zaopatrzenia” egzemplarz „Playboya”. W innych filmach pojawia się motyw, w którym największą „nagrodą” dla wojaków stacjonujących na placówce bądź podróżujących okrętem jest wizyta frywolnej i roznegliżowanej „miss miesiąca” tejże gazety. W taki sposób to, co było swoistym Mordorem moralnym żołnierzy niepotrafiących radzić sobie z popędem, stało się wręcz wzorcem kulturowym.
Taka jest kultura Ameryki. Skrajnie i do cna zseksualizowana. Najwięksi bohaterowie są jednocześnie notorycznymi rozwodnikami. Lee Greenwood, który przed pierwszym zaprzysiężeniem Trumpa wykonywał swój superhit God Bless the USA, śpiewa: Gdyby jutro przepadło wszystko, na co pracowałem przez całe życie i miałbym zacząć od nowa, mając przy boku tylko żonę i dzieci, dziękowałbym moim przewodnim gwiazdom, że żyję tu i teraz, bo tu flaga wciąż powiewa dla wolności i tego nikt nie może mi zabrać.
W jakiś dziwny sposób autor tego pięknego hymnu, proszący w nim o Boże błogosławieństwo dla swojej ojczyzny, jest jednocześnie po trzech rozwodach i żyje w kolejnym konkubinacie.
Taka jest moralność Ameryki. Tam (zresztą, już nie tylko tam) można nazywać się prawicowcem czy konserwatystą, będąc zupełnie obojętnym na kodeks moralny w kwestiach związanych z seksem, małżeństwem i rodziną!
Epstein ręka w rękę z feministkami
Kiedy więc wychodzi na jaw afera Epsteina i słyszymy jak elity prześcigają się w „potępieńczych swarach”, nie dziwmy się. Absolutnie się nie dziwmy i powiedzmy więcej: to, że obecnie największym mocarstwem świata rządzi „spisek degeneratów i zboczeńców” (jak to ujął kolega Piotr Relich), jest logiczną konsekwencją rewolucji seksualnej i liberalizmu z jego kłamstwem autonomii jednostki oraz wyabstrahowaniem spod zasad klasycznej etyki.
Można by zadać pytanie: Kto w tym kraju jeszcze nie jest zdegenerowany? Może pewne grupy rednecków z konserwatywnych stanów, dla których wciąż ważna jest rodzinna tradycja, może pewne sekty religijne, które trzymają się zewnętrznych ram moralności, może część katolików, dla których ważna jest nauka o wartości dziewictwa i czystości przedmałżeńskiej, może nieliczne wyjątki wśród elity kulturalnych, potrafiące wytrwać z jedną żoną przez kilkadziesiąt lat.
Poza tym wzorzec zepsucia obyczajów obejmuje wszystkie warstwy społeczeństwa. Spójrzmy na ruch MAGA. Po ilu rozwodach jest sam Trump? Jak wyglądają, jak się ubierają i zachowują niektóre kobiety związane z tym ruchem? Ameryka stworzyła kulturę, którą można by określić jako arcy-szowinistyczną. W jej ramach mężczyzna będący na szczycie patriotycznej drabiny może upajać się spełnieniem „mokrych snów” (przepraszam za wyrażenie) na temat żony, która jest jednocześnie kochanką żywcem wyjętą z kalendarza „Playboya”.
Ostatecznie dochodzimy do szczytu obłudy. Kultura owocująca żywiołem wojującego feminizmu, jest odpowiedzialna za stworzenie takiego monstrum, jakim był Jeffrey Epstein. Walka o rzekome „wyzwolenie” seksualne doprowadziła do erotycznej anarchii. Ta zaś wydała ze swego upadłego łona arcy-zboczeńca, który skorumpował szerokie kręgi tylko i wyłącznie dlatego, że obiecywał zaspokojenie rozkiełznanych fantazji. Straciły one bodziec normalizujący, jakim była tradycyjna – spójna i konsekwentna – moralność.
Epstein jest więc – z gorzką ironią to stwierdzam – idealnym exemplum współczesnego liberalnego Amerykanina. Równie dobrze mógłby być… wyborcą Partii Republikańskiej. Wystarczyłoby, żeby popierał określoną agendę polityczną, a swoje brudne zachcianki realizował na boku i po cichu. W sensie obyczajowym nie ma bowiem wielkiej różnicy pomiędzy przeciętnym Demokratą a przeciętnym Republikaninem. W tym sensie rewolucja seksualna przeżarła duszę Ameryki tak, że prawie zanikła granica pomiędzy konserwatyzmem a liberalizmem.
I nie będzie lepiej – nie unikniemy kolejnych „idealnych Amerykanów” pokroju degenerata Epsteina – jeżeli ktoś tam za wielką wodą nie pójdzie po rozum do głowy i nie powie, że król jest nagi. Że mocarstwo stoi na glinianych nogach, ponieważ przeżera je rak moralnego zepsucia, a każda upadająca cywilizacja – jak zauważa przywołany wcześniej Sorokin – cechuje się anarchią seksualną, podważeniem moralności rodzinnej i falą rozwodów (dziś w Ameryce jest to wręcz „kultura rozwodów”, a ludzie potrafią zamawiać torty z okazji zniszczenia małżeństwa!).
Dlatego, z praktycznego punktu widzenia, tak wielką rolę mają obecnie do odegrania katolicy. Nie wchodzi się bowiem dwa razy do tej samej rzeki, jak konstatował Heraklit z Efezu. Nie ma powrotu do sztywnej (i sztucznej), pruderyjnej moralności protestanckiej. Potrzebna jest prawdziwa odnowa moralna. Odnowa pojęć i odnowa duszy.
a tym polu tradycyjny katolicyzm – niszowy, ale rosnący w siłę – miałby wielkie i ważne pole do działania. nie I nie do protestanckiej nadaktywności, lecz do prawdziwego działania na rzecz amerykańskiego ideału Domu Walecznych i Ziemi Wolnych, który nigdy nie przestał być piękny i wspaniały, nawet jeżeli fundamenty narodu chwieją się przez zarazę rozpasania seksualnego.
Gizela Jagielska oraz Grzegorz Braun, a także oboje w towarzystwie interweniującego policjanta. / foto: screen YouTube (kolaż)
W sieci pojawiło się nowe nagranie pokazujące całość interwencji poselskiej Grzegorza Brauna oraz Romana Fritza w oleśnickim szpitalu. Na materiale wideo widzimy, jak wyglądała próba „obywatelskiego zatrzymania” ginekolog Gizeli Jagielskiej oraz rozmowa z policjantami.
O placówce stało się głośno w ostatnim czasie za sprawą przeprowadzonego zabiegu przerwania ciąży w 37. tygodniu (9. miesiąc). Fundacja Pro-Prawo do Życia określiła to jako „celowe i świadome zabójstwo”.
Na początku nagrania widać, jak Braun oraz Fritz wchodzą do gabinetu, w którym urzęduje dyrektor placówki. Na miejscu znajduje się także ginekolog Gizela Jagielska, która mówi, że nie wyraża zgody, aby ją filmowano. – Jesteśmy w trakcie interwencji poselskiej – mówi Fritz.
Natomiast Jagielska oznajmia, że wychodzi z gabinetu, co faktycznie czyni. Wówczas Braun oraz towarzyszące mu osoby ruszają za nią. – Proszę nie uciekać – zwraca się Braun do ginekolog. Kiedy ta nie reaguje, prosi towarzyszące mu osoby o zastawienie korytarza. Ostatecznie Jagielska dość agresywnie i stanowczo wchodzi w stojącego kamerzystę.
– Weźcie mnie zostawcie ludzie – mówi Jagielska, która później w rozmowie z PAP twierdziła, że „doszło też wobec niej do rękoczynu, ponieważ jak chciała odjeść, to była popychana i szarpana”. Materiał wideo jednak nic takiego nie potwierdza, a jedyne co widzimy – oprócz utworzenia blokady, którą próbowała sforsować ginekolog – to zagrodzenie Jagielskiej drogi ręką przez Brauna.
Następnie widzimy – co już opisywaliśmy – jak zarówno Braun, jak i ginekolog Jagielska składają zawiadomienie.
– Proszę mnie wypuścić. Spotkają Państwa konsekwencje – groziła Jagielska. Następnie ginekolog wykonuje telefon. Jak słyszymy, mówi do kogoś, że nie może oddzwonić, ponieważ „ludzie Brauna ją napadli w szpitalu, nie chcą jej teraz wypuścić”. – Oni mnie atakują, zastraszają i nie mogę wyjść z pracy – twierdziła ginekolog.
– Oni mnie otoczyli kordonem, ja po prostu nie mogę wyjść do pracy – kontynuowała. Spotkało się to z ripostą ze strony Brauna, który stwierdził: „Ale przynajmniej nie wbijamy Pani strzykawki w serce”. – Przynajmniej nikt nie próbuje zatrzymać akcji Pani serca – powiedział Braun.
Następnie widzimy, jak Braun wraca do gabinetu, gdzie razem z Fritzem rozmawiają z dyrektor placówki, która nie jest zbyt chętna do rozmowy, ale obiecuje udzielenie odpowiedzi na pytania zadane przez posła Konfederacji Korony Polskiej.
Kiedy Braun opuszcza gabinet odnajduje ginekolog w jakimś pomieszczeniu, wyglądającą przez okno. Polityk prosi towarzyszące mu osoby, by przeniosły się przed drzwi wejściowe. Zapewne o tej sytuacji mówiła Jagielska, która w rozmowie z PAP stwierdziła, że Braun ją „zamknął w pomieszczeniu administracyjnym, nie pozwalając jej wykonywać obowiązku lekarza przez ponad godzinę”.
Po przybyciu funkcjonariuszy na miejsce Braun powiedział policjantom, że wskazują im osoby, które „wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dopuściły się okrutnych przestępstw, polegających na pozbawieniu życia – jak powiedziała pani dyrektor – stu pięćdziesięciorga małych Polaków w okolicznościach, które pozostają do ustalenia”. – Znane są okoliczności przynajmniej jednego przypadku – dodał.
Wywód Brauna przerwała Jagielska, która zaczęła opowiadać policjantowi, że nie może wrócić do pracy. – Panie pośle, jeżeli Pani jest w tej chwili w pracy… – zaczął mówić policjant, ale przerwał mu polski poseł do Parlamentu Europejskiego. – Ja jestem w tej chwili w pracy dla Rzeczypospolitej. Narażaniem życia jest dopuszczanie tej Pani (do pracy – przyp. red.) – powiedział Braun.
– Ja dokonuję zatrzymania obywatelskiego i wzywam Was panowie policjanci, byście nie dopuścili, by ta osoba, pani Gizela Jagielska miała kiedykolwiek kontakt z pacjentami, w tym nieletnimi, w tym nienarodzonymi – dodał polski poseł do Parlamentu Europejskiego.
– Zgłaszam panu przestępstwo naruszenia nietykalności cielesnej posła – powiedział następnie Braun. Następnie widać, jak Jagielska po raz kolejny napiera na Brauna i Fritza, próbując przejść.
W dalszej kolejności Braun rozmawia z policjantami, próbując wezwać ich do czynności wobec Jagielskiej, jednak zarówno przybyły na miejsce funkcjonariusz, jak i komendant stwierdzają jedynie, że postępowanie w tej sprawie prowadzi już prokuratura.
– Czy ja mogę prosić Panów policjantów wreszcie o uwolnienie mnie stąd? – pytała Jagielska, a funkcjonariusz prosi zgromadzonych o umożliwienie jej wykonywania pracy. – Pan jest opieszałym policjantem, który nie dokonuje zatrzymania osoby podejrzanej o przestępstwo – stwierdził w reakcji na to Braun, a funkcjonariusz oznajmił, że nie ma podstaw.
– Ja Panu dostarczam podstaw. Posłowie na Sejm mówią Panu, że to jest osoba, która się przechwala tym, że potrafi i jest zdolna, skłonna, odbierać życie małym Polakom za pomocą zastrzyku w serce – powiedział Braun. W pewnym momencie policjant stwierdza, że nie musi spisywać pani dyrektor, ponieważ zna ją osobiście.
Podczas interwencji poselskiej zgromadzeni wraz z Braunem i Fritzem odmówili również modlitwę.
Następnie Braun przeszedł korytarzem i trafił na zamaskowanych policjantów w cywilu, których poinformował, że trwa interwencja poselska. Kiedy polski poseł do Parlamentu Europejskiego już wracał, odwrócił się i wróciwszy do funkcjonariuszy powiedział: „Taka prywatna sugestia. Weźcie to sobie jakoś przećwiczcie, bo naprawdę to nie wygląda dobrze, jak się tutaj prezentujecie. Weźcie się jakoś ogarnijcie”.
Kończąc interwencję Braun wygłosił mowę do policjantów: „Jeśli, o czym się dowiemy, w tym szpitalu po godzinie 12.45 dnia 16 kwietnia 2025 roku będą miały miejsce jakiekolwiek działania przestępcze, na przykład o tym charakterze, jak tu na przykładzie opisanym, to państwo policjanci, którzyście zaniechali odizolowania osób o mentalności eugenicznej ze skłonnościami i zdolnościami morderczymi od ich potencjalnych ofiar, będziecie współwinnymi przestępstw. Miejcie tego świadomość”.
Naczelny rabin Polski Michael Schudrich wstał z fotela i ostentacyjnie wyszedł z sali, gdy na ekranie pojawiły się ujęcia z bombardowanej Gazy – to najbardziej wymowna scena zza kulis filmu o Marianie Turskim. Według relacji świadków rabin opuścił pokaz „wyraźnie wzburzony”. Nie spodobało mu się, że w katalog współczesnych przykładów ludobójstwa wpisano działania Izraela.
Chodzi o dokument „XI. Nie bądź obojętny”, 73‑minutowy film nazywany testamentem Mariana Turskiego, jednego z najsłynniejszych polskich ocalałych z Holocaustu. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, TVP nie wyemituje filmu, bo choć Turski był w obozie tzw. „uśmiechniętych”, to produkcja jest zbyt kontrowersyjna.
Hanna Machińska, niegdyś zastępca RPO, na łamach „Wyborczej” twierdzi, że dokument ma szansę stać się „pierwszym półkownikiem we współczesnej Polsce”, czyli filmem odłożonym na półkę mimo „oczywistej rangi tematu”.
Machińska podkreśla, że po śmierci Turskiego uważała za oczywiste, iż taki film powstanie i „bez problemu znajdzie się dla niego miejsce w mediach publicznych”. Jej zdaniem dokument powinien być pokazywany w szkołach i na uczelniach, ale nawet z tym jest kłopot – władze Uniwersytetu Warszawskiego wycofały się z pokazu dla studentów, zasłaniając się brakiem zgody samorządu studenckiego.
Co takiego w filmie jest kontrowersyjnego z punktu widzenia mainstreamu? Jak się okazuje, chodzi o prawdę. Jako przykład współczesnego ludobójstwa pokazano działania Izraela w Strefie Gazy i mordowanie Palestyńczyków.
„O tym, komu i co się w filmie nie podobało, krążą legendy. Świadkowie potwierdzają, że pokaz opuścił, wyraźnie wzburzony, Michael Schudrich, naczelny rabin Polski. Rabin był oburzony, bo wśród przykładów współczesnego ludobójstwa pokazano między innymi migawki z Gazy” – czytamy.
Turski przestrzegał przed „nowym Auschwitz”, ale najwyraźniej głos ten nie może obecnie wybrzmiewać w pełni. Wszystko dlatego, że „nowe Auschwitz”, zdaniem samych autorów filmu, dotyczy też „starszych i mądrzejszych”, których salon i media głównego nurtu zaciekle bronią.
Nie minął tydzień od uruchomienia naszej petycji, o której pisałem Państwu w poprzednim e-mailu, a już teraz dzieją się rzeczy niesamowite!
Ten mój e-mail wklejam poniżej, mogą Państwo przeczytać go dosłownie za moment. ALE JUŻ TERAZ pragnę Państwa poinformować, że nasza petycja oraz dziesiątki innych działań i interwencji w ramach kampanii Nie Oddamy Miasta, PRZYNOSI PIERWSZE EFEKTY!
W środę 11 lutego doszło w Sejmie do awantury, w której PiS i KO przerzucały się odpowiedzialnością za szkodzenie mieszkańcom poprzez strefy czystego absurdu! Mowa o politykach, którzy kilka lat temu aprobowali to bezprawie, a dziś jedni i drudzy uznają SCT za błąd!
Oni widzą tę falę społecznego gniewu, która może doprowadzić nawet do odwołania Prezydenta Krakowa i całej Rady Miasta! Czy wówczas skończy się na jednym mieście? Oczywiście, że nie!
Dlatego musimy docisnąć tych, którzy mają parlamentarną większość i mogą uchylić szkodliwe SCT poprzez zmianę ustawy, w tym szczególnie posłów PiS i PSL, ale także i mniejsze sejmowe kluby. Czy w związku z tym mogę Państwa prosić o pilne podpisanie naszej petycji, która może ostatecznie obalić absurd SCT w polskich miastach?
Szanowni Państwo!Nie ustajemy w walce z terrorem urzędniczym, odbierającym nam podstawowe prawa. Biurokraci odbierają nam prawo wjazdu do miasta własnym autem, ograniczają korzystanie z pomocy lekarskiej, dojazdu do pracy i prowadzenia działalności gospodarczej. Wszystko przez wykluczające „Strefy Czystego Transportu”. Setki tysięcy Polaków czuje wściekłość, żal i bezsilność. Wśród nich jest wielu naszych Sympatyków, takich jak Państwo, w imieniu których prowadzimy tę prawną i obywatelską wojnę z SCT.Rozumiem Państwa frustrację. Mnie też te „strefy” dają się we znaki. I też jestem po prostu WŚCIEKŁY, gdy widzę to, co wyrabiają urzędnicy.Na szczęście nasi eksperci prawni uświadomili mi główne źródło problemu.Na oburzające odbieranie Państwa i moich praw pozwala samorządom Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych, a konkretnie jej artykuły – 39 i 40.Ta ustawa to bubel prawny.Dlaczego tak twierdzę? Oto argumenty przeciwko obecnie obowiązującej wersji ustawy:Narzuca obowiązek wprowadzenia SCT miastom liczącym ponad 100 tysięcy mieszkańców. Nakazuje utworzenie SCT, gdy tylko w jednym punkcie pomiaru przekroczona jest norma stężenia dwutlenku azotu.Nie określa krajowych ram dla SCT. Warszawa może ustalać inne zasady, Kraków inne, a my musimy za tym chaosem nadążać lub płacić.Pozwala na utworzenie stref na obszarze prawie całych miast, zamiast ograniczyć je do centrów. Tymczasem, dzięki naszej wieloletniej pracy, a w szczególności po ostatnich protestach, okazuje się, że ugrupowania sprzeciwiające się strefom czystego absurdu mają w Sejmie większość!Czy to nie absurd, że ustawa w tej formie nadal obowiązuje?Nie do przyjęcia jest sytuacja, w której polityk potępia SCT na Facebooku, w rozmowie z zaprzyjaźnionym dziennikarzem i na protestach, a w działalności parlamentarnej nie robi NIC, by swoje słowa przekuć w czyn, w konkretne zmiany prawne.Dlatego też ruszamy z MASOWĄ akcją petycyjną, w której żądamy od polityków pilnej zmiany ustawy o elektromobilności. CHCĘ PILNEJ ZMIANY ZAMORDYSTYCZNYCH PRZEPISÓW O SCT – WYSYŁAM PETYCJĘ Gdy politycy pójdą za naszym głosem i Sejm zmieni ustawę, będziemy mogli w szybki sposób pozbyć się problemu. Proszę sobie wyobrazić:Sejm zmienia ustawę. SCT zostają ograniczone np. do ścisłych centrów – a nie całych miast.Mieszkańcy podkrakowskich gmin nie płacą za wjazd do pracy.Przedsiębiorcy nie wymieniają pod przymusem swoich flot.Kolejne miasta – takie jak Szczecin, Katowice, Rzeszów – albo odstępują od zamiaru uchwalenia SCT, albo przyjmują ją jedynie dla ścisłego centrum miasta.W ten sposób setki tysięcy ludzi może odzyskać swobodę wjazdu do swoich miast.I do takiej normalności przybliży nas podpisana przez Państwa petycja, o co bardzo proszę. A ta normalność wciąż jeszcze jest możliwa! Jak już bowiem wspomniałem: PiS, PSL, Konfederacja, Korona – partie przeciwne SCT – mają większość w Sejmie. A przecież niezwykle krytycznie o krakowskiej strefie czystego absurdu wypowiada się również poseł Polski 2050 Rafał Komarewicz. Głosy ich wszystkich wystarczą do zmiany patologicznych zapisów ustawy.Aby tak się stało musimy wywierać na nich stałą presję. Masową, aż do skutku! Oni muszą czuć, że wyborcy SPRAWDZAJĄ, czy za ich słowami idą czyny.Państwa petycja trafi wprost do biur: Jarosława Kaczyńskiego (Prezes PiS), Władysława Kosiniaka-Kamysza (Prezes PSL), Rafała Komarewicza (Poseł P2050), Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka (Liderzy Konfederacji), Grzegorza Brauna (Prezes Korony).To bardzo ważna sprawa. Oczywiście, domyślam się, że mają Państwo sporo spraw na głowie. Rozumiem, że może pojawić się zniechęcenie lub po prostu brak czasu. Tym bardziej że już nie jeden raz mogliśmy liczyć na Państwa pomoc, za co jestem naprawdę głęboko wdzięczny.Znamy się nie od dzisiaj, więc mogę Państwa zapewnić o jednym: my nigdy się nie poddamy w walce z SCT!!! I prosimy Państwa o dalsze wsparcie naszych działań w imię naszych wspólnych praw – tym razem poprzez podpisanie petycji na linkowanej poniżej stronie, co zajmie Państwu dosłownie jedną minutę.Wiem, że walka z biurokratami nie jest łatwa. Jednak nasza armia się powiększa – stale przybywa ciężko pracujących i pragnących normalności ludzi. Jesteśmy realną siłą społeczną, obecną w mediach i świadomości społecznej. I dlatego powinniśmy pokazać politykom, że muszą się z nami liczyć! WZYWAM POLITYKÓW DO DZIAŁANIA – WYSYŁAM PETYCJĘ Jeśli nie zareagujemy dostatecznie szybko, to strefy powstaną w kolejnych miastach. Już dziś pracują nad nimi Katowice, Wrocław czy Szczecin. Za chwilę mogą dołączyć do nich następne, może także i Państwa miasto! Każdy dzień obowiązywania Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych zwiększa ryzyko transportowego chaosu. I pogłębia ryzyko bankructw, zubożenia dla przedsiębiorców i ich rodzin, problemów z dojazdami do lekarza, mordęgi w codziennym życiu.Dlatego NIE możemy już dłużej zwlekać!Z wyrazami wdzięczności i szacunku, Sławomir Skiba „Nie Oddamy Miasta” Fundacja Wolność i WłasnośćP.S. Warszawa i Kraków wprowadziły SCT, a Katowice, Szczecin i Wrocław planują to zrobić. Grozi nam chaos, bankructwa i codzienne utrudnienia. Politycy mogą temu zapobiec, zmieniając ustawę o elektromobilności. Dlatego bardzo Państwa proszę o pomoc w wywarciu na nich presji, poprzez podpisanie i wysłanie petycji do liderów partii przeciwnych SCT: