W niedzielę 8 marca 2026 roku mieszkańcy Izraela otrzymali nietypowe wiadomości SMS od nieznanego nadawcy. Treść komunikatu była wyjątkowo dramatyczna: „Ostatnie amerykańskie systemy radarowe w regionie zostały zniszczone. Liderzy waszego rządu kłamią wam. Opuszczajcie kraj. Pociski są w drodze. Żadne schronienie nie zapewni bezpieczeństwa”. Wiadomość została podpisana przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.
Według doniesień izraelskich mediów i tureckiej gazety Yeni Şafak, wiadomość dotarła do milionów telefonów komórkowych na terenie całego Izraela. Specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa potwierdzili, że nadawca wykorzystał luki w izraelskich sieciach telekomunikacyjnych lub zastosował metody hakerskie porównywalne z tymi, których wcześniej izraelski Mossad używał przeciwko Iranowi.
Warto przypomnieć, że w 2025 roku izraelski wywiad zhakował irańską aplikację i wysyłał ostrzeżenia do irańskich dowódców wojskowych, by opuścili kraj lub zginęli. Teraz role się odwróciły.
Reakcje w mediach społecznościowych okazały się podzielone. Posty informujące o wiadomościach zgromadziły tysiące polubień i setki udostępnień. Niektórzy komentatorzy wyrazili poparcie dla Iranu, nazywając Izrael „rakiem ludzkości” i sugerując mieszkańcom, by nie uciekali. Inni określili wiadomość jako „głupią irańską propagandę”. Część użytkowników zauważyła, że zniszczenie radarów uniemożliwia Izraelowi wczesne ostrzeganie przed atakami, co może wyjaśniać brak syren alarmowych w niektórych przypadkach.
Ta akcja psychologiczna wpisuje się w szerszy konflikt, który wybuchł [sam tak sobie „wybuchł?? md] na początku marca 2026 roku. Wszystko zaczęło się od serii ataków izraelsko-amerykańskich na irańskie instalacje nuklearne i wojskowe. Prezydent USA Donald Trump, który powrócił do Białego Domu po wyborach w 2024 roku, uzasadniał te działania koniecznością powstrzymania irańskiego programu jądrowego.
Iran odpowiedział serią kontrataków, koncentrując się na infrastrukturze wojskowej sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie Zatoki Perskiej. Jak informował „Wall Street Journal”, irańskie siły atakowały systemy radarowe stanowiące podstawę amerykańskiej obrony przeciwrakietowej. Uderzenia miały na celu „oślepienie” przeciwnika i uniemożliwienie wczesnego wykrywania nadlatujących pocisków i dronów.
Jednym z kluczowych celów irańskich ataków był system radarowy AN/TPY-2, będący integralną częścią baterii przeciwrakietowej THAAD rozmieszczonej w Jordanii. Zdjęcia satelitarne opublikowane przez CNN pokazują, że radar w bazie Muwaffaq Salti Air Base został całkowicie zniszczony w pierwszych dniach konfliktu. Wartość tego sprzętu szacowana jest na około 300 milionów dolarów. [oj więcej…. AI : niemal pół miliarda dolarów.md] Podobne uderzenia dotknęły instalacje w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej.
Kolejnym poważnym ciosem było zniszczenie największego amerykańskiego radaru w Zatoce Perskiej – AN/FPS-132 stacjonującego w Katarze. Irańskie media, w tym Tehran Times, podały, że radar o zasięgu 5000 kilometrów, służący do śledzenia pocisków balistycznych, został całkowicie zniszczony w precyzyjnym uderzeniu rakietowym. IRGC potwierdziło to w oficjalnym oświadczeniu, podkreślając, że atak był odpowiedzią na agresję USA i Izraela. Katarskie władze również potwierdziły zniszczenia. Koszt tego radaru przekraczał miliard dolarów, a jego utrata oznacza poważne zakłócenia w zdolnościach wczesnego ostrzegania przed atakami.
Według analiz ekspertów, Iran użył precyzyjnych hipersonicznych pocisków manewrujących, które ominęły obronę powietrzną, demonstrując zaawansowane zdolności technologiczne. Ataki były częścią szerszej strategii mającej na celu osłabienie zintegrowanej sieci obrony powietrznej Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników w regionie.
Strategia Iranu wydaje się skupiać na asymetrycznej wojnie. Zamiast bezpośrednich konfrontacji z przeważającymi siłami USA i Izraela, Teheran celuje w słabe punkty, takie jak systemy radarowe i komunikacyjne. To podejście przypomina taktyki stosowane w poprzednich konfliktach, ale teraz wsparte nowoczesną technologią dronów i pocisków hipersonicznych.
Międzynarodowe media podkreślają eskalację konfliktu. Associated Press donosi o intensywnych izraelskich nalotach na Teheran i Bejrut. Stany Zjednoczone zatopiły irański okręt wojenny na Oceanie Indyjskim, a Iran ostrzega przed zniszczeniem infrastruktury wojskowej i ekonomicznej w całym regionie. Prezydent Trump zapowiedział, że bombardowania „dramatycznie wzrosną”.
Eksperci obawiają się, że konflikt może objąć więcej państw, w tym Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie już zniszczono kluczowe instalacje radarowe.
Wysyłanie wiadomości SMS do cywilów to nie tylko psychologiczna wojna, ale także próba siania paniki i podważanie zaufania do rządu izraelskiego. W kontekście zniszczonych radarów o wartości miliardów dolarów Iran demonstruje, że jest w stanie uderzać precyzyjnie i skutecznie. To może zachęcić inne grupy, jak Hezbollah czy rebelianci Huti, do podobnych działań.
Wiadomość z 8 marca 2026 roku stanowi kulminację tygodni eskalacji. Zniszczenie amerykańskich radarów to nie tylko militarny sukces, ale także symboliczny cios w hegemonię USA na Bliskim Wschodzie. Czy doprowadzi to do szerszej wojny, czas pokaże, ale już teraz region stoi na krawędzi. Międzynarodowa społeczność wzywa do deeskalacji, lecz głosy te giną w huku eksplozji.
Stany Zjednoczone nie są przygotowane na długą wojnę, ponieważ mają poważny problem z liczbą posiadanych rakiet. Dlatego plan administracji Trumpa zakładał pokonanie Iranu szybkim „uderzeniem dekapitacyjnym”.
Odkąd ten plan się nie powiódł, armia amerykańska boryka się z wieloma problemami.
W ciągu ostatniego tygodnia wielokrotnie powtarzałem w wywiadach i w programie „Tacheles”, że to, czy USA, czy Iran wygra wojnę, zależy od tego, komu pierwszemu skończą się rakiety. Choć Stany Zjednoczone, z ich gigantycznym budżetem wojskowym uważane są za niemal niezwyciężone, nie jest to prawdą. W ostatnich latach Stany Zjednoczone stały się zbyt pewne siebie i dlatego polegały na niezwykle drogich systemach uzbrojenia, które charakteryzują się również bardzo długim czasem produkcji i są trudne w utrzymaniu.
Opłaciło się to amerykańskim producentom broni, gwarantując im ogromne zyski. Teraz jednak mści się to w wojnie przeciwko Iranowi, który skupił się na masowej produkcji tańszej broni.
Stany Zjednoczone mają szczególnie poważny problem z obroną powietrzną, ponieważ od 2022 roku wraz ze swoimi sojusznikami dostarczyły Ukrainie tak duże ilości rakiet Patriot, że państwa europejskie otwarcie przyznają, że w swoich arsenałach mają jedynie absolutne minimum rakiet Patriot do obrony. A amerykańskie magazyny nie są już „zapełnione po brzegi”. Sytuacja nie jest dużo lepsza w przypadku innych amerykańskich systemów obrony powietrznej.
Do tego dochodzi widmo niedoboru pocisków manewrujących Tomahawk.
Aby zrozumieć problem, musimy przyjrzeć się liczbom, ponieważ najlepiej strzeżona tajemnica amerykańskiej potęgi militarnej nigdy tak naprawdę nie była tajemnicą; można ją znaleźć całkiem otwarcie w komunikatach prasowych Lockheed Martin, w budżecie USA i raportach wyspecjalizowanych ośrodków analitycznych, takich jak CSIS.
THAAD
THAAD to najdroższy system obrony powietrznej w USA, a jednocześnie uważany za najlepszy. Został opracowany do przechwytywania pocisków balistycznych krótkiego i średniego zasięgu, a także, w pewnym stopniu, międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Na świecie działa tylko osiem baterii THAAD, ale podobno tylko siedem jest aktywnych.
Standardowy protokół przewiduje wystrzelenie dwóch pocisków przechwytujących na każdy cel. Bateria składająca się z 48 pocisków wyczerpuje się zatem po zestrzeleniu 24 celów, a koszt każdego pocisku THAAD wynosi około 13 milionów dolarów.
Stany Zjednoczone produkują 96 pocisków przechwytujących THAAD rocznie. To osiem miesięcznie, czyli zaledwie dwa tygodniowo.
W pierwszym tygodniu wojny Iran wystrzelił ponad 500 pocisków balistycznych. Pojedynczy irański atak rakietowy mógłby zniszczyć całą roczną produkcję USA w ciągu kilku minut. Podczas 12-dniowej wojny z Iranem w czerwcu 2025 roku zużyto około 150 pocisków przechwytujących, co stanowiło 28 procent światowego zapasu i ponad półtoraroczną produkcję.
Chociaż nie wszystkie 500 pocisków balistycznych wystrzelonych przez Iran zostało przechwyconych przez THAAD, liczba ta ilustruje problem, z jakim borykają się Stany Zjednoczone, zwłaszcza że – jak zobaczymy – sytuacja z innymi systemami obrony powietrznej jest również niepewna.
Problem „oczu”
Problemem nie są jednak tylko pociski, ale także „oczy”, czyli radary. Radary AN/TPY-2 systemu THAAD to cud techniki, kosztujące 500 milionów dolarów każdy. Ich naprawa jest trudna. Według dostępnych informacji radar w Jordanii jest uszkodzony, co skłoniło rząd niemiecki do rozważenia wysłania baterii Patriot do Jordanii, z uwagi na stacjonowanie tam wojsk niemieckich. Radar w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest zniszczony.
Co więcej, uszkodzony został kluczowy radar wczesnego ostrzegania w Katarze, wyceniony na 1,1 miliarda dolarów. Radar ten był w stanie bardzo wcześnie wykryć wystrzelenie pocisków, pomagając obronie przeciwlotniczej przygotować się na nadlatujące pociski irańskie. Jednak obecnie radar wydaje się niesprawny.
Produkcja nowych radarów tego typu zajmuje lata, a naprawy są również skomplikowane i czasochłonne.
Ogólnie rzecz biorąc, awaria radaru nie tylko zmniejsza zasięg, ale także tworzy „luki geometryczne” w strefach obrony przeciwlotniczej, umożliwiając falom uderzeniowym przedostanie się przez nie z powodu niewykrycia (lub zbyt późnego wykrycia).
Fizyka jest silniejsza niż pieniądze.
Od dawna wskazuję, że zachodni przemysł zbrojeniowy ma problem. Na Zachodzie przywykliśmy do myślenia, że wszystko można rozwiązać pieniędzmi. Widać to po gigantycznym budżecie, jaki Pentagon wydaje corocznie, a także w dyskusjach w Europie o celu 5% PKB na obronność i wysiłkach UE na rzecz szybkiej modernizacji potencjału wojskowego.
Problem polega jednak na tym, że wielu rzeczy potrzebnych do modernizacji nie da się po prostu kupić „w locie”.
Niedobór pocisków THAAD skłonił firmę Lockheed Martin do ogłoszenia w komunikacie prasowym 29 stycznia, że podpisała z Pentagonem umowę o czterokrotnym zwiększeniu produkcji pocisków THAAD z 96 do 400 sztuk rocznie. W tym celu ma powstać nowy zakład produkcyjny w Arkansas. Będzie on jednak w pełni operacyjny dopiero za siedem lat, do 2033 roku.
Innymi słowy, na razie nie rozwiązuje to obecnego problemu.
Problemem nie są pieniądze; Problemem są prawa fizyki i łańcuchy dostaw. Silniki rakietowe na paliwo stałe THAAD są również wykorzystywane w pociskach ziemia-powietrze PAC-3 (Patriot), SM-3 i PrSM, a silniki do THAAD są w tej samej kolejce produkcyjnej co te.
Kolejnym problemem są głowice naprowadzające. Obecnie dla całej branży produkuje się maksymalnie 500 sztuk rocznie.
Rezultatem są długie czasy oczekiwania, o których czasami dyskutuje się w niemieckich mediach, na przykład przy zamawianiu nowych systemów Patriot dla niemieckich sił zbrojnych. Zamówiony dziś pocisk przechwytujący ma zostać dostarczony około 2030 roku.
Zbyt wielu przeciwników
Przez dekady Stany Zjednoczone opierały swoją przewagę militarną na takim stopniu, że nikt nie odważyłby się rzucić im wyzwania w wojnie konwencjonalnej. Jednak od 2022 roku Stany Zjednoczone i inne kraje zachodnie zaczęły dostarczać Ukrainie ogromne ilości pocisków Patriot. Patriot jest głównym „koniem roboczym” amerykańskiego systemu obrony powietrznej.
Teraz Stany Zjednoczone nagle stoją w obliczu co najmniej trzech stref konfliktu: Europy, gdzie Zachód prowadzi wojnę z Rosją na Ukrainie; Bliskiego Wschodu, gdzie Stany Zjednoczone bombardowały Huti i obecnie prowadzą wojnę z Iranem; oraz Azji, gdzie zbliża się konfrontacja z Chinami o Tajwan i, szerzej, o dominację regionalną.
Ale Stany Zjednoczone nie przygotowały się, tworząc oddzielne zapasy wystarczającej ilości broni dla każdej strefy konfliktu. Zamiast tego zapasy Pentagonu są scentralizowane, co oznacza, że Stany Zjednoczone wykorzystują cały swój arsenał na wszystkie konflikty. To wystarczało na jeden poważny konflikt. Ale teraz, z Ukrainą i Iranem, są już dwa – i nikt nie wie, co stanie się z Chinami i Tajwanem.
Jeśli USA przeniosą rakiety Patriot z Europy na Bliski Wschód, wschodnia flanka NATO pozostanie bez ochrony. Jeśli wycofają rakiety Aegis z Japonii lub pociski THAAD z Korei Południowej, dla Pekinu otworzy się okno możliwości.
Liczy się już nie „potęga wirtualna”, czyli kwoty w budżecie wojskowym, ale „potęga realna”, czyli ilość dostępnej broni i przede wszystkim maszyn dostępnych w fabrykach.
Obecnie pojawiają się doniesienia, że USA chcą przenieść systemy obrony powietrznej THAAD z Korei Południowej na Bliski Wschód, ponieważ najwyraźniej po prostu nie docenili Iranu.
Ale każdy pocisk wystrzelony dziś w irański cel jutro będzie nieosiągalny dla Tajwanu, Guamu lub Korei Południowej. Chiny oczywiście bardzo uważnie obserwują gwałtowne wyczerpywanie się amerykańskich arsenałów.
Problem polega na tym, że wojna z Iranem trwa tylko od około siedmiu dni, podczas gdy rozszerzenie produkcji pocisków THAAD zajmie 2555 dni.
Wielkie wojny to zawsze bitwy na wyniszczenie, wojny o materiały. Tak było w czasie I wojny światowej, ale także II wojny światowej, kiedy Niemcy – wspierane, dobrowolnie lub nie, przez gospodarkę wojenną całej Europy – przegrały wojnę nie tylko z powodu jej rozmiarów i woli oporu Związku Radzieckiego, ale także dlatego, że stanęły w obliczu potęgi przemysłowej trzech supermocarstw: USA, Związku Radzieckiego i Imperium Brytyjskiego.
Nie jest zatem niczym nowym, że o losach wielkich wojen często decyduje logistyka. Zgodnie z prawami matematyki, USA jak dotąd przegrywały w tej dziedzinie, ponieważ polegały na niezwykle drogich systemach uzbrojenia, trudnych w utrzymaniu i naprawie, podczas gdy ich przeciwnicy wybierali tańsze, łatwiejsze w utrzymaniu i szybko wymienialne systemy uzbrojenia.
Dotyczy to nie tylko Iranu, ale także Rosji, która produkuje znacznie więcej broni i amunicji niż cały Zachód razem wzięty. Podczas gdy zachodnia propaganda twierdzi, że Rosja stoi na krawędzi militarnej klęski na Ukrainie, w rzeczywistości, pomimo strat poniesionych w wojnie, ma ona obecnie na przykład o tysiąc czołgów więcej w zapasach niż przed wojną.
Skoro wiemy, że rezerwy THAAD topnieją jak śnieg na słońcu, musimy przyjrzeć temu, czym Pentagon próbuje wypełnić luki w obronie powietrznej.
Możliwe alternatywy
Po pierwsze, mamy Patriota z pociskami PAC-3, konia roboczego amerykańskiej i zachodniej obrony powietrznej. To ostatnia linia obrony, a na świecie istnieje znacznie więcej systemów Patriot niż systemów THAAD, a jego produkcja jest lepiej zorganizowana.
Problem polega jednak na tym, jak wspomniano, że PAC-3 i THAAD wykorzystują te same rakiety na paliwo stałe. Drastyczne zwiększenie produkcji Patriotów w celu szybkiego uzupełnienia niedoborów THAAD przypomina próbę upieczenia dwóch różnych ciast z jednym workiem mąki. Wybór jednego systemu automatycznie spowalnia produkcję drugiego.
Stany Zjednoczone dysponują również pociskami Aegis i SM-3/SM-6, które chronią amerykańskie okręty wojenne, a ich wyrzutnie MK-41 mogą być również rozmieszczone na lądzie. Ta rodzina pocisków stanowi jedyną poważną alternatywę dla THAAD pod względem skuteczności. Pentagon mógłby zatem wysłać niszczyciele do Zatoki Perskiej lub zainstalować wyrzutnie MK-41 na lądzie (Aegis Ashore).
Problem polega jednak na tym, że pocisk SM-3 kosztuje od 12 do 25 milionów dolarów. Geografia również odgrywa rolę, ponieważ Marynarka Wojenna USA nie może „pożyczać” swoich pocisków siłom lądowym w nieskończoność, nie narażając swoich grup lotniskowców na Pacyfiku na bezbronność wobec Chin.
Stany Zjednoczone dysponują również systemem David’s Sling, izraelskim systemem, którego skuteczność plasuje się pomiędzy Patriotem a THAAD i który sprawdził się już w walce z pociskami balistycznymi.
Problemem są jednak ograniczone zdolności produkcyjne Izraela. W przypadku poważnej wojny Izrael potrzebuje każdego pocisku przechwytującego i jest zależny od dodatkowych dostaw pocisków ziemia-powietrze z USA. Nadzieja, że Izrael zniweluje powstającą lukę w globalnej obronie powietrznej sił zbrojnych USA, byłaby zatem iluzją.
Znaczenie strat w wojnie z Iranem
Po nieudanym ataku dekapitacyjnym na Iran, pierwsze dni wojny pokazały, że Iran był w stanie atakować bazy amerykańskie na całym Bliskim Wschodzie, a także infrastrukturę naftową i gazową krajów, które umożliwiają Stanom Zjednoczonym walkę z Iranem z ich terytorium, praktycznie bez przeszkód.
Stany Zjednoczone zaprzeczają poważnym stratom i twierdzą, że nie poniosły praktycznie żadnych strat, ale zdjęcia ze specjalistycznych satelitów zdolnych do wykrywania pożarów pokazały nagły wybuch pożarów w bazach amerykańskich na całym Bliskim Wschodzie oraz w infrastrukturze naftowej i gazowej krajów arabskich. Co więcej, fakt, że ważny amerykański szpital wojskowy w Landstuhl w Niemczech nagle przeniósł wszystkich pacjentów cywilnych do innych szpitali i priorytetowo potraktował zbiórki krwi, powinien być kolejnym dowodem na to, że sytuacja w Iranie jest dla USA znacznie gorsza niż donoszą zachodnie media.
Stany Zjednoczone zaprzeczają poważnym stratom i twierdzą, że nie poniosły prawie żadnych strat, ale zdjęcia ze specjalistycznych satelitów zdolnych do wykrywania pożarów pokazały, jak liczne pożary nagle wybuchły w bazach amerykańskich na całym Bliskim Wschodzie oraz w infrastrukturze naftowej i gazowej krajów arabskich. W związku z tym, po kilku dniach walk, USA musiały zmienić strategię i zamiast pocisków (nadlatujących irańskich pocisków) zaatakowały „strzelców” (irańskie wyrzutnie). Zaatakowały one irańskie wyrzutnie rakiet, co spowodowało, że Iran jest teraz w stanie wystrzeliwać mniej pocisków dziennie.
Nie wynika to z niedoboru irańskich pocisków, ale raczej z niedoboru (mobilnych) wyrzutni. Fakt, że USA nie były jeszcze w stanie poważnie uszkodzić irańskich zapasów, jest widoczny w utrzymującej się wysokiej intensywności irańskich ataków dronów.
Pocisk manewrujący Tomahawk
Na dodatek Stany Zjednoczone borykają się z problemem pocisków manewrujących Tomahawk, które jak wiadomo odgrywają kluczową rolę w amerykańskich atakach na inne kraje. Problem jest tu bardzo podobny do tego z pociskami ziemia-powietrze.
Według publicznie dostępnych informacji, Stany Zjednoczone posiadają około 4000 pocisków Tomahawk, wystrzeliwanych głównie z okrętów. USA wystrzeliły ponad 135 z nich przeciwko Huti w Jemenie. W 2025 roku doszło również do ataków Tomahawk na Nigerię.
Dokładna liczba pocisków Tomahawk użytych w wojnie z Iranem nie jest znana. Amerykańskie okręty wojenne wystrzeliły pociski Tomahawk w cele irańskie, a amerykańskie wojska lądowe użyły systemu rakietowego HIMARS, z którego wiele zostało również dostarczonych Ukrainie.
Przed rozpoczęciem wojny z Iranem Stany Zjednoczone zgromadziły znaczącą obecność wojskową na Bliskim Wschodzie, w tym 13 niszczycieli Marynarki Wojennej. Gdyby wszystkie pociski znajdowały się w zasięgu, mogłyby wystrzelić od 150 do 250 pocisków Tomahawk, według analizy think tanku Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych. Gdyby w atak zaangażowano również jeden z czterech okrętów podwodnych typu Ohio przebudowanych na wyrzutnie pocisków manewrujących, mogłyby zostać wystrzelone dodatkowe 154 Tomahawki. Nie jest jasne, czy taki okręt podwodny brał udział w atakach.
W najgorszym przypadku oznaczałoby to, że Stany Zjednoczone wystrzeliłyby 400 pocisków Tomahawk – 10 procent swojego globalnego arsenału – w ciągu zaledwie jednego tygodnia wojny z Iranem.
W przypadku pocisków Tomahawk jest podobnie jak z systemem obrony powietrznej: produkcja nowych zajmuje bardzo dużo czasu. Firma RTX Corporation, która produkuje pociski Tomahawk, ogłosiła niedawno podpisanie umowy z Pentagonem na zwiększenie rocznej produkcji Tomahawków z obecnych 90-100 do ponad 1000 sztuk w ramach wieloletniego programu.
Również w tym przypadku, zanim ta decyzja odniesie zauważalny skutek, miną lata, podczas gdy Stany Zjednoczone szybko wyczerpują swoje zapasy Tomahawków.
Czy Chiny pomagają Iranowi?
Jak wspomniano, Chiny bardzo uważnie obserwują to wszystko.
Ponieważ Iran jest dla Chin bardzo ważnym dostawcą ropy, kluczowe jest zrozumienie, że wojna USA z Iranem jest w rzeczywistości przede wszystkim wojną z chińską gospodarką. Jeśli Stany Zjednoczone przejmą kontrolę nad Iranem i będą mogły kierować jego eksportem ropy, Chiny albo otrzymają mniej ropy, albo będą musiały za nią znacznie więcej zapłacić. Rosnące ceny energii wpływają na gospodarkę, czego Europa doświadcza obecnie w związku z de-industrializacją.
Ponieważ Iran jest dla Chin bardzo ważnym dostawcą ropy, ważne jest zrozumienie, że wojna USA z Iranem jest w rzeczywistości przede wszystkim wojną z chińską gospodarką. Właśnie na tym polega strategia bezpieczeństwa Trumpa: Stany Zjednoczone chcą „rzucić wyzwanie” Chinom gospodarczo, ale w miarę możliwości uniknąć wojny z Chinami. Biorąc pod uwagę uszczuplone arsenały USA, nie jest to zaskakujące, ponieważ Stany Zjednoczone nie mogłyby powtórzyć scenariusza z Ukrainą w przypadku przejęcia Tajwanu przez Chiny i wymusić na Chinach kosztownej wojny zastępczej, zalewając Tajwan bronią. USA już teraz nie mają niezbędnej broni, a wojna z Iranem dodatkowo zaostrza ten problem.
Pekin jest zatem naturalnie zadowolony, gdy USA wystrzeliwują swoją amunicję na Bliskim Wschodzie, a wcześniej na Ukrainie, ponieważ każdy wystrzelony tam amerykański pocisk to o jeden pocisk mniej, którego USA mogłyby użyć w potencjalnej wojnie o Tajwan.
Według doniesień chińskie samoloty transportowe ponownie latają do Iranu. Może spróbujemy zgadnąć, co przewożą…
Wojna USA i Izraela z Iranem zmienia globalną architekturę energetyczną, podnosi ceny węglowodorów i grozi kolejnym szokiem cenowym dla Europy.
Rosja ogłosiła plany przekierowywania dostaw gazu z Europy do Chin, Indii, Tajlandii i Filipin. Wicepremier FR Aleksander Nowak potwierdził, że negocjacje są w toku. Jednocześnie trzy tankowce LNG zmieniły już trasy, opuszczając europejskie porty i kierując się do azjatyckich klientów, którzy płacą obecnie znacznie wyższe ceny spotowe.
W zachodnich mediach ruch ten jest często przedstawiany jako rodzaj politycznej kary ze strony Rosji wobec Europy. Rzeczywistość jednak opiera się na znacznie prostszym, a jednocześnie bardziej surowym mechanizmie: Rosja podąża za cenami rynkowymi. A te przesunęły się znacząco na wschód w wyniku niedawnej eskalacji na Bliskim Wschodzie. Przyczyną tego jest wojna z Iranem, a w szczególności amerykańskie naloty, które wstrząsnęły rynkami energii w ciągu kilku dni.
W lutym cena europejskiego gazu TTF wynosiła około 35 euro za megawatogodzinę. Do 6 marca cena ustabilizowała się już na poziomie 52,81 euro – wzrost o około 50 procent w ciągu miesiąca. Jednocześnie w Azji gwałtownie wzrosły ceny LNG, które byłoby sprzedawane po długoterminowych cenach kontraktowych w Europie. Teraz może być przedmiotem obrotu w Azji z ogromnymi premiami kryzysowymi – sytuacja ta miała miejsce ostatnio podczas kryzysu energetycznego w 2022 roku.
Zmiany strukturalne wzmacniają ten efekt. Rosja dostarczyła do Europy około 13,8 miliona ton LNG w 2025 roku. Jednocześnie Unia Europejska zdecydowała o stopniowym ograniczaniu importu rosyjskiego gazu. Krótkoterminowe kontrakty na LNG zostaną zakazane od końca kwietnia. Całkowity zakaz importu rosyjskiego LNG ma wejść w życie do końca roku, a od 2027 roku dostawy będą realizowane wyłącznie za pośrednictwem gazociągów.
Moskwa nie reaguje na tę politykę oporem, lecz wykorzystuje ją strategicznie. Każda dostawa LNG przekierowana do Azji przed wejściem w życie tych zakazów może zostać przekształcona w długoterminowe kontrakty z klientami spoza Europy.
2 grudnia ub.r. ruszył do Chin wielki gazowy rurociąg Siła Syberii
Ta sytuacja zbiega się z nadzwyczajnym ciągiem jednoczesnych kryzysów energetycznych. Katar został zmuszony do ogłoszenia stanu siły wyższej po ataku dronów na terminal LNG w Ras Laffan 2 marca. Spowodowało to przerwanie około 20% globalnych dostaw LNG. Jednocześnie azjatyccy i europejscy nabywcy konkurują obecnie o każdy dostępny ładunek w zbiornikach drogą morską. Cieśnina Ormuz jest skutecznie zablokowana z powodu wycofania się z ubezpieczeń i eskalacji działań wojennych. W tych okolicznościach Rosja pozostaje jedynym dużym eksporterem energii, którego łańcuchy dostaw nie przechodzą ani przez Zatokę Perską, ani przez Cieśninę Ormuz. To sprawia, że Rosja jest obecnie jedynym producentem zdolnym do zaopatrywania rynków azjatyckich bez konieczności transportu LNG przez strefę działań wojennych.
To, czy ta sytuacja została strategicznie zaplanowana, nie ma ostatecznie znaczenia. Strukturalny stan rynków automatycznie wywołuje ten efekt. Każdy dolar, o który cena ropy Brent wzrośnie powyżej 70 dolarów, przynosi Rosji około miliarda dolarów dodatkowych dochodów państwa rocznie. Obecne premie spot na LNG dodatkowo wzmacniają ten efekt. Wojna z Iranem staje się zatem jednym z najbardziej dochodowych wydarzeń dla rosyjskiego budżetu państwa od czasu szoku cenowego z 2022 roku – a Moskwa nie musiała wystrzelić ani jednego pocisku, aby to osiągnąć.
Kolejny sygnał nadszedł z Waszyngtonu 6 marca. Departament Skarbu USA przyznał 30-dniowe zwolnienie, umożliwiające Indiom kontynuowanie bezpośrednich zakupów rosyjskiej ropy naftowej. Decyzja ta ostatecznie potwierdza to, co rynki energetyczne już zauważyły: w obliczu niepewnych dostaw z regionu Zatoki Perskiej i częściowego niewywiązywania się Kataru z dostaw, rosyjska energia nie jest już surowcem objętym sankcjami. Obecnie jest to po prostu jedyna niezawodna alternatywa.
Europa znajduje się w paradoksalnej sytuacji. Ceny gazu rosną o około 50 procent, wywołane wojną, której Europa nie rozpoczęła ani nie jest w stanie kontrolować geograficznie. Jednocześnie dostawy, na które Europa wcześniej politycznie nie chciała się zgodzić, są teraz przebijane przez azjatyckich nabywców. Tankowce LNG płynące na wschód transportują rosyjski gaz tam, gdzie płaci się najwyższą cenę. Azja – z silniejszymi finansami publicznymi i pilniejszym zapotrzebowaniem na energię – prawie zawsze przebije Europę w tych aukcjach. Rosja nie instrumentalizuje w tym przypadku energii. Robi to sama wojna.
Konsekwencje dla Europy mogą być znaczące. Jeśli dostawy LNG będą coraz częściej przekierowywane do Azji, a jednocześnie eksport energii z Zatoki Perskiej zostanie zakłócony lub stanie się niepewny z powodu wojny z Iranem, kolejny potężny szok cenowy zagrozi europejskim rynkom gazu i energii elektrycznej. Azjatyccy nabywcy już teraz konkurują z Europą o każdy dostępny ładunek w zbiorniku i często są skłonni zapłacić znacznie wyższe ceny. Mogłoby to doprowadzić do trwałego przeniesienia dostaw, które wcześniej trafiały do Europy, na rynki azjatyckie, gdzie podpisywane są długoterminowe kontrakty. Dla europejskiego przemysłu oznaczałoby to dalszą utratę taniej energii – wraz ze wzrostem kosztów produkcji, rosnącą presją inflacyjną i przyspieszoną deindustrializacją w niektórych państwach UE.
Często trafiam w mediach społecznościowych na narzekania mężczyzn pod adresem kobiet. W ich mniemaniu współczesne kobiety to najczęściej wyuzdane, wulgarne, roszczeniowe materialistki i skupione na sobie egoistki. Faktycznie, coś jest na rzeczy. Sęk w tym, że w znacznym stopniu to faceci do tego doprowadzili.
To będzie mroczna opowieść z tragicznym finałem. Iście szatański podstęp, w którym całkowicie odwrócono pojęcia. Niegdyś Kopciuszek był synonimem skromnej niewiasty, której pokora, dobroć oraz ciężka i uczciwa praca zostały nagrodzone.
Współczesna „opowieść o Kopciuszku”, to historia prostytutki. Sprzedawanie własnego ciała bardzo się jej opłaciło, bo spotkała wymarzonego „księcia z bajki”.
Upadły świat zakpił z monarchii. „Królowe” i „księżniczki” to obecnie agresywne, nafaszerowane botoksem karykatury, z napompowanymi ustami, sztucznymi piersiami i ciałem oszpeconym tatuażami. Na domiar złego wyszydzono chrześcijaństwo. Przykładem jest perwersyjna piosenkarka Madonna (imię zaczerpnięte od Matki Bożej), która wielokrotnie profanowała symbole religijne czy określanie wynaturzonych postaw ikonami.
PRETTY WOMAN
Szkodliwość słynnego filmu z 1990 roku jest porażająca. Jeszcze bardziej szokuje bierność opinii publicznej na skandaliczny obraz. Za sukcesem „Pretty Woman” (dosłowne tłumaczenie: piękna kobieta) poszedł konkretny przekaz do młodych dziewcząt: sprzedawanie własnego ciała nie jest wcale takie złe, a nawet bardzo się opłaca.
Chodziłam do podstawówki, kiedy filmowa opowieść o prostytutce trafiła z USA do Polski. Wiele moich szkolnych koleżanek (które wówczas były dziećmi) piały z zachwytu po seansie. Ta dziewczyna, która zachwycała się najmocniej, w dorosłym życiu upadła najniżej i skończyła najgorzej. Obecnie produkcję można obejrzeć m.in. na platformie Netflix, gdzie wskazano przedział wiekowy od 13 lat.
Czego dowiadują się z filmu trzynastolatki? Przekaz jest bardzo wyraźny. Prostytutka Vivian (Julia Roberts) jest sympatyczna, bystra i ma czarujący uśmiech. W liceum miała całkiem dobre oceny, ale nieszczęśliwie się zakochiwała, co niejako pokomplikowało jej życie. Z pracy kelnerki i parkingowej nie starczało na czynsz wynajmowanej klitki – co jest dość dziwne, wszak akcja dzieje się w zamożnej Ameryce. By jakoś wiązać koniec z końcem zaczęła więc sprzedawać swoje ciało przy Alei Gwiazd w Los Angeles.
Któregoś dnia bogaty, elegancki i przystojny biznesmen Edward (Richard Gere) zgubił się na ulicach Hollywood. Vivian, licząc na niezły zarobek, podeszła do jego samochodu i zaproponowała pomoc. Za wskazanie drogi dostała 20 dolarów, za wspólną noc 300 dolarów, a za bycie „damą do towarzystwa” przez następny tydzień kilka tysięcy plus ekstra premię na kupienie sobie eleganckich ubrań.
Po prostu była tak urocza, że Edward – mimo, iż nie tego planował – pod wpływem impulsu zaprosił ją do swojego apartamentu w luksusowym hotelu. Pracownicy hotelu też ulegli wdziękowi prostytutki z ulicy. Windziarz hotelowy zerkał na Vivian jak zaczarowany, a dyrektor osobiście uczył ją poprawnego posługiwania się sztućcami w wytwornej restauracji.
Jedynie pracownice ekskluzywnego butiku – ukazane jako wredne jędze – nie raczyły być miłe dla prostytutki. Nie chciały jej obsłużyć, gdy weszła do sklepu w stroju ulicznicy. Kiedy poskarżyła się Edwardowi, ten bardzo się wzburzył. Na otarcie łez zabrał Vivian do innego sklepu i zapłacił krocie, by wszyscy pracownicy, z kierownikiem włącznie, podlizywali się jej na całego i ubrali jak damę.
W stroju damy towarzyszyła Edwardowi na meczu polo, gdzie zebrała się miejscowa elita. Znajomy biznesmena i zarazem jego prawnik węszył spisek, sugerując, że Vivian jest szpiegiem konkurencyjnej firmy. Chcąc uspokoić wspólnika, Edward mu wyznał, że jest ona zwykłą dziwką wziętą z ulicy. Prawnik podjarał się tym faktem i zaczął składać prostytutce dwuznaczne propozycje, co ją bardzo oburzyło.
Po powrocie do apartamentu, zdenerwowana kobieta wygarnęła swojemu sponsorowi, że nikt tak jej wcześniej nie upokorzył. Edward jej przypomniał, że przecież jest dziwką, więc niech się nie dziwi, że ludzie tak ją traktują. Vivian się wściekła za nazwanie sprawy po imieniu, strzeliła focha, spakowała manatki i wybiegła z apartamentu. Biznesmen zrozumiał, że ma ona swoją dumę, poleciał za nią, przeprosił i udobruchał. Kolejny raz wylądowali w łóżku i… zakochali się w sobie.
Fabuła kończy się „happy endem”. Edward wyznaje Vivian miłość i deklaruje wspólną przyszłość aż do grobowej deski. W międzyczasie, pod wpływem prostytutki biznesmen przechodzi pozytywną przemianę. Z wyrachowanego gracza – który kupował w całości upadające firmy, a następnie sprzedawał w częściach dla własnego zysku – zamienił się w wrażliwca, który postanowił jednak ratować przedsiębiorstwa w kryzysie.
Perfidia twórców filmu polega na tym, że jest odwrotnością bajek z morałem. „Pretty Woman” reklamowano w mediach jako współczesną wersję „Kopciuszka”. Tymczasem w klasycznej bajce wynagradza się dobro, cnotę i pokorę, a tutaj nagroda trafiła do kobiety, która sprzedawała swoje ciało. Co więcej, prostytutkę – a więc z racji wykonywanej profesji kobietę moralnie upadłą – ukazano jako niezwykle pozytywną postać.
Filmowa opowieść o prostytutce stała się wielkim hitem. Produkcja zarobiła fortunę i zdobyła fanów na całym świecie. Aktorzy odtwarzający główne role uzyskiwali status czołowych gwiazd przemysłu filmowego, dzięki czemu do dziś dostają milionowe gaże. Za zagranie prostytutki Julia Robert otrzymała nagrodę Złotego Globa dla najlepszej aktorki oraz nominację do Oskara.
Film zyskał miano kultowej komedii romantycznej i nadal cieszy się popularnością jako „klasyk” w swoim gatunku. Uważam, że twórcy „Pretty Women” – reżyser, scenarzysta i producenci to mężczyźni (sic!) – w znacznym stopniu przyczynili się do problemu społecznego, który w późniejszych latach opisały takie polskie filmy jak „Galerianki” czy „Dziewczyny z Dubaju”. Obie fabuły opowiadają o współczesnych formach prostytucji. Motorem napędowym do sprzedawania swojego ciała jest pragnienie posiadania drogich ciuchów i luksusowego życia.
Co znamienne, krytycznie o amerykańskim hicie wypowiedziała się Irena Dawid-Olczyk, prezes Fundacji La Strada, walczącej z handlem ludźmi i wspierającej jego ofiary. Kobieta w gorzkich słowach zwróciła się do samego Richarda Gere’a. Aktor w 2019 roku odwiedził Polskę, gdzie dyskutował o… obronie praw człowieka. Od szefowej La Strady usłyszał o negatywnym wpływie filmu „Pretty Woman” na wybory młodych kobiet, które głęboko wierzą, że prostytucja to droga do sukcesu.
Na portalu filmweb.pl, pod tytułem „Pretty Woman”, jedna z forumowiczek napisała wymowny komentarz: „Zauważyliście, że tak jak tamtejsze prostytutki ubiera się dziś prawie każda dziewczyna?”.
BURDELMAMA KRÓLOWĄ
W XXI wieku lansowanie negatywnych wzorców rozkręciło się na całego, niestety także na polskim podwórku. Wystarczy wspomnieć telewizyjny reality show „Królowe życia”. Program nadawany na antenie stacji TTV w latach 2016-2022 pokazywał kulisy życia osób, które niczego sensownego sobą nie reprezentowały, ale z racji kontrowersyjności potrafiły napędzić oglądalność.
Program najmocniej wylansował Dagmarę Kaźmierską. Czym sobie „zasłużyła”, by pokazywać ją w telewizji? Od 2005 prowadziła agencję towarzyską. W 2009 została skazana prawomocnym wyrokiem na cztery lata pozbawienia wolności za działanie w zorganizowanej grupie przestępczej, stręczycielstwo, sutenerstwo i zmuszanie młodych kobiet do prostytucji, ostatecznie spędzając w więzieniu 14 miesięcy.
Obecnie Kaźmierska jest rozchwytywaną celebrytką. Występuje w filmach, pisze książki, pozuje na ściankach, udziela wywiadów, a ostatnio wzięła udział w popularnym „Tańcu z gwiazdami” na antenie telewizji Polsat. Kreowana jest na sympatyczną i równą babkę po przejściach, która ma twardy charakter, robi co chce i mówi co myśli. Przeglądając komentarze pod nagraniami i artykułami o „królowej życia” przecieram oczy ze zdziwienia – Kaźmierska jest uwielbiana.
Należy odnotować, że producentem i reżyserem programu, który wylansował burdelmamę do rangi autorytetu dla młodych Polek, jest oczywiście mężczyzna – Piotr Wąsiński.
Moda na określanie upadłych kobiet jako „królowe” przyszła do Polski ze Stanów Zjednoczonych. Prekursorką jest kontrowersyjna i wyuzdana piosenkarka Madonna, którą przed laty okrzyknięto „królową popu”. Jej młodsza wersja Britney Spears zyskała miano „księżniczki popu” i jest uważana za ikonę popkultury schyłku XX wieku. U szczytu popularności kobiety wystąpiły na wspólnym koncercie, który podkręciły lesbijskim pocałunkiem.
Britney początkowo lansowana była jako niewinna i spokojna dziewczyna. Zaczynała od występów w programie dla dzieci Klub Myszki Miki. Tam poznała przyszłego chłopaka Justina Timberlake’a. Jako nastolatkowie zostali parą, przy czym Spears deklarowała w mediach zachowanie dziewictwa do ślubu.
Po latach wydała książkę pt. „Kobieta, którą jestem”. W autobiografii przyznała, że jednak uprawiali seks, a także zaszła w ciążę. Britney chciała urodzić dziecko, ale Justin zmusił ją do aborcji. Timberlake i tak potem od niej odszedł, po czym skupił się na rozwinięciu własnej muzycznej kariery.
Tymczasem „księżniczka popu” rzuciła się w wir romansów, a następnie przeszła załamanie nerwowe, czego efektem było m.in. ogolenie sobie głowy na łyso czy nałożenie przez sąd ubezwłasnowolnienia. I wreszcie, toksyczny wpływ na piosenkarkę wywarł jej ojciec Jamie Spears, który sprawował nad dorosłą córką kuratelę i był oskarżany o życie na jej koszt.
Co znamienne, wczesna Britney stała się wzorem dla wielu znanych piosenkarek. Do inspiracji twórczością i wizerunkiem Spears przyznały się Lana Del Rey, Lady Gaga, Miley Cyrus, Victoria Justice, Pixie Lott, Selena Gomez, Fergie czy Girls’ Generation.
Na polskiej scenie muzycznej też mamy naśladowczynię amerykańskiej piosenkarki. Dorota Rabczewska ps. Doda nie ukrywała, że jej idolką była właśnie Britney Spears. Jednak polska piosenkarka w kreowaniu własnego stylu poszła nieco dalej.
Doda od początku budowała swoją karierę na wizerunku skandalistki. Poddała się operacji powiększenia biustu. Pozowała nago do magazynów „dla panów” [porno jest dla seksoholików, nie „panów”md] . Wdawała się w pyskówki, a nawet bójki z innymi celebrytami. Miewała też problemy z prawem, zarzuty prokuratorskie, a nawet wyrok sądu za obrazę uczuć religijnych.
W 2011 roku, podczas spotkania z fanami, którym podpisywała najnowszą płynę, Doda miała ze sobą długopis w kształcie sztucznego penisa. Na oczach fotoreporterów i fanów (w tym nieletnich) wsadziła go sobie do ust, imitując stosunek oralny. Co znamienne, do tak wulgarnej osoby przylgnęło medialne określenie: „Królowa jest tylko jedna”, które sama zresztą wylansowała.
Tymczasem pojawiły się w Polsce kolejne celebrytki, pragnące dosiąść tronu. Wśród nich Karolina Derpieńska, szerzej znana jako amerykańsko brzmiąca Caroline Derpienski. Samozwańczo określiła się jako „dolarsowa królowa”. Zasłynęła z tego, że w polskojęzycznych mediach opowiada o bajecznie bogatym życiu, jakie zapewnia jej znacznie starszy kochanek – miliarder z Miami.
O miano królowej zawalczyły też uczestniczki programu TVN7 pt. „Królowa przetrwania”. Scenariusz zrealizowano w tajlandzkiej dżungli, gdzie zaproszono 12 kobiet (najczęściej sztucznych, wypełnionych botoksem, wytatuowanych, etc.) znanych z Internetu i programów telewizyjnych typu reality. Panie zasłynęły w Polsce z robienia wokół siebie szumu i patologicznych zachowań, na których zbudowały karierę.
Dla przykładu Marta Linkiewicz, która wątpliwą popularność zdobyła w 2015 roku. Jako nastolatka wybrała się z koleżanką na koncert amerykańskich reperów z grupy Rae Sremmurd, a następnie chwaliła się w mediach społecznościowych, że uprawiała z nimi seks grupowy. „Z tym się jebałam, a temu ciągnęłam” – wyznała przyszła celebrytka.
Obecnie Linkiewicz jest jedną z gwiazd Fame MMA, polskiej federacji (i największej w Europie) organizującej gale typu freak show fight. Impreza polega na tym, że uczestnicy – w tym celebryci, youtuberzy, raperzy, influencerzy – stają na ringu i walczą przy dużym zakresie dozwolonych technik. Wydarzeniom towarzyszą „konferencje”, podczas których uczestnicy wzajemnie się obrażają i obrzucają wulgarnymi wyzwiskami. Sporą popularnością cieszą się oczywiście pyskówki kobiet.
Federacja posiada łącznie czterech właścicieli, samych mężczyzn – Wojciecha Golę (współzałożyciel), Michała Barona, Krzysztofa Rozparę (były prezes) oraz Rafała Pasternaka (prezes). Panowie na walkach żądnych sławy (i zdesperowanych?) osób zbijają majątek.
Do patocelebrytów dołączyła Marianna Schreiber. Mowa o żonie polityka Łukasza Schreibera, która znudzona życiem postanowiła rozpędzić własną karierę, oczywiście jadąc na nazwisku męża. Kobieta zasłynęła z tego, że jako żona ministra w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, wystąpiła w programie „Top Model” (nadawanym w nielubianej przez PiS stacji TVN), gdzie obnażyła swoje ciało. Z programu dość szybko odpadła, ale zabrylowała na ściankach i plotkarskich portalach.
To jej nie wystarczało, więc ona również zaczęła tłuc się z innymi kobietami. Dołączyła do federacji Clout MMA. Odniosła w tym nawet pewien sukces, bo tak obiła przeciwniczkę, że wygrała już jakąś walkę. W ramach rozpoczęcia kariery na ringu, Marianna Schreiber wystąpiła na gali federacji w pozłacanej koronie.
To mężczyźni doprowadzili do tego, aby lansować tego typu wzorce kobiety. Zrobili to głównie dla pieniędzy, ale też dlatego, by leczyć swoje zakompleksione ego, poprzez uwłaczanie godności płci przeciwnej. Szkoda, że w tym upadłym świecie zabrakło prawdziwych bohaterów i nikt nie rozprawił się z tą straszną demoralizacją.
Konflikt z Iranem coraz wyraźniej nabiera charakteru religijnego w przekazie amerykańskich i izraelskich przywódców.
Według organizacji broniących wolności religijnej w armii USA, setki żołnierzy zgłosiły, że ich przełożeni przedstawiają wojnę jako element biblijnych proroctw końca czasów.
Od początku marca bieżącego roku, gdy wojska amerykańskie i izraelskie przeprowadziły zmasowane ataki na Iran, retoryka religijna stała się stałym elementem wypowiedzi oficjeli obu krajów. Przedstawiciele administracji Trumpa oraz izraelscy politycy zaczęli explicite łączyć działania wojenne z teologiczną narracją o końcu czasów.
Organizacja Military Religious Freedom Foundation, monitorująca nadużycia religijne w amerykańskich siłach zbrojnych, poinformowała o otrzymaniu licznych skarg od żołnierzy. Według doniesień, dowódcy mówili podwładnym, że wojna z Iranem ma „wywołać Armagedon”, czyli biblijną bitwę końca czasów. Niektórzy przełożeni określali prezydenta Donalda Trumpa jako osobę „namaszczoną przez Boga” do przeprowadzenia tego konfliktu.
Eksperci zwracają uwagę, że takie formułowania nie są przypadkowe. Jak wyjaśnił w rozmowie z Al Jazeera analityk Abusharif, religijny język służy mobilizacji wewnętrznych grup wyborczych. W Stanach Zjednoczonych istnieje znaczący segment społeczeństwa, głównie ewangelikalni protestanci i chrześcijańscy syjoniści, którzy postrzegają konflikty na Bliskim Wschodzie przez pryzmat religijnych proroctw.
Chrześcijański syjonizm to ruch, który łączy poparcie dla państwa Izrael z przekonaniem o spełnianiu się biblijnych proroctw. Jego zwolennicy wierzą, że odrodzenie Izraela jako państwa w 1948 roku było zapowiedzią końca czasów. W tej teologicznej wizji Iran zajmuje szczególne miejsce jako jeden z głównych przeciwników, którego upadek ma przyspieszyć powtórne przyjście Chrystusa.
Wpływ tego środowiska na amerykańską politykę jest znaczący. Senator Ted Cruz publicznie wyraził poparcie dla działań Izraelu przeciwko Iranowi, łącząc je z szerszą narracją o zagrożeniu ze strony reżimu w Tehranie. Wielu republikańskich polityków aktywnie zabiega o głosy ewangelikalnych wyborców, dla których wsparcie dla Izraela stanowi element wiary.
Sekretarz obrony Pete Hegseth, podczas konferencji prasowej w Pentagonie na początku marca, odrzucił porównania tej wojny do wcześniejszych konfliktów, które prezydent Trump określał jako nieskończone. Jednak według relacji dziennikarskich, dziesiątki amerykańskich dowódców rozumieją atak na Iran jako bitwę mesjańską, mającą przyspieszyć powrót Jezusa Chrystusa.
Sytuacja budzi niepokój zarówno wśród prawników, jak i przedstawicieli innych wyznań chrześcijańskich. Krytycy zwracają uwagę, że mieszanie religii z polityką wojenną narusza zasadę rozdziału Kościoła od państwa. Organizacje broniące wolności sumienia wskazują, że tego rodzaju retoryka tworzy toksyczne środowisko dla żołnierzy niewierzących lub wyznających inne religie.
Również przedstawiciele innych Kościołów chrześcijańskich dystansują się od tej narracji. Katolicy i przedstawiciele głównych denominacji protestanckich krytykują utożsamianie polityki izraelskiej z wolą Bożą. W ich ocenie propaganda wojenna wykorzystuje wiarę do legitymizacji przemocy, co stoi w sprzeczności z uniwersalnym przesłaniem Ewangelii o pokoju.
Wśród samych Irańczyków na wygnaniu wojna wywołuje mieszane uczucia. Jak stwierdziła Bibi Sakine, katoliczka z Iranu mieszkająca w Anglii, przed rewolucją islamską chrześcijanie mogli swobodnie wyznawać swoją wiarę. Obecny konflikt, choć prowadzony przez kraje zachodnie, budzi obawy o przyszłość wszystkich mieszkańców regionu.
Analitycy podkreślają, że religijne ramowanie konfliktu służy przede wszystkim celom politycznym. Wzmacnia poparcie wewnętrzne, ale jednocześnie komplikuje dyplomatyczne próby zakończenia walki. Historyczne doświadczenia pokazują, że narracje o świętej wojnie trudno wycofać, gdy raz zostaną uruchomione.
Wojna trwa, a w amerykańskich kościołach płomień entuzjazmu nie gaśnie. Niezależnie od rzeczywistych intencji przywódców, miliony wiernych interpretują wydarzenia jako potwierdzenie ich teologicznych przekonań. Ocena, ile w tym rzeczywistej wiary, a ile politycznej kalkulacji, pozostanie przedmiotem dyskusji przez długie lata.
Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto) 8 marca 2026
Trudno się dziwić, że skoro całym światem wstrząsnęła amerykańsko-izraelska napaść na Iran, opatrzona pretensjonalnym, kabotyńskim kryptonimem „Epicka furia”, to musiało się to przełożyć również na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju. Przymiotnik „epicka” oznacza coś nadzwyczajnego, czy nawet – heroicznego. Tymczasem w izraelsko-amerykańskiej napaści na Iran niczego heroicznego, ani nawet nadzwyczajnego nie ma. Przeciwnie – jest to zwyczajny napad rabunkowy, jakich tysiące dokonują się codziennie w rozmaitych ciemnych zaułkach miast. Rabunkowego charakteru tej napaści nie zmienia bowiem kontekst, nazwijmy to, „ideowy”.
Chodzi mi oczywiście o ideę „Wielkiego Izraela”, z którą „czuje się związany” premier izraelskiego rządu jedności narodowej Beniamin Netanjahu. Ma ona bardzo stary rodowód, bo sformułowana została we biblijnej Księdze Rodzaju, a obecnie jest już bardzo zaawansowana w realizacji. W myśl tej idei, terytoria leżące między Nilem a Eufratem mają stanowić obszar Wielkiego Izraela.
Jak widzimy, wszystkie państwa leżące na tym obszarze zostały już politycznie obezwładnione z inicjatywy Izraela, który wykorzystał w tym celu potęgę osiłka w postaci Stanów Zjednoczonych i teraz, w następnym etapie, trzeba będzie je tylko okupować i inkorporować do Izraela. Na przeszkodzie realizacji tego etapu stał tylko złowrogi Iran, więc Izrael wykorzystał dorobek swego agenta w USA, niejakiego Epsteina, by zmłotować prezydenta Donalda Trumpa do napaści na ten kraj, najwyraźniej dając mu do zrozumienia, że w przeciwnym razie wyjdą na jaw rozmaite śmierdzące dmuchy.
W charakterze marchewki występuje oczywiście irańska ropa, na której prezydent Trump chciałby położyć rękę, jak to się stało w przypadku Wenezueli. To jest ten „heroiczny” charakter napaści. Jakie wnioski może z tego wyciągnąć świat? Po pierwsze – że wracamy do bismarckowskiej doktryny „siła przed prawem”. Wystarczy uzbroić się w „ponaddźwiękowe dzidy, kobaltowe proce”, żeby z „heroiczną furią” obrabować każdego, kto się akurat nawinie. W takim razie potencjalne ofiary mają dwie możliwości – albo zgodzić się na płacenie haraczu gangsterom, albo też zaopatrzyć się w „ponaddźwiękowe dzidy i atomowe proce” – bo są one w stanie ostudzić „epicką furię” każdego gieroja. Pokazuje to przykład Korei Północnej, której ani Izrael, ani Amerykańscy twardziele nie zaczepiają. Nie chciałbym tam, co prawda, mieszkać, ale nie da się ukryć, że Korea Północna jest państwem suwerennym, które nie kuca ani przed Żydami, ani przed amerykańskimi twardzielami.
Nasza chata, naturalnie z kraja, więc Książę-Małżonek wyraził „solidarność” – ale nie z napadniętym Iranem, tylko z „naszymi sojusznikami”, czyli emiratami arabskimi znad Zatoki Perskiej, które Iran w odwecie zaczął ostrzeliwać swoimi „ponaddźwiękowymi dzidami”. Nie obyło się oczywiście bez zasmrodzenia smrodkiem dydaktycznym, żeby uchronić wyznawców Volksdeutssche Partei oraz Prawa i Sprawiedliwości przed dysonansem poznawczym. O ile bowiem Rosja z powodu „napaści” na Ukrainę, została przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, ponad podziałami potępiona – o tyle nie ma u nas nikogo, kto by się odważył potępić sprawców „epickiej furii”.
Przyczynę wskazuje rewolucyjna teoria, według której wojny, podobnie jak walki o pokój, dzielą się na „sprawiedliwe” i „niesprawiedliwe”. Sprawiedliwą jest wojna, ewentualnie „epicka furia”, którą prowadzimy my, a w ostateczności – nasi sojusznikowie – przeciwko krajom ukazanym nieubłaganym palcem, jako „nieprzyjacielskie”. Natomiast wojna lub walka o pokój, jaką prowadziliby nasi nieprzyjaciele przeciwko nam, albo naszym, niechby nawet przymusowym, sojusznikom, jest oczywiście „niesprawiedliwa”. Zgodnie tedy z dialektyką marksistowską, ta sama wojna może być sprawiedliwa i niesprawiedliwa jednocześnie.
Tedy w ramach rewolucyjnej teorii, pojawiają się u nas teorie odpryskowe, w myśl dyrektywy Klucznika Gerwazego: „Gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego”. Tedy pan prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski wystąpił z teorią, że „Epicka furia” tak naprawdę ma na celu „osłabienie Rosji”, a jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj – to godzi w złowrogiego Grzegorza Brauna. Jak twierdził książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”, nie ma to jak teolog – „i oświeci i uspokoi”. Ale w ostatnich czasach nie tylko teologia stała się dyscypliną akademicką. Obok studiów genderowych, dyscypliną akademicką jest również politologia – no i widzimy, że też nie pozostaje w tyle.
A skoro już o teologii mowa, to właśnie 1 marca została ogłoszona wiadomość, iż na podstawie dekretu Episkopatu Polski, w naszym nieszczęśliwym kraju zostały ustanowione finansowe kary kościelne za rozmaite myślozbrodnie. Górna granica została na razie ustalona na poziomie prawie 100 tys. złotych – ale z pewnością nie jest o ostatnie słowo. Znacznie ciekawsze są delikty, za które może być wymierzona finansowa kara, Są to między innymi „herezja”, „schizma”, czy „apostazja”. O co tu może chodzić?
Pewne światło na tę sprawę rzuca deklaracja J. Em. Grzegorza kardynała Rysia, że myślozbrodnią, a więc rodzajem „herezji” może być antysemityzm. Dotychczas antysemitnikom wiele rzeczy uchodziło płazem – ale teraz system został uszczelniony. Jak nie ze strony nienawistnego sądu państwowego, to ze strony trybunału kościelnego na myślozbrodniarza spadnie finansowa kara – oczywiście w maksymalnie dopuszczalnym wymiarze. Jak to będzie wyglądało w praktyce, kto będzie te należności ściągał? To nie jest jasne, bo wiadomo tylko, kto karę może wymierzyć – ale nie wiadomo, kto ją z delikwenta ściągnie. Czy Urząd Skarbowy, komornik sądowy, czy jeszcze ktoś inny? W przypadku antysemityzmu sprawa wydaje się stosunkowo prosta. Penitent podczas spowiedzi przyznaje, że wie, iż nie lubią go Żydowie, no to i on nie lubi Żydów. Znaczy – antysemitnik. Tedy spowiednik może mu przysolić karę w maksymalnej wysokości – ale pod absolucją. W takiej sytuacji ukarany zaniesie forsę w zębach, bo inaczej pójdzie do piekła i cały czas będzie bolało.
No dobrze – ale co będzie w przypadku „apostazji”? Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłem się nadziwić tym, którzy dokonują urzędowej apostazji. Skoro przestali wierzyć w Stwórcę Wszechświata, to z jakiego powodu żądają, by delegaci Pana Boga na Polskę wydali im stosowną bumagę? Ale to jest jedna z tajemnic natury ludzkiej, o której pisał św. Jan Maria Vianney, dziwując się, dlaczego ludzie nagminnie dopuszczają się jednego z głównych grzechów, mianowicie zazdrości, chociaż – w odróżnieniu od pozostałych grzechów głównych – nie dostarcza on grzesznikowi ani chwili przyjemności, tylko od początku – same udręki? W tej sytuacji jedynym wyjaśnieniem karalności apostazji mogą być przygotowania do wprowadzenia w Polsce podatku kościelnego. W przypadku apostazji delikwent wprawdzie podatku kościelnego już by nie płacił, ale za to musiałby zapłacić, dajmy na to, 100 tys. złotych za akt apostazji. Kto wie, czy w tych warunkach będzie się ona w ogóle opłacała, bo podatek kościelny może być skalkulowany znacznie przystępniej. Coś takiego mogła wymyślić kanclerska głowa – albo handlowa.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
W 1794 roku zadłużenie I Rzeczypospolitej wynosiło : w bankach holenderskich 7 milionów guldenów. Po drugim rozbiorze Polska utraciła w osiemdziesięciu procentach kontrolę nad swoim handlem zagranicznym. To uniemożliwiło – jak to się aktualnie określa – obsługę długu zagranicznego, czyli realną kontrolę nad nim. Państwo zadłużone w taki sposób traci suwerenność. Staje się przedmiotem gry politycznej.
W traktacie rozbiorowym z 1795 roku Prusy, Austria i Rosja przyjęli na siebie obowiązek spłaty polskiego długu, proporcjonalnie do wartości przejętych polskich terytoriów.
I w ten sposób 24 października 1795 r. – formalny dzień trzeciego rozbioru, stał się dniem końca istnienia I Rzeczypospolitej.
Ten dług nie nazywał się oczywiście SAFE, choć sam mechanizm zadłużenia I Rzeczypospolitej aż się prosi o analogię.
Grecja zadłużona ponad swoje możliwości musiała się pozbyć swoich wysp. Kto dzisiaj jest ich właścicielem? Kto zgadnie? Odpowiedź nie jest trudna.
Najbardziej przewrotne, a może najbardziej cyniczne są zapewnienia, że 80% tej lichwiarskiej pożyczki (1. warunkowość 2. zmienna stopa procentowa!) zostanie w Polskim przemyśle. Niemiecki koncern Rheinmetall AG posiada obecnie jedną główną spółkę zależną, którą jest Rheinmetall Polska Sp. z o.o.
Już padły ze strony rządowej słowa, że spółka ta została zaliczona do spółek polskich. Potraktowano nas, polskich obywateli jak zbiorowisko głupków. Może i takimi jesteśmy, kto wie? Tym niemniej gdyby Rheinmetall AG posiadał taką spółkę nie tylko w Polsce ale nawet w Pernambuko, to zyski idą do firmy niemieckiej, pracują na niemiecki dobrobyt i stan finansów.
To mniej więcej to samo, co z tzw dotacjami unijnymi. Do niedawna szacowano, że z każdego Euro wraca do Niemiec 95 centów. Najnowsze dane mówią, że:według szacunków często przywoływanych przez ekspertów i polityków, z każdego 1 euro (100 centów) dotacji unijnej przyznanej Polsce, do Niemiec „wraca” około 85–86 centów.
Przyjęcie SAFE to pozbycie się resztek polskiej suwerenności. Początek powtórki z historii. Może w łagodniejszej formule, gdzie np. Sejm polski będzie mógł obradować nad wprowadzeniem kart rowerowych i tylko na podobne tematy. Ambasador niemiecki nie będzie już musiał z galerii nadzorować przyjęcia ustawy o SAFE. Czy koniecznie tego chcemy?
Przyznać trzeba, że wicepremier Sikorski atakujący dr Jakiego na stanowiącej swoisty surogat Dziennika Ustaw platformie X wykazał sporo odwagi.
Licencjusz Sikorski, ongiś z pianą na twarzy wrzeszczący z mównicy sejmowej, że jest magistrem, podważający doktorat Jakiego zapewne przejdzie do historii. I raczej nie w ten sposób, jak sobie wymarzył mąż pani Apfelbaum…
A tak przy okazji warto przypomnieć, jacy to intelektualiści teraz rządzą.
Premier – Donald Tusk. Z wykształcenia historyk, żadne źródło nie podaje, by kiedykolwiek pracował w szkole. Magister.
Wicepremierzy.
Krzysztof Kamil Gawkowski. Minister Cyfryzacji. Co prawda wykształcenie dalece niekierunkowe, bowiem pracę magisterską popełnił w 2006 roku (miał wtedy 36 lat, a zatem dość stary jak na studenta) z… politologii. Ciekawa jest również jego praca doktorska, której promotorem był stary komuch Jaskiernia – Pozycja ustrojowa izb wyższych parlamentu w wybranych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. W tym czasie był członkiem SLD, stąd zapewne bliskie związki z betonem pzpr.
Władysław Kosiniak – Kamysz. Minister Obrony Narodowej. Lekarz. W 2010 r. w Collegium Medicum UJ uzyskał stopień doktora nauk medycznych na podstawie pracy zatytułowanej Związek zmienności genu kodującego cyklohydrolazę GTP l z funkcją śródbłonka naczyniowego u chorych z cukrzycą typu 2. Nie negując przydatności tej pracy dla rozwoju nauk medycznych w ogólności trzeba by jednak zapytać, a co ów gen kodujący ma wspólnego z wojskiem???
Radosław Sikorski. Bakałarz, po polsku zaś licencjusz. W dawnych czasach podobne wykształcenie nazywano „policealnym”. Poza granicami znany jako mąż swojej żony.
Teraz ministrowie.
Wojciech Balczun — minister Aktywów Państwowych. Muzyk rockowy, menadżer, przedsiębiorca. Politolog.
Maciej Berek — minister-członek Rady Ministrów, Minister Nadzoru nad Wdrażaniem Polityki Rządu. Doktor nauk prawnych, radca prawny, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert Ośrodka Badań, Studiów i Legislacji Krajowej Rady Radców Prawnych.
Marta Cienkowska — minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jedna z najmłodszych w tym gronie (1987). Zasłynęła z wypowiedzi a la Lempart, aczkolwiek nie publicznie. Politolog.
Andrzej Domański — minister Finansów i Gospodarki. Magister ekonomii, kilkanaście lat praktyki w różnych instytucjach finansowych, w tym związanych z upadłymi bankami Leszka Czarneckiego.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk — minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Doktor. Pedagog i filozof. Ale… pamiętamy, gdy ADB chciała zostać ministrą edukacji, słowa jej biologicznego ojca: „jeżeli córka zostanie ministrem edukacji, to współczuję dzieciom, ponieważ wpadną w pełen nowomowy nazi-bolszewicki socrealizm” (…) ale niech ludzie nie skarżą się potem, że jest syf, ostrzegam przed taką minister. (…) Tak wychowała ją moja żona (…) córeczka jest typową nazi-bolszewiczką, ale nie ja ją tak wychowywałem, a więc jedynie może mi być przykro”. Co prawda tatuś okazał się esbeckim kapusiem, ale przecież to nie powinno odbierać znaczenia jego słowom.
Warto jednak bliżej przyjrzeć się jej pracy doktorskiej Reprodukcja – Opór – Upełnomocnienie Radykalna krytyka edukacji we współczesnej zachodniej myśli społecznej. Jej omówienie dostępne jest na stronach Nauki Polskiej: „Przeobrażenia te także charakteryzuje przejście od marksowskiego materializmu i determinizmu ekonomicznego, poprzez krytykę i rozluźnienie marksistowskich analiz oraz dopuszczenie do krytycznego instrumentarium kategorii o charakterze kulturowym, a także położenie silniejszego akcentu na podmiotowość i psychologiczny wymiar podlegania dominacji i podejmowania wysiłku emancypacji, aż po krytyczny i wzbogacony pluralizmem sporów wokół aplikowalności oryginalnych pojęć i definicji marksistowskiej krytyki społecznej, swoisty „powrót do korzeni” i ponowne sięgnięcie po kategorie takie jak klasa, nierówności ekonomiczne, wyzysk czy radykalna zmiana społeczna, a nawet rewolucja.”
Jan Grabiec — minister-członek Rady Ministrów, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Magister filozofii po ATK. Praktycznie całe jego życie zawodowe upłynęło w strukturach partyjnych i samorządowych.
Paulina Hennig-Kloska — minister Klimatu i Środowiska. Magister politologii, ale z ukończonymi studiami podyplomowym w zakresie analizy finansowej i controllingu.
Marcin Kierwiński — minister Spraw Wewnętrznych i Administracji. Magister inżynier. Poza tym cudowne dziecko PO – w wieku 31 lat był już wiceprezesem Portu Lotniczego Warszawa – Modlin. Oczywiście wszelkie sugestie, że swoją karierę zawdzięcza ojcu, peerelowskiemu generałowi, należy uznać za plotki. ????
Dariusz Klimczak — minister Infrastruktury. Z wykształcenia historyk (UJ – magister). Jednak doktorat obronił z dziennikarstwa w 2023 r. na prywatnej uczelni Akademii Finansów i Biznesu Vistula pt. Rola instytucji Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w konflikcie politycznym we współczesnej Polsce na przykładzie prezydentury Bronisława Komorowskiego.
Stefan Krajewski — minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Politolog. Poza tym ukończył studia podyplomowe z zakresu wspólnej polityki rolnej Unii Europejskiej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie.
Marcin Kulasek — minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Doktor technologii żywności. Pracę doktorską obronił w 2007 r. na Uniwersytecie Warmińsko – Mazurskim w Olsztynie. Jego wkład w rozwój nauki polskiej nosi tytuł Możliwość zastąpienia tłuszczu mlekowego tłuszczem roślinnym w technologii pełnego mleka w proszku.
Miłosz Motyka — minister Energii. Magister inżynier środowiska. Wiek 33 lata. Przypominam, że tak długo żył Aleksander Macedoński, który stworzył największe Imperium Starożytności. ????
Barbara Nowacka — minister Edukacji. W wieku 30 lat uzyskała dyplom inżyniera na uczelni kierowanej… przez swojego ojca. Magistrem została zaś w wieku 37 lat. Poza tym działaczka feministyczna.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz — minister Funduszy i Polityki Regionalnej. Aktualna przewodnicząca Polska2050. Córka polskiego matematyka o światowej renomie i… Rosjanki. Posiada tytuł doktora w dziedzinie filozofii.
Jakub Rutnicki — Minister Sportu i Turystyki. Wikipedia milczy o jego magisterium stwierdzając jedyne, ze studia ukończył na Wydziale Nauk Społecznych i Dziennikarstwa UAM. A poza tym cały czas POseł.
Tomasz Siemoniak — koordynator służb specjalnych. W przeszłości minister ds. obrony narodowej. Zasłynął z zakupu… tablic Mendelejewa dla naszej armii. Ukończył Handel Zagraniczny przy końcu PRL-u. A poza tym działacz POlityczny i samorządowy.
Jolanta Sobierańska-Grenda — minister Zdrowia. Doktor n. prawnych. W odróżnieniu od zajmującej to stanowisko poprzedniczki posiada przygotowanie kierunkowe. Prócz prawa na Uniwersytecie Gdańskim ukończyła studia MBA dla kadry medycznej oraz Advanced Management Program w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. W 2024 na UG obroniła doktorat w dziedzinie nauk społecznych na podstawie dysertacji pt. Hipoteza nieefektywności zarządzania – weryfikacja empiryczna na przykładzie procesu restrukturyzacji podmiotów leczniczych samorządu województwa pomorskiego w latach 2011–2019. Czy pod jej rządami dojdzie do restrukturyzacji (czyt. prywatyzacji) całej służby zdrowia? Pamiętamy z przeszłości podobne zamierzenia.
Waldemar Żurek — minister Sprawiedliwości. Magister prawa, wcześniej zaś absolwent Technikum Leśnego w Brynku. Drwal. W przeszłości był atakowany nawet przez mechaniczną zamiatarkę. ????
Tyle i aż tyle zarazem.
Uderza jedno – najważniejsze z punktu widzenia Tuska ministerstwa obsadzone są miernotami.
Czy to efekt ideologizacji rządu? Czy też świadome działanie pozwalające wodzusiowi błyszczeć na tle pozostałych?
Poza tym zajmujący w przeszłości drugo- i trzeciorzędne stanowiska w administracji finansowej mgr Domański nie podskoczy.
Teoretycznie najbardziej niezależny w powyższej grupie były sędzia mgr prawa Waldemar Żurek jest całkowicie oddany Tuskowi; wszak dzięki Rudemu będzie mógł się wreszcie odegrać za wszystkie swoje wyimaginowane krzywdy.
Zastanawia spora liczba wszelkiej maści politologów. Tak naprawdę ludzi, których dyplom ongiś równoważyło ukończenie dobrego liceum.
Za moich studenckich czasów mawiano, że na 5 lat studiów na naukach politycznych wystarczy zeszyt 16-kartkowy i to pod warunkiem prowadzenia notatek na zajęciach wojskowych. ????
Słuchając wypowiedzi pani ministry Hennig – Kloski trudno nie zauważyć trafności tego spostrzeżenia.
W każdym razie trudno mówić, że trzeci rząd Tuska to rząd fachowców.
To raczej dość przypadkowa zbieranina miernot większych i mniejszych. Oraz jednego fanatyka.
Zaciekłość z jaką „dzisiejsze czasy” walczą z przeszłymi, najobfitsze źródło ma zapewne w chęci unieważnienia doświadczenia historycznego, jako podstawy oceny rzeczywistości. Człowiek rodzi się bez żadnych kompetencji i nababom różnych współczesnych kast zależy, aby takim pozostawał przez całe życie. Wtedy bowiem działa na podstawie instynktów i prostych impulsów, łatwych do zaprogramowania. Podobnie społeczeństwa odcięte od własnych doświadczeń stają się przedmiotem łatwej manipulacji, zwłaszcza gdy pobudza się w nich naturalny przecież instynkt ssania.
Jeszcze w czasach komunistycznych publiczność potrafiła w sobie wyrobić stosowny sceptycyzm wobec różnych fanfar ogłaszających zdobycze socjalizmu i wiedziała, że jeśli oficjalne media bez żadnej widocznej przyczyny ogłaszają, że kampania buraczana idzie dobrze jak nigdy, to znaczy, że należy zrobić obfite zapasy cukru. Teraz ta umiejętność przepadła, a obrobieni przez „marketingowców” ze szklanych wież konsumenci, dokonując niepotrzebnych zakupów, za równie zbędny kredyt, święcie wierzą, że robią świetny interes.
I choć nasza literatura rzadko obierała sobie za przedmiot kwestie podstawowe, tonąc w powodzi zadęć i wołaczy, to i u nas trafiały się arcydzieła niosące w sobie kumulację doświadczeń, których właściwe zastosowanie, pozwalałoby na łatwe omijanie przynęt zawieszonych na haczykach wszystkich światowych wydrwigroszy. W zakresie opisu „dzikiego kapitalizmu” mamy trzy takie powieści – jedną dobrą, w postaci „Nafty” Ignacego „Sewera” Maciejowskiego i dwie genialne, czyli „Lalkę” i „Ziemię Obiecaną”.
Skupmy się na dziele Reymonta, bo jest ono tak dobre, że nawet Andrzej Wajda nie mógł tu wiele popsuć, zatem stworzył film niewiele gorszy od książki, czyli też zostawiający „o wiorstę” z tyłu całą światową konkurencję. „Oskara” nie zdobył, a zapewne jedną z przyczyn była pod każdym względem genialna scena rozliczenia Moryca Welta z bankierem Grunspanem, chcącym odzyskać swój wkład we wspólny interes. Rzeczywiście gra aktorska Wojciecha Pszoniaka i Stanisława Igara bije tu na głowę wszystko co można obejrzeć współcześnie, a przy czym jest tak realistycznie sugestywna, że obnaża wszelkie ułomności ludzkiej natury. Szczególnie w przypadku bankiera Grunspana, który celem zwindykowania od „wspólnika” 30 tysięcy marek, używa wszelkich znanych dziś technik marketingowych. Z tym, że jeszcze „nieokrzesanych” przez dzisiejszych speców od wciskania kitu.
Mamy tu więc wszystko, od przymilnego „jak się kochany pan ma?” i „pan wiesz, że pańska matka była moją kuzynką?”, po obelżywe „ty złodzieju, ja cię każę zgnoić!”. Oczywiście są też formy pośrednie „no przecież do spółki?”, „wiele zarabiamy?” itp. Dowiadujemy się przy okazji, że dawanie pieniędzy „na dzieci” i trąbienie o tym w prasie, już w czasach pierwotnego kapitalizmu było środkiem łagodzenia wizerunku wielkich kanciarzy, trzymających rewolwer w szufladzie. Tu też bez zmian, tylko bardziej kolorowo.
Wszystkie wysiłki prezesa Grunspana, w pewnym momencie nawet grożącego policją, Moryc kasuje jednym zdaniem „kapitał jest mój, bo jest u mnie!” i dlatego „ja zarabiam dość, ale on?”. Ta prosta zasada, poparta twardym „Cicho!”, po którym Grunspan kuli uszy i zamyka szufladę z rewolwerem, jakoś nie chce się przebić do głów przedstawicieli naszych elit. Trudno przy tym precyzyjnie wskazać, w którym ugrupowaniu jest więcej „zakutych łbów” jak to zgrabnie ujął Donald Tusk – czy w jego własnym, czy w głównym opozycyjnym. Jeśli bowiem chodzi o PiS, to najlepszą recenzją jego rozumienia rzeczywistości ( i to pod wodzą nowoczesnego bankiera ), było obwieszenie kraju plakatami o pieniądzach z KPO.
Wtedy zasada „kapitał jest mój, bo jest u mnie” zastosowana przez Komisję Europejską, wywróciła rządy partii Jarosława Kaczyńskiego. W przypadku zaś obecnie rządzących, a już najbardziej ich zwolenników, wierzących w uczciwość SAFE, zakucie łbów dopiero się objawi, o ile program zostanie uruchomiony. Zasada „kapitał jest mój, bo jest u mnie” nigdy się bowiem nie przedawnia i nawet herszt łódzkich „finansistów” musiał przed nią zgiąć kolana, zamknąć szufladę z rewolwerem i odwołać połączenie z policją.
Niestety, mając tak genialne zasoby, kompletnie nie umiemy z nich korzystać, a przecież w polskiej historii nie brak wybitnych postaci, doskonale wiedzących o co w tym wszystkim chodzi. Tyle, że u nas zawsze w cenie ci od dęcia w różne „złote rogi”, zazwyczaj zresztą na cudze zlecenie i za stosowne honorarium, niż ci wiedzący kto, dlaczego, po co i jak chce nas orżnąć.
Zapytałem kilku znajomych, będących zwolennikami KO, czy budując np swój dom zaciągnęliby kredyt na 40 lat w obcej walucie, gdzie kredytodawca określałby zasady zakupu materiałów budowlanych i mógł zgodnie ze swoim widzimisię wstrzymać finansowanie.
Nie znalazłem chętnych na tak „korzystną” pożyczkę.
Radar jest kluczowym elementem zaawansowanego systemu przechwytywania rakiet, który służy do atakowania i niszczenia pocisków balistycznych lecących w kierunku celu. Jego koszt wynosi około pół miliarda dolarów.
Ten zniszczony znajdował się w bazie lotniczej Muwaffaq Salti w Jordanii, ponad 800 kilometrów od Iranu.
Jakie znaczenie dla obrony ma zniszczony sprzęt?
Radar AN/TPY-2 to fundament działania systemu THAAD.
USA dysponują łącznie zaledwie ośmioma takimi bateriami,Zjednoczone Emiraty Arabskie – dwiema, a Arabia Saudyjska – jedną. Urządzenie to odpowiada za wykrywanie i precyzyjne naprowadzanie pocisków na nadlatujące rakiety.
Kratery widoczne na zdjęciach satelitarnych dowodzą, że celowano w sprzęt wielokrotnie, z niszczycielskim skutkiem. Eliminując tak zaawansowane instalacje, siły Iranu pozbawiają przeciwnika zdolności wczesnego ostrzegania. Skutecznie torują sobie w ten sposób drogę dla kolejnych potężnych fal uderzeniowych.
Europoseł Grzegorz Braun udał się do Ambasady Iranu w Warszawie, gdzie spotkał się z ambasadorem tego kraju Eisa Kamelim. Wpisał się również do księgi kondolencyjnej wystawionej w związku ze śmiercią irańskiego przywódcy ajatollaha Ali Chameneiego.
W mediach społecznościowych opublikowano nagranie z wizyty Grzegorza Brauna w Ambasadzie Iranu. Polityk udał się tam wraz ze współpracownikami, aby wyrazić solidarność z „narodem irańskim” w związku ze śmiercią jego przywódcy Ali Chameneiego. Lider Korony Konfederacji Polski złożył długi, dwustronicowy wpis do księgi kondolencyjnej oraz spotkał się z ambasadorem Eisa Kamelim.
W swoim wpisie skierował się do narodu irańskiego.
„Szczęść Boże narodowi irańskiemu! Niniejszym składam moje szczere kondolencje z powodu tragicznej śmierci waszego przywódcy ajatollaha Alego Chameneiego. Mimo wszelkich istotnych odmienności nasze kraje łączy wiele uniwersalnych zasad, które w stosunkach międzynarodowych zakazują stosowania agresji i morderstwa jako narzędzi rozwiązywania sporów” – wskazał europoseł.
Polityk w swoim wpisie w księdze kondolencyjnej odniósł się również do sprawców ataku, w którym zginął przywódca Iranu Ali Chamenei. Działania napastników uznał za „haniebne” i „tchórzliwe”.
„Haniebne, tchórzliwe i podstępne zamordowanie waszego przywódcy wraz z jego najbliższą rodziną stanowi nie tylko akt nikczemnego pogwałcenia tych zasad, ale jest także przejawem upadku cywilizacyjnego i osobistego zdziczenia tych, którzy takiego aktu się dopuścili” – napisał lider Korony Konfederacji Polski.
Fr. Chad Ripperger said in a new interview that there will be a global collapse in morality and a ‘unification of the worldwide economy’ before the arrival of the Antichrist, who could control people through a social credit system.
Exorcist Father Chad Ripperger warned in an interview that the stage is almost completely set for the arrival of the Antichrist.
While we ultimately cannot be certain about when the Antichrist will publicly appear, the situation needed for his arrival “is just about present,” Fr. Ripperger told podcaster and former U.S. Navy SEAL Shawn Ryan.
The Church Fathers say there will be a “worldwide implosion of people’s morality” before the Antichrist arrives, which we have seen since the 1950s, noted Fr. Ripperger. There has been a widespread defiance of the laws of God and natural law.
Another condition for his rule is the “unification of the worldwide economy,” said the exorcist, because it is through the economy that the Antichrist will control people, although “he’ll have control of governments too.”
=================================
Father Chad Ripperger Official Preview.
“Well, before the Antichrist comes, one of the things that we know from the fathers of the church is that there will be a worldwide implosion of people's morality. According to the fathers of the church, at least the ones that I've read,… pic.twitter.com/x8lv6nkkqS
Fr. Ripperger said such a worldwide unification of economies appears to be “a little bit down the road.”
“So I don’t think he is immediately around the corner, but I could be wrong,” he added.
Fr. Ripperger also points to Catholic prophecies, like the one given by Our Lady of La Salette, which say there will be a chastisement involving a war, which will be “brutal even for those of us who are good and who are prepped for it.”
Regarding the Mark of the Beast, Fr. Ripperger said, “We’re almost there.”
“They could literally just decide, unless you decide to sign off on certain things, you’re not going to have access to the digital currency that [they’re] going to enact worldwide,” he said.
“I think that’s one of the ways he’s going to control people, through digital currencies,” he continued, noting that these currencies can be used to shut people out of access to goods and services.
“And that’s how they’ll basically starve people out if they’re not willing to sign off on the Antichrist’s rule,” said Fr. Ripperger, affirming to Ryan that this would or could be enacted like a social credit score.
Ryan asked Fr. Ripperger what people should do once the Mark of the Beast is ushered in. “What are we supposed to do if we can’t eat, take care of ourselves, provide for families?”
The priest highlighted the nature of the mark, which he said will be “something in our bodies that will give us access” to goods, like an RFID chip that can be scanned, or involve a device similar to Neuralink.
“The Fathers of the Church say you’re not going to be able to get that chip without some type of renunciation of Christ,” Fr. Ripperger said. This means people must accept something they “know is contrary to the will of God and to the will of Christ.”
Ultimately, to refuse the mark, we “have to be willing to sacrifice the lesser good in order to achieve the greater good.”
However, he pointed out that God can help people survive without the mark.
“God will very often provide for people. If it’s His will that people survive that time frame, He’ll make it possible,” said Fr. Ripperger.
He advised that people “have to be smart about it and learn basic survival skills and learn how to fend for themselves.”
Fr. Ripperger added, however, that it is “going to be extraordinarily difficult to even be able to evade detection,” given the current level of technology.
During his interview, he highlighted the opinion of the Church Fathers – that he is familiar with – that the Jewish Temple in Jerusalem will never be rebuilt.
Scripture’s reference to the “abomination of desolation” standing the in the holy place “is actually a reference to the Catholic Church” suffering desecration, according to the Church Fathers.
This means the Catholic Church would “become compromised in that process.”
During his four hour-long interview with Ryan, Fr. Ripperger also discussed different levels of spiritual warfare, Satanism and the occult, exorcism, demonic hierarchies and manifestations, spiritual defense, and more.