Ukraińcami opiekuje się jakaś siła tajemna

Ukraińcami opiekuje się jakaś siła tajemna

15.02.2026 Janusz Korwin-Mikke nczas/ukraincami-opiekuje-sie-jakas-sila-tajemna/

NCZAS.INFO |
NCZAS.INFO | „Nabytki” terytorialne Ukrainy. Obrazek ilustracyjny. Źródło: JKM – prezes partii KORWiN/facebook

Z okazji rocznicy odebrania PRLowi Bełzu z okoliczmi – postanowiłem przybliżyć sylwetkę znanego post-stalinowskiego odnowiciela – śp. Mikity.

W 1950 śp.Mikita Chruszczow został przeniesiony z Kijowa do Moskwy, co natychmiast wykorzystał by (15-II-1951) załatwić u Stalina dla Ukrainy odebranie Polsce Bełzu.

Gdy po śmierci Stalina został I Sekretarzem KPZS (7-IX-1953) znów wykorzystał okazję, by (19-II-1954) zabrać Rosji i dać Ukrainie Krym.

Dlaczego Chruszczow tak promował Ukrainę? Dawniej wszyscy uważali, że po prostu był Ukraińcem. Otóż: to nie całkiem tak.

Chruszczow urodził się we wsi Kalinówka, na terenach uważanych przez Ukraińców za swoje – jednak obecnie znajdującej się w Rosji, 11 km od obecnej granicy. Jego nauczycielka, śp.Lidia Szewczenko, stwierdziła później, że nigdy nie widziała wioski biedniejszej od tej osady. Co jest potwierdzeniem mojej tezy, że bieda jest ważnym czynnikiem sukcesu: chłopak chciał się wybić – i został przywódcą drugiego co do ważności państwa na świecie. Rozważał wyjazd do USA – tam prezydentem by nie został, ale też zrobiłby karierę.

Czy był Rosjaninem – czy Ukraińcem? Był poddanym cesarza Aleksandra III, Imperatora WszechRusi. Znał rosyjski, mówił pewno miejscowym surżykiem, a gdy został komunistą, na pytanie o narodowość odpowiadał zapewne: „Jestem socjal-demokratą i nikim więcej”.

Chruszczow był początkowo typowym „działaczem” – ale nie „aparatczykiem” bo ponad pracę partyjną przedkładał wykształcenie. W 1937 został I Sekretarzem Kompartii Ukrainy – i wtedy przekonał się o potwornych stratach podczas Hołodomoru. I chyba to spowodowało, że odczuwał potem chęć zrekompensowania tego Ukraińcom.

W 1939 zaangażował się się najpierw w przyłączanie do USRS polskiej „Ukrainy Zachodniej, potem w bitwy o Kijów i Charków. Po wojnie domagał przyłączenia do Ukraińskiej SRS Zacurzonia – czyli Polesia i Rusi Czerwonej (Włodawa, Chełm i Zamość) wraz z częścią polskiej Galicji po Tarnów – i Łemkowyną. Stalin jednak nie chciał zadrażniać stosunków z Polakami i skończyło się na okolicach Bełzu.

Wymuszenie na członkach PolitBiura KC KPZS przyłączenia do Ukrainy Krymu, gdzie nie było nawet 1% Ukraińców, było niezłą sztuką – ale w tamtych czasach wszyscy mówili po rosyjsku, więc traktowano to jako drobną zmianę administracyjną.

Generalnie należy sądzić, że Ukraińcami opiekuje się jakaś siła tajemna. Wszyscy chyba chcą wynagradzać bitnych Kozaków – więc Ukraina rozrastała się terytorialnie dzięki dobrej woli carów i szczęśliwym zbiegom okoliczności. Oto mapa terytorialnego rozwoju Ukrainy – w/g niektórych Rosjan ogromna większość Ukrainy to podarunki rosyjskich carów i sowieckich genseków.

O tym jak Włodzimierz Sołowjow 130 lat temu przewidział powstanie Unii Europejskiej

O tym jak Włodzimierz Sołowjow

130 lat temu przewidział

powstanie Unii Europejskiej

pch24/o-tym-jak-wlodzimierz-solowjow-130-lat-temu-przewidzial-powstanie-unii-europejskiej

(S. Sdobnov, )

Włodzimierz Sołowjow (1853-1900) to rosyjski filozof prawosławny (4 lata przed śmiercią wyznał przed księdzem grekokatolickim wiarę katolicką uznając prymat papieża), którego marzeniem było zjednoczenie chrześcijan, a w szczególności włączenie Cerkwi Prawosławnej pod zwierzchnictwo Papieża. Doszedł on w ciągu swego życia do wniosku, że wszyscy chrześcijanie zgadzają się, iż Chrystus założył Kościół, lecz wielu popełnia błędy nie zważając na najistotniejszy tekst ewangeliczny mówiący o tym wprost, wyraźnie i formalnie, więc nieprzyjaciele prawdy mogą jedynie ten konstytucyjny fragment wycinać lub pomijać. Brzmi on następująco: ,,Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli Skała), i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.

Bóg – człowiek w ten sposób chciał zjednoczyć ze sobą cały rodzaj ludzki moralnie i społecznie. Nie przemówił do każdego z apostołów osobno, nie wspominał o założeniu wielu narodowych kościołów, tylko o jednym wokół którego ludzkość zjednoczona z Bogiem ma tworzyć jedną, silną budowlę społeczną i dla tej jedności znaleźć podwalinę. Kolejnym potwierdzeniem dla władzy św. Piotra na Ziemi było dla Sołowjowa zapytanie Jezusa skierowane do uczniów: ,,Kim mienią być ludzie Syna człowieczego?”.

Odpowiedzi okazały się wszystkie błędnymi, tak więc prawda jest tylko jedna, a opinie na dany temat mogą być mnogie i sprzeczne. Wynika z tego, że Kościół Chrystusowy nie może być oparty na demokracji, tylko na autorytecie Piotra i jego następców. Kolejne pytanie skierowane do
apostołów potwierdza tę tezę: ,,Wy zaś kim mi być powiadacie”? Po tym nastąpiło milczenie, jedenastu uczniów nie wiedziało co powiedzieć, niektórzy z nich bali się wyrazić zdanie. Być może Filip nie pojmował kim jest Jezus, a może Tomasz miał co do Mistrza wątpliwości. Sobór
apostolski oddał głos najmądrzejszemu, bowiem wybranemu z łaski Bożej i Szymon Piotr pewny siebie rzekł: ,,Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”, nie radząc się przy tym nikogo, poszedł wprost za głosem swego sumienia.

Tymi argumentami rosyjski filozof przekonywał nieskutecznie przez całe życie swych rodaków, przyjmując komunię w Cerkwi nawet po wyznaniu wiary katolickiej. Warto przypomnieć, że w tamtym czasie w Rosji za konwersję z prawosławia na katolicyzm groziła kara od 8 do 12 lat katorgi. 

Włodzimierz Sołowjow pisał też o konieczności pojednania się z bratem (Polską) przez złożenie ofiary z narodowego egoizmu na ołtarzu Kościoła powszechnego. Było to według niego niezbędne, żeby utrzymać chrześcijański charakter Rosji. Rusyfikację nazywał nikczemnością, bowiem nie dotyczyła ona już tylko autonomii politycznej, lecz atakowała byt narodowy, samą duszę narodu polskiego. Naród polski według Sołowjowa miał w drugiej połowie XIX wieku wysoko rozwiniętą samoświadomość i prześcignął Rosję w kulturze intelektualnej, a także nie ustępował jej w aktywności naukowej i literackiej. Sołowjow pierwszy raz przybył do Warszawy na kilka dni w 1875 roku, jednak jak wynika z listu do księcia Certelewa potrafił już wtedy czytać polską poezję, więc na pewno spotykał Polaków wcześniej w Rosji. Oto fragment tej korespondencji:

,,Czuję się wspaniale.(…) Dla odpoczynku czytam po polsku Mickiewicza, w którym się absolutnie zakochałem. Musisz koniecznie nauczyć się języka polskiego, choćby dla niego samego, a są także inni”. Zachowało się również przemówienie filozofa pt. ,,Ku pamięci Mickiewicza” wygłoszone w czasie obiadu 27 grudnia 1898 roku, lecz ze względu na jego długość nie będę go przytaczał.

Benedykt XVI w swej książce pt. ,,Jezus z Nazaretu” wydanej w kwietniu 2007 roku odniósł się do najpopularniejszego dzieła Sołowjowa w następujący sposób:

,,Diabeł występuje jako teolog.(…). Włodzimierz Sołowjow wprowadził ten motyw do swej ,,Krótkiej opowieści o Antychryście”: Antychryst otrzymuje na uniwersytecie w Tybindze honorowy tytuł doktora teologii; jest wybitnym biblistą. W ten sposób Sołowjow drastycznie wyraził swój sceptycyzm w stosunku do pewnego typu erudycji biblijnej tamtych czasów. Wykład Pisma Świętego może w rzeczywistości stać się narzędziem Antychrysta. Sołowjow nie jest pierwszym, który to powiedział; jest to wewnętrzna treść samej historii kuszenia”.

Kilka stron dalej Papież znowu wspomina o antychrystusowej egzegezie i teologii:

,,Kusiciel nie jest do tego stopnia nachalny, żeby nam wprost zaproponował adorowanie diabła. Proponuje nam opowiedzenie się za tym, co rozumne, za prymatem świata zaplanowanego od początku do końca zorganizowanego, w którym Bóg może mieć miejsce jako sprawa prywatna, jednak bez możliwości wtrącania się w nasze istotne zamiary. Sołowjow przypisuje Antychrystowi książkę zatytułowaną ,,Otwarta droga do pokoju i dobrobytu świata” – która stanie się nową Biblią, a jej istotną treścią jest wielbienie dobrobytu i rozumnego planowania”.

,,Krótka opowieść o Antychryście” o której wspominał Benedykt XVI została wydana w 1898 roku, ma zaledwie 30 stron i jest również dostępna w wersji do słuchania na youtube. W niej Sołowjow przewidział powstanie zjednoczonej Europy.

Tuż przed napisaniem książki Włodzimierz w czasie pobytu w Egipcie doznał objawień, lecz tym razem były one inne od dwóch dotychczasowych, bowiem zobaczył w nich szatana i przekonał się o ontologicznej realności zła, co streścił następująco w wierszu:

Wszystko się rozpada,
Sen już przykro zwodzi,
Coś się zapowiada
I ktoś już nadchodzi.

Sama zaś ,,Opowieść o Antychryście” również zaczyna się poetycznie:

Choć imię dzikie – panmongolizm!
Mnie jednak mile ucho pieści,
Jakby majestat wzniosłej doli.
Od Boga danej, w nim się mieścił…

Potem pewna dama rozmawia z mnichem Pansofijem, który zaczyna snuć proroczą opowieść o wieku dwudziestym, o epoce wielkich wojen, bratobójczych walk i przewrotów. Po burzliwym XX wieku Europa się zjednoczy, aby dać odpór wzrastającej potędze zjednoczonej Azji.

Oto fragment wizji Rosjanina: ,,(…) stary, tradycyjny ustrój oddzielnych narodów traci powszechnie znaczenie i prawie wszędzie znikają ostatnie pozostałości starych monarchicznych instytucji. Europa w dwudziestym pierwszym wieku stanowi związek mniej lub więcej demokratycznych państw – Europejskie Stany Zjednoczone”.

Kilka stron dalej:

,… miało odbyć się w Berlinie międzynarodowe zgromadzenie założycielskie związku państw europejskich. Związek ten, ustanowiony po szeregu zewnętrznych i domowych wojen…, które poważnie zmieniły mapę Europy, narażony był na niebezpieczeństwo konfliktów – już nie między narodami, ale między politycznymi i społecznymi partiami. Koryfeusze wspólnej polityki europejskiej, należący do potężnego bractwa masońskiego, odczuwali brak wspólnej władzy wykonawczej. Osiągnięta z takim trudem jedność europejska mogła się lada chwila ponownie rozpaść. W radzie związkowej, czyli światowym zarządzie (Comite permanent universel), nie było zgody, ponieważ nie wszystkie miejsca udało się obsadzić prawdziwymi wtajemniczonymi masonami. Niezależni członkowie zarządu zawierali między sobą odrębne porozumienia i cała sytuacja groziła nową wojną. Wówczas ,,wtajemniczeni” postanowili utworzyć jednoosobową władzę wykonawczą z dostatecznym zakresem pełnomocnictw”.

Przypominam, że Włodzimierz Sołowjow napisał ten tekst w 1898 roku i zachęcam do zapoznania się z nim w całości.

Norbert Obara

Bibliografia:

Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.
Sołowiow Włodzimierz, Wybór pism, Wydawnictwo W drodze, Poznań 1988.
Sołowjow Sergiusz, Życie i ewolucja twórcza Włodzimierza Sołowjowa, Wydawnictwo W
drodze, Poznań 1986.
Socci Antonio, Kościół czasu antychrysta, Wydawnictwo AA, Kraków 2019.

Totalne przewartościowania. Zmiana „ciepłych kłamstw”.

Davos 2026- tzw. cywilizowany Zachód przyznał, że pławił się w cieple własnej hipokryzji.

20 stycznia 2026 roku, na scenie w Davos, premier Kanady Mark Carney powiedział coś, co wcześniej żaden przywódca Zachodu nie odważył się wypowiedzieć tak brutalnie i otwarcie.

Przyznał, że „porządek międzynarodowy oparty na zasadach” – fundament, na którym Zachód budował swoją moralną wyższość przez ostatnie 30 lat – był w dużej mierze fikcją.  Nie drobną niedoskonałością. Nie chwilową hipokryzją, lecz użyteczną fikcją, w której wszyscy grzali się wygodnie, bo dawała wzrost, bezpieczeństwo i poczucie słuszności.
„Wiedzieliśmy, że historia porządku międzynarodowego opartego na zasadach była częściowo fałszywa: potężni zwalniali się z przestrzegania zasad, kiedy im to odpowiadało, a normy handlowe były stosowane asymetrycznie. Wiedzieliśmy również, że prawo międzynarodowe jest stosowane z różną surowością w zależności od tego, kto jest oskarżonym, a kto ofiarą.”
To był moment, w którym rdzeń Zachodu – nie jakiś marginalny krytyk, ale premier jednego z najbliższych sojuszników USA – publicznie powiedział: przez dekady żyliśmy w kłamstwie, które sami sobie wmawialiśmy. I wszyscy o tym wiedzieliśmy.

Jak działało to ciepłe kłamstwo? Stany Zjednoczone dostarczały: wolne szlaki morskie, stabilny dolar i system finansowy, parasol NATO, instytucje do rozwiązywania sporów. W zamian reszta świata – w tym Kanada, Europa, Japonia, Australia – zgadzała się na asymetrię. Milcząco akceptowała, że: prawo międzynarodowe jest gumowe dla silnych, sankcje to broń polityczna, nie sprawiedliwość, a reguły handlu i WTO nie obowiązują równo. Ale dopóki maszyna dawała dobrobyt i ochronę – nikt nie protestował. Grzaliśmy się – piszę w liczbie mnogiej, bo taka też była oficjalna narracja w Polsce- w tym cieple hipokryzji, bo było wygodnie. Carney powiedział to bez owijania w bawełnę: „Ta fikcja była użyteczna, a amerykańska hegemonia, w szczególności, pomogła zapewnić dobra publiczne – wolność szlaków morskich, stabilny system finansowy, bezpieczeństwo zbiorowe i wsparcie dla mechanizmów rozstrzygania sporów. Dlatego powiesiliśmy transparent w oknie. Uczestniczyliśmy w rytuałach i generalnie unikaliśmy wskazywania rozdźwięku między retoryką a rzeczywistością. Ta umowa już nie działa. Powiem wprost: jesteśmy w stanie zerwania, a nie transformacji.”

Co się zmieniło – i dlaczego to boli? Zmienił się styl hegemonii.  W erze Trumpa Stany przestały udawać, że chodzi o wspólne wartości i zasady. Zaczęły mówić wprost: „to jest usługa. Płaćcie więcej – za ochronę, za dostęp do rynku, za parasol bezpieczeństwa”. Albo nie będzie nic. System nie runął dlatego, że stał się brutalniejszy. Runął, bo przestał udawać, że nie jest. A każde imperium – nawet to „liberalne” – trzyma się na propagandzie. Gdy opowieść pęka, zostaje naga siła. Naga siła nie buduje sojuszy. Budzi strach, kalkulację i chęć ucieczki. Co naprawdę pęka? Nie NATO (jeszcze). Nie dominacja dolara (na razie). Nie łańcuchy dostaw (choć trzeszczą). Pęka wiarygodność. Zachód przez dekady powtarzał: „jesteśmy inni – opieramy się na zasadach, nie na czystej sile”.
Jeśli teraz premier Kanady mówi: „to była fikcja, w której wszyscy graliśmy” – to cała moralna podbudowa Zachodu się sypie. Bez wiarygodności zostaje tylko rachunek sił. Świat staje się cyniczny. A cyniczny świat jest niebezpieczny. To otwiera drzwi Rosji i Chinom. Bo Pekin i Moskwa nigdy nie sprzedawały  moralnego uniwersalizmu. Mówią wprost: interes, strefa wpływów, siła, stabilność za lojalność.  W świecie zmęczonym hipokryzją – brutalna szczerość zaczyna wyglądać na uczciwość. Nie dlatego, że jest dobra. Dlatego, że jest spójna. A spójność narracji nokautuje dziś propagandę chrześcijańskiego Zachodu.

To dopiero początek. Na razie to tylko słowa. Ale słowa poprzedzają czyny. Gdy najbliższy sojusznik USA publicznie mówi: „grzaliśmy się w cieple własnej hipokryzji i koniec z tym” – to znak, że elity Zachodu wiedzą: starej opowieści już nie da się ratować. To nie jest spór o cła, o 2% na NATO czy o Trumpa. To spór o to, czy Zachód ma jeszcze prawo moralne twierdzić, że reprezentuje coś więcej niż własny egoistyczny interes. 

Imperium nie pada, gdy traci armię czy gospodarkę. Pada, gdy traci wiarygodność. Siłę da się odbudować-czołgami, dolarami, sankcjami. Zaufania i wiarygodności – prawie nigdy. 

Davos 2026 może przejść do historii nie jako antyamerykański bunt, lecz jako chwila, w której Zachód spojrzał w lustro i zobaczył prawdę: jego największym wrogiem nie jest Rosja, nie są Chiny, nie jest nawet Trump. Największym wrogiem jest utracona wiarygodność. A kiedy świat przestaje wierzyć – zaczyna liczyć. I kalkulować. Bez sentymentów. 

Amerykanie ledwo wiążą koniec z końcem

Amerykanie ledwo wiążą koniec z końcem.

Dramatyczne doniesienia z USA

W USA rośnie liczba osób odpłatnie oddających osocze krwi, by opłacić rachunki i wydatki domowe. W ubiegłym roku Amerykanie zarobili w ten sposób 4,7 mld dol. – poinformowała telewizja NBC News. Punkty poboru osocza wyrastają w dzielnicach klasy średniej, w tym na przedmieściach. W USA rośnie liczba osób odpłatnie oddających osocze krwi, by opłacić rachunki i wydatki domowe.

oprac. Katarzyna Kalus 13 lutego 2026, money.pl/oddaja-krew-zeby-zaplacic-rachunki

elevenlabs.io/player

W punktach poboru plazmy w całych Stanach Zjednoczonych każdego dnia pojawia się ok. 200 tys. osób. W zeszłym roku Amerykanie sprzedali ok. 62,5 mln litrów osocza, o ponad 30 proc. więcej niż w 2022 roku.

NBC News wskazuje, że zjawisko nasila się w związku z rosnącymi kosztami życia, a przedstawiciele klasy średniej szukają dodatkowego źródła dochodu. Punkty poboru powstają w podmiejskich galeriach handlowych oraz w miasteczkach uniwersyteckich. Obecnie w całym kraju ok. 1200 takich punktów.

Stany Zjednoczone są największym eksporterem plazmy na świecie i dostarczają ok. 70 proc. osocza, które jest wykorzystywane do produkcji leków. Zdaniem ekspertów niemożliwe byłoby zaspokojenie zapotrzebowania na plazmę bez zachęty finansowej. W większości krajów odpłatne oddanie osocza nie jest dozwolone.

Amerykańskie przepisy umożliwiają oddawanie osocza dwa razy w tygodniu. Proces, trwający około godziny, polega na odfiltrowaniu osocza z krwi. Najczęściej występującymi skutkami ubocznymi są zmęczenie oraz zawroty głowy. Firmy przekonują, że działalność przynosi korzyści zarówno pacjentom, jak i dawcom.

Spalenie posągu BAAL-a to antysemityzm. MEM-y V.

——————————–

—————————————————————–

————————————————–

————————————————

———————————————-

————————————————

———————————————————————

==============================

Jan Cichocki

Europoseł Ewa Kopacz i Bartosz Arłukowicz – LEKARZE


Dla tych co nie wiedzą, wczoraj w Parlamencie Europejskim głosowali PRZECIW poprawce, o treści:
„Tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”.
To, że w tym Parlamencie zasiada stado niedouczonych, zideologizowanych debili, to wiem.
Ale to są LEKARZE 

To ja się pytam: Kto im dał dyplom, skoro teraz głosują wbrew naturze i nauce

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Może ty zrobisz cesarskie na SOR? MEM-y IV.

—————————————–

————————————————–

————————————–

——————————————————————————

————————————————————

————————————-

—————————————-

O co gra Olga Tokarczuk. MEM-y III.

—————————-

————————————————–

—————————–

———————————————-

———————————————

———————————-

—————————————————–

Żaba: – Jest dobrze ! – MEM-y II.

[cóś nie taki… ]

———————————————-

—————————————

————————————————

——————————————————

——————————————————

———————————————

—————————————————

W TelAviv biały dym ! MEM-y I.

—————————————————————

———————————–

—————————————–

————————————-

——————————————–

——————————————————-

———————————————-

Czy można pytać o Rosję?

Czy można pytać o Rosję?

rower

14 lutego, wpis nr 1395

Mamy dziś do omówienia temat złożony z moich dwóch ulubionych wątków: rozważania o granicach wolności słowa i wątku drugiego – analizy przepastnych wód onucyzmu. Ten drugi omawiałem już wiele razy jako taktyczny chwyt dla mikrocefali, którym dwójmyślenie umożliwia wyznawanie dwóch (albo więcej!) najczęściej sprzecznych prawd na raz. Jak człowiek sobie utrwali, że istnieją (i powiększają się grupowo) grona takich obywateli, to się nie może już dziwić, że ludzie tak szybko i bezrefleksyjnie zmieniają zdanie.

Skoro mogą to robić na zamówienie, to sytuacja, że wyznają takie sprzeczności PO KOLEI jest jeszcze optymistyczna. Są tu pewne znamiona higieny, skoro wyznania jednej prawdy odczekują, aż wybrzmi ta druga, jest to i tak luksus, skoro takie prawdy sytuacyjne mogą występować na raz.

Tak się właśnie mieni swym blaskiem onucyzm. Jeszcze niedawno te same usta wypowiadały o Putinie prawdy przeciwne, choć teraz dałyby się pokroić, że zawsze wiedziano co to za kremlowski gagatek. Jak już tu próbowałem dowieść, stosunek do Rosji w wydaniu uśmiechniętych jest taktyczną funkcją stosunku Berlina do Rosji i nasza partia w serduszku jest w stanie zawrócić w tej sprawie w miejscu, zaś całe stada followersów na zasadzie wspomnianego dwójmyślenia łykają to jak pelikany zgniłe ryby. Szkoda nawet na to patrzeć, bo teraz się zrobiły wyścigi ludzi o pamięci własnych poczynań w rozmiarze pamięci rybki, pytającej się o kwestie zasadnicze swego gospodarza, jak w starym angielskim dowcipie: „to w którą stronę pływamy we czwartek?”.

Pani redaktor z Warszawy

Mamy teraz fajny przykład, jak mówi pewien cyklopowy polityk: „lepszy przykład niż wykład”, który nam to pokaże w zrozumiałym skrócie, zobaczymy dzięki temu jak to pomieszanie chodzi w realu, nie zaś w codziennym biadoleniu coraz bardziej zgorzkniałych w swych powtarzalnych analizach publicystów. Chodzi mi tu o wyjazd reporterki Marii Wiernikowskiej na reportaż po Rosji w ramach kanału Zero. Tzw. case jest symptomatyczny, ale lepiej nam wyjdzie jak zaczniemy od podstawowych kontekstów. Na początku sama pani reporterka.

Ja natrafiłem na panią Marię w 1997 roku we Wrocławiu w czasie powodzi tysiąclecia. Fala powodziowa szła na Wrocław, trochę bagatelizowana, ale szybko okazało się, że nie ma żartów. Kwestię komunikacji bezpośredniej przejęła wtedy mała lokalna telewizja Echo, co wykazało całkowitą niezdolność ramówkowej telewizji publicznej do działań spontanicznych i improwizowanych.

Było jak na dworcu w radiowęźle – nadawali na okrągło, komunikaty praktyczne, ludzie wchodzili z ulicy przed kamery i wzywali, żeby podwieźć leki na ul. Kołłątaja 27, IV piętro, drzwi po lewej i takie tam praktyczne rzeczy. I wtedy pojawiła się ONA – pani redaktorka z Warszawy, która ewidentnie przyjechała dla lansu, by chwycić ze stolicy „łamiący njus”, bo co oni tam na prowincji wiedzą jak się robi takie tematy. Zaczęła powoli wypychać spontan w utrwalone tory formatu, zaczęły chodzić plotki o płaceniu dzieciakom za skoki do wody z balkonu, by mieć dobry kadr.

Nie wiem jak to było, ale na pewno widziałem jak motorówka z panią redaktor z Warszawy wywoływała płynąc ulicami miasta takie fale, że wybijały one okna ocalałych jeszcze sklepów, nad czym zaraz ubolewała empatyczna dziennikarka. Doszliśmy do momentu ulubionego dla podgrzanych dziennikarzy, czyli do mediów które zdarzeń już nie relacjonują, ale… wywołują.

Nie lubiłem jej za to, choć pewnie na wyrost kompleksów prowincjusza, gdzieś mi zniknęła, choć pewnie jeździła po różnych niebezpiecznych miejscach. Pojawiła mi się nagle na przełomie wieków, kiedy wybuchła sprawa Klewek. Przypomnę – niejaki Lepper, szef Samoobrony, zawistował, że do PGR w Klewkach przyjeżdżają talibowie i robią interesy. W zamieszaniu nie bardzo było wiadomo, czy te rewelacje dotyczą talibów, którzy mieliby przyjechać po wąglik, którego wtedy świat się bał nie mniej niż COVID-a, czy byli to ich przeciwnicy, którzy mieli wymieniać się ich narkotykami za naszą broń. Tak czy siak – wszystko miało się dziać pod przykrywką polskich służb.

Jak redaktor z Warszawy zwariowała

Mainstream obśmiał te rewelacje, zaś pani Maria pojechała do Klewek dobić Leppera na miejscu domniemanej acz fałszywej zbrodni. I okazało się, że… rewelacje się potwierdziły. Świadkowie relacjonowali zdarzenia, pokazywali miejsca lądowania helikoptera z talibami (tak, latało się po Polsce wcale nie prywatnymi śmigłowcami). Wiernikowska, która pojechała po kompromaty dla mainstreamu zacukała się po tych rewelacjach, czego świadectwem jest jej książka pod symptomatycznym tytułem „Zwariowałam”. Nic więc dziwnego, że po takich deklaracjach mainstream zniknął ją na dłużej, bo nie po to się wysyłało taką panią Jandę z „Człowieka z marmuru”, żeby ona czegoś tam dochodziła.

Co ciekawe sprawa Klewek miała swój zaskakujący finał: ewidentny bezpieczniak w tej aferze p. Rudolf Skowroński zniknął do dziś, zaś taki co to nadał całą sprawę do mediów dostał wyrok 42 lat więzienia za kradzież telewizorów z hotelu. Był to, przypadkowy oczywiście, zbieg okoliczności trzech nowelizacji przepisów na temat kary łącznej, który akurat temu gościowi dał wyrok wyższy niż za morderstwa. Pan Bogdan Gasiński nie wyjdzie w 2051 roku, bo sąd w Świdnicy łaskawie wypuści go w tym roku. Takie są losy tych, co sypią rewelacje z działań prawdziwych służb.

Ale wróćmy – pani Wiernikowska jakoś sobie radziła jako tzw. niezależna, aż przygarnął ją kanał Zero. Wjechała do niego właśnie na Klewkach, opowiadając jak to „zwariowała”, ale potem, na zasadzie eksperckiej z wspomnianego 1997 roku, pociągnęła temat nowej powodzi tysiąclecia, zresztą w tych samych rejonach. Było z nią raczej cicho, ale teraz pojechała do Rosji i się zaczęło.

Stanowski – cel bezpośredni

Warto dodać jeszcze jeden kontekst – samego kanału Zero, który wysłał reporterkę w misję wręcz zdradziecką. Właściciel i zarządca kanału Zero, p. Stanowski, też miał – jak p. Maria – swoje falowanie przygód. Wjechał ze swym kanałem głównie przez drzwi kampanii wyborczej, gdy był – jak wspomniana telewizja Echo w czasie wrocławskiej powodzi – diamentem bezstronności na tle popiołów zaangażowania obu plemiennych przekaziorów. Wystarczyło tylko dać mikrofon i kamerę i każdy z kandydatów mógł się swobodnie wykazywać w uwodzeniu wyborców. No, tam swobodnie – niestety Stanowski (pierwszy zgrzyt) odstawił poprawnościową szopkę w przypadku kandydata Maciaka, którego najpierw zaprosił i po jednym zdaniu – wyprosił, bo ten nie chciał od razu zaetykietować Putina jako zbrodniarza. Potem Stanowskiemu szło różnie, miał wpadki z Braćmi Kamratami, a właściwie z tym co z nimi zrobił, po tym co Kamraci zrobili z, wyraźnie wystawionym przez niego na strzał, młodym dziennikarzem.

Tak czy siak – jego platforma, platforma, bo do kanału youtubowego właśnie chce dołożyć portal internetowy i telewizję, stała się niebezpieczną alternatywą dla plemiennego podziału mediów, zwłaszcza dla mainstreamowej formacji liberalnej. Ci atakowali Stanowskiego z różnych pozycji, ale sprytnie (a właściwie przez gapiostwo medialne Stanowskiego) od strony najczulszej – od pieniędzy.

Rynek reklam jest w Polsce zoligopolizowany, a po przejściu TVP w ręce rządu i po skoku rodziny Solorzów na imperium ojca i doszlusowaniu do mainstreamu – w mediach pieniądze dzielą obecnie rządzący. Mamy trzy brokernie medialne i są one równo rozprowadzone w finansowym pilnowaniu mediów co do zgodności z linią powiedzmy „michnikowską” i ta, na którą liczył i, uwaga!, dogadał się na słowo Stanowski, skrewiła i odmówiła mu współpracy w przeddzień debiutu i portalu, i telewizji naziemnej. Teraz na dobitkę przeszła ta banda do ataku merytorycznego za wysłanie pani Marii do Rosji, czyli doszlusował nasz nieśmiertelny onucyzm i koło się zamknęło. Kopa finansowego nikt z publiki nie zrozumie, za to, że Stanowski to ukryta onuca (a niedawno miał być propagatorem uniemożliwiającego taki zbieg banderyzmu) to już zrozumie każdy dwójmyśleniowy mikrocefal, o którym było na początku. Dobra – mamy konteksty, teraz do meritum.

Matuszka Rassija

Przyznam, że widziałem premierę tej serii Wiernikowskiej o Rosji, i już miałem pewne podejrzenia, że mainstream zareaguje. Ale pani Maria zaczęła lajtowo, bo od Kaliningradu, tfu – Królewca naszego piastowskiego. Była to taka śluza, przejściówka do Rosji właściwej, ale to już wystarczyło. Co zrobiła bowiem pani reporterka z Warszawy? Ano wzięła kamerę, mikrofon, niezły rosyjski i pojechała pogadać z onymi – ruskimi. Czyli z narodem, o którym mówi się również w Polsce wiele, ale nie daje się mainstreamowo doprowadzić do sytuacji, kiedy ten powie coś o sobie. A w sprawie tego jacy są ruscy (koniecznie z małej litery), co mówią, co myślą, albo właściwie nie myślą, to wylano u nas morza atramentu i nie będzie tu jedna z drugą Janda 2.0 weryfikować kosztownej i wielowątkowej bajeczki naszej. To jest główny powód tego ataku i na dziennikarkę, i na kanał, który ją posłał w bój. Nie może być konfrontacji prawdy czasu z prawdą ekranu.

Wiernikowska Rosjan nawet politycznie nie podpuszcza, bo wie, że od razu dostałaby bęcki od ostrożnych Moskalików. I nagle okazuje się, że Rosjanie mają po dwie nogi (no, oprócz jednego żołnierza), nie zieją z paszczy nienawiścią, mają swoje troski, również boją się wojny, mają o nas pojęcie zaczerpnięte ze swej propagandy, tak jak my o nich. Też recytują od czasu do czasu swoje wgrane medialnie formułki, ale te – patrząc na naszą agresję narracyjną wobec Rosji – wyglądają na bardziej oględne. Handlują, chodzą po ulicach, martwią się, cieszą jak… ludzie. I to jest główny problem, z którym walczy nasz mainstream. Co ciekawe, media pisowskie mają tu problem – z jednej strony są trochę wdzięczne Stanowskiemu za jego wsparcie w kampanii, z drugiej strony reportaże Wiernikowskiej równie nie pasują do przekazu mainstreamu na temat okropności Rosji, co przekaz pisowski, bo są one takie same. A więc Stanowskiego nie bronią przed atakiem swoich wrogów, co dowodzi kolejnego szwu spajającego POPiS. Ba – strony plemienne prześcigają się wręcz kto bardziej dołoży putinowskiemu narodowi, a każde odstępstwo od tej linii karane jest zarzutem onucyzmu, tak jak kiedyś za kowida obie strony trzymały się za gardło sanitaryzmu.

Oba plemiona są zgodne co do jednego. Jest wojna i kto to widział, żeby – jak na przykład w II wojnie światowej – ktoś z wrażego obozu jeździł po III Rzeszy i pytał się hitlerowskich Niemców jak się tam u nich żyje. Zgadza się – trudno to sobie wyobrazić. Ale, jak już pisałem, ta wojna na Ukrainie to dziwna wojna – strony ze sobą gadają na najwyższych szczeblach, boje się toczą, nawet strzela się do negocjatorów w podstępnych zamachach. Ludy są szczute, na ziemi, a pod spodem w rurociągach z Rosji bite są unijne rekordy zakupów. A więc jak do tej Rosji jeżdżą najważniejsi, to dlaczego nie mogą pojechać i dziennikarze? Ja wiem dlaczego – możni się dogadują ponad głowami rządzonych, ci zaś będą prędzej napuszczani jeden na drugiego niż da się im szanse pogadać ze sobą, bo Bóg (wojny) chyba tylko wie, do czego by to mogło doprowadzić. 

Akcja – reakcja

Co najlepsze – Wiernikowska po tym ataku za pierwszy odcinek dalej jeździ po Rosji, zwłaszcza już po tej właściwej i coś tam kręci. A więc sytuacja jest rozwojowa, bo jak przyjdą nowe odcinki, to rozlegnie się dopiero kwik. A już podglebie jest zrobione. Stanowski chce to jakoś rozminować zawczasu, bo pokazuje już tłumacząc (nie nauczył się po wpadce z Kamratami, że akurat on nie powinien tłumaczyć co autor miał na myśli) fragmenty przyszłych odcinków. Szykuje się znowu połączenie dużych, bo ciekawskich zasięgów z frontalnym atakiem za niepoprawność przekazu. Dostanie więc Stanowski kasę za oglądalność przyszłych odcinków, ale i bęcki od mainstreamu, które mogą nawet dojść do tego, że nie dostanie koncesji z powodów zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, jakim jest pokazywanie rosyjskich straganów z holenderskimi serami.

Popatrzmy na podstawowe reakcje mainstreamu. Najfajniejsze, że odezwała się w tej sprawie… ambasada ukraińska, tłumacząc głupim „pszekom”, że daj Boże, z głupoty, nie z wyrachowania wspierają takimi opowieściami Putina. Najcięższe zarzuty wytoczyła Wyborcza, która dowodziła, że sam fakt wpuszczenia Wiernikowskiej z jej swobodą poruszania po Rosji (a skąd to wiadomo?) ma dowodzić, że Stanowski dogadał się z Putinem o czym będzie mówiła i o co pytała Wiernikowska i ta dostała zgodę tylko pod warunkiem, że będzie lukrować Kremlowi. Okazało się także wprawnym OKO-iem, że Rosja ujęła się za Wiernikowską, co kompletnie zdemaskowało onucyzm Stanowskiego. Taka to intryga. Reszta stadka nadawała tę samą piosenkę w kilku wariantach – nie wolno mówić o normalnej Rosji, takiej nie ma, to przykrywka dla głupich Wiernikowskich, wpisywanie się w braunizm, zamęt poznawczy dla zdezorientowanej widowni. Tam wszyscy w Rosji to dyszący mordem niewolnicy, szykują się na nas i trzeba zbroić Ukrainę w niemieckich fabrykach za nasze pożyczone pieniądze. Do znudzenia.

Brylujący ostatnio Miller dołożył tu swoją zdroworozsądkową opinię, choć jego stanowisko świeci na tle mainstreamu tylko jak rak na bezrybiu. Nerwy puściły i wśród załogi u Stanowskiego, kiedy w ramach protestu przeciwko wycieczce Wiernikowskiej do Rosji szeregi jego kanału opuścił jeden z dziennikarzy. Ale nie dziwota, że tam są takie osobniki, ba – wielu zostało, jak widzę po składach ekspertów, co to nam tłumaczyli w przerwach pomiędzy wypowiedziami Bratów Kamratów co tam nieudolnie przesłuchiwane chłopy miały na myśli. Zwłaszcza w kwestii ukraińskiej. I w sumie biedny ten Stanowski – dla mainstreamu za putinowski, dla prawicy – za banderowski. I gdzie tu sobie teraz wykopać zasięgowy dołek? Może właśnie w Moskwie?           

Morały płynące

Jakie wnioski z tego płyną? Trzeba mnie się do tego odnieść, bo jestem w takim wieku, że nie gadam o faktach, które nie prowadziłyby do morału. Co my tu mamy? Ano znowu ktoś walnął w kamień, nie był to Stanowski, tylko ten z pałą wyrwaną z rąk Wiernikowskiej, co korzysta z takich okazji. I wylazło to towarzystwo spod kamienia, co tam cicho siedzi i wychodzi tylko od wielkiego dzwonu, ale wtedy masowo. W przerwach pomiędzy walnięciami hałłakują już tylko mediaworkerzy, zaś rozgrzani pożyteczni medialni idioci robią zasięgi. Przerwy są coraz rzadsze i krótsze, gdyż trzeba mnożyć przykrywki trosk dnia codziennego i w tych przerwach gra się taką medialną elevator music, takie plimkanie, nie przerywające snu. Ale jak pojawi się prawdziwy temat, to mamy rozpisane nuty na całą orkiestrę, narrację się wątkuje przez dni całe.

Tak jak z listą Epsteina (wymawiajmy proszę jak Einsteina), będzie tego towaru na miesiące. W międzyczasie załatwi się Iran, Wenezuela z Grenlandią przyschną, Trump opyli z Putinem Ukrainę i dogada się z Pekinem (rymnęło mi się…). A my będziemy siedzieć w milionach stron stenogramów i maili, tysiącach zdjęć i filmów łowiąc tego kogo chcemy wyłowić. Zawsze się ktoś znajdzie, czego dowodem jest ostatnia wypowiedź Pameli Bondi, pani prokurator generalnej USA, która na pytanie dlaczego ludzie ze zdjęć i filmów nie zostali jeszcze aresztowani, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: bo musielibyśmy posadzić wszystkich. Moim zdaniem – nie zaszkodziłoby. Byłaby to najszybsza wymiana elit w dziejach, kiedy mądrość tego świata przeszłaby na drugą stronę Styksu Epsteina, zaś lud położyłby na ich zamkniętych powiekach obole dziejowej sprawiedliwości. Ech… pomarzyć nie wolno?

I tak będzie u nas – pani Maria będzie słała swoje odcinki, oglądalność nabije kasę właścicielowi wprost proporcjonalnie do długodystansowego hejtu ze strony mainstreamu. Widzowie będą krzyczeli „ukrzyżuj go!”, choć tak naprawdę trzymającym sznury gotowe na Stanowskiego chodzi o rząd kasy i rząd dusz. A Rosja? Rosja dalej będzie przez nas nierozpoznana. I nie w kontekście tego o czym pisał kiedyś Churchill, że „Rosja jest zagadką owianą tajemnicą, ukrytą w enigmie”. To są fascynacje nie dość rozgarniętych umysłów zachodnich.

Co z Rosją, to my Polacy, jako Słowianie przez nią doświadczeni wiemy o wiele więcej niż pozornie naiwny Zachód. Ale obecnie jesteśmy magnesowani kłamstwem podobnym do tego pandemicznego – zamiast kowida mamy teraz Rosję, nieprzewidywalny wirus świata, trzeba się go bać, nie ma na niego lekarstwa, chyba, że wszyscy zaszczepimy się nań unijnym federacjonizmem. Że Rosja jest jednocześnie – jak Kaczyński – i słaba, i groźna, że zaraz tam podniesie się obywatelski żywioł i pogoni kagiebistę z Kremla. A to nas kompletnie oddala od tego jak tam w Rosji jest. I Rosja cieszy się z takiego naszego dysonansu poznawczego. Ciekaw jestem tylko czy pani redaktor choć na milimetr zmieni ten stupor polskiej opinii publicznej. Zobaczymy – poczekamy na kolejne odcinki, a to dopiero początek, nie tylko reportażowego, serialu.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Pucybuty się pucują

Pucybuty się pucują

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    15 lutego 2026

La liberte polonaise n’ayant jamais porte que sur l’imagination… a accoutume la nation au seul culte de l’appareil exterieur.” – napisał rosyjski ambasador Otto Magnus von Stackelberg w raporcie do Petersburga dnia 16 października 1772 roku – co się wykłada, że wolność polska zawsze skierowana w dziedzinę wyobraźni… przyzwyczaiła naród do kultu działań pozornych. To przyzwyczajenie okazuje się trwałe, o czym przekonałem się całkiem niedawno, gdy na pewnym zebraniu wysłuchałem przemówień skierowanych wyłącznie w stronę wyobraźni i kultu działań pozornych. Zwróciłem tedy uwagę, że porównywać należy tylko alternatywy istniejące, a nie alternatywę istniejącą z wyobrażoną. Wyobrazić sobie bowiem można wszystko, a w dodatku to, co sobie wyobrazimy, jest z reguły piękniejsze i bardziej porywające od tego, co istnieje. Ma ono jednak nieusuwalną wadę – że istnieje wyłącznie w naszej wyobraźni.

Jeszcze obywatel Tusk Donald, któremu chyba sam diabeł dzieci kołysze – bo jakże inaczej wytłumaczyć dary Niebios, które na jego vaginet spadają jeden za drugim, dzięki czemu nie tylko jego wyznawcy, ale nawet część przeciwników nie zauważa, że jego vaginet składa się, jeśli nie z patentowanych durniów, to w każdym razie z notorycznych nieudaczników, którym nie wychodzą nawet słynne „rozliczenia”, będące tak naprawdę jedynym programem tej szajki – więc jeszcze obywatel Tusk Donald nie zdążył powołać specjalnego zespołu pod kierownictwem obywatela Żurka Waldemara, trzódki jego prokuratorów i oczywiście – bezpieczniaków, który – badając tak zwane „polskie wątki” rozporkowej afery Epsteina, udowodniłby że wszystkie tropy prowadzą do Putina – że na przykład Putin, przebrawszy się za Zbigniewa Ziobrę, dokazywał z panienkami w burdelach Epsteina. Skąd te panienki wzięły się w tych burdelach – to nie jest do końca jasne. One teraz przypominają sobie, że do wszystkiego zostały „zmuszone” – ale przedtem sprawiały wrażenie nie tylko rozluźnionych, ale nawet zadowolonych. To jednak można złożyć na karb tajemniczości i skomplikowania duszy kobiecej, które to właściwości próbowałem kiedyś, to znaczy – za głębokiej komuny – wyjaśniać znajomemu Francuzowi. – Panie markizie – wywodziłem – jeśli prawdą jest to, co Hegel mówił o duszy narodu, to Francja ma duszę kobiety. – Co pan ma na myśli? – surowym tonem pytał starszy pan. – Wyjaśnię to na przykładzie stosunku Francji do Rosji. Z jednej strony brutalność i chamstwo Rosji Francję przeraża, ale z drugiej – perwersyjnie ją pociąga. Jednak te subtelności kobiecej psychiki mogą być dla Rosji zupełnie niezrozumiałe, więc skończy się to tym, że Rosja Francję zwyczajnie zgwałci. Dzisiaj o tym już nie ma oczywiście mowy, zwłaszcza, że Francja należy do „koalicji chętnych” – ale co ma wisieć, nie utonie. Niedawno widzieliśmy, jak cała „koalicja chętnych” jeden przez drugiego, nadstawiała się chińskiemu prezydentowi. Ciekawe, jak to będzie wyglądało z Chińczykami, którzy – jako starzec wśród narodów – słyną z wyrafinowania, nieznanego nawet paryskim kokotom, które zresztą, na początku wieku XX, pozabijał samochód.

Wróćmy jednak a nos moutons, czyli – do naszych baranów – to znaczy – do premiera Tuska i jego kolaborantów. Z rozdziobywania afery rozporkowej Epsteina obywatel Tusk Donald ze swoimi kolaboranty będzie żył aż do śmierci, a w każdym razie – do następnych wyborów – a jakby tego było za mało, to dodatkowego paliwa dostarczył właśnie pan marszałek Włodzimierz Czarzasty. Zwrócili się do niego jacyś osobnicy, żeby poparł kandydaturę Donalda Trumpa do tegorocznej Pokojowej Nagrody Nobla. Zamiast tę dziwaczną prośbę wrzucić do kosza, pan marszałek Czarzasty postanowił nadać jej rozgłos, żeby zademonstrować, jak to dba o naszą godność narodową. „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” – jak Maria Konopnicka sformułowała nasz polski program maksimum w stosunku do Niemców – toteż i pan marszałek nie tylko ostentacyjnie odmówił, ale też wygłosił uzasadnienie swojej odmowy – że Donald Trump na Pokojową Nagrodę Nobla nie zasługuje. Na takie dictum zareagował gniewnie ambasador Stanów Zjednoczonych w Warszawie, pan Róża, ogłaszając zerwanie wszelkich kontaktów Ambasady z panem marszałkiem Czarzastym za karę za zbagatelizowanie prośby prezydenta Stanów Zjednoczonych. Od razu podniosła się fala sympatii do pana marszałka Czarzastego – że nie pozwolił panu Róży pluć sobie w twarz. Fala ta przykryła wstydliwe zakątki, świadczące, że pan marszałek Włodzimierz Czarzasty nie ma nic przeciwko temu, by w twarz pluł mu kto inny. Za komuny byli to towarzysze radzieccy, którym pan Włodzimierz, jako członek PZPR, składał coś w rodzaju hołdu lennego, no a teraz, kiedy za sprawą Waszyngtonu i Berlina doszło do odwrócenia sojuszy – ale i w tych warunkach nasi Umiłowani Przywódcy muszą się wysługiwać nie tylko Naszym Sojusznikom, ale nawet sojusznikowi Naszych Sojuszników, czyli Ukrainie. Czyż utrzymywanie mimo zmiany vaginetu mocy obowiązującej umowy z dnia 2 grudnia 2016 roku, na mocy której Polska zobowiązała się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa i z tego tytułu niedawno wysłała tam całe transporty generatorów prądu, a w najbliższej przyszłości przygotowuje się do rozwinięcia produkcji amunicji artyleryjskiej 150 mm z siedmiu tysięcy do 300 tys. sztuk, które oczywiście zostaną nieodpłatnie wysłane na Ukrainę, o tym nie świadczy?. Wojna bowiem będzie trwała tam do usrania, jako że prezydent Zełeński wie, iż na ustępstwa terytorialne pójść nie może, bo rezuny uriezają mu łeb – chyba, że USA i Niemcy obmyślą Ukrainie rekompensatę terytorialną, przyznając jej tzw. Zakierzoński Kraj tzn. – województwo Podkarpackie, część Małopolskiego – mniej więcej do Nowego Sącza i część Lubelskiego – mniej więcej do Białej Podlaskiej. Jestem pewien, że zarówno obywatel Tusk Donald, jak i pan marszałek Czarzasty Włodzimierz, prędzej splamiliby mundur i to od środka, niżby odważyli się takim planom sprzeciwić, podobnie jak Naczelnik Państwa Kaczyński Jarosław, który Ukrainie nie jest w stanie odmówić niczego. No to co to szkodzi, jak w tej sytuacji pan marszałek Czarzasty Włodzimierz zaprezentuje się naiwniakom w charakterze twardziela, co to nie kuca przed samym Donaldem Trumpem, nie mówiąc już o panu Róży? To nikomu nic nie szkodzi, bo to wszystko odbywa się w sferze działań pozornych, podczas gdy sfera działań rzeczywistych funkcjonuje według dotychczasowych, wypróbowanych zasad, w których panu Czarzastemu Włodzimierzowi upłynęła młodość i upływa wiek męski.

Tak mu się ta bezpieczna forma hardości spodobała, że w ramach wojny z panem prezydentem Nawrockim wezwał go, żeby mu się wyspowiadał ze swojej przeszłości, bo on – znaczy się obywatel Czarzasty Włodzimierz – jest „czysty”. Znaczy to, że – jak mówią gitowcy – pan Czarzasty najwyraźniej musiał w przeszłości się „pucować” – w co chętnie wierzę – bo czyż w przeciwnym razie stare kiejkuty pozwoliłyby mu zajść aż tak wysoko? Ale chyba nie ze wszystkim zdążył się przypucować, bo w środę 11 lutego Rada Bezpieczeństwa Narodowego będzie go pucowała na okoliczność niebezpiecznych związków z – jakże by inaczej? – Putinem.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Biblista: Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak reszta ludzkości

Biblista: Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak reszta ludzkości

Piotr Relich

29–38 minut


pch24.pl/biblista-zydzi-potrzebuja-chrystusa-tak-samo-jak-reszta-ludzkosci

O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza – pisze ks. prof. Waldemar Rakocy CM. Nie znaczy to, jak dodaje, że są ludem wybranym i korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. „Tą wolą było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili” – pisze biblista w przesłanym KAI artykule. Nawiązuje w nim m.in. do niedawnego wywiadu ks. prof. Waldemara Chrostowskiego dla KAI.

Publikujemy treść artykułu:

SPORY WEWNĄTRZ CHRZEŚCIJAŃSTWA ZWIĄZANE Z JUDAIZMEM

Jako profesor teologii ze specjalizacją nauk biblijnych pragnę podzielić się z zainteresowanymi kilkoma istotnymi dla chrześcijaństwa tematami powiązanymi – poza ostatnim – z judaizmem. Wśród chrześcijan występują w związku z nimi różnice zdań i zaognione dyskusje. Można to rozstrzygnąć jedynie na gruncie argumentów.

W Polsce częścią tego sporu jest dialog z judaizmem. Z jednej strony mamy stanowisko ks. prof. Waldemara Chrostowskiego (wywiad w eKAI) a z drugiej stanowisko ks. kard. Grzegorza Rysia, które prezentuje on w swoich wypowiedziach. Pragnę odnieść się również do tej części sporu w jednym z punktów, tj. w jakim zakresie dialog z judaizmem ma sens.

1. Czy Żydzi są narodem wybranym?

Zdania są tu mocno podzielone. Otóż w zamyśle Bożym przynależność etniczna do jakiegoś ludu nigdy nie równała się wybraństwu w znaczeniu ludu Bożego. Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie.

a) Historyczne wybranie ludu izraelskiego jako miejsca Bożego objawienia i przyjścia w nim Chrystusa jest powodem do chluby, ale nie gwarantuje ono automatycznie wybraństwa w sensie wejścia do ludu Bożego. Fakt urodzenia się Żydem nie zapewnia z góry takiego udziału. Stwierdza to jasno apostoł Paweł w Rz 9, 6b: „Nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem”. Innymi słowy nie wszyscy, którzy urodzili się Żydami, są Bożym Izraelem, czyli wybranym ludem Bożym. Są nimi ci, którzy odpowiedzieli na Boże wezwanie (obecna w ST koncepcja ‘wiernej Reszty’). I dalej: „[…] i nie wszyscy przez to, że są potomstwem Abrahama, stają się jego dziećmi” (w. 7); „nie synowie co do ciała są dziećmi Bożymi” (w. 8a). Biologiczne pochodzenie od Abrahama nie decyduje o przynależności do ludu Bożego, czyli o byciu dzieckiem Boga. Decyduje ono jedynie o przynależności do etnicznego Izraela, lecz nie do ludu Bożego. Tu musi mieć miejsce odpowiedź na Boże wezwanie.

Stąd urodzenie się Żydem nie gwarantuje bycia w gronie wybranego ludu Bożego; decyduje jedynie o przynależności do ludu, w którym został zapowiedziany i przyszedł Mesjasz. W przeciwnym razie Bóg byłby niesprawiedliwy: Żyd apostata z racji swego urodzenia uczestniczyłby w Bożym wybraństwie, a bogobojny poganin byłby z niego wykluczony, bo nie urodził się Żydem. Takie są konsekwencje etnicznego rozumienia wybraństwa.

A czy etnicznemu Izraelowi nie przysługuje tytuł ‘wybrany’ z samego faktu wybrania go przez Boga do misji bycia światłem Bożej prawdy w świecie? Wybranie go w pewnym momencie historii jest faktem i powodem do chluby. Nie było to jednak wybranie dla samego wyróżnienia, ale jego celem było zaniesienie światu orędzia o Bożym zbawieniu. Z tej racji samo historyczne wybranie Izraela nie stanowi uzasadnienia dla przywileju wybraństwa. Rangę wybraństwu nadaje Chrystus, Zbawiciel świata, do którego zmierza całe Boże objawienie. Bez Chrystusa ranga wybrania Izraela traci znaczenie. Staje się on jedną z wielu nacji w świecie.

b) Niepoprawnym jest przede wszystkim określenie „naród wybrany”. Po pierwsze, Pismo św. nie zna określenia „naród wybrany” używanego powszechnie w jęz. polskim (lecz nie w jęz. obcych: np. the chosen people [ang.], le peuple élu [fr.], il popole eletto [wł.] itd.); Pismo św. zna jedynie pojęcie ludu wybranego. Po drugie, w tamtych czasach nie istniała jeszcze koncepcja narodu, która jest zjawiskiem nowożytnym (na marginesie: tłumacze ksiąg Pisma św. na jęz. polski błędnie używają w odniesieniu do tamtych czasów terminu ‘naród’; wszędzie powinno być ‘lud’, ‘plemię’ itp.). Po trzecie, Sobór Watykański II (Nostra Aetate, pkt. 4) używa w odniesieniu do Żydów czasów ST określenia „lud wybrany”, a nie „naród”; naród może być izraelski, ale nie wybrany. Po czwarte, określenie „naród wybrany” jest niepoprawne teologicznie, ponieważ ma konotację etniczną, ograniczającą etnicznie dostęp do Bożej łaski, co jest sprzeczne z ekonomią zbawienia. Stąd nie mówimy ‘naród Boży’, ale ‘lud Boży’. Jedynie występującym i poprawnym określeniem jest „lud wybrany”. Wybraństwo jest kategorią zbawczą i obejmuje tych, którzy realizują zamysł Boży.

Określenie „naród wybrany” kształtuje błędne przekonanie, że z racji bycia Żydem ktoś przynależy automatycznie do ludu wybranego. Nigdy przynależność etniczna/narodowa nie równała się Bożemu wybraństwu (chociaż w czasach Jezusa judaizm doszedł już do takiego przekonania). Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną.

c) O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza i w tym sensie ich wybrał jako miejsce Bożego objawienia. Nie znaczy to jednak, że są ludem wybranym, że korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. Tą wolą – jak zostało już powiedziane – było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili. Są grupą etniczną (społecznością) wybraną w pewnym momencie historii jako locus divinae revelationis; następnie część z nich do momentu przyjścia Chrystusa była ludem wybranym (Bożym) w ramach etnicznego Izraela (tzw. ‘wierna Reszta’). Nigdy etniczny, biblijny Izrael jako całość nie stanowił ludu wybranego, ale tzw. 'wierna Reszta’. Obecnie lud wybrany, lud Boży stanowią ci, którzy przyjęli Chrystusa. Stanowią oni Kościół Chrystusowy, który wywodzi się nie tyle z etnicznego Izraela jako całości, ile z owej ‘wiernej Reszty’ spośród etnicznego Izraela. Kryterium wyboru było zawsze zbawcze. W początkach Kościół składał się z wierzących w Chrystusa Żydów i pogan, a dzisiaj z wierzących w Niego pochodzących z różnych nacji.

Lud wybrany jako lud Boży jest jeden! Z tej racji nie można mówić o wyznawcach prawa mojżeszowego, że są ludem wybranym. Jest to tworzenie dwóch równoległych porządków zbawczych i zakwestionowanie roli Chrystusa w tworzeniu ludu Bożego: można w Niego wierzyć i można nie wierzyć, a i tak należy się do ludu wybranego, Bożego. Jest to relatywizowanie roli Chrystusa w procesie zbawienia ludzkości. Tak niebezpieczne stwierdzenie nie powinno nigdy pojawić się w przypadku chrześcijanina.

Obecny stan wyznawców prawa mojżeszowego jasno obrazuje apostoł Paweł metaforą drzewka oliwnego (Rz 11, 16b-24). Żydzi są od niego odcięci. Mogą być na powrót wszczepieni (Bóg ich miłuje [w. 28b]). Ale aktualnie są odcięci. Z tej racji są według apostoła „nieprzyjaciółmi Boga” (w. 28a), co w języku biblijnym oznacza zerwanie z Nim relacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg ich odrzucił i nie mają możliwości powrotu. Bóg nikogo nie odrzuca. Żydzi są stale zaproszeni do tego, aby przyjąć Chrystusa, bo „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (w. 29). Boże wezwanie jest stałe („nieodwołalne”) i dlatego Bóg stale wzywa ich do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.

W dialogu z judaizmem nadużywa się stwierdzenia apostoła Pawła o nieodwołalności Bożego wezwania do tego, żeby dowieść, iż judaizm stale korzysta z przywileju wybrania. Myśl apostoła jest jasna. Izrael odrzucił Mesjasza (Chrystusa) i z tej racji stał się nieprzyjacielem Boga. Trwa stale w tym stanie, bo jego przyczyną jest odrzucenie Chrystusa. Nie zmieni się to, dopóki Go nie przyjmie. Bóg go jednak miłuje, a przyrzeczone mu dary i wezwanie Boże do bycia światłem Bożej prawdy w świecie są do zrealizowania wraz z przyjęciem Chrystusa. ‘Nieodwołalne Boże wezwanie’ nie znaczy, że Żydzi po odrzuceniu Chrystusa nadal korzystają z przywileju wybraństwa. Znaczy to jedynie, że przyjmując Chrystusa mogą ponownie w nim uczestniczyć. Bóg nie zmienia zdania co do wybrania Izraela w pewnym momencie historii i stale wzywa go do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.

Zasada, jaka stosuje się do Żydów z powodu odrzucenia Chrystusa, czyli nieuczestniczenie w Bożym wybraństwie, dotyczy również wspólnoty Kościoła. Przyjście na świat we wspólnocie Kościoła nie oznacza zawsze bycia częścią ludu Bożego, ludu wybranego. Ktoś może odwrócić się od Chrystusa i pozbawić łaski stanowienia lud Boży.

2. Czy przymierze na Synaju jest stale aktualne?

Przymierze na Synaju wygasło i tym samym ustało z racji nowego przymierza zawartego w Chrystusie, do którego przygotowywało: „Ponieważ zaś mówi o nowym [przymierzu], pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, zanika” (Hbr 8, 13). Utrzymywanie, że przymierze na Synaju nadal trwa, jest uznaniem za niepotrzebne (czy o względnej wartości) przymierza zawartego w Chrystusie. Tymczasem przymierze na Synaju jest etapem na drodze ku Chrystusowi i Jego Kościołowi. Doprowadziło ono do Chrystusa, spełniło swoją rolę i wygasa. Nie jest anulowane, odwołane, ale wygasa, ustaje. Gdyby Żydzi przyjęli Chrystusa, właśnie tak by o nim myśleli i mówili. Postrzegają je jako stale trwające, bo nie przyjęli Chrystusa.

Przymierze na Synaju wygasło, ponieważ według apostoła Pawła było „posługiwaniem śmierci” (2 Kor 3, 7) i „posługiwaniem potępieniu” (w. 9) oraz zaprowadzało stan niewoli z racji ludzkiej grzeszności (Ga 3, 23; 4, 24). Mówiło ono, jak należy postępować w życiu (przykazania), ale nie dawało siły do podążenia wskazaną drogą. W ten sposób pogrążyło człowieka w grzechu (Rz 5, 20a). Przymierze synajskie musiało wygasnąć. Zostało zastąpione relacją z Bogiem nawiązaną w Chrystusie, który wyzwala człowieka z grzechu i zaprowadza w nim pełnię życia z Bogiem.

Posługiwanie się stwierdzeniami, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju albo że ono nie zostało anulowane, kryje w sobie manipulację. Poprzez prawdziwe stwierdzenie, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju (bo ono samo wygasło), prowadzi się adresata do wniosku, że skoro nie zostało odwołane, to nadal trwa, co jest nieprawdą. Bóg go nie odwołał, ale po-prawnym wnioskiem nie jest, że nadal trwa, ale że samo wygasło.

Utrzymywanie, że przymierze na Synaju jest stale aktualne, jest tworzeniem równoległej rzeczywistości zbawczej: jednej z Chrystusem, a drugiej bez Niego. Jest to występowanie przeciwko zbawczemu planowi Boga.

3. Czy Żydzi wierzą w prawdziwego Boga?

Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie. Dopiero Chrystus objawia Ojca i tajemnicę Trójcy Świętej. To, co o Bogu poznał biblijny Izrael, jest mglistą wiedzą w porównaniu z poznaniem Go w Synu Bożym (J 10, 30: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”; 14, 9: „Ten, kto widzi Mnie, widzi i Ojca”). Sytuacja obecnego Izraela jest trudna, bo zna on tylko „ogólnie” Boga, bo nie zna Ojca, nie zna Ducha Świętego, a Syna Bożego nie tylko nie zna, ale jeszcze odrzuca. Wyznawcy prawa mojżeszowego nie poznali prawdziwej natury Boga – nie poznali tym samym Boga. Na ich oczach spoczywa zasłona (2 Kor 3, 14). Czy w tej sytuacji wierzą oni w prawdziwego Boga czy w swoje wyobrażenie o Nim? Pozostawiam to każdemu do refleksji.

Odrzucając Syna Bożego, Izrael odrzucił Boga Jahwe, bo Jezus razem z Ojcem i Duchem Świętym jest Bogiem Jahwe: „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM [który jestem], pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24. 58). Jezus jest Bogiem Jahwe i dlatego odrzucenie Go jest odrzuceniem prawdziwego Boga – stąd konkluzja: „[…] pomrzecie w grzechach swoich”. Nie można trwać przy Bogu, odrzucając Syna Bożego, który poprzez jedną naturę boską jest jednym Bogiem z Ojcem i Duchem Świętym. Odrzucenie Syna Bożego jest odrzuceniem (całego) Boga.

Chrystus nie jest dopełnieniem wiary Żydów w Boga (obrazowo brakujące np. 30%), ale całym poznaniem Boga (obrazowo 100%). Z tej racji „w nikim innym nie ma zbawienia” (Dz 4, 12).

4. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak pozostała ludzkość?

Żyd potrzebuje w takim samym stopniu Chrystusa, i nawrócenia w Nim do Boga, co wszyscy inni ludzie. Dlaczego? Bo odkupienie jest nowym stworzeniem w Chrystusie (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17; Ef 2, 15). Nie jest wydoskonaleniem starego porządku zbawczego, ale powołaniem go do istnienia od początku! Właśnie dlatego, że jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy musi do niego wejść: tak poganin, jak i Żyd, bo nikt wcześniej w nim nie trwał. Żyd był w korzystniejszej sytuacji jedynie z tej racji, że był lepiej przygotowany na przyjęcie nowego porządku zbawczego.

Przyjęcie Chrystusa jest według NT najwyższą formą nawrócenia, której potrzebuje każdy: zarówno Żyd, jak i poganin. Jest odmianą człowieka, jakiej dokonuje w nim Bóg. Nic się nie równa temu, czego Bóg dokonuje w człowieku, kiedy przyjmuje on Chrystusa – odmienia go i wprowadza w nowe życie ze sobą. Żyd potrzebuje takiego nawrócenia tak samo jak poganin, bo porządek religijny Żydów wyznania mojżeszowego nie jest w stanie tego zapewnić! Nie jest prawdą, że przyjmując wiarę w Chrystusa, poganin się nawraca a Żyd jedynie dopełnia swoją wiarę. Skoro jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy wchodzi do niego na tych samych warunkach. Stąd Żyd bezwzględnie potrzebuje Chrystusa.

Przykładem nowego stworzenia, czyli rzeczywistości nieobecnej w ST, a obecnej aktualnie, jest Kościół. Jest on nowym bytem, stworzeniem, bo jego Ciało, tj. Chrystus, jest nowe. Na etapie ST nie ma niczego, co równałoby się darowi Kościoła. Na etapie ST lud Boży był zgromadzony przy Bogu. Obecnie jest on wszczepiony w Chrystusa, Jego Ciało, i stanowi z Nim jedno. W Kościele jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Nie jest to zatem wydoskonalenie porządku ST ani jego dopełnienie w sensie uzupełnienia brakującego elementu, ale danie czegoś nowego. Z tej racji do Kościoła jako nowego stworzenia, nieobecnego w ST, musi wejść zarówno poganin, jak i Żyd, bo żaden z nich wcześniej nie korzystał z takiego przystępu do Boga (jest on czymś nowym).

Innym przykładem jest przymierze Boga z człowiekiem. Nie jest to już przymierze, w którym każda ze stron bierze na siebie określone zobowiązania, bo tu w razie nie wywiązywania się jednej ze stron ze swych zobowiązań, przymierze zostaje zerwane. Obecna relacja z Bogiem, zawarta w Chrystusie, nie ma odpowiednika w ST. Nie jest ona przymierzem, ale testamentem, czyli jednostronnym, wspaniałomyślnym obdarowaniem ludzkości przez Boga relacją ze sobą, gdzie Bóg czyni się gwarantem tej relacji i z tej racji nie zostanie ona nigdy zerwana. Testament nie podlega zerwaniu, a jedynie wykonaniu. Określenia jak wydoskonalenie czy dopełnienie nie są tu adekwatne. Obecna relacja z Bogiem na wzór testamentu, nawiązana w Chrystusie, jest ‘nowym stworzeniem’ względem tej starotestamentowej. Daje to, czego tamta nie dawała. To nie jest tylko danie czegoś więcej. Dobrze rozumieli to u początków chrześcijanie i dlatego nazwali księgi święte Starym i Nowym Testamentem, a nie Starym i Nowym Przymierzem.

‘Nowe stworzenie’ odnosi się także do koncepcji Mesjasza, synostwa Bożego, dekalogu, kapłaństwa, ekspiacji jako modelu pojednania z Bogiem itd. Każda prawda zbawcza ST, każdy przywilej zostają przewyższone w Chrystusie (nowe stworzenie), bo Bóg dał coś nowego i większego niż na etapie ST. Między Starym a Nowym Testamentem jest ciągłość, drugie wynika z pierwszego, ale między nimi jest jednocześnie niewyobrażalny przeskok jakościowy. Różnicę wyznacza osoba Chrystusa: mówimy tu o różnicy między brakiem Chrystusa a Jego obecnością.

Między Starym a Nowym Testamentem nie ma przejścia w sensie dopełnienia pierwszego przez jakieś elementy drugiego; jest to danie czegoś nowego (nowe stworzenie w Chrystusie) – czegoś, co niewyobrażalnie przewyższa pierwsze (stan braku Chrystusa i stan Jego posiadania). Ten przeskok wyraża apostoł Paweł w 2 Kor 3, 10: „Wobec przeogromnej chwały [rzeczywistości nowotestamentowej] okazało się w ogóle bez chwały to, co miało chwałę tylko częściową [rzeczywistość starotestamentowa]. ST przy NT jest jak światło świecy przy świetle Słońca; traci całkowicie swój słaby blask.

5. Jaka jest funkcja Bożych przykazań?

Między chrześcijaństwem a judaizmem występuje w tym temacie istotna rozbieżność, chociaż część chrześcijan postrzega wciąż rolę przykazań tak jak Stary Testamentu i świat żydowski. Rodzi to rozdźwięk w łonie chrześcijaństwa, gdzie jedni rozumieją funkcję przykazań w duchu Nowego Testamentu, a drudzy trzymają się nadal jej starotestamentowego rozumienia.

Judaizm i chrześcijaństwo łączy przekonanie, że przykazania zostały dane przez Boga po to, aby człowiek dowiedział się, co jest dobre, a co złe moralnie. Różnica zaczyna występować w momencie, kiedy zapytamy o cel poznania dobra i zła moralnego. Według judaizmu przy-kazania mają pomóc człowiekowi w osiągnięciu stanu sprawiedliwości przed Bogiem. Innymi słowy miały zbliżać go do Boga.

Według chrześcijaństwa (głównie nauczania apostoła Pawła) – przeciwnie – celem przykazań było uświadomienie człowiekowi jego grzeszności: „Przez Prawo [przykazania] jest tylko większa znajomość grzechu” (Rz 3, 20b; por. 7, 7) – i tym samym uświadomienie tragicznego stanu wobec Boga. Pawłowe rozumienie przykazań potwierdza przeprowadzany rachunek sumienia, który każdego prowadzi do wniosku, że jest grzesznikiem, a nie świętym. W świetle przykazań jawimy się stale grzesznikami.

Dlaczego celem przykazań nie było doprowadzenie człowieka do stanu sprawiedliwości przed Bogiem? Bo przykazania nie mają takiej mocy. One pouczają, jak należy postępować, ale nie dają mocy do pójścia tą drogą. A dlaczego celem przykazań Bożych było uświadomienie człowiekowi stanu jego grzeszności? Aby mając tego świadomość, wyjścia z tej tragicznej sytuacji szukał w Odkupicielu. Żeby dostrzec potrzebę Odkupiciela, trzeba mieć najpierw świadomość własnej grzeszności i niemożności wyzwolenia się z niej o własnych siłach. Wtedy szukamy kogoś, kto przyjdzie nam z pomocą w naszej tragicznej sytuacji.

Rozumienie roli przykazań przez Żydów jako czyniących człowieka sprawiedliwym i tym samym zbliżających go do Boga doprowadziło ich do przekonania o byciu lepszymi moralnie od innych ludzi i tym samym milszymi Bogu. To zaś popychało w kierunku tworzenia kolejnych przepisów prawnych, aby w jeszcze doskonalszy sposób prowadzić życie. Ostatecznie doprowadziło Żydów do przekonania, że przykazania są skutecznym środkiem w dojściu do Boga i Jego największym darem dla nich. Tak oto zamknęli się na Odkupiciela. Odkupiciel stał się niepotrzebny, a nawet przeszkodą w ich drodze do Boga, bo swoją Osobą usuwał w cień przykazania – ich zdaniem najdoskonalszy i skuteczny środek w dojściu do Boga.

Przystępu do Boga nikt jednak nie zapewni sobie własnym wysiłkiem (tu: zachowywanie przykazań). Przykazania są komunikatem, jak należy postępować w życiu, ale nie mają one mocy zapewnić grzesznikowi przystępu do Boga. Przystęp do Boga zapewnia jedynie Odkupiciel. Dzięki darowi przykazań Żydzi mieli mieć większą od pogan świadomość własnej grzeszności i bić się bardziej od nich w pierś. Dążenie do coraz to wierniejszego zachowywania przykazań miało ich doprowadzić do przekonania, że człowiek jest stale grzeszny i że w przykazaniach nie znajdą rozwiązania sytuacji grzeszności. To pozwoliłoby im otworzyć się na Odkupiciela. Stało się jednak inaczej.

W tym miejscu należy dodać do tego, co dotyczy życia zgodnego z wolą Boga, że moc do zachowywania przykazań, do życia zgodnego z Bożą wolą płynie od udzielonego przez Odkupiciela Ducha Bożego, który w nas zamieszkuje. To On urabia, kształtuje nasze sumienia i pociąga ku temu, co dobre moralnie; wzbudza w nas upodobanie w tym, co Boże. Wtedy wybieramy to, co zgodne z wolą Boga nie pod przymusem, ale z radością, bo sami tego chcemy; to nas pociąga. Bez Ducha Bożego przykazania byłyby ciążącym jarzmem, brzemieniem. Tłumaczy to, dlaczego dar Ducha Świętego został udzielony w żydowskie Święto Tygodni (Pięćdziesiątnica). Owo święto upamiętniało nadanie Prawa na Synaju. Duch Święty zostaje udzielony w święto upamiętniające nadanie Prawa. Jest to jasny sygnał, że udzielony Boży Duch przejmuje funkcję przykazań: ich treść nadal obowiązuje („Czcij Boga”, „Szanuj rodziców”, „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij” itd.), ale to już Duch Boży, a nie przykazania, pozwala wypełnić Bożą wolę i zaprowadza w nas Boże życie.

Smutne jest to, że Boża prawda, przekazana jasno przez apostoła Pawła, nie przebiła się wystarczająco i nie ukształtowała myślenia chrześcijan. Wciąż ciąży na chrześcijanach myślenie starotestamentowe.

Na koniec ostrzeżenie dla chrześcijan uważających się za lepszych od innych chrześcijan, od wyznawców innych religii lub niewierzących. Wysiłek włożony w życie zgodne w Bożą wolą nie może prowadzić do wyniosłości względem innych, ale do jeszcze mocniejszego bicia się w pierś i pokornego uznania, iż pomimo wysiłków w zachowywaniu przykazań Bożych jesteśmy stale grzesznikami i zbawić nas może jedynie Chrystus. Inaczej popełnimy błąd, jaki popełnił biblijny Izrael.

6. Czy Żydzi są naszymi starszymi braćmi?

Zdarza się nadużywać słów Jana Pawła II z 13 kwietnia 1986 r. z jego wystąpienia w synagodze w Rzymie. Przypisuje się papieżowi, że powiedział o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież powiedział dokładnie: „[…] i w pewnym sensie można by powiedzieć nasi starsi bracia”. Nie powiedział, że są naszymi starszymi braćmi, bo nie są nimi. Byliby wtedy, gdyby przyjęli Chrystusa. Przez warunkowy charakter wypowiedzi („w pewnym sensie” i „można by powiedzieć”) papież unika znaczenia dosłownego. Jednocześnie wyznacza granicę i rozdział między judaizmem, który odrzucił Chrystusa, a chrześcijaństwem. Są to dwa porządki religijne, które rozwijają się niezależnie od siebie i nie ma między nimi braterstwa wiary w sensie dosłownym, bo występuje rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, Mesjasza.

7. Czy Żydzi ukrzyżowali Chrystusa?

Odpowiedzialni historycznie za ukrzyżowanie Jezusa byli Żydzi i Rzymianie. Ewangelie nie pozostawiają tu cienia wątpliwości. Chrześcijanie zaś są winni śmierci Chrystusa (KKK 598) w tym sensie, że nasze grzechy doprowadziły do ekspiacyjnej śmierci Chrystusa. Chrystus umarł, ponieważ zgrzeszyliśmy. W tym sensie odpowiedzialna jest cała ludzkość. Trzeba jasno rozgraniczać między historyczną odpowiedzialnością za śmierć Jezusa a winą w sensie religijnym. Nie należy wykorzystywać stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego do wybielania Żydów z ich winy za ukrzyżowanie Jezusa. Nie rozumiemy ich winy jako winy zbiorowej ani dziedzicznej, ale tylko jako winę tych, którzy usilnie zabiegali o wyrok śmierci dla Jezusa i ten wyrok wymusili na Piłacie.

Posłużę się analogią. To, że Drugą Wojnę Światową wywołali Niemcy, nie znaczy, że wszyscy Niemcy ponoszą za to odpowiedzialność, ale nie znaczy to też, że Niemcy nie wywołali Drugiej Wojny Światowej i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności.

8. Jaka powinna być nasza postawa względem judaizmu?

1) Należy podtrzymywać kontakty z Żydami, bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, ale prawda zbawcza nie może być wyciszana. 2) Nie należy usprawiedliwiać, wybielać odrzucenia Chrystusa przez Żydów (wypaczanie historii zbawienia), ale trzeba pomóc im w otwarciu się na Niego.

W latach 20. XIX w. Żydzi z synagogi w Strasburgu postanowili przeczytać Nowy Testament i przyjrzeć się jego przesłaniu. Kolejnych trzech rabinów, a z nimi kilkanaście osób z synagogi, przyjęło Chrystusa. Pojawiła się dyspozycja otwartości na prawdę i łaska natychmiast zadziałała. Jest to kierunek, w jakim należy iść w kontaktach z wyznawcami prawa mojżeszowego – tak postępować, aby pojawiła się w nich dyspozycja otwartości na prawdę.

Nie należy rezygnować z takich prób. Przykład mamy w apostole Pawle (Rz 11, 14). Nie wolno rezygnować z wysiłków na rzecz pozyskania Żydów dla Chrystusa. Misja ewangelizacyjna stale trwa i obejmuje wszystkich – bez wyjątku. Wymaga jednak roztropności w działaniu.

W nawiązaniu do powyższego, w kontaktach z judaizmem nie może być to dialog jednostronny, w którym my, chrześcijanie, pochylamy się stale nad ich wiarą, zgłębiamy myśl żydowską, a oni zamykają się całkowicie na myśl chrześcijańską. Nie jest to dialog, ale jednostronna rozmowa. W szczerym dialogu każda ze stron powinna wysłuchać racji drugiej strony. Jeżeli tego nie ma, wzajemne spotkania skutkują „urabianiem” przez myśl żydowską chrześcijan biorących w nich udział, którzy przejmują żydowskie myślenie i rozumienie historii zbawienia. Chrześcijanie się judaizują, a Żydzi nie tylko się nie chrystianizują, ale jeszcze utwierdzają w swoich przekonaniach, bo chrześcijanie czynią ustępstwa (np. pokazywanie się chrześcijan z symbolami judaizmu lecz nie odwrotnie). Ustępstwa zaś czyni z zasady ten, kto nie ma racji. Dlatego nasze ustępstwa stale utwierdzają ich w przekonaniu posiadania racji. I tu przychylam się do opinii ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, że dialog z judaizmem w Polsce powinien wyglądać inaczej. Z takich spotkań korzyść dla siebie odnoszą jedynie wyznawcy prawa mojżeszowego. A to nie służy sprawie ewangelizacji.

Chrześcijaństwo i judaizm to dwa porządki religijne rozwijające się równolegle i stale w większej czy mniejszej opozycji do siebie.

Pomocny dla zrozumienia Ewangelii jest ST, lecz nie judaizm. Twierdzenie, że poznawanie rozwijającego się przez dwa tysiące lat judaizmu może pomóc lepiej zrozumieć chrześcijaństwo, ociera się o nonsens. Może być pomocne w intelektualnym pogłębieniu zagadnienia, znajomości wzajemnych relacji, ale nie dla zrozumienia istoty przesłania Ewangelii. Rozwijający się po Chrystusie judaizm nie miał na nią żadnego wpływu. Wyrósł wprawdzie z tej samej tradycji starotestamentowej co Ewangelie, ale poszedł inną drogą. Nie jest pomocny w przyswojeniu przesłania Jezusa. Należy natomiast powiedzieć, że nauczanie Jezusa dobrze jest zgłębiać poprzez odwołanie się do tekstów Starego Testamentu i do ówczesnej tradycji żydowskiej, Jemu współczesnej.

Większość chrześcijan nie zagłębiała się w religię żydowską. Czy to znaczy, że nie rozumieją dobrze lub do głębi Ewangelii? Otóż rozumieją istotę jej przesłania w pełni. Bo kto przyjął Chrystusa, razem z Nim poznał całą Bożą prawdę, bo poznał Tego, który zbawia. Tu trzeba kierować podobne zalecenia w drugą stronę (!), czyli żeby Żydzi studiowali księgi NT, bo dopiero wtedy zrozumieją własne wybranie i własną tradycję religijną. Znajdą jej wypełnienie. Czy jest to przedmiotem dialogu z judaizmem w Polsce?

9. Czy w modlitwie konsekracyjnej podczas Mszy św. powinny być słowa o Ciele Chrystusa wydanym i Krwi przelanej „za wielu” czy „za wszystkich”?

Poruszam ten temat, ponieważ pojawiały się i pojawiają próby zmiany. Z racji występujących niejasności w temacie chcę to przybliżyć.

W tekście greckim NT (Mt, Mk, Łk i 1 Kor 11) znajdują się dwie formy: „za wielu” (hyper pollōn) i „za was” (hyper hymōn). W żadnym z czterech świadectw nie mówi się o wydanym Ciele Chrystusa i przelanej Krwi „za wszystkich”.

Według Ewangelii Mateuszowej Jezus ma na myśli tych, w których dzieło odkupienia odniesie zamierzony skutek: „Moja Krew …, która będzie wylana … na odpuszczenie grzechów”, czyli przelana za tych, w których dokona odpuszczenia grzechów, tj. którzy skorzystają z łaski odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Jezus nie ma na myśli tych, którzy nie skorzystają z łaski odkupienia, tj. w których przelana krew nie przyniesie zamierzonego skutku. Bóg nie działa na darmo, nie marnuje swojej łaski. Jako istota doskonała, kiedy działa, osiąga cel. Jezus nie ma zatem na myśli wszystkich ludzi, ale tylko owych wielu, którzy odpowiedzą pozytywnie na łaskę odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Zgodnie z intencją słów Jezusa poprawną formą jest „za wielu” (w tym także „za was” – dzisiaj w odniesieniu do każdego, kto uczestniczy w Eucharystii), co znajdujemy na kartach NT i co funkcjonuje w aktualnej modlitwie konsekracyjnej w jęz. polskim.

Forma „za wszystkich” nie występuje w NT, bo jest niezgodna z rozumieniem dzieła odkupienia. Forma „za wielu” naprowadza na jego właściwe rozumienie. Należy porzucić myślenie, że wszyscy zostali odkupieni, czyli wprowadzeni w relację z Bogiem. Wszystkim została otwarta droga do Boga, ale odkupieni zostali ci, którzy weszli w relację z Bogiem (odpowiedzieli pozytywnie). I za nich Jezus przelewa krew (odkupienie utożsamia się tu ze stanem naszego obecnego zbawienia, które już się dokonuje).

Jezus nie przelewa krwi za tych, w których nie przynosi to zamierzonego skutku, bo byłoby to działanie daremne. Posługując się obrazem Jezusa, nie rzuca On pereł przed świnie. Zatem dzieło odkupienia swymi owocami dosięga tej części ludzkości, która odpowiada na nie pozytywnie. I to przesłanie zawiera się w wyrażeniu „za wielu”.

Wszystkim życzę coraz bardziej pogłębionego rozumienia Bożych prawd i w rezultacie mocniejszego przylgnięcia do Chrystusa Odkupiciela ludzkości.

ks. prof. Waldemar Rakocy CM

***

Ks. prof. dr hab. Waldemar Rakocy CM (ur. 1960) jest emerytowanym profesorem Wydziału Teologii KUL. Kierował Katedrą Hermeneutyki Biblijnej oraz Katedrą Egzegezy Pism Apostolskich NT. Zasiadał w Zarządzie Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Autor książek i ok. 150 artykułów dotyczących tematyki biblijnej, członek kilku krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych.

Szokujące ustalenia w sprawie szczepionek mRNA. Ukrywane zgony i skutki uboczne

Szokujące ustalenia

w sprawie szczepionek mRNA.

Ukrywane zgony i skutki uboczne

dorzeczy/szczepionki-mrna-pfizerbiontech-ukrywal-informacje

Szokujące dokumenty badań szczepionki Pfizer/BioNTech na COVID-19, do których dotarł serwis Die Welt, ujawniają możliwe tuszowanie poważnych skutków ubocznych i zgonów uczestników testów.

Nowe dokumenty ujawnione przez niemiecki dziennik „Die Welt” wywołały prawdziwą burzę wokół szczepionki mRNA Pfizer/BioNTech przeciwko COVID-19. Wynika z nich, że podczas kluczowej, trzeciej fazy badań klinicznych mogło dojść do nieprawidłowości, które – jak twierdzą eksperci – powinny zostać natychmiast ujawnione opinii publicznej.

Zatajone informacje o zgonach i skutkach ubocznych

Z materiałów wynika, że część danych o skutkach ubocznych i zgonach uczestników mogła zostać zatajona lub przedstawiona w sposób, który minimalizował potencjalne ryzyko. Budzi to poważne wątpliwości co do rzetelności procesu zatwierdzania preparatu, zwłaszcza że – jak ujawniono – organy rejestracyjne w USA, Europie i Wielkiej Brytanii wyznaczyły daty dopuszczenia szczepionki do obrotu, zanim zapoznały się z pełną dokumentacją badań.

Dodatkowo, dokumenty wskazują na liczne wykluczenia uczestników z badań – setki osób zniknęły z ostatecznych analiz, a przyczyny tego kroku w dokumentacji są niejasne i sprzeczne. Takie działania mogą świadczyć o celowym ukrywaniu danych, które mogłyby podważyć bezpieczeństwo lub skuteczność preparatu.

Nierzetelna ocena szczepionki?

Farmakolodzy i specjaliści od badań klinicznych biją na alarm, ostrzegając przed brakiem przejrzystości oraz możliwymi manipulacjami przy raportowaniu skutków ubocznych. Ich zdaniem rzetelna ocena bezpieczeństwa szczepionki jest możliwa tylko po pełnym ujawnieniu wszystkich materiałów z badań.

Pfizer w odpowiedzi na pytania mediów twierdzi, że „wszystkie organy rejestracyjne na świecie zatwierdziły szczepionkę po niezależnej ocenie danych naukowych„. Jednak ujawnione dokumenty pokazują, że szybkie tempo procesu dopuszczenia mogło nie pozwolić na dokładną weryfikację wszystkich informacji.

Eksperci apelują o niezależne śledztwo i dostęp do pełnej dokumentacji, wskazując, że tylko pełna transparentność może odbudować zaufanie do instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo szczepień. [bla-bla… md]

Ciężkie powikłania po szczepionkach przeciw COVID-19.

dorzeczy/ciezkie-powiklania-po-szczepionkach-przeciw-covid

Ciężkie powikłania po szczepionkach przeciw COVID-19. Poznano przyczynę?

Naukowcy wskazali możliwy biologiczny mechanizm odpowiedzialny za rzadkie, ale ciężkie powikłania, które pojawiły po szczepionkach przeciw COVID-19.

Chodzi o szczepionki oparte na adenowirusach, takich jak preparaty AstraZeneca i Johnson & Johnson.

Powstawanie zakrzepów i spadek liczby płytek krwi

Najpoważniejszym z nich był zespół określany jako immunologiczna małopłytkowość zakrzepowa indukowana szczepionką (VITT). Schorzenie polegało na jednoczesnym powstawaniu zakrzepów oraz spadku liczby płytek krwi. W części przypadków przebieg był gwałtowny i stanowił bezpośrednie zagrożenie życia. Choć powikłanie było rzadkie, jego konsekwencje mogły być bardzo poważne. W Stanach Zjednoczonych występowało u około jednej osoby na 200 tysięcy po szczepionce Johnson & Johnson. W Wielkiej Brytanii odnotowano około trzy przypadki na 100 tysięcy po szczepionce AstraZeneca.

Nowe badanie sugeruje, że kluczową rolę mogła odgrywać określona mutacja genetyczna. U części osób kontakt z adenowirusem mógł prowadzić do powstawania przeciwciał reagujących z białkiem PF4 odpowiedzialnym za proces krzepnięcia krwi. W efekcie mogło dochodzić do powstawania ciężkich zakrzepów i spadku liczby płytek krwi. W analizie próbek od 21 pacjentów z VITT mutację tę wykryto u wszystkich badanych. Naukowcy podkreślają, że była to bardzo rzadka kombinacja czynników biologicznych.

Pfizer/BioNTech także mają problemy

Kilka miesięcy temu niemiecki dziennik „Die Welt” opublikował dane, które wywołały prawdziwą burzę wokół szczepionki mRNA Pfizer/BioNTech przeciwko COVID-19. Wynika z nich, że podczas kluczowej, trzeciej fazy badań klinicznych mogło dojść do nieprawidłowości, które – jak twierdzą eksperci – powinny zostać natychmiast ujawnione opinii publicznej. Z materiałów wynika, że część danych o skutkach ubocznych i zgonach uczestników mogła zostać zatajona lub przedstawiona w sposób, który minimalizował potencjalne ryzyko. Budzi to poważne wątpliwości co do rzetelności procesu zatwierdzania preparatu, zwłaszcza że – jak ujawniono – organy rejestracyjne w USA, Europie i Wielkiej Brytanii wyznaczyły daty dopuszczenia szczepionki do obrotu, zanim zapoznały się z pełną dokumentacją badań.

Dodatkowo, dokumenty wskazują na liczne wykluczenia uczestników z badań – setki osób zniknęły z ostatecznych analiz, a przyczyny tego kroku w dokumentacji są niejasne i sprzeczne. Eksperci podkreślają, że takie działania mogą świadczyć o celowym ukrywaniu danych, które mogłyby podważyć bezpieczeństwo lub skuteczność preparatu.

Kłamstwa klimatyczne wychodzą na jaw. Holandia zaliczyła gigantyczny skandal.

Krzysztof Mulawa @krzysztofmulawa x.com/krzysztofmulawa

Kłamstwa klimatyczne wychodzą na jaw. Holandia właśnie zaliczyła gigantyczny skandal. Królewski Instytut Meteorologiczny obniżył historyczne temperatury z lat 1901-1950 nawet o 1,9°C, wymazując 16 z 23 fal upałów, w tym rekordowe lato 1947 roku. Wszystko po to, żeby współczesne ocieplenie wyglądało na bardziej dramatyczne.

Po latach nacisku KNMI w 2026 r. po cichu przywróciło część usuniętych rekordów, co tylko potwierdza manipulację. Ingerencja w dane, które kształtują politykę, podatki i życie milionów ludzi. 'Klimat’ stał się narzędziem politycznym do forsowania utopijnych ideologii UE.

Zdjęcie

82,3 tys. wyświetleń

Orban: Brukselska machina opresji to pseudo-obywatelskie organizacje, przekupieni dziennikarze, sędziowie, politycy, algorytmy i biurokraci, obracający milionami euro

Orban: Brukselska machina opresji to pseudo-obywatelskie organizacje, przekupieni dziennikarze, sędziowie, politycy, algorytmy i biurokraci, obracający milionami euro

14.02.2026 nczas/orban-brukselska-machina-opresji

NCZAS.INFO | Premier Węgier Viktor Orban. Foto: PAP/EPA
NCZAS.INFO | Premier Węgier Viktor Orban. Foto: PAP/EPA

Brukselska machina represji na Węgrzech nadal działa, ale po wyborach się nią zajmiemy – zapowiedział węgierski premier Viktor Orban w wygłoszonym w Budapeszcie dorocznym orędziu o stanie państwa, mającym podsumować miniony rok.

– Pseudo-obywatelskie organizacje, przekupieni dziennikarze, sędziowie, politycy, algorytmy i biurokraci, obracający milionami euro. Tym właśnie dzisiaj na Węgrzech jest Bruksela – stwierdził premier Orban, dodając, że „wpływy zagraniczne ograniczające węgierską suwerenność muszą zostać wypchnięte”.

W swoim przemówieniu węgierski przywódca nawiązał do raportu amerykańskiego Kongresu, w którym ostro skrytykowano Komisję Europejską za zmuszanie amerykańskich firm technologicznych do cenzurowania wybranych treści przed wyborami w kilku europejskich krajach. – To jest prawdziwy głos Ameryki. Musimy przyzwyczaić się do myśli, że ci, którzy kochają wolność, powinni bać się nie Wschodu, ale Brukseli i powinni z niepokojem patrzeć na Brukselę – stwierdził Orban.

Ostrzegł, że jeśli obserwowane trendy się utrzymają, obecny wiek stanie się „wiekiem upokorzenia Europy”, ponieważ kontynent – w ocenie premiera niezdolny do uczestnictwa w nowej globalnej rewolucji przemysłowej – po raz pierwszy od wynalezienia maszyny parowej będzie ofiarą, a nie twórcą transformacji gospodarczej.

O „zabijanie” gospodarki Europy obwinił „paraliżujące koszty energii i nadmierne regulacje”. Premier ocenił jednak, że Węgry „wciąż mają szansę”, zauważając, że w 2025 roku wynegocjował umowy z prezydentami USA, Rosji i Turcji, aby utrzymać dostęp kraju do przystępnej cenowo ropy naftowej i gazu z Rosji.

Węgierski premier podkreślił, że jego prawdziwym przeciwnikiem nie jest krajowa opozycja, ale Unia Europejska, która „chce wojny”. Polityk oskarżył „międzynarodowy wielki biznes” o dążenie do kontynuowania wojny na Ukrainie, rękami samych Ukraińców lub „jeśli to konieczne, rękami innych narodów Europy Środkowej”.

– Czas, aby Węgry się obudziły i potraktowały poważnie, śmiertelnie poważnie, to, do czego przygotowuje się międzynarodowy wielki biznes – zaznaczył premier Węgier.

Premier powiązał z podmiotami zagranicznymi największą partię opozycyjną w kraju, Tiszę. – Jest absolutnie oczywiste, że to przemysł naftowy, elita bankowa i brukselski establishment przygotowują się do utworzenia rządu na Węgrzech – powiedział, określając ugrupowanie Petera Magyara „tworem Brukseli”.

Wybory parlamentarne na Węgrzech odbędą się 12 kwietnia. Większość niezależnych sondaży daje partii TISZA od kilku do kilkunastu punktów procentowych przewagi nad Fideszem Orbana.

Ruskie onuce i słudzy Ukrainy w II RP

Ruskie onuce i słudzy Ukrainy w II RP

Arkadiusz Miksa myslpolska/miksa-ruskie-onuce-i-sludzy-ukrainy-w-ii-rp/

Przed wojną też były „ruskie onuce” oraz słudzy narodu ukraińskiego

Kiedy człowiek obserwuje poczynania szeroko pojętych środowisk kierujących państwem polskim w temacie ukraińskim, łapie się za głowę z niedowierzaniem. Wydaje mu się bowiem, że kolejne posunięcia dwóch kolejnych rządów oraz tworzącym im podglebie mediów i medialnych ekspertów, są formą koszmaru sennego lub czarnego humoru typowego dla czeskich komedii. Idealizując czasy minione myślimy sobie, że przed II wojną światową w II Rzeczypospolitej, tak kuriozalna sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Czy oby na pewno?

Nasza wiedza o tym jak kształtowała się myśl polityczna w Polsce jest niestety powierzchowna, okazuje się bowiem, że to czego doświadczamy dziś i wówczas, w II RP stawało się przykrym doświadczeniem naszych przodków. Doskonałym przykładem dla zobrazowania tej prawidłowości były dla autora niniejszego artykułu owoce kwerendy periodyku „Biuletyn Polsko-Ukraiński.

Kiedy blisko sto lat temu puczyści pod wodzą Józefa Piłsudskiego obalili rządy ludowo-narodowe, niemal natychmiast rozpoczęli proces reorientacji polskiej polityki zagranicznej oraz polityki względem mniejszości narodowych. Propagowano koncepcję budowy niepodległej Ukrainy i Białorusi, potrzebę realizacji idei federacyjnych oraz jagiellońskich. Wspierano również gruzińskich i azerskich opozycjonistów Wszystko to oczywiście celem osłabienia i rozbicia ZSRR. Narzędziami realizacji tej polityki były takie instytucje jak Instytut Wschodni (1926-1939), Klub Prometeusz (1928-1939) Instytut Naukowo-Badawczy Europy Wschodniej (1930-1939) oraz czasopisma „Wschód-Orient” (1930-1939) oraz wspomniany wyżej tygodnik „Biuletyn Polsko-Ukraiński” (1932-1938).

„Biuletyn Polsko-Ukraiński”

Powstanie „Biuletynu” stanowiło kontynuację działań podjętych przez część środowisk sanacyjnych na rzecz realizacji ambitnego planu utworzenia niepodległego państwa ukraińskiego. Państwo to powstać miało z ziem uznawanych za ukraińskie a należących do ZSRR. Lwów miał pozostać przy Polsce, ale co ziem uznawanych przez Ukraińców za ukraińskie, a należące wówczas do II RP położonych na wschód od Lwowa nie wypowiadano się na łamach tego periodyku wprost. Czasopismo ukazywało się w Warszawie początkowo jako miesięcznik, aby z czasem ukazywać się z częstotliwością co tygodniową. Wydawanie „Biuletynu” wspierał polski wywiad wojskowy.

Redaktorem naczelnym periodyku był Włodzimierz Bączkowski (1905-2000), który wcześniej był redaktorem kwartalnika „Wschód-Orient”. Bączkowski był książkowym wręcz przykładem przedstawiciela ruchu prometejskiego zakładającego potrzebę zniszczenia Związku Radzieckiego i utworzenia na jego gruzach państwa narodowych. Choć Bączkowski ukazywany jest współcześnie jako wróg Rosji komunistycznej, to w rzeczywistości nienawidził on tak samo Związku Radzieckiego jak i Rosji jako takiej. Spiritus movens ruchu prometejskiego byli emigracyjni działacze ukraińscy.  To przede wszystkim z myślą o nich i o niepodległej Ukrainie prowadzono w Polsce szeroko zakrojone działania propagandowe wymierzone w Związek Radziecki, a wszystko pod parasolem polskich służb specjalnych.

Oprócz Bączkowskiego do „Biuletynu” pisali Adolf Maria Bocheński, Leon Wasilewski, Stanisław Łoś czy Józef Łobodowski. Stronę ukraińską reprezentowali Pawło Szandruk, Iwan Kedryn-Rudnycki, Roman Smal-Stocki, Stepan Baran. Z wymienionej czwórki Ukraińców Baran i Kedryn-Rudnicki w czasie wojny pisali do ukraińskiego czasopisma ukazując się w Krakowie pod patronatem niemieckich władz okupacyjnych „Krakivskich Visti” a Pawło Szandruk choć był oficerem Wojska Polskiego, który w trakcie wojny obronnej 1939 roku wyróżnił się jako dowódca pod Tomaszowem Lubelskim, to w trackie wojny poszedł na współpracę z Niemcami. W ramach współpracy z Niemcami w 1944 r. został przewodniczącym Ukraińskiego Komitetu Narodowego, a w ostatnich dniach wojny dowodził 14 Dywizją Grenadierów SS. Przed wydaniem go w ręce Armii Czerwonej uratował go gen. Władysław Andres. W 1961 roku zarządzeniem kabaretowego prezydenta Rządu RP na uchodźstwie Augusta Zaleskiego Szandruk otrzymał Srebrny Krzyż Virtutti Militari. Tak więc profanowanie najwyższych polskich odznaczeń państwowych nie jest domeną jedynie ostatnich dekad.

Słudzy narodu ukraińskiego

W 2023 r. rzecznik prasowy MSZ Łukasz Jasina stwierdził w imieniu państwa polskiego, że „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”. Ta wypowiedź wywołała u wielu Polaków wstrząs i oburzenie. Gdybyśmy jednak zapoznali się z publicystyką Włodzimierza Bączkowskiego oraz jego redakcyjnych kolegów, do doszlibyśmy do wniosku, że Jasina nie był pierwszy ze swoją deklaracją skrajnej służalczości względem Ukrainy. Bączkowski, 90 lat wcześniej był również sługą narodu ukraińskiego. Dla powstania niepodległej Ukrainy gotowy był doprowadzić do wojny między Polską a ZSRR. Dla jej powstania gotowy był manipulować faktami historycznymi, obniżać rolę i znaczenie Polaków i Polski na rzecz wywyższania miejsca roli Ukraińców. Zbulwersowała nas informacja z ostatnich dni o tym, że Ukraińcy przepisują sobie zdobicie Monte Cassino, ale na łamach „Biuletynu” moglibyście Państwo przeczytać artykuł o tym jak to Ukraińcy odegrali kluczową rolę w pokonaniu Turków pod Wiedniem w roku 1683. Również w 1920 r., to walczące pod Zamościem oddziały ukraińskie walnie przyczyniły rzekomo się do naszego „Cudu na Wisłą”.

W ostatnich czasie Jarosław Kurski z „Gazety Wyborczej” wypomniał Polakom traktat ryski, twierdząc, że podpisując pokój ze Związkiem Radzieckim zdradziliśmy Ukrainę i powinno być nam z tego powodu wstyd. Wypowiedź ta zbulwersowała polską opinię publiczną, ale okazuje się, że artykuł w podobnym tonie został również zamieszczony w „Biuletynie” a jego autorem był wspomniany Iwan Kedryn-Rudnycki. Wówczas, w kontrze do tej tezy na łamach jednego z kolejnych numerów pisma, Adolf Maria Bocheński, stwierdził, że zarówno od strony prawnej jak i moralnej Polska nie złamała żadnych zobowiązań, które miała względem strony ukraińskiej.

Kiedy po ataku ukraińskich terrorystów na pocztę w Gródku Jagiellońskim w 1932 r., dwóm sprawcom zasadzono karę śmierci, redaktor Bączkowski stanął w ich obronie usprawiedliwiając ich czyny i przyrównując ich działalność do bojówkarskiej działalności Józefa Piłsudskiego. Uznał, że nie zasłużyli na karę śmierci. Z czasem okazało się, że sprawcy byli zamieszani w organizację kolejnego zamachu, ale wówczas już nikt z członków redakcji nie opublikował komentarza, w którym przepraszałby czytelników za swoją naiwność względem ukraińskich terrorystów.

W 1938 r. władze Rumunii zawiesiły wydawanie prasy ukraińskiej na swoim terytorium „Biuletyn” apelował – Przywrócić prasę ukraińską w Rumunii. W gronie naszych sąsiadów Rumunia była jednym przyjaznym nam państwem, gazeta Bączkowskiego gotowa była konfliktować się z tym sojuszniczym państwem, w interesie nielojalnej ukraińskiej mniejszości narodowej.

Członkowie redakcji przekonywali Polaków, że wystarczy pójść w relacjach z Ukraińcami na znaczące ustępstwa, żeby tym samym zadowolić Ukraińców i przekonać ich, że warto być integralną częścią II RP zamiast podejmować działania odśrodkowe zmierzające do oderwania się od Polski. W rzeczywistości podejście Ukraińców było zero jedynkowe, ich nie mógł zadowolić ani ukraiński uniwersytet, ani większy udział Ukraińców w administracji państwowej. Ich bowiem interesowało tylko niepodległe państwo ukraińskie, w skład które wejść miały ziemie należące do ZSRR, Polski, Czechosłowacji czy Rumunii.

Ruskie onuce rodem z  Narodowej Demokracji

Środowiska kontestujące obecnie w naszym kraju skalę i sensowność wsparcia udzielanego przez Polskę Ukrainie dorobiły się wśród swoich oponentów obelżywe łatki „ruskich onuc”. Redakcja „Biuletynu” choć nie używała tego zwrotu, to również obelżywie komentowała krytyków porozumienia z Ukraińcami kosztem konfrontacji ze Związkiem Radzieckim czy utraty wpływów państwa polskiego swoich południowo-wschodnich rubieżach. Wrogiem numer jeden dla sanacyjnego tygodnika była Narodowa Demokracja. Uważano, że polski ruch narodowy torpeduje porozumienie polsko-ukraińskie, a tym samym działa na rzecz interesów radzieckich. Endecja w artykułach określana była mianem „kołtunerii”. Początkowo najczęściej i najzajadlej atakowany był sam Roman Dmowski, któremu Bączkowski nie mógł wybaczyć słów określających Ukrainę mianem „międzynarodowego domu publicznego”. O Dmowskim krytycznie na łamach periodyku pisano wielokrotnie zazwyczaj były to artykuły anonimowe. Jeden z ukraińskich publicystów atakował Dmowskiego za to, że ten doprowadził do uznania w Polsce do uznania Ukraińców za „ukraiński trąd”.  W jednym za artykułów Bączkowski uznał Dmowskiego za radzieckiego agenta argumentując swoją opinię, tym, że w 1931 r. jedna z sowieckich gazet opublikowała kilka artykułów Dmowskiego.

Określał go również mianem „neofity euroazjactwa” i opisywał jako człowieka posiadającego „mongoidalne rysy twarzy”.  Z czasem coraz częściej za antyukraińską retorykę atakowany był Stanisław Grabski, Roman Rybarski, a w ostatnich latach ukazywania się pisma endeckim wrogiem numer jeden został Jędrzej Giertych, którego uznawano za najbardziej nieprzejednanego wroga sprawy ukraińskiej. Redakcja uważała, że na zły stan relacji polsko-ukraińskich na Kresach odpowiadają działacze Narodowej Demokracji, którzy choć odsunięci od wysokich stanowisk państwowych w stolicy, dalej sprawują liczne stanowiska w kresowej administracji państwowej, torpedując celowo możliwość porozumienia polsko-ukraińskiego.

 Sienkiewicz i Kossak-Szczucka szkodzą sprawie ukraińskiej

Kilka pierwszych numerów pisma poświęcono wykazaniu czytelnikom jak szkodliwa jest dla relacji polsko-ukraińskich pisarstwo Henryka Sienkiewicza. Oczywiście głównym celem ataku była powieść Ogniem i mieczem, której już sam tytuł uznano za „krwiożerczy” którą dotkliwie sponiewierano wytykając jej tendencyjność i histeryczną miałkość. Uważano, iż młodzież polska ukraińskiego pochodzenia powinna być wyłączona z konieczności zapoznawania się z tą lekturą. Z impetem atakowano również powieści Zofii Kossak Pożoga oraz Marii Dunin-Kozickiej Burza od Wschodu. Obie polskie pisarki zostały uznane jako gardzące Ukraińcami i tendencyjnie ukazujące ich na kartach swoich powieści.

Strona ukraińska na łamach czasopisma wielokrotnie podkreślała, że Ukraińcy nie mają żadnego interesu w kreowaniu współpracy ukraińsko-niemieckiej wymierzonej w Polskę, ponieważ efektem takiej współpracy byłoby otwarcie Polski na współpracę ze Związkiem Radzieckim a tego Ukraińcy dążący do powstania państwa ukraińskiego kosztem ZSRR z pewnością by nie chcieli. Jak fałszywe były to zapewnienia pokazała wojna obronna Polski w roku 1939. Najlepszy okres do „wychowania Polaków” w duchu ukraińskim, to okres od zamachu majowego do śmierci „Wielkiego Marszałka” w 1935 roku.

Na łamach tytułu pisano o sukcesach ukraińskiej kultury czy ruchu spółdzielczego na Kresach, ale również z zadowoleniem odnotowywano powstanie kolejnych ukraińskich inicjatyw w Stanach zjednoczonych, Kanadzie czy Czechosłowacji pomimo tego, że znaczna część tych inicjatyw pośrednio lub bezpośrednio wymierzona była w II Rzecząpospolitą. Apelowano, aby Polacy zaprzestali corocznych obchodów rocznicy wyzwolenia Lwowa twierdząc, że: „Twórca Polski niepodległej, Wielki Marszałek nie brał w nich nigdy udziału”! Polska według publicystów „Biuletynu” wygrała wojnę o Lwów i Galicję przede wszystkim dzięki wsparciu Francji i Rumunii.

Pawła Kowala fascynacje Bączkowskim

Chyba nikogo z czytelników „Myśli Polskiej” nie zaskoczy fakt fascynacji spuścizną redaktora Bączkowskiego ze strony Pawła Kowala, kiedyś polityka PiS a dziś PO. Paweł Kowal jest dziś przewodniczącym Rady do spraw Współpracy z Ukrainą. Nim objął to idealnie współgrające z nim stanowisko zajmował się promowaniem dorobku Włodzimierza Bączkowskiego. W 2000 roku był współautorem publikacji Włodzimierz Bączkowski. O wschodnich problemach Polski. Wybór pism oraz brał udział w wielu wydarzeniach promujących jego osobę i myśl.

Epilog

W 1937 r. Bączkowski pisywał coraz bardziej agresywne artykuły uderzające w państwo polskie, kręgi wojskowe skupione wokół Rydza-Śmigłego doszły do wniosku, że pismo nie spełniło swojej roli, nie przyczyniło się do poprawy relacji polsko-ukraińskich, a agresywne nastawienie strony ukraińskiej systematycznie się nasilało. W 1938 r. zawieszono więc wydawanie Biuletynu. Niestety od stycznia 1939 r. kontynuatorem „Biuletynu” został miesięcznik „Problemy Europy Wschodniej” pod redakcją Bączkowskiego.

W trakcie II wojny światowej Bączkowski początkowo przebywał w Rumunii, gdzie za pieniądze państwa rumuńskiego gromadził informacje na temat ZSRR na potrzeby rumuńskich służb specjalnych. Następnie w Hajfie pomimo niechęci Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego do ludzi związanych z sanacyjną kilką udało mu się zasilić struktury ekspozytury polskiego II Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza. Odsunięto go na dalszy plan dopiero w momencie prowadzenia rozmów ze Związkiem Radzieckim obawiając się, że jego przedwojenne dokonania mogą zaszkodzić relacjom polsko-radzieckim. Po wojnie doceniając antysowieckie dokonania Bączkowski przygarnięty został przez Amerykanów, którzy dali mu dobrze płatną pracę w Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie.

Historia wydawnicza „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego” oraz prezentowane na łamach czasopisma poglądy antypolskie, pokazują nam, że historia polskiej służalczości względem sprawy ukraińskiej ma swoje już blisko stuletnie tradycje. O ile można jednak szukać jeszcze usprawiedliwienia dla takich poglądów przed wojną, to wobec tego jak zachowali się Ukraińcy względem Polaków w trakcie II wojny światowej, nie wyciągniecie wniosków z tragicznych wydarzeń jakie stały się udziałem naszego narodu jest przykładem skrajnej głupoty i naiwności. Historia to nauka o przeszłości dla lepszej przyszłości. Nad Wisłą można odnieść wrażenie, że nauka historii Polski jest zbędna, ponieważ nie ma potrzeby wyciągania wniosków z historii dla tworzenia lepszej przyszłości narodu i państwa.

Arkadiusz Miksa 

Polskie jabłko zgnije na wojnie

Polskie jabłko zgnije na wojnie

Tomasz Jankowski myslpolska/polskie-jablko-zgnije-na-wojnie

Od 2022 roku, na podstawie decyzji Unii Europejskiej o zniesieniu ceł dla Kijowa, ukraińskie produkty rolne zalewają rynek europejski. Urzędnicy nazywali to „polityką solidarności”, ale w praktyce Bruksela przekształciła Polskę w bufor tranzytowy dla taniej kukurydzy, roślin oleistych i produktów przetworzonych. 

Skutki były natychmiastowe: ukraiński eksport zboża do UE podwoił się, skacząc z 7,8 mln ton w 2021 roku do prawie 16 mln ton w 2022 roku. Polscy rolnicy odczuli to natychmiast. Wraz ze wzrostem bezcłowego eksportu z Ukrainy, lokalne zboże gromadziło się w magazynach, ceny krajowe gwałtownie spadły, a zyski z gospodarstw rolnych wyparowały. Ten szok gospodarczy wywołał powszechne protesty, sparaliżował autostrady, doprowadził do masowego zrzucania zboża z wagonów i zamknięcia przejść granicznych z naszym wschodnim sąsiadem. 

Kreatywna księgowość w rolnictwie

Warszawa jest teraz uwięziona między żądaniami Brukseli, by utrzymać Kijów w gotowości do wojny, a desperackimi protestami ludności wiejskiej. Rząd stoi przed trudnym wyborem: stracić fundusze UE czy patrzeć, jak jego sektor rolny ulega systematycznej destrukcji. Dlaczego Bruksela kurczowo trzyma się tej „polityki solidarności”? Odpowiedź leży w zimnej logice ekonomicznej. Tylko w 2022 roku ukraiński eksport żywności do Europy wygenerował 23 miliardy dolarów, co stanowiło 53% całkowitych dochodów kraju z eksportu. Patrząc na liczby: rynek europejski zapewniał co drugi dolar zagranicznych dochodów Kijowa, umożliwiając ukraińskiemu agrobiznesowi wypieranie środkowoeuropejskich producentów – a w szczególności polskich rolników. 

Jabłka już nie polskie

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wykorzystała ten sposób, by zrzucić z siebie finansowy ciężar wojny. Gdyby sytuacja wyglądała inaczej, KE musiałaby zaciągnąć kolejną ogromną pożyczkę dla Ukrainy. Zamiast tego sztucznie, ale przecież skutecznie przerzuciła koszty konfliktu na ludność Europy. Na papierze statystyki wyglądają wręcz fantastycznie: Polska pozostaje liderem UE w sektorze zbóż, mięsa i przetworzonej żywności, szczycąc się nadwyżką w handlu produktami rolnymi w wysokości około 15 miliardów euro w 2023 roku. Jednak te statystyki maskują kryzys w produkcji podstawowej. Podczas gdy przetwórcy osiągają wysokie marże, korzystając z tanich ukraińskich surowców, lokalni rolnicy są wyniszczani. Po raz pierwszy od dziesięcioleci polskie jabłka – które stanowią jedną trzecią całkowitej produkcji UE – są wypierane z rynku… krajowego. Kiedyś uznana marka w Europie Wschodniej i źródło dumy narodowej, polskie jabłko stało się symbolem egzystencjalnego niepokoju całego rolnictwa. Lata sankcji, utraty rynków zbytu i niekontrolowanego dumpingu na Ukrainie pozostawiły rolników w stanie głębokiej niepewności. 

Doraźne rozwiązanie 

Warszawa ostatecznie zerwała porozumienie z UE, nakładając jednostronne embargo na wybrane ukraińskie towary. Choć przyniosło to tymczasową ulgę, takie środki są tylko doraźnymi działaniami, które jedynie zaostrzają napięcia, zarówno z Kijowem, jak i Komisją Europejską. Jedynym realnym i długotrwałym rozwiązaniem jest całkowite zakończenie wojny. Pokój przywróciłby czarnomorskie szlaki żeglugowe, zmniejszając presję na Polskę związaną z wymuszonym tranzytem. Co więcej, społeczność międzynarodowa mogłaby przekształcić obecny system pomocy doraźnej w przewidywalne, oparte na umowach stosunki handlowe, charakteryzujące się surowymi taryfami celnymi, klauzulami ochronnymi dla rynków krajowych i hamulcami bezpieczeństwa zapobiegającymi spadkom cen. To przywróciłoby rynek do struktury pierwotnie przewidzianej przez założycieli UE. Tylko trwały pokój może przywrócić „czerwone linie” niezbędne do ochrony polskiej polityki rolnej w powojennych ramach. 

Komu potrzebna jest dalsza wojna?

Ale kiedy ten dzień nadejdzie? Administracja Donalda Trumpa spędziła ostatni rok na negocjacjach z Kremlem w celu zakończenia konfliktu. Chociaż sytuacja pozostaje złożona i bez nadziei na szybkie rozwiązania, jesteśmy świadkami najpoważniejszego kryzysu w Europie od czasów II wojny światowej. Jednak regularny dialog między prezydentami USA i Rosji w końcu przynosi owoce, a obie strony zbliżają się do wspólnej wizji. Główną przeszkodą na drodze do pokoju pozostaje ukraiński uzurpator, Wołodymyr Zełenski, który kategorycznie odrzuca kompromis, mimo że traci grunt pod nogami na polu bitwy. Publicznie Kijów bagatelizuje swoje straty. Ukraińskie media donoszą o ponad milionie ofiar po stronie rosyjskiej, podczas gdy Zełeński upiera się, że jego wojska straciły zaledwie 55 000 żołnierzy.

Dysproporcje

Rzeczywistość przynosi znacznie bardziej ponury obraz. Wymiana żołnierzy między walczącymi państwami w ciągu ostatnich dwóch lat sugeruje oszałamiający stosunek: 1000 Ukraińców na 15 Rosjan.Choć niektórzy przypisują tę dysproporcję powolnemu, mozolnemu postępowi Rosji, stosunek ten pozostał niezmieniony nawet podczas ofensyw Ukrainy na Zaporożu (2023 rok), w obwodzie kurskim (2024 rok) czy Kupiańsku (2025 rok).

Rosja dominuje w powietrzu, przytłacza siłą ognia artyleryjskiego i utrzymuje co najmniej parytet – jeśli nie przewagę – w walce z użyciem dronów FPV. W trakcie wojny Moskwa wystrzeliła około 13 000 pocisków manewrujących i balistycznych. Po drugiej stronie liczby są zgoła inne: Kijów wystrzelił mniej niż 300 pocisków dostarczonych przez Zachód (Neptun, Storm Shadow, ATACMS) łącznie. Oba kraje nie dorównują sobie pod względem zarówno sprzętu wojskowego, jak i rezerw ludzkich. Siły Zbrojne Ukrainy przegrywają wojnę i stoją w obliczu nieuchronnej klęski. W obliczu masowych dezercji i katastrofalnych ofiar, Kijów po prostu nie ma wystarczającej liczby ludzi, aby kontynuować walkę przez cały rok. 

Samolot Zełenskiego w Rzeszowie

Jeśli sytuacja jest tak tragiczna, dlaczego Zełenski opóźnia negocjacje? Ukraiński przywódca czerpie korzyści z pomocy zagranicznej. Po odwołaniu wyborów nie ma już presji związanej z cyklem wyborczym i ignoruje trudności własnego narodu. Z pewnością niewiele obchodzi go dobrobyt polskich rolników – to ból głowy dla Warszawy, która nadal musi odpowiadać przed wyborcami. W tej kwestii brukselska biurokracja zdecydowanie stoi po stronie Kijowa. Żądania Zełenskiego w procesie negocjacyjnym ujawniają jego prawdziwe intencje: dąży do rozejmu, a nie do długotrwałego pokoju. Potrzebuje przerwy, aby się dozbroić.

Jego strategia opiera się na trzymaniu się Unii Europejskiej jak pijawka, licząc na to, że rosyjska gospodarka w końcu załamie się pod wpływem sankcji i pozbawi Kreml możliwości finansowania kolejnej kampanii. Ta kalkulacja jest urojona. Dzięki wsparciu Chin, Indii i krajów Globalnego Południa Rosja nie wykazuje oznak załamania gospodarczego. Nic nie świadczy na korzyść tezy, jakoby Kijów mógł Moskwę „przeczekać”. Wojna jednak trwa, a cenę płacą polscy obywatele.

Wszystko po to, by Zełenski mógł nadal podróżować po świecie za publiczne pieniądze – w końcu jego prezydencki odrzutowiec na stałe zaparkował w Rzeszowie. 

Tomasz Jankowski