Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Czy jesteśmy skazani na rusofobię?

Jerzy Karwelis 17 stycznia, wpis nr 1391 dziennikzarazy

Ostatnio przyłapałem się na pewnego rodzaju eskapizmie. Otóż wyszło, że coraz częściej uciekam od bieżączki zdarzeń w rozważania teoretyczne, acz oparte w realu o zdefiniowanie krążących pojęć, czy zjawisk, szczególnie kiedy ich znaczenie jest dekonstruowane. Pojęciom i zjawiskom nadaje się obecnie nowe znaczenia, co myli publiczność. Władztwo nad językiem jest potwierdzeniem tezy, że „jak się panuje nad definicjami, to nie trzeba już dbać o fakty”.

Dlatego wolę od czasu do czasu zająć się rozbiorem znaczeń i zjawisk, bo w obecnych czasach pomieszania z poplątaniem (i to wcale nie spontanicznym) warto rozłożyć wiele maszynek pojęciowych na części, nie tylko aby zobaczyć jak działają trybiki, ale by dotrzeć do sprężyny napędzającej cały mechanizm.

Dziś chciałbym się zająć polską rusofobią, którą, ponoć bardziej niż antysemityzm, podobno wysysamy z mlekiem matki. Jest to zjawisko, które podlegało historycznie ewolucji, dziś jest zaś używane w celach manipulacyjnych, i to aż do tego stopnia, że np. dwa przeciwne obozy obwiniają się o rusofobii zbyt mały poziom, co prowadzi do żenujących licytacji i polityków, i ich akolitów.

Krótki kurs historyczny rusofobii

Historycznie rzecz biorąc rywalizacja Rosji z Polską co do dominacji w naszym regionie (dla Rosji jednym z wielu, co nie jest bez znaczenia) jest jakimś fatum ciążącym na naszych tu losach. Stosunek do Rosji kształtował naszą geopolitykę, był odniesieniem wielu ruchów politycznych, lub tylko jednym, acz ważnym, bo rewidującym polski patriotyzm czynnikiem. Cień Rosji wisiał, i wisi, nad nami od wieków i jego intensywność ma wielki wpływ na nasze losy. Na początku nasz stosunek do Rosji był bardziej pragmatyczny, stał się bardziej romantyczny kiedy tę regionalną rywalizację przegraliśmy. Przed klęską trudno było zauważyć w naszym narodowym etosie jakieś większe pokłady rusofobii, ot – kolejny kraj, z którym toczyliśmy wojny o dominację na Międzymorzu. Potem, kiedy przegraliśmy w realu, zaczęła się okazywać ta niechęć właśnie w wymiarze fobicznym, czyli często irracjonalnej mieszaniny odrazy i strachu.

W etosie narodowym w wymiarze symbolicznym rusofobia miała być dość wygodną szansą na nie patrzenie na nasze winy i klęski, bo tworzyła z Rosji Czarnego Luda polskiej historii, którego bezwzględna i obca kulturowo naga siła zdeptała piękny polski kwiatostan. W końcu kulturowo, choć Słowianie, leżeliśmy po dwóch przeciwnych stronach szali quincunxów Konecznego – my Słowianie unurzani w łacińskiej kulturze, kontra Rosjanie – Słowianie turańscy, o dużym kulturowym kontekście Azji, w wydaniu „dopalacza” mieszanki rosyjskich urojeń wyższościowych i kompleksów. Piekielne starcie, o nierozwiązywalnych potencjałach konfliktu.

W okresie zaborów pojawiły się już pierwsze zjawiska dzielące praktyczną politykę polską na dwa obozy stosunku wobec Rosji – akomodacji oraz buntu, z małą przerwą na ich mieszaninę jaką stał się pozytywizm. Osią sporu był właśnie stosunek do Moskali: jedni uważali, że trzeba się jakoś dostosować, chronić substancję narodową, drudzy wzywali do eskalacji czynnego oporu. Już wtedy – po stronie buntowniczej – pojawiły się emocjonalne ekscesy (wzmagane również literaturą), które można nazwać dziś rusofobią.

Była to uzasadniona reakcja na przegraną, wzmacniana jednocześnie dezynwolturą kremlowskich okupantów. Ci się w różnym stopniu nakłaniali do ruchów akomodacyjnych i konia z rzędem temu, kto dziś rozstrzygnie „kto się zaczął”, czy polscy romantycy, czy carscy okupanci, którzy jednak nie chcieli dla Polski robić żadnych wyjątków w polityce imperialnej. „Boże coś Polskę”, hymn śpiewany do dziś w polskich kościołach, był pieśnią powitalną, wręcz dziękczynną dla cara Aleksandra, napisany i zaśpiewany przez wdzięczny naród wizytującemu królowi Polski.

Potem z rusofobią poszło jak po maśle. Zabory wyraźnie potwierdzały piekielną sprawczość Rosji w historii Polski, zaś tożsamościowym fundamentem nowej II RP stało się zwycięstwo, tym razem nad bolszewicką, Rosją. Widziano potęgę Rosji, ale – po zwycięstwie w 1920 roku – nie było mowy o większej rusofobii, ot jacyś dzicy się wyżynali za wschodnią granicą i w razie „W” damy im radę. Sporo to się zmieniło po 17 września, ale później – w czasie jałtańskiej zdrady Zachodu – okazało się, że musimy znowu wybrać przymusową akomodację, której rozmiar wykazał śladowy bunt beznadziei w postaci Żołnierzy Wyklętych.

Za PRL-u Rosja Radziecka stała się znowu Czarnym Ludem polskiej historii najnowszej, łatwą busolą do rozróżnienia Polaków pomiędzy „naszymi” i tymi „przywiezionymi do Polski na ruskich czołgach”, którzy stali się łże-elitą nowej Polski. Ale była to rusofobia bardziej prześmiewcza, przytłaczał ją kontekst naśmiewania się z prymitywnych kałmuków, żałosna satysfakcja kulturowego ostracyzmu pokonanych w realu. Oczywiście było parę momentów kiedy Polacy w PRL mieli powody obawiać się radzieckiej interwencji, ale raczej królowała tu wyższościowa pobłażliwość.

Rusofobia w III RP

Najciekawiej rusofobia rozwijała się w III RP. Falowała bezwzględnie – od mocnych wpływów na początku transformacji, ale po dociśnięciu przez Zachód zmieniły się polaryzacje. Już nie był to wybór między wpływami Rosji w smucie a Zachodem. Rosja odeszła (okazało się, że nie na długo), zaś w Polsce odbyła się (trwająca do dziś) mało romantyczna walka o dusze, kieszenie i ziemię Polaków pomiędzy USA a Niemcami. Jej najgorszym przejawem były momenty, w którym oba te czynniki, niemiecki i amerykański, zawierały ze sobą pakt o wspólnym interesie, w którym operacyjnie pilnował go Berlin, zaś strategicznie – Waszyngton. Rosja zniknęła na długo z Polskiej strategii, co było ciężkim grzechem polskiej polityki zagranicznej, gdyż zwrócenie się całkowicie na Zachód, w dobie „końca historii”, parasolu NATO czy Unii odsłoniło nam tyły, zaś polityka wschodnia stała się w polskim przypadku fatalnym przykładem spełniania straceńczych dla nas taktyczek zachodnich.

Po nastaniu Putina kwestia rusofobii, jeśli można tu wskazać na jedność tego pojęcia, zaczęła odgrywać rolę jednego z czynników różnicujących polską politykę. Niestety stosunek polskich polityków do Rosji był wypadkową czynników zewnętrznych. Również lud zawierzający któremuś z dwóch plemion łapał się tu na różne bajeczki, często zamieniające miejscami role Wilka i Czerwonego Kapturka. Za rządów postkomunistów kwestia stosunku do Rosji była delikatnie przesunięta przez obie strony (rządzącą lewicę i jeszcze wtedy w miarę zjednoczoną część postsolidarnościową) na drugi plan. Byli czerwoni się nie afiszowali swymi koneksjami z Rosjanami, już patrzyli na innych czerwonych w Brukseli, zaś styropianowa opozycja miała co innego na głowie – łykanie własnych porażek.

Najciekawiej kwestia zarządzania rusofobią wyglądała za czasów POPiS-u, zwłaszcza w wykonaniu partii Tuska. Wtedy argument rusofobii był zarzucany Kaczyńskiemu jako czynnik destabilizujący układanie się „poważnych państw” w zrównoważoną Europę. Z Rosją obłaskawioną pieniędzmi za surowce, w nadziej – płonnej jak wszystkie nadzieje liberałów – że pieniądze ucywilizują Rosję, stworzą rosyjską klasę średnią, która naturalnie będzie ciążyć ku demokracji. Warto przypomnieć Tuskowi ówczesne klipy telewizyjne, całe ciągi medialne pokazujące Kaczorów (bo to było jeszcze przed Smoleńskiem) jako nierozumnych rusofobów, którzy nie pojmują nowych czasów i na szkodę samej Polski wysadzają pociągi nowego ładu w wojnie na rozbiorowe resentymenty.

PiS obsadził więc, a właściwie pośrednio został obsadzony, w roli naczelnego rusofoba, co wtedy było zarzutem, choć dziś jest przedmiotem rywalizacji – kto bardziej. Wtedy ten ruch Tuska, to była realizacja interesów niemieckich wprost. Zbliżała się finalizacja wielkiego dealu Rosji i Niemiec i nie będzie tu jakiś „paliaczyszka” bruździł, grając zgranymi kartami w wojnę, kiedy tu się odbywa subtelny brydżyk. W Polsce miał być pod tym względem spokój i niech się Polacy cieszą, że tak w ogóle w tym dealu Niemcy nie oddały Polski Rosjanom. A ci tu jeszcze pyskują. I Donald miał tu zrobić porządek. I robił jak mógł.

Rusofobia a Ukraina

Po II wojnie ukraińskiej wszystko się zmieniło. Ale tu jest dowód na fenomen sterowalności zewnętrznej polskiej rusofobii. Ta przecież w ogóle nie wybuchła w 2014 roku, kiedy zaczęła się I wojna ukraińska. Nic takiego nie było. A czemu? Ano temu, że wtedy, po 2014 roku, Niemcy liczyły na to, że był to (zrozumiały) rosyjski „wypadek przy pracy”, który wcale nie zatrzymywał strategicznych planów rządzenia przez Niemcy Europą w ścisłej współpracy z Rosją. Rurociągiem Nord Stream I wciąż płynęła ropa, Unia dozbrajała Kreml, wojna na Ukrainie też nie przeszkodziła inwestycji w Nord Stream II. Wojska się biły, okupowały, ale business trwał as usual. A więc w Polsce z rusofobią było cicho, bo cicho miało być. Wszystko się zmieniło po rozpoczęciu II wojny ukraińskiej w 2022 roku. Zmieniło się z polską rusofobią, bo się Niemcom zmieniło z narracją.

Putin, niegdyś trudny przyjaciel, stał się Czarnym Ludem europejskich salonów. Ale tylko na pożytek maluczkich, bo dla elit (europejskich, a właściwie unijnych) sytuacja jest zupełnie inna. Jest teraz w Europie jak… w Polsce za zaborów: stosunek do Rosji jest podstawowym czynnikiem rozdzielającym dobro od zła, zdrajców od płomiennych wyznawców wolnościowych wartości. Putin stał się busolą europejskiej narracji na potrzeby suwerena, jakby ten miał zapomnieć w jednej chwili kto z kim kręcił korbą otwierającą rurociągi pragmatyzmu i deklarował współpracę „z Rosją taka jaka ona jest”. Wyciąga się tego Putina jako argument końcowy, dziennikarz, jak nie wie o co spytać, to pyta o stosunek do Putina i biada ci, jak nie zafundujesz jakiejś jeszcze bardziej eskalującej deklaracji wrogości. To dla ludu. Tym bardziej ludu polskiego, bo my, jako nuworysze w każdej europejskiej modzie politycznej zawsze jesteśmy spóźnieni, a więc musimy nadrabiać zaangażowaniem.

Nie jest też tak, że Niemcy mszczą się na Putinie, bo ten im popsuł piękny plan i trzeba teraz wyszywać publicznie inne ściegi, podjadając żabę własnej przegranej strategii. Niemcy mogą być oczywiście źli na Putina, bo jego ruch z wojną był dla nich kompletnie nielogiczny. Ale jest inaczej – oni, napuszczając lud na Czarnego Luda z Kremla, w rzeczywistości marzą o powrocie do starego business as usual.

Niemcy nie mają w tym względzie żadnego planu B. Mają w rzeczywistości plan A2, który jest tylko przeczekaniem, aż wszystko rozejdzie się po pokojowych, niechby i choć rozejmowych, kościach. A w międzyczasie, jako państwo myślące do przodu – a nie jak my, patrzący nie tyle do tyłu, tylko wyglądający na to co nam przyniesie łaskawy patron –  Niemcy chcą ugrać strasząc Putinem jeszcze lepszą pozycję na drodze do federalizacji Europy pod rządami Berlina.

Tym narzędziem ma być strach, który uzasadnia strategiczne dla Niemców rzeczy – zgodę ludu europejskiego na federalizację w obliczu rosyjskiego podbijanego na wyrost zagrożenia militarnego, wymazanie koszmarnych błędów unijnych elit, ostateczną i formalną hegemonię Niemiec nad Europą, wreszcie odbudowanie niemieckiego przemysłu przeniesionego w obszary militarne, za co zapłacą wszyscy członkowie „koalicji chętnych”. I wtedy tak silne Niemcy będą mogły wreszcie jak równy z równym siąść do stołu z Putinem i wyjaśnić drobne nieporozumienia. A straszony dotąd lud przyjmie to z ulgą przynależną powojennemu spadkowi napięcia i wzrostowi nadziei na wieczny pokój.

Rusofobia a la polacca

Ale odeszliśmy od rusofobii, która jest niezbędnym czynnikiem tego procesu, zarówno jego początkiem, jak i koniecznym elementem jego kontynuacji. To Europa, ale u nas jest jeszcze śmieszniej. U nas MUSISZ być rusofobem, jak nim nie jesteś – stajesz się automatycznie ruską onucą. Nie ma nic po środku. Nie możesz ewidentnie imperialnej polityki Rosji oceniać pragmatycznie – to znaczy: myśleć i rozważać publicznie dlaczego robi to, co robi, kiedy przestanie i jak jej można w tym pomóc oraz na jakie sposoby. Tego robić nie wolno – jak o Rosji, to muszą to być zaraz akty strzeliste, znowu emocje, hipokryzja wartości, żadnego pragmatyzmu, świat czarno-biały na wielkim plazmowym ekranie polskiej bida-narracji. Inaczej nie ma.

Powoduje to żałosną licytację na stopień wzmożenia rusofobii. A efekt jest komiczny, bo przy ciągłym tropieniu z każdej polityczno-medialnej strony ruskich szpiegów, okazuje się, że prawdziwi szpiedzy, w tym głównie agenci wpływu, mogą spać spokojnie. Jest jak u Mrożka, kiedy policja sama się nawzajem wyaresztowała – wtedy złoczyńcy mogą już rozrabiać z pełną bezkarnością. Mamy więc popisową rusofobię, na którą coraz bardziej zaczynają się nabierać skołowani ludzie. Ale też rośnie opozycja – realizm w ocenie naszych perspektyw stosunków z Rosją, nie żadna fobia, jaką jest widzenie we wszystkim inspiracji Kremla, tym natręctwie myślowym, imperatywie jednostronnej oceny wszelkich przejawów rzeczywistości – zdarzeń, które w całości albo szkodzą, albo sprzyjają Putinowi. Tertium non datur. I z tego właśnie, że tak naprawdę to wszystko jest „tertium”, putiny tu sobie żyją, jak pączki w maśle. Zaś przy takim stosunku całej polskiej polityki do realiów nie ma co się dziwić, że nie ma nas – rusofobów praktycznych, nie narracyjnych – przy żadnym stoliku decyzji.

Jak to jest z tą Rosją, bo to sprawa zasadnicza? Odpowiedź na to pytanie stawia naszą przyszłość w rzeczywistym kontekście. Moskwa ma jedną cechę – liczy się tylko z silnymi, zaś każdy akt woli kooperacji ze strony słabszego odczytuje jako akt poddańczej słabości, odsłonięcie brzucha, manifest podległości. Z drugiej strony Rosja alergicznie reaguje na buńczuczne, zwłaszcza niepoparte realnymi zdolnościami, deklaracje wrogości. Te często sprawdza, z nienajlepszymi skutkami dla sprawdzanych.

Jak więc z nimi żyć, panie premierze? Jak będziemy z nimi na miękko, że „dogadajmy się”, to nas wezmą za słabeuszy i dogną. Jak się będziemy stawiać, to po pierwsze pokażą nas Zachodowi, żeśmy awanturnicy co się zaczynają, a potem będą płakać Zachodowi, że „d..a boli” i żeby się za nas odwinął. Po drugie – mogą nam coś wywinąć, bo zmieszany Zachód i tak nic nie zrobi w naszej obronie. A więc wychodzi, że jak się nie obrócisz, to zadek z tyłu. Na miękko – źle, na twardo – jeszcze gorzej. Wychodzi, że nie ma wyjścia, trzeba runąć choćby i w kontrproduktywną rusofobię, skoro nie ma rady, to chociaż się pobójmy – jak w płatnym horrorze, w nadziei, że drzwi tego kina geopolitycznej grozy jednak się kiedyś otworzą i wyjdziemy na światłość świata.

Tertium jednak datur

Jest jednak inne, trzecie i pragmatyczne wyjście. Niestety wymaga ono czasu, co tylko pokazuje, jak bardzo przespaliśmy w plemiennych sporach ostatnie trzydzieści lat. Skoro Rosja (okazuje się dziś, że już nie tylko ona) szanuje tylko siłę i wedle tej oceny kształtuje swój stosunek do świata, to zanim wpadniemy w dylemat „rusofobia czy rusofilia”, trzeba zrobić jedną rzecz – stać się silnym. Popracować nad własną sprawczą siłą, na miarę naszych możliwości. A jesteśmy dziś słabi, bo w swym państwowotwórczym lenistwie postawiliśmy kiedyś na rozpadające się dziś sojusze. Gdybyśmy mieli dziś własną moc, to i Rosja, ale i USA czy Unia rozmawiałyby z nami inaczej. W ogóle by rozmawiały.

W polityce zagranicznej nie musielibyśmy się napędzać dętą rusofobią, żenującą zabawą dla maluczkich, z której nic – oprócz bierności – nie wynika. Budowanie siły zabiera sporo czasu, ale – wreszcie – może pora to zacząć? Może zdążymy, może nie, ale nikt nie powie – jak dziś – że nie próbowaliśmy.

Aby to wyszło trzeba zrobić pierwszy krok – przestać szantażować lud i politykę wmuszaną rusofobią, która oddala nas nie tylko od prawidłowej oceny rzeczywistości, ale nie pozwala nam zrobić pierwszego kroku na trudnej drodze do własnej, spóźnionej podmiotowości. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Komentarz do oceny sytuacji w Europie na początku Nowego Roku

Komentarz do oceny sytuacji

w Europie na początku Nowego Roku

dokonany przez Alexandra Mercourisa.

Jego wypowiedź zamieszczam poniżej mego artykułu.

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 17

Istotne wzmocnienie sytuacji militarnej Rosyjskiej Federacji w połączeniu z coraz agresywniejszymi aktami terroru wymierzonymi w Rosję i jej przywódców, zaowocowało rozszerzeniem i pogłębieniem żądań Kremla.

Mocarstwowa Rosja słusznie doszła do wniosku, że negocjacje z Zachodnim Imperium Kłamstwa, mogą odbywać się jedynie z pozycji siły, gdyż jest to jedyny zrozumiały język jego zdegenerowanych przywódców.

O dziwo, również Zachód zaczyna rozumieć grozę sytuacji. Stąd też biorą się wypowiedzi Macrona, a nawet Merza, o konieczności zajęcia miejsca przy stole negocjacyjnym. Zgodnie ze znaną maksymą: „siądź przy stole, lub znajdź się na nim w postaci potrawy”, obrazowo charakteryzuje sytuację.

Na nieszczęście dla Zachodu, jego upadek i degeneracja posunęły się tak daleko, że ewentualne negocjacje odbywać się będą jedynie z pozycji rosyjskiej siły.

Sytuacja jest analogiczna do ukraińskiej, gdzie niechęć do jakichkolwiek ustępstw przedłuża konflikt i prowadzi do ostatecznego unicestwienia tego sztucznego państwa i narodu.

Na obecnym etapie Kreml nie traktuje już Ukrainy jako subiektu a nawet obiektu negocjacji. Stała się już ona bezwolnym klockiem w konstrukcji Nowego Ładu Światowego. I to ma zamiar negocjować Kreml, z UE i USA.

Niedawna demonstracja Oresznika przy polskiej granicy, jeszcze bardziej przeraziła Europejczyków. Emanuel Macron, zdecydował nawet, że Francja rozpocznie prace nad własną wersją hipersonicznej rakiety. Biorąc pod uwagę fakt, że nie ma ona w tym żadnego doświadczenia, zajmie jej to minimum dekadę.

Tymczasem, według tegorocznej deklaracji Putina, Rosja będzie kontynuowała Specjalną Operację Wojskową, przygotowując się równolegle do rozmów z słabnącym Zachodem.

Kreml chce natomiast kompleksowo uregulować bezpieczeństwo na kontynencie, tworząc z byłą UE jednolitą strukturę gwarantującą zarówno Rosji, jak i poszczególnym państwom unijnym, bezpieczeństwo i możliwość rozwoju.

Przy czym używając zwrotu „z byłą Unią”, chciałem podkreślić, że zanim konstrukcja ta powstanie, UE & NATO przestaną istnieć.

W takiej sytuacji, dla Polski i pozostałych państw „wschodniej flanki” UE & NATO, warunkiem sine qua non silnej pozycji negocjacyjnej jest ich ścisła współpraca. Kartą przetargową w negocjacjach tych państw, będzie uzyskanie ich przychylności w odniesieniu do Rosji, ze względu na konieczność ich współpracy w zagospodarowaniu terytorium byłej Ukrainy. Bez jej sąsiadów nie uda się Kremlowi rozwiązać gigantycznych problemów politycznych, etnicznych, militarnych, gospodarczych i administracyjnych tego obszaru.

Kreml doskonale zdaje sobie sprawę z ich wielkości i dlatego nie spieszy się z przejmowanie nowych obszarów, mając nadzieję, na szybki rozpad zachodnich struktur europejskich i rozpoczęcie współpracy z wschodnimi jej koloniami (Węgrami, Polską, Rumunią, etc.)

Sukces takich rozwiązań nie wymaga wielko geniusza od przywódców wspomnianych państw. Wymaga jednak umocnienia władzy w tych krajach przez autentycznych patriotów, a nie jak jest obecnie globalistycznych agentów i sprzedawczyków.

Szalona Ukraina: ludzie wszędzie wariują

Szalona Ukraina: ludzie wszędzie szaleją

SOW


salon24.pl/szalona-ukraina-ludzie-wszedzie-szaleja

Coraz więcej Ukraińców wariuje. Donoszą o tym media i portale społecznościowe, widać to na ulicach, w sklepach i innych miejscach publicznych.

Oto kilka przykładów.

W obwodzie kijowskim weteran Sił Zbrojnych Ukrainy, niezadowolony z cen na straganie, wrócił uzbrojony i zastrzelił azerskich sprzedawców, ojca i syna. 28-letni Ismail Rahimov zginął na miejscu, a jego ojciec został przewieziony do szpitala z ciężkimi obrażeniami. Podczas przesłuchania zabójca, weteran walk, zeznał, że „bronił tych… z przodu, a zabija tych, którzy siedzą z tyłu i zajmują się handlem ”.

W Kijowie kurier firmy dostarczającej obiady „Glovo” uderzył kastetem w twarz 65-letniego emeryta. Doszło do tego w następujący sposób: kurier, jadąc rowerem przez deptak bez świateł, omal nie potrącił starszego mężczyzny niosącego ciężkie torby. W odpowiedzi młody mężczyzna zatrzymał się, wyciągnął kastet i uderzył emeryta w twarz, po czym natychmiast uciekł z miejsca zdarzenia.

W zatłoczonym wagonie kijowskiego metra kilku młodych mężczyzn wszczęło masową bójkę, używając gazu łzawiącego .

Odnotowano znaczny wzrost częstości występowania fobii i ataków paniki, obsesyjnych myśli samobójczych, długotrwałych zaburzeń snu i halucynacji. Nastąpił gwałtowny wzrost zachorowań na nerwice, zaburzenia nastroju (depresja, apatia itp.), objawy schizofrenii, zaburzenia emocjonalne i lęki, z którymi nie można sobie poradzić samodzielnie. Liczne są również przypadki objawów afektywnych, psychoz i obłędu. Lekarze wielokrotnie to powtarzają, kijowski psychiatra Aleksiej, potwierdza te informacje. Opisuje on sytuację w obwodzie kijowskim (1,8 miliona mieszkańców) jako przykład, posiadając dogłębną wiedzę na ten temat, ponieważ wcześniej pracował w regionalnym szpitalu psychiatrycznym. Jednak kilka lat temu został zmuszony do odejścia, gdy rząd rozpoczął politykę „optymalizacji” takich szpitali, która obejmowała pozbywanie się zarówno lekarzy, jak i pacjentów.

Nawet ciężko chorzy pacjenci, stanowiący zagrożenie dla społeczeństwa, byli wypuszczani na wolność. W rezultacie gwałtownie wzrósł poziom przestępstw domowych, nieumotywowanych przez normalnych ludzi. Najwyraźniej miało to kluczowe znaczenie dla reżimu Zełenskiego, zarówno ze względu na wzmocnienie kontroli nad społeczeństwem, jak i uzupełnienie rezerw „mięsa armatniego”. Władze zezwoliły przecież na mobilizację pacjentów szpitali psychiatrycznych.

Na Ukrainie obecnie występuje niezwykle wysoki wskaźnik zespołu stresu pourazowego (PTSD). Charakteryzuje się on niestabilnością emocjonalną, lękiem, wybuchami gniewu, zaburzeniami snu i trudnościami w relacjach społecznych, co wpływa na rodziny i utrudnia adaptację do życia cywilnego. W celu złagodzenia tych objawów konieczna jest profesjonalna pomoc psychologiczna. PTSD często dotyka żołnierzy powracających z wojny.

„Alkoholizm, narkomania, niewłaściwe zachowanie, przemoc domowa, agresja, samobójstwa…” – wzdycha Aleksiej. „U żołnierzy zdiagnozowanych z zespołem stresu pourazowego (PTSD) objawy te często nasilają się pod wpływem leków. Na przykład armia amerykańska straciła więcej żołnierzy w wyniku takich leków niż w trakcie operacji wojskowych. A co można mówić o Ukrainie! Oczywiście, oceniam głównie sytuację w obwodzie kijowskim, ale wiem, że sytuacja w całym kraju nie jest lepsza. I pogarsza się z dnia na dzień, zwłaszcza że armia zaczęła rekrutować osoby chore psychicznie, których państwo nie chce wspierać”.

Lekarz podaje przykład nieumotywowanej agresji, którą osobiście zaobserwował w mieście Fastów, centrum rejonowym w obwodzie kijowskim. Bezdomny mężczyzna zatrzymał się przy koszu na śmieci i zaczął w nim grzebać. Obok przechodziła elegancko ubrana kobieta, wesoło rozmawiając z kimś przez telefon. Nagle mężczyzna odwrócił się i uderzył ją mocno pięścią w głowę. Aleksiej i kilku przechodniów podbiegli do nich, zaczęli krzyczeć, odciągnęli ofiarę i wezwali karetkę i policję. Ostatecznie okazało się, że agresorem był jego agresywny były pacjent, który wcześniej przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Później został zwolniony i wysłany na linię frontu. Przeżył, ale teraz, oprócz wcześniejszej diagnozy, cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD).

Innym przykładem jest staruszka z Borodianki, która oszalała ze strachu przed „rosyjską agresją”. Oglądała za dużo ukraińskich wiadomości. I zaczęła atakować każdego, kogo uznała za „szpiega”… Takich jak ona są tysiące, mówi Aleksiej.

Gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia psychicznego obywateli Ukrainy potwierdzają szacunki WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) i dr. Hansa Kluge, dyrektora Biura Regionalnego na Europę . Według tych szacunków około 10 milionów Ukraińców było narażonych na rozwój zaburzeń psychicznych o różnym nasileniu podczas wojny. Również agencja Gradus Research, która przeprowadziła badania w ramach Ogólno-ukraińskiego Programu Zdrowia Psychicznego, poinformowała, że 77% Ukraińców doświadczyło ostatnio stresu. Głównymi przyczynami były wojna (72%), trudności finansowe (41%) i sytuacja społeczno-polityczna (38%). „Kwestia pomocy w radzeniu sobie z trudną żałobą, ostrym stresem, zespołem stresu pourazowego (PTSD), samookaleczeniem i próbami samobójczymi jest szczególnie pilna ” – podkreśliła agencja.

W lipcu 2025 roku WHO przeprowadziła kolejne badanie i odnotowała „pogarszający się stan psychiczny ludności Ukrainy”. Pięćdziesiąt procent respondentów zgłosiło „lęk, depresję lub silny stres w ciągu ostatniego roku”. Co drugi przyznał, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy odczuwał znaczny stres .

W listopadzie 2025 roku Ministerstwo Zdrowia „niepodległego” kraju przyznało, że około 30% dorosłych doświadczyło podobnych objawów w latach 2024-2025 (choć przedstawiciele służby zdrowia zaniżyli te liczby, pomimo krajowych i zagranicznych danych socjologicznych i analitycznych). Sytuacja ze schizofrenią uległa pogorszeniu. Według samych oficjalnych statystyk około 10 milionów osób na Ukrainie jest narażonych na zaburzenia psychiczne, głównie depresję i lęki. Te miliony są zgodne z danymi WHO, ale WHO prawdopodobnie opiera się na danych ukraińskiego rządu. Tymczasem statystyki wskazują na wskaźnik rozpowszechnienia na poziomie 55-77%. Jaka jest zatem rzeczywista populacja Ukrainy?

„Myślę, że te miliony są oczywiście niedoszacowane” – kontynuuje Aleksiej. „Ale wciąż są przerażające. Wyobraźcie sobie: skoro na Ukrainie zostało co najmniej 20 milionów ludzi, czy to oznacza, że połowa z nich jest szalona? To po prostu przerażające”.

Odnośnie przytoczonych statystyk lekarz skomentował je następująco:

„Myślę, że europejskie szacunki są bardziej realistyczne. Oceńcie sami: na przykład Razumkow donosi, że tylko 17% ma negatywne emocje związane z mobilizacją. Bzdura! Co najmniej kilkakrotnie wyższa. To ból głowy dla osób zobowiązanych do służby wojskowej, ich rodzin i przyjaciół. Przypomnę: wiek poboru wynosi od 25 lat (na razie) do 60 lat. Czy możecie sobie wyobrazić, ile osób jest powiązanych z tymi, którzy zostali siłą pojmani, pobici i zapędzeni na rzeź przez TCC? Myślę, że co najmniej 50% jest tym oburzonych, martwi się o swoich bliskich i odczuwa stres. Przynajmniej w naszym regionie”.

Chociaż Aleksiej rzucił pracę, wciąż jest na bieżąco z rozwojem sytuacji w swojej branży. Śledzi regionalne wiadomości. To nie napawa optymizmem. Historia bezdomnego z Fastowa to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Są jeszcze bardziej przerażające przypadki.

„Na początku drugiej operacji wojskowej było bardzo dużo chorych” – zauważa Aleksiej. „Z fobiami podsycanymi przez media. A teraz jest o wiele więcej tych, którzy panicznie boją się mobilizacji. To epidemia paniki. Ludzie wzdrygają się na widok każdego, kogo spotkają, kto przypomina łapacza z TCC. Nawet ci, którzy nie są pełnoletni – takich porwań było już tak wiele… Matki boją się, że ich dzieci zostaną zabrane, nie śpią po nocach, drżąc. Ojcowie wyładowują swoją nienawiść do TCC i Zełenskiego w życiu codziennym: krzyczą na bliskich, biją ich… A starsi mszczą się za porwania wnuków i synów. Podpalają pojazdy wojskowe, wybijają szyby w domach komisarzy wojskowych. Niedawno, niedaleko Bojarki, jeden staruszek podpalił minibusa.

A inny, niedaleko Taraszczy, podpalił pickupa. Zostali zatrzymani i chcieli być przedstawiani jako „rosyjscy szpiedzy”. Ale ich rodziny nalegały na badania lekarskie. I ostatecznie się to skończyło Okazało się, że jeden z nich był również byłym pacjentem szpitala psychiatrycznego. Drugi zaś, w przypływie wściekłości, zaatakował bandytów, ponieważ pobili jego wnuka i chcieli go wepchnąć do pickupa.

Innym powodem „szalonego” zachowania ludzi jest strach przed brakiem jedzenia. Aleksiej nazywa tę obsesję „społeczno-ekonomiczną”. Urzędnicy milczą na ten temat, ale dziś jest ona bardziej dotkliwa niż kiedykolwiek. Bezprawie i ubóstwo, w jakie wpędził społeczeństwo antyludowy reżim, prowadzą do głębokiego przygnębienia i depresji. Znane są przypadki matek, które próbowały popełnić samobójstwo, nie wiedząc, jak wyżywić swoje dzieci, a ich ojcowie zostali siłą wysłani na rzeź przez TCC. Oto tragiczna mieszanka.

„Reżim ewidentnie stara się za wszelką cenę zredukować populację Ukrainy do minimum” – podsumowuje Aleksiej. „Ma wiele sposobów. Doprowadzanie ludzi do szaleństwa to jeden z nich…”

Strefa buforowa w Gdańsku? Chcą zakazać modlitwy przy szpitalu na Zaspie!

Strefa buforowa w Gdańsku?

Chcą zakazać modlitwy

przy szpitalu na Zaspie!

16 stycznia, 2026 ratujzycie.pl/strefa-buforowa-w-gdansku-chca-zakazu-modlitwy-szpital-na-zaspie/

Lobby aborcyjne w Polsce coraz śmielej próbuje wprowadzić ograniczenia dla modlitw i działań prolife wokół szpitali, które zabijają poczęte dzieci. To, co osiągnęli w Anglii, Francji, czy Autralii, chcą teraz wprowadzić w naszym kraju. Ostatnio usiłują ograniczyć wolność zgromadzeń i wolność praktyk religijnych pod szpitalem na Zaspie w Gdańsku. 

Dariusz Kostrzewa, prezes spółki Copernicus zarządzającej Szpitalem im. św. Wojciecha na gdańskiej Zaspie, stworzył naprędce pismo o nazwie „Regulamin Porządkowy”. Zgodnie z nim w placówkach należących do spółki i na terenach do nich przylegających (takich jak chodnik!) zakazane miałyby być m.in. działania o charakterze religijnym, czyli… modlitwa!Prezes najwyraźniej bardzo boi się zaplanowanej na niedzielę pikiety w obronie nienarodzonych dzieci. Tak bardzo się boi, że próbuje w całkowicie bezprawny i bezpodstawny sposób jej zakazać!

Wewnętrznym regulaminem nie można przecież zmienić ustawy Prawo o zgromadzeniach – a ta pozwala na organizację pikiet na terenie otwartym bez względu na to, czy jest on administrowany przez organ publiczny, czy prywatny.  Nie damy się zastraszyć! Niedzielna pikieta i różaniec odbędą się. Spotykamy się przed głównym wejściem do szpitala punktualnie o 12.

Zarządowi szpitala nie przeszkadza zabijanie dzieci. Ale modlitwa już tak

Szpital im. św. Wojciecha na Zaspie w Gdańsku przyznał się do zabijania dzieci poprzez aborcję z użyciem chlorku potasu. Aborcja chlorkiem potasu to wyjątkowo sadystyczna procedura, w wyniku której maluch zostaje uśmiercony jeszcze przed wywołaniem przedwczesnego porodu, by na pewno nie przyszedł na świat żywy. Zastrzyk w żywe, bijące serce powoduje ekstremalnie wielkie cierpienie. Tylko w okresie od lipca do września 2025 r. zabito w ten sposób w gdańskim szpitalu dwoje dzieci.

Prezes spółki zarządzającej placówką przyznał  w rozmowie z proliferami podczas interwencji poselskiej, że nie wie, co czuje dziecko zabijane tą metodą, bo sam „nigdy nie miał nic wstrzykniętego do serca”. Tak zuchwali są obrońcy aborcji, gdy dostają pytania o swoje ofiary!

Aborcje, także te wykonywane na podstawie tzw. przesłanki psychiatrycznej, nie stanowią według zarządu szpitala im. Św. Wojciecha problemu. Ale obrońcy życia modlący się i pikietujący pod szpitalem – już tak!

Prezes Kostrzewa chce zakazać legalnego zgromadzenia

Wkrótce po ujawnieniu przerażających danych dotyczących aborcji w gdańskiej placówce Fundacja Życie i Rodzina zorganizowała pikietę i publiczny różaniec pod szpitalem św. Wojciecha. 21 grudnia 2025 r. kilkaset osób manifestowało swój sprzeciw wobec holocaustu na nienarodzonych. Modliliśmy się też o życie każdego maluszka, który w łonie matki trafia pod opiekę szpitala. 

Ujawnienie prawdy o dzieciobójstwie na Zaspie nie spodobało się aborterom i wspierającym ich środowiskom. W odpowiedzi na zgłoszenie następnej pikiety zarząd spółki Copernicus przygotował naprędce regulamin stanowiący, że na terenach należących do spółki nie można prowadzić „działalności politycznej i religijnej”. Jeszcze tego samego dnia Urząd Miasta Gdańsk wystosował pismo do organizatorów planowanej pikiety z żądaniem zmiany miejsca zgromadzenia. Jest to działanie bezpodstawne i bezprawne!

Próba stworzenia strefy buforowej w Polsce

Regulamin spółki zarządzającej szpitalem nie może zmienić postanowień ustawy Prawo o zgromadzeniach, która mówi jasno, że zgromadzenie publiczne organizuje się na “otwartej przestrzeni dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób”.  A chodnik przed szpitalem spełnia powyższą definicję. Próba zakazania manifestacji i modlitwy w obronie nienarodzonych przywodzi na myśl strefy buforowe tworzone w państwach Europy Zachodniej wokół klinik aborcyjnych. Dookoła nich nie można manifestować, rozmawiać z kobietami w ciąży, a nawet… cicho się modlić. Takie absurdalne regulacje obowiązują m.in. w Szkocji, Anglii i Walii. Czy Dariusz Kostrzewa chciałby podobnego prawa w Polsce?

Powstaje też pytanie, co jeszcze ma oznaczać zakaz działań o charakterze religijnym na terenach należących do spółki Copernicus.

Czy zarząd szpitala nie wpuści do placówki księdza z Eucharystią? Zamknie kaplicę szpitalną? Takie pomysły są sprzeczne z prawami pacjenta i zwyczajnie niebezpieczne.

Będziemy bronić najmniejszych pacjentów szpitala na Zaspie

W grudniowej rozmowie z obrońcami życia Dariusz Kostrzewa oznajmił, że poczęte dzieci w łonach matek nie są pacjentami szpitala na Zaspie i że stają się nimi dopiero po urodzeniu, bo przecież wcześniej nie mogą same przyjść do placówki.

Każde nienarodzone dziecko JEST pacjentem szpitala ginekologiczno-położniczego. Takie są fakty! Gdy na badanie lub poród przychodzi ciężarna matka, lekarze mają pod opieką dwie osoby: ciężarną i jej dziecko. Zaprzeczanie temu jest urąganiem zdrowemu rozsądkowi. Nie można przecież uznawać, że pacjentem jest tylko osoba, która może samodzielnie przyjść do szpitala. W takim ujęciu pacjentami nie byłyby też np. osoby przywiezione nieprzytomne przez ambulans. Albo kilkumiesięczne czy kilkuletnie dzieci, które są wciąż zależne od rodziców i przyjeżdżają w wózkach.

Mali pacjenci szpitala na Zaspie potrzebują obrony przed śmiercią. O ich cierpieniu nie można milczeć! Dlatego tak długo, jak odbywają się tam aborcje, będziemy o tym informować, pikietować i modlić się. Nie powstrzyma nas przed tym bezprawny dokument, przygotowany naprędce we współpracy ze środowiskiem trójmiejskiej skrajnej lewicy, błyskawicznie przesłany do Urzędu Miasta Gdańsk i używany jako straszak na obrońców życia.

Spotykamy się w niedzielę 18.01 o 12.00 przed głównym wejściem do szpitala. 

Dołącz do nas, ratuj życie dzieci!

Ewolucjonizm dla przedszkolaków i pierwszych klas szkoły podstawowej

Ewolucjonizm dla przedszkolaków i pierwszych klas szkoły podstawowej.

Mirosław Dakowski

Dzieci, dawno temu, mój synek miał wtedy 3 czy 4 lata, krzyknął radośnie: – kościół wielki zbudowałam!!

I rzeczywiście na podłodze zbudował wysoką wieżę z klocków. A mówił tak, bo uczył się mówienia od trochę starszej siostry.

I rzeczywiście, to on zbudował kościół, który przecież sam by się z klocków nie złożył.

Podobnie gdy jesteście na plaży nad morzem i widzicie zamek z piasku z narysowanymi drzwiami i oknami, to wiecie że zbudowało to jakieś dziecko. Przecież fale morskie nigdy takiego zamku zbudować by nie mogły.

Podobnie jest z różnymi stworzeniami, jak ryby, koty, czy nawet ludzie.

Czy myślisz że to wszystko mogło sobie powstać samo? Dawno temu, jakieś 150 lat, był taki młody naukowiec, nazywał się Darwin. I on próbował udowodnić, że jedne zwierzątka tak się zmieniają, że powstają z nich inne.

Ale wtedy był jeszcze na tyle uczciwy, że powiedział: Nie wiem w jaki sposób mogłoby powstać spojrzenie, wzrok. Tak samo nie potrafię wytłumaczyć skąd wzięły się u zwierząt pióra, a bez nich nie ma przecież ptaków.

Otóż moje przypuszczenie [hipoteza] – powiedział, będzie wtedy prawdziwe, sprawdzone, gdy znajdę przyczyny powstania wzroku i skrzydeł.

Potem jednak, gdy już stał się sławny i został profesorem, starał się o tamtych swoich przypuszczeniach zapomnieć, i co najważniejsze – starał się by inni o nich zapomnieli.

I rzeczywiście, ci ludzie którzy żyją z tego, to znaczy zarabiają pieniądze na wygłaszaniu takich nieprawdziwych wiadomości, jak to że jedne zwierzątka mogą się zamieniać w inne, nigdy o tych zaprzeczeniach nie wspominają.

Spytałem pewnego znanego dyrektora Instytutu Ewolucjonizmu pod Warszawą, jak może takie twierdzenia, o których wie że są nieprawdziwe, głosić.

Powiedział, trochę zawstydzony, że przecież jako dyrektor to on dobrze zarabia, a inaczej byłby w biedzie z rodziną.

Pamiętajcie dzieci: Uczony to mądry i uczciwy człowiek, który poznaje, jak to naprawdę było czy jest. Szuka prawdy.

A naukowiec, to taki zawód, jak kominiarz czy sprzedawca, bo sprzedaje towar jaki ma, czasem nawet zepsuty, a nie to co jest prawdziwe i dobre.

Czy można sobie wyobrazić, że sól [NaCl] i piasek [SO2] i jeszcze jakieś inne śmieci zdecydowały się na zbudowanie ameby albo żaby?

A tymczasem w szkołach i na uniwersytetach uczą czegoś takiego.

Już z 20 lat temu jedna pani profesor na wielkiej Konferencji Ewolucjonizmu powiedziała, że znani jej naukowcy zrobią życie za rok. No i nic, oczywiście.

Gdy więc pani w szkole opowie wam jak z myszki powstał bardzo szybko [w czasie 8 milionów lat] wieloryb i również, zmieniając się w inną stronę – nietoperz, albo jak „zrobił się” koń, to powiedz jej, że „pani musi tak mówić bo by inaczej wylali ją z pracy”.

Znasz przecież pułapkę na myszy, prawda? Ona się składa tylko z siedmiu części. No i trzeba na haczyku zawiesić kawałek serka albo słoninkę. I potem starannie i ostrożnie napiąć sprężynkę. Ale czy można sobie wyobrazić, że taka pułapka na myszy powstaje sama, na przykład przy silnym wietrze na złomowisku metali?

Właściwie wszystkie składniki istot żywych, a tym bardziej wszystkie zwierzęta i rośliny należą do takich „złożoności nieredukowalnych”, jak mówią dorośli.

Naprawdę wszystko to wskazuje, że stworzył te różne cuda Pan Bóg, bo tylko On to potrafi. Prawda?

===============================

A rodzice:

Porozmawiajcie z dziećmi o takich ciekawych sprawach.

Bo potem, gdy je zaczadzą w szkole, to mogą spaść umysłowo do poziomu żałosnego i działać jak Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (Rodzina, Praca i Polityka Społeczna), Paulina Hennig-Kloska (Klimat i Środowisko), Barbara Nowacka (Edukacja), Marta Cienkowska (Kultura i Dziedzictwo Narodowe), czyKatarzyna Pełczyńska-Nałęcz

Tuskoidalni od..jechali. „Pierwszy małżonek”…

Rafał Mekler @MeklerRafal

Na Rządowym Centrum Legislacyjnym wisi procedowanie zmian w aktach małżeństwa. Znika kobieta i mężczyzna a pojawia się „pierwszy małżonek” i „drugi małżonek”. Tusk dekomponuje rodzinę. Gdzie tutaj konstytucja? https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12406153

Zdjęcie

11,8 tys. wyświetleń

Mirosław Dakowski

Trzy porządki międzynarodowe

Trzy porządki międzynarodowe

Mateusz Piskorski

Wysłane przez: Marucha w dniu 2026-01-16 marucha/trzy-porzadki-miedzynarodowe

Prawdopodobnie znajdujemy się obecnie w burzliwej fazie przejściowej, w której w bólach rodzi się nowy ład międzynarodowy. To przejście od momentu jednobiegunowego (tak określił to niegdyś Charles Krauthammer) do epoki wielobiegunowości.

Jak każda transformacja ładu międzynarodowego w historii, również i ta charakteryzuje się wstrząsami, bólami porodowymi i zaburzeniami. Chwilowo zatem konkurują między sobą trzy różne systemy wartości mające porządkować relacje między państwami. Trzy, bo do dwóch dotychczasowych dołączył system nowy, reprezentowany przez Donalda Trumpa i jego administrację w Waszyngtonie.

Nadmieńmy, że już wcześniej amerykański prezydent sygnalizował swój preferowany model stosunków z innymi krajami. Robił to jednak wyłącznie na poziomie retoryki. Po niecałym roku prezydentury przeszedł do czynów (agresja na Wenezuelę i sposób jej uzasadnienia).

Spróbujmy się zatem przyjrzeć owym trzem różnym systemom, zaczynając właśnie od preferowanego i realizowanego obecnie przez Amerykanów. Choć wywodzi się on z perspektywy realistycznej stosunków międzynarodowych, przechodzi na poziom od niej zdecydowanie bardziej ekspansywny.

Waszyngton uznaje bowiem obecnie, że stosowanie siły lub jej groźba stanowią warunek przejmowania nowych zasobów deklarowany jako ich cel w sposób całkowicie otwarty, publiczny, bez żadnych ogródek i poszukiwań pretekstów, uzasadnień.

Nie jest to perspektywa do końca realistyczna z prostej przyczyny:

Amerykanie wykraczają daleko poza swój realny potencjał, poruszając się nie tylko na obszarze obowiązywania tradycyjnej doktryny Monroe’a (dominacja na Półkuli Zachodniej), ale mając ambicje do przejęcia monopolistycznej kontroli nad określonymi zasobami w różnych zakątkach globu. Określmy ich system wartości w relacjach międzynarodowych mianem gangsteryzmu, choć będzie to oczywiście nazwa robocza i wyraźnie wartościująca. Nie wiadomo czy którakolwiek z istniejących obecnie potęg globalnych i regionalnych zdecyduje się na przyjęcie podobnego podejścia. Raczej będzie to fenomen czysto amerykański.

W Europie króluje nadal perspektywa mocno zdezaktualizowana, jeśli chodzi o ujęcie relacji międzynarodowych – globalistyczny liberalizm. Jego aksjologia stała się zbiorem pustych haseł. Dziś oświadczenia o obronie wspólnych wartości brzmią nieco absurdalnie, bo praktycznie nikt już nie wie jakie miałyby to być wartości. Chyba przecież nie można traktować poważnie deklaracji o przestrzeganiu praw człowieka przez mordujące opozycjonistów i zamykające ich do więzień władze kijowskie. Podobnie jak respektowania zasad wolności słowa przez narzucające kolejne kagańce cenzury władze Unii Europejskiej i większości jej krajów członkowskich.

Choć wartości stały się nic nie znaczącą wydmuszką, nadal w ich imię prowadzona jest polityka europejska. Globalistyczny liberalizm jest martwy, ale Stary Kontynent gotów jest, przynajmniej na razie, utonąć wraz z jego gnijącym trupem. Wraz z Europejczykami chcieliby w tym samym kierunku dryfować liberałowie amerykańscy, chwilowo jednak pozbawieni władzy przez gangsteryzm.

Trzecia perspektywa ma charakter dość zachowawczy. Wiąże się on bowiem z przekonaniem, że do uporządkowania stosunków międzynarodowych niezbędne jest przestrzeganie reguł prawnych, tych wypracowanych jeszcze wraz z przyjęciem Karty Narodów Zjednoczonych. Podejście takie zakłada kluczową rolę przepisów jako regulatora stosunków między państwami. Jest to propozycja nie pozbawiona do końca perspektywy realistycznej, akceptująca kategorię suwerenności i interesu narodowego oraz prawa do prowadzenia polityki mającej ten interes realizować.

Na gruncie takiego systemu stoją obecnie Chiny, pozostałe podmioty Globalnego Południa oraz częściowo Rosja. Pamiętajmy bowiem, że ta ostatnia, dokonując ataku na Ukrainę, starała się jednak – w sposób mniej lub bardziej udany – uzasadniać interwencję militarną w kategoriach prawno-międzynarodowych. Nie był to zatem z jej strony gangsteryzm, lecz sporna interpretacja prawa międzynarodowego.

Polska jest w zarysowanym kontekście, wśród trzech obozów na świecie zbyt mała, by móc swobodnie wybierać któryś z wymienionych wyżej modeli, a tym bardziej narzucać go innym. Możemy jednak z uwagi na nasz własny interes kibicować światu przewidywalnemu, a taki istnieć może wyłącznie w oparciu o ramy prawa międzynarodowego, a nie regułę brutalnego rozboju czy zwietrzałych „wartości”, w które nikt już nie wierzy i których nikt nie realizuje.

Mateusz Piskorski https://myslpolska.info

Granica idiotyzmu przekroczona. Czy mężczyźni mogą zajść w ciążę…

Biologia czy ideologia? Lekarka odmawia odpowiedzi, czy mężczyźni mogą zajść w ciążę

lekarka-odmawia-odpowiedzi-czy-mezczyzni-moga-zajsc-w-ciaze

Źródło: AI Generated

W środę 14 stycznia 2026 roku podczas przesłuchania w Senacie USA doszło do wymiany zdań, która błyskawicznie stała się viralem i wywołała burzę w mediach społecznościowych. Senator Josh Hawley z Missouri wielokrotnie zadał proste z pozoru pytanie: „Czy mężczyźni mogą zachodzić w ciążę?”. Odpowiedź, a właściwie jej brak, ze strony lekarki ginekolog, dr Nishy Vermy, pokazuje jak głęboko zaszły zmiany w psychice pod wpływem presji ideologicznej.

Przesłuchanie odbywało się w ramach posiedzenia senackiej Komisji Zdrowia, Edukacji, Pracy i Emerytur (HELP), zatytułowanego „Ochrona kobiet: ujawnianie niebezpieczeństw związanych z chemicznymi środkami do aborcji”. Celem spotkania była analiza bezpieczeństwa i regulacji dotyczących mifepristonu – tabletki aborcyjnej. Jednak to nie kwestie związane z aborcją, lecz wymiana zdań dotycząca podstawowych faktów biologicznych przykuła uwagę mediów.

Senator Hawley, republikanin z Missouri, w trakcie swojego pięciominutowego czasu na pytania, co najmniej dziewięciokrotnie zadał dr Vermie to samo pytanie: „Czy mężczyźni mogą zachodzić w ciążę?”. Jak podkreślał, chciał ustalić „biologiczną rzeczywistość”. Odpowiedź, której udzieliła lekarka pochodzenia indyjskiego, zeznająca jako świadek ze strony Demokratów, okazała się zaskakująca.

Dr Verma konsekwentnie unikała udzielenia prostej odpowiedzi „tak” lub „nie”. Zamiast tego stwierdziła: „Opiekuję się osobami o wielu tożsamościach” oraz „Zajmuję się osobami, które nie identyfikują się jako kobiety, a mogą zajść w ciążę”. Jej odpowiedzi były utrzymane w języku, który priorytetowo traktował tożsamość płciową nad biologią.

Ta wymiana zdań szybko przekroczyła granice sali przesłuchań i stała się tematem gorących dyskusji w mediach społecznościowych. Dla wielu obserwatorów fakt, że lekarz specjalista nie chce lub nie może jednoznacznie odpowiedzieć na podstawowe pytanie z zakresu biologii człowieka, jest symptomatyczny dla szerszego problemu w nauce i medycynie.

Krytycy wskazują, że nauka coraz częściej ulega presji ideologicznej, co prowadzi do sytuacji, w których nawet specjaliści unikają wypowiadania się na temat podstawowych faktów biologicznych z obawy przed konsekwencjami społecznymi lub zawodowymi. Z kolei zwolennicy podejścia dr Vermy argumentują, że jej odpowiedzi odzwierciedlają bardziej inkluzywne podejście do opieki medycznej, uwzględniające osoby transpłciowe i niebinarne.

Warto zauważyć, że przesłuchanie miało miejsce w kontekście trwających w USA sporów dotyczących praw reprodukcyjnych, dostępu do aborcji oraz definicji płci. Pytanie senatora Hawleya, choć pozornie proste, dotyka głębszych podziałów ideologicznych w amerykańskim społeczeństwie.

Dla jednej strony debaty ciąża jest funkcją biologiczną, możliwą wyłącznie u osób posiadających żeńskie narządy rozrodcze, niezależnie od tego, jak dana osoba się identyfikuje. Dla drugiej strony, używanie języka inkluzywnego i uznawanie tożsamości płciowej za równie ważną jak biologia jest kwestią szacunku i godności pacjentów.

Ta kontrowersja pokazuje, jak bardzo zmieniła się przestrzeń debaty publicznej. Pytania, które jeszcze dekadę temu wydawałyby się mieć oczywiste odpowiedzi, dziś stają się polem bitwy ideologicznej. Przesłuchanie w Senacie USA stało się symbolem tych przemian – momentem, w którym nawet podstawowe fakty biologiczne podlegają negocjacjom językowym i ideologicznym.

Sytuacja ta rodzi pytania o granice między nauką a polityką, między faktami a ideologią, między biologią a tożsamością. Dla wielu obserwatorów fakt, że przesłuchanie w Kongresie na temat tak fundamentalnej kwestii biologicznej zamienia się w internetowego mema, świadczy o tym, jak daleko zaszliśmy w szalonym redefiniowaniu granic dyskursu naukowego i publicznego.

Video URL

Źródła:

https://www.foxnews.com/politics/hawley-moody-react-heate…

https://www.indiatoday.in/world/story/can-men-get-pregnan…

https://www.mediaite.com/tv/no-baby-youre-done-house-hear…

https://www.telegraphindia.com/world/indian-origin-doctor…

https://www.tampafp.com/sparks-fly-at-senate-hearing-as-m…

https://www.zee-news.com/world-news/who-is-nisha-verma-do…

Świat postradał rozum. Wiara jedynym ratunkiem.

Świat postradał rozum. Wiara jedynym ratunkiem?

Filip Obara pch24.pl/swiat-postradal-rozum-wiara-jedynym-ratunkiem

Kościół – odkąd papież Jan XXIII zdecydował się wyjść naprzeciw oczekiwaniom masonerii i zmieszać go ze światem – jest odzwierciedleniem tych samych chorób duchowych, które toczą świecką rzeczywistość. Świat już parę wieków temu zatracił rozum w jego klasycznym, arystotelesowskim, pojęciu. Co smutniejsze, w Kościele – po wyrugowaniu tomistycznej formacji z seminariów – zapanował zamęt dotykający samej istoty ludzkiej natury i spraw Boskich. Czy wiara – ta tradycyjna, niezmienna w swojej istocie – jest ostatnią deską ratunku, dzięki której będziemy mogli znów korzystać z rozumu?

Na temat wzajemnego stosunku wiary i rozumu napisano wiele. W największym skrócie można powiedzieć, że Pan Bóg stworzył człowieka w stanie pierwotnej doskonałości i od razu wyniósł go do godności nadprzyrodzonej. Wtedy człowiek funkcjonował w idealnej harmonii pomiędzy pierwiastkiem stworzonym (rozumną istotą psychofizyczną) a nadprzyrodzonym (łaską i zdolnością odczytywania woli Bożej).

Gdy jednak człowiek zapragnął być równy Bogu i popełnił grzech pierworodny, utracił łaskę i wszedł na drogę degradacji własnej natury. Rozdzieliły się też w pewnym sensie nasze władze poznawcze. Jak uczy katolicka apologetyka, z jednej strony zachowaliśmy wątlejące z pokolenia na pokolenie resztki objawienia pierwotnego, a z drugiej – rozum jako władzę duszy zdolną do poznania w zakreślonych sobie ramach.

Istnieje koncepcja, wedle której Opatrzność Boża prowadziła te dwie rozdzielone części osobno. Z jednej strony dając ludowi niegdyś wybranemu objawienie, a z drugiej pobudzając rozum Greków do odkrycia prawdy na temat ludzkiej natury i prawideł rządzących światem. Następnie te dwie równoległe perspektywy zaczęły znów łączyć się po narodzeniu Chrystusa i założeniu Kościoła.

Spotkałem się z opinią, że Arystoteles był ostatnim z ludzi, którzy wiedzieli wszystko, to jest posiadali całokształt ówczesnej wiedzy ze znanych człowiekowi dziedzin. Cały system, który zbudował, oparł wyłącznie o przyrodzoną zdolność ludzkiego rozumu do poznania rzeczywistości – aż do ostatecznych granic, a więc wywiedzenia z obserwacji natury konieczności istnienia jakiegoś pierwszego „poruszyciela” (w naszym języku – Boga Stwórcy). Jest to punkt, po którym do dalszego poznania potrzebne jest już objawienie.

Po co nam rozum, jeśli mamy wiarę?

Skoro Arystoteles wyczerpał zakres naturalnego poznania ludzkiej natury i stosunków międzyludzkich (społecznych, państwowych), to co wiara może wnieść do życia umysłowego? Pomijając samą kwestię uszlachetnienia naszego poznania, wzbogacenia go o kwestie cnót nadprzyrodzonych i poukładanie pewnych kwestii (rozumienie grzechu pierworodnego i jego praktycznych skutków, co stanowi najpewniejszą podstawę realizmu poznawczego i politycznego), to musimy wziąć pod uwagę, w jakim momencie historii jesteśmy.

Tomasz Terlikowski w debacie z Pawłem Chmielewskim u Bogdana Rymanowskiego przekonywał, że Kościół oddalił się od świata, ponieważ ten rozwijał nowe filozofie. Ale cóż jest nowego, czego nie wymyślili wcześniej sofiści, a potem heretycy, nominaliści i znów heretycy, aż do ideologów masonerii i oświecenia?

Nic nie masz nowego pod słońcem, jak twierdził mędrzec, oprócz tego, że na pośmiewisko rozumu tzw. oświeceniowcy wymyślili nurt zwany racjonalizmem, który faktycznie pogrążył umysł ludzki w mrokach subiektywizmu i dowolnej, uznaniowej wykładni świata, która nie ogląda się na prawdę i na naturę rzeczy.

Sam grzech pierworodny doprowadził do „zranienia” i pewnej dysfunkcji władz duszy. Skoro więc nieuporządkowane namiętności, pożądliwości i uczucia zaciemniają działanie rozumu, to potrzebny jest jakiś bodziec moralny (ascetyczny), żeby prowadzić życie umysłowe. Wiedzieli o tym już poganie i dlatego – na poziomie naturalnym – sformułowali pojęcie cnoty i rozwinęli naukę dobrego życia. Z perspektywy wiary, łaska Boża wprowadza nie tylko cnoty nadprzyrodzone, ale nawet uczynkom naturalnym – ze względu na intencję – nadaje wartość zasługującą na życie wieczne. Za pośrednictwem sakramentów wspomaga wreszcie proces dążenia do doskonałości, który staje się wydatniejszy i bardziej pogłębiony, a nieraz nawet szybszy.

Rozum doprowadził starożytnych do przekonania o moralnym uwarunkowaniu ludzkiego życia. W dzisiejszych warunkach akt woli prowadzący do nawrócenia stawia człowieka w obliczu dobroci Bożej, a żal za grzechy (niezbędny w konfesjonale) urzeczywistnia się ze względu właśnie na dobroć i miłość Boga do człowieka. To w oczywisty sposób otwiera nas na perspektywę moralną, ta zaś pomaga usunąć nieuporządkowania stojące na drodze do używania rozumu. Tak dochodzimy do tego samego celu, choć inną drogą. Ostatecznie, dzięki zasługom Męki Pana Jezusa jako nowego Adama, zyskujemy szansę odbudowania tej doskonałości, w którą Stwórca wyposażył pierwszego Adama i jego towarzyszkę Ewę.

O tym zaś, jak rozumu pozbawiony wiary łatwo popada w błędy, trafnie pisze o. Adolphe Tanquerey w Zarysie teologii ascetycznej i mistycznej. Francuski dominikanin i tomista wskazuje, że rozum jest jak najbardziej zdolny do poznania, ale napotyka na niezliczone przeszkody z powodu swoich „upokarzających słabości”. Czytamy: Zamiast zwrócić się dobrowolnie ku Bogu i rzeczom Bożym, zamiast wznieść się od stworzeń do Stwórcy, rozum skłonny jest do pogrążania się w badaniu rzeczy stworzonych, nie szukając ich pierwszej przyczyny. Podobnie, skupiając się na „tym, co zadowala ciekawość”, zatracamy sprzed oczu celowość naszego życia.

Sekta scjentystów ogarnia ziemski glob

Ten telegraficzny skrót prowadzi nas poprzez historyczne narodziny Chrystusa do każdorazowego osobistego narodzenia Syna Bożego w nas poprzez łaskę uświęcającą. Jednocześnie dochodzimy do trwającego na naszych oczach momentu w historii zbawienia, w której faktem staje się już nie tylko upadek wiary, ale i samego przyrodzonego. Popadamy w tak daleko idący subiektywizm, że podważamy samą nawet rozumną zdolność do obiektywnego poznania, a za „pewną” uznajemy jedynie tę wiedzę, którą potwierdzają nauki eksperymentalne (określiłbym to jako rodzaj powszechnego scjentystycznego sekciarstwa).

Problem polega jednak na tym, że nauki te dysponują warsztatem obejmującym wyłącznie materię, podczas gdy najważniejsze procesy życiowe odbywają się w nas na poziomie duszy, a więc na poziomie niematerialnym. Grzechem fundacyjnym dzisiejszego światopoglądu (tłuczonego naszym dzieciom do głów w szkołach!) jest negacja duszy i wszystkiego, co niematerialne, choć każdy rozumny jest w stanie stwierdzić istnienie duszy, ponieważ widzi objawy jej działalności.

Wmawia się nam (i naszym dzieciom!), że mózg jest ośrodkiem myślenia. Nic bardziej mylnego. Jesteśmy jednością psychofizyczną, w której mózg jest warunkiem koniecznym funkcjonowania, podobnie jak całe ciało, ale nie jest ani źródłem myśli, ani żadnego rodzaju „organem nadrzędnym” wobec całości naszej istoty. Pełni on funkcję służebną wobec umysłu, który nie jest funkcją mózgu, lecz określeniem całokształtu władz duszy, dzięki którym myślimy. Intelekt, odpowiedzialny za poznanie istoty rzeczy (myślenie abstrakcyjne), jest najwyższą częścią ludzkiego rozumu, czyli szczytem duchowych władz poznawczych. W każdym razie, proces myślowy rodzi się w niematerialnej części człowieka, a mózg służy jedynie do ekspresji i komunikowania myśli.

Jaki ma to skutek dla kierunku nauk? Otóż, gdy wrócimy do cytowanych wyżej spostrzeżeń o. Tanquereya, zrozumiemy, że pominięcie przyczyny i celowości, a skupianie się wyłącznie na „tu i teraz”, prowadzi do wyabstrahowania nauk od rzeczywistości. Nauki ścisłe, w swoim ograniczonym do dowodów materialnych aparacie, dochodzą nieraz do wniosków sprzecznych z rozumem, a więc z konieczności – nieprawdziwych. Tego typu nauka traci sens. Widzimy to nawet w humanistyce, która, popadając w hermetyczność, zatraca nie tylko walory estetyczne (piękno języka), ale i zwyczajnie pojętą przydatność dla „przeciętnego” człowieka.

Nie może być sprzeczności pomiędzy wiarą a rozumem

Wiara katolicka – trochę na zasadzie wpisanej w jej istotę antynomii wobec świata – ma jedną cechę, której nie chcieliby jej przypisać współcześni scjentystyczni obskuranci i pogrobowcy Voltaire’a, mianowicie uwalnia umysł od uprzedzeń. Oczywiście, tylko wiara prawdziwa, tzw. „tradycyjna”, bo w dobie niekończącego się aggiornamento w najradykalniejszych „odłamach” Kościoła posoborowego pojawiają się tak sprzeczne wewnętrzne, nielogiczne i nierozumne poglądy, jak na przykład potępianie kary śmierci czy praktyczna akceptacja dla czynów niemoralnych i wewnętrznie złych, jak aborcja czy homoseksualizm.

Skoro wierzyć po katolicku znaczy praktykować nadprzyrodzoną cnotę posłuszeństwa rozumu wobec prawdy objawionej, to już z tej podstawowej perspektywy jasne jest, po co nam rozum w procesie wyznawania Boga. Dlatego właśnie filozofia klasyczna, arystotelesowska (zwana realistyczną) – którą rozumiem jako sztukę korzystania z rozumu – legła u podstaw metody najlepszych tradycji katolickiej teologii. Rozum prowadzi nas do cnoty roztropności, ta zaś wyznacza miarę praktykowania innych cnót i pozwala uniknąć wielu błędów, co dotyczy także wiary.

Wiara rozumna jest najtrwalszą postawą, na której budujemy relację z Bogiem i jesteśmy wierni pomimo przeciwności. Gdy nie mamy wiary rozumnej, zaczynamy szukać w Kościele rzeczy, do których on nie został (przynajmniej w sposób pierwszorzędny) założony: doświadczeń religijnych, uczuć i emocji, oparcia we wspólnocie, kontaktu z charyzmatycznym przywódcą duchowym, aktywizmu i tak dalej. Taka wiara często nie przechodzi próby, ponieważ jest zbudowana na błędnym zdefiniowaniu celu. Wierzymy po to i należymy do Kościoła po to, żeby poznać Pana Boga, oddawać mu cześć, okazywać mu miłość poprzez zachowywanie Jego nauki i przez to zbawić swoje dusze. To banał, ale zniknął nam sprzed oczu: Kościół jest teocentryczny, a nie antropocentryczny – jego model jest wertykalny, a nie horyzontalny, jak życzą sobie tego protestanci i działający wewnątrz Kościoła moderniści.

Tradycyjna katolicka roztropność nakazuje przyjmować w życiu religijnym tylko to, co zgadza się ze zdrowym rozumem. Uzasadnienie jest proste: ten sam Bóg, który stworzył naturę i nadał jej prawa, nie może – jako miłosierny Zbawiciel pokonujący grzech i śmierć – przeczyć samemu sobie i stanowić czegoś sprzecznego z rozumem, w który sam nas wyposażył.

Wiara jest „jedną z cnót zdobiących rozum”, jak mówi św. Tomasz z Akwinu, ale nie tylko o ozdobę tu idzie. W innym miejscu Doktor Anielski stwierdza: Poznanie zaś zasad znanych z natury Bóg w nas wszczepił, skoro sam Bóg jest twórcą naszej natury. Te zasady więc zawiera także sama mądrość Boża. Cokolwiek się więc sprzeciwia tego rodzaju zasadom, sprzeciwia się mądrości Bożej. Zatem nie może to być od Boga. Te więc rzeczy, które się posiada z objawienia Bożego przez wiarę, nie mogą być przeciwne poznaniu naturalnemu (rozdział VII księgi pierwszej tzw. sumy filozoficznej – Summa contra gentiles).

Zatem wiara przekracza zdolności rozumowe i to rozum ma się jej podporządkować w tym, czego sam nie jest zdolny poznać, jednak pomiędzy jednym i drugim nie może być sprzeczności, co skodyfikował ostatecznie Sobór Watykański I: Chociaż jednak wiara jest ponad rozumem, nigdy nie może zaistnieć praw­dziwa rozbieżność miedzy wiarą a rozumem; Ten sam Bóg który objawia tajemnice i udziela wiary, rozniecił też w ludzkim umyśle światło rozumu, nie może zatem tenże Bóg wyprzeć się samego siebie ani też prawda nie może zaprzeczać prawdzie.

Odpowiedź na dzisiejszy kryzys Kościoła i świata spoczywa zatem na styku tego, co przyrodzone i nadprzyrodzone. Wiara zaś – choć w sposób konieczny potrzebuje rozumu jako narzędzia – otwiera nas na ten powrót, który w logice świata wydaje się niemożliwy: do prawdziwych źródeł naszego człowieczeństwa. Narodzony w ciele Chrystus odwraca bowiem logikę upadku i degradacji ludzkiej natury, a rozum oświecony wiarą jest najpewniejszym sposobem na ponowne rozświetlenie mroków, które sprowadził wciąż pogłębiający się „oświeceniowy” bunt ludzkiego umysłu przeciwko Bogu i naturze.

Filip Obara

Ogromny SUKCES !! MEM-y IV.

————————————-

——————————————–

[zielone – dobre. czerwone – złe]

——————————

——————————————–

———————————————————————-

——————————————————-

——————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Indeks pizzy w Pentagonie. MEM-y III.

A w tym „German citizens” są już wszyscy Turcy, Zambijczycy i inni, co podostawali obywatelstwo i liczą się jako „Niemcy”

———–

———————————————————

————————————–

———————————

——————————————————–

to przenieś się do „przyjaciela” Schudricha, nie męcz nas swymi bredniami

————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Dziś w Internecie film „Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni”. 17 stycznia 17-ta.

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

To krótka wiadomość: udostępniamy w Internecie film „Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni”. Jego premiera online zaplanowana jest na sobotę 17 stycznia na godzinę 17:00.

Film będzie pod linkiem:

Także w serwisie Banbye: https://banbye.com/watch/v_C0VoAfhXkfbY?tab=0

Oraz na Rumble na profilu Fundacji Życie i Rodzina: 

https://rumble.com/user/fundacjazycieirodzina

Wspieram teraz

Film ten na pewno będzie zwalczany przez zwolenników aborcji i będą próby usuwania go z Internetu, dlatego bardzo proszę – już teraz – aby przesyłać te linki do jak największej liczby osób – niech wszyscy zobaczą realia aborcji w oleśnickim szpitalu.

Film wyprodukowany został z jednym ważnym założeniem – aby każdy mógł go obejrzeć bez limitu i za darmo. Dlatego nie wprowadzaliśmy opłat za obejrzenie go na premierze tydzień temu w Oleśnicy ani nie umieszczamy go w Internecie za paywallem. Jest dostępny dla wszystkich.

Tym bardziej prosimy o wsparcie finansowe działań prolife, gdyż z wyprodukowania tego filmu nie odnosimy żadnych korzyści.

Wręcz przeciwnie – Gizela Jagielska już zdążyła postraszyć nas procesem sądowym

Wspieram teraz

Chciałabym zakończyć życzeniami miłego seansu, jednak nie mogę. Film jest drastyczny, bo jest prawdziwy. Życzę zatem czego innego: aby prawda, którą Pan zobaczy, przyniosła dobre owoce.

Z wyrazami szacunku,

Kaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Zbrodnia w Oleśnicy ma twarz śmiejącej się aborterki. Obyśmy dożyli czasów, gdy mordowanie dzieci poprzez aborcję zostanie sprawiedliwie rozliczone

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Surrealizm. MEM-y II.

——————————————-

Ciągle, jak widać, aktualne

—————————————

————————————————

———————————————-

——————————-

—————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Nauka przez praktykę. MEM-y I.

—————————————–

——————————————

—————————————————

————————————–

—————————————-

—————————————-

—————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Friday Funnies: Antifa / Anti-ICE

Friday Funnies: Antifa / AntiIce

You say Tomato and I say…

DR. ROBERT W. MALONE JAN 16

“The Persians – A History of Iran”

We recently watched an excellent documentary on Iran. The first two episodes on the history up to the 20th century are particularly good, and would be excellent as a primer on Persia for older children. We thoroughly enjoyed watching it and highly recommend. Family friendly. The last episode gets a bit woke though.

( An image of the series is below – we found it on Amazon and the BBC channel):











Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work here and elsewhere, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid


Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share








Dr. Nisha Verma is an OB/GYN. She’s a professor at Emory. She is trained to manage pregnancy and delivery.

She also could not answer a basic question from Senator Josh Hawley on whether men can get pregnant. 

These are the people trying to erase women. Who use terms like people who menstruate.


All eyes on the Supreme Court this week – now we wait for a ruling…

















This may be a mind-blowing concept for many.

But if you require someone to supply human labor, it is called slavery. 

As soon as a task requires others to supply human labor for free – it is no longer a human right.

Think about it.


TRUE STORY:

Invite your friends and earn rewards

If you enjoy Malone News, share it with your friends and earn rewards when they subscribe.

Invite Friends

Biskupi piszą, jakby ani Odwieczne Magisterium Kościoła, ani inspirowane nim teksty kultury dotąd w ogóle nie zaistniały. Cz. III.

Nieposzanowanie dla Sakr. Małżeństwa – analiza cz. 3

magnapolonia/marcin-drewicz-nieposzanowanie-dla-sakr-malzenstwa

Marcin  Drewicz:

NIEPOSZANOWANIE  DLA  SAKRAMENTU  MAŁŻEŃSTWA CZYLI  LIST  BISKUPÓW  „O  RODZINIE” Z  OSTATNIEJ  NIEDZIELI  ROKU  2025, część  trzecia.

   Stanąć w Prawdzie! Prawda to jest zgodność myśli (nazwy) z rzeczą. Nazywać rzecz po imieniu – właśnie to zawsze dotąd było zadaniem przede wszystkiem duszpasterzy na czele z biskupami. I dopiero wtedy podejmować ustalone przez Kościół Święty czynności duszpasterskie – wobec starannie rozpoznanej i nazwanej rzeczywistości. Atoli obecnie u nas już od dłuższego czasu dzieje się, niestety, inaczej.

   Jednocześnie jest w naszej przynajmniej opinii wyrazem nietaktu i arogancji (!), że „do jednego wora” są przez autorów i sygnatariuszy „Listu Episkopatu” ładowani zarazem ci rozmaitego typu, bywa że szczególnie rozwiąźli i rozpustni konkubenci i single żyjący „w różnego rodzaju sytuacjach nieregularnych” (1, co za mętny i przykry język, wybitnie nieteologiczny!), dla których nie ma wszakże żadnych kanonicznych przeszkód, aby możliwie jak najprędzej zawrzeć Sakrament Małżeństwa.

Oni tego jednak nie czynią, gdyż to dobrodziejstwo braku przeszkód lekceważą (sic!) lub go nawet nie dostrzegają (sic!); i wraz z nimi tamci, którzy – przeciwnie – świadomie pragną Sakramentu Małżeństwa, lecz może nigdy do niego nie przystąpią z powodu tejże kanonicznej przeszkody – skoro nadal żyje ów sakramentalny współmałżonek rozwodnika.

   Autorzy i sygnatariusze omawianego tu „Listu Episkopatu” bardzo daleko posuwają się w swoich, by tak rzec, językowych manipulacjach pisząc – że przypomnimy – „Każdy z nas jako uczeń Jezusa (24) został odkupiony za cenę Jego Krwi”.

Kto to się posłużył tym cytatem (i innymi, o czym dalej)? Prosta zamiana chronologii Zbawienia i jakiż wielki błąd! Czy to dopiero szeregowy teolog-amator musi objawiać, że:

    Najpierw Pan Jezus swoją męką krzyżową odkupił wszystkich ludzi, a ci są dla siebie nawzajem bliźnimi (jeśli nawet wielu z nich o tym jeszcze nie wie). Czym innym zaś jest poznanie nauczania Pana Jezusa, a jeszcze czymś innym jego przyswojenie w życiu praktycznym-codziennym i dopiero tym sposobem stanie się Jego praktykującym uczniem, w dowolnych czasach, w dowolnych krajach.

   Tak więc ci odkupieni to nie to samo, co uczniowie – aczkolwiek misjonarze wszystkich czasów (ci prawdziwi oczywiście) pracują nad tym, aby Jezusowe przesłanie dotarło do wszystkich ludzi. Ci, którzy wprawdzie znają nauki Pana Jezusa, lecz sobie je lekceważą i żyją nie według nich, przecież nie są żadnymi Jezusowymi uczniami. Ale… zawsze mogą się oni zacząć nimi stawać. Ot i różnica. „Od błędów i w godzinie śmierci można rewokować” – jak powiada Klasyk.

   Zresztą, owe trzy odnośniki do fragmentów z listów Św.Św. Piotra, Jana i Pawła zostały przez redaktora „Listu Episkopatu” dobrane, najłagodniej mówiąc, nieadekwatnie. Tak nie można! Zatem – w tych konkretnych przypadkach – ani nie „uczniowie”, ani nie „śmierć”, ani nie „zmartwychwstanie” – co każdy może sobie sprawdzić sięgnąwszy po domowy egzemplarz Nowego Testamentu.

Święte Teksty nie są po to, aby nimi żonglować jak się komu akurat zachciewa. Redaktor „Listu Episkopatu”, mówiąc językiem gier zespołowych, zagrał (podał piłkę) „na pamięć”, na zasadzie „trafi-nie-trafi”. Tak nie można! Mówimy tu przecież nie o dowolnie czym, lecz – przeciwnie – o Świętych Sprawach Najwyższej Wagi.

   Są jeszcze pozostałe cztery części (I-III, V) „Listu Pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski na Święto Świętej Rodziny – 28 grudnia 2025” oraz krótki doń wstęp – całość, przynajmniej jak na naszą wrażliwość i spostrzegawczość, utrzymana w stylu owej nowomowy z anglosaskiej post-protestanckiej „komedii romantycznej” lub z bliskiej jej kozetki „u psychoterapeuty”. Naszym amatorskim zdaniem to już nie jest Święta Teologia, lecz tylko jakieś „dobroludziowe” i „samopoczuciowe” luźne gawędki.

   W „Liście Episkopatu” kilkakrotnie powtarzana jest fraza: „Bóg marzy o rodzinie, która jest domem dla miłości” (14), stanowiąca także jakby podtytuł dla całej tej wypowiedzi. Zatem: Pan Bóg „marzycielem”? Toż to chyba już podpada jako naruszenie Drugiego Przykazania Bożego. Ale miliony katolików w Polsce kilkakrotnie i tego zdania musiały wysłuchać w tysiącach kościołów w trakcie niedzielnych Mszy Św. w dniu 28 grudnia Roku Pańskiego 2025.

   Najbardziej naszym zdaniem pokrętny, pełen śmiałych ominięć i obciążony istotnymi przemilczeniami fragment „Listu Episkopatu” przedstawiliśmy powyżej. Czy zachęcać P.T. Czytelników do lektury i przemyślenia całości (dostępnej w Internecie)? Aby się dowiedzieć czegoś „o małżeństwie i rodzinie” to nie. Lepiej sięgnąć do encykliki papieża Piusa XI „Casti connubii” lub do innych prawdziwie (!) katolickich tekstów (określenie „prawdziwy” wprowadzili wszakże sami autorzy „Listu Episkopatu”).

   Lecz kto już osadzi się jakoś w zakresie katolickiego nauczania na dany temat, ten może poczytywać sobie teksty takie, jak ów „List Episkopatu” odczytywany w dniu 28 grudnia 2025 roku, aby rozpoznawać ów sposób, w jaki katolickie do niedawna nauczanie jest obecnie zniekształcane (sic!).

   Miejmy nadzieję, że tak jak w przypadku kilku innych „kontrowersyjnych” „Listów Episkopatu” w wieku XXI, ogół katolików w Polsce puści i ten mimo uszu, zatem bez szkody dla siebie. Piszemy wszakże to wszystko z wielką przykrością i z narastającym niepokojem.

   Coraz częściej stosowana to metoda: redagowanie dokumentów, także tych „kościelnych” (cudzysłów zachować lub zdjąć), jakby ani Odwieczne Magisterium Kościoła, ani w ten czy inny sposób inspirowane nim teksty kultury dotąd w ogóle nie zaistniały.

   To co poprzedza ich autorów to biała karta. Urodzili się „wczoraj”, najdalej tydzień temu, więc wypisują rozmaite dziwactwa, które im akurat teraz do głowy przychodzą. Za miesiąc do głowy przyjdzie coś innego, wszystko jedno co, to i wtedy to ogłoszą wszem i wobec – taką postawę zdają się prezentować autorzy i sygnatariusze owego Listu pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski na Święto Świętej Rodziny”, odczytanego na Mszach Św. niedzielnych w dniu 28 grudnia 2025 roku.

   Grunt to konfidencjonalnie poklepać po ramieniu ludzi – wszystkich tak samo i wszystkim powiedzieć, że… „będzie dobrze, nie ma sprawy”, i na tym w zasadzie rzecz zakończyć. No i ta konfidencjonalna maniera wypowiedzi sięgająca także… Świętości. Po co to i czemu to ma służyć?

Autorzy „Listu” najwidoczniej nie sięgali ani do encykliki „Casti connubii” (o małżeństwie chrześcijańskim) papieża Piusa XI, ani do książek Marii Rodziewiczówny, ani do powieści „Bez dogmatu” autorstwa samego Henryka Sienkiewicza, ani do „Lalki” Prusa, ani do wydanej w roku 2018 książki zatytułowanej „Kobiety-Rewolucja-Kaznodziejstwo” autorstwa Sławomira N. Goworzyckiego, ani do opublikowanej dopiero co w mijającym już roku 2025 książki Bartosza Kopczyńskiego zatytułowanej „Rewolucja bachantek” (tej my też jeszcze nie przeczytaliśmy), ani do całego mnóstwa innych tekstów niosących pouczające i inspirujące treści.

Obserwacje co do bieżącego polskiego „życia rodzinnego” (cudzysłów nie bez powodu) owi autorzy i sygnatariusze „Listu pasterskiego” też mają najwidoczniej wybrakowane i już wykoślawione, czego przejawem jest używanie niewłaściwego nazewnictwa spraw, wydawało by się, najprostszych (co nie znaczy, że wszystkich koniecznie najprzyjemniejszych). A tak po prawdzie, to dla nas nie jest to żaden-tam „list pasterski”, gdyż my w oparciu o przygarść przemieszanych ze sobą przygodnych zdań prawdziwych i fałszywych wcale nie mamy zamiaru „pasać” naszej duszy.

Ów list jest to jakieś takie, by tak rzec, „duszpasterskie GMO”; nie pierwszy tego rodzaju w ostatnich czasach, że wspomnimy dla przykładu owe bełkoty (sic!) z takoż ostatniej niedzieli roku 2013 na temat tyleż tajemniczego, co dzisiaj już zamilczanego „gendera” (na jego miejsce zdążył w medialnym obiegu wstąpić ów niemniej tajemniczy „lgbt”); lub te z maja 2019 roku dotyczące jakiegoś „molestowania”, czy czegoś w tym rodzaju. Ech, ta neo-pseudo-teologia!

   Jak w poprzednich podobnych przypadkach liczymy na to – z przykrością przecież i z niepokojem – że ogół wiernych, jak to on, już nie pamięta (sic!), co też tam ksiądz z mównicy (z ambony) wyczytywał był na Mszy w niedzielę w dniu 28 grudnia 2025 roku. Wyczytywał, ponieważ zwierzchność kościelna mu to nakazała. I tyle. Wszystkich zaś, w tym tych zgorszonych zasłyszaną tam i wtedy lekturą ponownie zachęcamy do przeczytania owej encykliki „Casti connubii” lub fragmentów „o małżeństwie i rodzinie” z któregoś ze starszych, czyli „przedsoborowych” Katechizmów.

Teksty te, inaczej niż to było w bezbożniczym PRL-u, dzisiaj są dostępne w kilku książkowych wydaniach w języku polskim, a i w Internecie coś znaleźć też można. Osobne opracowania-rozprawki-poradniki o (prawdziwym!) małżeństwie katolickim też można dziś znaleźć.

   Skoro bowiem autorzy i sygnatariusze przywoływanego powyżej „Listu Episkopatu” akcentują, pomimo wszystko, ową „prawdziwość”, to my skwapliwie tą akurat dróżką za nimi podążamy. A działo się to w liturgiczne wspomnienie Rzezi Niewiniątek (28 grudnia), aczkolwiek w „Liście” o Świętych Młodziankach nie wspomniano ni słówkiem. Pomimo tematyki „Listu” te fundamentalne pojęcia – ani „narzeczeństwo”, ani „małżeństwo”, ani „rodzina”, ani „rodzicielstwo” – nie są w nim definiowane-przypominane. Dlaczego?

   Może dlatego, że dzisiaj „jest w obiegu medialnym wiele definicji”, więc autorzy „Listu”, co by było ze wszech miar kompromitujące… wahali się nad wyborem. Jeśli tak było rzeczywiście – czego my wszakże wiedzieć nie możemy – to na czym tak po prawdzie polega dziś pełnienie przez nich tego najwyższą odpowiedzialnością obarczonego Urzędu Nauczycielskiego?

   Niech sobie wszyscy wreszcie uzmysłowią, że dzisiaj mamy w „katolickiej Polsce” (w innych krajach podobnie) wyraźny procentowy wzrost liczby dziatwy i młodzieży spłodzonej i zrodzonej pozasakramentalnie, nieochrzczonej, bezreligijnej, zdepolonizowanej, nie mającej z domu wzorca życia małżeńskiego-rodzinnego, a często i wzorca elementarnych odniesień międzyludzkich, obecnie przemieszanej (kto do tego dopuścił?) z takoż bez właściwości dziatwą i młodzieżą nachodźczą, bezbożniczą, post-sowiecką, post-banderowską, post-bolszewicką („nic w przyrodzie nie ginie”) i z innych jeszcze narodów koniecznie (!) nie-katolickich.

   A w ogóle to w Polsce dzieci rodzi się coraz mniej, podobno najmniej pośród krajów Europy. Takie to są skutki także i owego „postępowego duszpasterstwa”.

   Co to będzie dalej z tą Polską?

Nieposzanowanie biskupów dla Sakramentu Małżeństwa – cz. 2

Marcin Drewicz: Nieposzanowanie dla Sakr. Małżeństwa – analiza cz. 2

magnapolonia./marcin-drewicz-nieposzanowanie-dla-sakr-malzenstwa

Marcin  Drewicz: NIEPOSZANOWANIE  DLA  SAKRAMENTU  MAŁŻEŃSTWA CZYLI  LIST  BISKUPÓW  „O  RODZINIE” Z  OSTATNIEJ  NIEDZIELI  ROKU  2025, część  druga.

Jakimże to wielomówstwem zasłania się w „Liście” pospolitą rzeczywistość grzechu: „związki”, ale i „sytuacje”, lecz i „relacje”, „nieregularne” (1, 3), które są ponadto… „różnego rodzaju” (2).

O czym właściwie jest tu mowa? Możemy się tylko domyślać i dociekać – jak byśmy nie mieli nic innego do roboty – jakie to tam jeszcze „różnego rodzaju” plugastwo owi zwracający się w tej sprawie do nas znienacka duszpasterze mają na myśli. Albowiem autorzy i sygnatariusze „Listu” rzeczy nie nazywają. My zakładamy, że w ich psycho-nowomowie pojęcie „nieregularny” znaczy tyle, co pozasakramentalny, czyli – patrz wyżej – grzeszny (sic!). Lecz wyraz „grzechy” w „Liście” występuje bodaj tylko jeden raz, w pobocznym kontekście.

Kiedy ostatnio słyszeliście kazanie o grzechu, w ogóle, jako takim? Kiedy o grzechach z dziedziny tu akurat omawianej? W kościele, w szkolnej izbie katechetycznej, w radio, w telewizji, w Internecie, kiedy czytaliście o tym i gdzie…?

Stulecia teologii, filozofii i filologii pracowały na to, aby – co jak co, ale – język wypowiedzi duszpasterskich mających w perspektywie… Rzeczy Ostateczne (patrz: Mały Katechizm) był maksymalnie precyzyjny, bez pozostawiania u słuchaczy-czytelników żadnych, ale to żadnych wątpliwości na temat poruszanych zagadnień. Autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu”, nie po raz pierwszy, najwidoczniej rozmijają się z tamtym świętym duszpasterskim dorobkiem.

Więc my tu – u nich – czytamy o najogólniej mówiąc konkubinacie, z definicji grzesznym (!), lecz z nazwy nie przywoływanym (!), jako o „relacji” (3), którą „przenika prawdziwa (4) troska, głęboka więź i odpowiedzialność”. Prawdziwa! Zatem gdzieś się czai również ta troska, więź i odpowiedzialność, by tak rzec, inna, czyli „nieprawdziwa”, a sygnatariusze „Listu” są tego fundamentalnego rozróżnienia świadomi. My się tu słówek bynajmniej nie czepiamy.

My chcemy li tylko zrozumieć, co do nas Księża Biskupi na Boże Narodzenie (w Oktawie Bożego Narodzenia) AD 2025 w owym „Liście” napisali. Lecz – zapytajmy – co jest „prawdziwego” w tych pleniących się w dzisiejszej Polsce (i gdzie indziej) właśnie „różnego rodzaju”, więc przeważnie nietrwałych, zatem zmiennych konkubinatach, w życiu tzw. singli i w rozmaitych innych „sytuacjach nieregularnych”? Konkubinat – to jest precyzyjne określenie, od którego autorzy i sygnatariuhttps://www.magnapolonia.org/marcin-drewicz-skandaliczny-list-biskupow-o-rodzinie-analiza-cz-1/sze „Listu Episkopatu” wszakże stronią.

Piszą oni także o tęsknocie (5) za Sakramentem Małżeństwa (9), nazywanym przez nich również błogosławieństwem (6), aczkolwiek w ich ujęciu to się okazuje nie być tym samym (sic!). Lecz znowu – co za mania – czytamy w „Liście” o miłości „prawdziwie” (7) „pobłogosławionej” (6). Zatem – patrz wyżej – widocznie można dzisiaj, zdaniem autorów i sygnatariuszy „Listu” – błogosławić owe „związki” także… nieprawdziwie.

Gubimy się w tych przecież zbędnych i nikomu niepotrzebnych meandrach, gdy ponadto wnioskujemy z następnego zdania – taka jest gramatyka owego „Listu Episkopatu” – że te „sytuacje nieregularne” (1) też są właśnie „pobłogosławione” (6), ale przez ludzi (8). Czy pracownicy Urzędu Stanu Cywilnego już o tym wiedzą? Czy w tymże Urzędzie też się nowożeńcom udziela… błogosławieństwa?

Doceniamy, że w „Liście Episkopatu” użyte zostało pojęcie „narzeczeni” (10), jak wiele innych, niegdyś powszechnych, od wielu już lat nieobecne w powszednim kaznodziejstwie, przynajmniej w Polsce. Lecz dlaczego to arcyważne pojęcie nie jest w „Liście” definiowane? Dlaczego nie pisze się o prawach i obowiązkach narzeczonych, lecz i o prawach oraz obowiązkach małżonków w Kościele Świętym? Skoro to katoliccy biskupi zwracają się do ogółu katolickich wiernych.

O Sakramentach Świętych jako „przywilejach” (12) dowiadujemy się od księży biskupów z zaskoczeniem dopiero tu i teraz (można rzec: na stare lata), z „Listu”. To dziwne. Przecież misjonarze wszech czasów – „idźcie i nauczajcie wszystkie narody” – poświęcali się, aby jak najliczniejszym ludziom, wszystkim, łącznie z tłumami prostaczków (sic!) udzielać Sakramentów Świętych na czele ze Chrztem Świętym. Podczas gdy właśnie przywilej, niechby i najszlachetniejszy – przeciwnie – polega nie na powszechności, lecz na wyłączności.

Przywołany Bł. Jerzy Popiełuszko nie nawoływał penitenta do wstąpienia do jakiegoś uprzywilejowanego klubu, czy bractwa, lecz do dołączenia do powszechnej rzeszy sakramentalnych małżonków. Tak więc Sakrament Małżeństwa – oczywiście poruszamy się tutaj wewnątrz katolicyzmu – to właśnie jest ów „religijny obowiązek” (11) – w PRZECIWIEŃSTWIE do tego, co piszą do nas autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu”. I do spełnienia właśnie tego obowiązku (!) nawoływał Bł. Ksiądz Jerzy Popiełuszko owego penitenta w Hucie Warszawa.

Autorzy i sygnatariusze „Listu” najwidoczniej nie rozróżniają – najpewniej w imię zgubnego ekumenizmu – pomiędzy członkami-wyznawcami Świętego Kościoła Katolickiego, a innymi ludźmi. Członkostwo oparte na Chrzcie Świętym pociąga za sobą spełnianie pewnych powszechnie i z dawna znanych właśnie obowiązków. A to dopiero ludzi spoza Kościoła się „zaprasza” (13) i zachęca do przystąpienia doń, oczywiście – powtórzmy – jeśli odróżnia się jednych od drugich.

Jest coś takiego, jak „przeszkody” (16), ale przeszkody kanoniczne – wyraźnie w „Liście” tak nie nazwane – z przyczyny których dana para nie może (17) przystąpić do Sakramentu Małżeństwa. Jednocześnie autorzy i sygnatariusze tego tekstu piszą o przystąpieniu do tego Sakramentu, jako o dokonaniu „kroku dalej i głębiej” (15, także 19). Ale – zapytujemy – kroku na jakiej drodze? Najprostszą odpowiedź dał, podobnie jak tysiące innych kapłanów – powtórzmy – Bł. Ksiądz Jerzy w przywołanej rozmowie z robotnikiem z Huty Warszawa.

Jakie to więc „przeszkody” (16-17) tamtemu i tysiącom innych mężczyzn i kobiet stoją na drodze do zawarcia powszechnie tak nazywanego Ślubu Kościelnego? I to przeszkody powiązane z zachowaniami, za które – jak to nieelegancko ujmują autorzy i sygnatariusze „Listu” – mogłoby grozić „skreślenie” (18). Właśnie to powinno być wyraźnie podane w takiego rodzaju „Listach Episkopatu”, a nie jest. Wedle naszej wiedzy szeregowego katolika są to przede wszystkiem: zbyt bliskie pokrewieństwo (kazirodztwo), ta sama płeć (sodomia), brak Bierzmowania oraz cudzołóstwo.

Wszystkich pozostałych należy, najprościej mówiąc, kierować do zawarcia Sakramentu Małżeństwa, poprzedzonego Spowiedzią i Komunią Świętą, co od czasów najwcześniejszych czyniło zarówno duchowieństwo, jak i zbiorowość wiernych świeckich (oczywiście, życie na grzesznym ziemskim padole miewa i tu swoje niespodzianki, a poza tym jest jeszcze Sakrament Kapłaństwa oraz Śluby Zakonne, do których niektóre osoby przystępują).

Nas zadziwia i niepokoi, że autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” za akt wręcz odwagi (21) poczytują to, do czego w pospolity sposób zachęcał po raz kolejny tu przez nas wspominany Bł. Ksiądz Popiełuszko tamtego zwykłego człowieka, a „uregulowanie swojej sytuacji” (1) poprzez Sakrament Małżeństwa nazywają oni „kolejnym krokiem wiary” (19). Kolejnym! Choć przecież życie w konkubinacie jest przejawem zazwyczaj osłabienia w Wierze lub wręcz niewiary.

Co do wspomnianej „odwagi” (21), to taki konkubent dotąd – czyli w ostatnich dziesięcioleciach – ważył się przecież na wszystko: żył z kobietą, płodził z nią dzieci, mieszkał z nimi pod jednym dachem, zarobkował na ich utrzymanie, występował wraz z nimi jawnie przed ludźmi… Byli oni więc, konkubent z konkubiną, nie tyle odważni, co… nieroztropni (sic!), lekkomyślni, czyniąc to wszystko… bez Boga, bez Sakramentu Małżeństwa; pomimo, iż – uwaga! uwaga! – żadne przeszkody kanoniczne ani inne nie stały im na drodze do przystąpienia do tegoż Sakramentu.

W ich sytuacji zawarcie Sakramentalnego Małżeństwa będzie to wcale nie akt Cnoty Męstwa -Odwagi – jak to błędnie ujmują autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” – lecz raczej zwyczajne i zwłaszcza Cnotą Roztropności inspirowane… pójście po rozum do głowy (!).

Jest niezmiernie przykre, że autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” szermują niedomówieniami (sic!) zamiast przywołać i wyraziście nazwać główny, o ile nie jedyny „nie do rozwiązania” problem w ramach owych „sytuacji nieregularnych” (1):

Oto jest, niewątpliwie, rodzina, więc dwoje rzeczywiście kochających się ludzi (j.w. „prawdziwa troska, głęboka więź i odpowiedzialność”), praktykujących katolików (acz w zakresie niepełnym, o czym niewiele dalej), mających potomstwo wychowywane po katolicku, atoli żyjących w związku li tylko na prawie cywilnym jedynie dlatego (!), iż z tych dwojga co najmniej jedno jest uprzednim rozwodnikiem, też przecież cywilnym, gdyż Kościół Święty nie ma podstaw, by uznać za niebyłe jego/jej Sakramentalne Małżeństwo z „tamtą” osobą „trzecią”, z którą ów rozwodnik/rozwódka może też mieć już potomstwo, starsze.

Myślimy tu zwłaszcza nie o tych jakże licznych dziś religijnych ignorantach „wyprodukowanych”, niestety, przez trwający u nas w Polsce już dziesiątki lat kryzys katolickiego nauczania, lecz o ludziach jako katolicy całkowicie świadomych tego, że zdecydowali się oni jednak żyć w grzechu (sic!), że nie mogą oni z tego powodu przystępować do Komunii Przenajświętszej, nie mogą być chrzestnymi, lecz że ten swój brak kompensują oni przede wszystkiem przykładnym katolickim wychowywaniem swoich wspólnych dzieci, a bywa, że także owych dzieci „z poprzedniego małżeństwa”.

W tym tu konkretnym przypadku myślimy więc o ludziach, na których katolickim życiu codziennym niejedno małżeństwo sakramentalne mogłoby się wzorować (sic!). O ludziach, którzy mają w zasadzie „tylko ten jeden feler”, mianowicie ową kanoniczną przeszkodę dla zawarcia Sakramentu Małżeństwa.

Jakże to przykre, iż musimy się zaledwie domyślać (!), że to do nich właśnie (lecz czy na pewno do nich?) autorzy i sygnatariusze „Listu Episkopatu” kierują zdania zaczynające się – patrz wyżej – od: „Tych wszystkich, dla których jest to bolesny (22) temat, bo mają ogromną tęsknotę (5) za Sakramentami (9)…”.

Dodajmy, że pochopne zapewnianie o tym, że ci ludzie nie są wiernymi „drugiej kategorii” (23) jest daremne, skoro sami ci ludzie dobrze wiedzą, że jednak nimi są i w swej pokorze ten swój stan niższości w Kościele bez oporu w cichości serca przyjmują-potwierdzają. Tak więc również w tym subtelnym przypadku ów – za przeproszeniem – nachalny, prostacki i zwłaszcza nie-teologiczny „hurrr-aoptymizm” autorów i sygnatariuszy „Listu Episkopatu” jest zwyczajnie nie na miejscu.

C.D.N.

Osoby religijne mają prawidłową strukturę mózgu!

Osoby religijne mają inny mózg niż osoby niewierzące

fronda/Osoby-religijne-maja-inny-mozg-niz-osoby-niewierzace

osoby religijne mają prawidłową strukturę mózgu!


Swoje spostrzeżenia naukowcy opublikowali na łamach naukowego pisma „Journal of the American Medical Association (JAMA) Psychiatry”.

„Tajemnica kryje się w korze mózgowej. Jej grubość i struktura ma związek z duchowością osoby, do której należy. Im grubsza kora, tym bardziej podatny na wpływ religii mózg” – piszą naukowcy.

„Nasze przekonania i nastroje są odzwierciedlone w mózgu, co możemy już zobaczyć dzięki nowoczesnym technikom obrazowania” – wyjaśnia dr Myrna Weissman z Uniwersytetu Columbia, współautorka pracy.

Naukowcy przebadali ponad 100 osób w różnym wieku, podzielonych pod względem ich deklaracji na temat religijności. Z tego eksperymentu naukowcy dowiedli, że osoby które deklarowały największą religijność, miały najgrubszą korę mózgową. Co ciekawe, już wcześniej udowodniono, iż osoby wierzące mają niższe ryzyko do popadania w depresję. Teraz dodatkowo powiązano grubość kory z mniejszymi skłonnościami do występowania nastrojów depresyjnych.

Czyli wniosek jest prosty: osoby religijne mają prawidłową strukturę mózgu! Osoby niewierzące, jeśli chcą polepszyć swoją kondycję zdrowotną zdecydowanie powinny się nawrócić.

==================

Należy to sprawdzić dla różnych religii. Czy takie, które głównie nienawidzą, są agresywne -też?? md

Na prośbę obu skonfliktowanych stron, Rosja mediatorem w kontaktach Izraelsko Irańskich. [??? md]

Na prośbę obu skonfliktowanych stron, Rosja stała się mediatorem w kontaktach Izraelsko Irańskich

Putin z wizytą w Tel Awiwie w misji ostatniej szansy.

DR IGNACY NOWOPOLSKI JAN 16

Słabnąca rola USA jako „arbitra światowego”, połączona z coraz bardziej nieodpowiedzialną chaotyczną polityką Waszyngtonu, zmusiła nawet najgorętszego wielbiciela Ameryki, jakim jest Izrael [chyba odwrotnie. md] , do zwrócenia się do Moskwy z prośbą o mediację z Iranem. O to samo zwrócił się Teheran do Kremla.

W grudniu ubiegłego roku odbywały się w Moskwie poufne negocjacje Iranu i Izraela.

Ostatnio Putin odbył niespodziewaną wizytę do Tel Awiwu, spotykając się z izraelskimi przywódcami.

Z powodu nieustannych gróźb Trumpa w kontekście demonstracji w Iranie, czasu pozostało niewiele.

Standardową polityką Zachodniego Imperium Kłamstwa, jest nakładanie na wybraną ofiarę niszczycielskich sankcji gospodarczych, przy jednoczesnym podżeganiu niezadowolonej opinii publicznej do demonstracji antyrządowych. Jeśli same demonstracje okazują się niewystarczające, to „kochający demokrację Zachód”, wysyła tam swe siły powietrzne w celu dokonania „humanitarnych bombardowań”, jak to miało miejsce w Iraku, Libii, Afganistanie, byłej Jugosławii, Syrii, itd.

Jeśli „powietrzna perswazja” hegemona nie jest wystarczająca, Zachód wysyła tam swoją „koalicję chętnych”, by nie babrać się z rezolucjami ONZ, który i tak jest w kieszeni Waszyngtonu.

W przypadku Iranu problem polega na tym, że posiada on największe zasoby rakiet konwencjonalnych, w tym nie-przychwytywalnych hipersonicznych.

Użycie przez Teheran nawet ułamka swego arsenału, może doprowadzić do całkowitego zniszczenia malutkiego Izraela, a także wszystkie regionalne baz USArmy.

Z tego też powodu Izrael zgodził się nie tylko na negocjacje, ale również na deklarację nie zastosowania w stosunku do Iranu wyprzedzającego uderzenia.

Iran zrewanżował się podobną deklaracją w stosunku do Izraela, choć jego zaufanie do ewentualnych porozumień z Izraelem jest równie nikłe, jak w przypadku ewentualnych umów z Waszyngtonem.

Stawka jest jednak gigantyczna. W przypadku niebezpieczeństwa anihilacji Izraela, użyje on zapewne broni jądrowej, którą bezprawnie posiada. Jakie spowodowałoby to konsekwencje, nie ma potrzeby wyjaśniać.

Z tego też powodu, Putin osobiście zaangażował się w te negocjacje. Pokazując przy okazji całemu światu, kto po ostatecznym upadku Zachodniego Imperium Kłamstwa, będzie grać rolę światowego arbitra.

Dobrze by było, żeby skundlony globalistyczny reżim w Warszawie, pod przywództwem germańskiego agenta Gauleitera Tuska, pojął tą prostą prawdę. Nie w interesie Polaków, których nienawidzi, ale swym własnym interesie. Niech globalistyczne szumowiny nie zapominają, że Rosja już zaczęła konstruować Norymbergę 2, na potrzeby osądzenia zachodnich kolonizatorów i tzw. „neokonserwatystów”.

Putin Makes Double Iran Move, Then Issues Stark Message to Trump & Netanyahu

Prawo do paradoksu

M. Todd

Prawo do paradoksu 3/2026(757)

     Ponoć na medycynie zna się każdy. No to, po co nam lekarze i szpitale? „Nasz” rząd likwiduje takie zbędne placówki. IZBY WYTRZEŹWIEŃ powinny wystarczyć. Oszczędność najważniejsza.

Jest tylko mały szkopuł: kto będzie kupował, a właściwie dzierżawił, ten sprzęt medyczny od zaprzyjaźnionych z ORKIESTRĄ ŚWIĄTECZNEJ POMOCY firm? Może jednak szpitale, przed definitywną upadłością wezmą dodatkowe kredyty w zachodnich bankach, a później my wszyscy będziemy je spłacać, ciesząc się zardzewiałym badziewiem?
     Jak już zdrowie mamy zapewnione, to zajmijmy się prawem, którego, jak wiadomo,  nieznajomością tłumaczyć się nie można. Obawiam się, że w całej Europie nie znajdzie się prawnik znający całe prawo obowiązujące jego i jego współziomków.

W samej Unii Europejskiej prawo produkuje się z prędkością stu stron na minutę, albo szybciej. Każde przestępstwo można przedstawić jako zgodne z prawem, nie podając oczywiście odpowiednich paragrafów. Niech sąd sam sobie poszuka uzasadnienia. Taki zaprzyjaźniony z rządem sąd, nawet tego nie musi, wystarczy, że prawo „rozumie” tak, jak Tusk. On ma prawo do każdego paradoksu, żeby nie określić tego dosadniej.

O czym myśli myśliwy?

‒ Najsłynniejszy polski myśliwy myśli o bigosie – odpowiedział DUCH CZASU na pytanie Małgorzaty.

‒ Rzeczywiście – przyznała – ten myśliwy „myślał”, że jest myślicielem, który oczaruje Obamę przepisem na bigos po myśliwsku.

‒ Mylił się, bo myśliwy, jak się okazuje, nie jest od myślenia.

‒ Co najwyżej od planowania, jak osaczyć zwierzynę.

‒ Masz na myśli jakąś konkretną zwierzynę?

‒ Zależy jak na to spojrzeć – odparła. – Każdy baran dla wilka może by zdobyczą. Owsiakowi, podobnie, jak owsikom wystarczą dawcy, nie koniecznie świadomi skutków i konsekwencji swych poczynań.