Niemcy w kryzysie. Gigant zwalnia 20 tys. pracowników
Niemiecki gigant przemysłowy Bosch potwierdza masowe zwolnienia po gwałtownym spadku zysków. W tle rosnące bezrobocie, kryzys motoryzacji i narastająca presja na rząd w Berlinie. Niemcy stają przed pytaniem o przyszłość swojej pozycji gospodarczej w Europie.
Bosch potwierdza zwolnienia. „Zyski spadły niemal dwukrotnie”
Koncern Bosch oficjalnie potwierdził plan redukcji 20 tysięcy miejsc pracy na świecie. Decyzja zapadła po tym, jak zyski firmy w ubiegłym roku spadły niemal o 50 proc., co dobitnie pokazuje skalę problemów, z jakimi mierzy się niemiecki sektor przemysłowy. – Rzeczywistość gospodarcza znajduje także odzwierciedlenie w naszych wynikach – przyznał prezes Boscha Stefan Hartung. Jak dodał, rok 2026 będzie dla spółki „trudny, a w niektórych obszarach wręcz bolesny”. Bosch pozostaje jednym z kluczowych dostawców części dla branży motoryzacyjnej, która obecnie przeżywa głębokie załamanie.
Bezrobocie w Niemczech najwyższe od 12 lat
Problemy Boscha zbiegają się z niepokojącymi danymi makroekonomicznymi. Według oficjalnych statystyk opublikowanych w piątek, stopa bezrobocia w Niemczech wzrosła do 6,6 proc., osiągając najwyższy poziom od dwunastu lat. W styczniu liczba osób pozostających bez pracy przekroczyła trzy miliony. Dane te dodatkowo wzmacniają obawy o kondycję największej gospodarki Europy i podnoszą presję na decydentów politycznych w Berlinie.
Decyzja Boscha wpisuje się w szerszy kryzys niemieckiej motoryzacji – sektora, który przez dekady był filarem krajowej produkcji i eksportu. Branża od miesięcy notuje masowe redukcje zatrudnienia.
Z raportu EY wynika, że tylko w 2024 roku w Niemczech zlikwidowano ponad 50 tysięcy miejsc pracy w sektorze motoryzacyjnym. Spadające zamówienia, wysokie koszty energii oraz niepewność regulacyjna skutecznie hamują nowe inwestycje.
Presja polityczna i obawy o przyszłość konkurencyjności
Kryzys w motoryzacji stał się poważnym testem dla niemieckiego rządu oraz całej Unii Europejskiej. Branża, niegdyś uznawana za klejnot w koronie niemieckiej gospodarki, znajduje się pod silną presją wynikającą z polityki elektromobilności, wysokich cen energii oraz coraz agresywniejszej konkurencji ze strony producentów z Chin.
Eksperci ostrzegają, że wraz ze słabnięciem dostawców ryzyko przesuwa się z chwilowego spadku zysków w stronę trwałej utraty konkurencyjności. Rosnąca fala zwolnień i wstrzymywanie inwestycji sprawiają, że rząd kanclerza Friedricha Merza znajduje się pod rosnącą presją ze strony związków zawodowych i liderów przemysłu, by zrewidować niemiecką strategię przemysłową. W Niemczech – i coraz częściej w całej Europie – narastają wątpliwości, czy kraj zdoła utrzymać swoją pozycję jednej z kluczowych potęg gospodarczych świata.
Czemu liberalny mainstream wspiera asymetryczne relacje Polski z innymi krajami? Czemu toleruje w innych narodach to, co w Polakach wypalałby ogniem? Czemu używa tak infantylnej argumentacji? – czyli o poczuciu własnej wyższości moralnej, wykorzenieniu i zapatrzeniu w “Europę” jako fundamentach światopoglądu środowisk lewicowo-liberalnych.
24 lutego 2022 roku Joanna Szczepkowska mogłaby ogłosić: “Proszę państwa, dziś w liberalnym mainstreamie skończył się >>onucyzm<<„.
Przeróżne autorytety (nie)moralne rozpoczęły własne śledztwa w poszukiwaniu “ruskich onuc” – tą przedziwną pogoń za własnym ogonem, groteskową, choć przedstawianą zawsze bardzo poważnie walkę ze swoim cieniem. Tak, ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno straszyli “rusofobią” i ostrzegali, że “Kaczyński prowadzi nas do wojny z Rosją” nagle sami zaczęli do niej prowadzić – a właściwie to nie z Rosją, bo stosunek do Rosji (ale też Ukrainy) to w tym przypadku tylko funkcja podejścia do Polski, a dokładniej polskości. Niebawem do tego przejdę.
Podstawowym przejawem samodzielności myślenia jest jego ewolucyjność, czyli modyfikowanie przekonań adekwatnie do zmieniających się okoliczności, nowych faktów. Nie myślą samodzielnie ludzie zasklepieni – bo tacy nie myślą w ogóle, jeśli jakieś procesy w ich głowach następują, mają na celu wyłącznie racjonalizację niezmiennych przekonań. Nie myślą samodzielnie ludzie zewnątrzsterowni – bo “myślą” tak, jak ktoś im podpowiada.
PRAKTYKA ASYMETRYCZNOŚCI: “RESET”
Liberalny mainstream pełnił rolę dostarczyciela ideologicznych uzasadnień dla polityki “resetu” z Rosją prowadzonej przez rząd Donalda Tuska w trakcie jego dwóch pierwszych kadencji.
Przejawów budowania aberracyjnie asymetrycznej relacji Polski z Rosją przez rząd Tuska jest aż nadto – przy czym sam premier jakby uwewnętrznił domniemane oczekiwania prezydenta Władimira Putina i wychodził naprzeciw nie wyartykułowanym przez niego wprost oczekiwaniom.
Rzecz jasna, najgłośniejsze przejawy uległości to oddanie śledztwa ws. tragedii w Smoleńsku Rosjanom, a wcześniej – korespondencją między obydwoma przywódcami, w której adresatem lojalności Tuska był przywódca Rosji, nie zaś prezydent Polski. Tych wyrazów polityki “resetu” było jednak multum – Tusk odmówił budowania tarczy antyrakietowej, jego ludzie podpisali umowę SKW z FSB, oznaczającą zobowiązanie do wydawania sobie “agentów” (co w tym przypadku wprost godziło w postanowienia Sojuszu Północnoatlantyckiego), dokonali zatrzymania czeczeńskiego przywódcy Zakajewa, którego dwa inne europejskie państwa nie chciały wydać Rosji, restaurowali na dużą skalę radzieckie pomniki, dokonali uwięzienia kibica Legii Warszawa Wojciecha Brauna pod fałszywym oskarżeniem przemocy wobec rosyjskich kibiców bezpośrednio na polecenie Putina.
Co oczywiste, tylko głucha cisza może pojawić się po zadaniu pytania: “A co my z tego mieliśmy?”. Zresztą, to w ogóle pytanie, którego autor może liczyć się z formułowanym w oparach gęstej i szkodliwej, niczym smog moralistyki potępieniem liberalnego mainstreamu.
Nieszczęście polskiej debaty publicznej polega na tym, że zarządzana przez PiS TVP za najbardziej obciążające Tuska zdarzenie uznała spacer z prezydentem Putinem na sopockim molo i padnięcie w jego ramiona w Smoleńsku (co z ludzkiego punktu widzenia jest zrozumiałe), co dostarczyło drugiej stronie asumptu do trywializacji charakteru opisywanej tu uległości.
Trudniej też wiarygodnie dowodzić, że nawet nie tyle uległość, co wspieranie żywiołów dla Polski szkodliwych wpisane jest w DNA liberalnego mainstreamu. Nadmienię tu, że to ostatnie tym różni się od uległości, że oznacza odrzucenie kategorii “my”, przyjęcie zewnętrznej perspektywy na własny naród – a wynika nie ze słabości charakteru (jak uległość), lecz z połączenia nihilizmu z fascynacją.
Nie miejsce tu, by rozwodzić się nad uzasadnieniami piruetu dokonanego przez liberalny mainstream. Oszczędźmy nieszczęśników, którzy biadolą, że “nie wiedzieli, jaka naprawdę jest Rosja”, zostawmy tych wszystkich powtarzających, że “przecież cała Europa tak robiła”, tak jakby nie mogli choć raz swojej niesamodzielności, swojego zamiłowania do kopiowania się pozbyć, nie zaś traktować jako argumentu, który ich w jakikolwiek sposób usprawiedliwia. Napiszę tylko, że nie mogąc uwierzyć w poziom płytkości, infantylizmu i zwyczajnej nieprawdziwości uzasadnień przedstawianych przez ludzi zazwyczaj wykształconych i inteligentnych zacząłem szukać ich genezy.
PRAKTYKA ASYMETRYCZNOŚCI: UKRAINOFILIA
Z tą samą gorliwością, z jaką liberalny mainstream wspomagał “reset”, zaczął w ostatnich latach tropić “ruskich agentów”, “ruskie onuce” i każde działanie sprzyjające “ruskiemu interesowi” (jak choćby dopominanie się o godne pochowanie i upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej). Z równą nieustępliwością retoryki i z równie porażającą jej płytkością – dodajmy. Nazwanie kogoś “ruskim agentem” okazało się być zwolnieniem samego siebie z podjęcia jakiegokolwiek wysiłku intelektualnego. Ot, taki krypto-antysemityzm, w tamach którego nowa wersja: “Przecież to Żyd” ma zastępować jakąkolwiek argumentację.
Oczywiście, obnażanie absurdalności wielkiej części zarzutów o “sprzyjanie rosyjskiemu interesowi” jest wejściem w ślepą uliczkę zbudowaną przez formułujących takie oskarżenia. Oni sami często po prostu operują retorycznymi szabelkami służącymi do osiągnięcia konkretnego celu, jak choćby zaszantażowanie każdego kto nie wystarczająco aprobatywnie podchodzi do pomysłów Unii Europejskiej.
Z równie dużą uległością, jak ta cechująca kilkanaście lat temu politykę wobec Rosji liberalny mainstream zaczął podchodzić do relacji z Ukrainą. To pewien paradoks, że podobne analogie są względnie rzadko kreślone przez publicystów, gdyż krytycy “resetu” w wielkiej części wspierali ślepo ukrainofilską politykę rządu PiS i prezydenta Andrzeja Dudy.
W relacjach Polski z Ukrainą mamy do czynienia dwuwymiarową asymetrycznością, analogiczną do tej charakteryzującej nasze stosunki z Rosją w trakcie “resetu”. Czyli – po pierwsze – dużo dajemy, nie otrzymując w zamian niemal nic, ale też – po drugie – znajdujemy się w sytuacji znacznie gorszej niż inne kraje budujące taką relację. Jeśli chodzi o punkt drugi, to jego treść zgrabnie streszczona została w pewnym memie: “przyjmiecie kilka milionów Ukraińców, a w zamian my przejmiemy majątki rosyjskich oligarchów”.
Intersujące wydaje się diagnozowanie czegoś w rodzaju “odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego” u byłego premiera Leszka Millera. Bardzo charakterystyczne jest zastępowanie polemiki z wygłaszanymi przez niego poglądami w kwestii relacji polsko-ukraińskich wskazywaniem jak takie poglądy rzekomo świadczą o nim samym i jego domniemanej metamorfozie.
POGLĄDY MAJĄ SIĘ PODOBAĆ
Jeśli ktoś nawet nie tyle przeszedł metamorfozę, co wykonał piruet to krytycy Leszka Millera – on sam uważa w tej kwestii, jak się wydaje, to samo co uważał zawsze.
Krytycy jego wypowiedzi traktują poglądy polityczne, jak ubrania nabyte w butiku – a zarazem modne żakiety skończyć mogą w mgnieniu oka obok pogardzanych przez nich swetrów z bazaru, jeśli tylko dyktatorzy mody wskażą inny przedmiot podziwu. Taki stosunek do poglądów zdaje się tłumaczyć infantylizm i płytkość argumentów przez nich formułowanych – wszak skoro poglądy to kwestia estetyki i lokowania społecznego, skoro służą one roztaczaniu nad sobą aureoli, to logika rozumowania pełni tylko funkcję służebną i jest drugorzędna.
Wcześniej chęć pokazania się w roli najświatlejszych synów swojej epoki zaspokajało ukazywanie współpracy z Rosją jako antidotum na relikt przeszłości, czyli antyrosyjskie demony, a także powtarzanie haseł o “ucywilizowaniu” i “demokratyzacji” Rosji. Te ostatnie miały one nastąpić wskutek uznania dla dobrej woli liberalnego mainstreamu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – przecież każdy specjalista w zakresie geopolityki wie, że politycy w rodzaju Władimira Putina na uśmiech odpowiadają uśmiechem jeszcze serdeczniejszym, a Rosjanie o niczym innym nie marzą, jak o demokracji na wzór zachodni.
Aktualnie ukazanie się w aureoli człowieka światłego i formułującego poglądy, które głosić “wypada” wymaga okazywania bezwarunkowego i nie zadającego pytań entuzjazmu wobec Ukrainy i Ukraińców.
DREWNIANE SZABLE UKRAINOFILI
O jakie owoce intelektualnej wirtuozerii konkretnie chodzi? Dodajmy, że na ich podaniu rozmówcy zazwyczaj się kończy – wszak bardziej inteligentni przedstawiciele liberalnego mainstreamu nie nadają logice szczególnego znaczenia, zaś ci mniej inteligentni, choćby nie wiadomo jak się wysilili, nie są w stanie wiarygodnie obronić aksjomatów swojego środowiska. Weźmy pierwsze z brzegu przykłady.
Tyleż popularny, co natrętnie powtarzany jest pogląd, że “Ukraińcy walczą za nas”. To trochę tak, jakby powiedzieć, że Polacy w trakcie II wojny światowej my walczyliśmy za Ukraińców, przeszkadzając siłom niemieckim, chcącym z jak największym impetem uderzyć na Związek Radziecki. Oczywiście, formułujący taki pogląd będą uzasadniać, że przecież to skrót myślowy – rzec w tym, że ich narracja tak pęka od różnych skrótów myślowych, niedopowiedzeń, sugestii, ogólników, że w ich gąszczu sam Sherlock Holmes nie odnalazłby prawdy ani logiki.
Teza o “Ukraińcach walczących za nas” zakłada, rzecz jasna, że borykający się z olbrzymimi problemami w walce z armią ukraińską i nie mogący jej pokonać już niemal 4 lata przywódca Rosji zechce zaatakować kraje NATO. Putinowi można zarzucać zło, kłamstwa, cynizm – mało kto jednak uważa go za szaleńca.
Rzecz jasna, mówiąc, że ktoś o coś bądź za kogoś walczy, musimy odwołać się do intencji tego, o kim mówimy. Jakież byłoby zdziwienie Ukraińców, gdyby dowiedzieli się, że walczą za Polaków – i ciekawe czy ich wola walki by znacząco nie osłabła.
Podziw wzbudzać może ilość połączeń neuronalnych w mózgach bezrefleksyjnych ukrainofilii – posługują się oni tym rodzajem logiki, jakiego geniusz by nie wymyślił. Z tezy, iż “Ukraińcy walczą za nas” wyprowadzają twierdzenie o konieczności utrzymania przywilejów socjalnych dla mieszkających w Polsce Ukraińców. To jasne, że Ukraińców trzeba trzymać w Polsce, skoro mają być pożyteczni dla walczącej Ukrainy – czy nie?
To jasne tak jak to, że walka o pamięć po bestialsko zakatowanych w trakcie rzezi wołyńskiej Polakach jest działaniem przeciw polskiemu interesowi, wszak bycie wrogiem UPA oznacza bycie wrogiem Ukrainy, zaś bycie wrogiem Ukrainy to bycie przyjacielem Rosji, zaś bycie przyjacielem Rosji to bycie wrogiem Polski. Czy coś jeszcze jest niejasne?
Może to, że ci “antyfaszystowscy” detektywi, ci inwazyjni tropiciele “antysemityzmu” w narodzie polskim, ci samozwańczy prokuratorzy formułujący akty oskarżenia przeciw Żołnierzom Niezłomnym za zbrodnie powstałe w wyobraźni oskarżycieli, ci powielający w tysiącu różnych wersji pogląd Donalda Tuska, że “polskość to nienormalność”, ci propagatorzy wszelkich traktatów uznających wyższość prawa europejskiego nad prawem polskim zaczęli używać kategorii “polskiego interesu”. Klasyk Włodzimierz Lenin twierdził, że “kapitaliści wyprodukują sznury, na których ich powiesimy”. Czyżby środowisko immanentnie polonosceptyczne znalazło kolejne przebranie, tym razem biało-czerwone? To urocze, że “polski interes” zaczął być ważny akurat wtedy, gdy chodzi o interes ukraiński. Zresztą, tak jak i patriotyzm okazał się być istotny, gdy trzeba było wypomnieć prawicy, że go zawłaszcza.
Ukrainofilia jest czymś zupełnie innym od zwykłego życzenia Ukraińcom zwycięstwa w wojnie z Rosją. Jednym z najistotniejszych jej przejawów jest aprobatywne wypowiadanie się na temat akcesu Ukrainy do Unii Europejskiej bądź NATO.
To symptomatyczny przejaw myślenia życzeniowego, któremu nie przeszkadza ani skrajnie wysoki poziom korupcji na Ukrainie, ani konflikt interesów ukraińskich przedsiębiorstw rolniczych z polskimi rolnikami, ani oczywiście państwowe czczenie ludobójczego banderyzmu. Nie przeszkadza kolaboracja z III Rzeszą ukraińskich bohaterów narodowych, nie przeszkadza antypolski, ale też przecież antyżydowski szowinizm, którego spadkobiercami czuje się bardzo wielu Ukraińców. Nie przeszkadza to wszystko, czego nigdy w Polsce nie było, a czego liche namiastki skłonny był liberalny mainstream podnosić do rangi oznak niebezpiecznego nacjonalizmu, którego widmo krąży nad naszym krajem. Nie przeszkadza to, co uczyniłoby z wytworów wyobraźni rozmaitych Grossów, Grabowskich i Engelking prace historyczne, gdyby było przedmiotem ich opisów.
Czemu nie przeszkadza? I czemu argumentacja przedstawicieli mainstreamu jest tak bardzo infantylna, tak bardzo opierająca się logice i tak łatwa do podważenia dla każdego, komu zdarza się pomyśleć choćby kilka razy dziennie?
LOGIKA NA USŁUGACH UTRWALONYCH PRZEKONAŃ
Częściowe wyjaśnienie przedstawiłem wcześniej, pisząc o tym, że “poglądy mają się podobać”. Zaznaczam, że odrzucam te przeważnie najszybciej pojawiające się wyjaśnienia: dotyczące zdrady, bądź głupoty. Nie twierdzę, że są całkowicie fałszywe, lecz źródło cząstkowo wyżej przedstawionej argumentacji tkwi głębiej. Spróbujmy to rozwinąć.
Stosunek do Rosji i Ukrainy, stosunek do nacjonalizmu to tylko pochodne podstawowych, utrwalonych zwłaszcza na poziomie podświadomości przekonań przedstawicieli mainstreamu. Mogą być one zmienne, tak jak drużyna piłkarska ma w różnych sezonach inne składy, wciąż jednak reprezentując to samo miasto, tą samą tradycję, tych samych kibiców.
Noblista Daniel Kahnemann opisywał w “Pułapkach myślenia” dwa systemy stojące za ludzkimi reakcjami i podejmowanymi przez nas wyborami. System pierwszy tworzą odruchy, intuicja. Na System drugi składa się analiza, refleksja, dłuższe procesy myślowe. System 1 powoduje, że reagujemy w powtarzalny sposób na określone informacje, często sami nie zdając sobie sprawy czemu odbieramy je tak a nie inaczej.
Otóż, uważam, że kolejność występowania wyżej wskazanych dwóch rodzajów percepcji można odwrócić – nie mówię oczywiście o prostym przestawieniu, raczej o zmianie relacji między tym co irracjonalne, a tym co logiczne (lub przywdziewające logicznie brzmiącą formę).
O ile faktycznie zazwyczaj reagujemy odruchowo, zaś następnie poddajemy sytuację czy pogląd analizie (a czasem w ogóle nie poddajemy), o tyle – jak uważam – występuje także u ludzi mechanizm prowadzący do opartego o logikę i przywdzianego w pozory racjonalności reagowania, którego źródłem są błąkające się w przestrzeni nie całkiem świadomej, a zarazem silnie zakorzenione przekonania. Taki klucz do analizy genezy twierdzeń formułowanych przez liberalny mainstream wydaje mi się właściwy.
Dodajmy, że wspomniana wcześniej przeze mnie zewnątrz-sterowność przyjmuje w tym przypadku inny wymiar niż ten opisany na wstępie – kierownicą staje się już nie inny człowiek bądź środowisko, lecz podświadomość lub rzadko odwiedzane obszary świadomości.
TRZY FUNDAMENTY MAINSTREAMOWEGO MYŚLENIA
Jakie są te tkwiące w podświadomości przekonania, przekonania, które tworzą światopogląd i wpływają na wygłaszane opinie, nawet gdy człowiek rzadko artykułuje je expressis verbis?
Po pierwsze, to przekonanie o własnej wyższości moralnej. Poglądy wygłaszane przez mainstream nie są po prostu jeszcze jednymi opiniami w danej kwestii – to poglądy “dobrych ludzi”.
Immanuel Kant odróżniał “moralnego polityka” od “politycznego moralisty”. Wydaje się, że środowisko, o którym tu piszę myli etyczne postępowanie z zamiłowaniem do pouczającej “ciemny lud” moralistyki. Różnica między jednym a drugim nie jest kosmetyczna – o ile w pierwszym przypadku mamy do czynienia z podporządkowaniem się zasadom, o tyle w przypadku drugim można mówić o stawianiu się ponad wszystkimi innymi i ich natrętnym strofowaniu.
Pomoc Ukraińcom niewątpliwie wynikała z dobrych serc Polaków – prostej, ale i doniosłej reakcji na ludzkie cierpienie, odruchu obrony atakowanego. Jednocześnie figura “dobrego człowieka” tak samo nie jest tym, czym jest dobro, jak moralizowanie nie jest moralnością. Nie pomaga się po to, by mówić o pomaganiu, nie czyni się dobra, by pokazywać, że inni są źli. Dobro to nie nalepienie sobie serduszka.
Co istotne, dobro musi umieć iść pod prąd. Czy ukrainofilia w środowiskach “dobrych ludzi” jest sprzeciwem czy środowiskowym konformizmem? Czy wstawianie flagi ukraińskiej na portalach społecznościowych koło swojego zdjęcia nie jest tym samym czym dodawanie tęczy? Ta potrzeba epatowania zawsze woła o weryfikację autentyczności tego, czym się epatuje.
Po drugie, na myślenie mainstreamu wpływa silne wykorzenienie, czyli zewnętrzny stosunek do swojego kraju, swojego narodu.
By wytłumaczyć o co mi chodzi poczynię krótką dygresję. Brytyjski filozof Roger Scruton, opisując modele adaptacji imigrantów do społeczeństwa odróżnił akulturację i agregację. Pierwsza oznacza zachowanie wspólnej dla wszystkich kultury kraju przyjmującego przybyszów, druga natomiast jest swoistym dodawaniem do siebie kultur, tworzeniem ich mozaiki, pieczeniem ciasta, do którego następnie dodaje się keczupu. Różne kultury jednocześnie może opisywać antropolog kultury – rzecz w tym, że człowiek żyjący w społeczeństwie nie jest antropologiem i potrzebuje jednego kodu kulturowego, tak jak kierowca musi stosować się do jednych przepisów ruchu drogowego, by nie spowodować wypadku.
Otóż, mainstream przyjmuje perspektywę antropologa kultury, który decyduje o przyszłości konkretnego społeczeństwa. Wykorzenienie jest czym wręcz w rodzaju zaburzenia – nieumiejętnością przynależności, niezdolnością do współodczuwania z własnym narodem. Spróbujmy u kogoś z mainstreamu wywołać wrażliwość na los tysięcy Polaków zakatowanych na Wołyniu. Tak, ta wrażliwość jedzie po torach ułożonych przez ideologię.
Rozmawiałem z pewnym ukrainofilem, który porównał majora Józefa Kurasia, czyli “Ognia” do Stefana Bandery. Przejęcie wywołał we mnie nawet nie symetryzm pozwalający porównywać człowieka, który starał się restaurować niepodległe państwo polskie, tworząc instancyjne sądy, niekiedy wydające wyroki śmierci z rzezimieszkiem, który “wyroki” wydawał, bo taką miał zachciankę. Przejęcie wywołał brak odruchu: “Przecież ten człowiek walczył za mnie, walczył, bym mógł żyć w niepodległej Polsce”. Mój rozmówca był historykiem, w dodatku źle wykształconym – nie odczuwał polskości jako czegoś, w czym tkwi.
Po trzecie, mainstream kieruje się zapatrzeniem w “Europę” (cudzysłów wynika z faktu, iż jest to Europa wyobrażona), estetyzując ją jednocześnie, postrzegając jako symbol klasy i stylu. Ileż to razy słyszeliśmy argument: “W całej Europie tak robią” jako zarazem wykrzyknik i kropkę, jako aspirujący do rozstrzygnięcia wszelkich wątpliwości.
Zapatrzenie w “Europę” wydaje się znacznie trafniej oddawać właściwości mainstreamu niż pojęcie “mentalności postkolonialnej”, tak często używane przez rozmaitych publicystów. Dlaczego? Mainstream jest wpatrzony w “Europę”, natomiast niekoniecznie czuje w głębi tą niechęć i tą zazdrość do tych, którym podlega, jaka składa się na “mentalność postkolonialną”.
Istotną konsekwencją światopoglądu mainstreamu jest niechęć do państwa jednonarodowego – postrzega się jako źródło nacjonalizmu, niechęci wobec innych narodów i próbuje zmienić na wiele różnych sposobów. Co ważne, tak jak mainstreamowi niekoniecznie przeszkadza nacjonalizm, byle nie był polski, tak nie widzi zagrożenia w imigracji islamistów, mimo iż nieporównywalnie bardziej łagodną religię, czyli katolicyzm skłonny jest obwiniać za zacofanie i nienawiść.
Mainstream zachowuje się, jak Świadkowie Jehowy życia politycznego – ciągle straszy “odżyciem demonów polskiego nacjonalizmu”. Oczywiście, chodzi o patriotyczną aktywizację większej liczby Polaków. Byłoby to problemem tak potężnym, o znaczeniu tak fundamentalnym, że każdego można uniewinnić, byle do tego nie dopuścić.
Irene Montero / Nielegalni imigranci płyną do Europy Źródło: X / Bruno Topola, PAP/ EPA
Czy wobec nieskrywanego już planu podmiany populacji w Europie, co przyznała Irene Montero, Hiszpania powinna należeć do strefy Schengen?
Polityk skrajnie lewicowej, proimigracyjnej partii Podemos Irene Montero przemawiała w sobotę na wiecu w Saragossie, zorganizowanym w związku z wyborami regionalnymi w Aragonii, które odbędą się 8 lutego.
Socjalistyczno-komunistyczny rząd Hiszpanii postanowił zalegalizować pobyt w tym kraju 500 tysięcy nielegalnych imigrantów. Montero przekonywała, że kolejnym krokiem powinno być nadaniem im hiszpańskiego obywatelstwa i zmiana prawa tak, aby mogli uczestniczyć w wyborach.
Masowa migracja. Irene Montero z Podemos wprost o podmianie populacji
– Oby teoria podmiany populacji się ziściła! Mam nadzieję, że uda nam się pozbyć z tego kraju faszystów i rasistów za pomocą migrantów i ciężko pracujących ludzi – powiedziała Montero, cytowana przez dziennik „El Mundo”. W swoim wystąpieniu mocno skrytykowała partie prawicowe, w tym Vox i jej lidera Santiago Abascala, określając ich retorykę jako „rasistowską” i „anty-migracyjną”.
Posłuchajcie, co mówi europosłanka rządzącej partii Podemos w Hiszpanii.
Żaden prawak nie wyartykułowałby lepiej, do czego lewica potrzebuje migrantów z Afryki, Bliskiego Wschodu czy innego Pakistanu.
„Natychmiast wyłączyć Hiszpanię ze strefy Schengen”
„Dokładnie taki jest cel lewicy i liberałów rządzących UE. Po to przepchnęli pakt migracyjny. Jak najwięcej nowych, importowanych spoza Europy obywateli – to dla nich nadzieja na dodatkowe głosy w wyborach i utrzymanie władzy” – skomentował parlamentarzysta PiS Paweł Jabłoński.
„Podemos to zdaje się Wasi sojusznicy w Europie partia Razem, Adrianie Zandberg? Również popieracie realizację «teorii wielkiej podmiany«?” – zapytał poseł Kacper Płażyński, także z PiS.
„Natychmiast wyłączyć Hiszpanię ze strefy Schengen!” – wezwał Piotr Czak Żukowski z Ruchu Narodowego. „Nadanie obywatelstwa hordom nielegalnych imigrantów z Afryki jest zagrożeniem dla całej Europy”. – podkreślił działacz Konfederacji.
Przypomnijmy, że Schengen obejmuje obecnie 29 państw. Na obszarze strefy zniesiono kontrole graniczne na granicach wewnętrznych. Z uwagi na masowe ściąganie imigrantów przez rządy niektórych państw, na części granic kontrole zaczęły być przywracane.
Szwajcarski bankier o ukrytym kryzysie stojącym za wzrostem cen srebra i złota. „Banki będą bankrutować”
Euforia związana ze stale rosnącymi cenami srebra i złota, może mieć negatywny wpływ na globalną gospodarkę. Wynika to z braku możliwości wywiązania się banków z kontraktów na papierowe srebro i złoto, których wartość wielokrotnie przekracza posiadane przez nich ilości metalu. Szwajcarski bankier Egon von Greyerz przewiduje ich bankructwo, co negatywnie wpłynie na gospodarkę całego globu.
Adam Maksymowicz
31 stycznia 2026, Adam Maksymowiczo-ukrytym-kryzysie-stojacym-za-wzrostem-cen-srebra-i-zlotaSztabki złota. Wzrost zainteresowania i cen złota oraz srebra może prowadzić do kryzysu. Banki wydały więcej „papierowego” złota niż mogły sobie na to pozwolić. Fot.: Wikimedia CC / Biznes Alert
Sztabki złota. Wzrost zainteresowania i cen złota oraz srebra może prowadzić do kryzysu. Banki wydały więcej „papierowego” złota niż mogły sobie na to pozwolić. Fot.: Wikimedia CC
Światowi producenci srebra i złota zbijają majątki na ich wydobyciu, wzbogacając siebie i kraje, w których się to dzieje, co wynika to z silnej hossy na rynku metali szlachetnych. W ciągu ostatnich 12 miesięcy cena złota wzrosła o ponad 80 proc., do około 5,1 tys. dol. za uncję, natomiast srebro zdrożało aż o 250 proc., osiągając poziom 110 dol. za uncję. W obu przypadkach mówimy o historycznych rekordach. W ostatnich dniach stycznia szwajcarski bankier Egon von Greyerz na swojej stronie internetowej pisze o ukrytym kryzysie stojącym za wzrostem cen srebra i złota.
Ukryty kryzys
Zdaniem szwajcarskiego bankiera kryzys stojący za wzrostem cen srebra narastał od dawna. Teraz dopiero w kryzysowym momencie daje on znać o sobie, co wynika z od kilku lat utrzymujących się jego niedoborów podaży połączonych z szybko rosnącym popytem przemysłowym ze strony takich sektorów, jak energetyka słoneczna, pojazdy elektryczne, elektronika i obronność, co doprowadziło do fizycznego niedoboru tego metalu w ciągu ostatnich pięciu lat, którego rynki papierowe nie są już w stanie zamaskować.
Dotychczasowe tłumienie cen tego metalu, jak i złota miało miejsce na rynku papierowego handlu tymi metalami. Przede wszystkim zachodnie banki w nieograniczony sposób sprzedawały je na rynku papierów wartościowych popularnie nazywanych srebrem i złotem papierowym.
Papierowe srebro i złoto
Jest to rodzaj instrumentów finansowych, które umożliwiają inwestowanie w metale szlachetne bez konieczności fizycznego posiadania. Ich wartość jest ściśle powiązana z ceną srebra i złota na rynkach finansowych, co czyni je wygodnym rozwiązaniem dla inwestorów. Do najpopularniejszych form tego rodzaju inwestycji należą: fundusze ETF, kontrakty terminowe i certyfikaty.
Było to dla klientów wygodne, bo nie trzeba było przechowywać metali we własnym skarbcu. Dla banków handlujących tym towarem było to również korzystne, gdyż papiery sprzedawano bez ograniczeń, pobierając za nie faktycznie obowiązujące wtedy ceny srebra i złota. W ten sposób sprzedano wielokrotnie więcej tych metali, aniżeli były one w posiadaniu banków. Procedury te przez długie lata skutecznie obniżały ceny tych metali, gdyż w papierowej postaci były one łatwo dostępne i w nieograniczonej ilości. Tego rodzaju towary na rynku mają na ogół niskie ceny, co też dotyczyło srebra i złota.
Załamanie papierowych kontraktów
Teraz nieograniczony dotąd rynek papierowego złota załamał się w wyniku wielu jednocześnie nakładających się na siebie wydarzeń. Począwszy od niestabilnej sytuacji politycznej w skali globalnej, narastającym zadłużeniom najbogatszych państw świata, stabilnej ich produkcji w sytuacji wzrastającego zapotrzebowania, po rozwój przemysłu sztucznej inteligencji i zielonej transformacji energetycznej, które wymagają coraz większych ilości niczym nie zastąpionego srebra. Spowodowało to zapotrzebowanie na fizyczny metal, a nie tylko na jego papierowe gwarancje.
Według szwajcarskiego bankiera załamanie rynku papierowego złota jest poważnym zagrożeniem dla globalnej gospodarki Zachodu, a pośrednio dla całego świata. Posiadacze certyfikatów i innych tego rodzaju dokumentów zgłaszają się do banków, żądając ich wymiany albo na fizyczne metale, albo na ich aktualną wartość rynkową. Realizując żądania banki są stratne w setkach miliardów dolarów, których nie mają na ich pokrycie. Dotychczas odkupywanie tych papierów wartościowych nie stanowiło problemu, dopóki długoletnie równice ceny obu tych metali wahały się w granicach kilku dolarów za uncję. Teraz powstały one w setkach i tysiącach dolarów, na co banki nie mają wystarczającej ilości gotówki, nie wspominając o niemożliwym dla nich zakupie wystarczających ilości metalu dla zaspokojenia swoich wierzycieli.
Bankructwa banków
W tej sytuacji zdaniem szwajcarskiego bankiera wolumen nierozliczonych kontraktów papierowych w Londynie i Nowym Jorku znacznie przekracza ilość fizycznego srebra dostępnego do dostawy. Ostrzega on, że ta nierównowaga stanowi punkt zwrotny, gdyż srebro przestaje być przedmiotem manipulacji w papierowym systemie i przechodzi na prawdziwie fizyczny rynek, gdzie cenę ustala ostatecznie niedobór, a nie dźwignia finansowa.
Nie mogąc wywiązać się ze swoich zobowiązań, banki w Ameryce i w Europie będą bankrutować. Nieważne, czy to z powodu rynku nieruchomości, rynków komercyjnych, czy też z powodu braku możliwości spłaty kredytów. Wiele banków upadnie.
Rządy i banki centralne będą drukować nieograniczone ilości pieniędzy, a tym samym wartość dolara, euro czy funta spadnie. Dlatego popyt na srebro będzie stale rósł i jest prawdopodobne, że w ciągu najbliższego roku lub dwóch nastąpi krach na niektórych rynkach. Nie wiadomo, czy stanie się to na rynku londyńskim, czy giełdzie Comex. Ale ryzyko zdaniem szwajcarskiego bankiera jest bardzo wysokie.
Srebro zaczyna dopiero wzrastać
Dla zwykłych inwestorów sytuacja obecna oznacza, że srebro dopiero zaczyna rosnąć i jak wielokrotnie ostrzegano, że będzie to wielokrotność obecnej ceny. Złoto również rośnie, ale jak już dawno zauważono, srebro będzie rosło dwukrotnie szybciej niż złoto w nadchodzących latach. Obecnie stosunek złota do srebra wzrósł z ponad 100 do około 50, ale jest bardzo prawdopodobne, że wskaźnik długoterminowy początkowo będzie oscylował wokół poziomu 15, ale może być jeszcze niższy, bo to naturalny poziom, ponieważ popyt jest teraz jest tak duży, a podaż tak znikoma.
Von Greyerz jest absolutnie przekonany, że złoto wkrótce osiągnie cenę 10 tys. dol za uncję. W takim przypadku, jeśli weźmiemy stosunek złota do srebra na poziomie 15, który jest historycznie dość istotnym wskaźnikiem, a następnie podzielimy 10 000 przez 15, otrzymamy 666 dolarów za uncję srebra, co według wspomnianego bankiera będzie jego minimalną ceną.
Środowisko polityczne skupione wokół Grzegorza Brauna stworzyło wspólną przestrzeń dla wielu środowisk spychanych na margines przez establishment III RP. Sobotni Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych (KINGS) odbył się w Łochowie z udziałem ponad 700 osób. Udział w nim wzięły też niezależne wydawnictwa i media.
Na wstępie panelu poświęconego kwestii wolności słowa moderator, redaktor Jan Pospieszalski zwrócił uwagę, że w „demokratycznej” Unii Europejskiej nie tak dawno doszło do kilku przypadków zabójstw dziennikarzy. Ma to wywoływać i wywołuje tak zwany efekt mrożący – powoduje, że niektórzy inni przedstawiciele tej branży będą powstrzymywać się od zabierania głosu w tematach niewygodnych dla władzy czy innych wpływowych sił.
Notoryczne dzisiaj ingerencje w wolność słowa realizowane są na różne sposoby. Należy do nich nadużywanie istniejących regulacji unijnych i państwowych.
Mecenas Rafał Dorosiński z instytutu Ordo Iuris powiedział, że najwięcej – bo ponad 12 tysięcy – aresztowań za komentarze w mediach społecznościowych miało miejsce w Wielkiej Brytanii (dane dotyczą roku 2023). Daleko za Wyspami znalazły się w tej klasyfikacji Białoruś i Niemcy.
Sfera wolności słowa jest obecnie przestrzenią radykalnych, wciąż rosnących represji. Jednym z podstawowych, służących temu narzędzi jest koncepcja tak zwanej mowy nienawiści. Raz po raz słyszymy, że trzeba walczyć z „mową nienawiści”; że stanowi ona dla życia społecznego podstawowe zagrożenie.
Pojęcie to – jak zaznaczył prawnik – nie wzięło się znikąd. Ma bardzo jednoznaczne, marksistowskie korzenie. Zostało ukute w ramach krytycznej teorii rasy. Weszło w obieg na początku lat 90. minionego wieku, z czasem stając się jedną z gałęzi ruchu woke („przebudzonych”).
Po II wojnie światowej, w trakcie debaty o traktatach odnoszących się do praw człowieka, państwa bloku sowieckiego szczególnie mocno naciskały żeby do unijnych traktatów wpisać zakaz propagowania „nienawiści”. Ich przedstawiciele utrzymywali, że zakaz nawoływania do przemocy nie wystarcza, gdyż – jak się wyrażali – „nie uderza w korzenie zła”. Należało zatem, w ich mniemaniu zdelegalizować „nienawiść”. – To długa tradycja sowiecka: stosowanie pojęć niejasnych, niedookreślonych, dających rządzącym swobodę rozstrzygania, jakie zachowanie jest „nienawistne”, a jakie nie jest – zauważył mecenas Dorosiński.
Na Zachodzie tak zwani intelektualiści przenieśli filozoficzne koncepcje marksistowskie – konkretnie walkę klas – na obszar kultury. Mamy więc do czynienia z permanentnym generowaniem konfliktu pomiędzy kobietami a mężczyznami, między mniejszościami seksualnymi a „normalsami”; między białymi a kolorowymi, i tak dalej.
Inżynierom społecznym potrzebny jest „nowy proletariat”, gdyż ten pierwotny w postaci klasy robotniczo-chłopskiej, nie spełnił swojej roli ze względu na swe dominujące nastawienie konserwatywne. Nowa lewica odnalazła ów „nowy proletariat” w różnego rodzaju grupach znajdujących się na marginesie.
Obecnie w głównym nurcie opinii cała debata wokół nienawiści, zwalczania dyskryminacji, koncentruje się wokół tych właśnie środowisk. – Wszyscy wiemy, jak obsesyjnie chroni się imigrantów i prowadzi politykę wspierania ich – zauważył mecenas Dorosiński. Dotyczy to rozmaitych grup mających potencjał destabilizowania społecznego porządku. Taki wpływ wywierają na przykład „mniejszości seksualne” w odniesieniu do rodziny.
Takie koncepcje jak „mowa nienawiści” zbudowane są wokół uciszania jednych poglądów, a wynoszenia na piedestał innych. Promowane są postawy i idee, które mają potencjał anarchizujący stosunki społeczne.
Innym skutecznym narzędziem jest walki z „dezinformacją”, malinformacją (prawdziwe informacje podawane rzekomo w złej intencji) i „misinformacją” (przekazywanie fałszywych informacji w sposób nieświadomy).
Również ten wytrych radykalnie wpływa na kształt debaty i wolności słowa.
Jan Pospieszalski nawiązał do kwestii swobody prowadzenia badań naukowych i wygłaszania tez „niezatwierdzonych” przez akademicki oraz medialny główny nurt. Wymienił w tym kontekście kilka przykładów.
Ojciec Michał Chaberek OP zajmujący się krytyczną wobec darwinizmu teorią inteligentnego projektu, w ramach uniwersyteckiego konserwatorium próbował zorganizować debatę pod hasłem „Wiara i rozum”. Spotkała go za to nie tylko napastliwa krytyka mediów, m.in. „Głosu Wielkopolskiego”, ale także ataki ze strony kurii biskupiej.
Dziennikarz Piotr Semka miewał wielokrotnie problemy z organizacją spotkań na temat polityki niemieckiej.
Rektor Uniwersytetu Toruńskiego nie pozwolił na publiczny wykład prof. Władysława Sinkiewicza na temat społecznych skutków procederu zabijania dzieci poczętych.
Oprócz więc represyjnych i stosowanych wybiórczo regulacji państwowych oraz nacisków władz różnego rodzaju i szczebla, istnieje jeszcze „polityczna poprawność” i kneblowanie debaty naukowej.
Do tłumienia opinii społecznej używa się bardzo chętnie artykułów Kodeksu karnego: 212 (zarzuty zniesławienia) oraz 216 (znieważanie).
Jan Pospieszalski doliczył się ponad 100 postępowań tego rodzaju, wytoczonych przedstawicielom tylko jednego środowiska skupionego wokół „Gazety Polskiej” i Telewizji Republika. Jak zwrócił uwagę, słynna ostatnio, zakończona skazaniem sprawa rzekomych gróźb emerytki z Torunia wobec Jerzego Owsiaka, została wszczęta na wniosek „pokrzywdzonego”.
Bez przesady z tą wolnością
– Ostatnie 5 lat zmieniły nasze postrzeganie rzeczywistości – wskazał Paweł Lisicki. Pierwszym punktem zwrotnym, gdy uznano powszechnie, iż kategoria wolności słowa w pewnych przypadkach przestaje obowiązywać, była „słynna pseudopandemia”.
– Grupa skupiona wokół ośrodków władzy może narzucać swoje decyzje „w imię dobra wspólnego”, o którym decydują oni sami – opisał ten mechanizm redaktor naczelny „Do Rzeczy”. Wśród głównych rozgrywających w tamtym czasie wymienił ówczesnego szefa rządu Mateusza Morawieckiego oraz wicepremiera odpowiedzialnego za bezpieczeństwo, Jarosława Kaczyńskiego.
„Gdybym mógł, to bym poszedł na całość: wszyscy musieliby zostać zaszczepieni” – cytował słowa szefa PiS redaktor Lisicki.
Te same argumenty o nieważności zasady wolności w obliczu „siły wyższej” powtarzali zresztą także inni zachodni przywódcy. Twierdzili, że owszem, każdy jest wolny, ale swoboda kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innych ludzi. Moja nie może stwarzać zagrożenia dla innych. – Gdyby zastosować takie założenie w sposób konsekwentny, w ogóle zostalibyśmy pozbawieni wolności – zauważył red. Lisicki.
– Współczesna ideologia polega na tym, że fakty nie mają znaczenia. W ostatnim czasie czytałem masę artykułów, których autorzy przekonywali, że im jest zimniej, tym tak naprawdę jest cieplej. A to, że nam się wydaje inaczej, jest jedynie kwestią subiektywnego odczucia – zauważył.
Publicysta przytoczył zabawne w gruncie rzeczy zdarzenie, do którego doszło podczas przemowy inaugurującej ponowną kadencję prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w styczniu 2025 roku. Oznajmił on: „od tej pory państwo amerykańskie będzie uznawało, że są tylko 2 płcie: mężczyzna i kobieta”. To jakże „odkrywcze” stwierdzenie spotkało się z reakcją słuchających w postaci owacji na stojąco.
– Ta sytuacja dobrze pokazuje obecny stopień szaleństwa – podsumował redaktor Lisicki.
Oczywiście wolność można w ten sposób reglamentować na różne sposoby. Na przykład: rzekome nadużywanie wolności oddychania w postaci korzystania z domowego kominka władza karze odbieraniem takiej możliwości.
Panelista powiedział, że podczas „pandemii” w latach 2020 i 2021 na masową skalę zaczęto posługiwać się w propagandzie paradygmatem jednej, powszechnie obowiązującej „prawdy”. Inaczej myślących należy w myśl tej filozofii wykluczać z publicznej debaty.
Widać to też w przypadku kwestii klimatycznych. Ludzie domagający się twardych dowodów naukowych na tezę o wywołanym przez człowieka globalnym ociepleniu, piętnowani są jako „negacjoniści”, co kojarzy się mało przychylnie.
Tak zwane politycznie poprawne ideologie narzucane są społeczeństwom poprzez media. W nagrodę otrzymują one od potężnych sponsorów wielkie pieniądze za udział w kolejnych przedstawieniach.
Gdy na agendzie pojawił się dogmat walki z globalnym ociepleniem, największe środki przekazu promowały książkę proroka tej ideologii Billa Gatesa. Prasa i portale publikowały mnóstwo artykułów na ten temat, oczywiście tylko w jednym, słusznym tonie. Z czasem okazało się, że do powyższych redakcji szerokim strumieniem płynęły wpłaty od organizacji należących do byłego szefa Microsoftu, który – nawiasem mówiąc – w ostatnim czasie zdążył już zmienić zdanie na temat kluczowego znaczenia „walki z klimatem” dla naszej przyszłości.
Jak ułomna jest debata publiczna w Polsce, pokazała też wojna na Ukrainie. Jak wskazał mówca, zasadniczo powinniśmy być zdolni do jasnego, nieskrępowanego definiowana własnego interesu. Tymczasem każdy, kto ośmiela się zgłaszać odrębne opinie w określonych istotnych kwestiach, pozycjonowany jest jako szpieg, wróg i obcy agent. Znów – podobnie jak przy okazji kategorii „mowy nienawiści” – trzeba tu nawiązać do czasów rewolucji bolszewickiej oraz Rosji Sowieckiej. To komuniści stosowali bowiem tę przewrotną metodę na masową skalę.
Wspólny mianownik tych trzech sytuacji [„pandemii”, globalnego ocieplenia, wojny na Ukrainie] stanowi budowanie globalnego systemu odbierającego ludziom zdolność samodzielnego myślenia, a także pozbawiający ich rozsądku i wolności. Naszą reakcją musi być w tej sytuacji obrona posługiwania się rozumem, odrzucanie szufladkowania każdego, kto ma „niepoprawne” poglądy.
W dalszej części panelu mecenas Dorosiński mówił o mechanizmie fact-checkingu, jako jednym z kluczowych elementów nowego systemu. Wielkie korporacje zobowiązały się płacić organizacjom zajmującym się „weryfikacją faktów”. Zgodnie z zawartym w tej sprawie porozumieniem, muszą jednak należeć do jednej z dwóch organizacji skupiających fact-checkerów. Pierwsza powstała z inspiracji amerykańskiego Departamentu Stanu w trakcie rządów Joego Bidena i za pieniądze Gatesów oraz George’a Sorosa. Drugą stworzyła Unia Europejska.
Taki dobór „weryfikatorów faktów” ma decydujący wpływ na kształt tej weryfikacji. Kiedy w 2020 roku w Polsce odbywały się na dużą skalę nakręcane przez media marsze feministyczne, liderki tego ruchu otwarcie nawoływały do robienia „dymu w kościołach”. Takie publiczne wezwania nie spotykały się jednak z oskarżeniami o „mowę nienawiści”.
Jak zwracał uwagę mecenas Dorosiński, regulowanie kwestii wolności słowa zawsze wymaga wprowadzenia jasnych standardów. Nasze mają za swoje źródło dorobek kultury zachodniej wyrastającej z filozofii greckiej, prawa rzymskiego i etyki chrześcijańskiej.
Druga strona nie przyznaje się do źródeł swoich rewolucyjnych inspiracji.
Energetyka: zejść z drogi prowadzącej do katastrofy
W panelu poświęconym energetyce wziął między innymi dr inż. Mirosław Gajer z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Jak podkreślił, niezbędną częścią każdego systemu elektroenergetycznego są stabilne źródła energii. Krajowy system musi generować dokładnie tyle mocy, ile wymaga operator, czyli ile wynosi aktualne zapotrzebowanie.
– Przez 24 godziny na dobę mogą pracować elektrownie węglowe, gazowe i atomowe. Niczego innego ludzkość dotychczas nie wymyśliła. Opowieści o kontrolowanej syntezie termojądrowej możemy traktować w kategoriach science-fiction – zaznaczył uczony.
W grudniu minionego roku aż 67 procent wytworzonej w naszym kraju energii pochodziło z węgla. – Jesteśmy w stanie przetrwać tę zimę dlatego, że wybudowano w 70. latach XX wieku szereg elektrowni węglowych. W styczniu wspomniany udział węgla w systemie może być jeszcze większy – wskazywał dr inż. Gajer.
W marcu 2021 roku zapadła decyzja o wyburzeniu powstającej w Ostrołęce nowoczesnej elektrowni węglowej o bardzo ograniczonej emisji zanieczyszczeń. W opinii naukowca stało się wówczas jasne że żaden blok węglowy w naszym kraju już nie powstanie. Czy więc realne jest zastąpienie „czarnego złota” na przykład energią z gazu?
Światowy rynek budowy bloków gazowo-parowych zdominowany jest przez 3 koncerny: General Electric, Siemens oraz Mitsubishi. W kolejce do nich czeka się obecnie nawet 5 lat – turbiny parowe nie leżą na półce w sklepie – wyjaśniał dr inż. Gajer.
Jak daleko pozostajemy od celu w kwestii budowy elektrowni atomowych? Dla przykładu, sąsiadująca z nami niewielka Słowacja posiada pochodzące z czasów komunistycznych dwa tego rodzaju zakłady. Mają one zainstalowane łącznie około 2,5 GW mocy.
Gdybyśmy chcieli w Polsce dojść do takiego samego poziomu zaspokojenia zapotrzebowania, powinniśmy – proporcjonalnie – zainstalować 18 GW mocy. Oznacza to konieczność wzniesienia aż 6 takich elektrowni jak u południowych sąsiadów. Tymczasem wiemy już, że przed rokiem 2040 nie powstanie ani jedna.
Francuzi budowali swoje bloki jądrowe po kilkanaście lat. Obecnie jednak proces ten trwa jeszcze dłużej i jest droższy.
Polska elektrownia ma kosztować co najmniej tyle, ile musielibyśmy wydać na 20 bloków węglowych w zlikwidowanej elektrowni w Ostrołęce.
Aby nasz system był racjonalny, udział w nim węgla powinien wynosić co najmniej 50 procent – ocenił dr inż. Mirosław Gajer.
Dr inż. Jerzy Majcher wskazał, iż nie istnieje bezpieczeństwo militarne kraju bez bezpieczeństwa energetycznego jego gospodarki. Trzeba więc uporządkować gospodarkę energetyczną tak by służyła rozwojowi państwa. Na progu tak zwanej transformacji ustrojowej, w 1990 roku Polska – wyłączając paliwa płynne – nie tylko była w tej sferze samowystarczalna, ale i eksportowała energię. Dzisiaj importujemy rocznie 12 procent swojego zapotrzebowania i już jesteśmy uzależnieni od dostaw z zewnątrz.
Równocześnie prowadzona jest przez władze państwowe oficjalna polityka dekarbonizacyjna. Zagrożenie widoczne jest już poprzez pryzmat harmonogramu wyłączeń elektrowni węglowych, stanowiących podstawę bezpieczeństwa. Naukowiec zachęcał do przyjrzenia się treści zamieszczonego na stronach rządowych Krajowego planu na rzecz energii i klimatu na lata 2021 – 2030. Wynika z niego, że władze konsekwentnie dążą do pozbycia się przez Polskę stabilnych źródeł.
– Są wycinane, siedzimy na gałęzi i piłujemy od strony pnia – obrazowo nakreślił sytuację naukowiec.
Plan zakłada natomiast przyspieszenie rozwoju kapryśnych OZE, w tym umieszczenie 205 gigawatów mocy w fotowoltaice, wiatrakach i magazynach energii. Ten sam dokument przewiduje, że będziemy mieć do czynienia z „luką mocową”. – Co to oznacza dla odbiorców? Racjonowanie dostaw energii. Nie zapewniają nam ciągłości zasilania, nie mówiąc już o jakości energii – wskazywał prof. Majcher.
W rządowy projekt wpisane są zatem znane starszym pokoleniom z własnego doświadczenia stopnie zasilania, czyli ograniczenia w dostawach. Redukcja poboru czeka również przedsiębiorców, co fatalnie odbije się na gospodarce.
– Bezpieczeństwa nie będzie można zbudować na strukturze zależnej od pogody – uprzedzał ekspert. Rezygnacja z największego skarbu naturalnego Polski skończy się więc katastrofą. Węgiel pozostaje niezmiennie najlepszym, najtrwalszym magazynem energii.
Uczony odniósł się do projektów związanych z elektrowniami jądrowymi. Patrząc realistycznie, każdy z nich powinien być obliczony na 100 lat – 10 trwać może budowa, 80 – eksploatacja i kolejną dekadę demontaż.
Profesor dr hab. inż. Ziemowit Malecha nazwał obecną transformację „konstruktem o cechach wielowymiarowego oszustwa”. Jak zauważył, na obecnym etapie promotorzy tego procesu nie mówią już, że tzw. odnawialne źródła budowane są po to, by ograniczać emisję CO2. Wmawia się za to opinii publicznej, że jest to przedsięwzięcie ekonomicznie uzasadnione. Ma być rzekomo tańsze, jednak prawdziwy obraz zaciemniany jest chociażby poprzez sztucznie narzucane tradycyjnej energetyce obciążenia, zwłaszcza podatek ETS. Wybitny naukowiec, uczestnik wielu zaawansowanych projektów (m.in. w Stanach Zjednoczonych) nazwał go „zbrodnią na energetyce, przemyśle i ciepłownictwie”.
Rozsądnym wyjściem byłaby modernizacja istniejących tradycyjnych elektrowni i wznoszenie nowych, znacznie mniej emisyjnych. Jednak w obecnym planie pierwszeństwo w systemie energetycznym mają docelowo… morskie wiatraki, patrząc całościowo – rozwiązanie droższe nawet od atomu.
Prof. dr inż. Andrzej M. Pawlak wskazał na podstawy zdrowego myślenia o energetyce. Niezależne wolne państwo buduje potencjał energetyczny żeby wspierać swoją gospodarkę. Najpierw musi powstać całościowy plan rozwoju Polski. – Trzeba wyznaczyć zakres i tempo rozwoju. Nie można startować od tyłu – mówił.
Panelista zwrócił uwagę słuchaczy na rzadko wspominany, lecz jego zdaniem najkorzystniejszy model geotermii, zwłaszcza tzw. suchej. W ramach tej metody ciepło pozyskuje się na głębokości 8-10 kilometrów z nieprzepuszczalnych skał, pośród których brak naturalnych wód termalnych. Woda wtłaczana jest w szczeliny skalne, tam jest naturalnie podgrzewana i następnie wydobywana na powierzchnię w postaci gorącej pary lub wody napędzającej turbiny.
– To metoda dostępna w każdym miejscu Ziemi, najtańsza i bezpieczna, a „odpadem” jest w jej przypadku skroplona woda – mówił profesor Pawlak.
Świat układany na nowo
Prelegenci panelu „Suwerenność i bezpieczeństwo geostrategiczne” rozmawiali o nowym światowym rozdaniu politycznym, w tym – prawdopodobnym wycofaniu Stanów Zjednoczonych ze szczególnego zainteresowania Europą, zwłaszcza środkową. Brutalnie zdiagnozowali stan polskiej polityki zagranicznej w ciągu ostatnich dekad tak zwanej wolnej Polski.
Krzysztof Baliński, wieloletni dyplomata w latach PRL i III RP mówił: – U nas w Ministerstwie Sprawiedliwości sformułowanie „polski interes narodowy” nie przechodzi przez gardło. Są to słowa wyklęte. Przemiany ustrojowe stworzyły nadzieję na zdefiniowanie interesu narodowego. Niektórzy mieli naiwną nadzieję, że wcielona zostanie dewiza Dmowskiego „Jestem Polakiem i mam obowiązki polskie” – wskazywał.
W przekonaniu panelisty kanon polskiego interesu narodowego padł w naszych czasach ofiarą formacji polityczno-ideologicznej, która każde myślenie w tych kategoriach zwalczała jako przejaw niesłusznej odmiany nacjonalizmu.
– Wyrośli w kosmopolitycznym otoczeniu, wyssali z mlekiem serwilizm wobec obcych racji stanu. Nie używali słowa interes narodowy, za to bardzo często interes Ukrainy, Izraela, nawet Tatarów krymskich, ale nigdy Polski – mówił.
Wspomniał o ludziach stojących na czele MSZ w ciągu kolejnych dekad III RP. – Dziwne były kryteria doboru ludzi mających w założeniu definiować głos polskiego interesu narodowego. Pierwszym takim prawdziwym ministrem spraw zagranicznych został syn rabina. Kolejnym ministrem był potomek funkcjonariusza NKWD – wyliczał. – Jeżeli to wszystko podliczymy, to wśród tych pierwszych ministrów SZ czterech to byli potomkowie albo oficerów, albo funkcjonariuszy NKWD, dwóch – potomkowie funkcjonariuszy, czyli funków Komunistycznej Partii Polski. No i był – jest i dziś, bo już po raz drugi jest ministrem spraw zagranicznych – facet wypromowany do tej funkcji w dyplomacji przez wuja, który był majorem w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Później zaś był [minister] na tak zwanych studiach w Londynie. Tam go promował też major Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, nazywał się Bauman – mówił Krzysztof Baliński.
Profesor Jacek Janowski, badacz współczesnych mechanizmów władzy, wskazał na odbywającą się obecnie transformację światowego porządku. To zjawisko nowe, kształtujące się w sposób dużo bardziej dynamiczny i jakościowo inny niż miało to miejsce w przeszłości. – Kiedyś narody walczyły między sobą, silniejszy wygrywał. Teraz diametralnie inna sytuacja. Mamy transformację od porządku prawno-międzynarodowego do porządku globalnego. Można powiedzieć: „chcę Grenlandię”, „chcę Meksyk” i świat to przyjmuje – zauważył. Za najnowszy przejaw tendencji idącej w stronę zmiany sposobu zarządzania światem uznał firmowaną przez Donalda Trumpa Radę Pokoju.
W tym ujęciu przechodzimy właśnie od demokracji do technokracji. Od ładu opartego na prawie i wartościach, do porządku fundowanego na technologiach i możliwościach centralnego wpływania na losy świata nawet z jednego miejsca. Na przykład w sytuacjach kryzysowych dochodzą do nas karkołomne nakazy czy propozycje ideologiczne. Na ich podstawie mielibyśmy się w określony, ujednolicony sposób zachowywać, dostosowywać do wskazówek z anonimowego źródła.
– To porządek świata nie oparty na logice, etyce, nawet nie na ekonomii, ale na założeniach. Wysterowanie, uzależnienie, podporządkowanie… – wymieniał.
To już nie państwa, ale ktoś ponad nimi dysponuje największymi możliwościami sprawczymi – ekonomicznymi, informacyjnymi. Warunki brzegowe wyznacza ideologia. Następuje „prywatyzacja” świata.
Zaproszeni przez Konfederację Korony Polskiej analitycy upatrują szans dla naszego państwa na wschodzie. Profesor Adam Wielomski na pytanie o potencjalne, korzystne dla nas koniunktury wobec zmiany polityki amerykańskiej, wskazał dwa kierunki. – Otóż mamy jeszcze, co na przykład rozumie Viktor Orban – Federację Rosyjską, której nie lubimy, ale ona dalej, niestety cały czas jest. Myślę, że zamiast wygłaszać kolejne antyrosyjskie przemówienia, polskie kanały dyplomatyczne – o ile takie jeszcze istnieją – z Federacją Rosyjską powinny zacząć rozmowy, żeby się na przykład dowiedzieć, że gdybyśmy chcieli zrobić reset z Rosją, to właściwie czego konkretnie? Taka Rosja od nas, ale nie na zasadzie, że nam zagraża i tak dalej, bo Katyń, bo rozbiory, ale konkretnie dzisiaj i teraz – czego od nas chce. My nawet tego nie wiemy, nie pytamy się, nas to nie interesuje – ubolewał. Chociaż wyraźnie spodobało mu się – co zaakcentował – użyte kiedyś wobec niego określenie „polski odpowiednik Aleksandra Dugina”, zapewne zapomniał o jasno sformułowanym przez tego ideologa oczekiwaniu wobec Polski („Rosja w swoim geopolitycznym oraz sakralno‑geograficznym rozwoju nie jest zainteresowana istnieniem niepodległego państwa polskiego w żadnej formie” i inne wypowiedzi w tym tonie). Niestety, nie zwrócił na to uwagi żaden z uczestników dyskusji.
– No i wreszcie kierunek ostatni, Chiny. Polska traci w tej chwili swoją największą geopolityczną okazję, a mianowicie Chiny chciały przepuścić przez Polskę Nowy Jedwabny Szlak – mówił Adam Wielomski. Taka opcja miałaby spowodować, że „jeśli będzie szedł tędy Szlak, koleje, to Chiny nie mogą dopuścić, by latały tu Iskandery”.
Ideę Międzymorza uważa on za utopię ze względu na brak – w jego ocenie – wspólnych interesów z Chorwacją czy Bułgarią. Bardziej realistyczna jest dla niego Grupa Wyszehradzka, którą jednak Polska ostatnio „rozłożyła” ze względu na interes Ukrainy.
Z kolei Leszek Sykulski proponował Polsce strategię równoważenia wpływów mocarstw, zwłaszcza politykę „żadnych wrogów wśród sąsiadów”. – Pozostając w NATO, wiedząc o erozji USA, Polska powinna złożyć akces do BRICS+ i Szanghajskiej Organizacji Współpracy – przekonywał.
Gospodarczy układ z wymienionymi państwami miałby dać Polsce „większe gwarancje niż uformowanie pięćset-tysięcznej armii”.
Uczestnicy w osobnych panelach rozmawiali także o medycynie i bezpieczeństwie zdrowotnym, armii i służbach, złotówce i bezpieczeństwie finansowym, kulturze i edukacji, sądach, wolności gospodarczej, rolnictwie, leśnictwie i przetwórstwie, demografii oraz bezpieczeństwie życia i rodziny, a także wolności samorządów.
KINGS odbył się pod medialnym patronatem niezależnych mediów, w tym portalu PCh24.pl.
Jeśli przyjąłeś w dobrej wierze eliksir szczęścia – substancję reklamowaną szeroko jako bezpieczny i skuteczny środek przeciwko grypie przemianowanej dla chwilowych potrzeb na kowida, to takie artykuły zapewne będą wywoływać w tobie strach.
Nie jest to moim celem, wręcz przeciwnie, wolałbym przekazywać wszystkim pozytywne wieści – jednak nie będę ukrywał wyników badań naukowców, dlatego, że ktoś ma obawy, by spojrzeć w oczy prawdzie.
W jaki sposób substancja, która jest celowo stosowana w laboratoriach do wywoływania raka, znalazła się w produkcie reklamowanym jako „bezpieczny i skuteczny”? Odpowiedzialni za to przedstawiciele firm Pfizer/BioNTech i władze milczą na ten temat. Badanie przeprowadzone w Ontario jest kolejnym dowodem na to, że bezpieczeństwo pacjentów nie było priorytetem podczas planowanej pandemii. Pacjenci to oczywiście ludzie chorzy. Dzięki wstrzyknięciu genu „leczeni” byli wszyscy – dzieci, osoby zdrowe i osoby z „bezobjawowymi chorobami”.
Na zdrowych osobach niepotrzebnie eksperymentowano z substancjami, których długoterminowych skutków nikt nie jest w stanie przewidzieć. Wszystko pod pretekstem ochrony zdrowia publicznego. Przemysł farmaceutyczny czerpał z tego zyski, sięgające astronomicznych poziomów. Podobnie jak powiązani z przemysłem farmaceutycznym politycy, których władza rosła niepomiernie. I media, które otrzymywały setki milionów dolarów od rządu i przemysłu farmaceutycznego, by promować narrację „plandemii”.
Tak, w „ratujących życie” szczepionkach mRNA firmy Pfizer naukowcy znaleźli znaczące ślady substancji stosowanych w laboratoriach do celów badawczych onkologii, skutecznie wywołujących u myszy raka. Substancja ta nazywa się Simian-Virus 40 (Wirus małpi 40) SV-40.
Jest to kolejny z wielu dowodów celowego stosowania środków biomedycznych w celu redukcji populacji.
Wyobraźcie sobie szczepionkę tak bezpieczną, że trzeba cię zmusić, żebyś ją przyjął przeciwko chorobie tak śmiertelnej, że trzeba zrobić test, abyś wiedział, że jesteś chory.
Strach przed wirusem odczuwają jedynie ci, którzy się przed nim zaszczepili. Jedynie strach jest wystarczająco silnym motywem, by odrzucić wszelkie zdroworozsądkowe myślenie i chronić się za parawanem kłamstw obrzucając tych, którzy chcą im pomóc wyrwać się z tej matni stekiem kretyńskich stygmatów w stylu antyszczepionkowiec & Co. Ten sam strach powstrzymuje tych ludzi przed zrozumieniem własnych błędów. Są tak zajęci negowaniem ich, że nie zdają sobie sprawy, iż świat poszedł daleko naprzód w zrozumieniu skali dawno już obnażonych kłamstw, którymi usiłowano zmusić nas do popełnienia zbiorowego szczepionkowego samobójstwa.
Wyjątkowo perfidnie w tym kontekście brzmi informacja o terapii mRNA mającej zwalczać raka. Firmy biotechnologiczne prowadzą zaawansowane badania nad rozwojem szczepionek przeciwnowotworowych opartych na technologii mRNA, która w ciągu kilku ostatnich lat zrewolucjonizowała medycynę. Źródło.
W tym artykule jest także mowa o „skutecznych szczepionkach przeciwko koronawirusowi”. Czyżby chodziło o skuteczność SV-40 – substancji stosowanej do wywołania raka?
Cztery lata temu skromny lekarz skutecznie zwalczył światową pandemię.
Terapia mRNA jest typową technokratyczną wizją futurystyczną, w której leczenie ma polegać na dobraniu komputerowo odpowiednich genów do szprycy, która w cudowny sposób zwalczy choroby. Żyjemy w świecie, w którym nie ma lekarstw na większość chorób, a są jedynie chemiczne środki łagodzenia objawów, których głównym celem jest tworzenie nowych pacjentów wraz z chorobami wywołanymi tymi substancjami. Tak można w skrócie opisać model biznesowy dzisiejszej farmacji.
W tym kontekście terapia mRNA ma rzeczywiście solidne podwaliny, by skutecznie kontynuować walkę z przeludnieniem planety Ziemi.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Nie wiem, czy prezydent Stanów Zjednoczonych – Naszego Najważniejszego Sojusznika – byłby z tego zadowolony – ale nie da się ukryć, że pod pewnymi względami staje się on podobny do władzy radzieckiej. Właściwie to nawet nie „pod pewnymi względami”, tylko pod jednym względem. Jak bowiem zauważył Aleksander Sołżenicyn – „z władzą radziecką nie będziesz się nudził”.
Podobnie jest z prezydentem Donaldem Trumpem. Z nim nudzić się też niepodobna – o czym możemy przekonać się co najmniej od miesiąca.
Weźmy taką Wenezuelę. Od dłuższego czasu wokół tego państwa gromadziły się czarne chmury, a chmur tych przybywało w miarę, jak wokół Wenezueli koncentrowały się amerykańskie wojska zarówno lądowe, jak i powietrzne czy morskie. Donald Trump zresztą wcale tego nie ukrywał, przeciwnie – podkreślał z naciskiem, że zamierza z tą całą Wenezuelą zrobić porządek – ale najwyraźniej nikt mu chyba nie wierzył. Aż tu nagle, kiedy nikt niczego się nie spodziewał, tamtejszy prezydent Mikołaj Maduro został porwany z własnej sypialni razem z żoną, która zaczęła przychodzić do siebie dopiero na pokładzie samolotu, który „z szybkością płomienia” – jak powiedzieliby Chińczycy – wiózł ją do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku.
I kiedy „eksperci” jazgotali, że Stany Zjednoczone „złamały prawo” międzynarodowe, okazało się, że prezydent Trump jakoś dogadał się z reżymem wenezuelskim, o czym świadczyła nie tylko wizyta pani Mari Machado, która prezydentowi Trumpowi podarowała medal Pokojowej Nagrody Nobla, ale też wenezuelskiej prezydentessy, która najwyraźniej nastawiła się Stanom Zjednoczonym lepiej od noblistki, bo prezydent Trump właśnie z nią będzie teraz robił interesy na sprzedaży wenezuelskiej ropy. Fałszywe pogłoski utrzymują, że za pośrednictwem Kataru, który ropę tę będzie sprzedawał, a zyskami dzielił się z prezydentem Trumpem po bratersku, on zaś z kolei okruchami ze stołu pańskiego będzie zalepiał otwory gębowe wenezuelskim reżymowcom. W sytuacji gdy najwyraźniej zostało to przyklepane w imieniu wenezuelskiego reżymu przez tamtejszą prezydentessę, więc dzisiaj już żadna Schwein o żadnym złamanym „prawie międzynarodowym” nie wspomina. Czegóż chcieć więcej?
A tymczasem, kiedy ważyły się losy Wenezueli, na Florydzie lądował samolot z premierem rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniaminem Netanjahu. Najwyraźniej musiał on przekonać prezydenta Donalda Trumpa do zmiażdżenia złowrogiego irańskiego reżymu tym łatwiej, że już w przeddzień rozpoczęła się tam antyreżymowa rewolucja. I kiedy wszystko rozwijało się pomyślnie, do tego stopnia że wyciągnięty został z naftaliny „następca tronu”, który zapowiedział swoje przybycie, wystąpiły komplikacje. Oto złowrogi reżym irański powyłączał telefony i Internet, w związku z czym nie było innego wyjścia, jak namówić Elona Muska, by uruchomił „Starlinki” – bo w przypadku rewolucji łączność z centralą jest najważniejsza. Aliści – według krążących po Waszyngtonie fałszywych pogłosek, o których zameldował mi mój tamtejszy Honorable Correspondant, kontrwywiad irański namierzył korzystających z tej łączności agentów Mosadu i CIA, których reżym zaczął wyaresztowywać. [Ponad 800 – i obiecali ich powiesić. A szkoda byłaby, bo długo szkoleni. Więc – wycofano się z postępów postępu. md]
W tej sytuacji nie było innej rady, jak odwołać rewolucję, dzięki czemu prezydent Trump będzie mógł do zakończonych ośmiu wojen dodać dziewiątą, której nie tyle nie „zakończył”, co raczej jej zapobiegł. Na jak długo – aaa – to zależy od strat, jakie poniosły obie zainteresowane agentury – ale jasne jest, że ich odbudowa będzie musiała trochę potrwać. Ma się rozumieć, że rewolucja, która już nabierała rumieńców, zakończyła się jakby ręką odjął, a „następca tronu” znowu powędrował do naftaliny – aż do następnego razu. Teraz w Iranie trwa – jak to nazwał Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer pięć”, „przeczesywanie terenu”, które można by porównać do gry miłosnej po orgazmie zwycięstwa, gdyby nie to, że ofiary są prawdziwe. Ale to przewidział już szkocki poeta Robert Burns, kiedy pisał, że „zwycięskich buntów nie ma, nigdy ich nie widziano, bo jeśli bunt zwycięży, przybiera inne miano”. Tak czy owak, póki sytuacja się nie wyjaśniła dzięki „dyplomacji Zatoki Perskiej”, która przekonała prezydenta Trumpa, by z Iranem na razie dał sobie spokój, to emocji było co niemiara, a eksperci kreślili coraz to nowe scenariusze. Czegóż chcieć więcej?
Tymczasem, gdy jeszcze nie ochłonęliśmy po emocjach związanych ze złowrogim Iranem, z inicjatywy prezydenta Donalda Trumpa pojawiła się – jakby to powiedział Kukuniek – „koncepcja” Rady Pokoju, której celem ma być zaprowadzenie porządku z Strefie Gazy. Na czym to ma polegać, tego jeszcze nie wiemy, ale w odpowiedniej chwili zostanie nam to objawione. Na razie wiemy, że prezydent Trump zaprosił do niej około 60 osobistości, wśród nich – prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę.
Wspominam o nich również dlatego, że zaproszony został również węgierski premier Wiktor Orban i pan prezydent Karol Nawrocki, który niedawno zabawiał się w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską – teraz miałby kolegować z Aleksandrem Łukaszenką w Radzie Pokoju. Dla węgierskiego premiera Wiktora Orbana to żaden problem, ale pan prezydent najwyraźniej musi przeżywać jakiś dysonans poznawczy, bo podobno „konsultował się” z obywatelem Tuskiem Donaldem, który do Rady Pokoju w ogóle nie został zaproszony. W tej sytuacji jest prawie pewne, że obywatel Tusk Donald będzie panu prezydentowi Nawrockiemu odradzał przystąpienie do Rady Pokoju – jak to pies ogrodnika, co to sam nie zje i nikomu nie da.
Nawiasem mówiąc, z „koncepcji” Rady Pokoju wynika, że ma ona być rodzajem prestiżowej posady dla Donalda Trumpa, kiedy już przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Ma on bowiem dożywotnio tej Radzie przewodniczyć i mieć tam ostatnie słowo, tak że bez niego nie będzie mogła ona niczego postanowić. Jeśli pomysł wypali, to byłby to majstersztyk, zwłaszcza na tle usiłowań nieudolnych, przedsiębranych przez Aleksandra Kwaśniewskiego czy Andrzeja Dudę, którzy nawet sobie nic nie potrafili załatwić, nie mówiąc już o naszym nieszczęśliwym kraju. Zatem – czegóż chcieć więcej?
Ale to jeszcze nic w porównaniu z podchodami Donalda Trumpa pod Grenlandię. Najwyraźniej zamierza on przejść do historii jako jeden z tych nielicznych prezydentów USA, którzy powiększyli terytorium państwowe. Czy mu się to uda – tu musimy zastosować metodę uczonych radzieckich, co to wynaleźli sposób przewidywania przyszłości: wystarczy trochę poczekać.
Ale już na tym etapie widać, że Donald Trump zdołał osiągnąć kilka celów: testuje europejskich sojuszników, którzy zaczęli mu podskakiwać w sprawie Ukrainy, zaognił „stosunki transatlantyckie”, wskutek czego brukselski gang musi się zreflektować, no i zepchnął wojnę na Ukrainie na tak daleki plan, że tylko patrzeć, jak dołączy ona do tak zwanych „wojen zapomnianych”. Czegóż chcieć więcej?