Nowy Najwyższy Przywódca Iranu, 57-letni Modżtaba Chamenei, wybrany przez Zgromadzenie Ekspertów, nie wypowiedział jeszcze publicznie ani jednego słowa.
IRGC przemawia za nim. Od samego początku Mojtaba był preferowanym kandydatem na następcę ajatollaha Chameneiego, człowieka, który w najdrobniejszych szczegółach zaplanował, jak złamać kręgosłup imperium.
IRGC pokazuje teraz całej planecie, a zwłaszcza Globalnemu Południu, co kryło się za „powściągliwością” zalecaną latami przez Chameneiego.
W ciągu kilku dni Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oślepił radary USA w całej Azji Zachodniej, uzbroił Cieśninę Ormuz i zdestabilizował światową gospodarkę, a także wysłał do Waszyngtonu żądanie, które w praktyce można by uznać za żądanie kapitulacji.
——————————————————–
Oto kilka najważniejszych warunków ewentualnego zawieszenia broni – zakładając, że Teheran kiedykolwiek zaufa Stanom Zjednoczonym w kwestii ich przestrzegania:
Zniesienie wszystkich sankcji wobec Iranu i uwolnienie wszystkich zamrożonych irańskich aktywów.
Uznanie prawa Iranu do wzbogacania uranu na własnym terytorium.
Pełne odszkodowanie za szkody spowodowane narzuconą wojną.
Ekstradycja irańskich piątych felietonistów za granicę i położenie kresu zorganizowanym kampaniom medialnym przeciwko Teheranowi.
Żadnych ataków na Hezbollah w Libanie ani na Ansarallah w Jemenie.
Zamknięcie wszystkich amerykańskich baz wojskowych w Azji Zachodniej.
Niech to dotrze do was. Oto mamy Iran, który w zasadzie każe samozwańczej, najbardziej przesadzonej, najpotężniejszej armii w historii świata poddać się.
A teraz połączmy to z oświadczeniem dowódcy sił powietrzno-kosmicznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, Madżida Musawiego, że „Iran przechodzi na nową doktrynę rakietową po zneutralizowaniu amerykańskich systemów obrony powietrznej w regionie. Od teraz pociski z głowicami o masie poniżej 1 tony nie będą już używane. Fale ataków rakietowych będą częstsze i będą miały większy zasięg”.
W praktyce oznacza to, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej wystrzeliwuje więcej pocisków rakietowych średniego zasięgu na paliwo stałe Kheibar Shekan, podobnie jak miało to miejsce wcześniej w tym tygodniu w Tel Awiwie i w bazie Piątej Floty USA w Bahrajnie.
Kod tej pierwszej operacji, co znamienne, brzmiał „Labbayk ya Khamenei”, co oznacza „Do usług, Chamenei”. Można to uznać za pierwszą irańską operację wyraźnie dedykowaną nowemu Najwyższemu Przywódcy. Cheibar Shekan – o zasięgu 1450 km – jego wyrzutnia porusza się po drogach; można go wystrzelić z ciężarówki w mniej niż 30 minut; lata z naprowadzaniem satelitarnym i jest zwrotnym pociskiem, który wykonuje zygzakowate manewry obronne przy prędkości, która według IRGC sięga Mach 10.
I tak: od teraz przenosi głowice o masie 1 tony. To podwaja promień rażenia i siłę rażenia każdego pocisku, niezależnie od tego, jak bardzo podwaja, potraja lub czterokrotnie zwiększa piekło przechwytywania między USA a Izraelem. Pocisk przechwytujący Patriot PAC-3 kosztuje 4 miliony dolarów. Pocisk przechwytujący THAAD kosztuje 12,7 miliona dolarów. Pocisk Arrow-3 kosztuje 3,5 miliona dolarów. Wszystkie zostały systematycznie niszczone, jeden po drugim, przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.
W praktyce Epstein Group będzie musiała teraz rozmieszczać więcej pocisków przechwytujących, których nie posiada, na każdy nadlatujący pocisk, aby osiągnąć takie samo prawdopodobieństwo sukcesu.
Następnie mamy rakiety Chorramszahr-4: zasilane paliwem ciekłym, o zasięgu od 2000 do 3000 kilometrów, przenoszące jeszcze cięższe głowice bojowe o wadze od 1500 do 1800 kilogramów, z manewrowymi pojazdami powrotnymi sterowanymi ciągiem.
Mowa o najcięższych konwencjonalnych głowicach w arsenale irańskim, które są odpalane razem ze zmodernizowanymi głowicami Kheibar Shekan.
Wszystko w imię „Labbayk ya Khamenei”. Symbolika mówi sama za siebie.
Upokorzenie, nie negocjacje
Oto najnowsze, niezaprzeczalne fakty z pola bitwy.
Zakładając, że ktoś w Waszyngtonie z IQ wyższym od temperatury pokojowej zadał sobie trud, by wyjaśnić to Białemu Domowi, nic dziwnego, że Trump teraz chwali się, że wojna jest „całkowicie zakończona”. Nawiasem mówiąc, nastąpiło to po (podkreślenie moje) jego godzinnej konferencji telefonicznej z prezydentem Putinem, o którą poprosił Biały Dom.
Oświadczenie Moskwy, przekazane przez niezłomnego doradcę prezydenta Jurija Uszakowa, zawiera następujący fragment:
„Prezydent Rosji wyraził szereg pomysłów mających na celu szybkie polityczne i dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu irańskiego, uwzględniając m.in. kontakty, jakie utrzymywał z przywódcami państw Zatoki Perskiej, prezydentem Iranu i przywódcami kilku innych krajów”.
To dyplomatyczny żargon Putina, który wyjaśnia Amerykanom trudne fakty dotyczące życia i zgłasza się na ochotnika, by znaleźć tę nieuchwytną drogę ucieczki.
Załóżmy, że Teheran chce wziąć udział.
Według nieustannej manipulacji Waszyngtonu, przysłowiowi pochlebcy z Waszyngtonu namawiają Trumpa do „opracowania planu wycofania Stanów Zjednoczonych z wojny” i ogłaszają, że „wojsko w dużej mierze osiągnęło swoje cele” (choć nie jest to prawdą).
Faktem jest, że Biały Dom zwrócił się już do Turcji, Kataru i Omanu z prośbą o przekazanie Teheranowi amerykańskich propozycji zawieszenia broni.
Podsumowanie reakcji Iranu przedstawiono tutaj:
„Negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi nie są już przedmiotem obrad”.
Przewodniczący parlamentu Mohammad Ghalibaf: „Absolutnie nie dążymy do zawieszenia broni. Uważamy, że agresor musi zostać tak dotkliwie pokonany, aby wyciągnął wnioski i nigdy więcej nie pomyślał o ataku na drogi Iran”.
Co sprowadza nas z powrotem do pytania, dlaczego Trump, który nieustannie przechwala się, że „wygrywamy”, dzwoni do Putina, gdy wojna szaleje, i to zaledwie kilka godzin po tym, jak Putin potwierdził swoje „niezachwiane poparcie” dla Iranu i nowego Rahbara („przywódcy”), Modżtaby Chameneiego.
Nieunikniona odpowiedź brzmi, że Trump szuka strategii wyjścia. Zdecydowana większość świata, a także szereg podmiotów w państwach wasalnych, już teraz obwiniają Stany Zjednoczone za załamanie się światowej gospodarki.
Dzieje się tak, ponieważ cały rząd, powołany do życia przez zamordowanego ajatollaha Chameneiego, jest pewien, że zdoła położyć korporację Epsteina na kolanach, skąpanych we krwi.
Ajatollah Chamenei dokonał czegoś, co może przejść do historii jako największe zaskoczenie geopolityki XXI wieku. Cała zasługa należy się jego jasności wizji, wytrwałości, poświęceniu i zapierającej dech w piersiach skrupulatności planowania obecnie obowiązującej strategii obrony mozaikowej. Iran pod rządami Modżtaby Chameneiego – i jest to ogólnonarodowy konsensus – pragnie teraz jednoznacznego zwycięstwa. Imperium chaosu, grabieży i nieustającej agresji, z jego etyką „jeśli cię nie lubię, to cię zabiję”, musi zostać doszczętnie upokorzone.
To nie jest zwykły proces karny. To proces, który dotkliwie ujawnia patologię, jaka od lat przeżera nasz system: od władzy ustawodawczej, przez biurokrację w urzędach, po wymiar (nie)sprawiedliwości. To historyczne wydarzenia dla polskiego narodu, który masowo się budzi i murem stoi za liderem Konfederacji Korony Polskiej. Choć rozprawy są jawne, to Sąd chce przeprowadzić proces błyskawicznie, a media zamieść go pod dywan.
To chwile, w których prawda wybrzmiewa publicznie. Dlatego jako „Najwyższy Czas!” byliśmy obecni na dwóch kolejnych rozprawach Grzegorza Brauna, towarzysząc mu w drodze po sprawiedliwość. Wierzymy, że kwestia odzyskania Niepodległości jest niezwykle istotna dla naszych czytelników, dlatego poniższy reportaż bez cenzury relacjonuje dwa dni – 23 lutego i 5 marca – które spędziliśmy w sądzie z panem posłem Braunem.
Interweniował w imię narodu
23 lutego 2026 r. od godz. 8:30 przed budynkiem Sądu Rejonowego dla Warszawy Praga-Południe przy ul. Terespolskiej 15A licznie zaczęli gromadzić się przedstawiciele Szerokiego Frontu Gaśnicowego. Działacze partyjni i sympatycy dodawali otuchy Grzegorzowi Braunowi, a przebieg sprawy od początku do końca relacjonowały niezależne propolskie media. Po przedstawieniu stanowiska prokuratury głos zabrał oskarżony. Grzegorz Braun już na początku swojego wystąpienia zaznaczył, że nie zgadza się z interpretacją zdarzeń przedstawioną przez stronę oskarżycielską.
W swojej wypowiedzi podkreślał, że jego działania miały charakter symboliczny i były wyrazem sprzeciwu. Jak stwierdził: „Nie działałem z zamiarem naruszenia prawa, lecz w obronie wartości, które uważam za fundamentalne dla polskiej państwowości”. Oskarżony wielokrotnie odnosił się do kontekstu politycznego sprawy. Pamiętajmy, że to postępowanie sądowe jest elementem szerszego sporu ideowego, który toczy się w przestrzeni publicznej. Braun argumentował, że jego działania były formą manifestacji poglądów oraz protestu wobec zjawisk, które zagrażają suwerenności państwa i tradycyjnym wartościom.
W jednym z fragmentów swojej wypowiedzi powiedział: „Moje działanie było aktem sprzeciwu i symbolicznym gestem. Broniłem majestatu Rzeczypospolitej i wartości, które uważam za ważne”. Podczas rozprawy poruszono również kwestię motywów działania oskarżonego. Strona oskarżycielska wskazywała, że niezależnie od deklarowanych intencji czyn pozostaje czynem podlegającym ocenie prawnej. Prokurator stwierdził: „Intencje mogą być przedmiotem interpretacji, jednak prawo ocenia przede wszystkim skutki i charakter działania”. Z kolei Braun podkreślał, że jego działania nie były wymierzone w konkretne osoby, lecz miały charakter symboliczny i polityczny. „Nie był to akt agresji wobec kogokolwiek” – mówił.
W trakcie posiedzenia sądowego pojawiły się także odniesienia do wcześniejszych wydarzeń oraz do reakcji opinii publicznej. Oskarżony wskazywał, że jego działania spotkały się z szeroką aprobatą wśród narodu. W jego ocenie pokazuje to, że sprawa ma wymiar nie tylko prawny, lecz także polityczny i społeczny. „Ta sprawa jest elementem większego sporu o to, czym jest państwo i jakie wartości powinny je kształtować” – podkreślił. Sędzia prowadzący rozprawę wielokrotnie przypominał stronom o konieczności koncentrowania się na kwestiach prawnych oraz na faktach związanych z zarzutami.
Posiedzenie miało momentami dynamiczny charakter, ponieważ zarówno prokurator, jak i oskarżony przedstawiali rozbudowane argumenty, często odwołujące się do szerszego kontekstu społecznego i politycznego. Pod koniec rozprawy sąd wysłuchał końcowych wypowiedzi stron. Prokurator podtrzymał swoje stanowisko, wskazując, że materiał dowodowy jest – według jego opinii – wystarczający do oceny zachowania oskarżonego: „Zebrane dowody pozwalają na jednoznaczne stwierdzenie, że czyn będący przedmiotem postępowania miał miejsce i został popełniony przez oskarżonego” – zaznaczył.
W tym miejscu należy odnotować zachowanie strony oskarżycielskiej, która od początku do końca reprezentowała postawę skrajnie lekceważącą. W sieci pojawiły się liczne zdjęcia mecenasa grającego w gry na telefonie podczas składania wyjaśnień przez oskarżonego, a także pani mecenas śpiącej na ławie. Wypowiedzi oskarżycieli były ciche i zwięzłe – zarówno sam oskarżony, jak i publiczność niejednokrotnie mieli problem, aby je usłyszeć.
Oskarżony przez Żydów
Grzegorz Braun w końcowym wystąpieniu ponownie podkreślił, że nie uważa swojego działania za przestępstwo. W jego ocenie był to akt obywatelskiego sprzeciwu oraz symboliczny gest o charakterze politycznym.
„Nie przyznaję się do winy w sensie moralnym – powiedział – ponieważ działałem w przekonaniu, że bronię dobra Rzeczypospolitej”. Podkreślił też wyraźnie – że fałszywie oskarżają go Żydzi: „Składanie wyjaśnień przed Wysokim Sądem rozpocząłem od wskazania faktów, których znajomość ukształtowała mój stan świadomości i moje stanowisko wobec ekscesu, jakim było pojawienie się w Sejmie Rzeczpospolitej Polskiej przedstawicieli sekty Chabad-Lubawicz wraz z asystą. Ta asysta to z jednej strony osoby pierwsze i drugie w państwie, marszałkowie izby niższej, wyższej Parlamentu Rzeczpospolitej Polskiej, ale także silna reprezentacja ministrów i generalnie politycznej elity, która w zmiennym składzie w tak niegodny sposób rządzi Polską. Ta asysta to również, na ile można się było zorientować z doniesień medialnych – bo przecież ja tam nikogo nie legitymowałem – przedstawiciele rozmaitych organizacji, które przedstawiają się same jako organizacje żydowskie. Jak się przedstawiają? No, na przykład post factum sygnując listy oskarżenia i potępienia wobec mnie. Jeden z takich listów sygnowany był chyba przez ponad setkę organizacji żydowskich w Polsce. Kto by się, Wysoki Sądzie, spodziewał, że aż ponad setka się uzbiera chętnych do tego, żeby mnie potępiać?
I teraz, dlaczego to jest istotne dla rozpoznania tej sprawy? Dlatego że najwyraźniej zorganizowana diaspora żydowska w Polsce, a chyba też i w świecie; ponieważ to potępienie, oburzenie, rozdzieranie szat i sięganie po kamienie (rzecz jasna w przenośni) w przestrzeni medialnej zatoczyło kręgi znacznie przekraczające zarys granic Rzeczypospolitej Polskiej. Więc te organizacje najwyraźniej utożsamiają się z dyskursem prowadzonym przez sektę Chabad-Lubawicz. Więc to jest istotne – że chociaż nie wszyscy Żydzi na co dzień utożsamiają się z programem ideowym i aktywnością sekty Chabad-Lubawicz i chociaż wielu z nich będzie wręcz podkreślać niszowość, wyjątkowość, marginalność tej formacji – to żeby mnie potępić, osądzić od czci i wiary i stawiać przed Wysokim Sądem, skrzyknęli się wszyscy. Nie ma zatem przesady. Jest tylko stwierdzenie faktu, że to Żydzi mnie oskarżają, Żydzi mnie szkalują, Żydzi pociągnęli mnie przed ten sąd w sposób tak bezczelny, jak tego przykład mieliśmy” – podsumował oskarżony.
Po pierwsze służba rodakom
Rozprawa zakończyła się zapowiedzią dalszego toku postępowania oraz analizą przedstawionych materiałów. Sąd poinformował, że decyzje w sprawie zostaną podjęte po szczegółowym rozpatrzeniu wszystkich argumentów oraz dowodów zaprezentowanych podczas rozprawy. W tym miejscu należy zaznaczyć, że pod koniec rozprawy z dnia 23 lutego oskarżony złożył wniosek o możliwość kontynuowania swoich wyjaśnień w późniejszym terminie, ponieważ naglił go termin zbliżającego się lotu do Brukseli w tym samym dniu.
Złożył więc wniosek o odroczenie rozprawy na późniejszy termin. Strona oskarżycielska posuwała się do bezczelnych wręcz sugestii, jakoby praca posła nie była niczym wyjątkowym i nie zwalniała oskarżonego z obecności na rozprawach.
„Nie sposób pominąć faktu, że Grzegorz Braun jest polskim posłem do Parlamentu Europejskiego i to wybranym głosami ponad 100 tysięcy obywateli. Sugerowanie przez przeciwników politycznych nieuczciwości w celu przewlekania postępowania dotyczącego, w mojej ocenie, błahych spraw oraz dyskusyjnych zarzutów, jest formą walki politycznej przeniesioną wprost na salę sądową. Oskarżony nie potrzebuje kreować roli do minus litis, on po prostu korzysta z przysługujących mu uprawnień, których Sąd ma obowiązek strzec za kulisami upolitycznionych pełnomocników pokrzywdzonego stowarzyszenia. Pismo dr Hanny Gajewskiej-Kraczkowskiej, adwokata dr Hanny Gajewskiej-Kraczkowskiej, adwokata Andrzeja Kraczkowskiego, należy uznać za nieuzasadnioną polemikę z decyzjami sądu oraz próbę obejścia elementarnych zasad procesu karnego. Wnoszę zatem nie tylko o procedowanie z poszanowaniem stanu zdrowia oskarżonego, ale i jego prawa do osobistego udziału w czynnościach, co jest jedyną gwarancją wydania sprawiedliwego wyroku. Takie pismo zostało do sądu skierowane” – mówił obrońca oskarżonego.
Grzegorz Braun około godziny 15:00 opuścił salę rozpraw, uzasadniając swoją decyzję służbą, jaką jest praca posła i tym, że nie może zawieść zaufania swoich rodaków, ponieważ pełni rolę wybranego przez nich przedstawiciela w Parlamencie Europejskim. Zapadła decyzja o kompromisie, wedle którego na kolejnej rozprawie, która odbyła się 5 marca, były kontynuowane wyjaśnienia oskarżonego oraz miało dojść do rozpoczęcia przesłuchań świadków.
Szeroki Front Gaśnicowy na warcie
W czwartek 5 marca 2026 roku odbyła się kolejna, III rozprawa. Sympatycy, wyborcy i działacze Konfederacji Korony Polskiej nie zawiedli Grzegorza Brauna, kolejny raz licznie gromadząc się przed budynkiem sądu już od godziny 8:30. Moją uwagę szczególnie przykuła okazała rycerska zbroja jednego z działaczy Szerokiego Frontu Gaśnicowego oraz towarzystwo górali, którymi prezes Korony chętnie się otacza. Dodawali otuchy swojemu liderowi, a przebieg sprawy od początku do końca relacjonowały niezależne propolskie media.
Mimo iż proces Brauna jest publiczny, otwarty dla wszystkich i ważą się na nim losy narodu, to jednak media głównego nurtu zdają się nie angażować w jego ogólnopolską promocję. Na szczęście były obecne niezależne media, które bez owijania w bawełnę relacjonują przebieg zdarzeń. Wraz z Markiem Skalskim reprezentowaliśmy „Najwyższy Czas!” jako przedstawiciele medialni. Z pierwszych minut poranka dało się słyszeć komentarze osób trzecich stojących w kolejce przed salą rozpraw, a także relacje na żywo. Po wejściu na salę sądową ujrzałam pomieszczenie wypełnione niemal po brzegi.
Należy tu zaznaczyć, że wysoka temperatura panująca na sali nie stwarza niestety korzystnych warunków do spokojnego procedowania, stąd co około 1–1,5 godziny sąd zarządzał przerwę w rozprawie. Obok dziennikarzy, rodzin i obserwatorów znajdowały się osoby nagrywające przebieg rozprawy własnymi kamerami. Trzecie posiedzenie w toczącym się procesie europosła dotyczy szeregu zarzutów, z których najgłośniej komentowanym jest incydent z grudnia 2023 roku, dotyczący zgaszenia świec chanukowych podczas obchodów Chanuki w Sejmie RP.
Przed wejściem na salę rozpraw Braun tradycyjnie udzielił krótkiej konferencji, w którą był zaangażowany również szerzej nagłaśniany monolog przed kamerami. Jak mówił podczas tej konferencji: „Rozstrzyga się, z której strony muru wszyscy się znajdziemy i czy przypadkiem nie będzie to mur otaczający Gazę” – powiedział przed wejściem do sądu, odnosząc się do szerszego kontekstu światowego.
Sam proces trwał blisko 7,5 godziny. Po otwarciu posiedzenia przewodniczący sędzia poprosił o kontynuowanie składania wyjaśnień przez oskarżonego. Grzegorz Braun – zgodnie z nagraniami i relacjami – rozpoczął od znanego sobie tonu obronnego, podkreślając, że postrzega to postępowanie jako część szerszego sporu o przyszłość państwa i narodu: „Nie stoję tutaj tylko w obronie własnej osoby, ale w obronie każdego Polaka, który ma prawo do samoobrony wobec narzuconych wzorców i oczekiwań” – mówił.
Następnie polityk odniósł się do poszczególnych zarzutów, zaczynając od najgłośniejszego – dotyczącego zgaszenia świec chanukowych w Sejmie. Z przekazów wideo wynika, że Braun próbował uzasadniać swoje zachowanie jako stanowczy sprzeciw wobec rytualnych manifestacji, które według niego naruszają porządek i prawo: „Nie pozwolę na to, by kultura polityczna była narzucana przez manifestacje, których treść – moim zdaniem – sprzeczna jest z konstytucyjnym porządkiem publicznym” – mówił Grzegorz Braun.
Po swobodnych wyjaśnieniach został poproszony o odpowiedzi na pytania przedstawicieli oskarżenia. Jak wynika z relacji z sali, prokurator wielokrotnie zadawał szczegółowe pytania dotyczące kolejnych zdarzeń z 2023 i 2024 roku, w których uczestniczył poseł. Momentami atmosfera na sali była napięta. Jeden z komentarzy podczas składania wyjaśnień brzmiał: „To nie są konkretne zarzuty – to polityczna interpretacja moich działań, które miały charakter obronny wobec arbitralnych i niekonstytucyjnych praktyk”. Strona oskarżenia zadawała również pytania o incydent w Niemieckim Instytucie Historycznym z maja 2023 roku, gdzie – według aktu oskarżenia – miał zakłócić wykład o Holokauście, przewrócić głośnik i krzyczeć do sali. Grzegorz Braun w odpowiedzi stwierdził, iż jego działania miały na celu odsłonić manipulację narracyjną.
Kopała Brauna, nie przyszła do sądu
W trakcie rozprawy stało się jasne, że Magdalena Guzińska‑Adamczyk – wskazywana w akcie oskarżenia jako osoba poszkodowana w związku z incydentem z gaśnicą – nie pojawiła się na sali. Jak relacjonowano na żywo, sąd uwzględnił jej wyjaśnienia przesłane wcześniej i zdecydował, że jej zeznania odbędą się na posiedzeniu zamkniętym, bez udziału Brauna czy jego obrońców.
I ten fakt zasmucił chyba najbardziej obecnych uczestników rozprawy, ponieważ czekali na moment, aż Żydówka-agresorka spojrzy Grzegorzowi Braunowi w oczy i odniesie się do nagrania, na którym wyraźnie widać, jak się na jego kierunku rzuciła, krzyczała i kopała. Do tego niestety z „przyczyn osobistych” agresorki nie doszło.
Nie powstrzymało to jednak pana Brauna od wyjaśnienia: „Ta pani – cywil, to agresor w sferze symbolicznej – bo uczestniczka tego talmudycznego, satanistycznego rytuału rasistowskiego”. Jak stwierdził pan Grzegorz Braun w swojej przemowie przed budynkiem sądu po zakończonej rozprawie, brak stawienia się Żydówki-agresorki w charakterze świadka to próba uniknięcia spojrzenia prawdzie prosto w oczy „po tym, jak się nakłamało w prokuraturze”. W sieci pojawiały się fragmenty transmisji, w których obrońca Brauna miażdżył wersje prokuratury, wskazując na momenty, kiedy to pokrzywdzona zaczęła atakować parlamentarzystę. Pan Grzegorz Braun nawiązał tu w swojej wypowiedzi do mrocznej i talmudycznej genezy święta Chanuki, które w żadnym wypadku nie powinno być świętowane w polskim Sejmie.
Zadał również pytanie o źródło przyzwolenia na pojawienie się nieobyczajnych bombek na choince w gmachu Sądu, która została przez niego usunięta, albowiem ta interwencja również znalazła się w akcie oskarżenia: „Notabene te stowarzyszenia sędziowskie nie wykazały – a w każdym razie ja o to zapytam Wysoki Sąd – ale nie zauważyliśmy żadnych umów, które by opiewały na przekazanie rozporządzania tym mieniem. Nie wiemy, czy to było na zasadzie użyczenia tych bombek, czy na zasadzie darowizny… jeśli darowizna, to ciekawy, nowy wątek. Wobec tego, czy to zostało zgłoszone do Urzędu Skarbowego? I jeżeli zostałoby zgłoszone, to czy to jest legalne? Czy się godzi sędziom przyjmować darowiznę w postaci choćby bombek (już pomijam, nieobyczajne i nielicujące z powagą sądów treści eksponowane na tych bombkach)? Bo jeżeli można dać bombkę, to można dać też kurę na rosół” – wyjaśniał Grzegorz Braun mediom przed kamerami, co zresztą powtórzył na sali sądowej. Pytanie o legalność występowania takich zjawisk jak bombki propagujące treści nawiązujące do konkretnych ideologii nie powinny bowiem mieć miejsca w siedzibach instytucji państwowych, podobnie jak świecznik chanukowy w Sejmie RP. Dopiero po ocenie podstawy ich pojawienia się tam należałoby przejść do analizy reakcji, do których posunął się Prezes Konfederacji Korony Polskiej.
Przerwana wypowiedź o Żydach
Podczas ostatniej rozprawy oskarżony złożył wniosek o załączenie książki do materiału dowodowego: „Zapytam, czy zostanie uznane za stosowne włączenie tej książki jako całości do materiału dowodowego: »Reckless Rites. Purim and the Legacy of Jewish Violence« (Okrutne rytuały. Święto Purim i dziedzictwo żydowskiej przemocy), autor – Eliot Horowitz, którego, sądząc z nazwiska, nie będziemy podejrzewali o jakiś brzydki antysemityzm. To jest książka naukowa, wydana w Oksfordzie w roku 2006. Polecam. To jest książka jeżąca włos na głowie, która pokazuje na przestrzeni wieków praktykę żydowskiej rytualnej przemocy wywiedzionej z fałszywego kultu talmudycznego.
I ponieważ ta wojna rozpętana została, jak rozumiem, właśnie w duchu świąt purimowych – ponieważ w te święta żydowskie dzieci są zachęcane do tego, żeby powtarzały rytualny mord Hamana, jego jedenastu synów i wszystkich niezliczonych stronników za zgodą króla, który uległ urokom Estery (historia ze Starego Testamentu) – to znowu ważne, żeby Wysoki Sąd rozumiał, że ja występuję, mając świadomość realności zagrożeń wynikających z bezkarnego kultywowania, propagowania rasizmu właśnie przez talmudystów w kolejnych pokoleniach. Dziś Gaza i Iran – a przez wieki rytuał mordowania Hamana i jego stronników, zaczynając od jego potomstwa. Warto, żebyśmy rozumieli, z kim mamy do czynienia.
Mamy do czynienia z ludźmi, dla których wszyscy jesteśmy tyle warci, ile Haman i jego potomstwo. Warto rozumieć, że tak ci ludzie na nas patrzą i w związku z tym scenariusz ludobójstwa jest bardzo realny. A oczywiście bardzo realny jest scenariusz niewolnictwa, zniewolenia, poddania Polaków w woli żydowskich ludobójców, którzy – w czasie wolnym od ludobójstwa, od okrucieństwa bezpośredniego – dopuszczają się takiego okrucieństwa, jakim jest handel ludźmi, co również ma wielopiętrową, dziejową praktykę” – tłumaczył Grzegorz Braun.
„Moje poczucie zagrożenia wynikające z tego, że publicznie celebruje się rasistowski kult talmudyczny, jest zagrożeniem niewydumanym. Ja się tych ludzi lękam. Ja się ich osobiście boję – właśnie dlatego że przeczytałem te wszystkie książki i oglądałem doniesienia z frontów wojen, które Żydzi mieli fantazję wytoczyć w różnych stronach tego świata, sięgając po kij bejsbolowy, po lewar Imperium Amerykańskiego. Więc pozwoli Wysoki Sąd, że podyktuję do protokołu…?” – zapytał.
W tym miejscu jednakże wypowiedź oskarżonego została przerwana: „Nie zezwalam Panu” – odparł sąd. Każdy z nas powinien zadać sobie pytanie o przyczynę takiej decyzji. Jak widać, są tematy których nie można poruszać zbyt szeroko, nie wolno ich zgłębiać. A prawda nie może w polskich instytucjach w pełni wybrzmiewać publicznie.
6 marca 2026 roku profesor Marek Belka gościł w programie „#BezKitu” na antenie TVN24. Powiedział tam wprost, że spłata programu SAFE zmusi Polskę do przyjęcia Euro. Potwierdził tym samy opinię wielu innych ekonomistów.
Można mieć szereg zastrzeżeń natury etycznej do osoby pana Marka Belki, ale znajomości mechanizmów ekonomicznych odmówić mu nie można.
Nie ma wątpliwości, że poza wszystkimi ukrytymi mniej lub więcej klauzulami w SAFE, łącznie z całym mechanizmem warunkowości, czyli obrożą dla Państwa Polskiego natury politycznej, o czym już mieliśmy okazję się przekonać, nadrzędnym celem jest zmuszenie Polski do przyjęcia Euro.
I nie pomogą tu zasoby polskiego złota, które pojedzie wtedy do Europejskiego Banku Centralnego we Frankfurcie nad Menem. I co równie ważne – nigdy stamtąd nie wróci. Także po rozpadzie Unii. A to jest możliwe prędzej niż niektórym się wydaje.
To oczywista oczywistość, ale dla porządku dodam – przyjęcie przez Polskę Euro to koniec suwerenności. Tysiące razy ten temat był omawiany, więc nie ma go co rozwijać. Tak, państwo o potencjale Polski, które nie ma własnej waluty jest przedmiotem, a nie podmiotem na politycznej mapie świata, a tym bardziej Europy.
W przestrzeni publicznej pojawiają się głosy, że rząd już podjął jakieś zobowiązania i podpisał jakieś umowy dotyczące SAFE z niemieckim przemysłem, że podjął zobowiązania finansowania z SAFE dla potrzeb ukraińskich.
Mimo, że prezydent nie podjął jeszcze w sprawie ostatecznej decyzji. Nie wiem, czy to prawda. Jeżeli jednak, to jak takie działania nazwać? Bo może bezprawie to zbyt łagodnie?
A tak na marginesie – ciągle mam w pamięci zdanie, które kiedyś upublicznił Rafał Ziemkiewicz, znakomity dziennikarz i człowiek dowcipny. Odwołując się do „Hrabiego Monte Christo” Aleksandra Dumasa powiedział : „Tkwienie Polski w Unii Europejskiej to jak zaszywanie się w worku z trupem.”
Tyle, że Dantes zaszył się w tym worku, aby odzyskać wolność. Wychodzi na to, że my zaszywamy się, by zostać pogrzebanym?
Dalsze mordowanie przywódców Iranu jest bezskuteczne w obliczu obowiązującej doktryny obronnej.
Iran nie wypełnia samobójczej misji. Jest na autopilocie. Nikt w Teheranie nie może przejąć kontroli.
W 2003 roku generał dywizji Mohammad Ali Jafari obserwował, jak Stany Zjednoczone ścięły scentralizowaną strukturę dowodzenia Saddama Husajna w ciągu trzech tygodni. Następne cztery lata spędził w Centrum Studiów Strategicznych IRGC, projektując architekturę wojskową, której nigdy nie można będzie ściąć.
We wrześniu 2007 roku został mianowany dowódcą IRGC i natychmiast zrestrukturyzował całe wojsko Iranu w 31 autonomicznych dowództw prowincji, po jednym na prowincję, każde z niezależną kwaterą główną, dowództwem i kontrolą, arsenałami pocisków i dronów, flotyllami łodzi szybkiego ataku, zintegrowanymi milicjami Basij, wcześniej delegowanym organem startowym, składowaną amunicją i zapieczętowanymi rozkazami awaryjnymi.
Doktryna została zbudowana dla jednego scenariusza: śmierci najwyższego przywódcy.
Scenariusz ten został aktywowany 28 lutego 2026 roku. Doktrynę wprowadzono w życie w ciągu kilku godzin. Od tego czasu działa.
Pytanie, którego nikt nie zadał, brzmi: czy ktokolwiek w Republice Islamskiej może to wyłączyć? NIE. Powód jest konstytucyjny.
Artykuł 110 Konstytucji Iranu z 1979 roku przyznaje wyłączne dowodzenie nad wszystkimi siłami zbrojnymi Najwyższemu Przywódcy. Tylko on jest głównodowodzącym, sam mianuje i odwołuje przywództwo wojskowe. Żadna inna instytucja, ani prezydent, ani parlament, ani rada strażników, ani sądownictwo, nie ma konstytucyjnych uprawnień do wydawania rozkazów wojskowych lub unieważniania dyrektyw najwyższego przywódcy.
Ali Chamenei wydał rozkazy. Ali Chamenei nie żyje. Mojtaba Chamenei został mianowany następcą 8 marca 2026 roku. Nie odezwał się. Nie pojawił się. Nie wydał żadnego weryfikowalnego rozkazu. Został ranny w nalocie i nigdy nie zwrócił się do swojego narodu. Jedyny organ konstytucyjny, który mógłby zastąpić 31 autonomicznych poleceń, istnieje w urzędzie zajmowanym przez człowieka, który może nie być w stanie go wykonywać.
Ghalibaf (rzecznik irańskiego parlamentu) może odrzucić zawieszenie broni. Nie może nakazać IRGC zaprzestania działań. Pezeshkian może wydawać oświadczenia, ale nie może przeciwdziałać dowódcy prowincji Bushehr wystrzeliwującemu pociski przeciwokrętowe na tankowce. Rada opiekunów może weryfikować ustawodawstwo, ale nie może odwołać upoważnienia do strzelania wydanego przez zmarłego głównodowodzącego, którego rozkazy pozostają prawnie wiążące, dopóki żyjący Najwyższy Przywódca nie unieważni ich wyraźnie. Najwyższy Przywódca nie żyje.
31 autonomicznych centrów dowodzenia nie jest niesubordynowanych. Oni wypełniają rozkazy. Ostatnie rozkazy mówiły: „walcz niezależnie, czymkolwiek, co masz do dyspozycji, tak długo, jak to zajmie, nie czekając na instrukcje, które mogą nigdy nie nadejść”.
Rozkazy te miały przetrwać śmierć człowieka, który je wydał. Taki był cały cel dwudziestoletniego projektu Jafari.
KONSEKWENCJE
• Dla ubezpieczycieli: żaden kontrahent nie może zagwarantować zaprzestania działalności przez 31 niezależnych podmiotów.
• Dla dyplomatów: żaden sygnatariusz nie może wydać poleceń, których nie kontroluje.
• Dla planistów wojskowych: Iran nie ma żadnej kwatery głównej, której zniszczenie kończyłoby kampanię.
• Dla państw Zatoki Perskiej: każde stoi w obliczu lokalnego nękania ze strony szybko atakujących łodzi, dronów i pocisków przybrzeżnych sąsiedniej prowincji irańskiej bez żadnej centralnej koordynacji, którą można by przechwycić lub negocjować.
• Dla rynków: siedem klubów P & I wykluczyło prawdopodobieństwo, że wszystkie 31 autonomicznych centrów dowodzenia jednocześnie uszanuje jakąkolwiek umowę i oceniło to prawdopodobieństwo jako bliskie zera. Obliczenia te nie uległy zmianie, ponieważ mechanizm konstytucyjny, który mógłby wymusić zgodność, nie istnieje funkcjonalnie.
Doktryna nie miała na celu zwycięstwa. Została zaprojektowana, aby uniemożliwić przegraną. Jafari badał, jak giną scentralizowane armie. Zbudował doktrynę, który to wyklucza.
Maszyna działa bez pilota. Pilot nie żyje. A konstytucja mówi, że tylko pilot może ją wyłączyć.
Myślałem, że nic nie przebije w serwilizmie wobec Anglosasów prezydentury Andrzeja Dudy. Niestety myliłem się. Szkolony przez Amerykanów prezydent Karol Nawrocki opłakiwał śmierć ludzi dobrowolnie służących w armii Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Polskojęzyczni politycy nie opłakiwali i przemilczeli zabitych przez ukraińską rakietę dwóch Polaków, przemilczano także śmierć polskiego wolontariusza Damiana Sobola zabitego przez Siły Obrony Izraela.
Przy okazji agresji Izraela i SZA na Islamską Republikę Iranu nie brakuje ludzi, którzy wspierają tą agresję. Polacy od wieków są wykorzystywani przez Anglosasów ze szkodą dla interesów Polski.
Anglosaski lęk
Mam jak najgorszą opinię na temat systemu politycznego w Polsce w XVII wieku, niemniej Bohdan Chmielnicki walczył z państwem polskim. Chmielnicki prawdopodobnie pisał listy do Olivera Cromwella, który wtedy rządził Anglią. Anglia pod rządami Cromwella była też w sojuszu ze Szwecją, która była wrogiem Polski w tamtym czasie. Głównym prowodyrem rozbiorów Polski były Prusy. Anglicy wielokrotnie wykorzystywali Prusaków / Niemców jako swoje proxy na terenie Eurazji. Anglicy bali się współpracy francusko-rosyjskiej z udziałem Polaków.
Tragedia styczniowa
Królestwo Polskie powstało dzięki inicjatywie propolskiego cara Aleksandra I. Anglicy na Kongresie Wiedeńskim występowali przeciwko planom stworzenia Królestwa Polskiego. Z jednej strony mówili o oderwanych od rzeczywistości wizjach odrodzenia Polski w granicach sprzed rozbiorów, by wbić klin między Polakami a Rosjanami. Józef Konrad Korzeniowski to polski pisarz znany również jako Joseph Conrad z racji tego, że wiele lat życia spędził w Anglii. Wujkiem Korzeniowskiego był słynny Stefan Bobrowski (ten, co mówił o wylewaniu polskiej krwi, ażeby niemożliwe było porozumienie polsko-rosyjskie). Ojcem Józefa Konrada Korzeniowskiego był Apollo Korzeniowski. Apollo Korzeniowski także był zaangażowany w walkę o niepodległość Polski. Korzeniowscy mieli swoje majątki na Wołyniu. Młody Korzeniowski wspomniał, że ojciec przyjmował Anglików w okresie poprzedzającym wybuch powstania styczniowego. Wołyń ma wiele walorów przyrodniczych ,jednak nie sądzę, by Anglicy podziwiali tam przyrodę. Powstania stanowiły stratę dla Polski. Zyskali przede wszystkim Prusacy (powstanie przyczyniło się do zjednoczenia Niemiec), Anglicy, koła niechętne Polakom w Petersburgu (zdominowane przez bałtyckich Niemców). Powstanie styczniowe zablokowało powstanie sojuszu francusko-rosyjskiego z Polakami jako junior partnerami.
Granice Namiera
Infantylizacja edukacji w naszej ojczyźnie po 1989 roku wpoiła wielu ludziom (użyję tutaj pewnej hiperboli), że Józef Ignacy Paderewski tak pięknie grał na fortepianie, iż prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Woodrow Wilson tak się wzruszył, że postanowił dać Polsce niepodległość. Gra Paderewskiego na fortepianie z całą pewnością nie zaszkodziła sprawie polskiej, niemniej Wilson chciał osłabić upadające monarchię w Europie poprzez stworzenie wielu małych i średnich państw, w których SZA miałby wpływy. Brytyjski premier David Lloyd George powiedział słynne słowa ,,oddać Polakom śląski przemysł to jak dać małpie zegarek’’. Politycy brytyjscy sprzeciwiali się przyznaniu Górnego Śląska naszej ojczyźnie. Podobnie Wielka Brytania podchodziła do kwestii innych ziem na zachodzie i północy. Z drugiej strony Wielka Brytania nic Polakom nie oferowała na wschodzie. George Curzon był ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii w latach 1919-1924. Prawdziwym autorem linii Curzona był Lewis Bernstein Namier (cioteczny dziadek braci Kurskich). Linia Curzona był niekorzystna dla Polski. Lauda, Wileńszczyzna były zdominowane etnicznie przez Polaków i z całą pewnością linia Curzona była niekorzystna dla Polski.
Politycy sanacyjni, zakompleksieni i naiwni, uwierzyli w brytyjskie gwarancje. Polscy politycy powinni pójść drogą Królestwa Rumunii czy nawet Jugosławii, czyli grać na czas czy nawet próbować się dogadać z Moskwą (Wielka Brytania Rumunom chciała to samo zaoferować co Polsce, jednak Bukareszt nie był naiwny).
Anglosasi przeciwko polskim granicom na zachodzie
Różni wariaci, hochsztaplerzy bredzą o zamachu w Smoleńsku. Ja nie znam się na fizyce, jestem politologiem, więc będę oceniał te kwestię z puntu widzenia politologicznego. Mam wiele zastrzeżeń co do prezydenta Władimira Putina, jednak z całą pewnością nie jest on wariatem, więc nie zdecydowałby się na tego typu działanie wobec Lecha Kaczyńskiego – nieudacznika na arenie międzynarodowej, który nie miał żadnych szans na reelekcję. Tymczasem w kwestii śmierci generała Władysława Sikorskiego – Naczelnego Wodza i premiera (na zdjęciu) na Gibraltarze 4 lipca 1943 roku nie wzbudza należytego zainteresowania. Zawsze przy tego typu zdarzeniach patrzę kto zyskuje. Zyskała jedynie Wielka Brytania. Mogła dalej mamić i wykorzystywać naiwnych Polaków. Wiele na to wskazuje, że Sikorski zdał sobie sprawę z okoliczności międzynarodowych i w tamtym czasie zdecydował się na bezpośredni sojusz z Josifem Stalinem. Miejsce Sikorskiego zajął Stanisław Mikołajczyk, który na początku był brytyjską, a potem amerykańską marionetką. Na temat poziomu oderwania od rzeczywistości tego człowieka świadczy fakt, że uznawał, że powstanie warszawskiego będzie stanowiło atut w rozmowach ze Stalinem. Anglosasi, a zwłaszcza Wielka Brytania sprzeciwiali się przyznaniu Polsce Wrocławia i Szczecina. Jednocześnie nie oferowali Polakom nic na wschodzie. Czy się komu to podoba czy nie, to, że Wrocław i Szczecin są w Polsce, zawdzięczamy ZSRR.
Neobanderowcy i „Solidarność”
Niemcy wspierali przez wiele lat Organizację Ukraińskich Nacjonalistów. Gdyby ZSRR nie wkroczył do Polski we wrześniu 1939 roku, Niemcy mieli plan B w postaci wykorzystania ukraińskich terrorystów. Po klęsce Niemiec to Anglosasi przejęli niemieckie zasoby na odcinku ukraińskim. To Anglosasi wspierali działania bandytów z UPA działających na terenie naszej ojczyzny i mordujących Polaków. Neobanderyzm wspierany i tolerowany jest w anglojęzycznej części Kanady, Stanach Zjednoczonych Ameryki i w Wielkiej Brytanii.
Anglosasi finansowali ,,Solidarność’’. To Anglosasi poprzez różne fundacje polityczne rozmontowali system władzy Polsce. Naiwny I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edward Gierek wysyłał szereg działaczy partyjnych na studia na Zachód, a oni potem rozmontowali system polityczny PRL.
Anglosaskie wzorce
Politycy wywodzący się z „Solidarności” [no nie.. to była i jest żydo-komunistyzna agentura. md] plus koniunkturaliści z PZPR doprowadzili do ludobójstwa ekonomicznego w naszej ojczyźnie. Po 1989 roku miliony Polaków z przyczyn ekonomicznych opuściło naszą ojczyznę. Anglosasi, Niemcy poprzez swoje aktywa w Polsce doprowadzili do grabieży polskiego przemysłu. Po 1989 roku nasza kultura, literatura, film przesiąknięte są prymitywnymi wzorcami anglosaskimi. Polska służba zdrowia nie działa idealnie, ale są kraje, w których działa źle, jak na przykład kraje anglosaskie. Nawet w sferze języka mamy do czynienia z penetracją przez Anglosasów. Coraz częściej mówi się ochrona zdrowia, a nie służba zdrowia.
Wspólni patroni POPiS
Nadwiślańska klasa polityczna przesiąknięta jest różnymi grantojedami. Oprócz niemieckich fundacji politycznych w naszej ojczyźnie potężne są też jankeskie fundacje. Naiwni wyznawcy POPiS skaczą sobie do gardeł, tymczasem zarówno prezydent Karol Nawrocki, jak i premier Donald Tusk brali udział w programie International Visitor Leadership Program. Anglosasi od wieku wykorzystują naiwnych Polaków do realizacji swoich celów, do grania kartą polską.
Wbrew temu, co się mówi w polskojęzycznych mediach, Anglosasi są wrogami Polski, którzy za wszelką cenę będą podsycać w Polsce rusofobię, bo normalizacja stosunków polsko-rosyjskich stanowi zagrożenie dla ich interesów. W przypadku normalizacji relacji Moskwy i Warszawy położenie Polski byłoby nie przekleństwem, a korzyścią do czerpania ze szlaków transportowych. Normalizacja relacji z Federacją Rosyjską otworzyłaby możliwości wejścia Polski w kooperację z krajami Globalnego Południa.
W obliczu eskalacji wojny między USA, Izraelem i Iranem, emerytowany pułkownik Douglas Macgregor, były doradca sekretarza obrony za czasów pierwszej prezydentury Trumpa, przedstawił ponurą prognozę w obszernym wywiadzie. Postrzega obecny konflikt jako preludium do potencjalnej III wojny światowej i ostro krytykuje strategie Waszyngtonu i Tel Awiwu.
Macgregor argumentuje, że wojna nie tylko zakończy się klęską militarną Waszyngtonu, ale także znacząco osłabi globalną pozycję USA w perspektywie długoterminowej – z katastrofalnymi konsekwencjami dla Bliskiego Wschodu, światowej gospodarki i porządku międzynarodowego.
Odporność Iranu
Macgregor zaczyna od jasnej oceny konfliktu: wojna zakończy się źle dla USA i Izraela, podczas gdy Iran przetrwa jako potęga cywilizacyjna. Iran nie jest państwem, które może po prostu zniknąć. Nawet jeśli obecny reżim teokratyczny upadnie – co uważa rozmówca za możliwe, biorąc pod uwagę, że zmiany trwają od co najmniej dekady – wyłoni się nacjonalistyczny następca. Ludność pozostanie lojalna wobec swojego kraju i pewna jego przyszłości.
Pomysł, że bombardowania i zabijanie mułłów odmienią sytuację, jest absurdalny i halucynogenny. Wręcz przeciwnie, ogromne zniszczenia i ofiary cywilne wywołują traumę u milionów Irańczyków. Nikt nie będzie wdzięczny Stanom Zjednoczonym ani Izraelowi – wręcz przeciwnie, następny reżim prawdopodobnie zrobi wszystko, co w jego mocy, aby szybko opracować broń jądrową.
Ironia nuklearna
Właśnie na tym polega gorzka ironia polityki USA: pod pretekstem zapobiegania proliferacji broni jądrowej, maksymalna presja, a obecnie otwarta wojna, jedynie popchnęły Iran w tym kierunku. Fatwa ajatollaha Alego Chameneia przeciwko broni jądrowej z powodów religijnych straciła ważność wraz z jego śmiercią. Świecki lub nacjonalistyczny reżim mógłby porzucić tę powściągliwość i dojść do wniosku, że tylko broń jądrowa zapewnia ochronę przed zagrożeniami ze strony Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Krytyka polityki USA
Macgregor jest bardzo krytyczny wobec wiarygodności USA. Cytuje oświadczenia z negocjacji – w tym Jareda Kushnera – w których Iran upierał się przy swoim prawie do wzbogacania uranu na mocy Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (NPT), które to prawo jest wyraźnie gwarantowane przez ten traktat. Strona amerykańska odpowiedziała po prostu: „Mamy prawo was powstrzymać”. Jest to rażące lekceważenie porozumień międzynarodowych.
Ruiny budynków w Gazie po atakach Izraela, październik 2023.
Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku działań Izraela wobec Palestyńczyków. Masowe przesiedlenia i zabójstwa są przedstawiane jako ‚niezbywalne prawo’ – tylko dlatego, że USA zapewniają broń i ochronę polityczną. Ten podwójny standard niszczy wszelką wiarygodność.
Narracje a rzeczywistość
Pułkownik zaprzecza powszechnie panującym narracjom. Nie ma dowodów na to, że Iran zamierza podbić region, użyć broni jądrowej przeciwko USA lub zagrozić Zachodowi. Dekady propagandy stworzyły zniekształcony obraz. Zamiast tego, to Stany Zjednoczone i Izrael zaatakowały najwięcej krajów w ciągu ostatnich 14 miesięcy – nie Iran.
Aktualny przebieg wojny
Wojna już przynosi realne konsekwencje. Irańskie pociski uderzają w cele w Tel Awiwie i Jerozolimie, amerykańskie bazy w Bahrajnie i innych krajach są atakowane, a amerykańscy żołnierze giną. Po kilku dniach wojny Iran nie wykazuje ani militarnego, ani politycznego wyczerpania.
Netanjahu twierdził nawet, że Trump wzywał do wojny przed swoją drugą kadencją, aby powstrzymać irański program nuklearny. Macgregor ripostuje pytaniem: „Kto tak naprawdę definiuje się tutaj poprzez destrukcję i fanatyzm?”
Przewidywane strategiczne wycofanie USA
W dłuższej perspektywie Macgregor spodziewa się strategicznego wycofania USA z regionu. Sojusznicy tacy jak Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar i Bahrajn przekonali się, że bliskie relacje z Waszyngtonem ich nie chronią – wręcz przeciwnie. Amerykańskie systemy obrony powietrznej okazały się niewystarczające, a amerykańskie bazy wojskowe są atakowane. Po wojnie kraje te mogłyby uprzejmie zwrócić się do USA o wycofanie wojsk.
Macgregor dostrzega podobne tendencje w Azji. W Korei Południowej i Japonii trwają już dyskusje na temat tego, dlaczego wojska amerykańskie nadal tam stacjonują, skoro nie mogą zagwarantować ochrony w razie kryzysu.
Konsekwencje ekonomiczne
Z gospodarczego punktu widzenia zbliża się poważny kryzys. Cieśnina Ormuz jest zablokowana. Ceny ropy wzrosły o jedenaście procent, a indeks Dow Jones spada. Kraje takie jak Japonia, która pozyskuje około 72% ropy naftowej z Zatoki Perskiej, Korea Południowa – 65%, Indie i Chiny po około 50%, zostałyby poważnie dotknięte – właśnie te państwa, które są jednymi z najważniejszych filarów światowej gospodarki. Rosja korzysta na tej sytuacji i dostarcza alternatywną ropę.
Stany Zjednoczone szkodzą w ten sposób nie tylko Iranowi, ale także swoim sojusznikom. Firmy ubezpieczeniowe odmawiają ubezpieczania tankowców. Niektóre chińskie statki nadal przepływają przez Zatokę Perską – ale jeśli Waszyngton spróbuje je również zatrzymać, bezpośrednia eskalacja jest nieuchronna.
Wojna światowa ‚o niskiej intensywności’
Macgregor opisuje sytuację jako „trzecią wojnę światową o niskiej intensywności” – preludium do III wojny światowej. Dalsza eskalacja, taka jak abordaż chińskich tankowców, mogłaby wywołać globalną eksplozję.
Broń jądrowa to przede wszystkim broń polityczna bez zastosowania militarnego. Stalin już zdał sobie sprawę, że służy ona przede wszystkim jako środek odstraszający. Państwa nieposiadające własnego potencjału nuklearnego byłyby w rezultacie narażone. Właśnie to demonstruje obecnie Zachód: dwa mocarstwa nuklearne – Stany Zjednoczone i Izrael – zagrażają państwu nieposiadającemu broni jądrowej.
Ostrzeżenie przed strategicznym upadkiem
Podsumowując, Macgregor ostrzega, że Stany Zjednoczone pilnie potrzebują bardziej zrównoważonego przywództwa, takiego, które potrafi przebić się przez propagandę i zrozumieć świat poza własnymi granicami. Obecny kurs prowadzi do strategicznej porażki – a w Waszyngtonie mało kto zdaje się w pełni pojmować konsekwencje.
Konflikt ten to coś więcej niż wojna regionalna. Może on oznaczać koniec amerykańskiej dominacji w Zatoce Perskiej i zapoczątkować fundamentalną reorganizację globalnych relacji sił.
W obliczu niesprowokowanej i bezprawnej napaści USA i Izraela na Iran nie mogłam milczeć. Poznałam Iran bezpośrednio i wiem, że media głównego ścieku na potęgę kłamią na temat tego kraju. Do tej propagandy aktywnie włączają się także internetowi hejterzy – najczęściej anonimowi – którzy ze wzmożoną agresją atakują moją aktywność w mediach społecznościowych.
Ponadto jestem perfidnie atakowana przez dziennikarzy namaszczonych przez mainstream. Przykładowo, funkcjonariusz medialny Łukasz Jankowski, związany z Telewizją Republika i Radiem Wnet, zaapelował na platformie „X”, aby deportowano mnie z Polski.
Wzmożenie ataków nastąpiło po tym, jak opublikowałam artykuł demaskujący irańskich zdrajców, którzy w polskojęzycznych telewizjach opluwają swój kraj. Robią to po to, aby usprawiedliwiać brutalny atak Amerykanów i syjonistów na Iran. Agresję tych zbrodniarzy eufemistycznie nazywają „interwencją” i bezczelnie kłamią, że Irańczycy sami o nią prosili
W związku z tym, że mój artykuł uzyskał całkiem spore zasięgi, na moich profilach w mediach społecznościowych zostałam zbombardowana przez dziwne konta. Najczęściej, ale nie zawsze, były to fejkowe profile, które zostały założone tylko po to, aby torpedować niewygodne dla systemu publikacje. Było też sporo komentarzy zwykłych użytkowników, którzy mają totalnie wyprane mózgi przez propagandę płynącą z telewizora.
Wiele z tych komentarzy wyglądało tak, jakby pochodziły z jednej fabryki, której zadaniem jest kolportowanie i powielanie kłamstw o Iranie. Z tych kont atakowano mnie w następujący sposób.
Zarzucano mi, że bronię Iranu, w którym rzekomo morduje się kobiety za niezałożenie chusty na głowę. To bzdura. Nikt nie morduje kobiet za brak chusty. Ponieważ wielokrotnie przywoływano nazwisko Mahsy Amini, przypominam, że w internecie dostępne jest nagranie z monitoringu posterunku policji w Iranie, na którym wyraźnie widać okoliczności śmierci tej kobiety.
Z nagrania wynika, że nikt jej nie skatował – kobieta czekała obok innych osób w poczekalni na przesłuchanie, gdy nagle zasłabła i upadła. Podjęto natychmiastową reanimację, jednak niestety zmarła w szpitalu trzy dni później, prawdopodobnie z powodu niedotlenienia mózgu albo zawału serca. Była to oczywiście tragedia, która nie powinna się wydarzyć, jednak światowe media wykorzystały śmierć tej kobiety do rozpowszechniania narracji o rzekomym katowaniu irańskich kobiet za brak chusty.
Zarzucano mi, że bronię Iranu, który rzekomo morduje ludzi na ulicach. I tutaj pojawiają się rozbieżności wśród komentujących co do liczby ofiar. Najpierw podawano liczbę 5 tysięcy, potem 30 albo 50 tysięcy, a ostatnio mówi się już o 70 czy nawet 100 tysiącach. Niech więc w końcu oponenci Iranu ustalą jedną wersję – może od razu 6 milionów?
W każdym razie trolle pomijają kluczowy fakt. Otóż nie byłoby ofiar śmiertelnych w wyniku ostatnich zamieszek w Iranie, gdyby agenci CIA i Mossadu nie rozpętali regularnej bitwy na ulicach irańskich miast, doprowadzając do chaosu, potwornych zniszczeń i wielkiej tragedii.
I wreszcie zarzucano mi, że skoro piętnuję wiadomych irańskich imigrantów (czyli podobno jakichś opozycjonistów), którzy wyjechali z Iranu i teraz krytykują swój kraj, to znaczy, że tak samo potępiam działaczy „Solidarności” czy Polaków z opozycji, którzy wyjechali z ojczyzny w czasach PRL.
To porównanie jest wyjątkowo absurdalne. Otóż jako córka działaczy „Solidarności” uważam co najwyżej, że byli oni naiwni. Tak, dokładnie – moi rodzice byli w „Solidarności”, oboje dali się porwać temu zrywowi, a mój ojciec, Jarosław Piwar, był nawet aktywnym dziennikarzem podziemia. Jego nazwisko pojawia się w Encyklopedii Solidarności, co każdy może sprawdzić w internecie.
Wiem dokładnie, o czym mówiło się w moim rodzinnym domu, przez który przewijało się wielu działaczy „Solidarności”, w tym bardzo znane nazwiska. Nie cierpieli oni „komuny”, ale nigdy nie chcieli, aby Zachód „zainterweniował”, bombardując Polskę Ludową w ramach zaprowadzania demokracji.Tymczasem Iran jest dziś „wyzwalany” przez USA i Izrael za pomocą bomb i rakiet, które spadają między innymi na szpitale i szkoły, zabijając niewinnych cywilów – w tym dzieci. Żaden Irańczyk kochający swój kraj nigdy mnie poprałby takiej „interwencji”.
Co do zarzutów, że krytykując irańską „opozycję” za granicą, miałabym w ten sam sposób gardzić polską opozycją z czasów „komuny” – gdyby tak faktycznie było, redakcja słynnej „Bibuły”, działająca na emigracji w USA, nie przedrukowywałaby przez lata moich artykułów i wywiadów.
Istnieje zasadnicza różnica między emigracją czy opozycją a tymi, którzy publicznie popierają agresję USA i Izraela przeciw własnemu krajowi. Zdrajcy Iranu cieszący się publicznie z tej „interwencji” w praktyce popierają zrzucanie bomb na swoich rodaków.
Tymczasem na ulicach irańskich miast odbywają się właśnie manifestacje poparcia dla władz z udziałem milionów obywateli. Skandują oni hasła „śmierć USA” i „śmierć Izraelowi”, co wyraźnie pokazuje, że Irańczycy wcale nie prosili o tę „interwencję”. Jednak już tego w polskojęzycznej telewizji nie pokażą.
Ta strona internetowa opiera się na wsparciu czytelników
Czy Trump podjął złą decyzję o wojnie?
Paul Craig Roberts
Propaganda, którą Amerykanie słyszą o tym, jak mocno Waszyngton i Izrael uderzają w Iran, wydaje się nie być poparta dowodami. Wygląda na to, że Marynarka Wojenna USA, którą Trump miał użyć do eskortowania tankowców przez Cieśninę Ormuz, musiała zostać przeniesiona poza zasięg irańskich rakiet. Wygląda na to, że amerykańskie bazy w naftowych państwach-miastach już nie funkcjonują, a Stany Zjednoczone będą operować z odległych Włoch. Co więcej, retoryka Trumpa nie wspiera propagandy wojennej. Mówi teraz o wojnie w kategoriach miesięcy zamiast kilku dni, ale Stany Zjednoczone i Izrael, głupio spodziewając się szybkiego upadku Iranu, nie zgromadziły wystarczającej liczby rakiet na wojnę trwającą miesiące. Dlatego Trump zaczął wspominać o „wojskach lądowych”, których wcześniej, jak twierdził, nie było w planach. Biorąc pod uwagę ogromne rozmiary Iranu – Iran jest większy niż Francja, Niemcy, Hiszpania i Wielka Brytania razem wzięte – Stany Zjednoczone nie mają wystarczającej liczby żołnierzy i wątpliwe jest, aby Izrael zaryzykował swoją obecność. Izraelczycy sprytnie wykorzystali zachodnie wojska przeciwko Irakowi i Libii oraz siły arabskie do obalenia Syrii.
Nawet nieliczni komentatorzy, z których wielu to doświadczeni wojskowi, mówią o Rosji, Chinach czy Indiach jako mediatorach konfliktu i o tym, jak doprowadzić go do końca za pomocą mediacji. Najwyraźniej nigdy nie zastanawiali się nad tym, jak można mediatować konflikt, gdy jedna strona, izraelsko-amerykańska, zamierza zniszczyć drugą. W jaki sposób Iran zamierza mediować w tej sprawie? Dla Iranu jest to konflikt egzystencjalny. Przetrwanie Iranu jako suwerennego państwa zależy wyłącznie od zwycięstwa Iranu. Rząd irański, który poddałby się mediacji, poddałby się unicestwieniu Iranu jako państwa. Byłby to rząd zdrajców.
Nigdy nie rozumiałem, jak rząd irański mógł być tak kompletnie źle poinformowany, by sądzić, że chodzi o to, czy Iran wzbogacał uran do produkcji broni jądrowej. Kwestia nuklearna nigdy nie była niczym więcej niż pretekstem do zniszczenia Iranu. Prawdziwym problemem zawsze było usunięcie Iranu z drogi Wielkiego Izraela. Poprzednim pretekstem była „wojna z terroryzmem”, którą syjonistyczni Bush i Obama wykorzystali do zniszczenia Iraku i Libii, a która została wykorzystana do zniszczenia Syrii. Syjoniści jasno dali do zrozumienia, że ich celem jest Wielki Izrael. Sam Netanjahu i kilku izraelskich ministrów pokazywało w telewizji mapy Wielkiego Izraela, terytorium obejmującego muzułmański Bliski Wschód. To nowe określenie amerykańskiej wojny o Wielki Izrael w XXI wieku zostało zapoczątkowane przez syjonistyczny reżim Donalda Trumpa. Jak to możliwe, że rząd irański uważał, że Waszyngton jest w jakikolwiek sposób zainteresowany negocjowaniem umowy o broni niejądrowej z Iranem? Tak jak Rosja i Chiny zdają się nie rozumieć doktryny Wolfowitza, tak Iran zdaje się nie rozumieć planu Wielkiego Izraela. Nie ma żadnej możliwości, aby jakikolwiek rząd irański wynegocjował wyjście z Wielkiego Izraela. Ale spójrzmy, jak Iran ponownie oddaje zwycięską kartę i wraca do negocjacji.
Według posiadanych przeze mnie informacji, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA ostrzegł prezydenta Trumpa, aby nie inicjował wojny, jeśli nie zgromadzono wystarczających zapasów broni. Jednak Trump, przekonany przez kogoś, być może Netanjahu, że wystarczy kilka pocisków i bomb, a upadek irańskiego rządu umożliwi narzucenie władzy marionetkowego władcy, takiego jak syn byłego amerykańskiego marionetkowego władcy Iranu.
Jak wiedzą moi wierni czytelnicy, zawsze obawiałem się, że syjonistyczni neokonserwatyści sprzymierzeni z Izraelem, którzy kontrolują amerykańską politykę zagraniczną od czasów George’a W. Busha, zbyt mocno naciskają na Rosję, Chiny i Iran. Plan syjonistycznych amerykańskich neokonserwatystów, zakładający amerykańską hegemonię światową i izraelską hegemonię na Bliskim Wschodzie, prowadzi do nuklearnego Armagedonu.
Moim zdaniem Rosja, Chiny i Iran są źle rządzone przez przywódców, którzy przedkładają nadzieje nad rzeczywistość i dlatego nie rozumieją, że są celem amerykańskiej i izraelskiej hegemonii. To prawie tak, jakby nigdy nie czytali doktryny Wolfowitza ani nie mieli pojęcia o syjonistycznej doktrynie Wielkiego Izraela.
Staram się zachować optymizm. Ale Rosja i Chiny, które mają powstrzymywać amerykańską neokonserwatywną agresję, całkowicie zawiodły w swoich obowiązkach. W rezultacie Putin prowadzi wojnę na Ukrainie, której nie chce wygrać. Chiny udają, że mogą uniknąć wojny, mimo że ich import ropy naftowej został zmniejszony o 50% przez wojnę, której Chiny mogłyby zapobiec. Rząd Iranu, próbując uniknąć wojny, która dla każdego inteligentnego człowieka była oczywista, po raz drugi poddał się amerykańskim „negocjacjom” i znów został oszukany i zaatakowany z zaskoczenia. Wygląda na to, że Rosją, Chinami i Iranem nie kierują ludzie kompetentni i mający kontakt z rzeczywistością. Czy zanim Rosja i Chiny ockną się i ockną, ich jedyną opcją będzie broń jądrowa?
Glenn Greenwald wskazuje na hipokryzję prezydenta Donalda Trumpa i jego zwolenników z kampanii Make Israel Great Again, którzy twierdzą, że zmiana reżimu za pomocą bomb i pocisków nie jest wojną. Prawdziwe pytanie brzmi jednak, czyj reżim zostanie zmieniony? Iranu czy Trumpa? greenwald/trump-iran-war-is-an-open-ended-regime
Twierdzenie Trumpa, że Iran to „domek z kart”, który się zawali, już okazało się błędne. Jeśli irańskie rakiety przetrwają Trumpa i Izrael, amerykańskie bazy i szatański Izrael zostaną zmiażdżone, chyba że Iran będzie miał niekompetentny rząd, który nie rozumie, że walczy o przetrwanie Iranu i głupio zgodzi się na zawieszenie broni. Dopływ ropy zostanie wstrzymany, a winą obarczony zostanie Trump. Inflacja w Ameryce wzrośnie, zatrudnienie spadnie, spadki na giełdzie wyczerpią majątek, a jeśli Trump nie będzie w stanie przekupić jakiegoś głupiego kraju, by najechał Iran (choć nie zrobiłoby to żadnej różnicy), jedyną alternatywą dla utraty twarzy jest atak atomowy na Iran lub nakazanie Izraelowi dokonania tego za zgodą prezydenta Trumpa.
Jeśli Trump będzie musiał ratować się bronią atomową, kiedy obiecano nam trzydniowy okres bez wojny, Trump i Stany Zjednoczone będą skończeni. Trump będzie skończony również, jeśli przegra wojnę z wyboru, którą głupio rozpoczął w roku wyborów parlamentarnych.
Oczywiście, nie powinniśmy tak mówić, ale fakty są faktami.
Tymczasem reżim Trumpa nadal utwierdza swoją władzę nad resztą świata. Trump jest jeszcze bardziej bezczelny w swoim twierdzeniu o hegemonii Waszyngtonu niż syjonistyczni neokonserwatyści, którzy kontrolowali amerykańską politykę zagraniczną w imieniu Izraela w XXI wieku. Zastępca sekretarza stanu oświadczył, że Waszyngton nie pozwoli Indiom stać się silnym rywalem Ameryki, takim jak Chiny. Tyle w kwestii suwerenności narodowej Indii. https://www.rt.com/india/633990-us-wont-allow-india-to/
Trump oświadcza, że „musi brać udział w wyborze następnego przywódcy Iranu”. Według Trumpa, buduje on demokrację w Iranie, ale ludzie nie mogą sami wybrać swojego przywódcy.
Trump oświadcza, że zmiana reżimu na Kubie „to tylko kwestia czasu”. Najpierw Trump zmieni reżim w Iranie, a potem zmieni reżim na Kubie.
Innymi słowy, „Prezydent Pokoju” stał się „Prezydentem Wojny”.
Traci zwolenników Trumpa. Baza Trumpa jest podzielona. Trump stracił Marjorie Taylor Green i Thomasa Masseya, swoich najskuteczniejszych zwolenników w Kongresie. Trump stracił Tuckera Carlsona, swojego najskuteczniejszego zwolennika w mediach.
Jeśli okaże się, że Trump pozwolił szatańskiemu premierowi Izraela sprowokować go do rozpoczęcia wojny, którą przegra w roku wyborów parlamentarnych, nie będzie nikogo, kto obroniłby Trumpa przed impeachmentem.
Powiedz mi, czy to świadczy o inteligencji prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Wojna, którą Trump rozpoczął w imieniu Izraela, niesie ze sobą wiele zagrożeń. Jednym z nich jest to, że aby uniknąć porażki, Trump lub Izrael mogą użyć broni jądrowej.
Pamiętajmy, że Stany Zjednoczone nie były w stanie pokonać Korei Północnej i Chin w wojnie koreańskiej. Stany Zjednoczone przegrały wojnę w Wietnamie. Stany Zjednoczone w Afganistanie nie były w stanie pokonać kilku tysięcy słabo uzbrojonych talibów. Prawdopodobieństwo, że Stany Zjednoczone pokonają kraj tak duży i pozornie spójny, jak Iran, jest niewielkie.
W każdym kraju jest pełno zdrajców, w tym w Iranie, gdzie „postępowcy” są przekupieni i opłacani przez Waszyngton i Izrael. Możliwe, że tym „postępowcom” uda się zdradzić naród irański. Jeśli im się to uda, a Iran upadnie, wzrost ego Trumpa sprawi, że kolejne cele staną się Rosja i Chiny.
Zarówno Putin, jak i Xi wystawili swoje kraje na próbę obalenia ich przez Trumpa. Każdy z nich mógłby z łatwością, niewielkim kosztem, zapobiec izraelsko-amerykańskiemu atakowi na Iran.
To było takie proste. Rosja, Chiny i Iran musiały tylko ogłosić porozumienie o wzajemnym bezpieczeństwie. Atak na jedno państwo to atak na wszystkie. Nawet egoiści tacy jak Trump i Netanjahu wiedzą, że nie mogą jednocześnie toczyć wojny z Rosją, Chinami i Iranem.
Ale Iran po raz drugi zaufał negocjacjom z Waszyngtonem, które ponownie zostały wykorzystane do podstępnego ataku na Iran. Putin wierzy, że jego „specjalne stosunki z Donaldem Trumpem” zapewnią Rosji wzajemny pakt bezpieczeństwa, który zakończy konflikt na Ukrainie. Chińskie władze najwyraźniej nie potrafią myśleć dalej niż umowy handlowe. Dlatego jeśli ten obraz przywódców Rosji i Chin jest prawdziwy, a Trump odniesie zwycięstwo nad Iranem, Trump prawdopodobnie rozpocznie większe wojny.
Przez ćwierć wieku, a właściwie dłużej, obserwowałem, jak głupi Arabowie, zajęci walką i wzajemnym wyprzedaniem, są masakrowani przez syjonistyczne siły amerykańskie, sformowane przeciwko nim przez Izrael. Przez ćwierć wieku obserwowałem, jak Rosja, Chiny i Iran nie dostrzegają śmiertelnego zagrożenia dla ich narodowego bytu, jakie stwarza Waszyngton i jego marionetkowe państwa NATO. Rosyjscy komentatorzy, tak postępowi w swoim myśleniu, łudzą się, że Rosja w jakiś sposób doprowadziła do rozłamu między Ameryką a Europą. Co za nonsens.
Poza Aleksandrem Duganem, niezwykle trudno jest znaleźć w Rosji inteligentny komentarz na temat wyzwań, przed którymi stoi kraj.
Chiny zdają się być zagubione w przekonaniu, że Chiny zwyciężają, nic nie robiąc i czekając na agresora. To działa tylko wtedy, gdy agresor współpracuje.
Być może Donald Trump, sprawdzony i niezawodny agent Izraela w czasie wojny, zostanie usunięty z urzędu po wyborach uzupełniających. Jeśli tak się stanie, perspektywa wojny nuklearnej w okresie przejściowym zmniejszy się. Jeśli nie, a Iran utrzyma władzę, Stany Zjednoczone po raz drugi w historii prawdopodobnie uciekną się do użycia broni jądrowej. Myślę, że to by wykończyło Amerykę.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 10 marca 2026michalkiewicz
27 lutego Sejm uroczyście potwierdził, że Polska jest i pozostanie „sługą narodu ukraińskiego” tak długo, jak to będzie konieczne. Skoro tak, to jasne, że Polska pozostanie sługą narodu ukraińskiego jeśli nawet nie na wieki, to w każdym razie – do końca swego własnego istnienia – bo któż na Ukrainie zrezygnowałby z takiego głupiego sługi? To potwierdzenie przybrało postać uchwały w sprawie „solidarności z Ukrainą i wsparciem dla osób będących ofiarami rosyjskiej agresji”. Solidarności – wiadomo; szczegóły precyzuje umowa z 2 grudnia 2016 roku, która cały czas obowiązuje.
Jeśli chodzi zaś o „ofiary”, to jestem pewien, że z nimi będzie tak samo, jak z „ocalałymi z holokaustu”, których liczba z roku na rok rośnie, bodajże w postępie geometrycznym. Z takiego wynalazku nikt dobrowolnie nie zrezygnuje tym bardziej, że na Ukrainie Żydowie coś tam mają do powiedzenia. Dlatego też Książę-Małżonek, mówiąc w swojej gawędzie, pretensjonalnie zatytułowanej, jako „exposé”, trafił kulą w płot, twierdząc, że „nie możemy” być „frajerami”. Nie tylko „możemy”, ale nawet musimy – o czym świadczy wspomniana uchwała Sejmu, którą Książę-Małżonek, jako najbardziej bufonowaty frajer Rzeczypospolitej, przecież popiera. Taki los wypadł nam.
Tego samego dnia Sejm uchwalił ustawę o SAFE, to znaczy – o pożyczce którą Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała Polsce przyjąć („przyjmuj zaszczyt, psi synu, a nie, to w gardło wtłoczymy!” – pokrzykiwali Kozacy do kandydata na atamana). Patrząc na determinację obywatela Tuska Donalda, podobnie jak Księcia-Małżonka, czy funkcjonariuszy Propaganda Abteilung w niezależnych mediach głównego nurtu, nabieramy pewności, że tym razem Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, podobnie jak niemiecki kanclerz Fryderyk Merz nie chcą słyszeć o żadnym polskim safandulstwie. Ustawa ma być podpisana przez pana prezydenta Karola Nawrockiego.
W tym celu BND musiała uruchomić agenturę wśród prześwietnej Generalicji naszej niezwyciężonej armii, która dostała zadanie młotowania prezydenta Nawrockiego, by stosowną ustawę podpisał. Jeśli by tak się stało, to zwłaszcza w świetle przyjętej przez Sejm 27 lutego uchwały w sprawie wysługiwania się Ukrainie, gwałtownie rośnie ryzyko, że wszystko, co Polska kupi za tę pożyczkę, będzie musiało być „nieodpłatnie” przekazane Ukrainie. W ten sprytny sposób Niemcy, które pożyczki SAFE nie biorą, chcą upiec dwie pieczenie: polskimi rękami „wspierać” Ukrainę, a przy okazji uwiązać nasz nieszczęśliwy kraj w budowanej właśnie IV Rzeszy, jako Generalne Gubernatorstwo.
W tej sytuacji mamy dwie możliwości – albo Książę-Małżonek jest Pierwszym Frajerem Rzeczypospolitej i trzeba będzie na tę okoliczność obmyślić mu jakiś order Krzyża Zbolałego, albo nie jest frajerem, tylko łajdakiem, w dodatku bezczelnym, bo próbuje przytłaczać oponentów dętym autorytetem. Ciekawe, jak zachowa się prześwietna Generalicja naszej niezwyciężonej armii. Jeśli zaczęłaby pana prezydenta Nawrockiego młotować, byłby to pierwszy po stanie wojennym w roku 1981 przypadek takiego politycznego zaangażowania naszej niezwyciężonej. Ano, nie da się ukryć, że lepiej, przyjemniej, a przede wszystkim – bezpieczniej – jest schwycić za mordę własnych obywateli, niż szarpać się z obcymi agentami w ich obronie.
Inna sprawa, że chytry dwa razy traci, bo beneficjentem SAFE może być Ukraina, a prześwietna Generalicja tej forsy nawet nie powącha, oczywiście poza tym, co tam sobie załatwi na boku. W związku z tą powszechną mobilizacją pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Władek” Kosiniak-Kamysz dostał cynk, że vaginessy z koalicji !3 grudnia podjęły w czynie społecznym zobowiązanie, że po szczęśliwym przeforsowaniu u pana prezydenta Nawrockiego podpisu pod wspomnianą ustawą, każdemu dygnitarzowi – wszystko jedno – cywilnemu, czy mundurowemu – każda urządzi „nocowanko” – jak to zrobiła pani Julia Wieniawa w nagrodę za wsparcie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pana „Jurka” Owsiaka. „Któż widok ten opisać zdoła? Fiedin, Simonow, Szołochow? Ach, któż w ogóle go wytrzyma?!” – zastanawiał się poeta.
Ale to wszystko furda w porównaniu z paroksyzmami, jakie czekają naszą biedną Ojczyznę w związku z narastającym, politycznym zacietrzewieniem w środowisku nienawistnych sędziów. Jak wiadomo, obywatel Żurek Waldemar pod wpływem uczonych doradców, wykombinował „Plan „B””, czyli metodę „na rympał” ale zachowującą pozory legalności. Ponieważ pan prezydent Nawrocki odmówił podpisania nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, „Plan „B”” przewiduje mobilizację agentury, od której – jak podejrzewam – aż się roi w dwóch organizacjach skupiających nienawistnych sędziów: „Iustitia” i „Themis”. Te wyłoniłyby ze swego grona zaufany skład Krajowej Rady Sądownictwa, a właściwie – Krajowej Rady Konfidentów – zaś koalicja 13 grudnia dostałaby zadanie przyklepania tego składu, co nazywałoby się, że „Sejm wybrał”. W ten sposób obywatel Żurek Waldemar ominąłby pana prezydenta Nawrockiego, któremu mógłby pokazać „gest Kozakiewicza”.
W rezultacie na firmamencie pojawiłyby się dwie Krajowe Rady Sądownictwa; jedna uznawana przez pana prezydenta Nawrockiego, a druga – jako Krajowa Rada Konfidentów – uznaniem pana prezydenta Nawrockiego by się nie cieszyła. Wprawdzie konstytucja nie przewiduje żadnych czynności ze strony pana prezydenta, które byłyby wymagane do ważności takiej Rady – więc pozornie rympał obywatela Żurka Waldemara ma wszelkie widoki powodzenia – jednak musimy odwołać się tu do pełnej mądrości sentencji starożytnych Rzymian, którzy radzili: quidquid agis, prudenter agas et respice finem – co się wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca.
Otóż jednym z ważnych zadań Krajowej Rady Sądownictwa jest rekomendowanie panu prezydentowi sędziów do mianowania. Nietrudno się domyślić, że skoro pan prezydent nie uznawałby Krajowej Rady Konfidentów, to nie uznawałby też żadnych rekomendacji z jej strony, a zatem żadnego sędziego rekomendowanego przez Krajową Radę Konfidentów by nie mianował. Ciekawe, w jaki sposób obywatel Żurek Waldemar zamierza sforsować tę przeszkodę? Ma dwie możliwości – albo starać się o zachowanie pozorów legalności i w tym celu wymusić na koalicji 13 grudnia, by przeforsowała w Sejmie uchwałę, że ci sędziowie będą mianowani przez Sejm – albo plunąć na pozory legalności i przy pomocy policji, powyrzucać z sądów przez okna tak zwanych „neosędziów” i na ich miejsce wprowadzić do gabinetów funkcjonariuszy rekomendowanych przez Krajową Radę Konfidentów – już bez fatygowania Sejmu.
Jak będzie – myślę, że tak, jak postanowi Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje. Sądzę, że taki dualizm sądowy w naszym bantustanie mógłby być jej nawet na rękę – bo doskonale wpasowuje się on w ogólny mechanizm obezwładniania naszego nieszczęśliwego kraju, podobnie, jak to było w wieku XVIII. Skoro po ewentualnym przyjęciu SAFE Polska byłaby całkowicie na łasce Komisji Europejskiej i luksemburskich przebierańców z TSUE – bo na tym właśnie polegają skutki „mechanizmu warunkującego” – to burdel i serdel w wymiarze sprawiedliwości musiałby doprowadzić do głębokiego kryzysu zaufania obywateli do własnego państwa. I o to właśnie Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, podobnie jak niemieckiemu kanclerzowi Fryderykowi Merzowi chodzi – żeby Polacy machnęli ręką na Rzeczpospolitą – bo wtedy bez oporów przyjmą przepoczwarzenie się jej w Generalne Gubernatorstwo – a ewentualnych oponentów weźmie za mordę albo nasza niezwyciężona, albo – stare kiejkuty, gotowe – jak wiadomo – na każde skinienie.
Jak widzimy, wszystko zostało znakomicie przemyślane i nawet – skoordynowane – chyba, że powtórzy się sytuacja z grudnia 2016 roku, kiedy to „ciamajdan” jako kulminacja „walki o demokrację” w naszym bantustanie, został zneutralizowany przez wysłannika prezydenta-elekta Donalda Trumpa, czyli Rudolfa Giulianiego. Jak pamiętamy, w przeddzień „ciamajdanu”, czyli 15 grudnia 2016 roku przyleciał on do Warszawy i korzystając z pretekstu, jakim był wspólny znajomy jego i Jarosława Kaczyńskiego, czyli Lejb Fogelman, odbył dwugodzinną rozmowę z Naczelnikiem, po czym siadł w samolot i odleciał do Ameryki. Najwyraźniej wiedział, co się świeci, bo przecież CIA coś tam musi wiedzieć. Toteż, kiedy Volksdeutsche Partei urządziła blokadę sali plenarnej Sejmu, by nie dopuścić do uchwalenia ustawy budżetowej i w ten sposób doprowadzić do skrócenia kadencji Sejmu, Naczelnik wyprowadził swoich posłów do Sali Kolumnowej i ci tam ustawę budżetową uchwalili, czego nie mógł przeboleć nienawistny pan sędzia Igor Tuleya.
Trzy dni później w dzienniku „Die Welt” ukazała się notatka, że trudno, nie udało się – i tylko posłom Volksdeutsche Partei nikt nie powiedział, że wojna się skończyła, więc nadal okupowali salę plenarną, aż wreszcie jakaś dobra dusza poinformowała ich, że już jest po wszystkim i mogą iść do domu. W ten sposób Nasz Najważniejszy Sojusznik, bez żadnych rozruchów, ani żadnej rewolucji, storpedował w zarodku knowania Naszej Złotej Pani z Berlina, która musiała 7 lutego 2017 roku przyjechać z gospodarską wizytą do Warszawy, po której nakazała odłożyć walkę o demokrację na rzecz walki o praworządność, którą niemiecka agentura w Polsce prowadzi a nawet eskaluje, do dnia dzisiejszego.
A nasza niezwyciężona stoi i się przygląda, bo najwyraźniej znikąd nie było rozkazu, by stanąć w obronie naszego nieszczęśliwego kraju. Czyżbyśmy znowu musieli liczyć na Naszego Najważniejszego Sojusznika?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Narracja Baku trzeszczy w szwach: Dowody na azerskie pochodzenie dronów z Nachiczewanu
Zaledwie tydzień po podejrzanym ataku dronem na lotnisko w Nachiczewanie, oskarżycielska konstrukcja wyprodukowana przez Azerbejdżan przeciwko Iranowi zaczyna się kruszyć.
Po „gafie” na żywo Baku TV, również artykuł armeńskiego medium Azat TV potwierdza i rozwija szczegóły incydentu, ujawniając, że użyte drony nosiły jednoznaczne znamiona azerskiej produkcji krajowej.
Armeńska telewizja Azat TV opublikowała szczegółowy reportaż analizujący zdjęcia szczątków drona wyemitowane przez azerską państwową telewizję Baku TV. Wnioski z analizy z pewnością wywołają dyskusję i rzucają cień na wiarygodność rządu Ilhama Alijewa.
„Gafa” staje się dowodem: Napis „Istehsalat Birliyi” na szczątkach drona
Centralnym elementem materiału Azat TV jest to, co wcześniej zauważył azerski dziennikarz Rahim Shaliyev: napis w języku azerskim „Istehsalat Birliyi” (oznaczający „Zjednoczenie Produkcyjne” / „Unia Produkcyjna”) – wytłoczony na kluczowych komponentach zestrzelonego urządzenia.
Jak podkreśla Azat TV, jest to „standardowy znacznik towarów produkowanych na poziomie krajowym wewnątrz Azerbejdżanu”, co „mocno wskazuje, że drony nie były produkcji zagranicznej, lecz pochodziły z azerskiego przemysłu zbrojeniowego”. Publikacja określa to odkrycie – dokonane przez medium tak ściśle związane z rządem azerskim – jako „znaczącą i wstydliwą gafę”.
Azat TV zwraca też uwagę, że zdjęcia i klipy wideo z Baku TV,„szeroko rozpowszechnione”,wyraźnie pokazują szczątki z tymi oznaczeniami, co stoi w bezpośredniej sprzeczności z oficjalnymi oskarżeniami kierowanymi pod adresem Teheranu.
The drone allegedly sent by Iran has the Azerbaijani words “İstehsalat Birliyi” (“Production Association”) written on it. This can be clearly seen in the footage released by Azerbaijan’s propaganda outlet, Baku TV, showing the downed drone.
I lettori hanno aggiunto informazioni contestuali
The Azerbaijani text appears on a plastic bag containing drone debris, not on the drone itself. This can be seen in the same Baku TV video referenced in the post: youtube.com/shorts/riLezuu…
Odkrycie następuje w momencie bardzo silnego napięcia dyplomatycznego. Kilka dni temu, ambasador Iranu w Azerbejdżanie, Mojtaba Damirchilou, w wywiadzie dla Baku TV (przytoczonym przez Report.az) wzywał do współpracy dwustronnej w wyjaśnieniu sprawy, stwierdzając: „Dlatego konieczne jest, aby obie strony pracowały razem: my potrzebujemy informacji, które macie wy, a wy potrzebujecie informacji, które mamy my”.
Pomimo owego apelu o przejrzystość, rząd azerski – za pośrednictwem prezydenta Ilhama Alijewa i podległych mu mediów – utrzymywał twardą linię oskarżeń, domagając się przeprosin i ukarania Iranu. Teraz, wobec dowodów na krajowe pochodzenie dronów, stanowisko Baku staje się coraz trudniejsze do obrony.
Implikacje: fałszywa flaga czy wewnętrzny błąd?
Opisana sytuacja otwiera drzwi do niepokojących scenariuszy na temat tego, co się wydarzyło:
Operacja pod fałszywą flagą – najcięższa hipoteza zakłada, że był to celowy akt przeprowadzony przy użyciu własnych dronów azerskich, mający stworzyć casus bellilub uzasadnić zaostrzenie polityki bezpieczeństwa, a przy okazji zyskać sympatię zachodnich mediów przeciwko Iranowi.
Nieudana operacja wewnętrzna – inna możliwość to nieudana akcja wewnętrzna lub zwykły błąd, po którym rząd próbował nieudolnie zrzucić winę na czynnik zewnętrzny, zanim zebrał pełne informacje.
Poważna niekompetencja – najmniej dramatyczna, choć i tak kompromitująca wiarygodność Baku wersja mówi, że władze oskarżyły Iran na podstawie błędnych informacji, bez przeprowadzenia właściwych weryfikacji, a państwowa machina propagandowa (przede wszystkim Baku TV) nieumyślnie ujawniła pomyłkę.
Azat TV kończy podkreślając, że „ujawnienie dokonane przez organ informacyjny tak ściśle powiązany z rządem azerskim” komplikuje zrozumienie dynamiki bezpieczeństwa na obszarze południowego Kaukazu i uwypukla „kluczowe znaczenie niezależnej weryfikacji w regionach podatnych na geopolityczne komplikacje”. Również irańskie agencje informacyjne Tasnim News i Islam Times już podchwyciły sprawę, prezentując ją z perspektywy irańskiej.
„Myślę, że wojna jest już praktycznie skończona. Nie mają marynarki wojennej, łączności, sił powietrznych” – powiedział Trump telefonicznie w rozmowie z CBS News, powtarzając oceny zniszczeń poniesionych w bitwie, które przedstawił w poprzednich dniach. Źródło.
Marynarka wojenna i lotnictwo Iranu nie odegrały w tej wojnie żadnej znaczącej roli. Nawet gdyby USA zakończyły swoje zbrodnicze ataki na Iran, nikt nie zabroni Iranowi wysyłać kolejne rakiety na bazy wojskowe Stanów Zjednoczonych w rejonie Zatoki Perskiej i do Izraela.
„Bo do tanga trzeba dwojga”. Jednostronna decyzja agresora nie zakończy tej rozpętanej przez koalicję Epsteina wojny.
Kiedy sześć lat temu w czasie, gdy Trump wysłał w kierunku Bagdadu rakietę, która zabiła irańskiego generała Kasema Sulejmaniego, jeździłem samochodem po ulicach Tel Awiwu i nie przyszło mi nawet do głowy, że te ulice mogą w przyszłości tak wyglądać:
Aktualne zdjęcie jednej z ulic Tel Awiwu.
Bombardowanie Izraela jest najważniejszą bronią przeciwko terroryzmowi tego państwa. Blisko 80 lat ten zaborczy karzeł syjonizmu narzuca swoją wolę wszystkim sąsiadom, aż doszło do wielkiej wpadki: zaatakowali państwo, które potrafi się odwzajemnić.
Wystarczyło kilka dni, by Tel Awiw wyglądem przypominał krajobraz Strefy Gazy.
Przyzwyczajeni do walki z „terroryzmem” i poskramianiem gojów syjoniści nie odbierają spadających rakiet na ich miasta jako karę. To jest ich droga do panowania nad światem podludzi, których nazywają gojami.
Minister Ben-Gvir – zwolennik wielkiego Izraela uciskającego wszystkie pobliskie nacje, uskarża się, że żadna organizacja charytatywna nie stanie w obronie krzywdzonych Żydów.
Ben_Gvir: „Gdzie są organizacje zajmujące się prawami człowieka w obliczu tego, co dzieje się w Izraelu? Te organizacje straciły swoją neutralność”.
Kiedy budowano kanał Sueski, podobną logikę prezentował Kali w książce Sienkiewicza: Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy, to jest zły uczynek. Dobry — to jak Kali zabrać komu krowy.
Niektórzy z nich tańczyli tydzień temu. Dzisiaj kryją się na stacjach metra przed irańskimi rakietami. Źródło: Telegram 09.03.2026 r. 18:38.
Trump przerażony grożącym upadkiem giełdy próbuje swojej wypróbowanej taktyki wycofania się, jak to było w po ogłoszeniu wielkiego dnia wojny celnej w kwietniu. Tym razem może to na chwilę złagodzić spadki indeksów na giełdzie. Kiedy dotrze do inwestorów, że nie ma on żadnej kontroli nad wojną, którą rozpętali pro-syjonistyczni globaliści, wtedy nikt nie będzie już reagował na słowa „wybawiciela” Izraela..
Henry Kissinger kiedyś powiedział: „Bycie wrogiem Ameryki może być niebezpieczne, ale bycie jej przyjacielem jest fatalne” (ang. It may be dangerous to be America’s enemy, but to be America’s friend is fatal).
Osobisty udział Trumpa w wyborze nowego przywódcy Iranu. Zapewne mówili po persku – stąd taki wybór.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Kiedy Zachód negocjuje, to tylko odwracanie uwagi.
Wojna w Iranie po raz kolejny pokazała, jak niebezpieczne są negocjacje z Zachodem. Zachód po prostu używa negocjacji, aby uśpić czujność przeciwnika i wprowadzić go w fałszywe poczucie bezpieczeństwa, a następnie go oszukać, a nawet zaatakować.
Anti-Spiegel 9 marca 2026
Wojna iracko-irańska z zeszłego lata i obecna mają wspólny mianownik, o którym niemieckie media nie informują. W obu przypadkach trwały negocjacje między Iranem a Stanami Zjednoczonymi i w obu przypadkach negocjacje postępowały, choć powoli. W obu przypadkach, zaledwie kilka dni po rzekomo udanych spotkaniach, Stany Zjednoczone niespodziewanie rozpoczęły bombardowanie Iranu.
Nic więc dziwnego, że po tym doświadczeniu Iran stracił zainteresowanie negocjacjami ze Stanami Zjednoczonymi i innymi państwami zachodnimi, które przynajmniej werbalnie popierają amerykańskie ataki.
Ktokolwiek myśli, że jest to specyfika Donalda Trumpa i w żadnym wypadku nie jest typowe dla polityki Zachodu, jest w błędzie, ponieważ historia jest pełna podobnych przykładów. Rosyjska telewizja wskazała na niektóre z nich w swoim cotygodniowym przeglądzie wiadomości w niedzielny wieczór, a ja przetłumaczyłem rosyjski reportaż.
========================================
Stany Zjednoczone chcą wybierać światowych przywódców według własnego gustu.
W zeszłym tygodniu wskazaliśmy, że Izrael zaatakował Iran jako pierwszy. Było to w sobotę, 28 lutego. Ale zaledwie kilka godzin wcześniej minister spraw zagranicznych Omanu, kraju, który pośredniczył między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, oświadczył, że poczyniono postępy w negocjacjach. Po pierwsze, Iran był gotowy zezwolić amerykańskim inspektorom na wizytę w swoich obiektach jądrowych, a po drugie, był gotowy zrezygnować ze składowania wzbogaconego uranu na swoim terytorium.
Można by pomyśleć, że Waszyngton mógłby ogłosić się zwycięzcą wyłącznie na podstawie tych irańskich ustępstw i powstrzymać się od działań militarnych. Porozumienie istniało.
Ale stało się inaczej. Negocjacje okazały się jedynie taktyką dywersyjną.
Zachód ma długą historię hipokryzji w negocjacjach. Rozważmy na przykład bombardowanie Jugosławii przez NATO 24 marca 1999 roku. Negocjacje toczyły się również wtedy, w Rambouillet, na przedmieściach Paryża. Brytyjczycy i Amerykanie naciskali na secesję Kosowa od Serbii, podczas gdy delegacje rosyjska i serbska były temu przeciwne. Osiągnięto nawet pewne kompromisy i sporządzono projekt porozumienia politycznego, które Serbowie byli gotowi podpisać.
Jednak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nalegały na rozmieszczenie wojsk NATO w Kosowie. Prezydent Jugosławii Milošević uznał to za warunek przesadny i całkowicie nie do przyjęcia.
Samoloty NATO rozpoczęły brutalne naloty bombowe na kraj. Czy pomogło to kosowskim Albańczykom? Nie, pogorszyło to ich życie. Mogły być inne skutki. Zamiast tego Stany Zjednoczone mają teraz w Kosowie bazę wojskową Bondsteel, największą w Europie Południowej.
Albo weźmy amerykańsko-brytyjską inwazję na Irak w 2003 roku. W latach 80. Irak prowadził wojnę z Iranem przez osiem lat. Stany Zjednoczone wspierały Irak w tej wojnie. Donald Rumsfeld, ówczesny specjalny wysłannik prezydenta Reagana, kilkakrotnie odwiedził prezydenta Iraku Saddama Husajna. Były serdeczne zdjęcia, a nawet nagranie wideo z serdecznym uściskiem dłoni. Stany Zjednoczone praktycznie zabiegały o poparcie Bagdadu, usuwając go z listy państw sponsorujących terroryzm, udzielając wielomiliardowej pożyczki, dostarczając broń, w tym bomby kasetowe, i zapewniając USA, że zrobią wszystko, co możliwe, aby zapobiec klęsce Iraku. Prezydent USA Ronald Reagan przyjął nawet irackiego ministra spraw zagranicznych Tarika Aziza przed trzaskającym kominkiem w Białym Domu. Ich rozmowa była wyraźnie serdeczna.
Okazało się jednak, że nic z tego nie miało znaczenia. Po anglo-amerykańskiej agresji na Irak, opartej na, jak wiemy, sfabrykowanych pretekstach, Saddam Husajn został powieszony, a 73-letni Tarik Aziz poddał się wojskom amerykańskim i stanął przed sądem. Oskarżono go o zbrodnie wojenne i zmarł na zawał serca w szpitalu więziennym.
Prezydent Libii Muammar al-Kaddafi również stracił życie z powodu wiary w rzetelność Zachodu jako partnera.
Pod koniec lat 90. Kaddafi starał się wyeliminować wszelkie niejasności i niespójności w swojej polityce i robił wszystko, co w jego mocy, aby być mile widzianym w stolicach europejskich. Osobiście przyjmował również wysoko postawionych gości. Brytyjski premier Tony Blair odwiedził Trypolis dwukrotnie: w 2004 i 2007 roku. Został przyjęty w tradycyjnym namiocie, a następnie oświadczył, że stosunki między oboma krajami „całkowicie się zmieniły” i że Kaddafi stał się człowiekiem, z którym „bardzo dobrze się współpracuje”.
Muammar żywił nieskrywane, wręcz namiętne uczucie do sekretarz stanu USA w administracji Busha, Condoleezzy Rice. Po bombardowaniu Libii w ruinach jego pałacu znaleziono przepięknie skomponowany album z jej zdjęciami. Później opisała swoje spotkanie z Kaddafim w Trypolisie jako „wyjątkowy moment w mojej karierze sekretarza stanu”.
Ale to było później. Na zdjęciu patrzy na nią gniewnie, a ona, ze skrzyżowanymi nogami, dyskretnie odwraca wzrok, choć nie może powstrzymać uśmiechu.
W tym momencie prawdopodobnie grała piosenka, którą Kaddafi zamówił u najlepszego libijskiego kompozytora specjalnie dla Condoleezzy Rice, a której tytuł sam wymyślił: „Czarny kwiat w Białym Domu”. Kaddafi nie krył swoich uczuć. W wywiadzie dla Al Jazeery z 2007 roku powiedział: „Wspieram moją drogą czarną Afrykankę, podziwiam ją i jestem bardzo dumny z tego, jak z rezerwą wydaje polecenia arabskim przywódcom. Leezza, Leezza, Leezzaaaa… Bardzo ją kocham, podziwiam i jestem z niej dumny”.
Na pamiątkę Kaddafi podarował Condoleezzie Rice diamentowy pierścień i medal ze swoim portretem.
Fascynacja Kaddafiego Zachodem nie ograniczała się jednak do Condoleezzy Rice. Jego beduiński namiot dosłownie objechał europejskie stolice: w 2004 roku odwiedził siedzibę Komisji Europejskiej w Belgii i spotkał się z Romano Prodim; w 2007 roku spotkał się z prezydentem Sarkozym we Francji; z Francji udał się bezpośrednio do Hiszpanii na spotkanie z królem i premierem; a w 2009 roku poczynił konkretne plany wizyty w Japonii i Korei Południowej.
Pod koniec 2010 roku Amerykanie podsycili w regionie tzw. „arabską wiosnę”. Prezydent Tunezji Ben Ali, niegdyś faworyzowany przez Zachód – istnieją jego zdjęcia z prezydentami USA Clintonem i George’em W. Bushem – został zmuszony do ucieczki z ojczyzny do Arabii Saudyjskiej, gdzie później zmarł.
Muammar Kaddafi, który w swoim kraju de facto zmagał się z kolorową rewolucją, został zdradzony przez Zachód. Przy wsparciu USA brytyjskie i francuskie siły powietrzne rozpoczęły bombardowanie Libii, rzekomo w celu wsparcia rebeliantów, a Kaddafi został zdany na łaskę rozwścieczonych mas. Żaden z jego zachodnich „przyjaciół” nie przyszedł mu z pomocą.
Innym przyjacielem Ameryki był prezydent Egiptu Hosni Mubarak. Spotkał się z Reaganem i George’em H.W. Bushem. Gościł Clintona w Egipcie. Jeździł wózkiem golfowym z George’em W. Bushem i wznosił toast z Margaret Thatcher. W 2009 roku rozmawiał z Obamą w Waszyngtonie. Obama zdradził Mubaraka podczas protestów w Egipcie. Ostatecznie Bractwo Muzułmańskie, przy wsparciu USA, obaliło Mubaraka.
Chory Hosni Mubarak, który cierpiał na raka żołądka i niewydolność serca, przeszedł udar i nie miał pęcherzyka żółciowego, został przewieziony na salę sądową na szpitalnym łóżku, na oczach kamer telewizyjnych, i skazany na dożywocie.
Jednak w 2017 roku wszystkie zarzuty zostały wycofane, a „ostatni faraon”, jak go nazywano, zmarł spokojnie w Kairze, otoczony rodziną.
Można by bez końca rozprawiać o hipokryzji Zachodu; wystarczy spojrzeć na porozumienia mińskie w sprawie Ukrainy. Ale tak po prostu jest. Teraz prezydent USA Donald Trump oświadczył, że chce sam wybrać przyszłego przywódcę Iranu. Jak powiedział, tak samo jak zrobił to w Wenezueli.
Spójrzmy na to z innej perspektywy. Dlaczego Waszyngton nie miałby również wybierać głów państw i rządów krajów Europy Zachodniej? Macron zostanie zastąpiony we Francji w przyszłym roku, więc dlaczego nie wyznaczyć amerykańskiego następcy?
Po co pytać Francuzów? A tak w ogóle, jeśli ktoś wygra wybory gdziekolwiek (Francja jest tu tylko przykładem), przecież można go porwać lub zabić.
W zeszłym roku wiceprezydent USA J.D. Vance skrytykował Europę na konferencji monachijskiej za zdradę demokracji. Ameryce się to nie podoba. Cóż, okazuje się, że właśnie to miał na myśli: Amerykanie chcą wybierać przywódców według własnych preferencji. Tak to tam działa.
Czy nasi frajerscy politycy to widzą. Viktor Orban pokazuje jak się broni interesu własnego kraju i nie daje sobie wejść na głowę prezydentowi Zełenskiemu.
W skrócie:
❌ Zełenski zablokował rurociąg „Przyjaźń”, którym płynie ropa do Węgier
✅ Orban w odpowiedzi blokuje unijną „pożyczkę” 90 miliardów euro dla Ukrainy
❌ Zełenski grozi Orbanowi siłami zbrojnymi jeśli dalej będzie blokował pieniądze
✅ Orban blokuje tranzyt ukraińskich towarów przez Węgry i zatrzymuje ukraiński konwój z byłym generałem służb specjalnych i pracownikami ukraińskiego banku – w środku 40 milionów dolarów, 35 milionów euro i 9 kilogramów złota. Podejrzenie prania brudnych pieniędzy i powiązania z „ukraińską mafią wojskową”.
Okazuje się, że tylko w bieżącym roku Ukraińcy przerzucili w ten sposób zawrotne sumy przekraczające 900 milionów dolarów, 420 milionów euro i 146 kilogramów złota. Pochodzenia i celu tych funduszy nie chcą wyjaśnić.
I jak to wygląda w porównaniu do frajerskiego zachowania rządów POPiS-u, które oddały wszystko za nic? Ani przez moment nie prowadziliśmy asertywnej polityki opartej o interes narodowy.
Gdy zaskarżyli nas do Światowej Organizacji Handlu, bo ośmieliliśmy się wreszcie zatrzymać niekontrolowany napływ ukraińskiego zboża, którym nas zalewali – cisza.
Gdy kłamali w sprawie swojej rakiety w Przewodowie i po dziś dzień blokują śledztwo w tej sprawie – cisza.
Gdy Zełenski atakował Polskę na forum ONZ – cisza.
Gdy Timur Mindycz, oskarżony o ogromną korupcję najbliższy doradca Zełenskiego, uciekał do Izraela przez Polskę – cisza.
Gdyby ten konwój jechał przez Polskę, również przemknąłby bez najmniejszego problemu. Ktoś ma wątpliwości?
Dlatego w przyszłorocznych wyborach czas na zmiany. Skończmy ze sługami narodu ukraińskiego i wreszcie wybierzmy ludzi, którzy będą godnie i odważnie reprezentować POLSKIE interesy!
—————–
Przykładowo jeszcze bym dodał zachowanie „polskich władz” względem obecności (uzbrojonych w broń palną) ochroniarzy izraelskich wycieczek szkolonych, odwiedzających obóz Auschwitz-Birkenau i muzeum Polin.
Pomijam [troszkę] rolę POPISU w dopuszczeniu do powstania terenów eksterytorialnych (wymienionych wyżej muzeów) siejących antypolonizm.
„Times of Israel” pisząc o „prawicowym rozłamie” w związku ze stosunkiem do Izraela i prowadzonej wojny z Iranem wskazuje, iż fraza: „Chrystus jest królem” znajduje się obecnie „w centrum wojny kulturowej”. Medium wyjaśnia, że „zwrot ten jest coraz częściej używany przez przedstawicieli skrajnej prawicy jako mem nienawiści wymierzony w Żydów”.
Peter Smith pisze o tym w artykule z 8 marca zatytułowanym „US right-wing schism over antisemitism puts ‘Christ is king’ at center of culture war” [Prawicowy rozłam w USA w sprawie antysemityzmu stawia określenie „Chrystus jest królem” w centrum wojny kulturowej]. Autor twierdzi, że sformułowanie „Chrystus jest królem” „może przekształcić się w coś politycznego, kontrowersyjnego, a nawet złowrogiego, w zależności od tego, kto je wypowiada i w jaki sposób”.
Chociaż słowa te wyrażają „podstawową zasadę wiary chrześcijańskiej, że Jezus jest boskim władcą wszechświata”, a „wielu katolików i protestantów co roku obchodzi niedzielę Chrystusa Króla”, to jednak autor doszukuje się w nim … antysemityzmu.
A to dlatego, że ta zasada wiary była i jest skandowana podczas wieców politycznych, przywoływana jest przez osoby o poglądach prawicowych w przemówieniach i jest zamieszczana w mediach społecznościowych. Co więcej, nawet czołowi politycy z kongresu amerykańskiego odwołują się do niej, aby wyrazić poparcie dla „idei Ameryki jako narodu chrześcijańskiego lub kraju, który swoją wierność zawdzięcza Bogu chrześcijańskiemu”.
Smitha niepokoi fakt, iż niektórzy „aktywiści polityczni łączą ‘Chrystus jest królem’ z antysyjonistycznymi wypowiedziami lub negatywnymi stereotypami na temat Żydów”.
Określenie to coraz częściej jest przywoływane przez influencerów związanych ze „skrajną prawicą”, jak np. Candace Owens. Obecnie jest ona jedną z najbardziej znienawidzonych konserwatywnych osobowości przez środowiska żydowskie w Ameryce i samym Izraelu z powodu bezprecedensowej krytyki lobby żydowskiego i jego wpływu na politykę amerykańską.
Smith zarzuca jej, że „głosi antysemickie teorie spiskowe, sprzedaje kubki i koszulki z nadrukiem ‘Chrystus jest Królem’”. Symbolizuje ona szerszy podział na prawicy, która stała się znacznie bardziej krytyczna wobec polityki Izraela, co Tel Awiw uznaje za „antysemityzm”.
Autor zauważa, że niektórzy konserwatyści krytykujący lobby żydowskie i działania władz Izraela zastrzegają, że nie są antysemitami, a jedynie antysyjonistami. Jednak, zdaniem Smitha, „samo to stanowi wyraźne zerwanie z tym, co kiedyś było niemal konsensusem pro-izraelskich nastrojów wśród republikanów”. Powołując się na raport z 2025 r. opracowany przez afiliowany przy Uniwersytecie Rutgers Network Contagion Research Institute, dodaje, że skandowanie frazy: „Chrystus jest królem” „jest bezsprzecznie wrogie wobec Żydów”.[sic !! md]
Instytut miał przeanalizować wpisy w mediach społecznościowych. Z analizy wynika, że „w latach 2021–2024 odnotowano gwałtowny wzrost liczby użytkowników zwrotu ‘Chrystus jest królem’, często używanego jako mem nienawiści wymierzony w Żydów”. Badacze instytutu uważają, że odeszło się od historycznego znaczenia tego biblijnego stwierdzenia.
„Użycie zwrotu »Chrystus jest królem« jako broni stanowi niepokojące odwrócenie jego pierwotnego celu. Zamiast sakralizować wspólne wartości, ekstremiści wykorzystują tę religijną frazę do usprawiedliwiania nienawiści” – napisano w raporcie.
Co istotne, kwestia ta była dyskutowana podczas niedawnego spotkania amerykańskiej komisji ds. wolności religijnej, powołanej przez prezydenta USA Donalda Trumpa. 9 lutego jeden z uczestników posiedzenia komisji Seth Dillon miał zeznawać, że często słyszał zwrot „Chrystus jest królem”, po którym „natychmiast” miały padać „wysoce pogardliwe obelgi pod adresem Żydów”.
Członkini komisji Carrie Prejean Boller wielokrotnie miała dopytywać świadków o to, czy można uznać sprzeciw wobec syjonizmu jako przejaw antysemityzmu? Sama zaznaczyła, że jest katoliczką i jednocześnie sprzeciwia się syjonizmowi, dodając, że nie uważa tego sprzeciwu za przejaw antysemityzmu. Zapytała Dillona nawet wprost, czy jego zdaniem „stwierdzenie »Chrystus jest królem« jest antysemickie”?
Dillon co prawda odparł, że nie, chociaż ostatecznie wszystko zależy od kontekstu. I wskazał, że zwrot ten jest chętnie używany przez zwolenników skrajnie prawicowego influencera Nicka Fuentesa, który ma szerzyć antysemickie poglądy. Wyrażenie to skandowano na przykład podczas Marszu Miliona MAGA w listopadzie 2020 r., by wyrazić sprzeciw wobec wyboru Joe Bidena na prezydenta.
Dociekliwe pytania Prejean Boller zadawane podczas posiedzenia komisji ds. wolności religijnej zdenerwowały niektórych jej uczestników, w tym jej przewodniczącego. Wicegubernator Teksasu, Dan Patrick ogłosił po posiedzeniu usunięcie z niej Prejean Boller. Zarzucił kongresmence, że próbowała „zawłaszczyć” przesłuchanie dla własnych celów.
Kobieta opublikowała na X wiele postów, potępiając „syjonistycznych suprematystów” i sama wielokrotnie używała zwrotu „Chrystus jest Królem”. Nie szczędziła słów krytyki wobec administracji amerykańskiej i władz Izraela, które wywołały wojnę – bez wypowiedzenia – przeciwko Iranowi.
Prejean Boller niedawno nawróciła się na katolicyzm i prowadzi batalię z ewangelicką herezją chrześcijańskiego syjonizmu.
Smith zauważa, że „przesłuchanie w komisji nie było pierwszym forum, na którym rozgorzała kontrowersja wokół zwrotu ‘Chrystus jest Królem’”. Dodaje, że w raporcie Network Contagion Research Institute z 2025 roku podkreślono, iż określenie „Chrystus jest królem” „systematycznie” ma być przejmowane przez „postacie ekstremistyczne”. Fuentes i inni mają go używać jako „mantry białej supremacji, lansującej ich antysemickie przekonania”. Do tych „przekonań” zaliczano twierdzenia o tym, że „Holokaust został wyolbrzymiony”, czy potępienie „zorganizowanego żydostwa w Ameryce” albo określenie Fuentesa, że walczy z „satanistycznymi, globalistycznymi elitami”, co ma być – zdaniem Smitha – „antysemickim stereotypem”.
Brian Kaylor, redaktor naczelny „Word&Way”, postępowego portalu religijnego uznał, że znajdujemy się obecnie w niebezpiecznej sytuacji z powodu częstego przywoływania frazy: „Chrystus jest królem” przez osoby związane ze środowiskiem „skrajnej prawicy”, które mają go stosować „w bardzo faszystowskim, antysemickim kontekście”. Baptystyczny pastor ostrzega, że określenie traci swoje pierwotne znaczenie.
Pastorowi nie podoba się także to, że wspomniana wyżej fraza zyskała popularność w środowisku politycznym, zwłaszcza wśród niektórych przedstawicieli katolickiej i ewangelickiej prawicy, nawet „zdecydowanie pro-izraelskiej” i „wielokrotnie potępiającej antysemityzm”. Podał nazwiska sekretarza obrony Pete Hegseth’a i sekretarza stanu Marco Rubio. W ustach tych wpływowych urzędników administracji amerykańskiej, fraza ta jest „deklaracją chrześcijańskiego nacjonalizmu”, który ma oznaczać, że „naród powinien zostać podporządkowany nakazom Chrystusa”.
Wszystko to ma sprawiać, iż na prawicy dokonuje się rozłam, uderzający w jedność Partii Republikańskiej w sprawie polityki wobec Izraela.
Smith nie omieszkał przypomnieć, że Watykan, co prawda utrzymuje stosunki dyplomatyczne z Izraelem, ale uznał również państwo palestyńskie. Papież Leon XIV zaś wezwał do rozwiązania dwupaństwowego. Franciszek i Leon potępili antysemityzm, ale także masową reakcję militarną Izraela, domagając się zaprzestania „zbiorowego karania” ludności Gazy. Dodał, że podczas posiedzenia komisji, także inni katolicy podkreślali, iż Jezus i jego wyznawcy byli Żydami, a ponadto przełomowy dokument watykański z 1965 roku odrzuca antysemityzm i obwinianie wszystkich Żydów, w tym żyjących obecnie, za ukrzyżowanie Jezusa.
Niemniej stwierdził, że spór szefa komisji z Prejean Boller „odzwierciedla ‘realny problem bardzo małej grupy w Partii Republikańskiej’”. Przewodniczący komisji ds. wolności religijnej wypowiedział wojnę tej frakcji, na której czele miała stanąć Prejean Boller. Walczy także z organizacją Catholics for Catholics, kierowaną przez świeckich, która jest oddana ewangelizacji USA. Grupa planuje uhonorować Prejean Boller podczas gali wręczenia nagrody Catholic Champion Award w Waszyngtonie 19 marca. Jednym z prelegentów będzie Owens.
Prejean Boller, informując o zdarzeniu, opublikowała post na X następującej treści: „Nie spoczniemy, dopóki nie przekształcimy USA w naród katolicki”, po którym znalazło się sformułowanie: „Chrystus jest Królem!”.
Norweska policja poinformowała w poniedziałek, że w domu podejrzanego o korupcję byłego norweskiego dyplomaty Terje Roeda-Larsena znaleziono dokumenty objęte klauzulą tajności. Zarówno Roed-Larsen, jak i jego żona Mona Juul mieli związki z amerykańskim przestępcą seksualnym Jeffreyem Epsteinem,
Odnalezione dokumenty mają dotyczyć m.in. tajnych negocjacji, które doprowadziły do podpisania Porozumień z Oslo z lat 1993–1994 między Izraelem i Organizacją Wyzwolenia Palestyny. Zabezpieczone materiały, oznaczone klauzulą tajności, mają zawierać korespondencję oraz dokumenty związane z tajnymi negocjacjami prowadzonymi w Norwegii na początku lat 90. Przekazano je norweskiemu ministerstwu spraw zagranicznych.
Przeszukanie w domu małżeństwa dyplomatów przeprowadziła jednostka ds. przestępczości gospodarczej Oekokrim w ramach śledztwa dotyczącego możliwej korupcji. Śledztwo dotyczy powiązań Roeda-Larsena i Juul z Epsteinem, z którym – według ustaleń mediów – mieli utrzymywać bliskie relacje, a na konto kierowanego przez dyplomaty think tanku amerykański przestępca seksualny miał wpłacić darowizny w łącznej wysokości 5 mln dolarów.
W testamencie Epstein miał również zapisać dzieciom norweskich dyplomatów po 5 mln dolarów. Byłego negocjatora Porozumień z Oslo jako właściwą osobę do kontaktów z izraelskimi środowiskami politycznymi i wywiadowczymi miał wskazać Epsteinowi były premier Izraela Ehud Barak.
Obecny premier Norwegii Jonas Gahr Stoere, który w latach 2005–2012 stał na czele norweskiego MSZ, wielokrotnie zapewniał, że wszystkie dokumenty związane z norweskim zaangażowaniem w proces pokojowy na Bliskim Wschodzie pozostają w wyłącznym posiadaniu MSZ.
„Nie byłem świadomy, że Roed-Larsen przechowywał w domu tajne dokumenty” – skomentował policyjne odkrycie Stoere.
Były szef Archiwum Narodowego John Herstad w rozmowie z dziennikiem „Aftenposten” przypomniał, że w czasie, gdy norweską dyplomacją kierował Stoere, archiwiści próbowali ustalić, czy wszystkie materiały z procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie znajdują się w archiwach państwowych. Ich prace miały zostać wstrzymane przez MSZ wraz z zapewnieniem, że żadne dokumenty dotyczące Porozumień z Oslo nie zaginęły.
W czasach, gdy niezadeklarowane wojny i agresja prewencyjna stały się smutną normą, były oficer piechoty morskiej USA i inspektor ds. broni ONZ Scott Ritter analizuje obecną eskalację napięć na Bliskim Wschodzie w rozmowie z sędzią Andrew Napolitano.
9 marca 2026 roku określił trwający konflikt z Iranem jako strategiczną porażkę USA – upokorzenie, które może zwiastować koniec amerykańskiej hegemonii. Ritter postrzegał te wydarzenia nie tylko jako porażkę militarną, ale także jako moralny i geopolityczny punkt zwrotny.
Nieudana zmiana reżimu
Konflikt rozpoczął się jako próba zmiany reżimu w Teheranie, ale stało się dokładnie odwrotnie: irański reżim okazał się bardziej odporny i odporny.
Ritter podkreśla, że Republika Islamska posiada struktury konstytucyjne, mechanizmy kontroli i równowagi oraz głębokie korzenie społeczne. Zabójstwa poszczególnych przywódców – takie jak wezwanie Trumpa do zabicia nowego Najwyższego Przywódcy – tego nie zmieniają.
Zamiast tego wojna wzmocniła irańskie władze i ostatecznie zniweczyła cel zmiany reżimu.
Atak na szkołę dla dziewcząt
Centralnym skandalem, który Ritter opisuje szczegółowo, był atak na szkołę dla dziewcząt w południowym Iranie pierwszego dnia wojny.
Amerykańskie pociski manewrujące Tomahawk początkowo uderzyły w puste magazyny, szpital, a na końcu w szkołę. Po pierwszej fali system namierzania celu – oparty na sztucznej inteligencji bez ingerencji człowieka – zdecydował się na drugą falę („podwójne uderzenie”).
Pocisk manewrujący z głowicą termobaryczną uderzył w dom modlitwy, z którego ewakuowano nauczycieli i ocalałych uczniów, a rodzice odbierali swoje dzieci. W rezultacie zginęło co najmniej 170 dzieci, wiele zostało poparzonych do tego stopnia, że nie dało się ich rozpoznać.
Ritter oskarża sekretarza obrony Pete’a Hegsetha o uchylenie w 2023 roku polityki łagodzenia szkód wyrządzonych ludności cywilnej, która nakazywała gruntowną analizę celów do użytku cywilnego. Zamiast tego polityka opierała się na automatyzacji opartej na sztucznej inteligencji, ignorując znane obiekty cywilne.
Trump publicznie twierdził, że Iran zbombardował szkołę – kłamstwo lub dezinformacja, którą Ritter uważa za dowód odpowiedzialności karnej przywódców USA. Hegseth musi zostać usunięty ze stanowiska i oskarżony.
Sytuacja militarna
Militarnie Stany Zjednoczone już zostały pokonane. Iran nie wyczerpał jeszcze swoich rezerw rakietowych i planuje kolejny etap eskalacji.
Amerykańskie systemy obrony powietrznej (Patriot PAC-3, THAAD) są niemal wyczerpane, radary zniszczone, a okręty odsłonięte. Izrael pozostaje bezbronny: irańskie rakiety niedawno uderzyły w dom Benjamina Netanjahu, dom Itamara Ben-Gvira oraz w źródło zasilania Tel Awiwu.
Cenzura uniemożliwia światu zobaczenie pełnego obrazu sytuacji, ale wyciekają nagrania wideo i raporty. Iran ogłosił użycie ciężkich rakiet z głowicami o masie co najmniej jednej tony – Tel Awiwowi grozi zniszczenie na miarę Strefy Gazy.
Zwycięzcy geopolityczni
Geopolitycznie, oś Rosja-Chiny odnosi największe korzyści. Rosja pozycjonuje się jako stabilny dostawca energii, podczas gdy Chiny występują jako potencjalny mediator.
Oba kraje widzą w słabości USA szansę: amerykańska potęga militarna w Zatoce Perskiej jest sparaliżowana, bazy takie jak Al Udeid są bezużyteczne, a Piąta Flota nie ma portu macierzystego.
Iran domaga się całkowitego wycofania sił USA z regionu, zniesienia sankcji i być może rezygnacji z izraelskiego programu nuklearnego w zamian za ustępstwa dotyczące własnego programu nuklearnego. Eskalacja konfliktu nuklearnego ze strony Izraela byłaby samobójstwem – Iran mógłby wyprodukować i rozmieścić broń jądrową w ciągu kilku dni.
Dlaczego Iran nie chce zawieszenia broni
Irański minister spraw zagranicznych odrzucił dwie amerykańskie oferty zawieszenia broni: Zwykłe zawieszenie broni oznaczałoby jedynie zresetowanie mapy, bez uwzględnienia poniesionych ofiar.
Iran osiągnął strategiczną przewagę i wykorzysta ją do wymuszenia trwałego pokoju – na własnych warunkach. Trump może spróbować ogłosić „zwycięstwo” i wycofać się, dokonując zamachu na nowego Najwyższego Przywódcę, ale Iran na to nie pozwoli.
Wniosek Rittera
Ritter wyciąga druzgocący wniosek: Stany Zjednoczone prowadziły wojnę agresywną, łamiąc prawo międzynarodowe, dopuściły się masakry ludności cywilnej i wpisały się w szeregi państw będących historycznymi zbrodniarzami wojennymi.
Hegemonia się chwieje: Chiny i Rosja zyskują na wpływach, Indie i Europa cierpią z powodu kryzysów energetycznych, a globalna gospodarka chwieje się. Cena arogancji i nieznajomości prawa międzynarodowego jest wysoka – i może oznaczać koniec jednobiegunowego porządku świata.
Czy Trump to dostrzeże, czy też zaostrzy sytuację, pozostaje niewiadomą. Ale dla Rittera jedno jest pewne: ta wojna jest przegrana, a Iran może być katalizatorem, który ostatecznie przełamie dominację USA.
Uwielbiam filmy. Dobre filmy, rzecz jasna. O ich wpływie na naszą rzeczywistość pisałem wielokrotnie, opisując choćby rolę ich twórców w kreowaniu u odbiorców pożądanych zachowań, jak też budowaniu oczekiwań, wobec nieświadomych na ogół niczego, milionów widzów.
W książce „Projekt Phoenix” opisałem dwa tego typu obrazy – „Pearl Harbor” i bardzo szczegółowo „Helikopter w ogniu”. Polecam tę lekturę, bo pozwala otworzyć oczy na pozornie nie mający nic wspólnego ze światem realnym przemysł filmowy Hollywood.
Pisałem wówczas, odnosząc się do tzw. ataku na Amerykę, że filmy te „ukazały się w interesującym nas 2001 roku. Oba traktują o amerykańskich zmaganiach wojennych. I oba ukazały się na ekranach amerykańskich kin w odstępie kilku miesięcy. Pierwszy, to ‘Pearl Harbor’, drugi zaś, to ‘Helikopter w ogniu’. Premiera pierwszego miała miejsce kwartał przed wydarzeniami 9/11, drugiego – kwartał po nich. Czy jest to dziełem przypadku? Wątpię.
‘Pearl Harbor’ miał w moim przekonaniu przygotować Amerykanów do zamachów 11 września. Miał podgrzać atmosferę i przypomnieć o, najbardziej spektakularnym w historii, ataku na wojska amerykańskie. Miał przyzwyczajać do kojarzenia 9/11 z ‘nowym Pearl Harbor’. Poniekąd słusznie, bo oba te dramaty nie mogłyby przecież zaistnieć bez przygotowania pod nie gruntu przez te same służby specjalne. Film podniósł Amerykanom i widzom całego świata poziom adrenaliny, zjednoczył ich w poczuciu krzywdy, by pchnąć do odwetu.
Film drugi natomiast, miał być swoistym remedium na to, co już się wydarzyło. Miał wzmocnić poczucie jedności, usprawiedliwić straceńcze misje i uświadomić potrzebę współdziałania. Nie tylko w obrębie plutonu, kompanii czy jednostki, ale nawet w ramach całej koalicji państw współuczestniczących w ‘wojnie z terrorem’. Przecież ten film obejrzały setki tysięcy młodych ludzi z całego świata. Wielu z nich znalazło się niebawem w wojskowych obozach rozsianych po bezkresnych pustyniach Iraku bądź w górzystym Afganistanie. Przybyli do obcego sobie świata, z rozmaitych miejsc o różnych tradycjach i kulturze, by odkryć, że stanowią jednolicie ubraną oraz wyposażoną armię, jaką jeszcze niedawno oglądali na ekranach rodzimych kin. Wkrótce mieli wyruszyć na pierwszy patrol, wziąć udział w miejskiej potyczce i zobaczyć z bliska śmierć kolegów, których dopiero zdążyli poznać”.
Dekadę później odnosiłem się do kolejnych arcydzieł Hollywood.
„Kiedy 35 lat temu rozpoczynałem swoją życiową przygodę z lotnictwem, na ekrany światowych kin, wchodził film ‘Top Gun’, który stał się szybko prawdziwym hitem. W Polsce zrobił furorę, rozprowadzany w ogromnych ilościach na kasetach VHS, albowiem to właśnie schyłek lat 80. XX w. był czasem rozkwitu popularności magnetowidów. W trakcie nauki w Ośrodku Szkolenia Kontroli Ruchu Lotniczego, oglądaliśmy go z kolegami z zapartym tchem, w oryginalnej wersji dźwiękowej, mając w założeniu osłuchiwać się z językiem angielskim i specyficznym żargonem. Film opowiadał o szkole lotniczej Miramar w Stanach Zjednoczonych, nazywanej Top Gun i przeżyciach uczących się w niej pilotów marynarki wojennej. Wartka akcja, wpadająca w ucho muzyka w modnym wówczas stylu teledyskowym i doskonałe zdjęcia, sprawiły, że film okrzyknięto mianem kultowego, i przez lata, żaden inny produkt Hollywood nie odebrał mu palmy pierwszeństwa w tym gatunku kinematografii. To właśnie ten film wyniósł na szczyty międzynarodowej sławy aktora Toma Cruise, grającego w nim pilota myśliwca F14 Tomcat.
Nikt z nas nie widział w nim jeszcze gwiazdora, którym wtedy zaczynał się stawać. Przez wszystkie lata kariery pozostawał w kręgu zainteresowania mediów, które rozpisywały się nie tylko o jego dokonaniach zawodowych, ale też o życiu prywatnym. Nie mieli z tym kłopotu, ponieważ Cruise dostarczał dziennikarzom tematów z dużą determinacją, stając się główną twarzą tzw. kościoła scjentologicznego, który reklamował zachęcając przede wszystkim świat aktorski do przekazywania scjentologom procentu od dochodów obiecując, że w zamian zdobędą moce, które wyniosą ich kariery w kosmos popularności. Niewątpliwie, aktor przyciąga do kin mnóstwo widzów, od kilku już dekad.
Takie tytuły, jak ‘Ostatni samuraj’, ‘Wojna światów’, ‘Walkiria’, czy kolejne części ‘Mission Impossible’, ugruntowały jego silną pozycję na rynku. Jego sprawność fizyczna i niechęć do korzystania z pomocy kaskaderów, działają na ludzi, niczym magnes. Nieustannie na szczycie, wiecznie młody i bogaty, z pewnością przysporzył swym promotorom wielu wyznawców, choć jego aktywność na tym polu była tak natrętna, że z czasem zniechęcił do siebie sporą grupę koleżanek i kolegów po fachu. Być może była to zwykła zazdrość środowiska nie mogącego wybaczyć mu, bądź to majątku wycenianego na 600 mln dolarów, bądź to atrakcyjnych partnerek, którymi zwykł się otaczać, a przypomnijmy, iż do dziś zdążył się ożenić i rozwieść trzykrotnie.
W Hollywood nikogo to nie razi, choć pojawiały się pogłoski, że to małżeństwa fikcyjne, będące przykrywką dla jego rzeczywistej orientacji seksualnej, o której całkiem głośno w kulisach. Otwarcie mówi się bowiem, że doborem jego małżonek zajmował się osobiście lider tego kościoła, który ponoć nie tylko zobowiązuje swych wyznawców do dożywotniej wierności i regularnego zasilania skarbca, ale posuwa się do aktów upokorzeń wobec nich, czy nawet zmuszania fanek do aborcji, a sam ruch znalazł się na celowniku FBI w związku z podejrzeniami o handel ludźmi. (…)
Niemniej jednak, poza tym wszystkim, chciałbym zwrócić uwagę na element w zasadzie niezauważany, a będący moim zdaniem rzeczywistym motorem napędowym sukcesu aktora, jakim była amerykańska armia. Pod koniec lat 80 ubiegłego wieku, kiedy żelazna kurtyna formalnie opadała z głuchym łoskotem, chętnych do wojskowego życia w Stanach nie było. Młodych ludzi należało w jakiś sposób zachęcić do poświęcenia dla ojczyzny, mimo braku oficjalnego wroga. ‘Top Gun’ spełnił swoją misję wyśmienicie. Do armii ruszyły rzesze młodzieży chcącej utożsamiać się z przystojnym i odważnym Maverickiem. A do tego, pilotem! Punkty werbunkowe lokalizowano obok kin. Ilość zgłoszeń do US Navy, przy której pomocy film powstał, jak opisywał to producent John Davis, wzrosła o 500%. Młodzież ta nie miała jeszcze pojęcia o tym, że trzy lata później rozpocznie się wojna w Zatoce Perskiej, a wkrótce kolejne.
Od ‘Pustynnej Tarczy’ począwszy, przez ‘Pustynną Burzę’, ‘Nagły Grom’ i wszystkie pozostałe misje pokojowe i stabilizacyjne. Ale Pentagon wiedział przecież doskonale. Później było jeszcze gorzej, bo we wrześniu 2001 roku, amerykańscy myśliwcy nie mieli okazji popisać się umiejętnościami na własnym niebie i ten blamaż ciążył dowództwu niczym kamień u szyi, przez kolejne dwie dekady. Tak zrujnowany wizerunek trudno odbudować. Niezbędne są wielomilionowe nakłady i skuteczna propaganda. I tu znowu wątek osobisty. W roku 2020, kiedy z czynną pracą w lotnictwie się rozstawałem, widzowie wyczekiwali już na tzw. sequel, czyli obraz zatytułowany ‘Top Gun – Maverick’, który miał się pojawić w kinach, w czerwcu.
Wszystko zaprzepaściła tzw. pandemia i na kontynuację przeboju kasowego przyszło nam czekać dwa lata. Tę, drugą część, podobnie, jak pierwszą, miał reżyserować Tony Scott, noszący się rzekomo z tym zamiarem już 10 lat temu. Ponoć, na dzień przed spotkaniem w tej sprawie z Tomem Cruise, popełnił samobójstwo. Z realizacją pomysłu czekano do roku 2018 i podjął się jej reżyser polskiego pochodzenia, Joseph Kosinski. Film wszedł na ekrany pod koniec maja 2022 roku i z ust tych, którzy zdążyli go obejrzeć, słychać mnóstwo pochwał. Ja też go z chęcią zobaczę i liczę na emocje nie mniejsze, niż ponad trzy dekady temu. Maverick powrócił, tym razem w roli instruktora. Na innym typie samolotu, po przejściach, ale ciągle ten sam. Jak to szybko minęło.
‘Top Gun’, w swych dwóch odsłonach, stał się klamrą czasową mojego związku z lotnictwem, jakże dla mnie pięknego i ważnego. Wiem jednak, że miał niebagatelny wpływ także na życie (i to dosłownie) tysięcy innych ludzi. Obawiam się więc, że jeśli moja ocena powodu popularności tego obrazu jest trafiona, to w ciągu najbliższych paru lat ponownie odciśnie on swe piętno, nie tylko na miłośnikach kina”.
Film obejrzałem. I myślę, że się nie pomyliłem. Na przestrzeni tych niespełna czterech lat, od kiedy napisałem te słowa, amerykańscy piloci (pewnie wielu spośród ówczesnych kinowych widzów) zrzucili setki tysięcy ton bomb na co najmniej kilka państw.
Czasem oglądam filmy izraelskie. Są dobrze zrobione, obsadzone świetnymi aktorami i osadzone w realiach niedostępnych dla twórców nieobeznanych z realiami życia na Bliskim Wschodzie. Ukazują też mentalność Izraelczyków, a to ma niezaprzeczalny walor poznawczy. A, jako że kończę właśnie pracę nad książką, której głównym motywem jest wojna sześciodniowa, z tym większym zainteresowaniem oglądałem kolejne odcinki serialu emitowanego przez Apple TV, zatytułowanego „Teheran”. Jak pisze o nim choćby portal WP film „wyróżnia się surowym realizmem i dbałością o psychologiczną głębię. Fabuła koncentruje się na losach Tamar Rabinyan (Niv Sultan), młodej hakerki pracującej dla Mosadu, która zostaje wysłana do stolicy Iranu – swojego rodzinnego miasta. Jej misja szybko przeradza się w walkę o przetrwanie w skrajnie wrogim środowisku, gdzie każdy błąd może kosztować życie. Na początku zadaniem Tamar było unieszkodliwienie irańskich systemów obronnych i sabotaż programu nuklearnego. Kiedy operacje kończą się fiaskiem, bohaterka traci wsparcie wywiadu, a granice między jej życiem prywatnym a misją zawodową zaczynają się niebezpiecznie zacierać.
W drugim sezonie, w którym gościnnie wystąpiła Glenn Close, napięcie sięga zenitu, a niepowodzenia agentki sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na jej najbliższych, potęgując moralne dylematy wpisane w jej profesję. Trzeci sezon zmusza Tamar do desperackiej walki o odzyskanie zaufania Mosadu i zachowanie życia w obliczu narastającego zagrożenia. Największą castingową sensacją nowych epizodów jest dołączenie do serialu Hugha Lauriego (znanego z roli Doktora House’a). Aktor wystąpił w roli Erica Petersona, inspektora dozoru jądrowego. Trzeci sezon zadebiutował w styczniu 2026 r. i wszystkie osiem odcinków są już dostępne do obejrzenia. Oglądanie serialu nabiera dziś wyjątkowego znaczenia ze względu na kontekst geopolityczny. USA i Izrael rozpoczęły otwarty konflikt zbrojny z Iranem. Zresztą sama premiera trzeciego sezonu na świecie była opóźniana przez Apple TV ze względu na wojnę w Strefie Gazy”.
Film jest niezły, obsada, jak pisałem wcześniej, starannie dobrana, by rzecz cała podobała się publiczności, ale podsumowanie tego opisu wzbudzić może u czytającego zażenowanie i pytanie o człowieczeństwo redagujących takie rzeczy „dziennikarzy”. Mordowanie ludności w Strefie Gazy nie zostało bowiem zakończone, trwa nadal, a obecnie tę jej część, której udało się uciec, wybija się na oczach całego świata na terenie Syrii i Libanu.
Natomiast, premiera być może była opóźniana, ale raczej po to, by w ostatnim odcinku główna bohaterka pracująca dla Izraela zdążyła powstrzymać eksplozję bomby atomowej budowanej przez Iran. Ratując przy tym od niechybnej śmierci nieświadomą niczego ludność Teheranu. Udało się jej i, szczęśliwie dla wszystkich, odcinek wyemitowano 28 lutego 2026 roku. W dniu uderzenia na Iran koalicji pokojowego świata Zachodu. Zakończenie serialu, czasowo perfekcyjnie zgrano z rzeczywistością, na miarę naszego kultowego „Rancza Wilkowyje”, którego ostatni odcinek ukazujący Pasterkę, co roku możemy oglądać na ekranach tych samych telewizorów dokładnie w Wigilię Bożego Narodzenia.
A to, że ten atak zaczął się akurat w dniu Szabatu Pamięci, bezpośrednio poprzedzającego święto Purim, nie umniejsza przecież trafności tego skojarzenia. Co, mam nadzieję, Czytelnik zrozumie. I wybaczy.
„Walczę z nimi (Amerykanami – autor) już od roku. Ci głupcy zginą z powodu własnej technologii, myślą, że wojnę można wygrać samymi bombardowaniami. Będą zwiększać swoją potęgę techniczną i utkną w niej. Zniszczy ich ona jak rdza. Uznają, że wszystko im wolno”.
Z rozmowy Stirlica z niemieckim generałem w pociągu. „Siedemnaście chwil wiosny”.
Przeczytałem kilka komentarzy do poprzedniego materiału. I zdecydowałem, że nadszedł czas, aby nieco poszerzyć spojrzenie na problemy Amerykanów i Izraelczyków w Iranie. Obecnie w prasie, zwłaszcza zachodniej, pełno jest materiałów, które tworzą obraz niemal zwycięstwa Stanów Zjednoczonych nad reżimem irańskim. Oczywiste jest, że zarówno Amerykanie, jak i Izraelczycy „wpadli w pułapkę”, którą sami zastawili na irańskie władze.
Doktryna włoskiego generała Giulio Duerre z czasów I wojny światowej już nie działa… Ale konieczne jest stworzenie przynajmniej iluzji zwycięstwa. W przeciwnym razie mogą zapytać o miliard dolarów dziennych wydatków. Taka jest cena wojny dla USA… Nie bez powodu zacząłem ten materiał cytatem z genialnego radzieckiego filmu „Siedemnaście chwil wiosny”. Ustami bezimiennego niemieckiego generała przemawiał sam Semenow. Mówił o przyszłych wojnach. O tym, że ostatecznie, kiedy armia zamieni się w system zrobotyzowanej techniki i uzbrojenia, sterowany sztuczną inteligencją, zwycięży dzikus z pałką! Który nie będzie korzystał z pomocy maszyn, a po prostu uderzy z pozycji, którą maszyny uznają za nieistotną.
Pamiętacie wojnę w Jugosławii i szczątki najdroższego, najbardziej wypełnionego elektroniką i różnymi systemami bezpieczeństwa, „niewidzialnego dla POW” i tak dalej, samolotu? Kto zrzucił ten miliard dolarów z nieba? Jakiś wyrafinowana system? Nie, ten sam „dzikus, doskonale władający pałką”. Mniej więcej to samo obserwujemy dzisiaj na niebie Ukrainy i Iranu. Dron o wartości 10-30 tysięcy jest zestrzelony przez parę rakiet za milion dolarów. Skutecznie…
Dzisiaj postanowiłem nie angażować się w ogólną dyskusję, a po prostu opowiedzieć o moim spojrzeniu na zaistniałą sytuację. Zacznę od najprostszego. Czy Stany Zjednoczone i Izrael osiągnęły cele, które postawiły sobie na początkowy okres wojny? Czy zniszczono infrastrukturę? Nie. Czy zniszczono system zarządzania państwem i armią? Nie. Czy osiągnięto dominację w powietrzu, o której Trump mówi praktycznie codziennie? Nie!
Prawdopodobnie uważni czytelnicy zauważyli już, jak zmniejszyła się liczba „zdalnych” ataków ze strony USA i Izraela. Obrońcy powietrzni Persów okazali się znacznie skuteczniejsi, niż sądzono w amerykańskich i izraelskich sztabach. I odwrotnie, własna obrona powietrzna nie zapewniła pożądanego rezultatu ani Izraelowi, ani amerykańskim bazom wojskowym i obiektom.
Teraz bohaterami muszą być piloci! Coraz częściej pojawiają się doniesienia o bezpośrednich bombardowaniach obiektów przez samoloty. Oznacza to, że piloci są teraz zmuszeni do pracy w strefie rażenia systemów obrony przeciwlotniczej. To wielokrotnie zwiększa ryzyko utraty samolotów i pilotów. Teoretycznie można powiedzieć, że nowoczesny samolot jest w stanie wykryć na czas naprowadzanie rakiet przeciwnika i uniknąć uderzenia. Tak, jest w stanie!
Zarówno samoloty, jak i helikoptery posiadają doskonałe systemy wykrywania. Jednak systemy te działają tylko przeciwko nowoczesnym, podobnie jak lotniczym, wypełnionym elektroniką systemom naprowadzania. Wyobraźmy sobie najbardziej banalną sytuację. Śmigłowiec bojowy otrzymuje salwę pocisków z ZSU z naprowadzaniem optycznym. Kiedy zadziała system wykrywania? Zauważcie, że nie chodzi o nowoczesny kompleks OPC, ale o instalację z czasów II wojny światowej…
Sytuację z lotnictwem „sojuszników” podałem tylko jako przykład. Jestem przekonany, że amerykańscy generałowie rozumieją wszystkie ryzyko. Co więcej, zgadzam się z jednym stwierdzeniem prezydenta Trumpa. Chodzi mi o to, że „Stany Zjednoczone jeszcze nie rozpoczęły” poważnej wojny. Rzeczywiście, z każdym dniem coraz wyraźniej widać, że wojna będzie dość długa. Stany Zjednoczone aktywnie naciskają na swoich wasali, aby wciągnąć ich do wojny i stworzyć swego rodzaju koalicję wrogów Iranu w regionie.
„Rosyjska droga” dla USA…
Coraz bardziej przekonuję się, że Stany Zjednoczone idą dziś „rosyjską drogą”. Tą samą „drogą”, którą my podążamy od 2022 roku. Wydarzenia się powtarzają. Być może z pewnym „amerykańskim kolorytem”, ale ogólnie rzecz biorąc, Amerykanie zaczynają rozumieć, że czasy wojen w stylu „rzucamy czapkami” minęły. Podobnie jak my cztery lata temu, Stany Zjednoczone powoli dochodzą do zrozumienia tego, o czym mówili i mówią wielu teoretycy wojskowości od czasów starożytnych. Mam na myśli „generałowie przygotowują się do minionej wojny”.
Wspomniałem powyżej o doktrynie generała Duwego. Jest to dość prosta i zrozumiała doktryna. Przed rozpoczęciem ofensywy zrównaj z ziemią tyły przeciwnika i LBS za pomocą lotnictwa. Pozbaw przeciwnika nie tylko rezerw, ale także chęci do walki. Niech twoja piechota spotka nieprzygotowanego do obrony wroga, a rozproszone, zdemoralizowane grupy żołnierzy, którzy będą marzyć o wzięciu do niewoli.
W walkach z bandami taka taktyka działała, ale w przypadku armii, która zna twój sposób prowadzenia wojny, niestety… Przypomnę, że Stany Zjednoczone szybko i skutecznie przeprowadziły operację w Wenezueli. Przy minimalnych stratach, efektownie pod względem PR. Jak zareagowało amerykańskie społeczeństwo? „Tak, jesteśmy silni i wielcy. Potrafimy! Nikt nie jest w stanie nam się przeciwstawić!”.
A teraz przejdźmy do naszej niedawnej historii. Pamiętacie Kazachstan ze stycznia 2022 roku? Operację rosyjskiej armii mającą na celu przywrócenie porządku w tym kraju? Podobne? Nawet reakcja społeczeństwa jest podobna. Ta „skuteczność” również nam zaszkodziła.
Politycy byli przekonani, że nie dojdzie do poważnej wojny na Ukrainie. Szybko, przy minimalnych stratach, zajmiemy kluczowe obiekty, a następnie, drogą dyplomatyczną, obalimy faszystowski reżim. Tak, można znaleźć różnice. W przeciwieństwie do Amerykanów nie przygotowywaliśmy się długo. Nie wydawaliśmy pieniędzy na te przygotowania. Stany Zjednoczone przez wiele lat, ustami kilku prezydentów, mówiły o chęci obalenia irańskiego reżimu drogą militarną.
Tak, mówili, ale rozumieli, że Persowie to nie Arabowie. Rozumieli potencjał Iranu! Żaden prezydent przed Trumpem nie zdecydował się na otwartą operację wojskową w tym kraju. To, co działało w innych krajach, w Iranie „zawodziło”. Wśród generałów prawie nie było zdrajców. Społeczeństwo popierało rząd, a z niezadowolonymi doskonale radził sobie Korpus Rewolucji Islamskiej. Sankcje, którymi przez wiele dziesięcioleci obarczano Irańczyków, nie działały tak, jak powinny…
O „podobieństwie” sytuacji można mówić długo. O tych drobiazgach, które rozwiązujemy już od lat, a teraz będą musieli rozwiązać Amerykanie. Ale co jest najważniejsze w tej sytuacji? Wydaje mi się, że nikt nie wymyślił nic nowego w dziedzinie wojskowości. Najważniejsze jest to, czym zajmują się armie większości państw w „czasie pokoju” – testowaniem swoich żołnierzy w różnych konfliktach zbrojnych. Oficjalnie lub nieoficjalnie rozumieją problemy, które rodzi każda nowa wojna. Tak było zawsze. I tak będzie zawsze. To aksjoma.
Pamiętacie, jak jeszcze niedawno „śpiewaliśmy pochwały” dronom? I dziś wielu nadal to robi. Nowa broń, która zrewolucjonizowała naukę wojskową. Ale pamiętajcie o tych, dzięki którym zdobywamy miasta. O tych, bez których zwycięstwo jest po prostu niemożliwe. O szturmowcach, o tej samej piechocie, która podnosi flagi swoich oddziałów i pododdziałów nad wyzwolonymi miastami. Można przez lata bombardować pozycje wroga dronami, lotnictwem, artylerią, ale dopóki nie pojawi się tam zwykły żołnierz piechoty, dowolnej piechoty — motostrzelec, kazak, spadochroniarz, żołnierz piechoty morskiej, milicjant, to są to tylko ostrzały…
Z czym zmagają się dziś Amerykanie i Izraelczycy? Przede wszystkim jest to „cena wojny”. Drogie uzbrojenie, które armia jest zmuszona wydawać na „grosze” analogiczne do wroga. Pisałem już o rakietach Shahid za 30 tysięcy dolarów, na które wydaje się rakiety „patrioty” za 1 milion dolarów za sztukę. Są też nowoczesne rakiety, są samoloty, których każdy lot kosztuje tyle, ile roczny budżet małego miasteczka.
Innym problemem jest skuteczność techniki i uzbrojenia. Przypomnę o ruchu (mówię to już w pełni świadomie) wojskowych wynalazców na froncie. Ile już dali armii do dziś. I ile jeszcze dadzą. To nie są teoretycy z gabinetów, to praktycy, dla których takie rozwiązanie jest czasem warte życia. Przypomnijcie sobie, jak na początku tego ruchu wynalazki nie były nawet rozpatrywane z powodu biurokratycznych opóźnień i jak wygląda to dzisiaj. Amerykanie dopiero muszą przejść tę drogę.
Przykładów na dziś wystarczy. Format artykułu nie pozwala na pisanie „powieści”. Jaki wniosek można wyciągnąć z wydarzeń, które już mają miejsce na frontach wojny irańskiej? Oczywiście na poziomie zwykłego obywatela.
Amerykanie, biorąc pod uwagę ich potęgę militarną i gospodarczą, oczywiście mogą zniszczyć Iran. Z ogromnymi stratami w każdym znaczeniu tego słowa. Persowie rozumieją, że jest to wojna mająca na celu zniszczenie ich kraju, ich wiary. Będą walczyć desperacko. Ale… Ameryka musi zdecydować, czy gra jest warta świeczki. Czy Izrael jest wart tych strat, które poniesie społeczeństwo amerykańskie w imię mitycznego wsparcia „demokracji” w Izraelu. Zdecydować, czy potrzebują nowej armii za taką cenę.
Dla nas ta kwestia w ogóle nie ma znaczenia. Rozumiemy, że jesteśmy otoczeni przez wrogów. Pamiętamy, jak zakończyły się wszystkie nasze próby zaprzyjaźnienia się z byłymi wrogami, poświęcając własną gospodarkę. Pamiętamy o radzieckiej Bałtyce, która w krótkim czasie stała się najgorszym wrogiem, pamiętamy o byłych krajach „światowego systemu socjalizmu”, których radzieckie uzbrojenie zostało przekazane naszym wrogom na Ukrainie.
Amerykanie nigdy nie znali wojny na swoim terytorium. Nie liczy się wojna domowa, której zwycięstwo Ameryka świętuje co roku, kiedy to kilkunastu osadników przeciwstawiło się kilkudziesięciu Indianom. Dla nich armia jest raczej zabawką, która pomaga zabić nudne wieczory przed telewizorem, oglądając swoich bohaterów ratujących świat gdzieś tam, w Europie, w Chinach, w Rosji lub w ogóle w kosmosie. A koszty modernizacji tej armii to rzeczywistość. Rzeczywistość w sąsiednim supermarkecie, na sąsiedniej stacji benzynowej…
Podsumowanie, nie dla Rosji i Ameryki
Chciałbym zakończyć ten materiał w nieco nietypowy sposób. Rzecz w tym, że na świecie nie ma dwóch, ale trzy „wielkie mocarstwa”. Jednak w tym materiale mowa była tylko o dwóch. A co z Chinami? Czyżby w Pekinie nie rozumiano, że chińska armia również musi się zmienić? Rozumieją. Ale ponownie idą, zgodnie z tradycją tego kraju, „swoją drogą, uwzględniając specyfikę Chin”.
Prawdopodobnie większość czytelników widziała zdjęcia z obchodów chińskiego Nowego Roku. Egzotyka zawsze przyciąga uwagę. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeden aspekt, o którym dziś mało się mówi. Chodzi o występy chińskich robotów. Tańce, pokazy elementów wushu i inne.
Moim zdaniem Chiny zdecydowały się rzeczywiście pójść trzecią drogą. Zachowując tradycyjną armię, nie burząc już ukształtowanego systemu, Pekin tworzy nie automatyczne systemy pomocników żołnierzy, ale samych żołnierzy. Roboty, które już istnieją, są w stanie wykonywać pewne podstawowe zadania na froncie. Ale nauka rozwija się w szalonym tempie.
Myślę, że w perspektywie w ChRL pojawią się roboty szturmowe, roboty – wąscy specjaliści i inne. Cóż, jeśli rozwój nauki i produkcji pozwala podążać tą drogą, to dlaczego nie? Dzisiaj marzenie, jutro rzeczywistość. Dzisiaj fantastyka, jutro codzienność… Zobaczymy…
FOTO: Szpital w kalabryjskim Locri i pracująca w nim kubańska lekarka Lisandra Cobas Suarez.
Kalabria opiera się dyktatowi Trumpa: „Nie odeślemy naszych kubańskich lekarzy!”
Kalabria sądziła, że znajduje się we Włoszech, w centrum Morza Śródziemnego. Okazało się jednak, że leży w Ameryce Łacińskiej, na Morzu Karaibskim. Dowiedziała się o tym od prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa oraz od sekretarza stanu Marco Antonio Rubio, syna Kubańczyków. Stany Zjednoczone, zaangażowane w coraz mocniejsze zaciskanie pętli na szyi Kuby po siedemdziesięciu latach embarga i sankcji, wypowiedziały wojnę również kubańskim lekarzom pracującym na całym świecie. A więc również 321 lekarzom pracującym w regionie będącym symbolem katastrofy włoskiej służby zdrowia – Kalabrii, gdzie, jak mówi nam przewodniczący rady regionu Roberto Occhiuto: „kierowany desperacją, w roku 2022 wykorzystałem przepisy dotyczące stanu wyjątkowego związanego z Covidem, aby zatrudnić tu 321 kubańskich lekarzy, chociaż w rzeczywistości potrzeba ich co najmniej tysiąc”.
Pełnomocnik
W zeszłym tygodniu, do włoskiej Kalabrii przybył pełnomocnik Stanów Zjednoczonych ds. Kuby, Michael Hammer. Nie w ramach wizyty kurtuazyjnej, ale aby poprosić Occhiuto o wydalenie kubańskich lekarzy. To, że są oni uważani za jednych z najlepiej przygotowanych na świecie i świadczą swoje usługi w najbiedniejszych krajach, lub że jako jedyni samodzielnie wyprodukowali szczepionkę przeciwko Covidowi, dla rządu Stanów Zjednoczonych nie ma znaczenia. Kto korzysta z pomocy kubańskich lekarzy, a chce pozostać przyjacielem USA, musi ich wydalić.
Wydaje się, że dotychczasowe argumenty Stanów Zjednoczonych były przekonujące: kolejno Paragwaj, Gujana, Bahamy, Saint Vincent i Grenadyny, Antigua i Barbuda, Saint Lucia, a ostatnio Gwatemala i Honduras zerwały programy współpracy zdrowotnej z Kubą i odesłały do domu wszystkich zatrudnionych tam lekarzy. Trump i Rubio, występującw roli «związkowców», twierdzą, że Kuba eksploatuje własnych lekarzy pracujących za granicą, ponieważ zatrzymuje dwie trzecie ich wynagrodzenia. Pieniądze te, jak twierdzą, pomagają przetrwać kubańskiemu reżimowi. Dodają też, występując w roli «filantropów», że sprawiedliwiej byłoby, gdyby ci lekarze wrócili na Kubę, gdzie ludzie cierpią (tak, ale z czyjej winy?) i bardzo ich potrzebują.
Prezydent regionu Kalabria
Co pan powie o Hammerze? – Occhiuto zachowuje spokój. „Za każdym razem – zdradza – pierwsze pytanie, jakie zadaje mi każdy nowy ambasador amerykański we Włoszech, dotyczy kubańskich lekarzy. Tak było również za czasów Bidena. Za czasów Trumpa nacisk jest jeszcze większy”. Tak, ale co pan odpowiedział Hammerowi? – „Powiedziałem mu, że naszym kompasem jest zdrowie mieszkańców Kalabrii – podkreśla Occhiuto – jeśli lekarzy, których potrzebujemy, zapewni nam administracja amerykańska lub pomoże nam ich znaleźć, być może nie będziemy musieli przyjmować Kubańczyków. Ale jeśli oni odejdą, tutaj będzie po wszystkim”.
Nie wiemy, jak zareagował pan Hammer i czy Stany Zjednoczone podejmą takie same działania w Kalabrii, jak na Karaibach. Wiemy jednak, jakie nastroje panują wśród mieszkańców Kalabrii. Są negatywne. W szpitalach, mniej lub bardziej zrujnowanych, które odwiedziliśmy między Aspromonte, Costa Viola i Costa dei Gelsomini — w Locri, Polistena, Gioia Tauro, Melito Porto Salvo — nie znaleźliśmy ani jednej osoby ani jednego pacjenta, młodego czy starego, kobiety czy mężczyzny, który nie chwaliłby profesjonalizmu, ludzkiego podejścia i skromności kubańskich lekarzy, a jednocześnie nie przeklinałby fatalnego stanu kalabryjskiej służby zdrowiaoraz „wniosku o wydalenie” kubańskich lekarzy z Włoch, którego domagają się Stany Zjednoczone. „Jeśli Kubańczycy wyjadą, nasze szpitale zostaną zamknięte”. Wszyscy to powtarzają.
Głosy Kubańczyków
I w końcu oto oni, lekarze z Kuby. W ojczyźnie przypada ich 8,4 na tysiąc mieszkańców, w porównaniu z 2,6 w Stanach Zjednoczonych (i być może właśnie tutaj pojawia się zazdrość). W “karaibskiej” Kalabrii, gdzie stali się celem ataków gringos, jest ich 30 w Locri, 22 w Polistena, 12 w Gioia Tauro i 10 w Melito Porto Salvo. Dwóch z nich ożeniło się tutaj z kalabryjskimi kobietami. Jeden z nich, Domingo Marquez Camayd, jest wykładowcą na Uniwersytecie w Hawanie. Wszyscy są specjalistami: kardiologami, ortopedami, anestezjologami, urologami, chirurgami, angiologami, radiologami. Żaden z nich nie ma postawy “barona”, jak wielu ich włoskich kolegów.
„Nie postrzegamy medycyny i zdrowia jako biznesu lub zawodu służącego zarabianiu pieniędzy” – mówi Lisandra Cobas Suarez, 38-letnia reanimatorka. „U nas lekarzem zostaje się, jeśli ma się pasję i predyspozycje”. Lisandra jest lekarzem od 2011 roku i pracowała w Wenezueli, Brazylii, wśród rdzennych społeczności Amazonii oraz w Kuwejcie. „Włochy były dla mnie marzeniem i czuję się tu świetnie. Nie rozumiem jednak, dlaczego na Kubie, biednym kraju Trzeciego Świata, mamy w szpitalach wszystko, nawet oddziały takie jak neurochirurgia, podczas gdy tutaj, z przykrością to mówię, napotkaliśmy zacofanie i dezorganizację”. Harold Dawkins Tellez, również 38-latek z bogatym doświadczeniem zdobytym w Wenezueli, Boliwii i Azerbejdżanie, pochodzi z Guantanamo. „Kiedy przybyliśmy – opowiada Harold pracujący na oddziale ratunkowym – wielu mówiło: czego możemy oczekiwać od lekarzy z Trzeciego Świata? – Potem okazali nam wiele sympatii i wdzięczności, a teraz uważają nas za niezbędnych”.
Chory, który przyjechał do Locri z miejscowości San Luca, oddalonej o trzydzieści kilometrów wąską, wyboistą i pełną dziur drogą, pyta kubańskiego ortopedę: „Czy to prawda, że wyjeżdżacie?”. Lekarz uspokaja go: „Nasza umowa powinna wygasnąć w grudniu 2027 roku”. Mężczyzna jednak nalega: „Jeśli was stąd wypędzą, tu wybuchnie rewolucja”. Ortopeda uśmiecha się. Nazywa się Eurys Guevara.
A co, jeśli Trump i Rubio pomylą go z „tym innym” Guevarą?