„Każdy przywódca, który w konfliktach międzynarodowych sugeruje legalizację wyprzedzającego uderzenia atomowego, powinien natychmiast być zwolniony z urzędu” – tak radykalny wniosek odważył się opublikować Tucker Carlson jako własny, wynikający z doświadczenia i przebiegu rozmów z dwiema osobami. Pierwszą z nich był Mike Huckabee, drugą, dla weryfikacji stanowiska, był Donald Trump.
Należy zaznaczyć przy tematyce broni jądrowej, że młodzi Amerykanie uczeni są w ramach historii II wojny światowej, iż zasługą armii amerykańskiej było zakończenie tamtej wojny światowej przez użycie broni atomowej przeciwko Japonii jako państwu sojuszniczemu z Niemcami. Dociekliwi dziennikarze, badacze historii, podważyli tę ocenę faktów, czyniąc zarzuty z dotychczas wątpliwej zasługi Amerykanów w rozwiązywaniu konfliktów.
Prezydent Trump wielokrotnie powtórzył zapowiedź gotowości zniszczenia choćby całej ludzkości, o ile Iran nie zrezygnuje z prac nad uranem, co wywołało każdorazowo reakcję oburzenia.
Dziennikarz publicznej stacji NBP zapytał Tuckera Carlsona, czy istotnie popiera pozbawienie prezydentury Donalda Trumpa drogą impeachmentu. Odpowiedź zaskoczyła prowadzącego rozmowę, gdy Carlson powiedział wprost: „Pozbawienie Trumpa władzy powinno nastąpić jeszcze dziś”. Opinia publiczna rozgorzała. Wcześniej Tucker Carlson udzielał szczerego poparcia kandydatowi na prezydenta, takim, jaki w kampanii był Trump. Co wpłynęło na zmianę oceny, zostało przez niego skrupulatnie zweryfikowane.
Znając doskonale ramy funkcjonowania dyplomacji z życia rodzinnego (ojciec Carlsona był ambasadorem), Tucker postanowił złożyć wizytę amerykańskiemu ambasadorowi w Izraelu. Od dłuższego czasu opinia publiczna USA nie mogła pogodzić się z jawnie głoszonym syjonizmem pastora Mike’a Huckabee, promującego niszczycielską politykę Izraela na Bliskim Wschodzie. Jego stwierdzenie, że w Jerozolimie czuje się bezpieczniej niż na ulicach „wariackiego” Waszyngtonu czy Nowego Jorku, zabolało. Carlson poprosił ambasadora o wyjaśnienie celu przyświecającego Izraelowi w prowadzeniu nieustannej wojny. Nawiązanie w rozmowie przez pastora do biblijnego przekazu o ziemi obiecanej wyznawcom judaizmu ma uzasadniać, że dopóki Izrael nie podbije siedmiu państw Półwyspu Arabskiego i Egiptu, o pokoju nie może być mowy, bo tego chce ich wyznanie, co ma potwierdzenie w ich Biblii. Miałoby to usprawiedliwiać dopuszczalność wszelkich metod prowadzenia wojny w imię wyznaniowego narzędzia. Kolejnym krokiem podboju byłaby likwidacja baz amerykańskich jako zbędnych dla suwerennego Izraela.
Nie zniósł tej argumentacji dziennikarz Carlson i udał się do prezydenta Trumpa, wszak Huckabee to jego nominat. Co usłyszał, przekazał w rozmowie publicznego nadawcy: „Obie partie grają razem. Prezydent zapytany o możliwość użycia broni atomowej przeciwko Iranowi potwierdził tę możliwość, a kiedy mu powiedziałem, że to zagraża nam, naszym dzieciom, wnukom, bo nie zostanie bez odpowiedzi, usłyszałem jedynie lekceważące parsknięcie w rodzaju: »No i co z tego?«, z dodatkiem: »Przecież każdy kiedyś umrze«”.
Prezydent Trump przekonuje o walorach wojny swoich zwolenników jako handlowiec: „Kiedy Europejczycy będą wojować z Rosją, a my będziemy im sprzedawać uzbrojenie, to my odczujemy korzyści”. Kto przy tak formułowanej mentalności chciałby podtrzymywać relacje? Profesor Glenn Diesen, analityk norweski, przytacza tę wypowiedź, wyjaśniając bezwzględnie wyrachowane podejście Amerykanów, liczących znów na uzyskanie osłabienia Rosji przez zachwyconych i bezwolnych Europejczyków. Odstąpienie wojny, która znajdzie gorliwych wykonawców miary polskich polityków w osobach ministra Sikorskiego, Kosiniaka, Tuska, ma stworzyć wrażenie trwającej przyjaźni Ameryki z Rosją. Te machinacje stały się już tak widoczne jak powtarzane oficjalnie, zanegowane uczestnictwo Ukrainy w NATO. Sam Zełenski, gdy ludność kraju znajduje się dzień w dzień pod intensywnym ostrzałem pocisków rosyjskich, on – przywódca – jest obecny na forum obrad ONZ, w gabinetach politycznych państw europejskich, obściskuje się z Markiem Rutte – sekretarzem generalnym NATO.
https://youtube.com/watch?v=OCRwrQFvigg%3Frel%3D0
Brytyjscy protestanci (gdzie głową państwa i Kościoła jest król) zastanawiają się głośno, czemu ma służyć antyrosyjska kampania, skoro ich odchudzona armia, bez sprawnych okrętów i czołgów, generalnie z poważnymi deficytami wyposażenia, zaczęła właśnie nabór do wojska. Nie widzą najmniejszego sensu w wojnie z Rosją zapowiadanej przez nowego premiera. Mają dylemat, pod jaką flagą pójdą 16–18-latkowie na wojnę, skoro brytyjski „Union Jack” jest zabroniony jako symbol nazistowski. Z czego będą strzelać, gdy nie mają broni? Czyżby mieli najpierw zdobyć kałacha na dronowym polu bitwy, by wykazać się męstwem?
Dążenie do celu, jakim jest wojna dla samej wojny, po milionach trupów (tylko taki los sądzony młodym rekrutom bez broni i wyszkolenia), jest wysoce sprzeczne z założeniami religii katolika, prawosławnego i muzułmanina – jedynie wojna w obronie własnej wymaga sięgnięcia po oręż. Zgodnie z tekstem Koranu: „Muzułmanin nie może zabijać niewinnych ludzi”, co potwierdzili oficjalnymi wypowiedziami i taktyką przywódcy Iranu.
Kultywowany latami syjonizm wykreował wśród swoich zwolenników głoszoną postawę wiecznej ofiary. Zrzuca więc z sympatyka nowej wiary, zwanej też nową ewangelizacją, podejrzenie o własną agresję, by kamuflować własne wojenne cele wdrażane pod szyldem świętej (w pełni uzasadnionej) wojny. Siejąc bezwzględny terror, jego sprawstwo przerzucane jest na faktyczne ofiary, które nazywa państwami, grupami albo jednostkami terrorystycznymi.
W Polsce wyznawcami syjonistycznego zapętlenia są przedstawiciele grup sprawujących rządy, uległe im w większości samorządy i hierarchia kościelna. Poznać ich łatwo – po ustawicznej kłótliwości i zawsze złagodzonej ocenie najgroźniejszych przestępstw cudzoziemców przeciwko życiu Polaka, których liczba narasta. Amerykański mechanizm podporządkowania i zniszczenia Europy przybrał formę narzuconego sztucznie tworu Unii Europejskiej, gdzie bezwzględną władzę pełnią komisarze z Komisji Europejskiej – ludzie niepodlegający procedurze wyborczej obywateli 27 państw członkowskich. Wprawdzie mieszkańcy tych państw są przeciw wojnie, to decyzje podejmuje polityczny miał sympatyków zespawanych interesem Ukrainy, Izraela i USA.
Opracowanie: Jola Na podstawie: YouTube.com [1][2] Źródło: WolneMedia.net
Gwizdy i buczenie pod adresem ONZ, zakaz kontaktowania się religijnych Żydów z rządem, a skupienie się na Netanjahu nie rozwiązuje problemu.
Premier Izraela Benjamin Netanjahu przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w Nowym Jorku w czwartek, 24 września 2026 roku – według izraelskich mediów, była to jedna z najkrótszych i najbardziej wymagających pod względem bezpieczeństwa wizyt USA w czasie jego prezydentury. Podczas gdy międzynarodowe doniesienia koncentrowały się głównie na protestach, konflikcie opinii publicznej z burmistrzem Nowego Jorku Zohraneim i dziwacznym incydencie w kanalizacji w pobliżu jego hotelu, konflikt, który był kluczowy dla politycznego przetrwania Netanjahu, rozgrywał się w samym Izraelu: otwarte zerwanie z najbardziej wpływowym rabinem w litewsko-charedimskim świecie, Dovem Landauem.
Według i24NEWS, Netanjahu udał się do Nowego Jorku dopiero po długim wahaniu. Jego biuro najwyraźniej rozważało całkowite odwołanie wizyty w ONZ. Doniesienia izraelskich mediów, streszczone przez ynetnews , wskazywały, że jego rządowy samolot, „ Skrzydło Syjonu ”, po raz pierwszy od dziesięcioleci nie miał lądować na lotnisku im. Johna F. Kennedy’ego – przywilej, który wcześniej przyznawano jedynie głowom państw Izraela i Iranu. Podano powód, jakim była obawa, że burmistrz Mamdani mógłby nakazać samolotowi natychmiastowe opuszczenie lotniska podczas wizyty Netanjahu, zamiast pozostania tam na parkingu. Alternatywne miejsca lądowania obejmowały lotnisko wojskowe w New Jersey lub lotnisko Newark, jak donosił między innymi Middle East Monitor .
Sam Mamdani, który wcześniej otwarcie groził Netanjahu aresztowaniem, zdystansował się od własnych wezwań do protestów na krótko przed wizytą, jak donosi Religion News Service , ale wyraźnie bronił prawa do protestu.
W związku z tym Netanjahu spędził w mieście tylko kilka godzin, nie nocował i wrócił do Izraela tego samego wieczoru po swoim przemówieniu – niezwykle krótkim jak na wystąpienie w ONZ, co zauważył również „Jerusalem Post” , który dodatkowo zauważył, że planowana podróż do Teksasu w celu odwiedzenia SpaceX i ewentualnego spotkania z Elonem Muskiem zostały odwołane bez zapewnienia zastępstwa.
Zagrożenie z podziemia?
Niepokój potęgował incydent, który miał miejsce zaledwie jedną przecznicę od hotelu Netanjahu, Loews Regency przy Park Avenue: Według JNS kamery monitoringu uchwyciły trzech niezidentyfikowanych mężczyzn wychodzących z włazu studzienkowego na skrzyżowaniu Park Avenue/61st Street około 4:30 rano w środę i jadących na północ dwoma czekającymi samochodami. Nowojorska policja, jak donosi między innymi NBC News , uważa, że są to ci sami „miejscy eksploratorzy”, którzy wielokrotnie przeszukiwali nowojorski system kanalizacyjny w poszukiwaniu złomu i kosztowności; nie ustalono jeszcze związku z wizytą Netanjahu ani Zgromadzeniem Ogólnym ONZ. Policja przyznała jednak, że wdrożyła dodatkowe środki bezpieczeństwa ze względu na „wrażliwość miejsca”.
Przedstawiciele ONZ demonstracyjnie opuszczają przemówienie Netanjahu
Podczas tegorocznej debaty Zgromadzenia Ogólnego ONZ, która odbyła się 24 września 2026 r., po raz kolejny doszło do masowego, demonstracyjnego exodusu licznych delegatów, gdy na podium stanął premier Izraela Beniamin Netanjahu.
Protest powtórzył sceny z poprzedniego roku (wrzesień 2025). Gdy tylko Netanjahu został wezwany do zabrania głosu, dziesiątki misji dyplomatycznych – według doniesień izraelskich mediów, łącznie 77 delegacji, w tym większość państw arabskich i muzułmańskich, a także wiele państw afrykańskich i niektóre państwa europejskie – masowo opuściły salę obrad.
Podczas gdy pozostali zwolennicy i delegacja izraelska witali Netanjahu brawami, z sali dobiegały głośne gwizdy i buczenie. Przewodniczący sesji musiał wielokrotnie wzywać do porządku. Z powodu skoordynowanego protestu Netanjahu, podobnie jak w poprzednim roku, przemawiał do niemal pustej sali plenarnej. Protest był skierowany przede wszystkim przeciwko działaniom militarnym Izraela w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, a także przeciwko stanowczemu sprzeciwowi Netanjahu wobec rozwiązania dwupaństwowego. Przed jego przemówieniem delegacja palestyńska wyraźnie wezwała członków ONZ do opuszczenia sali podczas jego wystąpienia.
Niebezpieczeństwo na froncie wewnętrznym
Znacznie poważniejszy konflikt rozgrywa się jednak w samym Izraelu. Rabin Dov Landau, duchowy przywódca litewsko-charedickiej partii Degel HaTorah i przewodniczący jesziwy Slabodka w Bene Berak, nakazał już latem rozwiązanie Knesetu. „ Nie mamy zaufania ” do premiera Netanjahu – ogłosił Landau, według JNS , po tym jak Netanjahu poinformował partie charedi, że przed wyborami nie ma już większości w parlamencie dla ustawy zwalniającej uczniów jesziw ze służby wojskowej. Koalicja następnie upadła, a Izrael wybierze nowy parlament 27 października 2026 roku.
Landau znany jest ze swojej bezkompromisowej postawy: według Ynetnews kategorycznie odrzuca jakikolwiek bezpośredni dialog z Netanjahu lub wysoko postawionymi wojskowymi – odmawiając nie tylko indywidualnych rozmów, ale także jakiegokolwiek kontaktu z przedstawicielami władzy państwowej jako takiej. Według tego samego źródła syjonizmowi towarzyszyło twierdzenie, że uratuje naród żydowski, ale w rzeczywistości przyniósł „ katastrofy – duchowe i fizyczne ”. W liście opublikowanym w 2025 roku i udokumentowanym przez Calcalist , dosłownie nazwał izraelską armię „ armią nieczystą ” (zava tame), do której nie należy wysyłać uczniów jesziw Haredi.
Czy Netanjahu stanie się nietykalny?
Międzynarodowe relacje medialne z podróży Netanjahu do Nowego Jorku opowiadają przede wszystkim o protestach, histerii w kwestii bezpieczeństwa i izolacji dyplomatycznej – podsycanej nakazem aresztowania wydanym przez Międzynarodowy Trybunał Karny w listopadzie 2024 roku za domniemane zbrodnie wojenne popełnione w wojnie w Strefie Gazy. W narracji tej pomija się fakt, że – według cytowanych powyżej doniesień – liczba zaplanowanych spotkań z innymi głowami państw na marginesie Zgromadzenia Ogólnego ONZ była wyjątkowo niska – co wskazuje na to, że pole manewru Netanjahu na arenie międzynarodowej znacznie się zmniejszyło przed tą podróżą, i to nie tylko w wyniku działań Mamdaniego.
Związek między polityką zagraniczną a wewnętrzną również nie jest jasny: zerwanie z Landauem przypada na ten sam tydzień, w którym Netanjahu staje przed społecznością międzynarodową – i dotyczy właśnie elektoratu Haredi, bloku, bez którego, po dekadach praktyki politycznej w Izraelu, żaden prawicowy rząd nie mógłby utworzyć koalicji. Zerwanie Landaua nie jest zatem drobnym konfliktem między teologami religijnymi, lecz raczej wpływa na strukturalne podstawy władzy Netanjahu.
Co pozostaje otwarte
Po pierwsze: czy narracja o „Netanjahu odizolowanym w Nowym Jorku” jest w ogóle bardziej istotna – czy też odwraca ona uwagę od pytania, czy Netanjahu zachowa zdolność polityczną do działania do dnia wyborów 27 października 2026 r.?
Po drugie: jakie będą konsekwencje, jeśli najbardziej wpływowy rabin kluczowego partnera koalicyjnego zasadniczo odrzuci jakikolwiek instytucjonalny dialog z rządem – czy należy to nadal rozumieć jako wewnętrzny spór religijny, czy już jako de facto rezygnację z udziału w procesie demokratycznym?
Po trzecie: O czym świadczy atmosfera bezpieczeństwa towarzysząca wizycie, skoro pozornie błahy incydent w kanalizacji – według nowojorskiej policji, będący częścią długotrwałego procederu poszukiwaczy złomu – trafił na pierwsze strony gazet w całym kraju ze względu na swoje bliskie położenie od hotelu Netanjahu?
O czym nasze media nie dyskutują
Prawdziwym ślepym punktem w doniesieniach jest fakt, że bardziej spektakularne elementy – trasa lotu, incydent w kanalizacji, retoryka Mamdaniego – przesłaniają poważniejszy, strukturalny rozdźwięk: międzynarodowy nakaz aresztowania ogranicza swobodę przemieszczania się Netanjahu, ale publicznie deklarowana nieufność rabina Landaua i jego odmowa rozmowy z rządem zagrażają jego faktycznemu zapleczu władzy w kraju.
Tak więc, podczas gdy Nowy Jork spiera się o politykę symboliczną, kwestia, czy Netanjahu nadal będzie premierem po 27 października, jest rozstrzygana w Bene Berak i Knesecie.
Jednak problemem, który został zmarginalizowany w ONZ, nie jest Netanjahu, lecz mentalność społeczeństwa izraelskiego. Opozycja nie krytykuje jego działań wobec Palestyńczyków, Libańczyków ani Irańczyków, ale w niektórych przypadkach wręcz wzywa do bardziej zdecydowanego podejścia.
Jak walczyć z systemem, w którym tkwisz po same uszy? To jest tak, jak gdybyś tonął w bagnie i jednocześnie niszczył brzytwę, którą podają ci „życzliwi”. Bez obawy, nie będę usprawiedliwiał zbrodni popełnionych przez Trumpa, żeby wesprzeć ideę walki z Deep State. W dzisiejszym wpisie nie będzie jak w większości dotychczasowych tłumaczenia publikacji z niezależnych mediów. Chcę dzisiaj przedstawić wam, jak ja widzę fenomen Trumpa.
Kiedy podczas wyborów sześć i dwa lata temu stałem po stronie Trumpa, w których nie brałem udziału, bo nie mieszkam w USA, wiedziałem, że nie jest on szlachetnym bohaterem, jakich znamy z westernów „Rio Bravo”, czy „W samo południe”. W styczniu 2020 roku pokazał światu swoją „prawość”, wydając wyrok śmierci na irańskiego generała Kasema Solejmaniego.
Delegacja irańska, która w czwartek zgromadziła się w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, pozostawiła po sobie portret legendarnego męczennika, generała Kasema Sulejmaniego, podczas gdy premier reżimu syjonistycznego Beniamin Netanjahu stanął na podium przed niemal pustą salą. Źródło.
Dlaczego więc wspierałem i nadal wspieram Trumpa? Nie z tęsknoty za sprawiedliwym rycerzem, tylko dlatego, że w naszej – nie Trumpa – walce z globalizmem nie mamy lepszych sprzymierzeńców. Powiecie, że Trump przecież nadal wspiera cyfrowe niewolnictwo sprzymierzone z farmacją w celu depopulacji ludzkości. I tu zgodzę się ze wspieraniem, ale nie z celem. Celem Trumpa jest dogadana już z Rosją i Chinami władza USA nad zachodnią połową świata. Europa wyswobodzi się po ponad 80 latach spod tej dominacji. Kto ją przejmie? To sprawa otwarta. Na chwilę obecną rządzą tu zdecydowanie globaliści.
Przecież właśnie dogadujemy się z USA w sprawie stacjonowania 15 tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce! Źródło. Owszem, jednak Trump już od dawna dogadał się z Putinem i Xi w sprawie wycofania wszystkich amerykańskich baz wojskowych z rejonu Zatoki Perskiej i Europy. Jak myślicie, które decyzje będą dla niego ważniejsze? Poza tym widzieliśmy skuteczność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa w Arabii Saudyjskiej i sąsiednich krajach.
Księżyc Ameryki.
Zastanówmy się, jakie są pozytywne w sensie walki z globalizmem efekty prezydentury Trumpa? Ludzie wrogo do Trumpa nastawieni, a tych jest większość, powiedzą, że żadne. A jednak:
Wystąpienie z WHO;
Odejście od histerii klimatycznej;
Koniec genderyzmu – kretyńskiej polityki antyrodzinnej;
Powstrzymanie najazdu emigrantów;
Wstrzymanie marszu globalistów na drodze do opanowania całego świata.
Bez wątpienia wszystkie te punkty byłyby odwrócone o 180 stopni, gdyby wybory w USA wygrała Kamala Harris – marionetka globalistów.
Są jeszcze argumenty popierające teorię, że wojna z Iranem miała na celu wsparcie samozagłady Izraela. Wiele osób nie popiera tej teorii, ale nie jest ona pozbawiona sensu, szczególnie gdy wziąć pod uwagę epsteinowy szantaż wobec Trumpa. Po raz pierwszy w powojennej historii USA polityka Izraela stoi pod pręgierzem publicznej krytyki w USA.
Wszystkie karty Trumpa.
Nadzieje zwolenników MAGA zostały szybko zweryfikowane przez skorumpowany lobbing – masło maślane, bo inaczej być nie mogło. Skoro prezydent musi się liczyć z głosem karteli zbrojeniowych, farmaceutycznych oraz technologicznych, nie może równocześnie prowadzić z nimi otwartej walki. Musi się z nimi liczyć, ponieważ przekupują oni legalnie (lobbing) senatorów i kongresmenów, których głos jest ważny także dla Trumpa. To samo dotyczy izraelskiego lobby – AIPAC.
Cóż byłoby prostszego dla prezydenta USA, który chce pokoju na Ukrainie, powstrzymać pomoc logistyczną amerykańskiego wywiadu dla Ukrainy? Europejskie drony wysyłane z Ukrainy na Rosję pozbawione by zostały współrzędnych celu ataku. Spowodowałoby to natychmiastową porażkę Ukrainy i jednocześnie podniosłyby się głosy, że ta przegrana to wina Trumpa i ruszyłaby ponownie kampania Russiagate.
A co potem? J.D. Vance (czytaj Thiel) i Rubio (czytaj Netanjahu)?
Rozpowszechnia się wiadomości o psychicznej chorobie Trumpa. Zgodziłbym się z nimi o ile wszystkich – a jest ich większość – narcyzów w polityce uznać, za wariatów. Nieprzewidywalność, konfabulacja, mania własnej wielkości, to nie są objawy dla psychiatry – to strategia i to całkiem niezła w polityce światowej.
I proszę nie mylić pozytywnego myślenia z trumpowską propagandą wiecznego „sukcesu”. W porównaniu do europejskich narcyzów, a w rzeczywistości globalistów, których Trump przyparł do muru szantażem braku diesla, świadczy o zdrowym rozsądku tego skazanego przez media na aberrację psychiczną prezydenta.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Wojna światowa z pewnością by się przydała, prawda? Można wprowadzić wszelkiego rodzaju ograniczenia dla ludności, a także znaleźć idealny pretekst do opóźnienia lub odwołania normalnych wyborów. Czy postępowcy posunęliby się aż tak daleko, żeby uniemożliwić konserwatystom przejęcie władzy? Wszyscy wiemy, że tak.
Coś się zmieniło i wojna światowa o Ukrainę znów jest na tapecie
Od sześciu miesięcy oczy świata zwrócone są na wojnę w Iranie, podczas gdy najniebezpieczniejszy punkt zapalny na planecie był w dużej mierze ignorowany. Aż do momentu, gdy fala ukraińskich ataków dronów wywołała panikę na światowych rynkach oleju napędowego. Nagle wszyscy znów zaczynają koncentrować się na jednym…
Rosja jest drugim co do wielkości eksporterem oleju napędowego na świecie, po Stanach Zjednoczonych, dostarczając około 12% całkowitego globalnego eksportu (USA dostarczają 22% eksportu). Dla porównania, w normalnych warunkach przez Cieśninę Ormuz przechodzi tylko 10% globalnego eksportu oleju napędowego – a dostawy te pochodzą z siedmiu różnych krajów wydobywających ropę, w tym z Iranu.
Po zachodnich sankcjach rosyjskie dostawy oleju napędowego trafiały głównie do Turcji, Brazylii, Indii i Chin. Jednak ponieważ rosyjskie dostawy nadal krążyły na rynkach światowych, kraje te nie musiały czerpać paliwa z alternatywnych źródeł.
Warunki uległy zmianie, i to nie na lepsze. Ciągłe ukraińskie ataki dronów na rosyjskie rafinerie zmusiły Kreml do wstrzymania całego eksportu oleju napędowego i utrzymania dotychczasowych dostaw tego paliwa na potrzeby ludności i działań wojennych.
Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego ceny oleju napędowego tak mocno ucierpiały od lipca, to powodem są rosyjskie cięcia eksportowe. Ruch przez Cieśninę Ormuz od lipca systematycznie rośnie, zgodnie z niezależnym potwierdzeniem danych satelitarnych (każdy, kto korzysta wyłącznie z danych transpondera AIS, będzie miał zaniżone i niedokładne wyniki). To właśnie kwestia rosyjskich rafinerii spowodowała wybicie cen oleju napędowego w ostatnich miesiącach.
Z powodu całkowitego odcięcia rosyjskich źródeł, wiele krajów będzie musiało korzystać z usług innych producentów. Oznacza to, że tort się kurczy, ale każdy nadal chce mieć taki sam kawałek, jaki zawsze miał. Jeśli Stany Zjednoczone w odpowiedzi również wstrzymają eksport oleju napędowego, będzie to katastrofa dla rynków zagranicznych i doprowadzi do rzeczywistych niedoborów podaży (Europa mocno ucierpi; połowa importowanego tam oleju napędowego pochodzi ze Stanów Zjednoczonych).
W 2024 roku zastanawiałem się, dlaczego Ukraińcy wciąż atakują nietypowe cele, takie jak stacje radarowe wczesnego ostrzegania przed nuklearnymi zagrożeniami, zamiast atakować kluczowe zasoby, takie jak rafinerie ropy naftowej, aby powstrzymać rosyjską strategię wyniszczającą. Cóż, wygląda na to, że Ukraińcy w końcu to zrozumieli.
Rosyjska strategia wyniszczania była bardzo skuteczna w uszczuplaniu ukraińskich sił zbrojnych (do tego stopnia, że rekrutowali głównie mężczyzn po 40. roku życia), ale kluczową wadą powolnego przesuwania się linii frontu i przedłużającej się ofensywy jest to, że wymaga ona dużych zapasów zasobów. Ukraińskie ataki dronów mają niską skuteczność, ale jeśli wyślą tysiąc bezzałogowych statków powietrznych do ataku na rafinerię i kilka z nich się przedostanie, to i tak będzie to zwycięstwo w dłuższej perspektywie, ponieważ osłabi to mozolną rosyjską operację wyniszczania.
Administracja Trumpa zwróciła się do Ukrainy z prośbą o zaprzestanie ataków na rosyjskie rafinerie z powodu niestabilności rynków globalnych, ale Zełenski zignorował tę prośbę. Nic dziwnego, w końcu znaleźli taktykę, która działa.
Oczywiście, teraz reszta świata zmaga się z niedoborami oleju napędowego, podczas gdy rok temu nie było to problemem. Można by pomyśleć, że Europejczycy, szczególnie dotknięci podwyżkami cen paliw i energii, będą się spieszyć, żeby zakończyć wojnę. I być może wkrótce zainterweniują, ale nie w sposób, na jaki moglibyśmy liczyć…
Myślę, że można śmiało powiedzieć, że wojna na Ukrainie skończyłaby się dawno temu, gdyby nie ingerencja rządów europejskich, które wspierają Ukrainę i namawiają ją do NIEZAWARCIA porozumienia. Ostatecznie Rosja utrzyma Donbas, niezależnie od tego, czy Ukraina tego chce, czy nie. Jednak Zełenski nie chce się z tym pogodzić, więc wojna trwa znacznie dłużej, niż jest to konieczne.
Sytuacja staje się jednak o wiele bardziej niebezpieczna, gdy elity europejskie naciskają na rozpoczęcie działań na miejscu. Wydaje się, że chcą rozpocząć wojnę światową. Pomijając problem z zasobami oleju napędowego, który wyznacza harmonogram wojny dla obu stron, rządy europejskie zwiększyły ruchy wojsk na wschodnich granicach i zaczyna wyglądać na to, że szykują się do czegoś wielkiego.
Polska buduje rozległe okopy i fortyfikacje, wykorzystując niemieckich saperów, na granicy z Białorusią. Niemcy utworzyli na Litwie 5000-osobową brygadę pancerną, co jest pierwszym od 1945 roku stałym stacjonowaniem wojsk bojowych poza granicami kraju. NATO utworzyło 9. wielonarodową grupę bojową, która regularnie ćwiczy w Finlandii, niedaleko granicy z Rosją. Wiele krajów wysyła rotacyjne brygady na Łotwę, do Rumunii i Estonii. Nawet Kanadyjczycy wysyłają tam swoje wojska.
W ostatnich tygodniach doszło do wielokrotnego operowania myśliwców w Polsce i państwach bałtyckich z powodu domniemanej aktywności dronów lub samolotów w pobliżu przestrzeni powietrznej Sojuszu. Sojusznicy wstępnie rozmieszczają sprzęt i planują znacznie większe zapasy amunicji i zasobów w państwach frontowych. NATO opublikowało również obszerny plan awaryjny dla wschodniej flanki.
Odnotowano wzrost liczby komunikatów politycznych i dotyczących gotowości cywilnej skierowanych do obywateli. Polskie ostrzeżenia o możliwych ukrytych incydentach z udziałem dronów/pocisków rakietowych. Francuskie środki ochrony infrastruktury krytycznej po odprawach dotyczących ataków hybrydowych. Niemieckie planowanie pojemności szpitali wojskowych. Litewskie plany dotyczące dróg ewakuacji. Brytyjskie biuletyny dotyczące gotowości społecznej, w tym zalecenia dla ludności cywilnej dotyczące zaopatrzenia się w żywność i inne artykuły.
Nawet Szwajcaria rozsyłała komunikaty dla swoich obywateli dotyczące bezpieczeństwa i gotowości, wskazując na „pogarszającą się sytuację bezpieczeństwa” w związku z rozbudową sił militarnych.
Wszystko to można postrzegać jako postawę obronną, niekoniecznie planując bezpośrednie starcie z Rosjanami, ale pomyślmy przez chwilę, że Rosja ani razu nie zagroziła atakiem na cele europejskie lub NATO i konsekwentnie powtarzała, że jej jedynym interesem jest Ukraina. Mimo to Europa usunęła swoją strategię obronną “trip wire” (tzw. strategia potykacza -AC) i zastąpiła ją stałym frontem. Z pewnością wygląda na to, że przygotowują się na wydarzenie, które mogłoby sprowokować Rosjan do ataku na cele poza Ukrainą.
Jakie to byłoby wydarzenie?
Żeby było jasne, nie jestem wielkim fanem rosyjskiego rządu. Dowody wskazują na regularne operacje psychologiczne w USA i jest o wiele za wielu konserwatywnych wpływowych polityków, którzy całują Putina w tyłek. Mimo to, nie jestem też fanem Ukrainy ani Europy i podejrzewam, że elity UE z chęcią wywołałyby wojnę światową, gdyby uważały, że ujdzie im to na sucho.
Dlaczego? No cóż, oto moja teoria…
Europa była głównym celem trwającej dekadę operacji wymiany kulturowej. Masowa imigracja była wykorzystywana do podważania stabilności struktur gospodarczych i społecznych. Od lat ostrzegam, że ci migranci z Trzeciego Świata są importowani jako armia najemników, by kontrolować miejscową ludność i zapobiegać rebelii przeciwko przyszłym lewicowym programom.
Widzimy już potwierdzenie tego w Wielkiej Brytanii, gdzie migranci są włączani do sił policyjnych w celu stłumienia konserwatywnych demonstrantów.
Rzecz w tym, że ten plan inwazji wywołał ogromną kontrakcję europejskich patriotów w krajach takich jak Wielka Brytania i Niemcy. Partie antyimigracyjne i konserwatywne, takie jak Restore w Wielkiej Brytanii i AfD w Niemczech, odnoszą ogromne sukcesy w liczbie członków i wyborach. Oznacza to, że czas lewicowców/globalistów się kończy i muszą szybko coś zrobić, zanim stracą bezpośrednią władzę.
Wojna światowa z pewnością by się przydała, prawda? Można wprowadzić wszelkiego rodzaju ograniczenia dla ludności, a także znaleźć idealny pretekst do opóźnienia lub odwołania normalnych wyborów. Czy postępowcy posunęliby się aż tak daleko, żeby uniemożliwić konserwatystom przejęcie władzy? Wszyscy wiemy, że tak.
Mamy więc dwa działające zegary, których nie było na początku wojny na Ukrainie: zegar niedoboru oleju napędowego, szczególnie dla Europejczyków. I mamy lawinę ruchów konserwatywnych, a główne wybory odbędą się w latach 2026-2029.
Obawiam się, że lewicowcy pójdą na całość, by utrzymać władzę. Nie sądzę, żeby byli na tyle szaleni, by chcieć wojny nuklearnej, a być może Rosjanie również chcą jej uniknąć. Jeśli tak się stanie, rezultatem będzie rozległy konflikt obejmujący wiele regionów, który MOŻE przekształcić się w konflikt nuklearny, jeśli któraś ze stron poczuje się przegrana. Głównym celem elit UE na tym etapie byłoby wciągnięcie USA do konfliktu.
W każdym razie wstrząsy wtórne byłyby katastrofalne. Miejmy nadzieję, że konserwatywne i populistyczne ruchy w Europie zdołają wyrwać dywan spod swoich skrajnie lewicowych rządów, zanim sytuacja na froncie wschodnim ulegnie dalszej eskalacji.
Xi nie zabiera ze sobą prezesów firm – amerykańska elita ekonomiczna przychodzi do niego.
uncut-news.ch
Lista gości na państwowym bankiecie Xi Jinpinga w Białym Domu była imponująca: podczas gdy chiński prezydent przybył do Waszyngtonu bez delegacji chińskich liderów biznesu, po stronie amerykańskiej zebrała się prawdziwa czołówka świata technologii i finansów.
Według analityka geopolitycznego z Hongkongu, Angelo Giuliano, jest to właśnie symbol zmienionej równowagi sił gospodarczych.
„Xi nie przyprowadził chińskiej delegacji gospodarczej, bo jej nie potrzebował. Przyjechali do niego amerykańscy przedstawiciele sektora technologicznego i finansowego” – wyjaśnił Giuliano agencji Sputnik.
Przy głównym stole z Trumpem i Xi zasiedli między innymi Elon Musk, prezes Nvidii Jensen Huang, prezes AMD Lisa Su oraz prezes Apple Tim Cook. W sali obecnych było również wielu innych potentatów amerykańskiego biznesu.
Elita ekonomiczna, która jadła obiad z Xi
Technologia i AI: Elon Musk – Tesla/SpaceX ; Jensen Huang – Nvidia; Tim Cook – Apple; Lisa Su – AMD; Mark Zuckerberg – Meta; Sam Altman – OpenAI ; Greg Brockman – OpenAI ; Satya Nadella – Microsoft; Sundar Pichai – Google; Sergey Brin – współzałożyciel Google; Jeff Bezos – Amazon ; Michael Dell – Dell Technologies ; Cristiano Amon – Qualcomm; Sanjay Mehrotra – Micron; Eric Yuan – Zoom
Finanse i Wall Street: Larry Fink – BlackRock Jamie Dimon – JPMorgan Chase David Solomon – Goldman Sachs Jane Fraser – Citigroup Stephen Schwarzman – Blackstone Lynn Martin – New York Stock Exchange Jeff Yass – Susquehanna International Group Ryan McInerney – Visa Michael Miebach – Mastercard
Przemysł i energetyka: Mary Barra – General Motors Kelly Ortberg – Boeing Jim Taiclet – Lockheed Martin Larry Culp – GE Aerospace Darren Woods – ExxonMobil
W spotkaniu uczestniczyli również inni wpływowi przedsiębiorcy i menedżerowie, w tym dyrektor generalny LVMH Bernard Arnault i dyrektor generalny Pfizer Albert Bourla.
Po stronie chińskiej nie było jednak porównywalnej grupy dyrektorów korporacyjnych. Xi towarzyszyli wysoko postawieni urzędnicy państwowi, w tym wicepremier He Lifeng, minister handlu Wang Wentao, minister finansów Lan Fo’an oraz Zheng Shanjie, szef wpływowej Narodowej Komisji Rozwoju i Reform.
Giuliano interpretuje tę asymetrię jako sygnał, że role się zmieniły. Wcześniej chińska delegacja biznesowa w Waszyngtonie mogłaby sprawiać wrażenie, że Pekin zabiega o amerykański kapitał, technologie i dostęp do rynku. Tym razem szefowie najpotężniejszych amerykańskich korporacji przybyli do Xi.
Ma to solidne podstawy ekonomiczne: Chiny pozostają miejscem produkcji i dostawcą ważnych komponentów dla wielu amerykańskich firm, a jednocześnie jednym z najważniejszych rynków zbytu na świecie. Jednocześnie Pekin zajmuje kluczową pozycję w sektorze pierwiastków ziem rzadkich, baterii, przemysłu solarnego, pojazdów elektrycznych i przemysłu stoczniowego.
Stany Zjednoczone nadal posiadają ogromną władzę finansową, technologiczną i geopolityczną – szczególnie dzięki dolarowi jako wiodącej na świecie międzynarodowej walucie rezerwowej oraz wiodącym firmom z branży półprzewodników i sztucznej inteligencji. Jednak bankiet państwowy ujawnił, jak ściśle nawet najpotężniejsze amerykańskie korporacje pozostają powiązane z Chinami.
I to właśnie stanowiło prawdziwą symbolikę tego wieczoru: Xi nie musiał sprowadzać prezesów chińskich firm do Waszyngtonu – prezesi amerykańskich firm byli u niego już wcześniej.
Oficjalna lista gości obejmowała ponad 130 osób; Reuters i Washington Post potwierdzają nazwiska najważniejszych dyrektorów.
Irańskie ataki rakietowe wyczerpują amerykańskie arsenały obronne szybciej, niż amerykański przemysł jest w stanie je zastąpić. Waszyngton chce rozwiązać problem dziesiątkami miliardów dolarów, ale brakujących fabryk, wykwalifikowanych pracowników i pierwiastków ziem rzadkich nie da się zastąpić rozwiązaniem budżetowym.
Irański atak na amerykańską bazę Muwaffaq Salti w Azraq w Jordanii na początku września po raz kolejny obnażył narastający problem nękający amerykańską wojnę: nie pieniądze, ale pociski, fabryki i surowce. Według przedstawicieli rządu USA, 8 września Iran wystrzelił około 20 pocisków balistycznych w kierunku bazy. Chociaż nie było ofiar śmiertelnych, myśliwce i inny sprzęt wojskowy, maszyny i obiekty zostały uszkodzone lub zniszczone.
Aby odeprzeć atak, siły amerykańskie wystrzeliły od 60 do 70 pocisków przechwytujących Patriot i ponad tuzin pocisków THAAD, jak wynika z raportu Wall Street Journal. Obrona jednego celu w ciągu jednego dnia kosztowała prawdopodobnie ponad pół miliarda dolarów.
Cena wyjaśnia tylko część problemu.
Pocisk przechwytujący Patriot kosztuje Pentagon około czterech milionów dolarów, a pocisk przechwytujący THAAD – od dwunastu do piętnastu milionów, w zależności od typu. Zazwyczaj potrzeba kilku amerykańskich pocisków przechwytujących, aby mieć szansę na zestrzelenie jednego z nowych irańskich pocisków balistycznych. Ale nawet to nie gwarantuje już stuprocentowej skuteczności.
Niezwykle drogi amerykański system obrony przeciwrakietowej jest zatem przeciwstawiany irańskiej broni ofensywnej, produkowanej za ułamek kosztów amerykańskich. Co jednak kluczowe dla USA, to nie koszty w dolarach są decydującym czynnikiem, ale fakt, że wyczerpanych zapasów pocisków nie da się uzupełnić środkami budżetowymi. Pentagon może bowiem przeznaczyć dowolną kwotę na wypełnienie luki potrzebnej do budowy nowych pocisków przechwytujących, ale dopóki nie zabraknie niezbędnych środków pozafinansowych, nic się nie wydarzy.
Te niefinansowe wąskie gardła zaczynają się od braku wysoko wykwalifikowanych pracowników i linii produkcyjnych, ponieważ wiele komponentów rakietowych jest wytwarzanych ręcznie. Znaczne zwiększenie mocy produkcyjnych, na przykład, specjalistycznych silników rakietowych lub elektroniki naprowadzającej, zajmie nie tygodnie czy miesiące, ale lata.
Pół-monopol Chin na metale ziem rzadkich
Do tego dochodzi nierozwiązany problem dostępu do specjalnych pierwiastków ziem rzadkich. Bez nich, na przykład, maleńkie magnesy, kluczowe w elektronice sterującej i wielu innych komponentach, po prostu nie działałyby. Chiny mają praktycznie monopol na te pierwiastki, ponieważ jako jedyny kraj nauczyły się w ostatnich dekadach, jak wytwarzać te niezbędne elementy zaawansowanej technologicznie broni, wykorzystując złożone i skomplikowane procesy. Chiny odpowiedziały na wojnę handlową z USA, między innymi, całkowitym zakazem eksportu tych pierwiastków do Stanów Zjednoczonych i amerykańskich firm poza USA.
Powagę sytuacji podkreśla THAAD, czyli Terminal High Altitude Area Defense System. System ten został zaprojektowany do przechwytywania pocisków balistycznych w fazie końcowej, gdy ich głowice wchodzą w atmosferę z kosmosu i opadają w kierunku celu. Jego opracowanie zajęło dekady i, według amerykańskiego Biura Odpowiedzialności Rządu (GAO), kosztowało około 12,5 miliarda dolarów. Po licznych niepowodzeniach w latach 90. system przeszedł kilka modernizacji. Pomimo tych inwestycji, armia amerykańska zakupiła zaledwie osiem baterii. THAAD posiada specjalne zdolności, ale nie jest ani liczny, ani nie stanowi panaceum na pociski balistyczne, które są manewrowalne w fazie końcowej, jak ma to miejsce w przypadku najnowszych pocisków irańskich.
Obrona przeciwrakietowa Ameryki osiągnęła swój limit
Luka w systemie ujawniła się podczas dwunastodniowej wojny w czerwcu 2025 roku. Analitycy początkowo szacowali globalny stan zapasów pocisków THAAD na około 534. Uważa się, że w ciągu dwunastu dni czerwca ubiegłego roku odpalono ich około 134 – mniej więcej jedną czwartą całkowitego stanu zapasów, a przy koszcie 13 milionów dolarów za sztukę, stanowi to wydatek przekraczający 1,7 miliarda dolarów. Ponieważ armia USA utrzymuje swoje rzeczywiste zapasy w tajemnicy, liczby te pozostają szacunkowe. Jedno jest jednak pewne: według ostatnich doniesień, nowe pociski THAAD zostaną dostarczone najwcześniej w 2027 roku; obecnie deklarowana zdolność produkcyjna wynosi zaledwie osiem sztuk miesięcznie.
Od czasu ponownych ataków USA na Iran w lutym 2026 roku, zużycie pocisków THAAD stale rośnie. Atak na Azraq w Jordanii 8 września nie był zatem odosobnionym incydentem, lecz kolejnym znaczącym uszczupleniem i tak już wyczerpanych zapasów. Jednocześnie Iran modyfikuje swoje metody ataku. Niektóre z pocisków użytych 8 września są podobno zdolne do przenoszenia pocisków MIRV, co oznacza, że wystrzeliwują wiele głowic na dużej wysokości, zanim w ogóle mogą do nich dotrzeć pociski THAAD. Głowice te następnie indywidualnie namierzają swoje cele i są praktycznie niemożliwe do przechwycenia.
Co więcej, irańskie głowice bojowe stają się coraz bardziej zwrotne; niektóre z nich potrafią nawet gwałtownie przyspieszyć przed uderzeniem. Fabian Hinz z Conflict Armament Research powiedział w wywiadzie dla „Wall Street Journal”, że nowa taktyka dowodzi ciągłego uczenia się, eksperymentowania i udoskonalania skutecznych metod przez Iran. W szczególności manewrowanie bronią hipersoniczną jeszcze bardziej utrudnia wykrycie i atak.
Wojna na wyniszczenie Iranu uderza w amerykańską piętę achillesową w przemyśle
Nawet infrastruktura fizyczna nie jest bezpieczna. Według dostępnych raportów Iran zademonstrował swoją zdolność do precyzyjnego atakowania amerykańskich systemów obrony powietrznej, radarów i baz na Bliskim Wschodzie za pomocą pocisków rakietowych i dronów. Rakiety przechwytujące nie tylko ulegają zatem wyczerpaniu; systemy, od których zależy ich celność, również padły ofiarą irańskiego ostrzału i zostały w dużej mierze zniszczone. Obliczenia Biura Budżetowego Kongresu USA (CBO) tylko częściowo uwzględniają te straty. W związku z tym CBO oszacowało koszty wojny amerykańskiej do 1 sierpnia 2026 roku na zaledwie 38 miliardów dolarów i przewiduje dodatkowe 2 do 3 miliardów dolarów miesięcznie, jeśli walki będą kontynuowane. Koszty odbudowy uszkodzonych lub opuszczonych baz nie są w pełni uwzględnione w tej kwocie.
CBO oszacowało, że uzupełnienie amunicji wystrzelonej do początku sierpnia będzie wymagało dodatkowych 22 miliardów dolarów. Z tego 7 miliardów dolarów przeznaczono na pociski manewrujące, a 13 miliardów dolarów na pociski przeciwlotnicze. Jednocześnie agencja ostrzegła, że niedobór stanie się szczególnie niebezpieczny w przypadku wybuchu kolejnego konfliktu z przeciwnikiem posiadającym duże zapasy pocisków balistycznych i manewrujących, odnosząc się, bez wyraźnego wymienienia, do Rosji i Chin.
Te szacunki kosztów CBO obarczone są jednak pewnymi zastrzeżeniami: Departament Obrony nie odpowiedział na prośby CBO o udzielenie informacji. Tym bardziej uderzający jest kontrast z publicznymi zapewnieniami administracji Trumpa. Rzecznik Pentagonu, Sean Parnell, oświadczył, że twierdzenia o niedoborach amunicji są fałszywe; Stany Zjednoczone posiadały wszystko, co niezbędne do przeprowadzenia ataków po wyborze prezydenta. Z drugiej strony, raport Generalnego Inspektora Pentagonu mówił o „strategicznych lukach w zapasach” i wąskich gardłach w bazie przemysłowej.
Za tymi wąskimi gardłami kryje się głębszy problem polityki przemysłowej. Nowoczesne systemy obronne wymagają wysokowydajnych magnesów, czujników, siłowników, elektroniki sterującej i licznych specjalistycznych materiałów. Zawierają one pierwiastki ziem rzadkich i inne kluczowe minerały, takie jak neodym, dysproz i terb. Ich wartość stanowi jedynie ułamek wielomilionowego systemu uzbrojenia. Jednak bez nich gotowy system to kosztowny zbiór bezużytecznych komponentów. W ten sposób ten niewielki rynek surowców wspiera wielokrotnie większy przemysł wojskowy i high-tech.
Chiny kontrolują znaczną część tego łańcucha dostaw. Przez ponad trzy dekady kraj ten budował kopalnie, zakłady separacji i rafinacji, fabryki magnesów, specjalistyczne maszyny i dysponował wiedzą techniczną. Tymczasem Stany Zjednoczone i Europa opierały się na tanim imporcie; przepisy środowiskowe, ograniczenia prawne, koszty i opór społeczny utrudniały rozwój ich własnych mocy produkcyjnych. Sama nowa kopalnia nie wyeliminuje tej zależności. Potrzebne są również zakłady do separacji pierwiastków, produkcji metali i stopów oraz produkcji wysokowydajnych magnesów trwałych – a także inżynierowie, chemicy, metalurdzy i doświadczeni pracownicy.
Waszyngton próbuje teraz temu przeciwdziałać. Pentagon finansuje krajowe projekty dotyczące kluczowych minerałów i wzywa wykonawców zbrojeniowych do usunięcia chińskich komponentów ze swoich łańcuchów dostaw. Jednak 30 lat doświadczenia przemysłowego nie da się osiągnąć dekretem prezydenckim ani dodatkowym, wielomiliardowym pakietem. Chiny zaostrzyły już kontrolę eksportu kluczowych minerałów i materiałów przetworzonych, demonstrując swoją strategiczną siłę nacisku.
Wniosek
Wojna USA z Iranem ujawnia zatem granicę amerykańskiej potęgi, której nie da się pokonać poprzez zwiększanie wydatków. Iran nadal posiada liczne drony dalekiego zasięgu i pociski balistyczne i najwyraźniej może zastąpić wiele z nich szybciej, niż Stany Zjednoczone są w stanie wyprodukować niezbędne pociski przechwytujące. Każda kolejna fala ataków zmusza Waszyngton do niekorzystnej kalkulacji: użycia kosztownej broni precyzyjnej, redukcji zapasów w innych strefach kryzysowych lub zaakceptowania większych zniszczeń. Ameryka może drukować dolary. Ale nie może po prostu wyczarować pierwiastków ziem rzadkich, fabryk pocisków, wykwalifikowanych pracowników ani gotowych do działania pocisków przechwytujących z drukarni. W tym tkwi strategiczny dynamit tej wojny na wyniszczenie.
+++
Dziękujemy autorowi za udzielenie zgody na publikację tego artykułu.
+++
Zdjęcie: Wystrzelenie rakiety nocą podczas konfliktu na Bliskim Wschodzie.
Prezydent Xi Jinping wczoraj przybył do USA, aby złożyć ważną wizytę państwową. Podczas wizyty Trump, jak zwykle, wykazał się pompatycznością i teatralnością, próbując zaimponować swojemu gościowi.
Najbardziej godnym uwagi z jego nieudolnych sztuczek była próba „zaskoczenia” Xi za pomocą ogłuszającego przelotu naddźwiękowego bombowca B1, co nie do końca poszło zgodnie z planem Trumpa. Trump niespodziewanie dał się zwieść nerwom i zamiast przekazać powagę , przekazał… coś mniej pochlebnego, ale brzmiącego podobnie:
Niech ktoś sprawdzi mu pieluchę.
====================================
Stalowo-oki Xi spokojnie przyglądał się przestarzałemu symbolowi amerykańskiej potęgi bez najmniejszego zdenerwowania, podczas gdy zdenerwowany Trump przybrał grymas niezadowolenia z powodu wściekłości wywołanej przez jego własny przerysowany spektakl.
Smok i wiewiórka: całkowita równowaga kontra zaciskająca zwieracze nerwowość. Obecnie jest to okrzyknięte pokoleniową utratą „aury”.
Reszta pierwszego dnia przebiegła jednak pomyślnie, Trump paradował w towarzystwie skromnego Xi po Białym Domu, z radością prezentując swoje najbardziej ekscentryczne ciekawostki i „domowe ulepszenia” niczym dziecko prezentujące swoją kolekcję zabawek, a jednym z najważniejszych było zastąpienie portretu Bidena automatycznym długopisem w okazałej kolumnadzie Skrzydła Zachodniego.
Kulminacją wycieczki było wręczenie przez Trumpa swemu gościowi wyjątkowego prezentu w postaci amerykańskiego orła dumnie trzymającego w szponach węża – dzieła sztuki, przy którego powstaniu Trump, jak twierdzi, miał swój udział :
Jaki przekaz ma Twoim zdaniem ta symbolika, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Trump miał udział w jej projektowaniu?
Wiemy, że chiński smok, podobnie jak wąż, jest spokrewniony z gadem – czy można w tym doszukiwać się czegoś więcej? Zdarzyło się to tego samego dnia, w którym senator John Kennedy, z opadniętą szczęką, nazwał w Fox News Irańczyków, Chińczyków, Koreańczyków z Północy i Rosjan „gadami”. A kto jest „głównym gadem” wśród nich, według tego przeciągłego prostaka? Oczywiście, że Xi Jinping z Chin :
Pozwolę sobie stworzyć z tej okazji mały mem:
Zachodni politycy zachowują się jak zasmarkani uczniowie, chichoczący jak łobuzy, którym jeszcze nie rozlano krwi z nosa. Dehumanizują swoje ofiary epitetami takimi jak „gad”, które akurat stały się tematem dzisiejszego wystąpienia Netanjahu, złoczyńcy znienawidzonego na całym świecie, który wkrótce potem wszedł na scenę ONZ. Cała sala opustoszała w proteście, pośród gradu gwizdów i buczenia, zanim Netanjahu zdążył rozewrzeć swoją upstrzoną muchami paszczę.
A gdy je otworzył, z jego tłustych ust wypłynęły naprawdę niewiarygodne słowa.
Podobnie jak kretyński senator z Luizjany przed nim, ambasador Izraela miał czelność otwarcie zastraszać irańskiego delegata, drwiąc z niego za pomocą terminala Starlink w nieprofesjonalnie wrogim geście, który zdawałby się łamać wszelkie zasady dobrego wychowania w miejscu dyplomatycznej „świętości” jakim jest ONZ:
Ambasador Izraela przy ONZ podszedł do członka irańskiej delegacji, oferując mu urządzenie Starlink i modląc się o „zmianę reżimu” w Iranie.
Irański dyplomata zignorował Izraelczyka i nie zauważył jego istnienia.
Naprawdę groźni ludzie.
Trump również przyjął nienawistny ton w swoim przemówieniu potępiającym Iran, w którym ponownie zagroził zniszczeniem całego kraju po długim wspieraniu jego „ludu”, o którego, jak twierdził, tak bardzo dbał:
W zeszłym roku: „Ludzie Iranu, przybywamy, aby wam pomóc i was uratować”.
Teraz: „Czy mam zniszczyć Iran i nie dać mu żadnej szansy na przetrwanie, wpędzając go w piekło?”
W tym momencie zabrzmi to banalnie, ale Zachód naprawdę tonie w krwawej kałuży własnego moralnego bankructwa i mizantropii.
Porównajmy to z uprzejmością, jaką Xi wykazał w swoim majestatycznym przemówieniu w Białym Domu, w którym wezwał do pokojowej współpracy i ponownie nalegał, by unikać niebezpieczeństw pułapki Tukidydesa:
Could not load video.
Ostatecznie wizyta Xi Jinpinga nie przyniosła konkretnych rezultatów, poza kwiecistym PR-em i pełnymi nadziei propozycjami przyszłej współpracy. Była to rzekomo łagodna podróż, podczas której Trump wykorzystywał każdą okazję, by przedstawić Stany Zjednoczone w jak najlepszym świetle, w porównaniu z ich największym rywalem, i pośrednio dawał do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nadal trzymają w ręku wszystkie karty w sprawach międzynarodowych.
W tym kontekście zwięzły komentarz na YouTubie najlepiej oddaje istotę sprawy:
Xi skutecznie ustalił ramy, w jakich Chiny i USA powinny konkurować na zasadzie „wygrana-wygrana”.
KANTON – Prezydent Chin Xi Jinping wysunął żądanie bezpośrednio w Gabinecie Owalnym. Prezydent, w „trybie decyzyjnym” – rozważając, jak ujawnił na mównicy ONZ, możliwość popełnienia ludobójstwa nuklearnego na Iranie – nie powiedział „tak”.
Xi powiedział Trumpowi wprost, że Chiny popierają natychmiastowy powrót Stanów Zjednoczonych do Porozumienia o Porozumieniu (MoU) z Islamabadu – tak, tego słynnego martwego kota. Negocjacje powinny zostać wznowione „jak najszybciej” i doprowadzić do kompleksowego porozumienia, obejmującego również kwestię nuklearną.
Nie doszło jednak do przełomu. Biały Dom nie opublikował własnego podsumowania. Trump unikał wszelkich pytań dotyczących treści swojego trzygodzinnego spotkania z Xi. To fascynujące, jak kontrowersyjna kwestia Iranu została zignorowana podczas szczytu, zamiast zostać w nim uwzględniona.
Równocześnie przetrwało coś, co moglibyśmy nazwać Kanałem Nowojorskim, co może skutkować stopniowym rozwojem handlu.
Negocjatorzy rozważają podejście etapowe: Iran ponownie otworzy Cieśninę Ormuz; jednocześnie USA zniosą blokadę morską Trumpa; następnie zamrożone aktywa zostaną uwolnione. Teheran przeniesie następnie swoje żądanie dotyczące opłat tranzytowych do osobnego aneksu. Nie jest to zbyt błyskotliwy pomysł – biorąc pod uwagę, z jakimi gangsterami mają do czynienia.
Przynajmniej cała sprawa jest teraz jasna. Żadna ze stron nie będzie pierwsza, która zrezygnuje ze swoich wpływów.
Dodatkowym problemem jest to, że Teheran mógł otworzyć drugi front przeciwko własnemu negocjatorowi. Członkowie parlamentu w Teheranie złożyli wniosek o impeachment ministra spraw zagranicznych Araghchiego, oskarżając go o rozmowy z urzędnikami USA bez zezwolenia.
W odpowiedzi na krytykę, że Araghchi nie uzyskał zgody Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC), wysoki rangą urzędnik irański oświadczył, że delegacja miała „pełne uprawnienia”.
Odzwierciedla to poważną debatę polityczną w kraju między reformatorami a radykalnym skrzydłem Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Pytanie nie dotyczy już tylko tego, co zaoferuje Iran, ale także tego, kto w Teheranie zatwierdzi tę ofertę.
Nie ma wątpliwości, że ostatecznie powinien to być Mohsen Rezaee, sekretarz SNSC i osobisty przedstawiciel przywódcy Mojtaby Chameneiego. Każde ustępstwo dyplomatyczne będzie musiało zostać przez niego zatwierdzone.
Podczas dwustronnego spotkania w Nowym Jorku prezydent Iranu Pezeshkian powtórzył premierowi Pakistanu Sharifowi, że „martwe” porozumienie jest „w pełni akceptowalne”.
Tymczasem spirala eskalacji narastała, mimo że w tym samym czasie prowadzono działania dyplomatyczne.
Starszy doradca przywódcy Modżtaby potwierdził, że wojna może dotrzeć do Oceanu Indyjskiego, jeśli USA ponownie zaatakują: „Nasze siły zbrojne… przygotowały własne plany na wypadek najgorszych scenariuszy”. Kilka irańskich źródeł wojskowych powtórzyło: „Nasze palce są na spuście”.
Wszystko to dzieje się w czasie, gdy Ansarallah wystrzelił sześć pocisków balistycznych w kierunku Yanbu i Taif – celując bezpośrednio w ominięcie saudyjskiej trasy okrężnej Cieśniny Ormuz. Cena ropy Brent utrzymuje się powyżej 100 dolarów za baryłkę.
Co wydarzy się dalej – w ciągu weekendu? Połączenie pośredniczonych kontaktów i ciągłej presji gospodarczej. Miejmy jednak nadzieję, że nie będzie nowych nalotów USA.
Zgodnie z oczekiwaniami, Biały Dom przedstawia Trumpa jako osobę trzymającą wszystkie karty i zadowoloną z wywierania presji. Trump zasugerował jednak swego rodzaju „umowę” na okres po wyborach uzupełniających 3 listopada. Oznacza to, że droga wyjścia jest już wytyczona. Nikt jednak nie ma ani uprawnień, ani motywacji, by zrobić pierwszy krok.
Czy klasa rządząca w USA chce „konstruktywnych stosunków”?
Gdyby robocza koncepcja rzeczywiście zakładała stopniową zamianę swobodnej żeglugi przez Ormuz na złagodzenie blokady, byłby to ogromny krok naprzód. Biały Dom jednak uparcie działa jako hamulec, propagując narrację, że Trump nie ma powodu do negocjacji i nie da się „wygrać”. Można by mówić o międzygalaktycznym dysonansie poznawczym.
Jeśli chodzi o kordon powietrzny, kluczowa luka pojawiła się dokładnie tam, gdzie było to najbardziej potrzebne. Dane z monitoringu lotów potwierdziły, że Mahan Air wylądował w Kantonie, a loty do Nadżafu w Iraku odbywały się normalnie. Stany Zjednoczone nie podjęły żadnych działań przeciwko chińskim lotniskom ani firmom zajmującym się obsługą naziemną.
Przed nami liczne zagrożenia. Gdyby Ansarallah całkowicie sparaliżował Janbu, oznaczałoby to załamanie się jedynej głównej drogi okrężnej do Ormuzu, co jeszcze bardziej podniosłoby cenę ropy Brent i jeszcze bardziej podsyciło niecierpliwość socjopatów przed wyborami uzupełniającymi.
Mogłoby dojść do weta wewnętrznego Iranu: na przykład zdystansowania się SNSC, co zamroziłoby jedyny – dyplomatyczny – kanał generujący obecnie ruch.
Administracja Trumpa może przeprowadzić desperacki atak na Górę Kilofów lub irański atak wyprzedzający na działania, które Teheran zinterpretuje jako przygotowania do ataku, co katastrofalnie i całkowicie załamałoby kanał dyplomatyczny.
Wróćmy do Trumpa i Xi. Lista gości na bankiecie państwowym była imponująca: wyglądało to tak, jakby w jednym pomieszczeniu zebrano znaczną część amerykańskiej gospodarki. Elon Musk, Jensen Huang, Zuckerberg, Tim Cook, Bezos, Sundar Pichai, Jamie Dimon, Larry Fink, a także trzech sędziów Sądu Najwyższego, prezes Rezerwy Federalnej i połowa gabinetu. Przy głównym stole, obok obu prezydentów, zasiedli Elon Musk oraz przedstawiciele firm Nvidia i Apple.
Chiny opublikowały oficjalny komunikat prasowy dotyczący trzygodzinnego spotkania Xi z Trumpem w Białym Domu. W chwili pisania tego tekstu Stany Zjednoczone nie wydały żadnego oświadczenia.
Xi skutecznie określił ramy, na których Chiny i Stany Zjednoczone powinny konkurować na zasadzie „wygrana-wygrana”. W handlu: współpracuj. W dziedzinie sztucznej inteligencji: konkuruj, ale współpracuj. Na Tajwanie: przestrzegaj czerwonych linii.
Łącznie odpowiada to temu, co Xi – i władze Pekinu – rozumieją pod pojęciem „konstruktywnej relacji opartej na strategicznej stabilności”.
Duch powinien być duchem równości i wzajemnego szacunku. Wtedy obopólne korzyści staną się czymś konkretnym. Czy klasy rządzące USA – Trump to tylko oszust, zwykły posłaniec – to zaakceptują? Nikt nie wstrzymuje oddechu.
Prawie niepojęte jest, jak urojenia prezydenta Donalda Trumpa mogły wyjść poza stadium zwykłego obłędu i stać się czymś o wiele gorszym – a mianowicie katastrofalnym. Zeszły tydzień dostarczył takiego przykładu: Trump podobno pospieszył z powrotem do Białego Domu z Camp David, aby rozważyć możliwość „zniszczenia” Iranu – z zamiarem przejęcia ropy naftowej tego kraju, tak jak on i sekretarz stanu Marco Rubio uczynili to w Wenezueli po porwaniu wybranych przywódców tego kraju.
Ale nawet „lepszym” niż złośliwe zniszczenie 90-milionowego narodu – tylko dlatego, że Izrael prawdopodobnie mu to doradził – był późniejszy upadek porządku wewnętrznego. Donald Trump, który regularnie atakuje dziennikarzy, zwłaszcza kobiety, obelgami takimi jak „gruba”, „głupia” czy „brzydka”, zaznaczył niebezpieczną eskalację w swojej wojnie z wolną prasą, całkowicie odcinając media, które klasyfikuje jako liberalne lub jako dostarczycieli „fake newsów” – a eksperci obawiają się, że to dopiero początek.
W piątek Trump zakazał CNN, MS NOW i Politico wstępu na teren Białego Domu. Wprowadził ten środek w weekend: dziennikarze z trzech objętych zakazem mediów zostali odesłani, a ich akredytacje prasowe zostały skonfiskowane przez Secret Service. Zakaz podobno został zainicjowany przez niesławną Natalie Harp, która rzekomo pokazywała Trumpowi nagrania prezenterów MS NOW krytykujących jego administrację. Doprowadziło to do decyzji o całkowitym zakazie wstępu dziennikarzom zadającym krytyczne pytania.
Dotknięte protestem media ogłosiły następnie, że pozwą Trumpa, twierdząc, że prezydent działał „z pogwałceniem najbardziej fundamentalnych gwarancji Pierwszej Poprawki [prawo do wolności słowa] i klauzuli o należytym procesie [prawo do rzetelnego procesu]”. Doniesienia wskazują, że inne media – w tym zazwyczaj przychylna stacja FOX – przyłączyły się do protestu i wycofały swoich dziennikarzy z relacjonowania wszystkich wystąpień Trumpa. W odpowiedzi Trump planuje wkrótce uruchomić „Trump Television”, aby zorganizować własną kampanię reklamową.
Wielu Amerykanów pogodziło się już z faktem, że pragnienia Trumpa często przeplatają się z jego osobistym samouwielbieniem jako – jak sam to określa – najwspanialszego i najlepszego prezydenta w historii USA. Znajduje to odzwierciedlenie w fakcie, że jego nazwisko i podobizny są eksponowane na budynkach rządowych i w każdym innym odpowiednim miejscu w stolicy i poza nią. W Kongresie pojawił się nawet projekt ustawy, który zaproponował dodanie Trumpa do grona czterech prezydentów uhonorowanych na Górze Rushmore w Dakocie Południowej. Biorąc pod uwagę skłonność Trumpa do samouwielbienia, wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu przypomina krytykę jego polityki lub zachowania, jest w Białym Domu uważane za niedopuszczalne – a Trump nie toleruje żadnych odmiennych opinii ze strony własnego gabinetu. Niektórzy mogliby argumentować, że głęboko nieświadomy Trump nie chce angażować się w dyskusję o sprzeciwie, ponieważ w głębi duszy wie, że nie jest w stanie racjonalnie uzasadnić swoich działań.
Ale cała ta potyczka z coraz bardziej wrogimi mediami była niczym w porównaniu z ubiegłotygodniowymi rewelacjami: po pierwsze, ujawniono, że rozważał zburzenie Kennedy Center for the Performing Arts z powodu sprzeciwu wobec „uhonorowania” go tam poprzez dodanie jego nazwiska dużymi, brązowymi literami do inskrypcji na fasadzie poświęconej Kennedy’emu. I jakby tego było mało, Trump zadał decydujący cios: planuje zbudować słynny łuk triumfalny – prawdopodobnie ku swojej czci – niedaleko Kennedy Center, po wirginijskiej stronie rzeki Potomak, dokładnie między Cmentarzem Narodowym w Arlington w Wirginii a Pomnikiem Lincolna po stronie Waszyngtonu.
Swobodny widok między cmentarzem a pomnikiem został celowo zaprojektowany, aby stworzyć więź między tymi, którzy honorowo zginęli w służbie wojskowej, a Lincolnem – prezydentem, który sprawował urząd i został zamordowany po tym, jak udało mu się, za straszliwą cenę, zachować Stany Zjednoczone jako unię. Cmentarz zbudowany na terenie posiadłości Custisa Lee oraz późniejszy pomnik miały być symbolami pokoju i pojednania po krwawej wojnie, a nie miejscami gloryfikującymi potęgę militarną!
Dla tych, którzy nie znają trwającej debaty na temat tego łuku triumfalnego – lub, jak kto woli, „Łuku Trumpa” (gra słów nawiązująca do ego Trumpa) – konstrukcja ma mieć około 76 metrów (250 stóp) wysokości, znacznie więcej niż porównywalne łuki gdzie indziej na świecie, i będzie zasłaniać i utrudniać widok z obu kierunków – cmentarza wojskowego i pomnika. Aby uzasadnić budowę łuku, Trump twierdził, że Waszyngton jest jedynym dużym miastem na świecie bez takiej konstrukcji, co jest po prostu nieprawdą.
Łuk jest rażąco powiększoną kopią Łuku Triumfalnego w Paryżu, który z kolei wzorowany jest na – jeszcze mniejszym – Łuku Tytusa w Rzymie. Co więcej, na Placu Waszyngtona w Nowym Jorku znajduje się łuk honorowy poświęcony naszemu pierwszemu prezydentowi, który jest znacznie mniejszy niż to, co wyobraża sobie Trump.
Unikatowym elementem „Łuku Trumpa” jest to, że został on przekształcony w broń i obiekt wojskowy – podobnie jak sala balowa za 600 milionów dolarów, zbudowana na miejscu dawnego wschodniego skrzydła Białego Domu i rozbudowana w podziemną fortecę, w której mieszczą się obiekty Secret Service, szpital i różne instalacje obronne.
Nowy projekt Łuku obejmuje stanowiska snajperskie na dachu i pod nim, a także magazyn amunicji i dronów. Te ostatnie mogłyby atakować cele oddalone o wiele kilometrów od Łuku – w tym Kapitol w Waszyngtonie. Ponieważ Łuk znajduje się również nieco ponad milę od Pentagonu w Wirginii – siedziby armii USA – pojawia się pytanie, dlaczego środki ofensywne są rozmieszczane w środowisku miejskim, gdzie w normalnych okolicznościach nie widać żadnego zagrożenia. Trump przedstawił dość zawiłe wyjaśnienie zmiany planów, twierdząc, że nastąpiła ona na prośbę wojska.
Jak zwykle Trump powołuje się na „bezpieczeństwo narodowe” i argumentuje: „Na pilną prośbę armii USA i ze względu na bezpieczeństwo narodowe zgodziłem się przekształcić wspaniały Łuk Triumfalny – którego plany sięgają czasów wojny secesyjnej i który miał powstać przy Receptive Circle w pobliżu mostu Arlington Memorial Bridge – w światowej klasy kompleks wojskowy ze zintegrowanym łukiem triumfalnym. Kompleks ten pomieści i będzie przechowywał dużą liczbę dronów, a także zapewni bazy snajperskie na dachu i dziedzińcu, a także będzie składował duże ilości amunicji snajperskiej. Nie będzie drugiego takiego obiektu nigdzie indziej na świecie”.
Rzeczywiście. Obsesja Trumpa, który odmówił służby wojskowej z powodów sumienia, na punkcie sił zbrojnych i zabijania ludzi jest sama w sobie osobliwa i symptomatyczna dla zaburzeń psychicznych. Być może „Trumpster” przewiduje powstanie po listopadowych wyborach, które zamierza bohatersko stłumić, miażdżąc protestujących niszczycielskim ogniem z dziobu. Albo drony mogłyby zostać użyte do zniszczenia zgromadzeń grup, które nie podobają się Białemu Domowi. Wszystko jest możliwe!
Co ciekawe, niedawno jedliśmy z żoną lunch w The Wharf nad rzeką Potomak w Waszyngtonie. Siedzieliśmy na zewnątrz, bo pogoda była ładna, i uświadomiłem sobie, że jesteśmy dokładnie w polu widzenia planowanego miejsca budowy łuku (Trumpa). Doświadczony snajper na podwyższeniu mógłby nas z łatwością zestrzelić, a gdybyśmy byli częścią większej grupy, moglibyśmy zostać zaatakowani przez drona. Później ekipa Trumpa – lub ich następca u władzy – mogłaby twierdzić, że to ja zostałem zaatakowany, ponieważ krytykowałem Izrael i w ten sposób, w pewnym sensie, słusznie uległem „ostatecznemu rozwiązaniu”. I bez wątpienia ktoś z personelu Białego Domu zapytałby również: „Dlaczego zostawiamy cały ten wspaniały sprzęt wojskowy nieużywany?”. Tak, to byłoby prawdziwe dziedzictwo Trumpa i wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych Ameryki, do której wszyscy pędzimy.
Prowadzona dziś narracja ma swą własną spójność: dotyczy świata rzeczywistego, choć nie ma z nim żadnego kontaktu; nie może go mieć, bo wtedy nie byłaby narracją, lecz opisywaniem faktów.
FOTO: Izraelski pilot filmuje subamunicję z irańskiej rakiety Fattah z wieloma głowicami spadającą na Izrael
Prowadzona dziś narracja ma swą własną spójność: dotyczy świata rzeczywistego, choć nie ma z nim żadnego kontaktu; nie może go mieć, bo wtedy nie byłaby narracją, lecz opisywaniem faktów. Ma więc swoją własną logikę, której zmiana nie jest możliwa, bo wtedy wszystko runęłoby jak kurtyna, odsłaniając mechanizmy działające za kulisami, a tym samym całe oszustwo. Czasami te narracje wydają się dość nieszkodliwe – czysta i zwykła propaganda – tymczasem są w stanie uniemożliwić właściwe odczytanie rzeczywistości. Na przykład, zarówno na Ukrainie, jak i obecnie w Iranie mówi się i wciąż powtarza, że pociski przechwytujące, takie jak Patriot i THAAD, mają skuteczność zestrzelenia sięgającą 90 lub 95 procent. Gdyby to była prawda, Ukraina nie płonęłaby, a Stany Zjednoczone z łatwością poradziłyby sobie z Iranem, ponieważ Teheran nie byłby w stanie spowodować tak rozległych zniszczeń w amerykańskich bazach, zniszczyć radarów wartych miliardy dolarów ani nieodwracalnie uszkodzić wielu instalacji gazowych i naftowych.
FOTO: Szczątki amerykańskiego radaru AN/FPS-132 zniszczonego w Katarze
Oczywiście są to tylko brednie: Patriot nigdy nie był dobrym środkiem przechwytującym, a jego „cudowne” osiągnięcia w Iraku były po prostu chwytem marketingowym skierowanym do tych naiwniaków należących do „konsensusu waszyngtońskiego”, którym trzeba było zapewnić poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie skłonić do wydania ogromnych sum na zakup owej „magicznej” broni. W praktyce, strąciły jedynie dwie ze stu bardzo starych rakiet Scud, które posiadał Saddam, a których jego ludzie nie potrafili obsługiwać i które regularnie zbaczały z kursu. Krótko mówiąc, Scud strącały się same, ale ludziom wmówiono, że ich niemoc była spowodowana amerykańskimi „wunderwaffen”.
Teraz opowiada się nam tę samą historię, choć z aroganckiego podkreślania wyższości przekształciła się ona w żałosne kłamstwo.
Oficjalna wersja głosi, że irański program rakietowy został „funkcjonalnie zniszczony”, że rakiety Patriot i THAAD mają skuteczność przekraczającą 90%, a kolejne ataki są przejawem irańskiej desperacji.
Jednak nawet pobieżna analiza ujawnia zupełnie inny obraz sytuacji. Dwa diametralnie różne źródła przedstawiają spójny obraz sytuacji, który główne zachodnie media przemilczają: renomowany magazyn „Military Watch” opisuje nowatorskie taktyki irańskie, które systematycznie pokonują amerykańską obronę powietrzną. militarywatchmagazine.com/article/iran-innovative-new-missile-drone-strike-tactics-us-air-defence
Z kolei fizyk z MIT, profesor Ted Postol, od dawna pełniący funkcję doradcy technicznego Pentagonu, w obszernym wywiadzie stwierdza bez ogródek, że systemy obronne, w które Waszyngton zainwestował miliardy, są po prostu bezużyteczne w obliczu nowoczesnej broni irańskiej. A co dopiero w obliczu broni rosyjskiej.
Postol, profesor nauk ścisłych, technologii i bezpieczeństwa narodowego na MIT, obszernie omawia irański pocisk Fattah: głowica tegoż pocisku bojowego zawiera silnik rakietowy, który w pobliżu celu drastycznie zwiększa prędkość uderzenia, a co za tym idzie – całkowitą siłę rażenia do poziomu odpowiadającego 2,5 tony materiału wybuchowego. Ponadto, podczas zbliżania się do celu Fattah rozpada się na pod-amunicję – co widać na zdjęciu wprowadzającym wykonanym przez izraelskiego pilota. To właśnie ta cecha oraz przypadkowe i nagłe zboczenie z trajektorii sprawiają, że najnowocześniejsze systemy THAAD i Patriot, tzw. PAC-3, nie są w stanie trafić w cel: zakładając przechwycenie pocisku przeciwnika na wysokości od 60 do 80 kilometrów, oznacza to, że pocisk przechwytujący potrzebuje około 50 sekund, aby dotrzeć do punktu uderzenia. Podczas tego przedziału czasowego, cel wykonujący manewr, taki jak rakieta Fattah, znacznie zboczy już z przewidywanej trajektorii lotu. Postol doskonale to podsumowuje, mówiąc: „Jeśli nawet nieznacznie zmienię swoją pozycję znajdując się w odległości 100 kilometrów, będę tak daleko od pocisku przechwytującego, że nie będzie on miał możliwości wykonania manewru i trafienia mnie. Po prostu nie trafi w cel”.
W związku z tym, narrację o 90 procentach przechwytywania przez rakiety Patriot należałoby całkowicie odwrócić i dodatkowo stwierdzić, że skuteczność przechwytywania nie przekracza 1 czy 2 procent. Co więcej, aspekt ekonomiczny kwestii sprawia, że sytuacja staje się dla Waszyngtonu niemożliwa do zniesienia. Postol wyjaśnia: „Czy stać cię na użycie pocisku przechwytującego za 4 miliony dolarów, by zestrzelić drona wartego 30 000 dolarów? W ten sposób nie da się wygrać”.
Podczas gdy Stany Zjednoczone muszą zadowolić się kilkoma tysiącami pozostających im pocisków przechwytujących PAC-3, Irańczycy najwyraźniej produkują drony w praktycznie nieograniczonych ilościach. Ten stosunek sił jest katastrofalny i działa wyłącznie w jedną stronę.
Oto jeden z oczywistych powodów, dla których Stany Zjednoczone muszą za wszelką cenę dążyć do porozumienia, chociaż lobby izraelskie naciska na zniszczenie Iranu. Triumfalistyczna narracja musi jednak zostać utrzymane za wszelką cenę.
Od opowiadania historii i „dezinformacji” do regulacji sztucznej inteligencji
Głębsza historia Netflixa nie polega po prostu na tym, że kolejna amerykańska firma zboczyła na lewo, przejęła DEI i zaczęła produkować programy, które wielu Amerykanów uważa za politycznie nużące. To historia o tym, jak rozrywka, polityka, rząd, technologia i zarządzanie informacją stopniowo się ze sobą zbiegły, a Barack Obama i otaczający go system polityczny wielokrotnie pojawiali się na skrzyżowaniach. Umieszczony na osi czasu, Netflix jawi się mniej jako sama historia, a bardziej jako część znacznie większego projektu po prezydenturze Obamy, obejmującego kulturę, organizację polityczną, zarządzanie informacją, a teraz także sztuczną inteligencję – któremu towarzyszy stale rosnące zapotrzebowanie na regulację i kontrolę systemów, za pośrednictwem których Amerykanie komunikują się i uzyskują informacje. Uzasadnieniem niezmiennie jest ochrona demokracji. Niewygodne pytanie brzmi: co się dzieje z demokracją, gdy jej ochrona coraz częściej wymaga, aby ktoś decydował, jakie informacje opinia publiczna może usłyszeć – a nawet jak zdefiniować „demokrację”?
Historia zaczyna się, co dziwne, od współzałożyciela Netflixa, Marca Bernaysa Randolpha. Randolph był pierwszym prezesem Netflixa i pochodził z jednej z najznakomitszych rodzin w historii nowoczesnego public relations. Zygmunt Freud był jego krewnym, ale bardziej istotne powiązanie istniało poprzez Edwarda Bernaysa, bratanka Freuda i stryja Randolpha, powszechnie nazywanego ojcem nowoczesnego public relations. Robert i ja szczegółowo zgłębiliśmy Bernaysa i historię nowoczesnej propagandy w naszej książce „PsyWar: Enforcing the New World Order” . Kluczowe jest jednak to, że Bernays postrzegał public relations jako coś o wiele potężniejszego niż po prostu sprzedaż mydła czy papierosów.
Jego słynna książka z 1928 roku nosiła dosadny tytuł „Propaganda” , a jej główną tezą było to, że ludzkie zachowania można kształtować poprzez manipulowanie pragnieniami, lękami, symbolami i oczekiwaniami społecznymi – często bez zdawania sobie sprawy z tego, co się dzieje. Sam Randolph dostrzegał tę osobliwą, rodzinną więź. Jego kariera zawodowa koncentrowała się wokół marketingu bezpośredniego, brandingu i zachowań konsumenckich, a on sam zwrócił uwagę na to, jak bardzo jego praca przypomina pracę Bernaysa.
Randolph opuścił firmę w 2003 roku, na długo zanim Netflix stał się kulturowym gigantem, jakim jest dzisiaj, a udawanie, że jest inaczej, zamieniłoby interesujące historyczne powiązanie w bezpodstawną teorię spiskową. Jednak to, czym Netflix stał się później, prawdopodobnie zafascynowałoby wujka Edwarda. Firma, która zaczynała od wysyłki DVD, z czasem zbudowała jedną z najpotężniejszych platform do opowiadania historii i gromadzenia danych behawioralnych w historii ludzkości – zdolną do śledzenia tego, co oglądają setki milionów ludzi, rekomendowania im kolejnych seansów i dostarczania narracji kulturowych bezpośrednio do ich salonów. Pytanie nie brzmi, czy Netflix posiada taką moc. Oczywiście, że ma. Pytanie brzmi, co się stało, gdy ludzie zarządzający tą instytucją i mający na nią wpływ, otwarcie uznali opowiadanie historii za mechanizm zmiany społeczeństwa.
Netflix oficjalnie włączył „inkluzję” do swojej kultury korporacyjnej w 2017 roku. Wykroczyło to poza bezdyskusyjne założenie, że wykwalifikowani pracownicy powinni mieć równe szanse zatrudnienia. Netflix ustanowił wyraźny związek między reprezentacją w firmie a reprezentacją na ekranie: to, kto zostanie zatrudniony, kto będzie opowiadał historie i kto opowiada jakie historie, ostatecznie decyduje o tym, jakie historie zobaczy widz.
Firma przyjęła filozofię instytucjonalną, zgodnie z którą zmiana składu i światopoglądu osób tworzących rozrywkę przekształci samą rozrywkę i wpłynie na kulturę na całym świecie. To, co krytycy później nazwali „przebudzonym Netflixem”, nie było zatem po prostu przypadkowym zbiorem niezwykle postępowych scenarzystów i producentów. Sam Netflix opisywał inkluzywność jako część mechanizmu tworzenia treści.
Potem nadszedł rok 2018. 28 marca Netflix powołał Susan Rice do swojej rady dyrektorów. Rice nie była ani hollywoodzką producentką, ani dyrektorką w branży rozrywkowej. Była ambasadorką Baracka Obamy przy ONZ i jego doradczynią ds. bezpieczeństwa narodowego – jedną z najpotężniejszych postaci w polityce zagranicznej administracji Obamy.
Niecałe dwa miesiące później, 21 maja, Netflix ogłosił niezwykłe partnerstwo produkcyjne z Barackiem i Michelle Obamą. Obamowie założyli Higher Ground Productions i podpisali wieloletnią umowę, na mocy której Netflix będzie dystrybuował ich filmy, programy telewizyjne, dokumenty i inne produkcje za pośrednictwem serwisu, który dotarł już do około 125 milionów gospodarstw domowych w 190 krajach.
To nie był były prezydent przechodzący na emeryturę, by pisać swoje wspomnienia. To był były prezydent wchodzący do globalnego przemysłu rozrywkowego, by wywierać wpływ kulturowy i polityczny, a Obamowie byli wyjątkowo otwarci, dlaczego. Michelle Obama wyjaśniła, że opowiadanie historii może inspirować ludzi i skłaniać ich do innego myślenia o otaczającym ich świecie. Barack Obama stwierdził później, że Higher Ground powstało, by „wykorzystać moc opowiadania historii”. Jego produkcje miały poruszać takie kwestie jak rasa, klasa społeczna, demokracja i prawa obywatelskie, a nie tylko bawić. Miały „edukować, łączyć i inspirować”. Netflix później opisał Higher Ground jako firmę produkcyjną, która tworzyła historie ucieleśniające wartości, którym Obamowie hołdowali przez całe życie. Nie są to oskarżenia ze strony konserwatywnych krytyków. To opisy autorstwa Obamów i samego Netflixa.
Dlatego też niekończąca się debata na temat tego, czy poszczególne „przebudzone” programy Netflixa osiągają wysokie wyniki oglądalności, mija się z celem. Niektóre odniosły spektakularny sukces. Inne poniosły spektakularną porażkę. Sam Netflix nadal odnosi ogromne sukcesy, a ludzie nadal oglądają miliardy godzin thrillerów, romansów, seriali kryminalnych, programów dla dzieci, koreańskiej telewizji, fantasy, dokumentów i filmów akcji. Jednak wpływ kulturowy nie wymaga od widzów świadomego wyboru czegoś, co nazywa się „Postępowym przewodnikiem po sprawiedliwości społecznej” . Pod wieloma względami mijałoby się to z celem.
Najbardziej wpływowe założenia kulturowe to często te, o których widzowie nie dyskutują świadomie. Idee dotyczące rasy, płci, tożsamości płciowej, małżeństwa, rządu, kapitalizmu, socjaldemokracji, historii Ameryki i sprawiedliwości społecznej mogą być wplatane w formaty rozrywkowe, aż staną się po prostu częścią fikcyjnego świata, który jest konsumowany. Widz nigdy nie musi zgadzać się na udział w wykładzie, ponieważ pozornie go nie ma. Film akcji wciąga widza. Założenia kulturowe są wliczone w abonament.
Kariera Susan Rice w niezwykle sugestywny sposób ilustruje, jak głęboko świat polityki i kultury już się połączyły. Rice dołączyła do rady dyrektorów Netflixa w 2018 roku i pozostała w niej do stycznia 2021 roku, kiedy to odeszła z firmy i wróciła do administracji jako doradca prezydenta Bidena ds. polityki wewnętrznej. Odegrała tam kluczową rolę w administracji, która uczyniła „sprawiedliwość” naczelną zasadą w całym rządzie federalnym. Rice opuściła Biały Dom za Bidena w maju 2023 roku. Cztery miesiące później wróciła do rady nadzorczej Netflixa. Z administracji Obamy do Netflixa. Z Netflixa do administracji Bidena. Z administracji Bidena z powrotem do Netflixa.
Członkowie zarządu działają na poziomie ładu korporacyjnego, nadzoru nad zarządzaniem, przywództwa, zarządzania ryzykiem i strategii instytucjonalnej, a Susan Rice nie jest tu wyjątkiem. Co jednak ważniejsze, te „drzwi obrotowe” ujawniają, co się dzieje. Rząd, sieci polityczne, Dolina Krzemowa i przemysł rozrywkowy w coraz większym stopniu opierają się na tej samej grupie ludzi, którzy podzielają wiele z tych samych założeń dotyczących rasy, sprawiedliwości, demokracji, informacji i zmian społecznych.
Barack Obama jednak nigdy tak naprawdę nie odszedł od polityki. Zmienił jedynie mechanizmy wywierania wpływu. Fundacja Obamy wspiera przyszłych liderów społecznych i politycznych. Centrum Prezydenckie Obamy ma na celu przekazanie jego filozofii politycznej i instytucjonalnego dziedzictwa następnemu pokoleniu. Higher Ground działa w sferze rozrywki i kultury. Sam Obama pozostaje wpływowym doradcą Demokratów, zbiera fundusze i działaczem politycznym. Kamala Harris miała długoletnie relacje z Obamą, a Obama poparł decyzję Joe Bidena o nominowaniu Harris na swoją kandydatkę na wiceprezydenta w 2020 roku. Obama poparł również nominację Harris na następczynię Bidena.
Znacznie bardziej wymowne jest to, co wydarzyło się po nominacji Harris przez Demokratów bez prawyborów. Gdy tylko Harris została domniemaną kandydatką, znaczna część politycznej machiny Obamy przeniosła się na jej kampanię. David Plouffe, szef kampanii Obamy w 2008 roku i jeden z architektów jego aparatu politycznego, został starszym doradcą Harris. Stephanie Cutter, była dyrektor ds. komunikacji i zastępczyni szefa kampanii Obamy w 2012 roku, dołączyła do zespołu. Po niej dołączyli inni weterani Obamy, a nawet przewodnicząca sztabu wyborczego Harris, Jen O’Malley Dillon, była weteranką kampanii Obamy. Prezydentura Obamy zakończyła się lata wcześniej, ale sieć kontaktów przetrwała. Władza polityczna stała się władzą instytucjonalną, zdolną przetrwać pojedynczą administrację, która ją stworzyła.
Potem pojawił się Stanford i to właśnie tutaj historia Netflixa nabiera istotnego znaczenia. 21 kwietnia 2022 roku Obama wygłosił przełomowe przemówienie na wydarzeniu zatytułowanym „Wyzwania dla demokracji w cyfrowej sferze informacyjnej ”, współorganizowanym przez Stanford Cyber Policy Center i Fundację Obamy. Tematem nie była przede wszystkim polityka zagraniczna, podatki, opieka zdrowotna ani żaden inny typowy temat kojarzony z byłym prezydentem. Dotyczył on samej architektury informacji. Obama mówił o algorytmach, mediach społecznościowych, dezinformacji, odpowiedzialności platform, sekcji 230 i wpływie cyfrowych systemów informatycznych na demokrację. Jego zakończenie zawierało niezwykle ważne zdanie: „Regulacje muszą być częścią rozwiązania”. Fundacja Obamy określiła ten nadrzędny projekt jako poszukiwanie nowej „gwiazdy przewodniej dla internetu”.
Nadal jednak niepokoi mnie to, że nie do końca zdawałem sobie wtedy sprawę, jak podatni staliśmy się na kłamstwa i teorie spiskowe, mimo że sam przez lata byłem celem dezinformacji. Firmy z branży mediów społecznościowych już teraz podejmują decyzje o tym, co jest dozwolone, a co nie na ich platformach i jak te treści są prezentowane – zarówno jawnie poprzez moderację treści, jak i pośrednio poprzez algorytmy. Problem polega na tym, że często nie znamy zasad leżących u podstaw tych decyzji. W niektórych przypadkach standardy branżowe mogą zastąpić lub uzupełnić regulacje, ale regulacje muszą być częścią rozwiązania.
Barack Obama, Stanford, 2022
Jest jeszcze jeden fakt dotyczący wystąpienia Obamy na Uniwersytecie Stanforda, który nadaje przemówieniu znacznie większego znaczenia. Stanford nie był jedynie prestiżowym uniwersytetem, który zapewnił odpowiednie miejsce. Wydarzenie było współorganizowane przez Fundację Obamy i Centrum Polityki Cybernetycznej Uniwersytetu Stanforda , a w jego ramach działało Obserwatorium Internetowe Stanforda , jeden z kluczowych graczy akademickich w rozwijającym się sojuszu rządu, biznesu i środowiska akademickiego, mającym na celu monitorowanie aktywności Amerykanów w internecie. Obserwatorium odegrało kluczową rolę w Partnerstwie na rzecz Integralności Wyborów (Election Integrity Partnership), które współpracowało z firmami mediów społecznościowych w celu identyfikacji treści związanych z wyborami i zgłaszania ich rządowi, aby ten mógł podjąć odpowiednie działania.
Późniejsze dochodzenie prowadzone przez Republikanów przez Komisję Sądownictwa Izby Reprezentantów ujawniło wewnętrzną korespondencję, z której wynikało, że Partnerstwo na rzecz Integralności Wyborów (Election Integrity Partnership) zostało utworzone „na wniosek DHS/CISA”, podobnie jak system zgłoszeń Jira służący do śledzenia rzekomo problematycznych oświadczeń. Inicjatywa Stanforda następnie wzięła udział w projekcie Virality Project, który rozszerzył ten mechanizm twierdzeń związanych z wyborami na narracje dotyczące COVID-19 i szczepionek. Sam Robert pojawia się w tych dokumentach. Jego domniemanym przestępstwem był wywiad z Tuckerem Carlsonem w czerwcu 2021 roku, w którym argumentował, że ryzyko związane ze szczepionką przeciw COVID-19 przeważa nad korzyściami dla nastolatków i młodych dorosłych. Jednak wpis w Jira nie tylko opisywał monitorowanie twierdzenia; klasyfikował również powiązania Roberta jako „prawicowe” i określał go mianem „ogólnego antyszczepionkowca ”. Komisja Sądownictwa Izby Reprezentantów stwierdziła następnie, że system EIP nieproporcjonalnie często był skierowany przeciwko mówcom o poglądach konserwatywnych.
Ten aparat zarządzania informacją nie był czysto akademicki. Konsekwencje dla osób dotkniętych były realne. Robert został trwale zbanowany na Twitterze 29 grudnia 2021 roku, tracąc ponad pół miliona obserwujących w szczytowym momencie ogólnokrajowej debaty na temat polityki szczepień przeciwko COVID-19. Jego profil zawodowy na LinkedIn również został ostatecznie trwale zablokowany, a jego zasięg na innych głównych platformach został ograniczony lub zredukowany. Udokumentowane dowody wskazują, że w tym samym okresie Robert był monitorowany za pośrednictwem systemu Jira projektu EIP/Virality, gdzie oprócz jego rzekomo obraźliwych twierdzeń dotyczących szczepień, jego przynależność polityczna została jednoznacznie sklasyfikowana jako „prawicowa”. Praktyczne konsekwencje są niezaprzeczalne: szanowany naukowiec, który publicznie kwestionował politykę rządu w sprawie COVID-19, był jednocześnie monitorowany w ramach powiązanego z rządem aparatu dezinformacji i tracił dostęp do dominujących platform cyfrowych, za pośrednictwem których komunikował się ze społeczeństwem. Twitter ostatecznie przywrócił jego konto po zmianie właściciela firmy. LinkedIn tego nie zrobił. Publiczność, sieć kontaktów zawodowych i zasięgi zniszczone przez te decyzje nie zostały przywrócone po prostu dlatego, że później konto zostało zwrócone.
Trudno więc zbagatelizować wydarzenia na Uniwersytecie Stanforda w kwietniu 2022 roku jako niezwiązane z nimi ćwiczenie akademickie. Pierwsza dyskusja panelowa podczas wydarzenia Obamy nosiła tytuł „Problem zaufania” i stawiała pytanie: „Jaką rolę odgrywa rząd USA w budowaniu konsensusu i zmniejszaniu polaryzacji w kraju?”. Moderowała ją Renée DiResta, ówczesna dyrektor ds. badań w Stanford Internet Observatory. Warto przeczytać przemówienie otwierające Obamy w tym kontekście instytucjonalnym.
Podczas wydarzenia zorganizowanego wspólnie przez jego fundację i Cyber Policy Center, w którym mieściło się Stanford Internet Observatory, Obama argumentował, że dezinformacja w internecie zagraża demokracji, wezwał do przeglądu sekcji 230 i wyraźnie stwierdził, że „regulacje muszą być częścią rozwiązania”. Jeszcze bardziej wymowny był jego opis internetu i mediów społecznościowych jako narzędzi, które „możemy przeprojektować ”, dodając, że społeczeństwo musi zdecydować, które wartości ceni, a następnie wykorzystać te narzędzia do ich promowania.
Wszystko to podkreśla niezwykłą zbieżność: Obama publicznie wezwał do większej interwencji w środowisko informacji cyfrowej – w ramach ekosystemu instytucjonalnego, który był już mocno zaangażowany w opracowywanie mechanizmów, dzięki którym rząd, środowisko akademickie i firmy technologiczne mogłyby identyfikować, zgłaszać, moderować, tłumić lub w inny sposób ograniczać zasięg informacji uznanych za fałszywe lub szkodliwe.
Dobór słów Obamy zasługuje na znacznie większą uwagę, niż się spodziewano. Były prezydent, który zapuścił się w globalny biznes opowiadania historii, uczynił teraz regulację samej przestrzeni informacyjnej kluczowym elementem swojej post-prezydenckiej agendy. Argument ten został przedstawiony w uspokajającym słownictwie, które stało się powszechne w zachodnim establishmencie politycznym: demokracja, bezpieczeństwo, prawda, odpowiedzialne platformy, zdrowszy dyskurs, dezinformacja i ochrona przed manipulacją.
Ale za każdą z tych abstrakcji kryje się bardzo stare i bardzo niebezpieczne pytanie polityczne. Kto decyduje, co stanowi dezinformację? Kto decyduje, które stwierdzenia są niebezpieczne? Kto decyduje, co jest wzmacniane, tłumione, demonetyzowane, etykietowane lub usuwane? I co się stanie, gdy urzędnicy państwowi, fundacje, naukowcy, korporacje i firmy technologiczne, które odpowiadają na te pytania, w przeważającej mierze podzielają ten sam światopogląd polityczny i kulturowy? Co się stanie, gdy ten światopogląd zostanie zniekształcony przez globalizm, lewicową propagandę i ideologie „przebudzenia”?
Te pytania straciły wiele ze swojego teoretycznego charakteru za rządów Bidena. Późniejsza batalia prawna, znana później jako Murthy przeciwko Missouri, ujawniła rozległą komunikację między urzędnikami federalnymi a firmami mediów społecznościowych na temat COVID-19, szczepionek, wyborów i rzekomej dezinformacji. Sąd Apelacyjny Piątego Okręgu zapoznał się z tą dokumentacją i doszedł do wniosku, że Biały Dom i Biuro Generalnego Lekarza Stanów Zjednoczonych prawdopodobnie naruszyły Pierwszą Poprawkę do Konstytucji, wywierając presję na platformy i znacząco wpływając na ich decyzje dotyczące moderacji treści. Sąd Najwyższy odmówił uznania tego postępowania za zgodne z konstytucją. Zamiast tego, sześcioosobowa większość sędziowska wyraźnie stwierdziła: „Zaczynamy – i kończymy – na legitymacji procesowej” i stwierdziła, że powodowie nie wykazali legitymacji procesowej wymaganej do wydania nakazu tymczasowego o charakterze prewencyjnym, a zatem Sąd Najwyższy nie jest właściwy do orzekania w tej sprawie. Innymi słowy, Sąd Najwyższy pozostawił centralną kwestię Pierwszej Poprawki bez rozstrzygnięcia.
Jednak leżąca u podstaw komunikacja nie była hipotetyczna i nie zniknęła tylko dlatego, że Sąd Najwyższy oddalił sprawę z powodu braku legitymacji procesowej. Urzędnicy Białego Domu zgłaszali treści platformom, żądali wyjaśnień dotyczących materiałów, które pozostały w internecie, naciskali na szybsze i bardziej zdecydowane egzekwowanie prawa, grozili firmom mediów społecznościowych, jeśli nie zastosują się do żądań cenzury, i kwestionowali politykę moderacji platform. Pracownicy Facebooka omawiali „konkretne żądania Białego Domu”. Rzeczniczka prasowa Jen Psaki publicznie przyznała, że rząd zgłaszał „problematyczne posty” Facebookowi. Sąd Najwyższy nigdy nie rozstrzygnął kwestii prawnej, kiedy te interakcje przekroczyły granicę konstytucyjną, zrobił to jednak Sąd Apelacyjny Piątego Okręgu. Pozostała sama dokumentacja: rząd federalny ingerował w mechanizmy kontroli przepływu informacji i wywierał presję na prywatne platformy, aby decydowały, którzy Amerykanie zostali wysłuchani, które opinie zostały stłumione i która wersja wydarzeń mogła zostać rozpowszechniona.
Ta historia zmienia sens dobrze brzmiących dyskusji o tworzeniu zdrowszego środowiska informacyjnego. Dla Amerykanów, których wolność słowa była ograniczana, stygmatyzowana, tłumiona lub algorytmicznie filtrowana w erze COVID, problem nie jest teoretyczny. Niebezpieczeństwo pojawia się, gdy urzędnicy państwowi, instytucje o poglądach politycznych i niezwykle potężne firmy informacyjne zaczynają dzielić się założeniami na temat tego, co stanowi niebezpieczne informacje. Nie wymaga to „zadymionego pokoju”. Nie wymaga tajnego memorandum. Dostosowanie instytucjonalne może być niezwykle skuteczne, gdy pracownicy rządowi, fundacji, uniwersytetów, firm medialnych i platform technologicznych doszli już do podobnych wniosków na temat tego, co stanowi prawdę, dezinformację, równość, demokrację, sprawiedliwość społeczną i dopuszczalną wolność słowa.
Patrząc z tej perspektywy, karierę Obamy po prezydenturze można podzielić na trzy równoległe kanały wpływów. Pierwszym z nich jest władza polityczna: Fundacja Obamy, powiązania z Partią Demokratyczną, pozyskiwanie funduszy, działalność konsultingowa oraz sieć polityczna, której członkowie nadal pojawiali się w kampaniach prezydenckich długo po odejściu Obamy z urzędu. Drugim jest władza informacyjna: Uniwersytet Stanforda, dezinformacja, algorytmy, Sekcja 230, odpowiedzialność za platformy i coraz bardziej jednoznaczne argumenty za regulacjami rządowymi, które miałyby pomóc w zarządzaniu cyfrowym krajobrazem informacyjnym. Trzecim jest władza kulturowa: Higher Ground i Netflix, które wykorzystują to, co sam Obama nazwał „siłą opowiadania historii”, aby poruszać kwestie takie jak rasa, klasa społeczna, demokracja i prawa obywatelskie, docierając do odbiorców, do których żadna kampania polityczna nie byłaby w stanie dotrzeć.
„Polityka jest podporządkowana kulturze”
Andrzej Brietbart
„Polityka jest podporządkowana kulturze” – to najsłynniejszy cytat przypisywany Andrew Breitbartowi, amerykańskiemu przedsiębiorcy medialnemu i konserwatywnemu komentatorowi, który zmarł w 2012 roku.
Doktryna ta, często nazywana „doktryną Breitbarta ”, zakłada, że rezultaty polityczne są konsekwencją dominujących wartości, przekonań i norm kulturowych. W związku z tym, doktryna ta argumentuje, że aby dokonać znaczących zmian politycznych, należy najpierw zmienić kulturę w szerszym sensie. Podstawową zasadą tej doktryny jest to, że scjentyzm zastąpił religię, która jest kojarzona z kapłaństwem namaszczonych doktorów i naukowców. I, jak potwierdzi każdy student teologii, religia jest ważniejsza od kultury.
Te kanały nie muszą być centralnie koordynowane, aby wzajemnie się wzmacniać. Polityka ustala reguły. Systemy informacyjne decydują o tym, jakie argumenty są przedstawiane ludziom. Kultura kształtuje wiele założeń, na podstawie których ludzie interpretują te argumenty. Jeden kanał działa poprzez wybory i rząd. Inny działa poprzez algorytmy, funkcje wyszukiwania, moderację i rozpowszechnianie informacji. Trzeci działa poprzez historie, bohaterów, złoczyńców, narracje historyczne, programy dla dzieci, filmy dokumentalne i rozrywkę. Razem stanowią one o wiele bardziej wyrafinowany mechanizm manipulacji kulturowej, niż Edward Bernays mógł sobie wyobrazić, pisząc Propagandę prawie sto lat temu.
A teraz ta sama debata dotarła do tematu sztucznej inteligencji. We wrześniu 2026 roku, podczas gali zbierania funduszy dla Demokratów, lider mniejszości w Izbie Reprezentantów Hakeem Jeffries zapytał Obamę, co Demokraci powinni robić w kwestii sztucznej inteligencji. Obama wezwał Demokratów do uczynienia sztucznej inteligencji centralnym elementem swojego programu, argumentując, że jeśli Demokraci odzyskają kontrolę nad Izbą Reprezentantów po wyborach uzupełniających, powinni stworzyć ramy dla szerokiej debaty publicznej na temat sztucznej inteligencji. Wezwał również przyszłych kandydatów na prezydenta do opracowania jasnych programów dotyczących sztucznej inteligencji. Kilka dni później Jeffries publicznie wskazał sztuczną inteligencję jako jeden z najważniejszych priorytetów Demokratów w Izbie Reprezentantów.
Istnieją uzasadnione powody, by obawiać się sztucznej inteligencji. Oszustwa, cyberbezpieczeństwo, autonomiczna broń, utrata miejsc pracy, deepfake’i, prywatność danych i naprawdę niebezpieczne zaawansowane systemy – wszystkie te kwestie zasługują na poważną uwagę. Istnienie tych problemów nie dowodzi, że regulacja sztucznej inteligencji jest potajemnie programem cenzury, a wysuwanie takiego twierdzenia bez dowodów byłoby głupotą. Jednak przeszłość Obamy sprawia, że nieuniknione staje się kolejne pytanie: co właściwie będzie regulowane? Sztuczna inteligencja szybko staje się narzędziem, którego Amerykanie używają do wyszukiwania informacji, podsumowywania historii, porównywania argumentów, oceny dowodów, pisania, tworzenia mediów i coraz lepszego rozumienia świata. Regulacja sztucznej inteligencji ma zatem implikacje wykraczające daleko poza to, czy chatbot stworzy niebezpieczny przepis, czy przekonujący deepfake. Zasady rządzące sztuczną inteligencją mogą potencjalnie wpłynąć na granice, w których maszyny będą mogły odpowiadać na pytania. To będzie – i już jest – kolejny obszar rządowej cenzury.
Dlatego nagłego nacisku Obamy na sztuczną inteligencję nie można rozsądnie rozpatrywać w oderwaniu od jego szerszego projektu po prezydenturze. Na Uniwersytecie Stanforda argumentował, że samo środowisko informacyjne wymaga interwencji, a regulacje rządowe muszą być częścią rozwiązania. Poprzez Higher Ground otwarcie poparł opowiadanie historii jako sposób edukacji i przekształcania ludzkiego rozumienia świata. Dzięki swojej fundacji uczynił demokrację, informację i rozwój przywództwa stałymi projektami instytucjonalnymi. Dzięki Partii Demokratycznej jego sieć polityczna pozostała niezwykle spójna.
Apeluje teraz do demokratycznych liderów w Kongresie, aby uczynili regulację najpotężniejszej technologii informatycznej, jaką kiedykolwiek stworzono, centralnym punktem programu po wyborach. To wystarczający powód, by poddać krytyce każdą architekturę regulacyjną, która przyznaje rządowi, instytucjom o orientacji politycznej lub dominującym firmom technologicznym większą władzę nad tym, co sztuczna inteligencja może mówić – zwłaszcza gdy uzasadnienie to po raz kolejny jest ukryte pod płaszczykiem ochrony demokracji przed niebezpiecznymi informacjami.
Moment ten wymaga bliższego przyjrzenia się. Praktycznie nieznany 27-letni badacz z Anthropic złożył rezygnację, ostrzegając, że sztuczna inteligencja może unicestwić ludzkość. Ogłosił swoje odejście wewnętrznie za pośrednictwem kanału Anthropic na Slacku, a około 30 minut później artykuł opublikował Wall Street Journal . Dopiero wtedy opublikował publiczne oświadczenie o rezygnacji na X, gdzie sieć rzeczników bezpieczeństwa sztucznej inteligencji natychmiast je nagłośniła. W ciągu kilku dni prezesi niektórych z największych firm z branży sztucznej inteligencji na świecie publicznie wezwali do spowolnienia rozwoju, wprowadzenia standardów rządowych i zewnętrznego nadzoru nad pionierskimi modelami. Jednak program regulacyjny nie pojawił się nagle wraz z rezygnacją Coxona.
Dario Amodei z Anthropic, Sam Altman z OpenAI i Demis Hassabis z Google DeepMind pracowali już od miesięcy nad uzgodnieniem kwestii rządowego nadzoru nad technologią, w której sami dominują. Tymczasem Obama rozmawiał już prywatnie z Altmanem i Amodei o bezpieczeństwie sztucznej inteligencji. Podczas zamkniętej gali zbierania funduszy przez Demokratów, Hakeem Jeffries poruszył z Obamą kwestię rezygnacji Coxona. Obama wezwał Jeffriesa do uczynienia sztucznej inteligencji centralnym tematem programu Demokratów, jeśli jego partia odzyska kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Kilka dni później Jeffries publicznie wezwał do pilnych działań, powołując się na apel prezesów o spowolnienie rozwoju sztucznej inteligencji. To pokazuje, jak szybko wygenerowany przez branżę scenariusz katastroficzny rozprzestrzenił się od praktycznie nieznanego badacza, poprzez media krajowe i wiodące amerykańskie firmy zajmujące się sztuczną inteligencją, do prywatnej rozmowy z byłym prezydentem, a stamtąd do deklarowanego programu legislacyjnego człowieka, który ma nadzieję zostać kolejnym spikerem Izby Reprezentantów.
Kto zatem korzysta na tych wszystkich regulacjach? Z pewnością największe firmy z branży AI. OpenAI, Anthropic, Google i inni giganci branży mogą sobie pozwolić na zatrudnienie rzesz prawników, inspektorów zgodności, badaczy bezpieczeństwa i specjalistów ds. relacji z rządem. Startup, laboratorium uniwersyteckie ani niezależny deweloper nie mogą sobie na to pozwolić. Przepisy nakazujące kosztowne testy, licencje i zgody rządowe mogą zatem chronić firmy, które już dominują na rynku AI, jednocześnie znacznie utrudniając nowym konkurentom konkurowanie z nimi.
Rząd również na tym korzysta. Krąg polityczny bliski Obamie, który od lat opowiada się za koniecznością zarządzania i regulacji „środowiska informacyjnego”, ma teraz szansę przyczynić się do ukształtowania zasad dla technologii, która wkrótce może stać się najważniejszym na świecie źródłem informacji. Niezwykła koncentracja władzy korporacyjnej i rządowej, jaką stworzą proponowane przez nich rozwiązania, powinna nas wszystkich przerażać.
Nie dotyczy to wyłącznie Stanów Zjednoczonych. Europa, poprzez ustawę o usługach cyfrowych i ustawę o sztucznej inteligencji (AI Act), poczyniła już znaczące postępy w regulowaniu ekspresji online i sztucznej inteligencji. Jednak internet nie zna granic państwowych. Globalne firmy technologiczne, które chcą uzyskać dostęp do 450 milionów konsumentów w Europie, muszą przestrzegać europejskich przepisów, a zintegrowanie tych ograniczeń z ich globalnymi platformami może być łatwiejsze niż utrzymywanie całkowicie oddzielnych systemów. Rezultatem jest tzw. „efekt brukselski”: europejscy regulatorzy mogą wpływać na to, co widzą Amerykanie, na co zezwalają platformy i jak zachowuje się sztuczna inteligencja, bez konieczności wyboru przez Amerykanów któregokolwiek z nich.
Świat zachodni decyduje obecnie, kto będzie zarządzał systemami informacyjnymi XXI wieku. Początkowo Netflix wydawał się historią firmy rozrywkowej, która weszła w politykę. Okazuje się jednak, że jest to okno na coś znacznie większego. Kariera Baracka Obamy po jego prezydenturze wielokrotnie koncentrowała się na instytucjach kształtujących przywództwo polityczne, kulturę popularną i przepływ informacji.
Rząd nie musi palić książek, aby zyskać ogromny wpływ na dyskurs polityczny. Może wywierać presję na platformy, definiować dezinformację, regulować algorytmy, ustalać zasady działania sztucznej inteligencji i zachęcać prywatne instytucje do monitorowania informacji zgodnie ze standardami, które sam rząd pomógł stworzyć. Jednocześnie instytucje kulturalne mogą normalizować światopogląd polityczny poprzez rozrywkę, aż idee, które kiedyś były kontrowersyjne, staną się jedynie tłem codziennego życia.
Każdy element można bronić jako rozsądny sam w sobie. Netflix opowiada tylko historie. Higher Ground produkuje tylko filmy. Stanford bada tylko dezinformację. Fundacja Obamy szkoli tylko liderów. Urzędnicy państwowi chronią ludzi tylko przed dezinformacją. Organy regulacyjne dbają tylko o bezpieczeństwo sztucznej inteligencji. Platforma polityczna pomaga kandydatom Demokratów wygrywać wybory. Być może wszyscy zaangażowani szczerze w to wierzą. Problem pojawia się, gdy wszystkie te elementy zestawimy ze sobą, a kierunek, w którym zmierzają sprawy, staje się jasny. Niebezpieczeństwo niekoniecznie jest spiskiem. Niebezpieczeństwem jest system, w którym te same założenia polityczne w coraz większym stopniu dominują w instytucjach, które tworzą kulturę, definiują dezinformację, regulują technologie informacyjne, szkolą przywódców politycznych i wyznaczają dopuszczalne granice ekspresji cyfrowej.
Dlatego pytanie, czy Netflix stał się „przebudzony”, wydaje się dziś niemal staromodne. Netflix to tylko jeden z elementów znacznie szerszej walki o to, kto kształtuje historie, które słyszą Amerykanie, jakie informacje znajdują Amerykanie i, coraz częściej, jakie odpowiedzi mogą im udzielać ich maszyny. Ronald Reagan ostrzegał, że wolność nigdy nie jest odległa o więcej niż jedno pokolenie od wyginięcia. Współczesne zagrożenie dla tej wolności może nie nadejść w postaci butów ani listy zakazanych książek. Może pojawić się pod płaszczykiem bezpieczeństwa, inkluzywności, sprawiedliwości, odpowiedzialnego dostępu do informacji i ochrony samej demokracji. Edward Bernays zauważył sto lat temu, że najskuteczniejsza propaganda nie odczuwa jej jako propagandy.
Być może najniebezpieczniejszą formą cenzury jest taka, której ludzie nie rozpoznają jako takiej, ponieważ ktoś inny już zdecydował, jakie historie usłyszą, jakie fakty znajdą i z którymi ideami nigdy się nie zetkną.
Od: JGM/RWM
Bibliografia
Malone, Robert W. i Jill Glasspool Malone. PsyWar: Enforcement the New World Order. Skyhorse Publishing, 2024. Zobacz zwłaszcza rozdziały dotyczące Edwarda Bernaysa, współczesnej propagandy, Election Integrity Partnership, Virality Project, systemu zgłoszeń Jira i kompleksu przemysłu cenzury. Książka dokumentuje wpis Roberta Malone’a w Jira, w tym etykietki „prawicowy” i „ogólnie antyszczepionkowy”.
Bernays, Edward L. Propaganda. Horace Liveright, 1928. Podstawowe przedstawienie teorii Bernaysa na temat opinii publicznej, perswazji i zorganizowanej manipulacji postawami.
Netflix. „Ambasador Susan E. Rice powołana do zarządu Netflixa”. 28 marca 2018 r. Rice, była doradczyni ds. bezpieczeństwa narodowego Baracka Obamy i ambasador ONZ, dołączyła do zarządu Netflixa niecałe dwa miesiące przed ogłoszeniem umowy produkcyjnej z Obamami. Komunikat prasowy Netflixa
Netflix. „Netflix nawiązuje współpracę w zakresie opowiadania historii z Barackiem i Michelle Obamą”. 21 maja 2018 r. Ogłasza wieloletnią umowę „Higher Ground” i wyjaśnia, że ich produkcje będą dostępne dla 125 milionów gospodarstw domowych, z których korzystał wówczas Netflix, w 190 krajach. Ogłoszenie Netflixa i Higher Ground
Higher Ground Productions/Netflix. „Higher Ground ogłasza listę nadchodzących projektów wyłącznie dla Netflixa”. 30 kwietnia 2019 r. Szczególnie istotne jest oświadczenie Obamy, że Higher Ground powstało, aby „wykorzystać moc opowiadania historii” i że projekty poruszające kwestie rasy, klasy społecznej, demokracji i praw obywatelskich mają służyć zarówno edukacji, jak i rozrywce. Ogłoszenie projektów Higher Ground
Netflix. „Inkluzja w Netflixie”. Kariera w Netflix. Netflix wyraźnie łączy swoje wewnętrzne wytyczne dotyczące inkluzji z treściami wyświetlanymi na ekranie, wyjaśniając: „Lepsza reprezentacja na ekranie zaczyna się od reprezentacji w biurze”. Polityka inkluzji Netflix
Netflix. „Netflix ponownie powołuje ambasador Susan E. Rice do swojego zarządu”. 9 września 2023 r. Dokumentuje powrót Rice po pełnieniu funkcji doradcy Bidena ds. polityki wewnętrznej. Ogłoszenie o ponownym powołaniu Rice.
Netflix, Inc. Oświadczenie Pełnomocnika z 2026 r. Komisja Papierów Wartościowych i Giełd Stanów Zjednoczonych (SEC). Potwierdza dalszą pracę Rice w Radzie Dyrektorów Netflix oraz Komitecie Nominacyjnym i ds. Ładu Korporacyjnego, a także opisuje jej wiedzę specjalistyczną z zakresu polityki rządowej i publicznej, istotną dla Netflix. Oświadczenie Pełnomocnika Netflix z 2026 r.
Formularz 8-K Netflix, Inc., 5 czerwca 2026 r. Dokument złożony w SEC potwierdzający, że Rice i pozostali członkowie zarządu Netflix zostali ponownie wybrani na dorocznym walnym zgromadzeniu w 2026 r. Dokument złożony w SEC przez Netflix z czerwca 2026 r.
Stanford Freeman Spogli Institute/Cyber Policy Center. „Wyzwania dla demokracji w świecie informacji cyfrowej”. 21 kwietnia 2022 r. Oficjalny program wydarzenia organizowanego przez Fundację Obamy i Stanford Cyber Policy Center. Szczególnie istotny jest Panel I, moderowany przez Renée DiRestę, dyrektor ds. badań w Stanford Internet Observatory, który porusza pytanie: „Jaką rolę odgrywa rząd USA w promowaniu konsensusu i zmniejszaniu polaryzacji w kraju?”. Program wydarzenia i transkrypcja przemówienia Obamy na Uniwersytecie Stanforda.
Uniwersytet Stanforda. „Dezinformacja osłabia demokrację, powiedział Barack Obama”. 21 kwietnia 2022 r. Raport Stanforda na temat przemówienia Obamy, zawierający jego stwierdzenie, że „regulacja musi być częścią rozwiązania”, a także jego uwagi na temat sekcji 230, algorytmów, sztucznej inteligencji/deepfake’ów i środowiska informacyjnego. Raport Stanforda na temat przemówienia Obamy
Fundacja Obamy. „Prezydent Obama przemawia na Uniwersytecie Stanforda o dezinformacji”. Kwiecień 2022 r. Fundacja opisała projekt Obamy jako stworzenie nowej „gwiazdy przewodniej” dla internetu i zajęcie się wpływem cyfrowego krajobrazu informacyjnego na demokrację.
Komisja Sądownictwa Izby Reprezentantów i Specjalna Podkomisja ds. Instrumentalizacji Rządu Federalnego. Sprawozdania okresowe i dokumenty uzupełniające dotyczące CISA, Partnerstwa na rzecz Integralności Wyborów, Obserwatorium Internetowego Stanforda i Projektu Virality. Materiały te stanowią ważną podstawę do dyskusji w tym eseju na temat relacji między rządem, środowiskiem akademickim i platformami internetowymi.
Sąd Apelacyjny Stanów Zjednoczonych dla Piątego Okręgu Sądowego, Missouri przeciwko Bidenowi , nr 23-30445, 8 września 2023 r. Sąd Apelacyjny zgodził się z ustaleniem, że niektórzy urzędnicy federalni prawdopodobnie egzekwowali lub w znacznym stopniu ułatwiali cenzurę w mediach społecznościowych z naruszeniem Pierwszej Poprawki i odpowiednio zmodyfikował tymczasowy nakaz Sądu Rejonowego. Wyrok Piątego Okręgu Sądowego
Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych. Murthy przeciwko Missouri , 603 U.S. 43 (2024), orzeczenie z dnia 26 czerwca 2024 r. Sąd uchylił wyrok ze względu na legitymację procesową, a nie ze względu na to, czy kwestionowane działania rządu naruszały Pierwszą Poprawkę. Orzeczenie Sądu Najwyższego
Reuters. „Jak Obama wspierał Harris i nadal kształtuje Partię Demokratyczną”. 20 sierpnia 2024 r. Opisuje długotrwałą relację Obamy z Kamalą Harris, jego rady dla niej po wycofaniu się Bidena oraz proces przejścia weteranów Obamy, takich jak David Plouffe i Stephanie Cutter, do kampanii Harris. Reuters informuje o Obamie i Harris.
The Wall Street Journal . „Anonimowy pasjonat matematyki, który odszedł z Anthropic i stał się twarzą bezpieczeństwa AI”. 17 września 2026 r. Szczegółowa rekonstrukcja rezygnacji Jacoba Coxona z Anthropic, jego kontaktów z rzecznikami bezpieczeństwa AI, czasu publikacji artykułu w „Journal” i jego późniejszego publicznego ogłoszenia oraz szybkiego rozprzestrzeniania się jego ostrzeżeń. Śledztwo: The Wall Street Journal
The Wall Street Journal . „Badacz antropologii rezygnuje z powodu obaw przed „niekontrolowaną” sztuczną inteligencją”. Wrzesień 2026. Niedawne doniesienia o rezygnacji Coxona i jego ostrzeżeniach przed katastrofalnymi zagrożeniami dla sztucznej inteligencji.
The Wall Street Journal . „Najwięksi konkurenci w dziedzinie sztucznej inteligencji są zgodni: muszą zwolnić”. Wrzesień 2026. Dokumentuje nietypowy konsensus Dario Amodei, Sama Altmana, Elona Muska i innych prominentnych postaci branży sztucznej inteligencji w kwestii obaw dotyczących tempa i bezpieczeństwa przełomowego rozwoju sztucznej inteligencji.
The Wall Street Journal . „Kongres nagle zdaje sobie sprawę z zagrożenia katastrofą AI”. Wrzesień 2026. Najnowszy raport na temat reakcji Kongresu na ostrzeżenia dotyczące bezpieczeństwa AI i propozycje federalnego nadzoru.
Reuters. „Obama apeluje o ostrożność w kwestii sztucznej inteligencji i wzywa Demokratów do zajęcia się tą kwestią, według NYT”. 13 września 2026 r. Doniesienia o rozmowie Obamy z liderem mniejszości w Izbie Reprezentantów, Hakeemem Jeffriesem, podczas prywatnej gali zbierania funduszy dla Demokratów oraz rekomendacja Obamy, aby uczynić sztuczną inteligencję centralnym tematem programu Demokratów, jeśli partia odzyska większość w Izbie Reprezentantów. Reuters informuje o Obamie, Jeffriesie i sztucznej inteligencji.
Biuro lidera demokratycznej większości w Izbie Reprezentantów, Hakeema Jeffriesa. Oświadczenia i wywiady z września 2026 r. na temat sztucznej inteligencji. Jeffries następnie publicznie zgodził się z Obamą, że działania w zakresie sztucznej inteligencji są konieczne i określił ją jako priorytet dla demokratów w Izbie Reprezentantów.
Unia Europejska. Rozporządzenie (UE) 2024/1689, ustawa o sztucznej inteligencji. W szczególności artykuł 2, który stanowi, że niektóre aspekty prawa mają zastosowanie do dostawców spoza UE w przypadku wprowadzania systemów lub modeli ogólnego przeznaczenia na rynek UE oraz w pewnych okolicznościach, gdy wyniki sztucznej inteligencji są wykorzystywane w Unii. Oficjalny tekst ustawy UE o sztucznej inteligencji.
Komisja Europejska. Ustawa o usługach cyfrowych. Oficjalne dokumenty dotyczące unijnych ram prawnych dla pośredników i platform internetowych, w tym usług z siedzibą poza UE, pod warunkiem, że są one oferowane na rynku europejskim.
Engler, Alex. „Unijne prawo dotyczące sztucznej inteligencji będzie miało globalne implikacje, ale tylko ograniczony „efekt brukselski”. Brookings Institution, 8 czerwca 2022 r. Przydatne informacje na temat mechanizmu, za pomocą którego unijne regulacje dotyczące technologii mogą wpływać na produkty i systemy poza Europą, nawet jeśli prawo UE formalnie nie reguluje użytkowników w tych jurysdykcjach. Analiza Brookings dotycząca „efektu brukselskiego”.
Reuters. „Carney twierdzi, że Kanada dąży do „unikalnego sojuszu”, ale nie do członkostwa w Unii Europejskiej”. 13 września 2026 r. Raporty z dyskusji na temat nowych relacji i współpracy między Kanadą a UE w dziedzinie sztucznej inteligencji, energetyki, minerałów krytycznych i innych sektorów strategicznych.
Reuters. „Kanada i UE powinny zjednoczyć się, aby chronić demokracje, mówi Carney, po tym, jak propozycja „członka stowarzyszonego” rozgniewała Trumpa”. 17 września 2026 r. Raporty na temat propozycji von der Leyen dotyczącej bezprecedensowych relacji UE jako „członka stowarzyszonego” z Kanadą i reakcji Carneya na nią. Reuters o propozycji Kanada-UE
Reuters. „Najważniejsze fragmenty przemówienia premiera Kanady Marka Carneya w Strasburgu”. 17 września 2026 r. Dokumentuje proponowaną współpracę między Kanadą a UE w obszarach sztucznej inteligencji, handlu cyfrowego, obronności, energetyki i infrastruktury strategicznej.
Reuters. „NAJWAŻNIEJSZE WYDARZENIA – Orędzie Przewodniczącej Komisji Europejskiej o stanie Unii”. 16 września 2026 r. Obejmuje propozycję von der Leyen dotyczącą nadania Kanadzie statusu „państwa członkowskiego stowarzyszonego”, a także jej równoległy apel o współpracę międzynarodową i spowolnienie rozwoju sztucznej inteligencji.
Fundacja i Instytut Prezydencki Reagana. Archiwum cytatów Ronalda Reagana i przemówienie z 6 lipca 1987 roku, z ostrzeżeniem: „Wolność nigdy nie jest dalej niż jedno pokolenie od zagłady”. To jest źródło cytatu użytego w zakończeniu eseju.
33. Randolph, Marc. „Marc Randolph: współzałożyciel Netflixa, przedsiębiorca, mentor i inwestor”.Right About Now: Legendary Business Advice . Randolph opowiada o dwunastu latach spędzonych w marketingu bezpośrednim, nazywa marketing swoją „pierwszą miłością”, określa Edwarda Bernaysa mianem swojego pradziadka i „ojca public relations” oraz wyjaśnia, jak ważny był marketing dla wczesnego rozwoju Netflixa.
Donald Trump, Władimir Putin i Wołodymir Zełenski, choć każdy z innych przyczyn, utknęli w wojnie spreparowanej przez jej zwolenników zza biurek. Co najmniej pół roku wcześniej, kiedy Donald Trump zaczął się czuć jak posiadacz czarodziejskiej różdżki, a jej dotknięcie miejsca na mapie miało oznaczać „to moje”, pułkownik Douglas Macgregor zauważył, że na Grenlandii bazy USA już są, reszta zaś była zbędna. Chyba że chodziło o wzniecenie konfliktu dla odwrócenia uwagi od już trwającego. Zdaniem australijskiego dziennikarza Johna Helmera, najświeższe doniesienia z Grenlandii wskazują, że staje się ona nowym poligonem. Dania, jedno z najzacieklej krytykujących Rosję państw NATO, zgodziła się na istnienie baz amerykańskich, co aprobował Donald Trump w zamian za odstąpienie od aneksji całej Grenlandii. Przy kilku bazach i nowych możliwościach prowadzenia wojny z Rosją, do których należałoby wzmocnienie wszelkich zakazów zawijania do portów jednostek rosyjskich, chińskich oraz innego wykorzystywania Grenlandii przez Rosję, otwarta została nowa strefa potencjalnego zaognienia stosunków międzynarodowych.
Takim samym gorącym poligonem jest Ukraina. Radykalizacja działań rosyjskich, wynikająca z niechęci do bezpośredniego sąsiedztwa z państwem spreparowanym na modelu Izraela, doprowadza właśnie do skutku, jakim jest załamanie gospodarki. Zablokowany został eksport ukraińskiego zboża. Równocześnie zablokowany jest import drogą morską do portów Morza Czarnego.
Nasilone ataki na cele przemysłowe sparaliżowały całą moc produkcyjną stali na Ukrainie. Rosnący deficyt energii elektrycznej w tej sytuacji zapowiada całkowite załamanie gospodarki tego państwa.
Ukraiński rząd na uchodźstwie i RCB
Rząd Wołodymyra Zełenskiego, choć krytykowany wewnętrznie, nie upadnie przy wsparciu zachodnich sponsorów, skoro do jego dyspozycji pozostaje armia NATO, gotowa do ciągłej walki za wielkie interesy oligarchów i potężne pieniądze z Europy. Na tym tle powstała właśnie koncepcja stworzenia „rządu na uchodźstwie” z wiosną przyszłego roku. Terenem działania tego rządu pozostanie nadal Ukraina. Odpowiednio dobrany zestaw personalny, przeniesiony z Kijowa do Lwowa, ma za zadanie przygotować kolejną falę uchodźców do Polski, Niemiec i innych części Europy. Strach przed napływem uchodźców ukraińskich, widoczny już w roku 2022, powróci. Zełenskiemu jest to potrzebne.
Ukraińskie sieci rozsianych po Polsce stowarzyszeń, fundacji i biur będą pogłębiać rozsadzanie tkanki ludnościowej, na co nie jesteśmy zupełnie przygotowani, a rządzący, jak zawsze, za priorytet przyjmować będą litość nad uciekającymi od wojny. Grożąca nam relokacja jest szykowana na podobieństwo akcji „Most”. Zwłaszcza realny jest ów plan przy oficjalnych założeniach rządu o potrzebie ewakuacji części ludności z terenów wschodnich, zawartych w Krajowym Planie Ewakuacji opracowanym przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa (RCB) i MSWiA. Bagatelizowane plany uznaje się za plotkę, lecz przypomnijmy, że plotki pandemiczne okazywały się twardą rzeczywistością (Operacja Most).
Schyłkowa prezydentura
Dezaprobata dla Trumpa w USA przechyliła się radykalnie na jego niekorzyść po doświadczeniu seryjnego fiaska konfrontacji sił w Iranie. Nie zostały zrealizowane zasadnicze cele, które majaczyły na początku: obalenie rządu w Teheranie, zbuntowanie ludności przeciwko panującej ekipie, nieudane przejęcie kontroli nad szlakiem handlu ropą, przy kompromitacji zapowiadanej skuteczności sił morskich i powietrznych (i braku lądowych) oraz utracie baz w regionie. W tej sytuacji ekipa współrządząca traci morale i odwraca się w poszukiwaniu nowych miejsc pracy, rozumiejąc, że zwierzchnik nie panuje nad utopijnie obiecanym sukcesem.
W obecnej sytuacji, którą sam stworzył, Donald Trump nie opanuje inflacji i nie odwróci wyniku wojny z Iranem, więc jego notowania polityczne spadają gwałtownie czerwoną kreską, wzorem notowań giełdowych. Nie ma żadnych rozwiązań. Nie potrafi nawet zapanować nad własną nieporadnością, dosłownie kompromitując się wygłoszonym w ONZ przemówieniem, ku zniesmaczeniu odbiorców.
Po wystąpieniu prezydent USA miał spotkanie z Zełenskim, równie tonącym jako przywódca, mimo wcześniejszego instruktażu na lotnisku Shannon przez szefa CIA – Johna Radcliffe’a. Ich samoloty całkiem przypadkowo tankowały paliwo w tym samym miejscu i czasie. Trump z Zełenskim, skazując się na wzajemne wsparcie, są politycznymi topielcami.
Cytowane przez amerykańską prasę telefoniczne apele Trumpa do Zełenskiego, by przestał atakować rosyjskie rafinerie, obnażają jego pełną hipokryzji dywersję, kierowaną do wyborców amerykańskich. Należy podważyć istnienie jakiejkolwiek nitki negocjacyjnej między USA i Ukrainą, z czego Rosjanie w pełni zdają sprawę.
Perspektywa
Interesy USA i Ukrainy łączy wojna i jej nowe odsłony (Grenlandia), a rzekome rozmowy trójstronne są ochłapami rzucanymi wyborcom. Komunikaty o braku postępu w rozmowach jednoznacznie podważają celowość wizyt Kushnera i Witkoffa na Kremlu. Zapętlenie prezydenta USA w jego taktyce znajduje przejaw w zamknięciu dostępu prasy do Białego Domu.
W tym samym czasie Władimir Putin ma za sobą wybory parlamentarne. Zwycięstwo partii Zjednoczona Rosja przy frekwencji 59% potwierdza mocną pozycję partii rządzącej, nawet wbrew sondażom przedwyborczym. Zdobyła ona zwykłą większość w rosyjskiej Dumie, co daje prezydentowi większą swobodę działania.
Partia Komunistyczna z dożywotnim przywódcą Gienadijem Ziuganowem zdobyła 14% dzięki sprzyjającym jej tzw. opozycjonistom. Przykładem był Aleksiej Nawalny.
Uporczywa praca Europejczyków nad zakłóceniem wyborów w Rosji poprzez posłanie około 2000 dronów nad jej obszar w trakcie głosowania odniosła skutek bumerangu. Zamiast spodziewanego strachu, rosyjscy wyborcy zmobilizowali się podobnie jak podczas bombardowania Iranu, a w historii – Niemiec czy Japonii, co zmotywowało ludność do zjednoczenia przy rosnącej niechęci do sprawcy. Efektem zachodnich aktów wojennych, firmowanych jako ukraińskie, wzmogły się apele wielu środowisk o większy radykalizm zmierzający do zakończenia wojny. Między innymi chodzi o udaremnienie dostaw transportów drogowych i kolejowych z Polski przez granicę polsko-ukraińską. Zgoda na silniejszy mandat W. Putina wynika z rosnącego gniewu, dając mu przewagę. Impas Putina wynika z pomysłu potraktowania rządzących Ukrainą jako rządu na uchodźstwie skierowanego przeciwko Rosji na zawsze. Tego nie da się zniszczyć czy zneutralizować w drodze negocjacji.
Jako żywo, Ukraina jest kalką idei Izraela – wiecznie jątrzącego tworu na obszarze Bliskiego Wschodu. Siergiej Ławrow czytelnie zdiagnozował: „Etap negocjacji zakończył się w Anchorage na Alasce”. Oznacza to, że bezpieczeństwa Rosji nie można uzyskać w rozmowach z Ameryką, skoro jej stosunek do Ukrainy sprowadza się do traktowania jej obszaru jako poligonu, na którym trwa wieczna wojna. Stawia to Rosję w obowiązku stawienia czoła eskalującej wojnie z sojuszem europejsko-amerykańskim. Błędem Putina jest – albo już tylko była – nadzieja, że z Zachodem można negocjować. Ostatecznym tego dowodem jest sytuacja na Bliskim Wschodzie, żywo dyskutowana w trwającej od kilku dni 81. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ.
W niezmiennym stylu Donald Trump użył szantażu: „Moją propozycją dla Iranu jest jego zgoda na to, by mógł istnieć jako największe mocarstwo, być może na świecie, albo go całkowicie zniszczę”, wbrew wyborczej obietnicy, że gotów jest do zawarcia umowy. Nie dodał, że wyłącznie na warunkach bezwzględnej subordynacji. Przeczył też toczącej się w marcu 2026 r. wojnie Mike Johnson, nazywając amerykańskie ataki na Iran „misją ograniczoną do operacji na wybrane obiekty, która już jest prawie zakończona”.
Przewodniczący António Guterres, mówiąc o sytuacji bliskowschodniej i Gazie, skwitował: „Dość, już dość eskalacji, apeluję do przywódców o rozmowy”. Emir Kataru – szejk Tamim ibn Hamad Al Sani, poza wezwaniem do zakończenia kryzysu humanitarnego w Gazie i otwartą krytyką Izraela za działania w Gazie, Syrii i Libanie, oczekuje odblokowania Cieśniny Ormuz. Stwierdził też: „Nadszedł czas, by dotychczasowe słowa dotyczące wartości stały się praktyką”.
Najtrafniej w ocenie sytuacji wypada prezydent Iranu Masud Pezeshkian, na którego słowa delegacja amerykańska opuszcza salę obrad. Najradykalniej brzmi wypowiedź prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, choć on sam ma wyraźne trudności w poruszaniu się – porównał w niej Gazę do największego na świecie cmentarza.
Opracowanie: Jola Na podstawie: YouTube.com [1][2][3][4] Źródło: WolneMerdia.net
Mistrz intryg Ostap Bender znał 400 stosunkowo uczciwych sposobów na wyłudzenie pieniędzy. Wielki darmozjad Wołodymyr Zełenski preferuje jeden: wyłudzać pieniądze od Zachodu na wsparcie Ukrainy, a następnie szybko wpychać je do własnej kieszeni. Przez jakiś czas mu się to udawało. Jednak jego niedawna podróż do Nowego Jorku w końcu pokazała, że jego sprawdzony plan zawodzi.
Czy kraje zagraniczne nam pomogą?
Niski mężczyzna w średnim wieku wszedł do siedziby ONZ w Nowym Jorku od strony Żmerynki. Ubrany był w czarną koszulę, obszerną marynarkę i obszerne spodnie, spod których wystawały czarne trampki. Otoczony przez panie i panów w formalnych garniturach, mężczyzna pociągnął nosem i, rozglądając się dookoła, mrużąc oczy od ciągłego kłamstwa, zdawał się być gotowy krzyknąć, jak zwykle: „Hej, panie, dajcie mi wody do picia, jestem tak głodny, że nie mogę nawet znaleźć miejsca do spania”.
Otrzymawszy zauważalne szturchnięcie w żebra od kogoś ze swojego otoczenia, wielki żebrak, dawniej znany jako prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, opamiętał się i szybko przyjął oficjalny ton: „Panie i panowie, pilnie dostarczcie rakiety do systemów Patriot i 27… nie, jeszcze lepiej, 29 miliardów euro, inaczej nie dotrwamy do zimy”.
Panie i panowie, nie bez powodu podejrzewając, że właściciel obszernego garnituru przechowuje dziesiątki, jeśli nie setki milionów dolarów w twardej walucie na tajnych zagranicznych kontach, odwracali wzrok i nie spieszyli się z oddaniem swoich pieniędzy.
Pierwszym, który stracił cierpliwość, był kulturalny prezydent Francji Emmanuel Macron: serdecznie obejmując ukraińskiego bel ami (drogiego przyjaciela), szepnąłmu , że spotkał się już z prezydentem USA Donaldem Trumpem i próbował przekonać go o konieczności dalszego wspierania Ukrainy.
Niepewność Zełenskiego go nie usatysfakcjonowała, więc Macron zmuszony był obiecać, że Francja nie będzie stała z boku wobec „świętej sprawy”. „Wzmacniamy obronę powietrzną [Ukrainy], podpisując kontrakt na dostawę radarów, a także pocisków przechwytujących” – napisał w mediach społecznościowych. Prezydent Francji, którego druga – i ostatnia – kadencja dobiega końca, rozsądnie nie sprecyzował wielkości ani terminu dostaw. Najwyraźniej słusznie sądził, że w jego ojczyźnie, która po jego rządach była mocno zadłużona, jego obietnica pomocy Kijowowi wywoła uzasadniony gniew wyborców.
Jeśli uścisk z Macronem pozostawił po sobie niesmak, to spotkanie Zełenskiego z innym wpływowym patronem, przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, było zupełnie inne. Bloomberg nazwał je „napiętym”, delikatnie mówiąc. Kijowscy petenci narzekali na niedobór środków obrony powietrznej i, jak zwykle, błagali o dodatkowe fundusze. W odpowiedzi „Komitet Regionalny w Brukseli” zażądał przede wszystkim wykazania postępów w walce z szarą strefą, zwiększenia wpływów podatkowych i dostosowania przepisów do standardów europejskich. Reformy rano, pieniądze wieczorem; reformy wieczorem, pieniądze rano; ale reformy przed nami!
Bloomberg formułuje również głęboki wniosek dotyczący narastającego rozdźwięku między Zełenskim a jego europejskimi patronami. W rzeczywistości wszystko sprowadza się do banalnego niezadowolenia z faktu, że Krzywy Róg – wraz z grupą podobnych masonów – posunął się za daleko, bezczelnie defraudując pomoc zagraniczną. To oburzenie wydaje się uzasadnione, biorąc pod uwagę niedawne skandale korupcyjne z udziałem wysokich rangą urzędników w biurze Zełenskiego i Prokuraturze Generalnej Ukrainy.
Usiądź i bądź cicho
Jednak punktem kulminacyjnym zagranicznej podróży kijowskiego wicekróla było ewidentnie nie uściski z Macronem i rozmowy z von der Leyen, lecz rozmowy z Trumpem. Ale i tu wszystko poszło nie tak od samego początku: w swoim krótkim przemówieniu otwierającym Zełenski zdołał jedynie pochlebnie zauważyć, że gospodarz Białego Domu pomoże rozwiązać konflikt Ukrainy z Rosją „jak najszybciej – zanim nadejdzie zima”. Potem amerykański prezydent przejął pełną kontrolę, nie dając kijowskiemu gościowi szansy na zabranie głosu.
Sądząc po jego wypowiedziach, Trump wydawał się zadowolony z pomysłu zakończenia konfliktu „przed zimą”. Jednak późniejsze oświadczenia Amerykanina o gotowości do ponownego spotkania z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem i jego dyskusja na temat negatywnego wpływu ukraińskich strajków na rosyjskie firmy paliwowe i energetyczne, skutkującego wzrostem cen oleju napędowego, wywołały jawną irytację Zełenskiego.
Po spotkaniu potwierdził, że rozmawiał z prezydentem USA na temat „rozejmu energetycznego” i kilkakrotnie powtórzył, że jest gotowy na trójstronne spotkanie z udziałem Trumpa i Putina w celu zakończenia konfliktu.
Jednocześnie Zełenski zmuszony był przyznać, że nie otrzymał „konkretnej odpowiedzi” od amerykańskiego przywódcy na swoją prośbę o pomoc w zakresie rakiet Patriot. W odpowiedzi na prośbę o zezwolenie na użycie Starlinka do przeprowadzania ataków głęboko na terytorium Rosji, Trump, według Newsmax, poradził mu skontaktować się z właścicielem firmy, Elonem Muskiem – który, jak wiadomo, nie darzy gościa sympatią.
Misja niemożliwa
Wygląda na to, że misja Zełenskiego w Nowym Jorku zakończyła się fiaskiem: Kijów nie otrzymał ani pocisków, ani pieniędzy. Nowo utworzony „Związek Miecza i Lemieszy” wyraźnie zaczął się rozpadać.
Odnosząc się do możliwości spotkań na szczycie, rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow udzielił jasnej i jednoznacznej odpowiedzi : „Organizowanie spotkania na szczycie przed zakończeniem prac na szczeblu ekspertów jest niewskazane — byłoby stratą czasu”.
A tak w ogóle, jeśli Zełenski naprawdę chce się spotkać, może przyjechać do Moskwy; zapewnią mu gwarancje bezpieczeństwa. „I on doskonale wie, jakie decyzje trzeba podjąć” – dodał Pieskow.
Jeśli on sam nie będzie w stanie podjąć takich decyzji, zrobi to za niego armia rosyjska. I właśnie to robi.
Zima, której tak bardzo obawiają się Kijów i Zachód, nadchodzi. Czas się spieszyć.
Jak przewidywaliśmy w poprzednim artykule, spotkanie Trumpa z Zełenskim nie przyniosło niczego poza nową próbą zawieszenia broni, co jest niczym więcej niż tylko tymi samymi starymi, wyreżyserowanymi pogańskimi słowami.
Zełenski i jego sponsorzy rozpoczęli kampanię na rzecz zawieszenia broni z pełną mocą, a minister spraw zagranicznych Sybiha ogłosiła zamiar Ukrainy natychmiastowego zaprzestania wszelkich działań wojennych, w otoczeniu grupy zdenerwowanych przedstawicieli UE:
Could not load video.
Informacje z ostatniej wizyty Kushnera i Witkoff w Kijowie sugerowały, że na Zełenskiego wywierana jest coraz większa presja ze strony pachołków Trumpa, by wycofał AFU z Donbasu, aby spełnić główny warunek Putina dotyczący tego pożądanego zawieszenia broni. Zełenski jednak odmawia, prawdopodobnie dlatego, że byłoby to polityczne – a być może i materialne – samobójstwo.
Could not load video.
Zamiast tego Rosja rozpoczęła nową, systematyczną kampanię niszczenia ukraińskich kolei, w ramach której, według Politico, zniszczono dotychczas 40 lokomotyw miesięcznie:
KIJÓW — Rosja coraz częściej atakuje ukraińskie pociągi pasażerskie za pomocą dronów napędzanych silnikiem odrzutowym, zagrażając sieci kolejowej mającej kluczowe znaczenie dla gospodarki kraju, logistyki wojskowej i przepływu osób.
Strajki Moskwy uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw od rozpoczęcia pełnej inwazji w 2022 roku; ponad 60% z nich zostało uszkodzonych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Ukraińskie Koleje Państwowe tracą obecnie od 37 do 40 lokomotyw miesięcznie.
Ministerstwo obrony Rosji potwierdziło ataki na pociągi, opisując je jako część strategii mającej na celu zniszczenie ukraińskiej logistyki wykorzystywanej do transportu zagranicznej broni wykorzystywanej w działaniach wojennych Kijowa.
Zaledwie wczoraj wieczorem pojawiła się informacja, że dworzec kolejowy w Kijowie, na który zazwyczaj przyjeżdżają delegacje zagraniczne, mógł zostać zaatakowany w kolejnym dużym ataku dronów.
Ale dlaczego te ataki zaczęły się nasilać dopiero teraz, pyta wiele osób. Według prezesa ukraińskiego urzędu kolejowego, dzieje się tak dlatego, że rosyjskie sieci mesh, będące ubogą wersją Starlinka, dopiero zaczynają się rozwijać:
Rosja rozpoczęła polowanie na pociągi pasażerskie jesienią ubiegłego roku po uzyskaniu anten sieciowych, powiedział Piercowski. Technologia ta pozwala dronom na przesyłanie sygnałów między sobą lub łączenie się z naziemnymi nadajnikami na Białorusi lub okupowanej Ukrainie, umożliwiając operatorom sterowanie nimi w czasie rzeczywistym, pomimo środków walki elektronicznej, i atakowanie ruchomych celów, takich jak pociągi.
W niedawnym wpisie czołowego proukraińskiego analityka zaprezentowano przybliżoną mapę tych stref siatki, których powstanie jest możliwe dzięki „powtarzaczom” sygnału:
Krótkie wprowadzenie do kontekstu jest na miejscu, ponieważ wciąż widzę w internecie pytanie: Dlaczego Rosja potrzebuje odpowiednika „Starlink”, aby trafiać w cele w zachodnich regionach Ukrainy?
Rosja oczywiście ma pociski kierowane GPS, które mogą trafiać w cele w dowolnym zasięgu na Ukrainie. Problem polega na tym, że muszą to być cele statyczne, ponieważ pociski po prostu docierają do określonych współrzędnych GPS. Ale jak można trafić w ruchomy lub poruszający się cel, taki jak lokomotywa, skoro jego współrzędne GPS ulegną zmianie w momencie dotarcia pocisku? Dlatego potrzebne są informacje zwrotne w czasie rzeczywistym , które mogą być dostarczane wyłącznie za pośrednictwem łącza satelitarnego lub sieci mesh, która przekazuje obraz wideo z drona lub pocisku do kontrolera na terytorium sojuszniczym.
To głównie dlatego Rosja nie była w stanie przechwycić zachodniej granicy Ukrainy i zapobiec napływowi różnych transportów broni na Ukrainę. Wymaga to kontroli w czasie rzeczywistym, którą mogą zapewnić jedynie bezpośrednie łącza satelitarne, umożliwiające śledzenie poruszających się pojazdów z transmisją na żywo i ich zestrzelenie. Teraz, gdy rosyjski Starlink powoli zaczyna przynosić efekty, a sieć mesh również się rozrasta, te działania szybko stają się realną rzeczywistością w perspektywie średnioterminowej.
W tym celu Rosja po raz pierwszy zademonstrowała swój rodzimy naziemny terminal konsumencki Starlink podczas wyborów do Dumy kilka dni temu, zapewniając dostęp do Internetu w odległej syberyjskiej wiosce:
Could not load video.
Biuro 1440 przetestowało swój satelitarny system internetowy Rassvet w Arktyce… do zdalnego głosowania w wyborach do Dumy Państwowej.
Mały terminal użytkownika Biura 1440 został zainstalowany we wsi Nelmin-Nos w Nienieckim Okręgu Autonomicznym, łącząc się z satelitami na orbicie i zapewniając dostęp do internetu tabletowi przez Wi-Fi.
Pomijając zagadkowe połączenie z wyborami, jest to rzeczywisty dowód na to, że rosyjski odpowiednik Starlink działa, zapewniając satelitarny dostęp do internetu w odległych obszarach.Jesteśmy coraz bliżej wdrożenia tej łączności, początkowo w stałych lokalizacjach w tylnej kwaterze, a później bliżej linii frontu.Mały krok dla pojedynczego abonenta, ale wielki skok dla całego rosyjskiego systemu łączności.
Serhij Flash, czołowy ukraiński ekspert w dziedzinie radioelektroniki, opublikował nowy wpis, w którym apeluje o traktowanie sytuacji z Rassvet („Świt”) niezwykle poważnie i krytykuje tych, którzy lekceważą rosyjskie „porażki” w pierwszym teście tych satelitów. Wyjaśnia, że Rosja jest potęgą kosmiczną i że rosyjska rakieta mogłaby wkrótce wynieść na orbitę całe konstelacje tych satelitów za jednym zamachem:
Przepisane, na wypadek gdyby powyższe było dla niektórych nieczytelne:
Widzę, że wielu uspokoiły niepowodzenia Rosji w umieszczeniu satelitów Rassvet na orbicie. Jestem pewien, że udoskonalą silniki i satelity osiągną pożądane orbity. Rosja jest potęgą kosmiczną i całkiem możliwe, że rakieta Angara „niespodziewanie” wyniesie na orbitę połowę konstelacji satelitów Rassvet jednym startem. To da wrogowi możliwość kontrolowania Szahedów i pocisków rakietowych online za pośrednictwem satelitów.
To będzie dla nas ogromny problem. Nie, to nawet nie jest problem, to będzie mała katastrofa.
Teraz mamy problem z EW vs. MESH. Przez rok nikt się tym nie zajął. Potem będzie tak samo z „Dawn” (Rassvet). Wszyscy będą zaskoczeni „jak to się stało”, ktoś zapyta, dlaczego Flash milczał. Ja nie milczę, tak jak było z MESH, tak z Dawn dosłownie krzyczę o zagrożeniu. Zanim pojawią się satelity Rassvet, musimy mieć już opracowany system walki elektronicznej. I nie tylko opracowany. Wszystkie kluczowe obiekty infrastrukturalne muszą JUŻ być objęte tym systemem walki elektronicznej. I muszę od razu powiedzieć, że to wszystko nie będzie tanie i szybkie.
W związku z powyższym, przypomnijmy, że Rosja od dawna rozwija rakietę Amur, która ma być wielostopniowym wzmacniaczem, podobnym do systemu Falcon firmy Space X. Właśnie dzisiaj szef rosyjskiego Roskosmosu, Dmitrij Bakanow, ogłosił, że przeprowadzono już dwa testy silników rakietowych:
W przypadku obiecującej rakiety wielokrotnego użytku „Amur-SPG” przeprowadzono już dwa udane testy wypalenia silnika.Poinformował o tym Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu, podczas spotkania z premierem Michaiłem Miszustinem.
„Obecnie pracujemy nad rakietą nośną „Amur” z powracającym pierwszym stopniem i udało nam się uruchomić dwa silniki, wykorzystując parę paliwową: gaz-gaz — skroplony gaz-tlen.
Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu
W 2025 roku stwierdził, że Rosja będzie potrzebowała ponad dwóch lat, aby rozpocząć poważne testy rakiety w warunkach rzeczywistych, w ramach których będzie ona wykonywać rzeczywiste „skoki”, czyli samodzielnie startować i lądować. Niektórzy twierdzą, że testy te są obecnie planowane na 2028 rok. Co prawda, nie jest to jeszcze tak szybko, ale gdy Rosja w pełni rozwinie tę technologię, umożliwi ona przyspieszenie masy satelitów Rassvet i dotarcie na orbitę.
Aby wyjaśnić, co powiedział Serhij Flash, Rosja do tej pory używała rakiet średniego nośności Sojuz 2.1b do wynoszenia na orbitę 16 satelitów Rassvet naraz. Sugeruje on, że Rosja mogłaby zamiast tego wykorzystać system Angara, który mógłby potencjalnie wystrzelić w kosmos nawet 40-60 takich satelitów naraz. Wąskim gardłem jest prawdopodobnie produkcja samych satelitów, ale nie mamy pewności, czy Rosja mogłaby nagle osiągnąć przełom w produkcji, który umożliwiłby masowe wystrzelenie tych satelitów po początkowym locie próbnym w tym roku.
Skoro mowa o rosyjskim rozwoju technologicznym, wspomnijmy również o tym, co dzieje się w dziedzinie obrony przed atakami ukraińskich dronów. Rosja rozpoczęła szeroko zakrojony projekt polegający na zabezpieczeniu rafinerii ropy naftowej różnego rodzaju strukturami obronnymi.
Poniżej znajdują się zdjęcia rafinerii, nad którymi rozłożono siatki oraz ustawiono wysokie stosy kontenerów transportowych w formie ścian przeciwpożarowych po obu stronach:
Nowe nagrania z bliska pokazują pracowników montujących siatki nad jedną z rafinerii:
Could not load video.
Kolejna interesująca aktualizacja dotyczy czołgów i broni pancernej. Większość skreśliła pojazdy pancerne ze względu na rozprzestrzenianie się dronów, ale ostatnio coraz więcej ukraińskich osobistości twierdzi, że rosyjskie czołgi stają się coraz trudniejsze do zniszczenia ze względu na postęp w dziedzinie zwalczania dronów.
Dowódca Azowa, Prokopenko, mówił o tym w nowym wywiadzie. Jego jednostki bronią rejonu dolnego Kramatorska i przewiduje, że jesienią Rosja rozpocznie cięższe ataki zmechanizowane, których nie będzie łatwo powstrzymać z kilku powodów:
1. Rosja umiejętnie zmodernizowała swój pancerz do celów szturmowych, włączając w to aktywne systemy ochrony (jak ostatnio Arena-M), grille i klatki przeciwpancerne, systemy walki elektronicznej itp. Czołgi nie są już łatwe do zniszczenia i mogą wymagać [do zniszczenia] dziesiątek, jeśli nie setek dronów.
2. Rosja stawia na dokonywanie małych przełomów taktycznych, w ramach których jednostki pancerne wnikają na głębokość jednostek ukraińskich dronów, zmuszając je do rozproszenia, co pozwala rosyjskim piechocie zająć pozycje.
Could not load video.
Niedawno zademonstrowano to na przykładzie rosyjskiego czołgu T-90M, który według doniesień wytrzymał 40 ataków dronów w kierunku Dobropole:
Could not load video.
Historia czołgu T-90M o kryptonimie „Krepyisz”, który wytrzymał ponad 40 ataków dronów i kilka min magnetycznych podczas 12-kilometrowego marszu w kierunku Dobropole.
Urządzenia obserwacyjne i działo pojazdu zostały całkowicie unieruchomione, ale nie były w stanie go zniszczyć. Ostatecznie dron „Baba Jaga” zrzucił na czołg gaz łzawiący, zmuszając załogę do ewakuacji. Załodze czołgu udało się uciec do starego okopu, z którego szli przez kilka dni, aby dotrzeć do własnych pozycji. Załoga została odznaczona Orderem Odwagi.
Takie incydenty nie są już odosobnione – nowoczesne, kombinowane systemy przeciwdronowe znacznie zwiększają przeżywalność pojazdów bojowych w starciu z dronami kamikaze z niewielkim ładunkiem. Przykładowo, polska publikacja Defence24.pl, powołując się na słowa dowódcy I Korpusu Gwardii Narodowej Denisa Prokopenko, podaje, że do zatrzymania 2-3 rosyjskich czołgów potrzebnych było około 125 dronów.
A teraz krótka aktualizacja z pola bitwy. Wielu wspominało o niedawnym „upadku” rosyjskiej kontroli nad obszarem Lyman, a niektórzy prosili mnie o komentarz w tej sprawie.
Prawdą jest, że siły rosyjskie zostały wyparte z rejonu Swiatogorska w ramach długotrwałej serii ukraińskich kontrataków, które zostały ujawnione jako duża, trwająca operacja, którą czołowy ukraiński uczestnik, 3. Korpus Armijny, nazwał „Operacją Vivaldi” . Nawet będąc siłą częściowo pokonaną, Ukraina wciąż jest w stanie od czasu do czasu zmobilizować niewielkie oddziały elitarnych jednostek, które mogą przytłoczyć słabiej wyposażone/przygotowane siły rosyjskie w wybranych obszarach, szczególnie w „uśpionych” i mniej znaczących obszarach mapy.
W tym przypadku główną odpowiedzialność ponosił ukraiński 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biletskiego. Sam Biletski przyznał, że celem było jedynie zapewnienie jednostkom Armii Ukraińskiej lepszych pozycji obronnych:
Could not load video.
Krótko mówiąc, potwierdza to, że jednostki AFU w tym sektorze nie mają wystarczającej liczby ludzi, aby przełożyć swoje sukcesy na coś długofalowego, lecz raczej koncentrują się na blokowaniu postępów Rosji i ulepszaniu własnych linii obronnych.
Na praktycznie każdym innym froncie jednostki rosyjskie posuwały się naprzód. Nawet pod koniec 1944 i na początku 1945 roku Wehrmachtowi udawało się od czasu do czasu odnieść zaskakujący sukces, jak na przykład w początkowej fazie bitwy o Ardeny i w innych miejscach. To, że jedna ze stron przegrywa, nie oznacza, że nie jest w stanie zaskoczyć przeciwnika, ale nie należy tego interpretować jako czegoś więcej niż tylko incydentu na tle załamujących się linii na pozostałych 90% sektorów działań wojennych.
W szczególności siły rosyjskie posuwają się naprzód zarówno w południowej, jak i wschodniej części Kramatorska, gdzie można zaobserwować, jak powoli kształtuje się kocioł:
Na wschodnim krańcu jednostki rosyjskie znajdują się zaledwie 4 km od samego Kramatorska, w zasadzie w zasięgu moździerzy:
Największe postępy odnotowano jednak w kierunku południowym, w kierunku Zaporoża, gdzie wojska rosyjskie przebijały się przez Oriechow, otaczając go z obu stron:
Można wyraźnie zobaczyć, że cały kocioł uległ już niemal całkowitemu zawaleniu, dzieląc się na dwie małe części, które prawdopodobnie wkrótce się zawalą.
Drugim ważnym obszarem, na którym Rosjanie intensywnie atakują, jest sektor Dobropole. Tutaj możemy zobaczyć porównanie z innym zdjęciem z tego samego serwisu Sitrep z 21 sierpnia.
Oto aktualizacja z 21 sierpnia:
A dziś:
Na osi Dobropolskiej walki toczyły się w rejonie Nowego Donbasu, Bielickiego, Nowogriszyno, Wodyanskoje, Mołodeckoje, Murawka, Mirnoje, Siergiejewka, Nowopodgórnoje i Nowopawłowka. Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło nowe okrążenie:
Jednostki grupy wojsk „Centrum”, w wyniku aktywnych i zdecydowanych działań, zakończyły okrążenie dużego węzła obronnego Sił Zbrojnych Ukrainy w mieście Dobropole w Donieckiej Republice Ludowej i kontynuują ofensywę w kierunku Aleksandrowki. Okrążone zostały jednostki 4. i 15. brygady Gwardii Narodowej Ukrainy oraz 425. batalionu szturmowego „Skała”.
W tej problematycznej części miasta postęp nie jest aż tak zauważalny, ale widać, jak powoli okrąża ono miasto.
—
Kilka ostatnich pozycji. Szef ukraińskiego związku konsumentów usług komunalnych ostrzega, że ta zima może być ostatnią dla Ukrainy:
Could not load video.
Ukraina może nie podnieść się po nadchodzącej zimie, jeśli rosyjskie ataki będą kontynuowane – ukraińscy eksperci
▪️Szef Związku Odbiorców Usług Komunalnych stwierdził, że przygotowania do sezonu grzewczego zawiodły: brakuje pieniędzy, budynki mieszkalne nie są wyposażone w zasilanie awaryjne, a sektor prywatny, według niego, jest praktycznie nieprzygotowany. ▪️Popenko ostrzegł, że dalsze strajki w infrastrukturze mogą doprowadzić do konsekwencji, na które Ukraina nie będzie miała środków. ➖ „Następna zima będzie, jeśli nie ostatnią, to taką, która może doprowadzić do nieodwracalnych procesów. Nie będziemy w stanie się podnieść” – stwierdził.
—
Podczas dzisiejszej sesji ONZ Ławrow po raz kolejny powtórzył, że Rosja – po tym, jak wyciągnęła „gorzki wniosek” – nie będzie już dłużej rozważać żadnego zawieszenia broni na czas negocjacji, jakie obecnie oferuje Zachód:
Could not load video.
—
W chwili pisania tego tekstu Kijów ponownie jest celem ataków rakietowych, a według wstępnych doniesień konkretnie rakiet typu Zircon. Jednym z celów miała być elektrownia miejska:
Could not load video.
Na podstawie nagrań wynika, że jedna z elektrowni TETS-5/6 prawdopodobnie została uszkodzona. Raporty wskazują, że niektóre obszary zostały odcięte od zasilania.
Odwiedziłem kasyno Donalda Trumpa Taj Mahal w Atlantic City w październiku 2016 roku, dzień przed jego zamknięciem. Przed budynkiem stały dwie ogromne białe bramy, a po ich bokach dwa białe słonie z odlewanego kamienia, ważące po dwie tony. Nad wejściem wznosiło się siedemdziesiąt turkusowych minaretów z włókna szklanego i dwanaście kopuł o złoconych szczytach. Neon w czerwonych i złotych barwach głosił: „Trump Taj Mahal Casino and Resort”. Podświetlaną fontannę przed szklanymi drzwiami zdobiły dwa rzędy po sześć biało-złotych urn.
Budowa Trump Taj Mahal, najwyższego budynku w New Jersey i największego kasyna na świecie, kosztowała 1,2 miliarda dolarów. Luksusowe apartamenty nazwano imionami postaci historycznych: Aleksandra Wielkiego, Michała Anioła, Napoleona i Kleopatry. Nocleg kosztował około 10 tysięcy dolarów. Trump, którego nazwisko i wizerunek widniały w całym kasynie, nazwał je z właściwą sobie przesadą „ósmym cudem świata”. Pracownikom polecono odbierać telefony słowami: „Dziękujemy za telefon do Trump Taj Mahal, gdzie cuda nigdy się nie kończą”. Kelnerki nosiły stroje „dziewcząt z haremu”.
Kasyno pięciokrotnie przechodziło przez postępowanie upadłościowe.
Trump robi dziś z krajem to, co zrobił z Taj Mahal.
Jego administracja wydaje znacznie więcej, niż wynoszą jej możliwości finansowe: budżet na rok fiskalny 2026 opiewa na 7,4 biliona dolarów przy przewidywanych dochodach zaledwie 5,6 biliona.
Głupota Trumpa wciągnęła Stany Zjednoczone w niekończącą się wojnę z Iranem, której nie da się wygrać i która może pogrążyć światową gospodarkę. Trump zamierza pozbawić opieki zdrowotnej 15 milionów ludzi, a także ograniczyć pomoc żywnościową i inne podstawowe programy wsparcia. Zwolnił tysiące pracowników administracji państwowej. Zamknął USAID, Amerykański Instytut Pokoju i Kennedy Center. Poważnie osłabił Voice of America i zapowiada likwidację Departamentu Edukacji. Wycofał Stany Zjednoczone ze Światowej Organizacji Zdrowia oraz, już po raz drugi, z porozumienia paryskiego w sprawie klimatu. Utrzymał wstrzymanie finansowania Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA), rozpoczęte za administracji Bidena. Anulował tysiące projektów rozwojowych finansowanych przez USA. Usunął rządowe zbiory danych oraz strony internetowe poświęcone klimatowi. Drastycznie ograniczył środki na rozwój energii odnawialnej, a jednocześnie uchylił federalne przepisy dotyczące emisji dwutlenku węgla i zanieczyszczeń.
Polityce spalonej ziemi, która wysadza w powietrze fundamenty republiki, towarzyszy kultura korupcji i kłamstwa niemająca odpowiednika w historii Stanów Zjednoczonych.
Urzędnicy Trumpa mierzą się z oskarżeniami o wykorzystywanie poufnych informacji w transakcjach giełdowych, a jego rodzina zarobiła od objęcia przez niego urzędu ponad 1,4 miliarda dolarów na przedsięwzięciach związanych z kryptowalutami. Trump bezwstydnie czerpie korzyści z połączenia polityki z nieuregulowanymi rynkami zakładów opartymi na kryptowalutach, które upowszechniły aplikacje hazardowe, takie jak Polymarket.
Firma inwestycyjna Donalda Trumpa juniora, 1789 Capital, jest znaczącym inwestorem w Polymarket, a on sam zasiada w radzie doradczej tej spółki. Jego majątek szacuje się na 400 milionów dolarów. Jest również doradcą strategicznym Kalshi. Otrzymał udziały w tej firmie warte około 300 tysięcy dolarów, których wartość szacuje się dziś na miliony. Kalshi ogłosiło niedawno, że pozwoli użytkownikom obstawiać, czy amerykańska Agencja Żywności i Leków uzna poszczególne leki za „bezpieczne i skuteczne”.
Należąca do Trumpa platforma Truth Social rozwija rynek zakładów pod nazwą Truth Predict. Jego administracja pozwała stany Connecticut, Arizona i Illinois, próbując uniemożliwić im regulowanie takich rynków. Truth Social uruchomiło także usługę za 100 tysięcy dolarów miesięcznie, oferującą szybszy dostęp do wpisów Trumpa, które mogą wpływać na rynki. To słabo zakamuflowana odmiana handlu na podstawie informacji poufnych.
Biały Dom, naśladując mafijne wymuszenia znane z kasyn Atlantic City, żąda od korporacji i miliarderów ogromnych wpłat w zamian za polityczne przysługi i znoszenie regulacji. „The Wall Street Journal” pisze, że Trump zgromadził fundusz uznaniowy w wysokości 800 milionów dolarów na swoje ulubione przedsięwzięcia, w tym salę balową, bibliotekę prezydencką, komitety polityczne typu super PAC oraz organizacje prowadzące kampanie w konkretnych sprawach.
Jego główna specjalistka od zbierania funduszy, Meredith O’Rourke, nazywana „księżniczką ciemności”, zabiega o wpłaty bez ogródek: „Szef chce tych pieniędzy”.
To żądanie, które nie podlega negocjacjom, przypomina metody Nicodema „Little Nicky’ego” Scarfo, szefa mafijnej rodziny Bruno-Scarfo. Jego organizacja wymusiła miliony dolarów od firm budowlanych w Atlantic City, przedsiębiorstw, barów, restauracji, związków zawodowych, których fundusze zdrowotne i socjalne ograbiono, oraz kasyn. I tak jak mafii, grupie Trumpa jedna wpłata nigdy nie wystarcza.
Zawsze wraca po więcej.
Trumpowi, podobnie jak wielu mafiosom, towarzyszy znacznie młodsza goomah, czyli kochanka. Według autora obecnie jest nią jego asystentka Natalie Harp. Trump ma też długą historię odwetu w mafijnym stylu. Wydał rozporządzenia wymierzone w kancelarie prawne, które wcześniej zatrudniały prawników prowadzących przeciwko niemu dochodzenia. Kancelarie utraciły poświadczenia bezpieczeństwa i dostęp do gmachów sądów federalnych. Próbując udobruchać Trumpa, potulnie uległy jego żądaniom.
Kiedy przyjechałem do kasyna Trumpa, terminal dla autobusów wycieczkowych, mieszczący dwadzieścia dwa pojazdy, był pusty. Większość z dwunastu restauracji w kasynie była zamknięta. Zamknięto również halę widowiskową na 5500 miejsc.
Trump Taj Mahal, podobnie jak nasza republika, dogorywał.
„Kiedy wszedłem do Taj, nad łagodnie oświetlonym wnętrzem zwisały połyskujące żyrandole z austriackiego kryształu, z których każdy kosztował 14 milionów dolarów”, pisałem w książce America: The Farewell Tour. „W wielu brakowało sznurów kryształowych paciorków. Ściany pokrywały lustra. Patrzyłem na rzędy stołów do gry, stołów do blackjacka, ruletki i trzech tysięcy automatów migających kolorowymi światłami. Automaty piszczały, brzęczały i dzwoniły na różne tony. Zajmowały powierzchnię trzech boisk piłkarskich. Sala gier była niemal pusta. Krupierzy stali przed nieobsadzonymi stołami pokrytymi suknem. Większość graczy siedzących w wyściełanych fotelach przed automatami stanowiły osoby starsze i wyniszczone. Mechanicznie pociągały za dźwignie lub naciskały kwadratowe przyciski. Wpatrywały się bez wyrazu w obracające się przed nimi obrazy. Jeden automat przynosi kasynu od 200 do 300 dolarów dziennie. Stałym graczom podaje się darmowe drinki. Zdarza się, że pracownicy sprzątający znajdują w pokojach zwłoki starszych osób, które przez wiele godzin piły więcej alkoholu, niż ich organizmy mogły znieść. Nie jest niczym niezwykłym, że gracze przy automatach moczą i brudzą ubranie”.
„Siedemnaście stanowisk komputerowej rejestracji przy wejściu stało pustych”, pisałem dalej. „Za długą ladą stał tylko jeden pracownik, a przed nim ciągnęły się puste kolejki wyznaczone sznurami. Toalety w łazienkach wyłożonych marmurem z Carrary przykryto plastikowymi workami i oznaczono napisami »Nieczynne«. Szedłem po brudnym, wytartym dywanie przez długie, opustoszałe i słabo oświetlone korytarze na wyższych piętrach. Po obu stronach, co kilka kroków, wisiały półkoliste beżowe kinkiety. W części z nich żarówki były przepalone. Kinkiety były brudne i popękane. Na suficie widniały brązowe zacieki. W powietrzu czuć było pleśń. Trzy czwarte spośród 1250 pokoi wyłączono z użytku. Kasyno przypominało statek widmo”.
Hazard, podobnie jak fikcyjny uniwersytet Trumpa i jego memecoin $TRUMP, polega na sprzedawaniu fantazji pozwalających uciec od rzeczywistości. Żeruje na ludzkiej rozpaczy. Obracające się bębny automatów są na przykład iluzją. Nie zwalniają stopniowo z powodu utraty rozpędu; zostały zaprogramowane tak, by sprawiać takie wrażenie. O wyniku decyduje układ elektroniczny w chwili naciśnięcia przycisku lub pociągnięcia za dźwignię. Układ symboli sprawia, że znak oznaczający główną wygraną pojawia się tuż nad linią wygrywającą albo tuż pod nią. Gracz odnosi wrażenie, że niemal wygrał, co skłania go do dalszego obstawiania.
Trump był powiązany z mafią od początku swojej działalności na rynku nieruchomości. Do tego środowiska należał jego bezwzględny prawnik Roy Cohn. Reprezentował on Anthony’ego „Fat Tony’ego” Salerna, szefa mafijnej rodziny Genovese, oraz Carmine’a Galantego z rodziny Bonanno. Od Cohna i innych Trump uczył się wymuszeń, szantażu, gróźb i przekupstwa. Przez całą karierę otaczał się gangsterami, oszustami i pochlebcami.
Joseph Weichselbaum, trzykrotnie skazany za przestępstwa, a później uwięziony za handel marihuaną i kokainą, zarządzał flotą helikopterów Trumpa. Przewoziły one bogatych graczy do jego kasyn i z powrotem. Mogli tam dostać wszystko, czego zapragnęli, od usług seksualnych po kokainę. Łatwy dostęp Weichselbauma do narkotyków był zapewne atutem. Kiedy czekał na wyrok, Trump napisał do sędziego, że jest on „zasłużonym członkiem społeczności”. Handlarz otrzymał wyrok trzech lat więzienia, lecz odsiedział tylko osiemnaście miesięcy. Kurierów, którzy fizycznie dostarczali dla niego narkotyki, skazywano nawet na dwadzieścia lat. Po wyjściu z więzienia Weichselbaum zamieszkał ze swoją partnerką w Trump Tower.
Kasyno Trumpa otwarto w 1990 roku koncertem Michaela Jacksona. To widowiskowe przedsięwzięcie zbudowano, zaciągając 820 milionów dolarów długu, którego nie sposób było udźwignąć. Obejmował on emisję obligacji śmieciowych o wartości 675 milionów dolarów, oprocentowanych na 14 procent.
Marvin B. Roffman, analityk branży kasynowej z filadelfijskiej firmy inwestycyjnej Janney Montgomery Scott, powiedział „The Wall Street Journal”, że Taj Mahal musiałby zarabiać 1,3 miliona dolarów dziennie, by spłacać same odsetki. Żadne kasyno nigdy nie osiągało takich przychodów.
„Taj był skazany na porażkę od samego początku”, pisałem. „Wkrótce Trump musiał płacić 95 milionów dolarów odsetek rocznie. Przez pewien czas udawało mu się uzyskiwać nowe pożyczki, aż w końcu zbankrutował. Był to krótki, oszałamiający okres szalonej rozrzutności. Pomogło to jednak jego rozbuchanej marce, choć świadczyło o fatalnym wyczuciu biznesowym. Trump pożyczał pieniądze na wysoki procent i okłamywał organy nadzoru co do wysokości oprocentowania. Straty przerzucił na akcjonariuszy i posiadaczy obligacji, którzy stracili ponad 1,5 miliarda dolarów. Wielu miejscowych wykonawców i dostawców, którym Trump nigdy nie zapłacił, zbankrutowało”.
Sam Trump wyszedł na tym znakomicie. Zainwestował niewiele własnych pieniędzy. Przeniósł osobiste długi na kasyno, a jednocześnie pobrał miliony dolarów w formie pensji, premii i innych wypłat. Pracownicy kasyna stracili łącznie miliony dolarów oszczędności emerytalnych, a także pracę. Jego długi biznesowe spadły na inwestorów.
Trump miał trzy kasyna w Atlantic City i jedno w Gary w stanie Indiana. Trump Plaza i Trump Taj Mahal zamknięto. Trump Marina, jego trzecie kasyno w Atlantic City, sprzedano teksańskiemu miliarderowi Tilmanowi Fertitcie, obecnie ambasadorowi Trumpa we Włoszech. Fertitta przemianował je na The Golden Nugget. Kasyno Trumpa w Indianie, mieszczące się na statku o długości około 104 metrów, zwanym Trump Princess, ogłosiło upadłość w 2004 roku.
Wszystkie upadły wskutek nienasyconej chciwości Trumpa i złego zarządzania.
Trump robi dziś z państwem to, co zrobił z Taj Mahal. Wyciska pieniądze z organizacji, nad którymi sprawuje nadzór, i wymusza od nich korzyści dla siebie. Resztę z nas pozostawi pośród ruin.
Są dekady, w których nic się nie dzieje, i są tygodnie, w których dziesiątki spraw się dzieją.
To był jeden z takich tygodni.
Tak, jeśli śledziłeś geopolityczny dramat, który rozegrał się w zeszłym tygodniu, wiesz już, o czym mówię. A jeśli nie, zapnij pasy i przygotuj się, bo zaraz zostaniesz zasypany informacjami o najnowszych doniesieniach ze świata wojny.
Od wojny piątej generacji przeciwko wszystkim, po serię eskalujących wojen regionalnych, które grożą przekształceniem się w pełnowymiarową, globalną Trzecią Wojnę Światową – najnowsze wiadomości mają coś dla każdego!
XI SZCZYT TRUMPA
Jeśli decydujący konflikt (zainscenizowanej i zmanipulowanej) Trzeciej Wojny Światowej, którą obecnie planują przedstawiciele „Państwa Głębokiego”, rozegra się między USA i Chinami, jak podejrzewam, to spotkanie Trumpa i Xi w przyszłym tygodniu rzeczywiście może mieć ogromne znaczenie.
Jednym z punktów tego programu jest sztuczna inteligencja i wojna poznawcza.
W zeszłym tygodniu chińskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego opublikowało swoje pierwsze oświadczenie na temat sztucznej inteligencji. I – co absolutnie nikogo nie zaskoczyło – prowadzona przez Chiny debata na temat „bezpieczeństwa sztucznej inteligencji” nie wydaje się koncentrować na zagrożeniu ze strony „nieuczciwych agentów sztucznej inteligencji”, niebezpieczeństwie wyginięcia ludzkości ani na potrzebie „zabezpieczenia granic”, jak ma to miejsce na Zachodzie. Chodzi raczej o bezpieczeństwo wspaniałego chińskiego rządu.
Różne wrogie siły i ukryte motywy wykorzystują generatywne technologie sztucznej inteligencji, takie jak deepfake audio i wideo, teksty i obrazy generowane przez sztuczną inteligencję oraz inteligentne armie botów, aby tanio i na masową skalę rozpowszechniać plotki polityczne. Rozpowszechniają szkodliwe informacje i podsycają wrogie emocje, prowadzą wojnę opinii publicznej i wojnę poznawczą przeciwko nam, a tym samym bezpośrednio zagrażają naszemu bezpieczeństwu politycznemu, systemowemu i ideologicznemu.
O Boże! Czy nikt nie myśli o bezpieczeństwie ideologicznym państwa chińskiego?!
Biorąc pod uwagę ten kontekst narracyjny i fakt, że wszyscy najwięksi zwolennicy szybkiej ekspansji centrów danych AI na Zachodzie wykorzystali widmo Chin jako pretekst, aby uzasadnić potrzebę jak najszybszej rozbudowy infrastruktury AI przez USA i ich sojuszników, ciekawe będzie, czy i jakie wspólne oświadczenie w tej sprawie wydadzą obaj szefowie państw.
Ale pomijając kontrowersyjny temat sztucznej inteligencji, który dominuje w nagłówkach gazet – co jeszcze jest w programie tego historycznego szczytu? No cóż, „prawie wszystko”, oczywiście! Chociaż typowo niejasne i przesadzone oświadczenie Trumpa dotyczące zakresu rozmów nie wyjaśnia absolutnie niczego, można by się spodziewać, że „prawie wszystko” obejmie wojnę handlową między USA a Chinami, kwestię Tajwanu i wojnę z Iranem.
Czy będziemy teraz w stanie dostrzec pierwsze prawdziwe linie podziału w (inscenizowanej i zmanipulowanej) walce XXI wieku, czyli w bitwie między amerykańskim orłem a chińskim smokiem? Już wkrótce się dowiemy!
Tymczasem na Bliskim Wschodzie szaleje chaos, który jest powodem do niepokoju!
ARABIA SAUDYJSKA W BITWIE
To był katastrofalny tydzień dla Saudyjczyków.
Najpierw pojawiła się wiadomość, że państwo naftowe musi zamknąć swój kluczowy rurociąg naftowy wschód-zachód po tym, jak został poważnie uszkodzony w wyniku ataku dronów.
Następnie ogłoszono, że to „tymczasowe” zamknięcie potrwa kilka tygodni, gdyż uszkodzenia rurociągu okazały się poważniejsze, niż pierwotnie informowano.
Teraz Arabia Saudyjska ubolewa nad „najgorszym scenariuszem”: atakiem ze strony Iranu i Hutich oraz brakiem pomocy ze strony USA.
Według doniesień, saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, spotkał się w tym tygodniu z szefem CENTCOM Bradem Cooperem, ale najwyraźniej nie otrzymał zapewnień i gwarancji bezpieczeństwa, o które zabiegał. W rezultacie ten niegdyś arogancki potentat naftowy musi ponownie ocenić pozycję swojego kraju w regionie i jego ogólną sytuację bezpieczeństwa.
Co to zatem oznacza? Oznacza to:
1) Petrodolar – system, w ramach którego saudyjskie dolary z ropy naftowej wracały do amerykańskich banków i amerykańskich obligacji skarbowych w zamian za wsparcie wojskowe USA – praktycznie dobiegł końca. (Ale co w tym nowego?)
I
2) Saudyjczycy będą musieli w przyszłości szukać bezpieczeństwa gdzie indziej.
Konsekwencji tych wydarzeń dla ogólnej sytuacji bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie nie sposób przecenić. W ostatnich latach byliśmy już świadkami powstania sojuszu między Arabią Saudyjską a Pakistanem, który został przypieczętowany w 2025 roku podpisaniem paktu o wzajemnej obronie, umieszczającego Saudyjczyków pod nuklearnym parasolem Pakistanu.
Teraz, gdy region został całkowicie zdestabilizowany przez wojnę Trumpanyahu z Iranem, ten parasol bezpieczeństwa się rozszerza. Zaledwie w zeszłym miesiącu Turcja (która z jakiegoś powodu w anglojęzycznych publikacjach jest teraz pisana jako „Turkiye”) dołączyła do Saudyjczyków i Pakistańczyków w trójstronnym porozumieniu obronnym znanym jako „Porozumienie o wspólnej obronie z Mekki”. Ponieważ porozumienie zawiera klauzulę o wspólnej obronie, w której trzy państwa członkowskie zgadzają się, że atak na jednego z nich jest uznawany za atak na wszystkich, pakt jest nazywany swego rodzaju „muzułmańskim NATO” i jest postrzegany jako potencjalny zalążek szerszych regionalnych ram bezpieczeństwa, które nie obejmują Wujka Sama.
Ale wzniosła retoryka i obietnice na papierze to jedno. Rzeczywiste rozmieszczenie sił zbrojnych w razie ataku to drugie. Czy więc to porozumienie będzie warte papieru, na którym zostało spisane? Wkrótce się przekonamy! Teraz, gdy Saudyjczycy ponownie aktywnie walczą w Jemenie, a Stany Zjednoczone odmawiają dalszej pomocy wojskowej, pojawia się pytanie: czy Porozumienie z Mekki wejdzie w życie? Arabia Saudyjska zwraca się o pomoc do Pakistanu na mocy postanowień porozumienia, ale Islamabad nie podjął jeszcze decyzji. Oznacza to, że wkrótce dowiemy się, czy „muzułmańskie NATO” jest skazane na porażkę od samego początku, czy też jest instytucją zdolną do redefinicji krajobrazu bezpieczeństwa w regionie.
Tak czy inaczej, w regionie toczą się obecnie liczne dyskusje na temat polityki bezpieczeństwa! A to dlatego, że…
WSTRZĄS NAFTOWY POWRÓCIŁ!
Właśnie wtedy, gdy wszyscy myśleli, że panika naftowa z początku „Operacji Epic Fury” już dawno minęła, nadeszły najnowsze wstrząsy dla infrastruktury naftowej Arabii Saudyjskiej. Dla tych, którzy nie znają zawiłości geopolityki naftowej: to oznacza, że ceny benzyny wkrótce znów wzrosną.
Tak, okazuje się, że wspomniane ataki na saudyjski rurociąg Wschód-Zachód będą miały znaczący wpływ na globalne rynki ropy naftowej. Dzieje się tak, ponieważ rurociąg Wschód-Zachód jest główną „obwodnicą Ormuzu”, którą Saudyjczycy transportują do 4 milionów baryłek ropy naftowej dziennie do terminalu w Janbu nad Morzem Czerwonym. W rezultacie saudyjska produkcja ropy spadła w tym tygodniu do zera po raz pierwszy w historii.
To zła wiadomość.
Dla wszystkich, którzy uczą się wzrokowo, chciałbym wyjaśnić złe wieści za pomocą mapy:
Tymczasem szczyt irańsko-arabski w Cieśninie Ormuz, którego celem było osiągnięcie porozumienia w sprawie wznowienia żeglugi przez tę strategicznie ważną cieśninę naftową, zakończył się katastrofą. Według rzecznika irańskiego ministerstwa, spotkanie ministrów spraw zagranicznych regionu w Omanie, zaplanowane na podpisanie porozumienia, zostało odwołane przez Arabię Saudyjską.
Oznacza to, że Cieśnina Ormuz pozostaje praktycznie zamknięta dla ruchu tankowców – fakt ten potwierdzają trzy tankowce zaatakowane w tym tygodniu przez marynarkę wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Ostatni atak wymierzony był w pływający pod banderą Togo tankowiec „Trend”, który według Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej został podpalony, aby uniemożliwić jego „nielegalny przepływ” przez cieśninę. Ataki te spowodowały już ogromne szkody w środowisku wodnym, a wycieki ropy pokrywają obecnie setki kilometrów kwadratowych cieśniny.
Ale, jak można się spodziewać, to nie wpływ tego chaosu na środowisko trafia na pierwsze strony gazet, lecz konsekwencje ekonomiczne. Oto dane sugerujące reperkusje ekonomiczne, jakie przyniesie przerwanie przepływu ropy:
Europejskie kontrakty terminowe na gaz ziemny osiągnęły właśnie najwyższy poziom od grudnia 2022 r.;
Ceny oleju napędowego w USA osiągnęły właśnie rekordowo wysoki poziom: galon oleju napędowego kosztuje teraz 6,42 dolara.
Ceny ropy naftowej w Chinach również osiągnęły nowe rekordy: w środę cena kontraktów terminowych na ropę na giełdzie w Szanghaju wzrosła do 129 dolarów za baryłkę, znacznie przekraczając poprzedni szczyt na poziomie 121,80 dolarów, który został osiągnięty na początku wojny z Iranem.
Ceny ropy naftowej zaczęły spadać pod koniec tygodnia, gdyż inwestorzy byli coraz bardziej przekonani, że zakłócenia w działaniu saudyjskiego rurociągu nie są tak poważne, jak donoszono. Obecnie jednak wydaje się oczywiste, że przywrócenie infrastruktury w regionie do stanu sprzed wojny z Iranem zajmie miesiące, jeśli nie lata.
Ale nawet gdyby sytuacja na Bliskim Wschodzie unormowała się z dnia na dzień, nie oznaczałoby to pokoju na całym świecie. Bo w Europie Wschodniej wciąż szaleje wojna.
Konflikty między Ukrainą a Rosją rozprzestrzeniają się na cały świat
Tak, na wypadek gdybyście się zastanawiali: Wojna pomiędzy Rosją a Ukrainą trwa.
Ostatnie wydarzenia na tym froncie obejmują spory między obiema stronami dotyczące ich infrastruktury energetycznej: Rosja twierdzi, że Ukraina próbowała zaatakować „jeden z obiektów energetycznych na terytorium Rosji” w zeszły poniedziałek, podczas gdy Ukraina twierdzi, że zaatakowała rafinerię ropy naftowej w Rosji w odpowiedzi na rosyjskie ataki na stacje benzynowe w Kijowie i inne ukraińskie obiekty energetyczne. Wszystko to nastąpiło po tym, jak Trump oświadczył na początku tego tygodnia, że zarówno Rosja, jak i Ukraina zgodziły się zaprzestać ataków na infrastrukturę energetyczną drugiej strony.
Ale być może jeszcze bardziej niepokojące niż niekończące się spory między Ukrainą a Rosją są niedawne sygnały, że konflikt ten przeradza się w szerszą wojnę. Właśnie w tym tygodniu polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zaostrzył wojnę na słowa między Polską a Rosją, chwaląc się, że jego kraj może „dość szybko pokonać Rosję” w walce dzięki przewadze powietrznej NATO.
Przywołanie przez Sikorskiego straszaka NATO stanowi dorozumianą groźbę pełnoskalowego konfliktu supermocarstw, w którym dysponująca bronią jądrową Rosja zmierzyłaby się z blokiem NATO pod przewodnictwem USA, również dysponującym bronią jądrową.
Chwalebna, dziecięca postawa Sikorskiego („Mój międzystanowy sojusz wojskowy mógłby cię zniszczyć!”) nie jest jedynie pustą retoryką. W rzeczywistości, ZeroHedge donosi:
Rozszerzenie wojny na Ukrainie na przestrzeń powietrzną państw NATO na „wschodniej flance” staje się cotygodniową rzeczywistością, przynosząc dodatkową presję i zagrożenia, które potencjalnie mogą doprowadzić do większej konfrontacji militarnej między Rosją a Zachodem. Wiodące mocarstwa NATO, takie jak Niemcy, podejrzewają ostatnio również rosyjski wywiad o sabotażowe kampanie z udziałem dronów w pobliżu węzłów lotniczych w Europie Środkowej.
Jeden z ostatnich incydentów związanych ze „skutkami” wojny na Ukrainie miał miejsce na Litwie, gdzie myśliwiec sojusznika z NATO zestrzelił rosyjskiego drona, który wleciał w przestrzeń powietrzną kraju z Białorusi. Incydent ten skłonił litewskiego ministra spraw zagranicznych Kiestutisa Budrysa do oświadczenia, że NATO jest „czujne, zdecydowane i gotowe” na takie zagrożenia.
Jak dotąd nie było żadnego oświadczenia Igora Czajki, szefa rosyjskiej Federalnej Agencji ds. Wspólnoty Niepodległych Państw, Rodaków Mieszkających za Granicą i Międzynarodowej Współpracy Humanitarnej…
…ale tak, prowokacje między Rosją a NATO stają się coraz poważniejsze i wydaje się, że ani Putin, ani UE nie mają łatwego wyjścia, co jest popierane przez NATO. Zamiast tego, niesławny artykuł 5 NATO, „klauzula o zbiorowej samoobronie”, zdaje się zachęcać państwa peryferyjne, takie jak Polska, do angażowania się w coraz bardziej lekkomyślne prowokacje przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi.
Innymi słowy, jest całkiem prawdopodobne, że przyszli historycy będą pisać o tym, jak jakiś aparatczyk w Krakowie spowodował śmierć dziesiątek milionów ludzi podczas Wielkiego Holokaustu Atomowego w 2027 roku.
SYDNEY SWEENEY POD OSTRZENIEM
Aktorka Sydney Sweeney znalazła się pod ostrzałem ze strony sportsmenek, które twierdzą, że najnowszy chwyt reklamowy Sweeney – kampania reklamowa amerykańskiego rynku zakładów sportowych Novig, w której części jej nagiego ciała są wygodnie zakryte różnymi sprzętami sportowymi – cofa kobiety w sporcie o dekady, sprowadzając ich rolę do roli hiper-seksualizowanych obiektów.
To absolutnie nie ma nic wspólnego z III wojną światową. Pomyślałem po prostu, że zakończenie tego wpisu będzie nieco mniej ponurą historią niż ta, w której giną dziesiątki milionów ludzi. W końcu jest to z pewnością lepsze niż historia o tym, jak system sztucznej inteligencji wyobraził sobie, że chiński statek przewozi komponenty do broni jądrowej do Iranu – „błąd”, który równie dobrze mógł wywołać III wojnę światową.
Tak czy inaczej, życzę Wam wszystkim cudownego tygodnia!
Oskarżenie jest proste, a Donald Trump zbudował na nim szeroko nagłośnione żądanie wobec Kijowa: ataki Ukrainy na rosyjskie rafinerie pozbawiają świat oleju napędowego. To oskarżenie pomija jednak fakt, że kwaśna rosyjska ropa naftowa nie znika, gdy płoną jej rafinerie. Jest ładowana na tankowce i sprzedawana jako ropa naftowa Indiom i Chinom, których rafinerie przetwarzają ją na olej napędowy – indyjskie zakupy rosyjskiej ropy naftowej wzrosły mniej więcej dwukrotnie, a chiński import WSTO stale rośnie. Molekuły wciąż się poruszają; proces rafinacji po prostu się zmienia. Ukraina niszczy rosyjską marżę rafineryjną, a nie globalne dostawy oleju napędowego.
Trump przedstawił oskarżenie 13 września na swoim polu golfowym w Doonbeg w Irlandii – dwa dni po tym, jak cena amerykańskiego oleju napędowego po raz pierwszy w historii przekroczyła sześć dolarów za galon. Znalazł winowajcę. Nie był nim Iran. Nie była nim Cieśnina Ormuz.
Był nim Wołodymyr Zełenski. Zełenski „musi przestać bombardować Rosję olejem napędowym” – powiedział Trump dziennikarzom; może „atakować inne cele, ale nie olej napędowy”. A potem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, kogo obwinia: niedobór „nie był spowodowany przez Bliski Wschód”.
To ostatnie zdanie jest kluczową wskazówką – i jest błędne. Aby to zrozumieć, trzeba pojąć dwie rzeczy, których Trump albo nie rozumie, albo liczy na to, że nie zrozumiesz: jaką ropę naftową Rosja tak naprawdę produkuje i gdzie tak naprawdę produkowany jest olej napędowy na świecie.
Zacznijmy od ropy naftowej, ponieważ liczby jednoznacznie odpowiadają na to pytanie.
Co promuje Rosja: arytmetyka kwaśnej ropy
Kwaśna ropa naftowa to ropa naftowa o zawartości siarki powyżej 0,5% wag. Poniżej tej wartości jest uważana za słodką. Rosja produkuje osiem głównych gatunków ropy, a Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) publikuje informacje o jakości każdego z nich. Oto one, wraz z przybliżonymi wartościami, opartymi na zdolnościach produkcyjnych i przepustowości krajowych rafinerii:
Różnorodność
Gęstość API
siarka
region
Przybliżone finansowanie (miliony b/d)
Klasa
Ural (w tym lekka syberyjska)
30–32
1,3–1,5%
Zachodnia Syberia / Wołga-Ural
~7,0
Kwaśny
ESPO
34–37
0,4–0,6%
Wschodnia Syberia
~1,6
Linia graniczna
Sokół
35–37
0,2–0,3%
Daleki Wschód
~0,2
Słodki
Sachalin
37–45
0,1–0,3%
Daleki Wschód
~0,15
Słodki
ARCO (Arktyka)
23–24
2,2–2,4%
północ
~0,1
Kwaśny
Nowy Port
30–35
0,1–0,3%
Zachodnia Syberia
~0,15
Słodki
Warandaj
25–37
0,2–0,5%
północ
~0,1
Słodki
Całkowita ropa naftowa
~9,3
Dane jakościowe: Raport EIA Country Analysis Brief, Rosja (2025). Objętości są przybliżone i pochodzą z potencjału produkcyjnego WSTO/Sachalinu/Arktyki oraz około 5,4 miliona baryłek dziennie (b/d) krajowej rafinacji, głównie zasilanej z Uralu, plus eksport ropy naftowej rurociągiem przez Morze Bałtyckie, Morze Czarne i rurociąg „Przyjaźń”; nie są to dane publikowane przez EIA według gatunku. Całkowita ilość ropy płynnej wynosi około 10,5 miliona b/d, z uwzględnieniem lekkich, słodkich kondensatów i płynów gazu ziemnego.
Zróbmy obliczenia. Kwaśne baryłki – Ural z około 7 milionami dziennie, plus niewielki udział Arctic ARCO – stanowią około 7,1 miliona z 9,3 miliona baryłek ropy naftowej wydobywanej przez Rosję. To około 76 do 77 procent kwaśnej ropy, a odsetek ten wzrasta do ponad 90 procent, jeśli uwzględnimy ESPO, która z 0,4 do 0,6 procent siarki jest na granicy kwaśna, a nie słodka. Dokładny jest odsetek od trzech czwartych do czterech piątych, i to niewiele. Rosja jest w przeważającej mierze producentem kwaśnej ropy naftowej.
Dlaczego jest to istotne w dyskusji o oleju napędowym? Ponieważ olej napędowy jest destylatem średniej jakości, a przetworzenie ciężkiej, kwaśnej beczki na czysty olej napędowy wymaga bardzo wyspecjalizowanej i kosztownej rafinerii – takiej, która dysponuje urządzeniami do hydrorafinacji, odzysku wodoru i siarki, ulepszoną metalurgią i jednostkami głębokiej konwersji, których nie posiada prosta rafineria słodkiej ropy naftowej. Światowa zdolność produkcyjna oleju napędowego nie jest ograniczona liczbą istniejących baryłek, ale tym, ile z tych wyspecjalizowanych mocy produkcyjnych jest w użyciu i czym są zasilane.
Gdzie tak naprawdę wytwarzany jest — i tracony — olej napędowy
Porównajmy teraz obliczenia dotyczące kwaśnej ropy z twierdzeniem Trumpa, bo obnaża to oszustwo.
Kiedy ukraińskie drony atakują rosyjską rafinerię, wycofują rosyjskie produkty gotowe z rynku. To jest rzeczywistość i w słowach Trumpa jest ziarno prawdy: Rosja jest drugim co do wielkości eksporterem oleju napędowego na świecie po Stanach Zjednoczonych, a Ukraina bombarduje jej rafinerie od roku – Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że średnio co trzy dni w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2026 roku rosyjska rafineria była atakowana. W lipcu Moskwa całkowicie zakazała eksportu oleju napędowego, aby zabezpieczyć własne dostawy. Ta energia elektryczna została drastycznie ograniczona.
Postawmy więc na szali tę liczbę – tę, o której Trump nigdy nie wspomina, bo na niej opiera się cały akt oskarżenia. Świat zużywa około 28 milionów baryłek oleju napędowego i gazowego dziennie. Na zdrowym poziomie sprzed kryzysu Rosja dostarczała na rynek eksportowy około 900 000 baryłek dziennie, osiągając szczyt blisko miliona: to około trzech procent światowego zużycia oleju napędowego. Dziś, po roku ataków dronów i własnym zakazie eksportu, Rosja eksportuje około 150 000 baryłek dziennie. To pół procenta światowego zużycia oleju napędowego. Pół procenta.
Przeczytaj to w kontekście żądań Trumpa, a logika rozpadnie się na jego oczach. Pół procenta to cała pozostała ilość w grze – absolutne maksimum, jakie mogłoby przynieść powstrzymanie ataków na Ukrainę. Kryzys, który obwinia za globalny niedobór, już nastąpił; rosyjska baryłka, o którą prosi Kijów, aby ją odłożył, to jedynie błąd zaokrąglenia w globalnym bilansie. Globalny deficyt oleju napędowego nie powstaje – i nie zostanie rozwiązany – poprzez manipulowanie tak małą ilością.
I nawet to pół procenta nie jest tak naprawdę stracone dla świata – ropa naftowa, z której pochodzi, jest po prostu rafinowana gdzie indziej. Prawdziwa dziura w globalnym zaopatrzeniu w olej napędowy powstaje w zupełnie innym miejscu.
Zatoka Perska to osobny problem – i to właśnie ten, który Trump zbagatelizował. Odkąd Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły wojnę z Iranem w lutym, Cieśnina Ormuz – normalnie dostarczająca jedną piątą światowych zasobów ropy naftowej – została zablokowana.
W tym miesiącu Huti zajęli jemeński port Mokha, a następnie wyspę Perim, uzyskując kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab, przez którą w drugim kwartale 2026 roku przepływało dziennie około 8,1 miliona baryłek ropy naftowej i produktów naftowych. Cena ropy Brent po raz pierwszy od lipca przekroczyła 100 dolarów. Eksperci branżowi szacują, że walki uszczuplają światowe moce przerobowe o około siedem milionów baryłek dziennie, a EIA przewiduje, że zapasy destylatów pozostaną znacznie poniżej najniższego poziomu od pięciu lat aż do 2027 roku.
To nie jest historia o produktach gotowych. To historia o surowcach – ciężka, kwaśna ropa z Zatoki Perskiej, dla której budowano światowe rafinerie głębinowe, to te, które znikają i, w przeciwieństwie do ropy rosyjskiej, nie da się ich po prostu przekierować, ponieważ specjalistyczne moce przerobowe, których wymagają, są skoncentrowane i nie da się ich wyczarować gdzie indziej. Nawet prasa branżowa, komentując oświadczenie Trumpa, stwierdziła oczywistość: dane z rynku energii wskazują na konflikt na Bliskim Wschodzie jako o wiele poważniejszą przyczynę wąskiego gardła – nie na Ukrainę. Człowiek obwiniający Kijów opisuje mniejszą ranę, stojąc na większej.
Alibi i samobójczy gol
Po co więc oskarżać Zełenskiego? Emisja spalin silników Diesla osiągnęła rekordowy poziom dwa dni przed przemówieniem Trumpa, a Amerykanie głosują w listopadzie. Prezydent, który rozpoczął wojnę i zamknął Ormuz, ma jasny motyw, by umiejscowić kryzys związany z dieslem gdzie indziej niż w Zatoce Perskiej. Obwinianie Ukrainy przerzuca odpowiedzialność z własnej polityki na cudze drony.
Wydaje się, że umknęła mu jeszcze jedna ironia. Ataki na rosyjskie rafinerie są przeprowadzane przez kraj, który Stany Zjednoczone uzbrajają, finansują i wyposażają w te same środki namierzania i dalekiego zasięgu, które umożliwiają te ataki. Jeśli te ataki, jak to ujął Trump, „szkodzą światu”, to szkoda ta jest wyrządzona przez kampanię finansowaną przez jego własną administrację. Nie stawia czoła wrogiej zdradzie. Mówi klientowi, żeby przestał robić coś, na co Waszyngton pozwalał – jednocześnie zaprzeczając o wiele większym zakłóceniom, które sam wywołał.
Trump chce niższych cen oleju napędowego i kontrolowanej inflacji. Każde narzędzie, które faktycznie wpłynęłoby na te liczby, prowadzi przez Zatokę Perską: przez Ormuz, przez Bab al-Mandab, przez ciężkie, kwaśne baryłki, które jego wojna zablokowała. Ukraińskie drony to tylko jeden z punktów rachunku. Zatoka Perska to księga rachunkowa. Wskazywanie na coś, gdy księga rachunkowa krwawi, to nie analiza. To alibi.
Portal informacyjny Axios poinformował 15 września 2026 r. o tajnym spotkaniu, które niedawno odbyło się w Niemczech między amerykańskim centrum dowodzenia, Izraelem, a kilkoma państwami arabskimi. Dokładna data spotkania nie została ujawniona publicznie.(1) Według Der Spiegel, niemieckie Federalne Ministerstwo Obrony nie wiedziało o tym spotkaniu.(2)
Komentarz Claudii Töpper.
Spotkanie CENTCOM
W zeszłym tygodniu w Niemczech odbyło się spotkanie CENTCOM-u w sprawie wojny z Iranem. Dowódca Centralnego Dowództwa USA, admirał Brad Cooper, zorganizował spotkanie, w którym uczestniczyli szefowie państw i rządów Izraela, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Kuwejtu, Kataru, Jordanii i Egiptu.
Podobno omawiano między innymi kwestię utrzymania baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie oraz dalsze działania w sprawie Cieśniny Ormuz.(3) Cooper jasno dał do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie opuszczą swoich baz na Bliskim Wschodzie, pomimo że są one celem ataków irańskich. Oświadczył również, że USA planują zwiększyć ruch morski w Cieśninie Ormuz. Dalsze szczegóły dotyczące spotkania nie są obecnie znane. Dokładna lokalizacja spotkania również nie została ujawniona. „The Times of Israel” wspomniał jedynie o ośrodku narciarskim w Niemczech.(4)
Spotkanie odbyło się pomimo braku stosunków dyplomatycznych Izraela z uczestniczącymi państwami arabskimi, zwłaszcza Arabią Saudyjską i Katarem. Oba państwa zostały również określone przez izraelskich polityków jako wrogie.(5) Żadne z uczestniczących państw Zatoki Perskiej nie potwierdziło publicznie ani nie zaprzeczyło swojemu udziałowi.(6)
Czym jest CENTCOM?
United States Central Command (CENTCOM ) jest jednym z 11 amerykańskich dowództw bojowych. Jest to amerykańskie centrum dowodzenia wojskowego odpowiedzialne za Bliski Wschód, Afrykę Wschodnią i Azję Środkową. Jego wojska stacjonują w Kuwejcie, Bahrajnie, Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Omanie, Pakistanie i kilku krajach Azji Środkowej, między innymi. W przeszłości wojska działały również w Jordanii, Izraelu i Arabii Saudyjskiej. CENTCOM planuje i przygotowuje odpowiedzi wojskowe na kryzysy i potencjalne scenariusze kryzysowe. Jego siedziba znajduje się w bazie sił powietrznych MacDill w Tampie na Florydzie. CENTCOM został założony w 1983 roku. Podlega obecnemu Sekretarzowi Obrony USA, Pete’owi Hegsethowi, który jest odpowiedzialny za ogólne dowództwo wojskowe i kierownictwo polityczne Departamentu Obrony. (7) Od sierpnia 2025 roku CENTCOM jest dowodzony przez admirała Charlesa Bradforda Coopera II.
Dlaczego warto zorganizować spotkanie w Niemczech?
Ponieważ Niemcy nie należą do obszaru odpowiedzialności CENTCOM, pojawia się pytanie, dlaczego odbyło się tam spotkanie z wysokimi rangą oficerami wojskowymi z ośmiu krajów. Chociaż brak oficjalnych informacji na temat dokładnego miejsca spotkania, znane informacje pozwalają na pewne spekulacje. Jeśli miejscem spotkania rzeczywiście był niemiecki ośrodek narciarski, to nie wydaje się, aby był to Ramstein, Spangdahlem ani Stuttgart, jak sugeruje Der Spiegel. Mogło to być Garmisch-Partenkirchen, a dokładniej Edelweiss Lodge and Resort. Jest to obiekt Departamentu Obrony USA w ramach Garnizonu Armii USA w Bawarii. Znajduje się tam również Europejskie Centrum Studiów nad Bezpieczeństwem im. George’a C. Marshalla oraz Szkoła NATO w Oberammergau. Armia USA jednoznacznie określa Centrum Marshalla i Szkołę NATO jako miejsca międzynarodowej dyplomacji wojskowej, szkoleń i współpracy. (8)
Rozmowy z Iranem, zaplanowane w tym samym czasie, zostały przełożone.
Iran pierwotnie zaprosił państwa Zatoki Perskiej na spotkanie w Omanie 14 września 2026 r. w celu omówienia bezpiecznego szlaku żeglugowego przez Cieśninę Ormuz i kontroli nad cieśniną. Spotkanie to zostało jednak przełożone na prośbę Arabii Saudyjskiej. (9)
Reakcja Iranu
Irański urzędnik ds. bezpieczeństwa Mohsen Rezaei skomentował te wydarzenia. Powiedział dosłownie:
„Zaprosiliśmy ich na spotkanie w Salahah, a oni odwzajemnili się tajnym spotkaniem w Niemczech z Centralnym Dowództwem USA i Izraelem”.(10)
20 września 2026 roku irańska państwowa agencja informacyjna IRNA opublikowała oficjalne oświadczenie Kwatery Głównej Chatam al-Anbija (centralnego dowództwa operacyjnego irańskich sił zbrojnych). Brzmi ono dosłownie:
„Ostrzegamy, że jeśli Stany Zjednoczone popełnią błąd w sprawie islamskiego Iranu, wszystkie centra stabilności i interesy tego kraju [USA] w regionie staną się celem bez żadnych ograniczeń ani zastrzeżeń ciągłych, skutecznych i bolesnych ataków. […]”(11)
Tego samego dnia prezydent USA Donald J. Trump udzielił wywiadu telefonicznego reporterowi FOX News Treyowi Yingstowi. Podczas wywiadu Trump miał powiedzieć: „Prezydent określił obecne decyzje jako »unicestwienie Iranu, dopuszczenie do jego gospodarczego rozkładu lub zawarcie układu «”. Dodał:
„Moje pytanie brzmi: czy i kiedy wysadzę cały naród w powietrze? Lepiej, żeby się dobrze zachowywali”.(12)
komentarz
Sytuacja między USA, Izraelem a Iranem grozi dalszą eskalacją. Jaką rolę w tym konflikcie odgrywają państwa sąsiednie Iranu? Rzecznik irańskiego MSZ, Esmaeil Baghaei, stwierdził w wywiadzie, że planowane spotkanie w Omanie, zanim zostało przełożone, jest następujące:
„[Spotkanie jest] oznaką dobrych intencji Iranu, ponieważ zawsze mówiliśmy, że bezpieczeństwo regionu musi być gwarantowane przez kraje regionu bez interwencji mocarstw zagranicznych. […] To znak, że będziemy rozmawiać z naszymi sąsiadami, pomimo faktu, że ich terytoria, ich bazy wojskowe lub bazy wojskowe Stanów Zjednoczonych zostały wykorzystane do ataku na Iran”. (13)
Zamiast rozmawiać z Iranem, prowadzą rozmowy z krajami, które rozpoczęły wojnę. Dla Iranu wygląda to jak zasadzka, a sytuacja nadal się zaostrza. Czy nie byłoby mądrzej, gdyby sąsiednie państwa podjęły rozmowy z oboma krajami? Dyplomacja najwyraźniej całkowicie się załamała.
Ponadto pojawiają się inne pytania.
Wygląda na to, że sytuacja w Niemczech jest taka, że kilka państw może spotkać się na rozmowach kryzysowych lub rozmowach dotyczących eskalacji, a rząd federalny nie ma o tym najmniejszego pojęcia, jeśli wierzyć oficjalnym oświadczeniom.
Czy naprawdę należy wierzyć tym oświadczeniom? Na Federalnej Konferencji Prasowej 16 września 2026 roku zapytano o to sekretarza stanu Stefana Korneliusa. Jego odpowiedź brzmiała dosłownie:
„Rząd federalny nie może tego skomentować”.(14)
To nie jest jednoznaczne „nie”. Raczej nie komentujemy tej kwestii.
Tego samego dnia, w którym Axios poinformował o tajnym spotkaniu CENTCOM w Niemczech, niemiecki minister obrony Boris Pistorius spotkał się w Waszyngtonie z sekretarzem obrony USA Pete’em Hegsethem.(15)
Podpisali oni umowę o pogłębieniu niemiecko-amerykańskiej współpracy obronnej, co oznacza, że współpraca między producentami broni obu krajów zostanie zintensyfikowana, a wśród nich znalazł się zakup przez Niemcy pocisków manewrujących Tomahawk od USA.(16)
Gdziekolwiek spojrzeć w dzisiejszych czasach, czy to w Niemczech podczas wyborów, czy na całym świecie, w trakcie poważnych konfliktów i wojen, sytuacja eskaluje, staje się coraz bardziej podzielona i coraz bardziej przypomina to przedszkole. Jest to jednak niesprawiedliwe wobec dzieci, ponieważ zachowują się one stosownie do swojego wieku, czego nie można powiedzieć o politykach na arenie międzynarodowej. Dyplomacja i dialog nie mogą stać się przeżytkiem; muszą być obowiązkowe. Każdy, kto odmawia, powinien stracić swoją pozycję polityczną. Ci, którzy wybierają broń zamiast dialogu, nie ponoszą takiej odpowiedzialności.
Paul Craig Roberts był zastępcą sekretarza skarbu w administracji Reagana, zastępcą redaktora naczelnego i felietonistą Wall Street Journal, pierwszym niezależnym felietonistą Business Week, felietonistą Scripps Howard News Service, autorem artykułów na stronie redakcyjnej Los Angeles Times oraz felietonistą głównych gazet francuskich i włoskich, a także Creators Syndicate w Los Angeles.Źródło.
Profesor John Mearsheimer, jeden z najbardziej realistycznych amerykańskich ekspertów w dziedzinie polityki zagranicznej, właśnie wrócił z kilkudniowej podróży do Moskwy i Sankt Petersburga. W tym 46-minutowym filmie relacjonuje rozmowy z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem i rosyjskimi ekspertami w dziedzinie polityki zagranicznej, a także przedstawia swoją interpretację wpływu wojny i sankcji na Rosję.
Ten film możecie obejrzeć w polskim języku tutaj:
Niedawno spędziłem 8 dni w Rosji – od 5 do 12 września 2026 r. – głównie w Moskwie i Sankt Petersburgu. Wygłosiłem serię wykładów i udzieliłem wywiadów, a także rozmawiałem z wieloma osobami ze środowiska rosyjskich służb bezpieczeństwa, w tym z wysokimi rangą osobistościami, takimi jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. W tym odcinku opisuję, czego dowiedziałem się podczas tej podróży.
Wczoraj usłyszałem podczas rozmowy, że Rosja przegrywa tę wojnę, że jest gospodarczo oraz militarnie słaba i technicznie zacofana. Taka opinia panuje wśród wielbicieli baśni z 1001 telewizorów. Oglądając na ekranach TV globalistyczną porcję wybranych „wiadomości” i ich odpowiednią interpretację, zanurzają się w krainę fantazji mającą z życiem tyle wspólnego co wysokość abonamentu TV z jakością jej programu.
Wojna będzie, ponieważ kilka dni temu ponad Łodzią przeleciały z hukiem wojskowe odrzutowce. Skąd ten huk? Powstaje w chwili, gdy samolot przekracza prędkość dźwięku i robi to celowo, by wystraszyć ludność i przyzwyczaić do nietypowych odgłosów. Alarmy typu: „szukajcie schronienia”, chociaż nie ma dokąd uciekać, również służą tej prowojennej propagandzie strachu.
Tak rozumie kwestię pokoju polska telewizja.
Pomysł i inicjatywa tego konfliktu pochodzi od globalistów. Od siły, która nie została nawet wspomniana w tej analizie. Potrzebowali tej wojny jako ersatz dla kończącej się wojny biologicznej nazywanej pandemią. Oczywiście, że militarne plany tej wojny zostały stworzone w Pentagonie, jednak na zlecenie globalistycznych pseudoelit. To globaliści kierują każdym krokiem nieudacznych polityków europejskich. To oni kazali polskiemu ministrowi praktycznie wypowiedzieć wojnę Rosji. Bezskutecznie, ponieważ Rosja tej wojny wcale nie pragnie.
Zapytacie zapewne, to po co Rosja wkroczyła na Ukrainę? Odpowiedź znajdziecie, gdy sami odpowiecie na pytanie: po co Ukraina – naturalnie pod wpływem globalistów – pozwoliła stacjonować NATO-wskim rakietom wymierzonym w kierunku Rosji?
Celem tej wojny nigdy nie było zwycięstwo którejkolwiek strony. Celem była sama wojna. Naturalnie, że Moskwa nie dogadała się z Kijowem, że będą udawać wojnę – tak daleko ta zmowa nie zaszła. Jednak zmowa miała miejsce, inaczej nie byłaby możliwa turystyka wojenna polityków do Kijowa. Inaczej Kreml nie dostarczałby ropy do Ukraińskich czołgów, które potem masakrował dronami. Podobnie ma się sprawa z Iranem.
Mała dygresja w związku z „zacofaną technologicznie” Rosją. Szybki rozwój rosyjskich dronów bojowych z napędem odrzutowym stanowi coraz większe wyzwanie dla ukraińskiego systemu obrony powietrznej i zmusza Kijów do dostosowania się do szybszego i bardziej wymagającego zagrożenia. – Reuters.
Trwające właśnie wybory w Rosji spowodowały zmianę rosyjskiej strategii na bardziej agresywną wobec Ukrainy. Dlaczego? Ponieważ większość Rosjan i mieszkańców Rosji popiera takie podejście. Przewiduję, że po wyborach powróci dawna wstrzemięźliwość Rosji.
Putin ma inną koncepcję uzgodnioną z Trumpem i Xi. Pewne pomysły globalistów te trzy mocarstwa wykorzystują we własnym interesie. Przede wszystkim stworzenie sytuacji, w której brakuje diesla. Widać wyraźnie, że zarówno Rosja, jak i USA wykonują kroki zmierzające ku podwyżce cen tego surowca.
Na nagraniu widać rosyjski pocisk typu loitering Geran-4, wyposażony w głowicę elektrooptyczną (EO), uderzający w stację benzynową przy alei Stepana Bandery w Kijowie. Źródło: Telegram 15.09.2026 r. 18:41.
Można zrozumieć sens wojny tylko wtedy, gdy zna się zamysły wszystkich sił, które tę wojnę spowodowały i działają w kierunku jej przedłużania. Dlatego nikogo nie powinno dziwić zamieszanie, jakie wywołuje ta katastrofa humanitarna. Przedstawiłem tutaj moją interpretację tej wojny. Czy jest słuszna, czy nie – czas pokaże?
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Profesor John Mearsheimer, jeden z najbardziej realistycznych amerykańskich ekspertów w dziedzinie polityki zagranicznej, właśnie wrócił z kilkudniowej podróży do Moskwy i Sankt Petersburga. W tym 46-minutowym filmie relacjonuje rozmowy z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem i rosyjskimi ekspertami w dziedzinie polityki zagranicznej, a także przedstawia swoją interpretację wpływu wojny i sankcji na Rosję: https://www.lewrockwell.com/2026/09/no_author/the-russia-i-saw/
Mearsheimer donosi, że poza kolejkami po benzynę na kilku stacjach nie zauważył żadnych śladów wpływu sankcji na rosyjską gospodarkę. Nie odwiedził miejsc rosyjskiej produkcji i rafinacji ropy naftowej, gdzie ataki dronów najwyraźniej ucierpiały. Głównym skutkiem sankcji są niedogodności dla Amerykanów podróżujących do Rosji. Nie ma już bezpośrednich lotów, więc Mearsheimer musiał przedostać się przez Turcję. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie może korzystać z amerykańskich kart kredytowych ani waluty amerykańskiej i w związku z tym nie ma środków. Biorąc pod uwagę tendencję zachodnich mediów do mylenia propagandy z faktami, program 46 minut z Mearsheimerem pozwoli Ci uzyskać bardziej zrównoważony obraz sytuacji i jej prawdopodobnego wyniku. Mam jeszcze jeden powód, dla którego publikuję raport Mearsheimera. Zamierzam go wykorzystać, aby pokazać, że nawet ci nieliczni amerykańscy analitycy polityki zagranicznej, zdolni do samodzielnego myślenia, a nie tylko powtarzania oficjalnych narracji, wiele tracą. Nie czepiam się Mearsheimera. Podziwiam go i profesora Stephena Walta, ponieważ tylko oni spośród prestiżowych amerykańskich naukowców mieli odwagę zdemaskować lobby izraelskie w swojej książce o tym samym tytule z 2007 roku. Mogli być bardziej surowi wobec lobby izraelskiego, ale wiedzieli, że zdemaskowanie lobby doprowadziłoby do napiętnowania ich jako antysemitów, a gdyby byli zbyt kąśliwi, książka mogłaby zostać wycofana z użytku lub nigdy nie zostać opublikowana.
Poniżej przedstawiono punkty, w których Mearsheimer ma problemy ze zrozumieniem konfliktu na Ukrainie i jego konsekwencji. Najpierw spróbujmy zdefiniować Ukrainę. To ważne, ponieważ Mearsheimer twierdzi, że kiedy wojna się skończy i Ukraina będzie się składać z części zachodniej, ukraińscy nacjonaliści będą chcieli odzyskać swoje terytorium. Ale czy to terytorium ukraińskie? Czy rzeczywiście jakieś terytorium jest ukraińskie? Historycznie rzecz biorąc, odpowiedź brzmi: NIE. Ukraina powstała w 1991 roku, gdy Związek Radziecki upadł w wyniku aresztowania prezydenta Gorbaczowa przez sowieckie Biuro Polityczne. Waszyngton, kierując się doktryną Wolfowitza, dotyczącą amerykańskiej hegemonii, odłączył Ukrainę od Rosji i po raz pierwszy w historii stworzył niepodległe państwo ukraińskie, istniejące już 35 lat – zupełnie nowe państwo stworzone przez Waszyngton jako broń przeciwko Rosji. W czasach sowieckich władze sowieckie przyłączyły Donbas i Krym, terytorium rosyjskie zamieszkane przez ludność rosyjską, do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej z powodów politycznych i administracyjnych. Nie miało to wówczas znaczenia, ponieważ Rosja i Ukraina były dwiema prowincjami Związku Radzieckiego, tak jak Massachusetts i Nowy Jork należą do Stanów Zjednoczonych. Od XIV wieku do 1664 roku, kiedy to terytorium ponownie weszło w skład Rosji, Ukraina była częścią unii polsko-litewskiej. W rzeczywistości rosyjska tradycja historyczna uznaje Ruś Kijowską, założoną w Kijowie przez wikinga księcia Olega Nowogrodzkiego w roku 882, za początek rosyjskiej państwowości. Ruś Kijowska rozpadła się w 1240 roku, gdy Rosja została zajęta przez Imperium Mongolskie. Nie jest jasne, dlaczego Rosjan uważa się za Słowian, skoro kraj ten został założony przez Skandynawów, a następnie rządzony przez Mongołów. Jeszcze przed powstaniem Stanów Zjednoczonych Ukraina była częścią państwa rosyjskiego i pozostała nim aż do upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku. Kiedy Waszyngton obalił prorosyjski rząd ukraiński w 2014 roku i wprowadził antyrosyjski reżim, Krym i Donbas opowiedziały się niemal w 100% za zjednoczeniem z Rosją. Putin zaakceptował głos Krymu, ale odmówił Donbasu. Zamiast tego sfabrykował Porozumienie Mińskie, które pozostawiło Donbas na Ukrainie, ale przyznało mu pewną autonomię, aby chronić ludność rosyjską przed dyskryminacją ze strony ukraińskiej policji i wymiaru sprawiedliwości. To właśnie ten fatalny błąd Putina zapoczątkował konflikt na Ukrainie. Zamiast przestrzegać Porozumienia Mińskiego, Waszyngton zbudował potężną armię ukraińską, aby dokonać inwazji i odbić zbuntowane prowincje rosyjskie w Donbasie. To zbliżająca się rzeź Rosjan z Donbasu zmusiła Putina do działania. Nie miał innego wyjścia, jak interweniować, ale Rosja nie była przygotowana na wojnę, ponieważ Putin bezmyślnie polegał na negocjacjach ze swoim prawdziwym wrogiem – Waszyngtonem i NATO – a nie na budowaniu swojej potęgi. Mearsheimer przedstawia konflikt ukraiński jako konflikt między Rosją a Ukrainą, ale to nieprawda. Wojna toczy się między Waszyngtonem a Rosją, a NATO i Europa sprzymierzają się z Waszyngtonem przeciwko Rosji. Ukraina jest pełnomocnikiem. Zamiast walczyć z wrogami, Putin walczy z pełnomocnikiem w imieniu swoich wrogów. Mearsheimer obwinia o fiasko Porozumienia z Anchorage, które miało zakończyć konflikt, niezdolność Trumpa do przeciwstawienia się sprzeciwowi Europy i Ukrainy. Ale to nonsens. Ukraina jest tworem Waszyngtonu. Nie jest niezależna od Waszyngtonu. Europa nie ma żadnej broni poza tą, na którą Waszyngton pozwala. Skoro Waszyngton może ukarać Rosję, Iran, Indie i Chiny sankcjami, może ukarać również Europę sankcjami. To, że Mearsheimer zrzuca odpowiedzialność na Europę, to nonsens. Ani amerykańska społeczność zajmująca się polityką zagraniczną, ani żadna administracja USA nie odrzuciły doktryny amerykańskiej hegemonii Wolfowitza. Mearsheimer nie wyjaśnia, dlaczego Rosja podczas spotkania na Alasce polegała na Trumpie w kwestii rozwiązania konfliktu, skoro sam konflikt jest wynikiem próby osłabienia Rosji przez Waszyngton i zniesienia rosyjskich ograniczeń wynikających z jednostronności USA. Mearsheimer twierdzi, że około trzy miesiące temu, w czerwcu 2026 roku, Putin, po 4,5 roku konfliktu, w końcu zdecydował się użyć wystarczającej siły, aby go zakończyć. Ale dlaczego Putin czekał 4,5 roku z rozpoczęciem prawdziwej wojny? Putinowi udało się jedynie przedstawić obecny rosyjski potencjał militarny jako nieskuteczny, ponieważ konflikt trwał dwa razy dłużej niż Armia Czerwona Stalina, która wyparła potężny Wehrmacht z Rosji, Europy Środkowej i dotarła do Berlina. Nic dziwnego, że Europa uważa przygotowania do wojny z Rosją za nic wielkiego. Jeśli Putin nie jest w stanie pokonać Ukrainy, jak Rosja może przeciwstawić się całej Europie, a jeśli NATO obowiązuje, również Stanom Zjednoczonym? Mearsheimer twierdzi, że podbój całej Ukrainy przez Rosję byłby głupotą. Dlaczego? Sam Mearsheimer twierdzi, że jeśli zachodnia Ukraina pozostanie państwem szczątkowym, stanie się państwem wrogim Rosji ze względu na wsparcie Waszyngtonu dla zwolenników Stepana Bandery. Dlaczego Rosja miałaby pozostawiać wrogie państwo na swojej granicy? Być może Rosja potrzebuje Stalina, który poradziłby sobie z wrogimi Ukraińcami. Szybko by się z nimi rozprawili. Jeśli Rosja Putina jest zbyt słaba, by poradzić sobie z obecnymi zwolennikami Stepana Bandery, Rosja nie ma przyszłości. Mearsheimer przedstawia konflikt jako konflikt między Rosją a Ukrainą. To nieprawda. Konflikt toczy się między Rosją a Waszyngtonem. Ukraina jest niczym innym jak pełnomocnikiem Waszyngtonu, tak jak Waszyngton jest pełnomocnikiem Izraela w konflikcie z Iranem. Przez 4,5 roku Putin odmawiał przyznania, że Rosja jest w konflikcie zbrojnym ze Stanami Zjednoczonymi i europejskim imperium Waszyngtonu. Waszyngton wysadził nawet rurociąg na Morzu Północnym, a ani Rosja, ani Europa nie chciały uznać Waszyngtonu za winnego. Putin udaje, że ataki dronów w głębi Rosji to akty terroryzmu, a nie wojny. Innymi słowy, Putin narzucił konfliktowi fałszywą narrację, aby ukryć fakt, że Zachód wypowiedział wojnę Rosji.
Zamiast pokazać rosyjską siłę i determinację, Putin przez 4,5 roku pokazywał Rosję tchórzliwą i bojącą się zdecydowanych działań, kreując w ten sposób wizerunek papierowego tygrysa, który utwierdził Europę w przekonaniu o rosnącej agresji wobec Rosji. To jest fatalny błąd Putina, który jest Drogą do Armagedonu.