Polska w dobie p(l)andemii „przoduje” w zamykaniu edukacji.

Dr Basiukiewicz: „Trzeba po prostu zmienić zasady. Problem wówczas przestanie istnieć”

Trzeba maksymalnie skrócić izolację chorych na COVID-19 – powiedział w sobotę w Toruniu dr Paweł Basiukiewicz, kardiolog, internista. Dodał, że skrócenie kwarantanny przez Ministerstwo Zdrowia to krok w dobrym kierunku. Jego zdaniem efekt netto środków izolacji społecznej jest niekorzystny.

https://nczas.com/2022/01/29/dr-basiukiewicz-trzeba-po-prostu-zmienic-zasady-problem-wowczas-przestanie-istniec/

Dr Basiukiewicz wygłosił referat podczas sympozjum w Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu pt. „Oblicza pandemii”.

„W Polsce na izolacji i kwarantannie przebywało w czwartek łącznie 1,7 mln osób. To populacja Warszawy. Zamknęliśmy całą Warszawę w domach, ci ludzie nie mają dostępu nie tylko do służby zdrowia, ale także do administracji, sklepu, apteki. Nie mogą też wchodzić w interakcje społeczne. To wszystko są szkody, które bardzo trudno policzyć, ale one niewątpliwie występują” – mówił dr Basiukiewicz, lekarz kardiolog i internista.

W jego ocenie koszty z tym związane są nieoszacowane, a korzyści są przeszacowane. W jego ocenie efekt netto tych środków izolacji społecznej jest niekorzystny.

„Polska w dobie pandemii przoduje w zamykaniu edukacji. Jest jednym z krajów europejskich, w których edukacja była przez ostatnie dwa lata zamykana na najdłuższy okres. (…) Mamy dowody na to, że nauczanie zdalne jest niekorzystne.

Między czasem lockdownu w edukacji a liczbą zakażeń nie ma żadnej korelacji. Niezależnie od tego, czy w danym kraju edukacja była zamykana, czy też nie, wszędzie było mniej więcej tyle samo zakażeń wirusem SARS-CoV-2” – mówił dr Basiukiewicz.

Oznajmił, że podwoiła się za to liczba dzieci z depresją i lękiem w stosunku do okresu przed pandemią. „Wzrosła liczba prób samobójczych u dzieci i młodzieży” – mówił lekarz.

„Zdrowie to nie tylko zdrowie somatyczne. Powinny być trzy składowe: zdrowie somatyczne, psychologiczno-duchowe i społeczno-ekonomiczne. (…) Powinniśmy znieść bezwarunkowo kwarantannę osób po kontakcie z zakażonym.

Do tego przymierza się Dania, do tego przymierzało się RPA i do tego powinna przychylić się Polska. Ministerstwo Zdrowia skróciło już kwarantannę w Polsce. To krok w dobrym kierunku. (…) Powinniśmy również, podobnie jak proponowało RPA, znieść izolację dla osób bezobjawowych. (…) Powinniśmy skrócić izolację chorych na COVID-19 z objawami do okresu trzech dni po pozytywnym teście. Powrót do pracy powinien następować od razu po negatywnym wyniku testu. Trzeba maksymalnie skrócić izolację. Zwykle pozytywny test i tak jest robiony w kolejnej fazie choroby, a zakaźność tego wirusa jest u większości osób od 7 do 10 dni. Trzeba maksymalnie skrócić izolację do czasu, gdy zakaźność choroby jest najwyższa, a potem pozwolić człowiekowi funkcjonować. Taki człowiek na izolacji powinien także mieć możliwość wyjścia na spacer. On nikogo nie zakazi na dworze. Może to zrobić tylko w zamkniętym pomieszczeniu” – mówił dr Basiukiewicz.

Jego zdaniem konieczne wobec masowości infekcji wariantem Omikron jest także zaprzestanie raportowania pozytywnych wyników testów u osób bezobjawowych.

„Słyszałem wypowiedź publiczną, że wszyscy wiedzą o szkodach, które powoduje edukacja zdalna dla dzieci, ale nie wyrabia się Sanepid. Przepraszam bardzo, wiemy o szkodach, ale zamykamy dzieci w domach, bo nie wyrabia się Sanepid? Trzeba po prostu zmienić zasady izolacji i kwarantanny. Problem wówczas przestanie istnieć” – mówił.

W jego ocenie służba zdrowia powinna zajmować się ciężkimi przypadkami COVID-19, które oczywiście się zdarzają i należy je jak najszybciej wyłapywać oraz leczyć.

W sympozjum zorganizowanym przez AKSiM założoną przez o. Tadeusza Rydzyka biorą udział m.in. prof. dr hab. Andrzej Kochański, były konsultant krajowy w dziedzinie genetyki klinicznej, dr Marek Sobolewski, statystyk z Politechniki Rzeszowskiej, a także doktorzy Włodzimierz Bodnar (pulmonolog, pediatra) i Zbigniew Martyka (internista, specjalista chorób zakaźnych). (PAP)

Kanada: Protest kierowców ciężarówek przeciwko szczepieniom i obostrzeniom epidemicznym. „Konwój wolności” zablokował Ottawę. Panika i kłamstwa „władz”.

„Konwój wolności” zablokował w piątek Ottawę, stolicę Kanady. W sobotę składający się głównie z kierowców ciężarówek i wymierzony w obostrzenia związane z epidemią Covid-19 i obowiązkowe szczepienia przeciwko tej chorobie protest ma się przenieść na teren wokół kanadyjskiego parlamentu.

https://www.wnp.pl/rynki-zagraniczne/kanada-protest-kierowcow-ciezarowek-przeciwko-szczepieniom-i-obostrzeniom-epidemicznym,533643.html

Licząca 70 kilometrów kawalkada składająca się z tysięcy ciężarówek i samochodów osobowych przybyła do stolicy ze wschodu i zachodu Kanady.

Protest początkowo dotyczył nałożonego na kierowców ciężarówek przekraczających granicę kanadyjsko-amerykańską obowiązku przejścia szczepień przeciwko Covid-19 i innych obostrzeń związanych z epidemią. Z czasem przerodził się w ogólnokrajowy protest przeciwko restrykcjom, do którego przyłączyły się inne grupy zawodowe, m.in. rolnicy. Zdaniem demonstrantów obostrzenia epidemiczne łamią prawa człowieka, w tym Kanadyjską Kartę Praw i Wolności.

Na początku ubiegłego tygodnia pierwsza kolumna ciężarówek z wolnościowymi hasłami wyruszyła z położonej na zachodzie kraju Kolumbii Brytyjskiej. Stopniowo przyłączały się do niej kolejne maszyny. Na trasie przejazdu „konwoju wolności” ustawiali się wspierający ruch ludzie, którzy oferowali kierowcom jedzenie i napoje. Uruchomiono internetową zbiórkę, na którą wpłacono blisko 8 mln dolarów. Z tych środków mają zostać pokryte koszty paliwa, jedzenia i zakwaterowania protestujących.

Premier Kanady Justin Trudeau przebywa na pięciodniowej kwarantannie po tym, gdy miał kontakt z osobą zakażoną koronawirusem. „To skrajna, niewielka grupa ludzi, którzy są w drodze do Ottawy, poglądy, które wyrażają są niedopuszczalne i nie reprezentują punktu widzenia Kanadyjczyków, którzy wspierają siebie nawzajem i wiedzą, że kierowanie się nauką i zwiększanie ochrony każdego z nas to najlepsza droga, by zabezpieczyć nasze wolności, prawa i wartości” – mówił o protestach Trudeau.

Krytycy ostrzegają, że ruch związany z „konwojem wolności” jest kierowany przez działaczy skrajnej prawicy, którzy niegdyś próbowali podżegać do przemocy – pisze agencja Reutera.

Politycy rządowi próbują także obarczać strajkujących odpowiedzialnością za braki w dostawach żywności. Przed 15 stycznia, gdy wprowadzono nakaz szczepień dla kierowców transgranicznych, przedsiębiorstwa transportowe ostrzegały, że może to doprowadzić do problemów z zaopatrzeniem i pogłębić problemy z już i tak napiętymi łańcuchami dostaw. Transport samochodowy jest kluczowy dla zapewnienia sprawnego przepływu dóbr między Kanadą i USA, ponieważ 2/3 tych towarów wartych łącznie ponad 500 mld dolarów jest przewożonych drogą lądową. W Ottawie, w niektórych sklepach już widać pustki na półkach, a strajkujący kierowcy zapowiadają blokadę nawet tygodniową, jeśli wcześniej nie spotka się z nimi premier.

W Kanadzie około 90 proc. kierowców ciężarówek transgranicznych oraz 77 proc. populacji przyjęło dwie dawki szczepionki przeciwko Covid-19 – informuje Reuters.

Organizatorzy „konwoju wolności” zapewniają o pokojowych zamiarach, ale – jak informował w piątek szef policji w Ottawie, Peter Sloly – wspierający protest podżegają w mediach społecznościowych do nienawiści, przemocy i w niektórych przypadkach do popełniania przestępstw.

Niektórzy politycy obawiają się, że mimo zapewnień organizatorów o pokojowych zamiarach protest przybierze formę kanadyjskiego szturmu na waszyngtoński Kapitol, 6 stycznia 2021 r., który skończył się strzelaniną i ofiarami śmiertelnymi. Ottawska policja zapewnia jednak, że jest przygotowana na różne sytuacje, włącznie z aresztowaniem i ściganiem każdego, kto dopuści się przemocy lub jego zachowanie będzie niezgodne z prawem.

Nieoczekiwanie masowy protest wywołał dyskusje wśród polityków różnych partii. Były przywódca Konserwatywnej Partii Kanady Andrew Scheer nazwał premiera Justina Trudeau „największym zagrożeniem dla wolności w Kanadzie”. Z kolei Pierre Poilievre, konserwatywny deputowany z regionu Ottawy określił obowiązek szczepień kierowców ciężarówek „wendetą szczepionkową”. Lider Kanadyjskiej Partii Ludowej Maxime Bernier opisał zaś kanadyjskie środki przeciwepidemiczne „faszystowskimi” i „autorytarnymi”.

Obecny lider opozycyjnych wobec rządzącej Partii Liberalnej Kanady konserwatystów, Erin O’Toole zapowiedział, że spotka się z protestującymi, ale odciął się zarazem od „ekstremistycznych elementów” łączonych z konwojem. „Nigdy nie widziałem tego kraju aż tak podzielonego (…) konwój reprezentuje ludzi, którzy czują, że nie mają głosu w Ottawie” – zaznaczył.

„Konwój wolności” poparli w internecie m.in. Donald Trump Jr. i Elon Musk.

Viola Kardynal

Chińska analna Olimpiada. Sportowcy mogą być testowani z… odbytu. Śledzenie na każdym kroku.

https://nczas.com/2022/01/29/io-2022-chiny-testy-analne-z-odbytu/

Kilka dni dzieli nas od inauguracji zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Chińczycy wprowadzili surowe zasady sanitarne, każą się testować nawet dwa razy dziennie. Możliwe są także testy z odbytu.

O analnych testach na koronawirusa przeprowadzanych w Chinach media informowały już na początku 2021 roku. Potem podobno ta osobliwa metoda testowania zniknęła, ale w ostatnich tygodniach znów wróciła do łask.

Sportowcy, trenerzy, działacze, związkowi delegaci z całego świata dopiero zlatują się do Chin. Kraj ten przygotował dla świata sportu specjalne procedury sanitarne.

Żeby w ogóle wlecieć do Chin, sportowcy i wszyscy inni oficjele muszą pobrać specjalną aplikację, w której uzupełniają wymagane dane. Nie tylko zdrowotne, ale nawet o zajmowanym w samolocie fotelu czy miejscach pobytu i wykonywanych ruchach już na miejscu. To w celu tzw. śledzenia kontaktu.

Przed wylotem trzeba oczywiście przedstawić negatywny test na koronawirusa. Po wylądowaniu w Chinach już na lotnisku czekają kolejne testy. W ten sposób wykryto już ponad 100 przypadków covidu. W tym u kilku Polaków – m.in. łyżwiarek szybkich Natalii Czerwonki i Magdaleny Czyszczoń, trenera Arkadiusza Skonecznego i lekarza PKOl Huberta Krysztofiaka.

Dzięki aplikacji chińskie służby sanitarne wiedzą, kto siedział obok nich w samolocie i stosują specjalne procedury. W ten oto sposób narciarka Hanna Zięba, choć covida nie ma, trafiła na izolację noclegową, na treningi będzie dojeżdżać dedykowanym transportem i musi testować się co 12 godzin.

Testy dwa razy dziennie dotyczą wszystkich, którzy mieli kontakt z osobą z pozytywnym wynikiem testu na koronawirusa. Co 12 godzin muszą testować się przez cały tydzień. Jeśli w tym okresie nie „ustrzelą” pozytywnego wyniku, to wówczas – tak jak wszyscy pozostali – muszą testować się już „tylko” raz dziennie.

Testy potrafią wychodzić przeróżnie – znamy to chociażby z Polski. W Chinach pecha miał łyżwiarz szybki Marek Kania.

„Świetne. Przypadek Marka Kani: 2 razy negatywny w Polsce. Później w Chinach: pozytywny, negatywny, pozytywny i na izolacji” – napisał Konrad Niedźwiedzki, szef polskiej misji olimpijskiej.

Testy analne w Chinach

W tzw. niepewnych przypadkach, gdy nawet dedykowane do igrzysk służby sanitarne nie wiedzą, jaki werdykt wydać (czy sportowiec może wystartować, trenować, jaki rodzaj izolacji zastosować, którym autobusem ma jechać itp.), przygotowano nawet testy z odbytu.

„Forbes” podaje, że testy analne na koronawirusa zyskały na nowo popularność w Chinach w związku z wariantem Omikron. Wszystko dlatego, że są bardziej czułe, tzn. częściej wykrywają wirusa niż testy, które polegają na pobraniu wymazu z nosa lub gardła.

A jak wygląda taki test z odbytu? Oficjalna instrukcja głosi tak: „jest wykonywany za pomocą sterylnego wacika, który wygląda jak bardzo długi patyczek do uszu, który wprowadza się na głębokość od 3 cm do 5 cm do odbytu, a następnie delikatnie się go wyciąga”.

Chińczycy przygotowali nawet specjalną wizualizację analnego testu:

CPK- Drogie plany fantastów. Szprychy na złom ! Lotnisko w służbie „idei”.

CPK i kolej do niego to dziwolągi na światową skalę.

Obszar koło Baranowa to jedyne możliwe miejsce na nowe wielkie lotnisko obsługujące całą centralną Polskę. Jednak – czy na pewno potrzebujemy takiego megaportu?

28 stycznia 2022 https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/2152334,1,lotnisko-w-sluzbie-idei-cpk-i-kolej-do-niego-to-dziwolagi-na-swiatowa-skale.read

O tym, dlaczego budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego należy odłożyć, a projekt szprych kolejowych wyrzucić do kosza, mówi nam Tomasz Wardak, autor książki „Piasta i szprychy”.

CEZARY KOWANDA: – Pana nowa książka to pierwsza tak pełna analiza projektu nowego megalotniska. Tylko dlaczego podobnego opracowania nie doczekaliśmy się dotąd od rządowej spółki mającej budować CPK?
TOMASZ WARDA
K: – Pewnie dlatego, że rzetelna analiza musi obnażyć słabość wielu założeń tego projektu. To zapewne powód, dla którego spółka unika takich opracowań. Pojawiają się co prawda niektóre elementy analizy, na przykład prognoza ruchu lotniczego. Niestety, nie wyciąga się z nich żadnych wniosków.

Czytaj także: Megalotnisko i wielkie wywłaszczenie

A jakie Pan wyciągnął wnioski po swojej analizie?
Przede wszystkim musimy osobno potraktować dwie części tej gigantycznej inwestycji – lotniskową i kolejową.

To zacznijmy może od lotniskowej. Potrzebujemy jak najszybciej CPK, jak przekonuje rząd?
Z pewnością nie. Być może za kilkanaście lat, jeśli ruch lotniczy będzie się znowu dynamicznie rozwijał, taki port zacznie mieć sens. Nie mam nawet większych zastrzeżeń co do lokalizacji. Wydaje się, że obszar koło Baranowa to jedyne możliwe miejsce na nowe wielkie lotnisko obsługujące całą centralną Polskę. Jednak na razie dużo lepsze jest zupełnie inne rozwiązanie.

Jakie?
Jestem zwolennikiem koncepcji duoportu, czyli maksymalnego wykorzystania dwóch istniejących, funkcjonujących lotnisk – Chopina (potocznie nazywanego Okęciem) i podwarszawskiego Modlina. Rządowe analizy jeszcze niedawno zakładały rozbudowę Chopina, którego potencjał szacuje się na prawie 30 mln pasażerów rocznie. Z kolei Modlin po rozbudowie, obsługując tanie linie i czartery, mógłby mieć przepustowość rzędu co najmniej 10 mln pasażerów. W sumie mamy zatem minimum 40 mln. Biorąc pod uwagę obecne załamanie rynku to rezerwa, która powinna wystarczyć na kilkanaście lat. Potem być może rzeczywiście przyjdzie czas na nowe lotnisko, bo Chopina z powodu jego położenia nie da się w nieskończoność rozbudowywać. Ale na pewno nie teraz.

Czytaj także: Czy Lotnisko Chopina w Warszawie powinno przetrwać?

Winna pandemia?
Tak, zwłaszcza że z jej powodu mamy przynajmniej dwa ogromne znaki pytania. Pierwszy dotyczy przyszłości Lotu, a drugi perspektyw dla ruchu biznesowego. A przecież CPK to lotnisko projektowane z myślą zarówno o naszym narodowym przewoźniku, jak i o wielkim ruchu przesiadkowym, w którym znaczną część pasażerów będą stanowić osoby podróżujące służbowo. Póki te dwie poważne wątpliwości nie zostaną rozwiane, trudno nawet myśleć o właściwym zaprojektowaniu CPK.

Ale przecież obecny rząd podkreśla, że megalotnisko w środku Polski ma być nie tylko dla nas, ale dla całego regionu.
Nie podzielam tego entuzjazmu. To nie tak, że cała Europa Środkowo-Wschodnia wstrzymała oddech, czekając na CPK. Polska jest otoczona lotniskami, które chcą się rozbudowywać i mają ku temu możliwości. Ambitny plan rozwoju przedstawił na przykład kijowski Boryspol, także Praga i duże lotniska skandynawskie jeszcze przed pandemią planowały duże inwestycje. To oczywiste, że każdy kraj planuje rozwijać własną infrastrukturę, a obraz CPK jako hegemona całego regionu jest tylko pobożnym życzeniem.

A jednak wizja wielkiego portu w środku Polski, z którego będziemy mogli polecieć na cały świat bez przesiadek jak z Frankfurtu czy Londynu, wydaje się kusząca?
Z pewnością. Tyle że przyszłość lotnictwa może być inna. Jedno z najważniejszych nowych zjawisk to szybki wzrost popularności wąskokadłubowych (a zatem znacznie tańszych) samolotów długodystansowych jak Airbus A321XLR. Dzięki nim pojawia się coraz więcej połączeń z Europy do Ameryki czy Azji z pominięciem wielkich hubów łączących bezpośrednio dwie aglomeracje. Można sobie wyobrazić, że w tej dekadzie zagraniczne linie zaczną uruchamiać na przykład loty z polskich lotnisk regionalnych do Stanów Zjednoczonych, Chin czy Japonii. Właśnie przy użyciu takich maszyn, które są teraz chętnie zamawiane przez przewoźników niskokosztowych. Dla CPK, który chce wszystkich z Polski i okolic wozić przez nowe lotnisko, byłby to fatalny scenariusz.

Czytaj także: W Baranowie kozy kują. Kosmiczne wizje megalotniska pod Baranowem

Jednak rząd zakłada, że CPK będzie tak atrakcyjne, że niejako wyssie ruch z polskich portów regionalnych.
Kolejna ryzykowna teza. Podstawą mniejszych polskich lotnisk są dwie linie niskokosztowe: RyanairWizz Air, dla których w CPK nawet nie będzie odrębnego, tańszego terminalu, więc raczej się tam nie przeniosą. Zresztą one stawiają na bezpośrednie połączenia. Na pewno CPK, a dokładnie Lot na CPK, podejmie walkę z lotniskami regionalnych o pasażerów latających teraz np. Lufthansą przez Frankfurt, British Airways przez Londyn czy KLM przez Amsterdam. Jednak ta walka jest, moim zdaniem, skazana na porażkę. Zwłaszcza jeśli ci pasażerowie z Gdańska, Krakowa czy Wrocławia mieliby, jak zakłada cały projekt CPK, dojeżdżać na megalotnisko koleją.

W ten sposób doszliśmy do tego drugiego komponentu CPK, czyli części kolejowej. Co z nią zrobić?
To kluczowa sprawa, bo – o czym często zapominamy – wartość wszystkich inwestycji kolejowych ma być kilkakrotnie większa niż sama budowa lotniska. Niestety, moja diagnoza jest bezlitosna. Cały projekt kolejowy tzw. szprych prowadzących do CPK należy wyrzucić w obecnej postaci do kosza. I to niezależnie od pandemii. Sam pomysł jest kuriozalny i zasługuje na miano dziwoląga w skali światowej.

Dlaczego?
Jesteśmy krajem policentrycznym, z kilkoma dużymi ośrodkami, o strukturze zaludnienia podobnej do Niemiec. Tymczasem twórcy CPK chcą zbudować jeden gigantyczny węzeł kolejowy, dodatkowo zlokalizowany poza jakąkolwiek aglomeracją. Nigdzie na świecie czegoś takiego nie zrobiono. Koncepcja szprych jest zupełnie niedopasowana do potrzeb komunikacyjnych Polski. Nie znaczy to, że wszystkie proponowane linie są bez sensu. Na przykład nowa linia Kolei Dużych Prędkości, łącząca Warszawę z Łodzią, Wrocławiem i Poznaniem, powinna powstać. Jednak ona była już planowana w czasach, gdy o żadnym CPK nie mówiono.

Czytaj także: Pociąg w służbie samolotu

Ale wielu entuzjastów pociągów podkreśla, że bez nowego lotniska nie ma szans na tyle nowych połączeń kolejowych. Zatem nawet jeśli CPK nam się nie podoba, niech będzie, bo dzięki niemu czeka nas renesans kolei.
Niestety, nie mogę się zgodzić. Ja również należę do entuzjastów tej formy transportu, ale nie zawsze kolej jest sensowna, a nawet ekologiczna. Jeśli źle się ją zaprojektuje, przynosi więcej szkód niż pożytku. Gdy patrzę na projekty niektórych szprych, od razu myślę, że nawet jeśli zostaną zbudowane, trzeba będzie je potem zwyczajnie zamknąć. Nie ma żadnej spójności w tym programie. Przykładowo od dawna mówi się o konieczności budowy tzw. linii Podłęże-Piekiełko, by wreszcie można było wygodnie dojechać pociągiem z Krakowa do Nowego Sącza czy Zakopanego, rozpoczęto nawet przygotowania do jej budowy. Tymczasem w ramach szprych CPK proponuje się szybką linię do Nowego Sącza, ale z Tarnowa, dublującą niejako to połączenie. To tylko przykład tego, jak bardzo koncepcja szprych jest oderwana od realnych potrzeb i możliwości wykorzystania kolei do codziennych przejazdów.

Jednak przecież dzięki szprychom prawie każdy Polak ma mieć możliwość szybkiego dotarcia do nowego megaportu.
Pytanie tylko, czy będzie z niej chciał skorzystać. Mamy coraz lepsze drogi, a wiele osób preferuje dojazd na lotnisko samochodem, a nie pociągiem. Zwłaszcza gdy podróżuje cała rodzina z dużą ilością bagażu. Nie da rady przesadzić wszystkich pasażerów na kolej. Zresztą warto spojrzeć na doświadczenia zagraniczne. Doradcą CPK zostało lotnisko Seul-Inczon. Uczmy się zatem od Koreańczyków. W 2018 r., czyli jeszcze w dobrych „przedpandemicznych”czasach, zlikwidowano szybkie pociągi dowożące właśnie do tego portu pasażerów z różnych miast Korei Południowej ze względu na słabą frekwencję. Kolej dużych prędkości i wielki hub lotniskowy to wcale nie musi być samograj.

Chce Pan zatem pozbawić polską kolej historycznej szansy rozwoju?
Przeciwnie. Chcę, żeby pieniądze idące na kolej zostały jak najlepiej spożytkowane. Powinny zostać wydane przede wszystkim na rozwój połączeń aglomeracyjnych, poprawiających komunikację publiczną w polskich aglomeracjach. Mamy pod tym względem gigantyczne zaniedbania, choćby na Górnym Śląsku. Potrzebujemy kolei tam, gdzie będzie przydatna ludziom na co dzień, a nie tam, gdzie ładnie wygląda na mapie i służy księżycowej koncepcji.

CPK ma dwa główne komponenty, czyli lotniskowy i kolejowy. Pan jednak w swojej książce pisze jeszcze o trzecim, którego symbolem miałoby stać się nowe miasto wokół portu.
Ten komponent może nie jest na razie specjalnie eksponowany, ale moim zdaniem odegra ogromną rolę na dalszym etapie. Fakt, że rząd z niego nie zrezygnował, potwierdza zakres planowanych wykupów gruntu wokół Baranowa – znacznie większy niż tereny potrzebne pod lotnisko, magazyny, hotele czy parkingi. Dla PiS CPK to nie jakieś tam lotnisko, tylko wielka idea. To projekt transformacyjny, czyli zmieniający kraj, wzmacniający prowincję kosztem metropolii i podkreślający spójność państwa. Wpisuje się w takie inwestycje jak Kanały Panamski czy Sueski, szybka kolej w Japonii albo lotnisko w Dubaju. Wszystkie one zmieniły te kraje, tak jak CPK ma zmienić Polskę.

Czytaj także: Czy Polskę stać na kuriozalne projekty

A zatem potrzebujemy symbolu: nowego miasta, swoistego CPK City?
Tak sądzę. Zbudowane od podstaw jako przeciwwaga dla istniejących metropolii, które przecież PiS nie lubią. Według rządowej koncepcji w takim nowym mieście ma powstać na przykład ogromne centrum ekspozycyjne czy kampus wielkiej uczelni. Jeśli powstaną tu, to nie powstaną w jednej z istniejących aglomeracji. W ten sposób będzie im można pokazać miejsce w szeregu, a jednocześnie pozostawić po sobie coś na wieki.

Taką nową Gdynię. Najpierw jednak musi powstać CPK, chociaż podobno pierwsze loty czekają nas z tego portu już pod koniec w 2027 r.
Harmonogram oczywiście całkowicie nierealistyczny. Co prawda rządzący obiecują tureckie tempo budowy, ale nawet przy pracach nad nowym megalotniskiem koło Stambułu doszło do opóźnień. Taki szaleńczy kalendarz dodatkowo zwiększa ryzyko niepowodzenia. Tymczasem pandemia dała nam właśnie szansę na spokojne analizy i jeśli nie ponowne przeanalizowanie koncepcji, to przynajmniej dopracowanie całego projektu. Bez tej zupełnie niepotrzebnej presji czasu można by go dużo lepiej przygotować, a przy okazji zracjonalizować koszty. Czym kończy się pośpiech, pokazała źle przygotowana i nieudolnie prowadzona budowa nowego lotniska pod Berlinem, która miała trwać pięć lat, a trwała 14.

Ale my właśnie Berlinowi i Niemcom pokażemy, jak to się robi.
Tylko nie zapomnijmy, że i my mieliśmy niemało lotniskowych wpadek w przeszłości. Nowy terminal warszawskiego lotniska Chopina długo nie mógł przejść prób przeciwpożarowych, a pasażerowie musieli tłoczyć się w starym, zwanym od swojego koloru „buraczkowym”. Natomiast w Modlinie pas startowy trzeba było zamknąć i remontować krótko po otwarciu portu, bo został wadliwie wykonany. Jeszcze nie jest za późno, aby wcisnąć pauzę, wyciągnąć wnioski z doświadczeń innych oraz pomyśleć przez chwilę: czym ma być CPK i kiedy naprawdę będzie nam potrzebny?

Wyznawcy Sześciu Króli

Izabela Brodacka

Pani Monika Olejnik w „Kropce nad i” raczyła oświadczyć: „Miałam na studiach logistykę, więc potrafię myśleć logicznie”. Wystarczyłoby zajrzeć do Wikipedii aby się dowiedzieć, że: „logistyka to  proces planowania, realizowania i kontrolowania sprawnego i efektywnego ekonomicznie przepływu surowców, materiałów i wyrobów gotowych. Działania logistyczne obejmują kontrolę zapasów, lokalizację zakładów produkcyjnych i magazynów  oraz przepływ informacji”. [Normalnie mówiło się po polsku: „zaopatrzenie, zaopatrzeniowiec”. MD]

Na studiach ( zootechnika SGGW )  pani Monika mogła mieć faktycznie logistykę. Mogła się uczyć o transporcie żywca do rzeźni czy transporcie i magazynowaniu paszy dla krów, ale nie ma to nic wspólnego z logiką i jej wykładem. Oczywiście nie można wykluczyć, że pani Monika myśli logicznie w sposób naturalny, wrodzony, tak jak oddycha i nawet nie wie gdzie się tego nauczyła. Pani Monika jest zatem w sytuacji pana Jourdain ze sztuki J.B. Molière pod tytułem „Le Bourgeois gentilhomme” ( Mieszczanin szlachcicem), który nie wiedział, że mówi prozą. Pan Jourdain nie ukończył jednak podyplomowych studiów dziennikarskich i nie pracował jako dziennikarz. Nie parał się słowem. Można mu więc darować jego ignorancję. Pani Monika jako czynna dziennikarka powinna jednak odróżniać logikę od logistyki. 

 Nie można również wykluczyć, że wpadka słowna Moniki Olejnik to zwykły lapsus. Tak czy owak zapisuje on  panią Monikę do grona Wyznawców Sześciu Króli założonego przez Ryszarda Petru.

Do grona Wyznawców Sześciu Króli zapisujemy również panią Janinę Ochojską na podstawie jej  wypowiedzi dla tygodnika Polityka: „ Gdy o tym myślę przychodzi mi do głowy proces Adolfa Eichmanna, który w Norymberdze bronił się mówiąc, że tylko wypełniał rozkazy”. Pani Ochojska choć jest astronomem, zawodową filantropką i zawodową posłanką europejską, a nie historykiem, z racji choćby swych dawnych związków z „Tygodnikiem Powszechnym” powinna przynajmniej słyszeć o sztandarowym dziele Hannah  Arendt „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” wydanym w Polsce właśnie przez „Znak”. Powinna pamiętać, że proces Eichmanna odbył się nie  w Norymberdze lecz w Jerozolimie 11 kwietnia 1961 roku, po brawurowym pojmaniu Eichmanna przez wywiad Izraela 11 maja 1960 r. w argentyńskim Buenos Aires, gdzie mieszkał i ukrywał się od 10 lat.  Eichmann został skazany na śmierć i stracony w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1962 roku.

Wysoką pozycję w Kościele Wyznawców Sześciu Króli zajmuje również Ewa Kopacz za wypowiedź dotyczącą wyginięcia dinozaurów: „Wtedy, kiedy dinozaury jeszcze były, a ludzie nie mieli żadnych strzelb, nie mieli żadnej broni nowoczesnej, która pozwoliłaby ich ( uwaga, dodatkowo błąd gramatyczny  – powinno być „ je” ) zabić. Rzucali kamieniami w tego dinozaura i wiadomo, że od jednego rzucenia tym kamieniem na pewno nie padł, ale jeśli przez miesiąc, dwa miesiące rzucali tymi kamieniami, to go na tyle osłabili, że mogli go pokonać. Więc presja ma sens” – przekonywała Ewa Kopacz. Dinozaury zniknęły z powierzchni ziemi w końcówce ery mezozoicznej, a więc około 70-80 mln lat temu. Pani Kopacz zapewne potraktowała dosłownie przenośny sens słowa dinozaury. Pod adresem konserwatywnej  strony sceny politycznej często używa się przecież argumentu „wyginiecie jak dinozaury” co oznacza przeświadczenie, że konserwatywny system wartości jest nie do utrzymania we współczesnym świecie.

O przynależność  do  grona Wyznawców Sześciu Króli otarł się również niestety premier Mateusz Morawiecki, który powiedział: „chcemy, żeby jak najwięcej osób zarabiało więcej, bliżej średniej krajowej, powyżej średniej krajowej, wokół średniej krajowej i również te osoby, które dziś zarabiają na poziomie średniej krajowej, będą beneficjentami tej zmiany”. Premier Morawiecki był prezesem wielkiego banku i ma wykształcenie ekonomiczne, nie jest więc możliwe żeby nie rozumiał pojęcia średniej. Być może miał na myśli, że chciałby aby jak najwięcej osób zarabiało kiedyś powyżej obecnej średniej krajowej. Ta przyszła średnia krajowa wzrośnie oczywiście wraz z zarobkami i cenami.

Takie zjawisko nazywa się jak wiadomo inflacją. Pamiętamy [te matuzalemy… md] czasy gdy wszyscy byliśmy milionerami, a ciastko kosztowało dwadzieścia tysięcy. Rolą pieniądza jest wyznaczanie udziału w podziale tortu jakim są dobra tego świata. Pieniądzem była kiedyś sól, potem metale szlachetne, pieniądz papierowy, zapis cyfrowy. Nie mam zamiaru przytaczać tu historii pieniądza. Pozwolę sobie za to na wspomnienia. Kiedy miałam bodajże cztery lata powiedziałam ojcu, że chciałabym znaleźć tyle złota żeby starczyło dla wszystkich ludzi na świecie. „Nie przyszło ci do głowy, że złoto miałoby wówczas wartość i siłę nabywczą piasku”- odparł kwaśno ojciec. Na usprawiedliwienie idiotyzmu, który powiedziałam przypomnę, że byłam wówczas tylko małym dzieckiem. Raz na zawsze zostałam wtedy wyleczona ze skłonności do myślenia utopijnego.

Żądanie, żeby wszyscy mieli wszystkiego równo jest niebezpieczną utopią i prowadzi do niebywałych zbrodni, gdyż może być zrealizowane tylko przemocą. Pragnienie żeby wszyscy zarabiali powyżej średniej jest nonsensem matematycznym. Większość rozkładów opisujących zjawiska przyrodnicze dąży do rozkładu normalnego, który jest symetryczny względem wartości oczekiwanej czyli średniej. Oczywiście istnieją rozkłady asymetryczne. W rozkładzie o asymetrii lewostronnej najczęściej występująca wartość (dominanta, moda) jest większa niż wartość średnia. Wtedy wartości niższe od wartości średniej są bardziej rozproszone ( zróżnicowane). W rozkładzie o asymetrii prawostronnej dominanta jest niższa od wartości średniej a bardziej rozproszone są wartości wyższe od średniej. Inaczej mówiąc większość z nas zarabia poniżej średniej natomiast wysokie zarobki zależące od wielu czynników pozamerytorycznych są bardzo zróżnicowane bo taka jest waga tych czynników.

Złośliwi internauci utworzyli nawet mem, w którym premier Morawiecki mówi: „ dzięki dobrej zmianie wszyscy będą zarabiać powyżej średniej krajowej” ale na szczęście to tylko dowcip.

SUPER-INFLACJA NADCHODZI. Dlaczego nie zatrzyma się drukowania pieniędzy

Człowiek bez Boga tworzy finansowe piekło na ziemi.

Naszą jedyną nadzieją to odnowić świat w Chrystusie.

Streszczamy i skracamy poniżej cenny artykuł ze strony internetowej Douga Casey http://internationalman.com pt. „Dlaczego nie zatrzyma się drukowania pieniędzy”.

29 stycznia 2022 Biskup Ryszard Williamson https://fsspxr.wordpress.com/komentarze-eleison/

———————————

Pytanie: Amerykańskie władze wydrukowały ostatnio więcej pieniędzy niż przez niemal 250 lat istnienia USA. Czy władze mają jakąś alternatywę dla ciągłego drukowania pieniędzy?

Odpowiedź: Pojawia się pytanie, co zrobi Fed, kiedy nie będzie już mógł dalej udawać, że inflacja jest pod kontrolą? Fed wydrukował już biliony dolarów, zatem znacznie wyższa inflacja nieuchronnie nadchodzi. Nie wiadomo, w jako sposób Fed odpowie na inflację, która wymknie się spod kontroli. Albo 1) będzie dalej drukować biliony napędzając inflacyjną rakietę, a ten sposób doprowadzi do tego, że dolar straci całkowicie swoją wartość albo 2) dokręci śrubę polityki monetarnej tnąc wydatki rządowe i obserwując krach na rynku, w tym na giełdzie.

W obliczu takiego wybory politycy zwykle wybierają łatwiejszą opcję, a zatem w tym przypadku dalsze drukowanie pieniędzy. Decyzja o cięciu wydatków staje się bowiem z politycznego punktu widzenia niemożliwa, zatem amerykańskie władze mają już przed sobą pewną perspektywę wielobilionowego deficytu, który może sfinansować wyłącznie nieustannie rosnący dodruk pieniądza. Ostrożne szacunki wskazują, że deficyt zwiększy się do 2031 roku do 20 bilionów dolarów i pokryć go będą mogły tylko maszyny drukarskie Fedu.

Co więcej, nie było w historii świata większego dłużnika, niż rząd USA, a inflacja pozwala każdemu dłużnikowi zmniejszyć ciężar długu, gdyż to, co pożyczył w dolarach, może spłacić w dziesięciocentówkach. Stąd też rząd ma potężny bodziec, by kontynuować napędzanie ogromnej inflacji.

Ponadto już nawet rzut oka na to, w jaki sposób amerykański rząd finansuje swoje wydatki zdradza, bez cienia wątpliwości, że działa on zgodnie ze schematem Ponziego, czyli jak piramida finansowa. To oznacza, że jeżeli przestaną nieustannie dopompowywać coraz więcej i więcej świeżych pieniędzy, to cały system się zawali. W przeciwieństwie do prywatnego schematu Ponziego, amerykański rząd może cały czas pompować nowe pieniądze w swoje oszustwo poprzez dodruk potrzebnych pieniędzy – wracamy zatem do maszyn drukarskich Fedu. Zatem Fed może robić gesty sugerujące ograniczanie wydatków, ale gdy tylko rynki zaczną się walić i instytucje bankrutować, natychmiast skończy z cięciami i znowu zacznie produkcję banknotów. Mówiąc krótko: rząd USA nie ma innego wyboru, jak tylko dalej drukować pieniądze, by pokrywać wydatki.

Pytanie: Ale przecież ostatnio rząd stwierdził, iż „inflacja jest dobra”.

Odpowiedź: To nonsens! Korzysta na niej rząd w ten sposób, iż zmniejsza ciężar swoich długów, ale dzieje się to poprzez pozbawianie wartości dolarów w portfelach każdego obywatela. W rzeczywistości rząd kradnie je obywatelom, ale w taki sposób, że jedynie nieliczni orientują się, co się dzieje. Fakt jest taki, że amerykańska Rezerwa Federalna i inne banki centralne istnieją wyłącznie po to, by kraść nam pieniądze poprzez inflację, a następnie przekierować je do ludzi o odpowiednich politycznych koneksjach. To jest i zawsze był ich główny cel. Stąd też potok fałszywych informacji dotyczących finansów i ekonomii w szczególności w podłych mediach i na „uniwersytetach”.

Pytanie: Jakie jeszcze triki może zastosować rząd USA w tym momencie gry?

Odpowiedź: Bez względu na to, jak je nazwą i skąd je wezmą, możecie być pewni, że wynikiem będzie transfer coraz większych pieniędzy i władzy do rządzących. Niedające się kontrolować inflacja jest powszechną wymówką stosowaną przez władze, by wprowadzić kontrolę kapitału, cen, konfiskatę dóbr i całą gamę różnych paskudnych środków.

Ale chyba najbardziej przerażającymi spośród nich jest cyfrowa waluta banku centralnego (CBDC), która umożliwi stworzenie iście orwellowskiego systemu nadzoru, który będzie monitorować i kontrolować każdy grosz, który zarabiasz, oszczędzasz i wydajesz. Cyfrowe waluty banku centralnego są ważnym tematem, któremu powinniśmy się jeszcze przyjrzeć.

Kyrie eleison.

Dbam o wysoki poziom własnej odporności.

Ludzie często nie rozumieją, czym jest zakażenie grypą lub koronawirusem i jak używając tradycyjnych sposobów można skutecznie bronić się przed nim.

Zakażeniem określa się wtargnięcie drobnoustrojowego czynnika chorobotwórczego do organizmu.

Michał Jabłoński

Nie każde zakażenie prowadzi do niebezpiecznego rozwoju choroby. Można ją przebyć lekko lub wręcz bezobjawowo  Zdrowy, sprawny organizm, z wysokim poziomem naturalnej odporności , często skutecznie niszczy wrogie drobnoustroje i ich jady. Czynnik zakaźny może jednak przełamać niedostateczną barierę mechanizmów ochronnych i umożliwić rozmnażanie się drobnoustrojów. Dlatego o wysoki poziom naturalnej odporności należy dbać z najwyższą starannością przez całe życie. Gdy własna odporność nie wystarcza, potrzebne są bezpieczne, w pełni sprawdzone lekarstwa które działają szybko i skutecznie oraz nie powodują szkodliwych skutków ubocznych, niemożliwych do opanowania w bliższej lub dalszej perspektywie czasowej.

Osobiście stale dbam o wysoki poziom własnej odporności! Od bardzo wielu lat nie choruję na grypę i nigdy nie zaszczepiłem się przeciwko tej groźnej chorobie. Chociaż od początku pandemii mam w szpitalu, w którym pracuję, częsty kontakt zawodowy z chorymi na “koronawirusa”, nie mam dotąd żadnych objawów i nie widzę powodu,aby  “wyszczepiać” się eksperymentalną, nie w pełni sprawdzoną substancją na podłożu genetycznym.

    Jak dbam o swoją odporność? W miarę prosto i bardzo skutecznie.

1/ Zachowuję  ogólną sprawność  fizyczną uprawiając rekreację fizyczną połączoną z rekreacją dotleniającą. Robię to bez względu na porę roku i pogodę — w plenerze  lub w mieszkaniu przy maksymalnie otwartych oknach – zawsze bez maski na twarzy. Rekreację w masce y uważam za pracę w bardzo szkodliwych warunkach, zwiększającą podatność  na choroby, szczególnie na choroby układu oddechowego. Znane są mi osobiście przypadki, gdy  osoby uprawiające jogging w masce lub jeżdżące w masce na rowerze zachorowały ciężko na “koronawirusa”.

2/ Unikam żywności przemysłowo przetworzonej, zawierającej konserwanty, wzmacniacze smaku, utwardzane tłuszcze i inne szkodliwe składniki.

3/ Moja codzienna dieta zawiera wielowarzywne i wieloowocowe surówki będące bogatym źródłem witamin,  w szczególności witaminy C oraz mikroelementów. Witaminę C dodatkowo połykam w postaci szczypty proszku na łyżeczce od herbaty. Witaminę D dostarcza mi naturalny tran z dorsza. W mojej codziennej diecie znajdują się także naturalne substancje wiruso i bakteriobójcze : czosnek, imbir lub kurkuma.

4/ Unikam przemęczenia i niewyspania- te czynniki bardzo obniżają odporność na choroby.

5/ Na ogół myję się zimną wodą i unikam noszenia zbyt ciepłej odzieży. W ten sposób stale hartuję swój organizm.

6/ W przypadkach zmarznięcia wypijam 0.5 litra gorącego wywaru z ziół przeciwgrypowych, do którego dodaję łyżeczkę  miodu i łyżkę soku z maliny. Napotne działanie takiego gorącego płynu jest bardzo zdrowe. Organizm wydala wtedy wraz z potem szkodliwe jady, wytwarzane przez wirusy i bakterie.

Z wyrazami szacunku

Michał Jabłoński

Od redakcji: Autor pracuje w szpitalu covidowym.

Wiadomości pandemijne 28 stycznia 2022

Czy bez powszechnej kultury naturalnej odporności oraz kultury obywatelskiej i prawnej przetrzymamy komunizm sanitarny, wymuszający systematyczne przyjmowanie odporności sztucznej?

Michał Jabłoński <michal.jablonski.1953@gmail.com>

Trochę historii 

Dawniej nie mówiono o zakażeniach bezobjawowych. Za zakażone były uznawane osoby mające zespół objawów chorobowych, które następują w wyniku przełamania przez bakterie lub wirusy obu barier immunologicznej odporności naturalnej. Definicja naukowa przedstawiała pojęcie zakażenia stwierdzając jednoznacznie:

„Zakażenie: Zespół Objawów Patologicznych powstałych na skutek zadziałania na ustrój czynnika chorobotwórczego (bakterie, wirusy) po przezwyciężeniu naturalnych, swoistych i nieswoistych barier immunologicznych.”[Encyklopedia dla pielęgniarek pod redakcją prof. dr med. Józefa Bogusza PZWL 1982]

Na pomoc prawną dla Ratownika Medycznego Roberta z Lublina i innych 

Znamy szczegóły projektu nowej ustawy sanitarnej. Wiele zapisów bulwersuje

Włochy: Pomogła ofierze wypadku. Zapłaci karę. Tak chodzi o „reżim sanitarny” 

Przeraźliwe żniwo wyszczepiania amerykańskich sił zbrojnych

Olimpiada, światowy poligon inżynierów społecznych

British Medical Journal: Producenci szczepionek przeciwko Covid-19 nie udostępniają danych z badań. Dlaczego? 

Jest już nowa „ukryta” mutacja covida. 100 przypadków w USA

Ordo Iuris: Rekomendacje gremiów międzynarodowych stawały się podstawą ograniczania praw i wolności w Polsce 

Portugalia. Lekarze alarmują i wzywają do wstrzymania szczepień dzieci

Segregacja sanitarna może doprowadzić do zwiększenia liczby zakażeń!… 

Komentarze do nowego projektu ustawy segregacyjnej. 

Bolszewia w najczystszej postaci”

Już ponad milion Polaków odesłanych na kwarantannę. 

Władze straszą nadchodzącym szczytem „piątej fali” 

Terapie genowe, sztuczna inteligencja i roboty-przyjaciele. Lektury polecane przez Billa Gatesa 

Prof. Kuna: Nauka zdalna wywoła „pandemię otyłości, 

cukrzycy, chorób sercowo-naczyniowych i psychicznych”

Austria bije dobowe rekordy zakażeń. Mimo to rząd decyduje się na zniesienie obostrzeń, także dla niezaszczepionych 

Booster to za mało. Prezes Pfizera rekomenduje przyjmowanie zastrzyków… przez całe życie?  

Jabłoński: Dbam o wysoki poziom własnej odporności – Goniec

Rewolucja to zorganizowane barbarzyństwo. To choroba umysłu.

Z książki: Grzegorz Kucharczyk, PRYMAS WYSZYŃSKI WOBEC REWOLUCJI, Biały Kruk, 2021, wstęp.

Rewolucja jest odrzuceniem Bożego Ładu.

Parafrazując słowa św. Jana Pawła II z homilii wygłoszonej podczas Mszy św. inaugurującej jego pontyfikat, rewolucja jest zatrzaśnięciem przed Chrystusem drzwi serc ludzkich oraz całych systemów politycznych, społecznych i gospodarczych. Precyzyjniej zaś rzecz ujmując przed zatrzaśnięciem drzwi najpierw wypycha się Go, wyśmiewając (lśniące szaty Heroda zawsze są na podorędziu) Jego samego oraz Jego uczniów. Na śmiechu („wesołych happeningach”) jednak się nie kończy. To dopiero początek prześladowań. Rewolucjoniści wszystkich Wieków nie tylko obecni promotorzy „społeczeństwa otwartego” wołają „Tak dużo chrześcijan, tak mało lwów!”.

Ponownie idąc tropem myśli św. Jana Pawła II, można powiedzieć, że rewolucjoniści chcą zrozumieć człowieka i tworzone przezeń wspólnoty bez Chrystusa, a nawet wbrew Chrystusowi. Zrozumieć, a więc stworzyć świat „na nowo” („W naszej mocy jest stworzyć świat od nowa” mówił jeden z jakobińskich deputowanych W czasie rewolucji francuskiej). Koniecznie więc to, co „stare”, musi zostać usunięte. Jak pisze francuski myśliciel, pisarz, mistyk i działacz katolicki Gustave Thibon (1903—2001): „każdy prawdziwy rewolucjonista to człowiek, którym powoduje niecierpliwość niszczenia. [. . .] rewolucje ludzkie w ostatecznym rozrachunku, poprzez działania poszczególnych osób i jednostkowe wydarzenia, kierują swój atak na najważniejsze fundamenty istnienia i porządku, z wściekłością rzucają się bardziej na samo życie niż na konkretne istoty żyjące, zabijając ludzi, chciałyby zagryźć samą naturę ludzką. Zniszczenie dokonujące się w przyrodzie jest jak fala w rzece, która popycha następną; zniszczenie ludzkie to zatrucie samego źródła”. Rewolucjoniści „wywołują nowotwór, aby wyleczyć zadrapanie”.

Najstraszniejsze bowiem, jak powiada Joseph de Maistre, w rewolucjonistach nie jest to, że niszczą, ale to, co tworzą. Ohydę rewolucyjnego spustoszenia przedstawia Wieszcz w Nie-boskiej komedii: „Wszystkie światy lecą to na dół, to w górę człowiek każdy, robak każdy krzyczy: „Ja Bogiem” i co chwila jeden po drugim konają gasną komety i słońca – Chrystus już nas nie zbawi krzyż swój wziął w ręce obie i rzucił w otchłań”.

Nieprzypadkowo scena, podczas której padają te słowu, umieszczona została przez Zygmunta Krasińskiego w domu wariatów. Rewolucja to choroba umysłu.

Pokusa demiurgicznej władzy nad Stworzeniem („Ja Bogiem”) to istota rewolucji. Jej twarzą jest również próba „skonstruowania” chrześcijaństwa bez Krzyża. (Chrystus bez Krzyża to już nie Zbawiciel, co najwyżej pełen empatii reformator społeczny. Jeśli nie ma Krzyża, na którym zostały odkupione grzechy, to i nie ma grzechów. Jest „duszpasterskie towarzyszenie” jak głoszą formułki tworzone przez współczesnych teologów rewolucjonistów.

Warto w tym miejscu przywołać inny literacki obraz ohydy rewolucyjnego spustoszenia, autorstwa Eugeniusza Małaczewskiego (1897—1922). Ten przedwcześnie zmarły pisarz był niejednokrotnie przywoływany przez Prymasa Tysiąclecia. W opowiadaniu Koń na. wzgórzu opisie zniszczeń poczynionych w polskim majątku przez bolszewickie hordy – Małaczewski przedstawia scenę napotkania przez polski oddział odartego przez bolszewików ze skóry konia ze złamaną nogą, który został przez oprawców pozostawiony przy życiu. Dla głównego bohatera, którego siostra wybrała raczej śmierć aniżeli pohańbienie przez hordy barbarzyńców, to zeszpecone zwierzę było „wielkim, wyrazistym symbolem czegoś, co było większe nad mój ból”, było „jakoby żywym, męczeńskim pomnikiem przez Wojnę samej sobie ku własnej zelżywości i słusznej hańbie w obliczu Boga wzniesionym”?

„Odwiecznym zaczynem rewolucji – pisze G. Thibon – jest pragnienie uciskanego, aby dzielić zepsucie ciemięzcy, aby skosztować tego robaczywego owocu, który jego zazdrość i niewiedza otaczają nimbem rozkoszy”, ale „najbardziej rzucającym się w oczy skutkiem «świętego gniewu ludów» jest pomnożenie liczby biesiadników na uczcie zepsucia”. Jednak to corruptio optimi pessima (zepsucie najlepszych jest rzeczą najgorszą). Należy się zgodzić z francuskim myślicielem, iż co prawda „wszyscy synowie Adama mają ten smutny przywilej bycia przyczyną sprawczą zła”, to jednak „większa odpowiedzialność spoczywa na elitach”? „ Rewolucje przez samo to, że mogą rodzić się tylko z demoralizacji mas zamiast oczyszczać elitę, przenoszą jej choroby na cały naród”.

Mechanizm rewolucji porusza się na odnawialnym paliwie pochodzącym z gazów unoszących się nad moralną zgnilizną. Jak mówi jeden z rewolucyjnych biesów w powieści Dostojewskiego:

„Ledwie utworzy się rodzina lub zjawi się miłość, a z nimi w parze przyjdzie poczucie własności. Zniszczymy to: rozpowszechnimy pijaństwo, plotki, donosicielstwo. Będziemy szerzyć niesłychaną dotychczas rozpustę. […] Jedno lub dwa rozpustne pokolenia są teraz konieczne. Rozpusta ma być niesłychana, wstrętna, kiedy człowiek staje się niepoczytalnym, obrzydliwym, lchórzliwym, okrutnym, samolubnym bydlęciem oto czego potrzeba”.

Bies nieliteracki, markiz de Sade (1740-1814), nurzający się w seksualnym wyuzdaniu (od jego nazwiska pochodzi nazwa pewnej perwersji) autor pornograficznych powieści, wypuszczany przez rewolucję francuską z zakładu dla obłąkanych i aktywny członek klubu jakobińskiego, pisał: „Kim jest człowiek i jaka jest różnica między nim a innymi roślinami, między nim a wszystkimi innymi zwierzętami natury? Oczywiście żadna”?

Markiz rewolucjonista jest doskonałą ilustracją reguły opisanej przez Thibona: rewolucyjna mentalność nie zna granic stanowych. Materialne bogactwo i wysoki status społeczny nie uodparniają na działanie rewolucyjnego wirusa. Galeria postaci od króla Henryka VIII, księcia Filipa Orleańskiego („obywatel Filip Egalite”) po bogatych sponsorów bolszewickiego przewrotu i współczesnych właścicieli światowych korporacji dążących do „Wielkiego Resetu” – przekonuje o czymś zgoła odmiennym. I odwrotnie los kornwalijskich i szwedzkich chłopów walczących w XVI wieku o „wiarę ojców” wbrew głosicielom „czystej Ewangelii”, dramatyczne dzieje ludowego powstania w Wandei (1793) czy antybolszewickich powstań chłopskich na Powołżu pokazuje że obrońcami „Miasta bez granic” byli ci najmniej uprzywilejowani.

Rzecz nie dotyczy bowiem różnic społecznych. Wszystko zaczyna się od słowa. Z wieszczą przenikliwością Zygmunt Krasiński opisał w Nie-boskiej komedii archetyp rewolucjonisty w osobie Pankracego – „człowieka bez imienia, bez przodków”. Chociaż powołuje się na „głód rzemieślników, nędzę włościan, poniżenie ludzkości, ujarzmionej przesądem i wahaniem się”, to jego właściwy rewolucyjny zapał bierze się z tego, że „myśli i kształty są woskiem dla palców. Pankracy jest odniesieniem do intelektualnych ojców rewolucyjnego terroru w imię „rządów cnoty” (Rousseau, twórcy Encyklopedii) i ich nazbyt pojętnych uczniów formatujących Francuzów za pomocą gilotyny do bycia „żarliwą wspólnotą” (Robespierre, Saint-Just et consortes). Jest jednocześnie prefiguracją rewolucjonisty intelektualisty (klerka), tych wszystkich grafomanów (Mussolini) i pozbawionych talentów malarzy (Hitler), filozofów i socjologów zapoznających się z losem fabrycznych robotników nie w fabryce, ale w czytelni British Library (Karol Marks) lub w statecznych szwajcarskich miastach (Lenin), studentów paryskiej Sorbony tworzących w swoim kraju „pola śmierci” (Pol Pot), nauczycieli wiodących swój naród „wielkimi skokami” w otchłań ludobójczej anihilacji (Mao Zedong).

Wieszcz pisał o „przebrzydłym rodzie profesorów, którzy siedzą i piszą atramentem, a ten atrament krwią ludzką potem cieknie o 300 mil odległości od nich”. A cóż dopiero powiedzieć o sile rażenia księży profesorów, którzy od ks. prof. Marcina Lu- tra do o. prof. Karla Rahnera odkrywają „nową teologię”, „prawdziwą Ewangelię”, „nową troskę duszpasterską”, „drogę synodalną”, wyczuwają istnienie „anonimowych chrześcijan” i znają kolejne „fazy moralnego rozeznania”.

Siła rażenia znacznie niebezpieczniejsza od wszystkich „Pankracych”, skoro jak mówi Zbawiciel należy bać się przede wszystkim tych, którzy „duszę mogą zgubić”.

Na naszych oczach na razie tylko za Odrą, ale tsunami nadchodzi także w naszym kierunku widzimy jak kończy się nieprzerwaną miłosierną anatemą (Dietrich von Hildebrand) rewolucyjna działalność tzw. kościelnych reformatorów, którzy „biorą coś, co nazywa się Kościołem, zakładają, że będzie to istnieć dalej, zakładają, że dalej będzie nazywać się Kościołem, i zgadzają się nato, pod warunkiem że kompletnie przestanie to być Kościołem”?

„Nie jestem rewolucjonistą” mówił kardynał Stefan Wyszyński w październiku 1966 roku podczas inauguracji roku akademickiego na Akademii Teologii Katolickiej W Warszawie”. Znamienne słowa, zważywszy zaś na miejsce, w którym padły, można powiedzieć, że profetyczne; mające charakter wezwania: „Wy też nie bądźcie rewolucjonistami”.

Prymas Tysiąclecia nie był teoretykiem, nie był przede wszystkim myślicielem politycznym, ale pasterzem Kościoła. Mówił o sobie: „jestem nauczycielem Narodu w Kościele”. W jego nauczaniu problem rewolucji, choć nie zawsze nazywany tak expressis verbis, jest stale obecny. Dość wspomnieć hasło „rozdzia- łu Kościoła od państwa”, zrodzone w epoce rewolucji francuskiej, a następnie podjęte w czasie wytoczonych Kościołowi „wojen kulturowych” w wydaniu liberalnym (od drugiej połowy XIX wieku) oraz totalitarnym. W swoich pracach naukowych pisanych przed wybuchem drugiej wojny światowej przyszły prymas Polski. Wiele uwagi poświęcał analizie zinstytucjonalizowanej rewolucji, jaką był sowiecki komunizm.

To z tego czasu pochodzi definicja rewolucji autorstwa ks. dr. Stefana Wyszyńskiego: „Rewolucja nigdy nie jest zjawiskiem nieoczekiwanym, czymś nieprzewidzianym, nagłym; jej zbliżanie się można poznać po pewnych znakach ją poprzedzających Rewolucja jest zorganizowanym barbarzyństwem, do którego tak łatwo się nie schodzi, jeśli przedtem długotrwała praca rozkładowa nie dokona ewolucji wewnętrznej w dół. Ten proces może być powstrzymany tylko wtedy, gdy siłom rozkładowym przeciwstawi się całe społeczeństwo mocą swego zdrowego ducha”.

Przypomina się spostrzeżenie Chestertona: „Nikt nigdy nie widział rewolucji. Motłoch wlewający się do pałaców, krew spływająca rynsztokami, gilotyna wyższa niż tron, więzienie w gruzach, lud pod bronią -te rzeczy nie są rewolucją, ale jej skutkiem. Nie można ujrzeć wiatru, można tylko zobaczyć, że wiatr wieje. Tak też nie można zobaczyć rewolucji, można tylko zobaczyć, że do niej doszło. Nigdy w dziejach świata nie było jeszcze rewolucji, brutalnie aktywnej i kategorycznej, która nie zostałaby poprzedzona przez niepokój i nowy dogmat w sferze sferze spraw niewidzialnych. Wszystkie rewolucje zaczynają się od abstrakcji. Większość zaczyna się od abstrakcji wypracowanych z wielką pedanterią”.

Chociaż swoją definicję rewolucji przyszły prymas Polski formułował w 1938 roku w kontekście zagrożenia komunistycznym przewrotem, to jednak zasada długiego dochodzenia do „zorganizowanego barbarzyństwa” za pomocą „abstrakcji wypracowanych z wielką pedanterią” odnosi się przecież do wszystkich omawianych w tym tomie rewolucji: reformacji protestanckiej, rewolucji francuskiej, laickich kulturkampfów, bezbożnych państw totalitarnych, „rewolucji 1968 roku” i prób zmiany „paradygmatu Kościoła” przez wartki nurt Renu wpadającego do Tybru w czasie i po zakończeniu obrad Vaticanum II.

Kowidowa ustawa odszkodowawcza, czyli Zdzisiek na imieninach. Kierownictwo PiS ostatecznie pożegnało się z rozumem.

W czwartek (27.01.2022) poseł PiS Bolesław Piecha przedstawił w radiowej Trójce założenia nowego projektu ustawy kowidowej zastępującej projekt ustawy segregacyjnej firmowanej przez posła Czesława Hoca. Nowy pomysł polega na tym, że weryfikację paszportów kowidowych ma zastąpić powszechne testowanie, a pracownik przetestowany, który zaraził się koronawirusem w miejscu pracy, może żądać odszkodowania od pracownika, który nie wykonał testu. Po wysłuchaniu tego wywiadu napisałam, że należy poczekać na projekt, żeby móc ocenić, czy to tylko brednie posła Piechy, czy też kierownictwo PiS ostatecznie pożegnało się z rozumem.

28 styczeń, 2022 https://wprawo.pl/katarzyna-ts-kowidowa-ustawa-odszkodowawcza-czyli-zdzisiek-na-imieninach/

Katarzyna Treter-Sierpińska

———————————–

Wieczorem projekt pojawił się na stronie sejmowej. Jest to druk nr 1981, co łatwo zapamiętać, bo to rok, w którym wprowadzono stan wojenny. Po lekturze projektu kowidowej ustawy odszkodowawczej wniosek może być tylko jeden: kierownictwo PiS ostatecznie pożegnało się z rozumem. Pod projektem podpisali się m.in. Jarosław Kaczyński, Mariusz Błaszczak (właśnie siedzi na izolacji zakażony kowidem po trzech dawkach szczepionki), Czesław Hoc, Arkadiusz Mularczyk, Bolesław Piecha, Krzysztof Sobolewski, Marek Suski i Ryszard Terlecki.

Jakie są założenia projektu? Każdy pracownik, zaszczepiony i niezaszczepiony, jest uprawniony do wykonania testu na kowid finansowanego przez NFZ. Testy mają być wykonywane co tydzień. Pracodawca może żądać od pracownika wylegitymowania się negatywnym wynikiem testu. Jeśli pracownik odmówi jego okazania, jest traktowany jako nieprzetestowany. Pracownik, u którego zostanie potwierdzone zakażenie koronawirusem i który ma uzasadnione podejrzenie, że do zakażenia doszło w zakładzie pracy lub innym miejscu wyznaczonym do wykonywania pracy, może złożyć do pracodawcy wniosek o wszczęcie postępowania w przedmiocie świadczenia odszkodowawczego z tytułu zakażenia. Odszkodowanie ma wypłacić pracownik, który nie poddał się testowi diagnostycznemu.

Pracownik składający wniosek wskazuje okoliczności uzasadniające, że zakażenie nastąpiło w zakładzie pracy i wskazuje pracowników, z którymi miał kontakt w okresie poprzedzającym zakażenie, ale nie dłuższym niż 7 dni. Pracodawca weryfikuje, czy spośród wskazanych we wniosku pracowników były osoby nieprzetestowane. Jeśli były, pracodawca przekazuje wniosek wojewodzie, który wydaje decyzję o przyznaniu zakażonemu odszkodowania w wysokości 5-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę. W przypadku dwóch lub większej liczby pracowników obowiązanych do zapłaty odszkodowania świadczenie jest uiszczane w częściach równych.

Jeśli pracodawca nie skorzystał z możliwości żądania od pracowników podania informacji o posiadaniu negatywnego wyniku testu, zakażony pracownik może wystąpić do wojewody z wnioskiem o wszczęcie postępowania w przedmiocie świadczenia odszkodowawczego przysługującego od pracodawcy. Oznacza to, że jeśli pracodawca nie będzie regularnie sprawdzał, czy pracownicy są przetestowani, to w razie zakażenia jednego z nich, to on będzie musiał wypłacać odszkodowanie zakażonemu, który ma uzasadnione podejrzenie, że do zakażenia doszło w zakładzie pracy.

Z wnioskiem o odszkodowanie od nieprzetestowanych pracowników może też wystąpić pracodawca, jeżeli na skutek zakażenia przetestowanych pracowników prowadzenie działalności przez pracodawcę zostało istotnie utrudnione.

We wszystkich przypadkach osoby niezadowolone z decyzji wojewody mogą wystąpić ze skargą do sądu administracyjnego.

Widzieliśmy już wiele absurdalnych pomysłów na tzw. walkę z pandemią, ale takiego kuriozum jeszcze nie było! Jak można wpaść na pomysł, żeby brak wykonania testu był podstawą do płacenia odszkodowania osobie zakażonej? Po pierwsze – testy są niewiarygodne i mogą być zarówno fałszywie pozytywne, jak i fałszywie negatywne. Po drugie – brak testu nie oznacza, że dana osoba zaraża. Po trzecie – nie ma możliwości udowodnienia kto kogo zaraził, a „uzasadnione podejrzenie” to nie dowód. Gdyby tak było, w ogóle nie trzeba by niczego udowadniać, a więc każdy podejrzany byłby z definicji winny. Po czwarte – jeśli kliku pracowników ma robić zrzutkę na odszkodowanie dla jednego zakażonego, to znaczy, że w ogóle nie chodzi o ustalenie, kto kogo zaraził. Po piąte – zakażony pracownik, który zaraził się poza zakładem pracy, np. od chorego członka rodziny, będzie mógł żądać wypłaty odszkodowania od zdrowych osób, których „winą” jest to, że nie wykonały testu.

Zobaczmy jak to może wyglądać w praktyce. Zdzisiek idzie na imieniny do szwagra, łapie kowida od ciotki, dostaje kataru, robi test, wychodzi „plus”. Zdzisiek żąda 15 tysięcy złotych od nieprzetestowanych kolegów z pracy, pracodawca wystawia wniosek, wojewoda przyznaje mu odszkodowanie.

I co dalej? Koledzy idą do sądu i wygrywają. Zdzisiek składa odwołanie do NSA, czeka 2 lata, przegrywa. Jeśli koledzy są bardziej krewcy, przed odwołaniem do sądu Zdzisiek dostaje łomot od nieznanych sprawców. Kurtyna.

Jakie są szanse na przyjęcie tego legislacyjnego gniota, pod którym podpisał się Jarosław Kaczyński? Nie poprze go antysanitarystyczna frakcja Zjednoczonej Prawicy, co już ogłosiła poseł Anna Siarkowska pisząc na Twitterze: Wprowadzi ona (ustawa – przyp. KTS) podziały w miejscach pracy, zarówno konfliktując pracowników między sobą, jak i tworząc konflikt na linii pracodawca-pracownik. Założenia tej ustawy są nie do zaakceptowania.

Nie poprze go też opozycja totalna, co ogłosiła poseł Katarzyna Lubnauer oburzona tym, że „szczepienie, status ozdrowieńca nie dają żadnych przywilejów i nie zwalniają z testów, czy nie zabezpieczają przed donosami i płaceniem odszkodowań”.

Oczywiście nie poprze go Konfederacja, której posłowie oświadczyli na piątkowej konferencji prasowej w Sejmie, że jest to bubel prawny stanowiący zagrożenie dla praw obywatelskich.

O tym, że kowidowa ustawa odszkodowawcza jest niekonstytucyjna, pisze na Twitterze prezes Instytutu Ordo Iuris, Jerzy Kwaśniewski: Odszkodowanie na podstawie decyzji administracyjnej? Domniemanie winy i odpowiedzialności współpracownika bez aktualnego testu COVID? Pieniądze zasądzane dla pracowników o ile doniosą na kolegów? Nie da się zmieścić w 1 tweecie całego katalogu naruszonych norm konstytucyjnych.

Dla porządku informuję, że w ustawie Kaczyńskiego znalazł się również straszak w postaci 6 tysięcy złotych grzywny za nieprzestrzeganie zakazów i nakazów epidemicznych. Ustawa zakazuje też stosowania pouczenia oraz znosi jedną z podstawowych zasad kodeksowych prawa karnego, czyli zasadę, że pierwszeństwo ma ustawa względniejsza. W projekcie zapisano też, że sąd, orzekając co do kary, nie będzie mógł nałożyć grzywny niższej niż wskazana we wniosku o ukaranie.

I jeszcze fragment art. 10: W okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii podstawowe służby zobowiązane do zwalczania wirusa SARS-CoV-2 są obowiązane do wzmożenia czynności mających na celu ochronę porządku publicznego i zdrowia publicznego, związanych z przeciwdziałaniem SARS-CoV-2, w tym przeprowadzania regularnych i rutynowych kontroli w zakresie przestrzegania w miejscach ogólnodostępnych zakazów, nakazów, ograniczeń lub obowiązków określonych w przepisach o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, wydanych w związku z epidemią COVID-19.

Czemu ma służyć ta demonstracja w postaci niekonstytucyjnego gniota, w którym napuszcza się przetestowanych na nieprzetestowanych, grozi 6 tysiącami grzywny za brak maski oraz zobowiązuje policję do „wzmożenia czynności”?

Jaki sens ma takie działanie w sytuacji, gdy przecież gołym okiem widać, że ludzie mają już serdecznie dość tego pandemicznego szaleństwa? Po co Kaczyński pakuje siebie i swoją partię na taką minę, która musi wybuchnąć im w rękach? Nawet nie próbuję znaleźć jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia dla tego idiotyzmu. Najwyraźniej prezesowi znudziło się rządzenie i robi, co może, żeby PiS dostał łomot podczas najbliższych wyborów.

Ta ustawa nie przejdzie. Pozostaje nam obserwować spektakl, podczas którego PiS będzie zbierał zasłużone baty. Pierwsze czytanie ustawy na Komisji Zdrowia zaplanowano na poniedziałek, 31 stycznia, o godzinie 16.00. Natomiast we wtorek, 1 lutego, odbędzie się specjalne posiedzenie Sejmu, na którym odbędzie się drugie czytanie projektu, o ile nie zostanie on odrzucony w pierwszym czytaniu.

Jedno jest pewne: warunkiem powrotu do normalności jest odsunięcie od władzy rządzących pandemicznych wariatów i niedopuszczenie do władzy opozycyjnych pandemicznych wariatów. Wszyscy pandemiczni wariaci WON!

Pełny tekst ustawy wraz z uzasadnieniem TUTAJ.

„Pandemia niezaszczepionych” czyli w pogoni za ostatnim kłamstwem.DANE RZĄDOWE POKAZUJĄ, ŻE „NIEZASZCZEPIENI” SĄ MNIEJ PODATNI NA COVID.

W tej chwili pojawia się mnóstwo danych, ale w mediach głównego nurtu ledwie się one przebijają. „Szczepionki” mamy już od ponad roku. Gdyby działały tak, jak zapowiadali to rządzący, czy zgony i infekcje nie byłyby niższe u tych, którzy je stosowali?

−∗−

W menu na dziś danie z danymi. Artykuł wskazujący, że obecnie raczej na pewno mamy już do czynienia z tzw. ‘pandemią zaszczepionych’. Autor przytacza dane brytyjskie, kanadyjskie i z oficjalnych źródeł UE. W Uzupełnieniach szczególnie polecam tekst ‘VAIDS czyli skąd się bierze erozja immunologiczna‘.

Zapraszam do lektury. AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/01/28/pandemia-niezaszczepionych-czyli-w-pogoni-za-ostatnim-klamstwem/

_________________***_________________

Dane rządowe pokazują, że „niezaszczepieni” są mniej podatni na COVID

Agencja Public Health Scotland opublikowała niedawno dane z ostatnich czterech tygodni, które pokazują, że osoby „niezaszczepione” rzadziej zapadają na COVID niż te, którym wstrzyknięto dwie lub trzy dawki tego szlamu mRNA.

Biorąc pod uwagę, że ci, którzy przyjęli szczepienia, są bardziej narażeni na hospitalizację lub śmierć niż ludzie niezaszczepieni, należy stwierdzić, że klasa rządząca wprost kłamie, mówiąc że jest to „pandemia niezaszczepionych”.

Dane ujawniły wskaźnik infekcji wynoszący 866 na 100 000 osób zaszczepionych podwójnie i 481 na 100 000 u osób zaszczepionych drugą dawką przypominającą[*] lub zaszczepionych potrójnie. Wskaźnik infekcji wśród niezaszczepionych wynosił 413 na 100 000. Śmiertelność z powodu COVID również jest drastycznie różna. Śmiertelność osób, które otrzymały dwa szczepienia, wynosi około 12 na 100 000, czyli o ponad 50% więcej niż w przypadku osób niezaszczepionych.

Z mediów głównego nurtu w końcu przeciekają informacje, pokazujące ludziom prawdę o tych szczepionkach, a CDC przyznało już, że preparaty te nie blokują transmisji.

Dyrektor CDC: „To, czego szczepionki nie mogą już zdziałać, to zapobieganie przenoszeniu

Na początku tego miesiąca czołowa agencja ds zdrowia w Unii Europejskiej ostrzegła, że ​​przyjmowanie dawki przypominającej co cztery miesiące może zaszkodzić zdolnościom układu odpornościowego do zwalczania choroby. Europejska Agencja Leków poradziła krajom, aby zamiast tego, odzwierciedlały strategię szczepień przeciwko grypie sezonowej, w związku z nadejściem zimnej pory roku. –WND

Public Health Scotland nie jest jedyną instytucją z klasy rządzącej, która opublikowała dane na temat tych zastrzyków. Wielka Brytania opublikowała obciążające informacje, które pokazują, że te szczepionki mRNA niszczą ludzki układ odpornościowy aż do punktu całkowitej degradacji, czyli inaczej AIDS (Zespół Nabytego Niedoboru Odporności).

Teraz pojawiły się również dane z Kanady, pokazujące, jak wielkim kłamstwem stała się „pandemia niezaszczepionych”. Ostatnie dane z prowincji Alberta pokazują, że infekcje, hospitalizacje i zgony z powodu COVID gwałtownie rosną w ciągu dni i tygodni po tym, jak ludzie otrzymali pierwsze dawki szczepionki, donosi były reporter New York Times, Alex Berenson.

Dane z Wielkiej Brytanii obejmujące okres od 16 sierpnia do 5 grudnia 2021r. wykazały, że osoby, które zostały zaszczepione, stanowiły cztery na pięć zgonów związanych z COVID-19, podał Gateway Pundit. Co więcej, brytyjska „informacja techniczna na temat niepokojących wariantów SARS-CoV-2” wykazała, że ​​na dzień 29 grudnia w pełni zaszczepieni stanowili 74% hospitalizacji z powodu zakażenia wariantem omicron, który obecnie dominuje w krajach zachodnich. –WND

W tej chwili pojawia się mnóstwo danych, ale w mediach głównego nurtu ledwie się one przebijają. „Szczepionki” mamy już od ponad roku. Gdyby działały tak, jak zapowiadali to rządzący, czy zgony i infekcje nie byłyby niższe u tych, którzy je stosowali?

[*] druga dawka przypominająca występuje po przyjęciu pierwszej szczepionki w formie jednodawkowej -tłum.

________________

Tłumaczenie za: Government Data Shows The “Unvaccinated” Are Less Likely To Get COVID, January 27, 2022

Artykuł został napisany przez Mac’a Slavo i pierwotnie opublikowany na SHTFplan.com

Uzupełnienia:

VAIDS czyli skąd się bierze erozja immunologiczna
„Niektórzy wykorzystali wyniki tego badania do poparcia powszechnego stosowania tak zwanych zastrzyków «wzmacniających» [boosters]. Trzeba powiedzieć jasno: nikt nie ma żadnych danych dotyczących bezpieczeństwa takiego planu. Jeśli erozja immunologiczna występuje […]

________________

Dr Sucharit Bhakdi: te szczepionki zostały zaprojektowane tak, aby zawiodły
Nieustannie jesteśmy zalewani twierdzeniami przedstawicieli przemysłu farmaceutycznego, mediów głównego nurtu, polityków i urzędników „zdrowia publicznego” – wszyscy powtarzają tę samą kwestię: że nowe szczepionki są całkowicie „bezpieczne i skuteczne”. Ale […]

________________

Może już czas się przyznać?
W konfrontacji z rzeczywistością i porażce szczepionek w powstrzymywaniu transmisji wirusa, podwoili wysiłki i zażądali, aby obywatele zgodzili się na niekończące się zastrzyki przypominające. Bez żadnych podstaw naukowych napiętnowali ludzi, […]

Trzy pożary budynku w 10 dni. Skandal. GDAŃSK pani Dulkiewicz to republika [mafii] deweloperów.

W piątek nad ranem strażacy w Gdańsku zostali wezwani do pożaru opuszczonej kamienicy u zbiegu ulic Chmielnej i Owsianej. W ostatnich dniach to już trzeci pożar w budynku należącym do Gdańskich Nieruchomości. https://www.tvp.info/58191432/gdansk-trzy-pozary-budynku-w-10-dni-to-republika-deweloperow

———————————-

– Działka, na której stoi miejski budynek, jest bardzo atrakcyjna, a w ostatnim czasie jeden z deweloperów, mający działkę obok, chciał zamienić ją z miastem na lokale mieszkalne – alarmuje w rozmowie z portalem tvp.info radny Miasta Gdańska Przemysław Majewski (PiS). Teraz głos w sprawie zabrali również przedstawiciele władz miasta.

Już niebawem na antenach Telewizji Polskiej zostanie pokazany film: „Tryptyk Gdański – Republika deweloperów”. Zdaniem wielu mieszkańców Pomorza interesy deweloperów w Trójmieście – mimo upływu lat – wciąż są bardzo niepokojące. Sprawa bezpośrednio wiąże się m.in. z nieustannymi pożarami na terenie miasta.
W piątek lokalne media znów poinformowały o akcjach strażaków. Ratownicy musieli walczyć z ogniem, który pojawił się w budynku przy ul. Owsianej.
„Wcześniej paliły się tam śmieci, potem spłonął także strop. Tym razem także gaszony był drewniany strop. W akcji brało udział sześć zastępów ratowników” – przekazało Radio Gdańsk.
Zobacz także:   „Magazyn śledczy Anity Gargas”: Deweloperski samozapłon w Gdańsku
W sieci nie braku już mocnych komentarzy. „Dulkiewicz sobie nie radzi”, „Tak w Gdańsku oczyszcza się teren dla deweloperów”, „Skandal. Miasto to republika deweloperów” – piszą internauci i oceniają, że regularne pojawianie się ognia to nie przypadek.
Z prośbą o komentarz portal tvp.info zwrócił się już do władz miasta (stanowisko ratusza na dole – patrz aktualizacja). „Dulkiewicz pozwala, by zabytkowy budynek popadał w ruinę”

Sprawę w mediach społecznościowych nagłośnił już radny Miasta Gdańska Przemysław Majewski (PiS).
– Kamienica przy ul. Owsianej w Gdańsku, mimo że widnieje w gminnej ewidencji zabytków, od wielu lat niszczeje za przyzwoleniem władz miasta. Od 2017 r. lokatorzy, ze łzami w oczach, byli stopniowo wykwaterowywani. Jaki był tego cel? Nie ma co ukrywać, że dookoła kamienicy stoją nowe deweloperskie budynki i hotele – zauważa w rozmowie z nami Majewski.
Podkreśla, że działka, na której stoi miejski budynek, „jest bardzo atrakcyjna, a w ostatnim czasie jeden z deweloperów mający działkę obok, chciał zamienić ją z miastem na lokale mieszkalne”.
– Dzięki naciskom radnych PiS udało się tę zamianę zatrzymać w komisji zagospodarowania przestrzennego rady miasta. Co dziwne, zaraz po tej odmowie zamiany budynek zaczął płonąć – podkreśla radny.
– Niezrozumiałe jest, że prezydent Aleksandra Dulkiewicz i jej zastępcy pozwalają, by zabytkowy budynek popadał w ruinę, zamiast służyć mieszkańcom Gdańska, którzy potrzebują nowych lokali komunalnych – komentuje dla portalu tvp.info Przemysław Majewski.

UWAGA! Kolejna wersja covidowego szantażu już we wtorek w Sejmie !

Ustawa #1846 autorstwa posła Czesława Hoca spadła z obrad Sejmu. Stało się to w chwili, gdy miała trafić do drugiego czytania, zostać przegłosowana i ekspresowo odesłana do Senatu i podpisu Prezydenta. Było o włos od uchwalenia przepisów od tzw. „weryfikacji covidowej”. Szantaż, aby szczepić się preparatami z aborcji był tuż tuż!

Kaja Godek – Fundacja Życie i Rodzina kontakt@zycierodzina.pl

———————–

Udało się nam wspólnie zablokować tę zbrodniczą ustawę! Jeśli dobrzy ludzie trzymają się razem i wzajemnie wspierają, są silni i potrafią realnie wpływać na działania polityków.

Jednak lewackie lobby nie odpuszcza. Powstał nowy projekt – druk nr #1981 firmowany przez posła Pawła Rychlika z pomocą innego posła PiS Bolesława Piechy. Poseł Piecha, który opowiadał kiedyś, że jest nawróconym (czy na pewno?) aborterem, miał w przeszłości zabić około 1000 nienarodzonych dzieci.

Obecnie stoi w pierwszym szeregu politycznego frontu, który ma za zadanie zniszczyć porządek społeczny i bezpośrednio lub pośrednio przymuszać do przyjmowania preparatów skażonych aborcją.

Nowa ustawa zawiera zapisy, jakich nie powstydziłyby się najbardziej radykalne systemy totalitarne. Jeśli zostanie uchwalona, to:

  1. Pracownicy będą musieli co tydzień (lub częściej) wykonywać testy w kierunku nosicielstwa koronawirusa. Jeśli nie zrobią testu, a w zakładzie pracy ktoś zarazi się covid-19, to będą odpowiadać finansowo za zakażenie kolegi zza biurka, jeśli ten kolega wskaże ich jako osoby, z którymi miał kontakt. Kary nakładane będą na wniosek pracodawcy przez wojewodę w drodze decyzji administracyjnej (a nie wyrokiem sądu po rozpoznaniu sprawy w trakcie procesu – sic!).
  2. Jeśli pracodawca nie będzie chciał pośredniczyć w przekazywaniu wniosku o odszkodowanie, zapłaci je zakażonemu pracownikowi z własnych środków.
  3. Kary mają wynosić pięciokrotność najniższego wynagrodzenia za pracę, czyli na dziś 15050 złotych.
  4. Dodatkowo zostanie zniesiona możliwość wydawania pouczeń za złamanie jakichkolwiek restrykcji covidowych (np. zsunięcie maski z nosa, by móc oddychać). Policja będzie nakładać wyłącznie kary finansowe (6000 złotych), a jeśli dojdzie do nieprzyjęcia mandatu, sąd nie będzie mógł obniżyć wysokości kary.

Jak sam Pan widzi, ustawodawca chce stworzyć obywatelom rzeczywistość nie do zniesienia. Proszę tylko wyobrazić sobie pracę w miejscu, gdzie jedni szczują na drugich o to, kto zrobił test, a kto zachorował, kto jest komu winny odszkodowania, kto pozbawił kolegę z pracy środków do życia, z czyich środków ma być wypłacone odszkodowanie. Proszę tylko pomyśleć: pracownicy wzajemnie donoszą na siebie, z kim mieli jaki kontakt i kto według nich jest źródłem zakażenia! Do tego szef, który chce, by w jego firmie nie dochodziło do takich sytuacji, ale nie może nie reagować, bo sam będzie płacił wielotysięczne kary… Koszmar, prawda…?

Spyta Pan też być może, gdzie w tym wszystkim szczepienia, bo w ustawie nie ma na ich temat ani słowa?

Podpowiem: najprawdopodobniej, gdy uda się już stworzyć tak nieprzyjazny świat, będzie można łatwo i szybko wprowadzić kolejny przepis: że z odpowiedzialności za zakażenie mogą zostać zwolnione osoby mające aktualne zaświadczenie o szczepieniu przeciw Covid-19. Brzmi logicznie, prawda? Umęczeni ludzie przyjmą każde rozwiązanie, które pozwoli im wyzwolić się z narzuconej opresji. Lobbyści farmaceutyczni zarobią kolejne miliony. Szantaż z aborcją w tle okaże się wreszcie skuteczny.

Drogi Panie!

Nowa ustawa ma być procedowana już we wtorek 1 lutego na – UWAGA! – dodatkowym posiedzeniu Sejmu! Co za pośpiech! Co więcej, ma to być drugie czytanie, pierwsze ma się odbyć w komisji, jeszcze przed wtorkiem.

Ostatnie dni pokazują, że razem możemy być niezwykle skuteczni. Dlatego powtórzymy akcję mobilizacji obywateli, aby dzwonili i pisali do posłów, by zahamować ustawę #1981.

Zostało tylko 5 dni, aby obdzwonić tysiące ludzi i skierować ich wprost do posłów, aby pisali tam i dzwonili. To absolutnie pilne i niezbędne przedsięwzięcie.

Koszt pracy Centrum Kontaktu Fundacji wyniesie teraz 3400 złotych. Bardzo Pana proszę o pomoc w finansowaniu tych działań. 

Czy zechce Pan przekazać kwotę dowolnej wysokości, aby wesprzeć akcję? Może to być 35, 70, 150 złotych lub inna wybrana przez Pana suma.

W obecnej chwili – chwili olbrzymiej próby – jeśli nie zmobilizujemy się ponownie, posłowie za naszymi plecami wprowadzą sanitarny terror, a w konsekwencji zmuszą prawych ludzi do postępowania zupełnie niezgodnego z sumieniem.

Te dni są decydujące.

Chcemy zacząć działać natychmiast.

Bardzo Pana proszę o pomoc w tej ważnej sprawie.

Serdecznie Pana pozdrawiam!

Kaja Godek

Covidowe seppuku Jarosława Kaczyńskiego

Jeżeli ustawa Hoca przejdzie, to na pewno przy relatywnie sporej grupie posłów Zjednoczonej Prawicy głosujących przeciwko. Wtedy ta część elektoratu PiS, która jest przeciwna sanitarystycznym tendencjom, dostanie w prezencie nie tylko ustawę Hoca, ale na dodatek dostanie ją dzięki głosowaniu ręka w rękę Jarosława Kaczyńskiego, Bolesława Piechy i Joanny Lichockiej z Adrianem Zandbergiem, Borysem Budką i „Frankiem” Sterczewskim. Donald Tusk chyba upije się z radości butelką 25-letniej whisky.

Łukasz Warzecha https://magazynkontra.pl/warzecha-covidowe-seppuku-jaroslawa-kaczynskiego/


Ustawa firmowana przez Czesława Hoca, a sankcjonująca segregację sanitarną, nie tylko uderza w wolność wyboru i prawa obywateli, ale też jest napisana skrajnie niechlujnie z czysto legislacyjnego punktu widzenia.

Projekt został wprost rozjechany na miazgę w obszernej opinii Krajowej Izby Radców Prawnych, sporządzonej przez dr. Aleksandra Jakubowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego – głównie właśnie z powodu usterek legislacyjnych oraz rażących braków w uzasadnieniu. Zresztą żadna z sześciu zamówionych opinii nie była pozytywna (Sąd Najwyższy, Prokuratura Generalna, Prokuratura Krajowa, Naczelna Rada Lekarska, Business Center Club oraz właśnie KIRP). Dodatkowo negatywne zdanie na temat projektu wyrażał rzecznik małych i średnich przedsiębiorców. Mimo to rząd projekt dopiero co poparł, a nastąpiło to po tym, jak pojawiły się informacje, że Adam Niedzielski zagroził dymisją, jeśli się tak nie stanie.

Jest to sytuacja kuriozalna: jeden, pożal się Boże, urzędniczyna bez żadnego zaplecza politycznego, skrajnie źle oceniany przez właściwie obie strony sporu o sanitaryzm (sanitaryści uważają, że jest za miękki, antysanitaryści winią go za restrykcyjne posunięcie i parcie do segregacji), szantażuje swoją dymisją obóz władzy, który na ulegnięciu temu naciskowi może jedynie stracić.

W tym samym czasie dyspozycyjny publicysta obozu władzy Piotr Lisiewicz pisze w „Gazecie Polskiej” groteskowy tekst, którego teza daje się ująć krótko: kto sprzeciwia się segregacji sanitarnej (Lisiewicz pisze oczywiście konsekwentnie o „antyszczepionkowcach”, kopiując manipulacje „Gazety Wyborczej” czy TVN), ten ruski agent.

Ruskimi agentami okazują się zatem praktycznie cała Konfederacja (wiadomo), ale także Paweł Lisicki czy Witold Gadowski. Z jakiegoś powodu nie załapał się tutaj Jan Pospieszalski, ale może to przez przeoczenie. A może to po prostu symbioza pomiędzy „Gazetą Polską” a „Newsweekiem”: jedna gazeta wali w tych, druga – w tamtych i tak się uzupełniają. Bo tekst Lisiewicza z niewielkimi tylko zmianami mógłby się ukazać w tygodniku Tomasza Lisa.

Rozumowanie Lisiewicza jest następujące: skoro PiS chce sanitaryzmu (co nie jest prawdą, bo chce go Jarosław Kaczyński i część polityków jego partii, a nie cały PiS), to oferowanie alternatywy, sianie zwątpienia i zadawanie pytań odciąga wyborców od PiS, a kto odciąga wyborców od PiS, ten – wiadomo – ruski agent, bo tylko PiS może Polsce zapewnić niepodległość. Wiem, to jest rozumowanie ciosane cepem, ale co poradzę? Nie ja to wymyśliłem.

Można więc spytać, co tu się wyprawia? Dlaczego z uporem godnym lepszej sprawy Jarosław Kaczyński prze do czegoś w rodzaju politycznego seppuku? Niektórzy już snują teorie, że to wykonywanie globalnego planu – i, prawdę mówiąc, nawet trudno im się dziwić, bo próbują przynajmniej znaleźć w tych działaniach jakąś racjonalność. A jeśli jej tam po prostu nie ma?

Bo czy jakakolwiek racjonalność była w przepychaniu piątki dla zwierząt, uderzającej w twardy, wiejski elektorat PiS, a emablującej grupy, które nigdy na PiS i tak nie zagłosują, choćby prezes osobiście wypuścił z klatek dziesięć tysięcy norek i przykuł się do bramy w chlewni?

W przypadku piątki twarde argumenty – ekonomiczne, polityczne, ale też dotyczące prawa własności i wolności prowadzenia działalności gospodarczej – świadczyły jednoznacznie przeciwko. A jednak forsowano te regulacje z uporem godnym lepszej sprawy i tamę temu postawiła dopiero groźba rozpadu koalicji.

Dlaczego? Wyjaśnienie mogło być tylko jedno: fiksacja Jarosława Kaczyńskiego na punkcie zwierząt. Ta fiksacja została następnie wykorzystana przez niektóre osoby z obozu władzy i stała się elementem politycznej rozgrywki, lecz początek sprawy był właśnie taki.

Teraz można odnieść wrażenie, że jest podobnie. Racjonalnych podstaw, szczególnie na tym etapie epidemii, do wprowadzania segregacjonistycznych regulacji nie ma. Na dodatek jest całkowicie czytelne, że zachęca do tego opozycja, która z radością będzie patrzeć, jak następnie PiS ponosi wszelkie tego konsekwencje sondażowe. I to nawet jeśli – wbrew rachubom niektórych – sama z PiS nie zagłosuje, powtarzając choćby opinię BCC i RMiŚP, że partia rządząca chce przerzucić odium na przedsiębiorców.

Jeżeli ustawa przejdzie, to na pewno przy relatywnie sporej grupie posłów Zjednoczonej Prawicy głosujących przeciwko. Wtedy ta część elektoratu PiS, która jest przeciwna sanitarystycznym tendencjom, dostanie w prezencie nie tylko ustawę Hoca, ale na dodatek dostanie ją dzięki głosowaniu ręka w rękę Jarosława Kaczyńskiego, Bolesława Piechy i Joanny Lichockiej z Adrianem Zandbergiem, Borysem Budką i „Frankiem” Sterczewskim. Donald Tusk chyba upije się z radości butelką 25-letniej whisky. Albo też ustawa przepadnie, bo opozycja wystawi PiS w ostatniej chwili do wiatru, ale to już niewiele zmieni z punktu widzenia antysanitarystycznych wyborców.

Tak czy owak, kosztem będzie ostateczne zrażenie ich do siebie, a do tego kolejny rozłam w klubie. Zysku nie będzie zgoła żadnego, bo przecież tylko najbardziej oderwany od rzeczywistości fanatyk mógłby uznać, że ta regulacja zmieni cokolwiek w przebiegu epidemii, a tym samym da rządzącym jakiegoś plusa za wymierne poradzenie sobie z problemami.

Zatem – po co? Bardzo możliwe, że z motywacji tych samych co piątka dla zwierząt: z powodu jakiejś fiksacji prezesa PiS.

Z wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, dotyczących spraw covidowych, można wywnioskować, że jego wiedza na temat przebiegu pandemii, skuteczności szczepionek w różnych ich wymiarach, aktualnych badań na ten temat jest praktycznie zerowa. A dokładnie rzecz biorąc – jest taka, jaką postanowi mu ktoś dostarczyć i ani trochę obszerniejsza. Widocznie owi ktosie rekrutują się wyłącznie z jednej frakcji. Ale też ich opowieści muszą trafiać na podatny grunt.

Lobby subskrypcyjne, czyli nowoczesna pańszczyzna. Antywłasnościowa agresja.

Tendencja odchodzenia od własności prywatnej to droga wprost ku nowemu niewolnictwu, kastowemu podziałowi społecznemu i pozbawieniu ludzi jednego z podstawowych instynktów.

https://magazynkontra.pl/warzecha-lobby-subskrypcyjne-czyli-nowoczesna-panszczyzna/ Łukasz Warzecha

———————–

Odwrót od własności to jeszcze jedno świadectwo, w jak przełomowych czasach żyjemy. Cóż, może słowo „odwrót” jest tutaj za mocne, w każdym razie w naszej części Europy, gdzie jest to na razie ekstrawagancka ciekawostka socjologiczna. Lecz na pewno taka tendencja na Zachodzie istnieje i zaczęły się już pod nią ustawiać firmy, chcące na niej zrobić. Dla każdego rozumiejącego, jak zbudowana jest zachodnia cywilizacja, powinno być jasne: to fatalny kierunek. Mówiąc otwarcie – wprost ku nowemu niewolnictwu, kastowemu podziałowi społecznemu i pozbawieniu ludzi jednego z podstawowych instynktów.

Znam opinie, że przecież nieposiadanie to czysty pragmatyzm. Po co mieć na własność samochód (najczęściej przywoływany jako przykład), skoro kosztuje to coraz drożej, a pojazd jest potrzebny, zwłaszcza w mieście, sporadycznie? Tu przy okazji krytyczny obserwator zadałby sobie pytanie, co jest skutkiem, a co przyczyną. Czy posiadanie samochodu kosztuje coraz więcej z immanentnych przyczyn ekonomicznych czy też z powodu obciążeń narzucanych przez państwa czy UE właśnie po to, żeby wymusić rezygnację z posiadania auta? Można to pytanie rozciągnąć na pozostałe kwestie: czy sztucznie, z czysto politycznych, a nie rynkowych powodów tworzone bariery przeciwko posiadaniu nie są częścią dużej antywłasnościowej strategii? A w takiej sytuacji rodzi się następne pytanie: jaką rolę w jej tworzeniu mają biznesowi lobbyści, którzy na wynajmowaniu mają nadzieję zarobić? I tak jak lobbyści będą nas przekonywać, że jeśli nie przesiądziemy się do skrajnie niepraktycznych autek na baterię, to zabijemy planetę, tak i tu będą nam mówić, że nieposiadanie chroni środowisko, jest modne, konieczne, oszczędza zasoby i w ogóle jest świadectwem podążania z duchem czasu. Potem już nic nie będą mówić, tylko liczyć kasę.

Dlaczego jednak upierać się przy własności rzeczy?

Po pierwsze – instynkt posiadania istniał od początku ludzkości i był niezmiennie siłą napędową rozwoju. To instynkt naturalny dla człowieka. Próbowano z nim walczyć w różnych momentach i systemach, a najgroźniejszą próbę podjął komunizm, w którego ślady idzie obecna neokomuna.

To prawda, że posiadania wyrzekano się czasem całkowicie dobrowolnie – jak w wielu nurtach w Kościele – był to jednak przejaw heroizmu i skrajnego altruizmu. Nieposiadanie polegało wówczas na rozdawaniu innym i rezygnacji z własności na rzecz bardziej potrzebujących. W dzisiejszych antywłasnościowych trendach niczego podobnego nie znajdziemy. Nie mają one nic wspólnego z jakąkolwiek ascezą czy altruizmem.

Po drugie – posiadanie na własność było nieodmiennie powiązane ze statusem społecznym i przede wszystkim osobistą wolnością. Niewolnik nie posiadał na własność praktycznie niczego. Człowiek wolny coś miał, choćby niewiele. Było to prawidłowością tak samo w starożytnych Grecji czy Rzymie, jak i w XVIII-wiecznej Polsce z systemem pańszczyzny. Nie bez powodu uwłaszczenie chłopów było uznawane za najważniejszy sposób podniesienia ich pozycji społecznej i upodmiotowienia tej społecznej warstwy.

Nie da się oddzielić posiadania od wolności i odwrotnie. Owszem, można by argumentować, że przecież ludzie „nowocześni” będą się jedynie dobrowolnie wyrzekać prawa do posiadania rzeczy, a to całkiem co innego niż zakaz posiadania. To chybiony argument. Raz dlatego, że upowszechnienie rezygnacji z posiadania będzie najpewniej spowodowane lobbingiem, propagandą i odpowiednimi działaniami na poziomie cen, a więc ogromną operacją socjotechniczną. To, trzeba przyznać, największa sztuka: przekonać ludzi, że to oni sami chcą podjąć decyzję dla siebie niedobrą i jeszcze wmówić im, że robią to dla własnego dobra, dla dobra planety, ludzkości oraz że są w związku z tym szalenie nowocześni i postępowi.

Dla wielu firm znacznie korzystniejszy jest regularnie płacący za wynajem klient niż ktoś, kto raz coś kupi i będzie się tym cieszył przez lata. Korporacje poprzez swoją politykę cenową wymuszają na nas wybranie takiego właśnie modelu. Przykładem jest choćby oprogramowanie, z którego korzystam, pisząc ten tekst. To Microsoft 365 (wcześnie funkcjonujący pod nazwą Microsoft Office 365). Pakiet działa w oparciu o roczną subskrypcję, jest zarejestrowany na moim koncie i mogę go uruchomić na pięciu komputerach, na których byłbym zalogowany. Wolałbym kupić pakiet na własność i owszem, Microsoft daje mi taką możliwość (nowa wersja została wypuszczona w ubiegłym roku), tyle że gdybym chciał kupić dwustanowiskową choćby stałą licencję, musiałbym zapłacić mniej więcej sześć razy więcej niż za rok użytkowania w ramach subskrypcji. Trudno dla takiego rozwiązania znaleźć inne uzasadnienie niż cenowy nacisk na klientów, aby przywiązywali się do subskrypcji, będącej rodzajem wynajmu, zamiast nabywać produkt (licencję) na stałe i na własność. Nie sposób uznać, że taka polityka cenowa w jakikolwiek sposób wynika z faktycznych kosztów przygotowania jednej czy drugiej wersji produktu.

Druga sprawa to ta, że nie powinniśmy mieć złudzeń: gdy wskutek „dobrowolnej” rezygnacji z posiadania sytuacja do tego dojrzeje, pójdą za nią regulacje, uzasadniane tym, że przecież ludzie i tak nie chcą mieć. Już teraz zresztą, jako się wyżej rzekło, sztucznie wznoszone są instytucjonalne bariery przeciwko posiadaniu. Na razie dyskretnie. Oczywiście właściciele globalnych wypożyczalni dóbr nie będą tym prawom podlegali. Oni wciąż będą mogli posiadać i posiadać będą.

Posiadanie będzie przywilejem elit, reszta będzie funkcjonować w warunkach swego rodzaju pańszczyzny. Tym bardziej przerażającej, że dobrowolnej.

Po trzecie – posiadanie tworzy troskę o stabilność całości systemu. Posiadanie upodmiotawia obywateli. Nie bez powodu Prawo o Sejmikach – apendyks do Konstytucji 3 Maja, uchwalony nieco wcześniej – odbierał prawo głosu szlachcie nieposesjonatom, słusznie wychodząc z założenia, że ci, którzy niczego nie posiadają, nie będą dość dojrzale decydowali o losach Rzeczypospolitej.

Tę zależność niszczyła skutecznie komuna, a teraz chce ją zniszczyć neokomuna zamaskowana jako nowoczesność. Człowiek niczego nieposiadający nie myśli w kategoriach długoterminowej stabilności państwa. Nie ma własnego majątku, więc nie interesuje go, czy państwo zapewni mu warunki do jego pomnażania lub przynajmniej zachowania w przyszłości. Ma też mniejsze wymagania. Własny majątek oznacza konieczność dbania o niego. Własna nieruchomość wymaga nakładów, samochód – przeglądów, nawet posiadany na własność komputer to konieczność okresowej konserwacji. A to wszystko kosztuje. Człowiek wynajmujący zadowala się mniejszymi pieniędzmi, bo mają mu wystarczyć jedynie na wynajem. Kiedy rzecz wynajmowana się zepsuje, firma wynajmująca wymieni mu ją na nową. To strategia ograniczania oczekiwań.

Po czwarte – człowiek wynajmujący jest całkowicie uprzedmiotowiony. Nie posiadając, nie ma zasobów, które tworzyłyby jego materialną siłę, zarówno wobec państwa, jak i wobec firm. Pozostaje na łasce korporacyjnych właścicieli tego, co wynajmuje. Ci właściciele zaś, z których wielu będzie działać albo już działa w warunkach globalnych oligopoli lub nawet monopoli, będą dyktować warunki. W przypadku wspomnianego pakietu biurowego szczęśliwie istnieją jeszcze darmowe alternatywy (jak długo?), można sobie jednak bez trudu wyobrazić, że któregoś dnia Microsoft podnosi opłatę za subskrypcję o kilkaset złotych. Albo płacisz, albo tracisz licencję.

Po piąte wreszcie – posiadanie to tworzenie materialnego dziedzictwa, materialnej pamięci. Przedmioty to świadectwo naszej przeszłości. Wystarczy pójść do niemal dowolnego muzeum, żeby to zrozumieć i poczuć.

Owszem, takich przedmiotów przechowujących pamięć jest dziś coraz mniej, bo większość to nietrwała plastikowa masówka, ale wciąż są. Gromadząc dobra, tworzymy naszą własną historię, którą następnie będziemy mogli przekazać naszym dzieciom. Przekazując dom, obraz będący w rodzinie od pokoleń, wieczne pióro ojca, skórzaną teczkę dziadka – przekazujemy pamięć. Dążenie do odzwyczajenia nas od posiadania jest dążeniem do pozbawienia nas tej pamięci. Skoro archaicznym dziwactwem ma się stać posiadanie na własność, to również będzie nim przekazywanie czegokolwiek.

Zatem własność to wolność i podmiotowość. Odzwyczajenie ludzi od własności to zrobienie z nich niewolników.

Mamy już w wielu państwach subskrypcję na prawa obywatelskie w postaci certyfikatu szczepionkowego. I nie jest to ostatnie słowo lobby subskrypcyjnego.

Segregacje

     Szanowni Państwo!
     Podobno segregacja ludzi jest niepożądana, a śmieci owszem. A jak to wygląda w praktyce?
       Dawniej segregacja kandydatów na ważne stanowiska polegała na tym, że przynajmniej ci najgłupsi bywali wykluczani.

Obecna dyskryminacja polega na wykluczeniu z podejmowania wszelkich decyzji, tych najmądrzejszych, żeby nie bruździli.

A to tylko początek. Siły postępu nie powiedziały jeszcze wszystkiego.
       Do roku 2030 ma nastąpić nowy światowy ład, w którym będą tylko trzy kasty: właścicieli, nadzorców i kredytobiorców. Właścicielami będzie garstka światowych oligarchów, nadzorcami zostaną urzędnicy najwyższych szczebli inwigilacji wszelakiej. Pozostałe około 95% populacji to będą niewolnicy zwani dla niepoznaki kredytobiorcami.
       Własność prywatna w tej najniższej warstwie będzie podlegała bezwzględnej konfiskacie, gdyby komuś udało się coś jednak uciułać. Dobra wszelakie zostaną tak skalkulowane, żeby kredytobiorcę stać było tylko na wynajem, a nie na kupno czegokolwiek. Pieniądz elektroniczny pozwoli na kupowanie tylko tego, co rekomendują korporacje. Jeśli uznają, że mamy żywić się spreparowanymi robalami, to tradycyjna hodowla zwierząt nie będzie miała sensu, bo za prawdziwe mięso nie da się zapłacić kartą, a gotówki nie będzie. Komunistyczne Chiny już wyznaczyły kierunek. Wszyscy będziemy bezwzględnie karani drakońskimi grzywnami za naruszenie jakichkolwiek przepisów i nagradzani dyplomami za posłuszeństwo.
       Tyle odnośnie do segregacji ludzi, bo segregacja śmieci, to już od dawna wielka ściema.
Zdrowia i wolności
Małgorzata Todd 29 stycznia 2022 r. | Nr 5/2022 (552)

https://mtodd.pl/?wysija-page=1&controller=email&action=view&email_id=481&wysijap=subscriptions

DIABEŁ TKWI JEDNAK W SZCZEGÓŁACH. „Nagłe” zasłabnięcia .

W prasie zachodniej głośno zrobiło się ostatnio o problemie, który sygnalizowałem we wcześniejszych publikacjach. Chodzi o „nagłe” zasłabnięcia członków personelu latającego, czyli zarówno pilotów, jak i obsługi pokładowej.

https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/diabel-tkwi-jednak-w-szczegolach,p660807920 2022-01-28  Sławomir M. Kozak

—————————-

Rzecz całą nagłośnił jeden z portali, powołując się na nekrologi publikowane na łamach Air Line Pilot, magazynu Stowarzyszenia Pilotów Liniowych (The Air Line Pilots Association). Portal wskazuje, że w całym roku 2017 było ich 28, a podczas pierwszych 9 miesięcy roku 2021 już 111.

W sieci wywiązała się dyskusja, do której dołączył Reuters, który na swojej stronie Fact Check, próbował tłumaczyć, że dane nie są miarodajne, ponieważ magazyn publikuje tylko nekrologi zamawiane przez rodziny zmarłych, nie stanowią one wobec tego żadnego dowodu na potwierdzenie tezy o gwałtownym wzroście liczby zgonów wśród pilotów.

Nie wiem, czy wyjaśnienia te kogokolwiek uspokoiły, tym bardziej, że Reuters wielokrotnie w przeszłości, przy różnych okazjach, lansował tezy zgodne z oficjalnym stanowiskiem władz, a prezentowana w Internecie fotografia z pisma dla pilotów robi jednak wrażenie. Jest ona dostępna na różnych komunikatorach społecznych. I, jakkolwiek ilości zgonów w poszczególnych miesiącach minionych lat, którymi przerzucają się poszczególne portale, mogą się nieznacznie różnić, to większość jest zgodna co do tego, że w porównaniu do okresu sprzed przymusu szczepień wprowadzonego przez niektóre linie lotnicze, nastąpił skokowy ich przyrost.

Te dane musiały zaniepokoić, skoro zostały dostrzeżone w magazynie branży, która zrzesza 61 000 członków w blisko 40 liniach lotniczych USA i Kanady. Już wcześniej docierały zresztą niepokojące sygnały z najbardziej restrykcyjnie podchodzącego do kwestii szczepień kontynentu, jakim jest Australia. Tamtejszy The Sydney Morning Herald i The Age donosiły o poważnych problemach, z którymi borykali się piloci linii Qantas, zarówno w roku 2020, jak i 2021. Zauważono u wielu z nich niepokojącą ilość powtarzających się błędów popełnianych podczas pracy, jak na przykład mylenie wysokości z prędkością, co rzecznicy firmy starali się tłumaczyć przestojami załóg we wcześniejszych miesiącach. Jednak utrzymanie kompetencji w lotnictwie wymaga zarówno regularnego, odświeżającego szkolenia symulatorowego, jak i praktycznego, a poza tym kłopoty nie dotyczyły zmieniających się procedur i przepisów, a samej techniki pilotażu.

27 grudnia 2021 r., podczas regionalnego rejsu VA1876 (Virgin Australia) zasłabło kilka osób personelu pokładowego, w tym jeden z pilotów. Informując kontrolę ruchu o możliwości zagrożenia dla życia, rozpoczęto awaryjne zniżanie do bezpiecznego dla zdrowia poziomu lotu i lądowanie, po którym jeden z członków załogi został odwieziony do szpitala. Wiadomo, że wszyscy byli zaszczepieni. Badanie incydentu ma trwać do połowy roku.

Pisałem już o podobnych zdarzeniach wśród załóg linii indyjskich, brytyjskich i amerykańskich. Podejrzewam, że do prasy wycieka zaledwie pewien procent takich przypadków, a zakładam również, iż część awaryjnych lądowań może być prezentowana na zewnątrz, jako powodowane przyczynami technicznymi lub meteorologicznymi.

Oczywiście, póki co, obowiązuje narracja typowo lotnicza, czyli wyzbyta oznak paniki, zgodna zresztą z moją życiową dewizą mówiącą, że spokój cechuje mistrzów. Jednak jest z tym trochę tak, jak z powiedzeniem, że podróże kształcą, ale … już wykształconych. Przeciętny pasażer ma całkowite zaufanie do linii lotniczej, której powierza życie swoje i swoich najbliższych. Ogromna większość z nich lata na co dzień w ramach obowiązków służbowych, z konieczności pokonując ogromne odległości. Wchodzą na pokład samolotu, na ogół nie zdając sobie w ogóle sprawy ze złożoności tego rodzaju transportu, bo przecież wcale ich to nie musi zajmować. Od tego są inni, którym płacą za poczucie bezpieczeństwa. A piloci są twardzi i zahartowani w bojach, zresztą niektórzy to rzeczywiście weterani wojskowi. Wiedzą oni jednak, że pewnych kwestii nie da się obejść, czy zwieść.

Bo diabeł tkwi w szczegółach. Stąd ich coraz częstsze protesty i pozwy sądowe. Jeżeli bowiem, jak w przywołanym wyżej przypadku, jeden pilot zasłabnie, to statystycznie rzecz ujmując, niewielkie jest ryzyko, że drugiemu przytrafi się coś podobnego w tym samym locie. Problem zacznie się wtedy, kiedy zasłabnie w takiej chwili, w której przejęcie sterów przez drugiego nie będzie możliwe. Na przykład w ostatniej fazie lądowania, którego nie wykonuje się w automacie. A upadek z 60 metrów nie różni się zbytnio od tego z 600, czy 6000 metrów. Poza ilością szczegółów.

Felieton pochodzi z 4 (2022) numeru Warszawskiej Gazety

Kanada. 50.000 terrorystów jedzie na stolicę

Właściwie to wypadałoby napisać o kluczowych kwestiach polskich projektów prawnych dotyczących obostrzeń kowidowych. Piszę projektów, bo lata tego kilka, co chwilę się zmienia, zaś plotki, które z Sejmu dochodzą są tak odjechanie niewiarygodne, że wolę odczekać, by to zobaczyć, bo jeśli to prawda to jest odjazd. W międzyczasie zajmę się więc czymś bardziej optymistycznym.

https://www.bibula.com/?p=131088 Jerzy Karwelis

Kanada. Pisałem o niej gdy zrobiłem wywiad ze swoją kanadyjską przyjaciółką. Wychodziło, że tam pełny sanitaryzm z przyzwoleniem społecznym. I potem widziałem jak tamtejszy premier mówił przez ekran do młodzieży (od lat pięciu) , żeby jeszcze chwilkę wytrzymali, bo są pewnie zniecierpliwieni i nie mogą się doczekać szczepionek, zaś już za chwilkę będą, trzeba tylko poczekać, bo się biurokraci guzdrają. Następne to był filmik z show na żywo, gdzie – jak Pawlików Morozowów –  dzieciaki odpytywali zachwyceni prowadzący co trzeba zrobić z nieszczepami i jak będą zgłaszać komu trzeba jak takie zobaczą przekradające się w nocy między śmietnikami.

Aż tu nagle. Chyba tylko starsi pamiętają film „Konwój”. Tam z dość błahego powodu jeden z kierowców zadziera z systemem, ucieka, a właściwie jedzie i po drodze przyłącza się do niego cała brać truckersów. Jedzie ten konwój przez kraj, jest medialne zamieszanie, postulatów żadnych, ot taki protest w pustkę, do którego każdy podpina swoje intencje. Media się kręcą, ludzie wychodzą pomachać w solidarystycznym geście poparcia pustego buntu.

Teraz jest inaczej. Postulaty są jasne, lud masowo wychodzi na ulice i autostrady, by pomachać 50.000 ciężarówek, które jadą na Ottawę, by spotkać premiera-wesołka i powiedzieć mu nie na kanadyjskiej drodze do sanitaryzmu. Zaczęło się niewinnie w listopadzie zeszłego roku, kiedy premier zarządził, że każdy kierowca wjeżdżający ze Stanów do Kanady idzie na 14 dni kwarantanny, jeśli nie jest zaszczepiony. To był taki „akt motywacyjny”, by wzmóc „przymusową dobrowolność szczepienną”. Ta głupota praktycznie zablokowała ruch graniczny i… w kanadyjskich sklepach powiało pustką z półek.

Powstał ruch kierowców, który zbierając się gwiaździście uformował konwój i jedzie na stolicę. Tłum pieszych i zmotoryzowanych się przyłącza i widoki są wręcz rewolucyjne. Mamy więc o wiele znaczniejsze zjawisko, niż we wspomnianym filmie: jest temat protestu, ludzie popierają, ale… nie ma mediów. Po prostu te nie zauważają tego zjawiska.

A kierowcy zaczęli zbierać kasę na protest. Zebrali miliony w parę dni, bo te przypływały z całego świata. Ostatnio władze kanadyjskie zablokowały te 4,7 miliona $, które zebrali w kilka dni kierowcy. Powód jest jeden – przeciwdziałanie terroryzmowi. Tak, na Ottawę jedzie 50.000 ciężarówek z 150.000 ludźmi, sorry terrorystami. Jest to konwój długości 70 km (coś jak z Katowic do Krakowa, zderzak w zderzak).

Premier tchórzliwie ucieka w izolację. Właśnie udał się na takową, trzykrotnie zaszczepiony, z negatywnym testem chowa się, by przetrwać. Ale nie kowida, tylko protest. Ciekaw jestem jak potoczą się losy, kolejnego „przełomowego protestu”. Może pozytywnie i w będziemy świadkami pierwszego przypadku ugięcia się kowidowego reżimu przed wolą przebudzonego ludu? Bo lud się przebudził, choć wcześniej wyglądał na potulnego i postrachanego. A jak lud „poczuje siłę i moc”, to „zwala pomniki i rwie bruk”. I nic nie jest w stanie powstrzymać tej prawdziwej fali, w odróżnieniu od tych dętych kowidowych.

A może, jak dotąd wszystko rozejdzie się po kościach. Protesty są izolowane, rozsynchronizowane czasowo, nieskoordynowane, w dodatku ukrywane przez kowidową międzynarodówkę mediów. Zobaczymy, ale „Konwój Wolności” wciąż jedzie i wiele wyjaśni się w tę sobotę. A my w tzw. międzyczasie zobaczymy co u nas, z milczącą zagadką woli suwerena, zwanego w Polsce proroczo suwenirem.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.     

Za: Dziennik zarazy (27 stycznia 2022) | https://dziennikzarazy.pl/27-01-kanada-50-000-terrorystow-jedzie-na-stolice/