Najnowsze dane S&P Global wskazują na utrzymujący się kryzys w polskim sektorze produkcyjnym. Wskaźnik PMI w czerwcu 2024 roku pozostał na poziomie 45,0, co oznacza 26. miesiąc z rzędu spadku koniunktury. To rekordowo długi okres spowolnienia.
Sytuacja w polskim sektorze produkcyjnym nie ulega poprawie, co potwierdzają najnowsze dane opublikowane przez S&P Global. Indeks PMI (Purchasing Managers’ Index) dla polskiego przemysłu utrzymał się w czerwcu 2024 roku na poziomie 45,0, identycznym jak w maju. Wynik ten jest znacznie poniżej granicy 50,0 punktów, która oddziela wzrost od spadku aktywności gospodarczej.
Czerwcowy odczyt PMI oznacza, że polski sektor produkcyjny kurczy się nieprzerwanie od 26 miesięcy. Jest to najdłuższy okres spadku koniunktury od początku prowadzenia badań w 1998 roku.
Analitycy zwracają uwagę, że obecny wynik jest również niższy od średniej z całego okresu trwania kryzysu, która wynosi 45,5 punktu.
PMI dla Polski. Są nowe dane
Szczegółowa analiza składowych indeksu PMI pokazuje, że w czerwcu nastąpiło dalsze pogorszenie w obszarze produkcji. Tempo spadku było najszybsze od ośmiu miesięcy. Jednocześnie zaobserwowano nieco wolniejsze spadki w zakresie nowych zamówień, zatrudnienia i zapasów materiałów. Poprawa w obszarze czasu dostaw była mniej wyraźna niż w poprzednim miesiącu.
Popyt na polskie towary przemysłowe nadal słabnie. Nowe zamówienia spadają już 28. miesiąc z rzędu, co stanowi najdłuższy okres spadku w historii badania. Eksport również notuje spadki od rekordowych 28 miesięcy, przy czym szczególnie podkreślana jest słabość popytu z Niemiec – czytamy w raporcie S&P.
Utrzymujący się spadek popytu na polskie wyroby przemysłowe przekłada się na dalsze ograniczanie produkcji. Czerwiec był 26. z rzędu miesiącem spadku produkcji, co również stanowi rekord w historii badania. Co więcej, tempo spadku produkcji było najszybsze od ośmiu miesięcy.
„Kolejne znaczące pogorszenie warunków biznesowych”
Trevor Balchin, Dyrektor Ekonomiczny w S&P Global Market Intelligence, komentując wyniki badania, podkreśla, że polski wskaźnik PMI nie zmienił się w stosunku do siedmiomiesięcznego minimum odnotowanego w maju, wskazując na kolejne znaczące pogorszenie warunków biznesowych. „Choć nowe zamówienia i zatrudnienie spadały nieco wolniej, zostało to zrównoważone przez głębszy spadek produkcji. Pomijając niewielki wzrost w maju, ceny produkcji spadają od kwietnia 2023 roku” – stwierdził.
Eksperci podkreślają, że utrzymujący się kryzys w polskim sektorze produkcyjnym może mieć poważne konsekwencje dla całej gospodarki. Długotrwałe spowolnienie w przemyśle może przełożyć się na ogólne tempo wzrostu gospodarczego, sytuację na rynku pracy oraz poziom inwestycji. Kluczowe będą działania rządu i banku centralnego mające na celu stymulowanie popytu i wspieranie przedsiębiorców w tym trudnym okresie.
Ubóstwo w Polsce wzrosło. Skrajne wróciło do poziomu z 2007 roku. Ubóstwo relatywne także odnotowało wzrost. Co interesujące ubóstwo ustawowe jest na najniższym poziomie w historii. Subiektywne odczucia także w ubiegłym roku uległy poprawie.
Skrajne ubóstwo w Polsce wzrosło z 4,6% w roku ubiegłym do 6,6% w 2023 roku. Urosło również ubóstwo relatywne z 11,7% do 12,2%.
Ubóstwo skrajne w 2023 roku było najwyższe od 8 lat i poziomem dorównało poziomowi ubóstwa z 2007 roku.
W 2023 roku spadł poziom złych lub raczej złych ocen subiektywnych sytuacji materialnej wśród gospodarstw domowych z 6% do 5%.
Najniższy poziom ubóstwa skrajnego odnotowano w roku 2019 (4,2%) oraz 2017 (4,3%). Najdłuższym okresem z niskim ubóstwem skrajnym były lata 2016-2022 kiedy to ubóstwo skrajne znajdowało się w 5 latach poniżej 5%, natomiast w 2, lekko przekroczyło ten pułap.
Najwyższy wskaźnik skrajnego ubóstwa po 2007 roku odnotowaliśmy w latach 2011-2015 gdzie nie schodził on poniżej poziomu 6,5% oraz dwukrotnie osiągnął poziom 7,4%.
W 2023 roku pierwszy raz poziom ubóstwa skrajnego (6,6%) był wyższy od ubóstwa ustawowego (4,1%).
Dla rodzin 2+2 w 2016 roku pomoc z 500+ stanowiła około 1/3 progu ubóstwa skrajnego. W 2019 roku 500+ dla rodziny 2+2 stanowił około 60% progu ubóstwa skrajnego. W 2023 roku było to już około 40%. W 2024 świadczenie 800+ będzie stanowiło około 60% progu ubóstwa skrajnego.
W 2016 roku 500+ stanowiło 12% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. W 2019 roku było to około 10%. W 2024 roku relacja ta będzie prawdopodobnie wynosiła niecałe 11%.
W 2015 rok 500+ stanowiło około 27% płacy minimalnej. W 2019 roku stanowiło około 22%. Obecne 800+ stanowi około 14%.
Najbardziej zagrożone ubóstwem są osoby niepełnoletnie lub w małżeństwie z trójką dzieci lub więcej, utrzymujące się z innych niezarobkowych źródeł mieszkające w poza-aglomeracyjnym obszarze wiejskim lub na wsi z wykształceniem najwyżej gimnazjalnym lub zasadniczo zawodowym.
Najmniej zagrożeni ubóstwem są emeryci lub osoby mieszkające w miastach powyżej 500 tys. populacji, pracujące na własny rachunek w gospodarstwie jednoosobowym z wykształceniem wyższym.
Ubóstwo w Polsce — definicje
Jak co roku Główny Urząd Statystyczny opublikował raport przedstawiający ubóstwo w Polsce. Tym razem za 2023 rok. Badanie opiera się na wynikach budżetów gospodarstw domowych. Wskaźniki są danymi średniorocznymi. Zostały przyjęte trzy różne progi ubóstwa różniące się od siebie wysokością oraz definicją. Są to:
Ubóstwo skrajne — wyznacza bardzo niski poziom zaspokojenia potrzeb. Konsumpcja poniżej tego poziomu utrudnia przeżycie i stanowi zagrożenie dla psychofizycznego rozwoju człowieka. W 2023 roku stopa ubóstwa skrajnego wyniosła 6,6,.
Ubóstwo ustawowe — odpowiada wartościom kwot, które zgodnie z obowiązującymi przepisami uprawniają do ubiegania się o świadczenie pieniężne z pomocy społecznej. W 2023 roku zasięg ubóstwa ustawowego wyniósł 4,1%, czyli o ok. 2 p.p. mniej niż w 2022 roku. GUS jednak zastrzega, że granica tego progu w przeciwieństwie do pozostałych, nie był aktualizowany w 2023 roku.
Ubóstwo relatywne — jest określone jako 50% kwoty, którą średnio w miesiącu wydają gospodarstwa domowe w Polsce. Wyodrębnienia to gospodarstwa i osoby, których poziom konsumpcji znacząco odbiega od poziomu przeciętnego. W 2023 i w 2022 roku stopa ubóstwa relatywnego kształtowała się na podobnym poziomie około 12%.
Jak widzimy sytuacja najbiedniejszych zauważalnie się pogorszyła. GUS zauważa, że pogorszenie się wskaźnika ubóstwa skrajnego nastał wraz z polepszeniem się ogólnej sytuacji finansowej gospodarstw domowych zarówno w kontekście nominalnym, jak i realnym. Warto wspomnieć, że w badanym okresie zauważono także mniejszy stopień wydatków realnych.
Mimo liczbowego pogorszenia się sytuacji subiektywne odczucia społeczne uległy poprawie. W 2023 roku spadł poziom złych lub raczej złych ocen subiektywnych sytuacji materialnej wśród gospodarstw domowych. Spadek nie był duży, ponieważ w 2022 roku poziom ten wynosił 6%, a w 2023 roku 5%. Jednak zgodnie z twardymi danymi powinien wzrosnąć względem 2022 roku. Przyczyną takich zmian jest najpewniej ustabilizowanie się ekonomicznej sytuacji międzynarodowej oraz zauważalny proces dezinflacyjny.
Warto zaznaczyć, że subiektywne odczucia wynikają także osobistych potrzeb, a także relatywizmu jednostki. Jak czytamy w badaniu GUS:
Z przeprowadzonej analizy wynika, że bardzo złą lub raczej złą sytuację materialną gospodarstwa domowego deklarowały w badaniu, choć nieco rzadziej, także osoby znajdujące się powyżej progu ubóstwa, a na dobrą lub raczej dobrą sytuację – również osoby znajdujące się poniżej progu ubóstwa. Warto dodać, że podobne okoliczności (z wyjątkiem wysokiej inflacji jaka miała miejsce w 2023 r., jak i w okresie poprzedzającym) towarzyszące wzrostowi rok do roku zasięgu ubóstwa skrajnego wystąpiły też w 2018 r.
Ubóstwo w Polsce na przestrzeni lat
Od 2007 roku ubóstwo skrajne znajdowało się w przedziale od 7,5 do 4%. Swój najwyższy wynik osiągnęło w latach 2013 oraz 2014 gdzie sięgało poziomów 7,4%. Z kolei najniższy poziom ubóstwa skrajnego odnotowano w roku 2019 oraz 2017 gdzie kolejno wynosił 4,2% i 4,3%. Najdłuższym okresem z utrzymującym się niskim ubóstwem skrajnym były lata 2016-2022 kiedy to ubóstwo skrajne znajdowało się w 5 latach poniżej 5%, natomiast w 2, lekko przekroczyło ten pułap. Natomiast najwyższy wskaźnik skrajnego ubóstwa odnotowaliśmy w latach 2011-2015 gdzie nie schodził poniżej poziomu 6,5% oraz czasami przekraczał 7%.
Zasięg ubóstwa ustawowego dynamicznie się zmieniał. W 2007 roku spadł z poziomu 14,6% do 6,8% w 2011 roku, aby niedługo później dynamicznie wzrosnąć do prawie 13%. Dopiero w 2019 roku udało się ograniczyć zasięg ubóstwa ustawowego do 9%. W 2021 roku było to już 6,7%, a w 2023 roku pierwszy raz ubóstwo ustawowe było niższe niż ubóstwo skrajne i wyniosło 4,1%. Wynika to głównie z tego, że w 2023 roku nie podniesiono tego progu w przeciwieństwie do pozostałych.
Ubóstwo relatywne utrzymywało się zawsze na zauważalnie wyższym poziomie niż pozostałe wskaźniki ubóstwa. W latach 2007-2014 był to poziom w okolicach 17% który, jednak systematycznie spadał. Od 2015 roku możemy zauważyć znaczące ograniczenie tego wskaźnika najpierw do 15,5%, a następnie do okolic 13%, aż do 2019 roku. Co interesujące w kryzysie pandemicznym wskaźnik ponownie ulegał zmniejszeniu do okolic 12%. Najmniejszy wynik odnotowano w 2022 roku równy 11,7%. W 2023 roku niestety ponownie zaobserwowaliśmy wzrost.
Progi ubóstwa w Polsce
Jak możemy zauważyć poniżej, progi ubóstwa nie są stałe. Najrzadziej waloryzowane jest ubóstwo ustawowe. Ubóstwo relatywne z kolei jest oparte o konsumpcje gospodarstw domowych, czyli w latach ograniczonej konsumpcji jego próg spada. Z kolei próg ubóstwa skrajnego praktycznie ciągle rośnie, ponieważ jest związany z kosztami życia. Największy wzrost progu ubóstwa skrajnego zaobserwowaliśmy w 2022 oraz 2023 roku. Wynikało to z kryzysu inflacyjnego. Chociaż mimo jego występowania w 2022 roku udało nam się ograniczyć występowanie ubóstwa skrajnego po wzroście w 2020 roku.
Źródło: GUS
Progi gospodarstw domowych 2+2 różnią się nieco od progów dla jednej osoby. Warto zwrócić uwagę, że są tutaj brane pod uwagę dzieci do 14 roku życia. W 2016 roku rodziny z trudną sytuacją finansową poza różnego rodzaju ulgami, zwrotami i innymi zapomogami mogły liczyć na wprowadzenie świadczenia 500+ na pierwsze dziecko. Od 2019 roku program zaczął obejmować także pierwsze dziecko.
W 2016 roku dodatkowa pomoc z 500+ stanowiła około 1/3 progu ubóstwa skrajnego, co jak widzieliśmy na poprzednich wykresach, pomogło w ograniczeniu ubóstwa. W 2019 roku program rozszerzono. Wpłynęło to na sytuacje rodzin również z jednym dzieckiem oraz poprawiło potencjał konsumpcyjny i nabywczy rodzin 2+2, a także wielodzietnych. Wtedy 500+ dla rodziny 2+2 stanowił około 60% progu ubóstwa skrajnego. Przypomnijmy, że wtedy odnotowaliśmy najniższy poziom ubóstwa skrajnego w historii. Prawdopodobnie także zwiększenie tego programu pozwoliło utrzymać w ryzach ubóstwo w czasie pandemii. W 2023 roku było to już około 40%.
Źródło: GUS
Odsetek progu ubóstwa skrajnego, płacy minimalnej i przeciętnej
Najpewniej próg ubóstwa skrajnego w 2024 roku ponownie się zwiększy. Załóżmy, że do okolic 2550 zł z racji ograniczenia kryzysu inflacyjnego. Sprawi to, że rodziny 2+2 zamiast 1000 zł wsparcia otrzymają 1600 zł miesięcznie. Oznacza to, że świadczenie ponownie będzie stanowiło okolice 60% progu ubóstwa skrajnego, co ponownie pozytywnie przełoży się na sytuację finansową rodzin.
Warto również spojrzeć na wymiar świadczenia względem przeciętnego wynagrodzenia. W 2016 roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 4 047,21 zł, co oznacza, że 500+ odpowiadało za około 12% tej stawki. W 2019 roku wynagrodzenie osiągnęło poziom 4918,17 zł, a więc 500+ odpowiadało za około 10%. Prawdopodobnie przeciętne wynagrodzenie w 2024 roku będzie wynosiło mniej więcej 7 500-7 600 zł. 800+ odpowiadałoby w takim razie za niecałe 11%.
W przypadku minimalnej pensji kreowałoby się to następująco. 2015 rok to 1850 zł, z którego 500+ stanowiło około 27%. W 2019 roku płaca minimalna wynosiła 2250 zł, czyli 500+ stanowiło około 22% tej kwoty. Obecna płaca minimalna wynosi 4300 zł, z której 800+ stanowi około 14%.
Kogo dotyka ubóstwo w Polsce
W 2023 roku co piętnasta osoba w gospodarstwach domowych w Polsce żyła poniżej progu ubóstwa skrajnego. Jak komunikuje GUS:
Od lat możemy wskazać na te same grupy, które najczęściej bądź najrzadziej doświadczają ubóstwa skrajnego. W 2023 roku mapa ubóstwa skrajnego nadal pozostawała bez istotnych zmian. Jednak w poszczególnych latach zmieniały się wartości odsetek ubóstwa skrajnego wśród tych grup.
W 2023 roku najbardziej zagrożone ubóstwem skrajnym były osoby z gospodarstw domowych utrzymujących się głównie z innych, niż emerytura i renta, niezarobkowych źródeł dochodu, a także gospodarstwa domowe rolników. Najmniej zagrożone ubóstwem skrajnym były osoby z gospodarstw domowych, których głównym źródłem dochodu była praca na własny rachunek. Niższe od przeciętnej w kraju stopy ubóstwa skrajnego zaobserwowano wśród emerytów.
Dzieci również mają wpływ na poziom ubóstwa skrajnego w gospodarstwie domowym. W gospodarstwach domowych, w których odnotowano małżeństwo z co najmniej trójką dzieci, wskaźnik ubóstwa skrajnego wynosił w 2023 roku 6,9%. Jest on powyżej przeciętnej, jednak można pocieszyć się faktem, że jest to jeden z najniższych wyników w Europie. Wśród małżeństw z jednym dzieckiem na utrzymaniu poziom skrajnego ubóstwa wynosił w 2023 roku 2,1%, z kolei z 2 dzieci już 3,4%. Jest to bardzo duży wzrost względem roku poprzedniego, gdzie ten wskaźnik wynosił 1,8%. Warto wspomnieć, że odsetek tego wskaźnika w małżeństwach bez dzieci wynosi 1,7%. W gospodarstwach jednoosobowych 1,6%.
Źródło: GUS
Najczęściej ubóstwa skrajnego doświadczały osoby najmłodsze przed ukończonym 18 rokiem życia (7,6%). Lepszą sytuację moją osoby w wieku lat 18-64 (6,6%), z kolei najlepszą emeryci po 65 roku życia gdzie poziom ubóstwa skrajnego wyniósł 5,7%. Najwięcej osób w skrajnym ubóstwie mieszka w poza aglomeracyjnymi obszarami wiejskimi (12,4%) oraz na wsiach (11,5%). Najmniej osób w skrajnym ubóstwie mieszka w miasta o populacji powyżej 500 tys. (1,6%).
W pierwszej turze wyborów parlamentarnych we Francji, która odbyła się 30 czerwca 2024 roku, najwięcej głosów zdobyła „prawicowa” partia Zjednoczenie Narodowe (RN), uzyskując 33,15% głosów. Drugi wynik osiągnął blok lewicowy Nowy Front Ludowy (NFP) z 28,14% głosów, a trzeci – centrowa koalicja En Marche Emmanuela Macrona z 21,27%. Te wyniki doprowadziły do gwałtownych protestów lewicowych grup w całym kraju, w tym w Paryżu, gdzie tysiące osób wyszło na ulice, wyrażając swoje niezadowolenie z wyniku wyborów i rosnącej popularności „skrajnej prawicy”.
[M. Dakowski: RN to nie prawica, lecz rodzaj socjalizmu, ale dla dobra Francji. Wszędzie więc dodaje cudzysłowy, bo pokazać fałsz w meRdiach]
Druga tura wyborów odbędzie się 7 lipca 2024 roku i będzie kluczowa dla ostatecznego rozstrzygnięcia, kto zdobędzie większość w Zgromadzeniu Narodowym. W tej turze zmierzą się trzej główni rywale: Zjednoczenie Narodowe, Nowy Front Ludowy oraz koalicja En Marche. Wstępne analizy sugerują, że może dojść do trójstronnych starć w wielu okręgach wyborczych, co dodatkowo komplikuje przewidywanie ostatecznego wyniku.
[To skutek złośliwej ordynacji, gdzie w II turze „wszyscy” – tj. będący pod wspólną komendą „wielkich mistrzów” masońskich – będą głosować wbrew swym poglądom]
W samej stolicy, Paryżu, wybory przyniosły zróżnicowane wyniki. Tradycyjnie liberalne i lewicowe miasto, Paryż w pierwszej turze mocno wsparł kandydatów Nowego Frontu Ludowego i En Marche, choć Zjednoczenie Narodowe również zyskało znaczne poparcie w niektórych dzielnicach. Jednak widać, że na tle całego kraju Paryżanie wybierają lewicę a nie prawicę. Mieszkańcy Marsylii zamieszkałej przez licznych imigrantów, poprali Front Narodowy.
Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury, w wielu miastach Francji wybuchły protesty. W Paryżu na ulice wyszło około 75 tysięcy osób, demonstrując przeciwko wynikom wyborów i wyrażając obawy przed potencjalnym wzrostem wpływów „skrajnej prawicy” [U nich logika szwankuje. Jak może być „skrajne” coś, co ma najwięcej zwolenników?? MD]. Manifestacje były odpowiedzią na wyniki wyborów oraz wcześniejsze wydarzenia polityczne, takie jak wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, które również przyniosły znaczące zwycięstwo Zjednoczeniu Narodowemu.
Te wybory mogą znacząco zmienić krajobraz polityczny Francji. Jeśli Zjednoczenie Narodowe zdobędzie większość w parlamencie, może to prowadzić do poważnych zmian w polityce krajowej, w tym w polityce imigracyjnej, europejskiej i społecznej. W obliczu tych zmian, lewica i centrowe partie będą musiały zjednoczyć siły, aby przeciwdziałać rosnącym wpływom „skrajnej prawicy”.
Wyniki pierwszej tury wyborów parlamentarnych we Francji pokazały znaczący wzrost poparcia dla „skrajnej prawicy”, co wywołało protesty i polityczne zamieszanie w kraju. Druga tura wyborów będzie kluczowa dla ostatecznego kształtu francuskiego parlamentu i przyszłości politycznej Francji. Wyniki w Paryżu odzwierciedlają głębokie podziały polityczne i mobilizację przeciwników „skrajnej prawicy”, co może wpłynąć na przyszłe decyzje polityczne w kraju
Protest przed aresztem śledczym w Warszawie! „Uwolnić księdza Michała”; „Solidarni z księdzem Olszewskim”. ZOBACZ ZDJĘCIA
Przed Aresztem Śledczym w Warszawie-Służewcu przy ul. Kłobuckiej trwa protest w obronie ks. Michała Olszewskiego! Tygodnik „Sieci” ujawnił wstrząsającą relację duchownego, którego podczas i po zatrzymaniu potraktowano jak najgorszego bandytę i terrorystę.
Wojciech Biedroń w artykule „60 godzin piekła” na łamach tygodnika „Sieci” przytacza fragmenty relacji sercanina, które unaoczniają brutalność funkcjonariuszy ABW i prokuratorów i są świadectwem publicznego upokarzania, nieludzkiego traktowania ks. Olszewskiego. Kolejne części tej wstrząsajacej historii opisaliśmy również na łamach portalu wPolityce.pl:
Przed Aresztem Śledczym w Warszawie-Służewcu przy ul. Kłobuckiej trwa właśnie protest w obronie ks. Michała Olszewskiego.
Demonstranci mają ze sobą biało-czerwone flagi i transparenty z takimi hasłami jak: „Uwolnić księdza Michała” oraz „Solidarni z księdzem Olszewskim”. Są także tablice z wizerunkiem bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Wśród uczestników protestu widzimy wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza.
Przed aresztem śledczym na Służewcu zebrało się grubo ponad kilkadziesiąt osób, może nawet ponad sto. Osoby z różnych części Polski zebrały się tutaj, aby zaprotestować przeciwko temu, jak został potraktowany ks. Olszewski, po tym jak tygodnik „Sieci” opublikował informacje o tym, jak wyglądały szczegóły zatrzymania ks. Olszewskiego — zrelacjonował sprzed aresztu reporter Telewizji wPolsce Stanisław Pyrzanowski.
Była we mnie wielka niezgoda i smutek. W życiu nie spodziewałem się, że doczekam takich czasów (…). Myślałem, że żyjemy w wolnym kraju — opowiedział jeden z uczestników protestu.
Wielu uczestników – jak zrelacjonował reporter Telewizji wPolsce – przyszło spontanicznie, również po to, aby wspólnie pomodlić się za ks. Michała Olszewskiego, by wiedział, że nie jest w tej sytuacji sam.
ZOBACZ FOTORELACJĘ REPORTERA WPOLITYCE.PL:
Będzie protest przed Sejmem
Również we wtorek, 9 lipca, o godzinie 17.40 przed Sejmem RP odbędzie się protest w obronie księdza Michała Olszewskiego. „Dołącz, jeśli nie zgadzasz się na stosowanie metod ubeckich przez ekipę Tuska i Bodnara. Nie może być zgody na powrót aresztów wydobywczych z najmroczniejszych czasów PRL!” – napisano na profilu Suwerennej Polski. Ponadto na stronie uwolnicksiedzamichala.pl można podpisać specjalną petycję.
Założyciel Fundacji Profeto ks. Michał Olszewski SCJ został aresztowany na trzy miesiące. Taką formę działania uważamy za dotkliwie niesprawiedliwą. Pomieszczenia Fundacji zostały przeszukane, mimo że Ministerstwo Sprawiedliwości i Prokuratura posiadają wszystkie dokumenty związane z finansowaniem projektu „Archipelag – wyspy wolne od przemocy” ze środków Funduszu Sprawiedliwości i – z tego, co nam wiadomo – przeprowadziły w tej sprawie audyt, który nie wykazał żadnych nieprawidłowości.
Zdecydowaliśmy o założeniu petycji online, mającej wesprzeć sprawę uwolnienia Księdza Michała Olszewskiego.
Po wyborach we Francji. Protesty w obronie demokracji
Demokracja całkowita często nazywana liberalną: stan społecznej anomii-totalnego ogłupienia i moralnej degeneracji obywateli wybierających status quo: demokrację, wartości unijne, transatlantyckie, nazywany zielonym-czerwony ład, czarny ląd w Europie, przykry swąd palonych opon i samochodów, stabilny wzrost liczby gwałtów i zabójstw, słuszne i nieuniknione uszczuplenie majątków, cykliczne i przewidywalne pandemie.
Demokracja zagrożona: wszelkie wahania nastrojów i preferencji wyborczych grożących likwidacją dotychczasowego stanu. Wzrastają zagrożenia antysemityzmem, rasizmem, patriotyzmem, islamofobią, ksenofobią, qrwofobią i nacjonalizmem. Pojawia się postulat reemigracji.
Koniec demokracji: Zwycięstwo wyborcze nie posiadających ważnej koncesji politycznej, ugrupowań. Nie zawsze jest to równoznaczne ze zwycięstwem prawicy.
Co się stało we Francji?
Na początek trzeba uspokoić nastroje. „Sznurki Rotszyldów” (nazwa gatunku oprzyrządowania) nie zostały przecięte. Wszystkie marionetki reagują prawidłowo udzielając poprawnych odpowiedzi. W Polsce, w której jak wiemy demokracja została dopiero co przywrócona wypowiedział się doświadczony demokrata, Tusk
„Lubią Putina, pieniądze i władzę bez kontroli. Rządzą lub właśnie sięgają po władzę na wschodzie i na zachodzie Europy. Łączą swoje siły w Parlamencie Europejskim” — W Polsce w ostatniej chwili odwróciliśmy ten fatalny bieg rzeczy. Nie zmarnujmy tego”
Demokracja w Polsce oznacza, że będziemy beneficjentem paktu migracyjnego i być może czeka nas szybsza ścieżka przyjęcia Euro, zwiększy się rola Ukraińców i innych przesiedleńców w życiu społecznym, utrzyma się trend wzrostu przestępczości w wymienionych grupach, związki partnerskie uzyskają należny im status, a z powodu nowej definicji gwałtu wzrośnie ich liczba do prawdziwego, ukrywanego przez skrajną prawicę, europejskiego poziomu.
Odezwali się też doświadczeni współpracownicy komunistycznych służb:
Ewentualne zwycięstwo Le Pen we Francji, a później ewentualne zwycięstwo Trumpa w USA da niesłychany power innym populistom – prognozował w @faktypofaktach Andrzej Olechowski, były szef MSZ i były agent komunistycznych służb o pseudonimie Must. /TVN/
Jak głosowali katolicy?
Decydujące o ostatecznym wyniku wyborów okażą się wyniki drugiej tury.
W pierwszej turze wyborów do parlamentu mandaty otrzymują tylko ci kandydaci, którzy uzyskają większość bezwzględną przy minimalnej frekwencji wynoszącej 25 proc. Lewica już zapowiedziała sojusz łącznie z wycofywaniem się poszczególnych kandydatów.
Na jakie miano zasługuje Zjednoczenie Narodowe? Narodowych socjalistów, skrajnej prawicy czy może swoistego Centrum popierającego częściowo w osobach niektórych swoich członków i sympatyków aborcję i lgbt?
Na to pytanie odpowiedział mi Adam Gwiazda @delestoile
Postgaullistowska socjalna centroprawica o zabarwieniu patriotycznym
Po wyborach we Francji. Protesty w obronie demokracji
Unia Europejska: troje kandydatów na najwyższe stanowiska uwikłanych jest w skandale
(Eurokraci licytują się na „grubość” afer, w które są zamieszani? Od lewej: Ursula Von der Leyen, Kaja Kallas, Antonio Costa. Fot. OLIVIER HOSLET / Reuters / Forum)
W ubiegłym tygodniu Rada Europejska uzgodniła, że Ursula von der Leyen będzie kandydatką na przewodniczącą Komisji Europejskiej, António Costa zastąpi Charlesa Michela na stanowisku szefa Rady, a premier Estonii Kaja Kallas zajmie się polityką zagraniczną UE. Wszystkie te osoby uwikłane są jednak w skandale.
Von der Leyen ma swój udział w tak zwanej Pfizergate. Szefowa Komisji Europejskiej, która doprowadziła do podpisania w imieniu wszystkich państw UE kosztownej i niekorzystnej umowy z gigantem farmaceutycznym Pfizer na zakup szczepionek przeciwko Covid-19, wcześniej prywatnie wielokrotnie kontaktowała się z dyrektorem generalnym tego koncernu. Europosłowie zaczęli domagać się udostępnienia niejawnej umowy w związku z niemożnością wycofania się z niej. Pod wpływem nacisków KE udostępniła porozumienie po wcześniejszym jego bardzo mocnym ocenzurowaniu.
W maju tego roku, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, belgijski sąd prowadzący sprawę Pfizera podjął decyzję o odroczeniu rozprawy na późniejszy termin, aby nie zakłócać procesu wyborczego.
Socjalista António Costa uwikłany jest w skandal korupcyjny w swojej ojczystej Portugalii, gdzie 7 listopada 2023 r. musiał zrezygnować ze stanowiska szefa rządu. Costa, który ma być przewodniczącym Rady na kolejne dwa i pół roku, związany jest ze sprawą „Operacja Influencer”. Chodzi o prawdopodobną korupcję i handel wpływami w związku z krajowymi projektami dotyczącymi przemysłu wodorowego i litowego oraz centrum danych, co doprowadziło do przeszukań w kilku ministerstwach i ustąpienia Costy. Portugalskie władze wydały kilka nakazów aresztowania, w tym właśnie wobec premiera, u którego znaleziono 75 800 euro w gotówce, niewiadomego pochodzenia.
W przypadku tej afery oficjalne zarzuty otrzymali niektórzy ze współpracowników byłego szefa rządu. Śledztwo jest kontynuowane.
Jeśli chodzi o Kallas, córkę byłego premiera Estonii Siima Kallasa, to jest ona jednym z najaktywniejszych europejskich orędowników Ukrainy i zaciekłym krytykiem Rosji w całej UE oraz NATO.
W sierpniu 2023 roku estońskie media podawały, że mąż Kallas, Arvo Hallik był zaangażowany w działalność firmy Stark Logistics, która operowała w Rosji po pełnoskalowym ataku Moskwy na Kijów. Halik zapowiedział sprzedaż 25 procent udziałów oraz rezygnację z funkcji dyrektora finansowego spółki i ustąpienie z zarządu. Po kampanii estońskiej opozycji przeciwko Kallas wraz z żądaniami dymisji premier stała się zagorzałą przeciwniczką Kremla. Typowano ją nawet jako następczynię Jensa Stoltenberga na stanowisku sekretarza generalnego NATO.
Negatywnie na kandydatury do objęcia najwyższych stanowisk w UE trzech osób uwikłanych w skandale zareagował między innymi prof. Alberto Alemanno, wykładowca Kolegium Europejskiego. Jego zdaniem, wybór Rady Europejskiej „jest bardziej wynikiem instytucjonalnej inercji i wygody politycznej niż dobrze przemyślanym wyborem przywódców UE głównego nurtu”. Prawnik przewiduje, że dojdzie do „zjednoczenia skrajnie prawicowych sił antysystemowych” w celu głosowania przeciwko von der Leyen.
Nominację von der Leyen na drugą kadencję musi jeszcze zatwierdzić Parlament Europejski. Valerie Hayer, francuska legislatorka przewodząca grupie Renew Europe wskazuje, że nie jest to przesądzone. Niebawem rozpoczną się przesłuchania kandydatki przez europosłów w sprawach dotyczących wielu kluczowych kwestii, od obronności i konkurencyjności po praworządność.
Decyzja w sprawie obsady najważniejszych stanowisk w UE zapadła po obradach Europejskiej Partii Ludowej z socjalistami i liberałami za zamkniętymi drzwiami w zeszłym tygodniu. Premier Włoch Giorgia Meloni wyraziła frustrację z powodu tego, że wybór kandydatur nie odzwierciedla siły „skrajnej prawicy”. Meloni zagłosowała przeciwko Kallas i Coście. Wstrzymała się w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen. Premier Orban zaś zagłosował przeciwko szefowej KE. Ostatecznie Parlament Europejski zagłosuje nad kandydaturą Niemki w połowie lipca.
Ukraina ma miesiąc na uniknięcie bankructwa – pisze w najnowszym numerze brytyjski tygodnik „The Economist”, wyjaśniając, że przez ostatnie dwa lata wierzyciele zgodzili się na zawieszenie przez nią spłaty zadłużenia, ale moratorium od prywatnych zagranicznych posiadaczy obligacji wygasa 1 sierpnia.
Zauważa, że to zawieszenie – zarówno ze strony rządów, jak i prywatnych pożyczkodawców – jest rocznie warte 15 proc. ukraińskiego PKB, a gdyby płatności były wymagane, byłyby drugim co do wielkości wydatkiem państwa, po obronie.
„The Economist” pisze, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy chce, by ukraiński minister finansów Serhij Marczenko wynegocjował umorzenie części długu, ale zawarcie porozumienia w tak krótkim czasie wydaje się mało prawdopodobne. W czerwcu zaproponował on wierzycielom układ, który zmniejszałby obecną wartość długów o 60 proc., jednak ci odpowiedzieli, że uważają 22 proc. za bardziej rozsądne. [I to się tym „wierzycielom ” już opłacilo, tak, jak było w neo-PRL w roku 90-tym. md]
Tygodnik ocenia, że jeśli Ukraina nie wywiąże się ze swoich zobowiązań, będzie to świadczyć o niepokojącym braku wiary inwestorów prywatnych w zaangażowanie Zachodu, a dłuższej perspektywie może to oznaczać katastrofę dla odbudowy kraju.
„Ukraina desperacko potrzebuje przestrzeni fiskalnej. Pod koniec roku jej stosunek zadłużenia do PKB zbliży się do 94 proc. – bardzo dużo jak na gospodarkę o tak burzliwej historii finansowej i wielkości. Kwoty dostarczane przez sojuszników są imponujące, ale mają formę artylerii, czołgów i funduszy celowych, a nie gotówki. Tylko 8 mld dolarów z ostatniego amerykańskiego pakietu trafi bezpośrednio do ukraińskiego rządu, co stanowi równowartość nieco ponad jednej czwartej rocznych wydatków Ukrainy na świadczenia socjalne, a nawet to jest w formie pożyczki. UE planuje zaoferować nieco więcej, ale nadal tylko 38 mld USD w ciągu trzech lat” – pisze „The Economist”.
Dodaje, że choć sugerowane przez Ukrainę umorzenie jest skromne – 12 mld USD w latach 2024-2027 – nie ma ona ma wolnych środków pieniężnych, które mogłaby wyłożyć w przypadku jej nieprzyznania. Według MFW, w ramach tak drastycznej umowy restrukturyzacyjnej, jak ta zaproponowana przez Ukrainę i odrzucona przez posiadaczy obligacji, kraj ten byłby w stanie ledwie związać koniec z końcem.
„The Economist” wyjaśnia, że w razie braku porozumienia, Ukraina ma dwie opcje. Jedną z nich jest wynegocjowanie przedłużenia zamrożenia obsługi zadłużenia, tak jak to już zrobiono z innymi niż prywatnymi wierzycielami, którzy zrezygnują z płatności do 2027 roku. Drugą jest niewypłacalność. „Może to brzmieć drastycznie, ale w rzeczywistości różnica między tymi scenariuszami jest niewielka. Tak czy inaczej, ukraińskie płatności nie zostaną wznowione” – pisze.
Jak zauważa, powściągliwość inwestorów z sektora prywatnego nie odzwierciedla jedynie perspektyw finansowych Ukrainy. W normalnej restrukturyzacji wierzyciele stawiają na perspektywy gospodarcze kraju. Pożyczanie krajowi w stanie wojny wiąże się również z drugim ryzykiem: czy wygra.
„Posiadacze obligacji są również sceptyczni co do planów długoterminowej odbudowy Ukrainy w przypadku zwycięstwa. Chociaż sojusznicy i MFW argumentowali, że restrukturyzacja umożliwi Ukrainie ponowne wejście na rynki finansowe, gdy tylko wojna się zakończy, a jej sojusznicy umorzą długi, inwestorzy nie są przekonani, że taki dzień kiedykolwiek się zmaterializuje. Uważają oni raczej, że restrukturyzacja byłaby pierwszą z wielu prób podjętych przez sojuszników Ukrainy w celu przeniesienia ciężaru finansowego wojny i kosztów odbudowy z rządów na sektor prywatny” – pisze tygodnik.
We be heavy on the Biden memes today, cause that sh*t is everywhere!
They pretty much sum up the mood of the nation.
The House Judiciary Committee voted to hold Merrick Garland in contempt earlier this month over his refusal to comply with a subpoena “related to the investigation into President Biden’s handling of classified documents”, but the Justice Department declined to prosecute him.
The subpoena was for the transcript of audio tapes that the House Judiciary Committee received regarding Biden’s answers. Some believe that the transcript was adulterated to make Biden appear to not be “sundowning.”
Given what we all witnessed in the presidential debate, it is even more important that Congress be able to listen to these tapes. They have a duty to the country to do so.
The Department of Justice (DOJ) is not directly part of the court system, Supreme Court or otherwise. The DOJ is a federal executive department responsible for enforcing federal laws and providing legal advice to the President and other government agencies.
House Republicans must insist that Merrick be arrested by the Sargent of Arms and that these tapes be turned over immediately. No attorney general should be above Congress.
Fact check:
Chickens don’t lay eggs. Don’t believe everything you see on the internet!
Szczegółowe wyniki wyborów parlamentarnych we Francji spływają, zatem kilka słów na temat systemu wyborczego i jak to się przekłada na szanse RN.
Francuska ordynacja wyborcza to JOW w dwu turach. Żeby zdobyć mandat należy przekroczyć 50% w pierwszej turze albo wygrać w drugiej turze. Żeby wejść do drugiej tury trzeba zdobyć w pierwszej co najmniej 12,5% głosów uprawnionych do głosowania.
Baaaardzo teoretycznie w drugiej turze kandydatów może być ośmiu (100:12,5), gdyby wydarzył się cud i zagłosowało 100% uprawnionych, każdy oddał głos ważny, a głosy rozłożyły po równo. Ale furda zabawy intelektualne – w realu do drugiej tury przechodzi zwykle dwóch najlepszych, niekiedy trzech, bardzo rzadko czterech. Im większa frekwencja, tym mniej „pojedynków”, a więcej „triangulacji”. Według szacunków Ipsos, opartych na 539 okręgach wyborczych we Francji metropolitarnej, tym razem pierwszej turze wybranych zostanie od 65 do 85 deputowanych. Wiele nazwisk już znamy np. Marine Le Pen została wybrana. Warto pamiętać, że 2022 r. w pierwszej turze weszło tylko trzech kandydatów.
W drugiej turze tym razem odbędzie się potencjalnie od 285 do 315 „triangulacji” i od 150 do 170 pojedynków (to prognozy). RN będzie w drugiej turze w 390 do 430 okręgów, lewica w 370 do 410, większość prezydencka w 290 do 330, a Republikanie w 70 do 90. Przebrnęliście przez cyferki? To jedziemy dalej. Dlaczego jest to ważne. Z powodu strategii „frontu republikańskiego”. Co to za zwierz? Francuski. Kiedy mianowicie w drugiej turze jest pojedynek, to cała klasa polityczna przerzuca głosy na ich kandydata przeciw kandydatowi RN. Robi się pospolite ruszenie od burżuazyjnej prawicy przez centrystów i zielonych po skrajną lewicę. Ludzie, którzy w pierwszej turze obrzucali się błotem robią wspólny front. Kapitalistyczni krwiopijcy głosują na kandydata komunistów, antifa woke na rentiera pod krawatem mieszkającego w pałacu. Najczęściej to działa, a właściwie działało od lat 1980 do niedawna. Republikańska tama sprawiała, że partia z poparciem 25% miała jednego, dwóch, potem ośmiu posłów, a najczęściej wcale.
Teraz, gwoli ścisłości, RN szklany sufit przebija i system JOW obraca się na jego korzyść (tłumaczyłem szczegółowo u @lkwarzecha
). Stąd owe 250 możliwych mandatów, o czym na początku tweeta. Jednak w wypadku „triangulacji” pojawia się problem. Jeśli w drugiej turze jest kandydat RN, systemowej lewicy i systemowej prawicy, to głosy „systemu” się rozbijają. Wystarczy konfiguracja 35/33/32 i wchodzi „faszysta”. Tak właśnie w przeszłości FN odnosił rzadkie sukcesy. Strategia „frontu republikańskiego” zakłada zatem, że kandydat mający gorsze szanse na pobicie „faszysty” powinien się wycofać z kandydowania i wezwać do głosowania na drugiego kandydata systemu. I znowu: komuch na prawicowca, burżuj na lewaka etc. Zabawne. Tylko, że pojawia się problem nieobcy znawcom natury ludzkiej. Często obaj kandydaci systemu uważają, że to oni mają największe szanse na wygranie lokalnego Stalingradu, więc to ten drugi powinien się wycofać. Czasem grają lokalne animozje i ambicje, na które paryskie centrale partyjne nie mają wpływu. Wtedy obaj kandydaci się utrzymują i czasem wygrywa RN z poparciem 35%. Jeszcze inna sprawa: czy wyborcy są posłusznymi baranami, którzy mechanicznie przerzucają głosy na przeciwny obóz? Kiedyś tak, dziś mniej. Dla wielu wyborców centrum czy prawicy bardziej naturalny jest głos na RN, niż na bolszewików Mélenchona albo choć pozostanie w domu. Z kolei wyborcy lewicy nie widzą różnicy między faszystą Macronem a faszystką Le Pen i wcale nie jest pewne czy w wypadku pojedynku oddadzą głos na faceta, który przeprowadził reformę emerytalną etc. Tu miejsce na inny długi wpis: w jaki sposób w ciągu kilku ostatnich lat Marine Le Pen udała się w dużej mierze „dediabolizacja” RN i jak jej miejsce politycznego Szatana zajęła skrajna lewica z jej bolszewizmem, wokizmem, islamizmem, imigracjonizmem etc. Ma w tym „zasługę” i obóz prezydencki, któremu lewica zaszła za skorę i który nie wahał się użyć wpływów polityczno-medialnych, by zaczernić jej wizerunek. Wszystko to gra na korzyć RN. Tym razem. Tym razem 7 lipca możemy być świadkami sporej niespodzianki.
=========================
z PCh:
Socjalista i członek koalicji Frontu Ludowego, Raphaël Glucksmann, patetycznie stwierdził, że „dziś wieczorem stawiamy czoła historii”. „Nie ma wahania: będzie wycofywanie kandydatów i wsparcie dla polityków zdolnych pokonać RN, niezależnie od naszych różnic. Czy po raz pierwszy w naszej historii pozwolimy skrajnej prawicy przebić się przez urnę wyborczą? Musimy się zjednoczyć, musimy mieć demokratyczne głosowanie i zapobiec zatonięciu Francji” – dorzucił Glucksmann.
Także Marine Tondelier z partii Zielonych (EELV) wezwała do „budowy nowego frontu republikańskiego” w II turze. Premier Attal, w podobnym tonie ostrzegał, że „skrajna prawica jest u bram”, ale „nasz cel jest jasny: uniemożliwić RN wybieranie posłów w drugiej turze i ani jeden głos nie powinien pójść na Zjednoczenie Narodowe” – dodał szef rządu.
Stanisław Michalkiewicz: Wolne miasto Gdańsk wraca do Reichu
Jak zauważył Stanisław Lem, “nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie”. Nawet konklawe – a cóż dopiero samorząd wolnego miasta Gdańska z jego Dulczessą, która – jak przypuszczam – o niczym innym nie marzy, ja tylko o wprowadzeniu wolnego miasta Gdańska do Reichu.
A Niemcy postępują cierpliwie i metodycznie; najpierw przy pomocy osób zaufanych, korzystających ze wsparcia świętych rodzin, które przez cały okres PRL były przez Niemców futrowane – a to biskup zlecał im korzystne chałtury, a to jakieś Vereiny – a na pieniądzach oczywiście nie było napisane, że pochodzą z BND – no i oczywiście – agentury, która u progu transformacji ustrojowej przewerbowała się na służbę m.in. – niemieckiej BND, jako naszego nowego sojusznika.
A ponieważ bezpieka od 33 lat kręci sceną polityczną naszego bantustanu, więc zainstalowanie w wolnym mieście Gdańsku odpowiedniej ekipy z Dulczessą na czele nie przedstawiało dla pierwszorzędnych fachowców najmniejszych trudności. Zresztą i przed Dulczessą sytuacja w wolnym mieście Gdańsku stała się dziwnie osobliwa, jako że pan prezydent Paweł Adamowicz tak zalazł za skórę nawet Volksdeutsche Partei, że nie było innego wyjścia, jak zaangażować jakiegoś obłąkańca by go na oczach całej Polski zadźgał podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
“Stąd – powiada poeta – nauka jest dla żuka”, by nie wierzgać przeciwko ościeniowi. Dulczessa wolnego miasta Gdańska tę umiejętność opanowała, w związku z czym z kadencji na kadencję jest wybierana przez wdzięcznych obywateli na prezydenta. Można porównać ją do generała Salana, który w armii francuskiej był generałem “le plus decore de tous les generaux”.
Gdyby Dulczessa przypięła sobie do munduru wszystkie odznaczenia, to upodobniłaby się nie tylko do generała Salana, ale nawet do generałów armii Kim Dzong Una – chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba nadmienić, że Nagrody im. Karola Wielkiego jeszcze nie dostała.
Ale bo też ta Nagroda ma specjalne znaczenie i Nasza Złota Pani załatwiła ją Donaldu Tusku, by pokazać tubylczym starym kiejkutom, żeby przestały na niego dybać, bo w przeciwnym razie będą miały z nią do czynienia. Jak pamiętamy, stare kiejkuty natychmiast powinność swej służby zrozumiały i nie tylko przestały nękać Donalda Tuska, ale nawet unieważniły “aferę hazardową”.
I oto Nasi Umiłowani Przywódcy w 2008 roku, a więc za pierwszych rządów Donalda Tuska, rada w radę uradziły, żeby właśnie w Gdańsku zlokalizować Muzeum II Wojny Światowej. Kosztowało ono polskich podatników prawie pół miliarda złotych, wyłożone przez Ministerstwo Kultury. Jak się jednak okazało, Ministerstwo to – zwłaszcza po roku 2015, kiedy to na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej naszego bantustanu nastąpiła podmianka – nie ma ani w sprawie muzeum, ani w sprawie tego, co i jak będzie się tam pokazywało – nic do gadania.
Tak w każdym razie uważał niezawisły sąd ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego. Okazało się, że chamstwo, czyli podatnicy, mają tylko płacić, a o tym, kto, co I jak będzie tam pokazywał, decydować ma – no właśnie; to nie jest do końca jasne, bo do decydowania garnie się zarówno Ministerstwo z racji kasy, ale również autorowie, którzy opracowali “koncepcję” – jak np. pan prof. Paweł Machcewicz – doradca doskonały premiera Donalda Tuska, no i oczywiście – recenzenci.
Nie byłoby w tym wszystkim może i nic osobliwego, bo do publicznej, czyli niczyjej forsy zawsze garnie się mnóstwo chętnych w nadziei, że przynajmniej jakąś część sobie sprywatyzuje – a takie Muzeum, to prawdziwy dar Niebios. Sprawa zaczyna się komplikować w momencie, gdy uświadomimy sobie, że nasz nieszczęśliwy kraj od lat znajduje się na linii strzału dwóch skoordynowanych polityk historycznych: niemieckiej i żydowskiej. Polityka historyczna jest to elegancka nazwa sfałszowanej wersji historii.
Celem niemieckiej polityki historycznej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za II wojnę światową, a zwłaszcza – za towarzyszącej jej ekscesy – i stopniowe przerzucanie tej odpowiedzialności na winowajcę zastępczego. Celem żydowskiej polityki historycznej jest zagwarantowanie środowiskom żydowskim i bezcennemu Izraelowi możliwości obcinania kuponów od tak zwanego “holokaustu”, czyli dokonanej w czasie II wojny światowej przez Niemców masakry europejskich Żydów.
Ponieważ na początku trzeciego tysiąclecia Niemcy dały do zrozumienia, że już nie będą przyjmowały żadnych suplik odszkodowawczych, Żydowie skwapliwie wytypowali Polskę na winowajcę zastępczego, a pretekstem było to, że większość z tych ekscesów rzeczywiście dokonała się na obecnym polskim terytorium państwowym, co znakomicie ułatwia czarną propagandę.
I tu mamy obszar kontrowersji między obozem – nazwijmy to – “dobrej zmiany” z PiS-em na czele, a obozem zdrady i zaprzaństwa, na czele z Volksdeutsche Partei Donalda Tuska. Chodzi o to, że PiS jest wyznaczony na odcinek patriotyczny, podczas gdy Volksdeutsche Partei – na odcinek modernizacyjny. Uwijając się na odcinku patriotycznym, obóz “dobrej zmiany” w okresie dobrego fartu umieścił w ekspozycji wspomnianego Muzeum postacie św. Maksymiliana Marii Kolbego, rotmistrza Witolda Pileckiego oraz rodziny Ulmów, wymordowanej za udzielanie pomocy Żydom.
Trudno, żeby coś takiego mogło podobać się Niemcom, a zwłaszcza Żydom, zazdrośnie strzegącym swojego monopolu na martyrologię. Jak pamiętamy, nawet gdy prezydent Zełeński, przecież z pierwszorzędnymi korzeniami, chlapnął przy jakiejś okazji, że na Ukrainie dokonuje się “holokaust”, natychmiast został sprowadzony do pionu z przypomnieniem, skąd wyrastają mu nogi. Cóż dopiero, gdy przy polityce historycznej zaczynają gmerać jakieś osoby niepowołane, to znaczy – nie zatwierdzone przez Sanhedryn?
Toteż kiedy tylko nastąpiła podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, a pułkownik Sienkiewicz i moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, trafili do luksusowego przytułku dla “byłych ludzi” w Brukseli.
Ministerstwo Kultury objęła pani Hanna Wróblewska, co to dotychczas kręciła się przy różnych wystawach i muzeach, m.in. była dyrektorem polskiego pawilonu na Biennale w Wenecji (“A Venice nous avons un petit pavillon; pavillon polonais pour Mesdames et Messieurs”). i to podobno ona usunęła i Maksymiliana Kolbego, i rotmistrza Pileckiego i rodzinę Ulmów.
Rzeczywiście, potrzebni oni tam wszyscy, jak psu piąta noga, zwłaszcza, że jest rozkaz, żeby docelowo w gdańskim Muzeum pokazywać, jak to Tewje Bielski do spółki z pułkownikiem Stauffenbergiem, rozgromił polskich antysemitników, którzy, obawiając się sądu zagniewanego ludu, w 1944 roku schronili się w Warszawie, gdzie samowolnie wywołali powstanie.
Mieliśmy kiedyś taki hit eksportowy, ale już nie mamy. Przemysł dogorywa
Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK) spadł o 0,4 punktu w porównaniu z ubiegłym miesiącem do 160,8 pkt. Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BIEC), które jest autorem badania, zaznacza w komentarzu, że to drugi miesiąc z rzędu, kiedy trwające od lipca ubiegłego roku tendencje wzrostowe wyraźnie wyhamowały. Najgorzej radzi sobie przemysł, w tym producenci mebli, naszego niegdysiejszego hitu eksportowego.
Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK) informuje o tendencjach w polskiej gospodarce, które mogą dopiero pojawiać s§ię za kilka miesięcy. Spośród ośmiu składowych WWK tylko jedna uległa wyraźnej poprawie. Był to indeks giełdowy WIG, który w ostatnich miesiącach zyskiwał na wartości. Trzy składowe uległy w czerwcu wyraźnemu pogorszeniu, a pozostałe cztery nie zmieniły się istotnie w stosunku do ubiegłego miesiąca.
Eksport się kurczy, przemysł powoli się zwija
W opinii ekonomistów BIEC najbardziej niepokojący jest spadek zamówień trafiających do przemysłu – zarówno zamówień pochodzących od krajowych odbiorców, jak zagranicznych.
Niektóre z branż, które w ostatnich latach były liderami eksportu, obecnie niezwykle dotkliwie odczuwają dekoniunkturę. Należy do nich przede wszystkim przemysł meblarski, gdzie przewaga odsetka firm wskazujących na spadek zamówień nad odsetkiem firm odczuwających ich wzrost sięga 30 punktów procentowych (p.p.) – wskazuje BIEC w komentarzu do badania.
Więcej wiadomości o prognozach gospodarczych i koniunkturze
I dodaje, że większość producentów trwałych dóbr konsumpcyjnych (samochody, mieszkania, meble czy sprzęt RTV i AGD) dotkliwie odczuwa spadek zamówień, a w konsekwencji ogranicza produkcję. Z dekoniunkturą zmagają się również przedsiębiorstwa produkujące maszyny i urządzenia, co bezpośrednio związane jest z zapaścią w inwestycjach. Na narastające trudności w pozyskiwaniu zamówień uskarżają się również producenci odzieży.
Z powyższych danych wyłania się obraz wskazujący na zacinanie się dotychczasowego silnika wzrostu, jakim była konsumpcja, a w szczególności spożycie indywidualne, zapaść inwestycyjna pogłębia się, a perspektywy dla dalszego rozwoju eksportu są coraz gorsze – uważają ekonomiści Biura.
Rosnące koszty dobijają przedsiębiorców
Sytuacja finansowa przedsiębiorstw pogorszyła się w stosunku do wcześniejszego miesiąca, co jak zauważa BIEC, ma związek z rosnącymi kosztami prowadzenia działalności gospodarczej. Menadżerowie firm wskazują przede wszystkim na rosnące ceny energii i paliw (80 proc.), wzrost kosztów zatrudnienia (77 proc.) oraz wzrost cen komponentów niezbędnych do produkcji i cen usług (63 proc.).
Ciągłe podnoszenie płacy minimalnej przy ograniczonej podaży siły roboczej nakręca spiralę żądań płacowych, prowadząc do wzrostu wynagrodzeń daleko powyżej tempa wzrostu cen, w szczególności cen producentów – wskazuje BIEC.
Wobec powyższego relacja przychodów do kosztów w przedsiębiorstwach pogarsza się, co oznacza spadek rentowności firm. W takich warunkach utrzymanie konkurencyjności na rynkach światowych staje się bardzo trudne – podsumowuje BIEC.
„Żyjemy w epoce, w której kłamstwo zostało uszlachetnione i zyskało status narracji. Ot, każdy ma prawo do swojej narracji. Kłamca zatem będzie bezczelnie kłamał, bo… ma do tego prawo i jego kłamstwa będą miały taki sam – a często znacznie ważniejszy – status jak świadectwo człowieka rzetelnego i kierującego się prawdą. Ba, kłamstwo zyskało status oficjalnej sztuki marketingu i public relations. Są całe uczelnie przysposabiające swoich absolwentów do fachowego operowania faktami, półprawdami i oczywiście kłamstwami. To epoka bezwstydnego kłamstwa, które już się pozbyło swojego bezwstydu i kroczy teraz w chwale nowoczesności i propagowania politycznej poprawności”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.
Publicysta zastanawia się, dlaczego prawda jest obecnie wyszydzana jako „niemodna, niepraktyczna, niepostępowa”, co powoduje, że współczesny człowiek powoli, ale systematycznie staje się wierzącym w magię, wewnętrznie nieuporządkowanym, rozbitym duchowo barbarzyńcą. Jego zdaniem głównym powodem jest brak wiary w Pana Boga, którego świat próbuje zastąpić wiarą w inne bóstwa takie jak „Matka Ziemia – Gaja”.
„Odebrano nam prawo sądzenia o rzeczach i bytach, klasyfikowania ich pod względem etycznej i duchowej doniosłości. Człowiek został wprzęgnięty w maszynę konsumowania i wydalania. To mają być najgłębsze ośrodki jego naturalnej refleksji. Dziś więcej poradników dotyczy jedzenia i trawienia i ułożenia krajobrazu wewnętrznych odczuć, dążeń i wartości. W ten sposób tradycyjny system działania społeczeństwa w błyskawiczny sposób rozpada się, a każdy, kto śmie mieć własne przemyślenia na ten temat, natychmiast poddany jest ostracyzmowi, który wyklucza do z grona liczących się publicznie postaci”, podkreśla autor „Tajemnicy spowiedzi”.
Kto jest odpowiedzialny za taki stan rzeczy? Ten sam demiurg, który pod postacią węża skusił w Edenie Adama i Ewę do grzechu, „małpa udatnie – w umysłach współczesnych ludzi – naśladująca Boga” i próbująca przekształcić nasz świat w… „planetę małp” z wszelkimi tego smutnego faktu konsekwencjami.
„Jedno tylko może rozświetlić nasze widzenie: wejście do ciemnej świątyni – w porze gdy kręci się tam niewielu ludzi – padnięcie na kolana i głośne, pełne rozżalenia zwrócenie się do Boga. – Panie, daj mi rozum, abym widział sprawy takimi, jakie one są, wiarę, że mogę coś zdziałać, i siłę, abym codziennie ruszał w drogę, mając przed oczami niezmienny cel. Obojętnie, czy będą mnie obrzucać zgniłymi słowami, daj mi siłę iść. I jeszcze jedno – daj mi moc, która uchroni mnie od nienawiści wobec tych, którzy ze mnie szydzą i wymierzają mi razy. Nie moją bowiem rzeczą jest wymierzać sprawiedliwość. A teraz słucham… mów do mnie, Mistrzu!”, podsumowuje Witold Gadowski.
„IJHARS w Lublinie wydał decyzję o zakazie wprowadzenia do obrotu na teren Polski dwóch partii masła ekstra mrożonego o masie 7 925 kg importowanego z Ukrainy, z powodu zaniżonej zawartości tłuszczu. Decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności”, poinformował w piątek Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.
W ostatnich dniach polskie służby zatrzymały dwie partie masła z Ukrainy, które miało niewłaściwe oznaczenia. Chodziło o zbyt małą zawartość tłuszczu w kostce mimo, że na etykiecie znajdowała się informacja, że jest go o kilkadziesiąt procent więcej. Masło zostało cofnięte do producenta.
Jak informuje serwis PolsatNews.pl nie był to odosobniony przypadek. „W czerwcu Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych kilkukrotnie informował o zatrzymaniu na granicy partii produktów, które nie spełniały wymogów. Chodzi m. in. o inspektorat w Gdańsk, który zapobiegł wprowadzeniu na polski rynek ryżu brązowego o masie 50 ton. W środku znaleziono żywe i martwe szkodniki. Znaleziono je także w żółtym prosie sprowadzonym z Ukrainy. Inspektorat z Lublinie wydał decyzję o zakazie wprowadzenia go na polski rynek. Proso ważące ponad 22 ton trafiło ponownie do producenta”, czytamy.
Z kolei Inspektorat w Rzeszowie wydał z kolei 25 decyzji o zakazie wprowadzenia do obrotu na teren Polski 25 partii ekologicznych produktów mlecznych. W śród nich znalazły się m.in. mleko, jogurty, kefiry, śmietana, sery. Ich łączna masa wyniosła cztery tony.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 30 czerwca 2024 ferment
Mimo przejścia przez Warszawę i inne miasta kolejnych „Parad Równości” kiedy to sodomczykowie i gomorytki paradowały, eksponując swoje największe zalety anatomiczne no i – jakże by inaczej? – intelektualne, vaginet Donalda Tuska, ku nieutulonemu żalowi feministry od równości, Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli, nie może przeforsować stosownej ustawy z uwagi na opór Wielce Czcigodnego Władysława Kosiniaka-Kamysza z PSL, który wzajemne dziedziczenie i prawo do otrzymywania informacji medycznych może by jeszcze dopuścił – ale adopcji dzieci, to już nie.
Nawiasem mówiąc, okazało się, że Wielce Czcigodna feministra nie forsuje tego bezinteresownie, bo liczy przy tej okazji na załatwienie po swojej myśli własnej sprawy prywatniackiej. Tak bywa z ambitnymi osobami po przejściach, że nie chcą uznać swojej porażki, tylko pragną przerobić cały świat, żeby wyszło na ich. Taki właśnie jest pan red. Michnik, „Szarik Ambitny”, który – w odróżnieniu od Jarosława Kaczyńskiego, widzącego świat w dwu kolorach („nikt nam nie powie, że czarne jest czarne, a białe jest białe”) – zrobiłby cały świat na szaro, żeby tylko usprawiedliwić „heglowskie ukąszenie” komunizmem rodzonej żydokomuny.
Ale prywatniackie uwarunkowania Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli najwyraźniej nie robią wrażenie, ani na Wielce Czcigodnymi Kosiniaku-Kamyszu, ani na jego kolegach, „chłopach z Marszałkowskiej” w rodzaju pana wicemarszałka Zgorzelskiego, podszytych lękiem, że wtedy definitywnie mogliby utracić poparcie „ludu”. A „Ludowcy” bez „ludu”, to jak Cygan bez drumli – groteskowe figury bez żadnych perspektyw. Na razie bowiem „Ludowcy” – również ze względu na ich stuprocentową zdolność koalicyjną, a w patriotycznych porywach nawet większą – stanowią mroczny przedmiot pożądania zarówno ze strony Volksdeutsche Partei, jak i Prawa i Sprawiedliwości, które nie traci nadziei, że pewnego dnia w towarzystwie „Ludowców” a może i zneutralizowanej Konfederacji – powracając na białym koniu, wdepce w ziemię znienawidzonego Tuska.
Chodzi o to, że „Ludowcy” jeszcze pod koniec pierwszej komuny – obsadzili wszystkie możliwe synekury w sektorze publicznym w wiejskich gminach i małych miasteczkach. Osoby piastujące te stanowiska wiedzą, że dopóki PSL jest w Sejmie – wszystko jedno; w rządzie, czy w opozycji – to synekury są bezpieczne. Nie chodzi tu o żadną ideologię – bo tej „Ludowcy” dobrze, jak nie mają, może z wyjątkiem mantry, że „najcięższa jest dola chłopa”, co zresztą sprawdza się pod warunkiem, gdy każdy jest chłopem – chyba, że jest babą – tylko o zwyczajną walkę o przetrwanie. Gdy ktoś ma w gminie posadę, a przy tym dom i kawałek pola, to gdzie w razie czego pójdzie? A tu jeszcze w wyższej szkole gotowania na gazie Zosia, Franek, czy Józio właśnie „robią magistra” i trzeba pomyśleć o ich przyszłości. Dlatego też PSL ma niezawodny aparat wyborczy, dzięki któremu zawsze przeczołga się przez klauzulę zaporową i właśnie dlatego stanowi „mroczny przedmiot pożądania” każdego politycznego gangu.
Co prawda, po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego fascynacja panem Hołownią i jego haremem, zdecydowanie w PSL zmalała, zwłaszcza po rejteradzie pana Kobosko do Brukseli, wskazującej że – przynajmniej na razie – Amerykanie nie wiążą już z panem Hołownią specjalnych nadziei – ale siłą inercji zamierzają podtrzymywać „Trzecią Drogę” przynajmniej do wyborów prezydenckich, w których pan Hołownia uparł się uczestniczyć w charakterze kandydata – no a potem się zobaczy. W ogóle można odnieść wrażenie, że na naszej scenie politycznej największą siłą jest właśnie siła inercji: „Niech sobie człowiek wiarę ma, czy nie ma, ale najgorzej, kiedy się nie trzyma tego, w co już raz wdepnął i próbuje, jaka się wiara lepiej dopasuje” – pisze poeta. Toteż i partia Razem panów Biedronia i Zandberga, wprawdzie czyni Donaldu Tusku gorzkie wyrzuty, że „zawiódł” i „oszukał” w sprawach maciczno-równościowych – ale deklaruje, że w Sejmie będzie go popierała, żeby zrobić „no pasaran” znienawidzonej „prawicy”. No to dlaczego Donald Tusk miałby przejmować się panem Zandbergiem czy Biedroniem i ich wariackimi „programami”?
Tym bardziej, że właśnie Komisja Europejska, jakby przechodząc do porządku nad zasługami Donalda Tuska dla IV Rzeszy, wszczęła wobec Polski procedurę w sprawie nadmiernego deficytu. Jużci, nie da się ukryć, że deficyt jest i to rzeczywiście „nadmierny” – a to za sprawą nie tylko programów rozrzutniczych, uruchomionych przez Naczelnika Państwa w ramach strategii przekupywania obywateli ich własnymi pieniędzmi. Jak pamiętamy, do tej strategii akomodował się również Donald Tusk ze swoją Volksdeutsche Partei, co jest jeszcze jedną ilustracją, że każda słuszna, a jeśli nawet niesłuszna, to przynajmniej korzystna myśl, raz rzucona w powietrze, prędzej, czy później znajdzie swego amatora.
Więc nie tylko za przyczyną wspomnianych programów rozrzutniczych, ale również – a może przede wszystkim – w następstwie zaangażowania Polski w służbie Ukrainie. Jak pamiętamy, 2 grudnia 2016 roku pan minister Macierewicz parafował umowę z ukraińskim rządem, a podstawie której Polska zobowiązała się do „nieodpłatnego” udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa. I ta umowa, której zawarcie z pewnością nakazał nam Nasz Najważniejszy Sojusznik, nadal obowiązuje, mimo podmianki dokonanej na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu. Wielu Czytelników karci mnie w listach i komentarzach, że ta umowa nie jest ważna, bo nie zatwierdził jej Sejm – i tak dalej. Może i nie jest – ale co z tego, skoro – po pierwsze – jej zawarcie nakazał nam Nasz Najważniejszy Sojusznik, a po drugie – że jest realizowana, w następstwie czego coraz to większy deficyt jest już prawdziwy? Jeśli komuś nie przeszkadza odkrycie pana Łukasza Jasiny, że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego”, to jakże może mu przeszkadzać wspomniana umowa i będący jej następstwem „nadmierny” deficyt? Jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b” – a przynajmniej nie pyskować, że „b” jest „nieważne”, bo Sejm – i tak dalej.
Ten „nadmierny” deficyt trzeba będzie sprowadzić do dozwolonych rozmiarów, w związku z czym Naczelnik Państwa przeżywa Schadenfreude, że Donaldu Tusku zabraknie szmalcu, a pretorianie Naczelnika już przypominają mantrę Vincenta, „Jacka” Rostowskiego, że „piniędzy nie ma i nie będzie”. Jakoż pan Ryszard Petru, co to nosił teczkę za Leszkiem Balcerowiczem i stąd uchodzi za wybitnego znawcę ekonomii twierdzi, że „trzeba ciąć” wydatki.
Ale chyba nie na Ukrainę, bo takich cięć nie wybaczyłby nikomu ani prezydent Józio Biden, ani nawet Donald Trump, który wprawdzie sam by Ukrainie już nic nie dał, ale tylko dlatego, że uważa, iż powinni ją futrować europejscy członkowie NATO. No to chyba nie po to Niemcy osadzili na stanowisku tubylczego premiera Donalda Tuska, żeby on ciął wydatki na Ukrainę – bo wtedy musiałyby ponosić je Niemcy – tylko żeby ciął wszystko inne, niechby nawet głowy przedstawicieli „skrajnej prawicy” – ale nie wydatki na Ukrainę.
Tymczasem Naczelnik Państwa, idąc za ciosem, wykombinował sobie, żeby jesienią, jak już wszyscy wrócą z wakacji, urządzić referendum w sprawie Paktu Migracyjnego. To referendum prawdopodobnie nie będzie miało żadnego znaczenia merytorycznego, bo Pakt Migracyjny został zatwierdzony przez UE – ale znakomicie nada się do duraczenia wyznawców obydwu obozów, których polityczne namiętności zostaną rozgrzane do białości.
Stanisław Michalkiewicz
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Jak to historia się powtarza! W latach 30-tych XX wieku, żydokomuna pod przewodnictwem Józefa Stalina („a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!”) próbowała przejąć polityczne kierownictwo nad państwami Europy Zachodniej przy pomocy tzw. fołksfrontów. Żydokomuna perswadując opinii publicznej, że „demokracji” zagraża nationalsocialismus, wzywała do „zjednoczenia”, to znaczy – do poddania się wszystkich jej kierownictwu, gwoli zrobienia faszyzmowi „no pasaran”. To nawet spotykało się z pozytywnym rezonansem nie tylko dlatego, że we wszystkich państwach Europy Zachodniej Żydowie mieli sporo do powiedzenia – a na tym etapie wysługiwali się Stalinowi i bolszewikom, tworząc nie tylko twarde jądro partii, ale przede wszystkim – najtwardsze jądro sowieckiego aparatu terroru – ale również dlatego, że zagrożenie Zachodniej Europy ze strony Niemiec rzeczywiście istniało. Trzeba o tym nieustannie przypominać, bo obecnie Żydowie, próbując odcinać kupony od Hitlera, prezentują się wyłącznie w roli ofiar. Tymczasem żydokomuna i w ogóle Żydowie doskonale sprawdzają się również w roli katów, co widzimy nie tylko w Strefie Gazy, ale czego Polacy doświadczyli na własnej skórze w okresie stalinowskim.
Wprawdzie dzisiaj i pani reżyserowa i pan Śpiewak twierdzą, że żadnej żydokomuny nie ma i nigdy nie było, że to tylko taka „mowa nienawiści” uprawiana przez antysemitników, ale kto im wierzy, ten sam sobie szkodzi. Wyobraźmy sobie dwa kręgi: jeden, to Żydowie, a drugi, to komuna. Te dwa kręgi częściowo na siebie zachodzą a miejsce, gdzie na siebie zachodzą, to właśnie żydokomuna.
Jakże więc jej „nie ma”, kiedy każdy widzi, że jest? W dodatku, podobnie jak i w latach 30-tych, a i potem też, żydokomuna, pozostając w służbie najbardziej nieludzkiego i totalitarnego systemu, przy którym Hitler był zaledwie detalistą, prezentowała się światu, jako źrenica demokracji. Ciekawe, że kolejne pokolenie żydokomuny, reprezentowane u nas przez Judenrat „Gazety Wyborczej” nie tylko znowu sięga do taktyki „fołksfrontów”, ale również do retoryki defensorów „demokracji”.
Ledwo tylko Sejm uchwalił ustawę o „sygnalistach”, od razu michnikowszczyny w służbie Judenratu zaczęły nie tylko „sygnalizować”, ale i szantażować. Oto na 22 czerwca zaplanowane zostały Targi Książki Patriotycznej w Kielcach. Jakiś tydzień wcześniej zauważyłem, że Judenrat spuścił z łańcucha swoich „sygnalistów”, którzy natychmiast zasygnalizowali, że „sabat” i że „faszyści”. Nie tylko „zasygnalizowali”, ale najwyraźniej musieli podjąć próbę zaszantażowania kierownictwa Wojewódzkiego Domu Kultury w Kielcach, by w ostatniej chwili zerwało umowę. Świadczy o tym pismo kierownictwa kieleckiego WDK:
„W związku z negatywnymi informacjami pojawiającymi się w przestrzeni publicznej (chodzi oczywiście o „sygnał” wysłany przez Judenrat – SM) dotyczącymi wydarzenia, które odbędzie się 22 czerwca 2024 r. pod nazwą „Targi Książki Patriotycznej”, Wojewódzki Dom Kultury w Kielcach informuje, że umowa z dnia 24 maja 2024, zawarta przez byłego dyrektora Wojewódzkiego Domu Kultury Dotyczy jedynie wynajęcie sali podmiotowi prywatnemu. (…) Wojewódzki Dom Kultury w Kielcach w związku z tym wskazuje, że nie jest organizatorem przedmiotowego wydarzenia i nie ponosi odpowiedzialności za treści, które będą prezentowane w trakcie „Targów Książki Patriotycznej”, ani się z nimi nie utożsamia.”
To z jednej strony dobrze świadczy o odwadze kierownictwa WDK w Kielcach, które mimo represji, jakie już musiały spaść na „byłego” dyrektora, nie zerwał umowy, dzięki czemu „Targi” się odbędą. Inna rzecz, że nie wiedząc, co tam się będzie działo, niepotrzebnie z góry się odcina od „treści” które tam będą prezentowane. Ja na przykład zamierzam wygłosić tam panegiryk ku chwale żydokomuny, co Judenratowi „Gazety Wyborczej” powinno się podobać, chyba, że uważa on, iż panegiryki na chwałę żydokomuny wolno wygłaszać tylko Żydom. Czy jednak taki pogląd nie dowodziłby obrzydliwego rasismusa w łonie Judenratu? Aj waj!
A w ogóle, to dziwi mnie, iż Judenrat wychwala Wielce Czcigodną Barbarę Nowacką, trochę żylastą feministrę edukacji w vaginecie Donalda Tuska i jej zastępczynię, również Wielce Czcigodną, ale zdecydowanie pulchniejszą Katarzynę Lubnauer za stopniowe ograniczanie, aż do całkowitej eliminacji nauki religii w rządowych szkołach. Jak wiadomo, celem tej operacji jest z jednej strony zamknięcie jednego z kanałów finansowania części duchowieństwa – bo w sytuacji rozmnożenia diecezji, które muszą być utrzymywane przez parafie, dochód z pensji nauczycielskiej w wielu przypadkach jest praktycznie jedynym źródłem utrzymania nie tylko księdza, ale i funkcjonowania parafii. Z drugiej strony chodzi o to, by młodzież tubylczą odciąć od religii a przy okazji – od niektórych źródeł europejskiej kultury, dzięki czemu żydokomunie, która tradycyjnie jest w awangardzie komunistycznej rewolucji, jaka przewala się przez Amerykę Północną i Europę, łatwiej będzie przerobić historyczne europejskie narody na „nawóz historii” – co zostało zapisane w „Manifeście z Ventotene” autorstwa unijnego świątka, włoskiego komuszka Alfiero Spinellego, którego słowa są w Brukseli ryte spiżem na marmurze.
Słowem – na pozór wszystko „gra i koliduje” – jak mówią gitowcy – ale czy pani Nowacka i pani Lubnauer, nie mówiąc już o Judenracie ze swoimi michnikowszczynami, nie posuwa się na tej drodze aby za daleko? Warto przypomnieć, że nauka religii, wszystko jedno – czy katolickiej, czy prawosławnej, czy protestanckiej – to w znacznym stopniu edukacja w zakresie żydowskiej historii plemiennej – poczynając od momentu, gdy Stwórca Wszechświata umówił się z pewnym mezopotamskim koczownikiem na zrobienie interesu, aż do początku Nowej Ery, kiedy to w judzkim Betlejem narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
Zwracał na to uwagę jeszcze w XIX wieku nie byle kto, tylko brytyjski premier Beniamin Disraeli, który ze względów oportunistycznych biegał za chrześcijanina, ale był Żydem stuprocentowym, a w dodatku – snobem. Wyraz „snob” jest zbitką dwóch łacińskich słów: „sine nobilitate”, czyli – bez szlachetności. Ale niekiedy – jak pisze Stanisław Cat-Mackiewicz – „potrafił zachować się w sposób honorowy”. Oto gdy Rotschild wybrany został do Izby Gmin, musiał złożyć przysięgę, która była niezgodna z wyznawaną przezeń religią, więc odmówił jej złożenia. Mimo że prawie wszyscy konserwatyści byli za wykluczeniem Rotschilda, Disraeli był za jego przyjęciem i uzasadniał to Anglikom tak: „Uczycie dzieci wasze historii żydowskiej, co niedziela śpiewacie hymny żydowskie. Właśnie jako chrześcijanin żądam, by Rotschild był przyjęty.” Nic tak nie gorszy, jak prawda, więc konserwatyści wysłuchali przemówienia Disraeliego w złowrogim milczeniu. No więc w rządowych szkołach dotychczas dzieci i młodzież były uczone historii żydowskiej, m.in. po to, by co niedziela śpiewać żydowskie hymny. Czy w takim razie akcja Judenratu oraz Wielce Czcigodnych feminister nie jest przypadkiem rażącym antysemityzmem?
Antysemicki rząd Donalda Tuska… Ładny interes! Adolf Hitler w piekle zaciera ręce.