„Szczepienia” na tzw. COVID podnoszą skrajnie ryzyko chorób serca u młodych ludzi?
Cóż rzec, często ostatnio zaczynam moją pisaninę tutaj, ale muszę to napisać znowu: A NIE MÓWIŁEM?! „Szury i foliarze” jak zwykle mieli rację. Wyszły nowe badania, z których dobitnie wynika, że słynny eksperymentalny preparat mRNa na tzw. COVIDA nie jest taki bezpieczny, jak go zachwalali lobbyści koncernów farmaceutycznych.
Słynna szczepionka niebezpieczna dla młodych ludzi?
Czytamy, że oparte na mRNA szczepionki przeciwko tzw. COVID-19 podnoszą ryzyko zapalenia mięśnia sercowego lub osierdzia u osób poniżej 40. roku życia – wynika z badań amerykańskich i chińskich naukowców.
Czyli tzw. „Szury i foliarze” jak zwykle mieli rację.
Ileż to razy widzieliśmy filmy, na których młodzi niestety ludzie padali jak muchy przy jakichkolwiek okazjach: w pracy, podczas wysiłku fizycznego, w metrze czy nawet na konferencjach prasowych. Rzecz jasna przez ostatnie dwa lata wszystko to, o czym informowaliśmy na antenie Telewizji wRealu24, powołując się na wybitnych lekarzy i ekspertów, nosiło znamiona teorii spiskowych, ale – jak wiemy – obecnie teoria spiskowa od faktu ma często gęsto różnicę kilku tygodni. Teraz nasze informacje już dobitnie potwierdzają naukowcy z Chin i USA, którzy poprzez badania stwierdzają wprost: tzw. szczepionka na COVID-19 nie jest wcale taka bezpieczna, jak to ogłaszały wszem i wobec kurtyzany medialne.
Naukowcy z Saint Joseph Hospital z Chicago wraz z kolegami z Chin, na podstawie obszernej analizy badań potwierdzili wpływ opartych na mRNA szczepień przeciwko COVID-19 na ryzyko zaburzeń pracy serca u osób przed 40. rokiem życia.
„Nasze badanie analizuje dane w celu identyfikacji osób, które mogą być bardziej zagrożone zapaleniem mięśnia sercowego lub osierdzia po szczepieniu przeciw COVID-19 i potwierdza rzadkie przypadki niepożądanych reakcji u dorosłych poniżej 40. roku życia” – poinformował dr Chenyu Sun, publikując swoje badania w American Journal Preventive Medicine.
W badaniu czytamy, że w porównaniu do osób nieszczepionych ryzyko wystąpienia któregoś z zaburzeń wzrastało o 33 proc. po pierwszej dawce i było prawie trzykrotnie wyższe po drugiej dawce, w porównaniu do braku szczepienia. Wzrost ryzyka szczególnie dotyczył zapalenia mięśnia sercowego. Ponadto naukowcy tłumaczą, że zapalenie mięśnia sercowego może się objawiać bólem w klatce piersiowej, gorączką, zastoinową niewydolnością serca lub arytmią. Może prowadzić do śmierci. Zapalenie osierdzia zwykle powoduje silny ból w klatce piersiowej – za mostkiem. Tak więc znowu ludzie zostali załadowani w tzw. Bambuko.
Cała pro-pandemiczna narracja jak domek z kart?
Przypominam, że to już kolejna szokująca informacja po tej ws. braku badań nad transmisją słynnego wirusa, którą już omawiałem na antenie Telewizji wRealu24, a ujawnił europoseł Rob Ross podczas sławetnego przesłuchania przedstawicielki koncernu farmaceutycznego Pfizer w Parlamencie Europejskim, która okazała się z gruntu nieprawdziwa.
Przypominam również, że gdy o tym informowaliśmy, polskie społeczeństwo dzień w dzień przez ostatnie dwa lata tego patologicznego cyrku odsądzało nas od czci i wiary, robiąc z nas niemalże przestępców. A tu proszę, SZURY i FOLIARZE znowu mieli rację, tylko co z tego, skoro społeczeństwo nadal śpi, a Polacy ewidentnie nie chcą mieć państwa? Cóż, my robimy swoją dziennikarską robotę najlepiej, jak umiemy.
Chcemy, by Ukraina dała nam coś za wszystkie pieniądze, które na nią wyłożyliśmy – powiedział w sobotę prezydent USA Donald Trump podczas wystąpienia na konferencji CPAC. Ocenił, że działania jego poprzednika Joe Bidena były „głupie”.
„Odzyskamy nasze pieniądze (…) Chcę, żeby oni dali nam coś za wszystkie pieniądze, które włożyliśmy, spróbuję zakończyć wojnę i położyć kres całej tej śmierci. Pytamy się o metale ziem rzadkich i ropę naftową, wszystko, co możemy dostać. Ale czujemy się tak głupio. To dotyczy Europy. To tak naprawdę nie dotyczy nas” – mówił prezydent podczas wystąpienia zamykającego konferencję Conservative Political Action Conference w National Harbor pod Waszyngtonem.
Trump stwierdził, że działania jego poprzednika w tej sprawie były głupie, bo Joe Biden powinien był zażądać wyrównania wydatków na wsparcie Ukrainy ze strony Europy do poziomu USA, a także zwrotu pieniędzy od Ukrainy, tak jak rzekomo robi to Europa. Prezydent wyraził nadzieję, że Ukraina wkrótce podpisze umowę dającą USA udziały w przychodach z jej zasobów naturalnych. Według „New York Timesa”, USA domagają się od Ukrainy 500 mld dolarów przychodów z eksploatacji wszelkich zasobów.
Odnosząc się do dokonań swojego poprzednika, Trump stwierdził, że „wszystko, czego się dotykał, obracał w g…”.
Podczas swojego godzinnego przemówienia, które objęło szeroki zakres tematów, Trump przywitał również zagranicznych przywódców, w tym premiera Słowacji Roberta Fico, prezydenta Argentyny Javiera Milei oraz prezydenta RP Andrzeja Dudę, z którym spotkał się na kilkuminutowej rozmowie tuż przed wystąpieniem.
Trump przedstawiał polskiego prezydenta jako „fantastycznego człowieka” i swojego przyjaciela. Twierdził też, że głos na niego w wyborach oddało 84 proc. wyborców polskiego pochodzenia.
„On musi więc robić coś dobrze” – powiedział Trump.
Przemówienie Trumpa było często przerywane burzą aplauzu ze strony ułaskawionych przez niego uczestników szturmu na Kapitol. Prominentnymi gośćmi na zakończonej w sobotę konferencji byli dwaj szefowie prawicowych bojówek, którzy organizowali przemoc na Kapitolu, lider Proud Boys Enrique Tarrio i lider Oath Keepers Stewart Rhodes, skazani na odpowiednio 22 i 18 lat więzienia. Donald Trump ułaskawił ich w pierwszym dniu urzędowania.
Trump ponowił też swoje zapowiedzi nałożenia ceł wzajemnych na kraje naliczające podatki na produkty z USA, a także na zagraniczne auta, leki i półprzewodniki.
Przemówienie prezydenta zakończyło trzydniową konferencję, największą polityczną imprezę konserwatystów w USA. W poprzednich dniach ze sceny w National Harbor w stanie Maryland przemawiali m.in. wiceprezydent JD Vance i doradca prezydenta Elon Musk, a także m.in. były premier Mateusz Morawiecki, premier Słowacji Robert Fico. Na konferencji zaprezentowano również irańsko-rosyjskiego drona typu Shahed zestrzelonego nad Ukrainą, w którego sprowadzenie do USA umożliwił szef MSZ Radosław Sikorski.
Nie ma obawy, żeby obecność USA w Polsce miała się zmniejszać; Donald Trump potwierdził, że przewiduje raczej umacnianie obecności armii amerykańskiej, jeżeli chodzi o Polskę – powiedział w sobotę prezydent Andrzej Duda po spotkaniu z prezydentem USA. Poinformował też, że Trump przyjął zaproszenie do Polski.
Zaplanowane na godzinę spotkanie trwało jednak zaledwie niecałe 10 minut.
Andrzej Duda powiedział po spotkaniu, że z satysfakcją przyjmuje, iż prezydent Trump „przewiduje umacnianie raczej obecności armii amerykańskiej, jeżeli chodzi o Polskę”.
Polski prezydent powiedział, że takie przekonanie wyniósł z warszawskiego spotkania z sekretarzem obrony USA Petem Hegsethem. – Dla mnie wniosek jest jasny i oczywisty, nie ma żadnej obawy, żeby amerykańska obecność w Polsce miała się zmniejszać, raczej należy zakładać, że będzie się ona zacieśniała – zaznaczył.
Powiedział, że podczas rozmowy z Trumpem starał się wskazać na wagę całej wschodniej flanki NATO, a także że wspomniał o tym, że podczas rozmowy z Hegsethem mówił o potrzebie ustanowienia w Polsce „Fortu Trump”.
– Prezydent się uśmiechnął i powiedział, że wie o tym, że pamięta – relacjonował Duda. Dodawał, że Trump radził mu, by „nic się nie martwił”, bo Polska należy do najbardziej wiarygodnych aliantów, wskazując na więzy militarne i współpracę gospodarczą.
Mówiąc o wojnie na Ukrainie, o której miał rozmawiać z Trumpem w cztery oczy, Duda ocenił, że prezydentowi Stanów Zjednoczonych przede wszystkim zależy na tym, „żeby ludzie przestali ginąć, że ta wojna nie może być absolutnie w ten sposób kontynuowana”.
– Prezydent powiedział, że serce mu się kraje jak widzi zniszczone ukraińskie miasta. Musi doprowadzić do zakończenia tej wojny – przekazał Duda, dodając, że Trump stwierdził, że jedynym sposobem na to jest rozmowa z Władimirem Putinem.
– Zapytał się mnie, a kto ma dzisiaj rozmawiać z Putinem, kto jest zdolny do tego, żeby prowadzić w ogóle negocjacje, żeby wojna się zakończyła – przekazał Duda. – Powiedziałem prezydentowi tylko, że tutaj trzeba przede wszystkim umacniać bezpieczeństwo Polski i Europy Środkowej – dodał.
W ocenie Dudy – Trump chce również umocnić Ukrainę, w tym za pomocą amerykańskiej obecności – gospodarczej, lecz nie wojskowej – w tym kraju. Odniósł się w ten sposób do umowy o pozyskaniu przez USA przychodów z eksploatacji zasobów naturalnych. Jak stwierdził, sprawa jest „w grze”. Biały Dom spodziewa się podpisania tej umowy jeszcze w tym tygodniu.
Pytany o ostre słowa Trumpa pod adresem ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, którego oskarżał o bycie dyktatorem i obwiniał o rozpoczęcie wojny, prezydent RP odmówił „ingerowania” w sprawę pomiędzy dwoma przywódcami.
Trump spóźniony, spotkanie trwało 10 minut
Spotkanie Dudy z Trumpem miało rozpocząć się w sobotę o godz. 19:30 czasu polskiego, ale wystąpiło mniej więcej godzinne opóźnienie. O godzinie 20:40 Trump rozpoczął już przemówienie na konferencji CPAC (największa impreza amerykańskiej prawicy), co oznacza, że prezydenci Polski i USA rozmawiali ze sobą jedynie ok. 10 minut.
Odnosząc się do krótkiego czasu spotkania, Duda powiedział, że „żadne spotkanie z prezydentem Trumpem nie jest wystarczająco długie”.
– Prezydent Stanów Zjednoczonych ma swoje uwarunkowania, stoi na czele największego mocarstwa na świecie. Dla mnie najważniejsze było to, by omówić te tematy, które są fundamentalne z punktu widzenia interesów naszego kraju i bezpieczeństwa Rzeczypospolitej. Te tematy zostały omówione i jestem usatysfakcjonowany – próbował jakoś wytłumaczyć wszystko Duda.
Przełomowe badanie Yale: miliony pacjentów z długotrwałym COVID-em mogą być w rzeczywistości poszkodowane przez szczepionkę
Naukowcy z Yale opublikowali badanie, które wykazuje, że miliony Amerykanów, u których podejrzewano długiego COVID, mogły zostać błędnie zdiagnozowane i w rzeczywistości cierpią na zespół poszczepienny spowodowany narażeniem na białko kolca w szczepionkach przeciwko COVID.
Białko kolca wytwarzane przez szczepionki Pfizer i Moderna wyzwala odpowiedź immunologiczną organizmu, a FDA stwierdziła w 2023 Politifact fact check , że białko kolca szczepionki nie jest toksyczne i nie utrzymuje się w organizmie. Jednak naukowcy z Yale informują , że niektórzy pacjenci, którzy nigdy nie zostali zakażeni wirusem COVID, chorowali na zespół poszczepienny (PVS) i mieli podwyższone poziomy białka kolca wirusa we krwi do 709 dni po szczepieniu.
Od kilkunastu dni trwają mniej lub bardziej oficjalne rozmowy pokojowe między stronami wojny rosyjsko-ukraińskiej. W związku ze spodziewanym rozejmem coraz więcej firm z branży budowlanej powoli zaciera ręce na udział w odbudowie naszego wschodniego sąsiada. Będzie można bowiem nieźle na tym zarobić. Kto może zyskać najwięcej? Okazuje się, że polskie firmy raczej nie mają co liczyć na zbyt wiele.
Przez ubiegłe miesiące, gdy rozmów pokojowych nie prowadzono jeszcze na żadnej płaszczyźnie, pojawiały się w opinii publicznej sugestie dotyczące tego, że polski sektor budowlany może się nieźle rozkręcić dzięki zleceniom na Ukrainie, gdy wojna już się tam zakończy.
Branżowy ekspert wyjaśnia, dlaczego nie ma się co na taki scenariusz nastawiać.
Kiedy nastąpi pokój na Ukrainie?
Jeszcze przed dwoma tygodniami mogłoby się wydawać, że pokój na Ukrainie faktycznie zbliża się wielkimi krokami. Coraz więcej mówili o tym europejscy politycy, a sam Donald Trump przyznał, że rozmawiał z Putinem i Zełenskim w tej sprawie. Na te wieści optymistycznie zareagowali także inwestorzy, co było widać po imponujących wzrostach kursów ukraińskich spółek, ale nie tylko, bo beneficjentami znoszenia dyskonta geopolitycznego były też polska giełda i rosyjska.
Ostatnie dni przyniosły jednak ostudzenie zapędów. Okazało się bowiem, że Donald Trump faktycznie zaciekle dąży do ustanowienia pokoju, ale niekoniecznie chce przy tym uwzględniać interesy obydwu stron. W minionych dniach wprost atakował prezydenta Ukrainy, nazywając go chociażby „komikiem z umiarkowanymi sukcesami”.Co więcej, wypomniał mu fakt przełożenia wyborów prezydenckich i z tego tytułu określił go wręcz „dyktatorem”.
Nie tylko słowa i wypowiedzi zaczęły nas nieco oddalać od pokoju. Przede wszystkim robią to założenia stron, które są od siebie dosyć odległe. Wersja pokoju, ku której skłaniają się obecnie Stany, dużo bardziej satysfakcjonuje bowiem Rosję. To sprawiło, że strona ukraińska i przedstawiciele Unii Europejskiej przeciwstawiają się porozumieniu na takich warunkach. To z kolei zaczęło odciągać wizję pokoju. Czy dojdzie do niego w najbliższych miesiącach? W obecnej sytuacji trudno to przewidzieć.
Kto odbuduje Ukrainę?
Przez ostatnie 3 lata widzieliśmy, co wojna zrobiła z wieloma ukraińskimi miastami oraz wsiami, a także infrastrukturą, do której zaliczamy wysadzone mosty czy drogi zdegradowane przez ciężkie pojazdy. Gdy pokój wreszcie nastanie, będzie tam co odbudowywać. Choć logiczne wydawałoby się zatrudnienie naszego sektora budowlanego, bo w końcu polskie firmy mają na Ukrainę blisko, to wiele wskazuje na to, że Polacy będą co najwyżej pełnili rolę podwykonawców. Prym mają wieść ekipy z innych krajów, które mogą nie wydawać się tak oczywiste.
Tłumaczy to Damian Kaźmierczak, członek zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Jak twierdzi, poza amerykańskimi firmami, których udział w tym przedsięwzięciu bardzo dziwić nie powinien, zaangażowane zostaną jeszcze firmy z Turcji oraz Korei Południowej. Dlaczego?
Firmy budowlane z Turcji stanowią drugą (!) co do liczebności grupę przedsiębiorstw budowlanych działających na rynku globalnym, ustępując jedynie firmom z Chin. Są b. aktywne na Bliskim Wschodzie, w Azji Centralnej, Rosji, Afryce i na Bałkanach. W Ukrainie działają od lat 90. XX wieku – doskonale znają tamtejszy rynek, nie odstrasza ich ukraińska korupcja, a ich pracownicy nie mają problemu z pracą w strefie frontowej, nie mówiąc już o głębokim zapleczu. Turcy realizują projekty na Ukrainie nawet dziś – tłumaczy Kaźmierczak
Koreańczycy z kolei to uznani na całym świecie budowniczy. Tamtejsze firmy realizują bardzo zaawansowane inwestycje energetyczne i przemysłowe na całym świecie. Mają przy tym wsparcie swojego państwa. Niewykluczone, że to właśnie oni zdecydują się na współpracę z Polakami. Choć to nie jest przesądzone
Od dawna ostrzą sobie zęby na rynek ukraiński, a ich przyczółkiem może stać się… Polska, w której są obecne od lat. Nie jest tajemnicą, że swego czasu koreańskie spółki intensywnie sondowały polskie firmy w kontekście potencjalnych partnerstw przy projektach w Ukrainie. Poradzą sobie jednak i bez nas – dysponują dziesiątkami tysięcy własnych pracowników z całej Azji, których mogą rzucić w dowolny punkt na globie – wyjaśnia Kaźmierczak
Dzięki donosom księdza Michała Czajkowskiego bezpieka miała szczegółowo rozpoznaną sytuację wokół księdza Jerzego Popiełuszki. Dlaczego „Więź” i „Tygodnik Powszechny” żegnają go dziś z taką wyrozumiałością? O tym mówił w PCh24 TV dr hab. Rafał Łatka, prof. UKSW i historyk IPN.
Ks. Michał Czajkowski zmarł 15 lutego; „Więź” i „Tygodnik Powszechny” pożegnały go w uprzejmy sposób. Prof. Rafał Łatka wskazał, że tego rodzaju zachowanie jest po prostu nieakceptowalne.
– Ksiądz Czajkowski należał bez wątpienia do przedstawicieli środowiska kościoła otwartego. Dał się poznać przede wszystkim z dialogu międzyreligijnego ze środowiskami żydowskimi. Był jednym z najbardziej gorących zwolenników tego dialogu. W okresie PRL-u był długoletnim tajnym współpracownikiem aparatu bezpieczeństwa – powiedział historyk.
– Zachowało się sporo jego donosów. Ta współpraca trwała 24 lata, choć pierwszy kontakt nastąpił jeszcze w 1956 roku, gdy Czajkowski był klerykiem. Więc te pierwsze relacje z bezpieką były jeszcze wcześniejsze, a sama regularna współpraca trwała właśnie 24 lata – wyjaśnił.
– Jednym z oficerów prowadzących Czajkowskiego był pułkownik Pietruszka, przełożony morderców księdza Popiełuszki – wskazał.
– Powiem więcej, w przypadku księdza Jerzego Popiełuszki wiele z tych materiałów, które bezpieka uzyskiwała, było właśnie od księdza Czajkowskiego. Oni przy pomocy tej wiedzy, którą Czajkowski im przekazywał, mieli szczegółowo rozpoznaną sytuację księdza Jerzego Popiełuszki. Są nawet w tych materiałach takie sugestie, że ksiądz Czajkowski był nie tylko informatorem, ale był też tak zwanym agentem wpływu, czyli starał się wpływać na środowiska oceniane przez bezpiekę jako wrogie i wpływać na decyzje. Miał też wytwarzać negatywną dla księdza Popiełuszki opinię u władz kościelnych archidiecezji warszawskiej – opowiadał profesor UKSW.
Historyk podkreślił, że ksiądz Czajkowski zerwał współpracę po zamordowaniu ks. Jerzego Popiełuszki – sumienie go wówczas ruszyło.
– Ksiądz Czajkowski dał się poznać jako człowiek o liberalnych poglądach, jako gwiazda tego środowiska Kościoła otwartego, która pokazuje, że Kościół chętnie będzie się otwierał na środowiska liberalne, przejmując część agendy tych środowisk. Gdy wypowiadał się publicznie, od zawsze były to stwierdzenia sytuujące go na bardzo lewej stronie polskiego Kościoła – podkreślił.
W dniu śmierci księdza Czajkowskiego Zbigniew Nosowski pisał we „Więzi” o „dobru”, którego doświadczył ze strony księdza, a Zuzanna Radzik w „Tygodniku Powszechnym” wychwalała jego „łagodność”.
– Nie możemy zakłamywać historii, w której pokazuje się jako wzór człowieka, który był długoletnim donosicielem. A oprócz tego, że był długoletnim donosicielem, przecież on jeszcze został zwerbowany z powodu słabości obyczajowych. I nie były to jakieś słabości typu, że spotykał się z jakąś kobietą, czy miał z jakąś kobietą dziecko, bo takie słabości oczywiście też były pod stałą werbunku księży, ale było to molestowanie dwóch małoletnich chłopców – zaznaczył.
– Pedofil, który wykorzystuje dzieci, robi im krzywdę na całe życie. Znamy to z wielu innych przypadków.Takie postawy trzeba piętnować. I to mnie tym bardziej szokuje, że środowiska Tygodnika Powszechnego i Więzi, gdy tylko pojawiał się jakiś duchowny, a szczególnie duchowny o konserwatywnych poglądach, który miał na koncie krzywdzenie dzieci, czy jakieś obyczajowe problemy, to od razu eksponowali jego postawę, pokazywali, potępiali, wypowiadali się bardzo zdecydowanie, nawet gdy umierał – podkreślił prof. Łatka, przypominając artykuły we „Więzi” po śmierci ks. Andrzeja Dymera z archidiecezji szczecińskiej.
– „Tygodnik Powszechny” i „Więź” robią wyjątek dla swojego człowieka. […] Ta hipokryzja tu bije w oczy, bo zawsze redaktor Nosowski i jego koledzy z „Więzi” czy też „Tygodnik Powszechny”, byli – używając języka ewangelicznego – pierwszymi z tych, którzy rzucali kamieniem. Gdy przyszło do postaci związanej z ich środowiskiem, to nie zauważyli tych grzechów. Jest to dla mnie smutne – zaznaczył.
– Dziwi mnie pisanie takich rzeczy o księdzu Czajkowskim, bo to naprawdę jest nie do zaakceptowania. Nie możemy pozwolić na to, żeby pedofil był promowany w polskich mediach publicznych bez względu na to, jakie są to media, czy one mają te zasady liberalne czy też konserwatywne – dodał.
Donald Trump oraz „stop LGBT”. / foto: domena publiczna (kolaż)
Od powrotu Trumpa wiele się zmienia. Jedne z największych zmian, które zawdzięczamy byłemu i ponownemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, to skuteczna walka z ideologią gender. Walka ta jest na tyle efektowna, że nawet polskie organizacje LGBT, które od lat promowały skrajną lewicę, zostały bez pieniędzy.
Administracja Bidena, jak się okazuje, sypała kasą nie tylko swoim rodzimym działaczom queer, ale pomagała także destabilizować politykę w Polsce. Finansowane były nawet organizacje kompletnie skompromitowane, takie jak Kampania przeciw Homofobii.
„Trump zablokował środki na pomoc zagraniczną, co uniemożliwiło działanie wielu organizacjom społeczeństwa obywatelskiego. Również tym, które walczą o prawa dla osób LGBT+ w Polsce”
– czytamy w obwieszczeniu, które KPH zamieściła w swoich mediach kilka dni temu. Kampania przeciw Homofobii wbrew pozorom, które może stwarzać jej nazwa, nie zajmowała się tylko walką z uprzedzeniami wobec gejów i lesbijek. KPH już wiele lat temu zajęła się forsowaniem legalności aborcji w Polsce, niesprawiedliwą krytyką Kościoła, promowaniem masowej migracji i polityki „otwartych granic”, i transowaniem dzieci. To również KPH współodpowiedzialna była za tworzenie raportu ILGA. Gdyby nie KPH, o wiele mniej osób poszłoby na obsceniczne parady równości, mniej ludzi dowiedziałoby się o propagandzie szerzonej przez Bartosza Staszewskiego i mniej kobiet wzięłoby udział w „czarnych marszach”. KPH od dawna szkodziła naszemu krajowi i obywatelom, którzy nie popierają progresywnego ekstremum.
Na antypolskie działania KPH składali się oczywiście lewicowi działacze.
Znaczna część finansów grupy płynęła jednak z USA za czasów administracji Bidena. Sytuacja prawna jednak w USA się zmieniła i kurek, z którego płynęła forsa na KPH, został dokręcony:
„100 tys. dolarów rocznie, które trafiało do nas przez pośredników od amerykańskiego Departamentu Pracy, wydawaliśmy na rzecznictwo, szkolenia dla aktywistów, czy lokalną walkę z uchwałami anty-LGBT. Ta pula została niemal w całości wydana, ale mieliśmy obietnicę kontynuacji – kolejne 75 tys. dolarów. Chcieliśmy je przeznaczyć m.in. na wielką kampanię społeczną o związkach partnerskich. Z dnia na dzień straciliśmy 350 tys. złotych”
– dowiadujemy się jednak teraz z mediów społecznościowych KPH.
KPH nie jest też jedyną poszkodowaną przez działania Trumpa organizacją – o stratach finansowych rozpisują się też inne media, np. OKOpress, działające od lat na rzecz otwierania polskich granic nielegalnym imigrantom:
„Administracja Trumpa na trzy miesiące wstrzymała środki na pomoc zagraniczną. Perspektywa wstrzymania prac i wydawania pieniędzy dotknie tysiące organizacji na świecie. „Nikt się tego nie spodziewał – ani my, ani grantodawcy. Wciąż liczymy straty”
– czytamy więc w OKOpress.
Żeby jednak rozumieć, jak pozytywne skutki dla naszej Ojczyzny mają zmiany za Oceanem, wystarczy przyjrzeć się historii KPH i dyskredytacji, którą organizacja sama na siebie ściągnęła. A żeby zrozumieć to, trzeba zacząć od agresywnych anarcho-komunistów ze Stop Bzdurom, którzy pojawili się, naszkodzili, a potem kompletnie zniknęli ze świadomości społecznej.
Stop „Stop Bzdurom”
„Stop Bzdurom” było kolektywem anarcho-komunistycznym, którego założycielami był Michał Szutowicz (ps. Margot), Zuzanna Madej (ps. Łania) oraz Maja Gaszyńska, identyfikująca się jako „Lu”. Wszystkie trzy osoby używały w różnym czasie różnych „genderowych” zaimków i twierdziły, się są jakiejś innej płci niż ta, na którą wskazywały dokumenty. Założyciele Stop Bzdurom pozostawali też rzekomo w relacji romantycznej, której szczegóły nie są znane – wiadomo jednak, że Michał przez jakiś czas uznawał się za lesbijkę, a Łanię – za swoją partnerkę.
„Stop Bzdurom” zyskało jednak swój rozgłos nie tyle dzięki swojej niestandardowej intymności, ale dzięki atakom na katolików. W czerwcu 2020 roku, Michał „Margot” Szutowicz, aktywista zdający się przewodniczyć grupie Stop Bzdurom, rozpoczął akcję przeciwko furgonetce Fundacji Pro – Prawo do Życia. Dnia 26 czerwca 2020, Margot i inni członkowie grupy zaatakowali pojazd, zamazując na nim antyaborcyjne hasła. Samochód został kompletnie zwandalizowany: zniszczono jego plandekę, połamano lustra, wyrwano tablice rejestracyjne i przebito opony auta. Akcja ta, nazwana przez lewicowych aktywistów „obywatelskim zatrzymaniem”, była tylko jednym z pierwszych głośnych incydentów, które przyniosły grupie rozpoznawalność.
„Stop Bzdurom” nie ograniczało się jednak tylko do wandalizowania katolickich pojazdów. Działacze chętnie napadli na kierowców katolickich furgonetek, wdawali się z nimi w bójki i wszczynali przepychanki z policją. Gdy nie starczyła realna przemoc, anarcho-komuniści sięgnęli po tę symboliczną. W lipcu 2020, członkowie grupy wywiesili bowiem tęczowe flagi na pomnikach w Warszawie, w tym na pomniku Mikołaja Kopernika, Syrenki Warszawskiej oraz na figurze Chrystusa.
Starcia z policją stały się częste; jedno z najbardziej znaczących miało miejsce 7 sierpnia 2020, kiedy Margot został aresztowany za wcześniejszy atak na furgonetkę. Po aresztowaniu Margot, przed siedzibą Kampanii Przeciw Homofobii zebrała się grupa protestujących, co doprowadziło do zamieszek na Krakowskim Przedmieściu. Policja aresztowała wtedy 48 osób, w tym Margot, który zostały tymczasowo aresztowany na dwa miesiące. KPH stanęła oczywiście po stronie zadymiarzy.
Kampania przeciw Homofobii zaangażowała się jednak znaczenie głębiej we wsparcie dla StopBzudrom – KPH poparła bowiem na ślepo kłamstwo o zamachu na życie Lu.
Tramwaj morderca
„Hej osoby, bardzo potrzebuję Waszej uwagi i Waszego działania. Ktoś mnie dzisiaj wepchnął na tory tramwajowe. Uprzedzając pytania – nic nie pamiętam, zareagował maszynista, nie jestem teraz sam (sic!) fizycznie nic mi nie jest. Natomiast: Strasznie się boję poruszać. Strasznie się boję cokolwiek teraz zrobić, strasznie się boję (…). W sensie, ktoś próbował mnie dzisiaj zabić? Czy za to, że mam nieco rozpoznawalny pyszczek? Za tęczowe przypinki na plecaku? Po prostu? Nie wiem, ale po prostu strasznie bym nie chciał umrzeć, tym bardziej na czyichś warunkach…”
– pisała Lu (która uważa się za mężczyznę; interpunkcja w cytacie została poprawiona – przyp. red.), zachęcając dalej, by jej zwolennicy radykalizowali się w imię genderyzmu, feminizmu i ekologizmu, i podkreślając, że nie może wskazać ani dokładnego miejsca, ani czasu, gdzie dojść miało do zamachu. Czy tak wygląda reakcja osoby, która właśnie otarła się o śmierć? Czy potencjalna ofiara nie jest w stanie podać żadnych danych na temat poważnego przestępstwa, które właśnie miało miejsce?
Sprawa od początku była podejrzana, Kampania przeciw Homofobii automatycznie jednak stanęła po stronie agresywnej aktywistki.
„Poszukujemy świadków i świadkiń (sic!) próby wepchnięcia Lu ze Stop Bzdurom pod koła tramwaju! Osoby, które były naocznymi świadkami próby wepchnięcia Lu pod tramwaj lub posiadają jakiekolwiek informacje proszone są o kontakt z grupą prawną KPH: prawo@kph.org.pl”
– grzmiała KPH w swoich mediach. Nawet jednak bardziej lewicowi odbiorcy wpisu zaczęli pod nim zadawać niewygodne pytania. O jaki tramwaj chodzi? Jaka była to linia tramwajowa? O której godzinie miał wydarzyć się zamach na Lu? Czy znana jest chociaż godzina albo dzielnica, gdzie doszło niby do zdarzenia? Dlaczego zachęca się do kontaktu mailowego z jakąś lewicową grupą, a nie z policją?
Zamiast konkretnych informacji, KPH zamieściło kolejną zbiórkę na rzecz Stop Bzdurom. Takich zbiórek było wiele, a każda z nich zebrała od kilku do kilkuset tysięcy, z których aktywiści rozliczyli się tylko częściowo, ironizując nawet, że część pieniędzy poszła na… pizzę i seks. I wspieranie aborcji.
ZTM kontra kłamstwa
KPH podkreślało jednak, że jest w kontakcie z ZTMem – warszawskimi tramwajami – i poszukuje nagrania z monitoringu, które miałoby udowodnić zeznania Lu.
Wtedy do akcji postanowiłem włączyć się ja, skromny autor tego tekstu, i wysłałem zapytanie do ZTMu, prosząc o szczegóły sprawy. ZTM odpowiedział bardzo szybko i zaprzeczył wersji Lu. Co więcej! ZTM zaprzeczył nawet, jakoby współpracował w tej sprawie z KPH.
„Uprzejmie informujemy, że w przedmiotowej sprawie do Zarządu Transportu Miejskiego nie wpłynęło żadne oficjalne zgłoszenie. Sytuacja nie dotyczy również zachowania pracownika stołecznej komunikacji miejskiej ani zdarzenia w pojeździe Warszawskiego Transportu Publicznego. Mając to na uwadze, informujemy, że ZTM nie prowadził w przedmiotowej sprawie żadnego postępowania wyjaśniającego w trybie skargowym. Niemniej na podstawie doniesień medialnych sprawdzone zostały raporty z tego dnia, które nie potwierdziły żadnego zatrzymania mogącego wynikać z opisanej sytuacji. W sprawie tej nie wpłynęło również zgłoszenie ze strony motorniczego”
– można było przeczytać w wiadomości od ZTMu. Szczególnie ważna była informacja, która potwierdzała, że żaden motorniczy na żaden zamach nie musiał zareagować – Lu kłamała bowiem w swojej historii, że to motorniczy uratował jej życie, hamując na czas. Poza pracownikami ZTMu nie zgłosił się też żaden świadek sprawy, a na pogłoski o zamachu na życie kobiety zareagowało Ordo Iuris.
KPH idzie w zaparte
Instytut OI złożył nawet zawiadomienie do Prokuratury Krajowej o możliwości popełnienia przestępstwa – usiłowania zabójstwa. Jednak również zawiadomienie złożone przez katolickich prawników pokazało, że nie ma dowodów na potwierdzenie historii opowiedzianej przez Lu i nagłośnionej przez KPH.
Kampania przeciw homofobii poszła jednak w zaparte i dalej broniła anarcho-komunistów, nigdy nie przepraszając za fejka, którego podała w świat. To odebrało jej wielu odbiorców, dotychczas ślepo wierzących tęczowej organizacji.
Od tych wydarzeń minęło wiele lat i niektórzy zapomnieli o szkodach, jakie wyrządziła Kampania przeciw Homofobii. Teraz jednak można cieszyć się, że KPH straciło dofinansowanie, które szerokimi strumieniami płynęło z USA. Nie ma kasy na propagandę, będzie mniej propagandy.
Taką przynajmniej można mieć nadzieje – że efekt Trumpa dosięga właśnie i naszą Ojczyznę!
Administrację Trumpa charakteryzuje delfickość. Jak to z przepowiedniami z ust proroczych wyroczni bywało – były one mętne i właściwie rządzili jej wyrokami interpretatorzy. Tak mamy i teraz – Trump mówi ezopowo, na okrągło, coraz mu się tam zmienia, ale też nie wiadomo do końca, bo jego rewelacje pochodzą bardziej z ust jego podręcznych, niż wprost od niego. I mieliśmy teraz wysyp takowych – raz szef Pentagonu zapodał bardzo smutną wersję przyszłej małej architektury bezpieczeństwa po pokoju (rozejmie?) na Ukrainie, raz to wiceprezydent Vance złagodził to stanowisko, potem znowu wizytujący Europę szef Pentagonu wprowadził trochę realizmu, ale raczej wokół konieczności utraty złudzeń w wykonaniu Polaków.
Z tych interpretacji powstały trzy trendy komentariatu polskiego. Niestety – oficjalny, polski dołączył do grona europejskich płaczek, coś tam bąka znowu o wartościach, nie widząc, że to inne czasy i stare już „se ne vrati”. Że Europy pomijać nie można (jak nie można, skoro właśnie jest pomijana) i żeby się wziąć razem wespół w zespół i dać odpór. Najchętniej chyba słowem. Drugi typ komentarzy, to „a nie mówiłem…”. To smutna satysfakcja tych, którzy od lat ostrzegają, że beztroska zabawa Europy, i wtórującego jej prymusika polskiego, w jazdę na gapę w tramwaju amerykańskiego bezpieczeństwa spowoduje, że bez własnych zasobów realnej siły, jak się ten tramwaj zatrzyma, zaś motorniczy wyprosi z pokładu, to się znajdziemy sami na przystanku. Za to nasi dotychczasowi partnerzy europejscy, co to kozakowali na pusto, wrzucą nas pod pierwszy lepszy tramwaj, tym razem nadjeżdżający ze wschodu. Tak, ci komentatorzy mieli rację, ale zazwyczaj konstatacja jest taka, że właściwie to już jest bardzo późno na jakąś naszą reakcję.
Ale – z kolei nie tylko nie ma nie tyle pomysłu, ale i nie ma wciąż woli polskich władz, by zdefiniować dzisiejszy polski interes w tym okresie kształtowania się naszej rzeczywistości na lata. Znowu mamy się trzymać spódnicy „starszych i mądrzejszych” nie bacząc, że ani ich interesy nie są zbieżne z naszymi, ani nie ma co się łudzić, że żyjemy pod parasolem prymatu amerykańskiego, bo ten właśnie – na Ukrainie – przegrał spektakularne starcie.
Jest też i trzecie podejście – poczekać co się wyłoni z konkretnych propozycji. Ale wszystkie te postawy nie dają nam żadnej gwarancji realizacji naszych (niewiadomych zresztą) celów. Jesteśmy podmiotem biernym, na co długo pracowaliśmy, głównie w wykonaniu elity rządzącej, ale i też z powodu lekkomyślności suwerena, który zajmował się wyborem nieistotnych priorytetów. Przychodzi czas zapłaty za wieloletnie zaniechania i wielu chce się dalej obrażać na rzeczywistość, co powiększy tylko przyszłe i nieuniknione rachunki.
No i mamy to. Wojna na Ukrainie dobiega powoli końca, pora więc na podsumowanie i bilans stron. Nie ukrywam, że z pewną dozą satysfakcji siadam teraz do pisania tego, ale to satysfakcja gorzka, skoro ziściły się moje (i nie tylko moje) najczarniejsze scenariusze. Warto jednak się pokusić o choćby najgorszą w rezultatach egzegezę, bo lepszy jest taki realizm niż słodzenie rzeczywistości i nagłe obudzenie się w wychodku. Tyle moich tu refleksji. Ale tekst ten dedykuję tym wszystkim mniejszym lub większym podżegaczom wojennym, którzy nie tak dawno wyzywali mnie od pacyfistów, a dziś te moje prognozy i wnioski widzą już na nagłówkach gazet, że mocarstwa tak się umawiają, zaś my – czekamy w piwnicy, aż ktoś do nas zejdzie i powie co, również w naszej sprawie, zdecydowano. Ale pojedźmy po tzw. interesariuszach tej wojny z ich własnym bilansem tego konfliktu, zaś później zobaczymy co wynika z tego w całości.
Rosja
Przypomnieć należy dwie daty. Pierwsza to wyraźne ultimatum Rosji wobec Zachodu, 17 grudnia 2021 roku Kreml wydał z siebie żądania przebudowy układu w Europie, pod wyraźnym szantażem, że jak nie – to będzie awantura na Ukrainie. Poczytajmy co tam chcieli Rosjanie:
nieagresji i powstrzymania się od działań, które Rosja uznaje za szkodliwe dla swojego bezpieczeństwa;
nierozszerzania NATO, zwłaszcza na wschód, szczególnie na obszar poradziecki;
nietworzenia baz i nieprowadzenia aktywności wojskowej na terytorium Ukrainy oraz innych państw poradzieckich niebędących członkami Sojuszu;
nierozmieszczania rakiet średniego i pośredniego zasięgu poza obszarem NATO i w rejonach, z których możliwe jest rażenie terytorium Rosji;
nierozmieszczania broni jądrowej poza terytorium państw ją posiadających i likwidacji infrastruktury to umożliwiającej;
nierozmieszczania wojsk i nieprowadzenia aktywności wojskowej na Ukrainie oraz w innych państwach poradzieckich;
wycofania wojsk sojuszniczych rozmieszczonych na terytoriach nowych państw członkowskich NATO po maju 1997 r. (po podpisaniu Aktu Stanowiącego NATO–Rosja);
wyznaczenia strefy buforowej wokół granic Rosji i jej sojuszników z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, gdzie niedozwolone będą ćwiczenia i inna aktywność wojskowa na poziomie brygady sił zbrojnych i wyższym;
niedopuszczenia przelotów ciężkich bombowców i przepływu okrętów wojennych na obszarach, z których mogłyby one razić cele na terytorium Rosji (zwłaszcza na morzach Bałtyckim i Czarnym);
zachowania przez samoloty bojowe i okręty wojenne państw Sojuszu określonego dystansu od analogicznych jednostek rosyjskich w przypadku ich zbliżenia się do siebie.
Zachód, a zwłaszcza USA te żądania odrzuciły, Biden pogadał z Putinem, czym tak ośmielił rosyjskiego przywódcę, że ten zaatakował 22 lutego 2022 roku Ukrainę. I tu pokazały się kolejne żądania Rosji, tym razem sprowadzone do samej Ukrainy: „demilitaryzacja, denazyfikacja, i neutralny status”. Teraz popatrzmy które z tych celów Rosja osiągnęła:
Demilitaryzacja – to kwestia za nie długich ustaleń warunków pokoju (rozejmu?). Zobaczymy co tam USA z Rosją ustalą, a należy się obawiać nie tylko demilitaryzacji Ukrainy, ale i naszego regionu. Bo przegrywana wojna na Ukrainie powoduje, że nie tylko trzeba się patrzeć na trzy „warunki ukraińskie”, ale i na realizację ultimatum Putina z grudnia 2021. A tam stoi między innymi jak byk – „wycofanie wojsk sojuszniczych rozmieszczonych na terytoriach nowych państw członkowskich NATO po maju 1997 r. (po podpisaniu Aktu Stanowiącego NATO–Rosja)”.
Denazyfikacja brzmiała na początku bardzo egzotycznie, ale pro-banderowskie inklinacje rządu w Kijowie uświadomiły światu, i przede wszystkim Polakom, że jest coś na rzeczy. Wcześniej brano to po prostu za pretekst Putina do zmiany władz w Kijowie, ale ten pretekst nabrał realnych kształtów. Tak czy siak chodziło o zmianę władz w Kijowie. Proces ten – po rozejmie i rozpisaniu odwlekanych wyborów na Ukrainie – może zostać zrealizowany i przynieść oczekiwane przez Kreml zmiany w Kijowie. Bilans bowiem wojny jest bardzo niekorzystny dla władz ukraińskich i lud może wymóc tu zmianę coraz mniej popularnej ekipy.
Neutralny status Ukrainy jest też za rogiem. Nikt już nie będzie obstawał (no, oczywiście oprócz Polski) za natychmiastowym przystąpieniem Ukrainy do NATO. Nawet Kijów to rozumie, choć Warszawa – nie. Jest to zwycięstwo Putina, który i tu osiągnął cele swojej wojny. NATO i tak samo jest w kryzysie, bo wojna ujawniła tu jego bezzębność w przypadku wycofania się USA. Teraz nawet nie wojska NATO będą zasiedlały jakąś strefę buforową, jeśli taka powstanie, by rozdzielić Rosję od Ukrainy.
Do tego należy dodać sukcesy terytorialne Rosji, które powiększyły się od czasu rozpoczęcia wojny, przebiły zdobycze z 2014 roku i nie wydają się do porzucenia w ramach jakiejś formy pokoju. Tu więc też Putin wygrał.
Samą sytuację negocjacyjną ma Kreml niezłą. To Trumpowi się spieszy do realizacji swej obietnicy, zaś czas gra na korzyść Putina. Front się zatrzymał i gnije, pomoc zachodnia praktycznie zanikła, morale w wojsku ukraińskim – poniżej poziomu linii okopów. Putin może czekać na coraz to lepsze oferty. Sankcje mu nie uwierają tak jak Zachód myślał, za to europejski Zachód tylko czeka by wrócić do business as usual. Zresztą i nie czekał z tym Zachód do końca wojny – handel z Rosją na surowce kwitł na całego, tyle, że kupowano przez pośredników, co w cudowny sposób wypłukiwało ukraińską krew z ruro- i gazociągów. Jednak jednocześnie podrażało koszty energii w Europie, ale i dawało w końcu zyski Rosji, bez względu na obchodzone sankcje. Wojna zbliżyła Rosję z Chinami, dając jej jednak – jak widać – pole manewru gry z USA. Jeśli dodać do tego społeczne poparcie wśród Rosjan dla tej wojny, brak problemów – kluczowych dla Ukrainy – z rekrutem, to bilans wojny wychodzi u Putinów na plus. Mają więcej niż chcieli zaczynając tę wojnę i mogą spokojnie podbijać cenę punktami z listy ultimatum z grudnia 2021.
USA
Celem tej wojny, a właściwie korzyścią z jej wybuchu (nie wiadomo czy nie stymulowaną) miało być osłabienie Rosji, jako niebezpiecznego potencjalnego partnera Chin. Wiadomo – w układzie trzech mocarstw, a właściwie dwóch i jednego aspirującego (Rosji) sprawa się rozgrywa o przyciągnięcie na którąś ze stron tego trzeciego. Dwóch na jednego to lepszy układ niż odwrotnie. Wydaje się, że celem USA było osłabienie potencjalnego partnera Chin, zrobienie mu na granicy krwawiącego Wietnamu, a w najlepszym razie – by poobijanego pretendenta przeciągnąć na swoją stronę. Tak wydaje się myślał Biden. I dlatego przeciągał jak długo się da trwanie tej wojny, za którą tak naprawdę płaciła Ukraina i jej naród.
Trump zauważył, że ta sytuacja raczej wpycha Rosję w ręce Chin. Bo w czasie tej wojny ta współpraca się zacieśniła, grupa BRICS się umocniła i pojawiła się kolejka chętnych do dołączenia. Rosja znalazła inne rynki zbytu na swe surowce i architektura układu światowych wpływów się zmieniła. I to mocno na niekorzyść USA. A więc Trump doszedł do wniosku (jeszcze przy wsparciu własnej opinii publicznej ), że przedłużanie tej wojny tylko pogłębia te negatywne dla USA trendy i zaczął Trump nastawać na pokój. Pytanie tylko – za jaką cenę? Ano za taką, której na pewno USA nie zapłaci. Ba – dostanie zwrot od Europy za swe „militarne inwestycje” w ten konflikt.
Bo co proponuje na razie Trump? (zobaczymy oczywiście co z tego zostanie). Po pierwsze – kwestia architektury bezpieczeństwa w Europie po tej wojnie to… sprawa Europy. USA tu się nie będą angażować, no boots on the ground. A więc w strefie demarkacyjnej, jeśli ta powstanie, wojska mają wystawić Europejczycy. Po drugie – żadnych marzeń, panowie z Kijowa, ale i Polski, o NATO, to już ustalone, myślę, że tak samo co do zwrotu terytoriów ukraińskich zajętych przez Rosjan. I zapłata – za pomoc w wojnie Ukraina udostępni swe surowcowe zasoby, zwłaszcza metali ziem rzadkich, z których USA będą mogły korzystać. Jak im się w tej prawie zamknęli Chińczycy, to sobie zrekompensują to z Ukrainą. Podkreślmy – taki rachunek wystawiła Ameryka za pomoc Ukrainie, i to jest ważna konstatacja, dla krajów, takich jak np. nasz, które pomagały na piękne oczy, zaś wszystkich tych, którzy wspominali o jakiejś rekompensacie za pomoc – wyzywali od hien cmentarnych.
Czyli – zmniejszenie do zera zaangażowania się USA w ten konflikt, od-natowienie architektury bezpieczeństwa w Europie, artykuł piąty Traktatu Północnoatlantyckiego idzie do lamusa, zero gwarancji militarnych dla Ukrainy od USA, niech Europejczycy martwią się sami. Z drugiej strony – przyjazne gesty wobec Kremla, wielka przyjaźń wielkich narodów, niewiadome koncesje geopolityczne w Europie Środkowo-Wschodniej i mglista, acz groźna przyszłość zbliżenia współpracy gospodarczej. Mroczna, bo nie wiadomo za jaką cenę do zapłacenia przez nas.
Ukraina
No, tragedia. Kraj w ruinie, połowa luda uciekła na Zachód, znowu grożą Dzikie Pola w tym regionie. Największa ofiara tej wojny, co oczywiste, jednak cena tej ofiary nie musiała być taka. Wyraźnie widać, że po pierwszej klęsce ofensywy Rosji na Kijów pojawiło się okienko możliwości godnego pokoju. No, może rozejmu, ale to, co teraz się szykuje też może być tylko rozejmem. Rozmowy w Stambule w 2022 roku uzgadniały o wiele lepsze warunki zakończenia tej wojny niż to, co leży dziś na stole. I Ukraina mogła to brać, ja bym brał w ciemno. Ale pojawili się podżegaczo -naganiacze, gęgacze, żeby dojechać Moskala. Przyjechał premier Wielkiej Brytanii, Sulivan z Białego Domu i przekonali Zełenskiego, że jedziemy dalej. I od tej pory wojna nabrała tempa, ale nie poprawiła sytuacji Ukrainy, tylko ją pogorszyła.
Moskale mówią o sobie, że Rosjanin powoli zaprzęga ale szybko jedzie. Po pierwszej porażce Rosja się ogarnęła co do doktryny tej wojny, odrobiła lekcje, poprzestawiała się ekonomicznie z zaopatrzenia „misji specjalnej” na gospodarkę wojenną, uodporniła gdzie się da na sankcje – i przetrwała. Wojna zaczęła się toczyć nie tak już optymistycznie – Kreml zrezygnował już z zajęcia Kijowa, zajął się – i to skutecznie – podbijaniem tych regionów, gdzie pod mniej lub bardziej realnym pretekstem ochrony ludności rosyjskiej, zajął tereny z dużymi zasobami surowcowymi lub takimi o dużym znaczeniu geostrategicznym.
A Ukraina wciąż wojowała, najgorzej, że z Zachodem, który najpierw podpuścił, później obiecał i na końcu nie dowiózł. Trzeba było się uganiać za każdym pociskiem, zawłaszcza, że Zachód tak się kompletnie rozbroił w strategicznym dealu Niemiec z Rosją, że na pomoc nie można było liczyć, choć i nie było z czego. Zachód był jak kiedyś komunizm z produkcją konserw mięsnych – tych nie robiono z powodu braku blachy, zresztą i tak nie było mięsa. W stosunkach międzynarodowych Zełeński brał skąd dawali, ale nie kwitował. W przypadku krótkotrwałej miłości do Polski, po jej eksploatacji widowiskowo odwrócił się do Niemiec, upatrując w nich swego geopolitycznego patrona. Z USA był zawsze jak najlepiej i kiedy Kijów zobaczył, że po zabiciu ukraińską rakietą dwóch Polaków w Przewodowie Warszawa czeka aż się Biden obudzi, by wiedzieć jak ma zareagować – Ukraina kompletnie przestała się przejmować Polską: po co zabiegać o lokaja, skoro można sprawy załatwiać z jego panem?
Najgorzej Zełenskiemu szło u siebie. Naród spylił od razu, ale i później – morales upadło. No, bo trzeba być rzeczywiście patriotą, by walczyć o kraj rządzony przez oligarchów, gnić w okopach, kiedy oligarchów synowie zamiast walczyć o kraj rozbijają się bentley’ami w luksusowych dzielnicach Europy. Do tego dochodzi jeszcze fatalne budowanie mitu założycielskiego nowej Ukrainy na po-fasztystowskich cokołach banderyzmu. Kompletnie niezrozumiałe podejście, które nie tylko zniechęca Polaków, ale i cały świat, który najpierw oklaskiwał bohatera ukraińskiego w kanadyjskim parlamencie, by potem okazało się, że gościu jest z Waffen-SS. Najgorszy dla Ukrainy jest jednak bilans rzeczywisty – zrujnowany kraj i niewiadome setki tysięcy zabitych Ukraińców. I pytanie, które się kołacze w głowach Ukraińców – po co to było? Po co było ciągnąć tę wojnę, jak można było ją skończyć dwa lata, kilka regionów i kilkaset tysięcy ofiar mniej temu? Jaki był cel i jakie są rezultaty?
Końcowym bilansem jest zrujnowany kraj, zdepopularyzowany naród, kolonia eksploatacyjna surowców dla Zachodu, kraj-bufor pomiędzy wschodem a zachodem, ziemia niczyja i dzikie pola beznadziei. I niewiadoma nowa ekipa polityczna, bo ta stara za tę postawę w wojnie zapewne zapłaci z rąk resztek narodu ukraińskiego. I – po tych wszystkich naszych poświęceniach – niewiadome relacje Polski z przyszła Ukrainą, lub tym, co z niej zostanie.
Europa
Tak, to koniec wożenia się na gapę. Głównie z Amerykanami. Jeszcze w pierwszej jego kadencji Niemcy się śmiali z Trumpa, w ONZ, gdy ten napominał ich, że ich projekty z Rosją skończą się źle. No, bo USA miały zatarg o hegemonię z Chinami, płaciły za ochronę Europy, a ta Europa handlowała z Rosją, budując tą współpracą przyszłego partnera Chin w starciu z Ameryką. Gdzie tu był sens do kontynuacji tej polityki w interesie USA? W dodatku Europa pluła na te straszne Stany, Jankee miały go home, co chwila. Jednocześnie pieniądze zaoszczędzone na zanikające zbrojenia Europa przeznaczała na social, pukała się w głowę nad losem Amerykanów, co to zasuwają na trzech etatach i mają dwa tygodnie urlopu w roku. No to przyszedł Trump i powiedział – barabardzo, radźcie sobie sami.
Deal europejski był dealem niemiecko-rosyjskim i po to tylko była i jest ta cała Unia. Po to, by Berlin miał organizacyjną ekspozyturę do realizacji swej europejskiej hegemonii. Pomysł był porywający – my tu mamy technologie, dostaniemy surowce od Rosji za półfree, jeszcze pohandlujemy nimi z resztą Europy, trzeba tylko zaczopować kraje z własnymi zasobami energii, najlepiej pod zielonoładowym pretekstem. Warunkiem współpracy ze strony rosyjskiej było pilnowanie, głównie przez Niemcy, demilitaryzacji Europy, na co się godziły beztroskie narody, gdyż zaoszczędzone w ten sposób środki wracały do suwerena w postaci rozbuchanego socialu. Było to więc perpetuum mobile, wszystko grało, szło jak po maśle, aż tu Putin zrobił numer i wszystko popsuł wojną na Ukrainie.
Wojna pokazała od razu egoizmy państwowe, kompletnie nierówny krok Zachodu w tym konflikcie, NATO zostało praktycznie obnażone, jako twór bezzębny, jeśli nie używa sztucznej szczęki amerykańskich militariów. Zachód nie wsparł Ukrainy, nawet gdyby chciał to nie miał na to innych niż amerykańskich środków. Wojna się zaglimziła, Unia wydała z siebie setki konferencji o niemożności, deklaracji o wzmożeniu i wyrazów poparcia. W dodatku na zasadzie wahadła – dla ciemnego ludu chyba – odbiła się wajcha w drugą stronę: niegdysiejsi europejscy poplecznicy Putina zaczęli recenzować jego zatwardziałych przeciwników, co do współczynnika onuzycmu. Zrobiło się zero-jedynkowo: żadnych rozmów z mordercą z Kremla, sankcje, ostracyzm, nawet balet ruski nie pasował, co dopiero mówiąc o Dostojewskim i Puszkinie w bibliotekach.
A pod spodem, wręcz po linią frontu, szedł business, może nie as usual, ale szedł. Sankcje na import ruskich surowców były przez Zachód ogłaszane, a jednocześnie obchodzone, z wykorzystaniem pośredników, którzy nagle stali się znaczącymi eksporterami surowców, których przecież nie wydobywali, tylko kupowali od Ruskich, doliczając marżę. I interes się kręcił, europejskie pieniądze wracały na Kreml na zakupy w wojnie, którą Zachód jednocześnie oficjalnie potępiał. Ale wszystko w Europie podrożało, w dodatku nasiliły się trendy de-industrializacji na Starym Kontynencie i kontrakt społeczny, że Europejczycy będą tu sobie spokojnie zawijać marżę w sreberka, bez pocenia się – zawalił się na oczach jednego pokolenia.
Europa nie budowała swojej siły, konsumowała tylko swoją byłą pozycję, licząc, że stan ten będzie trwał wiecznie. W dodatku przytrafiły się jej dwie rzeczy po drodze – bezwstydny już poziom aspiracji niemieckich (tak samo coraz mniej uzasadniony) do przywództwa na kontynencie (podbity przez Bidena i zakwestionowany przez Trumpa) i do tego doszło jeszcze globalistyczno-lewackie ideolo. Zielony Ład dobił (i jak widać z uporu wciąż dobija) resztki europejskiej konkurencyjności. Słaba Europa, ze „sprawdzam” Trumpa okazała się porcelanowym słonikiem byłej wielkości stojącym (?) na glinianych nogach prężenia zwiotczałych mięśni. W czasach rewolucji, nawet nie zdrowego rozsądku, ale pragmatyzmu – taka waluta ma słabiutki kurs, na który nabierają się już chyba tylko takie kraje jak Polska.
Polska
Tak właściwie to w sprawie „Polska a wojna na Ukrainie” można mieć tylko jedną satysfakcję, ale wynikającą raczej z geopolitycznego przypadku, nie zaś naszej, państwowej zapobiegliwości. Do tej pory, od lat, w roli dzisiejszej Ukrainy występowała Polska. Byliśmy „first to fight”, ale i też „first to loose”. Główne królestwo „ziem skrwawionych” było terenem ścierania się europejskich potęg, buforem i to bez względu kto z kim i o co walczył. Taki już nasz los. Polska, bez obecnej Ukrainy mogłaby podzielić jej los, też się wykrwawiać w interesie mocarstw na wojnie zastępczej dla nich, ale jak najbardziej realnej dla nas. Też bylibyśmy, jak obecnie Ukraina, obiektem poświęceń dokonywanych zza bezpiecznych biurek Zachodu, podziwiani za daninę krwi, ale z wyraźnym westchnieniem, ufff, że to nie my. Ale to nie nasza zasługa, nawet odwrotnie – nasi przywódcy wysoce starali się byśmy my, Polacy, weszli w gorącą fazę tej wojny, mając w planach nie tyle użycie naszej nieistniejącej siły, ale rachuby na silniejszych z naszej bandy, ostatecznie – posiadając plany szybkiej ewakuacji z Okęcia naszych światłych przywódców.
W bilansie jak zwykle wyszliśmy na lekkomyślnych romantyków. Jeśli Europa jeździła na gapę w tramwaju amerykańskim, to myśmy myśleli, że jak mamy dobry układ z motorniczym, to nam to ujdzie na sucho. Były to kompletnie błędne kalkulacje. Nasze pojęcie interoperacyjności na wschodniej flance NATO dało nam złudną nadzieję, że kwestie naszej suwerenności będzie wiecznie bronił najsilniejszy z bandy na naszym podwórku. A więc zarzuciliśmy chodzenie na siłownię, zaś nasze ambicje budowy własnej siły militarnej ograniczyliśmy do roli pomocniczej w armii dowodzonej przez Amerykanów. A nikt się nie zastanawiał – a jak to będzie z nami, jak się Amerykanie zawiną z Europy, bo ich rachunek kalkulacyjny się zmieni, a nawet jak się okaże, że takie stracie z Rosją – przegrali, bo tak wychodzi nam teraz?
W kraju, w którym strategią państwa nie zajmuje się ono same, ale prywatne think tanki, finansowane za pomocą portalu „Zrzutka”, nie można się spodziewać niczego innego. Wojsko stało się depozytariuszem obciachu, baletami do defilad, orzełkowania, biało-czerwonienia, w końcu – uzależnienia od zmiennej sceny politycznej, bez żadnej perspektywy strategicznej dla Polski, innej niż przetrwanie danej ekipy. W dodatku zapatrzonej w jedyne źródło swej siły, jaką po odrzuceniu sprawczości polskiego suwerena stali się zewnętrzni patroni.
Władze polskie – i to bez względu na ich zmienne kolory – zaczęły licytować nieosiągalne cele tej wojny – chciejstwo, wrzucanie wszystkiego do obcego koszyka i deklaracje, z których teraz albo się jest głupio wycofać, albo jeszcze bardziej – dalej obstawać przy fantasmagoriach. Ta ostatnia postawa – wcale nie rzadka, nawet w wykonaniu oficjeli, popycha do kolejnych konstatacji opartych na wykryciu ponownej zdrady przez niewdzięczny Zachód, potrzebie przeciwstawienia się poprzez wartości i ubolewaniu nad okropnościami pragmatyzmu. Typowe romantyczne zawodzenia, że po klęsce – oj d..a panie, boli, oj boli…
Wyszło, że nic się nie nauczyliśmy przez całą III RP. No, bo jak to jest, że nasza racja stanu została sprowadzona do osiągnięcia celów średnioterminowych – członkostwo w NATO i UE – czyli „poza” Polską, w podczepieniu się pod sojusze? To miało dwa fatalne efekty – po pierwsze uznaliśmy te cele za osiągnięte, a więc poszliśmy spać do domu, zamiast się budować pod osłoną tychże sojuszy. Po drugie – straciliśmy w sumie narzędziowość tych celów w końcu tylko średnioterminowych. Gdyby bowiem nasze cele były oczywiste i długoterminowe – zapewnienie przez państwo bezpiecznego rozwoju kraju i dobrobytu Polakom, to wiedzielibyśmy, że nasza przynależność do sojuszy, to tylko jeden krok na długiej drodze. A myśmy zatrzymali się w połowie schodów do suwerenności, by oddać się albo konsumpcji, albo emocjom wojny polsko-polskiej.
Z obecnych przesłuchów widać, że CAŁA klasa polityczna nie jest w stanie wyjść poza ten błędny paradygmat. Do tego trzeba konstatacji, że nasz główny sojusznik przegrał na naszym terenie i trzeba się samemu ogarnąć. A Trump bardziej lubi silnych partnerów niż słabych, acz lojalnych gapowiczów. Można być i członkiem NATO, i prowadzić własną politykę suwerenności, tak jak Turcja, która dokonuje projekcji własnej siły daleko poza granicami swego kraju, ale zawsze w granicach swego interesu geopolitycznego. A wydaje – uwaga! – niewiele więcej na armię, niż paździerzowo-baletowe wojsko polskie.
Trzeba nam tu głębokiego resetu, ale wydaje się, że bez zasadniczej zmiany zapyziałej już w starych koleinach obecnej sceny politycznej nie da się tego zrobić. No, bo co robią nasi rządzący i nierządzący teraz? Tuski zaszywają się z płaczliwym trupem Europy w worku suplikacji do Trumpa, żeby może nie, że trzeba by i Europa siedziała przy stole nowego ładu? A czemuż niby tak miało by być? Co ona takiego wkładać ma w te negocjacje? Jakie gwarancje? Militarne? To chyba żarty jakieś? Może jakiś sprzeciw, bo jak się jej nie uwzględni to co? Sprzeciwi się? Czym? I jak, skoro teraz prosi Trumpa, żeby jednak USA zostały bronić Europy?
Opozycja pisowska to samo, choć nie tak samo. Skandowanie „Donald Trump” w polskim Sejmie i nadzieja, że znowu się wróci i będzie po staremu. Że Donald Trump tym razem zauważy i doceni. Poklepie, powie coś o Powstaniu, może nawet naśle nowych kelnerów, którzy, tak jak starzy, wywrócą okropną Platformę. Czyli znowu ten sam błąd – przewagi obrotów wewnętrznej polityki złożone na ołtarzu strategii przetrwania. Wszystko byśmy to my znowu rządzili – my z Kaczorem na przedzie i… jakoś to będzie. Nie będzie…
Po-okrągłostołowcy niczego tu nie wymyślą. Oni są mentalnie w czasach powstania III RP, z przekonaniem, że jesteśmy słabi, więc musimy szukać zawsze patrona, zawsze jednego, bo to przecież nielojalnie grać z innymi i chodzić na różne randki. A takie Węgry, kraj o kilkakrotnie mniejszym potencjale – mogą. I żadna z pięknych i o niebo bardziej wpływowych panien się nie gniewa. Kawaler po prostu rozgrywa wszystkie swoje walory, a one – geopolityczne panienki – mają swoje interesy. A więc Orban może być i europejskim hubem importu z Chin na Unię, i człowiekiem Trumpa w Europie, mieć dobre relacje z Waszyngtonem i Unią, ba – nawet Rosją.
Czy my tak możemy? Możemy, bo mogliśmy. Ale tylko wtedy, gdyby nasze władze realizowały przede wszystkim własny interes narodowy, a nie interes zewnętrznych patronów. Czy robią to z powodów odreagowania kompleksów, czy dlatego, że ich najęto do bycia ekspozyturą obcych interesów w kraju nadwiślańskim – to prawie wszystko jedno, bo efekt jest takim sam. No, może z wyjątkiem tego, że dla zewnętrznych patronów lokalni pożyteczni idioci są tańsi w utrzymaniu, gdyż wierzą, że to wszystko naprawdę.
Co teraz?
No dobrze – co teraz, bo daliśmy tu tylko diagnozę, i to dość pesymistyczną. Jest słabo, a jak bardzo dowiemy się za jakiś czas i będzie nam to oznajmione, jak bardzo słabo. To powinno nas uczulić na ujrzenie naszej mizerii w całej rozciągłości, a widać, że nawet na to nie jesteśmy gotowi, co dopiero na skonstatowanie, że trzeba zrobić coś kompletnie innego niż robiliśmy dotąd i mieć na to pomysł. I nie chodzi nawet o to, że mental polityków tego nie ogrania, nie ogarniają tego ich interesy umocowania w starej pajęczynie zależności. Jest to marzenie, że będzie ona trwała wiecznie, a nawet jak zniknie i będzie zaplatana nowa, to my będziemy cały czas w tej starej, bo tylko ona dawała nam takie profity wyniesienia.
No, ale pomarzmy, że polski suweren się otrząsa, wychodzi z walki politycznej na poziomie czy jeden kandydat na prezydenta był sutenerem, zaś czy inny natrzaska pompek w Tatrach ile wlezie. Załóżmy więc, że stanie się taki cud. Co więc trzeba byłoby zrobić?
Po pierwsze – ale wrócimy to tego tylko na chwilę – na wiele działań jest już za późno. A czas nieubłaganie pika. Rosja przetrzymała wojnę i sankcje, i wychodzi z nich zwycięsko. Może to co widzimy, to wcale nie Jałta, bo ta była końcem wojny, ale par excellance – Monachium? Czyli Trump przywiezie nam świstek papieru z pozornym pokojem, który agresor wykorzysta tylko do pieriedyszki, by przygotować się na kolejną dogrywkę? Jak Zachód i Polska wykorzysta ten czas? Bo Amerykanie sprawdzili kozakujących Europejczyków i powiedzieli, żeby się – przynajmniej konwencjonalnie – bronili sami.
I co teraz będzie? Armia europejska? Wolne żarty – jak się znam na historii to owszem, ale za pieniądze środkowo-europejskie, zarządzane przez Niemcy, które będą wysyłały polskie mięso armatnie na front starcia Zachodu ze Wschodem. A co, może objawi się przywództwo europejskie? A widział kto-to takowe w przeciągu istnienia Unii? Prędzej to urzędnicy w śliskich zarękawkach pełnych lobbystycznych apanaży, regulatorzy bananów, zielonoładowcy, pełni frazesów o integracji i wspólnych europejskich wartościach? Innych „mężów stanu” w Unii nie widziałem. Przywódcy państw też się tu nie objawili, nie wyszli bowiem z egoizmów państwowych, gdyż to lokalny, nie paneuropejski suweren dawał im władzę.
Wyjdzie, że trzeba będzie ratować się samemu, a na razie pomysły są, żeby razem, solidarystycznie jechać… w przepaść. Ale, by radzić sobie samemu, trzeba będzie zrewidować praktycznie wszystko, łącznie z podległościami polityków, ścieżkami podwieszeń wydeptanymi na terenach patronów. Po pierwsze – musimy mieć spójną doktrynę obronną, czyli ustalić do jakiej wojny mamy się przygotowywać, do niej planować pobór i zakup sprzętu. Po drugie – znaleźć do tego sojuszników w nowym rozdaniu militarnym, poza NATO, a właściwie obok – bo, miejmy nadzieję, że pod atomowym parasolem amerykańskiego odstraszania. Musimy więc zbudować konwencjonalną potęgę do utarczki z Rosją. A tu można mieć paru dobrych sojuszników, bez oglądania się na Niemców a nawet Amerykanów. USA nie będą tu przeciwni, jak my tu sobie w Europie to ułożymy.
Musimy na poważnie zainwestować we własna produkcję militarną, wszystkie fundusze na klimatyczno-genderowe pierdoły przemianować na wsparcie budowy potencjału militarnego i odpornościowego. Do tego trzeba odblokować potencjał naukowo-badawczy, marnowany w PRL-owskiej strukturze niemocy. Potrzebna jest pilna realizacja systemu obrony cywilnej, gdyż ludność jest obecnie bezbronnym zakładnikiem kalkulacji wojennych, o którym się nie mówi, by się lud nie spanikował. I należy całkowicie zmienić paradygmat polskiej dyplomacji, która nie ma czepiać się obcych klamek, ale wykorzystywać nasze geopolityczne położenie i gospodarczy potencjał, które są naszym przekleństwem, gdy jesteśmy słabi, i atutem, gdy ten potencjał rozbudowujemy i wiemy co z nim zrobić.
Do tego trzeba kompletnie nowej władzy, gdyż ta przespała ważne momenty rozwoju i umacniania naszej suwerenności. Trzeba do tego także przebudzenia śpiącego giganta – suwerena, który musi wyjść z pozorów polityki, jaką jest emocjonalna wojna polsko-polska. Właśnie płacimy za nią rachunki. I jeśli się naród nie spostrzeże, to nie zapłacimy rachunków większych, tylko zbankrutujemy. Nie finansowo, ale jako suwerenny byt państwowy. Taka Polska znowu nie będzie nikomu w Europie potrzebna. Nawet Polakom. I znowu wejdziemy w ten śmiertelny rytm – utraconej Ojczyzny, bo się jej formuła nie sprawdziła lekkomyślnym rodakom, utraty suwerenności i pokoleniowych walk następnych generacji Polaków, którzy skonstatują, że jednak lepiej mieć tę swoją Najjaśniejszą, karmić własną armię, zamiast obcych i pracować na własny dobrobyt, zamiast być kolonią starszych i wcale nie mądrzejszych.
Niemcy, bez względu na to kto wygra wybory, będą musiały zmierzyć się z pilną naprawą infrastruktury, ponieważ niemieckie drogi, mosty i koleje są w coraz większej zapaści – czytamy w sobotniej „Gazecie Wyborczej”
zdjęcie ilustracyjne / Pixabay
„Gazeta Wyborcza” pochyliła się nad kondycją pierwszej gospodarki Europy i trzeciej gospodarki świata. Z konkluzji, do jakich doszedł dziennik, można wnioskować, że Niemcy zmagają się z potężnym kryzysem gospodarczym i infrastrukturalnym.
Jak zaniedbane są Niemcy? – pytały tabloidy. Dla kraju, który jest pierwszą gospodarką Europy i trzecią gospodarką świata, jednym z wiodących eksporterów, samo pytanie brzmi jak potwarz. Ale to niestety prawda. Niemcy nie kwitną, tylko się sypią – czytamy w artykule Bartosza Wielińskiego.
„Niemcy nie kwitną, tylko się sypią”
O tym, że jazda po niemieckich mostach stała się niebezpieczna, media trąbiły od ponad dekady, zwykle przed wyborami. Ale do tej pory (września ubiegłego roku – PAP), mimo złych technicznych diagnoz, żaden się nie zawalił
– zauważyła „GW”. Jak wynika według z ministerstwa transportu, 4 tys. mostów trzeba wyremontować albo zburzyć i postawić na nowo, a stan 3/4 mostów ocenia się jako zły, ale dopuszczalny.
Dodatkowym utrudnieniem jest „gigantyczna biurokracja”.
Przygotowanie inwestycji, zebranie odpowiednich pozwoleń i uzgodnień, dokumentacji to koszmar– podkreślił dziennikarz „GW”. Wykonawcy pod uwagę muszą brać ok. 20 tys. przepisów prawa, a z wyliczeń związków przedsiębiorców budowlanych wynika, że sama budowa pochłania tylko 15 proc. czasu inwestycji. „Resztę – użeranie się z urzędnikami i sądami” – dodała gazeta.
Brak pieniędzy i pracowników
Ponadto, z szacunków niemieckiej branży budowlanej wynika, że co trzecia firma boryka się z brakiem pracowników.
Ale przede wszystkim brakuje pieniędzy. W 2022 roku minister transporty Volker Wissing na specjalnej konferencji poświęconej sypiącej się infrastrukturze zapowiedział narodowy plan naprawy 400 mostów rocznie. Projekt miał pochłonąć 4,5 mld euro. Eksperci oceniali go za zbyt ambitny– zauważyła „GW”.
Rok później resort Wissinga stracił 5,2 mld euro, a plan „w dużej mierze pozostał na papierze”.
(…) Od czasu reform rynkowych we wczesnych latach 80-tych, Chiny zintegrowały się z globalną gospodarką dzięki taniej sile roboczej i dużemu rynkowi. Chiny stopniowo rozwijały swoje zdolności produkcyjne w wielu sektorach przemysłu, głównie w dolnej części łańcuchów wartości. Wzrost gospodarczy był szybki, a tak zwana chińska przewaga cenowa pomogła Chinom zdobyć udział w rynku w wielu podstawowych branżach. Jednak chińska gospodarka była w dużym stopniu zależna od technologii i innowacji bardziej zaawansowanych gospodarek w zakresie produkcji wysokiej klasy.
Prezydent Xi, który objął władzę w 2013 roku, uznał tę zależność za niepewną i niemożliwą do utrzymania. W 2015 roku chiński rząd oficjalnie ogłosił, że planuje promować rodzime innowacje technologiczne, zwiększyć samowystarczalność w produkcji wysokiej klasy i ostatecznie przenieść się na wyższy poziom łańcuchów wartości.
Plan ten został przedstawiony w dokumencie dla Kongresu Narodowego zatytułowanym Made in China 2025, który obejmował 10 krytycznych branż, na których należy się skupić i wymieniał 260 konkretnych celów ilościowych do osiągnięcia do 2025 roku.
Dla każdego, kto jest zaznajomiony z korporacyjnymi dokumentami strategicznymi, MIC25 jest prostym programem z jasno wyartykułowanymi celami strategicznymi i powiązanymi wskaźnikami KPI. Każda firma ma taki program.
Jedną z bardzo interesujących części planu MIC25 była przedmowa do dokumentu, w której chiński rząd omówił, co sprawiło, że Zachód odniósł sukces.
Zgodnie z tą analizą, Zachód zyskał potęgę gospodarczą i polityczną dzięki rozwojowi nauki i technologii, przemysłu i produkcji, a NIE dzięki przyjęciu wielopartyjnego systemu wyborczego lub powszechnego prawa wyborczego. Rozwój gospodarczy i technologiczny nie musiał iść w parze z prywatyzacją i deregulacją. Rynki nie zawsze działały efektywnie. Produkcja była podstawą siły narodowej, a finansjeryzacja była szkodliwa dla realnej gospodarki.
Zasadniczo chiński rząd obalił mit, że naród może osiągnąć nowoczesność tylko poprzez hurtowe przyjęcie zachodnich systemów politycznych i gospodarczych, tj. modernizacja równa się westernizacji. Zamiast tego chiński rząd uważa, że sedno zachodniego sukcesu tkwi w jego przewadze technologicznej i przemysłowej.
Aby Chiny mogły się zmodernizować, najlepszą drogą jest dostosowanie tych kluczowych czynników sukcesu do chińskich realiów, przy jednoczesnym odrzuceniu wielu błędów w zachodnim myśleniu gospodarczym i politycznym. W związku z tym, plan wielokrotnie wzywał do rozwoju gospodarki rynkowej opartej na technologii, produkcji i innowacjach o chińskich cechach.
Takie podejście było propagowane przez trzy dekady przez Wang Huninga, czołowego chińskiego intelektualistę, czwartego najwyższego rangą przywódcę państwowego i ostatecznego geostratega kraju.
Wang Huning mocno podkreślił rolę technologii i przemysłu w sukcesie USA w swojej przełomowej książce America Against America, opublikowanej w 1991 roku. Myśli Wang Huninga były siłą kształtującą chiński rozwój gospodarczy i polityczny przez ostatnie 30 lat. Planuję napisać na ten temat nieco więcej w przyszłym eseju.
Na poziomie szczegółowym, MIC25 zidentyfikował 10 głównych branż, na których Chiny powinny się skupić:
– Technologia informacyjna nowej generacji (5G, układy scalone, sztuczna inteligencja)
– Zaawansowane maszyny sterowane cyfrowo i robotyka
– Sprzęt lotniczy i kosmiczny (odrzutowce pasażerskie, satelity)
– Sprzęt oceanotechniczny i zaawansowana budowa statków
– Zaawansowany sprzęt do transportu kolejowego (kolej dużych prędkości, szyny lewitacji magnetycznej)
– Nowe pojazdy energetyczne (np. pojazdy elektryczne)
– Systemy i sprzęt elektroenergetyczny (energia jądrowa, inteligentna sieć, przesył energii elektrycznej o bardzo wysokim napięciu)
– Nowe materiały (zaawansowane materiały kompozytowe, nanomateriały, materiały pochodzenia biologicznego)
– Biofarmaceutyczny i zaawansowany sprzęt medyczny
– Sprzęt do maszyn rolniczych
W każdej z 10 kategorii zidentyfikowano wysoce wyspecjalizowane technologie i sprzęt do rozwoju lokalnego. Określono konkretne cele, aby zmierzyć sukces w każdym obszarze. Łącznie ustalono 260 celów.
Celem MIC25 było nie tylko nadrobienie zaległości. Wybiegał również w przyszłość. Na przykład, MIC25 obejmował chipsety mobilne z ulepszoną sztuczną inteligencją jako produkt dostarczany już w 2015 roku. Zaledwie w zeszłym roku telefony ze sztuczną inteligencją stały się gorącym tematem na targach Consumer Electronics Show w Vegas.
Obecnie chińskie smartfony z funkcjami sztucznej inteligencji są powszechnie dostępne i wysoce konkurencyjne. Wraz z niedawnym sukcesem startupu DeepSeek, wszyscy główni chińscy producenci telefonów komórkowych (Huawei, Xiaomi, Vivo itp.) oraz operatorzy komórkowi (China Mobile, China Telecom itp.) włączają DeepSeek do swoich urządzeń i sieci, jeszcze bardziej zwiększając zastosowanie sztucznej inteligencji na największym na świecie rynku mobilnym.
Jak Chiny poradziły sobie z MIC25?
Kiedy po raz pierwszy opracowano plan, Chiny znajdowały się na dolnym końcu globalnego przemysłowego łańcucha wartości, wytwarzając głównie tanie i zacofane technicznie produkty. Większość samochodów na chińskich drogach pochodziła od zachodnich producentów, dzięki czemu Chiny były największym rynkiem zbytu dla GM, BMW i VW. Praktycznie wszystkie główne światowe marki motoryzacyjne miały spółki joint venture w różnych częściach kraju. Chińskie niebo było zdominowane przez Boeinga i Airbusa. Chipy, systemy operacyjne i oprogramowanie w komputerach i telefonach komórkowych pochodziły głównie z USA. Wiele chińskich fabryk nie mogło działać bez importowanych obrabiarek.
Od czasu ogłoszenia planu, chiński rząd i przedsiębiorstwa zainwestowały znaczne środki w budowanie potencjału technologicznego i innowacyjnego w tych branżach.
Polityka i dotacje są wdrażane w celu umożliwienia rozwoju technicznego, komercjalizacji i przyjęcia. Rząd skoncentrował również krajowy system edukacji i pule talentów na tych obszarach.
Dziś chińskie pojazdy elektryczne opanowały rynki krajowe. 80% nowych samochodów sprzedawanych w Chinach to marki krajowe. Chińscy konsumenci kupują obecnie więcej pojazdów elektrycznych niż samochodów spalinowych napędzanych paliwami kopalnymi. Sprzedaż pojazdów elektrycznych w Chinach w 2024 roku osiągnęła 11 milionów sztuk w porównaniu do 1,3 miliona w USA. Chiny stały się eksporterem samochodów nr 1 na świecie, wyprzedzając Japonię i Niemcy.
Nawet chiński rząd nie przewidział tak szybkiego wzrostu popytu na pojazdy elektryczne. Zgodnie z celami MIC25, roczna sprzedaż pojazdów elektrycznych miała osiągnąć 3 miliony do 2025 roku, a sam BYD sprzedał ponad 3 miliony sztuk w 2024 roku.
Chińskie pojazdy elektryczne są nie tylko konkurencyjne cenowo, ale także technologicznie wyprzedzają swoich konkurentów. Już dziesięć lat temu rząd wyznaczył rozwój taniego, wysokowydajnego lidaru montowanego w pojazdach jako cel krajowy. Umożliwiło to chińskim producentom samochodów opracowanie bardziej niezawodnych i wydajnych inteligentnych systemów jazdy niż konkurenci, tacy jak Tesla, która nie korzysta z lidarów.
Obecnie nowe samochody chińskiej marki mogą łączyć się z Internetem i zapewniać bogate funkcje rozrywkowe – coś, co planowano również dekadę temu. Chiny najprawdopodobniej osiągną powszechne przyjęcie autonomicznej jazdy wcześniej niż jakikolwiek inny kraj.
Chiny wprowadziły na rynek odrzutowiec pasażerski COMAC C-919, który obecnie obsługuje najbardziej ruchliwe korytarze powietrzne między Pekinem, Szanghajem, Kantonem i Hongkongiem.
Chiny opracowały najbardziej zaawansowaną technologię kolei dużych prędkości i zbudowały najdłuższą na świecie sieć kolei dużych prędkości o długości 48 000 kilometrów, czyli więcej niż reszta świata razem wzięta. Podróżując ze średnią prędkością 350 kilometrów na godzinę, pociągi są tak płynne, że można postawić jajko pionowo na stole [t.zw. jajko Kolumba md] i pozostanie ono w tej pozycji przez resztę podróży. Zobacz liczne filmy na YouTube lub TikTok.
Chińskie chipy zasilają teraz najnowsze telefony komórkowe Huawei. HarmonyOS, mobilny system operacyjny Huawei, w przeciwieństwie do Androida i iOS, jest używany na ponad 1 miliardzie inteligentnych urządzeń.
Chińskie roboty produkowane w kraju i wykorzystujące sztuczną inteligencję działają w najbardziej zautomatyzowanych fabrykach na świecie, montując samochody, komputery, a nawet inne roboty. W całym kraju znajdują się liczne „ciemne fabryki”, ponieważ roboty nie potrzebują światła ani ciepła.
Chiny są obecnie niekwestionowanym światowym liderem w produkcji zielonej energii z energii słonecznej, wiatrowej, jądrowej i wodnej. Chińscy naukowcy i inżynierowie opracowali najbardziej wydajne i czyste elektrownie węglowe na świecie, a także najbardziej zaawansowaną technologię jądrową czwartej generacji, w tym wysokotemperaturowe reaktory chłodzone gazem, reaktory prędkie chłodzone sodem i reaktory stopionej soli na bazie toru.
Chiny stworzyły również najpotężniejsze na świecie elektrownie wodne, najbardziej wydajne elektrownie słoneczne, najpotężniejsze turbiny wiatrowe i najbardziej zaawansowaną, największą na świecie sieć przesyłową i dystrybucyjną.
Nowe chińskie elektrownie jądrowe wyprzedzają amerykańskie o jedno pokolenie. Udział Chin w globalnym rynku paneli słonecznych i turbin wiatrowych wynosi ponad 80%. Chiny zużywają obecnie ponad dwa razy więcej energii elektrycznej niż Stany Zjednoczone (9,85 bln kWh vs. 4,08 bln kWh w 2024 roku).
Przewaga Chin w zakresie taniej produkcji energii da im również ogromną przewagę nad konkurentami w zakresie rozwoju i wdrażania sztucznej inteligencji, ponieważ sztuczna inteligencja i centra danych zużywają ogromne ilości energii.
Chińskie firmy mogą samodzielnie zaprojektować i wyprodukować najbardziej zaawansowany na świecie nadprzewodzący system rezonansu magnetycznego, który może generować pole magnetyczne o wartości 5 tesli, czyli o 70% wyższe niż planowany cel.
Obecnie ponad 90% maszyn MRI używanych w chińskich szpitalach jest produkcji krajowej, a ich cena stanowi 10% ceny zagranicznych marek.
Leki przeciwnowotworowe opracowane przez chińskie firmy zaczęły wchodzić na rynek amerykański, a ich ceny stanowią zaledwie ułamek cen podobnych leków oferowanych przez zachodnie firmy farmaceutyczne.
Postęp technologiczny znacznie zwiększył również produkcję rolną w Chinach. Pomimo posiadania mniej niż 15% światowych gruntów ornych, Chiny produkują ponad połowę światowych warzyw, dzięki wykorzystaniu dronów, automatycznych siewników i biotechnologii.
Chiny mają obecnie najbardziej zaawansowaną technologię 5G na świecie i zdecydowanie najszersze jej zastosowanie. Chińska technologia 5G pozwala pasażerom kolei w Chinach cieszyć się nieprzerwanym, szybkim połączeniem internetowym nawet podczas przejazdu przez najdłuższe tunele na świecie, z których większość znajduje się w Chinach. Pod tym względem chińskie maszyny drążące tunele wyprzedzają o kilka generacji firmę Boring Company Elona Muska.
Chiny mają więcej inteligentnych fabryk i zautomatyzowanych terminali portowych niż jakikolwiek inny kraj. Ponad 50% robotów przemysłowych na świecie znajduje się w chińskich fabrykach.
Drony chińskiej produkcji dominują na światowych rynkach konsumenckich z ponad 80% udziałem w rynku. Podczas obchodów chińskiego nowego roku zaprezentowano roje dronów w formacjach ruchomych fajerwerków i smoków z 12 000 zsynchronizowanych dronów, obsługiwanych przez jeden laptop.
Najnowsze humanoidy z obsługą sztucznej inteligencji od Unitree i Deep Robotics – oba z siedzibą w Hangzhou – mogą prześcignąć Usaina Bolta i wykonywać tradycyjne chińskie tańce.
Chiny osiągnęły wszystkie cele MIC25 w zakresie robotyki, sprzętu rolniczego, biofarmaceutyków i inżynierii morskiej.
W dziedzinie technologii kosmicznej Chiny obsługują obecnie jedyną na świecie krajową stację kosmiczną Tiangong. Chiny mogą również wysyłać astronautów na stację kosmiczną i sprowadzać ich z powrotem na czas. W przeciwieństwie do innych „supermocarstw”, które twierdzą, że wysłały ludzi na Księżyc 6 razy i za każdym razem bezpiecznie sprowadziły ich z powrotem – ponad 50 lat temu. Ale w jakiś sposób straciło wszystkie technologie i może wysłać astronautów tylko na bilet w jedną stronę na stację kosmiczną w pobliżu orbity okołoziemskiej w 2024 roku. Bardzo wiarygodne.
Chińskie łaziki księżycowe wylądowały na ciemnej stronie Księżyca i przywiozły próbki księżycowej gleby.
Chiny wdrażają obecnie wiodący na świecie system nawigacji satelitarnej, sieć Beidou. Zbudowały największą na świecie komercyjną sieć obserwacji satelitarnych do obserwacji Ziemi. Rozpoczęły program eksploracji Marsa.
Zdolność produkcyjna chińskich stoczni przewyższyła zdolność produkcyjną Stanów Zjednoczonych ponad 200 razy. Według Marynarki Wojennej USA, jedna stocznia w Chinach, Jiangnan Shipyard w Szanghaju, produkuje więcej tonażu okrętów marynarki wojennej w ciągu roku niż wszystkie stocznie w USA razem wzięte.
Chociaż Chiny poczyniły znaczne postępy w realizacji planu MIC25, niektóre cele pozostają opóźnione, w tym zaawansowana technologia fotolitograficzna wykorzystywana w produkcji chipów i szerokopasmowych internetowych sieci satelitarnych. Opóźnienie to jest w dużej mierze spowodowane przeszkodami ze strony przeciwników Chin.
Pomimo tego wyzwania, Chiny osiągnęły większość celów wyznaczonych w zakresie układów scalonych, systemów operacyjnych, oprogramowania przemysłowego i inteligentnej produkcji. Chińskie firmy mogą obecnie produkować wysokiej klasy serwery, procesory do komputerów stacjonarnych, dyski półprzewodnikowe, szybkie światłowody, przemysłowe systemy operacyjne i systemy Big Data. W 2015 r. we wszystkich powyższych kwestiach polegały na zagranicznych dostawcach.
Henry Kissinger błyskotliwie zauważył, że „przestępstwa możemy zrobić od razu, niekonstytucyjność zajmie nam trochę więcej czasu”.
W przypadku Chin to, co trudne, możemy zrobić od razu, a to, co niemożliwe, zajmie kolejny 5-letni plan.
Według analizy przeprowadzonej przez amerykański think tank CSIS, Chiny osiągnęły 86% celów określonych w MIC25 i są na dobrej drodze do osiągnięcia pozostałych w ciągu najbliższych 2-3 lat.
Wyroki, zawyżanie zagrożeń i wezwania do kradzieży chińskich technologii i talentów z USA
Jednym z najbardziej niepokojących aspektów MIC25 dla USA jest zdolność Chin do łączenia rozwoju technologii wojskowych i cywilnych.
Potęga technologiczna i przemysłowa Chin napędza ich rozwój wojskowy w dziedzinie pocisków hipersonicznych, dronów, robotyki wojskowej, wojny elektronicznej, wojny kosmicznej i sieciocentrycznych działań wojennych. Ta techniczna i przemysłowa sprawność zaowocowała już masową rozbudową chińskiej marynarki wojennej i lotniczej, podczas gdy Chiny przygotowują się do militarnego starcia z USA.
Ponieważ amerykański reżim wielokrotnie wypowiadał wojnę Chinom o Tajwan i Morze Południowochińskie, znalazł się w sytuacji, w której musiał poprzeć swoją brawurę. W związku z tym amerykański kongres i wojsko zebrały „ekspertów”, ekspertów i think tanków na różne przesłuchania kongresowe i panele burzy mózgów w ciągu ostatniego roku, aby zrozumieć MIC25 i jego implikacje dla takiej przyszłej wojny.
Komentarze płynące z tych sesji były dziwną mieszanką niedowierzania, protekcjonalności, uczciwości, zazdrości i wezwania do jawnego kopiowania, a nawet kradzieży chińskich technologii i talentów. Listek figowy został zdjęty, a kradzież jest w porządku dla „wyjątkowego” kraju, który oskarża Chiny o kradzież własności intelektualnej i technologii na każdym kroku. Oczywiście jego słowa są dobre jak złoto i nie potrzeba żadnych dowodów.
Zaledwie dwa tygodnie temu Komisja ds. Przeglądu Gospodarczego i Bezpieczeństwa USA-Chiny, która monitoruje i sporządza raporty na temat zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego wynikających z dwustronnych stosunków handlowych i gospodarczych z Chinami, zorganizowała kongresowe przesłuchanie zatytułowane „Made in China 2025 – Kto wygrywa? „
Liza Tobin, dyrektor zarządzająca w Garnaut Global, firmie doradczej zajmującej się ryzykiem geopolitycznym, powiedziała podczas przesłuchania: „Pekin obalił mit, który panował w Waszyngtonie kilka lat temu, że Chiny nie mogą wprowadzać innowacji – że mogą jedynie pożyczać i kraść technologie”.
Ostrzegła: „Nie jesteśmy przygotowani na przedłużający się konflikt z naszym głównym strategicznym rywalem. Amerykańska baza przemysłu obronnego jest obecnie uzależniona od potencjalnego przeciwnika w zakresie krytycznych surowców, od minerałów ziem rzadkich po zaawansowaną elektronikę, a nawet materiały energetyczne wykorzystywane w materiałach wybuchowych do broni”.
„Ryzykujemy utratę kolejnej rewolucji przemysłowej, która rozwija się, gdy sztuczna inteligencja łączy się z przemysłem fizycznym, aby zmienić sposób wytwarzania rzeczy”.
W innym zeznaniu Tim Khang, dyrektor ds. globalnej inteligencji w Strider Technologies, powiedział, że Kongres powinien wykorzystać amerykańską politykę imigracyjną H-1B, aby „przyciągnąć” więcej chińskich talentów: „Najlepsi i najzdolniejsi z systemu ChRL – w szkolnictwie od gimnazjów po szkoły średnie – chcą przyjeżdżać na uniwersytety tutaj i studiować (STEM), możesz mieć tutaj swobody, możesz uzyskać obywatelstwo tutaj, możesz zostać Amerykaninem”. (Brzmi to tak, jakby zostanie Amerykaninem było najwyższą aspiracją dla nas wszystkich, pokornych Ziemian).
Kontynuowała: „Chiński ekosystem sztucznej inteligencji i robotyki odnotował znaczny wzrost, a główne firmy napędzają innowacje w dziedzinie robotyki humanoidalnej i ucieleśnionej inteligencji… Firmy te są pionierami w dziedzinie sprzętu robotycznego, integracji sztucznej inteligencji i automatyzacji przemysłowej, pozycjonując Chiny jako lidera w dziedzinie inteligentnej robotyki nowej generacji”.
„Należy podkreślić, że wiele chińskich sukcesów przemysłowych można przypisać bardziej bezpośrednio silnemu otoczeniu rynkowemu i kulturze przedsiębiorczości niż polityce przemysłowej. Uderzające jest to, że największe sukcesy Chin miały miejsce w sektorach przemysłowych, w których bariery wejścia nie są szczególnie wysokie, a zróżnicowany i konkurencyjny zalążek przedsiębiorstw zapewnia wielu kandydatów do sukcesu”.
Najbardziej rażące wezwanie do działania (kradzieży) padło z ust Melanie Hart z waszyngtońskiej Rady Atlantyckiej, think tanku NATO, podczas przesłuchania zwołanego przez Senacką Komisję Stosunków Zagranicznych. Powiedziała: „Ukradnijmy ich najlepszych inżynierów”.
Odnosząc się do chińskiego talentu stojącego za modelami sztucznej inteligencji DeepSeek, Hart zeznała, że „byłoby lepiej, gdyby inżynierowie stojący za tym pracowali tutaj, w USA”. Aby to osiągnąć, kontynuowała, studenci z kontynentu musieliby czuć się bezpiecznie w Ameryce, dodając: „Możemy pokonać Pekin w zapewnianiu chińskim naukowcom poczucia bezpieczeństwa”.
Chociaż trzeba przyznać jej „uczciwość”, jest to wielki krok naprzód od niesławnej Inicjatywy Chińskiej FBI i zakazu studiowania STEM przez chińskich studentów w USA do „przyznania wolności chińskim studentom” i „sprawienia, by chińscy naukowcy czuli się tutaj bezpieczniej niż w swoim kraju”.
Najwyraźniej ci „eksperci” podzielają przekonanie, że chińskie talenty, które próbują „przyciągnąć”, są tak bezmózgie, że nie potrafią rozpoznać, kiedy dzwoni lis.
Czy amerykańscy „eksperci” naprawdę chcą takich „talentów”, którzy są na tyle głupi, by nabrać się na ten śmieszny ruch Myszki Miki? Może to jest poziom intelektualny, na którym sami działają w demerytokracji, w której żyją.
W ostatecznym rozrachunku jednym z najważniejszych wniosków płynących z MIC25 jest to, że chiński rząd może realizować wielkie strategie wbrew wszelkim przeciwnościom i śmiertelnym błędem Zachodu i USA jest przekonanie, że mogą powstrzymać postęp Chin lub rzucić im wyzwanie militarne.
Niedocenianie Chin przez USA i przecenianie własnej potęgi doprowadzi je do katastrofalnej porażki, z której prawdopodobnie nigdy się nie podniosą.
W ciągu 10 lat Chiny przekształciły się ze światowego potentata w globalnego lidera w opracowywaniu i wdrażaniu najnowocześniejszych technologii w każdym sektorze przemysłowym.
Od „powstrzymania chińskiej kradzieży” do „okradnijmy ich”, hegemon z dnia na dzień wygląda na coraz bardziej niedorzecznego i przerażonego.
Chiny jeszcze nie skończyły. W 2024 r. chiński rząd zaproponował kolejny ambitny plan rozwoju „nowych sił produkcyjnych”, który jest kontynuacją inicjatywy Made in China 2025. W następnej dekadzie nacisk zostanie położony na sztuczną inteligencję, obliczenia kwantowe i technologię kosmiczną.
Teraz, gdy Chiny odniosły sukces w MIC25, wszystkie oczy zwrócone są na Trumpa i dowiemy się, jak dobrze poradzi sobie z Projektem 2025. Może tak jak MIC25 sprawia, że Chiny znów są wielkie, tak Projekt 2025 sprawi, że Stany Zjednoczone znów będą wielkie?
Akurat zaczęła się konferencja bezpieczeństwa w Monachium, na której dyskutowana będzie przede wszystkim sprawa zakończenia wojny na Ukrainie. Nie ma powodu, by kierować się przesądami, ale wybór Monachium na konferencję poświęconą takiej sprawie nie wróży najlepiej – przede wszystkim Ukrainie. Zresztą wynika to z wcześniejszych deklaracji, przede wszystkim amerykańskiego sekretarza obrony, który ukraińskie postulaty odzyskania terytoriów zajętych przez Rosjan w następstwie wojny oraz przyjęcie Ukrainy do NATO, uznał za „nierealne”.
Z tego powodu wśród naszych żurnalistów i politologów, którymi żurnaliści podpierają się w realizowaniu swoich zadań propagandowych, zapanowała konfuzja. Przez trzy lata utrzymywali swoich czytelników, słuchaczy i widzów w przekonaniu, że Ukraina tę wojnę wygra, a Rosja zostanie pokonana i upokorzona – no a teraz nie bardzo wiedzą, co powiedzieć. Zwłaszcza wśród generałów naszej niezwyciężonej armii zapanował urzędowy optymizm i jedynym rozsądnym człowiekiem w tym towarzystwie okazał się pan gen. Leon Komornicki.
Chodzi o to, że prezydent Trump obiecał Amerykanom zakończyć wojnę na Ukrainie i w tym celu nawiązał rozmowy nie z prezydentem Zełeńskim, którzy zwłaszcza przez pana prezydenta Dudę, ale i przez wszystkich innych dygnitarzy ponad podziałami, uważany jest za naszą najukochańszą duszeńkę, niemal – za wyrocznię we wszystkich, nader światowych sprawach, którym nasi Umiłowani Przywódcy mogą tylko kibicować, jako że zajmowanie się prawdziwą polityką mają od Naszych Sojuszników surowo zabronione. Ciekawe skąd się to bierze, skoro Wiktor Orban, który jest premierem rządu w państwie trzykrotnie od Polski mniejszym, uprawia prawdziwą politykę, jakby nigdy nic – podczas gdy nasi mądrale – tylko kibicują, to znaczy tupią nóżkami, wymachują rączkami, podskakują, pokrzykują – a i to chyba na rozkaz, a nie z własnej woli, której najwyraźniej musieli się wcześniej wyrzec – jak to ma miejsce w przypadku człowieków sowieckich.
Więc prezydent Trump nawiązał rozmowy z prezydentem Putinem, najwyraźniej przyjmując rosyjskie warunki brzegowe. Chodzi o stan posiadania, uzyskany przez Rosję w następstwie wojny. Jest rzeczą oczywistą, że skoro amerykański prezydent pragnie wojnę zakończyć, to nie może zaczynać od zakwestionowania rosyjskich zdobyczy wojennych, bo każda taka próba oznaczałaby nie zakończenie wojny, tylko jej kontynuowanie i to nie przez miesiące, a lata. Tymczasem na kontynuowanie wojny, zwłaszcza przez „lata”, Ukraina zwyczajnie nie ma już rezerw ludzkich – a prezydent Trump z góry wykluczył udział żołnierzy amerykańskich nawet w formacjach „rozejmowych” rozmieszczonych na Ukrainie gwoli przestrzegania zawieszenia broni. Prezydent Trump wyraźnie wskazuje, że ten obowiązek powinna wziąć na siebie „Europa”, to znaczy – nie bardzo wiadomo, kto konkretnie. Po pierwsze dlatego, że „Europa”, czyli Eurokołchoz, nie ma własnych sił zbrojnych. Siły zbrojne mają poszczególne członkowskie bantustany.
Drugi powód jest jeszcze ważniejszy – że wysłanie wojska na Ukrainę, nawet pod pretekstem nadzorowania rozejmu, grozi wciągnięciem tego państwa w wojnę. Warto wreszcie zatrzymać się nad uwagą prezydenta Putina, o której wspomniał prezydent Trump – że trzeba wyeliminować również „pierwotne” przyczyny tej wojny. O co tu chodzi? Przypomnę, że 20 listopada 2010 roku na szczycie NATO w Lizbonie zostało proklamowane strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Ta proklamacja stanowiła zakończenie 25-letniego procesu kształtowania nowego porządku politycznego w Europie, który miałby ostatecznie zastąpić niekatulany już porządek jałtański.
A tamten porządek stał się nieaktualny na skutek serii wydarzeń, między innymi – przyjęcia do NATO państw Europy Środkowej, co miało miejsce w roku 1999. Jak wiadomo, Rosja przeciwko temu nie oponowała – a nie oponowała dlatego, że w 1997 roku zawarła ze Stanami Zjednoczonymi porozumienia paryskie, dotyczące tzw. środków budowy zaufania.
Chodziło m.in. o to, że zachodnia broń jądrowa nie miała być przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej, a na terytoriach państw właśnie do NATO przyjętych, nie będą zakładane stałe bazy NATO. Ale w 2014 roku prezydent Obama ten „porządek lizboński” wysadził w powietrze, wykładając 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu”, którego nieukrywanym celem było wyłuskanie Ukrainy z rosyjskiej strefy Europy. Czy naprawdę – czy tylko chodziło o wykorzystanie Ukrainy jako frajera, który będzie Rosję prowokował, ze wszystkimi tego dla siebie konsekwencjami – to się właśnie na naszych oczach obecnie wyjaśnia.
Czy w związku z tym Rosjanie, którzy absolutnie nie chcą zgodzić się na udział Ukrainy w NATO, zgodzą się na obecność tam żołnierzy państw członkowskich NATO – tuż u granic Rosji? Obawiam się, że nie – a skoro prezydent Trump spycha na Europę obowiązek dostarczenia Ukrainie „gwarancji bezpieczeństwa”, to znaczy – że ani mu w głowie wciągać Amerykę w tę stuprocentowo prawdopodobną awanturę i że liczy na to, iż „Europa” znajdzie jakichś durniów, którzy to ryzyko na siebie wezmą. Zachowanie prezydenta Dudy oraz – ponad podziałami – obywateli Tuska Donalda i Kaczyńskiego Jarosława pokazuje, że nadzieje prezydenta Trumpa wcale nie muszą być takie bezpodstawne.
W tej sytuacji staje się oczywiste, że Ukraina tę wojnę już przegrała, a ta świadomość sprawia, że tamtejszy prezydent Zełeński chwyta się brzytwy – występując z operetkowymi pomysłami, by Rosja wymieniła się z Ukrainą terytoriami – za część obwodu kurskiego – Krym i cztery obwody Zadnieprza, albo dziwacznym pomysłem, by Ukrainie „zwrócono” broń jądrową. Kto miałby to zrobić – nikt, łącznie z prezydentem Zełeńskim, tego chyba nie wie, bo nie sądzę, by Rosjanie chociaż przez chwilę o tym myśleli – no a Amerykanie – tym bardziej – bo przecież oni Ukrainie żadnej broni jądrowej nie odbierali.
A tak się akurat składa, że w dzień św. Walentego, kiedy to postępactwo propaguje ruję i porubstwo, weszła w życie nowelizacja kodeksu karnego, forsująca nową definicję gwałtu. Dotychczas chodziło o zmuszenie kogoś do obcowania płciowego przy pomocy przymusu fizycznego, groźby, czyli tzw. vis compulsiva, albo podstępu. Nowa definicja dodaje do tych okoliczności „brak zgody”. Inicjatorkami tej nowelizacji były Wielce Czcigodne durnice z lewackich ugrupowań sejmowych, a pan prezydent Duda, niczym ów król z poematu Aleksandra Fredry o królewnie, „na łzy czuły”, stosowną ustawę bezmyślnie podpisał. Bezmyślnie – bo taka regulacja wyda na łup mściwych dam wszystkich lekkomyślnych mężczyzn, którzy zaryzykują z nimi bliskie spotkanie III stopnia. Od tej pory będą przez resztę życia drżeli przed szantażem i jego skutkami – bo nowelizacja nie stawia żadnych ram czasowych, których dama nie może przekroczyć, by przypomnieć sobie, że żadnej zgody nie wyraziła. Jedynym ratunkiem byłoby uzyskiwanie notarialnych aktów z podpisaną zgodą – ale jaki normalny mężczyzna będzie wzywał notariusza w momencie, gdy – jak śpiewał Wojciech Młynarski w słynnej balladzie – „dziewczę kwili”?
W tej sytuacji jestem pewien, że gwałtownie wzrośnie popyt na gumowe lalki, które – dzięki postępowi w dziedzinie zastosowania sztucznej inteligencji, nie tylko niczym nie będą się różniły od Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli i kto wie, czy jakiś kolejny prezydent nie wystąpi z inicjatywą przyznania im praw politycznych oraz cywilnych. Nie o to jednak w tym momencie chodzi, bo ważniejsza wydaje się odpowiedź na pytanie, czy według tej nowej definicji Ukraina zostanie zgwałcona, czy nie?
Nie wiadomo jeszcze, czy jest to efekt negocjacji w Rijadzie, czy też po prostu zemsta Trumpa na Zełenskim za jego nieprzyjazną retorykę, ale europejskie media z niepokojem oceniają takie zmiany.
Brytyjski dziennik The Financial Times informuje, że Stany Zjednoczone sprzeciwiły się nazywaniu Rosji „agresorem” w nowym komunikacie G7 poświęconym trzeciej rocznicy rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Ponadto administracja Trumpa domaga się, aby to, co się dzieje, nazywać nie „inwazją na dużą skalę”, ale „konfliktem ukraińskim”.
Amerykanie blokują ten język, ale wciąż nad nim pracujemy i mamy nadzieję na porozumienie. – FT cytuje anonimowego europejskiego urzędnika.
Ponadto dzisiaj ujawniono, że Stany Zjednoczone po raz pierwszy od 3 lat nie były współautorem antyrosyjskiego projektu rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w sprawie Ukrainy. Dokument jest również przygotowywany na 24 lutego i wzywa Federację Rosyjską do wycofania wojsk z zajętych terytoriów. Autorami projektu rezolucji w tym roku były Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Kanada, Szwajcaria, Polska i rusofobiczne państwa bałtyckie. Stany Zjednoczone nie brały udziału w opracowaniu dokumentu.
Financial Times uważa, że zmiana retoryki Białego Domu nastąpiła po tym, jak błazen z Kijowa Zełenski skrytykował Trumpa na konferencji poświęconej bezpieczeństwu w Monachium. Źródła gazety sugerują, że żądanie nowej administracji USA złagodzenia brzmienia oświadczenia oznacza zmianę w polityce zagranicznej Waszyngtonu .
Ponad połowa Polaków (53 proc.) nie popiera dalszego przekazywania przez Polskę broni Ukrainie – wynika z sondażu Opinia24 dla Radia Zet. Odmiennego zdania jest co trzeci ankietowany. Największy sprzeciw wobec dozbrajania Ukrainy wyrażają wyborcy Konfederacji oraz zwolennicy Sławomira Mentzena.
—————
W badaniu zleconym pracowni Opinia24 przez Radio Zet zadano pytanie: „Czy Pana/Pani zdaniem Polska powinna przekazać Ukrainie więcej broni do walki z Rosją?„
Według 53 proc. respondentów Polska nie powinna przekazać więcej broni Ukrainie. Przeciwnego zdania jest 29 proc. ankietowanych.
Polacy mówią STOP dla dozbrajania Ukrainy? Sensacyjne wyniki sondażu
Wyniki badania wskazują też, że najwięcej przeciwników dozbrajania Ukrainy przez Polskę jest wśród wyborców Konfederacji (85 proc.); 13 proc. zwolenników tej partii uważa, że Ukrainę należy doposażać w broń z Polski.
Wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej odsetek zwolenników i przeciwników takiego działania rozkłada się po równo i w obu przypadkach wynosi 40 proc.
Z kolei 54 proc. wyborców Prawa i Sprawiedliwości uznało, że Polska nie powinna przekazywać więcej broni Ukrainie. Przeciwnego zdania jest 34 proc. zwolenników tej partii.
Pozostali ankietowani w grupach wyborców wskazanych partii wybrali odpowiedź: „Nie wiem/trudno powiedzieć”
Analiza odpowiedzi zwolenników koalicji rządzącej i opozycji wskazuje, że za przekazaniem Ukrainie dodatkowej broni z Polski jest w sumie 37 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i Trzeciej Drogi oraz 27 proc. osób deklarujących poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości, Konfederacji i Razem. Przeciw dozbrajaniu Ukrainy jest 64 proc. wyborców obozu opozycyjnego i 41 proc. zwolenników obozu rządzącego.
Wyniki badania przeanalizowano także pod kątem deklaracji, na kogo odpowiadający zagłosują w nadchodzących wyborach prezydenckich. 38 proc. wyborców Rafała Trzaskowskiego popiera ruch dozbrajania Ukrainy przez Polskę, przeciwko jest 42 proc. zwolenników kandydata Koalicji Obywatelskiej.
Z kolei 52 proc. deklarujących poparcie dla popieranego przez PiS Karola Nawrockiego jest przeciwna przekazaniu przez Polskę więcej wsparcia militarnego Ukrainie; 37 proc. jego wyborców jest za.
Najwięcej przeciwników tego pomysłu reprezentują zwolennicy kandydata Konfederacji na prezydenta Sławomira Mentzena (83 proc.). 13 proc. jego wyborców popiera to działanie.
W przypadku zwolenników kandydata Trzeciej Drogi Szymona Hołowni 35 proc. badanych zadeklarowało poparcie dla dalszego dozbrajania Ukrainy przez Polskę, a 40 proc. jego wyborców wskazało odpowiedź przeciwną.
Badanie zostało zrealizowane przez pracownię Opinia24 na zlecenie Radia ZET metodą wywiadów telefonicznych (CATI) oraz internetowych (CAWI) na próbie 1000 Polaków w wieku 18 lat i więcej w dniach 23-29 stycznia 2025 roku. Wyniki procentowe zaokrąglono do pełnych wartości.
Szanowni Państwo, Przesyłam poniżej manifest, który przyjęliśmy z Radą Programową po listopadowych prawyborach i któremu chcę pozostać wierny. Proszę obecnie o wsparcie mojej kampanii na niecałe 3 miesiące przed wyborami: a) kontynuujemy zbiórkę podpisów (DUŻA MOBILIZACJA na kolejne 2 tygodnie), b) ponosimy już teraz niemałe koszty, więc proszę o wsparcie finansowekomitetu (szczegóły poniżej) c) prowadzimy aktywną kampanię w internecie (zachęcam do dołączenia do zespołu efektywnych wolontariuszy. Wystarczy się z nami skontaktować i działać. Za każde wsparcie z góry dziękuję !
*** Nie chcemy Wojny! Chcemy żyć normalnie! Nie chcemy Wojny z krzyżem! Chcemy tradycyjnych wartości, normalnej rodziny, dzieci! Nie chcemy Wojny z Rosją! Chcemy Pokoju i dobrych relacji z sąsiadami! Nie chcemy być sługą Ukrainy! Chcemy troski o interes Polaków! Nie chcemy zielonego szaleństwa! Chcemy normalnej gospodarki i godnego życia! Nie chcemy najdroższego w Europie prądu! Chcemy, aby węgiel i wszystkie zasoby naturalne były własnością Narodu i służyły Polakom! Nie chcemy być obarczani winą za holokaust! Chcemy ekshumacji i chrześcijańskiego pochówku dla polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa! Nie chcemy być obcą kolonią! Chcemy silnej Polski współpracującej ze wszystkimi krajami! Nie chcemy, aby nasza młodzież wyjeżdżała z Polski za chlebem! Chcemy repatriacji Polaków ze Wschodu i reemigracji Polaków z Zachodu! Nie chcemy, aby Polska wymierała! Chcemy tanich mieszkań i kwalifikowanej pracy dla młodych Polaków! Nie chcemy więcej dyktatorów Tuska i Kaczyńskiego! Chcemy demokracji prawdziwej, silniejszej pozycji Prezydenta i obligatoryjnego referendum! Romuald Starosielec, kandydat Polski normalnej, kandydat Partii Pokoju ————————— ***WSPARCIE FINANSOWE KOMITETU WYBORCZEGO przygotuj przelew (przelew od obywatela Polski zam. na terenie Polski);dane odbiorcy: KW Kandydata na Prezydenta RP Romualda Starosielca; numer rachunku: 91 1020 1185 0000 4302 0403 1845; tytuł: „Darowizna, obywatel Polski, zamieszkały na terenie RP”.
Teraz Trump chce zakończyć tę wojnę. Jednak, zamiast świętować, eurokraci i „postępowe” media krzyczą, jakby ich portfele zostały skradzione na środku Rue de la Loi. Mówią nam, że to kapitulacja, że to niesprawiedliwe wobec Ukrainy, że cała przelana krew poszła na marne. Jakby ktokolwiek wierzył, że skończy się to w inny sposób. Tak jakby ta wojna nie była wynikiem zimnej wojny słabo zamkniętej w 1990 roku, której pęknięcia otworzyły się ćwierć wieku później. Jakby Biden nie napędzał machiny wojennej, nigdy nie oferując Putinowi prawdziwych gwarancji, nigdy nie proponując realnego rozwiązania politycznego.
Naturalnie, że Ukraina była jedynie posłusznym narzędziem przeciwko Rosji w rękach USA. Można się zgodzić z Trumpem, że eksprezydent Ukrainy Zełeński rozpętał tę wojnę, jednak zrobił to na polecenie Bidena. Ten aktorzyna wmówił sobie, że może wpływać na cokolwiek, będąc wyjątkowo drogą marionetką Waszyngtonu. Aktualnie jesteśmy świadkami powtórki scenariusza z Jałty, z tym że nawet Brytyjczycy nie wezmą w tym udziału.
Największe oszustwo związane z darowiznami w historii.
Oburzone kukiełki z Komisji Europejskiej razem z nędznym komikiem krzyczą: nic o nas bez nas! Trump go home! Przecież Ukraina leży w Europie – więc to nasza sprawa. Owszem leży. W gruzach — właśnie dzięki waszej pomocy. Mogli przez trzy lata zrobić coś dla pokoju. I owszem zrobili – przegnali go do diabła, którego wizerunkiem jest dla nich Putin.
Żeby ratować wojnę, zwołali szczyt kryzysowy w Paryżu. I cóż takiego tam postanowili? Postanowili, że nie mogą się ze sobą dogadać.
Z powodu Trumpa: Macron zwołał konferencję wojenną wielkich wodzów nieliczących się w grze państw.
Przypomina to sytuację, kiedy jakiś dziennikarz zapytał Stalina, co sądzi na temat ostatniej wypowiedzi papieża? Stalin – słoneczko narodów – odpowiedział: a ile ten papież ma dywizji czołgowych? Jedyne co im pozostało to groźba, że NATO zbombarduje Waszyngton, lub przynajmniej Biały Dom. Nie zdziwiłbym się, gdyby na tak absurdalny pomysł wpadła pani Urszula v. d. L. – po polsku „wodę leje”.
USA planuje wreszcie przywrócić stosunki dyplomatyczne z Rosją. Donald Trump potrzebuje taniego gazu. Niech Europa kleci następne sankcje wobec Rosji, Trump zapowiedział zniesienie wszystkich takich restrykcji. Ciekawe kto się przebije?
Podobnie jak z cenzurą. Jeśli mamy dostęp do wiadomości ze Stanów Zjednoczonych, to żaden DSA nie ukróci dostępu do niechcianych przez brukselskich biurokratów wiadomości. Mamy przecież Głos Ameryki w formie internetowej.
Na Ukrainie zaraz po wybuchu werbalnej wojny pomiędzy Zełeńskim i Trumpem, zablokowano dostęp do Truth Social – platformy Trumpa, na której Ukraińcy mogliby się dowiedzieć, że Zełeński ma jedynie 4% wsparcia we własnym kraju.
Ludzie mogliby uczyć się na swoich błędach, gdyby nie byli tak zajęci zaprzeczaniem im. Carl Gustav Jung.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Boimy się praktycznie wszystkiego. Nasze lęki zostały bardzo mocno wzmocnione przez „pandemię” oraz przez wojnę za naszą wschodnią granicą. To powoduje, że wielu z nas jest po prostu sparaliżowanych; boi się o byt, o przyszłość etc. W związku z tym nie bardzo ludzie chcą mieć dzieci – mówi w rozmowie z PCh24 Marek Grabowski, prezes Fundacji Mamy i Taty.
Szanowny Panie prezesie, dlaczego w ostatnim czasie mamy do czynienia z wysypem analiz na temat katastrofy demograficznej w Polsce? Jak to jest, że ludzie, którzy przez lata bagatelizowali problem, teraz są tak bardzo poruszeni i szukają rozwiązań?
Przede wszystkim ludzie, których Pan redaktor wywołał, nie zastanawiają się, co zrobić żeby zwiększyć w Polsce dzietność, tylko co zrobić, żeby zminimalizować skutki trwającej katastrofy. Po prostu oni zaczynają dostrzegać problem, że w Polsce zaczyna brakować rąk do pracy, że przybywa emerytów i w następnych latach będzie się to tyko pogłębiać.
Niestety jest już za późno, żeby jakoś poważnie odkręcić tę katastrofę i jej skutki.
Rynek pracy ma się ponoć nieźle. Jak to jest więc z tymi „rękami do pracy” w Polsce?
Sytuacja na rynku pracy w ostatnich latach znacznie się poprawiła. Powiem więcej: rządzący i różni eksperci cieszą się, że mamy w Polsce wielu migrantów z Ukrainy, Białorusi i innych krajów. Co jakiś czas pojawiają się informacje, ile podatków ci ludzie wnieśli do budżetu państwa. Moim zdaniem nie jest to jednak trend, który długoterminowo nam pomoże, ponieważ duża część obywateli tych krajów po prostu wróci do siebie, albo wyjedzie dalej na Zachód.
Mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją jak ta sprzed 20 lat, kiedy miliony osób po wejściu Polski do UE wyjechało zagranicę za pracą do Anglii, do Irlandii, do Niemiec etc. Tak samo działo się w latach 80-tych, kiedy Polacy wyjeżdżali do Niemiec, do Francji, do USA i nie wrócili, co oznaczało dla Polski duże straty ludności.
Według najnowszych danych GUS liczba ludności Polski w końcu 2024 r. wyniosła 37.490 tys., co oznacza, że obniżyła się o ok. 147 tys. w stosunku do stanu z roku 2023. Oznacza to, że stale się kurczymy, że co roku nas ubywa i to jest fatalna wiadomość.
Dlaczego rynek pracy jest dla tzw. ekspertów jedynym wyznacznikiem, jeśli chodzi o dyskusję o demografii?
Dobre pytanie… Myślę, że po prostu pewne partykularne interesy są naruszane i w związku z tym mamy to „przebudzenie”… Przepraszam, „przebudzenie” to złe słowo, bo gdyby faktycznie miało ono miejsce, to oznaczałoby to, że będzie się podejmować jakiejś wysiłki czy działania, żeby tę dzietność zwiększyć. Takich ruchów jednak nie ma. Zamiast tego mamy dyskusję na temat zwiększania wydajności pracy, chociażby poprzez wprowadzanie jakichś nowych technologii.
To jednak również nie jest w stanie zminimalizować skutków katastrofy demograficznej chociażby dlatego, że są zawody typu malarz pokojowy, którego sztuczna inteligencja, nowa technologia nie zastąpi. Może kiedyś powstaną jakieś roboty, które będą w stanie coś takiego robić, ale jest to jednak pieśń przyszłości. To samo tyczy się prac budowlanych czy przemysłu, gdzie człowiek jest po prostu niezastąpiony.
Powiem brutalnie: naszym elitom, naszym ekspertom po prostu brakuje myślenia o narodzie i społeczeństwie. Siłą narodu są jego obywatele i liczba obywateli ma znaczenie. Im jest ich więcej, tym kraj jest silniejszy.
Złośliwie dodam, że największe partie w Polsce prześcigają się – może z wyjątkiem Lewicy – w szafowaniu słowem „naród”.
To prawda, tylko co z tego? To ciągle są tyko słowa, a liczą się realne działania. Czy działania polskich elit, czy działania partii rządzących w Polsce są rzeczywiście skierowane na dobro narodu? Niektóre niekoniecznie…
Jednym z elementów, jaki ma nas ocalić przed zgubnymi skutkami katastrofy demograficznej jest zrównanie, a potem podniesienie wieku emerytalnego. To ma nas uratować?
Jest to co najwyżej rozwiązanie zapychające lukę na rynku pracy. Trzeba jednak z drugiej strony zastanowić się, jak bardzo pożądani na rynku pracy są pracownicy, którzy mają lat 60, 65 lub więcej… W wielu branżach dla pracodawcy nie liczy się doświadczenie, tylko siła, sprawność i wigor pracownika, w związku z tym mając do wyboru 30-latka i 60-latka pracodawca postawi na młodszego.
Inna kwestia: od lat trwają dyskusje chociażby dotyczące kierowców czy motorniczych oraz tego, ile i jak często powinno im się robić badań. Czy to nie jest sprzeczne z ideą podniesienia wieku emerytalnego?
Czy popiera Pan podniesienie wieku emerytalnego?
To nie jest istotne, czy to popieram, czy nie, ponieważ to prędzej czy później nastąpi i tego nie unikniemy.
Ja mogę jedynie wyrazić przekonanie, że taka decyzja nie ochroni nas przed skutkami katastrofy demograficznej. W Polsce nadal w dużej mierze tak funkcjonuje rzeczywistość społeczna, że kobiety i mężczyźni na emeryturze bardzo często pomagają swoim dzieciom w wychowaniu wnuków. Podniesienie wieku emerytalnego uderzy w łączność międzypokoleniową i stworzy kolejną barierę do posiadania dzieci.
Rządzący w tym miejscu odpowiedzą Panu: „Przecież wprowadziliśmy babciowe, więc niech babcia się zwolni i zajmuje dziećmi, a matka idzie spokojnie do pracy”.
Czyli podnosimy wiek emerytalny, żeby babcia się zwolniła z pracy i zajęła wnukami? Przepraszam, ale tu nie ma elementarnej logiki ani jakiejkolwiek wizji, a w działaniach pro-demograficznych ze strony władzy to one powinny być podstawą.
Zamiast „logiki i wizji” wprowadza się kolejne programy socjalne, które w dodatku nie do końca ze sobą konweniują, które są po to, żeby być, a nie żeby osiągnąć określony cel.
Mam wrażenie, że istnieje wśród naszych elit politycznych przekonanie o jakiejś nieuchronności dziejowej, wynikający z jakiejś mieszanki heglizmu i marksizmu. Elity po prostu doszły do wniosku, że już po prostu nie da się zmienić pewnych rzeczy, że procesy antynatalistyczne posunęły się tak daleko, że nie ma sensu z tym walczyć, bo sprawa jest przegrana.
Jeżeli już na starcie ludzie ci uważają, że przegraliśmy, to w zasadzie o czym my tu w ogóle mówimy? Jeśli klasa polityczna jest przekonana o nieuchronności dziejowej katastrofy demograficznej, to rzeczywiście zostaje nam się tylko zwijać i zamknąć w swoich czterech ścianach i nic nie robić.
Kolejnym przykładem są próby wprowadzenia w Polsce legalnej „aborcji na żądanie” do 12. tygodnia ciąży, co w dodatku niektórzy okrasili hasłem… „Aborcja za życiem”. No sorry, ale nie będzie w Polsce więcej dzieci, jeżeli będą one zabijane już w łonach matek. Jeżeli coraz więcej osób traktuje aborcję jak jakąś formę antykoncepcji, no to coś jest nie tak z naszym społeczeństwem.
I tuta płynnie przechodzimy do kwestii, która przewijała się w wielu naszych poprzednich rozmowach. Chodzi mi o wpływ kultury na demografię.
Kultura i religia są tu kwestiami fundamentalnymi. Obecnie w jakiejś mierze funkcjonujemy w kulturze zaszczepionego lęku.
Boimy się praktycznie wszystkiego. Nasze lęki zostały bardzo mocno wzmocnione przez „pandemię” oraz przez wojnę za naszą wschodnią granicą. To powoduje, że wielu z nas jest po prostu sparaliżowanych; boi się o byt, o przyszłość etc, W związku z tym nie bardzo ludzie chcą mieć dzieci.
To nie jest strach! To jest lęk, który każdego dnia eskaluje. W efekcie jakże chwytliwe staje się hasło „Po co sprowadzić dzieci na tak fatalny świat?”. Jest to oczywiście błędne samo w sobie, ale coraz częściej mamy do czynienia z postawą zrozumienia i akceptacji dla takiej postawy. Skoro już za chwilę czeka nas istny Armagedon, to może nie ma co sobie zawracać głowy dziećmi.
Druga kwestia to sfera wartości. Przestano myśleć o dzieciach i w ogóle o życiu w kategorii pewnego daru. Wielu z nas nie cieszy się życiem, tylko cieszy się konsumpcją przez co nie dostrzega, nie widzi, jaką wartością, jakim darem jest życie. Skoro ludzie tego nie widzą, to nie działają na rzecz nowego życia.
Efektem kultury materialnej i niekończącej się konsumpcji są pustka i poczucie braku sensu. To są największe problemy współczesnego świata. Kiedyś sens ludzkiemu życiu nadawała wiara w Chrystusa Zmartwychwstałego. Kiedyś ludzie nie potrzebowali psychologów i psychiatrów, bo wystarczał im kapłan udzielający sakramentów. A dzisiaj? Dzisiaj zamiast do kościoła wielu woli iść do galerii handlowej…
Często słyszymy, że muzułmanie, którzy przybyli do Europy podbiją ją demograficznie. Ostatnie badania pokazują jednak, że o ile pierwsze ich pokolenie miało 4-5 dzieci, tak kolejne mają 1 lub 2 dzieci…
Czyli dalej więcej niż większość „rdzennych Europejczyków”. To pokazuje, jaka jest siła konsumpcji i materializmu, i że mało kto jest się w stanie jej oprzeć. Wszystko jest w zasadzie na wyciągnięcie telefonu. Rozmawiając z Panem mógłbym włączyć aplikację i nie przerywając zrobić zakupy w pięciu różnych sklepach, zamówić bilet lotniczy i umówić się do fryzjera.
Kiedy chodziłem do gimnazjum nauczycielka zaproponowała, że podczas „Wychowania do życia w rodzinie” puści nam film „Niemy Krzyk”. Praktycznie cała klasa zareagowała słowami: „Nie będziemy oglądać morderstwa”. Dzisiaj osoby w wieku 15, 16 lat chodzą na „czarne marsze”, a gdyby nauczyciel zaproponował im obejrzenie „Niemego krzyku”, to prawdopodobnie straciłby pracę. Co się stało, że mamy tak diametralną zmianę?
Odpowiem następująco: niedawno przy okazji dosyć ważnej konferencji we Włoszech dotyczącej okaleczania dzieci przez środowiska transgenderowe odbyłem bardzo dużo ciekawych rozmów z Włochami. Pytali mnie oni, jak to jest możliwe, że mając tak wybitnego rodaka, jakim jest Jan Paweł II, w Polsce niszczy się jego pomniki, kościoły oblewa farbą, usuwa religię ze szkół etc.
„U nas w Rzymie rządzą komuniści, którzy nie tak dawno odnowili pomnik papieża z Polski. U nas we Włoszech, nawet w tych miastach, w których rządzą masoni są pomniki i tablice ku pamięci Jana Pawła II i nikomu to nie przeszkadza, a u Was się to niszczy, dlaczego?”, pytali.
To była taka przykra dla mnie uwaga, ale słuszna. Jedyne, co mogłem powiedzieć, to były dwa słowa „nie wiem”. I tak również odpowiem na Pana pytanie: nie wiem. Mogę się tylko domyślać, że jest to pokłosie choroby duszy, na którą cierpi coraz więcej z nas. Inaczej nie jestem w stanie tego wytłumaczyć.
Mam jednak nadzieję, to ważne szczególnie w Roku Jubileuszowym, że nastąpi odnowa. Najpierw każdego z nasz, następnie naszych rodzin, w końcu społeczeństwa.
Wbrew twierdzeniom heglistów i marksistów nie jesteśmy zdeterminowani, czyli możemy wspólnie odkręcić złe trendy. Trzeba zacząć od leczenia ducha, następnie walki o kulturę, dopiero na końcu myśleć o rozwiązaniach socjalno-ekonomicznych.
– Żyjemy w dość trudnych czasach. Polska, naród polski, społeczność obywateli można w zasadzie podzielić na takie dwie grupy: naród – może 10, może 15 procent w porywach i 85 procent społeczeństwo. Kto wyrwał duszę naszemu narodowi?
– To się dzieje od kilkuset lat. To robią rządy, agentury obce, zaborcy. Ci, którzy nas mordowali, okradali, a przede wszystkim demoralizowali. Największym spustoszeniem jest zdemoralizowanie narodu. Nie utrata substancji materialnej, tylko demoralizacja. Uczynienie z ludzi bezmyślnych, nieodpowiedzialnych grzeszników, wprawienie ich do zła i nauczenie ich nieodpowiedzialności za siebie, tak by grzech nie przerażał, obowiązki nie zobowiązywały. Tak się traci najpierw wiarę, później rozum, później tożsamość, a później naród zamienia się w masę upadłościową i niewolników bezmyślnych, którzy żyją na poziomie jakiejś wegetacji, istnienia bezmyślnego, bez-odpowiedzialnego. I to się dzieje.
Myślę, że ostatnich 30 lat demoralizacja to jest większe spustoszenie niż okupacja niemiecka, sowiecka, a nawet szwedzka. To jest coś najgorszego, co się mogło nam przydarzyć i co już ma miejsce. Dlatego, że nie tylko zniszczono wiarę i rodzinę, ale zniszczono niewinność już nawet dzieci.
−∗−
Czy to jest jeszcze Polska?! Kto nam wydziera duszę?! Ks. Marek Bąk u Marka Skowrońskiego: